Tarcia w Premier League

Z pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig piłkarskich najdłużej z przerwaniem rozgrywek zwlekała angielska Premier League. Zrobiła to dopiero 13 marca, po wykryciu koronawirusa u hiszpańskiego trenera Arsenalu Londyn, Mikela Artety. Nie minął nawet miesiąc, a pławiące się dotąd w dostatku angielskie kluby zaczynają lamentować, bowiem prognozy przewidują, że razie niedokończenia tego sezonu poniosą straty na poziomie 1,2 mld funtów.

Takie informacje wedle brytyjskich mediów pojawiły się podczas przeprowadzonej w minioną sobotę sobotniej wideokonferencji z udziałem wszystkich klubów Premier League. Władze najwyższej angielskiej klasy rozgrywkowej podały wyliczenia z których wynika, że jeśli sezonu nie uda się dokończyć, to wpływy z tytułu sprzedanych praw praw telewizyjnych od nadawców takich, jak Sky Sports, BT Sport i zagranicznych zostaną zredukowane o 762 miliony funtów. Dodatkowo przewiduje się, że kluby już straciły około 200 milionów funtów na sprzedaży biletów oraz 175 milionów funtów z powodu wstrzymania wypłat przez część sponsorów.
Łączna kwota jest na tyle pokaźna, że stanowi doskonały pretekst do szukania oszczędności. Menedżerowie z Premier League wybrali najprostsze rozwiązanie, wypraktykowane już w innych ligach, nie tylko piłkarskich, czyli zaproponowali obcięcie zarobków zawodników i kadry szkoleniowej o 30 procent. Ale ku swemu zaskoczeniu napotkali na twardy opór, bo zgodnie z dyrektywami FIFA i UEFA można taką operację przeprowadzić tylko za zgodą piłkarzy, zaś gracze zatrudnieni przez kluby Premier League na razie nie dają przyzwolenia na obniżenie swoich zarobków w czasie pandemii.
Piłkarze stawiają weto
Reprezentujące interesy zawodników Stowarzyszenie Zawodowych Piłkarzy w Anglii w oficjalnym oświadczeniu napisało: „Jesteśmy świadomi, jaka jest powszechna opinia. Wiemy też, że wielu uważa, iż to piłkarze powinni płacić ze swoich wynagrodzeń pracownikom klubów, ale my wychodzimy z założenia, że jeśli klub ma pieniądze, powinien normalnie wypłacać pensje”. Decyzja związku piłkarzy została ostro skrytykowana przez członków brytyjskiego rządu. Minister zdrowia Matt Hancock wezwał w czwartek piłkarzy klubów angielskiej ekstraklasy, aby włączyli się do walki z koronawirusem godząc się na obniżenie zarobków, bo uzyskane w ten sposób pieniądze mogłyby pomóc w pokonaniu pandemii. „Myślę, że każdy musi wziąć udział w tym narodowym wysiłku, a więc także zawodnicy Premier League” – stwierdził Hancock, przywołując przykład swoich kolegów z resortu, którzy poszli do pracy w szpitalu, zarazili się i zmarli. Z kolei przewodniczący komisji sportu Izby Gmin Julian Knight zaproponował obciążenie specjalnym podatkiem klubów Premier League, które obniżają zwykłym pracownikom zarobki, a jednocześnie wypłacają piłkarzom pełne wynagrodzenia, chociaż są to kwoty nieporównanie większe.
W wielu europejskich ligach, także tych z rankingowej czołówki, kluby nie miały takich problemów z uzyskaniem zgody swoich graczy na obniżenie wynagrodzeń. Także dlatego, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze są na ogół przeznaczane na utrzymanie poziomu płac zwykłym pracownikom, którym z powodu zawieszenia rozgrywek groziła utrata źródeł utrzymania. Najwyraźniej w Premier League takie poczucie solidarności nie występuje. A powinno, co trafnie zdefiniował znakomity argentyński piłkarz Carlos Tevez, przed laty zawodnik trzech angielskich zespołów – West Hamu (2006-2007), Manchesteru United (2007-2009) i Manchesteru City (2009-2013). „Piłkarze przeżyją sześć miesięcy czy rok bez pensji. Nie są w dramatycznej sytuacji, nie martwią się, za co utrzymają rodziny, nie muszą wychodzić o szóstej rano i wracać wieczorem, by móc nakarmić dzieci. Dlatego musimy być wdzięczni za to, jak wygląda nasze życie i być w stanie wczuć się w położenie innych. Mam nadzieję, że epidemia koronawirusa wszystkich nas zmieni na lepsze, że wszyscy wyjdziemy z niej cało i lepsi, niż byliśmy wcześniej” – powiedział Tevez.
Kluby wyciągają ręce po pomoc
