Walne Zgromadzenie Stowarzyszenia Parlamentarzystów Polskich

Prof. J. Jaskiernia ponownie marszałkiem SPP

W dniu 18 września br., w siedzibie Sejmu, odbyło się Walne Zgromadzenie Stowarzyszenia Parlamentarzystów Polskich. Sprawozdanie z działalności ZG SPP w latach 2016-2021 przedstawił marszałek SPP, prof. Jerzy Jaskiernia. SPP m.in. podejmowało problemy sytuacji socjalnej byłych parlamentarzystów, utrzymywało kontakty z kierownictwami Sejmu i Senatu, organizowało coroczne międzynarodowe konferencji naukowe dotyczące demokracji i ochrony praw człowieka oraz reprezentowało Polskę na forum Europejskiego Stowarzyszenia Byłych Parlamentarzystów. Zgromadzenie, po dyskusji, udzieliło jednomyślnie absolutorium ustępującemu zarządowi.

Zgromadzenie dokonało wyboru władz SPP na kadencję 2021-2025. Marszałkiem SPP został ponownie Jerzy Jaskiernia, wicemarszałkami – Edward Płonka i Ireneusz Skubis, sekretarzem generalnym – Janusz Malinowski, skarbnikiem – Andrzej Szejna, członkami zarządu: Czesława Christowa, Tadeusz Gawin, Tadeusz Iwiński, Krzysztof Kamiński i Stanisław Pięta. W skład Zarządu wchodzą też przedstawiciele regionów: Ryszard Chodynicki, Józef Kubica i Leszek Moczulski. Przewodniczącym Głównej Komisji Rewizyjnej został Bolesław Herudziński.

W przyjętej uchwale postanowiono, że SPP będzie kontynuowało dotychczasowe kierunki aktywności. Chce szerzej włączyć do podejmowanych działań zarówno byłych, jak i obecnych parlamentarzystów z różnych opcji politycznych. Byli parlamentarzyści mogliby służyć swą wiedzą jako eksperci w komisjach sejmowych.

Wzmocnienie podstaw finansowych stowarzyszenia powinno umożliwić szersze włączenie członków SPP do międzynarodowego dialogu parlamentarzystów na temat najważniejszych problemów rozwoju światowego.

Ci wstrętni okupanci

Burzliwą dyskusję w mediach wywołały publiczne oświadczenia intelektualnych przywódców rządzącej partii, dotyczące porównania wstrętnych okupacji naszej suwerennej ojczyzny przez hitlerowców (czytaj – że jednak przez Niemców), przez stalinowską ZSRR (czytaj, że jednak głównie przez Rosjan) i ostatnio przez Unię Europejską (czytaj, że głównie znowu przez Niemców i zdradliwych Francuzów, których przecież uwielbialiśmy od czasów Napoleona I). Drugim wątkiem tych wypowiedzi była wątpliwość, czy teraz musimy to znosić, czy też powinniśmy po angielsku wyjść z tej Unii i przestać pełnić rolę strażnika jej, jakże niebezpiecznej, wschodniej granicy.

Smętne życie pod okupacją

Nie miałem zamiaru włączać się do tej dyskusji, którą trudno uznać za poważną. Ale przypadkowo wpadły mi w oczy daty uroczenia obu znakomitych polityków, autorów tych zaskakujących wypowiedzi. Konfrontacja tych dat z naszą najnowszą historią, trochę mnie rozbawiła.
Obaj jeszcze nie istnieli w czasie prawdziwej okupacji wojennej i tym samym nie mieli przyjemności obserwowania życia w Generalnej Guberni. Młodszy z nich, autor okupacyjnych porównań, zaistniał dopiero w już fatalnie osłabionej okupacji sowieckiej, czyli epoce gomułkowskiej, po 1956 roku. Ale jako dziecię pieluszkowe, mimo wrodzonej inteligencji, nie wiele przecież rozumiał. Sądzę, że tak naprawdę mógł się interesować polityką w połowie gierkowskiej dekady. Mimo okupacyjnych warunków uczył się, skończył szkołę średnią i pomaturalną, zaczął pracować. Indoktrynacja młodzieży, zalecała miłość do innego ustroju i innych grup politycznych. Ale można przypuszczać, że był odporny i zachowywał postawę niezłomnego Polaka – patrioty. Naturalnym następstwem po zmianie ustroju była aktywność polityczna, uwieńczona ważnymi stanowiskami.

Starszy Autor, sugerujący konieczność rozważenia słuszności dalszego uczestniczenia w Unii Europejskiej, był już aktywny umysłowo i fizycznie w końcu okresu gomułkowskiego i w całej dekadzie gierkowskiej. Nie wiem, czy miał wówczas świadomość, że żyje pod okupacją Skończył studia, aktywnie działał w formalnych i nieformalnych grupach studenckich. Solidarnościowe kontakty tych grup spowodowały, że rozwinął kontakty także i z tym środowiskiem, stopniowo wchodząc do polityki.

Niezręczne porównania

Denerwujące zarówno opozycjonistów jak i partyjnych kolegów wypowiedzi dotyczące relacji Komisji UE i Polski, były zapewne spontaniczne i emocjonalne, ale także – niestety – bezsensowne i szkodliwe.
Wiele leciwych osób, w tym także niektórych gości na mojej przyzbie, szczególnie „wkurzyło” porównanie stosunków z Unią do okupacji w czasie II wojny. Bezsensowność tej odkrywczej myśli nie tyle ich obrażała, co świadczyła o śmiesznym, ale i niepokojącym poplątaniu pojęć polityka, wysoko umieszczonego w hierarchii ważności. W końcu nawet z patriotycznej literatury musiał wiedzieć, że wojenna okupacja nie polegała na rozdawaniu pieniędzy, tylko na łapankach, obozach koncentracyjnych, mordowaniu i czynnej walce z militarnymi i administracyjnymi ogniwami okupanta. Pod sowiecką okupacją miał szczęście żyć po 1956 roku, czyli zasadniczo złagodzonym ustroju, w którym Polska miała zasłużoną opinię „najweselszego baraku w socjalistycznym obozie”. Gdyby urodził się wcześniej, to może brałby udział w jedynej (dotychczas!) w naszej historii milionowej manifestacji poparcia dla W. Gomułki, ze zdziwieniem patrzył na księży błogosławiących polską delegację jadącą na pierwsze po „przewrocie” rozmowy w Moskwie. Z troską też obserwowałby sytuację postawienia radzieckich garnizonów i w stan gotowości, przygotowanej na wypadek fiaska rozmów i próby oderwania polskiego baraku od obozu. Niezadowoleni z rzekomo nadmiernej łagodności tych rozmów zamilkli po niemal równoległych, krwawych doświadczeniach węgierskich. w których zginęło ponad 2500 Węgrów i 740 żołnierzy radzieckich – głównie Rosjan.
Starszy wiekiem propagator PISu i jego programów nie sięgał to okupacyjnych porównań. Powiedział jedynie, że jeśli Unia, jej trybunały i niesympatyczni komisarze będą nadal gnębili nas niesłusznymi wyrokami, grozili karami i żądali innej praworządności niż ta, którą wymyślili nasi przywódcy – to będziemy musieli zastosować bardziej drastyczne środki obronne. Żądni sensacji dziennikarze uznali, że jest to groźba polsitu, – czyli opuszczenia Unii. A przecież każde dziecko wie, że Unia bez Polski była by słabiutka, uboga i mniej religijna, a więc zdana na pastwę sił nieczystych. I nawet wykorzystanie polskiego przykładu „gmin „wolnych od LGBT” niewiele opóźniłoby proces narastającej zgnilizny moralniej zachodniej Europy.

