A ja się nie ubezpieczę…

Chłopi nie ubezpieczają swych upraw i hodowli. Nauczyli się bowiem, że gdy wystąpi jakaś susza, powódź czy nieurodzaj, to państwo i tak ich wspomoże finansowo, nawet jeśli są nieubezpieczeni.
Okazuje się, że traci sens słynna wypowiedź Włodzimierza Cimoszewicza z 1997 r.: „Trzeba się ubezpieczać, a ta prawda ciągle jest mało powszechna”. Otóż, jak widać nie trzeba. W razie jakiejś klęski państwo zastąpi bowiem firmę ubezpieczeniową i zapłaci poszkodowanemu. Dla niego to lepiej, bo nie będzie musiał płacić składek.
Wprawdzie państwo, chcąc zachęcić chłopów do ubezpieczania się, dopłaca im do polis miliony złotych, żeby koszt ubzpieczeń nie był dla nich zbyt wysoki. To jednak nie pomaga. „Na niezawieranie umów wpływ ma m.in. udzielanie przez państwo bezpośredniej pomocy finansowej niezależnej od systemu ubezpieczeń” – stwierdza najnowszy raport Najwyższej Izby Kontroli.
Jak oblicza przykładowo NIK, pomoc wynikająca ze szkód spowodowanych niekorzystnymi zjawiskami klimatycznymi (głównie suszą) w latach 2017-2019 była wyższa o ponad 1,5 mld zł , niż łączna wysokość w tym samym okresie dopłat do składek ubezpieczeń w rolnictwie (które wynosiły 1,3 mld zł).
Pomoc państwa nie jest oczywiście jedyną przyczyną niechęci do ubezpieczania się. Duże znaczenia ma również to, że z formalnego punktu widzenia, niektóre ubezpieczenia rolnicze są przymusowe.
Obecnie producenci rolni mają obowiązek ubezpieczenia budynków wchodzących w skład gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych takich, jak np. huragan, powódź, podtopienia, grad, opady śniegu, deszcz nawalny itp. Muszą także mieć polisę OC – od odpowiedzialności cywilnej z tytułu prowadzenia gospodarstwa rolnego (dotyczy to również ubezpieczenia odpowiedzialności za szkody spowodowane przez zwierzęta gospodarskie).
Wreszcie, jeśli uzyskują płatności bezpośrednie z Unii Europejskiej, to muszą ubezpieczyć co najmniej 50 proc. powierzchni upraw rolnych (a państwo musi częściowo pokryć im koszt tych ubezpieczeń).
Obowiązek ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej jakoś przebija się do świadomości wiejskiej i nie budzi większych oporów. Można zrozumieć, że istnieje taka konieczność, skoro przecież wszyscy kierowcy muszą mieć polisę OC.
Inaczej wygląda sytuacja jeśli chodzi o obowiązek ubezpieczenia budynków należących do gospodarstwa rolnego od ognia i innych zdarzeń losowych (np. huragan, powódź, podtopienia, grad, opady śniegu, nawałnice). Rolnicy bardzo wstrzemięźliwie podchodzą do tego obowiązku, bo w Polsce jeśli coś jest obowiązkowe, to wykonuje się to niechętnie – a poza tym przecież wiedzą oni, że mieszkańcy miast nie muszą ubezpieczać swoich mieszkań czy domków letniskowych.
Za brak ubezpieczenia grozi kara finansowa. Bardzo rzadko wprawdzie wymierzana, bo nikomu się nie chce kontrolować, czy ktoś ubezpieczył swój budynek gospodarski czy nie (być może aktualny spis rolny dostarczy dokładniejszych danych o skali niewypełniania obowiązku ubezpieczeniowego).
Istotne jest jednak to, że jeśli rolnik dojdzie do wniosku, że jednak warto ubezpieczyć zabudowania i wreszcie wykupi polisę, to niemal na pewno będzie musiał zapłacić karę za brak ubezpieczenia w poprzednich latach. Zrozumiałe więc, że ktoś, kto do tej pory nie ubezpieczał swych budynków, woli nadal tego nie robić. A nuż nic się nie stanie i nie zdarzy się żadna klęska.
„Niewielu rolników decyduje się na zabezpieczenie upraw, mimo iż część z nich ma taki obowiązek. System ubezpieczeń nie spełnił oczekiwań zarówno ubezpieczających jak i ubezpieczycieli” – podkreśla raport NIK.
Państwo dopłaca coraz więcej do ubezpieczeń rolniczych. W 2017 r. rząd PiS podniósł procentowe stawki dopłat do składek ubezpieczeniowych. Wprowadzone zmiany miały zapewnić jak największej grupie producentów rolnych dostęp do ubezpieczeń upraw rolnych z maksymalną, aż 65 procentową wysokością dopłat z budżetu państwa. Guzik to pomogło.
Dopłaty do ubezpieczeń rolniczych stale rosną – a zdaniem NIK, cały obowiązkowy system ubezpieczenia upraw rolnych i zwierząt gospodarskich wspierany środkami publicznymi nadal jest mało efektywny i nie sprzyja stabilizacji produkcji rolnej.
Obecnie dopłaty państwa do ubezpieczeń rolniczych wynoszą około 8 mln zł rocznie. Pomimo stałego wzrostu wydatków budżetowych na te dopłaty, wciąż niewielki jest areał objęty ubezpieczeniem. Powierzchnia upraw rolnych objętych ubezpieczeniem wyniosła w 2017 r. ponad 3 272 tys. ha, a w 2018 r. 3 255,7 tys. ha. Stanowiło to zarówno w 2017 r i 2018 r. jedynie ponad 22 proc. całkowitej powierzchni użytków rolnych (14,6 mln ha) w Polsce.
Jak widać więc, pod panowaniem PiS powierzchnia ubezpieczonych użytków rolnych nie rośnie lecz spada. W 2013 r., za czasów rządów Platformy Obywatelskiej, ubezpieczony areał był większy i wynosił około 3,4 mln ha.
Jeśli chodzi o zwierzęta, to ubezpiecza się niemal wyłącznie drób – ale też coraz rzadziej. W 2017 r. ubezpieczeniem objęto 20 554 tys. sztuk zwierząt (w tym drobiu 20 494 tys. szt.), a w 2018 r. tylko 17 593 tys. szt. (w tym 17 530 tys. szt. drobiu). W porównaniu do pogłowia hodowanych zwierząt liczba tych ubezpieczonych jest niewielka. W przypadku, najliczniej ubezpieczonego, drobiu, to zaledwie ok. 9 proc. W przypadku świń i bydła są to niemal niezauważalne odsetki: 0,5 proc. dla trzody i 0,2 proc. dla krów. Nieco więcej jest, jeśli chodzi o owce.
Polscy rolnicy nie wywiązują się także z obowiązku ubezpieczania połowy swoich upraw w przypadku otrzymywania płatności bezpośrednich z UE. Z porównania liczby zawartych ubezpieczeń z liczbą udzielonych płatności bezpośrednich wynika, że obowiązek ubezpieczeń co najmniej 50 proc. upraw realizowało w 2017 r. zaledwie ponad 15 proc. producentów rolnych, a w 2018 r. blisko 18 proc.
W przypadku braku takiego ubezpieczenia rolnicy powinni wnieść na rzecz gminy opłaty w wysokości 2 euro za 1 ha. Niemal w żadnych gminach te opłaty nie są ściągane.
„Finansowanie skutków niekorzystnych zjawisk atmosferycznych poza systemem ubezpieczenia, przy braku powszechności ubezpieczania upraw rolnych oraz przyznawanie pomocy, pomimo niewywiązywania się z tego obowiązku, spowodowało, że producenci rolni nie byli wystarczająco zainteresowani zawieraniem umów z ubezpieczycielami. Tym samym funkcjonujący system ubezpieczenia nie pełnił w wystarczający sposób roli ochronnej przed skutkami ryzyka w produkcji rolniczej” – konkluduje NIK.
W lutym 2017 r. w Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi powołał zespół ds. ubezpieczeń w rolnictwie. Jego zadaniem był przegląd funkcjonowania systemu ubezpieczeń upraw rolnych i zwierząt gospodarskich, a następnie przedstawienie opinii oraz opracowanie propozycji rozwiązań ulepszenia systemu.
W opinii zespołu, innymi niż pomoc państwa, czynnikami decydującymi o małej popularności ubezpieczeń, były: niska opłacalność produkcji w rolnictwie, brak obowiązku egzekwowania ubezpieczeń przymusowych, skomplikowana procedura likwidacji szkód.
Co ważne, zespół zwrócił uwagę, że jednym z niezbędnych warunków większej powszechności ubezpieczeń jest prowadzenie rachunkowości w gospodarstwach rolnych. Brak takiej rachunkowości w Polsce – poza niektórymi grupami gospodarstw prowadzących wyspecjalizowaną produkcję – praktycznie uniemożliwia wprowadzenie racjonalnego systemu ubezpieczeniowego, którego podstawą byłaby dochodowość gospodarstw.
Za tymi opiniami nie poszły jednak żadne prace zmierzające do wprowadzenia takiego systemu. Nowy model ubezpieczeń rolniczych ma zostać opracowany przez podmiot zewnętrzny. W marcu 2019 r. minister zawarł z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju umowę na realizację projektu pt.: „Ubezpieczenia gospodarcze w holistycznym zarządzaniu ryzykiem w rolnictwie zorientowanym na zrównoważenie, wdrażanie innowacji i technologii oraz przeciwdziałanie zmianom klimatu”.
Tytuł jest długi i niezrozumiały, więc oczywiste, że i prace nad stworzeniem nowego modelu ubezpieczeń rolniczych nie mogą być szybkie. Nie można powiedzieć, aby Narodowe Centrum Badań i Rozwoju działało ze zbytnim pośpiechem. Przewidywane zakończenie prac nad nowym systemem ubezpieczenia ma nastąpić dopiero pod koniec 2022 r, ale oczywiście termin może się opóźnić. Łączna wartość tego projektu została zaplanowana na ponad 1,6 mln zł, jednak najprawdopodobniej będzie to sporo drożej.
Najwyższa Izba Kontroli skierowała do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi wniosek – tyleż oczywiście słuszny, co i niekonkretny – o skuteczne doprowadzenie do utworzenia stabilnego systemu ubezpieczenia w rolnictwie i zwiększenia efektywności jego funkcjonowania. Święte słowa, z których nic nie wynika.

