Proeuropejska koalicja

W wyborach do Parlamentu Europejskiego 2019 r. Sojusz przystąpi do koalicyjnego komitetu wyborczego złożonego z partii, dla których cenne są takie wartości jak wolność, demokracja, równość, państwo prawne, poszanowanie praw człowieka oraz obecność Polski w Unii Europejskiej – postanowiła Krajowa Konwencja SLD, która odbyła się w Warszawie 16 lutego 2019 r. 112 delegatów poparło tę decyzję, 6 wstrzymało się, a 3 zagłosowało przeciwko. Podczas obrad przyjęto również minimum programowe na wybory europejskie: kontynuowanie integracji w ramach Unii Europejskiej; rozpoczęcie procesu przyjmowania euro, o ile będzie się to wiązało ze wzrostem płac Polek i Polaków, a co będzie możliwe wraz ze wprowadzeniem europejskiej płacy minimalnej; dołączenie do unii bankowej oraz budowa europejskiej armii.

– Po bardzo długiej dyskusji podjęliśmy dzisiaj decyzję, iż pozytywnie odpowiemy na apel premierów i przystąpimy do Koalicji Europejskiej – powiedział Włodzimierz Czarzasty podczas konferencji prasowej tuż po zakończeniu Krajowej Konwencji SLD. – Bardzo konkretne rozmowy z PSL-em, Platformą Obywatelską, Nowoczesną, z Partią Zieloni są już prowadzone – poinformował przewodniczący Sojuszu. – Pragniemy, aby wszelkie lewicowe partie, które podzielają nasz sposób myślenia dołączyły do nas – podkreślił Czarzasty. – Rozmowy powinny zakończyć się do końca lutego – mówił.

Lider SLD podziękował premierom Leszkowi Millerowi, Markowi Belce oraz Włodzimierzowi Cimoszewiczowi za zgłoszenie projektu Koalicji Europejskiej. – Trzech premierów z ramienia SLD będzie naszymi kandydatami do Parlamentu Europejskiego – poinformował Czarzasty. – Będziemy zgłaszali również inne osoby min. prof.. Bogusława Liberadzkiego, wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego; Janusza Zemke, eurodeputowanego, Marka Balta, szefa śląskiej Rady Wojewódzkiej Sojuszu.

Włodzimierz Czarzasty podkreślił, iż Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest partią odpowiedzialną, która wierzy, iż można osiągnąć jedność w różnorodności. – Odrzucam dyskusję, iż Sojusz utraci swoją tożsamość. Polska nie zagubiła tożsamości w Unii Europejskiej, SLD nie straci jej w żadnej koalicji.

Podczas konferencji prasowej Leszek Miller wyraził zadowolenie, iż Krajowa Konwencja Sojuszu pozytywnie odniosła się do apelu premierów na temat utworzenia Koalicji Europejskiej. – Dziękuję przewodniczącemu Włodzimierzowi Czarzastemu, iż poparł tę propozycję. Decyzja ta będzie miała bardzo pozytywne skutki. Jeżeli uda się zmontować Koalicję Europejską w skład której wejdzie duża ilość podmiotów, to jest duża szansa, że polscy europarlamentarzyści przekonani o potrzebie dalszej integracji Unii Europejskiej wzbogacą Parlament Europejski. Tym bardziej, że w tej kadencji do PE wejdzie wiele ruchów eurosceptycznych, którzy będą chcieli zatrzymać proces integracji – mówił były premier RP.

Krajowa Konwencja SLD wybrała panią Małgorzatę Niewiadomską-Cudak na funkcję wiceprzewodniczącej partii.

Nowe rozdanie

Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej przyniosła nowe nadzieje i nowe plany. Szeroka koalicja w eurowyborach wydaje się pomysłem ryzykownym, ale raczej nieodzownym w obliczu ofensywy PiS.

Relacja na żywo.

Konwencja SLD zaczyna się. Iść razem, w szerokiej koalicji, czy osobno. Oto jest pytanie. Opcja lewica razem, ale chyba nie z „Razem”, raczej ma mniej zwolenników. Czy pójście w szerokiej koalicji centrolewicowej nie spowoduje utraty tożsamości SLD? Za to dzisiaj nie ma odpowiedzi. To będzie rok wielkich wyzwań i niewiadomych rozstrzygnięć. Do tej pory przeważają głosy na szeroką koalicją.
Leszek Miller powiedział, że znalezienie się na liście koalicyjnej nie oznacza zdobycia mandatu. Jestem posłuszny woli partii i nie wystartuje do wyborów z innej listy bez woli mojej macierzystej partii. „Jestem za szeroką koalicją” – powiedział były premier i szef SLD
Po burzliwej dyskusji przyjęto uchwałę o przystąpieniu SLD do szerokiej koalicji wyborczej w wyborach do europarlamentu. nie podjęto decyzji w jakiej formule wystartuje SLD w wyborach do sejmu i senatu.

Wróciłem

z Konwencji SLD. Konwencja była spokojna, prawie nudna, choć decyzja o przystąpieniu do Koalicji Europejskiej to zupełnie nowa droga, na którą wkracza SLD. Wchodzimy do wielkiej koalicji, która wystawi wspólną listę do Europarlamentu. Za przystąpieniem do koalicji głosowała zdecydowana większość delegatów. Ja także. Entuzjazmu jednak nie było, raczej zrozumienie trudnej sytuacji opozycji i w tym SLD także. Delegaci obawiali się, czy aby nie zostaniemy oszukani przy układaniu list? Czy nie utracimy swojej tożsamości, nie roztopimy się w masie różnych nurtów politycznych? Co się stanie, jak ta koalicja nie zda egzaminu? Jak potem wystartować w wyborach parlamentarnych?
Nikt nie jest w stanie dzisiaj odpowiedzieć na to pytanie. Należy założyć, że w koalicji znajdą się ludzie dobrej woli, ale to tylko założenie. W naszej polityce oszustwa i niedotrzymywanie obietnic są dość powszechne. Pójście samodzielne do Eurowyborów lub z mniejszymi partiami na lewicy także nie daje gwarancji na sukces. Ostatnie wybory samorządowe nie były sukcesem, ani dla SLD, ani innych ugrupowań na lewicy. Trzeba spróbować nowego rozdania. Polityk prawicy stanie ramie w ramie z przedstawicielem lewicy, by przeciwstawić się innej prawicy. SLD, pewnie także ludowcy, i prawica, bo PO to prawica, staną w jednym szeregu. Różne rodzaje wojska w jednej armii walczące o jeden cel. Po batalii każdy rodzaj politycznego wojska wraca do swoich koszar i stoi na straży interesów swoich wyborców. Tak to ma wyglądać.
Konwencja ograniczyła zawarcie sojuszu tylko do Eurowyborów. Nie rozciągnięto sojuszu na wybory parlamentarne, bo to zdecydowanie za wcześnie. Oczywiście pojawiły się głosy – anonimowe- że to koniec SLD, że żenada, itp. Dlaczego jednak wyrażanie prawie wyłącznie anonimowo i to głównie w nieżyczliwych SLD mediach. Anonimowe dlatego, że pewnie wymyślone przez dziennikarzy. Znam ten sposób urabiania opinii. Tzw. anonimowy działacz to najczęściej postać wymyślona przez dziennikarzy. Obawa jest. Ja też nie mam pewności czy to był dobry ruch. Z drugiej strony mam już dosyć tych kilku procent poparcia i udawania, że jesteśmy potęgą. Jesteśmy, jacy jesteśmy i widzę, że powyżej pewnego poziomu nie możemy się wybić, choć SLD to partia ludzi mądrych i doświadczonych. Widocznie to nie jest dzisiaj w wielkiej cenie. Trzeba poszukiwać nowych rozwiązań.

We Wrocławiu

SLD poszedł do wyborów samorządowych w koalicji z ugrupowaniem prezydenta Dutkiewicza. Ja także zostałem radnym. SLD i ja także nie straciłem swojej tożsamości, a radni reprezentują interesy lewicy w Radzie Miejskiej. Skoro udało się w koalicji samorządowej to trzeba próbować na szerszym polu. Oczywiście chciałbym, by SLD było samodzielną potęgą, ale dzisiaj tak nie jest.

Na prawicy zawrzało

Na prawicy zawrzało. Jeszcze tydzień temu większość zwolenników PiS-u brzydziła się wystukiwania na klawiaturze tych trzech liter. A od soboty SLD bije tam rekordy popularności.

„Śmierć SLD w dniu pogrzebu premiera Jana Olszewskiego” – portal wpolityce.pl cytuje Radosława Poszwińskiego. To tweeterowy @bogdan607, którego internauci znaleźli wśród pracowników TVP Info.

