PiS już traci wyborców

– Polityka nieodwołalnie wykonuje ruch wahadła. Wiemy, że ma ono taką specyfikę, że gdy maksymalnie się wychyli, to przez ułamek sekundy wydaje się, że przestaje się ruszać. Lecz ono właśnie zbiera się do ruchu w drugą stronę, zaczyna się rozpędzać – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Na ile sprawa Daniela Obajtka pogrąży PiS? Do tej pory rządzący potrafili unikać odpowiedzialności za afery, których było niemało.

PROF. JAROSŁAW FLIS: Te wszystkie afery i kłopoty się odkładają. Moim zdaniem twierdzenie, że to nie działa, jest wątpliwe i bardziej mówi o poziomie oczekiwań niektórych, niż o tym, co jest realne. Trzeba postawić pytanie o to, jak wyglądałoby poparcie PiS-u, gdyby tych afer nie było. Być może to byłoby 60 proc., PiS ma dziś niewiele ponad 30 proc. poparcia i to jest także efekt tych wszystkich spraw. Część wyborców już odeszła od PiS-u, tylko to wcale nie oznacza, że przechodzą od razu do opozycji. Długo mówiono o PO i Tusku, że jest teflonowy, aż problemów uzbierało się tyle, że czara goryczy się przelała.

Pięknie to ujął Marcin Wicha, satyryk, rysownik, który za czasów Tuska popełnił pewien genialny rysunek: król jest u astrologa, który patrząc w kulę mówi: Widzisz, że są dwa etapy. Najpierw nic ci nie może zaszkodzić. A potem nic już nie może ci pomóc.

Czy PiS wszedł już w ten drugi etap?

Być może tak. Polityka nieodwołalnie wykonuje ruch wahadła. Wiemy, że ma ono taką specyfikę, że gdy maksymalnie się wychyli, to przez ułamek sekundy wydaje się, że przestaje się ruszać. Lecz ono właśnie zbiera się do ruchu w drugą stronę, zaczyna się rozpędzać. Być może wahający się wyborcy dojrzeli już do zmiany. Pytanie też, jaka jest alternatywa, bo to, co już parę razy uratowało PiS, to błędy przeciwników.

PiS stracił 1/3 poparcia od czasu wyborców w 2019 roku. Gdzie i na rzecz kogo?

To skomplikowane rzeczy, bo po pierwsze zmienia się frekwencja, więc część wyborców odpływa do niegłosujących. Można stracić poparcie w ujęciu procentowym, chociaż przeciwnicy nic nie zyskają. Tak było z utratą poparcia dla PO w 2012 roku, kiedy 1/3 wyborców przestała deklarować poparcie dla tej partii. Mimo że nie wzrosła liczba popierających PiS, to w sondażach procent poparcia już wzrósł. Stało się tak dlatego, że wcześniejsi wyborcy PO deklarowali, że nie wezmą udziału w wyborach.
Pamiętajmy, że procenty poparcia liczy się tylko wśród tych, którzy deklarują, że pójdą na wybory. Gdy teraz wyborcy PiS deklarują, że nie pójdą zagłosować, poparcie dla tej partii spada, a cała reszta proporcjonalnie zyskuje.

Przywołam tu starą tezę prof. Markowskiego i prof. Cześnika, która mówi, że w Polsce poglądy polityczne zmienia się poprzez absencję wyborczą.

Oznacza to, że w pierwszym etapie ludzie przestają głosować, ewentualnie w następnym mogą się pobudzić na rzecz nowej partii. Od tego są oczywiście pewne wyjątki, lecz o samej zasadzie trzeba tu pamiętać.

Czyli generalnie ci wyborcy, którzy odeszli od PiS, nie zagłosują w tych wyborach na ruch Hołowni czy KO?

Oczywiście jest pewien szerszy aspekt tej sprawy, ponieważ zawsze jest część wyborców, która jednak się miesza. Zacznijmy od tego, że mamy kilka rodzajów wyborców. „Wyborcy alfa” to ci, którzy wiedzą na kogo zagłosują i nie zmieniają zdania. „Wyborcy beta” to ci, którzy wiedzą, że zagłosują, ale nie wiedzą na kogo. Część z tych wyborców rotuje, bo rozmawiają z sąsiadami, ze znajomymi i w zależności od tego, na kogo ostatnio trafili, to tak zagłosują.

Ciekawsze są zmiany wśród „wyborców alfa”, bo jeżeli ci się zniechęcają, to prawdopodobieństwo, że „wyborca beta” trafi na zdeterminowanego wyborcę danej partii, maleje. W związku z tym zmniejsza się też ilość „wyborców beta”, którzy przechylą się na tę stronę, bo nie ma ich po prostu kto przekonać na tej ostatniej prostej. Są też „wyborcy gamma”, którzy nie wiadomo, czy zagłosują, ale jeżeli tak, to wiadomo na kogo itd. Ich w ostatnim momencie mobilizują „wyborcy alfa”, jeśli sami są zmobilizowani.

