Metafizyka

Polski internet spuchł od komentarzy po pożarze katedry Notre Dame w Paryżu. Szyku zadali głównie komentatorzy z prawicy, którzy wyciągnęli starą, wytartą teorię o tym, jakoby Pan Bóg regulował sprawy na świecie poprzez zsyłanie na ludzi plag, tragedii ekologicznych, czy w najlepszym razie zamachów.
„Znaki są do tego, żeby je odczytywać. Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Płonie Kościół, płonie Europa. Czas zmierzchu. Jeśli się nie nawrócimy spłoniemy wszyscy” – stwierdził Nostradamus Terlikowski.
„Ta tragedia ma wymiar metafizyczny. Nie wierzę, by francuskie państwo w obecnym stanie mogło zagwarantować uczciwe śledztwo co do przyczyn pożaru” – poparł go Rafał „RAZ” Ziemkiewicz, z którym z kolei zgodziła się Magdalena Ogórek, pełna obaw o to, że w miejscu spalonej katedry powstanie meczet.
Nieśmiertelna posłanka Pawłowicz widzi już w pożarze ślady działalności piekielnej: „Diabelstwo… Ginie 800-letnia gotycka Katedra Notre Dame w Paryżu trawioną potężnym ogniem… We Francji już niemal co dzień albo burzą kolejne stare katolickie kościoły albo przekazują je muzułmanom lub na galerie handlowe…Nasza europejska cywilizacja bezpowrotnie ginie”.
Drodzy metafizycy od siedmiu boleści, którym tryb „boskiej interwencji” włącza się podejrzanie wybiórczo: zastanówcie się, zanim wypuścicie do internetu jakieś treści z ustawieniem „publiczne”.
Samoloty spadają, kościoły płoną. Wojny wybuchają. Ludzie wynalazki i technologie bywają zawodne. W tym wypadku cieszyć się należy, ze na biednego nie trafiło. Jeśli koniecznie chcecie odczytywać pożar w konwencji znaków, proroctw i Wielkiego Tygodnia, zróbcie sobie postanowienie: przynajmniej do niedzieli odpuśćcie sobie społecznościówki i kontemplujcie w ciszy.
Jedyne, o co mam żal to o to, że jeszcze nikomu nie wpadło do głowy, żeby pożar na serio wpisać w antykremlowską narrację. Jestem zawiedziona, że jeszcze nikt z „naszych” nie podniósł larum na temat Władimira Putina rozwalającego Europę, począwszy od jej serca – Paryża.

PiS zrobi wszystko, by rozbić opozycję

„Ludzie są przywiązani do wartości liberalnych czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy” – mówi Justynie Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharski, prezes Instytutu Spraw Publicznych.

JUSTYNA KOĆ: 52 proc. z nas popiera strajk nauczycieli, 43 jest przeciwnego zdania. Te wyniki prawie dokładnie pokrywają się z poparciem wyborczym dla partii rządzącej i opozycji. Jest pan zaskoczony takim wynikiem?
JACEK KUCHARCZYK: Nie jestem zaskoczony, bo badając od kilku lat opinie na różne kluczowe dla Polski aktualne tematy widzę, że ten schemat się generalnie powtarza. Te afiliacje polityczne stały się najsilniejszym de facto czynnikiem czy zmienną wyznaczającą różne podziały w społeczeństwie. Na ogół te podziały przebiegają właśnie w ten sposób, że widać silne różnice między zwolennikami PiS-u z jednej strony, czasem też Kukiza i innych partii prawicowych (choć one są na tyle małe, że z powodów technicznych nie można tych relacji dokładnie ustalić), a zwolennikami opozycji z drugiej, którzy mają przeciwstawną opinię. Z tych obserwacji widać, że poglądy opozycji na ogół są bliższe poglądom większości społeczeństwa. Tak jak w sondażu na temat strajku nauczycieli, w wielu innych kwestiach opinie zwolenników opozycji są bliższe opinii przeciętnego Polaka, niż opinie wyborców PiS-u. To pokazują na przykład badania dotyczące sporu polskich władz z Komisją Europejską na temat praworządności czy też taśm Kaczyńskiego i sprawy spółki Srebrna. Podsumowując, mamy podzielone społeczeństwo według klucza politycznego i na ogół zwolennicy PiS-u reprezentują opinię mniejszości społeczeństwa.

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-u, partii tak bardzo grającej na strunie społecznej, nie popierają strajku nauczycieli?
Wyborcy PiS-u żyją w innym otoczeniu komunikacyjnym niż reszta badanych. Oni są jednak bardzo podatni na narrację partii, na którą głosują, z którą są w sprzężeniu komunikacyjnym. PiS zbudował takie kanały, zawłaszczając media publiczne, dotując różne prywatne media prorządowe czy wynajmując internetowych trolli. Zwolennicy PiS-u żyją w takiej bańce informacyjnej, gdzie podrzuca im się pewne interpretacje zdarzeń. W tym przypadku jest to narracja mówiąca o tym, że nauczyciele są nieodpowiedzialni, biorą dzieci na zakładników itp. Gdy dziwimy się, że przy różnych kontrowersyjnych sprawach – jak chociażby słynne dwie wieże Kaczyńskiego – zwolennicy PiS-u nie reagują jak większość Polek i Polaków, to moim zdaniem w dużej mierze jest to właśnie efekt komunikacji tych spraw przez propagandę w mediach prorządowych. Źródło informacji ma tu ogromne znaczenie, a PiS-owi udało się przekonać część społeczeństwa, że tylko informacje ze źródeł, które sprzyjają partii rządzącej, są wiarygodne.

Czy rząd nie przeliczył się w kwestii nauczycieli?
Tutaj rzeczywiście PiS ma przeciwko sobie większość, co prawda niewielką, bo 52 procent, ale biorąc pod uwagę, jak wielu osobom ten strajk może utrudnić życie, to poparcie jest jednak dość wysokie. Myślę, że rząd może czuć się nieprzyjemnie zaskoczony tym poparciem. Biorąc pod uwagę, że dziś wszystko ma kontekst wyborczy, bo de facto już toczy się podwójna kampania wyborcza, to obrót sprawy jest nienajlepszy dla PiS-u. Chociaż należy pamiętać, że prawie dla połowy badanych bliższe jest myślenie nt. strajku według propagandy partii rządowej.

Ta propaganda rzeczywiście robi, co może. W mediach publicznych przewodniczący ZNP jest niemal wcielonym szatanem, który wykorzystuje nauczycieli, sam pobiera pieniądze za strajk i oczywiście jest utajnionym członkiem Platformy.
To prawda, pewnie niedługo się dowiemy, że jego dziadek jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską, a przynajmniej był w Wehrmachcie. Myślę, że ta propaganda jest już bardzo mocno rozkręcona, także w Internecie, a wiadomo, że tam komunikacja jest jeszcze bardziej posegmentowana, niż tzw. tradycyjne media. To na pewno wzmacnia w zwolennikach PiS-u tę narrację.

