Lewy zaczyna nowy sezon

W piątek 18 września niemiecka Bundesliga zainaguruje nowy sezon. Zgodnie z tradycją w meczu otwarcia wystąpi aktualny mistrz kraju. Przeciwnikiem Bayernu będzie drużyna Schalke Gelsenkirchen, a spotkanie na Allianz Arenie w Monachium odbędzie się z udziałem publiczności, chociaż będzie to obecność symboliczna – na trybunach mogących pomieścić 75 tysięcy widzów zasiądzie zaledwie 7,5 tysiąca fanów.

Przerwany w marcu z powodu wybuchu pandemii koronawirusa poprzedni sezon Bundesliga dokończyła przy pustych trybunach. Przed startem nowych rozgrywek niemal do ostatniej chwili trwały w tej sprawie negocjacje z władzami federalnymi i krajów związkowych. Politycy nie chcieli wyrazić zgody na otwarcie stadionów dla publiczności, bo w Europie pandemia Covid-19 znów zaczęła przybierać na sile. Wypracowano jednak kompromis i Bundesliga uzyskała warunkową zgodę na otwarcie trybun, ale tylko do 20 procent ich pojemności. W meczu otwarcia na Allianz Arenie Bayern nie mógł jednak wykorzystać dopuszczalnego limitu, bowiem w związku z dużą ostatnio liczbą wykrywanych w Monachium zakażeń premier Bawarii Markus Soeder i burmistrz Monachium Dieter Reiter wyrazili zgodę na wypełnienie trybun jedynie w 10 procentach. Piłkarzom Bayernu nie będzie więc dane zacząć nowego sezonu przy pełnej widowni.
Mecz z Schalke będzie pierwszą potyczką o stawkę zespołu trenera Hansiego Flicka od czasu sierpniowego triumfu w Lidze Mistrzów, nic zatem dziwnego, że spotkanie budzi ogromne zaciekawienie także dlatego, że ma dać odpowiedź na pytanie w jakiej formie i z jaką motywacją do nowego sezonu przystąpią Robert Lewandowski i jego koledzy, którzy w poprzednim sezonie wygrali przecież wszystko, co mieli do wygrania. Po takim sukcesie nawet topowe zespoły zaliczają czasem regres, a bawarska jedenastka na dodatek w przerwie między sezonami straciła Ivana Perisicia, Philippe Coutinho i Alvaro Odriozolę, a jeszcze może z niej odejść Thiago Alcantara. Nic dziwnego, że trener Flick w jednym z niedawnych wywiadów stwierdził, że po takich ubytkach przydałoby się dokonać kilku wzmocnień. Stanowisko władz Bayernu w tej kwestii jest jednak odmienne, co dobitnie wyraził emerytowany już wprawdzie, lecz wciąż wpływowy działacz bawarskiego potentata Uli Hoeness. „Nie potrzebujemy nowych piłkarzy. Spójrzcie na inne drużyny, ja nie widzę żeby dokonywały wielkich wzmocnień. FC Barcelona nie ma pieniędzy, Real Madryt nie ma pieniędzy, także Manchester City jest nieaktywny na transferowym rynku. My wygraliśmy Ligę Mistrzów i utrzymaliśmy kluczowych graczy. A nawet gdyby odszedł Thiago Alcantara, to przecież na jego miejsce mamy Kimmicha, Goretzkę i Muellera. Nie zapominajmy, że dla Bayernu gra również Corentin Tolisso” – stwierdził Hoeness.
Szefowie monachijskiego klubu nie kryją, że powodem powściągliwości w zatrudnianiu nowych graczy jest niepewna sytuacja powodowana przeciągającą się pandemią. Jeśli wierzyć doniesieniom niemieckich mediów, tylko z powodu gry przy pustych trybunach Bayern w poprzednim sezonie stracił 60 mln euro. Dlatego jedynym graczem z zewnątrz, który dołączył we wrześniu do zespołu, był pozyskany wcześniej z Manchesteru City Leroy Sane, który według medialnych doniesień kosztował Bawarczyków około 50 milionów euro. A Flick dostał polecenie, by sięgał po młodych graczy z zaplecza kadry, jak Joshua Zirkzee, Sarpreet Singh i Oliver Meier.
Takie stanowisko oznacza, że szefowie Bayernu są przekonani, iż w nowym sezonie Lewandowski będzie równie skuteczny jak w poprzednim. A przypomnijmy, że Polak w 47 występach strzelił 55 goli i zaliczył 10 asyst oraz zdobył trzy korony króla strzelców – w Lidze Mistrzów, Bundeslidze i Pucharze Niemiec. Za te osiągnięcia został uznany za piłkarza roku w Niemczech, a ostatnio w plebiscycie przeprowadzonym wśród fanów Bayernu został wybrany na najlepszego gracza tego klubu w minionym sezonie. „Lewy” otrzymał 51 procent głosów, a drugi w plebiscycie Alphonso Davies ledwie 16 procent. Dopiero trzecią lokatę fani przyznali ikonie bawarskiego klubu Thomasowi Muellerowi (dostał 14 procent głosów). Warto też wspomnieć, że w minionym sezonie Bayern przeprowadzał na swojej stronie internetowej głosowania na piłkarza miesiąca. Lewandowski triumfował w tych plebiscytach aż pięciokrotnie w dziesięciu edycjach.
Przebić te osiągnięcia w nowym sezonie będzie kapitanowi reprezentacji Polski piekielnie trudno. Ma tego świadomość, bo sam często podkreśla, że łatwiej jest wejść na futbolowy szczyt, niż się na nim utrzymać. Ale jednego chyba w jego przypadku możemy być pewni – na pewno będzie do tego dążył ze wszystkich sił.

