Jakub od Krzyża Ważny tunajt

W zeszłym tygodniu koledzy z Antyfaszystowskiego Komitetu Studenckiego działającego na Uniwersytecie Warszawskim, z którym, jako doktorant UW, luźno współpracuję, zaprosili mnie do wzięcia udziału w płockiej Paradzie Równości. Odmówiłem, po pierwsze dlatego, że parad i marszy unikam, niezależnie od kolorytu, choć na ten płocki nawet mógłbym dać się namówić. Po drugie jednak, sam już miałem poczynione wyjazdowe plany i Płock nie był ich częścią. A szkoda…chociaż, może i dobrze się stało, jak się stało.

Dzień po marszu, zobaczyłem w telewizjach i przeczytałem w prasie relacje, jak to, co prawda na mniejszą niż w Białymstoku skalę, ale jednak zawsze, bogobojny płocki lud kibicowsko-patriotyczny, bronił miasta przed moralną, tęczową zgnilizną. Z zażenowaniem patrzyłem na obrazki matek Polek, co to ciągną za sobą progeniturę, żeby krzyczała razem z tłuszczą i pokazują im palcami „pedała z pudlem”. To on właśnie, i jego piesek, zagrażają żywotnym interesom narodowym Polski i Polaków, tłumaczyła synkowi mamusia. – Aha – rozdziawiał gębę malec, niczym jego rówieśnik z „Misia”, kiedy ojciec pokazywał tamtemu w teatrze, jak wygląda baleron. Te wszystkie Sebixy i Karyny, z brzuchami pełnymi od państwowej jałmużny… Naprawdę, na początku wszyscy mnie oni ostro żenowali; że jesteśmy z tego samego szynela, jak śpiewała grupa Rafała Kmity; że oprócz człowieczeństwa, które mamy na obraz i podobieństwo, łączyć może nas coś więcej niż tylko ono – język, wspólnota mentalna i kulturowa, historia. I do tego ta małoletnia patolka ze starszymi kolegami po fachu. Wstyd mi się robiło na samą myśl o tym, że mógłbym z jedną albo drugim „patriotą” dzielić coś więcej, niż wagon w pociągu. Aż w końcu pojawił się on. Dumny, młody, 15-letni. Cały na niebiesko. Jakub. A w ręku jego krzyż. Niczym u Piotra Skargi. Stanął na przedzie kontrmanifestacji, naprzeciwko uzbrojonych po zęby policjantów, wyciągnął w górę krucyfiks i trwa…ł.
Gdym to zobaczył, zrobiło mi się na duszy weselej. Są jeszcze w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią zrobić coś samemu i nie kopiują bezmyślnie wrzeszczącej hołoty. Bo ja, Szanowni Państwo, wierzę, że młodzieniec z Płocka, uczynił swój gest naprawdę z potrzeby serca. No i oczywiście z troski o fejm, bo jak ktoś nie zadba o swoje interesy sam, to nikt za niego tego nie zrobi.
Sam kiedyś miałem 15 lat. Pamiętam, że podobnie jak on, i ja wtedy dość mocno interesowałem się polityką, i pojmowałem ją na swój własny sposób. Pamiętam również, że najbardziej wówczas podobały mi się postawy skrajne oraz proste i jasne odpowiedzi na wiele palących pytań, które rodziły mi się w głowie. Dlatego, z jednej strony gratuluję chłopcu cywilnej odwagi, że poszedł na barykady w imię swoich przekonań i potrafił je obudować w co innego, niż stadionowe przyśpiewki spod dworca, ale z drugiej strony wiem po sobie, że za parę, paręnaście lat, będzie patrzył na swój występek z podobnym do mojego zażenowaniem, choć pewności mieć nie mogę, że mu przejdzie, ale nadzieję już tak.
Jakub od Krzyża nie jest bynajmniej samorodkiem chowanym w samotni swojego pokoju przy kombinacie. Jak można wyczytać w mediach, prowadzi on bogate życie w społecznościach internetowych, gdzie chwiali się m.in. znajomością z czołowymi przedstawicielami ruchu katolicko-narodowego, na czele z Kają Godek i Wojciechem Cejrowskim. I nadal ma 15 lat. Tylko 15 lat. Dziwię się tym samym prawej stronie, że po jednorazowym akcie strzelistym, usiłuje zrobić z 15-latka ikonę walki z „ideologią LGBT”, jakby już bardziej dorodnych mężów w swoich szeregach nie miała. Poza tym jednak, to dość dla prawicy typowe, że w akcie Jakuba nie zauważa przerysowania i, było niebyło, śmieszności. Bo, umówmy się, widok nastolatka z krzyżem w ręku, który stoi jak posąg przed napierającym tłumem, jest cokolwiek śmieszny i XIX wieczny, a towarzystwo prawe i sprawiedliwe próbuje zeń uczynić polską odpowiedź na obrazek z placu Tienanmen, kiedy człowiek nie cofa się przed jadącym nań czołgiem.
U kogoś kto wyczuwa kontekst i potrafi odróżnić kicz od oryginału, to musi wywołać lekki absmak. U kogoś jednak, kto ukochał kicz ponad wszystko, i uważa, że jest on doskonałym środkiem wyrazu, zwłaszcza w sztuce, a ja się niechybnie do takich ludzi zaliczam, obraz Jakuba od Krzyża wzbudza po prostu… radość. Zwykłą, ludzką radość. Radość wyrażaną przez śmiech. Jak po dobrym dowcipie. Np. o tym, że Donald Tusk wstawał o 6 rano po to, żeby móc dłużej nic nie robić…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Przedwyborczy rachunek sumienia

Pan Prezydent raczył wyznaczyć datę wyborów parlamentarnych I tym samym wprowadził polityków w nerwowy okres kampanii wyborczej. Oni gromadzą broń pozwalająca na podgryzanie przeciwników i lada moment ruszą do „krwawej” walki. Przeciętny obywatel, a zarazem potencjalny wyborca, intelektualnie i emocjonalnie przez nich rozszarpywany, będzie musiał w jakimś momencie zrobić wewnętrzny rachunek sumienia i dokonać wyboru – czy głosować i na kogo głosować?