Jak ocenia pan działanie rządu w sprawie strajku nauczycieli z punktu widzenia marketingu politycznego? Wicepremier Beata Szydło trzy razy przedstawia tę samą odrzuconą wcześniej propozycję podczas negocjacji, premier w wywiadzie mówi coś o okrągłym stole, ale po świętach. To nie wygląda poważnie.
Dla PiS-u wysłanie pani Szydło czy wystąpienia premiera Morawieckiego są skuteczniejsze, niż eksponowanie pani Zalewskiej. Zresztą schowanie jej to stary numer PiS-u, pamiętamy jak chowano Macierewicza czy samego prezesa w 2015 roku.
Jednak rzeczywiście gdyby założyć, że celem PiS-u jest przekonanie większości społeczeństwa, że rząd działa w obronie interesu publicznego, a nauczyciele są roszczeniowi, to słabo to na razie wygląda.
Zapewne to markowanie negocjacji też ma jakiś cel, pewnie w stylu: my oferujemy rozwiązania, a oni nie słuchają. Teraz już od odbiorcy informacji zależy, jak je zinterpretuje. Na pewno części osób nie będzie się chciało sprawdzać i to utrwali ten podział: sympatycy rządu będą twierdzić, że rząd prowadzi rozsądną politykę, a nauczyciele są motywowani politycznie, bo to też jest ulubiona forma narracji rządu. Polityka jest tylko dobra, kiedy prowadzi ją partia władzy, gdy robią to inni, na pewno mają niecne motywy, co zresztą w Polsce jest skuteczne, bo ludzie często reagują źle na politykę, a zaufanie do partii politycznych jest bardzo niskie. Gdyby chodziło o przekonanie części społeczeństwa, że rząd działa dobrze, to rzeczywiście to wygląda na działania przeciwskuteczne, natomiast dla własnego elektoratu partii rządzącej to wystarcza. PiS stosuje w przypadku nauczycieli to samo podejście, co w przypadku strajku rodziców osób niepełnosprawnych, czyli twarde podejście, dyskredytowanie protestujących i wszystkich, którzy ich popierają jako umotywowanych politycznie. Najważniejsze, aby nie utracić własnego elektoratu.
Ta polityka wydaje się o tyle skuteczna, że w poprzednich tego typu konfliktach elektorat PiS-u nie topniał. Ta 1/3 społeczeństwa trwa przy partii i zapewnia jej przewagę sondażową, która może przełożyć się na zwycięstwo w wyborach.

Przecież nie wygrywa się wyborów twardym elektoratem. PiS musi przekonać wyborców bardziej centrowych, a w ten sposób chyba im się to nie uda?
To jest oczywiście ryzykowana strategia, bo pamiętajmy, że w 2015 roku PiS musiał się pokazać jako partia umiaru i kompetencji po to, aby wygrać z PO. Myślę, że tutaj myślenie po stronie władzy zakłada, że łatwiej jest demotywować przeciwników, niż poszerzać własny elektorat.
Pamiętajmy, że na PiS w 2015 roku zagłosowało 18,6 proc. wszystkich uprawnionych wyborców, tylko przy frekwencji 50 proc. to dało ponad 37 proc. poparcia. Niecałe 19 proc. wystarczyło do wygrania PiS-owi przy rozproszonej i zdyskredytowanej opozycji. Dziś PiS ciągle przekonuje, że za nimi stroi większość narodu, ale tak naprawdę do pozostania u władzy PiS-owi wystarczy zmotywowana i zdeklarowana mniejszość plus słaba opozycja. Te dwa warunki wystarczą, aby rząd powtórzył sukces z 2015 roku.

Na razie opozycja zjednoczyła siły w Koalicji Europejskiej, dogadała się w kwestii programu, wystawienia jedynek.
Tak i już widać, że KE w sondażach wygląda zupełnie inaczej, niż poszczególne jej partie. Z punktu widzenia partii rządzącej to największe zagrożenie i będą robili wszystko, aby doprowadzić do jej rozbicia. Jedną z koncepcji jest przekonywanie, że ta koalicja jest za szeroka, że nie ma programu i to częściowo skuteczna taktyka, bo wielu komentatorów to podchwytuje. Anglosasi nazywają tego typu koalicje big tent, czyli polityka dużego namiotu, bo muszą się tam zmieścić różni wyborcy. W KE jest miejsce dla wyborców PSL, Nowoczesnej, a nawet Zielonych, którzy będą mieli często różne opinie na ważne kwestie polityczne. Dlatego KE łatwo jest krytykować za rzekomą niespójność programową.

Na razie KE przestawiła program, w którym udało się połączyć wartości wszystkich koalicjantów, a także poskromić ambicje poszczególnych polityków.
Moim zdaniem program KE jest bardziej spójny, niż można było oczekiwać. Nic dziwnego, że reakcje PiS-u są takie, jakie widzimy.
Z jednej strony, ponieważ koniunktura jest nie najgorsza, to sypie pieniędzmi, czego opozycja zrobić nie może. To dodatkowo stawia ją w trudnej sytuacji, bo czuje się zmuszona głosować za pomysłami rządu jak trzynasta emerytura, chociaż wiadomo, że to łapówka wyborcza (niezależnie od sensowności konkretnych rozwiązań). Z tego punktu widzenia to dla opozycji sytuacja lose-lose, czyli źle popierać i niedobrze krytykować. Po drugie, PiS akcentuje kwestie, które dzielą społeczeństwo niekoniecznie wzdłuż partyjnych linii, jak prawa mniejszości. Generalnie prawa mniejszości to miękkie podbrzusze demokracji, która jest rządami większości, ale przy poszanowaniu praw mniejszości. Jednak z prowadzonych ostatnio między innymi przez nasz Instytut badań wynika, że ludzie są przywiązani do wartości liberalnych, czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, jak wolność prasy, swoboda działania opozycji czy różnych organizacji społecznych, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy. Gotowi jesteśmy na „przehandlowanie” praw mniejszości za dobrobyt gospodarczy czy bezpieczeństwo.

To niestety wykorzystują strategie populistyczne koncentrowania się na mniejszościach i mówienia, że elity polityczne działają w interesie tych mniejszości, a nie ogółu społeczeństwa. To niestety jest często skuteczna strategia. PiS też to próbuje robić, kiedyś w sprawie uchodźców, a teraz ogłaszając krucjatę „w obronie rodziny”, skierowaną przeciw prawom osób LGBT. Ta strategia może się okazać częściowo skuteczna, bo łączy program rozdawania pieniędzy z programem „bronimy rodzinę przed mniejszościami i genderem”. W środę była 9. rocznica katastrofy smoleńskiej i chyba pierwszy raz nie usłyszeliśmy od prezesa o dochodzeniu do prawdy, zdradzonych o świcie i wybuchu w samolocie. Dlaczego?
Moim zdaniem to zmiana punktu widzenia z powodu zmiany punktu siedzenia. Domaganie się oddania wraku od Rosjan czy umiędzynarodowienia śledztwa, które było wygodne dla PiS-u w czasach, gdy był w opozycji, teraz gdy rządzi, już wygodne nie jest. Zostaje zatem ta retoryka godnościowa, celowe mieszanie ofiar smoleńskich z ofiarami Katynia. To także klimat nacjonalistyczny, który napędza poparcie dla PiS-u i neutralizuje zagrożenie ze strony bardziej prawicowych partii. Zresztą tę ewolucję narracji smoleńskiej od obwiniania za katastrofę Putina do Tuska już widzieliśmy dawno. Teraz jest już w zasadzie tylko wróg wewnętrzny – opozycja – która rzekomo chce pozbawić Polaków siły i godności.
Pozostaje retoryka godnościowa w mętnym sosie patriotycznym, która najwyraźniej do części wyborców trafia.

Skutecznie?
Ta retoryka jest jednak dość skuteczna. Gdy wyjdziemy na miasto, to zobaczymy, ile samochodów obklejonych jest znakiem Polski Walczącej. PiS chciałby zmonopolizować patriotyzm przez tę narrację godnościową czy po prostu nacjonalistyczną i ksenofobiczną. To ta partia decyduje, kto jest prawdziwym Polakiem i spadkobiercą tego, co najlepsze w polskiej historii, a kto zdrajcą „niegodnym przynależności do narodu”. W tym sensie Smoleńsk trzyma się mocno, nawet gdy odrzucić teorie spiskowe o wybuchu w samolocie. Ta narracja gorszego i lepszego sortu pozostaje niezmienna od pierwszych dni po katastrofie, kiedy słyszeliśmy to po raz pierwszy, że zjednoczony naród oddawał hołd prezydentowi Kaczyńskiemu, którego wyszydzały złe elity.

