Flaczki tygodnia

Dlaczego pan prezes Kaczyński polecił budowę domów z „płaskimi dachami”?
Aby z góry było wiadomo, gdzie mieszkają zwolennicy PiS.

„Polskie marzenie” – taki telewizyjny pasek emitowano w TVP Info podczas sobotniego wystąpienia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Jego sterana twarz, pokurczona od stałej nienawiści do „zdradzieckich modr” i zdradzająca pierwsze starcze demencje, była w TVP Info wizerunkiem nowej, przyszłej, dumnej Polski. Tej na miarę wielkich polskich marzeń.

Jak powinna wyglądać za dziesięć, dwadzieścia lat ta przyszła bogata Polska, doganiająca już bogaty Zachód? Tak jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania trzydzieści lat temu. Pan prezes Kaczyński zdradził,że zachował w swojej pamięci obraz „bogatego Zachodu” z końca XX wieku. I taki teraz chce naśladować. Takie zachodnie społeczeństwa teraz ma Polska doganiać.
Słuchając sobotniego wystąpienia pana prezesa Kaczyńskiego „Flaczki” przypomniały sobie wizję idealnego społeczeństwa z książki Augusta Bebla „Kobieta i socjalizm”. Wydanej po polsku po raz pierwszy w 1910 roku. Zrealizowaną częściowo w drugiej połowie XX wieku przez zachodnie socjaldemokracje i zwolenników „państwa opiekuńczego”. Teraz kaczyńskie „ Polskie marzenie” wskrzesza niektóre z postulatów starego Bebla.

„Polskie marzenie”, „Polski Nowy Ład” to też nośne propagandowe hasła. Echa „Chińskiego marzenia” przewodniczącego Xi i „New Dealu” Franklina Delano Roosevelta.
Ale proponowane Chińczykom „chińskie marzenie” jest odważnym projektem stworzenia nowego zamożnego, nowoczesnego, innowacyjnego społeczeństwa żyjącego wedle zasad zielonej ekonomii. Projektem reformatorskim, czasem rewolucyjnym.
Amerykański „New Deal” też był projektem progresywnym. Proponującym nowe rozwiązania. Zrywającym z ówczesnym konserwatywnym liberalizmem.
W przeciwieństwie do nich kaczyńskie „Polskie marzenie” jest konserwatywną utopią. Tworzącą kontrrewolucyjną kontrą do rozwoju społecznego w Unii Europejskiej. Tworzoną za dotacje i pożyczki uzyskane z tej Unii. Ale o tym finansowaniu liderzy prawicy nie wspominają. Cicho-sza !

Ten „Nowy Polski Ład” to wizja szczęśliwego życia w rodzinie wielodzietnej. W domku małym, może i dla pięcioosobowej ciasnym, ale własnym. Z pracującym Ojcem rodziny i jego żoną – wzorową matką Polką. Pracującą, ale niekoniecznie zawodowo. Rodziną wzmacnianą socjalnymi nagrodami za wielodzietność. A także autobusami docierającymi do każdej wsi i pociągami odjeżdżającymi z każdego miasteczka. Sprawną służbą zdrowia i niepodległą narodową gospodarką.

„Warto być Polakiem”- zadeklarował pan prezes Kaczyńskim. Kopiując cadyka ze znakomitego filmu „Austeria” zdradzającego mądrość usłyszaną od Boga. Że „Warto być Żydem” .

Oczywiście w programie rozwoju proponowanym przez jaśniepana prezesa, jego PiS, oraz jeszcze jego Gowina i Ziborę, można znaleźć wiele słusznych postulatów. Reanimację polskiej służby zdrowia, nieopodatkowane emerytury, podniesienie podatków najbogatszym, likwidację umów śmieciowych i wiele innych, niecierpiących zwłoki. Wiele z propozycji Polskiego Nowego Ładu kopiuje projekty ustaw złożonych już w Sejmie przez Klub Parlamentarny Lewicy. Dlatego realizując je rząd PiS zapewne będzie miał wsparcie parlamentarnej Lewicy.
Jednak proponowane obywatelom naszego państwa kaczyńskie „Polskie marzenie” nie dostrzega międzynarodowego otoczenia Polski i postulowanych przez USA, Chiny, Unię Europejska globalnych polityk. To program dla rodzin zamykających się przed światem w domkach wybudowanym bez zgodności z planami zagospodarowania terenów, planowania przestrzennego. Z symbolicznym płaskim, niczym horyzont myślowy elit PiS, dachem.

„Polska musi być krajem dumnym”, zadekretował jaśniepan prezes. W praktyce polską „Dumę” ma zrealizować pan premier Mateusz Morawiecki. Uważany przez polskie internetowe społeczeństwo, i nie tylko, za notorycznego kłamcę.
Polityka, który już wcześniej obiecywał nam milion polskich samochodów elektrycznych, polskie promy morskie z polskich stoczni, nową polską „Luxtorpedę”, czyli polskie koleje dużych polskich prędkości, polski Centralny Port Komunikacyjny, polski program Mieszkanie +, polski program Start Up-ów, i dziesiątki innych, również niezrealizowanych, polskich marzeń.

„Polskie marzenia” ma realizować premier, który w zeszłym roku chciał przeprowadzić w Polsce „wybory pocztowe”. Niezrealizowane, bo okazały się tak bezprawne, że nawet pan wicepremier Gowin sprzeciwił się nim, ale kosztujące polskich podatników ponad sto milionów złotych.
Łamanie prawa przez rząd pana prezesa Kaczyńskiego potwierdziły właśnie raporty Najwyższej Izby Kontroli kierowanej przez pana prezesa Banasia. Nominowanego na to stanowisko przez elity polityczne PiS. Wtedy określanego jako człowiek o „kryształowym” pionie moralnym.
Potem oskarżanego przez media o przekręty finansowe. Wzywanego przez pana premiera Morawieckiego aby dobrowolnie podał się do dymisji i z NIK odszedł.

Teraz dalszy los pana premiera Morawieckiego i jego ministra Dworczyka zależy od aktywności prokuratury podporządkowanej panu prokuratorowi i ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze. Skłóconemu z panem prezesem Kaczyńskim i jego premierem Morawieckim.
I jeśli teraz pan minister Ziobro zechce udowodnić, że jego prokuratura jest rzeczywiście od władzy „niezależna”, to możemy doczekać aktów oskarżenia wobec pana premiera lub jego najbliższych współpracowników. Za złamanie prawa przy organizowaniu „wyborów pocztowych”.

I wtedy jaśniepan prezes będzie musiał znaleźć sobie nowego premiera do realizowania starego „Polskiego marzenia”. Albo przez świadome doprowadzenie do niechwalenia przyszłorocznego budżetu urządzenie nam przedterminowych wyborów parlamentarnych.
Do których ostatnie kłótnie w opozycji parlamentarnej mogą go wielce zachęcać.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Złe rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Kopertą w Morawieckiego

Zapowiadana szumnie konferencja prezesa NIK, Mariana Banasia, nie rozczarowała widzów. Padło wiele gromkich słów, mają być złożone doniesienia do prokuratury.

Banaś uderzył PiS w najbardziej czułe miejsca: finanse i łamanie prawa. Kontrola objęła KPRM, MSWiA, Pocztę Polską oraz Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych. Te dwie ostatnie instytucje, a raczej ich zarządy, w opinii kontrolerów NIK, mogły dopuścić się popełnienia przestępstwa. W związku z czym NIK złożył do prokuratury doniesienia w tej sprawie.

Bezprawne polecenia

Poza tym Banaś wskazał, że premier wydawał polecenia Poczcie Polskiej i PWPW „bez podstaw prawnych”. Banaś poinformował, o czym od dawna informowali prawnicy, że jedyna instytucją, uprawniona do organizowania wyborów w jakiejkolwiek formie, jest Państwowa Komisja Wyborcza. Zaś decyzje administracyjne w tym wypadku nie powinny w ogóle mieć zastosowania i było niezgodne z prawem.

Kontrolerzy NIK wykazali, że część działań była prowadzona bez niezbędnych umów i porozumień. Naruszono zasady ochrony danych osobowych. Skutkiem takich działań były wymierne straty finansowe instytucji państwowych liczone w milionach złotych.