Gdy zwierzęta przeszkadzają ludziom

Wprowadzone w 2018 r przez PiS zmiany w prawie łowieckim nie wpłynęły na prawidłowość szacowania szkód oraz terminowe wypłacanie odszkodowań.

W ostatnich latach narasta problem szkód łowieckich. Odszkodowania, wypłacane rolnikom przez koła łowieckie są bowiem coraz większe. W roku gospodarczym 2017/2018 kwota wypłaconych odszkodowań wyniosła 90 850,3 tys. zł – o ponad 13,5 mln zł (18 proc. ) więcej niż w roku 2016/2017 oraz o prawie 17,5 mln (24 proc.) więcej w porównaniu z rokiem 2015/2016.
Wzrost tych sum możnaby uznać za zjawisko pozytywne, świadczące o odradzaniu się dzikiej przyrody w naszym kraju. Rzecz jednak w tym, że odszkodowania nierzadko są wypłacane nierzetelnie, po uważaniu, co ma miejsce zresztą po obu stronach. Zdarzają się więc odszkodowania zbyt wysokie, ale także i zaniżone.
Szkody łowieckie to – nie całkiem zgodnie z nazwą – nie tylko szkody wyrządzane przez myśliwych podczas polowań. To przede wszystkim straty gospodarcze powodowane przez dziko żyjącą zwierzynę: zniszczenia w uprawach, płodach rolnych czy hodowli.
Zgodnie z prawem odszkodowania za szkody łowieckie wypłaca Polski Związek Łowiecki (na terenie obwodów łowieckich) oraz Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe (poza tymi obwodami).
W roku 2018 za sprawą Prawa i Sprawiedliwości w ustawie prawo łowieckie wprowadzono zmiany, które miały zapewnić rzetelne i terminowe wypłacanie odszkodowań. W skład zespołów szacujących szkody zostali włączeni przedstawiciele gmin, możliwe stało się składanie odwołań do nadleśniczych. Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła działanie nowego systemu, badając okres pomiędzy 1 kwietnia 2017 r., a 31 sierpnia 2019 r. Okazało się, ze działa kiepsko.
„Wprowadzone zmiany w ustawie Prawo łowieckie niewiele zmieniły w kwestii szacowania szkód oraz terminowego wypłacania odszkodowań” – stwierdziła NIK w raporcie pokontrolnym.
Wyniki kontroli wskazują, że w kołach łowieckich, zamiast porządnego szacowania szkód, wysokość odszkodowań najczęściej ustalano w drodze porozumienia z rolnikami – czyli poza procedurami wskazanymi w prawie łowieckim. „Zawierając ugody, całkowicie lub częściowo pomijano procedurę szacowania szkód określoną w ustawie i przepisach wykonawczych” – podkreśla NIK.
Oznacza to, że nie zbierano danych dotyczących m. in.: powierzchni uszkodzonej, procentu zniszczenia uprawy, plonu z 1 ha. „Brak tych danych uniemożliwiał zweryfikowanie uzgodnionej kwoty do wysokości odszkodowania, która przysługiwałaby w przypadku zastosowania przepisów” – wskazuje Izba.
NIK zwraca też uwagę, że pomijanie przy szacowaniu szkody procedury określonej w Prawie łowieckim, oznacza niemożliwość weryfikacji, czy wysokość odszkodowania została ustalona rzetelnie i odpowiada poniesionym stratom.
W rezultacie, nadal może dochodzić do nieprawidłowości i nadużyć. Ponadto, odszkodowania wypłacane są nieterminowo, z opóźnieniami nawet ponad sześciomiesięcznymi. Być może liczba nieprawidłowości zmniejszy się dzięki temu, że wprowadzono możliwość składania odwołań od oględzin lub oszacowania szkód do nadleśniczych.
NIK skierowała do Ministra Środowiska wniosek o wprowadzenie do prawa łowieckiego sposobów ustalania i dokumentowania wysokości odszkodowania wypłacanego w wyniku ugody. Wydaje się jednak, że obecna sytuacja, gdy panuje tu dowolność i brak reguł, moze odpowiadać wielu zainteresowanym.
Przy okazji warto zauważyć, że odszkodowania przysługują za szkody wyrządzane nie przez wszystkie dzikie zwierzęta. Dotkliwe bywają niekiedy szkody powodowane przez zające (niszczące rośliny uprawne), lisy (drób), żurawie i wydry (ryby), a nawet nietoperze (budynki mieszkalne). W przypadku tych gatunków zwierząt (i wielu innych) odszkodowania nie przysługują. Jak wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich, powoduje to skargi rolników.
„Podczas spotkań regionalnych Rzecznika Praw Obywatelskich obywatele skarżyli się, że szkody wyrządzane przez zwierzęta podlegające ochronie są poważnym problemem społecznym” – stwierdza RPO.
Minister środowiska wydał 16 grudnia 2016 r. rozporządzenie określające dziko żyjące zwierzęta objęte ochroną. Objęło ono 592 gatunki zwierząt. „Prawo nie przewiduje możliwości odszkodowania za szkody wyrządzone przez te zwierzęta” – wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich.
Dlatego Rzecznik zwrócił się do ministra środowiska o „rozważenie działań” w celu wydania przez Radę Ministrów nowego rozporządzenia o gatunkach zwierząt chronionych wyrządzających szkody, za które odpowiadałby Skarb Państwa. Ze względu na fatalną sytuację budżetu państwa, trudno jednak oczekiwać, aby zostały podjęte jakiekolwiek działania, mogące rozszerzać odpowiedzialność Skarbu Państwa za te szkody.

