Torcik na pożarcie dla chudych piesków

Po co w Polsce likwiduje się Ministerstwo Sportu? Po to, żeby w razie potrzeby kupczenia głosami i handlowania parlamentarną większością, móc je z powrotem powołać i obsadzić tam swoich nowych kolegów, niezbędnych do utrzymania władzy. 

Parę tygodni temu, na jednej z imprez, na którą byłem zaproszony, uciąłem sobie miłą pogawędkę z Witoldem Bańką, prezydentem Światowej Agencji Antydopingowej z siedzibą w Montrealu. Witold Bańka był zawodowym sportowcem, trenował lekkoatletykę, biegał w sprincie. Zakończył karierę sportową w 2012 r. Potem poszedł do PR-u, żeby ostatecznie wylądować w dużej polityce. W związku z wyborem na funkcję w światowym sporcie, Witold Bańka zrezygnował z członkostwa w PiS, w którym przebywał od 2016 r. , pełniąc w rządach premierów Szydło i Morawieckiego funkcję Ministra Sportu. W trakcie rozmowy nie odniosłem wrażenia, że Witold Bańka tęskni za partią-matką; więcej napiszę; odniosłem wrażenie, że po wyprowadzce z Polski na daleki Zachód, zatracił pisowski gen napinki i zgubił gdzieś kij, który każdy polityk tej partii instaluje sobie w wiadomym miejscu, zaraz po podpisaniu deklaracji członkowskiej. Rozmowa z Witoldem Bańką byłą miłym i ciekawym doświadczeniem; gadaliśmy o sporcie, o dopingu, o narkotykach w sporcie, o jego pracy, o mojej pracy, o narkotykach w pracy i ani przez chwilę nie czułem, że mam do czynienia z urzędnikiem, co raczej z fajnym gościem, dwa lata młodszym ode mnie, który zna się na tym co mówi i co robi. Bez grama polityki na końcu języka. 

Witold Bańka został wybrany na szefa międzynarodowej organizacji jednogłośnie, jako przedstawiciel 47 krajów członkowskich Rady Europy. Można zatem domniemywać, że żaden pociotek albo kuzyn nie załatwił mu tej fuchy, bo nawet sam pan prezes jest za krótki, żeby przekonać sportową brać ze świata, że to jego człowiek nadaje się najlepiej na eksponowane stanowisko w światowym sporcie, choć, oczywiście, dyplomacji na takim szczeblu pomijać nie można. 

Od czasu Witolda Bańki, Ministerstwem Sportu władała w naszym kraju jeszcze jedna pani, ale po niespełna roku jej podziękowano, a samo ministerstwo przekazano w darze prof. Glińskiemu, w myśl zasady, że skoro ma w swoich rękach kulturę, to może też mieć i kulturę fizyczną, bo to przecież bliskie sobie tematy. Dzisiaj słyszymy, że wracamy do koncepcji wydzielenia Ministerstwa Sportu na powrót. Na jego czele stanie Kamil Bortniczuk, renegat od Gowina, młodszy ode mnie o rok i o rok starszy od Witolda Bańki. Kamil Bortniczuk grał kiedyś w piłkę w klubie z Głuchołaz, z którym zakończył swoją przygodę ze sportem na piątym poziomie rozgrywkowym (chyba, bo to się zmienia, i nie wiem, czy A-klasa to piąta czy szósta liga, ale niech minister-elekt ma, na zachętę). Jego zastępcą ma zostać Łukasz Mejza, polityk młodszy ode mnie o 9 lat, a od swojego szefa o 8. Urodzony w 1991 r. Ł. Mejza na swoich socialach chwali się, że ma w domu minisiłownię, z której regularnie korzysta, w celu konserwacji swojej tężyzny fizycznej, co akurat bardzo pochwalam, zwłaszcza kiedy patrzę na wiszący kałdun prezesa i marszałka Terleckiego. Więcej poseł Mejza, który został posłem po zmarłej Jolancie Fedak, o swoich sportowych zamiłowaniach nie pisze. Można odnieść wrażenie, że ma jednak w sobie iście sportowe zacięcie i hart ducha, bo gdy patrzy się na jego krótki, acz treściwy, polityczny życiorys, można odnieść wrażenie, że pasmo porażek, którymi go wypełniał i złych wyborów, których dokonywał, przeplatał niewiarygodnym szczęściem, pozwalającym mu zawsze spadać na cztery łapy, a w tym wypadku, nawet sam minister Bańka wie, że w sporcie szczęście jest równie ważne jak czysta, dopingowa próbka. 

Czym jest zatem Ministerstwo Sportu w rządach PiS? Prezentem, który się dostaje, kiedy nie można dać obdarowanemu już nic lepszego, bo nikt nie chce oddać swojego kawałka tortu, a głupio tak, żeby na przyjęciu zaproszony gość jadł tylko sałatkę, nawet najbardziej fit, kiedy dookoła reszta opycha się prosiakami, aż im tłuszcz kapie po brodach; tyle tego jest, że nie do przejedzenia. Złośliwi powiedzą, że Ministerstwo Sportu to zwykła łapówka dla Bielana. Mata gołodupki swój ogródeczek i podnosić mi szybciutko rączki jak Wasz Pan wam, kmioty każe…ale ja nie jestem złośliwy i dlatego tak nie napiszę. 

Nie pamiętam, czy na przyjęciu jedliśmy z Wiktorem Bańką tort. Możliwe, bo w końcu to były nie byle jakie urodziny. Coś na pewno piliśmy. Co pił Bańka nie wiem, ale wiem, że na pewno mniej niż ja. Czy napiłbym się z Bortniczukiem? Pewnie tak, ale raczej tego nie zrobię. Z tej prostej przyczyny, że nikt na serio nigdy nigdzie go nie zaprosi. 

Sprostowanie do prasowego wywiadu

Starym jak świat i podstawowym wymogiem wszelkich dziennikarskich wywiadów jest prowadzenie ich nie na kolanach przed interlokutorem, a nadto do takiej rozmowy należy się przygotować.

Również wiedzieć warto, że zbyt często nasz rozmówca (a polityków dotyczy to najczęściej) prezentując swoją byłą działalność widzi ją w różowych okularach rozmijając się z prawdą bądź ją w opaczny sposób tłumacząc. Wszystkie te grzechy przypisać można tekstowi Jarka Ważnego pt. „Człowiek do zadań specjalnych” – rozmowa ze Zbigniewem Szałajdą („Trybuna”, 13.10. 2021). 

Poważna polemika z licznymi fragmentami wypowiedzi Szałajdy – osoby z „grona technokratów”, człowieka niedocenionego i pomijanego w ważących pomysłach zaprzeczających także idei  Okrągłego Stołu, nadto obdarzającego liczne grono swoich współtowarzyszy różnymi epitetami – wymagałaby by wielu dziennikowych stron.  Czasem lepiej i skuteczniej zastąpić ją przypomnieniem wydarzenia, o którym wspominam w jednej z moich książek.

„Wojciech Jaruzelski ze szczególną uwagą śledził audycje informacyjne 

TV i tego właśnie popołudnia wczesną jesienią 1988 roku oglądał „Teleekspres”, w którym wicepremier Zbigniew Szałajda, będący w fabryce papieru, 

długo rozwodził się nad skomplikowaną produkcją papieru toaletowego, 

co w zamyśle miało zapewne wytłumaczyć braki tego artykułu na rynku. 

Ja też oglądałem to wystąpienie i po prostu śmiałem się, ale za chwilę nie 

bardzo było mi do śmiechu. „Łączę rozmowę z generałem”, i po chwili 

usłyszałem ostrą krytykę wystąpienia Szałajdy oraz pretensje, dlaczego 

powyższe zostało wyemitowane (byłem wtedy kierownikiem Wydziału Propagandy KC PZPR – Sł. T.)). Zgadzając się z oceną Generała, odpowiedziałem, że nie jestem w stanie kontrolować wystąpień wicepremierów. Powinni sami wiedzieć, co mówią.”

Rady są więc takie: dla p. Szałajdy więcej umiaru w tym rozpędzaniu się o swoich zasługach; dla p. Ważnego dostrzeżenie zasadniczej różnicy miedzy zbudowanymi Portem Północnym, Hutą Katowice i fabrykami domów, a przekopem Mierzei Wiślanej i Centralnym Portem Komunikacyjnym.

Nasza kochana suwerenność

Mój zaprzyjaźniony Nurek Śmietnikowy prosił mnie ostatnio, abym spróbował przystępnie opisać, co właściwie powoduje pogorszenie naszych stosunków z Unią Europejską, której przecież jesteśmy członkami z własnej woli i chęci. W naszej podwarszawskiej miejscowości ma opinię znakomitego komentatora politycznego i w czasie wizyt w śmietnikach i zabaw z zaprzyjaźnionymi psami, mieszkańcy często go o to pytają.

Pan Nurek jest dla mnie autorytetem, więc niechętnie postanowiłem wykonać to zadanie.

Dobre czasy

Przez kilkanaście lat otrzymywaliśmy z Unii znacznie więcej, niż do niej wkładaliśmy. Materialne efekty tej „wymiany” widać niemal w każdej miejscowości. Korzystaliśmy z ułatwień nawiązywania współpracy technologicznej i wymiany handlowej w ramach Unii, jeździliśmy po Europie bez granicznych formalności i nawet bez paszportów. Nasi Rodacy byli i są bardzo ważnymi urzędnikami Unii. Powoli, ale konsekwentnie, dołączaliśmy d grupy krajów wywierających największy wpływ na jej działania i politykę.

To wszystko składało się na dobrą atmosferę, która nagle zaczęła się psuć w końcówce 2020 i w 2021 roku. 

Dlaczego?