Wyniki kontroli, podane na konferencji, wiele straciłyby ze swego powabu, gdyby Marian Banaś nie mówił o swoich sprawach prywatnych.

Odniósł się do aktywności służb w siedzibie NIK po rzekomym komunikacie o podłożonej bombie. Wspomniał też o interwencji policji w związku z mailami, że syn prezesa NIK miałby chcieć popełnić samobójstwo. Doniesienia okazały się fałszywe.

Szybka reakcja

Rząd natychmiast zareagował na konferencje Mariana Banasia. Centrum Informacyjne Rządu oznajmiło, że „wszystkie decyzje o rozpoczęciu technicznych przygotowań do głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich były zgodne z prawem; premier i szef KPRM stali na straży Konstytucji”.

Powołano się na „wiele ekspertyz prawnych” (jakich? czyich?), a także fakt, iż rząd „ma obowiązek” stworzenia warunków do przeprowadzenia wyborów w przewidzianym terminie.

A premier nie „zarządził” a „nakazał” Poczcie Polskiej i PWPW rozpoczęcie przygotowań.

Wyniki kontroli NIK byłyby w każdym państwie sensacją. Jednak w polskim przypadku nie da się traktować ich inaczej jak tylko kolejnego przejawu brudnej walki politycznej w łonie rządzącej grupy.

Recepta na mieszkanie

Mieszkania na wynajem to tylko fragment problemu

Lewica twierdzi, że w ramach negocjacji z Premierem Morawieckim uzyskała wpisanie do Nowego Ładu, czy też Krajowego Funduszu Odbudowy budowę 75000 tanich mieszkań na wynajem. Środki te mają pochodzić z Unijnego Funduszu Odbudowy. Należy się cieszyć, że propozycja ta została uwzględniona w materiałach przesłanych do Komisji Europejskiej do zatwierdzenia. Radość socjalistów jest jednak ograniczona z kilku powodów.

Po pierwsze rząd Morawieckiego złamał już wiele obietnic, które nie zostały zapisane w formie pisemnego porozumienia, nie dotrzymał również wielu obietnic zapisanych w obowiązujących dokumentach. Pożyjemy, zobaczymy jak będzie tym razem.

Budowę tanich mieszkań na wynajem Morawiecki obiecał już kilka lat temu. Z zadeklarowanych 100 000 wybudowano niewiele i program praktycznie zamarł.

Miejmy nadzieje, że środki unijne pozwolą na zrealizowanie obietnic popartych porozumieniem z lewicą.

Istotną wadą tego porozumienia jest brak ustalonych koncepcji zrealizowania tego planu.

Praktycznie oznacza to zgodę na jego realizację wg. swoiście rozumianych zasad omnipotencji państwa we wszystkich sprawach dotyczących obywateli.

Zostanie prawdopodobne powołana nowa nieruchawa instytucja centralna z wysoko płatnymi stanowiskami dla działaczy Zjednoczonej Prawicy i ich rodzin i jednocześnie zostaną narzucone nowe obowiązki na samorządy, bez wsparcia finansowego.

Sama realizacja przygotowania i realizacji poszczególnych inwestycji powierzona zostanie deweloperom, którzy wliczą w koszty realizacji swój nie mały zysk.

Kolejnym niedostatkiem porozumienia jest skupienie się wyłącznie na budowie mieszkań na wynajem, pozostawiając nierozwiązany problem budowy tańszych mieszkań na własność.

Budownictwo mieszkaniowe to ważna dziedzina gospodarki, w której kreowane są również nowe miejsca pracy, potrzebny w nim jest udział różnych podmiotów, w tym spółdzielczych i komunalnych, a jeśli ma być tanio to udział deweloperów musi podlegać ścisłej kontroli ze strony zainteresowanego społeczeństwa.

W mieszkalnictwie ostatnia dekada to lata względnie stabilnych, stosunkowo wysokich efektów budownictwa mieszkaniowego, których odzwierciedleniem nie była jednak poprawa dostępności mieszkań dla osób o niskich i przeciętnych dochodach.

Jest to efekt neoliberalnych stosunków gospodarczych, w których zysk jest jedynym kryterium , a jednostka pozostawiona jest sama sobie. Rozwarstwienie społeczne rośnie, co odbija się bezpośrednio także na dostępności mieszkań. Po transformacji ustrojowej mamy dużą podaż mieszkań dostępnych dla osób o wysokich dochodach, przewyższający nawet popyt w tej grupie, a wysoki deficyt mieszkań dostępnych dla osób o niskich i przeciętnych dochodach.

Statystyki dowodzą, że budownictwo mieszkaniowe generuje obecnie znaczne zyski, przechwytywane przez developerów, w których przekształciła się również znaczna ilość spółdzielni mieszkaniowych.
Znamienne jest, że to głównie za sprawą PiS umożliwiono wykup mieszkań lokatorskich od spółdzielni, za przysłowiową złotówkę, likwidując zasób, który spółdzielnie mogły wykorzystywać (po śmierci lokatora) na wynajem.
Tymczasem, po transformacji wykształcił się nowy model zarządzania, w którym problemy mieszkalnictwa należą do samorządów, które mogą być lepiej kontrolowane przez obywateli niż ogólnopolska instytucja państwowa.

Dysponowanie pozyskanymi środkami i gruntami skarbu państwa przez pozbawione dotychczas środków samorządy, przy właściwych uregulowaniach prawnych, zapewniających bezpośrednią kontrolę zainteresowanych mieszkańców, oraz ujednoliceniu zasad , przyniosłoby lepsze i szybsze efekty.

Również spółdzielnie mieszkaniowe mogą odegrać kluczową rolę w rozwoju mieszkalnictwa. Wymaga to zmian w prawie spółdzielczym i powrotu (z koniecznymi zmianami) do roli, jaka odgrywały one przed wojną i w okresie PRL. Chodzi przede wszystkim o przywrócenie budowy mieszkań lokatorskich wg zasad jakie obowiązywały przed wojną i przywrócenie list oczekujących. Samorząd Spółdzielczy, przy odpowiednich regulacjach prawnych może zagwarantować bezpośredni nadzór nad prawidłowym działaniem programu.

Zapomniana została pochodząca jeszcze z okresu międzywojennego (realizowana przez Polską partię Socjalistyczną) i w pewnym zakresie kontynuowana w okresie PRL forma budownictwa spółdzielczego, w której spółdzielnie tworzyły osoby zainteresowane budową własnego mieszkania. To oni wybierali zarząd i decydowali o wyborze wykonawcy i kolejnych działaniach. Istniała też możliwość częściowego zastąpienia kolejnego wkładu finansowego, własna pracą, szczególnie dla osób mających odpowiednie przygotowanie zawodowe.

Przywrócić należy znaczenia komunalnej polityce mieszkaniowej. Zmiany nastawienia samorządu na rzecz budowy mieszkań komunalnych muszą być skorelowane ze zmianami preferencji budżetowych we wsparciu samorządów, a w szczególności głębokich zmianach w ustawie o finansowym wsparciu tworzenia lokali socjalnych, mieszkań chronionych, noclegowni i domów dla bezdomnych oraz ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego. Samorządy powinny być jedynym decydentem wykorzystania własnych gruntów i gruntów pozyskanych od Skarbu Państwa na cele budownictwa mieszkaniowego
Spółdzielnie mieszkaniowe powinny odzyskać kluczową rolę w rozwoju mieszkalnictwa. Wymaga to zmian w prawie spółdzielczym i powrotu (z koniecznymi zmianami) do roli, jaką odgrywały one przed wojną i w sposób ułomny w okresie PRL. Chodzi przede wszystkim o przywrócenie budowy mieszkań lokatorskich wg zasad jakie obowiązywały przed wojną i przywrócenie list oczekujących. Samorząd Spółdzielczy powinien zagwarantować bezpośredni nadzór nad prawidłowym działaniem programu. Należy stworzyć program budowy mieszkań przez spółdzielnie budowlane tworzone przez osoby zainteresowane współudziałem w budowie własnych mieszkań , Taka forma budownictwa powinna w pierwszym rzędzie uzyskiwać wsparcie państwowe i samorządowe.

Kluczową rolę w powyższych rozważaniach odgrywa forma pomocy finansowej państwa w programach udostepnienia tanich mieszkań zarówno na wynajem jak i na własność.

