Remisu nie będzie

W sensie gospodarczym, ogromna większość musi stracić na epidemii koronawirusa. Są jednak i tacy, którzy mogą wygrać.

Kryzys spowodowany epidemią koronawirusa to także szansa biznesowa. Jak w każdym kryzysie, będą wygrani i przegrani. Jedni stracą mniej, inni więcej, a niektórzy wykorzystają tę szansę do dynamicznego rozwoju.
Chciałbym, aby polskie firmy wykorzystały tę szansę do zbudowania przewagi konkurencyjnej – i zaistniały na rynkach globalnych.

Strategiczne miejsce

Kiedy kryzys zaczął się w Chinach, wiele firm zrozumiało, że zależność od chińskiego rynku może powodować problemy. Analitycy stwierdzili, że wiele globalnych firm będzie musiało zdywersyfikować swoje łańcuchy dostaw. Firmy opierające swój handel tylko na chińskich produktach z przerażeniem obserwowały topniejące stany magazynowe i komunikaty o zamykaniu granic i przedłużających się kwarantannach.
Dziś wiele biznesów zaczyna rozumieć zasadę pareto1 nie tylko w sprzedaży, ale również w zakupach.

Zaczynamy rozumieć że nie tylko zysk i niska cena są wyznacznikiem w biznesie, ale również coraz bardziej popularne wzornictwo, marka, szybkość realizacji zamówienia i dostawa, elastyczne podejście do klienta i jego obsługa.

Klienci są gotowi zapłacić więcej właśnie za dodatkową obsługę i wyjątkowe doznania. Sklepy internetowe już dawno wiedzą, że kluczem ich sukcesu jest obsługa klienta i szybkość realizacji zamówienia. Przewiduję, że właśnie te elementy biznesu zaczną decydować o większym potencjale oferty biznesowej, niż tylko najniższa cena.

Jako, że Polska gospodarka jest w dużej mierze oparta na firmach produkcyjnych, wytwarzających fizyczne produkty, mamy wykwalifikowanych pracowników i leżymy w strategicznym logistycznie miejscu na styku gospodarek wschodu i zachodu, powinniśmy wykorzystać ten trudny czas do budowy naszych biznesów. Jak ostatnio wykazali analitycy EY to nie wewnętrzna konsumpcja napędza Polską gospodarkę, a polski eksport.

Najgorsze pierwsze miesiące

Kluczowe dla uzyskania przewagi konkurencyjnej dla polskich przedsiębiorców będzie przetrzymanie pierwszych miesięcy kryzysu w odpowiedniej kondycji, tak aby w momencie wybudzania się globalnej gospodarki z kwarantanny byli gotowi do rozpoczęcia negocjacji i przyjęcia zamówień w nowo tworzonym łańcuchu dostaw i przepływów gospodarczych.

Kluczową rolę w tym przypadku ma nasz rząd, który musi zadbać o to, aby polskie przedsiębiorstwa w jak najmniejszym stopniu ucierpiały na kryzysie. Nasi politycy muszą zrozumieć, że dla dobra naszej przyszłości trzeba pomóc mniejszej grupie politycznej, jaką są przedsiębiorcy, a nie większej grupie wyborców, którymi są pracownicy.
Pamiętajmy, że w końcowym rozrachunku każda upadająca firma to utrata miejsc pracy i potencjału rozwojowego naszej gospodarki, czyli pośrednio budowy naszego dobrobytu. Szczególną opieką rząd powinien otoczyć średnie firmy, które są zbyt duże, aby szybko reagować na gwałtownie zmieniającą się sytuację ekonomiczną i zbyt małe, aby je ratować za wszelką cenę, jak w przypadku banków czy kopalni.

Politycy muszą przygotować narzędzia, które umożliwią pomoc państwa dla polskich biznesów, przedsiębiorcy, aby dostosować swoje firmy do spowolnienia gospodarczego oraz pracownicy, którzy powinni zrozumieć, że firmy, w których pracują są częścią ich życiowego ekosystemu i muszą o nie dbać tak jak ich właściciele.

Dzisiejszy czas będzie prawdziwym sprawdzianem dla polskiego biznesu, polskiej klasy politycznej i samych Polaków. Wierzę jednak, że to co się dzieje jest dla nas nie tylko samym zagrożeniem, ale również wielką szansą na rozwój.

Sebastian Sadowski-Romanov

  1. Zasada ta, sformułowana przez ekonomistę Vilfredo Pareto polega w uproszczeniu na tym, że 20 proc. sytuacji sytuacji powoduje 80 proc. efektów – na przykład 20 proc. klientów przynosi 80 proc. zysków.

Gospodarka 48 godzin

Zaraz będzie z górki?
W okolicy 20 kwietnia nastąpi szczyt epidemii koronawirusa w Polsce, czyli w sumie około 9 tysięcy potwierdzonych infekcji – taką, nader optymistyczną prognozę sformułowała firma ExMetrix. Skoro będzie to szczyt, to po jego pokonaniu powinna zacząć się obniżka – jednak tego, kiedy nastąpi i w jakim tempie będzie przebiegać, nie dowiadujemy się z komunikatu. Firma przewiduje natomiast, że w najbliższych dniach będziemy mieć rekordowe w naszym kraju przyrosty stwierdzonych przypadków, nawet do ok. 500 nowo zakażonych dziennie, co wszakże i tak będzie znacznie mniejszą liczbą niż w Hiszpanii czy Włoszech. Aby jednak realna okazała się liczba zaledwie 500 nowych zakażeń dziennie, konieczna jest bardzo duża dyscyplina Polaków – wskazuje prognoza. Inaczej wzrost zachorowań może poszybować znacznie wyżej. Firma podkreśla, że przygotowany model pokazuje prognozę, która nie jest odporna na nagłe rozluźnienie dyscypliny. W marcu sprawdzalność dotychczasowych prognoz dziennych wynosiła 92 proc. – na przykład na 23 marca zapowiedziano, że łączna liczba zakażonych wzrośnie do 588 osób, a faktycznie było ich 634. Natomiast prognoza na 31.03 przewidywała 2383 zakażonych, zaś w rzeczywistości ich grono wzrosło do 2420.

Policyjne koronaparty
Partia Zieloni wystosowała list otwarty do Komendanta Głównego Policji oraz do ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego wnosząc o dymisję p.o. Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu insp. Dariusza Wesołowskiego oraz Komendanta Miejskiego w tymże mieście insp. Macieja Januszkiewicza. Jest to reakcja na doniesienia o zorganizowaniu imprezy na około 100 osób w Komendzie Wojewódzkiej we Wrocławiu. „Zachowanie służb państwowych, a w szczególności tych, które stoją na straży przestrzegania prawa, powinno być przykładem dla społeczeństwa. Organizacja dużej imprezy w stanie epidemii, kiedy w całej Polsce obowiązują rozporządzenia ograniczające wolność obywateli pod rygorem surowych kar pieniężnych, jest niedopuszczalna i zasługuje na szczególne potępienie” – grzmią Zieloni. Zwracają też uwagę, że nawet uroczystości religijne, w tym pogrzeby, podlegają administracyjnym ograniczeniom. Publiczne wręczanie awansów i pożegnanie funkcjonariuszy odchodzących na emeryturę – bo to było przedmiotem imprezy – z pewnością może poczekać na czas po odwołaniu krajowej kwarantanny. Ponadto spotkanie funkcjonariuszy odbyło się bez żadnych środków ochrony osobistej, co zdaniem Zielonych „w stanie epidemii jest skandaliczne i niebezpieczne”. Działaczki i działacze Zielonych żądają zatem dymisji wspomnianych osób, odpowiedzialnych za organizację tego wydarzenia oraz ukarania mandatami jego uczestników w związku z popełnieniem wykroczenia z art. 54 kodeksu wykroczeń. Wrocławska policja z pewnością aktywnie zajmie się wykonaniem tego zadania. To jednak nie wszystko. Zieloni domagają się też wszczęcia wobec osób odpowiedzialnych za organizację tej imprezy postępowania karnego z art. 165 par. 1 pkt.1 kodeksu karnego, zgodnie z którym, kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Krwiożerczy Zieloni domagają się również wszczęcia równolegle postępowań dyscyplinarnych wobec odpowiedzialnych za tę sytuację funkcjonariuszy przez Biuro Spraw Wewnętrznych. Nie wolno pozwolić bowiem na sytuację, w której osoby odpowiedzialne za przestrzeganie przez obywateli zarządzeń epidemicznych, urządzają koronaparty.

