Ciemne chmury nad bałtycką rurą

Rząd Leszka Millera wstrzymał budowę nieopłacalnego gazociągu Baltic Pipe. Po latach powrócono do projektu, który dziś byłby może opłacalny, ale nie ma szans, by jak planowano, uruchomić Baltic Pipe w 2022 r, gdy wygasa długoterminowa umowa gazowa Polski z Rosją. Stracimy więc ważny atut negocjacyjny, sprzyjający obniżce cen gazu.
Baltic Pipe przedstawiany jest jako projekt o strategicznym znaczeniu dla polskiego rynku gazu, gwarantujący niezależne od obecnych źródło jego dostaw. Inwestycja miała rozpocząć działanie w 2022 roku, w którym to wygasa podpisany w 1996 r. kontrakt na dostawy z Gazpromem. Rząd deklarował, że długoterminowy kontrakt nie będzie przedłużony, a w przypadku niezrealizowania inwestycji ma także plan alternatywny (np. drugi gazoport w Gdańsku). Warto zastanowić się jednak, czy rzeczywiście istnieje jakiś plan uniezależnienia się od dostaw gazu ze wschodu. Strona duńska, która od początku była głównym partnerem inwestycji, jest znaczenie bardziej oszczędna w słowach i wykazuje dużo bardziej pragmatyczne podejście do projektu.
Temat wywołuje też gwałtowniejsze reakcje: w lutym 2017 r. przeprowadzone zostały ataki hakerskie na instytucje państwowe w Czechach, Polsce i Norwegii – państwach wspólnie zaangażowanych w plany realizacji projektów gazowych (Baltic Pipe oraz Korytarz Północ-Południe). Ponieważ sprawców nie udało się zidentyfikować, można wyłącznie spekulować kto i w jakim celu próbował włamać się do rządowych serwerów.
Obecnie trwająca próba realizacji inwestycji gazociągu nie jest pierwsza,a historia projektu sięga lat 2001 i 2007, kiedy projekt był dwukrotnie rozpatrywany i odrzucany, by zostać podjęty po raz trzeci w 2013 r. Czy tym razem Baltic Pipe dostanie zielone światło? Projekt Baltic Pipe jest gazociągiem o zakładanej przepustowości 10 mld m3. Inwestycja w liczący 230 kilometrów gazociąg ma zostać zrealizowana przez konsorcjum firm prowadzonych przez polski GAZ-System oraz duński Energinet.dk. GAZ-System jest jedynym polskim Operatorem Systemu Przesyłowego gazu, natomiast ten drugi partner odpowiada również za przesył energii elektrycznej.
Wstępne szacunki dotyczące kosztu inwestycji wynosiły 4 – 5,5 mld PLN, przy realizacji trwającej około 6 lat. Gazociąg Baltic Pipe wpisuje się w projekt tzw. Korytarza Północnego, łączącego złoża znajdujące się na szelfie norweskim (w których udziały ma częściowo strona polska) z infrastrukturą przesyłową Danii oraz Polski i składającego się z następujących komponentów: gazociągu złożowego, łączącego system norweski (Morze Północne) z punktem odbioru w systemie duńskim; rozbudowy zdolności przesyłowej systemu duńskiego; budowy tłoczni gazu w Zealand w Danii; budowy podmorskiego gazociągu międzysystemowego, łączącego Polskę z Danią oraz terminala odbiorczego po stronie polskiej; rozbudowypolskiego systemu przesyłowego.
Po stronie polskiej, Baltic Pipe ma stanowić jeden z elementów tzw. „Bramy Północnej”, na który składa się również planowana inwestycja rozbudowy przepustowości istniejącego w Świnoujściu terminala LNG o 2,5 mld m3, do poziomu 7,5 mld m3. Ponieważ projekt Baltic Pipe realizowany jest na terenie Unii Europejskiej, jest silnie wpisany w ramy projektów infrastrukturalnych w zakresie energetyki i paliw.
Sam projekt gazociągu znajduje się na liście projektów o znaczeniu wspólnotowym (PCI – Projects of Common Interest), który osadzony jest w ramach Baltic Energy Market Interconnection Plan. Celem BEMIP jest sprzyjanie dalszej integracji rynków krajów bałtyckich, poprzez inwestycje w połączenia międzynarodowe w zakresie elektroenergetyki i gazownictwa, takie jak np. NordBalt -połączenie elektroenergetyczne łączące Szwecję z Litwą czy LitPol łączące Litwę z Polską.
Próby realizacji Baltic Pipe próbowano już podejmować dwukrotnie: w 2001 oraz w 2007 r. Na początku wieku inwestycja miała być realizowana przez DONG Energy (duński koncern energetyczny) oraz PGNiG SA. Rozważano także dopuszczenie norweskiego Statoil jako udziałowca projektu. Ponieważ jednak wstępne studium wykonalności wykazało nieopłacalność inwestycji, Baltic Pipe został porzucony.
Kilka lat temu Leszek Miler odnosząc się do zarzutów o niezrealizowanie projektu w jego pierwszej formie skomentował, że projekt miał wymiar „propagandowy”. Ilość gazu zamawianego po stronie polskiej, która gwarantowałaby opłacalność projektu wynosiła 8 mld m3. Była to stanowczo za dużo, zwłaszcza, że gaz miał być dostarczany po cenie około 30 proc. wyżej od kontraktu jamalskiego i cen gazu na rynku lokalnym. Dodatkowo za niewykorzystaną przepustowość także trzeba było płacić (kontrakt typu take or pay).
Polska strona zagwarantowała odbiór w wysokości 5 mld m3, niestety Norwegowie, pomimo wstępnych deklaracji, nie byli w stanie znaleźć odbiorców na pozostałe 3 mld m3. W obliczu tak dużych braków zapotrzebowania na przesył projekt został zawieszony.
W 2007 r. na realizatora projektu po stronie duńskiej wybrano Energinet.dk oraz PGNiG SA. Na realizację Baltic Pipe wraz z gazociągiem Skanled (był to projekt gazociągu, który miał przesyłać gaz z Norweskiego Szelfu Kontynentalnego do punktu, w którym transport surowca przejęty byłby właśnie przez Baltic Pipe) Komisja Europejska zaproponowała wydzielenie 150 mln EUR.
W międzyczasie GAZ-System zastąpił PGNiG po stronie koordynatora inwestycji. Potrzebę chociaż częściowego uniezależnienia się od rosyjskiego gazu unaocznił rosyjsko – ukraiński kryzys gazowy w styczniu 2009 r. Poza inwestycją w Baltic Pipe, polski rząd zadeklarował wtedy przyspieszenie realizacji inwestycji w terminal skroplonego gazu LNG w Świnoujściu.
Pod koniec kwietnia 2009 r. PGNiG SA poinformowało o zawieszeniu realizacji projektu Skanled, co bardzo negatywnie wpłynęło na opłacalność Baltic Pipe. Konkluzją procedury przeprowadzonej przez GAZ-System był brak zainteresowania rezerwacją przepustowości i, w konsekwencji, ponowne zaniechanie realizacji projektu.
Po raz trzeci koncepcja Baltic Pipe została przywołana w 2013 r., przy okazji opracowywania listy Projects of Common Interest dla krajów Unii Europejskiej, która została opublikowana 18 listopada 2015 r. Na wstępną ocenę opłacalności projektu Komisja Europejska przeznaczyła 0,4 mln EUR. Studium wykonalności zostało ukończone pod koniec 2016 r. przez firmy EY, Ramboll, PGNiG i Energinet.dk i – zgodnie z komunikatami prasowymi – wykazało opłacalność projektu przy wypełnieniu oczekiwanych założeń.
Głównym celem tej inwestycji jest poprawa dywersyfikacji dostaw. Większość gazu zużywanego w Polsce pochodzi z importu: około 10 z 15,4 mld m3. Natomiast większość importu sprowadzana jest z Rosji: bezpośrednio (przez gazociąg Jamalski) lub pośrednio (poprzez dostawy z Niemiec i Czech). Od 2015 r. funkcjonowanie terminala LNG w Świnoujściu pozwoliło także na import gazu drogą morską.
Importowanie gazu z szelfu norweskiego nie musi koniecznie oznaczać bezpośredniego obniżenia cen (koszty przesyłu w przypadku nowej inwestycji mogą być dosyć wysokie i uwzględniać dodatkowe taryfy przesyłowe po stronie Danii), znacznym atutem będzie jednak niezależność dostaw. Im więcej bowiem będzie źródeł importu surowca, tym bardziej kraj importujący jest niezależny od zachwiania pewności dostaw jednego ze źródeł. I tak, w tym przypadku niedopłynięcie pojedynczego statku nie będzie groźne dla bezpieczeństwa całości zapasów gazu w kraju. Również w przypadku ograniczenia podaży gazu z Rosji w przypadku ciężkiej zimy lub problemów technicznych (jak miało to miejsce we wrześniu 2014 r.) będzie to mniej odczuwalne niż było dotychczas. Ceny gazu drastycznie wzrosną i może istnieć konieczność wykorzystania zapasów, jednak bezpośrednie zagrożenie niedoboru znacząco spadnie.
Przy założeniu konsekwentnego rozwoju źródeł dostaw oraz ukończeniu inwestycji w 2022 roku, polski rząd będzie miał najsilniejszy dotychczas atut w negocjacjach cenowych z Gazpromem. Prawdopodobnie zniknie już konieczność zawierania ponad dziesięcioletnich kontraktów na dostawy, a i ceny dostaw gazu będą bliższe cenom, proponowanym krajom Europy Zachodniej.
Kolejnym z pozytywnych aspektów tej inwestycji będzie integracja rynków skandynawskich (norweskiego i duńskiego) z rynkiem polskim, a w dalszej kolejności z rynkami ościennymi (Niemcy, Czechy, Słowacja). W praktyce oznacza to, że standard wymiany zostanie całkowicie ujednolicony, a różnice w cenie będą malały (ze względu na łatwość wymiany pomiędzy poszczególnymi krajami). Wpłynie to również na stabilizację cen w regionie – tańszy gaz może być transportowany na większe odległości niż np. energia elektryczna.
W przypadku rosnącego wolumenu obrotu gazem maleć będą również opłaty przesyłowe, co prawdopodobnie znajdzie swoje odzwierciedlenie w finalnej cenie dla odbiorcy końcowego. Malejące ceny wraz z rosnącym potencjałem podaży gazu (na rynek lokalny oraz rynki krajów ościennych) mogą pozytywnie przełożyć się na wzrost popytu na gaz w obszarze oddziaływania inwestycji. Prognozuje się, że zapotrzebowanie na gaz w Polsce wzrośnie. Więcej przedsiębiorstw może wprowadzić gaz obok energii jako surowiec służący do ogrzewania lub wspierania produkcji, natomiast konsument indywidualny może wykorzystać gaz do ogrzewania lub gotowania zamiast energii elektrycznej.
Wydawać by się mogło, że realizacja projektu Baltic Pipe może przynieść nam znaczne korzyści cenowe, strategiczne oraz rozwojowe, a wszystko to – realizowane na zasadach rynkowych, pomiędzy krajami o stabilnej sytuacji politycznej i świetnych kontaktach dyplomatycznych. Należy jednak pamiętać, że od pierwszej próby realizacji inwestycji minęło ponad 16 lat, a projekt w dalszym ciągu nie dostał zielonego światła. Z drugiej strony, nigdy jeszcze nie zaszliśmy tak daleko w realizacji tego gazociągu.

