Oczekiwana zmiana miejsc

Ogłoszenie przez Marka Koźmińskiego, że wystartuje w jesiennych wyborach na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, wielkim zaskoczeniem nie jest. Jeśli coś może zastanawiać, to pośpiech. Termin składania zgłoszeń do walki o posadę prezesa związku upływa dopiero 26 września tego roku, a wybory odbędą się 26 października. Można się tylko domyślać, że powodem była chęć skłonienia potencjalnych konkurentów
aby też ujawnili swoje zamiary.

Koźmiński funkcjonuje we władzach PZPN od 2012 roku i zawsze był lojalny wobec wszechwładnego prezesa Zbigniewa Bońka. Za jego pierwszej kadencji (2012-2016) pełnił funkcję wiceprezesa ds. zagranicznych, a w drugiej jest wiceprezesem ds. szkoleniowych. Przez te osiem lat Koźmiński ani razu nie wygłosił publicznie opinii, która byłaby niezgodna z poglądami Bońka, a zatem można śmiało stawiać tezę, że staje w wyborcze szranki nie po to, żeby sięgnąć po rzeczywistą władzę w PZPN, tylko już się zgodził na rolę figuranta w rozgrywce, której celem jest utrzymanie przy władzy obecnej ekipy. Potwierdził to mimo woli podczas zorganizowanej w miniona środę konferencji prasowej, na której poinformował o swoich wyborczych zamiarach. „Polska piłka wciąż potrzebuje Zbigniewa Bońka. Ma ogromną wiedzę i charyzmę, od lat skutecznie zarządza związkiem. Pytanie, czy będzie chciał dalej tu pracować i kontynuować swoją wizję? Mam nadzieję, że tak” – powiedział Koźmiński, czym wzbudził u słuchaczy lekkie rozbawienie. Wiadomo przecież, że Boniek nie chce rezygnować z wygodnego i dostatniego życia na koszt PZPN oraz medialnej pozycji, jaką daje mu funkcja szefa polskiej federacji i zarazem członka komitetu wykonawczego UEFA. Niestety dla niego, przeforsowana na początku tej dekady przez ówczesną koalicję rządzącą PO-PSL ustawa o sporcie wprowadziła ograniczenie okresu sprawowania władzy przez prezesów związków sportowych do dwóch czteroletnich kadencji. Jej twórcy chcieli nią udupić rządzącego wówczas w PZPN Grzegorza Latę, ale jak się ostatecznie okazało, narychtowali wielką armatę na wróbla. W wyborach w 2012 roku, na fali powszechnego niezadowolenia po blamażu reprezentacji na Euro 2012 nawet przychylni Lacie szefowie wojewódzkich związków, zwani powszechnie, choć mocno na wyrost, baronami, nie udzielili mu poparcia i oddali związkowe stery w ręce Bońka – człowieka, którego wcześniej panicznie się bali i któremu wcześniej trzykrotnie zagrodzili drogę do przejęcia rządów. W 2012 roku nie mieli jednak wielkiego wyboru, bo PZPN, chociaż finansowo trzymał się znakomicie, miał jednak fatalną prasę i praktycznie zerową sympatię w społeczeństwie.
Niesposób zaprzeczyć, że pod rządami Bońka ta niekorzystna sytuacja uległa radykalnej poprawie. Wprawdzie większość problemów trapiących polski futbol nie została rozwiązana do dzisiaj, ale zorganizowanej przez nowego prezesa ekipie rządzącej związkiem udało się skutecznie spacyfikować (czytaj: przekupić lub zastraszyć) media. Powiodło się to także dlatego, że akurat zaczęła się era sukcesów reprezentacji pod wodzą trenera Adama Nawałki, co w narodzie rozbudziło falę takiego entuzjazmu, że nikt rozsądny nie próbował nawet płynąć pod jej prąd. Po klęsce zespołu Nawałki na mundialu w Rosji sytuacja znowu uległa zmianie na gorsze, ale nie aż tak, w jakiej znalazł się Grzegorz Lato i jego ludzie po klęsce ekipy Franciszka Smudy na Euro 2012.
Szkoda więc byłoby odchodzić z firmy, w której na kontach drzemie non-stop ponad dwieście milionów złotych, a już wiadomo, że w kolejnych latach zarobi następne dziesiątki milionów i będzie można nimi szastać wedle własnego uznania. Nie dziwi zatem, że Boniek chce zostać w roli wiceprezesa, bo takie stanowisko w PZPN daje mu też legitymację do zasiadania w komitecie wykonawczym UEFA, a na tym, odkąd stało się jasne, że nie zdoła przekonać polityków rządzącej obecnie koalicji do wycofania z ustawy o sporcie zapisu o dwóch kadencjach, zależy mu teraz najbardziej.
Zależy mu też na tym, by jego następca nie bawił się w jakiej audyty, sprawdzania kwitów, zdradzania tajemnic firmy – na przykład komu, ile i za co płaciła w ostatnich ośmiu latach. Ewentualne wyborcze zwycięstwo Koźmińskiego takie gwarancje daje, bo można w ciemno założyć, że nie zmieni on nikogo z obecnej ekipy, może tylko wprowadzi do niej parę osób, a na pewno na wiceprezesa powoła Bońka. A to oznacza status quo przez następne cztery lata, a może nawet osiem.

