Seksualna afera w Korei

W Korei Południowej ujawniono wstrząsające dane na temat przemocy seksualnej w środowisku sportowców. W przeprowadzonej przez agencję badawczą Yonhap anonimowej ankiecie przeprowadzonej na zlecenie tamtejszego ministerstwa sportu aż 37 procent zawodniczek przyznało, że w trakcie sportowej kariery doświadczyły molestowania seksualnego,
a 11 procent zaznaczyło, że miało to miejsce w ostatnim czasie.

Wśród najczęstszych form przemocy seksualnej uczestniczki ankiety wymieniały słowną, fizyczną i za pośrednictwem internetu. Co istotne, w ankiecie brali też udział zawodnicy, z których sześć procent także przyznało, że byli ofiarami molestowania seksualnego. Blisko 75 procent ankietowanych wyjawiło, że nie zgłosili tego faktu przełożonym ani władzom odpowiedniej federacji sportowej. W ankiecie wzięło udział 927 osób. Wśród ofiar molestowania najwięcej wywodziło się z piłki nożnej, baseballu, koszykówki, siatkówki i golfa.
Trenerzy skorzy do molestowania
Z ankiety Yonhap wynika, że 36 procent ofiar padło ofiarą molestowania seksualnego ze strony trenerów, a 34 procent doświadczyło molestowania przez starszych kolegów-sportowców. W jakich miejscach najczęściej dochodziło do molestowania? Ponad 50 procent respondentów odpowiedziało, że podczas wspólnych posiłków lub wycieczek grupowych, a 46 procent, że podczas wspólnych treningów na zgrupowaniach.
Ujawniona w tym ankietowym badaniu skala zjawiska przemocy seksualnej w środowisku południowokoreańskiego sportu była kolejnym szokiem dla opinii publicznej w tym kraju. Jako pierwsza zwróciła uwagę na ten problem 23-letnia Shim Suk Hee, panczenistka specjalizująca się w short tracku, złota medalistka w sztafecie na zimowych igrzyskach w Pjongczangu. Jej wyznanie, że od 17. roku życia była bita i gwałcona przez swojego trenera, Cho Jak Beoma, mocno zmąciła w Korei Południowej radość z sukcesów sportowców tego kraju odniesionych na zimowych igrzyskach olimpijskich w Pjongchang, którzy w tej imprezie zdobyła aż 17 medali – pięć złotych, osiem srebrnych i cztery brązowe. „Raz uderzył mnie kijem do hokeja. Tak mocno, że złamał mi palce. Tuż przed zawodami w Pjongchangu w napadzie złości uderzył mnie w głowę. Ale od tych jego brutalnych zachowań znacznie gorsze były napady lubieżności. Za każdym razem, gdy mnie zgwałcił, chciałam po tym umrzeć” – zeznała Shim Suk Hee.
Systemowe rozwiązania
Jej dramatyczna relacja wywołała lawinę, bo za nią inne sportsmenki zdobyły się na odwagę i opowiedziały, co je spotkało. Pięciu innych łyżwiarzy oskarżyło swoich trenerów o przemoc i wykorzystywanie seksualne, ale nie tylko w tym sporcie dochodziło do takich bulwersujących zdarzeń. Podobne przypadki wyszły na jaw w judo, taekwondo i zapasach.
Koreańczycy starają się systemowo rozwiązać ten problem. Psycholog sportu, profesor Chung Yong Chul z Uniwersytetu w Seulu, postawił tezę, że do patologii doprowadziło powszechne podejście do sportu, które zakłada, że najważniejsze są w nim medale i sukcesy. „Dopiero po ujawnieniu skali problemu naród zrozumiał, że medale naszych sportowców są brudne, ponieważ młode kobiety w imię wyższego celu były zmuszane do milczenia o swoich cierpieniach” – mówi Chung.
Niektórzy trafiają za kratki
Oliwy do ognia dolała tenisistka Kim Eun Hee, która o swoich traumatycznych przeżyciach odważyła się opowiedzieć dopiero po zakończeniu sportowej kariery. W wywiadzie dla BBC przyznała: „Byłam gwałcona przez trenera. Miałam dziesięć lat, gdy to się wydarzyło po raz pierwszy”. Nie mówiła nikomu o swoim dramacie, a że nie była jedyna pokrzywdzoną, w końcu ów trener stracił pracę i zniknął z jej życia. Ale przypadkiem spotkała po latach na jednym z turniejów dla dzieci, w roli opiekuna grupy. Wtedy zrozumiała, że musi ujawnić, jaką krzywdę jej wyrządził. Tym razem szkoleniowiec już się nie wywinął od odpowiedzialności i został skazany na 10 lat więzienia. „Nie chciałam, że inni byli przez niego tak samo krzywdzeni jak ja” – skomentowała sądowy wyrok Kim Eun Hee.
Takich przypadków w południowokoreańskim sporcie wciąż jest jednak za mało, zważywszy na oszacowaną przez agencję Yonhap skalę zjawiska. Co nie znaczy, że ich nie przybywa. Ostatnio judoka Wang Ki Chun został dożywotnio zdyskwalifikowany przez krajową federację za napaść seksualną na nastolatkę. 31-letni sportowiec na początku maja został za to aresztowany i grozi mu nawet dożywotnie pozbawienie wolności. A Wang Ki Chun to jeden z najbardziej utytułowanych południowokoreańskich judoków. Dwa razy był mistrzem świata (2007 i 2009), ma też srebrny medal olimpijski z Pekinu (2008) w kategorii do 73 kg. Zakończył już karierę i dzisiaj prowadzi szkołę judo w Daegu.
Nic już nie chroni przed karą
Sprawiedliwości nie uniknął też mistrz olimpijski z Pjongjang w short tracku, Lim Hyo Jun, którego ukarano za molestowanie seksualne. Musi zapłacić grzywnę w wysokości trzech mln wonów (około 10 tysięcy złotych) oraz odbyć 40-godzinną terapię. Te sankcje spotkały go za niewinny jego zdaniem żart – podczas treningu w obecności ćwiczących obok zawodniczek ściągnął koledze zespołu spodnie. Przed karą nie uratowały go nawet znaczące sukcesy: 23-letni Lim jest złotym medalistą z Pjongczangu na 1500 m i sześciokrotnym mistrzem świata na różnych dystansach. Po tej aferze obyczajowej został przez krajową federację zawieszony na rok. To najlepszy dowód, że w Korei Południowej skończyło się tuszowanie seksualnych afer dla „wyższego celu”, jakim były medale. Sęk w tym, że jest to problem ogólnoświatowy.

