Nie tylko na zdjęciu

Z rodziną można wyjść całkiem dobrze także i w działalności gospodarczej.
Co trzecia spółka notowana na warszawskim parkiecie to firma rodzinna. Gracze giełdowi je dosyć lubią, bo dawały im w pandemii wyższą rentowność i mniejszą zmienność kursów. Pewnym wyzwaniem może być jednak zmiana pokoleniowa właścicieli tych spółek.
Znaczenie firm rodzinnych w polskiej gospodarce przez ostatnie dekady systematycznie rośnie. Już dawno przestały być one dla największych międzynarodowych podmiotów obecnych na polskim rynku jedynie drobnym lokalnym biznesem, z niewielkimi udziałami w rynku – lecz stały się dla nich silną konkurencją. Nic więc dziwnego, że polski prywatny, rodzinny biznes jest w coraz większym stopniu obecny na polskim rynku kapitałowym.
Na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie notowanych jest obecnie 139 spółek rodzinnych, czyli 32 proc. wszystkich podmiotów tego parkietu – pokazuje raport firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton „Firmy rodzinne na GPW”. Tylko w latach 2011-2020 na GPW zadebiutowały 64 spółki definiowane na potrzeby raportu jako rodzinne. Najwięcej firm rodzinnych na GPW ma swoje siedziby w województwie mazowieckim (41), dolnośląskim (17) i wielkopolskim (15).
– W zarządzaniu firmami rodzinnymi dostrzec można perspektywę długoterminową. Dzięki temu lepiej niż inne spółki radzą sobie one w okresach rynkowych turbulencji. Może to również wynikać z większej skłonności do kumulowania i reinwestowania kapitału, co wiąże się z mniejszą skłonnością do wypłaty dywidendy dla inwestorów. Spółki rodzinne powinny być zatem atrakcyjną alternatywą dla inwestorów poszukujących bezpiecznych długoterminowych inwestycji – komentuje Dariusz Bednarski, wiceprezes Grant Thornton.
Choć dla firm o charakterze rodzinnym ważniejszym celem niż bieżący wynik finansowy jest długoterminowy, bezpieczny rozwój, to przedsiębiorstwa te w wielu przypadkach – zwłaszcza w okresach rynkowych zawirowań takich jak pandemia – wykazują wyższą rentowność niż spółki nierodzinne. Rentowność EBITDA (czyli bez kosztu oprocentowania długu, podatku dochodowego i amortyzacji) w ciągu ostatnich zaraportowanych 12 miesięcy (od IV kwartału 2019 r. do III kwartału 2020 r.) dla spółek rodzinnych wynosiła 12,3 proc., tymczasem dla pozostałych 10,8 proc. Zysk netto w tym okresie wyniósł w spółkach rodzinnych 2,7 proc., a dla pozostałych spółek odnotowano stratę na poziomie 1,5 proc. Jeszcze większe różnice widać na wskaźniku rentowności kapitału własnego, który wyniósł odpowiednio 5,1 proc i minus 2,2 proc.
O tym, że gracze giełdowi niemałym zaufaniem, zwłaszcza w trudnych czasach pandemii, obdarzają spółki zarządzane przez prywatnych właścicieli, świadczy też opracowany przez Grant Thornton indeks GT Rodzinne, pokazujący zachowanie akcji 20 największych spółek rodzinnych na GPW, według metodologii analogicznej do tworzenia indeksu WIG20. W okresie styczeń 2015 – luty 2021 indeks GT Rodzinne wzrósł o około 40 proc., natomiast spółki z indeksu WIG20 straciły w tym samym okresie na wartości ok. 16 proc. Ciekawa jest również analiza kształtowania się stopy zwrotu w zdominowanym już przez pandemię okresie luty 2020 r. – luty 2021 r. Spółki z indeksu GT Rodzinne zyskały 57 proc., a z WIG20 straciły 5 proc.
– Biznesy rodzinne odpowiadają za około dwie trzecie polskiego produktu krajowego brutto, stymulując wzrost gospodarczy i wzmacniając krajową przedsiębiorczość. W najnowszym indeksie Niemieckiej Fundacji Firm Rodzinnych, Polska plasuje się na 12. miejscu wśród 21 analizowanych krajów pod względem warunków prowadzenia działalności gospodarczej, wyprzedzając takie państwa, jak Belgia, Niemcy czy Japonia. Polscy przedsiębiorcy są emocjonalnie związani ze swoimi biznesami, które tworzyli od podstaw przez 30 lat wolnej gospodarki. Miedzy innymi dlatego biznesy rodzinne coraz chętniej wybierają drogę przez giełdę, która umożliwia pozyskiwanie kapitału na rozwój przy jednoczesnym zachowaniu kontroli właścicielskiej – podkreśla Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Nieco niepokojący z punktu widzenia potencjalnych inwestorów może być natomiast fakt, że wśród notowanych na GPW firm rodzinnych nadal niewiele jest takich, które mają uporządkowaną kwestię sukcesji pokoleniowej. Widać to na przykład po akcjonariacie części z tych przedsiębiorstw. Choć wielu twórców i głównych akcjonariuszy spółek rodzinnych zbliża się obecnie do wieku emerytalnego i z problemem sukcesji wkrótce będą musieli się zmierzyć, to tylko w przypadku 17 proc. tych spółek akcje są już w rękach przynajmniej jednego sukcesora.
Potomkowie obecnych właścicieli relatywnie rzadko są też obecni w najważniejszych organach spółek. Obecnie jedynie w co szóstej (16 proc.) spółce rodzinnej przedstawiciel pokolenia sukcesorów zasiada w zarządzie, a w co piątej (22 proc.) w radzie nadzorczej. Tymczasem aż połowa firm w zarządach i radach nadzorczych ma jedynego przedstawiciela rodziny, którym jest ich główny właściciel – nestor (odpowiednio 55 proc. i 48 proc.).
Może to świadczyć o tym, że potomkowie obecnych właścicieli firm są niezbyt często zainteresowani odziedziczeniem i osobistym prowadzeniem biznesów rodzinnych – co grozi tym, że po nieuniknionej zmianie pokoleniowej, te firmy popadną w kłopoty a nawet przestaną istnieć. Nie ma tu jednak reguły i dopiero za co najmniej kilkanaście lat, gdy ostatecznie odejdzie pierwsza generacja właścicieli, będzie się można przekonać, jak naprawdę wygląda krajobraz firm rodzinnych w Polsce.

Gospodarka 48 godzin

Banki po nowemu
Jeśli parlament zaakceptuje rządowe propozycje, to nastąpią zmiany w funkcjonowaniu banków. Polskie prawo bankowe zostanie dostosowane do rozwiązań obowiązujących w Unii Europejskiej. Do tej pory bowiem, czego rząd PiS nie ujawniał, metody działania banków w naszym kraju daleko odbiegały od standardów unijnych. W zmianach chodzi o zwiększenie odporności banków i domów maklerskich na wypadek kryzysu na rynku finansowym. Prawo bankowe obejmie swoim zakresem także finansowe spółki holdingowe (i o działalności mieszanej). Usprawniony zostanie przepływ informacji między Komisją Nadzoru Finansowego i Bankowym Funduszem Gwarancyjnego na temat banków i domów maklerskich. Komisja Nadzoru Finansowego będzie mogła nałożyć na bank i dom maklerski dodatkowe obowiązki sprawozdawcze lub zwiększyć ich częstotliwość. Podmiot składający wniosek o zezwolenie na utworzenie banku, oprócz dotychczas wymaganych dokumentów, powinien także przekazać informacje o podmiotach należących do tej samej grupy oraz o powiązaniach w ramach grupy. Oddziały banków zagranicznych będą musiały przedkładać Komisji Nadzoru Finansowego roczne sprawozdanie z prowadzonej działalności.

