Nasz trzynasty rachunek za prąd

Holender Timmermans dba o holenderskie interesy, forsując w UE szybkie przechodzenie na energię odnawialną. Polska niestety nie ma nikogo, kto by zadbał o jej interesy.
W Polsce ceny energii od kilku lat były już dość wysokie, ale tak naprawdę poszybowały w górę dopiero pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości. W tym roku na naszych rachunkach za energię pojawiła się po raz pierwszy tzw. opłata mocowa wprowadzona przez rząd PiS-u. Gdyby energia elektryczna w Polsce była rozliczana w systemie miesięcznym, można byłoby powiedzieć, że za sprawą tej nowej daniny mieszkańcy naszego kraju otrzymują 13 rachunek za prąd.
Jak policzyli eksperci Lewicy, średnio płacimy o 9 zł więcej niż w ubiegłym roku za każdy rachunek za prąd. Wraz z podwyżkami cen energii elektrycznej zdrożały oczywiście również wszystkie inny produkty, przede wszystkim żywność i produkty pierwszej potrzeby. Niestety to dopiero początek kolejnych podwyżek. Zła polityka energetyczna, a raczej jej brak spowoduje, iż w najbliższym czasie możemy spodziewać się kolejnych podwyżek o 30-50 procent.
Skąd podwyżki cen prądu? Zdaniem Lewicy, jest to efekt zaniedbań w budowaniu energetycznego miksu w produkcji energii elektrycznej. W przeciągu roku stawka za emisję tony dwutlenku węgla wzrosła z 5 euro do 25 euro. Unijny mechanizm tych opłat funkcjonuje od dawna i jego celem jest zmotywowanie rządów oraz firm energetycznych do większych inwestycji w odnawialne źródła energii.
Pieniądze z opłat ze sprzedaży uprawnień do emisji zasilają budżety krajowe. Dyrektywa unijna zaleca wykorzystanie co najmniej połowy wpływów z aukcji uprawnień na modernizację energetyki i cele związane z klimatem. Rządy PiS miały świadomość istnienia tego mechanizmu, przecież działa on od 2005 r., jednakże przez lata nie brały pod uwagę scenariusza, w którym stawka ze emisję CO2 rośnie powyżej 20 euro za tonę.
Inna sprawa, że nie ulega wątpliwości, iż zadekretowany przez UE tak szybki wzrost cen emisji CO2 jest zbójecki i leży przede wszystkim w interesie najzamożniejszych państw Unii – co jest sprzeczne z główną zasadą funkcjonowania Wspólnoty Europejskiej, polegającą na zmniejszaniu dystansu między bogatym Zachodem, a pozostałymi członkami Unii.
Jednakże ani rząd Beaty Szydło, ani rząd Mateusza Morawieckiego nie wykorzystywały tych środków na wprowadzenie zielonej zmiany w polskiej energetyce i stosowały sztuczki księgowe, aby wykorzystać pieniądze z emisji CO2 na inne cele. Ta polityka dzisiaj się mści, a ceną płacą konsumenci w coraz wyższych rachunkach za prąd. Trzeba jednak też pamiętać, że w Polsce zyski budżetowe z wyższych opłat za emisję CO2 były stosunkowo niewielkie, zważywszy, że opłaty te były wnoszone do budżetu przez państwowe głównie zakłady energetyczne.
Dziś PiS w kontekście polityki energetycznej mówi o „okupancie brukselskim” oraz o „ekototalitaryźmie”, zapominając, że liderzy PiS-u zgadzali się na taką politykę. Trzeba pamiętać, że w grudniu 2020 r. premier Mateusz Morawiecki zaakceptował założenia polityki klimatycznej i redukcji emisji CO2 do 55 proc. w 2030 r. Wtedy trzeba było działać, lecz rząd PiS jak zwykle w podobnych sprawach wykazał się biernością.
Co prawda jeszcze w lipcu 2020 r. premier Morawiecki zapowiadał brak zgody na przyjęcie przez UE celu neutralności klimatycznej. Wszystko działo się w takt narzucony mu wtedy przez hasło Solidarnej Polski: „Weto albo śmierć”. Morawiecki oceniał wtedy, iż ten cel redukcji jest sprzeczny z polską racją stanu. Kilka miesięcy później zmienił zdanie, ale politycy PiS udają, że nic takiego nie miało miejsca. Tak więc to nie biurokraci w Brukseli podjęli te decyzje, ale szefowie rządów państw członkowskich w tym premier Mateusz Morawiecki, który jest odpowiedzialny za akceptację rozwiązań kosztownych dla Polski.
Jak zatrzymać drożejący prąd? Lewica proponuje przyjąć program likwidacji ubóstwa energetycznego oraz inwestować co roku minimum 8 mld złotych w zieloną energię. Ogromne środki na ten cel czekają na Polskę w unijnym programie „Fit for 55”, trzeba jednak zakasać rękawy i przygotować mądre projekty, które nie tylko zatrzymają podwyżki, ale i przyczynią się do uzyskania przez Polskę neutralności klimatycznej do 2050 r. Pytanie tylko, kto miałby te mądre projekty przygotować, a zwłaszcza wdrożyć?
Pos. Beata Maciejewska zarzuciła rządowi: – Na Komisji Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych minister klimatu Michał Kurtyka miał przedstawić stanowisko rządu na temat katastrofalnego raportu na temat zmian klimatycznych, niestety pan minister jak zwykle się nie pojawił. Michał Kurtyka jest ministrem widmo, podobnie jak widmem jest polska polityka klimatyczna. Podczas komisji dowiedzieliśmy się od pracowników Ministerstwa Klimatu i Środowiska, że wszystko jest w porządku. Polski rząd wyprodukował wiele różnego rodzaju dokumentów, z których wynika, że jesteśmy przygotowani na rozwój różnego rodzaju energetyk, np. wiatraków na morzu. Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna od tej sterty papierów – a jest ona taka, że już wkrótce czekają nas podwyżki cen prądu o 30-50 proc. Dlaczego? Ponieważ polska energetyka jest źle reformowana, wciąż opiera się na węglu, zaś koszty coraz droższej energetyki węglowej przerzucane są na wszystkich. Osobiście składałam projekt ustawy dotyczący rozwoju energetyki wiatrowej na lądzie, dostał numer druku oraz został skierowany do komisji. Ale przewodniczący Komisji Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych Marek Suski nigdy nie zajął się tym projektem, by był on procedowany.
Rząd PiS twierdzi, że musi walczyć z ubóstwem energetycznym, ale absolutnie tego nie robi. Przeciwnie, w czasie pandemii, rządzący będą obciążać Polaków wyższymi cenami energii. Rząd obiecuje też, że będzie rozwijać energetykę wiatrową. Nie robi jednak w tej sprawie nic konkretnego, prowadząc złą politykę, która stawia nas w pozycji czarnego skansenu na mapie zielonej Europy.
Prominenci Prawa i Sprawiedliwości swoją nieudolność, lenistwo i brak woli podejmowania decyzji maskują, oskarżając, że to za sprawą tempa transformacji energetycznej przyjętej w Unii Europejskiej nasz kraj jest skazany na drożejącą energię, szybko rosnącą inflację i potężny wzrost cen. Takie oświadczenie wygłosił ostatnio na przykład prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński. W rzeczywistości, winę za te zjawiska, rujnujące dobrobyt Polaków, ponosi ekipa rządząca z PiS, która mając wiedzę ekspercką, całą władzę w ręku i wszelkie możliwości decyzyjne, po prostu wykazała się tradycyjną bezczynnością w obronie interesów Polski i Polaków. – Jestem oburzony, ponieważ pan przewodniczący Suski po raz kolejny powtórzył słowa, że mamy do czynienia z „okupacją brukselską”. Padły one w kontekście również polityki energetycznej, że Unia Europejska wymusza jakieś ogromne zmiany na Polsce, jeżeli chodzi o politykę klimatyczną. Pragnę przypomnieć, że w Parlamencie Europejskim wynegocjowaliśmy w czerwcu zeszłego roku 44 mld na Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, ale to premier Morawiecki odpuścił te pieniądze. Na późniejszej Radzie Europejskiej ten Fundusz zredukowano dla Polski o blisko 60 proc., tylko dlatego, że były naciski ze strony Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobro, aby rząd polski walczył o brak zapisów na temat praworządności. Jestem też zbulwersowany postępowaniem posłów PiS w Parlamencie Europejskim, którzy głosowali przeciwko wprowadzeniu cła węglowego na produkty z Rosji czy Chin. Eurodeputowani PiS głosują ręka w rękę z Władimirem Putinem – oświadczył europoseł Łukasz Kohut.
Parlament Europejski debatował na temat pakietu „Fit for 55” w Parlamencie Europejskim. Zgodnie z jego założeniami, do 2030 roku Unia ma emitować 55 proc. mniej gazów cieplarnianych w porównaniu do poziomu z 1990 r. Europarlament jest podzielony i generalnie przeważa rozsądny pogląd, iż obniżka emisji nie może odbywać się kosztem obywateli i gospodarki.
Jedynie wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej do spraw klimatu Frans Timmermans zdecydowanie uważa, że rosnące ceny energii nie powinny hamować zmian, przeciwnie, należy nawet przyspieszyć przechodzenie na energię odnawialną. Ale Frans Timmermans jest Holendrem i jako wiceprzewodniczący KE walczy o interes swojego kraju.
W Holandii odnawialne źródła energii, a zwłaszcza turbiny wiatrowe i fotowoltaika odgrywają dużą rolę w gospodarce, wiele firm holenderskich specjalizuje się w produkcji urządzeń do wytwarzania energii odnawialnej. Frans Timmermans świadomie forsuje więc rozwiązania korzystne dla gospodarki holenderskiej, choć w krótszym horyzoncie czasowym szkodliwe dla niektórych innych państw Unii. Jednak kapitał zawsze ma narodowość, także i we Wspólnocie Europejskiej.
Holandia ma Timmermansa – szkoda, że Polska nie ma swojego wiceprzewodniczącego KE z podobną siłą przebicia. W gronie ośmiu wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej są też przedstawiciele i przedstawicielki Danii, Czech, Słowacji, Chorwacji, Grecji, Hiszpanii i Łotwy – ale oczywiście nie ma Polaka, co dobrze pokazuje, jakie znaczenie w UE ma Polska pod rządami PiS.

