Trzecia klęska Heynena

Reprezentacja Polski siatkarzy przegrała w półfinale mistrzostw Europy ze Słowenią 1:3. Nawet jeśli był to najlepszy mecz w turnieju, nie zmienia to jednak faktu, że pod wodzą Vitala Heynena biało-czerwoni ponieśli klęskę w trzeciej tegorocznej imprezie – po Lidze Narodów i turnieju olimpijskim. Tej oceny nie zmienia nawet brązowy medal wywalczony po zwycięstwie 3:0 nad Serbią. Trzeba Belga pożegnać ozięble i oddać kadrę w lepsze ręce.

Przegrana ze Słowenią to kolejna porażka reprezentacji Polski z rodzaju niewytłumaczalnych. I druga w tym roku, po ćwierćfinałowej klęsce z Francją w turnieju olimpijskim w Tokio. Biało-czerwoni mieli wszystkie atuty po swojej stronie – grali u siebie, przy żywiołowym dopingu wypełnionych niemal po brzegi trybun katowickiego Spodka, a Heynen miał do dyspozycji wszystkich graczy 14-osobowej kadry. I mimo to nie udało się pokonać słoweńskiej drużyny prowadzonej przez Alberto Giulianiego, która nie zakwalifikowała się na igrzyska w Tokio, a na mistrzostwach świata zagrała tylko raz i nie odegrała w nich większej roli. Słoweńcy rekompensowali sobie te niepowodzenia w mistrzostwach Europy, na dodatek w czterech ostatnich edycjach robili to zawsze kosztem polskiego zespołu. W 2015 roku biało-czerwoni przegrali z nimi w Sofii w ćwierćfinale, w 2017 roku w barażach o ćwierćfinał przed własną publicznością, w 2019 roku w wypełnionej po brzegi słoweńskimi kibicami Arenie Stozice w Lublanie w półfinale, a w tym roku także w półfinale nie dali im rady nawet w „Spodku”.
Można oczywiście powiedzieć, że nasi siatkarze popadli w jakiś „słoweńska klątwa”, coś na wzór „klątwy olimpijskich ćwierćfinałów”, bo na tym etapie odpadali we wszystkich startach na igrzyskach w XXI wieku. Zapewne jakiś wpływ na postawę naszych graczy to ma, skoro w Tokio lęk przed ćwierćfinałową porażka skutecznie splątał im nogi w meczu z Francją, zaś w sobotę podobny paraliż przeszkodził im w zwycięstwie nad Słoweńcami, chociaż po koncercie gry w pierwszym secie to zwycięstwo było dla wszystkich oczywistą oczywistością.
To chyba nie jest przypadek, że nasi siatkarze od zdobycia w 2018 roku mistrzostwa świata potem przegrali właściwie wszystkie najważniejsze mecze. Dlaczego tak się dzieje, skoro ponoć mamy najliczniejszą na świecie kadrę wyśmienitych zawodników, z których można bez żadnego trudu zestawić trzy mocne drużyny, zdolne walczyć o najwyższe laury. Dlaczego Heynenowi nie udało się stworzyć drużyny tak mocnej, żeby zdobyła i olimpijskie złoto, i mistrzostwo Europy, a także dla rozrywki i podtrzymania formy wygrała również Ligę Narodów? Dlaczego nasi siatkarze, tak doświadczeni i ograni na wielkich imprezach, jak Bartosz Kurek, Michał Kubiak czy Fabian Drzyzga nie wytrzymali mentalnie tegorocznych wyzwań i zawiedli pokładane w nich nadzieje. A gdy presji nie wytrzymali liderzy kadry, ich śladem poszła reszta i nagle wszyscy nasi siatkarze w trzecim secie meczu ze Słowenią zaczęli popełnić kardynalne błędy i zespół rozpadł się na kawałki.
Nie ma żadnego powodu do dyskusji, czy Vital Heynen powinien nadal prowadzić polska kadrę. Wyniki jego pracy są jednoznacznie dyskwalifikujące go w tej roli. Chłop niewątpliwie bardzo chciał dobrze, ale ewidentnie nie poradził sobie z prowadzeniem kadry, w której ma co najmniej 30 równorzędnych zawodników. Sztuką jest wybrać z nich graczy odpowiednich, a nie o najgłośniejszych nazwiskach. Sztuka też jest dobrze przygotować zespół do turnieju – fizycznie, taktycznie i mentalnie. Wygląda na to, że Heynen tego dobrze nie potrafi robić, ale ta jego nieumiejętność wychodziła w najważniejszych meczach, gdy po drugiej stronie siatki stawali rywale nie gorsi, za to lepiej zgrani i bardziej zdeterminowani. Bartosz Kurek w ostatnim secie meczu ze Słowenią nie zdobył punktu po żadnym ze swoich sześciu ataków, Wilfredo Leon nie zaserwował w najważniejszych momentach asa, nie postawił skutecznego bloku i stracił kilka punktów po złym odbiorze piłki, Michał Kubiak bez przerwy tracił punkty po nieprzemyślanych akcjach, a Fabian Drzyzga rozgrywał piłki wedle doskonale wszystkim znanych schematów, więc Słoweńcy w ciemno przesuwali się w miejsca, gdzie rozgrywający polskiej drużyny posyłał piłkę. Nie bardzo wiadomo dlaczego Heynen nie dokonał zmian, dlaczego nie posłał do walki Kamila Semeniuka, Tomasza Fornala i Aleksandra Śliwki. Teraz nie ma to już znaczenia, bo po meczu o brązowy medal jego kontrakt wygasł i wątpliwe by ktoś z PZPS chciał jeszcze z nim rozmawiać o czymś innym, niż tylko finansowe rozliczenia.