Niebezpieczne związki (w wodzie)

Jak jest gorąco, trzeba więcej pić. Jedni wybierają bardzo lansowaną od kilku lat kranówkę, inni wolą zostać przy tradycyjnych butelkach.
Woda na Ziemi często jest towarem wręcz deficytowym. W Polsce mamy to szczęście, że po prostu płynie z kranów i możemy z niej korzystać w niemal nieograniczonych ilościach. Od kilku lat trwa natomiast dyskusja, czy naprawdę kranówka w naszym kraju jest bezpieczna – czy może zdrowsza jest woda butelkowana, z jednej strony niezastąpiona (na przykład w trasie), z drugiej zaś także mająca przeciwników. – Jakość wody miejskiej jest obecnie bardzo wysokiej jakości. Jej producenci, czyli stacje uzdatniania stosują rygorystyczne normy, które decydują o tym, że oddają konsumentom wodę w pełni nadającą się do picia także w stanie surowym. Zanim trafi jednak ona do naszych kranów, musi przebyć długą drogę i tu najczęściej pojawiają się problemy – mówi specjalistka Anna Urbańska.
Chodzi o stare instalacje wodne z rur aluminiowych, ołowianych czy też miedzianych nadal występujące w wielu osiedlach i budynkach mieszkalnych. Właśnie to może powodować, że woda ma nienaturalny kolor, zapach, smak i występuje w niej np. miedź – chociaż zakłady wodociągowe pompują do rur wodę bardzo czystą.
Pod koniec XIX wieku możliwości analityczne w chemii były bardzo ograniczone, ale obecnie nauka rozwija się w bardzo szybkim tempie, a baza Chemical Abstracts Service zawiera w tym momencie aż 120 mln rozmaitych związków chemicznych. Oznacza to, że ludzie są w stanie wykryć niemalże każdy związek, także w produktach spożywczych i w wodach pitnych. Przykładem tego mogą być choćby rakotwórcze ftalany, które występują wszędzie, także w wodzie z kranu, jednak ich stężenie jest na ultraniskim poziomie, a ich obecność jest dla naszego organizmu całkowicie obojętna. Dzięki współczesnym możliwościom chemii analitycznej możemy wykryć na Antarktydzie np. dioksyny, które jednak nie pochodzą ze spalania śmieci a z naturalnej aktywności wulkanicznej.
Często, aby mieć pewność, że spożywana woda jest zupełnie czysta, używamy różnorodnych filtrów. Nawet jeżeli osiągniemy zamierzony efekt, nie zawsze oznacza to, że jest to dla nas korzystne. Proste, przelewowe filtry węglowe nadadzą wprawdzie wodzie pożądane walory smakowe, ale jednocześnie dogłębnie ją oczyszczą, pozbawiając cennych minerałów takich jak na przykład wapń czy magnez.
Obecnie w ramach określania dopuszczalnego składu wody pitnej, zarówno tej w butelce plastikowej czy szklanej, jak i tej płynącej z kranu uwzględnia się aż 57 różnorodnych parametrów, które musi ona spełnić. To między innymi pH (poziom kwasowości i zasadowości roztworów wodnych), przewodnictwo, zawartość związków organicznych i nieorganicznych, metali ciężkich, chromu. Przepisy mówiące o dopuszczalnej zawartości tych substancji w wodach pitnych są jasno określone i często rygorystyczne.
Normy te również uwzględniają i to, że jeśli w wodzie występują nawet jakieś szkodliwe związki, to w śladowych ilościach – i są one obojętne dla naszego organizmu. Dopuszczalne poziomy zawartości mogą się różnić dla „kranówki” czy na przykład wody w plastikowych butelkach PET. Dla przykładu w tej pierwszej może być dwa razy więcej miedzi i aż pięć razy więcej azotanów, niż w wodzie z butelki plastikowej.
Czy więc raczej wybierać wodę z kranu, czy może z butelki?. Na tak postawione proste pytanie nie ma jednak jednoznacznej odpowiedzi. Bardzo wysokie i ciągle rosnące standardy jakościowe dla wód pitnych, w praktyce eliminują możliwość tego, że woda z kranu oraz ta z butelki może w jakikolwiek sposób zaszkodzić zdrowiu. Technologie i normy stale idą do przodu, na przykład do produkcji butelek plastikowych PET nie używa się już plastyfikatorów oraz bisfenolu A, które to substancje teraz wykorzystuje się przede wszystkim do produkcji płyt i innych wyrobów z PCV.
Warto też pamiętać, że nie tylko butelki szklane, ale także i tworzywo PET, z którego produkowane są plastikowe butelki do napojów, nadaje się do recyklingu. Z materiału po recyklingu można wyprodukować kolejne butelki, nadając zużytemu plastikowi następne życie. Prawidłowa segregacja odpadów pozwala na takie zamknięcie obiegu surowców. To od zależy zaś, czy zużyte opakowanie stanie się porzuconym gdzieś w lesie albo przy rzece śmieciem, czy też może dzięki odpowiedniej segregacji trafi do recyklingu.
A woda, bez względu na to, jaką wybierzemy: kranówkę czy mineralną lub źródlaną z butelki – jest niezbędna dla naszego życia i zdrowia, więc sięgajmy po nią jak najczęściej.

Gospodarka 48 godzin

Widmo sądu i kary
Wbrew nieprawdziwym zapewnieniom przedstawicieli polskiej ekipy rządzącej, nie ma niestety szans na szybkie porozumienie z Czechami w sprawie kopalni węgla brunatnego Turów. Strona czeska przygotowuje jeszcze projekt umowy w tej sprawie, który ma być przedstawiony stronie polskiej. Później nastąpi spotkanie zespołów obu państw oraz negocjacje, które powinny prowadzić do zawarcia porozumienia i wycofania skargi przez Czechy. Szacuje się, że dla polskich podatników będzie to oznaczać dodatkowy wydatek wynoszący około 50 milionów euro, przeznaczony na pilne inwestycje mające zniwelować niekorzystne skutki funkcjonowania kopalni Turów. Ponieważ zapewnienia polskich przedstawicieli nie są wiarygodne dla Czechów, zamierzają się oni domagać możliwości regularnego kontrolowania sytuacji w Turowie przez własnych ekspertów. Jeśli po wyborach dojdzie do zmiany władzy, oczywiste jest, że członkowie PiS-owskiej ekipy staną przed sądem za doprowadzenie do tak wielkiej straty, której można było uniknąć przy zachowaniu minimum rzetelności w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Dziś jest to naturalnie niemożliwe, bo podporządkowana władzy prokuratura nie dopuści do postępowań przeciw prominentom PiS.

