Biało-czerwoni wiceliderami rankingu FIVB

Polscy siatkarze zostali sklasyfikowani na drugim miejscu w najnowszym rankingu Międzynarodowej Federacji Piłki Siatkowej (FIVB) – pierwszym zestawionym wedle nowych zasad liczenia punktów. Swoją wcześniejszą lokatę znacznie poprawiły też nasze siatkarki, które awansowały z miejsca w trzeciej dziesiątce na 13 pozycję.

Nowy system liczenia punktów rankingowych uwzględnia wyniki wszystkich meczów rozegranych od 1 stycznia 2019 roku. Pod uwagę brane są rezultaty osiągane we wszystkich oficjalnych rozgrywkach – igrzyskach olimpijskich, kwalifikacjach do igrzysk, eliminacjach i finałach mistrzostw świata, Lidze Narodów, Pucharze Świata, eliminacjach i mistrzostwach kontynentów oraz międzynarodowe turnieju rozgrywane pod auspicjami FIVB. W klasyfikacji mężczyzn pierwsza lokatę utrzymała reprezentacja Brazylii, a w klasyfikacji kobiet ekipa Chin. Polki awansowały na 13. miejsce.
Top 10 rankingu FIVB mężczyzn: Brazylia (427 pkt), 2. Polska (384), 3. USA (365), 4. Rosja (317), 5. Argentyna (291), 6. Francja (291), 7. Włochy (288), 8. Iran (279), 9. Japonia (269), 10. Kanada (255). Top 10 rankingu FIVB kobiet: Chiny (391 pkt), 2. USA (382), 3. Brazylia (328), 4. Włochy (300), 5. Turcja (285), 6. Serbia (280), 7. Japonia (277), 8. Rosja (275), 9. Dominikana (272), 10. Korea Płd (261).

Nikt ci tyle nie da ile Duda obiecuje

Andrzej Duda podczas kampanii wyborczej rzuca na lewo i prawo obietnicami, czasem bezsensownymi. Najświeższy przykład – podczas wizyty w Szczawnie-Zdroju zapowiedział odbudowę stadionu Górnika Wałbrzych i zapewnił, że załatwił na ten cel 24 mln złotych.

Być może w Wałbrzychu jest pod rządami PiS-u tak świetnie, że trzeba jego mieszkańcom wyszukiwać problemy do rozwiązania. Sztab wyborczy prezydenta Dudy na potrzeby jego kampanii w tym regionie przygotował listę inwestycji, jakie mogą zostać tam przeprowadzone w najbliższych latach. Oczywiście nie trzeba dodawać, że każda z nich opatrzona jest klauzulą „ da się zrobić tylko pod warunkiem, że Andrzej Duda nadal będzie prezydentem”.
Nie wiadomo kto z jego sztabu wymyślił, że sympatię wyborców w Wałbrzychu i okolicach prezydent zyska obietnicą budowy nowego stadionu akurat dla klubu Górnik Wałbrzych, który owszem, dawno temu (lata 1983-1989) występował w najwyższej klasie rozgrywkowej i nawet raz zajął w niej szóste miejsce, co jest jego najcenniejszym ligowym osiągnięcie, a ponadto dwukrotnie dotarł do finału Pucharu Polski, lecz po zmianie ustrojowej podupadał z taką samą szybkością, jak spadało zapotrzebowanie na wydobywany w tym regionie węgiel. W 2015 roku Górnik Wałbrzych występował po raz ostatni w rozgrywkach centralnych, w II lidze, która w Polsce jest trzecim poziomem rozgrywek, ale potem z zaczął podupadać finansowo w takim tempie, że przed obecnym sezonem władze klubu z powodu braku pieniędzy wycofały zespół z rozgrywek amatorskiej IV ligi (szósty poziom rozgrywkowy w Polsce) i zgłosiły go do kompletnie amatorskich rozgrywek w lokalnej A-klasie.
Największym problemem Górnika Wałbrzych nie jest zatem brak nowoczesnego stadionu, lecz sponsorów i mecenasów skłonnych go wesprzeć z własnej kieszeni, co jest zazwyczaj efektem kompletnego braku zainteresowania lokalnej społeczności losami klubu. Niezrażony tym prezydent Duda na wiecu wyborczym obiecał jednak, że jak nadal będzie prezydentem, to dopilnuje, żeby część środków z rządowej pomocy dla samorządów, związanej z zapobieganiem skutkom gospodarczym epidemii koronawirusa, przekazano na remont stadionu Górnika. Miasto ma otrzymać z tego tytułu 24,5 mln złotych, a brakującą kwotę dorzuci ministerstwo sportu. Problem w tym, że nowoczesny stadion sportowy to lekko licząc koszt co najmniej 150-160 mln złotych.

Covid-19 szaleje w MLS

Sześciu piłkarzy klubu MLS FC Dallas miało pozytywny wynik testu na koronawirusa i z tego powodu mecz tej drużyny z Vancouver Whitecaps został przełożony. Ale liga mino to wznowi przerwane rozgrywki.