Najbardziej zdumiewa jednak to, że niektóre z klubów Premier League chcą skorzystać z rządowej pomocy. FC Liverpool w sobotę poinformował, że wysyła niegrającą część personelu na urlop, co uprawnia te osoby do refundacji z państwowej kasy 80 procent ich pensji, do wysokości 2,5 tysiąca funtów miesięcznie, z programu pomocy przedsiębiorstwom. Pozostałe 20 procent miał dopłacić klub, co wywołało oburzenie, bo jeszcze sześć tygodni temu władze Liverpoolu podawały, że mają 533 milionów funtów rocznego obrotu i 42 mln funtów zysku, co daje ekipie „The Reds” siódme miejsce na liście najbogatszych klubów sportowych na świecie. Rządowa pomoc dla takiego giganta, w sytuacji gdy pensje zarabiających kosmiczne pieniądze piłkarzy nie są jeszcze obniżone, zażenowała byłych piłkarzy „Czerwonych Diabłów”, kibiców oraz dziennikarzy. Jamie Carragher, były kapitan Liverpoolu, napisał na Twitterze: „Juergen Klopp okazał współczucie wszystkim na początku pandemii. Starsi gracze mocno zaangażowali się w obniżkę pensji zawodników w Premier League. A potem cały wypracowany szacunek przepadł”. Zaprotestowały też stowarzyszenia kibiców „The Reds” apelując, że to wielki wstyd aby przedsiębiorstwo zarabiające miliony funtów w czasie wielkiego kryzysu naciągało budżet państwa. Poskutkowało – władze Liverpoolu wycofały się z tego pomysłu.
W imieniu zawodników odpór pretensjom próbował dać Wayne Rooney, były reprezentant Anglii, jeden z legendarnych graczy Manchesteru United, obecnie zaś klubowy kolega reprezentanta Polski Krystiana Bielika w II-ligowym Derby County. „Politycy atakując zawodników próbują odwrócić uwagę od swojej nieudolności w walce z pandemią. To co dzieje się teraz w naszym kraju, to wina haniebnych decyzji tego rządu. Ja jestem w takiej sytuacji, że mogę zrezygnować z części pensji, ale nie każdy z moich kolegów z boiska może sobie na to pozwolić. Dlaczego więc z nas próbuje się zrobić tych złych? – pyta Rooney. Jego głos, chociaż ma swoją wagę, nie powstrzyma jednak tego, co wydaje się nieuchronne, więc wkrótce także gracze Premier League dostaną po kieszeni. Na razie jednak żaden klub Premier League nie zredukował zarobków swoich piłkarzy. W Tottenhamie na obniżenie pensji o 20 procent dobrowolnie zgodził się prezes klubu Daniel Levy, a także część kadry kierowniczej. Z trenerów klubowych zgodę na coś takiego wyrazili tylko Eddie Howe z Bournemouth oraz Graham Potter z Brighton&Hove.
Jak podała telewizja Sky, kluby zweryfikowały swoje oczekiwania i rozmawiają teraz z zawodnikami o obniżeniu ich kontraktów o 25 procent, lecz tylko do czasu wznowienia rozgrywek, nawet przy pustych trybunach. Jeśli do tego dojdzie, otrzymają wówczas wyrównanie.
Walka idzie teraz o każdego funta
Dokonany tylko pobieżnie bilans strat jakie w wyniku epidemii koronawirusa doznały już kluby jest dla nich porażający. Nie notują przychodów z tzw. dni meczowych. Najwięcej za jedno spotkanie na własnych stadionach zarabiały Tottenham i Manchester United (po około 6 mln funtów), a w perspektywie grozi im jeszcze utrata wpływów z kontraktu telewizyjnego. Najwyższa klasa rozgrywkowa zostanie pozbawiona z tego tytułu aż 750 mln funtów, a w sumie wszystkie zespoły występujące w Premier League mogą stracić około 925 milionów funtów, zaś cała angielska piłka klubowa zubożeje o blisko 1,1 mld funtów. Epidemia koronawirusa wpłynęła również na sytuację finansową na giełdzie. Spadki notowąń najmocniej odczuł Manchester United, bo wartość akcji tego klubu spadła aż o 613 milionów funtów w ciągu ostatnich trzech tygodni.
Telewizja Sky Sports ma podpisany z Premier League trzyletni kontrakt, na podstawie którego płaci klubom 1,2 mld funtów rocznie. W nabytym pakiecie ma za to zagwarantowane 128 meczów „na żywo”. Drugi z kluczowych partnerów telewizyjnych, BT Sports, placi za sezon 325 mln funtów i za tę kwotę ma w pakiecie 52 transmisje. Do końca sezonu pozostały do rozegrania 92 mecze (25 procent).
Dynamika rozwoju pandemii na Wyspach Brytyjskich nie wróży jednak najlepiej klubom Premier League. Pojawia się coraz więcej sygnałów, że jednak rozgrywki nie zostaną wznowione, a mistrzowski tytuł zostanie przyznany Liverpoolowi. Nie będzie to żadne nadużycie, bo po 29 meczach Liverpool zajmuje 1. miejsce w tabeli mając 25 punktów przewagi nad drugim Manchesterem City, a drużynie prowadzonej przez Juergena Kloppa brakowało zaledwie dwóch zwycięstw do zdobycia mistrzostwa.

