Nieodwracalność globalizacji a przyszłość polskiej gospodarki

Bezsprzecznie w trakcie minionego pokolenia mogliśmy jeszcze lepiej, niż nam się to udało, wykorzystać globalizację dla sprawy własnego wzrostu gospodarczego.
W kontekście globalizacji kluczowe dla Polski jest wykorzystanie unikatowej i potencjalnie wielce korzystnej pozycji geopolitycznej. Kraj nasz leży na styku dwu gigasfer, których funkcjonowanie i wzajemne relacje decydować będą nie tylko o gospodarczej przyszłości świata. Te sfery to już nie tyle Zachód, którego integralną częścią staliśmy się w wyniku transformacji posocjalistycznej oraz integracji z zachodnimi strukturami politycznymi i ekonomicznymi, i Wschód, z którym mamy przecież nie tylko historyczne, lecz i współczesne więzi, poczynając od kulturowej przynależności do słowiańszczyzny.
Te gigasfery to geopolityczny układ euroatlantycki, wciąż jeszcze z USA na czele, oraz układ euroazjatycki, bez jednoznacznego przywództwa, choć z nieustannie bezwzględnie i relatywnie rosnącą pozycją Chin, które jednakowoż na jego czele nie staną. W orbicie sfery euroazjatyckiej znajduje się także Afryka ze względu na silne związki krajów pokolonialnych ze swymi dawnymi metropoliami, zwłaszcza z Wielką Brytanią, Francją i Portugalią, oraz niebłahą rolą w biznesie – głównie w handlu i finansach – diaspory indyjskiej i chińskiej. Z kolei Ameryka Łacińska i Karaiby znajdują się w orbicie strefy euroatlantyckiej, z jednej strony ze względu na tradycyjnie silną w tamtym regionie polityczną i gospodarczą pozycję USA, z drugiej zaś strony z uwagi na związki kulturowe z dawnymi metropoliami, Hiszpanią i Portugalią.
W tym pierwszym układzie relatywna pozycja USA będzie słabnąć, wzmacniać za to będzie się znaczenie Unii Europejskiej, która będzie się poszerzać i pogłębiać swoje związki integracyjne. Z czasem do UE przystąpią wszystkie państwa bałkańskie, a obszar wspólnego pieniądza obejmie całą Unię, wzmacniając relatywną pozycję euro jako drugiej po amerykańskim dolarze głównej rezerwowej waluty świata. W tym drugim układzie gospodarka chińska będzie miała jeszcze większe znaczenie niż obecnie, ale w dalszej perspektywie czasowej, ze względu na przewagę w postaci dywidendy demograficznej (młode społeczeństwo), dystans do niej zmniejszać będą Indie, które jeszcze w bieżącej dekadzie staną się najbardziej ludnym krajem świata. Cały czas liczyć będzie się Rosja; nie ze względu na ogromny potencjał militarny, ale z uwagi na nieprzebrane zasoby surowców.
Prozachodniość Polski nie powinna deformować faktu leżenia na styku dwóch ekonomicznych superukładów: euroatlantyckiego i euroazjatyckiego. To trzeba konsekwentnie wykorzystywać, handlując, stymulując transfery kapitału i technologii oraz rozwijać kapitał ludzki poprzez jego wzbogacanie wiedzą i doświadczeniami zdobywanymi poprzez wymianę na wszystkich kierunkach. W najbliższych latach szczególną wartość może mieć sprawne wykorzystanie dwóch wielkich projektów: wciąż niedostatecznie konkretnego chińskiego programu 16+1, adresowanego w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku (BRI) do krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym do Polski jako największej gospodarki tego regionu, oraz nabierających dopiero konkretnego kształtu programów Unii Europejskiej – wieloletnich ram finansowych na lata 2021–2027 wraz z unijnym instrumentem odbudowy Następne Pokolenie – w ramach których Polska otrzyma podczas tego siedmiolecia w sumie około 139 miliardów euro w formie dotacji oraz 34 miliardy w pożyczkach.
Oba te projekty dotyczą przede wszystkim inwestowania w twardą infrastrukturę gospodarczą, pod którym to względem nasze potrzeby są wciąż ogromne. Gros inwestycji finansowanych z obu źródeł będzie realizowanych pod kątem ochrony środowiska. Nie należy przeciwstawiać chińskiej inicjatywy unijnym planom, co czynią niektórzy brukselscy oraz polscy politycy i biurokraci, a także Amerykanie, czemu nie należy się dziwić, zważywszy na ich partykularne interesy i pragnienie utrzymywania globalnej dominacji. Wręcz odwrotnie – należy podjąć próbę skoordynowania obu inicjatyw. Polska powinna zainspirować stworzenie roboczej grupy unijno-chińskiej, która będzie określała płaszczyzny potencjalnych konfliktów interesów, aby je sensownie rozwiązywać, oraz poszukiwała pól, na których podejmowane wysiłki warto koordynować czy wręcz zespalać.
Płynące z zagranicy środki jedynie uzupełniają krajowe oszczędności stanowiące źródło finansowania inwestycji. Ważna jest zarówno efektywność inwestycji, jak i ich poziom. W najbliższych latach będzie on rósł nie tylko absolutnie, lecz także względnie, głównie dzięki rosnącym oszczędnościom ludności. Wraz z realnymi wynagrodzeniami zwiększającymi się w ślad za podnoszącą się wydajnością pracy rosnąć będzie skłonność do oszczędzania, o ile tylko polityka gospodarcza zapanuje nad inflacją nasilającą się między innymi wskutek wielkich wydatków publicznych związanych z walką z pandemią, kiedy to szybko rósł strumień efektywnego popytu, natomiast spadł strumień realnej podaży.
Ważne jest utrzymanie dynamicznej harmonii w odniesieniu do kształtowania się wzajemnych relacji podstawowych kategorii makroekonomicznych. Trwała poprawa konkurencyjności polskiej gospodarki, co jest konieczne dla podtrzymywania wzrostu gospodarczego i zaspokajania aspiracji konsumentów, wymaga zachowania równowagi makroekonomicznej, do czego z kolei potrzebne jest właściwe zróżnicowanie dynamiki głównych agregatów makroekonomicznych. Najszybciej powinny rosnąć inwestycje, potem eksport, import, produkt krajowy brutto, konsumpcja finansowana z dochodów osobistych, konsumpcja ogółem, konsumpcja finansowana ze środków publicznych, dochody budżetowe i wydatki budżetowe. Nie musi tak być w każdym kolejnym roku na ścieżce czasu, ale właśnie tak dziać się powinno w perspektywie średniookresowej.
Podkreślmy też wagę ukierunkowania poszczególnych nakładów inwestycyjnych. Sam fakt wzrostu stopy inwestycji nie gwarantuje jeszcze podtrzymania wysokiego tempa wzrostu produkcji, a tym bardziej rozwoju społeczno-gospodarczego. Chodzić nam musi nie tylko o jej ogólnie wysokie tempo, lecz również o tworzenie nowych mocy wytwórczych w określonych sferach produkcji będących nośnikami postępu technicznego oraz nowych mocy usługowych korespondujących ze zmieniającymi się potrzebami społeczeństwa. Szczególnie ważne będą inwestycje ekologiczne oraz przebudowujące sektor energetyczny w kierunku korzystania z odnawialnych źródeł, łącznie z energetyką jądrową, oraz w sferę usług związanych z poszerzającą się gospodarką senioralną.
Aby tak się działo, nie można polegać wyłącznie na rynkowym żywiole. Potrzebne jest sterowanie przez państwo, zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym, poprzez odpowiednią obudowę instytucjonalną i adresowaną pomoc publiczną, a przede wszystkim poprzez inwestycje publiczne oraz wspólne projekty w formie partnerstwa prywatno-publicznego. To wszystko też jest trudne, ale istotne jest to, że takie priorytety co do struktury inwestycji zgodne są z preferencjami Unii Europejskiej akcentującymi dążenia do gospodarek coraz bardziej społecznych, zielonych i opartych na wiedzy.
Bezsprzecznie w trakcie minionego pokolenia mogliśmy jeszcze lepiej, niż nam się to udało, wykorzystać globalizację dla sprawy własnego wzrostu gospodarczego, ale nie to jest przyczyną, że z PKB na mieszkańca w wysokości blisko 34 tysięcy dolarów (według parytetu siły nabywczej) plasujemy się między Portugalią a Estonią, choć mogliśmy być już na znacznie wyższym poziomie. Nawet jeśli ktoś z uporem utrzymuje, że nie było alternatywy dla tzw. szokowej terapii na początku lat dziewięćdziesiątych – a przecież jest oczywiste, że była – to musi się zgodzić, iż nie było nieuniknione aż takie zdołowanie dynamiki gospodarczej, do jakiego polityka neoliberalnego rządu, tym razem z domieszką solidarnościowego populizmu, doprowadziła na przełomie lat 1990 i 2000. Gdyby nie błędy tamtych okresów, to zamiast potrojenia w latach 1990–2021 PKB mógł zwiększyć się czterokrotnie i moglibyśmy cieszyć się już dochodem na mieszkańca istotnie przekraczającym 40 tysięcy dolarów, lokując się pod tym względem pomiędzy Czechami i Włochami a Koreą Południową i Francją. Tym bardziej podobnych błędów trzeba wystrzegać się w przyszłości.
Pamiętajmy wszak, że wysokość dochodu nie przesądza o standardzie życia. Zdarza się, że przy wyższym niż w innym kraju poziomie dochodu ma się niższy standard życia – i odwrotnie. O standardzie życia decyduje bowiem nie tylko strumień dochodu, lecz również zasób – nagromadzony majątek konsumpcyjny. Dlatego też chociaż pod względem dochodu per capita już wyprzedziliśmy Grecję i Portugalię, to nadal mamy niższy standard życia, przeciętnie biorąc, aniżeli w tych krajach, bo korzystają one z bogatszych niż nasze zasobów nagromadzonych w przeszłości. Idąc dalej tym tropem, podkreślmy, że o jakości życia współdecydują inne jeszcze czynniki, zwłaszcza niezależna od człowieka natura i jak najbardziej od niego zależna kultura. I polityka. Podobne spory w kwestii porównań standardu i jakości życia toczyć będziemy po upływie następnego pokolenia.
Gdyby przez następne 29 lat utrzymywać średnie tempo wzrostu gospodarczego z lat 1990–2021, czyli 3,10 proc., to PKB na mieszkańca wzrósłby o 136 proc. i wyniósł w 2050 roku ponad 82 tysięcy dolarów (licząc według PPP); to 20 tysięcy dolarów więcej niż obecnie w USA. Gdyby zaś rósł on o 8 promili szybciej, czyli o 3,93 proc. – tyle, ile wyniosła faktyczna stopa wzrostu podczas ostatnich 30 lat, w okresie 1992–2021, czyli po wyeliminowaniu spadku PKB aż o około 18 proc. w trakcie szoku bez terapii, w latach 1990–1991 – to w roku 2050 sięgnąłby on 104 tysięcy dolarów; to dwa razy więcej niż obecnie w Belgii. Taka jest potęga procentu składanego, ale nie na niego należy liczyć, a na własną zapobiegliwość i strategiczną przenikliwość.