Tegoroczny sezon rozgrywek w amerykańsko-kanadyjskiej Major Soccer League przerwano z powodu wybuchu pandemii koronawirusa 12 marca. Do tego momentu zdążono rozegrać tylko dwie kolejki spotkań. Dopiero na początku maja piłkarze mogli podjąć indywidualne treningi na obiektach treningowych klubów, a pod koniec tego miesiąca zezwolono na zajęcia w małych grupach. Od 4 czerwca zespoły mogły już jednak trenować bez ograniczeń liczbowych, ale pod warunkiem przestrzegania rygorystycznych procedur sanitarnych i pod ścisłym nadzorem personelu medycznego i lokalnych służb epidemicznych. W MLS występuje obecnie pięciu polskich piłkarzy: Kacper Przybyłko (Philadelphia Union), który przeszedł zakażenie koronawirusem, Przemysław Frankowski (Chicago Fire), Adam Buksa (New England Revolution), Jarosław Niezgoda (Portland Timbers) i Przemysław Tytoń (FC Cincinnati).
Po przeprowadzeniu testów we wszystkich 26 zespołach MLS okazało się, że wśród 392 zawodników, trenerów, a także innych pracowników ligi stwierdzono 30 przypadków koronawirusa. Rozgrywki zostaną wznowione w formule turnieju, który zostanie rozegrany w dniach od 8 lipca do 11 sierpnia w zamkniętym kompleksie sportowym w Orlando.
FC Dallas miał swój pierwszy mecz rozegrać 9 lipca z Vancouver Whitecaps, lecz po przełożeniu tego spotkanie, swój udział w zmaganiach zainauguruje dopiero 15 lipca spotkaniem z Seattle Sounders, o ile rzecz jasna koleje testy nie wykażą zwiększenia liczby zakażonych. Cała drużyna wraz ze sztabem szkoleniowym przechodzi teraz kwarantannę. Z informacji podanych przez ten klub wynika, iż przed przyjazdem do Orlando wszystkie testy przeprowadzone wśród piłkarzy i sztabu dały wynik negatywny. Zakażenia wykryto dopiero po badaniach przeprowadzonych już po przylocie na Florydę.

Ustawiali wyniki w Armenii

Futbolem w Armenii wstrząsnęła potężna afera korupcyjna z ustawieniem wyników meczów. Federacja piłkarska tego kraju (FFA) już ukarała dożywotnią banicją 45 osób. W tej grupie są właściciele klubów, piłkarze i trenerzy.

To pokłosie skandalu jaki wybuchł po ujawnieniu przypadków ustawiania wyników meczów ligowych. Uwagę działaczy FFA zwróciła niecodzienna seria wyników Lokomotiwu Erywań (12:0, 0:12, 1:8 i 9:2). Wszczęte dochodzenie, także z udziałem organizacji międzynarodowych i organów ścigania, dostarczyło wystarczająco dużo dowodów przestępczego procederu, w który uczestniczyło więcej klubów. Władze federacji zawiesiły rozgrywki w drugiej lidze i wykluczyła z rozgrywek na czas nieokreślony, poza wspomnianym Lokomotiwem, także drużyny FC Erywań (ten klub z powodów finansowych i organizacyjnych wycofał się na początku roku z rozgrywek ekstraklasy), FC Van, Aragats, Torpedo Erywań i Masis, a ponadto ukarała dożywotnimi dyskwalifikacjami 45 osób. Wśród ukaranych znaleźli się głównie właściciele klubów pochodzący z Rosji oraz głównie ukraińscy, łotewscy i białoruscy piłkarze. „Decyzje zostały podjęte po tym, jak FFA otrzymała niezbite dowody nielegalnych działań” – napisał w oświadczeniu szef piłkarskiej federacji Armenii Armen Melikbekjan. Warto odnotować, że to on zatrudnił latem 2019 roku na stanowisku przewodniczącego komisji sędziowskiej byłego prezesa PZPN, a wcześniej uznanego arbitra międzynarodowego Michała Listkiewicza. Kilka miesięcy temu w wywiadach prasowych były prezes PZPN zapewniał, że przyjął propozycję pokierowania pracą sędziów w Armenii właśnie za namową Melikbekjana.
Po wspomnianymi 45 skazanymi na dożywotnią banicję z ormiańskiego futbolu, ukarano czasowymi dyskwalifikacjami jeszcze kolejnych 13 osób, które pośredniczyły w manipulowaniu wynikami. Nie wszystkie podejrzane rezultaty udało się potwierdzić jako ustawione, ale dochodzenie trwa i lista ukaranych może się jeszcze powiększyć. „Naszym celem jest całkowite wyplenieni korupcji z ormiańskiego futbolu” – zapewnia jednak prezes Armen Melikbekjan.

Zmarzlik bez sukcesu w Toruniu

Rozegrany w minioną sobotę na Motoarenie w Toruniu pierwszy turniej tegorocznego cyklu mistrzostw Europy na żużlu wygrał Duńczyk Leon Madsen. Najlepszy z polskich zawodników, Bartosz Smektała, zajął czwartą pozycję.