Futbolowe imperium

Arabscy szejkowie konsekwentnie powiększają swoje futbolowe imperium. Konsorcjum Abu Dhabi United Group niedawno przejęło kontrolę nad belgijski drugoligowcem – Lommel SK.

Występujący obecnie na zapleczu belgijskiej ekstraklasy Lommel SK jest już dziewiątym klubem przejętym przez Abu Dhabi United Group, który kontrolę nad nimi, w tym także nad najcenniejszym w kolekcji Manchesterem City, sprawuje za pośrednictwem spółki City Football Group (CFG). Nie podano kwoty za jaką szejkowie przejęli Lommel SK, ale z medialnych doniesień wynika, że w swoich zobowiązaniach zadeklarowali pokrycie bieżących długów klubu przekraczających kwotę dwóch milionów euro. Nowy nabytek CFG w momencie przerwania rozgrywek z powodu pandemii koronawirusa zajmował szóstą lokatę.
Do CFG należy już dziewięć klubów na pięciu kontynentach: Manchester City, New York City, Melbourne City, Yokohama F Marinos, Montevideo City Torque, Girona, Sichuan Jiuniu, Mumbai City i Lommel SK. Można się spodziewać, że to nie koniec ekspansji inwestorów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Bednarek może odejść

Dziennik „The Sunday Mirror” opublikował informację, że szefowie Southampton zamierzają latem wystawić na listę transferową aż ośmiu graczy. Wśród nich polskiego obrońcę Jana Bednarka.

Polski piłkarz jest zawodnikiem Southamptonu od lata 2017 roku. Przeszedł do tego klubu z Lecha Poznań za sześć milionów euro i po ponad półrocznym grzaniu ławy wywalczył miejsce w podstawowym składzie „Świętych”. W obecnym sezonie rozegrał 27 meczów i strzelił jednego gola. Jego transferową wartość przed wybuchem pandemii szacowano na 15 mln funtów. W grupie graczy, których wedle „The Sunday Mirror” władze Southamptonu będą chciały latem sprzedać w celu podreperowania nadszarpniętych przez pandemię finansów, drożsi od Polaka są jedynie Danny Ings, Nathan Redmond oraz James Ward-Prowse.
Bednarek od dwóch lat jest też podstawowym zawodnikiem reprezentacji Polski – przez ten czas zaliczył 21 występów w biało-czerwonych barwach, w tym na mistrzostwach świata w 2018 roku w Rosji, w trakcie których zdobył jedyną jak dotąd bramkę dla Polski, w spotkaniu z Japonią.

Dają trzech za Milika

We Włoszech trwa w najlepsze saga transferowa z Arkadiuszem Milikiem w roli głównej. Z najnowszych doniesień wynika, że reprezentanta Polski chce jednak pozyskać Juventus Turyn.