Ile można zarobić
Raport Instytutu Emerytalnego przedstawił analizę efektów finansowych płynących z przystąpienia pracownika do Pracowniczego Planu Kapitałowego. Jak policzył dyr. Grzegorz Chłopek, uczestnik, który zarabia średnią krajową, po dziewięciu miesiącach tego roku przeciętnie zarobiłby na czysto 935 zł. Zysk ten w większości pochodziłby z wpłat pracodawcy (599 zł) i tzw. opłaty powitalnej z Funduszu Pracy (250 zł). Przy tym wyliczeniu jest jednak kilka „ale”. I tak, trzeba pamiętać, że jest to kwota przeciętna – a więc odchylenia od niej mogą być bardzo duże. Kwota zysku została wyliczona na podstawie warunków już minionych, które wcale nie muszą powtórzyć się w pierwszych dziewięciu miesiącach 2021 r. Zarobki w wysokości nie mniejszej od średniej krajowej osiąga w Polsce około jednej trzeciej ogółu zatrudnionych, a więc dla pozostałych ewentualny zysk z PPK byłby sporo niższy. W miarę upływu kolejnych miesięcy, opłata powitalna straci na znaczeniu, a coraz bardziej będzie się liczyć zysk wypracowywany przez instytucje finansowe zarządzające pieniędzmi zgromadzonymi w PPK. Zysk ten może być zaś ujemny przez całe lata.

Najpierw kwalifikacja
Rada Ministrów oświadczyła, że zgodnie z Narodowym Programem Szczepień przeciw COVID-19, planowane jest stworzenie tzw. funduszu kompensacyjnego dla osób, u których wystąpią niepożądane odczyny poszczepienne. Szczegółowe zasady tego funduszu mają być określone w ustawie, której jeszcze nie ma. Wiadomo już natomiast, że kwalifikacji do szczepień ochronnych przeciwko COVID-19 będzie dokonywał lekarz na podstawie przeprowadzonego badania oraz wywiadu z pacjentem, co zostanie udokumentowane w ankiecie i stosownej dokumentacji medycznej. Nie będzie możliwe prowadzenie badania kwalifikacyjnego na zasadzie teleporady. Trzeba się więc będzie pofatygować do przychodni i liczyć na to, że badanie pozwoli na uzyskanie pozytywnej kwalifikacji. Przyjęcie szczepionki zostanie zapisane w systemie komputerowym. Osoby zaszczepione, po zweryfikowaniu tego faktu będą mogły bez dodatkowych testów korzystać z usług publicznej służby zdrowia, nie będą uwzględniane w limitach dotyczących spotkań towarzyskich, nie muszą też odbywać kwarantanny w wypadku kontaktu z zakażonym.

Weźmiemy przykład z Estonii?

Przeciętny obywatel Estonii poświęca na wypełnienie obowiązków podatkowych średnio 50 godzin rocznie. W przypadku Polski są to 334 godziny rocznie.
Według obietnic rządu – nieco przedwczesnych, bo ustawy na ten temat jeszcze nie ma – od 1 stycznia 2021 r. firmy będą mogły się rozliczać z fiskusem w ramach tzw. estońskiego CIT-u. Istotą rozwiązania jest przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypłaty zysków z przedsiębiorstwa. Na zmianie będą mogły skorzystać firmy, które poszukują środków na nowe inwestycje i rozwój biznesu.
Ów estoński CIT to nowatorski sposób opodatkowania, który pozwoli firmom inwestować i ograniczyć formalności przy rozliczeniu podatków. Zgodnie z rozwiązaniem, podatek zostanie nałożony na przedsiębiorstwo w momencie wypłaty zysku. Oznacza to, że środki, które zostaną w firmie, będzie można przeznaczyć na inwestycje, co przełoży się na wzrost gospodarczy. Wprawdzie i do tej pory były w Polsce rozmaite ulgi inwestycyjne, ale planowane rozwiązanie ma być bardziej systemowe, a więc podobno skuteczniejsze.
Estoński CIT ma też przeciwdziałać negatywnym następstwom koronawirusa, czyli przyczynić się do zapewnienia stabilnych miejsc pracy i zwiększenia zatrudnienia. Przedsiębiorca będzie mógł wybrać, czy chce skorzystać z nowego rodzaju opodatkowania, czy woli rozliczać się na starych zasadach.
Z opodatkowania na nowych zasadach będzie mogła skorzystać spółka z ograniczoną odpowiedzialnością lub akcyjna, w której udziałowcami albo akcjonariuszami są wyłączenie osoby fizyczne. Przychody takiego przedsiębiorstwa nie będą mogły przekraczać rocznie 100 mln zł (dotyczy to ok. 97 proc. polskich firm).
Warunkiem skorzystania z estońskiego CIT-u będzie zatrudnianie co najmniej 3 pracowników (na umowę o pracę) -lub ponoszenie miesięcznych wydatków na wynagrodzenia z tytułu innych umów, w kwocie stanowiącej co najmniej trzykrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (obciążonych PIT i ZUS). Warunek ten nie musi być wszakże spełniony od razu. Dla podatników rozpoczynających działalność wystarczy wzrost zatrudnienia corocznie o co najmniej jednego zatrudnionego – począwszy od drugiego roku podatkowego – aż do osiągnięcia wymaganego poziomu 3 pracowników.
Łagodniejsze warunki przewidziano dla małych podatników – w pierwszym roku podatkowym warunek będzie spełniony, jeżeli podatnik zatrudnia co najmniej 1 osobę w przeliczeniu na pełne etaty.
Przedsiębiorca będzie mógł wybrać nowy system opodatkowania na 4 lata z możliwością przedłużenia na kolejne 4-letnie okresy. Przedłużenie będzie możliwe, jeśli w ostatnim, czwartym roku korzystania z tego systemu, wciąż będzie spełniał wymagane kryteria.
Nowe rozwiązanie skierowane jest do przedsiębiorstw, które mają mniejsze możliwości otrzymania kredytów bankowych i w związku z tym brakuje im środków na inwestycje.
Z badań OECD wynika, że w Polsce aż co trzecia mała i średnia firma nie uzyskuje potrzebnego finansowania dłużnego. Nowy system ma stworzyć bardziej uczciwe warunki dostępu dużych i mniejszych przedsiębiorstw do środków na inwestycje.

Dyskretny urok PiS-owskiej nowomowy

Państwowa grupa petrochemiczna Lotos zanotowała olbrzymią stratę – ale chwali się rzekomym zyskiem.

