Dlaczego MEN otwiera szkoły?

Liczba zakażeń koronawirusem w ostatnich dniach biła smutne rekordy, a doświadczenia z zagranicy pokazują, że otwarcie szkół może uczynić z nich kolejne ogniska choroby. Dlaczego zatem MEN dąży do tego, by nauka od września odbywała się tylko stacjonarnie? – pytają parlamentarzyści Lewicy.

– Kiedy w marcu zapadała decyzja, żeby szkoły zamknąć i wprowadzić zdalny tryb nauczania, w całym kraju chorych było 31 osób – przypomniała na konferencji prasowej posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Zarzuciła ministrowi edukacji narodowej, że myśli tylko o zachowaniu własnego stanowiska, decydując się otwierać szkoły i zrzucając na dyrektorów decyzję o ich zamykaniu, jeśli lokalna sytuacja epidemiologiczna się pogorszy.

Są też pytania o to, jak samorządy i szkoły – przecież i tak niezbyt zasobne – mają sfinansować niezbędne środki ostrożności. – Czy samorządy będą mogły liczyć na jakiekolwiek dodatkowe środki finansowe, by przygotować się do nowego roku szkolnego? Czy samorządy mogą liczyć na finansowe wsparcie, żeby przeprowadzać testy dla nauczycieli i dla uczniów, żeby ich chronić, zanim zakażą się koronawirusem? – pytała Dziemianowicz-Bąk.

Ustami Dariusza Standerskiego Lewica przypomniała, że samorządy straciły przez pandemiczny kryzys 40 proc. dotychczasowych dochodów. Ustawa, która miała zrekompensować im tę strat, złożona przez Lewicę, czeka na rozpatrzenie… – Jeżeli rzeczywiście dzieci pójdą 1 września do szkół, to będą to wydatki rzędu 8 mld złotych miesięcznie i koszty te będą musiały ponieść samorządy. Państwo daje samorządom coraz mniej, w stosunku do tego, co muszą one wydawać. Skąd gminy, miasta i powiaty mają wziąć na to pieniądze? – mówił socjaldemokrata.

List niemłodego obywatela do młodych policjantów

Kiedy 15 czerwca 1991 roku siedmiu byłych żołnierzy – partyzantów Armii Krajowej ze Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich AK „Ponury” – „Nurt” zawiązało Kapitułę Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr Jana Piwnika „Ponurego” wydawało się im, a pewnie i reszcie obywateli naszego kraju, że oto niesława Milicji Obywatelskiej odeszła bezpowrotnie w przeszłość.

Że polski policjant przechodzi ostatecznie na służbę społeczeństwa, prawa, konstytucji. I że odtąd strzec będzie nie bezpieczeństwa i nietykalności władzy oraz interesów polityków i urzędników, ale nietykalności, bezpieczeństwa obywateli w obronie konstytucji i w interesie całego społeczeństwa.

Honorowa Odznaka im. mjr. „Ponurego”, przed wojną aspiranta Policji Państwowej, jest przyznawana za nieprzeciętną odwagę wykazaną podczas wykonywania obowiązków zawodowych w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, za uratowanie życia lub zdrowia ludzkiego albo też mienia wielkiej wartości, połączone z narażeniem na znaczne i realne niebezpieczeństwo, wreszcie – za mądrość, dalekowzroczność i rozwagę przy pracy bezpośredniej lub kierowaniu działaniami Policji, jeśli w rezultacie nastąpiła poprawa stanu bezpieczeństwa, wzrosło poszanowanie prawa lub umocnił się autorytet Policji”. Odznakę przyznawano od 1991 roku zazwyczaj dwojgu policjantów, w zasadzie ze Świętokrzyskiego, ale uhonorowano nią także warszawskiego podkomisarza Andrzeja Struja (w 2010 r. zamordowanego na Woli) i francuskiego żandarma płk Arnauda Beltrame’a, który w 2018 r. zginął z rąk terrorystów, gdy zastąpił wziętych na zakładników cywilów.

W sytuacji konfliktu politycznego, trawiącego nasz kraj, policja coraz częściej występuje jako strona – ściga osoby nakładające koszulki z napisem „Konstytucja” na pomniki, pacyfikuje skromne i pokojowe protesty przeciwko narastającej fali nienawiści, biega za rowerzystką, która rower udekorowała politycznymi deklaracjami, ugania się za niepełnosprawnym na wózku udającym tekturowy czołg, wynosi spod Pomnika Powstania Warszawskiego siedzące tam osoby, trzymające pęki białych róż, podczas gdy obok maszerują rozwydrzeni nacjonaliści, domagający się zmiany konstytucyjnego porządku i ziejący nienawiścią do wszelkiej różnorodności. Policjanci – na rozkaz z pewnością – usuwają Białe Róże, które rażą swoim pokojowym przesłaniem tłum, wznoszący bynajmniej nie pokojowe hasła, jak „Śmierć wrogom Ojczyzny”. Nie o takiej policji myśleli założyciele Kapituły Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr. Jana Piwnika „Ponurego”. Ich celem było wyróżnienie policjantów, którzy honorowo wywiązują się z obowiązków i umacniają autorytet policji.

Niestety, autorytet się kruszy, policja zdaje się wracać do przeszłości. Wiem, funkcjonariusze wykonywać muszą polecenia i rozkazy przełożonych i tych obciąża najmocniej przejście całej formacji na służbę jednej siły politycznej i porzucenie pracy dla całego społeczeństwa.Jednak każdy z Was jest oceniany nie tylko przez swoich dowódców – patrzą na Was ludzie o różnych poglądach, wyznaniu, wykształceniu i zawodzie, którzy zastanawiają się, czy w każdej sytuacji mogą liczyć na Waszą pomoc i ochronę, czy nie będziecie kierować się uprzedzeniami, czy interes jakiegoś polityka nie powstrzyma Was od udzielenia pomocy jego rywalowi.
Przełożeni uczą Was, jak postępować z zatrzymanymi, nie mówią Wam jednak, jakie prawa im przysługują. Szkolą Was do stanowczego postępowania ze wskazanymi osobami, nie wiecie jednak, jak rozpoznać przemoc w rodzinie. Umiecie wynieść nieopierającego się demonstranta, ale nie nauczono Was słyszeć i rozumieć wrzask nienawiści. Czy dano Wam do przeczytania najważniejsze prawo Rzeczypospolitej – Konstytucję? Ktoś Wam objaśnił jej znaczenie?