Co dalej?

W nieco nerwowej dyskusji na przyzbie padło pytanie – to czego właściwie mamy się spodziewać? Pożegnamy się z Unią udowadniając, że już 6 lat temu podnieśliśmy się z kolan i mamy w głębokim poważaniu straty finansowe i pogłębienie negatywnej opinii w Europie i Ameryce północnej?
Czy też tradycyjnie pomachamy szabelkami, rzucimy jeszcze kilka inwektyw na temat trybunałów i komisarzy, ale w zasadniczych sprawach zrobimy krok wstecz, łagodząc stosunki z „unijną biurokracją” i zmieniając atmosferę z niemal wrogiej, na stwarzającą nadzieję normalizacji?

Doszliśmy do wniosku, że mimo udawania bohaterów i uporczywego tworzenia nowego systemu politycznego nazywanego przez niektórych „kaczokracją”, nasi aktualni władcy nie odważą się na zastosowanie pierwszego wariantu. Koszty mogłyby być zbyt duże. To nie tylko straty finansowe, które i tak poniósłby naród, a nie nosiciele władzy. To groźba jej utraty w sposób, który oceniony zostanie przez historię, jako przykład ambicjonalnego, ale świadomego działania, szkodliwego dla kraju. To też możliwość wywołania protestów, o skali przekraczającej wytrzymałość struktur państwa. Z ostatnich, oficjalnych wypowiedzi kierownictwa rządzącej partii można przypuszczać, że – „póki co” – wybrano drugi wariant. Co nie oznacza, że w sprzyjających warunkach nie można go zmienić.

Jest więc bardziej prawdopodobne, że pokrzyczą, ponarzekają, ponegocjują, coś utargują i ustąpią przynajmniej w tych sprawach, które decydują o „to be or not to be” Polski w Unii.

Ale – naszym zdaniem – ślad walki o średniowiecznie rozumianą suwerenność, pozostanie na długo w umysłach unijnych działaczy i urzędników. Objawy sympatii będą przypominały zachowania ekspedienta w sklepie, w którym towaru jest zbyt mało, aby zaspokoić oczekiwania wszystkich klientów.

Res Humana wspomina i patrzy w przyszłość

Nowy numer dwumiesięcznika lewicowych humanistów Res Humana, już dostępny w księgarniach Empik, ma dwa lejtmotywy: rozważania na temat zmian klimatu oraz dziewięćdziesięciolecie profesora Jerzego J. Wiatra.

Pierwszej z tych spraw poświęcono aż jedną trzecią zeszytu. Swoistym wprowadzeniem są tu refleksje Pawła Wójcika, wiceprezesa Klubu Publicystów Ochrony Środowiska EKOS i organizatora prestiżowego konkursu „Dziennikarze dla klimatu”, na kanwie niedawno opublikowanego „Podsumowania dla decydentów” – kluczowej części nowego, cyklicznego raportu Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu, aktualizującego stan wiedzy w dziedzinie nauk o klimacie. Naukowcy wyrażają obawy, że dotrzymanie porozumień paryskich o nieprzekroczeniu wzrostu temperatury od czasów przedprzemysłowych o więcej niż 2oC, a w miarę możliwości o mniej niż 1,5oC, jest wątpliwe przy większości z rozważanych ścieżek (scenariuszy) emisji, a w przypadku 1,5oC nie wydaje się realne przy żadnej z nich. Zwracają szczególną uwagę na metan (CH4), który wprawdzie pozostaje w atmosferze o wiele krócej niż CO2, ale ma ponad 28 razy większy potencjał tworzenia efektu cieplarnianego. Ocieplenie klimatu może pociągnąć za sobą niekontrolowane uwalnianie się metanu z klaratów (krystalicznych hydratów metanu) zdeponowanych na dnie oceanów i w wiecznej zmarzlinie, znacznie przewyższających światowe zasoby gazu ziemnego. „Zmiany klimatu przyśpieszają na tyle gwałtownie (w skali geologicznej), że wiele gatunków zwierząt, w tym ludzie, w procesie ewolucji mogą nie zdążyć się adaptować do nowej rzeczywistości klimatycznej. Tu nie chodzi o ochronę przyrody. Ona nie zginie, będzie istniała dalej, tylko może nie być w niej miejsca dla człowieka” – ostrzega Autor.

Główna zawartość rubryki „Wobec dramatycznych zmian klimatycznych na świecie” – to dwie dogłębne analizy przygotowanych dla Komitetu Prognoz Polska 2000 Plus Polskiej Akademii Nauk, z którym Res Humana współpracuje od dawna i regularnie. Profesor nauk o Ziemi Joanna Wibig porządkuje informacje na temat zmian klimatu, przyczyn zachodzących zjawisk oraz kreśli prognozy na podstawie numerycznych modeli uwzględniających procesy zachodzące w atmosferze, hydrosferze, kriosferze, pedosferze i biosferze: „W końcu XXI wieku ocieplenie może wahać się od około 1,0°C do około 3,7°C. Największy wzrost temperatury przewidywany jest w regionie Arktyki. Jednocześnie ocieplenie nad lądami będzie większe niż nad oceanami. Nad większością obszarów lądowych częściej będzie pojawiać się ekstremalnie ciepła pogoda, a rzadziej ekstremalnie chłodna, zarówno w skali dobowej, jak i sezonowej. […] Jest bardzo prawdopodobne, ze wraz ze wzrostem temperatury ekstremalne zdarzenia opadowe będą częstsze. Ocieplenie spowoduje wydłużenie okresu wegetacyjnego. Niestety dłuższy sezon wegetacyjny i wyższe temperatury powodują zmiany zasięgu i populacji szkodników. Owady wyprowadzają więcej pokoleń, co w istotny sposób zagraża roślinom uprawnym”.

Z kolei Weronika Michalak, dyrektor polskiego oddziału międzynarodowej organizacji HEAL, analizuje wpływ środowiska na zdrowie ludzi. W tym kontekście konsekwencje zmian klimatycznych można podzielić na bezpośrednie: nagłe zgony w wyniku wypadków lub urazów, choroby psychiczne lub alergie, oraz pośrednie – jak choroby zakaźne przenoszone przez komary, kleszcze czy gryzonie, choroby przewlekłe i różne objawy niespecyficzne. Autorka pisze także o niedoborach wody, zwiększonych migracjach, zanieczyszczeniu powietrza; o wyzwaniach dla sektora zdrowia i kosztach idących w grube miliardy euro rocznie. Nawet jeśli wzrost temperatury do roku 2100 zostanie ograniczony do poziomu znacznie poniżej 2°C, negatywne skutki zmian klimatu dla zdrowia będą ograniczone, ale niewyeliminowane. Jednak „liczba przedwczesnych zgonów, będących konsekwencją spalania paliw kopalnych na terenie Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych i Chin, spadłaby o prawie 1,2 mln. Pozwoliłoby to uniknąć kosztów zewnętrznych w wysokości ok. 490 miliardów dolarów – jedynie w tych trzech regionach i to tylko do 2030 roku”.