Jedni zrobią to wcześniej, bo są przez określoną partię lub swoich idoli zaprogramowani – inni później, bo będą jeszcze obserwować rozwój kampanii. Należę do tej drugiej grupy – ale z jednym wyjątkiem. Wiem na pewno, że nie będę głosował na PiS i jego kandydatów.
Niebezpieczna deklaracja
Nieopatrznie powiedziałem to na proszonym obiedzie u znajomych i musiałem natychmiast ustawić widelec w obronnej pozycji. W końcu to my – jak mawiał były zastępca byłego ministra obrony – nawet Francuzów uczyliśmy posługiwać się tym narzędziem, na pewno nie tylko w celach konsumpcyjnych. Mój odruch spowodowany był tym, że znaczna część gości napadła na mnie werbalnie i widziałem w ich oczach błyski zapowiadające atak fizyczny, a u niektórych nawet skrywaną chęć politycznego mordu. Przestrach mieszał się we mnie z podziwem dla ich lojalności wobec idoli i wierności głoszonym poglądom. Moja pokorna postawa i widoczna, wrodzona strachliwość spowodowała, że trochę się uspokoili. Zażądali jednak, abym wyjaśnił, dlaczego ośmielam się nie pałać uwielbieniem dla PiS-u i przywódcy tej partii.
Zostałem więc zmuszony do publicznego przeprowadzenia czegoś, w rodzaju rachunku sumienia. Drżąc wewnętrznie ze strachu nie miałem innego wyjścia i najpierw chwaliłem. Za dobre pomysły z 500+, za wykorzystanie światowej koniunktury i utrzymanie rozwojowego trendu gospodarki, za zapowiedzi ułatwień dla młodych przedsiębiorców, za skromność Naczelnika Państwa i jego zdecydowane reakcje na nieskromność ważnych współpracowników. Dopiero potem przeszedłem do łagodnego ataku, precyzując kilka przyczyn mego bezsensownego stanowiska.
Wszyscy teraz numerują osiągnięcia i zamiary – powiedziałem zebranym. Idę za ich przykładem. To taka moja prywatna siódemka. Siódemka sprzeciwu, dająca mi podstawy do tego, aby w najbliższych wyborach nie głosować na partię, sprawującą obecnie władzę.
Stwierdziłem więc – po pierwsze – że PIS jest partią o wyraźnych i niebezpiecznych skłonnościach autokratycznych. Nie do końca udane, ale jednak bardzo szkodliwe próby podporządkowania sobie wszystkich ogniw władzy sądowniczej i samorządów zmierzają do tego, aby stworzyć pełną centralizacje zarządzania państwem. PIS, trawestując Ludwika XIV uważa, że „Państwo to my” – i tym samym każda nasza decyzja jest słuszna, i to, co nam się podoba – powinno podobać się wszystkim.
Spolegliwe kadry
Po drugie – wprawdzie PIS świadomie lub bezwiednie nawiązuje do znanego twierdzenia towarzysza Stalina – „kadry decydują o wszystkim”, ale realizuje tą zasadę wyjątkowo nieudolnie. Obiektywnie drobnym, ale w opinii suwerena wyjątkowo wyraźnym przykładem tej nieudolności jest polityka kadrowa zastosowana w znanej stadninie koni w Janowie, gdzie zwolniono kierownictwo, które nie kłaniało się PiS-owi, zastępując je kolejnymi nieudolnym ekipami i praktycznie niszcząc gospodarkę finansową i międzynarodową pozycję tej stadniny. Miejmy nadzieję, że ostatnia aukcja nieco ją odbuduje.
Ale – moim zdaniem – znacznie groźniejszy jest fakt konsekwentnego tworzenia ekipy kierowniczej państwa, złożonej z ludzi, którzy albo nie mają, albo boją się ujawniać własne opinie. Można się tylko dziwić, że władze partyjne nie dostrzegają coraz bardziej satyrycznego obrazu tej ekipy, w której wszyscy tylko powtarzają – czasem niemal dosłownie – uzasadnienia określonych decyzji i oceny faktów, wygłoszone przez guru partii. Jeśli guru łagodzi opinię lub się z niej wycofuje – to oni także. Jeśli guru atakuje – to im rosną pazury i gotowi są podrapać każdego, kto ośmiela się mieć inne zdanie.
Po trzecie – nie do zniesienia jest ich propaganda, którą uprawiają zwłaszcza w tzw. publicznej telewizji, utrzymywanej z opłat „narodu” i dotacji. Oglądając programy informacyjne tej telewizji, względnie rozsądny człowiek, mający dostęp także do innych stacji i Internetu, wpada albo w rozbawienie, albo w rozpacz, że można bezkarnie tak otumaniać społeczeństwo. Są bezkonkurencyjni – w powojennej historii Polski nikt nie potrafił tak manipulować informacją – nawet w czasach wczesnego PRL-u.
