Kubeł zimnej wody

Od paru dni media propisowskie przypuszczają zmasowany atak na europarlamentarzystów głosujących za rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie łamania praworządności w Polsce i na Węgrzech. Najpopularniejszym określeniem prawicowej narracji jest słowo zdrada. To, że zdrady dopuścili się, łamiący europejskie normy, rządzący teraz w obu krajach, rządowe media zręcznie przemilczają. Żeby jednak nasi czytelnicy wiedzieli o czym mowa i nie korzystali z wybranych, czy wręcz wyrwanych z kontekstu skrótów rezolucji, publikujemy cały jej tekst.

Rezolucja Parlamentu Europejskiego z dnia 16 stycznia 2020 r. w sprawie trwających wysłuchań dotyczących Polski i Węgier.

Parlament Europejski,
– uwzględniając art. 2 i art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE),
– uwzględniając Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 12 września 2018 r. w sprawie wniosku wzywającego Radę do stwierdzenia, zgodnie z art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej, istnienia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Węgry wartości, na których opiera się Unia1,
– uwzględniając uzasadniony wniosek Komisji z dnia 20 grudnia 2017 r., złożony zgodnie z art. 7 ust. 1 TUE, w sprawie praworządności w Polsce: wniosek dotyczący decyzji Rady w sprawie stwierdzenia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Rzeczpospolitą Polską zasady praworządności (COM(2017)0835),
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 1 marca 2018 r. w sprawie decyzji Komisji o zastosowaniu art. 7 ust. 1 TUE w związku z sytuacją w Polsce2, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 14 listopada 2019 r. w sprawie penalizacji edukacji seksualnej w Polsce3,
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 18 grudnia 2019 r. w sprawie dyskryminacji osób LGBTI i nawoływania do nienawiści do nich w sferze publicznej, w tym stref wolnych od LGBTI4, – uwzględniając swoją rezolucję z dnia 16 stycznia 2019 r. w sprawie sytuacji w zakresie praw podstawowych w Unii Europejskiej w 2017 r.
– uwzględniając swoją rezolucję z dnia 25 października 2016 r. zawierającą zalecenia dla Komisji w kwestii ustanowienia unijnego mechanizmu dotyczącego demokracji, praworządności i praw podstawowych2,
– uwzględniając swoją rezolucję ustawodawczą z dnia 4 kwietnia 2019 r. w sprawie wniosku dotyczącego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich3,
– uwzględniając orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej,
– uwzględniając standardowy tryb wysłuchań, o którym mowa w art. 7 ust. 1 TUE, zatwierdzony przez Radę 18 lipca 2019 r.,
– uwzględniając przyjęcie przez polski Sejm w dniu 20 grudnia 2019 r. projektu zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw, wprowadzającego do nich szereg poprawek; uwzględniając wniosek polskiego Senatu do Komisji Weneckiej o wydanie w trybie pilnym opinii o ww. projekcie;
– uwzględniając art. 132 ust. 2 Regulaminu,
A. mając na uwadze, że Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, praworządności, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości, jak określono w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej (TUE) i co znalazło wyraz w Karcie praw podstawowych Unii Europejskiej oraz zostało zapisane w międzynarodowych traktatach dotyczących praw człowieka; mając na uwadze, że te wartości, wspólne państwom członkowskim i dobrowolnie przyjęte przez wszystkie państwa członkowskie, stanowią podstawę praw, z których korzystają osoby mieszkające w Unii;
B. mając na uwadze, że każde wyraźne ryzyko poważnego naruszenia przez państwo członkowskie wartości zapisanych w art. 2 TUE nie dotyczy wyłącznie tego państwa członkowskiego, w którym występuje ryzyko, lecz wywiera również wpływ na pozostałe państwa członkowskie, na ich wzajemne zaufanie, a także na charakter samej Unii i prawa podstawowe obywateli przysługujące im na mocy prawa Unii;
C. mając na uwadze, że art. 7 ust. 1 TUE stanowi etap prewencyjny, na którym Unia ma możliwość interwencji w przypadku wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wspólnych wartości; mając na uwadze, że takie działanie prewencyjne przewiduje dialog z danym państwem członkowskim i ma na celu uniknięcie ewentualnego nałożenia sankcji;
D. mając na uwadze, że Komisja i Parlament uruchomiły art. 7 ust. 1 TUE odpowiednio wobec Polski i Węgier po stwierdzeniu wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości, na których opiera się Unia;
E. mając na uwadze, że Rada zorganizowała dotychczas trzy wysłuchania Polski i dwa wysłuchania Węgier na forum Rady do Spraw Ogólnych;
F. mając na uwadze, że 11 grudnia 2019 r. prezydencja fińska na podstawie art. 339 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE) i art. 6 ust. 1 regulaminu wewnętrznego Rady dotyczącego poufności posiedzeń zwróciła się o pisemne wyjaśnienie dotyczące naruszenia przepisów zarzucanego urzędnikowi publicznemu z delegacji węgierskiej;

  1. odnotowuje wysłuchania zorganizowane przez Radę na mocy art. 7 ust. 1 TUE w reakcji na zagrożenie dla wspólnych wartości europejskich w Polsce i na Węgrzech; z zaniepokojeniem zauważa, że wysłuchania nie są organizowane w sposób regularny, uporządkowany i otwarty; wzywa prezydencję chorwacką i inne przyszłe prezydencje do regularnego organizowania wysłuchań; podkreśla, że wysłuchania muszą być obiektywne, oparte na faktach i przejrzyste oraz że zainteresowane państwa członkowskie muszą współpracować w dobrej wierze na wszystkich etapach tego procesu, zgodnie z zasadą lojalnej współpracy zapisaną w art. 4 ust. 3 TUE; zaleca, aby w następstwie wysłuchań Rada kierowała do zainteresowanych państw członkowskich konkretne zalecenia, jak zapisano w art. 7 ust. 1 TUE, oraz by wskazywała terminy wykonania tych zaleceń; zwraca uwagę, że wzajemne zaufanie między państwami członkowskimi można przywrócić tylko wtedy, gdy zagwarantowane zostanie poszanowanie wartości zapisanych w art. 2 TUE, i wzywa Radę do działania w tym kierunku; wzywa państwa członkowskie do respektowania zasady pierwszeństwa prawa UE;
  2. wyraża głębokie zaniepokojenie, że standardowy tryb wysłuchań, o którym mowa w art. 7 ust. 1 TUE, nie zapewnia Parlamentowi takiego samego traktowania jak Komisji i jednej trzeciej państw członkowskich, jeśli chodzi o przedstawienie uzasadnionego wniosku; przypomina, że art. 7 ust. 1 TUE przewiduje równe prawa i równy status proceduralny jednej trzeciej państw członkowskich, Parlamentu i Komisji w odniesieniu do uruchomienia procedury; z zadowoleniem przyjmuje wysiłki prezydencji fińskiej zmierzające do nawiązania nieformalnego dialogu z Parlamentem, uważa, że nieformalny dialog nie może zastąpić formalnego przedstawienia uzasadnionego wniosku w Radzie; z naciskiem podkreśla, że Parlament nadal czeka na zaproszenie na formalne posiedzenie Rady w oparciu o prawo inicjatywy i zasadę lojalnej współpracy między instytucjami zapisaną w art. 4 ust. 3 TUE; ponownie wzywa Radę do niezwłocznego i pełnego informowania Parlamentu na wszystkich etapach procedury;
  3. wyraża ubolewanie, że w wyniku wysłuchań zainteresowane dwa państwa członkowskie nie poczyniły jeszcze znaczących postępów na drodze do eliminacji wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości, o których mowa w art. 2 TUE; zauważa z zaniepokojeniem, że sprawozdania i oświadczenia Komisji oraz organów międzynarodowych, takich jak ONZ, OBWE i Rada Europy, wskazują na pogorszenie sytuacji zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech od czasu uruchomienia art. 7 ust. 1 TUE; podkreśla, że brak skutecznego wykorzystania przez Radę art. 7 TUE nadal podważa integralność wspólnych wartości europejskich, wzajemne zaufanie i wiarygodność Unii jako całości; przypomina swoje stanowisko w sprawie decyzji Komisji o zastosowaniu art. 7 ust. 1 TUE w związku z sytuacją w Polsce oraz swój wniosek wzywający Radę do stwierdzenia, zgodnie z art. 7 ust. 1 TUE, istnienia wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia przez Węgry wartości, na których opiera się Unia; w związku z tym wzywa Radę do zadbania o to, by podczas wysłuchań na mocy art. 7 ust. 1 TUE odniesiono się również do nowych wydarzeń i oceniono ryzyko naruszenia niezależności sądownictwa, wolności słowa, w tym wolności mediów, wolności sztuk i nauk, wolności zrzeszania się i prawa do równego traktowania; apeluje do Komisji o wykorzystanie w pełni dostępnych narzędzi, w szczególności przyspieszonych postępowań w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego przed Trybunałem Sprawiedliwości i wniosków o zastosowanie środków tymczasowych, aby wyeliminować wyraźne ryzyko poważnego naruszenia przez Polskę i Węgry wartości, na których opiera się Unia;
  4. zauważa, że uzasadniony wniosek Komisji dotyczący praworządności w Polsce ma ograniczony zakres; apeluje do Rady, aby w związku z obecnymi wysłuchaniami zbadała, w jaki sposób zająć się zarzutami dotyczącymi naruszeń praw podstawowych w Polsce;
  5. jest zdania, że przebieg ostatnich wysłuchań prowadzonych na mocy art. 7 ust. 1 TUE ponownie uwypukla pilną potrzebę wprowadzenia unijnego mechanizmu dotyczącego demokracji, praworządności i praw podstawowych (DRF), zaproponowanego przez Parlament, w formie międzyinstytucjonalnego porozumienia przewidującego coroczny niezależny, oparty na dowodach i niedyskryminacyjny przegląd oceniający na równych prawach przestrzeganie przez wszystkie państwa członkowskie UE wartości określonych w art. 2 TUE oraz zaleceń dla poszczególnych krajów, po czym następowałaby debata międzyparlamentarna i stały cykl polityczny DRF w ramach instytucji UE; w związku z tym wzywa Komisję i Radę do niezwłocznego rozpoczęcia negocjacji z Parlamentem w sprawie porozumienia międzyinstytucjonalnego zgodnie z art. 295 TFUE; ponownie podkreśla, że mechanizm ten musi uzupełniać i wzmacniać, a nie zastępować, toczące się i przyszłe postępowania na mocy art. 7 TUE;
  6. przypomina swoje stanowisko w sprawie wniosku dotyczącego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich oraz wzywa Radę do jak najszybszego rozpoczęcia negocjacji międzyinstytucjonalnych;
  7. zobowiązuje swojego przewodniczącego do przekazania niniejszej rezolucji Komisji i Radzie, prezydentowi, rządowi i parlamentowi Polski oraz prezydentowi, rządowi i parlamentowi Węgier, jak również rządom i parlamentom państw członkowskich.