Tę część bieżącego numeru Res Humana wieńczy wypowiedź Fransa Timmermansa (oryginalnie dla włoskiego dziennika La Reppublica) pod znamiennym i obiecującym tytułem: „Szykujemy Europejczykom rewolucję sposobu życia”. „Jako socjalista mówię, ze obecnie nie ma ważniejszego wyzwania. Czerwony już nie poradzi sobie bez zielonego, a zielony nie poradzi sobie bez czerwonego. Nasi dziadkowie żyli socjalizmem dla swoich dzieci, myśląc o przyszłych pokoleniach. My też nie możemy myśleć tylko o sobie samych. Konserwatyści powiedzą: dajcie spokój, niech będzie, jak jest. Tymczasem jakość pracy i skala zatrudnienia oraz ochrona klimatu muszą iść ramię w ramię” – puentuje wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej.
Jubileusz profesora Wiatra, stałego autora Res Humana, przewodniczącego jej Rady Redakcyjnej, honorowego prezesa Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego (wydawcy dwumiesięcznika) – a także obchodzącej niemal w tych samych dniach własne dziewięćdziesięciolecie sekretarz redakcji Wacławy Mielewczyk – odnotowano na łamach pisma szeregiem tekstów. Życzenia do obojga skierowali: prezes Rady Krajowej TKŚ Danuta Waniek oraz redaktor naczelny Zdzisław Słowik, który osobno poświęcił też osobistą refleksję swojej wieloletniej współpracowniczce. Profesora zaś uhonorowali jego przyjaciele i jednocześnie czasami też uczniowie. „Jerzy J. Wiatr to gigant polskiej powojennej socjologii i politologii” – zaczyna okolicznościowy tekst pt. „60 lat na naukowym Parnasie” prof. Jacek Raciborski. Przebiega następnie przez dorobek naukowy jubilata, zwracając uwagę na książki, które na trwałe zapisały się w historii polskiej nauki o społeczeństwie (m.in. „Społeczeństwo. Wstęp do socjologii systematycznej” oraz „Socjologia wojska” – obie z 1964 r., „Czy zmierzch ery ideologii” z 1966, „Naród i państwo” z 1969, „Socjologia stosunków politycznych” z 1977, „Zmierzch systemu” z 1991, redakcja książki „New Authoritarianism. Challenges to Democracy in the 21st century” z 2019 r.). Opisuje też osiągnięcia Jerzego Wiatra w roli socjaldemokratycznego polityka, i to nie tylko w roli ministra edukacji narodowej. Na tym obszarze koncentruje się też prof. Andrzej Werblan, akcentując, że „Jerzy – dobry kolega i wspaniały człowiek” wypracował sobie w partii niepowtarzalną niszę: „Nie był opozycjonistą, ale nigdy też nie mieścił się w tak zwanej linii politycznej partii. Nawiązywał wyraźnie do tradycji bliższych PPS”. Bardziej osobiste wspomnienia swojemu niegdysiejszemu promotorowi poświęcił inny socjolog, filozof i historyk idei, prof. Mirosław Chałubiński.

Czytelnicy „Trybuny”, którzy zachcą sięgnąć po nowy numer omawianego tu czasopisma pewnie z satysfakcją skonstatują, że jego tzw. cover story (tematem z okładki) jest wywiad z redaktorem Piotrem Gadzinowskim. Dzieli się w nim spostrzeżeniami na temat aktualnej polskiej polityki i w szczególności sytuacji lewicy.

Innym materiałem wartym polecenia jest tekst dr Małgorzaty M. Jakubiak, uczennicy Tadeusza Kotarbińskiego, ukazujący nieznane dotąd fragmenty życia i dzieła patrona wydawcy Res Humana. Autorka przypomina, że Profesor pochodził z rodziny artystycznej, której członkowie pozostawili trwały ślad w kulturze polskiej. Atmosferą malarstwa, muzyki i poezji „przesiąkł do głębi”. Wybrał jednak filozofię i trafił pod skrzydła Kazimierza Twardowskiego, twórcy szkoły lwowsko-warszawskiej, którego styl oparty był na ścisłych metodach badawczych i który słynął z pedanterii. „Jego osobowość nie do końca mieściła się w zakresie chłodnej, rzeczowej analizy, jaką stanowiła neutralna światopoglądowo filozofia propagowana przez Twardowskiego” – pisze M. Jakubiak. „Angażował się w sprawy społeczne, interesowały go szeroko rozumiane ludzkie problemy, zagadnienia etyczne, a także to, co od wieków nazywano sztuką życia, w ujęciu Kotarbińskiego – felicytologią. Te sprawy, które poruszał mając na uwadze ich jak najszersze zrozumienie, wymagały innej formy. I w ten sposób powstawała jego publicystyka, eseje i pogadanki. Piękne literacko, zaangażowane uczuciowo, ale umiejętnie godzące racje serca i rozumu. […] Wyraźnie lubił krótkie formy, stąd wiele spośród nich to epigramaty, fraszki, sentencje, aforyzmy”. Autorka przytacza wiele przykładów tego typu twórczości wielkiego filozofa.

Jest jeszcze tekst Konrada Prandeckiego pt. „Dlaczego myślenie o przyszłości jest nam potrzebne?”, w którym refleksje historiozoficzne i opis technik przewidywania tego, co przed nami, przywodzą przewodniczącego Komitetu Prognoz Polska 2000 Plus PAN do wniosku o potrzebie zaangażowania się obywateli UE w dyskusje w ramach trwającej Konferencji w sprawie przyszłości Europy. Jest kolejny wykład prof. Ewy Nowickiej o antropologii: „Droga do rewolucji neolitycznej”. Są komentarze o najważniejszych sprawach bieżących. Recenzje z wybranych ważnych książek: Wacław Sadkowski pisze o „Przewozie” Andrzeja Stasiuka, Zdzisław Słowik – o „Ołtarzu bez tronu…? Walce o rząd polskich dusz” Danuty Waniek, Andrzej Żor – o „Lawinie i kamieniach. Pisarzach w drodze do i od komunizmu” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej oraz „Antykomunizmie czyli upadku Polski” Andrzeja Romanowskiego. Są rysunki Marka Chaczyka.

I – oczywiście – felieton Jerzego J. Wiatra z cyklu „Co dwa miesiące”, tym razem pod tytułem „Co wynika z afgańskiej klęski?”

Czyżby frankowicze to kosmopolici?

Dyskusja na temat kredytów złotowych indeksowanych do CHF staje się coraz ciekawsza, wręcz intrygująca, a to za sprawą banków, KNF oraz znanych autorytetów, którzy w sposób przystępny opisują i ujawniają jego społeczno – historyczne i trochę ekonomiczne podłoże.

