Mogą żeglować w Tokio

Zofia Klepacka i Piotr Myszka będą mogli reprezentować Polskę na igrzyskach olimpijskich w Tokio w windsurfingowej klasie RS:X. Nominację dla tej dwójki zatwierdził Polski Związek Żeglarski.

Klepacka i Myszka wygrali krajowe eliminacje, bo uzyskali najlepsze wyniki w mistrzostwach Europy na Majorce, mistrzostwach świata na jeziorze Garda w Torbole i mistrzostwach świata w Sorrento. Według regulaminu kwalifikacji olimpijskich, punkty zdobyte przez zawodników są najważniejsze, lecz zespół decyzyjny PZŻ bierze jeszcze pod uwagę inne czynniki, m.in. wyniki z innych regat krajowych i zagranicznych, stopień przygotowania motorycznego, aktualny stan zdrowia oraz ocenę psychologiczną zdolności do działania pod presją. Klepacka uzbierała w wewnętrznych kwalifikacjach 36 punktów – 9 za siódme miejsce podczas czempionatu Starego Kontynentu, 13 za ósmą lokatę w MŚ na włoskim jeziorze Garda i 14 za siódme miejsce w zakończonych niedawno MŚ w australijskim Sorrento, zaś Myszka na Majorce był siódmy za co otrzymał 9 pkt, do tego dołożył 16 pkt za piątą pozycję w mistrzostwach świata w Torbole i 8 pkt za 13 miejsce w Sorrento.
Dla Klepackiej (Legia Warszawa) będzie to czwarty, a dla Myszki (AZS AWF Gdańsk) drugi start olimpijski. Warszawianka rywalizowała w 2004 roku w Atenach, cztery lata później w Pekinie oraz w 2012 roku w Londynie, gdzie wywalczyła brązowy medal, a gdańszczanin cztery lata temu w Rio de Janeiro był czwarty.
Wcześniej oficjalną nominacją olimpijską otrzymały załoga w klasie 49er FX – Aleksandra Melzacka i Kinga Łoboda. Polska ma jeszcze prawo wystawić reprezentantów w klasie 49er (w niej liderami są Łukasz Przybytek i Paweł Kołodziński), w klasie Laser Radial (w punktacji przewodzi Magdalena Kwaśna) oraz w klasie 470 (liderują w niej Agnieszka Skrzypulec i Jolanta Ogar). W tych trzech przypadkach na oficjalne decyzje zarządu Polskiego Związku Żeglarskiego zawodniczki i zawodnicy muszą jeszcze poczekać.

