Program PiS to obsesja

Oko.press przedstawiło sondaż, w którym zapytało elektoraty poszczególnych partii, jakie są ich zdaniem największe zagrożenia początków XXI wieku.

Z badania wynika, że dla elektoratu PiS nie jest istotna groźba katastrofy służba zdrowia, perspektywa kryzysu ekonomicznego, niebezpieczeństwo katastrofy wynikającej z przemian klimatycznych czy problemy wynikające ze starzenia się społeczeństwa. Okazało się, że aż 54 proc. elektoratu partii rządzącej uważa, że największym niebezpieczeństwem jest… „zagrożenie przez ideologię gender, ruch LGBT”. Ta sama kategoria zajęła pierwsze miejsce również wśród elektoratu Konfederacji.
Masowe przekonanie, że walka o emancypację kobiet i LGBT stanowi największe zagrożenie XXI wieku to świadectwo totalnego ogłupienia znacznej części prawicowego elektoratu. Czy naprawdę, drodzy wyznawcy Kaczyńskiego, uważacie, że Parada Równości jest groźniejsza niż pogarszająca się jakość opieki zdrowotnej? Czy jesteście pewni, że ruch feministyczny może Polsce bardziej zaszkodzić niż powtarzające się powodzie? Serio?
Badanie oko.press obala rozpowszechniany przez prawicowe media pogląd, zgodnie z którym lewica ma obsesję na punkcie feminizmu i LGBT. Wręcz przeciwnie. To właśnie partia rządząca i zaprzyjaźnieni z nią narodowcy wręcz paranoicznie interesują się życiem gejów i lesbijek oraz rozkładają na czynniki pierwsze każdy postulat środowisk feministycznych. Tak zwana „ideologia gender” i ruch LGBT to skrótowe nazwy dla środowisk walczących o prawa człowieka, o zakaz dyskryminacji kobiet i osób nieheteroseksualnych. PiS straszy, że chcą oni nie tylko tolerancji, ale też akceptacji. Czy perspektywa akceptacji gejów, lesbijek czy osób transseksualnych to katastrofa groźniejsza niż kryzys klimatyczny lub recesja gospodarcza?
Żaden myślący człowiek nie wyznaje tak szkodliwego i prymitywnego poglądu, jaki deklaruje 54 proc. elektoratu partii rządzącej. Tego typu opinie są też swoistym novum w badaniach polskiej opinii publicznej. Skąd więc tak porażająca głupota znacznej części naszych rodaków? Niestety okazuje się, że propaganda działa. PiS konsekwentnie rozbudza frustracje swojego elektoratu, strasząc go wizją szczęśliwych gejów albo wyzwolonych kobiet. Ale też sondaż pokazuje, że być może polskie społeczeństwo wcale nie ceni tak polityki społecznej władzy, jak uważa nawet część lewicy. Okazuje się, że najskuteczniejszą formą mobilizacji PiS-owskiego elektoratu jest straszenie groźnym genderem albo złowrogim gejem. W ten sposób można skutecznie odwrócić uwagę od klęski polityki mieszkaniowej, pogarszającej się kondycji służby zdrowia czy katastrofy systemu edukacyjnego.

Czy działalność polityczna reakcyjnych biskupów ma w Polsce przyszłość…?

Kiedy trzy ugrupowania lewicowe podjęły decyzję o wspólnym starcie w zbliżających się wyborach parlamentarnych, miód spłynął w moją lewicową duszę, bo długo czekałam na taką decyzję.