Okazuje się, że sprawa grupy nieprzypadkowo zwanej „frankowicze”, jest dużo poważniejsza i ciągnie się za nami nie od wejścia do UE, ale już od państwa Franków, co wyjaśniałoby i nazwę i charakter owego multi-kulti kolektywu. Innego uzasadnienia trudno się doszukać. Bo jeśli ceny, towary, składki, płace, podatki, waloryzujemy np.o indeks PLN/USD, to nie zamieniają się one w dolary. Ale jeśli banki ze złotówki potrafią zrobić franka, to może rację mają znawcy, zamiast krytykować – zdobądźmy te „know-how” i indeksujmy wszystko do złota. A może tak to czynił król Midas?! Wielu z obecnych lub byłych prezesów banków sugeruje, że nie szanujemy historycznych osiągnięć, o czym pisał był już Platon (V-IV w. BC), a Hammurabi (XVIII w. BC), w preambule kodeksu wyrył: „Mądry zarządca, Pasterz ludu, Bóg królów, Bohater, Słońce (…), poleca: „ład zaprowadzić (wśród) ludu, niezadowolonych uciszyć, dobre obyczaje dać poznać, prawo i sprawiedliwość w usta kraju włożyć, dobrobyt ludowi zapewnić”, a w treści np. klauzula „oko za oko” zapewniała stronom sporu równowagę. Albo: jeżeli sędzia proces osądzi nie tak(…), dwunastokrotnie powetuje i z krzesła sędziowskiego jego się usunie tak, że nie wróci na nie”. Dziś, tego, który poleca, nie zwiemy bogiem, słońcem, ale mądrym zarządcą, pasterzem ludu, zbawcą – i owszem! Z upływem lat, te ważne zasady uległy wypaczeniom, wymyślono wiele sprawiedliwości (dziejowa, społeczna, boska,…?), praw (mojżeszowe, moje, nasze, wasze, Kalego..), a zwroty typu: królestwo za konia, Paryż za mszę , Państwo to Ja.., pieniądze albo życie, jeszcze wzmocniły chaos. A jeśli dodamy wartości (chrześcijańskie, społeczne, ekonomiczne, dodane, etyczne, polityczne, emocjonalne, materialne), to trudno się dziwić, że ludzie się gubią i pytają: jak żyć?.
Okazuje się, że w owym bezładzie, wykreowanym przez grupy typu elity, kosmopolici, innowiercy, znajdą się tacy, co to skołowanemu ludowi podsuną proste i skuteczne rozwiązania, np: „Jedynie rząd może utworzyć komisję w celu dochodzenia w sprawie (…), „Partia wezwała swoich członków do zupełnego posłuszeństwa i współdziałania”, „Niezbędna jest bezzwłoczna nacjonalizacja banków i ważniejszych gałęzi przemysłu(…), które uchylają się od nadzoru i opodatkowania”. „Dopiero całkowite zwycięstwo doprowadzi do zniknięcia (totalnej) opozycji i wszelkiej maści wrogów ludu (narodu)!” „Nasz (…) był, jest i będzie największym przywódcą narodu”. Zwroty te, jako dorobek „całej postępowej ludzkości”, bardzo przydają się dziś.

Można też „dla dobra wspólnego” wrócić do zasad typu „ Jeśli kto, srebro od kupca wziął i wyprze się tego, a kupiec ten przed bogiem to udowodni, ten po trzykroć kupcowi odda; a jeżeli oddać nie może, przez bydło będzie wleczony (…)”.Nadaje się ona wobec tych, którzy chcą „zredukować majątek banków w ogromnej skali”. Nie było podówczas franka (?), ale np. zwrotu „mina srebra”, używamy też dziś, choć jako odrębne towary. Podobne propozycje znajdziemy w innych artykułach: Udało się nawet połączyć problem kredytów, franków z paleniem czarownic, co jest godne uwagi, bo ten ostatni jakoś załatwiono (vide: www. bankowebezprawie.pl.). Albo: „egzekwowanie przez sądy aktualnego prawa, podważa podstawy ekonomii i zagraża stabilności finansowej państwa”. Jeśli tak, to sięgajmy po środki sprawdzone i skuteczne, bo „w interesie społeczeństwa” samowoli sądów tolerować niepodobna!

Że problem owych frankowiczów jest trudny i zadawniony, potwierdzają znawcy, powołując się na dzieła Noaha Y. Harariego m.in. „Sapiens”, o rozwoju ludzkości „od zwierząt do bogów”, z przesłaniem, że „prawo było wykorzystywane instrumentalnie w interesie jednych grup kosztem innych”. Ten znakomity autor, Żyd intelektualista, mieszkający z mężem (sic) w Jerozolimie, nagrodzony przez nasz UJ, napisał też o walkach toczonych przez różne grupy społeczne. Frankowiczów tam nie wymienia, ale przez analogię, można ich rolę zobrazować przykładem z innego dzieła („Le guerre de feu”), gdzie „między grupami na przestrzeni dziejów trwała „walka o ogień” , w której Ulamowie (archeobankowcy?), tracą go w wyniku podstępnego napadu plemienia Wagabu (homo frankovicius?). Ulamowie w końcu wygrywają, z korzyścią dla ludzkości, czego do dziś nie chcą uznać ani sądy, ani członkowie upadłej wspólnoty.

Pisząc o dzikości świata, mitologizacji ekonomii i bezduszności sądów, niektórzy przekonują, że owa walka trwa i że zmierzamy teraz w kierunku „od bogów do zwierząt” Wieki temu skończyło się pomyślnie, wygrało dobro wspólne, a nie chciwej jednostki, więc bieżący konflikt winien zakończyć się podobnie, choć nadal „zbrukane niesłusznie banki łatwo pozbawić majątku, wywłaszczyć, obciążyć, sądy naznaczą infamią, a majątek – jakiejś nie naszej społeczności. Rabunek i zbrodnia dokonują się w majestacie prawa”. Są też przykłady rozwiązań nawiązujących do surowych zwyczajów Islandii. Chyba niepotrzebnie, bo mamy swoje, także przekonywujące.

W XVII wieku w Warszawie spalono dzieło „O nieistnieniu boga”, które autor napisał, by opublikować je, gdy będzie tzw. dojutrek; ( jak uczynił mądry Kopernik). Stało się inaczej i jako bluźnierca i bezbożnik skończył tak, jak jego dzieło. Owe dziełko, sąsiad autora – dłużnik, wykradłszy, przekazał je „w ofierze” Kościołowi. Wyrok ziemskich władz Boga Sobieski złagodził na ścięcie, bo szlachcic, żołnierz, jezuita, filozof, poseł Rzplitej, a także sędzia. Wyższa instancja boska (Watykan) uznała jednak, że tylko ogień gwarantuje oczyszczenie. Jak widać, pomoc sąsiedzka przy dochodzeniu sprawiedliwości bywa nieodzowna; dziś zwiemy ich sygnalistami. Wypada wspomnieć, że ów skazaniec, wcześniej panisko, miał czelność zasądzić od Kościoła zwrot majątku właścicielowi. Wieść też niesie, że temuż pobożnemu dłużnikowi uprzykrzał żywot, zakłócając mir (domowy). Można więc bronić się skutecznie przed zaborem majątku, nad czym pracują banki szukając rozwiązań. Np. jeśli uszanujemy wolę najwyższego, to i prawo nie może temu przeszkadzać, co też uzasadnił szeroko Karl Schmidt w I poł XX w.

Ważne, że bankowcy interesują się historią, a powyższe, to memento dla tych, co „wywłaszczają banki z ich majątków, tworząc przy tym grupy nacisku i żerują na pobłażliwości społeczeństwa”. Aby zachować i pomnażać majątek, potrzebna jest też wiedza, która wymaga zbalansowania z niewiedzą. Banki to potrafią, czego efektem są coraz nowsze, posiadające duże zalety „bankowe produkty bogate w niewiedzę”.
Banki zapewne kierują się empatią, bo posiadaną wiedzą dzielą się z nieprzyjaznymi im grupami interesu, sądami, prasą, by dać odpór „agresywnej ofensywie medialnej prawników”. Na rynku, ich zdaniem, „panuje stronnicza narracja prezentująca jedną stronę medalu”. , o tym i tp. znajdziemy więcej na: www.bankowebezprawie.pl).

