Ponad 4 miliony złotych, 116 hektarów ziemi i siedem lat oczekiwania. Rodzina rolników z Goczałkowic-Zdroju zaufała Archidiecezji Katowickiej, przekazała pieniądze i przygotowała grunty pod uprawę. Dziś zamiast aktu własności ma przed sobą sądowy spór z kościelną instytucją, która chce podważyć zawartą umowę. Sprawa rodzi pytania nie tylko o prawo, ale przede wszystkim o uczciwość, odpowiedzialność i moralność tych, którzy co niedzielę pouczają innych, jak należy żyć. Bo skoro Kościół przypomina wiernym, że nie wolno kraść ani oszukiwać, powinien również potrafić wytłumaczyć, dlaczego sam próbuje wycofać się z transakcji, za którą otrzymał miliony.
Cztery miliony dla kurii. Na ziemię trzeba było poczekać
Historia sięga marca 2019 roku. Archidiecezja Katowicka zawarła z Małgorzatą i Łukaszem Dzidami, rolnikami z Goczałkowic-Zdroju, notarialną umowę przedwstępną dotyczącą sprzedaży około 116 hektarów ziemi w Gliwicach.
Cena została ustalona na dokładnie 4 072 400 złotych.
Pieniądze trafiły do archidiecezji jeszcze w marcu 2019 roku. Zastosowano przy tym szczególną konstrukcję finansową: około 2 milionów złotych stanowiło zadatek, a pozostała część była pożyczką udzieloną kurii przez małżeństwo.
Ponieważ nieruchomość pozostawała w dzierżawie, ostateczne przeniesienie własności miało nastąpić dopiero w 2025 roku.
Rolnicy zgodzili się na takie rozwiązanie. Zamrozili ogromny kapitał i przez lata czekali na ziemię, którą zamierzali wykorzystywać do produkcji rolnej.
Gdy poprzedni dzierżawca opuścił teren, rozpoczęli przygotowania do upraw. Według ich relacji ponieśli znaczne nakłady na uporządkowanie gruntów, meliorację i inne prace agrotechniczne.
Tyle że 31 października 2025 roku minął termin zawarcia ostatecznej umowy, a ziemia nie została przeniesiona na rolników.
Archidiecezja zaczęła kwestionować skuteczność wcześniejszych ustaleń.
Sprawę szczegółowo opisali dziennikarze „Polityki” oraz Onetu. W reportażu opublikowanym 6 listopada 2026 roku Mateusz Schuler przedstawił relację rodziny Dzidów, jej pełnomocnika oraz stanowisko kurii.
Najpierw pieniądze były potrzebne. Później pojawiły się wątpliwości
W 2019 roku Archidiecezją Katowicką kierował arcybiskup Wiktor Skworc. Umowę w imieniu kościelnej instytucji podpisał ekonom archidiecezji, ksiądz Damian Suszka.
Według ustaleń dziennikarskich transakcję zaakceptowały również odpowiednie organy kościelne, w tym Rada do spraw Ekonomicznych i Kolegium Konsultorów.
Co istotne, według „Polityki” pieniądze ze sprzedaży miały pomóc sfinansować budowę domu rekolekcyjnego „Nazaret” w Piekarach Śląskich.
Kiedy kuria potrzebowała pieniędzy, transakcja była więc możliwa do przeprowadzenia.
Problemy pojawiły się później.
Po zmianach w kierownictwie archidiecezji, w okresie gdy zarządzał nią arcybiskup Adrian Galbas, rozpoczęto działania zmierzające do zakwestionowania wcześniejszej umowy.
W oficjalnym oświadczeniu z 1 lipca 2026 roku Archidiecezja Katowicka przyznała, że przeprowadzone analizy prawne wskazały na możliwą wadliwość dokumentów.
Kuria poinformowała również, że we wrześniu 2024 roku zaproponowała rolnikom porozumienie i zwrot wpłaconych pieniędzy.
Ostatecznie sprawa trafiła do sądu.
I właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem moralny.
Jeśli archidiecezja popełniła błędy przy zawieraniu umowy, to kto powinien za nie odpowiadać?
Rolnik, który zapłacił uzgodnioną cenę?
