Bezpieczeństwo musi kosztować

Składka, mająca ograniczyć ryzyko inwestycji mieszkaniowej, stworzy deweloperom pretekst do podnoszenia cen lokali.
Podrożeją mieszkania w Polsce. Będzie to efektem funkcjonowania Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, mającego powstać za sprawą decyzji Rady Ministrów, która przyjęła projekt ustawy w tej sprawie. Fundusz będzie stanowić zabezpieczenie dla nabywców mieszkania lub domu jednorodzinnego, chroniąc ich na wypadek bankructwa firmy deweloperskiej, przed utratą środków przeznaczonych na budowę i zakup mieszkania.
Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będą zasilały składki płacone przez deweloperów, które wyniosą, w przypadku tzw. otwartego rachunku powierniczego maksymalnie 2 proc.; zaś w przypadku zamkniętego rachunku powierniczego maksymalnie 0,2 proc. Decyzja o wyborze rodzaju rachunku powierniczego zależeć będzie tylko od dewelopera.
W rzeczywistości, nie wiadomo ile ta stawka rzeczywiście wyniesie, gdyż jej faktyczna wysokość będzie w przyszłości regularnie określana w rozporządzeniu rządowym, co ma zapewnić jej dostosowanie do zmieniających się warunków rynkowych.
Składka zasilająca Deweloperski Fundusz Gwarancyjny odprowadzana będzie przez dewelopera na Mieszkaniowy Rachunek Powierniczy od wpłat dokonywanych przez nabywcę. Tak więc, deweloper nie będzie mógł zatrzymać dla siebie części wpłaty od nabywcy przeznaczonej na składkę, lecz będzie musiał przekazać ją na wspomniany rachunek.
Oczywiście deweloperzy nie będą chcieli rezygnować ze składki wpłacanej na rachunek powierniczy, więc podniosą ceny mieszkań i domów w Polsce – zapewne o taki procent, jaki wyniesie ta składka (choć prawdopodobnie, pod pretekstem konieczności płacenia składki, zechcą wywindować ceny tak wysoko, jak tylko pozwolą im warunki panujące na polskim rynku nieruchomości).
Oczekiwane podwyżki cen lokali mogą wydawać się niewielkie, ale maksymalne 2 proc. składki przy cenie mieszkania wynoszącej na przykład 500 tys. zł, oznaczają dodatkowy wydatek rzędu 10 tys. zł co jest już zauważalną kwotą.
Nowe przepisy zakładają, że to deweloper będzie samodzielnie wyliczał konkretną wysokość składki należnej na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny i wpłacał ją do banku prowadzącego Mieszkaniowy Rachunek Powierniczy w terminie siedmiu dni od dnia dokonania wpłaty przez nabywcę lokalu. To nakłada dodatkowe obowiązki na deweloperów, ale i stwarza pole do pewnych nieprawidłowości, bo faktycznie nikt nie będzie kontrolować, jaką w rzeczywistości kwotę obliczy i wpłaci deweloper na rachunek powierniczy. Dlatego dr. Łukasz Bernatowicz, ekspert od spraw infrastruktury i budownictwa w organizacji przedsiębiorców Business Centre Club, uważa, że bardziej funkcjonalne i dużo prostsze będzie, jeśli to na banku spocznie odpowiedzialność za wyliczenie i odprowadzenie składki na Mieszkaniowy Rachunek Powierniczy. Banki mają bowiem przygotowane do takich celów systemy informatyczno-rozliczeniowe.
Ponadto, zdaniem dr. Bernatowicza, lepiej będzie dla deweloperów jeśli zrezygnuje się z ewentualnego zmieniania wysokości składek rozporządzeniami rządowymi i określi w sposób niezmienny wysokość składki dla całego przedsięwzięcia deweloperskiego na moment otwarcia Mieszkaniowego Rachunku Powierniczego. Chodzi o to, że wysokość składki mogłaby ulegać zmianom w trakcie trwania budowy, co mogłoby nastręczyć kłopotów deweloperom, którzy nie będą mogli precyzyjnie określić, jakiej wysokości składki będą musieli poświęcić na rachunek powierniczy. To zaś utrudni im kalkulację kosztów i cen.
Zdecydowanym zwolennikiem stworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego jest Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, z którego inicjatywy zresztą ma powstać ten fundusz. UOKiK podkreśla, że obecny katalog środków ochrony wpłat nabywcy mieszkania czy domu nie zapewnia mu ochrony na odpowiednim poziomie. Organizacja przedsiębiorców BCC uważa natomiast, że nie ma na to żadnych dowodów.
BCC wskazuje, że dotychczas, przez 9 lat funkcjonowania ustawy deweloperskiej nie doszło do żadnej upadłości dewelopera, przy której zostaliby poszkodowani nabywcy wpłacający środki na otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy. Wystąpiły wprawdzie w tym czasie (2012-2021) dwie upadłości, ale w jednym przypadku deweloper prawdopodobnie podrobił dokumentację budowlaną i doszło do przestępstwa. Mimo tego syndyk i tak przeniósł własność lokali na nabywców.
W drugiej sytuacji, deweloper w ogóle nie zastosował ustawy deweloperskiej i przyjmował środki nabywców na swoje konto, więc tu ustawa deweloperska w ogóle nie została zastosowana. Zdaniem BCC, UOKiK nie przywołał ani jednego przykładu, kiedy byłoby inaczej. Brak również uzasadnienia, dlaczego dotychczasowe mechanizmy ochrony nabywców miałyby nie działać. Nie ma także jakichkolwiek raportów, analiz, czy opracowań Urzędu na ten temat.
Istnieje więc poważna przesłanka, by myśleć, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny to kolejny pomysł rządu PiS na przejęcie kilku miliardów złotych od Polaków w celu ratowania trzeszczącego budżetu. Gdy w funduszu zacznie przybywać pieniędzy, a upadłości deweloperów nie będą się zdarzać, nic nie powstrzyma rządu przed zagarnięciem tych środków pod byle pretekstem. Pomysł to tym bardziej nieładny, że uderzający po kieszeni ludzi nie mających mieszkań.
Przy pobieraniu na DFG maksymalnej stawki 2 proc. od każdej wpłaty dokonywanej przez nabywcę lokalu, mając na uwadze szacowaną obecnie wartość rynku mieszkaniowego wynoszącą prawie 55 mld złotych, do funduszu co roku wpływałoby około 1 mld zł. Może być nawet więcej, bo w ustawie zakłada się, że DFG może zaciągać pożyczki i kredyty na swoją rzecz (co z kolei powoduje, że potencjalne roszczenia o ich spłatę stwarzają ryzyko dla środków zgromadzonych w funduszu i naruszają zasady bezpieczeństwa).
UOKiK w swoich scenariuszach zakłada, że DFG potrzebuje co roku zgromadzić kwotę rzędu 140 mln zł, by pokryć ewentualną upadłość jednego dużego i dwóch mniejszych deweloperów. BCC wskazuje więc, że Urząd szacuje, iż w każdym roku upadnie kilku deweloperów – podczas gdy przez 9 lat funkcjonowania ustawy upadło tylko dwóch. W dodatku były to nie przyczyny „naturalne” lecz związane z przestępstwem i obejściem ustawy deweloperskiej.
Zdaniem przedsiębiorców, w rzeczywistości istnienie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego oznacza dodatkowy podatek dla branży mieszkaniowej, która jako jedna z nielicznych oparła się w kryzysowi spowodowanemu pandemią. Szacuje się, iż budownictwo mieszkaniowe w sposób pośredni i bezpośredni generuje niemal 12 proc. polskiego produktu krajowego brutto, utrzymując cały czas zdolność inwestycyjną mimo kryzysu i dostarczając miejsca pracy także tym, którzy potracili ją w innych branżach.
BCC uważa, że jest to najgorszy z możliwych momentów, w jakim można wprowadzić regulacje dotyczące Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego. W dodatku, z oceny skutków regulacji (czyli ustawy tworzącej DFG) wynika ponadto, że sam koszt utrzymania tego funduszu wyniesie 10 mln zł, plus 12 mln zł na założenie odpowiedniego systemu informatycznego.
Z drugiej strony, zrozumiałe jest oczywiście, że organizacja przedsiębiorców krytykuje rozwiązania, oznaczające dodatkowe obowiązki dla przedsiębiorców oraz quasi podatek. Nie ulega jednak wątpliwości, że istnienie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego podniesie poziom bezpieczeństwa ludzi kupujących mieszkania i domy.
Trzeba pamiętać, że w nowych przepisach ma chodzić nie o wygodę deweloperów, lecz o dobro nabywców lokali, bronione zresztą nie bezinteresownie. Oni przecież za większe bezpieczeństwo swoich inwestycji mieszkaniowej będą musieli zapłacić wyższymi cenami, podniesionymi przez deweloperów z tytułu wpłacania składek zasilających Deweloperski Fundusz Gwarancyjny.