Sytuacja staje się nieznośna. Honor policjanta został przez polityków narażony na szwank, a gdy to się nie zmieni – pogrzebany będzie ostatecznie. Mnie, niemłodego obywatela, martwi to w dwójnasób: jako obywatela właśnie, ale i jako potomka policjantów (jeden zabity w Twerze przez Sowietów, drugi – w Powstaniu Warszawskim przez hitlerowców) oraz syna, siostrzeńca i bratanka trzech spośród siedmiu członków-założycieli Kapituły Honorowej Odznaki Zasługi im. mjr. Jana Piwnika „Ponurego”. Chciałbym, by każdemu z Was można było przypiąć baretkę tej odznaki, mającej formę krzyża, na którego ramionach umieszczono łacińską sentencję LAUS TIBI (chwała Ci). Chwała za uczciwą służbę wszystkim obywatelom, prawu, konstytucji. Polsce.

Pomyślcie o tym.

Tęcza na zaprzysiężeniu

Posłanki Lewicy efektownym gestem wyraziły podczas zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy solidarność z przedstawicielami LGBT, ofiarami nagonki podczas kampanii wyborczej.

Platforma Obywatelska zaprzysiężenie zbojkotowała. Lewica postanowiła przyjść i pokazać, że równocześnie szanuje wybór milionów ludzi, którzy oddali swoje głosy na Andrzeja Dudę i sprzeciwia się metodom wyborczej agitacji, które sprowadzają się do poniżania części obywateli, dzielenia ich na lepszych i gorszych.

„Będziemy z tęczą i z przypomnieniem, że ludzie to ludzie. Równość to równość. Miłość to miłość” – zapowiadały posłanki i dotrzymały słowa. Na sali sejmowej zasiadły w tak dobranych strojach, by w ławach Lewicy powstała tęcza.

Uniwersalna flaga

– Tęczowa flaga, to nie jest już tylko symbol środowiska LGBT. To jest flaga, której trzeba bronić, ze względu na wolność. To jest flaga, której obecna władza używa do dzielenia i zastraszania Polaków! – napisał w mediach społecznościowych Włodzimierz Czarzasty, wicemarszałek Sejmu. – To flaga, za którą młodzi ludzie siedzą po nocach w areszcie z bandytami, tylko po to, aby ich zastraszyć i aby inni ludzie się bali. Ta flaga to symbol naszej walki o wolność i zmianę w tym kraju. Nie dajmy się podzielić! – zaapelował szef Nowej Lewicy. W innej wypowiedzi zaznaczył jednak, że sam nie zdecydowałby się umieścić tęczy na figurze Jezusa.

Nieufność

Lewica nie wierzy, by Andrzej Duda w drugiej kadencji zachowywał się inaczej, niż w pierwszej. Zbyt często namawiano go do „wybicia się na niepodległość” i zbyt często nic z tego nie wychodziło. Mimo wszystko obecni podczas zaprzysiężenia przedstawiciele Lewicy przypomnieli prezydentowi, jakie są jego zadania, wznosząc egzemplarze polskiej ustawy zasadniczej.

Z kolei po uroczystości posłanka Wanda Nowicka w imieniu całego klubu złożyła na ręce Dudy pismo w sprawie aktywistek LGBT, członkiń kolektywu Stop Bzdurom, które w ostatnich dniach zawiesiły tęczowe flagi na pomnikach w warszawskim Środmieściu, za co mają odpowiadać za znieważenie figur oraz obrazę uczuć religijnych (w przypadku pomnika Jezusa Chrystusa z Krakowskiego Przedmieścia). Pismo stanowiło wyraz protestu wobec faktu, że aktywistki zostały zabrane na komisariat wprost z ulicy i przetrzymane przez noc w budynku, chociaż wystarczyłoby przysłać im zwykłe wezwanie do stawiennictwa.

Lewica zażądała od Dudy, by wygasił atmosferę nagonki na osoby LGBT, tak jak swojego czasu, w kampanii, ją nakręcał.

Protestują medycy

Przez to, że 7 sierpnia stolica była areną starć aktywistów LGBT i opozycji z policją, niemal niezauważony przez główne media, dzień później przeszedł ulicami Warszawy pochód pracowników medycznych. A przecież to bardzo ważny protest.

Przeszli spod siedziby Ministerstwa Zdrowia do Sejmu. Sprzeciwiali się zaplanowanym przez ministerstwo sprawiedliwości zmianom w kodeksie karnym, które obciążą ich odpowiedzialnością za niezawinione błędy medyczne. Protestujący domagali się też podniesienia nakładów na służbę zdrowia.

Warto zauważyć, że przepisy, które przewidują karanie pracowników służby zdrowia za niezawinione błędy, zostały wprowadzane cichaczem, niejako tylnymi drzwiami w pakiecie z tzw. Tarczy 4.0. Chodzi o zmiany przepisów dotyczące nieumyślnego spowodowania śmierci (art. 155 k.k.), nieumyślnego spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 156 § 2 k.k.), narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia, czy ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (art. 160 § 1 i 2 k.k.) oraz nieumyślnego sporządzenia fałszywej opinii przez biegłego lub eksperta w postępowaniu karnym lub cywilnym (art. 233 § 4a k.k.). Eksperci wskazują, że zmiana oznacza, że możliwości orzekania łagodniejszej kary będą znacznie ograniczone.

Niesione przez protestujących transparenty głosiły: „Pozwólcie nam lepiej pracować”, „Stop straszeniu medyków”, „Nie damy się zastraszyć”, „Nie związujcie nam rąk”.

Pochód przeszedł pod gmach Sejmu, gdzie ustawione taczki z przeznaczeniem dla polityków, których fotografie były umieszczone właśnie na nich: Szumowskiego Ziobry, Karczewskiego. Demonstranci chcieli zademonstrować brak zaufania to tych polityków.
„Nie ma naszej zgody na karanie nas za to, że ratujemy ludzkie życia!”, napisali na Facebooku protestujący.

Protest, zorganizowany przez Porozumienie Zawodów Medycznych, poparła Naczelna Izba Lekarska.

Czas prześladowań

I oto mamy to, o czym pisałem przed wyborami: ośmielona przez zwycięstwo PiS policja zaostrza prześladowania lewicowej opozycji. Za flagi na pomnikach dwie osoby trafiły „na dołek”, by czekać na przesłuchanie niczym sprawcy morderstw.

