Wyniki 11. kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 11. kolejki:
Legia Warszawa – Lech Poznań 0:1

Gol: Mikael Ishak (54). Żółte kartki: Wieteska, Jędrzejczyk, Slisz, Rafael Lopes – Milić, Karlstroem. Sędziował: Tomasz Musiał (Kraków). Widzów: 25 702.
Śląsk Wrocław – Raków Częstochowa 1:2
Gole: Mateusz Praszelik (75) – Vladislavs Gutkovskis (64), Ivi Lopez (69). Żółte kartki: Szromnik, Sobota – Niewulis, Tudor, Lopez, Arak. Sędziował: Szymon Marciniak (Płock).
Widzów: 13 198.
Bruk-Bet Nieciecza – Lechia Gdańsk 0:2
Gole: Flavio Paixao (55), Conrado (56). Żółta kartka: Kubicki (Lechia). Sędziował: Krzysztof Jakubik (Siedlce). Widzów: 3012.
Górnik Łęczna – Piast Gliwice 1:1
Gole: Bartosz Śpiączka (45) – Patryk Sokołowski (3). Żółte kartki: Pajnowski, Midzierski, Tymosiak – Toril, Steczyk. Sędziował: Damian Kos (Gdańsk). Widzów: 2043.
Górnik Zabrze – Wisła Kraków 0:1
Gol: Michal Frydrych (50). Żółta kartka: Gryszkiewicz (Górnik). Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń). Widzów: 15 079.
Wisła Płock – Pogoń Szczecin 1:0
Gol: Damian Warchoł (57). Żółte kartki: Tomasik, Michalski, Szwoch, Warchoł, Kocyła, Rzeźniczak, Lesniak – Dąbrowski, Kowalczyk. Czerwona kartka: Rzeźniczak (88., za drugą żółtą). Sędziował: Daniel Stefański (Bydgoszcz). Widzów: 999.
Cracovia – Warta Poznań 2:0
Gole: Michał Rakoczy (58), Jakub Myszor (90). Żółte kartki: Loshaj, Lusiusz – Matuszewski, Kuzimski, Kupczak, Ivanov. Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa).
Widzów: 6029.
Stal Mielec – Zagłębie Lubin 4:2
Gole: Mateusz Mak (14, 63), Grzegorz Tomasiewicz (52 karny), Marcin Flis (75) – Erik Daniel (22), Krystian Getinger (41 samobójcza). Żółte kartki: Chodyna, Poręba, Pantić (Zagłębie). Czerwona kartka: Pantić (85., za drugą żółtą). Sędziował: Sebastian Krasny (Kraków). Widzów: 2350.
Jagiellonia Białystok – Radomiak 1:1
Gole: Fedor Cernych (25) – Karol Angielski (33 karny). Żółte kartki: Tiru, Puerto, Cernych – Kaput. Sędziował: Jarosław Przybył (Kluczbork). Widzów: 5350.

  1. Lech 11 24 23:6
  2. Lechia 11 22 20:9
  3. Raków 10 21 21:14
  4. Pogoń 11 19 16:9
  5. Śląsk 11 17 15:14
  6. Cracovia 11 16 18:18
  7. Jagiellonia 11 16 12:12
  8. Stal 11 15 15:18
  9. Zagłębie 10 15 13:17
  10. Piast 11 14 14:15
  11. Wisła Kraków 11 14 14:16
  12. Wisła Płock 11 13 18:17
  13. Radomiak 11 13 12:11
  14. Górnik Zabrze 10 13 13:15
  15. Legia 9 9 10:13
  16. Bruk-Bet 10 7 10:15
  17. Warta 11 7 8:15
  18. Górnik Łęczna 11 6 9:27

Lech pokazał Legii, że jest mocniejszy

W hicie 11. kolejki piłkarskiej ekstraklasy broniąca mistrzowskiego tytułu Legia Warszawa przegrała na swoim boisku z liderem rozgrywek Lechem Poznań 0:1. Trener warszawskiej drużyny Czesław Michniewicz tym razem nie oszczędzał swoich piłkarzy, których w najbliższy czwartek czeka mecz w Lidze Europy z SSC Napoli, lecz wystawił przeciwko lechitom najmocniejszy skład.

