Plejada gwiazd wystartuje w Copernicus Cup

Organizatorzy mityngu Orlen Copernicus Cup 2020, zaliczana do cyklu World Athletics Indoor Tour, zapowiedzieli obecność wielu gwiazd lekkoatletyki. Impreza odbędzie się 8 lutego w Arenie Toruń.

Mityng ORLEN Copernicus Cup w ubiegłym roku został uznany przez IAFF za najlepszy mityng lekkoatletyczny w Europie. Impreza z roku na rok zyskuje na prestiżu, nic zatem dziwnego, że w tegorocznej już szóstej edycji tej imprezy obsada będzie bardzo mocna. Na starcie pojawi się wiele gwiazd „królowej sportu”, w tym rzecz jasna cała czołówka polskiej lekkiej atletyki. Do Torunia przyjadą m. in. serbska skoczkini w dal Ivana Spanovic, szwedzki tyczkarz Armand Duplantis, czy brytyjski płotkarz Andrew Pozzi. Organizatorzy zaplanowali bieg na 800 metrów na koniec mityngu, bo jego obsada jest niebywale mocna. Dość powiedzieć, że nasz mistrz Adam Kszczot uwzględniając ubiegłoroczne rezultaty zgłoszonych do udziału w tej konkurencji, ma dopiero szósty rezultat w stawce.
„Uwielbiam startować w Toruniu i to nie tylko dlatego, że dwa razy udało mi się tu wygrać. Każdego roku obsada jest mocniejsza, więc zwyciężać jest coraz trudniej, ale na trybunach są tłumy fanów, a ich doping naprawdę potrafi uskrzydlać” – zapewnia Iga Baumgart-Witan. W Copernicus Cup jej rywalką będą m. in. jej koleżanki ze sztafety 4×400 m, z mistrzynią Europy Justyną Święty-Ersetic na czele oraz rekordzistką toruńskiego mityngu Szwajcarka Lea Sprunger.
Największym hitem mityngu ma być jednak konkurs skoku o tyczce mężczyzn, w którym udział zapowiedzieli najlepsi specjaliści w tej konkurencji – oprócz Polaków Piotra Liska i Pawła Wojciechowskiego, także wicemistrz świata Szwed Armand Duplantis, Rosjanin Timur Morgunow, Kanadyjczyk Shawnacy Barber i Grek Konstantinos Filippidis. Interesująco zapowiada się też pojedynek w pchnięciu kulą między dwójka naszych najlepszych zawodników Michałem Haratykiem i Konradem Bukowieckim. W toruńskim mityngu lekkoatleci rywalizować będą w 11 konkurencjach – ośmiu biegowych i trzech technicznych. ORLEN Copernicus Cup 2020 będzie czwartym w tegorocznym World Athletics Indoor Tour. Cykl siedmiu zawodów rozpocznie się 25 stycznia w Bostonie, a zakończy 21 lutego w Madrycie.
Organizatorom zależy na perfekcyjnym przebiegu imprezy, bowiem Toruń będzie w 2021 roku gospodarzem Halowych Mistrzostw Europy w lekkiej atletyce. Na tegoroczny Copernicus Cup przyjedzie więc delegacja europejskiej federacji, która oceni mityng także pod kątem przygotowań to przyszłorocznych HME.

Plejada gwiazd wystartuje w Copernicus Cup

Organizatorzy mityngu Orlen Copernicus Cup 2020, zaliczana do cyklu World Athletics Indoor Tour, zapowiedzieli obecność wielu gwiazd lekkoatletyki. Impreza odbędzie się 8 lutego w Arenie Toruń.