Nowa opłata podniesie ceny elektroniki

Zarobi ZAiKS oraz inne organizacje zbiorowych praw autorskich, skorzystają też twórcy. Reszta Polaków straci.
Rząd PiS planuje rozszerzenie tzw. opłaty reprograficznej na laptopy, komputery stacjonarne, tablety, telewizory i smartfony. Jest to opłata, która ma stanowić rekompensatę dla twórców za wielokrotne odsłuchiwanie ich utworów na użytek osobisty przez osoby fizyczne.
Dziś kwoty z tytułu opłat reprograficznych uiszczane są w Polsce przez producentów i importerów drukarek, kserokopiarek, skanerów, faksów, magnetowidów oraz tzw. czystych nośników (kaset magnetofonowych, kaset VHS, płyt CD i DVD, papieru formatu A3 i A4). Ciężar opłaty, która w efekcie zwiększa cenę urządzenia lub nośnika, obciąża końcowego nabywcę produktu czyli każdego z nas.
Maksymalna stawka opłaty wynosi 3 proc. ceny sprzedaży urządzenia lub nośnika (w praktyce, od 1 do 3 proc.). Stawkę dolicza się do ceny tych urządzeń i materiałów, a potem przekazuje na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi (u nas to głównie ZAiKS). Organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, po potrąceniu (sowitych) kosztów inkasa opłat, przekazują część otrzymanych kwot twórcom jako wspomnianą rekompensatę.
W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają prace nad projektem ustawy, który ma wprowadzić opłatę m.in. na smartfony, tablety, telewizory i komputery, podnoszącą oczywiście cenę tego sprzętu. Przeciwko takiemu rozwiązaniu jest około 75 proc. osób, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym przez Social Changes na przełomie stycznia i lutego br. W badaniu wzięła udział grupa ponad 2 tys. osób. Wynik tego sondażu był oczywisty, bo trudno, żeby ktoś popierał to, że przyjdzie mu więcej zapłacić. Należy się wręcz dziwić, że znalazło się aż 25 proc. badanych nie mających nic przeciwko rozszerzeniu opłaty reprograficznej.
Z sondażu wynika również, że 86 proc. Polaków uznaje taką opłatę za dodatkowy podatek, a ponad połowa ankietowanych uważa, że państwo powinno obniżyć opodatkowanie elektroniki w czasie pandemii. Deklarują oni, że po po wprowadzeniu opłaty będzie kupować sprzęt rzadziej (24 proc.) lub zdecydowanie rzadziej (30 proc.).
Polacy nie są zresztą zwolennikami poprawy sytuacji materialnej twórców. Aż 91 proc. badanych jest przeciwnych przywilejom emerytalnym dla artystów, nie bacząc na to, że natura działania artystycznego jest taka, iż często zgromadzić środki na zapewnienie sobie emerytury.
Planowane rozszerzenie opłaty reprograficznej nie podoba się także Związkowi Przedsiębiorców i Pracodawców oraz przedsiębiorcom z branży elektroniki użytkowej.
— Wprowadzenie podatku od smartfonów uderzy nie tylko w konsumentów, ale też w polskich importerów i dystrybutorów elektroniki. Są to firmy, które zatrudniają dziesiątki tysięcy osób. Dodatkowy podatek z pewnością odbije się na możliwości konkurowania z zagranicznymi firmami. Ponadto, wielu Polaków jest zmuszonych do nieplanowanych wydatków. Dlatego niezrozumiałe jest wprowadzanie kolejnego podatku, który wpłynie na wzrost cen urządzeń niezbędnych obecnie do pracy i nauki — mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.
Zdaniem Andrzeja Przybyło, prezesa grupy AB sprzedającej elektronikę użytkową, dziś według Eurostatu elektronika w Polsce jest najtańsza w Unii Europejskiej. Po wprowadzeniu nowego podatku może stać się najdroższa.
Nie ulega wątpliwości, że negatywne skutki rozszerzenia opłaty reprograficznej w największym stopniu odczują osoby starsze, już dziś bardziej narażone na wykluczenie cyfrowe.

Jak nie zwariować w pracy

Firmy chwalą się, jak to udzielają swoim zestresowanym pracownikom pomocy ze strony psychologów.
Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy wydała biuletyn na temat promowania zdrowia psychicznego w miejscu pracy. W akapicie dotyczącym praktycznego podejścia do problemu, można przeczytać o następujących działaniach, które może podjąć pracodawca:

organizowanie „grup zdrowia”, które w oparciu o uczestnictwo pracowników służą wykrywaniu problemów i dyskutowaniu na ich temat oraz poszukiwaniu rozwiązań, ustalenie polityki firmy w zakresie zdrowia psychicznego i kwestii z nim związanych, takich jak np. przemoc i prześladowanie w pracy lub włączenie zagadnień związanych ze zdrowiem psychicznym do ogólnej polityki bezpieczeństwa i higieny pracy w danym przedsiębiorstwie,

zapewnienie kadrze kierowniczej szkoleń, dotyczących rozpoznawania symptomów stresu u pracowników oraz poszukiwania rozwiązań służących jego ograniczaniu,

przeprowadzanie anonimowych sondaży wśród pracowników, pozwalających ustalić przyczyny problemów w pracy,

ocena wdrażanych środków i programów w oparciu o informacje zwrotne uzyskane od pracowników,

prowadzenie portali internetowych informujących pracowników o wdrażanych w miejscu pracy środkach i programach służących poprawie ich stanu psychicznego,

zapewnienie pracownikom kursów i szkoleń dotyczących sposobów radzenia sobie ze stresującymi sytuacjami,

bezpłatne doradztwo w zakresie problemów życia prywatnego i zawodowego, dostępne dla wszystkich pracowników, najlepiej w godzinach pracy.

