Pamięć i wdzięczność im się należy

Ci co rządzą, nie mają wstydu za grosz, posługują się przemocą. Obserwuję tę rzeczywistość uważnie i dochodzę do wniosku, że takiego kłamstwa jak teraz nigdy jeszcze nie było. Oni uważają, że jeśli wygrali wybory to ich to upoważnia do wszelkich łajdactw i kłamstw. To jest mentalność trudna do wyobrażenia w cywilizowanym świecie – z Andrzejem Bychowskim, emerytowanym satyrykiem, aktorem i parodystą rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Panie Andrzeju, mieliśmy maj, niedawno, 8 i 9 maja minęła kolejna, 76 rocznica zakończenia II wojny światowej i domyślam się, że jak ma to Pan w zwyczaju, nie zapomniał Pan o żołnierzach radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w czasie ich wyzwalania…
Oczywiście, że nie zapomniałem, a ponure zdarzenie z końca 2019 roku, kiedy to brutalnie zniszczono cokół pomnika generała Zygmunta Berlinga, który wspólnie z nimi wyzwalał Warszawę, a którego pomnik stał przez dziesięciolecia nieopodal przyczółku czerniakowskiego, jeszcze bardziej umocnił mnie w postanowieniu corocznego, choćby nawet w pojedynkę, honorowania pamięci poległych żołnierzy radzieckich,w tym także poległych w walkach o Warszawę. Skądinąd, swego czasu zrobiłem to wspólnie z delegacją Lewicy, pod zniszczonym już pomnikiem. Dlatego co roku w maju składam kwiaty i zapalam znicze na ich grobach na cmentarzu przy Alei Żwirki i Wigury. Ale o miejscu, w którym stał ten barbarzyńsko zniszczony pomnik też pamiętam, choć właściwie nie ma już po nim śladu, bo najpierw zniszczono figurę, a później nawet cokół, którym na miarę skromnych możliwości się opiekowałem. Do tego te barbarzyńskie czyny, dokonane z naruszeniem prawa, pozostały bezkarne, mimo że powiadomiona o tym fakcie policja miała także dostęp do personaliów sprawców. Nie uczyniła nic, żeby im się dobrać do skóry. Wolała działać na rozkaz PiS, pałując i przetrzymując w komisariatach kobiety walczące na ulicach o swoje prawa. Nie mam słów na potępienie tego wszystkiego. A jednocześnie postawiono nie wiadomo ile pomników Jana Pawła II czy Kaczyńskiego. Tu w ogóle nie ma mowy o jakiejkolwiek historii, to jest czysta, kłamliwa propaganda. Ci co rządzą, nie mają wstydu za grosz, posługują się przemocą. Obserwuję tę rzeczywistość uważnie i dochodzę do wniosku, że takiego kłamstwa jak teraz nigdy jeszcze nie było. Oni uważają, że jeśli wygrali wybory to ich to upoważnia do wszelkich łajdactw i kłamstw. To jest mentalność trudna do wyobrażenia w cywilizowanym świecie. Normalnie to jest tak, że politycy u władzy kłamią ze świadomością, że robią coś niewłaściwego. Oni inaczej – oni uważają, że wygrane wybory upoważniają ich do wszystkiego i wszystko uzasadniają. Reprezentują mentalność trudną do wyobrażenia przez normalnego człowieka. To jest jakiś nawrót barbarzyństwa rodem jakby z najdawniejszych czasów, jakichś praktyk jakby rodem z ponurych baśni. Przyznam, że mimo upływu czau nie mogę oswoić się z ta rzeczywistością. Do tego ten kler, chciwy, chroniący pedofilów w sutannach, a jednocześnie bezwstydnie pouczający innych moralnie, który karmiony jest przez PiS pieniędzmi z naszych podatków. Normalnemu człowiekowi trudno się z tym wszystkim pogodzić, bo to się mieąci raczej w wyobraźni kabareciarza niż w normalnej przestrzeni życia. Szczęśliwie byłem człowiekiem estrady i kabaretu, więc jestem z tym jakoś oswojony. Ale w najśmielszych snach trudno mi było wyobrazić sobie, że to, co ja i moi koledzy wymyślamy dla potrzeby estrady, stanie się rzeczywistością.
Nie obawia się Pan posądzenia o bycie gloryfikatorem wojska systemu stalinowskiego?
A jeśli nawet ktoś by mnie oskarżył, to czy to zwalnia mnie z obowiązku okazania wdzięczności za to co widziałem, jako siedmioletni dzieciak, późnym latem 1944 roku i w 1945 roku? Przecież te setki młodych żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-1945 roku, to nie byli stalinowscy aparatczycy. Gdyby nie nadejście Armii Czerwonej, hitlerowscy bandyci z Wehrmachtu i SS wybiliby, choćby warszawiaków, do nogi. Rozważanie takich czy innych przewin Związku Radzieckiego wobec Polski jest bezprzedmiotowe w obliczu faktu, że to ostatecznie ten kraj zapobiegł ostatecznej eksterminacji Polaków w Generalnej Guberni. Po Żydach przyszłaby kolej na Polaków, ale wielu z nich, w tym rząd PiS, nie chcą tego uwzględnić nawet w swoim antyniemieckim zacietrzewieniu, bo ich zacietrzewienie, zaślepienie antyradzieckie jest nie mniejsze. Poza tym trzeba pamiętać, że Stalin jaki był taki był, aniołem na pewno nie był, ale przysporzył