Wystawa poświęcona postaci Ignacego Daszyńskiego

Ignacy Daszyński – mąż stanu i jeden z ojców niepodległości Polski, pierwszy premier II RP, wicepremier Rządu Ocalenia Narodowego w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, marszałek Sejmu RP, jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej, inicjator oraz przewodniczący Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, współautor nowoczesnych reform społecznych i politycznych, publicysta. Jego bogata polityczna biografia rozpoczyna się w Cesarstwie Austro-Węgierskim, gdzie Daszyński zdobywa mandat posła do parlamentu wiedeńskiego.
Głównym celem wystawy „Ignacy Ewaryst Daszyński – Socjalista, obrońca demokracji i parlamentaryzmu” jest przywołanie postaci pierwszego premiera i postawienie go za wzór socjalisty-demokraty, który pomimo przywiązania do Józefa Piłsudskiego, potrafił przeciwstawić się autorytaryzmowi i narastającej fali autorytaryzmu. Ten znakomity mówca, obdarzony również talentem lekkiego pióra stał się jedną z politycznych ikon dwudziestolecia międzywojennego.
Ignacy Ewaryst Daszyński to postać nietuzinkowa, postawienie w Warszawie pomnika ku jego czci, jako jednego z ojców niepodległego państwa polskiego, jest znakomitą okazją do wystawy prezentującej jego dokonania.
Zainteresowanych poznaniem politycznej drogi Ignacego Daszyńskiego, zapraszamy na Plac Zamkowy w Warszawie, gdzie od 25 czerwca 2019 r. – na wysokości wieży kościoła Św. Anny – będzie można oglądać wystawę poświęconą postaci pierwszego premiera II Rzeczpospolitej.
Specjalnie dla osób, które nie będą mogły dotrzeć na miejsce prezentacji, wystawa „Ignacy Ewaryst Daszyński–Socjalista, obrońca demokracji i parlamentaryzmu” będzie dostępna w Internecie pod adresem www.daszynski.com.pl przez najbliższy rok.
Ekspozycja została przygotowana w językach: polskim i angielskim.
Wystawę zrealizowało Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne Warszawa w Europie przy wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