Występujący w polskiej PGE Ekstralidze w barwach Włókniarza Częstochowa Madsen po raz kolej potwierdził, że tor na Motoarenie należy do jego ulubionych. Duńczyk już w pierwszym turnieju pokazał, że także w tym sezonie będzie głównym kandydatem do złotego medalu mistrzostw Europy, bowiem również ostatnia runda SEC odbędzie się na toruńskim stadionie. Zadowolony ze swojego sobotniego występu może być również rodak Madsena – Nicki Pedersen, na co dzień zawodnik GKM Grudziądz, który jeździł jak za swoich najlepszych lat.
W cyklu SEC zdecydował się też wystartować aktualny mistrz świata Bartosz Zmarzlik. Żużlowiec Stali Gorzów nie zaczął opóźnionego z powodu pandemii tegorocznego sezonu najlepiej, ale już podczas przerwanego w piątek z powodu pożaru rozdzielni elektrycznej ligowego meczu z Włókniarzem Częstochowa zasygnalizował powrót do dawnej formy, bo w trzech biegach zdążył zdobyć siedem punktów. W turnieju SEC zajął jednak dopiero piątą lokatę i nie zakwalifikował się nawet do ścisłego finału. Po zawodach swój przeciętny występ skomentował tak: „Mam wiele lepszych wspomnień z występów w Motoarenie. Na tym torze zdobyłem mistrzostwo przecież mistrzostwo świata, którego nikt mi już nie zabierze, ale sezon dopiero się rozkręca” – powiedział Zmarzlik, który występ w Toruniu potraktował szkoleniowo i wystartował z tzw. dziką kartą, bo nie rywalizuje o tytuł mistrza naszego kontynentu.
Turniej SEC nie wzbudził jednak w Toruniu wielkiego zainteresowania, bo kibice nie zapełnili nawet dozwolone przepisami epidemicznymi 25 procent pojemności trybun. Z tego powodu zawody momentami bardziej przypominały sparing, niż rywalizację o prymat w Europie. Ale nawet najwierniejsi fani żużla obecni na widowni nudzili się momentami niemiłosiernie, bowiem ze względu na bardzo twardy tor rywalizacja niemal w każdym wyścigu rozstrzygała się już na pierwszym wirażu.
Z polskich żużlowców najlepiej spisał się Bartosz Smektała, który jednak w finale nie sprostał Madsenowi i Pedersenowi oraz Brytyjczykowi Robertowi Lambertowi, który rozdzielił na podium duńskich żużlowców. O Zmarzliku była już mowa, ale więcej pretensji można mieć do uczestniczących w walce o mistrzostwo kontynentu Krzysztofa Kasprzaka oraz Kacpra Woryny. Obaj ci zawodnicy potwierdzili w sobotę, że ich słabe występy w rozgrywkach PGE Ekstraligi to nie przypadek – po prostu na razie są w słabej formie. Nawet jeśli udawało im się dobrze wystartować, to potem i tak tracili swoje pozycje.
Gospodarzem drugiej rundy Tauron Speedway Euro Championship 2020, która odbędzie się 8 lipca, będzie Bydgoszcz. Już rozpoczęła się sprzedaż biletów na to wydarzenie. Kolejne turnieje odbędą się 15 lipca w Gnieźnie, następny 22 lipca w Rybniku, a ostatnie zawody w tym cyklu 29 lipca ponownie zostaną rozegrane na toruńskiej Motoarenie.
Wyniki 1. rundy SEC w Toruniu:

  1. Leon Madsen (Dania) 12 (3, 3, 0, 2, 1, 3) – 1. miejsce w finale;
  2. Robert Lambert (Wielka Brytania) 14 (2, 1, 3, 3, 3, 2) – 2. miejsce w finale;
  3. Nicki Pedersen (Dania) 14 (3, 3, 2, 3, 2, 1) – 3. miejsce w finale;
  4. Bartosz Smektała (Polska) 11 (2, 3, 2, 1, 3, 0) – 4. miejsce w finale;
  5. Bartosz Zmarzlik (Polska) 10 (3, 2, 1, 1, 3) + 3 miejsce w barażu;
  6. Mikkel Michelsen (Dania) 10 (1, 2, 3, 3, 1) + 4 miejsce w barażu;
  7. Kacper Woryna (Polska) 8 (1, 2, 3, W, 2);
  8. Timo Lahti (Finlandia) 8 (0, 2, 3, 2, 1);
  9. Grigorij Łaguta (Rosja) 7 (3, 0, 2, 0, 2);
  10. Krzysztof Kasprzak (Polska) 7 (2, 1, 1, 1, 2);
  11. David Bellego (Francja) 6 (0, 3, 2, 1, 0);
  12. Vaclav Milik (Czechy) 6 (T, 0, 1, 2, 3);
  13. Andriej Kudriaszow (Rosja) 5 (1, 1, 0, 3, 0);
  14. Michael Jepsen Jensen (Dania) 3 (2, 0, 1, 0, U);
  15. Kai Huckenbeck (Niemcy) 3 (0, 1, 0, 2, 0);
  16. Peter Ljung (Szwecja) 1 (0, 0, 0, 0, 1).

