Chory człowiek Europy

Druga fala pandemii na naszym kontynencie jakoś ogranicza się przede wszystkim do Polski. To smutny wynik działań PiS-owskiej ekipy.

Na zapisane niechlubnie w historii określenie „chorego człowieka Europy” zasługuje dziś niestety objęta pandemią Polska – a zwłaszcza jej PiS-owskie władze,. Najpierw nie umiały one przygotować kraju do nadejścia pandemii koronawirusa, choć miały ku temu czas i stosowne środki (o czym samochwalczo przekonywały), a teraz nie potrafią zapobiec rosnącej fali zakażeń. Fali zakażeń, której wzrost same spowodowały, prowadząc – dla swych niskich, partyjnych celów – działania nie liczące się z życiem i zdrowiem Polaków.
Od samego początku pandemii władze ociągały się ze zwiększaniem ilości testów. Czy powodem tej opieszałości nie było przyjęcie założenia, że jeśli będzie mało testów, to wykażą też one mało stwierdzonych zakażeń, a więc PiS-owska ekipa będzie mogła się chwalić w rządowych mediach swą (rzekomą) skutecznością w zwalczaniu koronawirusa?
Szczególnie drastycznym przykładem poświęcania przez władzę zdrowia i życia Polaków dla celów partyjnych, stało się zorganizowanie w trakcie pandemii wyborów prezydenckich. PiS-owscy prominenci pragnęli bowiem, by wybory prezydenckie odbyły się jak najwcześniej, zanim jeszcze większość Polaków zacznie negatywnie oceniać rządzących za ich nieumiejętność zwalczania epidemii.
PiS-owska władza nie chciała więc ogłosić stanu klęski żywiołowej (przewidzianego między innymi właśnie na wypadek epidemii), nie godząc się na odkładanie wyborów – a nakazują to przepisy o stanie klęski żywiołowej. Cel osiągnięto, nie bacząc na zdrowie i życie mieszkańców kraju, oraz na Konstytucję, którą Prawo i Sprawiedliwość złamało przeprowadzając te wybory.
Do historii pogardy rządzących wobec dobra rządzonych na zawsze wejdzie słynna wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego, który apelował do osób starszych, najbardziej zagrożonych koronawirusem: „Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii i to jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już nie trzeba się go bać, trzeba pójść na wybory, tłumnie /…/ Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się. Idźmy na wybory”.
Tymi słowami premier chciał zmobilizować do udziału w wyborach ludzi starszych, stanowiących w dużej mierze elektorat Andrzeja Dudy, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich z obawy przed koronawirusem, nie głosowali zbyt tłumnie. Zachęcenie ich do liczniejszego udziału w drugiej turze – bez liczenia się z ich życiem i zdrowiem – miało stanowić jeden ze sposobów zapewnienia zwycięstwa Andrzejowi Dudzie.
„Obywatele usłyszeli, że nie ma zagrożenia, żeby się nie obawiać. Ale nie jest to, niestety, prawda” – powiedział prof. Bolesław Samoliński z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Dziś Polacy zbierają owoce tej wymierzonej przeciw ich zdrowiu, dzialalności rządzących. Dane z bilansu sobotniej doby informują, że w naszym kraju na koronawirusa zmarło 13 osób. To, przykładowo, tyle samo co we Włoszech (13) i więcej niż w Niemczech (12) – choć jeszcze kilka tygodni temu wydawało się nieprawdopodobne, że nasz kraj osiągnie takie nasilenie pandemii, jak wspomniane kraje, znacznie ludniejsze od Polski. A pamiętajmy, że we Włoszech czy w Niemczech przeprowadza się przecież znacznie więcej testów, niż u nas. Jak „rzetelnie” analizuje się u nas testy pokazuje przykład niedbalstwa z Kielc, które spowodowało konieczność unieważnienia wyników badania aż 230 tys. próbek.
I nie ma co opowiadać kłamliwych bajek o drugiej fali koronawirusa opanowującej również nasz kontynent. Jakoś w Europie ta fala ogranicza się niestety głównie do Polski. Nie możemy się równać choćby z najbliższymi unijnymi sąsiadami, Czechami czy Słowacją, gdzie już nie umiera się na koronawirusa. U Słowaków dotychczas zmarło na pandemię w ogóle tylko 31 osób. W Polsce – już 1800. W potężnie zaludnionej Japonii – dotychczas 1042, a sobotniej doby jedynie 6 (podczas gdy u nas trzy razy więcej).
PiS-owska władza, która zasiała wiatr, unika jak może zbierania burzy – i oczywiście nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za wzrost zakażeń i zgonów. Przy pomocy propagandy w rządowych mediach chce całą winą obarczyć obywateli, zarzucając im nieprzestrzeganie ograniczeń – choć sama zapewniała, iż koronawirusa nie trzeba się bać. PiS-owska ekipa jest pierwsza w przechwalaniu się, a do błędów nie zamierza się przyznawać nigdy.

Bankructwa i upadłości pukają do drzwi

Epidemia Covid-19 stworzyła prawdziwą bombę zegarową dotyczącą niewypłacalności przedsiębiorstw.

