Powojenne szanse dla Polski

Potomność powinna sądzić ludzi i rządy, tylko w świetle czasów i okoliczności, w jakich przyszło im działać.
Napoleon Bonaparte
Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje-zasłużyło na dwójkę z historii i z geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę.
gen. Wojciech Jaruzelski

Przeżywamy dni 75 rocznicy zakończenia II wojny światowej w Europie. Media na swój sposób dywagują nad datami, 8 maja i 9 maja. Dlaczego w PRL wtedy tak „świętowano” , a teraz inaczej wg polityki historycznej, proszę się nie mylić. Fakt pozostaje faktem – gdy przedstawiciel hitlerowskiej Rzeszy podpisywał akt bezwarunkowej kapitulacji o godz. 23.30, w Europie był jeszcze 8 maja. Biorąc 2-godzinne przesunięcie czasowe – w Moskwie był już 9 maja. Obowiązująca wiele lat w III RP polityka historyczna, obchody Dnia Zwycięstwa 8 maja, obrzydza jako„dowód” braku suwerenności. Ważne jest, że władze pamiętały o Dniu Chwały dla Oręża Polskiego, dla Polski i złożono wieńce na Grobie Nieznanego Żołnierza. Grób, to Miejsce uosabia wieczną pamięć o żołnierzach, powstańcach, partyzantach walczących na wszystkich frontach. Przegląd, nr19 z br. pisze o „Największym froncie w dziejach świata” – chwała i uznanie! Zachęcam Państwa do przeczytania.
Jaka Polska
Pytanie to pojawiło się już jesienią 1939 r., po utracie przez Polskę niepodległości, na skutek tragicznego Września. Nie dziwcie się Państwo. Było aktualne podczas okupacji hitlerowskiej, dla rządu londyńskiego i wielu polityków. Jego istota, sens sprowadzała się do wyobrażenia sobie powojennego obszaru kształtu terytorialnego i ustroju politycznego. Tu szczegół – często można spotkać ocenę, że Wielka Brytania (Churchill) i rząd londyński byli zdania, iż Polska powinna „sięgać” po Odrę. Otóż, sprawę tego „sięgania” podniósł nie kto inny tylko Stalin w rozmowie z gen. Sikorskim – grudzień 1941. Po powrocie do Londynu – co oczywiste – zdał relacje członkom rządu i Churchillowi. Później była jego argumentem wobec kwestii Kresów Wschodnich (są archiwalia, oparta na nich książka „Stalinizm”…prof. E. Duraczyńskiego). Sprawa tej granicy jest zapisana w deklaracji programowej PPR, 1943 r. Podobnie było z ustrojem politycznym. Ale „decydent był inny”. Polska była terytorialnie i politycznie kształtowana – podkreślam – nie przez Polaków, ale przez Wielką Trójkę w Teheranie (1943), w Jałcie i Poczdamie 1945! To zdanie może zbulwersować niektórych spośród Państwa, zapewne część historyków. Czy rząd londyński miał wpływ, był słuchany, mógł być inny ustrój a przynajmniej bardziej demokratyczny – szansa była! Nie dziwcie się Państwo Czytelnicy. Skrótowo powiedzieć można tak – rząd londyński, czy to kierowany przez gen. Władysława Sikorskiego, Stanisława Mikołajczyka czy Tomasza Arciszewskiego był przeciwny, wrogi ZSRR, choć utrzymywał stosunki dyplomatyczne, zerwane po ujawnieniu Katynia w 1943 r. (Churchill gen. Sikorskiemu mówił – „Wiemy, że bolszewicy są zdolni do okrucieństwa. Ale martwcie się o żyjących, a nie o martwych”). Jego stosunek do ZSRR był pierwszą przeszkodą, niekiedy wręcz barierą.
O czym była mowa w Moskwie.
Generał Władysław Sikorski, po pomyślnym dla nas-Polaków, podpisaniu w Londynie z Iwanem Majskim (ambasador ZSRR w W. Brytanii) umowy, wybrał się do Moskwy. Owe porozumienie m.in. obejmowało unieważnienie przez ZSRR„paktu Ribbentrop – Mołotow” z 23.08.1939 i układu z Niemcami z 28.09.1939; zwolnienie Polaków z obozów, więzień, miejsc zesłania; przywrócenie polsko – radzieckich stosunków dyplomatycznych. Ponadto, podpisano wojskową konwencję o organizacji w ZSRR armii polskiej („Armia Andersa”) oraz deklarację sojuszu ZSRR z Polską w walce z Niemcami.
Od czasu podpisania tej umowy, 30 lipca 1941 r. w stosunkach polsko-radzieckich zmieniło się wiele na korzyść Polaków. Generał Sikorski chciał to zobaczyć i osobiście omówić ze Stalinem kilka ważnych spraw, m.in. sygnalizowanych przez ambasadora Kota. Podczas rozmów na Kremlu, Stalin przekonywał Gościa, że gdy Wojsko Polskie przystąpi do walki, „stworzy klimat zaufania po obydwu stronach”. Na propozycję Generała by Armię Andersa przenieść do Iranu-jak pisze prof. E. Duraczyński, poirytowanym tonem oświadczył – „Jestem człowiekiem doświadczonym i starym. Wiem, że jak do Persji wyjedziecie, to już tutaj nie wrócicie. Widzę, że Anglia ma dużo roboty i potrzebuje polskich żołnierzy”. Podczas tej rozmowy i bankietu wyraził pogląd, że „powinniśmy ustalić nasze granice sami”, i „przed konferencją pokojową”. Generał replikował, że granica ustalona traktatem ryskim z 1921 r. „nie może być kwestionowana, że chciałby jeszcze wrócić do tej kwestii”. Stalin zgodził się i „wysunął pomysł oparcia zachodniej granicy RP na linii Odry”, tego nie omawiano. Na bankiecie, po podpisaniu deklaracji polsko-radzieckiej (Sikorski nie zgodził się na układ), Stalin wrócił do kwestii granic, „chodzi o >czut-czut<”, niewielkie zmiany, jak pisze Olgierd Terlecki (Generał Sikorski, Kraków 1981) Powiedział do Premiera – „bądźcie spokojni, nie skrzywdzimy was”. Komentarz Eugeniusza Guza do tej rozmowy sugeruje możliwość zachowania Lwowa oraz innego niż linia Curzona przebiegu granicy wschodniej i powrotu rządu do Warszawy, czym skłania do poważnej refleksji. Czytelnikom mającym skromną wiedzę, warto powiedzieć otwarcie, że historycy wypowiadają się oszczędnie. Bo przecież, gdyby Armia Andersa walczyła na Wschodzie, polityczne zwierzchnictwo sprawowałby rząd londyński oraz Wódz Naczelny gen. Sikorski, a wojenne, czyli strategiczno-operacyjne, ZSRR. Nie powstałaby Armia Berlinga, to oczywiste. Inaczej też ułożyłyby się stosunki z polską lewicą w ZSRR i okupowanym kraju. Czy można było zaufać Stalinowi – nikt z historyków nie podjął ryzyka pozytywnej odpowiedzi! Gdyby gen. Sikorski zaryzykował – historia może opisywałaby go jako opatrznościowego męża, nawet stawiając wyżej od Piłsudskiego! Dlaczego? Kluczowa odpowiedź mieści się w terytorialnym kształcie i powojennym ustroju Polski. Może granica wschodnia przebiegałaby wg traktatu ryskiego? A co z zachodnią, czy byłaby z 1939, czy 1945 r.? Czego my byśmy oczekiwali – wiadomo! To wymagało w 1941-1942 r.od rządu wyobraźni i zabiegów o prawne gwarancji Anglii i USA, nawet ich odrębny traktat ze Stalinem w sprawie Polski. Czy był możliwy – szanse były. Pamiętajmy, że w grudniu 1941 r. niemieckie dywizje były 40 km od Moskwy, zbliżały się do Leningradu, Stalingradu i Kaukazu, liczył się każdy żołnierz. Nie jest ciekawostką a faktem, że Stalin osobiście rozdzielał ciężkie karabiny maszynowe na najważniejsze fronty. Oba państwa – Anglia i USA – autentycznie nie chciały upadku ZSRR pod ciosami wojsk Hitlera. Ale wtedy Anglia miała inne kalkulacje wobec Armii Andersa, szło jej o ochronę brytyjskich kolonii, na wypadek upadku ZSRR. Czy polskie pokłady nienawiści, wrogości do Rosjan były do pokonania, czy gen. Sikorski na Zachodzie byłby zrozumiany? On sam chyba nie był skłonny do takiego ryzyka, choć słusznie uważany jest za realistę wśród londyńczyków. Wiemy jak potoczyły się losy wojny i Polski dalej.