Polsce Ziem Zachodnich i Północnych, o których bez niego nawet nie moglibyśmy sobie w granicach Polski wyobrazić i jeździlibyśmy nad Bałtyk za granicę. Uwolnił nas natomiast od ziem wschodnich, które byłyby do dziś dla Polski obciążającym przekleństwem, miejscem dramatycznego, zapewne krwawego konfliktu narodowościowego. Te Kresy za którymi tak tęskniła część pokolenia moich rodziców, byłyby dziś dla Polski źródłem niewyobrażalnej tragedii i być może kolejnej wojny domowej. Jako przywódca ZSRR ofiarował nam też liczne dobra niezbędne do odbudowania Warszawy i kraju po wojnie, w tym Pałac Kultury i Nauki, który do dziś służy polskiej kulturze. Historia nigdy nie jest czarno-biała, więc i to trzeba docenić. Także w PRL było wiele rzeczy dobrych, nie wszystko oczywiście, ale został zohydzony ponad miarę. Nie można oceniać rzeczywistości w oderwaniu od kontekstu w którym się ona dokonuje.
Przeciwnicy honorowania pamięci żołnierzy radzieckich w Polsce powołują się na przykłady rabunków i gwałtów przez nich dokonywane…
Wojna rodzi takie zachowania zawsze, w każdej epoce i pod każdą szerokością geograficzną, tego typu ekscesy zdarzają się w każdej armii, polskiej i amerykańskiej nie wyłączając. Każda wojna ma swoje ponure prawa. W czasie okupacji mieszkałem w domu z ogrodem przy ulicy Dąbrowieckiej na Saskiej Kępie. Pamiętam, że gdy już po upadku powstania stacjonowali w naszym ogrodzie żołnierze radzieccy, jeden z nich zgwałcił miejscową dziewczynę, co widziałem do pewnego stopnia na własne oczy, został następnego dnia postawiony za ten czyn przed sądem polowym i rozstrzelany. Nie jest więc prawdą, że dowództwo radzieckie zachęcało do gwałtów czy rabunków, ale takimi drastycznymi metodami starało się je hamować. Pamiętam taka sytuacje, już okresu po wyzwoleniu, kiedy jakiś oficer radziecki stacjonujący u nas, zabrał mnie, chłopaczka, ze sobą w jakąś podróż służbową podczas której ostrzelali nas „bandyci wyklęci”. Tak przywitali swoich wyzwolicieli. Pamiętam jak kule świstały po samochodzie i krzyk kierowcy, „Andriej, kryj się!”.
Wracając do pamięci historycznej, szykują się kolejne akty barbarzyństwa, na przykład planowane jest usuwanie grobów komunistów z cmentarza komunalnego na Powązkach, w tym grobów Bolesława Bieruta czy Juliana Marchlewskiego. Zapowiedział to funkcjonariusz pisowskiej telewizji partyjne, dawnej TVP, Tadeusz Płużański. Co Pan na to?
Temu barbarzyństwu nie ma końca. To hańba, bo groby to pamięć historyczna, o którą pisowcy tak bardzo gardłują, ale interesuje ich tylko „ich prawda historyczna”, bardzo zniekształcona, taka którą pisze na ich zamówienie IPN, kosztowna i szkodliwa instytucja, która powinna zostać zlikwidowana. Potępiają komunistów, wśród których było wielu szlachetnych ludzi, a czczą jakichś pożal się Boże, „żołnierzy wyklętych”, których oddziały przesycone były bandytami, rabusiami i gwałcicielami, mordercami ludzi o lewicowych poglądach. Dziś pisowska władza zrobiła z nich głównych bohaterów narodowych, tak jakby innych nie było. Już nawet okupacyjna Armia Krajowa jest dla nich nieistotna, tylko ci „wyklęci”. W ogóle nie ma innych bohaterów narodowych, zniknęli wybitni ludzie Odrodzenia, Oświecenia, Pozytywizmu, na których pamięci wychowałem się ja i moje pokolenie w czasach szkolnych. Dlatego ja, póki będę mógł, będę dawał wyraz pamięci i szacunku tym, którym się to od nas należy.
Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Bychowski (ur. 1937 w Mińsku Mazowieckim) – dzieciństwo i młodość spędził w Bydgoszczy. Ukończył tamtejsze Liceum Kulturalno-Oświatowe. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie jako eksternista (1962). Karierę zawodową zaczynał w Estradzie Bydgoskiej i tamtejszej rozgłośni Polskiego Radia. Na antenie ogólnopolskiej zadebiutował w popularnym programie radiowym „Podwieczorek przy mikrofonie”. Od 1962 występował w warszawskim Teatrze Syrena, u boku m.in. Adolfa Dymszy i „Lopka Krukowskiego”. Występował z sukcesami na festiwalach piosenki polskiej w Opolu (1964 – nagroda publiczności). W 1965 wystąpił na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie. W latach 1957-1959 aktor-śpiewak Teatrów Dolnośląskich (Jelenia Góra-Wałbrzych). W latach 1965-1966 koncertował z zespołem Niebiesko-Czarni. Przez wiele lat odbywał podróże artystyczne do USA. Największą sławę zdobył jako wspaniały, bardzo muzykalny parodysta m.in. polskich i obcych piosenkarzy i … piosenkarek, głównie francuskich i włoskich. Przez wiele lat był najwybitniejszym polskim parodystą obok Bolesława Gromnickiego.