Globalny wskaźnik niewypłacalności niedługo prawdopodobnie osiągnie rekordowy poziom, rosnąc o 35 proc. do 2021 r., przy czym w połowie krajów odnotuje on nowy rekord od czasu kryzysu finansowego w 2009 r.
Gdzie sytuacja jest najpoważniejsza? Największe wzrosty odnotują Stany Zjednoczone ( 57 proc do 2021 r. w porównaniu do 2019 r.), Brazylia (45 proc.), Chiny (40 proc.) i główne kraje europejskie, takie jak Wielka Brytania (43 proc.), Hiszpania (41proc.), Włochy (27 proc.), Belgia (26 proc.) i Francja (25 proc.).
Nawet w obecnym okresie, gdy gospodarki zaczynają wychodzić z całkowitej blokady, globalna firma ubezzpieczająca należności handlowe Euler Hermes spodziewa się, że większość przypadków niewypłacalności ma dopiero nadejść, głównie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r. – w wyniku nierównych warunków początkowych, a także różnych strategii wznawiania produkcji i podejmowanych nadzwyczajnych środków politycznych,
„Spodziewamy się, że dwa na trzy kraje odnotują większy wzrost liczby niewypłacalności w 2020 r. niż w 2021 r. – w szczególności w Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Chinach, Hiszpanii i we Włoszech – ale jeden na trzy odnotuje ich przyspieszenie w 2021 r. – zwłaszcza Indie, Wielka Brytania, Francja i w mniejszym stopniu Niemcy” – twierdzą eksperci firmy.
Przedwczesne wycofanie środków wsparcia mogłoby pogorszyć sytuację, zwiększając wzrost liczby niewypłacalności od 5 do 10 punktów procentowych. A jeśli globalna gospodarka będzie potrzebować więcej czasu, niż oczekiwano, aby wyjść z szoku pandemii koronawirusa, wzrost niewypłacalności może wzrosnąć nawet od 50 do 60 punktów procentowych. Jednak nawet jeśli dalsze wsparcie dla przedsiębiorstw ograniczy liczbę niewypłacalności w perspektywie krótkoterminowej, może również zwiększyć ryzyko większej liczby bankructw w perspektywie średnio- i długoterminowej.
Covid-19 uderzył w globalną gospodarkę jak meteoryt, a ten nagły wstrząs o historycznych proporcjach będzie miał trwałe skutki, pogarszając perspektywy dotyczące niewypłacalności przedsiębiorstw przez całą pierwszą połowę przyszłego roku. Nagły charakter tego szoku gospodarczego ma krytyczne znaczenie dla firm, które były najbardziej wrażliwe już przed kryzysem, zwłaszcza w sektorach najbardziej dotkniętych (transport, motoryzacja, handel detaliczny, hotelarstwo i restauracje) – podczas gdy historyczna skala szoku sprawia, że również wszystkie pozostałe firmy znalazły się w niestabilnej sytuacji, a większą odporność można zaobserwować tylko w kilku specyficznych branżach, takich jak farmaceutyki lub usługi informatyczne. Jednocześnie, wychodzenie z blokad zwiększa presję na płynność firm, ponieważ wznowienie działalności wiąże się ze wzrostem zapotrzebowania na kapitał obrotowy.
Eksperci Euler Hermes określili trzy czynniki, które spowodują opóźnione przeniesienie wstrząsu Covid-19 na niewypłacalność firm, powodując, że większość przypadków upadłości nastąpi w okresie między końcem 2020 r. a pierwszą połową 2021 r. Oto one:
• Wpływ środków dotyczących zablokowania działalności na pracę sądów gospodarczych, w szczególności w krajach mniej zaawansowanych pod względem technologii cyfrowych. Spowodowało to opóźnienia dotyczące oficjalnej rejestracji upadłości firm.
• Długa lista nadzwyczajnych rządowych środków interwencyjnych, podjętych w celu zapobieżenia kryzysowi płynności przedsiębiorstw: odroczenia płatności podatkowych, pożyczki i gwarancje państwowe, dopłaty do wynagrodzeń oraz moratorium na zadłużenie.
• Tymczasowe zmiany w systemach upadłościowych, mające na celu zapewnienie przedsiębiorstwom nieco więcej czasu i elastyczności przed złożeniem wniosku o ogłoszenie upadłości, takie jak zawieszenie obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości pod określonymi warunkami, przedłużenie terminów, moratorium zapobiegające niektórym działaniom wierzycieli przeciwko zadłużonej firmie, podniesienie limitu niespłaconego długu w odniesieniu do ogłoszenia upadłości i likwidacji itp. Środki tego rodzaju zostały podjęte w szczególności w krajach europejskich, takich jak Niemcy, Francja i Wielka Brytania, ale także na mniejszych rynkach.
Wpływ tych trzech czynników jest ewidentny w perspektywie krótkoterminowej. Stopniowe otwieranie gospodarek krajowych po ich zamrożeniu będzie procesem długotrwałym i realizowanym w sposób ostrożny. Ogólnie rzecz biorąc, gospodarka światowa funkcjonuje obecnie wykorzystując jedynie 70 – 80 proc. swoich możliwości i przewiduje się, że taki stan utrzyma się do ostatniego kwartału 2020 roku – ponieważ kraje będą zmuszone stosować celowe zamknięcia w celu zwalczania nowych ognisk wirusa Covid-19 oraz przedłużać ograniczenia sanitarne do czasu wprowadzenia szczepionki.
Wiele krajów nadal boryka się ze zbyt wysokim współczynnikiem reprodukcji wirusa – między innymi Brazylia, Meksyk, USA, Indie, Indonezja, Wielka Brytania oraz RPA. Kraje te są szczególnie narażone na ryzyko ponownego wybuchu epidemii i przedwczesnego ponownego otwarcia gospodarki, ponieważ pandemia nie jest w nich jeszcze pod kontrolą.
Spodziewać się także można, iż recesja w USA okaże się o dwa punkty procentowe głębsza (w stosunku do obecnego poziomu wynoszącego minus 5,3), jeżeli rozwiązania typu lockdown wdrażane w ramach walki z drugą falą epidemii będą miały bardziej ogólny zasięg.

Gospodarka 48 godzin

Nad morze
Przez długi czas największą popularnością wśród pasażerów PKP cieszyły się podróże pomiędzy Warszawą a Krakowem. Tak było jeszcze podczas minionych wakacji. Tego lata koleją najchętniej jeździmy nad morze. W czasie tegorocznych wakacji najwięcej pasażerów korzysta z połączeń na trasie Warszawa – Gdynia. Od początku wakacji, czyli od piątku 26 czerwca br., do końca lipca br., PKP Intercity przewiozły pomiędzy Warszawą a Trójmiastem blisko 30 proc. więcej pasażerów niż między Warszawą a Krakowem. Popularność pociągów na trasie do Gdyni rośnie bardzo dynamicznie. Często wybierane przez podróżnych są także pociągi do innych nadmorskich miejscowości, takich jak Kołobrzeg, Świnoujście, Ustka, Łeba i Hel.  To oczywiście wynik upalnego lata i koronawirusa, który skierował nad Bałtyk wielu Polaków, wcześniej wypoczywających nad cieplejszymi morzami. Od wspomnianego piątku 26 czerwca br. do końca lipca PKP Intercity przewiozły ponad 3,4 mln pasażerów. Wakacyjny ruch turystyczny sprawił, że obecnie pociągami PKP Intercity podróżuje już pięć razy więcej osób niż w maju tego roku. Obowiązkiem pasażerów jest przestrzeganie zasad ostrożności obejmujących zasłanianie ust i nosa w pociągu, podczas trwania całej podróży, a także częste mycie rąk.

Bez oczyszczalni

W 2019 r. (stan w dniu 31 grudnia) oczyszczalnie ścieków obsługiwały 74,5 proc. ludności kraju. Utrzymują się bardzo duże dysproporcje między miastem i wsią. W miastach 94,7 proc. mieszkańców korzysta z oczyszczalni ścieków, a na wsi (gdzie mieszka co czwarty Polak) tylko 44,0 proc.

Spis to obowiązek

W związku ze zbliżającym się Powszechnym Spisem Rolnym 2020 i Narodowym Spisem Powszechnym Ludności i Mieszkań 2021, Główny Urząd Statystyczny informuje, że respondenci będą pytani najpierw o dane indywidualne i adresowe (PESEL, adres zamieszkania użytkownika, adres siedziby gospodarstwa rolnego). GUS wyjaśnia, że te informacje niezbędne są do identyfikacji gospodarstwa rolnego i zbiera się je przy każdym spisie powszechnym. Pojawiające się zarzuty dotyczące właśnie zbierania tych danych jednostkowych – a także między innymi takich informacji jak numer telefonu czy adres poczty elektronicznej, są bezzasadne – oświadcza GUS. Dane te są bowiem niezbędne do nawiązania kontaktu z użytkownikami gospodarstw rolnych w celu wypełnienia obowiązku spisowego (bo jest to obowiązek). Ponadto w związku z epidemią COVID-19 dane te będą również niezbędne do przeprowadzania wywiadów telefonicznych w przypadku konieczności rezygnacji z rozmów bezpośrednich, a w późniejszym terminie (po spisie rolnym) pozwolą na innych badań statystycznych metodą wywiadów telefonicznych.
GUS wyjaśnia też, że nie będzie zbierał danych dotyczących majątku rolników. Zbierze natomiast dane o składowych elementach gospodarstwa rolnego (w procentach), zapyta o uprawy rolne i ogrodnicze, powierzchnię gruntów i liczbę zwierząt gospodarskich, liczbę ciągników, maszyn rolniczych i budynków gospodarskich, związanych z prowadzoną produkcją rolniczą. Zdaniem GUS, to wszystko nie stanowi majątku. „W spisie nie pytamy o majątek rolników” – zapewnia szefostwo GUS.