Firmy chwalą się w sieci podejmowanymi w tym zakresie działaniami. – W ramach programu intive proponują pracownikom uczestnictwo w sesjach coachingu indywidualnego, webinarach, spotkaniach i dyskusjach grupowych. W program została także zaangażowana kadra menadżerska. Menadżerowie zapoznają się z tematami dotyczącymi zdrowia psychicznego w organizacji np. poznają objawy wypalenia zawodowego i uczą się jak szybko oraz właściwie na nie reagować – czytamy w komunikacie uruchomionego programu „Less Stress”.
Podczas pandemii coraz więcej firm pomyślało o wsparciu psychologicznym dla zatrudnionych. „Każdy pracownik, który tego potrzebuje, może skorzystać ze wsparcia psychologicznego. Porady udzielane są przez telefon przez specjalistów placówek Medicover, z którymi na co dzień współpracujemy w zakresie opieki medycznej”, podała na przykład Ikea na swojej stronie internetowej. Jak wskazuje Bankier.pl niektóre duże sieci handlowe również udostępniły bezpłatną pomoc psychologiczną swoim pracownikom.
Nie tylko duże komercyjne marki decydują się na takie kroki. Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie także oferuje pracownikom wsparcie psychologa. Na swojej stronie informuje, że od października 2020 r. i następnie od 17 lutego tego roku zostały uruchomione stacjonarne konsultacje psychologiczne. „Pracownicy Akademii mają możliwość skorzystania z fachowej, bezpłatnej pomocy psychologicznej. Osoby, które odczuwają potrzebę wsparcia, również w związku z panującą pandemią, mogą umówić się na konsultację online z psychologiem”, podaje instytucja.
Wskaźnik samobójstw dla Polski wynosi 16,2 na 100 tys. mieszkańców, dla świata – 10,5 na 100 tys. mieszkańców. Depresja, która może prowadzić do odebrania sobie życia, nie może pozostawać wśród pracodawców tematem, o którym lepiej nie mówić.

Gospodarka 48 godzin

Absurd próbnych matur
W ostatnią środę w wielu polskich szkołach średnich rozpoczęły się próbne matury. Odbywają się w wyniku decyzji ministra edukacji i nauki dr. Przemysława Czarnka. Choć nauka w szkołach średnich odbywa się zdalnie, to teraz, w czasie próbnych matur, uczniowie przychodzą do szkół i piszą próbne matury, oczywiście bez maseczek, siedząc w tej samej sali co niezaszczepieni nauczyciele. To naturalnie wkrótce spowoduje wzrost liczby zakażeń oraz zgonów, ale takie drobiazgi nie obchodzą ministra edukacji. Przypomnijmy, dr. Przemysław Czarnek to ten od bredni: „To są konsekwencje mówienia kobietom, że nie muszą robić tego, do czego zostały przez pana Boga powołane”. Jego decyzja o przeprowadzeniu próbnych matur w marcu jest tym bardziej absurdalna, że sprawdzanie tych matur potrwa praktycznie do maja – czyli do terminu normalnych matur. Nie będzie więc już czasu ani możliwości, by poprawić ewentualne braki w wiedzy, wykazane podczas próbnych matur. W dodatku, wiele szkół średnich przeprowadziło własne próbne matury już wcześniej, pod koniec 2020 r., logicznie zakładając, że w czasie kolejnej fali pandemii nikt rozumny nie będzie przecież spędzać uczniów, by siedzieli parę godzin w towarzystwie nieszczepionych nauczycieli. Teraz mają próbne matury jeszcze raz. Jak widać, szkoły te nie doceniły rozumu dr. Przemysława Czarnka.

Gdzie bankrutujemy?
W drugiej połowie ubiegłego roku jedna na dziesięć upadłości konsumenckich miała miejsce w województwie śląskim (1143), nieco mniej bankrutów pochodziło z województwa mazowieckiego (773), a trzecie miejsce zajęło województwo wielkopolskie, z liczbą 541 upadłości konsumenckich. W pozostałych regionach takich osób było niespełna 500. Wkrótce bankructw może być więcej, bo Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej ostrzega, że jeśli nic się nie zmieni likwidację może czekać ok. 15 tys. lokali, a pracę w sektorze straci aż prawie 250 tys. osób

Kneblowanie dziennikarzy
Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej oświadcza, że nie zgadza się na szlaban dla dziennikarzy. Szlaban ma zostać opuszczony, ponieważ na wniosek I prezes Sądu Najwyższego, Trybunał Konstytucyjny mgr. Przyłębskiej zbada, czy ustawa o dostępie do informacji publicznej jest zgodna z konstytucją. TK w obecnym składzie może starannie zbadać i ochoczo zaakceptować ten wniosek, wszak to zgodne z linią dobrej zmiany – uważa SDRP. Stowarzyszenie obawia się, że po orzeczeniu TK będzie można zapomnieć o prawie dostępu do informacji publicznej. Tak więc, dziennikarzom, a w szczególności reporterom i publicystom śledczym Sąd Najwyższy zamierza założyć knebel. Zablokowany dostęp do informacji publicznej to szlaban na ujawnianie przekrętów władzy, instytucji państwowych, spółek skarbu państwa oraz polityków. Według I prezes SN Małgorzaty Manowskiej jawność nie ma pierwszeństwa nad prawem do prywatności i ochroną danych osobowych – i to jest właśnie argument, który skłonił panią I prezes SN do złożenia wniosku. Tymczasem SDRP zapewnia, że dziennikarze korzystający z podstawowego prawa obywatelskiego do informacji publicznej, rozróżniają prawo do prywatności od jawności życia publicznego. Oficjalnie intencją I prezes SN jest precyzyjne rozdzielenie prawa do informacji od ochrony prywatności. Za tym jednak kryje się proste ograniczenie prawa do informacji publicznej.

Koronawirus to największe ryzyko biznesowe

Przedsiębiorcy i eksperci ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe niebezpieczeństwa, które dotychczas nie pojawiały się w zestawieniach i trafiły na listę zagrożeń dopiero pod rządami Prawa i Sprawiedliwości: ryzyko polityczne oraz przemoc.