Lechici zatrzymali Legię

Zespół Legii już w 33. kolejce mógł przyklepać mistrzowski tytuł, ale przeszkodził mu w tym Piast Gliwice, zaś w miniony weekend koronację odwlekli gracze Lecha Poznań, pokonując u siebie legionistów 2:1. Rozstrzygnęła się natomiast rywalizacja w strefie spadkowej – z ligi spadają ŁKS Łódź, Korona Kielce i Arka Gdynia.

Dwa lata temu Legia świętowała zdobycie mistrzostwa Polski na stadionie w Poznaniu, w obecnej edycji ten scenariusz się jednak nie powtórzył. Ekipa „Kolejorza”, która w fazie zasadniczej sezonu przegrała oba spotkania z legionistami (w Warszawie 1:2 i u siebie 0:1), tym razem stawiła liderowi ekstraklasy twardy opór i wygrała 2:1 po trafieniach młodzieżowców – 22-letniego Kamila Jóźwiaka i 18-letniego Jakuba Kamińskiego. Dla stołecznej drużyny gola strzelił 35-letni Igor Lewczuk. To był rzadki przypadek w naszej lidze, że wszystkie bramki w spotkaniu zdobyli polscy piłkarze. Dla przeciwwagi – w wygranym przez Cracovię 3:0 wyjazdowym meczu z Lechią Gdańsk wszystkie gole strzelili obcokrajowcy, którzy w kadrze tego krakowskiego klubu mają miażdżącą przewagę liczebną nad rodzimymi graczami.
Gdyby Legia w Poznaniu zdobyła choćby tylko jeden punkt, mogłaby już świętować mistrzostwo Polski. Spotkanie wyglądało zupełnie inaczej niż to miesiąc temu, gdy Legia dość szybko zdobyła bramkę i spokojnie czekała na rywala na swojej połowie. Tym razem role się odwróciły, bo słabo grający w defensywie warszawianie stracili dwa gole i to oni musieli po przerwie gonić wynik. Ale chociaż zagrali dużo lepiej, starczyło to tylko na zdobycie jednej bramki. Gracze „Kolejorza” na więcej legionistom nie pozwolili i dowieźli korzystny wynik do końcowego gwizdka, dzięki czemu nie musieli oglądać mistrzowskiej fiesty w wykonaniu rywali. Co się odwlecze, to nie uciecze, bo w najbliższy weekend Legia może przyklepać tytuł na swoim stadionie spotkaniu z Cracovią.
Do ostatecznych rozstrzygnięć, przynajmniej na boisku, w 34. kolejce doszło natomiast w grupie spadkowej. Wyjazdowa wygrana Wisły Kraków 2:1 ze zdegradowanym już wcześniej do I ligi ŁKS Łódź pogrążyła Koronę Kielce, zaś kielczanie, remisując 1:1 u siebie z Arką, pozbawili także gdyńską drużynę szans na utrzymanie w ekstraklasie. I tak na trzy kolejki przed zakończeniem rozgrywek rywalizacja w dolnej połówce tabeli de facto się zakończyła.
Ale właściciele Korony i Arki jeszcze mają nadzieję na odmianę losu i uniknięcie degradacji przy zielonym stoliku. A to dlatego, że według wszelkich wyliczeń następnego sezonu, który z powodu pandemii rozpocznie się później niż zazwyczaj, a będzie się musiał wcześniej skończyć ze względu na przełożone mistrzostwa Europy. Przyspieszyć startu nowego sezonu się nie da – ekstraklasa zakończy rozgrywki 19 lipca, ale I liga de facto dopiero 31 lipca, bo wtedy odbędzie się finał baraży o awans do ekstraklasy. Potem zawodnicy muszą dostać krótkie urlopy, a po powrocie z wakacji jeszcze mieć czas na przygotowanie się do nowego sezonu, który musi zakończyć się najpóźniej w połowie maja, na trzy tygodnie przed rozpoczęciem turnieju Euro 2021. 37 kolejek ekstraklasy, a do tego dochodzą jeszcze terminy na rozgrywki w Pucharze Polski, nie uda się rozegrać przy zachowaniu normalnego rytmu tygodniowego. Byłoby to możliwe w przypadku rezygnacji z fazy play off, czyli w klasycznym dwurundowym systemie rozgrywek, bo na to potrzeba 30 kolejek ligowych. Takie rozwiązanie wiąże się jednak ze sporymi stratami finansowymi, bo nadawcy telewizyjni posiadający prawa do pokazywania meczów ekstraklasy na pewno nie zapłacą ustalonej w kontraktach kwoty, tylko pomniejszą ją o wartość nie rozegranych meczów. A jednak kolejka ligowa mniej to dla ekstraklasy strata około 6 mln złotych, czyli rezygnacja z fazy play off oznacza stratę blisko 30 mln złotych.
Dlatego rozpatrywany jest też trzeci wariant – przyspieszenie i tak już uchwalonej reformy rozgrywek, czyli powiększenie ekstraklasy do 18 zespołów i dwurundowy system w formacie ESA34. Przyjęcie takie rozwiązania to byłoby szansą dla Korony i Arki na uniknięcie spadku, a jedynym zdegradowanym do I ligi byłby 16. w tabeli ŁKS Łódź. Na razie w tej sprawie trwają targi i zakulisowe negocjacje. Zarząd spółki Ekstraklasa SA spotka się na naradzie 24 lipca i może wtedy coś postanowi.

