IO Tokio 2020/21: Pandemia nie odpuszcza

Władze Tokio martwią się rosnącą z dnia na dzień liczbą zakażeń koronawirusem. W środę odnotowano 3177 nowych przypadków. Wirus nie omija też wioski olimpijskiej. Jego ofiarą padł m.in. amerykański tyczkarz Sam Kendricks.

We wtorek odnotowano w stolicy Japonii 2848 przypadków zakażeń, zaś w środę ich liczba po raz pierwszy od wybuchu pandemii przekroczyła w stolicy Japonii barierę trzech tysięcy. W porównaniu z wynikami odnotowanymi tydzień wcześniej liczba zarażonych Covid-19 wzrosłą o jedną trzecią. Także tygodniowa średnia jest w Tokio najwyższa od początku kryzysu. Nasilenie pandemii wiązany jest z szerzącym się w Japonii bardziej zaraźliwym wariantem koronawirusa (Delta). Tokijska służba zdrowia znajduje się pod coraz większą presją” – alarmuje agencja Kyodo, oceniając, że rekordowe bilanse zakażeń rodzą też nowe zagrożenia dla uczestników trwających igrzysk olimpijskich. Ale koronawirus szybko rozprzestrzenia się również w innych japońskich prefekturach. Wtorkowy bilans ogólnokrajowy przekroczył barierę siedmiu tysięcy nowych zakażeń po raz pierwszy od maja, zbliżając się do rekordowej wartości około ośmiu tysięcy przypadków odnotowanych na początku stycznia tego roku. Bariera ośmiu tysięcy została przekroczona już środę.
Zakażenia wirusem w objętej surowym reżimem sanitarnym wiosce olimpijskiej zdarzają się sporadycznie, ale Covid-19 potrafi zamieszać nawet w olimpijskiej rywalizacji. Tak właśnie się stało w przypadku amerykańskiego tyczka Sama Kenricksa, dwukrotnego mistrza świata i jednego z kandydatów do olimpijskiego złota, u którego testy wykazały obecność koronawirusa. Negatywny wynik miał też jego argentyński kolega ze skoczni German Chiaraviglio. Obu odesłano na 10-dniową kwarantannę, co obu wyklucza z walki o olimpijskie medale. Ponieważ Kendricks miał codzienne kontakty z australijskimi lekkoatletami, całą liczącą 60 osób reprezentację tego kraju odizolowano i poddano testom. Jak poinformował w czwartek australijski komitet olimpijski, wszystkie dały negatywny wynik i cała ekipa może wrócić do normalnej aktywności.

Legia już zarobiła w pucharach 16 milionów złotych

Piłkarze Legii Warszawa wygrali na wyjeździe 1:0 w rewanżowym meczu II rundy eliminacyjnej Champions League UEFA z mistrzem Estonii FC Flora Tallin. Jedynego gola w tym spotkaniu strzelił Portugalczyk Rafael Lopes. W pierwszym spotkaniu u siebie legioniści wygrali 2:1, więc pewnie awansowali do III rundy kwalifikacji, w której zmierzą się z mistrzem Chorwacji Dinamem Zagrzeb.

Legia dzięki awansowi do III rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów zapewniła sobie występy w europejskich pucharach co najmniej do końca tego roku, bo nawet jeśli nie przejdzie Dinama Zagrzeb, to zostanie przeniesiona do IV rundy kwalifikacji Ligi Europy, a jeśli i tam jej się nie powiedzie, ma zagwarantowany udział w fazie grupowej Lidze Konferencji Europy, najniżej stojącego w hierarchii z trzech europejskich pucharów, którego rozgrywki UEFA zainaugurowała w tym sezonie. W kwalifikacjach uczestniczą trzy zespoły naszej piłkarskiej ekstraklasy – zdobywca Pucharu Polski Raków Częstochowa i zarazem wicemistrz Polski oraz trzeci i czwarty zespół minionych rozgrywek – Pogoń Szczecin i Śląsk Wrocław. Ten tercet nie ma jednak szans na żadną przeprowadzkę w ramach pucharowej rywalizacji. Polska ekstraklasa ma tak niski ranking ligowy UEFA, że na jakieś tam przywileje może liczyć jedynie mistrz kraju, a pozostałe zespoły muszą bić się w kwalifikacjach do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy i każda porażka w dwumeczu zakończy ich pucharową przygodę w tym sezonie.
Wracając zaś do zespołu Legii, to nawet zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy jest lepszym wynikiem sportowym w porównaniu z poprzednim sezonem, gdy legioniści zakończyli zmagania w kwalifikacjach. Awans ma też wymierne korzyści finansowe. Dzięki dotychczasowym osiągnięciom już wiadomo, że do kasy warszawskiego klubu na pewno wpłynie ponad 16 mln złotych. Na kwotę tę składa się premia za przejście I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów po dwóch zwycięstwach, 3:2 i 2:0, nad mistrzem Norwegi FK Bodo/Glimt, premia za awans do III rundy po wyeliminowaniu Flory Tallin oraz premia od UEFA za awans do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy, co wedle szacunków może przynieść wpływy w wysokości 13,3 mln złotych, co w sumie daje ponad 16 mln złotych. A to przecież wcale nie musi być cała kwota, jaką legioniści mogą zarobić w obecnej edycji europejskich pucharów. Muszą jednak wygrać z Dinamem Zagrzeb. Ale zanim legioniści staną w szranki z mistrzem Chorwacji, czeka ich w sobotę ligowa potyczka w 2. kolejce PKO Ekstraklasy z Radomiakiem.

