Kobiety nie ustępują

Użycie policyjnych pałek i gazu podczas pokojowej demonstracji 18 listopada wzburzyło opinię publiczną. Ulicami Krakowa i Łodzi przeszły marsze solidarnościowe. W Warszawie na 23 listopada szykowane są kolejne blokady ulic.

Manifestacja solidarnościowa z warszawskimi aktywistami i aktywistkami z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet odbyła się w Krakowie 19 listopada. Pod komisariat w geście wsparcia przyszło ok. tysiąca osób. Frekwencja zadziwiła nawet organizatorki, które spodziewały się symbolicznej pikiety.
Zgromadzenie było reakcją na pacyfikację warszawskich protestów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet przez policję i oddziału BOA w cywilu. Sceny z policjantami używającymi pałek teleskopowych przeciwko kobietom i mierzących gazem wprost w twarz posłanki Magdaleny Biejat obiegły cały kraj.

Początkowo w Krakowie planowano jedynie symboliczną pikietę, ale ze względu na dużą liczbę przybyłych pochód ruszył na spontaniczny spacer. „Kraków- Warszawa, nasza wspólna sprawa”, „Myślę, czuję, decyduje”, „Solidarność naszą bronią” – krzyczały setki osób na wczorajszym spacerze solidarnościowym. Słychać też bębny i dzwonki Samby, rewolucyjnego zespołu perkusyjnego, grającego ma ulicznych demonstracjach.

Zaskoczona policja

Marsz przebiegał w gorącej atmosferze, jednak bez interwencji obecnych na miejscu funkcjonariuszy. Dopiero po marszu policja zaczęła legitymować i spisywać uczestników, kilka osób zostało ukaranych mandatami za udział w „nielegalnym zgromadzeniu”, wiele osób jednak nie przyjęło mandatów i sprawy zostaną skierowane do sądu.

Nasze hasło: Wyp***

Legitymowanie, pouczenia i próby wystawienia mandatów miało miejsce również w Łodzi. Tam ulicą Piotrkowską przemaszerowało 21 listopada około tysiąca osób. Złość z powodu ostatnich wydarzeń w stolicy była widoczna – skandowano m.in. „Nie będziemy się użalać, nasze hasło: Wypierdalać!”. Razem z obywatelami szli posłowie, w tym reprezentanci Lewicy. W przekonaniu parlamentarzystów to ich obecność sprawiła, że policja była dużo mniej konfrontacyjna niż w stolicy., głównie przypominając o pandemii i żądając, by demonstrantki nie blokowały jezdni. Łódzki pochód na swojej trasie minął m.in. siedzibę PiS. Po raz kolejny pozostawiono pod nią znicze i transparenty.

Kilkaset osób zablokowało z kolei 19 listopada rondo Kaponiera w Poznaniu – mieście, gdzie miały miejsce jedne z najostrzejszych protestów podczas ciągle trwającej fali demonstracji. I tutaj skandowano i śpiewano „Wypierdalać”. Protest w Poznaniu współtworzą aktywistki związków zawodowych i Socjalnego Kongresu Kobiet, stąd właśnie z Wielkopolski najgłośniej płyną wezwania, by program demonstrantek nabrał socjalnego charakteru, a żądanie prawa do decydowania o swoim ciele łączyło się z żądaniem wyższych płac i niższych czynszów.

Znamienna rocznica

Ogólnopolski Strajk Kobiet odwołał protesty w Warszawie wstępnie szykowane na niedzielę 22 listopada. Liderki organizacji Marta Lempart i Klementyna Suchanow mówią o oszczędzaniu sił na następny tydzień. 23 listopada w Warszawie zaplanowane zostało kilka blokad ważnych ulic i rond w mieście. Z kolei w sobotę 28 listopada wypada rocznica uzyskania praw wyborczych przez obywatelki odrodzonej Polski. Działaczki na rzecz praw kobiet zamierzają zmienić ją w kolejny wielki dzień walki.
Tymczasem wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego, podyktowany przez katolickich fundamentalistów, nadal nie został opublikowany.

Brukselski trójkąt niemocy

Jest taki trójkąt polityczny, w którym ginie idea europejskiej współpracy przyświecająca inicjatorom integracji gospodarczej i politycznej na naszym kontynencie.

Wierzchołkami trójkąta są Bruksela (a czasem Strasburg, w zależności od tego, gdzie aktualnie funkcjonuje europejski parlament), Warszawa i Budapeszt. Znaczną część pola niemocy wewnątrz trójkąta zajmują Niemcy – europejski motor zmian, hamulcowy i oportunista w jednym. Symbolem tych czasów stała się Angela Merkel, sprawująca urząd kanclerza Niemiec i jednocześnie lidera UE od roku 2005, czyli niemal od czasu wielkiego rozszerzenia Unii na kraje byłego bloku wschodniego.

Angela Merkel wytrwale budowała swoją i Niemiec pozycję polityczną. Dziś jej partia nie ma z kim przegrać wyborów w Niemczech, ale i sama Angela nie ma komu zostawić rządów. Merkel jest też liderką Europejskiej Partii Ludowej, największej grupy politycznej europarlamentu, od wielu lat decydującej o składzie Rady Europy i polityce europejskiej. Roli tej w żadnym stopniu nie umniejsza fakt, że przewodniczącym EPL, przynajmniej nominalnie, jest Donald Tusk.

W Brukseli toczą się więc gry polityczne – o ile oczywiście nie toczą się w Berlinie. Pozostałe wierzchołki trójkąta są w trwałych relacjach z Brukselą… i Berlinem.

Ciekawa jest sytuacja w Budapeszcie. Mimo względnie młodego wieku Victor Orban to weteran walki z socjalistycznym reżimem, współzałożyciel FIDESZ, uczestnik węgierskiego okrągłego (trójkątnego) stołu. Zdążył jeszcze być stypendystą Fundacji Sorosa na Uniwersytecie Oksfordzkim. Zainteresowanych tą postacią zachęcam do sięgnięcia po wydaną przez tygodnik „Przegląd” książkę „Co ma Victor Orban w głowie” Amélie Poinssot, francuskiej dziennikarki specjalizującej się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej. FIDESZ, partia Orbana, sprawuje władzę na Węgrzech nieprzerwanie od 2010 roku. Jest członkiem (o czym nie wszyscy wiedzą lub chcą pamiętać) Europejskiej Partii Ludowej – tej samej, której nieformalną liderką jest Angela Merkel, a formalnym przewodniczącym Donald Tusk. Taki układ na pewno pomógł Orbanowi w umacnianiu własnej pozycji w kraju oraz w przyciąganiu inwestycji zagranicznych. Pod tym względem Węgry skutecznie konkurowały z Polską. Na ulokowanie na Węgrzech całkiem nowych fabryk zdecydowały się Daimler (Mercedes) i Volkswagen (AUDI). Daimler otworzył pierwszą fabrykę u Orbana już w 2012, a drugą w 2019 roku. Duże przedsiębiorstwa mają tam także Bosch i Continental, a w tym roku BMW rozpoczęło budowę nowej fabryki w Debreczynie. Warto przypomnieć, że drugim co do wielkości akcjonariuszem Volkswagena (20% akcji) jest niemiecki land Dolnej Saksonii. Niemcy są największym zagranicznym inwestorem na Węgrzech i odbierają prawie 30% węgierskiego eksportu. Niemieccy inwestorzy bardzo sobie chwalą politykę rządu Orbana oraz wsparcie dla ich inwestycji. Różnice w rozkładaniu akcentów w wielu aspektach europejskiej polityki społecznej i gospodarczej w Niemczech i na Węgrzech nie wydają się im przeszkadzać, a może nawet cieszą się ich cichym poparciem.

FIDESZ mimo zapowiedzianego weta wobec unijnego budżetu i klauzuli o przestrzeganiu zasad praworządności może w ostatniej chwili wycofać się z tej decyzji, udając, że wierzy w zapewnienia unijnych polityków. To akurat ciekawe, bo w porównaniu z Polską, przynajmniej formalnie, Węgry wyglądają na kraj bardziej praworządny. Zgodnie z prawem FIDESZ po uzyskaniu wymaganej większości parlamentarnej zmienił węgierską konstytucję, system wyborczy i liczbę członków parlamentu. Działania rządu Orbana w sferze mediów, nauki i edukacji budzą natomiast poważne wątpliwości. Dawny stypendysta Sorosa wyrzucił z Węgier uczelnię swojego dobroczyńcy. Woli opierać się na współpracy z lokalnymi milionerami, tzw. oligarchami Orbana. System państwa prywatnego (sprywatyzowanego) nie podoba się nawet naszemu Klubowi Jagiellońskiemu.