CR7 za drogi dla Juve?

Pandemia koronawirusa wpędza w finansowe tarapaty nawet futbolowych potentatów. W Juventusie Turyn na przykład coraz poważniej rozważany jest transfer Cristiano Ronaldo.

W minioną sobotę kierownictwo Juventusu ogłosiło porozumienie z drużyną w sprawie redukcji zarobków. Piłkarze i trenerzy „Starej Damy” zgodzili się na całkowitą rezygnację z należnych im wynagrodzeń kontraktowych za okres od marca do czerwca tego roku. W ten sposób turyński klub zaoszczędzi 90 mln euro. Ale to może okazać się za mało na przetrzymanie pandemii koronawirusa. Jak donosi dziennik „Il Messaggero” szefowie Juventusu są w tej chwili skłonni zakończyć juz po tym sezonie współpracę z najdroższym piłkarzem w ich zespole, Cristiano Ronaldo. Kontrakt 35-letniego Portugalczyka opiewa na kwotę 31 mln euro netto i jest największym obciążeniem dla klubowego budżetu, bo wraz z podatkami kosztuje klub aż 54 mln euro.
Działacze mistrza Włoch rozważają więc transfer portugalskiego gwiazdora już tego lata, co pewnie nie byłoby takie trudne, bo synny CR7 ostatnio coraz częściej daje do zrozumienia, że nie jest w Turynie szczęśliwy i że bardzo chciałby wrócić do Realu Madryt. W madryckim klubie chętnie nadstawiają ucha na takie spekulacje, tym bardziej, że z obozu turyńczyków docierają wieści, iż Juventus latem będzie gotów oddać tego wybitnego gracza nawet za 70 mln euro. To wprawdzie kwota o blisko 40 mln euro mniejsza od tej, za jaką w lipcu 2018 roku wykupili go z Realu Madryt, ale jak się do niej doliczy 108 mln euro, które turyński klub musiałby mu zapłacić do końca wygasającego 20 czerwca 2022 roku kontraktu, to taka transakcja już na kiepską nie wygląda, a nawet wręcz przeciwnie. Przy całym szacunku dla niebywałych piłkarskich dokonań Cristiano Ronaldo, to mimo jego anegdotycznej już dbałości o fizyczną formę, Portugalczyk szczyt możliwości ma za sobą. Poza tym w Juventusie nie udało mu się uzyskać takiej mocnej pozycji w drużynie i w klubie, jaką miał wcześniej w Realu Madryt, stąd pewnie bierze się też jego rosnąca tęsknota za „Królewskimi”.

Japończycy dołożą do igrzysk miliardy

Wymuszone pandemię koronawirusa przełożenie olimpijskich zmagań na przyszły rok będzie sporo Japończyków kosztowało – z pobieżnych wyliczeń wynika, że co najmniej sześć miliardów USD. A to oznacza, że całkowity koszt imprezy, przewidywany początkowo na 7,5 mld dolarów, może ostatecznie przekroczyć kwotę 24 mld dolarów.

Prawdziwego rachunku za igrzyska w Tokio pewnie nigdy nie poznamy, bo z różnych względów ani władze państwowe Japonii, ani też komitet organizacyjny nie są tym zainteresowane. O tym, że impreza okaże się znacznie droższa niż zakładano, japońskie społeczeństwo wiedziało już od dawna. Gdy siedem lat temu MKOl wybierał kandydaturę Tokio na gospodarza Igrzysk XXXII Olimpiady, mamiono obywateli obietnicą, iż jej koszty nie przekroczą kwoty 7,5 mld dolarów, ale chociaż w kolejnych latach na okrągło zapewniano o utrzymywaniu oszczędnościowego kursu, to jednak wydatki nieustająco rosły. Na kilka tygodni przed ogłoszeniem decyzji o przełożeniu igrzysk rząd Japonii przyznał, że koszty imprezy podskoczyły do kwoty 12,6 mld dolarów, lecz chwilę potem musiał się gęsto z tego tłumaczyć, bowiem Japońska Narodowa Rada Audytu w swoim rutynowym raporcie udowodniła, że faktycznie na projekt Tokio 2020 wydano aż 17,3 mld dolarów i zarzuciła rządzącym, że celowo pomijali w podawanych statystykach znaczną cześć wydatków infrastrukturalnych oraz kwoty łożone na organizację imprezy z budżetu miejskiego Tokio.
Dzisiaj te spory zeszły na drugi plan, bo Japończycy mają teraz na głowie poważniejsze problemy, jakimi są gwałtowny wybuch epidemii koronawirusa i wywołane tym perturbacje w gospodarce. Japonia to wprawdzie po USA i Chinach trzecie najbogatsze państwo na świecie, lecz w czasach zarazy kłopoty nie omijają nikogo. Dlatego premier Shinzo Abe w imieniu rządu ogłosił w miniony poniedziałek wielki program pomocowy, którego wartość w takich krajach, jak choćby Polska, może wzbudzić tylko zazdrość. Otóż na wsparcie swojej osłabionej skutkami pandemii koronawirusa gospodarki Japonia wyłoży gigantyczną kwotę 110 bilionów jenów (988 mld USD). Z tego ponad 6 bln jenów zostanie przeznaczonych na wypłaty gotówkowe dla gospodarstw domowych i małych przedsiębiorstw, a 26 bln jenów na sfinansowanie odroczenia płatności tytułem zabezpieczeń społecznych i podatków.
W japońskiej stolicy liczba zarażonych przekroczyła już tysiąc osób i lawinowo przyrasta, a w całej Japonii wedle najnowszych statystyk dochodzi do pięciu tysięcy. W poniedziałek podawano, że na Covid-19 zmarło już ponad sto osób. Nastroje mimo to nie są w Kraju Kwitnącej Wiśni najlepsze, dlatego tamtejsze media o dodatkowych kosztach związanych z przeniesieniem igrzysk piszą w stonowany sposób. Na razie nikt nie jest jeszcze w stanie precyzyjnie obliczyć, ile pieniędzy trzeba będzie jeszcze dorzucić do olimpijskiego projektu. Przewodniczący komitetu organizacyjnego igrzysk Yoshiro Mori ogłosił, że zostanie powołana do życia specjalna agencja, której zadaniem będzie monitorowanie dodatkowych wydatków. Pierwsze wyliczenia, dokonane przez analityków LearnBonds, którzy powołując się na badania Statista oraz Uniwersytetu Kansai, zakładają kwotę 5,8 mld dolarów amerykańskich.
Wciąż jest jednak mnóstwo niewiadomych, choćby koszty dublowania rezerwacji miejsc hotelowych, stworzenia na nowo wioski olimpijskiej czy biur prasowych. Dzisiaj nikt nie wie, jaki procent personelu przygotowanego do pracy przy obsłudze tegorocznych igrzysk trzeba będzie za rok rekrutować i szkolić od nowa. Dotyczy to nie tylko rzesz wolontariuszy, lecz także liczącej 3,5 tysiąca grupy pracowników zatrudniono na normalne umowy. Trzeba też będzie znaleźć dodatkowe 100 mln dolarów na dalsze działania marketingowe niezbędne do utrwalenia nowego terminu igrzysk. Komitet organizacyjny już oficjalnie daje do zrozumienia, że niektórzy ze sponsorów i partnerów igrzysk poważnie teraz rozważają już nie tylko renegocjacje zawartych umów, lecz nawet całkowite wycofanie się ze współpracy. A to mogą być kolejne miliardy, które zapewne przyjdzie poszukać w kieszeniach japońskich podatników.
Przeniesienie przez MKOl igrzysk będzie generowało też straty poza Japonią, bo przecież odwołanie zaplanowanych już na przyszły rok mistrzostw świata czy kontynentów w różnych dyscyplinach sportu też nie odbędzie się bez kosztów. Jedna decyzja MKOl wywołała efekt śnieżnej kuli, dlatego dzisiaj wszelkie wyliczenia strat wynikłych z przesunięcia igrzysk o rok nie będzie wiarygodne. Faktycznych kosztów zapewne nie poznamy nigdy.