Nasi siatkarze sprężyli się w meczu o brązowy medal bardziej niż Serbowie, którzy w półfinałowej porażce z Włochami stracili szanse na obronę mistrzowskiego tytułu. Wygrana 3:0 została okrzyczana jako sukces, ale to tylko PR-owski bełkot. Polacy mieli wszystkie atuty w ręku, żeby ten turniej wygrać, lecz zajęli tylko trzecie miejsce. Brązowy medal jest ich porażką, nie sukcesem. A władze PZPS powinny przyjrzeć się bliżej włoskiemu eksperymentowi (odmłodzona radykalnie reprezentacja Włoch zdobyła mistrzostwo Europy pokonując w finale Słowenię 3:2) – u nas też jest pokolenie młodych, piekielnie utalentowanych i pozbawionych kompleksów i wolnych od przesądów siatkarzy. Trzeba tylko dać im trenera z wizją i pomysłem, a sukcesy, te prawdziwe, mierzone złotymi medalami, z pewnością przyjdą. Trzeba schować dwa tytuły mistrzów świata do gabloty i zacząć wszystko od początku. Nie twierdzimy, że nowy selekcjonera reprezentacji Polski powinien zrezygnować z Kurka, Kubiaka, Drzyzgi, Nowakowskiego czy Zatorskiego, na pewno jednak nie powinien zaczynać układania kadry akurat od tych właśnie zawodników.

Orlen walczy o Kubicę

Robert Kubica przez niektóre media był przymierzany do fotela podstawowego kierowcy ekipy Aston Martin na sezon 2022. Wobec ogłoszenia przedłużenia umowy z Sebastianem Vettelem opcja ta stała się nierealna.

O tym, że nasz rodak mógłby trafić do zespołu kanadyjskiego milionera Lawrence’a Strolla spekulowano jeszcze kilkanaście dni temu, gdy Vettel nie podjął jeszcze decyzji co do swojej przyszłości w Formule 1. Ponieważ jednak Niemiec postanowił kontynuować karierę, temat wyboru jego następcy w ekipie Aston Martin przestał być aktualny.
Kubica jest w sezonie 2021 kierowcą rezerwowym Alfa Romeo Racing Orlen. Ten zespół pozostaje już jego ostatnią nadzieją na otrzymanie angażu etatowego kierowcy na sezon 2022. O tym, że toczą się w tej sprawie rozmowy informowały światowe media, a w minioną w środę szef szwajcarskiego zespołu, Frederic Vasseur, gościł w Warszawie i spotkał się z prezesem zarządu PKN Orlen Danielem Obajtkiem.
Sam Kubica jest jednak dość sceptyczny w ocenie swoich szans na regularne starty w Formule 1. „Życie nauczyło mnie, że wszystko, zarówno to co dobre, jak i złe, może przyjść z dnia na dzień. Nigdy nie mówię nigdy, ale wiem, że są kierowcy, którzy na liście znajdują się prawdopodobnie wyżej. Pozostaje mi czekać na decyzje, które zostaną podjęte ponad moją głową” – przyznał polski kierowca.
Najpoważniejszymi konkurentami Kubicy są aktualny kierowca zespołu Alfa Romeo Racing Orlen Włoch Antonio Giovinazzi oraz Chińczyk Guanyu Zhou, za którym stoją potężni sponsorzy z Kraju Środka gotowi wyłożyć, według medialnych informacji, około 30 milionów euro na sponsoring szwajcarskiego zespołu, lecz pod warunkiem, że drugim kierowcą w ekipie będzie Guanyu Zhou.
Póki co Kubica realizuje swoje marzenia w wyścigowym cyklu European Le Mans Series. W miniony weekend odbyła się piąta runda zmagań, której areną był belgijski tor Spa-Francorchamps. Polski kierowca staruje w zespole WRT w klasie LMP2, a oprócz niego za kierownicą zasiadają jeszcze Szwajcar Louis Deletraz oraz Chińczyk Ifei Ye.

W PZLA bez zmian

Henryk Olszewski pozostanie prezesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki na kolejna kadencję (2021-2024). Za dotychczasowym szefem naszej lekkoatletycznej federacji opowiedziało się 88 z 94 delegatów na zjazd wyborczy.

Pięć lat temu, 19 listopada 2016 roku w trakcie poprzednie wyborczego zjazdu, Olszewski zapewniał, że chce stanąć na czele PZLA tylko na cztery lata. „Prezesem chcę być tylko jedną kadencję. To domena ludzi młodych, a ja tylko dlatego startowałem, że nikt taki się nie zgłosił” – przekonywał po ogłoszeniu wyników. Pokonał wówczas w wyborczych szrankach Jerzego Skuchę. Ale w ostatnich pięciu latach PZLA ma się czym pochwalić, dlatego Olszewski postanowił ponownie kandydować na stanowisko szefa związku.
Urodzony w Warszawie 69-letni Olszewski z lekkoatletyką związany jest od 1965 roku. Był trenerem dwukrotnego mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą Tomasza Majewskiego, który w 2016 roku zakończył karierę, a w ostatnim pięcioleciu był wiceprezesem PZLA. Znakomity przed laty kulomiot był zresztą szykowany na następcę Olszewskiego, lecz nie zdecydował się na kandydowanie. Postanowił nadal pozostać w cieniu swojego byłego trenera.
Lekkoatletyka stała się przez te pięć lat dyscypliną, w której Polska zdobywa najwięcej medali imprez mistrzowskich, m.in. 19 z mistrzostw świata za kadencji Olszewskiego. Ale najcenniejsze były te zdobyte w Tokio – nasi lekkoatleci aż dziewięciokrotnie stawali na olimpijskim podium, co jest rekordem naszej „królowej sportu” na igrzyskach. Do osiągnięć PZLA trzeba też zaliczyć imprezy organizowane pod jego egidą – jak drużynowe mistrzostwa Europy czy memoriały Janusza Kusocińskiego i Kamili Skolimowskiej. W sumie w Polsce zorganizowano od 2016 roku sześć imprez rangi mistrzostw świata i Europy. Olszewski zadbał także o sponsorów oraz transmisje telewizyjne. Podpisane umowy są wieloletnie i gwarantują stabilność finansową związku.
Do zarządu związku wybrano m.in. Sebastiana Chmarę, Tomasza Majewskiego, Tadeusza Osika i Zbigniewa Polakowskiego.