Żywię nadzieję, że ten alians przyniesie nową jakość na polskiej scenie politycznej, ponieważ polityka polska bez udziału lewicy przynosi trudno odwracalne straty w każdej dziedzinie działalności państwa. Natomiast polska prawica – zarówno w historii, jak i obecnie – zawsze stawiała interes własny ponad interes Rzeczypospolitej, nigdy nie szanując państwa, jego struktur oraz interesów ekonomicznych.
W czasach, kiedy upadał feudalizm i Europa wchodziła na drogę modernizacji (uwalnianie chłopów, ekonomiczne umacnianie się mieszczaństwa, budowa nowych struktur gospodarczych, wdrażanie osiągnięć pierwszej rewolucji naukowo-technicznej, pojawianie się nowoczesnych konstytucji), poprzez egoizm ówczesnych elit Polska chyliła się ku upadkowi. Ta cała polska magnateria – mimo zgromadzenia olbrzymiego bogactwa – nie chciała go w godzinie próby angażować w obronę niezależnego bytu naszej państwowości. Wielki polski uczony Tadeusz Korzon (1839-1918) w swoich dziełach opisywał nie tylko niebagatelny potencjał gospodarczy Rzeczypospolitej w dobie rozbiorowej (z udziałem mądrych głów w rodzaju Jana Staszica mielibyśmy szansę na nowoczesny rozwój w ramach własnego państwa!), ale i „niebaczną srogą chciwość przodków naszych”, bezrozumnie ograniczającą władzę centralną i jej zdolność kierowania sprawami państwa. I rzecz dziwna, elity świeckie i duchowne – przekupne i opierające się w I Rzeczypospolitej władzy królewskiej, unurzane w zgubne tradycje sarmackie potulnie szły pod but zaborców, szybko dostosowując swoje ambicje do obcych wymagań, byle zachować majątki (ordynacje) i wpływy. Wyjątki były rzadkie. Polski banał.
O roli kościoła w przechowaniu chwalebnych tradycji napisano już opasłe tomy, zwłaszcza w ostatnich latach. Nie znajdziemy natomiast wydawniczego zainteresowania opisami udziału Kościoła w „długiej i smutnej historii upadku” I Rzeczypospolitej. Na tle tej posuchy wyróżniła się wydana jeszcze w 1992r książka Andrzeja Wasilewskiego p.t. „Polski wariant”. Autor analizował w niej m.in. przedrozbiorowe procesy upadku Polski, zapadającej się w nicość przy pomocy swoich elit, które „dzień po dniu, kawałek po kawałku rujnowały podstawy jej suwerennego bytu”. A. Wasilewski przypomniał tę bolesną prawdę, że „nigdzie tak jak w Polsce demontaż suwerenności nie łączył się z manifestowaniem miłości do tradycji ojczystej. Zdumiewający proces unicestwiania państwa przebiegał tu w aurze samochwalstwa, nie pozwalającego uświadomić sobie rozmiarów dokonywanych publicznych spustoszeń”.
Autor podkreśla, że w upadającym państwie Kościół czuł się doskonale, dominował, pomnażał majątki i wpływy, „osiągając w dobie największego upadku kontrreformacyjny ideał – państwo wyznaniowe”. Państwo znajdowało się „w stanie bezwładu, a hierarchia kościelna dowolnie trzęsła wszelką dziedziną prywatną, czy publiczną /…/ uroczystości kościelne stały się namiastką życia państwowego, legitymizowały wszelkie tytuły władzy, kreowały i obalały obiegowe opinie, dawały wykładnię obowiązującego prawa, sankcjonując w miarę potrzeby bezprawie. Żaden państwowy akt nie mógł nabrać mocy, jeśli nie uświęcony został uroczystością kościelną. Toteż im bardziej rozprzęgało się pod Sasami państwo polskie, tym bardziej wzbierała fala celebracji kościelnych, zaświadczających, że wszystko, co się dzieje, dzieje się zgodnie z nakazem tradycji. Wystawne jak nigdy przedtem kościelne obrzędy wypełniały misje ustrojową, dającą błogosławieństwo schyłkowym porządkom”. Uff…..
Wasilewski uważa, że nie sposób zrozumieć długotrwałej niefrasobliwości państwowej obywateli tamtej Rzeczypospolitej, jeśli nie uwzględni się osobliwego piętna, jakie na sposobie myślenia wycisnęła „absolutna hegemonia Kościoła kontrreformacyjnego”, który sam mianował się najwyższym interpretatorem „tego, co rodzime, i tego, co obce, a osadziwszy się w roli mentora i mandatariusza narodowego dziedzictwa, wypełniał sobą całą przestrzeń państwową. Z tej pozycji wytrwale oduczał Polaków odróżniać racje państwa od interesów Kościoła– jeżeli Kościół rósł i prosperował, miało to również być gwarancją dobra ojczyzny”/../ W ten sposób kontrreformacyjna hierarchia na długie lata oswoiła Polaków ze swobodnym traktowaniem lojalności państwowej”.
Jak wiemy, Rzeczpospolita srogo wtedy zapłaciła za wyznaniowy patriotyzm swoich obywateli – powoli znikała z mapy Europy, ponieważ„nabożni przodkowie pozbawili się dojrzałości w stanowieniu o państwie”. Lud Warszawy wystawił należny rachunek elitom kościelnym ( i nie tylko) w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, o czym współczesny kler milczy jak zaklęty. O udziale biskupów w Targowicy – również. Kiedy nadarzy się okazja nie ukrywają za to swojej niechęci do Oświecenia (patrz: biskup Jędraszewski) i Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Dlaczego..? Ponieważ rewolucja z 1789r, a potem Wiosna Ludów z 1848 r. zmieniły w krajach europejskich podejście rządzących do roli i pozycji duchowieństwa w praktyce państwowej rozwijającego się kapitalizmu. W każdym kraju nieco inaczej emancypowano się spod władzy kościołów, czy kolejnych papieży, jednakże w większości państw europejskich już w XIX stuleciu uznano, że jest to decyzja nieodzowna, ponieważ nowoczesne państwo wyklucza dualizm władzy.
Książkę Andrzeja Wasilewskiego (1928-09) czytałam w roku jej wydania. Pamiętam, jak trudno było przywoływać wówczas w polityce podobne do używanych przez niego argumentów, aby nie być natychmiast posądzonym o „komunistyczne” zapędy i „atak na Kościół”. Wszak nowe „elity” potajemnie przygotowywały nam konkordat, za który przychodzi nam (społeczeństwu) dziś płacić i politycznie i ekonomicznie. Książkę tę wzięłam znów do ręki po ostatnim przemówieniu prezesa (poza Kościołem tylko nihilizm), podziwiając profetyczną zdolność autora do przewidywania rozwoju politycznych tendencji, widać, jak uważnie przeanalizował przyczyny upadku I RP, obserwując na bieżąco to, co się w Polsce działo wokół papieża i Kościoła.
A na naszych oczach z dnia na dzień rosły ambicje hierarchii i powtarzały się ze strony prawicy ciemniackie akty „zawierzania” siłom niebieskim polskiej nawy państwowej. Mentalność kontrreformacji zaszczepiona przed wiekami odezwała się znów w Rzeczypospolitej, której nowe elity umacniały swą pozycję poprzez sojusz tronu z ołtarzem. I znów w tym miejscu przytoczę słowa A. Wasilewskiego, który trafnie stwierdził, że protektorat Kościoła „zaszczepia rządzącym pychę i poczucie bezkarności, a jednocześnie przyczynia się do rozprzęgania państwa. Nie tylko dlatego, że do stanowisk władzy forsuje się ludzi z własnego naboru, bez względu na ich walory publiczne, ale także dlatego, że rozgrzesza ich z góry ze środków, jakie obiorą dla realizacji celów. Poniewieranie prawa, ignorowanie opinii, zmowy milczenia wokół skandalów publicznych, aroganckie podtrzymywanie oczywistych nieprawd, stają się powszechną praktyką państwowych organów, tym szkodliwszą, że in odore sanctitatis – w klimacie uświęcających ją wyższych celów”. Czekam tylko, kiedy Mateusz Morawiecki (uwaga – to polski premier!) rozpocznie rechrystianizację Europy. Ciekawe, kiedy i od kogo zacznie…..
A tak na marginesie: czy ktokolwiek potrafiłby dziś sobie wyobrazić publiczną krytykę, skierowaną przez hierarchów kościelnych pod adresem Prezydenta USA, lub sugestię moralno-prawną wobec deputowanych do Kongresu amerykańskiego….? Nawet sam A. Duda musiałby z żalem przyznać, że w Stanach Zjednoczonych świeccy politycy nie potrzebują kościelnego „supportu” w sprawach państwowych, choć zwyczajowo na wiarę i abstrakcyjnego Boga powołują się nader często. Nie ulega wątpliwości, że od marca 1789r. ze sprawami , wynikającymi z działalności publicznej , politycy amerykańscy potrafią radzić sobie sami, bez udziału czynnika konfesyjnego. Zresztą, akurat na terytorium Stanów Zjednoczonych, nie bez historycznych powodów katolicyzm nigdy nie był w politycznej modzie. Do Ameryki uciekali mieszkańcy kontynentu europejskiego, którzy na własnej skórze doznali władzy papieży: kiedy odkrywano kontynent amerykański pamięć o długotrwałych wojnach religijnych i działalności inkwizycji była całkiem świeża Ta ostatnia działała w różnych krajach europejskich do XIX wieku i uważana była jako kontrola sumień i poglądów ludzkich. I choć w roku 00 Jan Paweł II przeprosił w imieniu kościoła za działalność inkwizycji, to słuchając niektórych polskich biskupów nie mam wątpliwości, że pewne nawyki w postrzeganiu swej roli i świata zostały w ich myśleniu do dziś.
Nie tylko Stany Zjednoczone, ale również państwa europejskie wyzwalały się stopniowo spod władzy Watykanu i Kościoła. Przypomnijmy więc dla porządku, że najpierw w znanych okolicznościach historycznych wyrwał się spod władzy Watykanu król angielski – Henryk VIII (1491-1547). Później poczyniła swoje reformacja, zapoczątkowana w XVI na terenie Niemiec. Również w monarchii austro-węgierskiej w końcu XVIII w. cesarz Józef II Habsburg (1741-1790) unowocześnił stosunki państwo – kościół w kierunku nadania wyraźnej przewagi władzy świeckiej nad duchowną. Model ten uzyskał wówczas od imienia cesarza nazwę józefinizmu. W ramach c.k. Austrii procesy sekularyzacji najdalej zaszły na terenie Czech i Moraw, nie tylko na skutek reform Józefa II: niektórzy twierdzą, że czeski katolicyzm spłonął na stosie razem z Janem Husem w 1415r., a pamięć o tym wydarzeniu okazała się w Czechach wyjątkowo trwała, w każdym razie w maju 03r. parlament czeski odrzucił konkordat z Watykanem!
Walka o prymat władzy świeckiej nad duchowną w Polsce zaczęła się bardzo wcześnie, a symbolem tej walki był konflikt króla Bolesława II Śmiałego (1058-1079) z biskupem krakowskim Stanisławem ze Szczepanowa. Spór króla polskiego z biskupem obrósł przez wieki legendą, przekazywaną już od 750 lat jako mit zmagań świętego kościoła z grzeszną władzą świecką. Jak wskazują liczne źródła historyczne, przebieg konfliktu był wyjątkowo ostry i zakończył się dramatem obu bohaterów: biskup poniósł śmierć z ręki króla, za co ten został wygnany z kraju. W tle tego dramatu tkwiła doktryna papieska, nakazująca uniezależnienie się Kościoła od władzy królewskiej i książęcej. Pod koniec XII w duchowieństwo polskie zaczęło podążać za wymaganiami tej doktryny, konsekwentnie emancypując się spod władzy państwowej. Stanisław ze Szczepanowa (lub Stanisław Szczepanowski) był pierwszym Polakiem, którego kościół uznał za świętego. Zmarł 11 kwietnia 1079 r., a kanonizowany został prawie dwieście lat później. Od tej pory czczony jest jako męczennik za słuszną sprawę, choć samo kanonizowanie Stanisława ze Szczepanowa służyło – jak to zwykle bywa – nie tyle ówczesnym celom religijnym, co politycznym. Przez wieki towarzyszyły tej decyzji silne sprzeciwy i wątpliwości, co do heroiczności biskupa krakowskiego. W szczególności ksiądz Piotr Skarga (1536-1612) w „Kazaniach sejmowych” wyraźnie głosił, że to monarcha jest w państwie źródłem prawa i nikt (nawet biskup) nie może mu się sprzeciwić.
Ze swej strony dodam, że żywotność politycznego kontekstu mitu św. Stanisława (spoczywającego w Katedrze Wawelskiej ) obowiązuje do dziś. Pamiętamy przecież, jak papież Jan Paweł II określił św. Stanisława „patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”, co wskazywało jednoznacznie, kto w stosunkach wewnątrzpaństwowych powinien mieć przewagę. Nie dziwmy sięwięc zachowaniu większości polskich biskupów, powołanych do tej godności jeszcze przez Jana Pawła II, bo ideologią, która od lat charakteryzuje ich myślenie o państwie jest doktryna „katolickiego państwa narodu polskiego”. Dzisiaj pachnie to schizmą w Kościele. Pisałam o tym nie raz.
Powróćmy jeszcze na moment do dawnych dyskusji, jakie toczyły się w polskich środowiskach inteligenckich pod zaborami, które zabierały głos na temat pożądanego kształtu stosunków państwo – kościół, bo nie wszystkie kultywowały kontrreformacyjne ogłupienie, nawet w kręgach konserwatywnych. Np. pod koniec XIX w. w środowisku akademickim i politycznym Krakowa nadano tym dyskusjom szczególny impuls. I choć znane środowisko krakowskich „stańczyków” niechętne było zarówno rozwiązaniom zastanym (józefinizm, febronianizm, cezaropapizm), jaki i pomysłom liberalnym , to jednocześnie inspiracji szukano w pruskiej doktrynie państwa prawnego, która wywodziła się z myśli społeczno-politycznej Oświecenia. Doktryna ta zakładała, że państwo nie uznaje na swym terytorium „żadnej innej udzielnej zwierzchności, nawet w sferze duchowej”. Jej nadrzędnym przesłaniem była podległość prawu wszystkich dziedzin życia publicznego, co podważało rolę Watykanu w kształtowaniu polityki wyznaniowej w państwach narodowych.
W ramach tej dyskusji przedstawiciel „stańczyków” – Franciszek Kasparek stwierdził wówczas zdecydowanie, że kościół nie może być w żadnym razie „potęgą państwu równorzędną”, tym samym nie może wyłamywać się spod jego praw. Pisał m. in „nie konkordat, dwustronna umowa między władcą uniwersalnego kościoła, a władzą partykularnego państwa, lecz jedynie akt woli organów państwa powinien wytyczać granice działania kościoła”. W ślad za tym stanowiskiem obóz krakowskich konserwatystów był zwolennikiem wypracowania koncepcji koordynacji, która sugerowała ustalenie w państwie dziedziny władztwa kościoła, wymagającej jednakże porozumienia między władzami kościelnymi i politycznymi, co do jej zakresu. Tak więc nawet krakowscy konserwatyści w dobie rozbiorowej dawali wyraźnie w tych stosunkach przewagę państwu.
Jak wiemy, dla symboli postępu – wolności, równości i braterstwa – historia toczyła się ze zmiennym szczęściem. Odwrót od tendencji oświeceniowych i liberalno-demokratycznych nastąpił bez wątpienia w epoce faszyzmu, który w Polsce lat 30. bardzo podobał się endekowi Romanowi Dmowskiemu i ONR-owskiej Falandze. W faszyzacji Europy uczestniczyły przede wszystkim Niemcy, Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja w okresie rządów Vichy, z czasem dołączyła Słowacja na czele z katolickim księdzem Jozefem Tiso ( w 1947r skazanym i powieszonym za zbrodnie wojenne). Odrębną uwagę należy poświęcić walkom na terenach Jugosławii, w szczególności faszystowskiej Chorwacji. We wszystkich tych państwach w okresie II wojny światowej kościół rzymskokatolicki sprzyjał, lub co najmniej godził się na krwawe porachunki z prawosławną cerkwią. Szczególną puentę nadał zbrodniczemu kontekstowi wojennemu na Bałkanach papież Jan Paweł II, otwierając w 1998 r. drogę do kanonizacji kardynała Alojzije Stepinaca – od 1931 r. arcybiskupa Zagrzebia, który w czasie wojny wywołał przymusową akcję (pod karą śmierci) nawracania prawosławnych Serbów na katolicyzm, popierał zbrodnie ustaszy Ante Pavelicia. W 1946 r. został w Jugosławii skazany na 16 lat więzienia (zm. w 1960 r.). W 2015 r. , na skutek protestów serbskiej Cerkwi, papież Franciszek wstrzymał jego proces kanonizacyjny.
Z wystąpień prezesa i niektórych biskupów wynika, że duch kontrreformacji odżył w Polsce na nowo. Niedawno znalazłam w internecie stronę katolickiej „Niedzieli”, na której ks. prof. Józef Krukowski wyjaśniał konstytucyjne zasady relacji państwo-kościół. Swój wywód rozpoczął od analizy art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997r, który w oryginale brzmi:
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
Czy wiesz, Czytelniku, że ks. profesor (KUL) zmienił samowolnie tekst tego przepisu Konstytucji na potrzeby czytelników „Niedzieli”, nadając mu następujące brzmienie?
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, respektującym chrześcijańskie dziedzictwo Narodu”.
Dlaczego to zrobił…? Bo mógł (tekst wywodu ks. Krukowskiego pobrałam 13 sierpnia 19r ), bo ma poczucie, że w obecnej Polsce księżom wolno więcej, nawet „z marszu” dokonywać zamachu na literę Konstytucji.
Niedawno czytałam na łamach tygodnika „Polityka” tekst znanej dziennikarki, prezentującej pogląd, że na skutek ograniczeń wynikających z konkordatu niewiele możemy – jako ludzie świeccy– poprawić w stosunkach Państwo-Kościół. Otóż ja uważam inaczej: – możemy bardzo dużo i to w trybie odwołania się do ustaw, które mogą i powinny doprecyzować kwestię, gdzie przebiega granica autonomii i niezależności Kościoła, działającego na terytorium suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. To nigdy nie zostało ustalone! Przypomnę również, że pod koniec 1988r zakończone zostały prace nad konwencją, która miała uregulować stosunki Państwo – Kościół. Znajdujemy w niej następujące sformułowanie art. 2:
„1. Polska Rzeczpospolita Ludowa stwierdza, że jest państwem świeckim (niekonfesyjnym), gwarantującym swobodę przekonań światopoglądowych i religijnych.
2.Stolica Apostolska uznaje tak pojętą świeckość Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Z uzgodnionych planów wycofał się papież, a kilka lat później grupka prawicowych polityków wygotowała nam konkordat.