Przemoc rodzi(c) przemoc Ważny tunajt

Przemocą gardzę i przemocą się brzydzę. Zarówno małą, domową, jak i wielką, na polu boju. Żadna nie jest ani sprawiedliwa, ani nie da się niczym usprawiedliwić. Bo czy bijesz ty czy ciebie biją, ból jest dokładnie taki sam, i takie same, opłakane skutki dla ludzkości-w skali makro i mikro. Z tym większą uwagą przeczytałem wywiad Magdaleny Rigamonti z Rzecznikiem Praw Dziecka Mikołajem Pawlakiem. I zbladłem.
We wzmiankowanym wywiadzie RPO, Mikołaj Pawlak, pytany o to, czy klaps to też bicie wspomina, że klapsy nie zostawiają zbyt dużego śladu, ale on sam swoich synów nigdy nie karał fizycznie, choć chłopaki potrafią dać mu w kość. Z kolei sam pan Rzecznik z estymą wspomina swojego ojca, który zlał mu tyłek, kiedy na to zasłużył, w myśl zasady, że cóż to za ojciec, który swych dzieci nie karci. Pan Mikołaj Pawlak urodził się w 1980 r. Jest starszy ode mnie o 2 lata, a czytając jego słowa odnosiłem wrażenie, że czytam wywiad z nobliwym starcem, który swoją kindersztubę i poglądy na rzeczywistość wyniósł z ziemiańskiego domu pod Wilnem, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała. Według pana Mikołaja Pawlaka, „trzeba odróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Mało Państwu? To czytajmy dalej. Na pytanie, czy da się to odróżnić, stwierdza, że „wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.”. Idąc tropem myślenia pana Rzecznika, przemoc, czy to fizyczną, czy psychiczną, zakładając, że Mikołaja Pawlak zakłada jej istnienie, można rozgraniczyć na tą małą, z niską szkodliwością społeczną i tą naprawdę dużą, gdzie zaczyna się granica działania jego uprawnień, jako tego, kto stoi na straży praw polskiej dziatwy. Darujcie Państwo, ale czegoś równie kuriozalnego nie słyszałem dawno. Aż nadto z kolei słyszałem, lub raczej, słyszę co dnia, litanie pohukiwań, wrzasków a czasami wręcz gróźb rodziców wobec ich własnych dzieci, bo codziennie bywam na placach zabaw ze swoją 3-letnią córeczką. Zwykle są to te same place na Żoliborzu. I nie ma dnia, żebym nie słyszał, jak opiekunowie swoich pociech strofują je za byle przewinienie. Na szczęście nie są to jakieś straszne przewiny, ale zawsze ze sporym absmakiem wychodzę z piaskownicy, gdy jestem świadkiem takich krzywych akcji. Raz nawet zwróciłem jednej pani uwagę, kiedy ostentacyjnie, na cały plac, krzyczała na swojego synka, który coś zmalował. Inne dzieci oderwały się od swoich klocków i babek z piasku, a ta obsobaczała go w najlepsze. Nawet jakbym chciał nie słyszeć, to i tak nie było gdzie uciec. Poprosiłem więc panią grzecznie, czy nie mogłaby jednak trochę się powściągnąć, bo inne dzieci się jej po prostu boją. Zaznaczam, że oprócz mnie i krzyczącej pani na placu zabaw byli też inni rodzice. Otrzymałem odpowiedź, żebym się od…czepił, i żebym zajął się własnym dzieckiem, a nie wtrącał się w cudze sprawy.
I teraz, Szanowni Państwo, połączcie sobie w głowach kropki-od komunikatu Rzecznika o tym, że niektórzy krzyk uznają za przemoc, po sytuację, którą przytoczyłem powyżej. Jaki przekaz dostają ci wszyscy, zdezorientowani rodzice, którzy wciąż się wahają, czy karcić dzieci fizycznie, czy na nie krzyczeć; czy kłócić się przy nich z partnerem, czy angażować je w konflikty między rodzicami, skoro Państwo, które daje im co miesiąc z łaskawością po 5 stów na malca, ustami swojego najlepszego syna od praw dzieci mówi, że w zasadzie jeden klaps to nic takiego, a krzyk ma działanie na wpół terapeutyczne. Na Zachodzie, tym lewackim i zdemoralizowanym najlepiej, zachowanie takie, jakie zaprezentował na łamach Pan Rzecznik, zostałoby w trymiga napiętnowane i uznane za skandaliczne. Zwłaszcza przez rządzących. U nas tymczasem, brawo biją Rzecznikowi Wojciech Cejrowski i jemu podobni, którzy XIX-wieczne kanony wychowania uznają za normę. Bo wszak dziadziuś bił pasem, tatuś bił, to i co mi się będzie Państwo wtrącało czym ja biję. Zawsze dzieciak dostawał w skórę i dobrze było. Zawsze kompot był na stole a obok niego schabowy, bo zawsze go babcia i mama smażyły na obiad. Wszystko fajnie, tylko że zawsze, to nie znaczy że dobrze. Mogły wszak smażyć go źle. A kiedy po 30 latach zbieranego, błędnego doświadczenia, ktoś próbuje towarzystwo nauczyć robienia rzeczy poprawnie, podnosi się rwetes, że to zamach na tradycyjne wartości i na rodzinę. I najsmutniejsze jest to, że w ten dyskurs wpisuje się relatywnie młody człowiek, który ma stać na straży tego, żeby dzieciom w Polsce nie działa się krzywda. Żeby nikt się na nie nie wydzierał ani ich nie bił. Nawet klapsem. Bo to przemoc jak każda inna.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Fetowanie zwycięstwa czy poronionej doktryny?

13 czerwca Sejm ustanowił rok 2020 Rokiem Bitwy Warszawskiej. Zaledwie jeden poseł był przeciw. Nie znam motywów jego decyzji, ale i ja byłbym przeciw. Być może z zupełnie innych, niż on, powodów.

Od czasów III RP z wielką pompą i nadzwyczaj uroczyście obchodzone jest corocznie to wydarzenie, a więc w jego stulecie spodziewać się należy potężnej erupcji ciągle powtarzanych treści o tym, że była to osiemnasta przełomowa bitwa w historii świata, że uratowaliśmy Europę przed falą bolszewizmu, która niechybnie by ją zalała, że przed agresją ze Wschodu obroniliśmy naszą, niedawno odzyskaną, niepodległość. Nadto przywoływać się będzie to zdarzenie jako „Cud nad Wisłą”, pojawi się ks. Skorupka z krzyżem, w kościołach odprawione zostaną msze dziękczynne , a TVP 1 po raz kolejny wyemituje „Rok 1920”. A przy okazji potwierdzimy nasz stosunek do Rosji, która, jak wtedy tak i dziś, stanowi dla Polski śmiertelne zagrożenie, a więc i tym samym naszą zagraniczną politykę i rosnące stale zbrojenia.
Nawet wnikliwy i często bezkompromisowy portal OKO.press komentując powyższą sejmową uchwałę zajął się jedynie kwestią uboczną, jaką było wprowadzenie do jej tekstu fragmentu dużo wcześniejszego wystąpienia prezydenta Lecha Kaczyńskiego na ten temat.