Polacy w finale Speedway of Nations

Reprezentacja Polski w jeździe na żużlu pewnie awansowała do finału Speedway of Nations w Manchesterze (16-17 października). Biało-czerwoni jeżdżący w składzie: Bartosz Zamrzlik, Dominik Kubera i Jakub Miśkowiak okazali się najlepsi w półfinale rozegranym na torze w Daugavpils. Na drugim miejscu uplasowała się ekipa Szwecji, a na trzecim, ostatnim dającym awans do finału, drużyna Danii.

Polacy awans do finału przypieczętowali w 19 wyścigu, wygrywając 6:3 z Finlandią. O drugim miejscu, bezpośrednio premiowanym wejściem do finału decydował wyścig 21, w którym walkę stoczyli Szwedzi i Duńczycy. Skandynawowie rywalizowali między sobą, ale bardziej była to walka z torem w Daugavpils. Błąd gonił błąd, a ten decydujący popełnił Leon Madsen, który dał się wyprzedzić Pontusowi Aspgrenowi. W wyścigu barażowym Duńczyzy zmierzyli się z Amerykanami i bez problemów wygrali 7:2, czym zapewnili sobie start w październikowym finale Speedway of Nations w Manchesterze.
W bezpośrednim starciu Polacy pokonali Duńczyków 5:4, ale to Mikkel Michelsen pierwszy minął linię mety, chociaż aktualny indywidualny mistrz świata Bartosz Zmarzlik wręcz dwoił się i troił, żeby wyprzedzić duńskiego żużlowca po nieudanym starcie. Nie dał jednak rady.
Najlepszym zawodnikiem pierwszego półfinału Speedway of Nations w Daugavpils był Fredrik Lindgren. Szwed jeździł wybornie i bez trudu pokonał również polskich zawodników. Biało-czerwoni pokonali zespół „Trzech Koron” tylko dzięki koszmarnym błędom drugiego ze szwedzkich żużlowców Pontusa Aspgrena. Ale nasza żużlowa drużyna na Łotwie zrobiła swoje i awansowała do finału w składzie, który wzbudził sporo dyskusji. Decyzje kadrowe trenera Rafała Dobruckiego się jednak obroniły. Dominik Kubera zdobył 13 punktów i 2 bonusy. Swoje w obowiązkowym wyścigu zrobił również Jakub Miśkowiak. Bartosz Zmarzlik co prawda kompletu punktów nie zdobył, ale na mokrym i źle przygotowanym torze w Daugavpils walka na torze był praktycznie niemożliwa. W drugim półfinale, rozegranym w sobotni wieczór także w Daugavpils, zgodnie z oczekiwaniami wygrała reprezentacja Australii, która wyprzedziła ekipy Łotwy i Francji. Awans francuskiej drużyny do finałowych zmagań w Manchesterze jest bez wątpienia największa sensacją weekendu w speedway’u.

Lech ujarzmił Wisłę

W hicie 8. kolejki ekstraklasy Lech Poznań rozgromił Wisłę Kraków 5:0. Nigdy wcześniej zespół „Kolejorza” tak wysoko nie pokonał ekipy „Białej Gwiazdy” w ligowej potyczce. Poznańska drużyna utrzymał status niepokonanej w tym sezonie PKO Ekstraklasy i oczywiście pozycję lidera. Spotkanie obejrzało ponad 26 tysięcy widzów.