Bundesliga znów trenuje

Chociaż w Niemczech epidemia koronawirusa wciąż nie słabnie, to piłkarska Bundesliga mimo to szykuje się do wznowienia rozgrywek. Niemieckie media podają, że ma to nastąpić w maju, a mecze będą rozgrywane bez publiczności. W miniony poniedziałek do treningów wrócili piłkarze Bayernu Monachium, a wraz z nimi wyleczony już Robert Lewandowski.

Niemieckie drużyny są bardzo zdeterminowane, aby rozegrać sezon do końca. Według pesymistycznych prognoz ekspertów wskutek przerwy w grze zagrożonych likwidacją jest aż 10 klubów Bundesligi. Stąd też presja na jak najszybsze wznowienie przerwanych na początku marca rozgrywek.
Wedle najnowszych spekulacji medialnych może to nastąpić już 2 maja, ale bardziej prawdopodobny jest następny weekend, czyli 8-10 maja. Te daty mogą dziwić w kontekście informacji, jakie docierają z Niemiec o rozwoju pandemii w tym kraju. W miniony wtorek Instytut im. Roberta Kocha (RKI) w Berlinie poinformował, że w ciągu ostatniej doby na terenie RFN zmarły 173 osoby zakażone koronawirusem. Łączna liczba ofiar śmiertelnych w kraju od początku epidemii wzrosła do 1607, a liczba zidentyfikowanych zakażeń wzrosła w ciągu ostatniej doby o 3834 przypadki.
W sumie u naszych zachodnich sąsiadów odnotowano już 99 225 infekcji koronawirusem. Położona na południowym wschodzie kraju Bawaria jest krajem związkowym najbardziej dotkniętym przez epidemię. W granicach tego landu zarejestrowano 26 163 zakażonych (26 procent wszystkich zakażeń w kraju) i 481 zgonów.
W poniedziałek kanclerz Angela Merkel poinformowała, że jest jeszcze stanowczo za wcześnie, żeby łagodzić wprowadzone przez rząd obostrzenia obowiązujące w Niemczech ze względu na pandemię koronawirusa.
Klubom Bundesligi udzielono jednak zezwolenia na organizowanie zamkniętych dla osób postronnych zajęć w ośrodkach treningowych. Treningi muszą się odbywać z zachowaniem wszelkich rygorów sanitarnych, ale dzięki tej furtce piłkarze Borussii Dortmund (Łukasz Piszczek), Schalke 04 Gelsenkirchen, Unionu Berlin (Łukasz Gikiewicz), a od poniedziałku także lidera Bundesligi Bayernu Monachium, w kadrze którego po wyleczeniu urazu pojawił się też Robert Lewandowski, mogli wrócić na boiska.
Zajęcia prowadzone przez wszystkie zespoły są organizowane w podobny sposób. Zawodnicy są dzieleni na kilka grup, które nie mają ze sobą żadnej styczności, albo trenują o różnych godzinach. Piłkarze ćwiczą na ogół w parach, zachowując między sobą należytą odległość.
Kadra Bayernu Monachium w poniedziałek stawiła się w komplecie w klubowym ośrodku przy Sabenerstrasse. Wśród 21 zawodników był też Lewandowski, dla którego były to pierwsze zajęcia na boisku od momentu odniesienia kontuzji kolana, co miało miejsce 25 lutego podczas meczu Ligi Mistrzów z Chelsea Londyn (3:0). Większość jego kolegów miała krótszą przerwę, bo czterotygodniową, ale wszyscy bez wyjątku nie kryli radości z faktu, że znów mogą wspólnie trenować, chociaż zostali porozrzucani w małych grupkach po całym boisku.
Zajęcia dostosowano do wymogów obowiązujących w Niemczech w związku z epidemią SARS-CoV-2. Piłkarzy podzielono na pięć grup – cztery czteroosobowe i jedną pięcioosobową, w której znalazł się m.in. Lewandowski. Każda z grup zbierała się w innej części podziemnego garażu, wszyscy przyjechali już przebrani w stroje treningowe, a po zajęciach od razu musieli wracać do swoich domów i dopiero w nich mogli brać prysznic. Siłą rzeczy te pierwsze treningi nie mogły być zbyt intensywne, raczej chodziło w nich o umożliwienie zawodnikom kontaktu z pełnowymiarowym boiskiem i wykonanie podstawowych ćwiczeń z piłkami.
Lewandowski nie mia już żadnych problemów zdrowotnych, co wydaje się oczywiste, bo przecież jego powrót do gry po kontuzji i tak był planowany na 4 kwietnia, bo tego dnia wedle pierwotnego terminarza Bayern miał grać na wyjeździe z Borussią Dortmund. „Lewy” z powodu urazu kolana opuścił tylko trzy mecze, ale w tym czasie jego najgroźniejsi konkurenci do korony króla strzelców Bundesligi (Timo Werner z RB Lipsk) i „Złotego Buta” (Woch Ciro Immobile z Lazio Rzym) nie powiększyli swojego bramkowego dorobku, a zatem po ewentualnym wznowieniu rozgrywek rywalizacja o te laury wystartuje z poziomu sprzed kontuzji Lewandowskiego.
Kluby naszej rodzimej piłkarskiej ekstraklasy powinny z uwagą przyglądać się rozwojowi wydarzeń w Bundeslidze. Skoro za Odrą, chociaż przebieg pandemii jest tam wielokroć bardziej burzliwy niż w Polsce, a mimo to klubom zezwolono na treningi, to może dałoby się zrobić podobnie także i u nas.