Głos prawicy

Plus dla Moniki

Uwaga! Sensacja! „Do Rzeczy” chwali Monikę Jaruzelską!
Monika Jaruzelska była gościem Roberta Mazurka w porannej rozmowie RMF FM. Jednym z poruszonych tematów było świadczenie z programu „Rodzina 500 Plus”. Warszawska radna zwróciła uwagę, że powinno być one przyznawane także dzieciom z domów dziecka. Zadeklarowała, zajmie się tym tematem.
– Ich sytuacja finansowa i pod każdym życiowym względem jest dużo gorsza niż większości dzieci w rodzinach. I dzieci te nie dostają 500 plus. Pieniądze to mogłyby brać domy dziecka i mogłyby je przekazywać dzieciom – wskazała.
Córka komunistycznego generała powiedziała, że jeśli chodzi o Warszawę, to objęłoby to ok. 700 dzieci, co wiązałoby się z kosztem ok. 3 mln 800 tys. – To pomysł Akcji Warszawa Jacka Wojciechowicza. Został on przegłosowany w zeszłym roku na jednej z rad Warszawy. Nic w tej sprawie się nie ruszyło. To mi się wydaje głęboką niesprawiedliwości wobec tych dzieci – wskazał Monika Jaruzelska.

Wina Tuska?  Nie tym razem

A tu mamy kolejną teorię spiskową dotyczącą paryskich wydarzeń. Tym razem autorstwa Ryszarda Czarneckiego (źródło: „Do Rzeczy”):
Ogień w paryskiej świątyni pojawił się w poniedziałek późnym popołudniem. Pożar udało się w całości opanować dopiero dzisiaj rano. Niestety dach i iglica katedry zawaliły się. Fasadę budynku, jak i skarbiec z najcenniejszymi zabytkami udało się uratować.
Ryszard Czarnecki, pytany o to, jak francuskie media relacjonują wydarzenie wokół Notre Dame, stwierdził, że „jest dość silny kaganiec politycznej poprawności, który wynika także z faktu nie ujawnienia narodowości, czy wyznania różnych przestępców, czy sprawców zbrodni, czy nawet różnych chuligańskich występów”.
– Nie ujawnianie ich ma służyć temu, żeby nie było odwetów. (…) W związku z tym Francuzi po cichu, czy nawet głośno, ale prywatnie mówią, że za tym mogą stać muzułmanie, dla których jest to forma podboju Europy. Ale tego we francuskich mediach głównego nurtu się nie uświadczy – przekonywał europoseł PiS.
Polityk zwrócił też uwagę, że wszystko dzieje się nieco ponad miesiąc przed wyborami europejskimi. – Myślę, że tego typu wydarzenie może mieć wpływ na wynik wyborów, to znaczy może mieć wpływ na los notowań partii numer dwa w tej chwili w sondażach, czyli Marii Le Pen, twardej prawicy francuskiej – mówił Czarnecki.

Uczniowie najważniejsi

Wpolityce.pl rozmawia z małopolska kurator oświaty Barbarą Nowak, która oczywiście nie przepuści okazji, by skrytykować strajk:
Obowiązkiem konstytucyjnym władzy publicznej jest zapewnić obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. Matury w związku z tym muszą się odbyć, uczniowie muszą mieć zagwarantowaną możliwość zdania egzaminów i podjęcia dalszego kształcenia na wyższych uczelniach. Czy nie o to nam chodzi? Jak długo można igrać z emocjami uczniów?! Dość tego! Namawiam do odważnej obrony praw Ucznia. Państwo Polskie i jego urzędnicy muszą wreszcie stanąć po stronie tych, dla których system oświaty istnieje – po stronie Uczniów.
(…)
Obowiązkiem konstytucyjnym władzy publicznej jest zapewnić obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. Matury w związku z tym muszą się odbyć, uczniowie muszą mieć zagwarantowaną możliwość zdania egzaminów i podjęcia dalszego kształcenia na wyższych uczelniach – twierdzi Barbara Nowak.

Głos lewicy

Podatki, głupcze!

Tymoteusz Kochan komentuje zmiany w podatkach, ogłoszone przez minister Teresę Czerwińską:
PiS jest partią neoliberalną i kolejny raz to potwierdza.
Rząd zamiast zwolnić od podatków najuboższych to wprowadza niższy podatek PIT i zwalnia z podatków osoby do 26 roku życia, które zarabiają do 7 tysięcy złotych (a to już jest w ogóle jakiś patologiczny ageizm). Tym samym budżet naszego kraju poniesie wielomiliardowe straty, podobnie jak przy okazji niższego CIT-u dla małych przedsiębiorstw.
W tym samym czasie ten sam rząd twierdzi, że nie ma środków dla nauczycieli, że nie ma środków na szkolnictwo wyższe, ani na służbę zdrowia. Oczywiście, że nie ma bo woli ciąć i zwijać sferę budżetową, obniżać podatki i kategorycznie odmawia inwestycji w sektor publiczny. Wręcz się go brzydzi!
Już z samych tych prezentów dla małych firm i obniżania PIT-u wystarczyłoby na wszystkie podwyżki dla nauczycieli, a jeszcze dużo by zostało. Przy normalnej progresji i zniesieniu liniowego CIT-u starczyłoby też spokojnie na inne sektory i prawdopodobnie ludzie nie musieliby umierać w kolejce do lekarza.
Tyle, że rząd woli wrzucać pieniądze w dziurawy rynek.
I po prostu kocha prywatę.

Integracja potrzebna od zaraz

Różnica między nami fundamentalna jest taka, że PiS opowiada się za osłabieniem UE. Hasło „Europa ojczyzn” to jest właśnie hasło osłabiania Unii, pozbawienia jej części kompetencji i przywracania tych kompetencji państwom narodowym. Koalicja Europejska uważa, że we współczesnym świecie coraz większej konkurencji ze strony nowych mocarstw gospodarczych potrzebna jest silniejsza integracja europejska.
Podam pani przykład. Jeżeli stać na gruncie stanowiska PiS-u o potrzebie przywracania suwerenności państw narodowych, to to oznacza, że UE np. nie powinna prowadzić wspólnej polityki zagranicznej, bo ta jest wręcz taką elementarną częścią suwerenności, wyrazem suwerenności państwa. Ale w interesie Polski leży, żeby UE miała wspólną politykę zagraniczną, np. wobec Rosji. Ale w interesie innych państw członkowskich będzie to, żeby miała wspólną politykę zagraniczną wobec USA, Chin itd. Więc stanowisko PiS-u jest w moim przekonaniu wewnętrznie głęboko nielogiczne, sprzeczne. I pod tym względem różnimy się fundamentalnie.
Włodzimierz Cimoszewicz o tym, jak polepszyć gospodarcze stosunki Polski z resztą Europy, Źródło: sld.org.pl

SLD przypomina:

Na podstawie Traktatu Akcesyjnego podpisanego w Atenach 16 kwietnia 2003 r., Polska oraz 9 innych państw kandydujących, 1 maja 2004 r. weszło w skład Unii Europejskiej.
W imieniu Rzeczpospolitej Traktat podpisali premier Leszek Miller oraz minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz.
Przez te 14 lat Polska pozyskała z unijnego budżetu na czysto blisko 110 mld euro, 4-krotnie zwiększyła eksport, powstało ponad 2,5 mln nowych miejsc pracy, wyraźnie wzrosła siła nabywcza Polek i Polaków.
Jeżeli projekt zjednoczonej Europy ma się rozwijać potrzebna jest dalsza integracja. Jednakże prawa człowieka i bezpieczeństwo socjalne musi iść w parze z demokratyzacją procesów decyzyjnych w UE. Przede wszystkim wzrost gospodarczy nie może być celem Unii Europejskiej samym w sobie, rozwój gospodarki musi służyć budowie państwa opiekuńczego.
W nowej kadencji Parlamentu Europejskiego wprowadzimy: równe rozwiązania socjalne dla wszystkich Europejek i Europejczyków, europejską płacę minimalną, takie same prawa pracownicze w całej UE.
Priorytetami będzie również walka o prawa człowieka i równouprawnienie mniejszości.
Źródło: sld.org.pl