Po czwarte – lekceważą prawo. Dla mnie szczytem tego lekceważenia jest opóźnianie publikacji list poparcia dla kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, wyraźnie nakazanej przez sąd. Zaczęli zresztą swoje panowanie od tego, że odmawiali publikacji wyroków trybunału Konstytucyjnego, który wtedy jeszcze był rzeczywiście niezależnym trybunałem, a nie przystawką polityczną. Pod pozorem konieczności reformy sądownictwa zaczęli walkę z sędziami, dążąc wyraźnie do ograniczenia ich niezależności. Walka ta przybierała i przybiera niekiedy formy tak satyryczne, że kompromitują państwo.
Pobożność i historia
Po piąte – epatują bardziej religijną część społeczeństwa ostentacyjnymi zachowaniami, które mają świadczyć o ich pobożności. Wierchuszka partii stawia się w komplecie na bardziej uroczyste nabożeństwa, wszystko się poświęca, w każdej kontrowersyjnej decyzji przywołuje się hipotetyczne poparcie Najwyższego. Zapomina się przy tym – bo z racji wieku najczęściej się tego nie widziało – że na klamrach pasów żołnierzy podbijających nasz kraj w czasie II wojny był wytłoczony napis „Gott mit uns” – czyli Bóg z nami. Deklaratywna i pokazowa pobożność nie zawsze więc świadczy o dobrych zamiarach. Wtedy nie świadczyła i obawiam się, że i dzisiaj ma inne podłoże. Chodzi – moim zdaniem – głównie o instytucjonalne poparcie kościoła katolickiego, procentujące politycznie poparciem „wiernych”.
Po szóste – fryzują, zmieniają, lub wręcz odwracają fakty historyczne. Starają się wychowywać młodzież w skrajnej rusofobii, w nienawiści do wszystkiego, co miało związek z okresem PRLu i z lewicą. Za to gloryfikują wszystko, co było dziełem „patriotycznej prawicy”. Stąd ustawy dekomunizacyjne, degradacyjne, zachłystywanie się żołnierzami wyklętymi bez względu na to, z kim i jak naprawdę walczyli. Stąd też stawianie na piedestał takich organizacji jak Brygada Świętokrzyska mimo, że walczyła głównie z rosyjską i lewicową – ale polską – partyzantką i pod ochroną niemiecką i z niemieckimi oficerami łącznikowymi wyszła z Polski, aby poddać się Amerykanom.
W końcu po siódme – prowadzą nieudolną politykę zagraniczną opartą na dwóch obsesjach i jednym niemal bezkrytycznym uwielbieniu. Obsesji niechęci do czyhającej na naszą niepodległość „hipotetycznej wspólnoty” europejskiej – używając określenia autorstwa Prezydenta. I obsesji nienawiści do Rosji, może nawet historycznie zrozumiałej, ale politycznie bezsensownej. Wolą tracić pieniądze osłabiając stopniowo naszą pozycję na rynku rosyjskim, wolą zapominać o rosyjskiej kulturze, wolą ponosić koszty coraz droższego uzbrojenia kupowanego „na wszelki wypadek” – niż rozmawiać, łagodzić nastroje, rozwijać turystykę, pogłębiać (ponownie – bo już była) współpracę przygraniczną. Uwielbienie dotyczy natomiast USA. Robimy wszystko, aby byli zadowoleni. Wojsko gościmy, fort im zrobimy, kupujemy ich samoloty, systemy obronne, gaz z łupków, nie negocjując zbyt ostro oferowanych cen. Bo oni są potęgą, która zawsze nas obroni.
Reakcja uczestników biesiady była zróżnicowana. Część milczała ze wzrokiem wbitym w talerze. To reprezentanci niezdecydowanych, wątpiących, albo mało zorientowanych. Część nagrodziła mnie uśmiechem i potakiwaniem. I część nadal patrzyła na mnie wrogo, mówiła, że „za Tuska było gorzej”. Ze wszyscy ponosimy koszt takich afer jak vatowska i Amber Gold. Że nikt – poza PiS-em – nie dał ludziom żywej gotówki, ułatwiającej wychowanie dzieci i wyjście z nędzy. Że niechęć zgniłego zachodu okazywana niektórym naszym europosłom, to tylko efekt wstawania z kolan i samodzielnej, odważnej polityki PIS-u.
Nikt, nikogo nie przekonał, ale atmosfera proszonego obiadu uległa wyraźnemu ochłodzeniu. Ożywiono się nieco przy deserze. I wtedy odezwał się biesiadnik uznawany przez większość zebranych za autorytet. Powiedział:
„Mamy różne poglądy, ale uważam, ze kraj jest w niebezpieczeństwie. Dalsze rządy PiS mogą doprowadzić do nadmiernego skrętu w prawo. Staniemy się państwem centralnie zarządzanym, opartym na bliżej nieokreślonych „narodowych wartościach”, ale jednocześnie realizującym niemal socjalistyczną politykę społeczną i tworzącym uprzywilejowaną kastę partyjną, monopolizującą kierowanie administracją i gospodarką. To znamy z historii i wiemy, że zawsze kończyło się dyktaturą. Trzeba więc zrobić wszystko, aby w wyniku wyborów, PIS stał się ponownie partią opozycyjną. I to jest możliwe”.

