Fikcyjne odzyskiwanie przestępczych majątków

Ekipa z Prawa i Sprawiedliwości zwalcza mafie, ale propagandowo – i w taki też głównie sposób „odbiera” przestępcom nielegalnie zgromadzone mienie.

PiS-owska władza przechwala się, jak to dzielnie walczy z mafiami podatkowymi i skutecznie odbiera majątki pochodzące z przestępstw. Guzik prawda!
W rzeczywistości tylko bardzo niewielką część majątku z przestępstw udaje się odzyskać.
W Polsce nie funkcjonuje bowiem spójny, kompleksowy system ujawniania i zabezpieczania mienia pochodzącego z czynów przestępnych, który zapewniałby jego sprawne odzyskiwanie.
Ponadto, wykonywanie czynności pozwalających na odbieranie mienia uzyskanego z przestępstw, począwszy od jego zajęcia do jego faktycznego odzyskania nie było monitorowane i koordynowane.
Nie chcą złapać własnej ręki?
W rezultacie, w Polsce w latach 2014-2018 udało się zabezpieczyć tylko niecałe 3 mld zł, podczas gdy nielegalne zyski przestępców w tym okresie oszacowano na od minimum 200 miliardów złotych, do ponad 500 mld zł – wskazuje Najwyższa Izba Kontroli.
I tak właśnie wygląda osławiona „skuteczność” PiS-owskiej ekipy. Można to jednak zrozumieć, bo przecież PiS-owskich afer jest tyle, że prominenci „dobrej zmiany” nie chcieli by się złapać za swoją własną rękę.
Mówiąc dokładniej, według Biura Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości, globalne szacunkowe zyski z przestępczości wynoszą od 2,3 do 5,5 proc. światowego produktu krajowego brutto. Biuro to podaje obiektywne dane w przeciwieństwie do propagandowych informacji kolportowanych przez PiS-owską władzę.
W przypadku Polski więc, szacunkowe zyski przestępców w latach 2014-2018 wyniosły od 217 mld do 520 mld zł – podczas gdy wartość zabezpieczonego mienia w tym okresie to zaledwie 2,7 mld zł.
Podkreślmy: tylko „zabezpieczonego”, od czego jest jeszcze bardzo daleko do jego faktycznego odzyskania. Ile zaś faktycznie odzyskano? Nie wiadomo. Można szacować, że co najmniej kilka razy mniej, niż zabezpieczono.
A przecież odzyskiwanie mienia i korzyści pochodzących z przestępstwa, stanowi istotny element w walce z przestępczością, zwłaszcza gospodarczą.
Przepadek nielegalnych zysków może być bowiem skutecznym narzędziem dla zwalczania przestępstw, przynoszącym lepsze efekty niż długoletnia kara pozbawienia wolności (zwłaszcza, że pod rządami ministra Ziobry jest ona wykonywana bardzo liberalnie, z częstymi przepustkami z więzienia).
Teoretycznie, procedury odzyskiwania zrabowanego mienia wyglądają w naszym kraju tak, że policja, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Straż Graniczna, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Krajowa Administracja Skarbowa w ramach prowadzonych czynności operacyjnych i postępowań przygotowawczych, ujawniają składniki majątków sprawców przestępstw.
W sytuacjach wymagających natychmiastowego działania (np. gdy istnieje obawa jego usunięcia) służby te dokonują tymczasowego zajęcia mienia. Dalej zaś, prokuratura na wniosek uprawnionego organu lub z własnej inicjatywy w ramach postępowania przygotowawczego, stosuje zabezpieczenie majątkowe (czyli tymczasowy zakaz przekazywania, niszczenia, przetwarzania, przemieszczania mienia lub rozporządzania nim) w celu zapewnienia możliwości wyegzekwowania grzywny, przepadku lub innych środków karnych.
W końcu, sąd w wyroku ostatecznie pozbawia sprawcę korzyści i mienia pochodzącego z działalności przestępczej. Minister Sprawiedliwości pełni wiodącą rolę w funkcjonowaniu podanych tu procedur. On właśnie, jak wskazuje NIK, ma realny wpływ na realizację konfiskaty mienia pochodzącego z przestępstw. On też pełni wiodącą rolę w procesie tworzenia polityki karnej i wprowadzania jej do praktyki. I czyni to niestety nieudolnie. Dopiero pod koniec kwietnia 2017 r., z półrocznym opóźnieniem, wprowadzono rozwiązania prawne zawarte dotyczące konfiskaty mienia, stanowiące implementację do polskiego porządku prawnego Dyrektywy nr 2014/42 Unii Europejskiej. PiS bardzo się tym chwalił, a przecież było to tylko przyjęcie unijnych przepisów, które powinny być już dawno wdrożone. Unijna dyrektywa doprowadziła do wprowadzenia w Polsce konfiskaty rozszerzonej, pozwalającej na zwiększenie zakresu stosowania zabezpieczenia mienia. Obejmuje ona m.in.: zajęcie majątku pochodzącego z przestępstwa, bez konieczności udowadniania, że pochodzi on z nielegalnej działalności, także w sytuacji gdy majątek ten został przepisany na osoby trzecie. Na tym jednak skończyła się, wymuszona przez Unię Europejską, aktywność PiS. Problem jest z uregulowaniem w prawie krajowym instytucji tzw. konfiskaty in rem – chodzi o projekt ustawy „o przepadku mienia w związku z popełnieniem niektórych czynów zabronionych”.
Projekt ten, z niewiadomych powodów został wyłączony z ustawy implementującej wspomnianą unijną dyrektywę 2014/42 – jakby PiS-owskiej władzy zależało właśnie na tym, żeby przestępców nie pozbawiać mienia. Potem projekt rozwodniono. W styczniu 2019 r. był już analizowany – niespiesznie – pod zmienioną nazwą: „o przeciwdziałaniu wykorzystaniu składników mienia do popełnienia czynów zabronionych”).
Tylko dla celów propagandowych
Korzyści z odzyskiwania mienia pochodzącego z przestępstw zostały uwzględnione w krajowych dokumentach strategicznych, w tym w jednej z licznych strategii rządowych (kto o nich jeszcze pamięta…), nazwanej Sprawne Państwo.
I jak to pod rządami PiS, strategia posłużyła jedynie dla celów propagandy sukcesu. NIK zwraca uwagę, że pomimo istotnego znaczenia odzyskiwania mienia w zwalczaniu i zapobieganiu przestępczości, dotychczas Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny nie określił roli, jaką ma odgrywać w tej polityce karnej.