Bigos tygodniowy

Odbyły się obchody 30 rocznicy wyborów 4 czerwca 1989. Tego słonecznego, upalnego dnia zajrzałem na kilka godzin do Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Już na samym początku uderzył mnie kontrast między przyjazną, swobodną atmosferą tłumnego pikniku, a sztywnością uroczystości „solidarnościowej” pod pomnikiem Poległych Stoczniowców. Sztywne ruchy i zacięte twarze głównych celebransów, czyli Guzikiewicza i Głódzia, którym towarzyszyła grupa umorusanych mężczyzn w kaskach i kombinezonach, na modłę 1980 roku. Po drugiej stronie na szczęście mniej uroczyście i luz, n.p. gdy Władysław Frasyniuk zwrócił się do Aleksandra Kwaśniewskiego per „Kwachu”, pomógł mu wejść na scenę i żartował, a „Kwach” ten epitet i te żarty przyjął z humorem i się nie obraził. Natomiast „stoczniowcy” odbębnili swoją uroczystość, odmodlili pod przewodem Głódzia, po czym zrobili „w tył zwrot” i udali się do historycznej Sali BHP, by odbyć akademię ku czci w sosie własnym.
*****
Czułem się w tej atmosferze miło, ale czas – wiadomo – zaciera różne rzeczy w pamięci i wygładza jej kontury. Mimo to mam jednak pamięć słonia (nie do wszystkiego) i pamiętam, że niestety, „karnawał” wyborów 4 czerwca 1989 otworzył drogę do władzy klerykałom w rodzaju osławionego senatora Waleriana Piotrowskiego, który ponownie otworzył „piekło kobiet” przygotowując osławiony zakaz aborcji, uchwalony w końcu w 1993 roku. I że to dzień 4 czerwca utorował Kościołowi kat., organizacji pasożytniczej, drogę do potężnych wpływów politycznych i do bogactwa materialnego. Tuż po 4 czerwca 1989 mało kto jeszcze poważnie brał pod uwagę taki bieg zdarzeń, bo najbogatsza ludzka wyobraźnia jest słabszym czynnikiem niż najprostsza naoczność i autopsja. Ja zapamiętałem anonimowe zdanie któregoś z ówczesnych opozycjonistów, zacytowane w tygodniku „Interpelacje”, zainicjowanym przed Okrągłym Stołem przez kręgi partyjnych liberałów. Brzmiało ono prawie dokładnie tak: „Nie ma się co cieszyć. Po rządach czerwonych przyjdą teraz rządy księżuli”.
*****
Rząd uległ dobrej zmianie czyli rekonstrukcji. Postawiono na świeżość i nowe twarze. Wicepremierem został Jacek Sasin. Jeszcze świeższa, bo długo trzymana w lodówce, jest nowa minister spraw wewnętrznych Elżbieta Witek. W sumie jednak nastąpiła dekobietyzacja rządu. Po odejściu Szydło, Kępy, Rafalskiej, Zalewskiej, Kopcińskiej jest ich mniej. Zamiast parytetu pozostało całowanie rączek.
****
Mam to do siebie, że wyznaję amerykańską (sorry!) koncepcję wolności słowa, czyli wolności słowa prawie niczym nieograniczonej (ewentualnie z wyjątkiem fałszywego przypisywania komuś, w aspekcie negatywnym, fikcyjnych postępków oraz gróźb karalnych). Poza tymi wyjątkami jestem za pełną wolnością m.in. obrażania werbalnego, w tym obelg, wyzwisk. Chcę mieć nieograniczone prawo do obrażania innych, a innym oczywiście przyznaję prawo do nieograniczonego niczym tzw. obrażania mnie. Z tego też powodu nie mam pretensji o głośny rysunek („Daj głos”) pomieszczony przez Krystynę Jandę, bo przecież jak każdą satyrę należy traktować go jako przenośnię, metaforę, a nie dosłownie, na tym bowiem polega satyra. Od nazywania rzeczy jeden do jednego, po imieniu, są inne formy przekazu. Nie wiem więc o co ten krzyk. Tak rozumując, można by się oburzać na każdą, nawet najlżejszą kpinę. A ponieważ prawolski zapiewajło Jacek Piekara, któremu proces o znieważenie wytoczyła Dorota Wellman oświadczył publicznie, że jest za jak najszerszą wolnością słowa (tak jak ja!) zwłaszcza w zakresie wyzwisk, chętnie deklaruję, że w każdej chwili gotów jestem określić go jako kawał chuja. Nawiasem mówiąc: gdy piszę słowo „prawolski”, to mi go automat internetowy poprawia z uporem maniaka na „prapolski”. Chyba trochę za dużo tej „polskości”, no nie? Do urzygania.
*****
Prawactwo zawrzało, bo krajowy konsultant d.s. ginekologii i położnictwa przypomniał lekarzom, że jeśli odmawiają aborcji w oparciu o tzw. klauzulę sumienia, to mają prawny obowiązek wskazać ginekologa, który zabieg wykona. Tyle i tylko tyle. Ale dla fanatycznego prawactwa prawo liczy się tylko wtedy, gdy podoba się klechom wszelakiego autoramentu.
*****
Wbrew temu co napisałem tydzień temu, nowy szef MEN Dariusz Piontkowski nie jest jakimś szarym biurokratą jak wice-MEN Kopeć, lecz prawolskim, katolskim ideologiem pełną gębą, nie gorszym niż małopolska kuratorka. Przy nim jego poprzedniczka Zaleska była pod tym względem wzorem bezstronności.
*****
Hitem ostatnich dni jest koncepcja decentralizacji administracyjnej RP w kontrze do pisowskiego centralizmu. PiS na to, w swoim stylu, odwołuje się do rozbicia dzielnicowego Polski za Piastów, od XII do XIV wieku. Że też oni nie są zdolni do niczego innego niż do najprymitywniejszej łopatologii propagandowej. Uważają, że ciemny lud tylko to kupi?
*****
Kierownictwo środowisko kombatantów AK zaprotestowało przeciw mieszaniu się surferki Klepackiej do ich spraw, za poduszczeniem pisowców. Widok gówniary Klepackiej obcałowywanej po rączkach przez niektórych wiekowych kombatantów akowskich honorujących ją jakimś wyróżnieniem, był doprawdy przykry, niesmaczny i upokarzający, także dla mnie, syna takowegoż kombatanta AK i powstańca warszawskiego.
*****
Kaczor już kuje żelazo póki gorące i już wzywa do gremialnego głosowania na PiS. Niestety, żywiona przez wielu z nas (w tym przeze mnie) teza, że PiS nie ma możliwości mobilizacji elektoratu poza owe 37 procent z wyborów 2015 okazała się, niestety, fałszywa. Dlatego co do wyniku wyborów październikowych jestem pesymistą.
*****
Mnie osobiście upały służą, a energia solarna świetnie na mnie działa, ale nie na wszystkich. Marek Sawicki z PSL, były minister rolnictwa, człowiek którego mam za rozsądnego, bierze pod uwagę koalicję z PiS. Minie fala upałów, przyjdzie orzeźwienie.
*****
Ksiądz redaktor Henryk Zieliński snuł w telewizyjnym programie Karnowskich czarną wizję dla swojej Firmy w Polsce. „Dostaliśmy tylko odroczkę” – mówił. Podkreślił, że poparcie dla kościoła wynosi 40 procent czyli mniej niż dla PiS. Jeśli episkopat czegoś nie zrobi, padniemy – skarżył się. Partnerzy dyskusji nie oponowali.
*****
Dziwne, ale ministrowie rolnictwa są nieodporni na upały. Ardanowski Jan z rządu PiS chciał pozwolić na zabijanie i zjadanie bobrów. Powiada, że bobry zawierają afrodyzjaki. Był kiedyś w „New Yorker” rysunek przedstawiający zażywnego jegomościa za biurkiem. Na ścianie za jego głową oprawiony w ramkę napis: „Władza jest najlepszym afrodyzjakiem”. Na podłodze, zdjęty już ze ściany, oparty o nogę od biurka napis: „Myślenie ma kapitalną przyszłość”. „Czas na zmianę” – powiada siedzący za biurkiem do stojącego przed nim mężczyzny.