Przeszkód jednakże nie brakuje. Zapaść demograficzna, która nas czeka w obliczu bardzo niskiego wskaźnika dzietności wynoszącego zaledwie 1,38 dzieci na kobietę (czwarty od końca najniższy wskaźnik na świecie), to jedno z najpoważniejszych wyzwań, przed jakimi stoi polska gospodarka. Równocześnie bowiem starzeje się społeczeństwo; mediana wieku już wynosi 42 lata i będzie się nadal powoli podnosiła, aby w roku 2050 osiągnąć według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego 49,5 lat, co będzie jednym z najwyższych poziomów w Unii Europejskiej. W rezultacie całkowity współczynnik obciążenia demograficznego wynosi aż 51,4, co oznacza, że na jedną osobę niepracującą, bo jest jeszcze dzieckiem albo już emerytem, przypadają niespełna dwie osoby w wieku produkcyjnym. Zasadna próba poprawy tego stanu rzeczy poprzez stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego została z motywacji populistycznych storpedowana. Przeto sytuacja na tym polu będzie się pogarszać, niezwykle trudne bowiem – jeśli w ogóle możliwe – będzie podniesienie stopy dzietności, gdzie zasadnicze znaczenie ma odchodzenie od dominującego kulturowo modelu 2+1, czyli rodzice i jedno dziecko, do modelu 2+2. W roku 2050 może nas być już tylko niespełna 34 miliony…
Jeszcze bardziej niż całkowita populacja zredukuje się podaż rąk do pracy, gdyż liczba ludności w wieku produkcyjnym spaść może aż o mniej więcej osiem milionów – z obecnych około 24 do około 16 milionów. Powstającą na rynku siły roboczej lukę wypełnić może po części robotyzacja i automatyzacja procesów produkcyjnych, po części zaś imigracja, której fale do Polski mogą pojawiać się w przyszłości, o ile tylko wskutek szybkiego wzrostu gospodarczego dostatecznie atrakcyjnie zarobkowo wypadać będziemy na tle innych krajów i o ile nauczymy się większej dozy tolerancji wobec innych i otwarcia na wielokulturowość. Nie można przecież nieustanne liczyć na drenaż mózgów i wysysanie siły roboczej z Ukrainy, co skądinąd poważnie gmatwa jej perspektywy rozwojowe.
Naturalną rzeczą tak w odniesieniu do jednostek, jak i całych społeczeństw jest porównywanie własnej sytuacji materialnej do zamożniejszych sąsiadów. Zwyczajni ludzie czynią to, porównując zarobki i inne dochody, przy czym najczęściej nie wnikają w realną siłę nabywczą uzyskiwanych dochodów, a konfrontują je według rynkowego kursu walutowego. Ekonomiści i politycy sięgają do porównań PKB na mieszkańca, tym razem uwzględniając już parytet siły nabywczej. Jakże często słychać pytanie: kiedy dogonimy Niemcy, a zadający je z reguły na myśli mają właśnie wysokość PKB i będące jego funkcją zarobki oraz świadczenia społeczne, zwłaszcza emerytury i renty. Z tej perspektywy Polska może Niemcy dogonić, ale wcale tak być nie musi, gdyż i one będą się poruszać po ścieżce wzrostu, aczkolwiek wolniej niż Polska.
Biorąc za punkt startu PKB na mieszkańca w roku 2020, kiedy to polski dochód, 34, 265 tys. dol z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej stanowił niespełna 64 proc. niemieckiego, 53, 694 dol, oraz zakładając średnioroczne tempo wzrostu 3,0 proc. w Polsce i tylko połowę tego wskaźnika w Niemczech, dochody per capita zrównałyby się w roku 2051. Gdyby zaś tempo to w Polsce wyniosło 2,5 proc., a w Niemczech 1,25 proc., to doszłoby do tego sześć lat później.
Wyłania się wszak pytanie, jak mierzyć jakość życia, w jaki sposób oceniać zmiany zachodzące na tym polu. Bo nie miejmy złudzeń – nawet gdy dochody zwielokrotnią się dwu- albo i trzykrotnie, utyskiwań brakować nie będzie. Nawet gdy PKB na mieszkańca przekroczy 100 tysięcy dolarów – a niejeden z naszych studentów doczeka tego czasu, choć zapewne jeszcze nie w 2050 roku – Polacy, wielu z nich, będą narzekać, że mogłoby być lepiej. I poniekąd słusznie, ponieważ nie bez racji prawie zawsze ex post tak twierdzimy. Czym zatem i jak mierzyć postęp społeczno-gospodarczy? Bo przecież od tego, jak się mierzy, zależy dokąd się zmierza.
Jesteśmy już w poPKB-owskiej gospodarce i dlatego trzeba sięgać do innych miar rozwoju społeczno-gospodarczego niż zawężający pole obserwacji, a w rezultacie również akcji produkt krajowy brutto, PKB. Są takie miary, w Polsce również pojawiły się ciekawe koncepcje, m.in. skonstruowany przez Polski Instytut Ekonomiczny Indeks Odpowiedzialnego Rozwoju. Szkoda, że ta propozycja, według której Polska znajduje się na 32. miejscu na świecie, nie jest brana przez rząd pod uwagę przy opracowywaniu planów rozwoju, w tym Polskiego Ładu – dokumentu z ambicjami kompleksowej i długofalowej, celującej co najmniej na dekadę strategii rozwoju. Warto wprowadzić obowiązek publicznej prezentacji tego wskaźnika i jako zasadę poddawać go corocznej parlamentarnej debacie, nadając jej nawet moc ustawową.
Obserwując zmiany sytuacji społeczno-gospodarczej, cenne jest dysponowanie uniwersalną miarą umożliwiającą porównania w czasie i przestrzeni, a zarazem stanowiącą dobrą podstawę do kreślenia kierunków polityki rozwojowej. Dobrze do tego nadaje się opracowywany przez United Nation Development Program, Indeks Rozwoju Społecznego, HDI, który obok wysokości dochodów bierze w równej mierze pod uwagę stopień wyedukowania społeczeństwa i stan zdrowia, oraz wzbogacona wersja indeksu uwzględniająca nierówności dochodowe i społeczne, czyli Indeks Rozwoju Społecznego skorygowany o nierówności, IHDI.
Polska przy zastosowaniu HDI jako kryterium oceny prezentuje się relatywnie lepiej niż przy porównaniach dochodu narodowego per capita. Porównania standardów i jakości życia oraz zmian tych domen nie są łatwe, a już szczególnie trudne jest orzekanie, gdzie i o ile jest lepiej. IHDI – choć na pewno lepszy to miernik aniżeli HDI, a tym bardziej niż PKB – też wiele brakuje do w pełni adekwatnej miary. Wiemy już, że na przełomie drugiej i trzeciej dekady XXI wieku przeciętny dochód narodowy Polski wypracowywany przez jej mieszkańca sięgał dwóch trzecich dochodu niemieckiego, natomiast IHDI Polaka to aż 93,56 proc. IHDI Niemca. Czyżby dystans rozwojowy był zdecydowanie mniejszy, niż powszechnie się to przyjmuje, patrząc na rzeczywistość głównie przez pryzmat bieżących dochodów?
Co zatem dalej? Przyjmijmy, że inwestując w kapitał ludzki i podnosząc wydajność pracy wskutek postępu technologicznego i poprawy jakości zarządzania oraz opierając wzrost gospodarczy w coraz większym stopniu na innowacyjności, a nie na imitacji, Polska będzie corocznie podnosić swój HDI w tempie o połowę wolniejszym, niż udawało się nam to w minionej dekadzie, a więc o 0,26 proc. Wobec Niemiec zakładamy, że startując z wyższego pułapu, będą wspinać się w tempie równym jednej trzeciej tempa odnotowanego w tamtych latach, czyli 0,08 proc. Co wtedy? Otóż dogonilibyśmy je – na bardzo wysokim poziomie, wyższym niż obecnie rekordowy wskaźnik Norwegii – po 41 latach, w roku 2060.
Ale są jeszcze inne sfery: kultura, a zwłaszcza liczące się coraz bardziej w jakości życia człowieka naturalne środowisko. UNDP słusznie przeto poszerzył pole obserwacji o analizę stanu naturalnego środowiska, które człowieka otacza i które on zmienia. Niestety, cały czas na gorsze. Raport „Następna granica: rozwój człowieka i antropocen” prezentuje HDI wzbogacany o komponent ekologiczny, czyli Indeks Rozwoju Społecznego skorygowany o presję na środowisko naturalne, PHDI. Z tego punktu widzenia jako ludzkość ubożejemy, bo choć jesteśmy coraz zamożniejsi w sensie materialnym, a i wartość naszego kapitału ludzkiego rośnie, to od kilku dziesięcioleci spada nasz kapitał naturalny. O ile w trakcie minionych trzech dekad kapitał produkcyjny na mieszkańca Ziemi wzrósł o ponad 90 proc., to kapitał naturalny zmniejszył się o prawie 40 proc. Co zaś Polski się tyczy, to o ile nasze globalne notowania pod względem IHDI poprawiają się o siedem miejsc względem HDI i zajmujemy odpowiednio 26. i 33. miejsce na świecie, to w klasyfikacji według PHDI spadamy na miejsce 26. (szacunki dla roku 2019).
Najważniejsze jest to, jak zmienia się dystans do coraz lepszego jutra – tak jak rozumie je społeczeństwo. Problem w tym, że jest ono w każdym kraju, acz nie w takim samym stopniu, zróżnicowane i pojęcia „lepszego jutra” są wielce niejednorodne. Tym bardziej w epoce nieodwracalnej globalizacji w strategii potrójnie zrównoważonego rozwoju – gospodarczo, społecznie i ekologicznie – trzeba dobrze wyważyć sprzeczne interesy: różnych grup ludności w tym samym czasie i całego społeczeństwa w krótkim i długim przedziale czasu. Nie należy mieć iluzji, że sprzeczności te łatwo można przezwyciężać, natomiast trzeba mieć wizję – ambitną, ale i realistyczną – lepszego jutra.
Niezbywalnym elementem takiej wizji jest właściwe postrzeganie własnego miejsca na świecie. Polska, transformując rynkowo swój system gospodarczy i integrując się z Unią Europejską, dokonała słusznych dziejowych wyborów. Opierając się na nowym pragmatyzmie – eklektycznej, zorientowanej na politykę gospodarczą teorii akcentującej integralność dynamicznej równowagi gospodarczej, społecznej i ekologicznej i podporządkowanej temu synergii państwa i rynku jako współistniejących regulatorów aktywności gospodarczej – i wzmacniając elementy społecznej gospodarki rynkowej, Polska może systematycznie poprawiać swoją pozycję na świecie, a jej gospodarka będzie sprzyjała odczuwalnej poprawie jakości życia. Teraz jeszcze trzeba roztropnie wygrywać dla siebie globalizację. Nie kosztem innych, ale w twórczej z nimi koegzystencji i współpracy. Wciąż jeszcze wszyscy możemy zmieścić się w tym wędrującym świecie.