Dla dobrej promocji
Zakończyła się 31. edycja konkursu „Teraz Polska”, mającego nagradzać produkty i usługi wysokiej jakości, pochodzące z Polski. Laureatów w różnych kategoriach jest bardzo dużo, więc ich wymienienie jest tu niemożliwe. Można natomiast wskazać, że w tegorocznej edycji konkursu „Teraz Polska” nagrodzono produkty i usługi między innymi z branż: biotechnologicznej, odnawialnych źródeł energii, informatycznej, finansowej, medycznej, budowlanej, elektrotechnicznej, bezpieczeństwa oraz edukacyjnej. „Polacy wybierają produkty i usługi oznaczone Godłem „Teraz Polska”, bo właśnie takich produktów i usług potrzebują. Są świadomymi patriotami i pocieszające jest, że dotyczy to wszystkich pokoleń, w tym również ludzi młodych” – oświadczył Krzysztof Przybył, prezes fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Dotychczas w tym konkursie wzięło udział około 5 tys. polskich firm, zarówno dużych, jak i małych, rodzinnych, reprezentujących wszystkie branże krajowej gospodarki, spośród których nagrodzono łącznie aż ponad 750. Ponadto, w konkursie od 2017 r. przyznawane są tytuły Promotora Polski, wyróżniające osoby działające na rzecz społeczności lokalnych, których – jak twierdzą organizatorzy – „postawa zawodowa i społeczna przyczynia się do umacniania pozytywnego wizerunku naszego kraju”. Natomiast w tym roku wprowadzono wyróżnienie Młody Promotor Polski, które przyznaje Agata Kornhauser-Duda, wybierając spośród kandydatów nominowanych przez kapitułę nagrody „Teraz Polska”. W bieżącym roku nominowanymi zostali: Marcin Poręba, chemik ; Piotr Alexewicz, pianista; Jan Krzysztof Duda, szachista. Decyzją Agaty Kornhauser-Dudy Młodym Promotorem Polski 2021 został Piotr Alexewicz. „Ta nagroda jest dla mnie niespodziewanym i oczywiście wielkim wyróżnieniem. Występuję na wielu międzynarodowych konkursach, gram wiele zagranicznych koncertów i wszędzie jako Polak reprezentuję nasz kraj. Dlatego cieszę się, że moje dotychczasowe działania na rzecz ojczyzny zostały dostrzeżone” – powiedział nagrodzony.

Coraz słabsza siła militarna Polski

Pod panowaniem PiS systematycznie spada zdolność naszej armii do prowadzenia efektywnych działań na lądzie, morzu i w powietrzu.
Światowy Indeks Siły Militarnej (Global Fire Power Index – GFP), corocznie aktualizowany od 2006 r., obejmuje 140 potęg wojskowych. Mottem tego raportu jest wypowiedź Bertranda Russela: „Wojna nie decyduje o tym, kto ma rację – tylko kto został”.
Według jego autorów, indeks i ranking GFP opiera się na potencjalnej zdolności każdego kraju do prowadzenia wojny na lądzie, na morzu i w powietrzu toczonej konwencjonalnymi środkami (bez użycia broni nuklearnej). Wyniki badań obejmują wartości związane z siłą roboczą, wyposażeniem armii, zasobami naturalnymi, finansami, logistyką i geografią.
Sam indeks bazuje na 50 indywidualnych czynnikach (składnikach) monitorujących. Wartość idealna indeksu GFP to 0,0000; im jest mniejsza jego wartość tym silniejsza jest teoretyczna zdolność bojowa kraju przy użyciu środków konwencjonalnych. Ranking publikowany przez niezależną organizację (brak dokładnych o niej danych na stronie internetowej). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.globalfirepower.com
Pierwsze miejsce w rankingu siły militarnej zajmują Stany Zjednoczone z wartością indeksu na poziomie 0,0718 (w ubiegłym roku: 0,0606). Drugie miejsce zajmuje Rosja – 0,0791 (w ub. roku 0,0681), trzecie – Chiny – 0,0854 (0,0691), czwarte Indie – 0,1207 (0,0953) i piąte Japonia – 0,1599 (0,1501).
Polska zajmuje w aktualnym rankingu 23 miejsce (w ubiegłym roku 21) z wartością indeksu wynoszącą 0,4187 (w ub. roku 0,3397). W 2016 r. Polska zajmowała 18 miejsce. I w tym okresie systematycznie pogarszała zatem swoją pozycję.
W NATO (27 państw) Polska zajmuje pod względem siły militarnej dziewiąte miejsce (w ubiegłym roku ósme); za Kanadą a przed Grecją. Za nami są pozostali nowi członkowie Paktu Północno Atlantyckiego. Ostatni w rankingu członkowie NATO to Albania i Czarnogóra z indeksem 4,3841. W rankingu NATO nie są uwzględnione Islandia (bez stałej armii) i Luksemburg.
W Unii Europejskiej (jeszcze z Wielką Brytanią, w rankingu uwzględniono w sumie 25 państw) Polska zajmuje szóste miejsce; po Hiszpanii a przed Grecją. Pierwsze miejsce w UE zajmuje Francja – 0,1681 (w ub. roku 0,1702), Niemcy są na czwartym miejscu. Ranking UE nie uwzględnia Cypru, Luksemburgu i Malty.
Jeśli chodzi o uzbrojenie armii, to w dziedzinie samolotów i śmigłowców bojowych prym wiodą USA – 13.233. Rosja posiada 4.144 samoloty, Chiny – 3.260. Polska armia ma 469 jednostek latających i zajmuje 26 miejsce w ogólnym rankingu; po Meksyku i przed Syrią. W zakresie liczby lotnisk nasz kraj zajmuje 44 miejsce.
W rankingu siły militarnej bierze się pod uwagę oczywiście czołgi jako frontowe systemy walko pancernej. Jeśli chodzi o ich liczbę, to pierwsze miejsce ma Rosja – 13.000 (w ubiegłym roku 12.050), a po niej Korea Północna – 6.145. Polska armia posiada 1.069 czołgów i zajmuje 24 (w ubiegłym roku 20) miejsce w tym rankingu; po Japonii i przed Tajlandią. W zakresie potencjału i jakości dróg, a także linii kolejowych Polska zajęła 15 miejsce.
Jeśli chodzi o wyrzutnie rakietowe to pierwsze miejsce zajmuje Rosja – 3.860, a po niej Iran i Chiny. Na piątym miejscu są Stany Zjednoczone. Polska zajmuje tu 23 miejsce; po Białorusi i przed Bułgarią.
Pod względem siły marynarki wojennej i łodzi podwodnych pierwsze miejsce zajmują Chiny, potem są Rosja, Korea Północna i USA. Polska w tej dziedzinie zajmuje 29 miejsce; po Wielkiej Brytanii a przed Niemcami. Ranking uwzględnia wszystkie typy okrętów, w tym lotniskowce, okręty podwodne, korwety, fregaty, okręty wsparcie i jednostki pomocnicze. Nie są brane pod uwagę okręty lub inne jednostki pływające w budowie lub dopiero zamówione. Jeśli chodzi o liczbę portów morskich i terminali, to Polska zajmuje 71 miejsce.
W zakresie wielkości budżetów obronnych pierwsze miejsce zajmują USA – 740 mld dol, a po nich Chiny – 178 mld dol. Rosja wydaje na te cele 42 mld dol i zajmuje jedenaste miejsce. Polska według tego rankingu jest na 26 miejscu z kwotą 10,8 mld dol; po Pakistanie i Grecji. Nasi sąsiedzi wydają na cele obronne następujące sumy: Niemcy -57,4 mld dol, Ukraina – 9,6 mld mld, Czechy – 3 mld dol, Słowacja – 2,3 mld dol i Białoruś – 0,8 mld dol.
Raport uwzględnia roczne budżety wydatków na obronę każdego uczestnika rankingu GFP. Są to fundusze przydzielane przez rządy na pokrycie różnych aspektów funkcjonowania stałych sił zbrojnych, a mianowicie zaopatrzenia, utrzymania, wsparcia i emerytur. Dane pochodzą z oficjalnych źródeł a szacunki są dokonywane wtedy, gdy oficjalne dane nie są dostępne.
Jako ujemny czynnik siły militarnej kraju w rankingu GFP traktowany jest dług zewnętrzny. W tym subrankingu pierwsze miejsce, jako najbardziej zadłużony kraj świata zajmują Stany Zjednoczone z kwotą 19,9 bilionów dol, drugie Wielka Brytania – 8,1 biliona dol, trzecie i czwarte po 5,4 biliona dol, Francja i Niemcy. Chiny zajmują 13 miejsce z kwotą 1,6 biliona a Rosja 20 miejsce z kwotą długu 0,5 biliona dol. Polska usytuowała się na 29 miejscu z kwotą długu wynoszącą 241 mld $.
Jako dodatni czynnik jest natomiast traktowany produkt krajowy brutto według wartości parytetu siły nabywczej (PPP – Purchaising Power Parity). Tu pierwsze miejsce zajmują Chiny – 25,4 biliona dol, jako obecnie i od kilku już lat, największa gospodarka świata. Drugie miejsce zajmują Stany Zjednoczone – 19,5 biliona dol, trzecie Indie – 9,5 biliona dol. Rosja zajmuje 6. miejsce z sumą 4 bilionów dol. Polska znalazła się na 23 miejscu z sumą 1,2 biliona dol.
I wreszcie zasoby ludzkie, traktowane jako punkt wyjścia dla wszystkich innych wartości związanych z populacją i liczebnością potencjalnych sił zbrojnych; zazwyczaj bowiem im większa populacja tym większe siły zbrojne. I tu oczywiście pierwsze miejsce zajmują Chiny z liczbą ludności 1,4 mld osób, a zaraz po nich są Indie – 1,3 mld. USA zajmuję trzecie miejsce – 330 mln ludzi (według spisu ludności 2020), Rosja 9 – 142 mln. Polska w tym subrankingu zajęła 37 miejsce – 38,2 mln mieszkańców.
Nowym składnikiem Indeksu są siły paramilitarne, które wzmacniają zdolność bojową danego kraju w terenie. Niektóre kraje mogą wystawiać na front rezerwy i siły paramilitarne, a inne nie są zdolne do utrzymywania rezerw więc czynią siły paramilitarne istotnym elementem sił obrony. Inne z kolei oficjalnie nie popierają sił paramilitarnych, ale wciąż mogą ich używać.
Największe siły paramilitarne posiadają Bangladesz (6,8 mln osób), Korea Północna (6 mln osób) i Wietnam (5 mln osób). Chiny są na 8 miejscu (660 tys.) a Rosja na 9 (555 tys.). Polska znajduje się na 33 miejscu – 73,5 tys. osób. Wyprzedza nas m.in. Białoruś – 24 miejsce (110 tys.) oraz Ukraina – 29 (90 tys.). Z kolei Niemcy, Czechy i Słowacja nie posiadają takich sił. Wiele, nawet dużych krajów także nie posiada takich sił, np. Wielka Brytania
Na zamknięcie rankingu: znaczenie ma też terytorium do obrony, jako niezwykle ważny aspekt całości oceny siły militarnej kraju. Największym terytorialnie krajem świata jest oczywiście Rosja z powierzchnią 17,1 mln km kwadratowych, drugim jest Kanada, trzecim USA (po 9,9 mln km kw), a czwartym Chiny – 9,6 mln km kw. Polska zajmuje tu 68 miejsce.
Indeks Siły Militarnej 2021
Miejsce Wartość
USA 1 0,0718
Rosja 2 0,0791
Chiny 3 0,0854
Indie 4 0,1207
Japonia 5 0,1599