Mityng ORLEN Copernicus Cup w ubiegłym roku został uznany przez IAFF za najlepszy mityng lekkoatletyczny w Europie. Impreza z roku na rok zyskuje na prestiżu, nic zatem dziwnego, że w tegorocznej już szóstej edycji tej imprezy obsada będzie bardzo mocna. Na starcie pojawi się wiele gwiazd „królowej sportu”, w tym rzecz jasna cała czołówka polskiej lekkiej atletyki. Do Torunia przyjadą m. in. serbska skoczkini w dal Ivana Spanovic, szwedzki tyczkarz Armand Duplantis, czy brytyjski płotkarz Andrew Pozzi. Organizatorzy zaplanowali bieg na 800 metrów na koniec mityngu, bo jego obsada jest niebywale mocna. Dość powiedzieć, że nasz mistrz Adam Kszczot uwzględniając ubiegłoroczne rezultaty zgłoszonych do udziału w tej konkurencji, ma dopiero szósty rezultat w stawce.
„Uwielbiam startować w Toruniu i to nie tylko dlatego, że dwa razy udało mi się tu wygrać. Każdego roku obsada jest mocniejsza, więc zwyciężać jest coraz trudniej, ale na trybunach są tłumy fanów, a ich doping naprawdę potrafi uskrzydlać” – zapewnia Iga Baumgart-Witan. W Copernicus Cup jej rywalką będą m. in. jej koleżanki ze sztafety 4×400 m, z mistrzynią Europy Justyną Święty-Ersetic na czele oraz rekordzistką toruńskiego mityngu Szwajcarka Lea Sprunger.
Największym hitem mityngu ma być jednak konkurs skoku o tyczce mężczyzn, w którym udział zapowiedzieli najlepsi specjaliści w tej konkurencji – oprócz Polaków Piotra Liska i Pawła Wojciechowskiego, także wicemistrz świata Szwed Armand Duplantis, Rosjanin Timur Morgunow, Kanadyjczyk Shawnacy Barber i Grek Konstantinos Filippidis. Interesująco zapowiada się też pojedynek w pchnięciu kulą między dwójka naszych najlepszych zawodników Michałem Haratykiem i Konradem Bukowieckim. W toruńskim mityngu lekkoatleci rywalizować będą w 11 konkurencjach – ośmiu biegowych i trzech technicznych. ORLEN Copernicus Cup 2020 będzie czwartym w tegorocznym World Athletics Indoor Tour. Cykl siedmiu zawodów rozpocznie się 25 stycznia w Bostonie, a zakończy 21 lutego w Madrycie.
Organizatorom zależy na perfekcyjnym przebiegu imprezy, bowiem Toruń będzie w 2021 roku gospodarzem Halowych Mistrzostw Europy w lekkiej atletyce. Na tegoroczny Copernicus Cup przyjedzie więc delegacja europejskiej federacji, która oceni mityng także pod kątem przygotowań to przyszłorocznych HME.

Kibice docenili Lewego

Robert Lewandowski znalazł się w najlepszego drużynie roku 2019 według UEFA. Głosy w tym plebiscycie oddawali wyłącznie kibice. „Lewy” znalazł się w tym zestawieniu po raz pierwszy.

W organizowanym przez UEFA plebiscycie kibice od końca listopada mogli uczestniczy w internetowym głosowaniu na dryzynę roku 2019, ale mogli wybierać jedynie graczy spośród nominowanej grupy 50 piłkarzy. Napastnik Bayernu Monachium i reprezentacji Polski nie jest jedynym debiutantem w gronie laureatów. Debiut w „drużynie roku UEFA” zanotowali też Brazylijczyk Alisson Becker, Anglik Trent Alexander-Arnold, Holendrzy Frenkie de Jong i Matthijs de Ligt, Szkot Andy Robertson oraz Senegalczyk Sadio Mane. Po raz drugi docenieni w ten sposób zostali natomiast Holender Virgil van Dijk i Belg Kevin De Bruyne.
W liczbie wyborów do „drużyny roku UEFA” poza konkurencją są dwaj najwieksi gracze ostatnich lat, czyli Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk został wybrany do „jedenastki roku” po raz 11. , natomiast Portugalczyk trafił do niej już po raz 14. Tym razem jednak obecność Cristiano Ronaldo wzbudziała kontrowersje. Angielski portal „Sportsmail” podał, że portugalski gwiazdor w zestawieniu napastników był dopiero czwarty, za Messim, Mane i Lewandowskim, ale UEFA mimo to umieściła go w „drużynie roku” kosztem defensywnego francuskiego pomocnika N’Golo Kante, a jedenastkę zestawiła w unikalne dzisiaj ustawienie 1-4-2-4.
Drużyna roku 2019 UEFA według fanów: Alisson Becker (Brazylia, FC Liverpool) – Trent Alexander-Arnold (Anglia, FC Liverpool), Matthijs de Ligt (Holandia, Ajax/Juventus), Virgil van Dijk (Holandia, FC Liverpool), Andy Robertson (Szkocja, FC Liverpool) – Leo Messi (Argentyna, FC Barcelona), Frenkie de Jong (Holandia, Ajax/FC Barcelona), Kevin de Bruyne (Belgia, Manchester City), Sadio Mane (Senegal, FC Liverpool) – Cristiano Ronaldo (Portugalia, Juventus), Robert Lewandowski (Polska, Bayern Monachium).