Gospodarka 48 godzin

Prof. Kołodko Dr. Honoris Causa
Prof. Grzegorz W. Kołodko otrzymał tytuł Doktora Honoris Causa Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Serdecznie gratulujemy! Z tej okazji laureat wygłosił wykład pt. „Nieodwracalność globalizacji a przyszłość polskiej gospodarki”, którego fragment publikujemy w Trybunie. Profesor stwierdził między innymi, że kontynuacja globalizacji to nie jest bezwzględnie nieuchronna przyszłość. Nie ma tu bowiem absolutnego determinizmu. Twierdzenie o nieodwracalności globalizacji opiera się na poczynionych założeniach, a podstawowe z nich przyjmuje, że dominować będzie pokój i nie dojdzie do III wojny światowej.

Węglowe cuda PiS
W naszym kraju zaczyna brakować węgla kamiennego, wprowadzono limity jego sprzedaży, kolejki stoją dzień i noc, firma górnicza Silesia w ogóle wstrzymała sprzedaż węgla odbiorcom indywidualnym. Wszystko to podobno dlatego, że zmniejszył się import węgla z Rosji, a klienci widząc, że węgla brakuje, kupują go na zapas, co sprawia, że ceny rosną, zaś składy pustoszeją. Węgiel rosyjski trafia teraz głównie do Turcji i Chin oraz innych krajów azjatyckich, które z niewiadomych powodów są w stanie zapłacić za niego znacznie więcej, niż importerzy w Polsce. Problem jednak nie tyle w cenie, co w wieloletnich kontraktach, które Rosja zawarła z państwami azjatyckimi, gdy część krajów Unii Europejskiej postanowiła ograniczać spalanie węgla w energetyce. Polska z oczywistych względów nie była w pierwszym szeregu gospodarek odchodzących od stosowania węgla. Tym bardziej więc zdumiewa, iż nieudolna polityka gospodarcza rządu Prawa i Sprawiedliwości doprowadziła do tego, że węgla brakuje, a zamiast stosować krajowy, trzeba sprowadzać miliony ton węgla rosyjskiego i nie tylko, bo importujemy go z całego świata – nie tylko z USA, Australii czy Mozambiku, lecz nawet, o dziwo z Czech, które przecież nie są żadnym węglowym potentatem. Oczywiście nie jest tak, że w Polsce węgiel kamienny gdzieś zniknął. Niezależnie od bieżącego wydobycia, na koniec ubiegłego roku na składowiskach zalegało go około 5,6 miliona ton, dziś jest go już tam mniej, ale nie wiadomo o ile. Warto przypomnieć, iż w lutym 2020 r. minister Aktywów Państwowych Jacek Sasin oficjalnie oświadczył, że w tymże roku spółki Skarbu Państwa nie sprowadzą ani tony węgla. Naturalnie okazało się to bujdą, co nie może dziwić, znając „prawdomówność” członków ekipy „dobrej zmiany”. Jak widać, działalność zgrai nieudaczników spod znaku PiS może sprawić, że nawet na pustyni zabraknie piasku. Trzeba mieć talent, żeby wyczyniać takie cuda.

Rząd chce drogich paliw
Na stacjach benzynowych ceny paliw przekraczają już gdzieniegdzie 6 zł za litr, ale rząd nie będzie podejmować działań mogących je obniżyć, gdyż nie życzy sobie tego prezes PiS Jarosław Kaczyński (nie zrobił on prawa jazdy ani nie miał prywatnego auta). Prezes oświadczył: „Nie obniżałbym obecnie akcyzy, aby zmniejszyć ceny paliw, bo nie powinno się ograniczać dochodów państwa”. Słowo prezesa PiS jest rozkazem.

Dowiercają się do pieniędzy (polskich podatników)

PiS-owczycy obsiedli państwowe spółki. Wolą unikać prywatnej działalności gospodarczej, bo wiedzą, że stracą wtedy własną kasę. Na marnowaniu publicznych środków świetnie zaś zarabiają.
EXALO Drilling SA to państwowa spółka, podlegająca firmie Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Teoretycznie zajmuje się wierceniami lądowymi w poszukiwaniu gazu i ropy, ale ponieważ zarządzają nią PiS-owscy krewni i znajomi królika, raczej średnio jej to wychodzi.
„W działalności zagranicznej EXALO Drilling SA (spółki zależnej PGNiG SA) wystąpiły liczne nieprawidłowości, których konsekwencje finansowe, według szacunków NIK, przekroczyły kwotę 21,5 mln zł” – stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli, która zbadała działalność tej spółki pod panowaniem PiS-owskich nominantów, czyli od 2016 r.
Nieprawidłowości nieprawidłowościami, być może zajmie się nimi w przyszłości niezależna prokuratura, jeśli zostanie uwolniona od obowiązku chronienia przekrętów władzy. Finansowo, znacznie większe wrażenie robią straty, poniesione przez EXALO Drilling SA. Najgorsze były lata 2016-2017 oraz rok ubiegły. „W latach 2016-2017 r. oraz w okresie od 1 stycznia 2020 r. do 30 września 2020 r. Grupa Kapitałowa EXALO Drilling poniosła stratę netto w łącznej kwocie ponad 132,5 mln zł” – stwierdza NIK.
Biorąc pod uwagę, jaka ekipa zaczęła zarządzać wspomnianą spółką gdy PiS zdobyło władzę, te straty, choć robią wrażenie, nie mogą dziwić. Jak wiadomo PiS-owscy nominaci obsiadają państwowe spółki, gdzie mogą zgarniać dużą kasę bez ponoszenia odpowiedzialności. Prywatną działalnością gospodarczą się nie zajmują, bo przecież wiedzą, że nie potrafią i straciliby wtedy swoje własne pieniądze. Natomiast na traceniu pieniędzy polskich podatników, jeszcze sowicie zarabiają.
Zabawne, że na firmowej stronie spółki, jej szefowie chwalą się, iż EXALO Drilling „jest jednym z wiodących europejskich przedsiębiorstw z sektora wierceń lądowych”.
EXALO Drilling SA powstała w 2012 r. (wówczas jako PGNiG Poszukiwania SA) w wyniku konsolidacji pięciu innych spółek PGNiG, świadczących lądowe usługi wiertnicze i serwisowe w ramach grupy kapitałowej PGNiG. W trakcie kontroli NIK, EXALO Drilling SA posiadała trzy spółki zależne, w tym dwie poza Polską (na Ukrainie i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich) oraz aż osiem oddziałów zagranicznych: w Kazachstanie, Pakistanie, Libii, Ugandzie, Egipcie, Czadzie, w Czechach i na Słowacji. Wiadomo, że im więcej spółek zależnych oraz oddziałów, tym lepiej, bo w ten sposób tworzy się kolejne, świetnie opłacane stanowiska dla swoich. A, że brak zysków? No to trudno, to nie nasze zmartwienie. „Nadzór nad operacjami spółki na rynkach zagranicznych nie był w pełni skuteczny i efektywny” – ocenia NIK.
Tych oddziałów zagranicznych EXALO Drilling SA było więcej, ale w 2018 r. trzy z nich zakończyły działalność: w Gruzji, na Litwie i w Etiopii. Wprawdzie w tych krajach już wcześniej zostały zidentyfikowane złoża gazu, ale żeby się do nich dowiercić, trzeba coś robić. Tymczasem jak stwierdziła NIK, wspomniane oddziały: „Nie prowadziły działalności operacyjnej w zakresie prac wiertniczych, rekonstrukcyjnych i serwisowych”. Bezczynności nie dało się dłużej zamaskować i wspomniane oddziały musiały zakończyć istnienie.
To nie koniec. W trakcie kontroli NIK prowadzone były też prace nad wyrejestrowaniem i likwidacją oddziałów EXALO Drilling w Egipcie, Ugandzie, na Słowacji oraz w Libii. Gdy bowiem jednak czasami coś próbowano robić, kończyło się to żałośnie. NIK zwraca uwagę na „realizowanie nierentownych kontraktów i błędy formalnoprawne w działaniu oddziałów” oraz podkreśla, iż część mechanizmów funkcjonowania EXALO Drilling SA i jej podmiotów zależnych obarczona była istotnymi ryzykami. „Przykładem takiej sytuacji było wieloletnie funkcjonowanie spółki zależnej z siedzibą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, której struktura organizacyjna i sposób działania stwarzały ryzyka prawne i fiskalne” – konstatuje Izba. Ponieważ jednak zarobki w tamtejszym oddziale powinny jakoś odpowiadać poziomowi w ZEA, więc oddział trwał, z pożytkiem dla zatrudnionych w nim osób.
W latach 2015–2020 większość oddziałów zagranicznych ponosiła straty. Zysk netto w tym okresie osiągnęła spółka Exalo Drilling Ukraine (tylko w 2019 r.) oraz oddział w Pakistanie (tylko w 2018 r.).
Jednym z kluczowych rynków na których (teoretycznie) działała EXALO Drilling, był bogaty w złoża gazu i ropy Kazachstan. Tam trudno ponosić straty na górnictwie naftowym, ale PiS-owskim nominatom i to się udało. Za czasów rządów Platformy Obywatelskiej oddział firmy w Kazachstanie zarabiał, ale zyski się skończyły po nastaniu „dobrej zmiany”. Jak podkreśla NIK, zysk netto oddziału w Kazachstanie spadał sukcesywnie od 2016 r., a w 2017 r. i 2019 r. oraz trzech kwartałach 2020 r. (do czasu zakończenia kontroli) tamtejszy oddział przyniósł już straty. Kazachski oddział spółki dysponował dwoma ciężkimi urządzeniami wiertniczymi oraz jednym lekkim. Od 2019 r. stały bezczynne. „Urządzenia składowane były w stepie” – zauważa NIK. W tymże roku na rynku kazachskim EXALO Drilling SA nie realizowała już żadnego kontraktu. Wypada tyko pogratulować „sukcesów” w działalności gospodarczej.
Generalnie, w ubiegłym roku w oddziałach zagranicznych EXALO Drilling, zamiast zarabiać, prowadzono głównie działania mające na celu minimalizację kosztów – zmierzające do zamykania oddziałów nieaktywnych, ściągnięcia zaległych należności, zamknięcia spraw formalnoprawnych i podatkowych, transferowania środków z rachunków bankowych oddziałów.
To wszystko nie ma jednak znaczenia dla PiS-owskich krewnych i znajomych królika, którzy muszą zarabiać kokosy, niezależnie od okoliczności. Przecież po to właśnie tworzy się dla nich stanowiska w państwowych firmach. A gdy tych stanowisk jednak brakuje, to na jednym zatrudnia się po parę osób – i nikomu to nie przeszkadza.
„W EXALO Drilling SA zabrakło należytego nadzoru nad sprawami kadrowymi osób zarządzających oddziałem w Kazachstanie, co spowodowało, że w dwóch różnych okresach na stanowisku dyrektora oddziału zatrudnione były odpowiednio dwie i trzy osoby. Podobna sytuacja zaistniała na stanowisku odpowiadającym prezesowi zarządu w spółce w Zjednoczonych Emiratach Arabskich” – stwierdza NIK. Nic dodać, nic ująć. Tak wygląda „dobra zmiana” w gospodarce.
Ogółem, w działalności zagranicznej EXALO Drilling SA, stwierdzono rozliczne nieprawidłowości, których skutki finansowe NIK podsumowała na wspomniane już ponad 21,5 mln.
Chodzi na przykład o zawarcie kontraktu ze spółką kazachską z naruszeniem prawa powszechnie obowiązującego oraz przepisów wewnętrznych. W rezultacie spółka ta nie uregulowała później znacznej części należności (wraz z odsetkami karnymi) za prace, które wykonał oddział EXALO Drilling SA w Kazachstanie. Jak wykryła NIK, w procesie zawarcia tego kontraktu nie dochowano należytej staranności, zarząd EXALO Drilling SA nie uzyskał zgody walnego zgromadzenia spółki na zawarcie umowy, a ocena wiarygodności kontrahenta była bardzo ograniczona. Cóż, zarząd musial mieć zapewne jakieś cenne, osobiste powody, by zawrzeć umowę z tym właśnie partnerem. Gdy PiS już straci władzę, zbada to prokuratura.
Ponadto, nie zapewniono skutecznego nadzoru nad przestrzeganiem przepisów ochrony środowiska w Kazachstanie. Gdy więc doszło do kontroli wykonanej przez Kazachstański Departament Ekologii, wymierzono stosowne opłaty i kary administracyjne. W dodatku zarządcy kazachskiego oddziału EXALO Drilling nie zadbali o odliczenie części kosztów jego działalności (na co pozwala prawo Kazachstanu). Nie zdążyli bowiem na czas z wysyłką odpowiednich dokumentów, które złożono, jak wskazuje NIK, „w nieprawidłowej formie i z przekroczeniem terminów”. Ale co tam, to przecież nie ich prywatne pieniądze.
Gdy natomiast chodzi o kasę dla siebie, to trzeba wszelkimi sposobami starać się, aby wyciągnąć jej jak najwięcej. Dlatego na przykład w oddziale EXALO Drilling w Pakistanie nieprawidłowo rozliczano czas pracy, pobierając nienależne świadczenia. Wedle ustaleń NIK nieprawidłowości polegały na dokonywaniu nieuprawnionej i nieuzasadnionej modyfikacji (i akceptacji) indywidualnych rozkładów czasu pracy pracowników EXALO Drilling, co spowodowało przyznanie dodatkowego zasiłku opiekuńczego COVID-19 oraz wypłatę wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych. „EXALO Drilling SA w okresie objętym kontrolą nie podjęła jednak działań mających na celu dochodzenie zwrotu i naprawienia szkody przez osoby odpowiedzialne za jej powstanie” – zauważa Izba.
Z kolei w spółce zależnej EXALO Drilling w Zjednoczonych Emiratach Arabskich zauważono „brak przejrzystości działania”, ” nie w pełni klarowne przepływy finansowe” oraz „niedostatecznie transparentne i wyjaśnione mechanizmy zarządzania tą spółką” w połączeniu z brakiem nadzoru nad nią przez właściciela, czyli EXALO Drilling SA. Tu także pozostaje cicha nadzieja, że kiedyś te mechanizmy wyjaśni prokurator.
W sumie, odpowiedzialność była terminem nieznanym dla PiS-owskich nominatów. „Generalnie, nadzór ze strony PGNiG SA nie wyeliminował błędnych, stosowanych w EXALO Drilling SA, mechanizmów zarządzania projektami przyczyniających się do realizowania kontraktów nierentownych oraz błędów formalnoprawnych w funkcjonowaniu EXALO Drilling SA i oddziałów zagranicznych, które skutkowały naliczaniem istotnych kwotowo kar finansowych” – wskazuje NIK.
PGNiG SA nie podjęła także wobec EXALO Drilling SA skonkretyzowanych działań w związku z zawarciem umowy ze spółką kazachską, w wyniku której doszło do straty w wielkich rozmiarach. „Pomimo wiedzy o okolicznościach zawarcia i realizacji tej umowy oraz wiedzy o stracie poniesionej przez Exalo Drilling SA, nie podjęto działań wynikających z reżimu odpowiedzialności korporacyjnej lub odszkodowawczej wobec członków zarządu EXALO Drilling SA” – podkreśla Izba. Wiadomo, że nie podjęto. Przecież swoich trzeba chronić.
I tak właśnie wygląda gospodarowanie ekipy „zjednoczonej prawicy” w państwowych firmach…