Historia, propaganda, tematy zastępcze

Doniesienia o historycznych wypowiedziach Władimira Putina, a potem o polskich i zagranicznych reakcjach na nie, przyjmowaliśmy różnie: trochę ze złością (bo doraźne gry historią nie mogą się podobać na lewicy, w niczyim wykonaniu), trochę z niedowierzaniem, a trochę z poczuciem, że tak się w końcu stać musiało. Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) starają się ocenić, dlaczego stało się właśnie teraz i właśnie tak, i co to może oznaczać dla przyszłości polsko-rosyjskich relacji.
Czy mają one przyszłość na jakiejkolwiek, choćby kulturalnej i naukowej płaszczyźnie?

Gdy pod koniec listopada rozmawialiśmy z Borisem Kagarlickim, rosyjskim lewicowym opozycjonistą, nie mogliśmy nie zapytać o to, w jaki sposób jego zdaniem władze Rosji zamierzają przeciwdziałać narastającemu w społeczeństwie rozczarowaniu, któremu coraz bliżej do przerodzenia się w gniew. Zapytaliśmy: czy może być tak, że nie mając pomysłu i/lub możliwości uspokojenia społeczeństwa działaniami wewnątrz kraju Kreml spróbuje rozegrać na swoją korzyść jakiś konflikt zewnętrzny? Kagarlicki kręcił głową: to niemożliwe. Drugi Krym jest nie do pomyślenia, a interwencja Rosji na Bliskim Wschodzie dawno przestała grzać opinię publiczną. A jednak władze Rosji posłużyły się konfliktem, tyle tylko, że propagandowo-historycznym. Wiele wskazuje na to, że załatwiano w ten sposób równocześnie trzy sprawy: kierowano uwagę społeczeństwa na bezpieczne tory, przygotowywano je do orędzia silnego przywódcy, jakie zostało wygłoszone 15 stycznia, a zarazem puszczano oko do ściśle wytypowanych adresatów za granicą.
Technologię rozgrywania tematów zastępczych znamy z Polski aż za dobrze. Polityk czy inna osoba publiczna rzuca w przestrzeń celowo kontrowersyjną, często manipulatorską frazę, a potem przygląda się, jak inni reagują (dzięki mediom społecznościowym stało się to jeszcze łatwiejsze i bardziej masowe), przyklaskują, oburzają się, twórczo rozwijają jego myśl lub polemizują. Społeczeństwo ekscytuje się, nie mając już czasu ani przestrzeni do dyskusji na długofalowo poważniejsze, ale trudniejsze do ogarnięcia tematy. Nawet te, które wiążą się z jego bezpośrednimi doświadczeniami i najbardziej żywotnym interesem.
Bezpośrednim doświadczeniem coraz większej części rosyjskiego społeczeństwa są nierówności społeczne, rosnące systematycznie od upadku Związku Radzieckiego wraz z ostatecznym załamaniem się w Moskwie egalitarystycznego myślenia o gospodarce, jeszcze w 2008 r. uznane oficjalnie za jeden z kluczowych problemów państwa. Walkę z nierównościami oficjalnie wciągnięto wówczas na listę zadań do zrealizowania w ramach długofalowej strategii Federacji Rosyjskiej do 2020 r. Wymieniony rok właśnie się rozpoczął, a z założeń strategii wcielone w życie zostało może 30 proc. Z czystymi wskaźnikami nierówności wiąże się problem kolejny: systematyczny wzrost dysproporcji między metropoliami a prowincją, upadek już nie wsi, a miasteczek. Do tego dochodzi wdrożona wbrew woli społeczeństwa reforma emerytalna i zaczyna być jasne, dlaczego w publikacji Centrum Lewady sprzed kilku dni wskazano, że aż 66 proc. Rosjan chce poważnych zmian w elitach władzy, które ich zdaniem przestały służyć społeczeństwu. A jako że już starsze wskaźniki popularności rządu i prezydenta wypadały dla Putina i jego otoczenia bardzo źle, z punktu widzenia Kremla konieczne było przeciwdziałanie.
Najważniejszym elementem tego przeciwdziałania jest oczywiście orędzie z 15 stycznia i następująca po nim dymisja rządu. Jedno i drugie musiało być wcześniej starannie przygotowane: nie ma żadnej przypadkowości ani w odejściu Dmitrija Miedwiediewa, ani w zestawie obietnic socjalnych, jakie przedstawiono Rosjanom. Jednak bez odpowiedniego przygotowania i wymiana gabinetu, i zapowiedzi wzmocnienia polityki prorodzinnej oraz reformowania służby zdrowia mogłyby zostać odczytane jako wyraz słabości i ustępstw władzy. A tego nikt na Kremlu sobie nie życzy, więc przez ponad dwa tygodnie przed wystąpieniem Putina media wałkowały temat, który sprawdza się zawsze: II wojnę światową.
Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa w rosyjskiej świadomości rolę trudną do przecenienia. W świadomości, nie w propagandzie, gdyż do kultywowania pamięci o tym, jak Związek Radziecki pokonał nazizm i za cenę jakich ofiar mieszkańcom Rosji nie są potrzebne żadne odgórne zachęty (co nie znaczy, że władze nie dążą do utrzymania tej pamięci w najkorzystniejszym dla siebie wariancie – w ostatnich latach modne stało się np. akcentowanie roli Cerkwi we wspieraniu wysiłku zbrojnego). Prezentując się pod koniec grudnia jako ten, który broni wielkiej wspólnej historii przed fałszerzami z Zachodu, Władimir Putin po raz kolejny rozegrał archetyp silnego przywódcy. Jeśli Donald Trump sądzi, że w celu konsolidowania społeczeństwa może podpalić Bliski Wschód, to Putin uznał, że wystarczy mu – z konieczności – wejście w rolę obrońcy kraju w warstwie symbolicznej. Z takiej pozycji o wiele łatwiej i skuteczniej następnie występować z orędziem, które w gruncie rzeczy jest przyznaniem, że problemy społeczne kraju są bardzo poważne. Aby „odgórna rewolucja” czy chociaż jej namiastka się udała, władze muszą demonstrować, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Wcielenie się rosyjskiego prezydenta w rolę nauczyciela historii równocześnie spełniało określone zadania w międzynarodowych grach prowadzonych przez rosyjską dyplomację. I Polska, chociaż o niej było najwięcej mowy, nie była wcale głównym adresatem „lekcji”.
Putina, który potępia antysemityzm i stanowczo piętnuje nie tylko Hitlera, ale wszystkich współwinnych Holokaustu, usłyszeć mieli w Tel Awiwie. W ramach przygotowania do coraz bliższych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, ale też jako przygrywkę przed wielką fetą z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami 9 maja 2020 r. Obecność szefa izraelskiego rządu – ktokolwiek nim w maju będzie – jest na tych uroczystościach potrzebna choćby ze względów prestiżowych: brak, zbyt mała liczba lub zbyt niska ranga zagranicznych gości z tzw. liczących się krajów byłby dyplomatyczną klęską Rosji. W „nieokrągłych” latach 2018 i 2019 obecność pojedynczych zaledwie zagranicznych prezydentów i premierów dawała się od biedy wytłumaczyć mało symboliczną datą właśnie. W 2020 r. będzie katastrofą. Ale dobre stosunku z Izraelem są Rosji potrzebne także dlatego, że nie da się skutecznie podważać amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie, ba, nawet umocnić się na przyczółku w samej tylko Syrii, jeśli władze Izraela nie są gotowe na to przystać i nie przeszkadzać. To już nie te czasy, gdy Związek Radziecki miał w regionie potężne aktywa w postaci wspieranych przez siebie masowych ruchów socjalistycznych w świecie arabskim. Obecnie nawet współpraca rosyjsko-irańska na Bliskim Wschodzie nie jest żelazna. Trudno mówić o tym, by interesy obu państw były na dłuższą metę zgodne, a w sprawach przyszłości Syrii Putinowi łatwiej przychodziło dogadać się nawet z tureckim prezydentem Erdoganem.
Równocześnie na Zachodzie poważne siły lewicowe, jak brytyjska Partia Pracy czy Nieuległa Francja, mniej lub bardziej odważnie wypowiadają się na temat izraelskiej polityki apartheidu, a Izrael przeciwdziała, przyklejając im (z pomocą przychylnych mediów i organizacji) łatkę antysemitów, celowo myląc to pojęcie z antysyjonizmem. Czy rosyjski rząd sądzi, że jeśli sam zacznie najgłośniej piętnować antysemityzm, choćby ten sprzed 80 lat, to utrwali swoją przyjaźń z Tel Awiwem? Jeśli tak, to efekty, jeśli sądzić po najpoważniejszych izraelskich mediach, nie są oszałamiające: główne dzienniki w bliskowschodnim państwie owszem poinformowały o „polsko-rosyjskiej kłótni o historię”, ale poprzestały na jej zwykłym zreferowaniu, czasem z krótkim tłem dot. złych stosunków polsko-rosyjskich, czasem z uwagą, że faktycznie wielu Polaków ma na sumieniu mordy na żydowskich sąsiadach. Szczególnego zachwytu nad wystąpieniem Putina brak.
Echa historycznych pouczeń rosyjskiego prezydenta miały dotrzeć również do Brukseli. Społeczeństwo rosyjskie miało zobaczyć, jak przywódca daje mocną odpowiedź na rezolucję Europarlamentu, w której zrównano „dwa totalitaryzmy” jako winowajców II wojny światowej. Równocześnie Moskwa nie może wszak nie wiedzieć, że jej rola w pokonaniu nazizmu jest w zachodniej świadomości minimalizowana od lat, i to skutecznie. To „zasługa” nie tylko polityki historycznej, bo tę w duchu zażartego antykomunizmu i wypierania wybranych kart własnych dziejów prowadzą głównie państwa Europy Wschodniej, ale i chwytliwej popkultury, zwłaszcza niezliczonych filmów gloryfikujących US Army. Wiele mówi zestawienie sondaży opinii publicznej we Francji: jeśli w maju 1945 r. 57 proc. ankietowanych wskazywała ZSRR jako główną siłę, jaka przyczyniła się do zwycięstwa, to już w kolejnym pokoleniu, w r. 1994 niemal połowa Francuzów była zdania, że pokonanie Hitlera to w pierwszej kolejności dzieło Amerykanów. Tendencja jest stabilna, gdyż w 2015 r. w odpowiedziach na to pytanie 54 proc. wskazań zebrały Stany Zjednoczone. 23 proc. doceniło Związek Radziecki. Fakt, że na radzieckie pomniki w Berlinie czy Wiedniu nikt jak na razie zamachnąć się nie zamierza, to marne pocieszenie: ewolucja polityki pamięci, której wyrazem jest wspomniana rezolucja, jest w oczach Moskwy więcej niż niekorzystna.
Rosyjscy specjaliści od polityki historycznej doszli zatem do wniosku, że najlepszą obroną będzie atak, i to radykalny: jeśli zjazd deputowanych ludowych ZSRR w 1989 r. potępił tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow i takiej interpretacji trzymano się również w latach 90., to stopniowo upowszechniło się podejście sprowadzające się do hasła „o swoich tylko dobrze”. W maju 2015 r. Putin mówił już o pakcie jako dokumencie żywotnym dla bezpieczeństwa ZSRR, a 80. rocznicy podpisania niemiecko-radzieckiego porozumienia towarzyszyła już wystawa, na której był on niemalże szczytowym osiągnięciem dyplomacji radzieckiej. Rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Rosji tłumaczyła przy okazji na Twitterze, że dzięki układowi Moskwa zyskała korzystniejsze granice i dodatkowy czas na obronę stolicy po nieuchronnym ataku ze strony III Rzeszy (reakcje rosyjskich internautów były, co znamienne, dość podzielone). Dodatkowo przypomniano „wzorowym europejskim demokracjom”, że same z entuzjazmem przyklasnęły w Monachium rozbiorowi Czechosłowacji (też demokratycznej!), byle skierować uwagę Hitlera na tę gorszą, wschodnią Europę; i tyle w temacie ich legitymacji do wytykania komukolwiek, że podpisał z III Rzeszą jakieś porozumienia.
Tyle, że na dłuższą metę Putin tej Francji czy Wielkiej Brytanii jednak potrzebuje – zwłaszcza prezydent Francji, który traci wiarę w NATO, ma swoje ambicje i gościł u siebie historyczne spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy może być postrzegany jako potencjalnie interesujący partner do rozmowy. Rosyjski przywódca nie zamierzał zatem przesadzić z krytyką zachodnich demokracji, zwłaszcza że – wracamy do początku – był inny sposób, by równocześnie wyprodukować temat zastępczy, odbić zarzuty z Brukseli i puścić oko do Tel Awiwu. Tym sposobem było właśnie postawienie pod pręgierzem Polski, co jest zresztą zabiegiem stosowanym nie od wczoraj. W przychylnych rządowi programach telewizyjnych regularnie chłopcami do bicia i antypatycznymi figurami byli właśnie nasi rodacy, ostentacyjnie ucieleśniający stereotyp „dumnego Polaka”, rzucający tekstami obraźliwymi dla rosyjskich odbiorców. Temat zastępczy wybrany był starannie. Rosyjska opinia publiczna, a przynajmniej jej część, nie mogła nie przyjąć z satysfakcją tego, jak Putin w końcu „doprowadza do porządku” wschodnioeuropejski kraj, gdzie w przestrzeni medialnej normą stały się wszelkiego rodzaju obelgi, złośliwości i oskarżenia pod adresem Moskwy. Ich przeglądu dokonuje w tekście poniżej red. Maciej Wiśniowski.
Co może na to wszystko powiedzieć człowiek o lewicowej wrażliwości? Przede wszystkim wyrazić najgłębsze ubolewanie nad tym, że II wojna światowa, która powinna być dla wszystkich wielką i gorzką lekcją, stała się przedmiotem doraźnych rozgrywek. I Rosja, i kraje Europy Wschodniej, i Unia Europejska, i Stany Zjednoczone, i Izrael zamiast wspólnie czcić poległych i zamordowanych, przerzucają się „interpretacjami”, w których jedna wybrana strona czyni wszystko od początku do końca dobrze, na żadnym etapie się nie myli ani tym bardziej nie popełnia zbrodni. To zaś, komu zbrodnie zarzuca, zależy od bieżącej konfiguracji w polityce międzynarodowej i doraźnych potrzeb wewnątrz kraju.
Uczciwi historycy, którzy są we wszystkich tych krajach, wiedzą najlepiej, że to nonsens. Oni rozumieją, że do wybuchu II wojny światowej nierozwiązane po poprzednim globalnym konflikcie z lat 1914-1918 sprzeczności między mocarstwami; już postanowienia konferencji wersalskiej niosły w sobie zarzewie nowych napięć i konfrontacji. Zdają sobie sprawę ze złowieszczej roli wielkiego kapitału, który sprzyjał wyniesieniu do władzy agresywnych nacjonalistów i faszystów, byle tylko nie zwyciężyła nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat reprezentowana przez partie socjalistyczne i komunistyczne. Wobec faktu, że potencjał tych ostatnich został zmarnowany przez fatalne decyzje Kominternu i to, że stalinowski Związek Radziecki realnie sprzyjał zagranicznym ruchom lewicowym tylko wtedy, gdy widział w tym własny, wąsko pojęty interes – powstał idealny grunt dla głównego agresora: niemieckiego faszyzmu. Nacjonalistyczne lub idące w tym kierunku dyktatury w Europie Wschodniej mogły patrzeć nań z różną dozą inspiracji czy podziwu, nie one jednak, przy całym swoim antypatycznym (i antysemickim) obliczu tę wojnę rozpętały. Czy ktokolwiek z polityków potrzebuje takiej historii? Okazuje się, że nie. Czy zamierza oddać historię historykom? Też nie. I to jest powód do najgłębszego niepokoju.