Puchar Niemiec też dla Lewego

Robert Lewandowski zakończył sezon na niemieckich boiskach z kolejnymi laurami. W wygranym w minioną sobotę przez Bayern Monachium 4:2 meczu z Bayerem Leverkusen w finale Pucharu Niemiec kapitan reprezentacji Polski strzeliła dwa gole i z dorobkiem sześciu trafień i po raz piąty w karierze został królem strzelców tych rozgrywek. Przy okazji przekroczył magiczną barierę 50 bramek zdobytych w jednym sezonie.

Dwa gole strzelone przez „Lewego” zapewniły mu pozycję najlepszego strzelca tej edycji rozgrywek. To jego rekordowe, bo już piąte zwycięstwo w tej klasyfikacji. Przed nim nikt w Pucharze Niemiec tyle razy nie zdobywał tytuł króla strzelców. Tak więc polski piłkarz do piątej „armaty” za zwycięstwo w klasyfikacji strzelców Bundesligi dorzucił kolejne cenne trofeum. W klasyfikacji strzelców wszech czasów Pucharu Niemiec „Lewy” z łącznym dorobkiem 39 goli zajmuje w tej chwili szóste miejsce, które dzieli z Klausem Allofsem. Z kolei dla zespołu Bayernu sobotnie zwycięstwo w rozegranym na Stadionie Olimpijskim w Berlinie finale DFB Cup było już 20. triumfem w tych rozgrywkach. Bawarczycy na krajowych boiskach zdobyli więc oba najważniejsze trofea i z podwójną koroną na koncie udali się na niespełna dwutygodniowe wakacje, po których wrócą aby przygotować się do sierpniowych zmagań w Lidze Mistrzów. Dla „Lewego” właśnie zdobycie najważniejszego europejskiego pucharu jest teraz celem numer 1. Jeśli utrzyma formę, a nikt chyba w to nie wątpi, w zaplanowanych w formie turnieju rozgrywkach Champions League powinien zgarnąć też trzeci strzelecki laur w tym sezonie, czyli zostać także najskuteczniejszym graczem obecnej edycji Ligi Mistrzów. W tej chwili prowadzi w klasyfikacji snajperów z dorobkiem 11 goli.
Zdobywając dwie bramki w finale Pucharu Niemiec Lewandowski powiększył swój łączny dorobek do 51 trafień, czyli po raz pierwszy w karierze przekroczył magiczną granicę 50 goli strzelonych w jednym sezonie. Przed nim z nadal czynnych zawodników takie wyczynu dokonali tylko Argentyńczyk Leo Messi, Portugalczyk Cristiano Ronaldo, Urugwajczyk Luis Suarez i Szwed Zlatan Ibrahimovic.
Mecz Bayernu z Bayerem był ostatnim aktem sezonu 2019/2020 w niemieckiej klubowej piłce nożnej. Zgodnie z przewidywaniami drużyna świeżo upieczonych mistrzów Bundesligi nie miała problemów z pokonaniem piątego w ligowych rozgrywkach zespołu „Aptekarzy”. Do przerwy podopieczni trenera Hansiego Flicka prowadzili 2:0 po golach Dawida Alaby i Serge Gnabry’ego. Lewandowski swojego pierwszego gola w tym meczu strzelił w 59. minucie. Polak dopadł do piłki wybitej przez bramkarza Bayernu Manuela Neuera i z odległości około 30 metrów kropnął z półwoleja na bramkę rywali, tak tym zaskakując golkipera Bayeru Lukasa Hradeckiego, że ten przepuścił piłkę jak jakiś początkujący junior.
Drugie trafienie „Lewy” uzyskał pół godziny później, dopadając w 89. minucie do zagranej przez Ivana Perisicia w pole karne piłki i sprytną „podcinką” umieścił ja w siatce bramki „Aptekarzy”. W tym momencie było 4:1 dla Bayernu i nawet rzut karny podyktowany przeciwko nim w ostatnich minutach doliczonego czasu gry, który wykorzystał Kai Havertz, nie mógł odebrać Bawarczykom zwycięstwa.
Futbolowi statystycy szybko policzyli, że „Lewy” jest jedynym piłkarzem w historii Pucharu Niemiec, który dwukrotnie zdobywał po dwie bramki w finałach tych rozgrywek. Wcześniej dwa gole wbił rok temu w finałowym starciu z RB Lipsk. W sumie zaś wystąpił do tej pory w sześciu finałach Pucharu Niemiec i łącznie zdobył w nich osiem bramek.
Po takim sezonie nikt chyba nie wątpi, że w lipcu Lewandowski zostanie uhonorowany jeszcze jedną prestiżową nagrodą, której dotąd w swojej kolekcji nie ma – to wyróżnienie dziennikarzy dla najlepszego piłkarza sezonu w Niemczech. W plebiscycie nie ma podziału na Niemców i obcokrajowców, ale od 1960 roku tylko pięciu cudzoziemców otrzymało to wyróżnienie. Ostatnim był Belg Kevin de Bruyne, którego nagrodzono za sezon 2014/2015. „To zakrawa na absurd, że Lewandowski jeszcze nigdy nie został wybrany piłkarzem roku w Niemczech. Strzelił 236 goli w 321 meczach, ale tytuł zawsze trafiał do kogoś innego. Ostatnio do Reusa, Kroosa, Lahma czy Boatenga. Oni na pewno zasłużyli na te nagrody, ale ten rok był tak wybitny w wykonaniu Lewandowskiego, że zasługuje na tę nagrodę jak nikt inny” – przyznał Henning Feindt, zastępca redaktora naczelnego „Sport Bildu”.