Budowa mieszkań na wynajem musi być całkowicie finansowana z budżetu państwa. Srodki te mogą podlegać długotrwałemu zwrotowi w ramach czynszu za wynajem, przy czym powinny być częściowo umarzane w wysokości zależnej od dochodów osób wynajmujących.

Opłaty eksploatacyjne powinny podlegać zasadzie non profit, czyli bez zysku dla jednostek zarządzających. Można dodać, że taka zasada powinna obowiązywać również dla wszystkich przedsiębiorstw komunalnych dostarczających podstawowe usługi dla ludności czyli woda, ścieki, wywóz nieczystości, centralne ogrzewanie itp.

Regulacji wymaga też sprawa wynajmu mieszkań przez prywatnych właścicieli mieszkań.

Właścicielom tych mieszkań należy się amortyzacja poniesionych kosztów budowy lub zakupu mieszkania oraz sprawiedliwy udział w ponoszonych opłatach eksploatacyjnych. Do akceptacji trzeba też przyjąć pewien dochód z wynajmu. Jednak ceny wynajmu zwykle daleko wykraczają poza te reguły. Z drugiej strony słabe jest zabezpieczenie właściciela przed zdarzającą się rabunkową gospodarką mieszkaniem przez wynajmującego i występujące trudności przy pozbyciu się lokatora nie płacącego lub dewastującego mieszkanie. Potrzebna jest ustawa o najmie oraz stworzenie szybkich ścieżek prawnych do rozstrzygania sporów w tym zakresie np. poprzez ustanowienie urzędowych rozjemców.

Dla młodych osób starających się o własne mieszkanie kluczowa rolę powinny odgrywać tanie i gwarantowane przez państwo kredyty na brakującą część wkładu własnego, możliwość czasowego zawieszania spłat kredytu bankowego (z gwarancją rządową) w przypadku okresowych trudności życiowych (utrata pracy, choroba lub nie zawinione wypadki losowe).

Mieszkanie własne lub wynajmowane, to kwestia nie tylko zasobów finansowych, ale także przyjętego modelu społecznego. W państwach w których występuje duży udział mieszkań wynajmowanych w ogólnej puli mieszkań (np. Niemcy) występuje też duża migracja wewnętrzna. O miejscu podjęcia pracy lub jej zmiany bardzo często nie decyduje miejsce zamieszkania. Występuje migracja do dużych miast, ale również migracja z mało przyjaznego środowiska wielkomiejskiego do małych miast, czy nawet wsi. Przy takim modelu migracji mieszkania wynajmowane maja znaczna przewagę nad posiadaniem własnego. Przy czym zasady wynajmu są np. w Niemczech dość ściśle uregulowane i rzadko występuje tam forma wyzysku wynajmującego przez właściciela i niewłaściwe zachowanie najemcy w wynajmowanym mieszkaniu.

W Polsce migracja występuje głównie do wielkich miast i nowi osiedleńcy pragną posiadać własne mieszkanie, Wiąże się to głównie z niedorozwojem gospodarczym i kulturalnym małych ośrodków. Sytuacja ulega stopniowej poprawie, ale do normalności w tym zakresie mamy jeszcze daleką drogę.
I na zakończenie. Neoliberalny model gospodarki i dostosowane do niego regulacje prawne doprowadziły do nierówności wobec prawa kredytodawców (banki) kredytodawców (obywateli- klientów banków) co doprowadziło do olbrzymich trudności, a nawet upadłości tych ostatnich.
Klinicznym przykładem sa kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Proces naprawy tych nierówności musi stać się jednym z priorytetów, a lewica powinna poświecić temu zagadnieniu większą uwagę.

Pielęgniarki protestują

Pielęgniarki i położne rozpoczęły swój protest 12 maja pod Sejmem. Pracownice służby zdrowia przyjechały z całej Polski, by po raz kolejny upomnieć się o swoje prawa i zmusić rząd do podjęcia zdecydowanych działań w kwestii poprawy płac i zwiększenia kadr.

Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych Krystyna Ptok złożyła życzenia pielęgniarkom i położnym z okazji ich święta. Życzyła bezpiecznych warunków pracy, dobrych wynagrodzeń, zdrowia i siły do wykonywania tego trudnego zawodu. Przypomniała jak w 2019 r. premier zagwarantował pielęgniarkom i absolwentom szkół pielęgniarskich poprawę sytuacji zawodowej. Zakomunikowała, że dokument nie jest realizowany, a od spotkania z ministrem zdrowia Niedzielskim minął rok. Dopiero niedawno udało się zorganizować spotkanie, które w żadnej mierze nie było satysfakcjonujące dla środowiska.

– Minister nie zdaje sobie sprawy, że wysoka umieralność w polskich szpitalach nie wynika ze złego prowadzenia się Polaków, a z fatalnego stanu służby zdrowia – konkludowała Ptok.

Zaalarmowała również, że pielęgniarek w Polsce jest dziś stanowczo za mało. Średnia wieku to ponad 50 lat i ciągle rośnie. Liczba pielęgniarek w systemie zdrowia stale maleje. Dzisiejsza sytuacja to efekt wieloletnich zaniedbań, niedoceniania personelu medycznego, niskich płac przy ogromnym wysiłku pracowników. Bardzo wiele osób wyjechało do pracy na Zachód, gdzie warunki zatrudnienia są dużo lepsze.

Według Krystyny Ptok od lat w Polsce nic się nie zmienia, ponieważ rząd nie realizuje obiecanej polityki na rzecz pielęgniarstwa i położnictwa. Gwoździem do trumny zdaniem przewodniczącej była ustawa o najniższych wynagrodzeniach, wedle której nie uznaje się kwalifikacji zawodowych pielęgniarek z licencjatami. W efekcie płace są na poziomie tych dla pracowników niemedycznych. To wielka niesprawiedliwość i skandal, twierdzą pielęgniarki.

– To nie łóżka i respiratory leczą ludzi. Prezydent nie wie co mówi. Można wstawić tysiące łóżek i respiratorów do szpitali, ale nic to nie da, jeśli zabraknie personelu – mówiła podczas konferencji prasowej Krystyna Ptok.
Pielęgniarki apelują o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia oraz promocję i wsparcie dla przyszłych pracowników. Obecnie liczba pielęgniarek i położnych stale maleje, nie ma chętnych do wykonywania tej pracy. Niskie zarobki w zestawieniu z ciężką i niedocenioną pracą są głównymi czynnikami spadku popularności zawodów medycznych.
Protestujące zwracają również uwagę na przeciążenia pracy w związku z pandemią Covid.

Pilnie poszukiwany złoty róg Platformy Obywatelskiej

Jak walczyć z pisowskim państwem i nie polec

Młode pokolenie straciło wielu przyjaciół. Jego reprezentanci sami potrzebują przewodników, brzydkie słowo na „k” rzadko gości na ich ustach. Tym samym nie przyjmują do wiadomości, że kapitalizm prosperuje dzięki eksploatacji taniej pracy, taniej energii i minerałów, nauki finansowanej przez wspólnotę, taniej opiekuńczej pracy kobiet, w sumie: taniemu życiu kilku miliardów mieszkańców planety. Z listy przyjaciół młodych zostali skreśleni: płacący pod stołem przedsiębiorca, deweloper i bankowiec, pobierający marżę dochodzącą do połowy wartości mieszkania. Ostatnio także biskup odporny na wiedzę, którą przynosi postęp biologii i medycyny. Opadają powoli maski, które korporacje mogą przybierać dzięki zręcznej propagandzie „zielonych” inwestycji. Wspierają ich niebezinteresownie ekonomiści bankowi i katedralni, probiznesowe think-tanki, medialny komentariat. Liberałowie walczą z wielką pomocą państwa amerykańskiego o demokrację i wolność przeciwko autokratom, a zwłaszcza jednemu. A co z rodem Saudów, co z targetersami z Gór Skalistych zabijającymi za pomocą dronów, bez procesu sądowego, dziesiątki dzieci, kobiet mężczyzn? Klepią swoje pacierze o cudach wolnego rynku, świętym prawie własności, rządach prawa, ale prawa socjalne pozostawią łaskawości błogosławionych tworzących miejsca pracy. W Polsce dodatkowo przypinają sobie ordery za obalenie komunizmu, choć uczynił to wcześniej Michaił Gorbaczow. Uznał on bezsens kontynuacji technologicznego wyścigu zbrojeń w realiach gospodarki niedoboru.

Bielmo wolności nie pozwala im dostrzec wielkiej modernizacji polskiego peryferyjnego kapitalizmu międzywojnia. To bezsporne dzieło cywilizacyjne lewicy, działającej w realiach geopolitycznych, które ukształtowało zwycięstwo aliantów z niemiecką III Rzeszą. Rola Stalina w kształtowaniu nowej mapy Środkowej Europy nie była wynikiem jego przebiegłości, tyko bezspornego faktu, że 70% żołnierzy Wehrmachtu zginęło na polach bitew z Armią Czerwoną. W tym przypadku prawda wyzwoliła, ale antykomunizm i hucpiarską rewizję historii najnowszej. Powołanie policji historycznej IPNu wsparli swoimi głosami w sejmie. Na dodatek utorowali kościołowi katolickiemu nadzór nad polską duszą. Klękali na jedno kolano przed biskupem: wprowadzili jego nauczanie do szkół, konkordat, zakaz aborcji, obdzielili majątkiem ziemskim i nieruchomościami. Teraz córy kościoła modlą się, żeby Pan pobłogosławił im najwyżej cztery razy. W sumie, pomogli stworzyć dwa skanseny: narodowo-katolickiego tradycjonalizmu i peryferyjnej gospodarki mistrzów skręcania śrubek. Polak potrafi. Stworzył „najdziwniejszy liberalizm na świecie” (Wanda Trawkina, Krytyka Społeczna, 1/2021).

Ale z perspektywy młodego pokolenia ważniejsze są inne punkty w programie liberałów. Udało się go prawie w całości zrealizować dzięki euforii wyzwolenia od „totalitaryzmu” komuny. Największe sukcesy odnieśli w demontażu funkcji państwa, m. in. sprzedali za bezcen majątek produkcyjny z wyjątkiem strategicznych gałęzi; powierzyli budowę mieszkań deweloperom; w dużym stopniu skomercjalizowali sektor usług publicznych, w tym edukację i ochronę zdrowia, próbowali nawet skapitalizować emerytury. No, i zapewnili taniego, bezbronnego pracownika biznesowi, na dodatek obdarzyli go różnymi przywilejami podatkowymi. Dotychczasowe zadania państwa przekazano w formie kontraktacji, podwykonawstwa, outsourcingu podmiotom zewnętrznym – głównie „obywatelskim” fundacjom i stowarzyszeniom. W konsekwencji polski Lewiatan przerzucał prawą ręką społeczne i ekologiczne koszty pomnażania kapitału na pracujących za „miskę ryżu” plus. Liberalna agenda doprowadziła do degradacji i upokorzenia klas pracowniczych. Przed klęską wyborczą PO w 2015 r. udział płac w PKB między 1995 a 2014 spadł o ponad 10%, a 5 mln korzystało z pomocy społecznej. Dlatego PO kojarzy się młodemu pokoleniu, dryfującemu teraz na śmieciówkach i czekającemu w kolejce na swoją część narodowego tortu, z radami, których udzielał ówczesny prezydent RP: „zausz firmę”, „zmień pracę”, „weź kredyt”. W tej sytuacji PO skazane jest na kolejną porażkę wyborczą. Nie jest ona w stanie stworzyć programu zaadresowanego jednocześnie do beneficjentów III RP, jak i tych, dla których okazała się ona macochą. Stosując rozmaite wizerunkowe czary mary może elektorat powiększyć, ale jak trafić pod wiejskie i małomiasteczkowe adresy? To nie słabości wizerunkowe, lecz anachroniczny, neoliberalny program prowadzi PO od klęski do klęski wyborczej. Ich obecny program to wyzwalanie energii obywatelskiej, zwłaszcza w dużych miastach. Ale to energia zeroemisyjna. Co gorzej, konserwatywni liberałowie stworzyli szanse przejęcia władzy przez uszminkowaną socjalnie formację sprytnych manipulatorów emocjami „zwykłych Polaków”. Innowacyjnie wykorzystują socjotechniki wykluczania i poniżania, by ogłuszać rozum i sumienie suwerena, eksploatując szeroko złoża polskiej ksenofobii, kulturowego konserwatyzmu, rytualnej religijności, a nawet kieszonkowego militaryzmu. Wierność gospodarce rynkowej i przedsiębiorczości małych misiów, łączą z antyrepublikańskim, katolickim konserwatyzmem i autorytaryzmem.

W stosunku do państwa blisko nadwiślańskim liberałom do amerykańskich republikanów – państwo zawsze problemem, nigdy rozwiązaniem. Tak prawią. Dlatego dla młodych państwo to teraz policyjny teleskopowy pałkarz, zamordyzm ZUSu, złodziej ich oszczędności. Ale młodzi nie ogarniają, że to dzieło III RP, w której rządzili bardziej lub mniej zakapturzeni liberałowie – raz z krzywą gębą socjalną, drugi z sarkastycznym „nie ma darmowych obiadów”, co najwyżej kolacje w towarzystwie Merlota Chateau Petrus.

Lewica może powiedzieć: siła złego na jednego. Dlatego musi być przygotowana na długi marsz, podzielony na etapy, o których mówił Mahatma Ghandi: „najpierw was ignorują, potem z was drwią, potem z wami walczą, a potem odnosicie zwycięstwo”. Na razie lewica jest na etapie drwin lisowszczyków.

A co z państwem z perspektywy lewicy? W realnym kapitalizmie zawsze istnieje sprzeczność interesów między władcami korporacji a pracownikami. Menedżment korporacji, ich udziałowcy, akcjonariusze, załoga specjalistów dążą do zwiększania wartości giełdowej firmy. Dla pracownika natomiast najważniejsza jest stabilność zatrudnienia oraz godna praca i płaca. Państwo stoi w rozkroku, tworzy firmom warunki dla maksymalizacji zysków. Ale musi też troszczyć się o pokój społeczny. Temu zaś sprzyja spójność społeczna, brak ogromnych dystansów i różnic majątkowych. Nie może zatem tylko wsłuchiwać się w sygnały rynkowe. Bo w nich artykułują się partykularne interesy przedsiębiorców: krajowych i zagranicznych. Korporacje działające w swoim mikroekonomicznym interesie pomijają koszty społeczne i ekologiczne. Na horyzoncie pojawia się kryzys planetarny. Dlatego dopełnieniem perspektywy firmy łaknącej zysku musi być racjonalność ogólnospołeczna reprezentowana przez państwo, jeśli ma odpowiednich mocodawców i suflerów. To perspektywa narodowej gospodarki, troski o jej gałęziową strukturę, innowacyjność, miejsce w światowym podziale pracy: czy ma globalne firmy, czy tylko poddostawców i podwykonawców. To także perspektywa pracowników najemnych zatrudnionych w całej gospodarce. Bez reprezentacji na poziomie branż, gałęzi nie byłoby możliwe ustalenie zasad podziału dochodu narodowego, takiego podziału, który by służył zaspokojeniu różnorodnych potrzeb, np. minimalnej płacy, stawki godzinowej, określonego poziomu świadczeń emerytalnych, rentowych, ubezpieczeń chorobowych itd. Aktualnie coraz ważniejsza staje się perspektywa planetarna – z punktu widzenia całej populacji ludzkiej z uwzględnieniem potrzeb globalnego ekosystemu, np. zachowania lasów wilgotnych czy ograniczenia przyrostu naturalnego na ubogim Południu.