W pierwszych sześciu miesiącach tego roku grupa Lotos zanotowała stratę wynoszącą aż 1 mld 388 mln złotych netto. To gigantyczny regres, zwłaszcza, że w tym samym okresie 2019 r. Lotos osiągnął zysk netto wynoszący 673 mln zł.
Ten wynik Lotosu jest tym bardziej fatalny, że „wypracowano” go w okresie dynamicznej pracy rafinerii, bez żadnych przestojów, jakie w innych polskich branżach spowodowała pandemia koronawirusa. „W I półroczu 2020 r. rafineria Grupy LOTOS pracowała optymalnie i niemal w pełni wykorzystała swoje moce produkcyjne” – informuje oficjalny komunikat firmy.
Takie są właśnie efekty funkcjonowania „dobrej zmiany” w polskim przemyśle. Trudno w tej chwili ocenić, jakie wpływ będą miały fatalne wyniki Lotosu na rządowy plan przejęcia tej firmy przez PKN Orlen. Wydaje się jednak, że ze względu na złą sytuację budżetu naszego państwa, ta transakcja zostanie przeforsowana niezależnie od okoliczności.
Orlen wykupi udziały Lotosu należące do Skarbu Państwa – więc z formalnego punktu widzenia budżet się na tym wzbogaci, zyskując środki na doraźne łatanie najbardziej dotkliwych dziur.
Oczywiście, zgodnie z PIS-owską zasadą nieustannego chwalenia się, szefowie Lotosu wolą nie eksponować informacji o kłopotach swojej firmy. Dlatego w oficjalnej informacji prasowej opublikowanej przez władze Lotosu po pierwszym kwartale 2020 r nie ma nawet słowa o tej gigantycznej, wynoszącej prawie 1,4 mld zł stracie. Czytamy w niej natomiast o …zysku.
Informacja stwierdza więc między innymi: „Bezpieczna sytuacja Lotosu /…/ Spółka elastycznie zaadaptowała się do trudnych warunków w czasie pandemii COVID-19, m.in. ograniczając produkcję paliwa lotniczego na rzecz zwiększenia puli innych wysokomarżowych produktów /…/ Spółka elastycznie zarządzała sprzedażą produktów, bilansując krajowy spadek popytu eksportem morskim. W omawianym okresie Grupa Kapitałowa LOTOS wygenerowała oczyszczony ze zdarzeń jednorazowych zysk EBITDA LIFO na poziomie 722,6 mln zł „.
Warto zwrócić uwagę na to ostatnie zdanie. W rzeczywistości Lotos poniósł stratę wynoszącą, przypomnijmy, 1 mld 388 mln zł. Ale w oficjalnej informacji prasowej o tym się nie mówi. Mowa jest natomiast o zysku EBITDA LIFO „oczyszczonym ze zdarzeń jednorazowych”. Żeby dowiedzieć się o faktycznej stracie poniesionej przez Lotos trzeba zagłębić się w pełne wyniki finansowe gdańskiej firmy. A wydawałoby się, że zysk czy strata netto to podstawowe informacje, które każda firma powinna podawać w pierwszej kolejności!
Informacja prasowa Lotosu mówi o „pełnym zintegrowaniu instalacji”, „elastycznym zaadoptowaniu się”, „dodatnich przepływach pieniężnych”, „bezpiecznym buforze” itd. Słowem – same pozytywy. Tylko o faktycznym wyniku neto – ani mru mru.
W ludzkim języku EBITDA LIFO oznacza zysk przed opodatkowaniem, odsetkami i amortyzacją, ale już z kosztami zapasów. Rzeczywisty zysk netto jest więc niższy od zysku EBITDA LIFO, a czasem przeradza się wręcz w stratę.
Dlatego też firmy, które mają kłopoty i nie chca podawać niekorzystnych wiadomości, zasłaniają się EBITDA LIFO. Taka metoda ma jednak „krótkie nogi”. Wiadomo już bowiem, że jeśli firma unika podawania zysku netto, a zamiast tego opowiada o zysku EBITDA LIFO, to najpewniej wpadła w kłopoty i ponosi straty.
O ile pojęcie EBITDA LIFO ma dosyć precyzyjną definicję, o tyle trudniej powiedzieć, co właściwie wchodzi w skład „zdarzeń jednorazowych”, z których został „oczyszczony” zysk EBITDA Lotosu – po którym to oczyszczeniu, w informacji prasowej można było podać jakieś pozytywne liczby o wynikach firmy.
Jeden z portali finansowych tłumaczy, że: „do najczęściej spotykanych w praktyce zdarzeń jednorazowych” (jest tu wewnętrzna sprzeczność, bo zdarzenia jednorazowe raczej nie powinny się często zdarzać) należy zaliczyć m.in. „rozwiązanie lub utworzenie rezerw na należności, przeszacowanie wartości zaciągniętych kredytów, sprzedaż majątku poniżej lub powyżej wartości księgowej, straty losowe, otrzymane odszkodowania, różnice kursowe, aktualizację wartości aktywów trwałych, aktualizację wartości zapasów, spadek rynkowych cen wyrobów gotowych, wzrost rynkowych cen materiałów do produkcji, utworzenie bądź rozwiązanie odpisów na należności”.
Sporo tego, a przecież są to jedynie przykładowe zdarzenia jednorazowe, więc ta lista nie jest bynajmniej zamknięta. W praktyce więc wygląda to tak, że menadżerowie, którzy chcą jakoś uzasadnić, dlaczego im nie wyszło i kierowana przez nich firma poniosła stratę, powołują się na niemal dowolny zestaw najrozmaitszych „zdarzeń jednorazowych”.
W ten sposób prawie zawsze można znaleźć jakieś wytłumaczenie – a propaganda sukcesu nie dozna zbytniego uszczerbku.

Potępiajcie system, nie jego ofiary

Polska obrodziła w samozwańczych moralizatorów i ekspertów, tym razem na temat Stanów Zjednoczonych. Bo jak przedstawia się w naszych mediach i internetowych komentarzach dramatyczny doprawdy zryw, który objął amerykańskie miasta? Doniesienia o brutalności policji kontruje się memami ukazującymi sceny kradzieży wielkopowierzchniowych sklepów celem wykpienia powagi sytuacji.

