Przyszłość energetyki odnawialnej

Najlepsze perspektywy rozwoju mają przed sobą instalacje fotowoltaiczne.
Od wprowadzenia w Polsce w 2015 roku regulacji korzystnych dla odnawialnych źródeł energii, widać́ z roku na rok wzrost liczby i mocy tych instalacji w naszym systemie elektroenergetycznym. Dominującą rolę pełni tu fotowoltaika. Pojawiają się nawet prognozy, że na koniec bieżącego roku Polska zajmie piąte miejsce w Europie pod względem przyrostu nowych mocy w panelach fotowoltaicznych.
Natomiast Instytut Energetyki Odnawialnej w raporcie pt. „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2019” wskazuje, że udział największej grupy odbiorców instalacji fotowoltaicznych w Polsce jaką stanowią klienci indywidualni (gospodarstwa domowe), będzie spadał z ponad 50 proc. w 2019 roku do niecałych 45 proc. w 2030 r. na korzyść́ prosumentów biznesowych, których udział w 2030 r. wzrośnie do prawie 30 proc. Taka dynamika jasno oznacza też zapotrzebowanie na finansowanie tego typu instalacji.
Z danych Agencji Rynku Energii wynika, że energia słoneczna uplasowała się dopiero na 6. miejscu pod względem produkcji odnawialnej energii elektrycznej w Polsce w 2019 r. (2,8 proc. udział w rynku). Jednak ten segment OZE w opinii ekspertów ma największe perspektywy rozwoju w najbliższych latach.
-Polskie małe i średnie przedsiębiorstwa niejednokrotnie pokazały, że są motorem polskiej gospodarki, dlatego że twardo stąpają po ziemi i kierują się czystym pragmatyzmem. Nasze tegoroczne badanie pokazuje, że tak samo podchodzą do ekologii – powiedział Wojciech Przybył, członek zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego, autora badania pt „Zielona energia w MŚP pod lupą”.
Świadomość znaczenia źródeł odnawialnej energii wśród małych i średnich polskich przedsiębiorców jest bardzo wysoka. Wskazują przede wszystkim na fotowoltaikę, energię wodną i wiatrową. Biomasa i biogaz wymieniane były najrzadziej, bo ten rodzaj „zielonej energii”, choć kolorystycznie rzeczywiście najbliżej zbliżony do zielonego, trudno uznać za ekologiczny, że względu na jego szkodliwość dla stanu powietrza.
Tyle teoria, ale w praktyce zdecydowana większość polskich MŚP (95 proc.) nie korzysta z energii odnawialnej. Natomiast te firmy, które już decydują się na odnawialne źródła energii, wybierają głównie fotowoltaikę (4 proc.). Nieco lepiej zapowiada się przyszłość. 1 na 9 małych i średnich firm planuje korzystanie z OZE, zdecydowana większość w panele fotowoltaiczne.
W przypadku większych przedsiębiorstw ten kierunek jest zdecydowanie popularniejszy. Aż 30 proc. średnich firm w Polsce zamierza zainwestować w energię słoneczną, 5 proc. w wiatrową, a kolejne 5 proc. w pompy ciepła. Pamiętajmy jednak, że są to jeszcze tylko nie do końca konkretne plany.

Żeby mniej było tragedii na torach

PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. dziękują dziennikowi „Trybuna” za zwrócenie uwagi na bezpieczeństwo.
Państwowa firma PKP Polskie Linie Kolejowe, dbająca o stan infrastruktury kolejowej w naszym kraju, odniosła się do artykułu opublikowanego w dzienniku „Trybuna” poświęconego niebezpiecznym przejazdom kolejowym w Polsce.
PKP PLK podziękowały za zwrócenie uwagi na problem bezpieczeństwa. W liście nadesłanym do redakcji Polskie Linie Kolejowe stwierdzają co następuje:
„W nawiązaniu do artykułu pt. „Łatwiej zginąć na torach” opublikowanego w dzienniku Trybuna 2 września 2020 r. dziękujemy za zwrócenie uwagi na bezpieczeństwo. Czytelnikom należą się też rzetelne informacje o działaniach PKP Polskich Linii Kolejowych S.A. na rzecz zwiększenia poziomu bezpieczeństwa na przejazdach kolejowo-drogowych.
PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. konsekwentnie podnoszą poziom bezpieczeństwa na sieci kolejowej. Inwestycje z Krajowego Programu Kolejowego to budowa nowych bezkolizyjnych przejazdów, dodatkowe i nowoczesne urządzenia sterowania ruchem na przejazdach, poprawa systemów komunikacji obok skrzyżowań kolejowo drogowych. Inwestycje realizowane są zarówno ze środków budżetowych, jak i środków w ramach projektów dofinansowanych przez Unię Europejską. Na zwiększenie poziomu bezpieczeństwa przeznaczane są miliardy złotych. Z efektów inwestycji korzystają mieszkańcy, zwiększa się również bezpieczeństwo pasażerów pociągów.
Przejazdy kolejowo-drogowe są modernizowane w ramach wszystkich projektów liniowych np. na trasie Lublin – Warszawa, Poznań – Wrocław, Nysa – Opole, Piła – Poznań. Są również projekty specjalnie dedykowane zwiększeniu bezpieczeństwa na styku toru i drogi, jak ogólnopolski projekt „Poprawa bezpieczeństwa na skrzyżowaniach linii kolejowych z drogami” (etap I – część przejazdowa). Projekt obejmuje 182 przejazdy w całej Polsce, a na 109 skrzyżowaniach prace już zostały zakończone.
Zwiększa się także poziom bezpieczeństwa na torach i drogach dzięki budowie bezkolizyjnych skrzyżowań. Obiekty nad lub pod torami są budowane m.in. na trasach z Wrocławia do Poznania, z Warszawy do Białegostoku i z Krakowa do Katowic.
Budowę bezkolizyjnych skrzyżowań zaplanowano także w ramach projektu „Poprawa bezpieczeństwa na skrzyżowaniach linii kolejowych z drogami” (etap II i III – część wiaduktowa). Inwestycje zapewnią ponad 30 bezkolizyjnych obiektów. Projekty są realizowane we współpracy z samorządami, które współuczestniczą m.in. w wyborze lokalizacji wiaduktów.
Na polskiej sieci kolejowej z roku na rok maleje liczba przejazdów kolejowo-drogowych, w tym przejazdów zabezpieczonych znakiem stop. Skrzyżowania w poziomie szyn zastępowane są wiaduktami oraz przejazdami wyposażonymi w rogatki i sygnalizację świetlną. Ten proces jest konsekwentnie prowadzony w skali jakiej dotychczas nie było.
Z poważaniem,
Mirosław Siemieniec, rzecznik prasowy PKP Polskie Linie Kolejowe S.A.”