Zestaw par 2. kolejki PKO Ekstraklasy:
Piątek: Zagłębie Lubin – Górnik Łęczna, godz. 18:00; Górnik Zabrze – Lech Poznań, 20:30. Sobota: Stal Mielec – Piast Gliwice, 15:00; Bruk-Bet Nieciecza – Wisła Kraków, 17:30; Radomiak Radom – Legia Warszawa, 20:00. Niedziela: Warta Poznań – Pogoń Szczecin, 15:00; Cracovia – Śląsk Wrocław, 17:30; Jagiellonia Białystok – Raków Częstochowa, 20:00. Poniedziałek: Lechia Gdańsk – Wisła Płock, godz. 18:00.

O tym się mówi: Afera z fałszywymi dyplomami dla piłkarzy

Prokuratura w Gdańsku prowadzi śledztwo w sprawie handlu podrabianymi dyplomami działającej w Łodzi prywatnej Wyższej Uczelni Nauk Społecznych. Główny podejrzany, doc. dr hab. D., został przyłapany na gorącym uczynku i przyznał się do winy. W jego telefonie śledczy odnaleźli m.in. zdjęcia dyplomów wystawionych na nazwiska znanych piłkarzy.

Ktoś w tej sprawie ewidentnie nie respektował tajemnicy śledztwa, bo sprawa wyciekła do mediów. Jako pierwszy sprawę nagłośnił portal Onet.pl, który tak opisał kulisy ujawnienia „afery dyplomowej”.
(…)”Latem 2019 roku pewna absolwentka szuka szkoły wyższej, w której mogłaby skończyć studia podyplomowe. Najpierw trafia do Wyższej Szkoły Teologiczno-Humanistycznej w podwarszawskiej Podkowie Leśnej prowadzonej przez Kościół Adwentystów Dnia Siódmego i tam dostaje kontakt do Zbigniewa D., ówczesnego kanclerza prywatnej Uczelni Nauk Społecznych w Łodzi. Z tą szkołą związani są także najbliżsi dr. D. – rektorem uczelni jest jego żona Urszula, zaś w szkole pracują także jego dwaj synowie – Piotr jest kanclerzem, a Karol pracuje w uczelnianej administracji. Sam dr hab. D. jest pracownikiem naukowym na tej uczelni. To człowiek znany w Łodzi, zapalony kibic piłkarski. W przeszłości był dyrektorem Łódzkiego Klubu Sportowego (ŁKS), klubu z wieloletnimi tradycjami. Jak wynika z naszych informacji, wspomniana wyżej absolwentka miała usłyszeć od doktora D. konkretną propozycję, niezbyt zresztą wygórowaną: 2,5 tys. zł za dyplom bez konieczności uczęszczania na zajęcia lub zdawania egzaminu. Kobieta była oburzona, bo zależało jej na nauce, a nie na tytule. Sprawę zgłosiła więc policji. Policja przygotowała zasadzkę: na umówione spotkanie w Trójmieście kobieta przyjechała w obstawie oficerów policji. W momencie, gdy dr D. wręczył jej podrobiony dyplom i odebrał pieniądze, został zatrzymany. Były kanclerz trafił przed oblicze prokuratora. — Mężczyzna został zatrzymany bezpośrednio po przyjęciu pieniędzy w zamian za przekazanie podrobionego świadectwa ukończenia studiów podyplomowych osobie, która w nich nie uczestniczyła – mówi Onetowi Grażyna Wawryniuk, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
Prokuratura postawiła Zbigniewowi D. zarzut wzięcia łapówki w związku z pełnieniem funkcji publicznej. Grozi mu za to do ośmiu lat więzienia. Do sądu trafił wniosek o jego tymczasowe aresztowanie, ale sąd nie zgodził się na areszt dla dr. D. Miał dylemat: nie było pewności, czy rzeczywiście można uznać D. za osobę publiczną, ponieważ był pracownikiem prywatnej uczelni. Po usłyszeniu zarzutów i nocy spędzonej w policyjnej izbie zatrzymań, wrócił więc do domu.
To był jednak dopiero początek sprawy. Policja, przeczesując telefon Zbigniewa D., znalazła bowiem informacje znacznie ciekawsze od podrobienia dyplomu dla ambitnej absolwentki. W telefonie była korespondencja doktora ze znanymi sportowcami i ich rodzinami o wszelkiego rodzaju dyplomach. Śledczych najbardziej zaskoczyło nazwisko Roberta Lewandowskiego, jednego z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich piłkarzy. Z zapisów komunikatora w telefonie Zbigniewa D. wynika, że rozmawiał z żoną piłkarza Anną Lewandowską oraz innymi osobami z jego otoczenia. D. miał ponoć proponować kolejne tytuły naukowe dla obojga małżonków. Z ustaleń Onetu wynika, że podczas przeszukania u dr. D. policja znalazła zdjęcie dyplomu magisterskiego dla Lewandowskiego z pieczątką Uczelni Nauk Społecznych oraz podpisem żony doktora D., która, przypomnijmy, jest rektorem tej szkoły wyższej. Był to dyplom magistra pedagogiki, specjalność „Przedsiębiorczość i zarządzanie w usługach społecznych i edukacyjnych”. Na dyplomie znajdowało się zdjęcie Roberta Lewandowskiego” (…).

Sprawa jest kontrowersyjna głównie dlatego, że Lewandowski publicznie pochwalił się zdobyciem wyższego wykształcenia, ale nie w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Łodzi, tylko w Wyższej Szkole Edukacji w Sporcie w Warszawie. Na tej uczelni najpierw w 2017 roku zrobił licencjat (napisał tam pracę o sobie samym pt. „RL9. Droga do sławy”), a trzy lata później, w październiku 2020 roku, uzyskał tytuł magistra, broniąc pracy dotyczącej m.in. wydolności tlenowej studentów tej uczelni. Ale według tego, co śledczy odkryli w dokumentach zatrzymanego doc. dr hab. D. , Lewandowski miał obronić w łódzkiej uczelni pracę magisterską 24 marca 2018 roku na ocenę dobrą. Teoretycznie byłoby to możliwe, bo dzień wcześniej piłkarz grał w meczu towarzyskim reprezentacji Polski z Nigerią we Wrocławiu, a cztery dni później w Chorzowie z Koreą Południową. Rektor Wyższej Uczelni Nauk Społecznych, prywatnie żona docenta D., w wypowiedzi opublikowanej w Onet.pl zapewniała , że Lewandowski rzeczywiście obronił dyplom w trakcie zgrupowania kadry. Twierdzi, że łódzka uczelnia, na jego wyraźną prośbę, niczego nie ujawniała w mediach i że „wszystko odbyło się uczciwie, bo piłkarz normalnie studiował”.
Jak wynika z materiałów znajdujących się w aktach sprawy, dr D. miał także propozycję dla obojga Lewandowskich: dwa dyplomy MBA i oczekiwał zapłaty w wysokości ok. 25 tys. zł za oba dokumenty bez konieczności uczestnictwa w zajęciach. Proponował także Annie Lewandowskiej zrobienie doktoratu.
Lewandowski do tej pory nie wypowiedział się osobiście w tej sprawie. W jego imieniu zrobiła to jego rzeczniczka prasowa Monika Bondarowicz, która przesłał mediom krótki komunikat: „Robert Lewandowski ukończył studia w Wyższej Szkole Edukacji w Sporcie w Warszawie 2020 roku i obronił pracę magisterską, o czym publicznie informował. O prowadzonym postępowaniu dowiedzieliśmy się z mediów, nie komentujemy jej publicznie, a jeśli będzie taka potrzeba, wszelkich informacji udzielimy uprawnionym organom”.
Lewandowski nie jest jedynym piłkarzem, którego nazwisko przewija się w materiałach ze śledztwa przeciwko docentowi D. Wśród dokumentów znalezionych u naukowca znajduje się zdjęcie dyplomu licencjackiego dla Jacka Góralskiego, pomocnika reprezentacji Polski. Z rozmów na komunikatorze wynika, że Góralski rzekomo miał zapłacić za dyplom 10 tys. zł, a pieniądze miały trafić na konto jednego z synów Zbigniewa D. Wedle fałszywego dyplomu, swój licencjat Góralski miał obronić 8 października 2017 roku, ale uczelnia Adwentystów stanowczo zaprzeczyła, by ten piłkarz był jej absolwentem. To samo zrobił sam Góralski, który stwierdził, że jego udział w tej aferze jest głupim żartem, bo przecież nie ma matury, więc nie mógł zrobić dyplomu licencjackiego. Ale na liście „klientów” docenta D. pojawia się więcej znanych z boisk nazwisk, m.in. Arkadiusza Milika, Piotra Świerczewskiego, zaplątał się tam nawet komentator piłkarski TVP Mateusz Borek. Co ciekawe, nawet jeśli prokuratura stwierdzi, że niektórzy sportowcy dostali fikcyjne dyplomy, to niekoniecznie usłyszą zarzuty, bo w świetle art. 270 KK do przestępstwa dochodzi dopiero wtedy, gdy ktoś fałszywego dyplomu używa, np. składając ów dyplom w jakimś urzędzie czy instytucji. Ani policja, ani prokuratura nie przesłuchały dotąd nikogo z osób wymienianych w korespondencjach docenta D, ale śledztwo zostało niedawno przedłużone do końca października tego roku.
Ministerstwo Edukacji i Nauki ogłosiło, że zażąda od rektora Wyższej Uczelni Nauk Społecznych w Łodzi wyjaśnień w tej sprawie, ale też podkreśliło, że w gestii rektora leży powinność unieważnienia dyplomów, uzyskanych w nieuczciwy sposób, z naruszeniem reguł i zasad.

IO Tokio 2020/21: Polscy siatkarze są o krok od 1/4 finału

Nasza siatkarska reprezentacja zaczęła rywalizację o olimpijskie medale od porażki z Iranem 2:3, lecz dwa kolejne spotkania grupowe pewnie wygrała: z Włochami 3:0 i Wenezuelą 3:1, dzięki czemu po trzech seriach gier jest liderem grupy A. Natomiast w grupie B pierwsze skrzypce gra zespół Rosji.