Do tej pory nie opracowano także systemowego dokumentu wyznaczającego długofalowe działania państwa dotyczące odzyskiwania mienia pochodzącego z przestępstw. Nie sprecyzowano również celów tych działań i powiązanych z nimi priorytetów, ani nie zapewniono ich koordynacji.
W rezultacie tej PiS-owskiej bierności, wartość zabezpieczonego mienia pozostaje w rażącej dysproporcji do szacowanych dochodów, jakie generowała działalność przestępcza w Polsce.
Jedynie w 2018 r. nastąpił znaczący wzrost wartości zabezpieczonego mienia pochodzącego z przestępstw – z blisko 0,5 mld zł do ponad 1 mld zł rok do roku. Miało to służyć efektowi propagandowemu, zwiększającemu poparcie dla PiS w roku 2019, gdy odbywały się wybory parlamentarne.
Cały czas jednak mowa wyłącznie o majątku tylko zabezpieczonym – a nie odzyskanym.
O tym, ile zaś pieniędzy naprawdę odzyskano, PiS-owski rząd nie chce mówić.
„Należy podkreślić, że Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny w trakcie kontroli nie przedstawił żadnych informacji o wartości ostatecznie skonfiskowanych korzyści pochodzących z przestępstw za lata 2014-2018” – stwierdza NIK.
Czyli, nie ma czym się pochwalić. Bo gdyby było czym, to trąbiłby o tym na całą Europę.
PiS-owska strategia nicnierobienia
To nieujawnianie przez PiS informacji, mogących świadczyć o fikcyjnym charakterze działań tej ekipy, jest jednak bardzo przemyślaną strategią.„Brak rzetelnych danych dotyczących poziomu przestępczości i wysokości spowodowanych w ten sposób strat w mieniu, nie pozwala na ocenę, na ile wzrost wartości zabezpieczonego mienia pochodzącego z przestępstw odnotowany w 2018 r. wynikał z wdrożonych zmian prawnych, a na ile ze zmian poziomu przestępczości i wysokości szkód” – trafnie zauważa NIK. W rezultacie, PiS-owscy prominenci mogą chwalić się do woli, unikając kompromitacji, do której mogłoby dojść, gdyby podali jakiekolwiek konkrety. Mówiąc mniej oględnie – należy się obawiać, że łżą oni w żywe oczy.
Zauważa to także Najwyższa Izba Kontroli, która dość dyplomatycznym językiem stwierdza: „Zdaniem NIK, dane Prokuratury prezentowane opinii publicznej nie obrazowały skuteczności systemu odzyskiwania mienia”. Tak więc, mamy dziś państwo funkcjonujące teoretycznie, z tylko teoretyczną walką z przestępczością gospodarczą. Z ustaleń kontroli NIK wynika, że ani policja, ani prokuratura nie monitorowały skuteczności instytucji tymczasowego zajęcia mienia! Nie interesowało to ani Ministra Spraw Wewnętrznych, ani Ministra Sprawiedliwości-Prokuratora Generalnego!.
W dodatku, dane ujęte w systemach ewidencyjnych prokuratury, policji i Straży Granicznej nie były ze sobą spójne.
W wyniku kontroli krzyżowej między Prokuraturą Krajową, a Komendą Główną Policji i Strażą Graniczną stwierdzono, że spośród objętych kontrolą 121 zapisów w systemie Informatycznym prokuratury, tylko osiem okazało się prawidłowych! Pozostałe były po prostu lipą! Trudno zresztą żeby mogło być inaczej, skoro poszczególne instytucje stosowały własne definicje oraz zasady szacowania i ewidencjonowania wartości zabezpieczonego czy odzyskanego mienia. W sposób wręcz kuriozalny funkcjonowały instytucje podległe Ministrowi Sprawiedliwości-Prokuratorowi Generalnemu. Otóż, Ministerstwo Sprawiedliwości gromadziło jedynie dane statystyczne na temat liczby skazanych, wobec których orzeczono przepadek przedmiotów lub korzyści majątkowych. Nie gromadzono natomiast danych dotyczących wartości skutecznie wykonanych orzeczeń przepadku – czyli kwot jakie wpłynęły na rachunki Skarbu Państwa z tytułu przepadku mienia lub zwrotu korzyści majątkowej!. Tak więc, mamy tu do czynienia wyłącznie z działaniami służącymi uprawianiu propagandy sukcesu.
Także i w Prokuraturze Krajowej nie funkcjonował system pozwalający na dokonanie rzetelnej analizy skuteczności zabezpieczeń majątkowych stosowanych przez prokuratorów. Brak było spójnej informacji o wartości tych zabezpieczeń w odniesieniu do spraw i osób. Efekty okazały się porażające.
Jak podaje NIK, tylko w czterech wydziałach Prokuratury Krajowej różnica między danymi z systemu informatycznego, a danymi wynikającymi z akt spraw wyniosła co najmniej 59,8 mln zł.
Wykryto tam również „Uchybienia dotyczące wszechstronności i dociekliwości działań poszukiwawczych mienia, niezasadne odstępowanie od stosowania zabezpieczenia majątkowego, nieadekwatność kwoty zabezpieczeń do przewidywanych kar i środków karnych grożących podejrzanym”.
Tak więc wypada powtórzyć wcześniejszą konstatację – jakby PiS-owskiej władzy zależało właśnie na tym, żeby przestępców nie pozbawiać mienia.
Gdzie te odzyskane miliardy?
NIK wykryła, że zgodnie z danymi gromadzonymi przez jednostki organizacyjne prokuratury w systemie informatycznym, wartość faktycznie zabezpieczonego mienia wyniosła w 2015 r. – 755 mln zł, w 2016 r. – 613 mln zł, w 2017 r. – 1 miliard 430 mln zł, a w 2018 r. – blisko 1 miliard 104 mln zł.
Natomiast według sprawozdań statystycznych, wartość zabezpieczonego mienia wyniosła dużo mniej: w 2015 r. – 303,5 mln zł, w 2016 r. – 251 mln zł, w 2017 r. – 474 mln zł, w 2018 r. – 1 miliard 49 mln zł.
Jak widać, te liczby nie mają nic wspólnego z PiS-owskimi bajkami o grubych miliardach, odebranych jakoby mafiom VAT-owskim.
W dodatku, powtórzmy, tu cały czas jest mowa tylko o mieniu zabezpieczonym, a nie rzeczywiście odzyskanym. No i na tym właśnie polega rzeczywista „dbałość” ekipy PiS-owskiej o stan finansów państwa.