Notariusz, przed którym podpisano dokumenty?
Czy może osoby reprezentujące kościelną instytucję, które przygotowały transakcję i zaakceptowały jej warunki?
Trudno uznać za sprawiedliwe rozwiązanie, w którym wszystkie konsekwencje błędów instytucji miałyby spaść na kontrahenta.
Przecież zmiana arcybiskupa nie oznacza, że można wymazać wcześniejsze zobowiązania. Archidiecezja pozostaje tą samą osobą prawną, niezależnie od tego, kto aktualnie zajmuje biskupi fotel.
Kościół naucza o uczciwości. A co z uczciwością wobec rolników?
Kościół katolicki od wieków przypomina o obowiązku przestrzegania przykazań.
Jedno z nich brzmi: „Nie kradnij”.
Inne: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”.
W katolickim nauczaniu ważne miejsce zajmują również sprawiedliwość, dotrzymywanie zobowiązań i naprawianie wyrządzonej szkody.
Nie oznacza to oczywiście, że samo wystąpienie przez archidiecezję do sądu jest kradzieżą czy oszustwem. Kościelna instytucja ma prawo bronić swoich interesów, a ważność spornej umowy musi ocenić niezawisły sąd.
Ale prawo do procesu nie zwalnia z moralnej odpowiedzialności za własne decyzje.
Wiernym podczas kazań przypomina się o uczciwości w pracy, rodzinie i interesach. Pracownik powinien sumiennie wykonywać swoje obowiązki, przedsiębiorca rzetelnie rozliczać kontrahentów, a zwykły obywatel dotrzymywać danego słowa.
Dlaczego zatem przedstawiciele Kościoła nie mieliby być rozliczani z tych samych standardów?
Nie można wymagać od społeczeństwa moralności, a własne postępowanie tłumaczyć wyłącznie skomplikowanymi procedurami.
Dekalog nie przewiduje przecież wyjątku dla kurii, kiedy w grę wchodzą miliony złotych.
Prawo kanoniczne kontra Kodeks cywilny. Czy Watykan może unieważnić umowę?
Archidiecezja powołuje się między innymi na przepisy prawa kanonicznego, dotyczące wymaganych zgód na zbywanie kościelnego majątku.
Według jej stanowiska na możliwe nieprawidłowości wskazywała również Stolica Apostolska.
Nie jest to argument, który można po prostu zignorować.
Sąd Najwyższy w uchwale z 19 grudnia 2008 roku, sygnatura III CZP 122/08, uznał, że sprzedaż nieruchomości przez kościelną osobę prawną bez wymaganej zgody właściwej władzy kościelnej może stanowić czynność wymagającą późniejszego potwierdzenia.
Nie oznacza to jednak, że każda umowa zakwestionowana przez kurię automatycznie staje się nieważna.
Sąd musi ustalić, jakie zgody były rzeczywiście wymagane i czy zostały uzyskane.
Istotne będzie również to, jaką odpowiedzialność ponoszą osoby, które reprezentowały archidiecezję przy zawieraniu umowy.
Polski Kodeks cywilny przewiduje określone uprawnienia wynikające z umowy przedwstępnej zawartej w wymaganej formie.
Reguluje także skutki niewykonania umowy i zasady rozliczania zadatku.
Jeśli umowa przedwstępna jest skuteczna i spełnia ustawowe wymagania, możliwe jest dochodzenie zawarcia umowy przyrzeczonej. W razie niewykonania zobowiązań mogą również powstać roszczenia odszkodowawcze.
W Polsce o skuteczności umowy rozstrzyga sąd na podstawie obowiązującego prawa. Żadna instytucja religijna nie może samodzielnie zastąpić tego rozstrzygnięcia własnym oświadczeniem.
Tajemniczy e-mail i 300 milionów złotych. Poważne pytania bez odpowiedzi
W sprawie pojawił się jeszcze jeden niepokojący wątek.
Według ustaleń Onetu do postępowania przedstawiono wiadomość elektroniczną, której autorem miał być Łukasz Dzida.
Z jej treści miało wynikać, że rolnik zamierza przeznaczyć zakupioną ziemię pod inwestycje deweloperskie i zarobić na niej niemal 300 milionów złotych.