Fałszujemy historię i co nam zrobicie?

Coś jest nie tak z naszą pamięcią historyczną. Cyniczni politycy chcą nam namieszać w głowach. Rada Miejska Wrocławia uchwaliła, że w mieście powstanie pomnik żołnierzy wyklętych.

Wcześniej, już od 1990 roku zaczęto zacierać ślady dawnej historii. Zacierano wszystko. To co należało zatrzeć, ale też pamięć o wydarzeniach i ludziach, którzy pozytywnie zaważyli na historii miasta i regionu. Burzono buldożerami pomniki, rozbijano tablice pamiątkowe, znikali patroni ulic i placów. Historia miasta i regionu miała być napisana od nowa i jest teraz tak pisana. Liczne cmentarze poległych tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej i żołnierzy I i II Armii Wojska polskiego są wyrzutem obecnej władzy, bo pokazują, że było inaczej. Te cmentarze obecna władza najchętniej zaorałaby i postawiła tam pomniki swojej chorej czy urojonej rzeczywistości. Teraz w mieście są ulice, ronda, pomniki i tablice żołnierzy wyklętych. Bandytów zrównano z bohaterami i powiedziano obywatelom: oto wasza prawdziwa historia. Polskim żołnierzom II Wojny poświęcona jest tylko skromna tablica na placu Wolności. W czasie remontu placu rozbito ją i wyrzucono na śmietnik. Dzięki uporowi kombatantów odlano nową. Krew setek tysięcy poległych żołnierzy stała się nic nie warta. Jest wyrzutem sumienia obecnie rządzących. Bo żołnierze wykleci i ich polityczni mocodawcy nie chcieli ziem zachodnich. Teraz tutaj stawia się im pomniki. W więzieniu na ul. Kleczkowskiej zostało zamordowanych kilkuset żołnierzy podziemia. Są upamiętnieni na Cmentarzu Osobowickim. To tragiczne. Ale krew tych zamordowanych jest dzisiaj wielokrotnie wyżej wyceniana od krwi poległych setek tysięcy żołnierzy, dzięki którym tutaj jest teraz Polska. Taka to sprawiedliwość dziejowa. Nic jednak nie zmieni faktów historycznych, choćby nie wiem jak je zacierano oraz drukowano tysiące kłamliwych książek i stawiano setki pomników.

Mam nadzieję, że nie dożyję czasów kiedy młoda, zindoktrynowana osoba poprosi mnie abym opowiedział jak to żołnierze wyklęci wyzwalali Wrocław i Ziemie Zachodnie z rąk bolszewików, a dobrzy hitlerowcy im w tym pomagali. Piszę bzdury? Dzisiaj to jeszcze bzdury, ale co będzie za kilkanaście lat? IPN pracuje pełną parą. I może tylko po domach będą sobie opowiadać, że było inaczej. Mam nadzieję, że jednak tych czasów nie dożyję. Coraz więcej ludzi widzi, że coś jest nie tak, że ktoś nas okłamuje.
I na koniec. Nie chcę powrotu do czasów, kiedy fałszowano i kolorowano naszą historię na inną modłę, ale jednak nie aż tak jak dzisiaj. Ja chcę historii prawdziwej i szacunku dla bohaterów, dzięki którym tu żyję i te ziemie ciągną kraj do Europy. Pomnik żołnierzy wyklętych to wyraz pychy i zakłamania. Ci, którzy to robią, mówią nam: fałszujemy historię tych ziem i co nam zrobicie.

P.S. Ja głosowałem przeciw budowie pomnika.

O dwóch Iwanach

…co machają z oddali.

 

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść” – transparent z tym cytatem z Adama Asnyka powieszono na ogrodzeniu Placu Słowiańskiego w Legnicy w dniu, w którym odjechać miał stamtąd Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej. Chwilę później Młodzież Wszechpolska powiesiła obok swój baner: „Wczoraj Mała Moskwa, dziś Wielka Legnica”. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej.
– To był pomnik przeszłości naszego miasta. Przypominał o tych pięćdziesięciu latach historii, które jednym kojarzą się dobrze, innym gorzej, ale których nie da się przecież wymazać. Promował totalitaryzm? Że niby ktoś tutaj, w Legnicy, pokochał Stalina, bo patrzył na ten pomnik? Bądźmy poważni…
Pierwszą rozmówczynię namierzyłyśmy już w podróży. Przyjechała z nami z Wrocławia do Legnicy tym samym pociągiem. Pani Urszula ma na oko około 50 lat. Pamięta, jak Rosjanie na początku lat 90. zbierali manatki. Wieloletnie stosunki sąsiedzkie ocenia jednak jako dobre. Po jednej i drugiej stronie żyli ludzie, których los wrzucił do kotła z przegródką. Radzili sobie jak umieli.
Kwitł handel wymienny. Po „moskiewskiej” stronie można było dostać dobra deficytowe, takie jak pomarańcze i słodycze. Rosjanom natomiast brakowało alkoholu. Potrzeba chwili nakręcała przyjaźnie, a nawet miłości. Nasza rozmówczyni jako nastolatka sama podkochiwała się w jednym z mieszkańców Kwadratu, zamkniętej dzielnicy wojskowej, gdzie wstęp dawała tylko przepustka, ale jej uczucie pozostało platoniczne i niespełnione. Zna natomiast historie heroin mniej sławnych niż Nowikowa, które przechytrzyły władzę w grze o zakazaną miłość. Jej obecna sąsiadka, która zakochała się w Polaku, dostała 48 godzin na to, aby się spakować i wrócić do Rosji. Ocalił ją konsul, który wymyślił fortel godny doradcy Napoleona: wziąć ślub w dużej Moskwie, a potem wrócić do Małej!