Opozycja pokazuje ostatnio wyraźnie zjednoczeniowe tendencje. Komisja parlamentarna ws. Daniela Obajtka, wspólny kandydat w Rzeszowie… Czy to może zachęcać, czy wręcz przeciwnie?

To dość subtelna gra. Jak widzieliśmy w wyborach do Senatu, to ujednolicenie kandydatów działało pod warunkiem, że było konsekwentne. W połowie okręgów udało się uzgodnić opozycji jednego kandydata i tam wygrywała. Natomiast jeżeli tylko pojawił się jakikolwiek trzeci kandydat, to 1/10 wyborców opozycji wolała głosować na niego, niż na wspólnego kandydata opozycji.

Gdyby udało się we wszystkich okręgach w Senacie uzgodnić jednego kandydata, to PiS miałby nie 48, a 38 senatorów. Wówczas nie byłoby w ogóle prób przeciągania senatorów opozycji np. w sprawie wyboru nowego Rzecznika Praw Obywatelskich.

Z drugiej strony widać było w II turze wyborów prezydenckich, że nie wszyscy wyborcy Hołowni i Kosiniaka-Kamysza zagłosowali na Trzaskowskiego.

To jaka forma współpracy będzie premiować opozycję najbardziej?

To ciekawe, bo PiS, mimo że jest dużo bardziej zwarty, ma dziś spore problemy z jednością. Nasza scena polityczna wygląda dziś obrazowo w następujący sposób: mamy pień, na dole którego znajduje się solidarno-prawicowy PiS skupiający prawie połowę wyborców, a nad nim jest szeroko rozpostarta korona drzewa, gdzie na górze są lewicowo-liberalni, po jednej stronie lewicowo-solidarni, a po drugiej liberalno-prawicowi. Ciężko zrobić z tego wspólny pień i jakoś to skleić.

Pytanie, ile tych gałęzi opozycji powinno być, dwie czy trzy. Jeden wspólny blok od razu można odrzucić, bo natychmiast zgubi skrzydła. Moim zdaniem powodem, dla którego wyborcy głosowali na jednego kandydata w Senacie, jest fakt, że w wyborach do Sejmu mogli pokazać poparcie dla partii, którą lubią. W Sejmie głosowali ekspresyjnie, a w Senacie taktycznie. Być może gdyby był jakiś wybitny wirtuoz, to pociągnąłby jeden wspólny blok, ale na razie nie widzę takiego.

To raczej będzie mozolne ciułanie.

Czyli wybitny polityk skleiłby jedną listę?

Mamy dwa rodzaje przywództwa – transakcyjne, czyli my wam tu ustąpimy, a wy nam tam, i przywództwo transformacyjne, gdzie lider przekonuje wszystkich do czegoś nowego.

To dobrze widać, jak dzieci w piaskownicy kłócą się o zabawkę. Przywódca transakcyjny mówi 15 minut ty, a 15 ty, a przywódca transformacyjny mówi zostawcie to, ja mam lepszy pomysł. To drugie jest rzadkie, wyjątkowe, wymaga naprawdę specjalnych umiejętności, stąd dużo bardziej popularne jest przywództwo transakcyjne.

Czyli dwie listy?

12 lat temu najbliższymi partiami na scenie politycznej, jeżeli chodzi o deklaracje ideowe wyborców, były paradoksalnie PO i PSL. Gdy Tusk odnosił swój największy sukces, czyli reelekcję w 2011 roku, to mówił w exposé, że ten rząd broni Polski przed ekstremizmami z lewa i prawa. Faktycznie wtedy tak było, że środek ciężkości ogółu wyborców z 2007 roku był mniej więcej tak samo odległy od lewicy, jak od wyborców PiS-u. Tylko że w międzyczasie PO wykonała długi marsz i amputowała sobie prawe skrzydło, zradykalizowała się też ta część elektoratu, która została jej wierna, w dużej mierze za sprawą obecnie rządzących. PO przejęła też w jakiejś mierze elektorat lewicy. Obecnie spora część ich elektoratu jest wręcz wymienna z elektoratem lewicy, który także przesunął się w stronę liberalną i jest coraz mniej solidarny.

Pytanie, kto ma zgarnąć wyborców po prawej stronie, czyli tych centrowo-prawicowych, którzy stanowili ponad połowę wyborców PO z 2007 roku.