Porażka Łomży Vive w Lidze Mistrzów

Od porażki rozpoczęli nowy sezon Ligi Mistrzów EHF piłkarze ręczni Łomży Vive Kielce. W meczu pierwszej kolejki grupy A mistrzowie Polski ulegli na wyjeździe niemieckiej drużynie SG Flensburg-Handewitt 30:31 (14:14). Spotkanie z powodu obowiązujących w Niemczech obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa odbyło się bez udziału publiczności.

Przed startem rozgrywek w Lidze Mistrzów EHF chyba jeszcze nigdy tak mało nie mówiło się o faworytach i wzmocnieniach, co teraz o koronawirusie i o zagrożeniach jakie niesie pandemia. Pomimo perturbacji przez nią wywołanych sezon 2020/2021 w tych elitarnych rozgrywkach pucharowych rozpoczęły się zgodnie z planem. A do końca nie było to wcale takie oczywiste. Niedawno SG Flensburg-Handewitt ogłosił, że inauguracyjny mecz Ligi Mistrzów z Łomżą Vive Kielce odbędzie się bez udziału publiczności. Tuż przed startem wykryto przypadek koronawirusa w Picku Szeged, przez co mecz z Paris Saint-Germain HB, który miał być hitem kolejki, został przełożony. Niepokój rodził się także w Barcelonie, gdy obecność wirusa wykryto u syna trenera Xavi Pascuala. Nikt nie ma złudzeń, że tak może być przez cały sezon, ale nikt nie ma wątpliwości, że grać trzeba. Po to zresztą zmniejszono liczbę uczestników Ligi Mistrzów z 28 do 16 drużyn, żeby wygospodarować torchę rezrwowych terminów na wypadek konieczności przełożenia meczów.
Pierwszy mecz szczypiornistów Łomży Vive Kilece, w Lidze Mistrzów EHF z Flensburg-Handewittz, miał dać odpowiedź na pytanie, co może ugrać w tej edycji Ligi Mistrzów EHF zespół mistrza Polski. Mimo niedawno dopiero zakończonych perturbacji ze zmianą sponsorów, w Kielcach aspiracje sięgają awansu do Final Four, ale realnie oceniając szanse kieleckiej ekipy, to dojście do ćwierćfinału powinno być celem, którego osiągnięcia powinniśmy oczekiwać, chociaż i o to nie będzie łatwo. W grupie A rywalizują przecież mocne ekipy Paris Saint-Germain (gra w nim Kamil Syprzak), Pick Szeged, Flensburga), ale też wciąż idące w górę zespoły FC Porto, Mieszkowa Brześć (Paweł Paczkowski)i wracający na zwycięski szlak po przebudowie Vardar Skopje (Patryk Walczak).
Kielczanie wystawili na mecz z Flensburgiem 16 graczy, rywale mieli w kadrze 14. Na parkiecie siły były jednak wyrównane i niemal do ostatniego momentu nie było pewne, który zespół zwycięży. Na półtorej minuty przed końcem po trafieniu Madsa Mensaha Larsena ekipa z Flensburga prowadziła 31:30. Kielczanie mogli jeszcze doprowadzić do remisu, ale rzut Władysława Kulesza okazał się niecelny i tak mistrzowie Polski rozpoczęli nowy sezon Ligi Mistrzów EHF od porażki. „Zagraliśmy dobrze, mieliśmy trzy bramki przewagi. To był typowy mecz dwóch zespołów na podobnym poziomie, bardzo wyrównany, wszystko mogło zadecydować się w jednej akcji. Teoretycznie mogę być zadowolony z siebie, ale nie trafiłem w najważniejszym momencie” – podsumował Kulesz, który wcześniej w meczu zaliczył sześć trafień.

Były szef IAAF idzie za kraty

Senegalczyk Lamine Diack, były szef Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF, obecnie pod szyldem World Athletics) został przez sąd w Paryżu skazany na cztery lata pozbawienia wolności za korupcję i przyjmowanie łapówek od zawodników podejrzewanych o doping. Musi też zapłacić pół miliona euro grzywny.