48 godzin sport

Gra piłkarska ekstraklasa
Zestaw par 23. kolejki. Piątek: ŁKS Łódź – Pogoń Szczecin, godz. 18:00, sędziuje Bartosz Frankowski (Toruń); Śląsk Wrocław – Górnik Zabrze, godz. 20:30, sędziuje Krzysztof Jakubik (Siedlce).Sobota: Arka Gdynia – Raków Częstochowa, godz. 15:00, sędziuje Tomasz Musiał (Kraków); Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok, godz. 17:30, sędziuje Mariusz Złotek (Stalowa Wola); Piast Gliwice – Cracovia, godz. 20:00, sędziuje Paweł Raczkowski (Warszawa). Niedziela: Wisła Płock – Zagłębie Lubin, godz. 12:30, sędziuje Daniel Stefański (Bydgoszcz); Wisła Kraków – Korona Kielce, godz. 15:00, sędziuje Paweł Gil (Lublin); Lech Poznań – Lechia Gdańsk, godz. 17:30, sędziuje Piotr Lasyk (Bytom).

W Rzeszowie wyrzucili zasłużonego siatkarza przez kontuzję
Były reprezentant Polski w siatkówce mężczyzn Marcin Możdżonek, który od trzech i pół miesiące zmaga się z kontuzją kolana, nie jest już zawodnikiem Asseco Resovii Rzeszów. Rzeszowski klub rozwiązał kontrakt z 35-letnim siatkarzem, który występował w jego barwach od 2016 roku, za porozumieniem stron. Możdżonek wcześniej grał w AZS Olsztyn (2004-2008), PGE Skrze Bełchatów (2008-2012), Grupie Azoty Zaksie Kędzierzyn-Koźle (2012-2014), Halkbanku Ankara (2014-2015) oraz w Cuprum Lubin (2015-2016). Poza trzema tytułami mistrza Polski ze Skrą, jego życiowymi sukcesami są mistrzostwo świata wywalczone z reprezentacja Polski w 2014 roku oraz mistrzostwo Europy w 2009 roku i triumf w Lidze Światowej w 2012. W biało-czerwonych barwach rozegrał 240 meczów.

Prezes Paris Saint-Germain oskarżony o korupcję
Nasser Al-Khelaifi, ​prezes Paris Saint-Germain, i Jerome Valcke, były sekretarz generalny FIFA, zostali przez prokuraturę w Szwajcarii oskarżeni o korupcję przy przyznawaniu praw do transmisji piłkarskich z mistrzostw świata i Pucharu Konfederacji. Al-Khelaifi został posądzony o przekupienie Valcke’a, a przestępstwo miało mieć miejsce w czasie, gdy Al-Khelaifi był prezesem grupy medialnej BeIN. Te zdarzenia nie mają jednak żadnego powiązania działalnością Al-Kelaifiego, który jest obecnie także członkiem komitetu wykonawczego UEFA, w Paris Sint-Germain.

Pomoc światowej federacji dla polskiej tenisistki
Maja Chwalińska została stypendystką programu International Player Grand Slam Grants realizowanego pod egidą Międzynarodowej Federacji Tenisowej (ITF). 18-letnia polska tenisistka otrzymała dofinansowanie w wysokości 25 tys. dolarów. Wcześnie z takie wsparcia korzystali m.in. Magdalena Fręch, Kamil Majchrzak i Hubert Hurkacz. Program International Player Grand Slam Grants jest realizowany po raz czwarty. Jego celem jest pomoc w rozwoju młodych tenisistów i ich uczestnictwie w imprezach Wielkiego Szlema oraz redukcja kosztów związanych z podróżami.

Sześciu polskich skoczków przeszło kwalifikacje w Rasnovie
Marius Lindvik wygrał kwalifikacje do konkursu Pucharu Świata w rumuńskim Rasnovie. Najlepszym z Biało-Czerwonych był Dawid Kubacki, który zajął szóstą pozycję. Dobry skok oddał Kamil Stoch, ale przez nieszczęśliwe lądowanie był siódmy. W konkursie zobaczymy sześciu Polaków. Pecha miał Paweł Wąsek, który zajął 51. miejsce i nie przeszedł kwalifikacji. Najlepszą dyspozycją z naszych zawodników błysnęli tradycyjnie Kamil Stoch i Dawid Kubacki.

Kubica przetestował nowy bolid Alfa Romeo jako pierwszy
Zespół Alfy Romeo Racing Orlen, którego w tegorocznym sezonie Formuły 1 rezerwowym kierowcą będzie Robert Kubica, zaprezentował swój nowy bolid. Jako pierwszy na tor w Barcelonie wyjechał nim na testy polski kierowca, co niewątpliwie było gestem ze strony ekipy pod adresem polskiego sponsora – PKN Orlen. Kubica jeździł jednak tylko w środowej sesji przedpołudniowej, przejechał 59 okrążeń i na twardych oponach uzyskał czas 1:18.386. Był to 13. wynik w środowych testach, ale lepszy od osiągniętego przez kolegę z Alfa Romeo, Antonio Giovinazziego. Najlepszy wynik pierwszego dnia jazd uzyskał Lewis Hamilton (Mercedes). W czwartek w obu sesjach auto testował drugi z etatowych kierowców Alfa Romeo, Fin Kimi Raikkonen, zaś w piątek na torze ponownie ma się pojawić Giovinazzi.

Mamy dwie ekipy w ćwierćfinale

Najefektowniej z trzech naszych siatkarskich drużyn w fazie grupowej Ligi Mistrzów zagrała ZAKSA Kędzierzyn-Koźle. Rywalizujący w grupie E kędzierzynianie w środę podtrzymali zwycięską passę i wygrali z VfB Friedrichshafen 3:0, kończąc zmagania z kompletem punktów i bez straty seta. Są pierwszym polskim zespołem w historii, który dokonał takiego wyczynu na tym etapie rozgrywek.