Małgorzata Kulbaczewska Figat


Ostatnie wypowiedzi Putina wprawiły cały bez wyjątku polski mainstream w dygot. Mam złą wiadomość: to dopiero początek.
Polska właśnie płaci za 30 lat nieustannej, nieracjonalnej rusofobii. Przez ten czas nie było złego słowa, wyzwiska, obelgi czy wreszcie nieskrywanej pogardy, której oszczędzono by nie tylko władzom sąsiedniego kraju, ale jego mieszkańcom. Wszystko to mówiono najpierw ciszej, potem, kiedy okazało się, że nikt na to nie zwraca uwagi, głośniej, zwalniając wszelkie hamulce nie to, że dobrych obyczajów, ale po prostu elementarnej przyzwoitości. I teraz nagle zaskoczenie: Rosja zareagowała!
Ale to nie jest tak, że Putin obudził się pewnego dnia rano i przy goleniu wpadła mu do głowy myśl, że trzeba Polsce dać po łapach. W polityce rosyjskiej na takim szczeblu przypadków nie ma. Moment został wybrany starannie. Jego szerokie uwarunkowania opisuje doskonale Małgorzata Kulbaczewska-Figat w swoim artykule powyżej.
Niezależnie od przyczyn rosyjskiego uderzenia w Polskę, Putin był rozkosznie pewien, że jego słowa trafią na podatny grunt. Rosjanie od dawna wiedzieli, że Rosja dla Polski jest wrogiem numer jeden. Stąd więc reakcja. A że właśnie taka… cóż, nie uważałaś jak robisz, rób jak uważasz, powiedział ojciec synowi, który przybiegł z wiadomością, że dziewczyna jest w niezaplanowanej ciąży. Polskie elity latami pracowały na fatalny stan polsko-rosyjskich stosunków.