Gdyby tak było, powstałoby pytanie, czy cena sprzedaży odpowiadała rzeczywistej wartości nieruchomości.
Problem polega na tym, że autentyczność dokumentu została zakwestionowana.
Według relacji pełnomocnika rodziny Dzidów, Michała Klimaszewskiego, ekspertyza informatyczna wykazała nieprawidłowości świadczące o ingerencji w wiadomość.
Pełnomocnik poinformował również o zawiadomieniu dotyczącym podejrzenia posługiwania się fałszywymi dokumentami.
To bardzo poważna sprawa.
Nie oznacza jednak, że ustalono już, kto ewentualnie spreparował dokument, ani że można przypisać fałszerstwo konkretnemu duchownemu.
Archidiecezja odmówiła dziennikarzom szczegółowego komentarza na temat pochodzenia wiadomości, powołując się na trwający proces.
Społeczeństwo ma jednak prawo oczekiwać wyjaśnienia, skąd wzięła się kwestionowana wiadomość, kto ją dostarczył i czy przed wykorzystaniem jej w sądzie sprawdzono autentyczność dokumentu.
Jeżeli zarzuty dotyczące jego spreparowania zostaną potwierdzone, sprawa może nabrać również wymiaru karnego.
Na obecnym etapie nie wolno jednak zastępować ustaleń organów ścigania dziennikarskim wyrokiem.
Ziemia od państwa, miliony od rolników. Kto odpowiada za kościelny majątek?
Jest w tej historii jeszcze jeden ważny szczegół.
Sporny grunt nie został zakupiony przez archidiecezję na zwykłym rynku nieruchomości.
Według ustaleń „Polityki” i Onetu wcześniej należał do Państwowego Gospodarstwa Rolnego, a następnie trafił do Kościoła w wyniku postępowania przed Komisją Majątkową.
Komisja funkcjonowała jako mechanizm regulowania roszczeń majątkowych kościelnych osób prawnych wobec państwa.
Nie oznacza to, że Kościół nie miał prawa sprzedać tej ziemi.
Oznacza jednak, że mamy do czynienia z majątkiem, którego historia jest ściśle związana z publicznym systemem zwrotów i rekompensat.
Dlatego szczególnego znaczenia nabierają pytania o przejrzystość zarządzania nieruchomościami, sposób ustalania ich wartości i odpowiedzialność za decyzje finansowe.
Wierni regularnie słyszą o potrzebie wspierania parafii i kościelnych inwestycji.
Tymczasem w tej konkretnej sprawie rolnicza rodzina, która według relacji dziennikarskich przez lata wspierała Kościół, musi walczyć z archidiecezją przed sądem.
Nie chodzi o to, by Kościół pozbawiać prawa własności. Chodzi o to, by prawo własności nie stawało się argumentem pozwalającym ignorować zobowiązania wobec innych.
Nawet 100 tysięcy złotych kosztów sądowych stało się problemem
Jak ujawnił Onet, w toku postępowania archidiecezja wystąpiła o zwolnienie z kosztów sądowych wynoszących 100 tysięcy złotych.
Początkowo takie zwolnienie otrzymała.
Po zakwestionowaniu tej decyzji przez stronę rolników sąd zobowiązał jednak archidiecezję do przedstawienia szczegółowego zestawienia składników majątkowych o wartości przekraczającej 10 tysięcy złotych.
Nie oznacza to, że sąd stwierdził nadużycie ze strony kurii. Prawo do ubiegania się o zwolnienie z kosztów przysługuje także kościelnym osobom prawnym, jeśli spełniają ustawowe przesłanki.
Sprawa pokazuje jednak, dlaczego jawność informacji o sytuacji finansowej dużych instytucji jest ważna.
Jeżeli podmiot posiada znaczący majątek, a jednocześnie występuje o zwolnienie z kosztów postępowania, powinien przedstawić odpowiednie uzasadnienie.
Oszczędzanie pieniędzy jest zrozumiałe. Ale społeczeństwo ma prawo oczekiwać, że zwolnienie z opłat nie będzie przyznawane na podstawie samego autorytetu instytucji.
