Gospodarka 48 godzin

Pod elektroniczną kontrolą

Dzięki elektronicznym zwolnieniom lekarskim, które od początku roku muszą być wystawiane zamiast tradycyjnych papierowych, Polacy idący „na chorobowe” będą kontrolowani skuteczniej niż dotychczas. Jak powiedziała prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych prof. Gertruda Uścińska w jednym z wywiadów, elektroniczne zwolnienia lekarskie to znakomity instrument nie tylko do kontrolowania i uszczelniania systemu, ale także badania przyczyn zachorowalności krótkookresowej. To narzędzie będzie intensywnie wykorzystywane przez ZUS. Obecnie dziennie wystawia się ok. 75 tys. elektronicznych zwolnień e-ZLA,. Dotychczas wystawiono ich ok. 6 mln. 40 proc. zwolnień wystawianych jest na okres do 7 dni. Prezes Gertruda Uścińska ubolewa, że często zwolnienia te biorą stosunkowo młode osoby – i zapowiada, że ZUS zdiagnozuje, z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia i z czego wynika taka struktura wystawianych zwolnień. Stanie się to łatwe dzięki temu, że ZUS ma już obecnie pełną informację dlaczego ludzie chorują i na co. Już w ubiegłym roku łączna kwota obniżonych i cofniętych przez ZUS świadczeń przekroczyła 195 mln zł. W tym roku, dzięki e-zwolnieniom, będzie ona zapewne dużo wyższa, na czym skorzysta trzeszczący polski budżet.

Będzie już tylko drożej?

Benzyna Pb95 za 4,67-4,78 zł/l, olej napędowy za 4,99-5,10 zł/l, autogaz za 2,15-2,21 zł/l – takie są prognozowane średnie ceny paliw na stacjach w tygodniu od 18 do 24 lutego 2019 roku. Później prawdopodobnie będzie drożej, bo i ropa naftowa drożeje na światowych giełdach. W cennikach rafinerii coraz bardziej widoczne już są skutki zmian na rynkach międzynarodowych i ograniczeń w wydobyciu.

Bój hulajnóg z rowerami

Elektryczne hulajnogi wynajmowane przez amerykańską firmę można wypożyczać w wielu europejskich krajach, a od jesieni 2018 roku także w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu. Bałaganiarscy polscy użytkownicy zostawiają hulajnogi byle gdzie, blokując niekiedy chodniki. Dało to władzom Warszawy pretekst do rekwirowania hulajnóg (podobno zabrano ich już ponad 80). Elektryczne hulajnogi stanowią konkurencję dla firmy, która na zlecenie stołecznych władz wynajmuje rowery. Hulajnogi są całoroczne, a rowery do wynajęcia już wkrótce wrócą na ulice Warszawy po przerwie zimowej. Walka konkurencyjna między tymi jednośladami będzie się więc zaostrzać.

Gospodarka 48 godzin

PiS-owska mowa miłości

Na posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości poseł Prawa i Sprawiedliwości Arkadiusz Mularczyk oskarżył poseł Koalicji Obywatelskiej Kamilę Gasiuk Pihowicz, iż zaszczuła ona na śmierć dwóch posłów Trybunału Konstytucyjnego, Henryka Ciocha i Lecha Morawskiego (obaj zmarli w 2017 r. z przyczyn naturalnych), nazywając ich dublerami – i że właśnie przez takich ludzi jak ona, dochodzi do tragedii. Poseł chciała odpowiedzieć, ale czujnie uniemożliwił to jej PiS-owski przewodniczący Stanisław Piotrowicz, PRL-owski prokurator z czasu stanu wojennego.
Wystąpienie posła Mularczyka jest w pełni zgodne z misją Prawa i Sprawiedliwości, polegającą na uprawianiu moralności Kalego.
Tak więc, jeżeli miesiącami szczuje się na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, który zostaje zadźgany przez mordercę, to Jacek Kurski i jego ekipa oczywiście w żadnym stopniu nie ponoszą za to odpowiedzialności (choćby moralnej) – i mogą nadal z zadowoleniem patrzeć na swe odbicie w lustrze. Jeśli natomiast ktoś nazywa dublerami grono osób, z których potem dwie umierają z powodów naturalnych, to uprawia mowę nienawiści i przez niego dochodzić może do tragedii.
Poseł Arkadiusz Mularczyk realizował w swym wystąpieniu linię i misję PiS, ale był też w jego słowach element osobisty. Zbliżają się bowiem wybory parlamentarne i trzeba jakoś stać się rozpoznawalnym (choćby w najgłupszy sposób) w oczach potencjalnych wyborców. Poseł Mularczyk z powodzeniem właśnie to osiągnął. Ten nieprzesadnie dotychczas znany parlamentarzysta, wreszcie dał się poznać: pokazano go w telewizorze, kilka razy wymieniono jego imię i nazwisko. I o to chodzi!

Etyka a’la Jacek Kurski

Rada Etyki Mediów, oceniając jak telewizja publiczna przedstawiała prezydenta Pawła Adamowicza stwierdziła: „W publikacjach TVP na temat Pawła Adamowicza ich autorzy złamali pięć z siedmiu zasad zapisanych w Karcie Etyki Mediów: zasadę prawdy, zasadę obiektywizmu, zasadę oddzielania informacji od komentarza, zasadę szacunku i tolerancji, zasadę pierwszeństwa dobra odbiorcy”. Jak oświadczyła REM, w materiałach TVP Paweł Adamowicz był obiektem oszczerstw, ale nie miał prawa do obrony. Telewidzom odmówiono zaś prawa do prawdy.
Zapewne wkrótce można się spodziewać materiałów telewizyjnych, odsądzających członków Rady Etyki Mediów od czci i wiary.

Jak UOKiK uratował Tomaszów?

Coraz częściej widzi się w Polsce ludzi w maskach antysmogowych, lecz noszenie niektórych ich modeli można by sobie darować.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów już po raz drugi sprawdził, czy maski antysmogowe nas chronią. Okazuje się, że chronią – ale raczej marnie.
Fachowo są one nazywane półmaskami filtrującymi, a do kontroli wytypowali je inspektorzy Inspekcji Handlowej w IV kw. 2018 r. Wedle enuncjacji UOKiK, sprawa jest pierwszorzędnej wagi.