Mogło by nie być ani bitwy warszawskiej,

ani tamtej wojny bowiem prawda o przyczynach konfliktu jest inna i dużo bardziej skomplikowana niż okazjonalne sejmowe i propagandowe zawołania. Historyk prof. Andrzej Chwalba niedawno mówił: „Między Polską a Rosją sowiecką istniały obszary sporne. Wojna była nieunikniona, zaczęła się już w 1919 r., niemniej jednak pokój wiosną 1920 r. nie był wykluczony. W tym momencie Moskwa była gotowa na zawarcie pokoju nie tylko z Polską, ale także z Estonią, Litwą, Łotwą, Rumunią i Finlandią – i z tymi państwami, poza Polską, wówczas go zawarła. Bolszewicy chcieli umocnić władzę, odbudować gospodarkę, tabor kolejowy, planowali NEP.” („Przegląd”, 4-10.03.2019). I dalej dodaje, co już nie jest takie przekonywujące: „Oczywiście zawarcie pokoju nie oznaczało, że jeśli państwo radzieckie się wzmocni, to do wojny nie dojdzie. Gdyby w Europie ponownie doszło do wzmocnienia fali rewolucyjnej, co było wielce prawdopodobne Armia Czerwona by ruszyła”.
Nieprzekonywujące, bowiem do wybuchu II wojny światowej ZSRR przestrzegał podpisanych z pięcioma wymienionymi krajami układów pokojowych, a potężna fala rewolucyjna w Niemczech opadła w styczniu 1919 roku, i już nigdy do takiego poziomu się nie podniosła. Nadto, jak się niedługo okazało, siła i możliwości Armii Czerwonej były jednak poważnie ograniczone.
Paradoksem jest fakt, że to właśnie wojna polsko-bolszewicka odnowiła w Moskwie nadzieję na przeniesienie płomienia rewolucji na zachód, do centrum Europy.

Na wschodzie Polska

nie tylko zbrojnie tworzyła swój kształt terytorialny ale także, głównie z inspiracji i za wolą Józefa Piłsudskiego, wtedy Naczelnika Państwa, kreowała określoną politykę tak wobec białej jak i czerwonej Rosji. Brak poparcia z polskiej strony dla sił kontrrewolucyjnych Denikina, Judenicza i Kołczaka, popieranych i hojnie materiałowo oraz militarnie wspieranych przez Koalicję (m. in. Wielką Brytanię i Francję), wynikał z uzasadnionych obaw, że po zwycięstwie nad bolszewikami zechcą kontynuować carską politykę zaborczą wobec Polski. I dlatego 1 września 1919 roku na froncie północno-wschodnim wstrzymano działania wojenne, tym samym ułatwiając Armii Czerwonej rozprawienie się z przeciwnikiem. Natomiast rozmowy z bolszewikami, rozpoczęte 12 października w Mikaszewiczach, poza kwestiami wymiany jeńców i dążnością strony radzieckiej do przekształcenia ich w rokowania pokojowe, zakończyły się niczym 12 grudnia. „Mimo fiaska rokowań o zawarcie pokoju – pisał Olgierd Terlecki – z rozmów mikaszewickich obie strony wyniosły wspólny zysk; było nim uniemożliwienie Denikinowi rozwinięcia w wymiarze strategicznym jego początkowych sukcesów. A stanowiłoby to największe zagrożenie – tak dla Polski, jak dla radzieckiej Rosji.” I dalej: „Pomimo więc wyraźnej ze strony polskiej niechęci, Cziczerin wystosował 22 grudnia formalną notą do swego polskiego kolegi… Rząd Radziecki raz jeszcze potwierdza dane przezeń wcześniej zapewnienie o swym mocnym pragnieniu położenia końca wszelakim konfliktom z Polską. Rząd Radziecki zwraca się do Rządu Polskiego z formalną propozycją bezzwłocznego rozpoczęcia pertraktacji mających na celu zawarcie trwałego pokoju pomiędzy obu państwami…<< W Mikaszewiczach – kontynuuje Terlecki – uznanie granicy wschodniej na rubieżach według stanu posiadania z dnia 1 września miał Piłsudski właściwie w kieszeni. Lecz nie o to mu chodziło. Gdyby poprzestał na zatrzymaniu zajmowanych obecnie części Białorusi i Ukrainy, musiałby je inkorporować rezygnując z szerszego programu. Jego zamiarem politycznym zaś, jak już wiemy, było wszakże ujęcie całej Białorusi i całej Ukrainy, w każdym razie z Kijowem i ujściem Dniepru, utworzyć tam ściśle z Polską związane państwa wobec Rosji buforowe.”