Opóźnienia i zaniechania

Rząd PiS wiedział jaki będzie scenariusz rozwoju epidemii. Mimo to, nie poczynił w porę koniecznych przygotowań. Oczywiście nikt z rządu za to nie nie odpowie.

Epidemia koronawirusa w Polsce nabiera niestety ponurego rozmachu, w sposób bardzo zbliżony do tego, jaki ma miejsce w krajach wcześniej od nas dotkniętych tym nieszczęściem. Czyli, po parotygodniowym, stopniowym wzroście liczby zakażonych i zmarłych, następuje gwałtowne przyśpieszenie, błyskawicznie przybywa chorych oraz ofiar śmiertelnych.

W naszym kraju zaczyna się właśnie ta najbardziej dramatyczna faza epidemii, co pokazuje złowroga statystyka. Otóż, od chwili wykrycia pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem co miało miejsce 4 marca (aż się nie chce wierzyć, że jeszcze stosunkowo niedawno Polska była całkowicie wolna od tej choroby), aż do 1 kwietnia – czyli przez 28 dni –   zmarły 43 osoby. Natomiast w ciągu zaledwie trzech następnych dni, do 4 kwietnia włącznie, zmarło już 36 osób. Takie dane podał rząd, aczkolwiek w rzeczywistości liczba zmarłych jest prawdopodobnie dużo większa, choć proporcje pozostają takie same.

Podobny scenariusz rozwoju epidemii – umiarkowany okres początkowy, a potem gwałtowne, tragiczne przyśpieszenie – wystąpił niemal we wszystkich krajach, więc było oczywiste, że zrealizuje się i w Polsce. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości, choć z wyprzedzeniem miał konieczną wiedzę o ekspansji koronawirusa, nie przygotował Polski do jej odparcia – co trudno zrozumieć i usprawiedliwić.

Przykładem tego braku przygotowania są pośpieszne, czynione na ostatnią chwilę, awaryjne zakupy niezbędnego wyposażenia ochronnego i diagnostycznego – które powinno być zgromadzone w Polsce już parę tygodni temu. Niestety, nie zgromadzono go, co między innymi spowodowało to, że personel medyczny, ludzie z pierwszej linii frontu, ani nie mieli przeprowadzonych w porę powszechnych testów (i nie mają ich nadal), ani nie otrzymali należytej ilości odpowiednich maseczek. W rezultacie, zarażają siebie oraz innych, co powoduje konieczność zamykania kolejnych szpitali i oddziałów oraz uniemożliwia skuteczne ograniczanie epidemii. Przedstawiciele rządu chcąc ukryć te niedobory, za które odpowiada właśnie rząd (a zwłaszcza Ministerstwo Zdrowia), cynicznie przyjęli zasadę, iż także i personelowi medycznemu wykonuje się testy dopiero wtedy, gdy pojawią się objawy zakażenia.

Pod koniec ubiegłego tygodnia rząd poinformował, że dokonano skumulowanych zakupów 38 milionów maseczek, 18 mln kompletów rękawic jednorazowych, 2 mln gogli ochronnych, 1,5 mln kombinezonów, 300 tys. testów. W rzeczywistości nie wiadomo, czy te transakcje zostały w pełni zrealizowane, bo szef kancelarii premiera Michał Dworczyk niezbyt jasno mówił o zakupach oraz kontraktacji. Wiadomo jednak, że dokonywano ich w trybie nagłym, w maksymalnym szczycie cen.

Trudno zrozumieć, co szkodziło, aby kupić ten sprzęt kilkanaście dni temu i wcześniej dostarczyć do Polski, skoro jak stwierdza sam rząd, w walce z wirusem liczy się każda godzina. Łatwiej natomiast być pewnym tego, że członkowie PiS-owskiej ekipy, a zwłaszcza resortu zdrowia, nie odpowiedzą za swoje zaniedbania. Znacznie prostsze jest karanie mieszkańców, chwilami już nie wytrzymujących narzuconych ograniczeń.

Gospodarka 48 godzin

Czy PiS się zemści?

Przybywa wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy są przeciwni zorganizowaniu  wyborów prezydenckich 10 maja. Jeśli zrealizują swe zapowiedzi, mogą zostać ukarani przez PiS-owską władzę. Prawnik prof. Hubert Izdebski w swojej ekspertyzie dla Fundacji Batorego stwierdza jednak: „Ci wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, którzy oświadczają, że nie mogą w sposób odpowiedzialny wykonać w realnym stanie klęski żywiołowej, obejmującej nie tylko cały obszar RP, ale znaczną część kuli ziemskiej, czynności z zakresu organizacji przygotowań i przeprowadzenia wyborów Prezydenta RP zgodnie z kalendarzem wyborczym, działają zgodnie z prawem – w tym zasadą nadrzędności Konstytucji RP”. Prof. Izdebski wskazuje też, co orzekł również Trybunał Konstytucyjny, że: „art. 228 ust. 7 Konstytucji ustanawia zakaz przeprowadzania wyborów w stanach nadzwyczajnych, nawet jeżeli byłoby to technicznie możliwe. Takie rozwiązanie pozwala z jednej strony skoncentrować wysiłki na odwróceniu zagrożeń, z drugiej natomiast – chroni obywateli przed wykorzystywaniem instytucji stanów nadzwyczajnych dla manipulowania procedurą wyborczą. Powszechne wybory organów władzy publicznej mają sens tylko w warunkach zapewniających pełną swobodę wyrażania woli wyborców”.

W Polsce nie wprowadzono jednak stanu nadzwyczajnego, przewidzianego art 228 Konstytucji, bo PiS-owska ekipa chce za wszelką cenę doprowadzić do wyborów teraz, gdy tylko urzedujący prezydent może faktycznie prowadzić swą kampanię – lub przedłużyć jego prezydenturę bez wyborów. Prof. Izdebski wyjaśnia: „Dlaczego pomijane są oczywiste rozwiązania konstytucyjne? Podstawowym powodem jest wola przeprowadzenia za wszelką cenę, także życia i zdrowia obywateli, wyborów Prezydenta RP w wyznaczonym terminie”.