Zjedzmy zanim się zepsuje

Sugestia „Najlepiej spożyć do…” nie oznacza, że konsumując coś o jeden dzień później, na pewno się strujemy.

Czy można zjeść przeterminowaną żywność ? Można, tylko trzeba umieć czytać ze zrozumieniem. Prawie połowa Polaków (48,9 proc. ) deklaruje, że nigdy nie spożywa produktów spożywczych po upływie ich daty ważności. Oznacza to, iż większość rodaków (51,1 proc.) czasami zjada leciwą żywność – i jakoś nie zapada z tego powodu na zdrowiu.
By świadomie konsumować zakupione jedzenie, warto zrozumieć co producent ma nam do przekazania umieszczając na wieczku czy etykiecie sformułowanie „należy spożyć do…” albo „najlepiej spożyć przed końcem…”
Informację „Należy spożyć do” inaczej nazywany terminem przydatności do spożycia. Określa ona, jak sama nazwa wskazuje datę przydatności – czyli do kiedy dany produkt możemy zjeść. Producent w ten sposób gwarantuje nam, że w tym okresie skonsumowanie tej żywności nie spowoduje dla nas żadnych negatywnych skutków zdrowotnych. Jest jednak warunek: nic nie powinno się nam stać, jeżeli żywność w tym okresie będzie właściwie przechowywana, zgodnie z zaleceniami producenta – na przykład jogurt nie spędzi całego słonecznego dnia w torbie. Produkty, które są oznaczone informacją, mówiącą do kiedy należy je spożyć, na ogół mają krótką trwałość, jak na przykład mięso, ryby, jogurty czy twarogi.
Niekiedy zapominamy o zapewnieniu żywności należytych warunków przechowywania. Dlatego warto czytać etykiety i przestrzegać zaleceń producenta co do sposobu, temperatury i czasu, w którym należy ją zjeść. Jeśli na przykład przeczytamy: „po otwarciu przechowywać w lodówce nie dłużej niż 48 godzin”, to zapewne nic nam się nie stanie, jeśli zjemy ją po 49 godzinach. Gdybyśmy jednak poczuli się marnie i zechcieli zażądać zadośćuczynienia od producenta, to bądźmy pewni, że z powodu przekroczenia terminu o tę jedną godzinę, nic nam się nie będzie należało – o ile oczywiście producent zdoła nam udowodnić, że zbyt długo przetrzymywaliśmy otwarty produkt.
Nieco inne, choć podobne znaczenie mają napisy: „Najlepiej spożyć do…” lub „najlepiej spożyć przed końcem…”. „Najlepiej” to nie to samo, co „Należy”. Taki anons, określany również jako data minimalnej trwałości, informuje nas o tym, do kiedy produkt zachowa swoje najwyższe wartości odżywcze i smakowo-zapachowe, deklarowane przez producenta. Jeżeli produkt będzie odpowiednio przechowywany, zgodnie z zaleceniami na opakowaniu, to zjedzenie go po upływie daty minimalnej trwałości nie powinno stanowić zagrożenia dla naszego zdrowia. Do artykułów posiadających oznaczenie „Najlepiej spożyć przed końcem…” czy „Najlepiej spożyć do…” zalicza się na ogół żywność trwalszą, taką jak na przykład makaron, kaszę, ryż, mrożonki czy konserwy.
Każdy producent żywności ma obowiązek umieszczenia informacji dla konsumenta o trwałości danego produktu spożywczego, sposobie jego przechowywania i przygotowywania do bezpiecznego spożycia. Obowiązek ten wynika z rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej nr 1169/2011 z dnia 25 października 2011 r.
Reasumując: na pytanie, czy można zjeść produkt po upływie terminu ważności?, należy odpowiedzieć: Tak, jeżeli tym terminem była data minimalnej trwałości, a jedzenie było właściwie przechowywane, czyli na ogół w suchym i chłodnym miejscu, bez promieni słonecznych i działania wysokiej temperatury, oraz w szczelnym opakowaniu gdzie nie dostanie się powietrze ani insekty.
Co natomiast możemy zrobić, jeżeli już wyrzuciliśmy opakowanie, albo data na nim jest niewidoczna, a więc nie wiemy jaka jest data ważności ? Jest kilka sposobów by sprawdzić czy możemy zjeść dany artykuł, czy lepiej nie. Oczywiście ocena naszymi zmysłami jest bardzo ważna – wzrokowo, zapachowo i smakowo możemy dowiedzieć się czy produkt zachował swoje cechy. Są to dosyć oczywiste obserwacje – jeżeli na żywności zauważymy nalot pleśni, (a nie jest to specjalnie wytworzony szczep dla najdroższego sera pleśniowego na świecie) nie należy jej jeść.
Oficjalne wskazówki mówią, że w takich sytuacjach nie należy usuwać górnej widocznej pleśni, tylko wyrzucić cały produkt. To oczywiście przesada. Nikt przecież nie wyrzuci na przykład kilograma sera, jeżeli w jego jednym rogu pojawi się pleśń. Jak w każdej sytuacji, tak i tu, należy zachować zdrowy rozsądek – gdy więc zauważymy, że spleśniał fragment małego pomidorka, to lepiej go wyrzucić. Gdy natomiast spotkało to drobną część dużego bochenka chleba, wystarczy ją odkroić (ze sporym zapasem), a resztę szybko zjeść albo najpierw przerobić na grzanki. Pamiętajmy przy tym, że w miękkich owocach i warzywach, które mają w sobie dużo wody, a także w twarożkach, serach śmietankowych czy dżemach, pleśń może rozwijać się pod ich powierzchnią.
Najprościej jest z surowym mięsem – gdy zaczyna brzydko pachnieć , lepiej się go pozbyć. Wędliny można natomiast wtedy przesmażyć. Łatwo możemy też sprawdzić termin ważności jajek. Otóż, jeżeli jajko tonie w wodzie możemy je zjeść, a te które unoszą się na powierzchni są zepsute. Po rozbiciu zepsutego jajka, możemy poczuć charakterystyczny zapach siarki, więc nie należy robić z niego jajecznicy.
Co do ryb, to rozmaici znawcy kulinarni zalecają, aby głęboko spojrzeć martwej rybie w oczy. Jeżeli ryba ma zamglone oczy, to jest nieświeża – informują. Dajmy sobie spokój z takimi poradami (bo co zrobić, jeśli np. kupiliśmy filety?). Wiadomo przecież, że świeżość ryb najlepiej ocenia się nosem. Ewentualnie, dodatkowo, możemy zwrócić uwagę, że jeśli ryba ma ciemne, brunatne skrzela, a jej mięso po naciśnięciu nie wraca do swojego pierwotnego kształtu, to także świadczy to o tym że jest nieświeża.
Najprostszą regułą na uniknięcie kłopotów z zepsutą żywnością jest: kupuj mało. Wtedy zawsze zdążymy zjeść zanim się zestarzeje.

Gospodarka 48 godzin

Ze starych śmigieł

Firma Anmet ze Szprotawy przy granicy polsko-niemieckiej  zdobyła Polsko-Niemiecką Nagrodę Gospodarczą, przyznawaną przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową.  Firma zajmuje się recyklingiem metali i materiałów kompozytowych, a w szczególności wyeksploatowanych śmigieł turbin wiatrowych po demontażu. Odzyskuje  ona włókna węglowe ze śmigieł turbin wiatrowych i pracuje nad nowymi materiałami i produktami, które można z nich wykonać. W ramach ponownego wykorzystania i recyklingu  śmigieł turbin wiatrowych powstają meble zewnętrzne ze śmigieł (czyli takie, które są bardziej odporne na warunki atmosferyczne). Meble te znalazły już swoich pierwszych klientów i cieszą się coraz większą popularnością. Recykling wyeksploatowanych śmigieł turbin wiatrowych jest mało zauważanym wyzwaniem transformacji energetycznej. Mógłby on oczywiście się odbywać także w Niemczech, ale nie jest to działalność obojętna dla środowiska, a w dodatku firma w Polsce może się nią zająć taniej, niż w Niemczech.

Odkrywcze badanie

Aż 44 proc. pracowników w Polsce byłoby w stanie w nieokreślonej przyszłości zrezygnować z roboty na czas dłuższy od urlopu, nie mając kolejnej – wynika z badania Hays Poland. Wynik jest dość oczywisty, zwłaszcza wśród pracowników będących tuż przed emeryturą. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że spośród nich prawie 100 proc. byłoby w stanie zrezygnować z pracy, nie mając kolejnej. – Przerwa w karierze staje się coraz bardziej popularna wśród pracowników z większym doświadczeniem zawodowym – uważa Justyna Chmielewska z Hays Poland. Warto dodać, że zwłaszcza wśród tych z doświadczeniem największym, zebranym do osiągnięcia 65 lub 60 (kobiety) roku życia. Firma Hays Poland doszła do zdumiewających wniosków. Wykryła bowiem, że jako ewentualny bodziec do rezygnacji z pracy najczęściej wskazywane były dwa obszary – szeroko rozumiane niezadowolenie z pracy oraz chęć zyskania większej ilości czasu wolnego. No, coś niezwykłego… Równie zdumiewające są powody, dla których spora część pracowników woli jednak nie robić sobie dłuższych przerw w pracy. Otóż: „Nie każdy może sobie pozwolić na rezygnację ze stałego przychodu” – odkrywczo zauważa Hays Poland.

Nie dało się czekać

Podwyższenie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej spowoduje, że spadnie  ilość pieniądza w obiegu gospodarczym. Będzie  także rosnąć, choćby okresowo wartość pieniądza, co może utrudnić ekspansję polskiego eksportu. „Wzrost stóp procentowych ma wiele pozytywnych aspektów, takich jak zahamowanie inflacji, ale może też zahamować aktywność gospodarczą polskich firm” – uważa ekonomista Richard Mbewe. PiS-owskiej ekipie rządzącej bardzo zależało na tym, żeby partyjne media „publiczne” chwaliły się wysokimi cyframi statystycznego wzrostu gospodarczego, więc odwlekano podniesienie stóp procentowych. W końcu jednak nie dało się tego uniknąć.