Bieżące relacje obu ww. grup obrazuje zwrot jednej z autorek: „Włos jeży się na głowie – to napuszczanie jednych na drugich”. Jednak przedstawiciel Ulamów (czytaj: KNF), przemówił niedawno, zwiastując pokój, tymi słowy:
..Mamy pewną wizję, jak ten problem rozwiązać (…). Banki przegrywają masowo na podstawie orzeczenia TSUE, (…) więc nie można dłużej biernie czekać na dalszy rozwój sytuacji, w tym linii orzeczniczej sądów”. Dalej nietrudno się domyślić: tych „homo frankoviczius” popierają wrogie siły typu: TSUE, SN, RPO, UOKiK i podobne postaci z kręgu nieznanego „sortu”. A wszystko przez opóźnienia z reformami. Gdybyśmy zdążyli, to nawet wyposażona w groźne narzędzia Prof. Łętowska niewiele by wskórała, sobie tylko zrozumiałymi, szkodliwymi dywagacjami typu: „w Polsce brak jest praktyki orzeczniczej, tradycji ochrony konsumentów, a nawet woli rozstrzygania, bo przepisy dotyczące abuzywności w umowach konsumenckich obowiązują w Polsce już od 2000r”. Niepotrzebne stałyby się też jej tzw. „wykładnie”, przez które kredytobiorcy zaczęli niepotrzebnie rozumieć, o co w sporze chodzi. A reforma idzie wolno bo np. niewdzięczni kapitaliści z Norwegii bezprawnie zabrali nam fundusze na ten cel!
Ponieważ decyzje sądów w oparciu o wyroki TSUE, SN i owe wykładnie potwierdzają, że praw konsumenta można jednak bronić, zrobił się popłoch, więc KNF proponuje frankowiczom rozejm w sporze typu: pal diabli prawo, pogódźmy się, wy ustąpcie, my zatwierdzimy! Po co sąd, który nie wiadomo kiedy i jak rozstrzygnie? Zaś między wierszami: „przez lata jakoś spłacali te zawyżone raty i odsetki, a teraz podburzeni przez elity mieliby przestać? Toż to naganne i niepatriotyczne!

A na koniec poważnie. W Polsce przestrzega się prawa wtedy, gdy nam, jako tzw. „społeczeństwu” to wygodne. Władze niezbyt entuzjastycznie komentowały wyroki TSUE i SN,, o czym każdy kredytobiorca wiedzieć powinien. Pomoc bankom byłaby łatwa i bezkosztowa, jeśli np. sądy uwzględniałyby bardziej interes „narodu” a nie jednostki. O zamiarach w sprawie ochrony nie tylko konsumentów, świadczy nie tylko ignorowanie przepisów kc (np. 385 1-6), ale też wniosek(?) rządu do swojego TK o „sprawdzenie” zgodności art. 417 kc z Konstytucją, by pozbyć się zapisu o odpowiedzialności Skarbu Państwa za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem władz. I pomyśleć: zapis w kodeksie od 1964 roku – tyle lat bezprawia! Ze swoimi dalibyśmy radę i bez TK, ale z innymi, np. korporacjami międzynarodowymi może być kłopot. Na koniec zaś optymistycznie: skoro banki oferując niskie odsetki wprowadzały w błąd, bo już z założenia nie były niskie, albo nie informowały o specyfice konstrukcji umowy i wypłaciły kredyt w złotówkach, nie powinny mieć prawa do stosowania różnych kursów przy wypłacie i spłacie kredytu tylko po to, by indeksować (czytaj: namnażać) złotówki, niebędące ani odsetkami ani prowizją ani spłatą kredytu, więc niezgodne z art. 69 prawa bankowego. A złotówki zmieniają się we franki jak u Midasa. Nie dotyczy to zwykłych transakcji kupna lub sprzedaży walut, bo to operacje rzeczywiste, a tam, jak wiemy – cudów nie ma.

Dlatego, w państwie prawnym ochrona konsumentów, także przedsiębiorców, stanowić powinna istotny element systemu prawa, a ustanowionych ram prawnych, wzorem krajów cywilizowanych, należałoby przestrzegać. Frankowicze – składajcie pozwy – im szybciej tym lepiej, bo reformy mogą przyśpieszyć!

Flaczki tygodnia

Od teraz ma być skromniej i bliżej ludu pracującego miast i wsi. A zwłaszcza miasteczek. Taka jest najnowsza linia polityczna zmodernizowanego tuskizmu.

Sztabowcy Donalda Tuska jęli szukać odpowiedzi na pytanie: czemu „efekt Tuska”, czyli wzrost wyborczego poparcia dla Platformy Obywatelskiej zatrzymał się na poziomie 20-25 procent. Atrakcyjnym dla partii opozycyjnej, ale nie formacji marzącej o przewodzeniu opozycji demokratycznej. No i o wygraniu przyszłych wyborów.

Szukali intensywnie gdzie tkwi defekt,hamulec dalszego wzrostu. Wymyślili, że PO powinna przestać już kojarzyć się z partią wielkomiejskich elit. Stać się reprezentacją większości polskiego społeczeństwa. Musi teraz kosmopolityczne ośmiorniczki zamienić na misy z narodowymi pierogami. Wszystkich rodzajów, nawet wege. Ale bez ruskich i leniwych.

PO powinna skończyć ze swym wizerunkiem partii elitarnych mniejszości, a przepoczwarzyć się w partię narodu. Polskiego, ale tego proeuropejskiego. Być głosem tych osiemdziesięciu procent akceptujących unię Polski z Unią Europejską. Ale nie tylko gdańskich samorządowców i warszawskiej profesury, lecz przede wszystkim młodych, wykształconych z Płońska, Radomia, Częstochowy i Krynek pragnących żyć wedle standardów zachodniej Europy.

Dlatego od tej pory każdy parlamentarzysta PO powinien znać aktualne ceny chleba, mleka i jajek na wyrywki. I fajek też nie zaszkodzi, choć samo palenie szkodzi zdrowiu jak najbardziej. Powinien też wiedzieć jak jest w jego okręgu wyborczym z dostępnością do lekarza, autobusu, pociągu i internetu. Nie tylko „białych kresek”. A ściślej do których dostępów jest u niego najtrudniej.

Parlamentarzyści PO, jeszcze niedawno grzmiący o „totalnej opozycji”, muszą teraz stać się statecznymi państwowcami. Nie pluć na godło, drut na granicy, policję na ulicy, a zwłaszcza wojsko polskie. Bo państwo polskie jako takie nie jest złe. To tylko PiS jest zły, bo używa drutu, policji, wojska i państwa polskiego w złej sprawie.

Partia Tuska bierze nowy kurs. Koniec z happeningami posłanki Jachiry, rapem politycznym posła Nitrasa, gonitwami posła Starczewskiego. Koniec z telewizyjnymi popisami bom mot-ciarzy Sienkiewicza,Sikorskiego, nawet marszałka Grodzkiego. Dość medialnego ujadania zasłużonych weteranów, czyli Wałęsy, Frasyniuka,Janasa. Dość już jaj medialnych. Od tej pory PO ma zwyciężyć z PiS swą odpowiedzialnością, rozwagą i godnością osobistą.

Koniec też z nitrasowym „opiłowywaniem przywilejów katolików”. Katolików w Polsce trzeba kochać i szanować, a ich głosy oddane na PO warte są niejednej mszy. Oczywiście krytyka błędów i wypaczeń hierarchów kościoła kat. też jest potrzebna, lecz hasła odwetu wobec społeczności katolickiej to błąd. To jedynie paliwo dla szczujni TVP.

Tusk wie, że w Polsce zawsze zwyciężały partie centrowe. Lewicowo- centrowe i centro- prawicowe. On teraz stawia na centroprawicę. Chce powtórzyć rok 2007. Podzielić scenę polityczną na Polaków– unionistów i polexitciarzy Z PiS. Wygrać na tak stworzonym duopolu,jak w wyborach 2007 roku.

Mądrzeją elity Lewicy. Wygasiły spory personalne, aby skuteczniej przeprowadzić zjednoczenie Wiosny i SLD na październikowym Kongresie. To ważne, bo planowany przez Tuska blok centroprawicowy może być atrakcyjny dla wyborców centrolewicowych. Zwłaszcza jeśli Nowa Lewica nie przedstawi swojego programu V Rzeczpospolitej. Ugrzęźnie intelektualnie na poziomie partii protestów i poprawek do cudzych ustaw.