Treści, które starały się wskazać na źródła takiego przebiegu manifestacji – tak jak przejmujące przemówienie czarnej aktywistki Tamiki Mallory – spotkały się natomiast z zarzutami o “polityczne usprawiedliwianie rabunków”, “uzasadnianie grabieży”, podszytymi fałszywą troską komentarzami o “szkodzeniu szczytnej sprawie”. Cóż, im silniejsza potrzeba dorzucenia swoich trzech groszy do internetowej wrzawy, by poczuć się przenikliwym komentatorem, tym mniej zrozumienia procesów społecznych oraz klasowych, których wydarzenia towarzyszące buntowi w Stanach Zjednoczonych są jedynie nieuchronnym efektem końcowym.
Kapitalistyczno-konsumpcyjne społeczeństwo, w którym żyjemy, od kołyski wmawia nam, że godność i wartość społeczna mierzona jest materialnymi produktami: elektronicznymi gadżetami, metkami, logami, usługami. Wszechobecne reklamy – niosące ładunek ideologiczny – każą aspirować do posiadania coraz większej liczby rzeczy oraz wymieniać je co sezon. Do śmierci mamy być konsumentami, w których zostaliśmy przekształceni z obywateli. Kupujemy poczucie bezpieczeństwa, stabilną przyszłość, wolność od strachu. W dużej mierze mają to poczucie zapewnić produkty, których – choć ich realna wartość społeczna często jest nikła – to dają poczucie zażegnania dyskomfortu funkcjonowania w konsumpcyjnym społeczeństwie. Jeśli masz starego ajfona, to jest to oznaka, że jesteś biedniejszy i gorszy od tego, co ma najnowszego – masz się z tego powodu wstydzić. Jeśli masz najnowszego – świetnie sobie radzisz w życiu, należysz do klasy tych, którym się powodzi, choćby w rzeczywistości było zgoła inaczej. Jednocześnie ten sam kapitalistyczny system całe rzesze ludzi spycha w nędzę i skutecznie w niej utrzymuje. Oni nigdy nie nabędą tych najmodniejszych dóbr, pozostaną skazani na podróbki i poczucie dyskomfortu.
Dostrzegając ten kontekst, który w USA jest jeszcze bardziej wyrazisty niż w Europie, możemy zrozumieć, czemu w trakcie gwałtownych niepokojów społecznych są tacy, którzy korzystają z okazji i kierują się w ogólnym chaosie w stronę markowych sklepów. Wynosząc rzeczy dla siebie w ich odczuciu odzyskują jakieś poczucie godności, społeczną pozycję. Bo wielu z nich pewnie czuje, że zamieszki się skończą, rasistowska przemoc policyjna i ekonomiczna będzie trwać w najlepsze, wciąż będą pracować za najniższą stawkę pozbawieni praw pracowniczych oraz tkwić w nędzy getta, ale za to będą chodzić w najnowszych najkach, rozmawiać przez entą generację ajfona, wrzucać z niego zdjęcia na instagramie, grać na najnowszym plejstejszyn siedząc na bezrobociu albo spędzając czas po pracy za grosze. Choćby przez chwilę nie będą “gorsi od innych”. To jest ta okrutna rzeczywistość, której autorzy moralizatorskich komentarzy nie chcą zauważyć. Widzą drzewa, ale nie widzą lasu.
Jeśli więc naprawdę uważacie, że szlachetny protest został „skalany” i przez to mniej zasługuje na wasze poparcie, skierujcie ostrze swojej krytyki w kapitalistyczny i konsumpcyjny system, który skutecznie niszczy to, co wspólnotowe, zamieniając człowieka w konsumenta napędzającego popyt i podaż. Jako ludzie lewicy zaangażowani w organizacje społeczne, polityczne i związkowe staramy się zmienić tę okrutną rzeczywistość degradującą człowieka. Jesteśmy za politycznym organizowaniem świadomego swoich interesów społeczeństwa i klasy pracującej, która będzie miała poczucie godności dzięki społecznej sprawczości – nie poprzez realizowanie się w roli trybika-konsumenta w rynkowej, prekaryjnej machinie. Jednak służby w Stanach Zjednoczonych od samego początku za cel stawiały sobie niedopuszczenie do politycznej i społecznej samoorganizacji. Rozbijano związki zawodowe, stowarzyszenia i organizacje czarnoskórych. Dziś doskonale już wiemy, jak z premedytacją i chirurgiczną dokładnością służby niszczyły Czarne Pantery i inne organizacje, jak mordowano i kryminalizowano działaczy politycznych, jak fabrykowano zarzuty, jak finansowano handel narkotykami w czarnych dzielnicach biedy, by zdezorganizować działalność polityczną.
Dziś widzimy efekty tego przemocowego pozbawienia ludzi możliwości politycznego wychowania i sprawstwa – mamy do czynienia z rewoltami, które nie mają praktycznie żadnej formy politycznego przywództwa, mającego zdolność wpływać na dynamikę protestów. Takie są owoce działań finansowych i politycznych elit USA, które od zarania dziejów dążą do politycznej dezorganizacji społeczeństwa, które zdolne byłoby zmieniać otaczającą je rzeczywistość i reguły gry. To oni doprowadzili do tego, co teraz widzimy. Do tego, że część demonstrujących zajmuje się ślepym niszczeniem i grabieniem – też. Nie wolno przy tym zapominać, że dyskusja o stosunku do przemocy odbywa się od samego początku powstania masowych ruchów emancypacyjnych czarnych Amerykanów. I to nie tylko teoria. Warto przejrzeć uważnie filmy z amerykańskich demonstracji, by zobaczyć bunt we wszystkich jego odcieniach: gdy jedni rabują, inni próbują ich powstrzymywać przed rzuceniem kamieniem w witryny sklepu. Demolują sklepy i czarni, i biali, czasem czarni upominają białych rabusiów. Są jeszcze i prowokatorzy… Dyskusja o przemocy towarzyszącej wybuchom społecznym nie jest zamknięta.
I jeszcze jeden kontekst: w Stanach Zjednoczonych (i w każdym wielokulturowym społeczeństwie) kwestia rasizmu jest także kwestią klasową – dobitnie widzimy to w czasie epidemii, że to właśnie czarni Amerykanie oraz Latynosi są głównymi ofiarami wirusa Covid-19 oraz obecnego kryzysu ekonomicznego. Brak dostępu do powszechnej służby zdrowia, prekaryjne zatrudnienie, złe warunki mieszkaniowe, brak dostępu do porządnej edukacji i przeludnienie dzielnic ludowych zbierają swoje żniwo. Szansa, że osoba biała zarazi się wirusem, jest kilkunastokrotnie mniejsza, podobnie jak to, że odczuje ona skutki kryzysu. Radykalny skok bezrobocia spycha konkretne grupy społeczne w jeszcze większą nędzę. Tą grupą, która obecnie masowo traci pracę, są m.in. właśnie czarni Amerykanie z klas ludowych. Tymczasem Stany Zjednoczone są “wolnorynkowym rajem”, w którym socjalne zabezpieczenia praktycznie nie istnieją. Człowiek jest tam w pełni “kowalem własnego losu”, jednak pozbawiony narzędzi do jego “wykuwania” radzi sobie jak może, byle utrzymać na powierzchni siebie i swoją rodzinę. Choćby grabiąc, choćby potem sprzedając skradzione towary.
Przy okazji grabieże obnażają nam właśnie to, co skrzętnie ukrywamy jako społeczeństwo i czego staramy się do siebie nie dopuścić – że żyjemy w rzeczywistości, w której pożądanie produktów stało się dzikim instynktem. Można być pewnym, że wielu autorów moralizatorskich komentarzy wyznaje te same konsumpcyjne pragnienia (nikt od nich nie jest zupełnie wolny), tak samo odczuwa poczucie niższości z powodu nieposiadania tych czy innych dóbr albo boi się, że kiedyś przestanie nadążać za oczekiwaniami społeczeństwa. W imię samorealizacji i zachowania prywatnego komfortu są w stanie przemilczeć niesprawiedliwości społeczne i ekonomiczne. Do tego dochodzi jeszcze wiara w “amerykański sen”: skutecznie wszak wpojono nam przekonanie, że jeśli tylko się postarać, to zostaniemy dostatnio żyjącymi przedsiębiorcami. Na takim tle faktycznie łatwiej bardziej przejmować się tym, że zdesperowani ludzie podpalili komuś biznes, niż systemową, wielowiekową przemocą.
Jeśli więc nie będąc częścią masowego buntu antyrasistowskiego oburzasz się na grabieże i akty wandalizmu obecne na marginesie rewolty w USA, ale akceptujesz systemowe uwarunkowania, które do nich doprowadzają i milczysz, gdy dzieją się wokół nas – nie tylko w USA – społeczne i ekonomiczne niesprawiedliwości, to zamilknij i tym razem. Na koniec dedykuję autorom tych nic niewnoszących komentarzy, fragment wiersza Juliana Tuwima pt. “Straszni mieszczanie” z nadzieją, że zaczną dostrzegać związki przyczynowo-skutkowe:

[…]
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.
[…]
I znowu sprawdzą kieszonki, kwitki,
Spodnie na tyłkach zacerowane,
Własność wielebną, święte nabytki,
Swoje, wyłączne, zapracowane.
Potem się modlą: „od nagłej śmierci…
…od wojny… głodu… odpoczywanie”
I zasypiają z mordą na piersi
W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie.

Krezus na muszce

Doradca finansowy to ktoś w rodzaju pijawki. Wyszukuje klienta, a potem bezboleśnie się przysysa i doi ile wlezie.
Jeden z nich zgodził się anonimowo opowiedzieć Stefanowi Płonickiemu o swojej pracy.

