Teraz albo nigdy

„Jeśli PiS jesienią wygra wybory, zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych…” – mówi dr hab. Marek Migalski, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – „Albo PiS zostanie odsunięty od władzy w 2019 roku, albo nigdy”.

JUSTYNA KOĆ: Od kilku dni trwają spekulacje, kto zajmie miejsca ministrów, którzy zdobyli mandat europosła. Do Brukseli odchodzą jedni z najpopularniejszych polityków partii rządzącej. Czy to były lokomotywy, czy Jarosław Kaczyński chciał się pozbyć najpopularniejszych polityków? Wiemy, że nie lubi, jak ktoś staje się zbyt popularny – casus zamiany Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego.
MAREK MIGALSKI: Myślę, że jednak chodziło o to, aby popularni politycy ciągnęli listy i zdobywali głosy. Te wybory zdecydowanie zbudowały Beatę Szydło, bo pokazała w nich, że jest bardzo popularnym politykiem obozu władzy. Gdyby nie bardzo dobry wynik Patryka Jakiego, który zdobył ponad 200 tys. głosów, to prawdopodobnie Beata Szydło zdobyłaby nie ponad 500 tys., a 700 tys. głosów. Wyjazd może jej także pomóc z innego względu. Beata Szydło była ministrem ds. społecznych, który nic nie robił, i co gorsza – była odpytywana z tego nicnierobienia. W PE może zbudować sobie własne, nowe narzędzie, będzie miała do tego forum i ludzi, zatem jeśli planem Jarosława Kaczyńskiego było pozbycie się Beaty Szydło, to wysłanie jej do Brukseli było najgorszym pomysłem.

Zawsze mówi się, że wyjazd do Brukseli to zesłanie, dobra emerytura. Czy Beata Szydło, nieznająca nawet języka angielskiego, może tam cokolwiek osiągnąć?
Ja nie mam takiego wrażenia w przypadku polskich polityków, że to emerytura. Rzeczywiście tak jest w przypadku europosłów z krajów zachodnich, dla których to raczej stabilna i bezpieczna praca i tam wyjeżdża raczej drugi lub trzeci garnitur, ale w Polsce tak nie było, może poza wyborami 2004 roku. Teraz na pewno ci politycy nie znikną nam z oczu i nie zapomnimy o Joachimie Brudzińskim czy Patryku Jakim.

Czy polska delegacja do PE będzie potrafiła dobrze zabiegać o sprawy naszego kraju?
To zależy, o kim mówimy, bo są tam politycy bardzo dobrze odnajdujący się w sprawach europejskich i strukturze UE, jak Danuta Huebner, Jan Olbrycht czy Jacek Saryusz-Wolski, ale nie ma co ukrywać, że znaleźli się też tam ludzie, którzy nie mają pojęcia i umiejętności, a nawet nie mówią po angielsku, jak Beata Kempa. Dla nich to będzie po prostu drogi, w sensie zarobków, staż. Prawdą jest też, że obecność największej grupy europosłów, czyli z PiS, bo jest ich aż 27, w jakimś sensie będzie zmarnowana, bo przyłączą się do EKR lub innej grupy eurosceptyków, która będzie miała nikłe znaczenie w PE. Ze wszystkich szacunków, które teraz są, wynika, że EKR będzie piątą siłą w PE i znajdzie się na marginesie. Władzę utrzyma sojusz chadeków z socjalistami, prawdopodobnie wzmocniony przez liberałów lub Zielonych. Tak czy inaczej, w tej układance nie ma miejsca dla EKR, zatem większość polskich europosłów znajdzie się w grupie, która nie będzie miała znaczenia.
Można powiedzieć, że paradoksalnie 22 europosłów KE i 3 Wiosny może mieć większy wpływ na to, co będzie się działo w PE.