Ekipa ZAKSY przed ostatnim meczem grupowym, z VfB Friedrichshafen, miała już awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów w kieszeni, lecz mimo tej komfortowej sytuacji rywale nie mieli co liczyć na ulgowe potraktowanie. Trener Nikola Grbić zapowiadał, że jego podopieczni będą chcieli na swoim boisku wygrać z dwóch powodów – dla poprawienia nastroju po niedzielnej porażce 2:3 z PGE Skrą Bełchatów w krajowej lidze oraz żeby zakończyć zmagania w grupie E w glorii niepokonanej drużyny. Ta motywacja w zupełności wystarczyła, żeby pokonać niemiecki zespół 3:0 (25:21), 25:21, 25:23). ZAKSA jako jedyna w stawce 20 uczestników fazy grupowej wygrała wszystkie spotkania po 3:0. W grupie E rywalizowały jeszcze belgijski Knack Roeselare oraz serbska Vojvodina NS Seme Nowy Sad. W meczu tych drużyn wygrali Belgowi i dzięki temu zapewnili sobie awans do ćwierćfinału z drugiego miejsca.
Ostatnia kolejka zmagań w naszej siatkarskiej ekstraklasie była nieudana także dla ekip Jastrzębskiego Węgla oraz VERVY Warszawa. Jastrzębianie przegrali z Aluronem Virtu CMC Zawiercie 2:3, zaś warszawianie z Cerradem Eneą Czarnymi Radom 1:3. W Lidze Mistrzów w zdecydowanie lepszej sytuacji była jednak ekipa z Jastrzębia-Zdroju, bo przed ostatnią kolejką spotkań była z kompletem zwycięstw liderem grupy C i miała już zapewniony awans. W ostatnim meczu jastrzębianie zagrali na wyjeździe z belgijskim Greenyard Maaseik. U siebie pokonali ten zespół 3:0, więc pewnie przy maksymalnej mobilizacji daliby radę zwyciężyć i w rewanżu, ale chyba im na tym specjalnie nie zależało, bo chociaż po zaciętej walce, to jednak ulegli 2:3. Ta porażka pogrążyła rosyjskiego potentata, Zenit Kazań, który po latach sukcesów w Lidze Mistrzów (pięć triumfów, raz drugie i raz trzecie miejsce), w tym sezonie sensacyjnie nie zdołał nawet wyjść z grupy. Siatkarze z Kazania sami sobie są winni, bo grali słabo i przegrali nie tylko oba spotkania z Jastrzębskim Węglem, ale też z Greenyard Maaseik, więc ich wygrana w szóstej kolejce z Halkbankiem Ankara (3:1) miałaby znaczenie tylko wówczas, gdyby polski zespół pokonał Belgów, a jeszcze swoje mecze przegrały rywalizujące w innych grupach drużyny Trentino i Knack Roeselare. Nic takiego się nie zdarzyło i w konsekwencji występujący w Zenicie Kazań Earvin Ngapeth, Cwetan Sokołow, Maksim Michajłow, Aleksander Butko czy Artiom Wolwicz będą oglądać dalsze zmagania w Lidze Mistrzów już tylko w roli widzów.
Równie matematyczne szanse na awans do ćwierćfinału jak Zenit miała też ekipa VERVY Warszawa. Zajmowała co prawda drugą lokatę w grupie D, ale do kolejnej fazy rozgrywek z drugich miejsc przechodzą tylko trzy zespoły z najlepszym bilansem. A ekipa VERVY w miała najsłabszy dorobek w tym gronie – tylko dwa wygrane mecze i sześć punktów. Na dodatek w ostatnim spotkaniu fazy grupowej warszawianie grali na wyjeździe z zespołem Vitala Heynena i Wilfredo Leona – Sir Sicoma Monini Perugia. Włoski zespół miał już awans w kieszeni, więc trener Heynen wystawił do gry rezerwowy skład, dając odpocząć m.in. Leonowi, a mimo to ekipa VERVY przegrała spotkanie 1:3 (17:25, 27:25, 16:25, 19:25) i pożegnała się w tym sezonie z marzeniami o podboju europejskich parkietów.
W czwartek dokonano losowania par 1/4 finału: Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle trafiła na rosyjski Kuzbass Kemerowo, a Jastrzębski Węgiel na włoski Trentino Itas. Pozostałe pary: Knack Roeselare (Belgia) – Cucine Lube Civitanova (gra w nim Mateusz Bieniek), Fakieł Nowy Urengoj – Sir Sicoma Monini Perugia. Pierwsze mecze 3-5 marca, rewanże 10-12 marca. Liga włoska ma trzy zespoły, polska i rosyjska po dwa, a belgijska jeden.
W rywalizacji siatkarek w Lidze Mistrzyń także zakończyła się faza grupowa. Uczestniczące w niej dwie polskie drużyny – ŁKS Commercecon Łódź i Grot Budowlane Łódź, zakończyły zmagania na trzecich miejscach w swoich grupach i nie wywalczyły awansu do ćwierćfinału. Do tego etapu rozgrywek awansowały natomiast zespoły: Eczacibasi VitrA Stambuł, VakifBank Stambuł, Fenerbahce Opet Stambuł, Igor Gorgonzola Novara (Zuzanna Górecka), Savino Del Bene Scandicci (Agnieszka Kąkolewska i Magdalena Stysiak), Imoco Volley Conegliano (Joanna Wołosz), Dynamo Moskwa i Allianz MTV Stuttgart.

Rekordowy biznes Duplantisa

Szwedzki tyczkarz Armand Duplantis w obecnym sezonie halowym pobił już dwukrotnie rekord świata (w Toruniu 6,17 i Glasgow 6,18 m), 20-letni lekkoatleta nieźle też zarobił. W toruńskim Copernicus Cup dostał za swój wyczyn premię 6 tys. euro, a tydzień później w Glasgow już 27,5 tys. euro.