Trzeba myśleć, zamiast wyrzucać

Pod panowaniem PiS rozszerza się obszar skrajnego ubóstwa w Polsce, więc tym bardziej nie wolno dopuszczać do marnotrawstwa żywności.

Jak marnujemy żywność w Polsce? Można to ocenić na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego oraz Federację Polskich Banków Żywności, opublikowanych w monografii pt. „Straty i marnotrawstwo żywności w Polsce. Skala i przyczyny problemu”.

 Zaczyna się już od produkcji. Roczne straty w skali naszego kraju w produkcji rolniczej wynoszą około 2 mln ton, z czego najwięcej marnuje się w sektorze zbożowym i owocowo-warzywnym. Tu w największym stopniu za marnowanie żywności odpowiedzialne są gospodarstwa rolne – to właśnie w nich powstaje nawet 99 proc. strat w sektorze mięsnym i aż 71 proc. w owocowo- warzywnym.

Dlaczego żywność marnuje się w gospodarstwach rolnych? Przyczyny strat i marnotrawstwa są tu bardzo zróżnicowane. Wpływają na to przede wszystkim warunki atmosferyczne (burze, gradobicia, podtopienia, powodzie, czy susze), ale także niewłaściwy czas zbioru czy szkodliwe praktyki stosowane podczas zbiorów  czy przeładunku. Wiele żywności marnuje się także ze względu na nieodpowiednie warunki przechowywania (zbytnią wilgoć w magazynach).

Przetwórstwo to kolejny etap łańcucha żywnościowego oraz strat. Ze względu na złożoność procesów produkcyjnych, trudno dokładnie oszacować skalę marnowania na tym szczeblu. Z rozmaitych danych jednak wynika, że najwięcej strat (w stosunku do wielkości produkcji) w tym obszarze generuje się w sektorze owocowo-warzywnym (8,58 proc.). Na drugim miejscu tego niechlubnego podium plasuje się branża mięsna i olejarska, a czołówkę zamyka przemysł rybny.

Najmniej strat jest zaś w sektorze zbożowym – 0,45 proc., potem w mleczarskim – tylko 0,53 proc., co wydaje się dziwne, zważywszy, że mleko jest znacznie bardziej wrażliwym na zepsucie produktem niż olej i rośliny z których się go wytwarza – a tymczasem w branży olejarskiej straty, jak podaje raport Federacji Polskich Banków Żywności wynoszą aż  4,94 proc.

Żywność marnuje się w zakładach przetwórczych przede wszystkim ze względu na przekroczenie okresu przydatności przetwarzanych produktów. W przypadku owoców i warzyw obserwujemy znacznie wyższe straty w porównaniu z takimi na przykład sektorami, jak zbożowo-młynarski. Tak samo jest w naszych domach – częściej wyrzucamy świeże produkty, których nie zużyliśmy w krótkim oknie czasowym, niż artykuły o wydłużonym terminie przydatności do spożycia – wskazuje raport Federacji Polskich Banków Żywności.

Częstą przyczyną strat w tym obszarze są także nierzetelni dostawcy, którzy zaopatrywali zakłady przetwórcze w niskiej jakości surowce. Czasem wyrzucanie żywności wiąże się też z przerwą w dostawie prądu czy ludzkim błędem podczas pracy.

Kolejne ogniwo, transport to stosunkowo najmniej marnotrawcza gałąź przemysłu spożywczego. Straty generowane w trakcie przewożenia produktów żywnościowych stanowią średnio zaledwie 0,019 proc. transportowanej żywności. O większej – choć równie znikomej – skali marnowania można mówić w przypadku magazynowania. Powstałe w centrach logistycznych straty stanowią średnio 0,18 proc. przechowywanej żywności. Pod względem tonażu, ilość strat w transporcie spadła w ciągu ostatnich lat, od 2017 r. To wynik oddawania do użytku coraz lepiej przygotowanych powierzchni magazynowych. Tym niemniej, również i w centrach dystrybucyjnych marnuje się żywność. Przyczyny to głównie  zbyt długi okres przechowywania towarów, nieprzestrzeganie zasady FIFO (first in, first out), czyli dbałości o szybką rotację najmniej trwałych produktów, a także niedbalstwo pracowników, pośpiech i brak dokładności – czyli błędy ludzkie.

Na podstawie wyników z badań w zakładach gastronomicznych, przeprowadzonych przez Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, widać, że największe rozmiary przybiera marnowanie na talerzu. Gastronomia  to  dotychczas chyba najbardziej  enigmatyczny  pod  względem  marnowania  żywności  obszar. Ze względu na dużą liczbę lokali i ich różnorodną charakterystykę, jest to grupa trudna do zbadania.

Problemy z marnowaniem żywności zaczynają się już w momencie dostarczenia dostaw do zakładów gastronomicznych. Część danych może napawać optymizmem – niemal wszyscy przedstawiciele restauracji zapewniają, że zawsze lub zazwyczaj sprawdzają stan magazynów przed zakupami (99,23 proc.) i po zaopatrzenie wybierają się z listą niezbędnych produktów (95,4 proc.), by uniknąć nadmiernych, kosztownych i mogących się zmarnować zapasów. Jednocześnie, niemal 11 proc. z nich kupuje niezaplanowane wcześniej produkty (czyniąc to zawsze lub zazwyczaj), co sprzyja marnotrawstwu. Ponad 22 proc. z kolei deklaruje, że świadomie robi zakupy „na zapas”. Ze względów organizacyjnych, w wielu lokalach często potrawy przygotowywane są  wcześniej, czyli innego dnia niż następuje ich sprzedaż. Przygotowywanie dań z wyprzedzeniem czasowym zostało zadeklarowane przez 4 na 10 respondentów – co zapewne kłóci się z informacjami przekazywanymi  konsumentom, którzy na ogół są przekonani, iż spożywają świeże, dopiero co przygotowane potrawy.

W przypadku takich lokali gotujących na zapas, bardzo ważne jest przechowywanie wstępnie przyrządzonych dań. Niektóre zimne przekąski, takie jak np. tartinki czy koreczki są przechowywane nawet do 72 godzin, podobnie z ciepłymi przystawkami. Najdłużej, bo aż do 5 dni, bywają składowane wyroby mączne, takie jak pierogi, kopytka, knedle czy placki ziemniaczane (3,6 proc.).

W żadnym przypadku, wedle deklaracji restauratorów, potrawy przygotowane z wyprzedzeniem czasowym nie były przechowywane powyżej 5 dni. W przypadku większości potraw, o które zapytano w kwestionariuszu, respondenci deklarowali, że najczęściej są one składowane tylko do dnia następnego (do 24 godzin) – wyjątek stanowiły ciasta, które z reguły były przechowywane do 48 godzin.

Poza czasem, istotny jest również sposób przechowywania. Niemal ¾ lokali deklaruje, że zawsze lub zazwyczaj znakuje danie datą produkcji. Z kolei aż 40 proc. lokali nie zamieszcza na produktach czy daniach informacji o terminie przydatności do spożycia, co może wpływać na większe straty żywności.

Ponadto, na podstawie deklaracji respondentów stwierdzono, że tylko w części obiektów znajduje się szybkoschładzarka,  urządzenie  niezbędne  do  produkcji  dań  ciepłych  z  wyprzedzeniem  czasowym.  Zaledwie około 50 proc. zakładów przygotowujących zupy z wyprzedzeniem czasowym posiadało odpowiednie wyposażenie przeznaczone do procesu szybkiego schładzania. W przypadku niezastosowania takiego urządzenia istnieje zaś znacznie wyższe ryzyko zmarnowania dania lub zagrożenia dla zdrowia konsumenta.

Do najczęściej wyrzucanych na tym etapie artykułów spożywczych (z częstotliwością codziennie i prawie codziennie) przez ponad jedną trzecią respondentów, należą przede wszystkim produkty napoczęte z oznakami zepsucia, przeterminowane produkty, zwiędnięte warzywa i owoce. Oczywiście, trzeba je wyrzucić – ale nie wolno dopuszczać, by się popsuły i przeterminowały. Codziennie w jednej czwartej badanych zakładów gastronomicznych wyrzucano potrawy ciepłe, a w co piątym zakładzie, potrawy serwowane na zimno i pieczywo. Natomiast najrzadziej deklarowano wyrzucanie półproduktów.

W zakładach gastronomicznych ze świeżych, przygotowanych danego dnia dań najczęściej wyrzucane były surówki, sałaty i sałatki (40,9 proc. ). Z kolei najrzadziej w koszu lądują zupy, wywary czy sosy (20,2 proc.) oraz produkty mączne (25,8 proc.).

Tylko 1 na 10 respondentów powiedział, że w jego lokalu praktykowane jest zabieranie niesprzedanej żywności do domu przez pracowników. Jeszcze mniej osób sprzedaje takie potrawy w niższej cenie lub wykorzystuje je do przyrządzenia innych dań – co wszakże trzeba robić ostrożnie ze względów sanitarnych. Okazuje się także, że restauratorzy raczej nie praktykują sprzedaży połowy porcji – taką możliwość deklaruje także zaledwie 1 na 10 lokali gastronomicznych.

Jeżeli chodzi o ustalenie sposobu postępowania z daniami, które były poddawane tzw.  bemarowaniu, czyli były utrzymywane w wysokiej temperaturze przez określony czas (zgodnie z zaleceniami powyżej 66°C),  a nie zostały w danym dniu wydane konsumentom, to około 30% przebadanych lokali deklarowało, że korzysta z bemarów w swojej działalności. Najczęściej w tych urządzeniach znajdowały się zupy, dania mięsne, podroby, ziemniaki, jarzyny, ryż czy kasza. Jeśli ich nie zjedzono czy sprzedano na czas, to najczęściej wskazywanym przez respondentów sposobem postępowania było po prostu ich wyrzucenie.

Według danych Komisji Europejskiej, straty żywności w sektorze handlu to około 5 proc. ogółu marnowanej żywności. W porównaniu do marnotrawstwa konsumentów (53 proc.) wydaje się to nieistotnym wynikiem, jednak ze względu na duży wpływ, jaki sieci handlowe wywierają na postawy konsumenckie, obszar handlu powinien zostać poddany szeregowi regulacji, mających na celu ograniczenie zjawiska wyrzucania jedzenia. Niektóre kraje (w tym Polska, gdzie w 2019 r. weszła w życie ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności) już wprowadziły odpowiednie ustawodawstwo, wedle którego na sklepy nakładana jest kara za marnowanie żywności. Skuteczność tych rozwiązań jest wszakże znikoma, a sklepy w Polsce wciąż wyrzucają żywność.

Do najczęściej marnowanych produktów spożywczych w sklepach należały: pieczywo, owoce i warzywa, świeże nie zapakowane mięso, drób i ryby oraz artykuły chłodnicze z bardzo krótką datą ważności. Z zebranych danych wynika, że aż 60 proc placówek handlowych wyrzuca codziennie chleb czy bułki. W przypadku warzyw i owoców postępuje tak niemal 50 proc. badanych. Wyrzucanie nie omija nawet produktów suchych, takich jak kasze czy makarony – aż 51,6 proc. ankietowanych sklepów utylizuje takie towary minimum dwa, trzy razy w miesiącu i częściej.

Sklepy marnują żywność, bo najczęściej przekraczają terminy przydatności do spożycia lub daty minimalnej trwałości. To deklarowana główna przyczyna i przeważający powód, dla którego w koszach lądowało paczkowane mięso (42,5 proc.), świeże produkty np. mleko czy wędliny (58,6 proc.), artykuły mrożone (33,3 proc.), a także paczkowane pieczywo (46 proc.) czy produkty suche – takie jak mąka, kasza bądź makarony (łącznie 51,7 proc.).