Koronawirus a prywatne ZOO

Zoo Safari w Borysewie apeluje o wsparcie podczas pandemii. Na antenie TVN24 ukazał się nawet materiał z dramatycznym apelem właściciela obiektu. Przy tej okazji warto zapytać, co o prywatnych ogrodach zoologicznych sądzą specjaliści.

Prywatne ZOO Safari w Borysewie to chyba najpopularniejsze tego rodzaju miejsce w Polsce. Obiekt pod Aleksandrowem Łódzkim znany jest z tego, że ma u siebie białe lwy oraz tygrysy, które rozmnaża. Sukcesywnie się rozbudowuje. Jak podaje TVN24, zoo nie kwalifikuje się do pomocy w ramach rządowego pakietu gospodarczego, bo prowadzi działalność sezonową. A z powodu pandemii zabrakło odwiedzających. Trzeba było ograniczyć liczbę obecnych w ogrodzie pracowników. Właściciel zoo za pośrednictwem dziennikarzy prosi o wsparcie, a swój apel motywuje dobrem zwierząt.

– Im prędzej odejdziemy od tego typu rozrywek, tym lepiej dla zwierząt – mówi w rozmowie z „Vege” doktor Robert Maślak. – Projekt biznesowy pod nazwą prywatny ogród zoologiczny, w którym zwierzęta są środkiem do uzyskania pieniędzy, jest wyjątkowo podatny na wiele czynników, w których dobrostan zwierząt jest zagrożony. Niekoniecznie musi to być pandemia, wystarczy choroba czy problemy rodzinne właściciela lub dekoniunktura w gospodarce powodująca mniejszą frekwencję zwiedzających zoo. Właściciel powinien być przygotowany na takie sytuacje i mieć na uwadze dobro zwierząt. Patrząc jednak na zabiegi marketingowe, które w Borysewie z białych lwów i tygrysów uczyniły rzadkie i ważne w ochronie gatunkowej okazy, można mieć co do tego poważne wątpliwości. Ogrody będące własnością państwa są bardziej odporne na takie zdarzenia i mają zagwarantowane środki budżetowe. Te, które spełniają określone standardy, mogą być członkami międzynarodowych organizacji (jak np EAZA – przyp.red.), przez co uzyskują prawa do bezpłatnej wymiany zwierząt, programów hodowli zagrożonych gatunków i specjalistycznej wiedzy. Ogród w Borysewie jest po prostu kolejną menażerią, dużym gabinetem osobliwości na wolnym powietrzu.

Białe lwy i tygrysy są „specjalnością zakładu” borysewskiego zoo. Legendę o tym, że białe koty są osobnym, rzadkim gatunkiem oraz mity o tym, że są zagrożone i w związku z tym należy rozmnażać je w niewoli, rozwiewa również Maciej „Animalus” Bielak, specjalista od dzikich kotów:

Robert Maślak podziela tę opinię, potwierdza również, że chów wsobny takich zwierząt jest tak naprawdę praktyką nastawioną na zyski, usprawiedliwianą opowieściami o ochronie. Jest wręcz przeciwnie – jak twierdzi: chów wsobny może być niebezpieczny dla zdrowia tygrysów i lwów.

– Zwierzęta te, wbrew opiniom dyrekcji zoo i doniesieniom medialnym, rozmnażają się łatwo i nie mają wiele wspólnego z ochroną gatunków. W większości przypadków są rozmnażane w cyrkach lub trafiają do nich z prywatnych menażerii oraz w game reserve, będące w istocie parkami polowań, głównie w RPA, gdzie na dużych ogrodzonych przestrzeniach bogaci myśliwi mogą odstrzelić białego lwa. Europejskie Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych (EAZA) w 2018 wydało rekomendację wszystkim członkom, aby zakończyć hodowlę, a Amerykańskie Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych i Akwariów (AZA) w 2011 roku całkowicie zakazało swoim członkom rozmnażania białych lwów i tygrysów, gdyż chów wsobny stosowany, aby otrzymać barwne fenotypy, jest przyczyną poważnych problemów zdrowotnych, a nawet śmierci zwierząt. EAZA w 2013 roku wydała także opinię krytycznie odnoszącą się do hodowli wsobnej w celu zyskania nietypowych fenotypów uznając, że celowe praktyki hodowlane prowadzące do ekspresji rzadkich alleli recesywnych z punktu widzenia dobrostanu, edukacji, zarządzania populacją i ochrony są szkodliwe i niezgodne z Kodeksem Etyki tej organizacji. Hodowle takie nie mają żadnej wartości w ochronie gatunków – mówi Robert Maślak. – Gen powodujący białą barwę jednocześnie odpowiada za przebieg nerwu wzrokowego, co przyczynia się do problemów widzenia, ale też zniekształcenia kończyn, rozszczepu podniebienia, deformacji kręgosłupa, upośledzenia układu immunologicznego i wad wielu organów. Ich hodowla nie tylko nie ma żadnej wartości dla ochrony gatunków, ale jest też niehumanitarna. Tygrysy te są nadal często trzymane w przydrożnych zoo w USA nie mających akredytacji AZA. Zatem, jeśli uznajemy, że rolą ogrodów zoologicznych jest ochrona i edukacja, to zoo w Borysewie tej roli nie spełnia. William Conway, szef Nowojorskiego Towarzystwa Zoologicznego powiedział przed laty, że „nie jest rolą zoo pokazywanie dwugłowych cieląt i białych tygrysów”.