48 godzin sport

Góralski w Kazachstanie
Pomocnik piłkarskiej reprezentacji Polski Jacek Góralski (na zdjęciu) odchodzi z bułgarskiego Łudogorca Razgrad do grającego w ekstraklasie Kazachstanu Kairatu Ałmaty, z którym ma podpisać dwuipółroczny kontrakt. Zatrudnieniem Góralskiego, zainteresowane były też m. in. tureckie kluby Istanbul Basaksehir, Sivasspor i Denizlispor oraz mistrz amerykańskiej MLS Seattle Sounders, ale Polak wybrał ofertę Kairatu, ponoć dlatego, że była najatrakcyjniejsza finansowo. Góralski w Łudogorcu Razgrad występował połowy 2017 roku. Rozegrał w bułgarskim zespole 93 mecze, a w poprzednim sezonie sięgając z nim po mistrzostwo kraju. W reprezentacji Polski zadebiutował w towarzyskim meczu ze Słowenią w listopadzie 2016 roku i do tej pory wystąpił w niej w 13 spotkaniach, zdobywając w nich jedną bramkę.

Kownacki będzie się bił w ringu z fińskim weteranem
Dwukrotny mistrz Europy wagi ciężkiej, 36-letni Fin Robert Helenius (29-3, 18 KO), ma być kolejnym rywalem Adama Kownackiego (20-0, 15 KO). Walka ma się odbyć 7 marca na Brooklynie. Ta informacja mocno zbulwersowała przymierzanego wcześniej do potyczki z Polakiem Amerykanina Dominica Breazeale’a (20-2, 18 KO). „Kownacki wolał spotkać się ze skończonym facetem, jakim jest Helenius. A przecież zamiast tego mógł dać kibicom trudną i ciekawą walkę ze mną. On jednak woli budować swój rekord bezpiecznymi zwycięstwami i walkami. Ale pewnego dnia będzie musiał podjąć wyzwanie i ryzyko” – napisał amerykański bokser, olimpijczyk z igrzysk 2012 roku w Londynie. Breazeale w ostatnim występie, w maju ubiegłego roku, został znokautowany już w pierwszej rundzie przez rodaka Deontaya Wildera.

Legia posłała węgierskiego skrzydłowego do Grecji
Węgierski piłkarz Legii Warszawa Dominik Nagy przez resztę trwającego sezonu bronić będzie barw Panathinaikosu Ateny – poinformował stołeczny klub. Do Grecji przeniesie się na zasadzie wypożyczenia. 24-letni pomocnik jest zawodnikiem Legii od trzech lat. Według danych na oficjalnej stronie internetowej klubu, w jej barwach rozegrał 84 spotkania, zdobył 13 bramek i miał 10 asyst. Zadebiutował 12 marca 2017 roku w ligowym spotkaniu z Wisłą Kraków. W 2018 był wypożyczony do Ferencvarosu Budapeszt. Nagy jest też 10-krotnym reprezentantem Węgier. W drużynie narodowej strzelił jednego gola. Po 18 kolejkach greckiej ekstraklasy Panathinaikos zajmuje siódme miejsce z dorobkiem 25 punktów. Liderem jest Olympiakos Pireus – 44 pkt.

O Puchar Polski siatkarze zagrają w Spodku
Turniej finałowy Pucharu Polski siatkarzy zostanie rozegrany w dniach 14-15 marca w katowickim Spodku – poinformował prezes Polskiej Ligi Siatkówki S.A. Paweł Zagumny. O główne trofeum zagrają Grupa Azoty ZAKSA, Verva Warszawa, Trefl Gdańsk i PGE Skra Bełchatów.

Bielik zerwał więzadła krzyżowe i w Euro 2020 nie zagra
Szczegółowe badania potwierdziły, że reprezentant Polski Krystian Bielik zerwał więzadło krzyżowe w kolanie. 22-letni defensor doznał urazu w miniony poniedziałek w meczu młodzieżowego zespołu Derby County. Zagrał w tym spotkaniu tylko dlatego, że z powodu kary za czerwoną kartkę znalazł się poza składem występującej w Championship pierwszej drużynie. W 18. minucie został zniesiony na noszach i od razu pojawiły się podejrzenia, że mogło dojść do zerwania więzadła w kolanie. Tę diagnozę potwierdził we wtorkowy wieczór lekarz reprezentacji Polski Jacek Jaroszewski na łamach portalu „Łączy nas piłka”. Piłkarza czeka operacja zerwanego więzadła krzyżowego przedniego, a potem co najmniej półroczna przerwa. To oznacza, że Bielika zabraknie w kadrze na turniej Euro 2020. Dla reprezentacji Polski będzie to spore osłabienie.

Zwycięska seria Hurkacza

Hubert Hurkacz awansował do półfinału turnieju w Auckland. Rozstawiony w imprezie z numerem szóstym Polak pokonał Hiszpana Feliciana Lopeza 6:4, 6:7(11), 6:4. O finał Hurkacz zagra w piątek rano polskiego czasu z wyżej notowanym od niego Francuzem Benoitem Paire.

