Minneapolis w ogniu

Z policją mam pewien zgrzyt; z jednej strony, moje środowisko, zwłaszcza to skrajnie lewicowe i antyfaszystowskie otwarcie nią pogardza i widzi w niej wroga numer jeden. Pal go sześć, że większość tych deklaracji jest czysto wizerunkowa, bo to fajnie wygląda na plakatach i napisach na murach. Z drugiej strony, mam wśród policjantów sporo znajomych i złego słowa na żadnego nie powiem. Choć grzeczne chłopaki to zazwyczaj nie są.

Śledzę uważnie doniesienia amerykańskich mediów o zamieszkach w USA, po śmierci George’a Floyda. Człowiek zginął, uduszony nogą policjanta, przyciśnięty do trotuaru, w trakcie zatrzymania. Po, co tu kryć, zabójstwie Floyda, amerykańskie miasta, głównie Minneapolis, zapłonęły żywym ogniem w świętej sprawie. Floyd był czarny. Zginął z rąk białego. Nic więcej, zwłaszcza w kryzysie, robić nie było trzeba. Chaos i anarchia przyszły same.

Branża muzyczna ze Stanów, którą śledzę w mediach społecznościowych równie uważnie, zrazu wydała wyrok. Floyd jest ofiarą, a katem policja, napędzona rasistowskim katalizatorem. Artyści stają po stronie tych, którzy wołają o sprawiedliwość. Ja też się tam sytuuję. Zawsze. Po stronie wolności i sprawiedliwości. Jednakowoż często nie wystarcza mi sama deklaratywność, bo lubię wiedzieć, o co się biję. A gdy się zajrzy do sprawy Floyda, to już nie jest tylko czysty, biały rasizm, ale coś więcej, co nie ugina się przed prostą dychotomią: dobry czarny i zły biały.

Floyd zginął wskutek bezbrzeżnej brutalności funkcjonariusza. Fakt. Funkcjonariusz czeka w areszcie na proces. Fakt drugi. Wnioski ulicy: wszyscy biali policjanci ciemiężą czarnych obywateli. Darujcie Państwo tę łopatologię, ale tak to trochę tam wygląda. Kto był w Stanach, ten doskonale wie, że władza policjanta jest tam nieporównywalnie większa niż moce naszych stróżów prawa. Nie trzeba jednak jechać aż do Stanów, żeby przekonać się, jak poczynają sobie z obywatelami policjanci, np. w cywilizowanej Francji. Po ostatnich protestach żółtych kamizelek, filmików w sieci jest aż nadto. Żadne działania człowieka, prócz realnego zagrożenia życia lub zdrowia funkcjonariusza, nie usprawiedliwia policyjnej agresji. Podobnie jest jednak w przypadku tych, którzy łakną i pragną sprawiedliwości. Żadna rzecz nie usprawiedliwia zbrodni i występku, jeśli chce się walczyć o prawdę.

Gdzieniegdzie da się przeczytać, że Floyd został zatrzymany z fałszywymi banknotami, którymi chciał zapłacić w sklepie. Ochrona wezwała policję. Podczas zatrzymania, Floyd miał stawiać opór, miał być pod wpływem narkotyków etc. Tych informacji w polskich mediach trudno się doszukać. Być może są to klasyczne fejkniusy. Dla mnie jednak wystarczą, żeby zapalić żółte, ostrzegawcze światło, że skoro coś podobnego się pojawia, to może jednak nie było z zatrzymaniem Floyda do końca tak, jak tego chce ulica. Że zabił go policjant, tylko dlatego, że Floyd był czarny.

Nie usprawiedliwiam przemocy, ani małej, ani wielkiej. Przemocy czynionej przez bandziora, ani przez policjanta. Każda jest taka sama. Podobnie jak kradzież. Czy złodziejem jest państwo, czy rabuś w kominiarce. Kradną jednakowo. Pamiętam, jak czytałem w „Przerwanej dekadzie” E. Gierka jego opinie o strajkach radomskich i ich tłumieniu w 1976 r. J. Rolicki pytał Gierka, czy radomskie ścieżki zdrowia i masowe aresztowania były potrzebne. E. Gierek powiedział wówczas, że sam zorganizował jako górnik we Francji i Belgii kilkanaście strajków i protestów, i nikomu nawet frank nie zginął wtedy z kieszeni, a rabunek sklepów w Radomiu przy okazji protestów politycznych był faktem, który dziś próbuje się zrównać z działaniami korowskiej opozycji. Dlatego właśnie należy oddzielić działanie polityczne od zwykłego bandytyzmu, który bardzo często chowa się za flagami i transparentami, bo łatwiej się w ich anturażu wmieszać w tłum, żeby kraść.

Trzeba krzyczeć, jeśli widać, że przemoc mierzona w obywatela zabija bez powodów. Trzeba iść na ulice. Ale nie trzeba od razu podpalać komitetów, tylko raczej próbować zakładać własne. Nie wolno też dawać się nabierać na plewy: kiedy ktoś wybija witrynę w sklepie i wynosi z niego telewizor, nie broni demokracji i praw człowieka tylko kradnie. Nazywa się go wtedy złodziejem, a nie manifestantem. Podobnie, gdy rzuca kamieniami w samochody TVN-u, z twarzą pomalowaną w narodowe barwy. To żaden patriota, tylko wandal i przestępca. I żaden relatywizm tego nie odwróci.

Flaczki Tygodnia

Jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński pogroził jaśnie panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jeszcze nie odrąbaniem ręki, która ewentualnie odważy się podnieść się na władzę, ale wykorzystaniem wszystkich „środków, jakie przynależą państwu”.
Czyli pałowanie krnąbrnego, dowalenie grzywny, a nawet internowanie.

Analitycy żywota jaśniepana prezesa Jarosława Kaczyńskiego uważają, że ma on traumę z czasów stanu wojennego. Nie został wtedy internowany, czym poczuł się wielce upokorzony przez generała Jaruzelskiego.
Poczuł się jak hetman koronny zdegradowany do roli ciury obozowego.
Co gorsza nadal nie zapowiada się aby znalazł się ktoś, kto włoży jaśniepanu koronę męczeństwa na głowę.

Jaśniepan prezes cierpi, bo nie ma pewności kiedy odbędą się w Polsce wybory prezydenckie. Nie ma pewności, bo boi się niespodziewanego ataku opozycji, zdrady koalicjantów, głupoty współpracowników, świni podłożonej przez biskupów, zewnętrznej ingerencji. Boi się najmniejszego, ostrego cienia mgły. Dlatego cierpi i węszy. Węszy i cierpi, kiedy nie może wywęszyć.
Tak to u psychodyktatorów bywa.

Oczywiście nie byłoby tego wykreowanego problemu gdyby pani marszałek Sejmu RP Elżbieta Witek ruszyła się i wyznaczyła termin wyborów. Na 28 czerwca 2020 roku, na co przystają rządzące elity PiS i też liderzy partii opozycyjnych.
Ale żeby pani Marszałek Witek wyznaczyła ten termin wpierw musi ona dostać polecenie od jaśniepana prezesa Kaczyńskiego.
Ten takiego polecenia nie wydaję, choć grozi publicznie surowymi sankcjami dla hamulcowych wyznaczenia terminu wyborów. Czyli sam sobie.
Ciekawe ilu Jarosławów mieści się obecnie w jednym panie prezesie Jarosławie Kaczyńskim?

W zeszłym tygodniu słyszeliśmy w TVPiS gromkie zapowiedzi wielkiej, systemowej i niezwłocznej rozprawy z pedofilami w IV Rzeczpospolitej.
Zwłaszcza z pedofilami ze środowisk artystycznych, celebryckich, dziennikarskich, ze wszystkich środowisk sprzyjających opozycji demokratycznej.
Pan reżyser Latkowski podał najsłynniejszych pedofilii, jak na talerzu, panu ministrowi sprawiedliwości i prokuratorowi generalnemu Zbigniewowi Ziobrze.
I wtedy zastępca pana prokuratora Ziobry, pan minister Michał Wójcik na krzyż się prawie przysięgał, wąsa trzy razy podkręcał, specjalną komisyję obiecał powołać, który szparko wyłapie wszystkich tych złoczyńców i do loszku ich wsadzi.
Na co pan Latkowski przed kamerami TVPiS łzami ze szczęścia się zalał, i do nóg pana Michała upadł, z wdzięcznością kolana mu ściskał, za ten akt sprawiedliwości dziejowej dziękując.

