Rozpędzona budowlanka potrzebuje wsparcia

Rząd wciąż nie stworzył efektywnych mechanizmów, ułatwiających zagraniczną działalność naszych firm budowlanych.

Ubiegły rok był trudny i wymagający dla całej, notującej wysokie wzrosty produkcji, branży budowlanej.
Jest to swoistą specjalnością polskiej gospodarki, że budowlanka jednocześnie i kwitnie, i kuleje.

Potencjał godny uwagi

Od paru lat produkcja budowlano-montażowa rośnie, jest wiele przetargów, zwłaszcza w obszarze infrastruktury, stawia się rekordowe ilości mieszkań (oczywiście rekordowe na skalę III RP, bo jeszcze daleko do wyrównania rzeczywistych rekordów z czasów Edwarda Gierka).
A zarazem, stale zaostrzają się niekorzystne tendencje: przybywa upadłości firm budowlanych, branża boryka się z drożyzną materiałów budowlanych, wzrasta presja cenowa ze strony podwykonawców i pracowników. Powszechnie uważa sie, że rok 2019 będzie także niełatwy dla budowlanki w naszym kraju.
To ważna branża dla Polski. Pracuje w niej, wedle różnych szacunków, od 400 tys. do 1,2 mln ludzi.
Skąd tak duża różnica? Otóż oficjalne dane Głównego Urzedu Statystycznego obejmują firmy zatrudniające co najmniej 10 osób – i to w tych przedsiębiorstwach z branży budowlanej ma pracować łącznie 400 osób. Ale ta dziedzina gospodarki opiera się przede wszystkim na firmach drobnych, liczących nie więcej niż 9 pracowników, duże znaczenie ma także samozatrudnienie.
Gdy więc doliczyć firmy i firemki mające od 1 do 9 osób, to uzyskamy wspomnianą liczbę 1,2 mln osób. Natomiast w szczycie prac sezonowych i razem z ludźmi zatrudnianymi na czarno, których przecież w budownictwie jest wielu, możemy mówić o prawie półtoramilionowej rzeszy pracowników.

Kryzys zagląda na budowy

Branża budowlana rozwija się, odpowiadając na zapotrzebowanie rynku. Stopniowo rozpoczynają się, zaplanowane już wiele lat wcześniej, inwestycje infrastrukturalne, wciąż przybywa nowych mieszkań.
A jednocześnie, przybywa i problemów. Wystarczy powiedzieć, że od 2017 r. asfalt podrożał o ponad 30 proc., gdyż państwowe firmy – PKN Orlen i Lotos – podniosły ceny. W górę poszły zresztą ceny praktycznie wszystkich materiałów budowlanych. Tego wzrostu firmy budowlane nie są w stanie przerzucić na odbiorców, choć oczywiście próbują.
Na szczęście cały czas dość wysoki jest popyt, podtrzymywany zastrzykami pieniędzy przez państwo. Gdy jednak wzrośnie deficyt i inflacja, dotychczas jeszcze jakoś trzymana w ryzach, to pieniędzy zabraknie, popyt spadnie, a branża stanie w obliczu poważnego kryzysu.
Jego symptomy pojawiają się już i dziś. Budowlanka przoduje wśród branż z największą liczbą niewypłacalnych firm, bardzo niska jest rentowność, zaś przedsiębiorstwa budowlane mają coraz większe kłopoty z uzyskaniem finansowania.
Zdobywanie środków nieco lepiej udaje się państwowym firmom budowlanym, takim jak Polski Holding Nieruchomości, Torpol czy Polimex-Mostostal. Są one łagodniej traktowane przez banki komercyjne, które przecież wiedzą, że w razie potrzeby państwo jakoś pomoże własnym przedsiębiorstwom. Firmy prywatne często jednak mają problemy ze zdobyciem odpowiednich kredytów. Trudniej im jest też o uzyskanie intratnych zamówień państwowych.

Klaster nie zastąpi państwa

Budowlanka próbuje ratować się eksportem, ale to ciężki – choć i pożywny kawałek chleba.
Być może podczas działalności na rynkach zagranicznych nieco mniej odczuwalne są problemy z niedoborem pracowników i rosnącymi cenami materiałów budowlanych. Jednakże nie da się uniknąć problemów ze zdobyciem środków finansowych, a do tego dochodzą wszystkie inne utrudnienia, związane z funkcjonowaniem w innych państwach, zwłaszcza tych poza Unią Europejską.
Jak uważa przedsiębiorca budowlany Jan Mikołuszko, problemem jest też brak polityki państwa, wspierającej eksport polskiej branży budowlanej.
Jest co wspierać, bo wartość naszego eksportu usług budowlanych wynosi ok. 6 mld zł rocznie. Byłby on jednak znacznie większy, na co z łatwością pozwoli potencjał polskich firm budowlanych, gdyby nasz rząd zastosował choćby część mechanizmów wsparcia, wykorzystywanych przez wiele innych państw Unii Europejskiej.
Jan Mikołuszko wie co mówi, bo jest prezesem Zarządu Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, powołanego pod koniec 2015 r. przez nasze firmy budowlane. Dziś klaster składa się z 43 podmiotów, a ponieważ niektóre z nich są właścicielami innych spółek, więc do klastra należy w sumie ponad 50 przedsiębiorstw budowlanych.
Polski Klaster Eksporterów Budownictwa to inicjatywa przedsiębiorców, którzy chcą budować na zagranicznych rynkach – i w tym celu kreować współpracę polskich firm budowlanych. Bo na tych rynkach łatwiej działać razem.
Chodzi też o promowanie potencjału naszych firm i prezentowanie ich możliwości ewentualnym kontrahentom zagranicznym.
Polska budowlanka ma nowoczesne technologie i produkty oraz profesjonalną kadrę inżynierską. Trzeba wykorzystywać te atuty, wspomagając i organizując działania eksportowe, a także poprawiając bezpieczeństwo finansowe funkcjonowania na obcych rynkach.

Upadek może być wielki

Jan Mikołuszko zna od strony praktycznej działalność polskich przedsiębiorstw na zagranicznych rynkach. Nie tylko jako prezes Polskiego Klastra Eksporterów Budownictwa, lecz także jako główny udziałowiec i Przewodniczący Rady Nadzorczej firmy Unibep, prowadzącej swoje inwestycje budowlane m.in. na Białorusi, Ukrainie, w Szwecji i Norwegii.
Nie ukrywa więc, że wsparcie polskiego państwa dla eksportu branży budowlanej jest w zasadzie żadne. Jedyne, co trochę zmieniło się na lepsze, to dostęp do informacji, dzięki pracy zagranicznych biur handlowych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.
To nie zastąpi jednak wsparcia rządowego w formie pożyczek preferencyjnych, kredytów czy gwarancji eksportowych, efektywnego systemu ubezpieczeń eksportu.
Brakuje tego, a czasem nawet dochodzi do rujnowania dobrze rokującej współpracy gospodarczej z innymi państwami. Przykładem może być program „Go Iran”, zainicjowany w 2015 r. przez Ministerstwo Gospodarki. Jego głównym celem było zwiększenie wymiany handlowej pomiędzy polskimi i irańskimi przedsiębiorcami. Antyirańska konferencja w Warszawie, zorganizowana w tym roku w interesie Izraela przez rząd PiS na polecenie Stanów Zjednoczonych, skutecznie zniszczyła jednak nadzieje na rozwój współpracy z życzliwym nam (do niedawna) Iranem.