Boleśnie niezaspokojony głód Polaków

Jak znaleźć środek zaradczy na dotkliwy deficyt mieszkań, występujący pod rządami Prawa i Sprawiedliwości?
Konieczność zapewnienia mieszkania to w Polsce jeden z najważniejszych problemów społecznych i gospodarczych. Pomimo realizowanych, na przestrzeni wielu ostatnich dziesięcioleci, różnorakich przedsięwzięć nie został on do końca rozwiązany.
Aktualnie, w naszym kraju średnio w jednym mieszkaniu mieszka 2,66 osoby. Stopień ich zagęszczenia jest na poziomie Rumunii i Węgier a znacznie większy niż np. w Niemczech, Czechach, Słowacji czy w Bułgarii.
W Polsce, w 2015 roku zweryfikowano poprzedni szacunek potrzeb mieszkaniowych społeczeństwa – i określono je na 4,0 do 5,0 mln mieszkań. Jednak według innych szacunków, np. Lion,s Banku są one znacznie wyższe i wynoszą około 8,3 mln lokali. Dlatego też nadal istotnym zagadnieniem jest potrzeba dalszego rozwoju budownictwa mieszkaniowego.
Istotnym problemem polityki mieszkaniowej jest nie tylko ilościowy rozwój tego budownictwa, ale również zwiększenie ilości mieszkań przeznaczonych na wynajem – a w tym szczególnie mieszkań małych, o niższych kosztach ich najmu.
W Polsce nadal dominuje model zaspokajania potrzeb mieszkaniowych w wyniku zakupu mieszkania. Jego odzwierciedleniem jest to, że ponad 80 proc. obywateli mieszka w własnych mieszkaniach a z corocznie oddawanych do użytku mieszkań tylko około 20 proc. przeznaczonych jest na wynajem.
Sytuacja ta jest odmienna od istniejącej w państwach Europy Zachodniej. W tamtych państwach udział mieszkań na wynajem jest znacznie wyższy i tak np. w Niemczech wynosi aż 60 proc, we Francji 50 proc., podobnie w Szwecji. Jednocześnie w państwach tych wprowadzona jest, najczęściej częściowa ale jednak, regulacja czynszów, co stanowi istotny czynnik stabilizujący ten rynek.
Na podstawie analizy sprzedaży mieszkań oddawanych do użytku w Polsce, można stwierdzić, że szczególnym popytem wielu ludzi, szczególnie młodych i mało zarabiających , cieszą się mieszkania małe, o powierzchni 30 – 40 m kw. Znalazło to odzwierciedlenie w zwiększeniu ich udziału w strukturze mieszkań oddawanych do użytku.
Dostępność takich mniejszych lokali ma istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji o ich najmie. Szczególnie brany jest pod uwagę charakter lokalnego lub najbliższego rynku pracy i atrakcyjność danej miejscowości – a dopiero w następnej kolejności koszt wynajmu lokalu i standard jego wyposażenia. Dlatego też, wśród wynajmujących dotychczas preferowane są oferty z dużych aglomeracji i ośrodków gospodarczych lub ich najbliższego otoczenia. Wpływa to oczywiście na ceny najmu lokali na terenie Warszawy i województwa mazowieckiego.
W Warszawie, za wynajem mieszkania na Targówku, rozwijającej się dzielnicy Warszawy, do której dociera nowa linia metra, wynajmując mieszkanie o powierzchni 29 m kw. trzeba miesięcznie płacić 1800 zł i najczęściej ponosić koszty mediów. Na Ursynowie, za wynajem mieszkania o powierzchni 33 m kw. trzeba zapłacić 2300 zł.
Jednocześnie w Płocku wynajem mieszkania o powierzchni 31 m kw. kosztuje 1000 zł a za 39 m kw. trzeba zapłacić 1200 zł. Podobnie jest w Siedlcach, gdzie wynajem mieszkania o powierzchni 28 m kw. kosztuje 1100 zł, a o powierzchni 48 m kw. 1100 złotych. Porównanie to uzasadnia rozwój budownictwa mieszkaniowego poza dużymi ośrodkami miejskimi, szczególnie w mniejszych ośrodkach miejskich , a może nawet w tych wsiach gminnych, które są atrakcyjne z uwagi na rozwój działalności gospodarczej lub innych czynników ich rozwoju.
Przy takich cenach na zróżnicowanym rynku nieruchomości, wielu osób pracujących i zarabiających miesięcznie poniżej 3 tys. złotych brutto, a netto (zależnie od formy zatrudnienia) w granicach od 2150 zł do 2500 zł, nie stać nie tylko na zakup ale również na wynajem mieszkania.
Dlatego też, koniecznym jest zwiększenie i przyspieszenie budowy mieszkań przeznaczonych również na wynajem, w tym szczególnie takich, które byłyby dostępne dla prawie 3,0 mln najmniej zarabiających pracowników (przy ponad 15 mln osób pracujących ogółem). Tym samym szczególne znaczenie ma tworzenie możliwości samodzielnego zamieszkania przez ludzi młodych, poszukujących pracy.
Wprowadzone w okresie epidemii koronawirusa , ograniczenia w kontaktowaniu się ludzi zwiększyły zainteresowanie zamieszkaniem poza największymi ośrodkami miejskimi – a z drugiej strony , postępująca recesja gospodarcza i drastyczny spadek oprocentowania lokat bankowych nasiliły zainteresowanie inwestycjami w nieruchomości, w tym zakup mieszkań z przeznaczeniem ich na wynajem.
Na podstawie obserwacji zmian zachodzących na rynku nieruchomości, szczególnie wśród potencjalnych ich nabywców, można zauważyć zwiększone zainteresowanie zakupem lokali poza centrami największych ośrodków miejskich, w tym również domów i lokali z ogródkami. Stwierdzono również, na podstawie negatywnych ocen dotychczasowych efektów rządowych inicjatyw zwiększenia budownictwa domów z mieszkaniami na wynajem, że liczący się ich przyrost można uzyskać tylko w wyniku inwestycji prywatnych.
Firmy mogą być zarówno inwestorami budowy domów z mieszkaniami na wynajem, jak i nabywcą gotowych obiektów – oraz mogą zarządzać ich wynajmowaniem i administrowaniem nimi. Firmy takie mogą powstawać w oparciu o środki finansowe istniejących już organizacji (np. firm developerskich) ale również uzyskane ze sprzedaży jednostek uczestnictwa w nich mniejszych inwestorów.
Metoda taka może być szczególnie interesująca dla drobnych inwestorów kapitałowych i konkurencyjna dla lokat bankowych. Aktualnie złożone w bankach niewielkie lokaty są najczęściej oprocentowane w wysokości od 0,1 do 0,5 proc. w skali roku. Natomiast środki ulokowane w działalność firm inwestujących w budowę mieszkań na wynajem (na podstawie przeprowadzonej symulacji wyników) powinny umożliwiać osiągnięcie zysku brutto w wysokości 4 – 5 proc. rocznie.
Rozwój budownictwa mieszkaniami na wynajem, przy wykorzystaniu jego różnych metod, może być istotnym czynnikiem rozwoju wielu mniejszych miejscowości. Jednak „kołem zamachowym” tego rozwoju jest funkcjonowanie różnej wielkości firm usługowych, produkcyjnych i handlowych.
Natomiast dla rozwoju rynku z mieszkaniami na wynajem istotnym jest, aby władzom samorządowym poszczególnych miejscowości udało się pozyskać liczących się uczestników tworzenia i rozwoju tego rynku. Z uwagi na jego rolę w rozwoju poszczególnych miejscowości, a w tym również lokalnych rynków pracy, niezwykle istotne znaczenie ma aktywna działalność samorządów terytorialnych, szczególnie szczebla gminnego, czy miejskiego.
Ze względu na charakter i oraz skalę potrzeb mieszkaniowych, konieczny jest udział w rozwoju takiego budownictwa zarówno firm developerskich, samorządów gmin jak i drobnych inwestorów. Jednocześnie, szczególne znaczenie dla powodzenia ma uzyskanie pozytywnej oceny ze strony ludzi młodych i mniej zamożnych. Tu ważną rolę do spełnienia mają zarówno sami deweloperzy, jak i poszczególne samorządy terytorialne oraz niektóre organizacje pozarządowe.
Warto tu postawić pytanie, kto może wspierać aktywizację gospodarczą małych miast ? Działania dla ograniczenia negatywnych wpływu pandemii na sytuację gospodarczą w małych miastach Polski muszą być realizowane wielotorowo. Z jednej strony, powinny to być działania rządu oraz samorządu terytorialnego, wspierające funkcjonujące podmioty gospodarcze i stwarzające możliwości efektywnego ograniczania negatywnych skutków pandemii. Z drugiej strony – działania środowisk naukowych, uczelni, samorządów branżowych oraz różnorodnych podmiotów prywatnych i organizacji pozarządowych.
W czasie pandemii i po jej wygaszeniu jednymi z najważniejszych problemów małych i średniej wielkości miast prawdopodobnie będą: przeciwdziałanie bezrobociu oraz budownictwo mieszkaniowe, a w tym szczególnie budowa mieszkań na wynajem. Wpływ na rozwiązania w obu tych sferach może mieć działalność organizacji pozarządowych.
Ich działania powinny dotyczyć szczególnie wspierania funkcjonowania i rozwoju mini i małych przedsiębiorstw oraz rozwoju budownictwa mieszkań na wynajem, z uwzględnieniem specyfiki mieszkań dla ludzi niezamożnych i młodych. Powinny one być realizowane niejako na dwóch poziomach. Pierwszym, prezentującym wagę tych problemów i możliwości różnorodnych działań dla ich rozwiązywania oraz drugim, wskazującym firmom sposoby poprawy efektywności ich działania.
Czynnikiem inicjującym podjęcie problemu wpływu pandemii na funkcjonowanie małych miast mogła by być konferencja, zorganizowana przez instytuty naukowe lub organizacje pozarządowe, przy współudziale samorządu terytorialnego i Związku Gmin Polskich (lub pod patronatem określonego samorządu terytorialnego czy np. marszałka województwa). Taka konferencja powinna być adresowana zarówno do przedsiębiorców, samorządów terytorialnych jak i innych podmiotów mogących wspierać ich działalność.
Ważnym jest również, aby jej organizatorzy mogli pozyskać do współpracy zarówno naukowców zajmujących się problemami zarządzania, jak i praktyków prowadzących działalność gospodarczą, szczególnie w mini i małej skali. Istotne jest także nawiązanie współpracy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości i Rzecznikiem Małych i Średnich Przedsiębiorstw oraz z innymi organizacjami zajmującymi się sprawami rozwoju gospodarczego i społecznego kraju.