No i co z tym milionem elektromobili?

Kolejna „wielka strategia” rządu PiS okazuje się tylko zwykłą bajeczką.

Pod koniec stycznia 2020 r. po polskich drogach jeździło 9 099 elektrycznych samochodów osobowych, z których 60 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (tzw. BEV, battery electric vehicles) – 5 415. Pozostała część to rozmaite hybrydy – 3 684.
Natomiast park elektrycznych pojazdów ciężarowych i dostawczych w naszym kraju zwiększył się na koniec stycznia br. do 541 szt., natomiast autobusów elektrycznych do 225 szt. Stopniowo rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec stycznia osiągnęła liczbę 6 322 szt.
Pod koniec stycznia tego roku w Polsce funkcjonowało 1049 stacji ładowania pojazdów elektrycznych (niektóre miały po kilka wtyczek, więc w sumie były 1 893 punkty). Jednak tylko 30 proc. z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym. Reszta – to wolne ładowarki prądu przemiennego.
Jak widać, elektromobilność najsilniej wkroczyła właśnie do jednośladów. Z innymi pojazdami jest zaś bardzo mizernie.
Tak więc, między bajki można włożyć kolejną PiS-owską „strategię” – tym razem strategię elektromobilności – oraz opowieści o milionie aut elektrycznych pomykających po naszych drogach. Dlatego też rządowa propaganda już nie wspomina o wielkim planie elektromobilności.
Jak mówi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, rynek potrzebuje jasnych i czytelnych informacji na temat systemu wsparcia w perspektywie najbliższych lat. Żeby klienci indywidualni poważnie myśleli o nabyciu samochodu elektrycznego muszą miećpewność warunków finansowania – i rządowego wsparcia zakupów.
Tymczasem niczego takiego nie ma. Zrozumiałe więc, że bez stabilnej i przemyślanej polityki wobec samochodów elektrycznych nie osiągniemy wzrostów rejestracji i pozostaniemy na poziomie kilkuset sztuk elektromobili rocznie.
Należy też dodać, że wciąż czekamy na notyfikację przez Komisję Europejską Rozporządzenia dotyczącego dofinansowana dla firm. Niestety, wygląda na to, że uruchomienie dopłat dla przedsiębiorców nie nastąpi przed drugą połową br., a przecież sprzedaż do firm stanowi ok. 75 proc. rynku nowych samochodów.

Gospodarka 48 godzin

Rok z deficytem
Deficyt budżetu państwa w 2019 r. wyniósł 13,7 mld zł. Dochody państwa sięgnęły 400,5 mld zł, a wydatki 414,2 mld zł – poinformowało . Ministerstwo Finansów.
PPK to drugie OFE
Premier Mateusz Morawiecki i PiS zaproponowali pracującym rodakom Pracowniczy Program Kapitałowy, który ma być ich zabezpieczeniem finansowym jako przyszłych emerytów. Ponieważ program ten nie zyskał dużego zainteresowania obywateli rząd chce stworzyć mechanizmy, które wymuszą na pracodawcach wprowadzenie tego programu w ich przedsiębiorstwach. Z czego wynika jednak tak małe zainteresowanie tym programem? Czy jest to uczciwy program stwarzający szanse zgromadzenia odpowiedniego kapitału na czas emerytury, czy też jest to kolejne oszustwo premiera Mateusza Morawieckiego? – pyta Unia Pracy. I odpowiada sobie, że niestety jest wiele przesłanek dowodzących, że głównym celem tego programu nie jest wcale zapewnienie finansowego bezpieczeństwa emerytalnego uczestników PPK lecz stworzenie kolejnego źródła finansowania często niezbyt mądrych pomysłów PiS-u. Premier Mateusz Morawiecki chcąc pokazać jak bardzo uczciwa jest to oferta, zaproponował zapisanie w Konstytucji faktu, że środki zgromadzone na PPK są prywatne. Zapomniał jednak dodać jedną istotną informację, o której jako były bankier dobrze wie, a mianowicie że przez niewłaściwe inwestycje Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych, emerytury z tego funduszu może nie być, a konto może zostać praktycznie wyczyszczone. Może więc, skoro premierowi jakoby tak bardzo zależy na bezpieczeństwie finansowym rodaków na emeryturze, to w ustawie o PPK zapewni im gwarancję państwa na wypłatę przynajmniej zgromadzonego kapitału, który tworzą składki wpłacane przez pracownika i pracodawcę? Gwarancja taka będzie większym argumentem dla zwiększenia zainteresowania Pracowniczym Programem Kapitałowym niż finansowy przymus. Jak wskazuje Unia Pracy, wielu rodaków straciło znaczne środki w Otwartych Funduszach Emerytalnych, SKOK-ach a także w piramidzie finansowej GetBack-u, aferze która zaistniała przy biernej postawie instytucji finansowych państwa i służb specjalnych kierowanych przez ludzi PiS-u – dlatego, że spółka GetBack była wówczas hojnym sponsorem różnych gali organizowanych przez ludzi PiS i ich zwolenników. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że rodacy nie chcą brać udziału w tworzonej teraz przez rząd PiS-u szczególnej piramidzie finansowej. Premier, mając świadomość jakie mogą być potencjalnie negatywne skutki dla rodaków w przypadku krachu na giełdzie lub przy złym inwestowaniu zgromadzonych środków przez Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, nie powinien przymuszać pracowników do udziału w tej piramidzie. Ale rząd likwidując OFE zgarnie z rynku określony kapitał, w tym oczekiwane dla budżetu 16 mld zł.

Polska krajem służących

W czasie minionego trzydziestolecia kolejne rządy w Polsce cechowała ignorancja oraz brak profesjonalizmu w kierowaniu gospodarką.

Po transformacji w roku 1989 z gospodarki planowej do gospodarki rynkowej, po likwidacji 1500 zakładów przemysłowych, w tym większości wielkich kompleksów przemysłowych i branżowych instytutów naukowo-badawczych, po utracie pracy przez 2 milionów pracowników, którzy musieli wyemigrować w poszukiwaniu pracy, po prywatyzacji i po sprzedaniu większości przedsiębiorstw państwowych inwestorom zagranicznym – z kraju producentów Polska stała się krajem służących tym inwestorom.
Wykorzystując niższe płace, inwestorzy zagraniczni w ciągu minionych trzech dziesięcioleci zainwestowali w Polnsce w wiele zakładów, kooperujących z zagranicznymi firmami – matkami, uruchamiając w Polsce montaż wyrobów finalnych na zagranicznych projektach i technologii. W wyniku tej współpracy, w ciągu trzech dziesięcioleci polska gospodarka wyrosła na liczącą się w Europie, który to proces uległ przyspieszeniu po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.
W ostatnich latach sytuacja Polski uległa znacznemu pogorszeniu w wyniku postępującego światowego procesu globalizacji. Została ona skonfrontowana z trapiącymi świat kryzysami, zwłaszcza z kryzysem klimatycznym, zadłużenia i z kryzysem gospodarki kapitalistycznej, wyrażającym się w rozwarciu nożyc między bogacącymi się elitami rządzącymi światem, a biedniejącymi miliardami osób pracujących.
W czasie minionego trzydziestolecia kolejne rządy w Polsce cechowała ignorancja i brak profesjonalizmu w kierowaniu gospodarką, czego skutkiem jest znaczne opóźnienie technologiczne wobec czołowych krajów zachodnich. Głównym problemem stał się kryzys polskiej energetyki, opartej na węglu, którego skutkiem stało się przodowanie Polski w truciu Polek i Polaków smogiem, bez perspektywy poprawy sytuacji w krótkim czasie. Efektem błędnej polityki energetycznej rządzących jest ogromny dystans strategiczny zwłaszcza wobec najbliższego sąsiada – Niemiec w strukturze miksu energetycznego. Niemcy mają już potencjał energetyki fotowoltaicznej wynoszący 40 gigawatów – równy potencjałowi całej polskiej energetyki – z planem osiągnięcia do 2050 r. udziału odnawialnych źródeł energii na poziomie 50 proc.