Rząd PISu i jego mentor postawili sobie za cel doprowadzenie Polski do „dobrej zmiany” w niemal wszystkich dziedzinach funkcjonowania państwa. Przypuszczam, że mieli jakiś wymyślony w czasie nieprzespanych nocy wzorzec, który wymagał wprowadzenia autokracji, z elementami narodowego socjalizmu. Autokracja była niezbędną p[odstawą nowego ustroju, ponieważ Mentor wierzy tylko w swoją mądrość i nieomylność.  Zbliżanie się do tego celu oznaczało odejście od trójpodziału władzy i stopniowe przejęcie wszystkich jej części przez rządzącą partię. Autokracja w doświadczeniach europejskich zawsze stopniowo przekształcała się w dyktaturę, więc przyszłość wydawała się twórcom pomysłu jasna i zdyscyplinowana.

 Niemiłe złego początki

Inne kraje Unii i jej „centrum zarządzające” spoglądały na te zmiany z niepokojem i podejrzliwością, ale nie podejmowały żadnych „twardych” działań. Wychodziły z założenia, że dopóki Polska będzie przestrzegać unijnych praw, a szczególnie wykonywać wyroki jej trybunałów, to jeszcze jej działania nie naruszają podstaw funkcjonowania Unii. A wyrokami można korygować największe, popełniane przez Polskę, błędy. 

Sytuacja uległa jednak zmianie z chwilą, gdy Polska oficjalnie zwątpiła w słuszność wydawanych wyroków – zwłaszcza tych, które obciążały ją karami finansowymi. Szczególnie dwie takie sprawy zainteresowały i trochę rozbawiły Europę. Jeden z wyroków nakazywał zaprzestanie działania dodatkowo powołanej izby Sądu Najwyższego, zwanej Dyscyplinarną. Miała ona karać nieposłusznych sędziów, zbyt poważnie traktujących ich niezależność, niezawisłość i immunitet.  Nowa izba mogła przerywać ich pracę, nakazowo przenosić w inne regiony kraju, obniżać ich zarobki. Międzynarodowy Trybunał uznał, że ta izba de facto nie jest sądem i została utworzona z naruszeniem prawa. Za każdy dzień jej dalszego funkcjonowania Polska ma zapłacić wysoką karę.

Druga sprawa, w kawiarnianych rozmowach prawników w Europie, stała się tematem niewybrednych żartów.  Polska ma historycznie, kulturowo i językowo bliskiego sąsiada – Republikę Czeską. Rząd PISu nawet z nią wywołał konflikt.

Niemal na samej granicy, w rejonie miejscowości Bogatynia, pracuje kopalnia węgla brunatnego Turów i wykorzystująca ten węgiel, elektrownia. Czesi od wielu lat alarmowali, że kopalnia coraz bardziej zaburza gospodarkę wodną regionu, powoduje obniżanie poziomu wód gruntowych, zanieczyszcza wodę i zakłóca zasilanie w nią okolicznych miejscowości. Podobne pretensje zgłaszali Niemcy, a ściślej terenowe władze Saksonii. Polska nie reagowała, więc Czesi poskarżyli się w UE. Unijny Trybunał Sprawiedliwości polecił wstrzymać pracę kopalni i przeprowadzić międzypaństwowe negocjacje, ustalające formę i skalę odszkodowań, oraz określające przyszłość kopalni i elektrowni. Dla Polski kombinat Turów jest ważny, bo zaspakaja ok. 5% popytu na energię i zatrudnia kilka tysięcy ludzi.

Negocjacje trwają z przerwami, ale nie dają wyniku. Turów nie przerwał pracy, więc Trybunał nałożył kary za każdy dzień jej kontynuowania, po wyroku nakazującym przerwanie działalności. 

Te dwie „sprawy” niezwykle podgrzały atmosferę naszych stosunków z komisją zarządzającą Unii. Niemal do stanu wrzenia doprowadził je jednak wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który na wniosek premiera orzekł, że prawo krajowe oparte na naszej konstytucji jest ważniejsze niż prawo Unii, mimo, że podpisaliśmy odpowiednie traktaty zobowiązujące nas do jego stosowania. Eo Ipso – nie będziemy wykonywać wyroków unijnych trybunałów, jeśli – naszym zdaniem – są sprzeczne w konstytucją i nam się nie podobają. A więc także tych, które wymagają od nas płacenia jakiś nieuzasadnionych kar!

Powstał więc w relacjach z administracją Unii trudny do rozwiązania węzełek prawny, a nie mamy Aleksandra Macedońskiego, który by go przeciął ostrym mieczem. Wobec tego panuje stan sporu i oczekiwania na nowe decyzje.

Zapewniłem mego przyjaciela, nurka śmietnikowego, że w zasadzie wszyscy obywatele znają tą historię, zwłaszcza zaprezentowaną w takim uproszczeniu, na jakie sobie pozwoliłem. Powiedział, że to nieprawda.  Gazety czyta niewielu naszych mieszkańców, władza miesza im w głowach publiczną telewizją i znaczna ich część jest przekonana, że pogorszenie stosunków, to tylko efekt złośliwości urzędników Unii. Bo oni koniecznie chcą doprowadzić do tego, abyśmy stracili suwerenność i o wszystko musieli prosić, znowu klęcząc na bolących kolanach.

Nie oddamy suwerenności! 

Na tło tego sporu nakładają się więc tłumaczenia miłościwie panującej nam władzy, która – oczywiście -winę psucia stosunków widzi tylko po przeciwnej stronie. Zarzuty braku kompetencji, nieznajomości prawa, nielegalnego wtrącania się w nasze wewnętrzne sprawy, płyną nieprzetrwanym strumieniem z ust członków rządu i aktywu rządzącej partii. Coraz dosadniej i coraz częściej spina je właśnie zarzut prób ograniczania naszej suwerenności. Suwerenności dumnego państwa Słowian, zjednoczonych przez Mieszka Pierwszego. Wprawdzie to było tylko kilka plemion, bo inne stworzyły państwa Czechów, Słowaków, Ukraińców i Rusinów, ale nasze było geograficznie najbardziej zachodnie i musiało bez przerwy walczyć z Germanami. Utrzymaliśmy jednak naszą suwerenność i nie dopuścimy do tego, aby ktoś dyktował nam nasze prawa i ośmielał się coś nakazywać lub zakazywać. 

     Już widzę tych, którzy będą na mnie „wieszać psy” i nazwą odszczepieńcem. Staram się bowiem zachować stosowną powagę, ale – niestety – pojmowanie suwerenności w pisowskim wydaniu, od dawna budzi mój chichot. We współczesnym świecie  nie ma już takiej, wymarzonej, pełnej suwerenności, czyli sytuacji, w której suweren może robić co chce, nie oglądając się na innych. Nawet USA, najsilniejsze militarnie państwo tego świata, musi przed podjęciem ważnych decyzji brać pod uwagę, co na to powiedzą Chiny, Rosja, Unia Europejska a nawet Korea Północna. Człowiek, teoretycznie mikrosuweren, decydujący o swoim życiu, zobowiązuje się do określonych zachowań wstępując do jakiegoś klubu, a nawet wsiadając do pociągu czy samolotu. Nikt się nie dziwi, że w pociągu nie wolno się wychylać z okien w czasie jazdy i palić papierosów w przedziałach „dla niepalących”, a w samolocie zaglądać do kabiny pilotów.

Wstępując do Unii Europejskiej podpisaliśmy traktaty w pewnych sprawach nie tyle ograniczające naszą suwerenność, ile zobowiązujące do przestrzegania unijnych zasad współpracy i unijnego prawa, To przeszkadza obecnej władzy, marzącej o przestrzeganiu prawa wyłącznie takiego, jakie sama ustala. Przesiąknięci głęboką megalomanią dowódcy tej władzy byli przekonani, że naród podziela ich marzenia o władzy autokratycznej, która nikomu i z niczego nie musi się tłumaczyć. Aby to osiągnąć byli nawet gotowi wyjść z Unii Europejskiej. To błąd. Manifestacje w całym kraju, jakie odbyły się 10 października 3021 dowiodły, że naród ma inne zdanie. Chce być w Unii i chyba jest nawet gotowy, na dalszą jej federalizację. Dowiodły też, że znaczna część elektoratu chce się z obecną władzą pożegnać. I to możliwie jak najszybciej.

Pan Nurek Śmietnikowy wziął ten tekst na pendrivie, przeniósł go do znalezionego w śmietniku starego i uszkodzonego laptopa i powielił na również znalezionej drukarce Siemensa. Rozdaje egzemplarze tym okolicznym mieszkańcom, którzy wciągają go w polityczne dyskusje. Udzielił mi pochwały, którą jestem niezwykle usatysfakcjonowany, To w końcu jakaś część głosu ludu – czyli właśnie suwerena. 

Stanowisko RN Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie wyroku TK

Członkowie Polskiej partii Socjalistycznej stanowczo oświadczają, że uczynią wszystko co możliwe, aby „tłuste koty” z PiS nie karmiły się kosztem drastycznego biednienia większości społeczeństwa.

Taki scenariusz wynika z wyroku Trybunału Konstytucyjnego uznającego nadrzędność polskiej Konstytucji nad prawem unijnym. Wyrok ten fałszuje rzeczywistość, bowiem wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nie dotyczą zapisów polskiej konstytucji, lecz ustaw wydanych na podstawie stronniczej i dowolnej jej interpretacji. Dobrowolnie zgodziliśmy się na zapis, że prawo unijne ma pierwszeństwo przed takimi ustawami. Stwierdzał to kilkakrotnie Trybunał Konstytucyjny, gdy był jeszcze prawdziwym i demokratycznie powołanym Trybunałem. 

Nie może tego negować Trybunał powołany z naruszeniem zapisów konstytucyjnych.