Bezdyskusyjnie najlepszym zawodnikiem na boisku był Portugalczyk Joao Amaral, który strzelił pierwszego gola w meczu, a ponadto zanotował dwie asysty i jedno kluczowe podanie. W ekipie trenera Macieja Skorży świetnie zagrali wszyscy piłkarze, ale na wyróżnienie zasłużył też Szwed Mikael Ishak, który zdobył dwie bramki – drugą na 5:0 po efektownie wykonanym rzucie karnym w stylu zapoczątkowanym w 1976 roku przez czeskiego gracza Antonina Panenkę. Na trybunach stadionu przy Bułgarskiej zjawiło się ponad 26 tysięcy widzów, co było najlepszym dowodem, iż trwający od początku sezonu bojkot naprawdę został przez fanów „Kolejorza” odwołany. Jednym z powodów protestu były zastrzeżenia sympatyków poznańskiej drużyny do władz klubu o brak solidnych wzmocnień. Tezie tej w meczu z Wisłą zaprzeczyli dwaj pozyskani w ostatnim czasie zawodnicy. W swoim drugim występie w polskiej lidze swoje pierwsze trafienie zaliczył pozyskany 27 sierpnia tego roku z Viktorii Pilzno Iworyjczyk Adriel Ba Loua. Także pierwszego gola na polskich stadionach strzelił debiutujący w barwach Lecha portugalski obrońca Pedro Rebocho, pozyskany z francuskiego Guingamp. Nowi gracze chyba lepiej przedstawić się poznańskim kibicom nie mogli. W historii potyczek Lecha z Wisłą Kraków tak wysokiego zwycięstwa poznański zespół jeszcze nie odniósł. Do tej pory jego najwyższa wygrana z wiślakami to było 4:0. Lechici ponieśli jednak w przeszłości kilka klęsk, z których największa była doznana w 1976 roku
porażka 0:8.
Co ciekawe, pięciobramkowe zwycięstwo wcale nie ucieszyło trenera lechitów Macieja Skorżę, chociaż powinno po dwóch wcześniejszych remisach, z Pogonią Szczecin (1:1) i Rakowem Częstochowa (2:2). „Oczywiście jestem zadowolony z postawy zespołu, lecz nie do przesady, bo to dopiero ósma ligowa kolejka, a takie wysokie zwycięstwo stwarza też niebezpieczeństwo popadnięcia w samozadowolenie i nadmierną pewność siebie. Nie chcę, żeby moi piłkarze nabrali przekonania, że Lech jest już maszynką do wygrywania” – podkreślił szkoleniowiec „Kolejorza”, który w sezonach 2007/2008 i 2008/2009 jako trener zdobył z Wisła Kraków tytuły mistrza Polski. Z Lechem mistrzostwo zdobył jak dotąd tylko raz, w sezonie 2014/2015, ale w obecnych rozgrywkach wprowadził „Kolejorza” na dobrą drogę do powtórzenia tego wyczynu.
Wysoka porażka Wisły Kraków jest sporą niespodzianką, bowiem w tym sezonie krakowski zespół, który w poprzednich rozgrywkach musiał walczyć o utrzymanie w ekstraklasie, pod wodzą słowackiego trenera Adriana Guli spisywał się dotąd dobrze i przed starciem z „Kolejorzem” w Poznaniu zajmował w tabeli wysoką czwartą pozycję. Szkoleniowiec „Białej Gwiazdy” przyznał, że jego zdaniem na wysoką porażkę w takim samym stopniu złożyła się znakomita postawa poznańskiego zespołu, jak słaba gra jego podopiecznych. „Mieliśmy zły dzień. Wierzę, że szybko wrócimy do tego, co demonstrowaliśmy w poprzednich kolejkach. Wysoka porażka boli, lecz daje nam też dużo informacji, które po analizie pozwolą nam na podjęcie działań korzystnych dla zespołu” – stwierdził 45-letni słowacki szkoleniowiec.
Ekipa „Kolejorza” powoli powiększa przewagę nad konkurentami. Drugi w tabeli Śląsk Wrocław podobnie jak lechici także jest jeszcze niepokonany w tym ligowym sezonie, ale ponieważ częściej remisuje niż wygrywa, ma już cztery punkty straty do drużyny trenera Skorży. Zajmująca trzecią lokatę Pogoń w 8. kolejce na swoim boisku tylko zremisowała 1:1 z przeciętną Cracovią, a był to trzeci z rzędu mecz „Portowców” z takim wynikiem (wcześniej 1:1 uzyskali z Radomiakiem i Lechem), przez co mają już do poznańskiej drużyny pięć punktów straty. Reszta drużyn, w tym zwłaszcza mające dwa zaległe mecze do rozegrania Legia i Raków, za chwilę mogą utracić kontakt wzrokowy z lechitami i już go nie odzyskać do końca rozgrywek.

Polak zatrzymał Manchester City

Manchester City nie potrafił sforsować linii obronnych zespołu FC Southampton w meczu 5. kolejki Premier League. Najtrudniejszą przeszkodą dla napastników ekipy „The Citizens” okazał się reprezentant Polski Jan Bednarek, który w tym spotkaniu wrócił do podstawowego składu „Świętych”. Mecz zakończył się remisem 0:0.

Fani Manchesteru City po kanonadzie jaką zespół Pepa Guardioli urządził sobie w pierwszej kolejce Ligi Mistrzów w meczu z RB Lipsk (6:3) liczyli też na wysoką wygraną w spotkaniu z Southampton. „Święci” kiepsko wystartowali w rozgrywkach Premier League i do meczu z „The Citizens” nie mieli na koncie ani jednego zwycięstwa. W czterech kolejkach zanotowali jedną porażkę i trzy remisy. Na zwycięstwo na stadionie aktualnego mistrza Anglii trener Ralph Hasenhuettl więc nie liczył, ale nie chciał ponieść klęski jakiej doświadczył kilka dni wcześniej na Etihad Stadium zespół RB Lipsk. I wystawił do gry Jana Bednarka, w poprzednim sezonie jednego z filarów zespołu Southampton, którego od początku obecnych rozgrywek trzymał na ławce rezerwowych.
Była to nader trafna decyzja, bo reprezentant Polski rozegrał znakomite spotkanie i wyłączył z gry gwiazdorów City – Jacka Grealisha i Raheema Sterlinga, czym doprowadził do frustracji zwłaszcza Sterlinga, który próbował wyprowadzić polskiego gracza z równowagi prowokacyjnymi zachowaniami. Ale Bednarek, pomny doświadczeń z meczu Polska – Anglia i bezzasadnych oskarżeń pod adresem polskich piłkarzy o rasizm, zachowywał spokój i konsekwentnie robił swoje. Zaliczył przynajmniej sześć kluczowych interwencji, które zapobiegły utracie gola. Przez całe spotkanie był praktycznie bezbłędny i dołożył się do sukcesu zespołu Southamptonu, bo za taki trzeba uznać remis z mistrzem Anglii na jego stadionie.

Lewandowski nie przestaje strzelać

Robert Lewandowski nie zwalnia tempa. Kapitan reprezentacji Polski w piątej kolejce Bundesligi strzelił siódmego gola, dokładając jedno trafienie do wysokiej wygranej Bayernu Monachium z beniaminkiem VfL Bochum 7:0. Ale było to już 13. ligowe trafienie „Lewego” z rzędu, co jest nowym rekordem niemieckiej ekstraklasy.