Odmowa przeprowadzenia wyborów przez samorządowców, mimo braku stanu nadzwyczajnego, narazi ich przede wszystkim na odwołanie z funkcji i zakaz wykonywania obowiązków. Rząd wprowadzi bowiem wtedy zarząd komisaryczny. Ekspert wskazuje, że naruszenie obowiązków, uprawniające do wprowadzenia zarządu komisarycznego, może być rozważane dopiero w razie powtarzającego się naruszenia Konstytucji lub ustaw, a także „w przypadku nierokującego nadziei na szybką poprawę i przedłużającego się braku skuteczności w wykonywaniu zadań publicznych przez organy gminy”. Tyle, że ewentualne wyborcze naruszenie Konstytucji będzie jednorazowe, a nie powtarzajace się. Natomiast w przypadku nierokującego nadziei na szybką poprawę i przedłużającego się braku skuteczności w wykonywaniu zadań publicznych, zdaniem prof. Izdebskiego: „konieczne jest wcześniejsze przedstawienie zarzutów i wezwanie do niezwłocznego przedłożenia programu poprawy sytuacji gminy. Komisarz rządowy, tak jak osoba pełniąca funkcję wójta, może być powołany dopiero po uprawomocnieniu się rozstrzygnięcia o zawieszeniu albo odwołaniu. Procedura odwoławcza, w razie złożenia skargi na rozstrzygnięcie, na co jest 30 dni, trwa 30 dni do rozprawy przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym i 30 dni na rozpoznanie skargi kasacyjnej przez Naczelny Sąd Administracyjny. W obecnej sytuacji praktycznie nie jest możliwe ukończenie tej procedury przed dniem głosowania 10 maja”. Wynika z tego, że samorządowcy mogą skutecznie zapobiec przeprowadzeniu wyborów, zaś PiS będzie się mógł efektywnie zemścić na nich dopiero poniewczasie. Mowa tu o zemście, gdyż uniemożliwienie przeprowadzenia wyborów prezydenckich przez samorządowców jest wręcz ich obowiązkiem. Prawo mówi bowiem, że każdy przedstawiciel władzy publicznej, a takim jest wójt, burmistrz czy prezydent, musi zapewnić obywatelom bezpieczeństwo, w tym także zdrowotne. Odmowę wykonania zadań z zakresu organizacji wyborów, w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia mieszkańców, należy więc uznać za działanie na rzecz interesu publicznego, za które nie wolno karać. Dlatego odwet ze strony PiS-u nie będzie słuszną karą, lecz wyłącznie osobistą, bezprawną zemstą.

Czy tak musiało się stać?

Plan Balcerowicza spowodował, że w Polsce nastąpił największy spadek produktu krajowego brutto spośród krajów naszego regionu.

Omawiając wyzwania przed jakimi stanął rząd premiera Mazowieckiego w 1989 r., Leszek Balcerowicz wymieniał: stan gospodarczej katastrofy, ceny galopowały 23-30 proc. miesięcznie, potężne kolejki, gospodarka się kurczyła, kraj był bankrutem. Stwierdził też: „dodatkowo w PRL pobrano od ludzi przedpłaty na samochody i mieszkania, które rząd wykupi z pieniędzy budżetowych”.

Istotnie takie były z grubsza  fakty. Z jego wypowiedzi wynika, że musiał stawić czoła takiej sytuacji i stosować drastyczne środki. Ale analizując działania L. Balcerowicza widać, że w dużej części taka sytuacja była wywołana właśnie przez niego. .

Tak, ceny galopowały ale dlaczego? Ano dlatego, że pod pozorem walki z inflacją w ramach planu Balcerowicza dokonano kolejnego uwolnienia cen (pierwsze uwolnienie nastąpiło jeszcze przed Balcerowiczem). Ceny mogły sobie hulać, a więc poszybowały w górę.

Przeciwdziałaniem tej sytuacji powinno być podjęcie energicznych działań dla zwiększenia produkcji rynkowej i usług dla ludności. Tymczasem L. Balcerowicz podejmował działania odwrotne. Polegały one na ograniczeniu podaży produkcji i usług rodzimych przedsiębiorstw. Produkcja przemysłowa w latach 1990-1991 zaczęła raptownie spadać, poprzez prywatyzację i niszczenie (prywatyzowanie) rodzimych przedsiębiorstw, gloryfikowanie kapitału obcego, zwolnienie go z podatków, przekazywanie przedsiębiorstw za bezcen, przekazywanie praw własności jeszcze przed sprzedażą, po zapłaceniu pierwszej raty. I nie zawsze egzekwowano wpłaty wszystkich rat.

Czy sprzedaż za złotówki, a nie za dolary (przy chronicznym braku dewiz i rosnącym zasłużeniem zagranicznym) i płacenie dolarami wygórowanych cen za usługi firm konsultingowych, to też było narzędzie pomocne dla pokonania powyższych wyzwań?

Z drugiej zaś strony mamy gnębienie, jeszcze polskich przedsiębiorstw, nałożonymi dodatkowymi podatkami: tzw. dywidenda państwowa płacona od wartości majątku trwałego (uprzednio znacznie podwyższonego w wyniku aktualizacji podwyżek cen) po tzw. skomercjalizowaniu (przygotowaniu do prywatyzacji), podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń tzw. popiwek, wpłaty z zysku netto, bezwzględne egzekwowanie zaciągniętych wcześniej kredytów (ciągle zwiększających się wskutek zwiększania oprocentowania).

Przedsiębiorstwa zaciągały kredyty na działalność przy oprocentowaniu normalnym. Po zwiększeniu stóp procentowych przez L Balcewicza nagle banki domagały się (wtedy jeszcze państwowe) horrendalnie wysokich odsetek: kilkadziesiąt, kilkaset procent, w tym za zaległości przeterminowane jeszcze wyższych. Żadne przedsiębiorstwo w normalnych warunkach nie jest w stanie udźwignąć tego ciężaru. Dochodziło do blokady udzielania nowych kredytów przez banki jeszcze państwowe na kontynuowanie działalności państwowym podmiotom – co przecież prowadziło do hamowania produkcji, bankructwa i w konsekwencji do złodziejskiej prywatyzacji (często likwidacji). Wszystko to jest opisane szczegółowo w książkach R. Ślązaka oraz W. Kieżuna. Z opisów tych wynika, że działania w tym okresie nie miały nić wspólnego z przezwyciężeniem wyzwań stojących przed gospodarką – realizowały zupełnie inne cele (głównie uwłaszczenie nomenklatury i likwidację przedsiębiorstw). Do tego dochodził skrajny brak ochrony rynku  wewnętrznego (likwidacja ceł w marcu 1990 r.) i w rezultacie uwolnienie importu. Spowodowało to zalewanie naszego rynku towarami przemysłowymi i importowaną żywnością dotowaną przez ówczesną EWG. 

Ten masowy import był dodatkowym elementem, oprócz wyżej wymienionych, do unicestwiania polskich producentów – na przykład wyroby dziewiarskie i pończosznicze z Chin, Indii, Tajlandii, Turcji i Włoch często bez oznaczeń firmowych ani jakościowych. Nie trzymanie wymogów jakościowych umożliwiało sprzedaż na rynku polskim po relatywnie niskich cenach. (co zresztą trwa do dzisiaj w supermarketach – specjalna produkcja  z przeznaczeniem na polski rynek).

W tym miejscu warto zacytować trafne spostrzeżenie A. Dryszela: ”Naukowe, jedynie racjonalne podejście opiera się na przeświadczeniu, jeżeli coś się zdarzyło, to znaczy, że musiało się zdarzyć – czego dowodem jest właśnie to, że się zdarzyło. Wydaje się, że Leszek Balcerowicz powinien to rozumieć, skoro sam o sobie mówi, że jest człowiekiem, który stara się opierać na empirii”. Dodajmy: skoro sam uprawia naukę i jest doktorem habilitowanym.