Wychodzący w Turynie dziennik „Tuttosport” podał, iż mistrz Włoch zaoferował Napoli w rozliczeniu za transfer polskiego piłkarza trzech swoich graczy, którzy obecnie występują w innych klubach: Romero (obecnie przebywa na wypożyczeniu w Genoi), Rolando Mandragorę (obecnie Udinese, ale Juventus Turyn ma prawo pierwokupu za 26 mln euro) oraz Lucę Pellegriniego (w tym sezonie wypożyczony do Cagliari Calcio).
W medialnych spekulacjach pojawiają się jednak wieści, że chęć pozyskania Milika zgłaszają Atletico Madryt, Tottenham i Chelsea. Właściciel SSC Napoli Aurelio De Laurentiis jest ponoć gotów oddać polskiego napastnika, ale żąda 50 milionów euro. Futbolowi eksperci uważają jednak, że jest to kwota nierealna w obecnych czasach i De Laurentiis powinien być zadowolony, jeśli za transfer Milika dostanie 25 mln euro. Reprezentant Polski ma ważny kontrakt z Napoli do czerwca 2021 roku.

Podwójne szczęście Stocha

Nasza kadra skoczków narciarskich rozpoczęła zgrupowanie w Szczyrku. W poniedziałek na treningu na skoczni Skalite pojawiło się 12 zawodników, a wśród nich trzykrotny złoty medalista olimpijski Kamil Stoch. Dla niego to był podwójnie ważny dzień, bo tego dnia obchodził swoje 33. urodziny.

Po zakończonym przedwcześnie z powodu wybuchu pandemii poprzednim sezonie zimowym, nasi skoczkowie po powrocie z Norwegii musieli przejść kwarantannę, w trakcie której przebywali odizolowani w swoich domach, a potem także indywidualnie zaczynali przygotowania do nowego sezonu. Dopiero gdy ministerstwo sportu wydało zgodę na otwarcie Centralnych Ośrodków Sportu, a następnie zezwoliło na wznowienie treningów przez sportowców wielu dyscyplin, m.in. lekkoatletyki, wioślarstwa czy właśnie skoków narciarskich, połączone w jedną dawne kadry A i B mogły wrócić na skocznię i oddać pierwsze tej wiosny skoki.
W poniedziałek wyznaczeni przez trenera Michala Doleżala zawodnicy zjechali do Szczyrku na zgrupowanie. Na skoczni Skalite do poniedziałkowych treningów przystąpili Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula, Jakub Wolny, Aleksander Zniszczoł, Klemens Murańka, Andrzej Stękała, Paweł Wąsek, Tomasz Pilch i Kacper Juroszek.
Zajęcia prowadzone są przy zachowaniu szczególnych środków ostrożności. Skoczkowie nie mają między innymi możliwości korzystania z szatni, więc w tym celu muszą wykorzystywać przydzielone im pokoje hotelowe. Na czas zgrupowania zostali skoszarowani w jednym hotelu, do którego nikt spoza ekipy nie ma dostępu. Zawodnicy mieszkają w jednoosobowych pokojach.
Poniedziałek był szczególnym dniem dla lidera naszej kadry Kamila Stocha, który urodził się 25 maja 1987 rok, zatem obchodził 33. urodziny. Z tej okazji otrzymał mnóstwo gratulacji i prezentów, w tym od redakcji TVP Sport, która przygotowała film z jego dziesięcioma najważniejszymi skokami w karierze.
Pierwsze zwycięstwo w konkursie Pucharu Świata Stoch odniósł 23 stycznia 2011 roku na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Od tamtej pory stawał na podium zawodów PŚ 71 razy, w tym 36 razy na najwyższym. Wygrywał na skoczniach normalnych, dużych, ale również na mamucich. Dwukrotnie zdobył Kryształową Kulę (w sezonach 2012/2014 i 2017/2018), dwukrotnie wygrał też prestiżowy Turniej Czterech Skoczni – w 2016/2017 oraz rok później, kiedy to jako drugi skoczek w historii, po Svenie Hannawaldzie, zwyciężył we wszystkich czterech konkursach. Ale rzecz jasna jego największym osiągnięciem są złote medale olimpijskie – W 2014 roku na zimowych igrzyskach w Soczi wywalczył dwa krążki na normalnej i dużej skoczni, natomiast cztery lata później w Pjongczngu dorzucił trzecie złoto na dużej skoczni oraz brązowy medal w konkursie drużynowym na tym samym obiekcie. Ma też na koncie tytuły mistrza świata – wywalczony indywidualnie w 2013 roku w Val di Fiemme oraz drużynowy z ekipą biało-czerwonych w 2017 roku w Lahti.
Mimo tej imponującej listy sukcesów, która czyni go najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii polskich skoków, Stoch wciąż ujmuje swoich fanów skromnością. „Wiele z moich marzeń udało mi się już zrealizować, ale chociaż w pewnym sencie jako sportowiec mogę czuć sie już spełniony, to czuję w sobie jeszcze duże pokłady niewykorzystanej energii i niewykorzystanego potencjału. Mam nadzieję, że w przyszłości będę w stanie je wykorzystać także poza sportem” – zapowiedział w jednym z wywiadów.
Po poniedziałkowych treningach Stoch podziękował za wszystkie życzenia na jednym z portali społecznościowych. „Można powiedzieć, że dziś skakałem z radości. Wszystkim Wam życzę, żebyście mogli wrócić do swoich zajęć. Dziękuję za życzenia urodzinowe, szczęściarz ze mnie” – napisał Stoch.
Nasi skoczkowie w poniedziałek dowiedzieli się też, że Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) podjęła decyzję, iż odwołane w marcu z powodu wybuchu epidemii koronawirusa mistrzostwa świata w lotach narciarskich odbędą się w dniach 11-13 grudnia tego roku. Nie zmieniono miejsca zawodów i zgodnie z pierwotnym terminem odbędą się na mamucie skoczni w Planicy. Dla kibiców natomiast podano równie ważną dla nich wiadomość, że bilety wykupione na marcową imprezę w Planicy nie stracą ważności i nie trzeba będzie ich wymieniać. Wypada mieć tylko nadzieję, że do grudnia pandemia koronawirusa zostanie opanowana.