Dla skrócenia dystansu strategicznego trzeba wybudować w ich miejsce kilka wielkich elektrowni słonecznych (zamiast jądrowych), oraz z pomocą państwa – milion mikro-elektrowni fotowoltaicznych przez milion prosumentów. Trzeba też wykupić od koncernu Fiat fabrykę samochodów osobowych w Tychach i uruchomić tam, na polskich projektach i polskiej technologii, produkcję polskich osobowych samochodów elektrycznych w skali setek tysięcy sztuk rocznie.
Od polskich ekonomistów rządzący powinni móc oczekiwać konkretnych podpowiedzi, w jaki sposób zmniejszyć dystans strategiczny do sąsiadów w poszczególnych dziedzinach gospodarki, infrastruktury, edukacji i życia społecznego.
Kumulacja napięć
„Nasza rozpaczliwa zachłanność, ciągle rosnąca spirala potrzeb, nasze oczekiwania, iż wszyscy, łącznie z najbogatszymi, nie tylko mamy prawo, by mieć coraz więcej wszystkiego, ale rzeczywiście mamy coraz więcej wszystkiego – to wszystko doprowadziło nas do punktu, w którym skumulowanie napięć spowoduje przerażającą katastrofę” – pisał Leszek Kołakowski.
Trafnie zdiagnozował on przyczynę dramatu, w jakim znalazł się naród polski po 30 latach transformacji od socjalistycznej gospodarki planowej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej: 40 proc. wyborców, mimo zniszczenia podstaw praworządności i wielokrotnego złamania Konstytucji przez rządzących Polską w niedługim czasie ostatnich czterech lat, nadal ich popiera.
Setki lat pańszczyzny, podległości, niewoli i zniewolenia przez komunistów oraz luki w systemach edukacji pozostawiły w świadomości pokoleń Polek i Polaków tak ogromny negatywny ślad, że wystarczyło wpuścić im w ostatnich latach do kieszeni trochę żywej gotówki, by najistotniejsze kwestie istnienia Polski jako praworządnego państwa przestały mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie.
Mimo odbudowania w ciągu minionego trzydziestolecia gospodarki po pełnym patologii procesie transformacji i prywatyzacji przemysłu, wejścia do Unii Europejskiej i do NATO, oraz wielokrotnego zwiększenia dochodów rodaków w tym czasie, oczekują oni jak najrychlejszego zrównania ich dochodów z dochodami osiąganymi przez obywateli Niemiec, „by sprawiedliwości za cierpienia narodu polskiego w minionych wiekach i latach stało się zadość”. Fakt iż wydajność pracy Niemców jest trzykrotnie wyższa od wydajności rodaków nie ma dla nich najmniejszego znaczenia.
Patologie opisane przez prof. Witolda Kieżuna w książce „Patologia transformacji”, źródłem których była ignorancja ówczesnego wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza (eksperta od kontrolowania inflacji) w dziedzinie zarządzania gospodarką, powodujące bezrobocie i emigrację milionów pracowników w poszukiwaniu pracy, pogorszyły jeszcze ich odczucie zlekceważenia ich losów. Opisała ten dramat Katarzyna Duda w książce „Kiedyś tu było życie, teraz jest tylko bieda”. Andrzej Szahaj rozdział w którym opisał to w książce „Kapitalizm wyczerpania”, zatytułował „Pamięć upokorzenia”.
Jak podkreśla autor, zabrakło wtedy szacunku i uznania dla ludzi pracy – w wielu zakładach przemysłowych pracowały wspaniałe zespoły pracowników, inżynierów i ekonomistów, dzięki którym ich przedsiębiorstwa były w czołówce kadry przemysłowej Europy. Wystarczy wymienić wielkie Zakłady Cegielskiego w Poznaniu i Pafawag we Wrocławiu, Stocznię Gdańską i Szczecińską, Zakłady Chemiczne Zachem w Bydgoszczy, Boruta w Zgierzu, Nową Hutę w Krakowie i Hutę Katowice czy Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu, które tworzyły kręgosłup polskiej gospodarki. O ich zachowanie Leszek Balcerowicz i jego ekipa niestety nie potrafiły zadbać. Tych wielkich kompleksów przemysłowych i ich załóg już nie ma, a Polska jest skazana na import produktów, których nie potrafimy wyprodukować.
Płacimy zagranicznym inwestorom za kapitał włożony w uruchomienie w Polsce montowni wyrobów na zagranicznych technologiach, a zagranicznym producentom za produkty, które musimy importować.
Nasza deindustrializacja
Uprzemysłowienie Polski, w wyniku prywatyzacji i likwidacji 1500 zakładów przemysłowych zmniejszyło się prawie o połowę, a zatrudnienie spadło z 4,9 miliona osób w roku 1989 do 2,9 miliona osób w 2003 r. Uległy likwidacji prawie wszystkie kompleksy przemysłowe, z wyjątkiem rafinerii i zakładów nawozowych. Andrzej Karpiński ze swoim zespołem w wydanej w roku 2013 książce p.t. „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce” jako główne przyczyny tego regresu określili:
– brak strategii przemysłowej,
– pośpiech w przeprowadzeniu reformy ustrojowej,
– błędy w doktrynie i wyjątkowo nieprzyjazny stosunek państwa do własnego przemysłu państwowego,
– błędy w prywatyzacji przemysłu państwowego,
– brak ochrony gruntów poprzemysłowych przed nieuzasadnionym przekształceniem ich w działki budowlane,
– wyjątkowe nasilenie tendencji do indywidualnego bogacenia się kosztem majątku publicznego.
Tę przeprowadzoną szokową transformację Witold Kieżun trafnie nazwał ekonomiczną neokolonizacją. Cytowany już Andrzej Szahaj sprecyzował 10 grzechów głównych ostatniego trzydziestolecia następująco:

