Nie zawieszać pochopnie

Dla mikroprzedsiębiorców uiszczanie składek ZUS to nieprzyjemny obowiązek zwłaszcza wtedy, gdy ich sezonowe biznesy przynoszą niskie – lub zerowe – przychody.

Gdy interes nie idzie tak jak tego oczekuje właściciel, prawo umożliwia czasowe zawieszenie działalności i jej „odwieszenie” w momencie gdy sytuacja rynkowa będzie korzystniejsza.
A w okresie jesiennym wiele firm z tej możliwości korzysta. Poza wspomnianym ZUS-em, przedsiębiorca nie musi także odprowadzać zaliczek na podatek dochodowy i nie ma obowiązku składania deklaracji VAT (są wyjątki). Jednak mimo finansowych zalet, mało kto zdaje sobie sprawę z jednej przykrej wady – zawieszenie działalności gospodarczej zmniejsza zdolność kredytową. Taka „odwieszona” działalność gospodarcza jest traktowana przez kredytodawców w zasadzie tak samo, jak firma założona na nowo, co przekłada się na możliwości pozyskania finansowania. Niektórzy kredytodawcy obsługują tylko firmy o odpowiednio długim stażu. Niezależnie więc, jak długo prowadziło się działalność przed jej zawieszeniem – pół roku czy 15 lat – to zawieszenie „zeruje” staż firmy. Może się więc okazać, że zawieszenie działalności gospodarczej odetnie przedsiębiorcę, na jakiś czas, od atrakcyjnych źródeł finansowania. To tym ważniejsze, że kredyt na działalność gospodarczą jest i tak relatywnie trudno dostępny.
Zawieszenie działalności gospodarczej może być także wskazówką dla kredytodawcy, mówiącą mu o sytuacji finansowej firmy. Większość przedsiębiorców decyduje się na to, gdy osiągają niesatysfakcjonujące przychody. Warto jednak zastanowić się czy zawieszenie działalności to dobry pomysł, zwłaszcza jeśli ktoś planuje w niedalekiej przyszłości złożenie wniosku o kredyt.

Polacy powinni studiować

Zwolnienia młodych ludzi z podatku PIT mogą być koniem trojańskim dla przyszłości Polski.

Nie potrzeba być wielkim znawcą polityki by dostrzec cele działań PiS-u i jego sukcesy. Główne hasło to utrzymać się u władzy, bez oglądania się na dalekosiężne skutki swoich działań.
Tymczasem dobry rząd to ten, który dostrzega skutki swoich działań i jest na tyle odpowiedzialny że potrafi realizować program nawet wbrew oczekiwaniom społecznym. Jeżeli obywatele są rozumni i widzą dalej niż czubek własnego nosa potrafią to docenić. O wiele łatwiej jest bawić się w populistę wykorzystując niechęć społeczeństwa do ponoszenia jakichkolwiek ciężarów reform i wszelkich innych; podatków, opłat, ubezpieczeń itp.

Polecą na ulgę?

Niestety, promowanie głupoty i ciemnoty jest najskuteczniejszą polityką PiS-u, teraz i zapewne na przyszłość. Społeczeństwo zacofane nie rozumiejące wiele, to pewna władza tej partii i jej sprzymierzeńca kleru.
Najjaśniej politykę PiS-u widać przy rozdawaniu pieniędzy, nie chciano dać nauczycielom (zbyt mądrzy aby głosować na tę partię), opiekunom niepełnosprawnych (szkoda, a zresztą nieliczni). Młodzi Polacy mają zaś polecieć na ulgę w podatku dochodowym i głosować na PiS.
Tu jest ukryta pułapka, zapewne liczni młodzi odłożą studia na potem, ruszą do pracy lub biznesu z myślą szybkiego zarobienia dzięki uldze. Bardzo nielicznym się uda, ulga się rozpłynie, większość pozostanie na stanowiskach znacznie niżej płatnych niż ci po dobrych studiach. Powrót do nauki nie będzie prosty ani tani (płatne studia).

Dwie strony medalu

Jakie znaczenie może mieć ta ulga dla Skarbu Państwa i rządzących? Oficjalne czynniki przedstawiają tylko straty fiskusa związane z ulgą, mające wynieść ponoć 1,5 mld. zł.
Drugą stroną tej operacji mogą być mniejsze nakłady państwa na szkolnictwo wyższe na skutek rezygnacji ze studiowania części młodej populacji. Mniejsze wydatki państwa to jednak niewielkie skutki, dalekosiężnym efektem będzie obniżenie tempa rozwoju kraju. Rozwój społeczny zależy od poziomu wykształcenia narodu – dla Polski takim impulsem było postawienie w PRL-u na rozwój bezpłatnego szkolnictwa, z zamiarem wyciągnięcia społeczeństwa z zacofania i ciemnoty oraz ukształtowania nowocześnie myślących nowych pokoleń. Niestety, nasze plany szybkiego skoku z zacofania do nowoczesności załamały się w latach 70 ubiegłego wieku.
Edukacja przeorała oblicze krajów Europy Środkowej i Wschodniej, oraz częściowo Zachodniej, gdzie za przykładem krajów socjalistycznych następowało odejście od płatnej nauki
Czy obecnie chodzi o to, aby odciągnąć młodzież od studiowania, skończyć z zepsuciem odziedziczonym po PRL-u i powrócić do „właściwych” wzorców Polski przedrozbiorowej i przedwojennej? Bo im naród mniej uświadomiony i wyedukowany, tym łatwiej nim rządzić. O Polsce mądrej i wykształconej pozostanie wspomnienie.

 

 

Zanim wpadniemy w poślizg

Głębokość bieżnika i styl jazdy czasem są ważniejsze niż klasa przyczepności opon.