6 proc. dla Wiosny. To koniec partii Biedronia?
To zależy od jego strategii. Ten wynik jest rzeczywiście mocno rozczarowujący i te entuzjastyczne okrzyki Roberta Biedronia na wieczorze wyborczym były dobrą miną do złej gry, co zresztą podpowiada każdy podręcznik marketingu politycznego. Na pewno sam Biedroń rozumie, że taki wynik jest dla niego rozczarowujący i jeśli nic nie zrobi, to na jesieni jego partia przegra, pójdzie pod wodę, czyli poniżej 5 proc. Jeżeli będzie chciał utopić swoją partię, to zostanie w europarlamencie, wystawi jakąś listę w wyborach październikowych, przeprowadzi minimalną kampanię i otrzyma 3 proc., czyli tylko tyle, aby otrzymać subwencję wyborczą. Natomiast jeśli Biedroń się jeszcze nie zmęczył polityką, to musi wymyślić Wiosnę na nowo lub zbudować wokół niej sojusz sił progresywnych, które dadzą nowy impuls, żeby ludzie o takich poglądach poszli jesienią na wybory. Sama Wiosna nie wystarczy.

Przy frekwencji wyjątkowo wysokiej, jak na wybory do PE – 45 proc. – PiS osiągnął 45 proc. poparcia. W wyborach październikowych prawdopodobnie frekwencja będzie jeszcze wyższa. Czy PiS zrobi lepszy wynik, czy osiągnął maksimum?
Powiem żartobliwie, że jeśli PiS osiągnął przy frekwencji 45 proc. wynik 45 proc. poparcia, to przy 60-proc. frekwencji powinien osiągnąć 60 proc. To w połowie żart, ale w połowie prawda. Oczywiście PiS nie dostanie 60 proc. poparcia, ale uważam, że zwiększenie frekwencji na jesieni będzie jeszcze bardziej służyło PiS. Jeżeli zadamy sobie pytanie, kto nie poszedł na wybory 26 maja, a kto pójdzie na wybory jesienią, to są to potencjalni wyborcy PiS-u. To będą ci, którzy pójdą, aby obronić zdobycze socjalne, które dostali od PiS: 500 Plus, trzynastą emeryturę, obniżenie wieku emerytalnego i wszystkie inne rzeczy, które dla miliona Polaków oznaczają awans cywilizacyjny. Oni wiedzieli, że mogą odpuścić sobie wybory europejskie, bo w nich nie chodziło o to, czy te socjalne świadczenia będą dalej wypłacane. Ale na jesieni PiS zrobi wszystko, aby przedstawić wybory jako starcie w sprawie 500 Plus. Jeżeli przekona wyborców, że tylko kontynuacja rządów jest gwarancją wypłacania świadczeń socjalnych, wygra.
Moim zdaniem wszystko wskazuje na to, że PiS jest skazany na sukces, a Koalicja jest w dziś w takiej sytuacji, że nic nie wskazuje na to, aby mogła przedstawić spójny program i ciekawą strategię na jesień. Obawiam się, że jeżeli nic się nie zmieni, to opozycja zostanie dobita na jesieni przez PiS.

Czeka nas wtedy scenariusz węgierski?
Tak, czyli następne 4 lata, w trakcie których PiS całkowicie zmieni reguły gry i zapewni sobie w 2023 roku większość konstytucyjną. Zmieni prawo, media, konstytucję, prawo wyborcze, prawo o partiach politycznych, całkowicie wymieni warunki konkurencji gospodarczej, zoligarchizuje nasz system ekonomiczny, preferując tylko tych graczy, którzy będą się układali z władzą. Twierdzę tak od jakiegoś czasu, że albo PiS zostanie odsunięty od władzy 2019 roku, albo nigdy.

Jarosław Kaczyński zostanie premierem za Mateusza Morawieckiego?
Nie sądzę, bo Jarosław Kaczyński tak fantastycznie czuje się w roli naczelnika państwa, że nie będzie chciał psuć sobie zabawy, wypełniając ciężkie obowiązki premiera. Natomiast ta rekonstrukcja rządu jest kolejnym atutem w rekach PiS-u, bo popularnych polityków będzie można zastąpić jeszcze bardziej popularnymi.
Zaraz nastąpi wymiana, będą nowi ministrowie, spektakl będzie trwał i skupiał uwagę opinii publicznej na rządzie i odwracał uwagę od tego, co 4 czerwca powie Donald Tusk. Władza ma takie narzędzia do tego i będzie z nich korzystać, zresztą zawsze to robiła.
W ten sposób wejdziemy w okres wakacji; z nowym zrekonstruowanym rządem i pogubioną opozycją.