Nasz najlepszy obecnie tenisista pozostaje niepokonany w tym roku. Zajmujący 34. miejsce w światowym rankingu Hurkacz wygrał szósty z rzędu singlowy mecz w tym sezonie. W poprzednim tygodniu w ATP Cup pokonał trzech wyżej od siebie notowanych rywali, w tym czwartego na światowej liście Austriaka Dominika Thiema, a w tym tygodniu kontynuuje zwycięską serię w turnieju WTA w Auckland (z pulą nagród 610 tys. dolarów). Występ zaczął o zwycięstwa nad Włochem Lorenzo Sonego 7:5, 6:3, w drugiej rundzie w niespełna sto minut uporał się z nadzieją szwedzkiego tenisa Mikaelem Ymerem 6:2, 7:6(2), zaś w miniony czwartek po raz drugi w karierze zmierzył się z 61. w światowym rankingu 38-letnim Feliciano Lopezem, który w 1/8 finału wyeliminował rozstawionego z numerem 1 Włocha Fabo Fogniniego. Wcześniej nasz tenisista grał przeciwko Hiszpanowi w drugiej rundzie ubiegłorocznego turnieju w Winston-Salem, ale wtedy jego rywal skreczował, natomiast wrocławianin wygrał imprezę i jest to jego jedyny jak na razie turniejowy triumf w karierze. Co ciekawe, w finale w Winston-Salem Hurkacz pokonał Benoita Paire, aktualnie 24. na światowej liście, z którym w piątek powalczy w Auckland w 1/2 finału. Drugą parę półfinałową tworzą rozstawiony Amerykanin John Isner i Francuz Ugo Humbert.
Turniej w Nowej Zelandii jest ostatnim sprawdzianem formy przed rozpoczynającym się w poniedziałek w Melbourne wielkoszlemowym Australian Open. Hurkacz będzie jedynym Polakiem rywalizującym w turnieju singlowym, bowiem Kamil Majchrzak w ostatniej chwili wycofał się z udziału z powodu kontuzji. Dla 24-letniego tenisisty z Piotrkowa Trybunalskiego to strata, bo w Melbourne po raz pierwszy w karierze miał zagrać w turnieju Wielkiego Szlema bez eliminacji.
Wracając zaś do Hurkacza, to warto odnotować, że po raz pierwszy w karierze został rozstawiony w imprezie Wielkiego Szlema, otrzymując numer 31. Polak znalazł się zatem w elicie męskiego tenisa. Oto lista rozstawionych: Rozstawieni tenisiści: 1. Rafael Nadal (Hiszpania), 2. Novak Djoković (Seria), 3. Roger Federer (Szwajcaria), 4. Daniił Miedwiediew (Rosja), 5. Dominic Thiem (Austria), 6. Stefanos Tsitsipas (Grecja), 7. Alexander Zverev (Niemcy), 8. Matteo Berrettini (Włochy), 9. Roberto Bautista Agut (Hiszpania), 10. Gael Monfils (Francja), 11. David Goffin (Belgia), 12. Fabio Fognini (Włochy), 13. Denis Shapovalov (Kanada), 14. Diego Schwartzman (Argentyna), 15. Stan Wawrinka (Szwajcaria), 16. Karen Chaczanow (Rosja), 17. Andriej Rublow (Rosja), 18. Grigor Dymitrow (Bułgaria), 19. John Isner (USA), 20. Felix Auger-Aliassime (Kanada), 21. Benoit Paire (Francja), 22. Guido Pella (Argentyna), 23. Nick Kyrgios (Australia), 24. Duszan Lajović (Serbia), 25. Borna Ćorić (Chorwacja), 26. Nikołoz Basilaszwili (Gruzja), 27. Pablo Carreno Busta (Hiszpania), 28. Jo-Wilfried Tsonga (Francja), 29. Taylor Fritz (USA), 30. Dan Evans (W. Brytania), 31. Hubert Hurkacz (Polska), 32. Milos Raonic (Kanada).
W losowaniu przeciwników wrocławianin miał szczęście, bo jego pierwszym przeciwnikiem w tegorocznym Australian Open będzie jeden z uczestników wyłoniony w trzystopniowych kwalifikacjach.
W grze pojedynczej kobiet wystąpią dwie reprezentantki Polski. Magda Linette (WTA 43) w pierwszej rundzie zmierzy się z holenderską tenisistką Arantxą Rus (WTA 89), natomiast Iga Świątek (WTA 56) trafiła na Węgierkę Timeę Babos (WTA 86). W kwalifikacjach do głównej drabinki turniejowej wzięły udział cztery nasze tenisistki – Magdalena Fręch, Katarzyna Kawa, Maja Chwalińska i Urszula Radwańska. Niestety, wszystkie odpadły już po pierwszych meczach.
Tegoroczny Australian Open będzie rozgrywany w trudnych warunkach, bo z powodu szalejących w Australii pożarów powietrze w Melbourne jest mocno zanieczyszczone i tenisiści uskarżają się na problemy z oddychaniem. Dyrektor turnieju Craig Tiley zapewnia jednak, że impreza nie zostanie odwołana. Gdyby do tego doszło, zdarzyłoby się to po raz pierwszy od zakończenia II Wojny Światowej. Kompleks tenisowy Melbourne Park ma tylko trzy korty pod dachem.