Trudne życie w krainie śmieci

Nieskuteczna kontrola rynku odpadów przez PiS-owską administrację publiczną przyczynia się do degradacji środowiska oraz stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi.

W 2018 r. wytworzono w Polsce 12,5 mln ton różnych odpadów komunalnych. Z tej masy śmieci ponad 26 proc. poddano procesowi recyklingu, 8 proc. kompostowaniu lub fermentacji, blisko 23 proc. przekazano do tzw. termicznego przekształcenia z odzyskiem energii (głównie do zgazowania), 1,5 proc. przekształcono termicznie bez odzysku energii (co mówiąc po ludzku oznacza zwykle spalenie) – i aż blisko 42 proc. trafiło do składowania, czyli po prostu na wielkie wysypiska śmieci. To tyle samo, co w 2017 r., bo mimo solennych zapewnień władz, recykling odpadów jakoś się u nas niezbyt przyjmuje.
„Nieskuteczne były działania na rzecz ograniczenia składowania odpadów, pomimo, że we wszystkich wojewódzkich planach gospodarki odpadami przyjęto kierunki takich działań” – stwierdza raport Najwyższej Izby Kontroli.
Kontrola NIK wykazała, że znaczna część odpadów po przetworzeniu w instalacjach mechanicznych i biologicznych nadal trafiała na wysypiska. Tymczasem zgodnie z przepisami o odpadach (nie tylko polskimi ale i unijnymi) składowanie powinno być ostateczną metodą ich przetwarzania. U nas – jest metodą podstawową.
Wcześniejsze obliczenia Głównego Urzędu Statystycznego wskazywały na zagrożenie nie osiągnięcia do 2020 r., wymaganych przez Unię Europejską 50 procent recyklingu i przygotowania do ponownego użycia czterech rodzajów odpadów komunalnych (papieru, szkła, plastiku i metalu) – oraz nie osiągnięcie zmniejszenia masy składowanych odpadów. W sprawozdaniu w ramach systemu wczesnego ostrzegania, Polsce zwróciła na to uwagę Komisja Europejska.
Tak sie też niestety stało. Nie osiągnęliśmy tych 50 proc. recyklingu (jest niespełna 30 proc.), a na wysypiska trafia niewiele mniej odpadów niż dwa lata temu. W związku z tym NIK negatywnie oceniła skuteczność nadzorowania przez organy administracji publicznej sposobu gospodarowania odpadami komunalnymi w Polsce.
„Nie były one właściwie przetwarzane w instalacjach mechaniczno-biologicznych. Po przejściu przez instalacje nie nadawały się do recyklingu i ponownego użycia. Powodowało to trudności z dalszym zagospodarowaniem odpadów i zwiększało związane z tym koszty” – podkreśla raport Izby.
Do wspomnianych instalacji w zdecydowanej większości przekazywano zmieszane odpady komunalne – a nie wyselekcjonowane i podzielone na papier, szkło, plastik i metal. Odpady te po przetworzeniu nie spełniały wymagań niezbędnych dla poddania ich procesom recyklingu czy odzysku. Nie można już było nic z nimi zrobić, oprócz przewiezienia ich na wysypisko.
Kontrola wykazała zaniedbania, polegające m.in. na niezgodnej z przepisami klasyfikacji odpadów oraz nieprawidłowościach w prowadzeniu ich ewidencji – czego skutkiem były sprawozdania dotyczące gospodarki odpadami, niezgodne ze stanem rzeczywistym (czyli po prostu fałszywe). Tak więc, w papierach na ogół wszystko było świetnie – ale pospolitość śmieciowa skrzeczała (i śmierdziała).
Jedna z konkluzji kontroli jest taka, że administracja publiczna oraz podmioty prowadzące instalacje mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów nie usiłowali doprowadzić do zgodnego z przepisami ich przetwarzania.
„Działania organów administracji publicznej oraz prowadzących instalacje mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów i zarządzających składowiskami odpadów, były niewystarczające i nieskuteczne. Zagospodarowanie odpadów było niezgodne z przepisami” – zauważają kontrolerzy NIK. Ponadto informacje o odpadach komunalnych zagospodarowanych w instalacjach mechanicznych i biologicznych przekazywano po terminie – lub po prostu nie robiono tego wcale, w ogóle nie podając danych o masie odpadów. W ogóle nie ważono odpadów powstałych i zagospodarowywanych w poszczególnych procesach w instalacjach przetwórczych, a ich masa była co najwyżej szacowana.
Najgorszym przewinieniem administracji i podmiotów zajmujących się przetwarzaniem śmieci jest chyba to, że osoby prowadzące instalacje mechaniczne i biologiczne kierowały do jednego ciągu technologicznego zmieszane odpady komunalne łącznie z odpadami z selektywnej zbiórki innych ich rodzajów.
Czyli, wszystkie śmiecie, tak mozolnie rozdzielane przez mieszkańców i wysypywane do osobnych koszy na papier, plastik czy szkło, trafiały później do jednego kotła. Bardzo często widzieliśmy to już wtedy gdy przyjeżdżał samochód do wywozu śmieci – i zawartość każdego z pojemników lądowała w jednym i tym samym brzuchu śmieciarki. Takie działanie skutecznie podważało cały sens wieloletniego edukowania i przekonywania obywateli o potrzebie selekcjonowania odpadów. Dodatkowo nie posiadali oni dokumentów potwierdzających faktyczne przekazanie odpadów surowcowych do recyklingu.
W dodatku, za ten cały śmieciowy bałagan, powstały pod rządami Prawa i Sprawiedliwości Polacy muszą płacić coraz więcej. W 2019 roku w porównaniu do 2016 r. opłaty za przyjęcie odpadów do instalacji przetwarzania mechanicznego i biologicznego wzrosły od ponad 58 proc. do ponad 87 proc.
I tak, opłaty za 1 tonę odpadów wynosiły: w 2016 r. – od 150 zł do 369 zł, w 2017 r. – od 187 zł do 429 zł, w 2018 r. – od 249 zł do 430 zł, w 2019 r. (tylko I półrocze) – od 281 zł do 585 zł (!). Władzy oczywiście to nie obchodziło, że wywóz śmieci stanowi coraz bardziej rujnującą kwotę.
Jak wskazuje NIK, główną przyczyną wzrostu opłat były problemy ze zbytem czy też zagospodarowaniem odpadów powstających po procesie mechaniczno-biologicznego ich przetwarzania. Bo łatwo powiedzieć: poddać śmieci recyklingowi. Nawet nie tak trudno to wykonać. Tyle, że problem w tym, iż takie przetworzone śmiecie przeważnie do niczego się nie nadają.
Opowieści, że przerabiane odpady można z powodzeniem ponownie wykorzystywać niemal w 100 proc., są zwykłymi bajkami. A jeśli nawet niekiedy można, to koszt takiego recyklingu jest porażająco wysoki.
Zagospodarowanie śmieci w Polsce mogłoby być nieco sprawniejsze, gdyby istniała baza danych o produktach i opakowaniach oraz gospodarce opadami. Do jej utworzenia zobowiązany byli PiS-owscy ministrowie środowiska – ale oczywiście się z tego nie wywiązali.
Odpadami nie przejmowali się także wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska, którzy nie kontrolowali posiadaczy odpadów, przekazujących je nieuprawnionym podmiotom. „Nie robili tego, pomimo uzyskanych informacji o nieprawidłowościach w gospodarowaniu odpadami” – podkreśla NIK. Kontrolerzy WIOŚ nie pobierali próbek odpadów do badań i nie przeprowadzali oględzin podczas prowadzonych kontroli u tych, którzy je przetwarzali. Niedbalstwem i bezczynnością wykazała się także PiS-owska administracja publiczna. Generalnie nie obchodziły jej pożary miejsc magazynowania i składowania odpadów, pomimo że w ostatnich latach było to zjawisko niemal masowe. Po prostu, najskuteczniejszym i najtańszym sposobem „recyklingu” śmieci w Polsce jest wciąż ich spalanie. Dla przykładu, na terenie objętym właściwością tylko sześciu Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska odnotowano łącznie 54 pożary miejsc, gdzie składowane są odpady.
Ten świadomy i nieprzypadkowy brak wiedzy o przyczynach i skali pożarów oraz nie podejmowanie żadnych działań zapobiegawczych stwarza warunki dla nielegalnego pozbywania się odpadów – a tym samym do rozwoju szarej strefy. I w tej śmieciowej szarej strefie, w swoistym „partnerstwie” publiczno – prywatnym robi się świetne, lewe interesy.
„Nieskuteczna kontrola rynku odpadów przez organy administracji publicznej przyczynia się do degradacji środowiska i stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi” – zarzuca Najwyższa Izba Kontroli. Cóż, nic dodać, nic ująć.
NIK w swoich wnioskach pokontrolnych zwraca się do Ministra Klimatu o zapewnienie finansowania (ze środków funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej) inwestycji w odzyskiwanie i recykling odpadów. Są to niestety pobożne życzenia. Skoro PiS-owska administracja nie zechciała się tym zająć przez pięć lat swoich rządów w okresie znakomitej koniunktury, to tym bardziej nie zrobi tego teraz, gdy trzeba ratować walący się budżet państwa.