Ale po wakacjach zaczną się kłopoty. Protest nauczycieli, prawdopodobnie także lekarzy rezydentów, wzrosną ceny prądu. To może zaszkodzić rządzącym?
To może zaszkodzić, chociaż złamanie strajku nauczycieli pokazało, że rząd sobie radzi z takimi problemami. Wydawało się, że strajk tak pokaźnej grupy zawodowej jak nauczyciele musi negatywnie odbić się na poparciu dla rządu, a tak się nie stało. Oczywiście dla obozu władzy nigdy nie jest dobrze, jak kraj ogarnia fala strajków, ale PiS-owi udaje się bardzo sprytnie tak kierować niechęć opinii publicznej i napuszczać jedne grupy społeczne na drugie, że może się okazać, że i te protesty jesienne nie zaszkodzą PiS-owi.

Co powinna zrobić opozycja?
W moim przekonaniu PiS jest nie do pokonania, ale to nie znaczy, że opozycja jest na przegranym. Zadaniem opozycji na jesieni nie jest skonstruowanie i doklejanie do KE kolejnych bytów, żeby pokonać PiS. Opozycja powinna pójść w takiej konstrukcji, żeby uniemożliwić PiS-owi zdobycie więcej niż 231 mandatów. I to jest do zrobienia pod warunkiem, że każdy pójdzie po swój elektorat. Nawet przy systemie D’Hondta to się może udać, tak jak udało się opozycji w 2007 roku, kiedy PO dostała 42 proc. poparcia społecznego, ale to się nie przełożyło na większość bezwzględną, czyli na 231 mandatów.
To jest nadzieja opozycji; nie pokonanie PiS-u, ale obniżenie wyniku PiS-u tak, aby można było skonstruować rząd antypisowski w oparciu o kilku posłów. To oznacza idealne rozegranie meczu opozycji między sobą, aby wspólna liczba mandatów była wyższa, niż zwycięskiego PiS, i aby po wyborach mogła stworzyć rząd koalicyjny.

Tylko musiałaby wtedy też mieć Senat, gdzie – w przeciwieństwie do Sejmu – jest ordynacja większościowa.
Tak, ale to też jest do zrobienia. Tam opłaca się jednolita lista opozycyjna, gdzie w każdym ze 100 okręgów jest jeden kandydat opozycji. Wówczas jest możliwe, że opozycja zgarnie 51 mandatów. Do Sejmu idą komitety partyjne, a do Senatu w każdym z okręgów rejestruje się np. komitet „zjednoczona opozycja”.

Polacy zasługują na PiS

Wybory do Parlamentu Europejskiego były przeprowadzone uczciwie. W historii Polski było wiele momentów, w których zbiorowa mądrość naszego społeczeństwa mogłaby być podawana w wątpliwość. By zobaczyć naszą narodową świadomość realiów ekonomicznych i geopolitycznych wystarczy się cofnąć do 1939, tudzież do fatalnego w skutkach eksperymentu transformacyjnego po 1989. Tak jak hekatomba drugiej wojny światowej była zawiniona przez nieumiejętność prowadzenia realistycznej polityki zagranicznej przez rząd w Warszawie, tak i obecna sytuacja jest następstwem samostanowienia narodu polskiego.

Niestety – zmiany w mentalności Polaków, które zaszły od 1989 czasu, to – z punktu widzenia rozwoju społeczno-gospodarczego – zmiany na gorsze. Jesteśmy niestarannie wykształconym, homofobicznym, zatęchłym narodem, o najwyższym w Europie poziomie nierówności dochodowych i folwarcznym charakterze gospodarki. Projekt Polski jako kraju nowoczesnego można ostatecznie zamknąć, pożegnać się z nim, pogodzić się z blamażem. Na nic trudy Daszyńskiego, Budzińskiej-Tylickiej, Pużaka, Dąbrowszczaków, działaczy PPS, mas pracujących miast i wsi. Polska progresywna umiera.