Jedność Kościoła

Przez wiele lat liberalne media przekonywały opinię publiczną, że Kościół katolicki w Polsce jest podzielony. Po jednej stronie miał być ojciec Rydzyk i inni nienawistni księża, często blisko związani z Prawem i Sprawiedliwością, a po drugiej księża otwarci, broniący demokracji, pluralizmu i praw człowieka. Ta teoria od samego początku była naciągana, ale ostatnie tygodnie całkowicie zadają jej kłam.

Nazywając środowiska LGBT „tęczową zarazą”, arcybiskup Marek Jędraszewski użył retoryki nacjonalistycznych chuliganów i skrajnie prawicowych bojówek. Czy Kościół przywołał hierarchę do porządku? Wręcz przeciwnie! Kolejni wysoko postawieni biskupi wyrażają pełną solidarność z Jędraszewskim, podpisując się pod jego słowami. Jednym z nielicznych krytyków arcybiskupa był ksiądz Paweł Gużyński, który w trybie natychmiastowym został przywołany do porządku. Jego bezpośredni zwierzchnik w zakonie dominikanów, prowincjał Paweł Kozacki nakazał mu milczenie i trzytygodniową pokutę w jednym z klasztorów kontemplacyjnych. W swoim oświadczeniu zdecydowanie odciął się od krytycznych opinii Gużyńskiego na temat Jędraszewskiego i nakazał mu, aby pozostał wierny zasadzie jedności z Kościołem.
W tym samym czasie solidarność z LGBT wyraził ksiądz Łukasz Kachnowicz. Czy zrobił coś złego? Dla Kościoła najwyraźniej tak, ponieważ błyskawicznie zareagował metropolita lubelski, arcybiskup Stanisław Budzik, który go upomniał i nakazał podjąć pokutę.
Takich historii w ostatnich latach było mnóstwo. Kościół stanowczo dyscyplinował między innymi Stanisława Obirka, Tadeusza Bartosia, Adama Bonieckiego czy Wojciecha Lemańskiego. Wszędzie chodziło o krytyczne myślenie, obronę praw człowieka, hasła równości, miłosierdzia, tolerancji czy otwartości. Za każdym razem hierarchowie kościelni reagowali szybko i ostro. Żadnych działań dyscyplinujących nie było wobec nienawistnych, ksenofobicznych księży takich jak Tadeusz Rydzyk, Marek Jędraszewski, Tomasz Brussy, Ignacy Dec. Kościół nie nakłada żadnych kar ani na księży ukrywających pedofilów, ani na duchownych używających mowy nienawiści. Wyraża z nimi solidarność i utożsamia się z nimi.
Czas wreszcie skończyć z fantazją, że Kościół ma postępowe skrzydło, które go zmieni od wewnątrz. Cały jest zgniłą, zdemoralizowaną, ksenofobiczną instytucją niezdolną do samooczyszczenia.