Ratunek dla 55 tysięcy

Jak oświadczył Marek Niechciał, prezes UOKiK, Inspekcja Handlowa w Poznaniu znalazła 4 modele półmasek, które chciał wprowadzić na rynek jeden z przedsiębiorców. Sprowadził on z Chin ponad 55 tys. sztuk.
– Zadeklarował , że maski przeszły badania w akredytowanym laboratorium w Unii Europejskiej, jednak jak się okazało, nie miało ono akredytacji do ich testowania. Tymczasem przedsiębiorcy powinni weryfikować, czy laboratoria posiadają akredytację do badania wprowadzanych przez nich produktów, w tym przypadku środków ochrony indywidualnej, którymi są półmaski filtrujące. Sprawdziliśmy te maski i okazało się, że nie spełniają wymagań. Dzięki naszym kontrolom 55 tys. wadliwych masek nie zostanie już sprzedanych konsumentom. Można powiedzieć, że ochroniliśmy wszystkich mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego, które znalazło się na liście najbardziej zanieczyszczonych miast – cieszy się prezes UOKiK Marek Niechciał.
Wprawdzie nie bardzo wiadomo, przed czym miałoby chronić zastąpienie choćby wadliwych masek niczym, ale mniejsza o szczegóły. Ważne, by 55 tys Polaków, nie tylko z Tomaszowa, dowiedziało się, kto tak zadbał o ich zdrowie, a może i życie.

Dobry zwyczaj – nie oddychaj

Jak obszernie wyjaśnia UOKiK, maski zostały pobrane z 13 sklepów budowlanych i hurtowni w 5 województwach. Łącznie kontrolerzy ocenili 21 modeli: 6 tylko pod kątem oznakowania, a 15 wysłano do laboratorium Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, który sprawdził, czy spełniają trzy parametry: opór wdechu, przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny.
Niestety, efekty okazały się kiepskie. 6 masek miało negatywne wyniki podczas testów w laboratorium, a 11 było źle oznakowanych. W 2017 r., na 10 masek dwie nie przeszły badań.
Czyli, w miarę z nasilaniem się smogu w Polsce, pogarsza się jakość sprzętu mającego przed nim chronić.
Spośród tych sześciu zakwestionowanych masek, cztery nie spełniły jednego parametru, a dwie – aż dwóch.
Testy wykazały, że dwie maski nie przeszły badania na opór wdechu. Dwie kolejne słabo wypadły, gdy sprawdzano odporność na przenikanie mgłą oleju parafinowego. Oznacza to, że zanieczyszczenia w powietrzu łatwo zniszczyłyby filtr.
Ostatnie dwie maski wypadły najgorzej, ponieważ nie spełniły aż dwóch z trzech badanych parametrów. Nie przeszły testów na przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny. Inaczej mówiąc, były nieszczelne i miały słaby filtr.
Przedsiębiorca, który wprowadza maski do sprzedaży, musi pamiętać o tym, że powinny być odpowiednio oznakowane i przejść badania w akredytowanym laboratorium na terenie UE. Taka procedura kończy się wystawieniem tzw. deklaracji zgodności. Tymczasem 11 masek było źle oznakowanych.
Brakowało danych producenta lub informacji o tym, czy jest to maska jedno- czy wielorazowa. W 9 przypadkach problematyczna była też deklaracja zgodności – brakowało jej, nie miała wszystkich danych lub została wystawiona przez nieuprawniony podmiot.

Niewiele im grozi

UOKiK nie puści płazem wszystkich tych nieprawidłowości.
Urząd planuje wszcząć 8 postępowań wobec przedsiębiorców, którzy wprowadzili do obrotu te sześć masek, co nie przeszły testów w laboratorium.
Tak samo będzie w przypadku dwóch, które były źle oznakowane, a ich producenci dobrowolnie tego nie poprawili.
Postępowania mogą zakończyć się nakazem wycofania wadliwych masek i powiadomieniem o tym konsumentów.
Zgodnie ze zmianami w prawie, kary finansowe do 100 tys. zł pojawią się, gdy producent lub importer wprowadzili maski niezgodne z wymaganiami na polski rynek po 19 lipca 2018 r. Jeśli wcześniej – można im nakukać.

Istotne litery

Inspekcja Handlowa współpracuje też z organami celnymi i ocenia, czy maski, które przedsiębiorca chce wprowadzić na rynek, mogą przekroczyć polską granicę.
W ubiegłym roku inspektorzy IH wydali trzy negatywne opinie, dzięki którym nie wpuszczono do Polski kolejnych prawie 6 tys. sztuk masek – a więc UOKiK może sobie zaliczyć kolejne miasteczko uratowanych Polaków.
Warto wiedzieć, że kupując maskę antysmogową warto sprawdzić jej oznaczenia. Symbole FFP1, FFP2, FFP3 – to klasa ochrony filtra: najsłabsza to 1, najwyższa – 3.
Ważne są też inne litery. Jeśli NR – to półmaska jednorazowego użytku – nie zakładajmy jej ponownie i nie nośmy dłużej niż 8 godzin. Jeśli R – to jest to półmaska wielokrotnego użytku.
Litera D oznacza zaś, że półmaska pozytywnie przeszła badanie na zatkanie pyłem dolomitowym. Warto ją wybierać, jeśli planuje się przez dłuższy czas pracować w zapylonym pomieszczeniu, na przykład podczas remontu.

Rakietowe interesy z Wielkim Bratem

Polska gospodarka będzie tracić na nadzwyczajnej uległości PiS-owskiej ekipy wobec wszelkich oczekiwań amerykańskich.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości zorganizował w Warszawie antyirańską konferencję w interesie Izraela.
Rząd PiS zorganizował ją na polecenie Stanów Zjednoczonych, choć w rzeczywistości przedstawiciele władz amerykańskich nie musieli nikogo z obecnej ekipy do tego namawiać.
Aktualny rząd aż się bowiem palił, by jakoś usłużyć zachodnim sojusznikom – i dał do zrozumienia, że wierzy w amerykańskie bajki o kontynuowaniu przez Iran zbrojeń nuklearnych.
Są one zaś taką samą bujdą, jak wcześniejsze amerykańskie fałszywki o posiadaniu broni masowego rażenia przez Irak, produkowane przez ekipę prezydenta Busha. Doprowadziły one do ataku USA na ten kraj – i zmieniły go w enklawę nędzy, terroru oraz fundamentalizmu islamskiego.