Mały gest dla cyklistów

PKP Intercity postanowiło włączyć się w działania w ramach Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu. Z tej okazji ten przewoźnik pasażerski przygotował promocję taryfową dla cyklistów – „Rower za złotówkę z PKP Intercity”. W jej ramach w pociągach spółki będzie można przewieźć rower za symboliczną złotówkę, niezależnie od długości trasy pokonywanej pociągiem. Bilety promocyjne są już dostępne w sprzedaży, w kasach biletowych oraz na stronie internetowej.
Rower za złotówkę to brzmi dobrze, ale promocja będzie trwać tylko od 16 do 22 września bieżącego roku, więc niewielu rowerzystów da radę z niej skorzystać. Szkoda, że tej obniżki nie wprowadzono w sezonie wakacyjnym. Pamiętać też trzeba, że przewóz roweru jest możliwy jedynie w wyznaczonych pociągach PKP Intercity.
Rowerzyści, którzy będą wsiadać do pociągu na mniejszych stacjach, gdzie nie ma kas biletowych, mogą kupić bilet na rower u konduktora, ale nie wtedy, gdy już znajdą się w pociągu ze swym pojazdem, lecz wyłącznie wówczas jeśli zgłoszą się do niego przed wejściem do pociągu. Konduktor sprzeda zaś bilet tylko wtedy, jeśli będzie dostępne miejsce dla osoby przewożącej rower na całej trasie jej podróży.
Bilety rowerowe za złotówkę będą ważne jedynie na przewóz roweru w tym pociągu, w którym zostały sprzedane. Ktoś kto ma podróż z przesiadką i kupił już dla siebie bilet na całą trasę, po zmianie pociągu musi więc kupić następny bilet rowerowy za złotówkę – oczywiście pod warunkiem, że w pociągu do którego się przesiadł będzie miejsce na rower. „Należy pamiętać, że liczba miejsc na przewóz jednośladów w danym pociągu jest ograniczona” – przypomina PKP Intercity.
Niestety, pociągi z miejscami dla rowerów to nie jest oczywistość w ofercie tego przewoźnika. Jak oświadczył prezes PKP Intercity Marek Chraniuk, dopiero po zakończeniu prowadzonego obecnie największego w historii PKP Intercity, wieloletniego programu inwestycyjnego wartego około 7 mld zł, w każdym pociągu tej spółki znajdą się miejsca na rowery.

Innowatorzy zmieniają świat

Polska uczyniła mały kroczek do góry w rankingu najbardziej innowacyjnych krajów.
Kilkanaście dni temu opublikowany został Globalny Indeks Innowacji (The Global Innovation Index) 2020, w którym polska gospodarka zajęła 38. miejsce, zaraz po Bułgarii a przed Słowacją.
Indeks publikowany jest po raz trzynasty przez Cornell University, szkołę zarządzania i biznesu INSEAD oraz Światową Organizację Własności Intelektualnej (WIPO-ONZ). Tym razem obejmuje on 131 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) na który składa się siedem bloków tematycznych i 80 wskaźników oceniających różne aspekty innowacji; każdy z bloków składa się z kolei z trzech subindeksów.
Indeks to jedna liczba i przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków ważna jest jednak nie tyle ta liczba lecz właśnie wspomniane bloki oraz wskaźniki monitorujące. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronach: www.globalinnovationindex.org/gii- HYPERLINK „http://www.globalinnovationindex.org/gii-2020”
Jedenaście lat temu zajmowaliśmy w Globalnym Indeksie Innowacji 56. miejsce, sześć lat później już 45. Od 2016 r. zajmowaliśmy 39. Postęp był więc wyraźny. A teraz 38 miejsce. A więc kolejny kroczek do przodu, choć (tu łyżka dziegciu) wartość Indeksu się niestety obniżyła. Mediana (wartość środkowa) Indeksu w skali światowej wynosi 30,94. Spośród centrów innowacyjnych (miast) Warszawa zajęła 99. miejsce.
Czołówka rankingu to: Szwajcaria, Szwecja, USA, Wielka Brytania i Holandia. Są to także najbardziej innowacyjne kraje spośród 46 o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca. Polskę zaliczono także do tej zamożniejszej grupy krajów i w niej znaleźliśmy się na 35. miejscu. Wśród krajów europejskich Polska zajęła natomiast 25. miejsce.
Czołówkę wśród innej grupy krajów, o PKB powyżej średniej światowej (37 krajów) stanowią Chiny, Malezja i Bułgaria Wśród 29 krajów poniżej średniej światowej PKB do czołówki innowacyjnej zaliczono Wietnam, Ukrainę i Indie. I wreszcie wśród 16 krajów o niskim PKB na mieszkańca tę czołówkę tworzą Tanzania, Rwanda i Nepal.
Wartość Indeksu dla Szwajcarii wynosi 66,08 pkt, dla Polski: 39,95 pkt. Taki jest obecnie nasz dystans do prowadzących.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Czechy (24 pozycja), Estonia (25), Słowenia (32), Węgry (35), Łotwa (36), Bułgaria (37). Za nami natomiast Słowacja (39), Litwa (40), Chorwacja (41) i Rumunia (46).
Warto odnotować, że Chiny w edycji Indeksu Innowacyjności 2020 r. znalazły się na 14. miejscu (wartość indeksu 53,28 pkt.), Japonia zajęła 16, Rosja 47, a Indie 48. Na ostatnim, 131 miejscu znajduje się Jemen.