Francuska prokuratura domagała się dla Senegalczyka czterech lat bezwzględnego więzienia, ale sąd z uwagi na podeszły wiek Diacka połowę wyroku dał mu w zawieszeniu. Odwołanie raczej nie przyniesie skutków, bo byłemu prezydentowi IAAF udowodniono przyjęcie blisko 3,5 mln euro łapówek od sportowców podejrzanych o doping, którym w zamian pomagał w ukrywaniu pozytywnych wyników testów antydopingowych, dzięki czemu mogli nadal startować. Nasilenie tego procederu miało miejsce głównie podczas igrzysk w Londynie w 2012 roku. Sąd uznał również Diacka winnym przyjęcia pieniędzy od rosyjskich biznesmenów sponsorujących sportowców z tego kraju, które następnie przeznaczył na sfinansowanie kampanii prezydenckiej Macky Sallego w wyborach w Senegalu w 2012 roku. W zamian wedle francuskiej prokuratury Diack spowalniał procedury antydopingowe stosowane wobec rosyjskich sportowców.
Diack rzecz jasna nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. W trakcie przewodu sądowego konsekwentnie zapewniał, że w latach 2011-2013 rzeczywiście spowolnił procedury antydopingowe wobec Rosjan, ale nie czynił tego dla zarzucanych mu korzyści majątkowych, lecz „dla dobra sprawy”, bo takie działania były konieczne do utrzymania w mocy umowy sponsorskiej z jednym z rosyjskich banków, bez której finanse IAAF uległy by kompletnemu załamaniu. Były prawnik światowej federacji lekkoatletycznej Habib Cisse podczas przesłuchania odrzucił jednak ten argument twierdząc, że IAAF miało wystarczające środki finansowe i nie było uzależnione od wpłat pojedynczych sponsorów, także rosyjskich.
Prawnicy Lamine Diacka próbowali zakwestionować argumenty oskarżenia i podkreślali, że prokurator nie przedstawił żadnych materialnych dowodów udziału ich klienta we wspomnianym procederze. „Trzeba rozróżnić działania ojca od działań syna” – twierdził reprezentujący byłego szefa IAAF adwokat Simon Ndiaye i sugerował, że tak naprawdę wszystkie zarzuty oskarżenie powinno skierować właśnie pod adresem Diacka juniora, czyli Papy Massaty Diacka, który jako konsultant IAAF ds. marketingu wykorzystał swoją pozycję do nielegalnych działań, które prowadził rzekomo za wiedzą ojca i z jego poparciem. Tym argumentem zazwyczaj zyskiwał nowych „interesantów” i utrzymywał w orbicie swoich wpływów już pozyskanych. Diack junior ma ponadto zarzuty prania brudnych pieniędzy, korupcję i naruszenie zaufania, za co w sumie francuska prokuratura domaga się dla niego kary pięciu lat bezwzględnego więzienia. Papa Massata Diack nic sobie z tego jedna nie robi, bo skutecznie ukrywa się na terenie Senegalu, który na dodatek konsekwentnie odrzuca prośby o jego ekstradycję.
Lamine Diack był pierwszym i jak dotąd jedynym szefem światowej federacji lekkoatletycznej spoza Europy. Kierował IAAF w latach 1999-2015. W latach 50. ub. wieku uprawiał skok w dal – był rekordzistą Francji i Afryki Zachodniej w latach 1957-1960. Jego najlepszy wynik to 7,72 m. Po zakończeniu kariery sportowej pracował w administracji państwowej, potem był burmistrzem Dakaru oraz członkiem parlamentu Republiki Senegalu. W latach 80. i 90. XX wieku zaczął aktywnie działać w lekkoatletycznych strukturach krajowych, kontynentalnych i w końcu światowych – w listopadzie 1999 po śmierci Włocha Primo Nebiolo został wybrany na przewodniczącego IAAF.
Został zatrzymany przez francuską policję w listopadzie 2015 roku, bezpośrednio po opublikowaniu raportu Międzynarodowej Agencji Antydopingowej (WADA) na temat dopingu w Rosji. Od tej pory przebywał w areszcie domowym w Paryżu. Proces miał rozpocząć się w pierwotnym terminie 13 stycznia tego roku, ale został z powodu wybuchu pandemii koronawirusa przesunięty na czerwiec, lecz gdy zbliżał się termin rozprawy przewodnicząca składu sędziowskiego Rose-Marie Hunault przyznała, że dopiero teraz do sądu dotarły istotne dla sprawy dokumenty z Senegalu, o które wystąpiono już w 2016 roku, więc teraz sąd musi mieć czas na zapoznanie się z ich treścią.
W odrębnym śledztwie prokuratura nadal prowadzi postępowanie, w którym Diack senior jest podejrzewany o czerpanie korzyści przy wyborze gospodarzy igrzysk olimpijskich w 2016 (Rio de Janeiro) i 2020 roku (Tokio) oraz lekkoatletycznych mistrzostw świata w 2015 (Pekin) i 2019 roku (Dauha).

Canarinhos za pół darmo

Kryzys spowodowany pandemią koronawirusa wpłynął znacząco na liczbę transferów brazylijskich piłkarzy do klubów zagranicznych. Tego lata wyjechało ich o 62 procent mniej niż rok temu.