Koncepcje polskiej transformacji powstały nie w Polsce. Polskie propozycje polskich ekspertów były odrzucane (szczegółowo jest o tym mowa w książce W. Kieżuna i T. Kowalika). Były one dziełem  George’a Sorosa i Jeffrya Sachsa. Pisze o tym bardziej szczegółowo M. Barański. L. Balcerowicz był twórczym realizatorem tej  koncepcji. George Soros włączał się do uruchomienia transformacji finansując Fundację Batorego, która popierała tak realizowaną transformację (fundacja działa do dziś). Jedynie Jeffrey Sachs był wyrocznią, z którym rozmawiano i którego słuchano.

Pełna lista kroków cytowana jest w  książce W. Kiezuna (str. 123-126) jako „Program  J. Sachsa i D. Liptona” . W ramach twórczej adaptacji L. Balcerowicz nieznacznie go zmienił, na przykład nie zlikwidował popiwku dla przedsiębiorstw państwowych. Skutkowało to m. in. tym, że załogi dążąc do zwiększenia zarobków przychylnie odnosiły się do prywatyzacji, ponieważ było to droga do pominięcia bariery wzrostu wynagrodzeń.

Warto przytoczyć opinię laureata nagrody Nobla Miltona Friedmana (liberała): „Kontrola płac nie ma nic wspólnego ze zwalczaniem inflacji. Przeciwnie pogłębia ją, ponieważ powoduje nieefektywne rozmieszczenie sił roboczej, spadek produkcji pogorszenie sytuacji społeczeństwa. Kontrola plac przy jednoczesnym swobodnym kształtowaniu się cen prowadzi w prostej drodze do katastrofy” (za W. Kieżunem str. 185). Tak więc wyzwania, z którymi przyszło stawić czoła L. Balcerowiczowi były wywołane jego polityką, a nie zastanym stanem.

Autor wyżej wymienionych działań zaznacza, że „gospodarka została zliberalizowana” i można było podejmować własną działalność gospodarczą”. Przytacza przykład owej liberalizacji: „legalnie można było importować dobra” Jak widać, podawany przykład – że można było zalewać rynek importem ze wszystkimi tego konsekwencjami (eliminowanie polskiej produkcji, generowanie bezrobocia itd.) – może być odbierany jako efekt pozytywny.

L. Balcerowicz stwierdza, że na kolejne zmiany trzeba było więcej czasu, żeby rozwój sektora prywatnego przewyższył kurczenie się starego. Sektor prywatny zwiększał się wskutek prywatyzacji przez kapitał zagraniczny i rodzimą oligarchię, likwidacji ulegał  polski sektor prywatny (rzemiosło). Podkreślił też, że produkt krajowy brutto zaczął rosnąć w połowie 1991 r. Aby podkreślić skuteczność jego reform, przytoczył przykład Wielkiej Brytanii: że podobne reformy Margaret Thatcher przyniosły pierwsze efekty dopiero po trzech latach.

Chwyt narracyjny, że PKB zaczął rosnąć w połowie 1991 r. przykrył rzeczywistość, która została opisana w artykule A. Jakubowicza, stwierdzającym, iż spadek PKB w latach 1990-1991 w stosunku do 1989 wynosił aż 22,7 proc., a w 4-leciu (1990-1994) 19,1 proc. Spadek ten był największy spośród krajów naszego regionu. L. Balcerowicz jednak dodaje, że spadek statystycznego PKB w dużej mierze wynikał z tego, że GUS nie był w stanie mierzyć tego, co rosło, czyli sektora prywatnego, bo dopiero później udoskonalono metody liczenia. To jest gołosłowne podważanie wiarygodności statystyki, bez żadnego uzasadnienia.

Na uwagę, że jednak nie wszyscy identyfikują Plan Balcerowicza z pozytywami, bo wiele osób straciło pracę i trudno było im się odnaleźć w nowej rzeczywistości, Leszek Balcerowicz odpowiada: „Gdybyśmy zbyt wolno zmieniali naszą gospodarkę jak Łukaszenka na Białorusi, to efekty reform z pewnością byłyby mniej dotkliwe niż efekty ich braku /…/ Można to sprawdzić, jadąc np. na Białoruś”.

Porównanie do Białorusi całej patologii związanej z likwidacją PGR i bezrobociem oraz wykluczeniem mówi samo za siebie. Można tylko dodać, że dzięki temu na Białorusi nie było bezrobocia takiego jak u nas ze wszystkimi tego konsekwencjami. To myśmy kupowali od Białorusi traktory „Mińsk” po tym jak osaczono zakłady Ursusa reformami L. Balcerowicza. Zresztą, argumentacja ta jest kulą w płot. PKB Białorusi przyjmując rok 1995 za 100 proc. wzrósł o 299,6 proc. w roku 2018, czyli prawie 3-krotnie, zaś polski 249,7 proc. czyli prawie 2,5-krotnie w tymże 2018 r. (vide A. Jakubowicz w artykułach w Trybunie).

L. Balcerowicz powtarza: „Polska na tle innych krajów postsocjalistycznych osiągnęła najlepsze wyniki pod względem rozwoju gospodarki”. Odnosząc się do tego, że na Śląsku nie wspomina się dobrze tej reformy, podkreśla, iż  górnicy wcale nie chcieli, żeby ich synowie pracowali w niewydajnych i niebezpiecznych kopalniach – a dziś wiele osób pracuje tu w nowoczesnych usługach, jak w każdym prosperującym europejskim regionie.

K. Duda  opisując losy ludzi pozbawionych pracy na przykładzie Katowic Załęże, m.in. podaje, że pozbawieni pracy mężczyźni znajdowali pracę w firmach ochroniarskich, a kobiety w firmach sprzątających, które powstały z eliminowania tego rodzaju usług na zewnątrz. Hinduski właściciel Arcelor Mittal,  niezlikwidowanej części polskiego hutnictwa (m.in. dwóch największych hut w Polsce w tym Nowej Huty) wyłączył jedyny wielki piec w krakowskim kombinacie. Czy to miałby być koniec koniec hutnictwa w Polsce?

 Nie sposób się zgodzić się z tym, że usługi ochroniarskie, lub sprzątanie są nowoczesnym usługami. Ani z tym, że w wyniku reform efektem pozytywnym ma być to, że nie mamy dziś polskiego hutnictwa ze wszystkimi ujemnymi tego konsekwencjami tego.

Nie sposób pominąć milczeniem, w świetle dyskusji w Trybunie, wypowiedzi M. Zielińskiego w Gazecie Wyborczej z 2 stycznia 2020. To już jest szczyt hipokryzji, bowiem tytuł artykułu brzmi „30-lecie planu Balcerowicza Tak Polskę zbudowano”. I podtytuł „Dane liczbowe nie pozostawiają wątpliwości; bilans polskich reform po 1989 r jest jednoznacznie pozytywny”.

Przytaczane dane PKB zostały wyrwane z kontekstu innych danych. Jak wiadomo, już uznano, że podawanie samych wielkości PKB nie może być miarą wzrostu stanu gospodarki bez szeregu innych danych (bezrobocia, emigracji, poziomu zasobności, plac, potencjału gospodarczego, innowacyjności itp.). W ten sposób autor zdyskredytował wyniki badań z cytowanych przez siebie opracowań. O poziomie argumentacji niech świadczy następująca fraza: „Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych”. Odsyłam autora do książki zespołu autorskiego A. Karpiński. St. Paradysz, P. Soroka, W. Żółtowski pt. „Od uprzemysławiania w PRL do deindustrializacjl Kraju” oraz do prac, przynajmniej w części cytowanych w Trybunie, uznanych autorytetów polskiej ekonomii. Z lektury tej autor zrozumie, kto zbudował Polskę, a kto zrujnował (i kiedy została zbudowana, a kiedy zrujnowaną).