Polskie meble radzą sobie z pandemią

Marzec, kwiecień i maj to były dramatyczne miesiące dla branży, ale czerwiec przyniósł już wyraźne odbicie.

Polski przemysł meblarski został mocno dotknięty przez kryzys związany z epidemią koronawirusa. Niemniej nieco szybsze, niż pierwotnie planowano, otwarcie handlu pomogło ograniczyć skalę spadków. Pewną nadzieję dla branży stanowi również rezygnacja z wyjazdów urlopowych mieszkańców Europy (dzięki czemu mają więcej pieniędzy na kupowanie mebli) czy tania złotówka. Dużą rolę w poprawie sytuacji odegrać też może
ekspansja na nowe rynki – zwłaszcza amerykański. Jak więc wygląda obecnie kondycja polskiego meblarstwa i prognozy na przyszłość?
W przededniu kryzysu wyniki firm meblarskich w Polsce były dobre. W czwartym kwartale 2019 r. przychody firm średnich i dużych były o 6,2 proc. wyższe rok do roku, a stopa zysku netto wyniosła 4,9 proc., co oznacza wzrost o 1,1 proc.
– Polska to światowy lider w dziedzinie produkcji mebli. Według ostatnich dostępnych danych w roku 2019 zajmowaliśmy 6. miejsce na świecie pod względem wartości wyprodukowanych mebli, a także 2. miejsce na świecie za Chinami i pierwsze w Europie w eksporcie mebli. Na tak wysoką pozycję naszego sektora pracuje ponad 29 000 przedsiębiorstw meblarskich, gdzie pracę znajduje blisko 170 000 osób – mówił Michał Strzelecki, dyrektor biura Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.
Wedle jego ocen, w ubiegłym roku branża meblarska w Polsce wyprodukowała meble za ponad 50 mld złotych, z czego około 90 proc. z nich trafiło na eksport. Meblarstwo miało blisko 2,3 proc. udziału w polskim produkcie krajowym brutto, a w handlu zagranicznym nasze meble osiągnęły ponad 36 mld zł dodatniego salda. Niestety sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać w marcu 2020 r.
W związku z restrykcjami wprowadzonymi w wyniku epidemii, sytuacja w polskiej branży meblarskiej stała się dramatyczna – i to praktycznie z dnia na dzień. Zamknięcie możliwości handlu i zalecenia pozostania w domach spowodowały, że 16 i 17 marca wydarzyło się „trzęsienie ziemi”, które zatrzymało polską lokomotywę eksportową – powiedział Michał Strzelecki.
Skala utraty obrotów w okresie marzec – maj szacowana jest na 4 mld złotych. Natomiast zatrudnienie zostało zmniejszone do 153 tys. etatów – głównie poprzez ograniczanie czasu pracy, jednak ponad 7 tys. osób trwale straciło zatrudnienie. Powody kryzysu w branży meblarskiej to brak popytu wynikający z ograniczeń w handlu, zalecenia pozostawania w domach oraz spadek wskaźników ufności konsumenckiej.
Początkowo eksperci oceniali, że spadek obrotów branży meblarskiej w 2020 r. może wynieść nawet 17 mld złotych, czyli około 35 proc. w stosunku do roku 2019. Skalę spadków pomogło jednak ograniczyć szybsze otwarcie handlu. Kolejny, niespodziewany i pozytywny impuls przyniósł boom remontowy, którego pojawienie przypisuje się rezygnacji z wyjazdów wakacyjnych dużej grupy Europejczyków. Niepewność, jak będzie się rozwijać sytuacja z koronawirusem jesienią, wciąż jednak przekłada się na trudną sytuację w branży. – Sytuacja jest poważna i zdajemy sobie sprawę, że powrót do normalności potrwa jeszcze długo. Udało nam się przetrwać najtrudniejszy okres, ale wciąż w przypadku wielu firm sytuacja jest wręcz dramatyczna. Przez lata w Polsce mieliśmy do czynienia z wieloma sytuacjami kryzysowymi, jednak takiej skali i tego rodzaju załamania w naszej historii jeszcze nigdy nie było. Głównym problemem jest zatrzymanie popytu dotyczące zarówno rynku krajowego, jak i eksportowego – ocenia Jan Szynaka, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli.
Trudno też powiedzieć, kiedy i w jakim stopniu sytuacja wróci do stanu sprzed pandemii oraz co zrobią klienci. Meble nie są produktem pierwszego wyboru i mimo letniego boomu remontowego trudno odpowiedzieć, kiedy i czy w ogóle klienci wrócą do wielkości zakupów sprzed wybuchu epidemii koronawirusa.
Badanie sytuacji polskiej branży meblarskiej prowadzone od marca do końca czerwca wykazało, że po wielu tygodniach spadków zamówień sytuacja przestała się pogarszać i widać oznaki odbicia od dna. Niemały wpływ na poprawę ocen ze strony przedstawicieli firm miały powracające zamówienia oraz rozwiązania tarcz antykryzysowych. Odsetek ocen dobrych dla tarcz wzrósł w tym czasie z 3 proc. do 48 proc., zaś ocen słabych spadł z 40 proc. do 19 proc.
Jeśli chodzi o poziom deklarowanych przychodów rok do roku, to spadł on w marcu do 85 proc. poziomu marca ubiegłego roku, a w kwietniu do zaledwie 50 proc. kwietnia 2019. Maj był już nieco lepszy – spadek wyniósł 70 proc. Czerwiec okazał się zaś rekordowo dobry – przychody osiągnęły aż 118 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Nie wyrównało to spadków z poprzednich trzech miesięcy, ale ożywienie w branży jest już faktem.