48 godzin sport

Polsat przedłużył umowę z PZPN
Rozgrywki o Puchar Polski oraz w I lidze piłkarskiej przez kolejne trzy lata będą pokazywane na kanałach telewizji Polsat. W miniony poniedziałek stacja zawarła nową umowę z Polskim Związkiem Piłki Nożnej na sezony 2021/2022, 2022/2023 oraz 2023/2024. Nowa umowa licencyjna daje Polsatowi do transmitowania co najmniej 28 meczów każdej edycji Pucharu Polsku (w tym wszystkie od 1/8 finału, a półfinały i finał w kanałach niekodowanych). PZPN zaś może transmitować na własnych platformach internetowych mecze, których zabraknie w telewizji. Jeśli chodzi o I ligę, w każdym sezonie Polsat przeprowadzi co najmniej 102 transmisje na żywo (minimum trzy w każdej kolejce) oraz wszystkie trzy starcia barażowe o awans do ekstraklasy (dwa półfinały i finał).

Szwedzi posłali trenera na urlop
Szwedzka Federacja Piłkarska (SvFF) ogłosiła w poniedziałek zwolnienie tymczasowe do końca maja 90 osób, w tym selekcjonera reprezentacji męskiej Janne Anderssona i jego sztabu. Powodem są kłopoty finansowe wywołane epidemię koronawirusa. W dniach 14 kwietnia-31 maja Andersson, który w SvFF zarabia 400 tysięcy euro rocznie, nie będzie otrzymywał pensji i będzie miał prawo do zasiłku państwowego, jak każdy obywatel w takiej sytuacji. Szwecja będzie grupowym rywalem Polski w przyszłorocznych mistrzostwach Europy.

Zmarł Lucjan Olszewski
W wieku 85 lat zmarł wybitny dziennikarz sportowy Lucjan Olszewski, redaktor naczelny miesięcznika „Boks” w latach 1969-1990, wiceprezes Polskiego Związku Bokserskiego, ale przede wszystkim wielki znawca i propagator pięściarstwa, w ostatnich latach jako ekspert telewizyjny i publicysta. Jego pogrzeb odbędzie się w środę 8 kwietnia w Warszawie.

Kolejna mistrzyni zrezygnowała
Sześciokrotna mistrzyni świata w biathlonie Norweżka Synnoeve Solemdal zakończyła sportową karierę. 30-letnia zawodniczka największe sukcesy odnosiła w sztafetach, w których zdobyła aż sześć złotych medali mistrzostw świata. Ostatni w tym roku we włoskiej Anterselvie. Solemdal ma też na koncie dwa indywidualne triumfy w zawodach Pucharu Świata. Oba odniosła w austriackim Hochfilzen w biegu pościgowym, a miało to miejsce w 2012 i 2013 roku. Po tym sezonie sportowe kariery zakończyło też dwoje innych tuzów biathlonu – Francuz Martin Fourcade i Finka Kaisa Makarainen.