 

67 lat Jana i Iwana

11 lutego 1951 roku, kiedy odsłaniano pomnik polsko-radzieckiego braterstwa broni w Legnicy, witało go 10 tysięcy mieszkańców „Stworzyłem grupę stojącą na cokole: żołnierza polskiego i radzieckiego jako towarzyszy broni i trudów walki o wspólną sprawę. Żołnierz radziecki jest przedstawicielem niezwyciężonej armii, stojącej na straży pokoju i bezpieczeństwa narodów. Dziecko, które żołnierz polski trzyma na swym ramieniu i które wsparło swoją rączkę o pewne ramię żołnierza radzieckiego, jest symbolem młodego pokolenia, które zostało uratowane od zagłady” – opowiadał o swoim dziele rzeźbiarz Józef Gazy. Ten sam Gazy, który stworzył stołecznych „Czterech śpiących”. Ci mieli mniej szczęścia od legnickich kolegów. Dzięki listowi otwartemu, podpisanemu m.in. przez Kazika Staszewskiego, Edwarda Dwurnika, Pawła Kukiza czy Marcina Mellera („nie czcijmy najeźdźców i gwałcicieli”), zasnęli na zawsze i nie wrócili już na Dworzec Wileński. 24 marca 2018, kiedy legnicki pomnik był demontowany i wywożony do magazynu, na placu Słowiańskim przed Starostwem Powiatowym stało około 50 osób. Tylko nieliczne przyszły tam świętować „upadek totalitarnego symbolu”. Większość zebranych, jak czytamy w lokalnym magazynie, czuła raczej, że odchodzi powszechnie rozpoznawany symbol miasta, pamiątka po szczególnej historii. Starsi widzieli w nim pomnik swojej młodości, młodsi czasem się z niego podśmiewali, żartując, że to metapomnik tęczowej rodziny z dzieckiem. Służył za miejsce spotkań („o 12.00 pod Peerelką”), stanowił atrakcję dla przyjezdnych, nowożeńcy chętnie robili sobie pod nim zdjęcia. Jan i Iwan od początku nie mieli na Placu Słowiańskim łatwego życia. Pięć lat po odsłonięciu próbowano pomnik zniszczyć. Po 1989 zdarzało się, że ozdabiały go napisy „Ruscy won”. W 2009 r. rada miejska przegłosowała uchwałę o przeniesieniu Iwanów na cmentarz wojskowy. Tadeusz Krzakowski, prezydent z SLD, nie chciał o tym słyszeć. Ale nie mógł zatykać uszu w nieskończoność. W 2014 w samorządowych w Legnicy wygrał PO-PiS. Pozycja Sojuszu osłabła. Rok później prezydent podjął decyzję o rewitalizacji placu, po której z miejsca pamięci miałby się stać terenem rekreacyjnym, gdzie można postawić scenę, wspólnie się bawić. Chciał jednak, aby w konkursie na nową koncepcję znalazły się też propozycje, gdzie pomnik zostanie zachowany. Reżyser Waldemar Krzystek, twórca „Małej Moskwy”, sugerował referendum miejskie. Wtedy w badaniach sondażowych więcej było już zwolenników zachowania pomnika. Ale to wszystko działo się jeszcze, zanim przegłosowano ustawę dekomunizacyjną, a IPN z fanatycznym zapałem zabrał się do jej wdrażania. Ostatecznie pod koniec marca 2018 dźwig zdolny podnieść 40 ton rozprawił się z Iwanami w ciągu godziny. Po kilku kolejnych dniach zniknął cokół. Dziś w centralnym miejscu placu zionie puste miejsce, widać na nim jeszcze ślady czerwonej farby, którą lokalne prawicowe bojówki traktowały go w ostatnich tygodniach przed wywózką.
– Owszem, działają tutaj skrajnie prawicowe grupy, raczej z młodszego pokolenia – mówi Arkadiusz Rodak, rzecznik prasowy Urzędu Miasta. – Dają o sobie znać, ale… – rzecznik szuka odpowiedniego słowa. Wiemy, co ma na myśli. Że są „nieszkodliwi”.
Ich głos rzeczywiście przepadł, kiedy dwa tygodnie po rozbiórce pomnika legniczanie z własnej inicjatywy postawili nowy monument, słuszny politycznie. Na przełomie marca i kwietnia zawiązała się konspiracja. W ramach akcji „Aktywna Legnica” zbudowali cokół z kartonowych pudełek i przymocowali doń wielką, żółtą, dmuchaną kaczkę. Stanęła pod osłoną nocy, podobnie jak sejmowy krzyż. „Chcemy, żeby wszyscy byli czyści, żeby dbali o higienę. Wygląda to tak, że jest duży czarny postument i na samym szczycie stoi dmuchana, żółta kaczka, która symbolizuje czystość. Bo jak wiadomo małe dzieci kąpią się z takimi żółtymi kaczuszkami” – brzmiało oficjalne uzasadnienie. „Pomnik Czystości Narodu” został jednak brutalnie usunięty przez służby mundurowe. Dwóch funkcjonariuszy policji nad ranem oddaliło się majestatycznie z dmuchaną kaczką i tekturowym cokołem pod pachą, budząc powszechną wesołość u obecnych na miejscu zbrodni mieszkańców wyprowadzających psy na pierwszy spacer oraz reporterów Radia Wrocław. Tymczasem w Urzędzie Miasta, usytuowanym tuż obok Placu Słowiańskiego, już latem i jesienią poprzedniego roku starano się uzyskać zgodę wojewody dolnośląskiego, by pomnik stanął na cmentarzu wojennym w obrębie wielkiej nekropolii komunalnej przy ul. Wrocławskiej. Żołnierze, którzy odnieśli zwycięstwo nad faszyzmem, stanęliby na tej samej ziemi, w której spoczywa ich 2800 towarzyszy (i towarzyszek) broni, poległych dosłownie w przededniu zwycięstwa, w 1945 r. Zdawałoby się, rozwiązanie logiczne, jasne i niekontrowersyjne.