Wielka dziura w polskich finansach

Zamiast wykazanych oficjalnych 85 mld zł deficytu budżetu, faktycznie wynosi on aż 162 mld zł. Rzeczywisty dług to już 197 proc. PKB.
Minister finansów Tadeusz Kościński stwierdził, że finanse publiczne są zdrowe i przewiduje deficyt budżetu na koniec roku na około 13 mld zł. Nie dodał, że to nie obejmuje setek miliardów złotych płynących ostatnio równolegle do budżetu. Gdyby je uwzględnić, wtedy teza o zdrowiu finansów publicznych byłaby zdecydowanie na wyrost.
Minister posługuje się polską definicją deficytu, tymczasem prawdziwa dziura w finansach jest dużo większa. Definicja unijna, która uwzględnia nie tylko sam budżet, ale też finanse państwowych instytucji, pokazuje, że jest dużo gorzej
Z wyliczeń Business Insider połączonych z danymi Eurostatu wynika, że zamiast oficjalnej nadwyżki budżetowej 28 mld zł, w pierwszym półroczu jest około 15 mld zł. Ubiegłoroczny deficyt był dwukrotnie wyższy, niż podaje rząd. Zadłużenie sektora publicznego doszło już według standardów unijnych do poziomu 57,5 proc. produktu krajowego brutto, co daje już niewielki margines rządowi, bo limit w unijnych kryteriach konwergencji wynosi 60 proc.
Jeśli gospodarka rozwijałaby się w takim tempie jak teraz, a wydatki budżetowe były takie, jak sobie zaplanowaliśmy, to deficyt mógłby wynieść ok. 13 mld zł. Finanse publiczne są zdrowe, wpływy ze wszystkich podatków rosną – wskazał minister Tadeusz Kościński. Sytuacja nie jest jednak tak różowa. Wpływy z podatków i owszem szybko ostatnio rosły, ale jeszcze szybciej rosły wydatki państwa. Finanse państwa to nie 35 mld zł nadwyżki po lipcu, ani nawet 13 mld zł deficytu budżetu na koniec roku. To duża dziura, w której tworzeniu biorą udział państwowe instytucje finansowe.
Kiedyś był to Krajowy Fundusz Drogowy w Banku Gospodarstwa Krajowego, teraz bezpośrednio BGK i Polski Fundusz Rozwoju uczestniczą w wyciąganiu wydatków państwa poza ramy budżetowe. Emitują obligacje, które gwarantowane są przez skarb państwa i pozyskane tak pieniądze wrzucają na rynek poprzez państwowe programy pomocowe na okoliczność covidowych lockdownów. Nie prościej byłoby, gdyby obligacje wyemitował od razu skarb państwa, po co takie kombinacje?
Otóż, cała procedura umożliwia ominięcie konstytucyjnego limitu długu w wysokości 60 proc. PKB. Konstytucja wskazuje na ustawy przy określaniu co jest tym długiem, więc przed laty gdy rządowi zaczęło brakować pieniędzy, ustawa wyłączyła państwowe instytucje finansowe typu BGK z krajowej definicji długu. Łatwiej zmienić ustawę niż konstytucję. Trochę to nas kosztuje, bo oprocentowanie obligacji BGK i PFR jest nieco wyższe od obligacji skarbowych, ale ten koszt rząd przyjął dla większej swobody w wydatkach na okoliczność wydłużania się kryzysu.
Z tego wynika wielość definicji długu, które stosuje Ministerstwo Finansów. Najważniejsze są dwie. Pierwsza to definicja Państwowego Długu Publicznego (PDP), która służy do określania konstytucyjnych progów. Dług PDP wynosił na koniec czerwca 1 152 192 mln zł – podaje MF. Ale jest inny wskaźnik, który określa całkowitą wartość zadłużenia. To zgodny z definicjami międzynarodowymi, w tym unijnymi dług general government, który określa, jakie łączne zobowiązania przyjęły na siebie finanse publiczne. Na koniec czerwca wynosił 1 401 620 mln zł – wynika z danych MF.
Na marginesie, i to nie jest pełnia prawdy, bo przecież są jeszcze zobowiązania państwa względem przyszłych i obecnych emerytów. Te uwzględnia licznik długu FOR, który dobił właśnie do kwoty 4 807 949 mln zł.
Spójrzmy, jak polski deficyt budżetowy jest wyliczany według standardów unijnych i skonfrontujmy to z deficytem oficjalnym – wskazuje Business Insider. Dane Eurostatu dochodzą do pierwszego kwartału br., policzymy więc drugi kwartał, odejmując różnicę między długiem general government a PDP. Nadwyżka budżetowa w drugim kwartale br. wyniosła oficjalnie 31,5 mld zł, ale jednocześnie dług general government przyrastał wtedy szybciej od PDP o 12,2 mld zł. Wysoki plus, który wykazał budżet, skorygujmy o 12,2 mld zł wzrostu długu, jaki wykazały państwowe instytucje, więc realnie zostaje około 19 mld zł nadwyżki za drugi kwartał.
Za wcześniejsze kwartały są dane Eurostatu, który podawał realny deficyt budżetu, włączający instytucje państwowe. W pierwszym kwartale deficyt realny wyniósł 4,2 mld zł w porównaniu z 3,4 mld zł deficytu oficjalnego. Razem za pierwsze półrocze wychodzi nie 28 mld zł, ale 15 mld zł nadwyżki finansów publicznych. A ta liczba może być jeszcze niższa, bo w pierwszym półroczu wzrost długu general government był wyższy od PDP o aż 25 mld zł. Wygląda to i tak wciąż na plus w finansach państwa, choć już niewielki. Ale ten plus następuje po gigantycznym minusie ubiegłorocznym. Statystyki za 2020 r. były bardzo złe.
Zamiast wykazanych oficjalnych 85 mld zł deficytu budżetu według definicji Ministerstwa Finansów, z danych Eurostatu wynika, że było to aż 162 mld zł na minusie. Rzeczywisty dług to 197 proc. PKB.
Policzmy teraz, jak kształtuje się dług publiczny w relacji do PKB, przyjmijmy za wartość PKB przyjmuje produkt za 12 miesięcy kończące się w czerwcu 2021 r., czyli od trzeciego kwartału 2020 r. do drugiego kwartału 2021 r. – stwierdza Business Insider. Zgodnie z wstępnym szacunkiem GUS było to 2 437 793 mln zł.
I tak, dług PDP to 47,3 proc. PKB, dług general government to 57,5 proc. PKB, a łączne zadłużenie według licznika długu to 197,2 proc. PKB. Dla porównania najbardziej zadłużone kraje świata mają obecnie dług general government na następujących poziomach: Japonia – około 266 proc. PKB, Grecja – 209,3 proc. PKB, Włochy – 160 proc. PKB.
Minister Kościński zaznaczył (w wywiadzie dla „Super Expressu”), że nie ma planów szybkiego zmniejszania wydatków państwa. Wręcz przeciwnie, uważa on, że przy wychodzeniu z recesji to nie jest dobry moment, by wstrzymać wsparcie państwa. To jest czas, w którym należy dalej wspierać gospodarkę.
Żeby jednak utrzymać wydatki i jednocześnie poziom zadłużenia poniżej 60 proc. PKB, trzeba będzie podnosić podatki. Rząd może też liczyć na odblokowanie zawieszonych w związku z praworządnością środków na odbudowę po COVID-19. Komisja Europejska wstrzymuje blisko 24 mld euro dla Polski z Funduszu Odbudowy z powodu łamania praworządności.