O ile węgierski czubek (wierzchołek) trójkąta nie powstałby raczej bez wydatnej pomocy Brukseli (czy może Niemiec), o tyle nasz warszawski, trzeba szczerze powiedzieć, wyhodowaliśmy sobie sami i to – muszę z bólem przyznać – w dużej części w Krakowie. Głęboko w pamięć zapadł mi niedoszły „premier z Krakowa” i jego hasło „Nicea albo śmierć”. Hasło to stało się, niestety, stanowiskiem rządu. Zapewne mało kto dziś wie, o co wtedy chodziło (o tryb głosowania w Radzie Unii Europejskiej i możliwość blokowania decyzji), ale hasło się utrwaliło. Sojusznikiem Polski – tymczasowym – była wtedy Hiszpania. Nicea nie okazała się szczęśliwa. Premier Miller stracił władzę, traktat unijny ratyfikowano, a „premier z Krakowa” nie został premierem i niedługo potem zniknął z polityki. Karty zaczął rozdawać Prezes Jarosław.

Wśród obecnie rządzących jest jednak sporo osób związanych z Krakowem, choćby wicepremier Gowin i minister (nieomal wicepremier) Zbigniew Ziobro. To Ziobro ponownie użył narodowo-suwerennościowej argumentacji w debacie o unijnych zasadach. Teraz chodzi jednak nie o siłę głosów, lecz o (nie)praworządność – w haśle „Nicea albo śmierć” Niceę zastąpiono (nie)praworządnością. Argumentacja okazała się na tyle nośna, że wykorzystał ją premier Morawiecki w swoim sejmowym wystąpieniu. Jego europejskie weto wsparto stosowną uchwałą Sejmu, co raczej nie jest wielkim zaskoczeniem. Jak podał portal Onet, dziennikarze austriackiego POLITICO nazwali przemowę Morawieckiego dziecinadą, ale warto pamiętać, że podobnymi argumentami operują jawni przeciwnicy UE i że podobnym językiem posługiwali się brytyjscy inicjatorzy brexitu.

A przecież brakło głosów zaledwie pięciorga posłów, by Zbigniew Ziobro trafił w roku 2012 przed Trybunał Stanu za całokształt swojej działalności w pierwszym rządzie PiS‑u.

Przed nami kolejny odcinek gry o tron (europejski). Wielu spekuluje, że Victor Orban po zakulisowych negocjacjach z niemieckimi partnerami wycofa się z weta, zapewniając o bezpieczeństwie niemieckich inwestycji na Węgrzech i uzyskując obietnice dalszej pobłażliwości unijnych partnerów i instytucji. Rząd Kaczyńskiego/Morawieckiego ze swoim nieistotnym już wtedy wetem zostałby sam. Straty dla Polski i Polaków byłyby nie do odrobienia. Winą za to jednak należy obarczyć również resztę klasy politycznej, która pozwoliła grupie aktualnie trzymającej władzę przetrwać i dorwać się znów do… krzeseł.

Solidarność: fałszywe zaklęcie

100 to liczba, jak się zdaje, magiczna, przynajmniej dla niektórych polityków.

100 dni spokoju, 100 dni czyjegoś rządu, co ma pozwolić na pierwsze oceny, a teraz premier Mateusz Morawiecki znowu odwołał się do 100 dni: „Przed nami najważniejszy dla polskich rodzin okres w roku – Święta Bożego Narodzenia. Przed nami też miesiące, które zadecydują o naszych miejscach pracy, o utrzymaniu naszych firm i zakładów. Dlatego ogłaszamy 100 dni solidarności w walce z #koronawirus”, napisał ów polityk na swoim koncie w Twitterze.

Zachodzę w głowę, co takiego ma się zdarzyć w ciągu 100 dni, trzech miesięcy z kawałkiem, co może wpłynąć na kardynalną zmianę sytuacji z wirusem, pandemią, rozwaloną służbą zdrowia..? W ciągu trzech miesięcy bezrobocie, które i tak gruchnie nieuchronnie, ma wystraszyć się i uciec? Po tych 100 dniach firmy i zakłady przestaną upadać? Mam złą wiadomość dla Pana Premiera: 100 dni to zaklęcie, które na nic nie ma wpływu i niczego nie zmieni. Ale ja nie o tym.

Nadziwić się nie mogę, jak łatwo w Polsce nadużywa się słowa „solidarność”, najczęściej zresztą w odniesieniu do pewnego związku zawodowego, który dobrze zaczynał, a skończył jako swoja karykatura. Przedtem zresztą oszukawszy znaczną część swoich członków, których, gdy już dorwał się do władzy, hurtowo pozbawiał miejsc pracy, zarobków i nawet żałosnych zasiłków dla bezrobotnych. Z niego rekrutowali się ci, którzy władzę wykorzystywali wbrew głoszonym w 1980 roku hasłom, ale nigdy nie zapominali, by podpierać się, jak kosturem, nazwą „Solidarność”, kiedy chcieli dodać sobie rangi i znaczenia. Albo kiedy chcieli załatać swą nader dziurawą moralność.

Jak śmie Morawiecki wzywać do solidarności (bez żadnych cudzysłowów), kiedy ekipa jego pryncypała już druga kadencję trawi na dzieleniu społeczeństwa, szczuciu jednych na drugich, dehumanizowaniu całych grup? Kto dał mu prawo do ogłaszania jedności społeczeństwa, czyli czegoś, o czym nie ma pojęcia? Morawiecki, oderwany od życia zwykłych ludzi bankier i milioner, nic nie wie o społeczeństwie. A jaki cud musiałby się zdarzyć, by to mityczne w ocenach premiera społeczeństwo odpowiedziało pozytywnie na jego wezwanie? Po tym, jak jego część była bita na ulicach, jak podżegano do fizycznej rozprawy z nimi parafaszystowskie bojówki z falangą na sztandarach i agresją w pyskach? I teraz nagle mieliby się solidaryzować? Z kim? Z Morawieckim, tak oszczędnie gospodarującym prawdą przy każdej nadarzającej się okazji? Z wykrzywiona nienawiścią gębą Kaczyńskiego? Nieszczęsnym, bo chorym z nienawiści Macierewiczem? Bąkiewiczem? Trybunałem Konstytucyjnym i jego pseudosędziami, którzy jedną decyzją bez zmrużenia okiem skazują na mękę ludzkie istoty?

Idź Pan do diabla, Panie Morawiecki, albo do kogoś, kto uświadomi Panu, że polityk powinien przewidywać rezultaty swoich działań, swojej nienawiści i beznadziejnych koncepcji politycznych. Bez tej umiejętności nie powinien piastować funkcji wyższej niż szatniarz w niewymagającej przesadnej uczciwości knajpie.

Udawane, kiepskie porno

Bardzo nie lubię udawania. Erzaców. Wyrobów czekoladopodobnych. Namiastek, które mają mi przypominać, że na zestaw premium będą musiał jeszcze poczekać. Opakowań zastępczych, które symulują, że są równie dobre, jak te oryginalne.

Nie lubię sztucznych kwiatów. Spazmów jęku w filmach porno. Filmów porno też nie za bardzo i za często. Nie lubię ściemniania, chyba jak każdy; koloryzowania nie lubię, lakiernictwa. Zwłaszcza, kiedy widzę, że wszystko jest na pokaz, a nie naprawdę. Obchodzenia przepisów nie lubię. Jeszcze bardziej niż tych przepisów obchodzenia, nie znoszę uchwalania nowych przepisów, na które Polak zaraz znajdzie sposób. Żeby je obejść, rzecz jasna. Świadczy to nie tyle o Polaka pomysłowości i bystrości jego umysłu, co raczej o nędznej jakości ustanawianego prawa. To z kolei świadczy o marnym wysyceniu państwa przez demokratyczny ład, a bardziej przez tekturową podstawę prawną i administracyjną bylejakość.