Polacy odpadli wraz z Francją i Danią

Nasi piłkarze ręczni w przyzwoitym stylu pożegnali się z mistrzostwami Europy. W ostatnim meczu grupowym przegrali ze Szwecją 26:28, ale po wyrównanej walce. Mimo trzech porażek w turnieju, zostawili po sobie całkiem dobre wrażenie.

Polacy i Szwedzi jeszcze przed rozpoczęciem meczu znali wynik spotkania Słowenia – Szwajcaria (29:25), który oznaczał, że szwedzki zespół mógł być już pewny awansu do kolejnej fazy nawet w przypadku porażki, byle nie wyższej niż dziesięcioma golami. Zabijać się o wynik nie było zatem powodu, ale biało-czerwoni chcieli na pożegnanie z turniejem przynajmniej wygrać z wyżej notowanymi gospodarzami. I do przerwy grali ze Szwedami naprawdę jak równy z równym. Po zmianie stron w polskim zespole szalał młody rozgrywający Górnika Zabrze Szymon Sićko, który atomowymi rzutami z drugiej linii wbijał gola za golem. W całym spotkaniu zdobył 8 bramek na 14 rzutów. Jeszcze w 40. minucie był remis 20:20, ale potem coś w polskiej maszynie się zacięło i Szwedzi uzyskali pięć trafień przewagi. Ostatecznie wygrali jednak tylko różnicą dwóch bramek, ale mogli nawet przegrać, bo Polacy zmarnowali trzy karne i kilka stuprocentowych okazji z gry.
Ekipa trenera Rombla zakończyła więc mistrzostwa Europy na fazie grupowej z trzema porażkami na koncie. Odpadając z dalszej rywalizacji biało-czerwoni znaleźli się jednak w niezłym towarzystwie, między innymi z reprezentacjami Francji i Danii, najbardziej utytułowanymi drużynami w ostatnich latach.
Od kilku lat polska piłka ręczna systematycznie staczała się na europejskie i światowe peryferia tego sportu. Brak awansu do ME 2018 i MŚ 2019, słabiutkie wyniki reprezentacji juniorskich – to najbardziej widoczne przejawy kryzysu.
Ale występu biało-czerwonych w tegorocznych mistrzostwach Europy nie musimy się wstydzić, może za wyjątkiem potyczki ze Szwajcarią. Tę koszmarną wpadkę nasi szczypiorniści zrekompensowali nam jednak przegranymi minimalnie spotkaniami ze Słowenią i zwłaszcza ze Szwecją.
Chociaż mankamentów w grze biało-czerwonych wciąż nie brakuje, vide nieumiejętność wykorzystywania rzutów karnych czy gry w przewadze, to jednak trzeba przyznać, że gracze wybrani przez trenera Rombla dobrze rokują na przyszłość. 18-letni Michał Olejniczak ma zadatki na szczypiornistę światowego formatu, podobnie jak 22-letni Szymon Sićko, którego talent rozkwitł w Górniku Zabrze pod okiem trenera Marcina Lijewskiego. Trio rozgrywających uzupełnia Maciej Majdziński, który po wyleczeniu kontuzji stał się mocnym punktem w kadrze. W mistrzostwach Europy z dobrej strony pokazał się też silny jak tur Dawid Dawydzik. Jeśli do tej trójki dodamy wciąż młodych i świetnych bramkarzy, zwłaszcza Adama Morawskiego, a także Piotra Jarosiewicza, Arkadiusza Morytę, Kamila Syprzaka, Macieja Pilitowskiego oraz nieobecnych w Szwecji z powodu kontuzji Michała Daszka, Tomasza Gębalę i Pawła Paczkowskiego, to na tych zawodnikach da się zbudować zespół zdolny wrócić do czołówki.

Gdynia nie płaci Arce

Władze miejskie Gdyni wstrzymały dofinansowanie dla występującego w piłkarskiej ekstraklasie zespołu Arki, którego większościowym udziałowcem jest 23-letni student Dominik Midak.