Kresy Wschodnie
Faktycznie symbolizuje je„linia Curzona”. Była linią demarkacyjną między wojskami polskimi a Armią Czerwoną z lipca 1920 r., jaką uznali uczestnicy konferencji w Spa. Tu zwracam Państwu uwagę – kto pamięta, żeby mówiono o niej gdy obchodziliśmy 100. lecie odzyskania niepodległości 2 lata temu? Przecież ją Zachód ustalił, Churchill i Stalin uznawali za obowiązującą! Ciekawe, kto w tym roku, za 2,5 miesiąca będzie pamiętał, gdy będziemy świętować 100. lecie Bitwy Warszawskiej! Wskazana w nocie dyplomatycznej Szefa MSZ W. Brytanii, lorda Georga Curzona, do Szefa MSZ ZSRR (RFSRR), Gieorgija Cziczerina. „Linia” ta, była wcześniej, tj. 8 grudnia 1919 r. wskazana przez mocarstwa sprzymierzone w ich „deklaracji” w sprawie tymczasowej granicy wschodniej Polski. Właśnie ten szczegół – deklarację państw zachodnich które już w 1919 r. ją wskazały. Z czym Polska nie chciała się pogodzić. Lord Curzon nie był jej autorem, a pracownicy ministerstwa, wśród nich Polak Ludwik Namierowski, któremu przypisuje się to autorstwo. Linia przebiegała od Grodna, przez Jałówkę, Niemirów, Brześć, Dorohusk, Hrubieszów, Kryłów, do Rawy Ruskiej, Przemyśla i dalej do Karpat. Była kilka razy modyfikowana przez polityków. Warto spojrzeć na poniższą mapę choćby jeszcze z jednego powodu-jaki kształt terytorialny miałaby dzisiejsza Polska bez Ziem Zachodnich – pomyślcie Państwo!
„Londyńczycy”
Proszę sięgnąć po książkę Eugeniusza Guza „Londyński rodowód PRL”. Autor był wielokrotnie postponowany za sam tytuł – londyński rodowód! To ciężka obraza prawicy, by przypisywać jej jakąkolwiek odpowiedzialność za powojenne rządy w Polsce. Ta książka od Czytelnika wymaga wyobraźni, zachęcam. Jej przesłanie-gdyby rząd londyński, jego krajowi przedstawiciele, różne polityczne partie chciały się „dogadać” ze sobą! – podkreślam-skład „rządu lubelskiego” pozwalał uniknąć a przynajmniej osłabić skalę stalinizacji w Polsce, lata 1947-1953, nawet do 1956. Bierut i Gomułka-tak! czynili takie starania, oczywiście z myślą o przewadze w rządzie swoich zwolenników, obawiali się partyzantki, bratobójczej walki, a stąd i „pomocy” NKWD. Stalin i Churchill, podejmowali mediację, nie uzyskali wzniesienia się naszych polityków z różnych orientacji ponad często słuszne urazy i waśnie, które wtedy należało odłożyć na inny czas. Potrzebny był rozum i wyobraźnia o przyszłości Polski, nie karabin. Czy „londyńczycy” mieli? – oto przykłady:
– 14 października 1944 r., (czyli po upadku Powstania Warszawskiego, za którego wybuch ten rząd odpowiada, co od lat się przemilcza w sierpniu każdego roku), Winston Churchill (wkurzony) podczas rozmowy z premierem Stanisławem Mikołajczykiem m.in. mówi – „Nie jesteście żadnym rządem, jeżeli nie możecie podjąć żadnej decyzji. Jesteście warchołami, którzy chcą zburzyć Europę. Odwołam się teraz do innych Polaków, zwłaszcza, że rząd lubelski może funkcjonować doskonale. On będzie rządem. Pana argumenty to tylko zbrodniczy pomysł wywołania rozłamu między sojusznikami za pomocą waszego liberum veto. Jeżeli chcecie pobić Rosję, zostawiamy to wam. Mam wrażenie, że jestem w domu obłąkanych. Nie wiem, czy rząd brytyjski będzie was nadal uznawał”. Wybaczcie Państwo wprost banalne pytania – czy premier nie wiedział, że terytorialnie Polska leży między Rosją i Niemcami i którędy Armia Radziecka będzie szła na Berlin?; czy jeszcze wtedy liczył że Wielka Brytania i USA zapewnią temu rządowi „władanie” w Polsce; czy nie mógł pojąć, że trzeba się dogadać z „rządem lubelskim”. Tu taka ciekawostka. W sierpniu 1944 Stanisław Mikołajczyk był w Moskwie, rozmawiał ze Stalinem, który namawiał go na funkcję premiera w rządzie lubelskim – tak! Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że jego zgoda wywołałaby wściekłość – jak dziś mówimy – „betonu” wśród swoich w Londynie i trudno przewidzieć ich reakcje. Ale wtedy jeszcze Churchill i Roosvelt popierali Mikołajczyka – była więc nić szansy, nadziei na „inny skład” rządu lubelskiego, wciąż pamiętając o miejscu i roli osób bliskich ideowo Moskwie. Po Jałcie, Stanisław Grabski opublikował apel-„dogadajmy się z Moskwą … bo to daje nam jedyną szansę po pierwsze, na Ziemie Zachodnie, po drugie – na przetrwanie państwa”. Oświadczył – „jadę do Warszawy, gdyż tylko tam jeszcze dla Polski da się coś zrobić”. Nawiasem wspomnę, iż był on i Mikołajczyk – członkami delegacji rządu na Konferencję w Poczdamie. Z USA do Polski przyjechał prof. Oskar Lange, ks. Orleański, inni
– 21 lutego 1945 (czyli 2 tygodnie po Jałcie) Winston Churchill podczas rozmowy z gen. Władysławem Andersem m.in. kilkakrotnie podkreśla, że Wielka Brytania nigdy nie gwarantowała wschodnich granic Polski (szło o Kresy Wschodnie, które USA i Anglia oddały ZSRR-moje GZ). Oświadcza, że sprawę granic ostatecznie załatwi konferencja pokojowa. Wraca do rozmowy z 26 sierpnia 1944 r. i mówi o odszkodowaniach dla Polski w ziemiach na zachodzie po Odrę i Nysę. Zaś Anders występuje przeciwko tworzeniu nowego rządu w Polsce, opartym na komitecie lubelskim – jak mówi – „składającym się wyłącznie z obywateli sowieckich i kilku zdrajców, idących na pasku Moskwy, z dołączeniem dla pozoru paru działaczy polskich przebywających za granicą”. Na zakończenie rozmowy Churchill mówi, że Wielka Brytania uzna tylko rząd składający się z przedstawicieli wszystkich kierunków politycznych. Zachęcam do przeczytania pamiętnika Andersa-„Bez ostatniego rozdziału”, pozwoli na zrozumienie ówczesnej rzeczywistości, skali wyobraźni i odpowiedzialności za Polskę po wojnie;
– Tomasz Arciszewski, premier rządu, m.in. oświadczył: „Nie chcemy rozszerzać granicy na zachód tak, aby wchłaniać 8 do 10 milionów Niemców. Nie chcemy Wrocławia ani Szczecina.” (opublikowane równolegle w „Sunday Times” oraz londyńskim „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” 1945). Wstyd konkludować – jaki kształt terytorialny miałaby Polska bez Ziem Odzyskanych? Tego w 1945 r. też nie potrafili sobie wyobrazić i zrozumieć? Tu należałoby obszernie przedstawić „Memoriał” Iwana Majskiego ze stycznia 1944 r., który złożył Mokotowowi, gdzie m.in. sugeruje, by „powojenną Polskę ostrożnie kształtować, jako kraj możliwie niewielkich rozmiarów” – proszę, pomyślcie Państwo Czytelnicy;