Codzienna bijatyka na słowa, miny i pozy w telewizyjnych programach, na trybunie sejmowej – nie dociera do istoty problemu. A istotą jest klasowy charakter państwa. Ono bowiem podtrzymuje porządek społeczny, który odtwarza status uczestników procesów gospodarowania: jedna strona układu dysponuje coraz większym kapitałem powiększonym o wartość dodatkową, a druga wciąż dysponuje tylko swoją siłą roboczą. Bieżące konflikty dotyczące podziału wytworzonej nadwyżki musi mitygować państwo. Staje się arbitrem w komisji trójstronnej, kiedy pilnuje głównych reguł i bieżących parametrów dystrybucji społecznego bogactwa. Tak postąpił ostatnio prezydent Biden, zapowiadając podwyżkę podatku CIT dla korporacji z 21 do 28%. Polski liberał znów w niedoczasie. Na dodatek, udział samej przedsiębiorczości w powstaniu nowego bogactwa wynosi według szacunku laureata tzw. ekonomicznego nobla Herberta Simona tylko 10%. Dlatego wysokie podatki są sprawiedliwe. W tej sytuacji są dwie główne kręte drogi do postkapitalizmu. Jedna prowadzi do coraz większego udziału społeczeństwa w dochodzie narodowym poprzez podatki, które są, jak podkreślał klasyk socjologii Auguste Comte, jedną z form udziału społeczeństwa w każdym prywatnym majątku. W ten sposób rośnie wartość wspólna, narodowa. Korzystają z niej wszyscy członkowie organizmu pracy zbiorowej. Własność wspólna służy do wynagradzania urzędników i aparatu przemocy, ale także do finansowania usług publicznych: edukacji, służy zdrowia, komunikacji, transferów społecznych. Dlatego lewica nie może podążać za liberałami w krytyce uspołeczniania przedsiębiorstw, rozbudowy sektora publicznego. Też dlatego, że zarządzają nim potencjalnie tak samo kwalifikowani specjaliści, którzy mogą działać i efektywnie, i nieefektywnie w obu sektorach (np. Enron, Lehman Brothers). Co więcej, bezpośredni producent w uspołecznionej firmie jest równocześnie współwłaścicielem środków gospodarowania; zanika wówczas konflikt klasowy, gdyż wartość dodana, nowo wytworzona, jest dzielona na akumulację i na spożycie.

Druga droga to stopniowe wygaszanie logiki rynkowej, logiki gromadzenia „abstrakcyjnego bogactwa”, głównie w postaci aktywów finansowych. Może to się dokonać w drodze globalnej regulacji przez państwa, np. G-20, wykorzystywania kapitału. Regulacje te będą obejmować m. in. normy środowiskowe, nakaz recyklingu, podatki globalne i subwencji dla energii pochodzącej z syntezy jądrowej, ograniczanie deficytu wody, rozplątanie diabelskiej pętli klimat-energia. Zbliżający się coraz szybciej kryzys planetarny ośmieli wszystkich do rewizji zastygłych mądrości na temat zdrowej gospodarki rynkowej.

Dlatego państwo powinno być nie tylko wydolne organizacyjnie, sprawne, ale też przejrzyste w swoich klasowych uwikłaniach. Jednak państwo wytwarza dodatkowe koszty swojego funkcjonowania. Umożliwia bowiem firmom, grupom interesu pogoń za rentą polityczną w stylu prezesa Orlenu. Wtedy powstaje kapitalizm kolesiów. Będą to: transfery dochodów ze wspólnej kasy dla prywatnej korzyści jak okazyjny zakup przez prezesa Obajtka apartamentu (różnicę otrzymał deweloper w formie wpłaty Orlenu na rzecz innego swojego biznesu), zakłócanie sygnałów rynkowych, zwłaszcza cen i kosztów produkcji, np. energii, patologie powiązań między państwem a biznesem (klientelizm, paternalizm, korupcja, „psucie prawa”), ustawiane przetargi na inwestycje publiczne itd. Wiele mówi o tych patologiach tzw. afera KNF, niby-elektrownia w Ostrołęce, ubijanie targu na stoku narciarskim, kierowanie publicznych oszczędności do prywatnego sektora finansowego w wyniku powstania PPK – kolejnej przysługi premiera Morawskiego dla biznesowych przyjaciół. Ostatecznie wspomniane praktyki skutkują podporządkowaniem instytucji państwa grupowym interesom koterii, branż, regionów, np. bractwu węgla i stali w PRL czy obecnie inwestorom zagranicznym, „partii wojny”, albo nawet potrzebom finansowym rządzącej partii (niedoszła inwestycja spółki Srebrna w biurowe nieruchomości). Tylko częściowym lekarstwem może być decentralizacja. Ta grozi bowiem jeszcze większymi nadużyciami i klikowością. Samorządy też mają swoje partykularne interesy, zwłaszcza kiedy herb zastępuje logo.

Na tym polega dylemat przedsiębiorczego państwa. Tworzy ono ład regulacyjny i reprezentuje racjonalność ogólnospołeczną. W związku z tym musi być państwem dystrybucyjnym, protektywnym, produktywnym, a także musi kreować strategię podniesienia gospodarki w globalnych łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Polityka prorozwojowa znajduje się co prawda pod ostrym nadzorem sektora finansowego i organów UE. Spętana jest arbitralnymi regułami deficytu budżetowego i zadłużenia. Ale ograniczanie się jak w przypadku PiSu i PO do slajdów i ich telewizyjnej prezentacji to stanowczo za mało. Lewica ma natomiast program reindustralizacji polskiej gospodarki poddostawców i podwykonawców. Wciąż konkuruje ona tanią pracą i niskimi podatkami. Program stworzenia bazy produkcyjnej dla reindustrializacji polskiej gospodarki od lat szlifuje Andrzej Karpiński – wybitny praktyk i teoretyk polityki przemysłowej. To m.in. tworzenie konsorcjów dla rozwoju przemysłów wysokiej techniki z wykorzystaniem doświadczeń państwa amerykańskiego i niemieckiego. To łączenie kapitału publicznego i prywatnego (krajowego i zagranicznego) oraz sektora badawczo-naukowego dla wspólnych inwestycji w stworzenie takiej bazy. Kolejna neoliberalna reforma w Polsce – reforma nauki ministra J. Gowina stworzyła tylko korporacjom dodatkową możliwość przechwytywania dorobku polskich badaczy. Ich wyniki przekształcają później w patenty pracownicy zatrudnieni w działach badawczo-rozwojowych wielkich korporacji. W ten sposób korporacje unikają nakładów na ryzykowną i kosztowną fazę badań podstawowych. Jeszcze jedna kolonizacja peryferii, udoskonalana teraz przez suflerów ministra Czarnka.

Jednak inwestowanie w dobre instytucje wszystkim się opłaca. Ich jakość była warunkiem udanej modernizacji zacofanych społeczeństw, np. Korei Południowej wcześniej Japonii. Tym samym dobre instytucje nie tylko poprawiają efektywność gospodarowania, lecz także zapewniają stabilność społeczną. Współczesne państwo nie może być państwem teoretycznym, o co się upomina Bartłomiej Sienkiewicz. Ale nie dostrzega tego, że głównym źródłem tych słabości jest wysuszenie podatkowe państwa i poddanie go arbitrażowi regulacyjnemu korporacji. Państwo rozporządza też obecnie mniejszym majątkiem publicznym. Od lat 70. kapitał prywatny obywateli wzrósł z 300% PKB do 600%. To wielki zakumulowany prywatny majątek, publiczny zaś sięga w USA, Francji, Niemczech 100 % PKB (R. Woś, Lewicę racz nam zwrócić, Panie). Liberał nic na to nie poradzi. Nie może przecież zmienić natury świata, która polega na tym, że to „nierówności nadal są i będą motorem napędzającym rozwój”. A więc ludzie niczym plemniki mają konkurować o grand prix? A może jednak postęp techniki i nowe źródła energii, które są w powikłany sposób sprzęgnięte z kapitalizmem? A co z oczywistą rolą współpracy w ewolucji Homo sapiens?

By na początek wykorzystać państwo do korekty systemu, trzeba najpierw zastąpić u steru władzy POPiS. Do tego potrzebny jest sojusz z prekariuszami, korposzczurami, specjalistami sektora publicznego. Dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza pod skrzydłami Solidarności wciąż walczy z komuną. Następnie konieczna będzie aktywność na forum UE, którą kierują przecież narodowe państwa. Chodzi o to, by poszerzać integrację o wymiar socjalny: ogólnoeuropejską płacę minimalną, ujednolicone stawki podatkowe, ochronę modelu solidarnościowego społeczeństwa. Dopiero korzystając z pozycji całej UE można kształtować w trójkącie USA, Chiny nowy wielobiegunowy, planowany ład; ład, który ochroni przyrodę, zapewni umiarkowanie dostanie życie wszystkim mieszkańcom planety. To byłby dopiero „wielki reset”, o którym marzy twórca Międzynarodówki Davos i piewca rewolucji cyfrowej Klaus Schwalb. Na razie klasa rządząca korporacjami i państwami, złączona wspólnym interesem, podtrzymuje jak może System. W tym celu manewruje państwem, by przywróciło równowagę polityczną po pandemii. Służy temu bezprecedensowe zasilanie płynności: 1,8 bln euro w UE i 2 bln USD w Stanach Zjednoczonych. Może to da do myślenia wściekłym anarchokapitalistom spod znaku Konfederacji. Niemalże naocznie mogą stwierdzić, że kapitalistyczna gospodarka rynkowa musi być podtrzymywana kroplówką finansową w postaci „drukowania” pieniądza (długu). Robi to państwo na koszt wszystkich, a konkretnie cięć budżetowych i oszczędności, kiedy maszyneria zysku znów zwiększy obroty. Tak było też podczas kryzysu 2007/8.