 

Liegnitz, Legnica, Mała Moskwa

Zdobycie Legnicy 11 lutego 1945 na rozkaz Stalina zostało uczczone w dużej Moskwie dwudziestoma salwami artyleryjskimi z 224 dział. Trzy dni wcześniej front dotarł do wschodnich dzielnic miasta. Lokalna komórka NSDAP zbyt późno zdecydowała się na ewakuację ludności. Tempo, w jakim nadchodziły jednostki 3. Armii Pancernej Gwardii dowodzone przez płk. Pawła Rybałkę, zaskoczyło wszystkich. Do obrony miasta wyznaczono oddziały 17. Dywizji Piechoty i jednostki odwodowe.
9 luty był przełomowy. Wtedy na dworzec i transporty zaopatrzenia spadły bomby. 10 lutego ostatecznie padł Zamek, ostatni bastion Wehrmachtu, gdzie broniło się około 100 żołnierzy. Co ciekawe, lokalne źródła udostępnione przez pasjonatów podają, że „w wyniku samych działań wojennych substancja miasta nie ucierpiała wiele. Ucierpiał dworzec, ponadto w wyniku ostrzału artyleryjskiego zniszczeniu uległo, jak się szacuje, ok. 120 budynków oraz Zamek. Natomiast 848 obiektów zostało poważnie uszkodzonych. Na skutek bezmyślnych zachowań żołnierzy radzieckich pod koniec 1945 r. liczba całkowicie zniszczonych budynków wzrosła do 360, a uszkodzonych była większa o 80”. Te ekscesy w pierwszych miesiącach po wojnie potem wygasły. Już w latach 60., czytamy w opracowaniach i wspomnieniach, polskie władze miasta decydowały się na rozbiórkę zabytkowej zabudowy centrum. W tym samym czasie radzieccy oficerowie z zainteresowaniem, a czasem zachwytem patrzyli na poniemiecką architekturę: nie znali podobnej z rodzinnych stron. Tam nie widywali ani gotyckich i barokowych kościołów, ani renesansowych i eklektycznych kamienic i willi. Zanim 22 maja 1992 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie opcję zerową wycofania jednostek Armii Radzieckiej, stacjonował tu Sztab Główny Północnej Grupy Wojsk. Było to największe skupisko wojsk radzieckich w Polsce. „Mała Moskwa” zajęła jedną trzecią ówczesnego terenu miasta. Dlaczego Legnica? Przed wojną była drugim po Wrocławiu kluczowym miastem Dolnego Śląska. Miała dużą liczbę koszar, lotnisko, wielki szpital, była ważnym węzłem drogowym i kolejowym. No i, mimo wszystko, wyszła z wojny w zasadzie w świetnym stanie. W latach 1945–1947 żołnierze PGW wspólnie z saperami polskimi rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty, brali udział w wyremontowaniu odcinków linii kolejowych, odbudowywali mosty w całej Polsce.