„Celem najważniejszym [zmian w efekcie robotniczego zrywu „Solidarności” – przyp. MW] jest odepchnięcie Rosji raz na zawsze od Europy”.
„Rosja, nawet demokratyczna, a nawet przede wszystkim demokratyczna, będzie dla nas zbyt potężna, abyśmy mogli sobie pozwolić na bezpośrednie z nią sąsiadowanie (…) Dlatego nie możemy dopuścić, aby w jakiejkolwiek formie powstała Federacja Rosyjska”.
„Warunkami normalizacji stosunków z Rosją: powrót do granicy ryskiej (następnie przekazanie Wilna i Lwowa Litwie i Ukrainie, Rosja z ustrojem wynegocjowanym z udziałem Polaków, żołnierze radzieccy polegli na terytorium Polski uznani za najeźdźców, przyłączenie do Polski Kaliningradu, wreszcie wyegzekwowanie od Rosji wysokich odszkodowań za okupację. Przed Rosja bowiem nie ma ucieczki, trzeba ją pokonać”.
Wszystkie te myśli, wnioski i oczekiwania wobec Rosji ze strony całej Polski i wszystkich Polaków, jak uzurpują sobie ich autorzy, zostały przedstawione w antologii „Na przekór geopolityce. Europa Środkowo-Wschodnia w myśli politycznej polskiej opozycji demokratycznej 1976-1989”. Ani to myśli, ani polityczne, ale mniejsza o to.
Warto sobie jednak uzmysłowić, że autorzy powyższych słów w 1989 roku stali się elitą tego państwa i od tego czasu to ich poglądy kształtują polsko-rosyjskie relacje. I nie ma co się pocieszać, że minęły lata od czasu, kiedy te opinie zostały wypowiedziane lub napisane. Ależ nie, nabrały aktualności i wagi całkiem współcześnie – zebrano je i opublikowano w 2014 roku przez Kancelarię Prezydenta RP. I żeby już nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, czy najwyższe władze państwa polskiego odnoszą się do nich poważnie, została ona poprzedzona autopromocją-wstępem ówcześnie urzędującego prezydenta, Bronisława Komorowskiego. Ciekawe, czy pomysłodawcy wydania tej pozycji w 2014 roku naprawdę uważali, że tej książki nikt nie przeczyta w Moskwie? Że nikt jej nie zauważy? Że nie wyciągnie wniosków?
W gruncie rzeczy cała, z niewielkimi wyjątkami, polska scena polityczna, choć śmiertelnie pokłócona, kiedy mowa o Rosji, łączy się w tej samej narracji. Media, czy liberalne, czy skrajnie prawicowe, w swym stosunku do Rosji są zadziwiająco zgodne. Tego, jak bardzo zasłużona w skrajnej rusofobii jest „Gazeta Wyborcza” nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać. Wystarczy ją po prostu czytać. Korespondencje Wacława Radziwinowicza przejdą z pewnością do annałów skrajnie stronniczej narracji. Kiedyś jeden z polskich korespondentów zagranicznych powiedział mi, że nie sposób być korespondentem w obcym kraju nie lubiąc, lub choćby nie szanując jego narodu. Radziwinowicz udowodnił, że można. Jest jeszcze mnóstwo dziennikarzy, których nie krępują ani wymogi obiektywizmu, ani prawdy, ani wreszcie znajomości języka, a których relacje z Rosji przypominają lekturę tanich horrorów, są byli i obecni korespondenci wszelkich mediów, komentatorzy i „eksperci”, których poziom nie tyle niechęci do Rosji, ale po prostu niewiedzy, wywołuje w najlepszym wypadku zażenowanie. To ich staranna, mrówcza praca tworzenia atmosfery zagrożenia, obcości, pogardy i wstrętu stworzyła fundamenty polskiej rusofobii, której jednym z najważniejszych elementów składowych jest pozbawienie Rosjan cech ludzkich. To znany chwyt, pozwalający na zastosowanie wobec odczłowieczonego obiektu takich form oddziaływania, które w przypadku jednostek ludzkiego gatunku wywoływałyby opory. W naszej przestrzeni medialnej wciąż skutecznie stosowany. Do historii polskich mediów przejdą też relacje i komentarze z tragedii, które wszystkich Rosjan, niezależnie od ich poglądów, jednoczyły w autentycznym bólu. Tak było po ataku terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, tragedii „Kurska”, ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Reakcje polskich mediów były haniebne i okrutne, z trudem skrywające satysfakcję, że Rosji i Rosjanom zdarzyło się nieszczęście. I nie jest specjalnym usprawiedliwieniem dziennikarzy, że taka podła narracja była też udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski. Wtedy nawet Amerykanie potrafili zdobyć się na gesty solidarności i współczucia. Tylko nie Polska. Dziś zresztą niewiele się zmieniło.
„Wolę narodowca od KGB-owca. Wolę nawet polskiego rasistę, niż czekistę. Do wszystkich naszych spraw będziemy mogli wrócić, kiedy wrócimy do normalnych zachodnich standardów państwa prawa, które pozwolą być we wspólnocie zachodniej, a nie we wschodniej” To Jacek Żakowski.
„Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie” To Tomasz Lis, w ubiegłym roku.
Takich cytatów można zebrać bez trudu dziesiątki, jeśli nie setki. Mówiąc „Wschód”, sławni dziennikarze przecież nie mają na myśli Chin, ani Japonii. Te w istocie rasistowskie wypowiedzi opisują Rosję i tylko ją. To prawda, kiedy zarzucić im antyrosyjską nienawiść, jak jeden mąż zaprzeczą. Będą mówić o sympatii do „zwykłego Rosjanina”, o tym, że kochają rosyjską kulturę, nawet rzucą kilka nazwisk. W istocie jednak ich obraz „zwykłego Rosjanina” to nieogolony, lekko pijany „mużyk” grający na bałałajce czy harmoszce, koniecznie w kufajce i walonkach. Rosjanie mogą wszystko, pod jednym wszakże warunkiem: muszą być od nas gorsi.
Na koniec jeszcze słowa nie byle kogo, bo Andrzeja Talagi, byłego zastępcy naczelnego „Rzeczpospolitej” i wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, prawicowego think tanku, który namawia do odcięcia państw Partnerstwa Wschodnie (czyli również Polski) od rosyjskich kanałów telewizyjnych, książek, czasopism, stron internetowych, ponieważ „sączą one rosyjską wrażliwość, rosyjski punkt widzenia”. Czyli zakazać Puszkina, Gogola, radzieckich filmów i spektakli, bez których nie ma europejskiej kultury. Takie samo barbarzyństwo jak niszczenie pomników ku czci poległych radzieckich żołnierzy i oficerów, w towarzystwie słów okropnych i podłych. Takich rzeczy Rosjanie nie zapominają.
Rosyjskiego ataku można było oczekiwać również na podstawie innych sygnałów. Polska od lat w rosyjskich mediach pełniła rolę chłopca do bicia. Do politycznych talk-show o wielkiej oglądalności regularnie zapraszano polskich „publicystów” – Jakuba Korejbę i Tomasza Maciejczuka. Obaj na zamówienie i prawdopodobnie za wysokie wynagrodzenie odgrywali role ludzi, których wypowiedzi budziły głęboki sprzeciw widzów. Niektóre z ich słów głęboko obrażały uczucia zwykłych Rosjan. W gruncie rzeczy jednak nieważne, kim są Korejba i Maciejczuk i co konkretnie mówili. Ważniejsze jest to, że ktoś w rosyjskiej centralnej telewizji państwowej podjął decyzję, by nasi rodacy byli symbolami wrogiego, prowokacyjnego Zachodu. To nie był przypadek, w rosyjskiej machinie propagandowej przypadków też nie ma. Podsumowaniem był talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”, jeden z najchętniej oglądanych przez mniej wyrobionych widzów programów tego typu. Poświęcony Polsce. Charakterystyczne: nie zaproszono ani jednego Polaka, a dyskutanci przerzucali się co najmniej kontrowersyjnymi zdaniami na temat Polski. Od „polska państwowość powstała w 1918 roku”, wygłoszona przez słabo rozgarniętego posła partii komunistycznej, do niezgodnych z prawdą twierdzeń obywatela Izraela, byłego szefa służby specjalnej „Nativ” Jakowa Kedmi, że antysemityzm był w Polsce przed wojną tak silny, że w Armii Krajowej nie służył ani jeden Żyd. Ten seans nienawiści mógłby też komuś dać do myślenia. Ale nie dał.
Polska straciła w ciągu lat swojej nowej niepodległości cały kapitał szacunku do jej historii (w tym wspólnej walki z nazizmem), kultury i ludzi ze strony Rosji. Kiedyś kultura polska była dla wielu wykształconych Rosjan przedmiotem swoistej fascynacji, nieodłącznym segmentem kultury europejskiej, a zarazem czymś bliskim. Dzisiaj bardzo niewielu zna polskie filmy, książki, spektakle.
Polsko-rosyjska Grupa ds. Trudnych przestała działać właśnie wtedy, kiedy zaczęło być naprawdę trudno. Chętnych do podjęcia oficjalnego dialogu brak.
Ostatnie słowa prezydenta Rosji, choć ostre i w wielu aspektach niesprawiedliwe nie budzą we mnie aż takiego niepokoju. Jasne, wolę Putina i jego sądy z 2009 roku, kiedy napisał: „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić pakt Mołotow-Ribbentrop zawarty w sierpniu 1939 roku. (…) Dziś rozumiemy, że każda forma zmowy z reżimem nazistowskim była nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia i nie posiadała żadnych perspektyw na realizację. które w tej całej sytuacji można uznać za korzystne”. Dzisiaj mówi inaczej, ale jego słowa tylko dowodzą, że są elementem większej politycznej gry.
Głęboko niepokojące jest jednak to, że wszelkiej maści rosyjscy pseudohistorycy, politolodzy i usłużni dziennikarze chcą za wszelka cenę przypodobać się swojej władzy i wypowiadają mnóstwo nieprawdziwych i głęboko krzywdzących Polskę słów, czynią z niej wspólnika nazistów, współarchitekta najstraszniejszych zbrodni. Pompują przestrzeń medialną nieskrywaną wrogością do Polski, rozpalając ogień, który trudno będzie ugasić.
Putin uderzył nas w najtrudniejsze do obrony miejsce i w najgorszym dla nas momencie. Trudno bowiem zaprzeczać istnieniu antysemityzmu w Polsce przed wojną, w jej trakcie i obecnie. W tej sprawie bronić nas trudno. Chętni do ripostowania Putinowi pojawili się na arenie międzynarodowej dopiero wtedy, gdy na Twitterze obśmiano amerykańską ambasador w Warszawie, gdy odpowiedziała na wypowiedzi rosyjskiego prezydenta. Cóż, jesteśmy sami, to wynik wieloletnich starań obecnej ekipy rządzącej. Analogie z 1939 roku są dość oczywiste. Co robić zatem? Rozmawiać. Myśleć o własnych interesach, rozumieć cudze. Szukać porozumienia a nie wojny, która przegramy zawsze, niezależnie od jej końcowego wyniku. Myśleć. To ostatnie może być najtrudniejszym wyzwaniem.
Jest oczywiście jedna korzyść z tej całej sytuacji: od momentu wypowiedzi Putina, której jednym z istotnych elementów jest polski antysemityzm, można mieć nadzieję, że skończyła się bliska i pełna wzajemnych duserów współpraca niektórych rosyjskich mediów z przedstawicielami skrajnej, antysemickiej i faszyzującej prawicy polskiej. To, co uczynił w ciągu ostatnich lat „Sputnik Polska” w tej dziedzinie jest czymś niepojętym. Promowanie i nagłaśnianie takich ludzi, jak Grzegorz Braun czy szef polskiej Falangi Bartosz Bekier, przeprowadzanie z nimi wywiadów i traktowanie jako wiarygodnych źródeł opisu polskiej rzeczywistości to zwykła kompromitacja. Jeśli Rosja chce wypadać wiarygodnie jako wróg antysemityzmu, czas z tym skończyć. Ale czy tak będzie?

Maciej Wiśniowski

Do Lewicy i nauki polskiej

Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy.

W niniejszym liście chciałbym zwrócić się do Lewicy i Nauki polskiej oraz do zainteresowanych Obywateli i Młodzieży. Polska Lewica zorganizowała opracowanie i przyjęcie w referendum polskiej Konstytucji, a w tym, zgodnie z Art. 20, wprowadzenie społecznej gospodarki rynkowej.
Społeczna gospodarka rynkowa ukształtuje demokratyczne stosunki wzajemne pracowników, właścicieli, władzy i konsumentów w sposób zmierzający do ich twórczej współpracy dla dobra własnego i wszystkich Obywateli polskich oraz do unikania wyniszczających walk między sobą. Zapewni coraz lepsze zaspakajanie potrzeb społecznych oraz eliminację plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność.

Jednym z najważniejszych osiągnięć lewicowej władzy w Polsce Ludowej było wprowadzenie demokracji i planowania w organizacjach gospodarczych. Było to rozwiązanie wartościowe, pożyteczne i godne jego kontynuacji. Można je potraktować jako sprawdzony element współczesnego socjalizmu, którego określenie i wprowadzenie powinno być głównym zadaniem Lewicy. Współczesny polski socjalizm to społeczna gospodarka rynkowa, zgodnie z art. 20 Konstytucji.

Przykładem polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej, może być opis działania społeczno-gospodarczego przedsiębiorstwa polskiego, szeroko współpracującego z Nauką, intensywnie doskonalonego i rozwijanego, od małego warsztatu do największej i najnowocześniejszej fabryki sprzętu medycznego w Polsce. Ten tekst mojego autorstwa jest on dostępny przez Internet, w Bibliotece Cyfrowej Politechniki Warszawskiej, po wpisaniu do wyszukiwarki tytułu: Rozwój produkcji sprzętu medycznego w Polsce, w latach 1940-1989 : na przykładzie Fabryki Narzędzi Chirurgicznych i Dentystycznych w Milanówku, lub autora: Władysław Bujwid. Treść tej publikacji wyświetlono ponad 6000 razy. Opinia Polskiego Towarzystwa Historii Techniki o tym opracowaniu jest ostatnim jego załącznikiem.
Wejście Lewicy do Parlamentu może ułatwić przygotowanie i wprowadzenie w Polsce społecznej gospodarki rynkowej. Potrzebne jest połączenie polskiego doświadczenia w zakresie społecznej gospodarki w organizacji gospodarczej w PRL oraz doświadczenia w zakresie gospodarki rynkowej po przemianach w 1989 roku, z wiedzą polskiej Nauki na ten temat.