Najważniejsza lekcja

Od tygodnia dzieci i młodzież w Polsce nie chodzą do szkoły. Przez ten czas nie dowiedziały się, jak obliczać iloczyn potęg o tej samej podstawie. Nie nauczyły się, czym się różnią organizmy samożywne od cudzożywnych. Nie zgłębiły charakterystyki pierwiastków o silnych właściwościach metalicznych. Nie zrobiły kilku dwutaktów i przewrotów w tył; nie próbowały przedrzeć się przez naszpikowany łaciną opis rzymskich łaźni na pierwszych stronach “Quo vadis”. Jak twierdzi rząd, stała im się krzywda, odebrano im prawo do nauki, wzięto je na zakładników, wykorzystano w grze politycznej.
Uczniowie oczywiście cieszą się z tego stanu rzeczy – niespodziewany tydzień przerwy nie wywołuje u małych czytelników Sienkiewicza żadnego żalu czy tęsknoty, szkoła jest dla ogromnej większości z nich przykrym obowiązkiem. Pewnie warto się zastanowić, czemu tak jest. Przede wszystkim jednak warto zauważyć, że strajkując nauczyciele przekazują swoim podopiecznym wiedzę i wartości, które nie zmieściły się w szkolnych programach.
Wielu z nich dzięki akcji strajkowej dowiedziało się, co to jest związek zawodowy. Uczniowie nauczyli się (a jest to, w 2019 roku, wiedza na tyle niszowa, że niemal tajemna), że pracownicy mogą się zrzeszyć, działać solidarnie i w porozumieniu i że mają wtedy wielką siłę. Na tyle dużą, że mogą zamknąć szkoły, które dla uczniów są przecież całym światem. Dowiedzieli się, co to jest strajk – że nie oznacza on oflagowania się, wyjścia na uliczny protest, zmiany obrazka na zdjęciu profilowym w mediach społecznościowych, ale odmowę pracy. Że wobec tego narzędzia walki, jeśli ludzie są ze sobą solidarni, system wciąż pozostaje bezbronny, nie da się nie traktować go poważnie. Przy okazji w mediach pojawiło się dawno nieużywane słowo “łamistrajk” – bycie łamistrajkiem jest tak samo złe, jak bycie skarżypytą. Uczniowie potwierdzili w ten sposób swoją intuicję, którą szkoła na co dzień wybija im z głowy: lojalność wobec zwierzchników zamiast wobec kolegów jest moralnie wstrętna. Strajkując, nauczyciele pokazują uczniom, że strategia posłuszeństwa, indywidualnego konformizmu i deklarowanej pokory wobec silniejszych nie jest wcale strategią najbardziej skuteczną. Że jeśli sam jesteś zbyt słaby, żeby walczyć o swoje, musisz dogadać się z innymi ludźmi w tej samej sytuacji i stworzyć wspólny front walki o godność – prawa bowiem zdobywa się w walce. To swoją drogą ważne słowo, będące tematem wielu szkolnych rozprawek – wreszcie dzieci dowiedzą się, że nie jest to wartość wyłącznie symboliczna, ale ściśle powiązana z tym, czy możesz w danym miesiącu zapłacić czynsz albo kupić nowe buty, kiedy w starych zrobi się dziura i że w walce o godną płacę nie ma niczego brudnego.
Jest to lekcja ważniejsza i bardziej potrzebna uczniom niż polski, angielski, przyroda i wuef. Nie tylko zresztą im – kiedy skończą szkołę, pójdą do pracy, będą naszymi kolegami i koleżankami. Być może dzięki temu, co się teraz dzieje w szkole, zamiast emocjonować się konkursem na pracownika miesiąca i podkładać nam świnie, żeby zyskać uznanie szefa, chętniej stworzą z nami komisję związkową, a słowo “strajk” będzie miało w ich głowie konkretne znaczenie, będą w stanie go sobie wyobrazić i zrozumieć jego potencjalną skuteczność.

Matury są zagrożone

„Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu” – mówi wiceprzewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego Krzysztof Baszczyński w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Pierwszy tydzień strajku nauczycieli za nami. Jaki to był tydzień dla związku i dla nauczycieli? Spodziewaliście się takiego rozwoju sytuacji ze strony rządu i takiego wsparcia ze strony obywateli?
KRZYSZTOF BASZCZYŃSKI: Nie spodziewaliśmy się takiego wsparcia, ale również nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, że może być tak ogromna determinacja środowiska, za co tylko możemy podziękować. Jestem przekonany, patrząc dziś już z pewnej perspektywy, że rząd nie docenił gniewu nauczycieli.
Wydawało się chyba tym, którzy dziś kreują politykę, że to są takie „strachy na Lachy”, a okazało się, że kiedy 7 kwietnia zostało podpisane porozumienie „Solidarności” z rządem, wkurzenie środowiska było jeszcze większe. Dziś na spotkaniu kierownictwa Związku odbyła się dyskusja także o tym. Wynika z niej wprost, że z każdym dniem przybywało nauczycieli i pracowników oświaty, którzy zadeklarowali wolę powalczenia o swoją godność. Dzisiejsza decyzja, że niczego nie zawiesiliśmy i nie przerwaliśmy strajku, świadczy o tym, że kierując się informacjami z poszczególnych województw, mailami, telefonami, decyzja mogła być tylko jedna – nie możemy zostawić naszych koleżanek i kolegów w placówkach. Strajk trwa mimo zbliżających się świąt.

Był pomysł, aby strajk zakończyć, przerwać?
Dyskusja była burzliwa i wynikały z niej różne scenariusze, ale proszę mi wierzyć, że stanowisko, które dziś zostało przyjęte, jest przełożeniem tego, jaka jest determinacja środowiska. My zrobiliśmy tylko to, czego chcieli moi koledzy i koleżanki nauczyciele. Natomiast brane pod uwagę były różne scenariusze, także takie, które z góry odrzucaliśmy, jak strajk okupacyjny czy rotacyjny. Takich działań nie będziemy rekomendować i wspierać.

Czy możemy oszacować, ilu strajkuje nauczycieli, którzy nie są zrzeszeni w żadnym związku?
Powiem tak, jeżeli w pierwszych dwóch dniach strajku udział w nim wzięło około 600 tys. nauczycieli, nas jest około 200 tys., nie wiem, ile jest w Forum, ale na pewno dużo mniej, to znaczy, że około połowa strajkujących to pracownicy, którzy nigdy do związku nie należeli.

Pamiętajmy, że rząd robi wszystko, aby osłabić wolę walki.
Nie mówię nawet o przetrzymaniu nas, bo przecież decyzję o strajku podejmują codziennie nauczyciele i pracownicy oświaty, ale ta fala hejtu, błota, która się na nas wylewa, chce się obrzydzić nasze środowisko i przeciwstawić je rodzicom i opinii publicznej, jest ogromna. Manifestacje, które odbywają się od wczoraj, to światełko dla nauczycieli, w którym uczestniczą rodzice, uczniowie i nauczyciele; to jest dla nas jak wiatr w żagle, tak samo jak dla tych, którzy są w szkołach i placówkach oświaty już 5. dzień.