Prezydent miasta Wojciech Szczurek w oświadczeniu podkreślił, że „w historii Arki były różne chwile, wspaniałe i te trudniejsze, ale gdyński samorząd nieustannie ją wspierał. Teraz jednak miasto wstrzymuje się z finansowaniem klubu”. Dla walczącej o utrzymanie w ekstraklasie Arki to kłopot, bo z miejskiej kasy w 2019 roku magistrat przekazał na działalność klubu w ramach umowy promocyjnej 6,2 mln złotych. „Szczególnie alarmujące są informacje dotyczące stanu klubowych finansów. Złożone publicznie obietnice nie są dotrzymywane. Dopóki sytuacja nie zostanie unormowana, dopóty miasto nie będzie wspierać finansowo klubu. Oczekuję podjęcia natychmiastowych działań zmierzających do zbilansowania budżetu spółki. Historia udowadnia, że nierozsądne i krótkowzroczne działania dotyczące klubów z tradycjami, do których bez wątpienia zalicza się Arka, prowadzić mogą do katastrofalnych konsekwencji” – wyjaśnił swoją decyzję w oficjalnym komunikacie prezydent Gdyni.
Od lipca 2017 roku większościowym akcjonariuszem klubu jest Dominik Midak. W chwili gdy przejmował kontrolę nad Arką Gdynia SSA, miał niespełna 20 lat i dopiero zaczynał studia. Pieniądze na 60,75 procent akcji sportowej spółki wyłożył jego ojciec, Włodzimierz Midak, biznesmen w branży nieruchomości i recyclingu. Nowi inwestorzy snuli wielkie wizje, ale niewiele z obietnic udało im się spełnić. W tym sezonie Arka popadła w problemy finansowe, a po 20 kolejkach zajmuje w ekstraklasie dopiero 13. lokatę z dorobkiem 21 punktów. Tyle samo ma plasująca się na pierwszym spadkowym miejscu Korona Kielce.

Piłkarskie kluby zbijają fortuny

Najnowszy raport firmy doradczej Deloitte podaje, że w poprzednim sezonie 20 najlepiej zarabiających europejskich klubów miało 9,3 mld euro przychodów. Na pierwszym miejscu znalazła się FC Barcelona (840,8 mln euro), na drugim Real Madryt (757,3 mln euro), a na trzecim Manchester United (711,5 mln euro).