Z tekstów publikowanych w Trybunie autor zrozumie też, kiedy i dlaczego była hiperinflacja, kiedy ceny rynkowe prowadziły do biedy szerokich rzesz obywateli, z jaką spuścizną potencjału gospodarczego miał do czynienia L. Balcerowicz w 1989 r.  

Opisany wyżej sposób narracji o „sukcesie” transformacji jest przykrywką jej katastrofy. Nie są tam prezentowane wyniki badań ani analiza liczbowa łącznych wskaźników obrazujących gospodarkę. Jeżeli już, to tyko wielkości PKB, które bez kontekstu z innymi wskaźnikami nie dają rzeczywistego obrazu gospodarki.

 Cytowane wyżej prace pokazują PKB wraz z innymi wskaźnikami. Powtórzę jeszcze raz: L. Balcerowicz i jego apologeci nie podjęli rzeczowej polemiki z tymi publikacjami. Nie powołują się na badania, o których wspomina z dumą L Balcerowicz (które rzekomo mają być dla niego źródłem oceny sukcesu transformacji). O faktycznym braku takich badań świadczy fakt, że w dyskusji posługują się ogólnikami i inwektywami.

My decydujemy kogo zlustrować

Prawo i Sprawiedliwość pod pretekstem rzekomej lustracji dokonało skutecznego zamachu na niezależność Rady Dialogu Społecznego.
Przypomnijmy, że Senat wystąpił w obronie niezależności Rady Dialogu Społecznego i usunął z ustawy o tarczy antykryzysowej zapis, wprowadzony tam po cichu przez Prawo i Sprawiedliwość, dający premierowi prawo dowolnego odwoływania partnerów z Rady.
Niestety, po poprawkach Senatu ustawa wróciła do Sejmu, gdzie PiS-owska większość już czuwała – i w ramach swych totalitarnych zapędów, przywróciła ów zapis.
Tak więc, za sprawą Prawa i Sprawiedliwości , tarcza antykryzysowa zamieniła się w tarczę antyzwiązkową i antyspołeczną.
Oburzyło to Solidarność – i słusznie. Szkoda jednak, że ten związek wciąż nie chce dostrzec, jak bardzo antypracowniczą i wymierzoną przeciw związkom zawodowym politykę prowadzi PiS.
„Decyzja Sejmu RP o odrzuceniu poprawek Senatu RP dotyczących zapisów o Radzie Dialogu Społecznego podważa zaufanie „Solidarności” do Rządu i reprezentującej go większości parlamentarnej. W ramach walki ze skutkami kryzysu spowodowanego epidemią, tylnymi drzwiami wprowadzono do ustawy zapisy podważające suwerenność i ograniczające niezależność partnerów społecznych w RDS poprzez przyznanie Prezesowi Rady Ministrów uprawnienia do odwoływania członków Rady, niestety nie tylko z powodów lustracyjnych, ale także innych, bliżej nieokreślonych (czytaj: niepokornych). Tym samym zawłaszczono uprawnienia przysługujące wyłącznie Prezydentowi RP” – pisze w swoim oświadczeniu Piotr Duda, przewodniczący KK NSZZ „Solidarność”.
Szef „S” przypomina, iż „Solidarność” od roku zabiegała o lustrację w Radzie, naciskając na Rząd w celu zainicjowania niezbędnych zmian. Dotychczas nie spotkało się to z żadną reakcją, pomimo tego że na znak protestu „Solidarność” nie bierze udziału w plenarnych posiedzeniach z udziałem obecnego przewodniczącego. Jednak umieszczanie tej kwestii w „tarczy antykryzysowej” jest według Piotra Dudy zwyczajnym nieporozumieniem.
Przewodniczącemu „Solidarności” należy wyjaśnić, że tu nie może być mowy o żadnym nieporozumieniu. Po prostu Prawo i Sprawiedliwość wykorzystuje kwestię lustracji, jak wszelkie inne, wyłącznie instrumentalnie, do rozszerzana swojego panowania nad Polską.
Jeśli więc PiS, szermując rzekomą potrzebą lustracji, ma możliwość ograniczenia demokracji, dialogu społecznego, niezależności innych organów, to oczywiście sięga po argument lustracji, jak było na przykład w przypadku Sądu Najwyższego. Gdy zaś nie jest to przydatne, to PiS-owi lustracja nie jest do niczego potrzeba i woli się na nią nie powoływać, aby nie straszyć swych działaczy mających za sobą PRL-owską karierę i aktywne członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
I dlatego właśnie, jak przypomniał Piotr Duda, zlustrowanie Rady Dialogu Społecznego nie budziło dotychczas żadnego zainteresowania prominentów PiS. Nie budziło, bo lustracja nie była potrzebna do zamachu na Radę Dialogu Społecznego. Gdy natomiast okazała się przydatna, to po nią sięgnięto.
Piotr Duda w swym oświadczeniu stwierdza: „Oczekujemy od Prezydenta RP Andrzeja Dudy zdecydowanej reakcji, na ten bezprecedensowy atak na niezależny dialog społeczny w Polsce oraz bezsensowne podważenie prerogatyw Prezydenta RP”.
W ten sposób chce zagrać prezydentowi RP na ambicji, licząc, iż ten się poskarży do prezesa Kaczyńskiego, który poleci premierowi Morawieckiemu wydanie jakiegoś glejtu, czyli gwarancji nieodwołalności dla członków Rady Dialogu Społecznego. Akurat! Prezydent zna swoje miejsce w szyku i natychmiast bez zastrzeżeń podpisał ustawę o tarczy kryzysowej.
Żeby jednak pokazać rzekomą niezależność polskiej głowy państwa, jego rzecznik Błażej Spychalski poinformował (w prima aprilis), że Andrzej Duda skieruje do Trybunału Konstytucyjnego przepisy ze specustawy dotyczące funkcjonowania Rady Dialogu Społecznego.
Podobno prezydent dostał zgodę na ów krok, gdyż ta kwestia była jednym z punktów narady jaką prezes Jarosław Kaczyński odbył ze swymi bliskimi współpracownikami. No cóż, może i kiedyś skieruje, co oczywiście nie będzie mieć najmniejszego znaczenia – ale być może uratuje prezydentowi trochę głosów w wyborach.
Natomiast szef „Solidarności” Piotr Duda dał wyraz swemu uzasadnionemu niezadowoleniu i stwierdził, że oburza nie tylko sam fakt wprowadzonych zmian, ale również ich tryb, miejsce i czas – czyli fakt, że stało się to w ramach niezwykle potrzebnej i pilnej ustawy łagodzącej skutki kryzysu wywołanego pandemią.
Zauważył też: „W poczuciu odpowiedzialności za szybkie uruchomienie wsparcia dla przedsiębiorców i pracowników, oraz świadomi koniecznych ograniczeń w codziennym funkcjonowaniu, zostaliśmy praktycznie pozbawieni możliwości jakiekolwiek reakcji na bezpardonowy zamach na niezależny dialog społeczny”.
Wypada dodać, że dokładnie taki był cel działania prominentów PiS: właśnie dokonanie bezpardonowego zamachu na niezależny dialog społeczny, w sposób, który uniemożliwia jakąkolwiek reakcję.
Przewodniczący Piotr Duda podkreśla, że niestety – i to jest w tym wszystkim najgorsze – podważono zaufanie, a podważonego zaufania nie da się łatwo odbudować. Zapowiada więc, dość enigmatycznie, że: „„Solidarność” takich rzeczy nie zapomina i będzie to miało swoje negatywne konsekwencje w przyszłości”.
I tu się trzeba nie zgodzić z szefem „Solidarności”. Jego związek zapomni to raz dwa – i nie będzie to mieć żadnych konsekwencji dla rządzących. Przy najbliższych wyborach jak zawsze dostaną oni pełne poparcie od wiernych związkowców.