Zmarł Radomir Antić
W wieku 71 lat zmarł słynny serbski trener Radomir Antić. W swojej bogatej karierze szkoleniowej prowadził z sukcesami największe piłkarskie drużyny klubowe. Największe sukcesy odniósł z Atletico Madryt (mistrzostwo i puchar Hiszpanii w sezonie 1995/96), trenował też ekipy FC Barcelona i Realu Madryt. W latach 2008-2010 był selekcjonerem reprezentacji Serbii, a ostatni zespołem, jaki prowadził był chiński Hebei China Fortune (2015).

W Jastrzębiu chcą grać

Kilka dni temu zarząd Jastrzębskiego Węgla ogłosił, że nie chce już czekać na wznowienie rozgrywek i wycofuje swój zespół z rywalizacji w Lidze Mistrzów siatkarzy. Teraz jednak szefowie tego klubu zmienili zdanie.

Z powodu pandemii koronawirusa Europejska Konfederacja Siatkówki (CEV) zawiesiła rywalizację w Lidze Mistrzów, ale jej nie odwołała. Rozgrywki przerwano w fazie ćwierćfinałowej. Drużyna z Jastrzębia-Zdroju na tym etapie miała zmierzyć się z włoskim Itas Trentino, lecz najpierw odmówiła wyjazdu do już wówczas ogarniętych epidemią koronawirusa Włoch, potem nie doszły do skutku dwa spotkania wyznaczone na neutralnym boisku w słoweńskim Mariborze, aż następnie rozstrzygnięcie rywalizacji uniemożliwiła decyzja CEV o zawieszeniu rozgrywek. Do półfinału zdążyły zakwalifikować się na dwa zespoły – włoski Cucine Lube Civitanova (wyeliminował belgijski Knack Roeselare) oraz rosyjski Kuzbass Kemerowo (okazał się lepszy od ZAKSY Kędzierzyn-Koźle), natomiast w parze Fakieł Nowy Urengoj – Sir Sicoma Monini Perugia (Vital Heynen, Wilfredo Leon) włoski zespół w pierwszym meczu wygrał na wyjeździe w Rosji 3:1.
Działacze Jastrzębskiego Węgla pod koniec marca postanowili wycofać zespół, ale po kilku dniach doszli do słusznego wniosku, że była to pochopna decyzja. Swoje obecne stanowisko sformułowali w oficjalnym komunikacie: „W związku z zawieszeniem rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2019/2020 na etapie ćwierćfinałów i brakiem dalszych decyzji Europejskiej Konfederacji Siatkarskiej (CEV) w tym zakresie, wystosowaliśmy pismo do CEV, w którym nasz klub wyraził wolę dokończenia bieżącej edycji tych rozgrywek w późniejszym terminie. Ponadto wystąpiliśmy z wnioskiem, aby w przypadku braku możliwości dokończenia bieżącej edycji rozgrywek Ligi Mistrzów do kolejnej jej edycji włączony został zespół Jastrzębskiego Węgla oraz inne zespoły, które w tej edycji nie mają możliwości dokończenia tych rozgrywek. Wobec złożonego pisma klub oczekuje na ostateczne stanowisko CEV w tej sprawie”.

Pozyskali Krychowiaka za bezcen

Były dyrektor sportowy Lokomotiwu Moskwa Erik Stoffelshaus na pożegnanie z tym klubem wyjawił, ile naprawdę kosztował transfer robiącego teraz furorę w rosyjskiej lidze Grzegorza Krychowiaka z Paris Saint-Germain. Okazuje się, że reprezentant Polski przeszedł w sumie za 10 mln euro.

Zważywszy na poziom, jaki obecnie prezentuje Krychowiak, Lokomotiw pozyskał go po naprawdę promocyjnej cenie. Były już dyrektor sportowy tego moskiewskiego klubu Erik Stoffelshaus w wywiadzie udzielonym rosyjskiemu dziennikowi „Sport-Express” zdradził kulisy transferu polskiego piłkarza. „Najpierw zapłaciliśmy milion euro za jego wypożyczenie, a potem za transfer definitywny wynegocjowaliśmy z Paris Saint-Germain kwotę dziewięciu milionów euro. Pamiętając za ile paryski klub wykupił Grzegorza z Sevillii, była to dla nas bardzo korzystna transakcja. Tym bardziej korzystna, że płatność za transfer została rozłożona na cztery lata. Po dwa i pół miliona euro w dwóch pierwszych latach, z później po dwa miliony euro w dwóch kolejnych” – zapewnia Stoffelshaus.
W sumie zatem Krychowiak przeszedł do Lokomotiwu za dziewięć milionów euro, a nie jak dotąd utrzymywano, za 12 mln euro. To oznacza, że PSG stracił na jego transferze około 17 mln euro, bo przecież z FC Sevilla paryżanie wykupili reprezentanta Polski w 2016 roku za 26 mln euro. Potem jednak odesłali go na wypożyczenie do West Bromwich, a następnie do Lokomotiwu.
Stoffelshaus podkreśla, że transfer Krychowiaka był majstersztykiem działaczy Lokomotiwu i trudno nie przyznać mu racji. W tej chwili 30-letni Polak jest jednym z najlepszych piłkarzy w rosyjskiej lidze. W obecnym sezonie strzelił 9 goli i jest najlepszym strzelcem w swoim zespole. Jego kontrakt wygasa w czerwcu 2022 roku.