W ramach propagandy sukcesu

Przy okazji warszawskiej konferencji ogłoszono, że z pieniędzy polskich podatników wydanych zostanie ponad 414 mln dolarów na zakup amerykańskich wyrzutni rakietowych i pocisków do nich.
PiS-owska propaganda sukcesu, do uprawiania której odkomenderowano tzw. „media publiczne” (czyli działające za publiczne pieniądze w interesie obecnej ekipy) przedstawia ten zakup rakiet jako wielkie osiągnięcie – i sukces, który polski rząd uzyskał m.in. dlatego, że zgodził się na tę konferencję. To oczywista lipa.
Po pierwsze, obecny rząd nie tyle wyraził zgodę na zorganizowanie antyirańskiej konferencji w Warszawie lecz po cichu się o nią prosił, chcąc wykazać odpowiedni stopień wierności wobec oczekiwań prezydenta Trumpa i jego ludzi.
Po drugie zaś, zakup amerykańskich wyrzutni nie ma nic wspólnego z konferencją warszawską, bo kontrakt w tej sprawie uzgodniono już jesienią ubiegłego roku – o czym wie każdy, kto choć minimalnie interesuje się tematem polsko-amerykańskiej współpracy zbrojeniowej.

Głos „polityka” Adama Bielana

W związku z konferencją w Warszawie wypowiedział się także wicemarszałek Senatu Adam Bielan, żartobliwie niekiedy nazywany „politykiem”.
Otóż pan polityk-wicemarszałek stwierdził, że zorganizowanie konferencji w Warszawie oznacza ogromny prestiż (!) dla Polski. Oświadczył też stanowczo: „Iran musi się wycofać z programu zbrojeń”.
Źródła dobrze poinformowane twierdzą, że od razu po tej wypowiedzi pana wicemarszałka Bielana, w Iranie dały się zauważyć oznaki paniki.
Rzeczywiście, „polityk” całą gębą….

Zapłacimy za tę wierność

Wiernopoddańczość PiS-owskiej ekipy w stosunku do Stanów Zjednoczonych nie jest bynajmniej bezinteresowna. Ona będzie mieć swoją cenę, tyle, że paradoksalnie, nie zapłacą jej Amerykanie – lecz druga strona, czyli Polacy i polska gospodarka.
Ceną, jaką cała Polska zapłaci za PiS-owską wierność dla ekipy Donalda Trumpa, będzie utrata inwestycji, które mogłyby być zrealizowane w naszych zakładach zbrojeniowych. A także ograniczenie wielkości kontraktu przez stronę amerykańską (najprawdopodobniej dlatego, że USA nie chcą drażnić Rosji dozbrajaniem Polski).
Kontrakt na wyrzutnie i rakiety miał być większy o ponad jedną trzecią. Kupimy jednak mniej rakiet i wyrzutni niż nam obiecano w ubiegłym roku, gdyż Amerykanie doszli do logicznego wniosku, że skoro Polska robi bez proszenia konferencję w Warszawie oraz wszystko co oni chcą, to nie trzeba zabiegać o nasze względy – i można bez problemu obciąć kontrakt, piekąc przy okazji inną ważną pieczeń: zminimalizowanie reakcji Rosji na arenie międzynarodowej. Oczywiście ta kalkulacja władz USA okazała się jak najbardziej słuszna.
Identyczny mechanizm zadziałał przy okazji inwestycji, których w Polsce nie będzie. Nie powstaną, bo Stany Zjednoczone uznały, że i bez tego obecny polski rząd zrobi ochoczo wszystko, czego się od niego oczekuje. I oczywiście tu także USA mają rację.

Nie musimy niczego obiecywać

Co do inwestycji, to w przeszłości zwykle było tak – i tak właśnie działo się, gdy rządzili poprzednicy PiS z Platformy Obywatelskiej – że gdy Polska kupowała sprzęt wojskowy od USA, to uzyskiwała też tzw. offset.
Tak nazywano inwestycje w polskich fabrykach zbrojeniowych, towarzyszące importowi amerykańskiej broni. Przeważnie chodziło tu o wytwarzanie części i podzespołów, które eksportowaliśmy do USA.
Offset tworzył nowe miejsca pracy w Polsce i wpływał pozytywnie na nasz rozwój gospodarczy. Właśnie dzięki temu polski przemysł zbrojeniowy w jako takiej formie przetrwał do dziś.
Przy okazji zakupu wyrzutni HIMARS za 414 mln dol, o offsecie nie było mowy. Strona polska wolała zapewne o nim nie wspominać, aby nie doprowadzić do jakiejkolwiek negatywnej reakcji władz amerykańskich.
Poza tym, władze USA doskonale wiedziały, że Polska zrobi wszystko czego się od niej zechce i nie trzeba jej niczego obiecywać. Zrezygnowały więc z wszelkich dodatkowych zobowiązań, z łatwością uwalniając od ambarasu, jakim byłoby dla nich inwestowanie w polski przemysł zbrojeniowy.
Jest jeszcze jeden, ostatni, ale nie najmniej ważny powód, dla którego rząd PiS potulnie nawet słowem nie wspominał o offsecie.
Otóż Minister Obrony Mariusz Błaszczak, na którego spadłby trud rozmawiania o offsecie z Amerykanami, reprezentuje tak zwany „nurt intelektualny” w Prawie i Sprawiedliwości – i w związku z tym chodzą słuchy, że podobno nie za bardzo wie, co to jest ten offset. Tłumaczenie mu o co chodzi, musiałoby zaś zająć zbyt wiele czasu.

Wszystko po dobrej woli

Offsetu zatem nie będzie, a Amerykanie jak zwykle uzyskali od Polski wszystko czego chcieli. Tak samo, jak kiedyś uzyskiwali wszystko Rosjanie.
Tyle, że w relacjach Polski z Rosją istniał element przymusu, zaś dla USA obecny rząd robi wszystko po dobrej woli, byle tylko zachodni Wielki Brat był zadowolony.
Ktoś mógłby przy tej okazji zauważyć, że strona polska jest lekceważona przez ekipę Donalda Trumpa. To słuszna konstatacja, lecz trudno mieć w związku z tym pretensję do władz Stanów Zjednoczonych.
Tak już bowiem jest, że jeśli ktoś prosi się o to, żeby być lekceważony, to prędzej czy później na pewno będzie.

