Ostatnie słowo skazanych

Aby zrozumieć fenomen i sens dzisiejszego bezprzykładnego ataku PiS na sądy, trzeba cofnąć się do grudnia 2016 r. Wtedy właśnie PiS przegłosował w sejmie RP jedną z najbardziej niekonstytucyjnych i podłych ustaw represyjnych, nazywaną „dezubekizacyjną”.

Od trzech lat trwa w Polsce niezwykły atak PiS-owskiej władzy wykonawczej (rządu i prezydenta) oraz ustawodawczej (sejmu) wymierzony w polskie sadownictwo. Partia Jarosława Kaczyńskiego z całych sił pragnie podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości, więc sięga po najbardziej brudne chwyty propagandowe, nie cofa się przed kłamstwami i oszczerstwami, także represjami, zwłaszcza wobec sędziów próbujących zachować minimum niezależności. Wciąż niezadowalające efekty wywieranego nacisku sprawiły, że PiS zdecydował się na uchwalenie kolejnej ustawy, zwanej „kagańcową”. Akt ten całkiem jawnie łamie elementarne zasady trójpodziału władzy oraz Konstytucję RP, ale w zamyśle jego autorów ma ostatecznie spacyfikować polskie sądownictwo.
Unia Europejska z najwyższym niepokojem obserwuje te zabiegi i jest wręcz zaszokowana, że jedno z tworzących ją państw staje się stopniowo obszarem faktycznego bezprawia, gdzie wyroki sądowe będą zależały wyłącznie od widzimisię rządzących polityków. Tocząca się batalia nie jest jeszcze rozstrzygnięta, ale już teraz ma interesujące efekty uboczne. Najważniejszym z nich jest ten, że dzisiaj PiS otwarcie zademonstrował całemu światu swe totalitarne zapędy oraz cynizm i pogardę dla cywilizowanych reguł prawa. Warto zadać pytanie, dlaczego to ugrupowanie rozpoczęło swoją walkę, po co mu taka awantura i koszty międzynarodowe, gdy w praktyce i tak może rządzić Polską bez żadnych ograniczeń?

Fenomen i sens bezpardonowego uderzenia w sądy stanie się jaśniejszy, gdy cofniemy się do grudnia 2016 r. To wtedy PiS przegłosował ustawę represyjną, manipulacyjnie i propagandowo nazwaną „dezubekizacyjną”. Zdecydowała ona, że bez konieczności sformułowania jakichkolwiek aktów oskarżenia, bez procesów sądowych, bez prawa do obrony, bez zasady domniemania niewinności, kilkadziesiąt tysięcy byłych funkcjonariuszy PRL zostało z automatu uznanych za zbrodniarzy.

Bez sądu i śledztwa

Prawicowi politycy w ustawie nie tylko przyjęli haniebną zasadę odpowiedzialności zbiorowej, ale i jednocześnie sami wymierzyli karę osobom nią objętym. Grupie tej, ludziom z reguły w bardzo podeszłym wieku, obniżyli wypracowane przez nich renty i emerytury do głodowego minimum. Całkowicie zlekceważono przy tym m. in. fakt, iż bardzo wielu z nich zostało w 1990 r. pozytywnie zweryfikowanych i później z oddaniem, niekiedy z narażeniem zdrowia i życia służyło III RP. Bo sensem ich życia była, jak i wcześniej, służba Polsce takiej, jaka istniała.

Ale przez prawie trzydzieści lat prawica polska włożyła mnóstwo wysiłku w przekonanie społeczeństwa, iż funkcjonariusze PRL dopuszczali się wszelakich możliwych zbrodni i przestępstw i w zasadzie nie robili nic poza tym. Aby zdobyć na to „potwierdzenie”, skierowano do IPN znaczną liczbę dyspozycyjnych pracowników, z zadaniem wykrycia, opisania i postawienia przed sądami tysięcy rzekomych komunistycznych zbrodniarzy.
Efekty pracy pionu prokuratorskiego IPN okazały się żałośnie nikłe wobec potrzeb i oczekiwań – poza sprawami sięgającymi lat stalinowskich oraz kilkoma bardzo mało spektakularnymi przypadkami z późniejszych okresów, nie było kogo i o co oskarżać. Podtrzymanie mitu o permanentnej i masowej zbrodniczości systemu, o nieustannym poddawaniu obywateli wyszukanym prześladowaniom, wymagało więc zastosowania nadzwyczajnych rozwiązań. Właśnie dlatego została stworzona wspomniana ustawa.

Złośliwcy mogą powiedzieć, że my, ludzie którzy odbudowywaliśmy, pracowaliśmy i służyli Polsce Ludowej, sami jesteśmy sobie winni. Nie chodzi oczywiście o to, że naprawdę byliśmy zbrodniarzami, jakimi się nas maluje, ale o to, że od czasu upadku PRL z pokorą wysłuchiwaliśmy pogardliwych ocen tamtej rzeczywistości, sfałszowanych danych, oszczerczych i karykaturalnych opisów, w tym także mitów o funkcjonowaniu w niej struktur bezpieczeństwa. Nigdy nie spróbowaliśmy zaprotestować przeciwko zmyśleniom na nasz temat, w milczeniu przyjmowaliśmy kalumnie i kłamstwa o naszej pracy i służbie.

Historia nie jest czarno-biała

Ta nasza postawa wynikała w ogromnej mierze z faktu, że wiedzieliśmy doskonale, iż PRL-owski realny socjalizm to nie był dobry ustrój. Rozumieliśmy i bez propagandowych czytanek z IPN, że był to ustrój narzucony, obarczony szeregiem błędów oraz ludzkich krzywd i chociaż później, na różnych etapach przez większą część społeczeństwa akceptowany, to jednak ustrój marny. Marny, może nawet zły, ale od 1956 r. z pewnością nie zbrodniczy. Ponadto był to system polityczny, który dla wielu aspektów życia społecznego miał też jasne strony.

Temat wymagałby znacznie szerszego opracowania, więc jedynie kilka bardzo ogólnych uwag. Do ogromnego awansu cywilizacyjnego Polski po 1990 r przyczyniła się nie tylko zmiana ustrojowa, ale też fakt, że III RP odziedziczyła po Polsce Ludowej zaskakująco wysoki poziom powszechnego wykształcenia Polaków, dobrze rozwinięte życie kulturalne, brak istotnych obszarów bezrobocia, bezdomności i biedy, niską przestępczość, ponadprzeciętny w skali europejskiej poziom zdrowotny i fizyczny społeczeństwa, zachowaną w bardzo korzystnym stanie polską przyrodę, zasoby naturalne, zabytki itd. Oczywiście pozytywy te nie mogły rekompensować ogromnych słabości poprzedniego systemu, jego niedostatków gospodarczych, marnotrawstwa wysiłku społecznego, braku innowacyjności, rozwojowego zastoju, a zwłaszcza ograniczeń w demokracji i swobodach obywatelskich.

Z tego też powodu upadek realnego socjalizmu w 1989 r. również nasze środowisko przyjęło z wielkimi nadziejami.

Stracone złudzenia

Wierzyliśmy, że nowa Polska będzie lepsza, bardziej sprawiedliwa, praworządna, demokratyczna … Taki nasz stosunek do przemian wynikał ponadto z faktu, że jako pracownicy instytucji PRL, poza absolutnymi wyjątkami, nigdy nie łamaliśmy prawa, nie popełnialiśmy przestępstw, nie krzywdziliśmy ludzi. Sądzę, że mogę powiedzieć, że byliśmy in gremio ludźmi uczciwymi i przyzwoitymi. Czy inaczej ta kilkuset tysięczna grupa pracowników resortów siłowych przyjęłaby zmianę ustrojową tak spokojnie?

Dzisiaj oskarża się nas, że „mamy krew na rękach”, że biliśmy, mordowaliśmy, torturowaliśmy, zrywaliśmy paznokcie, kopaliśmy ciężarne kobiety – to tylko niewielki zestaw potwarzy jakie można usłyszeć i przeczytać. Płyną one nie tylko ze strony PiS i skrajnej prawicy – powtarzają je także naiwni dziennikarze, uważający się za ludzi przyzwoitych. Wszystkim tak twierdzącym – politykom, dziennikarzom, publicystom, zwykłym ludziom – należy zadać jedno pytanie:

Dlaczego nie stajemy jako oskarżeni przed sądami?

Dlaczego nieustannie słyszymy tylko ogólnikowe ataki na całą grupę ludzi i zapewnienia, że odebranie im emerytur było sprawiedliwe i potrzebne? Dlaczego od trzydziestu lat nie odbywają się w Polsce żadne procesy sądowe, w których konkretni ludzie, na podstawie konkretnych dowodów byliby oskarżani o konkretne czyny przestępcze? W świetle tego co mówią przedstawiciele PiS o naszych „rękach unurzanych we krwi”, to takich procesów powinny być setki, może tysiące. Dlaczego okazuje się, że w praktyce nie ma ich wcale?