Tydzień już minął. I nic. Panowie celebryci na wolności chodzą i w nos się panu Ziobro śmieją. Pan Krzysztof Zanussi oskarżenia publicznie wyśmiał i do sądów ruszył. Pan Latkowski sakiewkę z TVPiS wziął i pod ziemię się zapadł. A pan Michał Wójcik rycerz sprawiedliwości IV Rzeczpospolitej ?
No, panie Michale! Larum grają. Pedofilie w granicach Rzeczpospolitej stoją, a pan na koń nie siadasz, szabli nie sięgasz?

Oczywiście, ze pan Michał nie sięgnie, bo wszystkie te deklaracje o walce z pedofilami w istocie były kolejnymi aktami uprawianej przez elity PiS pedofilii politycznej. Traktowania polskich wyborców jak polityczne dzieci i ciemny lud. Którym wszystko można obiecać, któremu każdy kit można wcisnąć. I wykorzystać w wyborach.

Elity PiS lubią podkreślać, że tylko oni dotrzymują składanych obietnic. Jako dowód zawsze prezentują wypłaty pieniędzy z programu 500+ trzynaste emerytury. Aktywistki PiS często nazywają te pieniądze „Jarkowym”, co ma sugerować „ciemnemu ludowi”, że to jaśnie pan prezes sięgnął do sakiewki i dał ze swojego.
Pan prezydent Duda na potrzeby wyborów prezydenckich stworzył nową teorię transferów finansowych. Pan prezes, pan prezydent, pan premier dają pomoc społeczną ze swych pieniędzy. A wszelkie podwyżki to jedynie dzieło opozycyjnych samorządów.

Ponieważ elity PiS kradną nasze pieniądze coraz bezczelnie i jednocześnie udają, że żadnego majątku nie posiadają, to opozycja przypomniała postulat żeby elity władzy zaprezentowały publicznie swój pełen majątek. Także ten przepisany na współmałżonków.

Przy okazji tej lustracji wydało się, że elity PiS oszukują nie tylko wyborców. Także swych partnerów w czasie zawierania ślubów, kościelnych zresztą. Ślubują im wierność, a potem rozwodzą się z nimi zapominając o złożonej przysiędze. Także katolickiemu bogu.
Zapewne te kolejne żony i mężowie potrzebni są PiS-owski prezesom, marszałkom Sejmu i Senatu aby jakoś rozpisać te gigantyczne majątki skuteczniej ukryć je.

Poza tym „Flaczki” postulują aby Lewica przedstawiła swój program nowej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

DŁUGOPISIK

Aktyw szczeka, hejt się leje,
zwisły zmysły w PISie całym.
Wszyscy tracą już nadzieję
na „Dudowej” powrót chwały.
Jedna wpadka drugą goni
błąd za błędem niszczy złudę
i jak rączych stado koni
do upadku ciągną Dudę.
Czas komisję chyba zwołać
bo rozstrzygnąć konkurs zda się
kto najwięcej nakraść zdołał
w relatywnie krótkim czasie.
Niepobity dotąd Rydzyk
straci pewnie „pas championa”,
bo jak każdy chyba widzi
Szumowskiego nie pokona.
W gęstym gąszczu własnych knowań
pogubili się posłowie
i najtęższa nawet głowa
nic im dzisiaj nie podpowie.
Zegar tyka, krew się warzy,
prezes gniewu nie ukrywa,
nawet Duda przestał marzyć
i już nie śni że wygrywa.
Ja zaś patrzę ze spokojem
jak w swej złości PIS się kisi,
swych poglądów się nie boję
I SZYKUJĘ DŁUGOPISIK.

Doktor Ryszard Grosset

Krucjata prezesa

Kaczyński poszedł w nieokiełznane samodzierżawie: naczelną filozofią wszystkich instytucji, które PiS bezlitośnie okupuje, jest w tej chwili żądanie, by wszyscy uznali dziejową konieczność i obowiązek bezwzględnego poświęcania się dla Prezesa Państwa. Każdego, kto się od tej moralnej i politycznej powinności uchyla, czeka gniewny szlachecki zajazd.

W taki sposób stłumiono rokosz Trybunału Konstytucyjnego, a od jakiegoś czasu próbuje się dorżnąć Sąd Najwyższy. Tam gdzie natarcie odparto – na przykład w KRRiTV – PiS-owskie warcholstwo utworzyło swoje, równoległe struktury, błyskawicznie uznane za jedyny, choć pozakonsytucyjny punkt odniesienia. Instytucje to jednak za mało; nowa mądrość etapu to – jak się zdaje – ustawiczne bezpieczniacko-prokuratorskie dogryzanie wszystkim grupom, które nie nauczyły się kochać 4,5 RP. Oczywiście, wspomaga ono uruchomione już dawno rozmaite nagonki, na czas epidemii trochę tylko uśpione – przeciwko Rosjanom, Arabom, kobietom, osobom LGBT, Unii Europejskiej oraz – nie zapominamy słynnych wynurzeń eksministra Waszczykowskiego – wegetarianom, rowerzystom i „zwolennikom mieszania kultur i ras”.

Ostatni tydzień to jeden z najbardziej przerażających odcinków serialu pod tytułem Polska Wstaje z Kolan. Podobny do tego z połowy kwietnia, gdy podczas jednego dnia w Sejmie głosowano obywatelskie projekty ustaw walące w Żydów (447) i kobiety (aborcja) oraz pięknie dopełniający się kolejny duet, który, gdyby został przyjęty, zakazałby nauczania dzieci o ludzkiej seksualności, ale za to dałby im możliwość udziału w polowaniach. Teraz horror tej jakości rozlał się poza Sejm – wszyscy uczestniczymy w jakimś tyleż skandalicznym, co mrocznym absurdzie.

Ordo Iuris, fundamentalistyczna sekta prawników, zaprzęgła do nowej ewangelizacji polską policję. Jej funkcjonariusze, niezmordowanie od kilku dni, przyprowadzają jej na przesłuchania śląską młodzież akademicką i użyczają swoich komisariatów do straszenia studentek i studentów, którzy wcześniej, korzystając z legalnej uniwersyteckiej procedury, poskarżyli się na swoją wykładowczynię. W tym samym czasie organizacja ta uzyskuje, w drodze sądowo-prokuratorskich deliberacji tak zwane zabezpieczenie powództwa: znana polska feministka Marta Lempart dostała kuriozalny zakaz wypowiada przez rok twierdzenia, jakoby Ordo Iuris było zgrają fundamentalistów finansowanych przez Kreml. Jakkolwiek przerażające w swym idiotyzmie jest to twierdzenie, kneblowanie czyichś supozycji na temat publicznego podmiotu jawnie dopuszczonego do współzarządzania odpalonymi nagonkami, uznać należy za odrażające i niemoralne.

Jakby tego było mało, sąd, któremu przyszło rozpatrywać powództwo siedmiu facetów, którzy poczuli się obrażeni przez znaną katolicką dżihadystkę Kaję Godek, uznał, że zachodzi uzasadniona wątpliwość, czy publiczna wypowiedź tej kobiety: „geje chcą adoptować dzieci, żeby je gwałcić” aby na pewno ich obraża. Wszak nie udowodnili, iż sami są gejami (ciekawe, jak mieliby to przed sądem uczynić?!).

Poza tym kierowniczka jednego z sieci sklepów IKEA, która zwolniła ongiś sunącego agresywnym homofobicznym bełkotem po kolegach z pracy przy użyciu służbowego sprzętu, będzie odpowiadała za ograniczanie praw pracowniczych ze względu na wyznanie. Dlatego, że ten typ racjonalizował swoje przemocowe postępowanie cytatami z Biblii. Jednocześnie sejmowa komisja zdrowia zdecydowała o zaostrzeniu tak zwanej klauzuli sumienia. Wcześniej lekarze, którzy odmawiali wykonania legalnej aborcji, musieli poinformować pacjentkę, gdzie może szukać pomocy. Teraz już tak nie będzie. Poseł PiS Bolesław Piecha, który złożył poprawkę w tej sprawie, argumentował, że pacjentki mogą sobie tego rodzaju informacji „poszukać w internecie”.

Na tym oczywiście nie koniec. Kilka dni temu policja bezczynnie przyglądała się, jak banda osiłków próbuje dokonać na warszawskiej Pradze nielegalnej eksmisji bez komornika i bez nakazu, a potem użyła przemocy wobec osób, które próbowały ją zablokować. W swojej kolejnej odsłonie „tarczy antykryzysowej” rząd zaplanował, jak się okazuje, sowite wypłaty dla kościoła katolickiego. Ten sam rząd, który kupował od kolegi ministra zdrowia maseczki po 209 zł za sztukę, podczas gdy ten wytrawny biznesmen nabywał je w Turcji za 34 zł.