To nie jedyne profity jakie utalentowany szwedzki tyczkarz zyskał na biciu rekordów. World Athletics (pod taką nazwą kryje się teraz dawna IAAF) każdemu rekordziście świata wypłaca z własnej puli nagrodę w wysokości 50 tysięcy euro. Łatwo policzyć, że Duplantis w lutym zgarnął już 100 tys. euro plus 33,5 tys. euro od organizatorów mityngów w Toruniu i Glasgow. Ten dorobek mógł powiększyć o kolejne 100 tysięcy euro w minioną środę na zawodach we francuskim Lievin. Jean-Pierre Watelle, dyrektor tego mityngu, obiecał publicznie, że jeśli szwedzki tyczkarz znów poprawi rekord świata, zapłaci mu za ten wyczyn 50 tys. euro (drugie tyle Szwed dostałby od World Athletics).
W Lievin Duplantisowi nie udało się jednak ustanowić nowego rekordu. Konkurs skoku o tyczce wygrał w cuglach znakomitym wynikiem 6,07 m (drugie miejsce zajął dwukrotny mistrz świata Amerykanin Sam Kendricks wynikiem 5,90 m), ale jego trzy próby na 6,19 m zakończyły się niepowodzeniem.
Eksperci są jednak zgodni, że szwedzki tyczkarz ma taki potencjał, że może wyśrubować światowy rekord do poziomu 6,25 m, a niektórzy nawet uważają, że jako pierwszy przekroczy barierę 6,30 m. A to oznacza, że Duplantis może, jak kiedyś robili to Sergiej Bubka i Jelena Isinbajewa, poprawiający wyniki po centymetrze, uczynić z bicia rekordów całkiem zyskowny biznes.
Urodzony w Stanach Zjednoczonych szwedzki lekkoatleta ma wielką szansę osiągnąć pod względem finansowym taki sam gwiazdorski status, jaki w ostatnich latach był udziałem choćby jamajskiego sprintera Usaina Bolta. Po ustanowieniu rekordów w Toruniu i Glasgow agent Duplantisa Daniel Wessfeldt pochwalił się, że jego klient dostaje teraz wiele intratnych propozycji reklamowych i sponsorskich, a organizatorzy mityngów, którzy wcześniej oferowali mu za start 10 tys. euro, gwałtownie podnieśli stawki (niektórzy nawet pięciokrotnie), żeby tylko zgodził się u nich wystartować.
Duplantis miał już wcześniej zawartą indywidualną umowę sponsorską z firmą Puma, ale nie przewiduje ona specjalnych bonusów za rekordy świata, lecz jak twierdzą szwedzkie media, i bez tego jest na tyle korzystna, że zabezpiecza tyczkarza do końca życia. Ponadto ma też umowy z Red Bullem i Omegą, a jego agent właśnie finalizuje kontrakt sponsorski z Volvo. Mimo to Armand w podróżach na zawody wciąż korzysta z tanich linii lotniczych. Pewnie wkrótce to się zmieni, ale na razie Szwed budzi powszechną sympatię także za unikanie gwiazdorskich zachowań.

Haaland wyrasta na gwiazdę

W rozegranych we wtorek i środę pierwszych czterech meczach 1/4 finału Ligi Mistrzów UEFA błysnęły dwa niemieckie kluby – Borussia Dortmund pokonała u siebie 2:1 naszpikowany gwiazdami Paris Saint-Germain, zaś RB Lipsk na wyjeździe wygrał 1:0 z finalistą poprzedniej edycji Champions League Tottenham Hotspur. Indywidualnie furorę zrobił norweski napastnik Borussii Erling Haaland, który strzelił oba gole i w klasyfikacji strzelców dogonił Roberta Lewandowskiego, prowadzącego po fazie grupowej z dorobkiem 10 trafień.

Przed meczem Borussii Dortmund z Paris Saint-Germain bohaterem mediów i fanów niemieckiej drużyny był Łukasz Piszczek. 34-letni polski obrońca miał swój wielki dzień, bo obchodził w tym spotkaniu podwójny jubileusz – 350. występu w barwach Borussii oraz 50. tylko w Lidze Mistrzów, co jest nowym rekordem klubu z Dortmundu. Na dodatek zagrał z opaską kapitana drużyny. Ale w meczu show skradł mu nowy nabytek ekipy BVB, 19-letni Erling Haaland, zdobywca obu bramek. Norweski napastnik, który w rundzie jesiennej jeszcze w barwach RB Salzburg strzelił w fazie grupowej osiem goli, w klasyfikacji strzelców obecnej edycji dogonił prowadzącego w zestawieniu Roberta Lewandowskiego. Polski napastnik Bayernu Monachium także ma na koncie 10 bramek, ale na wyzwanie rzucone przez Haalanda będzie miał okazję odpowiedzieć dopiero w przyszłym tygodniu, dokładnie we wtorek, bo tego dnia zespół Bayernu zagra na wyjeździe z Chelsea Londyn.
Do tego czasu bohaterem europejskich mediów będzie urodzony w Leeds norweski nastolatek, który w tym sezonie przebojem wdarł się do europejskiej elity napastników. Wielu futbolowych ekspertów z ciekawością czekało na jego pierwszy występ w Lidze Mistrzów w barwach Borussii i zastanawiało się, jak wypadnie na tle gwiazdorów Paris Saint-Germain – Brazylijczyka Neymara i Francuza Kyliana Mbappe.
Trener paryskiego zespołu Thomas Tuchel wcześniej (w latach 2015-2017) był szkoleniowcem Borussii i to on prowadził dortmundczyków w ich ostatnim starciu z francuską drużyną w fazie pucharowej Ligi Mistrzów (w ćwierćfinale sezonu 2016-2017 z AS Monaco, 2:3 i 1:3), a trzy bramki zdobył wtedy dla niej Mbappe, wówczas 19-letnia wschodząca gwiazda światowego futbolu. Francuski napastnik w Dortmundzie znalazł się jednak w cieniu Norwega i zapewne mocno to podrażniło jego ambicję. Gdy Haaland zdobył pierwszą bramkę, Mbappe kilka minut później przeprowadził indywidualną akcję, po której Neymar trafił na 1:1. Ale Haaland dwie minuty później ponownie przyćmił asów PSG, posyłając piłkę lewą nogą spoza linii pola karnego pod poprzeczką bramki paryżan. Norweg strzelając 10. gola w tej edycji Ligi Mistrzów nie tylko dogonił na liście strzelców Lewandowskiego, lecz także wyrównał rekordowe osiągnięcie Mbappe i teraz jest drugim nastolatkiem w historii rozgrywek Champions Leaguie z dorobkiem 10 trafień. Tyle tylko, że dokonał tej sztuki w jednym sezonie, a zatem przebił osiągnięcie francuskiego piłkarza. Warto podkreślić, że Neymar przeszedł z Barcelony do PSG za 222 mln euro, a Mbappe z AS Monaco za 180 mln euro, podczas gdy za Haalanda Borussia zapłaciła RB Salzburg jedynie 20 mln euro, a jego w klauzuli odstępnego widnieje kwota 75 mln euro. W Dortmundzie nikt nie ma złudzeń, że uda się go zatrzymać.
Dokonania Haalanda zaskakują nawet ludzi, którzy przyłożyli rękę do jego szkolenia. „Nikt nie sądził, że będzie strzelał tyle goli” – zapewnia Gunnar Halle, 64-krotny reprezentant Norwegii, który pracował z nim w juniorskich kadrach tego kraju. „Mnie nie zaskakuje to, że jest tak dobry, bo od dziecka zdradzał nieprzeciętny talent, lecz to, iż tak szybko się rozwinął” – przyznaje z kolei Alf Ingve Bernsten, jego trener w juniorach.
Erling urodził się w Leeds w lipcu 2000 roku, bo w tamtejszym klubie występował jego ojciec, także świetny piłkarz, 34-krotny reprezentant Norwegii Alf-Inge Haaland. W 2003 roku Haaland senior musiał zakończyć karierę w wieku zaledwie 31 lat, do czego przyczynił się Roy Keane doprowadzając brutalnym faulem do ciężkiej kontuzji Norwega. Haaland wrócił do ojczyzny z całą rodziną, a Erling zaczynał treningi w klubie Byrne FK. „Jako chłopiec był niski i szczupły, dopiero w wieku 14 lat zaczął rosnąć. Ale zanim doszedł do obecnych 194 cm wzrostu, musiał bazować na sprycie, zwrotności i szybkości. Teraz te wszystkie cechy ładnie się sumują, a jeśli dodamy do tego naturalny talent do zdobywania bramek, wychodzi nam łowca goli na światowym poziomie” – twierdzi trener Bernsten.
Wyniki 1/4 finału LM:
Borussia Dortmund – Paris Saint-Germain 2:1, Tottenham Hotspur – RB Lipsk 0:1, Atalanta Bergamo – Valencia CF 4:1, Atletico Madryt – FC Liverpool 1:0.
Pozostałe mecze: 25 lutego Chelsea Londyn – Bayern Monachium, SSC Napoli – FC Barcelona; 26 lutego Olympique Lyon – Juventus Turyn i Real Madryt – Manchester City.
Czołówka klasyfikacja strzelców LM:
10 goli – Erling Haaland (Borussia Dortmund), Robert Lewandowski (Bayern);
6 goli – Harry Kane (Tottenham Hotspur);
5 goli – Memphis Depay (Olympique Lyon), Mauro Icardi (Paris Saint-Germain), Lautaro Martinez (Inter Mediolan), Kylian Mbappe (PSG), Dries Mertens (SSC Napoli), Heung-Min Son (Tottenham Hotspur), Raheem Sterling (Manchester City);
4 gole – Karim Benzema (Real Madryt), Serge Gnabry (Bayern), Achraf Hakimi (Borussia D.), Gabriel Jesus (Manchester City), Mislav Orsić (Dinamo Zagrzeb), Quincy Promes (Ajax A), Mohamed Salah (FC Liverpool).

Kim Clijsters wróciła

Wydarzeniem turnieju WTA w Dubaju był powrót do rywalizacji po blisko siedmiu latach przerwy słynnej belgijskiej tenisistki Kim Clijsters, byłej liderki światowego rankingu, czterokrotnej mistrzyni turniejów wielkiego Szlema, trzykrotnej triumfatorki WTA Finals. 36-letnia weteranka kortów miała jednak pecha, bo w już I rundzie trafiła na świetnie w tym roku grającą Hiszpankę Garbine Muguruzę, finalistkę tegorocznego Australian Open.

Belgijska tenisistka wznowiła karierę po ośmiu latach przerwy. To jej trzeci powrót na zawodowe korty. Pojawiła się na nich w 1997 roku jako 14-latka, a sześć lat później, w 2003 roku znalazł się na szczycie światowego rankingu. W 2005 roku wygrała swój pierwszy wielkoszlemowy turniej, triumfując w US Open. W 2007 roku Clijsters ogłosiła niespodziewanie zakończenie kariery. Była to sensacja, bo miała wtedy ledwie 24 lata. Tajemnica jej odejścia szybko przestała być tajemnicą – wyszła za mąż za koszykarza Briana Lyncha i w 2008 roku urodziła córkę. Nie wytrzymała jednak bez tenisa i w marcu 2009 roku tak niespodziewanie jak odeszła, wróciła do rywalizacji. I to w imponującym stylu. W 2009 i 2010 wygrała US Open, a w 2011 Australian Open. Mimo tych sukcesów w 2012 roku podczas US Open zakończyła ponownie sportową karierę. Stwierdziła, że jako tenisistka jest spełniona i teraz zamierza całkowicie poświęcić się rodzinie. Rok później urodziła syna, a w 2016 na świat przyszło jej trzecie dziecko, także syn.
Wydawało się oczywiste, że mając na głowie trójkę potomstwa już do sportu nie wróci, więc tenisowi statystycy podsumowali jej osiągnięcia: w sumie wygrała 41 turniejów w grze pojedynczej i 11 w grze podwójnej, zdobyła cztery tytuły wielkoszlemowe w singlu i dwa w deblu, trzykrotnie wygrywała turniej mistrzyń, czyli kończący sezon WTA Finals, a z reprezentacją Belgii w 2001 zwyciężyła w Pucharze Federacji.
Dlatego taką sensacją było ogłoszenie przez Clijsters we wrześniu ubiegłego roku, że zamierza wrócić do rywalizacji w obecnym sezonie. Belgijka zapowiedziała, że zrobi to w marcu w turnieju w meksykańskim Monterrey, ale przyspieszyła swój powrót o miesiąc, przystępując dzięki dzikiej karcie do zmagań w mocno obsadzonej imprezie w Dubaju z pulą nagród 2,5 mln dolarów. Pierwotnie w I rundzie miała zmierzyć się z rozstawioną w zawodach z numerem szóstym Kiki Bertens, lecz Holenderka, która chwilę wcześniej wygrała turniej w Petersburgu, wycofała się z rywalizacji. Po korekcie zestawu par Clijsters ostatecznie trafiła na rozstawioną z numerem dziewiątym Garbine Muguruzę. Młodsza o dziesięć lat Hiszpanka, mistrzyni French Open 2016 i Wimbledonu 2017 oraz była liderka rankingu WTA, po kryzysie formy w tym sezonie znowu gra na wysokim poziomie. Dla 36-letniej Clijsters okazała się za mocna i belgijska weteranka zeszła z kortu pokonana 2:6, 6:7(6). Zadziwiła jednak swoją postawą, więc chociaż pewnie nie zdoła już wrócić na tenisowy szczyt, to z pewnością w kolejnych startach jej występy będą przykuwały uwagę fanów tego sportu.

Odszedł bohater Manchesteru United

W wieku 87 lat zmarł Harry Gregg, legendarny bramkarz Manchesteru United, jeden z ocalałych piłkarzy tego klubu w pamiętnej katastrofie lotniczej na lotnisku w Monachium w styczniu 1958 roku. Był wielkim bohaterem tamtych tragicznych wydarzeń ratując z płonącej maszyny kolegów z drużyny i innych pasażerów.

Gregg podpisał kontrakt z Manchesterem United w grudniu 1957 roku. Za jego transfer „Czerwone Diabły” zapłaciły rekordową wówczas za bramkarza kwotę 23,5 tysiące funtów. 6 lutego 1958 roku drużyna United wracała do domu z Belgradu po meczu Pucharu Europy z Crveną Zvezdą, zakończonym remisem 3:3. Samolot wylądował w Monachium dla uzupełnienia paliwa, ale podczas startu z powodu trudnych warunków atmosferycznych maszyna wypadła z pasa, przerwała barierkę i rozbiła się o budynek oraz rosnące przy nim drzewo. W katastrofie zginęły 23 osoby, w tym ośmiu piłkarzy Manchesteru United. Ofiar byłoby pewnie więcej, gdyby nie odważna postawa ocalałych z katastrofy, a szczególnie Harry’ego Gregga. Bramkarz z narażeniem życia wyciągnął z płonącego wraku kolegów z drużyny – Bobby’ego Charltona, Jackiego Blanchflowera i Dennisa Violleta, trenera United Matta Busby’ego oraz Verę Lukić, żonę jugosłowiańskiego dyplomaty i jej córkę Vesnę.
Prasa okrzyczała go bohaterem, ale on przez całe życie zachowywał w tej kwestii skromność i na każdym kroku bagatelizował swoją rolę. „Wiem, że media chciałyby rozmawiać ze mną tylko o tym, co się wtedy wydarzyło. Nikogo za to nie obwiniam. Ale jeśli wszystko, co osiągnąłem w życiu, miałoby mieć związek tylko z wydarzeniami w Monachium, to prawdę mówiąc by to znaczyło, że niewiele w życiu dokonałem” – stwierdził w 2018 roku przy okazji obchodów 60. rocznicy tragicznej w skutkach katastrofy w Monachium.
Trudno nie przyznać mu racji. W historii Manchesteru United ma opinie jednego z najlepszych bramkarzy w historii klubu. W jego barwach w latach 1957-1966 rozegrał 247 meczów, w 48 zachowując czyste konto. Zdobył w tym klubem dwukrotnie mistrzostwo Anglii (1965, 1967), Puchar Anglii (1963) oraz Tarczę Wspólnoty (1965). Piękna kartę zapisał też w reprezentacji Irlandii Północnej, w której w latach 1953-1963 zaliczył 25 występów, a w mistrzostwach świata w 1958 roku dotarł z nią do ćwierćfinału i został uznany za najlepszego bramkarza turnieju. Sportową karierę zakończył w Stoke City w 1967 roku, ale zagrał w nim tylko dwa spotkania w grudniu 1966 roku. Po powrocie do kraju otworzył hotel w Portstewart, w następnych latach pracował też jako trener prowadząc zespoły Shrewsbury Town, Swansea City, Crew Alexandra, szkoląc bramkarzy w Manchesterze United, a trenerską karierę zakończył w 1987 roku w Carlisle United. W 1995 roku został odznaczonym Orderem Imperium Brytyjskiego.

Uczcili pamięć Kobe Bryanta

W 69. Meczu Gwiazd ligi NBA drużyna wybrana przez LeBrona Jamesa pokonała w niedzielę w Chicago ekipę ustaloną przez Giannisa Antetokounmpo 157:155. Najważniejszym celem tego spotkania było jednak uczczenie pamięci tragicznie zmarłego 26 stycznia tego roku w katastrofie lotniczej legendy NBA Kobe Bryanta.