 

Szacunek

Cmentarz komunalny w Legnicy, największa czynna nekropolia w mieście, położony jest przy Wrocławskiej 124. Do 1945 roku była to Neue Breslauer Straße. Na części kwater żydowskich Niemcy zrobili w 1938 r. cmentarz garnizonowy, a do lokalnego krematorium zwozili zwłoki z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Później karty historii odwróciły się. Po wysiedleniu ludności niemieckiej mieszkańcy w ramach zemsty dewastowali przedwojenne grobowce i płyty z napisami wyrytymi gotykiem. Cmentarna wojna do 1960 wymiotła praktycznie wszystkie niemieckie groby. Wiele płyt wykorzystano do budowy nowego ogrodzenia, tak, aby napisy skierowane były do wewnątrz i pozostawały praktycznie niewidoczne. Osobny cmentarz wojenny Armii Radzieckiej naprędce dobudowano w latach 50. – w przestrzeni pomiędzy „starą” i „nową” częścią cmentarza komunalnego. 6 listopada 1972 r. obok rzędów nagrobków dostawiono betonowy pomnik sławiący wschodnich towarzyszy broni, bohaterów walki z faszyzmem. Groby ustawione są w równych rzędach okalających alejkę wiodącą od monumentu. Na niektórych palą się znicze, leżą sztuczne czerwone goździki i maki. Miejscowi twierdzą, że wciąż bywają tu rodziny zmarłych. Za każdym razem, gdy przyjeżdżają z Rosji czy Białorusi, widzą odśnieżone, wymiecione alejki, czerwone światełka pod pomnikiem. Pokój zapanował również na żydowskiej części cmentarza, chociaż nie ma już w mieście czynnej synagogi, miejscowa gmina, reaktywowana po wojnie, przestała działać w 2016 r. Na akcję sprzątania nekropolii zapraszali miłośnicy lokalnej historii z portalu Liegnitz.pl razem z Urzędem Miasta. Pracowali uczniowie miejscowych szkół, wierni zielonoświątkowej wspólnoty Anastasis, ludzie dobrej woli, łącznie trzystu ochotników i ochotniczek. Nikt nie miał wątpliwości, że trzeba, bo historię się szanuje i przekazuje następnym pokoleniom. Ku refleksji i przestrodze. Z tą samą myślą swojego czasu postanowiono nazwać ulicę przylegającą do cmentarza Aleją Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA.

 

Niewolnica miłości

Kilka kroków od radzieckich kwater wojennych spoczywa Lidia Siergiejewna Nowikowa, legnicka Julia, „niewolnica miłości”, której historię nagłośnił Waldemar Krzystek w filmie „Mała Moskwa”. Mieszkańcy nie przestają się nią wzruszać, nawet jeśli prawda nie była aż tak poetycka, jak pokazano to na ekranie. Uświadomił nam to około 60-letni mężczyzna, paląc lampki na grobie Nowikowej, jedynym grobie z białego marmuru na legnickim cmentarzu. Ta biel kojarzy się z niewinnością, przypomina grób dziecka. Ukochanego dziecka – na płycie zawsze płoną znicze, stoją kwiaty. Nawet na planie cmentarza ten jeden nagrobek szczególnie wyróżniono.
Ludzie kochają tę opowieść, chociaż postać prawdziwego polskiego kochanka, sierżanta Edwarda Jońcy, nie była tak nieskazitelna jak sugerowałaby rola napisana dla Lesława Żurka. Miejscowi określali Jońcę raczej jako fircyka, etatowego Romea. Mówi się, że od początku nie był wobec swojej żony lojalny. Ponoć już goście weselni zauważyli, że źle się do niej odnosił. Historia o dziecku Polaka, które nosiła pod sercem zakochana Rosjanka, również okazała się tylko efektem inwencji reżysera. Dziecko, owszem, przyszło na świat – ale w małżeństwie Jońców. Polak nawiązał romans zaraz po narodzinach swojego syna. Dramat wyszedł na jaw dopiero po samobójczej śmierci pięknej i zdesperowanej Lidii Siergiejewny. Szczegółów nie znał nikt. Czy targnęła się na życie z bezsilności, czy była szantażowana przez zazdrosnego męża, może służby? Czy może kochanek, z którym ponoć widywała się w nocy nawet w piwnicach, powiedział, że nie widzi dla nich przyszłości? To wiedziała tylko ona. Powiesiła się na pasku z apaszki w Lasku Złotoryjskim. Jońca przyszedł na jej pogrzeb z bukietem białych róż. Później przeniesiono go do Wrocławia, w 1970 miał odejść ze służby. Nie wiadomo, co się z nim dalej działo, na jego temat krążą legendy. Jedni twierdzą, że zginął w wypadku, inni, że założył kolejną rodzinę i wyjechał z Dolnego Śląska. Bo pierwsza żona rozwiodła się z nim zaraz po pogrzebie Nowikowej. Została w Legnicy, gdzie pracowała jako nauczycielka w technikum elektronicznym. Parę lat temu za dorosłym już synem wyemigrowała do Kanady.
Nasz rozmówca nie spieszył się, opowiadał nam miłosną historię miejskiej heroiny, chociaż w międzyczasie zaczął padać deszcz. Chętnie odniósł się też do sprawy Iwanów.
– To taka sama wizytówka miasta, jak ona – wskazał na grób zakochanej, którą z wybrankiem rozdzieliła dopiero śmierć. Był pewien, że pomnik po demontażu natychmiast trafi na cmentarz wojenny, przecież w latach 90. tak właśnie postąpiono z radzieckimi pomnikami w kilkunastu miastach. Dziwił się, kiedy opowiedziałyśmy, czego dowiedziałyśmy się w Urzędzie Miasta od energicznej i konkretnej pani wiceprezydent Jadwigi Zienkiewicz.
Urząd Miasta w Legnicy otrzymał od wojewody dolnośląskiego pismo z odmową zgody na przeniesienie pomnika i pouczeniem, że „cmentarz nie służy do składowania obiektów propagandowych”. Tak orzekł – nietrudno zgadnąć – IPN. Wykonawcy polityki historycznej pouczają również, że cmentarz jest przestrzenią upamiętniania osób, które na nim spoczywają, tylko i wyłącznie ich – a więc uniwersalny pomnik żołnierzy nie może stanąć obok grobów czerwonoarmistów, którzy mają imiona i nazwiska (niektórych zresztą nie ustalono). W kolejnym liście, jaki oglądamy w Urzędzie, Instytut poucza jeszcze, że cmentarze nie powinny być narzędziem politycznych rozgrywek. Razem z mieszkańcem Legnicy, któremu trudno kulturalnie skomentować „wyczyny” IPN, poszliśmy w kierunku przyklejonych do radzieckiej nekropolii terenów zielonych. To tu ma powstać lapidarium, oficjalnie podległe Muzeum Miedzi w Legnicy. Obok eksponowanych pomników, bo znajdzie się miejsce i dla Iwanów, i dla popiersia marszałka Rokossowskiego, zdekomunizowanego już na początku lat 90., staną tablice informacyjne. Wszystko będzie zgodnie z ustawą, podkreśla wiceprezydent Zienkiewicz, bo zezwala ona na wystawianie pomników w celach informacyjnych, artystycznych, naukowych. Sam wojewoda dolnośląski wspomina w kolejnym liście o takiej ewentualności. Jakby się domyślał, że Legnica to jedno z tych miejsc, gdzie wola obrony lokalnej pamięci będzie zbyt silna, by pokornie pogodzić się z narzucaniem „dobrych zmian”. I gdzie sukcesy odnosi zmysł organizacji i zagospodarowywania, nie zacietrzewienie.