Jak odniesiecie się do tego, co robi wobec nauczycieli rząd? Zastraszanie? Rząd jasno mówi, że za okres strajku nie będzie wypłacanych pieniędzy, były szkoły, do których wchodziła policja.
Niezależnie od tych ruchów, które robi rząd, żeby nas zastraszać, znieważać, to, czego nie rozumiemy, to fakt, że rząd nie chce z nami rozmawiać, chociaż cały czas opowiada, że porozumienie leży na stole i wystarczy je podpisać. To jest porozumienie rządu z „Solidarnością”, ale to przecież nauczyciele zdecydowali, że nie chcą takiego porozumienia.
Może powinno to dotrzeć do kreatorów polityki, także tej oświatowej, że propozycja, którą my składamy w imieniu środowiska, powinna być dyskutowana i rozpatrywana, a nie taki chocholi taniec, w którym uczestniczymy. Dzisiejsza prośba do premiera, że chcemy natychmiastowych rozmów z udziałem mediatora, jest dowodem na to, że my chcemy rozmawiać, ale nie na warunkach, które zostały zapisane w porozumieniu rządu z „Solidarnością”. Tego na pewno nie będziemy podpisywać.

Nauczyciele są zaskoczeni, że rząd, nawet znając już falę strajku, nie chce z wami usiąść do realnych rozmów? Rozsądek nakazywałby jednak podjęcie próby porozumienia, tym bardziej, że za kilka tygodni będą wybory.
Pod warunkiem, że jest ten rozsądek po stronie rządu, bo z tego, co widzimy, wynika, że rozsądku nie ma. My to często powtarzamy; weszliśmy w spór zbiorowy 10 stycznia, wierząc w to, że jest jeszcze czas na rozmowy. Tymczasem rozmowy zaczęły się 25 marca, kiedy były już znane wyniki referendum.
To świadczy o tym, że albo ktoś nie rozumie nastrojów środowiska, albo rzeczywiście dążył do zwarcia, bo ja inaczej nie potrafię tego ocenić.
Co z maturami?
Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu. Jeżeli moje koleżanki i koledzy, bo to w ich rękach leży decyzja, podtrzymają swoje dotychczasowe stanowiska, to sytuacja może być bardzo niebezpieczna. Natomiast to też nie może być tak, że rząd przygotowuje zmiany w zakresie zmian ustawy, która dopuszczałaby do egzaminu maturalnego każdego ucznia, bez względu na wyniki, a o takim scenariuszu pisała prasa. To jest całkowite popsucie systemu.
Jeżeli na coś takiego rząd by się zdecydował, to będzie to ogromy skandal i niezrozumienie tego, co się dzieje, bo nie można psuć systemu. Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Tylko my mówimy o tym od dłuższego czasu, jeżeli ktoś tego nie słyszy i idzie na przeczekanie, to w efekcie mamy dziś bardzo poważny problem, który może stanąć przed rządem, nauczycielami, uczniami i rodzicami. Chyba nikomu to nie jest potrzebne.

Zaapelowaliście o natychmiastowe rozmowy z mediatorem – to kolejne wyciągnięcie ręki do rządu. Dojdzie do rozmów?
To prawda, że to kolejne wyciągnięcie ręki – przecież 3 dni temu napisaliśmy do pani premier o rozmowy w czwartek, czyli wczoraj. Bez żadnej reakcji, a właściwie z reakcją tą samą, że przecież porozumienie jest na stole, podpiszcie. Ta uchwała to pierwsze zwrócenie się wprost do rządu z żądaniem o rozmowy przy udziale mediatora, bo sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana.
Nie określamy, kim ma być mediator, nie stawiamy tu żadnych warunków, ale rząd nie może udawać, że nas nie ma.

Liczycie, że rząd wysłucha tej prośby, czy dopiero po świętach będzie chciał rozmawiać przy okrągłym stole?
Dyskutowaliśmy też o tym dzisiaj. Proszę pamiętać, że okrągły stół dotyczyć ma też innych, równie ważnych zagadnień, dotyczących systemy oświaty, w tym programów nauczania itd. Tam na pewno nie będzie dyskusji o tym, czego dotyczy spór zbiorowy, bo trudno, żeby z udziałem państwa Elbanowskich, różnych stowarzyszeń, rozmawiać o takim problemie.
Okrągły stół, jak rozumiem, ma mówić o przyszłości oświaty, a nie o rozwiązaniu dzisiejszego problemu.

Pojawiają się głosy, że rząd chce was wziąć na przetrzymanie, a potem obarczyć was winą za chaos w szkole wywołany reformą pani Zalewskiej. Bierzecie pod uwagę taki scenariusz?
Zdajemy sobie z tego sprawę, ale ja jeszcze raz powtórzę, decyzja leży w rękach moich koleżanek i kolegów, a my ich nie zostawimy. Tak samo jak decyzja, jak długo będzie trwał strajk i czy matury się odbędą. To nie zarząd związku w Warszawie podejmuje decyzje, co będzie dalej, tylko poszczególni nauczyciele w szkołach, ale jak długo oni będą strajkować, tak długo będziemy przy nich, z nimi.

Milczenie premiera to policzek dla nauczycieli

„Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji niezwykle palącej dla 700 tys. nauczycieli i wobec uczniów” – mówi posłanka Krystyna Łybacka w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne spotkanie w Centrum „Dialog” nauczycieli z rządem bez rezultatu. Obie strony deklarują, że są gotowe do rozmów, ale wicepremier Szydło jeszcze przed ich rozpoczęciem zapowiedziała, że nie ma żadnej nowej oferty od rządu. Po co zatem to spotkanie?
KRYSTYNA ŁYBACKA: Rzeczywiście to pytanie jest zasadne, ale jednocześnie bardzo otwarte, tym bardziej, że propozycja rządu, która została przedstawiona w piątek, mówiąca o tym, że do 2023 roku będą podwyżki, ale połączone ze zmianą pensum, jest propozycją, która tak naprawdę obraża nauczycieli. Podam jeden przykład, niezwykle ważny w całej nauczycielskiej grupie: zaledwie 7 proc. nauczycieli to stażyści. To niezwykle groźna sytuacja, bo tak niewielka liczba młodych nauczycieli nie zapewnia naturalnej odnowy zawodowej, ale również każe zastanowić się, dlaczego młodzi ludzie nie chcą do tego zawodu pójść. Stażysta dostaje w tej chwili brutto 2500 tys., mając pensum 18 godzin. Bedzie dostawał 750 zł więcej, czyli 3250, ale z pensum 24. W tej chwili przy tym pensum godzina pracy stażysty wynosi 34 zł i 7 gr. Przy nowym pensum i nowym wynagrodzeniu według propozycji rządu to będzie 32,50 zł, a więc mniej. Czy to jest propozycja poważna w tak trudnej sytuacji, która jest właściwie pożarem? Domyślam się, że rząd czekał do poniedziałku, żeby przekonać się, jaka jest skala determinacji nauczycieli i jak ten protest będzie wyglądać. Mówiąc krótko, liczył na to, że być może tylko jakaś część placówek będzie strajkować, udało się z protestu wyłączyć „Solidarność”, tymczasem okazało się, że nastąpiło nowe zjawisko, chyba jedyne pozytywne w całym tym bardzo złym momencie – absolutna integracja środowiska. Wczoraj, tu w Poznaniu, nie było żadnej różnicy, czy ktoś jest z „Solidarności”, czy z OPZZ, czy ZNP, czy niezrzeszony. Strajkowało ponad 80 proc. szkół ramię w ramię. Wczoraj rząd otrzymał odpowiedź na swoje oczekiwania co do skali i chcę przekazać rządowi, że czasami ktoś zdesperowany ma ogromny zapas sił, a taka jest dziś sytuacja nauczycieli.