Brazylia jest krajem, który od lat z wielkim zyskiem wysyła w świat najwięcej piłkarzy. W tym roku ten transferowy biznes mocno jednak ucierpiał z powodu pandemii koronawirusa. W okresie od 1 czerwca do 8 września wyjechało z Brazylii za granicę tylko 74 zawodników – na zasadzie wypożyczenia lub stałego transferu, a z tej grupy 56 trafiło do klubów europejskich. Dla porównania w tym samym okresie 2019 roku wyjechało 194 piłkarzy. To oznacza, że w trwającym okienku transferowym liczba brazylijskich piłkarzy wykupionych przez kluby zagraniczne w porównaniu z ubiegłym rokiem spadła aż o 61,8 procent. To poważny cios dla budżetów brazylijskich klubów, dla których transfery zawodników za granicę stanowią około jednej czwartej przychodów klubów i są drugim po prawach telewizyjnych źródłem największych dochodów. Na dodatek niepewność ekonomiczna związana z koronawirusem doprowadziła nie tylko do zmniejszenia liczby transferowanych za granicę graczy, lecz także ich rynkową cenę.
W ubiegłym roku tylko trzy największe zagraniczne transfery zawodników z brazylijskich klubów przyniosły wpływy w wysokości 77 milionów euro, natomiast w tym roku łączna kwota za trzech najdroższych graczy z Brazylii nie przekroczyła 62 mln euro. Przed rokiem Real Madryt bez zbędnych targów zapłacił ponad 45 milionów na skrzydłowego Santosu Rodrygo, a tego lata najwięcej zdecydowała się zapłacić Benfica Lizbona, która nie należy przecież do finansowego topu europejskich klubów, dlatego jej działacze targowali się twardo w sprawie transferu reprezentanta Brazylii Evertona Soaresa z Gremio Porto Alegre i ostatecznie zbili cenę do 28 mln euro. „W innym czasie i normalnych realiach ten piłkarz z pewnością zostałby sprzedany za co najmniej dwukrotnie wyższą cenę” – zauważają ze smutkiem brazylijscy eksperci piłkarscy.

Futbol traci na wartości

Powołana przez FIFA specjalna komisja, na czele której stoi Fin Olli Rehn, w opublikowanym raporcie podała, że do końca obecnego roku światowy futbol straci z powodu pandemii w sumie ponad 14 mld dolarów.

FIFA przed wybuchem pandemii koronawirusa szacowała globalną wartość rynku piłkarskiego na około 40-45 miliardów dolarów. Po trzech miesiącach niemal całkowitego zamrożenia komercyjnej działalności w tym sporcie światowa federacja postanowiła zbadać, jakie światowy futbol mógł ponieść straty z tego tytułu. Na czele powołanej komisji postawiono Ollego Rehna, fińskiego ekonomistę i bankowca, byłego komisarza Unii Europejskiej, a obecnie prezesa Banku Finlandii, który w strukturach FIFA od 2017 roku jest wiceprzewodniczącym Komitetu Zarządzającego.
Rehn w raporcie przedstawionym w miniony weekend na kongresie FIFA podał, że szacunkowo wyliczona 14-miliardowa strata jest „optymistyczna”, bowiem chociaż piłka nożna na świecie od czerwca wraca do życia po trzech miesiącach całkowitego zamrożenia , to do całkowitego ustąpienia pandemii będzie to „całkiem inna gra niż wcześniej”. Rehn ocenił, że najmocniej ucierpiała piłka nożna w Ameryce Południowej, ale niewiele mniej też w Afryce i Azji. „Pojawiło się niebezpieczeństwo, że dobra praca, nakłady, wszelkie wysiłki, jakie poniesiono dla rozwoju futbolu w Azji i Afryce, mogą zostać zrujnowane. Musimy zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić”. FIFA przeznaczyła już półtora miliarda dolarów na pomoc w walce ze skutkami pandemii, ale Rehn wyjawił, że o dotacje z tej puli ubiegało się do tej pory 150 z 211 federacji członkowskich.
Podsumowując raport fiński ekspert podkreślił, że powrót do potencjału finansowego jaki światowy futbol miał przed wybuchem pandemii będzie możliwy dopiero po opracowaniu skutecznej szczepionki na Covid-19. „Dopóki to nie nastąpi, nie możemy wykluczyć pogłębiania się negatywnego trendu w finansach krajowych i regionalnych federacji oraz dalszej obniżki globalnej wartości rynku piłkarskiego” – przyznał Olli Rehn.

Lech wreszcie ograł Szwedów

W wyjazdowym meczu II rundy eliminacji Ligi Europy Lech Poznań wygrał 3:0 ze szwedzkim Hammarby IF. Bramki dla wicemistrzów Polski strzelili Pedro Tiba, Jakub Kamiński oraz Filip Marchwiński. Od 63. minuty Szwedzi grali w osłabieniu po tym, jak czerwoną kartką ukarany został Jeppe Andersen.