Kanada 21 0,3956
Tajwan 22 0,4153
Polska 23 0,4187
Wietnam 24 0,4189
Ukraina 25 0,4396

Zapomnijmy o mieszkaniach dla mniej zamożnych

W polityce mieszkaniowej „Polskiego Ładu” zawarto nietrafione propozycje, pogłębiające negatywne tendencje na tym rynku.
Cele i sposoby ich osiągania, postulowane w „Polskim Ładzie” i obecne w uprawianej od 2016 roku polityce mieszkaniowej rządu, mają wspólną cechę: nietrafiony dobór instrumentów. Nie tylko nie zapewniają realizacji zadanych celów, ale pogłębiają negatywne tendencje na rynku mieszkaniowym.
Program Mieszkanie+ mający udostępnić dach nad głową rodzinom, których nie stać na zakup mieszkania, zakończył się budową mieszkań o czynszach zbliżonych do rynkowych. „Polski Ład’ to odwrót od niezrealizowanego priorytetu polityki mieszkaniowej, aby wspierać mieszkania na wynajem o umiarkowanych czynszach – i powrót celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli zwiększenia dostępności do własnego mieszkania – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Zaproponowane w programie rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy, a ich efektem będzie przede wszystkim wzrost cen budowy mieszkań. Innym negatywnym skutkiem będzie rozlanie się miast i ekstensywna, generująca wysokie koszty realizacja infrastruktury technicznej i społecznej.
Program „Mieszkanie+ zakończył się klęską: mieszkań na wynajem (o wysokich czynszach, nieatrakcyjnych dla rodzin uboższych) powstało niewiele więcej niż 1 tys. Za to radykalnie wzrosła liczba budowanych mieszkań własnościowych (bardzo niska stopa oprocentowania kredytu). Dobrane instrumenty nie uwzględniły potrzeb i możliwości 60 proc. gospodarstw domowych (przede wszystkim młodych). Przeciwnie, zwiększony popyt na mieszkania przełożył się na wzrost cen (pogłębiając przy tym brak wiarygodności kredytowej rodzin niezamożnych), a niedobór mieszkań nie zmniejszył się.
I co w tej sytuacji proponuje nowy program zawarty w „Polskim Ładzie’? Odwrót od deklarowanego (ale i tak przecież nie stosowanego) priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach. W zamian wracamy do celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli – przede wszystkim – zwiększenia dostępności własnego mieszkania.
Proponowane instrumenty to pomoc w uzyskaniu wiarygodności kredytowej (gwarancja do kredytu na wkład własny) oraz dofinansowanie wkładu własnego dla rodzin wielodzietnych. I dodatkowo, ułatwienie budowy domów o wielkości zabudów do 70 metrów kwadratowych o płaskich dachach – możliwej bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia. Dodatkowo, przewiduje się dofinansowanie partycypacji do budownictwa TBS – a więc mieszkań na wynajem.
Proponowane w „Polskim Ładzie” rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy – wspierają wzrost popytu (gwarancje kredytowe, dotacje na wkład własny). Efektem będzie przede wszystkim wzrost cen realizacji mieszkań, tym groźniejszy, że nałoży się na silny od 4 lat trend wzrostowy – wskazuje TEP. Powtórzy się sytuacja z lat 2010 – 2015, kiedy pomoc finansowa w postaci dopłaty do stopy oprocentowania kredytów mieszkaniowych (Rodzina na Swoim, Mieszkanie dla Młodych) w znaczącej części przełożyła się na wyższe ceny materiałów budowlanych czy też ceny mieszkań oferowanych przez deweloperów.
Projektowane rozwiązanie budowy budynków jednorodzinnych o powierzchni zabudowy do 70 m. kw. bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia nie uruchomi mechanizmu na tyle zwiększającego podaż mieszkań, aby skutecznie wyhamować wzrost cen. Niesie natomiast za sobą inne zagrożenie – rozlania się miast i ekstensywnej, generującej wysokie koszty realizacji infrastruktury technicznej i społecznej – podkreśla TEP. Wymuszony, wynikowy sposób urbanizacji w zestawieniu z kosztami jej ucywilizowania – obowiązujące i postulowane standardy urbanizacji – spowodują znaczący wzrost kosztów rozwoju miast, miasteczek i wsi.
W rezultacie, rozwiązanie uwalniające od konieczności uzyskania pozwolenia na budowę, które miało uradować potencjalny elektorat, prowadzić może do swobodnej budowy swoistych slumsów 70 – metrowych klocków. Budowa infrastruktury towarzyszącej nie nadąży bowiem za podażą nowych mieszkań, a standardy urbanistyczne nie zostaną dotrzymane.
Gwarantowany przez państwo wkład własny biorących kredyt hipoteczny dostępny ma być dla osób od 20 do 40 roku życia, które nie posiadają wiarygodności kredytowej – nie są w stanie wywiązać się z warunku posiadania wkładu własnego w wysokości żądanej przez bank. Zagraża to uruchomieniem kolejnej (obok kredytów frankowych) pułapki popytowej na rynku mieszkaniowym.
Młode osoby bez wiarygodności kredytowej zachęca się do przyjęcia prezentu w postaci dostępności do własności nawet niewielkiego budynku mieszkaniowego (70 m.kw. zabudowy) zlokalizowanego na, siłą rzeczy tanich, nie uzbrojonych w infrastrukturę techniczną i społeczną gruntach. Funduje się im tym samym trudne życie – trudny dostęp do żłobków, przedszkoli, szkół, ośrodków zdrowia, brak kanalizacji, transportu publicznego, ośrodków kultury. A także naraża na potencjalną utratę zdolności do spłaty kredytu, a cały system bankowy – na utratę stabilności.
Wydaje się, że określenie tego, co dzieje się na rynku mieszkaniowym jako „ład mieszkaniowy” to smutny oksymoron, a przymiotnik polski ma tu znaczenie niwelujące. Jest zatem nadzieja, że powyższe czarnowidztwo nie sprawdzi się.
I tak, nie powstanie tyle małych, o płaskich dachach domków, a proces rozlewania się miast będzie przebiegał wolniej – projektowane 150 tys. zł gwarancji dla wkładu własnego okaże się bowiem zbyt małą (w świetle rosnących cen nieruchomości) kwotą, by licząca się grupa gospodarstw domowych mogła skorzystać z tej formy wsparcia wejścia w posiadanie własności nieruchomości. Tym samym dofinansowanie przez państwo budowy mieszkań społecznych stanie się głównym instrumentem dochodzenia do dachu nad głową. Wrócimy zatem do tak potrzebnego priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach.

Gospodarka 48 godzin

Polskie złoto
W sejfach Narodowego Banku Polskiego na koniec 2020 roku znajdowało się 228,7 tony złota. Jego łączna wartość to około 52,3 mld zł. Bezpośrednio przed nami na liście krajów z największymi rezerwami złota jest Austria, mająca 280 ton tego kruszcu. Pierwsze miejsce w Europie zajmują oczywiście Niemcy: 3362 tony złota, przed Włochami – 2452 zł. Natomiast na świecie największe rezerwy złota mają naturalnie USA: aż 8133 tony. Nie całe polskie złoto znajduje się w Polsce, część nadal jest przechowywana w Banku Anglii, co ze względu na nasze położenie geopolityczne i relacje z sąsiadami zaprowadzone przez PiS, stanowi dość bezpieczne rozwiązanie – acz trzymanie złota w Wlk. Brytanii kosztuje.

Dywidenda z parkietu
Przychody grupy kapitałowej Giełdy Papierów Wartościowych wyniosły 112,3 mln zł w pierwszym kwartale bieżącego roku. To wzrost o 15,5 proc. w stosunku do I kwartału 2020 r. Zysk EBITDA (przed potrąceniem odsetek, podatków i amortyzacji) wyniósł 53,6 mln zł (wzrost o 7,1 proc. rok do roku), a zysk netto osiągnął 38,7 mln zł (plus 32,1 proc. rdr) i jest o o 17,2 proc. mniejszy niż w IV kwartale 2020 r. W zeszłym roku zysk netto grupy GPW osiągnął 151 mln zł. Giełda zamierza wypłacić dywidendy za 2020 r. w łącznej wysokości 104,93 mln zł (2,50 zł na akcję). Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie walne zgromadzenie akcjonariuszy GPW, które zostało zwołane na 21 czerwca 2021 r. – W każdej grupie produktowej nastąpiła znacząca poprawa, a szczególnie cieszy utrzymanie pozycji europejskiego lidera pod względem dynamiki obrotów na rynku akcji. Przyszłość też się rysuje w jasnych barwach – mówi Marek Dietl, prezes giełdy. Na głównym rynku notowane są akcje 434 firm (383 krajowych i 51 zagranicznych), natomiast na parkiecie New Connect 376 (372 krajowych i 4 zagranicznych). Jak wskazują władze giełdy, GPW jest liderem wśród giełd Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby notowanych spółek i łącznej kapitalizacji spółek krajowych. Udział warszawskiej giełdy w obrocie akcjami na giełdach środkowoeuropejskich wynosić ma aż 81 proc. Obecnie trwają negocjacje w sprawie przejęcia większościowego pakietu akcji giełdy w Armenii przez GPW. W tym roku giełda obchodziła trzydziestolecie istnienia. 12 kwietnia 1991 r. ówcześni ministrowie przekształceń własnościowych i finansów podpisali akt założycielski spółki akcyjnej „Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.” Cztery dni później, w dniu sesji inauguracyjnej GPW handlowano akcjami pięciu spółek, a obrót wyniósł 1990 zł. Obecnie średni obrót sesyjny na GPW wynosi około 1,2 mld zł.

Wielki optymizm rządu
Rząd prognozuje, że produkt krajowy brutto Polski w 2022 r. wzrośnie aż o 4,3 proc. To dużo więcej od przewidywań uznanych specjalistów. Na przykład firma konsultingowa Standard and Poor’s przewiduje, że wzrost polskiego PKB w przyszłym roku wyniesie 2,7 proc. Równie optymistyczny jest rząd PiS w ocenie inflacji, która według niego w 2022 r. ma wynieść zaledwie 2,8 proc. Obecnie inflacja w Polsce wynosi aż 4,8 proc.

Coraz mniej można kupić

Inflacja w Polsce szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wzrost cen dóbr i usług jest przez nie dotkliwiej odczuwany.
W kwietniu ubiegłego roku Adam Glapiński i Mateusz Morawiecki ostrzegali, że nad polską gospodarką krąży widmo nie inflacji, lecz deflacji. Ostatnie kilkanaście miesięcy zweryfikowały ich ostrzeżenia: ceny w Polsce rosną niemal najszybciej w Europie. Inflacja w maju według Głównego Urzędu Statystycznego wyniosła 4,8 proc. w skali roku i była najwyższa od 10 lat.
Jeśli taka inflacja utrzyma się w całym 2021 roku, przeciętny Polak, chcąc zachować swój standard życia, wyda o prawie 700 zł więcej niż rok wcześniej. Jeśli zaś ta inflacja utrzyma się w najbliższych 12 miesiącach, a oprocentowanie rachunków bieżących i lokat nie zmieni się, przeciętny dorosły Polak straci w ujęciu realnym prawie 1200 zł – zwraca uwagę Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Inflacja stanowi formę ukrytego podatku. „Ukrytego”, ponieważ nie wprowadza go ustawą parlament, a jego działanie jest słabo rozumiane przez społeczeństwo; nie widzimy go też w rozliczeniu rocznym. „Podatku”, ponieważ największym beneficjentem inflacji jest sektor finansów publicznych (państwo) – twierdzą ekonomiści FOR dr Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. Stratę 40 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach z powodu ujemnych realnych stóp procentowych w ciągu ostatnich 12 miesięcy szacują na 5,4 mld zł
Inflacja szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wpływ cen dóbr i usług konsumpcyjnych jest dla nich silniej odczuwalny. Gospodarstwa o niższych dochodach lokują stosunkowo więcej swoich oszczędności w instrumentach nieodpornych na inflację (gotówka i depozyty bankowe). Z powodu inflacji oszczędności te tracą wartość – z miesiąca na miesiąc coraz mniej można za nie kupić. Przy 5-proc. inflacji kwota 10 tys. zł jest po roku warta zaledwie nieco ponad 9,5 tys. zł.
Od kilkunastu miesięcy Polska pod względem inflacji mierzonej przez Eurostat jest w czołówce wszystkich krajów europejskich. W 2020 r., kiedy w wyniku kryzysu w większości krajów Unii Europejskiej poziom cen malał albo pozostawał z grubsza niezmieniony, w Polsce ceny rosły. Polska na zmianę z Węgrami jest unijnym liderem pod względem najszybciej rosnących cen. W kwietniu roczna inflacja w Polsce wyniosła 5,1 proc., na Węgrzech 5,2 proc., podczas gdy w strefie euro 1,6 proc. Od początku 2020 r. ceny w Polsce wzrosły o 6,6 proc, na Węgrzech o 6,1 proc., podczas gdy w strefie euro o 2 proc. Podobny trend inflacyjny w Polsce ukazuje też wskaźnik cen i usług konsumpcyjnych mierzony przez GUS.
Prezes NBP Adam Glapiński w swoich komentarzach tłumaczył, że wysoka inflacja w Polsce jest efektem wzrostu cen żywności, paliw i energii, które są poza kontrolą polityki pieniężnej. Po pierwsze, te czynniki dotyczą wszystkich krajów UE, a jednak w tych krajach inflacja jest dużo niższa niż w Polsce. Po drugie,nawet jak oczyścimy trendy inflacyjne ze zmian cen energii, żywności i używek (taki miernik nazywamy inflacją bazową), to okazuje się, że i tak ceny w Polsce rosną wyraźnie szybciej niż krajach UE i innych krajach naszego regionu – podkreślają Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. W kwietniu br. roczna inflacja bazowa w tym ujęciu wyniosła 5,2 proc. utrzymując się na podobnym poziomie od roku. Na Węgrzech roczna inflacja bazowa wyniosła w kwietniu 2,6 proc., a w strefie euro 0,7 proc.
Ekonomiści FOR przypominają, że ogólny wskaźnik inflacji mierzy wzrost cen dla „przeciętnego” konsumenta. Oznacza to, że są konsumenci, dla których koszyk dóbr i usług konsumpcyjnych zdrożał znacznie bardziej niż średnia. Świadczy o tym też percepcja wzrostu cen przez gospodarstwa domowe. Zgodnie z ankietą Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH prawie 60 proc. społeczeństwa ocenia, że obserwowany wzrost kosztów utrzymania jest „znaczący”, podczas gdy w 2016 r. takich respondentów było zaledwie 15 proc. Społeczeństwo nie ufa w zapewnienia prezesa banku centralnego, że inflacja jest przejściowa. Ponad 48 proc. uważa, że inflacja przyspieszy, a prawie 35 proc., że utrzyma się na dotychczasowym, wysokim poziomie. Niska wiarygodność banku centralnego i jego upolitycznienie mogą wywołać spiralę płacowo-cenową – w oczekiwaniu dalszego wzrostu cen, pracownicy będą domagać się coraz wyższych wynagrodzeń, co z kolei będzie przekładać się na wzrost cen wytwarzanych przez nich produktów. Ponadto konsumenci i firmy w trakcie zamknięcia gospodarki zgromadzili duże oszczędności, które mogą wylać się wkrótce na rynek. Do normalnego popytu dołoży się tzw. popyt odroczony.
Dodatkowo rząd prowadzi silnie procykliczną politykę fiskalną, a w „Polskim Ładzie” zapowiedział dalsze rozluźnienie polityki fiskalnej o co najmniej 2 proc. PKB, w tym stymulowanie popytu mieszkaniowego oraz transfer do emerytów i rencistów – zwracają uwagę S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa rząd zakłada, że PKB będzie już w 2022 r. powyżej swojego potencjału o 0,7 proc. (dodatnia luka produktowa), a w 2024 r. o ok. 2 proc., podczas gdy średnio w UE będzie ujemna (- 0,4 proc.), a w niektórych krajach nawet bliska minus 3 proc. Ich zdaniem, zapowiadane w „Polskim Ładzie” rozdawnictwo i stymulacja popytu, szczególnie w obszarach o dużych barierach podażowych oraz nieodpowiedzialna polityka banku centralnego będą skutkowały nakręcaniem inflacyjnej spirali płacowo-cenowej – zwłaszcza, że w zasadzie trudno znaleźć obecnie czynniki osłabiające inflację w Polsce.
Ryzyko inflacyjne jest bardzo duże, co dostrzega wiele instytucji i ekonomistów na całym świecie. NBP, mimo że zgodnie z Konstytucją RP „odpowiada za wartość polskiego pieniądza”, bagatelizuje jednak to ryzyko. Przy relatywnie wysokiej inflacji polski bank centralny utrzymuje stopy procentowe na niemal zerowym poziomie, podobnym jak w innych krajach rozwiniętych. Ekonomiści FOR twierdzą, że są one nieadekwatne do wysokiej inflacji i zagrożeń inflacyjnych w przyszłości. Skutkiem tego są wysoce ujemne realne stopy procentowe, co Polskę wyróżnia negatywnie na tle krajów Europy Zachodniej i członków Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Można więc odnieść wrażenie, że w Polsce realizowana jest strategia monetarna sprzyjająca za wszelką cenę rządowi, nie zważając na koszty ponoszone przez społeczeństwo i ryzyko inflacyjne w przyszłości. Na takiej strategii zyskuje rząd, a traci w sposób niejawny, poprzez tzw. podatek inflacyjny, społeczeństwo.
Podatek ten jest szczególnie dotkliwy, gdy bank centralny utrzymuje stopy procentowe niższe od inflacji – w takiej sytuacji gospodarstwa domowe i firmy nie są w stanie ochronić siły nabywczej swoich pieniędzy. Wiele gospodarstw domowych odkłada z myślą o większych wydatkach (pralka, telewizor czy remont). Przy dużej inflacji może okazać się, że zamierzone cele w najbliższym czasie staną się nieosiągalne, a okres odkładania wydłuży się o kilka lat.
Polskie władze monetarne, tolerując inflację wyższą niż we wszystkich pozostałych krajach UE i utrzymując niemal zerowe stopy procentowe, tworzą sytuację, w której dodatkowe korzyści kosztem społeczeństwa odnosi rząd. Podwyższona inflacja powoduje bowiem wzrost bazy podatkowej – kiedy rosną ceny i dochody, rosną też wpływy z VAT i podatków dochodowych. Jeśli zaś państwo nie waloryzuje progów podatkowych (albo waloryzuje je z opóźnieniem), coraz więcej osób płaci podatki według wyższych stawek, chociaż nie płaciłoby ich przy takich samych dochodach realnych w okresach wcześniejszych – podkreślają ekonomiści FOR. Inflacja obniża też realną wartość państwowego zadłużenia, co oznacza, że państwo po latach realnie oddaje mniej, niż pożyczyło. Minister finansów Tadeusz Kościński wielokrotnie przyznawał, że wyższa inflacja to wyższe dochody budżetowe.
Dochody z VAT czy podatku dochodowego od osób fizycznych są silnie zależne od nominalnego poziomu wydatków gospodarstw domowych i ich wynagrodzeń. W ujęciu statycznym wpływ inflacji na dochody z tych dwóch podatków w 2020 r. można szacować na ok. 6 – 8 mld zł. Wpływy z VAT w ujęciu nominalnym zwiększyły się o ok. 2 proc, ale po uwzględnieniu inflacji realnie spadły o 1,4 proc. Podczas gdy dochody podatkowe zależą bezpośrednio od inflacji, wydatki w budżecie są sztywnym, nominalnym limitem – wskazują S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż kolejną korzyścią dla rządu z wysokiej inflacji jest tzw. efekt wyrastania z długu. W „wyrastaniu” relacji długu publicznego do PKB pomaga zarówno realny wzrost PKB, jak i inflacja – a historia gospodarcza pokazuje, że po wojnach, gdy zadłużenie krajów mocno wzrasta, pomocna w spłacie długów wojennych jest duża inflacja.
Niektórzy ekonomiści w Polsce wprost mówią o tym, że potrzebujemy inflacji, by wyrastać z długu. W 2020 r. dług sektora finansów publicznych w relacji do PKB wyniósł 57,5 proc. Gdyby procesy inflacyjne kształtowały się tak jak w strefie euro (średnioroczna 0,3 proc. zamiast 3,6 proc.), to relacja ta byłaby o 2 pp. wyższa (ok. 40 mld zł). Jeden punkt procentowy nadmiarowej inflacji pomaga redukcji długu o ok. 13 mld zł. Jednak podwyższona inflacja nie jest darmowym obiadem. Uszczupla oszczędności społeczeństwa i powoduje wiele innych kosztów dla gospodarki.
Ujemne realne stopy procentowe zwiększają też zagrożenie, że gospodarstwa domowe chcąc uciec przed inflacją zostaną wepchnięte w ryzykowne, pseudo-lokaty w instytucjach parabankowych.
Inflacja zmniejsza realną wartość zobowiązań. Na wysokiej inflacji i niskich stopach procentowych więcej zyskują oczywiście ci, którzy mają większe zadłużenie, a w tym gospodarstwa domowe o wysokich dochodach. W opinii niektórych ekonomistów i publicystów sposobem na ochronę realnej wartości oszczędności są indeksowane inflacją dziesięcioletnie obligacje skarbowe. W rzeczywistości jednak ze względu na stałe odsetki w pierwszym roku oraz 19-procentowy podatek od dochodów kapitałowych obligacje te chronią obecnie tylko przed średnią inflacja niższą niż 3,6 proc. Jeśli przez najbliższą dekadę średnia roczna inflacja będzie wyższa niż 3,6 proc. to inwestycja w obligacje 10-letnie przyniesie w ujęciu realnym stratę. To w pewnym sensie pułapka na oszczędzających – zauważają S. Dudek i M. Zieliński.
W 2020 r. prezes NBP powiedział: „W oczy zagląda nam groźba deflacji – inflacja jest teraz ostatnim problemem”. Premier przewidywał zaś: „Zjawiska, które będą nam w najbliższym czasie groziły, to są zjawiska deflacyjne”. Od tego czasu inflacja w Polsce jest wyższa niż przed wybuchem pandemii. Rząd i władze monetarne ryzykują trwałym nakręceniem spirali płacowo-cenowej, która może wywołać uporczywą i wysoką inflację. Ryzykują wartością polskiego pieniądza, za którą zgodnie z Konstytucją odpowiadają. Ta strategia nie służy odbudowie i rozwojowi, ale pomaga w utrzymaniu władzy przez obecny obóz rządzący. Rachunek za to płacą zwykli obywatele.