Jak się poluje?
Żeby wiedzieć, kto ma forsę, każdy doradca ma swoją siatkę informacyjną. Najlepsi mają w niej po kilkaset nazwisk. I dzięki temu wiadomo, kto zrobił deal życia i ma pieniądze. A jak ma, to już jest prawie upolowany, bo teraz chciałby, żeby ten kapitał mnożył się sam.
Z doradców korzystają wszyscy. Od rolników, polityków, po aktorów, albo innych dziennikarzy celebrytów. Jednak najwięcej jest ludzi prowadzących średnie i duże biznesy. Zdaniem ludzi z branży finansowej mają oni teraz dużo wolnych środków. I nie chce im się tego wsadzać w jakiś realny biznes, inwestować w nowe firmy, tworzyć miejsca pracy. Wolą pograć na rynkach finansowych.
To są najlepsi klienci. Ktoś taki wykłada mnóstwo kaski i ma tak rozproszony portfel inwestycyjny, że, żeby ogarnąć ile ma w czym, musiałby temu poświęcać dużo czasu. Nikomu się tego nie chce robić. I to jest szansa dla doradcy. Bo gość nie wie, czy jest na plusie, czy już traci. Doradca nad tym panuje i może przerzucać te kapitały pod różnymi pozorami. Ale głównie po to, by wyjąć dla siebie kolejną prowizję.
Oficjalnie, doradca finansowy to osoba zaufania publicznego, obowiązują go zasady, etyka zawodowa i takie inne…
Nieoficjalnie credo całej branży wyłuszczył na jednym ze spotkań z doradcami szef pewnego funduszu inwestycyjnego. „Idea jest taka. Muszę zarobić ja. Musi zarobić wasza grupa doradcza. Musicie zarobić wy.” O kliencie nie wspominał. Klient nie jest bowiem od zarabiania, ale od dawania zarobić.
Doradcy finansowi nie tyle doradzają, co sprzedają. Ich towarem są tak zwane produkty finansowe przygotowywane przez fundusze inwestycyjne. Czyli takie pakiety, w których mogą być akcje, waluty i różne obligacje. Klientowi sprzedaje się obietnicę zysku. Doradcy wciskają mu to, co podsuwają fundusze. I dlatego dla funduszy są oni bardzo ważni. Fundusze inwestycyjne, są od nich uzależnione. I dlatego starają się z nimi zaprzyjaźniać. Organizują dla sprzedawców kolacje. Rzecz jasna po to, by sprzedawali głównie produkty tej firmy. Kolacja, dobra wódeczka, jakiś klub go-go, czasem imprezka z panienkami. Sponsoring ze strony funduszy pełen. I full inclusive. No i potem taki doradca czuje się w obowiązku sprzedawać produkty właśnie tego funduszu.
Etyka podpowiadałaby, że powinni sprzedawać to, czego potrzebuje indywidualny klient. Jednak branża tłumaczy się, że sprzedawanie ryzykownych papierów takiego zaprzyjaźnionego funduszu, tym, którzy chcą lokować bezpiecznie, nie jest żadnym konfliktem interesów, bo przecież starają się, żeby klient zarobił. A tak naprawdę kombinują by zarobić samemu i dać zarobić funduszom, których produkty sprzedają.
Doradcy nie sprzedają zysków sprzedają ich miraż. Namawiają ludzi do obstawiania, jak w ruletce. A jak coś pierdolnie, to zawsze zrzuca się to na karb mitycznych czynników zewnętrznych. Doradca finansowy, co prawda opowiada klientom cuda nie widy, ale nie ma złotej kuli, a rynek to kasyno. Tu nie ma nic pewnego. Klient jednak sądzi, że doradcy są depozytariuszami jakiejś wiedzy tajemnej, żeby go nie wyprowadzać z błędu doradcy pokazują klientom analizy techniczne, z których wynika w jakim punkcie trendu na rynku jesteśmy i dlaczego zaraz wszystko będzie rosnąć. To jest kit. Bo wystarczy jedna głupia informacja ze świata, albo z kraju i analizę można wyrzucić do kosza.
Na czym konkretnie polega strzyżenie klienta?
Ponoszone, przez kupującego koszty produktu danego funduszu składają się z opłat ukrytych i opłat widocznych. Opłaty widoczne to te za nabycie. Jest tabela i w zależności od kwoty jest określona prowizja. Jeśli chodzi o polskie fundusze, to wynoszą one do 3,5 proc. Im większa kasa, tym mniej prowizji klient zapłaci. Jeśli chodzi o zagraniczne fundusze dostępne w Polsce, to jest to 3, 4,5 proc, albo 5 procent. Ja najbardziej lubię te po 5 procentowe. Bo to jest kasa dla mnie i moje j firmy. Ja dostaję z tego 70 proc, a firma resztę. I to od razu po wpłacie klienta. Jeśli jednak moja firma świetnie sprzeda produkt jakiegoś funduszu, to dostaje od niego dodatkowe bonusy.
Kolejnym kosztem, i to kosztem ukrytym, są opłaty za zarządzanie. Tego klient już nie widzi, bo opłata ta wchodzi w koszt jednostki, a na wyciągu jest tylko wartość tej jednostki już po potrąceniu.
Jeśli inwestuje się w produkt agresywny, to opłata ta może wynosić nawet 1,5 procent. A jeżeli jest to fundusz defensywny, czyli np. pieniężny, te opłaty to czasem nawet setne procenta.
Zaraz, klient – przykładowo – chce zarobić 15 procent, a na wejściu oddaje wam już 5 proc. To jakieś jelenie są?
W dobie kryzysu nie każdemu uśmiecha się zapłacić taką dużą prowizję. Mówi się więc tak: Wie pan, chce pan dużo zarabiać. Ja zapewniam takie zarobki, ale to musi odpowiednio dużo kosztować. I wtedy, jeśli wydaję się gościowi odpowiednio profesjonalny, to taki tekst i prowizję łyka.
Czasem pojawiają się jednak tacy, którzy umieją liczyć, albo są w materii finansowej trochę wyedukowani. Takich trzeba po prostu nieco dłużej przekonywać. No i wtedy o prowizjach niemal się nie wspomina, a rozmawia się jedynie o zyskach. Tyle, że o zyskach nie może być mowy do momentu, kiedy zostaną one przez fundusz wypracowane. Dlatego jedyne zyski, którymi się posługujemy, to te z przeszłości. I to na nich pokazuje się jak będzie rosła zainwestowana fortuna.
Mnie nie przekonałbyś, że gdy przyjdę z milionem i mam szansę zarobić 150 tysięcy, to muszę wyłożyć na wejściu 50 tysiów.
Jakbyś miał bańkę, to bym cię przekonał. Trzeba to tak wytłumaczyć klientowi, żeby ukryć tę prowizję. Bo jeśli przychodzi ktoś z bańką i zobaczy na wyciągu 5 proc od tej bańki, czyli 50 tysięcy, to się wkurwi. Więc prowizję, którą my dostajemy od razu w całości, klientowi rozbija się na wiele miesięcy, bo mniejsze kwoty będą go mniej bolały.
Oczywiście klient już od początku wie, jaka będzie prowizja, tyle, że trzeba go tak zagadać, żeby nie zdążył przeliczyć. Ma słyszeć tylko o procentach. A to, że pięć procent od bańki to 50 tysiów, ma do niego nie docierać. Procenty nie bolą. Boli utrata kilkudziesięciu tysięcy złotych.
A z tych opłat ukrytych też coś masz jako doradca?
O tych kosztach mówi się tylko na początku pierwszych spotkań i ma to być zrobione tak, żeby klient nie zapamiętał. Zajarzy tylko, że jest opłata za nabycie produktu. Muszę tak robić, żeby ukryć czysty zarobek dla mnie, od stałych dochodów. To mała kaska, ale stała. Opłatą za zarządzanie dzielę się z funduszem inwestycyjnym i swoją firmą.
Słyszałem, że doradcy zaczynają klepać biedę.
Aż tak, to nie. Żyć się da. My nie lubimy oferować rynków pieniężnych, bo tam praktycznie nie ma prowizji. Dla klienta, rynek pieniężny jest najbardziej bezpiecznym, czyli takim, na którym się nie traci.