Całkowicie nie zgadzamy się z poglądem rządzących, że wyroki TSUE naruszają naszą suwerenność, przeciwnie służą one umacnianiu poczucia przynależności do wspólnoty, w której obowiązuje praworządność, a nie manipulacje mające na celu umocnienie władzy i stworzenie warunków do manipulowania w przyszłości Prawem Wyborczym. Jesteśmy i pozostaniemy wierni przekonaniu, że wybory to wybór społeczeństwa, nie zmanipulowanego fałszywym przekazem medialnym i „cudami nad urną”.

Wielokrotnie wygłaszane przez rządzących kłamstwa dotyczące sytuacji gospodarczej, wskazują, że Polska bez wsparcia unijnego związanego z przyjęciem Nowego Ładu i powiązania go z kwestią praworządności, przez dziesięciolecia odrabiać będzie straty gospodarcze wynikające z pandemii, ale także nieudolnej polityki gospodarczej prowadzonej w latach 2015- 2020 nastawionej nie na rozwój całego społeczeństwa, lecz „kupowanie” wybranych jego grup, a także tworzenie dobrobytu dla ludzi związanych z władzą.

Łukaszenka pod sąd, talibowie bezkarni

Szewc Fabisiak już raz zwracał uwagę na nierówne traktowanie sił rządzących na Białorusi i w Afganistanie. Obecnie coraz liczniejsze są dowody na to, że owa nierówność się pogłębia z przechyłem na korzyść talibów.

To, że Łukaszenka ma w Europie przechlapane wiadomo było jeszcze przed wybuchem przed rokiem społecznych protestów. Nieprzypadkowo nazywany był ostatnim dyktatorem w Europie mimo tego, że taki Erdoğan stosuje jeszcze dalej idące restrykcje wobec swoich politycznych oponentów i przy tym bardziej nienawidzi swoich Kurdów niż Łukaszenka jednego z dwóch związków zrzeszających białoruskich Polaków.

Wydawałoby się też, że przechlapane będzie mieć Taliban po siłowym przejęciu władzy. Takie przynajmniej były deklaracje wygłaszane przez światowch polityków. Kiedy jednak władza talibów stała się faktem, to nagle okazało się, że należy z nimi gadać a to na temat pomocy w ewakuacji cudzoziemców i rodzimych kolaborantów, a to w kwestii pomocy humanitarnej dla cierpiącej ludności a przede wszystkim w nadziei znalezienia sobie w Kabulu sojusznika w zwalczaniu innych islamskich ekstremistów. I w tym momencie mniej ważne stają się takie fakty, jak wprowadzanie restrykcyjnego prawa muzułmańskiego, dyskryminacja kobiet i mniejszości narodowych, zakładanie kagańca na środki masowego przekazu a nawet zabijanie bez sądu cywilów – zauważa szewc Fabisiak. 

Tak się bowiem złożyło, że specjalny wysłannik brytyjskiego MSZ konferował z przedstawicielami Talibanu w dniu, kiedy Amnesty International podała w świat informację o tym, że talibowie dokonali bez sądu egzekucji 13 osób narodowości hazarskiej, a wśród nich 11 byłych funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa. Przy czym talibowie nie zajmowali sobie głowy jakimiś procedurami sądowymi i po prostu ich zamordowali. Na tę zbrodnię nie było żadnej reakcji ze strony tzw. cywilizowanego świata. Co więcej, po rozmowach ze stroną brytyjską rzecznik talibańskiego MSZ zaznaczył, że dwustronne rozmowy ogniskowały się wokół ożywienia stosunków dyplomatycznych między obu krajami, zaś przedstawiciel brytyjskiej ambasady oświadczył jedynie, że Afganistan stoi w obliczu trudnych wyzwań o czym i tak wszyscy wiedzą.

Z talibami dogaduje się nie tylko pozaunijna już Wielka Brytania, lecz także jak najbardziej unijne Niemcy. W ostatnich dniach rozmowy z Talibanem odbyła niemiecka delegacja a ponadto szykowane jest spotkanie w Katarze z oficjalnymi przedstawicielami Unii Europejskiej. Jak zaznaczyła rzeczniczka UE Nabila Massrali, rozmowy będą miały na celu jedynie „wymianę informacji na poziomie technicznym” zastrzegając przy tym, że broń boże nie oznacza to uznania przez Unię rządu talibów.

Gdyby na Białorusi dokonano choćby jednej takiej jak w Afganistanie bezprawnej egzekucji, to grzmiałyby o tym wszystkie światowe media a politycy nie szczędziliby słów potępienia. Podejmowano by stosowne rezolucje i nakładano kolejne sankcje. Tymczasem – jak zwraca uwagę szewc Fabisiak – tak niezwykle wyczulony na przestrzeganie praw człowieka Parlament Europejski pominął ten fakt milczeniem. Co tam, że w Afganistanie zabija się ludzi. Ważne, że reżim białoruski trzyma ludzi w więzieniach i skazuje na ponad 10-letnie wyroki, choć ich nie zabija. W tym samym bowiem dniu kiedy świat dowiedział się o zbrodni popełnionej przez talibów, europarlamentarzyści debatowali nad tym czy białoruskiego prezydenta postawić przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Jak uzasadniał to specjalny przedstawiciel ds. praw człowieka UE Eamon Gilmore, procedura taka jest możliwa w przypadku, gdy jakieś państwo nie ma zamiaru bądź nie jest zdolne do przekazania kogoś do dyspozycji Trybunału. A władze białoruskie z pewnością takiego zamiaru nie mają .

Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że optując za osądzeniem  Łukaszenki niektórzy posłowie do PE, jak choćby były premier Litwy Andrius Kubilius czy też niemiecki zielony Sergey Lagodinsky okazali się – jak to się zwykło mówić – bardziej papiescy niż sam papież. Wystarczy porównać ich żądania z wypowiedziami liderki białoruskiej opozycji Swiatłany Cichanouskiej. Otóż  wypowiadała się ona za podjęciem dialogu z przedstawicielami białoruskich władz a siły zewnętrzne widzi w roli mediatora w przypadku ewentualnych negocjacji, gdyby obie białoruskie strony nie mogły dojść do porozumienia. Podkreślała też, że sytuacja na Białorusi jest wewnętrzną sprawą jej kraju i sami Białorusini powinni ten problem rozwiązać. Ostatnio mówiła ona o tym miesiąc temu podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Jednocześnie aby nie przylgnął do niej wizerunek osoby zbyt ugodowej niejako dla równowagi Cichanouskaja wielokrotnie nawoływała do zaostrzenia sankcji wobec Białorusi, co szewc Fabisiak postrzega jako swoiście rozumianą sprzeczność dialektyczną.

Krytyczny – bez względu na ostrze tej krytyki i jej uzasadnienie – stosunek do Aliaksandra Łukaszenki nie może jednak usprawiedliwiać pobłażliwego podejścia do znacznie bardziej represyjnego sposobu sprawowania władzy przez talibów. Znaj proporcje, mocium panie – cytuje klasyka Fredrę szewc Fabisiak.

Człowiek do zadań specjalnych – rozmowa ze Zbigniewem Szałajdą

To był ciekawy wywiad; nie miał z góry ustalonych pytań ani tez; płynął wartko, od czasu do czasu stawiając kropki, wielokropki, wykrzykniki. Rzadko kiedy zaplątał się jakiś znak zapytania. Zbigniew Szałajda, wicepremier w rządzie Wojciecha Jaruzelskiego i Zbigniewa Messnera, ma 87 lat. Wciąż czynny zawodowo, prezesuje firmie z branży przemysłowej. Pojawia się w biurze, dogaduje kontrakty, jeździ za granicę. W zeszłym roku, własnymi siłami wydał autobiografię pt. „Człowiek do zadań specjalnych”. 

Ze Zbigniewem Szałajdą rozmawiamy na kilka dni po wydaniu biografii Mieczysława Rakowskiego, autorstwa Michała Przeperskiego, której promocji IPN, formalny wydawca i pracodawca Przeperskiego, nie chce się podjąć. Pokazuję Z. Szałajdzie okładkę. Na niej uśmiechnięty Rakowski z papierosem. 

Znał Pan dobrze tego człowieka ze zdjęcia?

– No pewnie. On razem z Urbanem mi się wyświetla, kiedy sobie go przypominam. A Urban to jeszcze żyje?

Żyje, całkiem dobrze się ma. Rozmawialiśmy nie tak dawno temu…Panowie rozumiem, też musieliście się dobrze znać. 

– Oczywiście. Tylko, muszę Panu powiedzieć, Urban nie był przez wszystkich w rządzie lubiany. On bardzo szybko wkradł się w łaski Jaruzelskiego, Jaruzelski mu wierzył. Ale Jaruzelski miewał bardzo często niezbadane sympatie i antypatie. Myśmy np. dowiadywali się często na konferencjach Urbana, rzecznika rządu, co rząd zrobił, a bardzo często rząd tego nie robił. Urban cały czas prowadził politykę Jaruzelskiego. Nawet później, kiedy premierem był już Messner, z którym znałem się dużo wcześniej, częstokroć ze zdumieniem komentowaliśmy między sobą, że Urban mówi o rzeczach, których my kompletnie żeśmy nie robili, albo co powinniśmy robić. Poza tym w moim odczuciu, po 1990 roku, on przekroczył pewne etyczne granice; z tym mocnym antyklerykalizmem. Ludzie nie bardzo chcieli tego słuchać.  

A przed 90. rokiem? 

– Nie lubiliśmy go. On, zresztą, z tego co pamiętam, z nikim się nie przyjaźnił. Trzymał się tylko z Mieczysławem Rakowskim, Danielem Passentem…

I jaki ten Rakowski był?