Lewandowski przed meczem z VfL Bochum miał dwa cele do zrealizowania. Pierwszy, to zdobyć bramkę w starciu z ekipą beniaminka Bundesligi, albowiem tej drużynie nie miał jeszcze okazji strzelić gola, bo wcześniej nie występowała w niemieckiej ekstraklasie. Dokonał tego po godzinie gry, dokładnie w 61. minucie, dobijając piłkę w podbramkowym zamieszaniu. Tym samym nasz piłkarz dołączył VfL Bochum do listy swoich ofiar i od soboty jest jedynym graczem, który strzelał gole wszystkim zespołom grających obecnie w Bundeslidze. Drugim celem było wyjście na samodzielne prowadzenie w liczbie meczów z rzędu ze strzelonym golem w meczach u siebie. „Lewy” do soboty miał na koncie dwanaście taki występów i dzielił pierwszą lokatę wśród wszystkich graczy Bayernu na spółkę z legendami bawarskiego klubu – Gerdem Muellerem i Juppem Heynckesem. Teraz polski snajper jest pierwszy w tym zestawieniu, bo na Allianz Arenie w Monachium strzelał gole w 13. meczach ligowych z rzędu. Ostatni raz nie trafił do bramki 5 grudnia 2020 roku, gdy Bayern Monachium zremisował z RB Lipsk 3:3. Te strzeleckie rekordziki, w sumie niezbyt istotne, nie mają istotnego znaczenia. Ważne jest to, że Lewandowski nie traci strzeleckiej formy i w każdym kolejnym meczu dokłada co najmniej jedno trafienie. Jak wyliczyli futbolowi statystycy, w ostatnich 19 meczach Bayernu Polak zdobył 30 bramek.
W spotkaniu z VfL Bochum „Lewy” nie był jednak postacią pierwszoplanową. Po wybitnym występie we wtorkowej potyczce z Barceloną w 1. kolejce Ligi Mistrzów (3:0), w której zdobył dwie bramki, tym razem nie był to wielki mecz w jego wykonaniu. Ale jego koledzy z Bayernu tylko przez pierwszy kwadrans gry pozwolili rywalom żywić nadzieję, że mogą coś zwojować na Allianz Arenie. Pierwszego gola dla bawarskiej ekipy w 17. minucie strzelił w trochę kontrowersyjnych okolicznościach z rzutu wolnego Leroy Sane, 10 minut później trafił Joshua Kimmich, a do przerwy było już 4:0 dla Bayernu po trafieniach Serge’a Gnabry’ego i samobójczym Wasiliosa Lampropoulosa. Lewandowski w pierwszej połowie miał tylko jedną strzelecką sytuację, ale jego strzał był zbyt słaby i bramkarz Bochum bez problemu obronił. Po zmianie stron na swoje siódme w tych rozgrywkach Bundesligi trafienie czekał kwadrans. W 61. minucie w polu karnym wypatrzył go Gnabry, a po jego podaniu „Lewy” dołożył tylko nogę i z kilku metrów wpakował piłkę do bramki rywali. Cztery minuty później na 6:0 podwyższył Kimmich i piłkarze Bochum zaczęli spoglądać na zegar, bo w oczy zajrzało im widmo dwucyfrowej porażki.
W 68. minucie trener Julian Nagelsmann zdjął Lewandowskiego z boiska, a w jego miejsce wprowadził Erica Choupo-Motinga. Zmiennik „Lewego” nie chciał być gorszy i jedenaście minut po wejściu także wpisał się na listę strzelców. I na tym zespół Bayernu zakończył kanonadę. W 5 meczach obecnego sezonu bawarska jedenastka zdobyła aż 20 bramek, tracąc tylko cztery. Jeśli „Lewy” i spółka utrzymają taką strzelecką dyspozycję do końca rozgrywek, mogą poprawić swój rekord 100 zdobytych bramek z sezonu 2019-2020.
Gerd Mueller skończył swoje występy w Bundeslidze mając na koncie 365 bramek. To był rekord, którego nikt nigdy miał nie pobić, nawet tak genialny napastnik, jakim stał się Robert Lewandowski. Ale Polak trafia z tak nieprawdopodobną wręcz regularnością, że dzisiaj traci do Gerda Muellera już tylko 81 bramek. Ma 33 lata, ale uważa, że na takim poziomie jak teraz może grać jeszcze co najmniej przez cztery sezony. Teoretycznie może więc odebrać legendzie niemieckiego futbolu także i ten rekord, ale Bayern musiałby przedłużyć z nim kontrakt co najmniej do 2025 roku. Na razie „Lewy” ma umowę do końca czerwca 2023 roku.

48 godzin sport

Wygrana Fajdka w Nairobi
Brązowy medalista igrzysk w Tokio Paweł Fajdek wygrał konkurs rzutu młotem podczas mityngu z cyklu World Athletics Continental Tour Gold w Nairobi. Drugie miejsce zajął zdobywca złotego krążka w stolicy Japonii Wojciech Nowicki. Dla obu polskich młociarzy był to ostatni występ w tym sezonie 2021. Fajdek rzucił młotem na odległość 79,19 m, a Wojciech Nowicki osiągnął 77,99 m. Trzecie miejsce na podium zajął Ukrainiec Mychajło Kochan, który jako jedyny w tym roku zdołał pokonać obu polskich medalistów olimpijskich (5 lipca w Szekesfehervar).

Tragiczna śmierć kolarza
Znakomity przed laty duński kolarz Chris Anker Soerensen zginął podczas rowerowej przejażdżki potrącony na szosie przez samochód. Miał 37 lat. Największym sukcesem w jego kolarskiej karierze był wygrany etap Giro d’Italia w 2010 roku z metą na słynnym Terminillo. W sumie zaliczył 12 wyścigów trzytygodniowych, a ukończył 11 z nich. Reprezentował barwy m.in. CSC, Saxo Bank i Fortuneo – Vital Concept. Podczas rozpoczynających się w najbliższą niedzielę mistrzostw świata miał pełnić rolę eksperta w duńskiej telewizji „TV2”.