Przykładem takiej wiedzy może być książka „Społeczna Gospodarka Rynkowa: Polska i integracja europejska” opracowana pod redakcją naukową Pani prof. Elżbiety Mączyńskiej, Przewodniczącej PTE i prof. Piotra Pysz. Książka jest wspólnym dziełem uczestników seminarium pod takim samym tytułem. Zachęca ona do wprowadzenia Społecznej Gospodarki Rynkowej, lecz nie proponuje, jak to można zrealizować. Ten element z kolei zawarty jest w projekcie Planu działania Lewicy po wyborach 2019, w celu uzyskania większej zdolności do realizacji swojej polityki po następnych wyborach, zawiera propozycje działań zmierzających do przygotowania i wprowadzenia w Polsce społecznej gospodarki rynkowej oraz współpracy Lewicy i Nauki w tym zakresie. Podaję adres internetowy: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidpl.pdf. Myśli zawarte w tym tekście rozwija opracowanie zatytułowane: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego zawiera wizję udoskonalonego systemu społeczno gospodarczego – polskiej społecznej gospodarki rynkowej, zgodnej z art. 20 konstytucji, oraz sposoby jej przygotowania i wprowadzenia przez Lewicę, w celu coraz lepszego zaspakajania ważnych potrzeb społeczeństwa i eliminacji plag społecznych, takich jak: dyskryminacja, wyzysk, bezrobocie, nędza i bezdomność. Adres internetowy opracowania: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidds.pdf

Opracowanie to jest oparte o polskie i międzynarodowe doświadczenia i dotyczy różnych dziedzin wiedzy, jest interdyscyplinarne, ponieważ taki jest system społeczno gospodarczy. Może być traktowane, jako poradnik dla kierownictw partii lewicowych, premiera, prezydenta, władz oraz dla kierownictw organizacji państwowych, samorządowych i gospodarczych, a także dla organizacji naukowych, kształcących i szkolących w tym zakresie, na terenie całego kraju, wymienionych działaczy i kandydatów na te stanowiska. Potrzebnym do tego zakresem wiedzy i potencjału dysponują Uniwersytety, które zachęcam do zorganizowania takiego kształcenia i szkolenia. Np. nowego kierunku studiów: Zarządzanie rozwojem społeczno gospodarczym, na szczeblu państwa, samorządu i organizacji gospodarczej.
Lewicę i Naukę zachęcam do twórczej współpracy w celu wspólnego przygotowania i wprowadzenia polskiej społecznej gospodarki rynkowej.
Powszechne, nieodpłatne korzystanie z opracowań umożliwił Klub Współczesnej Myśli Politycznej w Gdańsku, udostępniając je na swojej stronie internetowej, w zakładce Co piszą inni, za co Mu serdecznie dziękuję.

PS.
Pisząc powyższe opracowanie korzystałem z wiedzy i doświadczeń polskich oraz międzynarodowych, które obserwowałem i w których uczestniczyłem w okresie II RP, wojny, Demokracji Ludowej, III RP i obecnie.
Wiedzę zdobywałem w czasie nauki w liceum ogólnokształcącym, w Wieczorowej Szkole Inżynierskiej, na Politechnice, na kursie Magisterskim o kierunku planowanie, organizacja i ekonomika przedsiębiorstw przemysłu maszynowego, na rocznym Studium ekonomii politycznej zarządzania organizacjami gospodarczymi, na wielu kursach i szkoleniach oraz przez samokształcenie.

Mam również doświadczenie w działaniu i zarządzaniu różnymi organizacjami. Byłem rzemieślnikiem, rolnikiem, harcerzem, zastępowym, przybocznym drużynowego i komendantem obozu drużyny, a także przewodniczącym samorządu klasowego w liceum. Byłem pilotem szybowcowym, instruktorem i prezesem Aeroklubu. Pracowałem jako robotnik w różnych organizacjach oraz byłem przewodniczącym organizacji młodzieżowej i II sekretarzem organizacji partyjnej w fabryce. Byłem pracownikiem technicznym w różnych fabrykach. Przez 37 lat kierowałem działaniem, doskonaleniem i rozwojem przedsiębiorstwa państwowo społecznego, byłem Przewodniczącym Rady Zrzeszenia Przedsiębiorstw, radnym i Przewodniczącym Komisji Przemysłu i Zatrudnienia Wojewódzkiej Rady Narodowej, członkiem Zespołu Doradców Pełnomocnika ds. Reformy prof. Baki i zastępcy prof. Sadowskiego. W latach 90. byłem intensywnie przeszkolony przez polskie i międzynarodowe organizacje jakości, w zakresie systemów zarządzania jakością według Norm międzynarodowych rodziny ISO 9000, oraz systemów certyfikacji i akredytacji w Unii Europejskiej. Przez 10 lat byłem wykładowcą, konsultantem i audytorem oraz kierownikiem szkoleń w tym zakresie dla najwyższego kierownictwa różnych organizacji, w różnych częściach Polski. Uczestniczyłem w działaniach Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową.

Kłopoty z historią

– Mało kto wie, że nowa władza zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Sytuacji paradoksalnych było wiele – mówi prof. Andrzej Paczkowski w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Czy można jeszcze spodziewać się, że polska biografistyka historyczna objawi nam jeszcze jakieś nieodkryte postacie rangi generała „Nila” Fieldorfa, rotmistrza Witolda Pileckiego, Boleslawa Kontryma „Żmudzina”, albo jakieś  inne, dotąd nieodkryte tajemnice historii najnowszej?

Jakichś wielkich rewelacji czy sensacji trudno się już dziś, po tylu latach, spodziewać. Poza wspomnianymi przez pana, inne kluczowe postacie mają już swoje biografie, a jeśli nawet nie są to odrębne biografie, to wiedza o nich rozsiana jest po licznych źródłach. Jeśli znalazła by się jakaś postać zupełnie nie znana, to była by to prawdziwa sensacja.

Biografistyka historyczna obejmuje zarówno postacie na ogól uznane za świetlane, jak i kontrowersyjne, względnie nawet zdecydowanie negatywne. Z jednej strony „Nil czy Pilecki, z drugiej mający na koncie zbrodnie  czasu stalinowskiego Józef Światło, Józef Różański czy Mieczysław Moczar, ale też zaliczani do „żołnierzy wyklętych” Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Henryk Dekutowski „Zapora”, czy Romuald Rajs „Bury”, na których ciążą oskarżenia o zbrodnie na ludności cywilnej. Jak pisać biografie, by nie popaść w hagiografizm, idealizację w rodzaju kultu „żołnierzy wyklętych” i by, z drugiej strony, niektórych postaci nie demonizować ponad miarę?

Z tymi postaciami jednoznacznie pozytywnymi jest pewien kłopot, bo one nie zawsze są stuprocentowo świetlane, w każdym razie nie dla wszystkich. Tacy ludzie jak Szendzielarz „Łupaszka”, Dekutowski „Zapora” czy „Ogień” Kuraś mieli swoje wspaniałe strony, ale mają też w swoich biografiach cienie i to widziane nie tylko z pozycji przeciwnych im ideowo.

Napisał Pan książkę o Józefie Światło, „Trzy twarze Józefa Światło”. Skąd wybór tej akurat postaci?

Nie z sympatii rzecz jasna. To postać jednoznacznie ponura, zbrodnicza. Pierwotnie zamierzałem napisać książkę o X Departamencie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ale pomyślałem że będzie to nudna piła, której nie da się czytać. Enumeracja sprawozdawcza, pisanie, że tu działała komórka taka, a tu inna, że były takie czy inne wydziały, szczegółowe referowanie struktur rzadko nadaje się do czytanie. Uznałem, że lepiej i atrakcyjniej pokażę losy X Departamentu poprzez los Światły, los jednego człowieka. Biografistyka jest ciekawsza niż opracowania ogólne.

Biografistyka może być ciekawa także dlatego, że można przez nią pokazać powikłania ludzkich biografii, ich niejednoznaczność, powikłanie, zmienność…

Klasycznym przykładem jest tu biografia Bolesława Piaseckiego, przed wojną jednego z liderów młodego ruchu narodowego, założyciela i wodza Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, po wojnie szefa Stowarzyszenia „Pax”, który za rządów Edwarda Gierka został członkiem Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, będącej, przynajmniej teoretycznie, na antypodach ideowych nurtu reprezentowanego przez Piaseckiego. Takie powikłane biografie dotyczyły także postaci praktycznie anonimowych, np. oficerów przedwojennej dwójki, czyli wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Mało kto wie na przykład, że nowa władz zatrudniła po 1945 roku ponad dwudziestu funkcjonariuszy przedwojennych służb, jako bardzo przydatnych fachowców, w tym do inwigilowania swoich byłych kolegów, choć nie tylko. Bezpieka śledziła ludzi dawnej „defy”, dawnych prokuratorów, sędziów i mając na nich te haki przymuszała ich często do współpracy. Do 1951 ponad połowę sądów wojskowych tworzyli przedwojenni sędziowie i byli mobilizowani. Generał Komar, przesłuchiwany po aresztowaniu i pytany o to odpowiedział, że zatrudnił ich jako fachowców. Na samego ministra MBP Stanisława Radkiewicza bezpieka i Informacja Wojskowa miała „hak” w postaci lojalki podpisanej przez niego przed wojną na policji.

Do tej pory nikt nie opisał losów komisarza Pogorzelskiego, w II Rzeczypospolitej szefa antykomunistycznego kontrwywiadu w warszawskiej policji, który urzędował przy Daniłowiczowskiej. Fascynował się on przedmiotem swoich działań, komunizmem, na ścianach gabinetu miał portrety Marska i Engelsa, a na półkach ich dzieła i toczył debaty z młodymi komunistami, których przesłuchiwał. Istnieje legenda, że schwytany po wojnie, był przesłuchiwany przez dyrektorkę X Departamentu MBP Lunę Brystygierową, którą sam przesłuchiwał przed wojną…

Nie zapoznałem się bliżej z losami tej postaci, ale jeśli było tak jak pan przytacza, to dobrze by się to fabularyzowało dla potrzeb filmu czy telewizyjnego widowiska. To jednak tylko hipotezy, natomiast podobnych, ale stwierdzonych sytuacji paradoksalnych było wiele. Np. znany swego czasu działacz partyjny na froncie marca 1968 i walki z syjonizmem, redaktor naczelny moczarowskiego de facto organu prasowego „Za Wolność i Lud”, Kazimierz Kąkol był żołnierzem Armii Krajowej, zasłużonym szczególnie w akcji „Wawer”. Z kolei jeden z najbardziej krwiożerczych architektów represji w latach pięćdziesiątych, Naczelny Prokurator Wojskowy Stanisław Zarako-Zarakowski, nawiasem mówiąc absolwent prawa Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, był przed wojną endekiem, podobnie zresztą jak komunistyczny pisarz i działacz Jerzy Putrament. Z kolei Zdzisław Żygulski, socjolog kultury, minister kultury w okresie stanu wojennego, był za okupacji sędzią sądu podziemnego Armii Krajowej.

Która z postaci z tego kręgu historycznego wydaje się Panu najbardziej paradoksalnym przykładem tej dwoistości?

Major Bolesław Kontrym, „Żmudzin”. Jego losy, to niesamowita historia człowieka, który z jednego z najbardziej bojowych dowódców bolszewickich Czerwonej Gwardii na północy Rosji, uczestnika wojny 1920 roku po stronie radzieckiej, zasłużonego i awansowanego, przeobraził się, po ucieczce do Polski, II Rzeczypospolitej, w oficera Korpusu Ochrony Pogranicza i policji politycznej ścigającego komunistów. A później żołnierzem AK i powstańcem warszawskim, który zginął z rąk komuny, jako ofiara stalinowskiej bezpieki i sądownictwa. 

Skąd ta dwoistość postawy Kontryma?