– Z Rakowskim się bardzo dobrze znałem. Przyjaźniliśmy się. On, według mnie, przestał być tym którym powinien być, od momentu, kiedy odszedł z „Polityki”, z funkcji redaktora naczelnego. Bo był do tego momentu przez nas bardzo lubiany i szanowany jako dziennikarz. Natomiast w polityce przez małe „p”, był maksymalnie cyniczny. Siedzieliśmy obok siebie na posiedzeniach Rady Ministrów. Pamiętam, że wtedy on bardzo często dawał Jaruzelskiemu różne propozycje politycznej natury, zazwyczaj chybione. Może chciał się zrehabilitować za stan wojenny, kiedy popełnił kilka błędów; poobrażał robotników w Gdańsku itp. Poza tym pamiętam, że my w takiej małej grupie: Porębski, Barcikowski, ja, Rakowski, Messner, spotykaliśmy się dość często, prywatnie, u Porębskiego. Jego oficer ochrony smażył kotlety, a my troszkę żeśmy tam popijali. To był dla nas wtedy bardzo trudny czas. Pamiętam, że któregoś razu siedziałem obok Rakowskiego i on mówi mi wówczas tak: „Wiesz Zbyszek, ja nie lubię takiego nic; nic się, kurwa, nie dzieje; ja to już bym wolał zamiast tego jakąś wojnę, żeby można się było wykazać, coś robić, a tak, to co my robimy? Trwamy tylko”. Wie Pan, ja jednoznacznej opinii o Rakowskim sobie do dziś nie wyrobiłem, ale wiem jedno: on nic dobrego dla Polski nie zrobił. Rakowski, Urban, Pożoga, wiceminister od Kiszczaka, i Ciosek, który, jakby nawrócił się, nieoficjalnie, na stronę antyjaruzelską, po pobycie w Arłamowie i spotkaniu z Wałęsą, opracowali po stanie wojennym plan, kiedyśmy szukali próby otwarcia na świat, w którym podnosili, że rząd Messnera nie doprowadzi do niczego dobrego i najlepiej byłoby, żeby wszystko w Polsce Ludowej zmienić. A tym, który ma to wszystko zmienić i poprowadzić, ma zostać Mieczysław Rakowski. I Jaruzelski mu uwierzył; uwierzył w to, że Rakowski doprowadzi do sytuacji, w której Polska będzie krajem gospodarki rynkowej, pod parasolem ochronnym Związku Radzieckiego. Jaruzelski przez cały czas wspólnej pracy był pod wrażeniem niezwykłej inteligencji Rakowskiego. Ale ta inteligencja Rakowskiego była na styku opętania przez rządzę władzy; Rakowski marzył o tym, żeby być I sekretarzem i premierem, jak Jaruzelski; on nawet tego nie krył. Pamiętam kiedyś taką sytuację: siedzimy raz z Messnerem w jego gabinecie, kiedy Messner był jeszcze premierem i dzwoni wewnętrzna linia rządowa-widać, pali się czerwona lampka, że dzwoni Jaruzelski, który w pierwszych słowach się odzywa: „Mietku wiesz, mam do Ciebie sprawę…”. A Messner wtedy mówi: „Nie, tu na razie jeszcze Messner a nie Mietek”. Niby nic takiego, ale widać, że spisek był już przygotowywany od dłuższego czasu. 

To był ktoś w tym Waszym towarzystwie, kto się krajowi przysłużył?

– W KC byli partyjni robotnicy, czynownicy i byli ludzie, którzy rozumieli problemy gospodarcze. I takim bardzo trzeźwo myślącym i rozumującym człowiekiem, mającym duży autorytet był Barcikowski. Inny, sekretarz ds. ekonomicznych, Woźniak, z którym też bardzo dobrze się współpracowało. I mnie, jako wicepremierowi, wystarczała współpraca z tymi dwoma ludźmi; nie miałem ani czasu ani potrzeby zasięgać rady czy pomocy od innych. I tak szło też w dół; byli tacy, którzy chcieli współpracować, rozumieli, ale i tacy, którym zawsze coś nie pasowało.  

A potem przyszedł Okrągły Stół i powywracał Wasze mniejsze stoliczki…

– Myśmy uważali, w gronie technokratów, że trzeba zrobić wolne wybory, a Okrągły Stół, to był zbiór ludzi niekompetentnych. Z tamtej strony była reprezentacja silnie polityczna, ale niedojrzała, która nie miała pojęcia, jak się rządzi. Gdyby nas, technokratów, doproszono do obrad Okrągłego Stołu, to my byśmy tak ochoczo rąk do góry nie podnieśli. Nie dlatego, żeby dalej trwać u władzy, ale żeby społeczeństwo zdecydowało. Okrągły Stół, poza oddaniem władzy „Solidarności”, niczego tak naprawdę nie zmienił; nie zaproponował, jaka ta nowa Polska ma być. Ustalił proporcje, oddał kraj w ręce ludzi niedoświadczonych, którzy, być może i chcieli dobrej Polski, ale kompletnie nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. 

Więc się zabrał Mazowiecki z Wałęsą i Michnikiem…

– U Mazowieckiego główną postacią był Balcerowicz. Ja w książce swojej piszę, że to był zły duch dla Polski. On zniszczył polski przemysł, co tu kryć. Mówię o tym z pełną świadomością, bo Balcerowicza poznałem z jak najgorszej strony. Kiedy rząd Messnera upadł, trzeba było coś m.in. ze mną zrobić, a ja, może to zabrzmi nieskromnie, ale jednak byłem wówczas jakąś postacią, której nie można się było ot tak pozbyć. Zaproponowano więc mnie jako zastępcę stałego przedstawiciela, bo Balcerowicz był, jako minister finansów pierwszym, przy RWPG. A żeby mi osłodzić choć odrobinę ten „awans”, uczyniono mnie ambasadorem nadzwyczajnym. Pojechałem do Moskwy na 1,5 roku. To była nawet fajna posada. Wtedy to już odpowiedzialności praktycznie żadnej, duże biuro. Balcerowicz któregoś razu postanowił do mnie, do tej Moskwy, przyjechać. Ja na tę okoliczność przygotowałem rożne rozmowy na wysokim szczeblu, w tym z premierem, cały kalendarz wizyty, jak to się zwykło robić w takich sytuacjach na świecie. On jak przyjechał, to nas wszystkich, pracowników RWPG, ambasady, zebrał w jednym miejscu i oświadczył: „Proszę Państwa, ja tu przyjechał nie po to, żeby ożywiać współpracę gospodarczą. Ja tu przyjechałem, żeby zlikwidować naszą współpracę ze Związkiem Radzieckim, i to zlikwidować tak, żeby ona nigdy nie mogła się odrodzić.” Po takiej deklaracji, to w zasadzie tam nie było już co zbierać. Co nie bądź jeszcze wtedy rozmawiałem na miejscu z Osiatyńskim, ale w zasadzie oni wszyscy byli owładnięci tą ideą, którą Balcerowicz przywiózł od Sachsa z Ameryki. Po tej moskiewskiej deklaracji Balcerowicza byłem któregoś razu, jeszcze jako przedstawiciel RWPG, w Warszawie, i poprosiłem o wizytę u mojego bezpośredniego przełożonego, czyli u Balcerowicza. On mnie przyjął. I na tym spotkaniu pytam go: „Jak to dalej będzie, Panie premierze, bo ja w zasadzie nie wiem czy moja osoba na coś się Polsce jeszcze może przydać. Balcerowicz na to: Szanowny Panie, całą tą gospodarkę, którą wyście wznosili, trzeba zburzyć do fundamentów. Ja na to: I co dalej? Na tym, mówi Balcerowicz, trzeba wybudować nową gospodarkę i nowy przemysł. A kto to będzie finansował, pytam. Amerykanie. A kto będzie to uruchamiał? Amerykanie. A kto będzie zarządzał? Amerykanie. Słucham tego wszystkiego i mówię mu: Panie premierze, to jest ułuda, to jest wszystko nierealne. Nieprawda, mówi Balcerowicz, to jest realne! Może za waszych rządów to było nierealne, ale za naszych wszystko to się uda zrobić. Po jakimś czasie było spotkanie szefów państw grupy RWPG. Ja pojechałem tam wówczas z Mazowieckim. Znałem dobrze rosyjski, poza tym to były zagadnienia gospodarcze, o których też co nie bądź wiedziałem. Chciałem to jeszcze obsłużyć, a mając w pamięci rozmowę z Balcerowiczem sprzed miesiąca albo dwóch, poprosiłem po tym spotkaniu Mazowieckiego o zdymisjonowanie mnie z tej funkcji, bo ja całe życie budowałem, ja się nie nadaję do rujnowania. 

Słuchał Pan Balcerowicza ostatnio? Choćby na Campusie, organizowanym przez Rafała Trzaskowskiego?

– Kiedy ja słucham teraz Balcerowicza, to on nie mówi już tak wyraźnie jak kiedyś. On się teraz wyspecjalizował w krytyce. Nie daje rozwiązań, jak dawniej, ale ustawia się na wygodnych pozycjach recenzenta. Historia, moim zdaniem, nie przyzna mu racji, ale powinniśmy go jednak zapamiętać; jako tego, który miał wyrazistą wizję Polski, ale zupełnie nietrafioną, która przyniosła jej dużo więcej start niż korzyści. W tej wizji Balcerowicza, niszczenia i budowania na gruzach, najbardziej uderza bezsens tego pomysłu. Byłem jakiś czas temu w Hucie Katowice, którą nowe właścicielstwo z ArcelorMittal określa jako swoją perłę w koronie firmy. Mówiłem ludziom, pracownikom, że myśmy nie budowali tego dla Gierka, dla Szałajdy czy dla partii, ale dla Polski, bo wiedzieliśmy, że te dzieła naszych rąk przeżyją nas samych. I burzyć to wszystko i niszczyć? Po co, w jakim celu? 

A co „nowa Polska” postawiła od podstaw na waszych gruzach? 