I jeszcze taki kwiatek. Do pieca dołożyła też dziś jakaś grupka patriotycznych śledczych od siedmiu boleści działających jako Reduta Dobrego Imienia, którym chyba zaszkodziła kwarantanna. Oglądając seriale na znanej platformie Netflix kolesie ci wynotowali sobie momenty szkalowania Polski i prezentują właśnie swój „raport”. Poza tym truskawki są po 30 zł.

Piękne jutrzenki, piękne dni, piękne wieczory, cudowna rzeczywistość.

Na ratunek małym browarom

– Do mojego biura poselskiego wpłynęły niepokojące sygnały od mikrofirm specjalizujących się w sprzedaży autorskiego alkoholu, głownie piwa – pisze poseł Maciej Kopiec, jeden z parlamentarzystów Lewicy, do Ministerstwa Rozwoju.

Tego, że zamknięcie lokali gastronomicznych, pubów i klubów (obecnie już „tylko” ograniczenie ich działalności) będzie mieć fatalne skutki dla producentów alkoholu, można było się domyślić. Zgodnie z kapitalistyczną logiką w najgorszej sytuacji znalazły się małe, lokalne podmioty – zarówno browary, jak i składy win. Sprzedaż w takich miejscach spadła wskutek pandemii do 10-20 proc. dawnej wartości! W obronie tych drobnych biznesów wystąpił poseł Maciej Kopiec.

Parlamentarzysta w interpelacji przesłanej do Ministerstwa Rozwoju – a więc na ręce jednej z głównych autorek „tarcz antykryzysowych”, minister Jadwigi Emilewicz – zauważył, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, kiedy w restauracjach, barach czy klubach wróci stan rzeczy sprzed pandemii, a także, czy częściowe zdejmowanie ograniczeń w pracy takich miejsc zachęci klientów do korzystania z ich usług. Jak więc można wesprzeć małe browary, których produkty mają przecież w Polsce wielu miłośników?

– Polska jest jedynym z nielicznych krajów, w których nie można sprzedawać alkoholu w sieci – pisze poseł, zauważając następnie, że ustawa regulująca handel alkoholem liczy sobie blisko 40 lat. Pochodzi z 1982 r., gdy handel – czymkolwiek – wyglądał w Polsce zupełnie inaczej niż dziś.

– Czy rząd jest świadom konsekwencji ekonomicznych i społecznych przewidywanych upadków małych, krajowych firm zajmujących się produkcją piw i i win na małą skalę? – pyta dalej Maciej Kopiec. – Czy w ramach opracowywania strategii walki z koronawirusem rząd rozważał wprowadzenie internetowej sprzedaży alkoholu ze względu na ich większe bezpieczeństwo w relacji do utrzymanej i stale rosnącej sprzedaży detalicznej w sklepach?

To kolejna z interpelacji kierowanych przez posłów Lewicy w szczegółowych sprawach związanych z walką z efektami pandemii. Oby nie pozostała, jak niektóre poprzednie, bez odpowiedzi.

Żądamy tarczy społecznej

Związek Syndykalistów Polski i Federacja Anarchistyczna Wrocław zorganizowały w piątek 29 maja pierwszy od czasu ogłoszenia epidemii protest w Warszawie, pod hasłem obrony pracowników, bezrobotnych, lokatorów przed skutkami kryzysu. To oni, a nie przedsiębiorcy, stracili w ostatnich tygodniach najwięcej.

Pod budynkiem Sejmu zebrało się około 150-200 osób, w tym aktywiści socjalistyczni i anarchistyczni z Warszawy, Łodzi, Kielc, Krakowa. Połączył ich postulat wprowadzenia w życie Tarczy Społecznej, czyli prawdziwej polityki antykryzysowej. Jak podkreślali mówcy podczas demonstracji, dotychczasowe „tarcze antykryzysowe” nie przewidywały praktycznie żadnego wsparcia dla osób tracących zatrudnienie, symboliczną pomoc dla samozatrudnionych i pracowników na umowach śmieciowych. Otwierały też drogę do obniżania wynagrodzeń nawet w tych firmach, które posiadają rezerwy na trudne czasy

Prowadzący demonstrację Jakub Żaczek stwierdził, że potrzebny jest taki program antykryzysowy, który zagwarantuje, że pomoc ze środków publicznych trafi bezpośrednio do najbardziej potrzebujących, a nie posłuży do utrzymywania wysokich zysków. Przemawiający zaznaczali również, że prawdziwy „rynek pracownika” nigdy w Polsce nie zaistniał.

Owszem, przed kryzysem koniunktura w gospodarce była dobra, ale to nie świat pracy najwięcej na tym korzystał. Plagą pozostawały umowy cywilnoprawne stosowane zamiast etatów, coraz powszechniejsze było wymuszone samozatrudnienie, a Państwowa Inspekcja Pracy w obliczu łamania prawa pracy często okazywała się bezsilna. Drogą do poprawy tej sytuacji, mówiono, jest samoorganizacja pracowników w odważnych i demokratycznie zarządzanych związkach zawodowych.

Pozostałe postulaty, które powinny składać się na Tarczę Społeczną, to:
– wynagrodzenie postojowe w wysokości 100% dla wszystkich. Świadczenia awaryjnego dla wszystkich, o których rząd zapomniał (bezrobotni, poszukujący pracy).

– płatne zwolnienia chorobowe dla wszystkich chorych, niezależnie od warunków zatrudnienia. Darmowa opieka zdrowotnej i leków.

Udostępnienie środków bezpieczeństwa potrzebującym. Zwiększenie wydatków na służbę zdrowia. Podwyżki dla pracowników służby zdrowia i poprawa ich warunków pracy.

– Solidarność społeczna z pracownikami kluczowych sektorów! Zwiększenie zatrudnienia zamiast zmuszania pracowników do pracy w nadgodzinach.

– Wycofanie nowych mechanizmów prawnych, które ułatwiają firmom pogarszanie warunków pracy bez zgody pracowników. Wprowadzenie skutecznych mechanizmów zaskarżania zmian warunków pracy.

– Podwyżki i poprawa warunków pracy dla wszystkich nisko opłacanych pracowników. Godna płaca dla wszystkich!

– Specjalne wsparcie dla osób bezdomnych i osób żyjących w trudnych warunkach sanitarnych i mieszkaniowych (w tym w zagęszczeniu). Solidarność społeczna z ludźmi o wysokim ryzyku zachorowania. Wsparcie dla ofiar przemocy w rodzinie. Wakacje czynszowych i większe wsparcie dla lokatorów.

– Dostęp do świadczeń dla osób na umowach śmieciowych bez pośrednictwa zleceniodawców. Nowe uprawnienia dla Państwowej Inspekcji Pracy, pomoc prawna i ułatwienia dla pracowników zatrudnionych na umowach śmieciowych w zakresie ustalania istnienia stosunku pracy.

– Natychmiastowe zdjęcie zakazu zgromadzeń publicznych i protestów, gdy przestrzegane są normy sanitarne.

Do protestujących dołączyli przed Sejmem posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk oraz poseł Maciej Konieczny.

Lewica poprawia Tarczę 4.0

Parlamentarna Lewica zaliczyła duży punkt – Sejm uchwalił poprawkę zgłoszona jeszcze 5 maja br., by firmy, które biorą pomoc od państwa podlegały pewnym ograniczeniom realizującym zasady sprawiedliwości społecznej.

Poseł Adrian Zandberg jeszcze 5 maja zgłosił poprawkę w następującym brzmieniu:

„Maksymalna wysokość wynagrodzenia miesięcznego

1)kierowników, w szczególności dyrektorów, prezesów, tymczasowych kierowników, zarządców komisarycznych i osób zarządzających na podstawie umów cywilno-prawnych

2) zastępców kierowników w szczególności zastępców dyrektorów u wiceprezesów

3) członków organów zarządzających w szczególności członków zarządów

4) głównych księgowych

5) członków organów nadzorczych

– przedsiębiorcy, któremu udzielono pomocy nie może przekroczyć, w okresie od dnia zaakceptowania wniosku do dnia przypadającego po upływie 1 roku od udzielenia pomocy, 400 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z poprzedniego kwartału ogłaszanego przez Główny Urząd Statystyczny na podstawie przepisów o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych

2. Osobom, o których mowa w ust. 1 nie przysługuje prowizja od zysku, nagroda z zakładowego funduszu nagród oraz roszczenie z tytułu udziału w zysku lub nadwyżce bilansowej”

Sejm przyjął tę poprawkę 28 maja,, co oznacza ukrócenie możliwości niesprawiedliwego korzystania z pomocy publicznej.