Gospodarka 48 godzin

Gęsi już po wyroku
Rozpoczęły się Europejskie Dni Dziedzictwa, co w Polsce oznacza setki wydarzeń regionalnych na terenie całego kraju. W Polsce są one skoncentrowane przede wszystkim na Smakach Dziedzictwa i odbywają się pod znakiem rozwoju hodowli gęsi białej – co ma wymierne znaczenie materialne, gdyż jak wskazał Andrzej Klonecki prezes Fundacji Hodowców Polskiej Białej Gęsi, na czterech takich gęsiach zarabia się tyle, co na jednym tuczniku, a są one znacznie zdrowsze (w konsumpcji) i smaczniejsze. Europejskie dziedzictwo może mieć charakter niematerialny, jak wymienione przez wiceminister kultury Magdalenę Gawin tradycyjne sposoby przechowywania żywności, w tym polskie kiszonki. Dziedzictwem mogą też być rozmaite wyroby, na przykład polskie szopki, także wskazane przez wiceminister Gawin. Warto tu dodać, iż szopki zaczęły być w Polsce wytwarzane w wyniku wpływów włoskich i niemieckich, co pokazuje, że już w średniowieczu można mówić o wspólnym dziedzictwie europejskim.
W tym roku inauguracja ogólnopolska Europejskich Dni Dziedzictwa oraz polskich Smaków Dziedzictwa miała miejsce w Kruszwicy, gdzie jednakże raczej nie był kultywowany wątek dziedzictwa polegający na tym, że złego władcę zjadały myszy. W Kruszwicy królowała gęsina. Smaki Dziedzictwa mają podkreślać znaczenie kulturowego bogactwa tradycji kulinarnych, które odgrywały niebagatelną rolę w pielęgnowaniu obyczajów Polaków i tworzeniu wspólnoty rodzin i przyjaciół, biesiadujących, a czasem kłócących się przy jednym stole. Tradycyjne produkty regionalne i dawne przepisy są w Polsce promowane już od lat. W tym roku chodzi także o materialne ślady kulinarnych tradycji rzemieślniczych w postaci niewielkich cukierni, piekarni, masarni, browarów, młynów czy fabryk cukierków. W ramach Europejskich Dni Dziedzictwa w Polsce odbywają się imprezy, które upowszechniają wiedzę o dawnej kuchni, produktach regionalnych, przetwórstwie domowym i lokalnym, a także pokazują, jak przebiegała produkcja żywności w oparciu o stare, tradycyjne receptury. Ich wykaz można znaleźć na stronie internetowej www.edd.nid.pl
Europejskie Dni Dziedzictwa to wspólna inicjatywa Rady Europy i Unii Europejskiej. Idea EDD narodziła się 3 października 1985 roku w Granadzie podczas II Konferencji Rady Europy. Francuski minister kultury zaproponował wtedy rozszerzenie na cały kontynent zainicjowanych we Francji rok wcześniej Dni Otwartych Zabytków. W 1991 r. Rada Europy oficjalnie ustanowiła Europejskie Dni Dziedzictwa. Obecnie w EDD biorą udział wszystkie państwa Rady Europy. Polska włączyła się do tej akcji w 1993 r. Dziedzictwo, zwłaszcza kulturowe, to istotny element życia i działalności człowieka. Łączy dorobek materialny i duchowy przeszłych pokoleń z tym, co niosą obecne czasy.

Fatalny wzrost cen
Inflacja w Polsce bije kolejne rekordy, coraz dotkliwiej ograniczając siłę nabywczą Polaków. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w sierpniu 2021 r. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły aż o 5,5 proc., przy wzroście cen usług o 6,6 proc., a towarów o 5,1 proc. W stosunku do lipca 2021 ceny towarów i usług wzrosły o 0,3 proc. W porównaniu z sierpniem poprzedniego roku najbardziej wzrosły ceny związane z transportem (o 17,8 proc.) oraz z użytkowaniem mieszkań i domów (o 6,9 proc.).