Przytrzymywany i unieruchomiony?

Nowe informacje w sprawie zgonu boksera. Jeden z najważniejszych świadków w tzw. aferze podkarpackiej mógł przed śmiercią podjąć walkę z duszącymi go napastnikami – poinformowali Jacek Dubois i Roman Giertych – adwokaci reprezentujący rodzinę zmarłego.

Kostecki został znaleziony w celu Aresztu Śledczego w Białołęce 2 sierpnia, ale okoliczności tej tragedii wciąż pozostają niejasne. Podległa Zbigniewowi Ziobrze prokuratura utrzymuje, że przyczyną śmierci było samobójstwo. Z nieznanych powodów podczas sekcji zwłok nie zbadano pochodzenia niewielkich śladów na szyi boksera. Pogrzeb Kosteckiego jeszcze się nie odbył, a rodzina jest w posiadaniu jego ciała.
„Po ponownej analizie dostępnych materiałów, oględzinach ciała zmarłego oraz konsultacji z lekarzami uważamy, że ślady ujawnione na ciele Dawida Kosteckiego mogły powstać podczas walki, a zatem wskazują na udział w zdarzeniu osób trzecich” – napisali w piątek mecenasi Dubois i Giertych.
Kolejne badania zwłok wykazały też obecność innych podejrzanych śladów. Chodzi o obrażenia na tylnej powierzchni lewego ramienia o średnicy kilku centymetrów, uszkodzenia naskórka i podbiegnięcia krwawe ręki prawej, otarcie powierzchni przedramienia, prawej ręki, obrażenia na grzbiecie oraz podbiegnięcia krwawe o wymiarach kilku centymetrów, ranę na nodze lewej o szerokości ok. 0,5 cm oraz dwa zdarcia naskórka po lewej stronie szyi pod uchem o średnicy ok. 3 mm.
Prowadząca sekcję zwłok dr Agnieszka Dąbkowska nie zawarła w protokole informacji o pochodzeniu tych śladów.
„Analiza śladów dowodzi, że musiały powstać w wyniku urazu bezpośredniego, najprawdopodobniej z udziałem osób trzecich” – czytamy w oświadczeniu adwokatów rodziny. „Usytuowanie tych obrażeń może wskazywać na to, że Dawid Kostecki był przytrzymywany i unieruchomiony w pozycji leżącej przez osobę trzecią (osoby trzecie) w ten sposób, że napastnik, siedząc na nim obiema rękoma, przytrzymywał go za ręce (przedramię i ramię). Równolegle druga osoba mogła dusić Dawida Kosteckiego, zaciskając zwinięte prześcieradło wokół jego szyi, co doprowadziło do utraty przez niego przytomności, a następnie do śmierci. Następnie ciało mogło zostać usytuowane w pozycji półsiedzącej, a prześcieradło przywiązane do kraty w celem upozorowania samobójstwa. Być może przed użyciem przemocy zmarłego ogłuszono chemicznie lub za pomocą urządzenia paraliżującego” – napisali Dubois i Giertych.
Co dalej? Prawnicy wnieśli o „dopuszczenie dowodu z opinii zespołu biegłych lekarzy i specjalistów z zakresu kryminalistyki”, co pozwoli stwierdzić, czy wersja o samobójstwie, forsowana przez prokuraturę jest prawdziwa.

Będzie „bezpiecznik demokracji”?

Pakt senacki między liberałami a koalicją Lewica stał się faktem. Pierwsze sugestie Lewicy, by nie zwalczać się nawzajem w wyborach do Senatu, Koalicja Obywatelska zignorowała. Ostatecznie jednak stronnictwo Schetyny i PSL zaakceptowały pomysł walki wyłącznie przeciw PiS, a nie przeciw stronom paktu.

W piątek, po kolejnej turze negocjacji na linii KO-Lewica w sprawie paktu senackiego, panował już ostrożny optymizm. Robert Tyszkiewicz z Platformy Obywatelskiej mówił o „dobrym spotkaniu” i o tym, że kwestie podzielenia się okręgami oraz doboru kandydatów zostały już przedyskutowane. Krzysztof Gawkowski z Wiosny zapewniał, że podczas rozmów panowała pozytywna atmosfera.
Całość postanowień paktu ma zostać przedstawiona opinii publicznej w poniedziałek, ale już w sobotę na Twitterze Lewicy pojawił się wpis świadczący o tym, że „pozytywna atmosfera” faktycznie przełożyła się na porozumienie. Nie tylko Lewica i Koalicja Obywatelska, ale też PSL nie będą wystawiać przeciw sobie kandydatów w okręgach jednomandatowych w wyborach do Senatu. Wierzą, że daje to realną szansę na uzyskanie kontroli nad izbą.
Jedyną kwestią, która łączy – przypadkowych – sojuszników, jest w istocie walka z PiS: obserwatorzy polskiej sceny politycznej jeszcze pamiętają, jak PSL odżegnywało się od wszelkiej współpracy z lewicą, choćby w ramach wielkiej (czyli bezideowej) koalicji. W komentarzach działaczy SLD w mediach społecznościowych nie widać obawy, czy po zawarciu takiego układu Lewica nie będzie postrzegana jako przystawka do silniejszej KO. Działacze raczej triumfują, zapowiadając, że odwojowany Senat stanie się „bezpiecznikiem demokracji” i narzędziem kontroli rządu PiS (z tym, że właśnie narodowo-katolicka prawica wygra, zdaje się, już się pogodzili).
Dziś rady krajowe organizacji, które weszły do Koalicji Obywatelskiej, zatwierdzą listy kandydatów z jej ramienia do obu izb parlamentu. Wtedy też dowiemy się, w których okręgach jednomandatowych do senatu wystartują liberałowie, a w których – koalicja Lewica.