Homo sapiens

Ponad 1,5 miliona lat temu jakaś bardziej aktywna małpa wydłubywała z ziemi smakowite korzonki i zauważyła drzewo, na którym dojrzewało właśnie wiele pięknych owoców.

Podniosła się z kolan nie wiedząc, że robi historyczny gest wolności, na który będą się w odległej przyszłości powoływać politycy pewnego kraju w środku Europy. Z trudem pokonała opór zaokrąglonego kręgosłupa, stanęła wyprostowana i zaczęła zrywać owoce, karmiąc nimi spragnioną gromadkę swoich samic i dzieci Pozycja wyprostowana okazała się praktyczna i małpa uczyła jej swoich następców, a oni swoje dzieci, wnuki i pra, pra…., prawnuki. którzy nie wiedzieli, że po wiekach będą ich nazywali „Homo erectus”.

Człowiek rozumny

Czas biegł. Człowiek wyprostowany poza instynktownymi odczuciami głodu, strachu, popędu płciowego i zimna, zaczął dochodzić do wniosku, że może usprawniać zaspakajanie swoich potrzeb. Okryć się przed zimnem skórami innych zabitych i zjedzonych zwierząt, zrobić narzędzie ułatwiające zabijanie, wybudować szałas chroniący przed zimnem. Wymyślił siekierkę i włócznię z kamiennym ostrzem, łuk i strzały. Opanował ogień, wynalazł koło i zaczął wytapiać miedź i żelazo. Nawet nie zauważył, jak prawie 40 tysięcy lat temu stał się „Homo sapiens” – człowiekiem rozumnym.
Potem poszło już szybko. Błyskawicznie rozwijał technikę i jednocześnie swój intelekt. Zaczął definiować, co jest dobrem, a co złem, zaczął wierzyć w istoty lub istotę nadprzyrodzoną, która rządzi światem i jego życiem. Na tle tych nowych odczuć zaczął mieć określone przekonania. Coś mu się podobało, a coś innego nie. Gotów był walczyć o te przekonania bezkrwawo i krwawo. Wymyślał coraz więcej zasad życia, których wszyscy powinni przestrzegać. Przeżył okresy różnorakiej autokracji, aż w końcu doszedł do demokracji – uznając, że rządy powinni sprawować ludzie wybrani przez większość. I tu natrafił na trudną do pokonania przeszkodę. Poglądy większości z reguły nie są poglądami wszystkich. Ta większość (prawdziwa, albo urojona) chce i może rozszerzać ich zasięg różnymi metodami. Spokojnie – dyskusjami, przekonywaniem, przykładem, albo bardziej niecierpliwie i rewolucyjnie – nakazem, karą, nagrodą, chytrością, oszukiwaniem.
Już po wielu latach trwania tego okresu demokracji, w podniesionym z kolan kraju w środkowej Europie zapanowało przekonanie, że „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Homo sapiens może i powinien zwłaszcza wtedy, gdy celem jest zbożny cel poparcia lub odrzucenia aktualnie rządzącej grupy. Ten cel staje się bardziej wyraźny wtedy, gdy homo decyduje się na przeprowadzenie kolejnych wyborów.