Dramat koni w czasach zarazy

O ile koronawirus nie zagraża zdrowiu i życiu zwierząt bezpośrednio –pośrednio jego skutki mogą być dla koni dramatyczne. Domy adopcyjne zaczynają oddawać fundacjom konie, a firmy wycofują wsparcie finansowe –alarmuje Fundacja Viva!, utrzymująca w swoich stajniach kilkadziesiąt uratowanych koni. Kończą się zapasy siana, leków i suplementów dla chorych i starych zwierząt, a na zakup kolejnych Fundacja nie ma środków.

W stajniach Fundacji Viva! mieszka obecnie 78 koni, w domach adopcyjnych pozostaje 155 koni uratowanych przez organizację. Konie przebywające w fundacyjnych stajniach to zwierzęta w najtrudniejszej sytuacji – stare, schorowane, „nieadopcyjne” z wielu powodów. Wymagające szczególnej opieki, kosztownego leczenia, wyjątkowych warunków.

– Nigdy nie podejrzewaliśmy, że przyjdzie czas, kiedy będziemy musieli przyznać, że sytuacja naszych zwierząt jest dramatyczna… – mówi Ilona Dąbrowska, koordynatorka akcji Ratuj Konie Fundacji Viva! – Jednak ten czas właśnie nadszedł, a koronawirus pośrednio zagroził naszym zwierzętom. Domy adopcyjne zaczęły zwracać do fundacji konie, które są przecież dużo droższe w utrzymaniu od psów czy kotów. Dodatkowo firmy tnąc koszty wycofują swoje wsparcie finansowe dla fundacji – tłumaczy.
Fundacja Viva! już teraz ma problemy z zaopatrzeniem. Jednym z powodów jest izolacja części rolników – ci pozamykali gospodarstwa i nie chcą mieć kontaktu z obcymi, a więc również nie sprzedają siana. Natomiast ci rolnicy, którzy wciąż je sprzedają, podnieśli ceny ze 100 na 180 zł za balot. Drugim problemem, znacznie poważniejszym, jest wycofywanie stałych dotacji przez firmy od lat sponsorujące utrzymywanie zwierząt. – Te dotacje były dla nas stałym, pewnym, comiesięcznym zastrzykiem gotówki, który dawał nam bezpieczeństwo finansowe w utrzymaniu uratowanych przez nas zwierząt – mówi Cezary Wyszyński, prezes Fundacji Viva! – Dodatkowo termin rozliczenia PIT przesunięto z końca kwietnia na koniec czerwca. Dla nas to sytuacja dramatyczna, bo utrzymujemy zwierzęta tylko z datków i 1% podatku, którego przekazanie opóźni się o około 2 miesiące. W związku z tym musimy tak gospodarować tym, co mamy, żeby starczyło na 2 dodatkowe miesiące, co przy kilku tysiącach wszystkich zwierząt różnych gatunków, będących pod naszą opieką, nie jest łatwe – dodaje.
Część z koni, będących pod opieką fundacji, zostało odebranych interwencyjnie, bo ich życie i zdrowie było zagrożone. Teraz, w związku z kryzysem wywołanym pandemią, konie są ponownie w dramatycznej sytuacji. Konieczna epidemicznie izolacja może potrwać jeszcze kilka, a nawet kilkanaście tygodni, a co za tym idzie – problemy z utrzymaniem zwierząt będą coraz większe.

Dzienne wyżywienie 1 konia to koszt 12 zł. Ale już w przypadku 8 fundacyjnych koni na specjalnych dietach to kwota 22 zł dziennie. W stajniach Fundacji Viva! mieszka obecnie 78 koni, co oznacza, że każdego dnia na samo ich wyżywienie potrzeba około 1016 zł. Miesięcznie na samo wyżywienie koni fundacja wydaje zawrotną kwotę prawie 30 000 zł.
Do tego dochodzą szczepienia, regularna korekcja kopyt, suplementy i leki, które stale podajemy chorym koniom. – Niestety większość naszych koni choruje – mówi Ilona Dąbrowska – Już w chwili interwencji lub wykupu zwykle były one w nienajlepszym stanie, często z powodu swojego wieku lub wcześniejszych warunków życia. Do tego dochodzą nagłe przypadki, które generują wysokie koszty leczenia weterynaryjnego – tłumaczy. Dziś Fundacja ma do odbioru z kliniki weterynaryjnej dwa konie po operacjach – faktury opiewają na 8 000 zł. Dodatkowo ostatnie wizyty lekarza weterynarii u koni w fundacyjnych stajniach to kolejne 4 000 zł. Koszt jednej wizyty waha się od 200 do nawet 1500 zł, w zależności od schorzenia i wykonanych badań diagnostycznych, podanych leków, wykonanych zabiegów. W Fundacji Viva! już teraz brakuje leków, suplementów i paszy dla staruszków, które nie mają zębów i nie przeżuwają siana.
Dodatkowo domy adopcyjne zaczęły zwracać nam adoptowane konie. – W ciągu tygodnia już 5 koni wróciło do naszych fundacyjnych stajni – mówi Cezary Wyszyński – Zgodnie z umową adopcyjną rodzina adopcyjna może w trudnej sytuacji zwrócić konie do fundacji. Jest to dramatyczna decyzja, zarówno dla zwierząt, opiekunów, jak i dla nas. Musieliśmy je przyjąć, to nie podlegało dyskusji – dodaje. W domach adopcyjnych przebywa jeszcze 155 koni Fundacji Viva! Aktywiści mają nadzieję, że tak pozostanie, ale nie można wykluczyć, że zwrotów z adopcji będzie więcej.