Zatem sądzę, że dwa bloki byłyby najlepsze, tylko PO w tej sytuacji byłaby trochę jak żabka z dowcipu o podziale na zwierzęta piękne i mądre – chciałaby być tam i tu, a przecież się nie rozdwoi. Lecz największy problem polega na tym, że ci wszyscy, którzy postulują, że należy się zjednoczyć, chcieliby, aby ta jedna zjednoczona partia była dokładnie taka, jak właśnie oni chcą.

Pewne jest jedno. Gdyby wybory odbyły się dziś, to PiS bezapelacyjnie traci większość. Pytanie tylko, jaki byłby skład koalicji. Czy przy dużym sukcesie potrzebna będzie lewica albo niepotrzebny będzie PSL. Ten ostatni ma mocne karty, bo może w każdej chwili zmienić sojusze w sejmikach. Z tego punktu widzenia zostawienie go poza rządem byłoby strzałem w stopę, bo to automatycznie wepchnęłoby go w ramiona PiS-u.

Pamiętajmy, że główną słabością PiS-u w porównaniu do węgierskiego Fideszu jest właśnie to, że PSL jest na zewnątrz, a nie w środku.

PiS bardzo by chciał połknąć PSL i wiele razy próbował, ale jak widać, ciągle to tylko pogłoski. Nawet w jednym województwie PSL nie zmienił koalicji.

Fundusz Inwestycji Lokalnych został rozdzielony głównie na „swoich”, gminy, gdzie rządzi PiS, dostały średnio 10 razy więcej. Czy podobnie przewiduje pan, że będzie z Funduszem Odbudowy i czy zatem opozycja powinna brać pod uwagę zagłosowanie przeciw?

Preferowanie własnych okręgów wyborczych to nic nowego, ostatnio pojawiły się informacje, że dochodziło do tego w Wielkiej Brytanii, w Stanach ma to nawet specjalną nazwę. Wiadomo zatem, że każdego świerzbią ręce, ale PiS ma wyjątkowe kłopoty w panowaniu nad nimi. Także dlatego, że większość działań Morawieckiego jest na drugim planie wobec sporów wewnątrz koalicji. Te zaś narastają. Sytuacja, w której minister sprawiedliwości i wicepremier ds. rozwoju nie wiedzą, z jakich list wyborczych wystartują w następnych wyborach, choć są w jednej koalicji, jest kuriozalna. To za rządów Tuska nikomu by nie przyszła do głowy. To pokazuje, do jak potężnego kryzysu zaufania doszło w obozie rządzącym. Wszystkie zabiegi Morawieckiego są tylko w tle, a sam premier jest pionkiem w grze.

Dodatkowo z wcześniejszych planów Morawieckiego wiemy, że udawało się to tam, gdzie wystarczyło coś rozdać: 500 plus, podniesienie pensji minimalnej, wozy strażackie… Tam, gdzie ludzie sami wiedzą, czego chcą, i potrzebowali tylko funduszy, to działało. Wszystkie trudniejsze projekty, jak mieszkania dla młodych, elektryczne samochody czy reforma sądownictwa, kompletnie się nie udały. Wszelkie skomplikowane sprawy leżą.

Co do opozycji, to gra rzeczywiście jest skomplikowana. Nie wziąć tych pieniędzy tylko dlatego, że PiS je rozkradnie? Będzie to bardzo trudno wytłumaczyć i to zarówno w skali krajowej, jak i europejskiej.

Z drugiej strony uleganie takiemu szantażowi, że koalicja rządząca może się kłócić do woli, bo i tak w ramach poczucia odpowiedzialności opozycja pomoże, jest nie w porządku. Trzeba poszukać tu dobrych rozwiązań, np. połączyć głosowanie nad funduszem z konstruktywnym wotum nieufności.

Czyli zapowiedzieć, że opozycja poprze ratyfikację, lecz z Kosiniakiem-Kamyszem jako premierem, bo rząd Zjednoczonej Prawicy nie ma już większości dla tak ambitnego przedsięwzięcia.

Mimo wszystko spodziewam się, że cała sytuacja rozejdzie się po kościach i będzie trochę jak z majowymi wyborami. Zapowiadała się totalna katastrofa i hucpa, której nie widział demokratyczny świat. Jednak na kilka dni przed majowym terminem wyborów udało się znaleźć w miarę sensowne wyjście z sytuacji. Teraz też wydaje się, że jak pisał Młynarski o piłowaniu gałęzi, na której się siedzi: tym razem to przerżniemy już na pewno, ale możemy być jeszcze zaskoczeni finałem.

Opozycja powinna rywalizować z rządem

– Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany – mówi Robert Sobiech, dyrektor Instytutu Polityk Publicznych Collegium Civitas, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne sondaże pokazują, że zjednoczona opozycja wygrywa znacznie ze Zjednoczoną Prawicą. Sondaż dla Oko Press daje nawet 57 proc. i 270 mandatów. To samospełniająca się przepowiednia czy raczej marzenie ściętej głowy?