Posłanka Marcelina Zawisza skomentowała to następująco na swoim profilu na Facebooku: „Wkurza was, że firma bierze pomoc publiczną, a prezesi i kadra zarządzająca nadal zarabiają krocie? No to właśnie w Sejmie, na wniosek Lewicy i Adriana Zandbega, przegłosował poprawkę, która to ucina. Liczę, że ustawa szybko wejdzie w życie i ta patologia się w końcu skończy!”.

Nic dodać, nic ująć.

Next Generation EU

Taki, symboliczny przydomek – „Następne pokolenie Unii Europejskiej” – nadano planom budżetowym UE na lata 2021-2027. Od miesięcy toczyły się wokół nich spory – przede wszystkim, co do wielkości budżetu.

Wszyscy z napięciem czekali więc na propozycję Komisji Europejskiej, którą na forum Parlamentu przedstawiła w środę (27 maja br.) Przewodnicząca Komisji, pani Ursula von der Leyen. To była najbardziej z dotychczasowych miarodajna „przymiarka”, do wielkich unijnych planów nie tylko ożywienia gospodarki po jej ostrym hamowaniu spowodowanym epidemią koronawirusa, ale też zbudowania Unii w pewnym sensie na nowo, zmodernizowania jej i uczynienia silniejszą.

Po wystąpieniu szefowej KE można powiedzieć, że pierwsza dobra wiadomość jest taka, iż projekt budżetu 2021-2027 jest znacznie lepszy niż wcześniejsze spekulacje. To jest łącznie 1 bilion 850 mld. Euro! Budżet miałby być niejako dwuczęściowy.

Pierwsza część – jeden bilion 100 mld. Euro – przeznaczone na tradycyjne, wieloletnie ramy finansowe, druga część – 750 mld. Euro – też podzielone na dwa: 500 mld. Euro na granty, a 250 mld. dostępne w formie pożyczek dla państw członkowskich.

Wynika z tych sum szansa, że w przyszłym budżecie Unii wydatki na politykę rolną, czyli dopłaty dla rolników, pozostaną na niezmniejszonym poziomie i podobnie będzie z polityką spójności, czyli z finansowaniem wyrównywania różnic między krajami bogatszymi a uboższymi w zakresie infrastruktury, transportu i wszelkiego rodzaju modernizacji wpływających na poziom i jakość życia obywateli.

Parlament Europejski przyjął te plany życzliwie, bo spełniają one oczekiwania europosłów co do wysokości, co do priorytetów budżetowych 2021-2027 oraz dostępności tego budżetu dla poszczególnych państw. Teraz Komisja Europejska i Parlament będą musiały przekonać do nich Radę Europejską. Ursula von der Leyen powiedziała: tyle mamy pieniędzy do podziału, ale jak je podzielimy, to dopiero będziemy ustalać. Dziś jeszcze żadna decyzja co do kryteriów przydzielania konkretnych sum poszczególnym państwom członkowskim nie zapadła, bo bez zgody Rady Europejskiej jest to niemożliwe. Zaapelowała więc do europosłów – przekonajcie do tych planów własne rządy i parlamenty narodowe. Macie takie możliwości: chadecy mają swoje rządy w krajach europejskich, socjaliści – mają, liberałowie – mają, Zieloni uczestniczą w rządach.

Chadecy, socjaliści, liberałowie i Zieloni, to jest większość w PE, która ma realne możliwości oddziaływania we własnych krajach. Działajcie więc! Gra toczy się bowiem nie tylko o to, żeby jakoś wyjść z kryzysu wywołanego koronawirusem, ale przede wszystkim o to, żeby nadać nowy kształt UE na następne lata. Chodzi o następne pokolenie Europejczyków, o to, żeby UE była mocniejsza, silniejsza, bardziej zwarta.

W wystąpieniach europosłów wyraźnie przebijała aprobata dla wzmacniania wspólnego rynku, chronienia go jako unijnej wartości, wyposażenia Komisji Europejskiej i innych instytucji europejskich w więcej instrumentów pozwalających na bardziej skuteczne niż dotąd działanie.
Priorytetem w przyszłych wydatkach Unii ma być oczywiście „Zielony ład”. Ten program będzie decydował o poziomie nowoczesności UE. Unia ma zdecydowanie rozwinąć digitalizację, która musi objąć całą gospodarkę i wszystkie sfery życia społecznego. Nowoczesna gospodarka plus większe, zdecydowanie bardziej odczuwalne przez społeczeństwo programy socjalne – to jest to, co Komisja Europejska deklaruje, a co Parlament Europejski wita z zadowoleniem.

Oczywiście te ambitne plany pochłoną wydatki na wielką skalę, które trzeba będzie sfinansować. Będą zatem nowe podatki i jest wola, żeby to zrobić. Chce się wprowadzić podatek od wielkich korporacji cyfrowych, podatek od śladu węglowego oraz – wynikający również z potrzeb „Zielonej Europy” – podatek związany z lotnictwem i żeglugą morską. Mowa oczywiście o CO2. Po raz pierwszy objęty tym mechanizmem ma być transport lotniczy i morski, które zostaną opodatkowane w ramach handlu emisjami.

Chce się w końcu wprowadzić podatek, który będzie dotykał najbogatszych – walka z unikaniem opodatkowania ma być wreszcie skuteczna i bezwzględna.

Krótko mówiąc planowane jest zbudowanie mechanizmów, siły i nowych możliwości, żeby Unia nie tylko pokonała kryzys wywołany koronawirusem, ale była odporna także na ewentualne przyszłe kryzysy.
Wielkie inwestycje – co powiedziano wyraźnie – są po temu niezbędne. Zwrócą się w postaci silniejszej Unii. Brak inwestycji spowoduje dużo większe koszty niż duże inwestycje. Wystąpienie pani Ursuli von der Leyen było kilka razy przerywane oklaskami.

Z dyskusji, która się następnie rozwinęła, wynika niezbicie, że cztery najważniejsze grupy polityczne są „za”. Parlamentarzyści podkreślali, że chodzi o nową Unię – Unię opartą o wartości, o solidarność wewnętrzną. Podkreślano również oczekiwanie, że żadne z państw nie będzie chciało korzystać kosztem innego państwa.

Mówiono, że 23 państwa i rządy są nastawione zdecydowanie pro-europejsko i są otwarte na Unię jutra. Natomiast cztery rządy – nie wymieniano, które – są rządami wciąż wyrażającymi różnego rodzaju kontestację.

Trzeba też zauważyć, że w żadnej wypowiedzi nie zakwestionowano wymogu praworządności i konieczności przestrzegania podstawowych wartości europejskich. Nawet pani Beata Szydło wyraziła wolę solidarności i nadzieje związane z tą propozycją budżetową.

Przy okazji chcę mocno podkreślić – zwłaszcza w kontekście wypowiedzi przesądzających już sumy przeznaczone dla Polski i pośpiesznego „wypinania piersi do orderów” – że żadnych konkretów w sensie ile i komu, nie było. To, co usłyszeliśmy, to są propozycje! To jest dobry początek, ale nie zapominajmy, że koniec wieńczy dzieło.

Uważam więc, że należy zachować spokój i przystąpić do bardzo intensywnej pracy. Założenie jakie powinniśmy przyjąć od początku – co do tego nie mam wątpliwości – powinno być takie: jeżeli będziemy chcieli aktywnie uczestniczyć w poszukiwaniu pozytywnych rozwiązań dla całej Unii, to możemy na tym skorzystać – właśnie taka współpraca jest wręcz oczekiwana. Jeśli jednak będziemy się ustawiać tylko w pozycji wiecznie niezadowolonego petenta, jeśli będziemy wzniecać konflikty i spory, to możemy skorzystać dużo mniej.

Mamy szansę być jednym z większych beneficjentów rodzącego się budżetu. To jednak nie oznacza w najmniejszym nawet stopniu sukcesu polityki „wstawania z kolan”.