Polska branża budowlana jest dziś rozpędzona i funkcjonuje w mocnym tempie. Żeby jednak mogła wytrzymać to tempo przez kolejne lata, bez potknięć i zadyszki, potrzebuje racjonalnej pomocy własnego państwa. Inaczej, by użyć języka ewangelicznego, jej upadek może być wielki.

Taksówkarze kontra niezrzeszeni

Pasażerowie chcieliby być wożeni tanio i w sposób oszczędzający ich czas.

W dyskusji o regulacji przewozów osobowych należałoby dopuścić do głosu najbardziej zainteresowanych – czyli pasażerów. To według różnych źródeł ponad kilka milionów Polaków, korzystających od czasu do czasu z taksówek czy quasi taksówek.
Ich stanowisko i opinie można poznać za sprawą najnowszego badania przeprowadzonego przez Forum Konsumentów. Okazuje się, że nie wszyscy pasażerowie pragną rezygnować z klasycznych dojazdów taksówkowych, ale na pewno chcą wolności wyboru usługi.
Ta wolność wyboru jest tym ważniejsza, że przewozy zamawiane przez aplikacje mobilne (chodzi w praktyce o Ubera i Bolta) są nieco tańsze i szybsze, a zdaniem większości klientów, także bardziej przewidywalne jeśli chodzi o cenę – a nawet i bardziej komfortowe niż te dokonywane konwencjonalnymi taksówkami.
Dyskusję na temat regulacji przewozów osobowych zdominowało stanowisko tradycyjnych taksówkarzy, najgłośniej i w sposb uciążliwy dla innych, artykułujących swoje interesy.
Bardzo słabo słyszalny jest natomiast głos milionów Polaków, korzystających regularnie z usług przewozowych dokonywanych samochodami osobowymi. Nie mają oni swojej zorganizowanej reprezentacji.
Na zapoznanie się z ich opinią pozwala opublikowane właśnie badanie przewozów osobowych, przeprowadzone pod koniec marca przez firmę Quality Watch.
– Z badania wynika, że konsumenci chcą wygody, użyteczności i prostoty korzystania z usług. Stawiają na jakość i dostępność „tu i teraz”. A nowoczesne rozwiązania to dla nich w tym przypadku przejazdy zamawiane przez aplikację mobilną – mówi Agnieszka Plencler, prezes Forum Konsumentów.
Ludzie wykonujący badanie przejechali ponad 800 km pojazdami korporacji taksówkowych oraz autami przewozów osobowych dostępnych poprzez aplikacje mobilne (były to kursy wykonywane w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie). Przeprowadzano także badanie internetowe na próbie 500 dorosłych osób.
Sprawdzano czas zamówienia i dotarcia samochodu do klienta, łatwość zamówienia, zachowanie kierowcy, wysokość cen, sposoby dokonywania płatności, opinie wyrażane przez korzystających z usług przewozowych.
Z badania wynika, że usługi oparte na aplikacji mobilnej działają nieco lepiej od tradycyjnych i są wyżej oceniane przez klientów.
Dzieje się tak między innymi dlatego, że stanowią one najszybszy sposób wezwania przejazdu. Zamówienie taksówki przez telefon trwa, jak podaje badanie, 1 minutę 51 sekund. Zamówienie taksówki przez przez aplikację mobilną: 1 min 32 sek. Natomiast zamówienie przez aplikację auta nie należącego do korporacji taksówkarskiej zabiera tylko 1 min 12 sek.
20 sekund to oczywiście nie jest różnica powalająca na kolana, ale są i inne.
Na pojazd zamawiany przez aplikację mobilną krócej się czeka (taksówka zamawiana przez telefon dojeżdża średnio 9 min, a auto z aplikacji 6 min).
Klienci wybierający przewoźnika nie będącego taksówkarzem, z góry znają cenę i nie obawiają się nieprzyjemnych niespodzianek. W przypadku taksówek na telefon w 18 proc. przypadków znana była oszacowana cena, w przypadku taksówek z aplikacji w 83 proc., natomiast w nietaksówkowym przewozie z aplikacji w 100 proc. Szacunek ceny był prawidłowy w 100 proc. w przypadku taksówek zamawianych przez telefon oraz przewozów osobowych z aplikacji, natomiast w przypadku taksówek z aplikacji w 90 proc.
Kurs autem osobowym z aplikacji jest tańszy niż taksówką na telefon. Kosztuje ona średnio 3,91 zł/km, podczas gdy auta z aplikacji 3,23 zł/km. To ok. 20 proc. różnicy.
W przejazdach „aplikacyjnych” rozliczenie nie zabiera dodatkowego czasu po dojechaniu na miejsce. Czas potrzebny na takie rozliczenie wynosi 27 sekund w przypadku aplikacji, 1 min 4 sek jeśli chodzi o gotówkę, natomiast 1 min 36 sek gdy płacimy kartą płatniczą (co potwierdza powszechną tezę, że korzystanie z kart płatniczych wydłuża czas przeprowadzania zakupów).
Nie jest też tak, że wyższy poziom usług panuje w taksówkach na telefon. To przejazdy z aplikacją oceniano lepiej: średnia ocena zadowolenia klientów z przejazdu to 4,45 dla taksówek na telefon oraz 4,71 dla samochodów z aplikacji. Kierowców tych pojazdów motywuje bowiem opcja recenzji w aplikacji, którą może im wystawić pasażer.
Badanie potwierdziło także, że przy przejazdach dokonywanych autami zamawianymi przez aplikacje, a nie będącymi taksówkami, występuje niekiedy bariera językowa między klientem a obcojęzycznym kierowcą. Ale z drugiej strony dla niektórych pasażerów oznacza to brak presji na prowadzenie rozmowy z taksówkarzem, co dla nich okazuje się zaletą, bo w tym czasie wolą odpocząć lub wykorzystać go na pracę.
Generalnie, starsi pasażerowie preferują tradycyjne taksówki na telefon. To ludzie starsi, w wieku powyżej 50 lat. 75 proc. respondentów z grupy wiekowej 51-64 lata korzysta z częściej z taksówek.
W przypadku grupy wiekowej 65 plus ten odsetek wynosi aż 94 proc. To zrozumiałe, że niezbyt znają się oni na aplikacjach w smartfonach, nie podoba im się też konieczność podawania danych osobowych i numerów kart w aplikacji.
Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, zwraca uwagę na to, że aplikacje taksówkowe oraz przewozy autami prywatnymi ułatwiają przemieszczanie się osobom, dla których zwykłe taksówki są za drogie. Ale to bynajmniej nie eliminuje z rynku taksówkarzy.
TOR badał to zjawisko w latach 2013 – 2016. Z wydanego w 2017 r. raportu wynika, że miastach, w których pojawiły się auta na aplikacje nie spadła liczba taksówek. Przeciwnie, liczba wydawanych licencji wzrastała: w Krakowie o ponad 8 proc, a we Wrocławiu i Warszawie o ok. 15 proc. Nie zanotowano pogorszenia sytuacji taksówkarzy. Mimo to walczą oni przeciwko poszerzaniu dostępu do rynku. W 2013 r. protestowali przeciwko temu, by w gminach powyżej 100 tys. mieszkańców kierowcy nie musieli zdawać egzaminów z topografii i prawa miejscowego. Trójmiasto ograniczyło te wymogi i nic złego się nie stało. Protestowali też gdy pojawił się w Polsce Uber – oficjalnie w trosce o bezpieczeństwo klientów. – Taksówkarze, a przynajmniej spora ich część, nigdy nie będą zadowoleni – mówi Adrian Furgalski.