ROBERT SOBIECH: Zjednoczona opozycja to ciekawy pomysł polityczny, ale chyba obliczony na dłuższą perspektywę. Jest to próba wyciągnięcia lekcji z porażek w ostatnich wyborach, ale skuteczność tego projektu zależy w decydującym stopniu od samoograniczenia ze strony polityków partii opozycyjnych.

Próby tworzenia wspólnych list wyborczych już obserwowaliśmy na poziomie wyborów parlamentarnych i okazało się, że znaczna część partii opozycyjnych wolała pójść własną drogą, w konsekwencji nadal są partiami opozycyjnymi.

Jak poszli razem, to odbili Senat.

Dokładnie tak. Pytanie, czy politycy opozycji będą chcieli rezygnować z części swoich ambicji, czy też będą woleli siedzieć w swoich malutkich księstewkach przez kolejne cykle wyborcze. Szczerze mówiąc, nie widać tu znaczącej zmiany. Inicjatywa 276 jest propozycją otwarcia i uzgadniania wspólnych kwestii miedzy partiami opozycyjnymi, ale już widać, że od razu została mocno skontrowana przez pozostałe partie opozycyjne. Nadal mamy ten sam stan od wielu lat…

Czyli że opozycja walczy o przywództwo na opozycji, a Kaczyński robi, co chce.

To przede wszystkim dziennikarze organizują konkursy na lidera opozycji, skłaniając ośrodki badania opinii publicznej do zadawania takiego pytania swoim respondentom. Jeżeli opozycja poważnie myśli o rządzie koalicyjnym, to powinna rywalizować z partią rządzącą, a nie koncentrować się na wyrywaniu sobie tych samych wyborców.

Rządzący to też nie PiS, tylko koalicja trzech partii, o czym ostatnio Kaczyńskiemu boleśnie przypomina Gowin.

To dziwna koalicja, która składa się z jednej dużej partii i dwóch mniejszych. Tu nie ma wątpliwości, kto jest liderem całego ugrupowania. Oczywiście jak każda koalicja ma swoje ograniczenia i wewnętrzne napięcia. Jednak jej skuteczność w wygrywaniu kolejnych wyborów to w dużym stopniu efekt ukrywania wewnętrznych konfliktóww. Dopiero teraz, po blisko 6 latach rządzenia, obserwujemy otwarty konflikt w Porozumieniu Jarosława Gowina. A ile takich otwartych konfliktów miało miejsce w tym samym czasie w partiach opozycji?

Warto jednak pamiętać, że pierwszy tak silny konflikt w obozie rządowym odbywa się w czasach pandemii, w czasach załamania gospodarki, rosnącego bezrobocia czy rosnącej inflacji. Obecny okres to niespotykane od dawna załamanie nastrojów społecznych i krytyki polityki rządu. Sondaże od dłuższego czasu pokazują bardzo niskie notowania rządu, premiera, polityki gospodarczej. Z drugiej strony pandemia jest świetnym okresem dla rządzących, żeby przerzucać swoje pomysły, których pewnie by nie zrealizowano w normalnych warunkach.

Jak podatek od mediów?

Tak, ale też zamach na służbę dyplomatyczną, wcześniej na służbę cywilną, nie mówiąc już o wyroku TK w sprawie aborcji. Rząd próbuje walczyć z pandemią, ale przy okazji ma świetną okazję do tego, żeby przeforsować pomysły, które na dobre wypchnęłyby Polskę z grupy państw demokratycznych.

Tu wrócę do kryzysu w koalicji. Okazuje się, że w sytuacjach krytycznych nawet mała partia, korzystając z niewielkiej przewagi rządzącej koalicji w parlamencie, może powiedzieć nie kolejnym próbom ograniczania demokracji. Zrobiono to już to przy wyborach majowych i wygląda na to, że możemy mieć do czynienia z podobną sytuacją przy okazji finansowego zamachu na media.

W piątek jeszcze tak było, ale już wiadomo, że mają odbyć się konsultacje w sprawie tego projektu. Sprzeciw Gowina to zwykła brudna gra polityczna czy chodzi tu o coś więcej, jak np. wartości demokratyczne?

Jedno jest powiązane drugim. Nie znając szczegółów, jak słucha się Adama Bielana, widać wyraźnie, że chodzi tu o przejęcie władzy w partii. Podobno trzy lata temu odwołano prezesa, a poseł Bielan dopiero teraz się zorientował, że coś jest nie tak. To kabaret. Natomiast rzeczywiście próbuje się zapobiec czy zablokować pewne ruchy polityczne. Teraz są media, za chwilę już słychać, że będzie skok na samorząd, likwidacja województwa mazowieckiego, przesuwanie niepokornych sędziów do innych miejscowości w ramach planowanej reorganizacji sądów. Tych pomysłów partia rządząca ma sporo i pytanie, czy jeden z koalicjantów będzie miał na tyle silną pozycję, aby te najbardziej radykalne pomysły zablokować.