Przekonanie tu i ówdzie pojawiające się, że można kontestować Unię, jej instytucje, zasady, którymi się kieruje, bo to i tak nie ma żadnego wpływu na wysokość unijnych benefitów, jest z gruntu fałszywe. Jeśli nawet pojawiają się takie sugestie, to są to sugestie fałszywe, podszyte prawdopodobnie jakimiś bieżącymi, lokalnymi potrzebami politycznymi. Rząd polski nie miał najmniejszego wpływu na wysokość i przeznaczenie kwot, o których mówiła przewodnicząca KE. PiS niczego nie wygrał, PiS nie przyczynił się w żadnej mierze do kształtu przedstawionych planów, ale może za to przyczynić się do przegranej w fazie ustalania szczegółów, kryteriów, zasad podziału. Jak do tego przyjdzie, to wszystkie rezolucje dotyczące praworządności w Polsce, podejmowane przez PE i lekceważąco traktowane przez rządzących, orzeczenia TSUE w polskich sprawach, zostaną położone na stole, przypomniane i odegrają swoją rolę w dyskusji ile, komu. Podnoszono to jasno i jednoznacznie – podnosiła to pani Ursula von der Leyen, chadecy, nasza grupa – S&D oraz liberałowie, że praworządność jest ostoją siły Unii Europejskiej. Uważam więc, że nasza dotychczasowa postawa może nam potencjalnie przysporzyć kłopotów a nie profitów. Możemy też odczuć negatywne skutki w związku z atmosferą wokół Polski w UE, która jest – mówiąc delikatnie – nie najlepsza.

Trzeba sobie jasno zdać sprawę, z nowego etapu, który Unia otwiera. To będzie zmiana oblicza Unii, wzmocnienie jej, a nie osłabienie. Unia ma być silniejsza, ma być graczem globalnym, ma sobie radzić w zmieniającym się świecie. Idzie się zdecydowanie w kierunku wyłonienia nowej, silniejszej, sprawniejszej struktury niż ta, jaką UE jest obecnie. Służyć temu będą wysiłki finansowe, organizacyjne i intelektualne, bowiem przyspieszone będą prace konferencji na temat „Jaka UE?”.

To jest ten moment, w którym zdecydują się również losy naszego kraju – albo wsiądziemy do pociągu zmian, albo zostaniemy na peronie kontestacji.

Plan Rapackiego

„W interesie bezpieczeństwa Polski i odprężenia w Europie, po uzgodnieniu swej inicjatywy z innymi członkami Układu Warszawskiego, Rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej oświadcza, że w razie wyrażenia zgody przez oba państwa niemieckie na wprowadzenie w życie zakazu produkcji i magazynowania broni jądrowej na ich terytorium, Polska Rzeczpospolita Ludowa gotowa jest wprowadzić również taki sam zakaz na swoim terytorium”.
Adam Rapacki

Powyższa myśl w świecie dyplomacji i polityki jest znana jako „Plan Rapackiego w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie”. Redaktor Andrzej Ziemski przypomniał ją tekstem – „Broń jądrowa w Polsce?” (DT, 25-26 maja 2020), pisząc, „że koncepcja strefy bezatomowej była oryginalną polską inicjatywą, w której przygotowaniu Adam Rapacki, socjalista, co trzeba przypomnieć, odgrywał wiodącą rolę”. Autor pisze, że 2 października 1957 r. została ogłoszona przez ministra Adama Rapackiego podczas XII Sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ”. Jej celem było „zbudowanie na terenie Europy Środkowej (Polska, Czechosłowacja, RFN, NRD) strefy wolnej od broni jądrowej”. Zaś „gwarantami jej realizacji miały być: Francja, W. Brytania, USA i ZSRR”.

Wyrażenie Autorowi słów podziękowania i uznania, byłoby w tym momencie tylko formą grzeczności. Należy wskazać na swoisty alarm, zawarty w tytułowym pytaniu- „Broń jądrowa w Polsce?” Zapewne sędziwi Polacy pamiętają – z różnych źródeł- że wzbranialiśmy się przed rozmieszczeniem tej broni na polskiej ziemi. Ówczesne władze Polski czyniły w tym względzie wiele starań i zabiegów. Sięgnijmy więc do historii Polski i Europy lat 40-50.

Ówczesna sytuacja w Europie

Po Październiku 1956 r. w Polsce nastąpiły poważne zmiany polityczne. Za sprawą ekipy Władysława Gomułki poszły w kierunku zwiększenia niezależności i samodzielności polityki zagranicznej. Polska, wychodząc ze słusznego założenia, iż kraje małe i średnie także mają swoje specyficzne możliwości rozwijania stosunków z innymi narodami – rozpoczęła „otwarcie się na Zachód” (USA, Francja, Anglia, kraje skandynawskie oraz NRF). Przy tym nie zapominajmy, iż połowa lat 50. była okresem politycznie i militarnie gorącym. 5 maja 1955 r. Bundeswehra została oficjalnym członkiem NATO. Odpowiedzią było powołanie Układu Warszawskiego (UW, 14 maja, 9 dni później. Tekst Andrzeja Ziemskiego sugeruje, by o UW napisać oddzielnie). Postępował rozwój broni masowej zagłady, w szczególności broni jądrowej, będąc jaskrawym świadectwem pogłębiającego się klimatu zimnowojennego. Od 1954 r. USA zaczęły składować broń jądrową na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy z rakietami montowano wspólnie z angielskimi). Przygotowania takie trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. Udanej próby jądrowej dokonała też Francja (1954). 27 grudnia 1955 r. weszło w życie porozumienie między NRF a USA o wzajemnej pomocy obronnej- co w praktyce oznaczało dalsze dozbrajanie Niemiec. 1 kwietnia 1957 r. Kanclerz NRF- Konrad Adenauer oficjalnie wypowiedział się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową, powtarzając przy tym znane już roszczenia terytorialne i zastrzeżenia graniczne wobec Polski. Sędziwi Polacy zapewne pamiętają z podręczników historii zdjęcie Konrada Adenauera w płaszczu krzyżackim – proszę młodzież, zapytajcie Rodziców! Wobec powyższego należy postawić pytanie- Polacy mieli się czego obawiać czy nie? Przecież było to zaledwie 10-15 lat po wojnie! Jeszcze rodziny szukały swoich bliskich, wiele spalonych miast i wsi podnosiło się z gruzów i popiołów. A czy dziś, w 2020 r. tekst Pana Andrzeja Ziemskiego-budzi obawy?

Założenia „strefy”

W zasygnalizowanych okolicznościach polityczno-militarnych, funkcję Ministra Spraw Zagranicznych objął Adam Rapacki, zwolennik Władysława Gomułki. Krótko po objęciu stanowiska powołał grupę studyjną do spraw bezpieczeństwa europejskiego. Jej celem było-wspomina jedyny żyjący członek, prof. Marian Dobrosielski – „jak najściślej powiązać pracę służby zagranicznej z wewnętrznymi potrzebami rozwoju kraju, umacniać jego suwerenność, zdobywać zaufanie i autorytet na arenie międzynarodowej”. W tej grupie, kierowanej osobiście przez Ministra, powstały podstawowe założenia strefy bezatomowej w Europie. Miała obejmować terytorium czterech państw: Czechosłowacja, NRD, NRF i Polska o łącznej powierzchni 796 tys. km2, w tym po stronie NATO – 249 tys. km2, po stronie UW -547 tys. km2 oraz ogółem ok. 115 mln. mieszkańców.

Podczas obrad tej Sesji ONZ wystąpił Vaclav David, Minister Spraw Zagranicznych Czechosłowacji, który popierając polską inicjatywę deklarował przystąpienie swojego kraju. Państwa UW poparły „Plan”.
Na skutek wieloaspektowych dyskusji po ogłoszeniu „Planu”, także pod wpływem „zachodnich zarzutów”, był on dwukrotnie modyfikowany. W rok po ogłoszeniu, Autor zaproponował jego dwuetapową realizację. Pierwszy etap – „zamrożenie” zbrojeń jądrowych; drugi – rokowania w sprawie zmniejszenia zbrojeń konwencjonalnych. Drugą, ostateczną wersję Polska przedstawiła 28 marca 1962 r. na forum Komitetu Rozbrojeniowego 18 państw w Genewie.

Istota „Memorandum”

Opracowane „Memorandum Rządu PRL w sprawie utworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej”, 14 lutego 1958 r. zostało wręczone przedstawicielom dyplomatycznym zainteresowanych państw. Zawierało uzasadnienie inicjatywy rozbrojeniowej oraz zasady wprowadzenia jej w życie.