Coraz łatwiej upaść

Konsekwencje epidemii koronawirusa mogą być głębokie i długotrwałe.

Światowy wzrost gospodarczy w 2020 r. zanotuje silne spowolnienie, osiągając tylko pół procenta (przy 2,.5 proc w ubiegłym roku). Jednocześnie handel międzynarodowy w tym roku skurczy się o 4, proc.
W rezultacie znacząco wzrośnie ryzyko braku spłaty należności. W związku z tym eksperci Euler Hermes, światowego lidera na rynku ubezpieczania należności handlowych, przewidują zwiększenie liczby upadłości o 14 proc. w 2020 r. W tym osłabionym, międzynarodowym otoczeniu poważnie ucierpi bowiem wiele krajów i sektorów.
Dlatego też ratingi ryzyka 18 krajów zostały obniżone ze względu na ryzyko długotrwałej recesji i fali upadłości spowodowanych przez epidemię Covid-19. Rating krótkoterminowy Polski został zmieniony na średni.
W pierwszym kwartale 2020 r. obniżono ocenę 18 krajów: Ekwadoru, Tajlandii, Indonezji, Indii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kuwejtu, Maroka, Kenii, Ghany, Mauritiusu, Republiki Czeskiej, Polski, Rumunii, Irlandii, Słowacji i Litwy.
Lista ta obejmuje zarówno gospodarki rozwinięte, jak i gospodarki rozwijające się. Na przykład, Brazylia płaci bardzo wysoką cenę w obecnym globalnym kryzysie gospodarczym i zdrowotnym, mimo początkowych nadziei, że dynamiczne reformy przyspieszą wzrost.
Podobnie Japonia, która była w trudnej sytuacji już na początku 2020 r. Po kilku wstrząsach zeszłej jesieni, teraz dostrzega, że jej słabości zaostrzyły się wraz pandemią Covid-19. Na liście są również Indie, kraj który mierzył się już z licznymi strukturalnymi i cyklicznymi wyzwaniami, a które teraz są pogłębiane przez skutki epidemii. Natomiast takie rozwinięte kraje jak Francja, Niemcy, Hiszpania i Stany Zjednoczone posiadają niezbędne środki do ochrony swoich przedsiębiorstw, ale ich sytuacja może szybko stać bardziej skomplikowana, jeżeli działania izolacyjne i zamrożenie ich gospodarek potrwają dłużej – mówi ekspert Ludovic Subran.
W Polsce wzrost gospodarczy spowolnił już w 2019 roku, do 3,2 proc. w IV kwartale z 4,8 proc. w I kwartale. Znacznie wyhamowała aktywność inwestycyjna i wzrost popytu zewnętrznego. A w 2020 r. kryzys spowodowany epidemią uderza w Polskę różnymi kanałami, zwłaszcza poprzez zakłócenie łańcuchów dostaw, spadek eksportu, zamknięcie dużej części handlu i usług, utrudnienie transportu.
Prognozuje się, że wzrost produktu krajowego brutto Polski w całym roku 2020 wyniesie w najlepszym razie 1,0 proc. Zwiększy się też deficyt budżetowy i dług publiczny, a w związku z tym dostępność zewnętrznego finansowania dla rządu i przedsiębiorstw może być trudna i kosztowna. W rezultacie w 2020 r. liczba bankructw przedsiębiorstw wzrośnie.
Osłabiona przez liczne czynniki niepewności (brexit, napięcia handlowe, terminy wyborcze) globalna gospodarka stoi teraz przed nowym wyzwaniem: pandemią koronawirusa. Z jednej strony jesteśmy świadkami ogromnych kosztów społecznych, z drugiej powoduje ona straty w przedsiębiorstwach na całym świecie, przerywając łańcuchy dostaw i operacje biznesowe, oddziałując na zaufanie gospodarstw domowych i rynku, oraz poważnie ograniczając handel międzynarodowy – zauważa Euler Hermes.
Wspomniane ratingi ryzyka, publikowane raz na kwartał, obejmują czynniki ryzyka krajów i sektorów gospodarki, po to by zbadać możliwość wystąpienia braku płatności należności handlowych. Monitorowane i oceniane są łącznie 242 kraje i 18 sektorów. Służy temu stałe śledzenie czterdziestu krótko- i długoterminowych wskaźników gospodarczych oraz finansowych. Opóźnienia w płatnościach potwierdzają konieczność pomiaru podatności na kryzys, dla którego epidemia taka jak Covid-19, może być katalizatorem.
Obniżono również ratingi 126 sektorów, m.in. motoryzacyjnego, transportowego, elektronicznego i detalicznego, w wielu krajach. To nowy historyczny poziom, nigdy wcześniej nienotowany. Poprzedni „rekord” pochodził z I kwartału 2016 r., kiedy zostały obniżone ratingi łącznie 70 sektorów.
Obecnie w 60 proc. przypadków rating sektora zmieniono z poziomu „ryzyka umiarkowanego” do „ryzyka wysokiego”. To potwierdzają, że światowa gospodarka i przedsiębiorstwa przechodzą przez wyjątkowo skomplikowany i niepewny czas.
Najbardziej dotknięty został sektor motoryzacyjny. Obniżono jego ocenę w 26 krajach. Po nim następuje sektor transportowy (ocena obniżona w 21 krajach), elektroniczny (14) i detaliczny (12). Natomiast farmaceutyki oraz oprogramowanie i technologia informacyjna to dwa najbardziej odporne sektory. Z perspektywy regionalnej największa liczba przypadków obniżenia ratingu sektorów dotyczy Europy Zachodniej (52 przypadki), regionu Azji i Pacyfiku (29) oraz Europy Środkowej i Wschodniej (24).

Ostatni gasi światło?

Czeka nas długi okres odbudowy polskiej gospodarki. Już teraz trzeba pracować nad narzędziami, które będą ją wspierać nie tylko w najbliższych miesiącach, ale także wtedy, gdy będzie wychodzić (oby jak najszybciej) ze stanu epidemii.