Kolejną częstą przyczyną marnowania jedzenia była zauważalna organoleptycznie utrata świeżości produktów. To dotyczyło przede wszystkim owoców i warzyw (78,2 proc),  pieczywa (65,3 proc.) oraz świeżego – teoretycznie – mięsa, drobiu czy ryb (46 proc.). W przypadku artykułów mrożonych częstą przyczyną marnowania było także przerwanie procesu mrożenia (26,4 proc.). Mechaniczne uszkodzenia opakowań skazywały na straty najczęściej produkty suche (31 proc.) oraz napoje (28,7 proc.).

Ograniczenie marnowania żywności przez sklepy jest ważne nie tylko ze względu na koszty środowiskowe i ekonomiczne, ale także z punktu widzenia szeregu organizacji społecznych, które niesprzedaną, ale dobrą jakościowo żywność mogą przekazać osobom potrzebującym. Tu do pożądanych zmian mogłyby zachęcić wyższe koszty utylizacji odpadów oraz zobowiązania prawne, obowiązujące m.in. we Francji, Czechach i Polsce.

Zgodnie z polską ustawą, na wszystkie wielkopowierzchniowe placówki (powyżej 400 m2) nałożony został wymóg przekazywania niesprzedanej żywności do organizacji pozarządowych, a za każdy zmarnowany kilogram żywności obowiązuje opłata w wysokości 10 groszy. To jednak nie za bardzo pomaga i pomimo maksymalnie ponoć zoptymalizowanych procesów zamawiania i wykorzystania dostaw, śmietniki wielu supermarketów są pełne.

Ostatnie ogniwo marnotrawstwa to konsumenci. 53,75 proc. Polaków przyznaje, że zdarza im się  wyrzucić żywność, z czego większość dotyczy wyrzucania gotowych, niespożytych posiłków (aż 70,3 proc.), a  37,2 proc., wyrzucania produktów spożywczych.

Aż 62,9 proc. mieszkańców naszego kraju deklaruje, że z różną częstotliwością (często, czasami, rzadko), ale jednak wyrzuca pieczywo. Na kolejnych pozycjach znajdują się: owoce (57,4 proc.) , warzywa tzw. nietrwałe, typu sałata, rzodkiewka, pomidory, czy ogórki (56,5 proc.), wędliny (51,6 proc.) oraz napoje mleczne (47,3 proc.). Najczęściej wskazywanym powodem wyrzucania żywności jest, co oczywiste,  jej zepsucie (62 proc.). Dlaczego jednak doprowadzamy do tego, że się zepsuła?

Zachowania sprzyjające marnowaniu żywności są rozmaite, ale opisywane powody wyrzucania jedzenia pokazują, że jednym z kluczowych czynników jest nieodpowiednie przygotowanie się do zakupów oraz bezplanowe dokonywanie samych zakupów (41,9 proc.). Tylko czterech na dziesięciu dorosłych Polaków przed zakupami ma w zwyczaju sprawdzenie zawartości lodówki. Połowa Polaków przyznaje, że nigdy nie nabywa produktów, które są pełnowartościowe, ale trochę gorzej wyglądają, np. małych, niekształtnych warzyw bądź owoców (50,9 proc.) lub produktów w zdeformowanych opakowaniach (50,3 proc.) – czemu trudno się dziwić.

Tylko 39,0 proc. przygotowuje listy niezbędnych produktów przed pójściem do sklepu. 18,9 proc. konsumentów regularnie (czyli  zawsze lub zazwyczaj) nabywający produkty, których wcześniej nie planowali kupić, a 16,7 proc. robi zakupy „na zapas”. Prawie połowa dorosłych Polaków (48,9 proc.) nigdy nie spożywa produktów spożywczych po upływie ich daty ważności – ale skoro je wyrzucają, to znaczy, że nieodpowiednio zarządzają zawartością spiżarni i lodówek oraz nie uwzględniają daty ważności przechowywanych produktów.

 Zaledwie 31,3 proc. naszego społeczeństwa przyznaje, że regularnie układa produkty w lodówce zgodnie z datami ważności, czyli najbliżej drzwi te produkty, które mają najkrótszy termin (wspomniana zasada FIFO:  first in, first out, czyli „pierwsze weszło,  pierwsze wyszło”). 41,9 proc. Polaków twierdzi, że zdarza im się dbać o odpowiednie ustawienie produktów, a 26,8 proc. respondentów zupełnie nie przywiązuje do tego wagi, co zrozumiałe, bo raczej mamy niezbyt duże lodówki, w których trudno wymierzać odległość od drzwi.

Nie zjedzonych produktów i posiłków zwykle nie wyrzucamy od razu. Przede wszystkim wykorzystujemy je do przygotowywania innych potraw  (85,8 proc. pytanych czyni tak zawsze, zazwyczaj,  czasami bądź  rzadko) albo zamrażamy  (74 proc. odpowiedzi). 70,3 proc. spośród nas przyznaje, że wyrzuca je do kosza.

Niesprzedana, dobra jakościowo żywność zamiast na śmietniki, powinna trafiać na talerze. W Polsce wciąż ponad 1,6 mln osób żyje w skrajnym ubóstwie, co często jest równoznaczne z doświadczaniem głodu – przypominają Banki Żywności. A pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości rozszerza się obszar skrajnego niedostatku w naszym kraju.

Gruszki na wierzbie

Liderzy PiS obrażają inteligencję mieszkańców wsi, wciskając im bajki dla naiwnych. Niech wyjaśnią, dlaczego przez tyle lat nic dla nich nie zrobili.

„Ciemny naród to kupi” – to hasło najważniejszego propagandzisty „zjednoczonej prawicy” Jacka Kurskiego stało się głównym wyznacznikiem dla wystąpień mówców na konwencji w Przysusze. Wystąpienia prezesa Jarosława Kaczyńskiego i premiera Mateusza Morawieckiego wbrew ich intencjom były jednym wielkim samooskarżeniem w kwestii nierozwiązywania problemów wsi – podkreśla Unia Pracy. Dopiero bowiem po sześciu latach rządzenia krajem, w okresie bardzo dobrej koniunktury gospodarczej (zwłaszcza w pierwszej kadencji sprawowania władzy), pod groźbą i w obliczu  rolniczych protestów, „zjednoczona prawica” przypomniała sobie o niezrealizowanych obietnicach.

            W panice, partia PiS zorganizowała konwencję w Przysusze poświęconą rolnictwu, na której zostały odkurzone stare obietnice. Prezes Jarosław Kaczyński w swoim długim wystąpieniu obiecał wszystkim wszystko, nawet „gruszki na wierzbie”. Niestety ani słowem nie wspomniał dlaczego przez tak długi czas nie dostrzegał problemów wsi.

            Na tejże partyjnej konwencji prezes Jarosław Kaczyński obiecywał mieszkańcom wsi wielkie pieniądze, które mają być przekazane Polsce przez Unię Europejską w ramach Krajowego Programu Odbudowy (KPO). Wszyscy widzą, że także i tym razem Jarosław Kaczyński nie jest wiarygodny w swoich obietnicach – gdyż dzień wcześniej jego „towarzyskie odkrycie” czyli mgr Julia Przyłębska ubrała w formę „wyroku” tzw. Trybunału Konstytucyjnego własne prezesa wytyczne, które dopływ tych unijnych pieniędzy stawiają pod bardzo wielkim znakiem zapytania. Trzeba mieć nadzieję, że ten nierozsądny, bezmyślny „wyrok” nie zakłóci przekazania środków na dopłaty rolnicze.

W ostatnim czasie Jarosław Kaczyński i jego partia, aby utrzymać się u władzy gotowi są obiecać wszystko, tak jak milion mieszkań, czy miliony samochodów o napędzie elektrycznym – zauważa Unia Pracy.

I apeluje: prezesie Jarosławie Kaczyński, aby być chociaż trochę wiarygodnym to należało swoje wystąpienie rozpocząć od przeproszenia mieszkańców wsi za to, że „wypiął się” Pan na nich, czego uwieńczeniem było powierzenie resortu rolnictwa najbardziej „zielonemu” w sprawach rolnictwa człowiekowi.

Gospodarka 48 godzin

Stracili główny argument

Ceny gazu na polskim rynku spadają od kilku dni i nie zanosi się na to, by ich ruch w dół szybko się zatrzymał. Cena dostaw gazu z terminem w grudniu, która w środę 6 października wynosiła aż 680 złotych za megawatogodzinę, w następny poniedziałek spadła do 420 zł. Jeśli chodzi o średnie ceny gazu, zmniejszyły się one o 28 proc.  – z 589 zł w środę 6 października do 423,5 w poniedziałek. Ciekawe, czym teraz rząd PiS będzie tłumaczyć  inflację w Polsce, która jest najwyższa w Europie?

Milion na wynajem

W Polsce istnieje ponad milion państwowych mieszkań, wynajmowanych lokatorom (lokale kwaterunkowe). Stanowią one około 7 proc. łącznego zasobu mieszkaniowego, czyli relatywnie dużo na tle krajów rozwiniętych. Daje to Polsce 11. miejsce na 33 kraje OECD. Jest to ponad dwa razy więcej niż w Niemczech (2,9 proc.) i 19 razy więcej niż w Czechach (0,4 proc.). Zdaniem Forum Obywatelskiego Rozwoju, w przeciwieństwie do prywatnego najmu mieszkań (uznanego przez tę organizację za dobry), wynajem państwowych mieszkań jest zły. Ogranicza bowiem mobilność  obywateli, zamiast ją poprawiać. Dlaczego? Ano dlatego, że: „Skrajnie preferencyjne warunki państwowego najmu i możliwość dojścia do własności powodują, że bardzo rzadko lokatorzy się z nich wyprowadzają” – stwierdza FOR. Tymczasem lokatorzy powinni się z nich wyprowadzać, a tak pożądaną ich mobilność należałoby wymusić, drastycznie podnosząc te „skrajnie preferencyjne” czynsze i uniemożliwiając „dojście do własności”. Forum Obywatelskiego Rozwoju z niepokojem zatem konstatuje, że w Warszawie czynsz mieszkań komunalnych był 10 – krotnie niższy niż rynkowy. „Dlatego nic dziwnego, że w całym zasobie komunalnym tylko mniej niż 2 proc. mieszkań zmieniło w 2018 roku lokatorów” – ubolewa FOR, nie chcąc zauważyć, iż wynajem lokali komunalnych pełni też funkcję socjalną. Inna sprawa, że jest ona nadużywana przez setki tysięcy cwaniaków, którzy mimo niezłych dochodów pasożytują na zasobie komunalnym, mieszkając w tych lokalach za grosze i uniemożliwiając korzystanie z nich ludziom naprawdę potrzebującym. Tyle, że lekarstwem na te patologie nie jest rozwój najmu prywatnego, lecz uczciwość urzędników i odpowiednie korzystanie z istniejących rozwiązań prawnych. Z drugiej strony, trudno niestety liczyć na to, że w Polsce urzędnicy zajmujący się mieszkaniami komunalnymi staną się niepodatni na korupcję i nepotyzm.  FOR wskazuje, że powracające próby i postulaty budowy państwowych mieszkań na wynajem są złudne.  Ten milion państwowych mieszkań komunalnych, zamiast umożliwiać młodym migracje do metropolii lub wyprowadzkę od rodziców, jest w głównej mierze zasiedlony przez lokatorów, których sytuacja materialna nie jest monitorowana przez urzędników. Zdaniem FOR, zamiast próbować zastępować rynek najmu przez państwo należy umożliwić jego rozwój w Polsce. W szczególności należy znieść podatkową dyskryminację najmu wobec własności, lepiej zabezpieczyć interesy właścicieli i lokatorów w umowach dla osób fizycznych, zaprzestać państwowego subsydiowania własności, a także umożliwić tworzenie w Polsce funduszy inwestujących w nieruchomości. Czyli, byłby to kierunek taki jak w państwach Europy Zachodniej, gdzie większa część mieszkańców miast mieszka w lokalach wynajmowanych. Tyle, że coraz częstsze jest tam niezadowolenie z powodu bardzo szybko rosnących czynszów, co niesie za sobą rozliczne, negatywne konsekwencje.