Malwina powędruje do Novary

Najlepsza obecnie polska siatkarka, Malwina Smarzek-Godek, pod dwóch sezonach spędzonych w drużynie Zanetti Bergamo, latem tego roku przeniesie się do silniejszego zespołu Serie A, Igor Gorgonzola Novara. 24-letnia atakująca związała się z ekipa triumfatorek ubiegłorocznej dycji Ligi Mistrzyń dwuletnim kontraktem.

Smarzek-Godek do Zanetti Bergamo przeszła z Chemika Police, z którym święciła dwukrotnie mistrzostwo Polski – w sezonie 2016/2017 i 2017/2018. We włoskiej lidze nasza czołowa siatkarka prezentowała się znakomicie, chociaż drużyna Zanetti to ligowy średniak. Swoją grą reprezentantka Polski zwróciła jednak na siebie uwagę szefów potentata Serie A, Igor Gorgonzola Novara i teraz przez dwa najbliższe lata będzie występowała w jednym z czołowych europejskich zespołów.
Igor Gorgonzola Novara ma w dorobku triumf w Lidze Mistrzyń w sezonie 2018/2019, mistrzostwo Italii w sezonie 2016/2017 oraz siedem tytułów wicemistrzowskich (2002, 2003, 2004, 2009, 2015, 2018, 2019). Przed nią z polskich zawodniczek grały tu Maja Tokarska (2013-2014), Magdalena Wawrzyniak (2015-2016), Katarzyna Skorupa (2017-2018) i Zuzanna Górecka (2019-2020).

Krychowiak za drogi dla Lokomotiwu?

Pandemia koronawirusa uderza coraz mocniej także w najbogatsze piłkarskie kluby rosyjskiej ekstraklasy. Prezes Lokomotiwu Moskwa przyznał wprost, że klub znalazł się w trudnej sytuacji finansowej i w letnim oknie transferowym będzie musiał wystawić aż ośmiu piłkarzy, wśród nich także Grzegorza Krychowiaka.