Mamy się czym martwić. Firmy przemysłowe mówią o spadku produkcji i o redukcji zatrudnienia, która jest najsilniejsza od lipca 2009 roku.
Może zatem warto przypomnieć, że w czasie kryzysu lat 2008 – 2009 liczba pracujących w polskim przemyśle (w firmach zatrudniających powyżej 10 osób) spadła o ponad 9 proc. (w okresie sierpień 2008 – grudzień 2009).
Jeśli z taką skalą spadku aktywności w przemyśle mielibyśmy do czynienia teraz, mogłoby to oznaczać zmniejszenie liczby pracujących w przemyśle w firmach 10 plus o ok. 250 tys. – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. A przecież obecna sytuacja jest znacznie trudniejsza i mniej przewidywalna niż ta z 2009 r.
Tymczasem „armaty”, które rząd wyciągnął do walki z narastającym kryzysem, czyli proponowane narzędzia wsparcia dla gospodarki, już teraz wydają się daleko niewystarczające. Zrozumiałe jest, że trzeba było od razu uruchomić mechanizmy odciążające przedsiębiorstwa od części zobowiązań formalno-prawnych, aby w ten sposób wesprzeć ich płynność finansową, którą zaczęły tracić z dnia na dzień. Tym bardziej, że część z nich kolejnymi rozporządzeniami Ministra Zdrowia była wyłączana z możliwości prowadzenia działalności gospodarczej.
Jednak przedsiębiorstwa, dla zachowania płynności finansowej i utrzymania zatrudnienia potrzebują o wiele więcej niż zostało zapisane w ustawie. Mówiły one o tym w trakcie krótkiej, ale niestety nie wysłuchanej przez rząd dyskusji o tym co powinno się znaleźć w tzw. tarczy antykryzysowej, aby przedsiębiorstwa – te najmniejsze, ale także te duże, których zamówienia są niezbędne dla przeżycia dla ogromnej liczby firm małych – nie musiały zawieszać działalności i zwalniać pracowników.
„Marcowe wyniki badań PMI przeprowadzonych przez IHS Markit wykazały pierwsze skutki gospodarcze coraz szybciej rozprzestrzeniającej się epidemii koronawirusa w Europie. Produkcja, nowe zamówienia oraz eksport spadły w najszybszym tempie od grudnia 2008 r., czyli od najczarniejszych dni światowego kryzysu finansowego” – napisał IHS Markit w swoim komunikacie prasowym.
W marcu 2020 r. wskaźnik PMI (jest to wskaźnik aktywności finansowej odzwierciedlający aktywność managerów nabywających różnego rodzaju dobra i usługi. Gdy osiąga ponad 50 pkt oznacza to poprawę koniunktury, a poniżej – spadek) dla polskiego sektora przemysłowego wyniósł 42,4.
Wskaźnik PMI polskiego sektora przemysłowego spada już od 17 miesięcy. Ale marcowy spadek (badania przeprowadzano w dniach 12-25 marca) był bardzo silny. Z silnymi spadkami mieliśmy także do czynienia w większości krajów Unii Europejskiej (większości, bo na przykład w Holandii nastąpiło pogorszenie wskaźnika PMI, ale tylko z 52,9 w lutym do 50,5 w marcu).
Trudno się dziwić tym spadkom, jeśli w większości krajów UE całkowicie zawieszono działalność części gospodarki, a działalność pozostałej części została spowolniona w wyniku zaburzeń w łańcuchach dostaw oraz w wyniku spadku popytu (ograniczenia dla ludności). Na pełnych obrotach pracowały tylko przemysł spożywczy, farmaceutyczny, branże technologii informacyjno-komunikacyjnych i może chemia kosmetyczna.
Polski przemysł jest w recesji. I to już w pierwszym miesiącu epidemii. Poziom wskaźnika PMI w marcu (42,4) jest trzecim najniższym wśród badanych krajów UE, po PMI dla Włoch (co zrozumiałe obserwując sytuację pandemii w tym kraju, gdzie w marcu wskaźnik PMI wyniósł 40,3) oraz … PMI Czech: 41,3).
Nawet w Grecji wskaźnik PMI był nieznacznie, ale jednak wyższy niż w Polsce – i wyniósł 42,5. Był wyższy także w Hiszpanii (45,7), gdzie problemy zaczynają być porównywalne do tych we Włoszech.
Mamy się czym martwić także dlatego, że eksport polskiego przemysłu spadł w najszybszym tempie od grudnia 2008 r. Komentarze IHS Markit do prezentacji wskaźników PMI dla innych krajów UE wskazują na ten sam problem. Znaleźliśmy się w klinczu. Przemysł w czterech krajach, które są największymi odbiorcami polskich towarów (do Niemiec, Czech, Wlk. Brytanii i Francji trafia ponad 45 proc. polskiego eksportu) jest także w bardzo trudnej sytuacji i nie należy się spodziewać, aby szybko się to zmieniło.

           Wskaźnik aktywności finansowej
          PMI-marzec 2020   PMI-luty 2020   udział w polskim eksporcie (2019)

Polska 42,4 48,2 x
Strefa euro 44,5 49,2 57,4 proc.
Niemcy 45,4 48,0 27,6 proc.
Czechy 41,3 46,5 6,1 proc.
Wlk. Brytania 47,8 51,7 6,0 proc.
Francja 43,2 49,8 5,8 proc.
źr. opr. na podst. GUS i Markit

Przedsiębiorcy w krajach będących naszymi głównymi partnerami handlowymi wskazują na problem ze spadkiem zamówień tak na rynkach krajowych, jak i na rynkach zewnętrznych oraz rosnące kłopoty z dostawami. W efekcie sami zmniejszają aktywność zakupową.
Nie może to nie odbić się na polskich eksporterach. A tymi w większości są firmy średnie i duże. Należy jednak pamiętać, że ich dostawcami są głównie przedsiębiorstwa mniejsze. Możemy zatem spodziewać się, że będą one traciły zamówienia wraz ze zmniejszaniem się zamówień dla eksporterów.
W rządowym, ustawowym pakiecie dla gospodarki nie widzi się większości problemów, przed którymi już dzisiaj stają polskie przedsiębiorstwa i ich pracownicy. Działania rządu mają charakter reaktywny.
Tymczasem, już teraz trzeba pracować nad narzędziami, które będą wspierać polską gospodarkę nie tylko w najbliższych dwóch-trzech miesiącach, ale także wtedy, gdy będziemy wychodzić (oby jak najszybciej) ze stanu epidemii.
Już dzisiaj, po miesiącu epidemii widać bowiem, że będziemy musieli odbudowywać naszą gospodarkę i walczyć o jak najlepsze miejsce w gospodarce europejskiej i światowej. I wielu innych krajach rządy właśnie tak działają przygotowując pakiety pomocowe dla swoich gospodarek. Jeśli już teraz nie zaczniemy nad tym pracować, przyjdzie nam tylko zgasić światło.

Gospodarka 48 godzin

Ci odlatują, ci zostają

Od ostatniego poniedziałku do środy, czyli w dniach 30 marca – 1 kwietnia zlikwidowano lub zawieszono w Polsce działalność około 22 tys. przedsiębiorstw, przede wszystkim drobnych – szacuje Business Insider. We wtorek zamknięto ich ok. 10 tys. Jest to jednak w dużej mierze związane nie tylko z epidemią ale i z tym, że pod koniec każego miesiąca, w Polsce zawsze zawiesza się lub zamyka działalność kilku tysięcy firm. W sumie, jak podaje Ministerstwo Rozwoju, z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej wynika, że na koniec marcu 2019 r. w Polsce było 375 550 zawieszonych firm. Natomiast na koniec marca 2020 r.,już 463 071. Oczywiście nie jest to ubytek bezpowrotny, bo na miejsce likwidowanych bądź zawieszanych firm powstają nowe.