Rzecz o pryncypiach

Kontynuacja listu otwartego, skierowanego do prof. Andrzeja RZEPLIŃSKIEGO.

Szanowny Panie Profesorze!
Dziennik Trybuna Nr 168/2018 z dnia 24/26 sierpnia 2018r. opublikował pod powyższym adresem list otwarty, skierowany do Pana.
List dotyczył stanowiska Pana wobec pierwszej ustawy dezubekizacyjnej i Pana obrony Trybunału Konstytucyjnego, spraw ze sobą powiązanych nierozdzielnie.
Autor listu zwracał się do Pana o komentarz do Pana stanowisk w obydwu sytuacjach. Śledzę z uwagą artykuły, publikowane w DT i nie zauważyłem jeszcze Pana odpowiedzi.
Podzielam stanowisko autora listu w obydwu sprawach. W sprawie dezubekizacyjnej znajdował się Pan po stronie psujących prawo a w sprawie Trybunału Konstytucyjnego zajmuje Pan chwalebne stanowisko po stronie obrońców prawa.
Zwracam się do Pana o opublikowanie komentarza do treści listu: o wyjaśnienie powodów zajmowania przez Pana różnych stanowisk.
Obecnie, gdy psucie (łamanie) prawa jest praktyką stosowaną, Pana stanowisko, szanowanego profesora prawa, byłoby cenne dla wyjaśnienia powodów nieprzestrzegania prawa.
Nazwisko i mój adres jest do Pana Dyspozycji.
ALI

Znamy jedynki Lewicy

Już oficjalnie znamy jedynki na listach koalicji Lewicy. Zaskoczeń nie ma, sprawdziły się krążące od kilku dni w mediach przecieki z SLD, Lewicy Razem oraz Wiosny. Program koalicjantów znamy natomiast jedynie w wersji szkicowej – szczegóły mają zostać podane w sobotę na konwencji programowej.

Zgodnie z ustaleniami koalicjantów najwięcej jedynek obejmą działacze Sojuszu Lewicy Demokratycznej – to ta partia będzie również w największym stopniu organizowała zbiórkę podpisów. Lider SLD Włodzimierz Czarzasty będzie liderem listy w Sosnowcu; jak to określił współprowadzący konferencję Robert Biedroń – to „dar dla południa Polski”. Pozostałe okręgi, gdzie na pierwszym miejscu znajdzie się działacz Sojuszu, to Olsztyn, gdzie wystartuje Marcin Kulasek, Toruń – Robert Kwiatkowski, Częstochowa – Zdzisław Wolski, Łódź – Tomasz Trela, Wałbrzych – Marek Dyduch, Legnica – Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska, Bielsko-Biała – Przemysław Koperski, Chrzanów – Ryszard Śmiałek, Lublin – Jacek Czerniak, Kielce – Andrzej Szejna, Rzeszów – Wiesław Głusz, Szczecin – Dariusz Wieczorek, Kalisz – Wiesław Szczepański oraz okręg podwarszawski – Andrzej Rozenek.
Mimo kontrowersji wywołanych przez wskazanie Krzysztofa Śmiszka na lidera wrocławskiej listy Wiosny, partner Roberta Biedronia i działacz antydyskryminacyjny faktycznie wystartuje z tego właśnie miejsca. Również skandal sprzed kilku miesięcy, dotyczący złego traktowania członków młodzieżówki Wiosny przez Monikę Pawłowską, koordynatorkę lubelskich struktur, nie przeszkodził wystawić jej na pierwsze miejsce listy w Chełmie. Wiosna obejmuje także Poznań – listę otworzy Katarzyna Ueberhan, Zieloną Górę – Anita Kucharska-Dziedzic, Nowy Sącz – Jakub Bocheński, Tarnów – Jacek Jabłoński, Bydgoszcz – Krzysztof Gawkowski, Piłę – Dariusz Standerski, Piotrków – Anita Sowińska, Kraków – Maciej Gdula, Krosno – Łukasz Rydzyk, Białystok – Paweł Krutul, Gdańsk – Beata Maciejewska, Gliwice – Wanda Nowicka, Elbląg – Monika Falej, Koszalin – Małgorzata Prokop-Paczkowska, Rybnik
– Maciej Kopiec.
Najmniej czasu zajęło wyliczenie jedynek Razem: partia, która w ostatnich miesiącach miała najniższe notowania z trójki koalicjantów, wstawiła swoich przedstawicieli na pierwsze miejsca w sześciu okręgach. W Warszawie z takiego miejsca do Sejmu wystartuje Adrian Zandberg, z Katowic – Maciej Konieczny, z Opola – Marcelina Zawisza, z Konina – Paulina Nowak, z Sieradza – Paulina Matysiak i z Siedlec – Dorota Olko.
– Idzie do sejmu silna drużyna – przekonywał Adrian Zandberg. – Inna polityka jest możliwa – sekundował mu Robert Biedroń, powtarzając stare hasło dawnych konkurentów, a dziś sojuszników. Każdy wyborca musi odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile brzmi to wiarygodnie, gdy spojrzy się na listę działaczy wytypowanych na pierwsze miejsca na listach.
Podczas konferencji nie mówiono o programie koalicjantów, bo będzie on głównym tematem konwencji przewidzianej na 24 sierpnia. Wyeksponowano jedynie stand z wartościami, które mają być bliskie Lewicy – to m.in. solidarność, dyskusja, współpraca, miłość, uczciwość, braterstwo, wrażliwość, obywatelskość, kompromis, ekologia, sprawiedliwość, feminizm, świeckość, wspólnota. Adrian Zandberg zapowiedział również, że posłowie Lewicy w Sejmie zajmą się „prawami człowieka, polityką mieszkaniową, demokracją”. Na Facebooku pojawiła się natomiast swoista zapowiedź programu: – Już czas, by każda i każdy z nas nie musiał martwić się codziennie brakiem tanich mieszkań, tragicznym stanem opieki zdrowotnej i drogimi lekami, niszczeniem środowiska naturalnego i głodowymi emeryturami, ZUS-em, który dusi małych przedsiębiorców, i deptaniem praw kobiet – pisze Lewica.

