Szczurze gniazdo

Nie oglądałem wczorajszej debaty wyborczej, bo miałem akurat próbę z kapelą. Gdybym był w domu, to i tak bym jej nie oglądał. Nie mam złudzeń co do posiadanej przez klasę polityczną klasy. Z niewielkimi wyjątkami. Ale co do misji TVP, wątpliwości nie mam jeszcze większych. Ich misja to emisja.

Jakby komuś było mało, Rada Etyki Mediów, o ile media mogą mieć w tym kraju jeszcze jakąś etykę, wydała ostrzeżenie, że debata prezydencka w TVP może nie być bezstronna. Choćby z tego powodu, że istnieje poważne domniemanie, że jeden z kandydatów może znać wcześniej pytania, którymi pozostali będą zaskakiwani. Jak się doda do tego ostatnie dane telemetryczne za maj, podług których w telewizyjnej jedynce, dwójce, lokalnej trójce i TVP Info, politycy PiS wypełniali antenę przez 86 godzin, a prezydent Andrzej przez 20 godzin bez 40 sekund, w czasie gdy Platforma dostała godzin 25 a jej ówczesna kandydatka MK-B, godzinę i pół, obrazek zaczyna być dość klarowny. TVP to już nie telewizja narodowa. Nawet nie rządowa. To już klasyczna telewizja partyjna.

86 godzin samego PiS-u plus 20 godzin Andrzeja Dudy daje łącznie w maju ponad 106 godzin jadu i żółci na ekranie. 106 godzin to prawie 4 i pół dnia z nocą. Przez 4 dni w miesiącu, telewizje państwowe pokazywały tylko PiS i prezydenta Andrzeja. Platformę przez jeden dzień. Gdyby się przyjrzeć wydźwiękowi i komentarzom byłoby jeszcze ciekawiej. O innych partiach i kandydatach przez szacunek nie warto w ogóle wspominać. Może więc rację ma Rafał Trzaskowski mówiąc, że trzeba rozwiązać tę całą instytucję w cholerę. Budynki sprzedać na komercyjne biura, majątek zlicytować i rozdać biednym. Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, gdy się ma w pamięci liczby czasu pracy pisowskiej telewizji na pisowskim pasku, każe się z Trzaskowskim zgodzić. Ta instytucja jest do cna przeniknięta przez geniusz Jarosława. W większości jednak ludzie tam pracujący, ci, których znamy z ekranu, to oportuniści, którzy, w razie wygranej Trzaskowskiego i porażki PiS-u, zaczną zmieniać front, lub przesiądą się z państwowej do prywatnej szalupy. Ostatnie personalne połowy Polsatu dość jasno pokazują, w która stronę masztu wieje wiatr od Ostrobramskiej. Zygmunt Solorz wyraźnie daje do zrozumienia, że z władzą chce żyć w zgodzie, zwłaszcza jak się ma kulę u nogi w postaci elektrowni na węgiel brunatny w Koninie, z którego to węgla świat rozumny rezygnuje. Tak czy inaczej, kto odpowie, co z tym szczurzym gniazdem zrobić, jak już będzie można się doń dobrać, a że będzie można, sondaże najnowsze nie pozostawiają wątpliwości.