Sytuacja zaczęła się poprawiać w drugiej połowie maja. Zamówienia rosły i w większości firm przywrócono pełnowymiarowy wymiar czasu pracy. Przedstawiciele branży przewidują jednak, że powrót do obrotów na poziomie około 50 mld zł rocznie może trwać nawet do 1,5 roku. Wiele zależy od tego, jak będą reagowały poszczególne państwa w przypadku kolejnych fal epidemii. Analitycy oczekują ograniczenia popytu w ciągu kilkunastu nadchodzących miesięcy.
– Jest jeszcze za wcześnie, aby oszacować długoterminowy wpływ koronawirusa zarówno na branżę meblową, jak i inne sektory krajowej i światowej gospodarki. Miejmy nadzieję, że możliwie szybko wszystko wróci do normy – dodaje Jan Szynaka.
W dłuższej perspektywie po instrumentach poprawiających płynność finansową, branży potrzebny jest impuls pobudzający popyt krajowy i zagraniczny. Firmy chciałyby np. wprowadzenia stawki preferencyjnej VAT na meble (obniżonej do 8 proc.) czy konsumenckiej ulgi podatkowej (np. remontowej).
Ważne są też działania międzynarodowe, zwłaszcza ewentualna ekspansja za oceanem. Wejście na nowe rynki może pomóc wielu firmom. – Rynek USA ma wielki potencjał. Uważam, że w dłuższej perspektywie polscy meblarze wciąż będą zdolni do zwiększania swoich obrotów, ponieważ mamy szereg fundamentalnych atutów, takich jak dostęp do surowca, zainstalowane moce produkcyjne, wysoką kulturę techniczną i korzystną lokalizację – podkreśla analityk Tomasz Wiktorski z B+R Studio.
Duże szanse dla polskich firm meblarskich w Stanach Zjednoczonych widzi też Jeff Holmes, amerykański specjalista w obszarze międzynarodowego rynku meblarskiego: – Sprzedaż mebli w USA jest napędzana przez rynek mieszkaniowy, a ten nadal trzyma się mocno. W związku z tym mamy teraz idealny czas na to, aby inteligentni i przedsiębiorczy polscy producenci „załapali się” na falę rosnącego ożywienia gospodarczego. Potencjalne korzyści zależą od dobrego planu i jego wdrożenia, a różnorodne kanały dystrybucji mebli w USA zapewniają wiele możliwości.
OIGPM wiąże spore nadzieje z wspólnym udziałem rodzimych producentów w największych targach branży meblarskiej w USA, w High Point (Karolina Północna). To miejsce ma ponad 100-letnią tradycją handlu meblami w Stanach Zjednoczonych. Udział w tych targach niesie duży potencjał biznesowy, ponieważ wydarzenie jest obowiązkową pozycją w kalendarzu osób decydujących o wprowadzaniu mebli do sprzedaży w amerykańskich sieciach handlowych. Na targi, mające odbywać się od 13 do 21 października 2020 r. wyjedzie siedem polskich marek meblarskich.

Gospodarka 48 godzin

Bezpieczny przejazd to wyzwanie

Państwowa firma PKP Polskie Linie Kolejowe zachęca dzieci, młodzież i dorosłych do zdobywania wiedzy, mającej zapewnić bezpieczne pokonywanie przejazdów kolejowych. Działania prowadzone są w ramach kampanii Bezpieczny Przejazd. Przedstawiciele PLK udostępnili m.in. cztery gry edukacyjne: Gra w znaki, Memory, Znajdź różnicę i Puzzle. Rodzice mogą, wspólnie z dziećmi sprawdzić wiedzę o zasadach bezpieczeństwa i znajomości przepisów ruchu drogowego. Gry łączą zabawę z nauką o bezpieczeństwie na przejściach i przejazdach kolejowych. Są dostępne pod adresem: https://www.bezpieczny-przejazd.pl/edukacja/dla-dzieci/. W ramach kampanii została też opublikowana nowa gra mobilna promująca bezpieczne zachowania na przejazdach kolejowych. Można w niej poznać różne kategorie przejazdów oraz wyrobić sobie nawyk prawidłowego ich pokonania. Wszystko podane w formie jazdy samochodem z elementami rywalizacji w postaci bicia rekordów długości trasy oraz zdobywania trofeów. Jak informują PKP PLK, ta gra nosi tytuł „Bezpieczny Przejazd – Wyzwanie”. No cóż, rzeczywiście, bezpieczne pokonanie przejazdu kolejowego w Polsce to wyzwanie. Tytuł dobrano więc wyjątkowo trafnie.
Nie negując przydatności tych gier dla poprawy bezpieczeństwa, trzeba stwierdzić, że pokonywanie torów kolejowych w naszym kraju tak długo będzie wyzwaniem, jak długo przez prawie 6 tysięcy niestrzeżonych przejazdów kolejowych będą przejeżdżać pociągi pośpieszne i ekspresy. Na tych przejazdach nie zostały zainstalowane półzapory, sygnały dźwiękowe czy choćby światła ostrzegawcze, co jest wprost skandalem. To narażanie życia i zdrowia obywateli – i dopóki to się nie zmieni, na przejazdach bedzie ginąć coraz więcej ludzi. Niestety, inwestycje w nie tak drogie przecież rogatki, ustępują dużo wyższym wydatkom na renowację peronów i budynków dworcowych. Fakt, odnowione dworce i perony sprawiają znacznie bardziej efektowne wrażenie, niż przejazdy z półzaporami.
Przedstawiciele PKP PLK chętnie podkreślają, że kierowcy często objeżdżają i wyłamują półzapory. To jednak nie usprawiedliwia braku zabezpieczeń na przejazdach. Sprawa jest jasna i oczywista – opuszczona półzapora i czerwone światło oznaczają, że wkrótce nadjedzie pociąg. Takiej informacji nie przekaże zaś znak „stop” czy krzyż św. Andrzeja na niestrzeżonym przejeździe kolejowym. Oczywiście, trzeba piętnować wariatów objeżdżających półzapory – ale trzeba też zainstalować je na tych tysiącach niestrzeżonych przejazdów kolejowych.