Ostatnim polskim zespołem, który wyeliminował szwedzki klub w europejskich pucharach, była Legia Warszawa, która dokonała tej sztuki w sezonie 2001/2002 zwyciężając w I rundzie Pucharu UEFA IF Elfsborg 4:1 i 6:1. Lech Poznań przed meczem z Hammarby bynajmniej nie był uważany za faworyta, ani w Polsce, ani tym bardziej w Szwecji. Ogólnie szanse zespołów na awans oceniano po równo i w gruncie rzeczy przez blisko godzinę gry te przewidywania się sprawdzały na boisku. Mecz był względnie wyrównany, ale w 55. minucie szczęście dopisało ekipie „Kolejorza”, która objęła prowadzenie po golu Pedro Tiby. Jednak to nie strata bramki podłamała morale graczy Hammarby, tylko czerwona kartka którą osiem minut później został ukarany pomocnik gospodarzy Jeppe Andersen. Niemiecki sędzia Sascha Stegemann przerwał grę po jego dość przypadkowym uderzeniu w twarz Pedro Tiby. Gracz Lecha wykazał przy tym spory talent aktorski, a że Andersen wdał się jeszcze w niepotrzebną dyskusję z arbitrem, ten sięgnął po żółtą kartkę. W tym meczu była to już jednak druga taka kara dla tego gracza, zatem zgodnie z regulaminem konsekwencja musiał być czerwony kartonik i wyrzucenie z boiska. Osłabiony zespół Hammarby próbował mimo to doprowadzić do wyrównania i w ostatnich minutach został dwukrotnie skontrowany przez dwójkę utalentowanych polskich piłkarzy – na 2:0 w 89. minucie podwyższył 18-letni Jakub Kamiński, a na 3:0 już w doliczonym czasie gry trafił jego rówieśnik Filip Marchwiński. Lech przełamał więc niemoc w starciach ze szwedzkimi zespołami – w przeszłości odpadał z europejskich pucharów dwukrotnie z IFK Goeteborg i raz z AIK Solna. Lechici awansowali do trzeciej rundy kwalifikacji, w której zmierzą się na wyjeździe z OFI Kreta lub Apollonem Limassol (mecz tych zespołów został rozegrany w czwartek i zakończył się po zamknięciu wydania).
Trener „Kolejorza” Dariusz Żuraw po meczu, co oczywiste, nie krył zadowoleni z postawy swojego zespołu. „Uważam, że wygraliśmy zasłużenie. Chciałem podkreślić, że gra ofensywna, którą w tym sezonie stosujemy w polskiej lidze, przynosi nam wymierne efekty także na arenie międzynarodowej. Ale rzecz jasna o zwycięstwie przesądzają gole, dlatego uważam, że przełomowym momentem w meczu była bramka Pedro Tiby, która dała nam prowadzenie” – przyznał szkoleniowiec poznańskiej drużyny.
A skoro już wspomniał o ofensywnej formacji swojego zespołu, wygłosił pean pod adresem pozyskanego latem szwedzkiego napastnika Mikaela Ishaka. „Mocno zabiegaliśmy latem żeby go pozyskać i od pierwszego występu w naszym zespole daje nam jakość w ataku. Strzela dużo goli, ale jak jest mocno pilnowany, to walecznością i zaangażowaniem też bardzo pomaga drużynie” – przekonywał Żuraw. O czerwonej kartce dla Andersena wiele m owić nie chciał, bo ponoć całej sytuacji dokładnie nie widział. „Wiem od moich zawodników, że ten zawodnik próbował dyskutować z arbitrem po faulu, którego dopuścił się na Tibie, a w takich sytuacjach jak wiem z praktyki zazwyczaj takie dyskutowanie właśnie tak się kończy” – stwierdził szkoleniowiec Lecha, który do gry przeciwko Hammarby wystawił taki skład: Filip Bednarek – Alan Czerwiński, Lubomir Satka, Dorde Crnomarković, Tymoteusz Puchacz – Jan Sykora (73. Michał Skóraś), Pedro Tiba (84. Filip Marchwiński), Jakub Moder, Dani Ramirez, Jakub Kamiński – Mikael Ishak (90. Mohammad Awwad).
W drugiej rundzie kwalifikacji Ligi Europy rywalizował też Piast Gliwice, który na własnym stadionie w czwartek podejmował austriacki TSV Hartberg. W środę gliwicki klub wydał jednak niepokojący w treści komunikat: „Informujemy, że zgodnie z obowiązującym protokołem UEFA Return to Play, dwa dni przed meczem 2. rundy eliminacji Ligi Europy, zespół, sztab oraz pracownicy Piasta Gliwice przeszli badania na obecność wirusa SARS-CoV-2. U dwóch z przebadanych osób test dał wynik pozytywny. Klub niezwłocznie wdrożył wszystkie niezbędne procedury i podjął odpowiednie działania. Wszystkie pozostałe badane osoby uzyskały wynik negatywny” – napisano na stronie Piasta Gliwice. Obie zakażone osoby zostały odizolowane od drużyny i skierowane na kwarantannę. Czwartkowy mecz eliminacji Ligi Europy z austriackim TSV Hartberg nie był jednak z tego powodu zagrożony (zakończył się po zamknięciu wydania).
Gwoli przypomnienia – trzeci z naszych zespołów uczestniczących w kwalifikacjach Ligi Europy, Legia Warszawa, po odpadnięciu w II rundzie eliminacji Ligi Mistrzów z Omonią Nikozja (0:2), został przeniesiony od razu do 3. rundy kwalifikacji LE i w przyszły czwartek (24 września) zmierzy się u siebie na Łazienkowskiej ze zwycięzcą potyczki FK Sileks Kratovo (Macedonia Północna) – Drita Gnjilane (Kosowo).