  1. Dyktat neoliberalizmu (upodobnienie do kapitalizmu amerykańskiego)j
  2. Absolutyzacja wolności (wolność bez żadnych ograniczeń)
  3. Technokratyzm (bez uwzględnienia aspektów społecznych, kulturowych i psychologicznych),
  4. Osłabienie państwa („interwencja państwa psuje mechanizm samo-regulacyjny”, co poskutkowało m.in. wykluczeniem komunikacyjnym milionów obywateli)
  5. Uznanie państwa socjalnego jako przeżytek („bogactwo skapuje z góry, przypływ który podnosi wszystkie łódki”)
  6. Arogancki paternalizm elit (traktowanie dorosłych jak dzieci – rządzące elity zawsze wiedzą lepiej)
  7. Patologiczny indywidualizm(„każdy jest kowalem swojego losu”, „konkurencja jest panaceum na każde zło”, poniżanie tych, którym się nie udało), umowy śmieciowe, praca towarem jak każdy inny, coraz mniejszy kawałek wypracowywanego bogactwa trafia do pracowników)
  8. Nierówności (zarabiający mniej płacą relatywnie wyższe podatki niż zarabiający dobrze. nierówności majątkowe, płacowe, terytorialne)
  9. Złe ustawienie stosunków państwo-Kościół (państwo straciło niezależność, Kościół siłę moralną związaną z dokonywaniem ocen etycznych).
    Potrójne uzależnienie
    Andrzej Koźmiński w rozdziale zatytułowanym „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm” w książce Elżbiety Mączyńskiej p.t. „Ekonomia i Polityka” tę patologiczną transformację określił jako przejście do gospodarki zależnej, która jest potrójnie uzależniona od otoczenia zewnętrznego:
    1) od eksportu, podwykonawstwa, kooperacji itp., czyli od dostępu do zagranicznych rynków,
    2) od importu zagranicznych oszczędności, czyli od zagranicznych inwestycji zarówno bezpośrednich , jak i portfelowych oraz od różnego rodzajów transferów finansowych (fundusze europejskie, przekazy emigrantów itp.),
    3) od importu siły roboczej, zwłaszcza kwalifikowanej.
    Elżbieta Mączyńska w cytowanej tu książce zamieściła jako kontrapunkt rozdział napisany przez Marcina Piątkowskiego, zatytułowany „W kierunku nowej instytucjonalnej teorii rozwoju gospodarczego: przykład sukcesu Polski”, w którym autor przedstawił okres transformacji jako bezprecedensowy sukces, którego głównym źródłem był silny konsensus społeczny, nazwany przez autora konsensusem warszawskim, i wysoka jakość elit, „które wiedziały, dokąd zmierzają i co chcą osiągnąć: pełną integrację Polski z Zachodem”. Marcin Piątkowski swoją diagnozę transformacji oparł głównie na liczbach mówiących o średnich dochodach mieszkańców Polski.
    Elżbieta Mączyńska zamieściła w swojej książce także złożony indeks zrównoważonego rozwoju społeczno-ekonomicznego, autorstwa Andrzeja K.Koźmińskiego, Adama Nogi, Katarzyny Piotrowskiej i Krzysztofa Zagorskiego. Indeks ALK (Akademii im. Leona Koźmińskiego) został przez zespół akademii opracowany, by wypełnić słabości wskaźnika produktu krajowego brutto, „który zbytnio upraszcza obraz stanu gospodarki i nie uwzględnia społecznych aspektów rozwoju”. Marcin Piątkowski w swojej pochwalnej diagnozie procesu transformacji w Polsce zupełnie nie uwzględnił właśnie całej społecznej strony tego procesu.
    Osobom które przeżyły okres transformacji, pogląd Marcina Piątkowskiego, iż źródłem sukcesu transformacji było porozumienie społeczne nazwane przez niego konsensusem warszawskim, a także wysokie kwalifikacje rządzących elit, nie może zostać przyjęty, ponieważ o konsensusie można tylko mówić w odniesieniu do Okrągłego Stołu i rozmów w Magdalence – wkrótce po nich konsensus się rozpadł i rozpoczęła się „wojna na górze”, która trwa do dzisiaj. Na temat kwalifikacji rządzących elit wypowiedział się w sposób kompetentny cytowany już Witold Kieżun.
    Rezultatem przedstawionej wyżej patologii transformacji stało się opóźnienie rozwoju technologii i techniki w stopniu, który postawił Polskę daleko za czołowymi krajami zachodnimi – i wymaga podjęcia przez rządzących konkretnych działań, zmierzających do znacznego przyspieszenia rozwoju polskiej gospodarki, zwłaszcza odbudowy wielkich kompleksów przemysłowych, by zmniejszyć dystans strategiczny jaki Polskę dzieli zwłaszcza od Niemiec.
    Na opisaną tu dramatyczną wewnętrzną sytuację Polski nakłada się, toczący świat i Europę, globalny kryzys, opisany przez Witolda Orłowskiego w książce „Świat do Przeróbki”, na który składają się światowy kryzys klimatyczny, światowy kryzys zadłużenia i światowy kryzys systemu kapitalistycznego.
    Światowy kryzys klimatyczny, grożący istnieniu cywilizacji w horyzoncie niewielu dziesięcioleci, został najlepiej opisany przez Naomi Klein w książce „To zmienia wszystko”. Zwróciła ona uwagę na starcie między ludźmi i środowiskami, które przyjęły sygnały naukowców przestrzegających przed lekceważeniem dziejących się rzeczywiście zmian klimatu i wynikającymi z nich zagrożeniami, a grupami interesu i elitami rządzącymi w niektórych krajach,, które nie chcą zrezygnować z zysków jakie ciągną z bezwzględnej eksploatacji dóbr natury.
    Wysiłki społeczności międzynarodowej by zapanować nad procesem ocieplania się klimatu trwają od dziesiątków lat i koncentrują się na płaszczyźnie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jej początek zaznaczyły Konferencja Stron ramowej konwencji NZ w sprawie zmian klimatu (1992) oraz 11 sesją Spotkania Stron Protokołu z Kioto (1997), których celem było zawarcie umowy oraz powszechnego porozumienia w kwestii zmian klimatu między wszystkimi państwami świata.
    Proces ratyfikacji wypracowanego w Kioto Protokołu wprawdzie ruszył, ale w niezbyt szybkim tempie, na tle wspomnianego wyżej konfliktu interesów pomiędzy stronami przekonanymi co do przyczyn ocieplania się klimatu w skali globalnej – a przeciwnikami tego poglądu. By proces ten przyspieszyć, została w Paryżu w 2015 r zwołana Konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie klimatu, która przyjęła Porozumienie Paryskie precyzujące ustalenia Protokołu z Kioto, w której wzięło udział 146 państw. Ze względu na istniejący konflikt interesów ludzi i biznesu, Porozumienie Paryskie zakończyło się kolejnym kompromisem, w którym strony zapisały, że przy celu nie przekraczającym 2 stopni Celsjusza „dążą do uzyskania limitu wzrostu temperatury na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza”.
    Ruszył kolejny proces ratyfikacji Porozumienia, ale okazało się, że nawet tak kompromisowe sformułowanie nie mogło zostać zaakceptowane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, który formalnie USA z Porozumienia Paryskiego wycofał. Jest oczywiste, że wobec ostrości konfliktu, państwa blokujące realizację Porozumienia Paryskiego zmienią swoje stanowisko tylko pod masowym naciskiem obywateli tych państw.
    Jak pisze Naomi Klein w swojej książce, „Zasadniczo chodzi o to, by przedstawić nie tylko alternatywny zestaw propozycji politycznych, lecz światopogląd konkurencyjny wobec tego, który tkwi w samym centrum kryzysu ekologicznego – światopogląd zakorzeniony we współzależności, a nie na hiper-indywidualiźmie, oparty na wzajemności i współpracy, a nie na dominacji i hierarchii. Potrzebujemy go nie tylko po to, by stworzyć warunki polityczne sprzyjające zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych, lecz także by poradzić sobie z nadciągającymi kataklizmami”.