 

Gospodarka 48 godzin

Dług publiczny w górę

Business Centre Club ocenił tzw. „Piątkę Kaczyńskiego”, która według rządowych szacunków ma kosztować prawie 43 mld zł. Proponowana seria pięciu nowych wydatków w 2020 r. i później, w połączeniu z innymi wydatkami budżetowymi oznaczać będzie – w sytuacji malejącego tempa wzrostu – duże ryzyko wzrostu długu publicznego w relacji do PKB, z perspektywą przekroczenia konstytucyjnego progu 60 proc. za kilka lat. Ale „kilka lat” to może być nawet i dziesięć, a zatem nie jest to szczególnie niebezpieczna perspektywa dla gospodarki naszego kraju.

Deficyt także

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego deficyt w polskim sektorze finansów publicznych w 2020 r. wzrośnie do 3,1 proc. produktu krajowego brutto (w tym roku – 2,2 proc.). Natomiast deficyt obrotów bieżących ma wzrosnąć z 1,1 proc. w tym roku do 1,5 proc. w przyszłym. Przy wciąż niezłym tempie rozwoju gospodarczego naszego kraju, nie powinno to raczej zagrozić stanowi budżetu.

Mosty kolejowe do remontu

Firma PKP Polskie Linie Kolejowe zaplanowała w tym roku prace na 168 mostach w całym kraju. W budowie są nowe mosty kolejowe przez Wisłę, Bug i Pilicę. Po przebudowanych mostach pociągi pojadą nieco szybciej. Szczególnie ważną inwestycją będzie krakowski nowy most na Wiśle. Wykonawca rozpoczął montaż głównych elementów konstrukcji. Stalowe elementy przyjechały z huty aż z Luksemburga. Do końca 2020 r., dzięki środkom unijnym, w Krakowie po trzech mostach pociągi pojadą z prędkością ponad 80 km/h.

Bankowość w internecie

Z bankowości internetowej korzystało w czwartym kwartale ubiegłego roku w Polsce 17 mln użytkowników, a z mobilnej 11 mln. Wraz z rosnącą popularnością tych usług ubywa miejsc pracy w bankowości, a niektóre placówki są zamykane – podaje raport „Polska bankowość w liczbach” autorstwa Bankier.pl i PRNews. Na koniec 2018 r. swój telefon w instrument płatniczy zmieniło 1,8 mln klientów banków. Wraz z postępującą cyfryzacją zmienia się sektor bankowy – w ciągu ostatniej dekady zatrudnienie w branży stopniało o 20 tys. osób, a w latach 2015 – 2018 banki zamknęły 1500 placówek własnych. Oddziały bankowe przechodzą transformację. W Polsce funkcjonuje ich już blisko 200 bez obsługi kasowej – i będzie ich przybywać w kolejnych latach.

Znikający partner handlowy

Nasza wymiana handlowa z Wenezuelą zmniejszyła się praktycznie do zera.

To, jak głęboko Wenezuela pogrąża się w kryzysie, dobrze pokazują informacje o polskiej wymianie towarowej z tym krajem. Jak podaje GUS, jeszcze w grudniu 2012 r. Polska wyeksportowała do Wenezueli towary o wartości 51 mln zł – tymczasem po 6 latach było to tylko 265 tys. zł.
Produkt krajowy brutto Wenezueli obniżył się aż o ok. 45 proc. Hiperinflacja jest katastrofą dla tamtejszej gospodarki. Ciągle tracący na wartości boliwar i spadające wydobycie ropy naftowej zwiększają skalę problemów.
Panujący w Wenezueli kryzys humanitarny najlepiej obrazują dane o handlu zagranicznym. To one mówią o tym, że w tym południowoamerykańskim kraju brakuje leków i żywności. To one również wskazują, jak trudne może być obecnie życie Wenezuelczyków, którzy masowo emigrują za granicę.

Wielka fala kryzysu

W 2012 r. Wenezuela importowała towary o wartości niemal 60 mld dolarów. Pięć lat później, czyli w 2017 r., import spadł do 9,1 mld dol. To już wtedy było niezwykle mało jak na 30-milionowy kraj, który jednocześnie praktycznie nic nie produkuje i musi sprowadzać z zagranicy niemal wszystko oprócz ropy naftowej.
W badanych latach import wyrobów przemysłu elektromaszynowego spadł z 18,5 mld dol. do 1,5 mld dol. czyli o ponad 90 proc. Zbliżona skala załamania importu była widoczna w przypadku przemysłu chemicznego w tym leków. W 2012 r. import gotowych medykamentów wynosił 2,5 mld dol, a w 2017 r. tylko 160 mln, czyli o ponad 93 proc. mniej. W przypadku metali przemysłowych i żywności obniżki sięgały ok. 80 proc.
Nie ma jeszcze globalnych danych dotyczących roku 2018, ale jjak wynika z informacji polskiego Głównego Urzędu Statystycznego, spadek wenezuelskiego popytu na zagraniczne dobra tylko w minionym roku mógł przekraczać kolejne 90 proc.

Mniej o 99,5 proc.

Sześć lat temu wenezuelski import z Polski był 200 razy większy. Jak podaje GUS, w 2012 r. do Boliwariańskiej Republiki eksportowaliśmy towary o wartości 332 mln złotych (w samym grudniu 2012 r. było to 51 mln zł). Połowę z tego stanowiły wyroby przemysłu chemicznego (głównie nawozy). Drugą ważn kategorią były maszyny i urządzenia mechaniczne oraz sprzęt elektryczny.
W 2014 r. nasz eksport do Wenezueli obniżył się wg GUS do 250 mln zł, a w 2017 r. (ostatni okres dostępnych globalnie danych) miał wartość 90 mln zł. Cały czas dominowały w nim produkty przemysłu chemicznego oraz elektromaszynowego, chociaż w porównaniu z 2012 r. ogólnie ich wartość spadła o ponad 70 proc.

Kulminacja upadku

Najbardziej dramatyczne jednak wyglądają dane GUS za rok 2018, a zwłaszcza za grudzień. W ubiegłym roku wenezuelski import z Polski wyniósł zaledwie 8,4 mln zł, czyli o ponad 90 proc. mniej niż w 2017 r.
W porównaniu do 2012 r., kiedy roczny import z Polski wyniósł łącznie 332 mln zł, spadek sięga ponad 97 proc.
Cały 2018 r., mimo że pełen dramatycznego przekazu, nie oddaje jeszcze w pełni skali katastrofy importu z Polski – ocenia Cinkciarz.pl. Dopiero końcówka roku pokazuje kulminację upadku – czyli w grudniu 2018 r. eksport do Wenezueli o wartości zaledwie 265 tys. zł, podczas gdy w grudniu 2012 r. było to 51 mln zł. Spadek wyniósł zatem 99,5 proc. Sześć lat temu polski eksport do Wenezueli był zatem 200 razy większy niż obecnie.
Wenezuela przestała kupować towary za granicą, gdyż zabrakło pieniędzy. Państwo nie było nawet w stanie wydobywać i sprzedawać ropy, bez której Boliwariańska Republika stała się bankrutem. Kolejnym problemem była korupcja władz. Według szacunków szwajcarskiego Basel Institute on Governance, około 350 mld dolarów zostało utracone z publicznych funduszy w związku z: „korupcją, oszustwami oraz łapówkami”.