Banki wprowadzały frankowiczów w błąd

Problem kredytów frankowych to nie dywagacje makroekonomiczne, tylko kwestia rozstrzygnięć prawnych.

Jeden z naukowców postawił niedawno odkrywczą tezę, iż: „lobby frankowe insynuuje bankom, że na rynku tworzyły iluzje”. Podobne znajdziemy też w wywiadach prezesa Glapińskiego na temat polityki pieniężnej: ”Projekcja wskazuje, że inflacja się obniży, do czego się przyczyni wygaśnięcie lub osłabienie wielu czynników podażowych i regulacyjnych”. Cały wywiad szefa Narodowego Banku Polskiego o inflacjach, wzrostach PKB, projekcjach, strategiach to raczej „polskoładna” mowa, czyli kit, mający przykryć prawdziwe cele i problemy polityki pieniężnej.
Ów prezes Glapa nie znalazł miejsca i czasu by odpowiedzieć: jakież to czynniki podażowe, czyli kosztowe inflacji, ulegną osłabieniu lub wygaśnięciu, w sytuacji, gdy wszystko drożeje? A jakież to czynniki regulacyjne miałyby utrzymać inflację w ryzach, w sytuacji gdy regulacji proinflacyjnych przybywa a nie ubywa? Skąd w latach 2016 – 2020 wzrost podaży pieniądza aż o 58 proc., gdy wzrost nominalny produktu krajowego brutto to tylko 22 proc. Jak zlikwidować niemal 40-procentowy nawis inflacyjny (przyrost podaży pieniądza ponad PKB), gdy według Głównego Urzędu Statystycznego inflacja łącznie wyniosła 19 proc.? A co z rosnącym długiem publicznym?
Okazuje się, że sprawa kredytów „frankowych” ma związek z polityką nie tylko finansową. Dr. Krzysztof Kalicki na tę okoliczność przytacza stanowisko Komisji Nadzoru Finansowego oraz NBP przedłożone Sądowi Najwyższemu, które potwierdziło to, o czym rzekomo pisał od roku: „Banki nie czerpały korzyści finansowych ze zmiany kursu walutowego. Znaczny wzrost złotowej wartości kredytu (walutowego) nastąpiłby niezależnie od sposobu ustalania kursu w tzw. klauzuli przeliczeniowej” – to jakby o przyczynach inflacji, że: „ co prawda wzrosła, ale wyliczyliśmy ją poprawnie”. Im dalej – tym ciekawiej, bo„ wzrost obciążeń klientów z powodu aprecjacji franka nie miał istotnego wpływu na dochody banków, gdyż (…) miały one domkniętą pozycję walutową”. Za domykanie trzeba płacić, ale by zamknąć – trzeba wpierw otworzyć!
Zapytajmy więc: w czyim imieniu i po co banki pootwierały pozycje frankowe na ponad 100 mld CHF?. No i skąd wzięły franki? Nie wyjaśniają tego ani audytorzy, ani KNF ani Glapa, wię podpowiedzmy: otwierały je w imieniu swoim, po to by grać na rynkach finansowych, a franki utworzyły zapisem księgowym. I były one dobre i stabilne dopóty, dopóki udawało się utrzymać dłużnika w przeświadczeniu, że udzielono mu kredytu we frankach! Gdy pożyczasz kurę to masz oddać kurę, a nie pterodaktyla – tak sobie wydedukowali po latach, nie mając wglądu w księgi banku! A banki otwierały pozycje długie w CHF i domykały je kiedy chciały, także ze stratą, bo wiadomo, że straty zostaną pokryte przez kredytobiorców. Ale umowa o kredyt indeksowany nie zobowiązywała banków do otwierania pozycji długiej we franku, a klientowi krótkiej, lecz dawała bankom taką możliwość! Jeśli więc straty z gry banki łączą z kredytami indeksowanymi, to czemuż nie wspominają o wygranych?. Przecież wygrane były równie możliwe, a jeśli gra profesjonalista – bank, to nawet bardziej prawdopodobne.
Wielu specjalistów zaprzecza, iż banki płaciły wyższe prowizje handlowcom za kredyty walutowe niż złotowe, ale jak wytłumaczyć, że kredytu złotowego często odmawiano z powodu braku zdolności kredytowej?. Jeśli w procesie sprzedaży kredytów indeksowanych banki, bywało, postępowały powściągliwie, to zaangażowani w tym celu pośrednicy finansowi, poczynali z klientami zdecydowanie, a nawet agresywnie! I nie robili tego za darmo, bo wielu z nich zarobiło na kredytach „frankowych” krocie!
Jeżeli banki nie mają nic do ukrycia, to dlaczego twierdzą, że dokumentacja związana z akcją kredytową zaginęła? A teraz dlaczego tak gorączkowo lobbują? Po co akcja wynajmowania gazetowych i internetowych trolli, przecież wystarczyłaby w sądzie krótka odpowiedź na pozew i objaśnienie co też takiego w umowie i historii jej realizacji, się znajduje. Dlaczego zamiast ugód, banki tracą czas i środki na walkę z ludźmi? Zapewne liczą, że owe tajemne kredyty ostaną się jako dewizowe, czyli udzielone w walucie innego kraju. Jak banki zapisały w księgach, tak ma być i niepotrzebne są do tego interpretacje prawne.
Wielu specjalistów pisze, że KNF i NBP, stojące na straży stabilności finansowej państwa, potwierdziły poglądy ekonomistów i części prawników, że przyczyną kryzysu frankowego nie są abuzywne klauzule, tylko wzrost raty kredytu spowodowany wzrostem kursu franka. Wzrostu tego nikt nie był w stanie przewidzieć, ani oszacować czy wywołać, na którym bezpośrednio nie zarobiły banki, a pośrednio zaczęli zarabiać, głównie… prawnicy frankowiczów. A więc nieuczciwy kredytobiorca tak nagiął prawo, by bankowi płacić więcej, na czym nie zarabiał bank, tylko prawnicy – czyż tak? Jest to pogląd ciekawy, tyle że absurdalny.
„Lobby frankowe insynuuje, że na wolnym rynku banki tworzyły iluzje, którymi kierowało się prawie milion dorosłych, wykształconych, racjonalnych i doświadczonych ludzi. Teraz chcą banki pozbawić godności w celu przejęcia majątku”. Do takiego rozumienia ma przekonać mechanizm przyczynowo – skutkowy, na bazie dziejów ludzkości. Najpierw ogłosić kogoś czarownikiem, czy wiedźmą, albo zdrajcą, wydać wyrok, spalić na stosie i zabrać majątek. Zbrodnia doskonała „w majestacie prawa” – podkreśla w swoim wywodzie dr. K. Kalicki. Ale płacone coraz wyższe raty i odsetki to nie iluzja! Z jego wywodu wynika, że banki oferowały tanie kredyty tylko po to by „zapewnić społeczeństwu szeroki dostęp do tanich kredytów, bo Komisja Nadzoru Bankowego z Balcerowiczem na czele, chciały tego pozbawić” – tak twierdzili ówcześni rządzący. Nie chciały na nich zarabiać, ale los sprawił , że zarobiły i zarabiają znacznie więcej niż na innych kredytach! „Wszyscy żyli optymizmem co do umacniania się złotego i wejścia Polski do strefy euro. A prawnicy mieli wiedzieć, że każda decyzja ekonomiczna jest związana z niepewnością i niesie ze sobą ryzyko, zarówno po stronie konsumenta, jak i kontrahenta – podobnie jak każdy produkt finansowy czy usługa bankowa, nie tylko kredyt. Czy nie zauważają, że decyzja, którą podjęli kredytobiorcy, umożliwiła im zakup nieruchomości? A teraz sugerują, że system finansowy dokonywał operacji finansowych na podstawie oszustwa lub triku, co jest sprzeczne z regułami funkcjonowania rynków finansowych. Tę nieuczciwą argumentację wzmacnia sugestia, że banki masowo wprowadzały frankowiczów w błąd, a autorzy tych tez nie mają podstawowej wiedzy ekonomicznej, lecz tylko bajkowe wyobrażenie o funkcjonowaniu rynków finansowych”. Ale rzecz w tym, iż kredytobiorcy nie tylko nie mieli i nie mają wyobrażenia, ale nie znają się na tym w ogóle!. Jednak sęk w tym, że nie muszą, bo kredytobiorcy w żadną grę się nie angażowali. Natomiast banki „bajkowe wyobrażenie” o rynkach finansowych raczej miały, więc je poszerzyły o derywatywy, opcje dla firm, czy konstrukcje indeksacyjno – denominacyjne. Jednak w argumentowaniu na rzecz banków przydałoby się nieco powagi i sensu!
Zostawmy na inną okazję część dotyczącą złej interpretacji dyrektyw Unii Europejskiej, wypełniania bankowych obowiązków, zgodności kredytów z prawem, ustalania kursów, czy działań grup interesu przeciw społeczeństwu, choć ten ostatni aspekt liczni autorzy ujmują dość interesująco. Otóż ani prawo unijne ani polskie nie wspiera wywłaszczania z majątku, a odszkodowania nikt z kredytobiorców nie dochodzi. Lobbyści bankowi mają chyba rację, że takie niespójne z mechanizmami rynkowymi myśli prawne mogą funkcjonować tylko w Polsce, gdzie dowolna interpretacja prawa i rzeczywistości gospodarczej ma posłużyć transferowi wartości do rządzącego lobby, kosztem reszty społeczeństwa. To nie frankowicze nadużywają w Polsce prawa i to nie oni „oskubują” banki! A w sprawie zapętlenia argumentacji prawnej, bezumownego korzystania z kapitału i wzbogacenia się kredytobiorców bo płacą dużo, więc mają droższe mieszkania, radziłbym poczytać Y.N. Harariego ze zrozumieniem.
Są granice absurdu, o których dalej. Trudno bowiem wyobrazić owe setki tysięcy kredytobiorców, „knujących jak to sfalandyzować prawo, aby uzasadnić ekonomiczny rabunek banków dla stosunkowo wąskiej grupy interesu”. To nie kredytobiorcy, czy ich prawnicy wymyślili coś, co zdaniem banków i ich akolitów abuzywnością nie jest ani z punktu widzenia dyrektyw UE, ani procesów gospodarczych, którym te dyrektywy mają służyć. Zapisy o ochronie konsumentów mamy w polskim prawie od 2000 roku, a przepisy o obejściu prawa czy wprowadzeniu kontrahenta w błąd, już od 1964 r.; i nie są to zapisy skażone ideologią.
To nie systemy finansowe dokonują operacji na podstawie oszustwa lub triku. To co jest sprzeczne z obowiązującymi od stuleci regułami funkcjonowania rynków przygotowują ludzie. Tak też jest i było w bankach. Ponieważ bankowcy i ich prawnicy argumentują problem dość szeroko, powołując się m.in. na walkę klas czy grup, spróbujmy zawęzić tematykę do faktów, które bankowcy ewidentnie pomijają. Są one proste, jak lektura przywołanego wcześniej autora bestselerów. Przywołuje onże szereg ciekawych zależności między plemionami i grupami interesu, ale ku zmartwieniu bankowców – mają one niewielki związek z kredytami złotowymi indeksowanymi do walut obcych.
Z wszystkich zawartych umów indeksowanych do walut obcych wynika, że na ich podstawie udzielono kredytów złotowych, lecz banki postępowały tak, by utwierdzić klientów, że są to kredyty w walucie obcej. Umożliwiło to ukrywanie rzeczywistych rozliczeń w złotych. W procesie indeksowania nie zachodzi konieczność przewalutowania, zatem skąd i po co franki, skoro wiemy, że ich związek z kredytem jest żaden? Banki tego nie ujawniają, więc podpowiedzmy: znikąd!. Czyżby franki bank wpierw kupił od klienta, a potem je pożyczył, na co wskazują zapisy księgowe i niektóre wyjaśnienia?
Skoro wiemy, że żaden z kredytobiorców franków nie miał, a bank też ich nie angażował; aby wykazać rolę franka, należy przeanalizować „historię kredytu”, w której znajdziemy dwie instytucje prawne (np. przy kredycie na 100 tys. zł. i kursach w dniu jego przyznania: 2,00zł i 2,20 zł):
1) Transakcja sprzedaży krótkiej, w której bank zapisuje iż nabył od kredytobiorców prawo do 50 tys.CHF za cenę 100 tys. PLN. W ten sposób bank uzyskał należność w CHF oraz zobowiązanie na rzecz kredytobiorców w PLN. Nie ma tu innego źródła waluty obcej!
2) Udzielenie kredytu to właściwie zapłata za transakcję nr 1. Bank wypłaca kredytobiorcy 100 tys. zł tytułem spłaty zadłużenia za nabyte prawo do waluty. Złotówki zostają rozliczone, zostaje tylko należność banku od klienta w wysokości 50 tys CHF.
Transakcja nr 1 to typowa opcja, w której bank uzyskując pozycję długą, nabył prawo do waluty, nie ponosząc żadnych innych zobowiązań czy ryzyk, zaś klientowi przypisał pozycję „krótką”. Banki nie chcą zauważyć, że nawet przy stałym kursie waluty kredyt indeksowany jest droższy niż wynika to z zapisów umowy, a przy niewielkim wzroście indeksu PLN/CHF przekracza koszty kredytu oprocentowanego wg. WIBOR. Po przeliczeniu należności w CHF po kursie sprzedaży, już w dniu podpisania umowy zadłużenie z tytułu kredytu wynosi nie 100, ale 110 tys. PLN. Z kolei przy spłatach w złotych, obniża się kwotę w walucie CHF także o spread. Dzięki odwróceniu kursów dochodzi i do zawyżenia długu, i rat spłaty. Kwota kredytu zostaje rozłożona na wiele lat, a kilka procent dodane do każdej raty niewielkie, więc niełatwo to stwierdzić. Można to wykazać jedynie rozliczając kredyt w złotych, ale banki takich informacji nie przekazywały twierdząc np., że rozliczenie w złotych to sprawa wewnętrzna banku.
Wszystkie prognozy wskazywały, że PLN był w owych latach przewartościowany i że jego wartość spadnie wobec CHF jako stabilnej światowej waluty. Ktokolwiek ma minimum wiedzy o rynkach finansowych nie zawarłby takiej umowy, bowiem straty dla strony przyjmującej pozycją krótką są pewne, jak pewne są też korzyści strony przeciwnej, czyli banku. Po dokładnej analizie umowy wniosek jest oczywisty: Zobowiązanie kredytobiorcy wobec banku wynika wyłącznie z transakcji nr 1, czyli opcji walutowej, wbudowanej w umowę o kredyt. W chwili podpisania umowy kredytobiorca sprzedaje bankowi prawo do waluty, za co otrzymuje złotówki, z obowiązkiem odkupu prawa. Spłaty rat to właśnie ratalny wykup ustanowionego prawa. W ten sposób bank rozlicza wytworzone wcześniej aktywa frankowe. Jest to normalne w grze na instrumentach pochodnych, ale nie w umowach o kredyt hipoteczny. Nie ma tu waluty, jest tylko zapis księgowy w CHF, którego też być nie powinno, bowiem prawidłowe indeksowanie zamiany walut go nie wymaga.
Na tym umowa mogłaby się zakończyć, bo dalsze jej zapisy, to accidentalia negotii, czyli ozdobniki nadające jej kształt umowy o kredyt i wzmacniające pozycję banku. Aby to ustalić trzeba przeanalizować fakty dotyczące kredytu, by stwierdzić, że rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest znacząco wyższa od zadeklarowanej w umowie, a kredyt droższy od wszystkich innych. Banki musiały te różnice uwzględniać w opracowaniu ofert kredytów, które były przedmiotem rozważań i poddane zatwierdzeniu przez zarządy.
Instrument finansowy w postaci opcji sprzedaży najtrafniej opisuje wbudowaną do umowy transakcję sprzedaży krótkiej, choć od typowej opcji różni go niezbywalność i brak dźwigni finansowej. Cechą wspólną derywatywów jest transakcja sprzedaży krótkiej, czyli odwróconej, wraz z którą całe ryzyko zostaje scedowane na kredytobiorcę. Właśnie taką rolę w umowie o kredyt odgrywa frank; nie jest potrzebny jako waluta, lecz jedynie jako indeks PLN/CHF do namnażania złotówek!
Sam proceder indeksacji jest prawnie dopuszczalny, jednak wymaga, aby znaczenie pojęć jak: definiendum (pojęcie definiowane, tu: PLN) oraz definiens (pojęcie określające definiendum), było zachowane. Ich zamiana zmienia naturę transakcji. Indeksowanie złotówki za pomocą wskaźnika PLN/CHF, bez zamiany na franka, nie naruszyłoby prawa, ale bank zarobiłby mniej. To właśnie efekt wytworzenia przez bank waluty obcej powoduje, że tak skonstruowany proceder przybiera formę instrumentu finansowego (opcji).
Tworząc pozycję walutową długą, bank niejako sprzedał/udostępnił kredytobiorcom walutę i powinien transakcję zapisać po kursie sprzedaży. Przy spłatach rat ewidentnie bank nabywa walutę, więc winien zastosować kurs kupna waluty, ale czynił odwrotnie. Kursy te są prawidłowe, jeśli przyjmiemy, że w ramach zawartej umowy, pierwszym stosunkiem prawnym jest kontrakt sprzedaży krótkiej prawa do waluty. Zastosowanie takich właśnie kursów jest sprzeczne z umową o kredyt denominowany, ale jest zgodne z transakcją sprzedaży krótkiej waluty, czyli opcji. Potwierdza to, że punktem wyjścia do zawarcia umowy tzw. frankowej był kontrakt na opcję walutową, której instrumentem bazowym jest indeks PLN/CHF. I nie chodzi tu o niezgodności kursów walut z tabelami, bo takowej w zasadzie nie ma. Chodzi tu o to, że w umowie o kredyt nie ma miejsca na transakcję sprzedaży krótkiej/odwróconej, czyli grę na rynkach finansowych.
Skoro bank skonstruował tak umowę, naruszył szereg przepisów dotyczących obrotu instrumentami finansowymi, a samą umowę o kredyt należałoby interpretować jako pozorną albo wtórną, której celem jest rozliczenie transakcji nabycia opcji. Bank nie spełnił żadnych obowiązków informacyjnych wynikających z implementacji dyrektywy europejskiej dotyczącej instrumentów i produktów finansowych. Nie wyjaśnił też kredytobiorcom ryzyka związanego z zawarciem umowy kredytu zawierającej instrument finansowy i nie poinformował, że w rzeczywistości przedmiotowa umowa taki instrument zawiera. Taka „umowa kredytu” zawarta przez strony ma na celu obejście ustawy (w szczególności art. 94 ustawy o instrumentach finansowych). Nieważność przedmiotowej umowy kredytu wynika nie tylko z jej poszczególnych postanowień, czy regulaminów, na podstawie których bank zamieniał pobrane złotówki na franki bez zlecenia kredytobiorców, stosując kursy odwrotne niż wynika to z natury i właściwości stosunku prawnego. Umowa jest również nieważna, jako mająca na celu obejście ustawy(art. 58 kc), gdyż zawiera w sobie konstrukcję instrumentu finansowego, co nie wynika z literalnego jej brzmienia.
Ponadto umowa jest sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ponieważ bank przedstawiając kredytobiorcom konkretny produkt bankowy w postaci kredytu waloryzowanego do CHF zachował się w sposób nielojalny wobec kredytobiorców, nie informując ich ani o ryzyku walutowym związanym z umową, ani o jej konstrukcji (art. 84 kc). Trudno taką umowę uznawać za ważną, bowiem jej konstrukcja i wykonanie potwierdzają, że chodzi w niej głównie o zwiększenie dochodów z indeksacji kosztem kredytobiorcy, który miał pozostawać w nieświadomości takiego stanu rzeczy! Ale z powodu wrednego TSUE sprawa się rypła, bo ów przypomniał polskim władzom, że prawa należy przestrzegać.