Dotknęła pani ważnego aspektu, o którym mówi się coraz częściej przy okazji tego strajku, że czas aby zastanowić się, jak ma wyglądać oświata w XXI wieku i jaką rolę ma w niej do spełnienia nauczyciel, ale najpierw chciałabym zapytać, czy rząd nie dąży do konfliktu z nauczycielami i eskalacji strajku, bo chce nauczycieli obciążyć chaosem wywołanym przez tzw. reformę edukacji minister Zalewskiej?
To chyba nie jest już nawet hipoteza, bo zachowanie rządu zdaje się to potwierdzać. Rząd z jednej strony liczył, że skala protestu będzie mniejsza, z drugiej przecież rozpoczął ogromną akcję skonfliktowania nauczycieli i rodziców. Przecież szkoła, jeżeli ma działać dobrze, musi być triadą: rodzice, nauczyciele, dzieci. Jakikolwiek wyłom w tej trójce powoduje zaburzenie w działaniu szkoły. To jest drugi element, którzy rządowi się nie sprawdził w założeniach, bo większość rodziców, przy ogromnych kłopotach, jakie niesie za sobą ta sytuacja, jednak wyraża solidarność i wsparcie dla nauczycieli. Także znacząca cześć uczniów, którzy potrafią już samodzielnie myśleć, wie doskonale, że ich nauczyciele zarabiają za mało. Dziś słyszałam o sytuacji, że w jednej z warszawskich szkół jest klasa tzw. legionistów – młodych trampkarzy, czyli piłkarzy Legii. Oni już mają drobne kontrakty klubowe, uczestniczą w rozgrywkach, część z nich nawet w młodzieżowych meczach, i proszę sobie wyobrazić, że zarabiają więcej, niż ich nauczyciele. Jak ma się czuć nauczyciel? To też dowodzi, jak bardzo niedofinansowana jest ta grupa, czy wręcz upokarzana.
Przede wszystkim nie brano pod uwagę głosów nauczycieli, gdy wprowadzano reformę, a przestrzegali oni przed kumulacją roczników, przed zbyt pośpiesznie skonstruowaną podstawą programową, przestrzegali przed przepełnionym programem. To są też problemy, z którymi zmagają się rodzice. Zatem skala protestu i emocji, która występuje, to nie jest tylko kwestia podwyżek, tylko traktowania całego środowiska przez rządzących.
Wracając do pani pytania, czy nie powinniśmy dyskutować szerzej o oświacie w Polsce. Oczywiście, że powinniśmy. Ja od co najmniej 10 lat apeluję o edukacyjny okrągły stół. Myślę, że takim animatorem mógłby być prezydent, oczywiście pozbawiony barw partyjnych. Niech usiądą przy nim nauczyciele, naukowcy, eksperci, politycy, rodzicie i wydyskutujmy na kilkanaście, a najlepiej i więcej lat model naszej edukacji. On oczywiście będzie musiał ulegać korektom, bo życie jest dynamiczne, a szkoła nie może być wyizolowana, ale zasadnicze zręby systemu ustalmy razem. Nauczyciel musi wiedzieć, że jak się zmienia rząd i minister, to nagle nie zmienia się wszystko w oświacie.

Czy zatem prezydent Andrzej Duda mógłby taki okrągły stół oświaty zorganizować?
Bardzo bym sobie tego życzyła i bardzo bym chciała, żeby go było stać na coś takiego, ale słyszałam wczoraj pewną ekwilibrystykę z ust pana prezydenta, który powiedział, że wspiera nauczycieli, ale każe im pracować za obecną pensję, więc niekoniecznie taka postawa upoważnia go do zwołania takiego okrągłego stołu. Po cichu liczę na małżonkę pana prezydenta, w końcu z zawodu to nauczyciel.

Jak ocenia pani pomysł mediatora? ZNP zaproponował RPO, ale wiadomo, że Adam Bodnar stoi „kością w gardle” rządzącej większości, więc chyba ten pomysł nie przejdzie. Ale czy mediator mógłby pomóc?
Myślę, że to dobry pomysł, bo w sytuacjach trudnych, które wymagają gaszenia pożarów, a z taką mamy do czynienia, wejście mediatora jest zawsze pozytywne. Pytanie jest tylko jedno, a próba poszukania odpowiedzi na to pytanie prowadzi nas do bardzo trudnej i smutnej konstatacji. Mediatorem powinna zostać osoba, która cieszy się powszechnym autorytetem. Proszę zobaczyć, jaką mamy scenę polityczną, na której bardzo trudno jest znaleźć osobę, która cieszy się niekwestionowanym autorytetem, której nie będzie się próbować przypisać afiliacji takiej czy innej opcji politycznej i która będzie gwarantowała, że dwie strony będą mogły porozumieć się. W tym kontekście bardzo mnie martwi milczenie premiera, bo premier ma na razie czystą kartę, bo nie włączał się w te rozmowy. Na miejscu premiera pokazałabym, że potrafię taki konflikt rozwiązać; usiadłabym do stołu i próbowała osiągnąć kompromis, bo to zawsze jest niezbędne w takich sytuacjach.
Premier powinien zaproponować, aby strony spotkały się, może nie w połowie, bo na to nie pójdzie strona związkowa, ale powiedzmy w 3/4 drogi i potem dalej pracowali nad systemem.
Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji, która dotyczy 700 tys. nauczycieli i kilkunastu milionów uczniów.

Dlaczego rząd nie chce dać 1000 zł nauczycielom? Rozumie to pani?
To już nawet nie jest kwestia 1000, bo nauczyciele już 3 razy łagodzili swoje postulaty. Teraz to już tylko 960 zł tylko dla nauczycieli dyplomowanych i to w dwóch transzach. Naprawdę związki ustąpiły już ze swojego pierwotnego stanowiska i pokazały chęć do kompromisu. Mogę jeszcze zrozumieć, że rząd trwał w uporze do poniedziałku, ale gdy poznał skalę protestu, powinien zrozumieć, że nie ma już czasu na igranie z tym środowiskiem.

Rząd znajduje pieniądze na kolejne „piątki”, a dla nauczycieli nie…
Te kolejne „piątki” skomentuję w ten sposób: piątka Kaczyńskiego, piątka Morawieckiego i jedynka nauczycieli dla rządu.
(…)
Wiem, że dyrektorzy stają na przysłowiowej głowie czy rzęsach, żeby zagwarantować komisję. Najczęściej sięgają po katechetów bądź emerytowanych nauczycieli, więc zobaczymy, jak to będzie. Na tę chwilę ogromny apel do premiera – proszę nie lekceważyć tej sytuacji.
Czekają nas bardzo trudne dni. Miarą odpowiedzialności rządzących jest być może powiedzenie, że nie dostrzegliśmy w porę problemu, może przeoczyliśmy coś, ale dla nas najważniejsi są nasi uczniowie, dostrzegamy również problemy rodziców, szanujemy nauczycieli, w związku z tym nie jest wstydem przyznać się do błędu. Głupotą jest w błędzie trwać.

SLD ma 20 lat

Z okazji tego jubileuszu odbyło się w Warszawie spotkanie z udziałem kilkuset członków Sojuszu z całego kraju.