Jednak i tu pojawiają się fundusze, które oszukują klienta i mają zapisane w statutach, że obok obligacji państwowych mogą kupować też obligacje firm. A te z kolei są dla mnie tym samym, czym akcje. Jeśli bowiem firma się posypie, to popłyną i jej akcje i oczywiście te obligacje. I im bardziej dane obligacje są zagrożone, tym większy może być na nich zarobek. Ale jak nie pójdzie, to zyski lecą pod kreskę. Klientom nie mówi się oczywiście, co wchodzi w skład portfela, my też rzadko kiedy się o tym dowiadujemy. Fundusze mocno chronią te informacje, ale jeśli ktoś jest często zapraszany na te zakrapiane kolacje, to ma okazję dowiedzieć się ciekawych szczegółów.
Ja zarabiam zawsze. Klient niekoniecznie. Prowizję za sprzedaż ma się bez względu na koniunkturę. Kaskę za zarządzanie też, tyle, że gdy wartość produktu rośnie, to i ona jest większa, ale gdy spada, to ja i tak coś z tego zawsze mam. Zawsze na końcu, tak naprawdę bity jest klient.
Jak reagują inwestorzy, którzy zainwestowali w zysk, a tu nagle są mocno pod kreską?
Miałem tylko raz taką sytuację, gdy zarządzający funduszami przyjeżdżali i zachwalali inwestowanie w małe i średnie spółki, opowiadając, że rynek będzie grzał do przodu. No to wpuściłem w to kolesia na półtorej bańki. No i nie był szczęśliwy, bo małe i średnie spółki zaczęły pikować w dół. Uciekliśmy z tego funduszu dość szybko, ale i tak popłynął na 150 czy 200 tysięcy. Przyjął to na klatkę, ale sądzę, że do tej pory mnie wyklina. Od tej pory staram się być na wszystkich wódeczkach organizowanych przez zarządzających, żeby mieć przecieki co do takich numerów. Choć z drugiej strony, za tę wiedzę muszę zapłacić sprzedawaniem, czasem nieciekawych produktów. Bo mnie nie zaproszą. Więc etycznie jest, jak jest. Tyle że jeśli wiem, że gość ma całe oszczędności życia, to nie wsadzę go na produkt, który go tych oszczędności pozbawi.
To ty taki wrażliwy społecznie jesteś?
Jeszcze gorzej jest w bankach. Wystarczy pójść do takiego, gdzie na dużej sali sprzedaje się produkty finansowe. Można wtedy posłuchać jak pracownicy, którzy dostali od szefów prikaz sprzedawania pakietu jakiegoś funduszu, w którym jest pół na pół akcji i obligacji, wciskają kit klientom, że to po prostu zwykła lokata. Więc każdy się na to nabiera. I nawet przez myśl nikomu nie przejdzie, że to zysk tylko z tej bezpieczniejszej połowy. A druga połowa jest w akcjach i jak one dostaną w dupę, to może zrobić się tak, że inwestor jest minus 30 procent. Czyli taka lokata jest w stanie wygenerować stratę na poziomie jednej czwartej. Jest kilka banków, które tak łapią klienta. Na witrynach 3, 4, 5 proc. Wielkimi literami. A w umowach małym druczkiem, że połowa inwestowana tak, a połowa w akcje. I oczywiście adnotacja, że klient jest świadom ryzyka.
W kryzysie doradca finansowy jeść musi, a klientów jak na lekarstwo. Jak wyglądają wtedy granice przyzwoitości?
Ja robię w ten sposób, że wpuszczam ludzi na jakiś fundusz zagraniczny, z którego jest dla mnie duża prowizja. Informuję, że trzeba te walory mieć dłuższy czas. Klient się zgadza z tą argumentacją, a ja trzymam taką pozycję do czasu, aż zwróci nabywcy prowizję i zarobi 1, może 2 proc. Potem informuję klienta, że trzeba to w cholerę sprzedać, i wchodzić w coś nowego. To nowe, to kolejna prowizja dla mnie. Bo jeść trzeba.
Jak się pracuje, by klient nie odszedł?
Jak ktoś ma u mnie kilka milionów, to wiadomo, że daje mi żyć z tej ukrytej prowizji. Jak ktoś ma tylko 50 tysięcy, to nie bardzo. Wiadomo, że do niego nie zadzwonię z życzeniami urodzinowymi i nie przyjadę z butelką wina na święta. Chyba, że wiem, że ten mały klient ma coś do sprzedania i gdy mu się uda, to będzie miał kaskę. Takiego klienta też trzeba hołubić.
Zróbmy symulację, gdy klient wkłada milion i ma zarobić 10 procent. Przy założeniu, że taki zysk wypala.
Proste. Na funduszu zagranicznym zarabia 10 proc. Odejmij od tego 5 proc prowizji i wyjdzie na to, że klient myśląc, że wyjął tyle ile chciał, zarobił tylko 5 procent. Oczywiście, żeby się cieszył z zysku, trzeba mu te liczby odpowiednio przedstawić.
Ale klient, który dał bańkę, a w niej prowizję w wysokości 50 tysięcy, liczy, że ugra na inwestycji nie 50 tysięcy, ale 95. Czyli dokładnie 10 procent, kwoty, którą będziecie obracali.
I dlatego tuż przed końcem umowy, gdy jeszcze nie ma wyciągów, ściąga się klienta i mówi mu się, że zarobił tyle ile chciał i lada chwila środki będą dla niego dostępne, ale nagle pojawiła się nowa atrakcyjna oferta i żeby zarobić, powinien w nią wejść. Klient ciesząc się, że zarobił, wchodzi w nowy produkt i w nową prowizję od sprzedaży i mam go przekonywać w taki sposób, żeby dzięki wielu cyferkom i wskaźnikom, nie zobaczył, że ani nie zyskał tyle ile chciał, a w dodatku duża część tego zysku pójdzie w moją kolejną prowizję. Jednak najczęściej nie rozmawiamy o zyskach rzędu 10 proc. Z reguły jest to znacznie więcej i ci najbogatsi, tak czy inaczej wychodzą na tych produktach na dużych plusach. Mogę z nich zdzierać skórę bez żadnych oporów.
Robin Hoodami to nie jesteście, bo zarabiacie dla funduszy.
Każda z takich firm doradczych jak moja, ma tzw. partnerów. Złotych, srebrnych, albo brązowych. W zależności ile i jakich papierów do sprzedania nam dają. Taki partner organizuje kolacje, kongresy, albo dwutygodniowe szkolenia np. na Kubie, albo w Amsterdamie. Chyba nie muszę mówić, że to są zwykłe wypady turystyczno-alkoholowe, a nie jakieś finansowe, wielogodzinne trucia.. Wszystko po to, żeby lepiej sprzedawać jego produkty, a nie konkurencji.
Za co właściwie odpowiadają fundusze inwestycyjne?
One nie tłumaczą się ze swoich wyników. I jeżeli nie trafią, a ostatnio zdarza się to często, bo na rynku dzieją się jaja, to nie jest to oczywiście ich wina. Przed klientem musi tłumaczyć się doradca. Doradca, który tak naprawdę najczęściej sam nie wie, z czego składa się ten pakiecik, który sprzedaje.
Parę lat temu był taki produkt o nazwie jednego z kontynentów. Zrobił się boom, ściągnięto strasznie dużo kasy. Wszystko szło w górę jak rakieta. Aż przyszedł kryzys w Egipcie, gdzie była inwestowana większość tych środków. Wartość udziałów zaczęła błyskawicznie spadać. Zaczęły się telefony klientów do nas, i nasze do zarządzających tymi funduszami. Odpowiedzi były takie, żeby nie panikować i czekać, bo wszystko jest pod kontrolą. I zamiast sprzedawać czekaliśmy, a klientom z tego czekania zrobiło się minus 50 procent. Wszystko przez to, że rządzący tym fundusz szwajcarski obiecywał naszym funduszom prowizje jak uda im się jak najdłużej utrzymać środki na tym produkcie. Dlatego łgali w żywe oczy.
To co? Lepiej być biednym?