Byłem dziś na siłowni. Sieciowej. Takiej, którą można spotkać w większych miastach w tym kraju. Jak się okazuje, właściciel znalazł sposób, żeby obejść przepisy. I dobrze. Miał chłop pójść z torbami, to zatrudnił papugę, co mu podsunęła pomysł, jak prawo sfalandyzować. Pootwierał więc punkty poza galeriami handlowymi. Działa toto jako przygotowawczy ośrodek treningowy dla kobiet i mężczyzn, czy jakoś tak. Ćwiczy się jak dawniej, tzn. jak dawniej w pandemii. Niektóre urządzenia są powyłączane z użytku. Sprzętu jest mniej, a na podłodze widnieją wymalowane strefy, w których należy trzymać dystans. Jest jednak nowość. Wprowadzono, co dwie godziny, piętnastominutowe przerwy dezynfekcyjne w czasie których ćwiczący muszą opuścić teren siłowni. Informuje o tym specjalny komunikat nadawany przez szczekaczkę. Idą więc wszyscy do swoich szatni-chłopy do męskiej, kobity do żeńskiej. I siedzą, skoszarowani na kupie, wymieniając się covidem. Podobnie ludzie czekający w poczekalni, którzy mieli pecha i przyszli poćwiczyć w czasie trwania przerwy. W lato mogliby wyjść na dwór, ale teraz, lepiej stać w cieple. Kiedy przerwa się kończy, z kołchoźników płynie komunikat, że zawodnicy mogą wrócić do grup treningowych i kontynuować przygotowania. Absurd goni absurd. Każdy wie, że to jawna kpina. Nikt tu do niczego się nie przygotowuje ani nie trenuje wyczynowo, ale każdy wie też równie dobrze, jeśli nie lepiej, że tak trzeba. Żeby państwo tekturowe ze swoim paździerzowym rządem i aparatem represji się nie przypierdoliło. Żeby trzymało się jak najdalej od naszych spraw, które nikomu nie szkodzą. Sytuacja wyjęta żywcem z filmów Barei-ta pani weszła w tym kożuchu i w kożuchu wychodzi. Branża udaje, że niczego nie obchodzi, tylko działa w granicach prawa, a państwo udaje, że ma plan ratunkowy dla gospodarki, bo przecież po każdym nowym tysiącu przyrostu, musi zamknąć kolejny sektor padającej już na pysk gospodarki. A jakby przyszła kontrola z sanepidu, to wszyscy jesteśmy kryci. Żywa i dogłębna komuna mentalna.

Jakby tego było mało, Morawiecki i jego intelektualne zaplecze wymyślili, że w nowym roku, ferie zimowe będą dla wszystkich dzieci w jednakowym terminie. Dlaczego tak, tego akurat nie powiedzieli. Chyba wyłącznie po to, że zwielokrotnić ryzyko kolejnych dobowych rekordów zachorowań. Nie trudno sobie wyobrazić, że w jeden tydzień Zakopane i Karpacz zaleją turyści z całego kraju. Noclegowni i knajp na razie się nie odmraża. Jedzenie zawsze można zamówić. Picie kupić na stacji. A że do hoteli mogą przyjeżdżać tylko pracownicy w sprawach służbowych? Popatrzcie Państwo na cołykendowe korki na Zakopiance; czy naprawdę ten rząd ma nas wszystkich za idiotów i każe nam myśleć, że cały biznes jeździ pod Giewont z piątku na sobotę, żeby w zakopiańskich resortach negocjować kontrakty?

Dość mam już traktowania przez cyrk Morawieckiego siebie samego i moich rodaków, jak ubezwłasnowolnionych dzieci z ośrodki terapii zajęciowej. Wmawia się nam, że to co wyczynia rząd na Stadionie Narodowym to realna pomoc, choć gołym okiem widać, że to studnia bez dna, podobnie jak inne tego typu obiekty, robione na pokaz. Ślepy by dostrzegł, że ludzie chorują i umierają na potęgę, mimo wdrożonych obostrzeń, które nic nie dają i dać nie mogą, bo wirus wszedł już w rodziny, domy i mieszkania i do czasu wyszczepienia tłuszczy przebadaną szczepionką albo przechorowania przez ogół, nic się nie poprawi, a przynajmniej nie znacznie. Ludzie mają oczy. Ludzie to widzą. Wiedzą, że to wszystko to udawanie, pozorowanie, szczytowanie na zamówienie, orgazm na rozkaz. Jak w kiepskim porno. Szkoda, że do tego aktorzy tacy marni. Słabo wyposażeni. Grubi, brzydcy, zapuszczeni. Nawet udawać za dobrze nie potrafią.

Delfinowi wyrosły kły

Ostatnie wyskoki Ziobry, z „albo śmiercią w Brukseli” na czele, to tylko wisienka na wielopiętrowym torcie który rośnie od lat, a szczególnie po wyborach w 2015 roku.

Ziobro jest pojętnym politykiem. Po wpadce z doktorem G. nauczył się nie brylować przed kamerami. Teraz gada publicznie tylko wtedy, gdy musi, a musi rzadko. Dzięki temu zabiegowi wyrasta na myśliciela. I nie tylko…

A kto to jest Morawiecki

Drugą lekcją, którą odrobił, jest nauczenie się, że z prezesem się nie pogrywa. Udowadnia Kaczyńskiemu, że Solidarna Polska jest bardziej pisowska niż PiS.

Prezes musi to dostrzegać. W przeciwnym wypadku nie pozwalałby Ziobrze zdobywać coraz to nowych przyczółków jego władztwa. I to zarówno tych realnych jak i politycznych. A wizerunek ministra sprawiedliwości w narodzie rośnie dzięki temu, że robi porządek z głupotami, z którymi nie chciało się nic zrobić Platformie. Likwiduje bezkarność dla bogaczy mogących wynająć najlepszych prawników, czyli kontradyktoryjność w procesach karnych. Ukraca finansowe apetyty komorników. Zdejmuje z ludzi strach przed ściganiem za przedawnione lub wymyślone długi. Podnosi kary dla piratów drogowych, gwałcicieli i innych takich, których naród się boi. Wprowadza do polskiego systemu prawnego konfiskatę rozszerzoną. Uruchamia rejestr pedofilów. Zaostrza przepisy pozwalające ścigać alimenciarzy. Poszerza zakres obrony koniecznej. To wszystko ma mu dać rząd dusz.

Rząd państwa zdobywa jednak inaczej. Skorzystał choćby z tego, że w latach 2016-17 CBA gromadziło kwity na osoby współpracujące z resortem skarbu przy procesie prywatyzacji i zbycia akcji Ciechu. Kwity trafiły do podległych Ziobrze prokuratorów, najpierw z Warszawy, a w maju 2017 r. do bardziej zaufanych w Katowicach. W sprawie chodzi o zbyt tanią sprzedaż za czasów PO grupie Kulczyk Investments 37,9 proc. należących do skarbu państwa akcji Ciech SA za 619 mln zł, „czym wyrządzono państwu szkodę majątkową w wielkich rozmiarach”. Prokuratorzy wyliczyli ją na 110 mln złotych.

W lutym zatrzymano 6 osób. W tym byłego wiceministra skarbu i prezesa Giełdy Papierów Wartościowych oraz ministerialnego urzędnika. Sąd nie zgodził się na ich areszt, a prokuratura złożyła zażalenie. Pro forma raczej.
Bo Ziobrze nie o nich chodzi. Nie zależy mu też, aby proces rozpoczął się szybko. Procedury przygotowawcze mają trwać do czasu, kiedy minister sprawiedliwości dostanie decyzję, że pora pozbyć się Mateusza Morawieckiego. Od Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecz w tym, że kierowany przez Morawieckiego bank współpracował przy prywatyzacji Ciechu. Konkretniej zaś, to Bank Zachodni WBK dał firmie Kulczyka kredyt na zakup jego akcji. Nie ma siły, by przy tej skali pożyczki w sprawie nie uczestniczył osobiście aktualny szef rządu.

W tej chwili Ziobrze i Kaczyńskiemu wystarczy, że mają na premiera haka. Przesłuchanie przez prokuratora pod kątem spekulowania na krwawicy Polaków, byłoby początkiem końca następcy Szydło. Prawdziwym finałem byłoby stannięcie Morawieckiego przed sądem w roli oskarżonego o świadomy udział w oszwabieniu skarbu państwa.

Ciech nie jest jedynym powodem, dla którego premier nie powinien drzeć kotów z Ziobrą. Bo wtedy jakiś prokurator mógłby pogrzebać w papierach i dojść do wniosku, że dom maklerski należący do kierowanego przez Morawieckiego BZ WBK pośredniczył w próbie wrogiego przejęcia polskich Azotów przez Rosjan.