Rozpieprzyć w drybizgi można zawsze. Istnieje jednak obawa, że jak będzie się lać do urynału cały zepsuty zacier, trochę dobrego z samego dna się zmarnuje i będzie szkoda. Jeśli więc nie likwidować, to zachować. Tylko na jakich zasadach i po co? Ongiś pracowałem w pewnej studenckiej stacji radiowej notowanej w ogólnopolskich listach i pomiarach słuchalności. Pracowałem to złe słowo, bo za pracę otrzymuje się wynagrodzenie. Na etacie zatrudniony był redaktor naczelny, żona redaktora naczelnego i pracownik techniczny. Być może ktoś z sekretariatu dostawał jeszcze jakieś pieniądze, ale tego nie wiem. Wiem natomiast, że nikt z autorów programów i prowadzących pieniędzy nie otrzymywał, bo taka była zasada. Że w studenckim radiu pracują studenci, którzy chcą nauczyć się zawodu. Ja studentem nie byłem już ani jeszcze. Kiedy program mi hulał, zapraszałem doń gwiazdy szołbiznesu i nauki, poszedłem do naczelnego i powiedziałem, że dobrze by było, gdybym dostawał za swój czas jakieś wynagrodzenie, choćby minimalne, na zwroty za benzynę. Ten uśmiechnął się wówczas ciepło i wskazał na drzwi. Można by więc, przy zachowaniu odpowiedniej proporcji, potraktować część majątku ruchomego i nieruchomego TVP, jako szkołę dla robienia telewizji i dziennikarstwa dla tych wszystkich, którzy chcą się tego podjąć. Próby na dobrym sprzęcie, za państwowe, dużo mniejsze niż dziś, pieniądze. Całą resztę, która do czegokolwiek się jeszcze nada, należałoby odkurzyć ze złogów kaczyzmu i zacząć nań robić prawdziwą telewizję państwową dla obywatela; z ambitnym kinem, ambitną muzyką, teatrem, koncertami, poważnymi debatami, wysublimowaną rozrywką; słowem-tym wszystkim, czego nie ma dziś w żadnej telewizji, ni komercyjnej ni państwowej. Bo oprócz nazw i nomenklatur, zarówno telewizja prywatna jak i państwowa są u nas jak najbardziej komercyjne. TVP ściga się z resztą na przychód reklamowy etc. choć nie daje widzowi niczego więcej, niż konkurenci, dla których sensem działania, z natury rzeczy, jest maksymalizacja zysków. Klasyczna, podręcznikowa zasada konwergencji, gdy gospodarki krajów socjalistycznych upodabniały się do gospodarek kapitalistycznych. Po co więc pozwalać na te sztuczne różnice, skoro czy coś jest państwowej czy prywatne, działa dokładnie tak samo. Kiedy się więc podzieli TVP na pion szkoleniowo-warsztatowy i pion merytoryczno-programowy, resztę majątku winno się wyprzedać i przeznaczyć na działalność bieżącą. A jak się kasa z tegoż skończy, zawsze można wrócić do tego co było. Albo zlikwidować, tak jak chce Trzaskowski.

Chwała hojnym mecenasom

Kto jest najbardziej wpływową postacią w polskim sporcie? Miesięcznik „Forbes” najwyższe miejsce na swojej liście przyznaje prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi, drugie Adamowi Małyszowi, a trzecie Robertowi Lewandowskiemu. Dopiero na czwartym miejscu znalazł miejsce dla szefa WADA Witolda Bańki. To nie jedyna bzdura w tym zestawieniu.

Ranking „Forbesa” oparto na dwóch kryteriach – opiniach 20 ekspertów, głównie z branży marketingu sportowego (70 procent wskazań w łącznej ocenie) oraz badaniach tzw. oddźwięku społecznego (pozostałe 30 procent). To trochę tłumaczy dlaczego na jednej liście najwięksi mecenasi polskiego sportu musieli konkurować m.in. z popularnymi komentatorami sportowymi oraz czynnymi sportowcami. Nie tłumaczy jednak zdumiewającego faktu, że mecenasi tę rywalizację przegrali. Dla przykładu – właściciel Polsatu Zygmunt Solorz w zestawieniu najbardziej wpływowych osób w branży sportowej wg. „Forbesa” zajął dopiero 11. miejsce, chociaż ma w ręku stację telewizyjną od lat mocno stawiającą na sport, a do tego sieć telekomunikacyjna Plus, która jest sponsorem głównym siatkarskiej ekstraklasy mężczyzn oraz reprezentacji narodowej.

Jeszcze niżej od Solorza, bo na 22. miejscu, eksperci „Forbesa” umieścili prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego. Pomijając jego propagandowe wspieranie rządzącej prawicowej koalicji, to trzeba przyznać, że na niwie sportowej mocno się zasłużył. W okresie jego czteroletnich rządów publiczny nadawca znacznie poszerzył ofertę transmisji sportowych, a kodowany wcześniej kanał TVP Sport przeniósł do naziemnej telewizji cyfrowej. TVP pokazuje też po mecz piłkarskiej ekstraklasy oraz reprezentacji piłkarskiej, siatkarzy i siatkarek.

Na szczycie listy najbardziej wpływowych postaci nie powinno też zabraknąć szefów największych spółek skarbu państwa, jak PKN Orlen, PGNiG, PGE, Grupa Azoty, Enea, właścicieli klubów sportowych finansujących ich działalność także z własnej kieszeni, jak Dariusza Mioduskiego (właściciel i prezes aktualnego lidera piłkarskiej ekstraklasy Legii Warszawa), Janusza Filipiaka (właściciel i prezes wicelidera ekstraklasy Cracovii), Bertusa Servaasa (właściciel najlepszego polskiego zespołu piłki ręcznej PGE Vive Kielce) czy Dariusza Miłka, właściciela najlepszej polskiej zawodowej grupy kolarskiej CCC, jedynej w światowej elicie.