„Włodek właśnie wyprowadził sztandar SLD” – martwią się redaktorzy wpolityce.pl.

„Sprzedajemy szyld za g…o. Daliśmy du…y” – portal „Do Rzeczy” już w tytule przytacza wypowiedzi anonimowych działaczy SLD. Wypowiedzi „anonimowych działaczy SLD” robią furorę na większości pisowskich portali. Z TVP Info i Telewizją Republika na czele.

„Kompromitacja SLD” – komentuje sobotnią decyzję Sojuszu Lewicy Demokratycznej czytelnik portalu niezależna.pl. I dla podkreślenia jak wielka to kompromitacja, dorzuca jeszcze siedem wykrzykników.

Skąd takie poruszenie na prawicy? Miast zadumy w czas żałoby, nagle wszyscy tak zatroskani losem SLD?

Nerwowa reakcja obozu pisowskiego jest najlepszym dowodem, że decyzja Sojuszu Lewicy Demokratycznej o udziale w wielkiej koalicji europejskiej jest słuszna. Bo przybliża dzień, w którym o rządach Kaczyńskiego zaczniemy mówić w czasie przeszłym.

Czas decyzji

Przyszedł czas decyzji. Ale tu nie chodzi o ułożenie list wyborczych i kształt kampanii wyborczej. Tu idzie o przyszłość naszego kraju i naszych dzieci. Czy będziemy żyli w demokratycznym, praworządnym kraju, czy też populistycznej autokracji? Nie miejcie złudzeń. Jeszcze cztery lata rządów PiS-u, a nie poznacie swojego kraju. To będzie państwo zamordyzmu ideologicznego i kulturowego, trzymanych za pysk przedsiębiorców i wszechwładnych służb bezpieczeństwa. Państwo koncesjonowanej lewicy i prawicy, z systemem wyborczym zapewniającym zwycięstwo partii rządzącej, bez samodzielnych samorządów i fasadowym życiem politycznym.

Po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza wszystko jest możliwe.

To będzie także państwo bez przyjaciół zewnętrznych. Wrogów będziemy mieli blisko, a sojuszników daleko za oceanem. Wracamy więc do II Rzeczypospolitej z tragicznym finałem września 1939 roku. Po agresji Rosji na Ukrainę nie ma już trwałych i pewnych granic w Europie. Żadnemu państwu nie jest nic dane na zawsze. Kto o tym nie pamięta, ten nic nie rozumie ze współczesnego świata i problemów globalizacji. Co gorsza, opacznie rozumie własna historię i nie pozwala wyciągać z niej wniosków.

Sojusz Lewicy Demokratycznej jest partią polskiego patriotyzmu i polskiej odpowiedzialności. Rządziliśmy w Polsce przez 8 lat, przez 10 lat mieliśmy swojego prezydenta. Można nam zarzucić wiele rzeczy, ale nigdy, w najmniejszym stopniu, nie można nam zarzucić, że naraziliśmy na jakiekolwiek ryzyko interes narodu i i państwa polskiego. Wręcz przeciwnie, to podpis polskiego prezydenta widnieje pod aktem akcesji do NATO; a podpis polskiego, eseldowskiego premiera – pierwszego przewodniczącego naszej partii – widnieje pod aktem akcesji do Unii Europejskiej. To my daliśmy państwu nowoczesną Konstytucję i plan Grzegorza Kołodki, który przestawił 25 lat temu polską gospodarkę na tory rozwoju gospodarczego, służącego do dziś państwu i ludziom.

Nasze dziedzictwo zobowiązuje. To nie jest tak, że jest kolizja pomiędzy ideą socjaldemokracji a dobrem państwa i narodu polskiego. To wartości współistniejące, wzajemnie się wspierające. Nie rezygnujemy z budowania demokratycznego społeczeństwa równości i sprawiedliwości społecznej, państwa respektującego wszystkie prawa człowieka i obywatela, cywilizacji opartej na twórczym wykorzystanie różnic , jakie dzielą nas jako ludzi, jako jednostki. Obojętnie: kobieta czy mężczyzna, wierzący i niewierzący, Polak czy Białorusin, Ślązak i Kaszub, hetero czy homoseksualista – wzbogacając nasze życie społeczne służy tej samej ojczyźnie. Nikomu nie chcemy zaglądać do mózgów i do sypialni, do książek, które czyta i filmów, które ogląda i wiar, które wyznaje. Każdego chcemy i będziemy oceniać wedle tego co robi w domenie publicznej, co robi dla wspólnego, narodowego i państwowego interesu.

Ale w tym wszystkim musimy trzymać się ziemi, trzymać się realiów. Nie możemy obiecywać wszystkim powszechnej szczęśliwości, rozdawać wirtualnych miliardów, udawać, że najważniejszym segmentem gospodarki jest przemysł drukujący banknoty.

Populizm progresywny jest tak samo groźny jak populizm prawicowy. Polityka uprawiana tylko po to, aby zostać premierem jest polityką bez wartości. Abstrahowanie od realiów hasłem „to nie nasza wojna” jest brakiem odpowiedzialności. Nie można być miłym dla wszystkich – nie wszyscy na to zasługują.

To prosta droga do greckiego wariantu, za który zapłacą najuboższe warstwy społeczeństwa. Wzrost zamożności społeczeństwa prowadzi przede wszystkim przez wzrost wynagrodzeń za pracę, a nie poprzez rozdawnictwo zasiłków. I temu problemowi warto poświęcić więcej niż dotychczas uwagi.

To się może dokonać tylko w warunkach pokoju społecznego, wiemy jak to zrobić , mamy doświadczenie Okrągłego Stołu. My nie będziemy wywoływać wojen domowych i kreować nowych podziałów społecznych. To co chcemy odwojować – od kościoła, od krezusów wzbogaconych na pracy ludzkiej, od propagandzistów oszukujących ludzi i polityków nie dbających o państwo – zrobimy nie odwołując się do przemocy, usłużnych prokuratorów i lizusowatych urzędników państwowych. Bez odwoływania się do populizmu, wytwarzającego iluzję, że wszystko da się łatwo zrobić. Takie postawy nie służą Polsce, ani naszej lewicowej sprawie.

Rok 2019 przyniesie zasadnicze rozstrzygnięcia w sprawie naszej polskiej przyszłości. Przed nami wybory. Pierwsze – do Parlamentu Europejskiego – rozstrzygną ważne kwestie. Jedna z nich – to zatrzymanie populizmu prawicowego: nacjonalizmów i rewindykacji historycznych. Od ich wyniku zależy, czy ograniczymy wpływ na Europę tych wszystkich, którzy chcieliby powrotu do Europy jako kontynentu narodowych egoizmów, waśni i sporów jako żywo przypominających Europe weimarską. To ta Europa zrodziła faszyzm i II wojnę światową, ze skutkami której walczyło cztery pokolenia Europejczyków. Takie powtórki z historii nie chce chyba nikt z nas. Wokół takiej idei musimy zorganizować wszystkie siły polityczne w Polsce. Oprócz narodowców, którzy chcą iść z Putinem przeciw Europie i oprócz partii rządzącej, która chce tego samego i pomocy szuka u Donalda Trumpa.

PSL, PO, Nowoczesna, Zieloni, SLD Lewica Razem – mamy takie samo stanowisko. Jak najwięcej posłanek i posłów musi wziąć odpowiedzialność za Europę. Wspólnie, razem musimy wziąć odpowiedzialność za Europę!

My chcemy iść razem z Europą. Pragniemy dalszej integracji, jesteśmy gotowi rozpocząć proces przyjmowania euro, a wraz z nim europejskich standardów wynagrodzeń i polityki socjalnej. Będziemy walczyć o europejską płacę minimalną; oczekujemy, iż Polska dołączy do unii bankowej, pragniemy budowy europejskiej armii.

Więcej Polski w Europie i więcej Europy w Polsce – to nadal nasze hasło. Jeśli tak – to stawiamy sobie dwa cele: utrzymać, a nawet powiększyć reprezentację SLD w Parlamencie Europejskim i wzmocnić Partię Europejskich Socjalistów, formację której cele zbieżne są z naszymi.

Droga ku temu – moim zdaniem – prowadzi poprzez szeroką koalicję sił proeuropejskich w Polsce. Chcemy iść razem, ale pod własnymi znakami i do macierzystych frakcji ideowych. Skoro wróg jest jeden, to musi walczyć z nim jedna armia. A w niej rozmaite wojska, ale z tą samą myślą przewodnią. Trzeba wygrać i wiemy jak to zrobić. Potrzeba nam woli współpracy i poczucia lojalności, czytelnych zasad i dobrego porozumienia uwzględniającego niezbędna konieczności, ale wykorzystującego każdą szansę. Widzę możliwość takiego porozumienia.

Dlaczego Donald Trump i PiS wygrywają wybory? Ponieważ potrafią zmobilizować różne, czasem przeciwstawne grupy pod jednym sztandarem. My też mamy takie wartości!!! Unia Europejska, Konstytucja, praworządność, nowoczesność, tolerancja i demokracja! Mamy ludzi, którzy to reprezentują: premierów Leszka Millera, Włodzimierza Cimoszewicza, Marka Belkę oraz wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego Bogusława Liberadzkiego, Janusza Zemke, Jerzego Wenderlicha, Małgorzatę Sekułę-Szmajdzińską, Marka Balta, Andrzeja Szejnę, Riada Haidara i Katarzynę Piekarską.

Wierzę, że SLD ma tak silną tożsamość i historię, iż nie zniknie w tym bloku. Polska nie rozmyła się w Unii Europejskiej, a Sojusz nie rozmyje się w bloku walczącym o dobrą przyszłość dla naszych dzieci!!!

Jeśli wygramy te walkę, to tę zasadę chcielibyśmy utrzymać także w wyborach krajowych, jesienią 2019 roku. Rozstrzygną o tym członkowie naszej partii w referendum, ale aby miało ono sens wpierw trzeba wygrać w maju.

Nie lubię ściemy

Podczas konwencji SLD delegatki i delegaci podjęli większością 111 głosów, przy 6 głosach wstrzymujących i 3 przeciwnych – w tym moim – decyzję o przystąpieniu do utworzenia Koalicji Europejskiej wraz z innymi ugrupowaniami opozycji parlamentarnej. Demokratycznie zdecydowaliśmy o formule naszej drogi do Parlamentu Europejskiego. Decyzja zapadła, pora ją realizować. Zgodnie z tym, co zapowiadałam, zawsze będę lojalnie broniła demokratycznie podjętych przez moje Koleżanki i Kolegów decyzji!

Spodziewałam się takiej decyzji i wiedziałam, że moje stanowisko, zwłaszcza po ostatnich sondażach i polityce Wiosny o niewchodzeniu w żadną lewicową koalicję, będzie odosobnione. Jednakże staram się być w podejmowanych decyzjach konsekwentna, więc, jako od dawna zdeklarowana zwolenniczka koalicji stricte lewicowej do wyborów do PE, nie mogłam oddać innego głosu. Moja koncepcja przegrała, bo być może była błędna i mądrość zbiorowa partii polega na tym, że balansuje skrajności. Czas pokaże, co się wydarzy. Jeśli Koalicja Europejska odniesie wyborczy sukces, to okaże się, że warto być pragmatycznym i konsensusowym.

Przed nami wyzwanie wynegocjowania jak najbardziej propracowniczych punktów programu wyborczego do #PE. Trzeba będzie walczyć o to pazurami, wiem. Ale Włodek Czarzasty to jest facet, który jest jedynym znanym mi politykiem – i nie mówię tego z oczywistych sympatii partyjnych – który jest w stanie stawiać i egzekwować warunki wobec Grzegorz Schetyna. Bo jest wprost niereformowalnym 😉 człowiekiem czynu, a nie gadaniny. Bo umie walnąć prawdą między oczy. Wreszcie, bo stoi za nim murem trzech premierów, z których dwóch – w tym jeden wówczas jako szef dyplomacji, wprowadziło Polskę do Unii Europejskiej.

Realnie patrząc, żeby w całej #UE wprowadzić europejską płacę minimalną, to i tak potrzebne są głosy nie tylko S&D, w którym są i będą nasi eurodeputowani, ale i głosy EPP. Obecnie w PE rządzi koalicja S&D z EPP właśnie. Zatem nie ma co się obrażać na rzeczywistość, tylko umieć się w niej odnaleźć. Uwarunkowania polityczne są takie, a nie inne. Mam nadzieję, że drogo sprzedamy tę naszą, dwudziestoletnią już w tym roku, czerwoną skórę. Że będzie warto, bo wprowadzimy do S&D posłów i posłanki, którzy i które zjeść się nie dadzą, bo przecież nikt nie będzie np. takim byłym premierom RP w kaszę dmuchał i z ich zdaniem trzeba się będzie w UE liczyć.

Nie lubię ściemy. Uważam, że wyborczyniom i wyborcom trzeba mówić prawdę. Zarówno o mankamentach i braku realności programów innych partii, jak i o backgroundzie podejmowanych przez własne ugrupowanie decyzji.
Decyzja, która zapadła, była jedyną możliwą. Są takie sytuacje, kiedy ma się niewielkie pole manewru. Trzeba wówczas prowadzić auto tak, żeby uniknąć wypadku. SLD nie jest rozpędzonym do 200 km/h najnowszym modelem S-klasy ze wszystkimi ABS-ami, systemami kontroli trakcji-i-bóg-wie-czego, i innymi takimi, a przede wszystkim z mocą 160 koni pod maską, który ucieknie na drodze przed każdym. Jesteśmy takim moim, używanym, Oplem Astrą. Popularnym modelem, który się super prowadzi, przez wiele lat nie zawodzi, który ma lub miała masa ludzi, a który jak ma nowe zimówki (wszyskich posiadaczy samochodów zachęcam!), to nawet pod górę minie mercedesa, który na opony poskąpił i nie umie złapać przyczepności (historia autentyczna). Ale kiedy mamy obok rozpędzone tiry, które dodatkowo się nawzajem próbują bez przerwy wyprzedzać, to żadna Astra H nie będzie próbowała wyprzedzania na trzeciego.

Idealizm i pragmatyzm

O tym, kto w Polsce boi się lewicy i dlaczego w tym samym czasie lewicowe organizacje ponoszą klęski, jak przestać bać się własnego cienia i jakie znaczenie mają wybory parlamentarne jesienią tego roku Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia z Anną-Marią Żukowską, rzeczniczką prasową SLD.

Z kim ostatecznie Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie szedł do wyborów europarlamentarnych? 8 stycznia przewodniczący partii mówił „Gazecie Wyborczej”, że kwestia ta wyjaśni się w ciągu najbliższych dni…
Tragedia, jaka dotknęła Polskę 13 stycznia, nie przeszła bez echa w środowiskach politycznych. Reprezentacja SLD była na pogrzebie prezydenta Adamowicza, a żałoba po tragicznie zmarłym przedłużyła procesy negocjacyjne. Ponadto statut partyjny mówi jasno – to konwencja partyjna decyduje o takich sprawach.

Czy to nie za późno? Czy najwyżej notowana lewicowa partia w Polsce nie powinna była podjąć tak kluczowych decyzji już wcześniej?
Ależ skądże! Może właśnie zbytni pośpiech tych, którzy chcieliby wszystko załatwić na podstawie krótkich rozmów i obietnic niepodpartych zaufaniem, które buduje się poprzez długi dialog, byłby błędem. Z pewnością nie możemy sobie pozwolić na określenie się za późno. Ale połowa lutego to jeszcze nie jest tragedia. Lepsza jest powolna praca i towarzysząca jej trzeźwa ocena sytuacji. To pozwoli nam wynegocjować coś, co dla reprezentowanej przez nas znacznej części lewicy polskiej, będzie korzystne na dłuższą metę.

Ale wydawało się, że wasze ruchy są dość oczywiste. Dostaliście od partii Razem jasny sygnał po wyborach samorządowych. Także wnioski z waszego wyniku wyborczego same się narzucały.
Niektóre sygnały bywają przedwczesne…
A nasze ruchy byłyby oczywiste, gdybyśmy byli jedynym podmiotem, jaki podejmuje decyzje. Tymczasem rozmowy były toczone przez wszystkich i na różnych frontach, i przez partie parlamentarne, czy te spoza parlamentu. Brało w nich też udział nowe stronnictwo Roberta Biedronia, chociaż ono akurat od początku dawało do zrozumienia, że nie zdecyduje się na start w żadnej szerszej formule, a już na pewno nie jednoznacznie deklarującej się jako lewicowa.

Ale jednak podczas konferencji w siedzibie partii Razem, 8 stycznia, przedstawiciele i przedstawicielki ruchów związkowych i lokatorskich oraz mniejszych partii, wszyscy, może poza Piotrem Ikonowiczem, dali jasno do zrozumienia, że czekają na waszą decyzję.
Żeby podjąć decyzję, musimy zwołać zarząd i konwencję. Może demokracja nie jest spektakularna i dużo kosztuje, ale tak działa u nas. Postępujemy po prostu zgodnie ze statutem.

Robert Biedroń prowadził rozmowy z partią Razem. Nie było tak, że starał się on jednak zbudować lewicową koalicję, tylko z wykluczeniem SLD?
Nie wiem tego. Natomiast jeśli to prawda, to jestem ciekawa, czy partia Razem figurowałaby na listach jako koalicjant, czy chodzi tylko i wyłącznie o start poszczególnych osób na listach. Wtedy mielibyśmy taką samą sytuację, jaką próbowano nam sprzedać w Warszawie w wyborach samorządowych. Jako żywo nie było tu mowy o żadnej nowej koalicji. Proponowano nam start z list, a my w SLD tak się nie bawimy. Nie chcę jednak komentować przebiegu rozmów Razem z Biedroniem, bo po prostu nie wiem, jak one przebiegały.

A do jakiej opcji Tobie osobiście jest najbliżej?
Powszechnie znanym faktem jest, że jestem zwolenniczką koalicji lewicowej. Mowa tu oczywiście o wyborach do Europarlamentu, w których nie ma innego progu dla koalicji, a innego dla partii. Takie rozwiązanie dyktują i względy ideologiczne, i realpolitik. W ten sposób nie oddalibyśmy swojego elektoratu. Wspólny start z KO to ryzyko utraty wiarygodności, co może skończyć się przegraną z PiS, po której zacznie się szukanie winnych. Będzie klops i frustracja…

… a według mediów liberalnych wszystkiemu zawsze winne jest SLD.
Może się okazać, że spadnie nam w korzystnych dla liberałów sondażach. “Pokażą” one, że SLD ma 2 proc. i Schetyna powie: “Włodek masz jedynkę, a reszta – do widzenia”.

I co wtedy?
Zakładam, że nie zgodzimy się na takie rozgrywki. Rozmowy się toczą. Ja wierzę w to, że są prowadzone dobrze. Ale zawsze jest ryzyko, że ktoś kogoś może oszukać. Lepiej przyjąć od razu takie założenie, by być czujniejszym na przyszłość.

Musicie jednak mieć jakieś warunki brzegowe.
Jeśli mowa o wyborach do Europarlamentu, to są to cztery punkty, naszym zdaniem esencjonalne dla naszej walki politycznej. Po pierwsze, to europejska płaca minimalna, następnie – wspólna polityka wojskowa Unii Europejskiej, wspólne siły zbrojne w założeniu maksymalnym, niezależne od NATO, przystąpienie Polski do Europejskiej Unii Bankowej, co pozwoliłoby na kontrolowanie takich patologii jakie ostatnio miały miejsce w KNF i docelowo przystąpienie do strefy euro, lecz w sposób bezpieczny, który gwarantowałby wzrost płac w Polsce. Dziś są one bardzo niskie i to właśnie, na równi z problemem łamania praw pracowniczych, uważamy za kwestię podstawową.

Jeśli to jest kwestia podstawowa, to rozwińmy – jaką Polskę chciałoby zbudować SLD? W polskiej polityce jedyna całościowa wizja, jaka funkcjonuje, to wizja PiS. A jeśli nie mamy już o czym marzyć, to w zasadzie jesteśmy martwi. Mnie osobiście skrajnie rozczarowuje mantra Czarzastego, który powtarza non stop, że “damy wam to, co PiS zabrał, a zostawimy to, co dał”. Dla mnie jest to poddanie pola walki o ideologię i dyskurs, pustosłowie. Ktoś mało życzliwy SLD dodałby nawet, że to dowód pustki ideowej i braku odwagi.
Myślę, że to, co mówi przewodniczący, to są nasze cele minimum. Trochę zabawne wydają mi się rewolucyjne koncepcje zmieniania świata z pozycji partii, sił czy środowisk, które nie mają na nic wpływu. To, co mogłoby moim zdaniem teraz zmienić polską rzeczywistość, to Unia Europejska. Bez niej nie istniejemy geopolitycznie, de facto prawnie jesteśmy od niej uzależnieni i mówię o tym w pozytywnym sensie. Nasi europarlamentarzyści są bardzo aktywni w S&D (Progressive Alliance of Socialists and Democrats). Samo wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej, co postulujemy my i nasza frakcja europejska, byłoby dla nas wszystkich rewolucją!

Ja to wszystko rozumiem, ale chodzi mi o bardziej emocjonalny ładunek polityki, o ideologię, o coś, za czym ludzie pójdą, w co będą wierzyć i o co będą walczyć. Nawiązując do myśli Chantal Mouffe czy Carla Schmitta, PiS był w stanie stworzyć podział gwarantujący mu hegemonię, podział my-oni.
I tym samym zantagonizować całe społeczeństwo. Nie wiem, czy tego chciałaby lewica.

Ale o tym właśnie mówi koncepcja walki klas, fundament działania lewicy. Antagonizm, który jest esencją polityki, można zagospodarować progresywniej niż na poziomie krzyża, “żołnierzy wyklętych” i “spokojnej konsumpcji”. A Unią mało kto się naprawdę interesuje, chyba że wtedy, gdy PiS ją opluwa.
PiS wymyśla jakieś tezy z szuflady, że w Brukseli NAM coś narzucają, chociaż my też jesteśmy częścią UE i o niej współstanowimy. Wszyscy mniej więcej wiedzą, co ona nam daje, ale niestety mało, kto wie jak działa. Więc łatwo wymyślać jakieś tezy o jakości fake newsów i zwykłego hejtu. Przy okazji na nich też budując swoją wizję tutejszej polityki i wspólnoty.

Może warto mówić o nowej jakości, równocześnie ją tworząc? Może inspiracją mogłaby być działalność Jeremiego Corbyna czy Die Linke, filozofia polityczna Bell Hooks, Negriego, Mouffe? A z polskiego podwórka – aktywizm takich ludzi jak Piotr Szumlewicz czy rozważania Rafała Wosia albo ekipy Praktyki Teoretycznej. Jest z czego wybierać…

SLD bacznie przygląda się zagranicznym partiom, często z nimi współpracując lub ucząc się z ich doświadczeń, niestety klimat panujący teraz na polskiej lewicy na niewiele w tych kwestiach pozwala. Zdecydowanie się zgodzę, że lewica w Polsce musi przestać bać się sama siebie. Odrzucić autocenzurę, bo prawica nam ją narzuciła, a wobec samej siebie jej nie stosuje.

Właśnie.
Prawica nie ma żadnych skrupułów, hołubiąc dwuznacznych czy jawnie podłych ludzi, poczynając od Dmowskiego, po Eligiusza Niewiadomskiego. Oni w ogóle nie mają w tym wszystkim cienia zahamowań! Romansują w sposób niebezpośredni, ale jawny, z organizacjami skrajnie faszystowskimi, nacjonalistycznymi. Czym w końcu jest zatrudnienie na stanowisku wiceministra cyfryzacji Andruszkiewicza, fana Łupaszki, mordercy niewinnych ludzi. To odrażający gest.
Tymczasem my się boimy własnego cienia, a mamy więcej chlubnych postaci, niż prawica.

Czy SLD da radę stworzyć nową formułę, treść, żeby idea lewicowa żyła, przyciągała nowych zwolenników? Przestać przepraszać, na przykład za Millera…
To było piętnaście lat temu! A cała III RP ma lat 30! To jest prehistoria.

A kto zajmie się porządkowaniem teraźniejszości? Może trzeba jakiegoś manifestu, żeby dobitnie skończyć z mówieniem o Millerze, Magdalence, o kandydatce Ogórek. Mamy 2019 rok i sytuację taką, a nie inną. Nie widzisz siebie jako autorki czegoś podobnego, skoro konsekwentnie mówisz o lewicowej koalicji, zwrocie ku postępowej polityce?
Tak, obecna sytuacja zbliża nas do katastrofy geopolitycznej i klimatycznej. Ale nie uważam, żeby to był czas na pisanie manifestów. Może za kilka miesięcy? Obecne kierownictwo zakłada, że musimy wrócić do Sejmu, by pozwolić sobie na prawdziwe odbudowywanie lewicy. Jeżeli teraz do Sejmu nie wejdziemy ani my, ani Razem, to będzie katastrofa. Po drugiej z rzędu porażce sejmowej nikt już się nami nie będzie interesował. Będziemy kwiatkiem do kożucha konserwatywnej Polski, kanapą sfrustrowanych myślicieli i myślicielek. Dlatego myślę, że trzeba pogodzić idealizm z pewnym pragmatyzmem. Jeśli nie dostaniemy się do Sejmu, to będziemy mogli sobie pisać bardzo piękne, elokwentne manifesty… których nikt nie przeczyta.

Chcesz powiedzieć, że zaczniecie ofensywę ideologiczną po wejściu do Sejmu?
Tak! Tak jak mówił przewodniczący Włodzimierz Czarzasty, to musi być kompletnie nowe otwarcie dla całej lewicy. Nie może się to skupiać tylko na SLD, to musi być coś nowego. Mam wielką nadzieję, że uda się do czegoś takiego doprowadzić. W tym roku, 15 kwietnia, SLD będzie obchodziło dwudziestolecie. To jest pewien kapitał doświadczenia, ale też okazja do rachunku sumienia, podsumowania i rozpoczęcia pewnych rzeczy od nowa. Czarzasty będzie do tego dążył. Wystarczy spojrzeć, co się stało przez ostatni rok – nigdy nie byliśmy tak blisko siebie na lewicy. Dochodzi do synergii, której potrzebują polscy pracujący i pracujące, wykluczeni i wykluczone, bo wyzwania kapitalizmu, którym musimy stawić czoła, są przeogromne. I wielki projekt dla nich będzie, ale w momencie wejścia do sejmu. Teraźniejsza scena polityczna nie pozwala na to, żebyśmy stworzyli coś, co by porwało tłumy. Najważniejsze i najskuteczniejsze, co możemy osiągnąć w najbliższej przyszłości, to po prostu dostać się do Sejmu! A potem działać dalej, razem ze związkami zawodowymi, organizacjami lewicowymi, razem z ludźmi.

Czar TVP

Sprawa protestu pod TVP Info jest wyłącznie kwestią estetyki. Odsuwając już na bok całą dyskusję spod znaku „prowokacja czy nie” – zaczajenie się o zmroku na wychodzącą z pracy kobietę, aby na nią pohukiwać, straszyć i biec za samochodem, a potem radośnie przybijać piątki, jest niesmaczne i jałowe.
Opieranie siły całego happeningu na hasłach, które raczej zwracać uwagę na konkretny problem (co protestujący robili podczas poprzednich protestów z większym powodzeniem), bazują na epitetach („spieprzaj kłamliwa babo obrzydliwa”), służy wyłącznie ulaniu się frustracji, ale niestety wkłada drugiej stronie do ręki długo wyczekiwaną broń. Niemniej zgadzam się z Ewą Siedlecką, że w trakcie protestu pod TVP nie zostały przekroczone granice debaty publicznej. Nikt nie ucierpiał, a nadmierny dramatyzm połączony z brakiem dobrego smaku nie jest jeszcze na szczęście wpisany do kodeksu karnego.
Jednak później rozpętano nieprawdopodobną nagonkę na dziesięcioro ludzi, którzy w zimowy wieczór przynieśli tabliczki z napisem „kłamczucha”. Nie „kurwa”, nie „szmata”. I nie jajka, pomidory, petardy czy noże, ale tabliczki.
Teraz ci ludzie po kolei tracą źródła utrzymania. Zostały upublicznione ich personalia, na szklanym ekranie zachęcano do „odwiedzania” ich w pracy. Elżbietę Podleśną już raz eskortowała do domu policja. „Spalimy ci dom” – grożono Piotrowi Łopaciukowi. Inni też dostają na messengerze życzenia śmierci. W momencie pisania tego tekstu trzy spośród dziesięciu osób już nie pracują. Hejt leje się też na ich byłych szefów, no, może za wyjątkiem Poczty Polskiej. Zatrudniona w niej od 25 lat Monika Twarogal została zwolniona jeszcze dwa dni przed emisją feralnych „Wiadomości”. Dobra zmiana najwyraźniej wzmaga czujność państwowych instytucji. Natomiast firmą, z której zwolniono Iwonę Wyszogrodzką, zainteresował się Urząd Skarbowy. To represje kosmicznie nieadekwatne do przewinienia. Lincz za kiepską estetykę protestu. Strzał z bazuki za prztyczka w nos.
Czy jeśli wysunę tezę, że pomiędzy materiałem Marcina Tulickiego z „Wiadomości” a wzmożeniem hejtu może istnieć korelacja, i że nie było to sypanie kwiatków, a stawianie pod pręgierzem, to skończę jak Adam Bodnar, pozwana za naruszenie dóbr osobistych? Zobaczymy. Nie przypominam sobie jednak, aby telewizja – nawet wtedy, kiedy u steru były w Polsce SLD, a potem PO – kiedykolwiek potępiła antykomunistycznych fanatyków, rok w rok wykrzykujących 13 grudnia pod oknami Wojciecha Jaruzelskiego, a później Jerzego Urbana słowa o wiele mniej cenzuralne niż „kłamczucha” i „obrzydliwa baba”. Kiedyś relacjonowałam jeden z takich protestów. Zwykle w sądzie na poparcie takich tez, jakie tam śmigały w powietrzu co minutę, trzeba mieć dowody, i to nie byle jakie. Nie słyszałam też, aby „medium z misją” popełniło obszerny reportaż śledczy i przedstawiło sylwetki tych, którzy gwizdali na Powązkach w rocznicę Powstania Warszawskiego. Pamiętacie książkę, w której jest mowa o równych i równiejszych zwierzętach? Znajduje się tam również inna cenna refleksja, która zagubionym może wytłumaczyć wiele polityczno-medialnych paradoksów: „ilekroć świnia spotyka na drodze inne zwierzę, to ostatnie musi ustąpić na bok”.
Jak tam pani Magdo, wystarczająco pomszczona?

Jarosław Walentynką obrońców zwierząt

Stowarzyszenie Otwarte Klatki 14 lutego zorganizowało w całej Polsce happeningi walentynkowe.

Adresatem przedsięwzięcia był prezes Prawa i Sprawiedliwości. Aktywiści postanowili przypomnieć mu w dniu zakochanych o obietnicy, którą złożył zwierzętom oraz wszystkim Polakom, którym zależy na wprowadzeniu w kraju zakazu produkcji futer.
Według sondażu zrealizowanego w październiku 2018 r. przez SW Research na zlecenie serwisu rp.pl aż 56% Polaków popiera całkowity zakaz hodowli zwierząt na futra. Przez pewien czas wydawało się, że przepis taki zostanie wprowadzony w życie jeszcze w trakcie trwania kadencji obecnego rządu.
W listopadzie 2017 r. Do Sejmu wpłynął projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt autorstwa polityków PiS. Niedługo potem Jarosław Kaczyński wystąpił w spocie reklamowym, w którym wprowadzenie zakazu określił “kwestią serca”. Ostatecznie rząd wycofał się z tych obietnic, skreślając postanowienie dotyczące futer z projektu nowelizacji. Obrońcy zwierząt nie rezygnują jednak z walki o los zwierząt futerkowych.
– Wprowadzenie w Polsce zakazu hodowli zwierząt na futra jest tylko kwestią czasu. Większość społeczeństwa popiera to rozwiązanie, w wielu krajach zakaz już funkcjonuje, a najwięksi projektanci i domy modowe wycofują futra naturalne ze swoich kolekcji – komentuje Sara Drobniak ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki, pomysłodawczyni akcji walentynkowej – Branża od kilku lat pogrąża się w coraz większym kryzysie, jest gałęzią gospodarki pozbawioną przyszłości. Im szybciej politycy to zrozumieją, tym lepiej nie tylko dla milionów zwierząt zabijanych co roku dla futer, ale również lokalnych społeczności, które ponoszą ekonomiczne, środowiskowe i zdrowotne koszty działalności hodowców – dodaje.
Zorganizowane w 10 miastach w Polsce happeningi w przewrotny sposób zachęcały do zainteresowania polityków tematem futer. Chętne osoby pozowały do zdjęć z symboliczną kartką walentynkową adresowaną do prezesa Jarosława Kaczyńskiego i przypominającą mu o jego obietnicy.
Aktywiści uzasadniali tę formę w następujący sposób na facebookowej stronie akcji “Walentynki to święto miłości! Warto w tym czasie zwrócić uwagę nie tylko na ukochaną drugą połówkę, na bliskich i rodzinę, ale również na ZWIERZĘTA – stworzenia, które kochają bezwarunkowo i potrzebują naszej miłości.”.

Spowiedź fioletowych

Jak nie robić lewicy w kraju postkomunistycznym.

Kiedy w 2015 roku w Polsce powstała Partia Razem, europejska lewica zaczęła patrzeć na Warszawę z zainteresowaniem. Niemożliwe się udało – na wschód od Łaby powstała nowoczesna, lewicowa formacja, niezwiązana z klasą polityczną, nie postkomunistyczna. Stawiała proste pytania, których nikt wcześniej nie zadawał: Dlaczego pielęgniarka zarabia kilkaset razy mniej niż prezes banku? Dlaczego czynsz za mieszkanie zjada nad Wisłą ponad połowę pensji? Dlaczego nie mogę wziąć wolnego, kiedy jestem chory? Dlaczego pracujemy tak dużo a zarabiamy tak mało? Dlaczego biedni płacą wyższe podatki niż bogaci? Adrian Zandberg, jeden z liderów Razem, niespodziewanie wygrał debatę parlamentarną i z dnia na dzień stał się politycznym celebrytą. Partia niemal dostała się do Sejmu i zyskała pewną medialną i społeczną uwagę, kredyt zaufania, pieniądze z budżetu państwa i w miarę dobry start.
W roku 2018 Razem nie zdobyło ani jednego mandatu w wyborach samorządowych, ani w sejmikach wojewódzkich, ani we władzach miejskich. Ogólnopolski wynik nieznacznie przekroczył 1 proc. Partia ma przed sobą smutną alternatywę – albo zostanie ugrupowaniem kanapowym, tracącym znaczenie z roku na rok, albo będzie się starać o niepewny sojusz z postkomunistycznym SLD albo z “polskim Macronem”, Robertem Biedroniem. Pop-politykiem, który jeszcze nie ogłosił swojego programu, a już zdążył opluć związki zawodowe i poszczuć klasę średnią na górników [Obecnie żaden z tych wariantów nie jest już prawdopodobny – tekst powstawał pod koniec 2018 r. – przyp. red.].
Za porażkę Razem odpowiada wiele czynników niezależnych – warunki, w których próbowaliśmy budować lewicę, były potwornie trudne. Być może snu o stworzeniu od zera ludowej partii lewicowej w ogóle nie da się w tym otoczeniu zrealizować. Razem wpadło w wiele pułapek, niektóre zastawione umyślnie, inne z wielkim zaangażowaniem i precyzją samo zbudowało, żeby potem samo się w nie złapać.
Jedną z podstawowych, zewnętrznych trudności, jest dualizm sceny politycznej, czyli “brak alternatywy” pomiędzy dwiema prawicami.
Pierwsza, ta bardziej domyślna, czyli obóz konserwatywno-narodowy, powiązany z partią rządzącą, postanowił Razem zamilczeć na śmierć. A kiedy nie było to możliwe, pokazywał lewicę jako część obozu liberalnego, zajmującą się wyłącznie aborcją, genderem i ekooszołomstwem. To odebrało partii szansę dialog z odbiorcami mediów publicznych oraz ze zwolennikami tego obozu, czyli pracującą większością spoza wielkich miast, dla której największe znaczenie mają pierwsze w III RP realne transfery socjalne, wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość. Jedną z pierwszych “taktycznych” decyzji Razem było zmierzenie się z tym faktem i – nie bez pewnej ulgi – odpuszczenie sobie wyborców i sympatyków PiS jako potencjalnych sojuszników. Duże znaczenie miały również tożsamościowe różnice pomiędzy doktorantką socjologii z Razem, a przeciętną, regularnie odwiedzającą kościół w byłym mieście wojewódzkim, starszą o 30 lat wyborczynią Kaczyńskiego.
Druga strona, która w Polsce na znaczeniu traci, ale na transformację Razem miała znacznie większy wpływ, to tzw. “obóz liberalny”. Polskie liberalne centrum to środowisko, które na tle Europy jest mocno prawicowe. Posługuje się ideologią narodową, od zawsze w sojuszu z hierarchią kościoła, na poziomie obyczajowym prezentuje obskurancki konserwatyzm, a gospodarczo zachowuje się jakby wciąż trwał rok 1995.
Media, powiązane z tym obozem – przede wszystkim “Gazeta Wyborcza” – potraktowały Razem jako ciekawostkę, którą być może warto pokazać szerszej widowni i dały partii skromną przestrzeń do przedstawiania swoich postulatów i wizji. Oczywiście liberałom ani przez chwilę nie opłacało się wchodzić z lewicą w uczciwy dialog, a najczęstszym przymiotnikiem, jakim opisywano partię było słowo “młody”. “Młoda lewica”, “młodzi aktywiści”, “młoda partia” – Razem z rozmysłem pokazywano jako niepoważne, pełne ideałów dzieci, które nic nie wiedzą o trudnym świecie, skomplikowanych ekonomicznych wykresach i wzroście gospodarczym. No i, rzecz jasna, o walce o demokrację, bo nie żyli w PRL i nie mają kombatanckich blizn. A dzieci, jak to dzieci – bywają uparte i krnąbrne, dlatego właśnie lewica odmawiała tak długo dołączenia do wielkiej rodziny ugrupowań liberalnych, dla których priorytetem powinno być “obalenie rządów PiS”, a nie jakieś tam płace, emerytury czy mieszkania.
Z powodów pokoleniowych i klasowych większość polskiej lewicy wciąż traktuje tych konserwatywnych liberałów jako starszych braci. Jeśli nawet prowadzi z nimi spór, to jest to co najwyżej kłótnia w rodzinie.
Razem jak w masło weszło w tym politycznym krajobrazie w rolę zbuntowanego nastolatka – który, co prawda, wierzga i domaga się samodzielności, ale wciąż oczekuje, że rodzice zapłacą rachunki, wypiorą brudne skarpetki i położą obiad na stole.
Oczekiwanie, że zblatowane z kościołem i wielkim biznesem, współodpowiedzialne za społeczną katastrofę transformacji ustrojowej środowisko “liberałów” ma jakieś zobowiązania wobec raczkującej lewicy, stało się jednym z gwoździ do trumny ugrupowania.
Nie sposób zliczyć sytuacji, kiedy zrozpaczone działaczki i oburzeni aktywiści partii rwali włosy z głowy, bo partie liberalnego centrum i ich medialne organy zachowywały się w zgodzie z własnymi interesami. Rolą, którą w tej sytuacji napisała sobie Razem, było dawanie dobrych rad własnym przeciwnikom i próba rozliczania ich z wierności deklarowanym ideałom. Równocześnie oczekiwała od nich równego dostępu do kanałów medialnych i uczciwego przedstawiania postulatów i działalności partii lewicowej, która teoretycznie miała rozbić ich monopol na reprezentowanie w polskiej polityce sił postępu.
I tak członkowie Razem byli autentycznie zdziwieni, kiedy liberalna komentatorka, córka prawicowego polityka, Dominika Wielowieyska, pisała o rzekomym postulacie kwaterowania dodatkowych lokatorów w mieszkaniach zamożnych ludzi .“To niemożliwe, liberalne media umyślnie kłamią!”. Rwali włosy z głowy, kiedy Razem nazwano partią “antyeuropejską”, bo odmówiła udziału w marszu na cześć Komisji Europejskiej i brukselskich biurokratów. Wciąż od nowa tłumaczyli, jak bardzo nie mają nic wspólnego z myślą Karola Marksa, i jak głęboko brzydzą się słowem “komunizm”. “Liberałowie” byli stojącym nad ugrupowaniem cenzorem, który pilnował, żeby lewica nie była zbyt lewicowa, żeby nie wychylała się za daleko od tego, co w Polsce nazywane jest “centrum”, czyli od konserwatywnego liberalizmu.

W związku z tym partia pozostawała w ciągłej defensywie. Było to zresztą spójne z decyzją z kampanii parlamentarnej 2015, o “taktycznym” skierowaniu przekazu do “postępowego mieszczaństwa” – czyli “lewego skrzydła” elektoratu Platformy Obywatelskiej. PO odchodziła w niełasce po 8 latach konserwatywno-liberalnych rządów, sprywatyzowaniu wszystkiego, co się dało, zderegulowaniu rynku pracy, kryciu mafii reprywatyzacyjnej i ciągłych ustępstw na rzecz twardej prawicy.Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów na to, jak daleko z pozycji lewicowych pozwoliło się zepchnąć Razem, była seria pozwów za nazywanie działaczy “komunistami”. W Polsce, jak zapewne w wielu krajach postsowieckich, “komunista” to słowo wszechstronne – posłowie Platformy Obywatelskiej za “komunistyczne” uznają działania policji na demonstracjach antyrządowych, zaś katolicka prawica nieustannie żongluje tym pojęciem w odniesieniu do Unii Europejskiej. Jedyną formacją, która się realnie obraża się za nazywanie ich w ten sposób, jest partia Razem – do tego stopnia, że kilkoro publicystów i polityków zostało za to przez ugrupowanie pozwanych. Organizacja, składająca się z ludzi o rozmaitych poglądach – od lekko uwrażliwionych społecznie liberałów po twardogłowych komunistów, skutecznie kneblowała lub usuwała ze swoich szeregów tych drugich.
Takich “taktycznych” wyborów było więcej.
Wszystkie one ostatecznie sprowadzały się do rezygnowania z jedynej przewagi, którą Razem miała nad innymi partiami politycznymi – mówienia gniewem, populizmem, atakowania elit polityczno-biznesowych.
Stopniowo traciła swój pazur i wdzięk chama, który beka na proszonej kolacji.
Jedną z pierwszych ofiar, złożonych przez Razem na ołtarzu ekspozycji medialnej, był antysystemowy, buntowniczy charakter ruchu. Kiedy PiS, zaraz po wygranej w wyborach 2015 roku, zaczął demolować polski system sądowy, Razem – słusznie zresztą – ostro się temu sprzeciwiło, występując wspólnie z liberalną opozycją przeciwko zamachowi na Trybunał Konstytucyjny i niezawisłość sądownictwa. Niestety, zarazem wzięło sobie na sztandar wartość nietypową dla lewicy, przez którą stawał się on coraz cięższy do uniesienia – praworządność. Wznoszone wielokrotnie okrzyki “nikt nie stoi ponad prawem”, ciągle odwołania do zapisów ustaw, Konstytucji, rozporządzeń, regulaminów, doprowadziły do sytuacji, w której sami członkowie i członkinie ugrupowania uwierzyli, że żeby w Polsce zaprowadzić socjalizm (czy też chociaż jakąś zgniłą socjaldemokrację) wystarczy zacząć wszystko robić legalnie. Sami zapomnieli o tym, że zasadniczo prawo i aparat jego realizacji stoją zwykle po stronie bogatych przeciw biednym, zaś ambicją lewicy w kraju od 30 lat rządzonym przez prawicę nie powinno być utrzymanie bieżącego stanu rzeczy i “umiarkowany postęp w granicach prawa”.
W tej sytuacji jedynym, co pozostało partii, było apelowanie do liberalnych mediów z pozycji najlepszego ucznia w klasie. A więc wymachiwanie badaniami i statystykami, opowiadanie w kółko o nauce i polityce opartej na dowodach, przedstawianie drobiazgowych wyliczeń budżetowych do każdego postulatu. Poziom odpowiedzialności za propozycje polityczne, którego nie spodziewamy się nawet po partii rządzącej.
To oczywiście uniemożliwiało stawianie jakichkolwiek radykalnych postulatów, wyjście poza neoliberalne ramy myślenia o polityce, państwie i społeczeństwie. Razem stało się Stronnictwem Ludzi Lepiej Poinformowanych, co w połączeniu z bezwarunkowym odruchem obrażania się o wszystko i domyślnym występowaniem z pozycji ofiary, zakorzenionym w niezwykle silnej w partii tendencji polityki tożsamości, dało wynik całkowicie niestrawny. Nikt nie lubi najlepszego ucznia w klasie, szczególnie, jeśli jest to klasa w drogim społecznym liceum dla wielkomiejskiej bananowej młodzieży.
Kolejną konsekwencją tych wyborów było porzucenie jakiejkolwiek emocji w przekazie politycznym.
Serce krwawiło, kiedy oglądało się jak partia potrafi zamordować porządne lewicowe postulaty, opowiadając o nich tonem i językiem profesora uniwersyteckiego, zniesmaczonego poziomem swoich studentów. Naszpikowanie komunikatów Razem czterosylabowymi słowami, specjalistyczną terminologią, cytowanie obszernych fragmentów unijnych procedur, rządowych dokumentów i eksperckich instrukcji sprawiało, że odbiorcy zasypiali, zanim mieli szansę zorientować się w propozycjach programowych. Partia, której celem (przynajmniej w teorii) było trafienie do wyobraźni całego społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem jego mniej zamożnej części, na każde pytanie odpowiadała jak prawnik – “to zależy”, po czym zaczynała z przemądrzałą miną opowiadać pytającemu świat.
Rezygnując z opierania swojej siły na tożsamości lewicowej, Razem wpadło równocześnie w dwie tożsamościowe pułapki. Z jednej strony była to pozbawiona treści tożsamość “plemienna” – skutkująca najazdami hord razemów na każdy artykuł i post na Facebooku, w którym ktoś ośmielił się skrytykować partię. Przypięło to nam, nie bez pewnej racji, etykietkę środowiska z kijem w dupie. Z drugiej kompletnie paranoidalny poziom przywiązania do identity politics, którego nie powstydziłyby się najbardziej jajogłowe kampusy uniwersyteckie w USA, w dodatku wyjątkowo nieumiejętnie skopiowane do Polski.
Opiera się ona na założeniu, że polityka nie powinna być wyrażeniem interesów zbiorowych, wspólnotowych (a te, z założenia, są przeciwstawne innym interesom – biedni mają odwrotne interesy niż bogaci, pracownicy odwrotne niż pracodawcy, obywatele i obywatelki inne niż klasa rządząca), a płaszczyzną realizacji swojej tożsamości i wynikających z niej pragnień, a także reprezentacja danej tożsamości w sferze publicznej. Przestaje być zatem istotne to, co ktoś mówi i – przede wszystkim – w czyim interesie, a ważniejsze staje się to, kim jest i jakie ma tożsamości, ze szczególnym uwzględnieniem tych oderwanych od klasy i ekonomii. Nie mówimy więc o tożsamości związkowca, pielęgniarki czy lokatora, liczy się płeć, orientacja seksualna, wiara czy też brak wiary politycznego podmiotu. To dlatego za “lewicowego” uchodzić zaczyna Robert Biedroń, który jest wyoutowanym gejem. Ze słusznego skądinąd postulatu, żeby rozmowę o aborcji w Polsce przestali prowadzić mężczyźni w wieku post-reprodukcyjnym, doszliśmy do sytuacji, w której na dany temat można się wypowiadać wyłącznie wtedy, kiedy opowiada się o swojej osobistej tożsamości i doświadczeniu, zwłaszcza jeśli są to tożsamości i doświadczenia mniejszościowe.
Ambicją staje się zatem nie likwidacja bezdomności, głodu i biedy – wszystko będzie dobrze, jeśli w każdym panelu, radzie nadzorczej i ciele przedstawicielskim będzie jedna osoba bezdomna, głodna i biedna, a bogaci nauczą się tolerować i nie dyskryminować bezdomnych i bezrobotnych.
Może korporacje zaczną organizować na wzór “tęczowego tygodnia” tygodnie bezdomne i dzień coming outu – w którym będziesz mógł bezpiecznie przyznać się do tego, że jesteś “osobą z bezdomnością”, a może nawet zyskać jakichś bogatych sojuszników!
Przykład jest oczywiście pewną hiperbolą, w dodatku jest o tyle mało prawdopodobny, że polityka tożsamości dość szybko staje się całkowicie wyprana z jakichkolwiek kwestii klasowych czy ekonomicznych, a bezdomność nie jest tematem, który dobrze sprzedawałby się w rozmowach z “lewym skrzydłem” Platformy Obywatelskiej.
Rozbuchana polityka tożsamości stała się kolejnym powodem totalnej alienacji partii od społeczeństwa. Zupełnie poważnie działacze lewicowej partii sprzeciwiali się współpracy z organizującymi się środowiskami rolników, pracowników budowlanych i związków zawodowych. Powodem sprzeciwu był niewystarczający poziom przyswojenia postulatów feministycznych, świeckich, antyrasistowskich czy stosunek do środowisk LGBT. Ze względu na obawę przed oskarżeniami o antysemityzm Razem nie przyjęło zdecydowanego stanowiska podczas kolejnej awantury o reprywatyzację, czyli “zwracanie” publicznego mienia potomkom przedwojennych właścicieli.
Na froncie wewnętrznym oznaczało to m.in. rozmienienie feminizmu na drobne. Partyjna kampania “Kobiety do polityki” nie opierała się na koncepcji zyskania siły i podmiotowości w grupie. Komunikat nie brzmiał “przyjdź zmieniać z nami świat”, tylko “przyjdź do nas być kobietą w polityce”. Jako członkini zarządu organizacji przez rok byłam zapraszana na rozmaite panele i wydarzenia, organizowane przez moich kolegów i koleżanki. Nigdy nie proszono mnie o podzielenie się doświadczeniem osoby blokującej eksmisję, nie pytano mnie o prawo pracy, o wydarzenia na świecie czy o środowisko. Tematem wszystkich prawie spotkań było, to jak być kobietą w polityce, jakbym była niesamowitym stworzeniem, człowiekiem z trzema rękami, którego obwozi się i pokazuje jako ciekawostkę.
Najbardziej zaskakujące jest to, że w tej nieustannej refleksji nad tożsamością i tworzeniem miejsca dla wszystkich autoidentyfikacji, jakie przyjdą nam do głowy, Razem nie spostrzegło innego problemu (czy też spostrzegło, ale nie umiało sobie z nim poradzić) – mianowicie własnego składu klasowego. Nie ma drugiego ugrupowania w Polsce, do którego należałoby tak wielu absolwentów i absolwentek elitarnych, prywatnych szkół, dla których punktem odniesienia zawsze będzie “Gazeta Wyborcza” i ojcowie polskiej transformacji, bo na tej wesołej opowieści – o sukcesie, postępie i wzroście, zostali wychowani.
Nawet jeśli je odrzuciliśmy, wciąż jest to ten punkt widzenia, z którym spieramy się jak z ojcem na wigilijnej kolacji, a nie jak z wrogiem politycznym. Ze spotkania koła marksistowskiego na studiach z pewnością dowiedzieliśmy się, że prawo w państwie burżuazyjnym nie jest tworzone w interesie obywateli, ale nigdy na własnej skórze nie poczuliśmy, że ten aparat jest nam wrogi – policja nie zaczepiała nas bez sensu na ulicy za wygląd i ubiór, pisma które przychodziły do domu ze spółdzielni zawsze były przez nasze rodziny czytane spokojnie i ze zrozumieniem i nigdy nie było w nich nic o długu.
Przy takim nagromadzeniu akademików trudno też, żeby język i sposób myślenia partii były inne – w akademii skłonność do dzielenia włosa na czworo i produkowania jak największej liczby znaków na dany temat jest ceniona wysoko. W naturalny sposób z takiego otoczenia znikały powoli te osoby, które takiego kapitału kulturowego nie miały – nie czuły się kompetentne, żeby zabierać głos. Łatwo przychodziło im złamać którąś z panujących reguł, a prosty przekaz “oddawajcie moje pieniądze, złodzieje”, za którym przyszli do Razem, stawał się dla partii coraz bardziej prymitywny i prostacki.
Mimo wszystko z historii fajerwerku o nazwie Razem można wyciągnąć ostrożną dozę optymizmu.
Po pierwsze: możliwe jest zorganizowanie w kraju byłego bloku wschodniego niezależnej i oddolnej lewicowej partii. Po drugie: dopóki ta partia konsekwentnie mówi o realnych interesach pracującej większości i wychodzi poza to, o czym w oficjalnej dyskusji politycznej wypada mówić, to zyskuje. I to zyskuje w tych grupach społecznych, o które powinna walczyć. Po trzecie: obecność takiej siły jest dla dwóch konserwatywno-liberalnych obozów władzy niewygodna do tego stopnia, że aktywnie angażują się w jej zwalczanie.
Wnioski, które trzeba wcielić w życie, próbując powtórzyć taki manewr są dość jasne.
Nie pokładać żadnej nadziei w liberałach. Wszystkimi możliwymi środkami trzymać dystans od uznanych ośrodków i obozów politycznych głównego nurtu. Za wszelką cenę budować partię z ludźmi, którzy lewicy potrzebują i których interesy chcemy reprezentować, o ile to możliwe wciągać członków i członkinie związków zawodowych. Tożsamość budować w oparciu o wspólnotę. Mieć w dupie dobre maniery – bycie akceptowalnym dla mainstreamu jest wyrokiem śmierci dla lewicy. Im prościej tym lepiej – przekaz “ZŁODZIEJE WYPIERDALAĆ” jest na początek w zupełności wystarczający. Emocje są ważniejsze niż statystyki. Zębami i pazurami trzymać się lewej ściany. Liberalno-antykomunistyczna ideologia i potęga głównych graczy jest tak wielka, że nawet z zaciągniętym ręcznym i hamulcem w podłodze będzie ściągać lewicę na prawo. I tak będą was tłuc po głowie sierpem i młotem, więc lepiej uzbroić się w cierpliwość i wyśmiewać te zarzuty, niż próbować przed nimi uciec. Lewica musi być niezależnym, trzecim obozem. Każde zbliżenie się do tzw. liberalnego centrum kompromituje ją w oczach większości społeczeństwa, po którym przejechał się walec zmiany ustrojowej.
Tyle się nauczyliśmy – niestety, też na własnych błędach.