Odsadzić Dudę od Trumpa

Rozgrywanie kwestii Ciechu to ledwie kolejny rozdział pokazywania jaka jest realna siła ministra sprawiedliwości. Zdobywanie realnej władzy zaczął niemal po zaprzysiężeniu gabinetu Szydło.

Dwa lata temu Ziobro zapragnął zaskarbić sobie względy wicepremiera Glińskiego. Od człowieka bliskiego wicepremierowi, szefa Reduty Dobrego Imienia – Macieja Świrskiego dostał projekt nowelizacji ustawy mający na celu „ochronę dobrego imienia Rzeczpospolitej Polskiej, w szczególności ochrony Państwa Polskiego przed oskarżeniami o współudział w zbrodniach wojennych dokonanych przez okupanta na ziemiach polskich”.
Przyjął projekt pod skrzydła swojego resortu choć Instytut Pamięci Narodowej, to byt odrębny od administracji. Ma też swoich prawników i ustawowo winien współpracować z resortem Glińskiego, lub Czaputowicza, a nie Ziobry.

Chęć pozyskania Świrskiego, czyli Glińskiego, powoduje jednak, że Ziobro wchodzi w nowelę, ale odpowiedzialnym za jej procedowanie robi swojego zastępcę Patryka Jakiego. Słusznie.

Gdy projekt ukazał się w internecie 17 lutego 2016 r. rozpoczął się festiwal wieszania na nim psów. Pretensje mieli wszyscy. Od organizacji pozarządowych, przez naukowców, po MSZ. Już w marcu 2016 na biurko Ziobry trafiały opinie, w których tylko debil nie dopatrzyłby się znamion tej zadymy, przez którą Duda miał embargo na Trumpa. Minister sprawiedliwości wiedział, że wszedł na minę. Było jednak za późno. Ziobro mógł jedynie podzielić się współautorstwem z innymi. Projekt nowelizacji stał się zatem pomysłem całego rządu i szybciutko trafił do Sejmu.

Leżał tam sobie przez 1,5 roku, bo Kaczyński, z którym Ziobro podzielił się wynikami konsultacji nowelizacji o IPN, wiedział czym to pachnie. W styczniu 2018 r. prezes uznał jednak, że taka zadyma to idealny lep na elektorat, któremu nie spodobało się wywalenie z rządu Macierewicza.
Resztę znamy, – musieliśmy się kajać po głupocie ze ściganiem po całym świecie ludzi mówiących, że Polacy nie zajmowali się podczas okupacji wyłącznie karmieniem i głaskaniem Żydów. Twarz nowelizacji dał Jaki, popłynął na tym Morawiecki, Gliński się ośmieszył, zaś Czaputowicz wykazał się nieudolnością urzędniczą. Ale Minister Sprawiedliwości – odpowiedzialny politycznie za wkurzającą pół świata nowelkę – pozostał niezbrukany.

Administracja podległa prokuratorowi

Uchronienie Ziobry przed odium ustawy o IPN to nie przypadek. Jego rola w rządach PiS jest od początku znacznie większa niż się wydaje. Dowodem jest choćby arcydrobna sprawa rozesłania w lutym 2017 roku przez zastępcę Prokuratora generalnego – czyli Ziobry – pisma, w którym przypomina, że niedopuszczalne jest przyjęcie przez Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński przez osoby tej samej płci. Przypomina prokuratorom, a nie kierownikom USC.
Wszechmoc ludzi Ziobry wypływa z ciągu dalszego pisma jego zastępcy: „prokuratura stoi na straży praworządności. Zadanie to realizowane jest m.in. poprzez wytaczanie powództw w sprawach cywilnych oraz składanie wniosków i udział w postępowaniu sądowym w sprawach cywilnych, z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, jeżeli tego wymaga ochrona praworządności, interesu społecznego, własności lub praw obywateli”. Dlatego „prokurator może żądać wszczęcia postępowania w każdej sprawie, jak również wziąć udział w każdym toczącym się już postępowaniu, jeżeli według jego oceny wymaga tego ochrona praworządności, praw obywateli lub interesu społecznego”. Czy można takie pismo interpretować inaczej niż pokazanie prokuratorom, że są ponad wszystko. A w ich kompetencjach jest kontrolowanie poczynań wszystkich urzędników państwowych. Zaś wszyscy prokuratorzy podlegają Zbigniewowi Ziobrze.

To sobie teraz posądzimy

A to i tak jeszcze nie szczyt kompetencji „pana Zbyszka”. Ten zdobył dzięki skokowi na sądownictwo. I niech nikogo nie zmyli letnia burza medialna z zawetowaniem przez Dudę ziobrowych ustaw. Po kandydatach do KRS widać kto wygrał. To „krewni i znajomi” Ziobry wybierają Sąd Najwyższy. Ziobro obsadza swoimi ludźmi stołki we wszystkich sądach. A w prokuraturach nie ma śladu po tych, którzy kiedykolwiek mu podpadli.
No i obsadzony przez ziobrowych nominatów Sąd Najwyższy będzie zatwierdzał wyniki wyborów – bądź nie zatwierdzał. Jego prokuratorzy będą oskarżać, lub umarzać. Zaś lokalni sędziowie z nadania Ziobry, równie dobrze mogą skazywać jak i obdarować zadośćuczynieniem. Jeśli to nie jest władza najbardziej realna, to co to jest?

Zanim doszło do podmiany pani Szydło na Morawieckiego, magazyn “Politico”, ogłosił ranking 28 osób z naszego kontynentu, które w 2018 roku w największym stopniu będą miały wpływ na politykę europejską. Na 14 miejscu znalazł się nie kto inny, jak polski Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro. Jego nazwisko opatrzono proroctwem, że dzięki potężnej władzy, którą zgromadził, będzie w stanie obalić prezesa.

Tu jednak publicyści „Politico” się mylą. Gdyby Kaczyński nie był – przeczołganego po eksperymencie z Solidarną Polską – pewny Ziobry jak siebie, to nigdy nie pozwoliłby mu na zdobycie władzy niemal absolutnej. Niegdysiejszy delfin, czyli kandydat prezesa na swego następcę wrócił. To co się dzieje od paru miesięcy, chyba najlepiej to potwierdza. Dziś jasno widać, że Ziobro chce zgarnąć całą pulę.

Osieroceni przez Trumpa: domorośli stratedzy PiSu i westernowi Konfederaci

Prawica żywi się ideologicznie historycznymi odpadkami.

