Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej

Ponad trzydzieści lat od wielkiej zmiany ustrojowej, którą były zamknięcie okresu Polski Ludowej i budowa demokratycznej Rzeczpospolitej (nazwanej później trzecią przez odwołanie do historii sprzed rozbiorów i z lat międzywojennych), wyraźne stało się, że o kierunku zmian politycznych w naszym kraju zdecyduje nowe pokolenie – pokolenie wyrosłe już w nowych warunkach ustrojowych. Pokolenie to różni się bardzo wyraźnie od pokoleń starszych. Bez zrozumienia tej różnicy nie uda się nikomu wygrać walki o przyszłość Polski.

Używam tu pojęcia „pokolenie” w znaczeniu socjologicznym, które do nauki wprowadził niemiecki socjolog Helmut Schelsky (1912-1984) w swej głośnej książce o „sceptycznym pokoleniu” powojennych Niemiec („Die skeptische Generation”, 1957) . Pokoleniem w tym rozumieniu jest taka kategoria wiekowa, którą łączy wspólne, traumatyczne wydarzenie historyczne. Ludzie należący do tego samego pokolenia mogą w rozmaity sposób przeżywać to wspólne doświadczenie, ale niezależnie od takich różnic łączy ich właśnie to, że ich polityczne orientacje uformowały się pod jego wpływem.

W pokoleniach wcześniejszych takimi przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były wojny i dramatyczne przełomy polityczne. Dla Polaków urodzonych na początku dwudziestego wieku były to pierwsza wojna światowa, odrodzenie niepodległej Polski i wojna 1920 roku. Dla ludzi urodzonych na początku lat dwudziestych – druga wojna światowa. Dla mojego pokolenia – ludzi urodzonych na początku lat trzydziestych – przełom październikowy 1956. Dla ludzi urodzonych w pierwszych latach powojennych – marzec 1968 i grudzień 1970. Nieprzypadkowo ludzie z tego pokolenia stanowili trzon opozycji demokratycznej w latach siedemdziesiątych Dla pokolenia mojego syna – ludzi urodzonych w latach pięćdziesiątych – przełomowymi doświadczeniami pokoleniowymi były kryzys letni 1980 roku, okres Solidarności i stan wojenny.

Wydarzeń tego ostatniego okresu nie da się zrozumieć bez uwzględnienia czynnika pokoleniowego. Gdy 31 sierpnia 1980 roku oglądałem w telewizji podpisywanie porozumień gdańskich, uderzyło mnie to, że po jednej stronie stołu siedzieli ludzie z pokolenia ojców, z drugiej – z pokolenia synów. Lech Wałęsa, mający wtedy zaledwie 37 lat, uważany był przez swych współtowarzyszy za starego. Od bardzo młodych działaczy robotniczych wiekiem i doświadczeniem różnili się doradcy komitetu strajkowego – ludzie z mojego lub nieco starszego pokolenia, a więc mający ostrą świadomość tego, jak może wyglądać sytuacja polityczna, jeśli zignoruje się realnie istniejący geopolityczny układ sił. Dlatego byli oni – Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jan Olszewski – znacznie bardziej ostrożni niż młodzi przywódcy robotniczy, którzy tego doświadczenia politycznego nie przeżywali.

W 1989 roku, gdy decydowała się sprawa zmian ustrojowych, po obu stronach ówczesnego podziału politycznego ton nadawali ludzie młodzi, dla których podstawowym doświadczeniem politycznym był niedawny kryzys lat 1980/81. Tak było nie tylko po stronie Solidarności, ale także w ówczesnym obozie władzy, gdzie na coraz silniejszą pozycję wybijał się Aleksander Kwaśniewski, w czasie „okrągłego stołu” mający zaledwie 34 lata. Przemianom politycznym towarzyszyła wyraźna zmiana pokoleniowa w elicie władzy, przyśpieszona rozwiązaniem PZPR i powstaniem nowej partii polskiej lewicy – Socjaldemokracji RP.

Lata następne to pierwszy od trzech stuleci okres w historii Polski, w którym nie było dramatycznych wydarzeń – wojen, powstań, starć ulicznych. Ten bezprecedensowy okres spokojnego bytu narodu i państwa naznaczony był wielkimi, wręcz historycznymi, zmianami w sytuacji Polski: ustabilizowaniem jej sytuacji międzynarodowej w uznanych traktatami granicach i w ramach Sojuszu Atlantyckiego oraz wejściem do Unii Europejskiej. Żadne wcześniejsze pokolenie Polaków nie żyło w tak bezpiecznym położeniu międzynarodowym, jak obecne.

Dla ludzi urodzonych po 1980 roku – a więc dla tej grupy wiekowej, którą nazywam „pokoleniem Trzeciej Rzeczpospolitej” – polityka nigdy nie stała się sprawą dramatycznych wyborów narodowych. Tak ważny w przeszłości podział na „realistów” i „idealistów” – opisywany między innymi przez Adama Bromke (1928-2008) w jego amerykańskiej książce „Poland’s Politics: Idealism vs. Realism: z 1967 roku – przestał konstruować podstawową linię politycznego podziału. W polityce nie brakło bardzo ostrych konfliktów, lecz ich sensem były sprawy związane ze sposobem sprawowania władzy, a nie wybory polityczne o egzystencjalnym charakterze.

Pokolenie Trzeciej Rzeczpospolitej jest więc w sytuacji bez porównania lepszej niż pokolenia wcześniejsze. Dostało od historii bardzo dobre karty. Nie znaczy to jednak, by było zadowolone ze status quo. Wprost przeciwnie! Jest to pokolenie w swej podstawowej masie rozczarowane do otaczającej je sytuacji politycznej i społecznej.

Świadczą o tym zarówno statystyki wyborcze (wskazujące na stosunkowo wysoką absencję wyborczą ludzi młodych), jak i sondaże socjologiczne, w których ludzie młodzi deklarują silne sympatie dla lewicy lub (choć słabiej) dla kontestującej istniejący układ polityczny Konfederacji. Zjawisko alienacji politycznej młodego pokolenia spotęgowało się w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale ma ono wcześniejsze korzenie.

Zrozumieć przyczyny tego zjawiska to znaleźć drogę do przetworzenia rozczarowania młodego pokolenia w jego aktywne zaangażowanie na rzecz innej niż dotychczasowa polityki. Wydaje mi się, że w grę wchodzą trzy najważniejsze sprawy.

Po pierwsze: młode pokolenie jest w swej większości progresywne, wolne od konserwatyzmu obyczajowego pokoleń starszych, bardziej skłonne kwestionować autorytety kościelne, bardziej tolerancyjne w stosunku do mniejszości ( w tym seksualnych), odważnie domagające się prawa do decydowania o utrzymaniu lub zakończeniu ciąży. W tych sprawach pokolenie to natrafiło na skrajnie konserwatywne i nietolerancyjne rządy, których symbolem jest minister Czarnek z jego kuriozalnym programem oświatowego zacofania.

Po drugie: jest to pokolenie Europejczyków, dumnych z tego, że są obywatelami Unii Europejskiej i czujących się w niej jak we własnym domu. Gdy marszałek Witek powiada „tu jest Polska, a nie Unia Europejska”, daje mimo woli dowód tego, iż nie rozumie pokolenia dla którego Polska to jest także Unia Europejska. Skierowana przeciw Unii polityka obecnych władz nie może znaleźć zrozumienia, a tym bardziej poparcia, wśród młodych Polek i Polaków.

Po trzecie: jest to pokolenie rozczarowane i niepewne swej przyszłości. Sondaże po raz pierwszy odnotowują rozpowszechnione przekonanie, że perspektywy życiowe młodego pokolenia są i będą gorsze niż perspektywy ich rodziców i dziadków. Wtedy – także, a może szczególnie w latach Polski Ludowej – dominowało poczucie, że będzie lepiej, że życie ludzi młodych będzie łatwiejsze i szczęśliwsze niż ich rodziców. Dziś tego poczucia nie ma – w każdym razie nie na taką skalę. Składają się na to dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą jest zablokowanie kanałów awansu, także przez edukację. Dyplom uniwersytecki nie daje dziś takich gwarancji sukcesu zawodowego, jak 30-40 lat temu. Socjologiczne badania struktury społecznej sygnalizują jej zamykanie się, w czym niemałą rolę grają dziedziczone środki materialne i kapitał kulturowy. Atrakcyjna staje się emigracja na Zachód, ale nie może ona być rozwiązaniem dla wszystkich.
Drugą przyczyną rozczarowania jest poczucie, że świat zmierza ku katastrofie ekologicznej – lub, w lepszym wypadku, do takiej zmiany, która pociągnie za sobą wielkie wyrzeczenia materialne. Dla ludzi młodych wizja katastrofy ekologicznej, jaka może nastąpić w drugiej połowie obecnego stulecia, nie jest czymś abstrakcyjnym (jak dla mojego pokolenia, które tego nie dożyje), lecz bardzo realną perspektywą własnego losu.

Rozczarowanie młodego pokolenia może prowadzić do jego politycznej absencji, ale może także stać się zaczynem dla nowej polityki. Pytanie dla nas podstawowe brzmi: czy lewica potrafi wyjść naprzeciw lękom i oczekiwaniom młodego pokolenia, pokazać mu drogę skutecznego działania, stać się jego polityczną reprezentacją. Nie wiem, jak na nie odpowiedzieć.