Cztery państwa Francja, USA, W. Brytania i ZSRR miały się zobowiązać, że nie będą:

po pierwsze: utrzymywać, sprowadzać, zezwalać na rozmieszczenie żadnego rodzaju broni jądrowej, ani urządzeń i sprzętu do jej obsługi (to wykluczało wspomniane żądanie NRF dostępu do tej broni);

po drugie: utrzymywać broni jądrowej w uzbrojeniu swoich wojsk w obszarze państw strefy, ani jej przekazywania tym państwom (to był „drugi zakaz” dostępu NRF do tej broni).

po trzecie: stosować broni jądrowej na obszarze państw strefy;
po czwarte: także inne państwa na obszarze strefy nie miałyby posiadać broni jądrowej (chodziło o Kanadę, miała swój kontyngent w NRF).

Państwa UW pozytywnie odpowiedziały na „Memorandum”. Widziały w nim szansę na ograniczenie niebezpiecznie rozwijającego się wyścigu zbrojeń. Zaś państwa tworzące strefę i przyjmujące te zobowiązania, miałyby zawrzeć odpowiedni układ międzynarodowy.

Sprawa kontroli

Nasza propozycja przewidywała utworzenie na obszarze strefy systemu szerokiej i skutecznej kontroli, z odpowiednim aparatem kontrolnym. Pomyślcie Państwo- przecież ten „aparat” tworzyłyby cztery mocarstwa i państwa objęte strefą. Byłby też formą „sprawdzenia” rzetelności Wielkiego Brata, że u nas nie zainstalował tej broni. Nam w tym zamyśle szło przecież o własne bezpieczeństwo Polski, jako obiektu ataku jądrowego z Zachodu.

„Odpowiedź” Zachodu

Planowi Rapackiego zdecydowanie przeciwstawiły się NRF, USA i Wielka Brytania, nie podejmując nawet merytorycznej dyskusji. Uważały, że strefa bezatomowa naruszałaby równowagę sił na niekorzyść NATO. Zachód argumentował to ilościową przewagą sił konwencjonalnych państw Układu Warszawskiego. Ponadto, ewentualna akceptacja strefy podważałaby istotę amerykańskiej doktryny odstraszania, w której broń jądrowa odgrywała zasadniczą rolę oraz przekreślałaby zaawansowane już próby tworzenia tzw. wielostronnych sił nuklearnych w Europie. Tu trzeba Zachodowi przyznać rację – chodziło o niedopuszczenie do wyposażenia Bundeswehry w broń jądrową, przekreślenia, a przynajmniej zablokowania utworzenia w Europie tzw. wielostronnych sił nuklearnych. Sekretarz generalny NATO Henry Spaak określił Plan jako „pełen hipokryzji”, którego „przyjęcie byłoby szaleństwem”, gdyż pozbawiałoby Zachód obrony.

Przeczytajcie Państwo raz jeszcze powyższy fragment i pomyślcie. Kogo USA chciało swoją „doktryną odstraszać”, czy Polskę? Czyżby byli tak naiwni i wierzyli w jakiekolwiek zagrożenie z naszej strony. Fakt, ZSRR, po zakończeniu II wojny światowej posiadał swoje siły konwencjonalne w Europie: Austrii (do 1957 r.), NRD i w Polsce. Czy zakładał operację wojenną? Wielu gotowych jest krzyknąć, oczywiście! Wbiła nam to propaganda zachodnia – nie wierzycie, proszę- dowód. Profesor Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, w Polsce wydana się w 1996 r., pisze-„Stalin nie mógł jednocześnie odbudowywać ZSRR i ryzykować konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Tak szeroko rozgłaszana radziecka inwazja na Europę Zachodnią była fantazją”. Zapytam- kto ją rozgłaszał? Czy autor „Dyplomacji” nie ma nic sobie do zarzucenia? Rozbrajająca szczerość, za nią nie tylko Polska zapłaciła, i nie tylko politycznie. Zachęcam Państwa, głównie polityków i publicystów do sięgnięcia po tę książkę, a wielu „otworzą się oczy”. Jak to Zachód nas traktował, jaką „cenną wartością” byliśmy w strategicznych planach użycia wojsk lądowych, lotnictwa i oczywiście broni jądrowej.

Postanowienia Poczdamu

Profesor Eugeniusz Duraczyński, w książce „Stalinizm…”wydanej przez AH Pułtusk w 2012 r., a opartej na radzieckich archiwach, pisze o projekcie neutralizacji Niemiec, jaki zgłosił Stalin, wstępnie już w 1945 r., ponowił w 1946. Co proponował? Realizację przyjętej na Konferencji Wielkiej Trójki w Poczdamie wobec Niemiec koncepcji „czterech D”- demilitaryzacji, dekartelizacji, denazyfikacji i demokratyzacji. Konkretnie- poszło o pierwsze dwa D. Stalin, ze względu na straty przemysłu i rolnictwa ZSRR, chciał zniszczyć zdolność Niemiec do kolejnej wojny. Stawiał na powrót Niemiec do państwa rolniczego bez przemysłu ciężkiego. Stąd gospodarka miała zostać zredukowana do 50% zdolności z 1938, tak by zdemilitaryzowane Niemcy nie mogły powrócić do planów wojny w przyszłości. Francja tę myśl poparła, początkowo także Anglia. Jak Państwo myślicie – czy był w błędzie? Logika podpowiada, że właśnie miał rację! A praktyka?

Obserwując bieg zdarzeń na Zachodzie, Stalin zaprosił sekretarza stanu USA George’a Marshalla. Do spotkania doszło w Moskwie (kwiecień 1947 r.), kilka dni po ogłoszeniu tzw. Doktryny Trumana. Wspomniany Henry Kissinger w książce „Dyplomacja”, tak o tym pisze- cytuję:- „Stalin oświadczył Marshallowi, że we wszystkich głównych sprawach możliwy jest kompromis” oraz że „trzeba mieć dość cierpliwości i nie popadać w pesymizm”. Trudno uniknąć pytania- gdzie, kiedy i jak Zachód okazywał chęć kompromisu czy cierpliwości, pozostawiam bez komentarza.

„Zagrożony” Zachód

Szybko to zarzucono, gdyż USA miały już inną koncepcję „urządzenia świata”, także Europy. Uznały, iż światu zagraża „komunizm” – kto z Państwa nie słyszał, że ZSRR miał go „na bagnetach” zanieść na Zachód? Ówczesna propaganda tę kwestię szeroko nagłaśniała- patrz wyżej, dając za przykład Francję i Włochy, gdzie partie komunistyczne miały silne poparcie społeczne, zwyciężając w wyborach parlamentarnych. Czy ZSRR ryzykowałby nową, po dopiero zakończonej wojnie? „Czarna propaganda” w tej kwestii nie pozostawiała wątpliwości -był „agresorem”, tylko wyczekiwał właściwego momentu! Ale ta „tajemnica” dla uczonych i publiczności została „odkryta” wiele lat później, np. przez Henry Kissingera.

Zastanówmy się,

Odrzucenie tej koncepcji miało daleko idące następstwa. Jak potoczyłaby się historia Europy, gdyby Zachód nie utworzył NRF (1949). Tu takie pytania i ciekawostki:

– czy powstałaby NRD, „polityczna odpowiedź” ZSRR, a czy tylko neutralne Niemcy?

– czy byłoby potrzebne NATO, powstałe na skutek szaleńczej polityki USA w 1949 r.(wtedy miały już 235 bomb jądrowych)?;

– czy 6 lat później Układ Warszawski (wtedy ZSRR miał 200 bomb jądrowych), na skutek włączenia NRF do NATO, które wtedy miało już 3067 ładunków jądrowych?

Strefy bezatomowe na świecie

Idea strefy bezatomowej w Europie Środkowej nie została zrealizowana. Stała się jednak ideą uniwersalną. Szybko zyskała sobie obywatelstwo na świecie, u wielu rządów, pozarządowych organizacji, występujących w obronie pokoju i rozbrojenia.

Już 2 lata po ogłoszeniu Planu Rapackiego w 1959 r. został podpisany układ czyniący z Antarktyki strefę bezatomową. 10 lat od ogłoszenia „Planu”, 18 państw Ameryki Łacińskiej podpisało w Meksyku układ (Tlatelolco), ogłaszający ich terytoria strefą bezatomową.