Z jednej strony są to resentymenty klas pracowniczych, które zmiażdżył neoliberalny walec: ograniczane usługi publiczne, słaby status pracownika, reformy podatkowe na korzyść bogatych. To wszystko razem rodzi frustrację, gniew jako następstwo destrukcji kompromisu klasowego między kapitałem a pracą trzech powojennych dekad. „Pas rdzy” ze stolicą w Kansas City, zubożały wskutek emigracji prac do Azji, zaufał w r. 2016 prawicowemu populiście Donaldowi Trumpowi.
Tak jak oni krytykował elity pieniądza, uniwersytecką merytokrację, wyzwolonych obyczajowo mieszkańców metropolii, czyli ludzi, którzy zgotowali im ten los. Ale biednego los karze podwójnie. Najpierw uderza po kieszeni, potem odbiera rozum. Ten zaś programują fundamentalistyczni kaznodzieje w imieniu „moralnej większości” jak Jerry Falwell, trybuni anarchokapitalizmu walczący z federalnym rządem i publicznymi usługami. Dają sobie wmówić, że ich amerykańskie marzenie o domku na przedmieściu, dobrze płatnej pracy by się spełniło, gdyby do kolejki nie wpychali się intruzi z całego świata, których skóra mieni się bogatą paletą barw.
Dzięki takiej obróbce umysłów protest społeczny przekształcił się w tym kraju w wojnę kulturową, w wojnę o zachowanie „poczętego życia”, tradycyjnej rodziny, a zwłaszcza zapewnienie jej bezpieczeństwa dzięki posiadanej broni.
Ich irracjonalizm w definiowaniu przyczyn własnego położenia dziedziczą ruchy prawicowe w Europie pod flagą Tradycji-Rodziny-Własności (Geneva Consensus Declaration przeciw prawu do aborcji, kontestowanie antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej).
Dzięki finansowemu wsparciu amerykańskich krezusów powstało wiele fundacji (American Center for Law and Justice, Alliance Defending Freedom) lobbingujących w kuluarach organów UE, w Radzie Gospodarczej i Społecznej ONZ, by powstrzymać a nawet odwrócić poszerzanie praw jednostki. W tym towarzystwie obraca się polskie Ordo Iuris.
Geopolityka Zagłoby
Polska prawica poczuła wiatr znad Atlantyku. Ma ona bardziej lub mniej skrywane konserwatywne wręcz niekiedy reakcyjne oblicze: hołubi nacjonalizm przeciwko procesom integracji w UE, anachronicznie rozumie bezpieczeństwo, także tożsamość kulturową, a stąd już blisko do islamofobii jak wcześniej antysemityzmu.
Budowanie tożsamości wokół narodowego kościoła czyni bliskimi hasła ksenofobiczne, homofobiczne i antyfeministyczne. Hołubi tradycyjną patriarchalną rodzinę, nie może się pogodzić z cywilizacyjną tendencją do coraz większej autonomii jednostki w wyborze stylu życia. Na tym gruncie pisowscy stratedzy budują kieszonkowe mocarstwo między Trzema Morzami, kultywując historyczne resentymenty wobec Rosji, Niemiec, z poczuciem niedokończonej misji cywilizacyjnej wobec wschodnich Słowian.
Ochoczo wpisują się w amerykańską geostrategię, choć nie rozumieją, jaką rolę pełni to mocarstwo w systemie światowym. Państwo amerykańskie, jak wszystkie imperia w dziejach, stało się po II wojnie światowej narzędziem tworzenia ładu światowego w interesie elit ekonomicznych. Ład ten służył po II wojnie światowej ekspansji amerykańskiego sektora przemysłowego, rozbudowanego na potrzeby wysiłku militarnego podczas tej wojny.
Początkowo była to „miękka” ekspansja gospodarcza i polityczna. Mitygował ją bowiem system Bretton Woods, oparty na wymianie dolara na złoto wg ustalonego parytetu, z mechanizmem kontroli przepływu kapitału i równoważenia bilansów handlu zagranicznego.
Obecny ład, zwany neoliberalną globalizacją, stworzyło amerykańskie mocarstwo na przełomie lat 70/80, począwszy od decyzji prezydenta R. Nixona o uwolnieniu kursu dolara. Służy on amerykańskim korporacjom z sektora zbrojeniowego, wydobywczego, finansowego i teleinformatycznego. Uczyniły one ze Stanów Globalnego Minotaura, przerabiającego, zdaniem Yanisa Veroufakisa, nadwyżkę światową na amerykańskie obligacje. Stanowią one namiastkę bezpieczeństwa oszczędności rentierów całego świata.
Ładu tego strzegą pływające fortece, samoloty F-16, wywiad penetrujący głęboko gabinety nawet sprzymierzonych rządów. W tym ładzie swoiste czarne dziury stanowią państwa, które samodzielnie kształtują narodową strategię, nie chcą być demokratyczne według amerykańskiej poprawki do konstytucji. Pozwala ona traktować korporacje jak jednostki, którym nie wolno ograniczać ani wolności słowa, ani wyboru reprezentanta.
Z tego powodu Amerykanie mają najlepsze organy władzy, jakie można kupić za pieniądze. Na celowniku jest Rosja, która jako jedyna w dziejach nie podporządkowała się Zachodowi. Własną drogą idzie kilka państw: Chiny, Iran, Indie, Boliwia, przynajmniej dopóty, dopóki nie okazało się, że posiada lit – tak cenny w produkcji baterii. Pisowscy stratedzy przesiąknięci są obsesją bezpieczeństwa, które daje potęga militarna, a ostatecznie równowaga strachu. Stąd ich militaryzm. Bliskie jest im spojrzenie na dzieje jako zmagania narodów o wielką przestrzeń, niebawem o opanowanie kosmosu.
Tym chętniej Polska wpisała się w strategię Trumpa: zatrzymania ekspansji handlowej i finansowej Chin (przyjęcie amerykańskiej perspektywy, tj. cyberbezpieczeństwa w ocenie technologii G-5, zakupy sprzętu wojskowego w tym kraju kosztem wydatków na naukę czy ochronę zdrowia, kompleks na tle Nord Stream 2, sprowadzanie kosztownego gazu łupkowego, który dewastuje środowisko naturalne). Na dodatek, amerykańskie technologiczne korporacje zainteresowane są głównie powierzchniami biurowymi, by tworzyć kolejne Mordory dla usług biznesowych (Warszawa, Kraków, Wrocław). To im premier rządu stręczy absolwentów wyższych uczelni, by jeszcze szybciej mógł rosnąć majątek Goldman Sachs czy Apple`a. Polska pod rządami PiSu staje się małym pomocnikiem wielkiego szkodnika. Tym samym na małą polską miarę prowadzi cywilizację do ekologicznej katastrofy z błogosławieństwem tzw. polskiej „klasy politycznej”, która bez wyjątku przyklaskuje tej strategii, na dodatek wspierają ją elokwentni endeccy zmartwychwstańcy, a także medialny komentariat.
Ład made in USA (konsensus waszyngtoński) służy amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, amerykańskiemu sektorowi finansowemu. Ale już nie klasom pracowniczym. Amerykanie stanowią tylko około 4,5 proc. ludzkości świata, lecz na CORVID-19 zmarło blisko 20 proc. wszystkich ofiar wirusa – w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów. Uprawiają rabunkową gospodarkę m.in. pozwalają wtłaczać 15 mln litrów wody na jedno szczelinowanie, by wycisnąć gaz ze skały.
I przede wszystkim rozwinęły wyczynowy model kapitalizmu – eksploatującego przyrodę, pracę i życie ludzkie (kraj ludzi wielkiego formatu, przynajmniej dosłownie).
Jeśli weźmiemy pod uwagę społeczeństwo, które powstało za oceanem, jego stosunek do eksploatacji surowców, poziom zużycia energii, ogromne zróżnicowanie dochodów i majątków, nihilistyczny stosunek do ochrony klimatu, poziom zbrojeń, rozwijanie nowoczesnych technologii dzięki Pentagonowi, a więc zawsze potencjalnie o zastosowaniach militarnych – wszystko to skłania do porzucenia amerykańskiego modelu kapitalizmu, a tym bardziej amerykańskiej perspektywy oglądu świata. Brak w niej reakcji na wyzwania kryzysu ekologicznego. Bez odpowiedniej reakcji, a więc praktycznie gospodarki bez wzrostu gospodarczego, skończy się przygoda homo sapiens na jedynej planecie jaka nadal dostępna jest gatunkowi.