Porąbało cię? Biedny dyma po kredyty. I to dopiero jest nie strzyżenie, ale golenie. I nie do gołej skóry, ale do kości. Banki i ci od chwilówek się z takimi klientami nie cackają, bo przecież są biedni.

Spłoniemy w imię zysku

Pożary w Amazonii to tylko wierzchołek góry lodowej. Płonąca Afryka, wycięte lasy na Madagaskarze i w Indonezji, uparte trwanie przy spalaniu ropy naftowej – to wszystko część jednego problemu.

Żeby zrozumieć, dlaczego grozi nam klimatyczna zagłada, musimy wpierw pojąć, czym jest globalny kapitalizm i dlaczego system ten sprzyja unicestwieniu zarówno przyrody, jak i całej ludzkości. To, czego jesteśmy świadkami nie jest żadnym „wypadkiem przy pracy” i przejściowym sezonem na pożary, lecz stanowi nieunikniony rezultat założeń, które stoją za globalnym systemem kapitalistycznym. Podstawą funkcjonowaniu gospodarki kapitalistycznej jest dogmat zysku. Zysk i pieniądz rządzą dziś praktycznie wszystkim, a rywalizacji, konkurowania i zdobywania pieniędzy jako naczelnej wartości i głównego życiowego zadania uczy się w szkołach dzieci i młodzież. Zysk i pomnażanie kapitału są wręcz religijną regułą, która stać ma za każdą działalnością człowieka w świecie. W pewnym momencie po prostu przyznano rację najbogatszym i uznano, że ich kapitał to główny i zasadniczy cel naszego istnienia. Narzucana wszystkim ideologia homo oeconomicusa – człowieka rynkowego i egoistycznego – wprost zachęca więc do działania celem osiągnięcia konkretnego, mierzalnego zysku. Jest to idea wprost perwersyjna, która wmawia nam, że egoizm w warunkach rynkowego działania przynosi ostatecznie większe dobro, ponieważ rzekomo pozostaje „racjonalny”. Homo oeconomicus jest w związku z tym egoistą i graczem rynkowo-giełdowym, który działa tylko we własnym interesie i bynajmniej nie zastanawia się nad tym, co będzie jutro, za pięć lub dziesięć lat.
W taki oto sposób „racjonalne” – w imię bieżącego zysku – stało się palenie i wycinanie lasów pod nowe uprawy. W tych warunkach „racjonalne” jest też nieustanne produkowanie broni, a dla lobby naftowego korumpowanie „ekspertów” i „polityków”, byle dalej sprzedawać ropę i czerpać z niej zyski, utrzymując swój stan posiadania. „Racjonalnym” pozostaje więc samo zdobycie pieniądza, metody i środki są zaś praktycznie dowolne.
Większa konsumpcja, większa produkcja i finalnie – sam zysk to reguły, które przyświecają każdej działalności człowieka w kapitalizmie. Krótkoterminowy profit, krótkoterminowa korzyść i chwilowy wzrost słupków oraz akcji na giełdzie wyczerpują w zasadzie definicję pojęcia „sukces”. Nikt przecież nie zapłaci, ani nie nagrodzi cię za to, że będziesz kierował się większym dobrem i pomyślisz o tych, którzy urodzą się za dekadę lub dwie. Panuje reguła „po nas choćby potop”. Wymierający właśnie gatunek nosorożca białego północnego ma po prostu wyjątkowo niewiele środków na koncie i z perspektywy rynku jego egzystencja nie ma żadnego znaczenia. Z perspektywy rynku i właścicieli funduszy, akcji i korporatokratów nawet życie 6 miliardów ludzi nie stanowi większej wartości, jeśli przy okazji nie prowadzi do osiągnięcia zysku i nie daje konkretnych profitów! Dlatego też do przetrwania zagłady w schronach szykują się dziś głównie ludzie najbogatsi…
Ideologia uznająca egoizm za pozytywny czynnik rozwoju powinna być oceniana w tych samych kategoriach moralnych, co nazizm. To ona stoi za katastrofą ekologiczną i klimatyczną.
Kapitalizm podobnie jak nazistowska eugenika prowadzi eksterminację wszystkiego, co nie poddaje się jego kryteriom i nie służy do pomnażania kapitału. Na drodze do wyzysku stoją zwierzęta, stoi przyroda, ale stoją też całe rzesze nieprzydatnych z perspektywy kapitału ludzi. Jeśli więc spalenie połowy puszczy w Amazonii przyniesie chwilowy wzrost zysków określonej liczbie spółek – oznacza to, że jest to działalność opłacalna, rentowna, a więc i po prostu „obiektywnie-bo-rynkowo” korzystna i racjonalna. To rynek decyduje o wszystkim, a pieniądz jest ostatecznym kryterium sukcesu i prawdy. Założenia, które stoją za ideologią neoliberalną, ale także i za całym systemem kapitalistycznym to prosty przepis na zagładę ludzkości, ponieważ zasoby pochodzące z przyrody, od innych ludzi (czyt. „kapitał ludzki”), a także zasadniczo całą teraźniejszość kapitalizm traktuje tylko i wyłącznie jako zasób, który można wyzyskać do bieżącego celu, jakim jest zarabianie jeszcze większych pieniędzy.
Pomysł, żeby globalnym życiem zarządzała ideologia zysku i procentowe wskaźniki zysków na giełdzie jest nie tylko absurdalny i irracjonalny, ale zagraża też całej naszej egzystencji. Żyjemy w kapitalistycznym przedłużeniu wieków ciemnych, gdzie akumulacja i indywidualistyczny kult wzbogacenia się zastąpiły wszelkie inne miary postępu i rozwoju. Jeśli się nad tym zastanowić to kapitalizm jest też systemem „totalitarnym”, tzn. kontroluje zarówno produkcję, jak i samych odbiorców tejże produkcji.
Siła sterowanej algorytmami reklamy jest taka, że większość społeczeństwa zupełnie nieświadomie działa na rzecz nowej zagłady. Wystarczy jednocześnie oglądać np. reklamę „Doritos” i już samym późniejszym aktem zakupu produktu wspiera się koncerny w ich produkcji oleju palmowego, co przyczynia się do zagłady przyrody… Nawet o tym nie wiedząc. Świadomość fałszywa ma zresztą to samo źródło, co potęga koncernów reklamowych – obie pochodzą od kapitału.
Cele społeczne, ekologiczne i inne nie mają siły przebicia, ani możliwości rywalizacji z ideologią „racjonalnego” kapitału, ponieważ to pieniądz reguluje też dostęp do środków masowego przekazu.
Tą drogą zdobywa zarówno głosy, konsumentów, jak i decyduje o codziennych wyborach. Pieniądz w postaci kapitału otrzymują zresztą tylko ci, którzy powiększają zysk dla już potężnych korporacji, bogatych firm i bogatych ludzi. Żaden program eliminacji bezrobocia, likwidacji bezdomności, czy głodu nie zyska więc w kapitalizmie większej aprobaty i jest – z perspektywy kapitału – zwyczajnie nieopłacalny.
Utrzymanie bezpieczeństwa socjalnego, mieszkanie dla każdego, zapewnienie wszystkim dzieciom dobrej i pełnowartościowej edukacji… Praktycznie wszystkie te cele nie mają żadnego usprawiedliwienia w świecie, gdzie o racji lub błędzie decyduje tylko to, czy masz pieniądze. Dlatego też większość postępowych projektów społecznych pozostaje niezrealizowana i to pomimo tego, że jako globalna wspólnota posiadamy już środki, które z powodzeniem i to w przeciągu kilku zaledwie lat mogłyby wyeliminować np. problem skrajnego ubóstwa, czy głodu.