Zanim poleje się krew

Placówki opieki medycznej muszą oszczędzać także i na bezpieczeństwie swoich pracowników.
Codziennie dochodzi do ponad stu zranień wśród pracowników ochrony zdrowia w Polsce, w związku z używaniem przez nich sprzętu medycznego. Takie dane można znaleźć w specjalistycznych publikacjach. Mogą być one jednak mocno zaniżone. Eksperci szacują bowiem, że na 6 przypadków zranień zgłaszany jest tylko jeden, pozostałe są bagatelizowane lub ignorowane i przez pracowników, i zwłaszcza przez pracodawców.
Zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej, od 11 maja 2013 r. istnieje obowiązek natychmiastowego (codziennego) raportowania o zranieniach i jak wynika z kontroli NIK, szpitale realnie wdrożyły tę procedurę. Nieprawidłowości dotyczyły natomiast przygotowywania przez placówki półrocznych raportów dotyczących zranień. W części szpitali dokumenty te sporządzano nierzetelnie, co zdaniem Izby ograniczało możliwość bieżącego korygowania błędów i zapobiegania im w przyszłości. Informacje o takich zdarzeniach nie zawsze bowiem wychodzą poza mury szpitalne.
„Problemem może być też fakt, że placówki ochrony zdrowia nie są zobligowane do przekazywania tych raportów jakiejkolwiek zewnętrznej instytucji. Nie tylko uniemożliwia to gromadzenie pełnych, wiarygodnych danych, ale także planowanie i podejmowanie skutecznych działań profilaktycznych, zmniejszających ryzyko wystąpienia negatywnych zdarzeń” – wskazuje NIK. Dlatego Izba złożyła wniosek do Ministra Zdrowia o wprowadzenie obowiązku przekazywania Państwowej Inspekcji Sanitarnej informacji na temat liczby zranień.
Czym grożą zranienia i ukłucia wśród personelu? Potencjalnie na zranienia narażonych jest nie mniej niż 247 tys. pracowników placówek ochrony zdrowia (pielęgniarki, położne, ratownicy medyczni lekarze dentyści, lekarze specjaliści w zakresie: chirurgii, położnictwa i ginekologii, anestezjologii i intensywnej terapii, medycyny ratunkowej).
W przypadku pracowników, takie niebezpieczne zdarzenia oznaczają możliwe kłopoty zdrowotne, w przypadku pracodawców potencjalnie wysokie koszty z powodu wypłaty odszkodowań, nieobecności pracownika, czy jego odejścia z pracy, albo przejścia na rentę. Przeprowadzona przez NIK analiza kosztów postępowań związanych z takimi zdarzeniami (badano lata 2017-2020) pokazała, że wyniosły one, zależnie od wagi zdarzenia, od 17 zł do nawet około 3 600 zł (przy czasowej niezdolności do pracy).
Wśród pracowników medycznych istotne jest także zagrożenie napromieniowaniem, na które narażonych jest nie mniej niż 192 tys. techników elektroradiologii, lekarzy radiologów i pielęgniarek. Kontrolerzy NIK nie stwierdzili w badanych placówkach przypadków niekontrolowanego napromienienia, ale ujawnili nieprawidłowości, które świadczyły o niezapewnieniu pracownikom pełnej ochrony. Na bezpośrednie napromieniowanie mogło być tam narażonych nawet 14 proc. z nich. Nieprawidłowości wystąpiły we wszystkich kontrolowanych szpitalach, choć w różnym wymiarze. Na przykład, pracownikom nie zapewniano właściwego nadzoru medycznego, który obejmuje okresowe badania lekarskie przeprowadzane co najmniej raz w roku. Zdarzały się szpitale i przychodnie, w których pracownicy przechodzili badania okresowe tylko raz na dwa – trzy lata.
Do tego by pracownicy placówek medycznych byli chronieni przed zranieniami i szkodliwymi dawkami napromieniowania podczas wykonywania swoich obowiązków zobowiązuje pracodawców Kodeks pracy i wynikające z niego przepisy bhp. W szpitalach generalnie tak organizuje się pracę miejsc udzielania świadczeń medycznych by zminimalizować takie zagrożenie, są także odpowiednie procedury i rozmaite środki ochrony indywidualnej, a także odpowiednie szczepienia ochronne. Niebezpiecznych sytuacji nie da się jednak całkowicie wyeliminować.
Zdarzają się też niedostatki wyposażenia. Jak zbadała NIK, w niektórych szpitalach nie było bezpiecznych igieł do pobierania krwi oraz tzw. ampułek bezigłowych – a to właśnie w związku ze stosowaniem szklanych ampułek oraz nieodpowiednich igieł najczęściej dochodzi do zranień. Kontrola NIK wykazała jednak, że w 92 proc. badanych szpitali zapewniano personelowi bezpieczny sprzęt medyczny, co oczywiście kosztuje. Ci dyrektorzy szpitali, którzy nie zwiększali wydatków na zakup bezpiecznych narzędzi medycznych tłumaczyli to – z reguły słusznie – trudną sytuacją finansową swoich placówek i wysokimi kosztami wyposażenia stanowisk pracy w sprzęt zapobiegający zranieniom.
Tymczasem, zdaniem NIK, szpitale powinny sukcesywnie zwiększać zakupy bezpiecznego sprzętu, tak by ryzyko zranień było maksymalnie ograniczane. Szczegółowe badanie wylosowanej próby 548 przypadków niebezpiecznych zdarzeń wykazało, że gdy doszło do zranienia, większość szpitali prawidłowo stosowała procedury przewidziane w takiej sytuacji. W kilku placówkach kontrolerzy NIK zauważyli jednak przypadki postępowania niezgodnego z obowiązującymi zasadami, wynikające z zaniedbań pracowników bądź niewłaściwego nadzoru pracodawcy. Chodziło zwłaszcza o zbyt późne zgłoszenie lub zaniechanie powtórnego, wynikającego z procedur, badania krwi osoby zranionej (po 3 i 6 miesiącach). „W Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Lublińcu na przykład, spośród 33 przypadków zranień, tylko w ośmiu przeprowadzono kolejne badania” – stwierdza NIK.
Jak pokazała kontrola NIK, badane szpitale tylko częściowo były przygotowane do minimalizacji ryzyka zawodowego związanego ze zranieniami. Choć w większości placówek właściwie powołano i odpowiednie służby, i komisję bhp, to jednak nie ustrzeżono się nieprawidłowości w ich funkcjonowaniu. Na przykład, wykonywanie zadań z zakresu bhp powierzano firmie zewnętrznej, co jest niezgodne z przepisami. Zdarzało się też, że, także wbrew przepisom, służba bhp nie podlegała bezpośrednio pracodawcy, co zdaniem Izby mogło ograniczać skuteczność przeprowadzanych przez nią kontroli i reagowanie na zagrożenia.
Tym niemniej, z ustaleń NIK wynika jednak, że w okresie objętym kontrolą w większości szpitali odnotowano stopniowy spadek ilości przypadków zranień. Trudniej ocenić jak jest w przypadku napromieniowania, bo tu skutki zdrowotne mogą ujawniać się po latach.

Seniorzy, do ławek i piór!

Do tej pory Uniwersytety Trzeciego Wieku nie mają umocowania ustawowego, a państwo nie zapewnia im stałego źródła finansowania.
Czy babcia i dziadek mogą iść na studia? Jasne, choć pewnie nie za bardzo będzie im się chciało zakuwać do egzaminów. Rozwiązaniem są Uniwersytety Trzeciego Wieku, o ile oczywiście funkcjonują one nie tylko w większych ośrodkach. Niestety nie zawsze tak jest. Lewica chce to zmienić i przygotowała projekt ustawy „Uniwersytet Trzeciego Wieku w każdym powiecie”.
W Polsce działa 640 tego typu placówek, ale funkcjonują one głównie w dużych miastach. 120 tysięcy studentek i studentów co roku chętnie uczestniczy w zajęciach, upatrując w tym szansę na zdobycie dodatkowej wiedzy, ale też na czerpanie większej radości z życia.
Uniwersytety Trzeciego Wieku to nic innego jak placówki dydaktyczne dla seniorów, których celem jest poprawa jakości życia osób starszych. Można w nich zdobywać wiedzę zgodną z zainteresowaniami oraz nabywać nowe umiejętności. W ofercie zajęć można znaleźć min. historię, zajęcia komputerowe czy też naukę języków obcych. Absolwentom tego typu zajęć z pewnością nie grozi wykluczenie cyfrowe.
Do tej pory nie mają one jednak umocowania ustawowego, ale i też państwo nie zapewnia im stałego źródła finansowania. Zdaniem lewicy, każda złotówka zainwestowana w tego typu placówkę, zwraca się poprzez oszczędności w wydatkach na leczenie. Aktywni seniorzy są po prostu zdrowsi zarówno fizycznie jak i intelektualnie. Dla osób na emeryturze niezwykle ważne jest poczucie przynależności do określonej grupy. Podczas zajęć nawiązują się liczne przyjaźnie, a obecność rówieśników dodatkowo dopinguje do wyjścia z domu i spotkań.
Według działaczy Lewicy, państwo powinno wspierać i popularyzować tę formę spędzania czasu. Uniwersytety Trzeciego Wieku to bowiem szansa dla seniorek i seniorów na powrót do pełni życia po okresie pandemii koronawirusa. Uniwersytety Trzeciego Wieku powinny funkcjonować w każdym powiecie, a w tym celu potrzebne są jasne zasady ich działania oraz wsparcie finansowe ze strony państwa.
Umożliwia to projekt ustawy przygotowany przez Lewicę, który zakłada stabilne finansowanie z budżetu państwa w wysokości 2 mld zł rocznie oraz prowadzenie działalności w oparciu o współpracę takiego Uniwersytetu z uczelnią wyższą oraz samorządem powiatowym. Uczelnie zapewnią kadrę wykładowczą oraz finansowanie zajęć, a samorządy stronę organizacyjno-administracyjną. Projekt zakłada, że stowarzyszenia, które prowadzą takie uniwersytety będą zawierać umowy z samorządami oraz uczelniami. Stałe wsparcie państwa powinno spowodować, iż będą powstawać nowe Uniwersytety Trzeciego Wieku, zwłaszcza na wschodzie naszego kraju. – Uniwersytety Trzeciego Wieku to szansa dla seniorek i seniorów na powrót do pełni życia po okresie pandemii koronawirusa. Głównym celem tego typu placówek jest działalność edukacyjna, integracja oraz aktywizacja osób starszych. Składając projekt „Uniwersytet Trzeciego Wieku w każdym powiecie” zdecydowaliśmy się na model francuski, czyli na współpracę z uczelniami wyższymi, co pozwoli na podniesienie poziomu prowadzonych zajęć. Francja to ojczyzna uniwersytetów trzeciego wieku, to tam powstały pierwsze tego typu inicjatywy, a Polska po Belgii była trzecim krajem, w którym rozpoczęto wdrażanie tej idei w życie. Proponujemy solidarność pokoleń, wymianę wiedzy oraz korzyści pomiędzy seniorami a społecznością akademicką – oświadczył pos. Marcin Kulasek, przewodniczący Podkomisji ds. Edukacji i Nauki.
Według niego, każda złotówka włożona w Uniwersytety Trzeciego Wieku przez państwo to znakomita inwestycja w zdrowie i sprawność intelektualną seniorów. Stabilne finansowanie tych placówek jest zaś szansą dla środowiska akademickiego na dodatkowe wynagrodzenia, a nauczyciele i wykładowcy akademiccy zapewnią im najwyższy poziom merytoryczny. Funkcjonowanie Uniwersytetów Trzeciego Wieku do tej pory nie było uregulowane ustawowo, co powoduje, że działają one w dużej mierze na zasadach społecznych
Pos. Wanda Nowicka powiedziała: – Uniwersytety Trzeciego Wieku są fantastyczną formą aktywizacji osób starszych oraz poprawy ich jakości życia, a także profilaktyki zdrowotnej, w szczególności zdrowia psychicznego i intelektualnego. Należy pamiętać, iż społeczeństwo się starzeje i w Polsce w tej chwili żyje 10 mln seniorek i seniorów, którzy potrzebują wsparcia, które będzie podnosiło ich jakość życia. Niech wysoka liczba tych uniwersytetów nas nie łudzi, że sytuacja jest idealna, ponieważ wciąż są białe plamy na mapie, co oznacza, że seniorki i seniorzy mają nierówny dostęp do tej formy aktywności. Uniwersytety Trzeciego Wieku po prostu nam się opłacają, dzięki nim osoby starsze będą żyły dłużej, ale też będą w znacznie lepszej formie.
Nie negując dobrych intencji lewicowych zwolenników Uniwersytetów Trzeciego Wieku wypada zauważyć, że niełatwo będzie wydawać dodatkowo 2 mld zł rocznie na ich funkcjonowanie, zaś uczelnie i samorządy zapewne nie będą zachwycone dodatkowymi zadaniami na rzecz tych placówek.