Jesienne deszcze zwiększają ryzyko aquaplaningu (czyli utraty przyczepności na mokrej nawierzchni). O tej porze roku zaczynamy więcej wymagać od naszych opon. Sama dobra przyczepność na mokrej nawierzchni nie wystarczy jednak, aby wyeliminować ryzyko aquaplaningu.
Wraz z nadejściem jesieni wieczory stają się coraz dłuższe, a ulewne opady coraz częstsze. Pełne kolein drogi mogą być niebezpieczne zarówno w trakcie, jak i po deszczu, gdy woda zalegająca na powierzchni jezdni nie ma czasu wyschnąć.
Jeśli bieżnik nie nadąża z usuwaniem wody spod kół pojazdu, pomiędzy oponą a jezdnią tworzy się rodzaj poduszki wodnej. W rezultacie opona traci przyczepność, a kierowca – kontrolę nad samochodem. Takie zjawisko może zaskoczyć nawet najbardziej doświadczonych kierowców ponieważ nieprzewidywalne zachowanie pojazdu praktycznie uniemożliwia wyćwiczenie odpowiedniej reakcji.
Najbezpieczniejszym wyborem do jazdy po mokrych jesiennych drogach są wysokiej klasy opony letnie o odpowiedniej głębokości bieżnika. Dobry stan opon pozwala ograniczyć ryzyko wystąpienia zjawiska aquaplaningu; jeśli opony są zużyte, ich rowki nie będą w stanie efektywnie odprowadzać wody spod kół. Wyniki testu porównawczego opublikowanego w tegorocznym majowym wydaniu fińskiego czasopisma motoryzacyjnego „Tekniikan Maailma” wskazują, że zużyte opony letnie o głębokości bieżnika wynoszącej 3-4 mm zapewniają znacznie mniejszą kontrolę nad pojazdem niż nowe opony letnie z bieżnikiem o głębokości 7 mm.
Podczas jazdy po torze pokrytym 10-milimetrową warstwą wody, nowe opony wpadły w poślizg przy prędkości 83,1 km/h, podczas gdy dla opon zużytych było to 61,2 km/h.
W celu uniknięcia zjawiska aquaplaningu opony powinno się wymieniać, gdy głębokość bieżnika spadnie poniżej 4 mm. Wskaźnik zużycia bieżnika ułatwia monitorowanie stopnia zużycia opony, wskazując jego głębokość.
Nowe opony gwarantują także krótszą drogę hamowania na mokrej nawierzchni. Warto jednak zwrócić uwagę, aby nie mylić przyczepności czy drogi hamowania na mokrej nawierzchni, ze skłonnością opony do aquaplaningu.
„Podana na europejskiej etykiecie opony klasa przyczepności na mokrej nawierzchni odnosi się do jej skuteczności w tym względzie, czyli zachowania opony podczas jazdy na mokrym asfalcie. Z etykiety opony nie odczytamy jej skłonności do wpadania w poślizg” – podkreśla ekspert Matti Morri.
Obok stanu ogumienia, ważnym czynnikiem jest także ciśnienia powietrza w oponach. Jeśli znajduje się w niej zbyt mało powietrza, opona może nie być w stanie zachować odpowiedniego kształtu, zapewniającego efektywne odprowadzanie wody – co wpłynie na zwiększenie podatności na aquaplaning.
Oprócz wysokiej klasy opon duże znaczenie dla bezpieczeństwa ma zachowanie kierowcy. Ważne jest, aby podczas deszczu ograniczyć prędkość jazdy.
„Prędkość należy jeszcze bardziej zredukować, gdy przejeżdżamy przez kałużę. O ile to możliwe powinno się także unikać kolein, gdyż to w nich zbiera się woda” – przestrzega Morri. W takich sytuacjach głębokość bieżnika i nasz styl jazdy są ważniejsze niż klasa przyczepności opon.
Niewskazane jest także wyprzedzanie. Jeśli podczas zmiany pasa ruchu natrafimy na pełną wody koleinę, łatwo możemy wpaść w poślizg.
Jeśli auto wpadnie w poślizg, warto postępować zgodnie z poniższymi wskazówkami:
1. Zdjąć stopę z gazu i wcisnąć sprzęgło. Pomoże to w odzyskaniu przyczepności.
2. Unikać ostrego hamowania. Może ono doprowadzić jedynie do jeszcze większej utraty przyczepności.
3. Trzymać kierownicę w takim położeniu, aby po odzyskaniu przyczepności nie wpaść do rowu ani nie zjechać na przeciwległy pas ruchu.

Gospodarka 48 godzin

Zakończcie tę wojnę!

Przedsiębiorcy w Polsce wzięli się za łby na tle tego, kto z nich jest ważniejszy i bardziej reprezentatywny dla środowiska. Dlatego Marek Goliszewski szef BCC napisał list otwarty do szefów Pracodawców RP, Lewiatana, Związku Rzemiosła Polskiego i Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Stwierdza w nim co następuje: „Wzywam Was do zaprzestania wojny. Konflikt między organizacjami pracodawców w Radzie Dialogu Społecznego wszedł w krytyczną fazę. Wystawia nam jak najgorszą opinię w sytuacji, kiedy powinniśmy jednoczyć się w zgodzie wobec zagrożeń, z którymi styka się polska gospodarka. Konflikt jest o tyle nieprzyjemny, że ma charakter spersonifikowany. W szczególności proszę i wzywam Andrzeja Malinowskiego i Cezarego Kaźmierczaka do spotkania się i zawarcia porozumienia, odrzucającego wzajemne roszczenia, oddzielenia grubą kreską zaszłości i rozpoczęcia pracy w RDS i poza nią od początku. Eskalacja konfliktu burzy dobre imię polskich pracodawców w opinii publicznej, także wśród naszych partnerów związkowych i rządowych. Polska jest dzisiaj pełna nienawiści politycznej. Opamiętajmy się – nie dołączajmy do niej, kierując w stosunku do siebie pretensje i roszczenia natury prywatnej i sądowej. Unieście się Koledzy ponad animozje.Zakończmy ten spór w imię trudnych wyzwań jakie się pojawiają przed polskimi przedsiębiorcami i pracodawcami oraz całą gospodarką narodową”.