48 godzin godzin

Śmierć młodego kolarza
W trakcie sobotniego wyścigu Wortegem-Petegem zmarł 20-letni belgijski kolarz Niels De Vriendt, który reprezentował ekipę VDM-Trawobo. Impreza nie jest ujęta w kalendarzu UCI, ale miała zainaugurować kolarskie zmagania na terenie Belgii, w której start tegorocznego sezon został, jak wszędzie, przerwany z powodu pandemii koronawirusa. Wyścig został natychmiast przerwana, kiedy okazało się, że De Vriendt nie żyje, A upadł na 13. kilometrze trasy. Mimo natychmiast podjętej akcji ratunkowej nie udało się przywrócić pracy serca. Powodem zgonu był zawał.

Pozwolili piłkarzom na odejście
Zajmujący ostatnie miejsce na zapleczu włoskiej ekstraklasy klub Livorno opuściło 18 piłkarzy. Wszystkim kontrakty skończyły się 30 czerwca. Obecnie w seniorskiej kadrze pozostało mniej niż 11 zawodników. Do zakończenia sezonu pozostało jeszcze siedem kolejek. Livorno zgromadziło zaledwie 21 punktów i ma 12 punktów straty do zajmującego 17. miejsce Ascoli. Drużyny z miejsc 16-17 o utrzymanie muszą grać w barażu. Według włoskich mediów kierownictwo klubu już pogodziło się ze spadkiem do Serie C i uznało, że przedłużenie kontraktów byłoby stratą pieniędzy. Livorno zamierza dokończyć sezon promując do pierwszego zespołu piłkarzy drużyny młodzieżowej.

W NASCAR też jest już wirus
Amerykanin Jimmie Johnson został pierwszym kierowcą NASCAR zainfekowanym koronawirusem. W karierze aż siedem razy był mistrzem tej serii wyścigów samochodowych. 44-letni Johnson na razie nie wróci do cyklu zawodów w USA. Chorobę przechodzi bezobjawowo, zaś testowi poddał się po tym, jak Covid-19 wykryto u jego żony. W głównej serii NASCAR startuje od 2002 roku. Jak podkreśliły miejscowe media, nigdy nie opuścił wyścigu, notując aż 663 występy z rzędu. Teraz Jophnson wróci na tor dopiero po uzyskaniu zgody od lekarza. Konieczne będę dwa negatywne wyniki badań na koronawirusa w odstępie co najmniej 24 godzin. Opuści m.in. rywalizację w Brickyard 400 na Indianapolis Motor Speedway w Indianie.

Tunezyjczyk w Grudziądzu
Tunezyjczyk Selim Benachour, były piłkarz m.in. Paris Saint-Germain i reprezentacji swojego kraju, został szkoleniowcem Olimpii Grudziądz. Będzie prowadzić zespół razem z pracującym obecnie w sztabie trenerskim Maciejem Patykiem. 38-letni Benachour ma bogaty piłkarski życiorys. W reprezentacji Tunezji rozegrał 44 mecze. W latach 2000-2005 występował w Paris Saint-Germain u boku takich gwiazd jak Ronaldinho, Pedro Pauleta i Mauricio Pochettino. Grał także m.in. w Rubinie Kazań, Vitorii Guimaraes i Maladze. Piłkarską karierę zakończył w 2017 roku w FC Martigues. Z reprezentacją Tunezji wystąpił w mistrzostwach świata 2002 w Korei Południowej i Japonii. Z kolei w 2004 roku z drużyną narodową wywalczył Puchar Narodów Afryki. Jako trener pracował dotąd jedynie w rumuńskim klubie Foresta Suczawa.

Przypomniał o sobie Klich
W meczu 41. kolejki Championship Leeds United pewnie pokonało na wyjeździe ekipę Blackburn Rovers 3:1, wykonując kolejny spory krok w stronę awansu do Premier League. Duża w tym zasługa reprezentanta Polski Mateusza Klicha, który zanotował asystę i zdobył bramkę. Klich zszedł z boiska w 87. minucie. Na placu gry zastąpił go Jamie Shackleton. Na pięć kolejek przed końcem sezonu Leeds jest liderem rozgrywek przed drużyną innego reprezentanta Polski Kamila Grosickiego West Bromwich Albion i ma sześć punktów przewagi nad trzecim w tabeli Brentfordem. Bezpośredni awans do Premier League uzyskują dwa pierwsze zespoły. .