Oczywiście chcą płacić jak najmniej

Przedsiębiorcy zapowiadają, że uwzględnią wyższe koszty działania w cenach swoich produktów i usług, co odczują konsumenci.
Przedsiębiorcy nie są zadowoleni z rozwiązań podatkowych proponowanych przez rząd PiS. Doceniają oni wprawdzie, że w wyniku licznych uwag środowiska biznesowego rząd dokonał rewizji części rozwiązań zawartych w projekcie nowej ustawie podatkowej, ale uważają, że wprowadzone do projektu zmiany są zdecydowanie zbyt płytkie.
„Zwracamy ponadto uwagę na tempo, w jakim powstaje nowa regulacja – łączny tekst projektu wniesionego do Sejmu liczy sobie niemal 700 stron. Wydaje się, że powinien on zostać poddany dodatkowym, kompleksowym konsultacjom społecznym, których czas trwania powinien odpowiadać wyjątkowej obszerności proponowanego aktu” – stwierdza Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
ZPP jest zwolennikiem podatków przychodowych. Przedstawione rozwiązanie w postaci minimalnego podatku CIT liczonego od przychodu uważa więc za krok w dobrym kierunku. Docelowo proponuje jednak zastąpienie w ogóle podatku CIT powszechnym podatkiem przychodowym. Docenia też chęć skuteczniejszego opodatkowania międzynarodowych korporacji (a więc i wyrównania warunków konkurencji pomiędzy nimi, a polskimi małymi firmami).
Związek popiera zwiększenie kwoty wolnej od opodatkowania oraz waloryzację drugiego progu podatkowego i rozumie, że są to zmiany, które wymagają znalezienia źródeł finansowania. Nie zgadza się jednak na to, by koszty tej reformy ponosił prawie w całości polski mały biznes – i oczywiście zapowiada, że przedsiębiorcy uwzględnią wyższe koszty działania w cenach produktów i usług, przez co ostatecznie korzyści dla tej części konsumentów, dla której przewidziano obniżkę klina podatkowego, będą niższe niż zakładane.
„Jakkolwiek obniżenie stawki składki zdrowotnej dla osób prowadzących działalność gospodarczą i rozliczających się podatkiem liniowym z 9 proc. do 4,9 proc. jest zauważalną obniżką, tak w dalszym ciągu uważamy, że wprowadzenie takiej (pełnej) proporcjonalności to rozwiązanie uderzające bezpośrednio w polski biznes, a pośrednio – we wszystkich konsumentów. Zwiększone obciążenie firm to bowiem wyższe ceny produktów i usług, a Polacy już w tej chwili mierzą się z bezprecedensową od lat drożyzną” – podkreśla ZPP.
Zdaniem przedsiębiorców, jeżeli z jakichś przyczyn rząd uznaje za konieczne wprowadzenie proporcjonalności składki zdrowotnej dla firm, to jednak powinien istnieć jakiś kwotowy „sufit” sumy przeznaczanej przez przedsiębiorców co miesiąc na NFZ.
Mimo, że formalnie danina przeznaczana do tego Funduszu jest nazywana „składką”, jej wysokość nie determinuje w żaden sposób jakości bądź częstotliwości świadczenia zwrotnego. Innymi słowy, większe wpłaty do systemu opieki zdrowotnej nie wiążą się z indywidualnym podniesieniem jakości procedur.
Mając to na względzie przedsiębiorcy uważają, że maksymalny pułap składki powinien zostać ustanowiony i powiązany np. z wysokością minimalnej pensji. Składka zdrowotna powinna wynosić w skali miesiąca nie więcej, niż np. 35 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę. W ten sposób skala podwyżek obciążeń przedsiębiorców (a więc i podwyżek cen) byłaby ograniczona.
Cóż, jest to trochę demagogiczne tłumaczenie, z którego wynika, że najlepiej, aby przedsiębiorcy w ogóle nie płacili żadnych podatków, bo wtedy ceny będą bardzo niskie i wszystkim będzie się żyło lepiej.

Gospodarka 48 godzin

Korzyści z CPK
Specjaliści wskazują, że termin ukończenia Centralnego Portu Komunikacyjnego, ustalony początkowo przez rząd PiS na 2027 rok, jest już nierealny. To żadne zaskoczenie, bo od początku było wiadomo, że pomysł budowy CPK okaże się tylko propagandową lipę – choć przedstawiciele CPK mówią co innego i wskazują, że żaden termin jak na razie nie jest zagrożony. Tym niemniej, ta inwestycja przynosi już realne efekty, bo ludzie zatrudnieni w spółce mającej jakoby zajmować się budową tego lotniska, a zwłaszcza członkowie jej kierownictwa, zarabiają całkiem konkretne i wysokie pieniądze.