Nie z dnia na dzień rzecz jasna, ale mimo pozornego spokoju po prestiżowej porażce z „odwiecznym rywalem” w „derbach Polski”, z Łazienkowskiej dobiegają już pierwsze pomruki zwiastujące nadciągające personalne trzęsienie ziemi. Dowodzi tego choćby wypowiedź trenera Michniewicza dla TVP Sport. „Nie martwię się o swoją przyszłość, będzie, co będzie. Martwi mnie tylko szósta ligowa porażka w tym sezonie”. Faktycznie, w tym sezonie mistrzowie Polski zdecydowanie lepiej sobie radzą w europejskich rozgrywkach pucharowych. Jako jedyny z czterech polskich zespołów przebili się do fazy grupowej. Co prawda nie do wymarzonej Ligi Mistrzów, tylko drugiej w pucharowej hierarchii Ligi Europy, ale po dwóch kolejkach są na czele grupy C, w której rywalizują z SSC Napoli, Leicester City i Spartakiem Moskwa. Legioniści wygrali po 1:0 oba rozegrane dotąd mecze – na wyjeździe z rosyjskim zespołem i u siebie z angielskim, zaś w najbliższy czwartek czeka ich wyjazdowe starcie z aktualnym liderem włoskiej Serie A. Licząc od pierwszego spotkania w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, rozegranego 7 lipca z norweskim FK Bogo/Glimt, będzie to w obecnym sezonie już 21. potyczka piłkarzy Legii o stawkę. Na dotychczasową serię złożyło się sześć meczów w kwalifikacjach Champions League – z wspomnianym FK Bodo/Glimt (3:2 i 2:0), estońską Florą Tallin (1:0 i 2:1) i chorwackim Dinamem Zagrzeb (1:1 i 0:1), dwa w IV rundzie kwalifikacji Ligi Europy ze Slavią Praga (2:2 i 2:1), dwa w fazie grupowej Ligi Europy ze Spartakiem i Leicester, jeden mecz w 1/32 Pucharu Polski z Wigrami Suwałki (3:1) oraz dziewięć meczów w PKO Ekstraklasie. Dokonania ekipy „Wojskowych” w Europie bez wątpienia zasługują na uznanie, w każdym razie na pewno w porównaniu z osiągnięciami walczących o awans do najniżej stojącej w europejskiej hierarchii pucharowej Ligi Konferencji Europy zespołów Pogoni Szczecin, Rakowa Częstochowa i Śląska Wrocław. Ogólne wrażenie psują jedynie mierne rezultaty legionistów w ekstraklasie, bowiem na dziewięć rozegranych dotąd meczów (dwa spotkania, z Zagłębiem Lubin i Bruk-Betem Nieciecza zostały przełożone na późniejsze terminy) przegrali aż sześć. To ich najgorszy start w tych rozgrywkach od pięciu lat. W sezonie 2016/2017 Legia również miała tylko 9 punktów na koncie po dziewięciu meczach i traciła 10 punktów do lidera, którym był zespół… Bruk-Betu Nieciecza. W tamtym sezonie legioniści wywalczyli jednak awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów i grali w jednej grupie z Borussią Dortmund, Realem Madryt i Sportingiem Lizbona. Ale do końca ligowego sezonu zdołali jednak odrobić straty i zdobyli mistrzowski tytuł. Warto jednak pamiętać, że obowiązywał wówczas inny system rozgrywek (ESA37) – 37 meczów, a po fazie zasadniczej obowiązywał podział na grupy mistrzowską i spadkową oraz dzielenie punktów. Spory, sześciopunktowy dystans do prowadzącego rywala po dziewięciu meczach, Legia odrobiła także w sezonie 2015/2016. Tym razem może być z tym znacznie większy problem. W minioną niedzielę „Wojskowi” w swoim mateczniku na Łazienkowskiej przegrali z najpoważniejszym obecnie pretendentem do mistrzowskiego tytułu, bo Lech na fotelu lidera zasiada od trzeciej kolejki. Ekipa trenera Michniewicza traci do ekipy Macieja Skorży już 15 punktów. Ma co prawda dwa zaległe spotkania, ale nawet jeśli by je wygrała, to i tak lechici będą mieli dziewięć punktów przewagi. Nie jest to wprawdzie przewaga niemożliwa do odrobienia, bo do rozegrania sa jeszcze 23 kolejki, czyli 69 „oczek” do zdobycia, a piłkarzom Lecha raczej na pewno nie uda się zagrać we wszystkich pozostałych do końca zmagań spotkaniach na takim poziomie, jak w niedzielny wieczór w Warszawie. Michniewiczowi trudno będzie jednak powtórzyć wyczyn z poprzedniego sezonu, gdy po przejęciu zespołu od Aleksandara Vukovicia w lidze nie przegrał dziewięciu meczów z rzędu, a tylko dwa z nich zremisował, dzięki czemu w tabeli dogonił Raków i stworzył dobrą pozycję wyjściową do walki
o mistrzostwo Polski.
W stołecznym klubie atmosfera jest więc napięta, chociaż na zewnątrz słane są komunikaty, że posada Michniewicza nie jest zagrożona. To się jednak może zmienić już w czwartek, jeśli w Neapolu legionistów opuści piłkarskie szczęście.
Zupełnie odmienne nastroje, co zrozumiałe, panują w poznańskim klubie. Lechici długo czekali na zwycięstwo przy Łazienkowskiej, a gdy w końcu wygrali, świętowali sukces w nietypowy sposób. Podopieczni Macieja Skorży chwilę po końcowym gwizdku sędziego paradowali w koszulkach z napisem „0:1 gospodarz vs. Lech Poznań, 17 października 2021”.
To oczywiście nawiązanie do takiej samej akcji legionistów po zwycięstwie nad Leicester City w Lidze Europy. Wtedy o koszulkach z wynikiem spotkania było głośno w europejskich mediach, a fani Legii kupowali je masowo w klubowym sklepie. W ekipie Legii prowokacyjne zachowanie rywali wywołało frustrację, która wywołała u niektórych graczy nawet wybuch niepohamowanej agresji, ale paradoksalnie może to przynieść stołecznej drużynie korzyść. Wydaje się bowiem, że w tej chwili największym problemem tej grupy cudzoziemskich w większości piłkarzy nie jest niezbyt wyrafinowana myśl taktyczna trenera Michniewicza, lecz brak odpowiedniej motywacji do walki na polskim podwórku. Musiało jednak do nich dotrzeć, że przegrali na własnym stadionie grając w najsilniejszym składzie i z maksymalnym zaangażowaniem, a to oznacza, że wcale nie są najlepsi w Polsce. Jeśli tak, to powinni zmienić swoje lekceważące dotąd nastawienie do gry w ekstraklasie, a jeśli to zrobią, Legia może szybko wrócić na zwycięską scieżkę także
na krajowym podwórku.
Na razie jednak to nie obrońca mistrzowskiego tytułu jest najgroźniejszym konkurentem dla Lecha Poznań, tylko wicemistrz z poprzedniego sezonu Raków Częstochowa oraz Lechia Gdańsk, Pogoń Szczecin i w coraz mniejszym stopniu Śląsk Wrocław. Warto zauważyć dobrą ostatnio grę prowadzonych przez trenera Adama Majewskiego piłkarzy Stali Mielec, którzy dzięki dobrym wynikom przeskoczyli ze strefy spadkowej do środka ligowej tabeli. Dobrą robotę w Wiśle Płock robi też Maciej Bartoszek, trudne dni przeżywają szkoleniowcy Warty Poznań Piotr Tworek i Bruk-Betu Nieciecza Mariusz Lewandowski. W Niecieczy widziano na trybunach stadionu bezrobotnego Aleksandara Vukovicia, a właśnie z ekipy beniaminka ekstraklasy dochodzą ostatnio wieści planowanej wkrótce zmianie szkoleniowca. Na razie po 11. kolejkach posadę w klubach ekstraklasy stracił tylko jeden trener – Piotr Stokowiec, którego w Lechii Gdański z powodzeniem zastąpił asystent Kosty Runjaicia w Pogoni Szczecin Tomasz Kaczmarek.

Znów tylko srebro dla Zmarzlika

Polscy żużlowcy znów nie wygrali zawodów Speedway of Nations. Jeżdżący w biało-czerwonych barwach Bartosz Zmarzlik i Maciej Janowski na torze w Manchesterze zdobyli najwięcej punktów, ale w biegu finałowym Janowski zaliczył wywrotkę i dzięki temu mistrzowski tytuł zdobyli Brytyjczycy.

Polacy wygrali sobotni turniej Speedway of Nations, ale Bartosz Zmarzlik i Maciej Janowski mieli świadomość, że najważniejsze zadanie dopiero przed nimi. Tym bardziej że niedziela w Manchesterze przyniosła zupełnie inaczej przygotowany tor. Zmieniła się też siła rażenia najgroźniejszych rywali. W szeregach Brytyjczyków zabrakło kontuzjowanego Taia Woffindena, którego zastąpił Daniel Bewley. Pierwszy wyścig gospodarzy pokazał, że ta zmiana wcale nie musi oznaczać osłabienia. Udało im się bowiem pokonać Biało-Czerwonych. Była to też pierwsza porażka duetu Zmarzlik-Janowski, bo w sobotę Polacy wygrali wszystkie wyścigi. Chwilę później Polacy znów zjeżdżali z toru pokonani – tym razem lepsi okazali się Leon Madsen i Mikkel Michelsen. Polakom przewaga 10 punktów z sobotnich zawodów wystarczyła, by wygrać fazę zasadniczą Speedway of Nations i uzyskać bezpośredni awans do wyścigu finałowego. W biegu barażowym Duńczycy zmierzyli się z Brytyjczykami. Na ostatnim okrążeniu lider reprezentacji Danii Leon Madsen próbował przyblokować obu Brytyjczyków, ale nic to nie dało, a jeszcze stracił prowadzenie na rzecz Lamberta.
Wypada wspomnieć, że punktacja w SoN jest nietypowa, bowiem za pierwszą lokatę przyznawane są cztery punkty, za drugą trzy, za trzecią dwa, a za czwartą zero. W finale Polacy stanęli przed historyczną szansą na pierwszy triumf w SoN. Zwycięstwo w rundzie zasadniczej dało im pierwszeństwo w wyborze pól startowych. W nim Zmarzlik świetnie ruszył spod taśmy i odniósł zwycięstwo. Jednak Janowski na drugim łuku zakopał się po zewnętrznej i upadł. Wygrana Zmarzlika nic polskiej ekipie nie dała, bo finałowy bieg Brytyjczycy wygrali 5-4 i to oni cieszyli się z mistrzowskiego tytułu, chociaż w łącznym dorobku mieli 64 punkty, o 10 mniej od Polaków, którzy w sumie zdobyli 74 punkty.
Kolejne lokaty zajęły ekipy Danii (68 pkt), Australia (49), Francja (47), Łotwa (42) i Szwecja (30). Zmarzlik miał prawo czuć się rozczarowany, bo w tegorocznej edycji indywidualnych mistrzostw świata także wywalczył tylko srebrny medal, przegrywając walkę o tytuł z zawodnikiem Sparty Wrocław Artiomem Łagutą. W zawodach SoN stracił złoto także przez zawodnika Sparty, chociaż upadek Janowskiego z pewnością nie był celowym. To tylko taki interesujący zbieg okoliczności.
„Zawsze można powiedzieć, że srebro to też sukces, ale moim zdaniem nie w tym przypadku. Lepszej okazji do wygrania SoN nie mogliśmy sobie wyobrazić. Nie było Rosjan, nie jechał Tai Woffinden, a w Szwecji startował tylko junior. Skoro nie cieszyliśmy się z drugich lokat w poprzednich turniejach, w których stawka była silniejsza, to tym bardziej nie powinniśmy teraz” – ocenił występ biało-czerwonych były trener naszej żużlowej kadry Marek Cieślak.

Zmiana w tenisowej hierarchii

W poniedziałek doszło do zmiany na pozycji lidera w hierarchii polskich tenisistek i tenisistów. Według najnowszych notowań rankingów WTA i ATP najwyżej obecnie sklasyfikowany na światowych listach jest Hubert Hurkacz, który awansował na 10. miejsce. Poprzednia liderka, Iga Świątek, zjechała z czwartej lokaty na 11.

Poniedziałek był wyjątkowym dniem w karierze Huberta Hurkacza, bowiem tego dnia zadebiutował w Top 10 rankingu ATP. 24-letni wrocławianin awansował z 12. na 10. pozycję, wypychając z czołowej dziesiątki światowej listy legendę męskiego tenisa 40-letniego już Szwajcara Rogera Federera. Hurkacz jest dopiero drugim polskim tenisistą, któremu udało się wspiąć w tenisowej hierarchii tak wysoko. Pierwszym był 44 lata temu Wojciech Fibak – zwycięzca 15 turniejów rangi ATP oraz finalista kończącego sezon turnieju Masters w światowym rankingu najwyżej notowany był na 10. miejscu. „To kolejny krok w mojej karierze, który potwierdza, że moja gra jest coraz lepsza, coraz stabilniejsza, pozwalająca na osiąganie dobrych wyników. Ale oczywiście ambicje mam dużo większe i cały czas chcę iść do przodu. Wierzę, że w czołowej dziesiątce rankingu zagoszczę na dłużej” – powiedział Hurkacz w wypowiedzi dla strony internetowej Polskiego Związku Tenisowego. Już teraz jednak wiadomo, że już za tydzień wyprzedzi Fibaka i zostanie najwyżej sklasyfikowanym polskim tenisistą w singlu w historii rankingu ATP. W kolejnym notowaniu 500 punktów za tytuł wywalczony dwa lata temu w Wiedniu straci Austriak Dominic Thiem, a to pozwoli Hurkaczowi przesunąć się w rankingu na 9. pozycję. Oprócz niego i Fibaka do Top 100 światowej listy przebili sie jeszcze tylko Jerzy Janowicz (najwyżej w rankingu, na 14. miejscu, znalazł się 12 sierpnia 2013 roku), Łukasz Kubot (12 kwietnia 2010 roku był na 41. pozycji), Michał Przysiężny (27 stycznia 2014 roku zajmował 57. lokatę) i Kamil Majchrzak (23 września 2019 roku był 83. w rankingu, obecnie zajmuje 119. lokatę).
Hurkacz zamierza w tym roku powalczyć także o kwalifikację do tegorocznego ATP Finals. Aktualnie w rankingu ATP Race kwalifikującym do występu w turnieju mistrzów w Turynie, jest dziewiąty, ale to miejsce daje już prawo do gry w turnieju z udziałem ośmiu najlepszych graczy sezonu, który zaplanowano w dniach 14-21 listopada, bowiem ósmy w zestawieniu Hiszpan Rafael Nadal zakończył sezon z powodu kontuzji.
Hurkacz zamierza szukać cennych punktów rankingowych w trzech turniejach. Najpierw zagra w halowych zawodach ATP 500 w Wiedniu (25-31 października), następnie w turnieju ATP Masters 1000 w Paryżu (1-7 listopada), a jeśli zajdzie taka potrzeba, wystąpi jeszcze w turnieju ATP 250 w Sztokholmie
(7-13 listopada).
Spadek Polki był pewny nawet w przypadku wygranej w turnieju Indian Wells. Świątek mogła tylko osłabić skutki utraty 1470 punktów za zeszłoroczne zwycięstwo w przeniesionym z powodu pandemii na jesień wielkoszlemowego French Open (w Paryżu zdobyła 2000, a w Indian Wells odrobiła 530 punktów). W najlepszym przypadku, czyli wygrywając imprezę w Kalifornii, nasza najlepsza obecnie tenisistka mogła zjechać w dół światowej listy o dwie pozycje, ale ponieważ odpadła już w 1/8 finału po porażce z Łotyszką Jeleną Ostapenko, ostatecznie wypadła z Top 10 zatrzymując się jak na razie na 11. pozycji z dorobkiem 3306 punktów. W najnowszym rankingu czołową dziesiątkę tworzą obecnie: Australijka Ashleigh Barty (9077 pkt), Białorusinka Aryna Sabalenka (7115), Czeszki Karolina Pliskova (5320) i Barbora Krejcikova (4748), Hiszpanka Garbine Muguruza (4425), Ukrainka Elina Switolina (4096), Greczynka Maria Sakkari (4005), Tunezyjka Ons Jabbeur (3500), Szwajcarka Belinda Bencić (3365) i Japonka Naomi Osaka (3326).
Na 52. pozycji plasuje się Magda Linette (1147 pkt), a miłą wiadomością jest pierwszy w karierze awans do czołowej setki Magdaleny Fręch. Tym samym została 11. polską tenisistką w historii rankingu WTA w Top 100. Przed nią w najlepszej setce zestawienia meldowały się Agnieszka Radwańska, Iga Świątek, Urszula Radwańska, Magdalena Grzybowska, Magda Linette, Marta Domachowska, Katarzyna Nowak, Iwona Kuczyńska, Aleksandra Olsza, Katarzyna Piter. Fręch zgromadziła 773 pkt i zajmuje 99. pozycję, ale jej przewaga nad zawodniczkami zaczynającymi drugą setkę jest niewielka i 23-letnia łodzianka będzie teraz musiała mocno powalczyć o kolejne punkty rankingowe.
Co do Igi Świątek, to dla niej w tej chwili priorytetem jest utrzymanie się w czołówce rankingu Race to Guadalajara, kwalifikującego do kończącego sezon turnieju mistrzyń – WTA Finals 2021, wyjątkowo w tym roku z powodu pandemii przeniesiony z chińskiego Shenzen do Meksyku. W tym zestawieniu sytuacja Polki jest niezła, bo zajmuje aktualnie piąte miejsce mając na koncie 3226 wywalczonych w tym roku punktów. Przed nią są cztery zawodniczki już zakwalifikowane do turnieju mistrzyń – Barty, Sabalenka, Pliskova i Krejcikova, a za nią Sakkari (3157 pkt), Muguruza (3150), Badosa (3112) i Jabeur (3020). Do rywalizacji w Guadalajarze przystąpi osiem najlepszych zawodniczek sezonu, choć niemal pewne jest już, że ze startu w meksykańskim turnieju zrezygnuje liderka rankingu Barty. Ale i bez tego Świątek może być w zasadzie pewna udziału w piątym pod względem prestiżu i wielkości puli nagród turnieju w sezonie. Jeśli ostatecznie awansuje do WTA Finals, będzie drugą po Agnieszce Radwańskiej polską tenisistką, która dokona tej sztuki. Ale warto przypomnieć, że Radwańska w 2015 roku wygrała WTA Finals, a rok później doszła do półfinału.

Nagły kłopot bogactwa w polskiej kadrze

Napastnikiem numer 1 w reprezentacji Polski jest bezsprzecznie Robert Lewandowski, ale za jego plecami hierarchia w erze Paulo Sousy już taka jednoznaczna nie jest. Arkadiusz Buksa i Karol Świderski świetnie wykorzystali okres nieobecności w kadrze Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka i teraz portugalski selekcjoner ma w linii ataku kłopot bogactwa.

Trzeba przyznać, że takiej rywalizacji w linii ataku w reprezentacji Polski dawno nie było. Występujący na co dzień w PAOK Saloniki Karol Świderski oraz grający w zespole amerykańskiej MLS New England Revolution Adam Buksa są bez wątpienia odkryciami jesiennych meczów naszej narodowej drużyny. Obaj wykorzystali szansę jaką stworzyła im kilkumiesięczna nieobecność w kadrze leczących kontuzje Krzysztofa Piątka i Arkadiusza Milika, a także niespodziewany letni transfer Jakuba Świerczoka z Piasta Gliwice do japońskiego klubu Nagoya Grampus. Sądząc po wypowiedziach Paulo Sousy z tej właśnie piątki napastników będzie na razie dobierał graczy do Roberta Lewandowskiego.
Portugalski szkoleniowiec przejął reprezentację Polski z marszu, ale mimo to odważył się niemal w przededniu meczów o stawkę dokonać rewolucji z taktycznym ustawieniu zespołu. Gra w systemie z trzeba obrońcami i dwoma napastnikami nie była nowością dla ekipy biało-czerwonych, bo takiego taktycznego wariantu próbował już Adam Nawałka, ale jak dobrze pamiętamy wprowadził tym jedynie chaos i wycofał się z pomysłu. Jego następca, Jerzy Brzęczek, także chyba nie zgłębił tajników tego powszechnego dzisiaj systemu gry, bo trzymał się ustawienia czwórką obrońców, wpieranych przez dwóch defensywnych pomocników, przed którymi w linii ustawiał trójkę pomocników, a na szpicy osamotnionego Lewandowskiego. Nie powielał więc nawet sprawdzonego za kadencji Nawałki ustawienia z „Lewym” i Milikiem w linii ataku. Paulo Sousa od początku, czyli od marcowych meczów eliminacyjnych do MŚ 2022 zaczął grać dwójką napastników, a w spotkaniu z Andorą rzucił nawet do walki trójkę – oprócz Lewandowskiego i Milika jeszcze Piątka.
Ten eksperyment nie wypadł najlepiej, ale w październikowych potyczkach z San Marino i Albanią mieliśmy momentami trójkę napastników. Największym osiągnięciem było jednak to, że wchodzący z ławki zmiennicy wnosili do gry tyle samo, co gracze których zastępowali, a bywało, że nawet więcej. I to trzeba uznać za wielki sukces Paulo Sousy, bo zdołał przekonać polskich piłkarzy, że na sukces w meczu pracuje cała kadra, a rezerwowi znaczą tyle samo, co gracze z wyjściowego składu.
Wiosną tego roku Lewandowski kończył swój najlepszy strzelecki sezon, Milik po wyrwaniu się z półrocznego zawieszenia bez gry z SSC Napoli strzelił wiosną dla Olimpique Marsylia 10 goli, więc wobec słabszej formy Piątka i jego kłopotów z wywalczeniem miejsca w zespole Herthy Berlin, rywalizacja o drugie miejsce w linii ataku biało-czerwonych w turnieju Euro 2020/21 wydawała się przesądzona na korzyść Milika. Niestety, w przededniu mistrzostw doznał on poważnej kontuzji, a niedługo po nim poważny uraz wykluczył z gry na długie miesiące także Piątka. W tej sytuacji Sousa musiał sięgnąć po zmienników. Odkurzył już trochę zapomnianego w Polsce Dawida Kownackiego, wysłał powołanie do strzelającego gole w lidze greckiej Świderskiego oraz do najskuteczniejszego Polaka w polskiej ekstraklasie Jakuba Świerczoka. To jeden z nich miał objąć rolę drugiego napastnika kadry pod nieobecność Piątka i Milika. Rywalizację wygrał Świderski, ale w pierwszym meczu Euro 2020/21 Sousa skrewił i do gry wystawił tylko Lewandowskiego. W trakcie meczu z ławki wszedł do gry właśnie Świderski i on też zagrał w pierwszym składzie z Hiszpanią i był nawet blisko strzelenia gola (Hiszpanów uratował słupek). Także w meczu ze Szwecją Świderski pojawił się u boku Lewandowskiego. I tak już pozostało, bo Świerczok po mistrzostwach Europy zdecydował się na transfer do Japonii, a stamtąd na zgrupowania na razie przyjeżdżać nie może z powodu ograniczeń epidemicznych.
„Pamiętam, jak było sporo krytyki, że powołuję Świderskiego. On ma zupełnie inną mobilność, jest coraz bardziej skoncentrowany, jeśli chodzi o zdobywanie bramek, coraz bardziej mobilny, lepiej dogrywa i współpracuje z kolegami z zespołu. Po prostu się rozwija” – zachwalał Świderskiego Paulo Sousa po wygranym w Tiranie 1:0 meczu z Albanią, w którym zwycięskiego gola strzelił właśnie ten piłkarz. Ale Paulo Sousa w jesiennych meczach wynalazł dla kadry Polski kolejnego napastnika – Adama Buksę. Piłkarz New England Revolution udowodnił swoją wartość i pokazał, że MLS jest ligą na wysokim poziomie. Oczywiście, należy pamiętać, że strzelał gole San Marino. Ale nie zawiódł też w pozostałych meczach – strzelił gola w pierwszym meczu z Albanią, walczył też ofiarnie z Anglikami. Ponieważ także w MLS strzela gole jak na zawołanie, interesuje się nim wiele klubów europejskich i niewykluczone, że już zimą Buksa wróci do Europy, wzorem Przemysława Frankowskiego , który z Chicago Fire latem przeszedł do RC Lens i robi obecnie furorę w lidze francuskiej.
Milik i Piątek, którzy w końcu wrócili na boiska po wyleczeniu kontuzji, nie mogą być pewni powrotu do kadry Polski na poprzednie pozycje. Miejsce w hierarchii będą musieli wywalczyć na nowo, a Sousa ma ten komfort, że przed listopadowymi meczami z Andorą i Węgrami ma w tej chwili do dyspozycji pięciu napastników. I niewykluczone, że powołania otrzyma cała piątka.
Warto podkreślić, że za kadencji Paulo Sousy biało-czerwoni odzyskali utraconą pod rządami Jerzego Brzeczka skuteczność. W 13 meczach pod wodza Portugalczyka reprezentacja Polski zdobyła 32 bramki. Aż 22 z nich były dziełem napastników. Dziewięć trafień zanotował Lewandowski, który korzysta na taktyce Sousy. Za kadencji Brzęczka „Lewy” zdobywał 0,44 gola na mecz, u Portugalczyka współczynnik podskoczył mu do 0,81. Po pięć goli zdobyli Świderski i Buksa, dwie Piątek i jedną Świerczok. Spośród napastników, których powoływał Paulo Sousa bez goli pozostają jedynie Kownacki i Milik.
Teraz pozostało nam tylko śledzić występy naszych snajperów w ich klubowych zespołach. Na razie Lewandowski jest poza konkurencją (w niedzielę zdobył dwie bramki w spotkaniu z Bayerem Leverkusen), ale Milik w miniony weekend strzelił pierwszego gola w tym sezonie w wygranym przez jego Olympique Marsylia 4:1 meczu z Lorient w 10. kolejce francuskiej Ligue 1. Czyli podjął rękawicę i włączył się do rywalizacji o miejsce w linii ataku biało-czerwonych. Na razie najbardziej odstaje Piątek, ale może i on się przełamie?

48 godzin sport

SSC Napoli czeka na Legię
Zespół SSC Napoli, z którym Legia Warszawa rozegra dwa najbliższe mecze w Lidze Europy (21 października w Neapolu i 4 listopada w Warszawie), utrzymał pozycję lidera włoskiej Serie A, pokonując u siebie w 8. kolejce AC Torino 1:0. W meczu zagrało dwóch reprezentantów Polski – występujący w drużynie z Neapolu Piotr Zieliński grał do 71. minuty, a występujący w ekipie z Turynu Karol Linetty został zmieniony w 67. minucie. Napoli przewodzi w tabeli z dorobkiem 24 punktów, przed AC Milan (22) i Interem Mediolan (17). Na 7. miejsce awansował Juventus Turyn, który pokonał u siebie AS Roma 1:0. Wojciech Szczęsny walnie przyczynił się do zwycięstwa broniąc rzut karny. AC Torino zajmuje 12. lokatę.

Drugie trafienie Krychowiaka
Grzegorz Krychowiak strzelił gola dla Krasnodaru w zremisowanym przez jego zespół 1:1 meczu 11. kolejki rosyjskiej ekstraklasy z FK Ufa. Dla pomocnika naszej narodowej reprezentacji było to drugie ligowe trafienie w tym sezonie. FK Krasnodar zajmuje szóste miejsce w tabeli z dorobkiem 18 punktów.

Marciniak na Old Trafford
Szymon Marciniak został wyznaczony przez UEFA na arbitra meczu 3. kolejki grupy F Ligi Mistrzów Manchester United – Atalanta Bergamo. Jego asystentami będą Paweł Sokolnicki i Tomasz Listkiewicz, a sędzią technicznym Tomasz Musiał. Na sędziego VAR wyznaczono natomiast Tomasza Kwiatkowskiego, którego asystentem będzie Niemiec Marco Fritz. Mecz na stadionie Old Trafford w Manchesterze zostanie rozegrany 20 października. Początek godz. 21:00.

Benzema staje przed sądem
W środę 20 października rozpoczął się proces oskarżonych w sprawie o szantaż wobec reprezentanta Francji Mathieu Valbueny. W grupie osób, którym postawiono zarzuty, znalazł się inny gwiazdor francuskiej drużyny, ale też najlepszy strzelec Realu Madryt Karim Benzema. Za współudział w procederze grozi mu kara do pięciu lat więzienia i 70 tys. euro grzywny. Proces pięciu szantażystów przed sądem karnym w Wersalu ma potrwać do piątku 22 października. Afera wybuchła w 2015 roku. Nagranie o treści erotycznej z udziałem Mathieu Valbueny trafiło w niepowołane ręce i posłużyło do szantażu. Z tego powodu Benzema przez sześć lat nie był powoływany do francuskiej kadry. Wrócił do niej dopiero na finały Euro 2020/21.

Rywale Polaków w futsalu
W holenderskim Zeist w poniedziałek odbyło się losowanie grup przyszłorocznych mistrzostw Europy w futsalu. Reprezentacja Polski trafiła do grupy C i w Amsterdamie grać będzie z Chorwacją, Rosją i Słowacją. Impreza zostanie rozegrana w Holandii w dniach 19 stycznia – 6 lutego 2022 roku. W grupie A zagrają: Holandia, Serbia lub Białoruś, Ukraina, Portugalia; w grupie B Kazachstan, Włochy, Słowenia i Finlandia, a w grupie D Gruzja, Hiszpania, Azerbejdżan oraz Bośnia i Hercegowina.

Rasizm na stadionie po czesku

UEFA nie dopatrzyła się przejawów rasizmu ze strony kibiców Sparty Praga w meczu Ligi Europy z Glasgow Rangers. Powodem dochodzenia była skarga szkockiego klubu na zachowanie czeskich kibiców, którzy wygwizdywali ciemnoskórego fińskiego piłkarza Rangers Glena Kamarę, ilekroć tylko znalazł się przy piłce.

Stadion Sparty miał zostać zamknięty dla publiczności po rasistowskich ekscesach kibiców wobec piłkarza AS Monaco Aureliusa Tchouameni w meczu eliminacyjnym do Ligi Mistrzów. UEFA ostatecznie przystała na prośbę praskiego klubu i zamiast zamykać obiekt na spotkanie z Glasgow Rangers w fazie grupowej Ligi Europy, pozwoliła na wpuszczenie na trybuny 10 tysięcy uczniów do lat 14. I właśnie szkolna młodzież uparcie wygwizdywała Glena Kamarę, co tak zirytowało ciemnoskórego fińskiego gracza (jego rodzice pochodzą ze Sri Lanki), że nie zdołał zapanować nad emocjami w grze i za dwie żółte kartki wyleciał w 74. minucie z boiska. Mecz wygrała 1:0 Sparta, a po meczu działaczy szkockiego klubu złożyli do UEFA donos, że doszło do przejawów rasizmu. Europejska Unia Piłkarska rzecz jasna zajęła się sprawą, ale przeprowadzone dochodzenie nie dostarczyło powodów do ukarania czeskiego klubu.
Okazało się, że obecna na trybunach młodzież szkolna wygwizdywała Kamarę nie z powodu jego koloru skóry, tylko za to, że kilka miesięcy wcześniej reprezentant Finlandii po przepychance z Ondrejem Kudelą, graczem reprezentacji Czech, oskarżył go o rasistowskie obelgi, za co Kudela został zdyskwalifikowany przez UEFA na 10 meczów. „Ten wieczór po raz kolejny pokazał, że Praga ma poważny problem z rasizmem, a reakcji UEFA jak zwykle nie widać” – narzekał w medialnych wypowiedziach menedżer fińskiego piłkarza Aamer Anwar.

PZPN wypowie wojnę Anglikom za Glika?

Po meczu Polska – Anglia (1:1) FIFA na wniosek Anglików wszczęła dochodzenie w sprawie rzekomego rasistowskiego gestu Kamila Glika. Ponieważ śledztwo nie potwierdziło zarzutów wobec polskiego piłkarza, światowa federacja temat zamknęła. Teraz jednak to władze PZPN rozważają wystąpienie do FIFA z wnioskiem o ukaranie The Football Asssociation za fałszywe oskarżenie.

W minioną środę Jakub Kwiatkowski, menedżer piłkarskiej reprezentacji Polski, ale także rzecznik prasowy PZPN, poinformował za pośrednictwem Twittera o korzystnej decyzji światowej federacji w sprawie Kamila Glika. „Zgodnie z naszym stanowiskiem wyrażanym od samego początku, FIFA nie znalazła podstaw do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego względem Kamila Glika po absurdalnych oskarżeniach ze strony angielskiej federacji. Sprawa, przynajmniej na gruncie FIFA, została zamknięta” – napisał Kwiatkowski. Sam Glik nie miał w tej kwestii żadnych obaw, co dobitnie podkreślał w wypowiedziach przed październikowymi meczami biało-czerwonych z San Marino i Albanią. Co nie zmienia jednak faktu, że przez kilka tygodni ciążyło nad nimi widmo surowych sankcji, w tym kary zawieszenia co najmniej na 10 meczów reprezentacji Polski. I choćby tylko z tego powodu nie powinno się tej sprawy uznać za zakończoną bez stosownej riposty wobec tych, którzy rzucili takie bezpodstawne oskarżenie.
Regulamin Dyscyplinarny FIFA umożliwia polskiej stronie podjęcie takich działań. Jeden z jego punktów wyraźnie stanowi, że „kto dopuszcza się fałszywych oskarżeń, sam może zostać ostatecznie ukarany”. Prezes PZPN Cezary Kulesza w medialnych wypowiedziach nie ukrywał, że w przypadku uniewinnienia Glika, czego był absolutnie pewny, rozważy wystąpienie z pozwem przeciwko Anglikom. I jego stanowisko w tej kwestii chyba nie uległo złagodzeniu, albowiem zaraz po ogłoszeniu decyzji FIFA z kręgów decyzyjnych naszej piłkarskiej federacji wyciekły wieści, iż dyskutowane jest podjęcia takich kroków. „Czekamy na przesłanie akt sprawy z FIFA i po analizie tych dokumentów podejmiemy decyzję, co dalej” – poinformował media dyrektor biura zarządu PZPN Piotr Szefer.
Dla przypomnienia – w trakcie meczu Polska – Anglia doszło do scysji między Kamilem Glikiem a Kyle’m Walkerem, a potem zaraz po gwizdku kończącym pierwszą połowę z naszym piłkarzem słownie starł się też Harry Maguire. I to właśnie on jeszcze w przerwie meczu ponoć zgłosił działaczom angielskiej federacji rasistowskie zachowanie Glika wobec Walkera, a ci jeszcze zanim skończyła się przerwa naskarżyli o tym sędziom. Arbitrzy w myśl obowiązujących przepisów opisali zdarzenie w meczowym protokole podkreślając jednak wyraźnie, że jest to wersja podana przez stronę angielską. Ponieważ jednak oskarżenie zostało zapisane w protokole meczowym, FIFA musiała niejako z urzędu zbadać jego zasadność. Anglicy oskarżali Glika o tzw. gest małpy rzekomo wykonany przez polskiego piłkarza w kierunku Walkera. W rzeczywistości Glik pokazał tylko rywalowi gestem, że „za dużo dyskutujesz”.
Sprawa rewanżu na angielskiej federacji za bezpodstawne oskarżenie nie jest jednak ani tak oczywista, ani też prosta do przeprowadzenia. Co prawda punkt 19.2 Regulaminu Dyscyplinarnego FIFA stanowi, że „Ktokolwiek w bezpodstawny lub nieodpowiedzialny sposób oskarża, sam może być ukarany”, ale jak dotąd nie zdarzyło się, aby po uniewinnieniu jakiegoś piłkarza od oskarżeń o rasizm czy przejaw nietolerancji jego macierzysta federacja wystąpiła z żądaniem ukarania oskarżających. Tak więc gdyby PZPN poszedł na prawną wojnę z Anglikami, byłby to precedens w skali światowej.
Sprawa musiałaby wrócić na wokandę Komitetu Dyscyplinarnego FIFA, o ile w ogóle zostałaby przyjęta do rozpatrzenia. Bo chociaż przepisy na to pozwalają, to w praktyce skorzystanie z tego zapisu nie jest łatwe. PZPN musiałby udowodnić, że angielskie oskarżenia były wyłącznie wynikiem złej woli oskarżających, którzy doskonale wiedzieli, że nagannego zachowania ze strony polskiego piłkarza nie było, a mimo to oskarżyli go z premedytacją, chcąc w rzeczywistości tym sposobem wyeliminować go ze sportowej rywalizacji. Sęk w tym, że Anglicy, a szerzej Brytyjczycy, stoją w awangardzie walki z wszelkimi przejawami rasizmu i nietolerancji, a nawet w ostatnimi czasy popadli w tej kwestii w nadgorliwość i nader chętnie rzucają oskarżeniami, zwłaszcza przeciwko rywalom, z którymi nie za dobrze radzili sobie na boisku.
Ale udowodnić im złe intencje będzie niezwykle trudno, albowiem dla FIFA i UEFA nadgorliwość w walce z rasizmem nie jest grzechem, więc działacze FA zawsze będą mogli powiedzieć, że wydawało im się, że taki gest miał miejsce, dlatego zgłosili sprawę do wyjaśnienia, zgodnie z zasadami krzewionymi przez władze światowego futbolu. Wygrana PZPN w sporze z FA nie jest więc możliwa, zatem wypowiedzenie futbolowej wojny Anglikom nie ma żadnego sensu, bo nie przyniesie żadnych profitów, tylko same straty.