Biało-czerwoni szybko otrząsnęli się po niespodziewanej porażce z Iranem. Już w drugiej serii gier rozgromili 3:0 zespół Włoch, a w trzeciej pokonali najsłabszą w stawce 12 drużyn Wenezuelę 3:1 i z dorobkiem siedmiu punktów wyszli na prowadzenie w grupie A. Było to możliwe jednak tylko dlatego, że liderujący po dwóch kolejkach Irańczycy przegrali nieoczekiwanie z Kanadyjczykami 0:3, a zajmująca drugą lokatę ekipa Japonii uległa Włochom 1:3. Strata seta w starciu z Wenezuelczykami naszym siatkarzom chluby Jednak nie przynosi, zwłaszcza że przegrali tę partię wysoko – 18:28. Terminarz gier w turnieju olimpijskim został tak skonstruowany, że Polacy z najgroźniejszymi rywalami w grupie A, czyli Iranem i Włochami, zmierzyli się na samym początku imprezy. W piątek podopiecznych trenera Vitala Heynena czeka potyczka z ekipa gospodarzy igrzysk, Japończykami, a na koniec grupowych zmagań zagrają w niedzielę z drużyną Kanady.
Powrót Kubiaka w cieniu Semeniuka
W spotkaniu z Wenezuelą od początku w wyjściowym składzie znalazł się kapitan biało-czerwonych Michał Kubiak, który z powodu problemów z plecami nie zagrał z Iranem, a w spotkaniu z Włochami wszedł na kilka minut w końcówce trzeciego seta. Nikt w polskiej ekipie nie przewidywał kłopotów w starciu z Wenezuelą i Heynen w dwóch pierwszych setach nie brał przerw technicznych. Siatkarze z Ameryki Południowej wcześniej nie byli w stanie urwać seta w potyczkach z Japonią i Iranem i po dwóch wysoko przegranych partiach w meczu z Polską także nic nie zapowiadało, że będą w stanie zrobić aktualnym mistrzom świata jakiegoś psikusa.
W trzecim secie nasi siatkarze stracili koncentrację i nagle zaczęli tracić punkty na korzyść rywali, którzy widząc słabość utytułowanych rywali zwarli szeregi i chwycili wiatr w żagle. Porażka do 18 była bolesna i nawet Heynen uznał, że sytuacja zrobiła się niebezpieczna, bo wziął czas i posłał do walki Bartosza Kurka. Uratować wygranej w trzeciej partii się nie udało, ale mobilizacja poskutkowała, bo w czwartej odsłonie spotkania sytuacja wróciła do normy i biało-czerwoni znów dyktowali na boisku warunki. Znakomite spotkanie rozegrał Kamil Semeniuk, obiecująco zaprezentował się też wracający do drużyny po wyleczeniu urazu pleców Michał Kubiak.
W innych meczach w grupie A doszło do sensacji, bo Iran przegrał z Kanadą 0:3 (16:25, 20:25, 22:25). Także w trzecim spotkaniu wynik był korzystny dla biało-czerwonych. Japończycy ulegając Włochom 1:3 (20:25, 17:25, 25:23, 21:25) stracili szansę na objęcie prowadzenia, a to dało polskiej drużynie awans na pierwszą lokatę. Nasi siatkarze muszą teraz ja tylko utrzymać, do czego niezbędne będą zwycięstwa w potyczkach z Japonią i Kanadą, a w ćwierćfinale zagrają z najsłabszym zespołem z czołowej czwórki z grupy B.
Francuzi w poważnych tarapatach
Po trzech kolejkach gier na czwartej pozycji jest reprezentacja Francji, która jednak w Tokio gra jak na razie w kratkę. Trójkolorowi na otwarcie turnieju gładko przegrali z ekipą USA 0:3, potem wygrali 3:0 z najsłabszą w grupie Tunezją, by w trzeciej serii gier nieoczekiwanie ulec niżej notowanej Argentynie 1:3. Francuzów czeka teraz piekielnie trudne zadanie, bo w dwóch ostatnich meczach przyjdzie im zmierzyć się z najmocniejszymi w grupie zespołami Rosji i Brazylii, natomiast Argentyńczycy zagrają z Tunezją i USA. Tak więc nie można wykluczyć, że w grupie czterech zespołów awansujących z grupy B do ćwierćfinału nie będzie reprezentacji Francji, co z pewnością zostanie uznane za gigantyczną sensację.
Trzech ćwierćfinalistów z tej grupy już de facto znamy – z pierwszego miejsca raczej na pewno awansują Rosjanie, którzy pokonali Amerykanów i Brazylijczyków, a także ekipę Argentyny, więc czekają ich już tylko potyczki z Tunezją oraz właśnie z Francją. Dwie kolejne pozycje zajmują zespoły USA i Brazylii, a czwartą, wszystko na to wskazuje, prawdopodobnie przypadnie Argentyńczykom. I to z nimi biało-czerwoni, o ile wygrają z Japonią i Kanadą, mogą zmierzyć się w ćwierćfinale.
Polacy nie chcą grać z Argentyną
Wbrew pozorom możliwość trafienia na ten południowoamerykański zespół wcale nie cieszy naszych siatkarzy. „Argentyna, jeśli awansuje, nie będzie miłym przeciwnikiem dla nikogo. Widziałem ją w dwóch setach z Brazylią i Brazylia nie miała nic do powiedzenia. Nie wiem też, jakim cudem Francja doprowadziła w meczu z nimi do tie-breaka.
Jeśli to Argentyńczycy ostatecznie zakwalifikują się do ćwierćfinału, będzie to dla nich wielki sukces i w walce o półfinał zagrają bez żadnej presji. Dlatego będą bardzo groźni dla każdego przeciwnika, także dla nas” – stwierdził rozgrywający polskiej drużyny Fabian Drzyzga. W ekipie prowadzonej przez trenera Marcelo Mendeza prym wiodą Christian Poglajen, Bruno Lima, nowy nabytek Aluronu CMC Warty Zawiercie Facundo Conte oraz wymieniany w gronie najlepszych rozgrywających na świecie Luciano De Cecco.
Zawodzą natomiast oczekiwania główni faworyci do złotego medalu, Brazylijczycy, którzy w tym roku wygrali Ligę Narodów, pokonując w finale Polskę 3:1. W tym turnieju canarinhos doznali jednej tylko porażki, ulegając w fazie grupowej Rosji. I z Rosjanami przegrali też na igrzyskach, więc może to właśnie oni będą w Tokio najgroźniejszy nych w walce o złoto. Sytuacja w tej kwestii powinna wyjaśnić się już w piątek, po czwartej serii gier, bo w niej w grupie A Polska zagra z Japonią, Włochy z Iranem, a Kanada z Wenezuelą, zaś w grupie B Brazylia zmierzy się z USA, Włochy z Iranem, a Rosja z Francja.
Siatkarze potęgą w grach zespołowych
Warto podkreślić, że nasza reprezentacja siatkarze w Tokio startuje w olimpijskim turnieju po raz piąty z rzędu i w grach zespołowych jest to unikatowe osiągnięcie. Czterema startami z rzędu mogą pochwalić się koszykarze (1960, 1964, 1968 i 1972), trzema piłkarze ręczni (1972, 1976, 1980), a dwoma piłkarze (1972 i 1976) i siatkarki (1964 i 1968). Kilka występów mieli hokeiści na trawie, ale nieregularnie – w 1960, 1972, 1980 i 2000 roku.
W Tokio siatkarze celują w złote medale, a jeśli uda im się je zdobyć, także w tej klasyfikacji wyjdą na samodzielne prowadzenie w grach zespołowych, bo obecnie mają tylko złoto wywalczone w Montrealu w 1976 roku i pierwszą lokatę dzielą z piłkarzami, którzy olimpijskie mistrzostwo zdobyli w 1972 roku w Monachium, a ponadto mają na koncie dwa srebrne krążki wywalczone w 1976 w Montrealu i 1992 w Barcelonie. Medalami mogą pochwalić się jeszcze tylko siatkarki (brąz w 1964 roku w Tokio i 1968 roku) oraz piłkarze ręczni (brąz w 1976 roku w Montrealu).