Globalny Indeks Innowacyjności 2020

  1. Szwajcaria 66,08
  2. Szwecja 62,47
  3. USA 60,56
  4. Wielka Brytania 59,78
  5. Holandia 58,76 36. Łotwa 41,11 37. Bułgaria 39,98 38. Polska 39,95 39. Litwa 39,70 40. Chorwacja 37,27

Cyfryzacja niczym wsie potiomkinowskie

Podłączone ale faktycznie nie uruchomione – czy tak będzie wyglądać realizacja PiS-owskiego programu dostarczania szybkiego internetu do szkół?
W jednym z poprzednich wydań Trybuny przestawiliśmy stan informatyzacji polskich szkół na początku bieżącego roku szkolnego. W świetle enuncjacji osób za to odpowiedzialnych, przedstawiał się on raczej pozytywnie.
Szefowie i nadzorcy Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej na niedawnej konferencji prasowej opowiadali o sukcesach programu komputeryzacji szkół, stworzonego w 2017 r., który – mimo początkowych przejściowych trudności – realizowany jest prawidłowo i zapewni, że od września do końca tego roku ponad 4000 kolejnych szkół zostanie podłączonych do szybkiego internetu. „Jesteśmy zadowoleni z procesu cyfryzacji szkolnictwa” – mówił minister Marek Zagórski. Rzeczywistość naturalnie wygląda inaczej.
Szefowie OSE sprytnie wybrali termin swego spotkania z mediami, tak by choć o parę dni uprzedzić raport Najwyższej Izby Kontroli z realizacji programu cyfryzacji szkół w ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej. I mieli rację, bo ustalenia kontroli NIK wyraźnie różnią się od pełnych samozadowolenia opowieści osób odpowiedzialnych za OSE.
Jak ustaliła NIK, program OSE jest realizowany z opóźnieniami i z niepełną skutecznością. W 2016 r. ponad 40 proc. szkół korzystało z dostępu do Internetu o niskiej przepustowości, zaledwie do 10 Mb/s. Tak wolne łącza utrudniały lub wręcz uniemożliwiały korzystanie z cyfrowych narzędzi edukacyjnych. Aby uczniowie i nauczyciele mieli swobodny dostęp do materiałów multimedialnych (scenariuszy zajęć, filmów, prezentacji, gier edukacyjnych) przepustowość powinna być co najmniej 10 razy większa (przynajmniej 100 Mb/s). I tym właśnie miała się zająć Ogólnopolska Sieć Edukacyjna. Koszty budowy i utrzymania OSE oszacowano na blisko 1,3 mld zł (do 2027 r.).
Cel OSE to zapewnienie szkołom do końca 2020 r. dostępu do szybkiego, bezpłatnego i bezpiecznego Internetu. Zgodnie z założeniami – realizowanymi pod hasłem „100 Mega na 100-lecie” – program ma pozwolić na wyrównanie szans edukacyjnych, wspomagać proces kształcenia, podnieść kompetencje cyfrowe uczniów i nauczycieli. Od początku jednak robiono to ślamazarnie.
„Podłączanie kolejnych szkół do OSE przebiega z opóźnieniami. Z pierwotnych planów podłączenia 1 500 lokalizacji w 2018 roku, 12 700 lokalizacji w 2019 roku i 19 500 lokalizacji w 2020 roku niewiele zostało” – stwierdza NIK. W 2018 r. przyłączono do OSE 366 szkół w 328 miejscach (czyli lokalizacjach). Do końca sierpnia 2019 r. usługi OSE zostały uruchomione w 2 575 miejscach. Stanowiło to zaledwie 20 proc. przyłączeń zaplanowanych do końca 2019 roku.
Na przełomie 2018 i 2019 operator OSE – Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa – wdrożył plan naprawczy. W wyniku reformy oświaty i likwidacji gimnazjów zmniejszyła się także liczba szkół (z ponad 30 tys. do ok. 23 tys.) co powinno pomóc w sprawniejszej realizacji programu. „Jednak nawet to nie wpłynęło na znaczący postęp prac” – zauważa NIK. W 2019 r. tempo przyłączania szkół do sieci OSE wprawdzie nieco przyspieszyło – nie na tyle jednak, aby wyeliminować ryzyko niepodłączenia wszystkich zaplanowanych szkół do OSE na koniec bieżącego roku.
Według danych zamieszczonych na stronie ose.gov.pl, do 13 stycznia 2020 r. Ogólnopolska Sieć Edukacyjna została doprowadzona do 5 779 szkół, czyli objęła 25 proc. szkół wstępnie planowanych do podłączenia na koniec 2020 r. Minister Cyfryzacji wskazał zaś w swoim stanowisku z 15 kwietnia 2020 r., że do 9 kwietnia br. do OSE było podłączonych 12 627 szkół. Tyle, że samo podłączenie jeszcze nie oznacza faktycznego uruchomienia!
NIK wykryła, że nie wszystkie szkoły wyposażone w urządzenia OSE miały uruchomione usługi OSE. Część z nich wciąż oczekiwała na udostępnienie szybkiego łącza do Internetu przez operatorów telekomunikacyjnych. Oznacza to, że cała sieć OSE zaczyna nieco przypominać pozorne wsie potiomkinowskie. W rezultacie opóźnienia – w sierpniu 2019 r. – „były tak znaczące, że nie mogły pozostać bez wpływu na całość projektu i termin jego
Teraz prace nieco przyspieszyły, wciąż jednak przebiegają wolniej niż planowano. Opóźnienia przy tego typu przedsięwzięciach się wprawdzie zdarzają. „Jednak w tym wypadku są na tyle duże, że nawet pomimo przyspieszenia – wciąż istnieje ryzyko niepodłączenia usług OSE do wszystkich zainteresowanych szkół do końca 2020 r.” – podkreśla NIK.
Jest kilka podstawowych przyczyn tych opóźnień. NIK wymienia między innymi to, że NASK zbyt późno dostrzegła niektóre zagrożenia i nie zawsze wystarczająco szybko i odpowiednio na nie reagowała np. takie jak niewystarczające zainteresowanie szkół przyłączeniem do OSE czy fluktuację kadr. Sprawnej realizacji prac nie sprzyjała rotacja pracowników NASK odpowiedzialnych za realizację OSE. W pierwszych dwóch latach (2017 i 2018) stan zatrudnienia był niedoszacowany. W realizację trzeba było zaangażować więcej pracowników niż zaplanowano. Z kolei planu zatrudnienia na rok 2019 (190 etatów) nie wypełniono nawet w połowie. Nie bez znaczenia dla tempa prac był też brak całościowego harmonogramu dla programu OSE, który ułatwiałby bieżące nadzorowanie zaawansowania programu.
W dodatku odpowiedzialny za projekt OSE Minister Cyfryzacji nie zadbał o to, by została sporządzona kompletna, jednolita dokumentacja inicjująca prace nad OSE. Minister nie zapewnił też sobie niezależnej oceny prawidłowości przygotowanej przez NASK koncepcji wykonania tej sieci oraz weryfikacji kosztorysu prac. „Tym samym, Minister Cyfryzacji nie wiedział, czy zaproponowany przez NASK sposób prac nad OSE i szacowane koszty są właściwe” – podkreśla NIK. Tak więc, szef resortu cyfryzacji przyjął wszystko na wiarę – bo wiara ma duże znaczenie w funkcjonowaniu PiS-owskiej administracji.
Błędy kryją się też w samych założeniach programu OSE. Jak wskazuje NIK, oferowane przez NASK warunki korzystania z Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej nie są dla szkół wystarczająco korzystne. NASK nie zagwarantował szkołom przede wszystkim należytego poziomu dostępności sieci.
Regularny, stały i bezpieczny dostęp do internetu jest podstawą wdrażania i rozwijania edukacji cyfrowej w szkołach. Tymczasem w podpisywanych umowach zapewniano dostępność sieci na poziomie 96 proc. w skali miesięcznej. W ocenie NIK, tak niskie wartości dostępności sieci OSE to zdecydowanie za mało, aby zapewnić możliwość nieprzerwanego, cyklicznego prowadzenia zajęć dydaktycznych, bez obaw o dostęp do kolejnych zaplanowanych materiałów czy choćby korzystania z elektronicznego dziennika.
96 proc. dostępności w skali miesięcznej oznacza bowiem, że sieć może być niedostępna przez 28 godzin i 48 minut w ciągu miesiąca, czyli ponad siedem godzin w każdym tygodniu. W niesprzyjających okolicznościach szkoła mogłaby więc zostać pozbawiona dostępu do sieci przez cały jeden dzień roboczy w każdym tygodniu.
W ocenie NIK zbyt długi jest także – przyjęty w umowach ze szkołami – czas na usunięcie przez NASK zarejestrowanych awarii OSE: aż 28 godzin roboczych, liczonych od 8.00 do 17.00. Zgodnie z zapisami umów usunięcie awarii może więc zająć nawet trzy dni robocze. Takie sytuacje mogłyby zupełnie zdezorganizować pracę uczniów i nauczycieli.
I niestety już dezorganizują, bo czasowe problemy w działaniu sieci OSE występowały dotychczas niemal w połowie badanych szkół (45 proc.), a w części (17 proc.) dostarczana prędkość internetu była niższa od zamówionej.
Tymczasem problemy w działaniu sieci OSE, nawet jeśli są niewielkie, często bardzo mocno utrudniają sprawne prowadzenie lekcji. W efekcie aż 41 proc. kontrolowanych szkół – już tych podłączonych do OSE – utrzymywało i opłacało równocześnie dodatkowe, komercyjne łącza internetowe.
To oczywiście podważa cały sens wyrzucania państwowych miliardów na nieskuteczną, Ogólnopolską Sieć (czy raczej siateczkę) Edukacyjną. Dyrektorzy, którzy zdecydowali się na utrzymywanie zapasowego łącza komercyjnego wyjaśniali, że nieprzerwany dostęp do Internetu jest dla szkoły bardzo istotny, między innymi dlatego, że nauczyciele posługują się elektronicznym dziennikiem lekcyjnym. Wskazywali także, że na łączności internetowej bazuje praca księgowości i sekretariatów.
Nie wiadomo, czy Ogólnopolska Sieć Edukacyjna rzeczywiście do końca roku podłączy ponad 4 tysiące szkół do szybkiego internetu. Ale nawet jak podłączy, będzie to w niemałej mierze działanie pozorne. Przezorni dyrektorzy, tak jak dotychczas powinni więc zadbać o dodatkowy, skuteczny dostęp do sieci dla swoich szkół.