Marże w górę, zdolność w dół

Marże w kredytach hipotecznych są najwyższe od stycznia 2018 r. Wzrost jest wprawdzie powolny, ale kierunek zmian pozostaje jeden – w górę. W przypadku szacunków zdolności kredytowej widać zaś zaostrzenie kursu. Statystyczny klient może dziś liczyć na finansowanie o 30-40 tys. zł mniejsze niż na początku 2018 r. Takie wnioski płyną z badań prowadzonego przez Bankier.pl panelu HipoTracker. We wrześniu 2019 r. średnia marża kredytowa dla kredytów z 10-procentowym wkładem własnym wyniosła 2,26 punktu procentowego więcej niż na początku ubiegłego roku. Średnia zdolność kredytowa osiągnęła natomiast najniższą wartość od początku 2018 r. Spadek szacunkowej zdolności kredytowej to jeden z dowodów na coraz ostrożniejsze podejście banków do oceny finansowej wydolności kredytobiorców. W styczniu 2018 r. kredytobiorcy byli w stanie średnio pożyczyć 606 tys. zł. We wrześniu 2019 – 568 tys. zł. W badaniu założono, że o kredyt stara się bezdzietne małżeństwo mieszkające w mieście pow. 500 tys. mieszkańców, kupujące na rynku pierwotnym mieszkanie o wartości 337,5 tys. zł (50 m kw.), zarabiające łącznie 6,2 tys. zł miesięcznie, w oparciu o umowy o pracę na czas nieokreślony, posiadające pozytywną historię kredytową, bez obecnie spłacanych obciążeń.

Nie taki zimny prysznic dla banków

Niewykluczone, że na wyroku trybunału unijnego dotyczącego frankowiczów skorzystają firmy pożyczkowe w naszym kraju.

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie kredytów frankowych generalnie jest korzystny dla frankowiczów, chociaż dopiero czas pokaże, w jak szerokim zakresie sądy będą się nim kierować – czy tylko w sprawach kredytów i klauzul analogicznych do rozpatrywanych przez TSUE, czy też szerzej.
Jak już zobaczyliśmy, rynki dobrze przewidziały rozstrzygnięcie TSUE: WIG20 i kurs franka szwajcarskiego do złotego zareagowały spokojnie. Wyrok był już wliczony w ceny.
Banki oczywiście stawiają się w roli ofiar. Zapewne dojdzie do ograniczenia akcji kredytowej, być może niektóre banki będą potrzebowały pomocy. Jednak dostaną ją, bez obaw. Kryzys bankowy jasno pokazał, że rządzący zrobią wszystko, by zachować stabilność sektora finansowego. Za błędy biznesowe banków płacą podatnicy.
Chciałbym wierzyć, że wyrok TSUE będzie zimnym prysznicem, który wyhamuje pęd do tworzenia „innowacyjnych produktów”, jednak raczej nie można na to liczyć. Ostatnią prawdziwie innowacyjnym produktem bankowym był moim zdaniem… bankomat.
Późniejsze „innowacje” to produkty finansowe o coraz bardziej złożonej konstrukcji, coraz mniej zrozumiałe dla klienta. Jak toksyczne obligacje na Zachodzie czy kredyt indeksowany kursem CHF w Polsce. Jak to się skończyło na Zachodzie, wiemy doskonale. W Polsce takiego trzęsienia ziemi nie będzie, ale oznacza to także, że ów zimny prysznic dla banków nie będzie aż tak zimny.
Kredytom frankowym trzeba jednak oddać także zasługi. Dzięki nim, własne mieszkanie mogły kupić rzesze osób, które nie stać byłoby na kredyt złotówkowy. W ten sposób, kredyty frankowe dodatkowo zdynamizowały sektor nieruchomości, przyczyniając się do powstania setek nowych biznesów. Być może, gdyby kredyty walutowe były konstruowane staranniej, udałoby się zachować większość ich zalet, przy ograniczeniu ryzyka dla kredytobiorców.
Czy przegrana frankowa batalia banków będzie szansą dla sektora pożyczek pozabankowych? Chyba za wcześnie, by o tym przesądzać, chociaż rzeczywiście może nią się stać.
Po pierwsze, skupione na procesach sądowych banki, będą wkładać mniej wysiłku w oferowanie bardziej konkurencyjnych produktów.
Po drugie, zmniejszy się też luka w reputacji między sektorem bankowym a branżą pożyczkową. Sposób, w jaki sektor bankowy – a w szczególności Związek Banków Polskich – reaguje na wyrok TSUE, podkopuje zaufanie do tradycyjnych instytucji finansowych.
Tak czy inaczej, wyrok TSUE kończy okres podwyższonej niepewności na rynku, co powinno być dobre i dla banków, i dla ich konkurentów.

 

Jak się kończy zabawa z płacą minimalną

Zwolnienia z pracy, protesty zarówno pracowników jak i pracodawców, próby omijania przepisów. Takie są skutki eksperymentu południowokoreańskiego prezydenta z drastycznym podniesieniem najniższej płacy.

Na świecie trudno znaleźć lepszy przykład sukcesu gospodarczego niż Korea Południowa.
Nieprzerwany od 20 lat wzrost PKB łączy się z niskim zadłużeniem publicznym i utrzymującą się od ponad dekady wysoką nadwyżką na rachunku obrotów bieżących.

Przedwyborcza obietnica

Co więcej, Seul może pochwalić się globalnymi championami w przemyśle motoryzacyjnym czy elektronice użytkowej, a także niezwykle wysokimi wydatkami na badania i rozwój, które znacznie zwiększają szanse długotrwałego utrzymania dobrej koniunktury.
Jednak nawet tak silna i latami dobrze zarządzana gospodarka nie jest odporna na fatalne decyzje polityczne. Jedną z nich była kampanijna obietnica o podniesieniu pensji minimalnej.
Ubiegający się o fotel prezydenta Moon Jae-in szedł po władzę, zapewniając, że najniższe wynagrodzenie wzrośnie o ok. 55 proc w zaledwie trzy lata. Podobne tempo podwyżek obiecują rządzący w Polsce.
Po impeachmencie i skazaniu na wieloletnie więzienie byłej prezydent Korei Park Geun-hye w 2017 r. Moon miał szeroko otwarte drzwi do Błękitnego Domu.