NIK zaczęła chwalić

W ocenie Najwyższej Izby Kontroli prezes Prokuratorii Generalnej Rzeczpospolitej Polskiej dołożył starań, by organ ten funkcjonował prawidłowo – tak pod względem organizacyjnym i kadrowym, zgodnie z nowymi przepisami. Większość wewnętrznych aktów normatywnych przyjęto we właściwym czasie, a strukturę organizacyjną dostosowano do poszerzonego zakresu zadań. Stan zatrudnienia w Prokuratorii zwiększał się stosownie do potrzeb i możliwości budżetowych. Tak dobrze funkcjonowanie Prokuratorii Generalnej pod rządami Prawa i Sprawiedliwości ocenił najnowszy raport NIK.
1 stycznia 2017 r. weszła w życie ustawa, która zakładała zwiększenie zakresu zadań Prokuratorii Generalnej. Nowe przepisy miały zapewnić państwowym osobom prawnym dostęp do tańszej i bardziej profesjonalnej ochrony prawnej. Przejęła ona część spraw państwowych osób prawnych, które mają osobowość prawną odrębną od Skarbu Państwa (czyli np. parki narodowe, uczelnie publiczne, instytuty badawcze, spółki radiofonii i telewizji publicznej, państwowe instytucje kultury, agencje wykonawcze i in. Prokuratoria zapewniała tym jednostkom obsługę prawną, reprezentując osoby prawne przed sądami powszechnymi, sądami polubownymi i Sądem Najwyższym, jak również sporządzając dla nich opinie prawne. Prokuratoria zaczęła też pełnić rolę zaplecza prawnego dla premiera, Grono odbiorców usług świadczonych przez Prokuratorię zostało poszerzone, w związku z czym wydawała ona coraz więcej opinii prawnych. Sukcesywnie rosła też liczba spraw sądowych przez nią prowadzonych. Łączna wartość przedmiotu spraw sądowych prowadzonych przez PG RP w 2017 r. przekroczyła 50 mld zł, a w 2018 r. wyniosła 58 mld zł. Według NIK, system obsługi prawnej zorganizowany przez ten organ działa dobrze. Warto jednak rozważyć zmiany w prawie tak, by – w związku z poszerzeniem kompetencji Prokuratorii – zwiększyć limit wydatków na wykonywanie przez nią zadań. Wprawdzie wdług NIK funkcjonuje ona sprawnie, ale są bariery prawne, zwłaszcza dotyczące kosztów i sposobu rozliczania usług świadczonych przez Prokuratorię, które zniechęcają urzędy państwowe do korzystania z jej usług.
Spraw, które zostały rozstrzygnięte zgodnie ze stanowiskiem procesowym Prokuratorii (czyli całkowicie wygranych) było w 2017 r. 1239, w 2018 r. – 1152, a w 2019 r. (do 31 maja) – 446. Jeżeli chodzi o efekty finansowe, to w 2017 r. oddalono roszczenia w kwocie przekraczającej 2,9 mld zł, a zasądzono roszczenia o wartości ponad 150 mln zł. Natomiast w 2018 r. roszczenia oddalone opiewały na kwotę ponad 1,1 mld zł, a roszczenia zasądzone na kwotę ponad 141 mln zł. Korzyści są więc dużo większe od strat.

Do władzy za każdą cenę

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości wykorzystują epidemię dla własnych celów partyjnych. Wybory mają być 10 maja i ma w nich wygrać kandydat PiS.

Sejm przyjął ustawę, wprowadzającą pakiet działań antykryzysowych. Przy okazji uchwalania tego aktu prawnego doszło do pokazu bezprzykładnego wręcz cynizmu ze strony prominentów Prawa i Sprawiedliwości – zdumiewającego nawet jak na ich własne standardy. Wykorzystali oni epidemię koronawirusa i tragedię Polaków, do załatwienia swych interesów partyjnych – czyli, przeprowadzenia wyborów prezydenckich 10 maja, niezależnie od epidemii, oraz maksymalnego zwiększenia szans wyborczych kandydata PiS Andrzeja Dudy.
Do przepisów antykryzysowych nad którymi debatowali posłowie, PiS niespodziewanie włączył poprawkę wprowadzającą zmiany w kodeksie wyborczym: zapis umożliwiający korespondencyjne głosowanie ludziom po 60 roku życia oraz odbywającym kwarantannę. PiS-owi chodziło o to, by w ten sposób pokazać, że władza stworzyła warunki, które niezależnie od epidemii, umożliwiają przeprowadzenie wyborów 10 maja – choć oczywiście wszem i wobec wiadomo, że organizowanie powszechnego głosowania w warunkach epidemii zwiększy zagrożenie dla życia i zdrowia Polaków.
Dla prominentów PiS ważny jest jednak wynik wyborów prezydenckich, a nie życie i zdrowie Polaków. Głosowanie już w dniu 10 maja, w czasie, gdy tylko prezydent Andrzej Duda może prowadzić swoją kampanię wyborczą, znacznie zwiększa bowiem jego szanse na reelekcję.
Zapis o korespondencyjnych wyborach, wrzucony znienacka przez PiS do tarczy antykryzysowej ma się nijak do zwalczania ekonomicznych skutków epidemii koronawirusa – i oczywiste jest, że przy jego wprowadzaniu złamano wszelkie zasady, już nie tylko pracy ustawodawczej, ale zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Wykorzystywanie tragicznej epidemii, aby pod pretekstem wsparcia dla gospodarki zwiększać szanse zachowania pełnej władzy – to się w głowie nie mieści. Dla prominentów PiS takie zarzuty są jednak kompletnie bez znaczenia i spływają po nich, jak nomen omen, woda po kaczce. W tym miejscu wypada skierować pytanie do działaczy Prawa i Sprawiedliwości: Jak mogliście upaść aż tak nisko?
Na tle, gwałcącego reguły przyzwoitości, działania liderów PiS, bardzo racjonalnie i uczciwie zachowała się Koalicja Obywatelska. Poparła ona tarczę antykryzysową mimo wrzucenia w nią zapisu o korespondencyjnych wyborach. Jak wytłumaczyli logicznie przedstawiciele PO, zagłosowali za pomocą dla Polaków, którzy znaleźli się w dramatycznej sytuacji.
I słusznie, bo tarcza, choć jest mała, niekompletna, dziurawa i skażona zapisem o korespondencyjnych wyborach, może jednak okazać się jakimś wsparciem dla ludzi poszkodowanych przez kryzys gospodarczy wywołany epidemią – choć niestety może stać się również narzędziem wyzysku pracowników przez pracodawców.
Poza tym, łatwo sobie wyobrazić jak ujadałaby i szczuła PiS-owska telewizja „publiczna”, gdyby okazało się, że Koalicja Obywatelska zagłosowała przeciw tarczy antykryzysowej. Zresztą, nawet poparcie tarczy przez KO stało się powodem do ataku ze strony „publicznej” TVP, która dziwiła się, dlaczego posłowie Koalicja Obywatelskiej poparli tarczę antykryzysową, skoro znalazł się tam zapis o zdalnych wyborach, ich zdaniem sprzeczny z prawem?
Cyniczne były również wezwania premiera PiS-owskiego rządu, by Senat natychmiast, najlepiej w tym samym dniu co Sejm i bez dyskusji, przyjął rozwiązania antykryzysowe, bo każda godzina jest droga. Dla rządu jakoś nie była droga, skoro na spisanie działań antykryzyzysowych potrzebował dziesięciu dni. Można jednak zrozumieć, że ten czas był mu niezbędny, aby wmontować w tarczę zapis o korespondencyjnym głosowaniu.
Szkoda, że podobnej troski co o zapewnienie reelekcji Andrzejowi Dudzie, nie wykazano o przygotowanie kraju do nadciągającej epidemii koronawirusa – mimo, że rząd miał i czas, i wiedzę, i pieniądze.
Skandalem jest choćby niedostatek testów – w związku z czym nawet lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni czy laboranci są poddawani testom dopiero wtedy, gdy już mają objawy wskazujące na możliwość zakażenia koronawirusem. Dramatycznego wymiaru nabierają też i inne zaniedbania obecnej ekipy – doprowadzenie do zapaści w służbie zdrowia czy brak działań antysmogowych.
W związku z tym wszystkim, termin „Po trupach do władzy” mający określać sens poczynań prominentów Prawa i Sprawiedliwości, staje się coraz popularniejszy. I niestety, nabiera ponurej dosłowności w miarę rosnącej liczby ofiar koronawirusa.