Często zapomina się już jak układały się losy tej formacji. W końcu stycznia 1990r. powstała SdRP-Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej. Wzięła ona udział w pierwszych demokratycznych wyborach parlamentarnych w październiku 1991r. Ale nie była osamotniona-stała się bowiem członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej jako szerokiej koalicji wyborczej, która obejmowała dwie główne siły: SdRP i OPZZ oraz szereg innych struktur politycznych (mniejsze partie, organizacje kobiece, młodzieżowe, branżowe związkowe itd.).Tych części składowych w 1997r. było aż 33.Taki SLD uzyskał w pierwszych wyborach ok. 12 proc. głosów, a w następnych-zdobywając 171 mandatów w Sejmie – był w stanie stworzyć rząd w koalicji SLD z PSL.
W łonie SdRP, którą kierowali kolejno: Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy i Leszek Miller (sekretarzem generalnym był Krzysztof Janik) stopniowo narastały tendencje integracyjne. Spośród pięciorga ówczesnych wiceprzewodniczących partii wybranych w 1997r. (Marek Borowski-inicjator tej zmiany, Jacek Piechota, Jerzy Szmajdziński, Izabella Sierakowska i piszący te słowa) tylko ostatnia dwójka miała w tej mierze wątpliwości. Zdecydowała większość. W połowie kwietnia 1999r. zarejestrowano nową partię polityczną pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej.
O działalności, roli, sukcesach i słabościach tej partii ukażą się zapewne w przyszłości odrębne analizy. W największym skrócie rzec można, iż z jej szeregów wyszli m.in. jedyny dotychczas prezydent RP dwóch kadencji (pierwszy raz desygnowany przez SdRP) i trzech premierów. Uchwalono demokratyczną, do dziś obowiązującą Konstytucję RP, a politycy Sojuszu wprowadzili Polskę do Unii Europejskiej.
Nie doszukując się nadmiernych analogii (niemieckie przysłowie mówi:”wszelkie analogie zawodzą”) warto zauważyć, iż główna siła lewicy przeszła drogę od partii (SdRP) przez koalicję wyborczą (SLD) do scentralizowanej partii (nowy SLD),a teraz Sojusz zdecydował się-w warunkach zagrożenia demokratycznego i sytuacji notorycznego naruszania Konstytucji RP przez PiS-wejść w skład nowej jakościowo, niezwykle szerokiej koalicji wyborczej jaką jest Koalicja Europejska. Ale PARTIA SLD oczywiście pozostaje na scenie politycznej i z pewnością ma jeszcze do odegrania istotną rolę.

Czy da się nie zaKODować strajku nauczycieli?

Obserwując wydarzenia i komentarze towarzyszące masowej mobilizacji nauczycieli
chciałoby się zakrzyknąć „Strajk – tak! Wypaczenia wokół – nie!”. Tylko nie bardzo jest do kogo wrzasnąć.

Dzieje się tak ze wszystkim. Od kiedy Jarosław Kaczyński przejął niemal wszystkie stery życia politycznego w Polsce, a tonąca we własnej frustracji tzw. opozycja demokratyczna w odpowiedzi proponuje jedynie wspólną histerię nad „zaprzepaszczonym dorobkiem III RP”, o niczym nie można już dyskutować w sposób normalny. Ramy masowego myślenia wyznacza jedynie sztuczna linia demarkacyjna pomiędzy PiS-em i PO z przystawkami.
W ramach tego toksycznego duopolu funkcjonuje dziś w Polsce wszystko – od zasadniczych zagadnień politycznych po rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Ilu wujków, szwagrów i dziadków obrazi się na siebie po wsze czasy przy okazji najbliższej Wielkanocy? Z pewnością wielu. Pokłócą się między innymi o strajk nauczycieli. A w ostatecznym rozrachunku przestaną się do siebie odzywać, ponieważ nie będą potrafili spojrzeć nań inaczej niż poprzez pryzmat dobra i zła, za które, równie symbolicznie co fałszywie, uchodzą rząd i opozycja. To wszak oczywiste, że zło i dobro nie mogą się dogadać.
Strajk nauczycieli, niemal tydzień od rozpoczęcia, powoli zaczyna być zaprzęgany do tego spektaklu.
Jaki to będzie miało doraźny skutek dla samego protestu – okaże się. Być może oznaczone przez opozycyjny mainstream jako słuszne poparcie dla strajku zapewni mu sukces. A odzew wydaje się doprawdy niebywały. Trudno bowiem się nie wzdrygnąć lub nie zdumieć mocą Jarosława Kaczyńskiego, który nawet Balcerowicza i Henrykę Bochniarz uczynił umiarkowanymi pochlebcami strajku. Ba, nawet Gazeta Wyborcza popiera nauczycieli!
Niestety, na tym raczej koniec. Sondaże dotyczące stosunku do trwającego protestu wyraźnie wskazują, że społeczeństwo jest niemal równomiernie podzielone. Przyznaje to nawet OKO.press – internetowy wyznacznik opozycyjnego obłędu. „W poparciu dla strajku nauczycieli odbija się polaryzacja polskiej sceny politycznej. 47 proc. popiera strajk, 48 proc. jest przeciw. Wyborcy PiS są zdecydowanie na nie (79 proc), a wyborcy KE czy Wiosny zdecydowanie na tak (odpowiednio 71 proc. i 69 proc.)” – można przeczytać na stronach tego publikatora i założyć można, że są to najbardziej optymistyczne, realne dane, a opowieści przewodniczącego Broniarza o gigantycznym poparciu można włożyć między bajki.
Trudno w takich okolicznościach o inny wniosek niż stwierdzenie, że mobilizacja segmentu popierającego strajk jest wynikiem nie autentycznego zrozumienia sytuacji i samodzielnych przemyśleń, tylko agresywnego antyPiS-owskiego hype’u, w którego spiralę zostają właśnie wkręceni nauczyciele.

Doraźnie biorąc – dobre i to!
Niech zwyciężają, bo walczą w słusznej sprawie.

Nawet jeśli kciuki za nich trzymają ci, którzy są architektami ruiny polskiego sektora publicznego lub ich zawziętymi propagandystami. Swoją drogą, skoro nauczyciele tak chętnie i nieselektywnie przyjmują poparcie dla swoich działań, to też eksponują się na pewne niebezpieczeństwa. Doprawdy nietrudno sobie wyobrazić jak spindoktorzy PiS-u rozdmuchacją plotkę o poparciu Władimira Putina dla strajku nauczycieli. Chociaż tym razem zadziałała chyba nieoceniona Anna Mierzyńska, która już ostrzegła na łamach GW, iż wysłannicy kremlowskiego KGB-isty podszywają się pod wdowę Marię z Nowego Sącza, która „w 3,5 dnia opublikowała 224 wzmianki na temat protestu” (sic!). Dalej nie czytam, ale ni chybił, Rosja przekręci nam strajk, jak wybory prezydenckie w USA. Później ktoś mi powiedział, że wyśledziła ona, iż Putin, via jego trolle, jest przeciwko strajkowi. A jakże! Skoro Gazeta Wyborcza jest za?!
Jak prymitywny antyPiS-izm zaczyna podgryzać nauczycielski protest, dowodzi choćby piątkowa akcja solidarnościowa pod tytułem „Światełko dla Nauczycieli” przeprowadzona w Warszawie. Wydarzenie z pewnością pożyteczne, gdyż podnosi morale strajkujących, których rząd ewidentnie bierze na przetrzymanie. Niemniej nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż choć obrazki z morzem „światełek” na stołecznym placu Zamkowym pokrzepią serca protestujących, to będzie to jedyna korzyść i przy tym bardzo tymczasowa. Na dłuższą metę zaś wygląda to – przynajmniej póki co – słabo.
Całość wydarzenia bowiem utrzymana była w tanim klimacie antyrządowych protestów jeszcze z czasów odeszłego w niesławie KOD-u. Abstrahując od tego, że największy od ćwierć wieku strajk odarto z jakichkolwiek klasowych treści, co było do przewidzenia, większość przemówień była po prostu głupia (chyba że czegoś nie dosłyszałem ze względu na wyjątkowo marne nagłośnienie). Niemal wszystkie polegały na powtórnym przeciągnięciu markerem po wspomnianej na początku linii podziału na dobrych i złych. Zły jest rząd (to oczywiście prawda). I głupi. A my, neoliberalna opozycja, jesteśmy mądrzy i piękni.
Nikt nie zająknął się nawet na temat tego, jak usługi publiczne były systematycznie dewastowane przez polityków i publicystów dziś popierających nauczycieli, krzewicieli ideologii „zausz firmę”, tudzież, w nowej wersji „jeśli ci się nie podoba, to zmień pracę”. Nie było mowy o tym, że edukacja publiczna była przez lata wrogiem numer jeden tzw. obozu postsolidarnościowego i że „deforma” Zalewskiej jedynie pieczętuje jej poprzedni wieloletni upadek. Faza druzgocącego demontażu zaczęła się przecież nie od Kaczyńskiego, a od Buzka, Krzaklewskiego i Handkego. O tych dwóch ostatnich nikt już dziś nie pamięta, a pierwszy jest dziś prominentnym europarlamentarzystą i dostojnym obrońcą demokracji w Polsce. To oni, w ramach programu wyśmiewanego jako „Cztery wielkie reformy i pogrzeb” wdrożonego w 1999 r. przesądzili o krachu, którego ofiarami padają teraz nauczyciele.