Po 10 tys dla każdego

Lewicowy kandydat popełnił niestety kardynalny błąd i wbrew zdrowemu rozsądkowi, a nawet chłodnej kalkulacji politycznej, obiecał dokonać niemożliwego. Chciał podnieść do 2020 r. godzinowe wynagrodzenie minimalne z 6,47 tys. do 10 tys. wonów, czyli do równowartości niespełna 9 dolarów amerykańskich (poziom znacznie wyższy niż w USA).
Według szacunków obejmujących oczekiwany wzrost płacy w całej gospodarce minimalna wypłata stanowiłaby ok. 70 proc. mediany i 60 proc. średniego wynagrodzenia, czyli najwięcej w OECD.
Na nic się zdały protesty Federacji Mikroprzedsiębiorców, których 92 proc. ankietowanych członków w połowie 2017 r. sprzeciwiało się tak drastycznej podwyżce wynagrodzeń. Głosy rozsądku i opamiętania napływały jednak nie tylko z kraju, ale i z zagranicy.
Krótko po decyzji o podniesieniu najniższego wynagrodzenia o 16 proc. na rok 2018 głos zabrał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W listopadzie 2017 r. szef misji MFW dla Korei Tarhan Feyzioglu mówił, że rząd powinien znacznie zmniejszyć tempo podwyżek, gdyż może to negatywnie wpływać na konkurencyjność kraju oraz zatrudnienie.
W kolejnych miesiącach negatywnie na temat decyzji Moona wypowiadała się także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), sugerując, że zbyt wysokie minimalne wynagrodzenie może zaszkodzić zatrudnieniu, jeżeli wyższe koszty pracy nie będą związane z poprawą produktywności.
Nawet publiczny think-tank Korean Development Institute przygotował opracowanie dotyczące wpływu wzrostu płacy minimalnej na zatrudnienie (Employment Effect of Minimum Wage Increase), w którym krytycznie odnosił się do szybkiego wzrostu wynagrodzeń. Wskazywał, że utrzymanie tempa wzrostu pensji minimalnej spowoduje utratę 96 tys. miejsc pracy w 2019 r. i 144 tys. w 2020 r.

Zamiast wzrostu – zwolnienia

Na te wszystkie głosy prezydent Moon był głuchy i kontynuował swoją kontrowersyjną politykę gospodarczą stymulującą rozwój m.in. wyższymi płacami. Zderzenie z rzeczywistością przyszło jednak bardzo szybko.
Jeszcze w połowie 2017 r. ogólny poziom zatrudnienia w ujęciu rok do roku rósł w Korei Południowej o 1,5 proc. Po kilku miesiącach tempo wzrostu zatrudnienia obniżyło się do mniej niż 1 proc., a pod koniec 2018 r. wyhamowało do 0,1 proc.
Najbardziej ucierpieli pracownicy, którzy otrzymywali wynagrodzenia minimalne lub bliskie tej wartości (handel, restauracje i hotele). Pomiędzy październikiem 2017 r. a październikiem 2018 r. zatrudnienie w tych branżach spadło z 6,1 miliona do 5,91 mln, czyli o prawie 200 tys. osób (dane Statistics Korea).
Reuters pisał swojej analizie, że strategia gospodarcza rządu, zamiast spowodować wzrost wynagrodzeń, skutkowała mniejszymi wypłatami (krótszy tydzień pracy) i brakiem możliwości dorobienia podczas nadgodzin (ograniczenie kosztów przedsiębiorstw).
Tak negatywnie zmiany na rynku pracy nie mogły zostać zignorowane. Co więc zrobił prezydent Moon?

Przeprosiny i niskie płace

Masowe zwolnienia spowodowały, że tempo wzrostu minimalnego wynagrodzenia zostało zmniejszone, ale stawka na 2019 r. i tak była podniesiona o prawie 11 proc. do 8350 wonów. Jednak już w momencie ogłoszenia tej decyzji (druga połowa 2018 r.) było wiadomo, że sytuacja gospodarcza nie pozwoli na zwiększenie najniższej pensji do 10 tys. wonów w 2020 r.
Prezydent wtedy przeprosił, obiecując przy tym, że 10 tys. zostanie „osiągnięte w najbliższym możliwym czasie”. Ta obietnica jednak także, nie będzie szybko zrealizowana (na pewno nie w trakcie bieżącej kadencji Moona).
Obecnie wiadomo, że w przyszłym roku wzrost minimalnego wynagrodzenia wyniesie tylko 2,9 proc, czyli będzie najwolniejszy w minionej dekadzie i trzeci z najsłabszych w ostatnim 30-leciu.
Jak ocenia Cinkciarz.pl, wydarzenia w Korei Południowej jasno pokazują, że zbyt gwałtowne i niepowiązane z poprawą kwalifikacji pracowników podnoszenie minimalnego wynagrodzenia powoduje wyłącznie problemy. Skutkuje ono zwolnieniami oraz protestami najpierw mikroprzedsiębiorców, a potem zawiedzionych pracowników (dziesiątki tysięcy osób demonstrowały w Korei Południowej w 2018 i 2019 r.) lecz w żaden sposób nie wspomaga wzrostu gospodarczego.
Zresztą, w przeszłości inne kraje również eksperymentowały z gwałtownym wzrostem najniższych płac: Francja w latach 1997-2005 czy Węgry w latach 2000-2002. I w żadnym przypadku nie była to dobra decyzja.

Powtórzymy nieudany eksperyment?

Kampanijne zapowiedzi w Polsce również zakładały gwałtowną podwyżkę minimalnego wynagrodzenia, którego procentowe wzrosty i relacja do mediany czy średniej wypłaty mają być analogiczne do tych obiecywanych przez Moona. Skutki dla naszego kraju mogą być jeszcze gorsze niż dla fundamentalnie silnej Korei Południowej. Dlaczego?
W Polsce ponad 20 proc. zatrudnionych (najwięcej w Unii Europejskiej) nie zarabia więcej niż 110 proc. pensji minimalnej. Silne skupienie się wynagrodzeń blisko najniższej krajowej oznacza drastyczne podwyżki dla dużej grupy osób. Te podwyżki nie są powiązane z poprawą kwalifikacji tych osób, różnicami kosztów życia pomiędzy regionami czy wiekiem – zauważa Cinkciarz.pl.
Brak zależności wynagrodzenia od produktywności i umiejętności będzie oznaczać konieczność zwolnień. Wzrośnie również pokusa do omijania regulacji, jak to miało miejsce w Korei Południowej.
Relatywnie wysokie wynagrodzenie może także oznaczać wzrost bierności zawodowej młodych ludzi, gdyż pracodawcy za narzucone z góry zbyt wysokie koszty pracy będą wymagali wygórowanych kompetencji w relacji do wieku kandydata.
Polska jest więc narażona na znacznie dotkliwsze konsekwencje zbyt szybkiego wzrostu minimalnego wynagrodzenia niż Korea Południowa.

 

Polska szkoła na równi pochyłej

Coraz bardziej widoczne oraz uciążliwe stają się koszty zaniechań i błędów popełnionych przez PiS w oświacie.

Polska nie ma szczęścia do reform edukacyjnych. Właściwie wszystkie zmiany systemowe w oświacie jakie wprowadzały władze, były dość powszechnie krytykowane i nie budowały zaufania ani do szkół, ani do państwa. Czasem przyczyną złego odbioru społecznego bywało ich nieprzygotowanie połączone z niekonsekwencją. Tak było na przykład z wprowadzeniem gimnazjów, które w zamyśle miały ułatwić uczniom z regionów i rodzin nieuprzywilejowanych, dostęp do dobrze wyposażonych szkół średniego szczebla oraz opóźnić próg selekcji do liceów, ale ten słuszny zamysł rozbijał się o nieprzestrzeganie rejonizacji.
Niekonsekwentne wprowadzanie zmian w oświacie szło zazwyczaj w parze z brakiem przekonującego tłumaczenia sensu reform. Przykładem może być szeroka i skuteczna mobilizacja społeczna przeciwko obniżeniu wieku szkolnego do lat 6. Podobnie jak w przypadku gimnazjów, zasadniczym celem tej reformy było wyrównywanie szans edukacyjnych – w tym przypadku poprzez przyspieszenie kontaktu z systemem edukacyjnym, co byłoby szczególnie korzystne dla dzieci z rodzin nieuprzywilejowanych, o niższym kapitale kulturowym. Jednak nikt tego celu społeczeństwu przekonująco nie wyjaśnił, nie podjęto też wspólnie ze szkołami wysiłku, aby pokazać korzyści ze zmiany,
Prawo i Sprawiedliwość wyciągnęło z tych wszystkich błędów wnioski – i postanowiło zreformować polską szkołę bez żadnego jasno określonego celu.

Centralizacja nade wszystko

PiS wiedziało, że populistycznej polityki oświatowej nie da się przeprowadzić bez zwiększenia kontroli rządu nad szkołami. Dlatego niemal jednocześnie z podniesieniem wieku szkolnego do 7 lat, zwiększono kompetencje wojewódzkich kuratorów oświaty i wymieniono większość z nich na osoby zaufane.
Kurator, niczym wojewoda, stał się swoistym emisariuszem rządu w terenie, posiadającym od tej pory część kompetencji, które wcześniej należały do samorządów. Przyznano mu na przykład prawo do decydowania o likwidacji szkół oraz nadzór nad ośrodkami doskonalenia nauczycieli. Ponadto kuratorzy, dotychczas powoływani przez wojewodów, teraz mianowani są bezpośrednio przez ministra edukacji.
Wzmocnienie kuratorów wpisuje się w szerszy, centralizacyjny kierunek polityki PiS. W środowiskach eksperckich zajmujących się oświatą od dawna zgłaszano pomysł całkowitej likwidacji kuratoriów, skoro do momentu przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość raczej ograniczano ich rolę, przekazując zarządzanie finansami szkół samorządom, a nadzór nad egzaminami centralnej komisji. Jednak ponowne wzmocnienie roli kuratorów i ich ściślejsze powiązanie z rządem oznaczało koniec pomysłów na zwiększenie szkolnej autonomii, na przykład poprzez zastąpienie kuratoriów radami oświatowymi, w których zasiadaliby przedstawiciele władz samorządowych, szkół i rodziców.
Zamiast większego wpływu na edukację, uczniowie, nauczyciele i rodzice dostali więcej centralizacji.

Szanse tylko dla bogatych

Likwidacja gimnazjów oraz ponowne podniesienie wieku rozpoczęcia nauki cofnęły pozytywny trend w myśleniu o polskiej szkole, polegający na dążeniu do uczynienia jej narzędziem wyrównywania szans życiowych.
Wiele osób, które kształciło się w starym, analogicznym do przywróconego reformami PiS systemie ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum, być może obruszy się na ten zarzut. W końcu skoro oni odebrali edukację według dawnego modelu i nie narzekają, to może owiane złą sławą gimnazja czy budzące obawę wcześniejsze posłanie dzieci do szkoły nie są warte obrony?
Ponadto badania zadowolenia z poziomu nauczania, przeprowadzone przez CBOS po reformach PiS, pokazują, że większość respondentów ocenia te działania raczej pozytywnie. Najwyżej oceniano szkoły podstawowe i licea, ale nawet w tak krytykowanych gimnazjach poziom nauki był oceniany jako dobry przez 41 proc. respondentów, a jako zły przez 27 proc.
Jednak z badań forum idei Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że pod pozorami zadowolenia z poziomu polskiej szkoły kryje się wiele działań oraz opinii świadczących o czymś wręcz przeciwnym. Polscy rodzice wydają znaczące sumy na korepetycje, średnio 420 złotych w miesiącu.
Z płatnej pomocy w nauce korzysta ponad 34 proc. rodzin z dziećmi w wieku szkolnym, przede wszystkim dobrze wykształconych, nieźle sytuowanych i mieszkających w dużych miastach. Natomiast połowa rodziców z wykształceniem podstawowym i połowa rodzin, gdzie dochód na osobę nie przekracza 900 złotych miesięcznie, posłałaby dziecko do szkoły prywatnej, gdyby na przeszkodzie nie stało czesne.
Z tych danych wyłania się pesymistyczny obraz szkoły, która nie tylko przestała zmierzać w kierunku wyrównywania szans, ale nie jest w stanie zaspokoić edukacyjnych aspiracji Polaków. Zamożniejsi i lepiej wykształceni realizują je, dopłacając z własnej kieszeni, biedniejsi i gorzej wykształceni snują niemożliwe do zrealizowania marzenia o szkołach prywatnych.
Pozytywna opinia o jakości kształcenia w polskich szkołach okazuje się zatem nie przystawać do rzeczywistości – jest raczej odzwierciedleniem rozbudzonych aspiracji edukacyjnych społeczeństwa niż faktyczną oceną jakości wykształcenia. A od dawna idzie w parze z negatywną korelacją między wykształceniem a zaufaniem do systemu edukacyjnego.
Lepiej wykształceni Polacy mniej ufają szkołom, co wiąże się z większą gotowością do uzupełniania niedostatków za pomocą zajęć opłacanych z własnej kieszeni. Gorzej wykształceni są bardziej skłonni ufać w jakość edukacji, bo nie dysponują innymi narzędziami awansu społecznego.
Z problemem wydatków na korepetycje bezpośrednio wiąże się problem przeładowanych i archaicznych podstaw programowych. Prawo i Sprawiedliwość nie tylko przywróciło dawny system organizacji prac szkół, ale powiela też, a w przypadkach niektórych przedmiotów wręcz potęguje nieadekwatne obciążenia zbyt dużą ilością materiału.
W wystąpieniu Rzecznika do byłej już minister Anny Zalewskiej z listopada 2018 roku czytamy na przykład: „Realizacja podstawy programowej nie powinna wiązać się z nakładaniem na uczniów dodatkowych, pozaszkolnych obciążeń. Tymczasem jestem informowany o sytuacjach delegowania na uczniów i ich rodziców części zadań związanych z kształceniem. Taka praktyka to przede wszystkim prace domowe w niepokojącej ilości, a także zadawanie tematów nieprzerobionych na lekcji do samodzielnego opracowania. Ma to bezpośredni wpływ na ograniczenia prawa dzieci do czasu wolnego, zabawy i rozwijania własnych zainteresowań, a także przyczynia się do postępującego przemęczenia uczniów”.

Rozprawić się z nauczycielami

Odkąd PiS zmienił system organizacji prac szkół i po prostu przepisał podstawy programowe lub wręcz spotęgował ich największe wady – kompletnie nie biorąc pod uwagę, że wraz z likwidacją gimnazjów zmieni się także wiek uczniów i ich przygotowanie na danym etapie nauki – marzenia o tym, że Polska szkoła będzie uczyła nie tylko faktów, ale także pracy zespołowej czy kompetencji miękkich, stały się jeszcze bardziej odległe. Robi to zapewne garstka zapaleńców w szkołach publicznych i prywatnych, ale tego rodzaju działania pozostają swoistą dywersją: państwo w żaden sposób ich nie wspiera, a jego oficjalne wytyczne wręcz dają im odpór.
Nauczyciel to zawód zaufania publicznego, a jednocześnie w tej kategorii jest to profesja chyba najgorzej wynagradzana. Z zestawienia przygotowanego przez autorów bloga Neuropa wynika, że w 2012 roku wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosiło 88 proc. średniej krajowej, w 2018 już tylko 72 proc. Ponieważ nauczycielskie pensje nie tylko nie odzwierciedlają wzrostu płac w rozwijającej się gospodarce, ale pozostają za nim daleko w tyle, strajk nauczycieli z pierwszej połowy 2019 roku, jak na razie zawieszony, nie powinien dziwić.
Jednak rząd nie tylko nie był na te działania przygotowany, ale skonfrontowany z protestem nauczycieli wybrał strategię dyskredytowania i dzielenia środowiska nauczycielskiego. Zamiast potraktować poprawę poziomu życia nauczycieli za istotny cel państwa i gwarancję realizowania przez szkoły kluczowych dla jego rozwoju zadań, partia rządząca zdecydowała się na konfrontację i niszczenie wizerunku jednej z najistotniejszych profesji zaufania publicznego.
W wielu krajach nauczyciele są liderami, jeśli chodzi o zaufanie publiczne – i jest to traktowane jako dowód na właściwe realizowanie przez państwo jednego z podstawowych zadań, jakim jest oświata. W badaniu firmy Kantar, zrealizowanym w trakcie strajku, nauczyciele znaleźli się na pierwszym miejscu wśród zawodów zaufania publicznego w Polsce.
Jednak w badaniach porównawczych, przeprowadzonych przez firmę GFK, respondenci w Polsce ufali im rzadziej niż badani w jakimkolwiek innym kraju Unii Europejskiej. Dla rządu dbającego o rozwój społeczny te dane powinny być sygnałem do działania i poszukiwania sposobu poprawy zaufania do nauczycieli. Jednak w Polsce rządzonej przez PiS uzasadnione postulaty płacowe stały się sygnałem do rozprawy z nauczycielami.

Coraz więcej nierówności

Do dziś skuteczna walka z czarną legendą gimnazjów poprzez ich likwidację pozostaje w zasadzie jedynym skutkiem reform edukacyjnych PiS. Zapłaciliśmy za ten propagandowy efekt wysoką i całkiem realną cenę.
Odwrócone zostały pozytywne trendy takie jak przyznawanie szkołom i odpowiedzialnym za nie samorządom większej autonomii oraz zmienianie systemu szkolnego tak, aby wyrównywał szanse życiowe uczniów. Rozpoczęto konflikt z całą grupą zawodową nauczycieli i nie zanosi się, aby ten spór prędko doczekał się pozytywnego rozstrzygnięcia.
Na dzieci nałożono zaś rozdmuchane, oderwane od rzeczywistości wymagania, potęgując przewagę uczniów z zamożniejszych i lepiej wykształconych domów, gdzie rodzice mają czas, środki i kompetencje, by uzupełnić szkolne lekcje korepetycjami.
Polska szkoła stała się w efekcie jeszcze bardziej nierówna, a bezpieczniejsza jest tylko w teorii.

 

Gospodarka 48 godzin

Oczekiwania powyborcze

Przedsiębiorcy oczekują ograniczenia ciągłych zmian prawa gospodarczego, szczególnie w obszarze podatków, oraz dużo większej jednoznaczności przepisów. Chcą też skrócenia rejestracji pracowników cudzoziemskich aż do 48 godzin, poszerzenia listy państw, z których pracodawcy mogą pozyskiwać pracowników na uproszczonych zasadach oraz możliwości wydłużenia okresu legalnej pracy cudzoziemca w Polsce. To postulaty BCC, podnoszone dlatego, że pracownikom zagranicznym można płacić mniej niż Polakom.

OFE jeszcze działają

We wrześniu Otwarte Fundusze Emerytalne zyskały średnio +1,2 proc. Na koniec tego miesiąca aktywa OFE warte były 154,26 mld zł. Wszystkie fundusze osiągnęły we wrześniu zysk. Największy – OFE Złota Jesień (1,6 proc.).

Firmy państwowe idą w PPK

Państwowe towarzystwo ubezpieczeniowe PZU podpisało dotychczas ponad 590 umów o zarządzanie Pracowniczymi Planami Kapitałowymi z największymi pracodawcami w Polsce. Zatrudniają łącznie ponad 300 tysięcy pracowników. Wśród tych firm, głównie państwowych, które zdecydowały się na współpracę z PZU, są m.in. PKN Orlen oraz grupa Energa. PZU ogłosił, że rezygnuje na rok z pobierania opłat za prowadzenie PPK. Jest to biznesowa decyzja, mająca sprawić, że coraz więcej pracodawców zdecyduje się na ofertę PZU – co w przyszłości, kiedy opłata będzie już obowiązywać, zaowocuje wyższymi przychodami dla PZU.
Kiedy rynek zawodzi
Pojęcie „zawodność rynku”oznacza zjawiska negatywne obserwowane na rynku. Występują one wówczas, gdy splot różnych okoliczności wpływa na decyzje jednostek w taki sposób, że nie prowadzą one do racjonalnych, korzystnych i najbardziej efektywnych skutków dla całego społeczeństwa. Tzw. raport Sterna wskazuje, że zmiany klimatu są właśnie taką zawodnością rynku – stwierdza Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Opracowanie Sterna wskazuje, że mechanizmy oparte na bodźcach rynkowych (jak podatek ekologiczny) stanowić mogą sposób radzenia sobie z takimi nieprawidłowościami. Z takim podejściem zgadza się ponad 3,5 tys. ekonomistów – sygnatariuszy stanowiska w sprawie podatku od emisji dwutlenku węgla wśród których jest 27 laureatów nagrody Nobla i 4 byłych przewodniczących Rezerwy Federalnej. TEP wskazuje, że w celu minimalizowania skutków zmian klimatycznych istnieje konieczność wykorzystywania mechanizmów rynku wraz z odpowiednimi instrumentami państwa (jak np. podatek węglowy czy systemy handlu emisjami). TEP podkreśla równocześnie, że sam podatek bez efektywnie funkcjonujących rynków, będzie miał ograniczone efekty ekonomiczne.

Rząd zarobi na niezamożnych

Zapowiadany przez PiS wzrost płacy minimalnej spowoduje, że budżet ściągnie o ponad 350 zł miesięcznie więcej z każdej osoby, która będzie osiągać to minimum.

Od ponad 20 lat płacę podatki i ZUS, kupuję masę usług, przy okazji dając pracę prawnikom i księgowym. To nie jest tekst o mnie. Ale moja refleksja po 30 latach wolności, którą to rocznicę w tym roku świętujemy jest taka, że Polska zmieniła się w tym czasie nie do poznania. Dokonaliśmy największego skoku ze wszystkich państw startujących z naszego poziomu.
Ale dziś, w 2019 roku ciągle jesteśmy siódmym najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej. Ten fakt nie zmieni się za sprawą rządowych nakazów, nowych regulacji czy transferów socjalnych.