Dobroczyńcy Łodzi
Forum Obywatelskiego Rozwoju opublikowało raport pod egidą Leszka Balcerowicza, przewodniczący Rady FOR, dotyczący przemian w mieście Łodzi. Raport stwierdza, że fałszywe jest powszechne przekonanie, że Łódź była jednym z największych przegranych transformacji gospodarczej. W rzeczywistości bowiem Łódź była jedną z największych ofiar komunizmu, który zakonserwował XIX-wieczne fabryki w skansen produkujący niskiej jakości dobra dla ZSRR i RWPG. Po ich rozpadzie oraz otworzeniu się na rynki zagraniczne ta nieefektywna produkcja o niskiej wartości dodanej musiała się po prostu załamać. Raport oczywiście nie bierze pod uwagę tego, że łódzkie fabryki w ramach rozumnej transformacji możnaby stopniowo modernizować i restrukturyzować. Raport FOR podkreśla także, iż Łódź wciąż pod pewnymi względami odstaje od innych miast z wielkiej piątki, ale broń Boże nie jest to winą transformacji. Według raportu tak było od zawsze, co wynika z późnego powstania miasta, niekorzystnej struktury demograficznej mieszkańców oraz braku należytego wsparcia ze strony władz centralnych. Najważniejsze stwierdzenie raportu głosi zaś: Transformacja gospodarcza Łodzi powiodła się (sic!). Wedle raportu, mimo niekorzystnych warunków startowych, Łódź – przy wykorzystaniu przede wszystkim lokalnych zasobów – dokonała udanej transformacji gospodarczej, dostosowując swoją strukturę gospodarczą do wymogów gospodarki rynkowej. Województwo łódzkie również istotnie zmniejszyło swój dystans rozwojowy względem niektórych innych regionów, w tym do tych, do których trafiał znacznie większy strumień pomocy publicznej. Tak więc, z raportu FOR wynika, że Leszek Balcerowicz i jego transformacyjna ekipa to w istocie dobroczyńcy Łodzi.

Zły kierunek elektromobilności
Pod koniec sierpnia 2021 r. po polskich drogach jeździło 14 256 w pełni elektrycznych samochodów osobowych. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych liczył 1 125 sztuk, a autobusów 578 szt. Przede wszystkim rośnie jednak flota elektrycznych skuterów, motorowerów i motocykli, których na koniec sierpnia było już 11 425. Rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec sierpnia w Polsce funkcjonowało 1 631 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (3 178 wtyczek). Aż 69 proc. z nich stanowiły wolne ładowarki prądu przemiennego, co znacząco ograniczało możliwości pojazdów elektrycznych. Polska jest nie tylko opóźniona w elektromobilności, ale naśladując inne państwa, idzie drogą do nikąd. Jedyną szansę na powszechną elektromobilność daje bowiem skonstruowanie samochodów z szybko wymienianymi bateriami i stworzenie sieci stacji wymiany baterii, zamiast ich ładowania.