A tym ostatnim chodzi przecież nie tylko o płace, a o zbliżające się zupełne załamanie.

Wynagrodzenia dla początkujących nauczycieli są tak niskie, że niedługo trzeba będzie zamykać szkoły ze względu na brak kadr. Związkowcy grzmią na ten temat od lat – chcą debaty na temat przyszłości systemu edukacji w Polsce, któremu pospieszna likwidacja znienawidzonych (w moim przekonaniu słusznie) gimnazjów nie pomoże. Nikt nie znalazł dla nich czasu, obecny rząd może się nie wymigać. Znalazł pieniądze na krowy i dla emerytów, będzie chyba musiał znaleźć również dla nauczycieli. Oby!
Ten aspekt również nie znalazł jednak uznania wśród „światełkowych” oratorów. Nic zatem nie popsuło atmosfery swoistego pikniku ludzi dobrej woli animowanych przez różne postaci publiczne. Wytworzono fałszywy przekaz, z którego wielu wyciągnie wnioski jakoby nauczyciele strajkowali nie ze względu na tragiczne warunki pracy i fatalne płace (fu! precz! #roszczeniowość), ale po to, by dopomóc niedozjednoczonej-na-zawsze opozycji obronić Polskę przed dyktaturą Kaczyńskiego.
Symbolicznie również wypadło to bardzo słabo. Najważniejszym momentem było ułożenie ze „światełek” gigantycznego wykrzyknika – logo protestu. Kropką pod nim była flaga Unii Europejskiej. W co najmniej kilku krajach UE nauczyciele zarabiają tak samo fatalnie jak w Polsce albo gorzej. Na takie niuanse jednak również nie było miejsca.
Optymizmem napawał widok dzieci, tj. uczniów, którzy ewidentnie solidaryzują się ze swoimi nauczycielami. To doprawdy dojmujące, że udało się przełamać (przynajmniej częściowo) oczywistą wrogość pomiędzy tymi dwiema grupami. Nauczyciele obecni na demonstracji usłyszeli bardzo wiele ciepłych słów od innych uczestników zgromadzenia i były to wyrazy autentycznego wsparcia. Takiego, na jakie górnicy czy inni pracownicy sfery budżetowej nigdy nie mogli liczyć.
Niektórzy protestujący byli też krytycznie nastawieni do mediów i atmosfery, którą polityczne środowiska budują wokół strajku.
– To jest oczywiście kabaret, ale nikt teraz przeciw temu nie będzie przecież krzyczał – powiedział mi nauczyciel WF-u z liceum na warszawskim Mokotowie i dodał – Mamy dość kłopotów na każdym poziomie. Z dyrektorami, z kuratoriami, z ministerstwem. Ze wszystkimi instytucjami. Państwo od lat działa tak, jakby nas nienawidziło. Tak, jakbyśmy się wdarli do tych szkół, jakbyśmy byli głównym problemem. Najlepiej, żeby szkoły były bez nauczycieli i bez uczniów. Wtedy można byłoby sobie reformować do woli, w każdej chwili. No i płacić by nie trzeba było. No, to byłoby super! – podsumowuje.

– Nie wiem, dlaczego w mediach jestem przedstawiana jako bohaterka. Ja i moje koleżanki zasługujemy na to, żeby nas chwalić, ale dlaczego się to robi teraz? Dlaczego nikt nie powiedział mi dobrego słowa przez tyle lat? Opiekuję się dziećmi i je uczę od blisko 15 lat. Przez cały ten czas nazywano mnie darmozjadem i oszustem, bo komuś się wydaje, że pracuję tylko 10 godzin w tygodniu i mam jakieś długie miesiące przerw wakacyjnych, świątecznych i w ogóle same uciechy! Teraz jestem bohaterką. No, dobrze – komentuje nauczycielka nauczania początkowego, nie chce powiedzieć w której szkole uczy; zasłania się „zemstą dyrektorki”.
Niezależnie jednak od wszystkich towarzyszących strajkowi okoliczności jest to mobilizacja zasługująca na pełne uznanie i pełne poparcie. Jeżeli związki przegrają tę bitwę, to o następnym zrywie tej skali będziemy mogli dyskutować może za 10 lat. Natomiast jeśli walka się powiedzie, powstanie szansa na budowanie alternatywnej opozycji, ruchu społecznego opartego na przesłankach klasowych i prawdziwie politycznych. Jeśli nauczyciele wyrwą nas z tego przygnębiającego spektaklu emocjonalnej huśtawki, którą cały czas bujają PiS i PO wszyscy im kiedyś podziękujemy. Poza Kaczyńskim i Schetyną.
P.S. Dodatkowa informacja dla tych, którzy wciąż mają wątpliwości czy w sektorze edukacji „rzeczywiście jest aż tak źle”. Owszem. Według danych Instytutu Badań w Oświacie tylko w Warszawie brakuje prawie 1600 nauczycieli. Na całym Mazowszu zaś, gdzie sytuacja jest fatalna, etaty czekają na 3000 pedagogów. W Małopolsce praca czeka na 800 nauczycieli. Zachodniopomorskie – blisko 200. Łódzkie – 150. W sumie w całym kraju brakuje kilkunastu tysięcy nauczycieli. Najgorsza sytuacja jest, a jakże, na wsi i w małych miastach.

Zdecydujcie się!

„Ilu znasz dobrych nauczycieli?” – zapytał sarkastycznie mój kolega zagadnięty o strajk. „A ilu znasz dobrych dziennikarzy?” – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
Ja znam różnych – od bardzo dobrych, po takich, którzy nigdy w życiu nie powinni pisać tekstów ani relacjonować wydarzeń. Tak jak w przypadku nauczycieli, nie jest to jednolita grupa, nie ma więc sensu stosować odpowiedzialności zbiorowej.
„Czemu oni uczą tylu zbędnych rzeczy i przeładowują mózgi dzieci wiedzą?”.
„A czemu ty piszesz teksty na osiem tysięcy znaków, choć spokojnie to, co masz do przekazania, zmieściłbyś w czterech?”. Bo ktoś narzuca zasady pracy. Czasem mądre, czasem niezbyt.
Nikt już nie pamięta, że nauczyciele wysypywali na ulicach kredę w geście sprzeciwu wobec „deformy” minister Zalewskiej. Prawo strajkowe nie pozwala im porzucić pracy z powodów innych niż niezadowolenie z warunków zatrudnienia bądź wynagrodzenia.
Naprawdę, skończmy już z tym obwinianiem szeregowych pracowników za głupie decyzje „góry”, do których po prostu muszą się stosować. Bo i cóż mają robić? Pójść i podpalić MEN?
Strajkują – „roszczeniowcy”.
Nie strajkują – „bezczynnie patrzą jak nasze dzieci giną!”.
Zdecydujcie się. I przynajmniej w doborze metody krytyki bądźcie konsekwentni.