Konsekwencją tej doktryny

była wspólna, wsparta tylko częściowo przez siły ukraińskie, ofensywa na Kijów w kwietniu 1920 roku, której celem było utrwalenie istnienia Ukraińskiej Republice Ludowej. Chwalba wspominał, że została ona „ uznana za inwazję na ziemie Rosji, co doprowadziło do mobilizacji Rosjan wokół partii bolszewickiej. Poprawiło się morale, zmalała dezercja, a na zachodzie Europy znów podniosły się nastroje rewolucyjne. Moskwa uwierzyła, że będzie w stanie pokonać Polskę i wtargnąć na obszary przynajmniej Europy Środkowej…W Sejmie najsilniejsza była Narodowa Demokracja, przeciwna i wyprawie na Kijów, i sojuszowi z Ukrainą. Również politycy lewicy z reguły nie chcieli wojny…” A ta wojna toczyła się ze zmiennym szczęściem: wpierw zajęliśmy Kijów, którego zresztą nie był w stanie utrzymać nasz sojusznik ataman Petlura, później bolszewickie armie zagroziły Warszawie, którą szczęśliwie obroniliśmy, wreszcie, po kontrofensywie i zwycięskiej dla strony polskiej bitwie niemeńskiej, skończyła się 12 października 1920 roku.
Zmagania wojenne zakończyły ostatecznie negocjacje i podpisanie traktatu pokojowego w Rydze w marcu 1921 roku, w czasie których kwestia wytyczenia granicy wschodniej nie stanowiła problemu; Polska natomiast musiała uznać Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej. Piłsudski nie osiągnął żadnego z planowanych wtedy politycznych celów, natomiast poważnie naraził nowo odzyskaną niepodległość, spowodował przelanie polskiej, nie tylko żołnierskiej, krwi i śmierć 60 tysięcy ofiar tej wojny, nie wspominając już o stratach materialnych.

Z przedstawionych wydarzeń

wynika jasno, że to my, zamiast zawrzeć pokój, sprowokowaliśmy tę wojnę, a bitwa warszawska, będąca istotnym jej elementem, tym razem przyniosła victorię najeźdźcy. Opisujący tamte wydarzenia często włączają wojnę polsko-bolszewicką do jednego z wysiłków zbrojnych tzw. wojny o granice Rzeczpospolitej, tym samym usprawiedliwiając naszą agresję i nieszczęsną polityczną doktrynę, co stanowi najzwyklejsze zakłamanie historii. Towarzyszy takiemu interpretowaniu ówczesnych wydarzeń i Wikipedia w haśle „Kształtowanie się granic II Rzeczypospolitej”, w którym Armia Czerwona występuje w roli agresora: „odnosiła coraz większe sukcesy w swoim marszu na Zachód i w lipcu 1920 weszła na kolejne ziemie polskie. Wojsko dotarło wkrótce do Warszawy.” Kielich niedomówień, pełen propagandowych zaklęć, przelała wspomniana uchwala sejmowa.
Jeżeli już przywoływać tamte zmagania,
to nie w tryumfalnym tonie zwycięscy, a tylko z nisko pochyloną głową nad mogiłami niepotrzebnych ofiar tamtej wojny i z największym szacunkiem dla wielkiej determinacji Polaków w obronie ojczyzny.
Lekcja z symbolicznej daty 15 sierpnia 1920 roku powinna być dla nas zawsze aktualna i pouczająca, ale niestety nie została odrobiona w latach późniejszych. Kolejny zamysł polityczny, w wyniku którego 1 sierpnia 1944 roku rozpoczęły się walki w stolicy, przyniósł ponad trzykrotnie większą liczbę ofiar i hekatombę miasta. Niepomni tych tragedii aktualni polscy politycy świętują na grobach ofiar fakt wywołania Powstania Warszawskiego i zwycięstwo w bitwie warszawskiej.