To wszystko efekt przenikania pisowskiej nienawiści wobec mniejszości/lewicy do aparatu państwa. Zachęcona policja będzie jeszcze chętniej chronić narodowców, pałować lewicowych działaczy i liczyć przy tym na wynagrodzenie ze strony coraz bardziej sfaszyzowanych służb państwa.

Prawo jest skonstruowane tak, że prawicowej przemocy nie widać. Ofiary aborcji w aborcyjnym podziemiu i ofiary np. wśród osób, które pragną zmienić płeć (przejść tranzycję) są totalnie niewidzialne. Można doprowadzić do 1000 zgonów niezamożnych kobiet i 1000 samobójstw osób transseksualnych lub homoseksualnych, i absolutnie nikt nie będzie odpowiedzialny, a władza jeszcze dokręci śrubę w państwowej walce z „ideologią LGBT” i „lewactwem” oraz „marksizmem kulturowym”.

To, że zatrzymanie ciężarówki rozpowszechniającej mordercze hasła zapobiega śmierci jest więc zupełnie przeźroczyste, bo władza dobrze wie, jak unikać odpowiedzialności, tworząc jednocześnie obóz dla kobiet i osób LGBTQIA+. Tak działa obecne prawo. Pokazowe policyjne zatrzymania są totalną hipokryzją, bo nikt nie stosuje takiej siły wobec kleru kryjącego pedofilię, czy prawicy, której polityki prowadzą do śmierci kobiet. Ale przede wszystkim są one efektem działania fatalnego prawa, w państwie rządzonym przez fundamentalistów i religijnych radykałów, którzy nauczyli się zacierać ślady, chować trupy do szafy i udawać niewiniątka.

I jeden akcent optymistyczny: uważam, że w Polsce miłość do policji nie jest taka wielka. Społeczeństwo od prawa do lewa brzydzi się policyjną przemocą, a widok policjantów rzucających się na tęczową młodzież i masowe zatrzymania kojarzą się w Polsce… kiepsko. Za to aktywiści udowodnili, że nie są wcale tylko paroma „ludźmi od wieszania tęczy”, ale prawdziwym ruchem gotowym do obrony własnych przekonań i walki o sprawiedliwość. To był wielki pokaz siły i wspólnoty, nie słabości!

Ideą w ideę

Zawieszanie flag, takich czy innych, na obiektach kultu czy figurach świętych to słaba akcja; jeśli chce się walczyć z bigoterią i zakłamaniem, ostatnim orężem po jaki należy sięgać, jest uderzanie w symbolikę, która u nas stawiana jest na równi z prawami wiary.

Polak wierzy w figurę Jana Pawła. Wierzy w wielkość swojego Papieża Polaka. W wadowickie kremówki. W non possumus kard. Wyszyńskiego. W szlachetność intencji i czystość przekazu Ojca Dyrektora. Wierzy w ludzi i ich betonowe desygnaty, jak w bóstwa o nadludzkiej sile. A Kościół, ustami swych przedstawicieli, wcale ich z tej wiary nie odziera, bo to sprawa beznadziejna do obrony. A przy okazji ryzykowna, bo narobi się ludziom na starość wody z mózgów, a ci gotowi jeszcze nie dawać później na tacę i po kolędzie. Co to komu szkodzi, że widzą w pomnikach papieża i kardynała doskonałych herosów z trochę innej mitologii; niech tam sobie wierzą; każdy dobrze wie, że z wiarą jest łatwiej iść przez życie, bo wiele rzeczy staje się prostszych a przy okazji zawsze jest nadzieja. Nawet za cenę wyrzeczeń i kąkoli, które życie wtyka maluczkim między palce. Ale na to też jest usprawiedliwienie; wiara musi być gorąca i wymaga poświęceń; cierpienie uszlachetnia a Pan cierpiał za Twoje, Polaku grzechy, na krzyżu. Czy czegoś więcej potrzeba? Sam wołam o wiarę każdego dnia. Ale nie słyszę głosu, nawet pogłosu. Nic nie słyszę. Bo czy coś usłyszeć można?
Przychodzi jednak w życiu człowieka taki czas, że zaczyna dostrzegać rysy na pomnikach i nieścisłości w pismach; nie bardzo zaczynają mu sztymować prawdy objawione prorokom skrosowane z normalnym życiem; ludzkie zbrodnie i niedoskonałość, tłumaczone wolną wolą, a do tego boska bierność. Na złość bogom, wkrada się w to wszystko hipokryzja samego Kościoła. I to hipokryzja wielkości piotrowej bazyliki w Rzymie. Toleruje się grzech i występek w swoich szeregach, a tępi się podobne zachowania u innych. Konfuzja i kolaps myślowy nie dają zasnąć. Trzeba coś wybrać. No i człek wybiera.

Dawno temu wybrał Richard Dawkins, autor „Boga urojonego”, który obnaża wszelką religijną niespójność, a z którym to mało kto potrafi zwyciężyć w logicznym i filozoficznym sporze. I to jest, Szanowni Państwo, metoda na dzisiejsze czasy. Chcesz przekonać do siebie i swoich racji-idź między studentów i uczniów i głoś dobrą nowinę zmiany. Wtykając tęczową flagę w ręce Chrystusa spod kościoła na Krakowskim Przedmieściu, szkodzi się sprawie w dwójnasób. Właściwy adres, pod którym tęczowa flaga winna zawisnąć znajduje się naprzeciwko. Na frontonie Uniwersytetu. Tam jest odpowiednie miejsce, żeby zacząć działać i wyciągać ludzi z kruchty na katedry i wydziały. Iść między wrony, do salek katechetycznych. Przekonywać argumentem, dyskusją, a dopiero później-symbolem. Nie na odwrót. Jaka jest siła własnej idei, kiedy na starcie opiera się ona na symbolach i widocznych znakach przynależności do grupy, tej czy owej, a nie na mocnym przekazie ideowym, podpartym logiką i rozumem. To tak jak z wiarą, która winna wynikać ze zrozumienia i prawdy, a nie z bałwochwalstwa. Czym zatem różni się postawa dewocyjna Polaka-katolika, który modli się do rzeźb, od walczącej progresji myślowej, która profanuje, bądź co bądź, święte dla Katolików miejsca i symbole. To naprawdę nie taka wielka sztuka zrzucić z cokołu nawet największy pomnik, albo doprawić mu wąsy i cyngwajs za pomocą farby w spreju. Idzie o to, żeby wraz z pomnikiem runęła idea, fałsz i obłuda. A żeby to uczynić, trzeba najpierw zawalczyć właśnie z ideą, a nie z marmurem. Ten, nawet najcięższy, w końcu ulegnie i puści. Ale to pozorne zwycięstwo.

Chcecie walczyć z kościelną władzą, walczcie z biskupami i ich rozpasaniem; ujawniajcie skandale, podwójną moralność, żeby naród sam zobaczył, jak co dzień jest wiedziony przez pasterzy na manowce. A sami pasterze, ci młodsi i jeszcze niezdegenerowani, mieliby szansę porzucić swój stan, albo zacząć naprawiać go od środka, o ile się da. Biorąc się na początek za bary np. z celibatem. A później…to się zobaczy. Na razie dość żniw przed tym pokoleniem, ale siewców, zwłaszcza tych świadomych, ciągle mało.

Demokracja, samorządność…korupcja?

W styczniu 2020 roku ogłoszono wyniki kolejnej edycji Indeksu Percepcji Korupcji (Corruption Perceptions Index-CPI). Badanie prowadzone jest przez Transparency International, organizację międzynarodową, działającą na rzecz przejrzystości i uczciwości w życiu publicznym oraz gospodarczym.

W zestawieniu za 2019 rok Polska zajęła 41 miejsce, otrzymując 58 punktów na 100. Średni wynik dla grupy „Europa Zachodnia i Unia Europejska”, do której należymy, wynosi 66 punktów.

W Europie Zachodniej Czołówka to Dania 87 punktów, Finlandia i Szwecja 86. Najniższa punktacja to Węgry i Rumunia po 44 oraz Bułgaria 43 punkty.
W skali światowej pierwsze cztery miejsca to Dania, Nowa Zelandia, Finlandia i Singapur. Na końcu są Syria, Południowy Sudan i pozycja 180, Somali.

Jak zwykle ocena wyniku Polski zależy od preferencji politycznych, zajmowanej pozycji i preferowanej partii lub ruchów społecznych, w których uczestniczymy. Szklanka zawsze jest do połowy pełna lub do połowy pusta.

Możemy odczuwać zadowolenie, bo na 180 badanych państw jesteśmy w czołowej „ćwiartce”. Wśród krajów UE znajdujemy się na podobnym poziomie, co Niemcy (wg Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych – OL AF).

Z drugiej strony daleko nam do 66 punktów (średnia UE). A mimo tego, że elity władzy odmieniają frazę „Państwo prawa” we wszystkich przypadkach daleko nam do standardów skandynawskich, na które lubimy się powoływać.

Większość tak zwanych afer, przekrętów finansowych czy też przejawów jaskrawego nepotyzmu ujawnia „czwarta władza”. Zdarza się to czasem także partiom politycznym, ale tylko wtedy, gdy dotyczy to konkurenta politycznego. Organy ścigania skupiają się głównie na przestępstwach pospolitych. Takie przestępstwa mają czasami charakter aferalny. Niestety coraz częściej upolitycznione instytucje prawa traktują te sprawy wybiórczo, są takie afery, które rozpływają się w mgiełce procedur, zaniechań i niepamięci.

Scenariusz ujawniania afery jest zwykle podobny. Dziennikarze, sobie znanymi metodami, często przy pomocy mniej lub bardziej kontrolowanego przecieku, ujawniają przyczynę afery, najczęściej na łamach poczytnej gazety lub portalu. Może być także kanał telewizyjny. Ostrze przekazu często jest wymierzone w kierunku konkretnej instytucji, partii lub osoby, najczęściej na eksponowanym stanowisku. Dalszy ciąg to medialna „jatka” czasem bardzo brutalna, gdzie strony wzajemnie zarzucają sobie autorstwo i udział w odkrytym przekręcie, a gdy to nie działa, stosują tezę „wasze afery są większe od naszych afer a poza tym „u was biją fryzjerów i cyklistów”.

Afera traci impet i odchodzi w niebyt, kiedy zaczynają mleć ją młyny sprawiedliwości. Nikt już nie interesuje się wynikiem toczących się latami śledztw i rozpraw sądowych.

Jeżeli uważacie, że nie mam racji, pozwolę sobie przypomnieć. „Afera prywatyzacyjna” w Warszawie, Dwie wierze Kaczyńskiego, Zarobki w NBP, Latający marszałek, Afera PCK, Żelazny prezes NIK, Skoki, Respiratory handlarza bronią, maseczki instruktora narciarstwa, „Amber Gold” skandale obyczajowe i tak dalej. Warto zauważyć, że w efekcie duopolu władzy i podziale społeczeństwa w ringu najczęściej staje PiS i PO.
Afery nie są tylko naszą specjalnością. Zdarzają się wszędzie. Dyktatorzy najczęściej likwidują źródło przy pomocy odpowiednich służb. W państwach demokratycznych (mam nadzieję, że będziemy się mieścić w tej kategorii) nacisk opinii publicznej i jawność życia publicznego kończą się ukaraniem odpowiedzialnych lub wykluczeniem i śmiercią towarzyską. Przykłady: Nixon za Watergate, Klęska wyborcza Blair’a (UK) za militaryzm, kłopoty prezydenta Clintona. Można wymieniać dalej.

U nas także zdarza się, że jakiś prominent ma kłopoty, lecz najczęściej jest to ktoś, kto już jest w niełasce i niższego szczebla. Unikalnym zjawiskiem jest możliwość, że po pewnym okresie karencji wraca do splendorów i profitów.

A jak się ma OPINIA SPOŁECZNA?

To właśnie ona powinna być głównym cenzorem sprawiedliwości. To ona ocenia i potępia zło. To ona wreszcie stosuje swój demokratyczny mandat wyborczy. To demokratyczne wybory decydują o tym, kto sprawuje władzę ustawodawczą i najwyższą władzę wykonawczą.

I tu właśnie zauważam pewien paradoks. Mamy za sobą cykl wyborczy. Jeżeli prześledzimy kolejne sondaże i wyniki wyborów, to zauważymy, że ujawnione w tym czasie afery i skandale nie mają istotnego wpływu na naszą ocenę klasy politycznej. Nie ważne, co wylezie spod dywanu, opinia społeczna jest podzielona równo na pół.,

Mam wrażenie, że powtarza się bardzo stara historia.

Antyczny Rzym postrzegamy głównie przez pryzmat beletrystyki „Quo Vadis” lub książki Roberta Gravesa. Opisują one życie cesarzy, wodzów, senatorów, a było ono okrutne, niemoralne i obsceniczne, Tyberiusz, Kaligula, Neron, Mesalina, trucicielka Liwia Augusta. Co na to szary obywatel rzymski, o którym nikt nie pisze książek? Pewnie patrzył na wzgórze Palatynu z pewnym zgorszeniem. Byli to ciężko pracujący ludzie, na swój sposób pobożni, przestrzegający surowych rzymskich zasad moralnych. Jak długo dostawali „panem et circenses”, mało ich to obchodziło.

Mam wrażenie, że Niewiele się zmieniło. Afery i skandale dotyczą ludzi ze szczytów władzy, tak zwanych „elit” ich grzeszne czyny nie mają wpływu na nasze zarobki czy emerytury. Na wieść o przekrętach finansowych cieszymy się, że to nie my daliśmy się oszwabić.

To, że nasze podatki są marnowane lub wydawane na cele niezgodne z przeznaczeniem to pewnie źle, ale podatki musimy płacić niezależnie od tego, na co idą. Natomiast rozdawnictwo socjalne trafia do naszych kieszeni bezpośrednio i to jest coś, co nas raduje.

Przymykamy, więc oczy na nepotyzm, (sami przecież zwracamy się o pomoc do znajomych, którzy „mogą”), na łamanie prawa i konstytucji, bo nie zauważamy, że nas to dotyka, na przekręty finansowe, bo to nie nasze pieniądze.

Czasem jednak korupcja, afery i skandale wylewają się poza środowiska elit sprawujących władzę. Wadliwie działająca gospodarka, represyjne prawo i arogancja rządzących przestają być tytułami w tabloidach, dotkną nas osobiście i bezpośrednio. A wtedy tak jak w Rzymie dojdzie do konfrontacji władza, społeczeństwo. A na rozwiązania demokratyczne, oparte o dialog i prawo będzie za późno.

Istnieje jednak taki rodzaj korupcji, który nas porusza do żywego. To taki rodzaj niesprawiedliwości, którą widzimy z naszego okna. Dotyka tylko nas i naszych sąsiadów. Dzieje się w naszym domu, na naszym osiedlu w gminie lub miasteczku. Powoduje, że nasze małe ojczyzny nie dają nam poczucia bezpieczeństwa i podmiotowości. O takich aferach nikt nie pisze płomiennych felietonów, nie opowiadają gadające głowy w programach telewizyjnych, są zbyt lokalne, rzadko angażują się w nie prominenci. Walka z tymi patologiami to zadanie różnych form wybieranych przez nas organów samorządowych. „Społeczeństwo demokratyczne” to takie, które umie wybrać swoich przedstawicieli ze swojego środowiska wg kryteriów uczciwości, gospodarności i zaradności. Tylko tak wybrany samorząd spełni nasze oczekiwania i ochroni nas przed korupcją. Kilku polityków zauważyło skuteczność odwołania się go samorządnego społeczeństwa. Za 3 lata wybory samorządowe. Bądźmy na nie gotowi. Szukajmy ludzi, którzy będą reprezentować nasze interesy, a nie interes partii politycznej lub lokalnych towarzystwo „wzajemnej adoracji”. Pamiętajmy, że mamy prawo nie tylko do wyboru, lecz także do obywatelskiej kontroli naszych przedstawicieli.

Akt współczesnego bezprawia i barbarzyństwa

Stanowisko Stowarzyszenia Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wobec dewastacji Pomnika Marszałka Konstantego Rokossowskiego w Legnicy.

W dniu 30 lipca 2020 roku na Facebooku Zastępca Prezydenta Miasta Legnica Krzysztof Duszkiewicz zamieścił następującą informację: „ Ubiegłej nocy z plenerowej wystawy Muzeum Miedzi w Legnicy pn. „Cień gwiazdy. Relikty legnickich pomników PRL-u”, która znajduje się przy cmentarzu komunalnym na ul. Wrocławskiej, skradziona została rzeźba z pomnika Konstantego Rokossowskiego. Sprawcy zdewastowali przy tym dwie cmentarne bramy. Sprawą zajmuje się już policja. Jeżeli ktoś z Państwa był świadkiem tego zdarzenia lub zauważył coś, co może pomóc w śledztwie, proszę o bezpośredni kontakt z policją.” Legnicki portal „lca.pl” zamieścił kilka bulwersujących fotografii: wykonane z brązu popiersie Marszałka zostało porzucone na polu, z odciętą – przy użyciu profesjonalnych narzędzi ślusarskich – głową i buławą marszałkowską…

Przypomnijmy, że do maja 2019 roku Pomnik Marszałka Konstantego Rokossowskiego był w posiadaniu Michała Sabadacha z Uniejowic, stanowiąc zbiór pomników – również Generała Karola Świerczewskiego – oraz tablic i wielu innych pamiątek, w urządzonym na swoim prywatnym terenie „Muzeum Ludowego Wojska Polskiego i Armii Radzieckiej”. Pamiątki te Michał otrzymał od żołnierzy radzieckich opuszczających terytorium Polski w 1993 roku. Trzykrotnie każdego roku z okazji świąt: Zwycięstwa nad faszyzmem – 9 Maja, Wybuchu Wojny – 1 Września i Bitwy pod Lenino – 12 Października, organizował Michał uroczystości, gromadzące wielu zapraszanych gości, przyjaciół i znajomych.

Honorowymi gośćmi byli przedstawiciele Ambasad: Rosji, Białorusi i Ukrainy do czasu krwawych wydarzeń w Kijowie, a także przedstawiciele Niemiec. Szczególnymi gośćmi był wnuk Marszałka Rokossowskiego ze swą rodziną z Moskwy. Takie spotkania nie mogły umknąć uwadze i ocenie władz.

Podczas uroczystości 12 maja 2019 r. Gospodarz Muzeum poinformował nas, że dzień wcześniej wizytę w Uniejowicach złożył Prezydent Legnicy i decyzja o przeniesieniu Pomnika do tzw. „Lapidarium” na Cmentarzu Żołnierzy Radzieckich w Legnicy została już podjęta. Jednak po rozpoczęciu uroczystości o decyzji tej oficjalnie zakomunikował wszystkim zebranym prowadzący uroczystość oficer w mundurze pułkownika, tytułowany jako „generał”.

Nasza opinia była jednoznaczna – władza nie chce, aby spotkania w Uniejowicach odbywały się nadal i aby uczestnicy, składając kwiaty i salutując, oddawali hołd takiej historycznej postaci jak Marszałek Rokossowski oraz Generał Świerczewski.

W dniu 10.06.2019 r. wystosowaliśmy do Prezydenta Legnicy pismo (nr L.Dz. ZG/36/2019). W jego treści postawiliśmy pytanie, czy jest prawdą, że 11.05.2019 r. Prezydent Legnicy przekazał Michałowi Sabadachowi decyzję o przeniesieniu Pomnika Marszałka K. Rokossowskiego z Muzeum w Uniejowicach do „Lapidarium”. Zadaliśmy pytanie, jaką przyszłość widzi Prezydent wobec pozostałych eksponatów Muzeum w Uniejowicach. Przywołaliśmy wydarzenie z 2018 roku, o jakim donosiła prasa krajowa, kiedy to „Lapidarium” w Legnicy zostało zdewastowane, a „sprawcy nie zostali wykryci”. Wyraziliśmy obawę, że w kolejnym akcie dewastacji pierwszym z obiektów zniszczonych w „Lapidarium” będzie Pomnik Marszałka Rokossowskiego.

Postawiliśmy pytanie, czy Pan Prezydent ma tę świadomość oraz czy i komu o to chodzi. Zaakcentowaliśmy, że dotychczas Uniejowice – jako miejsce odwiedzin szerokiej rzeszy Polaków uznających Piastowskie Ziemie Odzyskane za naszą Polską Ojcowiznę – stanowiły na tych Ziemiach centrum skupiające, w imię utrwalania jedności i spójności narodowej, społeczeństwo Polaków mieszkające nie tylko na tych Ziemiach lecz i w innych regionach Polski. Dla wszystkich Rodaków Uniejowice stanowiły do tej pory symbol trwania całej Polskości. Decyzja o przeniesieniu Pomnika stworzy na Ziemiach Odzyskanych społeczną pustkę, a w skali Polski staje się precedensem początkującym likwidację takich miejsc.

W słowie końcowym zaakcentowaliśmy, iż odpowiedzialność za ekspozycję i ochronę Pomnika Marszałka Konstantego Rokossowskiego spoczywa na Prezydencie Legnicy. Wyraziliśmy także nadzieję na samoświadomość historycznej uczciwości Pana Prezydenta.

Odpowiedzi Prezydenta Legnicy nie otrzymaliśmy, natomiast z dniem 30.08.2019 r. udzielił jej Dyrektor Muzeum Miedzi w Legnicy (l.dz.1111/2019). Autor poinformował, że wolę przeniesienia Pomnika wyraziły władze Miasta i Muzeum, gdyż „Lapidarium” Cmentarza będzie miejscem właściwym dla wywołania pozytywnych refleksji historycznych. Autor wyraża zdziwienie, że Pomnik Marszałka Rokossowskiego miał być przekazany M. Sabadachowi przez opuszczające Polskę wojska radzieckie, gdyż powstał on ze składek społecznych Strony Polskiej. W opinii Stowarzyszenia Spadkobierców, ze względu na niejednoznaczność różniących się źródeł tych informacji, sprawa ta jest możliwa po wyjaśnieniu ze Stroną Rosyjską. W zakresie innych pamiątek będących na stanie Muzeum w Uniejowicach, Muzeum Miedzi oczekiwać będzie decyzji M. Sabadacha.

W piśmie do Prezydenta Legnicy wskazywaliśmy na zmianę postawy Michała Sabadacha, sprawiającego wrażenie człowieka osaczonego i bezwolnie wypełniającego polecenia ludzi nieprzyjaznych działaniom, jakie to On od wielu lat z sukcesem realizował. Przewidując zagrożenie dla istnienia Pomnika Marszałka po przeniesieniu z prywatnego terenu w Uniejowicach, proponowaliśmy trzy inne, również prywatne, lokalizacje na terenie Polski oraz zachęcaliśmy do przekazania Pomnika do Muzeum Twierdzy Brześć. Wszystkie te propozycje M. Sabadach odrzucał.

Dziś mamy sytuację jednoznaczną – brutalny akt współczesnego bezprawia i barbarzyństwa. Czynu tego nie dokonali amatorzy – bezrobotne pijaczki z Legnicy i okolic – gdyż porzucenie głównej części obelisku w szczerym polu wskazuje, że stawką nie była sprzedaż drogiego złomu z brązu. Czynu tego dokonali zawodowcy na specjalne polecenie. Tak jak w 2018 roku, tak i teraz sprawcy nie zostaną wykryci, gdyż aktualnie sprawującym władze w Polsce zależy na coraz intensywniejszym podgrzewaniu wrogości do Rosji i doprowadzeniu do konfliktu zbrojnego Polski z Rosją.

Naród Polski należy jeszcze bardzie podzielić i poróżnić, po to aby zmobilizować maksymalny kontyngent najtańszego „polskiego mięsa armatniego”. Aktualnie sprawujący władze w Polsce nie posklejają rozdartej, potarganej Ojczyzny…

My – dzieci i wnuki Polskich Kombatantów II wojny światowej wszystkich frontów i wszystkich ugrupowań, zjednoczeni w działaniach antywojennych – apelujemy do Polskich Matek:

– Nie pozwólcie swym Dzieciom angażować się w żadną wojnę! – Wojna to nabijanie portfeli, to czysty zysk dla wywołujących wojny! – Nie pozwólcie angażować się w głoszone przez politykierów hasła, że „Zaszczytem jest polec na Polu Chwaly”! – Wojna to zawsze tragedie osobiste uczciwych ludzi! – Żyjmy w pokoju!

Prezes Zarząd Głównego – Roland Dubowski
Członek Prezydium ZG – Jan Gazarkiewicz
Członek Prezydium ZG – Wojciech Samborski
Członek Prezydium ZG – Krzysztof Teliczan
Prezes Honorowy, Przewodniczący Komisji Zagranicznej – Tadeusz Kowalczyk

Do wiadomości:
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.
Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.
Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej.
Ogólnopolski Związek Żołnierzy Batalionów Chłopskich.
Związek Inwalidów Wojennych RP.
Polskie media.
Michał Sabadach w Uniejowicach.
Prezydent Legnicy.
Dyrektor Muzeum Miedzi w Legnicy.
Ambasada Federacji Rosyjskiej.
Wnuk Marszałka Konstantego Rokossowskiego.
Muzeum Twierdzy Brześć Federacji Rosyjskiej.
Ambasada Republiki Białoruś.
W załączeniu:
Pismo do Prezydenta Legnicy nr L.Dz. ZG/36/2019 z dnia 10.06.2019.
Pismo od Dyrektora Muzeum Miedzi w Legnicy nr l.dz.1111/2019 z dnia 30.08.2019.