Koszt propagandy sukcesu
Od 2021 r. abonament radiowo-telewizyjny wzrośnie o 7,9 proc. To jego druga podwyżka za panowania PiS. W 2021 r. opłata za radio wyniesie 7,50 zł miesięcznie, a za telewizor (lub radio i telewizor) 24,50 zł miesięcznie. Wyższa, najpowszechniejsza w Polsce stawka abonamentu wzrośnie w porównaniu z 2020 r. o 1 zł 80 gr miesięcznie, co ma zwiększyć wpływy z abonamentu o 63 mln zł rocznie. Pieniądze są w niemałej mierze potrzebne na sfinansowanie wynagrodzeń rządowych propagandystów, zajmujących ważne stanowiska w PiS-owskiej telewizji „publicznej”. Stale rosną koszty funkcjonowania mediów przejętych przez PiS, a środków oczekuje zwłaszcza TVP pod nienadzwyczajnie gospodarnym kierownictwem (mimo, że z budżetu niedawno wypłacono 1,95 mld zł na potrzeby rządowej telewizji i radia). Nie dziwi więc, że brak pieniędzy na poprawę stanu ochrony zdrowia w Polsce.

Cztery kółka w kryzysie

W Polsce spadła produkcja samochodów oraz liczba rejestracji nowych pojazdów.

W pierwszej połowie 2020 roku zarejestrowano w Polsce 179,8 tys. nowych samochodów osobowych, co oznacza spadek o 35,4 proc. w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Spadki dotyczą zarówno klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali 123,4 tys. pojazdów (spadek o 35,3 proc.) oraz indywidualnych, którzy nabyli 56,4 tys. nowych samochodów, o 35,6 proc. mniej niż w I połowie 2019 roku.
Producenci marek popularnych sprzedali w pierwszym półroczu 146,5 tys. pojazdów, co oznacza spadek o 38,9 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Segment marek premium (większych, bardziej luksusowych i droższych) jak zawsze w kryzysie wypadł lepiej. Producenci samochodów premium sprzedali przez pierwsze 6 miesięcy 33,3 tys. pojazdów tej klasy – o 13,6 proc. mniej niż w I połowie 2019 roku.
Ciekawe, że najbogatsi klienci indywidualni w I połowie roku kupili 4 tys. aut z  segmentu premium, o 14,5 proc. więcej niż w tym samym okresie 2019 r. Natomiast nieco gorzej w  pierwszym półroczu wyglądają rejestracje marek premium wśród klientów instytucjonalnych – zakupili oni 29,2 tys. pojazdów, co oznacza mniejszą sprzedaż o 16,4 proc rok do roku. Zwykle zaś takie takie auta są w Polsce kupowane przede wszystkim przez instytucje, urzędy i przedsiębiorstwa, które nie liczą się z kosztami, bo osoby podejmujące decyzję o zakupie nie wydają swoich prywatnych pieniędzy.
Generalnie, biorąc pod uwagę szacunki z początku pandemii, wyniki pierwszego półrocza nie okazały się aż tak złe jak się spodziewano, choć we wszystkich kategoriach pojazdów odnotowano spadki rejestracji.
Niestety, niemal o załamaniu można mówić w przypadku ciężarówek. Rejestracje nowych samochodów ciężarowych są ponad o połowę mniejsze. W I połowie 2020 r. w Polsce zarejestrowano 8,1 tys. samochodów ciężarowych, co oznacza spadek o 51,5 proc. w porównaniu z pierwszą połową 2019 roku. Podobnej wielkości spadki (minus 50,9 proc. rok do roku) dotyczą rejestracji przyczep i naczep – do końca czerwca br. zarejestrowano ich 6,9 tys. – Najlepiej poradził sobie segment premium i stosunkowo nieźle segment pojazdów dostawczych. To cieszy, bo samochody dostawcze służące firmom do przewozu towarów są swoistym barometrem stanu gospodarki. O ile segment samochodów dostawczych odnotował stosunkowo małe straty, o tyle pojazdy ciężarowe zostały dotknięte chyba największym spadkiem. Nie słabnie więc zapotrzebowanie na pojazdy realizujące transport miejski – np. firmy kurierskie – natomiast popyt na pojazdy długodystansowe jest bardzo niski. Ponadto, tak wysoki spadek sprzedaży pojazdów ciężarowych może oznaczać, że menedżerowie zarządzający firmami transportowymi w Polsce spodziewają się spadku zamówień – mówi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Dużym problemem Polski jest również to, że w naszym kraju nastąpił gwałtowny spadek produkcji wszelkich pojazdów samochodowych. W I półroczu 2020 roku wyprodukowano w Polsce 201,1 tys. pojazdów samochodowych, o 44,1 proc. mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Najgłębszy regres (aż o 48,5 proc.) zanotowała produkcja samochodów osobowych. W grupie samochodów użytkowych i ciężarowych załamanie było niższe – tylko o 35,9 proc. rok do roku. Natomiast produkcja autobusów w pierwszym półroczu 2020 roku przyhamowała najmniej, bo o 23 proc. w porównaniu z I półroczem 2019 roku. Inna sprawa, że autobusów wytwarza się w Polsce niewiele – 5670 w całym ubiegłym roku.,
Wyhamował także rozwój rynku jednośladów, ściśle związany z rosnącym poziomem zamożności obywateli (nowe motocykle kupują przede wszystkim ludzie lepiej zarabiający). W I połowie 2020 roku liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 10 429 sztuk, czyli 9,6 proc. mniej niż w I połowie 2019 roku. Jedynie najdroższe motocykle typu sport (przyrost sprzedaży o 50 proc.) oraz supersport (wzrost o 7 proc. ) zakończyły I półrocze br. ze wzrostami. Pandemia koronawirusa zatrzymała obserwowany wcześniej w 2019 roku rozwój rynku motocykli w Polsce. Pojawiają się jednak optymistyczne sygnały. Rezultaty dwóch ostatnich miesięcy (w maju wzrost rejestracji o 9,9 proc. rok do roku, a w czerwcu o 22,8 proc.) są już na znacznie wyższym poziomie niż przed rokiem. Wskazuje to na szybką odbudowę rynku w tej grupie pojazdów. Natomiast znacznie gorzej wypadają motorowery, których w I połowie 2020 roku zarejestrowano 7 386 sztuk co było poziomem niższym o 29,6 proc. w porównaniu z takim samym okresem w 2019 roku.
Jedyny rosnący segment pojazdów to auta na paliwa alternatywne (hybrydy oraz samochody w pełni elektryczne). W I połowie tego roku liczba rejestracji takich samochodów była wyższa o 12,7 proc. niż w tym samym okresie 2019 roku i wyniosła blisko 26,9 tys. pojazdów. Niezmiennie zdecydowanie więcej pojazdów z napędami alternatywnymi kupują klienci instytucjonalni (20,6 tys. aut) co przekłada się na 14,5 proc. wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Klienci indywidualni z kolei, do końca czerwca 2020 roku kupili ponad 6,2 tys. aut z napędem alternatywnym – o 7,1 proc. więcej niż w pierwszym półroczu ubiegłego roku. Natomiast samochody z napędem gazowym, także uznawanym za alternatywny, osiągnęły w pierwszej połowie roku fatalne rezultaty – dużo gorsze, niż w tym samym okresie przed rokiem. Spadek rejestracji tego segmentu wyniósł aż 63,7 proc. rok do roku.
Mirosław Michna z międzynarodowej firmy audytorskiej KPMG podkreśla, że chociaż dynamika wzrostu całego segmentu alternatywnego zaczyna zwalniać, to nad Wisłą rośnie sprzedaż aut w pełni elektrycznych. Do końca czerwca tego roku Polacy kupili ponad 1,1 tys. samochodów napędzanych wyłącznie silnikiem elektrycznym, o 19,6 proc. więcej niż w pierwszej połowie 2019 roku.
Jak tak dalej pójdzie, to już za jakieś sto lat osiągniemy obiecywaną przez premiera Mateusza Morawieckiego liczbę miliona aut elektrycznych w Polsce.