Ta tajemnica nie do końca została wyjaśniona. Może do bolszewików pociągnął go rewolucyjny patos, może awanturnicza młodość? Wątpię, by stały za tym jakieś głębokie motywacje ideowe, bo inaczej zostałby w ZSRR. Myślę, że był raczej ideowym patriotą polskim, choć zginął właściwie za nic, bo nie prowadził żadnej działalności przeciwko tzw. władzy ludowej. To jest podobne do przypadku generała „Nila” – Fieldorfa, a kompletnie odmienne niż w przypadku rotmistrza Pileckiego.

Był Pan konsultantem telewizyjnego widowiska o Kontrymie…

Głównie konsultowałem wizerunek osoby Józefa Światło, ale poproszono mnie także o sprawdzenie wiarygodności innych postaci, w końcu związanych ze sprawą i historycznych. Pytano mnie na przykład, czy pułkownik Józef Różański może mieć bródkę albo w jakim garniturze może występować Bolesław Bierut.

I jaki był Pana werdykt?

Że co prawda wedle znanych fotografii, Różański bródki ani wąsów nie nosił, był zupełnie ogolony, ale nie ma istotnego przeciwwskazania, żeby grający go aktor bródkę nosił. Co do garnituru Bieruta, to był to zwykły garnitur o fasonie wtedy noszonym, ani szczególnie elegancki, ani szczególnie byle jaki. Ot, nosił się jak większość urzędników. Uznałem, że to ostatecznie widowisko artystyczne rządzące się swoimi prawami, oparte na faktach, ale sfabularyzowane. Przekazałem te swoje uwagi, a potem zostałem zaproszony na kolaudację przedstawienia.

I jakie wrażenia wyniósł Pan wrażenia z oglądania „Kontryma”?

Niezłe. Widowisko ma dobre tempo, jest sugestywne, wciągające. Pewne zastrzeżenia miałem co do czytelności niektórych wątków dla widza nie wprowadzonego dobrze w losy postaci tytułowej. W widowisku pojawia się kilkakrotnie biegnący i krzyczący „Kontrym”, w czapce z czerwoną gwiazdą i z pistoletem. Przekonano mnie jednak, że prawa rządzące dziełem artystycznym, fabularyzowanym zakładają, że i widz musi mieć coś do pomyślenia i do pokojarzenia. Że nie wszystko powinno być wyłożone jak na talerzu, jak zazwyczaj w filmie dokumentalnym.

Odniósł Pan wrażenie prawdy?

Prawdy epoki tak, w mniejszym stopniu prawdy materialnej. W widowisku są sceny brutalnego przesłuchiwania „Kontryma” przez Światłę. W rzeczywistości, raczej rzadko go przesłuchiwał, bo to nie należało do jego obowiązków, jako funkcjonariusza operacyjnego a nie śledczego. Ze spektaklu można natomiast wywnioskować, że Światło zajmował się tylko „Kontrymem”. Poza tym przesłuchiwali na ogół oficerowie niższego stopnia. Jednak dla widowiska nie ma to jednak istotnego zdarzenia. Z czystej inwencji twórców wyrósł wątek znamienia na plecach żony „Kontryma”, o którym Światło miał wiedzieć i sugerować mu, że z nią spał. W celu wyprowadzenia przesłuchiwanego z równowagi. Nie zgłosiłem jednak zastrzeżeń, bo mieściło się to w granicach szeroko rozumianego prawdopodobieństwa.

A sama postać Światły zagranego przez Redbada Klynstrę?

Zagrana została bardzo dobrze, choć bez zachowania fizycznego podobieństwa twarzy. Wprowadzono też kilkakrotnie powtarzaną  scenę operacji plastycznej Światły w USA, operacji, którą być może wcale się nie odbyła. W każdym razie widziałem zdjęcie Światły na kilka lat przed śmiercią i nie zaobserwowałem śladów takiej operacji. Był na zdjęciu w czapce bejsbolówce, na leżaku, w scenerii chyba Florydy.

Czy śledczy wiedzieli o bolszewickim epizodzie życia „Kontryma” lub on im o tym mówił?

Tego nie wiadomo, ale nawet jeśli wiedzieli, to nie uratowało by go to. Nie miałoby to dla jego oprawców żadnego znaczenia. Traktowali wszystkich bez wyjątku czysto instrumentalnie i bezwzględnie, wedle procesowych potrzeb. Stalin kazał rozstrzeliwał bolszewików, z którymi latami współpracował i z którymi był na ty, a w Polsce marszałka Michała Rolę-Żymierskiego nie uratowało przed aresztowaniem nawet to, że  był wieloletnim agentem wywiadu sowieckiego. To był niezwykle brutalny system, nie liczący się z nikim i niczym.

Jako autor książek debiutował Pan w 1968 roku przewodnikiem „Zakopane i okolice”. Ten krąg zainteresowań ciągle jest Panu bliski?

Teoretycznie tak, ale z racji wieku już ani alpinizmu, ani taternictwa nie uprawiam.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Paczkowski – ur. 1 października 1938 w Krasnymstawie – historyk, w okresie PRL działacz opozycji, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej dwóch kadencji (1999-2009), od 2011 roku przewodniczący Rady IPN. W latach 1974–1995 prezes Polskiego Związku Alpinizmu. Początkowo jego zainteresowania naukowe były związane z historią prasy polskiej. W latach 80. był wydawcą wielu materiałów źródłowych związanych z działalnością „Solidarności” w latach 1980–1981, a w 1986 wydał niedostępne wówczas dokumenty KC PZPR w zbiorze „Gomułka i inni. Dokumenty z archiwum KC 1948–1982”. Od września 1980. Był ekspertem Ośrodka Prac Społeczno-Zawodowych przy Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” Jesienią 1981 uczestniczył w formułowaniu programu Klubów Rzeczypospolitej Samorządnej „Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość”. Prowadził wykłady i publikował w prasie związkowej artykuły dotyczące najnowszej historii Polski. Po ogłoszeniu stanu wojennego pisał w drugoobiegowym „Tygodniku Wojennym”, współpracował z „Tygodnikiem Mazowsze”. W 1983 był jednym z założycieli „Archiwum Solidarności, w ramach którego do 1989 wydano 24 tomy relacji i dokumentów. Autor wielu monografii poświęconych najnowszej historii Polski, w tym aparatowi represji PRL i przygotowaniom oraz przebiegowi stanu wojennego, a także wydawcą źródeł do najnowszej historii Polski. Napisał poświęcony Polsce rozdział „Czarnej księgi komunizmu” (wyd. 1997 Paryż, wyd. polskie 1999). W latach 90. był ekspertem komisji sejmowych badających kwestię legalności stanu wojennego. Niektóre publikacje, to: „Zakopane i okolice” (1968), „Prasa polska w latach 1918–1939” (1980), „Historia polityczna Polski 1944–1948” (1985), „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” (1998), „Od sfałszowanego zwycięstwa do prawdziwej klęski: szkice do portretu PRL” (1999), „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983” (2006), „Trzy twarze Józefa Światło” (2009), „Fakty, pogłoski, nastroje. Dziennik czasu wojennego (14 XII 1981 – 13 VIII 1982)” ( 2019).

PiS, KO, PSL, Konfederacja przeciw emerytom

Sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny opowiedziała się za odrzuceniem projektu nowelizacji ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.

Rozwiązanie przygotowane przez Lewicę zakładało podniesienie najniższej emerytury i renty do 1600 zł, najniższej renty dla osób częściowo niezdolnych do pracy do 1200 zł, zniesienie limitu 30-krotności przy składkach ZUS oraz wprowadzenie pojęcia najwyższej emerytury, która wynosiłaby sześciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Co istotne, przeciwko projektowi opowiedzieli się nie tylko posłowie partii rządzącej, ale wszystkie kluby poza Lewicą. Za odrzuceniem projektu głosowało aż 28 posłów, zaledwie czterech było przeciw, a jedna osoba wstrzymała się od głosu. Posłowie i posłanki, nie tylko PiS-u, ale też opozycji, mogli przecież wnieść dowolne poprawki i rekomendować dalsze prace nad ustawą. Woleli jednak projekt zakładający znaczną pomoc dla najbiedniejszych emerytów i rencistów błyskawicznie odrzucić.

Seniorzy ubożeją

Choć w ostatnich latach mamy do czynienia z szybkim wzrostem gospodarczym, dobrą koniunkturą i niskim poziomem bezrobocia, to rośnie ubóstwo osób starszych. W latach 2016-2018 o blisko 400 tys. wzrosła liczba seniorów żyjących w niedostatku. W 2016 roku było to 33,8 proc. osób w wieku 65+ żyło w gospodarstwach domowych o wydatkach poniżej minimum socjalnego. W roku 2018 już 37,3 proc. Skokowy wzrost! Równocześnie jeszcze w 2014 roku minimalna emerytura wynosiła 56 proc. płacy minimalnej, a na początku XXI wieku blisko 70 proc. Tymczasem w 2019 roku minimalna emerytura stanowiła już zaledwie 48,9 proc. płacy minimalnej, zaś na ten rok rząd przewidział, że będzie to zaledwie 46,2 proc. Innymi słowy, najniższe emerytury za rządów PiS osiągają rekordowo niskie poziomy. Nawet po przyjęciu rozwiązania Lewicy najniższa emerytura stanowiłaby 61,2 proc. najniższego wynagrodzenia, czyli wciąż znacznie mniej niż w 2001 czy 2002 roku.

Niesprawiedliwy system

Dyskusja nad zniesieniem trzydziestokrotności trwa od wielu miesięcy, ale nie ulega wątpliwości, że utrzymywanie rozwiązania, które pozwala płacić bardzo niskie składki osobom o najwyższych dochodach jest ewenementem w świecie rozwiniętym. W Polsce od wielu lat kwoty przekraczające trzydziestokrotność średniego wynagrodzenia nie są obciążone składkami emerytalnymi. W efekcie osoby o najwyższych dochodach procentowo mają najniższe obciążenia składkowo-podatkowe. Polska to jeden z nielicznych krajów OECD, gdzie stopa zastąpienia, czyli stosunek emerytury do ostatniej pensji, jest niższa dla osób o niskich zarobkach niż dla krezusów. Propozycja Lewicy ma na celu zniwelowanie tej ewidentnej niesprawiedliwości. Trudno pojąć, dlaczego część polityków i partnerów społecznych uważa, że zniesienie zasady trzydziestokrotności byłoby sprzeczne z Konstytucją. Wydaje się, że to raczej jej utrzymanie może pozostawać w konflikcie z ustawą zasadniczą.

Również propozycja wprowadzenia zasady, zgodnie z którą najwyższa emerytura nie mogłaby przekraczać sześciokrotności najniższego wynagrodzenia, wydaje się godna procedowania. Trudno zrozumieć ostry opór wobec tego rozwiązania strony rządowej i organizacji pracodawców, skoro obecny na posiedzeniu Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, minister Stanisław Szwed oświadczył, że według jego wiedzy, około 120 osób pobiera emeryturę w wysokości wyższej niż sześciokrotność najniższej ustawowo określonej płacy. A zatem wprowadzenie tego rozwiązania dotyczyłoby bardzo niewielkiej liczby seniorów i w nikłym stopniu ograniczałoby różnice w poziomie emerytur. Niezależnie jednak od oceny rozwiązania zawartego w ustawie, można było nad nim pracować i poddać dalszemu procedowaniu. Okazało się jednak, że gdy chodzi o poprawę sytuacji najbiedniejszych emerytów i niewielką korektę nierówności społecznych, parlamentarzyści PiS, KO, PSL i Konfederacji wspólnie i solidarnie stawiają opór.