Fundacja Viva! prosi o pomoc w utrzymaniu uratowanych koni – 100 000 zł pozwoli zabezpieczyć zwierzęta w ciągu najbliższych, zapewne najtrudniejszych 3 miesięcy: https://pomagam.pl/uratujkonie

Na pomoc psim bezdomniakom

To piękny i wzruszający kalendarz. Przedstawia dwanaście „słodziaków”, uroczych kundelków, głównie staruszków, podopiecznych Magdy Stojek z Rytlowa, Ważniejszy od urody tego kalendarza jest jednak szlachetny cel, dla jakiego powstał.
O tych i innych psach, podopiecznych Magdy mówią „bezdomniaki”. I tak jest, bo choć w Rytlowie znalazły serdecznie schronienie, to przecież zawsze dla psa najlepszy jest kochajmy dom. Poza tym w przytulisku Magdy przebywają psy stare i schorowane, którym znacznie trudniej niż szczeniakom i młodym psom znaleźć dom.
W pomoc schronisku zaangażował się Teatr Nowy w Krakowie i jego dyrektor Tomasz Kirończuk. Przygotowali kalendarz, w których każda z dwunastu fotografii psich mieszkańców Rytlowa opatrzona jest wierszem o psiej tematyce. Swoje nowe wiersze ofiarowali twórcom kalendarza, m.in. Ryszard Krynicki, Krzysztof Siwczyk, Leonard Neuger, Jarosław Mikołajewski, Joanna Oparek, a limeryk Michał Rusinek. Kalendarz spotkał się z ponadplanowym zainteresowaniem, więc planowany jest dodruk. Zebrano już ponad trzydzieści tysięcy złotych, a za zebrane pieniądze powstanie dom dla starych psów. Inicjatorzy przedsięwzięcia apelują zarówno o datki finansowe, m.in. poprzez zamówienie kalendarza, jak i rzeczowe w postaci m.in. desek, siatek i innych elementów ogrodzenia.
Aby nabyć psi kalendarz poetycki należy wpłacić 33 zł. 33 grosze na konto Stowarzyszenia Nadzieja na Dom. Numer konta: 56 1600 1462 1019 8821 7000 0002 z dopiskiem: „darowizna dla Rytlowa 2020”.
Dochód ze sprzedaży kalendarzy w całości przeznaczony jest na przytulisko dla psich staruszków i jego wyposażenie.
Adres dla przesłania kalendarza należy przesłać na adres mailowy:
psikalendarz@gmail.com , o ile to możliwe wraz z potwierdzeniem przelewu.
Telefon do pani Magdy Stojek: 535 815 820.
Adres mailowy przytuliska w Rytlowie: www.psypanimagdy.pl
Na facebooku przytulisko używa nazwy: bezdomniaki z Rytlowa. Zachęcamy wszystkich do adopcji piesków z Rytlowa.

Prawa zwierząt zagrożone

Projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt przedstawiony przez parlamentarny zespół dąży do ograniczenia praw prozwierzęcych organizacji pozarządowych. Te biją na alarm: sugerowane zmiany są po prostu szkodliwe.