Sami żądamy sformułowania aktów oskarżenia i postawienia nas przed sądami. Żądamy ukarania nas za nasze zbrodnie, jeżeli jakiekolwiek były, ale ukarania przez niezawisłe sądy, w uczciwych procesach, z prawem do obrony i ostatniego głosu. Przecież w ogromnej większości jeszcze żyjemy, tak jak i nasze rzekome ofiary. Niech one też przyjdą do sądów, wypowiedzą swoje stanowisko, zostaną wysłuchane. Trzeba przy tym pamiętać, że Służba Bezpieczeństwa i pokrewne jej instytucje były na wskroś zbiurokratyzowane, żadne działanie nie było podjęte bez wcześniejszego napisania analizy, oceny sytuacji, planu wykonawczego, podsumowania, itp. IPN ma całą tę dokumentację i każde z naszych przedsięwzięć jest tam opisane w najdrobniejszych szczegółach.
Oni to wszystko mają, ale do sądów nie idą – nikogo to nie zastanawia?
W zasadzie pytanie jest retoryczne. Mimo to odpowiemy, także z myślą o tych wszystkich, którzy, słuchając od lat historii o czarnej legendzie PRL zaczęli w nią wierzyć.

Po prostu nie ma kogo i o co oskarżać!

Kilka tego typu spraw, jakie toczyły się przed sądami po 1990 roku wykazało ich żałośnie małą przydatność propagandową dla prawicy, ich miałkość, nikłość. Na kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy służb specjalnych oraz na stan wzburzenia i rozemocjonowania jaki trwał w Polsce od roku 1980, jest to fakt, za który należy raczej podziwiać ówczesne władze, a nie je potępiać. Statystyka mówi, że jakieś pojedyncze przypadki, na pewno nie wynikające z systemowej praktyki, mogły się zdarzyć, ale one zdarzały się też po stronie ówczesnej opozycji. Można przytoczyć przykłady.
PiS i środowiska prawicowe praktycznie wszystkie oskarżenia formułują na poziomie ogólników, półprawd, niedomówień oraz cynicznych fałszerstw historii. Gdy propaganda się chwilowo „sypie”, ale wtedy zawsze można sięgnąć do okresu stalinowskiego i podrzucić kilka prawdziwych zbrodni. Potem było tak samo – sugerują propagandyści. Tyle, że z jednej strony okrucieństwu okresu stalinowskiego nikt nie zaprzecza, a z drugiej – to nie są sprawy, które bezpośrednio dotyczą „dezubekizowanych”! Prawie nikogo z nas, którzy dzisiaj tracimy świadczenia i jesteśmy poddawani stygmatyzacji, nie było wówczas na świecie. To jednak nie ma dla PiS znaczenia.

Powtórzmy zatem: jest propaganda, ale nie ma prawdziwych procesów, bo uczciwe, niezależne sądy wykazałyby nasza niewinność. A nie o to prawicy przecież chodzi.

Prawda nikomu nie jest potrzebna

Trzeba bowiem niestety dodać, że w zasadzie prawie wszystkim w Polsce bardzo odpowiada przedstawianie nas jako oprawców i to im straszniejszych – tym lepiej.

Dawnej Solidarnościowej opozycji, bo stanowi dowód jak wielkimi byli bohaterami – walczyli z tak okropnym, zbrodniczym systemem i jego funkcjonariuszami, więc teraz należą im się stanowiska, nagrody, ordery i odszkodowania. Ogromnej części, zwłaszcza starszego społeczeństwa, też to pasuje. Jest dobrym usprawiedliwieniem, dlaczego nie zdobyli wykształcenia, nie zrobili karier, nie „dorobili się”, nie osiągnęli sukcesów – przecież tkwili w w tak strasznym systemie. A jeszcze wielu byłych aktywnych pracowników i uczestników tamtego szeroko pojętego systemu władzy, także dziennikarzy, „celebrytów”, intelektualistów, usilnie stara się zasłużyć nowej władzy. Im gorzej mówią o poprzednim reżymie i o „zbrodniarzach z SB”, tym bardziej sami są niewinni i czyści.

Interesującym przykładem dla całego problemu może być sprawa tzw. „lustracji”. Dzisiaj temat ten wygasa, ale miał swoje znaczące zasługi w tworzeniu czarnej legendy służb specjalnych PRL. Chodzi o to, w jakiej sytuacji postawiono wcale nie małą rzeszę ludzi niegdyś niejawnie lub oficjalnie współpracujących z funkcjonariuszami ówczesnych służb. Prowadzony nacisk propagandowy sprawił, że współpraca taka stała się rzekomo hańbiąca, wstydliwa, godna potępienia. Co prawda tych ludzi (jak i samych funkcjonariuszy) nie było za co karać sądownie, więc wytworzono formułę „kłamstwa lustracyjnego”.

Cynicznie zafałszowany obraz spowodował, że nikt nie odważał się przyznać, iż głównymi motywami współpracy setek tysięcy tajnych informatorów z organami władzy PRL były względy patriotyczne, chęć zwalczania przestępstw, przeciwdziałanie łamaniu prawa, poczucie odpowiedzialności za dobro kraju, czasami też chęć przeżycia przygody. Teraz można to interpretować bardzo ironicznie, ale tak właśnie było – w absolutnie przeważającej większości powody zgody na tajną współpracę były godne szacunku. I taki szacunek i uznanie tym ludziom się należą, a nie infamia, potępienie, ostracyzm. Odium, które wytworzono sprawiło, że wielu poddawanych lustracji rozpaczliwie się broniło i twierdziło, że byli zmuszeni, szantażowani, wręcz torturowani. Można ich teraz zrozumieć, chociaż takie argumenty to desperackie kłamstwa. W SB i pokrewnych służbach, jak w każdej tego typu instytucji na świecie, panowała żelazna zasada: „z niewolnika nie ma robotnika”. Jak można przemocą zmusić kogoś do tajnej współpracy, jeżeli później musisz tej osobie całkowicie ufać, powierzać jej istotne dane, korzystać z jej informacji? Szantażowanie, aby zrobić z kogoś osobę zaufaną. jest absurdem. Jednak tragiczny przekaz ludzi rozpaczliwie broniących się przed sądami lustracyjnymi szedł w przestrzeń publiczną, a czarnymi charakterami oczywiście byli funkcjonariusze służb PRL.

Czarna legenda autorstwa premiera

Jak ważna dla polskiej prawicy jest czarna legenda SB dowodzi fakt, że w jej podtrzymaniu czynnie uczestniczy nawet aktualny premier Polski. W dniu 16 grudnia 2019 r. Mateusz Morawiecki, podobnie jak to zrobił kilka miesięcy wcześniej podczas wizyty w Brukseli, kolejny raz publicznie powiedział o „bestialskim mordowaniu ludzi przez Służbę Bezpieczeństwa”. Tym razem uczynił to w kontekście nieukarania przez polskie sądy sprawców tych przestępstw.

Pan premier nie sprecyzował o jakie morderstwa chodzi, więc ani byli funkcjonariusze SB ani też sędziowie nie mogą się bronić, bo nie wiedzą ani kto konkretnie, ani o co jest obwiniony. Natomiast jako wytrawny propagandzista pan premier Morawiecki wygłosił swe oskarżenie tak dobitnie, że wszyscy zrozumieli, iż ma on niepodważalną wiedzę o tych morderstwach i wie, kto ich dokonał. Sytuacja powyższa rodzi ciekawe problemy prawne. Posiadanie informacji o niewykrytych i nieukaranych przestępstwach oraz o ich sprawcach powinno skutkować natychmiastowym przekazaniem tej wiedzy polskiej prokuraturze. Dotyczy to zwłaszcza t zw. zbrodni komunistycznych, które nie ulegają przedawnieniu. O ile pan premier dotychczas tego nie uczynił, to sam łamie prawo i może zostać uznany za wspólnika zbrodniarzy.

Czy doczekamy sprawiedliwości?