PS. Dzień po publikacji mojego poprzedniego artykułu (o kryzysie lewicowej polityki, 16 bm.) życie dopisało do niego swoisty komentarz. Otwarty konflikt w kierownictwie Nowej Lewicy jest bardzo groźnym sygnałem alarmowym. Ponieważ od niemal dziesięciu lat nie pełnię żadnych funkcji partyjnych (moją ostatnią było przewodniczenie Krajowej Komisji Etyki SLD), nie znam okoliczności tego konfliktu i nie mam wyrobionego zdania na temat racji obu stron. Wiem jednak, że jest to droga do klęski. Przypominam, czym skończył się rozłam w SLD w 2004 roku: katastrofalnym wynikiem wyborczym i trwałym zmarginalizowaniem lewicy. W dawnej SdRP, pod przywództwem Aleksandra Kwaśniewskiego, nieraz spieraliśmy się o to, jaką podjąć decyzję, ale były to zawsze spory przyjaciół prowadzone w klimacie życzliwości i skutkujące wspólnym działaniem, nie zaś wykluczeniem czy zawieszeniem mających inne zdanie. Czy od dzisiejszych działaczy Nowej Lewicy można oczekiwać tego samego?

Elementy nadbudowy

Demokratyczne państwo prawa, jakim jakoby jest Polska jest w istocie protezą demokracji i nie daje społeczeństwu poczucia realnego wpływu na sprawy państwa.

Stąd niski udział obywateli w wyborach. Kolejne ekipy rządowe nie dotrzymują swoich zobowiązań. Demokracja parlamentarna nie jest władzą ludu lecz de facto władzą wąskiej grupy „zawodowych” polityków różnych opcji. To ścisłe kierownicze gremia partii politycznych wybierają kandydatów do wszelkich władz na których nam wyborcom wolno głosować. Parlamentarzysta bardziej zależny jest od szefa swojej partii i klubu niż od wyborców. Szefowie ci mają decydujący wpływ na to czy ktoś będzie umieszczony na liście podczas następnych wyborów czy też nie. Rząd, powstający w wyniku wyborów nie jest decyzją wyborców, lecz zakulisowych, gabinetowych ustaleń wąskiej grupy polityków (np.: rząd PIS-u z LPR-em i Samoobroną). Jeżeli ma on silne, stabilne zaplecze w parlamencie jest nieusuwalny przez cztery lata, a kontrola parlamentarna faktycznie nie istnieje. Rodzi to poczucie bezkarności i prowadzi do wypaczeń władzy. Tej bezkarności sprzyja obecna reforma prokuratury i sądownictwa. Polityka rozgrywa się w gabinetach, a wyborcy są ignorowani przez cztery lata. Partie polityczne koncentrują się głównie na tym jak zdobyć władzę i ją utrzymać, a nie jak przekształcać rzeczywistość z korzyścią dla obywateli i państwa.

Prawicowe, faktycznie, państwo polskie ingeruje w świadomość społeczną i historyczną narodu. Za wszelką cenę usiłuje rozerwać i zniszczyć historyczną ciągłość państwa polskiego, wymazać z najnowszej historii Polski i świata Polską Rzeczpospolitą Ludową. Do praktyki rządzenia, a co za tym idzie, do porządku prawnego dopuszcza jedynie prawicową interpretację wszelkich zjawisk społeczno-politycznych i ekonomicznych. Ogromny wkład w rozwój nauki i kultury z okresu PRL często sprowadza do przestępczych praktyk. Powołuje się i wykorzystuje instytucje państwowe, takie jak IPN, do realizacji „sprawiedliwości dziejowej”. Zamiast wybiegać w przyszłość i unowocześniać państwo. Pisze się od nowa, prawicową historię Polski.

Bardzo niepokojącym zjawiskiem z punktu widzenia demokracji jest postępująca klerykalizacja państwa, zarówno w sposób formalny (zgodnie z obowiązującym prawem) i w sposób nieformalny (z naruszeniem obowiązujących przepisów). Kościół uzyskał wiele przywilejów podatkowych, celnych oraz w sferze ubezpieczeń społecznych. Jest jedyną grupą która uzyskała z naddatkiem zwrot majątku przejętego przez Państwo. Ponadto kościół uzyskał olbrzymi majątek na ziemiach północnych i zachodnich naszego kraju w wyniku darowizn otrzymanych od Polski Ludowej. Doszło do tego, że państwo finansuje naukę religii, wiele instytucji państwowych zatrudnia kapelanów finansowanych przez ich budżety. Dochodzi do przypadków jaskrawego łamania prawa poprzez wieszanie symboli religijnych w instytucjach publicznych, w tym w sejmie, oraz wywierania nieformalnego wpływu na władze różnych szczebli, szczególnie samorządowe. Wprowadza się do prawa państwowego rozwiązania wynikające z jednej ideologii jakim jest religia katolicka. Wszystko to prowadzi do sytuacji, że część obywateli naszego kraju czuje się dyskryminowana.

W okresie gdy media elektroniczne wpływają w znacznym stopniu na poziom rozwoju cywilizacyjnego społeczeństwa bardzo źle funkcjonuje publiczne radio i telewizja. Koszty funkcjonowania tych instytucji są znacznie większe od prywatnych stacji radiowych i telewizyjnych, nawet jeżeli uwzględnimy to, że realizują one programy „misyjne”. Jednocześnie audycje informacyjne i publicystyczne najczęściej nie realizują programu publicznego tylko program polityczny grupy, aktualnie mającej władzę w radiu i telewizji.

Ze względu na duże zróżnicowanie dochodów dostęp do kultury i obiektów sportowych dla biedniejszych rodzin stał się iluzoryczny. System państwowych dotacji do kultury i sportu amatorskiego i masowego jest niesprawiedliwy i trafia głównie do bogatszej części społeczeństwa.

Demokracja bezpośrednia:
Podstawowym celem lewicy powinno być zwiększenie udziału obywateli w zarządzaniu państwem. Dlatego należy zmienić konstytucję i wprowadzić w Polsce demokrację bezpośrednią. To znaczy, że decyzje podejmowane dotychczas przez parlament (który ulegnie likwidacji) będą podejmowane przez ogół obywateli. Wprowadzenie demokracji bezpośredniej przyniesie wielkie korzyści dla Państwa i społeczeństwa: bezpośredni wpływ obywateli na podejmowane przez Państwo decyzje; większe zaangażowanie obywateli w sprawy kraju; wzrost znaczenia systemu partyjnego, który będzie działał w interesie obywateli, partie polityczne zajmą się pozyskiwaniem obywateli dla przeforsowania określonych ustaw, a nie walką polityczną w parlamencie; będzie istniała możliwość realizacji programu akceptowanego społecznie nawet wtedy gdy rząd mu się sprzeciwia; większą odpowiedzialność rządzących przed obywatelami, większa akceptacja społeczeństwa dla przyjętych ustaw.

Proponowane rozwiązanie można wprowadzić następującymi etapami: wprowadzenie dla wszystkich obywateli nowych dowodów osobistych, które będą jednocześnie kartami podpisu elektronicznego. Rząd PO miał to wprowadzić w 2011 roku; uruchomienie głosowania elektronicznego z dowolnego miejsca lub w obwodowej komisji wyborczej przy wykorzystaniu dowodów osobistych z podpisem elektronicznym; wprowadzenie demokracji bezpośredniej w systemie samorządu terytorialnego, wybiera się tylko wójtów, burmistrzów i prezydentów, a decyzje będące dotychczas w kompetencji rady podejmują wszyscy obywatele, którzy biorą udział w głosowaniach; wprowadzenie demokracji bezpośredniej w skali państwa. Raz na cztery lata wybory rządu, a decyzje dotychczas podejmowane przez sejm i senat podejmowane będą przez ogół obywateli w głosowaniu elektronicznym.

Związane z wprowadzeniem demokracji bezpośredniej niektóre i wątpliwości problemy można rozwiązać następująco:

Dostęp do internetu: Rośnie ilość obywateli mających dostęp do Internetu w domu lub pracy. Pozostali obywatele otrzymają darmowy dostęp do Internetu w instytucjach publicznych takich jak: komisje wyborcze, szkoły publiczne, urzędy pocztowe, urzędy administracji państwowej i samorządowej. Spowoduje to, że dostęp do miejsc głosowania, będzie swobodniejszy i szerszy niż jest obecnie.

Zapewnienie prawidłowości głosowania: Należy wykorzystać doświadczenia krajów, które już wykorzystują głosowanie przez internet. Zachować dotychczasowy podział na obwody głosowania i podawać wyniki z poszczególnych obwodów głosowania. W skład komisji wyborczych powinni wchodzić informatycy reprezentujący różne środowiska polityczne.

Zapewnienie stabilności rządu: Rząd w wyborach musi uzyskać ponad 50% oddanych głosów W przypadku gdy żaden zespół nie uzyskał wymaganej większości dwa rządy, które uzyskały najlepsze wyniki tworzą koalicje z innymi rządami i startują w drugiej turze. Wybrana w ten sposób rada ministrów jest znana wyborcom jeszcze przed wyborami i ma za sobą duże poparcie społeczne sięgające ponad 50% głosujących. Możliwe jest w każdej chwili odwołanie rządu podczas kadencji pod warunkiem przegłosowania wniosku większością pod 50% uprawnionych do głosowania.
Ograniczenie ilości głosowań: Zgodnie z postulatami konstytucjonalistów powinno nastąpić zmniejszenie ilości spraw regulowanych przez ustawy, a więcej spraw powinno być rozporządzeń rządu i dekretów prezydenta. Proponuję żeby w ciągu roku było 12 sesji głosowań.