O strategii Lewicy

Nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października.

W „Gazecie Wyborczej” ukazał się (6 sierpnia br.) kolejny artykuł na temat strategii wyborczej opozycji demokratycznej napisany przez dwoje uczonych – profesora Macieja Kisilowskiego z Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego i dr hab. Annę Wojciuk z Uniwersytetu warszawskiego. Autorzy, co na łamach tego dziennika nie dziwi, bardzo zdecydowanie opowiadają się za wspólnymi listami całej opozycji demokratycznej, co uważają za warunek sine qua non odebrania władzy Prawu i Sprawiedliwości, a tym samym zatrzymania groźnego procesu przekształcania Polski w państwo autorytarne. Jest to pogląd bardzo mi bliski, gdyż od dawna publicznie opowiadałem się za takim rozwiązaniem.
Podzielam więc krytycyzm, z jakim autorzy odnoszą się do decyzji przywódców Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy doprowadzili do rozwiązania koalicji stworzonej kilka miesięcy temu na wybory europejskie. W tym kontekście odnotowuję z uznaniem – bardzo rzadkie na łamach tej gazety – pochwały pod adresem Włodzimierza Czarzastego i Leszka Millera, którzy (jak piszą autorzy) rozumieją, iż „jedyną szansą opozycji w starciu z państwowo-partyjnym konglomeratem zarządzanym z ulicy Nowogrodzkiej jest zaproponowanie wspólnej wizji alternatywnej”. Nawołują więc do zmiany decyzji i do stworzenie wspólnych list całej opozycji. Postulat ten uważam za słuszny, ale – niestety – już spóźniony, przynajmniej w odniesieniu do sejmowej części wyborów. Mam nadal nadzieję, że rozum zwycięży i że przywódcy Koalicji Obywatelskiej i PSL zdecydują się wspólnie z Lewicą przedstawić po jednym kandydacie na każde miejsce senatorskie. Gdyby tak postąpiono w 2015 roku, obecny Senat miałby opozycyjną wobec PiS większość, co nie byłoby bez znaczenia dla hamowania procesu demontażu państwa prawnego.
Zgadzając się z autorami z ich podstawowym kierunku myślenia nie podzielam przebijającego się w ich rozumowaniu pesymizmu. Autorzy uważają, że rezygnacja opozycji ze wspólnego bloku wyborczego będzie skutkowała nieuchronną wygraną Prawa i Sprawiedliwości.
Tak być może, ale tak być nie musi. Na dwa miesiące przed wyborami sianie defetyzmu niczemu dobremu nie służy. W 2015 roku w szeregach ówczesnej koalicji rządzącej (PO-PSL) panowało samobójcze w skutkach przekonanie, że ma ona zwycięstwo w kieszeni. Taki pseudo-optymizm demobilizuje pewną część potencjalnych wyborców i prowadzi do przegranej. Podobnie jednak działa pesymizm. Jeśli utrwali się przekonanie, że podzielona opozycja skazana jest na klęskę, trudno jej będzie zmobilizować tę część potencjalnych zwolenników, która nie jest skłonna głosować na przegraną sprawę.
Trzeba więc jasno i wyraźnie mówić, że nic jeszcze nie jest stracone i że o tym, jaki będzie wynik wyborów zadecyduje dopiero niedziela 13 października. Podzielonej opozycji będzie trudniej wygrać, ale nie znaczy to, że jest ona bez szans.
Szansa opozycji polega na tym, by wszystkie trzy jej części składowe uzyskały wyniki na tyle dobre, że zniweczy to (lub poważnie osłabi) efekt sprzyjającej najsilniejszemu ugrupowaniu metody d’Hondta. Koalicja Obywatelska ma pod tym względem komfortową sytuację, gdyż jej prawdopodobne poparcie przekroczy dwadzieścia, a może nawet dojdzie do trzydziestu procent. To Jednak nie wystarczy dla pokonania PiS. Kluczowe okażą się wyniki Lewicy oraz porozumienia montowanego przez PSL. Jeśli każda z tych list przekroczy poziom dziesięciu procentów, wysoce prawdopodobne jest, że suma mandatów zdobytych przez opozycję będzie (nieznacznie ) większa niż suma mandatów Zjednoczonej Prawicy.
W wypadku Lewicy taki wynik wydaje się wysoce prawdopodobny (chociaż nie z góry zagwarantowany). Mechaniczne sumowanie poparcia kandydatów SLD, Wiosny i Lewicy Razem z wyborów europejskich daje Lewicy około 13 procent głosów. Czy jednak uda się taki wynik osiągnąć? Bardzo wiele zależy tu od tego, jak zachowają się lewicowi wyborcy, a zwłaszcza czy uwierzą, że dobry wynik lewicy jest możliwy, a głos oddany na tę listę nie będzie głosem zmarnowanym. Niemniej ważne jest, by wyborcy – tak jak przywódcy – odłożyli na bok wczorajsze spory na lewicy i zrozumieli, że jej przyszłość zależy od zdolności patrzenia w przód, a nie rozpamiętywania dawnych sporów.
Z umiarkowaną nadzieją obserwuję poczynania PSL. Mam żal do przywódców tej partii o to, że to oni zainicjowali szkodliwy proces dzielenia opozycji. Ale teraz życzę im możliwie dobrego wyniku, by i ten segment elektoratu znalazł liczącą się reprezentację z Sejmie.
Niezależnie od oceny ostatnich decyzji opozycja musi przestrzegać zasady, że ma jednego, wspólnego przeciwnika i że cała opozycja to potencjalnie wspólna koalicja rządowa, jeśli uda się odebrać Prawu i Sprawiedliwości bezwzględną większość. Nie może więc być walki między kandydatami opozycji. Niech wszyscy oni zabiegają o maksymalną mobilizacje własnych zwolenników a nie na próbach „podbierania” wyborców innym partiom opozycyjnym.
Jeśli pesymistyczna prognoza o „nieuchronnej” wygranej PiS nie ma się sprawdzić, opozycja musi w kampanii wyborczej koncentrować się na tym, co najważniejsze i najbardziej aktualne. Nie są to sprawy światopoglądowe, wokół których PiS stara się skoncentrować uwagę licząc na poparcie bardziej konserwatywnej części społeczeństwa. Chociaż lewica ma i mieć powinna jasny, konsekwentny przekaz ideowy – za tolerancyjnym, świeckim państwem wolnych i równych obywateli – w kampanii wyborczej na plan pierwszy musi wysuwać to, co najbardziej bezpośrednio zagraża naszej wspólnej przyszłości. Są to cztery obszary podstawowe.
Po pierwsze: postawienie tamy procesowi niszczenia demokracji i państwa prawa. Bezkarność faszyzujących bojówek (jak ostatnio w Białymstoku), mowa nienawiści (także w wydaniu Jarosława Kaczyńskiego, któremu warto stale przypominać jego wyskok sejmowy o „kanaliach” i „zdradzieckich mordach”), upartyjnianie wymiaru sprawiedliwości, próby ograniczenia kompetencji władz samorządowych – wszystko to stanowi ciężką winę partii rządzącej wobec polskiej demokracji.
Po drugie: przywrócenie Polsce godnego jej miejsca w Unii Europejskiej. To Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do tego, że Polska z cenionego prymusa stała się negatywnie ocenianym przykładem regresu, co odbija się na traceniu tej pozycji, którą mieliśmy, gdy polscy politycy stali na czele Parlamentu Europejskiego (Jerzy Buzek) czy rady Europejskiej (Donald Tusk). Tak poczucie narodowej godności, jak zrozumienie narodowego interesu podpowiadają, że dla dobra Polski trzeba obecną ekipę odsunąć od władzy.
Po trzecie: przywrócenie państwu utraconej sterowalności. PiS nie tylko rządzi niedemokratycznie, ale także nieudolnie. W służbie zdrowia coraz dotkliwiej brakuje lekarzy i pielęgniarek, przez co zamykane są oddziały szpitalne. W szkołach panuje chaos wywołany pseudo-reformą minister Zalewskiej. Sądy są coraz mniej sprawne a postepowanie coraz bardziej przewlekłe, gdyż polityka kadrowa ministra Ziobry stawia na czele sadow ludzi wiernych partii, co zazwyczaj nie idzie w parze z kompetencjami. Nieudolnie rządzone państwo szkodzi nam wszystkim – i to niezależnie od naszych politycznych przekonań.
Po czwarte wreszcie: przywrócenie elementarnej uczciwości w pracy państwowej. Niebotyczne apanaże ludzi władzy (bo „im się to należy”, jak z trybuny sejmowej głosiła Beata Szydło), rozbijanie się (z rodziną) specjalnymi samolotami rządowymi (z czego zasłynął marszałek Kuchciński), zamiatanie pod dywan podejrzanych interesów związanych z PiS Skoków – wszystko to stanowi poważne oskarżenie obecnych rządów. Skala patologii w tym obszarze jest bez porównania większa niż za poprzednich rządów.
To są sprawy wspólne, które nie powinny dzieli c opozycji. Ma ona różne poglądy na takie sprawy, jak polityka społeczna i gospodarcza, ustawa „antyaborcyjna” czy polityka historyczna. Przyjdzie czas, gdy – po odsunięciu Pis od władzy – można i trzeba będzie do spraw tych wrócić w klimacie poważnej, demokratycznie prowadzonej debaty publicznej. To jest jednak sprawa przyszłości, a nie temat na tegoroczną kampanię.