Zbigniew Siemiątkowski okazał się ostatecznie niewinnym. W 2008 roku polska prokuratura zarzuciła mu przekroczenia uprawnień. Współtworzenia w Starych Kiejkutach, przy ośrodku szkolenia Agencji Wywiadu, tajnego więzienia dla islamskich ekstremistów ujętych przez CIA. Ale minęło tylko 13 lat i prokuratura uznała tamte zarzuty za zupełnie bezzasadne. ”Flaczki” już dawno,dawno temu przewidywały taki wynik. Skoro wyszło na nasze, to teraz znowu będą prorokiem. Świeckim, nie religijnym, bez obrazy. Wieszczą, że znowu minie lat trochę i były szef polskiego wywiadu order od Sojuszników dostanie. Za dawne, bezzasadne rzecz jasna, zarzuty.

Kaczyński w kręgu kościelnych idei programowych

Zbieg zwycięstwa wyborczego PiS z antyoświeceniową kontrrewolucją religijną zaznaczającą obecność irracjonalizmu w całym świecie zachodniej cywilizacji został w Polsce wzbogacony o narodowe wzmożenie, stosownie do endeckiej tradycji politycznej wywodzącej się z czasów II Rzeczpospolitej. Resentymenty narodowo-wyznaniowe odżyły – bynajmniej nie ze względu na faktyczny wzrost religijności, lecz jako reakcja na bezradność neoliberalnej i nie dość zaangażowanej religijnie  – jak na polskie warunki – władzy, która ponadto okazała się nieskuteczna w rozwiązywaniu problemów społecznych.

Niezadowolenie części społeczeństwa z warunków ekonomicznych, deficyt poszanowania godności realnie marginalizowanych warstw społecznych doprowadził do trwałego podziału i zantagonizowania zwolenników obecnej narodowo-katolickiej władzy z tymi, którzy stojąc na gruncie demokratycznego państwa prawnego nie mogą akceptować burzenia wciąż jednak obowiązującego konstytucyjnego porządku. Wyborcza klęska liberalnej koalicji rządowej w 2015 roku była nieunikniona i ściśle związana tak z rozpadem liberalno-konserwatywnego konsensusu popieranego przez SLD, jak i brakiem zdolności partii lewicowych do współdziałania programowego i wyborczego.     Zawłaszczenie liberalizmu nadanie mu jednostronnie ekonomicznego wymiaru, w którym nie człowiekowi lecz rynkowi miała służyć wolność i jej gwarancje oraz ofensywa techno-scjentystycznego i konsumpcyjnego indywidualizmu zderzyła się w Polsce z tradycjonalizmem mas plebejskich zmęczonych nowoczesnością i stawianymi przez nią wyzwaniami, które zmuszają nie tylko do posługiwania się narzędziami współczesnej techniki cyfrowej, lecz także do akceptacji ciągłych zmian wymuszanych okolicznościami zewnętrznymi znoszenia innych stylów i sposobów życia, innej hierarchii wartości części społeczeństwa, koegzystencji odmiennych obyczajów i zachowań niż ukształtowane przez dotychczasową tradycję.

Sytuację taką politycznie wykorzystała partia rządząca, proponując– w zamian za iluzję zabezpieczenia kraju przed obcymi cywilizacyjne imigrantami – poczucie więzi wynikającej z narodowej wspólnoty, oraz pomoc socjalną skierowaną do rodzin, wraz z całym zestawem innych wartościowych prezentów i oczekując jednakże ograniczenia jeżeli nie odrzucenia korzystania z wolności w jej liberalno-politycznym wymiarze. Niezależnie od wagi konkretnych przyczyn niezadowolenia znacznej części społeczeństwa, a w szczególności czy były  nim sposoby realizowania transformacji gospodarczej i związane z tym patologie, czy też pochód nowoczesności techniczno-informacyjnej niosący za sobą zmiany obyczajowe, kulturowe i związaną z nimi możliwość demonstracji odmiennych stylów i sposobów życia, to sprzeciw wobec konieczności sprostania nowoczesności zakwestionował skuteczność i trwałość procesu modernizacji Polski na wzór zachodnioeuropejskich demokracji.

Nowoczesność, która wdarła się do w przestrzeń tradycyjnej plebejskiej kultury, narzucana przez liberalne elity zapatrzone w zachodnie centra świeckiej modernizacji i przejmujące często bezrefleksyjnie stosowane tam rozwiązania musiała w efekcie wywołać konflikt, który podporządkował sobie wszystkie wcześniejsze spory polityczne redukując je zasadniczo do podziału na dwa wrogie obozy. Stopniowe eskalowanie konfliktu nie jest zresztą zjawiskiem obojętnym dla Zjednoczonej Prawicy poczawszy od zwycięstwa wyborczego w 2015 roku. Jego przedsmakiem były rządy koalicji zbudowanej przez PIS w latach 2005–2007. Doszło wtedy do wyartykułowania koncepcji IV Rzeczpospolitej niezbyt powszechnie akceptowanej chociażby przez Kościół katolicki i związane z nim siły społeczne czy umiarkowanie narodowe. Koncepcja ta miała ona przy tym raczej republikański rodowód pomimo ujawniających się tęsknot za państwem wyznaniowym w reakcji na istniejący jakoby deficyt religijności. Powrót do władzy elit kontynuujących neoliberalne rządy – szczególnie w latach kryzysu ekonomicznego i związane z tym pogorszenie się sytuacji ekonomicznej ludności oraz tragiczna w skutkach katastrofa lotnicza nadała politycznej propozycji PiS szczególnej atrakcyjności, kanalizując niezadowolenie społeczne znacznych części elektoratu – tym bardziej, że do jej promocji włączyła się poza środowiskami Radia Maryja przeważająca część Kościoła katolickiego. Wchłaniając resentyment ludu wobec elit i formułując ostrze politycznego sporu poprzez przeciwstawienie tradycjonalistyczno – religijnej wizji odbudowy kraju wszelkim świeckim – lewicowym czy liberalnym – projektom politycznym zyskiwała pełne poparcie Kościoła i kleru wspieranego przez formujące się silne ultrakonserwatywne organizacje o niejasnej proweniencji jak Ordo Iuris..

Wykorzystanie specyfiki sytuacji w Polsce dla realizacji planów kościelnych powrotu do politycznej roli kreatora lub chociaż współdecydenta w kluczowych sprawach państwa nie jest autorską koncepcja polskich biskupów ani środowiska Radia Maryja. Jest to natomiast zespołowa akcja watykańskich hierarchów wyższego szczebla, którzy zdobywali znaczenie i doświadczenie w próbie realizacji idei Jana Pawła II związanej z rechrystianizacją Europy m.in. poprzez wprowadzenie do dokumentów unijnych odwołania do istoty nadprzyrodzonej i roli religii w kształtowaniu cywilizacji europejskiej. Ze względu na stopień sekularyzacji państw zachodnich tak sformułowany cel był z góry skazany na niepowodzenie, co w efekcie zaowocowało zmianą koncepcji promocji chrześcijaństwa katolickiego i przyobleczeniem go w konstrukcję państwa „pozytywnie laickiego”, tj. uwzględniającego w systemie prawnym wartości religijne.  