IO Tokio 2020/21: Świątek i Kubot za burtą turnieju miksta

Iga Świątek i Łukasz Kubot w I rundzie miksta pokonali francuski duet Fiona Ferro – Pierre-Hugues Herbert 6:3, 7:6(3) i w 1/4 finału o awans do strefy medalowej zagrali z rosyjską parą Jelena Wiesnina – Asłan Karaczew.

W losowaniu par I rundy polski mikst trafił na hiszpański duet Paula Badosa – Pablo Carreno Busta i kibice już ostrzyli sobie apetyty na wielki rewanż Świątek na Badosie za porażkę w trzeciej rundzie turnieju singlowego. Nic jednak z tego nie wyszło, bowiem hiszpańska tenisistka w środę w ćwierćfinałowym pojedynku z Czeszką Marketą Vondrusovą doznała udaru słonecznego i musiała po przegranym 3:6 pierwszym secie skreczować. W grze mieszanej też nie mogła więc wystąpić i w tej sytuacji organizatorzy turnieju w ostatniej chwili dokonali zmiany z turniejowej drabince miksta, desygnując do gry przeciwko polskiej parze Francuzów – Fionę Ferro i Pierre’a-Huguesa Herberta.
Dla Kubota i Świątek bynajmniej nie była to korzystna zmiana, bo 30-letni Herbert to utytułowany deblista, mający w dorobku triumfy we wszystkich turniejach wielkoszlemowych. M.in. wygrał w parze z rodakiem Nicolasem Mahutem tegoroczny French Open. Ale na korcie liczą się głównie aktualna forma, motywacja i wola walki. A te atuty były po stronie polskiej pary. Wyraźnie niedysponowany Herbert przegrał dwa swoje podania i dzięki temu biało-czerwoni po 37 minutach walki wygrali pierwszego seta 6:3. Kubot doskonale grał przy siatce, a Świątek potrafiła zaskoczyć nawet Herberta podczas wymian z głębi kortu. Drugi set był bardziej zacięty i wyrównany. Trwał godzinę i sześć minut, a Kubot i Świątek złamali opór francuskiej pary dopiero w tie-breaku.
Polacy o półfinał zagrali z rosyjskim duetem Jelena Wiesnina – Asłan Karaczew, który w I rundzie wyeliminował rozstawionych w turnieju miksta z numerem 1 Francuzów Kristinę Mladenović i Nicolasa Mahuta. Kubot i Świątek nie byli faworytami, co potwierdziło się na korcie – przegrali 4:6, 4:6 i definitywnie pożegnali się z igrzyskami w Tokio.