Jaka przyszłość?
Jednak świat urządzony na modłę amerykańskich korporacji zderza się z coraz większą potęgą chińskiej gospodarki – z rosnącym PKB, z coraz większą niezależnością technologiczną. Teraz też państwo Hanów tworzy rynki zbytu dla produktów publicznych i prywatnych firm, szuka surowców, lokat nadwyżki wynoszącej obecnie 3,3 bln dolarów. Ameryka prezydenta Trumpa, teraz Bidena, musi ugiąć się przed zmianą układu siły gospodarczej, czego doświadczyli Brytyjczycy i Francuzi po II wojnie światowej.
Geopolitycy prawią o pułapce Tukidydesa, a więc wojnie o ład światowy, dostosowany do potrzeb dominującej gospodarki. Jednak Chiny chcą tworzyć system wspólnej odpowiedzialności za sprawy światowe. To ład wielobiegunowy, z odrębnymi cywilizacjami lokalnymi.
Korzystając z ogromnych oszczędności tworzy warunki, by zapewnić gospodarce potrzebne surowce i rynki zbytu, ale bez baz wojskowych, bez uznawania, jak USA, jakichś obszarów za „strefy żywotnych interesów” (Bliski Wschód, a wcześniej Ameryka Łacińska). Polska podobnie jak Wspólnota Europejska stoi przed koniecznością własnej oceny Chin, własnego bezpieczeństwa militarnego i energetycznego. Wrogiem wszystkich jest System podporządkowany wytwarzaniu zysków dla rentierów, wrogami są władcy aplikacji, którzy dla siebie rezerwują decyzje, co dalej z energetyką, biotechnologiami, granicami prywatności ludzkiej. Linia frontu przebiega inaczej niż myślą stratedzy PiSu i ogromna większość z nas. Świat będzie inny, ale czy gorszy od obecnego?
Konfederaccy trybuni wolności gospodarczej
Podobnie, tylko na polu ideologii, czyni inny polski klon bliski amerykańskiej prawicy – konserwatywni wolnorynkowcy, konfederaci K. Bosaka. Ich wizja społeczeństwa bliska jest amerykańskiej rzeczywistości westernu: pełno ludzi bez stałej pracy, ładu i porządku broni policja według swego uznania, rząd daleko, kościół blisko.
Tylko notabli-właścicieli stad bydła zastąpili posiadacze pakietów akcji. Ich hasła przemawiają, głównie przez You Tube`a, do części millenilsów, o czym świadczy stałe 8. procentowe sondażowe poparcie. Idą łeb w łeb z lewicą. Sprawa poważna, ponieważ ten segment elektoratu prawdopodobnie zastąpi seniorów w rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych 2023. Dlatego trzeba stale konfrontować tę wolnorynkową utopię z realiami wyczynowego, globalnego kapitalizmu. Ich przekaz do młodzieży to radosne dziamborzenie o cudach wolnego rynku i błogosławionych przedsiębiorcach. Wystarczy dać im swobodę działania, by znów Factory stało się Ursusem cyfrowej ery. Tutaj szlak wytycza firma produkująca gry komputerowe CD Project, ale też można pokonać drogę od pucybuta, do wielkiej firmy jak CCC.
Najbardziej przeszkadza wolnej przedsiębiorczości państwo, podatki, które nakłada, standardy pracy i jakości produktów, które narzuca, paternalizm dotyczący zabezpieczenia na starość (zbrodnie ZUSu). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
W tradycyjnym języku klasowym to żywotni drobnomieszczanie, którzy sprawnie łączą solidaryzm i konformizm wobec narodowej wspólnoty (jej religii, jej państwa, które chroni przed zagraniczną konkurencją) z wybujałym egoizmem i indywidualizmem w sferze gospodarczej.
Ale wolność gospodarcza istnieje też na południe od Sahary czy w Indiach – kraju miliarda samozatrudnionych. Czar pryska, kiedy ci Janusze biznesu zderzą się z prawdziwymi stachanowcami kapitalizmu jak Jeff Bezos z majątkiem, który pandemia powiększyła o kolejne miliardy dolarów (obecnie ponad 150 mld USD). Prawdziwi zwycięscy „gry rynkowej” są w centrum Systemu. Tworzą firmy-wydmuszki, które mają do zaoferowania jakiś nowy produkt czy usługę. Fabrykę zastępuje taśma produkcyjną oplatającą glob.
Ich konto mnoży się jak króliki, skoro oferują lokalnym firmom w Azji czy Europie Centralnej marżę operacyjną na poziomie 2-3 proc., oni sami zaś jako ogniwo końcowe, na przykład Microsoft, przejmują 30-40 proc. Inaczej jest na peryferiach. Tu znajdujemy mrowisko małych firm.
Jednak to plankton na początku łańcucha pokarmowego: poddostawcy, mikrofirmy, lokalni urzędnicy. Zbierają oni resztki z pańskiego stołu. Według danych Eurostatu na tysiąc mieszkańców działa w Niemczech 2,7 firm, w Polsce 3,9 (około 2,3 mln), w Grecji 6,6, w Portugalii 7,6. Nie są one innowacyjne, bo ich konkurencyjność bierze się z niskich płac.
Natomiast korporacja woli kontrolować rynek wiedzy naukowo-technicznej, by czerpać rentę z tzw. własności intelektualnej. Tylko taka przedsiębiorczość, której efektem jest gigakorporacja, pozwala trafić na listę „Forbesa”. Wcześniej jednak trzeba usunąć konkurencję za sprawą przejęć, fuzji, przejmowania start-upów, lokowania aktywów w różnych biznesach.
W ten sposób nowoczesne zbiurokratyzowane, planujące przedsiębiorstwo, zadaje ostateczny cios mikroekonomicznej ortodoksji o równej konkurencji o zyski, o roli własności prywatnej, o indywidualnej kreatywności. Wszystkie dążą do maksymalizacji giełdowej wartości firm, a pracownik bez względu na formę własności firmy staje się ostatecznie depresyjnym konformistą.
Ponadto tylko dwóch, trzech spośród setki chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty, półniewolnika w strefie specjalnej.
Oni mogą wypełnić życie bogactwem więzi międzyludzkich, ewentualnie serialami Netflixa. Potrzebne są nie tylko lekcje przedsiębiorczości, ale też zgodnego współdziałania. Szkoła powinna przygotować fachowca potrafiącego współpracować z innymi w firmie czy biurze, w środowisku życia i we wspólnocie narodowej.
Obecnie jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma (J. Czarzasty, A. Mrozowicki, Dziennik Gazet Prawna 73/2018). To rezerwuar sympatyków anarchokapitalizmu, przynajmniej dopóki nie zetkną się z jego realiami.
Czy polscy wielbiciele Trumpa, głosu populistycznej prawicy, coraz głębiej cofającej historyczny zegar, niekiedy o parę stuleci – zastanowią się, dlaczego ta droga prowadzi do klęski wyborczej? Nie mówiąc o wykoślawieniu procesu modernizacji polskiego społeczeństwa, który wciąż trwa od lat 90. XIX stulecia.

Flaczki tygodnia

Pan prezes Kaczyński potwierdził niepraworządność państwa polskiego.
Bo wedle wyartykułowanej, wręcz wykrzyczanej przez jaśnie pana prezesa definicji- państwo praworządne to takie w którym opozycja parlamentarna siedzi w więzieniu.

Od razu jednak pojawili się zwolennicy fałszywej tezy, że Polska jest państwem praworządnym. Informują oni, że pan prezes tak nie uważa, jedynie przejęzyczył się w „szale polemicznym”.
Tu jednak pojawia się problem natury ustrojowej. System polityczno- prawny IV Rzeczpospolitej oparty nie na Konstytucji RP, tylko dogmacie o nieomylności pana prezesa. Tak jak papież uważany jest za nieomylnego i władnego wśród katolików, tak pan prezes Kaczyński ma nieomylną i nie kwestionowaną władzę wśród kaczystów.
Stwierdzenie, że pan prezes pomylił się, i co gorsza, uzasadnianie „pomyłki” napadem szału, to nie tylko zwykła herezja. To potwierdzenie, że pan prezes Kaczyński podczas „szału polemicznego”, stanu coraz częściej u niego obserwowanego, może zrobić wszystko. Choćby wojnę z Rosją wywołać, jeśli uzna, że Rosja też „krew ma na rękach”.

Nie powiodła się policyjna prowokacja podczas protestów Polek przed bunkrem TVP info na warszawskim Placu Powstańców Warszawy.
Scenariusz prowokacji zapewne był prosty, jak budowa pałki teleskopowej. Przebrani za bandytów policjanci mieli pobić demonstrantów aby zdesperowani demonstranci zaczęli bić policjantów. Aby potem kaczystowska propaganda mogła zrównać protestujące Polki z bandytami- narodowcami. Tymi atakującymi policjantów podczas Marszów Niepodległości.

Ku zdumieniu bawiących się w bandytów policjantów bite przez nich Polki nie zachowały się jak znani im bandyci- narodowcy. Nie pobiły atakujących je bandytów, czyli policjantów. I tak misternie utkana prowokacja poszła się jebać. Jak mawiają rasowi narodowcy i przebrani za nich policjanci.

Ponieważ pomimo wielu wysiłków służby pana prezesa nie mogły zaprezentował protestujących Polek jak bandytów – narodowców, rozpoczęły się chaotyczne poszukiwania zastępczych bandytów. Inaczej trudno byłoby przebranym za bandytów policjantów rozliczyć koszty prowokacyjnej akcji. A szczuje z TVP info nie mieliby kogo propagandowo opluwać.