Przerwy w działalności biznesowej oraz sam wybuch pandemii, to zdaniem przedsiębiorców największe zagrożenia dla działalności gospodarczej w tym roku. Oba zagrożenia wiążą się ze sobą. Niewiele ustępują im ataki i incydenty cybernetyczne, zajmując trzecie miejsce.
Takie wyniki przynosi Barometr Ryzyk Allianz 2021, odzwierciedlając potencjalne scenariusze zakłóceń i strat, z którymi borykają się firmy na świecie i w Polsce. To badanie objęło opinie 2769 ekspertów z 92 krajów. Wzięli w nim udział członkowie zarządów, menedżerowie, brokerzy, eksperci ubezpieczeniowi.
Tak więc, kryzys spowodowany COVID-19 nadal stanowi bezpośrednie niebezpieczeństwo zarówno dla bezpieczeństwa indywidualnego, jak i dla przedsiębiorstw. Na dwa czołowe zagrożenia wskazało odpowiednio 41 proc i 40 proc. ankietowanych.
To odzwierciedla powód, dla którego wybuch pandemii zajął drugie miejsce w tym rankingu. Do tej pory, wedle wskazań badanych, żadna pandemia jako zagrożenie nigdy nie zajęła w Barometrze Ryzyka (mierzonym od dziesięciu lat) wyższego miejsca niż 16. Dziś koronawirus znajduje się wśród trzech największych zagrożeń na wszystkich kontynentach.
Ponadto, rośnie ryzyko wzrostu wskaźników niewypłacalności po pandemii. Według Euler Hermes, większość niewypłacalności nastąpi właśnie w 2021 r. Eksperci szacują, że w przypadku kredytów kupieckich wskaźnik niewypłacalności osiągnie rekordowy poziom, bo aż 35 proc. do końca 2021 r. Największe wzrosty bankructw spodziewane są w USA, Brazylii, Chinach i głównych krajach europejskich.
Incydenty cybernetyczne znajdują się w pierwszej trójce zagrożeń w wielu krajach, w tym m.in. w Brazylii, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, RPA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przyspieszenie cyfryzacji i rozwój pracy zdalnej wywołane przez pandemię dodatkowo zwiększają podatność na niebezpieczeństwa. Warto zauważyć, że już na początku pierwszej fali pandemii w kwietniu 2020 r. FBI odnotowało aż 300 proc. wzrost liczby cyber-incydentów w USA. Szacuje się, że w ubiegłym roku cyberprzestępczość kosztowała światową gospodarkę około 1 bilion dolarów, czyli o prawie 50 proc. więcej niż dwa lata temu.
Inne zagrożenia obejmują zmiany makroekonomiczne (8 miejsce z 13 proc. wskazań) oraz ryzyka polityczne i przemoc (10 miejsce, 11 proc. wskazań), które są w niemałej mierze również konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa. Mniej groźne okazują się natomiast zmiany w przepisach prawa i regulacjach, katastrofy naturalne, pożary i wybuchy, a także zmiany klimatu (dopiero 9 miejsce na liście zagrożeń, co wskazuje, że tak naprawdę mało kto traktuje serio rzekome nieszczęścia, jakie mają jakoby spaść na świat w związku ze zmianami klimatycznymi). Wszystkie te zagrożenia zostały wyraźnie zdominowane przez obawy związane z pandemią.
W Polsce wybuch pandemii jest już na pierwszym miejscu listy zagrożeń, co pokazuje, że rodzimi eksperci raczej dość nisko oceniają skuteczność pomocy dla gospodarki ze strony rządu Prawa i Sprawiedliwości. – Nie jest zaskoczeniem, że wybuch pandemii znajduje się na samym szczycie zestawienia w 2021 roku według polskich ekspertów. Zaznaczyli oni, że drugim największym ryzykiem biznesowym w tym roku są przerwy w działalności. A to ma bezpośredni związek właśnie z obostrzeniami związanymi z koronawirusem – mówi Tomasz Kryłowicz z Allianz Polska.
Na trzecim miejscu wśród największych polskich zagrożeń znalazły się zmiany w ustawodawstwie i przepisach, będące swoistą „specjalnością” rządu PiS. Incydenty cybernetyczne, wcześniej uznawane za jedno z trzech największych ryzyk, w tym roku zajmują dopiero piątą pozycję w Polsce.
Ankietowani w naszym kraju wskazali także na nowe zagrożenia, które do tej pory nie pojawiały się w zestawieniach – ryzyko polityczne oraz przemoc. To także uznać należy za rezultat sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość

Pora pomyśleć o lecie

Starsi z Polaków mogą zacząć już teraz planowanie rodzinnego wypoczynku letniego. Najlepiej jeśli wyjadą w towarzystwie wnuków.
Pandemia koronawirusa pokrzyżowała tegoroczne plany zimowego odpoczynku sporej części Polaków. Pojawienie się szczepionek pozwala jednak z lekką nadzieją patrzeć na nadchodzące miesiące, przynajmniej w przypadku seniorów – bo tylko oni mają szanse by się zaszczepić jeszcze przed tegorocznym latem. Dlatego starsza część populacji naszego kraju mogłaby już wkrótce zacząć planować letni wypoczynek.
Skrócenie ferii zimowych do dwóch tygodni dla całego kraju i jednoczesne zamknięcie hoteli, stoków a także ograniczenie działalności gastronomii oraz innych placówek i instytucji spowodowało, że wiele osób nie miało możliwości skorzystania z tradycyjnego zimowego urlopu. Próbowali to nadrabiać w kolejnych tygodniach, gdy otwarto stoki, tym niemniej ograniczenia jednak pozostały utrudnieniem.
Nie dziwi więc, że niemała część Polaków wykazuje nie do końca uzasadniony optymizm – i bardzo liczy, że już letnie wyjazdy uda się zrealizować bez większych przeszkód, nawet jeśli podobnie jak w ubiegłym roku miałyby się odbyć w reżimie sanitarnym. Potwierdzeniem tego są także statystyki serwisów rezerwacyjnych, które pokazują, że wiele osób już dziś planuje wakacje i rezerwuje wyjazdy, noclegi oraz wszelkiego rodzaju imprezy turystyczne ze znacznym wyprzedzeniem. – Cały czas przy planowaniu i rezerwacji zarówno dłuższych wakacji w lecie, jak i krótszych, nawet jednodniowych wycieczek możliwe jest wykorzystanie płatności Polskim Bonem Turystycznym, który obowiązuje aż do końca marca 2022 r. Jeśli planujemy wyjazd dopiero za kilka miesięcy lub w przyszłym roku, warto już dziś sprawdzić czy na indywidualnej platformie PUE ZUS jest widoczny bon. Można go też od razu pobrać, aby mieć go zawsze przy sobie i móc z niego skorzystać w dowolnie wybranym momencie. Wcześniejsze pobranie bonu w żaden sposób nie ogranicza terminu jego ważności, a pozwoli uniknąć ewentualnych problemów z jego aktywowaniem i wykorzystaniem. Szczególnie w szczycie sezonu turystycznego, kiedy zainteresowanie bonami, co widzieliśmy już w ubiegłym roku, będzie bardzo wysokie i może spowodować obciążenie systemów teleinformatycznych, a także dłuższe oczekiwanie na wyjaśnienie ewentualnych nieprawidłowości – mówi Anna Salamończyk – Mochel, wiceprezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Tak więc, ze względu na przewidywaną niesprawność rządowych sieci informatycznych, lepiej załatwić sobie bon turystyczny z wyprzedzeniem.
Jak pokazują statystyki bony, co zrozumiałe, najintensywniej wykorzystywano w sierpniu ubiegłego roku. Niewiele wolniejsze tempo pobierania i wykorzystywania bonów było jednak także w jesiennych miesiącach – wrześniu i październiku. Nie ma jeszcze statystyk, pokazujących wykorzystanie bonów turystycznych w czasie tegorocznej zimy.
Ponieważ bony turystyczne są na dzieci, więc w przypadku seniorów, którzy się zaszczepią, najtańszą opcją będzie wybranie się na wypoczynek z wnukiem lub wnuczką.
Aby skorzystać z bonu należy posiadać podstawowe kompetencje cyfrowe. W przypadku części seniorów, konieczna więc będzie pomoc ze strony kogoś młodszego. Najpierw należy zarejestrować się na Platformie Usług Elektronicznych ZUS (PUE ZUS). Bon w formie unikalnego, 16-cyfrowego numeru przesyłany jest na wskazany numer telefonu lub adres poczty elektronicznej. Następnie, co już proste, przy płatności za zarezerwowany nocleg lub imprezę turystyczną należy podać właśnie ten unikalny numer. Bonem można płacić wielokrotnie, aż do wykorzystania przysługującej kwoty – ale ponieważ kwota nie jest wysoka, zapewne skończy się na jednym razie.
Każdemu dziecku, które nie ukończyło 18. roku życia przysługuje jeden bon w wysokości 500 zł. Natomiast dzieciom z orzeczeniem o niepełnosprawności przysługuje świadczenie podstawowe o wartości 500 zł oraz świadczenie dodatkowe również takiej wysokości, czyli łącznie bon o wartości 1000 zł. Lista dostępnych obiektów oferujących usługi zakwaterowania, wycieczki, atrakcje i usługi touroperatorów, gdzie akceptowany jest bon (bo nie wszędzie można nim płacić) dostępna jest na stronach Polskiej Organizacji Turystycznej i jest na bieżąco aktualizowana. Warto więc przy rezerwacji miejsc zwrócić na to uwagę, by przy płaceniu nie okazało się, że bon będzie nieprzydatny.