Dlatego państwem nie mogą zarządzać ani plastikowi politycy w służbie biznesu, ani jak obecnie w interesie partyjnej drużyny wodza budującej kapitalizm kolesiów. Żeby to zmienić: prekariusze wszystkich krajów łączcie się.

Europejskie marzenie

Święto Unii Europejskiej nie bez powodu ustanowiono w dniu następującym po symbolicznej rocznicy zakończenia II wojny światowej w Europie .

Epoka europejskich wojen, począwszy od wojny francusko-pruskiej poprzez wojny bałkańskie i dwie wojny światowe, przeplatane krótkimi okresami względnego spokoju, zakończyła się właśnie w maju1945 roku. Projekt Unii Europejskiej powstał niejako w odpowiedzi na fiasko koncepcji państw narodowych. Miał wymusić współpracę przede wszystkim w celu wprowadzenia stałego pokoju, a dopiero w dalszym planie zapewnienia rozwoju regionu.

Z pozoru było odwrotnie. Zaczęto od ścisłej współpracy gospodarczej we Wspólnocie Węgla i Stali, następnie w Euratomie, a wreszcie w EWG. Do Euratomu mam szczególną sympatię, choć nie stał się częścią Unii Europejskiej i funkcjonuje jako osobny traktat wspólnotowy. Politykę zagraniczną uprawiano pod szyldem NATO, a gospodarkę zostawiono EWG. Nie mniej ważnym elementem budowania wspólnej Europy na Zachodzie była rywalizacja ze wspólną Europą na Wschodzie. Do tego dochodziła Jugosławia, pełniącą funkcję belki w obu oczach: zachodnim i wschodnim.

Właśnie dzięki tej rywalizacji – między innymi – postępowała powoli integracja Europy Zachodniej, doprowadzając do powołania realnej Unii w 1993 roku na mocy podpisanego rok wcześniej traktatu z Maastricht. Tak powstały twór przypominał już konfederację, choć daleko było mu do Stanów Zjednoczonych Europy.

Miałem sporo radości, pisząc na studiach podyplomowych rozprawkę porównującą Unię Europejską do państw federacyjnych takich jak USA czy Szwajcaria. Już wtedy Unia pod kilkoma względami była bardziej zintegrowanym quasi-państwem niż Stany Zjednoczone. Nie wszyscy wiedzą, że prawdziwa integracja USA rozpoczęła się w zasadzie dopiero po II wojnie światowej. Jeśli traktat o dochodach własnych Unii zostanie ratyfikowany, to od zwykłej federacji będzie Europę odróżniał jedynie brak armii. Europa ma już wspólna walutę, używaną nawet przez te kraje, które jeszcze jej nie przyjęły. Może niektórym umknęło, ale euro jest równoprawnym środkiem płatniczym w Polsce obok złotówki.

A właśnie, Polska. Dołączyła do Unii w wielkim otwarciu wraz z dziewięcioma państwami w 2003 roku. Polscy politycy jednak wcale nie byli zgodni w sprawie akcesji. Najbardziej proakcesyjnymi partiami były SdRP/SLD i Unia Demokratyczna/Wolności. Obu partii już nie ma. Czyżby omen?

Polskę do Unii wprowadzało SLD – choć rolników bardziej PSL. Batalia toczyła się o polskie mleko i Niceę. Jak po negocjacjach ogłosił Leszek Miller, „mamy to mleko!” ( a w zasadzie kwoty mleczne) . Protokół nicejski (system głosowania, który miał się zmienić w wyniku akcesu nowych państw) urósł do rangi polskiej racji stanu – przynajmniej zdaniem Jana Rokity, typowanego na premiera wspólnego rządu PO i PiS. Nicea albo śmierć.

A było tak tylko dlatego, że „no pasaran” przyszłemu (niedoszłemu) premierowi z Krakowa nie przeszłoby przez gardło. Wspólny rząd ostatecznie się nie wyłonił, system nicejski trafił do lamusa historii, a pod traktatem lizbońskim podpis złożył Lech Kaczyński. To dzięki niemu Polska nadal jest w Europie, Europa zaś zrobiła wtedy kolejny krok w kierunku federacji.

Donaldowi Tuskowi na plus należy zapisać to, że nie zablokował ratyfikacji, choć przyłączył się do protokołu brytyjskiego, blokując bezpośrednie stosowanie Karty praw podstawowych. Karta nadal nie obowiązuje w pełni, choć Platforma dwa razy w kolejnych kampaniach obiecywała jej ratyfikację. PiS przynajmniej nie obiecywało, więc poniekąd dotrzymało słowa. Przeciw Karcie ostro protestowali członkowie polskiego episkopatu, nie należy zatem się spodziewać jej ratyfikacji w najbliższym czasie, mimo że Wielka Brytania opuściła Unię. Tak oto na życzenie naszych rządzących jesteśmy Europejczykami drugiej kategorii bez wspólnej waluty i bez (Karty) praw podstawowych.

Rzeczywistość jednak ma swoiste poczucie humoru. Najbardziej eurosceptyczny rząd po roku 1989 prze do ratyfikacji traktatu, który wprowadza jeszcze ściślejsze związki państw Unii, zwiększa kompetencje i realną władzę Komisji Europejskiej, dzięki czemu Unia znowu przybliża się do federalizacji. W roli Rejtana tym razem obsadził się Zbigniew Ziobro, który o mały włos nie uzyskał wsparcia PO, choć tak naprawdę głosowanie wstrzymujące się jest w takim wypadku tożsame ze sprzeciwem. Całe szczęście, że posłowie Lewicy odżywiają się lepiej niż poseł Dyka, którego rozstrój żołądka obalił rząd Suchockiej.

Europa jest czymś więcej niż tylko marzeniem. Wspólna Europa to jedyna szansa na przetrwanie tego kontynentu i jego mieszkańców. To marzenie tych, którzy przeżyli koszmar wojny, nazizmu i Holokaustu – marzenie sformułowane po to, by ów koszmar nigdy się nie powtórzył, by ludzie nauczyli się żyć razem. By tak się stało, Europa musi być bardziej sprawiedliwa, bardziej solidarna i z większym zaufaniem do nauki. Szybkie przygotowanie szczepionek przeciw Covid-19 to efekt wielu lat badań naukowych oraz miliarda euro, jakie Biotech otrzymał z funduszy publicznych.

Europejski Fundusz Odbudowy i Rozwoju ma pomóc Europie nie tylko przetrzymać obecny kryzys, ale i uniknąć przyszłych zagrożeń. Europa musi się zmienić, by Europejczycy przetrwali. By mogli marzyć.

Jak tu nie wierzyć „marszałkowi”

Ostatnio, jak na to wszystko patrzę, to coraz częściej sobie myślę, że oni specjalnie robią nam na złość. Za tę kasę, której od nich nie chcieliśmy. I za te wolne sądy, które tak szybko mielą.

Jarosław Kaczyński, jak głosi stugębna plotka, obarczony jest paranoją spisku. Istnienie „układu” przewidział lata temu; w jego świecie nie ma przypadków. W moim zresztą też nie. Nie wierzę, podobnie jak on, że sprawy dziejowe nie mają swojej przyczyny i skutku. Coś nas jednak różni. Czasami tam, gdzie Jarosław Kaczyński widzi działanie wrażych sił, których do końca nie potrafi zdefiniować, Jarosław Ważny dostrzega przyczynowo skutkowe następstwa, efektem których jest zastana sytuacja. Weźmy na ten przykład Smoleńsk 2010. Jarosław Kaczyński szuka przyczyn katastrofy w spisku Rosjan ze zdrajcami od Tuska; wiadomym jest powszechnie, że właśnie tego ostatniego obwinia za śmierć brata. Czy wierzy w zamach, tego nie wiem. Wiem natomiast, że pozwala wierzyć weń swoim wyznawcom, bo się mu to opłaca. Tam gdzie on dostrzega matnię układu, ja widzę beznadzieję tektury polskiego państwa; braki w sprzęcie, w szkoleniu, w regulaminie. Braki tolerowane latami, a w efekcie-dramat wielu ludzi. Braki i zaniedbania, które są powielane przez najbliższych Kaczyńskiego pretorianów, patrz: wylot prezydenta z Zielonej Góry po zamknięciu lotniska.