Zapewnienie stabilności państwa w tym gospodarki: Utrzymanie zabezpieczeń gospodarczych z obecnej konstytucji. Wprowadzenie dodatkowych zabezpieczeń poprzez wprowadzenie wyższych progów akceptacji bądź odrzucenia niektórych rodzajów ustaw. Wprowadzenie weta rządu i wspólnego weta rządu i prezydenta dla niektórych rodzajów ustaw, które będzie można odrzucić odpowiednią ilością głosów.

Rola partii politycznych i obywateli: W moim przekonaniu rola partii politycznych wzrośnie i będzie adekwatna do oczekiwań obywateli. Znaczenia nabiorą te partie, które będą wstanie pokazać dobre rozwiązania istniejących problemów, ale i potrafią przekonać do tych rozwiązań większość obywateli. Partie będą musiały być bardziej konstruktywne i być w bliższej relacji z obywatelami. Myślę, że to oczekiwany kierunek zmian. Istnieją obawy, że obywatele nie będą czytali proponowanych ustaw bo się na nich nie znają. Dzisiaj wielu posłów też nie czyta ustaw i na nich się nie znana tylko głosuje tak jak im każe klub poselski. Myślę, że będą głosowania w których weźmie udział i 5% i 80% uprawnionych dlatego dla niektórych ważnych głosowań trzeba ustalić minimalny procent uprawnionych biorących udział w głosowaniu, aby ustawa była ważna. Jeżeli to nie zostanie osiągnięte to powtórnym głosowaniu nie obowiązują już ograniczenia. Ci obywatele, którzy chcą głosować, a nie znają się na materii ustaw moim zdaniem będą głosować zgodnie z wskazaniami partii do których mają zaufanie.

Zmiany w konstytucji powinny dotyczyć nie tylko samego procesu głosowania, ale muszą dotyczyć także spraw związanych z zabezpieczeniem sprawności funkcjonowania państwa i jego bezpieczeństwa finansowego. Nowa konstytucja powinna wzmocnić rolę aparatu sprawiedliwości poprzez wyprowadzenie sądów i prokuratur z zależności od rządu.

Państwo neutralne światopoglądowo:
Państwo musi w sposób faktyczny, a nie deklaratywny realizować swoją neutralność światopoglądową. Należy zlikwidować wszystkie przywileje podatkowe, celne i ubezpieczeniowe kościołów. Państwo powinno zrezygnować z finansowania nauczania religii. Nauka religii może odbywać się w szkołach, ale na zasadach komercyjnych. Wierni lub kościół płacą za wynajęcie sali, pomocy naukowych i za nauczyciela. W instytucjach publicznych: państwowych i samorządowych nie mogą funkcjonować kapelani. Należy bezwzględnie respektować zakaz umieszczania w budynkach publicznych symboli religijnych. Uważam także, że nie potrzeba żadnych specjalnych zapisów w konstytucji, ani ustawach o religii i kościołach. Prawa wiernych i kościołów są zagwarantowane innymi powszechnymi prawami, a obecną działalność kościołów można prowadzić z wykorzystaniem aktualnie istniejących i dostępnych wszystkim: stowarzyszeń, fundacji, spółek prawa handlowego. Należy także skończyć z tą retoryką, że kościół instytucjonalny nie powinien prowadzić działalności politycznej. Po pierwsze jak uczy doświadczenie jak będzie chciał i tak będzie prowadził, po drugie są to tacy sami obywatele jak my i nie można im ograniczać praw obywatelskich i politycznych.

Realizowanie misji w radiu i telewizji:
Bardzo ważną funkcję w współczesnym państwie odgrywają media. Powinny one być pluralistyczne i dostarczać różne rodzaje kultury i rozrywki. Szczególne znaczenie ma dostarczanie obiektywnej informacji i publicystyki. Ważne znaczenie też mają programy edukacyjne. Wszystkie te zadania określamy „misją”. Aby spełnić ją w możliwie szerokim zakresie potrzebne są dwa elementy: zespół standardów, który będzie określał jakie wymogi musi spełniać: obiektywna informacja, publicystyka, kultura wysoka, programy edukacyjny i inne; efektywny system rozdziału środków na realizację misji. Należy zmienić zakres funkcjonowania obecnej Rady Radia i Telewizji w taki sposób, aby ona określała standardy i organizowała przetargi na emisję programów „misyjnych”. Rada wspomagana przez dwie komisje: pierwszą złożoną z wybitnych znawców kultury, dziennikarstwa i oświaty, która oceniałaby pod względem merytorycznym programy telewizyjne i radiowe aspirujące do dofinansowania z funduszy misji i drugą komisję, która oceniałaby propozycje telewizji pod względem zasięgu technicznego emisji i propozycji wysokości dofinansowania z funduszu misji. Na podstawie tych dwóch ocen Rada dokonuje wyboru programu i telewizji, która go wyemituje oraz zakresu dofinansowania. Należy zrównać dostęp wszystkich nadawców do funduszy przeznaczonych na finansowanie misji. Publiczne telewizję i radio należy przekształcić w państwowe media, które będą miały taki sam dostęp do funduszu misji jak wszystkie pozostałe media. Fundusz misji powinien być finansowany z podatków. Wypłata dofinansowania odbyłaby się po emisji programu jeżeli spełnił wszystkie wymagania przetargu. Programy misyjne byłyby oznaczone. Szczególnie w programach informacyjnych i publicystycznych oznaczałoby to wysoki poziom wiarygodności i uczciwości programów. Jeżeli wysokość funduszu misji byłaby na poziomie publicznych środków przekazywanych do mediów państwowych. To ilość i jakość programów misyjnych w przestrzeni medialnej byłaby wielokrotnie większa niż obecnie. Byłby to skutek konkurencji podmiotów medialnych o dofinansowanie. Wszystkie programy „misyjne” emitowane w różnych telewizjach były oznaczone. W przypadku programów informacyjnych i publicystycznych oznaczałoby to wysoki stopień wiarygodności i obiektywizmu.

Kultura i sport:
Dzisiejszy sposób finansowania kultury i sportu amatorskiego był dobry w czasach Polski Ludowej gdy rozpiętości płacowe były na niższym poziomie niż obecnie i miało sens bezpośrednie finansowanie podmiotów kultury. Obecnie prowadzi to do uprzywilejowania bogatszych warstw społeczeństwa ponieważ obecny poziom publicznego finansowanie kultury powoduje, że bilety są drogie i nie stać na nie ludzi nie zamożnych. Zmiana w finansowaniu kultury i sportu powinna polegać na dwóch głównych elementach.

Po pierwsze tam gdzie obiekty (teatry, muzea, obiekty sportowe) utrzymują się dzięki dotacją publicznym powinny je przejąć samorządy lub państwo, a ich użytkownicy (teatry, kluby sportowe, muzea) płaciły by czynsz tylko za tą powierzchnie, którą aktualnie użytkują. To znaczy, że np. teatr w sposób ciągły wykorzystywałby tylko część pokoi administracyjnych, pomieszczenie do prób i magazyny na dekoracje i stroje, a na przykład sale teatralną tylko na próby kostiumowe i przedstawienia. Publiczny właściciel obiektu mógłby wykorzystywać wolne powierzchnie budynku na wynajem na inne cele na przykład na sale kinowe, koncerty i inne nie wymienione. Ponadto publiczny właściciel obiektu, który ma więcej środków niż teatr mógłby go modernizować zwiększając jego użyteczność i obniżając koszty eksploatacji. Takie rozwiązanie zmniejszyłoby koszty funkcjonowania teatru i zwiększyło wykorzystanie obiektu.

Po drugie trzeba tak zorganizować finansowanie, aby z jednej strony zapewnić funkcjonowanie kultury, z drugiej strony umożliwić korzystanie z dóbr kultury biedniejszej części społeczeństwa, a z trzeciej umożliwić władzy samorządowej i państwowej posiadanie wpływu na politykę repertuarową. Dzisiaj przykładowo teatr utrzymuje się ze sprzedaży biletów, dotacji publicznych, wpłat sponsorów i reklam. Proponuje utrzymać ten sposób finansowania tylko zmienić formę dotacji publicznych. Ceny biletów przy założeniu 100% frekwencji na przedstawieniach powinny co najmniej pokryć wszystkie koszty funkcjonowania teatru. Dotacja polegałaby na wykupieniu wszystkich nie sprzedanych biletów przez instytucje samorządowe lub państwowe jednak nie więcej niż 30% wszystkich dostępnych. Jeżeli mimo teatr nie jest zapełniony trzeba pomyśleć o zmianie repertuaru. Jeżeli władzom zależy, żeby jakieś przedstawienie trwało dłużej mogą zwiększać pule kupionych biletów. Zakupione przez władze samorządowe lub państwowe bilety- już imienne- mogły być sprzedawane po ulgowej cenie albo rozdawane za darmo biedniejszej części społeczeństwa. Preferowane powinny być dzieci i młodzież. W podobny sposób mogą być finansowane opery, filharmonie, muzea, koncerty, obiekty sportowe (baseny, korty tenisowe, hale sportowe, lodowiska).