– Wie Pan, ja to śledzę na bieżąco, interesuje się i nie znam żadnego takiego przykładu, żeby jakąś fabrykę po 90. roku wybudowano, która by stała się konkurencyjna dla gospodarek zachodniej Europy, nie wspominając o Chinach. Był Wrocław i fabryka wagonów, nie ma nic. Był Elbląg i produkcja turbin, które szły na cały świat, teraz w rękach obcego kapitału, podobnie jak hutnictwo, na którym się akurat najlepiej znam. Fakt, zbudowano trochę dróg, co jest plusem, ale to wszystko przecież za unijne dotacje. Porty? Wszystko leży. W Szczecinie stępka się ostała. Kiedy Morawiecki ogłaszał swoje orędzie, to ja powiedziałem, że gdybyśmy siedli z Gorywodą, tym od finansów i wypili pół butelki whisky, to byśmy taki plan w trzy godziny we dwóch opracowali. Bo co mu się z tego sprawdziło? Milion samochodów elektrycznych, gdzie to jest?

A ja tu jednak widzę pewne podobieństwo do Waszych planów. Wy przecież też porywaliście się na wielkie rzeczy; Port Północny, Huta Katowice, fabryki domów-to przecież też były w założeniach megalomańskie projekty. Czym to się w swoim rdzeniu różni od pomysłu na przekop Mierzei Wiślanej czy Centralny Port Komunikacyjny?

– Tak, to prawda, takie były. Ale z tą różnicą, że myśmy te cele zrealizowali. A pomysły Morawieckiego mają uwodzić ludzi, są hasłami wyborczymi, żeby na nich głosowali. 

Może jeszcze zrealizują?

– Kiedy?

Mierzeję przekopują ponoć cały czas…

– Niby tak, ale teraz to wszystko stanęło. Ja coś o tym wiem, bo przy takich wielkich budowlach potrzebne są specjalne, walcowane kształtowniki, a ja mam firmę, która zajmuje się min. handlem wyrobami stalowymi. Huta Katowice takie rzeczy produkuje, ale teraz w ogóle nie ma na to zamówień. A najgorsza jest bezczynność. Tylko co z tego, kiedy nawet nie ma dziś dobrej platformy, żeby to wszystko przypominać i zestawiać tak jak my tu mówimy…

A w Sejmie Lewica nie może być taką, za przeproszeniem, platformą?

– A kto by miał o tym z Lewicy mówić? Czarzasty?

A choćby i On!

– Wie Pan, on jest w tym momencie kompletnie niewiarygodny. On przez całe swoje życie był tylko partyjnym robotnikiem. On nie ma żadnej innej przeszłości. Po tym jak zagłosował razem z PiS-em, w moich oczach tę wiarygodność do reszty utracił. 

A nie przekonuje Pana, że to było głosowanie nad środkami unijnymi, których Polska potrzebowała w covidzie, a pieniądz barw partyjnych nie ma…

– A gdzie są te pieniądze?

Na razie zamrożone…

– A no właśnie. Czarzasty chyba wie, dlaczego są zamrożone i z czego to się wzięło. Należało wtedy zagłosować przeciw i wtedy PiS zrealizować by musiał ten swój ład z tymi poprawkami które wniosła opozycja, a jak nie, to rząd pisowski by upadł i nowy rząd przeprowadziły wszystko od początku, jak należy. Ja wróżę Czarzastemu, że przy takim uprawianiu polityki niebawem nit nie będzie o nim pamiętał. 

A jak się Panu te nowe porządki w Nowej Lewicy podobają?

– W ogóle mi się nie podobają. Jedyna osoba, która jest jako tako wyrazista, to jest pani wicemarszałek Senatu, którą Czarzasty zrugał w sposób urągający godności. Nie dziwota zatem, że Czarzasty nie jest lubiany, bo kto ma lubić człowieka który się tak zachowuje, zwłaszcza w stosunku do kobiet. 

Jeździ Pan czasem w interesach do Chin?

– Parę razy byłem. Raz nawet rozmawiałem z Den Xiaopingiem, jeszcze za premierostwa. Pamiętam, że miał taki charakterystyczny zwyczaj, że co chwilę spluwał do spluwaczki…

Pańskim zdaniem Chiny prześcignęły już USA w wyścigu o palmę pierwszeństwa światowej mocarstwowości?

– Nie. I raczej się to szybko nie stanie, moim zdaniem, bo Stany są budowane na solidnych fundamentach, co prawda 200 letnich, ale porządnych; demokracja, Senat, prezydent, rządy prawa…

A nie sądzi Pan, że to się wszystko sypie na naszych oczach? Widział Pan „człowieka-bizona” szturmującego Kapitol?

– No w porządku, ale mimo tego, Amerykanie porzucili Trumpa i wybrali Bidena…

A co robi Biden teraz? Wyprowadza wojska z Afganistanu. To nie jest porażka Ameryki?

– Bezwzględnie, to jest porażka USA. Ale wie Pan…Trump to nie była moja bajka, a że się wycofali? A co mieli zrobić?

Mogli np. przygotować się na ewakuację, a nie robić to za pięć dwunasta gdy Talib stał u bram Kabulu. 

– To prawda, powinni to starannie przygotować, ale moim zdaniem, tak jak w przypadku Iraku, zawiódł amerykański wywiad. Żeby nie wiedzieć, w jakim tempie przesuwają się wojska nieprzyjaciela przy dzisiejszej technice, dronach, satelitach itp. to po prostu śmieszne. 

Czy pańskim zdaniem, trwanie w sojuszu militarno-gospodarczym z Amerykanami, zwłaszcza pod rządami administracji Bidena, jest dla nas strategicznym wyborem? A jeśli nie, to gdzie szukać partnera?

– Chiny bardzo mocno wchodzą do gry, to widać. W gospodarce są w stanie narzucić ceny, którym żaden podmiot zachodni nie sprosta i zarzucić rynek swoim towarem, z dumpingowymi cenami. Poza tym uważam, że partner tak daleki jak Chiny, podobnie jak USA, nie da nam stabilności, bo jest zwyczajnie zainteresowany najbardziej swoją najbliższą okolicą i w razie niebezpieczeństwa nie pośle tu swoich wojsk. Uważam, że gwarantem na tu i teraz jest dla Polski dobra i mądra współpraca z Unią Europejską, nie judzenie i nie obrażanie bez przerwy Putina, bo to nikomu nie jest potrzebne. Niech Pan zauważy, że żaden rozsądny kraj z Europy tego nie robi, tylko my. Ułożyć sobie z putinowską Rosją poprawne stosunki, zacieśnić współpracę na arenie europejskiej, a Amerykanów traktować jako stróża w NATO, ale nie kupować u nich za miliardy czołgów i samolotów tylko dlatego, że są amerykańskie. Zresztą po co? Putin ma w Królewcu rakiety, które po 10 minutach dolecą do Warszawy. 

Pańskim zdaniem, za parę tygodni, gdy ludzie dostaną nowe prognozy za prąd, rząd się może się wywrócić na tych podwyżkach, jak, nie przymierzając, Messner w 1988?

– To jest zagadka. Dajmy na to: szczepienia. Gdyby rząd wprowadził obowiązek sczepień, to najbardziej dostałby od swojego własnego elektoratu, bo gros tych, którzy nie chcą się szczepić, to wyborcy PiS-u. Najpewniej jednak będzie tak, że PiS powie, że cenom winna Unia, która narzuca kary za emisję CO2 i dlatego prąd drożeje, więc to nie nasza wina. Ludzie, moim zdaniem to kupią. Niestety. Jak dołoży się do tego wsparcie Kościoła, i dodatkowe rozdawnictwo z budżetu. To się zamyka Jak to nie pomoże, to wtedy rewolucja. Swoją drogą, to jak słucham dziś ministra Niedzielskiego, to mam do niego ogromny żal, że nie robi zbyt wiele, żeby wyszczepić Polaków jak najwięcej. Mówi tylko, że czwarta fala covid która już mamy, będzie gorsza niż trzecia. I tyle. A ja z tą wiedzą zostaję i nic nie mogę zrobić, tylko czekać. A może by tak aktywniej zadziałać, już nie namawiać, ale spróbować wprowadzić model francuski czy włoski. Sam już jestem po trzeciej dawce szczepionki i każdego będę namawiał, żeby się zaszczepił, ale za rząd PiS-u roboty nie zrobię. 

No właśnie, czego więcej trzeba, żeby PiS oddał władzę? Były białe marsze w obronie sądów, były czarne protesty przeciw zaostrzaniu prawa aborcyjnego. I nic. Trwają, jak mawiał Rakowski..

– Zmiany wtedy nastąpią, kiedy wyjdą z ludu, ze społeczeństwa. Żadne zmiany na nic się zdadzą, jeśli będą inspirowane przez polityków. Tylko sam naród musi własną siła je wypracować. Musi się zmienić mentalność całych grup społecznych. A to się nie dzieje za szybko. Poza tym wie Pan, jak się słucha całej tej propagandowej armii, którą, swoją drogą, PiS ma lepszych niż opozycja, to wcale nie jestem przekonany, że te wszystkie podwyżki, to jest coś, czego by nie przekuli na swoją modłę. A przy okazji sojusz tronu i ołtarza, co dla władzy dzisiejszej jest bezcenne, będzie trwał w najlepsze, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, kiedy się na uroczystościach beatyfikacyjnych kard. Wyszyńskiego gości kogoś, kto jest oskarżony o pedofilię.

Dla ludzi pamietających lata 80. nazwisko Szałajda wiąże się najczęściej z dwoma sprawami: wybuchem w Czarnobylu i katastrofą samolotu w lesie kabackim. Jak Pan słyszy: Czarnek, szefem atomistyki polskiej, to co Pan sobie myśli?