Gospodarka 48 godzin

Prezes z dobrej zmiany

Minister środowiska Henryk Kowalczyk poinformował we wtorek 12 lutego, iż przyjął dymisję prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Kazimierza Kujdy. W ubiegłym tygodniu pojawiły się doniesienia medialne dotyczące współpracy prezesa ze służbami bezpieczeństwa PRL, a także dotyczące jego przychylności dla planu budowy PiS-owskiego wieżowca przy stołecznej ul. Srebrnej. Prezes, jak każdy przyłapany w takiej sytuacji, tłumaczył, że nigdy nie podjął z SB współpracy, która doprowadziłaby do czyjejś krzywdy – i co najwyżej mógł „podpisać jakieś dokumenty” ubiegając się o wyjazd za granicę. Jak widać, kwestia wyjazdu zagranicznego musiała być tu kwestią niemal życia i śmierci.

Wreszcie bezpieczniej?

PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. podpisały umowę za 4,8 mln zł na zakup maszyny jeżdżącej po torach i drogach z koszem na wysięgniku. Pojazd będzie wykorzystany do przeglądu ponad 6000 obiektów PLK. Zakupiony za 4,8 mln zł specjalistyczny pojazd zapewni lepsze badania techniczne dużych obiektów, np. mostów na Wiśle w Toruniu, Grudziądzu czy Dęblinie. Zastosowanie wysięgnika z koszem o zasięgu około 16 metrów umożliwi przeglądy trudno dostępnych miejsc. Za 250 mln zł w ramach unijnego projektu „Poprawa bezpieczeństwa ruchu kolejowego poprzez zakup specjalistycznego sprzętu technicznego” spółka zakupiła 47 specjalistycznych pojazdów, które wzmocniły kolejowe zespoły techniczne na terenie całego kraju. Na przykład, na sieci kolejowej wykorzystywanych jest 6 nowych wózków z napędem spalinowym, które zapewniają sprawny przewóz materiałów i specjalistycznego sprzętu do prac interwencyjnych na liniach kolejowych. Zakup jeszcze 36 takich wózków motorowych umożliwi szybsze prowadzenie prac interwencyjnych i usuwanie usterek na sieci kolejowej. Nowe wózki są szybsze i silniejsze od obecnie używanych – jeżdżą nawet 100 km/h. Posiadają żuraw do wyładunku materiałów i mogą odśnieżać tory. Dzięki temu sprawniejszy jest transport i wsparcie techniczne pracowników. Ponadto, dzięki dodatkowym urządzeniom bezpieczeństwa , taką drezyną kierują nie dwie lecz jedna osoba. PLK podpisały także umowę na zakup profilarki tłucznia. Dzięki inwestycji będzie możliwe szybkie wykonywanie prac związanych z tzw profilowaniem podsypki w torze, co także przełoży się na sprawniejsze i bezpieczniejsze podróże. Wszystkie maszyny zakupione w ramach projektu zostaną dostarczone do 2021

Jak korporacje dbają o czystość szeregów?

Korupcja to poważne przewinienie, ale niepłacenie składek bywa uważane za równie wielki grzech przez szefów organizacji branżowych.

Tylko karę upomnienia otrzymał od Naczelnego Sądu Aptekarskiego, skazany wyrokiem sądu powszechnego za łapownictwo Tadeusz B., były prezes Wielkopolskiej Okręgowej Izby Aptekarskiej. W dodatku Naczelny Sąd Aptekarski odmówił upublicznienia uzasadnienia swego tak niebotycznie „surowego” orzeczenia.
O tym wszystkim z ochotą poinformował Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET, skupiający głównie większych pracodawców z tej branży, który nie do końca zgodnie żyje z zawodowym samorządem aptekarskim, zrzeszonym w Izbach.
Warto przypomnieć, że Tadeusz B. zażądał, za pośrednictwem innej osoby, 120 tysięcy złotych łapówki za wydanie pozytywnych rękojmi dotyczących otwarcia i prowadzenia aptek. Od łapówki uzależnił też wydanie pozytywnych opinii dotyczących kierowników aptek. Starający się o otwarcie aptek przedsiębiorca, po otrzymaniu korupcyjnej propozycji powiadomił policję. Ostatecznie w torebce, którą przyjął w ramach tzw. kontrolowanego wręczenia łapówki, było 50 tysięcy złotych.
Sprawa ma już swoją historię, bo to się działo na przełomie lat 2014 i 2015. 14 października 2015 r. odbył się proces, a poznański sąd skazał Tadeusza B. na półtora roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata i orzekł pięcioletni zakaz pełnienia funkcji w organach samorządu aptekarskiego. Były już prezes WOIA (zrezygnował przed procesem) musiał też zapłacić 30 tysięcy złotych grzywny.
„Oskarżony wyraził skruchę, przyznał się w całości do popełnionego czynu. W związku z tym, że nie był wcześniej karany, kara uzgodniona z prokuratorem jest adekwatna do stopnia winy, stopnia społecznej szkodliwości czynu, spełni swoje cele zapobiegawcze i wychowawcze” – uzasadniła wtedy ten wyrok przewodnicząca składu orzekającego.
Natomiast Naczelny Sąd Aptekarski w toku postępowania dyscyplinarnego ukarał nieuczciwego farmaceutę jedynie upomnieniem. Upomnienie to zaś najmniej dotkliwa kara ze wszystkich możliwych do orzeczenia przez sądy aptekarskie. NSA go upomniał – a następnie odmówił udostępnienia uzasadnienia tego orzeczenia.
„Trudno wyobrazić sobie jakiej zbrodni musiałby dopuścić się farmaceuta, żeby został pozbawiony prawa wykonywania zawodu, skoro za przyjęcie 50 tys. złotych łapówki grozi jedynie upomnienie” – ironizuje szefostwo Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET, które postanowiło poznać – i ogłosić publicznie – motywy tego orzeczenia, wydanego przez korporacyjny sąd aptekarski. NSA, co można zrozumieć, nie odniósł się jednak przychylnie do takiej inicjatywy. Gdy odmówił udostępnienia uzasadnienia, związek pracodawców zaskarżył tę odmowę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
Kolejna odmowa była następstwem uchylenia pierwszej odmownej decyzji sądu aptekarskiego przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Naczelny Sąd Aptekarski ponownie jednak odmówił upublicznienia uzasadnienia wyroku nakładającego karę upomnienia.
Ukaranie kogoś przez samorząd zawodowy za korupcję tylko upomnieniem i utajenie uzasadnienia takiego orzeczenia trudno uznać za działanie służące oczyszczeniu własnych szeregów.
Związek Pracodawców Aptecznych uznał, że działania samorządu aptekarskiego wskazują na to, iż korporacja za wszelką cenę stara się sprawę wyciszyć. Takie działanie nie przystoi zaś samorządowi zawodu zaufania publicznego.
ZPA wskazuje także na fakt, że korporacja wydaje się być dużo łaskawsza dla „prominentnego członka aptekarskiego establishmentu” niż dla kogoś mniej znaczącego . Liczne przykłady wskazują, że zwykli farmaceuci nie mogą liczyć na tak daleko idącą wyrozumiałość kolegów. Przykładowo, taką samą karę, jaką były prezes Wielkopolskiej OIA otrzymał za korupcję, zwyczajni farmaceuci otrzymują na przykład za niepłacenie składek członkowskich.
Ten przykład jest jednak mocno nietrafiony, ponieważ dla każdej korporacji zawodowej niepłacenie składek na jej rzecz jest strasznym przewinieniem. Zrozumiałe więc, że Naczelny Sąd Aptekarski uznaje coś takiego za czyn o ciężarze gatunkowym równym korupcji.
Nie znając uzasadnienia orzeczenia w sprawie Tadeusza B. można domniemywać, iż sąd aptekarski miał nieco życzliwości dla swego kolegi po fachu – i zrozumiał, że przeżył on sytuację wybitnie stresującą.
Dobrze jest bowiem postawić się na jego miejscu: wszystko zostało skutecznie dogadane, wykazano stosowną ostrożność, sprawę załatwiano przez pośrednika, pieniądze już były w ręku – a tu nagle wpadają obcy faceci, zatrzymują, machają odznakami. Przecież to można paść na zawał (choćby z żalu za straconą kasą)!. Warto więc czasami okazać wyrozumiałość komuś, kto miał pecha.