Głos lewicy

Futra wychodzą ze światowej mody

Obrońcy praw zwierząt cieszą się: ekomoda zaczyna być… modna! Otwarte Klatki piszą do mediów:
Kolejni znani projektanci deklarują, że w ich kolekcjach nie będzie dłużej prawdziwych futer i skór egzotycznych zwierząt. Ostatnio taką decyzję podjął między innymi renomowany dom mody CHANEL. Teraz do tego grona dołącza Victoria Beckham.
Marka Victoria Beckham w swoich kolekcjach nigdy nie korzystała z futer, ale przez długi czas oferowała klientom akcesoria wykonane ze skór aligatorów, węży czy jaszczurek. Dzięki oficjalnemu oświadczeniu, które opublikowano w połowie lutego, konsumenci będą mieli pewność, że marka Victoria Beckham jest wolna od futer i egzotycznych skór. Decyzja wchodzi w życie od kolekcji jesień/zima 2019.
– Jako firma staramy się od pewnego czasu korzystać z bardziej etycznych surowców, które mają mniejszy wpływ na środowisko – powiedział rzecznik marki Victoria Beckham w rozmowie z Women’s Wear Daily – Z radością potwierdzamy, że przestaniemy używać egzotycznych skór we wszystkich przyszłych kolekcjach, zaczynając od sezonu jesień/zima 2019. Decyzja ta odzwierciedla nie tylko podejście marki, ale także oczekiwania naszych klientów – podsumował.
Niedawno odbył się pierwszy w historii wegański tydzień mody. Było to wydarzenie przełomowe, ale nie miałoby tak dużego zasięgu bez poprzedzających je znaczących kroków ważnych projektantów i światowych marek.
W 2015 roku głośno było o marce Hugo Boss z powodu całkowitego wycofania futer naturalnych ze wszystkich kolekcji. Później poszło szybko: na taki krok zdecydowała się Grupa Armani, najważniejszy butik online z markami luksusowymi – Net-a-Porter, dom mody Gucci, Versace, Jimmy Choo i Michael Kors, a w 2018 roku zrobił to Jean Paul Gaultier. W międzyczasie zakazano sprzedaży futer w San Francisco, a do ponad 40 chińskich marek modowych zrzeszonych w programie Fur Free Retailer dołączył Michael Wong.
W chwili gdy London Fashion Week stał się wolny od futer naturalnych, a globalny sklep online ASOS poszedł nawet o krok dalej i zupełnie zrezygnował również z piór, jedwabiu, kaszmiru oraz moheru, stało się jasne, że to nie koniec pozytywnych zmian dla zwierząt.
– Prawdziwym futrom uwagę poświęcają nie tylko projektanci i sieciówki. Kolejne raporty i badania udowadniają, że futro ze zwierząt nie tylko zawiera związki toksyczne dla ludzi, a jego produkcja zatruwa środowisko, ale dodatkowo hodowla zwierząt futerkowych to dramat osób mieszkających w okolicach ferm – mówi Aleksandra Majchrzak, koordynatorka kampanii Sklepy Wolne Od Futer ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – W obliczu tych materiałów i ogromnego sprzeciwu społeczeństwa politycy muszą podejmować działania lub składać obietnice, by zyskać sobie sympatię wyborców. Choć w Polsce deklaracje władz w kwestii zakazania tego typu hodowli wciąż pozostają bez pokrycia, to przemysł futrzarski i tak jest w głębokim kryzysie – dodaje.
Stowarzyszenie Otwarte Klatki należy do globalnej koalicji Fur Free Alliance, która jest pomysłodawcą i koordynatorem międzynarodowego programu Fur Free Retailer – obecnie jest on prowadzony w ponad 25 krajach na całym świecie. Jego celem jest namawianie firm odzieżowych do rezygnacji z futer, a jednocześnie zapewnienie konsumentom rzetelnej informacji na temat polityki poszczególnych marek w tej kwestii. W sumie blisko 1000 marek modowych oficjalnie dołączyło do programu i zrezygnowało z używania futer.

Przywileje?

Piotr Ikonowicz liczy legendarne „dotacje” dla górnictwa: Najwyższa Izba Kontroli wyliczyła, ile polskie górnictwo wpłaca do budżetu państwa z tytułu opłat i podatków oraz ile z budżetu państwa otrzymuje dotacji. Suma wpłat do budżetu to 64,5 mld zł w latach 2007-2015. W tym samym okresie górnictwo otrzymało z budżetu 65,7 mld zł, ale z tej kwoty aż 58,4 mld zł trafiło na dopłaty do górniczych rent i emerytur. Górnicy pytają, czy dopłaty do ZUS można traktować jako dotację do branży górniczej. Gdyby nie uwzględniać pomocy na emerytury i renty, to branża górnicza w latach 2007-2015 otrzymała raptem 7,3 mld zł dotacji.