Zmiana upodobań

Właśnie teraz mamy taką sytuację. Dowiadujemy się o członkach określonych ugrupowań politycznych, którzy zmieniają zapatrywania, lub udają, że je zmieniają, i przechodzą do innych. Jeśli przekonują mnie, że rzeczywiście zniesmaczyli się ewolucją koncepcji swoich mentorów lub sposobów ich realizacji – pochwalam. Po co mają firmować coś, z czym się nie zgadzają. Ale mam wrażenie, że częściej przyczyna jest inna. Chodzi po prostu o zdobycie lepszego miejsca na listach wyborczych, lub w ogóle o znalezienie się na tych listach. Dożyliśmy bowiem czasów, w których zajęcia zarobkowe „polityk” i „poseł” traktowane są często jak zawód. Jak się nim przestaje być – to nie ma co robić i nie zarabia się względnie godziwych pieniędzy. Tej frustracji unikają tylko ci, którzy „w cywilu” mają opanowany tzw. wolny zawód – dobrzy lekarze, dobrzy prawnicy, dobrzy aktorzy, pisarze i kompozytorzy, oraz ci, którzy mają własny „biznes”.
Ale to dotyczy elity. Tendencje do zmiany poglądów są dla kraju bardziej niebezpieczne, kiedy obejmują masy „szarych” obywateli. Znam kilkanaście osób, które przez całe życie chwaliły się lewicowymi poglądami i wierzyły w możliwość stworzenia sprawiedliwego państwa, w którym nawet polityka jest uczciwa, rządzący i poważne media mówią prawdę, państwo nie narzuca obywatelom poglądów rządzącej ekipy, mogą żyć tak jak chcą i z kim chcą – byle nie naruszali prawa. Potem dostali po 500 złotych na dziecko i możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę, powiedzieli lub napisali coś pozytywnego o „władzy” i zaproponowano im wyższe stanowisko lub lepszą pracę – i nagle uznali, że wiatr w ich żagle wieje z innego kierunku. Zmienili poglądy. Demonstracyjne chodzą na zebrania organizowane przez rządzących i do kościoła, pokazując się znajomym. Publicznie chwalą władzę i szczycą się znajomościami z jej aktywistami „najwyższego szczebla”. Z zachwytem słuchają okolicznościowych przemówień, pokrzykując przemiennie i czasem bezmyślnie „Jarosław”, „Mateusz” albo „Andrzej”.
Zdarzają się – oczywiście – zmiany poglądów „w drugą stronę”. Jest ich mniej, mimo, że powodów jest więcej. Dla potrzeb kilku przyjaciół, którzy są właśnie w okresie przedwyborczej wahliwości, zrobiłem syntetyczny przegląd tych powodów. Czym mnie zraziła do siebie obecnie rządząca partia?

Dlaczego nie uwielbiam?

Na samym początku – zdobyciem poparcia zapewniającego parlamentarną większość nie tylko przez rozdawnictwo gotówki, ale także przez szkalowania poprzedników (”przez ostatnie osiem lat ….”), kłamstwa o „Polsce w ruinie”, nierealność chwytliwych propagandowo obietnic rozwojowo – inwestycyjnych w rodzaju miliona elektrycznych samochodów, budowy promów czy największego lotniska środkowej Europy.
„Na rozbiegu” – przez uporczywe i – niestety – częściowo udane próby likwidacji demokratycznego i konstytucyjnie zapewnionego trójpodziału władzy, zmierzające do jej skoncentrowania w jednym miejscu – sztabie partii i zależnej od niego administracji. Chodzi zwłaszcza o władzę sądowniczą, ale pochodną tej tendencji jest także przejęcie kontroli nad częścią mediów – a zwłaszcza nad państwowa telewizją – i doprowadzenie do ich przekształcenia w narzędzia propagandy i dziennikarskiego upadku.
Później – prowadzeniem wyjątkowo nieudolnej polityki zagranicznej i kształtowania stosunków z państwami UE, doprowadzającej do wyraźnego osłabienia pozycji na międzynarodowej arenie i dalszego pogarszania stosunków z największym wschodnim sąsiadem – z Rosją. Drażni mnie także umacnianie przyjaźni z największym (jeszcze!) mocarstwem, przez kupowanie od niego nie zawsze potrzebnych towarów, po rażąco wygórowanych cenach.
W końcu – poprawianiem najnowszej historii, uznającej za godne pamięci tylko wydarzenia i grupy ludzi związanych z prawicowymi nurtami politycznymi i kościołem i lekceważenie lub zapominanie innych – a zwłaszcza tych, którzy mieli lewicowe poglądy. Jednocześnie obsesyjnym poszukiwaniem wrogów i stwarzaniem społecznej atmosfery zagrożenia wszystkim, czego z nieznanych przyczyn nie lubi aktualna władza – poczynając od gejów i lesbijek, a kończąc na śniadolicych imigrantach. Zagrożenie dotyczy oczywiście państwa, ale też każdej dziwnie definiowanej rodziny.

Nowy człowiek tylko wyprostowany

Polakom mieszkającym w wielkich aglomeracjach wydaje się, że te denerwujące cechy i działania obecnie rządzącej ekipy są powszechnie znane i powinny powodować radykalną zmianę preferencji wyborczych. Ale tak się nie dzieje. Większość Polski karmiona jest wyłącznie lub głównie państwową telewizją. Prawie nie czyta prasy – a jeśli już, to lokalną, opanowana przez władze lub tzw. katolicką. Proboszcz z ambony albo wygłasza pochwały dla rządzącej ekipy, albo wręcz sugeruje, że powinno się na nią głosować.
Ten zasiew trafia na podatny grunt – relatywnie niski w Polsce poziom politycznej, społecznej i ekonomicznej edukacji społeczeństwa. Znaczna część obywateli w ogóle nie rozumie podłoża, znaczenia i możliwych następstw monopolizacji władzy, ograniczania niezawisłości sądownictwa i mediów a także obiektywizmu prokuratury, samodzielności samorządów lokalnych, rozwijania „służb specjalnych” ścigających nie tylko przestępców. Ci sami obywatele są za to zauroczeni masowymi imprezami poparcia, defiladami, znajdywaniem coraz to nowych „żołnierzy wyklętych”, odtwarzaniem udanych i nieudanych powstań, pokazową pobożnością i werbalnym patriotyzmem reprezentantów władz wszystkich szczebli.
Z żalem obserwuję wysoką skuteczność tych działań. Napawa mnie ona obawą, którą muszę skonsultować ze znajomym paleontologiem. Zadam mu pytanie – czy jest możliwe lokalne odwracanie biegu historii rozwoju ludzkości? Czy możemy się obudzić w sytuacji, w której znaczna część naszego otoczenia będzie się składała – jak przed wiekami – z homo wprawdzie „erectus”, bo przecież wstali z kolan, ale znowu nie „sapiens”?

Nie jestem nihilistą

Da się przecież wspomóc samorządy w odnowieniu transportu, czy przeznaczyć 7 proc. PKB na lecznictwo, a wtedy czas oczekiwania w kolejce do specjalisty, skrócimy do 30 dni. Wszystko się da – mówi Ryszard Śmiałek, lider listy Komitetu Wyborczego SLD w Chrzanowie (okręg nr 12) w rozmowie z Dariuszem Łanochą.

– Dlaczego Pan, krakowianin, nie kandyduje z Krakowa? Ustalający listę, nie chcieli tu Pana?

– Oczywiście, że mam prawo czuć się rozgoryczony. Szybko jednak zapominam o tym, gdyż wiem, jak ważne to wybory dla polskiej lewicy. Naszej reprezentacji nie było w Sejmie przez całą ostatnią kadencję. Polska demokracja parlamentarna była z tego powodu bardzo ułomna. Kiedy pojawiła się więc realna szansa, na to, by ludzie lewicy pojawili się Sejmie , konieczny był kompromis z partią Razem i Wiosną Biedronia. Im także, rosnąca społeczna popularność uświadomiła, że mimo wzajemnych wcześniejszych fochów – trzeba się w końcu dogadać. I osiągnąć znaczący wynik. On już teraz jest dwucyfrowy, w większości sondaży. Jeżeli zaś o mnie chodzi, to nie pcham się do polityki dla pieniędzy. Aspiruję, bo wiem, jak je zarabiać i jak gospodarczy dorobek rozdzielić sprawiedliwiej dla innych.

– Skąd ta wiedza o potrzebach innych?