Kto nie przyjdzie?

Czyli, czym się różni PiS od hamletyzującej opozycji.
Komorowski nie przyjdzie, bo się boi koronawirusa, a jest w podeszłym wieku. Dużo starszy Wałęsa nie przyjdzie dla zasady. Kwaśniewski Aleksander, na którego dwa razy głosowałam, w 1995 i 2000 roku, przyjdzie, bo lubi być zapraszany na uroczystości państwowe; pamięta też, że pisowskie służby od lat drążą sprawę willi w Kazimierzu, a jak się uprą, postawią zarzuty, choćby i dęte.
Róża Thun nie przyjdzie, bo dostała zaproszenie z bykiem: „Ruża”. Sikorski nie przyjdzie, bo „Andrzej Duda wygrał metodami postsowieckimi, przy użyciu aparatu i funduszy państwa, kłamstwem i antysemityzmem w sprostytuowanej TVP oraz oszustw wyborczych, np. w domach opieki społecznej”.
Czarzasty przyjdzie wraz z całym klubem Lewicy – „bo nie będzie polemizował z 10 milionami wyborców Pana Dudy”. Mimo tego gestu wyborcy Pana Dudy i tak go nie docenią, a 10 mln przeciwników Dudy poczuje się, jakby Czarzasty Włodzimierz ich olał.  
Przyjdzie klub Koalicji Polskiej, czyli Kosiniak Tygrysek Kamysz ze starymi peeselowcami plus resztka kukizowców. Chłopcy prowadzą tajne rozmowy z PiS, nie mogą nie przyjść. Przyjdzie też w komplecie Konfederacja, już planująca koalicję z PiS w roku 2023.
Gdyby Duda przegrał – Kaczyński nigdy, przenigdy nie uznałby wyniku wyborów. Cały aparat pisowskiego państwa za pośrednictwem swojej machiny propagandowej huczałby, że wybory zostały sfałszowane. Mielibyśmy tysiące pisowskich protestów wyborczych, które rozpatrzyłaby pisowska Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.
Gdyby zaś jakimś cudem obsadzona przez Ziobrę i Dudę Izba uznała ważność wyboru Trzaskowskiego, na jego zaprzysiężeniu nie byłoby ani jednego pisowca.
Na tym polega różnica między PiS-em a opozycją. Sławomir Sierakowski nazwał to starciem Armii Czerwonej z armią Hamletów. My hamletyzujemy – oni prą do przodu. My nie potrafimy nawet solidarnie zbojkotować koronacji krzywoprzysiężcy.