Poseł Jarosław Sachajko pierwszy raz o pomyśle wprowadzenia zmian w ustawie o ochronie zwierząt wspomniał w lipcu 2019 r. w rozmowie z Ewą Zajączkowską, pracownicą hodowcy norek Szczepana Wójcika i publicystką prawicowych mediów. Kiedy z ramienia Koalicji Polskiej dostał się do sejmu, utworzył Parlamentarny Zespół ds. Ochrony Zwierząt, Praw Właścicieli Zwierząt oraz Rozwoju Polskiego Rolnictwa, należą do niego posłowie i posłanki koalicji PSL/Kukiz’15 i PiS, dwie posłanki Lewicy oraz trzech posłów Konfederacji. Właśnie ten zespół opracował lex Sachajko – projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt.
Dziś można interweniować…
W obecnym kształcie ustawa o ochronie zwierząt z dnia 21 sierpnia 1997 r. daje organizacjom działającym na rzecz ochrony zwierząt prawo do odebrania zwierzęcia w trybie interwencyjnym bez udziału Powiatowego Inspektoratu Weterynarii. Jest to możliwe, kiedy stan zwierzęcia wymaga udzielenia natychmiastowej pomocy – zwierzę jest ranne, skrajnie zaniedbane, cierpi w sposób ewidentny dla osoby nieposiadającej wiedzy specjalistycznej. Formalności, takie jak zgłoszenie faktu odebrania zwierzęcia PIW i władzom lokalnym, załatwiane są w następnej kolejności, kiedy zwierzę jest już bezpieczne i znajduje się pod opieką lekarza weterynarii. Koszty przewozu zwierzęcia do lecznicy i leczenia ponosi dotychczasowy “opiekun”.
Jak będzie po nowelizacji? Osoby reprezentujące NGO działającą na rzecz praw zwierząt straciłyby możliwość samodzielnego, interwencyjnego odbioru cierpiącego zwierzęcia. Byłyby zobowiązane do powiadomienia PIW i policji oraz oczekiwania poza terenem, na którym znajduje się zwierzę, na przyjazd urzędników. Powiatowy lekarz weterynarii miałby ocenić stan zwierzęcia i podjąć decyzję, czy istnieją podstawy do jego odebrania. Problemów z takim rozwiązaniem jest kilka. Dwa podstawowe to czas oczekiwania na przyjazd służb i ograniczone godziny pracy Inspektoratu.
… i to się nie podoba
– Grupa interwencyjna naszej fundacji prowadzi interwencje zarówno w sprawach tak zwanych zwierząt domowych, takich jak psy i koty, jak i w sprawach zwierząt gospodarskich i hodowlanych. Jeżeli chodzi o interwencje na fermach futrzarskich i w pseudohodowlach psów, czasami czekamy na przyjazd PIW przez kilka godzin. Zdarzało się też, tak jak ostatnio w trakcie interwencji na fermie, że powiatowy lekarz weterynarii odmówił nam telefonicznie przyjazdu – – mówi Martyna Kozłowska z Fundacji Viva!. Pracownicy PIW, kiedy przyjeżdżają, często są tak zapracowani, że chcą jak najszybciej tę interwencję “odbębnić”. Przez nawał obowiązków nie mogą spędzić całego dnia na jednej fermie. Dodatkowo, Inspektorat pracuje w godzinach biurowych, najczęściej od 8 do 15. Jeśli dostajemy informację o zwierzęciu w ciężkim stanie i zjawiamy się na miejscu o godzinie 16, przed nami prawie doba oczekiwania na przyjazd urzędnika. Zwierzę może tego nie przeżyć – alarmuje aktywistka.
Proponowana zmiana nakładałaby również na urzędników i przedstawicieli organizacji obowiązek przewiezienia zwierzęcia do schroniska, nie do kliniki weterynaryjnej, gdzie mogłoby otrzymać natychmiastową pomoc.
PIW nie da rady?
Według raportu NIK z 2015 roku, kontrole na fermach przemysłowych, w tym fermach futrzarskich, nie były przeprowadzane właściwie. Na 61 ferm (20 trzody chlewnej, 21 drobiu, 20 zwierząt futerkowych) skontrolowanych przez inspekcję weterynaryjną, w 22 stwierdzono nieprawidłowości. Dotyczyły one głównie niewłaściwego stanu sanitarno-higienicznego, wątpliwości inspektorów wzbudził także sposób przechowywania zwłok zwierząt.
W kilku przypadkach inspekcja weterynaryjna odnotowała także brak właściwej opieki nad zwierzętami. Trzymano je w szkodliwych warunkach – np. świnie nie miały zapewnionej odpowiedniej powierzchni, wystarczającego oświetlenia, nie usuwano im odchodów i resztek pasz. W fermach drobiu z kolei kury były stłoczone w klatkach, a w fermach zwierząt futerkowych zbyt mała powierzchnia klatek powodowała uszkodzenia i urazy ciała.
– Do tej pory powiatowe inspektoraty weterynarii w całej Polsce są niedofinansowane. Nie mają środków, żeby zatrudnić odpowiednią liczbę inspektorów. Nakładanie na inspektorów kolejnych obowiązków to odrealniony pomysł, na którym najbardziej ucierpią zwierzęta. Spadnie też jakość rutynowych kontroli, która już obecnie budzi zastrzeżenia – uważa Martyna Kozłowska.
Viva to tylko jedna z organizacji podejmujących interwencje. Rocznie przeprowadza ich około 150, średnio trzy-cztery razy w tygodniu grupa interwencyjna podejmuje walkę o jakieś zwierzę. – Nasza grupa interwencyjna Viva Interwencja jest w tym całkiem skuteczna. Wprowadzenie przepisu, który zmusiłby nas do zdania się na przeładowanych obowiązkami inspektorów, z pewnością niekorzystnie wpłynęłoby na efektywność działań tej grupy – dodaje.
Podobne wnioski płyną z raportów dotyczących sytuacji na fermach futrzarskich w Polsce, opublikowanych przez Otwarte Klatki oraz interwencji przeprowadzonych przez Stowarzyszenie. – Mój rekord, jeśli chodzi o czekanie na PIW pod fermą, to 12 godzin. Zdarzało się, że inspektorzy odmawiali przyjazdu danego dnia i mówili, że z powodu innych obowiązków mogą zrobić kontrolę dopiero w ciągu kilku dni. Razem z grupą interwencyjną OK miałam też taki przypadek, że PIW zadeklarował przeprowadzenie kontroli nazajutrz po rozmowie z nami, po czym zadzwonił do hodowcy i uprzedził go o planowanej interwencji – mówi Bogna Witowska ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki. – Oddając sprawiedliwość inspektorom, ostatnio mieliśmy bardzo udaną współpracę z PIW-em z Legnicy. Inspektorzy bardzo nam pomogli przy interwencji i wzięli na siebie dużo formalności przy późniejszym kontakcie z gminą – dodaje.
Inspektoraty i niedostatki w ich funkcjonowaniu to jednak nie największy problem.
“Święte prawo własności”
Projekt nowelizacji ustawy omawiano na posiedzeniu parlamentarnego zespołu 10 stycznia. Obecni byli reprezentanci środowisk rolniczych i NGO. Jako strona społeczna pojawiły się na nim osoby, które zostały skazane prawomocnymi wyrokami sądowymi za znęcanie się nad zwierzętami.
Marian Sikora, przedstawiciel rolników i przewodniczący Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych wyraził przekonanie, że organizacje prozwierzęce odpowiedzialne są za wszystkie problemy branży rolniczej. Stwierdził, że za postulowanym przez NGO zakazem hodowli zwierząt futerkowych pójdą kolejne zakazy, podnoszące dobrostan, ale utrudniające produkcję zwierzęcą. Nie zawahał się określić działań obrońców zwierząt mianem “ekoterroryzmu”.
– To jest kuriozum. Mówimy cały czas o ustawie o ochronie zwierząt, nazwa wskazuje, że mamy zamiar zwierzęta chronić. Tymczasem, do głosu dopuszczane są osoby skazane za znęcanie nad zwierzętami i na spotkaniach rozmawiamy o tym, jak utrudnić organizacjom prozwierzęcym pomoc zwierzętom najbardziej potrzebującym. Wątpliwe jest, czy osoby z wyrokami powinny doradzać, jak zmienić prawo, na podstawie którego zostały prawomocnie skazane – komentuje Martyna Kozłowska.
W trakcie posiedzenia pojawiły się głosy, że odbieranie zwierząt to kradzież oraz insynuacje, że organizacje nie interweniują, gdy zwierzę jest bliskie śmierci, ale… wybierają ładne zwierzęta po to, żeby je sprzedać.
Takie stawianie sprawy przestaje dziwić, jeśli usytuować sprawę w kontekście obsesji na punkcie prawa własności, „tego, co moje i nikomu nic do tego”. W debatach dotyczących interwencji na rzecz zwierząt standardem już jest argument, że prawo własności należy rozumieć jako prawo człowieka. Co za tym idzie, interwencyjne odbieranie zwierząt rozumiane jest jako łamanie praw człowieka przynależnych hodowcom i “opiekunom” zwierząt. A gdzie prawa zwierząt, gdzie ich ochrona?
– Hodowcy mówią, że odbieramy im własność, jednak trzeba tu wziąć pod uwagę różnicę pojęć. My nie odbieramy im materialnej własności, tylko żywą istotę, która cierpi. Zwierzęta nie są własnością ludzi w taki sposób jak rzeczy, nie jest tak, że ktoś może z nimi zrobić co tylko chce – przypomina Martyna Kozłowska.
Działaczka nieustannie musi powtarzać, że budzący największą złość ustęp ustawy dotyczy tylko zwierząt, które potrzebują natychmiastowej pomocy. Nie ma mowy o wybieraniu sobie dowolnych zwierząt ani o zabieraniu wszystkich hurtem. Poza tym samo bezpośrednie odebranie zwierzęcia „opiekunowi” to zaledwie początek walki. Czasochłonnej i niewdzięcznej.
– Interwencja to jest leczenie, opieka w domach tymczasowych, to jest też chodzenie po sądach, czasem przez kilka lat. Czasem, gdy idziemy do sądu w sprawie zagłodzonego, katowanego psa, czy nieleczonego lisa, spotykamy opór na każdym etapie postępowania. Sugerowanie, że robimy to dla zysku jest absurdalne. Widzę, ile pracy mają pracownicy i wolontariusze z grupy, która tym się w naszej fundacji na co dzień zajmuje – podsumowuje.
22 stycznia posłowie Koalicji Polskiej, Kukiz i Kosiniak-Kamysz, wydali oświadczenie, w którym częściowo odcinają się od projektu ustawy. Oświadczyli, że “nie chcą ograniczać działania organizacji broniących praw zwierząt”.
Tylko co to znaczy? Według aktywistki Vivy! tak naprawdę nie wiadomo. „Nie chcemy ograniczać” to na pierwszy rzut oka krok do przodu, ale realnie może równie dobrze sugerować pozostawienie dotychczasowych regulacji, jak i nie pociągać za sobą żadnych zmian.