Kiedy w XIX wieku Karol Marks i Fryderyk Engels opisywali problemy związane z rozwojem wczesnego kapitalizmu sporo uwagi poświęcili też skażeniu, jakie niósł ze sobą rozwój przemysłu w Anglii i krajach młodego wówczas kapitalizmu. Prawdopodobnie nie spodziewali się jednak, że globalny i w pełni rozwinięty kapitalizm zagrozi klimatowi i życiu również globalnie. To, że kapitalizm koliduje z ideą zrównoważonej gospodarki i zdrowiem ludzkim wiedzieli jednak już wtedy – dlatego sam Marks zwracał już uwagę na to, że kapitał traktuje wszystkie zasoby pochodzące ze środowiska przyrodniczego jako „gratis”. Podobnie dziś – zwierzęta, lasy, morza i oceany są ofiarą produkcji w imię zysku o którą nikt się nie martwi: wszystko to, co samo i głośno nie domaga się pensji uważa się za prezent na rzecz świętego zdobywania pieniądza. Wyspa śmieci to po prostu efekt uboczny i nikt konkretny też za nią nie odpowiada – bo przyroda nie dysponuje kapitałem, a więc i nie ma prawa głosu. Nie jest „racjonalna”, bo nie gra na giełdzie.
Globalny świat pracy jest dziś potencjalnie jedynym sojusznikiem przyrody, który może upomnieć się o wszystko to, co tracimy na ołtarzu pieniądza.
Rozwiązania, których potrzebujemy globalnie nie są rozwiązaniami, które może dać nam współczesny system kapitalistyczny. Ekonomizm, rynkowa ocena zapotrzebowania na pracę, na ludzi, na przyrodę… To intelektualny i moralny skansen, którego współczesne stosowanie prowadzi nas ku wielkiemu wymieraniu gatunków: w tym i ostatecznie naszego – zwłaszcza w jego solidarnej, zorganizowanej formie. Fetysz zysku i fetysz wzrostu jest częścią kapitalistycznego fetyszyzmu towarowego, który narzucany jest nam przez najbogatszych i najpotężniejsze korporacje. Jako całe społeczeństwo mamy ciągle drżeć ze strachu w oczekiwaniu na nowe wskaźniki wzrostu gospodarczego – tak jakby to, czy korporacje i banki powiększają swój kapitał miało wpływ na to, czy mamy co włożyć do naszego garnka i za co ogrzać swój dom na zimę.
Stopa zysku to wskaźnik zysku chciwych ludzi, prowadzących rabunkową politykę koncernów i klimatycznych kryminalistów oraz banksterów.
Ciągłe wykazywanie się zyskiem ma sens tylko z perspektywy zawłaszczycieli i tych, którzy wciąż pragną mieć jeszcze więcej: konkretniej – z perspektywy udziałowców, właścicieli firm i posiadaczy aktywów finansowych. Dla człowieka pracy istotne są konkretne dobra: mieszkanie, zdrowe pożywienie, miejsce do spania, godne miejsce pracy, dostęp do dóbr kultury… Zapotrzebowanie na sam kapitał jest zapotrzebowaniem, które wykazuje kilka procent najbogatszych, który mają do niego dostęp.
A jednak to oni mają dziś monopol na mierzenie przydatność wszystkich innych, są panami życia i śmierci dla środowiska.
Prawdziwym wyzwaniem współczesności jest nie samo wytwarzanie, lecz sprawiedliwy podział i sprawiedliwe udostępnianie dóbr. Zasadniczej zmianie muszą ulec zasady i cele przyświecające wytwarzaniu i produkowaniu. Zbrodniczą ideologię zysku musimy zastąpić imperatywem interesu społecznego i kryterium użyteczności z perspektywy rzeczywistych, sprawiedliwie osiągalnych potrzeb całej ludzkości. Jeśli globalny kapitał ma problem z tym, że chcemy zlikwidować głód na świecie, ochronić i ocalić lasy oraz puszcze, czy zapewnić każdemu dostęp do dobrej opieki medycznej to tylko oczywisty dowód na to, że jego użyteczność dobiegła już końca. Najwyższy czas, by zniknął!
Z tego też względu sam gwarantowany dochód podstawowy i dzielenie pieniędzy wytworzonych przez kapitalizm, czy miejscowe pudrowanie systemu i drobne reformy nie są w stanie zmienić położenia naszej planety. Postęp musi polegać na całościowej zmianie zasad wynagradzania i oceny przydatności społecznej. Cierpiący na ekonomizm finansiści często postulują i domagają się zmian w dzieleniu dóbr i dochodów: praktycznie nigdy jednak nie kwestionują zasadniczej i najbardziej chorobotwórczej zasady: kryterium kapitalistycznego zysku, jako jedynego wyznacznika skuteczności, efektywności i wydajności gospodarczej. Gospodarka przyszłości, w której nie dusimy się z braku czystego powietrza i nie walczymy o dostęp do wody, to gospodarka planowa i realizująca cele społeczne, a nie kolejna mutacja systemu rynkowego, gdzie świętością są akcje, obligacje i procenty na korporacyjnych kontach.
Albo osiągniemy erę postwyzysku i ekologicznego socjalizmu, albo dalej będziemy grali w grę na zasadach narzucanych nam przez ideologię „racjonalnego” egoizmu, który sprzyja tylko najbogatszym i najpotężniejszym. Późny kapitalizm domaga się od nas ofiar niczym w horrorze, a jedyną nagrodą za wycinkę lasów, skażenie mórz i kolejne ofiary pod postacią całych gatunków jest przetrwanie zasad, które bynajmniej nie służą ogółowi i wcale nie zbliżają nas do bardziej równego, sprawiedliwego, pokojowego i ekologicznego świata. Kompromitacja i kres przydatności kapitalizmu mają swoje źródło właśnie tutaj: system ten nie zapewnia już warunków odpowiednich dla przetrwania ludzkości, czy nawet życia jako takiego.
Sprzeczność zachodząca pomiędzy reprodukcją zdrowego społeczeństwa, harmonijnym istnieniem ludzkości w świecie niezmasakrowanej przyrody, a interesem najbogatszych i realizowaniem interesów koncernów to zasadnicza i główna sprzeczność. Jej rozwiązanie przyniesie nam albo przetrwanie, albo zagładę i dezintegrację zorganizowanego społeczeństwa. Jak zwraca uwagę m.in. Noam Chomsky to ostatnie może bowiem istnieć tylko w warunkach, kiedy każdy posiada zapewnione dla siebie konieczne minimum egzystencji, a reprodukcja może odbywać się w warunkach pokoju i współpracy. W świecie rodem z filmów postapokaliptycznych, gdzie walka o czystą wodę to główny cel walczących na śmierć i życie grupek dogorywającej ludzkości, taka organizacja nie będzie już osiągalna.
Krytyka kapitalizmu i antykapitalizm nie są projektami do wyciągnięcia z szafy za 100 lat – to zadania na dziś. Nie ma już czasu na oczekiwanie, aż kapitalizm sam kiedyś doceni życie i uzna zrównoważone, niezniszczone środowisko naturalne za opłacalne, istotne i warte ocalenia. Potrzebujemy zbiorowej interwencji państw i masowej aktywności społecznej praktycznie na całym świecie. Tu i teraz.