Przerwana dekada

Nigdy nie piliśmy tyle wódki, nie jedliśmy tyle masła, nie słodziliśmy taką ilością cukru i nie wypalaliśmy tylu papierosów, jak w ostatnim roku Gierka. A do tego wszystkie granice były do przekroczenia jedynie na dowód osobisty z odpowiednią pieczątką. Polak potrafił!

Gdy czyta się dziś te gusowskie dane, a wtedy miało się na tyle lat, żeby wiedzieć o co wokół biega, a w dodatku nie mieszkało się na Śląsku, w Warszawie, albo innym mieście wojewódzkim, to ma się dziwne wrażenie, że ktoś poważnie traktuje cyferki, które powstały tylko by potwierdzać tezy ówczesnej władzy.

Byt określa świadomość

Jak bowiem interpretować dane mówiące, że w 1980 roku każdy z nas jadł tyle mięsa co dziś? Na prowincji szynkę oglądano tylko w „Potopie” Hoffmana. Żeby ją kupić, trzeba było nawiedzić duże miasto. Tak naprawdę, sklepy oferowały tam jedynie, co pośledniejsze fragmenty umięśnienia zabitych świń i krów, zaś w ladach z wędliną królowały pasztetowa i kaszanka.

Od sierpnia 1976 roku cukier był na kartki. Przypadało po 2 kg na osobę i kosztował 10,50 zł. Jak komuś było mało, to mógł doopatrzyć się w sklepie komercyjnym, ale już za 26 zł za kilogram.

Z dzisiejszej perspektywy, 2 kilo cukru na łeb, wydaje się ilością nie do przesłodzenia, ale trzeba pamiętać, że wtedy ludność pracująca miast i wsi zajmowała się masowo przerabianiem owoców na przetwory i domowym wypiekiem ciast. A najśmieszniejsze jest to, że gdyby wtedy i teraz podzielić cały cukier, przeznaczony do sprzedaży dla konsumentów indywidualnych i przemysłu, na statystyczną głowę, to wyjdzie, że zużywamy go niemal tyle samo.

W początkach roku 1980 bimber był wspomnieniem. Nie opłacało się go pędzić, bo Polski Monopol Spirytusowy zapewniał ciągłe dostawy gorzały i spirytusu. Naród skwapliwie z tego korzystał, osiągając wynik ok. 15 litrów wódki na przeciętnego Polaka w wieku od 0 do 100 lat. Cena pół litra wynosiła wówczas 120 zł.

Na żarcie 33 lata temu szło 23 procent zarobków. Na alkohol 14 procent. Może ta ostatnia dana wpływa na dziwny sentyment do czasów Gierka? Procenty zaburzają wszak postrzeganie.

Średnie zarobki w tamtych czasach to nieco ponad 5 tys. zł. Czarnorynkowy dolar był do nabycia za 120 zł. Flaszka „Wyborowej” w „Pewexie” kosztowała 95 centów, a Levisy, czy Wranglery 18 dolców, chyba, że trafiło się na promocję po 11. Oczywiście sklepy „Pewexu” też były tylko w dużych miastach. Tyle, że z dojazdem tam nie było żadnych problemów.

Według dzisiejszych ekologów PRL, z jego komunikacją publiczną, jest niedościgłym wzorcem. Autobusy dojeżdżały do każdej pipidówy. Zakłady pracy przywoziły i odwoziły chłoporobotników pod ich zagrody. Ceny biletów w PKS i PKP były bardziej niż przystępne. O komunikacji miejskiej nie wspominając.

Prymat ekologii w transporcie przejawiał się też w cenach rowerów. Za jedną wypłatę można było sobie sprawić trzy bicykle. Na rocznego Poloneza zaś (rocznego, bo na nówkę trzeba było mieć talon) trzeba było odkładać 100 procent zarobków przez 5 lat.

Ekologia ta nie przekładała się jednak na wskaźniki zdrowotne. Według Światowej Organizacji Zdrowia w drugiej połowie lat 70. w Polsce zaczęła rosnąć śmiertelność, osiągając maksimum w 1980. Dotyczyło to zwłaszcza mężczyzn w wieku 45-55 lat. Za główne przyczyny tego stanu uznano zanieczyszczenie środowiska, złe warunki pracy, przeludnione mieszkania, alkoholizm, złą dietę i pogorszenie się opieki medycznej.

Rzecz jasna, takie oceny do przeciętnego Polaka nie miały prawa trafiać. Dbał o to Urząd Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk, czyli cenzura. Działała ona jednak, jak wszystko w tych czasach – tak sobie. Zabraniała wydawać oficjalnie Andrzejewskiego, a puściła „Człowieka z marmuru”. Blokowała informacje o zanieczyszczeniu środowiska, ale nie miała oporów względem wyrywaniu murom zębów krat przez Jacka Kaczmarskiego. Zakazała puszczania w radiu „Rasputina” Boney M, ale przymknęła oko na „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” Barei.

Oficjalna propaganda robiła władzy ludowej krzywdę. Wmówiła ludziom, że Polska jest dziesiątą potęgą przemysłową świata, a ludzie w to uwierzyli. I gdy wyjeżdżając na dowód osobisty do Budapesztu widzieli w tamtejszych sklepach Wranglery za forinty, w Czechosłowacji, półki sklepów mięsnych uginające się od wędlin, a w NRD szampon „Grune Apfel” i buty „Salamander”, to najzwyczajniej w świecie się wkurwiali.

Zaczęli jechać po ekscesach młodego Jaroszewicza, wymyślać przeloty Gierkowej do paryskich fryzjerni i przypierdalać się do zaopatrzenia sklepików w Komitetach Wojewódzkich. Tłumaczyli nawet z węgierskiego sformułowanie „edziogierek” co miało znaczyć bieda z nędzą.

Jako dzieci socjalizmu, Polacy przełomu lat 70 – 80-tych mieli wpojony egalitaryzm i nagle dostrzegli, że ci przy korycie mają więcej i mogą więcej.

Nadbudowa przerasta bazę

Politycznie, ostatni rok Gierka zaczął się tuż po odbębnieniu przez Wojtyłę, w czerwcu 1979 roku, wycieczki do Polski. Papieski wojaż dołożył się do, spowodowanego zimą stulecia, ponad miesięcznego przestoju gospodarki. Efektem tych dwu klęsk żywiołowych było to, że pierwszy raz po wojnie, PRL-owski PKB, zanurkował pod kreskę.