A będzie miał?

To zależy od samodyscypliny tych kilkunastu posłów, bo pewnie będą na wiele sposobów kuszeni.

Czy zatem w polityce jeszcze liczą się wartości? Czy to przeżytek XX wieku?

Bardzo bym chciał, żeby były, bo polityka bez wartości jest już czystą cyniczną grą, w której przegrywający spychani są na margines życia społecznego. Wiele Polek i Polaków oczekuje, że te wartości będą. Oczekiwania uprawiania polityki silnie powiązanej z wartościami przekładają się na poparcie, jakie na początku swojej działalności dostają nowe partie polityczne. Tak np. na obietnicach budowania polityki zgodnej z wartościami wyrasta ruch Hołowni. Ale duże nadzieje przerodzić się mogą łatwo w rozczarowanie, gdy przychodzi do konfrontacji wartości z krótkotrwałymi zyskami politycznymi.

W przypadku Polski 2050 pierwszy taka rozbieżność pojawia się w przypadku pozyskiwania posłów z innych ugrupowań. Oczywiście poseł może zmienić zdanie i przejść do innego ugrupowania. Zazwyczaj takie decyzje to efekt indywidualnych kalkulacji zysków i strat. Za każdym razem efektem takich decyzji są zawiedzione nadzieje tych, dzięki którym dana osoba zdobyła poselski mandat. To nie są tylko zawiedzeni wyborcy, to także szeregowi działacze partii, woluntariusze, ludzie, którzy w kampaniach wyborczych poświęcali swój czas, często własne pieniądze, aby ich kandydat dostał się do parlamentu. I kiedy po jakimś czasie tacy parlamentarzyści mówią, że przechodzą do innej drużyny, zmniejsza się (i tak już niezbyt liczna) grupa ludzi, którzy wierzą, że da się połączyć wartości z codziennym uprawianiem polityki.

We wtorek politycy opozycji wezwali we wspólnej deklaracji do wycofania się z projektu składki od wpływów reklamowych, a także do odpartyjnienia mediów. Takie inicjatywy wszystkich partii opozycyjnych to może być zaczątek koalicji?

To jest ten obszar współpracy opozycji, o którym mówiliśmy. Opozycja po przegranych wyborach w 2019 roku nie ma najmniejszych szans, aby przeforsować swoje pomysły w Sejmie. To, co może robić, to nagłaśniać istniejące problemy i budować porozumienia, wspólne reakcje wobec istniejących zagrożeń. Przykładem jest ostania wspólna reakcja opozycji wobec zamachu na niezależność mediów. Chyba o to chodziło PO, kiedy przedstawiała swój pomysł integracji opozycji, którego celem ma być zdobycie 276 mandatów w przyszłym Sejmie.

Jeśli partie opozycyjne nie odrzucą takiego sposobu uprawiania polityki, to mają szanse nie tylko na wzrost poparcia, ale też na wypracowanie sensownych rozwiązań dotyczących przyszłości. Poprzednio podobne propozycje rozbijały się o ambicje liderów partii opozycyjnych.

Pierwsze reakcje na koalicję 276 sugerują, że i ten pomysł może podzielić los wcześniejszych prób integracji opozycji. Dla wielu ludzi będzie to kolejne potwierdzenie braku wiarygodności partii opozycyjnych. Jeśli liderzy opozycji twierdzą, że rządy PiS są zagrożeniem dla demokracji, a jednocześnie pozostawiają PiS u władzy tylko dlatego, że w kolejnych wyborach starują samodzielnie – dla przeciętnego Kowalskiego oznacza to, że nie ma tu żadnego zagrożenia dla demokracji, albo też, że sama demokracja nie jest warta rezygnacji z indywidualnych ambicji.

Odnotowano spory spadek zaufania do polityków. Także do prezydenta i premiera, którzy wciąż są na pierwszych miejscach. Dlaczego mamy spadki?

To efekt pandemii, to rozczarowanie, frustracja, która przekłada się na bardzo niskie notowania rządu i spadek zaufania zarówno do rządu, premiera, jak i do prezydenta. Nic więc też dziwnego, że coraz większym zaufaniem cieszą się Szymon Hołownia i Rafał Trzaskowski.

Wyraźnie spadło zaufanie do polityków rządzących, a nie poparcie dla PiS. Jak to możliwe?