Przedstawione wyżej propozycje wynikają z następujących przesłanek: zwiększenia udziału społeczeństwa w sprawowaniu władzy, bardziej efektywnemu wykorzystaniu posiadanych środków i lepszej realizacji postulatu sprawiedliwości społecznej w kulturze i sporcie. Niektóre z propozycji szczególnie w samorządach można już wdrożyć dzisiaj.

Lewica nie będzie przystawką

Piotr Kusznieruk, przewodniczący Nowej Lewicy w województwie podlaskim, tłumaczy, dlaczego zjednoczenie Nowej Lewicy i Wiosny jako dwóch równorzędnych sił to optymalne rozwiązanie.

Lider podlaskiej Nowej Lewicy skomentował ostatni konflikt w partii na łamach białostockiej „Gazety Wyborczej”.

Przypomnijmy, że na posiedzeniu zarządu Nowej Lewicy w ostatnią sobotę zapadły ostatecznie decyzje o utworzeniu dwóch i tylko dwóch frakcji w partii. Będą to struktury odpowiadające dawnym formacjom: SLD i Wiośnie. W takiej postaci partia uda się na kongres zjednoczeniowy, finałowo zaplanowany na 9 października.

Przed i podczas zarządu przewodniczący Włodzimierz Czarzasty zawiesił w prawach członka kilkoro działaczy, w tym posłów Lewicy. Emocje wokół konfliktu w partii nie gasną.

Umów trzeba dotrzymywać…

Przewodniczący podlaskich struktur Nowej Lewicy nie ma wątpliwości: już za późno na dyskusje o tym, czy i na jakich zasadach Wiosna połączy się z Nową Lewicą. To już było omawiane i zostało ustalone. – Kluczowym elementem jest dotrzymanie słowa wobec Wiosny. Umów trzeba dotrzymywać. Dzisiaj ważniejsza jest ta integracja niż indywidualne ambicje pewnej grupy osób – powiedział Piotr Kusznieruk w rozmowie z „GW”. – Dogadaliśmy się, że Wiosna ma mieć autonomię, integralność w ramach tego połączenia, a to, że będą dwie frakcje i po dwóch przewodniczących, także w regionach, zostało zapisane w naszym statucie. Taka strategia rozwoju naszej partii została określona w 2019 r. – doprecyzował.Dodał przy tym, że pomysł mnożenia liczby frakcji i tworzenia np. pięciu wewnętrznych grup uważa za kuriozalny. – W kraju i regionach po pięciu przewodniczących? To jakiś absurd – mówi działacz.

… a Wiosna jest cenna

Piotr Kusznieruk uważa również, że wartość rozwiązanej Wiosny jest dużo wyższa, niż wskazywałyby na to mało liczebne struktury w terenie. Przypomina, że Wiośnie udało się zaangażować do polityki nowe twarze, młodych ludzi, że ci nowi aktywiści to uczestnicy protestów w sprawach LGBT i równości kobiet i mężczyzn.

– Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO. Bo w Wiośnie jest energia – mówi Kusznieruk.

A dzisiejsze różnice w światopoglądzie i podejściu do polityki między doświadczonymi działaczami dawnego SLD i tą energetyczną młodzieżą? Są do przezwyciężenia, mówi przewodniczący Nowej Lewicy na Podlasiu. Jest przekonany, że za 2-3 lata frakcje partii zżyją się ze sobą.

Są podstawy, by w to uwierzyć – wszak cel politycy z obu formacji mają jeden, a koalicja zawarta w 2019 r. przyniosła socjaldemokratom i progresywistom upragniony powrót do parlamentu.

Nie spaść do roli przystawki

Piotr Kusznieruk obawia się, że bez Wiosny i jej elektoratu znaczenie Nowej Lewicy mogłoby raptownie zmaleć. Nawet do tego stopnia, że samodzielny start w wyborach nie miałby sensu. A skutki byłyby opłakane. – Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO – prognozuje polityk. A taki scenariusz w jego przekonaniu jest niepożądany. Socjaldemokraci powinni iś do wyborów samodzielnie, nie jako część koalicji, w której ich program rozmyje się.

Dlatego Piotr Kusznieruk, chociaż zaznacza, że od konfliktu w partii trzyma się z daleka, chce jednak, by przewodniczącym Nowej Lewicy do kongresu w październiku był Włodzimierz Czarzasty, współtwórca koalicji z Wiosną i Razem.

Jakoś to będzie

Ostatnio w moim bloku dwie osoby z rzędu nie wpuściły mnie do windy. Znakiem tego, propaganda działa. Licznik wciąż bije, a ludzie się lękają. Nie wszyscy, ale im więcej propagandy procovidowej, tym naród bardziej pod butem. Co zatem robić? Nie słuchać i nie czytać. Żeby nie zwariować.

Co rano budzę się i patrzam w portale informacyjne głównego nurtu. A tam co i rusz na czerwono, żeby nie przegapić: ilu zachorowało, ilu wyzdrowiało, ilu umarło. Raz spadnie, raz wzrośnie, a ostatnio najczęściej constans. Co i rano poczynam zastanawiać się wówczas: po co to wszystko? Po co te wszystkie informacje, które robią ludziom wodę z mózgu; mieszają im w głowach; straszą ponad miarę. Kto na tym wygrywa. Bo na pewno nie czytelnicy, którzy chłoną te alarmistyczne treści i zatruwają sobie żywot zgryzotami. I klikają w niusy, w piloty telewizorów, a gdzieś tam, po drugiej stronie światłowodu siedzą możni panowie i nobliwe panie i liczą zysk z kasy reklamodawców.

Nie wiem jak Państwa, ale mnie strasznie to rozsierdza; licznik zgonów i zachorowań; ozdrowieńców i zaszczepionych. Tłucze się ludziom do głów, że wróg u bram i trzeba mieć się na baczności. Pamiętam ongiś, jak w latach 90. w Nowym Jorku, na dworcu autobusowym, wystawiony był ogromny telebim, na którym prezentowano liczbę zabójstw, napadów z bronią w ręku, kradzieży i rozbojów na daną godzinę. Czemu i komu miało to służyć, nie bardzo wiem. Bo na pewno nie miastu i jego mieszkańcom. O tym, że mieszkają w niebezpiecznej metropolii wiedzieli i bez tego. Jeszcze przed Giulianim ktoś poszedł po rozum do głowy i zdjął licznik morderstw, żeby nie irytować mieszkańców miasta ponad stan.

Dokładnie tak samo patrzę na liczniki statystyk na naszych portalach; irytują ludzi a niektórych straszą i robią więcej szkody niż pożytku. Zresztą, tego ostatniego nie ma z nich za grosz. Kiedy liczniki nie pokazują wrażych danych, zrazu znajdzie się jakiś czarnosecinny artykuł o tym, jak to lada moment będzie strasznie i żeby się przygotować na najgorsze. A rzeczy ostatnie już poczynają się dziać na naszych oczach, na razie po cichutku, ale już czuć morowy wiatr z Zachodu. Rozmawiałem niedawno z jednym z pisowskich samorządowców wojewódzkiego szczebla; człowiek ów powiedział mi, że na dniach poszła z rządu w teren bumaga, aby odwoływać imprezy masowe finansowane z budżetów gmin, a kasę mrozić na zapomogi i tarcze pomocowe na czwartą falę.

Na głównych antenach telewizji prywatnych i komercyjnych, zaraz po dziennikach, w najlepsze funkcjonują covido-wiadomości i covido-poradniki. Nie wiem na jakiej podstawie szefostwo kanałów ustala, że nadal będzie emitować ten specyficzny rodzaj rozrywki, ale gdyby nie szły za tym pieniądze warunkowane wysoką oglądalnością, zapewne ramówkę wypełniłoby coś innego. Znakiem tego, Polacy lubią horrory; chcą się bać na zapas; kochają, kiedy mówi im się, że jest źle, a może być jeszcze gorzej…czy aby na pewno? Kiedy patrzę na moich współbraci w polskiej niedoli, odnoszę zupełnie inne wrażenie. Lubimy raczej, kiedy się nam mówi, że będzie dobrze, że „jakoś to będzie”; lepiej, gorzej, ale jakoś. Że podołamy, że nie będzie tak źle, nie będzie bolało; żeby się nie martwić na zapas, bo jest chujowo, ale stabilnie. I na nas to działa. Na przeoranych pracą, wódką i stresem, ziemistych twarzach pojawia się w okolicach kącików ust mały półksiężyc, który z czasem przechodzi w uśmiech; wargi pęcznieją od krwi, usta czerwienieją, oczodoły nabierają błysku. Jak się chce, to można nas rozbawić. Byleby było czym; Benny Hillem, „Samymi swoimi”, czymkolwiek. Ale na pewno nie paskami z liczbą zachorowań i zgonów. Kiedy się na to spojrzy na zaraz po otwarciu oczu i komputera, dzień nie może być udany. I zwykle nie jest. Po co więc to wszystko; za jakie grzechy maltretują nas tą wiedzą, do nieszczęścia głębokiego koniecznie potrzebną. Wiadomo, dla kasy. Ale żeby aż tak człowiekowi zatruwać życie; że też nie wystarczy im codzienny kociokwik o Gowinie, Żydach, tefałenie; toż to samo w sobie już wystarczająco mdłe i niestrawne. Jesień jednak szykuje nam się złota. Przynajmniej dla wydawców.

Historyczny wiec Tuska w Gdańsku

Gdańsk, poniedziałkowe, ciepłe i słoneczne popołudnie 19 lipca, nieco po godzinie szesnastej.
Po całym dniu spacerowania i jeżdżenia po Trójmieście, wlokę się w stronę Długiego Targu i pomnika Neptuna, by zobaczyć zapowiedziane zgromadzenie z udziałem Donalda Tuska. Po trosze, by popatrzeć, ale też, by trochę pobudzić leniwą krew w wiecowej atmosferze, w której bywa czasem coś elektryzującego, a i zdarza się, że można natknąć się na jakąś ciekawą nawalankę między przedstawicielami dwóch plemion – Polski PiS i Polski-antypis. Po niedawnej publicznej pyskówce pani marszałek Sejmu Witek z „totalną opozycją” uliczną, która „rząd atakuje ale wszelkie świadczenia bierze”, nie można było tego wykluczyć.
Hajda pod Neptuna
Nawet gdybym nie miał zielonego pojęcia, że szykuje się ten wiec, to i tak kierujący ruchem strażnicy miejscy zwiastują, że coś się w okolicy dzieje lub dziać będzie. Choć dzień powszedni, to – jak to wakacyjną porą – Starówka jest zatłoczona. Wchodzę w ulicę Długą i zmierzam w stronę Neptuna. Z oddali widzę podest pełen fotoreporterów. Słyszę też głos dwojga przemawiających. Po chwili rozpoznaję posłów Wielichowską i Myrchę, którzy pełnią rolę supportu przed wystąpieniem Tuska, naprzemiennie podkręcając atmosferę demokracjotwórczymi i państwowotwórczymi okrzykami, a co pewien czas przypominają, że „godzina zero” się zbliża i niebawem pojawi się Donald Tusk (wow!). Ich narrację urozmaicają puszczane z głośnika kawałki znanych utworów muzycznych („Wolność, kocham i rozumiem…”, „Chciałbym być sobą” itp.). Tłum koncentrujący się wokół podium jest spory i z minuty na minutę gęstniejący, ale w luźnej atmosferze wakacyjnego popołudnia nie jest tak łatwo odróżnić tych, którzy przyszli na wiec, od przypadkowych spacerowiczów, turystów, gapiów itp. Na pewno na zgromadzenie przyszli ci (a jest ich dużo), którzy trzymają w dłoniach kartki zadrukowane znanym hasłem: „TVP łże” lub tabliczki z emblematami unijno-KOalicyjnymi Przez moment błyska mi w oddali łysina Borysa Budki, widzę Jarosława Wałęsę i kilkoro innych parlamentarzystów. W tłumie widać też flagi unijne, Pomorza z czarnym gryfem na żółtym tle, a także emblematy KOD. Gdybym był – jak nie jestem – propagandystą TVPiS zauważyłbym, że średnia wieku zgromadzonych jest bliższa średniej niż niskiej. Mnóstwo osób zajmuje ogródki dwóch pobliskich, sąsiadujących z Dworem Artusa lokali. Pod jedną z kamienic grupa osób trzyma obszerny baner z wizerunkami psów i pytaniem: „Czy upomni się Pan o prawa zwierząt”. Rozglądam się, czy są hasła antytuskowe? Haseł antytuskowych nie zauważyłem, choć rozglądałem się intensywnie.
Policjanci jak trusie
Staję kilkanaście metrów od podestu, jakieś dwa metry za dwoma policjantami, ale poza tym policji – przynajmniej umundurowanej – jest jak na lekarstwo. W zasadzie nikt na nich nie zwraca uwagi, poza tym że zauważam mężczyznę w średnim wieku, który podchodzi do jednego z nich, otaksowuje go prowokacyjnie z góry na dół dość nieprzyjaznym wzrokiem i spoglądając mu w oczy rzuca pytanie: „Co, nie ma kobiet do bicia?”. Policjant nie reaguje na zaczepkę i w ogóle ta „nieobecność” policji robi na mnie osobliwe, dziwne wrażenie, jakby nawet zaskakujące po tylu miesiącach doświadczeń z brutalnym pacyfikowaniem najspokojniejszych nawet, jednoosobowych protestów, z byle powodu lub bez powodu. W tym przyjaznym Tuskowi i opozycji, a więc z definicji antypisowskim tłumie, po raz pierwszy od dawna widzę policjantów spokojnych jak trusie, bez postawy wojowniczej i właściwie bezbronnych w tej w gęstej ciżbie, która nienawidzi ich mocodawców.
TVPiS łże
Dochodzi godzina siedemnasta. Tusk, w niebieskiej koszuli, bez marynarki, pojawia się punktualnie (punktualność jest uprzejmością królów) na podium, w asyście grona młodych ludzi z flagami unijnymi i biało-czerwonymi. Jego wejściu towarzyszą dźwięki jakiegoś innego klasycznego hitu muzycznego, ale nie zapamiętałem którego. Tusk zaczyna przemawiać, a ja staram się zachować równowagę między słuchaniem przemówienia a obserwacją tego co dzieje się wokół, jednak z akcentem położonym na ten drugi wymiar rzeczywistości. Od czasu do czasu, w trakcie przemówienia, słychać krótkie skandowanie: „Donald Tusk! Donald Tusk!”. Szczególnie jednak nastawiam uszy, aby wychwycić jakieś okrzyki wrogie Tuskowi. Ale nic. Ani plakatów, ani okrzyków. Raz tylko zauważam mężczyznę, który kilkakrotnie, z przerwami, niezbyt silnym głosem wykrzykuje: „Tusk hańba”. Po drugim czy trzecim takim okrzyku, kilka osób kieruje na niego swoją uwagę, coś do niego mówią, po czym mężczyzna spokojnie, w milczeniu odchodzi. Jednocześnie słucham przemówienia Tuska i odnotowuję w pamięci, że największy aplauz i oklaski wywołują jego słowa o „ruskim ładzie PiS” oraz o „upadku Kościoła, który PiS sprowadził do roli sojuszniczej partii politycznej”, o odejściu młodzieży od kościoła, a także, gdy wzywa „pana Kaczyńskiego”, by „wyszedł z jaskini” i stanął z nim do pojedynku „na ubitej ziemi”. Salwy śmiechu wywołują kąśliwe uwagi Tuska o prezesie PiS, „nieszczęsnym ministrze” Dworczyku, „cnotach niewieścich”. Kończy się przemówienie i zgromadzenie. Ludzie zaczynają się powoli rozchodzić, tylko wokół Tuska zgromadził się gęsty tłumek. „Pstryki” zdjęć z komórek i smartfonów, autografy. Nie mam dobrego oka do szacowania liczebności zgromadzeń, ale jeśli zsumować liczbę ewidentnych uczestników wiecu z publicznością luźniej zgromadzoną wokół, to było tego … ze dwa tysiące, co zresztą widać na ujęciach z drona. TVPiS podała, że na wiecu była garstka osób. To jest naprawdę świetna telewizja. Najświetniejsza w łgarstwach bez cienia żenady.

Profesor Pełczyński i jego studenci

W dniu 22 czerwca br. w wieku 96 lat zmarł profesor Zbigniew Andrzej Pełczyński.

W Oxford University, w okresie 1953-1993 wykładał politologię i filozofię polityczną. Jego rozprawa doktorska oraz liczne studia i artykuły dotyczyły filozofii Hegla, która-zdaniem Pełczyńskiego- pozostaje inspirująca i ważna dla współczesnej myśli politycznej. Znane jest odczytywanie myśli Hegla przez Marksa i przeświadczenie o jej rewolucyjnym znaczeniu.

W obrębie międzynarodowej społeczności uczonych-heglistów od XIX wieku toczy się spór o rolę niemieckiego filozofa.Zbigniew Pełczyński uczestniczył w tym wielkim sporze naukowym.Szczególnie interesujący jest jego esej Naród, społeczeństwo obywatelskie, państwo : heglowskie źródła braku u Marksa teorii narodowości, w którym czytamy m.in. „Można zapytać, jak Marks, bystry obserwator współczesnej historii, tudzież genialny teoretyk społeczny, mógł być tak beztroski (w sensie teoretycznym) wobec jednego z dominujących fenomenów politycznych dziewiętnastowiecznej Europy i najwyraźniej nie dostrzegał jego znaczenia w historii powszechnej?” (Z.A.Pełczyński Wolność państwo , społeczeństwo , Wrocław 1998, s.183 )

W cytowanym eseju prof.Pełczyński zwrócił uwagę na zainteresowanie Marksa i Engelsa sprawą niepodległości Polski. „Co do krajów, które były już niepodległymi państwami i „dojrzałymi” społeczeństwami obywatelskimi (jak Brytania i Francja), Marks i Engels argumentowali, że proletariat winien odrzucić organiczne koncepcje państwa narodowego czy politycznej wspólnoty i ogłosić swą tożsamość z „narodem” jako całością. Nacjonalizm nie może być dopuszczalny na drodze walki klasowej z burżuazją.Niemniej jednak w stosunku do narodów, które nie były niepodległe i tworzyły społeczeństwa bez dojrzałego proletariatu (jak Irlandia i Polska), akceptowali wartości współpracy klasowej i prymat walki narodowej nad walką klasową.” (tamże s.206)

Zdumiewająca wnikliwość w analizowaniu klasyków filozofii politycznej, a także ogromna wiedza o współczesnej rzeczywistości politycznej Związku Radzieckiego i innych państw bloku wschodniego przyciągały liczną rzeszę studentów z różnych państw. Wśród tych studentów byli przyszli wybitni politycy i uczeni.