48 godzin sport

Gra PKO Ekstraklasa
PZPN wydłużył letni okres transferowy dla PKO Ekstraklasy (a także dla I i II ligi do 5 października), dostosowując się do najnowszych zaleceń UEFA. Przedłużony został także termin rejestracji piłkarzy bez przynależności klubowej – tacy gracze będą mogli być potwierdzeni do klubu i uprawnieni do gry w trakcie sezonu do 1 marca 2021 roku. A w najbliższy weekend PKO Ekstraklasa rozegra 4. kolejkę. W piątek Podbeskidzie Bielsko-Biała zagra z Rakowem Częstochowa (początek godz. 18:00), a Wisła Kraków z Wisłą Płock (godz. 20:30); w sobotę Lechia Gdańsk zmierzy się ze Stalą Mielec (godz. 15:00), Pogoń Szczecin ze Śląskiem Wrocław (godz. 17:30), a Legia Warszawa z Górnikiem Zabrze (godz. 20:00). Dwa kolejne spotkania: Zagłębie Lubin – Cracovia (godz. 15:00) i Lech Poznań – Warta Poznań (godz. 17:30) odbędą się w niedzielę, a kolejkę zakończy poniedziałkowa potyczka Piasta Gliwice z Jagiellonią Białystok (godz. 18:00).

Zmarł pięciokrotny mistrz Polski w skoku w dal
W miniony poniedziałek w wieku 78 lat zmarł Andrzej Stalmach, pierwszy polski skoczek w dal, który przekroczył barierę ośmiu metrów (dokonał tego 17 sierpnia 1968 roku w Chorzowie, ustanawiając wynikiem 8,11 m rekord kraju. Startował w barwach Górnika Zabrze, dla którego wywalczył pięć tytułów mistrza Polski. Startował w igrzyskach olimpijskich w Tokio (1964) i Meksyku (1968), zajmując ósme lokaty.

Anita Włodarczyk wybrała nowego trenera
Dwukrotna mistrzyni olimpijska w rzucie młotem Anita Włodarczyk w czerwcu tego roku po 10 latach zakończyła współpracę z trenerem Krzysztofem Kaliszewskim. Po wielu tygodniach poszukiwań lekkoatletka zdecydowała, że jej przygotowaniami do przyszłorocznych igrzysk w Tokio pokieruje chorwacki szkoleniowiec Ivica Jakielić.

Kubiak i Kurek wreszcie mogą pojechać do Japonii
Władze Japonii wydały pozwolenie na wjazd do kraju zagranicznych siatkarzy zakontraktowanych w letniej przerwie przez japońskie kluby. Do tej pory zawodnicy nie mogli przekroczyć granicy ze względu na zakaz wprowadzony z powodu pandemii koronawirusa. W nadchodzącym sezonie w lidze japońskiej wystąpi dwóch reprezentantów Polski – Bartosz Kurek w zespole WolfDogs Nagoya oraz Michał Kubiak, który w ekipie Panasonic Panthers gra już od 2016 roku. Ligowe rozgrywki w Japonii mają się rozpocząć w październiku.

Mierzejewski nadal bryluje na chińskich boiskach
Adrian Mierzejewski strzelił gola dla Chongqing SWM w wygranym przez jego zespół 3:0 meczu z Qingdao Huanghai w 11. kolejce chińskiej ekstraklasy piłkarskiej. Była to jego trzecia ligowa bramka w tym sezonie. Były reprezentant Polski rozegrał całe spotkanie. Ekipa Chongqing SWM z dorobkiem 15 punktów zajmuje piąta lokatę.

Piłkarki nożne wracają do walki o awans do mistrzostw Europy
Polskie piłkarki nożne w piątek meczem na wyjeździe z reprezentacją Czech wznowią rywalizację w przerwanych przez pandemię kwalifikacjach do mistrzostw Europy, które w lipcu 2022 roku odbędą się w Anglii. Polki są liderkami grupy D po trzech kolejkach (5:0 z Mołdawią, 5:0 z Azerbejdżanem i 0:0 z Hiszpanią. W eliminacjach ME uczestniczy 47 zespołów podzielonych na 9 grup. Najlepsze zespoły oraz trzy z drugich lokat z najlepszym bilansem awansują bezpośrednio do finałów ME. Pozostałe sześć ekip z drugich pozycji zagra w barażach o trzy ostatnie miejsca. Stawkę 16 finalistów uzupełni drużyna Anglii. Nasza reprezentacja z Czeszkami już 22 września zagra w Bielsku-Białej spotkanie rewanżowe, potem 23 października zmierzy się u siebie z Azerbejdżanem, 27 października na wyjeździe z Mołdawią i 1 grudnia, także na wyjeździe, z Hiszpanią.

Austriak wygrał US Open 2020

Dominic Thiem wygrał w finale US Open z Niemcem Alexandrem Zverevem 2:6, 4:6, 6:4, 6:3, 7:6(6). 27-letni austriacki tenisista jest pierwszym mistrzem turniejów Wielkiego Szlema urodzonym w latach 90. Dzięki triumfowi w Nowym Jorku w najnowszym rankingu ATP Thiem ma do prowadzącego w zestawieniu Serba Novaka Djokovicia 1735 punktów straty, a do drugiego na liście Hiszpana Rafaela Nadala 725.