Rolnik chce uprawiać marchew. Kościelna instytucja walczy o ziemię
Szczególnie wymowna jest różnica między deklarowanymi celami obu stron.
Łukasz Dzida przekonuje, że interesuje go działalność rolnicza.
Nie zamierza budować osiedli ani sprzedawać gruntów deweloperom.
Chce uprawiać ziemię, w którą zainwestował pieniądze.
Z drugiej strony mamy archidiecezję, która po latach zaczęła podważać transakcję.
Pełnomocnik rolników sugeruje, że w tle mogą znajdować się potencjalnie ogromne zyski wynikające z przyszłej wartości nieruchomości. Nie przedstawiono jednak publicznie dowodów pozwalających uznać tę hipotezę za ustalony motyw działania kurii.
Niezależnie od rzeczywistych powodów konfliktu pozostaje podstawowe pytanie:
Czy instytucja, która przyjęła pieniądze i przez lata pozostawała stroną uzgodnionej transakcji, powinna móc wycofać się z niej bez pełnego rozliczenia skutków poniesionych przez kontrahenta?
Jeżeli umowa okaże się wadliwa, konieczne będzie ustalenie zasad zwrotu świadczeń i odpowiedzialności za ewentualne szkody.
Jeżeli sąd potwierdzi jej skuteczność, archidiecezja będzie musiała liczyć się z konsekwencjami wynikającymi z obowiązującego prawa.
W obu przypadkach znaczenie ma nie tylko wynik postępowania, ale również odpowiedź na pytanie, kto doprowadził do wieloletniego konfliktu.
Kto sprzedaje i zabiera, ten się w piekle poniewiera
Stare dziecięce powiedzenie można dziś przywołać w nieco zmienionej wersji: „Kto sprzedaje i zabiera, ten się w piekle poniewiera”.
W sprawie gliwickiej ziemi jest to oczywiście publicystyczna metafora. Rolnicy nie otrzymali jeszcze własności nieruchomości, więc w sensie prawnym nie doszło do odebrania im wcześniej nabytej ziemi.
Ale istota powiedzenia pozostaje aktualna.
Nie powinno się obiecywać jednego, przyjmować za to pieniędzy, a po latach próbować odwrócić skutków własnych decyzji bez odpowiedzialności za konsekwencje.
Zwłaszcza gdy jest się instytucją, która naucza innych zasad moralnych.
Kościół ma prawo korzystać z usług prawników, zawierać umowy i prowadzić spory sądowe.
Nie ma jednak monopolu na uczciwość ani prawa do oczekiwania, że jego postępowanie pozostanie poza społeczną oceną.
Od zwykłego obywatela wymaga się przestrzegania umów, terminowego regulowania zobowiązań i ponoszenia odpowiedzialności za podejmowane decyzje.
Od instytucji kościelnej należy wymagać dokładnie tego samego.
Nie więcej, ale też ani trochę mniej.
Jeżeli kościelni przedstawiciele popełnili błędy, należy je wyjaśnić. Jeżeli ktoś poniósł z tego powodu szkodę, trzeba ustalić, kto odpowiada za jej naprawienie. Jeżeli istnieją zarzuty dotyczące nieprawdziwych dokumentów, powinny zostać rzetelnie zbadane.
Ostateczne rozstrzygnięcie należy do sądu.
Ale ocena moralna nie musi czekać na prawomocny wyrok, aby postawić fundamentalne pytanie o odpowiedzialność instytucji za własne działania.
Bo gdy Kościół przypomina wiernym o grzechu, sprawiedliwości i obowiązku naprawiania krzywd, powinien pamiętać, że te same zasady dotyczą także biskupów, ekonomów diecezjalnych i kościelnych urzędników.
Nie wystarczy głosić uczciwości z ambony.
Trzeba jeszcze stosować ją przy podpisywaniu umów, przyjmowaniu pieniędzy i rozliczaniu się z ludźmi.
A jeśli ktoś chce jednocześnie zatrzymać moralny autorytet, podważyć własną umowę i nie ponosić konsekwencji swoich decyzji, powinien pamiętać, że sumienia nie da się unieważnić pozwem sądowym.
TRYBUNA.INFO