– Wie Pan…to tak, jakby Pan słyszał: Ważny, szefem lekarzy szpitala na Bielanach Absurd! A Błaszczak? Kto to jest Błaszczak? To jest człowiek, który w życiu ustępu nie wybudował, a on się zakochał się w Abramsach, które będą stały nie wiadomo po co, albo w ogóle do nas nie przyjdą…Niech mi Pan poda przykład jednego, kompetentnego ministra tego rządu?

…ciężko…a ten od finansów?

– Nikt go nie zna, tak jak on nie zna Polski, bo jak był w Londynie, to nie miał kiedy poznać. 

To może Pan, Panie Zbyszku? Jest jeszcze chęć i siła? 

– Jakbym miał 30 lat mniej i przy innych ludziach…Wie Pan, sukcesem jest zawsze dobieranie odpowiednich ludzi. To nie jest sztuka zebrać załogę profesorów i kazać im działać. Z tego kompletnie nic nie wyjdzie. Podobnie, jak oddanie władzy w ręce robotników; oni też, prędzej czy później, wszystko zaprzepaszczą. Nie dlatego, że mają złą wolę. Mogą mieć najlepszą. Trzeba rozumieć człowieka jako takiego. Rozmawiać z każdym. Umieć wybaczać ale i nagradzać. Najlepiej, gdy jest doświadczenie plus wiedza. Ale do rządzenia trzeba jeszcze mieć naturę, a o to bardzo ciężko. Zwłaszcza dziś. Wie Pan…trzeba być zdolnym „w miarę”. Tych najzdolniejszych polityka przytłoczy, a słabych zostawi na pastwę losu. 

Panu Rozpłochowskiemu ku pamięci

„Trzeba tak przyp …,żeby kremlowskie kuranty zagrały Mazurka Dąbrowskiego”

Andrzej Rozpłochowski

„Skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy i radykalny, nurt ekstremalny w ,Solidarności, ,>żywiły się< nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę podejrzliwości i antagonizmu. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur nienawiści”. gen. Wojciech Jaruzelski.

Z inspiracji kilku zaprzyjaźnionych Czytelników Trybuny, przeczytałem tekst „Pierwsze po II wojnie narodowe zgromadzenie wolnych Polaków”, Pańskiego Autorstwa na łamach Naszej Historii, nr 9 z 2021. Oczywiste, że oczekują odpowiedzi na banalne – zdawałoby się pytanie- co o tym myśleć? Dla nikogo nie jest tajemnicą, że takie i podobne pytania pojawią się u wielu Czytelników jubileuszowego tekstu, napisanego z okazji 40-ej rocznicy I Zjazdu Solidarności. Pan, jako uczestnik i współautor jednego z głównych dokumentów tego Zjazdu, postawił Czytelników swojego tekstu w złożonej sytuacji. Szczególnie odnosi się to do tych, którzy tamten czas pamiętają z autopsji. Stąd w pierwszej kolejności słowa uznania dla Pana, jako Świadka Historii. Z tego tytułu – dziś jako dostojny 70-cio latek, napisał Pan to, co uważał za interesujące i słuszne – Pańskim zdaniem zgodne z PRAWDĄ!

Nie ulega wątpliwości, że jako prawdę chciałby Pan, aby tekst tak był postrzegany. Ma Pan prawo. Proszę jako Jubilat, przyjąć życzenia dobrego zdrowia i wszelkiej, osobistej pomyślności od wszystkich Czytelników, którzy zechcą w myślach zaadresować je do Pana. Ale proszę też nie uważać za osobistą obrazę słów, nawet dla Pana gorzkich, zawartych w tym tekście a wynikających z nieco innego postrzegania Pańskiej osoby. Krótko mówiąc – osoby odpowiedzialnej i współodpowiedzialnej za słowa i czyny, nie tylko na tym Zjeździe! Czym i jak przyp… Ta Pana sławna wypowiedź nasuwała się sama każdemu Czytelnikowi, interesującemu się i obiektywnie oceniającemu działalność Solidarności, w tym jej liderów terenowych-a Pan takim był.

Nie ma Pan wątpliwości, że są zdumieni brakiem jej Pana interpretacji z dystansu czasu (czy taki był zamysł?). Że była „sławna” – świadczy przykład. „Sławne było swego czasu powiedzenie Andrzeja Rozpłochowskiego >Trzeba tak przyp …,żeby kremlowskie kuranty zagrały Mazurka Dąbrowskiego<”. Przywołał je Aleksander Małachowski w książce „Żyłem szczęśliwie” (Dom Wydawniczy Totus, 1993), opisując sytuację w Solidarności. Na treść tej książki, w tym Pana powyższe słowa powołał się gen. Wojciech Jaruzelski przed Sądem w 2008 r., odpowiadając na zarzuty aktu oskarżenia IPN. Mówił tam o I Zjeździe m.in.- „Przecież był niezwykłej wagi wydarzeniem, które wyznaczało władzy płaszczyznę odniesienia dla własnych ocen i działań… Najwięcej członków zgłosiło się do pracy w zespole >Związek wobec PZPR i władz państwowych< (Pan, jak sam pisze- był w tym zespole)… Dla nas, dla władz stało się oczywiste, iż wypowiedzi i zapowiedzi charakterystyczne dotychczas dla radykalnego skrzydła Związku uzyskały w wyniku Zjazdu oficjalne potwierdzenie”. („Być może to ostatnie słowo”). Że były one radykalne – chyba nie ma Pan wątpliwości, nawet po latach? „Ważniejsze było to, iż ów radykalizm wynikał z błędnej oceny sytuacji, tak jak z błędnej oceny sytuacji wynikały ostre starcia wewnątrz Solidarności. Poczucie siły, optymizm, nieraz wręcz demagogiczna tromtadracja, nie stanowiły dobrego przygotowania społeczeństwa na trudną przyszłość” – prof. Jerzy Holzer w„Solidarność 1980-1981. Geneza i historia” (Wyd. Instytut Literacki, Paryż 1984). Zapytam więc wprost- co Pan, wtedy 31 latek, z podobnymi przywódcami terenowymi i członkami Solidarności na Śląsku chciał zrobić z takim „poczuciem siły… wręcz demagogiczną tromtadracją”?

Zaistniałe wówczas fakty dają jednoznaczną odpowiedź. Były nią różne protesty, antyradzieckie demonstracje, obraźliwe zaczepki i hasła pod radzieckimi koszarami. Tak chciał Pan im „przyp…”? Czy wtedy myślał Pan o „kremlowskich kurantach grających Mazurka Dąbrowskiego”? Wyzwiska i wygrażanie „ruskim” zapewne sprawiały przyjemność i radość młodym krzykaczom – a Panu, przywódcy i prowodyrowi nie podpowiadały żadnej ostrożności? Przecież wiedział Pan, że MO może użyć siły, nie tylko w Bydgoszczy! Mówiąc Pana językiem-„przyp…”aktywistom, a może i Panu, jak np. Janowi Rulewskiemu, który od delegatów Zjazdu domagał się uznania dla swego fałszywego zachowania. Czy przemilczając swoje postępowanie – po 40 latach spodziewa się Pan uznania ze strony choćby Czytelników? Może tych, którzy nie pamiętają Pańskiego, buńczucznego zawołania -„Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”. Na moje proszę nie liczyć. Uważał Pan, że sprawą „ruskich” i władzy jest milczeć, pozwalać wam na „dowolność” postępowania? Nie zakładał Pan, że cierpliwość obu atakowanych podmiotów może się skończyć – co wtedy? Uważał Pan, że odpowiedzialność ponosiłaby tylko władza, za usunięcie takich krzykaczy siłą? Czy byłaby dla tych młodych ludzi dostatecznym i właściwym ukojeniem bólu i cierpienia, może i krwi, czego nie da się wykluczyć w takich sytuacjach – dobrze znanych przed I Zjazdem.

Co dziś, po 40 latach chciałby im Pan powiedzieć- patrząc szczerze w oczy, nie tylko ja – wielu chciałoby być świadkiem licząc, że od tamtego czasu zmądrzeli! A ja liczę, że Pan także zrozumiał przez ten czas, że tamta Pańska wyobraźnia o sytuacji, niezbyt przystawała do ówczesnej rzeczywistości. Wspomniany Profesor, cytowane wypowiedzi ocenia, że „nie stanowiły dobrego przygotowania społeczeństwa na trudną przyszłość”. Znane fakty wskazują, że na tę „trudną przyszłość”, czyli czas po I Zjeździe i zbliżającą się zimę, Związek uznał, że najlepszym „lekarstwem” będą solidarnościowe bojówki, patrole i grupy ochronne do działania – na razie – w swoich zakładach. Wspierał Pana w tych pomysłach kolega Tadeusz Jedynak. Na szczęście te karkołomne pomysły zniweczył stan wojenny. Posłanie do ludzi pracy… Pisze Pan- „Pamiętam widoczne gołym okiem manipulacje związane np. z uchwaleniem słynnego >Posłania do ludzi pracy Europy Wschodniej<”. Szkoda, że nie napisał Pan słowa o tych manipulacjach. Znam różne opowiastki, dowcipy i sensacyjne kulisy jego pisania. Ważne jest dla Czytelników znaczenie, echo tego „Posłania” jako wiedza! Leonid Breżniew 11 listopada 1981 r. na posiedzeniu BP KC KPZR, powiedział: „Wczoraj zapoznałem się z Posłaniem do narodów Europy Wschodniej, uchwalonym na zjeździe polskiej Solidarności. To niebezpieczny i prowokacyjny dokument. Słów w nim niewiele, lecz wszystkie biją w jeden punkt. Jego autorzy chcieliby posiać zamęt w krajach socjalistycznych, zdopingować grupki różnego rodzaju odszczepieńców”.