Zwierzęta odetchną z ulgą?

Można mieć nadzieję, że w jakiejś, nie nazbyt odległej przyszłości, żaby, wilki, wydry
a nawet jelenie zaczną bez niepotrzebnego stresu przekraczać polskie tory.

Obecnie trwa modernizacja linii kolejowej z Poznania do Szczecina. Państwowa firma PKP Polskie Linie Kolejowe zajmująca się infrastrukturą, obiecała, że wybuduje tam 85 przejść dla ssaków, gadów i płazów nad i pod tą linią. Dotychczas, tak jak na większości naszych szlaków kolejowych, nie ma tam bezkolizyjnych rozwiązań, pozwalających uniknąć pędzącego pociągu.
Kiedy to nastąpi? Nie wiadomo dokładnie, bo przezornie unika się podawania konkretnych terminów. Być może, jak dobrze pójdzie, już w 2021 r.
Jest to element prac na linii kolejowej Poznań – Szczecin, trwających już od paru lat. Modernizacja jest możliwa wyłącznie dzięki wsparciu unijnemu. Koszty zaplanowano na około 2,1 mld zł, a kwota dofinansowania przez Unię Europejską wynosi aż 1,8 mld zł. Efektem modernizacji będzie nieco krótszy czas przejazdu z Poznania do Szczecina. Pociągi pasażerskie pojadą z prędkością do 160 km/h, zwiększona zostanie też jej przepustowość.
Linia kolejowa z Poznania do Szczecina częściowo przebiega przez tereny leśne, więc jej sąsiadami są m.in. wilki, wydry, żółwie błotne, żmije zygzakowate. W ramach modernizacji wybudowany zostanie nowy duży wiadukt oraz 8 przepustów dla płazów.
Ponadto, dla potrzeb wędrówek zwierząt zostaną zmodernizowane istniejące obecnie wiadukty i tunele, tak by dawały im możliwość przejścia. W sumie będzie to 66 mostów, 6 wiaduktów i 13 przepustów.
Kolejowe mosty będą wyposażone w specjalne półki, które umożliwią zwierzętom pełzanie, skakanie lub dreptanie. PKP PLK obiecuje, że dzięki wspomnianym sześciu wiaduktom, tory dadzą się bezpiecznie pokonać sarnom, wilkom, dzikom czy lisom, a nawet i jeleniom.
Nie wiadomo jednak, co z jeszcze większymi zwierzętami: łosiami czy żubrami (a żyją one w tym regionie). Zwierzęta różnie radzą sobie z pokonywaniem torów. Linia kolejowa Poznań – Szczecin przebiega przez kilka obszarów Natura 2000. Prowadzone dotychczas badania terenowe z wykorzystaniem kamer i fotopułapek pozwoliły poznać zwyczaje zwierząt żyjących obok niej. Stado jeleni pozwala sobie na spacer w pobliżu linii kolejowej, jednak zachowuje ostrożność i nadsłuchuje czy nie przejeżdża pociąg. Ostrożność zachowują także łosie, szczególnie gdy prowadzą młode.
Natomiast wilki, po sprawdzeniu sytuacji i zorientowaniu się, że nie nadjeżdża pociąg, spokojnie przechodzą przez tory. Podobnie lisy i zające, które dość swobodnie czują się przy liniach kolejowych.
PKP PLK wymyśliły, że o nadjeżdżającym pociągu ostrzeże je dźwiękowe urządzenie w kształcie słupka, które ma odtwarzać specjalnie przygotowane ostrzegawcze głosy zwierząt. Żaby rzadko przeskakują przez torowisko. Podobnie jak żółwie, będą mogły korzystać ze specjalnie dostosowanych przepustów. Zaskrońce lubią wygrzewać się koło szyn, do czasu kiedy poczują drgania nadjeżdżającego pociągu. Wówczas odpełzają i znikają w otoczeniu. Nietoperze w dzień szukają schronienia w kolejowych mostach i przepustach, a nocą bez problemów przelatują ponad siecią trakcyjną.
Obiekty, pozwalające ssakom, płazom i gadom na swobodne wędrówki przez tereny kolejowe, już nie są ewenementem w naszym kraju. Od kilku lat zwierzęta korzystają z przejść m.in. na trasie Poznań – Wrocław, Warszawa – Kunowice czy Legnica – Zgorzelec. Do pełnienia roli takiego przejścia przystosowany został też most na Martwej Wiśle w Gdańsku.

Bohaterowie szerzej nieznani

W rocznicę Powstania Warszawskiego chciałabym oderwać się od historycznych dyskusji i ocen. Moje oczy tego dnia zwrócone są w stronę tych, którzy nie mieli wyboru: na najmłodszych uczestników powstania, do których bohaterstwo przyszło samo, nieproszone.

O dzieciach powstania pisze Monika Kowaleczko-Szumowska w książce „Fajna ferajna”.
Pozycja ta ukazała się wprawdzie już jakiś czas temu, w roku 2015, jest również dedykowana dzieciom w wieku szkolnym, jednak może stanowić wzruszającą lekcję historii dla czytelnika w każdym wieku.
To spisane w formie opowiadań wspomnienia tych uczestników powstania, którzy w momencie jego wybuchu mieli kilka lub kilkanaście lat.
Najmłodszy zmobilizowany powstaniec miał ich dziewięć. To Jurek. Po wojnie otworzył w stolicy zakład zegarmistrzowski.
Jego koledzy opisani w książce nie byli wiele starsi – 10-letni Mirek (uciekł z domu, aby zostać łącznikiem, tak bardzo zazdrościł swoim nastoletnim kolegom, że mogą walczyć). Hipek przeprowadzał ludzi przez kanały, Jaga cieszyła się, że nie musi iść do szkoły „bo jest powstanie”. Basia przygotowywała żonierzom lemoniadę, była z siebie niezwykle dumna. Halusia kochała swoje domowe psy i koty – razem z nimi wyjechała z Warszawy w bydlęcym wagonie, nie pozwoliła zostawić swoich pupili.
Bo warto wspomnieć, że w powstaniu ginęły również zwierzęta. Zginęli niemal wszyscy lokatorzy warszawskiego ZOO – większość przez bombardowanie miasta.
Niewdzięczny los czekał również zwierzęta domowe. Wzruszającą historię opowiedziała mediom nieżyjąca już aktorka Zofia Czerwińska. Jej ojciec przygarnął rannego wilczura, którego, jak się okazało, szukało później gestapo. Pies jednak tak bardzo przywiązał się do małej Zosi, że oddał za nią życie.
„Gdy wybuchło powstanie, strach było nawet wychodzić z domu”- wspominała aktorka. – „Wszędzie świszczały kule. Ale ja zawsze chodziłam przez podwórko po wodę do studni, więc i tego dnia też postanowiłam iść. Pies oczywiście ze mną. Łatwo można się domyślić, co się wydarzyło na podwórku. Nagle ten wielki wilczur rzucił się na mnie . A ja dopiero po chwili usłyszałam dziwny świst. Ten pies musiał być jednak szkolony i w ułamku sekundy potrafił zareagować. Ja tylko czułam, jak to jego serduszko przestaje bić”.