W efekcie wypracowany został nie tylko projekt intelektualny, lecz przede wszystkim metoda włączenia w realizację tego projektu szerokich mas ludowych, składających się z praktykujących katolików, przy wykorzystaniu sytuacji politycznej w tych państwach, w których odrzucenie i potępienie świeckiego ładu społecznego i politycznego było najbardziej prawdopodobne wobec słabości instytucji demokratycznych, silnej pozycji Kościoła i aspiracji lokalnych polityków do przeprowadzenia rewolucyjnych przemian społecznych.

Partia, która zdobyła władzę w Polsce była wręcz idealnym partnerem dla hierarchów kościelnych. Jej dążenie do całkowitego przekształcenia stosunków społecznych poprzez wymianę elit, zburzenie dotychczasowego porządku konstytucyjnego, a nawet etycznego i chęć stania się stabilną partią władzy konstytuującą nowe polityczne centrum musi opierać się na radykalnej doktrynie i doprowadzić do ukształtowania się jeszcze bardziej radykalnych środowisk – by się nimi posłużyć w razie potrzeby w odpowiednio dogodny sposób. Organizowanie zatem życia w kraju na podstawie zasad wynikających z dogmatyki religijnej, a nie wedle wyników debaty publicznej czy ustaleń demokratycznych procedur, było oczywiście pierwszym wyborem partii władzy i jednocześnie upragnionym wyborem dla Kościoła katolickiego. Religijna wizja państwa „pozytywnie laickiego” opracowana przez papieża Benedykta XVI – Josepha Ratzingera i krąg jego współpracowników w przeciwieństwie do różnych odstręczających nazwą projektów republik wyznaniowych pozornie wydawał się być ukłonem w stronę laickości państwa.

Państwo pozytywnie laickie według Ratzingera spełniało warunki przyjęcia jej przez państwa peryferyjne o słabo ugruntowanej demokracji, gdzie tradycjonalistyczne społeczeństwa poszukujące głębszego uzasadnienia demokracji jako formy rządów mogły wywodzić go z religijnego umocowania pod warunkiem podporządkowania zasad systemu demokratycznego regułom konfesyjnym ( prawu naturalnemu czy boskiemu). Koncepcja Ratzingera okazała się wręcz idealnym instrumentem dla populistycznej narodowo-wyznaniowej partii dyktującej swoje warunki funkcjonowania państwa położonego cywilizacyjnie na obrzeżach Europy, a hierarchowie Kościoła katolickiego jej największymi orędownikami .

Przyjecie przez Kaczyńskiego religijnej i narodowej ideologii realizowało najlepiej cele jego agresywnego ugrupowania politycznego tworząc rzekomo zastępy totalnych wrogów mających niszczyć polskość, której fundamentem jest religia katolicka w lokalnym wydaniu, przeciwko którym mobilizował szerokie warstwy społeczne z aktywnym wsparciem Koscioła. 

Werbalnie partia rządząca wobec braku możliwości wyrównania deficytów cywilizacyjnych dąży do ich skompensowania poczuciem wyjątkowości wynikającej z głoszonej przez Kościół katolicki w Polsce zasady powiązania niepodważalnej i absolutnej wartości Kościoła pochodzącej z nadania boskiego z „katolicką tożsamością narodu polskiego”, o czym pisze prof. Tomasz Polak w tekście W co nas wciąga i co nam pożera polski Kościół? (opublikowanym na stronie internetowej Medium Publicznego). Autor zwraca uwagę na fakt, że w przekazie kościelnym – podobnie jak w nacjonalistycznej pisowni – słowo „Naród” jest traktowane jako wartość absolutna, a zatem cierpienia i krzywdy doznane przez katolicki naród urastają do krzywd kluczowych dla świata. Dalej autor ten uważa, że w takim ujęciu naród polski pojmowany, jako ucieleśnienie historycznej, kulturowej, cywilizacyjnej i politycznej misji chrześcijaństwa poradzi sobie z cywilizacyjnymi zagrożeniami lepiej niż inne narody i zdecyduje o zwycięstwie idei i społeczności katolickiej.

Motorem tego marszu po zwycięstwo ma stać się tożsamość narodowa będąca źródłem siły i wzrostu znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Zawartość tożsamości narodowej stanowi historyczny depozyt szczególnego rodzaju misji realizowanej w przywiązaniu do religii i tradycji, łączy się z tym bezkrytyczna znajomość dziejów „narodu wybranego” w wersji pozbawionej jakichkolwiek kontrowersji i duma z faktu przynależności do tak wspaniałej wspólnoty. Próbą sformułowania narodowo-katolickiej koncepcji współczesnego państwa wyznaniowego, miała wprawdzie już miejsce w czasie pierwszego okresu rządów koalicyjnych z udziałem PiS. Były minister w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski otwarcie wyłożył zasady takiego państwa w artykule Polska – republika wyznaniowa opublikowanym w piśmie „Pressje” (nr 5, 2005 r.). Ustrój kraju miał realizować zasady radykalizmu ewangelicznego przeciwstawionego – jak pisał –uzurpacji rozszalałej demokracji, a w organach przedstawicielskich o ograniczonych kompetencjach mieli zasiadać przedstawiciele kleru. Podobnie jak inni autorzy zamieszczeni w tym periodyku reprezentujący tzw. „duchowość religijną” i konstruujący propozycje modelu państwa PiS w sposób oczywisty inspirowali się endecką myślą narodową Romana Dmowskiego, wzbogacając ją o wyższy stopień religijnego radykalizmu– zgodnie z obserwowanymi od początku obecnego wieku tendencjami upolityczniania wszystkich religii monoteistycznych.

Wracając jednak do narzucania państwom peryferyjnym religijnych koncepcji politycznej organizacji państwa należy przywołać za prof. Zbigniewem Mikołejko szeroko omawianą przez tego uczonego pracę Georgesa Szazrsezi Teodemokracja czyli pokusa peryferii.

Autor twierdzi mianowicie w swojej pracy, że w pewnych państwach peryferyjnych, jak np. Gruzja, Izrael czy Polska istnieje przeświadczenie, że demokracja nie jest wartością autonomiczną i wymaga uzasadnienia w szerszym porządku wartości, w porządku światopoglądowym, transcendentnym czy religijnym – bo jako forma organizacji państwa jest narzucona, a jej formalne źródła są słabe, gdyż wynikają jedynie z rzekomej umowy społecznej. Tymczasem przyjęcie źródła religijnego i zakorzenienie demokracji w religijnej przestrzeni wiary – na straży, której stoi instytucja religijna: synagoga, cerkiew czy kościół – pozwala niezależnie od chwilowych konfliktów państwa czy raczej władzy z Kościołem przyjąć i zaakceptować jakąś formę demokracji właściwą państwu wyznaniowemu, przyjmując jednocześnie nadrzędną pozycję instytucji religijnej.

W koncepcji J. Ratzingera równowaga polityczna pomiędzy światem laickim i religijnym realizuje się w państwie uznającym wartości religijne i prawo naturalne, jako jedyny skuteczny bastion oporu przeciwko samowoli władzy, czy oszustwom manipulacji ideologicznej. Autonomia prawd moralnych wynikających z doktryny wiary, stanowiących zdaniem przedstawicieli Kościoła tzw. „prawdy nienegocjowane” musi być przez państwo szanowana,a jej ignorowanie uzasadnia nawet stosowanie prawa do oporu.