IO Tokio 2020/21: Wioślarki zdobyły pierwszy medal dla Polski

Wioślarki Agnieszka Kobus-Zawojska, Marta Wieliczko, Maria Sajdak i Katarzyna Zillmann wywalczyły srebrny medal w olimpijskim wyścigu czwórek podwójnych. To pierwsze trofeum w i Tokio wywalczony przez polskich sportowców.

Dla wszystkich reprezentantów Polski startujących na torze olimpijskim akwenie Sea Forest Waterway srebro kobiecej czwórki podwójnej ma wartość złota. Po wszystkich rozczarowaniach i niepowodzeniach w czterech pierwszych dniach igrzysk, Agnieszka Kobus-Zawojska, Marta Wieliczko, Maria Sajdak i Katarzyna Zillmann wreszcie osiągnęły wymarzone podium. A płynęły pod wielką presją, bo nasza kobieca czwórka podwójna była wymieniana w gronie potencjalnych medalistów. Nic dziwnego, w ostatnich latach regularnie meldowały się przecież na podium mistrzostw świata. W 2018 roku sięgnęły po złoty medal mistrzostw Europy i świata, a na ostatnich światowym czempionacie wywalczyły wicemistrzowski tytuł.
W Tokio kibice liczyli na co najmniej powtórkę tego osiągnięcia. Kobus-Zawojska, Wieliczko, Sajdak i Zillmann nie zawiodły oczekiwań, chociaż w połowie dystansu były dopiero na czwartym miejscu. Ambitnie jednak walczyły do końca i zdołały prześcignąć dwie osady. Na wyprzedzenie fenomenalnie wiosłujących Chinek sił naszym wioślarkom zabrakło, ale na mecie cieszyły się z drugiego miejsca jak szalone i płakały ze szczęścia. Ale chociaż wyczerpane walką i oszołomione obowiązkami medalistek, nie zapomniały zaapelować do kibiców, by trzymali kciuki za wszystkich innych polskich olimpijczyków. Przekonywały, że nikt tu nie przyjechał na wycieczkę, jak w swoich złośliwych komentarzach sugerują internetowi hejterzy.
Srebrny medal kobiecej czwórki podwójnej nie może jednak zaciemniać obrazu. Na poprzednich igrzyskach w Rio de Janeiro nasi wioślarze zdobyli dwa krążki – złoty wywalczyła dwójka podwójna (Natalia Madaj-Smolińska i Magdalena Fularczyk-Kozłowska), a brązowy czwórka podwójna pań (Monika Ciaciuch, obecnie Chabel, Agnieszka Kobus-Zawojska, Maria Springwald, obecnie Sajdak, Joanna Leszczyńska). Chabel w Tokio zastąpiła Zillmann, a Leszczyńską Wieliczko.
Nie poprawiła swojego osiągnięcia sprzed pięciu lat męska czwórka podwójna (Dominik Czaja, Wiktor Chabel, Szymon Pośnik i Fabian Barański), która ponownie zajęła czwartą lokatę za Holandią, Wielką Brytanią i Australią.
Męska dwójka podwójna (Mirosław Ziętarski i Mateusz Biskup), brązowi medaliści mistrzostw świata z 2019 roku, zajęli w finale ostatnie, szóste miejsce (zwyciężyli Francuzi, przed Holendrami i Chińczykami). Szóstą lokatę zajęła także czwórka bez sterniczki (Monika Chabel, Joanna Dittmann, Olga Michałkiewicz i Maria Wierzbowska). Triumfowały Australijki przed Holenderkami i Irlandkami. Wielkie aspiracje miała męska czwórka bez sternika (Marcin Brzeziński, Mikołaj Burda, Michał Szpakowski i Mateusz Wilangowski), ale skończyło się na występie w finale B.

48 godzin sport

Klęska piłkarskich potęg
Reprezentacja Niemiec w fazie grupowej turnieju olimpijskiego w piłce nożnej przegrała z Brazylią 2:4, pokonała Arabię Saudyjską 3:2 i zremisowała z Wybrzeżem Kości Słoniowej 1:1, co dało jej tylko trzecią lokatę w grupie D, za zespołami Brazylii i WKS, które wywalczyły awans do 1/4 finału. Do tej fazy rozgrywek awansowały także: z grupy A Japonia i Meksyk, z grupy B Korea Południowa i Nowa Zelandia, a z grupy C Hiszpania i Egipt. Z rywalizacji oprócz Niemców odpadli także Francuzi (grupa A) i Argentyńczycy (grupa C).

Skoczek mistrzem na rowerze
Primoz Roglic w świetnym stylu zdobył złoto olimpijskie w jeździe indywidualnej na czas. Słoweniec o ponad minutę wyprzedził pozostałych zawodników na podium. Srebro wywalczył Tom Dumoulin, a brąz Rohan Dennis. Roglic na początku swojej sportowej przygody uprawiał skoki narciarskie. Jego największym sukcesem jest drużynowe mistrzostwo świata juniorów z 2007 roku. Jedynym Polakiem w stawce 38 kolarzy walczących o medale w tej konkurencji był Maciej Bodnar, który zajął odległe 18. miejsce. Pięć lat temu na igrzyskach w Rio de Janeiro wywalczył szóstą lokatę.