– Z wykształcenia jestem filozofem, ekonomistą absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W ostatnich 20 latach byłem menedżerem w polskich i zagranicznych firmach, tych państwowych i prywatnych. Poznając je od wewnątrz dostrzegłem, jak wiele inwestycji i zysków, może efektywniej służyć innym. Słabszym, czyli elektoratowi lewicy. Wiem, jak im pomóc. Dlatego związałem się z SLD, gdzie wypisywane przeze mnie recepty gospodarcze, zyskały uznanie. Lokalna lewica zaufała mi wystawiając moją kandydaturę w wyborach do Rady Miasta już 20 lat temu, czy ostatnich wyborach parlamentarnych. Miałem dobry wynik i tylko niesprzyjająca lewicy ordynacja sprawiła, że całe ugrupowanie znalazło się poza Sejmem.

– Wasi koalicyjni partnerzy, szczególnie z Wiosny Biedronia głośno mówią o konieczności likwidacji kopalń. To na pewno nie podoba się górnikom, Pana potencjalnym wyborcom?

– Jestem przeciwnikiem rewolucyjnych działań w tej sprawie. Nie zapowiadam likwidacji, wyrzucania z pracy na bruk, itp. Ale jednocześnie będę wspierał wszystkie te działania, które prowadzić będą do uruchomienia na Śląsku innych źródeł energii. Coraz powszechniejsza jest, szczególnie wśród ludzi młodych, świadomość ekologicznych zagrożeń dla nie tylko tego regionu, ale całej planety. Nauka potwierdza, że ludzkość musi szukać nowych źródeł energii. I takie możliwości są. Energia słoneczna, wiatrowa, atomowa – ich wykorzystanie to konieczność. Coraz więcej krajów Unii Europejskiej zapowiada, że do 2030 roku zupełnie zrezygnuje z energii węglowej. Bo droższa, niszcząca przyrodę, groźna dla samych górników. Nawet w korzystających z węgla Niemczech podliczono, że w ciągu najbliższych 20 latach można zaoszczędzić równowartość 160 mld złotych przechodząc na inne źródła energii. Dobry przykład dbałości o środowisko naturalne dał już Kraków, likwidując od tej jesieni piece węglowe. W powietrzu już to czuć. Będę sugerował samorządom w moim okręgu podobne decyzje i wspierał je w pozyskiwaniu środków.

Jestem więc za stopniowym wygaszaniem kopalń w najbliższych kilkunastu latach i inwestowaniem w nowe źródła energii. Co wcale nie oznacza bezrobocia dla górników. Wręcz przeciwnie. Powstaną tysiące nowych miejsc pracy w firmach wykorzystujących potencjał energii alternatywnej. Dotychczas zatrudnieni w górnictwie szybko dostrzegą, jak wielkie korzyści przyniosą im możliwości rozbudowy źródeł energii alternatywnej i znalezienie tam zatrudnienia. Nim to się stanie, lewicowy rząd potrafi im zapewnić pomoc socjalną.

– Zapewne poznał Pan już inne najważniejsze problemy okręgu wyborczego?

– Oj, tak. Staram się być wśród wyborców jak najczęściej. Poznaję ich problemy jak najczęściej. I im częściej jestem, tym więcej widzę codziennych bolączek mieszkańców. Związanych choćby z komunikacją , służbą zdrowia, czy rolnictwem. Lewica ma realny program w tych dziedzinach. Da się przecież wspomóc samorządy w odnowieniu transportu, czy przeznaczyć 7 proc. PKB na lecznictwo., a wtedy czas oczekiwania w kolejce do specjalisty, skrócimy do 30 dni. Wszystko się da. Trzeba tylko chcieć. My naprawdę chcemy. I wiemy jak.

– Czyli zjednoczona lewica, jak zjednoczona prawica – obiecuje wiele. Naprawiona służba zdrowia, czyste środowisko, pomoc socjalna dla najsłabszych. A skąd pieniądze?

– W przeciwieństwie do naszych rywali – potrafimy je znaleźć. Oni otwierają kolejne koszyki Morawieckiego i Schetyny, ogłaszają hat – tricki Kaczyńskiego, rozpędzając się w wyborczych obietnicach. Najczęściej nierealnych. Jestem menedżerem – realistą, więc wiem, gdzie już teraz są środki finansowe na poprawę życia ludzi, nie tylko w moim okręgu wyborczym. Wystarczy zrezygnować z tak absurdalnych finansowo przedsięwzięć PiS – owskiego rządu, jak budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, czy realizacji kolejnych wymysłów księdza – biznesmena Rydzyka. Rządy PiS wmuszają rodakom wydawanie olbrzymich pieniędzy na cele i instytucje zbędne. Przecież niepotrzebny nam kosztowny Instytut Pamięci Narodowej, który uprawia propagandę kłamstwa historycznego dla wyłącznie politycznych celów. Zbędne jest utrzymywanie Funduszu Kościelnego, skoro Kościół bogactwem stoi, a kolejne rzesze wiernych odchodzą widząc, że ludzie Kościoła grzeszą więcej niż inni.

– Poseł Kaczyński tymczasem sądzi inaczej. Przekonuje, że mniej wierzący to nihiliści, ludzie gorszego sortu.

– Bzdury opowiada. Korzystając z przywileju chwilowo przyznanej mu władzy i naukowych, dla większości niezrozumiałych pojęć – upowszechnia świat pogardy dla innych, często mądrzejszych od niego, rozsądniejszych, często słabszych. Obca mu tolerancja, poszanowanie dla prawa, bliskie za to sianie nienawiści, skłócanie, lekceważenie prawa. A wszystko to dla jego prywatnych i politycznych interesów. Gdy o nie chodzi, nie przeszkadza mu ani PZPR – wska, ani SB – cka, ani agnostyczna przeszłość jego najbliższych współpracowników, ani kolejne związki bratanicy.

Zapewniam posła Kaczyńskiego, że oprócz jego wyobrażeń o świecie, jest także świat realny. W którym tacy jak ja, i mnie podobni – nie jesteśmy żadnymi nihilistami. Jesteśmy agnostykami, co oznacza, że poseł Kaczyński jest dla mnie gnostykiem. A to smutna konstatacja.

– Kandyduje Pan z okręgu dla sporej części którego politycznym wzorem sukcesu jest Beata Szydło. Nie boi się Pan?

– A kogo tu się bać! Była premier ten okręg zawiodła. Oczywiście, wiele naobiecywała, ale niewiele zrobiła. A jeżeli już to zyskały na tym tylko finansowo postaci i instytucje towarzysko z nią związane. W spełnieniu pozostałych obietnic wyborczych – najczęściej nie dotrzymała słowa. Przekonuję się o tym, coraz częściej podczas spotkań w wyborcami. Słuchając pretensji pod jej adresem, aż prosi się powiedzieć , co wyszło z worka obietnic. Prawie nic. Mam wrażenie, że nawet w sprawie wypadku drogowego, pani premier i jej współpracownicy kręcą do dziś ze szkoda dla normalnego obywatela, który stał się ich ofiarą.

– Pan będzie innym posłem?

– Z pewnością nie będę jak ludzie prawicy – hipokrytą. Przesłaniu „ Zawsze z ludźmi, zawsze dla ludzi” będę wierny w trakcie działalności publicznej. Tak, jak dotychczas byłem.

Wolne media Ważny tunajt

Przeczytałem wczoraj, że Polska w rankingu wolności mediów tworzonym przez organizację międzynarodową Reporterzy bez Granic, spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007, zajmując kolejno 53., 60. i 56. miejsce. W związku z tym, coś Państwu opowiem…