Radziecka „Prawda”, nazwała Zjazd „antysocjalistyczną i antyradziecką orgią”. Można się nie zgadzać z tą oceną, ale należy przyjąć do wiadomości, że tam – w Moskwie była „siła” i leżała decyzja jej użycia przeciwko Polsce, Polakom, „pannie S”. Jestem pewien, że ani Pan, ani autorzy tego tekstu, a nawet przytłaczająca większość delegatów Zjazdu, nie zdawała sobie sprawy ani ze skutków, ani następstw jakie może przynieść dla Polski. Że nie mieliście tego świadomości, to fakt. Ale to absolutnie nikogo spośród was nie usprawiedliwia, że postawiliście Polskę, cały naród na krawędzi realnego zagrożenia zbrojną interwencją radziecką. Tu doszukuję się uzasadnienia w tym, że nic nie napisał Pan o tych- „gołym okiem widocznych manipulacjach”. Ale to nikogo nie zwalnia z odpowiedzialności. Skutek „Posłania”, Generał oceniał tak -„Dla przywódców ZSRR i innych krajów bloku była to przysłowiowa kropla, która przepełniła kielich. Przeczuwałem to już wówczas. Dotąd Solidarność zagrażała socjalizmowi tylko w Polsce. Teraz rzucono wyzwanie całemu obozowi socjalistycznemu.Zajadli nasi przeciwnicy, ortodoksyjni i nieprzejednani obrońcy marksistowsko – leninowskich dogmatów, mieli już wystarczające podstawy, by domagać się usunięcia kierownictwa PZPR. Ich zdaniem okazaliśmy się niezdolni do pohamowania nawet takich działań, które mogły zagrozić całej wspólnocie realnego socjalizmu”. Może ta wypowiedź Generała – domyślam się, że szerzej nie jest znana – przez słowa „okazaliśmy się niezdolni do pohamowania nawet takich działań”, ucieszy Pana. Można je eksponować jako słabość Partii, by powstrzymać pisanie takich wykwitów umysłów zniewolonych nienawiścią, albo upojonych własną nieomylnością. Jeśli czyni się to na własną odpowiedzialność- wola twoja Panie! Ale jeśli naraża innych na cierpienie- jest zbrodnią, do tego nie do wytłumaczenia. Generał pytany o tę kwestię na różnych spotkaniach środowiskowych, po latach wyjaśniał, że wtedy, jesienią 1981 r. nie miał żadnego logicznego wytłumaczenia sąsiadom sensu tego „Posłania”. Pozostawał jeden wybór- na żądanie Moskwy natychmiast wprowadzić stan wojenny, albo pozostać bezczynny ze świadomością, że sami wejdą w każdej chwili. Do tego nie chciał dopuścić, świadomy ogromu ofiar i cierpień Polaków. Powiem Panu więcej- nawet po upływie 40 lat, brak logicznych argumentów na obronę racji „Posłania”. Odwrotnie-jest świadectwem waszego „księżycowego rozumienia” tamtej rzeczywistości, czyli żadnego! Szczęście, że nie nastąpił tego „praktyczny skutek” czyli – powtórzę – zbrojna likwidacja Solidarności, czego od kilku miesięcy domagał się ZSRR, wciąż podjudzany z Berlina i Pragi. A Kierownictwo Partii i Generał sensownie was bronili i obronili. Pan Stanisław Ciosek Pisze Pan, że tezy Jego wstąpienia wyśmiał Jan Łużny. Nie dziwię się. Po przeczytaniu Pańskiego tekstu odnoszę wrażenie, że na elementarną kulturę mogło, co nie znaczy, że tak było! – stać niewielu delegatów. Obce były wam apele Generała, członków reformatorskiego skrzydła Partii, także jej IX Zjazdu, odezwy i apele Sejmu o porozumienie narodowe, konkretnie z wami, z Solidarnością. Te starania, których „codziennym animatorem i wykonawcą” był właśnie Pan Stanisław Ciosek, zamiast przynajmniej wysłuchania ich, wbijały was w butę, nawet chamstwo i zarozumialstwo. Przyjmuję, że starania Pana Ministra ds. związków zawodowych i wicepremiera Mieczysława Rakowskiego z marca 1981 r. nie były znane ogółowi Solidarności. Skupialiście się na szydzeniu z władzy, lekceważeniu znaczenia gospodarki jako podstawowego „narzędzia bytu” społecznego, jako jednego ze środków „napełniania żołądków”, także aktywistów i członków Solidarności. Nie przyszło wam do głowy, by skorzystać z obecności Pana Ministra w wielu kwestiach, np. tekstu „Posłania”. Jeśli uważaliście ten tekst za słuszny, potrzebny, należało postąpić rozważnie-przed rozesłaniem skonsultować z przedstawicielem władzy. Jestem pewien, że Pan Minister logicznie i mądrze wyjaśniłby ówczesne położenie geograficzne i polityczne Polski, istotę współpracy z RWPG i członkostwa w Układzie Warszawskim, czym uświadomiłby wam potencjalne zagrożenie narodowego i państwowego bytu. By tego zagrożenia uniknąć, należało – za zgodą rządu – podjąć starania o spotkania delegatów Związku z przedstawicielami odpowiednich władz ZSRR, CSRS i NRD, celem osobistego „wyłożenia” istoty tego „Posłania”. Uczyniłoby was to partnerem do rozmów, przy współodpowiedzialności polskiego rządu. Inna sprawa, czy chcieliby z wami rozmawiać. To też byłby „sygnał” wskazujący ramy postępowania. Przynajmniej teraz mógłby Pan złożyć Ministrowi wyrazy uszanowania, solennie zapracował! Związek – PZPR Był Pan członkiem Komisji mającej tę kwestię za główne zagadnienie. Logicznym jest, że miała ocenić te stosunki i wskazać kierunki dalszego działania. Czytelników spotkał zawód, ani słowa z Pana strony, jako naocznego Świadka Historii. Czyżby wstydził się Pan przypomnienia zapisu z „Protokołu” -„Tworząc nowe, niezależne, samorządne związki zawodowe, MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL. Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego systemu sojuszów międzynarodowych, dążą one do zapewnienia ludziom pracy odpowiednich środków kontroli, wyrażania opinii i obrony swych interesów. Nowe Związki zawodowe będą bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej. Stoją one na gruncie zasady społecznej własności środków produkcji stanowiącej podstawę istniejącego w Polsce ustroju socjalistycznego”. Mam więc prawo nie tylko pytać o pominięcie tej kwestii, ale również uważać takie Pana postępowanie za lekceważenie inteligencji i umiejętności rozumienia ówczesnej sytuacji przez Czytelników. Przypomnę Panu, że 17 września, czyli przed II turą Zjazdu, BP KC PZPR opublikowało w Trybunie Ludu oświadczenie „Przeciwko awanturnictwu politycznemu i próbom niszczenia socjalistycznego państwa”. Zwracano uwagę społeczeństwu i liderom Solidarności, że „sytuacja w kraju rozwija się w niebezpiecznym kierunku. Pogarsza się nieustannie stan gospodarki, a warunki życia ludzi stają się coraz trudniejsze. Zahamowanie tych procesów to narodowa konieczność”. Przypominano, że „IX Zjazd PZPR przyjął program wyprowadzenia Polski z kryzysu. Partia w dalszym ciągu potwierdza program socjalistycznej odnowy”. Jednocześnie oceniono, że „Przebieg i uchwały I-ej części Zjazdu podniosły do rangi oficjalnego programu całej organizacji awanturnicze tendencje i zjawiska, które występowały w Solidarności – choć wydawały się tylko nurtami skrajnymi… Jednostronnie złamane zostały porozumienia zawarte w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu. Zastąpiono je programem politycznej opozycji, która godzi w żywotne interesy narodu i państwa polskiego, oznacza kierunek na konfrontację grożącą rozlewem krwi. Zapowiedziano kontynuowanie starych i otwieranie nowych płaszczyzn walki, które nie mają nic wspólnego z charakterem i celami związku zawodowego. Podjęto aroganckie uchwały wobec Sejmu w sprawach, które należą do jego wyłącznej kompetencji jako najwyższej władzy”. Czy nie było to wyraźne ostrzeżenie, podstawa do zastanowienia, także dla Pana. Mam odczucie po treści tekstu, że nawet teraz wyśmieje Pan takie myślenie. Na co innego Pana stać? Wracam do powyższego oświadczenia, gdzie „Posłanie” oceniono jako „obłędną prowokację wobec sojuszników Polski, których współdziałanie stanowi podstawowy warunek i gwarancję stabilizacji i rozwoju gospodarczego kraju, terytorialnej integralności, bezpieczeństwa i pokoju naszej ojczyzny”. Uznano je za zachętę do prowadzenia działań antyradzieckich, a więc wymierzonych w najważniejszego sojusznika PRL. Tu takie odniesienie do współczesności. Pan Prezydent Aleksander Kwaśniewski w wywiadzie dla Trybuny z 4-5 października 2021, m.in. mówi o grupie osób z grona obecnej władzy, dla której „Unia jest hamulcem, a oni go nie chcą. Dla nich oczywiście byłoby najwygodniejsze, żeby Unia dawała wciąż pieniądze Polsce, ale żeby za tym nie szły żadne obowiązki”- odczytuję jako podobieństwo do Pańskiego myślenia sprzed 40 lat. Czy jestem w błędzie? Z kolei Przegląd nr 41 z 4-10.2021 opisuje 56 dni strajku w FSM w Tychach. Zachęcam do przeczytania i przyswojenia kilku pouczających wierszyków. Z zachodniej prasy. 30 października. Dziennik „The Wall Street Journal” napisał: „Najniebezpieczniejszą cechą obecnej sytuacji w Polsce jest stopniowa utrata kontroli przywódców Solidarności nad regionalnymi protestami… Taki rozwój wydarzeń powoduje jeszcze większe kłopoty gospodarcze i w konsekwencji zwiększa napięcie, spowoduje, iż zaklęty krąg wydarzeń zostanie przyśpieszony” (artykuł „Solidarność i partia sfrustrowane i bezsilne”) 3-4 listopada. Korespondent „Le Monde” doliczył się 65 konfliktów lokalnych i ocenił- „wystarczy dmuchnąć, by połowa kraju zapłonęła, a Polska pogrążyła się w chaosie”. Natomiast korespondent „Los Angeles Times” z 3 listoada pisze -„Polska zmierza do tragedii i całkowitej katastrofy”. Zwyczajne draństwo. „Ostro sprzeciwiałem się apelom Lecha Wałęsy i innych o zniesienie amerykańskich sankcji wobec reżimu PRL”. Toż to zwyczajne draństwo! Przyznaje Pan otwarcie, czym m.in. zajmował się w 1986 r., po przylocie do Chicago w USA – dziękuję za szczerość. Panu Lechowi Wałęsie można wiele zarzucić, znane jest mnóstwo dowcipów ośmieszających jego postępowanie i wypowiedzi. Że chciał Pan utrzymania sankcji- stawia Pana poza nawiasem społeczeństwa. Czyżby przez 5 lat nie zrozumiał Pan, że reżim jako pojęcie nie potrzebuje żadnego posiłku, a każda „reżimowa władza” sama się wyżywi, nie tylko w Polsce. Natomiast sankcje dotykały każdego – bez wyjątku członka Solidarności, może Pan nim był, jadł tylko zachodnie posiłki. Jak Pan może tym ludziom spojrzeć w oczy. A może po 13 grudnia wszyscy oni są wegetarianami – dzięki takim działaczom jak Pan. Ręcznik frotte Sądzę, że pracownicy zakładów Frotex w Prudniku niezwykle ucieszą się, Pana pamięcią o ich wyrobie dla delegatów z napisem – „I Krajowy Zjazd NSZZ Solidarność, Gdańsk IX1981”. Zachęcam, Pan by ich odwiedził i złożył życzenia z okazji jubileuszu Zjazdu. Agenci wśród delegatów Wiele Pan o nich pisze. Zapewne Pan wie, kto i kiedy przesłał wiadomość o treści decyzji KKP w sprawie masowych protestów 17 grudnia.