Nie trzeba się ciągle męczyć

Z Izabelą Trojanowską o zdrowym żywieniu rozmawia Dorota Tuńska

Znamy Panią jako wokalistkę, także aktorkę, tymczasem dała się Pani poznać jako ekspert zdrowego odżywiania. To nowa rola. Co spowodowało, że zainteresowała się Pani tą tematyką?
Zaczęłam zwracać większą uwagę na odżywianie już w chwili, gdy w moim domu pojawiło się dziecko. Od momentu narodzin córki, kupuję tylko te produkty, które nie zawierają dodatków chemicznych, czytam dokładnie etykiety. Myślę, że siła jest w jakości, a nie ilości, dlatego wolę kupić drożej, ale naprawdę dobre i sprawdzone produkty. Świadomość tego co się je, na pewno powoduje, że jest się zdrowszym. Namawiam wszystkich, żeby sięgnąć do książek o tej tematyce np. Monitignaca, czy Ewy Dąbrowskiej i zacząć sobie samemu przygotowywać posiłki, świadomie, zdrowo i dietetycznie. Michale Monitgnac, to najlepszy dietetyk wszech czasów, ma cudowne przepisy na każdy dzień tygodnia. Mam też osobiste doświadczenie z dietą Ewy Dąbrowskiej, byłam na takim turnusie i muszę powiedzieć, że widziałam efekty, które sprawiała ta dieta.
Dlaczego Pani pojechała na taki turnus?
Ktoś mnie namówił, że warto spróbować tej diety, że jest dobra dla zdrowia. Ja bardzo lubię jeść mięso, a tam nie było mięsa, nie było soli, zamiast niej używane były przyprawy: imbir, chrzan, pieprz, dlatego potrawy były smaczne. Cała dieta oparta jest na warzywach, sokach i kiszonkach.
Czy było łatwo zmienić swój sposób odżywiania i przejść na dietę?
Oczywiście, że nie. Na początku było trudno, szczególnie przez pierwsze dwa, trzy dni, ale później można przywyknąć. Mogliśmy wybierać czy chcemy płynne diety, soki warzywne, czy soki owocowe. Ja byłam na diecie warzywnej. Codziennie piliśmy zakwas buraczany, który jest naturalnym probiotykiem, ale były też kotlety z warzyw, które były tak dobrze przyprawione, że smakowały jak mięsne. Przyzwyczaiłam się do takiego sposobu żywienia. W tej chwili jestem na diecie pudełkowej. To jest zróżnicowana dieta oparta na naturalnych produktach przygotowanych przez firmę cateringową. Dostaję gotowe słoiczki z różnego rodzaju sosami, do tego dodaję makaron ryżowy, kaszę, które mogę sobie doprawić jak lubię, nie używając soli. Uwielbiam chili, a widomo, że pikantne potrawy wspomagają trawienie. Każdego dnia o 5 rano mam dostawę, słoiczki czekają w kartonie pod drzwiami.
Czyli, ma Pani już przygotowane śniadanie?
Mam już śniadanie pod drzwiami i jak wychodzę, to zabieram je ze sobą. Na śniadanie piję sok warzywny albo jogurt owocowy. Do kawy zawsze jem ciasto, które również jest w ich diecie np. ciasto z dyni lub marchewkowe.
Czy stosując taką dietę czuje się Pani lepiej?
Tak, zdecydowanie. Żadnych przeziębień i to jest jakieś nowe dla mnie. Do tego dostaję witaminę C i inne suplementy diety. Sama ordynuję sobie dodatkowo witaminę D3, bo niestety nie mamy słońca zbyt wiele, a jest to ważna witamina. Taką dietę stosuję już parę lat.
Czy zauważa Pani same plusy takiego sposobu odżywiania, czy są też jakieś minusy?
Są same plusy. Zdecydowanie wzmocniła mi się odporność, nie mam ani kataru, ani problemu z zatokami jaki zawsze miałam. To miłe zaskoczenie. Ponadto czuję się lepiej, mam więcej energii, siły, co mi się bardzo przydaje. Oczywiście sama dieta to nie wszystko, warto również zadbać o ruch na świeżym powietrzu. Ja lubię jazdę na rowerze i nording walking.
Wspomniała Pani, że lubi jeść mięso, tymczasem WHO wydała raport o szkodliwym wpływie spożywania mięsa na zdrowie.
Uwielbiam jeść mięso, ale unikam kurczaków, są niezdrowe bo karmione hormonami. Ja słucham swojego organizmu i gdy mam ochotę na rybę, czy wołowinę, to serwuje sobie klopsiki wołowe czy strogonowa. W mojej diecie są również takie dania, codziennie dostaje pod drzwi karton z obiadami na tydzień. Czasem można zgrzeszyć zjadając trochę słodkości np. czekolady, ale najlepiej tej gorzkiej. Jeżeli od czasu do czasu ma się ochotę zjeść tort, to wręcz trzeba to zrobić dla komfortu psychicznego, żeby nie znienawidzić diety, bo człowiek nie musi się ciągle męczyć. Chodzi o to, żeby być szczęśliwym – i mnie ta dieta uszczęśliwia. Gotować nie muszę, bo mieszkam sama. Gdybym miała w domu dziecko, to nie myślałabym o diecie, tylko siedziałabym i przygotowywała różne potrawy inspirowane książkami. Gdyby córka mieszkała ze mną, to na pewno zajęłabym się gotowaniem.
Żeby osiągnąć pełnię zdrowia, poza dbaniem o ciało, należy zadbać o higienę umysłu. Jak być szczęśliwym i spełnionym?
Jestem szczęściarą, mówi się, że jeżeli ktoś ma dwójkę w dacie urodzenia to będzie szczęśliwy. Ja jestem urodzona 22 kwietnia, czyli w miesiącu ziemi, w miesiącu artystycznym, rodzinnym i uważam się za osobę szczęśliwą. Wiedzie mi się w każdej dziedzinie życia, w rodzinie, mam swoją pasję, która jest moim zawodem, mam dużo przyjaciół i do tego przyjaźnię się z osobami, które dbają o moje zdrowie.
Czy ma Pani jeszcze jakieś pozazawodowe marzenie?
Chciałabym częściej widywać się z córką, która mieszka w Berlinie. Często rozmawiamy na WhatsAppie czy Viberze. Rozmawiamy o wszystkim, nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Mnie się udało, że moja córka jest też moją przyjaciółką, daje mi dużo wsparcia i oparcia. Mogę na nią liczyć w każdej sytuacji. Roksana jest jedynaczką, to moje oczko w głowie. Gdy jest w Warszawie, to nie rozstajemy się nawet na chwilę. Jest okazja, by coś wspólnie upichcić, dużo rozmawiamy, dzielimy się swoimi radościami, smutkami.
Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka 48 godzin

Upadają po równo
W poprzednich latach upadłości konsumenckie najczęściej ogłaszano wobec kobiet. Natomiast w ubiegłym roku ten trend zaczął się odwracać i wśród bankrutów z drugiej połowy 2020 r. notowanych w Krajowym Rejestrze Długów równo po 50 proc. stanowiły kobiety i mężczyźni. Pod względem wartości długów panowie już prowadzą. Suma zobowiązań, jakie pozostawiły po sobie kobiety wyniosła ponad 137 mln zł, a mężczyźni ponad 173 mln zł.