Profesor Andrzej Werblan („Polska Ludowa, Wyd. Iskry 2017) przypomina rozmowę Władysława Gomułki z Kazimierzem Bagińskim z SL-u (Stronnictwo Ludowe, moje, GZ) – „Armia Czerwona lada dzień tu przyjdzie, trzeba będzie tu jakoś władzę zorganizować. Porozummy się. My jesteśmy dla nich wiarygodni. Razem z nami wy staniecie się też wiarygodni. Nie – odpowiedział Bagiński, my powitamy Armię Czerwoną z rozwiniętymi zielonymi sztandarami i sami się z nimi dogadamy, bez waszej pomocy”. Gomułka zanotował – „pozostało mi tylko życzyć powodzenia” – serdecznie zachęcam Państwa do przeczytania tej książki. Jej Autorzy – profesorowie: Werblan i Modzelewski są Świadkami Historii! Proszę, pomyślcie – gdyby powstał rząd złożony z przedstawicieli PSL, SL, PPS i oczywiście PPR z pozycją wpływową! z „koncesjonowaną demokracją”, przyjazny ZSRR, moglibyśmy uniknąć pierwszych trudnych wewnętrznie lat lub dużo łagodniej je przeżyć. Czy nie wynikają z tego na dziś, w 2020 r. sensowne wnioski, nauki?…
Refleksja…
W tym miejscu proszę Państwa o wybaczenie – pisząc ten tekst nie mogę powstrzymać się od pytań i ocen, po wysłuchaniu kolejnej „samopromocji prezydenckiej” Pana Kosiniaka – Kamysza. Mówi, że Polski nie wolno dziś oddać walkowerem, że obserwujemy arogancję władzy, która wydaje różne nakazy i sama je łamie. Że jako prezydent podniesie wydatki na ochronę zdrowia, bo Polacy powinni być leczeni na wysokim poziomie, że służba zdrowia powinna godnie zarabiać i podobne banały. Nie mogę tego strawić-dziwicie się Państwo? Czy wydatki na służbę zdrowia, poziom zarobków lekarzy zależą od prezydenta, czy od rządu i parlamentu? Tyle już chyba kandydat na prezydenta powinien wiedzieć! Co z tego, że napisze „swoją ustawę”, którą odrzuci Sejm? Gdzie Pan Kosiniak był przed 2016 r., kto, jaka opcja polityczna razem z PO przez 8 lat sprawowała władzę, co robiło PSL? Nie wiadomo było wtedy jaki jest stan kształcenia przyszłych kadr medycznych, jakie są potrzeby, ile lat trwa kształcenie specjalisty – lekarza? Kto ma leczyć na „wysokim poziomie”, specjaliści szkoleni na wiejskich festynach PSL? Czy Pan Kosiniak nie widział jak postępuje władza od 2016 r., przed wyborami w październiku 2019-dlaczego razem ze Schetyną rozbił opozycję, nie chcąc iść do wyborów w jednym bloku z Lewicą? Miliony Polaków, ja też – nie muszę wiedzieć na czym polega liczenie głosów metodą d’Hondta, ale Pan Kosiniak powinien – pisałem w tekście „Przyszły prezydent”, DT, 22-24 listopada 2019. Jeden duży blok opozycji wobec władzy zmieniłby układ głosów w Sejmie. Przepraszam wszystkich przyjaciół, profesorów! (nie wymieniam nazwisk), ale powstrzymać żalu nie potrafię, za traktowanie jak durnia, Polaków – jak „ciemny lud”, potrzebny Panu Kosiniakowi do wybrania na najwyższy urząd. Czy nie potrafi liczyć, myśleć i przewidywać nawet na kilka miesięcy? Z ogromnym uproszczeniem, pominięciem wielu szczegółów i uwarunkowań pytam – obecne „zabiegi” PSL i PO nie są podobne do „mądrości” niektórych wyżej cytowanych polityków? Dostrzegł to SMS – owy badacz: „błędy lekarzy leżą w grobie, błędy nauczycieli – siedzą w Sejmie”.
Odpowiedzialność „londyńczyków”
Ktoś może się zdziwić – dlaczego oczekuję zrozumienia sytuacji od „londyńczyków”, a nie oceniam surowo zwolenników ZSRR, czyli głównie PPR i PPS. To proste, „rząd lubelski” był u siebie, w kraju, Wielka Trójka przesądziła, że Polska będzie w strefie ZSRR. Kwestia ta sprowadzała się do pytania – jaka ta Polska będzie ustrojowo, ile demokracji, na co „Londyn” mógł mieć wpływ przez kilku doświadczonych polityków, porozumienie i współpracę. Ale przez stawianie różnych warunków, kuglarskie machinacje stracili wpływ. O co poszło? Trzy główne sprawy – Kresy, pisałem wyżej, przyjęcie Konstytucji z 1921 r. jako podstawy prawa ( upierali się przy sanacyjnej, z 1935) oraz reforma rolna – ziemia dla chłopów. Tu ciekawostka – kardynał August Hlond w 1933 r. powołał Radę Społeczną, która w założeniu przyjęła potrzebę reformy rolnej, parcelacji wielkich majątków. Ziemiaństwo wywołało histerię – „czerwony biskup chce odebrać ziemię”! Endecja nazwała go robociarzem, z pochodzenia był Ślązakiem. Tłumaczył – że tych problemów społecznych nie da się rozwiązać, dając jałmużnę. Radził – „Kościół niech odda swoje ziemie i skupi się na pracy duszpasterskiej. Nie chcecie? przyjdzie chwila, że będziecie musieli” – prorocze myśli. Warto zainteresować się tą postacią, rozpoczął się proces jego beatyfikacji.
Wracam do głównego wątku. „Londyńczycy” nie mogli pojąć dwóch rzeczy: że USA i Anglia nie wezmą Polski pod „swoją opiekę”. 6 marca 1946 r. Churchill przemawiając w Fulton ogłosił „żelazną kurtynę”, oddzielił Polskę i inne kraje od Zachodu – podkreślam. Zrobił to świadomie we własnym, Anglii i Zachodu interesie, nie Stalin! Zachód nas nie chciał – wreszcie to trzeba pojąć. Że podziemie dla nich nie wywalczy władzy i „wolności”. Dlaczego mamili nadzieją na III wojnę?… Brak im było wyobraźni, czy piramidalna głupota. Doszła do tego „praca” propagandy z Moskwy i Zachodu – mówiono: Polacy wracający do kraju to szpiedzy, zdrajcy. Efekt – powojenna stalinizacja, morderstwa „zbrodniczych band podziemia” (o tym napiszę wkrótce).
Ku pamięci…
Nie należy zapominać, że Polska podczas ostatniej wojny była zniszczona w 38 proc. . Straty, jakie ponieśliśmy, były proporcjonalnie 47 razy większe, niż w Wielkiej Brytanii i 25 razy przekraczały zniszczenia wojenne Francji. Kraj został zniszczony i wykrwawiony, a na dodatek wyjałowiony w dużej mierze z warstwy inteligenckiej. W Polsce zostało zaledwie kilkanaście tysięcy osób z wyższym wykształceniem. W 1939 r. na 10 tys. mieszkańców mieliśmy prawie trzy razy mniej studentów, niż Anglia. Mieliśmy 25-30 proc. analfabetów, Anglia wówczas nie znała tego zjawiska. Żaden inny kraj nie znalazł się w podobnej sytuacji.
Polska leczyła wojenne rany. Odbudowę kraju rozpoczęliśmy w sytuacji nie tylko zdziesiątkowanych kadr fachowych, lecz również z ludźmi, którzy jakże często nie umieli czytać ani pisać. Kilof i kielnia, a często i gołe ręce – to była wówczas główna technologia. Zadania były istotnie wielkie i wzniosłe. Odbudować kraj. Podnieść z ruin najważniejszy symbol – Warszawę, która padła ofiarą straszliwych zniszczeń, zagospodarować Ziemie Odzyskane na zachodzie kraju, przyjąć miliony Polaków repatriowanych z dawnych kresów wschodnich… W tamtych czasach, o czym niektórzy teraz nie pamiętają, każdy dom, każdy most, każdy pomnik, każdy kilometr torów kolejowych stanowił – po odbudowaniu – źródło autentycznej dumy.
Zastanówcie się Państwo-jesteśmy przed wyborami prezydenckimi. Kto „zasłużył na dwójkę z historii i z geografii” – jak mówił Generał Nie dajmy się wprowadzić w błąd! Dziś i jutro-najważniejsza będzie gospodarka, finanse. Tylko taki praktyk-prezydent, znany w Polsce i Europie jest nam bardzo potrzebny.