Najłatwiej wyjaśnić to nie na rozkładach procentowych, a na liczbach bezwzględnych. W sondażach prezydenta czy premiera oceniają wszyscy Polacy (ok. 30 mln dorosłych obywateli), a nie tylko ci, którzy deklarują udział w wyborach. W ostatnim roku poparcie dla rządu premiera Morawieckiego spadło z 43 proc. w styczniu 2020 do 23 proc. w styczniu 2021 (badania Kantara). Oznacza to, że pomimo tak znaczącego spadku obecnie rząd cieszy się poparciem ok. 7 mln dorosłych Polaków (przed rokiem było to prawie 13 mln).

W styczniu tego roku udział w wyborach zadeklarowało 69 proc. obywateli, czyli ok. 20,7 mln osób (badania Kantara). Spośród tych 20,7 mln na Zjednoczoną Prawicę chciało głosować 29 proc., czyli ok. 6 mln osób. Te 6 mln obecnych wyborców Zjednoczonej Prawicy to zaledwie 20 proc. wszystkich dorosłych Polaków. Jak pokazują badania, wyborcy Zjednoczonej Prawicy (te 6 mln – 20 proc. Polaków) w zdecydowanej większości uważają, że rząd dobrze radzi sobie w czasach pandemii. Jednak zdecydowana większość obywateli ani nie popiera PiS, ani nie jest zadowolona z obecnego rządu. Tym niemniej te ok. 20 proc. Polaków popierających Zjednoczoną Prawicę wystarczało w przeszłości, aby, przy rozbiciu opozycji, wygrywać kolejne wybory. W 2019 roku na Zjednoczoną Prawicę zagłosowało jedynie 26 proc. Polaków. O tym od dawna wiedzą liderzy opozycji. Pytanie tylko, czy będą z tego chcieli wyciągnąć wnioski.

W liberalnym kąciku

500+ I PLATFORMA OBYWATELSKA – OSTATNIE ZASZŁOŚCI

Politycy Platformy Obywatelskiej wielokrotnie wypowiadali się na temat 500+. Najczęściej kolejne wypowiedzi merytorycznie się zupełnie od siebie różniły. Począwszy od stwierdzenia, że 500+ trzeba zlikwidować, skończywszy na oskarżeniu PiS, że ten program jest za słaby.
Ostatnio rzecznik prasowy PO poseł Jan Grabiec w wywiadzie dla popularnego tabloidu stwierdził, że PO po dojściu do władzy odbierze to świadczenie ludziom bezrobotnym. „500+ sprawia, że rodzice, którzy od lat nie pracują, są trwale bezrobotni, nie podejmują pracy, bo mają 500+. To jest szkodliwe i trzeba to zmienić. Poseł stwierdził, że w kolejnej kadencji Sejmu Platforma zajmie się sprawą 500+, bo nie może być tak, „że czy się stoi, czy się leży, 500+ się należy.”
Później na twitterze stwierdził, że został źle zrozumiany, a „ograniczać 500+ można tylko wtedy, gdy ktoś nie chce pracować mimo, że ma taką możliwość”.
Czyli programu 500+ Platforma nie zlikwiduje, tylko zabierze, ale tylko niektórym.
Zabranie 500+ rodzinom, które nie mają innych źródeł dochodów, bo są bezrobotne, należy uznać za szczególny dowód humanitaryzmu Platformy Obywatelskiej.

 

SEJMOWA KOMISJA ŚLEDCZA DS. VAT A WYŁUDZENIA

Biorąc pod uwagę ustalenia sejmowej komisji śledczej ds. VAT, a w szczególności wypowiedzi niektórych działaczy PO, to wielomiliardowe straty budżetu państwa na VAT-cie nie były żadnymi stratami budżetu, wyłudzeniami czy kradzieżami, a jedynie realizacją programu wyborczego Platformy Obywatelskiej o zmniejszeniu fiskalizmu państwa – choć niestety tylko dla jej wyborców.

 

NOWOCZEŚNIE W .NOWOCZESNEJ

Przewodnicząca .Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer wielkim przywódcą jest i do tego nieomylnym. Tak wynika z decyzji władz .Nowoczesnej, które najpierw zawiesiły w prawach członka .N posła Piotra Misiłę, a następnie wykluczyły go z partii za słowa wypowiedziane w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej”. Poseł odważył się skrytykować przewodniczącą partii Katarzynę Lubnauer, a co więcej oskarżył starą partyjną wyjadaczkę o brak doświadczenia. A Katarzyna Lubnauer zanim znalazła się w .Nowoczesnej była przecież działaczką Unii Demokratycznej, Unii Wolności, Partii Demokratycznej i Platformy Obywatelskiej. Tak więc zarzut o braku doświadczenia był zwykłym pomówieniem. Dlatego nie może dziwić, że poseł Misiło nie doczekał się procesu przed koleżeńskim sądem partyjnym tylko został wyrzucony z partii przez zarząd w drodze głosowania sms-ami. Trzeba podkreślić fakt głosowania sms-ami. To prawdziwie nowoczesny akcent w partyjnych porachunkach w .Nowoczesnej.