Przeciw pedofilom
Doprecyzowane zostały ogólne wymagania, jakie spełniać musi personel instytucji opieki nad dziećmi w wieku do lat trzech. Chodzi o jednoznaczne stwierdzenie czy dana osoba nie figuruje w bazie danych Rejestru Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym (tylko w części ogólnodostępnej)oraz czy nie została skazana prawomocnym wyrokiem za inne przestępstwo umyślne. Do tej pory takie osoby mogą w Polsce bez problemów zajmować się zawodowo opieką nad małymi dziećmi. Zmieniony został też sposób wyboru dziennego opiekuna. Obecny konkurs ofert zostanie zastąpiony wskazaniem zasad, jakie muszą być przestrzegane podczas tego wyboru – analogicznych, jak przy wyborze pracowników samorządowych na stanowiska urzędnicze. We wniosku o wpis opiekuna do wykazu dziennych opiekunów, dodany zostanie obowiązek podania liczby miejsc w tej instytucji opieki (obok liczby dzieci powierzonych opiece danego dziennego opiekuna). Ponadto, we wniosku o wpis żłobka lub klubu dziecięcego do rejestru takich placówek konieczne będzie podanie numeru telefonu i adresu poczty elektronicznej podmiotu zakładającego taką instytucję opieki.

Niebezpieczna inwestycja
Kupno mieszkania to inwestycja całego życia, ale w Polsce może oznaczać nieszczęście. Obowiązujący w naszym kraju system ochrony środków wpłacanych przez nabywcę mieszkania nie zapewnia mu bowiem odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Stosowany najczęściej przez deweloperów otwarty mieszkaniowy rachunek powierniczy – bez dodatkowych zabezpieczeń w postaci gwarancji ubezpieczeniowej albo bankowej – nie zapewnia kupującemu skutecznej ochrony w przypadku upadłości dewelopera. Wypłata zgromadzonych środków z tego rodzaju rachunku następuje przed przeniesieniem własności nieruchomości na nabywcę. Tak więc, w przypadku upadłości dewelopera powoduje to ryzyko utraty przez kupującego zarówno środków finansowych, jak i mieszania. Być może to ryzyko zostanie częściowo ograniczone gdy zakończą się powodzeniem prace nad nowelizacją ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym. Nowe przepisy mają zwiększyć ochronę osób kupujących nowe mieszkanie w przypadku upadku firmy deweloperskiej. Chodzi w nich o eliminację ryzyka utraty przez nabywców wpłat dokonywanych na mieszkaniowe rachunki powiernicze. Między innymi, nabywca nowego mieszkania będzie mógł odmówić dokonania odbioru ze względu na istotne wady lokalu. Doprecyzowana zostanie też procedura odbioru mieszkania wraz z określeniem konsekwencji nieusunięcia wady w wyznaczonym przez konsumenta terminie. Przede wszystkim zaś, nowelizacja powinna określić prawa i obowiązki stron umowy deweloperskiej w przypadku ogłoszenia upadłości banku prowadzącego mieszkaniowy rachunek powierniczy.