Dyskretny urok małych portów

Mogą pełnić ważną rolę dla rozwoju gospodarki lokalnej w naszych regionach nadbałtyckich, ale grozi im, że pójdą na dno. Brakuje infrastruktury, pieniędzy, zaangażowania.

W Polsce funkcjonuje łącznie 27 średnich i małych portów morskich (sześć średnich i 21 małych).
Biorąc pod uwagę wielkość przeładunków, odgrywają one marginalną rolę w porównaniu z tymi dużymi.
I trudno, żeby było inaczej, skoro i największe nasze porty, choć odnotowują wzrost wielkości przeładunków, nie należą do bałtyckiej ekstraklasy i wciąż mają wolne moce przeładunkowe.

Wielcy rosną, małym ubywa

Jak więc w warunkach konkurencyjnej walki o każdą tonę przeładunków, miałyby poradzić sobie porty znacznie mniejsze, dostosowane do przyjmowania jednostek o niewielkiej wyporności i głębokości zanurzenia oraz wyposażone w słabszą infrastrukturę (zwłaszcza komunikacyjną, co w ogóle jest piętą achillesową Polski)?.
Wszystkie z tych 27 naszych małych i średnich portów bałtyckich przeładowują rocznie około 550 tys ton towarów. Porty duże (Świnoujście, Gdynia, Gdańsk, Szczecin) – około 80 mln ton rocznie.
Jak widać, znaczenie naszych małych portów, w porównaniu z największymi, jest marginalne. I tę ich słabszą pozycję dokazują statystyki przeładunkowe – bo następuje koncentracja przewozu towarów, na czym zyskują najwięksi. Do rosnących dysproporcji przyczynia się także zła polityka gospodarcza Prawa i Sprawiedliwości i nieumiejętność zadbania o rozwój obszarów położonych poza wielkimi aglomeracjami.
W rezultacie małe porty tracą – ich przeładunki jeszcze w 2015 wynosiły ok. 770 tys. ton. Porty największe zaś, siłą rzeczy, stają się jeszcze większe – w 2015 r. przeładowały niespełna 70 mln ton towarów, a więc sporo mniej niż obecnie.
Małe porty mogą pełnić jednak dość istotną rolę w gospodarce lokalnej, przyczyniając się do lepszego rozwoju regionów nadmorskich. Służą także wspieraniu turystyki, bo sporą część przewożonych ładunków stanowią „ładunki” żywe – czyli wakacyjni przybysze.
„Niewystarczające fundusze hamują rozwój średnich i małych portów morskich. Odbywa się w nich minimalna ilość przeładunków. Bez inwestycji w infrastrukturę portową, zapewniającą lepszy do nich dostęp, niemożliwe jest wykorzystanie ich potencjału” – zauważa oczywiste fakty Najwyższa Izba Kontroli.

Pieniędzy wciąż brakuje

Poziom finansowania małych i średnich polskich portów jest dalece niewystarczający. Zdaniem NIK, aby mogły one zwiększyć przeładunek towarów i zacząć zarabiać na swojej działalności należy zainwestować w ich infrastrukturę, przede wszystkim pogłębić drogi podejściowe do portów i same akweny. Na to jednak nie ma pieniędzy.
Utrzymanie infrastruktury zapewniającej dostęp do średnich i małych portów jest finansowane ze środków budżetu państwa. Na bieżące potrzeby tych portów (utrzymanie torów wodnych, tj. głównie roboty czerpalne) przeznaczono w 2015 r. – 8,2 mln zł, co stanowiło niespełna 38 proc. bieżących potrzeb, w 2016 r. – 5,9 mln zł (zaspokojono 34 proc. potrzeb) i w 2017 r. 7,4 mln zł (blisko 25 proc. zapotrzebowania).
Czyli, pod rządami PiS potrzeby małych i średnich portów wzrosły, a nakłady na ich utrzymanie w ruchu, spadły. Biorąc pod uwagę tylko infrastrukturę zapewniającą dostęp do nich, wartość niezrealizowanych dotychczas, a zaplanowanych zadań inwestycyjnych wynosi blisko 447 mln zł.
Niedobór środków na bieżące potrzeby związane z utrzymaniem infrastruktury powodującej, że porty są dostępne, wynosi zaś ponad 47 mln zł. Tak to wygląda w Polsce planowanie gospodarcze i późniejsze realizowanie tych planów.