Warto przy tej okazji

przypomnieć postać przywoływanego wcześniej Olgierda Terleckiego – publicysty i pisarza historycznego, w swoim czasie niezwykle popularnego i wysoko cenionego, także w kręgach emigracyjnych za przedstawianie prawdziwego obrazu najnowszej historii Polski – z którego nadzwyczaj rzetelnej i bardzo obszernej pracy „Z dziejów Drugiej Rzeczpospolitej” pochodzą zamieszczone cytaty. Był Terlecki autorem szeregu książek dotyczących także okresu II wojny światowej i wybitnych osobistości polskiej sceny politycznej: płk. Józefa Becka, gen. Władysława Sikorskiego (pierwsza w PRL dwutomowa biografia w 100 tys. egz. i album w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie), a zamiar dopełnienia tej trylogii o marszałka Piłsudskiego uniemożliwiła mu śmierć. Druga wojna światowa stanowiła dla Terleckiego największe nieszczęście: zaznał łagiernego losu nad Morzem Białym i u ujścia Peczory, z armią Andersa był na Bliskim Wschodzie, walczył pod Monte Cassino i pod Anconą, doświadczył doli emigranta w Wielkiej Brytanii, a w nowej Polsce dobrodziejstw UB. Na to jakże dramatyczne, ale i w wielkim stopniu spełnione życie, nałożył się ujawniony przez jego syna Ryszarda fakt współpracy Terleckiego ze Służbą Bezpieczeństwa, szczególnie przy rozpracowywaniu środowisk polskiej emigracji. Jerzy Kulczycki, księgarz i wydawca – powszechnie znana i bardzo zasłużona postać wśród londyńskiej emigracji, właściciel Orbis Books (London) LTD, po przeczytaniu informacji o agenturalnej działalności Terleckiego powiedział: „Myśmy w Londynie o tym wiedzieli. Sam Olgierd nam powiedział i nawet prosił, aby przy nim za dużo nie mówić, bo potem musi o tym wszystko napisać. Nie chcę nawet wspominać o moralnej postawie syna Olgierda”.
Ryszard Terlecki mógł o tym nie wiedzieć, ale gdyby uważnie przeczytał cytowaną książkę swego ojca, i trochę pomyślał, to być może, jako wicemarszałek Sejmu, ograniczyłby w we wspomnianej uchwale liczbę kompromitujących ją fragmentów.

Jaka koalicja?

Zbliżają się wybory do sejmu. SLD jak i inne partie rozważają różne scenariusze startu w wyborach.

Ma ona moim zdaniem trzy możliwości: start samodzielny, w koalicji lewicowej Biedronia i w koalicji z Platformą Obywatelską (koalicji wyborczej). Z punktu widzenia ideowego najlepszy byłby start samodzielny, a jeżeli chodzi o ilość zdobytych mandatów to w koalicja z Platformą Obywatelską.
Uważam jednak, że można zawrzeć takie porozumienie wyborcze, które będzie spełniało ambicje poszczególnych partii jej liderów i nie będzie wymagało od nich heroicznych decyzji. To znaczy, że wszyscy członkowie koalicji zachowają swoje wartości i swoje programy. Będzie tylko część wspólna dotycząca przywrócenia w Polsce praworządności, trójpodziału władzy i dobrych stosunków z UE. Pozostałe części programów różnych członków koalicji mogły być odmienne a nawet sprzeczne. Po wyborach członkowie koalicji wyborczej zachowają odrębność organizacyjną będą mieli własne kluby i koła poselskie oraz posłów niezależnych.
Wspólna część programu koalicji nie powinna być prostym cofnięciem ustaw PIS-u, które są sprzeczne z konstytucją i wartościami europejskimi, ale także modernizacją systemu sprawiedliwości uwzględniające dobre rozwiązania, które wprowadził PIS np.: losowanie sędziów czy wzmocnienie roli nadzorczej prokuratora generalnego wobec prokuratorów niższego szczebla. Ta wspólna część programu musi być stosunkowo szczegółowa.
Trzeba oddzielić koalicję wyborczą od koalicji rządowej. Dopiero po rozdzieleniu mandatów mogła by się tworzyć koalicja rządowa, która powinna mieć jeden spójny program. Nie wszyscy członkowie koalicji wyborczej muszą wejść do koalicji rządowej, która w swoim składzie może mieć członków spoza koalicji wyborczej.
Najtrudniejszym zadaniem będzie przygotowanie list kandydatów na posłów i senatorów. Modele konstrukcji takich list mogą być różne. Najpierw trzeba ustalić ilu kandydatów na liście będzie miał każdy z członków koalicji bo do rozdzielenia będzie tylko 460 mandatów poselskich i 100 senatorskich. Można to ustalić na przykład na: podstawie preferencji wyborczych, ilości pieniędzy przeznaczonych na cele kampanii, popularności poszczególnych kandydatów lub w wyniku negocjacji. Ponadto trzeba tak ustawić listy w poszczególnych okręgach poselskich, aby wyborcy mieli w każdym okręgu partię pierwszego lub drugiego wyboru. Jeżeli w którymś okręgu nie ma kandydata SLD to jest kandydat Razem, albo jeżeli nie ma kandydata PO to jest z Nowoczesnej. Nie ma znaczenia kto jest na pierwszym miejscu listy ogólnej ma znaczenie kto jest pierwszy z danej partii. Głosujący najpierw w większości będą szukali partii potem wybierali człowieka z tej partii. Kolejność list partyjnych na liście ogólnej może być ustawiana na przemian tak, aby każda lista partyjna była pierwsza w jednym okręgu i następnie zajmowała kolejne miejsca w następnych okręgach. W przypadku mandatów senatorskich kandydat na jedno miejsce powinien być jeden dla całej koalicji. Jego ustalenie powinno się odbyć na podstawie badań sondażowych z pośród różnych kandydatów zgłoszonych przez członków koalicji.
Warunkiem przystąpienia do koalicji wyborczej będzie:
• Zaakceptowanie wspólnej części programu,
• Umieszczenie wspólnej części programu w swoim programie
• Zobowiązanie, że każdy członek koalicji bez względu na to czy koalicja wygra wybory czy nie czy utworzy koalicję rządową będzie dążył do realizacji wspólnej części programu
• Zgoda się uczestnictwo finansowe w proporcji do swoich możliwości w kampanii wyborczej,
• Pieniądze uzyskane od budżetu za uzyskane mandaty zostaną podzielone nie w proporcji do otrzymanych mandatów ale ilości głosów,
• Pieniądze uzyskane z budżetu nie będą wypłacane członkom koalicji jednorazowo tylko proporcjonalnie do upływu czasu kadencji.
Powołanie koalicji wyborczej ma wiele zalet:
• Będzie to pierwsza w historii Polski koalicja celowa do realizacji wspólnej części programu bez względu na to czy koalicja utworzy rząd
• Koalicja może uzyskać więcej głosów niż gdyby startowały poszczególne partie samodzielnie.
• Partie zachowują swoją tożsamość i swoje programy nie musząc się zgadzać na kompromisy programowe.
• Wyborcy nie boją się głosować na małe partie z powodu tego, że ich głos zostanie stracony.
• Istnieje swoboda wyboru partii do koalicji rządowej jak i udziału w innych koalicjach rządowych.
• Mali członkowie koalicji mimo, że nie uzyskają mandatu otrzymają pieniądze w proporcji do otrzymanych głosów.
W tak zorganizowanej koalicji może się zmieścić zarówno PSL, Razem, Wiosna jak i partia Gowina oraz różne organizacje społeczne. Jeżeli powstanie koalicja wyborcza to są duże szanse, że wygra ona wybory i będzie mogła przegłosować ustawy przywracające praworządność nawet wtedy gdy nie utworzy koalicji rządowej.
Skoro w tak skonstruowanej koalicji SLD nie musi godzić się na kompromisy programowe i nie musi się obawiać że nie wejdzie do sejmu to może przedstawić atrakcyjny lewicowy program. Moim zdaniem powinien on się składać między innymi z następujących elementów:
• Propozycji zmiany konstytucji w celu wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej zamiast parlamentaryzmu i wprowadzenia euro. Zlikwidowania przywilejów kościołów, które nie mogą mieć specjalnego statusu, a powinny być zorganizowane na ogólnych zasadach jako stowarzyszenia fundacje lub spółki prawa handlowego w zależności od prowadzonej działalności.
• Należy zwiększyć ilość i jakość programów misyjnych przy mniejszych kosztach poprzez zamianę telewizji i radia publicznego na państwową oraz stworzenie funduszu programów misyjnych o które rywalizowałyby jakością i kwotą dofinansowania telewizje i radia zarówno państwowe i prywatne na takich samych zasadach.
• Wprowadzenie możliwości aborcji na żądanie.
• Zalegalizowanie związków partnerskich z możliwością adopcji dzieci.
• Całkowitej zmiany systemu socjalnego w taki sposób aby każdy kto chce z niego skorzystać osiągał co najmniej dochody na poziomie minimum socjalnego. Aby to osiągnąć trzeba przyjąć kryterium dochodowości przy udzielaniu pomocy socjalnej i wykorzystać narzędzia rynkowe do racjonalnego wydawania środków przeznaczonych na systemy socjalne.
• Działań na rzecz utworzenia wspólnej operacyjnej armii europejskiej zdolnej do obrony Unii Europejskiej przed wszystkimi zagrożeniami w zakresie działań konwencjonalnych bez pomocy USA. Z jednej strony obniży to koszty obrony (oszczędności na zakupach broni i wyposażenia, drugiej strony uwolnienie się od szantażu Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa państw europejskich.
• Wprowadzenia podatku obrotowego zamiast CIT, zmiana PIT-u na podatek jednostawkowy o bardzo wysokiej stopie oprocentowania i wysokiej kwocie wolnej od podatku i likwidacji wszystkich ulg. Wprowadzenie podatku katastralnego przy likwidacji podatku od nieruchomości i założeniu, że suma wpływów z podatku katastralnego będzie równa sumie wpływów z podatku od nieruchomości.
Przedstawione powyżej punkty mogę rozszerzyć przedstawiając bardziej konkretne rozwiązania jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Biorąc to co wyżej napisałem, a szczególnie to że koalicja wyborcza zawarta będzie na zasadach przedstawionych opowiadam się za udziałem SLD w koalicji wyborczej.

Dlaczego PiS wygrało?

Dlatego, ze nie było powodów, aby nie wygrało.

Dlatego, że PiS ma pieniądze i jest u władzy. Po raz pierwszy od ustrojowego przełomu wzrost gospodarczy przekłada się na dobry, bardziej elastyczny budżet. Większe możliwości wydatkowe rząd przeznaczył na świadczenia znacząco odczuwalne w budżetach domowych.
Dlatego, że PiS bezwzględnością przekroczyło granice w zawłaszczaniu mediów publicznych i budowaniu własnej potęgi biznesowej.
Dlatego że w ramach „odkłamywania historii” i „przywracania Kościołowi należnego miejsca w życiu publicznym” zafundowano pokoleniu transformacji wychowanie nacjonalistyczno – konfesyjne, w czym duży udział miały też polityczne i opiniotwórcze elity o poglądach liberalnych. Jakakolwiek krytyczna refleksja o zbyt dużym wpływie Kościoła na stanowione prawo i instytucje państwowe nazywana była poglądem kontrowersyjnym lub radykalnym.
Dlatego że obniżyły się standardy etyczne, których oczekujemy od osób realizujących zadania publiczne, co dotyczy także mediów.Przyzwoitością rozumianą jako kształtowanie programu wedle zdiagnozowanych potrzeb i możliwości. Odwagi jako woli przekonywania do wniosków i propozycji, które z tego wynikają. Zbiorowa świadomość w oczekiwaniu sprawiedliwego podziału dóbr kieruje się merytokratycznością: tyle korzyści, ile wkładu pracy, wysiłku, kompetencji, umiejętności, starania, itd. Tyle obowiązków państwa, ile życiowego i społecznego ryzyka ponoszą jego obywatele. Tym dążeniem do ładu społecznego powinna kierować się opozycja.
Tymczasem świadczenie wychowawcze zastąpiło dyskusję o polityce społecznej w jej szerokim rozumieniu, a krytyczny namysł nad skutkami 500 + stał się praktycznie niemożliwy z powodu propagandowego zachwytu z jednej strony, z drugiej zaś z powodu obawy, że jakiekolwiek wątpliwości skażą opozycję na polityczny niebyt, publicystów i ekspertów na izolację.
500+ nie jest jednym z narzędzi przemyślanego systemu wsparcia rodzin z dziećmi. Jest zamiast. Zamiast podwyżek płac w sektorze publicznym, zamiast tanich samorządowych żłobków i przedszkoli, zamiast dostępu do lekarza specjalisty, taniego mieszkania, życia bez kredytu, dobrych szkół gwarantujących dalszy awans edukacyjny. Stąd jesteśmy świadkami przeobrażenia, ale nie likwidacji polskiej biedy. Istotnemu ograniczeniu ubóstwa materialnego rodzin z dziećmi, co było konieczne, ale nie takim kosztem i nie w taki sposób – towarzyszy pogłębianie nierówności edukacyjnych. Dziecko kończy 18 lat, traci 500+, jeśli nie mieszka w aglomeracji, nie ma szans na studia, ponieważ w Polsce nie istnieje praktycznie państwowy system stypendialny. Przepustką na dobre uczelnie i kierunki są dobre szkoły średnie, w tym zawodowe. W powiatach polikwidowane, bo się nie opłaca. Burs i internatów nie ma lub brakuje miejsc. Zresztą na naukę poza miejscem zamieszkania nie wystarcza nawet 500+. Zwłaszcza że konstrukcja systemu świadczeń rodzinnych, polegająca na uzależnieniu zasiłków rodzinnych i do teraz świadczenia wychowawczego na pierwsze dziecko od niskiego dochodu, czyni pracę niskopłatną nieopłacalną. Pracownica socjalna, której wynagrodzenie wynosi 1800 zł netto, wypłaca co miesiąc kobiecie będącej w podobnej sytuacji rodzinnej, niepracującej zawodowo, pieniądze większe od łącznego dochodu w swojej rodzinie. Pochodzą ze świadczenia alimentacyjnego, wychowawczego, zasiłków rodzinnych i dodatków, zwolnienia z opłat za pobyt dziecka w bursie, darmowych obiadów w szkole (bo 500+ nie wlicza się do dochodu, od którego zależą pozostałe świadczenia).Taki stan rzeczy deprecjonuje dochody z pracy i narusza ład społeczny. W warunkach najniższego w UE udziału płac w PKB, braku progresji podatkowej i niepodwyższania progów dochodowych z pomocy społecznej (od których zależy np. współpłacenie rodziny za pobyt jej członka w domu pomocy społecznej, za usługi opiekuńcze w domu) transfery socjalne nie przepływają z góry na dół ( od bogatych do biednych) – jak stwierdził jeden z lewicowych publicystów – ale od niezamożnych do niezamożnych, a nawet od biednych do zamożnych. W kraju, w którym 5 mld zł. na pierwsze dziecko rząd kieruje do bogatych rodzin, a dyrektorzy szpitali dramatycznie apelują o leki dla chorych onkologicznie – mamy do czynienia z barbarzyństwem.