Już po raz trzeci z rzędu w miejsce tradycyjnej konfrontacji ekip Wschodu i Zachodu rozegrano mecz, w którym zawodników do obu drużyn, bez ograniczeń terytorialnych, dobierali kapitanowie ekip wybrani w głosowaniu kibiców. W tym roku największe uznanie fanów NBA uzyskali gwiazdor Los Angeles Lakers LeBron James oraz grecki koszykarz nigeryjskiego pochodzenia z Milwaukee Bucks Giannis Antetokounmpo.
Tym razem Mecz Gwiazd był wyjątkowy także dlatego, że władze NBA postanowiły przy okazji uczcić pamięć legendarnego gracza tej ligi Kobe Bryanta, który 26 stycznia tego roku zginął w katastrofie helikoptera. Regulamin zakładał, że każda z trzech pierwszych kwart będzie oddzielnym meczem, a przed czwartą kwartą rezultaty z trzech już rozegranych zostaną zsumowane i aby wygrać całe spotkanie, należało osiągnąć dorobek prowadzącej ekipy powiększony o 24 punkty, bo z takim numerem występował Bryant, pięciokrotny mistrz NBA z Los Angeles Lakers (2000-2002, 2009-2010) i dwukrotny mistrz olimpijski z reprezentacją USA (2008 i 2012).
Bryant zginął w wieku 41 lat w katastrofie wraz z ośmioma innymi osobami, wśród których była też jego 13-letnia córka Gianna. „Nigdy więcej nie zobaczymy koszykarza takiego jak Kobe, potrafiącego zdobyć w jednym meczu 81 punktów czy 60 punktów w swoim ostatnim występie. Później z pasją spełniał się jako ojciec, mąż, filmowiec, który sięgnął po Oscara. To ciężki czas dla całej rodziny NBA” – powiedział przed spotkaniem legendarny Earvin „Magic” Johnson. Wszyscy zawodnicy drużyny Giannisa mieli koszulki z numerem 24 upamiętniającym Bryanta, natomiast ekipa LeBrona grała z numerem „2” – z takim numerem na koszulce w szkolnej drużyny grała Gianna.
Pierwszą kwartę 53:41 wygrał zespół LeBrona Jamesa, w drugiej 51:30 zwyciężyli wybrańcy Giannisa Antetokounmpo, a trzecia zakończyła się remisem 41:41. Tak więc po trzech kwartach w rywalizacji lepsza była ekipa Antetokounmpo, która prowadziła 133:124. Zgodnie z umową zwycięstwo w całym spotkaniu dawało jednak osiągnięcie 157 punktów (133 + 24). Tak zażartej walki w Meczu Gwiazd już dawno nie widziano. Drużyna LeBrona doprowadziła do remisu 146:146, a w końcówce zwycięstwo zapewnił jej Anthony Davis. Zwycięzca całego spotkania dla wybranej instytucji charytatywnej wywalczył 300 tys. dolarów.
Nagroda dla najbardziej wartościowego zawodnika (MVP) Meczu Gwiazd od tej edycji nosi imię Bryanta. „Myśleliśmy o tym, jak najlepiej uhonorować Kobe’go. Myślę, że to co wyróżnia go, to obok pięciu tytułów mistrzowskich jest wybór aż do 18 Meczów Gwiazd, których cztery razy był MVP” – powiedział komisarz NBA Adam Silver.
Żaden inny koszykarz nie zdobył uznania głosujących 18 razy z rzędu. W 19 Meczach Gwiazd, ale nie kolejnych, wystąpił Kareem Abdul-Jabbar. Nikt nie otrzymał też więcej nagród MVP, a również czterokrotnie ponad pół wieku temu trafiła ona do Boba Pettita. Leonard był najskuteczniejszym zawodnikiem spotkania. Na swoim koncie reprezentant Los Angeles Clippers zapisał 30 punktów, siedem zbiórek, cztery asysty i dwa przechwyty. Wśród pokonanych najlepszy był Antetokounmpo – 25 pkt, 11 zbiórek, cztery asysty i trzy bloki.
Dzień wcześniej w Chicago odbyły się popisy indywidualne. Derrick Jones Jr. wygrał konkurs wsadów, Buddy Hield najcelniej rzucał za trzy punkty, a Bam Adebayo triumfował w rywalizacji zręcznościowej.
Gospodarzem przyszłorocznego Meczu Gwiazd będzie Indianapolis.

Hejterski skandal w FC Barcelona

Hiszpańskie media żyją nowym skandalem. Wedle nich władze FC Barcelona miały wynająć zewnętrzną firmę, by za pomocą mediów społecznościowych atakowały byłe i obecne gwiazdy „Dumy Katalonii”, nie oszczędzając nawet Leo Messiego.