Półtora roku temu prowadziłem na antenie telewizji Superstacja program pt. „Radiokomitet”. Współprowadziłem. Od 2014 roku. Wraz z zakupem przez Solorza Zygmunta pełnego pakietu akcji telewizji Superstacja, program przestał być nadawany. Poinformowano nas o tym za pomocą mejla z nową ramówką, w którym Radiokomitetu już nie było. I tyle. To akurat mnie szczególnie nie zdziwiło. Taki sposób komunikacji wertykalnej kierownictwa z pracownikami praktykowany był w tej firmie chyba od zawsze.
Przez cztery lata naszej, radiokomitetowej, bytności na antenie, wyczynialiśmy tam przeróżne hece. Naśmiewaliśmy się z rządzących jak się patrzy; na biurku trzymaliśmy portret pana prezydenta Andrzeja w okularach zdartych za pomocą painta z generała. Tekturową figurę Beaty Szydło ubieraliśmy w koszulkę z napisem Refugees welcome. Zapraszaliśmy do audycji m.in. rabina, muftiego i satanistę. Nikt, ani żadna Rada Przyzwoitości ani poseł PiS-u, ani ksiądz tego czy innego obrządku, nie złożył na nas nigdzie skargi, bo przy dystansie i autoironii, nikogo nie lżyliśmy ani nie obrażaliśmy, co poniektórym na tej samej antenie już się udawało. My jednak mieliśmy ambicję, aby robić program, który będzie patrzył na ręce każdej władzy-szarej, burej, pstrokatej; każdy kto ma władzę, niech zawsze budzi w Tobie odrazę, powtarzaliśmy za wieszczem. Aż tu nagle, po czterech latach niesforności i wolności słowa, przyszła kryska i wyrzucili. Chwilę po nas, wyrzucili, z własnej albo i przymuszonej woli, Kubę Wątłego. A na sam koniec, kiedy reformy nowego zarządu zatoczyły coraz ciaśniejszy krąg, stacja zrezygnowała całkiem z polityki. Na bruk poszedł Żakowski, Czyż, Zimnik, Łaguna, wcześniej zrezygnowała Eliza Michalik. Parę dni temu większość pracujących jeszcze w Superstacji dziennikarzy i pracowników technicznych skończyły się umowy na czas określony. Część znalazła zatrudnienie w Polsacie, część jeszcze gdzie indziej, część-nigdzie.
Przez te kilka lat pracy w Superstacji, już pod rządami PiS-u, dostawaliśmy od czasu do czasu sygnały, że rządzący mogą towarzystwo niebawem wziąć za pysk i przepędzić. Ale jakoś to nie następowało. Dalej robiliśmy swoje. Nikt nas nie cenzurował ani nie napominał. Płacili marnie, za to nie było w firmie atmosfery znanej z korpo; podkopywania, podkładania świń. Było naprawdę fajnie. Jak mawiano na korytarzach: ch…owo, ale stabilnie. Aż po swoje przyszedł kolega S. i na raz sprawy nabrały przyspieszenia. Dyrektorem programowym został Grzegorz Jankowski, były naczelny „Faktu”, który na wizji w rozmowach z politykami nie krył ani na jotę tego, że aborcja, to dla niego zabijanie nienarodzonych dzieci, i w ten sposób właśnie kazał o niej mówić zaproszonemu do programu Zandbergowi. To, że Radiokomitet nie był jego ulubieńcem specjalnie mnie nie dziwiło. Ale żeby w trymiga rozpieprzyć i rozpędzić jedyną realnie opozycyjną stację, w której inna niż prawicowa myśl miała szansę dojść do głosu? Nie spodziewałem się, że tak szybko im pójdzie.
W Polsce nie ma cenzury. Jest wolność słowa. Można mówić co się chce i jak się chce, w granicach prawa. W mediach publicznych i prywatnych jest pluralizm poglądów i opinii. Nikt nikogo nie wsadza się do więzienia za krytykę poczynań rządu. Media są wolne i niezależne. To wszystko można usłyszeć od polityków partii i rządzącej i ich apologetów. Prywatnych i publicznych. Dużych i małych.
Polska w rankingu wolności mediów spadła z miejsca 19. w 2014 roku i 18. w 2015 roku na 58. miejsce w 2018 roku. Wcześniej Polska tak złe notowania miała w latach 2005–2007…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Popieram Gadzinowskiego

Do wyborów już krócej niż dłużej, znajomi wokół zastanawiają się, na kogo oddać głos.

Ja nie muszę: w tych wyborach poprę Piotra Gadzinowskiego. Dlaczego…? Ponieważ go znam. Pamiętam moment, kiedy pojawił się wśród nas jako przedstawiciel ruchu NIE, dołączył w Sejmie do tych, którzy ostro, ale dowcipnie polemizowali z obskuranckimi pomysłami prawicy, wyłączającej z codziennego użytku coraz większe przestrzenie osobistej wolności „osoby ludzkiej”. Jednakże w szczególności jestem mu wdzięczna za to, że w momencie trudnym dla „Trybuny” postanowił, wraz ze skromnym zespołem, zadbać o to, aby nasza gazeta nadal wychodziła. Pod jego kierownictwem linia redakcyjna Trybuny pozwala przedstawiać lewicowy punkt widzenia zarówno w odniesieniu do historii Polski Ludowej, jak i tworzy forum wymiany poglądów na tematy bieżące. Dzięki niej- my, ludzie lewicy- porozumiewamy się ze sobą. Piotr Gadzinowski – jak zwykle- upatrzył sobie ostatnie miejsce na liście, łatwo więc go znaleźć! Zachęcam do głosowania na kandydaturę Piotra Gadzinowskiego!

Radźcie sobie sami

Podwyżka płacy minimalnej deklarowana przez partię władzy budzi kontrowersje. Wizja kraju dobrobytu roztaczana przez PiS możliwa jest jednak do wyobrażenia jedynie przez tych, którzy nie mają w życiu nic do stracenia.

Poruszanie się w terminologii płacy minimalnej wydaje się jednak wprowadzać w błąd przeciętnego odbiorcę programu wyborczego PiS. To nie płaca minimalna, a średnie zarobki jest tym wskaźnikiem, który właściwie oddaje poziom zamożności społeczeństwa, o który pozorny wzrost tak zabiega PiS. Choć premier Morawiecki zapewnia inaczej, analizując poziom średnich zarobków w UE, nasuwa się logiczny wniosek, że jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie, zanim Polska rzeczywiście stanie się tym krajem, który dogoni Zachodnią Europę. Przykładowo, gdyby Polska rozwijała się w równie szybkim tempie jak obecnie, średnie zarobki Niemiec moglibyśmy dogonić za 18 lat, Francuzów za 14 lat, a Norwegów za lat 34. Nie ulega wątpliwości przecież, że Polska nie będzie wiecznie rozwijała się w takim tempie jak obecnie. Choćby więc PiS stanął na głowie, Polacy będą jeszcze przez wiele lat uznawali Niemcy czy inne kraje Europy za bardziej atrakcyjne ekonomicznie. Tym bardziej interesujący jest jeden z argumentów szczodrych pomysłodawców podwyżki, jakoby dzięki niej mieliby powrócić do kraju polscy emigranci. Tak się niestety składa, że polscy emigranci, zwłaszcza ci wykwalifikowani, nie zamierzają wracać. Zgodnie z najświeższymi raportami to właśnie obecna sytuacja polityczna najbardziej zniechęca Polaków do podjęcia decyzji o przeniesieniu się do Polski. Sytuacja ekonomiczna czy sytuacja w branży w której mogliby ewentualnie podjąć pracę wpływają na ich decyzję w znacznie mniejszym stopniu. Gdyby jednak zdecydowali się wrócić i założyć swoją własna działalność gospodarczą, perspektywa podwyżki płac minimalnych mogłaby ich jeszcze bardziej zniechęcić.
Podwyżka to jednak nie tylko zagrożenie dla przedsiębiorców, szczególnie tych małych i średnich zatrudniających niewielką liczbę osób, a które mogą być jeszcze na etapie wczesnego rozwoju. Nieprzemyślane konsekwencje skokowego wzrostu płacy minimalnej uderzą w znacznym stopniu również w służbę zdrowia. Wiele już obecnie zadłużonych placówek będzie potrzebowało znacznie większych środków do utrzymania się, a co się z tym wiąże będą zmuszeni do podniesienia cen odpłatnych świadczeń medycznych. W sytuacji, kiedy państwowa służba zdrowia absolutnie już i tak nie radzi sobie z realizacją usług, taki scenariusz może odbić się już tylko na pacjencie, który nie będzie mógł ostatecznie skorzystać z opieki medycznej na rozsądnych warunkach, zarówno korzystając z państwowych jak i prywatnych usług. Kolejnym aspektem jaki warto podjąć pod rozwagę, jest brak możliwości uniknięcia spłaszczenia się siatki wynagrodzeń, na skutek czego wykwalifikowany pracownik, na przykład fizjoterapeuta, może odebrać pensję równą wynagrodzeniu mniej wykształconej salowej, która na skutek administracyjnej decyzji będzie objęta nową ustawą o płacy minimalnej. Oczywiście możemy spodziewać się, że ostatecznie pensja każdego z nich będzie musiała proporcjonalnie wzrosnąć, jednak środki na ten cel placówka medyczna będzie musiała znaleźć we własnym zakresie.
Dotychczasowa wysokość płacy minimalnej była jednak czasem jedynym argumentem do tego, aby nisko wykwalifikowany pracownik otrzymał umowę o pracę z pełnym zakresem świadczeń, a nie umowę śmieciową, której jestem przeciwnikiem. Biorąc pod uwagę wszelkie rozważania, tak radykalna podwyżka, która miałaby zadziać się już 1 stycznia jest niesprawiedliwa. Niesprawiedliwa dla każdego pracodawcy, dla samorządów, dla instytucji, które muszą wygenerować środki na ostatnią chwilę. Dobrze prosperujące firmy, pracodawcy z doświadczeniem, choć to o ich potencjalnych problemach mówi się najwięcej, rzeczywiście mogą poradzić sobie i z tym wyzwaniem.
Argument aby w Polsce nie budować grupy ludzi, którzy zarabiają bardzo źle, co podkreśla w swoich uzasadnieniach Kaczyński wydaje się być racjonalny. Tak samo jak i ten, aby Polska  nie była dla innych krajów zasobem taniej siły roboczej. Jednak decyzje w tym zakresie nie powinny być realizowane na poziomie administracyjnym, zmuszając niejako pracodawców do poddania się nowym zasadom. Ustalanie płacy minimalnej to decyzja w żadnym wypadku nie polityczna, a ekonomiczno-społeczna. To mądrze prowadzona gospodarka ma stanowić zapewnienie dla przedsiębiorcy do tego, że podnosząc płacę minimalną, będzie w stanie zatrudniać pracownika na długookresowe umowy bez zagrożenia koniecznością jego przedterminowego zwolnienia. Mając jednak na uwadze przykład z Węgier, gdzie idol prezesa wprowadził podobny system podwyżek, zwolnienia są jak najbardziej prawdopodobne. Wkład wnoszony przez pracownika musi przecież odpowiadać kosztom jakie pracodawca ponosi w związku jego zatrudnieniem.
Bez względu na moc podjętych do tej pory argumentów negujących jak też potwierdzających słuszność przyjęcia programu PiS, nikt nie poddaje pod wątpliwość rzeczywistych intencji pomysłodawców. Podwyżka płacy minimalnej trafia przecież w punkt do elektoratu PiS, który zdecydowanie nie zastanawia się nad tym co stanie się z nim w kolejnych latach. Mając w perspektywie tak znaczącą dla siebie podwyżkę, rozsądnie pouczony przez swoich braci w sutannach bez zająknięcia pójdzie na wybory i zagłosuje.