Gospodarka 48 godzin

Restauratorzy, łączcie się!
Utworzona została Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej. Pierwszy raz w swej historii, w trakcie pandemii zagrażającej jej funkcjonowaniu, branża ta postanowiła połączyć siły. Siły, dodajmy, już nieco nadwątlone przez koronawirusa. Branża gastronomiczna skupia w naszym kraju prawie 76 tys. lokali gastronomicznych i do niedawna zatrudniała blisko milion osób oraz wnosiła około 37 mld zł do naszego produktu krajowego brutto. Do niedawna – bo czas pandemii wymusił ograniczenie obrotów. Lokale położone w miejscach, będących wakacyjnymi celami Polaków raczej nie mają powodów do narzekań, gdyż w tym roku generalnie spędzaliśmy urlopy w kraju. Mogły więc odrobić wiosenne załamanie. Poza głównymi kierunkami wypoczynkowymi gastronomia jednak dość cienko przędzie. I dlatego właśnie przedstawiciele branży uznali za potrzebne, by powstała ich izba gospodarcza, która w założeniu powinna aktywnie działać na rzecz przedsiębiorców gastronomicznych. Między innymi ma zostać uruchomione Biuro Rzecznika Interesów Gastronomów, chroniące ich przed skutkami kryzysu. Jakakolwiek ochrona antykryzysowa nie będzie jednak skuteczna bez rozwiązań leżących w kompetencjach administracji państwowej. To od jej decyzji zależy ewentualne obniżenie podatków – a branża gastronomiczna wskazuje na potrzebę obniżenia stawek VAT na swą działalność. „Jednolita niższa stawka VAT w gastronomii – 8 proc. na wszystko” – doprowadzenie do tego jest najważniejszym dziś zadaniem Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej. Może to być zarazem jednym z pierwszych posunięć obecnej ekipy, które przyniosłoby pozytywne skutki dla przedsiębiorców z branży gastronomicznej oraz ich pracowników – ale również i dla konsumentów. Samo się jednak nie zrobi i trzeba intensywnie lobbować na rzecz takiego rozwiązania. „Biuro Rzecznika Interesów Gastronomów daje nadzieję, może nawet pewność, że na rynku gastronomicznym, możemy mówić jednym głosem, który będzie słyszalny, a pojedyncze postulaty każdego najmniejszego przedsiębiorcy będą reprezentowane” – głosi oświadczenie IGGP.