Hokeiści zjadą do stolicy
19 lipca rozpocznie się w Warszawie tygodniowe zgrupowanie kadry hokeistów, powołanej przez jej nowego selekcjonera Roberta Kalabera. Słowak zaprosił do stolicy 34 zawodników, siedmiu kolejnych trafiło na listę rezerwowych. W trakcie zgrupowania kadrowicze przejdą m.in. badania wydolnościowe w Instytucie Sportu. Kalaber zastąpił w czerwcu Fina Tomasza Valtonena, którego dwuletni kontrakt z PZHL wygasł i nie został przedłużony. Słowak od sześciu lat jest szkoleniowcem ekstraligowego JKH GKS Jastrzębie i będzie łączył obie funkcje. Reprezentację czekają w przyszłym roku dwa ważne występy – na przełomie kwietnia i maja w katowickim Spodku biało-czerwoni zagrają w MŚ Dywizji 1B. Ich rywale to: Estonia, Litwa, Serbia, Japonia i Ukraina, a celem będzie awans na zaplecze elity. Pod koniec sierpnia w Bratysławie Polacy powalczą o prawo gry w igrzyskach olimpijskich z gospodarzami, Austrią i Białorusią. Awans uzyska tylko zwycięzca turnieju.

Miał wielkie szczęście
Występujący na wypożyczeniu w zespole Fluminense piłkarz brazylijskiego klubu Cruzeiro Belo Horizonte Henrique Pacheco Lima wyszedł bez szwanku z groźnie wyglądającego wypadku drogowego. 35-letni zawodnik stracił panowanie nad autem i wypadając z drogi spadł w 200-metrową przepaść. Jak relacjonuje brazylijski dziennik „Globo”, przybyli na pomoc ratownicy byli przekonani, że nie żyje, ale po badaniach wykonanych już w szpitalu okazało się, że Henrique nie odniósł żadnych poważnych obrażeń i wkrótce będzie mógł wrócić do treningów. Lekarze są tym zdumieni i mówią, że to był chyba jakiś cud.

Wygrana Świątek w Montreux
Iga Świątek wygrała pokazowy turniej tenisowy w szwajcarskim Montreux z udziałem ośmiu zawodniczek. 19-letnia Polka, aktualnie sklasyfikowana w rankingu WTA na 49. miejscu, w drodze do finału pokonała reprezentantki gospodarzy Conny Perrin (WTA 254), Jil Teichmann (WTA 63) oraz Leonie Kueng (WTA 155), a w półfinale swoją rówieśniczkę, również Szwajcarkę Simonę Waltert (WTA 284). W decydującym spotkaniu Świątek wygrałą z kolejną szwajcarską tenisistką Viktoriją Golubic (WTA 123) 6:2, 6:2. Za zwycięstwo w turnieju otrzyma premię w wysokości 25 tys. dolarów. Do rywalizacji w cyklu WTA Świątek ma wrócić 21 sierpnia w Nowym Jorku.

Trzysta lat więzienia

W Stanach Zjednoczonych znowu jest głośno o Larrym Nassarze, był lekarzu amerykańskie kadry gimnastyczek, który dwa lata temu za wykorzystywanie seksualne nieletnich zawodniczek został skazany na łączną karę 300 lat więzienia. Netflix nakręcił o tej sprawie film dokumentalny, ale to jeszcze nie kończy afery, bo 250 ofiar Nassara domaga się od federacji gimnastycznej gigantycznego odszkodowania.