Falstart Łomży Vive w LM EHF
Piłkarze ręczni Łomży Vive Kielce przegrali w pierwszym meczu nowej edycji Ligi Mistrzów EHF z debiutującym na tym poziomie rozgrywek Dinamem Bukareszt. Mistrzowie Polski przegrali 29:32 i już na starcie mocno skomplikowali sobie sytuację w grupie B. W środę 22 września kielczanie podejmą u siebie w Hali Legionów Telekom Veszprem (początek spotkania godz. 18:45), a w kolejnych meczach zagrają z Paris Saint-Germain HB, FC Barcelona Lassa i Flensburgiem. Jeśli nie poradzili sobie z rumuńskim zespołem, o punkty w starciach z europejskimi potentatami będzie bardzo trudno.

Messi zarabia jak Neymar
Leo Messi zarobi w Paris Saint-Germain 110 milionów euro netto, jeśli wypełni trzyletni kontrakt. Taka informację puścił w świat dziennik „L’Equipe”. W tym sezonie 34-letni argentyński gwiazdor otrzyma z tytułu kontraktu 30 mln euro, a dwóch kolejnych sezonach będzie zarabiał po 40 mln euro, bo do jego wynagrodzenia dojdzie jeszcze 10 mln euro tzw. premii lojalnościowej. Zostanie ona przyznana, jeśli Argentyńczyk zostanie w PSG do końca umowy. Zarobki Messiego są niemal identyczne jak wynagrodzenie Brazylijczyka Neymara, który niedawno przedłużył swoją umowę z PSG do 2025 roku.

Pierwsze rozstawienie Igi
Iga Świątek od poniedziałku rywalizować będzie w turnieju WTA w Ostrawie. 20-letnia polska tenisistka, obecnie sklasyfikowana w światowym rankingu na 8. miejscu, została rozstawiona w imprezie z numerem pierwszym. Taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy w jej karierze. Świątek z pierwszej rundzie turnieju w Ostrawie dostała wolny los, a w drugiej zmierzy się ze zwyciężczynią pojedynku Shuai Zhang (WTA 49) – Julija Putincewa (WTA 44).

Rekord Polski na 100 m kraulem
Polska pływaczka Katarzyna Wasick ustanowiła swój kolejny rekordem Polski. W zawodach International Swimming League na krótkim basenie w Neapolu przepłynęła 100 m stylem dowolnym w czasie czasem 51,44 s. Do trenującej na co dzień w USA zawodniczki należą najlepsze w historii polskiego pływania rezultaty na 50 i 100 m stylem dowolnym zarówno na krótkim, jak i na długim basenie. Wasick jest wicemistrzynią Europy z ubiegłego roku na 50 m na długim basenie.

Buksa i Klimala szaleją w MLS
Patryk Klimala zdobył bramkę dla zespołu New York Red Bulls w wygranym 4:0 meczu amerykańskiej MLS z Interem Miami. Było to jego szóste ligowe trafienie w tym sezonie. Klimala grał do 71. minuty. Ekipa New York Red Bulls zajmuje 11. miejsce w tabeli konferencji wschodniej z dorobkiem 26 punktów w 23 meczach. Liderem jest zespół New England Revolution, którego graczem jest reprezentant Polski Adam Buksa. W meczu z Columbus Crew (1:1). 25-letni napastnik strzelił już 11. ligowego gola w obecnym sezonie. W klasyfikacji najskuteczniejszych graczy MLS daje to Buksie siódmą lokatę.

Mały awans w rankingu FIFA
Reprezentacja Polski w najnowszym rankingu FIFA zanotowała awans – z 27. miejsca biało-czerwoni zostali teraz sklasyfikowani na 24. miejscu. W zestawieniu wciąż przewodzi Belgia, na drugim miejscu znajduje się Brazylia, a na trzecim grupowy rywal biało-czerwonych w eliminacjach mistrzostw świata – Anglia.

Świerczok strzela w Japonii
Napastnik reprezentacji Polski Jakub Świerczok strzelił gola dla drużyny Nagoya Grampus w wygranym 2:1 meczu z Yokohama F. Marinos. To jego drugie ligowe trafienie w obecnym sezonie ligowym w Japonii, który gra systemem wiosna-jesień. Świerczok przeszedł do ekipy z Nagoi tego lata z Piasta Gliwice. Wcześniej, 14 września, Polak popisał się hat-trickiem w meczu 1/8 finału azjatyckiej Ligi Mistrzów z koreańskim Daegu FC, wygranym przez japoński zespół 4:2. W japońskiej ekstraklasie Nagoya Grampus plasuje się na trzeciej pozycji.

Frankowski bohaterem Lens
Przemysław Frankowski strzelił gola dla RC Lens w wygranym 1:0 meczu z OSC Lille w 6. kolejce Ligue 1. Dla skrzydłowego reprezentacji Polski było to pierwsze trafienie w barwach francuskiego klubu, do którego w tym sezonie przeszedł z występującego w amerykańskiej MLS zespołu Chicago Fire. Mecz na stadionie RC Lens został przerwany z powodu zamieszek kibiców.

PZPN już bez Majewskiego
Polski Związek Piłki Nożnej poinformował, że od 16 września tego roku Stefan Majewski przestał pełnić obowiązki dyrektora sportowego PZPN. Umowa została rozwiązana za porozumieniem stron. Majewski był dyrektorem sportowym w polskiej federacji piłkarskiej od 12 grudnia 2012 roku.

Z Rosją poszło łatwo, ale na drodze znów Słowenia

Zwycięstwo naszych siatkarzy w starciu z Rosjanami, aktualnymi wicemistrzami olimpijskimi, było sensacją tylko z powodu łatwości z jaką biało-czerwoni pokonali ekipę „Sbornej”– 3:0 w setach do 14, 24 i 19. Teraz reprezentację Polski czeka w 1/2 finału potyczka z drużyną Słowenii, z którą na tym etapie przegrali w mistrzostwach Europy w 2019 roku.