Lokomotiw Moskwa do tej pory cieszył się opinią jednego z najbogatszych klubów rosyjskiej ekstraklasy piłkarskiej. Kryzys wywołany pandemią wiele jednak zmienił. Już wiadomo, że umowa z głównym sponsorem Lokomotiwu, którym są państwowe koleje, będzie renegocjowana i dotacje zostaną znacznie zmniejszone. To zmusza działaczy do wprowadzenia programu oszczędnościowego. Jego pierwszą ofiarą został trener Jurij Semin, z którym rozwiązano umowę, a w jego miejsce za znacznie mniejszą gażę zatrudniono Marco Nikolicia.
Piłkarze już w kwietniu zgodzili się na czas przerwy w rozgrywkach na redukcję zarobków o 40 procent, ale takie chwilowe poświęcenie to za mało, żeby zrównoważyć uszczuplony budżet. Rosyjskie media donoszą, że działacze szykują teraz kadrową rewolucję w zespole.
W jej efekcie podczas letniego okna transferowego z klubem pożegna się prawdopodobnie nie tylko Maciej Rybus, który i tak miał po tym sezonie odejść, lecz także Grzegorz Krychowiak, który w tym sezonie był nie tylko najlepszym graczem Lokomotiwu, ale też najskuteczniejszym strzelcem w drużynie i jednym z najskuteczniejszych w całej lidze. Ale prezes Lokomotiwu mówi wprost, że w obecnej sytuacji reprezentant Polski, który rocznie zarabia ponad trzy miliony euro, jest za drogi. „Nadchodzą trudne czasy, więc nie będzie nas stać na utrzymanie Krychowiaka i Joao Mario jednocześnie. Któregoś z nich będziemy musieli wystawić na listę transferową, a w sumie planujemy wytransferować z klubu ośmiu piłkarzy. Nowy zespół zbudujemy w oparciu o młodych zawodników obecnie pełniących rolę rezerwowych” – mówi prezes Anatolij Mieszczeriakow.
Dyrektor generalny klubu Wasilij Kiknadze już realizuje zadanie stworzenie nowego modelu funkcjonowania zespołu. Lokomotiw w czasie kryzysu ma opierać się na młodych zawodnikach, których potem będzie można wytransferować z zyskiem do klubów. A skoro tak, to raczej wydaje się przesądzone, że latem w tym moskiewskim klubie nie będzie żadnego polskiego piłkarza. Co prawda pojawiły się plotki, że Lokomotiw chciał wypożyczyć Arkadiusza Recę na miejsce, które latem miał zwolnić Maciej Rybus, lecz w tej sytuacji transakcje raczej nie dojdzie do skutku.
Krychowiak nie powinien mieć większych problemów ze znalezieniem nowego pracodawcy. Przypomnijmy, że Lokomotiw najpierw go wypożyczył na sezon 2018/2019 z Paris Saint-Germain, a po roku wykupił za 12,5 miliona euro. A za taką kwotę, a nawet trochę wyższą, po naszego reprezentacyjnego pomocnika ustawi się kolejka chętnych, bo swoimi występami w rosyjskiej ekstraklasie, zwłaszcza w tym sezonie, całkowicie zatarł nieudany pod względem sportowym epizod w Paris Saint-Germain. Inna sprawa, że pod względem finansowym był to najlepszy okres w karierze Krychowiaka, bo w paryskim klubie zarabiał rocznie 4,8 mln euro.
Podpisując umowę z Lokomotiwem znacznie zmniejszył swoje wymagania, ale to dlatego, że bardzo chciał grać w moskiewskim zespole. I słusznie, bo w tym sezonie nie tylko odzyskał dawną markę, ale też pokazał, że wciąż się rozwija jako piłkarz. W Lokomotiwie nie był już tylko typowym defensywnym pomocnikiem, którego zadaniem jest przeszkadzanie rywalom w rozgrywaniu piłki. Krychowiak stał się liderem tej drużyny, prowadził jej grę, zaliczał mnóstwo asyst i w końcu sam zaczął strzelać jak rasowy napastnik.
Akurat jemu pandemia koronawirusa wyrządziła wielką szkodę, chociaż nie jest to jeszcze takie pewne, bo przecież może się okazać, że latem przeniesie się do jeszcze mocniejszego zespołu niż Lokomotiw.

Nawet Formuła 1 nie jest pewna przyszłości

Z powodu pandemii od wielu tygodni niemal na całym świecie nie odbywają się imprezy masowe. I wszystko wskazuje, że ta sytuacja może potrwać jeszcze bardzo długo, więc nie dziwi, że uzależniony od widzów świat sportu obawia się o przyszłość. Nawet Formuła 1, należąca do amerykańskiego konsorcjum Liberty Media, boi się, że nawet po zniesieniu ograniczeń wyścigi na żywo będzie oglądało znacznie mniej kibiców.