Widzą i nic nie robią
Podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski krytycznie ocenił konsekwencje rozwoju dużych sieci handlowych i ich działalności dla producentów i dostawców rolnych w Polsce. „Ogólna zasada funkcjonowania sieci handlowych, to tak się zorganizować, żeby nie ponosić żadnych kosztów, przerzucić te wszystkie koszty na dostawców i jeszcze na tym bardzo dobrze zarobić. Trzeba powiedzieć, że to się sieciom udało” – stwierdził minister Ardanowski. „To, co się wydarzyło w ciągu parudziesięciu lat rozwoju sieci handlowych w Europie i na świecie, to jest majstersztyk. Te dochody, które mają sieci handlowe, powinny być u rolników, u przetwórców, u tych którzy ciężko pracują” – dodał też minister Ardanowski. W ten sposób szef resortu rolnictwa dostrzegł oczywistą oczywistość, którą wszyscy, choćby minimalnie interesujący się rynkiem spożywczym, dostrzegają od lat. Szkoda tylko, że ani Jan K. Ardanowski, ani jego poprzednicy na stołku ministra, nic z tym dotychczas nie zrobili.

Konie przejadają Polskę?

Może nie przejadają (jak mogliśmy przeczytać czterdzieści kilka lat temu), ale na pewno trzeba do nich coraz więcej dokładać. To rezultaty PiS-owskiego gospodarowania.
A dokładać trzeba, gdyż za sprawą nieudolności i zaniedbań różnych PiS-owskich nominatów, hodowla koni z której jeszcze kilkanaście lat temu słynął nasz kraj, teraz przynosi coraz większe straty i oceniana jest coraz gorzej. Zwłaszcza na świecie, gdzie pamiętane są bodaj najgłośniejsze negatywne zdarzenia, do jakich doszło, gdy PiS dokonało skoku także na kierownicze stołki w stadninach – czyli padnięcie dwóch klaczy żony muzyka Rolling Stones w 2016 r. Oczywiście wkrótce potem Shirley Watts zabrała swoje pozostałe klacze ze stadniny w Janowie Podlaskim.
Za niekompetencję, nepotyzm i brak rozumu trzeba płacić (choć niestety nie zawsze), toteż państwowa hodowla koni w Polsce zaczęła przynosić straty.
„Hodowla koni w spółkach stała się deficytowa. Istotny wpływ na systematycznie pogarszającą się sytuację finansową spółek hodowli koni miały coraz niższe wyniki hodowli koni, której przychody nie pokrywały kosztów ponoszonych na tę działalność” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim niedawnym raporcie.
Ujemny wynik z hodowli koni za 2015 r. wyniósł nieco ponad 10 mln zł, za 2016 r. – prawie 13 mln zł, za 2017 r. – 14,5 mln zł a za 2018 r. nieco ponad 17 mln zł. Takie są efekty PiS-owskiego gospodarowania.
Zdaniem NIK pogarszająca się sytuacja finansowa spółek hodowli koni w niektórych przypadkach może spowodować zwiększenie ryzyka upadłości podmiotów o szczególnym znaczeniu dla gospodarki narodowej (za takie uważane są stadniny) – i stanowić zagrożenie dla stabilności hodowli koni. Stadniny mają bowiem strategiczne znaczenie dla postępu biologicznego, dzięki któremu można zachowywać – czy raczej, można było zachowywać do czasu rządów PiS – polską specyfikę doskonałej hodowli koni.
Państwowa hodowla koni w Polsce jest prowadzona w 20 spółkach, nadzorowanych przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa. Ów nadzór, także przejęty przez PiS, jak widać nie okazał się szczególnie skuteczny i nie zapobiegł regresowi. W tych spółkach hodowane są konie dziewięciu ras. W Polsce hodowlą koni zajmują się również podmioty prywatne.
Obecnie ponad połowę pogłowia koni w Polsce stanowią konie zimnokrwiste i tzw. pogrubione, które w II połowie XX wieku z koni roboczych stały się głównie końmi rzeźnymi, z apetytem jedzonymi m.in we Włoszech. U nas konina przestała być popularna w miarę stopniowego wzrostu poziomu zamożności społeczeństwa. Jednak pół wieku temu potrawy z koni widniały w polskich książkach kucharskich, a dziś można je znaleźć w internecie na stronach, starających się o przywrócenie koniny do polskiego jadłospisu. Ale najważniejsza w w Polsce jest oczywiście hodowla koni arabskich czystej krwi. „Jako jedyna ma znaczenie międzynarodowe i ma realny wpływ na hodowlę światową” – zauważa NIK, choć raczej należałoby sprecyzować, że miała do 2016 r.
Bez wątpienia na poziom hodowli miała wpływ częstotliwość zmian składów organów zarządzających spółek. W ocenie NIK nie sprzyjało to ciągłości i jakości zarządzania. W latach 2016-2018 stadniny w Janowie Podlaskim i Michałowie miały po 4 prezesów każda.
Izba wylicza, że ogółem w latach 2015-2019 odwołanych zostało 43 członków zarządu 14 spółek hodowli koni, w tym 21 odwołanych członków zarządu nie otrzymało absolutorium z wykonania obowiązków. W okresie tym powołano 41 członków zarządu, w tym jako pełniących obowiązki prezesa zarządu powołano 31 osób, a 10 członków zarządu wyłonionych zostało spośród kandydatów, którzy zgłosili się w trybie postępowania kwalifikacyjnego.
Tę karuzelę kadrową można zrozumieć, bo przecież oczywiste jest, że nowe władze PiS-owskie chciały się jak najszybciej nachapać. Zrozumiałe też, że musiało to mieć marne konsekwencje dla państwowej hodowli koni, czym zresztą nikt się specjalnie nie przejmował.
Wśród przyczyn regresu hodowli koni w Polsce NIK wymienia między innymi i to, że dotychczasowa strategia działania spółek hodowli koni, polegająca na utrzymywaniu hodowli koni przez inną działalność (np. hodowlę bydła, produkcję mleka i produkcję roślinną) przestała przynosić efekty. Wpływ na to miały susze w latach 2018 i 2019 r. – bo spółki nie otrzymywały dopłat z tego tytułu.
Inny powód to rabunkowa polityka wyprzedawania wartościowych koni, zamiast pozostawiania ich dla rozrodu, w celu doraźnej poprawy wyników finansowych. PiS-owscy nominaci z upodobaniem stosowali tę prymitywną, krótkowzroczną metodę. Jak wskazuje NIK, średnia cena za sprzedanego konia w trzech spółkach zajmujących się hodowlą koni arabskich czystej krwi, czyli w Michałowie, Janowie Podlaskim i Białce, uległa zmniejszeniu ze 104 tys. zł z 2015 r. do 23,8 tys. zł w 2018 r.
Generalnie, zdaniem NIK, państwowa hodowla koni w Polsce prowadzona była przez spółki rzetelnie, nie zawsze jednak gospodarnie. Dotyczyło to przede wszystkim gospodarowania majątkiem spółek. Izba wykryła też nieprawidłowości, mogące ewidentnie służyć interesom osób prywatnych, takie jak trzymanie czyichś koni po cenach niższych niż określone w cennikach lub w ogóle za darmo. Nie jest podane, czy przypadkiem nie była to darmowa usługa na rzecz koni jakichś dygnitarzy PiS.
Oczywiście negatywny wpływ na kłopoty państwowych spółek hodowli koni miały też czynniki o charakterze międzynarodowym. NIK wymienia tu sytuację na rynku koni użytkowych i sportowych, zmniejszenie zainteresowania końmi arabskimi czystej krwi, zmniejszające się zapotrzebowanie na ogiery-reproduktory.
Nie ulega jednak wątpliwości, że do tych negatywnych tendencji znacząco przyczyniła się wyprzedaż koni wysokiej klasy, prowadzona przez Polskę. Niestety, w ostatnich latach właśnie w ten sposób objawił się, wymieniony przez NIK, „realny wpływ na hodowlę światową” jaki ma państwowa hodowla koni arabskich w naszym kraju.