Złoto w rugby dla Fidżi
Reprezentacja Fidżi w rugby siedmioosobowym zdobyła po raz drugi z rzędu mistrzostwo olimpijskie. Dyscyplina ta została przywrócona do programu igrzysk w Rio de Janeiro i w Brazylii inauguracyjny turniej wygrała właśnie ekipa Fidżi. W Tokio rugbyści tego kraju w drodze po złoty medal pokonali Japonię 24:19, Kanadę 28:14, Wielką Brytanię 33:7, Australię 19:0, Argentynę 26:14 i w finale Nową Zelandię 27:12. Brązowy medal zdobyła Argentyna, która w meczu o trzecie miejsce pokonała Wielką Brytanię 17:12.

Pierwszy medal dla San Marino
W rozegranych w czwartek finałach w strzeleckim trapie (polega na trafianiu z gładkolufowych strzelb śrutowych do ceramicznych rzutków wyrzucanych z maszyny pod różnymi kątami) złoty medal zdobyła Słowaczka Zuzana Rehak Stefeckova, która wynikiem 43 punktów ustanowiła nowy rekord olimpijski. Srebro wywalczyła Amerykanka Kayle Browning (42 pkt), ale sensacją było trzecie miejsce reprezentantki San Marino Alessandry Perilli (29 pkt), bo ta 33-letnia zawodniczka zdobył pierwszy medal olimpijski dla liczącego niespełna 33 tys. mieszkańców San Marino w historii.

Sędzia Kuipers kończy karierę
Holenderski Związek Piłki Nożnej oficjalnie potwierdził, że sędzia Bjorn Kuipers, który w tegorocznych mistrzostwach Europy prowadził cztery spotkania, w tym finałowy mecz Francja – Włochy, postanowił zakończyć karierę. Swój pożegnalny występ w roli arbitra głównego będzie miał w sobotę 7 sierpnia w meczu o Superpuchar Holandii, w którym Ajax Amsterdam zmierzy się z PSV Eindhoven.

IO Tokio 2020/21: Ukraińska triathlonistka na dopingu

Ukraińska triathlonistka Julia Jelistratowa została wykreślona z listy startowej olimpijskich zawodów, które odbyły się w miniony wtorek. Powodem dyskwalifikacji sportsmenki jest ujawnienie wyników badań, które wykryły w jej organizmie erytropetynę (EPO).

Test antydopingowy wykonano u niej 5 czerwca tego roku w Dnieprze podczas rozgrywanego na Ukrainie Pucharu Europy. „Międzynarodowa Federacja Triathlonu została poinformowana 24 lipca o wynikach badania wykonanego przez warszawskie laboratorium akredytowane przez Światową Agencję Antydopingową (WADA)” – napisała w oficjalnym oświadczeniu Międzynarodowa Agencja Testów (ITA). 33-letnia Ukrainka została natychmiast czasowo zawieszona, o sprawie poinformowano także komitet organizacyjny igrzysk olimpijskich w Tokio. Jelistratowa ma teraz prawo zażądać wykonania badania próbki „B”. W przypadku potwierdzenia obecności EPO w jej organizmie, będzie mogła jeszcze odwołać się do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie. Jeśli ostatecznie dowiedzie swojej niewinności, uniknie wieloletniej dyskwalifikacji, ale zmarnowanej okazji na olimpijski występ nikt już jej nie zwróci.

Wyniki PKO Ekstraklasy

Wyniki 1. kolejki sezonu 2021/22
Wisła Kraków – Zagłębie Lubin 3:0
Gole: Yaw Yeboah (25 karny), Jan Kliment (29), Mateusz Młyński (81). Żółte kartki: El Mahdioui, Sadlok, Żukow, Młyński – Soler.
Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom).
Widzów: 13 800.
Piast Gliwice – Raków Częstochowa 2:3
Gole: Michał Chrapek (5), Patryk Sokołowski (66) – Mateusz Wdowiak (43), Wiktor Długosz (70), Ivi Lopez (75 karny). Żółte kartki: Chrapek, Huk – Papanikolaou, Tudor.
Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 4408.
Pogoń Szczecin – Górnik Zabrze 2:0
Gole: Michał Kucharczyk (33), Kacper Kozłowski (66). Żółte kartki: Parzyszek – Manneh. Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork). Widzów: 6097.
Legia Warszawa – Wisła Płock 1:0
Gol: Ernest Muci (28). Żółte kartki: Nawrocki, Jędrzejczyk – Lagator, Tomasik. Sędziował: Damian Kos (Gdańsk).
Widzów: 10 260.
Bruk-Bet Nieciecza – Stal Mielec 1:1
Gole: Ernest Terpiłowski (41) – Grzegorz Tomasiewicz (48 karny). Żółte kartki: Mesanović, Wasielewski – Flis, Matras. Sędziował: Zbigniew Dobrynin (Łódź).
Widzów: 4184.
Lech Poznań – Radomiak Radom 0:0
Żółte kartki: Salamon – Luis Machado.
Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń).
Widzów: 10 177.
Górnik Łęczna – Cracovia 1:1
Gole: Bartosz Śpiączka (42) – Marcos Alvarez (82). Żółte kartki: Mak, Szcześniak, Kalinkowski – Kakabadze, Jugas, Siplak.
Sędziował: Łukasz Szczech (Warszawa).
Widzów: 3714.
Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 1:1
Gole: Jesus Imaz (55) – Łukasz Zwoliński (52)
Żółte kartki: Cernych, Prikryl – Conrado.
Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa).
Widzów: 8193.
Śląsk Wrocław – Warta Poznań 2:2
Gole: Robert Pich (50), Erik Exposito (63) – Jan Grzesik (27), Mateusz Czyżycki (76).
Żółte kartki: Stiglec, Lewkot – Trałka.
Sędziował: Łukasz Kuźma (Białystok).
Widzów: 8278.