Polska tragedia podatkowa

Rządy PiS doprowadziły do tego, że polski system podatkowy należy do najgorszych w Europie. W Międzynarodowym Indeksie Konkurencyjności Podatkowej 2019 nasz kraj spadł na 35 miejsce, a jeszcze w 2014 r. był na 26.
Orgnizacja Tax Foundation (działająca w USA od 1937 roku) opublikowała Międzynarodowy Indeks Konkurencyjności Podatkowej 2019 (International Tax Competitiveness Index – ITCI), w którym Polska gospodarka zajęła dopiero 35. (przedostatnie) miejsce.
Indeks ten obejmuje wszystkie kraje członkowskie Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Został opracowany przez zespół specjalistów pod kierownictwem Daniela Bunna i Elke Asena w ramach Centrum Globalnej Polityki Podatkowej. Jego szefem w Fundacji jest Scott A. Hodge.
W ciągu ostatnich kilku dekad w większości krajów OECD stawki podatków dochodowych CIT (od osób prawnych) i PIT (od osób fizycznych) na ogół spadały. Nie wszystkie jednak ostatnie zmiany (na przykład we Francji) poprawiły strukturę systemów podatkowych. Ponadto, podczas gdy wiele krajów zniosło podatek od majątku netto w ostatnich dziesięcioleciach, Belgia przyjęła nowy podatek, właśnie od tego majątku.
Analizując systemy podatkowe w krajach OECD widać dość wyraźnie różnorodność podejścia do polityki podatkowej. Między innymi w celu jej zbadania opracowywany jest omawiany Indeks. Konkurencyjność międzynarodową w Indeksie autorzy starają się zmierzyć, sprawdzając, w jakim stopniu system podatkowy danego kraju przylega do dwóch ważnych aspektów polityki podatkowej: właśnie konkurencyjności oraz neutralności. Według autorów raportu, konkurencyjny system podatkowy to po prostu taki, który utrzymuje krańcowe stawki podatkowe na niskim poziomie.
W dzisiejszym zglobalizowanym świecie kapitał jest wysoce mobilny. Firmy mogą inwestować w dowolnej liczbie krajów na wszystkich kontynentach, aby znaleźć i zmaksymalizować stopę zwrotu po opodatkowaniu. Ponadto, zbyt wysokie krańcowe stawki podatkowe mogą prowadzić do unikania podatków. Dla wzrostu gospodarczego najbardziej dotkliwe są podatki od dochodów przedsiębiorstw (CIT). Podatki od dochodów osób fizycznych (PIT) i od nieruchomości mają znacznie mniejszy wpływ na wzrost gospodarczy.
Z kolei tzw. neutralny system podatkowy to taki, który ma na celu zwiększenie przychodów podatkowych przy jak najmniejszych zakłóceniach gospodarczych. Konkurencyjny i neutralny system podatkowy ma promować trwały wzrost gospodarczy i inwestycje, a jednocześnie zapewniać wystarczające dochody na różne priorytety rządowe.
Międzynarodowy Indeks Konkurencyjności Podatkowej ma charakter złożony (agregatowy) na który składają się 43 wskaźniki, zgrupowane w pięciu kategoriach oceniających różne aspekty systemów i struktury podatków. Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, a wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez ekspertów z danych dziedzin podatków.
Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba i to stanowi jego urok. Przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków są zaś ważne właśnie te szczegółowe wskaźniki. Międzynarodowy Indeks Konkurencyjności Podatkowej 2019 oraz pełny raport można znaleźć na stronie www.taxfoundation.org
W 2014 r. w tym rankingu zajmowaliśmy 26. miejsce, a w roku 2019 niestety spadliśmy na 35. Po nas jest tylko Francja.
Czołówka rankingu to jak pokazano w tabeli: Estonia (już po raz szósty), Nowa Zelandia, Łotwa, Litwa i Szwajcaria. Warto tu zauważyć, że trzy „nowe” kraje członkowskie Unii Europejskiej zajmują bardzo wysokie lokaty. Wartość Indeksu na poziomie 100 nie oznacza zdaniem autorów raportu, że dany system jest idealny, lecz jest najlepszy spośród badanych.
Pozycja Estonii w rankingu konkurencyjności podatkowej wynika z czterech pozytywnych cech polityki podatkowej tego kraju. Posiada on 20 – procentową stawkę podatkową od przedsiębiorstw, lecz tylko od zysków podzielonych (część zysku po opodatkowaniu, która zostaje przeznaczona na dywidendy dla akcjonariuszy), ma także 20 – procentowy podatek od dochodów osobistych mieszkańców ale z wyłączeniem dywidend. Podatek od nieruchomości dotyczy wyłącznie wartości gruntu a nie wartości stojących na nim nieruchomości lub zainwestowanego kapitału. Wreszcie, Estonia ma system podatków terytorialnych, który zwalnia z krajowego opodatkowania 100 proc. zysków za granicą uzyskanych przez krajowe korporacje (z kilkoma ograniczeniami).
Wartość Indeksu dla Estonii wynosi 100 proc., a dla Polski: 43,5 proc. Taki jest obecnie nasz dystans do lidera. Spośród nowych krajów UE przed nami są wszystkie z nich.
Warto odnotować, że w zakresie stawek podatkowych CIT (trzynaste miejsce) oraz PIT (dziewiąte miejsce) Polska wypada znacznie lepiej, niż w ogólnym Indeksie. Najgorsze miejsca zajmujemy jeśli chodzi o VAT i podatek od nieruchomości.
Z punktu widzenia przedsiębiorstw w Polsce najgorzej oceniany jest właśnie VAT. Z badań ankietowych firmy Ernst&Young wynika, że 91 proc. firm skarżyło się, że za zmianami w VAT zwyczajnie nie nadąża, a 60 proc. twierdziło, że nie wyrabia się nawet z czytaniem interpretacji wyroków i objaśnień.
Od 2008 r, wydano w Polsce ponad 140 tysięcy interpretacji indywidualnych w zakresie VAT oraz ponad 30 objaśnień, ostrzeżeń i broszur dotyczących tego podatku.

Ranking Konkurencyjności Podatkowej 2019

  1. Estonia 100,0
  2. Nowa Zelandia 86,3
  3. Łotwa 86,0
  4. Litwa 81,5
  5. Szwajcaria 79,3 32. Chile 49,1 33. Portugalia 46,6 34. Włochy 44,0 35. Polska 43,5 36. Francja 42,7

Gospodarka 48 godzin

Tym razem nie skłamał
Premier Morawiecki zaprzecza, że zaakceptował to, iż wypłaty dotacji z Unii Europejskiej zostają powiązane z przestrzeganiem praworządności – mimo, że przewiduje to oświadczenie Rady Europejskiej, pod którym się podpisał. Tym razem premierowi nie można jednak zarzucić mijania się z prawdą. Oświadczenie Unii Europejskiej jest tylko deklaracją, zaś cały mechanizm konkretnego wiązania dopłat z praworządnością jeszcze nie został stworzony.

Rządzący wspierali pandemię

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele oczywiście nie poczuwają się do odpowiedzialności za rekordowy wzrost zakażeń i liczbę ofiar śmiertelnych w ostatnich dniach. Winę zrzucają na społeczeństwo. To jedna z podstawowych reguł zauważanych w praktyce funkcjonowania tego ugrupowania – jeżeli coś się udaje, to jest to nasz sukces. Jeśli klapa – zawsze winni są inni. Widać to doskonale właśnie przy okazji pandemii koronawirusa, gdy przedstawiciele rządu zarzucają społeczeństwu nie przestrzeganie ograniczeń. Oczywiście nie chą widzieć tego, że jednym z powodów wzrostu zakażeń było zorganizowanie bezprawnych, sprzecznych z Konstytucją wyborów prezydenckich przez PiS (miały być możliwie szybko, by poparcie dla PiS nie zdążyło stopnieć), a także jednoznaczne sugerowanie, że nie należy się przejmować epidemią. Do niechlubnej historii na zawsze przejdą słowa premiera Mateusza Morawieckiego, skierowane do ludzi starszych (zwykle chętniej popierających PiS), którzy z obawy przed zakażeniem, niezbyt tłumnie uczestniczyli w pierwszej turze wyborów . Uznano więc, że trzeba ich zmobilizować, mimo, że udział w wyborach może zagrażać życiu seniorów. Chodziło jednak o to, żeby wcześniej zdążyli oddać głos.
„Ja cieszę się że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. I to jest dobre podejście szanowni państwo. Bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się jego bać. Trzeba pójść na wybory. Tłumnie /…/ Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się, idźmy na wybory” – oświadczał szef polskiego rządu (!). Cóż, to nie nowość, że prominenci Prawa i Sprawiedliwości nie cofną się przed niczym dla zachowania władzy, a takie wartości, jak zycie i zdrowie obywateli są dla nich bez znaczenia. Czy kiedykolwiek staną przed sądem za swoje czyny?

Paczkomatowa lipa

Jedna z firm paczkomatowych, licząca się na polskim rynku pocztowym, reklamuje swoje usługi następującym sloganem: „Czy wiecie, że jedna paczka dostarczona przez zwykły samochód kurierski do domu – to w terenie pozamiejskim aż 1,4 kg CO2, a ta sama paczka dostarczona do paczkomatu na wsi to tylko 0,15 kg?”. W ten sposób ta znana firma zachęca do korzystania ze swych paczkomatów. Ten slogan jest jednak lipą nie mającą nic wspólnego z prawdą. Rzecz w tym, że emisja dwutlenku węgla jest w obu przypadkach taka sama. Wprawdzie samochód kurierski dostarcza do paczkomatu wiele paczek jednocześnie, więc jednostkowa emisja Co2 przypadająca na jedną paczkę jest niższa – ale przecież każdy z odbiorców musi indywidualnie podjechać po nią do paczkomatu i wrócić do domu. Co jak co, ale paczkomaty na pewno więc nie przyczyniają się do spadku emisji dwutlenku węgla (który, co warto przypominać, nie jest zresztą żadnym trującym pyłem wywołującym różne choroby).