Aptekarz nie lekarz

Polskie apteki mogłyby świadczyć dodatkowe usługi na rzecz pacjentów,
ale brakuje do tego woli, przepisów oraz pieniędzy.

Ci, którzy mieli okazję kupować coś w aptece w Wielkiej Brytanii, zapewne zauważyli pewne różnice w obsłudze i podejściu do klienta, w porównaniu z apteką w naszym kraju.
Czego zatem nie dowiemy się od polskiego farmaceuty – a od angielskiego już tak? Spróbował to ustalić newsrm.tv

Pod szerszą opieką

Realia brytyjskiej opieki farmaceutycznej zna Kinga Stojek, kierownik apteki w Londynie. Jak mówi, apteki w Wielkiej Brytanii oferują szereg usług farmaceutycznych, zaadresowanych do pacjenta. Ich lista jest ustalana w porozumieniu z NHS, czyli systemem służby zdrowia na Wyspach i finansowana głównie ze środków publicznych i polis zdrowotnych – choć czasem dodatkowo także i z prywatnych portfeli klientów.
W Wielkiej Brytanii farmaceuta to oczywiście człowiek sprzedający leki w aptece – ale nie tylko. Jego rola wykracza poza tę usługę. Zadaniem farmaceuty jest bycie opiekunem pacjenta – czyli osobą, do której w każdej chwili można się zwrócić o poradę w zakresie różnych aspektów choroby czy nawet drobnych dolegliwości.
Jakie są to dokładnie porady? Według Kingi Stojek, bardzo istotnym segmentem pracy brytyjskiego farmaceuty jest tzw. MUR, czyli przegląd leków pacjenta, konsultacje z nim i rozmowa o skutkach ubocznych przyjmowanych medykamentów.
Taka konwersacja, prowadzona w sposób nieskrępowany, możliwa jest z bardzo prostej przyczyny – 90 proc. aptek angielskich wyposażonych jest w specjalny pokój konsultacyjny.
Oczywiście, w polskiej aptece także każdy klient może zapytać farmaceutę o sugerowany przez niego lek na jakąś dolegliwość i bez problemu dowie się o ewentualnych skutkach ubocznych. Siłą rzeczy, nie będą to jednak rozmowy tak wyczerpujące jak te, które prowadzi się w gabinecie lekarskim – lub w pokoju konsultacyjnym angielskiej apteki.
Unikalny, w porównaniu z naszym krajem charakter, ma natomiast typowy dla służby farmaceutycznej na Wyspach program NMS.
Jest to opieka farmaceuty, prowadzona przez 3-4 tygodnie po zapisaniu choremu nowego, długoterminowego leku przez lekarza. Często korzystają z programu NMS na przykład pacjenci chorzy na cukrzycę, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, astmę, zaburzenia krzepnięcia krwi czy nadciśnienie tętnicze. Rolą farmaceuty jest zwłaszcza monitorowanie – i niwelowanie – ewentualnych skutków ubocznych nowego leku.

Skierowanie do farmaceuty

Charakterystyczną dla Wielkiej Brytanii usługą jest także infolinia medyczna 111. Pacjenci, którzy w nagłej sprawie zadzwonią pod ten numer, są wysłuchani przez przeszkolony personel, po czym kierowani do apteki, lekarza ogólnego lub do szpitala.
Apteka wchodzi w grę oczywiście w niezbyt ciężkich przypadkach. Jeśli więc, zdaniem konsultanta na infolinii, pacjent powinien udać się po pomoc do apteki, pracownicy tej apteki, którą wskaże telefonujący, dostaną powiadomienie mailowe, by byli przygotowani na przeprowadzenie konsultacji medycznych z taką osobą.
W Polsce podobny system działa nieformalnie, bez żadnej infolinii. Każdy chory może pójść do apteki i powiedzieć: boli mnie to i to, proszę mi coś zapisać. Nie ma jednak gwarancji, czy zawsze otrzyma fachową poradę. W brytyjskich aptekach można także uzyskać poradę na przykład co do diety czy sposobów rzucenia palenia, zmierzyć sobie ciśnienie, dokonać przeglądu domowej apteczki i zdać leki, których termin ważności upłynął.
To samo można zrobić i w polskich aptekach, z jedną znaczącą różnicą – czyli mierzeniem ciśnienia. Teoretycznie, jest to usługa bezpłatna, która mogłaby być bez problemu dostępna w aptekach w naszym kraju.
W praktyce jednak, w polskich aptekach nie ma ogólnodostępnych ciśnieniomierzy dla pacjentów. Na mocy wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2015 r., niedozwolone jest zaś, aby takich pomiarów dokonywali pracownicy aptek, a co gorsza, by zawiadamiali powszechnie, że to robią. Jest to bowiem traktowane jako nielegalna reklama, polegająca na wyróżnianiu się niektórych aptek za pomocą dodatkowych usług.
Oczywiście, nie byłoby nielegalnej reklamy, gdyby apteka nie informowała o możliwości zmierzenia ciśnienia, lecz jedynie wykonywała bezpłatnie tę usługę, na wyraźne zapytanie i życzenie klientów. Tym jednak polscy aptekarze akurat nie są zainteresowani.
Można by też teoretycznie wprowadzić obowiązek bezpłatnego mierzenia ciśnienia przez wszystkie apteki w naszym kraju. Nikomu jednak na tym specjalnie nie zależy, a poza tym wielu aptekarzy na pewno zaprotestowałoby przeciw nakładaniu na nich takiego, dodatkowego obowiązku.

Zaszczep się w aptece

– Apteki brytyjskie prowadzą również sezonowe szczepienia – mówi Kinga Stojek, z czego wynika, że w praktyce są one jakby mini przychodniami medycznymi. Za wszystkie te dodatkowe usługi apteczne, pacjent w Wielkiej Brytanii nie ponosi żadnych, dodatkowych kosztów. Są one tam wpisane w filozofię działania aptek.
Gdyby nawet farmaceuci w Polsce rzeczywiście chcieli świadomie uczestniczyć w procesie leczenia pacjenta, to nie mają takiej możliwości prawnej. Nie są przecież lekarzami. Nie wszyscy farmaceuci zgadzają się z takimi ograniczeniami.
Karolina Banasiak, kierownik apteki w Warszawie, mówi: – Obecnie opieka farmaceutyczna nie jest prowadzona w takim wymiarze, jakbyśmy chcieli. Nie mamy możliwości dokonywania podstawowych pomiarów, typu ciśnienie krwi, glikemii, poziomu cholesterolu czy spokojnego udzielenia instruktażu jak korzystać ze sprzętów medycznych. Mamy nadzieję, że to się zmieni, bo chcielibyśmy w pełni uczestniczyć w procesie leczenia pacjentów. Włączenie farmaceuty jest niezwykle istotne, przede wszystkim, dla pacjenta – mielibyśmy możliwość konsultacji i udzielenia porad co do sposobu i pory stosowania leków. Na pewno przeniosłoby się to na zdecydowanie lepsze efekty kuracji w przypadku pacjentów.
Karolina Banasiak uważa, że można zacząć od małych kroków – dowóz leków, możliwość przedłużenia recept na leki przyjmowane na stałe i przegląd branych przez pacjenta leków. Taka opieka farmaceutyczna byłaby niezwykle potrzebna w przyszłości, co farmaceuci widzą w codziennych kontaktach z pacjentami.
Pytanie jednak, kto miałby za to płacić? Na pewno nie zechcą tego robić klienci aptek, a tym bardziej sami farmaceuci. Na trzeszczący w szwach budżet ochrony zdrowia także nie można liczyć.

Nie ma konsensusu i kasy

Czy więc nasz kraj ma szanse by zbliżyć się do standardów brytyjskich? Zapytany o to Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych mówi: – W Polsce farmaceuci robią co mogą w ramach swoich kompetencji, ale zinstytucjonalizowana opieka farmaceutyczna w naszym kraju nie funkcjonuje. O niej się dużo mówi, prowadzone są coraz to nowe dyskusje, ale niestety od lat ta kwestia nie może ruszyć z poziomu ministerialnego. Wydaje się, że brakuje konsensu środowiska – część korporacji aptekarskich zdaje się utrzymywać tę sytuację na takim poziomie.
Trzeba też zauważyć, że możliwość dodatkowej opieki farmaceutycznej bardzo blokuje wspomniany zakaz reklamy aptek, który w praktyce przekształcił się w jakikolwiek zakaz informowania pacjentach o usługach aptekarskich.
Były przypadki, gdy właściciele aptek byli karani za to, że wywieszali kartki z informacją o tym, że w ich zakładzie można zmierzyć sobie ciśnienie, wypożyczyć jakieś urządzenie czy w osobnym pokoju odbyć rozmowę z aptekarzem.
Na przeszkodzie wprowadzenia szerszej opieki farmaceutycznej w Polsce stoi również nadmierna ochrona danych osobowych czy brak opracowanych schematów postępowania. Ponadto, nie istnieją programy wspomagające prowadzenie usług przez aptekarzy.
Mówiąc dokładniej, jest jeden – to instruktażowy program Uniwersytetu Jagiellońskiego FONTIC: Farmaceutyczna Opieka w Nadciśnieniu Tętniczym i Cukrzycy typu drugiego. Nie funkcjonuje jednak żaden organ, który mógłby doprowadzić do wdrożenia go. Brakuje też możliwości jakiejkolwiek koordynacji działań związanych z opieką farmaceutyczną, nie ma systemu akredytacyjnego dla aptek i farmaceutów pragnących świadczyć dodatkowe usługi.
Ciągle nie ma ustawy o zawodzie aptekarza, co utrudnia dokładne sprecyzowanie relacji pacjent-farmaceuta-lekarz. A przede wszystkim zaś, nie ma i nie będzie
na to pieniędzy.

Gospodarka 48 godzin

Biznesmani kontra emeryci

Część przedsiębiorców (ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców oraz tzw. Nowej Konfederacji) zaapelowała do polskich liderów politycznych – z Jarosławem Kaczyńskim i Grzegorzem Schetyną na czele – „o opamiętanie się i zatrzymanie marnotrawstwa pieniędzy publicznych”. Wezwali też dziennikarzy i liderów opinii do wywierania na naszych przywódców presji w tym kierunku. Tym brakiem opamiętania i marnotrawstwem ma być wedle przedsiębiorców„trzynastka” dla emerytów, którą uważają oni za absurdalny wydatek o ogromnej wysokości 11 miliardów złotych. Ich zdaniem, nie zmniejszy on nierówności społecznych ani nie zrealizuje żadnego istotnego interesu publicznego w sytuacji, gdy emeryci jako grupa są według GUS lepiej sytuowani niż większość pozostałych Polaków. Przedsiębiorcy sprzeciwiają się więc dodatkowym wypłatom dla nieznośnie bogatych polskich emerytów, wskazując, że służy jedynie celom wyborczym. Podobnie traktują oni pozostałe, najważniejsze elementy tak zwanej „piątki”. Nie widzą żadnych podstaw, ku temu, że rozszerzenie programu „Rodzina 500 plus” poprawi fatalną dzietność (bo ich zdaniejm badania wskazują, że ludzie nie kierują się transferami socjalnymi, decydując się na pierwsze dziecko). Uważają też, że nie zmniejszy też nierówności, gdyż obejmuje również rodziny zamożne i średniozamożne. Za „szkodliwy absurdem bez uzasadnienia innego niż wyborcze” polscy przedsiębiorcy uważają też zwolnienie osób do 26 roku życia z podatku PIT, w sytuacji najlepszej ich zdaniem w historii III RP sytuacji młodych. Wskazują, że razem wzięte, te „demagogiczne propozycje” pochłoną rocznie kwotę zbliżoną do budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej. Zdaniem przedsiębiorców, wobec wciąż dużych obszarów biedy w Polsce, ogromnych problemów z niedofinansowaniem i dezorganizacją podstawowych usług publicznych takich jak edukacja czy ochrona zdrowia, wobec zacofania technologicznego, nasilającej się rywalizacji międzynarodowej – taka rozrzutność jest skrajną nieodpowiedzialnością. Nieodpowiedzialność ta razi tym bardziej, że uruchomiona została swoista licytacja polskich polityków na absurdalne wydatki na wielką skalę. To więc nie koniec, ale początek. I tak właśnie część (na szczęście drobna) polskich przedsiębiorców rozumie idee solidarności społecznej.

Jak obstawiano?

W półfinałach Pucharu Polski znalazły się cztery drużyny: Jagiellonia Białystok, Lechia Gdańsk, Miedź Legnica i Raków Częstochowa.Faworytem pojedynku Jagiellonii z Miedzią Legnica według bukmacherów byli gospodarze. Kurs na ich wygraną wynosił 1,85. Kurs na zwycięstwo Miedzi – aż 4,35. Podobnie typowali gracze Totolotka. Na wygraną gospodarzy stawiało aż 98 proc. klientów. W drugim meczu: Raków Częstochowa – Lechia Gdańsk, według analityków większe szanse na finał miałby lider ekstraklasy. Kurs na zwycięstwo Lechii wynosił 2,45 przy kursie 3,00 na wygraną Rakowa. Klienci zdecydowanie częściej stawiali na drużynę z Gdańska, wnosząc na nią aż 86 proc. stawek.

Zrobimy wszystko, co chcecie

Nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja – mogą być usatysfakcjonowani tym jak się zachowuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. To rząd układny, pokorny, unikający sporów z władzami tych państw i godzący się grzecznie na wszystko co leży w ich interesie.

Jeżeli chodzi o wschód, to rząd PiS od prawie trzech lat obrał wyraźny kurs na zbliżenie Polski z Rosją. Sprzyja temu oczywiście antyunijna polityka prowadzona przez PiS.
Strona polska z niechęcią uczestniczy w unijnych sankcjach nałożonych na Rosję, a rosyjskie retorsje stara się omijać za pośrednictwem Białorusi. Rząd wyciszył antyrosyjską propagandę obecną w tzw. „mediach publicznych”, zastępując je atakami na Unię Europejską oraz Ukrainę.
Ucichły – oczywiście z wyjątkiem rocznic katastrofy – rytualne pohukiwania oskarżające Rosję o spowodowanie tragedii smoleńskiej, nikt już nie domaga się na serio zwrotu wraku Tu-154.
No i oczywiście rząd PiS, w kontaktach z Rosją, unika rozmów o gazociągu Nord Stream 2, wiedząc, że ten temat może wywołać niezadowolenie strony rosyjskiej.

PiS razem z Rosją

Widomym przykładem, inspirowanego przez rząd PiS zbliżenia polsko-rosyjskiego jest program współpracy Polska-Rosja.
Rada Ministrów przyjęła ten program pod koniec 2017 r., ma on budżet wynoszący 62,5 mln euro, z czego około 41,5 mln euro pochodzi ze środków Unii Europejskiej.
Główne elementy programu Polska-Rosja to, jak głosi oficjalny polski komunikat: „zachowanie dziedzictwa historycznego, ochrona środowiska i kwestie zmian klimatycznych, poprawa dostępności regionów i rozwój odpornego na klimat transportu oraz sieci i systemów komunikacyjnych”.
Rząd PiS zabiegał o uruchomienie tego programu już od 2016 r., co nie było proste, bo trzeba było najpierw uzyskać zgodę Unii Europejskiej, którą Polska po usilnych staraniach, otrzymała w grudniu 2016 r. Potem podpisano wspólną umowę finansową, co Rosja uczyniła z lekkim opóźnieniem, bo jej mniej zależało niż nam no i musiała dokładnie przeanalizować, czy program odpowiednio zabezpiecza jej interesy.
Rząd PiS niespecjalnie się chwali zbliżeniem z Rosją, wiedząc, że to wywoła niezadowolenie części tradycyjnego elektoratu. Kamufluje tę politykę propagandowymi bajkami o wybijaniu się na niezależność za sprawą planowanego przekopania Mierzei Wiślanej. Czyny są jednak ważniejsze niż słowa.

Żeby Niemcy byli zadowoleni

Rząd PiS zachowuje się układnie i bezkonfliktowo także w relacjach z Niemcami. W rządowych mediach przestano już opowiadać o rzekomych odszkodowaniach za straty wojenne, jakie Polska ponoć chciałaby uzyskać. Żaden członek polskiego rządu nigdy zresztą nie odważył się poruszyć tej kwestii w rozmowach z władzami niemieckimi.
Więcej! – rząd PiS nawet nie wypracował własnego stanowiska w kwestii reparacji od Niemiec, wiedząc, że już to wywołałoby niezadowolenie rządu naszego zachodniego sąsiada (który, owszem, swoje stanowisko przedstawił, stwierdzając naturalnie, że o reparacjach nie ma mowy).
Niewygodnego tematu reparacji unika też prezydent Andrzej Duda, który ustami swych urzędników ogłosił, że do sprawy mógłby się ewentualnie odnieść, kiedy będzie oficjalne stanowisko polskiego rządu.
Rząd PiS podobnie zachowuje się i w kwestii Nord Stream 2. W tym przypadku obecna ekipa próbuje być jednak nieco bardziej zniuansowana. Z jednej strony, oczywiście nie chce w żaden sposób urazić władz Niemiec i Rosji, z drugiej jednak, odgrywa teatr mający pokazać publiczności (wybory przecież coraz bliżej), iż twardo broni polskiej suwerenności przed unijnymi zakusami.
A ponieważ Unia Europejska nie zamierza przeszkadzać w budowie Nord Stream 2, zatem rząd PiS podejmuje pozorne działania, sugerujące jakoby to on próbował wstrzymać układanie drugiej nitki gazociągu przez Bałtyk. Oczywiście rząd niczego takiego nie robi – ale pragnie stworzyć takie wrażenie na elektoracie.
Dlatego też, choć nigdy żaden przedstawiciel polskiego rządu nie zażądał od władz niemieckich wstrzymania budowy Nord Stream 2, strona polska podczas unijnych spotkań czy rozmów polsko-niemieckich, raz czy dwa stwierdziła półoficjalnie, iż w kwestii Nord Stream 2 „stanowisko Polski jest nieco odmienne od stanowiska Niemiec”.
Była to najostrzejsza forma „protestu” w sprawie budowy Nord Stream 2 na jaką zdobył się rząd PiS w kontaktach dyplomatycznych.
Pozostało to oczywiście niezauważone i tylko niemiecki minister spraw zagranicznych dla porządku stwierdził w styczniu tego roku, że nikt nie przeszkodzi w zbudowaniu Nord Stream 2. I naturalnie miał rację, bo rząd PiS nie zamierza przeszkadzać.

UOKiK pozoruje sprzeciw

Rząd usiłuje jednak, jak wspomniano, stworzyć wrażenie, że wykonuje jakieś czynności utrudniające budowę Nord Stream 2. Do tych działań pozorujących oddelegowano Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK od końca 2016 r. udaje, że się na poważnie zajmuje gazociągiem. Jako, że jest to urząd nie tylko polski ale i unijny, teoretycznie mógłby zablokować budowę Nord Stream 2.
UOKiK najpierw odrzucił wniosek sześciu firm zagranicznych o zawiązanie konsorcjum mającego zbudować gazociąg – czym oczywiście nikt w Europie się nie przejął. Formalnie budowę podjął sam Gazprom, ale zasilany pieniędzmi i logistyką pozostałych pięciu partnerów.
W 2017 UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające, podejrzewając, iż Gazprom jednak nie działa sam (co było i jest powszechnie wiadome). W maju ubiegłego roku wytoczył zaś oficjalne postępowanie przeciw Gazpromowi i pięciu innym firmom, razem z nim realizującym tę inwestycję. Nasza rządowa propaganda zaczęła głosić, iż UOKiK wstrzyma budowę Nord Stream 2 – po czym zapadła cisza.
Podobno UOKiK cały czas prowadzi analizę zgromadzonego materiału. Można przypuścić, że skończy ją wtedy, gdy gazociąg Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku.
I tak właśnie wygląda skuteczność naszego urzędu antymonopolowego i obrona polskich interesów w wykonaniu rządu PiS.

Benzyna znowu nam zdrożeje

Z kłopotów branży naftowej w Wenezueli korzystają Stany Zjednoczone, które w porównaniu z ubiegłym rokiem bardzo zwiększyły wydobycie ropy. Wpływa to także na polski rynek paliw.

Przed nami kolejna fala podwyżek cen na stacjach paliwowych. Częściowo odpowiadają za to kłopoty Wenezueli, a częściowo powrót wyższych marż rafineryjnych spowodowanych sytuacją w USA. Na pocieszenie, tym razem podwyżki nie dotkną właścicieli diesli.
Na początku marca w Wenezueli przez kilka dni brakowało prądu. Bez energii elektrycznej wydobycie i eksport ropy naftowej z tego pogrążonego w kryzysie kraju było poważnie utrudnione. Gdy wydawało się, że największe problemy zostały zażegnane, Wenezuelę dotknęła druga fala ciemności. Czy jednak teraz wydarzenia w latynoamerykańskim państwie będą wpływać na ceny na polskich stacjach paliw?

Bez prądu i internetu

Kolejne przerwy w dostawie prądu nawiedziły Wenezuelę w poniedziałek. Władze w Caracas upierają się, że to działania zagranicznych przeciwników reżimu prezydenta Nicolasa Maduro.
Prawda jest jednak taka, że przez lata elektrownie wodne, które dostarczają większość prądu w Wenezueli, nie były odpowiednio konserwowane. Brakowało zagranicznej waluty w skorumpowanym do granic możliwości kraju, a władze nie płaciły zagranicznym firmom mającym modernizować infrastrukturę energetyczną.
Od ostatniego blackoutu, elektrowni i innych newralgicznych miejsc dla energetyki pilnowało nawet wojsko. To jednak nie zapobiegło kolejnej awarii, która praktycznie odcięła od dostaw prądu całe państwo. Nie działało metro w Caracas ani sygnalizacja świetlna. Cały handel detaliczny wtedy praktycznie zamiera, gdyż przy wysokich temperaturach i wobec braku prądu szybko psuje się żywność i utrudnione są płatności elektroniczne.
Cierpiał także transport drogowy ze względu na trudności w nabyciu paliw (brak i elektryczności, i samego surowca), a pasażerowie lotniska w stolicy kraju oczekiwali na samoloty w ciemnościach. Pracownicy części sektora publicznego i uczniowie mieli wolne.
Brak zasilania utrudniał ludziom także dostęp do internetu. NetBlocks, który monitoruje ruch w sieci, pokazał, że w Wenezueli w dniach blackoutu połączenia praktycznie zamarły. Dodatkowo władze, gdy zauważają niepokojącą ilość antyrządowych informacji, blokują dostęp do serwisów społecznościowych i wyszukiwarek.
Poza tymi niedogodnościami, dochodziło do naprawdę dramatycznych scen. Bez prądu nie było także wody w wielu miejscach kraju.
Szpitale, które chociaż mają awaryjne systemy zasilania, od lat były niedofinansowane. Część z nich musiała więc działać bez prądu. Przeprowadzane były operacje przy świetle z latarek smartfonów. Placówki służby zdrowia nie radzły sobie z podstawowymi czynnościami, a ludzie na oddziałach szpitalnych umierali ze względu na brak leków, środków czystości czy personelu. Znaczna część lekarzy pochodziła z Kuby i opuścili oni Wenezuelę.

Amerykańskie kłopoty a Europa

Kryzys Wenezueli dotyczy również globalnej podaży ropy naftowej. Wydobycie surowca w republice dramatyczne spadało praktycznie przez wszystkie miesiące ostatnich trzech lat.
Jeszcze w lutym 2016 r. wydobywano w tym kraju 2,3 mln baryłek ropy dziennie. Na początku tego roku było to 1,2 mln baryłek, a w lutym niespełna 1,1 mln. Agencja Bloomberg szacowała, że w kilka dni po pierwszym blackoucie, mimo przywrócenia dostaw prądu produkcja ropy w Wenezueli wyniosła tylko 600 tys. baryłek dziennie.
W rezultacie w marcu ropa podrożała już o ok. 5 proc., a od początku roku o ok. 30 proc. Według doniesień Bloomberga to może być najlepszy kwartał dla tego surowca od 17 lat. Wydaje się jednak, że ceny ropy w znacznym stopniu uwzględniły już większość problemów Wenezueli i prawdopodobnie już nie będą wyraźnie rosły – ocenia Cinkciarz.pl.
Udział południowoamerykańskiego państwa w globalnej podaży ropy naftowej sukcesywnie spada. Gdyby więc nawet produkcja w Wenezueli zupełnie ustała, nie powinno to w istotny sposób pchać cen w górę – zwłaszcza że w Stanach Zjednoczonych wydobycie ropy rośnie bardzo mocno w porównaniu z ubiegłym rokiem (około 1,7 mln baryłek dziennie) i zwiększyły się także jej zapasy.
Równie ważnym elementem jest fakt, że ostatnio bardzo wzrosła marża rafinerii amerykańskich wynikająca z przerobu ropy na paliwa (crack spread). Jeszcze na początku lutego w przypadku benzyny była ona na najniższym poziomie w USA od prawie 10 lat i wynosiła na baryłce ropy zaledwie 5 dolarów. To dzięki temu benzyna globalnie była stosunkowo tania w porównaniu do cen ropy naftowej i oleju napędowego. Odczuwaliśmy to także i w Polsce.
Teraz crack spread wzrósł do 20 dol. na baryłce i przekracza już o kilka dolarów wieloletnią średnią. Było to spowodowane z jednej strony pożarami zbiorników petrochemicznych w Houston, co zaburzało transport paliw i ich wytworzenie w tym ważnym regionie – a z drugiej, poważnymi powodziami na środkowym zachodzie USA (Missouri, Wisconsin, Nebraska), utrudniającymi pracę rafineriom i zakłócającymi dostawy etanolu (dodatku do benzyny).
Ze względu na mniejszą podaż benzyny bezołowiowej Amerykanie posiłkują się jej zwiększonym importem z Europy. Według obliczeń Bloomberga wzrósł on do najwyższych poziomów od ponad pół roku.

Nasze ceny idą w górę

Na Starym Kontynencie, a zatem także w Polsce, ceny benzyny drastycznie rosną w konsekwencji wszystkich tych wydarzeń. Według danych Komisji Europejskiej w drugiej połowie marca ceny popularnej „95” w Polsce zwiększyły się o ponad 2 proc. (tylko w czterech krajach Unii Europejskiej rosły szybciej) do 4,87 zł/itr. Patrząc jednak na średnie ceny benzyny bez podatków, Polska wypada bardzo blisko unijnej średniej, można więc powiedzieć, że dotychczas nie były one zawyżone.
Na rynku globalnym, a także w polskim handlu hurtowym, od połowy marca ceny benzyny silnie rosły (przez dwa tygodnie o ponad 20 groszy). I choć wygląda na to, że negatywny trend w hurcie wreszcie się zatrzymał, to prawdopodobnie bariera 5 zł za litr zacznie jednak „pękać” na stacjach benzynowych w kolejnych dniach.
Większych ruchów nie widać natomiast na rynku globalnym oleju napędowego. Wydaje się zatem, że nie ma powodów, aby obecna cena ok. 5,10 zł/litr miała zostać w najbliższych dniach wyraźniej przekroczona. Tym razem więc, w przeciwieństwie do minionych miesięcy, głębiej do kieszeni zaczną sięgać właściciele aut napędzanych benzyną, niż dieslem.

Gospodarka 48 godzin

Autobusowe załamanie

W lutym 2019 r. krajowi przewoźnicy zarejestrowali łącznie zaledwie 163 nowe autobusy. To rezultat zdecydowanie niższy (mniej o 66 sztuk) niż w lutym rok temu. Powodem takiego regresu jest dużo słabsze zapotrzebowanie ze strony rynku autobusów miejskich, a zwłąszcza turystycznych. W sumie od początku 2019 r. zarejestrowano łącznie 351 nowych autobusów, głównie z napędem dieslowskim (o 16 proc. mniej niż w pierwszych dwóch miesiącach 2018 r.). Tylko 30 z nich stanowiły elektrobusy.

Duże rodziny w aptekach

Organizacje pracodawców: Business Centre Club, Konfederacja Lewiatan, Pracodawcy RP, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz Związek Pracodawców Aptecznych, apelują o umożliwienie aptekom udziału w programie Karta Dużej Rodziny. Organizacje te wystosowały wspólny list do wicepremier Beaty Szydło, szefów resortów zdrowia, rodziny i sprawiedliwości, jak również do parlamentarzystów, w którym wyrażają sprzeciw wobec usunięcia z projektu nowelizacji prawa farmaceutycznego zmiany, umożliwiającej aptekom udział w programie KDR. Dla dużych sieci aptecznych przywrócenie tego zapisu będzie korzystne, bo pozwoli im na znaczące zwiększenie sprzedaży. Organizacje pracodawców podkreślają, że dla wielu osób w Polsce, szczególnie seniorów (mimo, że mają oni już prawo do niektórych darmowych lekarstw), a także osób przewlekle chorych i rodzin wielodzietnych, nadal istotną barierę w dostępności do leków stanowi cena. Wskazują też, że obniżenie wydatków ponoszonych na produkty nieobjęte refundacją jest dla rodzin wielodzietnych korzystających z Karty Dużej Rodziny istotne i oczekiwane. 45 proc. uczestników badań, którychwyniki zostały przytoczone w raporcie NIK w 2016 r., uznało bowiem brak możliwości zakupu tańszych leków za jeden z ważniejszych mankamentów rządowego programu KDR. Organizacje pracodawców zgłaszały Ministerstwu Zdrowia oraz Ministerstwu Rodziny gotowość uczestniczenia aptek w programie KDR. Obecnie nie jest to jednak możliwe. Przyczyną jest brzmienie art. 94a prawa farmaceutycznego, zakazującego reklamy aptek. W praktyce sądowo-administracyjnej każda informacja czy wyróżnienie się apteki i punktu aptecznego jest uznawane za niedopuszczalną i podlegająca karze reklamę. Apteki nie mogą zachęcać więc do korzystania z organizowanych przez siebie akcji promujących zdrowie czy różne działania profilaktyczne, takich jak np. pomiary ciśnienia czy poziomu cukru (i przy okazji zwiększajacych sprzedaż lekarstw).