Po przeprowadzce z Krakowa do Gdańska forma polskiej drużyny jeszcze poszła w górę. Już w krakowskiej Tauron Arenie biało-czerwoni dwa ostatnie spotkania grupowe, z Belgią i Ukrainą, wygrali po 3:0, ale w żadnym nie zagrali tak perfekcyjnie niemal w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła, jak uczynili to w obu meczach rozegranych w gdańskiej Ergo Arenie. Już w pierwszym występie w tej hali, w spotkaniu 1/8 finału z Finlandią podopieczni trenera Vitala Heynene pokazali pełną moc i nawet przez moment nie dali rywalom nadziei na wygranie choćby honorowego seta. Ich przewaga była tak duża, że belgijski selekcjoner już w połowie poszczególnych partii wpuszczał na boisko zmienników Bartosza Kurka, Wilfredo Leona czy Fabiana Drzyzgi. Blok, zagrywka, atak, przyjęcie – wszystko w ich grze funkcjonowało perfekcyjnie, a do tego dochodziła jeszcze zadowolenie, jakie czerpali z dopingu wypełnionych do ostatniego miejsca trybun. Dopingu, od którego przecież nie tylko siatkarze w czasie pandemii zdążyli się już odzwyczaić. „Na igrzyskach w Tokio trybuny świeciły pustkami, słyszeliśmy każdy pisk buta, każde słowo na boisku. Przychodzenie na salę, gdzie są tylko zawodnicy i dziennikarze, było smutne. Jesteśmy przyzwyczajeni do pełnych trybun w Polsce, czy to na meczach klubowych, czy reprezentacji. W czasie spotkania z Finlandią atmosfera była fantastyczna, tak samo było w meczu z Rosją. To nas niosło do walki o każdą piłkę” – przyznał rozgrywający naszej drużyny
Fabian Drzyzga.
Przed rozpoczęciem tegorocznego turnieju o mistrzostwo Europy przewidywano, że biało-czerwoni trafia na zespół Rosji dopiero w półfinale, bo był on murowanym faworytem do zwycięstwa w grupie C. Niespodziewanie jednak „Sborna” zajęła dopiero drugą lokatę, za Holandią. Co prawda rosyjska drużyna w fazie grupowej doznała tylko jednej porażki, ulegając Turcji, to jednak formą nie zachwycała. Także w meczu 1/8 finału z dużo niżej notowaną ekipą Ukrainy podopieczni fińskiego trenera Tuomasa Sammelvuo nie zachwycili swoją grą, chociaż wygrali bez większych problemów 3:1. Daleko im było jednak do dyspozycji prezentowanej w olimpijskim turnieju, w którym zmiatali kolejnych rywali z parkietu i dopiero w finale zostali zatrzymani przez grającą ponad swoje możliwości reprezentacje Francji.
W europejskim czempionacie trener Sammelvuo nie mógł jednak powołać do kadry wszystkich najlepszych rosyjskich siatkarzy. Jeszcze przed igrzyskami z gry w kadrze zrezygnował środkowy Dmitrij Muserski, a na ME 2021 z powodu problemów zdrowotnych nie mogli zagrać atakujący Maksim Michajłow i jego zmiennik na tej pozycji Wiktor Poletajew, a już w czasie turnieju urazu nabawił się kolejny atakujący – Kiriłł Klec. Fiński szkoleniowiec musiał załatać lukę przesuwając na tę pozycję przyjmującego Jegora Kliukę oraz wezwał w ramach tzw. transferu medycznego dodatkowego atakującego Maksima Żygałowa.
Potyczki z reprezentacją Rosji są dla sympatyków siatkówki w Polsce tym samym, co dla fanów piłki nożnej mecze z Niemcami czy Anglią. Triumfy nad tym zespołem pamięta się najbardziej i najbardziej docenia, co pewnie jest pokłosiem legendarnego już dzisiaj meczu ekipy Huberta Wagnera o złoto na igrzyskach 1976 roku w Montrealu. Z sześciu ostatnich spotkań z Rosj Polacy wygrali trzy, w tym 3:1 w tegorocznej Lidze Narodów i teraz 3:0 w europejskim czempionacie, które z pewnością zostanie na długo zapamiętane ze względu na niespotykaną we wcześniejszych potyczkach miażdżącą wręcz przewagę biało-czerwonych. Była ona widoczna zwłaszcza w pierwszym secie, wygranym przez Polaków 25:14. Bez wątpienia to był najlepszy mecz naszej siatkarskiej reprezentacji nie tylko w tym turnieju, ale w całym tegorocznym sezonie, a może nawet w ostatnich kilku latach. „Prym w polskim zespole wiedli Wilfredo Leon i Bartosz Kurek, którzy zdobyli po 14 punktów, ale też wspaniale walczyli w obronie i przyjęciu. Brawa należą się jednak całej drużynie, także zmiennikom. Rosjanie tylko w drugim secie stawili naszej drużynie mocniejszy opór i przegrali dopiero na przewagi 24:26, lecz nawet w tej partii nie potrafili przejąć inicjatywy i wypracować punktowej przewagi. Natomiast pierwsza i trzecia odsłona tego spotkania była koncertem gry w wykonaniu biało-czerwonych, co przyznały w pomeczowych recenzjach nawet rosyjskie media. „Cieszy mnie zwycięstwo, ale jeszcze bardziej cieszy to, że ta grupa po niepowodzeniu na igrzyskach wróciła do gry i prezentuje taki wysoki poziom. Ja mogę jedynie wejść do szatni i bić brawo. Jestem z nich dumny. Podnieść się z tak trudnej chwili i miesiąc później grać tak fantastycznie to naprawdę sztuka” – powiedział zadowolony z wygranej trener Vital Heynen.
W półfinale reprezentacja Polski będzie miała okazję do rewanżu na Słoweńcach za porażkę sprzed dwóch lat, poniesioną także w półfinale mistrzostw Europy 2019. Co ciekawe, zestaw półfinalistów w obu tych europejskich czempionatach różni się tylko jednym zespołem – dwa lata temu w 1/2 finału zagrały Polska ze Słowenią oraz Francja z Serbią, a w tym roku Polska ponownie zmierzy się ze Słowenią, zaś w drugiej parze Serbia zagra z Włochami. Po raz kolejny potwierdza się opinia, że łatwiej jest zdobyć olimpijskie złoto, niż wygrać mistrzostwo najsilniejszego pod względem siatkarskim na świecie Starego Kontynentu. Najlepszym dowodem jest choćby to, że w 1/8 finału odpadli złoci medaliści igrzysk 2020/21 roku w Tokio, a w ćwierćfinale srebrni medaliści Rosjanie.
Perspektywa półfinałowego starcia z zespołem Słowenii wzbudza jednak pewien niepokój w polskim obozie. To w ostatnich latach przeciwnik piekielnie dla biało-czerwonych niewygodny, a jeszcze na dodatek w ćwierćfinałowym spotkaniu z Czechami, którzy chwilę wcześniej w imponującym stylu wyrzucili za burtę turnieju Francuzów, Słoweńcy pokazali siatkówkę naprawdę na mistrzowskim poziomie, chociaż nie mieli większej przewagi w żadnych statystykach. Wielką formą błysnęli atakujący Toncek Stern i Tine Urnaut, legitymujący się 85 procentem skuteczność w ataku. Ale wszyscy gracze wicemistrzów Europy z 2015 i 2019 roku grali jak w transie, notując jako zespół 76-procentową skuteczność w ataku i 62-procentową w przyjęciu. Nic dziwnego, że ograli Czechów 3:0 (25:21, 25:19, 27:25) i pewnie awansowali do półfinału.
W drugiej parze Włosi, którzy łatwo pokonali Niemców 3:0, zmierzą się z Serbią, która z kolei wygrała z Holandią 3:0. Spotkania półfinałowe odbędą się w sobotę w katowickim Spodku. Polska rozpocznie mecz ze Słowenia o 17:30.