Gospodarka 48 godzin

PiS zaczęło polexit
Prominenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele, wykorzystując poddany sobie Trybunał Konstytucyjny mgr. Julii Przyłębskiej rozpoczęli procedurę wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej. Formalnym, pierwszym krokiem na tej drodze stało się wydanie orzeczenia, w którym TK, spełniając oczekiwania ekipy rządzącej, stwierdził niezgodność niektórych przepisów traktatu o Unii Europejskiej z polską ustawą zasadniczą. Również prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński, przygotowując grunt pod procedurę wychodzenia naszego kraju z Unii Europejskiej, oświadczył publicznie, że Polska jest w stanie zapewnić sobie dynamiczny rozwój nawet bez środków z funduszy unijnych. Trybunał mgr. Przyłębskiej zakwestionował głównie te decyzje unijne, które mogły ograniczać uzależnienie sądów od ekipy rządzącej. W ten sposób TK stanął na straży PiS-owskiej reformy sądownictwa, polegającej na tym, że sądy w Polsce mają wydawać wyroki zgodne z oczekiwaniami obecnej ekipy rządzącej. Z pomocą takiej właśnie reformy sądownictwa prominenci PiS chcą zachować władzę i płynące z niej profity. Unia Europejska nie zgodzi się jednak, aby w jednym z jej państw członkowskich podważona została fundamentalna zasada praworządności – czyli niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Bardzo prawdopodobne więc, że zastosuje wobec polskich władz sankcje finansowe, które odbiją się najbardziej na zwykłych obywatelach – a to z kolei pozwoli ekipie rządzącej na propagandowe nakręcanie wrogości wobec UE w partyjnych mediach „publicznych” (które w tych mediach trwa już od dłuższego czasu). Dzięki temu, wedle przewidywań prominentów PiS, osoby słabiej wykształcone, stanowiące największą część elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, bez większych oporów przyjmą wyjście Polski z UE, a w wyborach parlamentarnych poprą PiS, jako jedyną siłę mającą wówczas wpływ na losy kraju. W ten sposób ekipa z Prawa i Sprawiedliwości zrealizuje swój podstawowy cel, jakim jest zachowanie władzy i wynikających z niej profitów, a także posłusznie zrealizuje rosyjski scenariusz dla Polski.

Nie chcą się dogadać
PiS-owska ekipa rządząca sabotuje zawarcie z Czechami ugody, dotyczącej pokrycia strat spowodowanych przez funkcjonowanie kopalni węgla brunatnego Turów. Polskie władze odmawiają też wykonania decyzji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nakazującej wstrzymanie pracy tej kopalni. W ten sposób PiS-owska ekipa łamie prawo i zasady na których opiera się Unia Europejska, a także powoduje, że nasze państwo ponosi straty finansowe o wielkich rozmiarach. Prominenci PiS nie przejmują się jednak stratami finansowymi, bo przecież nie oni będą je pokrywać. Liczą natomiast na to, że wszczynając konflikt z Czechami oraz z instytucjami unijnymi, zwiększą konsolidację swego elektoratu i zachowają władzę. Takie szukanie wroga i generowanie konfliktów stanowi podstawową zasadę działania PiS w walce o zwycięstwa wyborcze. Dotychczas ta zasada się sprawdzała, jednak tym razem utrata władzy przez PiS spowoduje to, że członkowie obecnej ekipy rządzącej odpowiedzą przed sądem na mocy art. 296 kodeksu karnego (kto wyrządza szkodę majątkową w wielkich rozmiarach podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10). To w sposób oczywisty zwiększa ich determinację i wolę skorzystania z drugiej podstawowej zasady działania, tym razem zaczerpniętej od Władysława Gomułki: że władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy.