Słowacki gol prezydenta Dudy

W czasie, kiedy nasi chłopcy, pod wodzą Portugalczyka, brylowali na boisku ze Słowacją, nasz kraj, Polska, reprezentowany przez Andrzeja Dudę na konferencji międzynarodowej na Słowacji, został wreszcie zauważony. I dobrze. Bo prezydent poruszył wątek, który i mnie dość mocno ostatnio zastanawia. Dodać na koniec należy, że Polacy ze Słowakami na boisku przegrali, a w drużynie naszych rywali występował nie kto inny jak…Ondrej Duda. Prowokacja? Przypadek? Jedno i drugie? 

Zaprawdę, nie wiem jak to wszystko wytłumaczyć. Tyle dziwnych zbiegów okoliczności, za dużo jak na jeden raz. Tak czy inaczej, w Bratysławie, Andrzej Duda, Polak, nie mylić ze Słowakiem-Ondrejem, piłkarzem zawodowym, łaskaw był zawrzeć w swoim przemówieniu pewną wątpliwość, tyczącą się tego, czy to, że mamy dziś w Polsce przyrosty covidowe rzędu 200-300 przypadków dziennie, podobnie jak to miało miejsce w zeszłym roku, jest wyłącznie zasługą powszechnego programu szczepień, czy może pomaga nam w tym…geografia. Jest bowiem tak, jak przytomnie zauważył prezydent, że w zeszłym roku, kiedy nie szczepiono ludzi, bo nie było jeszcze czym, po fali zimowej i wiosennej pierwszego żniwa zarazy, w lato wirus nieco odpuścił. Ba, zrobił to na tyle roztropnie, że nawet premier dał się nabrać, i w szczycie kampanii wyborczej ogłosił, że wirusa już nie ma; poszedł sobie i nie wróci. Parę miesięcy później ten jednak znowu się pojawił, i do marca trzymał za pysk cały kraj, żeby swe apogeum osiągnąć na wiosnę, w kwietniu, dając chwilę wytchnienia po Nowym Roku. Tak to już bowiem bywa z transmisją wirusów, jak mniemał polski prezydent na słowackiej ziemi, że w niektórych krajach, tam zwłaszcza, gdzie jest klimat mieszany, ludzie zapadają na nie częściej, gdy mają nieco osłabioną odporność. Np. na grypę sezonową, zapada się w Polsce w okresach przejścia z jesieni w zimę i zimy w wiosnę.

Przypomnijmy: grypa, podobnie jak covid, też jest wirusem, więc radzi sobie u nas całkiem nieźle od wielu lat. Są wszak w sprzedaży szczepionki na grypę, ale sięga po nie jedynie dwa procent ogółu Polaków. Na covid zaszczepiło się już dużo więcej. Na szczęście. Ten jednak wciąż istnieje i zaraża. I zdradzę Państwu sekret: nadal będzie zarażał. Jest bardzo dużo szansa, że podobnie jak z grypą, na jesieni, kiedy ludzie zaczynają smarkać i kichać, covid znowu zwiększy zasięgi. Wie o tym doskonale prezydent Duda i nieśmiało daje do zrozumienia, że należy nauczyć się z tym żyć. Szczepić się oczywiście, w miarę możliwości, ale nie dać się zwieść, że pandemię zwalczymy raz na zawsze, co to, to nie. Zaczyna również podobne sygnały wysyłać i minister Niedzielski, wspominając, że jesteśmy blisko osiągnięcia odporności stadnej, bo ponad 60 proc. społeczeństwa ma już przeciwciała. Jeszcze pół roku temu, na dźwięk słów „odporność stadna” i jej przydawki, odsądzono by każdego polityka od posiadania mózgu w czaszce, a dziś sam minister zdrowia zaczyna głośno o tym mówić. Oczywiście, są na straży tępi mądrale, którzy każą się Polakom bać jak najdłużej; ot, np. Włodzimierz Cimoszewicz, który po wynurzeniach prezydenta o sprzyjającym klimacie, każe mu doczytać, jak wirus sadowił się w Indiach czy Brazylii, gdzie generalnie cały czas jest ciepło i że prezydenckie bajanie to życzeniowe myślenie pierwszoklasisty po oblanym sprawdzianie ze znajomości pór roku i nazw kontynentów. Na pozór, rzeczywiście, Cimoszewicz może w tym dwugłosie wydawać się bardziej racjonalny w myśleniu, ale to nie sama temperatura jest zwornikiem procesu szerzenia się zarazy, a właśnie wspominana odporność organizmów. W lato po prostu rzadziej chorujemy, bo nie narażamy się na kaprysy pogody-każdy chłop we wsi pod Białymstokiem to wie. Nie trzeba być Cimoszewiczem, żeby tę zależność dostrzec. Podobnie jak to, że jak się człek przemoczy w polu albo na przystanku i wiatr go wysmaga, to się choróbsko przywlecze szybciej. I tak będzie jesienią i zimą. Będzie też panika, że, o la Boga, Polacy umierają na covid, tak jakby teraz nie umierali. Jest jednak dla nas, gatunku ludzkiego, nadzieja. Aby ją posiąść, najsamprzód należy wykonać jedną, ważną czynność-nie słuchać ani nie czytać mediów głównego nurtu. Ich pieniądze i klikalność podszyte są syceniem w ludziach strachu i lęku o wszystko i przed wszystkim. Choćby jak teraz, w Wielkiej Brytanii. Pojawił się nowy szczep „Delta”, który szybko się rozprzestrzenia. Larum grają, ludzie chorują i umierają, a u nas ponoć nawet jedna zakonnica już go ma. Nic tylko czekać, jak wszyscy od niego zginiemy. Gdyby jednak ktoś zadał sobie trud, jak np. ja, i poczytał o wirusach w książkach do wirusologii, dowiedziałby się, że to, że nowy szczep rozwija się szybko, jest czymś zupełnie normalnym. Wirusy bowiem mają to do siebie, że dość prędko się demokratyzują. Chcą zakażać coraz więcej nosicieli, ale czynią to kosztem swojej mocy. Innymi słowy, każdy nowy szczep szybciej przeskakuje z człowieka na człowieka, ale wraz z jego mobilnością, maleje jego siła. Jak z grypą. Rzadko kiedy, na szczęście, ludzie przechodzą ją ciężko, a proszę mi wierzyć, to też nic fajnego, a dużo częściej kończy się na klasycznym przeziębieniu z tygodniem w łóżku i kubkiem herbaty z miodem i cytryną. Z covidem zapewne też tak będzie. Tylko za jakiś czas. Teraz, kto może niech się szczepi i korzysta z lata, bo coś czuję w swoich starych kościach, że jesienią znowu nas zamaskują i zabetonują w domach.

A, byłbym zapomniał, ten słowacki piłkarz Ondrej Duda, występował ongiś w drużynie Legii Warszawa i w związku z tym, bardzo dobrze mówi po polsku. Tu musi być coś na rzeczy!

Władza czyści kamienice

Polityka mieszkaniowa PiS nadaje się tylko do radia Erewań. Mieli mieszkania rozdawać, a będą odbierać.

„Mieszkanie plus” zanim zdechło, zdążyło zaowocować zalewanymi parterami w Jarocinie, i wynajmowaniem „gotowych pod klucz” mieszkań w Białej Podlaskiej, bez podłóg, drzwi i oczywiście urządzeń kuchennych, czy łazienkowych. I w jednym i w drugim przypadku zamiast obiecywanej ceny wynajmu lokalu na poziomie 70-80 proc. tego czego żąda wolny rynek, skończyło się na czynszach wyższych niż w okolicy. Obiecywana opcja dochodzenia do własności okazała się bajką, a regulamin najmu jest taki, że jak ktoś zachoruje, albo straci pracę, i nie zapłaci, to wylatuje z mieszkania. Na bruk, bez żadnej możliwości wyszukiwania takiej osobie lokali zastępczych.

Afera z warszawskimi bonifikatami na wykup gruntów z dzierżawy wieczystej, wykazała, że i w tak nieskomplikowanej dziedzinie, PiS jest w stanie wprowadzić chaos. Wystarczyło, że zastosowali 60 proc. stawkę zniżki dla gruntów państwowych i możliwość 90 proc. bonifikaty dla ziemi należącej do samorządu, żeby wszyscy wszystkim skoczyli do gardeł. 

Mieszkasz, to pokazuj

Najlepsze jednak przed nami. Od 21 kwietnia 2019 r. obowiązuje prawo klepnięte bez rozgłosu rok wcześniej. A ono mówi, że osoby mieszkające w lokalach komunalnych, mogą za nie płacić czynsz w wysokości 40 zł za metr kwadratowy. Lub więcej.

Ustawa każe gminom kontrolować dochody każdemu, komu przyznają mieszkanie. Raz na 2,5 roku lokator mieszkania komunalnego ma zatem zaopatrzyć administrację w deklarację zarobków wszystkich pomieszkujących z nim osób za poprzednie 3 miesiące. I jakby najemca zarabiał więcej niż wynosi ustalony przez gminę limit, to wtedy gmina podniesie mu czynsz nawet do 8 proc. „wartości odtworzeniowej lokalu” (czyli ceny rynkowej). 

A nie daj Boże, żeby taka 4-osobowa rodzina z mieszkania komunalnego, dostała w spadku jakąś kawalerkę. Wtedy gmina wywali taką familię do jej odziedziczonej posiadłości już po miesięcznym wypowiedzeniu. 

Kara za podwyżkę zarobków

Miesięczny czynsz w wysokości 40 zł/metr kw. może być oczywiście wyższy. Tyle bowiem wychodzi za mieszkanie wycenione na 6 tys. zł za metr. Czyli w przypadku Warszawy za jakieś stołeczne peryferia. W centrum, wartość odtworzeniowa spokojnie mogłaby wynosić i 8-9 tys zł. I wtedy ktoś mieszkający w kamienicy w Śródmieściu, za 60 metrowe mieszkanie, za które teraz płaci niecałe 450 zł, musiałby wykładać 3 600 zł czynszu miesiąc w miesiąc. Wystarczyłoby, żeby taki lokator samorządowego mieszkania, będący posiadaczem jednego dziecka, zarabiał wraz małżonką 4000 zł na rękę. Bo warszawskie przepisy komunalne określają, że limit przychodów lokatora w wieloosobowym gospodarstwie to 1330 zł na osobę. Gdy więc mąż i żona dostają na konto po 2 tysiące, to od kwietnia będą jako krezusi płacili za komunalną chałupę znacznie więcej niż takie samo mieszkanko wynajęte prywatnie. 

A gdy nie będą chcieli płacić, to właściwe służby będą miały obowiązek wywalenia ich na zbitą twarz.

Nie musi tak jednak być, bo pisowska ustawa jest ludzka. I nie nakazuje, ale pozwala, gminom skorzystać z opcji niepodnoszenia czynszu do maksimum, ale np. do wysokości, w której zmieści się to, co lokator zarabia powyżej limitu. Czyli, jak mąż czy żona dostaną w pracy podwyżkę, o 300-400 zł miesięcznie, to mają tę kasę przelać na konta samorządu, bo o tyle wzrośnie im czynsz. To oczywiście nader motywujące dla każdego… 

W związku z czym pomysły te jeszcze bardziej nakręcą rozwinięty przez „500 plus” system płacenia pod stołem.

Kierunek przedmieście

Pocieszeniem dla większości ludzi mieszkających w lokalach komunalnych jest to, że nowe przepisy będą obowiązywać tylko osoby, które podpiszą umowę najmu po 20 kwietnia. Tyle, że w ustawie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmusić do tego osoby mające od lat najem na czas nieokreślony. Jak urząd zagnie parol na jakąś nieruchomość, to przecież znajdzie setki powodów aby przenieść „starych” lokatorów no nowych lokali. A wtedy będzie potrzebna nowa, restrykcyjna finansowo umowa nakazująca płacić horrendalne stawki. Budynki trzeba wszak rewitalizować i dokonywać kapitalnych remontów w obawie przed katastrofa budowlaną. 

Przepis o niedziałaniu prawa wstecz spowodował, że do urzędów biegają wszyscy, którzy mieli dotąd umowy na czas określony. Sądzą, że jak zdążą przed kwietniem stać się posiadaczami umów na wynajem bezterminowy, to im się upiecze. Sęk w tym, że urzędnicy też to wiedzą i albo sprawy przeciągają poza 20 kwietnia, albo wydają decyzje odmowne.  

Jaki będzie efekt opieki państwa PiS nad setkami tysięcy lokatorów mieszkań komunalnych łatwo przewidzieć. Oberwą, jak zwykle, najbiedniejsi, którzy, nie mogąc zakombinować z pracodawcą przy zarobkach, będą musieli wynieść się z horrendalnie drogich mieszkań komunalnych i zamieszkując na obrzeżach wielkich miast, płacić na wolnym rynku nawet połowę tego, co zarabiają. Choć i tak mniej niż za mieszkanie komunalne.

Jak stracić na dopłacie

Ale, ale. Przecież od stycznia weszły przepisy pisowskiej ustawy „o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania”. To się nazywa „Mieszkanie na start” i polegać ma na tym, że dopłaty do czynszu pomogą Polakom w obniżeniu kosztów życia. Według Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju „program dopłat do czynszów jest kierowany do ludzi, których nie stać na wynajem czy zakup mieszkania na rynku komercyjnym, a ich dochody są zbyt wysokie, by mogli ubiegać się o mieszkania komunalne”. Tacy ludzie przez 15 lat będą mogli dostawać dopłaty do czynszu. W przypadku 4-osobowych rodzin dotacja może wynieść nawet od 300 do 560 zł miesięcznie. W tym roku na ten cel państwo wyłoży 200 mln zł. I odtąd co rok będzie wydawało o kolejne 200 mln zł więcej, by w 2034 osiągnąć 3,2 mld zł i przestać rosnąć. 

O dotację do czynszu może się starać tak singiel jak i rodzina. Tyle, że osoba pojedyncza nie może zarabiać więcej niż 2600 zł brutto. A dochody czteroosobowej rodziny winny być niższe od 6 400 zł.

I na tym koniec dobrych wiadomości. Dopłaty będą przyznawane osobom wynajmującym mieszkania wyłącznie w nowym budownictwie i tylko po zawarciu stosownej umowy z gminą. Czyli nie będą przyznawane tym, którzy wynajmują używane mieszkanie od osób prywatnych.

Jest zatem tak, że dopłaty są dla limitów znacznie wyższych niż te ustalane dla mieszkań komunalnych przez gminy. A ponieważ wejdą do dochodu lokatorów, to zostaną zeżarte przez podwyżkę czynszu. Dokona się zatem transfer z kasy państwa na konto samorządów. Co samo w sobie, jest może idiotyczne, ale nie złe. 

A, że wywaleni w mieszkań komunalnych nic z tego nie będą mieli? No cóż… Kazał im ktoś zarabiać więcej niż najniższa krajowa?

PiS, zamiast opowiadać jak robi dobrze ludziom z problemami mieszkaniowymi, mógłby zrobić coś konkretnego. I to dla milionów Polaków. Znieść, albo choć obniżyć podatki od wynajmowanych mieszkań. Dziś wynajmujący płaci właścicielowi mieszkania za jego podatek. A ten wynosi 18 lub 32 proc, w zależności od przychodów posesjonata, gdy ten chce opodatkować się według „normalnych” zasad, czyli z odliczaniem kosztów. Albo 8,5 proc. podatku zryczałtowanego, gdy właściciel jest leniwy.  

Oczywiście podatki takie płaci – zdaniem ekspertów – najwyżej co dziesiąty wynajmujący. Co nie przeszkadza większości z nich wliczać go w koszt najmu. Gdyby zatem podatek taki znieść, to budżet nawet by tego nie poczuł. A gdyby wprowadzić tylko ryczałt w wysokości 1 proc., to mogłoby się okazać, że dochody państwa będą większe niż dziś. Płacenie paru złotych miesięcznie nie byłoby problemem dla właścicieli, a powodowałoby, że mogliby bez strachu przed fiskusem rejestrować taki najem. I spaliby spokojnie, że lokatorzy – świadomi, że trzymają w szachu niepłacącego podatków właściciela – nie sprzedadzą wyposażenia lokalu. I to w poczuciu zupełnej bezkarności. Bo jak można ścigać kogoś, kto formalnie lokatorem nie był? 

Na tej operacji skorzystaliby i lokatorzy. Może nie 30 proc., jak w mitycznym „Mieszkaniu plus”, ale co dziesiątą złotówkę, by zaoszczędzili.

Za murami Officium

Czytelnik sięgający po „Officium”, pierwszą część cyklu „Tajne blizny”, jest uprzedzony na tylnej stronie okładki: Agnieszka, gdyby wiedziała, czym stanie się dla niej praca w państwowych służbach, poszukałaby raczej innego zajęcia. Czyta i ma ciągle nadzieję, że bohaterkę spotka coś dobrego. Jednak blizny to blizny, gorzki obrazek pozostaje gorzki.

Tematyka służb specjalnych pobudzała i będzie pobudzać wyobraźnię odbiorców literatury popularnej. Miliony czytelników na całym świecie uwielbiają zaglądać za kulisy agencji wywiadu i kontrwywiadu, przyglądać się pracy oficerów, z zapartym tchem śledzić walkę bohaterów z ich antagonistami z obcych służb. Jednak osobom, które poszukują tego rodzaju mocnych wrażeń, książkę Anety Wybieralskiej, chociaż na jej okładce wyraźnie się o służbach wspomina, pozostaje jedynie odradzić. „Officium” to nie historia o superbohaterach czy nawet coraz modniejszych w ostatnich latach w popkulturze superbohaterkach. – Daleko mi do Herkulesy – rozwiewa wszelkie wątpliwości w tym względzie narratorka książki, Agnieszka Wallicht-Chmielewska. Kobieta wykształcona, odważna, mimo wszystko chyba lubiąca swoją pracę w służbach… i niedoceniana. Jak będzie udowadniać na łamach książki, głównie ze względu na płeć żeńską.
Bo to właśnie pokazanie sytuacji kobiet w służbach było zamiarem autorki. O tym, że we współczesnych służbach specjalnych służą również kobiety, generalnie jakoś tam słyszeliśmy. Jednak polska powieść, w której narratorką jest jedna z nich, szczerze opowiadająca – na tyle, na ile to możliwe – o swojej codziennej pracy – to jednak nowość. Tę lukę stara się wypełnić wrocławianka Aneta Wybieralska, sama niegdyś związana z resortem spraw wewnętrznych. Jej poprzednie wydane drukiem powieści – dwie recenzowaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna” – były komediami obyczajowymi; tendencja do autoironii i specyficznego humoru i w tym wypadku nie opuszcza autorki. Tym razem jednak czytelnikowi (a czytelniczce już na pewno) tak samo często przyjdzie się uśmiechnąć, jak zirytować.

Książka pokazuje służby specjalne tak bardzo od kuchni, że niemal znika aura wyjątkowości, jaka unosi się nad podobnymi miejscami – i ich pracownikami – w kultowych powieściach o podobnej tematyce. Kolega bohaterki z pokoju prosi ją o pomoc w rozszyfrowaniu listy zakupów przygotowanej przez żonę, a sprawunki załatwia w godzinach pracy, „wychodząc na chwilę”. Romanse w miejscu pracy to normalna kolej rzeczy, podobnie jak podglądanie i komentowanie podobnych sytuacji na sąsiadującym komisariacie policji. I tylko od czasu do czasu przypominamy sobie, że Agnieszka jednak nosi broń.A do tego, jak sama mówi, wykonuje zadania przypominające maraton szachowy. „Jak zepchnąć (trafić) pionek wroga? Ile kolejnych ruchów da się przewidzieć? Jaki ruch wykona przeciwnik?” – w ten sposób charakteryzuje swoje obowiązki i szczerze stwierdza: bywa ciężko!

Bezpośredniość i lekka autoironia nie opuszczają narratorki w żadnym momencie. Już w pierwszej części książki Agnieszka skraca dystans, oznajmiając czytelnikowi, że z uwagi na zasadę podpisywania swoich dokumentów inicjałami przyszło jej posługiwać się w pracy mało budującym skrótem WC. Nawet gdy w jednym z bardziej emocjonujących momentów książki Agnieszce uda się popisowo pokonać nieoczekiwane trudności podczas zadania o dosłownie międzynarodowym znaczeniu. Czy konsekwentne unikanie nadymania się i bohaterszczyzny to element kobiecego spojrzenia na służbę? Śmiem twierdzić, że tak.

Nie wątpię, że wielu odbiorcom, a zwłaszcza odbiorczyniom, Agnieszka może stać się na tyle bliska, by szczerze jej kibicować, gdy zostaje wezwana na dywanik lub konfrontuje się z jawnym seksizmem kolegów i przełożonych. A to, niestety, okazuje się – bez żadnej przesady – być chlebem powszednim.

Rozdział, w którym Agnieszka popisuje się zdolnościami negocjacyjnymi (nie zdradzę jak, bo to po prostu trzeba przeczytać), to najlepsza część książki. Aż szkoda, że inna podobna historia nie została opowiedziana w miejsce opowieści o jeździe do biura paszportów, gdzie humor autorki staje się już tak dosadny i specyficzny, że może albo totalnie przypaść do gustu, albo odbiorcę/-czynię totalnie odrzucić. Tym bardziej, że wydaje się naturalnym, że sięgając po książkę o służbach specjalnych czytelnik chce na tyle, na ile się da zajrzeć do niedostępnej na co dzień kuchni polskiego Officium. I niewątpliwie będzie z zainteresowaniem przechodził przez partie książki, gdzie Agnieszka opowiada o należących do Officium mieszkaniach (i o tym, jak nieoczekiwanie mogą zostać zdekonspirowane) czy z brutalną szczerością przyznaje, że przy niemieckich kolegach ona i jej towarzysze broni wyglądali jak ubodzy krewni. Albo wyłuszcza, jakie cechy charakteru sprzyjają awansowi w pracy (merytokracja to mit, wszędzie!). Aż chciałoby się dłużej posiedzieć z nią przy tym „maratonie szachowym”, zobaczyć, choćby w ogólnym planie, sprawy, które prowadzi, zastanowić się razem z nią nad kolejnymi ruchami, przyjrzeć się bliżej, czym i kim się zajmuje, gdy kolega z pokoju znowu zaczyna rozmowę na mało związane ze służbą tematy. Choć oczywiście można sobie wyobrazić, że wszystkiego – mimo sugestii w początkowej partii książki – autorka jednak napisać się nie zdecydowała i nie zdecyduje. Opisane w „Officium” zdarzenia to w końcu historia nie tak odległa. Aż chce się zapytać: czy w służbach nic się od tego czasu nie zmieniło na lepsze?

Z pewnością takie pytanie będą zadawać sobie czytelniczki, przechodząc przez cały rozdział poświęcony stosunkom i romansom w pracy, ale także we fragmentach wcześniejszych, ilekroć któryś z męskich bohaterów opowieści „popisze się” seksistowskim czy zwyczajnie chamskim zachowaniem. Bo te partie książki wypadają tyleż wiarygodnie i przekonująco, co przygnębiająco. Nie mamy powodu nie wierzyć, że obraz pokazywany przez Wybieralską jest zgodny ze stanem faktycznym. I szczera złość może ogarnąć czytelniczkę, gdy funkcjonariusz o imieniu Cezary i wybitnych osiągnięciach w służbie („nikt nie umiał oprzeć się jego urokowi osobistemu”) zwraca się do koleżanek beztroskim „cześć kucharki!”. Współczujemy Agnieszce, gdy skuteczne wykonanie zadania, podczas którego mierzyła się z nieoczekiwanymi trudnościami, liczy się dla przełożonych mniej niż podejrzenia o uprawianie seksu w samochodzie, którym dają wyraz w doprawdy niewybredny sposób. Wreszcie – czego w zasadzie można było się spodziewać – bohaterka usłyszy propozycję awansu przez łóżko, bez żadnych podchodów, czarno na białym, i to od człowieka, po którym absolutnie się tego nie spodziewała. Jak zareaguje Agnieszka? Czy jest potem pewna swojej decyzji? Rozważania bohaterki w tym miejscu to jedno z fabularnych zaskoczeń, a jej tok myślenia czytelnicy i czytelniczki poznają, nie pierwszy raz na kartach tej książki, w najdrobniejszych, autoironicznych szczegółach.

Książka będzie mieć ciąg dalszy, Aneta Wybieralska świadomie zresztą sugeruje czytelnikowi, że wszystkie tajne blizny nie zostały jeszcze wystawione na światło dzienne. Nie wiemy choćby rzeczy podstawowej: co dokładnie sprawiło, że Agnieszka, która zdaje się swoją ciężką pracę, mimo wszystko, lubić, z Officium się pożegnała? Do tego czytelniczki mogą się zastanawiać: czy były kobiety, które mimo wszystkich niesprzyjających warunków zdobyły w miejscu pracy szacunek i poważanie kolegów? Czy szansę na to miały tylko figury takie jak Matylda zwana Miłką, która z narratorką, po seksistowsku potraktowaną po wykonanym zadaniu, bynajmniej się nie solidaryzuje?

Czy dziś kobiety w polskich służbach dalej służą głównie „ocieplaniu atmosfery”? Officium to kawałek autentycznej, opartej na własnym doświadczeniu literatury, który opowiada gorzką prawdę zamiast budować idealny obraz pewnych instytucji. I dlatego dobrze, że ta książka powstała.
Społeczne Forum Wymiany Myśli we Wrocławiu zaprasza na spotkanie z Anetą Wybieralską 20 czerwca 2021 r. w klubie Positive Day we Wrocławiu, ul. Bogusławskiego 41, o godz. 17.

Lekcje geopolityki Joe Bidena

Amerykański prezydent sprowadził polską klasę polityczną na twardą ziemię.
I znów polskie elity polityczne mogą sobie powzdychać. Pobiadolić o „zdradzonych o świcie” przez podstępne, obce siły.
Joe Biden, zamrażając sankcje wobec firm budujących gazociąg Nord Steam 2, usunął ostatnie przeszkody w jego ukończeniu. Uczynił tak, bo chciał pozyskać Niemcy. Znaleźć w nich sojusznika do polityki blokowania i powstrzymywania gospodarczego Chin.
Niemcy są najsilniejszą gospodarką w Europie. Najpoważniejszym światowym partnerem gospodarczym Chin. Zdolnym do uzyskiwania nadwyżki w handlu z nimi. I nawet jeśli polityczne stosunki niemiecko- chińskie chwilowo osłabną, to silnie zakorzenione niemieckie firmy w Chinach pozostaną. Niezależnie kto będzie rządził w Pekinie i Waszyngtonie.
Zwłaszcza, że dzięki Nord Stream 2 gospodarka niemiecka zapewni sobie długoletnie dostawy taniego rosyjskiego gazu. Dającego niemieckim firmom przewagę konkurencyjną. Tenże gaz będzie spłacany produktami niemieckich firm. Konkurencyjnymi i innowacyjnymi, bo wytwarzanymi dzięki taniej energii.
Czy Rosja znów wykorzysta kooperację z gospodarką niemiecką do zmodernizowania się? To już zależy od jej elit politycznych. Znamy z wieków wcześniejszych podobną, korzystną dla obu państw, kooperację.
Reakcje polskich polityków i dziennikarskiego „komentariatu” na amerykańską decyzję przypominały nastroje człeka gwałtowne wyrwanego z głębokiego snu. Obudzonego z przysłowiową „ręką w nocniku”.
Okazało się, że polska polityka wobec Rosji opierała się na niewzruszonym przekonaniu, że Nord Stream 2 nigdy nie powstanie. Dlatego nie warto było z Rosją rozmawiać.
A Berlinowi trzeba było wysyłać cyklicznie groźne pomruki. Rozbijać jedność Unii Europejskiej. Proponować przeniesienie wojsk amerykańskich z niemieckich baz do polskich „Fortów Trumpów”. Wypominać Niemcom zbrodnie i grabieże z ubiegłego wieku. I wyceniać polskie cierpienia na miliardy euro.
W nocniku, bez fajki
Polski sprzeciw wobec NS2 wynikał z politycznych, nie gospodarczych przesłanek. Był fundamentem polskiej „suwerenności”.Przejawem politycznej solidarności z Ukrainą i trzema republikami bałtyckimi. Bo gospodarczo na NS2 najbardziej straci Ukraina i Litwa.
Polska za rządów PiS przygotowywała się do redukcji zakupów gazu rosyjskiego. Uważanego za broń polityczną Kremla. Elity polityczne PiS planowały stworzyć w naszym kraju wielki port przeładunkowy gazu skroplonego. Importowanego z USA, Kataru i wszystkich innych państw niż Rosja.
W 2022 roku kończy się wieloletnia umowa polsko- rosyjska na dostarczanie gazu w Rosji. Nową umowę elity PiS chciały podpisać na nowych, już „suwerennych” warunkach. Bez ukończonego Nord Stream 2.
Za to z wybudowanymi gazoportami i dodatkowo z rurociągiem „Baltic Pipe” umożliwiającym dostawy norweskiego gazu do Polski. Posiadając takie asy przetargowe można siadać do negocjacji z Gasporomem.
Niestety konkurencyjny NS2 zapewne będzie w 2022 roku gotowy. Za to szumnie zwiastowanej „Baltic Pipe” raczej nie będzie. Przynajmniej do końca 2022 roku.
Bo elity PiS znowu wykazały się niekompetencją. Dopuściły do sytuacji,że władze duńskie cofnęły pozwolenie na budowę Baltic Pipe na jej terenie. W trosce o ochronę środowiska naturalnego.
Oczywiście pozwolenie można przywrócić, ale to wymaga czasu i fachowych działań. Niepodobnych do stylu negocjacji turoszowskich. Wymagających czasu.
Zatem z kart przetargowych pozostały tylko gazoport w Świnoujściu,magazyny gazu i własne złoża gazu. Czy wystarczą na „suwerenność energetyczną” dumnej IV RP?
Z boku, na stojaka
Prezydent Biden spotkał się z przywódcami Litwy, Łotwy i Estonii podczas niedawnego szczytu NATO. Zapewne obiecał im jakieś rekompensaty za zgodę na Nord Stream 2. Ukraińskiemu prezydentowi obiecał wsparcie militarne USA i NATO oraz program akcesji Ukrainy do NATO. Pod licznymi warunkami, niełatwymi do spełnienia.
Dzięki temu elity ukraińskie mogą mieć przekonanie, że ich państwo nie utraci kolejnych terenów na rzecz Rosji. Mogą łatwiej pozyskać amerykańskich inwestorów.
USA może naciskać na Rosję grożąc jej,że w razie braku ustępstw na innych polach, postępy amerykanizacji Ukrainy zostaną przyśpieszone.
A polskie elity polityczne zostały wykluczone z gry USA – Unia Europejska – Rosja – Chiny.
O amerykańskiej zgodzie na NS2 polski minister spraw zagranicznych dowiedział się z lektury amerykańskich gazet. Sam to przyznał w wywiadzie dla ”Rzeczpospolitej”. Nie mógł tej informacji potwierdzić w amerykańskiej ambasadzie, bo nie ma w Polsce ambasadora USA.
W czasie ostatniego szczytu NATO doszło co prawda do „historycznego szczytu Duda – Biden”. Obaj prezydenci spotkali się na korytarzu. Rozmawiali na stojaka,około czterech minut aż.
Prezydent Biden zapowiada „rewitalizację demokracji”. Ową „demokrację” będzie używał jako broń polityczną wobec Chin, Rosji i wszystkich innych państw, które uzna za „niedemokratyczne”. Polityka zagraniczna elit PiS polega na „wojnie kulturowej” ze „zdemoralizowaną Unią Europejską” i wojnie politycznej z Rosją.
Gwarantem bezpieczeństwa państwa polskiego elity PiS uczyniły prezydenta USA Donalda Trumpa. On także wojował kulturowo z Unią Europejską.
Generalnie polityka zagraniczna PiS oparta jest na sympatiach, i przede wszystkim antypatiach, personalnych. Nie na interesach gospodarczych. Prezydent Trump dalej jest kochany, a Putin znienawidzony. Choć obaj są na „wojnie kulturowej” z Unią Europejską.
Kanclerz Merkel jest dalej znienawidzona, choć gospodarka niemiecka jest największym partnerem polskiej.
Wszystkie inne oświecone państwa swą politykę zagraniczną budują też na interesach państwowych, nie personalnych miłościach. Dlatego przywódcy USA, Niemiec, Francji zawsze rozmawiają z prezydentem Rosji, którego elity polskie nienawidzą. Teraz w USA, największym gwarancie bezpieczeństwa militarnego państwa polskiego rządzi prezydent, który jest na „wojnie kulturowej” z elitami PiS. I który rozmawia z prezydentem Rosji, bo uznał, że jednak warto.
Co robić?
Można dalej nucić „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Można też podjąć działania wedle realnej geopolityki. A nie mrzonek z ubiegłego wieku.
Skoro ten Nord Stream 2 jednak będzie skończony, to zamiast pluć na rurę z gazem, można podłączyć się do niej. Skoro „suwerenność energetyczna” oznacza dywersyfikację dostaw gazu, to czemu nie mieć dostępu do gazu amerykańskiego, katarskiego, rosyjskiego i w przyszłości norweskiego? Kupować ten najkorzystniejszy.
Skoro amerykański Wielki Brat rozmawia z Rosją, skoro liderzy Unii Europejskiej rozmawiają z przedstawicielami Rosji, czemu polscy politycy nawet podjąć rozmowy nie chcą? Boją się odrzucenia?
A na dobry początek mogą uczynić dobry gest. Niech władze polskie odmrożą mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim. Uczynią taki mały krok dobrej woli.
Wyjdą z okopów. Bo teraz walczy się inaczej.

Klasa średnia: fikcja i statystyczna, i ideologiczna

Odpowiednie dać rzeczy lewicowe słowo

Klasa średnia znów znalazła się na języku medialnego komentariatu. Powstała kałuża łez po tym, jak PiS w Krajowym Planie Odbudowy  koryguje system podatkowy, by potrząsnąć trochę kiesą lepiej sytuowanych. Politycy przypominają teraz, że jej dziełem jest ”sukces transformacji” (poseł M. Wypij), a nawet dzięki niej amerykański Manifest Destiny przyoblekł się w światowe imperium (J. Biden). „Klasa średnia” to nazwa wora, do którego wpada konglomerat klas i stanów społecznych.  Chętnie posługuje się tym określeniem  popsocjologia, a także politycy i publicyści. Dlaczego?  Służy im do tego, by ukryć niewygodne fakty. A te fakty to duże różnice w dochodach, władzy, prestiżu między ludźmi. Nie budzą one zawiści, kiedy stoi za nimi praca i jej efektywność jako równe dla wszystkich kryterium dostępu do dóbr społecznych. Oburzenie budzi natomiast uwłaszczanie się na wspólnym majątku dzięki kontaktom partyjnym, towarzyskim, wykorzystywaniu luk prawnych, słowem, bogactwo materialne przedsiębiorczych inaczej, których lista jest coraz dłuższa.

Dlatego trzeba przypomnieć elementarną wiedzę o zróżnicowaniu społecznym. Taki precyzyjny opis struktury każdego społeczeństwa umożliwia aparat teoretyczny tworzony przez lata przez wybitnych socjologów poznańskich Stanisława Kozyr-Kowalskiego i Jacka Tittenbruna. 

Ogólnie, udział jednostki w puli wytworzonego bogactwa zależy od jej pozycji  w społecznym podziale pracy, a także w podziale własności materialnych i intelektualnych środków produkcji dóbr. Są to dwa systemy zdobywania środków egzystencji biospołecznej: praca i własność, czyli posiadanie względnie niezależnych od pracy czynników gospodarowania. W ten sposób powstaje materialne bogactwo zarówno całych narodów, jak i poszczególnych jednostek.  

Ludzie zajmujący zbliżoną pozycję w systemie własności ekonomicznej i jakości siły roboczej („kapitału ludzkiego”, ergodynamis) tworzą wielkie klasy społeczne – kasy właścicieli kapitału pieniężnego, przemysłowego, handlowego, klasy i stany menedżerów i specjalistów, klasy i stany pracownicze. 

W odróżnieniu od kryterium jakości pracy i własności, klasę średnią wyodrębnia arbitralne kryterium finansowe, zwykle przedział 75-200 proc. krajowej mediany dochodów. To kryterium stosuje OECD. W Polsce należy do klasy średniej około 11-12 milionów w wieku 24-64 lat. Ogólnie, członków klasy średniej wyróżniają wyższe kwalifikacje, zwykle potwierdzone dyplomami wyższych uczelni. Są to w 85. procentach  pracownicy najemni. Przybliżonym wskaźnikiem ich pozycji może być zdolność kredytowa, skoro 70 proc. Europejczyków zaciągnęło kredyty, głównie hipoteczne. To kryterium proponował swego czasu Krzysztof  Gawkowski.   Sprawa się komplikuje, kiedy weźmiemy pod uwagę rolę, jaką poszczególne klasy i stany pełnią we wspólnocie życia i pracy: czy przyczyniają się do jej rozwoju, czy przeciwnie – gratisowo korzystają z jej dorobku. Kiedy weźmiemy pod uwagę rolę jednostek w gospodarce i pozostałych instytucjach życia społecznego – wtedy mamy mozaikę klas i stanów. Rozpada się wówczas obraz wielkiej rodziny Polaków – dumnego narodu cywilizacji łacińskiej. 

W obrębie klasy średniej szczególną pozycję zajmuje klasa menedżerska, zawłaszcza zatrudniona w zagranicznych korporacjach. Wyróżnia ją to, że  na ogół jej członkowie nie są właścicielami materialnych i intelektualnych warunków (czynników) produkcji. Jednak menedżer nie tylko pełni funkcje pośrednio produkcyjną, zarządczą, często posiada też kapitał pieniężny w postaci grubego portfela akcji macierzystej firmy bądź firm notowanych na giełdzie. To top menedżment, kierujący współczesnymi korporacjami przemysłowymi, bankami, funduszami inwestycyjnymi. Jedni z nich pracują w spółkach skarbu państwa, z epizodami pracy w bankach, w zagranicznych korporacjach. Premier Mazowiecki i prezes Obajtek mogą być modelowymi  reprezentantami. Tworzą oni poligarchię – kumulują majątki, dyspozycje władcze w systemie gospodarki, w instytucjach pozagospodarczych. To w ich interesie pisowskie państwo uprawia nacjonalizm gospodarczy, by z jednej strony ograniczyć konkurencję zagranicznego kapitału w strategicznych branżach, a z drugiej chronić bieda-firmy polskiego biznesu.

Menedżerów wspiera drużyna specjalistów – prawnicy, spece reklamy i marketingu, maklerzy, pracownicy naukowo-badawczy, księgowi, planiści, inżynierowie kontrolujący pracę robotów, konserwatorzy,  twórcy programów komputerowych. To polscy working rich, 15-17 proc, najlepiej sytuowanych. Przejmują w Polsce 40 proc. dochodu narodowego (Th. Blanchet, L. Chancel, A. Gethin,WID, World Working Paper No 2019/06). Ponad 23 tys. osób osiąga dochód powyżej 1 mln zł brutto co miesiąc. Zwykle zmieniają status, stają się samozatrudnionymi jednoosobowymi firmami-agentami. To ich uszczęśliwił Leszek Miller 19% podatkiem liniowym. Pełnią kulturotwórczą rolę przewodników stylu konsumpcji, w ich ślady chcą podążać absolwenci uczelni wyższych, zwłaszcza SGH, cieszą się, kiedy firma rzuci ich na odpowiedzialne odcinki do innych krajów. Stają się nabywcami dóbr luksusowych – zegarków Cartiera, torebek Luisa Vuittona, prywatnych samolotów,  jachtów z pływającymi plażami. To polska klasa kompradorska – korzysta z nadwyżek osiąganych przez zagraniczne filie korporacji, które eksploatują tanią pracę rodzimych podwykonawców i poddostawców,  korzystają z polskiego dużego wewnętrznego rynku, z optymalizacji podatkowej. Mogą się wykazać w sektorze bankowym, w którym udział zagranicznego kapitału sięga 60 proc., kiedy w innych krajach rzadko przekracza 10-20%. Pomogli opanować zagranicznym korporacjom handel wielkopowierzchniowy kosztem małych rodzimych firm. Dzięki optymalizacji podatkowej, w której osiągają mistrzostwo, 3 proc. polskiego PKB trafia do macierzystych siedzib korporacji w postaci zysków, sami zaś mogą grać w giełdowym kasynie na małą polską miarę (0,35% światowych przepływów kapitałowych). To pogardzany przez prowincję  warszawski salon, do którego wpuszczają smakosze demokracji liberalnej. Całkiem zasłużeni Neoeuropejczycy – oddali sektor finansowy zagranicznym gościom, by znaleźć w nim zatrudnienie, prywatyzowali emerytury, osłabili warunki pracy i płacy polskiego pracownika, sprywatyzowali ponad 600 przedsiębiorstw zbudowanych przez PRL, często za równowartość działek budowlanych. W istocie, ich dziełem jest powrót Polski do historycznej normalności, tj. statusu peryferii w systemie globalnego kapitalizmu. Co ciekawe, to ich wsparła rządowa pomoc podczas pandemii w przeciwieństwie do prekariuszy. Tych potraktowano po macoszemu. Mając duże dochody płacowe i majątki dokonują recesji ze wspólnoty życia i pracy. Potrzebne usługi zdrowotne dla siebie czy edukacyjne dla dzieci kupują na rynku prywatnym, nie chcą płacić podatków. Ich polityczną reprezentacją jest PO, w mniejszym stopniu Konfederacja. W ostatnich wyborach samorządowych na ówczesną Koalicję Obywatelską głosowało 37 proc. właścicieli firm (na PiS 21), wśród wyborców z wykształceniem wyższym było to 33,5 proc. głosów, PiS poparło 23 proc.

Współczesnym odpowiednikiem robotnika fabrycznego stał się office proletariat. To pracownicy sektora usług dla korporacji w stolicy, w Krakowie , we Wrocławiu – w polskich centrach obsługi biznesowej. Ich liczba sięga 300 tys. To pracownicy z wyższym wykształceniem, ze znajomością języków obcych, znający kulturę organizacyjną. Wypełniają rubryki exela, formularze sprawozdań, wysłuchują reklamacji. To odpowiednik dawnych pracowników fabrycznych, tyle że rękami uderzają w komputerowe klawiatury, męczą oczy śledząc szare szeregi cyferek, boli ich kręgosłup, a dobija monotonia pracy pod nadzorem korporacyjnego kapo. Poświęcił im ostatnią swoją książkę antropolog David Greaber („Praca bez sensu”). Znajdziemy tu także pozarobotnicze klasy pracowników najemnych zatrudnionych w handlu, w finansach, w usługach czy biurach. Są tu także bezpośredni nadzorcy pracy produkcyjnej jak brygadziści, majstrowie.

I wreszcie eksponowanym komponentem umownej klasy średniej są stany wyższego wykształcenia, specjaliści wykonujący pracę pozaprodukcyjną: lekarze, nauczyciele, prawnicy, urzędnicy, piastujący kierownicze stanowiska w wojsku, policji, służbie zdrowia, edukacji. Należą tu też ludzie władzy politycznej i pracy duchowej: politycy, duchowni, uczeni, dziennikarze, artyści. Są tu też pracownicy najemni zatrudnieni w instytucjach pozagospodarczych:  pracownicy biurowi, pracownicy centralnej i lokalnej administracji rządowej, samorządowej na średnich szczeblach zarządzania. To sfera budżetowa żyjąca z wtórnego podziału dochodu narodowego. 

Komercjalizacja sektora usług publicznych, zwłaszcza ochrony zdrowia i edukacji, pozwala specjalistom łączyć pracę w sektorze publicznym z pracą w firmach prywatnych. Mogą łączyć pozycję właściciela czy współwłaściciela firmy prywatnej z pracą najemną w sektorze publicznym (np. sprywatyzowane usługi dentystyczne). Udział funduszy prywatnych w całości nakładów na służbę zdrowia wynosi prawie 30 proc., co plasuje nas w europejskiej czołówce (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 102/2021).

Pozostaje jeszcze stara klasa średnia: farmerzy, rzemieślnicy, właściciele rodzinnych firm handlowych czy usługowych (restauratorzy, branża fitness, biura rachunkowe). To drobni i średni przedsiębiorcy kapitalistyczni, posiadacze środków pracy, które obsługują własną pracą, wspartą pracownikami na niestabilnych warunkach zatrudnienia, często w szarej strefie. Znajdujemy tu też drobnicę poddostawców i podwykonawców, wolnych strzelców (informatycy, influenserzy, doradcy podatkowi).  Natomiast polscy kapitaliści przemysłowi okupują końcowe ogniwa łańcuchów produkcji o małej wartości dodanej: papier toaletowy, meble, standardowe profile okienne. Potrafili tylko stworzyć centrum logistyki dla zagranicznych firm, w następstwie kolejną polską specjalność: usługi transportowe.

Wniosek ogólny potwierdza obraz kapitalizmu, jaki naszkicował w swoich dziełach wielki francuski badacz społeczny Fernand Braudel. Realny kapitalizm  to piramida bogactwa i władzy. Na jej szczycie znajdują się zawsze wielcy posiadacze kapitału pieniężnego, operujący na różnych polach akumulacji – kiedyś John Law, dziś  Elon Musk czy Jeff Bezos. Szeroką podstawę tej piramidy tworzy plankton drobnych producentów. Tu konkurują ze sobą podwykonawcy i poddostawcy globalnych firm. Tu jest Polska.

Co to znaczy dla lewicy? Lewica powinna tworzyć sojusz z klasami specjalistów zatrudnionych w sektorze publicznym (nauczyciele, służba zdrowia, urzędnicy). Ich standard  życia zależy i od dochodów płacowych, i od poziomu usług publicznych, podobnie jak klas pracowniczych o niższych kwalifikacjach. Wszyscy oni uzyskują korzyści i w formie płacy (pocket money),  i w formie konsumpcji zbiorowej.  To w istocie płaca pośrednia. W tym celu muszą istnieć i funkcjonować sprawne, efektywne publiczne systemy ochrony zdrowia, edukacji, domy kultury, stabilne systemy zabezpieczenia społecznego, publiczny system komunikacji, odpowiedniej jakości powietrze i tereny zielone, dostęp do szerokopasmowego internetu – jak w krajach skandynawskich, Niemczech, Kanadzie, Korei Południowej. By to było możliwe, musi istnieć progresywny, sprawiedliwy system podatkowy oraz sprawny aparat państwa. Badania różnych modeli polityki społecznej wykazują, że ważnym warunkiem jej efektywności jest bezpłatność oraz uniwersalność świadczeń. Jest tak, że „gdzie prowadzenie tych polityk zastępuje się działalnością przedsiębiorstw nastawionych na zysk, mamy edukację dla bogatych i edukację dla biednych, opiekę zdrowotną  dla bogatych i opiekę zdrowotną dla biednych, ze wszystkimi  napięciami i stratami dla produktywności systemowej, które z tego wynikają” (L. Dowbor, Poza kapitalizm, KiP 2020). Najlepszy przykład to  najmniej efektywny system opieki zdrowotnej w krajach rozwiniętych,  jakim jest system amerykański, kosztujący 17 proc. PKB. Tym samym pozarobotniczy pracownicy sfery budżetowej powinni być zainteresowani reformą systemu podatkowego, opodatkowaniem korporacji, uspołecznianiem firm za sprawą zwiększania udziału w ich zyskach przez podatki. By zaś uniknąć wyścigu do dna w podatkach czy elastycznych warunkach zatrudnienia – zmiany te powinny mieć charakter globalny.   

W sukurs przychodzi prezydent Biden – w końcu Ameryka causa. Ostatnio do agendy wrócił za sprawą prezydenta USA postulat likwidacji rajów podatkowych i globalnego CIT na poziomie 21 proc. dla firm o dochodzie powyżej 20 mld dolarów. Ten warunek spełniają prawie wszystkie tzw. korporacje technologiczne w rodzaju Amazona, Facebooka czy Google`a. Nadwiślańscy liberałowie i narodowa prawica mają o czym myśleć. Zostali osieroceni. Na początek musieli szybo zrewidować swój stosunek do projektu Nordstream 2. Nagle stał się tym, czym był od początku – ważnym dla zachodniego sąsiada szlakiem zaopatrzenia w gaz w związku z rozwojem energetyki krajowej wykorzystującej to paliwo. Mniej o jedną fobię wobec Rosji. Lewica powinna skorzystać ze sprzyjającej koniunktury międzynarodowej, którą tworzy fiasko neoliberalnego urządzenia społeczeństwa i globalnej gospodarki. Swój program powinna zaadresować nie tylko do klas i stanów pracowniczych, ale też odwołać się do wspólnego interesu całego społeczeństwa. Kapitalizm, podporządkowany logice zysku, dociera do ekologicznych granic. Wymaga radykalnej przebudowy mechanizmów sterowania, by zastopować  kryzys planetarny. W tej sytuacji klasy i stany pracownicze  o różnej jakości „kapitału ludzkiego” mogą stać się sojusznikami partii lewicowych. Według Exit Polls  po wyborach 2019, 31% głosujących na lewicę albo zajmowało kierownicze stanowiska, albo to byli specjaliści. Blisko 2/3 wśród nich to mieszkańcy dużych miast. Popierają oni wolnościowe postulaty, ale lekceważą socjalne – jakby mieli zablokowany dostęp do wiedzy o realnym kapitalizmie. Dostęp blokują dyżurni ekonomiści kraju, lekcje przedsiębiorczości, uśmiechnięte reklamy, eliminowanie lewicowej perspektywy w popularnych mediach. Stąd niechęć do 500+, do rozszerzania państwa socjalnego – mimo braku  mieszkań, największego w Europie prekariatu, emigracji zarobkowej, niskich kosztów pracy. Według Eurostatu w r. 2017 r. za godzinę  pracy polskiego pracownika wystarczyło zapłacić  9,4 euro,  w Szwecji 38,3 euro. Jest jeszcze gorzej, kiedy weźmiemy pod uwagę aktualne badania postaw i wyobrażeń polskiego społeczeństwa. Całkowity triumf narracji liberałów o cudach wolnego rynku i merytokracji! O sukcesie życiowym decyduje najpierw ambicja (20 proc.), potem ciężka praca (15 proc). Dopiero dalej, z kilkunastoprocentowymi wskazaniami, fortuna i wiara w wykształcenie (raport Klasa średnia w Polsce, Polski Instytut Ekonomiczny 2019). Co najgorsze, tyko 4 proc wskazuje na pozycję i zasoby finansowe rodziny jako źródło sukcesu. To klapa ideologiczna, do której przyłożył się bezklasowy język opisu rynkowego społeczeństwa. Językiem tym operuje przecież nowoczesna, progresywna lewica, czekająca na przepustki od bramkarzy stołecznego salonu.

Dlatego dla partii lewicowych zbliżenia z nadwiślańskimi liberałami POPiSu mają charakter sadomasochistyczny. By nie stały się pocałunkiem śmierci politycznej, trzeba precyzyjnie oddzielić taktykę od strategii, a ta się nie zmienia: „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Co może mieć piernik do wiatraka?

Dwa tygodnie temu szewc Fabisiak cytował oświadczenie ministra Kurtyki jakoby pomiędzy Polską a Czechami uzgodniono powołanie grup roboczych w celu monitorowanie rozwoju sytuacji wokół kopalni Turów. Wypowiedź ta jest niespójna z tym co przed paroma dniami mówił wicepremier Sasin. Mianowicie to, że polski rząd do powołania takiego zespołu dopiero się przygotowuje.

Wygląda na to, że minister od klimatu i środowiska wzorem premiera Morawieckiego puścił uspokajającego fake newsa. I dopiero prawdomówny tym razem wicepremier wyłuszczył jak w istocie sprawy stoją a właściwie leżą. Po raz kolejny okazało się, że Czechów nie uda się wziąć na przeczekanie. Wnerwieni lekceważącą opieszałością ze strony polskiej zażyczyli sobie aby płaciła im karę w wysokości 5 mln euro dziennie. I dopiero ta perspektywa prawdopodobnie unaoczniła polskiemu rządowi, że jednak należy południowych sąsiadów traktować poważnie i dała impuls do próby podjęcia jakichkolwiek działań. Zanim jednak ów zapowiadany zespół się ukonstytuuje i przystąpi do rozmów ze stroną czeską będzie stukał licznik aż do momentu gdy Polska wreszcie zapłaci zubożając skarb państwa o miliony złotych. Tym jednak – uważa szewc Fabisiak – decydenci chyba niezbyt się przejmują. Skoro można było bezkarnie zmarnować mamonę na niedoszłe wybory, to czemuż by nie utopić kolejnych milionów. I żaden Banaś nam tu nie podskoczy – zauważa szewc Fabisiak. 

Kłopot z kopalnią Turów, choć jest to temat aktualnie nośny i budzący zrozumiałe emocje, nie jest jedynym problemem związanym z górnictwem węglowym a tym samym z przyszłością polskiej energetyki. Szewc Fabisiak nie należy do tych, którzy mają ekologicznego fisia na punkcie szkodliwości węgla. Uważa zatem, że należy go wykopywać póki jeszcze jest. Aż do momentu, gdy jego wydobycie okaże się na tyle kosztowne, że dużo tańsze będzie kupowanie go zagranicą co zresztą już powoli następuje. Natomiast pozostawianie pod ziemią energotwórczego surowca to zwykłe marnotrawstwo. W związku z tym należy odstawić na bocznicę dysputy na temat ewentualnych dat tzw. wygaszania kopalni. Tego typu myślenie jest – zdaniem szewca Fabisiaka – karykaturą gospodarki planowej.

Najczęstszym argumentem wysuwanym przeciwko węglowi jest to. że jego spalanie zanieczyszcza powietrze. Jest to fakt, jednak przy okazji warto zwrócić uwagę na to, że zadymiają nas również efekty spalania benzyny. I to chyba w większym stopniu, jako że kłęby dymu ze spalonego węgla wędrują sobie w grę i rozpływają się gdzieś w okołoziemskiej atmosferze, natomiast spaliny wdychamy bezpośrednio poruszając się po ulicach. Mimo to żaden z odłamów ruchu ekologicznego nie postuluje zaprzestania wydobycia ropy naftowej, której produkty emitują jeszcze bardziej szkodliwe niż węglowe wydzieliny. Czy dlatego, że lobby naftowe, zarówno prywatne jak i państwowe, jest na tyle silne i wpływowe, że podskakiwanie im nie odniosłoby żadnego efektu? Czy może tylko dlatego, że ekologistom brakuje wyobraźni i koncentrują się na szkodliwości węgla pomijając problemy związane z ropą naftową czy też zanieczyszczaniem akwenów wodnych? – zastanawia się szewc Fabisiak. 

Zamiast węgla  lansuje się odnawialne źródła energii. Są one co prawda ekologicznie czystsze, to jednak dużo mniej wydajne. Przede wszystkim są uzależnione od klimatycznych uwarunkowań na które nie mamy wpływu. Zostawmy węgiel, niech sobie gnije pod ziemią i zacznijmy używać wiatraków. I w tym momencie – jak zauważa szewc Fabisiak –  traci na aktualności znane porzekadło: co ma piernik do wiatraka. Otóż zasilane wiatraczną energią elektrownie będą wytwarzać prąd, który następnie zostanie wykorzystany przez zakłady cukiernicze do produkowania pierników. Z kolei kiedy wiatry będą wiały, to co prawda na zewnątrz będzie zimno ale za to w domu ciut cieplej zanim wiatr nie przestanie wiać. Dobra jest też energia słoneczna. Zwłaszcza zimą, kiedy słońce świeci krótko a kiedy jest zachmurzenie to już kicha. Można też budować elektrownie atomowe, które będą działać tak długo aż nie wybuchną.      Pozostaje jeszcze gaz z którym jednak możemy mieć kłopot. Obrażona na rosyjski gazociąg Nord Stream 2 i nie lubiąca Rosji jako takiej dumna Polska ma zamiar zrezygnować z dostaw rosyjskiego gazu. W zamian umyśliła sobie gazoport mający podobno przywozić nam gaz z Kataru. Podobno, gdyż o tych katarskich transportach jakoś ostatnio cicho – zwraca uwagę szewc Fabisiak. Ubytek gazu rosyjskiego ma rekompensować przypływający do tegoż gazoportu amerykański gaz skroplony. Będzie on prawdopodobnie droższy od tego z Rosji a jego dostarczane nam ilości raczej nie pokryją naszego zapotrzebowania. A właściwie nie raczej a na pewno – wprowadza korektę szewc Fabisiak – skoro przymierzamy się do budowy przewodów do przesyłania gazu z Morza Północnego za pośrednictwem tzw. Baltic Pipe. Tu jednak pojawia się problem, gdyż część tego gazociągu miałaby przebiegać na terytorium Danii. A ta nie wyraża na to zgody wyżej sobie ceniąc egzystencję zamieszkałych na tych terenach myszy i nietoperzy. W efekcie może dojść do tego, że będziemy zmuszeni kupować od Niemców gaz dostarczany tam politycznie groźną rurą Nord Stream 2 i zarobi na tym jakiś pośrednik. Polskie władze to jednak mają łeb do interesów – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak również na podstawie afery związanej z kopalnią Turów.

Motyle na szpilkach

Jak zwykle nie będę wymieniał nazwisk. Ale w ostatnich tygodniach kilkoro pań i panów widocznych w telewizorze przypominało mi mniej wrażliwych szkolnych kolegów, którzy złowione motyle nabijali na szpilki, nie zadając sobie trudu ich uśpienia. Taki biedny motyl przez chwilę wił się bezradnie zapewne z bólu i kurczowego poszukiwania możliwości ucieczki. Jeśli ma oczy (chyba nie?) to na pewno widać w nich było przerażenie.

Niewygodne pytania

Obserwowani przeze mnie politycy różnych szczebli zjednoczeni w jednoczonej prawicy wykazywali podobne odruchy wtedy, gdy dziennikarze mniej zaprzyjaźnionych telewizji zadawali im niewygodne pytania. Niewygodne, to znaczy takie, na które każda odpowiedź niezgodna z poglądem Najważniejszego Prezesa jest niebezpieczna. A Prezes jest „zarobiony”, więc w niektórych, ważnych sprawach wypowiada się z opóźnieniem, albo w ogóle je pomija.

Dwa z takich pytań były – oczywiście w różnej formie – zadawane wielokrotnie. 

Pierwsze dotyczyło tego, czy Szanowny Pan Premier zaczął organizować prezydenckie wybory korespondencyjne i powodować wydawanie na ich przygotowanie ponad stu milionów złotych z własnej inicjatywy, czy też „musiał” wykonywać polecenie szefa swojej partii, czyli Najważniejszego Prezesa? Czy Pan Premier jest zatem winien zmarnowania tych pieniędzy, czy też można jego odpowiedzialność jakoś „rozwodnić”? 

Drugie namolnie zadawane pytanie miało może mniejszy ciężar gatunkowy, ale za to było bardziej zabawne. Dotyczyło ono wypowiedzi naszego premiera i premiera Republiki Czeskiej o efektach wstępnych rozmów zmierzających do rozwiązania „problemu Turowa”. Nasz twierdził, że Czesi zgodzili się wycofać skargę do Międzynarodowego Trybunału UE, a czeski zapewniał, że jeszcze nie mają takiego zamiaru.

PIS jest partią wodzowską. To się w historii często zdarzało, ale jest wyraźnie sprzeczne z zasadami demokracji i na ogół kończyło się źle, aby nie powiedzieć – tragicznie. W tego typu partiach i tworzonych przez nie rządach zawsze występowała zasada powtarzania złotych myśli wodza i obawa przed wcześniejszym powiedzeniem czegoś, co potem okaże się niezgodne z tymi myślami. Następstwa mogą być przykre. Ograniczenie lub nawet utrata łaskawej opieki wodza, dobrych posad dla siebie lub (i) rodziny, ważnej pozycji w organizacji, dodatkowych dochodów i bezkarności. Motylek wbity na szpilkę krępujących pytań, unika więc jasnych odpowiedzi i czeka na wytyczne Wodza lub kogoś znanego, jako jego publiczna tuba informacyjna. 

Kto rządzi rządem?

W spawie pierwszego z wymienionych pytań słyszałem wiele bełkotliwych i niezrozumiałych odpowiedzi do czasu, aż sam wódz był łaskaw przyznać, że miał i „rzucił” pomysł przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów. Wysłuchałem tego zwierzenia z należytą uwagą, ale ze wstydem przyznaję, że mimo to nadal nie pojmuję, dlaczego – jak twierdzi NIK – przy próbie realizacji tego pomysłu nie przestrzegano prawa? Przypuszczam bowiem, że prezes na ogół mówi, czego oczekuje, ale nie mówi, jak to zrealizować. 

Skrobiąc ten znak zapytania dochodzę do wniosku, że z nieznanych mi przyczyn popełniono dwa podstawowe błędy, decydujące o legalności, podjętych działań. Pierwszy, – że nie obarczono tymi zadaniami PKW, czyli Państwowej Komisji Wyborczej, formalnie jedynego „ciała” upoważnionego w Polsce do przeprowadzania wyborów. I dugi, – że nie zdecydowano się na ogłoszenie stanu klęski żywiołowej wywołanej przez pandemię. Rezultaty w postaci wyrzuconych pieniędzy były by prawdopodobnie zbliżone, ale nie naruszano by prawa. 

Nie jestem odkrywcą, bo już słyszałem i czytałem podobne opinie. Ale mam jednak w tej sprawie jeszcze jedną wątpliwość. Konsultacje premiera z jego zapleczem politycznym w ważnych sprawach to „normalka” stosowana na całym świecie. Ale to powinny być konsultacje, a nie decyzje. Przez kilkadziesiąt lat przyzwyczailiśmy się wprawdzie do tego, że decyzje podejmują Pierwsi Sekretarze rządzącej partii, ale przecież twierdzimy, że teraz mamy zupełnie inny ustrój. Złośliwie mogę przypuszczać, że ten poprzedni w niektórych dziedzinach bardziej opowiada upodobaniom obecnej władzy. Jest wygodny, bo zaciemnia odpowiedzialność i tworzy z rządu i premiera tylko grupę urzędników, posłusznie wykonujących życzenia Najważniejszego Prezesa, pełniącego rolę I sekretarza. Z konieczności, a może i z upodobania, jest wtedy zawsze autokratą.

Optymizm i racjonalizm

W motylich próbach odpowiedzi na drugie pytanie najbardziej zabawne było twierdzenie, że różnica zdań między premierami polega tylko na innym rozłożeniu akcentów. Obaj się przecież zgadzali, że trzeba sprawę jakoś załatwić. Inaczej jednak odczuwali rezultaty wymiany uśmiechów i poglądów. Nasz premier ma naturę sympatycznego, optymistycznego bajkopisarza, a czeski jest racjonalistą i czeka na konkretne pieniądze dla poszkodowanych gmin. 

Przyczyną kłopotów z Turowem jest też ciągły brak konsekwencji i stanowczości naszego rządu w sprawie przyszłości energetyki opartej na spalaniu węgla, zarówno kamiennego jak i brunatnego. Bez drastycznego zmniejszenia udziału elektrowni węglowych w bilansie energetycznym, nigdy nie osiągniemy zaplanowanych zadań przywracania czystości powietrza.  Wiem, że rozmowy z górnikami są trudne. Ale jeśli wiele lat temu potrafiła je prowadzić Margaret Thatcher to tym bardziej powinni to potrafić nasi, znani z męskości politycy prawicy. 

Nie wiem, jak się skończą polsko – czeskie pertraktacje, czy i kiedy Republika Czeska wycofa skargę złożona do Trybunału Sprawiedliwości. Uzyskane porozumienie będzie nas kosztować znacznie więcej niż mogło kosztować wcześniej, gdyby nasze władze reagowały odpowiednio na wnioski Czechów. To kolejne straty finansowe powodowane przez prawicowy rząd, wynikające ze swoistego „tumiwisizmu”, opartego na wierze we własna nieomylność i bezkarność. 

A ceny rosną

Sądzę, że te dwa pytania powodująco ostatnio najbardziej widoczne tańce rządowych motyli na informacyjnych szpilkach nie będą wyjątkami, Spodziewam się, że w najbliższym czasie zacznie być częściej i bardziej agresywnie zadawane pytanie, czy rząd zamierza coś zrobić, aby zatrzymać rosnącą inflację. Może się ono łączyć z pytaniem o to, jak długo będzie trwała zabawa w zniechęcanie ludności do oszczędzania. Płaczę ze śmiechu, jak widzę „rewelacyjne” oferty niektórych banków proponujące lokowanie u nich nowych środków na „wyjątkowo wysoki” 1% w skali roku – ale tylko na miesiąc. Klient, który skorzysta z tej oferty i zmobilizuje 10 tys. złotych swoich oszczędności „zarobi” więc po miesiącu 1/12 procenta, czyli (100:12) – 8,3 groszy. I to w czasie, gdy inflacja przekracza 4% a banki zwiększają stawki opłat za prowadzone operacje.

Teoria, że ograniczanie oszczędności lokowanych w bankach powoduje „automatycznie” wzrost zakupów i tym samym pomaga w „napędzaniu” gospodarki, nie zawsze się potwierdza. Pieniądz wycofywany z bankowych oszczędności szuka bardziej opłacalnej lokaty – zakupu mieszkań, działek, udziałów w „pewnych” firmach, ostatecznie złota i obcych walut. Ale rzadko jest wydawany na dosłowną konsumpcję – luksusowe wyżywienie, nowe samochody, atrakcyjne urlopy. Nie w tych celach był, bowiem, czasem z wielkim wysiłkiem, odkładany.

Wydaje mi się, że nasz zapracowany rząd, wspierany przez NBP, nie doczeka się w tych sprawach wytycznych Najważniejszego Prezesa. Musi się rozejrzeć, zobaczyć, co robią inni, wybrać instrumenty działania i samodzielnie podjąć decyzje. To przykre, ale chyba będzie konieczne.

Neokolonializm i dramat Polaków o ciemnej karnacji

Już starożytni Rzymianie odkryli, że nie ma niewolnika bez kropli krwi Cezara i Cezara, bez kropli krwi niewolnika. Nie to jednak teraz jest najbardziej istotne.

Zarówno starożytni Grecy czy Rzymianie nie dzielili ludzi na „rasy”. W termin ten, w kontekście ludzi, pojawił się stosunkowo niedawno i został zapożyczony od… hodowców bydła. Antropologia zaczynała raczkować jako samodzielna nauka. Po raz pierwszy w publikacji naukowej posłużył się nim francuski przyrodnik George’s Buffon, dwadzieścia lat później powstało kolejne naukowe „dzieło”, którego zapisy, w mniej rozwiniętych częściach świata do dzisiaj stanowią kanon antropologii. W 1776 roku za sprawą niemieckiego przyrodnika – Johanna Blubenmacha, zachwyconego „pięknem” czaszek Europejczyków, powstał do dziś używany termin kaukazoidzi. 

Przyjęta na chwilę teoria dzieląca ludzi na cztery rasy, nie tylko zadomowiła się w nauce, ale zaczęła funkcjonować własnym życiem, dochodząc do już do absurdalnych teorii szatkując, dzieląc i klasyfikujących ludzkość na kilkaset ras, w tym niezliczoną liczbę tak zwanych podras na podstawie pochodzenia, cech etnicznych, kulturowych czy po prostu kierując się wyglądem. 

Ta pseudonauka osiągnęła swój szczyt w latach trzydziestych dwudziestego wieku. Co okazało się tagiczne w skutkach. Tylko dlatego, że nikt nie zadał sobie trudu, by tę – zapożyczoną od hodowców bydła – hipotezę zweryfikować. Współczesne badania dowodzą, że Polak od Polaka może się genetycznie różnić bardziej, niż od mieszkańca dowolnego państwa w Afryce.    

Ta, przechodząca już do lamusa teoria o ludzkich „rasach” jest pokłosiem najczarniejszych kart niedawnej historii. Kolejnym krokiem była frenologia, czyli badanie na podstawie kształtu czaszki. Wyszła już poza granice antropologii znajdując miejsce w najróżniejszych dziedzinach wiedzy. Na podstawie tych „badań”, francuski kryminolog zdefiniował potencjalnego przestępcę – „cofnięte czoło i haczykowaty nos”, inni naukowcy dowodzili, że zbrodnicze tendencje gromadzą się nad prawym uchem.

Dzisiaj zdecydowana większość światowych autorytetów naukowych, odrzuca pojęcie rasy jako formę klasyfikacji ludzi. Mimo to nadal funkcjonują ośrodki, jak w Polsce – gdzie ta archaiczna forma nadal jest swego paradygmatem – odrzuca ją zaledwie 25 % polskich naukowców.

Polacy o ciemnej karnacji

„Przywykłam już do zaczepek” – mówi mi koleżanka, pochodząca z mieszanej etnicznie rodziny, a odcień skóry zdradza, że jedno z rodziców pochodzi z jakiegoś afrykańskiego państwa – „Mam już swoje lata i się uodporniłam, martwią mnie jednak patologie, z którymi spotykam się na codzień. Dotyczy to dzieci z małżeństw, w których jedno z rodziców ma ciemniejszy kolor skóry, przodkowie pochodzą z Kenii, Sudanu, Ghany, Konga czy któregokolwiek z innych państw kontynentu. Dzieci te, jeżdżąc na wakacje do swoich polskich rodzin, babci czy dziadków, poddawane są nieprawdopodobnym torturom. Chcąc mieć >>normalnego<< wnuka, czy wnuczkę, babcie usiłują szczotką i pumeksem wyszorować im skórę, nadać jaśniejszy odcień, tak by za bardzo nie odbiegały od pozostałych dzieciaków w wiosce, bo to wstyd przed sąsiadami, proboszczem. Nieważne, że dziecko piszczy i płacze z bólu, tylko strach przed skutkami ubocznych hamuje rodzinę przed zanurzeniem w wybielaczu na bazie chloru. To nie jest opowieść z ubiegłego wieku, takie rzeczy dzieją się teraz, we współczesnej Polsce” – opowiada. 

Koleżanka mieszka w jednym z największych i wydawało mi się, że w najbardziej kosmopolitycznym polskim mieście. Podczas naszej, niespełna dwugodzinnej rozmowy, spacerowała po swojej rodzinnej miejscowości. W tym czasie czterokrotnie została zaczepiona za kolor skóry. Niektóre zaczepki były na tyle głośne, że słyszałem je w słuchawce. Wierzcie mi, nie było to nic miłego. 

„Nie powinno się mieszać europejskiej i afrykańskiej krwi” – powiedział czarnoskórej Polce lekarz. Dziewczyna była w szoku, związała się z niebieskookim i jasnolicym Polakiem. Nie są to słowa sprzed 1939 roku, ale padły z ust człowieka wykształconego, absolwenta Akademii Medycznej i pracownika jednego z renomowanych szpitali wojewódzkich.

„Wizyty u ginekologa są koszmarem, zawsze na wstępie pyta czy nie zostałam obrzezana, potem padają uwagi na temat szerokości narządów płciowych kobiet z państw Afryki. Do tej pory polscy ginekolodzy sądzą, że jesteśmy inaczej zbudowane, gdy podczas badania wychodzi że są w błędzie, zapewne wrzucają to do szufladki z napisem >>wyjątek<<” – dodaje zawieszając głos – „Przecież do cholery urodziłam się i wychowałam w Polsce, moi rodzice poznali się na studiach. Bawiłam się na polskim podwórku, moi koledzy z osiedla przywykli już wprawdzie do mojej skóry. Gorzej jednak, gdy wyjdę poza jego obręb, choćby do centrum. Rozmawiamy o dużym mieście wojewódzkim. Wyobraź sobie co dzieje się na prowincji” – dodaje.   

Ciemna strona misji katolickich w państwach Afryki środowej

Teoretycznie pierwszego stycznie 1960 roku uwolnił się od hegemonii Francji i Wielkiej Brytanii – Kamerun. Republika środkowoafrykańska wyrwała się z francuskich szponów – 13 sierpnia 1960. Czad – 11 sierpnia 1960, Demokratyczna Republika Konga, dawne Kongo Belgijskie, inaczej Kongo Leopolda, a także przez jakiś czas Zair, zrzuciły Belgijskie kajdany – 30 czerwca 1960 roku. Kongo – 15 sierpnia 1960 roku, również od Francji. Sudan, od Egiptu i Wielkiej Brytanii – 1 stycznia 1956 roku, natomiast Sudan Południowy – teoretycznie uzyskał niepodległość od sąsiadującego Sudanu – 9 lipca 2011 roku.  

Natura nie znosi jednak pustki

Mimo upływu wielu dekad od kiedy wymienione kraje środkowej części kontynentu, formalnie pozbyły się kolonialnego ciężaru, to utrwalony obraz chaosu, wiecznych wojen, nędzy i głodu – w powszechnej świadomości jest bardzo żywy. Mają na to wpływ celebryci aranżując odpowiednie scenografię, by jak najlepiej wypaść na tle jak największej biedy. Stop. A czy w Polsce nie znajdziemy bieda osiedli? Czy na pewno nie ma u nas wiosek, w których można nakręcić równie mocny materiał z Dominiką Kulczyk?  Pamiętacie film „Arizona”? Zresztą w każdym polskim mieście znajdziemy zakątki porównywalne do obrazów jakimi zasypują nas „dobroczyńcy Afryki”, wmawiając, że tak wygląda cały kontynent. Gdyby patrzeć na Europę przez pryzmat Bułgarii, Albanii czy Kosova, śmiało moglibyśmy wyrobić sobie podobny obraz w pozaeuropejskiej opinii międzynarodowej. A wtedy Nigeria – szósty producent ropy naftowej na świecie – dwustumilionowy kraj z nowoczesnym miastem i jeszcze lepszym portem lotniczym w Lagos , pośpieszyłaby z pomocą humanitarną do Europy. Być może przyłączyłaby się również i dosyć bogata Etiopia.   

 Powiedzenie że natura nie znosi pustki, w przypadku państw postkolonialnych okazuje się niemal dosłowne. Miejsce dawnych okupantów – Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii, i wielu innych europejskich państw – natychmiast zajęły fundacje, stowarzyszenia i katolickie misje różnej maści zakonników. 

Wśród nich prym wiodą te spod najciemniejszej gwiazdy, dla których człowiek to towar, który odpowiednio zaprezentowany przynosi krociowe zyski. Epatowanie nędzą, nieistniejącymi, zaaranżowanymi obrazami, spreparowane  scenografie na doraźny użytek celebrytów, do tego krążących jak sępy zachłannych zakonników, którzy nie wahają się dać dzieciom do rąk karabinu tylko po to, by nadać fotografii dramatyzmu, by zaraz poprosić o wpłaty. mnich Benedykta z Republiki Środkowoafrykańskiej. 

Ci z Was, którzy oglądali ten skandaliczny teledysk „Makumba”, zrealizowany dla fundaji African Music School, zauważyli zdjęcia dziesięcio – dwunastoletnich dzieci z kałachem w ręku. Ten karabin dostały albo od mnicha, lub producentów nagrania – chciałby wierzyć, że to fotomontaż. W tym rejonie  rzadko dochodzi do walk, rebelia skupia się w południowowschodniej części kraju. Zdarzają się rajdy rebeliantów, ale rządowe wojska doskonale sobie z tym radzą. Rebelianci nie zawahali się zaatakować stolicy, ale był to incydent z którym poradzili sobie policjanci.

 Owszem, są na świecie miejsca, w których bezwzględni watażkowie, przywódcy karteli, czy zwykli piraci angażują do walk nieletnich. Z pewnością nie jest to jednak podprefektura Bouar w Republice Środkowoafrykańskiej. Po pierwszych „niezgodnościach” i zorganizowanej „Zrzutce” , gdy pojawiły się dramatyczne relacje i apele o finansowe wsparcie – zapaliła mi się czerwona lampka. Gdy wyszła historia z kameruńskim bernardynem Godawą, lampka ta, zaczęła pulsować jak policyjny kogut. Kiedy jeszcze trochę poszperałem i dowiedziałem się w jaki sposób zakonnicy przejmują obowiązki opiekunów prawnych – włosy zaczęły jeżyć się na głowie – zakrawa to na handel żywym towarem. Wbrew temu co twierdzi zakonnik zwany Benedyktem, wybory prezydenckie w podprefekturze Bouar przebiegły bez zakłóceń, na co mam dowody. Nie dajcie się nabrać, nawet jeśli sam Skiba potwierdza „dobre intencje fajnego braciszka”, to ta sprawa cuchnie gorzej niż chłopskie onuce sprzed kilkudziesięciu lat. A Skiba z Big Cycem robią sobie całkiem fajną reklamę, bezrefleksyjnie przyczyniając się do cierpień i jednocześnie legitymizując ciemną stronę tej misji. 

Trudno jest odkłamać utrwalone i powielane stereotypy, to wymaga przede wszystkim chęci poznania kontynentu i edukacji. Przykład Rwandy, która odrzuciła międzynarodową pomoc i lepiej na tym wyszła niż inne kraje. Bieda, to świetny biznes, szkoda że sami ubodzy na nim niewiele korzystają.