 

Przeobrażenie

Rosjanie wyjeżdżali stąd w 1991 r. w pośpiechu.
– Dotarło do mnie, że nie będzie już drugiej Legnicy. Ta oczekiwana wtedy sytuacja nagle uświadomiła mi, że jest to wielka zmiana nie tylko w sytuacji kraju, ale także każdej miejscowości, która „gościła” wojska radzieckie. Wtedy uświadomiłem sobie, że nagle oblicze miasta zmieni się zasadniczo. Znikną z ulic radzieckie patrole i ciężarówki, ucichnie lotnisko. Pojawił się żal, gdzie później opowiemy nasze najsłynniejsze dowcipy tamtych czasów: że Legnica z lotu ptaka wygląda jak miska pierogów, połowa ruskich, połowa leniwych, a drugi – opowiadany przy każdej przebudowie drogi czy wodociągu – badają, jak głęboko Rosjanie się zakorzenili. Pomyślałem wówczas, że trzeba tę drugą, nieznaną nam Legnicę zachować dla historii – wspomina decyzję „o wyjściu” fotograf Franciszek Grzywacz w rozmowie z WP. Jako jedyny Polak otrzymał zezwolenie na fotografowanie radzieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w Legnicy.
– Do tego czasu można było tylko fotografować pojazdy i przemarsze oddziałów radzieckich na terenie miasta. Zwróciłem się do Dowództwa PGW z prośbą o umożliwienie mi wykonania fotografii. Niestety, mimo wielu prób, nie uzyskałem zgody. Dopiero pół roku później, gdy zmarł nagle w Moskwie przedostatni dowódca PGW gen. Wiktor Dubynin, otrzymałem telefon z biura prasowego PGW, że w legnickiej cerkwi prawosławnej odbędzie się uroczyste nabożeństwo żałobne za pamięć generała, w którym będę mógł uczestniczyć i zrobić zdjęcia. Na pytanie, czy pozwolą mi tam wejść, oficer odpowiedział przyjaźnie, że „z domu Bożego nikt nikogo nie wygoni”. Zdjęcia z tego nabożeństwa zostały oprawione w album i poprzez biuro prasowe dotarły do ostatniego dowódcy PGW gen. Leonida Kowaliowa, dzięki czemu otworzyły się przede mną wszystkie radzieckie drzwi koszar, klubów i mieszkań. Nigdy nie spytałem, dlaczego tylko ja dostałem zgodę na fotografie – wspomina. – W czasie, gdy fotografowałem, oni wszyscy mieli już świadomość nieuchronnego terminu wyjazdu wojsk radzieckich z Polski i pogodzili się z tym i chętnie pozowali do pamiątkowych zdjęć. Zobaczyłem codzienne, normalne życie po drugiej stronie radzieckiego muru dzielącego Legnicę na dwie części. Niewiele różniło się od moich wyobrażeń, a wszyscy Rosjanie byli bardzo przyjaźnie nastawieni do mojej fotograficznej misji. Miasto z dnia na dzień musiało podjąć wyzwanie zagospodarowania dziesiątków zabytkowych nieruchomości, budynków, ogrodów. Zrozumiałybyśmy, gdyby na miejscu okazało się, że nie dali rady. Ale pustymi oknami i tablicami, że obiekt grozi zawaleniem, grozi tylko jedna z willi, które mijamy w dzielnicy Tarninów, dawnym zamkniętym Kwadracie. Pozostałe domy żyją, mieszczą dziś urzędy, szkoły, galerie, inne są zamieszkane. W willi, którą niegdyś zajmował marszałek Rokossowski, mieści się luksusowy hotel o nazwie Rezydencja, grającej na fascynacji nieodległą przeszłością. Stamtąd już niedaleko do gmachu dowództwa Północnej Grupy Wojsk, obecnie ZUS. Korytarzami, po których wojskowi spieszyli na odprawy i narady, w tym na tę, podczas której zdecydowano o interwencji w Czechosłowacji w 1968 r., dziś chodzą interesanci: godziny przyjęć od wtorku do piątku od ósmej do piętnastej, w poniedziałki do osiemnastej. Orzecznictwo lekarskie – na lewo, sprawy emerytur, rent, kapitałów początkowych w skrzydle C. Tak samo w dawnych koszarach w innych częściach miasta: to dziś osiedla mieszkaniowe. W 1998 r. nowopowstała Wyższa Szkoła Zawodowa w Legnicy otrzymała od Skarbu Państwa działki wraz z budynkami wojskowymi. Najbardziej majestatyczny, największy budynek, dawny dom oficera z salą balową i kinem, dostał się diecezji legnickiej. Gen. Wiktor Dubynin, zanim opuścił Legnicę, z rozmachem przekazał go Kościołowi katolickiemu, w obecności delegacji władz miejscowych, na oczach mediów. I na wyrost, bo dysponentem majątku pozostawionego przez Północną Grupę Wojsk miało być państwo. Ale triumfującemu podczas transformacji ustrojowej Kościołowi żaden urzędnik nie śmiałby się sprzeciwić, a metropolita wrocławski Henryk Gulbinowicz nie pogardził prezentem.
W budynku, gdzie niegdyś uroczyście obchodzono rocznice rewolucji październikowej, dziś uczą się kandydaci do kapłaństwa, pracuje poradnia małżeńska. A przed budynkiem, na placu o dawno zdekomunizowanej nazwie, stanął pomnik zwieńczony wystrzeliwującym w niebo krzyżem. Na nim napis wspominający o walce z agresją ze wschodu.
Niby wszystko się zgadza, bo obelisk poświęcony jest księciu Henrykowi Pobożnemu, który w 1241 r. poległ pod Legnicą w przegranej bitwie z Mongołami. Jest na pomniku jego podobizna i to do jego walki odnosi się cytat z wypowiedzi Jana Pawła II. Ale jego wybór wydaje nam się stanowczo nieprzypadkowy. Za dobrze wiemy, jak ważne jest dla Kościoła zagospodarowywanie przestrzeni symbolicznej.