Wilder nie umie przegrywać

Nie milkną echa wielkiego pojedynku gigantów wagi ciężkiej, w którym Tyson Fury znokautował w Las Vegas Deontay’a Wildera. Niedawno wyszło na jaw, że amerykański bokser po walce nie podał ręki zwycięzcy.

Trzeci pojedynek Tysona Fury’ego z Deontay’em Wilderem, zakończony drugim zwycięstwem Brytyjczyka, został okrzyczany przez znawców za jedną z najlepszych walk w historii boksu zawodowego. Kibice i eksperci byli zachwyceni kapitalnym pięściarskim widowiskiem stworzonym przez dwóch znakomitych, ale mocno ze sobą skonfliktowanych zawodników. Przed starciem iskrzyło między nimi potężnie i ich relacje aż kipiały od negatywnych emocji. Wilder oskarżał Fury’ego, że podczas ich poprzedniego pojedynku oszukiwał w ringu i tylko dzięki temu wygrał.
Mimo to Fury po zakończonym przez nokaut w 11. rundzie pojedynku podszedł do rywala i podał mu rękę mówiąc: „Dobra robota, kolego, to była piękna walka”. Ale Wilder nie podał mu dłoni, tylko warknął ze złością – „Odejdź, nie szanuję cię”. Taką przynajmniej wersję przedstawił brytyjski pięściarz w wypowiedziach dla mediów. Niesportowa postawa Amerykanina spotkała się z potępieniem nawet w jego kraju, więc po kilku dniach Wilder się zreflektował i publicznie pogratulował Fury’emu zwycięstwa. „Mam nadzieję, że pokazałem w ringu jakim jestem wojownikiem. Ale chciałbym też pogratulować Tysonowi zwycięstwa. Mam nadzieje, że dla nas obu pozostaną po tej walce wspaniałe wspomnienia, które będą trwać” – napisał na Instagramie Wilder.
Ostatnia część ringowej trylogii Fury – Wilder została zapisana w historii boksu złotymi zgłoskami. Dość powiedzieć, że Fury, chociaż wygrał, leżał na deskach dwukrotnie, sam jednak powalił rywala trzy razy i tym ostatecznie złamał opór Amerykanina w 11. rundzie. Fury zarobił na tej walce 30, a Wilder 20 mln dolarów. Do tego dojdą jeszcze należne im zyski z pay-per view. Brytyjczyk zgarnie z tej puli 60 procent, a Amerykanin 40. Organizatorzy gali bokserskiej w Las Vegas zakładali wpływy ze sprzedaży płatnych dostępów do transmisji TV na poziomie 100 mln USD.

Kalendarz Formuły 1 na 23 wyścigi

Międzynarodowa Federacja Samochodowa (FIA) zatwierdziła w miniony piątek kalendarz imprez Formuły 1 na 2022 rok. Fanów „królowej motosportu” w przyszłym sezonie czeka rekordowa liczba 23 wyścigów.

Kalendarz na sezon 2022 zakłada rozegranie 23 wyścigów, co będzie rekordem, jeśli wszystkie rzecz jasna dojdą do skutku. Już w tym roku planowano taka liczbę imprez, lecz z powodu pandemii koronawirusa kilka z nich zostało odwołanych. Podobnie może być w przyszłym roku, bo już dzisiaj pod wielkim znakiem zapytania stoją wyścigi o Grand Prix Australii, Japonii i Singapuru. Wiadomo natomiast, że już po o raz trzeci z rzędu nie odbędzie się wyścig o Grand Prix Chin w Szanghaju. W kalendarzu jego miejsce w kwietniu zajął wyścig na włoskim torze Imola, który wrócił do łask po wielu latach przerwy. Prosto z Włoch zespoły Formuły 1 wyruszą w podróż do Stanów Zjednoczonych, gdzie na początku maja zaplanowano pierwszy w historii wyścig o Grand Prix Miami. Sezon 2022 ma się zakończyć 20 listopada, co jest sporą zmianą w porównaniu z tegorocznym, którego finisz przewidziano dopiero w połowie grudnia. Pomimo rekordowo dużej liczby rund w rozkładzie znalazły się czterotygodniowe wakacje oraz tylko dwie serie trzech weekendów wyścigowych z rzędu. Pierwsza odbędzie się na przełomie sierpnia i września, gdy prosto z Belgii F1 przeniesie się do Holandii, a następnie do Włoch. Druga na przełomie października i listopada, gdy F1 weekend w weekend zaliczy starty w Rosji, Singapurze i Japonii.

Terminarz wyścigów F1 w 2022:
20 marca – GP Bahrajnu; 27 marca – GP Arabii Saudyjskiej; 10 kwietnia – GP Australii; 24 kwietnia – GP Emilia Romagna; 8 maja – GP Miami; 22 maja – GP Hiszpanii; 29 maja – GP Monako; 12 czerwca – GP Azerbejdżanu; 19 czerwca – GP Kanady; 3 lipca – GP Wielkiej Brytanii; 10 lipca – GP Austrii; 24 lipca – GP Francji; 31 lipca – GP Węgier; 28 sierpnia – GP Belgii; 4 września – GP Holandii; 11 września – GP Włoch; 25 września – GP Rosji; 2 października – GP Singapuru; 9 października – GP Japonii; 23 października – GP USA; 30 października – GP Meksyku; 13 listopada – GP Sao Paulo; 20 listopada – GP Abu Zabi.