Conrad Sebastian Russell

Profesora Pełczyńskiego poznałem w Warszawie, gdy z inspiracji Know-How-Fund uczestniczył w pracach nad projektem polskiej ustawy o służbie cywilnej. Gdy wspomniałem, że pracuję nad biografią polityczną Bertranda Russella usłyszałem wartościową sugestię :”Proszę zatelefonować do jego syna-lorda Conrada Russella-mojego byłego studenta i powołać się na mnie. Napewno pana przyjmie.” Skwapliwie skorzystałem z tej sugestii. Wiedziałem, że imię Conrad nadał synowi Bertrand Russell, aby upamiętnić swego uwielbianego przyjaciela Josepha Conrada-Korzeniowskiego.

Prof.Conrad Sebastian Russell należący do czołowych historyków zajmujących się dziejami Wielkiej Brytanii był wówczas politykiem należącym do kierowniczego gremium Partii Liberalnych Demokratów.
W wyniku rozmowy telefonicznej wraz z moim synem Karolem zostałem zaproszony na dzień 6 października 1998 roku do restauracji stanowiącej „stołówkę” Izby Lordów.Karol miał sprawować funkcję fotoreportera. Ponieważ Westminster jest zabytkiem klasy zerowej, używanie flesza nie jest dozwolone.Karol czuwał nad magnetofonem służącym do nagrywania rozmowy. Początek tej rozmowy nie był łatwy.Conrad Russell sprawiał wrażenie człowieka pogrążonego w myślach, zamkniętego w sobie.Na pytania odpowiadał skrótowo, żeby nie powiedzieć zdawkowo. W pewnej chwili powiedziałem o moich rodakach, którzy swoje poglądy określają jako „konserwatywno-liberalne”. Mój dostojny rozmówca oburzył się:”To sprzeczność sama w sobie. Albo ktoś jest konserwatystą , albo liberałem”.Zapytałem jak należałoby zdefiniować współczesny liberalizm. Lord Russell stał się elokwentny.Wykorzystałem to, do przeprowadzenia wywiadu, który po moim powrocie do Warszawy ukazał się w „Rzeczypospolitej”. Korzystając ze zmiany nastroju powróciłem do pytań zadanych na wstępie i uzyskałem wyczerpujące odpowiedzi. Ze swej strony prof.Russell-rzecznik Liberalnych Demokratów w Izbie Lordów do spraw polityki społecznej zapytał mnie jaką pomoc od państwa polskiego uzyskali ludzie poszkodowani w wyniku ubiegłorocznej powiedzi.Na szczęście monitorowałem tą kwestię i potrafiłem dać odpowiedź.

Conrad Russell stwierdził,że jego ojciec, który był był wychowany w tradycji liberalnej eksperymentował z tradycją Partii Pracy, a ostatecznie wyniki tego eksperymentu uznał za niezadawalające. Ugryzłem się w język, zeby nie powiedzieć, iż ten eksperyment trwał jednak czterdzieści lat. Przypomniałem sobie,że rozstanie Bertranda Russella z Partią Pracy było burzliwe.Kiedy jej przywódca premier Harold Wilson poparł amerykańską interwencję w Wietnamie Bertrand Russell odmówił podania mu ręki, a w trakcie przemówienia zjazdowego podarł swą legitymację członkowską.

Karol i ja zostaliśmy zaproszeni do sali obrad Izby Lordów, gdzie wysłuchaliśmy debaty nad ustawą „The Act of Scotland”. W drodze do tej sali doszliśmy do skrzyżowania długich i szerokich korytarzy na którym to skrzyżowaniu znajdują się pomniki wielkich osobistości, które weszły do historii Wielkiej Brytanii. Jedną z nich był pradziadek naszego rozmówcy lord John Russell-dwukrotny premier Wielkiej Brytanii w czasach królowej Wiktorii. Kiedy później trochę narzekałem na zmienne nastroje naszego rozmówcy Karol wyraził swój pogląd. Sądził, że człowiek, który w drodze na salę posiedzeń codziennie mija posąg swego pradziadka , ani nie może zachowywać się , ani być oceniany jak inni ludzie. Przyznałem mu rację.

x x x

Przekazane mi w rozmowach wspomnienia i refleksje Conrada Russella oraz noblisty prof.Josepha Rotblata były pomocne przy próbach głębszego zrozumienia złożonej osobowości Bertranda Russella oraz uwarunkowań i okoliczności w których on rozmyślał, pisał i działał.( Por.A.Wilk Bertrand Russell.Biografia polityczna, Wrocław 1999).

Bill Clinton

Przyszły gubernator i prezydent w latach 1968-1970 był studentem prof.Pełczyńskiego. W swej autobiografii Bill Clinton odnotował:”Swój pierwszy esej napisałem dla mojego tutora dr.Zbigniewa Pełczyńskiego, polskiego emigranta- na temat roli terroru w radzieckim totalitaryźmie („sterylny nóż przecinający zbiorowość i unicestwiający trudny rozwój różnorodności i niezależności”)”. (B.Clinton My Life , N.Y.2004 s.143) Clinton był jednym ze stypendystów fundacji Rhodesa skierowanych na dwuletnie studia w Oxford University w wyniku rygorystycznego procesu selekcji i ewaluacji. Kandydaci na te studia zobowiązani byli do przedłożenia od pięciu do ośmiu listów polecających od znanych osobistości, a także do napisania eseju na temat”dlaczego chcę studiować w Oxford University”. Powinni też być atletami. Tego ostatniego wymogu Bill Clinton nie spełniał.Miał za to inny atut. Jednym z polecających był znany senator z Arkanzasu William Fullbright-przewodniczący Senackiego Komitetu Spraw Zagranicznych. W czasie studiów w Georgetown University w Waszyngtonie Clinton przez pewien czas był jego asystentem.

Dwuletni pobyt w Wielkiej Brytanii stwarzał Clintonowi możliwość zwiedzania ciekawych obiektów. Były wśród nich m.in. pamiątki szekspirowskie w Stradfordzie i grób Karola Marksa na cmentarzu High Gate w Londynie.

Kiedy zapytałem prof.Pełczyńskiego, czy przypuszczał, że znajdujący się pod jego opieką akademicką amerykański student to przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych usłyszałem odpowiedź:”Szczerze mówiąc -nie”. Clinton był studentem powyżej przeciętnej, ale nie wybitnym. Miał jednak cechę bardzo przydatną w działalności politycznej. Potrafił budzić sympatię i zdobywać popularność. W trakcie dyskusji unikał popisywania się. Natomiast często nawiązywał do wypowiedzi kolegów-studentów wyrażając swoje uznanie. Czasami stwierdzał:” Ja bym na to nie wpadł”.
Kiedy w roku 1979 Bill Clinton po raz pierwszy został gubernatorem Arkanzasu prof. Pełczyński wysłał list z gratulacjami, w którym poinformował, że opracowanie Clintona na temat dysydentów w Związku Radzieckim jest wykorzystywane w Oxford University jako pomoc dydaktyczna. W odpowiedzi gubernator zaprosił Pełczyńskiego do Little Rock w charakterze profesora wizytującego. Zaproszenie to nie zostało wykorzystane z powodu zobowiązań profesora wobec Oxford University i innych prestiżowych uczelni. Prof.Pełczyński przyznał się, że nie przewidywał wówczas dalszej zdumiewającej kariery młodego gubernatora niewielkiego i ubogiego stanu.

Prezydent Clinton pamiętał o swym wybitnym profesorze z Oxfordu. Zapraszał go na przyjęcia organizowane z okazji spotkań Clinton-Kwaśniewski.

Strobe Talbott

W ocenie profesora Pełczyńskiego wybitnym amerykańskim stypendystą Rhodesa był znakomity dziennikarz, politolog i literaturoznawca Strobe Talbott.W roku 1968 ukończył on Yale University gdzie redagował Yale Daily News.Do prestiżowego tygodnika Time pisywał korespondencje dot.stosunków amerykański-radzieckich. Posługiwał się biegle językiem rosyjskim.W Oxfordzie równolegle ze studiami wykonał iście benedyktyńską pracę jako tłumacz i redaktor przemyconych z Moskwy (na taśmach magnetofonowych) wspomnień Chruszczowa. Przełożenie mówionego gwarowo-biurokratyczno-politycznego tekstu rosyjskiego na pisany i zrozumiały tekst angielski było bardzo trudne.Książka ukazała się w roku 1971 (Khrushchev Remembers A Benton Book, N.Y.) ze wstępem, komentarzem i notami biograficznymi ówczesnego seniora amerykańskich sowietologów Edwarda Crankshawa.

W Oxfordzie Strabe Talbott studiował literaturę rosyjską z XiX i XX wieku. Jego praca doktorska dotyczyła Fiodora Tiutczewa (1803-1873)-rosyjskiego dyplomaty, poety i publicysty. Tiutczew był wyrazicielem rosyjskiego nacjonalizmu, a także często-szowinizmu. W Rosji do naszych czasów powszechnie znany jest jego czterowiersz:

„Rosję umysłem nie zrozumiesz
Zwykłym arszynem jej nie zmierzysz
Szczególną własność ona ma
W Rosję można tylko wierzyć”

Talbott jako literaturoznawca głębiej poznał wewnętrzne, kulturowe uwarunkowania rosyjskiej polityki zagranicznej. Zmiana jaka nastąpiła w wyniku powstania Związku Radzieckiego oznaczała nowe zabarwienie ideologiczne. Pozostało jednak przeświadczenie o wyjątkowości Rosji i jej szczególnej misji.