Dla nich funduszy zabrakło

Na poprawę infrastruktury średnich portów planowano przeznaczyć fundusze z Unii Europejskiej przyznane w ramach programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014 – 2020. W ten sposób miała być finansowana przebudowa wejścia do portów: w Elblągu (za blisko 22 mln zł), w Ustce ( za 205 mln zł) i w Darłowie (220 mln zł).
Planowano – ale się nie udało. Ostatecznie do programu nie zakwalifikowano mniejszych portów, wzięto pod uwagę tylko te wielkie, o podstawowym znaczeniu dla gospodarki narodowej.
Z powodu braku środków, prace w małych i średnich portach ograniczano do najpilniejszych potrzeb, czyli pogłębiania torów wodnych i remontu falochronów. A i tak z powodu niewystarczających funduszy wystąpiły spłycenia torów podejściowych do czterech średnich portów (w Elblągu, w Darłowie, w Ustce i w Stepnicy) i ośmiu małych (w Dźwirzynie, w Rowach, w Łebie, w Kamieniu Pomorskim, w Mrzeżynie, w Wolinie, w Trzebieży i w Dziwnowie).
Powodowało to, że przy niskich stanach wody występowały trudności w manewrowaniu przy wyjściu i wejściu do portów dla jednostek o maksymalnym zanurzeniu dla danego portu. W rezultacie, następowało ograniczenie żeglugi i dalsze „zwijanie się” tych portów. Spółki zarządzające portami nie były oczywiście w stanie pokryć kosztów ich utrzymania z przychodów.

Gminy wolą zaczekać

W krajowych dokumentach strategicznych jako słabą stronę średnich i małych portów wskazano niską efektywność zarządzania nimi przez Urzędy Morskie, a przez to konieczność przyspieszenia ich komunalizacji – czyli sprzedaży samorządom terytorialnym.
W kilku przypadkach przeprowadzona komunalizacja większości średnich portów poprawiła rozwój infrastruktury portowej. Przykładem mogą być porty w Kołobrzegu, Mrzeżynie, Stepnicy i Ustce. Nie nastąpiła jednak komunalizacja jeszcze 16 małych portów.
Brak zainteresowania przejęciem małych portów przez gminy był głównie spowodowany regulacjami prawnymi, nakładającymi na właściciela obowiązek utrzymania kapitałochłonnej infrastruktury portowej, bez wsparcia środkami z budżetu państwa.
Przyczyną opieszałej komunalizacji może być także to, że wykluczono możliwości wsparcia średnich i małych portów środkami z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014-2020.
Wszystko to źle wróży na przyszłość – także i dla portu w Elblągu, przed którym przecież miały być świetlane perspektywy po propagandowym przekopaniu Mierzei Wiślanej. Niestety, wygląda na to, że grozi im zatonięcie.

Gospodarka 48 godzin

Mniej wolności w Polsce

Nie udało się polepszyć ani nawet utrzymać pozycji Polski w Indeksie Wolności Gospodarczej 2019 Heritage Foundation i Wall Street Journal, zaprezentowanym przez WEI. Tegoroczny wskaźnik dla naszego kraju wyniósł 67,8 pkt, co plasuje nasz kraj dopiero na 46 miejscu w rankingu światowym i odległej 23 pozycji w zestawieniu regionalnym. Według autorów tegorocznej edycji, Polska pozostaje w grupie państw „umiarkowanie wolnych”. Sumaryczny wskaźnik Polski pogorszył się o 0,7 pkt, w stosunku do poprzedniego roku. Spadek wynika w głównej mierze z pogorszenia skuteczności sądów pod panowaniem PiS (-12,6), polityki monetarnej (-2,9) i pogarszających się, za sprawą działań rządu, warunków dla biznesu (-1,8). i niższego odczytu w zakresie obciążeń podatkowych (-1,0). Pozycji Polski nie zdołały poprawić lepsze notowania w kategoriach: fiskalizm (+4,9) oraz inwestycje (+5,0). Wśród krajów europejskich w czołówce plasują się: Szwajcaria, Irlandia, Wielka Brytania, Islandia, Holandia, Dania. W rankingu porównano 44 kraje Europy. Ocena naszego kraju jest niższa od regionalnej średniej (68,6 pkt), ale za to powyżej średniej ogólnoświatowej (60,8 pkt). W Europie jest 5 gospodarek o bardzo ograniczonej wolności gospodarczej („mostly unfree”). Podobnie jak w zeszłym roku, autorzy indeksu nie odnotowali na naszym kontynencie gospodarek, gdzie wolność jest tłumiona („repressed”). Analizowana jako całość, Europa zmaga się z wysokimi obciążeniami podatkowymi i kosztami pracy oraz problemami w zarządzaniu finansami publicznymi i rosnącym długiem w wielu krajach regionu. Do głównych wyzwań stojących przed państwami Starego Kontynentu można zaliczyć także istniejące bariery administracyjne, które zakłócają wymianę handlową. W czołówce światowej rankingu, jako kraje w pełni wolne gospodarczo, znajdują się niezmiennie: Hong Kong, Singapur, Nowa Zelandia, Szwajcaria oraz Australia, co jednocześnie plasuje je w czołówce najbogatszych państw na świecie. Jak widać, w tej czołówce nie ma Stanów Zjednoczonych. W badaniu brano pod uwagę 180 państw.

Płace ciągną nas na zachód

Około 780 tys. Polaków mieszka w Niemczech. Najczęstszym czynnikiem, który przyciąga nas do pobytu w tym kraju są wyższe zarobki. Tam najniższa pensja jaką mogą otrzymać obecnie zatrudnieni, pracujący w pełnym wymiarze godzin, wynosi 1 536 euro (czyli około 6 604 zł) miesięcznie. W Polsce aktualna płaca minimalna to 2 100 zł brutto.

Rozmowy przy wycinaniu lasów

To ile drewna sprzedają nasze nadleśnictwa odbiorcom prywatnym budzi wielkie emocje – więc zaczyna być traktowane niemal jak tajemnica państwowa.

Lasy Państwowe nie przepadają raczej za jawnością. Właśnie zasugerowały swoim kontrahentom, by ci zastrzegali tajemnicę przedsiębiorcy – bo do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publiczne,j szczegółowych danych o sprzedaży drewna w poszczególnych nadleśnictwach.
Lasy Państwowe załączają nawet wzór takiego oświadczenia.

Wiemy ale nie powiemy

Wszystko zaczęło się od wniosku sieci Watchdog o informację publiczną, wysłanego do wszystkich nadleśnictw. Pytano w nim o ilość sprzedanego drewna, listę odbiorców i skany umów z nimi.
Najpierw wszystkie nadleśnictwa odpowiedziały w identyczny sposób, przedłużając czas odpowiedzi.
Następnie przesłały informacje na temat ilości pozyskanego drewna i listę firm kupujących drewno. Pominięto jednak odbiorców prywatnych (może to dotyczyć kilkudziesięciu tysiecy firm) i odmówiono udostępnienia skanów umów.
W niemal 15 wyrokach, które zapadły po skargach na odmowę, stwierdzono, że nadleśnictwa nie uargumentowały w wystarczającym stopniu konieczności ograniczenia dostępu do informacji publicznej.
Na przykład Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach wskazał m.in.: „Nie wystarczy samo przekonanie podmiotu dysponującego informacją o działalności przedsiębiorcy, że posiadane przez niego dane mają charakter poufny. Poufność danych musi być wyraźnie lub w sposób dorozumiany zamanifestowana przez samego przedsiębiorcę. To on powinien podjąć w stosunku do danych informacji niezbędne działania w celu zachowania ich poufności, ponieważ to na nim spoczywa w razie sporu ciężar wykazania, że określone dane stanowiły tajemnicę przedsiębiorcy”.

Bo ja jestem z lasu

Warto zwrócić uwagę na komentarze, jaki pojawiły się po tych sprawach.
Na przykład Nadleśnictwo Białowieża stwierdziło: „Uważamy, że życie publiczne powinno być w możliwie jak największym stopniu jawne. Jednak tu mamy do czynienia z interesami innych podmiotów. Wielu z przedstawicieli firm, które odbierały od nas drewno, było szykanowanych, a pod adresem niektórych kierowane były wręcz groźby karalne. Nie uważamy, że mamy prawo narażać ich na takie działania”.
Natomiast Lasy Państwowe zaczęły wysyłać do przedsiębiorców maila o takiej treści:
„Szanowni Państwo, pragniemy poinformować, że do jednostek Lasów Państwowych wpływają wnioski różnych osób o udostępnienie w trybie dostępu do informacji publicznej szczegółowych danych dotyczących Państwa relacji kontraktowych z Lasami Państwowymi takich jak np. indywidualne dane o wielkości historii zakupów, ilości zakupionego drewna czy nawet pełnej treści zawieranych umów. Lasy Państwowe konsekwentnie uznają takie informacje za tajemnicę przedsiębiorcy przysługującą każdemu z Klientów Lasów Państwowych jak również samym Lasom Państwowym – i nie zamierzają tych informacji udostępniać w żadnym przypadku. Lasy Państwowe stoją na stanowisku, że obowiązek ochrony takich informacji wynika z przepisów prawa a także z treści umów sprzedaży drewna zawieranych z poszczególnymi Klientami. Lasy Państwowe są gotowe bronić tego stanowiska w postępowaniach sądowo-administracyjnych. W związku z tym, uprzejmie prosimy każdego Klienta Lasów Państwowych, któremu zależy na ochronie jego tajemnicy przedsiębiorstwa, o przekazanie do Państwa jednostki macierzystej pisemnego oświadczenia (podpisanego przez osoby uprawnione do reprezentacji) potwierdzającego wyraźny sprzeciw wobec udostępniania informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa”.
Lasy Państwowe przygotowały też przykładowy wzór takiego oświadczenia dla swych klientów.

Z pełną transparentnością

Zdaniem sieci Watchdog „Instytucja publiczna, jaką są Lasy Państwowe, „w mało elegancki i subtelny sposób chce obejść zasady jawności”. Powoływanie się na ogólnikowe oświadczenie przedsiębiorcy, w którym ten nie zgadza się na ujawnienie treści umowy, to zdecydowanie za mało, by nie udostępniać informacji. Nie można z automatu powoływać się na tajemnicę przedsiębiorcy, w przeciwnym razie większość kontrahentów publicznych instytucji załączałaby do umów taką klauzulę.
Każdorazowo należy rozważyć, czy rzeczywiście w danej sytuacji zachodzi konieczność ograniczenia jawności ze względu na istotną wartość gospodarczą żądanych informacji. Odmowa udostępnienia informacji publicznej musi mieć rzeczywiste oparcie w danej sprawie”.
Tymczasem, wedle orzeczeń sądów, wydawanie publicznych pieniędzy na rzecz prywatnej firmy, z zasady wymaga zachowania pełnej transparentności, stąd odmowa udostępnienia tych informacji może mieć jedynie charakter wyjątkowy i uzasadniony okolicznościami konkretnej sprawy (np. tajemnica państwowa).
Lasy Państwowe chcą jednak z automatu odmawiać udostępniania informacji o sprzedaży drewna, chowając się za oświadczeniami jego nabywców.

Wszystko będzie policzone

Przepisy nakazujące stosowanie nowych, inteligentnych tachografów wywołują popłoch wśród przewoźników. Nie tylko polskich.

1916 nowych ciężarówek wszelkich rodzajów zarejestrowano w Polsce w styczniu bieżącego roku. To o 2,8 proc. więcej niż w styczniu 2018 r., kiedy zarejestrowano ich 1863.
Taki wzrost powinien cieszyć, bo teoretycznie jest on sygnałem trwającego ożywienia gospodarczego. Przedsiębiorcy bowiem wtedy kupują więcej pojazdów ciężarowych – zarówno nowych jak i używanych – gdy zakładają, że będą mieli nimi co wozić, czyli, że gospodarka będzie się rozwijać i dostarczy rosnącą liczbę towarów do przewiezienia.
Jednakże w polskich warunkach wymowa większej liczby rejestracji nowych ciężarówek jest zupełnie odmienna. Otóż ten wzrost jest spowodowany tym, że od połowy czerwca br wszystkie nowe ciężarówki na obszarze Unii Europejskiej będą musiały być wyposażone w inteligentne tachografy, mierzące czas pracy kierowców, które będzie bardzo trudno oszukać. Rząd polski przygotował ustawę dostosowującą polskie prawo do unijnych regulacji.
Nasi przewoźnicy chcą wiec zdążyć z zakupami nowych pojazdów przed feralnym dla nich terminem.

Przeciwnicy kontroli

Zgodnie z decyzją Komisji Europejskiej od 15 czerwca 2019 roku wszystkie nowe ciężarówki i autokary na ternie Unii Europejskiej (te, które obejmuje wymóg posiadania tachografu, bo są wyjątki) będą wyposażane właśnie w tzw. inteligentną wersję tego urządzenia.
Oczywiście nie podoba to się przewoźnikom, choć niesporo im protestować przeciwko urządzeniom mającym eliminować oszustwa i nieprawidłowości. Można co najwyżej próbować odwlec w czasie ich wprowadzenie.
W Polsce podnosi się więc, że nowe tachografy nie są jeszcze dostępne na rynku, że to za szybko. Nasi transportowcy, jako znani miłośnicy swobód obywatelskich i wolności, wskazują także, iż uzasadnione są obawy związane z nadmiernym monitorowaniem pojazdu – gdyż postrzegane jest to jako inwigilacja przez służby kontrolne.
Te zaś, nie da się ukryć, wypowiedziały walkę nieuczciwym przewoźnikom. Inspektorzy w krajach UE próbują ukrócić plagę manipulacji tachografami.
Regulacji, wchodzącej w życie od 15 czerwca, przyświeca idea poprawy bezpieczeństwa na drodze poprzez walkę z manipulowaniem zapisu czasu pracy kierowców. Rzecz jest oczywista – kierowcy przemęczeni i jeżdżący z rzadszymi przerwami niż nakazują przepisy, powodują więcej wypadków.
Tak więc tachografy „smart” będą montowane na pokładzie nowych fabrycznie pojazdów od czerwca bieżącego roku.

A oni ciągle oszukują

Dziś kary dla przewoźników sięgają nawet 12 000 zł za manipulacje przy tachografie. Wciąż nie są one jednak wystarczającym powodem do rezygnacji ze stosowania nielegalnych praktyk i nielegalnego wydłużania czasu pracy kierowców.
– Kierowcy notorycznie decydują się na korzystanie z magnesów w przypadku starszych wersji tacho lub – przy nowszych modelach – przedsiębiorcy inwestują w bardziej skomplikowane urządzenia, zakłócające rejestrację czasu jazdy. Szacuje się, że średnio na 100 skontrolowanych pojazdów aż w co siódmym dochodzi do ingerencji w zapis tachografu – mówi ekspert Mateusz Włoch.
Tym nielegalnym działaniom mają zapobiec nowe – inteligentne – tachografy czwartej już generacji.
Będą one automatycznie rejestrowały początek, koniec trasy oraz położenie geograficzne pojazdu co trzy godziny jazdy.
Ponadto, wykrywalność manipulacji znacznie ułatwi możliwość zdalnej kontroli tzw. „wstępna preselekcja”. Inspektorzy, używając urządzeń krótkiego zasięgu, będą mieli możliwość odczytu z pojazdu tych danych, które mogą wskazywać na manipulacje.
Wraz z tachografami IV generacji zostaną także wprowadzone nowe karty kierowców, przedsiębiorstw, karty kontrolne oraz inspekcyjne. Producenci zapewniają, że dotychczasowe dokumenty kierujących ciężarówką będą kompatybilne z inteligentnymi rejestratorami. Nowych kart będzie można zaś używać również w starszych modelach tachografów.

Bez nadmiernego nacisku

15 lat – tyle dano przewoźnikom na dostosowanie taboru do aktualnych przepisów. Jest to związane z tym, iż tachografy mają ściśle określony termin przydatności. Ważność certyfikatu przypisanego danemu urządzeniu wynosi 15 lat. Po tym czasie właściciel firmy transportowej jest zobligowany do jego wymiany na nowy.
Inteligentne tachografy będą obowiązywały tylko w państwach członkowskich UE, Jeśli pojazd z obszaru unijnego z tachografem IV generacji będzie wymagał naprawy, sprawdzenia lub kalibracji poza krajami wspólnoty, może okazać się to po prostu niemożliwe.
Od połowy czerwca inteligentne tachografy będą instalowane w nowych pojazdach, zaś zgodnie z rozporządzeniem unijnym, do 2034 roku mają być one wprowadzone we wszystkich ciężarówkach w ruchu międzynarodowym, także i tych leciwych. Być może jednak nastąpi to wcześniej, bo już teraz Komisja Europejska debatuje o skróceniu tego okresu – a także o tym, jak ulepszać kolejne wersje rejestratorów. Chodzi zwłaszcza o zapobieżenie nadmiernemu obciążaniu samochodów ciężarowych, co niszczy drogi i także może być przyczyną wypadków.

Konkurować – ale uczciwie

Specjaliści rozważają techniczne możliwości wprowadzenia dodatkowej funkcji tachografu, jaką miałoby być automatyczne zapisywanie informacji dotyczącej obciążenia, rozładunku i załadunku pojazdu.
Jednym z zaproponowanych rozwiązań jest sczytywanie przez tachograf nacisku na osie. Wówczas nie byłoby wątpliwości, co do rejestrowania właściwego momentu wykonywania czynności załadunku i zrzucenia towaru. Jest to jednak jeszcze w fazie planowania.
Eksperci podkreślają, że tego typu zaawansowane rozwiązania technologiczne są potrzebne, nie tylko dlatego, że mają zwiększyć bezpieczeństwo na drogach. Chodzi także o wyeliminowanie nieuczciwej konkurencji, czyli kierowców manipulujących rejestrowaniem czasu jazdy.
Dzięki temu powinna zwiększyć się zgodna z prawem konkurencyjność na rynku przewozowym – co akurat dla naszych firm przewozowych nie jest zbyt dobrą wiadomością.