Uczciwe, niezależne sądy – to właśnie z uwagi na te przymiotniki rządzący wypowiedzieli wojnę środowisku sędziowskiemu. PiS nie może pozwolić, aby w naszych procesach zaczęły zapadać uczciwe wyroki, bo wówczas cała narracja o zbrodniczym PRL i o swych zasługach w jego obaleniu, ległaby w gruzach. Z tego też powodu przez ponad dwa lata od wejścia w życie ustawy „dezubekizacyjnej” funkcjonariusze PiS w Ministerstwie Sprawiedliwości oraz w Trybunale Konstytucyjnym wszelkimi sposobami nie dopuszczali, aby jakiekolwiek sądy zaczęły rozpatrywać nasze skargi. Nie da się jednak odwlekać tego w nieskończoność, więc ostatnio rzetelni i odważni sędziowie zaczęli wreszcie wydawać sprawiedliwe, korzystne dla nas wyroki. To właśnie dlatego władza musiała radykalnie przyspieszyć pacyfikowanie środowiska sędziowskiego. Nie wszyscy ludzie w togach mają wystarczająco dużo sił, aby przeciwstawić się naciskom, znieść groźby, represje, szykany materialne. Zachowanie niezawisłości w tych warunkach będzie wymagało wielkiej odwagi, więc z pewnością pojawią się wkrótce także wyroki nas krzywdzące, tak bardzo oczekiwane przez PiS.
Niewątpliwie kiedyś trybunały międzynarodowe, prawdziwie niezależne oraz kierujące się autentycznym prawem i sprawiedliwością, wydadzą uczciwe wyroki w naszych sprawach, tylko kto z nas, starych, schorowanych, zestresowanych ludzi, tego doczeka? Niektórych ustawa represyjna już zabiła. Dosłownie.

Czy ktoś się zastanawia, jak może bronić się człowiek niewinny, który nigdy niczego złego nie zrobił i nawet nie wie o co jest oskarżony? Kto by pomyślał, że w XXI wieku na własne oczy zobaczymy rzeczywistość nie tylko z dzieł Orwella, ale także Kafki!

Debata o biedzie

Bieda czy inaczej ubóstwo to pojęcie ekonomiczne i socjologiczne opisujące stały brak dostatecznych środków materialnych dla zaspokojenia potrzeb jednostki, w szczególności w zakresie jedzenia, schronienia,ubrania, transportu oraz podstawowych potrzeb kulturalnych i społecznych. Podczas lutowej debaty Społeczne Forum Wymiany Myśli z Wrocławia spróbuje podjąć ten trudny temat, bolesny i chyłkiem pomijany przez elity i mainstream.

W 1989 roku zielone światło otrzymała koncepcja Polski neoliberalnej, stawiającej na rozwój społeczny utożsamiany z rozwojem klasy średniej, z bogaceniem się, z konsumpcją, z egoizmem. Dotychczasowe analizy polityki neoliberalnej prowadzone w kontekście przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i ubóstwu zwracają uwagę, że polityka ta zazwyczaj odnosi się wyłącznie do wykluczania z rynku pracy, spowodowanego rzekomym brakiem potrzebnych kwalifikacji.

Pominięta jest wieloaspektowość zjawiska wykluczenia społecznego czy coraz większa grupa, jaką są tzw.„biedni pracujący”. Jak wykazują badania mają oni o połowę niższe oczekiwania wobec zarobków niż pracujący niebiedni, a nawet nieco niższe niż niepracujący biedni. I to jest inny aspekt biedy i idącemu z nią „pod rękę” wykluczeniu. Omawiając te zagadnienia nie można pomijać etycznych i moralnych, ludzkich i społecznych aspektów biedy.

Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej – mówił prof. Grzegorz Kołodko. Tymczasem badania pokazują, że rozwarstwienie socjalne w Polsce dramatycznie się pogłębia, a poczucie życia w ubóstwie narasta. Bieda w Polsce jest tykającą bombą. Tykającą cichutko i wcale niemiarowo. Ale gdy któregoś dnia przestanie tykać, to…

Spółki skarbu państwa – sponsorzy propagandy rządowej

PiS-owska polityka w spółkach skarbu państwa jest bezczelna i bezwstydna. Partia rządząca zatrudnia na stanowiskach kierowniczych swoich nominatów, krewnych, znajomych, traktuje największe firmy jako swoje prywatne folwarki.

Rotacja kadr jest duża i często nawet zarządy przedsiębiorstw nie ukrywają, że w doborze pracowników na najwyższe stanowiska liczy się lojalność wobec partii. Prezesi spółek nadzorowanych przez państwo często też faworyzują posłuszne władzy związki zawodowe i brutalnie atakują nieposłusznych związkowców. Tę sztukę do perfekcji doprowadził chociażby prezes Państwowych Portów Lotniczych, Mariusz Szpikowski. Niedawno stało się też głośno o zażyłości zarządu i części organizacji związkowych w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, gdzie przynależność do Solidarności przydaje się na drodze awansu zawodowego.

Okazuje się jednak, że spółki skarbu państwa nie tylko są miejscem spłacania politycznych długów i obdarowywania przyjaciół partii rządzącej dobrze płatnymi stanowiskami. Największe firmy są też wykorzystywane do finansowania rządowej propagandy. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę, reklamy spółek skarbu państwa pojawiają się przede wszystkim w prawicowych pismach posłusznych władzy. Nie ma tu znaczenia zasięg czy opiniotwórczość PiS-owskich mediów – prezesi państwowych spółek muszą je finansować, bo najwyraźniej jest to jeden z warunków sprawowania przez nich funkcji.

Bezczelność PiS-owskiej władzy przekracza jednak kolejne granice. Największe firmy z udziałem skarbu państwa nie tylko bowiem wykupują reklamy w mediach zaprzyjaźnionych z rządem, ale też finansują otwarcie pro-PiS-owskie imprezy. Kilka dni temu odbyła się gala „Gazety Polskiej”, na której tytuł Człowieka Roku po raz czwarty dostał Jarosław Kaczyński. Sama w sobie gala była dość groteskowa, bo trudno poważnie traktować medium, którego działalność sprowadza się do bezmyślnej adoracji rządu. Znacznie mniej zabawne, a wręcz bulwersujące było to, że hucznie zorganizowaną galę sponsorowały firmy nadzorowane przez państwo. Podczas uroczystej gali „Gazety Polskiej” prowadzący imprezę Jan Pospieszalski i Sylwia Krasnodębska z dumą odczytywali biznesowych partnerów. Agencja Rozwoju Przemysłu SA, Bank Pekao SA, Energa, Polska Grupa Górnicza czy Przedsiębiorstwo Państwowe Porty Lotnicze – to niektórzy z nich.

Z jakiej racji strategiczne firmy nadzorowane przez państwo mają finansować marną propagandę rządową? Co ma wspólnego działanie Energi z promowaniem marnej gazety o niskiej sprzedaży? Dlaczego Polska Grupa Górnicza, która twierdzi, że nie ma pieniędzy na podwyżki dla pracowników, dofinansowuje huczną galę na cześć Jarosława Kaczyńskiego? Z jakich powodów prezes PPL, Mariusz Szpikowski obejmuje patronatem wygłupy Tomasza Sakiewicza? Nie ma żadnego uzasadnienia dla tego typu działań. Najwyraźniej prezesi strategicznych firm spłacają polityczne długi i chcą utrzymać się w łaskach swoich politycznych guru. Tego typu działania pokazują fatalną jakość nadzoru nad firmami z udziałem skarbu państwa i odgórne przyzwolenie na marnotrawienie ich środków. Ale trudno się temu dziwić. Wszak najwyżej cenioną cnotą PiS-owskich prezesów jest posłuszeństwo wobec aparatu partyjnego. Dostali najwyższe stanowiska właśnie po to, aby hojnie obdarowywać władzę i zaprzyjaźnione z nią media.

W czapce urodzony

Czapka to bardzo ważna część garderoby. Nie wszyscy ją lubią. Nie każdy w niej dobrze wygląda. Ale w chwilach załamania pogody, bez czapki ani rusz. Dobrze więc mieć ją na sobie lub przynajmniej przy sobie, żeby w porę się w nią przyoblec, gdy nieszczęście wisi w powietrzu lub z powietrza nadciąga. Gorzej, gdy się czapkę zgubi lub straci. Z roztargnienia, zapominalstwa, gapiostwa, po alkoholu. Wtedy nieszczęście gotowe.

Mój kolega, piosenkarz, nie przyszedł niedawno na próbę, ponieważ źle się poczuł i bolało go gardło. Zapytany, czy coś się stało, odparł, że nic, tylko dzień wcześniej spożywał do trzeciej nad ranem alkohol na świeżym powietrzu. I dziwisz się, że teraz że cię boli gardło, odparliśmy pospołu z resztą muzykantów, kiedyśmy usłyszeli tę opowieść. Rzeczywiście, to mogło mieć jakiś wpływ, odparł piosenkarz. No, ale przecież, miałem czapkę-przytomnie dorzucił na koniec.