Ligę Narodów też chcą odwołać

W tegorocznym terminarzu imprez z udziałem reprezentacji narodowych jedyną imprezą jeszcze nie odwołaną, jest przełożona na jesień Liga Narodów. Ale nawet jej los jest niepewny. Włoski dziennik „La Gazetta dello Sport” zapewnia, że FIVB także te rozgrywki zamierza odwołać, ale decyzję ogłosi dopiero pod koniec kwietnia.

Jeśli te spekulacje okażą się prawdziwe, reprezentacja Polski w tym roku nie rozegra ani jednego meczu o stawkę. W pierwotnej wersji rozgrywki w Lidze Narodów (VNL) miały się odbyć w maju i czerwcu, czyli przed igrzyskami w Tokio. Wybuch epidemii koronawirusa sparaliżował jednak rozgrywki ligowe i w europejskich pucharach, więc żeby zyskać dodatkowe terminy na dokończenie tych zmagań, władze światowej federacji siatkarskiej zadecydowały o przeniesieniu Ligi Narodów na jesień i wstępnie zaplanowały rozpoczęcie tych rozgrywek od połowy września.
„Decyzja o przełożeniu VNL zagwarantuje zawodnikom możliwość skupienia się na własnym zdrowiu i formie i pozwoli krajowym ligom, które musiały teraz zawiesić swoje mecze, rozegrać do końca sezony, gdy sytuacja ulegnie poprawie. FIVB patrzy oczywiście z optymizmem w przyszłość i czujemy się zobowiązani do rozegrania naszych zawodów po igrzyskach olimpijskich. Będziemy też starali się znaleźć dla nich odpowiedni termin w przyszłości” – napisano w oficjalnym komunikacie FIVB, opublikowanym m.in. na stronie internetowej Polskiego Związku Piłki Siatkowej.
Takie rozwiązanie początkowo nie zostało życzliwie przyjęte, co nie dziwi, bo decyzja zapadła zanim jeszcze MKOl przełożył igrzyska na przyszły rok. Dlatego niezadowoleni byli zwłaszcza trenerzy 12 zespołów, które miały uczestniczyć w olimpijskim turnieju. Ale potem sytuacja z powodu rozwoju epidemii koronawirusa coraz bardziej się komplikowała. Włosi jeszcze w marcu ogłosili, że rezygnują z udziału swojej reprezentacji w tegorocznej edycji Ligi Narodów, ale ich decyzja wydaje się oczywista zważywszy na straszliwe skutki pandemii, jakich obecnie doświadczają.
Przeniesienie igrzysk olimpijskich w Tokio na 2021 rok sprawiło, że w tym sezonie Liga Narodów, wcześniej uznawana za niepotrzebną, stała się nagle w wymiarze reprezentacyjnym główną imprezą sezonu. Mistrzostwa Europy mają się odbyć za rok, tuż po igrzyskach, a mistrzostwa świata dopiero za dwa lata. Nie ma zatem jakiegoś specjalnego powodu, żeby na siłę organizować kosztowne dla federacji i męczące dla zawodników z uwagi na wyczerpujące podróże rozgrywki. Tym bardziej, że nikt nie jest w stanie w tej chwili przewidzieć, czy we wrześniu i październiku świat upora się już całkowicie z koronawirusem. Wiadomo jednak, że nawet jeśli pandemia wygaśnie, to jest ekonomiczne skutki świat sportu zacznie odczuwać właśnie dopiero w drugiej połowie roku. I to z tego powodu FIVB rozważa odwołanie Ligi Narodów, bo zewsząd otrzymuje sygnały od sponsorów, że zamierzają się wycofać.
Dla PZPS odwołanie Ligi Narodów będzie oznaczało utratę zaplanowanych w Polsce trzech turniejów. Zgodnie z harmonogramem, reprezentacja siatkarzy miała grać w Krakowie z ekipami Serbii, Słowenii i Włoch, a w Łodzi z Bułgarią, Chinami i Brazylią. Z kolei reprezentacja siatkarek miała w czwartym tygodniu rozgrywek zmierzyć się u siebie z ekipami Niemiec, Tajlandii i Brazylii.
Wygląda jednak na to, że po raz pierwszy w historii, w światowej siatkówce w czasie pokoju nie będzie sezonu reprezentacyjnego. Teoretycznie jest możliwość wypełnienia tej luki spotkaniami towarzyskimi, ale zważywszy na fakt, że w tym czasie zaczną się rozgrywki klubowe, nie będzie łatwo zebrać kadry narodowe, bowiem raczej nie ma co liczyć na zwolnienia zawodników na imprezy nie uwzględnione w oficjalnym kalendarzu FIVB.
Właściciele klubów, które przetrwają finansową zapaść po pandemii Covid-19, będą zawzięcie walczyć o każdego centa. Europejska Konfederacja Siatkówki (CEV) chcąc wesprzeć ich coraz bardziej dziurawe budżety, planuje wypłacić 2,6 miliona euro przeznaczone na nagrody pieniężne za wszystkie mecze rozegrane do zawieszenia rozgrywek w europejskich pucharach. Skorzystają na tym też wszystkie polskie zespoły klubowe, które występowały w europejskich pucharach. Ale zważywszy na poniesione straty, taka kwota w skali Europy to kropla w morzu potrzeb. Siatkarze chcą więc grać i są gotowi to robić nawet niezbyt dotąd przez nich cenionej Ligi Narodów. A to jest argument, który FIVB także bierze pod uwagę.