W Oxfordzie Clinton i Talbott-mieszkający w jednym pokoju-stali się bliskimi przyjaciółmi. Jak podkreślił Clinton w swej autobiografii Talbott był jego specjalnym doradcą w sprawach dotyczących Rosji. W latach 1994-2001 był zastępcą Sekretarza Stanu. Tak więc dwa lata spędzone w Oxfordzie przez Clintona i Talbotta miały istotny wpływ na politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych w ważnym okresie historycznym.

Mały zamach

Pisałem już kiedyś, że słowo „zamach” ma w języku polskim kilka znaczeń. Można się „zamachnąć” na szwagra, męża czy żonę, można zamachać na powitanie czy pożegnanie, można w końcu organizować i przeprowadzać zamach na określone wartości naszego życia, albo „zamach stanu”, czyli siłowe przejęcie władzy w kraju.

Taki duży zamach stanu w 1926 roku przeprowadził Józef Piłsudski na czele wiernych mu legionistów. Małych zamachów na wartości i wolność myśli i przekonań obywateli było więcej. Wydawało mi się wprawdzie, że ten etap rozwojowy mamy już za sobą, ale przyznaję się do błędu. Okazuje się bowiem, że obecna władza nie jest zadowolona ze swojej pozycji i z możliwości krytykowania ich decyzji, jakie daje demokracja. To przecież – ich zdaniem – niemoralne i wręcz wstrętne, aby ktoś krytykował ich posunięcia, które przecież zawsze mają na celu uszczęśliwianie narodu. Z bólem serca stwierdzam, że jest wielu obywateli, którzy podzielają ten pogląd. Nasuwa się wniosek, że jednak rozwój kraju i patriotyczna jedność przekonań jego mieszkańców mogą być łatwiejsze w warunkach autokracji, niż demokracji. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech porówna tempo rozwojowe krajów Europy i Chin, które właśnie w warunkach autokracji stały się w krótkim czasie gospodarczą potęgą.

Takie właśnie rozumowanie przyświeca zapewne ostatnim pomysłom niektórych posłów i wierchuszki PISu. Psychicznie są już tak głęboko w warunkach autokracji, że świadomie lub podświadomie lansują jej kilka uniwersalnych podstaw.

Fundamenty autokracji

Po pierwsze – my, czyli autokraci, zawsze mamy rację. Ta racja wypływa z faktu, że wszyscy jesteśmy zabójczo inteligentni, mamy genialnego wodza i umiejętnie prowadzoną propagandę.

Po drugie, – jeśli ktoś ośmiela się mieć inne zdanie, to nie jest patriotą, podkopuje naszą jedność, zagraża realizacji naszych planów, a więc jest „wrogiem ludu”.

Po trzecie wylęgarniami takich antypatriotycznych poglądów i działań są środki masowego przekazu, w całości lub decydującej części utrzymywane z zagranicznych pieniędzy. Musimy z nimi walczyć, strasząc ich odbieraniem licencji lub kupując je w całości albo w formie udziałów za pieniądze zarobione przez nasze „Narodowe” spółki. Wtedy możemy mieć „jakiś tam” wpływ na to, co piszą i pokazują,

Jakie są pierwotne źródła tych przekonań bijące ostatnio ze wzmożona siłą w sercach naszych wielbicieli autokracji, póki, co trzymających władzę?

Trzeba wygrywać kolejne wybory!

To proste. Aby utrzymywać tą władzę, trzeba wygrywać kolejne wybory. Taki wrzód demokracji psujący nam jeszcze „czystość autokracji”. A żeby wygrywać wybory, trzeba mieć większe od innych poparcie społeczne. W Polsce – i słusznie – doprowadziliśmy do ograniczenia znaczenia inteligenckiego poziomu i wykształcenia kandydatów na posłów, senatorów i na stanowiska rządowe. Poparcie uzyskuje ten, o którym częściej się mówi, którego się pokazuje jak coś otwiera i głaszcze dziecięce główki. Pisanie o tych patriotycznych zdarzeniach nie daje pożądanych efektów, bo w Polsce czytelnictwo – także codziennej prasy – stale się zmniejsza i w niektórych miastach i wsiach osiągnęło poziom niemal zerowy. Uczucia Narodu są ukierunkowywane głównie przez telewizję. Telewizor jest naszym okienkiem na świat, w niektórych domach czynnym przez cały dzień. Bo to i sport można oglądać, i porady kuchenne i światową modę. No i odpowiednio ufryzowane wiadomości, chociaż u znacznej części odbiorców nie budzą one większego zainteresowana. Ale je oglądają,. bo to jednak można się dowiedzieć, kogo wsadzili do aresztu, albo postawili przed sądem, co i o kim myślą prokuratorzy, co porabia pan prezydent i nasz miłościwie panujący właściciel kota. Można też czasem posłuchać opowieści o realnych i nierealnych marzeniach premiera.

Przewaga telewizji nad radiem i słowem pisanym polega przede wszystkim na tym, że widać tych mądrych ludzi i mogą oni budzić u telewidza sympatię albo antypatię nawet wtedy, kiedy tenże telewidz nie rozumie, o czym mówią.. Chcąc niechcąc stają się celebrytami. Jeśli budzą sympatię, to to, co mówią traktowane jest, jako niepodważalna prawda i bezwarunkowo przekonuje ich sympatyków, którzy gotowi są do poświęceń jej w obronie.

I o to chodzi

Und hier ist der hund begraben! Zapożyczyliśmy kiedyś od Niemców tą formułę, wskazującą na ukryte źródło podejmowania decyzji lub rzeczywisty cel ich podejmowania. Ten nasz pies jest płytko pogrzebany i ma zapędzić do współpracy lub przynajmniej poparcia tą część Polaków, którzy widzą rzeczywistość tylko przez pryzmat pieniędzy – zwłaszcza tych, na które nie muszą zapracować. A najlepszą drogą tego zapędzania jest posłuszna telewizja, do znudzenia powtarzająca pochwały zaradności władzy i obrzydzająca tych obywateli, którzy ośmielają się mieć inne zdanie, lub w ogóle nie należą do naszego narodu i mówią do nas obcymi językami.

Telewizja w obecnym świecie przesyconym techniką miała być nośnikiem wszelakich kultur, a stała się podstawowym instrumentem zarówno wysublimowanej jak, i zupełnie topornej propagandy. Wujcio Goebbels, gdyby nie umarł śmiercią nienaturalna w czasie oblężenia Berlina i cieszył się dobrym zdrowiem 123 – latka, byłby zachwycony możliwościami wykorzystywania tego instrumentu.

Nic więc dziwnego, że nasi autokraci Ida tym tokiem rozumowania. Mamy jedną posłuszną telewizję wpajająca narodowi prawdziwa prawdę, że jest szczęśliwy i będzie jeszcze bardziej, bo mamy genialnie opracowane plany rozwoju Polski. Ale mamy też inną, która nie jest tak optymistyczna, ciągle coś wytyka i z czegoś się śmieje. Ci, którzy bezmyślnie ją oglądają kibicują nawet (o zgrozo!) satyrycznym teatrom i ich programom, obrażającym naszą molarność pracowicie odbudowywaną przez ministra od oświaty i edukacji. To tragiczne, że można kogoś zapraszać np. na „pożar w burdelu!”.

Grupa rozsądnych posłów nie mogła już znieść tego antypatriotycznego działania i opracowała projekt zmian ustawy medialnej, w którym inwestowanie w rozwój takich stacji i kanałów przez zagraniczny kapitał musi być ściśle kontrolowane, limitowane i ograniczone do krajów europejskich. Problem jednak w tym, że największa niepraworządna stacja i jej kanał informacyjny jest własnością wielkiej firmy amerykańskiej. I można nie wiedzie kim w Rosji była Katarzyna, ale trzeba widzieć, że Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nie leżą w Europie.

Ten pogrzebany pies przestaje merdać do nas ogonem i zaczyna ostrzyć zęby. Amerykanie bowiem są wcieleniem łagodności, ale bardzo nie lubią dwóch sytuacji – ograniczania wolności słowa i psucia ich interesów. Wtedy nadają sygnał ostrzegawczy – przyjmują naszych notabli na korytarzach lub w przedpokojach. Wolę nie przewidywać następnych etapów.

Autonomia i niezależność Kościoła katolickiego jako narzędzia utrwalania panowania ideologii narodowo-katolickiej w sferze światopoglądowej

Relacje instytucjonalne pomiędzy kościołami i związkami wyznaniowymi regulowane są w myśl art. 25 Konstytucji RP czterema podstawowymi zasadami z których podstawową zasadą ustrojową zawartą w art.25 ust.3 jest nakaz kształtowania stosunków państwa z instytucjami wyznaniowymi z poszanowaniem ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie oraz współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.

Stosownie do art.25 ust.1 Konstytucji RP wszystkie kościoły i inne związki wyznaniowe maja być równouprawnione, a władze publiczne zobowiązane są w swoich działaniach kierować się zasadą bezstronności światopoglądowej (art. 25 ust.2). W relacjach państwa z instytucjami wyznaniowymi obowiązuje także zasada bilateralności (art.25 ust.3 i 4 Konstytucji RP), co oznacza konsensualne (będące wynikiem zgodnych ustaleń) rozstrzyganie kwestii dotyczących ich działalności.