Kataloński klub wprawdzie temu stanowczo zaprzeczył, ale afera już wybuchła i sieje spustoszenie. Sprawę jako pierwsi nagłośnili dziennikarze radia SER Catalunya. W opublikowanym materiale podali, że FC Barcelona podpisała umowę z firmą I3 Ventures, specjalizującą się w prowadzeniu kont w mediach społecznościowych. Miała ona obsługiwać kilkadziesiąt profilów, które chwaliły poczynania obecnego zarządu „Dumy Katalonii”, z prezesem Josepem Marią Bartomeu na czele. Ale w ukrytym przed opinią publiczną aneksie do tej umowy wpisano też inny cel – osłabianie pozycji innych osób związanych z klubem. Wśród wskazanych do atakowania postaci znaleźli się m.in. kluczowi piłkarze zespołu Leo Messi i Gerard Pique, stojący w opozycji do obecnego zarządu Victor Font, a nawet organizacje niepodległościowe. Messi był atakowany za zwlekanie z podpisaniem nowego kontraktu, zaś Pique za zajmowanie się biznesem i Pucharem Davisa, zamiast dbaniem o formę i wysoki poziom gry.
Dziennikarze SER Catalunya dotarli do dwóch raportów przygotowanych przez I3 Ventures. Jeden z nich zawierał szczegóły działań, wymierzonych w kandydata w wyborach na prezesa Barcelony, Victora Fonta. Po wykonaniu tego zadania na konto I3 Ventures miał wpłynąć jeden milion euro. Szefowie katalońskiego klubu potwierdzili współpracę z firmą internetową, ale zaprzeczyli, iż wynajęto ją do atakowania innych osób.
W oświadczeniu władze FC Barcelona zaprzeczyły podejrzeniom, że zawierały umowy na świadczenie usług polegających na dyskredytowaniu innych osób i instytucji. Działacze stwierdzają także, że firma I3 Ventures nie miała żadnych związków z kontami atakującymi legendy klubu, a jeśli zostałyby one ujawnione, klub natychmiast rozwiązałby kontrakt z tą firmą i wszedł z nią na drogę sądową. W komunikacie czytamy także, że Barcelona korzystna z usługi monitorowania mediów społecznościowych, bo „chce dbać o swoje interesy oraz o reputacje piłkarzy, sponsorów i całego otoczenia związanego z klubem”.
Na tym jednak awantura raczej na pewno się nie zakończy.

Probierz bezczelności

W 22. kolejce ekstraklasy aż trzy mecze zakończyły się bezbramkowymi remisami, a w sumie strzelono tylko 11 goli, do tego zmarnowano cztery rzuty karne. I w takim kiepskim momencie z szeregu tych futbolowych partaczy z pretensjami pod adresem mediów wyrwał się trener Cracovii Michał Probierz.

Trener Cracovii nie po raz pierwszy zaskakuje swoimi pretensjami. Tym razem wyraził je na antenie największego sponsora polskiej ekstraklasy piłkarskiej, stacji Canal+ Sport, w programie „Liga+ Extra”. Probierz miał dziennikarzom stacji za złe, że jako ilustrację do wydarzeń z 22. kolejki pokazała kompilację z nieudanych zagrań piłkarzy PKO Ekstraklasy z poprzedniej serii gier. Dla jasności, w 21. kolejce strzelono 22 gole i tylko jedno spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Skoro z niej zebrano taki bogaty zbiór futbolowych kiksów, to strach pomyśleć jaki materiał będzie można skomponować z nieudanych zagrań w 22. kolejce. Cztery zmarnowane rzuty karne nie były jedynymi elementami tego niestrawnego futbolowego zakalca. Tymczasem szkoleniowiec „Pasów”wyskoczył do dziennikarzy z takim tekstem: „Nie podoba mi się, że państwa stacja regularnie pokazuje takie rzeczy i naśmiewa się z piłkarzy. Nikogo w ten sposób nie zachęcamy, żeby przyszedł na stadion. Nie lepiej pokazywać tylko piękne akcje, a kiksy przemilczeć? Ludzie i tak kiksy zobaczą na stadionie”.
No pięknie. Probierz na kompilacje zagrań obnażające słabość piłkarzy grających w PKO Ekstraklasie narzekał już w piątek na konferencji prasowej po meczu Cracovii z Lechem. I na swoim laptopie pokazywał zmontowany filmik z kiksami zawodników z najsilniejszych lig europejskich. „Błędy zdarzają się najlepszym, nie tylko graczom rywalizującym na polskich boiskach” – pouczał zdumionych tą hucpą żurnalistów. Nie bardzo wiadomo na jakiej podstawie Probierz pozwala sobie na tego rodzaju pyskówki. Jako trener nie ma aż takich znaczących dokonań (tylko Puchar i Superpuchar Polski z Jagiellonią). Od 2017 roku pracuje w Cracovii, gdzie trzeba przyznać, wywalczył sobie pozycję o jakiej inni trenerzy w ekstraklasie mogą tylko marzyć, bo dochrapał także stanowiska wiceprezesa klubu. Może dzięki temu w istotny sposób wpływać na politykę transferową klubu, ale trudno go chwalić za dokonania na tym polu.
Cracovia pod rządami Probierza jest dzisiaj polskim klubem jedynie z nazwy. W spotkaniu z Lechem, wygranym zresztą 2:1 po problematycznym rzucie karnym, w zespole „Pasów” wystąpiło 14 zawodników, w tym aż dziewięciu obcokrajowców. Żeby dopełnić obraz sytuacji – w liczącej 20 graczy kadrze meczowej Polaków było tylko pięciu. To istotna zmiana w klubie, który kiedyś odważnie stawiał na wychowanków, a swoją kadrę opierał głównie na rodzimych zawodnikach.
Póki co forsowana w Cracovii przez Probierza strategia personalna się jednak sprawdza, bo zespół „Pasów” po 22. kolejkach jest wiceliderem rozgrywek z taką samą liczbą punktów na koncie co prowadząca Legia Warszawa. Ale to drużyna mocna tylko na swoim boisku – wygrana z Lechem była szóstą z rzędu u siebie (bilans: 9 zwycięstw, 1 remis, 2 porażki). Na wyjazdach gra już jednak znacznie gorzej (4 wygrane, 2 remisy i 4 porażki), a przed cudzoziemską zbieraniną Probierza dwa trudne wyprawy poza Kraków – najpierw do Gliwic, potem do Warszawy, a 3 marca u siebie derby z Wisłą. Po tych spotkaniach dopiero się okaże, ile „Pasy” są warte, a także ich wiecznie naburmuszony trener.