Mieć dobrą karmę

Nie trzeba jechać do Indii. Kupimy ją i u nas, choć może czasem trochę oszukaną.

Ponad połowa Polaków (52 proc.) ma zwierzę domowe. Wśród tych co je mają, przeważają właściciele psów (42 proc.) oraz kotów (26 proc.). Kilka procent posiada zarówno psa, jak i kota.

Wedle niezweryfikowanych danych, mieszkańcy naszego kraju wydają na jedzenie dla zwierząt około 2 miliardów złotych rocznie.

Wieprzowina rządzi

W trzecim kwartale 2018 roku Inspekcja Handlowa skontrolowała karmę dla zwierząt domowych. Sprawdziła zarówno jakość (badania laboratoryjne) jak i oznakowanie. Pracownicy Inspekcji Handlowej odwiedzili szereg sklepów, zarówno specjalistycznych, jak i należące do sieci handlowych. Skontrolowali 478 partii karmy dla zwierząt – dla psów, kotów, gryzoni, ptaków, ryb, królików i innych. Zastrzeżenia mieli do 90 partii. Do dokładnych badań laboratoryjnych skierowano 80 partii karmy, wyłącznie dla psów i kotów. Nieprawidłowości dotyczyły 22 z nich. Na ogół nie było w nich tego, co zapowiadało opakowanie.

Na przykład, w karmie dla psów zapowiadanej jako „wołowina z kurczakiem” nie było drobiu, była za to wieprzowina. Psu akurat wszystko jedno, ale właściciel mógłby mieć zastrzeżenia, bo jak miał być kurczak, powinien być kurczak.

W innym psim żarciu, przy deklarowanym składzie: wołowina 58 proc. i kurczak 7 proc., nie było ani jednego, ani drugiego. Była wyłącznie wieprzowina.

Podobnie zdarzało się i w przypadku kociego jadłospisu. Nie było brak drobiu w puszce „wołowina z kurczakiem” (zapowiadano 45 proc. wołowiny, 15 kurczaka). Zastąpiła go świnina.

Natomiast w puszce zatytułowanej „wołowina” przy deklarowanym składzie 99 proc. wołowiny, nie było jej w ogóle. Stwierdzono natomiast obecność wieprzowiny. Tu przy okazji zdarzył się przekręt cenowy, bo wieprzowina jest tańsza od wołowiny.

Raz za dużo, raz za mało

Inne wady to zawyżona zawartość tłuszczu, nadmierna wilgotność karmy suchej, za mało białka (według deklaracji miało być 10 proc., a było 5,2 proc.).

Dobrze natomiast, ze producenci nie oszukiwali na wadze. Nie trafił się ani jeden przypadek, by opakowanie zawierało mniej jedzenia, niż to napisano.

Okazało się też, że i wołowina, i wieprzowina używana do kociego oraz psiego żarcia, nie należy do mięsa pierwszej klasy. To nie szynki czy polędwice, lecz płuca, wątroba, nerki, serce, wymiona, ogony itd.

Urząd Ochrony Konkurencji I Konsumentów radzi, by przy zakupie jedzenia dla zwierząt zwracać uwagę, czy producent podał procentową zawartość poszczególnych składników. Rada wydaje się bez sensu, bo niezależnie od tego jakie proporcje podano, kupujący nie będzie przecież w stanie tego sprawdzić. Wypada się więc domyślać, że może chodzić o to, iż producent, który na opakowaniu nie podaje składu procentowego żarcia, generalnie nie jest godny zaufania – a więc nie należy kupować jego wyrobów.

Zaskakujący protest obrońców zwierząt

W zeszłą niedzielę odbył się największy do tej pory happening zorganizowany przez Stowarzyszenie Otwarte Klatki. Ponad 50 aktywistów zgromadziło się na Rynku w Krakowie, trzymając na poduszkach martwe kurze pisklęta. Celem wydarzenia było zwrócenie uwagi na warunki życia kur hodowanych na mięso.
Według danych Komisji Europejskiej Polska jest największym producentem drobiu w Europie – każdego roku zabijanych jest w kraju ponad miliard kurczaków, a zdecydowana większość z nich (98%) hodowana jest na największych fermach przemysłowych.
Niedzielny happening był częścią kampanii “Frankenkurczak”, w ramach której aktywiści Otwartych Klatek dążą do poprawy dobrostanu tzw. brojlerów, czyli kur mięsnych. Jak podkreślają, nazwa nie bez powodu odwołuje się do słynnej powieści o naukowcu i stworzonym przez niego monstrum.
– Współczesne brojlery to efekt wieloletnich eksperymentów, których celem było stworzenie rasy rosnącej jak najszybciej i do możliwie największych rozmiarów. Obecnie tempo to jest tak duże, że gdyby porównać to do rozwoju człowieka, 5-letnie dziecko ważyłoby 150 kg – mówi Marta Cendrowicz, dyrektorka ds. kampanii biznesowych Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Słabsze kurczęta, takie jak te, które zobaczyć można było na happeningu, stają się w hodowli odpadami. Silniejsze spędzają swoje krótkie życie w niewyobrażalnym cierpieniu – dodaje.
Pisklę brojlera tuż po wykluciu waży zaledwie 42 gramy, a intensywny proces hodowli zajmuje około 6 tygodni. Na fermach panuje bardzo duże zagęszczenie – na każdego ptaka przypada powierzchnia wielkości kartki A4. Szybki przyrost masy prowadzi do licznych chorób metabolicznych, układu krążania, a także deformacji i kalectwa – organizmy ptaków nie są w stanie wytrzymać tak nienaturalnie dużego tempa wzrostu. Zwierzęta nie są w stanie zaspokajać podstawowych potrzeb gatunkowych, takich jak dziobanie, czy grzebanie w ziemi, nie mają również dostępu do naturalnego światła, czy świeżego powietrza.
– Jak pokazują badania, Polacy nie są obojętni na los brojlerów. Według najnowszego raportu organizacji Eurogroup for Animals aż 93% społeczeństwa chce poprawy życia kurczaków hodowanych na mięso. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby do tego doprowadzić – podsumowuje Marta Cendrowicz.
Kampania “Frankenkurczak” rozpoczęła się w zeszłym roku. Poza stworzeniem dedykowanej akcji petycji i prowadzeniem działań edukacyjnych, aktywiści opublikowali wyniki śledztwa zrealizowanego ukrytą kamerą przez pracownika jednej z ferm drobiu. Organizacja rozpoczęła również rozmowy z firmami, doprowadzając do podwyższenia norm dobrostanowych kurczaków, których wymagają od swoich dostawców IKEA, czy Sodexo.