Upadek Najwyższej Izby

Obejmując urząd nowy członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego zobowiązany jest złożyć uroczyste ślubowanie przed pełnym składem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

Ceremonia ślubowania ma charakter publiczny, w obecności przedstawicieli Parlamentu, Komisji Europejskiej i mediów. Jeden z fragmentów roty ślubowania brzmi następująco:
„Ślubuję uroczyście nie przyjmować żadnych instrukcji od rządu, partii politycznych ani innych instytucji oraz nie ubiegać się o takie instrukcje”.
Ślubowanie jest publiczną deklaracją kierowania się w wypełnianiu obowiązków audytora zasadami obiektywizmu i niezależności, gdyż te dwa przymioty (prócz oczywiście profesjonalizmu) decydują o generalnej wartości audytora jaką jest wiarygodność. Niezależność, obiektywizm i profesjonalizm audytora to więc podstawowe międzynarodowe standardy audytu zapisane już w słynnej Deklaracji INTOSAI z Limy (1978), oczko w głowie i bastion każdego szanującego się najwyższego państwowego organu kontrolnego.
W praktyce z tą niezależnością bywa różnie. Na ogół politycy nie doceniają fachowego, zewnętrznego audytu dla prawidłowego funkcjonowania państwa i często zainteresowani są wyłącznie możliwością użycia ustaleń kontrolnych do bieżącej młócki politycznej. Również władza wykonawcza ma tendencje do wpływania na wyniki kontroli bądź traktowania zewnętrznej kontroli jako dopustu bożego. Dlatego wiarygodność najwyższego organu kontrolnego w państwie w decydującej mierze zależy od tego organu, od jego aktywności i determinacji w obronie swojej niezależności. Państwowe najwyższe organy kontrolne wspierane są w tej codziennej walce przez międzynarodowe organizacje jak INTOSAI czy EUROSAI, które ustanawiając międzynarodowe standardy dostarczają im stosowych argumentów.
W minionych czterech latach dyskusja w polskich mediach o polskim najwyższym organie kontroli (NIK) koncentrowała się wokół dwóch obszarów: bieżące wyniki kontroli i domniemane afery Prezesa NIK. Pilnie śledziłem wystąpienia publiczne polityków rządzącego ugrupowania, zarówno wówczas, gdy domagali się dymisji Prezesa Kwiatkowskiego jak i wówczas, gdy już było jasne, że do zmiany na tym stanowisku dojdzie w normalnym trybie ustawowym. Mówiąc wprost interesowało mnie czy nowa władza publicznie wykaże zrozumienie znaczenia niezależności NIK dla państwa i czy zadeklaruje działania dla jej ochrony. Nic takiego nie nastąpiło. Żaden polityk PiS, czy to Marszałek Sejmu, Prezydent, czy nawet „naczelnik państwa”, nigdy oficjalnie nie zająknęli się nawet na ten temat. W świetle niebywałych afer wokół Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa taka wstrzemięźliwość musiała budzić najgorsze obawy o przyszłość jednego z instytucjonalnych filarów demokratycznego państwa – Najwyższej Izby Kontroli i to w jubileuszowym roku 100-lecia jej działalności. Jakiekolwiek nadzieje, że może będzie inaczej rozwiał wybór nowego Prezesa Izby. I nie chodzi tylko o to, że NIK wpisana została na listę PiS-owskich łupów wojennych. Chodzi o coś większego, o to, że wybór ten w sposób modelowy niemal zaprezentował formułę polskiego państwa, której hołduje Jarosław Kaczyński i jego Grupa Trzymająca Władzę i którą zdecydowani są realizować wszelkimi sposobami. Najdobitniej problem ten wybrzmiał w wystąpieniu Mariana Banasia, świeżo wybranego przez Sejm Prezesa NIK, na forum Senatu podczas „debaty” nad wymaganą Konstytucją zgodą izby dumania na ten wybór. Wystąpienie to zupełnie nie zostało zauważone przez media, co podkreśla tylko postępującą znieczulicę opinii publicznej na proces rujnowania polskiego państwa.
Trzeba powiedzieć wprost: wystąpienie Mariana Banasia, wstępującego Prezesa Najwyższej Izby Kontroli przed Senatem w dniu 30.sierpnia b.r. nie mogę inaczej nazwać jak skandalicznym i powodem do poważnych obaw o przyszłość Polski. I nie chodzi już tylko o to, że było ono nieskładne, niewolne od błędów gramatycznych, składniowych i logicznych – jednym słowem, że od strony formalnej było na poziomie nie licującym w żaden sposób z powagą NIK i wysokim poziomem kultury językowej, której Izba przez lata się dorobiła. Nie chodzi też o to, że osoba Pana Banasia swoim formatem do pięt nie dorasta takim prezesom NIK jak prof. Walerian Pańko czy prof. Lech Kaczyński. Ważne jest to, co Pan Banaś w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli Prezesa Najwyższej Izby Kontroli powiedział, a jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział. Stanowisko Prezesa NIK należy do tych nielicznych w państwie, jak Prezydent, Premier, Marszałek Sejmu czy Prezes NBP, którego wypowiedzi publiczne są (powinny być) istotne, których się słucha i które są analizowane. Nie mogła o tym nie wiedzieć osoba, która chwali się swoją wieloletnią praktyką w NIK.
Wystąpienie Prezesa Banasia (dostępne na stronie internetowej Senatu oraz, z kronikarskiego obowiązku jako dodatek do tego wpisu) ma bardzo charakterystyczną formę i układ. Jest więc to rzadko spotykana forma autolaudacji, jakby nie było nikogo innego, kto o cnotach Prezesa chciałby Senat poinformować. Już w pierwszym zdaniu, Prezes podkreśla zaszczyt jaki go spotkał, zupełnie nie wspominając o przyjętej na swoje barki odpowiedzialności. Cóż, zaszczyty – rzecz najważniejsza i jak widać jedyna. Zaszczyt, który spłynął na Pana Banasia traktuje on jako nagrodę za swój życiorys opozycjonisty z czasów Polski Ludowej, gdyż to jest przez niego wybite na pierwszym miejscu wśród czterech argumentów, które jego zdaniem przemawiają za zdobyciem tego zaszczytu. Kolejnym argumentem w autopromocji jest oczywiście deklaracja głębokiego patriotyzmu połączona z publicznym wyznaniem głębokiej wiary w Boga oraz uznanie Go za źródło prawdy. To bardzo ważne wyznanie, gdyż założyć należy, że teolog z wykształcenia uznaje tym samym prymat „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim” – co w ustach Prezesa NIK musi niepokoić szczególnie. Do tej pory źródłem prawdy o państwie były ustalenia inspektorów Najwyższej Izby Kontroli na podstawie szeregu kryteriów, z których najważniejsze to kryterium legalności, czyli zgodności z obowiązującym prawem (ludzkim). Czyżby od dzisiaj źródłem prawdy o państwie były objawienia? Czyje?
Trzecim (nie pierwszym!) argumentem jest jego przygotowanie merytoryczne, które sprowadził do „ponad dwudziesty lat pracy w NIK” i ścieżki formalnego awansu. Żadnych konkretnych, własnych osiągnięć kontrolerskich nie było?
Najbardziej charakterystyczny jest argument czwarty: wyznanie głębokiej wdzięczności znacznie przekraczające granice uległości Prezesowi PiS i pisowskim posłom za zaufanie.
Czego Pan Prezes – wieloletni pracownik NIK – nie powiedział? Ano właśnie nie powiedział ani słowa o niezależności Najwyższej Izby Kontroli i niezależności jej kontrolerów ani o staraniach przestrzegania najwyższych, międzynarodowych standardów kontroli – co w świetle okoliczności jego wyboru było szczególnie ważne.
Głęboki niepokój budzić musi również wizja zadań NIK pod kierownictwem nowego prezesa. Zabrakło w niej wspierania Sejmu w wypełnianiu jego konstytucyjnego obowiązku kontroli działania rządu i jego agend. Znalazł natomiast Pan Prezes czas i miejsce, aby zadeklarować zadania NIK jako narzędzie PiS (władzy politycznej i wykonawczej) do realizacji jego strategicznych planów i „przeciwdziałania wszelkim zmianom w złym kierunku”. To już brzmi naprawdę groźnie.
Najwyższa Izba Kontroli w swojej najnowszej historii nie miała szczęścia do polityków tego formatu, którzy przed stu laty stworzyli jej fundamenty. O swoją niezależność zawsze musiała walczyć. Dzisiaj widać wyraźnie, że i ta reduta demokratycznego państwa upadła.
Nie z małostkowości, ale dla pełnego obrazu nowego Prezesa NIK dwie uwagi szczegółowe.
Prezes Banaś chwali się, że był doradcą w rządzie Olszewskiego. Po prawdzie był doradcą Antoniego Macierewicza w tym rządzie, ale widać – trochę dzisiaj wstyd…
Prezes Banaś za główne merytoryczne uzasadnienie swojej prezesury podaje „ponad 20 lat pracy w NIK”. W Izbie znajdzie się kilkaset osób o stażu nie krótszym. Rzecz jednak w tym, że faktycznie Pan Banaś przepracował w NIK fizycznie około 15 lat – przez resztę czasu pracował „na oddelegowaniu z NIK” w jednostkach rządów PiS. 25% „pomyłki”, a właściwie świadomego wprowadzenia w błąd w ustach Prezesa NIK nie może wróżyć niczego dobrego.