Oznacza to, że państwo J. Ratzingera jest właśnie państwem zakorzenionym w porządku religijnym – jest państwem wyznaniowym spenetrowanym i kontrolowanym przez Kościół, jako instytucjonalny wyraz religii panującej. Pomimo tak daleko idących propozycji, były papież podkreśla konieczność dialogu pomiędzy światem wiary i racjonalizmu – jako dialogu służącego rozwojowi osoby ludzkiej (chociaż trudno nie być sceptykiem, co do możliwości takiego dialogu, jeżeli z góry zakłada się akceptację przez zwolenników racjonalizmu owych nienegocjowanych wartości). Wśród nich, bowiem znajdują się takie jak całkowity zakaz aborcji, przeciwdziałanie rozpowszechnianiu tzw. ideologii gender – jakoby domagającej się seksualizacji człowieka od najmłodszych lat, stosowania zabiegów in vitro, zawierania małżeństw jednopłciowych czy przeciwdziałania zeświecczeniu – cokolwiek miałoby to oznaczać. Niektórzy znani przedstawiciele nurtów klerykalnych w polityce jak np. Marek Jurek, reprezentują pogląd, że społeczeństwo w większości katolickie ma prawo do posiadania katolickiego ustawodawstwa i państwa.

Jest to wprawdzie uczciwe postawienie sprawy, ale z pozycji absolutnego przekonania o realnie istniejącej w Polsce większości fundamentalistów katolickich. Tak przecież nie jest, bo nawet liczba osób regularnie biorących udział w obrzędach kościelnych wyraźnie spada, nie mówiąc już o niekonfesyjnej części społeczeństwa, innowiercach, a nawet tych katolikach, którzy nie podzielają poglądu o trwałej identyfikacji religijnej narodu polskiego, ani nie uważają by Jezus kierował pomocnikami partii rządzącej – nawet w obliczu cudu dojścia PiS do władzy. Utrwalone praktycznie od dnia uchwalenia obowiązującej Konstytucji RP jawne lekceważenie postanowień o neutralności (bezstronności) światopoglądowej państwa uzasadnia w pełni pogląd reprezentowany przez dr hab. Pawła Boreckiego, że na skutek niestosowania, odnośne postanowienia wygasły (desuetudo), a rzeczywistość jest kształtowana mocą faktów dokonanych.

Obecna forma relacji władzy z Kościołem zdaje się wiec polegać raczej na całkowitym ignorowaniu przez jej przedstawicieli chrześcijańskich obowiązków miłosierdzia, pomocy bliźniemu jak w wypadku postępowania z uchodźcami czy szacunku i powściągliwości przy demonstracyjnym wręcz manifestowaniu rzekomej pobożności poprzez bezrefleksyjne uczestnictwo w religijnych obrzędach i celebrze organizowanej dla oprawy politycznych spektakli. Jednocześnie Kościół ma niemały problem z ustosunkowaniem się do wyraźnych przejawów coraz bardziej instrumentalnego wykorzystywania religii na użytek politycznych przedsięwzięć partii rządzącej czy uroczystości państwowych. Rytualny charakter takich imprez ma zdaniem wielu autorów (prof. Zbigniew Mikołejko, prof. Tomasz Polak) charakter tworzenia religii publicznej,o której prof. Zbigniew Mikołejko mówi, że nie jest żadną ortodoksją katolicką. Chociaż władza korzysta z kościołów, z obecności księży,z pewnych elementów katolicyzmu, to tworzy coś, co jest absolutnie nieprawomyślne z punktu widzenia Kościoła, czyli gnozę w jej manichejskim wydaniu, okraszonym neopogańskimi elementami z mitologii germańskiej – religię smoleńską, której jądrem jest ofiara złożona z przedstawicieli narodu w katastrofie lotniczej.

Przeciwdziałanie wiec metodami politycznymi tak prowadzonej ofensywie oświeceniowej kontrrewolucji mającej gwarantować utrwalenie władzy PiS i panowania światopoglądowego Kościoła jest o tyle trudne,że w przeciwieństwie do weryfikowalnych mesjanizmów świeckich – z reguły szybko kończących swój byt realny – mesjanizmy religijne pozostają w sferze wiary, mając duży potencjał mobilizacyjny do zwalczania wszelkich świeckich systemów rządów, które okazały się nie dość efektywne w rozwiązywaniu problemów społecznych. W Polsce mamy do czynienia z sytuacją, w której istotna część społeczeństwa związana z Kościołem emocjonalnie, rodzinnie, a często także ekonomicznie popiera partię rządzącą, panującą niepodzielnie nad tą częścią społeczeństwa. Jednocześnie większość księży parafialnych intensywnie wykorzystuje tłumy w kościołach do organizacji poparcia dla tej partii, tworząc zamknięty krąg symbiozy Kościoła z władzą, w którym dialektyczne korzyści przesłaniają istotę chrześcijaństwa. Przeważająca część biskupów związała się z jedną opcją polityczną i dlatego nie jest w stanie przeciwstawić się heretyckim wybrykom Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów. Skonfrontowani z narastającym sprzeciwem ulicznych demonstracji wobec realizowanej przez władze dewastacji sądownictwa i ostatecznej likwidacji systemu trójpodziału władzy hierarchowie odpowiedzialni za losy Kościoła nie mogą zdobyć się nawet na delikatne upomnienie rządzących nawet w sytuacji gdy jawnie odwołują się oni do przemocowych form działania np. wobec mniejszości seksualnych czy imigrantów. Uporczywe trwanie przez Kościół katolicki w faktycznej koalicji z rządzącej z partią, która obiektywnie niszczy czy choćby tylko poważnie nadweręża przesłanie religijne, powinno wbudzać zaniepokojenie wiernych – przynajmniej tych, których potencjał intelektualny pozwala na krytyczną analizę poczynań władzy. Musi budzić zaniepokojenie również tych bardziej światłych biskupów, którzy teoretycznie przynajmniej powinni liczyć się z przegraną partii nastawionej na cywilizacyjny regres.

Osłabienie i skompromitowanie wartości religijnych, oraz przegrana PiS w efekcie pociągnąć za sobą musi dotkliwe konsekwencje dla instytucji Kościoła – w postaci obniżenia jego pozycji w społeczeństwie, pozbawienia wpływów politycznych, likwidacji wszelkich form finansowania, a także może zaowocować brakiem zainteresowania polityków do szukania poparcia ze strony Kościoła. Chociaż nie ma obecnie żadnych przesłanek świadczących o możliwości odzyskania zwolenników partii władzy dla demokracji o wolnościowym obliczu – z instytucjami i prawem te wolności gwarantującym – to nieustanne demonstrowanie sprzeciwu wobec działań władzy może skłonić biskupów obawiających się dalszej eskalacji protestów, jeżeli nie do rewizji poparcia dla władzy, to do poczynienia ustępstw w prawnie zawarowanej pozycji Kościoła w Polsce. Baczny obserwator może zasadnie – jak się wydaje – przyjąć, że taka linia jest proponowana w programie „Polski 2050” Szymona Hołowni, w której podstawowy trzon klienteli zdają się stanowić wierni Kościoła katolickiego.

Niestety bardziej prawdopodobna wydaje się opcja ucieczki do przodu, w której Kaczyński będzie starał się eskalować konflikt religijny tym razem kierując ataki na niewielkie stosunkowo środowiska ateistyczne i laicką Europę zachodnią jako źródło wszelkiego zła mające uprawdopodobnić realnie planowany zresztą polexit. Nie wywoła więc zdziwienia wśród obserwatorów polskiej polityki jeżeli rządzący spychani w stronę opuszczenia struktur Unii Europejskiej wystąpią z koncepcją utworzenia konkurencyjnej unii opartej na fundamencie chrześcijaństwa i poszanowania pełnej suwerenności państw członkowskich przy pełnym poparciu Kościoła katolickiego dla którego byłoby to upragnionym powrotem do udziału we władzy.