Gospodarka 48 godzin

Płace rosną w cieniu inflacji
W ubiegłym roku przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej brutto wzrosło o 333,14 zł, osiągając 4918,17 zł – czyli 3492,9 zł netto (dla osoby zatrudnionej na umowę o pracę) albo 3808,76 netto (dla pracującej na umowę zlecenie). Tak wysokie pobory otrzymuje jednak tylko niespełna jedna trzecia pracujących Polaków. Podana tu średnia jest bowiem zawyżana przez bardzo wysokie zarobki kierownictw największych firm w Polsce. W 2019 r. nominalny wzrost przeciętnego wynagrodzenia w naszej gospodarce narodowej wyniósł ok. 7 proc. Wzrost realny wynosi zaś średnio niespełna 4,8 proc., gdyż zarobki Polaków są coraz skuteczniej zjadane przez szybko rosnącą inflację. Średnia płaca w naszym kraju rośnie coraz wolniej – w 2018 r. zwiększyła się o ok. 5,3 proc.
Metr M wciąż drożeje
Spośród większych polskich miast w czwartym kwartale ubiegłego roku najwięcej za metr kwadratowy używanego mieszkania (czyli na rynku wtórnym) trzeba było zapłacić jak zwykle w Warszawie – 9 tys. 301 zł, a najmniej w Kielcach – 4 tys. 453 zł – podaje Narodowy Bank Polski. Mieszkania systematycznie drożeją. Rok wcześniej w obu tych miastach za metr używanego mieszkania płacono odpowiednio 8 tys. 762 zł i 3 tys. 882 zł. Jest to cena transakcyjna (czyli taka po jakiej rzeczywiście dochodzi do sprzedaży). Dużo wyższe są ceny na rynku pierwotnym. Tu cena transakcyjna w stolicy wyniosła 9 tys. 476 zł, zaś w Zielonej Górze, gdzie było najtaniej, 4 tys. 688 zł. Rok wcześniej w tych miastach cena transakcyjna metra kwadratowego mieszkania na rynku pierwotnym wyniosła 8 tys. 565 zł oraz 3 tys. 994 zł.
Ci, których brakuje
W bieżącym roku, tak jak i w ubiegłym, najbardziej poszukiwani pracownicy w Polsce to spawacze, elektrycy, elektromechanicy, elektromonterzy, kierowcy ciężarówek i ciągników siodłowych, kucharze, pielęgniarki i położne, budowlańcy, programiści. Na nagły atak spawacza czekają pracodawcy we wszystkich województwach. Wśród specjalności (bardzo nielicznych), w których mamy za dużo pracowników, na czele plasuje się natomiast zawód ekonomisty. W istocie, ekonomistów, osobliwie domorosłych, jest w naszym kraju wyraźnie za dużo. Do najważniejszych przyczyn niedoboru pracowników wciąż należą zbyt niskie płace.
Przybędzie najbiedniejszym
Od początku marca najniższe emerytury, renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy, renty rodzinne i renty socjalne wzrosną średnio z 1100 złotych do 1200 zł – ale nie mniej, niż o 70 zł. Renty z tytułu częściowej niezdolności do pracy wzrosną zaś z 825 do 900 zł. Ma to zrekompensować stały wzrost inflacji i być może spowolnić szybki wzrost liczby Polaków żyjących w skrajnym ubóstwie, z jakim mamy do czynienia pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.

Epidemia nie zahamuje rozwoju naszej gospodarki

Ambasador Chińskiej Republiki Ludowej Liu Guangyuan w rozmowie z dziennikiem „Trybuna”.

Panie ambasadorze, jak bardzo epidemia koronawirusa może zaszkodzić gospodarce?
Chiny generują jedną trzecią światowego wzrostu, więc nie można wykluczyć, iż epidemia koronawirusa w żaden sposób nie wpłynie na rozwój gospodarczy. Mówią o tym poważne, międzynarodowe ekspertyzy. Już widać, że odbija się np. na gospodarce turystycznej. Tak więc, obecnie epidemia oddziałuje negatywnie na gospodarkę Chin i całego regionu. W dłuższym okresie ten wpływ będzie jednak niezauważalny – i nie osłabi tendencji rozwojowych chińskiej gospodarki. Nieco zmniejszony dziś obrót towarów dozna zaś imponującego odbicia po zwalczeniu epidemii. Nowoczesne technologie wykorzystywane przez nas w trakcie walki z koronawirusem, później zostaną zastosowane w innych dziedzinach, co przyczyni się do dalszego rozwoju Chin. Pamiętajmy, że jesteśmy drugą gospodarką świata, mamy wielki potencjał oraz pełny zestaw narzędzi wspierania gospodarki. Pragnę przypomnieć, że epidemia SARS, która wybuchła w 2003 roku trwała osiem miesięcy – a jednak chińska gospodarka wzrosła wtedy o 10 proc. Raporty Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego wskazują jednoznacznie, że gospodarka Chin zachowuje bardzo wysoką odporność na ewentualne zagrożenie, zaś chiński rząd dysponuje wszelkimi możliwościami walki z epidemią.

W epicentrum walki z wirusem

Szczytowe nasilenie epidemii przypadnie prawdopodobnie na okres od połowy do końca lutego. Pojawiają się już pierwsze pozytywne sygnały mogące świadczyć o jej wygasaniu.

Na konferencji poświęconej zwalczaniu koronawirusa, ambasador Liu Guangyuan stwierdził, że jego kraj jest w epicentrum walki z epidemią. Na pierwszym miejscu stoi bezpieczeństwo życia i zdrowia ludzi, a przeciwstawienie się epidemii jest obecnie najważniejszym i najpilniejszym obowiązkiem rządu chińskiego. Presja, jaka ciąży na Chinach jest ogromna, zaś ponoszone koszty – bardzo wysokie. Niezliczona liczba Chińczyków jest na pierwszej linii wojny z epidemią. Wiele milionów osób zmniejszyło częstotliwość wychodzenia na zewnątrz lub przechodzi kwarantannę w domu. Rząd Chin przyjął kompleksowe i restrykcyjne środki zaradcze.
31 prowincji, regionów autonomicznych i miast wydzielonych ogłosiło stan kryzysowy pierwszego stopnia związany ze zdrowiem publicznym. Wuhan i inne miasta zamknęły drogi wyjazdowe, 11 tys. pracowników medycznych przyjechało z całego kraju do prowincji Hubei, by leczyć tam chorych.
Rząd chiński ustanowił system powiązań między 16 prowincjami świadczącymi pomoc, a innymi miastami niż Wuhan. Według tego systemu jedna prowincja sprawuje pieczę nad jednym miastem. W całym kraju szkoły i uczelnie przedłużyły przerwę świąteczną. W ciągu zaledwie 10 dni zbudowano i oddano do użytku dwa nowe szpitale. Wszystkie te działania wykraczają poza wymagania zawarte w „Międzynarodowych Przepisach Zdrowotnych” i jeszcze nigdy w historii nie zostały podjęte.
Ambasador powiedział, że od momentu otrzymania z departamentu zdrowia miasta Wuhan zgłoszenia o licznych zachorowaniach na zapalenie płuc o nieznanej etiologii, do poinformowania o tym fakcie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i szeregu państw, minęły zaledwie cztery dni (29 grudnia 2019 – 3 stycznia 2020). Na rozpoznanie genomu wirusa i przekazanie go światu Chiny potrzebowały zaś niespełna dwóch tygodni od momentu wybuchu epidemii.
Zostało to docenione przez WHO i inne kraje. Jak dodał ambasador, dyrektor generalny WHO Tedros Adhanon Ghebreyesus podkreślił, iż szybkość z jaką Chiny podjęły kroki w celu monitorowania epidemii wirusa i sekwencjonowania jego genomu oraz szybkość przekazania tych informacji do WHO jest imponująca.
Wysiłki Chin zasługują na szacunek i uznanie. WHO nie zaleca, a nawet sprzeciwia się wprowadzeniu zakazów podróży do Chin i handlu z Państwem Środka – powiedział ambasador.
Według szacunków wielu chińskich i zagranicznych ekspertów od chorób zakaźnych, epidemia koronawirusa powinna osiągnąć szczyt nasilenia w okresie od połowy do końca lutego.
Już jednak zaczynają pojawiać się pewne optymistyczne sygnały. Od 4 lutego spada (poza prowincją Hubei) liczba potwierdzonych nowych przypadków zachorowań w Chinach, co wskazuje na skuteczność zastosowanych środków zaradczych.
Liczba wyleczeń przekracza liczbę zgonów i różnica ta stale rośnie. Śmiertelność jest stosunkowo niska – 2 proc. czyli znacznie mniej niż w innych epidemiach. Poprawiają się też możliwości diagnostyczne, pozwalając na coraz precyzyjniejsze stwierdzenie albo wykluczenie obecności wirusa.