Zachęcanie przez zawstydzanie

Destrukcja systemu prawnego dokonywana przez PiS nie cieszy się przesadnym poparciem Polaków. Mimo to protesty uliczne pozostają względnie nieliczne, a notowania partii Kaczyńskiego trzymają się jak zaklęte – z lekką tendencją wzrostową.

 

Sytuacja to powoduje rosnącą wściekłość środowisk liberalnych i demokratycznych, które wyraźnie nie mogą poradzić sobie ani z diagnozą sytuacji, ani z opracowaniem sensownego planu przeciwdziałania.
Strofowanie narodu
W przestrzeń publiczną płyną osobliwe przekazy, wzywające obywateli do czynu i wzmożenia. Można je podzielić na trzy zasadnicze warianty.

 

Wariant 1 – macie to wszystko, puste debile, dzięki nam

„Fajnie wam się żyje w tym kraju? Nieźle, co? Skromna »furka«, »klamoty« z butiku, nierzadko własna »kawalerka«, a w niej sprzęt audiowizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii. To się nie wzięło znikąd. Komuś to zawdzięczacie. Swoim rodzicom bądź innym współrodakom w ich wieku. Ludziom, którzy nieobarczeni luksusami, które dla was stały się niczym niezwykłym, wychodząc 30 lat temu na ulice walczyli przeciw »komunie« o wolną Polskę, o kraj, w którym żyjecie. Jeszcze”.
Lipcowy apel do polskiej młodzieży, zamieszczony na oficjalnej stronie KOD, podbił internety. Nie w taki sposób, o jaki chodziło autorom, ale jednak…
Trudno o przykład głębszego oderwania się od rzeczywistości. Podobny wizerunek młodego pokolenia, żyjącego naprawdę w świecie umów śmieciowych, wątpliwych perspektyw i ciągłej niepewności, powtarza się w różnych wariantach opozycyjnych apelów. Wariant „żyjecie dobrze dzięki naszemu poświęceniu” adresowany jest, co ważne, do ludzi z tej samej klasy społecznej – nowego mieszczaństwa, które w oczach KOD pogubiło się i podtopiło moralnie w oceanach sojowego latte.
Obraz bananowej młodzieży ma zapewne związek z lokalizacją warszawskich demonstracji – w pobliżu popularnych klubów i kawiarni. Uogólnienie obserwacji warszawki do całego pokolenia świadczy jednak o czymś gorszym – pokolenie zmęczonych „budowniczych III RP” najwyraźniej nie znalazło czasu i wspólnego języka, by porozmawiać z własnymi dziećmi i dowiedzieć się czegoś o ich faktycznych marzeniach i obawach.

 

Wariant 2 – jesteście, chamy, kupieni za pięć stówek

„Biedny, otumaniony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska wiad. tvp 40 procentowy »narodzie« – rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata!” – wpis aktora Jacka Poniedziałka stał się również hitem internetu.
Nie o Poniedziałka tu jednak idzie. Przedstawiony fragment to zebrane w kilku zdaniach rozczarowanie polskiej liberalnej inteligencji polskim nieliberalnym ludem. Podobne, łagodniej wyrażone, rozczarowania można cytować setkami – padają z ust dawnych opozycjonistów (Frasyniuk, Celiński, Niesiołowski) i ludzi kultury.
Większość z nich uderza w tony litościwo-protekcjonalne (pogubieni, zbałamuceni, ofiary telewizyjnej propagandy itp.) – na tym tle jawnie pogardliwa diagnoza Poniedziałka jawi się jako krynica szczerości.
Jest to klasyczna postawa polskiego szlachcica-inteligenta wobec polskiego chłopa, ukształtowana przez doświadczenie powstania styczniowego i wcześniejszej rabacji galicyjskiej. Można zastanawiać się oczywiście, czy taki sposób opisu – uwiedzenie polskiego ludu przez PiS – jest prawdziwy, czy nie. Z pewnością antyelitarna krucjata PiS ma coś z ducha rabacji, ale pod względem politycznej strategii obrażanie się na stanowiącą większość społeczeństwa klasę ludową i jawne jej poniżanie jest praktyką samobójczą – również znaną w polskiej historii i wielokrotnie ćwiczoną.