Łzy Simone Biles przed senacką komisją

Znakomita amerykańska gimnastyczka Simone Biles w minioną środę zeznawała przed Komisją Senatu USA w sprawie molestowania seksualnego zawodniczek amerykańskiej kadry gimnastycznej i zaniechań FBI. W trakcie przeszła załamanie nerwowe.

Środowe przesłuchanie miało miejsce po opublikowaniu raportu Departamentu Sprawiedliwości USA z lipca, który ostro skrytykował FBI za podjęte działania w sprawie Nassara, które rozpoczęło się jeszcze w 2015 roku. 58-letni obecnie były lekarz kadry gimnastyczek został w 2018 roku oskarżony i skazany za napaści seksualne na ponad 250 zawodniczek, w większości nieletnich, popełnione w ciągu dwóch dekad, gdy pracował w Amerykańskiej Federacji Gimnastycznej, na Uniwersytecie Stanowym Michigan i w klubie gimnastycznym w Lansing. W tej chwili Larry Nassar odbywa karę dożywotniego pozbawienia wolności, ale w Stanach Zjednoczonych toczy się wciąż dochodzenie mające na celu wyjaśnienie przyczyn, z powodu których Nasser mógł przez tyle lat bezkarnie popełniać przestępstwa.
I w tej włnie sprawie Simone Biles, czterokrotna złota medalistka olimpijska igrzysk w Rio de Janeiro, wraz z koleankami z amerykańskiej kadry gimnastycznej, stanęła w miniona środę przed senacką komisją specjalną. Sportsmenka przyznała, że była przez lata molestowana przez Nassara, ale podkreśliła, że odpowiedzialność za takie bezprawne działania ponoszą także działacze związków sportowych odpowiedzialne za sport w USA.
„Organizacje utworzone przez Kongres, aby nadzorować i chronić mnie jako sportowca, USA Gymnastics oraz Komitet Olimpijski i Paraolimpijski Stanów Zjednoczonych, nie wykonały swojej pracy. Nie chcę, aby kolejna młoda gimnastyczka, sportowiec olimpijski ani jakakolwiek inna osoba doświadczyła horroru, który przeżyłam ja i setki innych osób” – powiedziała Biles. Wybitna gimnastyczka wskazała też na bierność służb, ale znacznie więcej w tej kwestii ujawniła przed senacka komisja inna z przesłuchiwanych zawodniczek, McKayli Maroney. FBI nie tylko nie przeprowadziło śledztwa, ale kiedy agenci federalni w końcu przedstawili raport 17 miesięcy później, złożyli fałszywe oświadczenia na temat tego, co powiedziałam – zaznaczyła 25-letnia była gimnastyczka, która padła ofiarą molestowania seksualnego w wieku 13 lat. „Fałszując zeznania agenci FBI popełnili przestępstwo” – podkreśliła Maroney i potępiła brak sankcji ze strony Departamentu Sprawiedliwości, który odmówił ścigania tych funkcjonariuszy. Trzecia z przesłuchiwanych gimnastyczek, Aly Raisman, ujawniła z kolei, że była wykorzystywana seksualnie od 2010 roku, a zawiadomiła o tym władze amerykańskiej federacji gimnastycznej w 2015 roku. „Mimo moich licznych próśb FBI skontaktowało się ze mną w tej sprawie dopiero 14 miesięcy później” – przyznała Raisman. Komisja senacka ma przesłuchać również dyrektora FBI Christophera Wraya i głównego inspektora Departamentu Sprawiedliwości Michaela Horowitza.