PiS pozbył się posłanki Biejat

Magdalena Biejat z Lewicy jeszcze kilka dni temu celnie punktowała zaniedbania rządu na polu walki z ubóstwem i wspierania seniorów. 16 stycznia posłowie PiS odwołali ją ze stanowiska przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny.

Stanowisko to Biejat otrzymała wcześniej zgodnie z parlamentarnym obyczajem, który nakazuje zostawić kierowanie częścią komisji w rękach opozycji.

O tym, czy PiS zdecyduje się naruszyć obyczaj i złamać wcześniejsze ustalenia z innymi klubami, spekulowano jeszcze przed Nowym Rokiem. Dla części parlamentarzystów katolicko-narodowej prawicy nie do przyjęcia były przekonania Magdaleny Biejat, która – chociaż sama ma niemal idealną tradycyjną rodzinę – mówi otwarcie o potrzebie zalegalizowania związków partnerskich i o prawie do przerywania ciąży.
W ostatnich dniach działaczka Lewicy Razem dostarczyła kolejnych argumentów „na niekorzyść”. W debacie nad emeryturami i sytuacją polskich seniorów celnie i stanowczo wskazała zaniedbania rządu na tym polu, mówiąc na sali plenarnej o rosnącej skali ubóstwa wśród najstarszych Polek i Polaków. Wykazała, że rozwiązania wdrożone na ich rzecz przez PiS są zaledwie ruchami pozorowanymi.

Żenujące uzasadnienie

Głosowanie nad odwołaniem Biejat odbyło się 16 stycznia rano. Jako bardziej odpowiednią kandydatkę na przewodniczącą parlamentarzyści PiS wskazali dotychczasową wiceprzewodniczącą komisji Urszulę Rusecką, której sylwetkę prezentowaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna”. To katolicka fundamentalistka, która uzasadniała w Sejmie potrzebę bezwzględnego zakazu aborcji cytatami z matki Teresy.
Podając uzasadnienie wniosku o odwołanie przewodniczącej PiS nie miał jednak dość odwagi, by jasno powiedzieć, o co chodzi. Zamiast tego sprawozdawczyni Teresa Wargocka zarzucała lewicowej posłance brak doświadczenia w parlamencie i wynikającą z tego nieumiejętność organizowania prac komisji. „Przez miesiąc od dnia powołania nie podjęła obowiązków przewodniczącej komisji”, „wykazała się brakiem umiejętności brakiem pracy zespołowej” – mówiła.

– Spośród wszystkich 18 komisji, kierowanych przez PiS, tylko dwie komisje spotykały się częściej niż komisja polityki społecznej. A aż 10 komisji kierowanych przez PiS spotkało się mniej niż pięć razy, czyli dwa razy mniej niż komisja rodziny, która spotkała się dziesięć razy – ripostował jej przewodniczący klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.

Warto przypomnieć, że również w poprzedniej kadencji Sejmu niektórymi komisjami kierowały debiutantki. Nikt ich z tego powodu nie odwołał… no ale przecież nie były to działaczki lewicowe.

Bo Lewiatan był przeciw

Jeszcze bardziej kuriozalne były inne „argumenty” przywołane przez PiS. Posłanka Wargocka zarzuciła Biejat, że jej poglądy w kwestii modelu rodziny „nie są podzielane przez większość społeczeństwa”. Zupełnie jakby miało to cokolwiek do rzeczy – posłanka otrzymała kierownictwo w komisji na mocy międzyklubowych ustaleń, w momencie ich zawierania wszyscy, łącznie z PiS, świetnie wiedzieli, jakie postulaty w sprawach praw kobiet i równości małżeńskiej zapisano w programie Lewicy.

Najbardziej absurdalnie, a poniekąd strasznie zabrzmiały jednak jej uwagi w sprawie projektu ustawy o emeryturach minimalnych, złożonego przez Lewicę, a wczoraj odrzuconego właśnie na komisji polityki społecznej dzięki zgodnym głosom PiS i PO. Otóż na niekorzyść Biejat miało świadczyć to, że miał on negatywną opinię Konfederacji Przedsiębiorców i Pracodawców Lewiatan. Tak, taki argument naprawdę padł z ust reprezentantów „prospołecznej” partii.

W dodatku – skandal! – Biejat zarządziła pracę nad projektem w sprawie emerytur po 50 dniach od jego złożenia w Sejmie. W ocenie posłów PiS był to „zbyt szybki” termin.

Wynik głosowania był w zasadzie przesądzony. 19 głosów za odwołaniem, 12 – przeciw. Teraz przewodniczącą komisji będzie, zgodnie z wolą rządzącej partii, Rusecka.

Tępe i prymitywne działanie

Przebieg porannego posiedzenia w komisji podsumował celnie Włodzimierz Czarzasty.

– Wy myślicie „i tak was przegłosujemy”. To tępe i prymitywne działanie i pokazywanie siły. Będziemy przegrywali głosowania, ale będziemy wszędzie o waszych siłowych rozwiązaniach informowali dzień i noc. Mam dosyć tego, że jeśli ze strony Lewicy jest kompromis, uśmiech, to z drugiej strony, partii rządzącej, jest prymitywna siła – skomentował wicemarszałek Sejmu i przewodniczący SLD.

Lewica mimo wszystko zamierza nadal zgłaszać w Sejmie socjaldemokratyczne projekty ustaw i krytykować z takich pozycji PiS-owskie udawane państwo dobrobytu. – PiS boi się Lewicy, boi się Biejat, bo wie, że walczymy o sprawiedliwość społeczną. Lewica się PiSu nie boi. Walczymy dalej – zadeklarowała na Twitterze Marcelina Zawisza.

Żywność coraz droższa, Polacy coraz biedniejsi

Odczuwamy ją wszyscy. Inflacja idzie w górę. W grudniu była najwyższa od 2012 roku. W jej rezultacie w górę poszybowały też praktycznie wszystkie ceny. I to przede wszystkim produktów podstawowych.

Drożeją towary, które niezbędne są wszystkim. Żywność i napoje bezalkoholowe przez rok podrożały o prawie 7 proc. Cena mięsa wzrosła o 12,8 proc., cena warzyw to kolejne 12 proc. podwyżki, a cukru -20 proc. Do góry poszły także ceny ubezpieczeń, biletów lotniczych czy towarów bardziej luksusowych. Bez tych ostatnich da się przeżyć. Bez jedzenia – nie.

Najubożsi cierpią najbardziej

W tej sytuacji najbardziej tracą osoby biedne i cierpiące ubóstwo. Zdaniem ekspertów z Banków Żywności w Polsce ponad 2 mln ludzi żyje dziś w skrajnym ubóstwie i musi walczyć o przetrwanie za kwotę mniejszą niż 600 złotych. Jeśli ktoś zarabia tak mało, to podwyżka cen żywności o 10 proc. w skali roku grozi mu niedożywieniem lub nawet śmiercią. Oodwyżki te są w stanie pochłonąć nawet dodatkowe kilkanaście procent z miesięcznego budżetu osoby niezamożnej – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że w praktycznie każdym mieście do góry idą też podstawowe opłaty. Najdrożej żyje się obecnie w miastach o populacji liczącej od 100 do 200 tys. mieszkańców. W takich miastach mało jest dobrych miejsc pracy, relatywnie niskie są zarobki. Warszawskie stawki to marzenie.

Rząd bez wizji

Obecny rząd nie posiada żadnej strategii zmierzającej do wyrównywania różnic w poziomie życia i zarobków: czeka nas przyszłość z coraz biedniejszymi i droższymi do życia mniejszymi miasteczkami oraz miastami i zaledwie kilkoma bogatymi metropoliami, do których do pracy wyjeżdżać będzie coraz więcej ludzi.

Samo zmniejszenie inflacji nie jest oczywiście najważniejsze. Najistotniejsze jest podniesienie poziomu życia i płac, a następnie ich utrzymanie. W systemie kapitalistycznym rosnąca inflacja to rezultat działań przedsiębiorstw, które podnoszą ceny, by przez coraz wyższe płace pracowników nie malały ich zyski. Prawdą jest, że większa podaż pieniądza w postaci wyższych płac czy świadczeń socjalnych może prowadzić do inflacji i następnie ukrytej obniżki płac (przez wzrost kosztów utrzymania). Na tym jednak polega rola odpowiedzialnego państwa, by takiej sytuacji zapobiec: przez państwową politykę, gospodarcze planowanie i kluczowe inwestycje w rozwojowe sektory.

Państwo nie może być bierne

Wszyscy pamiętają obietnice obecnego premiera, który obiecywał wręcz stworzenie nowych okręgów przemysłowych, odtworzenie strategii publicznych inwestycji czy pobudzenie działalności państwa w gospodarce przy wykorzystaniu tzw. Funduszu Inwestycji Kapitałowych. Tyle, że fundusz umarł krótko po tym, jak neoliberałowie z Forum Obywatelskiego Rozwoju uznali go za atak na prywatną własność.

Bez państwowych inwestycji i odpowiedniego planowania nie da się utrwalić pozytywnych zmian. Płace i świadczenia są coraz niższe, ponieważ tego chce rynek. Nie może być inaczej, dopóki dominują na nim przedsiębiorstwa, których głównym źródłem zysku cały czas pozostaje tania siła robocza. Zamiast strategii narodowego rozwoju mamy specjalną strefę ekonomiczną w całym kraju i jeszcze niższe podatki, w tym prezenty dla obcych firm na zlecenie amerykańskiego wiceprezydenta. Premier stosuje się dokładnie do tych samych neoliberalnych recept, które panowały w czasach PO i wcześniej. Tyle, że PiS próbuje skłonić do siebie niezamożnych wyborców, więc usiłuje zafałszować obraz gospodarki przy pomocy finansowych manipulacji. Ale bez stabilizacji ze strony państwowego planowania, inwestycji i odpowiedniego wspierania innowacyjności, nauki taki system musi się załamać. Liczenie na to, że biedakapitalizm sam z siebie (czy np. po samej zmianie wysokości płacy minimalnej) ewoluuje w kierunku gospodarki opartej na wiedzy to fantazja. Taka zmiana absolutnie nie jest też możliwa przy obecnym budżecie. Skandalicznie niskie są nakłady na naukę – w 2020 roku będzie to zaledwie 1,24 proc. PKB. Dla porównania: na zbrojenia przeznaczamy już ponad 2 proc. PKB.

Jeśli nie państwowe inwestycje, rozwój nauki czy innowacyjności to może z inflacją i biedą zwycięży polska armia?