Netflix wyprodukował film dokumentalny o przestępczej działalności lekarza kadry giomastyczek USA Larrego Nassara pt. „Sportowiec A” w reżyserii Bonniego Cohena i Jona Shenka. Przypomniano w nim, że aferę wykryli i rozpracowali dziennikarze gazety „Indianapolis Star” – Marisa Kwiatkowski, Mark Alesia, Tim Evans oraz Steve Bert. Oni jako pierwsi poinformowali o haniebnej działalności Nassara, ale duzy udział w tym mieli też John Manly i Angela Povilaitis, prawnicy reprezentujący wykorzystywane zawodniczki oraz detektyw Andrea Munford, który odkrył pornografię dziecięcą trzymaną w domu przez Nassara. Trzy główne bohaterki filmu to gimnastyczki Maggie Nichols, Jamie Dantzscher i Rachael Denhollander. Ostatni z wymienionych jest dzisiaj prawniczką. Oba była pierwszą z poszkodowanych, która publicznie oskarżyła Nassara. Dokument Netflixa ujawnia, że początkowo to nie lekarz kadry gimnastyczek był głównym celem dochodzenia przeprowadzonego przez amerykański dziennik. Tym celem było ujawnienie nieprawidłowości w amerykańskim związku gimnastycznym (USAG) w związku podejrzeniami o wykorzystywanie seksualne zawodniczek. Nikt w 2015 roku jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że główny lekarz amerykańskiej reprezentacji, zajmujący się zawodniczkami nieprzerwanie od 20 lat, może mieć na sumieniu takie obrzydliwe czyny.
Jak to się stało, że Nassar tak długo bezkarnie wykorzystywał nieletnie zawodniczki? Dokument Netflixa sugeruje, że to wina działaczy amerykańskiej federacji gimnastycznej, którzy dla medali i idących za nimi dotacji sponsorów przyzwalali na stosowanie w treningu brutalnych metod przeflancowanych na grunt europejski przez rumuńskich emigrantów, małżeństwo Marthę i Belę Karolyi. Małżeństwo miało w swoim kraju pod trenerską opieką między innymi słynną Nadię Comaneci, pięciokrotną mistrzynię olimpijską. Ich metoda polegała na odizolowaniu nieletnich zawodniczek od otoczenia i zmuszania ich przy pomocy terroru fizycznego i psychicznego do nadludzkiego wysiłku. Nassar w takim zamkniętym środowisku zastraszonych nastoletnich dziewczynek znalazł idealne miejsce do bezkarnego zaspokajania swoich pedofilskich skłonności.
Reżyserzy dokumentu zdradzili, że kluczową postacią w dochodzeniu „Indianapolis Star” była Jennifer Sey, mistrzyni USA z 1986 roku, która dwa lata później rzuciła gimnastykę. Gdy kilka lat temu zaczęły pojawiać się pierwsze oskarżenia pod adresem Nassara, Sey pomogła dziennikarzom dotrzeć do wielu jego ofiar. Tytułowy „Sportowiec A” to 22-letnia dziś Maggie Nichols. O przestępstwach Nassara miała poinformować USAG już w czerwcu 2015 roku, ale jej zeznanie nie zostało poważnie potraktowane. Denhollander, która obecnie jest adwokatem, miała 15 lat, gdy po raz pierwszy zetknęła się z Nassarem. Przez półtora roku była przez niego wielokrotnie wykorzystywana, a on wmawiał jej, że to taka „forma terapii”. Denhollander długo o tym milczała, aż do momentu w 2016 roku przeczytała artykuł w „Indianapolis Star”. Wtedy podzieliła się ze światem także swoją historią.
W sumie w procesie udowodniono Nassarowi wykorzystanie seksualne 250 młodych kobiet. We wszystkich procesach została za swoje przewiny skazany łącznie na 300 lat więzienia. To oznacza, że 57-letni obecnie lekarz nie opuści murów więzienia już do końca życia. Jego żona w 2017 roku rozwiodła się z nim uzyskując od sądu wyłączną opiekę nad trójką ich dzieci. Ofiary Nassara czekają teraz na odszkodowania. Początkowo amerykańska federacja gimnastyczna twierdziła, że jest niewypłacalna, ale niedawno zmieniła zdanie i zaproponowała wypłatę odszkodowań w wysokości 215 mln dolarów. Raz ruszonej lawiny nic już nie zatrzyma.

Boniek ocenił elektorat prezydenta

Prezes PZPN Zbigniew Boniek po raz kolejny wywołał burzę na Twitterze. Tym razem nie zaczepił jednak celebryty, dziennikarza czy któregoś z polityków „lżejszego kalibru”, tylko skomentował wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich. Ale tak źle dobrał słowa, że jego wpis odebrano jako obraźliwy dla wyborców Andrzeja Dudy.

Boniek w swoim wpisie na Twitterze napisał: „Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska”. Prezes PZPN często wypowiada się na tym portalu społecznościowym i przez lata aktywności dorobił się ponad miliona odbiorców jego postów. Jego wypowiedź nie mogła zatem przejść bez echa, a już na pewno zlekceważona przez obóz polityczny obecnego prezydenta. Na Bońka głównie z tej strony sceny politycznej posypały się krytyczne opinie, głos zabrał nawet Jan Tomaszewski, kiedyś zawzięty antagonista Bońka, a dzisiaj jego gorący wielbiciel. Legendarny bramkarz to jednak także były poseł PiS-u, więc jego ocena nie mogła być pozytywna. „Uważam, że mój przyjaciel z boiska po prostu trochę przeholował. Mieszanie się prezesa największego sportowego związku do polityki jest niefortunne” – stwierdził Tomaszewski.
Ta lawina krytyki, także ze strony wielu zwykłych użytkowników Twittera, chyba trochę Bońka zaskoczyła, ale zareagował błyskawicznie udzielając w zaprzyjaźnionych mediach obszernych wywiadów. Na przykład w rozmowie z Cezarym Kowalskim z Polsatu Sport prezes PZPN tłumaczył się tak: „Ja przecież napisałem jedynie to co przeczytałem w gazecie. Że 70 procent elektoratu jednego z kandydatów to ludzie ze środowisk wiejskich, z podstawowym wykształceniem i emerytów. Przecież to nic obraźliwego, jedynie stwierdzenie faktu. Jesteśmy jednak tak podzieleni, że jakakolwiek ocena wywołuje lawinę emocji”.
Na wynik wyborów opinia Bońka raczej nie wpłynie, więc i jemu też zapewne specjalnie nie zaszkodzi. Póki w reprezentacji grają tacy znani na świecie gracze, jak Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny czy Arkadiusz Milik, politycy będą zabiegać o miejsca w lożach dla VIP-ów na Stadionie Narodowym. Barwy polityczne nie mają tu żadnego znaczenia. Boniek doskonale o tym wie, bo odkąd ma coś do powiedzenia w PZPN, trochę darmowych wejściówek różnym wpływowym osobom rozdał.