Płeć wydawania i pożyczania

Czy mężczyźni powinni brać przykład z kobiet – czyli dlaczego w naszym kraju jest mniej niesolidnych dłużniczek niż dłużników?

Ma od 35 do 44 lat, pochodzi z Mazowsza i zalega średnio na kwotę ponad 22 tys. zł – tak prezentuje się portret statystycznej dłużniczki w naszym kraju, która nie płaci terminowo swych zobowiązań i ma z tego powodu kłopoty.
W Polsce jest nieco więcej kobiet niż mężczyzn, ale stanowią one jedynie 38,5 proc. niesolidnych dłużników, a ich długi są wyraźnie niższe. Według raportu Biura Informacji Gospodarczej Info Monitor oraz Biura Informacji Kredytowej, panie zalegają na kwotę 24,2 mld zł, a panowie prawie na 50 mld zł. Skąd taka różnica?

Buszujące w sklepach

Jak głosi teoria o „płci mózgu”, mężczyźni i kobiety różnią się z powodu nieco odmiennej budowy tegoż. Może są więc i między płciami różnice wynikające z innego funkcjonowania jakiegoś ośrodka mózgowego, odpowiedzialnego za wydawanie i pożyczanie pieniędzy?
Pogląd psychologiczny tłumaczy, że jeżeli chodzi o nawyki finansowe, to kobiety w Polsce raczej wolą oszczędzać niż kupować na kredyt i częściej od mężczyzn dobrze planują wydatki. Tylko 1 na 10 kobiet przyznaje, że ich nie planuje wcześniej. Kłóci się to z dość powszechną opinią, że to najczęściej panie lubią trwonić pieniądze na zbędne zakupy i własne przyjemności oraz bez opamiętania buszują po sklepach.
W dodatku, podobno sam proces pożyczania od kogokolwiek pieniędzy mocno je stresuje, więc decyzję o zaciągnięciu jakiegoś zobowiązania podejmują wolniej niż mężczyźni i są ostrożniejsze w kwestiach finansowych.
Jeżeli kobiety są zmuszone do pożyczania pieniędzy, to przeważnie z powodu niskich zarobków, które nie pozwalają im pokrywać wszystkich wydatków, szczególnie tych nieplanowanych. Mężczyźni częściej przyznają się do tego, że wolą pożyczać niż oszczędzać – 14 proc. wobec 6 proc. kobiet.

Chętne na chwilówki

Statystyki dowodzą, że jeżeli chodzi o rzetelne podejście do spłaty zobowiązań, to kobiety są bardziej skrupulatne w tej kwestii i w planowaniu wydatków oraz rzadziej mają kłopoty finansowe. Dlatego polskie dłużniczki wypadają lepiej od dłużników.
Przeciętna dłużniczka, która boryka się ze spłatą zobowiązań, pochodzi z Mazowsza lub Śląska i jest w wieku od 35 do 44 lat. Jednak najwyższe średnie zaległości mają panie w grupie wiekowej 45–54 lata – jest to ponad 29 tys. zł. Co oczywiste, najmniej kobiet, bo jedynie 5,5 proc. mających problemy z terminowym regulowaniem należności, jest w przedziale wiekowym 18-24 lata.
Dłużniczą rekordzistką Polski jest 37-letnia mieszkanka Mazowsza z długiem przekraczającym 38 mln zł – to jednak niewiele w porównaniu do ponad 69 mln zł zadłużenia, które ma 62-letni rekordzista z woj. lubelskiego.
Kobiety zarabiają jednak nieco mniej niż mężczyźni. Raporty Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wskazują, że panowie otrzymują wynagrodzenie średnio prawie o tysiąc złotych wyższe niż panie. Mniej kobiet niż mężczyzn jest też aktywnych zawodowo (oczywista konsekwencja wynikająca z wychowywania dzieci). Niższe zarobki i mniejsza aktywność zawodowa nie skłaniają zaś do zaciągania kredytów
Kobiety mają zatem mniej środków do rozdysponowania każdego miesiąca – oraz mogą mieć utrudniony dostęp do kredytów i pożyczek, z powodu braku odpowiedniej zdolności i historii kredytowej.
– Dlatego to co gubi kobiety, to chwilówki. Czasami są zmuszane do sięgnięcia po szybką ale drogą pożyczkę, którą trudniej się spłaca. W momencie zaciągania kredytu czy pożyczki panom częściej towarzyszy poczucie ulgi (28 proc. przy 23 proc. pań), bo uważają, że dzięki dodatkowemu zastrzykowi gotówki będą mieli jeden problem z głowy. Inaczej jest ze stresem związanym z pożyczaniem. Kobiety bardziej niż mężczyźni obawiają się skutków podjęcia złej decyzji i rozmyślają o konsekwencjach braku terminowej spłaty – mówi Agnieszka Kunkel ekspertka Intrum.
45 proc. kobiet twierdzi, że za mało zarabiają, by radzić sobie z nieplanowanymi wydatkami i większymi bieżącymi opłatami więc dlatego muszą pożyczać. Podobną deklarację złożyło 38 proc. mężczyzn. Gdy już przychodzi do pożyczania, 60 proc. kobiet ostateczną decyzję podejmuje przez ponad tydzień, a u mężczyzn tyle czasu zastanawia się 50 proc.

Mniej mają, mniej wydają

Trudno powiedzieć, czy panie z natury są rozsądniejsze i podejmują bardziej rozważne decyzje finansowe. Na pewno jednak do takiego podejścia zmusza je sytuacja życiowa. Nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy jest nadal faktem. Nie wszyscy pracodawcy wspierają kobiety, które łączą karierę zawodową z życiem prywatnym i zakładaniem rodziny. Wiele z nich po urodzeniu dziecka jest zmuszonych zrobić sobie przerwę nawet na kilka lat, co odbija się negatywnie na finansach rodziny. Jeżeli kobieta jest samotną matką, jej zobowiązania finansowe wzrastają kilkukrotnie.
– Te czynniki sprawiają, że panie muszą być odpowiedzialne w podejmowanych decyzjach finansowych. Nie mogą pozwolić sobie na drogie „zachcianki” i popadnięcie w długi. Nie zapominajmy również o tym, że w naszym kraju przyjęło się, że to kobiety rządzą domową kasą czy finansami w związku. Co za tym idzie, są odpowiedzialne za płacenie rachunków i robienie zakupów, czyli są świadome tego, ile kosztuje życie i wzrosty cen, z którymi mamy regularnie do czynienia. To także skłania je do bycia oszczędnymi – dodaje Agnieszka Kunkel.
Kobiety dysponują na ogół mniejszymi kapitałami niz mężczyźni – a w związku z tym, mniejsze są też ich długi.