Wisła K. 1 3 3:0
Pogoń 1 3 2:0
Raków 1 3 3:2
Legia 1 3 1:0
Śląsk 1 1 2:2
Warta 1 1 2:2
Bruk-Bet 1 1 1:1
Cracovia 1 1 1:1
Górnik Ł. 1 1 1:1
Jagiellonia 1 1 1:1
Lechia 1 1 1:1
Stal 1 1 1:1
Lech Poznań 1 1 0:0
Radomiak 1 1 0:0
Piast Gliwice 1 0 2:3
Wisła Płock 1 0 0:1
Górnik 1 0 0:2
Zagłębie Lubin 1 0 0:3

Kontrowersje: Wpadka komentatora Eurosportu

Podczas transmisji na antenie Eurosportu z olimpijskiego meczu tenisistek realizatorzy przez niedopatrzenie nie wyłączyli mikrofonów i telewidzowie usłyszeli porywatną rozmowę komentujących pojedynek Karola Stopy i Lecha Sidora. „Sabalenka to przep***i. Po prostu ka koszmar” – powiedział Stopa i wywołał sensację.

Karol Stopa nie jest nowicjuszem w swoim fachu. 73-letni obecnie dziennikarz sportowy, w przeszłości zawodnik i trener tenisa, w telewizji pracuje od ponad 30 lat, a od 1998 roku w stacji Eurosport komentuje mecze tenisowe. Mimo doświadczenia nie ustrzegł się kompromitującej wpadki. Gwoli sprawiedliwości, nie jest ani pierwszym, któremu coś takiego się przytrafiło, ani też zapewne ostatnim, bo w tej profesji nie ma purystów językowych i poza anteną praktycznie każdy z nich posługuje się potoczną polszczyzną i nie stroni od wulgaryzmów. W żadnej polskiej stacji telewizyjnej nie przywiązuje się większej wagi do tego co mówią i jak mówią sportowi komentatorzy. W czasach PRL-u ludzie chcący zarabiać głosem w radiu i telewizji, musieli zdobyć tzw. kartę mikrofonową, co wbrew pozorom wcale nie było takie łatwe. Dzisiaj nikt takich barier już nie stawia.
W hierarchii komentatorów tenisa Karol Stopa bezdyskusyjnie należy do ścisłej czołówki i jego wpadka z pewnością nie przekreśli jego zawodowego dorobku. W wypowiedziach dla mediów tak tłumaczył zaistniała sytuację: „Jedyne moje odniesienie do tej sprawy jest takie, że mogę przeprosić za słowa, jakie padły. Z mojego punktu widzenia nie byłem na antenie i nie miałem połączenia, ale o szczegółach technicznych nie będę rozmawiał, bo tak umówiliśmy się z pracodawcą. Tego rodzaju wpadki się zdarzają, najczęściej są jakimś splotem dziwacznych okoliczności. Miałem już kiedyś podobną historię, nawet dość podobną. Pracujemy w bardzo dużym stresie, wystarczy, że coś na tych liniach zaiskrzy i nieszczęście gotowe” – przyznał Stopa.
Jego okraszona wulgaryzmami opinia początkowo wywołała w mediach społecznościowych potężne oburzenie, na co Eurosport zareagował krótkim komunikatem na Twitterze: „Przepraszamy w imieniu Eurosportu i Karola Stopy za niewłaściwy język, którym posłużył się podczas transmisji meczu tenisowego. Dołożymy wszelkich starań, aby podobne sytuacje nie miały miejsca, a komentarz na naszych platformach był zawsze zgodny z najwyższymi standardami”. Później jednak Stopę wzięli w obronę inni znani medialni celebryci, m.in. Tomasz Lis („Ewentualną karę powinien ponieść tylko ten, kto otworzył komentatorowi mikrofon i mu o tym nie powiedział. A red. Stopa komentował merytorycznie” i następca Dariusza Szpakowskiego w TVP Mateusz Borek („Karol Stopa to dżentelmen w każdym calu. Nie tylko na antenie. 20 lat temu zdarzyło mi się to samo. Murem za Karolem”.
Gdy emocje opadły, Eurosport wydał kolejny komunikat. „Osoby zaniepokojone chcemy uspokoić: Karol Stopa nigdzie się nie wybiera. Prywatna rozmowa (nie komentarz!) z powodu błędu technicznego dostała się na antenę. Oczywiście zdarzyć się to nie powinno, ale za to już przeprosiliśmy. Jedziemy dalej!”. No i po sprawie…