Jak ograniczać zużycie prądu?

Cel: zwiększanie produkcji przemysłowej szybsze niż wzrost zużycia energii.
Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że w okresie od IV kwartału 2016 r. do początku ubiegłego roku, działania nakierowane na zwiększanie efektywności energetycznej (głównie firm sprzedających energię elektryczną, ciepło czy gaz ziemny odbiorcom końcowym), doprowadziły w Polsce do zaoszczędzenia 564 tys. toe (toe – tona oleju ekwiwalentnego, jednostka paliwa umownego, która stanowi równoważnik tony ropy naftowej o wartości opałowej 10 000 kcal/kg).
Nie jest to wiele – tymczasem poprawa efektywności energetycznej to realne oszczędności, bowiem najtańsza (a przy okazji najczystsza) energia to taka, której nie zużywamy.
Inwestowanie w efektywność energetyczną to jak inwestowanie w nie wyczerpywalne źródło energii, dlatego bywa nazywana szóstym paliwem, obok ropy, gazu, węgla, atomu i odnawialnych źródeł energii.
Komisja ma wątpliwości
Usprawnianie procesów produkcyjnych, modernizacja urządzeń i budynków, wprowadzanie oszczędniejszych technologii – to są właśnie działania służące poprawie efektywności energetycznej gospodarki. Chodzi o to by dostarczać tyle samo produktów czy usług wykorzystując do tego mniej energii, a więc i mniej surowców służących do jej wytwarzania.
Efektem ma być ograniczanie emisji zanieczyszczeń i zwiększanie bezpieczeństwa energetycznego państwa (im mniej energii będziemy zużywać, tym mniej surowców do jej produkcji będziemy musieli sprowadzać z zagranicy).
W styczniu bieżącego roku Komisja Europejska zgłosiła wątpliwości pod adresem polskich władz. Dotyczyły one 14 zagadnień, m.in. metody obliczania oszczędności energii, dokonywania wyrywkowej weryfikacji audytów efektywności energetycznej, zgodności faktycznie uzyskanej oszczędności energii z oszczędnością deklarowaną.
Biały system
W Polsce podstawowym środkiem wspierającym efektywność energetyczną jest system, tak zwanych białych certyfikatów wydawanych przez Urząd Regulacji Energetyki.
Do ich uzyskiwania (do 1 października 2016 r. w drodze przetargów, teraz na podstawie wniosku) ustawowo, pod groźbą kary finansowej zobowiązane są przede wszystkim przedsiębiorstwa sprzedające energię elektryczną, ciepło lub gaz ziemny odbiorcom końcowym (kupującym energię na własny użytek).
Składając wniosek o przyznanie białego certyfikatu (świadectwa efektywności energetycznej), firma deklaruje o ile mniej energii będzie zużywać dzięki planowanej inwestycji czy modernizacji – np. izolacji instalacji przemysłowych, wymianie oświetlenia, przebudowie lub remoncie budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi, czy modernizacji lokalnych sieci ciepłowniczych. Tę deklarację musi jeszcze potwierdzić audyt.
Po złożeniu wniosku, URE przyznaje świadectwo, które właściciel może sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii. Białe certyfikaty mogą tam kupować tzw. przedsiębiorstwa zobowiązane, sprzedające energię odbiorcom końcowym. Zamiast tego mogą uiścić opłatę zastępczą, ale w 2018 r. mogła ona obejmować już tylko maksymalnie 10 proc. nałożonego obowiązku.
Jak mówią dane Urzędu Regulacji Energetyki, od 1 października 2016 r. do początku ubiegłego roku do URE wpłynęło niemal 2,5 tys. wniosków o przyznanie świadectw efektywności energetycznej. Prezes Urzędu wydał na ich podstawie prawie 600 białych certyfikatów i 38 postanowień o odmowie ich wydania (reszta wniosków była jeszcze rozpatrywana).
Najwięcej świadectw efektywności energetycznej wydano w związku z przebudową lub remontem budynku wraz z instalacjami i urządzeniami technicznymi (204), modernizacją czy wymianą urządzeń i instalacji wykorzystywanych w procesach przemysłowych (113), ograniczeniem strat w sieciach ciepłowniczych (107). Średni planowany okres uzyskiwania oszczędności wynosi od 13 do 15 lat.
A jednak się kręci
Choć sam system świadectw efektywności energetycznej funkcjonuje prawidłowo, to jednak zdarzają się poważne opóźnienia w ich wydawaniu. Niemal 95 proc. świadectw zostało przekazanych po ustawowym terminie, wynoszącym 45 dni. Średni czas rozpatrzenia wniosku wyniósł 240 dni i był ponad pięć razy dłuższy niż przewidziany w przepisach. Rekord to 1158 dni.
Podobna sytuacja jest z postanowieniami o odmowie wydania świadectwa. Średnio wnioski były rozpatrywane w ciągu 449 dni od daty wpływu. Najdłuższy okres wynosił 624 dni, a najkrótszy – 210 dni.
Wsparcie finansowe państwa dla projektów zwiększających efektywność energetyczną nie opiera się wyłącznie na systemie białych certyfikatów. Takie przedsięwzięcia dofinansowuje w formie pożyczek i dotacji Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Na ten cel, w latach 2015-2018 wydał ze środków krajowych: w formie pożyczek – ponad 701 mln zł, a w ramach dotacji – prawie 923 mln zł. Ponadto, z unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko na lata 2014-2020 wydano ok. 558 mln zł.
NIK ocenia, że funkcjonujące w Polsce mechanizmy wspierające poprawę efektywności energetycznej, mimo swoich mankamentów tworzą spójny system i że skutkiem przedsięwzięć realizowanych dzięki niemu, było zmniejszenie zużycia energii przez zobowiązane do tego firmy.