Do Liberty Media należy nie tylko ponosząca straty z powodu odwoływania kolejnych wyścigów Formuła 1, lecz także zajmująca się organizacją koncertów na całym świecie firma Live Nation. „Nasza przyszłość to teraz wielka niewiadoma” – przyznał szczerze szef Liberty Media Greg Maffei w przemowie wygłoszonej podczas wideokonferencji z udziałowcami firmy. Amerykański menedżer przekonywał, że w końcu pandemia na tyle zostanie opanowana, że krajowe rządy zaczną zezwalać na organizowanie imprez masowych. Nie był jednak w stanie zagwarantować, że będą tak samo opłacalne pod względem finansowym jak były przed wybuchem epidemii.
Niedawno Formuła 1 została oddzielona od Live Nation i zaczęła funkcjonować osobno, co pozwoliło Liberty Media odblokować finansową rezerwę w wysokości 1,4 mld dolarów. Te pieniądze firma planuje przeznaczyć, rzecz jasna tylko w ostateczności, na ratowanie zagrożonych bankructwem i likwidacją zespołów F1.
Królowa sportów motorowych znajduje się jeszcze w niezłej sytuacji finansowej, bo ratują ją intratne kontrakty telewizyjne i sponsorskie. Dlatego będzie mogła przetrwać trudny okres, gdy wyścigi będą odbywały się bez udziału publiczności. „Na pewno dojdzie do spadku wyceny pewnych wartości, ale jeśli ten spadek będzie nadmierny, stworzy to nową szansę dla tych, dla których znacząca część przychodów nie zależy od frekwencji, bo funkcjonują już mocno z zdigitalizowanym świecie” – przekonuje John Malone, założyciel Liberty Media.
I dodaje: „Ludzie przecież nagle nie zrezygnują z udziału w organizowanych na żywo imprezach masowych. Szczepionka wcześniej czy później się pojawi, a tym samym wrócimy do dawnych nawyków. Poza tym ludzie z natury są towarzyscy. Wystarczy popatrzeć na bary na Florydzie. Już są otwarte i pełne ludzi”.
Może i jest w tym wiele racji, nikt jednak dzisiaj nie jest zdolny przewidzieć skutków pandemii także w stadnych zachowaniach ludzi. Udział w imprezie masowej wymaga jednak wiele wysiłku i wyrzeczeń. Popadając w rutynę bywania na nich, nie zwracamy uwagę niewygody, na ścisk, brak miejsc do parkowania, arogancję ochroniarzy, paskudne jedzenie dostarczane przez katering. Czy pozostaniemy tak samo wyrozumiali, gdy po miesiącach kwarantanny przyzwyczaimy się do konsumowania sportowych imprez w znacznie wygodniejszych warunkach domowego zacisza?

48 godzin sport

Ibrahimović kontuzjowany
Pechowo dla Zlatana Ibrahimovicia zakończył się poniedziałkowy trening Milanu. Szwedzki piłkarz doznał kontuzji, ale na razie jeszcze nie wiadomo, jak długo będzie musiał pauzować. Na ten temat we włoski mediach pojawiły się sprzeczne wieści – wedle jednych źródeł Ibrahimović doznał urazu mięśnia łydki, wedle innych zerwał ścięgno Achillesa. W obecnym sezonie 39-letni gwiazdor, który z AC Milan wygryzł Krzysztofa Piątka, w Serie A rozegrał osiem meczów w których strzelił trzy gole i zaliczył jedną asystę.

Pech piłkarza Pogoni Szczecin
Obrońca Pogoni Szczecin Igor Łasicki podczas treningu zerwał więzadło krzyżowe w kolanie. Przerwa w grze potrwa co najmniej pół roku. 24-letni piłkarz trafił do ekipy „Portowców” w tym sezonie z SSC Napoli. Przez dwa poprzednie lata grał na zasadzie wypożyczenia w Wiśle Płock. W obecnych rozgrywkach ekstraklasy Łasicki rozegrał 11 meczów. Pogoń wznowi rozgrywki Ekstraklasy 29 maja meczem z Zagłębiem Lubin.

Nowy trener kadry Norwegii
​Ola Vigen Hattestad został trenerem norweskich biegaczek narciarskich. 38-letni szkoleniowiec to mistrz olimpijski z Soczi (2014) w sprincie, a także dwukrotny mistrz świata oraz trzykrotny triumfator Pucharu Świata w konkurencjach sprinterskich. Przez ostatnie dwa lata prowadził kobiecą kadrę Słowenii w biegach narciarskich.

Zmarł mistrz olimpijski
W wieku 95 lat zmarł trzykrotny mistrz olimpijski w hokeju na trawie, reprezentant Indii Balbir Singh. Uważany był za legendę tego sportu. Z reprezentacja Indii triumfował na igrzyskach w Londynie w 1948 roku, w Helsinkach 1952 i Melbourne 1956. Po zakończeniu kariery został selekcjonerem reprezentacji Indii. Jego największym trenerskim sukcesem było zdobycie mistrzostwa świata w 1975 roku.