W miniony wtorek, Sąd Najwyższy miał pochylać się nad wiszącą od miesięcy sprawą kredytów indeksowanych do waluty obcej, tj. tzw. sprawą frankowiczów. Już raz, w tym roku, SN odwołał posiedzenie w tej sprawie, ponieważ czekał na rozstrzygnięcie TSUE. Doczekał się co prawda, ale z orzeczenia Sądu Europejskiego niewiele dla nas, tj. dla polskich farnkowiczów wyniknęło. TSUE orzekł, że do umów konsumentów z bankami wtrącać się nie zamierza, a wymierzanie sprawiedliwości pozostawia sądom krajowym w granicach obowiązującego weń prawa. Tyle więc musiało się zmienić, żeby się nic nie zmieniło. Dość powiedzieć, że po decyzji z Luksemburga, najbardziej ucieszyły się banki, których indeksy poszły od razu do góry a bankowe okienka giełdowe na dłużej zamrugały do akcjonariatu zielonym oczkiem. Nie było więc wyjścia i nasz rodzimy, upolityczniony i zziobroryzowany Sąd Najwyższy musiał sam wziąć się w końcu za bary z tym galimatiasem. I tu, drodzy czytelnicy, zaczyna się to, co Jarosław Kaczyński i Jarosław Ważny lubią najbardziej: dziwne sekwencje niby to przypadkowych wydarzeń, podszytych wielką polityką.

Na dwie godziny przed posiedzeniem Izby, część głównych urzędów w Polsce oraz ich wojewódzkich delegatur, w tym SN w Warszawie, otrzymują informację o podłożonych bombach. Zaczyna się ogólnopolska ewakuacja. W efekcie sędziowie zaczynają pracę trzy godziny później niż mogliby. Dokładnie w tym czasie, kiedy saperzy sprawdzają budynek, opinię publiczną obiega informacja, że prezes największego polskiego banku, PKO BP, Zbigniew Jagiełło, podał się do dymisji. Coś za dużo tych dziwnych wypadków, jak na móh gust, do tego w jeden dzień i to dzień, w którym ma rozstrzygnąć się jedna z kluczowych dla sektora bankowego decyzji. Sąd Najwyższy tymczasem, po przedłużonych obradach informuje, że…nic nie ustalił. W sprawie kredytów farnkowcyh musi zasięgnąć opinii m.in. RPO i…Rzecznika Praw Dziecka. To dopiero kuriozum. Co ma Rzecznik Praw Dziecka do kredytu we frankach? A no okazuje się że ma, jako urząd, a bez tej wiedzy, SN nie może pochopnie orzekać. Irytuje się środowisko frankowiczów, bo o podobne stanowisko mógł Sąd zapytać RPO i inne podmioty już wcześniej, choć szef NBP Glapiński, który sprawę pilotował od dawna, twierdził, że w trakcie debaty publicznej ani RPO ani tym bardziej Rzecznik Praw Dziecka nie zgłaszali swoich uwag i pomysłów, jakoby mieli coś do powiedzenia w temacie kredytów indeksowanych, a te uwagi mogłyby poważnie zaważyć na wyroku. Tak czy inaczej, zapytane urzędy mają 30 dni na odpowiedź, później nastąpi dyskusja, i może, w przyszłym roku, SN znowu pochyli się nad problemem. Tymczasem ci, którzy spłacają swoje kredyty we CHF nadal będą to czynić, ku uciesze banków, dla których, en masse, nic się nie zmieni. Rata jak wysoka byłą, taką pozostanie. Tylko po co ten Jagiełło podawał się do dymisji…

Żeby tego było mało, rząd począł luzować obostrzenia, szybciej niż zapowiadał. Premier z ministrem Niedzielskim uznali nawet, że kina i teatry oraz inne artystyczne, nikomu niepotrzebne wykwity, będą mogły zacząć działać wcześniej niż później. Opublikowano nawet specjalną listę, na której ujęto szereg podmiotów oraz zawodów z szeroko pojętej „branży”. Dla dwóch z nich uczyniono jednak wyjątek i nakazano im czekać z rozpoczęciem pracy do 6 czerwca. Mowa o trupach cyrkowych i zespołach muzycznych. Podniósł się rwetes w półświatku: czemu zespoły muzyczne mają być gorsze, od macochy są, czy jak. Wystosowano do ministerstwa nawet zapytanie: czy interpretacja skazująca cyrkowców i muzyków na dłuższy termin karencji to czasem nie zwykła, urzędowa pomyłka. Ministerstwo, piórem Instytutu Muzyki i Tańca, który listę odmrożeniową przygotowywał, odparło po paru dniach, że nie, to nie żadna pomyłka. Wykreśliło więc cyrkowców, zostawiając na indeksie muzyczne grupy młodzieżowe. I jak tu nie wierzyć w spisek i dintojrę Glińskiego. Przecież on nam to robi specjalnie, żeby dołożyć nam ile się da, za tę akcję z „bólem” i odrzuconą kasą od złodziei. Gdybym był Jarosławem Kaczyńskim, to bym dokładnie w ten sposób pomyślał. A tak, że jestem Jarosławem Ważnym, sądzę, że ci tam ,z tego Instytutu są po prostu…z Polski.

Refleksje o strategii i taktyce lewicy

Czy lewica polska ma obecnie swoją strategię polityczną? Czy poszukuje tej strategii? Czy wokół tych poszukiwań krystalizuje się dyskusja polityczna środowisk lewicowych?

Nie są to pytania retoryczne. Każdy ruch polityczny mający ambicję wpływania na los swego państwa i na to, w jakim świecie będzie ono funkcjonowało, musi określić swe cele strategiczne, uczynić je podstawą poważnej debaty publicznej i z punktu widzenia przyjętej strategii oceniać sposób działania w zmieniającej się sytuacji.

Strategia to nie to samo, co taktyka, chociaż między nimi istnieje pewien związek. Taktyka to sposób działania w konkretnej, zmieniającej się sytuacji. To realizacja celów krótko lub średniodystansowych. W polityce właściwie dobrana i skutecznie realizowana taktyka jest warunkiem osiągnięcia powodzenia, ale najlepsza nawet taktyka nie może zastąpić strategii. Ta bowiem określa cele i podstawowe wartości, na których opiera się działanie ruchu politycznego, a tym samym stanowi podstawę jego zbiorowej tożsamości.

Ruch polityczny bez wyraźnie określonej strategii skazany jest na to, że jego losy zależeć będą od – nigdy przecież niezagwarantowanego na wsze czasy – sukcesu taktycznego. Doraźny sukces – na przykład zdobycie mandatów parlamentarnych czy stanowisk państwowych – może zespalać ruch polityczny na krótką metę i dawać jego działaczom zadowolenie skłaniające ich do solidarnego działania, ale nie stanowi gwarancji, że więź ta przetrwa okres niepowodzeń, które nieuchronnie pojawiają się w polityce każdej formacji.

Strategia to, najkrócej mówią, określenie podstawowych wartości, na których ruch polityczny się opiera, oraz celów, do których dąży w długiej perspektywie historycznej. Właśnie ta perspektywa odróżnia cele strategiczne od taktycznych. Te ostatnie dotyczą sytuacji bieżącej, określanej w skali miesięcy lub paru lat. Cele strategiczne dotyczą dalekiej perspektywy, zazwyczaj mierzonej na dziesięciolecia lub nawet na pokolenia.