No właśnie. Czapka może goreć na złodzieju. W czapkę można dostać na ulicy. Lub co najmniej w beret. Czapkować można przed zwierzchnikiem. Tak jak to czynił do niedawna Marian Banaś przed Mateuszem Morawieckim, a oni obaj przed Jarosławem Kaczyńskim. Tak jak to miał w zwyczaju robić Tomasz Kaczmarek przed Mariuszem Kamińskim, a oni pospołu przed prezesem, jak wyżej. Czasami jednak ludzkie ścieżki stają się na tyle kręte, że łatwo się pogubić i „z tylu różnych dróg przez życie, każdy ma prawo wybrać źle”. Marian Banaś i Tomasz Kaczmarek w pewnym momencie zdecydowanie źle wybrali. Źle dla siebie ma się rozumieć, bo Polska i Polacy jakoś sobie bez nich poradzą. Bo ich już nie ma. Wyrok zapadł dawno temu, a teraz obserwujemy właśnie jego wykonanie.

Naturalnie, obydwaj dżentelmeni będą się bronić i nie zechcą się poddać bez walki, szczególnie prezes NIK, ale, mam wrażenie, że obaj doskonale wiedzą, że niewiele będą mogli wskórać. Podpadli prezesowi. Zaczęli kąsać rękę która ich karmi, jak zły pies. Czapa ochronna, roztoczona dotychczas nad ich głowami i głowami ich rodzin, w dniu ich nielojalności, a zapewne doskonale obydwaj pamiętają ten dzień, zamknęła się, tak, jak zamyka się parasol.

Wiecie Państwo, dlaczego nie można pozwalać małym psom na to, żeby podczas niewinnej zabawy, gryzły Wasze ręce swoimi ostrymi jak szpileczki ząbkami? Bo zostanie im na starość w głowach, że można gryźć rękę pana, a ręka pana nie służy do gryzienia. Ręka pana karmi, ręka pana dopieszcza, ręka pana nagradza, wreszcie, za przewiny ręka pana wymierza kary. Pańską rękę należy szanować; można ją lizać szorstkim językiem, łasić się do niej, ale nie gryźć do krwi. Bo jeśli pan okaże się srogi, to może się rozsierdzić i nie będzie się wtedy gdzie skryć przed jego gniewem.

Całe zamieszanie z Banasiem i agentem Tomkiem to jest taka właśnie behawiorystyczna historyjka, którą można ezopowym językiem opowiedzieć najmłodszym. To żadna rozgrywka na szczytach władzy, bo na szczycie jest Pan panów, a nieposłuszne szczenięta ledwie pętają się przy jego nogach, ogryzając pod stołem resztki z obiadu. Oczywiście, psy będą się szarpać, kąsać, wreszcie będą skamleć i prosić o litość, ale ta najpewniej nie nadejdzie. Tymczasem, kiedy kampania w zenicie, trzeba narodowi pokazać, jak bardzo jesteśmy pryncypialni, że eliminujemy ze swego stada tych wszystkich, którzy mogą nam zagrozić. Bo, co tu kryć, Banaś i Kaczmarek jakąś wiedzę mają. Przyparci do muru mogliby próbować jej użyć, ale obaj doskonale wiedzą, że jeśli to zrobią, sami pójdą też na dno, gdyż wchodząc w układ stali się jego częścią i bomba którą nastawili, zdetonuje także ich samych. Tak czy owak: będzie bolało.

Lewica Kaczyńskiego

Czy PiS jest ugrupowaniem lewicowym? Tak twierdzi wcale niemało publicystów i komentatorów polskiego życia politycznego, a nikt im nie daje odporu. Spróbuję ja, ze względu na moje dydaktyczne usposobienie, ale przede wszystkim ze względu na to, że brednię tę zaczynam spotykać w szeregach zorganizowanej lewicy.

„Czemu Wy nie daliście po 500” – zapytał mnie kiedyś pryszczaty lewicowiec. „Bośmy nie mieli” – to jeszcze rozumie. „Bo to nie jest lewicowe” – tego nie zrozumiał w ogóle. Ponieważ „pryszczatych” w rozmaitym wieku jest więcej, to spróbuję na przykładzie PiS im to wytłumaczyć. Zacznijmy od prostej konstatacji.

Czym jest polityka socjalna?

To polityka redystrybucji środków materialnych prowadzona w sposób, którego konsekwencją jest realne zmniejszenie różnic społecznych, zwłaszcza wynikających z niedostatku oraz niskiego kapitału ludzkiego i społecznego. Państwo – zdaniem lewicy – powinno być zainteresowane równaniem startu życiowego wszystkich dzieci, mobilnością społeczną, pomnażaniem kanałów awansu społecznego, rotacją w elitach państwowych. Tu nie chodzi li tylko o lewicowe wartości. To kwestia rozwoju społecznego, ograniczenia oligarchizacji – słowem: siły i potencjału państwa. Zależności te odkryto jeszcze w XIX wieku i dlatego np. Skandynawia jest przedmiotem zazdrości wielu społeczeństw świata.

Co robi Prawo i Sprawiedliwość?

Kilkanaście lat temu zlikwidowało podatek spadkowy. Abstrahując od moralnych aspektów tego problemu (czyż rodzice nie pracują na dzieci?) skutki praktyczne są takie, że z innego poziomu startują do życia dzieci bogatych rodziców, z innego dzieci biednych. Podatek spadkowy jakoś (w niewielkim stopniu) to niwelował. Co prawda zabierając bogatym tylko trochę z tego dawał biednym, ale przynajmniej trochę. Ale PiS na tym nie poprzestało, bowiem ograniczyło redystrybucję zmniejszając ilość progów podatkowych. Czyli kasy na biednych było mniej. Korzystała z tego potem Platforma z PSL-em, pomimo, że to wiejskie dzieci straciły najwięcej. Mit klasy średniej, do której aspirowali (a przynajmniej powinni) wszyscy, połączony z doktryną „ciepłej wody” paraliżował lewicę, choć nie tylko. Nawet Kosiniak-Kamysz (młody), rozumiejący dość liberalnie istotę polityki socjalnej, daleki był od zwrócenie uwagi na biednych, kosztem odbierania bogatym. Tak, nawiasem mówiąc, uwolnienie emerytur od podatku mieści się w kanonie tak rozumianego liberalizmu. Biednemu emerytowi oddamy nieco ponad 2 tysiące złotych, bogatemu kilka razy tyle.

Kilka lat temu PiS wprowadziło 500+ na każde dziecko. Gest wart dwadzieścia kilka miliardów, a do tego doszło jeszcze kilkanaście miliardów na tzw. trzynastą emeryturę. Poprawiło się wszystkim. Tym bogatym i tym biednym. Tym, co zarabiają płacę minimalną i tym, którzy otrzymują jej kilkunastokrotność. Tym z emeryturą 1000 złotych i tym, co otrzymują z naszej wspólnej kasy dziesięć razy tyle. Lud, w tym lewicowy, zapiał z zachwytu. Elity, zwłaszcza lewicowe, trochę marudziły, że to wypchnie kobiety z rynku pracy, a ludzie przyzwyczają się, że ich dochody nie będą miały żadnego związku z wykonywaną pracą, jej ilością i jakością. Mówiąc po marksowsku, praca – jedyne dobro, którym dysponuje klasa pracująca – przestanie być źródłem dobrobytu. To jest problem dla lewicy i dla państwa. Po „śmieciówkach” Tuska, znowu najważniejszy dla ludzi pracy problem: godne i adekwatne do wysiłku wynagrodzenie, został wypchnięty z głównego nurtu debaty publicznej. Mało kto to zauważył – spora część lewicy też nie.

Nierówności

Ale idźmy dalej. Bo większy problem jest zupełnie gdzie indziej. Te drobne trzydzieści parę miliardów (500+ i 13-a emerytura) przykryła co innego. Mianowicie to, że władza przestała zauważać (i przejmować się) stanem i finansowaniem usług publicznych. Nie ma pieniędzy na oświatę i publiczną opiekę nad dzieckiem, na służbę zdrowia i publiczny transport, a wreszcie na efektywną politykę socjalną. Na nic strajki nauczycieli (i tak ich nie lubimy) czy protesty niepełnosprawnych. Pieniędzy na to akurat zabrakło. Ale lud, upojony pięćsetkami, tego jeszcze nie widzi. Do ludu nie mam pretensji – do lewicy już tak, że nie krzyczy, że ludziom nie tłumaczy.
Jaki wyraz praktyczny ma ten problem? W rodzinie biednej te dodatkowe 500 złotych idzie na konsumpcję. Kupi ona za to lepsze jedzenie, czasem jakiś gadżet, aby dziecko w szkole nie czuło się gorszym. Inflacja, która stoi za drzwiami uderzy w te rodziny najbardziej. Więcej będą kosztowały ziemniaki i kiełbasa, a dziecku się nie odmówi. Mniej zatem pójdzie na edukację i kulturę, wypoczynek i ubrania. W rodzinie bogatej te 500 złotych to środki inwestycyjne. Wyśle się za to dziecko do prywatnego żłobka i przedszkola, do prywatnej szkoły i na studia zagranicę. W jednym i drugim przypadku sprzyjać to będzie dziedziczeniu pozycji społecznej, likwidacji mechanizmów awansu społecznego. A przede wszystkim powiększać różnice społeczne, które blokują rozwój wspólnoty, obniżają potencjał państwa.

Z tej perspektywy lewica musi patrzeć na likwidację gimnazjów, na postulaty nauczycieli, na to co robi minister Gowin. W konkurencji o miejsce na Uniwersytecie wygra dziecko lepiej kształcone w szkole prywatnej i w dodatku studiować będzie za darmo. Dziecku z biednej rodziny, po prowincjonalnym liceum zostaje szkoła prywatna, na ogół dość kosztowna i nie zapewniająca kapitału, który daje Uniwersytet. Nie urażając w niczym tych szkół, rzadko która ma swoje akademiki, kluby studenckie, inwestuje w kulturę lub sport akademicki. Ważne, aby się punkty zgadzały.

Czy to robione jest z zamysłem? Być może jest jakaś część prawicy, która myśli, że ten „prosty lud” będzie nadal jej elektoratem. Ale jest w tym niekonsekwentna. Bowiem w drugim ważnym obszarze usług publicznych jakim jest służba zdrowia propaguje ten sam mechanizm. Biedni czekać będą miesiącami na dostęp do lekarza, bogaci po prostu go sobie kupią. Taki program jest rodem z najprymitywniejszego darwinizmu, od którego świat odszedł już wiele lat temu. Ale jest on tak naprawdę wspierany przez powszechne rozdawnictwo i znany mechanizm świadomościowej prostolinijności. Dopóki jesteś zdrowy (a przecież wszyscy mamy taką nadzieję), to te 500 złotych traktujesz jako rezerwę na wszelki wypadek. Ale kiedy on się zdarzy, to ta sama kwota stanowi zaledwie ułamek niezbędnych wydatków. Część ludzi o tym wie, część – jak na razie – tego nie doświadczyła. Życzmy sobie zdrowia.

Czy to znaczy, że jestem przeciwko 500+? Otóż nie, zwłaszcza, że ono już jest i zostało zagospodarowane w budżetach polskich rodzin. Nie, bo Polacy zarabiają za mało i jest to jakiś substytut wyższych wynagrodzeń, na które zasługujemy. Ale gdyby ktoś dał lewicy dwadzieścia parę miliardów do rozdania, to jednak dostać je powinny te wszystkie rodziny, w których dochód na człowieka nie przekracza minimum socjalnego. Od tegoż minimum powinna także zaczynać się najmniejsza emerytura. I nie opowiadajcie, że koszty obsługi tego programu byłyby większe. Samorządowcy już dziś prowadzą politykę socjalną. Niech rząd się od nich uczy i ich potencjał wykorzysta. Pani Zosi z biednej gminy gdzieś na Podkarpaciu wszystko jedno czy będzie wypłacać po 600 zł czy po 1600. Podejrzewam zresztą, że robić to będzie z większym zapałem. Że trafią te pieniądze do „patologii”? Otóż likwidacja tego zjawiska, to jest prawdziwa polityka socjalna. Chodzi nie tylko o pieniądze, tylko o te mądrze wydane. O żłobek, przedszkole,, szkołę, które wyrwą te dzieci ze patologicznego domu. Pokażą, że istnieje inny świat i jest on w ich zasięgu. Nie wiem czy dla PiS-u on istnieje, czy potrafią tak myśleć?

Sojusz tronu i ołtarza

Do tego chciałbym przywołać jeszcze politykę PiS wobec Kościoła. Zasadza się ona na tych samych celach. Ideałem większości polskich biskupów jest wszak społeczeństwo jak z II Rzeczypospolitej: biedne i nie wykształcone, pogodzone z losem i wierne autorytetom. Dla którego swojskość – mierzona starymi, dobrze znanymi rytuałami, standardami grzechu, piekła i nieba, jest zrozumiała i akceptowana. Umacnia ją Prawo i Sprawiedliwość polityką zaostrzania kar i jednoznacznością semantyczną, manichejskim postrzeganiem świata. Że to oddala nas od współczesności – cóż to „jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy”. A nasze dzieci czy wnuki?
Warto pamiętać powiedzenie starego konserwatysty: politykier myśli o najbliższych wyborach, polityk o kolejnych pokoleniach. O czym myślą ludzie z Prawa i Sprawiedliwości?

Działamy wielopłaszczyznowo

– To pracujący wypracowują dochód narodowy. Świadomość tej sytuacji powoli narasta wśród pracujących i budzi ich sprzeciw. Wypłaty różnych świadczeń socjalnych trochę łagodzą sytuację, ale nie rozwiązują problemu – mówi Andrzej Radzikowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, w rozmowie z Przemysławem Prekielem.

Jest Pan nowym przewodniczącym OPZZ. Przez lata był Pan zastępcą Jana Guza, który odszedł od nas przedwcześnie. Jaka to była postać dla ruchu związkowego?

Jan Guz był wyjątkową postacią ruchu związkowego. Posiadał dużą charyzmę i wrażliwość. To powodowało, że dobrze identyfikował problemy pracownicze i skutecznie działał na rzecz ich rozwiązywania. Był postacią wyrazistą. Wypracował sobie duży autorytet zarówno w środowisku związkowym jak i partnerów społecznych. Był aktywny i rozpoznawalny zarówno w Polsce jak i w środowisku związkowym Europy.

Jak wygląda dziś kondycja OPZZ? Ilu liczy członków?

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych nie zrzesza członków indywidualnych, tylko związki zawodowe ze wszystkich sektorów gospodarki i sfer funkcjonowania państwa. Organizacje należące do OPZZ skupią ponad 541 tys. czynnych zawodowo pracownic i pracowników. Kondycja naszej Konfederacji jest stabilna. Posiadamy dobry program będący odpowiedzią na oczekiwania środowisk pracowniczych. Cieszymy się autorytetem zarówno wśród partnerów społecznych jak i polityków.

Po 2015 roku nie słychać wielkich wstrząsów społecznych. Brakuje wielkich manifestacji świata pracy, jak choćby ten z 2013 roku, kiedy trzy centrale związkowe wyszły na ulice. Rząd PiS słucha strony społecznej?

Sytuacja jest zróżnicowana. W działaniach rządu możemy dostrzec nasze postulaty (między innymi: minimalna stawka godzinowa w umowach zlecenia, czy powrót do wieku emerytalnego 60 lat kobiety i 65 lat mężczyźni, szybszy wzrost płacy minimalnej). Z drugiej strony dalej mamy biednych pracujących. To powoduje potrzebę dużych transferów socjalnych, ale na to potrzebne są pieniądze, które pochodzą głównie od pracujących. I kółko się zamyka. Bo i od tak dużo niższych wynagrodzeń niż w Unii Europejskiej odejmuje się duże daniny społeczne i podatki. Policzyłem, że największym beneficjentem wzrostu wynagrodzeń jest państwo. Z każdego 1000 zł, w formie składek na ubezpieczenia społeczne i inne obowiązkowe składki, podatków bezpośrednich (PIT) i pośrednich (VAT i akcyza) do budżetu państwa trafia ok. 550 zł. Niskie wynagrodzenia często nie zachęcają do podejmowania pracy. Mamy niskie bezrobocie, ale o wiele ważniejszym wskaźnikiem jest aktywność zawodowa. Z danych, do których dotarłem wynika, że tylko 63 proc. dorosłych Polek i Polaków pracuje. To bardzo mało. Bo to pracujący wypracowują dochód narodowy. Świadomość tej sytuacji powoli narasta wśród pracujących i budzi ich sprzeciw. Wypłaty różnych świadczeń socjalnych trochę łagodzą sytuację, ale nie rozwiązują problemu. W ocenie OPZZ to wynagrodzenie za pracę powinno być głównym źródłem utrzymania.

Jak wygląda dziś dialog społeczny w Polsce? Jakie kwestie poruszane są na Radzie Dialogu Społecznego?

Niestety dialog ciągle kuleje. Rząd zbyt często traktuje Radę Dialogu Społecznego jako miejsce informowania o swoich zamierzeniach, a nie negocjacji i wypracowywania wspólnych stanowisk. Często też omija RDS korzystając z procedury projektów poselskich, które nie wymagają konsultacji z partnerami społecznymi. Rząd nie zawsze reaguje też na zgłaszane sygnały o zagrożeniach. Tak było w przypadku narastającego kryzysu w oświacie. Pomimo wielokrotnych sygnałów o potrzebie rozpoczęcia negocjacji strona rządowa przystąpiła do nich dopiero po rozpoczęciu strajku.

OPZZ zawsze był kreatywny i wnosił do RDS ważne pracownicze sprawy. Z ostatniego okresu można wymienić: prawo do emerytur uzależnionych od stażu opłacania składki ubezpieczeniowej, niewygasający charakter emerytur pomostowych, wydłużenie urlopu wypoczynkowego, podjęcie działań związanych z kryzysem w hutnictwie i górnictwie węgla brunatnego, konieczność podjęcia działań w związku z trudną sytuacją w ochronie zdrowia, działania na rzecz aktywnego starzenia się.
Jak układa się współpraca z innymi związkami zawodowymi w RDS?
Mamy świadomość, że wspólne stanowiska strony związkowej mają większą siłę przebicia, dlatego staramy się, w drodze negocjacji wypracowywać porozumienie.

Czy otrzymuje Pan, jako szef OPZZ, informacje o tym, że pracownicy w miejscu pracy mają trudności z założeniem związku?

Niestety tak. Dotyczy to zarówno zakładania nowych związków jak również utrudniania działalności już istniejących. Np. w ostatnich miesiącach mieliśmy dwa przypadki zwolnienia z pracy prawnie chronionych członków zarządów związków zawodowych w zakładzie pracy.

Główne bolączki ludzi pracy w XXI wieku?

Pewnie trochę inne w Polsce, inne w „starej Unii Europejskiej” a jeszcze inne w świecie. Dla nas największe wyzwania to wyższe płace, likwidacja „śmieciowego zatrudnienia”, automatyzacja i informatyzacja, „zielony ład”, migranci, system ubezpieczeń społecznych, bezpieczeństwo w pracy.

Związki zawodowe nigdy chyba nie miały dobrego PR. Czym zajmuje się OPZZ na co dzień, aby bronić ludzi pracy?

Działamy wielopłaszczyznowo. Na szczeblu centralnym zabiegamy o przyjazne pracownikom prawo pracy i jego skuteczne egzekwowanie, szybszy wzrost płacy minimalnej, sprawiedliwe podatki oraz właściwe nakłady na ważne cele społeczne.

W zakładzie pracy negocjujemy regulaminy wynagradzania, pracy i funduszu socjalnego, ale też sprawujemy nadzór nad przestrzeganiem prawa pracy i dbamy o bezpieczeństwo pracowników.

Uzwiązkowienie w Polsce jest na niskim poziomie? Czym to jest spowodowane i czy są szanse, aby je poprawić?

W mojej ocenie jest kilka przyczyn tego zjawiska. Pracownicy wiązali duże nadzieje, że przemiany ustrojowe spowodują poprawę warunków ich pracy i życia. Transformacja była jednak bardzo trudna i zapłacili za nią najwięcej pracownicy. Zmienia się też model funkcjonowania gospodarki. Coraz mniej jest przedsiębiorstw bardzo dużych, gdzie łatwiej jest się organizować. Już połowa pracownic i pracowników pracuje w firmach zatrudniających do 10 pracowników, a żeby założyć samodzielny związek w zakładzie pracy musi ich być co najmniej 10. W demokratycznym państwie ważne jest też poparcie społeczne dla podejmowanych przez związki zawodowe postulatów. Niestety nie jesteśmy zbyt solidarnym społeczeństwem.

Gangsterzy i żebracy

Po 13 latach swej działalności Centralne Biuro Antykorupcyjne osiągnęło historyczny sukces. Policja aresztowała najsłynniejszego, do niedawna najlepszego agenta tej antykorupcyjnej spec służby. Słynnego „Agenta Tomka”.
Prokuratorzy najpierw zarzucili mu, że zawarł fikcyjne umowy darowizny z członkami swojej najbliższej rodziny na blisko 9 mln złotych. Wszystko po to aby upozorować legalne pochodzenie środków pieniężnych.
Potem, już w prokuraturze „Agent Tomek” usłyszał kolejne dziewięć zarzutów związanych z praniem brudnych pieniędzy. Od stycznia 2015 do października 2019 roku miał podjąć czynności w celu ukrycia środków finansowych pochodzących z przestępstw przywłaszczenia pieniędzy. Nabywał, a następnie zbywał nieruchomości, a środki uzyskane ze sprzedaży ukrywał, również poprzez wypłaty gotówkowe w bankomatach oraz bankach.Skąd miał te brudne pieniądze?
Otóż Stowarzyszenie „Helper”, w którym pełnił funkcje dyrektora, a następnie prezesa w latach 2015-2017 otrzymywało liczne państwowe i samorządowe dotacje na prowadzenia Środowiskowych Domów Samopomocy w gminach Purda, Jedwabno, Reszel oraz w Olsztynie. Pod pozorem prowadzenia takiej działalności wyłudzono kwoty 39 milionów złotych z obficie udzielanych Stowarzyszeniu dotacji. Z tego ponad 10 milionów złotych zostało przywłaszczone przez „Agenta Tomka” i inne , bliskie mu osoby działające w ramach zorganizowanej grupy przestępczej. Tak teraz uważa Prokuratura Regionalna w Białymstoku.
Dodatkowo z wielomilionowych dotacji finansowano koszty stałej obsługi prawnej renomowanej kancelarii. A nawet zakupy ekskluzywnych kosmetyków, odzieży znanych, światowych marek, wyposażenia domów, koszty wynajmu i użytkowania luksusowych samochodów, spłaty zobowiązań wynikających z zakupu, przebudowy i adaptacji dwóch prywatnych nieruchomości o aktualnej wartości ponad 7,5 miliona złotych będących własnością „Agenta Tomka”.
Jak to się stało, że „Agent Tomek” i bliscy mu ludzie mogli tak długo i tak bezczelnie doić państwowe i samorządowe budżety?
Pewnie dlatego, że wszyscy pamiętali, że jaśnie pan agent jest bliskim współpracownikiem obecnego wiceprezesa „Prawa i Sprawiedliwości”, szefa wszystkich służb specjalnych pana posła Mariusza Kamińskiego. Pewnie pamiętali też, że jaśnie pan „Agent Tomek” był w latach 2011- 2013 panem posłem klubu parlamentarnego „Prawa i Sprawiedliwości” kierowanym przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Wcześniej, w 2009 roku otrzymał zaszczytny tytuł „Człowieka Roku” przyznawany przez wielce wpływową „Gazetę Polską”. W tym roku zaszczytu tego dostąpił pan prezes Kaczyński.
Pamiętając koneksje, znajomości pana „Agenta Tomka”, każdy rozsądny, lojalny wobec „Dobrej Zmiany” dysponent publicznych pieniędzy nie mógł odmówić wsparcia szlachetnej w założeniach działalności byłego parlamentarzysty z klubu „PiS”.
Mógł kraść, bo miał twarz prominenta PiS, a tym przecież wszystko się w IV Rzeczpospolitej należy.
Zaraz po opublikowaniu raportu Najwyższej Izby Kontroli krytykującego spec służby „Dobrej Zmiany” za opieszałość i nieskuteczność w odzyskiwaniu ukradzionych państwu polskiemu pieniędzy przez licznie mnożących się teraz aferzystów, kilkunastu funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego z nakazem przeszukania miejsc i wydania rzeczy o poranku zapukało do wszystkich mieszkań i lokali związanych z panem prezesem NIK Marianem Banasiem i jego rodziną.
Pukali oni w Krakowie i Warszawie. Nie otworzono im i dlatego spec agenci przez wiele godzin nie mogli wejść nawet do gabinetu prezesa NIK. Pan prezes Banaś odmówił im prawa rewidowania go powołując się na „konstytucyjne przesłanki” i ochronę poufnych materiałów. Żmudne pertraktacje z kierownictwem CBA zakończyły się wieczorem i agenci rozpoczęli przeszukanie.Co zdążył w tym czasie wyczyścić i usunąć z gabinetu i mieszkań pan prezes NIK Marian Banaś i jego Rodzina, pewnie szybko się nie dowiemy. Wiemy już, że postanowienie o przeszukaniu wydała 14 lutego Prokuratura Regionalna w Białymstoku.
Podstawą są niekorzystne dla Banasia wyniki kontroli CBA oraz analiza przepływów finansowych z jego rachunków, jakiej dokonał generalny inspektor informacji finansowej.
Doczekaliśmy dni, że ludzie, którzy jeszcze niedawno swymi twarzami firmowali antykorupcyjny front „Dobrej Zmiany” okazali się, wedle organów prokuratorskich, kontrolowanych przez elity PiS, zwyczajnymi złodziejami. Tuczącymi się na budżecie państwowym i budżetach samorządowych. Aferzystami okradającymi podatników, czyli nas wszystkich.
Dodatkowo okazało się, że Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrudnia ludzi, którzy bezczelnie okradają to Biuro, czyli budżet państwa, czyli nas, wynosząc kilkanaście milionów złotych z firmowych sejfów. A jego najsłynniejszy Agent jest właśnie aresztowany i oskarżony o wielomilionowe złodziejstwo.
O podobne złodziejstwa oskarżany jest pan prezes NIK, konstytucyjny, nieusuwalny organ, Marian Banaś. Niedawno określany przez pana marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z PiS jako „człowiek kryształowy”.
Warto też przypomnieć, że pan marszałek Senatu RP Karczewski też jest teraz oskarżany o bezprawne wyłudzanie pieniędzy za płatne prawdziwe i fikcyjne dyżury szpitalne. Pan marszałek tłumaczy, że ma jakieś ekspertyzy, które potwierdzają jego niewinność, ale nie pokazuje ich. A z ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora z 1996 roku wynika jednoznacznie, że takich płatnych dyżurów brać nie mógł.
Szef polskiej dyplomacji pan minister Jacek Czaputowicz nie został jeszcze oskarżony o złodziejstwo. Zapowiedział za to, że do rosyjskiego MSZ wpłynęła nota z jego prośbą o pomoc w zorganizowaniu uroczystości w Katyniu i Smoleńsku 10 kwietnia, w rocznicę mordu katyńskiego i katastrofy prezydenckiego samolotu.
Chodzi nam o to, abyśmy mogli przekroczyć granicę i uczestniczyć w uroczystości. Nie oczekujemy reprezentacji polityków rosyjskich. To sprawa ważna dla Polaków i tak to postrzegamy, podkreślił pan minister Czaputowicz.
Jeszcze niedawno wszyscy słyszeliśmy, że dopóki Rosja nie odda nam wraka prezydenckiego samolotu Tupolew rozbitego w Smoleńsku, to nie będzie żadnych rozmów z Moskwą. Bo Polska rządzona przez elity PiS właśnie „wstała z kolan”. I od teraz będzie rozmawiać z Kremlem na polskich warunkach.
Niestety mamy kampanię wyborczą i pan premier Morawiecki zechciał zapunktować u pana prezesa Kaczyńskiego. Swoją wizytą w Smoleńsku w podwójną rocznicę. Przewodzeniem tam podczas patriotycznych uroczystości.
Ta deklaracja przewodzenia wywołało irytację pana prezydenta Dudy, który chce swej reelekcji. I jemu celebracja patriotycznych uroczystości przydałaby się w kampanii wyborczej. Tak znów mamy rywalizację kto poleci do Smoleńska i tam zapunktuje.
Dziesięć lat temu podobna rywalizacja premiera i prezydenta doprowadziła do dwóch wizyt w Smoleńsku- Katyniu. Druga była zorganizowana tak partacko, że zakończyła się tragicznie.
Teraz mocarstwowe elity PiS żebrzą o pomoc rosyjskiej administracji w kampanii wyborczej pana prezydenta Dudy. A elity PiS związane z administracją państwową oskarżają się o złodziejstwo i aresztują sobie konkurentów do „Dojnej Zmiany”
Taka miała być ta IV Rzeczpospolita?