W 1961 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ zaleciło – na wniosek Szwecji – tworzenie stref bezatomowych wszędzie, gdzie tylko możliwe. Na wniosek Brazylii i Meksyku zalecono denuklearyzację Ameryki Środkowej. 2 lata później, Finlandia złożyła wniosek o ogłoszenie całej Skandynawii strefą bezatomową.

Do 2000 r. władze ok. 4 tys. miast na świecie, ogłosiły strefami bezatomowymi. Najwięcej w Japonii, Holandii, Belgii, Irlandii, Norwegii, Australii, Portugalii, Hiszpanii, także w USA i NRF. W sumie 117 państw z ok. 2 miliardami ludności świata, ogłosiło o utworzeniu na swoich terytoriach stref bezatomowych. Warto przypomnieć, iż w 1996 r. pojawiła się myśl utworzenia strefy bezatomowej od Bałtyku do Morza Czarnego, obejmująca m.in. Białoruś, Ukrainę i Polskę. Jednakże z powodów politycznych nie doszła do skutku. Powodzeniem zakończył się zamysł utworzenia środkowo – azjatyckiej strefy bezatomowej. 8 września 2006 r. w Semipałatyńsku podpisano Układ o Strefie Wolnej od Broni Jądrowej w Azji Centralnej – obejmujący Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan ( nasze media wyrozumiale o tym nie informowały).

„Przecieki” z pola walki

Przez kilkanaście lat udawało się zachować w tajemnicy przed opinią publiczną użycie przez USA i Wielką Brytanię broni uranowej (DU, zubożony uran, produkcja lat 70.) podczas konfliktu w Zatoce Perskiej (1991) i b. Jugosławii (1999). Włoskie Ministerstwo Obrony podało, że spośród przebywających kilka miesięcy w Bośni w 2000 r.- zachorowało 1400 żołnierzy (inne źródła- 2538); zmarło – 37 (inne-160).

Badania medyczne – prof. Siegwarta Horsta Guntera wykazały:
– choroby dzieci: zwyrodnienia genetyczne, białaczka;
– dorosłych: złośliwe nowotwory, załamanie systemu immunologicznego; zaburzenia funkcji nerek, wątroby; poronienia.

Natomiast mjr dr Dougie Rokke (USA), min. stwierdza-„ Powietrze, woda i ziemia zostają przez użycie tej broni skażone. W każdym terenie, na którym używa się broni DU woda i żywność są na wieki skażone. Oddziaływanie na zdrowie rozpoczyna się 24-48 godz. po wybuchu broni DU. Pojawiają się problemy z oddychaniem, z nerkami, ze wzrokiem, problemy neurologiczne i inne. Wojen należy zaprzestać w związku z bronią, której używamy i zniszczeniami, które powodujemy przez skażenie powietrza, wody, ziemi i żywności. Nie jesteśmy w stanie zlikwidować skażenia środowiska naturalnego. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować opieki lekarskiej. Broń DU jest zbrodnią przeciw Bogu i ludzkości”.

„Przegląd” nr 12 z 28.03.2010 poinformował, że Armia USA przyznała się do wystrzelenia w 1991 r. (I wojna w Zatoce Perskiej) ok. 300 ton amunicji uranowej. Podczas inwazji na Irak w 2003 r. wystrzelono ponad 1000 ton amunicji DU. Na skutek kontaktu z DU zmarło 109 żołnierzy włoskich.
Wezwanie Polaków do czujności”

Znany w Polsce brytyjski historyk i politolog Norman Davies (np. „Boże igrzysko”), w jednej z publikacji min. przestrzegał- „Musimy zdać sobie sprawę, że żyjemy w świecie, w którym konsekwencje naszego zachowania są o wiele większe niż kiedyś. Jesteśmy zaś tymi samymi małymi grzesznikami jak zawsze. Jednak w cywilizacji broni nuklearnej każda mała głupota może prowadzić dosłownie do końca świata. Nasza odpowiedzialność dzisiaj jest o wiele większa, gdyż skutki są większe”. Proszę, apeluję do Państwa-przeczytajcie „przecieki” i zastanówcie się, nie bądźcie obojętni. Nawet dla sędziwych Polaków musi być ważna myśl, wyobrażenie-czy i jak będą żyły nasze dzieci i wnuki. Czy na naszych mogiłach leżał będzie zwyczajny kurz, czy radioaktywny pył, choć nie będziemy tego odczuwać!

Dziennik Trybuna poinformował, że 3 września 2017 r. w debacie „kanclerskiej” Martin Schulz. zgłosił propozycję – jeśli zostanie kanclerzem, podejmie kroki by terytorium Niemiec ogłosić strefą bezatomową. Oznaczałoby to usunięcie jądrowych instalacji USA. Czy ta dyskusja i sugerowane kroki zasługują na nasze wsparcie? Po co w Polsce broń jądrowa?

Publikacja Pana Andrzeja Ziemskiego, stanowi nie tylko nawiązanie do przeszłości, wystąpienia szefa polskiego MSZ na sesji ONZ. Jest, pisze Autor – ostrzeżeniem, wezwaniem Polaków do czujności. Słusznie pisze, że powinna być pierwszoplanową w prezydenckiej kampanii. Przecież dziś nie trzeba wyjaśniać na czym polega działanie broni jądrowej, w tym promieniowania świetlnego, radioaktywnego skażenia terenu.

Wyraźnie i jednoznacznie należy podkreślić, że tekst „Broń Jądrowa w Polsce?” i jego Autor nie są przeciw „komuś”, a konkretnie: USA czy NATO. Nie ma też żadnego podtekstu pod adresem Rosji, a tym bardziej władz Polski! Jest w tej sytuacji pilne wymaganie nowej „etyki pracy”- politycznej, dyplomatycznej, organizacyjnej. Wymaganie nowoczesnej „etyki myślenia”, wyobraźni i odpowiedzialności-Polaków i Europejczyków w pierwszej kolejności. Kto w tej sytuacji chce nadal negować moją sugestię z tekstu „Powojenne szanse”, że praktyk (ekonomista, finansista) -PREZYDENT, jest nam bardzo potrzebny?

Gabriel Zmarzliński

Krótka informacja:
Zasługi Adama Rapackiego dla pokojowego współistnienia państw o odmiennych systemach politycznych, na rzecz rozbrojenia i pokoju wysoko ocenili naukowcy z Warszawy i Krakowa, wnioskując do norweskiego parlamentu w 1966 r. przyznanie Pokojowej Nagrody Nobla. Dwa lata później wniosek ponowiła Polska Akademia Nauk. Spotkał się z poparciem dyplomatów – niestety, bez pozytywnego efektu. Mimo to, osiągnięcia Adama Rapackiego w dziedzinie dyplomacji i polityki zagranicznej, zasługują na wdzięczną pamięć Polaków.

Kto bogatemu zabroni

My to jednak jesteśmy bogatym narodem. Jakbym nie miał dość dowodów naokoło siebie, rząd przychodzi mi z pomocą w wyliczeniach i podaje, że od UE dostaliśmy tyle kasiory na walkę ze skutkami pandemii, jak żaden inny kraj w naszym regionie! Trzeci najlepszy wynik finansowy, zaraz po Włoszech i Hiszpanii. I nawet można już pójść do fryzjera i ściągnąć maseczkę, a kosmetyczka może nam na powrót maseczkę nałożyć. Kosmos!

63 mld euro na fundusz odbudowy z Unii. No takiego sukcesu to Polska dawno nie zanotowała, a za Tuska i Platformy to już na pewno. I to za co? Za nic! Za damski chuj. Za to, że nam tak dobrze idzie w walce z koronawirusem, a UE to widzi i chwali, bo tylko Włosi i Hiszpanie mieli gorzej, a u nas wirus na tyle mocno dał się rodakom we znaki, że w pomocy unijnej wyprzedziliśmy nawet Francję. Szok! Doprawdy, poziom samozadowolenia z własnej, cieniutkiej jak barszcz sytuacji w której się znaleźliśmy, przekracza poziomy ochów i achów w które propaganda rządowa uderzała, kiedy postanowiono otworzyć zakłady fryzjerskie. Dali nam tyle, bośmy się mężnie o te pieniądze bili i się nam należało. I zrobimy sobie z tymi pieniędzmi co chcemy, bo kto bogatemu zabroni.