Tak to tak

Zabawne są te wszystkie nieporadne próby wymigania się od jasnej odpowiedzi , kiedy pada pod adresem polskiego polityka onkretne pytanie, a ten lub ów wije się jak piskorz, żeby tylko nie odpowiedzieć: tak lub nie.

Podobno nie ma głupich pytań; są tylko głupie odpowiedzi. Głupszego porzekadła w życiu nie słyszałem. Są głupie pytania, tak jak i są ludzie, którzy je zadają. Podobno mowa Wasza ma być tak, tak-nie, nie, a wszystko inne od złego pochodzi. Są jednak takie pytania, na które odpowiedź tak lub nie jest cokolwiek niepełna albo wręcz niewłaściwa. Np. pytanie: Czy dawno temu przestał Pan kraść? Jeśli się pyta niezłodzieja, z odpowiedzią może był kłopot. Albo: Słyszeliśmy, że od dawna nie bije Pan już żony? Jeśli adresatem pytania nie jest głowa rodziny, ćwicząca amatorsko boks na najbliższych, to odpowiedź tak lub nie na tak postawione pytanie, stawia indagowanego w mało komfortowej sytuacji. Takich pytań, albo raczej, pułapek retorycznych, jest na szczęście nie za dużo. Proza życia sprowadza się raczej do prostego wyboru: tak lub nie, o ile oczywiście, chcemy mówi prawdę.

Obejrzałem niedawno w telewizji rządowej rozmowę z młodą dziennikarką z prawicowej stacji radiowej. Rzecz tyczyła się reformy sądownictwa. Pani redaktor była bardzo kontent, kiedy pytano się jej o to, jak do spraw związanych z szeroko komentowaną ustawą kagańcową podchodzi w Polsce Pałac Prezydencki. W jej ocenie, to, że ze strony administracji prezydenta i samego prezydenta nie wychodzi do opinii publicznej żaden konkretny głos komentarza w sprawie procedowanych właśnie w Senacie przepisów, jest godny największej pochwały. Mało tego, bardzo jej się podoba podejście rzecznika pana prezydenta, który tak mówi, że wprost niczego nie mówi, ale jednak coś mówi. Tylko nie wiadomo o czym. Te ostatnie, to już moje słowa. Podoba się pani redaktor ta prezydencka artykulacja dlatego, bo nie uchodzi, żeby majestat prezydencki był zmuszany do zajmowania się sprawami małych ludzi w niskiej i wysokiej Izbie. Dla pani redaktor prezydencka bełkotliwość komunikacyjna to wielka cnota i mądrość. Dla mnie to zwyczajna ściema i ucieczka od odpowiedzi. Niczego tak bardzo nie mogę u polityków w Polsce znieść, jak kłamania ludziom w żywe oczy, albo mówienia że coś wiedzą, ale nie powiedzą. I o dziwo, wcale nie prezydenta mam teraz na myśli.

Jest w Senacie marszałek. Nazywa się Grodzki. Strona rządowa poczęła wyciągać mu grzeszki z przeszłości wtedy, kiedy został marszałkiem. Wcześniej piastował również funkcje wysokie, ale niespecjalnie kogokolwiek obchodzące. Kiedy znalazł się na świeczniku, znaleźli się i ludzie, którzy twierdzą, że pan Grodzki, jako lekarz w państwowym szpitalu brał od nich łapówki. Jest nawet ktoś, kto może pod przysięgą potwierdzić to przed sądem. Czemu oskarżenia padają dziś i czym są motywowane, to temat na zupełnie inną rozmowę. Coś należy z nimi zrobić.
Dziwnym też nie jest, że znajdują się dziennikarze, którzy chodzą wokół tematu. I pytają. Taka ich rola. Niektórzy pytają wprost: panie marszałku, są ludzie, którzy twierdzą, że brał pan kasę pod stołem. To prawda czy fałsz? Jakby nie patrzeć, nie jest to pytanie, na które nie można odpowiedzieć: tak lub nie. Na to pytanie, jak najbardziej na miejscu w obliczu zarzutów, należy odpowiedzieć. Zwołać konferencję prasową, wygłosić orędzie w telewizorze, zamówić ogłoszenie w prasie. Jasno postawić sprawę: nie brałem łapówek. Wszystkie tego typu insynuacje są kłamstwem. Albo: tak, zdarzyło mi się wziąć parę groszy i nie wypisać rachunku. Oto moja dymisja. Zamiast tego, mamy obrażanie się na rządowe media, że się czepiają, bo wyciągają trupy z szafy i to do tego w takim stanie rozkładu, że patomorfolog miałby kłopot z pamięcią, a co dopiero zapracowany chirurg.
Ja na to wszystko patrzę, uśmiecham się pod wąsem, którego nie mam, a który w każdej chwili mógłby mieć i czekam cierpliwie, że może w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy i przestanie ściemniać. Powie tylko: tak. Albo powie: nie. Albo nic nie powie. Brak odpowiedzi też jest jakąś odpowiedzią.

Uczcili pamięć komunisty

Przedstawiciele Komunistycznej Partii Polski oraz Kampanii Historia Czerwona symbolicznie uczcili pamięć Henryka Gradowskiego, działacza zastrzelonego przez funkcjonariuszy „Defensywy” – przedwojennej polskiej policji politycznej.

Jak co roku przedstawiciele antykapitalistycznej lewicy pozostawili zapalone znicze oraz fotografię Henryka Gradowskiego na skwerze na warszawskim Placu Zawiszy. To tam w nocy z 14 na 15 stycznia 1932 r. funkcjonariusze polskiej policji politycznej zastrzelili 23-letniego działacza Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej, a następnie KPP.
– Stało się to po rewizji przeprowadzonej przez policję polityczną w mieszkaniu działacza. Funkcjonariusze poszukiwali tam ulotek i biuletynów upamiętniających rocznicę śmierci Róży Luksemburg. Wyprowadzony z domu w pobliżu warszawskiego Placu Zawiszy został kilkakrotnie postrzelony w plecy przez funkcjonariuszy policji. Bracia zamordowanego twierdzili, że Henryk Gradowski został zastrzelony z zimną krwią – piszą działacze KPP. Oficjalna wersja wydarzeń brzmiała, iż mężczyzna został zastrzelony przy próbie ucieczki.

Henryk Gradowski był od wczesnej młodości działaczem Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie”, następnie Komunistycznego Związku Młodzieży Polski i od 1930 r. KPP. Studiował najpierw na wydziale matematyczno-przyrodniczym Uniwersytetu Warszawskiego, następnie na wydziale prawa – pierwszy kierunek studiów musiał przerwać, gdyż jako syna prostego ślusarza nie było go stać na kontynuowanie nauki. W dwudziestoleciu międzywojennym wielu młodych ludzi w jego sytuacji zwracało się ku radykalnym ruchom lewicowym.

Upamiętnienie aktywisty istniało na Pl. Zawiszy od 1957 do 2005 r. Pamiątkowy kamień został usunięty dzięki staraniom radnych PiS z Ochoty, pod osłoną nocy, chociaż jego pozostawienia chcieli i działacze lewicowi, i część obrońców warszawskiego dziedzictwa kulturowego, w ocenie których przedwojenna historia powinna zostać zachowana ku pamięci. Dziś o refleksję nad ciemnymi kartami dwudziestolecia międzywojennego bardzo trudno.

Kościoły pustoszeją

Kościół zdaje sobie sprawę, że przegrywa walkę o dusze Polaków. Właśnie opublikował dane, z których to jednoznacznie wynika.

Czy z tego wyciągnie właściwe wnioski — to raczej mało prawdopodobne. Raczej będzie się trzymał swojej „linii duszpasterskiej”, a polscy katolicy będą coraz rzadziej z tej oferty korzystali. A są to dane za rok 2018, w roku 2019 zapewne było jeszcze gorzej; w 2020 ta tendencja się raczej nie zmieni.
Dane na temat praktyk religijnych polskich katolików przedstawiono w siedzibie Episkopatu Polski. W prezentacji brali udział sami księża, co może nie dziwi, bo to oni głównie są odpowiedzialni, choć dane dotyczą świeckich, którzy są „obiektem analiz”.

Kto mówi

Sprawozdanie przeczytałem w biuletynie KAI, a więc znowu w organie KEP (Konferencji Episkopatu Polski). Lubię ten język, bo mi przypomina dzieciństwo i lata wczesnej młodości, gdy robiłem podobne sprawozdania dla ściennej gazetki w liceum, głównie na podstawie publikacji rządowych gazet (innych przecież nie było). Pamiętam, że w tych rządowych sprawozdaniach nie było ważne co, ale kto mówi.
Podobnie jest w sprawozdaniu KAI, gdzie czytam: „Prezentacja Rocznika Statystycznego Kościoła katolickiego w Polsce »Annuarium Statisticum Ecclesia in Polonia AD 2020« miała miejsce dziś w Sekretariacie KEP. W spotkaniu udział wziął sekretarz generalny KEP bp Artur Miziński, dyrektor ISKK ks. dr Wojciech Sadłoń i ks. prof. Grzegorz Sokołowski z Obserwatorium Społecznego we Wrocławiu”. Potem jest podobnie. Ks. Sadłoń podał do wiadomości, ks. Sokołowski stwierdził, a ks. bp Miziński podsumował.

A ja już bez przyporządkowania tym ważnym księżom podam po prostu jak sprawy wyglądają, a na końcu napiszę, co z tego wynika. A sprawy wyglądają tak:

Wskaźniki bez zmian

Wskaźnik dominicantes (uczestniczących w coniedzielnej Mszy św.) w 2018 r. wyniósł średnio 38,2 proc, communicantes zaś (przystępujących do Komunii Świętej) – 17,3 proc. Dane te wskazują, że obydwa współczynniki są niemal identyczne z danymi za rok 2017: odpowiednio było to wtedy 38,3 proc. dominicantes i 17 proc. communicantes. Najwyższy poziom wskaźnika dominicantes odnotowano tradycyjnie w diecezji tarnowskiej (71,3 proc.), rzeszowskiej (64,3 proc.) oraz przemyskiej (60,4 proc.), a najniższy w szczecińsko-kamieńskiej (24,2 proc.), łódzkiej (24,5 proc.) i koszalińsko-kołobrzeskiej (25 proc.).

Pojawiła się też nowa kategoria: Wskaźnik participantes – katolików angażujących się w życie parafii (poprzez przynależność do wspólnot i organizacji) – wynosi 8,1 proc.i różni się w poszczególnych regionach kraju.

Wsparcie państwa nie pomaga

Otóż wynika z tego tyle, że Kościół katolicki w Polsce mimo gigantycznego wsparcia państwa traci wpływy i coraz mniej ludzi mu ufa. Dodać do tego należy rosnący antyklerykalizm i wzrost dojrzałości religijnej Polaków z jednej strony oraz odchodzenie od instytucjonalnych form religii.
Na ten temat na rzeczonej konferencji nie było żadnej refleksji. Zresztą tak naprawdę od lat takiej refleksji w Kościele brak. A to, co się dzieje poza Kościołem księży nie interesuje. Zresztą chyba z wzajemnością, coraz mniej interesuje świeckich to, co się dzieje w księżowskiej instytucji.