Bez „i”

Artykuł Anny Grodzkiej „O mediach i demokracji” opublikowany na łamach Strajk.eu i Dziennika Trybuna zasługuje więcej niż na uwagę. Temat podniesiony przez Grodzką powinien być kontynuowany w dyskusjach, zwłaszcza w środowiskach demokratycznych. Analiza stanu polskiej demokracji, problemów (lub precyzyjniej: braku problemów) znacznej liczby wyborców, dyktat mediów, aktualna rola mediów publicznych przeprowadzona przez Grodzką jest jak najbardziej właściwa, celna. Niestety, na tym pozytywy tego ważnego artykułu moim zdaniem się kończą. Analiza sytuacji właściwa, ale wnioski i postulaty chudziutkie. Brakło nie tylko przysłowiowej kropki nad „i”, ale również samego „i”.

Proponowane rozwiązania niewiele wnoszą nowego, a nawet umacniają wręcz obecny, wynaturzony system. Przecież finalna propozycja autorki obciążania reklamodawców pokrywania kosztów medialnych kampanii społecznych to właśnie umocnienie wpływu biznesu reklamowego. Dodatkowe koszty pokryją sobie z cen towarów, za które zapłacimy, a proponowany Fundusz Medialny będzie bardzo zainteresowany tym, aby rynek reklam – a więc usług masowego ogłupiania ludzi – był jak największy. Myślę, że nie tędy droga.

Demokratyczna lewica powinna podjąć trud opracowania własnej koncepcji kampanii kreowania przedstawicieli społeczeństwa w instytucjach państwa demokratycznego. Streścić ją można w dwóch słowach: dekapitalizacja i sekularyzacja społecznych kampanii wyborczych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 98% czytelników, którzy dotarli do tego miejsca mruknie pod nosem coś na kształt: „To przecież niemożliwe! Uczkiewicz zwariował!” i przejdzie do innej lektury. Ale ja chciałbym zwrócić się do tych dwóch procent, do tych ludzi lewicy, którzy nie boją się formułowania celów przez otoczenie uznawanych za szalone, a w każdym razie niemożliwe. Przypomnę tylko nieśmiało, że cały nasz postęp cywilizacyjny, z którego tak jesteśmy dumni, swoje początki zawsze miał w przełamywaniu stereotypów, w sięganiu po niemożliwe.

Problem pierwszy: władza czy odpowiedzialność.

Aby skonstruować nowy, wartościowy model kampanii wyborczej zacząć należ od sedna wyborów. Postawię więc pytanie: dlaczego ciągle, w kółko, mówimy o wyborze WŁADZ. Władz krajowych, wszelkich szczebli władz samorządu terytorialnego, samorządów zawodowych. Jeżeli nawet nasz piękny polski język jest w tym obszarze zbyt ubogi, to jednak cała narracja wokół wyborów dotyczyć powinna ODPOWIEDZIALNOŚCI. Celem wyborów w społeczeństwie demokratycznym powinno być wyłanianie ludzi, naszych przedstawicieli, którym powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za kierowanie biegiem wspólnych spraw, na których cedujemy część własnej odpowiedzialności, abyśmy mogli zająć się na co dzień innym i sprawami a także kontrolowaniem tego, jak nasz mandat zaufanie jest wykonywany. Nie chodzi tylko o to, że w naszej, głęboko zakorzenionej historycznie tradycji, WŁADZA, jest z założenia ciałem obcym, zewnętrznym, wręcz wrogim. Bardziej kojarzy się nam z przywilejami, mechanizmami przymusu. Nie chodzi też o to, że do „władzy” wielu idzie po zaszczyty, wpływy, apanaże. Chodzi też o to, że taki wyścig do władzy jest z gruntu ademokratyczny, aspołeczny.

Z pojęciem „władzy” ściśle związane jest inne pojęcie: „walka”. Każde wybory to u nas jedno wielkie pole bitwy, w której są wygrani i przegrani. Wygrani chodzą w chwale, a przegrani… w niechwale. Statystycznie mandaty w różnego rodzaju organach publicznych uzyskuje około 10% kandydatów. Jeżeli do tego dodać, że każda kampania wiąże się z koniecznością kapitałowego zaangażowania kandydata, to nasze kampanie wyborcze są jedną, wielką machiną produkującą obywateli – frustratów. I do tego frustratów wśród najbardziej wartościowej części społeczeństwa, gotowej czas swój i zdolności poświęcić dla dobra publicznego. Ciekawy jestem czy chociaż w jednej gminnej szkole podstawowej w Polsce przeprowadzono lekcję na temat wyborów do Rady Gminy, w czasie której wszystkich kandydatów prezentowano jako osoby, które publicznie zgłosiły gotowość podjęcia ODPOWIEDZIALNOŚCI za wspólnotę, jako wzór postaw obywatelskich, wzór do naśladowania.

Problem drugi: forsa

Wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać jednego z wojewódzkich liderów SLD, który prosto z mostu przekonywał, że „na pierwsze miejsce na liście bez 100 tysięcy złotych nie ma co startować”. Nie wiem: sto czy dziesięć tysięcy. Ale już sam fakt, że wybory do obywatelskich organów przedstawicielskich kandydat musi traktować jako inwestycję kapitałową jest aberracją. Przecież nieodłącznym elementem każdej inwestycji jest „stopa zwrotu kosztów”. Cały więc system wyborczy petryfikuje wybory jako wyścig o władzę i wpływy. Ale jest jeszcze jedno oblicze tej kwestii: wybory w Polsce są właściwie tylko dla bogatych. Nie mogę pojąć jak lewica może przechodzić do porządku dziennego nad tym, że wybory są w Polsce tylko dla lepiej sytuowanych materialnie, jak może nie reagować na to, że konstytucyjna równość obywateli w czynnym prawie wyborczym jest fikcją.