Przychody dwudziestki największych futbolowych potęg wyniosły łącznie 9,3 mld euro, co jest kwotą o 11 procent wyższą od wykazanej w raporcie za sezon 2017/2018. W zestawieniu znalazły się następujące kluby: FC Barcelona (840,8 mln euro), Real Madryt (757,3), Manchester United (711,5), Bayern Monachium (660,1), Paris Saint-Germain (635,9), Manchester City (610,6), FC Liverpool (604,7), Tottenham Hotspur (521,1), Chelsea Londyn (513,1), Juventus Turyn (459,7), Arsenal Londyn (445,6), Borussia Dortmund (377,1), Atletico Madryt (367,6), Inter Mediolan (364,6), Schalke 04 Gelsenkirchen (324,8), AS Roma (231,1), Olympique Lyon (220,8), West Ham United (216,4), Everton Liverpool (213,2) i SSC Napoli (207,4 mln euro).
Wreszcie pierwsi przy kasie
FC Barcelona na pierwszym miejscu tego zestawienia znalazła się po raz pierwszy w historii, ale „Duma Katalonii” wskoczyła na pozycje lidera z rozmachem, przełamując jako pierwsza barierę 800 mln euro przychodów. Drugi na liście Real Madryt ma wynik gorszy o 83,5 mln euro, co jest największą różnicą odkąd Deloitte publikuje raporty pod szyldem „Football Money League”. Według analityków tej firmy wzrost przychodów katalońskiego klubu jest w głównej mierze zasługą przejęciu od partnerów zewnętrznych działań handlowych i licencyjnych. Dało to klubowi dodatkową kontrolę nad promocją i sprzedażą jego produktów oraz możliwością raportowania tych przychodów w ujęciu brutto, a nie netto.
FC Barcelona najszybciej dostosowała się do zmieniających się warunków rynkowych i i podjęła działania zmniejszające zależność jej budżetu od przychodów ze sprzedaży praw telewizyjnych. Działalność komercyjna klubu przyniosła 383,5 mln euro przychodów, czyli więcej niż wynosi cały dochód dwunastej w zestawieniu Borussii Dortmund.
Jeśli sprawdzą się przewidywania na obecny sezon, w którym szefowie „Dumy Katalonii” zakładają wzrost przychodów komercyjnych o 30 mln euro, a całkowitych przychodów w wysokości prawie 880 mln euro, także w kolejnym raporcie ich klub utrzyma pozycję lidera. FC Barcelona jest na dobrej drodze, aby jako pierwszy klub przebić barierę przychodów jednego miliarda euro.
Zepchnięty na drugą lokatę Real Madryt w sezonie 2018/2019 zanotował 757,3 mln euro przychodów, podczas gdy rok wcześniej była to kwota 750,9 mln. Największa część wpływów Real Madryt (47 procent) pochodziła z komercyjnej działalności klubu, nieco mniej (34 procent) stanowiły przychody z transmisji telewizyjnych. Władze „Królewskich” zapewniają jednak, że w tym sezonie przychody powinny przekroczyć 800 mln euro.
United najzamożniejsi w Anglii
Dopiero na trzecim miejscu rankingu znalazł się wygrywający w przeszłości tę klasyfikację Manchester United z przychodami w wysokości 711,5 mln euro, ale z powodu niezakwalifikowania się do obecnej edycji Ligi Mistrzów, „Czerwone Diabły” przewidują swoje przychody za ten sezon na poziomie 560–580 mln euro i raczej nie utrzymają miejsca na podium. Mało tego, wszystko wskazuje, że w wewnętrznej angielskiej rywalizacji Manchester United też straci dotychczasowy prymat.
A warto zauważyć, że kluby Premier League tradycyjnie mają największą reprezentację w raporcie firmy Deloitte. W najnowszym zestawieniu znalazło się ich aż osiem. Najgroźniejsi krajowi konkurenci Manchesteru United to lokalny rywal Manchester City oraz triumfator poprzedniej edycji Ligi Mistrzów FC Liverpool – te kluby osiągnęły przychody w wysokości odpowiednio 610,6 i 604,7 mln euro.
Według prognoz aspiracje właścicieli FC Liverpool do zajęcia miejsca w czołówce najbogatszych klubów na świecie są jak najbardziej realne do zaspokojenia.
„Koguty” najlepsze w Londynie
Wypada odnotować ósme miejsce finalisty Ligi Mistrzów z sezonu 2018/2019, czyli Tottenhamu Hotspur. W zestawieniu „Football Money League” ekipa „Kogutów” wyprzedziła trzy inne londyńskie kluby – Arsenal, Chelsea i West Ham United. Przychody Tottenhamu wzrosły o 21 procent do wysokości 521,1 mln euro, co w dużej mierze można przypisać zwiększonym przychodom po sezonie, w którym klub awansował do finału Ligi Mistrzów,a także przeniósł się na nowy i większy stadion. Arsenal spadł z 9. na 11. miejsce, co jest efektem dwóch sezonów nieobecności „Kanonierów” w Lidze Mistrzów. Wśród 20 klubów znajdujących się w zestawieniu firmy Deloitte nie ma żadnego przedstawiciela spoza „wielkiej piątki”, czyli pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig europejskich – angielskiej, hiszpańskiej, niemieckiej, włoskiej i francuskiej.
Układ sił wygląda zaś tak: Anglia (8 klubów), Włochy (4 kluby), Niemcy (3 kluby), Hiszpania (3 kluby), Francja (2 kluby). Pierwsze kluby z lig spoza „wielkiej piątki” lokują się dopiero w trzeciej dziesiątce zestawienia – Ajax Amsterdam na 23. pozycji (199,4 mln euro), Benfica Lizbona na 24. miejscu (197,6 mln euro), Zenit Saint Petersburg na 28. (180,4 mln euro), a FC Porto na 29. (176,2 mln euro).
W żadnym z trzech najbogatszych klubów według raportu „Football Money League” nie gra obecnie żaden polski piłkarz. Dopiero w czwartym na liście, Bayernie Monachium, nasz futbol ma swojego reprezentanta – Roberta Lewandowskiego. W kadrze piątego w zestawieniu Paris Saint-Germain trzecim bramkarzem jest 20-letni Marcin Bułka, a w dziesiątym w zestawieniu Juventusie Turyn numerem 1 wśród golkiperów jest reprezentant Polski Wojciech Szczęsny.
Oprócz wymienionych mamy jeszcze Łukasza Piszczka w Borussii Dortmund, Łukasza Fabiańskiego w West Hamie oraz Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego w SSC Napoli. Liczba polskich piłkarzy w klubach finansowej elity nie powala, ale dobre i tyle. bardziej jednak powinniśmy żałować, że nasze kluby tak znacznie odbiegają przychodami od europejskiej czołówki. Dla porównania – najbogatsza w polskiej ekstraklasie Legia Warszawa deklaruje roczne przychody na poziomie 25-30 mln euro.

Francuzi też za burtą

Nasi piłkarze ręczni przegrali dwa pierwsze mecze w mistrzostwach Europy, ale przed trzecim meczem, ze Szwecją, wciąż mieli jeszcze szanse na awans. Wyżej notowani Francuzi po dwóch porażkach odpadli z turnieju.