Sondaż, czyli oczywista oczywistość

Na co Federacja Konsumentów wydaje pieniądze uzyskane z Unii Europejskiej?
Pandemia znacznie ograniczyła naszą aktywność w wielu dziedzinach życia. Często pracujemy i załatwiamy szereg spraw codziennych zdalnie. Federacja Konsumentów postanowiła zbadać stan wiedzy Polaków na temat żywności i odżywiania oraz ich zwyczaje zakupowe.
Badanie, w formie wywiadu telefonicznego i na panelu internetowym objęło w większości osoby, które w większości miały wpływ na zakupy żywności. 79 proc. badanych kobiet deklarowało, że to one decydują, jaką żywność kupują, natomiast 49 proc. mężczyzn określało się mianem współdecydujących o zakupach.
Jak pokazało badanie, niemal wszyscy robią zakupy raz w tygodniu (94 proc.), a częściej ci, którzy mieszkają w gospodarstwach z większą ilością osób, w tym z dziećmi – co trudno uznać za jakieś odkrycie. Większość kupuje żywność w sklepach stacjonarnych, a tylko dwóch na pięciu badanych kupuje ją on-line. Korzystanie z zakupów przez Internet zależy od wieku, poziomu dochodów konsumentów i rodzaju diety.
FK przeprowadziła także test wiedzy dotyczący zdrowego odżywiania,składu i warunków przechowywania żywności. Jak stwierdza Federacja, test nie sprawił większych trudności, a 89 proc. badanych ma ocenę przynajmniej dostateczną. „Na ogół respondenci realistycznie oceniają swoją wiedzę o bezpieczeństwie żywności, co widać w zestawieniu deklarowanego poziomu wiedzy i wyniku testu. Wyniki były zróżnicowane w zależności od posiadanego wykształcenia” – odkrywczo podsumowano.
Spytano też, jak konsumenci rozumieją określenie „bezpieczna żywność”. Największy odsetek badanych wskazał, że bezpieczna jest zdrowa żywność, szeroko rozumiana przez konsumentów. W dalszej kolejności zwracano uwagę na przydatność do spożycia, brak sztucznych dodatków (tzw. „chemii” – konserwantów) i to, czy produkty są ekologiczne. Wśród konsumentów (64 proc. ) przeważa pogląd, że żywność wytwarzana przez lokalnych producentów jest bardziej bezpieczna i dlatego chętnie ją kupują.
Federacja Konsumentów zapytała też konsumentów o ich zwyczaje żywieniowe. Prawie 70 proc. odpowiedziało, że preferuje tradycyjne dania kuchni polskiej. Kobiety chętniej gotują od mężczyzn, są bardziej otwarte na stosowanie nowych produktów i receptur, produktów ekologicznych, zwracają uwagę na ilość spożywanej soli. „Wyniki badania pokazują, że czynniki demograficzne, stosowane diety wpływają na styl życia i zwyczaje żywieniowe, różnicują postawy wobec zakupów” – stwierdza FK. Większość badanych (87 proc. ) deklaruje, że zwraca uwagę na bezpieczeństwo kupowanej żywności.
Najważniejszym pytaniem, którego Federacja Konsumentów nie postawiła, jest jednak: dlaczego w ogóle przeprowadzono ten sondaż? Jak widać, przyniósł on wyniki tak oczywiste i znane od lat jak to tylko możliwe, z których nic dla nikogo nie wynika. I oczywiste również było, że takie właśnie przyniesie.
Z powstaniem Federacji Konsumentów przed laty łączono w naszym kraju spore nadzieje. Liczono, że doprowadzi ona do stworzenia w Polsce autentycznego, silnego ruchu konsumenckiego, o jakim słyszeliśmy w państwach zachodnich. Niestety, nadzieje okazały się płonne. Federacja Konsumentów nie raz wskazywała na swe skromne środki. Szkoda więc, że marnuje je na podobne, pozbawione jakiegokolwiek sensu sondaże, zamiast zająć się jakimiś autentycznymi badaniami dóbr i usług ważnych dla obywateli.
Sondaż ten, jak podaje FK, został sfinansowany jako tzw. sub-grant z „BEUC Capacity Building Programme”, finansowanego z kolei przez Komisję Europejską w ramach projektu „Food – od wzmocnienia potencjału organizacji konsumenckiej do edukacji konsumenckiej”. Bogate państwa zachodnie mogą sobie przeznaczać środki unijne na rozmaite dyrdymały. Państwa na dorobku, jak Polska, powinny jednak bardziej szanować pieniądze z UE i wykorzystywać je dla rozsądniejszych celów, niż podobne sondaże.

Gospodarka 48 godzin

Duńska troska o faunę
Chwieje się w posadach planowany od kilkunastu lat, projekt poprowadzenia rurociągu z norweskich złóż gazu do Polski. Pod panowaniem PiS pozycja międzynarodowa Polski znacznie osłabła, więc Dania woli mieć lepsze relacje z Rosją i Niemcami. Już w 2019 r. Dania zgodziła się na gazociąg Nord Stream 2 pod Bałtykiem, a teraz wstrzymała budowę gazociągu z Polski do Norwegii (biegnącego właśnie przez Danię). Pretekstem dla Duńczyków stała się ochrona niektórych gatunków myszy i nietoperzy. Jak wiadomo, Dania wykazuje wielką troskę o dobro zwierząt, czemu daje wyraz między innymi zabijając i ćwiartując żyrafy oraz lwy w ZOO na oczach dzieci, żeby się uczyły na czym polega duńskie hygge, czyli wewnętrzna równowaga, bezpieczeństwo i szczęście. Może dlatego Dania przoduje w statystyce samobójstw?

Nowy rozkład jazdy
Obowiązuje od 13 czerwca. Przewiduje stopniowe uruchamianie pociągów wakacyjnych. Wrócą połączenia dalekobieżne do Zakopanego (m.in. z Krakowa, Warszawy, Gdyni), a także do Hajnówki, ale nie dalej. A kiedyś, za ponurych czasów komuny, były nawet do Białowieży, co dobrze służyło ekologii. W 2015 r. mówiono o rewitalizacji linii Hajnówka – Białowieża, ale gdy PiS objęło władzę, oznajmiono, że rewitalizacji na razie nie będzie. W okresie wakacyjnym zostanie też przedłużone połączenie kończące się w Zagórzu – do Leska i Uherców Mineralnych. W czasach normalniejszych dla kolei (czyli też „za komuny”) prowadziło zaś jeszcze dalej, bo aż do Ustrzyk Dolnych w Bieszczadach. Od 13 czerwca w woj. kujawsko-pomorskim rozpoczną się prace na trasie Toruń Wschodni – Chełmża, a za pociągi pojadą autobusy. Nowy rozkład jazdy pogorszy także w miarę dogodne, bezpośrednie poranne połączenie kolejowe z Radomia do Warszawy Centralnej, które o godz. 5.30 zapewnia dojazd do pracy w stolicy na 7.21 (i możliwość drzemki, o ile ktoś ma miejsce siedzące). Od 13 czerwca pociąg wyruszać będzie z Radomia o 5.20 i dojedzie tylko do Warszawy Zachodniej o 7.17. Natomiast pierwszy bezpośredni pociąg z Radomia do Warszawy Centralnej wyruszy dopiero o 9.45, by przyjechać do stolicy na 11.43. PKP Polskie Linie Kolejowe informują jednak, że od 28 czerwca „zaplanowano” bezpośrednie połączenia miedzy Radomiem a Warszawą Centralną (co niekoniecznie musi oznaczać, że na pewno ruszą one w tym właśnie dniu). Na Pomorzu, po rewitalizacji linii, „planowany” jest też powrót połączeń na trasie Malbork – Kwidzyn. W porównaniu z wakacjami 2020 r. nieco mają się skrócić czasy przejazdu na niektórych trasach. Najszybszy pociąg dalekobieżny na trasie Wrocław – Poznań pojedzie w czasie 1 h 40 min, gdy przed rokiem było to 2 h 18 min. Podróż na trasie Warszawa – Lublin, w porównaniu z rokiem poprzednim skróci się o 23 min. Najszybszy skład ze stolicy Mazowsza na Lubelszczyznę dojedzie w 2 h 9 min (rok temu 2 h 32 min). Krótszy czas przejazdu będzie także na trasie z Krakowa do Katowic. Najszybszy pociąg połączy te miasta w 53 min (w ubiegłe wakacje – 1 h 37 min). Trasę Kraków – Wrocław będzie można pokonać w czasie 2 h 53 min, gdy rok wcześniej czas przejazdu wynosił 3 h 24 min. Na trasie Wrocław – Katowice czas przejazdu najszybszego składu skróci się zaś do 1 h 50 min (z 2 h 13 min).