Amerykanin pogra w Zawierciu
Klub siatkarski Aluron Virtu CMC Zawiercie podpisał kontrakt z reprezentantem USA Garrettem Muagututią. To kolejny markowy siatkarz, który w nowym sezonie PlusLigi będzie występował w ekipie z Zawiercia. Przed nim do zespołu prowadzonego przez trenera Igora Kolakovicia dołączyli Brazylijczyk Flavio Gualberto i Macedończyk Gjorgi Gjorgiew. 32-letni Muagututia występuje na pozycji przyjmującego. Poprzednio grał w Calzedonii Werona. Na koncie ma wiele sukcesów z kadrą USA. W 2019 roku zdobył z nią 3. miejsce w Pucharze Świata, drugie miejsce w Lidze Narodów.

Puchar Białorusi dla BATE
Piłkarze BATE Borysów po raz czwarty w historii zdobyli Puchar Białorusi, pokonując w finale Dynamo Brześć 1:0. Zwycięskiego gola strzelił Zachar Wołkow. BATE, 15-krotny mistrz kraju, po 10 kolejkach obecnego sezonu (w tym kraju gra sie systemem wiosna-jesień) jest liderem rozgrywek z dorobkiem 22 punktów.

Na szczycie Bundesligi bez zmian

Po rozegranej w miniony weekend 27. kolejce na szczycie tabeli Bundesligi nic się nie zmieniło. Bayern Monachium gromiąc u siebie 5:2 Eintracht Frankfurt utrzymał pozycję lidera i zachował czteropunktową przewagę nad Borussią Dortmund, która także zdobyła komplet punktów pokonując VfL Wolfsburg 2:0.