Tymczasem radosny dzień nastał i w Warszawie, gdyż Jacek Sasin obwieścił, że wykonał sobie test na covid, który wyszedł negatywnie, i w związku z tym może wrócić do pracy fizycznie a nie tylko zdalnie. Nie wiem, czy z powodu tej wiadomości Polsce czasem nie utną paru miliardów euro z unijnej pomocy, bo w Brukseli też potrafią czytać, nawet w obcym języku, i wiedzą, że nie tak dawno minister Sasin, przy kontrasygnacie premiera, lekką ręką puścił 70 milionów złotych na głosowanie, które się nie odbyło. Wbrew opiniom prawnym, w kontrze do PKW, której nawet nie dopuszczono do głosu. Sam zarządził, sam wydał polecenia. To i sam powinien zapłacić. Gdyby Jezus nie został ukrzyżowany i zasuwał w stolarni za 2900 netto przez 2020 lat, to zarobiłby przez całe życie tyle, ile Jacek Sasin przepuścił na organizację wyborów w niecały miesiąc. Bardzo jestem ciekaw, czy w obliczu wyzwania, starczy opozycji odwagi cywilnej i testosteronu/progesteronu, aby postawić Sasina za ten wał przed Trybunały, bo co do Ziobry też były deklaracje, a dziś to Ziobro stawia ludzi przed oblicze. Prokuratora. Znaczy się, swoje własne. Ale, kto bogatemu zabroni.

Telewizja rządowa, zwana czasami publiczną, urządziła wielki koncert z okazji Dnia Matki. Wystąpili artyści starszy i młodzi, a za wszystko zapłacił, tradycyjnie już, podatnik. I nawet byłoby po bożemu, gdyby nie to, że pogwałcono przy tym literę prawa. Bo w czasie trwania koncertu, obowiązywały wciąż przepisy o zakazie imprez masowych z publicznością. Dopiero dzień, dwa później zezwolono na koncerty plenerowe i klubowe do 150 osób. Telewizja tymczasem, za pomocą komercyjnej agencji iwentowej, zorganizowała regularny szoł, z aktorami, tancerzami i publicznością, do tego w anturażu Teatru Polskiego w Warszawie. Arnold Szyfman przewraca się pewnie w grobie. W czasie kiedy cała branża rozrywkowa wisi na włosku, artyści zamieniają się w kucharzy i dostawców pizzy, żeby nie zdechnąć z głodu, Kurski i ekipa bawią się w najlepsze za państwowe i za nic mają sobie prawo, które sami ustanowili. W końcu ich zabawa jest lepsza niż moja. Ale kto bogatemu zabroni. Albo raczej: kto zabroni biedakowi zabawić się na bogatości? Najbardziej cyniczne jest jednak tłumaczenie, które serwuje firma organizująca produkcję. Przekonuje ona, że całość imprezy była przygotowana i zabezpieczona od strony ludzkiej przez…statystów. Białkowy interfejs, obleczonych w stroje manekinów. Tancerze byli wynajęci, orkiestra opłacona, artyści dostali gaże, a za publiczność, rozsadzoną co krzesło i bez maseczek, robili statyści. Oni się przecież nie zarażają, bo mają zapłacone, żeby się nie zarażać. Podpisali stosowne papiery. Zapłacono im za obecność, więc trudno mówić tu o publiczności, gdyż podczas normalnego koncertu, to publiczność płaci za bilety, a w przypadku koncertu na Dzień Matki, to organizator zapłacił publiczności. Kto występował na scenie, ten wie, jak ciężko jest grać albo śpiewać do pustej sali. Dobry i statysta, jeśli żyw i się rusza.

Menadżer jeden z zaprzyjaźnionych z moją kapel, chwilę po ogłoszeniu możliwości organizowania koncertów do 150 osób, sprzedał od razu cała pulę biletów na wydarzenie. Znakiem tego, jest nadzieja. Dumam jednak w głowie, czemu na imprezy plenerowe i koncerty zaciągnięto kotwicę pułapu górnego150 osób, a do kościołów, gdzie publiczność jest zazwyczaj starsza, a przez to w większym stopniu podatna na zakażenie covidem, limity zniesiono całkowicie. Może chodzi o wybory, albo o przychylność niebios, a może o coś zupełnie innego, ale w końcu, kto bogatemu zabroni…

Potrzebna prawdziwa tarcza

– Koalicyjny Klub Lewicy. nie podniesie ręki za obniżeniem płac – grzmiał Adrian Zandberg w dyskusji nad tarczą antykryzysową nr 4. Sprzeciw Lewicy i KO nie powstrzymał jednak Zjednoczonej Prawicy.

Prawa i godność polskich pracowników znalazły się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tarcze antykryzysowe rządu Morawieckiego część lewicowych komentatorów już nazywa Planem Balcerowicza 2.0. Demontaż kodeksu pracy trwa w najlepsze.

Gdy tarcza nr 4 wejdzie w życie, przedsiębiorca w imię ratowania firmy, jeśli gdy stosunek kosztów wynagrodzeń do przychodów firmy wzrośnie o przynajmniej 5 proc. miesiąc do miesiąca, będzie mógł obniżyć płace o połowę, a czas pracy o 20 proc., nawet na rok. Jedynym warunkiem będzie utrzymanie płac powyżej płacy minimalnej. Również to pracodawca zdecyduje o terminie wykorzystania zaległego urlopu. Przedsiębiorcy nie będą również musieli przestrzegać części postanowień układów zbiorowych i/lub zakładowych regulaminów wynagradzania, jeśli zakładały one np. wyższe od ustawowych kwoty odpisów podstawowych dla osób niepełnosprawnych czy emerytów i rencistów. Fundusz Świadczeń Socjalnych będzie mógł zostać zamrożony całkowicie; w tym akurat punkcie potrzebna będzie zgoda reprezentacji pracowników..

To zły projekt

– mówią jednym głosem związki zawodowe: OPZZ, Inicjatywa Pracownicza, Związkowa Alternatywa, organizacje branżowe zrzeszone w OPZZ. Krytyczna jest nawet przychylna rządowi „Solidarność”. W Sejmie mocnym krytycznym głosem przemówił klub Lewicy.

– Setki tysięcy Polaków boją się, że są następni w kolejce do zwolnienia. A co robi rząd? Jeszcze ułatwia zwalnianie! Jak? Zmieniacie prawo tak, żeby można było wyrzucić ludzi z pracy taniej, żeby to się opłacało – mówił w imieniu socjaldemokratów Adrian Zandberg. – To jest wasz jedyny pomysł na ten kryzys – zabrać pracownikom, zabrać polskim rodzinom! W tej ustawie premier Emilewicz wysyła prosty komunikat do firm: zwalniajcie ludzi, zwalniajcie ile wlezie i ja wam w tym jeszcze pomogę.

Polityk przypomniał również, że PiS ciągle opóźnia nowelizację ustaw, które gwarantowałyby wyższe i bardziej dostępne zasiłki dla bezrobotnych. A przecież jest gotowy projekt Lewicy o świadczeniu kryzysowym, a jego autorzy zachęcali rząd, by po prostu go przepisał, jeśli nie chce głosować za tekstem sporządzonym przez opozycję.

Minister Emilewicz wolała jednak przekonywać, że tarcza jest… prozatrudnieniowa. Już wcześniej w mediach twierdziła, że rządowa pomoc dla firm osiągnęła poziom 46 mld zł i pozwoliła ocalić setki tysięcy miejsc pracy.

Obniżcie sobie pensje

Adrian Zandberg wypomniał politykom PiS, że zachowują się zupełnie jak ekipa Donalda Tuska, którą tak chętnie krytykują.

– Pamiętacie, jak Donald Tusk przerzucił koszty kryzysu na zwykłych ludzi, a potem ogłaszał, że Polska odniosła sukces? Wtedy go krytykowaliście – i słusznie! Mówiliście, że premier Tusk rozwala państwo, że zamyka szkoły, że głupimi oszczędnościami niszczy usługi publiczne. A dziś to wy to robicie! – powiedział jeden z liderów Lewicy Razem.

Dobrą radę premierowi Morawieckiemu i pozostałym członkom rady ministrów dał z kolei kandydat Lewicy na prezydenta. Robert Biedroń przypomniał, że na całym świecie szefowie rządów czynili gest solidarności z obywatelami, obniżając swoje pensje. Dlaczego podobnie nie mógłby postąpić zamożny przecież premier Morawiecki?

– Jeżeli pan chce sprawdzić, jak to jest, kiedy nie ma na zapłacenie rachunków, kiedy nie ma pieniędzy na wysłanie dziecka do szkoły, kiedy nie ma na zapłacenie czynszu – niech pan zacznie od siebie – powiedział Biedroń.