Niskie płace wysoko opodatkowane

Kampanie wyborcze przebiegają pod znakiem prezentów, które politycy obiecują w nadziei na poparcie. Osoby potrzebujące istnieją i wymagają wsparcia, ale nie są na tyle liczne, aby ich głosy przynosiły wygraną w wyborach. Uwaga polityków skupia się więc na szerokich grupach społecznych.
Jednak za każdym razem zapominana jest grupa najważniejsza – ci, którzy ciężko pracują nie prosząc o przywileje, ani pieniądze innych ludzi, ale których praca tworzy dobrobyt Polski i te obietnice polityków finansuje. To my, ludzie pracy, którym zamiast prezentów politycy rzucają kłody pod nogi – rekordowo czasochłonny system podatkowy z rekordowymi karami, rekordowe opodatkowanie rekordowo wysokiej płacy minimalnej, kolejne ograniczenia i zakazy.
Polski system podatkowy należy do najbardziej czasochłonnych w UE – polski przedsiębiorca przez dodatkowe 20 dni rocznie zamiast rozwijać swoją firmę musi walczyć z dłuższymi i bardziej skomplikowanymi formularzami niż w innych krajach – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. A każdy błąd może go słono kosztować – nigdzie kary nie są tak srogie jak w Polsce. Na przykład, gdy w innych krajach maksymalna kara za brak raportowania tzw. schematów podatkowych średnio wynosi niecałe 0,2 mln euro, to w Polsce grozi za to ponad 5 mln euro kary!
Polskie państwo nie rozpieszcza ludzi pracy – już pensja minimalna jest obłożona 39 proc. podatków i składek. Na świecie mało kto tak mocno opodatkowuje osoby o najniższych dochodach. Można płacić mniej kombinując z samozatrudnieniem czy umowami cywilnoprawnymi, ale znowu oznacza to, że energia ludzi jest marnowana na szukanie luk w systemie.

Tylko rząd skorzysta

Przed wyborami premier Morawiecki ogłosił pakiet ustaw kosztujących ponad 40 mld zł, za które zapłacą pracujący Polacy – ale tylko 10 mld z tej kwoty ma zostać przeznaczone na obniżenie podatków dla pracujących.
I o ile obniżka podatków została uchwalona przed wyborami, to po wyborach pracujący będą musieli zapłacić składki ZUS wyższe o ponad 11 mld zł.
Podnosząc płacę minimalną rząd stawia przeciwko sobie wszystkich ludzi pracy – pracowników i pracodawców jednocześnie, sam będąc tak naprawdę jedynym beneficjentem tych zmian.

System nieprzyjazny pracy

Wzrost płacy minimalnej do 3 tys. zł, po uwzględnieniu podatków i składek oznacza, że pracodawcy będą musieli zapłacić za każdy etat o co najmniej 900 zł więcej. Ale pracownik z tej kwoty zobaczy niecałe 550 zł, bo ponad 350 zł pójdzie na wyższe podatki i składki.
Bardzo nieprzyjazny dla pracy jest nasz system. I ten rząd czyni go coraz bardziej nieprzyjaznym.
To my pracujemy na wzrost, który premier może pokazywać w swoich kolejnych power pointach. Ale któregoś dnia może nam się już przestać chcieć. Możemy mieć dość bycia karanym za uczciwość i chęć życia w swoim, rozwijającym się kraju.

 

Zasługi mocno wątpliwe

Gdy opadł kurz wyborczy i PiS zaczyna wycofywać się ze swych obietnic składanych w kampanii, warto usystematyzować fakty i spojrzeć, jak naprawdę wyglądały ich sukcesy gospodarcze tak szeroko reklamowane przez rządową propagandę sukcesu. Bo zamach na praworządność nie budzi wątpliwości.

Jak podaje Forum Obywatelskiego Rozwoju w audycie „Gospodarka i Praworządność pod rządami PiS. Wnioski na przyszłość”, w debacie publicznej dominują dwa duże chwyty propagandowe.
Po pierwsze, zasługi związane z poprawą sytuacji gospodarczej przypisywane są automatycznie aktualnemu rządowi. Po drugie, rozliczanie obietnic wyborczych nie uwzględnia faktu, że realizację złych dla gospodarki, społeczeństwa i państwa obietnic należy ocenić negatywnie z punktu widzenia rozwoju Polski. Główne fakty w dziedzinie gospodarki są takie: przynajmniej połowa dodatkowych wpływów z VAT jest niezależna od działań rządu.
Sektor finansów publicznych w 2020 roku będzie miał deficyt, obniżony tylko jednorazowymi dochodami oraz podwyżkami ZUS.
Rząd wprowadził wiele obciążeń dla obywateli i firm: podatek bankowy, kontynuacja zamrażania progów podatku od dochodów osób fizycznych, podwyższenie składek ZUS, opłata emisyjna, danina solidarnościowa, opłata recyklingowa.
Zgodnie z przewidywaniami ekspertów, program 500 plus nie spowodował trwałego wzrostu urodzeń. Po spadku ubóstwa w latach 2014-2017, w 2018 zaczęło ono rosnąć. Rządy PO-PSL lepiej realizowały uzasadnione cele, wymienione w strategii Morawieckiego niż rządy PiS. Spółki Skarbu Państwa są dzisiaj o ponad 75 mld mniej warte niż w momencie wyboru Andrzeja Dudy na prezydenta RP. Repolonizacja firm, w tym banków, to w rzeczywistości ich nacjonalizacja i zagarnianie przez nominatów PiS. Jeśli zaś chodzi o praworządność, to jak wskazuje FOR, PiS zrealizował zamach na niezależność wymiaru sprawiedliwości, która jest niezbędnym fundamentem trwałej demokracji.
Pogłębiono dotychczasowe problemy związane z przewlekłością spraw w sądach – a jednocześnie stworzono bezprecedensowe zagrożenie dla ich niezależności. Dokonano ogromnej koncentracji władzy w prokuraturze w rękach członka rządu PiS, Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego, co zagraża niezależności prokuratorów od decyzji politycznych. Powołano na zajęte już miejsca w Trybunale Konstytucyjnym trzy osoby nazywane powszechnie dublerami, co umożliwiło przejęcie politycznej kontroli nad TK. Jednocześnie, premierzy rządu PiS bezprawnie odmawiali publikacji wyroków TK. 92 proc. członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa to politycy lub osoby wybierane przez polityków. Nowa KRS, zdominowana przez nominatów PiS, rekomendowała osoby do nowych izb Sądu Najwyższego, w tym, mającej cechy niekonstytucyjnego sądu wyjątkowego, Izby Dyscyplinarnej SN. W sposób arbitralny Minister Sprawiedliwości wymienił prawie 160 prezesów i wiceprezesów sądów powszechnych oraz prawie 40 proc. sędziów SN powołując się m.in. na konieczność rzekomej „dekomunizacji”.