Zamiast śledzić kierowców – stawiajcie szlabany

Najwięcej tragedii jest na przejazdach niestrzeżonych. Władze polskich kolei dobrze o tym wiedzą, ale zamiast instalować szlabany czy półzapory, wolą wydawać pieniądze na skomplikowane systemy elektroniczne, ułatwiające ściganie i karanie kierowców.
Prezes państwowego Urzędu Transportu Kolejowego prawidłowo ocenia sytuację, ale wyciąga z niej zdumiewająco błędne wnioski. Tak najkrócej można ocenić pomysł pana prezesa UTK, by na przejazdach niestrzeżonych, zamiast rogatek z szlabanami i półzaporami, instalować urządzenia mające ułatwiać karanie mandatami kierowców, którzy nie zachowują odpowiedniej ostrożności przy wjeżdżaniu na tory.
Zaczynanie od karania jest rażąco sprzeczne z logiką, bo skoro najwięcej tragedii zdarza się na przejazdach niestrzeżonych, to najpierw należy postawić tam urządzenia, które sprawią, że te przejazdy staną się strzeżone – a dopiero potem ewentualnie zakładać systemy do łapania i karania kierowców. Ten brak logiki wpisuje się jednak jakoś w ideę rządów Prawa i Sprawiedliwości, polegającą głównie na dyscyplinowaniu i karaniu obywateli, zamiast na rozwiązywaniu ich problemów.
Prezes UTK, dr. Ignacy Góra zna statystyki i doskonale wie, że najwięcej tragicznych wypadków na torach zdarza się na przejazdach niestrzeżonych. Wydaje się oczywiste, że skoro tak jest, to trzeba dążyć do tego, by te przejazdy zmienić na strzeżone – czyli zainstalować na nich szlabany lub półzapory, opuszczane automatycznie przez przejazdem pociągu. Są to urządzenia niezbyt skomplikowane, stosowane powszechnie od kilkudziesięciu lat, ale wciąż zbyt rzadkie na polskich przejazdach.
Pan prezes Ignacy Góra ma jednak zupełnie inną, zdumiewającą receptę na zapobieganie tragediom na przejazdach niestrzeżonych. Bynajmniej nie proponuje instalowania tam szlabanów czy półzapór. W swoim artykule opublikowanym w piśmie branżowym „Rynek Kolejowy” oraz umieszczonym na stronie internetowej Urzędu Transportu Kolejowego – a więc będącym wyrazem oficjalnego stanowiska Urzędu – zapowiada wdrażanie na przejazdach niestrzeżonych „innowacyjnego sytemu monitoringu z automatyczną rejestracją wykroczeń”.
System jest produkowany przez polską firmę MONAT, inny, podobny dostarcza firma PROTEL. Systemy te w żaden sposób nie przyczyniają się jednak do tego, że przejazd niestrzeżony zmieni się w strzeżony – a więc w bezpieczniejszy. Ułatwiają natomiast identyfikowanie, łapanie i karanie kierowców, którzy zdaniem stosownych służb, nie zachowali należytej ostrożności wjeżdżając na tory.
Skoro te systemy są innowacyjne i nowatorskie, to kosztują też niemało. Tym bardziej, że są skomplikowane: jak pisze prezes Ignacy Góra, wykorzystują „technologię analizy obrazów oraz rozpoznawania wzorców, co umożliwia odpowiednią interpretację rejestrowanej sytuacji”. Mają też „funkcjonalność automatycznego odczytywania numerów tablic rejestracyjnych”, co pozwala zidentyfikować pojazd i ustalić jego właściciela czyli potencjalnego sprawcę wykroczenia.
To nie wszystko. W artykule prezesa UTK czytamy m.in.:
„Nad krzyżem św. Andrzeja umieszczona jest tablica LED, na której wyświetlane są komunikaty o zmiennej treści skierowane do prowadzącego pojazd. Informują one o ryzyku wypadków z pojazdami kolejowymi, miejscu niebezpiecznym, a w przypadku nadmiernej prędkości wyświetlają aktualną prędkość pojazdu z dodatkową informacją o konieczności zmniejszenia prędkości. W momencie wykrycia użytkownika drogi zbliżającego się do przejazdu zostają uruchomione urządzenia monitoringu, które rejestrują sytuację w strefie monitorowanego przejazdu. Dodatkowo system oferuje rozwiązania automatyzujące proces informowania odpowiednich służb o stwierdzonych naruszeniach. Funkcjonalność ta umożliwia automatyczne tworzenie pakietu informacji o wykrytym wykroczeniu. Zgłoszenie zawiera opis zdarzenia, czas i miejsce, w którym popełniono wykroczenie (kilometr i numer linii kolejowej, określenie szlaku), zdjęcia z widocznym pojazdem, a także numery na tablicach rejestracyjnych pojazdu. Może zostać dołączony również oryginalny zapis wideo całej sytuacji w pełnej rozdzielczości. Stworzony w ten sposób pakiet informacji może być przekazywany dalej np. w formie wiadomości e-mail. Technologie zastosowane w tych systemach są w stanie wychwycić sygnały świadczące o ryzykownym zachowaniu się kierowcy i uruchomić działania mające na celu korektę jego zachowania” – zachwala prezes Urzędu Transportu Kolejowego. Warto by dodać: szkoda, że nie są to urządzenia zamykające wjazd na tory gdy nadjeżdża pociąg….
Jak widać, mamy tu do czynienia z skomplikowanym systemem składającym się z wielu elementów, którego stworzenie pochłonęło dużo czasu i wysiłku. I to wszystko na przejazdach niestrzeżonych. Takie na przykład: „tablice LED, na których wyświetlane są komunikaty o zmiennej treści skierowane do prowadzącego pojazd, informujące o ryzyku wypadków z pojazdami kolejowymi”… Musiało to wymagać niemało zachodu. Szkoda, że choć części tego wysiłku nie włożono w znacznie mniej skomplikowane, stawianie rogatek na przejazdach niestrzeżonych. To faktycznie zmniejszyłoby liczbę wypadków.
Łapanie, karanie i korygowanie zachowań obywateli to oczywiście coś, co władza chętnie stosuje. Ale może najpierw, zamiast systemów monitorowania i wlepiania mandatów, władza zadbałaby o to, by na przejazdach postawiono szlabany czy półzapory? Taki właśnie powinien być podstawowy kierunek działania na przejazdach bez zabezpieczeń, gdzie giną dziesiątki ludzi. Dopiero potem, gdy już będą te półzapory lub szlabany, niech władza nasila działania represyjne. W UTK panuje jednak jak widać inna filozofia. Ważniejsze jest ściganie kierowców, niż podnoszenie poziomu zabezpieczeń na przejazdach.
Prezes Ignacy Góra prawidłowo ocenia sytuację, gdy w swym artykule stwierdza, iż najbardziej niebezpieczne są przejazdy kategorii D, pozbawione urządzeń ostrzegawczych takich jak sygnalizacja świetlna, oraz urządzeń zabezpieczających (rogatek lub półrogatek). Są one „zabezpieczone” jedynie krzyżem św. Andrzeja i ewentualnie (nie zawsze) znakiem „Stop”. Co gorsza, przejazdy te stanowią aż połowę spośród wszystkich ponad 12 tys. czynnych przejazdów kolejowo-drogowych w Polsce.
Pan prezes ma absolutną rację, wskazując, że właśnie na takich przejazdach jest najwięcej wypadków i ginie najwięcej ludzi. Oczywiście! Nie może być inaczej, skoro przejazdy kategorii D są niestrzeżone – a więc najbardziej niebezpieczne. Skoro zaś są niestrzeżone, powinny stać się strzeżone, bo wtedy będą bezpieczniejsze. To tak oczywiste, że aż głupio się o tym rozpisywać.
Pan prezes wystawia też trafną diagnozę, pisząc: „Ograniczenie wypadkowości na przejazdach kolejowo-drogowych w dużej mierze zależy od znalezienia rozwiązania dla zmniejszenia liczby zdarzeń na przejazdach kategorii D”
Racja! Tak jest, trzeba znaleźć rozwiązanie, które pozwoli zmniejszyć liczbę tragicznych zdarzeń na przejazdach kategorii D. Tego rozwiązania nawet nie trzeba szukać, bo jest absolutnie oczywiste. Powtórzmy więc: ponieważ przejazdy kategorii D są niestrzeżone i zdarza się na nich najwięcej tragedii, to należy zmienić je w strzeżone i wtedy tragedii będzie mniej. Skoro na przejazdach kategorii D nie ma rogatek z szlabanami czy półzaporami, to trzeba je zainstalować. Wtedy te przejazdy staną się bezpieczniejsze i liczba wypadków spadnie.
Prezes Urzędu Transportu Kolejowego tak jednak nie myśli. Z niezrozumiałych powodów uważa on, że te przejazdy mają nadal pozostać niestrzeżone i niebezpieczne – ale należy skuteczniej łapać kierowców, bo: „jedną z kluczowych funkcji systemu jest wykrywanie przypadków złamania przepisów drogowych. Świadomość otrzymania mandatu np. za niezatrzymanie się przed znakiem „Stop” będzie skutecznym środkiem dyscyplinującym kierowców”.
Ciekawe, co pan prezes zaproponowałby tam, gdzie przed przejazdami niestrzeżonymi kategorii D po których mkną szybkie pociągi, nie ma nawet znaku „Stop”? To, że te przejazdy niekiedy nie są wyposażone choćby w „Stop”, trzeba uznać za karygodny skandal i świadome lekceważenie ludzkiego życia. Świadome – bo krzyż św. Andrzeja, w odróżnieniu od znaku „Stop”, nie zobowiązuje kierowców do zatrzymania samochodu przed wjazdem na tory. Oczywiste więc, że właśnie na takich przejazdach musi szczególnie często dochodzić do tragedii.
Panie prezesie! A może, zamiast na nowatorskich technologiach łapania i karania, zechce się Pan skoncentrować na wdrożeniu, znacznie mniej innowacyjnych technologii, które spowodują, że na przejazdach zostaną zainstalowane szlabany lub półzapory opuszczające się przed przyjazdem pociągu?
Tu nie trzeba żadnych nowatorskich systemów. Tu potrzebne są mało innowacyjne, staroświeckie rogatki z półzaporami czy szlabanami. Wtedy przejazdy kolejowe z niestrzeżonych zmienią się w strzeżone i będzie mniej wypadków.
Jak Pan słusznie zauważył, najwięcej tragedii zdarza się na przejazdach niestrzeżonych. Niechże więc Pana Urząd wreszcie postara się, żeby te przejazdy stały się strzeżone, to liczba wypadków spadnie. Nie ma żadnego uzasadnienia by wydawać pieniądze podatników na „innowacyjne systemy” kontrolowania, łapania i karania. Firmy oczywiście powinny zarabiać na państwowych zamówieniach – ale lepiej, żeby zarabiały te z nich, które zajmują się szlabanami i półzaporami.
Powtórzmy po raz kolejny, do znudzenia: skoro przejazdy kategorii D (niestrzeżone) są najbardziej niebezpieczne, należy zmienić je w strzeżone. Wtedy będą bezpieczniejsze. Niestety, ten logiczny i oczywisty tok myślenia nie jest podzielany przez prezesa Urzędu Transportu Kolejowego. Szkoda, że pan prezes UTK przykłada większą wagę do identyfikowania i karania kierowców, niż do podnoszenia poziomu zabezpieczeń na przejazdach kolejowych.
Nie wiadomo, ile czasu, pracy i pieniędzy pochłonie zakładanie tych skomplikowanych i nowatorskich urządzeń, opisywanych przez pana prezesa. Gdyby jednak choć część tej energii została skierowana na instalowanie rogatek ze szlabanami czy półzaporami, to wypadków byłoby mniej.
Jeśli jednak Urząd Transportu Kolejowego nie zamierza wyposażać przejazdów w takie rogatki (fakt, że tradycyjne i mało innowacyjne), to może przynajmniej zadba, żeby przed każdym przejazdem niestrzeżonym stanął znak „Stop” – i choćby w ten sposób przyczyni się do zmniejszenia liczby tragedii na torach.