Po tym jak z udziału w tegorocznym US Open zrezygnowali Szwajcar Roger Federer oraz Rafale Nadal, a Novak Djoković został zdyskwalifikowany w 4. rundzie za uderzenie piłką sędzię liniową, stało się jasne, że w tej nietypowej z powodu pandemii Covid-19 edycji nowojorskiego turnieju triumfuje tenisista, dla którego będzie to pierwszy tytuł jeśli nie wielkim Szlemie, to na pewno w US Open. W finale spotkali się dwaj zawodnicy, o który od lat mówi się, że są najpoważniejszymi kandydatami do przejęcia schedy po tercecie wielkich mistrzów – 39-letnim Federerze, 34-letnim Nadalu i 33-letnim Djokoviciu. Niemiec Alexander Zverev, obecnie sklasyfikowany na siódmym miejscu rankingu ATP, ma dopiero 23 lata, ale na koncie już 11 turniejowych tytułów w głównym cyklu.
Do tej pory zawodził jednak oczekiwania w Wielkim Szlemie. Wcześniej najdalej zaszedł w tegorocznym Australian Open, docierając do półfinału, w którym zresztą przegrał z Thiemem, lecz w poprzednich startach w US Open ani razu nie przebrnął czwartej rundy.
Z tego też powodu faworytem niedzielnego finału był Thiem, który miał już za sobą trzy wcześniejsze występy w spotkaniach o taką stawkę. Dotarł do finału dwóch poprzednich edycji French Open (w obu przegrał z Nadalem), a na początku tego roku doszedł do finału Australian Open, w którym uległ Djokoviciovi . Dodatkowo rozstrzygnął na swoją korzyść siedem z dziewięciu wcześniejszych pojedynków ze Zverevem, z których ostatnim był wspomniana wcześniej ich półfinałowa potyczka w Melbourne Park, wygrana przez Austriaka 3:6, 6:4, 7:6(3), 7:6(4).
Thiem do tej pory uważany był za specjalistę od gry na nawierzchni ziemnej, co potwierdzały jego wyniki osiągane w turnieju French Open na kortach paryskiego kompleksu im. Rolanda Garrosa. W ostatnich miesiącach austriacki tenisista znacznie jednak urozmaicił swoja grę w tym roku triumfował przecież na twardych kortach w US Open i doszedł do finału w Australian Open, ale ma też na koncie finał zeszłorocznego Turnieju Mistrzów w Londynie, w którym w fazie grupowej pokonał Djokovicia i Federera.
Początek finałowego starcia w US Open zaskoczył jednak tenisowych ekspertów, bo na korcie dominował Zverev, który bił piłki mocniej, dokładniej i na dodatek z wielkim szczęściem. Thiem sprawiał wrażenie kompletnie pogubionego i wyzutego z wiary we własne możliwości, przegrał więc pierwszą partię nadspodziewanie łatwo 2:6. W drugim secie sytuacja nie uległa znaczącej poprawie, nadal górą był potężnie serwujący Zverev i on też wygrał 6:4.
W trzeciej partii Niemiec prowadził już 2:1 z przełamaniem i chyba zaczął już myśleć co powie na ceremonii wręczania nagród, bo zaczął popełniać nawet błędy serwisowe. Gra powoli zaczęła się wyrównywać, chociaż Thiem nie grał jakoś znacząco lepiej niż wcześniej. Przy stanie 4:5 Zverev popełnił kilka błędów przy własnym podaniu i przegrał seta 4:6.
Od tego momentu Thiem zaczął grać jak natchniony – świetnie serwował, miał dużo wygranych wymian, a jakość jego gry rosła z minuty na minutę. Zverev z kolei przestał być tak powtarzalny i skuteczny, więc przegrał 3:6 i w tym momencie w meczu remis.
O zwycięstwie miał zatem rozstrzygnąć piąty set. Zverev zaczął go fatalnie, bo od straty podania, ale szybko to odrobił przełamując rywala. Przy stanie 4:3 niemiecki tenisista ponownie wygrał gema przy podaniu Austriaka i prowadząc 5:3 potrzebował już tylko jednego gema aby wygrać US Open. Nie wytrzymał jednak presji, pozwolił przeciwnikowi wyrównać na 5:5, potem obaj wygrali gemy przełamując się nawzajem i przy stanie 6:6 o losach pojedynku musiał rozstrzygnąć tie-break. A w nim najpierw Zverev prowadził 2:0, a potem Thiem miał 6:4 i dwie piłki meczowe. Ostatecznie Austriak wygrał 8:6 i po raz pierwszy w karierze zdobył mistrzostwo US Open oraz wielkoszlemowy tytuł.
Thiem jest pierwszym mistrzem wielkoszlemowym spoza tercetu Federer – Nada – Djoković od 2014 roku, kiedy to Chorwat Marin Cilić, także w Nowym Jorku, w finale wygrał z Japończykiem Keiem Nishikorim. Thiem został także pierwszym triumfatorem Wielkiego Szlema w singlu urodzonym w latach 90. XX wieku. Przerwał serię zwycięstw zawodników urodzonych w latach 80., która trwała w aż 63 turniejach wielkoszlemowych.

Hamilton znów manifestował

W niedzielę Lewis Hamilton wygrał wyścig o Grand Prix Toskanii i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji kierowców. Było to już 90. zwycięstwo brytyjskiego kierowcy w Formule 1 (lepszy jest tylko Michael Schumacher, który triumfował 91 razy). Ale Hamilton stając na podium pozwolił sobie na kolejny mocny protest, za który zgodnie z regulaminem FIA groziła mu surowa kara. Działacze światowej federacji sportów motorowych postanowili jednak darować.