Wychwalacze „przerwanej dekady” opowiadają o wielkim skoku cywilizacyjnym, po roku 70-tym. O budowie niemal 600 zakładów, elektrowni, Centralnej Magistrali Kolejowej, „gierkówki”, Portu Północnego i 200-300 tysięcy mieszkań rocznie.

Wszystko fajnie, tyle, że fabryki i licencje kupowano w początku lat 70-tych. Przed wybuchem pierwszego powojennego kryzysu w gospodarce światowej, czyli krachu naftowego. Po nim, popyt na produkcję z nowych fabryk walnął się na tyle, że po roku 1976 przestano myśleć o kolejnych kredytowych inwestycjach. Widać było wyraźnie, że robi się coraz większa kicha.

W roku 1979 Polska miała do spłacenia 23 mld dolarów długu. Z tego 3,7 mld dolarów to były kredyty bieżące, handlowe np. na zakup zboża, surowców, które trzeba było od razu spłacić. Długi długookresowe wynosiły 19, 6 mld. dolarów. Same odsetki od nich to mniej więcej tyle ile 25 proc. ówczesnego, polskiego eksportu. Skala długu przerastała zdolność ich obsługi przez państwo, a gospodarka uzależniona od importu, na który ją nie stać, nie była w stanie produkować w dotychczasowej skali.

Ale z drugiej strony, zadłużenie wynosiło jedynie około 43% polskiego PKB. I to bez konstytucyjnej kotwicy zawieszonej na 60 procentach!

Wyznawcy gierkowego geniuszu mówią, że w roku 1980 Zachód nagle nabrał ochoty na polskie produkty. Pojawiły się szanse, by Polska przyspieszyła eksport. Wykorzystano to tylko częściowo, w pierwszej połowie roku. I znowu Polska rosłaby w siłę, a ludzie żyli dostatniej. Niestety rozpoczęły się strajki.

A trzeba przyznać, że miał kto strajkować. W 1970 r. w polskim przemyśle pracowało ok. 3 mln 78 tys. ludzi. Po 10 latach, było ich już ok. 5 mln 245 tys. osób.

Z przemysłu utrzymywało się, wraz z rodzinami, ok. 14-16 mln ludzi, czyli ok. 40 proc. obywateli PRL. Zatrudnienie osiągnęło swój szczyt i nigdy już nie przekroczyło tego poziomu.

W dzisiejszych czasach, gdy rządowi brakuje kaski, to podnosi VAT, PIT czy inną akcyzę. Wtedy takich wynalazków fiskalnych nie było. Jedyna możliwość wydrenowania obywatela tkwiła w cięciu zarobków lub podwyższaniu cen. Podwyżka z roku 1976 zakończyła się jej odwołaniem, Radomiem i powstaniem KOR-u.

W początku 1980 roku władza nie miała dużego pola manewru. Próbowano wykorzystać metodę, dekadę później twórczo rozwiniętą przez Wałęsę. Gierek wymienił zderzak o nazwie Jaroszewicz na taki o nazwie Babiuch. Nic to nie dało. A na dodatek organizujący Igrzyska Olimpijskie towarzysze z Kremla domagali się wrzutki polskiego mięsa do moskiewskich sklepów. Prośbom Breżniewa się nie odmawiało. Na Wschód ruszyły transporty z żarciem. Rynek polski sechł. Na 1 lipca ogłoszono podwyżki cen mięsa. No i się zaczęło.

Opium dla mas

Stanął Lublin, Świdnik, Sanok i Tarnów. Postulaty były proste. Wstrzymać wzrost cen, dać podwyżki i przywrócić wkładkę mięsną w posiłku regeneracyjnym.

Władza dymała do strajkujących i podpisywała co chcieli. Z reguły zgadzała się na 40 proc podwyżki wynagrodzeń żądanych przez protestujących. Strajki gasły. Zaczynały się igrzyska. Dosłownie. Znicz olimpijski płonął na Łużnikach od 19 lipca do 3 sierpnia. Polscy sportowcy zdobywając wiele medali i wykonując gest Kozakiewicza, wyrządzili władzy ludowej niedźwiedzią przysługę. Polacy jeszcze bardziej uwierzyli, że są potęgą i zasługują na więcej.

Po igrzyskach ruszyła kolejna fala strajków i dotarła oczywiście do stoczni. Stoczni, które jak twierdzi Antoni Dudek, istniały tylko dlatego, że uskuteczniały „skrajnie deficytowy eksport statków do ZSRR”.

Strajki trwają, a Gierek coraz mniej. Na nic zdaje się kolejna zmiana premiera. Nic nie pomaga władzy wezwanie przez prymasa Wyszyńskiego robotników do rozsądku i zakończenia strajku. Dochodzi do podpisania porozumień sierpniowo wrześniowych, po czym Edward Gierek dostaje ataku serca i kończy karierę polityczną.

Od tego momentu zaczyna się jego legenda. Początkowo czarna, by z latami i publicystyką Janusza Rolickiego bieleć, czy wręcz błyszczeć. Legenda zaś zaczyna przechodzić w bajki.

Pierwsza jest o dobrym Gierku, co to zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Bajka ta pięknie zgrywa się z tezą samego Gierka, który twierdził, że strajki, które go obaliły były robotą złych ludzi z „esbecji”. Skoro lud tak bardzo kochał swego przywódcę, to czemu rok po jego upadku „Solidarność” liczyła 10 milionów członków? Chcieli obalić Kanię i Jaruzelskiego, aby przywrócić towarzysza Edwarda?

Druga, równie głupia legenda, mówi o tym, że Gierek był tak zamordystyczny, że pod jego koniec wszyscy byli antykomunistami. Więc, gdy przyjechał papież, Polacy się policzyli, przestali lękać i wespół w zespół zmienili oblicze ziemi, tej ziemi. Rzecz jasna, to w ramach tego antykomunizmu, nad bramą Stoczni widniał napis „Proletariusze wszystkich zakładów łączcie się”

Koniec dekady Gierka nie ma jednak nic wspólnego z bajkami. Gierek upadł, bo ludzie widzieli, że budując „Drugą Polskę” staczają się w Trzeci Świat. Upadł, bo zaczęły pojawiać się duże nierówności płacowe. Upadł, bo świetny pi-ar wystarczył tylko na sześć lat.

Ale nade wszystko upadł dlatego, że nie wpadł na pomysł, jak wypchnąć z „zielonej wyspy” kilka milionów ludzi do pracy w Wielkiej Brytanii, Holandii i Norwegii, a tym co zostali wypłacić zasiłki za które zapłacą następne pokolenia.