 

Za co PiS płaci Amerykanom?

Beata Szydło, gdy jeszcze była premierem, tak mówiła o Polskiej Fundacji Narodowej (PFN) – „wykorzystując siłę i energię spółek skarbu państwa, będzie budowała polską markę”. Cóż, niezupełnie tak to wygląda.

Dziennikarze portalu Onet dotarli do informacji, z których wynika, że organizacja ta powołana przez luminarzy IV RP do sławienia jej dobrego imienia zagranicą w szaleńczym tempie drenuje polską publiczną kiesę. I jak przystało na porządki wprowadzone przez Kaczyńskiego, beneficjentami muszą być oczywiście jankesi.
Polska Fundacja Narodowa w ciągu nieco ponad roku wydała ponad 5,5 mln dol. — czyli ponad 20 mln zł — na promowanie Polski kraju w USA. Forsę przytuliła amerykańska firma PR-owa. W ramach usługi było m.in. za utworzenie w mediach społecznościowych viralowych profili o Polsce. Na całym świecie obserwuje jednak po kilkanaście, czy kilkadziesiąt osób. Anglojęzyczny serwis @Polish_Fndtn obserwuje na Twitterze niespełna 6 tys. osób, czyli mniej niż profil PFN po polsku. A to bodaj najlepszy wynik!
„W korespondencji z Polską Fundacją Narodową, Amerykanie nazywają swe serwisy internetowe hubem informacyjnym dla Polski. Przekonują też, że współtworzą strategiczną infrastrukturę informacyjną, którą Polska będzie mogła wykorzystywać przez lata” – czytamy w artykule w portalu Onet.
Chodzi o firmę White House Writers Group (WHWG). To właśnie ją kierownictwo PFN wybrało jako partnera do kreowania i poprawy wizerunku Polski w Stanach Zjednoczonych. Kontrakt został zawarty niemal dwa lata temu, ale PFN utajnia jego ustalenia i rozliczenia z Amerykanami. Dziennikarze Onetu poznali je dzięki dostępności do tego rodzaju informacji, którą gwarantuje prawo w USA.
„Robienie przez PFN tajemnicy z kontraktu z WHWG jest jednak nieroztropne z bardzo prostego powodu. Amerykańska ustawa o lobbingu FARA, uchwalona jeszcze przed II wojną światową, nakłada bowiem na wszystkie amerykańskie firmy, organizacje, a nawet na osoby prywatne obowiązek składania rozliczeń z pieniędzy otrzymywanych od zagranicznych rządów” – piszą m.in. dziennikarze portalu Onet.
WHWG oraz jej współpracownicy zobowiązani się do szczegółowych spowiedzi z działalności Departamentowi Sprawiedliwości, w tym także o kolejnych rozliczeniach z Polską Fundacją Narodową. Transakcje te są więc w USA dostępne publicznie. Nietrudno więc prześledzić współpracę tej firmy z PFN. Dziennikarze Onetu twierdzą, że z informacji tych wynika jasno, że White House Writers Group zarabiają krocie z pieniędzy polskiego podatnika za działania przynoszące zerowe lub nadzwyczaj znikome korzyści dla Polski.
Firma WHWG początkowo otrzymywała 45 tys. dol. miesięcznie, a dziś inkasuje dwa razy tyle. Do tego PFN wypłaca różne zwroty kosztów dla tej firmy (Najwięcej kosztował przyjazd trójki pracowników firmy do Polski: bilety lotnicze – 5 tys. USD i hotele – 3,5 tys. USD, pomoc prawna – 6 tys. USD), które są bardzo wysokie i sięgają milionów dolarów. Tymczasem strona amerykańska zarządza m.in. profilami o Polsce na Instagramie i YouTube. Pierwszy obserwuje 51 osób, drugi ma 13 subskrypcji!

PFN, na którą pieniądze wyłożyło 17 największych spółek skarbu państwa, dysponuje gigantycznym budżetem. W założeniu miała promować image Polski na świecie, ale szybko okazała się kolejną PiS-owską szczujnią. O Polskiej Fundacji Narodowej zrobiło się głośno przy okazji nagonkowej kampanii atakującej sędziów. A teraz okazuje się jeszcze, że jest to przepompownia polskich publicznych pieniędzy do amerykańskich korporacji.

Miejsce na liście to propozycja

Media pokazują jak politycy poszczególnych ugrupowań walczą o „jedynki” na listach. Zapominają, że takie miejsce, to ledwie sugestia dla wyborców.

Ordynacja wyborcza jest jednoznaczna, wybory wygrywa ta osoba z listy, która otrzymała największą liczbę ważnych głosów. Oczywiście wygrywa, ale, o tym czy wchodzi do Sejmu decyduje to, czy dana lista uzyskała w skali kraju poparcie przekraczające próg wyborczy.
Na pierwszych miejscach list komitety wyborcze umieszczają z reguły osoby, o których sądzą, że będą „lokomotywami”. To się sprawdza, ale nie zawsze.
Czasem ‚jedynki”, czy „dwójki” przegrywają z kimś z zupełnie innym numerem. Nader często zdarza się też, że wybierane są osoby z ostatniego miejsca na listach.
Wielokrotnie z dobrym skutkiem ten zabieg przetestował Piotr Gadzinowski. I dowiódł, że można.
Nie ma się zatem co sugerować miejscem na liście, i jeśli jest na niej ktoś, kogo znamy, lubimy i uważamy, że będzie dobrym posłem, to trzeba na niego głosować.
Taki głos nie będzie zmarnowany. I jeśli na Podlasiu, ktoś uzna, że powinien postawić „krzyżyk” przy tamtejszej „dwójce”, czyli Piotrze Kusznieruku, to niech nie martwi się, że robi coś przeciwko Lewicy. Nawet pojedyncze głosy oddane na poszczególnych kandydatów i tak się sumują. A potem skutkują tym, że w Sejmie możemy oglądać „naszych”.