W niedzielnej serii spotkań pierwszej fazy mistrzostw Europy piłkarzy ręcznych Szwecja niespodziewanie przegrała ze Słowenią 19:21, dzięki czemu szanse na wyjście z grupy F, choć tylko iluzoryczne, zachowała reprezentacja Polski, mimo porażki ze Słowenią 23:26 i Szwajcarią 24:31. Biało-czerwoni aby awansować musieliby we wtorkowym meczu ze Szwecją (zakończył się po zamknięciu wydania) wygrać co najmniej różnicą 11 bramek, a ponadto Słoweńcy musieliby jeszcze pokonać Szwajcarów. Mało kto zakładał taki scenariusz, ale Szwedzi, aktualni wicemistrzowie Europy i współgospodarze tegorocznego czempionatu (na spółkę z Norwegią i Austrią), przed meczem z Polakami mocno się do niego mobilizowali.
Nic jednak nie zapowiadało, żeby nasi szczypiorniści byli w stanie sprawić taką gigantyczną sensację, bo za taką należałoby uznać odpadnięcie Szwedów z dalszej rywalizacji. Byłaby to druga tego kalibru sensacja, po wpadce Francuzów, którzy po raz pierwszy od 42 lat odpadli z mistrzostw Europy już po fazie grupowej. Trójkolorowi rywalizowali w grupie D, którą gościło norweskie Trondheim. Ich przeciwnikami były ekipy Norwegii, Portugalii oraz Bośni i Hercegowiny. Francuzi na początek przegrali sensacyjnie z Portugalią 25:28, a potem ulegli Norwegom 26:28.
A ponieważ rewelacyjni Portugalczycy w swoim drugim spotkaniu wygrali z Bośnią i Hercegowiną 27:24, już po dwóch kolejkach rywalizacja w grupie D została rozstrzygnięta – awans do następnej rundy wywalczyły ekipy Norwegii i Portugalii, a reprezentacja Francji, która ma na koncie m. in. 11 medali mistrzostw świata, w tym sześć złotych (ostatni w 2017 roku), dwa złote medale olimpijskie (2008, 2012), mogła pakować walizki. Dla Francuzów to niewyobrażalna klęska, w historii ME tylko raz wypadli z dziesiątki (11. miejsce w 2012 roku).

Dziesiąty laur Zidane’a

W finałowym starciu Superpucharu Hiszpanii Real Madryt po rzutach karnych wygrał z Atletico Madryt. Dla Zinedine’a Zidane’a było to dziesiąte trofeum zdobyte w roli trenera „Królewskich”.

Rozegrany w poprzedni weekend w Dżuddzie (Arabia Saudyjska) Superpuchar Hiszpanii był podwójnie wyjątkowy, bo rywalizacja odbyła się za granicą i na dodatek w formule turnieju z udziałem zespołów Barcelony, Realu Madryt, Atletico Madryt i Valencii. W półfinale Atletico pokonało Barcelonę 3:2, a Real Valencię 3:1, co oznaczało, że o trofeum zagrały drużyny, które w poprzednim sezonie nie zdobyły mistrzostwa i krajowego pucharu.
W finałowej potyczce dwóch madryckich zespołów o zwycięstwie Realu przesądził dopiero konkurs rzutów karnych, po nawet po dogrywce był remis 0:0. „Jedenastki” lepiej wykonywali gracze „Królewskich”, którzy w odróżnieniu od zawodników Atletico nie pudłowali. Rywale tymczasem zmarnowali dwa pierwsze karne, więc gdy wyznaczony jako czwarty do egzekwowania „jedenastki” Sergio Ramos także pokonał bramkarza Atletico, było „po zawodach”. Sukces bardzo ucieszyły trenera „Królewskich” Zinedine’a Zidane’a, bo dla niego Superpuchar Hiszpanii 2020 to dziesiąte trofeum wywalczone z Realem Madryt w roli trenera. Taką imponującą kolekcją w ostatnich 20 latach nie może się pochwalić żaden inny szkoleniowiec na świecie.
Dokonania francuskiego szkoleniowca są godne podziwu. Z Realem jeszcze nigdy nie przegrał finałowego meczu o jakiekolwiek trofeum, m. in. trzykrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów, dwukrotnie zdobył Superpuchar Hiszpanii, po jednym razie wygrał Klubowe Mistrzostwo Świata, Superpuchar UEFA i mistrzostwo Hiszpanii. W dorobku Zidane nie ma jedynie triumfu w Pucharze Króla.
Warto podkreślić, że Zidane jako trener do tej pory pracował jedynie w Realu Madryt. Za pierwszym razem przejął zespół 4 stycznia 2016 i prowadził go do 31 maja 2018 roku, a z pracy zrezygnował sam. Wrócił na Santiago Bernabeu 11 marca ub. roku. Jego obecna umowa wygasa 30 czerwca 2022 roku.