Stosujmy zasadę: wiem, co jem

Nieprawda, że zdrowe to znaczy niesmaczne. Mamy taki wybór produktów, że bez najmniejszego problemu możemy wyczarować pyszne i zdrowe dania – mówi aktorka Grażyna Wolszczak w rozmowie z Dorotą Tuńską.

Zwracanie uwagi na sposób odżywiania stało się bardzo popularne, zewsząd słyszymy różne porady dietetyczne. Czy uważa Pani, że jest to chwilowa moda czy konieczność, by taką wiedzę posiadać i umieć zastosować ją w praktyce?
To nie jest tylko moda, lecz wynik wzrostu świadomości ludzi, że styl życia ma wpływ na jego jakość i długość. Zwracamy uwagę na to co jemy, bo wiemy, że niekoniecznie to co nam smakuje i sprawia nam przyjemność jest zdrowe. To są świadome wybory, których dokonujemy codziennie.
Jest nawet takie przekonanie, że to co zdrowe musi być niesmaczne. Czy rzeczywiście nie można skomponować posiłku, który jest i zdrowy i zarazem smaczny?
Nieprawda, że zdrowe to znaczy niesmaczne. Mamy taki wybór produktów, że bez najmniejszego problemu możemy wyczarować pyszne i zdrowe dania. Kiedyś problemem było zjedzenie na mieście wegetariańskiego obiadu, dziś jest wielka różnorodność nawet wegańskich restauracji, które oferują mnóstwo smacznych dań. Jeżeli ktoś nadal odżywia się niezdrowo, bo nie umie lub nie chce zmienić swoich starych przyzwyczajeń i koncentruje się tylko na walorach smakowych potraw, to jest leniem lub mówiąc delikatnie jest… niezbyt mądry.
Bardzo wielu jest jednak ludzi, którzy niechętnie zmieniają swoje dawne nawyki i hołdują starej zasadzie „do syta i bez grzechu”.
Ja takich ludzi wokół siebie nie zauważam. Oczywiście, od żelaznych zasad mogą zdarzyć się odstępstwa – jak idę na przyjęcie to chętnie zjadam kawałek tortu, mimo że na co dzień staram się unikać cukru i laktozy. Ale jeżeli ktoś kompletnie i na co dzień lekceważy zasady zdrowego odżywiania, to nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Czyli, prowadzenie zdrowego stylu życia jest dla Pani ważne?
Tak, to jest bardzo ważne. Na zdrowy styl życia składa się kilka elementów. Zacznijmy od jedzenia zgodnie z piramidą żywieniową – po to, żeby dostarczać organizmowi potrzebnych do życia składników, żeby go budować a nie szkodzić. Drugim elementem jest ruch. Człowiek nie jest stworzony tylko do leżenia na kanapie mimo, że to najbardziej lubi. Żeby być zdrowymi i cieszyć się dobrą formą, musimy się ruszać. Trzecim najważniejszym elementem jest moim zdaniem jest psychika – czyli praca nad sobą, żeby być człowiekiem pogodnym, zadowolonym, zarażającym optymizmem innych. Jak wiemy człowiek sfrustrowany, wiecznie narzekający malkontent, nie może być zdrowy.
Wiele naszych nawyków kształtuje się we wczesnym dzieciństwie, ogromny wpływ wywierają na nas nasi pierwsi opiekunowie – rodzice, dziadkowie, jak to wyglądało u Pani w domu?
Moja mama była higienistką szkolną i od zawsze miała fioła na punkcie zdrowego odżywiania. Była bardzo restrykcyjna w swoich metodach żywieniowych np. w moim domu mocno reglamentowane były słodycze. Wtedy wszystkie dzieci zajadały się oranżadą w proszku, którą wysypywało się na rękę i zlizywało. To było podwójnie karygodne dla mojej mamy, bo po pierwsze lizało się brudne ręce, a po drugie był to produkt chemiczny czyli zupełnie nie nadający się do spożycia. Bardzo zazdrościłam innym dzieciom tego smakołyku. Początkowo buntowałam się przeciwko temu, jednak z upływem czasu zaczęłam doceniać starania mamy, przejęłam od niej wiele zdrowych nawyków, które wcieliłam w życie.
Czy czerpiąc wzorce od mamy przeniosła je Pani także na wychowanie swojego syna?
Mimo, że teraz doceniam wkład mamy, nie lubię jednak jej żelaznej ortodoksji. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, tylko trzeba dokonywać świadomych wyborów, ale do tego konieczna jest wiedza. Mój syn na przykład nie pije żadnych słodkich napojów gazowanych, nie pije coca coli, zwyczajnie jej nie lubi mimo, że całe jego pokolenie wychowało się na coca coli. Jest mi wdzięczny, za to, że u nas w domu tego napoju nie było. Ja jestem z pokolenia, kiedy w szkole była szklanka mleka dla każdego dziecka, a mleko było uważane za najzdrowsze na świecie. Ja jednak unikam mleka i jego przetworów odkąd dowiedziałam się, że 80 proc. ludzi ma nietolerancję pokarmową na laktozę. Poza tym mleko zawiera kazeinę, która cielętom służy do budowania rogów i kopyt, a człowiek jej nie trawi. Mleko ponadto podobno wypłukuje wapń z organizmu, dlatego go unikam.
Czy korzysta pani z porad dietetyczki, która opracowuje dedykowany dla Pani jadłospis?
Nie, jednak jakiś czas temu zwierzyłam się znajomej, która jest coachem żywieniowym, że mam problem z chudnięciem, za to szybko przybieram na wadze. Zleciła mi wtedy test na nietolerancję pokarmową. Okazało się, że mam alergię zależną i jestem uczulona na wszystkie produkty mleczne i na gluten. Gdy wyeliminowałam te produktu ze swojej diety schudłam 8 kilogramów w pół roku w ogóle się nie starając.
Czyli warto taką wiedzę posiadać. A kto gotuje u Pani w domu?
W kuchni rządzi mój partner Cezary Harasimowicz, a ja staram się mu nie przeszkadzać. On najlepiej wie jaki ustalić jadłospis, umie w ciekawy sposób skomponować potrawy. Najczęściej są to dania „jednogarnkowe” inspirowane kuchnią azjatycką. Zdarza mi się, że czasem sama coś przyrządzę. Na przykład lubię taką prostą w wykonaniu sałatkę z arbuzem. Mogę podać przepis: schłodzonego arbuza należy pokroić w kostkę, dodać kawałki sera feta (bez laktozy) i sporo świeżej bazylii lub mięty. Wszystko skropić odrobiną oleju. Jest to bardzo smaczna przekąska, polecam zwłaszcza latem.
Jest Pani współautorką książki o intrygującym tytule „Jak być zawsze młodą, piękną i bogatą”. Czy jest na to jakaś recepta?
Tytuł książki był trochę prowokacyjny, bo nigdy nic nie jest nam dane na zawsze, zwłaszcza młodość. W książce tej starałam się odpowiedzieć na pytanie czy jest to możliwe, by spełnić wszystkie te warunki. Trochę już o tym rozmawiałyśmy: że kolosalny wpływ ma na to styl życia jaki prowadzimy, jakich dokonujemy wyborów żywieniowych, czy się ruszamy, jakie mamy nastawienie do ludzi i świata. Bycie życzliwymi i dobre relacje z innymi wzmacniają nasze zdrowie, to jeden z warunków zdrowego stylu życia, o którym często nie pamiętamy. A to przecież wpływa na nasze dobre samopoczucie i poczucie szczęścia. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem. Z czego Pani czerpie radość życia?
Najlepiej mieć pracę, która sprawia nam frajdę, bo spędzamy w niej bardzo dużo czasu. Ja lubię pracować, lubię być twórczą, dlatego wymyślam sobie stale jakieś nowe projekty. Założyłam np. Fundację Garnizon Sztuki, która produkuje spektakle teatralne i aktualnie właśnie pracuję nad kolejną sztuką. Przynosi mi to ogromna satysfakcję. Z mniejszych rzeczy, z których czerpię radość, to sprawianie sobie małych przyjemności choćby zjedzenie porcji lodów czekoladowych, ciekawe podróże, cieszy mnie też piękna jesień. To mogą być naprawdę drobne rzeczy.
Jak już umiemy cieszyć się życiem, to łatwiej jest nam nie poddawać się negatywnym emocjom, nie ulegać różnym napięciom nerwowym. Gdy się jednak zdarzają to co Pani robi, by wrócić do harmonii?
Ciągłe życie w harmonii nie jest możliwe, bo zawsze wydarzy się coś co tę harmonię burzy. Jak dopada mnie stan przygnębienia, wydaje mi się, że nic mi się w życiu nie układa i zaczynam się użalać nad sobą, to szybko robię sobie bilans co mam, a czego nie mam – i wtedy zawsze wychodzi na plus: że mam zdrowe dziecko, że sama jestem zdrowa, mam ciekawą pracę, fajne mieszkanie, mam za co pojechać na wakacje i wtedy nie mam już powodów do narzekania, a przeciwnie czuję wdzięczność za to wszystko. Praktykowanie wdzięczności bardzo pomaga w życiu.
Zgadzam się, to bardzo ważne. Wcześniej mówiliśmy też o ruchu jako elemencie zdrowego stylu życia. Czy lubi Pani ćwiczyć?
Jestem wielbicielką jogi, teraz wracam do niej bo z powodu kontuzji ramienia miałam rok przerwy. Ale wtedy odkryłam EMS, to taki rodzaj treningu w specjalnym kostiumie, który pobudza do pracy mięśnie poprzez ich elektrostymulację. EMS poprawia masę mięśniową, buduje siłę, zwiększa kondycję oraz co istotne spala tkankę tłuszczową szybciej niż tradycyjne ćwiczenia. W ciągu pół godziny można się nieźle zmęczyć. To jest fantastyczny trening, więc teraz chodzę na jogę i na EMS.
Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka 48 godzin