Liberalny paradygmat i jego koniec

III RP jako projekt modernizacyjny odniosła klęskę i prowadzi nas do czegoś o wiele gorszego niż sam PRL. PRL był formą ustrojową narzuconą przez wielkie mocarstwa, teraz w autorytaryzm idziemy samodzielnie. Wiara w to, że kryzys gospodarczy PRL w latach 80-tych wywołany był wyłącznie przyczynami wewnętrznymi to czysty, ideologiczny dogmatyzm. Powstanie „Solidarności” można uzasadniać kryzysem irańskim, wojną w Afganistanie i ogólną sytuacją na rynkach światowych. Mniej więcej w tym samym czasie w Anglii strajkują górnicy i powstaje Sex Pistols, najważniejszy zespół w historii muzyki punk. Wiara w to, że PRL zbankrutował z powodu sytuacji wewnętrznej nie ma poparcia w badaniach i nie ma sensu z punktu widzenia analiz makroekonomicznych; to mit, który miał uzasadniać kolonizację Polski przez zagraniczny kapitał.
W Polsce występują największe nierówności dochodowe wśród krajów Europy. Wśród państw wysokorozwiniętych gorzej jest tylko USA. Niemal każdy, kto był w USA wie, że w wielu miejscach państwo to wygląda jak kraj tzw. „Trzeciego Świata”. 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków posiada 40 proc. przychodów. Przy średniej europejskiej dla głównego decyla dochodowego na poziomie 34 proc., w żadnym innym kraju UE dysproporcja ta nie jest aż tak widoczna. W 1980 r. wskaźnik ten wynosił 29 proc. przychodów (średnia europejska); w Polsce jednakowoż kształtował się na poziomie około 20 proc. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 40 lat, część przychodów generowana przez górny decyl dochodowy powiększyła się dwukrotnie. Jednocześnie skumulowany wzrost gospodarczy PKB wyniósł w latach 1980-2018 98,2 proc. Dekada lat 1980-1989 cechowała się skumulowanym spadkiem PKB na poziomie 5,7 proc., zaś w latach 1990-2000, 2001-2010 oraz 2011-2017 cechowały się odpowiednio skumulowanym wzrostem PKB na poziomie 37,8 proc, 38,1 proc. oraz 22,3 proc. Oznacza to, że nie tylko od 1980 r. gospodarka Polski podwoiła wartość swojego PKB, ale także, że najbogatsze 10 proc. społeczeństwa, które podwoiło swój udział w dochodach całego społeczeństwa, de facto czterokrotnie zwiększyło swoją zamożność. Wzrost ten nie był niestety jednak udziałem najmniej zamożnej części społeczeństwa.
Pianie nad sukcesem rozwojowym III RP miałoby jakikolwiek sens tylko wówczas, gdyby cały świat stanął w miejscu w roku 1989, a my byśmy rozwijali się tak, jak rozwijaliśmy się od 1989 do 2019 r. Niestety, przez ten czas drepczemy w miejscu i zajmujemy mniej-więcej to samo miejsce w globalnym podziale pracy. Bogactwa nie należy mierzyć wartościami bezwzględnymi; przeciwnie – zawsze ma relatywny charakter.
Dziś statystyczny Polak dysponuje luksusami niedostępnemu średniowiecznym królom, ale chyba zestawianie tego jest kompletnie pozbawione sensu, bo rozumienie biedy zależy od czasu i od szerokości geograficznej (czym innym jest bycie biednym w Szwajcarii, czym innym w Erytrei, czym innym w średniowieczu, czym innym we współczesności). Niestety, od 1945 do 1989 r. tempo awansu w globalnym podziale pracy, tj. wzrost PKB per capita w porównaniu do innych krajów, był szybszy niż za czasów neoliberalnego eksperymentu Balcerowicza i jego kontynuacji przez establishment III RP. Wprowadzenie kapitalizmu w Polsce w taki sposób, w jaki został wprowadzony – niedemokratycznie, wbrew hasłom „Solidarności”, przy dużym sprzeciwie społecznym wobec Planu Balcerowicza – spowodował, że polska demokracja skarlała już w chwili poczęcia. Fakt ten, wraz z dwukrotnym wzrostem nierówności dochodowych w latach 1989-2015, utorował drogę do zwycięstwa PiS.

Dwie machiny

PiS wygrywa i będzie wygrywał, bo przełamał liberalny paradygmat w sprawach gospodarczych. Na ten temat powiedziano już wiele i nie widzę sensu rozwlekania się o tym. Polska to kraj o niskim współczynniku urbanizacji i klasa polityczna powinna się zorientować, że LGBT i teoria płci kulturowej (gender) to tematy polaryzujące tylko dla bardzo niewielkiej części społeczeństwa. To, co się liczy, to to, że w Polsce od 2015 r., po raz pierwszy od 1989 r., nierówności dochodowe zaczęły spadać, a nie rosnąć. Te wybory to ostateczny blamaż obrońców III RP. Co więcej, stało się to w otoczeniu, w którym elektorat wielkomiejski miał być mocniej zdyscyplinowany.
Polska wydaje się rozbita na dwa obozy. Z jednej strony wielkomiejska, liberalna klasa średnia, która gdzieś ma hasła sprawiedliwości społecznej, i choć przynależni do niej pracownicy najemni tyrają za 3500 złotych na umowie-zlecenie, to będą bronić interesu klasowego najbogatszych. Z drugiej strony jest zapóźniona, katolicka polska wieś. Jest to spór o kilku zmiennych osiach, w którym trybalizm rozmył ostrość obrazu i zatracił pierwotną, ideologiczną treść. Dziś jest to jedna machina polityczna przeciw drugiej. W polityce jednakowoż wartości mają charakter wtórny: zakładanie nienaruszonego związku pomiędzy aksjologią a polityką może być tylko domeną naiwnych. Realpolitik wygląda inaczej. Rolę grają zasoby i możliwość ich utylizacji. Polityka jest, między innymi, sztuką kreowania sporów i wygrywania ich. Niestety, w dzisiejszym świecie polityką rządzą pieniądze.
Zwycięzcy i przegrani
Drugim zwycięzcą tych wyborów jest niewątpliwie Sojusz Lewicy Demokratycznej. Przy niewielkich nakładach na kampanię i bez ryzyka wpadnięcia pod próg wyborczy, wprowadzili do Parlamentu Europejskiego 5 osób, praktycznie bez kosztów utrzymując swoją reprezentację w Europarlamencie i utrzymując jedyną polską delegację we frakcji socjalistów. Brawo, Włodzimierzu Czarzasty. SLD rozegrało tę sprawę po mistrzowsku, bo wystawianie jednej listy z Razem byłoby dla obu tych partii ostatecznie skutecznym samobójstwem, a i podobnież w sprawie Wiosny, nie ma w przypadku tych ruchów podobieństw elektoratów. Podtrzymanie pięcioosobowej reprezentacji Polski w S&D to większy sukces, niż wszystko, co zrobiło Razem od początku powstania tej partii.
Wynik Wiosny Roberta Biedronia – porażająco niski. Mimo medialnej wrzawy wokół filmu braci Sekielskich i świetnej identyfikacji wizualnej, obecności w mediach (na co nie mogła liczyć np. koalicja Razem, UP i Ikonowicza) oraz sympatii, którą Biedroń ma w warszawskich salonach, nie udało się zrobić dwucyfrowego rezultatu. Na Wiosnę głosują młode kobiety z wielkich miast. Również młode kobiety z wielkich miast są statystycznie najlepiej wykształcone, więc ta korelacja nie powinna dziwić. Niestety, hipsterami spod Planu B nie wygrywa się wyborów.
Zrywy są możliwe. Tyle, że nie są trwałe. Palikot, Razem, Nowoczesna, Kukiz, być może Biedroń, który podzieli ten sam los. Sprawa inaczej ma się tylko z narodowcami, którzy stanowią ideologicznych kontynuatorów LPR (które przecież też nie wzięło się znikąd) i mają wsparcie potężnej instytucji, jaką jest kościół. Bynajmniej nie jest to kwestia szukania w tym jakichkolwiek ogólnych prawideł, tylko racjonalne przeanalizowanie ostatnich 30 lat polskiej sceny politycznej.

Sztuka przetrwania i jej brak

Próby zinstytucjonalizowania mikrolewicy w Polsce nie powiodła się, mimo, iż w ostatnich 3,5 roku mikrolewica miała zasoby, którymi nigdy wcześniej nie dysponowała. Pół miliona głosów w 2015 to był wypadek przy pracy, efekt świeżości i Adriana Zandberga w TVP. Taki wypadek się drugi raz nie powtórzy. Trochę mi jednak szkoda, że dla takich ludzi jak Adrian Zandberg nie ma miejsca w polityce (a myślę, że znalazłoby się dla niego biorące miejsce na liście Koalicji Obywatelskiej do Sejmu, jeśli takowa powstanie), bo choć polityk z niego marny, to wniósłby merytoryczny powiew świeżości do obrad parlamentu. W polityce najważniejsze jest przetrwanie. Sztuka, której ortodoksyjna lewica nieparlamentarna ewidentnie nie potrafi. Trochę więcej realizmu, kochani. Już po wyborach samorządowych Razem powinno było się samorozwiązać. Choć oczywiście poglądowo jest mi to najbliższe środowisko, to nieudolność hermetycznych, lewicowych kółek krytyki marksistowskiej – bo właściwie taką mam percepcję Razem, trudno nazwać mi to ugrupowanie partią polityczną, choć formalnie niewątpliwie nią jest – nie pozwala mi z czystym sumieniem zagłosować na ten ruch.
Budowanie lewicowego zaplecza od zera, w kraju przeoranym przez prawicową narrację historyczną – paradoksalnie ogranicza, a nie przybliża realizację lewicowej agendy. Zdeterminowanie walki politycznej przez zgromadzone przez rozmaite ruchy zasoby jest prawdziwe, docelowe i realne. Niepogodzenie się z tym faktem sprawia, że lewica marnuje w Polsce swoje zasoby. Niestety, Partia Razem – mówiąc o darmowych lekach – żadnego konfliktu nie wykreuje, nie spowoduje żadnej polaryzacji. Tym bardziej, że nie dysponuje żadnymi zasobami, poza grupą świetnie wykształconych znawców pism Wallersteina. Być może zatem członkowie Razem powinni raczej zajmować się pisaniem książek, może robieniem filmów na YouTube, ale nie zajmować się polityką. Niestety, ale inna polityka nie jest możliwa.
Są też i pozytywy. Nie ma ich zbyt dużo, ale są.
Dzięki brawurowej akcji Gwiazdowskiego, któremu dziwnym trafem zabrakło (serio? ktoś w to wierzy?) 400 głosów do rejestracji list w całym kraju – Konfederacja Korwin Braun Liroy Narodowcy nie weszła do PE. Z boku wygląda to tak, jakby Gwiazdowski był dogadany z PiS-em, bo gdyby zarejestrował listy w całym kraju, mógłby też urwać parę punktów procentowych partii Kaczyńskiego. A prezes na pewno by tego nie chciał.

Rewolucji nie będzie

Przedwojenny PPS i późniejsza „Solidarność” rodziły się w momentach kryzysu, wojny bądź stanu wojennego. Wszakże do klimatu wojny bardzo pasuje narracja o niechęci na pogodzenie się z „bezsilnością i odmową podjęcia walki”. Znamienne. Dlaczego? Ano dlatego, że lewica mogłaby w Polsce objąć władzę jedynie na dwa sposoby – albo niedemokratycznie, poprzez przewrót lub rewolucję, albo poprzez wojnę, która, tak jak w przypadku drugiej wojny światowej, zresetowałaby stan elit politycznych. Praktyczną aplikacją tej walki byłoby zatem przekształcenie ruchu typu Razem w uśpioną siatkę, czekającą na rewolucję. Tudzież rozpoczęcie aktywnych działań rewolucyjnych, w stricte marksistowskim sensie.
Niestety, nie ma w Polsce świadomości klasowej i polski elektorat nie ma lewicowych poglądów. Polityką rządzą super-sprofesjonalizowane, technokratyczne partie. Każdy, kto chce realizować się w działaniu na rzecz dobra społecznego, nieważne, czy poprzez akt głosowania, czy dążenie do aktywnej obecności w polityce i bycia wybieranym, powinien rozważyć, co zrobić, by te poglądy miały jak największą szansę realizacji i zastanowić się, na jakie kompromisy jest w stanie pójść. Niestety: jak się kto brzydzi, to niech nie zajmuje się polityką – zawsze można prowadzić kanał na YouTube i przekonywać innych do swojej wizji świata. Rewolucji nie będzie. Wojny – miejmy nadzieję – też nie. Choć tego ostatniego nigdy nie wiadomo.

Co dalej lewico?

Wszystko wiadomo. Suweren przemówił. Mandaty rozdane. SLD może być zadowolony z udziału w Koalicji Europejskiej. Wywalczył 5 mandatów w europarlamencie. KE przegrała, ale gdyby skupione w niej partie poszły osobno byłoby jeszcze gorzej. To było najlepsze rozwiązanie jakie antypisowska opozycja mogą wymyśleć na te wybory. Jak to bywa w koalicji były potknięcia, różne opinie, niezgranie w kampanii. Związek partii nigdy nie będzie tak sprawny w kampanii jak partia o wodzowskim charakterze, wspierana państwowym groszem i propagandą. I te wybory są właśnie tego dowodem.
Główne skrzypce w koalicji grała PO. Wtórował SLD. PSL nie potrafił się odnaleźć do końca w zespole. Nowoczesna i Zieloni jedynie podtrzymywali rytm i to cichutko.
Co dalej? PO chciałaby koalicję kontynuować w wyborach parlamentarnych. PSL stoi w rozkroku. W SLD koalicja się raczej podoba. Co z tego może wyniknąć? SLD pewnie pójdzie do wyborów parlamentarnych w koalicji z PO Nowoczesną (o ile ta partia dotrwa do wyborów) i Zielonymi, uzyska ileś tam mandatów i utworzy własny klub lub koło w Sejmie. …Będzie skromna reprezentacja, a potem się zobaczy…. To jest myślenie pragmatyczne obliczone na dzisiejszy stan sceny politycznej. Taka sytuacja będzie powoli rugować lewicę z życia. Samodzielny start SLD byłby jednak obarczony sporym ryzykiem.
Zarazem widać, że bez SLD niemożliwe jest skonstruowanie zjednoczonej lewicy. Politycy z lewicy wiedzą o tym, ale ich osobiste ambicje nie pozwalają na podjęcie rozmów. Kłótnia na lewicy trwa znacznie dłużej niż swego czasu na prawicy i wynika z tego, że polska swarliwość to aktualna cecha lewicy.
Gdyby jednak SLD, Wiosna, Zieloni, Razem i ruchy feministyczne potrafiły się dogadać i stworzyć partię, nie koalicję, byłaby to siła, która mogłaby na początek liczyć na kilkanaście procent poparcia wyborców. Po eurowyborach widać, że Wiosna, bardziej liczyła na błyskotliwy sukces niż długi marsz. Wydaje mi się, że te skromne 6 procent poparcia to wszystko, co Wiosna mogła osiągnąć. Lewica Razem poległa w ciszy. Gdyby spontaniczność i żywiołowość Wiosny połączyć z doświadczeniem SLD, pryncypializmem Razem, zieloną rewolucją Zielonych i ruchami feministycznymi mogłaby powstać ciekawa mieszanka, strawna dla szerszych kręgów lewicy. Oczywiście zaraz pojawią się utyskiwania i narzekania elektoratu, że nigdy z tymi czy tamtymi, że to nie lewica, sługusy kościoła, itp. Elektorat lewicy jest dzisiaj równie kłótliwy i podzielony jak jej politycy. Innej sensownej alternatywy dla uratowania lewicy jednak nie ma.
Jest jeszcze problem przywództwa. I tutaj jest jeszcze większy problem, ale go celowo nie rozwinę, bo moje dywagacje są czysto życzeniowe, a tak bardzo chciałbym się mylić. Politycy lewicy i prawicy zresztą też, żyją zawsze najbliższymi wyborami i pod nie tworzą zespoły wyborcze. Po wyborach obietnice i programy idą w zapomnienie. PiS te zasady trochę zmienił i dlatego odnosi sukcesy.
Zdaje sobie sprawę, że w politycznej dwubiegunowości antypisowska koalicja jest konieczna. Jednak taka koalicja spowoduje wypłukanie lewicy z polityki. Może nie ma innego wyjścia, może to mniejsze zło, może w przyszłości powstaną formacje polityczne, o których nam się dzisiaj nawet nie śni. Jedno jest jednak pewne. Lewica w koalicji, będąc w mniejszości, będzie się pozbywać własnej tożsamości. Skoro jednak wyborcy jakoś na nami nie tęsknią i nie tylko w Polsce to też trzeba jakieś z tego wyciągać wnioski.