 

Wariant 3 – ucieczka w świat bajek, czyli ku pokrzepieniu serc

„Mama nie przeczyta dziś bajki, musi biec pod sąd. Młode prawniczki postawiły się władzy”, „KOD ubrał Misia Uszatka w koszulkę z napisem »konstytucja«”, bohaterskie czyny Klementyny Suchanow polegające na sprayowaniu napisu „czas na sąd ostateczny”, przewożenie do Sejmu protestujących w bagażniku, opowieści o tym, że demokrację w Polsce uratują kobiety…
Czytając antypisowskie portale i gazety, można zanurzyć się w zupełnie alternatywnym świecie, pełnym krzepiących wieści, sympatycznych opowieści o dzielnych ludziach, wspomnień z protestów, pisanych w wysokim diapazonie apelów wydawców prasy. Ciepło, mile, przytulnie, swojsko – czyli w dobrym towarzystwie „wspaniałych ludzi”. To nic, że wedle wszystkich badań wśród popierających PiS przeważają kobiety – to nic, że młodzież uważa protestujących pod Sejmem rodziców i dziadków za wcielenie obciachu (dlaczego? Patrz: Wariant 1).
Środowiska opozycyjne zdają się nie dostrzegać postępującej infantylizacji we własnych szeregach. Śmiech jest w polityce bronią morderczą – w nieodpowiednich rękach może stać się również narzędziem samobójcy.

 

Licytacje demokratyczne

Kolejnym mechanizmem społecznym, znanym i opisanym, jest wewnętrzna dynamika w obrębie ruchu prodemokratycznego. Trwa tu niezwykle zacięta walka o przywództwo. Nałożenie wewnętrznej konkurencji na zasadniczą walkę z PiS prowadzi do posunięć bardzo dziwnych i zupełnie niezrozumiałych dla społeczeństwa. Weźmy przykład z Wrocławia – przez wiele tygodni trwały tu dwie konkurencyjne demonstracje w obronie sądów. Gdy jedną tworzył komitet z udziałem Nowoczesnej i SLD, drugą (zwykle dwie godziny później) organizował inny komitet z udziałem partii Razem. Ostatecznie oba środowiska skłóciły się na amen, co zaowocowało również wysypem bardzo podobnych kandydatek na prezydenta miasta i – co łatwo przewidzieć – zmarnowaniem oddanych na nie głosów.

 

Hybrydowa rewolucja – co robić?

Problemem opozycji jest dziś nie odpowiedź na pytanie, czy rządy PiS są złe i szkodliwe (oczywiście – są), lecz o zasadniczy wybór strategii walki z formacją Kaczyńskiego. Podstawowe odpowiedzi są dwie: wygrać wybory i przejąć władzę lub wszcząć rewolucję. Odpowiedź pierwsza oznacza jednak akceptację dzisiejszej Polski jako kraju demokratycznego, w którym wyborcze zwycięstwo jest możliwe. Czy tak jest, czas pokaże.
Wariant rewolucyjny zderza się z problem praktyki rządów populistycznych, która sama w sobie jest rozciągniętą w czasie rewolucją. Hybrydowa rewolucja typu populistycznego (Rosja, Węgry) ma to do siebie, że dla większość obywateli życie płynie zupełnie „normalnie” – ukazują się gazety, ludzie pracują i jeżdżą na wczasy, działa jakaś opozycja. Brak czynnika, który zdołałby wypchnąć tłumy na ulice. Zanika jedynie po cichu zasadnicza cecha demokracji – możliwość zmiany władzy w wyniku wyborów. Problem polega jednocześnie na tym, że hybrydowe wojny i rewolucje można prowadzić tylko z pozycji władzy – żadna opozycja nie jest w stanie działać na podobnych zasadach. Polska anty-PiS próbuje dziś działać po części w obrębie systemu demokratycznego, po część wychodząc na ulicę w trybie półrewolucyjnym, po części próbując PiS po prostu przeczekać.
Każda z tych strategii okazuje się, jak na razie, zawodna, a ich połączenie dezorientujące społeczeństwo.

 

Mimo opozycji…

Paliwem PiS, podobnie jak każdego współczesnego ruchu populistycznego, jest nienawiść do elit i chęć wywarcia na nich zemsty – mniejsza o to, za co i jak.
Bez zrozumienia tej niezwykle prostej prawdy anty-PiS skazany jest na klęskę. Oczywiście, większość polityków opozycji świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dominuje jednak asekurancka strategia przetrwania i przeczekania. Każdy inny wariant oznacza koniec marzeń o powrocie do sytuacji sprzed ostatnich wyborów.
Na razie opozycja parlamentarna i duża część pozaparlamentarnej prowadzi wobec społeczeństwa dziwaczną politykę zawstydzania, mającą rekompensować własne zaniedbania i brak jakiejkolwiek wizji.
Polakom wychodzącym na protesty w obronie demokracji należy się najwyższy szacunek – wielu z nich, w tym niżej podpisany, wychodzi jednak na protesty nie dzięki, lecz mimo apelów opozycyjnych elit.