S*ał to kot, zrobiliśmy już dosyć

Czyli, jak prominenci Prawa i Sprawiedliwości rozumieją swą strategiczną misję w służbie dla Polski.
To, że PiS-owska, firmowana przez Mateusza Morawieckiego tzw. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju jest propagandową lipą, wiadomo było od samego początku. Teraz ta wiedza zyskuje twarde podstawy, budowane dzięki raportom Najwyższej Izby Kontroli.
Dla porządku warto przypomnieć, że w tekście Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju wymieniono 12 projektów, określonych jako flagowe. NIK podkreśla, że kontrola wykonania projektów flagowych została podjęta na skutek licznych informacji wskazujących na nieprawidłowości w ich realizacji, w tym opóźnienia czy wręcz zaniechania działań. „Analiza wykazała liczne ryzyka w obszarze planowania działań, realizacji, zarządzania poszczególnymi projektami flagowymi, zapewnienia finansowania podjętych projektów” – stwierdza Izba.
NIK zauważa, że główną przyczyną nieskuteczności podjętych dotychczas działań było nierzetelne ich przygotowanie. „Nie określono potrzeb oraz celów i wskaźników realizacji programów flagowych, nie ustalono także harmonogramów i budżetów. Nie dokonano analizy ryzyka i przewidywanych skutków, w tym proponowanego sposobu reakcji na ryzyko” – czytamy w raporcie. Nie było ani zatwierdzonych planów, ani mechanizmów zapobiegania zagrożeniom.
Czyli, podjęte działania (o ile można tu w ogóle użyć słowa: „działania”) miały wyłącznie charakter propagandowy, taki jak słynne już, uroczyste położenie cztery lata temu rzekomej stępki pod prom dalekomorski w Szczecinie, też stanowiący jeden z programów flagowych „strategii”. Śmieszy dziś, gdy cytuje się ówczesne wystąpienia prominentów PiS, wygłoszone z okazji położenia tej niby-stępki pod prom widmo.
Andrzej Duda: „To początek przedsięwzięcia o istotnym znaczeniu gospodarczym”.
Mateusz Morawiecki: „Stworzymy popyt na statki, może też na okręty, które będą tutaj budowane. Jest to dla nas kluczowa część całej wielkiej strategii reindustrializacji Polski. Batory znów wypływa na szerokie wody”.
Beata Szydło: „Wykonujemy kolejny krok na drodze do odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego i polskiej pozycji na Bałtyku. To pierwszy statek, który po 8-letniej przerwie opuści dawną Stocznię Szczecińską” (dodajmy, że nie opuścił jej i nie opuści).
Joachim Brudziński: „Na całym europejskim rynku stoczniowym nie ma drugich takich specjalistów i takich mistrzów, jak wy. Politycy już zrobili, to co mieli zrobić. Czas politycznego gadania już za nami. A teraz wszystko zostawiamy w państwa rękach”.
Jeszcze w 2019 r., z okazji drugiej rocznicy położenia rzekomej stępki pod prom, Marek Gróbarczyk, ówczesny minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, żartował: „Prace przy budowie promu idą do przodu”.
Później jednak już nikomu nie było do żartów. Zaczęła się agresja i oskarżenia.
Teraz Joachim Brudziński oświadcza: „Oczekiwanie, że będę przepraszał i tłumaczył się hołocie i popaprańcom, którzy najpierw »zaorali« nasze stocznie a dziś ironizują i martwią się o rynek promowy i stoczniowców jest czymś zdumiewającym. Nie mam zamiaru przepraszać za swe zaangażowanie i wiarę, ze w Szczecinie jest możliwa odbudowa potencjału stoczniowego. Mam się tłumaczyć, ze od 2015 roku robię co tylko w mojej mocy aby stworzyć warunki umożliwiające odbudowę tego co ci popaprańcy zniszczyli?”.
Co do formy tej wypowiedzi Joachima Brudzińskiego, to jest ona dobitnym przykładem tego, jak Prawo i Sprawiedliwość rozumie kulturę polityczną i walkę z mową nienawiści. Natomiast co do treści, wydaje się, że tym razem Joachimowi Brudzińskiemu można uwierzyć. Zapewne rzeczywiście zrobił on wszystko co w jego mocy. I to jest właśnie problem – że jego możliwości okazały się aż tak nikłe.
Słusznie też Joachim Brudziński zapewnia, że nie będzie przepraszać za swe zaangażowanie i wiarę. Oczywiście, że tak! Wystarczy, jeśli przeprosi za swoją nieskuteczność – choć i tego nie zamierza robić.
Wypowiedź Joachima Brudzińskiego nie spotkała się z przychylnością w środowisku PiS. Można było bowiem odnieść wrażenie, że czepia się swoich, kala własne gniazdo i ma pretensje do PiS-owskiej wszak ekipy, która miała wybudować ów prom. Dlatego dobitnie odpowiedziała mu Małgorzata Jacyna -Witt, przewodnicząca rady nadzorczej Stoczni Szczecińskiej, radna i szefowa klubu PiS w sejmiku zachodniopomorskim: „Zrobiliśmy w Polsce bardzo dużo. S*ał kot tę stępkę”. To ważne słowa pani przewodniczącej, niejako emblematyczne dla całej ekipy rządzącej. Pokazują one bowiem jak Prawo i Sprawiedliwość rozumie swą misję w służbie dla kraju. Otóż, misja ta polega na podkreślaniu, jak dużo PiS już zrobiło dla Polski i Polaków. Gdyby zaś ktoś oczekiwał konkretów, to należy mu odpowiedzieć, że s*ał to kot.
Wydaje się, że te trzy słowa pani przewodniczącej Małgorzaty Jacyny-Witt można też odnieść do oceny całej Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, formułowanej w łonie Prawa i Sprawiedliwości: S*ał ją kot, my idziemy do przodu i mnożymy kolejne obietnice. Nie ma co odwracać się za siebie. Zrozumiałe zatem, że prominentom PiS bardzo nie podoba się działalność Najwyższej Izby Kontroli, która właśnie odwraca się za siebie i ma czelność krytykować swoich. NIK nie zostawia zaś suchej nitki na Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. Stwierdza, że nie było skutecznej współpracy i koordynacji działań pomiędzy wszystkimi podmiotami zaangażowanymi w dany program flagowy. Wady w zarządzaniu programami stanowiły istotną barierę w realizacji celów SOR. Dotychczas nie udało się zrealizować zamierzenia przyjętego w strategii, by wzmocnić zdolności państwa do określania i realizacji celów oraz procesów rozwojowych. Sposób działania administracji nie został uporządkowany i skoncentrowany wokół wspólnych celów. Poszczególni ministrowie skupiali się jedynie na wąsko rozumianych zadaniach własnych, bez angażowania się w tworzenie warunków skutecznej realizacji wspólnych celów administracji rządowej. To nie wszystko. NIK podkreśla też, że w żadnym z programów flagowych nie zapewniono środków niezbędnych do ich realizacji. Nie opracowano budżetu ani nie wskazano i nie zabezpieczono źródeł sfinansowania. Ministrowie, przewodnicząc poszczególnym komitetom sterującym (odrębnym dla każdego programu, o ile je w ogóle powołano) i będąc odpowiedzialnymi za nadzór nad realizacją programów, nie wykonali nałożonych na nich zadań. Nie zapewnili prawidłowej organizacji prac komitetów sterujących, nie ustalili planu działań. Zaniechali też zwoływania komitetów sterujących z częstotliwością wymaganą choćby z potrzeby rozwiązywania krytycznych problemów występujących w realizacji programów flagowych. Na tym ponurym tle jasnym ewenementem jest program flagowy Polskie Meble. W jego przypadku, objęcie przez Polskę pozycji lidera w eksporcie mebli w Europie w 2019 r. oznaczało osiągnięcie celu nawet rok wcześniej niż zakładano. Co do wielu innych programów flagowych, to trudno nawet ocenić, czy w ogóle coś zrobiono. Nie było bowiem możliwe dokonywanie rzetelnych ocen stopnia realizacji projektów flagowych, nie zapewniono właściwych narzędzi weryfikacji, kontroli i oceny informacji przedkładanych przez podmioty odpowiedzialne za realizację projektów – a tym samym, nie było właściwej koordynacji procesów realizacyjnych. Nie opracowano mierników osiągania kolejnych etapów ani końcowych celów poszczególnych projektów. System monitorowania tych projektów, jeśli zaś był, to był nierzetelny. „Nie zapewniał pełnej i wiarygodnej wiedzy o stanie zaawansowania poszczególnych programów. Nie był też skutecznym narzędziem sygnalizowania o występujących ryzykach” – stwierdza NIK. No oczywiście, że nie zapewniał pełnej i wiarygodnej wiedzy! Przecież właśnie o to chodziło, by nikt się nie dowiedział, że Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju to jedynie produkt propagandowy. Co na to wszystko PiS-owska ekipa rządząca? Odpowiedź zapewne będzie jedna: S*ał to kot, my zrobiliśmy już dosyć.