Ola w worze

Aleksandra Jakubowska, zwana kiedyś „Lwicą lewicy”, niegdyś moja koleżanka z klubu parlamentarnego SLD, moja przewodnicząca SLD, moja minister kultury, rzeczniczka moich rządów i towarzyszka z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przeszła do obozu „Dobrej Zmiany”. Została gwiazdą telewizji braci Karnowskich i publicystką najbardziej prorządowego, wręcz lizusowskiego tygodnika „Sieci”.

Cóż, nie jedyna to medialna działaczka SLD, która postanowiła realizować się w PiS. Czasy nielekkie, ceny pietruszki rosną, a media lewicowe nieliczne są i bidne jak przysłowiowa mysz kościelna. Nie płacą tak tłusto jak prokaczystowskie.
Niestety praca dla kaczystowskich mediów wymaga nie tylko stałego podlizywania się władzy. Ona zmusza do regularnego ogłupienia. Nietrudno to zauważyć. Wystarczy posłuchać co ma do powiedzenia w TVP pani doktor Magdalena Ogórek. Niedawno można było przeczytać w „Sieci” pryncypialny atak pani magister Aleksandry Jakubowskiej na dorobek umysłowy nieżyjącego już Karla Rajmunda Poppera. Dowodzący, że pani redaktor Jakubowska nie przeczytała żadnej z książek Poppera. Nawet ich omówienia ze zrozumieniem. Ale zamówienie polityczne zapewne brzmiące: „Skopać Sorosa i Poppera” zostało wykonane. Czym zawinił kaczystom Soros można się domyśleć – to znajomy Adama Michnika. Ale znajomość dorobku umysłowego Poppera jest w Polsce jeszcze mniejsza niż „ideologii LGBT”.
Ale nawet ten atak na nieboszczka Poppera nie umywa się do opublikowanego w 32 numerze „Sieci” wywiadu pani redaktor Jakubowskiej z aktorem i reżyserem Redbadem Klynstrą- Komarnickim. Zatytułowanym „Robienie ze mnie homofoba jest śmieszne.”
Cel wywiadu jest jasny. Trzeba zrobić z głoszącego pro PiS- owskie poglądy aktora aktualnego męczennika. Zaszczuwanego przez „lewackie” środowisko producencko-aktorskie. Ot, kolejny fragment mozaiki kaczystowskiego frontu propagandowego. Kolejny wywiad z serii „Męczeństwo Polaków Lepszego Sorta”.
Ale kiedy Klynstra-Komarnicki mówi: „Moim zdaniem z tego, że cały system kultury nie został nawet tknięty najmniejszą reformą i nadal jest peerelowski, osoby o poglądach lewicowych świetnie się tam czują. Państwowy Instytut Sztuki Filmowej jest jedyną instytucją kultur działającą w nowoczesny sposób, instytucją dzięki której kinematografia po pierwsze, się rozwija, a po drugie, daje możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie. Według tego modelu powinny funkcjonować także inne dziedziny sztuki.”
To pani redaktor Jakubowska milczy.
Wymownie.
Pan Redbad Klynstra-Komarnicki nie musi wiedzieć, że Polski Instytut Sztuki Filmowej, nie Państwowy jak jest w wywiadzie, to efekt pracy lewicowych posłów, także mojej, oraz ministrów kultury lewicowego rządu. Choć warto by wiedział, że to właśnie lewica stworzyła taką instytucję, która w założeniu miała doprowadzić do rozwoju polskiej kinematografii i dać „możliwość zrobienia filmów twórcom o różnym światopoglądzie”.
Takich możliwości obecnie w przejętych przez kaczystów mediach publicznych polscy twórcy nie mają.
Pan Redbad Klynstara-Komarnicki nie musi wiedzieć, że w czasie rządów lewicy przeróżne instytucje kultury zostały zreformowane. Czasem lepiej, czasem gorzej. Ani, że jego rozmówczyni była w latach 2001-2003 sekretarzem stanu, czyli ministrem i konserwatorem generalnym zabytków w ministerstwie kultury i sztuki. Że jego rozmówczyni była przez osiem lat prominentnym członkiem sejmowej Komisji Kultury i Środków przekazu.
Ale pani redaktor Aleksandra Jakubowska powinna jednak to wiedzieć, bo to część jej życia. Jej działalności. Powinna nie tylko napisać poprawną nazwę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, ale też dać świadectwo prawdzie. Powinna przypomnieć swemu rozmówcy i Czytelnikom, ile dobrego lewica zrobiła dla polskiej kultury.
Bo inaczej wyglądałoby na to, że pani minister kultury Jakubowska brała publiczne pieniędzy za nicnierobienie.
W naszym kraju można przejść z lewicy na prawicę. Być lewicowy, a potem prawicowym dziennikarzem.
Ale, jak widać na przykładzie pani redaktor Jakubowskiej, po przejściu na prawicę, nie może napisać prawdy. Prawdy niezgodnej jest z aktualnymi wytycznymi pisowskiego frontu propagandowego.
Przechodząc do obozu kaczystowskiego Aleksandra Jakubowska, jak widać, musiała wdziać wór pokutny. Tylko czemu założyli go jej na głowę?

Kandydaci do Senatu

„Wieczny kandydat” Waldemar Witkowski tym razem powalczy o Senat w Wielkopolsce z list komitetu Lewica. Przewodniczący Unii Pracy startuje od wielu lat w praktycznie wszystkich możliwych elekcjach. Zwykle bez powodzenia. Poznaliśmy też nazwiska innych kandydatów. Lewica ponowiła też ofertę paktu senackiego w stronę liberałów. Ci jednak nie mają ochoty na taktyczny sojusz przeciwko PiS.

– Nasza propozycja jest bardzo prosta. W tych okręgach, w których lewica wystawi swoich kandydatów do Senatu, oczekujemy, że inne siły opozycyjne swoich kandydatów i swoje kandydatki wycofają. I na odwrót. Tam, gdzie wystawią swoich kandydatów przedstawiciele innych środowisk opozycyjnych, tam lewica jest gotowa nie wystawiać swoich kandydatów w tym konkretnym okręgu – mówił Adrian Zandberg. członek Zarządu Krajowego Lewicy Razem na dzisiejszej konferencji. Polityk zapewnił, że takie rozwiązanie umożliwi”demokratyczny, pluralistyczny Senat”.
W podobnym tonie wypowiadał się Włodzimierz Czarzasty.
– Chcemy porozumienia, chcemy się dogadać. Nie jesteśmy w tej sprawie aroganccy, nie będziemy niczego narzucali – mówił szef SLD.
Robert Biedroń wskazywał natomiast, że szczególnej woli porozumienia ze strony Koalicji Obywatelskiej nie ma.
– Od kilku tygodni apelujemy, żeby opozycja poszła po rozum do głowy i w tej sprawie się dogadała. Zegar tyka, zaczynamy zbierać podpisy i rejestrować listy do Senatu. Nie możemy czekać, ponieważ są z nami ludzie, którzy są gotowi wziąć współodpowiedzialność za Polskę w Senacie – mówił lider Wiosny.
– Grzegorz Schetyna i PO udają, że ich nie ma. I to jest największy problem dzisiejszej polskiej opozycji, i to doprowadzi do katastrofy, w której wygra PiS – dodał Biedroń.
Kim zatem będą kandydaci lewicy? Ogłoszone zostały następujące nazwiska: Jerzy Jaskiernia (świętokrzyskie), Jerzy Wenderlich (Włocławek), Wanda Nowicka (Warszawa), Małgorzata Niewiadomska-Cudak (Łódź), Anna Mackiewicz (Bydgoszcz), Waldemar Witkowski (Poznań), Wojciech Konieczny (Częstochowa), Rafał Skąpski (Nowy Sącz), Szymon Chojnowski (Wałbrzych), Roman Nehrebecki (Bielsko-Biała) oraz Seweryn Prokopiuk (Podlasie).
Kandydatów i kandydatki Lewicy do Sejmu mamy poznać w niedzielę.