Hamilton od dawna mocno wspiera wszelkie działania antyrasistowskie. To za jego przykładem także inni kierowcy F1 opowiedzieli się przeciwko dyskryminacji rasowej i nierówności społecznej, wspierając rosnący na sile na całym świecie ruch Black Lives Matter. Odbierając nagrodę za zwycięstwo w wyścigu na torze w Toskanii Hamilton wszedł na podium w koszulce z napisem: „Areszt dla policjantów, którzy zabili Breonnę Taylor”.
Nawiązał tym do sprawy 26-letniej ratowniczki medycznej Breonny Taylor, która została 13 marca tego roku zastrzelona we własnym domu przez detektywów z wydziału narkotykowego policji w Louisville (stan Kenntucky). Interwencję przeprowadzono jedynie na podstawie podejrzenia, ale wedle doniesień amerykańskich mediów w mieszkaniu ratowniczki nie znaleziono narkotyków. O śmierci Taylor znów stało się głośno gdy jej rodzina złożyła pozew przeciwko policji, a potem w czerwcu w wyniku policyjnej interwencji w Minneapolis życie stracił Afroamerykanin George Floyd.
Sprawa zabójstwa Breonny Taylor przez policjantów nadal nie została wyjaśniona, a na dodatek żaden z uczestniczących w interwencji policjantów nie poniósł konsekwencji, przeciwko czemu w niedzielny wieczór na torze Mugello Circuit pod Florencją postanowił zaprotestować Hamilton.
Tym razem jednak jego manifestacja w decyzyjnych kręgach FIA wzbudziła kontrowersje. Jak twierdzi dziennik „Daily Mail” działacze światowej federacji mieli stwierdzić, że kierowca Mercedesa jednak naruszył przepisy organizacji zabraniające manifestacji o charakterze politycznym. Ostatecznie jednak Hamilton uniknął kary i w najbliższy weekend na pewno zobaczymy go w wyścigu o Grand Prix Rosji na torze w Soczi, w którym zapewne powalczy o swój 91. triumf w wyścigach F1 i wyrównanie rekordu Schumachera.

Wyniki 3. kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 3. kolejki:
Wisła Płock – Legia Warszawa 0:1

Gol: Tomas Pekhart (30).
Żółte kartki: Uryga, Garcia, Szwoch – Slisz, Jędrzejczyk, Mladenović, Luquinhas.
Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce).
Widzów: 1560.
Jagiellonia Białystok – Podbeskidzie Bielsko-Biała 2:2
Gole: Jakov Puljić (49), Jesus Imaz (51) – Kamil Biliński (18), Michał Rzuchowski (37).
Żółte kartki: Figiel, Rundić (Podbeskidzie).
Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 5065.
Cracovia – Stal Mielec 1:1
Gole: Dawid Szymonowicz (90) – Paweł Tomczyk (82).
Żółte kartki: Marquez – Flis, Forsell, Matras, Dadok.
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 5439.
Warta Poznań – Piast Gliwice 0:0
Żółte kartki: Czyżycki – Holubek.
Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork).
Widzów: 1872.
Śląsk Wrocław – Lech Poznań 3:3
Gole: Piotr Celeban (12), Mathieu Scalet (16), Robert Pich (51 karny) – Mikael Ishak (7, 32), Dani Ramirez (28).
Żółte kartki: Sobota, Stiglec (Śląsk).
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Widzów: 11 535.
Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk 3:0
Gole: Jesus Jimenez (34 karny), Bartosz Nowak (60), Daniel Ściślak (81).
Żółte kartki: Koj, Prochazka – Sopoćko.
Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz).
Widzów: 10 270.
Pogoń Szczecin – Wisła Kraków 2:2
Gole: Lukas Klemenz (8 samobójcza), Kostas Triantafyllopoulos (90) – Jean Carlos Silva (3), Víctor Moya Martinez Chuca (57).
Żółte kartki: Smoliński, Gorgon – Sadlok.
Sędziował: Mariusz Złotek (Stalowa Wola).
Widzów: 1877.
Raków Częstochowa – Zagłębie Lubin 2:1
Gole: Vladislavs Gutkovskis (1), David Tijanić (48) – Rok Sirk (66).
Żółte kartki: Kun, Cebula, Tudor – Poręba, Balić, Sirk.
Sędziował: Paweł Gil (Lublin).
Widzów: 1675.
Uwaga: Cracovia rozpoczęła rozgrywki z karą – 5 pkt za udział w futbolowej korupcji.

  1. Górnik 3 9 9:2
  2. Śląsk 3 7 8:4
  3. Raków 3 6 6:4
  4. Legia 3 6 4:3
  5. Zagłębie 3 6 4:3
  6. Jagiellonia 3 5 5:4
  7. Pogoń 3 4 4:4
  8. Lechia 3 3 2:6
  9. Lech 3 2 6:7
  10. Wisła P. 3 2 3:4
  11. Podbeskidzie 3 2 6:8
  12. Wisła K. 3 2 4:6
  13. Stal 3 2 2:4
  14. Warta 3 1 0:2
  15. Piast 3 1 0:3
  16. Cracovia 3 0 5:4