Bóg pomógł szczujom z TVP i policjantom zarabiającym jako bandyci. Zesłał im marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego i kilkoro innych parlamentarzystów z Lewicy. Przedzierający się, przez kordony policyjne, do pracy w Sejmie marszałek Czarzasty został przez policjantów zatrzymany i poszturchiwany. Inni policjanci używali gazu wobec posłanek Lewicy i KO. Pomimo tego Czarzasty oświadczył, że nie złoży skargi na policjantów, bo winni są ich przełożeni. Wtedy ci przełożeni postanowili dalej bawić się w bandytów. Marszałka Czarzastego oskarżono o napad, pobicie i okaleczenie policjanta. A parlamentarzyści PiS przebąkiwać o odwołaniu Czarzastego z funkcji wicemarszałka Sejmu. A także o wprowadzeniu regulacji prawnych, które ograniczą immunitet poselski.
O kaczystowskiej drodze do „praworządnego państwa”, czyli posadzenia opozycji na więziennych pryczach.

Elity PiS wielokrotnie wzdychały za II Rzeczpospolitą. Za tamtą luxtorpedą, Centralnym Okręgiem Przemysłowym, ograniczeniem „Sejmokracji”. Czy doczekamy się nowej Berezy Kartuskiej ?

Na razie w Internecie karierę robi pan rzecznik prasowy Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka, który podczas występów w Telewizji „Trwam” określił parlamentarzystów „tchórzami kryjącymi się za immunitetem”. Jego kolega, pan minister Błażej Spychalski z Kancelarii pana prezydenta Dudy zadeklarował w radiowej „Trójce” wielką radość z skutecznej reakcji policji na protesty Polek.
Jeszcze niedawno panowie z PiS regularnie deklarowali swój szacunek wobec Polek. „My w Polsce panie całujemy w rączki”, chwalili się za granicami. Teraz policja państwowa udowodniła ten „rycerski szacunek”. Przy pomocy gazu i pałek teleskopowych.

Głosami prawicy Sejm odrzucił społeczną kandydaturę Zuzanny Rudzińskiej- Bluszcz na Rzecznika Praw Obywatelskich. Funkcję Rzecznika dalej musi pełnić Adam Bodnar, choć czas jego kadencji już minął, i co sprawia, że on też już mógłby siedzieć. Ech, daleko jeszcze do tej „praworządności” PiS.

Pan Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas miał wyjaśnić, dlaczego w oficjalnych statystykach brakuje tysięcy zakażonych. Ale zamiast wyjaśnień usłyszeliśmy o dymisji inspektora ze względu na jego stan zdrowia. Za dużo lodu wkładał sobie do majtek?

Ośmiesza nas przed całym światem, mówiąc Unii Europejskiej: hajs dajcie, ale nie wymagajcie od nas uczciwości? 25 krajów Unii: Litwa, Czechy, Słowacja, Grecja – patrzy na nas z politowaniem i zmęczeniem. Oni nie mają problemu z powiedzeniem: tak, jesteśmy gotowi na uczciwość. My – zdaniem Kaczyńskiego – problem mamy. My, i zawsze gotowe na pieszczoty z Putinem, Węgry”, komentuje lider ruchu Polska 2050 Szymon Hołownia. I sumuje :„Każdy z nas przez idiotyczne weta straci ponad 6 tysięcy złotych.

A tymczasem pan premier Morawiecki zapowiedział odwołanie tradycyjnych obchodów Świąt Bożego Narodzenia. W zamian obiecał Święta Wielkiej Nocy, bo po 18 stycznia 2020 będzie już szczepionka, czyli będzie tak jak było. Ponieważ nie sprecyzował o której godzinie szczepienia zaczną się, to zdenerwował wielu Polaków. Szczególnie tych, którzy wierzą, że 18 stycznia będą mieć odbiór obiecanych im polskich samochodów elektrycznych.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

BOA – Bardzo Odważni
Antyfeminiści

Ulice miasta się zaroiły,
dziś pokaz swojej szykują siły,
by „kaczej sekty” marzenia ziścić
B-ardzo O-dważni A-ntyfeminiści.

Drżyj białogłowo – nadciąga klęska,
nadchodzi kacza gwardia zwycięska.
Dla kobiet gorsi są jak faszyści
B-ardzo O-dważni A-ntyfeminiści.

Składana pałka i gaz w kieszeni
w mig Twój stan zdrowia potrafią zmienić,
gdy, chcąc poskromić Cię, z nich skorzysta
B-ardzo O-dważny A-ntyfeminista.

Lecz, choć po zmierzchu i po kryjomu
Oni też muszą wrócić do domu.
To tam znajduje swą „cichą przystań”
B-ardzo O-dważny A-ntyfeminista.

Szanowne Panie, Dziewczyny, Babcie
wałki do ciasta czym prędzej złapcie,
niechaj nad uchem dzisiaj zaświszczą
B-ardzo O-dważnym A-ntyfeministom.

Ryszard Grosset

Dramatyczny wieczór w Warszawie

Policja nie pozwoliła kobietom i ich zwolennikom zablokować Sejmu – sama otoczyła parlament barierkami. Demonstranci nie zamierzali ustępować i ruszyli blokować centrum miasta. Pod siedzibą Telewizji Polskiej w ruch poszedł gaz.

18 listopada Sejm wznowił po przerwie pracę – i właśnie tego dnia Ogólnopolski Strajk Kobiet postanowił przypomnieć o tym, że sprawa praw kobiet ciągle nie została załatwiona.

Protesty kobiet w Warszawie i nie tylko w poprzednich tygodniach nie były już akceptowane przez policję. Uczestniczki otaczano i spisywano. Na blokadę Sejmu policja również się przygotowała – tylu radiowozów w centrum miasta nie widziano od dawna. W efekcie demonstrantki dość wcześnie opuściły okolicę Sejmu i udały się w kierunku ścisłego centrum. Atmosfera w tłumie była pokojowa. Transparenty z mocnymi słowami skierowanymi w stronę rządzących były jakby mniej liczne.

Przeniesiona blokada

Policja próbowała przegrodzić ulice na trasie przemarszu, ale bezskutecznie, ponieważ protestujący przeszli przez ludzki łańcuch policjantów i policjantek. Tłum zalał rondo de Gaulle’a i ruszył Nowym Światem dalej. Celem stała się Telewizja Polska, znienawidzona tuba propagandowa PiS.

Pod gmachem TVP przy Placu Powstańców Warszawy doszło do kuriozalnej sytuacji. Policja otoczyła plac i uniemożliwiła opuszczanie zgromadzenia, równocześnie… nadając w kółko komunikat o jego nielegalności i wezwanie do rozejścia. Osoby, które chciały go usłuchać, były jednak narażone na to, że kordon potraktuje je gazem.

Wobec uczestników demonstracji policja użyła również pałek teleskopowych. Aktywną rolę mieli w tym policjanci po cywilnemu, którzy próbowali zatrzymać osoby, uznane przez nich za aktywne czy agresywne. Dochodziło do momentów dezorientacji, które mogły zakończyć się wybuchem paniki i prawdziwą tragedią: demonstranci, widząc ubranych po cywilnemu ludzi z pałkami, momentami mieli wrażenie, że to bojówki skrajnej prawicy ich zaatakowały.

Posłanka dostała gazem

Przed gazem nie chroniły nawet legitymacje dziennikarska czy poselska. Operator Onetu musiał otrzymać na miejscu pomoc medyczną. Posłanka Lewicy Magdalena Biejat, która chciała interweniować w sprawie nieumundurowanych policjantów bijących ludzi pałkami i podeszła do kordonu z wyraźnie widoczną legitymacją poselską w dłoni, została spryskana gazem. W innym miejscu policja mogła naruszyć nietykalność wicemarszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego.

– Chciałem przejść, przedstawiłem się – relacjonuje szef SLD. Polityk nie miał przy sobie legitymacji, ale jego tożsamość potwierdzała idąca obok posłanka Anna-Maria Żukowska. Policjant, który zastawił Czarzastemu drogę, uciekł. Jego przełożony nie kwapił się do tego, by go zlokalizować. Sprawa została zgłoszona Straży Marszałkowskiej, powiadomiona została też marszałek sejmu Elżbieta Witek, która oświadczyła jednak, że nie zamierza zajmować się tą kwestią. Dopiero następnego dnia policja poinformowała, że jednak postara się wyjaśnić sytuację.

Otoczonym w kordonie na Placu Powstańców i przy ul. Wareckiej pomagali mieszkańcy pobliskich domów. Otwierali im przejścia na parkingi podziemne, pomagali przeskoczyć płot przy zamkniętym osiedlu. W tym samym czasie druga grupa protestujących tkwiła w kordonie przy ul. Pięknej. Tam kto zgodził się zostać spisany, mógł odejść – a część demonstrantów uniknęła nawet tego, przekonując policjantów, że podali już dane ich kolegom.