Proszę się zastanowić, może dzięki informacji takiego agenta udało się uniknąć rozlewu krwi i tysięcy ofiar, nie tylko w Warszawie. Profesor Karol Modzelewski, na konferencji naukowej w XX-lecie stanu wojennego m.in. powiedział – „I choć wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej albo gorzej, nie sądzę, abyśmy byli w stanie uniknąć dramatycznego finału (stanu wojennego -GZ). Ale odpowiadamy za ten finał, bo do wszystkiego przykładaliśmy rękę, po obu stronach. I nie w jedną pierś trzeba się uderzyć”…A dalej, mówiąc o tragedii w kopalni Wujek- „ Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego”. A Pan? – był szefem Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, na którego terenie jest ta kopalnia. Pod rozwagę. Na łamach Trybuny okresowo prowadzącej dział „Głosy Czytelników”, odnotowałem kilka ich wypowiedzi z okazji 25-lecia Solidarności. Mimo upływu czasu, chyba nie straciły na wartości. Niech Pan oceni: 1. Szokuje mnie wielka pompa z okazji 25 – lecia powstania Solidarności. Na pewno w tym czasie wymieniane będą zasługi „S”. Chcę tylko podrzucić działaczom, którzy to organizują, parę punktów, które powinny się znaleźć jako ich zasługi: 3 mln. bezrobotnych; 60 % ludzi żyje w Polsce w biedzie; brak dostępu do lekarzy i szpitali; brak pieniędzy na lekarstwa; złodziejstwo; korupcja; przekręty; kolesiostwo; brak dostępu do nauki. Myślę, że punktów, które wymieniłem, byłoby więcej, niż 21. W ten sposób Solidarność zrobiła z nas pośmiewisko Europy. (Henryk Wojciechowski, Gorzów Wlkp., 10.03.05) 2. Dzięki solidarnościowej transformacji udało się kosztem 3 mln bezrobotnych i ich rodzin załatwić w Polsce wolność słowa. Ile jeszcze trzeba ofiar, by załatwić resztę postulatów? (Z. Kotarb, Warszawa, 18.08.05) 3. Wodzowie „S” organizują jej 25.lecie chyba tylko po to, aby nas uroczyście przeprosić za biedę, głód dzieci, bezrobocie, rozgrabienie majątku narodowego, pozbawienie większości obywateli praw ludzkich, za brak nadziei na przyszłość, za uczynienie z Polski bezwolnego pionka w obcych rękach. To są jedyne sukcesy „S”. (Z. Kunowski, Warszawa, 20-21.08.05) 4. Za PRL Stocznia Gdańska im. Lenina tętniła życiem. Dziś, w 25.rocznicę „S” proponuję, by nazwać ją im. Lecha Wałęsy, a jego zdjęcie wywiesić nad słynną bramą. (Józef Berta, Warszawa, 18.08.05) 5. Uroczystości 25. lecia „S” powinny odbywać się pod wielkimi transparentami z napisem: „25 lat NONE” – największe oszustwo nowoczesnej Europy. (S. Frankowski, woj. lubelskie, 20-21.08.05) 6. Świętujący 25. lecie „S” winni wiedzieć, że zawdzięczają to gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu. Gdyby nie stan wojenny, prawdopodobnie nie byłoby komu świętować. Jeżeli już, to w towarzystwie syberyjskich reniferów. (S. Chełmicki, woj. lubelskie, 1.09.05) Na zakończenie Krótko Panu powiem – Solidarność, Kierownictwo i Pan, mieliście szczęście, że Partia, a głównie jej reformatorskie skrzydło i Generał wprowadził stan wojenny. To was – Pana osobiście – uratowało przed nie wyobrażalnym i wielowymiarowym cierpieniem, nie wyłączając śmierci. Z tekstu wynika, że nawet po latach, nie zmieniły się Pana oceny przeszłości, mimo ujawnienia wielu faktów i zdarzeń. Pana rzecz. Tylko proszę swoimi przekonaniami nie kaleczyć znaczenia wyobraźni oraz rozumienia poczucia odpowiedzialności za czyny własne i innych, następnych – po 1981 r. pokoleń Polaków.

Wyobraźnia to takie „urządzenie”, które pozwala uniknąć wielu przykrości i nie tylko… Ale działa w jedną stronę – nie da się cofnąć ani czasu ani popełnionych błędów. Co więcej – nawet najokazalszy pomnik, czy to w Warszawie, na Śląsku czy Syberii nie zastąpi cierpień i życia, które zabrała śmieć, często lekkomyślnie dopuszczona do głosu przez młodych aktywistów. Pan był jednym z nich, bez… a może tylko o skromniutkiej wyobraźni, czy takim pozostał?

Krótko o tym, jak pociesznie orzeka polski Trybunał, zwany Konstytucyjnym.

Polski, tzw. Trybunał Konstytucyjny kilka dni temu orzekł, że niektóre przepisy Traktatu o Unii Europejskiej nie są zgodne z polską Konstytucją.

Kuriozalne orzeczenie zostało wydalone po kilkukrotnym odraczaniu terminu rozstrzygnięcia w tej sprawie, o co wnioskował do TK premier RP. Mam dużą wyobraźnię, wieszczę więc, że dzień dzisiejszy ma szanse na marne przejście do historii jako data zapoczątkowania ścieżki wyprowadzania Polski z UE – Poleksitu. To co dzieje się w Polsce wokół kwestii praworządności, na co z niekorzyścią dla naszych władz reagują organa UE, w tym unijny Trybunał Sprawiedliwości, ilustruje, na co stać rządy Zjednoczonej Prawicy, z partią Jarosława Kaczyńskiego na czele; jak daleko można się posunąć w podważaniu europejskiego porządku prawnego, na który Polska dobrowolnie przystała wstępując do UE.

Będzie to niewątpliwie miało dalszy, niekorzystny dla nas ciąg, ponieważ w łonie UE nasila się determinacja do przywołania władz Polski do porządku; do wpasowania się naszego kraju w unijne – europejskie – wzorce i standardy pod rygorem bolesnych cięć należnych nam europejskich środków i dotacji, co akurat zdaje się materializować. Trudno nie być zdumionym oczywistym, spodziewanym zresztą, matactwem prawnym klepniętym przez ów pożal się boże trybunał. Daje się przy okazji zauważyć, że od niedawna ważni funkcjonariusze siły rządzącej ślą sygnały, iż Polska świetnie sobie poradzi bez Unii Europejskiej, bez jej miliardowych dotacji – tak u nas jest byczo w gospodarce ! Kto wie, może Polska bez Unii będzie rosła i rozkwitała piękniej niż z Unią. A co !! Ręce i spodnie opadają na takie dictum. Wychodzi na to, że to nie Polska winna się podporządkować standardom zjednoczonej Europy, lecz to Europa winna uznać polską, anty unijną osobliwość polityczną i powinna odwalić się od kaczej demokracji. Zresztą nasi władcy z Unii wcale wyjść nie chcą – nie są politycznymi samobójcami – wolą z niej nieustająco wychodzić, ku uciesze gawiedzi. Sprawa ma swoją temperaturę, na co Bruksela musi zareagować. Chodzi również o to, aby doprowadzić do sytuacji, w której Europejczycy będą mieli nas dosyć i wyproszą Najjaśniejszą RP z Unii, na co coraz bardziej wydaje się zanosić. Nawet jeśli nie tak od razu, ani w ogóle nie wyproszą, będą nas punktować tak, jak punktuje się słabego boksera na politycznym ringu, spychać do narożnika i marginalizować.

Ośmieszać w oczach Europy i świata nas nie muszą, gdyż o to już sami skutecznie zadbaliśmy.