 

Polityka historyczna nie śpi

Tym bardziej, że rozsądek nie przestaje w Legnicy odnosić zwycięstw nad polityką historyczną. Oglądamy w ratuszu ulotki zapowiadające uroczyste obchody stulecia odzyskania niepodległości. Polegają na comiesięcznej weekendowej fecie: a to impreza w Zamku, to zwiedzanie katedry. Wszystko zanurzone w historii Dolnego Śląska, pełne odniesień do lokalności. Nie ma ani słowa o „faktycznym odzyskaniu niepodległości w 1989”.
Ale jest jeden lokalny Wyklęty, który atakuje już na dworcu kolejowym z plakatów sygnowanych znaczkami państwowych spółek. To wiceprezydent miasta Władysław Dybowski, adiutant Hallera, major NSZ. Lokalny Konrad Wallenrod (imię to nadał zresztą swojemu synowi). Po wojnie zapisał się do PPR. Swoje stanowisko w ratuszu miał wykorzystywać do działalności szpiegowskiej. W Legnicy pozyskał do współpracy dwóch radzieckich oficerów ze sztabu Północnej Grupy Wojsk. Zdobyte informacje przekazywał do krakowskiej komórki WiN, a ta wysyłała je do Londynu. Konrad Dybowski również działał w podziemnych strukturach w Krakowie. W 1946 wraz z ojcem został aresztowany, w 1947 obu skazano na śmierć. Spoczywają jednak nie w Legnicy, a na warszawskich Powązkach. A właściwie, jeśli trzymać się faktów, do tej pory nie wiadomo, gdzie spoczęli. Ciała majora nigdy nie odnaleziono, warszawska mogiła jest tylko symboliczna. Dekomunizacja Legnicy przyniosła mu jednak własną ulicę oraz patronat nad legnickim Klubem Gazety Polskiej, powiązanym z PiS.
Na ławeczkach koło Urzędu Miasta namierzamy dwóch typowych lobbystów wyklętości, starszego i młodszego. Noszą dumne koszulki Red is Bad i jeszcze dumniejsze srebrne łańcuchy – jeden na szyi, drugi na przegubie. Wyglądają, jakby ktoś zamówił ich z katalogu młodego prawicowca i postawił wprost na naszej drodze.
– Ruscy to okupanci – stwierdzają kategorycznie. – Tu jest polskie miasto.
Że bohaterowie to Wyklęci, wiadomo, wiedzą. Ale o tym, że mają swojego, tutejszego, już nie. Jednemu „coś się kojarzy”, ale „musiałby sprawdzić”. Widać nie czytają „Gazety Polskiej” wystarczająco uważnie.