Wakacyjna poprawa

Jak podaje państwowa firma PKP Polskie Linie Kolejowe, mająca dbać o stan infrastruktury kolejowej, na przejazdach w te wakacje zdarzyło się mniej wypadków. Różnica jest bardzo dobra w porównaniu z ubiegłym rokiem: o ponad 20 proc. mniej wypadków ale aż ośmiokrotnie mniej ofiar śmiertelnych. Tegoroczne wakacje na przejazdach kolejowych były więc znacznie bezpieczniejsze od zeszłorocznych. W lipcu i sierpniu były 23 wypadki na przejazdach, w tym 21 z udziałem pojazdów, pozostałe z ludźmi. W 2019 r. w tym samym okresie było 30 zdarzeń, w tym 26 z pojazdami. Osiem razy mniej osób zginęło podczas tegorocznych wakacji w porównaniu z zeszłorocznymi. W 2019 r. było 16 ofiar w bieżącym roku dwie. – Minione wakacje na przejazdach kolejowo drogowych były najbezpieczniejsze od co najmniej 10 lat. By zwiększyć bezpieczeństwo budujemy bezkolizyjne skrzyżowania, montujemy dodatkowe urządzenia i szkolimy pracowników – powiedział Marek Olkiewicz, wiceprezes PKP Polskich Linii Kolejowych S.A. Na tę bardzo dobrą, wakacyjną poprawę wpłynęły też zapewne kontrole, ulotki, materiały edukacyjne i pouczenia – w tym wakacyjne „Bezpieczne Piątki” czyli ponad pół tysiąca dodatkowych działań na przejazdach kolejowo-drogowych w lipcu i sierpniu. Przekazano ulotki i materiały edukacyjne o bezpieczeństwie na skrzyżowaniach torów kilkudziesięciu tysiącom kierowców, rowerzystów i pieszych. PKP PLK informują, że również porównanie ośmiu miesięcy 2020 r. z 2019 r. pokazuje spadek zdarzeń na przejazdach. Liczba wypadków zmniejszyła się o około 13 proc. Od stycznia do sierpnia było 108 zdarzeń, a w analogicznym okresie ubiegłego roku 125. PKP PLK nie podały jednak, ile osób straciło życie na przejazdach w ciągu ośmiu miesięcy bieżącego roku, co może wskazywać, że jeśli chodzi o liczbę ofiar śmiertelnych, to w tym okresie nie było zauważalnej poprawy.

Efekt podatkowy

Jak wynika z raportu Szkoły Głównej Handlowej pod tytułem “Tendencje w polityce podatkowej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej i ich wpływ na obowiązki podatkowe przedsiębiorców”, po 2015 roku Polska zanotowała dużą poprawę ściągalności podatku dochodowego CIT oraz VAT-u i akcyzy w relacji do naszego produktu krajowego brutto. Może nie osiągnięto jakichś rewelacyjnych wyników, bo wzrost ściągalności tych trzech podatków w relacji do PKB sięgnął po 2015 r. zaledwie poziomów spotykanych w Czechach czy na Węgrzech (naszych sąsiadów w Grupie Wyszehradzkiej, której politykę podatkową zbadał wspomniany raport), lecz zdaniem autorów badania, jak najbardziej można mówić o spektakularnych efektach polskiej polityki podatkowej na tle regionu oraz o “imponującym wzroście” wpływów z tych podatków. Za ten sukces poniekąd płacą przedsiębiorcy, gdyż równocześnie znacząco wzrosły obciążenia dla firm, związane z wdrażaniem nowych, przygotowanych przez PiS-owską ekipę, regulacji podatkowych. Dotyczy to zwłaszcza wzrostu obowiązków administracyjnych i informacyjnych oraz potencjalnego wzrostu ryzyka prawnego. Autorzy raportu postulują zatem, by po uszczelnieniu systemu podatkowego, teraz podjęto pracę nad tym, żeby przepisy stały się dla firm łagodniejsze i łatwiejsze do stosowania.