Fetowanie zwycięstwa czy poronionej doktryny?

13 czerwca Sejm ustanowił rok 2020 Rokiem Bitwy Warszawskiej. Zaledwie jeden poseł był przeciw. Nie znam motywów jego decyzji, ale i ja byłbym przeciw. Być może z zupełnie innych, niż on, powodów.

Od czasów III RP z wielką pompą i nadzwyczaj uroczyście obchodzone jest corocznie to wydarzenie, a więc w jego stulecie spodziewać się należy potężnej erupcji ciągle powtarzanych treści o tym, że była to osiemnasta przełomowa bitwa w historii świata, że uratowaliśmy Europę przed falą bolszewizmu, która niechybnie by ją zalała, że przed agresją ze Wschodu obroniliśmy naszą, niedawno odzyskaną, niepodległość. Nadto przywoływać się będzie to zdarzenie jako „Cud nad Wisłą”, pojawi się ks. Skorupka z krzyżem, w kościołach odprawione zostaną msze dziękczynne , a TVP 1 po raz kolejny wyemituje „Rok 1920”. A przy okazji potwierdzimy nasz stosunek do Rosji, która, jak wtedy tak i dziś, stanowi dla Polski śmiertelne zagrożenie, a więc i tym samym naszą zagraniczną politykę i rosnące stale zbrojenia.
Nawet wnikliwy i często bezkompromisowy portal OKO.press komentując powyższą sejmową uchwałę zajął się jedynie kwestią uboczną, jaką było wprowadzenie do jej tekstu fragmentu dużo wcześniejszego wystąpienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego na ten temat.

Mogło by nie być ani bitwy warszawskiej,

ani tamtej wojny bowiem prawda o przyczynach konfliktu jest inna i dużo bardziej skomplikowana niż okazjonalne sejmowe i propagandowe zawołania. Historyk prof. Andrzej Chwalba niedawno mówił: „Między Polską a Rosją sowiecką istniały obszary sporne. Wojna była nieunikniona, zaczęła się już w 1919 r., niemniej jednak pokój wiosną 1920 r. nie był wykluczony. W tym momencie Moskwa była gotowa na zawarcie pokoju nie tylko z Polską, ale także z Estonią, Litwą, Łotwą, Rumunią i Finlandią – i z tymi państwami, poza Polską, wówczas go zawarła. Bolszewicy chcieli umocnić władzę, odbudować gospodarkę, tabor kolejowy, planowali NEP.” („Przegląd”, 4-10.03.2019). I dalej dodaje, co już nie jest takie przekonywujące: „Oczywiście zawarcie pokoju nie oznaczało, że jeśli państwo radzieckie się wzmocni, to do wojny nie dojdzie. Gdyby w Europie ponownie doszło do wzmocnienia fali rewolucyjnej, co było wielce prawdopodobne Armia Czerwona by ruszyła”.
Nieprzekonywujące, bowiem do wybuchu II wojny światowej ZSRR przestrzegał podpisanych z pięcioma wymienionymi krajami układów pokojowych, a potężna fala rewolucyjna w Niemczech opadła w styczniu 1919 roku, i już nigdy do takiego poziomu się nie podniosła. Nadto, jak się niedługo okazało, siła i możliwości Armii Czerwonej były jednak poważnie ograniczone.
Paradoksem jest fakt, że to właśnie wojna polsko-bolszewicka odnowiła w Moskwie nadzieję na przeniesienie płomienia rewolucji na zachód, do centrum Europy.

Na wschodzie Polska

nie tylko zbrojnie tworzyła swój kształt terytorialny ale także, głównie z inspiracji i za wolą Józefa Piłsudskiego, wtedy Naczelnika Państwa, kreowała określoną politykę tak wobec białej jak i czerwonej Rosji. Brak poparcia z polskiej strony dla sił kontrrewolucyjnych Denikina, Judenicza i Kołczaka, popieranych i hojnie materiałowo oraz militarnie wspieranych przez Koalicję (m. in. Wielką Brytanię i Francję), wynikał z uzasadnionych obaw, że po zwycięstwie nad bolszewikami zechcą kontynuować carską politykę zaborczą wobec Polski. I dlatego 1 września 1919 roku na froncie północno-wschodnim wstrzymano działania wojenne, tym samym ułatwiając Armii Czerwonej rozprawienie się z przeciwnikiem. Natomiast rozmowy z bolszewikami, rozpoczęte 12 października w Mikaszewiczach, poza kwestiami wymiany jeńców i dążnością strony radzieckiej do przekształcenia ich w rokowania pokojowe, zakończyły się niczym 12 grudnia. „Mimo fiaska rokowań o zawarcie pokoju – pisał Olgierd Terlecki – z rozmów mikaszewickich obie strony wyniosły wspólny zysk; było nim uniemożliwienie Denikinowi rozwinięcia w wymiarze strategicznym jego początkowych sukcesów. A stanowiłoby to największe zagrożenie – tak dla Polski, jak dla radzieckiej Rosji.” I dalej: „Pomimo więc wyraźnej ze strony polskiej niechęci, Cziczerin wystosował 22 grudnia formalną notą do swego polskiego kolegi… Rząd Radziecki raz jeszcze potwierdza dane przezeń wcześniej zapewnienie o swym mocnym pragnieniu położenia końca wszelakim konfliktom z Polską. Rząd Radziecki zwraca się do Rządu Polskiego z formalną propozycją bezzwłocznego rozpoczęcia pertraktacji mających na celu zawarcie trwałego pokoju pomiędzy obu państwami…<< W Mikaszewiczach – kontynuuje Terlecki – uznanie granicy wschodniej na rubieżach według stanu posiadania z dnia 1 września miał Piłsudski właściwie w kieszeni. Lecz nie o to mu chodziło. Gdyby poprzestał na zatrzymaniu zajmowanych obecnie części Białorusi i Ukrainy, musiałby je inkorporować rezygnując z szerszego programu. Jego zamiarem politycznym zaś, jak już wiemy, było wszakże ujęcie całej Białorusi i całej Ukrainy, w każdym razie z Kijowem i ujściem Dniepru, utworzyć tam ściśle z Polską związane państwa wobec Rosji buforowe.”

Konsekwencją tej doktryny

była wspólna, wsparta tylko częściowo przez siły ukraińskie, ofensywa na Kijów w kwietniu 1920 roku, której celem było utrwalenie istnienia Ukraińskiej Republice Ludowej. Chwalba wspominał, że została ona „ uznana za inwazję na ziemie Rosji, co doprowadziło do mobilizacji Rosjan wokół partii bolszewickiej. Poprawiło się morale, zmalała dezercja, a na zachodzie Europy znów podniosły się nastroje rewolucyjne. Moskwa uwierzyła, że będzie w stanie pokonać Polskę i wtargnąć na obszary przynajmniej Europy Środkowej…W Sejmie najsilniejsza była Narodowa Demokracja, przeciwna i wyprawie na Kijów, i sojuszowi z Ukrainą. Również politycy lewicy z reguły nie chcieli wojny…” A ta wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem: wpierw zajęliśmy Kijów, którego zresztą nie był w stanie utrzymać nasz sojusznik ataman Petlura, później bolszewickie armie zagroziły Warszawie, którą szczęśliwie obroniliśmy, wreszcie, po kontrofensywie i zwycięskiej dla strony polskiej bitwie niemeńskiej, skończyła się 12 października 1920 roku.
Zmagania wojenne zakończyły ostatecznie negocjacje i podpisanie traktatu pokojowego w Rydze w marcu 1921 roku, w czasie których kwestia wytyczenia granicy wschodniej nie stanowiła problemu; Polska natomiast musiała uznać Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej. Piłsudski nie osiągnął żadnego z planowanych wtedy politycznych celów, natomiast poważnie naraził nowo odzyskaną niepodległość, spowodował przelanie polskiej, nie tylko żołnierskiej, krwi i śmierć 60 tysięcy ofiar tej wojny, nie wspominając już o stratach materialnych.

Z przedstawionych wydarzeń

wynika jasno, że to my, zamiast zawrzeć pokój, sprowokowaliśmy tę wojnę, a bitwa warszawska, będąca istotnym jej elementem, tym razem przyniosła victorię najeźdźcy. Opisujący tamte wydarzenia często włączają wojnę polsko-bolszewicką do jednego z wysiłków zbrojnych tzw. wojny o granice Rzeczpospolitej, tym samym usprawiedliwiając naszą agresję i nieszczęsną polityczną doktrynę, co stanowi najzwyklejsze zakłamanie historii. Towarzyszy takiemu interpretowaniu ówczesnych wydarzeń i Wikipedia w haśle „Kształtowanie się granic II Rzeczypospolitej”, w którym Armia Czerwona występuje w roli agresora: „odnosiła coraz większe sukcesy w swoim marszu na Zachód i w lipcu 1920 weszła na kolejne ziemie polskie. Wojsko dotarło wkrótce do Warszawy.” Kielich niedomówień, pełen propagandowych zaklęć, przelała wspomniana uchwala sejmowa.
Jeżeli już przywoływać tamte zmagania,
to nie w tryumfalnym tonie zwycięscy, a tylko z nisko pochyloną głową nad mogiłami niepotrzebnych ofiar tamtej wojny i z największym szacunkiem dla wielkiej determinacji Polaków w obronie ojczyzny.
Lekcja z symbolicznej daty 15 sierpnia 1920 roku powinna być dla nas zawsze aktualna i pouczająca, ale niestety nie została odrobiona w latach późniejszych. Kolejny zamysł polityczny, w wyniku którego 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęły się walki w stolicy, przyniósł ponad trzykrotnie większą liczbę ofiar i hekatombę miasta. Niepomni tych tragedii aktualni polscy politycy świętują na grobach ofiar fakt wywołania Powstania Warszawskiego i zwycięstwo w bitwie warszawskiej.

Warto przy tej okazji

przypomnieć postać przywoływanego wcześniej Olgierda Terleckiego – publicysty i pisarza historycznego, w swoim czasie niezwykle popularnego i wysoko cenionego, także w kręgach emigracyjnych za przedstawianie prawdziwego obrazu najnowszej historii Polski – z którego nadzwyczaj rzetelnej i bardzo obszernej pracy „Z dziejów Drugiej Rzeczpospolitej” pochodzą zamieszczone cytaty. Był Terlecki autorem szeregu książek dotyczących także okresu II wojny światowej i wybitnych osobistości polskiej sceny politycznej: płk. Józefa Becka, gen. Władysława Sikorskiego (pierwsza w PRL dwutomowa biografia w 100 tys. egz. i album w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie), a zamiar dopełnienia tej trylogii o marszałka Piłsudskiego uniemożliwiła mu śmierć. Druga wojna światowa stanowiła dla Terleckiego największe nieszczęście: zaznał łagiernego losu nad Morzem Białym i u ujścia Peczory, z armią Andersa był na Bliskim Wschodzie, walczył pod Monte Cassino i pod Anconą, doświadczył doli emigranta w Wielkiej Brytanii, a w nowej Polsce dobrodziejstw UB. Na to jakże dramatyczne, ale i w wielkim stopniu spełnione życie, nałożył się ujawniony przez jego syna Ryszarda fakt współpracy Terleckiego ze Służbą Bezpieczeństwa, szczególnie przy rozpracowywaniu środowisk polskiej emigracji. Jerzy Kulczycki, księgarz i wydawca – powszechnie znana i bardzo zasłużona postać wśród londyńskiej emigracji, właściciel Orbis Books (London) LTD, po przeczytaniu informacji o agenturalnej działalności Terleckiego powiedział: „Myśmy w Londynie o tym wiedzieli. Sam Olgierd nam powiedział i nawet prosił, aby przy nim za dużo nie mówić, bo potem musi o tym wszystko napisać. Nie chcę nawet wspominać o moralnej postawie syna Olgierda”.
Ryszard Terlecki mógł o tym nie wiedzieć, ale gdyby uważnie przeczytał cytowaną książkę swego ojca, i trochę pomyślał, to być może, jako wicemarszałek Sejmu, ograniczyłby w we wspomnianej uchwale liczbę kompromitujących ją fragmentów.

Lekcja eurowyborów

Zacząć muszę te niewesołe refleksje od wyznania, że źle oceniłem perspektywę proeuropejskiej opozycji w tych wyborach. Nie spodziewałem się tak wysokiej frekwencji, zwłaszcza w sprzyjających Prawu i Sprawiedliwości obwodach wiejskich i we wschodniej części kraju Biję się więc w piersi i postaram się w przyszłości wyciągnąć wnioski z tego doświadczenia.

Jak wielu moich przyjaciół i znajomych jestem tymi wyborami rozczarowany. Trzeba jednak patrzeć w przyszłość. To w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu rozstrzygną się losy Polski na następne lata. Mamy pięć miesięcy, by się do tych wyborów przygotować. Stawka jest bardzo wysoka. Tu idzie o umocnienie lub odwrócenie procesu przekształcania polskiego systemu politycznego w kierunku nowego autorytaryzmu. Jak wielokrotnie pisałem, cechą nowego autorytaryzmu – w odróżnieniu od klasycznego – jest to, że władza pochodzi nie z nagiej przemocy, lecz z woli wyborców: opiera się nie na bagnetach, lecz na kartkach wyborczych. Oznacza to szansę, ale także wyzwanie.
Wyniki wyborów pokazują, że istnieje równowaga między Zjednoczoną Prawicą (PiS i jego mniejsi sojusznicy) i demokratyczną opozycją (Koalicja Europejska, Wiosna i Lewica Razem). Na trzy listy demokratycznej opozycji padło łacznien45.8% głosów ważnych, czyli nieznacznie więcej niż na Prawo i Sprawiedliwość (45.4%). W pewnym sensie sukces partii władzy jest powtórzeniem jej sukcesu w wyborach z 2015 roku, gdy tylko dzięki temu, że koalicyjna lista Zjednoczonej Lewicy nie przekroczyła progu wyborczego prawica zdobyła ona bezwzględną większość mandatów sejmowych.
Powtarzam więc raz jeszcze: jeśli na serio chcemy odsunąć PiS od władzy i zapewnić Polsce demokratyczną przyszłość, powinniśmy na bok odłożyć nawet najbardziej uzasadnione wzajemne anse i zbudować możliwie szeroką – szerszą niż Koalicja Europejska – koalicję sił demokratycznych. Robert Biedroń ma powody, by cieszyć się z tego, że Wiosna znalazła się na trzecim miejscu, ale powinien pamiętać, że przy ordynacji obowiązującej w wyborach sejmowych kilka procent poparcia tej partii przełożyłoby się na znacznie więcej mandatów, gdyby Wiosna weszła w skład koalicji demokratycznej.
Jeszcze bardziej oczywista jest sytuacja Lewicy Razem. Szanuje i cenię ideowość działaczy tej formacji, ale raz jeszcze przestrzegam przed marnowaniem głosów. Nic nie wskazuje na to, że za pięć miesięcy Lewica Razem będzie w stanie pokonać próg wyborczy. Głosy oddane na tę listę znowu się zmarnują. Czy nie lepiej więc odłożyć na bok urazy z przeszłości i tym razem iść rzeczywiście razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej ma powody, by uznać swoją decyzję o wejściu w skład Koalicji Europejskiej za trafną. Ze wspólnych list wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego tylu posłów, ilu mieliśmy w poprzedniej kadencji. Przekonany jestem, że gdyby SLD szedł do wyborów osobno, takiego wyniku nie zdobyłby. Tak się składa, że dobrze znam (także ze wspólnej pracy w rządzie) i bardzo cenię wszystkich teraz wybranych SLD-owskich deputowanych, więc przekonany jestem, że Polska i Unia Europejska dobrze wyjdą na tym, że zdobyli oni mandaty.
Musimy teraz zakasać rękawy i tak pracować nad przygotowaniem następnej kampanii wyborczej, by nie skończyła się ona nową przegraną.
Oznacza to przede wszystkim przełamanie fatalnego podziału na miasta i wieś, Polskę wschodnią i zachodnią. Poważny – realistyczny a zarazem ambitny – program dla wsi i dla regionów mniej rozwiniętych to obecnie warunek sine qua non jesiennego zwycięstwa.
Musimy zrobić poważny wysiłek dla odzyskania poparcia najmłodszych wyborców. To ich przyszłość jest szczególnie zagrożona przedłużaniem się rządów PiS.
Zarazem konieczny jest poważny program uporządkowania stosunków miedzy państwem i kościołem. Koalicja sil demokratycznych nie jest i nie będzie ugrupowaniem antykościelnym. Powinna jednak bardzo wyraźnie określić swe zamiary w takich sprawach jak dalsze losy ustawy antyaborcyjnej, nauczania religii w szkołach publicznych i jej finansowanie ze środków budżetowych, a przede wszystkim zasady wynagradzania takich – dotąd wyraźnie dyskryminowanych – kategorii pracowników państwowych jak nauczyciele, służba zdrowia czy personel administracyjny sadów.
Musimy też silniej niż dotychczas wyeksponować nasze stanowisko w sprawie polityki zagranicznej. Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do dramatycznego osłabienia pozycji międzynarodowej naszego państwa. Awanturnicza rusofobia w połączeniu z boczeniem się na główne państwa Unii Europejskiej niszczy tę pozycję, jaką dla Polski wywalczyliśmy przez pierwsze ćwierćwiecze Trzecie Rzeczypospolitej.
Tak więc jest nad czym dyskutować i jest wiele do zrobienia, byśmy za pięć miesięcy mieli prawo do otwierania szampana. Jest to w zasięgu możliwości, ale łatwo nie przyjdzie.

Nijaki fiolecik

Krótko o sytuacji powyborczej lewicy:

1)
SLD postawił jak widać na dobrą kartę, bo zachował swoje mandaty.
Wejście do KE było taktycznie niezłą decyzją. Kierownictwo może być z siebie zadowolone, bo partia jest w mainstreamie opozycji, a przed nami raczej walka z PiS-em niż walka o jakiekolwiek głębiej lewicowe cele. Obecność takich osób jak Bogusław Liberadzki w Europarlamencie to na ten moment najbardziej realnie lewicowy akcent całych wyborów i duży sukces.
2)
Lewica Razem może być z siebie bardzo niezadowolona. Ale bardziej z siebie niż wyniku, bo wynik jest pochodną kilku czynników.
Po pierwsze 1,5-3 procent na pewno im uciekło by taktycznie zagłosować na KE, nie ma wątpliwości.
Po drugie ich kampania była bardzo kiepska, bez żadnych silnych haseł, radykalizmu, a zamiast wyrazistości, która powinna płynąć z RSS i od Piotra Ikonowicza na pierwszym planie były jakieś enigmatyczne hasełka o płacach jak na Zachodzie, które były po prostu żadne. Nijaki fiolecik jest zbyt nijaki, skandynawskie-postsolidarnościowe robienie lewicy jest zaorane i skończone.
I trzeci najważniejszy czynnik: gdzie się podziały środki z subwencji? Jak lewica chce uzyskać dobry wynik wyborczy skoro przez całe cztery lata za te pieniądze nie zrobiono nic widocznego dla społeczeństwa?
Od trzech lat w całej Polsce powinny być kluby Razem w każdym województwie, gdzie powinno tętnić życiem od życia kulturalnego, wydarzeń, inicjatyw oddolnych i nie tylko wspierania najbiedniejszych itd…
Razem gra w politykę na zasadach partii kapitalistycznych, a już billboardy z samymi twarzami, czy wysyłanie jedynek-spadochroniarzy bez regionalnej rozpoznawalności/zasług do najbardziej lewicowych okręgów otwiera każdemu lewicowcowi nóż w kieszeni.
3)
Moja prognoza jest taka, że SLD czyni w tym momencie słusznie. Widząc, co się święci w tym nacjonalistycznym kraju uczynienie z SLD lewego skrzydła KE i popychanie PO na lewo jest chwilowo dobrym rozwiązaniem. Trzeba tylko umiejętnie ingerować w program KE by pchać ją w silny socjal i większy radykalizm, co samej KE może wyjść tylko na dobre.
Razem
powinno natomiast ulec gruntownej przebudowie wewnętrznej. I struktury, i wizerunek są do głębokiej naprawy. Zakon MS, który ewoluował w miękką socjaldemokrację i grupę o studenckim wizerunku to w Polsce za mało na dużą partię polityczną.
Główne wyzwanie to NOWE kadry, zarówno z samej klasy pracującej, ludzi starszych, jak i silniej lewicowego aktywu, który umożliwi tej partii realne przetrwanie nawet bez dotacji w trakcie chudych i niezbyt rokujących lat poniżej progu 3 procent.
Bo aktyw głodny sukcesu przy ofensywie PiS-u i tak wam już odleciał/odleci, tak samo jak poparcie ze strony GW i okolic.

Ku pamięci!

27 grudnia 1918 roku wybuchło zwycięskie Powstanie Wielkopolskie.

 

Poznaniacy odnieśli zwycięstwo, zwyciężyła rodząca się Polska. Ponieważ jednak było to jedno z nielicznych zrywów Polaków w którym odnieśliśmy zwycięstwo, niewielu z nas wie dostatecznie wiele, o tym, co stało się na poznańskiej ziemi.
Z niezrozumiałych dla mnie powodów władze przez lata dają do zrozumienia Polakom, że obchody i pamięć o bohaterach tamtych czasów jest regionalną sprawą Poznaniaków.
W końcu to oni ginęli za prawo powrotu do ojczyzny, to na powstańcach mszczono się i mordowano ich po wkroczeniu Wehrmachtu w 1939 roku na te tereny.
Władze centralne jakby z zazdrości o wynik tego powstania wstydziły się pamięci o polskich bohaterach tamtych czasów. Może, dlatego, że bliskość i nadrzędność świąt kościelnych nie daje się pogodzić z polską pamięcią narodową.
Tymczasem składam hołd Wielkopolanom, tym, co przyczynili się do zwycięstwa naszej państwowości tamtego czasu, jak i tym, co stanęli do obrony wartości w 1956 roku.
Składam hołd Poznaniakom, którzy i dzisiaj stają w obronie Konstytucji RP, trójpodziału władzy i europejskiego systemu wartości.

***

Powstanie wielkopolskie – powstanie polskich mieszkańców Prowincji Poznańskiej przeciwko Rzeszy Niemieckiej, toczące się na przełomie lat 1918–1919. Polacy domagali się powrotu ziem zaboru pruskiego do Rzeczypospolitej, umacniającej swoją niepodległość.
Powstanie wielkopolskie wybuchło 27 grudnia 1918 w Poznaniu, w czasie wizyty powracającego do Polski Ignacego Jana Paderewskiego, który w drodze do Warszawy przybył 26 grudnia do Poznania, owacyjnie witany. Tego samego dnia Paderewski wygłosił przemówienie do swoich rodaków licznie zgromadzonych przed hotelem Bazar. Nazajutrz 27 grudnia swoją paradę wojskową na Świętym Marcinie urządzili Niemcy – zrywano polskie i koalicyjne flagi, napadano na polskie instytucje – doszło do zamieszek, w wyniku których wywiązała się walka, podjęta następnie przez oddziały kierowane przez Polską Organizację Wojskową Zaboru Pruskiego.
Powstańcy w krótkim czasie opanowali całą Prowincję Poznańską z wyjątkiem jej północnych i południowo-wschodnich obrzeży. Powstanie zakończyło się 16 lutego 1919 roku rozejmem w Trewirze, który rozszerzał na front powstańczy zasady rozejmu w Compiègne z 11 listopada 1918 kończącego I wojnę światową. Było to jedno z czterech, obok powstania wielkopolskiego 1806 roku, powstania sejneńskiego w 1919 roku i II powstania śląskiego w 1920 roku, zwycięskich powstań w dziejach Polski. Pierwsze z polskich powstań z tamtego okresu, które umożliwiło realizację wszystkich założonych celów.

Zwycięstwo Armii Ludowej…

…nad Lechem Kaczyńskim. Dekomunizacja w stolicy (prawie) cofnięta!

 

Naczelny Sąd Administracyjny zajmuje się skargami kasacyjnymi wniesionymi przez wojewodę Sipierę – w piątek 7 grudnia przywrócił 44 z 45 nazw dawnych ulic. Na decyzję czekają jeszcze m.in. Dąbrowszczacy.
Wymienić tabliczki na poprzednie będą musiały m.in. ulice ZWM, Modzelewskiego, Duracza, Wrońskiego, Gidzińskiego, Małego Franka, 17 Stycznia, Kulczyńskiego, Gruszczyńskiego, Rzymowskiego, Sternhela, Sobczaka, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego, al. Armii Ludowej.
Ta ostatnia zmiana oznacza, że plan ekipy rządzącej, aby w stolicy jedna z większych arterii Śródmieścia nosiła nazwę Lecha Kaczyńskiego, spełznie na niczym.
NSA, jak podkreśla sędzia Roman Ciąglewicz, cytowany przez „GW”, nie badał zasadności takiej czy innej nazwy ulicy, ale fakt, czy zarządzenia zastępcze Sipiery wprowadzające dekomunizację ulic były zgodne z prawem. – Uprzedzając ewentualne pytania i kontrowersje, które mogą się pojawić, zgodnie z takim podejściem, nie można oczekiwać, że sąd mógł załatwić sprawę, bo wszyscy wiedzą, że jakaś osoba, organizacja czy data symbolizują komunizm – powiedział, dodając, że wojewoda popełnił błąd, podając zbiorcze uzasadnienie dekomunizacji poszczególnych patronów. Zwrócił przy tym uwagę na stronniczość IPN i celowe przedstawienie dekomunizowanych patronów ulic w złym świetle, a także „ubogą faktografię” w przesłanych na ich temat opiniach np. pominięcie faktu, iż Stanisław Tołwiński był Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata za zasługi w ratowaniu Żydów podczas II wojny światowej.
Właśnie Tołwiński, a także Dąbrowszczacy – poczekają jeszcze na „swoją” rozprawę, ponieważ zapomniano powiadomić o dzisiejszym terminie stowarzyszenie MJN, które jest stroną postępowania.
Inny sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.
Chodziło konkretnie o Armię Ludową.
– W rozpoznawanych sprawach były takie przypadki, np. Armii Ludowej, gdzie można byłoby dokonać oceny, że te nazwy w sposób oczywisty symbolizują komunizm. Ale ta opinia IPN została sporządzona w sposób taki, w jaki została sporządzona.
Ostatecznie do WSA trafiło 50 skarg stolicy na zarządzenia zastępcze wojewody o zmianach nazw ulic, czyli na wszystkie zarządzenia zastępcze dotyczące Warszawy, także ostatnie trzy podjęte w grudniu 2017 r. Sędzia, Zdzisław Kostka, stwierdził, że „związki z komunizmem” a „symbolizowanie komunizmu” to dwie różne rzeczy.

Prawda zawsze się obroni

Wyniki z drugiej tury wyborów prezydentów wielkich i średnich miast oraz burmistrzów w mniejszych pokazują, że zdecydowanie zwyciężają kandydaci antypisu. Przypomnę, że to duże miasta decydują o pozycji gospodarczej naszego kraju. Sama Warszawa wytwarza 18 procent krajowego PKB. 8 największych miast Polski wytwarza prawie połowę naszego PKB. To te miasta i wiele innych sprawiają, że są pieniądze na 500+ i inne świadczenia socjalne wprowadzone – i słusznie – przez PiS. Te miasta otwarte są na postęp, liberalizm poglądowy, lgną do Europy, są kreatorami życia gospodarczego, kulturalnego i nauki. Rolnictwo wytwarza tylko 2,5 procenta naszego PKB, choć bez niego nie da się żyć. PiS atakował środowiska wielkomiejskie, skłócał elektorat wielkomiejski z wiejskim. Sugerował, że ludzie, którym się gorzej wiedzie są biedni dlatego, że ci bogatsi, w miastach ich okradają. W pewnej części PiS-owi to jątrzenie się udało. To, że przy podziale dóbr narodowych rząd PO zaniedbał polską prowincję to osobna kwestia.
Tymczasem wszyscy mieszkańcy naszego kraju muszą nawzajem się wspierać i solidarnie sobie pomagać. PiS postanowił rządzić poprzez skłócanie społeczeństwa. Środowiska miejskie nie dały się na to nabrać. Zarządzanie poprzez konfliktowanie może być skuteczne tylko na krótką metę. PiS-owskie kłamanie, że poprzednia władza nic nie zrobiła i okradała kraj też ma krótkie nogi. Przypominania, że jak wygra antypis, to nie będzie w samorządach pieniędzy też wyborcy się nie przestraszyli.
Wyborcy zaczynają dostrzegać brzydkie metody rządów PiS polegających na manipulacji opinią publiczną, oszczędnym gospodarowaniu prawdą, ubliżaniu całym grupom społecznym, fałszowaniu historii, itp. Prawda zawsze się obroni, ale to nie oznacza, że rządy PO – PSL były oparte na prawdzie i sprawiedliwym traktowaniu wszystkich grup obywateli. Wyborcy też to ocenili. Warto w polityce być uczciwym. Czy PiS to zrozumie?

Co mnie cieszy

…a co martwi. Korespondencja z Dolnego Śląska.

 

Cieszy mnie, że narodowcy w tych wyborach nie zaistnieli. Na Dolnym Śląsku uzyskali symboliczne poparcie. Podobnie jak i „Wolni i Solidarni”, Kornela Morawickiego, którzy uzyskali poniżej 1 procenta poparcia. Ale to dla mikropartii Morawieckiego seniora typowy od wielu, wielu lat wynik. Oznacza to, że wyborcy nie lubią hałaśliwych, niesympatycznych, ogolonych na łyso mężczyzn, maszerujących wysoko podniesionymi sztandarami. Narodowcy udowadniają od lat, że nie potrafią organizować kampanii wyborczych. Mnie to cieszy. Czy wyobrażacie sobie,, jako prezydenta Wrocławia, ex-księdza Międlara siejącego nienawiść i pogardę dla inaczej myślących?
Martwi mnie natomiast ciągły zjazd lewicy po równi pochyłej. Lewa strona poszła do wyborów podzielona, skłócona i bez nośnych haseł. Podzieliły się ruchy miejskie, które nie są zdolne do wykreowania trwałych struktur. Są to raczej przedszkola polityczne. Dorastający politycznie działacze tych ruchów w końcu lądują w partiach politycznych, albo dają sobie spokój z działalnością. Ruchy kobiece, tak zawsze aktywne, ponownie nie potrafiły wymyślić lub wejść w takie koalicje, które wyniosłyby ich przedstawicielki do samorządów. Z partiami politycznymi od dawna nie chcą się zadawać. Wolą im wytykać brak kobiet na listach. Od lata taka polityka prowadzi ruchy feministyczne donikąd. Te wybory to potwierdziły. Zieloni i Partia Razem miały w regionie iść razem do wyborów, ale poszły osobno. Sojusz z SLD w ogóle nie wchodził u nich w rachubę.
I na końcu słów kilka o SLD. Ludzie pracowali ciężko, stworzono listy w powiatach, gminach, miastach i do Sejmiku. Ale sukcesu nie ma. Ledwie ponad 5 procent poparcia to mało. Ale skoro prezydent Kwaśniewski mówi, że popiera SLD, ale zagłosuje na Trzaskowskiego, a premier Miller popiera SLD, ale nie zagłosuje na Rozenka, bo też dawniej szkodził SLD, to co , na taki przekaz, mają powiedzieć ludzie lewicy na dołach. Moim zdaniem obaj panowie stracili instynkt polityczny i szkodzą lewicy. Na dołach zabrakło świeżości i optymizmu i pieniędzy, bo kampania to także pieniądze.
Ta kampania, choć samorządowa, była bitwą na górze. W głównym starciu lewica nie brała bezpośredniego udziału. Słaba siła propagandy wyborczej, brak ideowej amunicji, stare mundury i swary w kierownictwie lewicowych armii nie pozwoliły na rozwiniecie szyków. Czy w końcu lewica siądzie do wspólnego stołu? Chciałbym tego dożyć. Jeżeli to się nie uda, to lądujemy na śmietniku historii i to na własne życzenie. We Wrocławiu SLD dogadało się z ugrupowaniem Rafała Dutkiewicza i ma swoich radnych w Radzie Miejskiej. Zgoda Buduje. Polityczne centrum dogadało się z lewicą. A na lewicy jest to niemożliwe.