Zachowanie policji nie było kwestią przypadku czy nadgorliwości konkretnych oficerów. 18 listopada Jarosław Kaczyński grzmiał z sejmowej mównicy w stronę opozycji, zarzucając jej, że demonstracje doprowadziły do śmierci wielu ludzi. Wicepremier ds. bezpieczeństwa groził: wielu z was będzie siedzieć.

Igrzyska śmierci, wersja nieco zubożona

Chleba i igrzysk domagał się podobno lud rzymski (choć mam wrażenie, że bez igrzysk jakoś by sobie poradzono). W Grecji igrzyska miały charakter pospołu religijny, integracyjny i intelektualny, ale Rzymianie zrobili z nich istny show. Później tradycja nieomal zanikła i odrodziła się tak naprawdę dopiero w USA.

Klasyczne igrzyska zbliżone są bardziej do greckich, choć już bez religijnego charakteru – co nie oznacza, że pozbawione są rytuałów. Przyznam, że osobiście wolę przekazywany z rąk do rąk ogień „olimpijski” niż obronny łańcuch różańcowy.

Dziś Igrzyska Olimpijskie to biznes i gra interesów. Igrzyska Europejskie natomiast to jakby dziecko gorszego boga, olimpijskiego. Dopóki kraje europejskie gromiły – sportowo oczywiście – inne kontynenty (a warto pamiętać o Igrzyskach Panamerykańskich i Azjatyckich organizowanych od 1951 roku oraz Igrzyskach Afrykańskich od roku 1965), nikt się tu nie bawił w imprezy lokalne. Rozpad systemu krajów socjalistycznych i pojawienie się w szeroko rozumianej Europie wielu nowych krajów wzbudziły jednak głód sportowych medali. Stąd pomysł na nowe igrzyska. I nie powinno dziwić to, że z ich inicjatywą wystąpiła malutka Chorwacja.

Dotąd Igrzyska Europejskie odbyły się dwa razy. Może niekoniecznie w samym centrum Europy, ale za to pod patronatem Europejskiego Komitetu Olimpijskiego, który należy do rodziny Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i zrzesza narodowe (krajowe) komitety olimpijskie z 50 krajów Europy.

Organizacja igrzysk, nawet tych nieco mniejszych, to sprawa niełatwa, i coraz trudniej znaleźć chętnych. W zasadzie jeśli chodzi o Igrzyska Europejskie 2023, oficjalnie wpłynęła tylko jedna oferta. Najlepsza. Małopolska. To znaczy, podobno oferta była wspólna, ale miasto Kraków (podobno) długo wzdragało się przed oficjalną deklaracją, sugerując, że to pomysł władz województwa. W kwietniu 2019 roku jednak marszałek Kozłowski i prezydent Majchrowski podpisali wniosek o organizację igrzysk, który następnie PKOL złożył w siedzibie Europejskiego Komitetu Olimpijskiego. Inicjatywę marszałka Kozłowskiego gorąco wspierała premier Beata Szydło aż do końca swojego (wice)premierowania.

A więc igrzyska czas zacząć. W zatwierdzonym we wrześniu 2020 programie znalazły się: łucznictwo, pływanie synchroniczne, badminton, koszykówka 3×3, piłka ręczna plażowa, siatkówka plażowa, taniec sportowy – breaking, kajakarstwo (slalom, sprint), kolarstwo (MTB, szosowe), szermierka, gimnastyka, judo, karate, pięciobój nowoczesny, biegi górskie, rugby 7-osobowe, strzelectwo sportowe, skoki narciarskie na igelicie, wspinaczka sportowa, tenis stołowy, triathlon, piłka siatkowa, podnoszenie ciężarów, zapasy. Czyli luz, wszystko do zrobienia.

Luz tym większy, że Kraków rękami prezydenta przedstawił listę inwestycji, co do których oczekuje pełnego finasowania ze strony rządu. Są tu oprócz basenu olimpijskiego (50-metrowego) trasa balicka, modernizacja stadionu Wisły i zakup nowych tramwajów. Podpisanie umowy między organizatorami: rządem, województwem i miastem, zapowiadano na wrzesień. Jest listopad i oto mamy pełnomocnika rządu do spraw igrzysk. Czyli kroczek naprzód.

Można i należy zapytać, kto i czego oczekuje po igrzyskach. Impreza ma się odbyć w roku 2023 – roku wyborów parlamentarnych i samorządowych. W roku, w którym sukcesy będą bardzo potrzebne, a kosztów przedsięwzięcia raczej się nie podsumuje, bo organizatorom przecież nie będzie się spieszyło.

Prezydent Krakowa liczy na pieniądze. Miasto nie ma już praktycznie żadnych własnych funduszy na inwestycje i opiera się wyłącznie na funduszach europejskich. Kraków poniósł chyba największe straty finansowe w wyniku wiosennego lockdownu, a nawrót epidemii sprawia, że światła w tunelu nie widać. Widać za to, w jakim stopniu budżet miasta zależy od pieniędzy pozostawianych tu przez turystów. Szacuje się, że jest to ponad 7 miliardów złotych (2019). Dla porównania, wszystkie wpływy budżetowe Krakowa w 2019 roku wyniosły niespełna 6 miliardów. Wyliczenia na rok 2020 oscylują znacznie bliżej zera, a niewykluczone, że rok 2021 będzie bardzo podobny. Można więc zrozumieć, dlaczego prezydent Krakowa chwyta się brzytwy, pardon – igrzysk. Bez basenu co prawda da się żyć, bez trasy balickiej także, ale za tramwaje trzeba czymś zapłacić. A jest też cień szansy, że i hotele się zapełnią przynajmniej na czas imprezy.

Województwo samorządowe zadowoli się chyba samym sukcesem, tj. igrzyskami, choć pewnie ma swoją listę inwestycji do sfinansowania. Kwestia finansów jest tym delikatniejsza, że 29 kwietnia 2019 roku sejmik przyjął rezolucję „w sprawie sprzeciwu wobec wprowadzenia ideologii »LGBT« do wspólnot samorządowych”. Radni zadeklarowali tam „wsparcie dla rodziny opartej na tradycyjnych wartościach oraz obronę systemu oświaty przed propagandą LGBT zagrażającą prawidłowemu rozwojowi młodego pokolenia”. Francuski Region Centralny-Dolina Loary, współpracujący do tej pory z Małopolską, teraz za tę współpracę podziękował. Należy się też liczyć z zawieszeniem finansowania inwestycji wojewódzkich z funduszy europejskich.

Jeśli więc nie będzie igrzysk… to nie będzie niczego. Nawet Kononowicza.

A czemu rządowi do szczęścia potrzebne są igrzyska? No cóż, ważne są medale, bo wtedy można ocieplić swój wizerunek zdjęciem ze sportowcem. Ważne są igrzyska, bo igrzyska ważne są zawsze.

Przypominam jednak, że rok 2023 to rok wyborczy. Igrzyska przeminą i zapewne odbędą się wybory podwójne – samorządowe i parlamentarne. Nie bez powodu rządowym pełnomocnikiem ds. igrzysk został Jacek Sasin, prawa ręka nad(wice)premiera. Zorganizował przecież wiosenne wybory. To nie jego wina, że się nie odbyły. On był gotów i nawet znał ich wynik. Podobno. To człowiek o niesłychanej intuicji i szczęściu. Miał lecieć samolotem do Smoleńska, ale pojechał samochodem. Za to wrócił pierwszym dostępnym lotem, by koordynować akcję z centrali.

Koordynował do końca.

W 2015 roku został posłem, na pewno nie szeregowym. Przewodniczył sejmowej komisji finansów. Potem wyznaczono go na wicepremiera, by – jak mówił – koncentrował się na nowych propozycjach dla Polaków. Resztę już znamy.

Wybory w demokracji, i nie tylko, to kosztowna sprawa. Plan zwiększenia dotacji dla partii politycznych nie wypalił. PiS musi więc sobie jakoś poradzić ze zbieraniem funduszy wyborczych i okołowyborczych. Dlatego wcale się nie zdziwię, jeśli cała obsługa promocyjna Igrzysk Europejskich zostanie powierzona jednej agencji. Zwłaszcza gdy tylko jedna agencja złoży ofertę.

Reszta to już inna bajka lub opowieść Hoffmanna. Czy jakoś podobnie.