Piłkarze Bayernu Monachium przystępując do sobotniej potyczki z Eintrachtem Frankfurt mieli podwójną motywację. Znali już wynik rozegranego wcześniej meczu Borussii Dortmund z VfL Wolfsburg, zatem wiedzieli, że jeśli przed wtorkową wyprawą do Dortmundu chcą zachować bezpieczną przewagę czterech punktów, muszą także zdobyć komplet punktów. Drugim powodem ich wzmożonej motywacji była chęć rewanżu za poniesioną w rundzie jesiennej klęskę 1:5 we Frankfurcie. To po tej szokująco wysokiej porażce posadę trenera Bayernu stracił Niko Kovac, którego zastąpił jego asystent Hansi Flick. Dzisiaj nikt już na Allianz Arena nie pamięta o Kovacu, bo Flick z trenera tymczasowego szybko przeobraził się w szkoleniowca cenionego nie tylko przez piłkarzy, lecz także szefów klubu i dzisiaj ma już kontrakt do końca czerwca 2023 roku.
Przed meczem z Eintrachtem Flick uczulał swoich graczy, że muszą na boisku wzajemnie się motywować, aby utrzymać koncentrację i wolę walki, bo one będą kluczem do sukcesu w spotkaniach rozgrywanych przy pustych trybunach. Jak bardzo trafne były te jego sugestie, piłkarze Bayernu przekonali się boleśnie na początku drugiej połowy meczu. Na przerwę schodzili z prowadzeniem 2:0 po golach Leona Goretzki i Thomasa Muellera, ale też wściekłym Robertem Lewandowskim, którego w 35. minucie chamsko uderzył ręką w twarz austriacki stoper zespołu rywali Martin Hinteregger. „Lewy” do końca spotkania biegał po boisku z plastrem na zranionym policzku, ale niemal tuż po wznowieniu dał upust złości pakując piłkę głową pod poprzeczkę po dośrodkowaniu Kingsleya Komana. W tym momencie było już 3:0 i pewnie chyba nikt nie sądził, że coś złego może się bawarskiej jedenastce w tym meczu przydarzyć. Raczej oczekiwano jej kolejnych goli.
Ale w 53. minucie zdarzyło się coś niesamowitego. Zdwałoby się zdemolowana już i totalnie zdominowana drużyna Eintrachtu nieoczekiwanie zdobyła bramkę po rzucie rożnym, a szczęśliwym strzelcem okazał się wspomniany już Hinteregger. Austriak miał niebywałego farta, bo dwie minuty później ponownie pokonał Manuela Neuera i w ekipie Bayernu się zagotowało, bo przez kilka chwil dekoncentracji z bezpiecznego prowadzenia 3:0 zrobiło się tylko 3:2. Bawarczycy szybko jednak opanowali nerwy i znów ruszyli do ataku. Obrońcy Eintrachtu z Hintereggerem w roli głównej chyba za punkt honoru postawili sobie powstrzymanie Lewandowskiego, bo pilnowali go jak najcenniejszego skarbu. Skorzystał na tym 20-letni Kanadyjczyk Alphonso Davies, który w 61. minucie podwyższył na 4:2, a w 74. minucie Hinteregger tak bardzo chciał przeszkodzić „Lewemu” z strzeleniu gola, że sam go wyręczył i zaliczył samobója. Pomijając jego niesportowe zachowania, to ten piłkarz miał w sobotę swój wielki dzień na Allians Arenie. Jakby nie patrzeć, ustrzelił hat-tricka.
Lewandowski za swój występ otrzymał w niemieckich mediach wysokie noty. Napastnik Bayernu strzelił 27. gola w obecnym sezonie Bundesligi i 41. licząc wszystkie rozgrywki, potwierdził też niebywałą regularność także po restarcie rozgrywek, bo trafił do siatki w drugim spotkaniu z rzędu, a warto przypomnieć, że owe 27 goli strzelił w 25 występach. Kapitan reprezentacji Polski utrzymuje więc strzeleckie tempo, którego nie wytrzymują jego najgroźniejsi konkurenci. W miniony weekend zadyszki dostał kreowany już na następcę „Lewego” Erling Haaland. Norweski nastolatek zagrał cały mecz z Wolfsburgiem, ale mimo starań bramki nie zdobył. Dla nas równie ważna jest też wiadomość, że ponownie w roli kapitana poprowadził Borussię Łukasz Piszczek, który ponadto za swój występ zebrał świetne noty. W najbliższy wtorek „Piszczu” i „Lewy” zmierzą się w bezpośrednim starciu i będzie to być może wydarzenie nie mniej ekscytujące od strzeleckiego pojedynku Lewandowskiego z Haalandem.
Niemieckie media podkreślają, że trener Hansi Flick przemienił zespół Bayernu w piłkarską maszynę do wygrywania i strzelania goli. Kibice nie tylko w Polsce i w Niemczech z uwagą śledzą pogoń Lewandowskiego za legendarnym rekordem Gerda Muellera, który w sezonie 1971/1972 zdobył 40 bramek w Bundeslidze. Kapitan reprezentacji Polski ma jeszcze siedem meczów, żeby ten chyba jednak mało realny cel osiągnąć. Ale raczej na pewno przekroczy po raz trzeci w karierze granicę 30 trafień w sezonie i sięgnie po piątą koronę króla strzelców Bundesligi. Nie tylko „Lewy” ma jednak szansę przejść do historii niemieckiej ekstraklasy, ale też cały zespół Bayernu, który w tym sezonie strzelił już 80 ligowych bramek i jest na prostej drodze do wyrównania rekordu ustanowionego w sezonie 1971/72 także przez bawarską drużynę, która wówczas zdobyła 101 ligowych bramek. Aby wyrównać ten wynik w kolejnych siedmiu meczach powinni zdobywać przynajmniej trzy bramki na mecz. To wykonalne, bo mistrzowie Niemiec pod wodzą Flicka zdobywają średnio 3,22 bramki na mecz. W 23 spotkaniach rozegranych pod wodzą 55-letniego szkoleniowca monachijska jedenastka zdobyła już 74 bramki, a 21 z tych trafień było dziełem Lewandowskiego, który pod komendą Flicka zagrał 19 razy.
Skoro o polskich piłkarzach mowa, to warto odnotować, że w piątkowych derbach Berlina zagrało dwóch – Rafał Gikiewicz w bramce Unionu, zaś Krzysztof Piątek w ataku Herthy. Niestety, o ile Gikiewicz rozegrał cały mecz, to Piątek znów zaczął spotkanie w roli rezerwowego i na boisku pojawił się dopiero w 75. minucie, zmieniając 35-letniego Bośniaka Vedada Ibsevicia, który po restarcie rozgrywek imponuje formą. W starciu z Unionem znowu strzelił gola, a ponadto dorzucił jeszcze dwie asysty. Hertha wygrała to spotkanie 4:0 i pod wodzą nowego szkoleniowca, Bruno Labbadi, pozostaje póki co niepokonana. W dwóch meczach zdobyła komplet punktów, strzeliła siedem goli i nie straciła ani jednego. Tak udanego startu nie miał wcześniej żaden trener w historii Herthy (w poprzedniej kolejce ten berliński zespół pokonał na wyjeździe Hoffenheim 3:0).
Piątek znów gola nie strzelił i jest więcej niż pewne, że na razie będzie jedynie zmiennikiem Ibsevicia. Wygląda na to, że Labbadia nie przejmuje się faktem, że polski napastnik był najdroższym transferem w historii Herthy. Nie skreśla go ani nie odstawia na boczny tor, ale dopóki Piątek nie zacznie regularnie trafiać do siatki wchodząc tylko na zmiany, raczej nie dostanie miejsca w podstawowym składzie. Chyba że Ibsević zgubi formę, co na razie wydaje się mało prawdopodobne, patrząc z jakim animuszem porusza się po boisku.