Naciągany sondaż resortu sprawiedliwości

Sondaż sondażem – ale jego wyniki muszą być takie, jak życzy sobie obecna władza.
Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia postanowiło wysłać list do ESOMAR (Europejskie Stowarzyszenie Badaczy Opinii Publicznej i Rynku) oraz OFBOR (Organizacja Firma Badania Opinii i Rynku) w sprawie niedawnego sondażu przeprowadzonego przez firmę badawczą Kantar Polska SA. na zlecenie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości (podległego Ministrowi Sprawiedliwości).
W sondażu zawarto trzy kontrowersyjne pytania.
Czy sędziowie powinni odpowiadać dyscyplinarnie przed organem niezależnym od środowiska sędziów? (możliwości odpowiedzi: „Tak” albo „Nie”)?
Czy w systemie prawnym Polski powinien funkcjonować wyspecjalizowany organ do rozstrzygania i odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów (możliwości odpowiedzi: „Tak” „Nie”)?
Czy jest pan(i) za czy przeciwko, temu by Polacy mogli wpływać na kształt sądownictwa, tak jak obywatele niektórych krajów Unii Europejskiej?”(możliwości odpowiedzi „Tak” „Nie”)?
Sędziowie Stowarzyszenia Iustitia skonsultowali ów sposób sformułowania pytań z naukowcami zajmującymi się badaniami społecznymi.
Okazuje się, że zadane pytania są niedopuszczalne z punktu widzenia metodologii układania pytań i noszą znamiona celowej manipulacji.
Badani nie mieli możliwości udzielania „nie wiem”, ponadto zdaniem specjalistów są to pytania sugerujące, wieloznaczne i tendencyjne.
Nie wiadomo co znaczy określenie „przed organem niezależnym od środowiska sędziów” (czy badani woleliby aby sędziowie odpowiadali przed politykami? O jaki organ chodzi?).
Podobnie nie wiadomo co to znaczy „wyspecjalizowany organ do rozstrzygania i odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów”. W tym wypadku pada tu sugestia, że takiego organu nie było do tej pory, a to nie jest prawda. Ludzie mogą nabrać fałszywego przekonania, że kiedyś środowisko sędziowskie było pozbawione jakiegokolwiek systemu dyscyplinowania.
Fragment ostatniego pytania: „tak jak obywatele niektórych krajów Unii”, jest również niedopuszczalny zdaniem Iustitii, gdyż nie sposób oczekiwać aby badani mieli stosownie dużą wiedzę na temat systemów prawnych w EU. Ponadto jest tam zawarta sugestia, że wszędzie w Europie obywatele mają wpływ na kształt sądownictwa, a tylko w Polsce jest inaczej.
Zdaniem stowarzyszenia Iustitia powyższe pytania miały na celu wymuszenie na badanych odpowiedzi korzystnych dla Ministerstwa Sprawiedliwości, nie zaś rzetelne poznanie opinii społeczeństwa. Stąd interwencja u organizacji, które powinny dbać o standardy w badaniach sondażowych.
Jednocześnie, Stowarzyszenie Sędziów Iustitia krytycznie ocenia decyzję kolegium Sądu Okręgowego w Olsztynie o zwolnieniu sędziego Pawła Juszczyszyna z obowiązku rozpoznania przydzielonych mu spraw. Iustitia podkreśla, że dbałość o prawa obywateli wymaga sprzeciwienia się odsuwaniu od orzekania sędziów, których dotknęły represje w upolitycznionym postępowaniu dyscyplinarnym.
Stowarzyszenie ponadto zaznacza, że każdy sędzia, szanujący orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 19 listopada 2019 r. oraz uchwałę trzech połączonych Izb Sądu Najwyższego z 23 stycznia 2020 r. ma obowiązek ustalić, czy poszczególni członkowie Krajowej Rady Sądownictwa – a tym samym cała piętnastka sędziów, zasiadających w obecnej KRS – została prawidłowo wybrana.

Gospodarka 48 godzin

PiS rujnuje wartość spółek
Wartość rynkowa polskich spółek energetycznych to zaledwie ułamek ich wartości księgowej. Spółki energetyczne w krajach zachodnich są wyceniane znacznie lepiej. W Polsce znacznie lepiej od energetyki wyglądają państwowe duże banki i firmy finansowe – wskazuje Business Insider. Ponadto, większość spółek Skarbu Państwa od wielu miesięcy traci na giełdzie na wartości. Na przykład licząc od początku tego roku, w gronie spółek wchodzących w skład indeksu WIG 20 sześć najgorszych to te pod kontrolą partyjną PiS. Natomiast ceny akcji Lotosu, Orlenu, JSW, PGNiG i PGE spadły w tym czasie o ponad 10 procent. Wartość księgowa spółki PGE wynosi aż 49 miliardów złotych, a rynkowa zaledwie 12 mld zł. W przypadku Tauronu wartość księgowa jest zaś ponad siedem razy większa niż rynkowa. Sam fakt, że wartość rynkowa jest inna od księgowej jest całkowicie normalny. Ceny na giełdzie zmieniają się w każdej minucie, wartość księgowa jest aktualizowana raz na kwartał. W przypadku państwowych spółek zadziwia jednak ogromna skala tej różnicy, co już nie jest normalne.
Sabina dla wiatraków
Orkan Sabina spowodował wysoką produkcję prądu w turbinach wiatrowych. W czasie orkanu wiatraki dostarczały ok. 21 proc. zużywanej w Polsce energii elektrycznej. Natomiast w szczycie – czyli w nocy z niedzieli na poniedziałek, wiatraki – pracując z mocą 4,8 gigawatów – pokryły aż 30 proc. całego zapotrzebowania na energię elektryczną w polskim systemie. Inna sprawa, że stało się to o godzinie 3 w nocy, czyli wtedy, gdy zużycie prądu jest zdecydowanie najniższe. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki, moc turbin wiatrowych w Polsce wynosi 5,9 GW – czyli i tak jeszcze było dość daleko do wykorzystania pełnej mocy wiatraków zainstalowanych w naszym kraju.
Dłuższe nielatanie
Polskie Linie Lotnicze LOT przedłużyły okres zawieszenia połączeń z Warszawy do Pekinu. Blokada tej trasy z powodu koronawirusa została przedłużona do 28 marca bieżącego roku. Ostatni samolot LOT-u do Chin wystartował 31 stycznia br. LOT to oczywiście nie pierwszy przewoźnik, który zdecydował się na zawieszenie połączeń do i z Chin kontynentalnych w okresie epidemii koronawirusa. Wcześniej zdecydowały się na to między innymi American Airlines, największe linie lotnicze świata..
Koszty trucia
Zanieczyszczenia powietrza związane z paliwami kopalnymi kosztują świat około 8 miliardów dolarów dziennie – poinformował Greenpeace w swoim ostatnim raporcie. Liczba robi wrażenie, choć trudno ocenić jej wiarygodność. największe linie lotnicze świata. W raporcie zauważono też Polskę, która zdaniem Greenpeace ponosi z tego tytułu koszty sięgające ok. 310 mln dol dziennie. W naszym kraju dochodzi do 30 – 50 tysięcy przedwczesnych zgonów z powodu zanieczyszczeń powietrza.