Prawidłowe rozumienie wyżej wskazanych zasad, a w szczególności zakresu autonomii i niezależności instytucji wyznaniowych nastręcza w praktyce sporo problemów. Z jednej strony prowadzi do nieuprawnionego rozszerzania treści tej zasady na wszelkie sprawy, które znajdą się w sferze aktywności kościołów i związków wyznaniowych jak np. związane z różnymi formami działalności gospodarczej, a z drugiej strony prowadzi do chęci znacznego zawężania jej treści. W efekcie coraz częściej podnoszą się głosy nawołujące do ścisłego sprecyzowania zakresu autonomii i niezależności kościołów i innych związków wyznaniowych, a tak naprawdę przede wszystkim Kościoła katolickiego. Problem nieustannego powoływania się przedstawicieli Kościoła na jego uprawnienia wynikające z zasady autonomii i niezależności w tym na przykład w odniesieniu do odmowy współpracy z państwem chociażby w zakresie ujawniania dokumentów dotyczących przestępstw popełnianych przez jego funkcjonariuszy czy rozwijania działalności gospodarczej prowadzi do nieuprawnionego rozszerzenia sfery funkcjonowania instytucji wyznaniowych według zasad konfesyjnych mających przecież obowiązywać przy spełnianiu funkcji religijnej.

Autonomia instytucji i społeczności odnosi się zarówno do podmiotów o charakterze politycznym jakim są państwa jaki i religijnym. Oznacza ona samodzielność organizacyjną i funkcjonalną neutralnego światopoglądowo państwa demokratycznego, a w odniesieniu do podmiotów religijnych jest konsekwencją swobody wypełniania funkcji religijnych. Autonomia nie jest więc nadawana przez państwo, lecz jedynie przez nie uznawana i potwierdzana. Z zasady autonomii kościołów i innych związków wyznaniowych wynika samodzielność tworzenia nowych jednostek organizacyjnych, ich przekształcania i likwidowania oraz obsadzania stanowisk kościelnych. Przede wszystkim jednak oznacza możliwość tworzenia prawa sobie samemu na swój użytek i dla regulowania swoich spraw, samodzielnego ich rozstrzygania czyli samostanowienie w zakresie swojej funkcji. Autonomia nie oznacza jednak zwolnienia z przestrzegania państwowego porządku prawnego jak i pozwala państwu na ingerencje w wewnętrzny porządek prawny związku wyznaniowego.

Niezależność natomiast jest pojęciem zbieżnym z autonomią w tym sensie, że stanowi najwyższy jej stopień odnosząc się do instytucji i społeczności zewnętrznych podczas gdy autonomia dotyczy relacji w stosunkach wewnętrznych związku wyznaniowego. Niezależność przysługująca „każdemu w swoim zakresie” wyklucza ingerencję jednego podmiotu w sprawy drugiego i oznacza, że państwo jest niezależne w granicach swojej suwerenności terytorialnej natomiast instytucje religijne są suwerenne w sferze duchowej. Takie rozumienie podkreśla odrębny charakter obu instytucji i potwierdza rozdział ich sfer działania . Zakres działalności związków wyznaniowych stanowią sprawy religijne oraz wewnętrzna organizacja instytucji i wspólnot religijnych, czyli ich funkcja religijna, co znajduje podstawę prawna w art.11 ust 1 ustawy z dnia 17.05.1989 r. o gwarancjach wolności sumienia i wyznania. Swoboda wypełniania tej funkcji została skonkretyzowana poprzez przykładowo sformułowany katalog uprawnień zawarty w art.19 ust.2 wyżej wspomnianej ustawy. Obejmuje on zarówno sprawy dogmatyczne, doktrynalne jak i kultowe w tym m.in. treści zasad wiary, sprawowanie kultu religijnego, udzielanie posług religijnych jak i zarząd oraz organizację i funkcjonowanie jednostek wyznaniowych w tym międzynarodowych, tworzenie materialnej bazy do działalności religijnej w tym realizowanie inwestycji sakralnych i kościelnych inwestycji o innym charakterze prowadzonych przez jednostki wyznaniowe, ponadto nabywanie i zbywanie majątku ruchomego i nieruchomości, pobieranie składek, darowizn, spadków wytwarzanie przedmiotów i artykułów do celów kultu religijnego, prowadzenie działalności charytatywno-opiekuńczej i oświatowo wychowawczej, a także propagowanie i nauczanie religii – żeby wymienić jedynie podstawowe. Należałoby poważnie rozważyć czy katalogu uprawnień z art. 19 ust.2 ustawy nie ograniczyć albo wprowadzić zasadę jego enumeratywności t. zamkniętego katalogu uprawnień przy uwzględnieniu również tych jakie znajdują się w konkordacie oraz ustawach partykularnych dotyczących poszczególnych kościołów i związków wyznaniowych. Prawdopodobnie byłoby także rozwiązaniem korzystnym, z punktu widzenia państwa, wprowadzenie wyraźnego przepisu o zakazie pełnienia funkcji publicznych przez organy instytucji wyznaniowych.

Problem z funkcjonowaniem praktycznym dominującego w Polsce w sferze religijnej Kościoła katolickiego jest taki, że nie rzeczywista treść przepisów prawa, lecz wymuszana na państwie praktyka determinuje obraz ekspansywnych zachowań tej instytucji wyznaniowej. Poszczególne decyzje władz publicznych podejmowane nieustająco na rzecz realizacji aspiracji bądź życzeń Kościoła i kleru wynikają przede wszystkim z ich lekceważącego stosunku do obowiązującego prawa, a nie brzmienia poszczególnych przepisów.

Rozszerzanie uprawnień przede wszystkim Kościoła katolickiego np. poprzez wprowadzenie do treści programów szkolnych wątków religijnych w języku polskim czy historii tak jak i obowiązkowego uczestniczenia uczniów w zajęciach z religii lub etyki przekracza już nie tylko sferę autonomii i niezależności Kościoła katolickiego, ale i ustalenia konkordatu co do organizowania konfesjonalizacji szkolnej na życzenie zainteresowanych rodziców i jest wyrazem wyraźnego ulegania przez władze państwowe presji wyznaniowej. Ma ona na celu ugruntowanie narodowo-katolickiej ideologii państwowej skutkującej wychowaniem grona fanatycznych jej zwolenników. Podobnie wygląda sytuacja uprzywilejowanego traktowania przez władze tzw. kościelnych osób prawnych otrzymujących sowite dotacje ze źródeł państwowych, pomijając już fakt kierowania tych przysporzeń do zupełnie prywatnych przedsięwzięć jak np. Fundacja Lux Veritas znanego biznesmena z Torunia. Wszystkie tego typu działania maja na celu zapewnienie panowania ideologicznego w sferze światopoglądowej lub chociażby stworzenia zaplecza społecznego wsparcia narodowo-katolickiej ideologii.

Trwający od lat proces klerykalizacji państwa obejmujący wszystkie nieomal sfery życia i aktywności społeczeństwa musi zostać zahamowany, a skutki przezwyciężone jeżeli Polska ma pozostać krajem aspirującym do cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Niestety próba przezwyciężenia negatywnych efektów klerykalizacji i rządów narodowo-katolickiej koalicji nie leży obecnie w częstotliwości zgłaszania propozycji zmian w obowiązującym prawie , ani nawet w otwartym wystąpieniu programowym jakiejś partii politycznej, lecz w pełnej mobilizacji społeczeństwa dla odsunięcia od władzy rządowo-kościelnej koalicji i przeprowadzenia rozliczeń osób odpowiedzialnych za naruszenia prawa, które ujawnią społeczeństwu stosowane mechanizmy zawłaszczania państwa, demontażu systemu demokratycznego i narzucania katolicyzmu jako ideologii państwowej.

Oburzona pani Witek

Pani marszałek Sejmu, jak cały PiS, jest w pełni świadomą reprezentantką elit politycznych przyklejonych do elit ekonomicznych.

Jej oburzenie jest pochodną transakcyjnego charakteru praw socjalnych, bo tak rozumieją je kapitalistyczne szczyty. Emerytura się wam nie należy, nie należą się wam żadne 500+, ani czyste powietrze, czy godnej wysokości renty… Chyba, że jakieś szczątki przebrane za „jaśniepańskie dary” w zamian za wierną i bezkrytyczną służbę władzy, elitom, reżimowi.

Na tym polega antypracowniczy charakter PiS-u i dlatego jest to partia skrajnie szkodliwa. Wszelkie jej posunięcia są podyktowane takim właśnie uprzedmiotowieniem społeczeństwa. Zamiast praw pracowniczych, praw socjalnych i szacunku do pracy otrzymujemy pogardę do niewolników, którzy mają milczeć, bo kupuje się ich razem z ich głosami za grosze. Jest to przy tym faszystowski klasyk, tzn. odgórne manipulowanie klasą pracującą, by w zamian za profity ze stołu klas panujących zaprzęgnąć ją do wspierania najbardziej nawet obrzydliwych polityk. Masz prawo brać te „dary” i przeżyć, ale tylko w zamian za dołączenie do armii wyborczej PiS-u. Bo bez tego nie należy ci się nic, biedni i ludzie pracy mają dla nich sens tylko wtedy jeśli stają się politycznym mięsem na rzecz konserwy i nacjonalizmu. Szacunek żaden im się nie należy, bo to tylko parobki…

Wartość wytwarza bóg-prezes.