Fundusz Sprawiedliwości czyli rządowa kpina z ofiar

Pieniądze z Funduszu wprawdzie płyną, tyle, że akurat nadzwyczaj rzadko do pokrzywdzonych przestępstwem. Prominenci PiS wykorzystują jego środki po to, by utrzymać władzę.
Setki milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości są wydawane na dowolne cele i bynajmniej nie trafiają do ofiar przestępstw. Na razie jednak, wbrew zapowiedziom różnych mediów, jeszcze nie zostały ujawnione wyniki najnowszej kontroli NIK w Funduszu. Jedynie na konferencji prasowej 4 sierpnia, szef departamentu porządku i bezpieczeństwa publicznego Izby stwierdził, iż nieprawidłowości w FS są tak duże, że NIK wystąpiła do Centralnego Biura Antykorupcyjnego o zbadanie ujawnionych mechanizmów korupcjogennych.
Wydaje się, że mamy tu do czynienia z zastosowaniem brytyjskiej zasady „fleet in being”, czyli „flota w istnieniu” wedle której flota jest niebezpieczna dla wroga przez sam fakt swego istnienia, bez ruszania w bój – który przecież może sromotnie przegrać w kilka godzin. Dlatego właśnie Anglicy tak się bali „Tirpitza”, stojącego w norweskim porcie.
Podobnie i wyniki kontroli w Funduszu Sprawiedliwości są stałym zagrożeniem dla PiS-owskiego obozu rządzącego, czekającego na efektowny ale jednorazowy fajerwerk, jaki może zostać odpalony przez publikację ustaleń NIK. Na przykład, Ministerstwo Sprawiedliwości, które z reguły nie widzi swych błędów i przewinień, musiało już się przyznać, że NIK odrzuciła w całości wyjaśnienia resortu liczące aż sto stron, skierowane do Izby w odpowiedzi na jej wystąpienie pokontrolne. Jak widać, bardzo wątpliwe były te „wyjaśnienia” resortu Zbigniewa Ziobry. Inna sprawa, że trudno, aby były inne, skoro nazwa „Fundusz Sprawiedliwości” stała się dziś karykaturalna, zważywszy jak daleko odbiegła od rzeczywistości. Przypomina się orwellowskie Ministerstwo Miłości… A przecież to właśnie minister Ziobro odpowiada za to, w co zmienił się Fundusz.
Póki co, mamy do czynienia z chwilowym zawieszeniem broni (które wszakże w każdej chwili może zostać naruszone): rząd PiS nie śpieszy się z sięganiem po głowę Mariana Banasia i jego syna, a prezes Banaś nie śpieszy się z ogłoszeniem wyników tej kontroli.
Sporo już jednak wiemy. Co najmniej tyle, by przekonać się, że szczytne słowa, jakimi chwali się Fundusz Sprawiedliwości, brzmią jak jawna kpina słowa z ofiar przestępstw, które nie otrzymały pomocy z tego Funduszu, choć powinny.
Na stronie FS czytamy: „Wspieramy wszystkie osoby pokrzywdzone przestępstwem, osoby im najbliższe oraz świadków przestępstw /…/ Sprawiedliwe państwo to takie, które staje w obronie bezbronnych i słabych. Które niesie im skutecznie pomoc, gdy jest ona najbardziej potrzebna. Nie opuszcza ich w dramatycznych momentach, gdy padli ofiarą przestępstwa albo innego nieszczęścia, lecz ich wspiera. Pomagać sprawiedliwie to znaczy przyjąć takie reguły postępowania, które wynikają z poczucia solidarności z ofiarą przestępstwa”.
W rzeczywistości, Fundusz okazuje solidarność i pomoc, ale dla „dzieł” ojca Tadeusza Rydzyka. I tak, wsparcie z Funduszu Sprawiedliwości otrzymała fundacja Lux Veritatis, nadawca Telewizji Trwam. Lux Veritatis zajmuje się też badaniem postaw Polaków wobec Żydów w czasie wojny oraz „upowszechnianiem edukacji religijnej i społecznej”, a także zarządza Centrum Ochrony Praw Chrześcijan (które to prawa, jak wiadomo, są w Polsce nagminnie łamane).
Wśród beneficjentów Funduszu Sprawiedliwości znalazły się się też stowarzyszenie religijne Diakonia Ruchu Światło-Życie, Instytut Mediów Fundacja Niedziela, fundacja Życie, która „promuje wartości będące fundamentem życia rodzinnego”, Radio Warszawa (będące własnością kurii), fundacja Strażnik Pamięci (walcząca z „polonofobią”), fundacja Mamy i Taty zajmująca się „promocją małżeństwa i rodziny” oraz przeciwdziałająca „zjawiskom, które zagrażają lub godzą w moralność publiczną i dobre obyczaje”, fundacja Czyste Serca, która podejmuje „działania, aby każde małżenstwo było sakramentalne”, promuje „integralną wizja seksualności 3d” i pragnie „stale towarzyszyć młodzieży i dorosłym w życiu uczuciowym i seksualnym”. I tak dalej, i tak dalej.
Pomijając już nadzwyczajne zainteresowanie życiem seksualnym wykazywane przez rozmaite instytucje religijne w Polsce, oczywiste jest, że skoro są one wspierane przez Fundusz Sprawiedliwości, to będą gorliwie działać, by Prawo i Sprawiedliwość wygrało kolejne wybory i utrzymało władzę.
Warto tu przypomnieć, że Fundusz Sprawiedliwości (noszący początkowo nazwę Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym) został utworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej w 2012 r. i przez pierwsze lata spełniał swą funkcję, zawartą w nazwie. Gdy PiS zdobyło władzę, zmieniło przeznaczenie Funduszu, a także jego nazwę. Słusznie. Trudno, by nadal nosił on nazwę Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym, skoro już w pierwszym roku po objęciu władzy przez PiS, z 385 mln zł będących w Funduszu, na bezpośrednią pomoc ofiarom przestępstw wydano jedynie 19,7 mln zł. W planie na 2017 rok zaplanowano wydanie aż 117,9 mln zł – ale dla ofiar przestępstw przeznaczono zaledwie 16,4 mln zł
Jest to jedna z największych afer za rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale jej sprawcy dopiero wtedy będą mogli zostać ukarani, gdy obecna ekipa odda władzę. Na razie bowiem trudno liczyć na to, żeby CBA zbadała „mechanizmy korupcjogenne” o których mówił przedstawiciel NIK na wspomnianej konferencji prasowej.
Cokolwiek bulwersującego ujawni obecna kontrola NIK na wyniki której czekamy, nie będzie to niczym nowym. Już w 2018 r. miażdżące rezultaty przyniosła kontrola, przeprowadzona gdy szefem Izby był jeszcze Krzysztof Kwiatkowski. I co? I nic!. Spłynęła jak woda po kaczce, a jeśli cokolwiek się zmieniło w Funduszu Sprawiedliwości, to raczej tylko na gorsze.
W ówczesnej (i wciąż jak najbardziej aktualnej) ocenie NIK, potencjał Funduszu Sprawiedliwości, który przy udziale organizacji pozarządowych mógłby być narzędziem kompleksowej i efektywnej pomocy pokrzywdzonym, był dotychczas wykorzystywany w stopniu dalece niewystarczającym.
W naszym kraju popełniano wtedy rocznie średnio około 800 tys rozmaitych przestępstw. Jednakże z samych danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynikało, że pomoc z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym otrzymuje niewiele ponad 24 tys. osób. W rzeczywistości – bo dane resortu nie były wiarygodne – było ich zapewne znacznie mniej. „Kontrola wykazała, że wartość ta (24 tys.) może być kilkukrotnie zawyżona” – stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli.
Polska, jak wiele innych państw, jest w stanie jedynie w ograniczonym stopniu rekompensować ofiarom szkody spowodowane przestępstwem. Dlatego tak istotne jest, aby posiadane środki były jak najlepiej wykorzystywane, a pomoc finansowa trafiała do osób, które tej pomocy najbardziej potrzebują. Niestety, dzieje się zupełnie inaczej.
Wedle kontroli z 2018 r., Ministerstwo Sprawiedliwości nie zapewniło odpowiedniej i skutecznej pomocy ofiarom przestępstw. Gdyby nawet istniała wola naprawy tej skandalicznej sytuacji, to uniemożliwiały to rażące zaniedbania, panujące w ministerstwie kierowanym przez Zbigniewa Ziobrę. „Resort nie dysponował podstawowymi danymi, m.in. o liczbie pokrzywdzonych, liczbie postępowań karnych, w których występowali pokrzywdzeni, czy liczbie przestępstw uprawniających do ubiegania się o kompensatę” – stwierdzał raport Najwyższej Izby Kontroli.
W ocenie NIK brak tych danych uniemożliwiał resortowi rzetelne zaplanowanie wysokości środków przeznaczanych na pomoc pokrzywdzonym. Zdaniem Izby, rozwiązania prawne i organizacyjne nie tworzyły spójnego i kompleksowego systemu pomocy dla ofiar przestępstw. Pomoc ta była i jest realizowana przez różne instytucje, w ramach odmiennych systemów prawnych, które nie są ze sobą powiązane.
Ze środków Funduszu Sprawiedliwości powinny być udzielane dotacje dla organizacji pozarządowych. Zadaniem tych organizacji jest zaś wypłacanie pieniędzy na cele pomocy pokrzywdzonym przestępstwem i osobom im najbliższym (zwłaszcza na pomoc medyczną, psychologiczną, rehabilitacyjną, prawną i bytową). Już wtedy te dotacje trafiały nie do tych organizacji, do których powinny – ale oczywiście ów proceder nie miał obecnej skali.
Kierowane przez Zbigniewa Ziobrę Ministerstwo Sprawiedliwości miało i ma wszelkie narzędzia, by skutecznie oraz powszechnie pomagać osobom pokrzywdzonym przestępstwem. Nie chce jednak tego robić. Jak już w 2018 r wskazała NIK, środki pieniężne Funduszu Sprawiedliwości pozwalały na zaplanowanie i udzielenie pomocy osobom pokrzywdzonym oraz członkom ich rodzin, w znacznie szerszym zakresie, niż faktycznie miało to miejsce w latach 2016-2017.
Niestety, wydatki Funduszu dla ofiar przestępstw były na wyjątkowo niskim poziomie, w stosunku do stanu zgromadzonych środków. „Oznacza to, że Ministerstwo Sprawiedliwości nierzetelnie planowało i realizowało wydatki na pomoc pokrzywdzonym” – stwierdziła NIK.
Wśród tych, co w ogóle dostali jakiekolwiek pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, głównym beneficjentem pomocy (72 proc.) były osoby pokrzywdzone przemocą w rodzinie oraz uchylaniem się od alimentów – pomimo że oba te przestępstwa stanowią zaledwie ok. 3,3 proc. ogólnej liczby przestępstw popełnianych w skali roku w Polsce (przemoc w rodzinie – 2 proc., nie płacenie alimentów – 1,3 proc.).
W dodatku akurat te dwie kategorie pokrzywdzonych uprawnione są do szczególnej pomocy państwa z innych źródeł: w trybie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie oraz z Funduszu Alimentacyjnego. „Proporcja tej grupy beneficjentów pomocy, do pokrzywdzonych innymi kategoriami przestępstw, jest nieadekwatnie duża do rzeczywistej struktury przestępczości” – zauważa NIK.
Oznacza to, że na przykład ofiary rozbojów i pobić czy wypadków drogowych miały absolutnie minimalne szanse, żeby dostać jakieś wsparcie finansowe z Funduszu Sprawiedliwości. Nikt się tym jednak nie przejmował, bo Ministerstwo Sprawiedliwości nie przygotowało żadnych mechanizmów oceny efektywności funkcjonowania Funduszu. Nie przeprowadzało też kontroli wykorzystania dotacji, ani ich nie rozliczało. Generalnie, zaangażowanie resortu w wykorzystywanie środków Funduszu na rzeczywistą pomoc pokrzywdzonym, było praktycznie żadne. Przykład – wsparcie finansowe miało dostawać ponad 12 tys. ofiar najcięższych przestępstw przeciwko życiu i zdrowi w skali roku. W rzeczywistości, otrzymywało je około 30 osób rocznie!
NIK w 2018 r. podkreśliła też, że działania resortu uniemożliwiły likwidację barier w dostępie do pomocy ze środków Funduszu – czyli, zamiast pomagać ofiarom przestępstw, w istocie im szkodziły. Nieprawidłowa była współpraca ministerstwa z organizacjami pozarządowymi, które w imieniu państwa udzielały bezpośredniej pomocy pokrzywdzonym. Cóż, zapewne o to właśnie chodziło, by pomagać jak najmniejszej liczbie ofiar przestępstw – a środki Funduszu Sprawiedliwości przeznaczać na różne inne cele. Przyczyniło się do tego również zmniejszenie w 2017 r. liczby punktów pomocy z Funduszu Sprawiedliwości: z 281 do zaledwie 78. Dla porównania, w ramach systemu nieodpłatnej pomocy prawnej funkcjonowało wówczas prawie 1500 punktów w całym kraju – choć pożytek był i jest z nich marny, bo trudno tam uzyskać jakąkolwiek pomoc prawną.
Prawie całkowitą już likwidację w Polsce pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem spowodowały przepisy PiS-owskiego prawa o ustroju sądów powszechnych (weszło w życie z dniem 12 sierpnia 2017 r.). Doprowadziły one do znaczącego rozszerzenia zakresu wydatków Funduszu na inne cele.
Od tego czasu, formalnie zgodnie z prawem, pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości można wydawać także na przedsięwzięcia w ogóle niezwiązane z pomocą pokrzywdzonym. „Może to skutkować dalszym ograniczeniem realizacji podstawowych zadań Funduszu, czyli pomocy ofiarom przestępstw i ich rodzinom” – podkreśliła wówczas proroczo NIK. Podstawowe zadanie Funduszu, czyli bezpośrednia pomoc pokrzywdzonym przestępstwem stało się już praktycznie fikcją. Jak już w 2018 r. stwierdziła NIK, „w ogóle nie było bezpośredniego rekompensowania szkód”.
Wyniki obecnej kontroli NIK ujawnią najprawdopodobniej jeszcze więcej patologii w działaniach Funduszu Sprawiedliwości. Nikt jednak nie powinien być tym zaskoczony. Nihil novi.