Wyborami do organów przedstawicielskich w Polsce rządzi pieniądz. Partie polityczne szukają jawnych i skrytych sponsorów (zobowiązania!), zaciągają – podobnie jak wielu kandydatów – kredyty bankowe. Gdzie płynie ta rzeka pieniędzy? Płynie do wszelkiego rodzaju komercyjnych agencji reklamowych i mediów, które kandydatów sprzedają nie przymierzając jak „Najlepszy płyn do higieny intymnej”. Medialne kampanie komercyjne oparte są przecież na doświadczeniach kampanii reklamowych, której podstawowa dewiza, wypracowana jeszcze w początkach minionego stulecia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej głosi: „Pamiętaj! Jeżeli w reklamie odwołujesz się do racjonalizmu, zdrowego rozsądku, to de facto odwołujesz się do 10% odbiorców”. Dlatego słynne „czarne teczki” Tymińskiego pokonały ikonę polskiej demokracji: Premiera Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego czarny PR jest tak skuteczny. Dlatego komitety wyborcze zabiegają, aby na ich listach znaleźli się aktorzy popularnych programów telewizyjnych, znani sportowcy, celebryci. Oczywiście w żaden sposób nie można ograniczać ich czynnych praw wyborczych, ale nie powinni służyć za przynętę na wyborcę w demokracji obywatelskiej. Powyższe praktyki doprowadziły przecież do tego, że poziom merytoryczny, etyczny i kulturalny polskiego Sejmu z kadencji na kadencję spada na łeb na szyję.

Podporządkowanie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich regułom właściwym dla komercyjnej reklamy, oddanie ich w ręce komercyjnych mediów ma jednak jeszcze jeden, o wiele groźniejszy dla demokracji skutek. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał slogan, że „kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami”, że „w kampanii wyborczej mówi się różne rzeczy” lub wręcz, że „w kampanii wyborczej kłamanie jest dozwolone”. Medialni komentatorzy często oczekują wręcz „uwodzenia elektoratu przez kandydatów”. Krótko mówiąc przez ostatnie 30 lat demokracji w Polsce kłamstwo wyborcze stało się normą nie tylko polityczną, ale i społeczną. Czy demokratyczna lewica może się z tym godzić?

Kler

Porządkując polski system wyborczy, szukając jego lepszych, społecznie wydajniejszych formuł, postawić należy też tezę o koniecznej sekularyzacji kampanii wyborczych. Sekularyzacji rozumianej jako maksymalne ograniczenie ingerencji kościołów w proces wyborczy. Rozdział kościoła od państwa w tej najważniejszej dla państwa kwestii musi być jasny, jednoznaczny. Również w imię naszej suwerenności zwłaszcza w przypadku Kościoła Katolickiego jego funkcjonariusze i struktury reprezentują interesy państwa obcego. Nie chodzi tu tylko o kwestie kazań głoszonych w kościołach, ale również o odejście od złej tradycji organizowania wyborów w niedziele. Po mszy, w trakcie której często w sposób mniej lub bardziej zawoalowany przekazane zostały instrukcje, wierni gromadnie zmierzają do lokali wyborczych, co razem tworzy określoną zbiorową presję.

Lewica

Lewica w Polsce staje – podobnie jak na całym świecie – wobec podstawowego dylematu: czy być, jak przez minione 30 lat, ruchem politycznym adaptacyjnym czy kreatywnym. Adaptacyjnym, czyli takim, który przystosowuje się do reguł gry ustanawianych przez kapitał, starając się „socjalizować” jego rozwiązania i tam gdzie chcą dodać 10 to domagać się 12, a gdzie chcą zabrać 10 to domagać się 8. Kreatywnym natomiast to takim, który tworzyć będzie własną, nowoczesną wizję demokratycznego społeczeństwa i państwa, który proponować będzie własne, lewicowe rozwiązania systemowe. Stosunek lewicy do fundamentalnej społecznie i politycznie kwestii reguł kreowania ciał ponoszących odpowiedzialność za kraj i ludzi będzie jednym z poważniejszych dla niej sprawdzianem w tym względzie.

Celowo nie przedstawiam tu propozycji własnych założeń do nowego podejścia do kwestii wyborczych – pomieściłem je we wpisie „Kogo i jak wybierać” z lutego 2017 r. Jestem jednak przekonany, że temat „Wybory w społeczeństwie obywatelskim” wart jest pracy grupy lewicowych intelektualistów, idealistów, niebojących się budowania maszyn latających cięższych od powietrza.

Dla dobra Polski i Polaków.

Z jednego do jednego

Prezydent Duda zainaugurował kampanię w wielkim stylu. Uczynił to w stołecznej Hali Expo. Tej samej, w której swoją kampanię przed drugą elekcją rozpoczynał Bronisław Komorowski. Wszystko wyglądało dość podobnie, czyli nudno. Konfetti, gra świateł, sztampowe przemówienia, obrazki ze wspierającą żoną. Pozostaje tylko pytanie, jak skończy ten, kto tak samo zaczyna.

W przeddzień otwarcia kampanijnego maratonu przez prezydenta Dudę, byłem u kolegi Nizinkiewicza z konkurencyjnego medium, gdzie udzielałem wywiadu na tematy okołopolityczno-muzyczne. Zapytany o to, czy wybieram się na wybory prezydenckie odpowiedziałem, że zapewne tak, choć kandydat na którego w pierwszej turze oddam głos, nie jest do końca z mojej bajki, czemu dawałem na tych łamach wyraz nie raz, nie dwa razy. Tym samym wieszczę drugą turę, w której to znowu najpewniej postawion będę przed przykrą dychotomią: PiS vs. PO, co jest wyborem nie tyle nawet mniejszego zła, co wyborem zupełnie pozornym. Wybierać można z dwóch jedno, a z jednego trudno wybrać. Powiedziałem też przy okazji tych rozważań, że w drugiej turze najpewniej oddam pusty głos, jeśli, a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie, staną w niej naprzeciw siebie urzędujący prezydent i MK-B. Na odchodne dorzuciłem, że uważam nawet, że wybór MK-B na prezydenta spowoduje w kraju jeszcze większy pierdolnik, od tego, który jest w nim dzisiaj. No i się zaczęło. Na raz zostałem przez część opinii publicznej oraz jej wyznawców zaszufladkowany jako pretorianin Andrzeja Dudy, choć wcześniej życzyłem mu publicznie, aby nie dawał się ponownie wmanewrowywać w prezydenturę, bo to robota nie dla niego. Na nic się to jednak zdało, przy słowach o bałaganie, po ewentualnym zwycięstwie pani marszałek. Sam jednak jestem sobie winien. Wypowiedziałem publicznie sąd, a nie dałem argumentacji. Bo słów oczywiście nie cofam, gdyż zawsze biorę za nie pełną odpowiedzialność. Jaki więc bałagan autor miał na myśli?

Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby MK-B udało się w drugiej turze Andrzeja Dudę pokonać, co wszak nie jest takie znowu nierealne. Radość w sztabie zwyciężczyni-bo to normalne. Wściekłość i smutek w obozie przegranego, bo to jeszcze bardziej normalne. Ale prócz tego, na prawicy pisowskiej zagości coś jeszcze. Żal po porażce ustąpi miejsca poczuciu zagrożenia i próbie wytłumaczenia przed samymi sobą porażki, jako wyniku działania czegoś innego, niż demokratyczny wybór Polaków. Zadział bowiem spisek. Układ podniósł łeb, namieszał i wybory sfałszował, a w najlepszym wypadku, omamił ludzi. I nawet jeśli prezydent urząd zwolni i pozwoli MK-B wejść pod żyrandol, w rządowych ławach zacznie się piekło, które rozleje się na cały kraj. Zapanuje niewyobrażalny bałagan i zaszczucie-jednych na drugich. Jedni będą mieli za sobą sukces wyborczy, a drudzy potężną machinę propagandy, na którą przeznaczono przed wyborami potężny grosz, nie po to, żeby z niej nie skorzystać. Wybuchnie totalny konflikt wewnętrzny, który zatruje i tak do trzewi zatrute społeczeństwo na kolejne dekady. Co więc zrobić? Pozwolić Andrzejowi Dudzie wygrać bez walki? Na pewno nie. Próbować trzeba. Ja jednak nie zamierzam już więcej wybierać mniejszego zła. Nie przyłożę ręki do sukcesu ani do porażki.

Co tu kryć, opozycja przespała swoją szansę, nie wyłaniając kandydata szerokiego frontu od Lewicy, przez PSL, do PO. Żeby ten plan miał szansę powodzenia, kandydatem na prezydenta nie mógł zostać żaden lider partyjny, ani osoba jaskrawie kojarzona z jedną opcją. Po raz kolejny zwyciężyły jednak partykularyzmy i funduje się nam, prostym ludziom, nowe 5 lat polskiego piekiełka, spychając cały wybór pod ścianę z napisem PiS albo PO. Zyskuje na tym PiS, nie traci PO. Reszta czeka na rozwój wypadków. A najbardziej w kość dostają Polska i Polacy. Ci bezpartyjni. Z orzełkiem w koronie.