Szalony rajd Szczęsnego

Wojciech Szczęsny po obowiązkowej kwarantannie w Juventusie tak się stęsknił za przebywającymi w Polsce żoną i synkiem, że zaryzykował dla nich podróż samochodem z Turynu do Warszawy.

Żona Szczęsnego, Marina Łuczenko, opublikowała w mediach społecznościowych filmik, na którym bramkarz Juventusu Turyn wita się ze swoimi synkiem, Liamem. I przy tej okazji wyszło na jaw, że nasz reprezentacyjny bramkarz kopnął się z Turynu do Warszawa swoim autem, gdy tylko się okazało, że nie ma szans na podróż do Warszawy samolotem. A dlaczego musiał rozstać się z najbliższymi? Przypomnijmy, że Szczęsny, podobnie jak wszyscy gracze Juventusu, musiał poddać się kwarantannie, bo u trzech graczy „Starej Damy”, Daniele Ruganiego, Paulo Dybali i Blaise’a Matuidiego, wykryto koronawirusa. On musiał zostać w Turynie sam, bo chwilę wcześniej jego żona wraz synkiem wyskoczyła w swoich zawodowych sprawach do Polski.
I w ten sposób na ponad dwa tygodnie rodzina musiała się rozstać. Szczęsny w tym czasie, jak każdy z zawodników Juventusu, musiał zgodzić się na odebranie czterech miesięcznych pensji, co dla niego oznaczało stratę około 10 milionów złotych. Na osłodę mógł natomiast poczytać o sobie wiele pozytywnych opinii we włoskich mediach. Podkreślano w nich, że Juventus zrobił na nim znakomity interes, bo dwa i pół roku temu wykupił go z Arsenalu Londyn za niespełna 15 mln euro, podczas gdy dzisiaj transferową wartość 29-letniego reprezentanta Polski szacuje się na co najmniej 60 mln euro.
Na boisku póki co nie może tego potwierdzić, bo liga włoska z powodu pandemii nie gra, a piłkarze nie mogą nawet wspólnie trenować. Szczęsny poprosił więc o zgodę na odwiedzenie rodziny w Warszawie. Ponieważ loty do Polski są odwołane, zdecydował się na trochę szaloną wyprawę samochodem. Za kierownicą swojego auta musiał spędzić w sumie kilkanaście godzin, a potem, już w Warszawie, musiał poddać się kolejnej obowiązkowej kwarantannie. Ale skoro przywitał się z synkiem i żoną, to przynajmniej tym razem nie musi jej przechodzić w samotności.

CCC wycofuje się ze sponsoringu

Grupa kolarska CCC w miniony piątek poinformowała, że z powodu ograniczenia przez sponsora tytularnego wsparcia finansowego jest zmuszona do ograniczenia personelu pomocniczego oraz znacznego obniżenia pensji zawodników.

CCC Team to pierwsza i jedyna polska grupa kolarska w World Tour. Sponsoruje ją notowana na warszawskiej GPW obuwnicza firma CCC, jedna z największych w Europie na rynku obuwniczym. Jej właścicielem jest były kolarz Dariusz Miłek, który od 20 lat sponsoruje polskie kolarstwo. Firma od dłuższego czasu przeżywa kłopoty finansowe, które się pogłębiły wraz z nadejściem pandemii koronawirusa. W czwartek odbyła się telekonferencja CCC z udziałem Miłka, który jest głównym udziałowcem firmy CCC i szefem jej rady nadzorczej. „Mamy umowę, która nas zobowiązuje na ten rok i na kolejny, ale firma musi i chce się z niej wycofać w miarę po małych kosztach, bo po prostu kolarze nie świadczą usług. Nie mamy 265 dni wyścigów w Eurosporcie, odwołali Giro d’Italia, planują odwołać też Tour de France. Nie ma więc sensu inwestować w ten sponsoring, skoro nie mamy z tego żadnych korzyści” – wyjaśnił powody swojej decyzji Dariusz Miłek.
CCC finansuje obecnie trzy projekty kolarskie: grupę elity, na czele z mistrzem olimpijskim z Rio de Janeiro Belgiem Gregiem Van Avermaetem, ekipę kontynentalną złożoną z młodych, perspektywicznych zawodników oraz drużynę kobiet, której liderką jest utytułowana Holenderka Marianne Vos.
W miniony piątek szczegóły wycofania się sponsora tytularnego przedstawił prezes grupy kolarskiej CCC Jim Ochowicz. „Decyzji o cięciach nie mogliśmy przewidzieć. Aby mieć środki na start w wyścigach, gdy tylko zostaną wznowione, musieliśmy zredukować do minimum liczbę pracowników zatrudnionych w grupie oraz radykalnie obniżyć wynagrodzenia zawodników na kontraktach. To trudny czas dla wszystkich. Zrobimy wszystko, co możliwe, aby utrzymać zespół w tym okresie i mamy nadzieję na odbicie się z powrotem, gdy już epidemia koronawirusa zostanie opanowana, a wyścigi zaczną być ponownie organizowane. Mamy nadzieję na przywrócenie do pracy jak największej liczby pracowników, ale będzie to zależne po wnikliwym oszacowaniu nowego budżetu” – przyznał w komunikacie dla mediów Jim Ochowicz.