Radykalna lewica – nie tylko zresztą w Polsce – doświadczyła załamania się strategii, która przyświecała jej przez poprzednie sto lat. Istotą tej strategii było przeświadczenie o konieczności zniesienia ustroju kapitalistycznego i zastąpienia go ustrojem socjalistycznym, rozumianym przede wszystkim jako ustrój oparty na społecznej własności środków produkcji i, co za tym idzie, zniesienie niesprawiedliwych stosunków społecznych, których źródło widziano w podziale klasowym wynikającym z dominacji prywatnej własności kapitału. Okazało się jednak, że rewolucyjne przekształcenie ustroju ekonomicznego nie prowadzi do realizacji socjalistycznej utopii, a nawet może być związane z pojawieniem się nowego typu niesprawiedliwości, których korzenie tkwiły nie tyle w sferze ekonomicznej, co w sferze politycznej – w podporządkowaniu człowieka wszechwładnemu państwu. W połowie ubiegłego stulecia wielu marksistów wracało do myśli formułowanych przez Marksa we wczesnym okresie jego twórczości, gdy wskazywał on na społeczne korzenie alienacji. W ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku Andrzej Walicki w swej najważniejszej książce „Marksizm i skok do królestwa wolności” pokazał, jak marksowskie marzenie o przezwyciężeniu alienacji doprowadziło – zamiast skoku do „królestwa wolności” – do nowego zniewolenia.

W państwach, gdzie w dwudziestym wieku podejmowano próbę realizacji rewolucyjnej strategii, jej załamanie się otworzyło drogę do nowego samookreślenia się lewicy. Teoretycznie rzecz ujmując lewica miała wówczas dwie możliwości. Mogła uznać fiasko dotychczasowej polityki „budownictwa socjalizmu” za historyczny przypadek, spowodowany ludzkimi ułomnościami, w tym zwłaszcza błędami przywódców. W tym kierunku poszły partie komunistyczne, które jednak niemal nigdzie (poza Czechami) nie zdołały uzyskać liczącego się poparcia. Mogła także określić się jako ta część sił reformatorskich, której celem i sensem istnienia jest walka o to, by przeprowadzane zmiany ustrojowe w możliwie wielkim stopniu były zgodne z socjalistycznym systemem wartości. Trzydzieści lat temu, w książce poświęconej perspektywom socjalistycznej lewicy tak właśnie rozumiałem znaczenie demokratycznego socjalizmu („Zmierzch systemu: historia i perspektywy demokratycznego socjalizmu w Europie Wschodniej”, Warszawa: Fundacja im. K. Kelles-Krauza 1991).

W pierwszej połowie następnego trzydziestolecia odrodzona lewica polska, której trzonem były Socjaldemokracja RP i Sojusz Lewicy Demokratycznej, prowadziła politykę skierowaną na realizację dość wyraźnie określonego celu strategicznego, jakim było zbudowanie demokratycznego państwa opartego na dobrze funkcjonującej gospodarce i wchodzącego w skład Paktu Północno-Atlantyckiego oraz Unii Europejskiej. Cele te były zbieżne z celami dominującego wówczas nurtu dawnej opozycji demokratycznej, ale lewica różniła się od niej w dwóch podstawowych kwestiach. Po pierwsze: odrzucała neoliberalny kierunek polityki gospodarczej, którego wyrazem był tak zwany :Plan Balcerowicza”, przeciwstawiając mu alternatywną koncepcję „Strategii dla Polski”, jak ją nazwał jej twórca Grzegorz Kołodko. Po drugie: domagała się, by demokratyczne państwo polskie było rzeczywiście wspólnym dobrem wszystkich jego obywateli, co oznaczało przede wszystkim przeciwstawienie się dyskryminowaniu ludzi Polski Ludowej. Wielki sukces Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 i 2000 roku był w znacznej mierze konsekwencją tego, że postrzegany był on jako wyraziciel idei Polski jako wspólnego domu wszystkich jej obywateli.

Były to lata dobre dla Polski. Udało nam się zrealizować podstawowe cele strategiczne, które sobie postawiliśmy. To prawda, że nie uniknęliśmy poważnych błędów – zwłaszcza w drugiej kadencji rządów lewicy (2001-2005). Do najpoważniejszych zaliczam udział w niefortunnej interwencji w Iraku w 2003 roku oraz dopuszczenie do kilku afer korupcyjnych z udziałem niektórych polityków SLD, co walnie przyczyniło się do utraty przez tę partię zaufania obywateli.

Długotrwałego osłabienia lewicy nie da się jednak wyjaśnić tylko tymi błędami. Zabrakło odpowiedzi na pytanie, co jest strategicznym celem lewicy w sytuacji, gdy cele postawione sobie przez nią na początku lat dziewięćdziesiątych zostały zrealizowane. Zaniedbanie pracy nad myślą strategiczną lewicy nie wynikało z niedostatków intelektualnych, lecz ze źle rozumianego pragmatyzmu. Podejmowane przez lewicowe środowiska (skupione miedzy innymi wokół Fundacji Kelles-Krauza czy wokół „Krytyki Politycznej”) traktowane były przez bardzo wielu wpływowych polityków jako nieistotne, co w konsekwencji prowadziło do tego, że lewica nie stworzyła wokół siebie silnego zaplecza naukowego i teoretycznego.

Dominowało myślenie taktyczne, obliczone na krótką perspektywę kolejnych wyborów, w których zresztą lewica od dawna nie odnosi szczególnie wielkich sukcesów. Doceniam znaczenie taktycznego zwycięstwa, jakim było zajęcie trzeciego miejsca w wyborach sejmowych 2019 roku i stworzenie silnego klubu parlamentarnego, a także doprowadzenie do tego, że dzięki współdziałania całej opozycji udało się odbić Senat z rąk Prawa i Sprawiedliwości. Są to dobre znaki na przyszłość.

Potrzebna jest jednak strategia na lata. Nie zrodzi się ona w zaciszu gabinetów. Wymaga poważnej dyskusji z udziałem szerokiego kręgu działaczy i intelektualistów lewicy.

W dyskusji tej trzy kwestie wydają mi się najważniejsze.

Po pierwsze: jaki powinien był program społeczny lewicy, by w stopniu maksymalnie możliwym jego realizacja prowadziła do redukcji niesprawiedliwych i nadmiernych różnic społecznych.

Po drugie: jak zapewnić rzeczywistą wolność i równość wszystkich obywateli niezależnie od ich pochodzenia, przekonań religijnych czy orientacji seksualnych.

Po trzecie: jak w dalszej perspektywie wzmacniać integrację europejską i zapewniać Polsce silną pozycję w zjednoczonej Europie.

Są to cele wykraczające poza horyzont najważniejszego celu taktycznego, jakiemu podporządkowana powinna być polityka lewicy w najbliższych dwóch-trzech latach. Celem tym jest odsunięcie PiS od władzy i przywrócenie rządów prawa w naszym państwie. Celowi temu powinny być podporządkowane wszystkie działania najbliższego okresu, gdyż ewentualne zwycięstwo obecnego obozu rządzącego w następnych wyborach byłoby katastrofą dla Polski i przekreśliłoby na dziesięciolecia perspektywę realizacji strategicznych celów lewicy.

Dla realizacji tego celu taktycznego trzeba budować porozumienie całej demokratycznej opozycji. Dziś jest to trudne, gdyż w Platformie Obywatelskiej silna jest emocjonalna reakcja na konflikt związany z niedawnym głosowaniem w sprawie Europejskiego Funduszu Odbudowy. Nie wolno nam ulegać klimatowi wrogości, który podsycają zwłaszcza niektórzy publicyści ( jak niestety także Tomasz Lis w kolejnych komentarzach publikowanych w „Newsweek Polska”). Gdy opadną emocje, musi dojść do głosu rozum. Ten zaś podpowiada, że bez porozumienia całej demokratycznej opozycji nie uda się odsunąć od władzy obozu, którego polityka czyni z Polski państwo półautorytarne i prowadzi do naszej marginalizacji w Unii Europejskiej.

Mając to na względzie Nowa Lewica powinna dołożyć starań, by jak najszybciej doprowadzić do trwałego porozumienia sił opozycyjnych, w tym także do wypracowania wspólnej taktyki na kolejne wybory samorządowe i parlamentarne. Zaś czyniąc to powinna już teraz poważnie podejść do prac nad długoterminową strategią, bez czego jej zabiegi taktyczne skazane będą na to, że postrzegane będą jako oportunistyczne dążenie do samego tylko udziału we władzy.