Joga zamiast ludzkiego podejścia

Półtora miliona zwolnień lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania przekazano do ZUS w ubiegłym roku.
Pracownicy cierpieli przede wszystkim z powodu reakcji na ciężki stres i zaburzenia adaptacyjne. Pracodawcy próbują otwierać się na problemy psychiczne zatrudnionych, czy efektywnie? – to już inna historia.
Koszty ekonomiczne i społeczne depresji łatwo obrazują statystyki. Do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wpłynęły zwolnienia z powodu chorób psychicznych, które oznaczały łącznie 10 mln dni na „L4”. Według danych udostępnionych Bankier.pl, z powodu epizodu depresyjnego wydano w ubiegłym roku 252915 zaświadczeń, z powodu zaburzeń depresyjnych nawracających – 132918. Średnia liczba dni przypadających na jedno zwolnienie lekarskie to 20 dni. Dla porównania, choroby górnego układu oddechowego to zwolnienie trwające około 5 dni. Co więcej, według statystyk Komendy Głównej Policji głównym źródłem utrzymania osób, które popełniły samobójstwo jest praca.
Pracodawcy dostrzegają problem, widać to chociażby w danych pochodzących od sieci prywatnych placówek medycznych. W TU Zdrowie i w PZU Zdrowie według informacji przekazanych redakcji Bankier.pl zainteresowanie usługami psychologów i psychiatrów wzrosło o 20 proc. Inne instytucje inwestują w nowe poradnie zdrowia psychicznego. Pracodawcy szukają również swoich sposobów – od szkoleń po prywatnych psychologów. Pracownicy z kolei chcieliby zwykłego ludzkiego podejścia.
Pracownicy, zapytani podczas rozmów na temat radzenia sobie z depresją przy jednoczesnej pracy na etacie, mówią o tym, że nie zarządzanie stresem w ramach szkoleń czy poranna joga w firmie to aspekty, które specjalnie docenią jako osoby chore.
– Problem korporacji jest taki, że w ogóle nie patrzy się na jednostkę. Tak jak na moim przykładzie – miałam mieć zespół trzyosobowy, a pracowałam sama, najpewniej z powodu oszczędności. W środy mieliśmy darmową jogę, w biurze był pokój do medytacji, który można było wykorzystać jako dodatkową przestrzeń do telekonferencji albo żeby się tam wypłakać. Brakuje takiego ludzkiego czynnika. Chciałam spotkać się z moją przełożoną i porozmawiać, że nie na takie warunki zgadzałam się, podpisując umowę, że się nie wyrabiam. Szefowa nie miała dla mnie czasu przez dwa tygodnie. W czasie spotkania, po wysłuchaniu mnie, powiedziała: Słuchaj Monika, mam taki super pomysł, że zatrudnimy takiego behawiorystę, który będzie cię „shadowował w pracy” i po tygodniu usiądziemy do tego i on powie wtedy, gdzie widzi błędy w twojej pracy i jak poprawić twoje zarządzanie czasem. Ten świat korporacji jest tak bardzo odklejony od rzeczywistości – opowiada Monika, 34-letnia pracownica agencji reklamowej.
Z kolei Marcin, pracownik IT, administrator, współpracujący z jednym z producentów oprogramowania, który mierzy się z depresją i jednocześnie wykonuje swoje obowiązki pełnoetatowo, chciałby po prostu akceptacji problemu. – Czego bym oczekiwał od przełożonych? Zrozumienia, akceptacji, tolerancji – to przede wszystkim. Bezproblemowego urlopu, jeśli zajdzie taka potrzeba – mam na myśli oczywiście realizację zwolnienia lekarskiego. A w krytycznych sytuacjach wymagałbym nieco innego podejścia: nie wrzucania mi na głowę rzeczy ponad moje codzienne obowiązki – mówi.
Mariusz, pracownik prawniczej korporacji, mówi w rozmowie z Bankier.pl, że nie ma specjalnych oczekiwań i nie wymaga specjalnego traktowania. Kiedy dopytuję, czy gdyby miał niczym nieograniczony budżet, to co by chciał mieć zapewnione?, odpowiada, że dostęp do darmowej opieki psychologów i psychiatrów. – Byłaby to prywatna opieka psychologiczna i psychiatryczna, która mogłaby skutkować analizą, czy to praca jest przyczyną depresji, czy jest tu jakiś błąd po stronie korporacji, który można realnie naprawić przez wprowadzenie zmian w strukturze czy obowiązkach – odpowiada.
Jedną z dróg radzenia sobie z problemami psychicznymi pracowników jest rozszerzenie prywatnej opieki medycznej i uwzględnienie w pakietach konsultacji z psychologami i psychiatrami. Zauważa się również wzrost zainteresowania bonami na opiekę psychologiczną dla swoich pracowników.
– W 2020 roku odnotowaliśmy znaczne zwiększenie zapotrzebowania na opiekę psychologiczną (ok. 20-proc. względem 2019 roku). Jest to konsekwencja pandemii, ale także skutek ogólnego wzrostu świadomości Polaków w zakresie zdrowia psychicznego, jaki miał miejsce w ostatnich latach. Zainteresowanie dotyczyło zarówno firm, jak i pacjentów indywidualnych. Pracodawcy, którzy dotychczas nie posiadali tej opcji w swoich pakietach medycznych, decydowali się na zakup puli voucherów na konsultacje dla pracowników – tłumaczy w rozmowie z Bankier.pl biuro prasowe PZU.
W TU Zdrowie z kolei postawiono na telekonsultacje. – Na początku pandemii uruchomiliśmy dodatkowe wizyty psychologa w postaci telekonsultacji. Pierwsze e-konsultacje miały miejsce już w marcu 2020 r. Była to odpowiedź na zgłaszane przez firmy potrzeby wsparcia ich pracowników w czasie trwania pierwszego lockdownu. Zrealizowanych konsultacji psychiatrycznych ogółem w 2019 r. było 1578, a psychologicznych 1592. W 2020 r. dane te kształtowały się na poziomach: 1908 konsultacji psychiatrycznych i 1954 psychologicznych – uzupełnia dyr. Teresa Domańska z TU Zdrowie.
Zdrowie psychiczne nadal pozostaje tematem tabu, mimo że w Polsce według danych WHO 15 osób dziennie popełnia samobójstwo – a 12 z nich to mężczyźni.