Wróćcie na drogę praworządności!

Powyższy apel do PiS-owskiego rządu jest słuszny i cenny – ale brzmi tak, jakby ktoś namawiał wilka, aby zaczął bronić życia i zdrowia owiec.
To zła wiadomość: Komisja Europejska zwróciła się do TSUE o nałożenie kar na Polskę za niewykonywanie jego orzeczeń. Poinformowała o tym wiceszefowa KE Vera Jourova. Chodzi o niezastosowanie przez Polskę środków tymczasowych nakazujących zawieszenie nieuznawanej Izby Dyscyplinarnej.
KE rozpoczęła równocześnie wobec Polski procedurę naruszenia prawa Unii Europejskiej za niepodjęcie niezbędnych środków w celu pełnego wykonania wyroku TSUE stwierdzającego, że polskie prawo w zakresie systemu dyscyplinarnego sędziów jest niezgodne z prawem unijnym.
„Orzeczenia TSUE muszą być przestrzegane w całej Unii. Jest to konieczne do budowania i pielęgnowania niezbędnego wzajemnego zaufania zarówno między państwami członkowskimi, jak i obywatelami. Jesteśmy gotowi do współpracy z polskimi władzami, aby znaleźć wyjście z tego kryzysu” – napisała Jourova na Twitterze. Komisarz do spraw sprawiedliwości Didier Reynders dodał, że „Komisja nie zawaha się przed podjęciem wszelkich niezbędnych środków, aby zapewnić pełne stosowanie prawa Unii”.
Również szefowa KE Ursula von der Leyen podkreśliła, że „systemy wymiaru sprawiedliwości w całej Unii Europejskiej muszą być niezależne i sprawiedliwe, a prawa obywateli Unii Europejskiej muszą być gwarantowane w ten sam sposób, bez względu na to, gdzie mieszkają”.
W jakiej wysokości mogą być te kary? Warto przypomnieć, że wycinkę Puszczy Białowieskiej powstrzymała groźba 100 tys. euro dziennie. Czechy zażądały ostatnio za sprawę kopalni Turów 5 mln. euro dziennie. Decyzja leży w rękach TSUE.
W każdym razie tym razem idzie o kwestie ustrojowe. Unia Europejska, poszczególne państwa członkowskie, instytucje europejskie od lat ostrzegały władze Prawa i Sprawiedliwości, że wprowadzana przez nich reforma sprawiedliwości zagraża unijnej współpracy i porządkowi prawnemu Polski. Niestety – bez efektu.
Łamiące prawo unijne samorządy pięciu województw, które wprowadziły przepisy anty-LGBT, też dowiedziały się, że nie otrzymają przeznaczonego dla nich wsparcia finansowego, dopóki z tych dyskryminacyjnych zapisów się nie wycofają. To wyraźne sygnały, że sprawy zmierzają w niedobrym dla Polski kierunku.
Najwyższa pora, żeby się zastanowić i cofnąć. Muszę ostrzec, że to, co dziś się stało, to może być tylko pierwszy krok. Przypomnę, że poważne zastrzeżenia są również co do konstytucyjności Krajowej Rady Sądownictwa, wyboru władz SN i sposobu wyłonienia TK. Inaczej mówiąc cała reforma sądownictwa autorstwa PiS jest skażona wadą niepraworządności.
Zagrożone są Krajowy Plan Odbudowy i Polski Ład, który przecież opiera się o środki wspólnotowe. Upór PiS naraża tym samym wszystkich obywateli i cały kraj na duże szkody. Jedyne rozwiązanie – wrócić na drogę praworządności.

Gospodarka 48 godzin

Cisi i układni
W ostatni piątek nastąpiło oficjalne ukończenie budowy gazociągu Nord Stream 2, co stanowiło, jak piszą niemieckie media, pożegnalny prezent odchodzącej kanclerz dla Władimira Putina. A także dowód woli utrzymywania jak najlepszych stosunków między Niemcami i Rosją. Z tej okazji kanclerz Angela Merkel, która gościła w Polsce, oświadczyła jednoznacznie, iż popiera budowę Nord Stream 2. Co na to strona polska? Oczywiście nic. Warto w tym momencie poprosić, by Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów pochwalił się wynikami swych ciężkich i obszernie reklamowanych prac, które miały wstrzymać budowę Nord Stream 2. Panie prezesie Tomaszu Chróstny – teraz jest właśnie idealny moment, żeby poinformować o tym, co w tej sprawie zrobił UOKiK! Może wyręczy Pan premiera Mateusza Morawieckiego, który jak zwykle w podobnych sytuacjach wykazuje olbrzymią wstrzemięźliwość w słowach. Ów brak reakcji premiera jest jednak zrozumiały, bo przecież, jak oświadczył on po rozmowie z Angelą Merkel, polskie firmy rosną razem z niemieckim partnerami, a Niemcy są naszym głównym partnerem handlowym. Tak więc, PiS-owscy propagandyści mogą ujadać na Niemcy, ale przedstawiciele polskiego rządu na pewno nie powiedzą niczego, co mogłoby wywołać zmarszczenie brwi u pani kanclerz.

Badają ceny, ale nie te
W tym roku, ze względu na wysoką podaż świeżych jabłek oraz poziom zapasów po zeszłorocznych zbiorach, ceny jabłek w skupach są bardzo niskie. Według danych Światowego Stowarzyszenia Producentów Jabłek i Gruszek w lipcu 2021 r. zapasy jabłek w Polsce wynosiły 133 tys. ton, czyli 11 razy więcej niż w lipcu 2020 r. Były one również wyższe niż w lipcu 2019 r., a zatem w rok po rekordowych zbiorach z 2018 r. Dlatego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów polecił inspektorom Inspekcji Handlowej przeprowadzenie kontroli w punktach skupu. „Mają oni zbadać, czy trudnego położenia sadowników nie próbują wykorzystywać podmioty skupujące oraz przetwarzające jabłka, w szczególności poprzez zawarcie zmów cenowych czy nieuczciwe wykorzystanie przewagi kontraktowej. Chcemy zweryfikować, czy punkty skupu i przetwórcy nie wykorzystują niezgodnie z prawem sytuacji rynkowej do dodatkowego zaniżania cen skupu jabłek” – stwierdził prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Prezesowi Chróstnemu warto zasugerować, aby zbadał raczej ceny detaliczne jabłek, które mimo rekordowych zbiorów i zapasów, są w obecnym szczycie sezonu owocowego na zbójecko wysokim poziomie.

Podatek wzrośnie
W przyszłym roku zwiększą się i obowiązki przedsiębiorców, i faktyczne podatki płacone przez firmy. Od 1 stycznia 2022 r. przedsiębiorcy każdego miesiąca będą musieli wskazywać podstawę do składki zdrowotnej. Jednocześnie, w związku z tym, że składka zdrowotna liczona ma być od dochodu i nie może być mniejsza niż 9 proc. minimalnego wynagrodzenia, wzrośnie ona z minimum 53 zł miesięcznie do co najmniej 213 zł miesięcznie od każdego zatrudnionego na umowie o pracę. W ten sposób rząd PiS promuje zatrudnianie ludzi na umowach śmieciowych. Podwyżka składki spowoduje, że przedsiębiorstwa już nie będą płacić podatku wynoszącego 19 proc. dochodów lecz, jak obliczają eksperci, będzie to prawie 24 proc.