Wskaźniki bierności zawodowej Polek w wieku 25 – 54 lata należą do najwyższych w Europie (wyższe są jedynie w Irlandii, Grecji, Rumunii, Włoszech i Malcie). Główną przyczyną niepodejmowania lub rezygnacji z pracy są powody osobiste i rodzinne. Tylko w Irlandii i Malcie większy odsetek kobiet wskazywał na te przyczyny. Deficyt usług opiekuńczych dla dzieci i dorosłych sprawia, że kobiety rezygnują z aktywności zawodowej. Za instytucje wsparcia i opieki odpowiadają samorządy. Ich prowadzenie jest zadaniem własnym gminy i powiatu. Niektóre z nich nie mają pieniędzy, inne uznają, że są zbyt kosztowne i nie należą do priorytetów. Na miejsce w domu pomocy społecznej czeka się 4, a nawet 7 lat. Nie ma ośrodków wsparcia dziennego, promil osób starszych i niepełnosprawnych korzysta z usług opiekuńczych. Barierą jest obowiązek współpłacenia powstający po przekroczeniu dochodu rodziny ustalonego na niskim poziomie, prywatyzacja instytucji opieki i integracji, w którą uciekają samorządy. Brakuje miejsc w samorządowych przedszkolach, publicznych żłobków jak na lekarstwo, nawet w prywatnych za 1000 – 1700 zł. rodzice zapisują dzieci z rocznym wyprzedzeniem, nie wspominając o zróżnicowanych standardach opieki edukacyjnej w tych placówkach. Niektóre gminy w ogóle nie prowadzą samorządowych przedszkoli. W tym stanie rzeczy relatywnie wysokie świadczenie wychowawcze prywatyzuje odpowiedzialność za obowiązki rodzinne podejmowaną przez kobiety. Rząd chwali się, że badania GUS nie odnotowują tendencji do rezygnacji z pracy na skutek 500+. Tymczasem Irena Kotowska z SGH twierdzi, że analiza danych BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności) dr hab. Igi Magdy i jej współpracowników wskazuje na dezaktywizacyjny efekt programu 500 plus. „Także bezpośrednie porównanie zmian wskaźników zatrudnienia kobiet według wieku na podstawie danych BAEL między II kwartałem 2016 r. a II kwartałem 2018 r. prowadzi do konstatacji, iż wskaźniki zatrudnienia kobiet w wieku 25–29 lat, a zwłaszcza w wieku 30–34 lata, są mniejsze. Wzrosły, owszem, ale tylko wskaźniki dla kobiet w wieku 20–24 lata oraz 35–49 lat”(cyt. za: I. Kotowska. Gazeta Prawna 06.01.2019). Przejawem skrajnej nieodpowiedzialności jest polityka społeczna, która z jednej strony zniechęca kobiety do aktywności zawodowej, przerzucając na nie obowiązki opiekuńcze, z drugiej zaś utrzymuje system emerytalny, w którym wysokość świadczenia na starość zależy od indywidualnie zgormadzonego ze składek kapitału. System ten w kraju, który konkuruje niskimi płacami, jest systemem o najmniejszej skali redystrybucji w Europie. Odzwierciedlając wszystkie nierówności na rynku pracy oznacza, zwłaszcza dla kobiet, głodowe emerytury w przyszłości.
Oferta społeczno – gospodarcza zjednoczonej opozycji musi przesunąć się na lewo. Nie chodzi jedynie o trafne rozpoznanie nastrojów społecznych, ale o to, co eksperci z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych w swoim apelu nazwali racjonalną polityką rodzinną (O racjonalną politykę rodzinną. Rodzina formacją niezastąpioną? Warszawa 2017) Polityką, która w swoich rozwiązaniach, instytucjach, świadczeniach, standardach wspiera pracę i egalitarne partnerstwo w rodzinie. Gwarantuje równy i powszechny dostęp do usług wysokiej jakości: wykształcenia, opieki zdrowotnej, pielęgnacyjnej i edukacyjnej, kultury. Przywraca bezpieczeństwo emerytalne i jego funkcję zabezpieczającą utratę dochodów z pracy. Odpowiedzią na socjalną ofertę PiS – u powinna być nowa polityka społeczna obejmująca:
1.Progresywny charakter podatku dochodowego od osób fizycznych. Wprowadzenie wyższej stawki opodatkowania dla podatników uzyskujących wysokie dochody i zmniejszenie opodatkowania najniższych dochodów przy jednoczesnym zwiększeniu kwoty dochodu skutkującego wejściem w kolejny próg podatkowy. W Polsce niezbędne jest przywrócenie systemowi podatkowemu jednej z podstawowych funkcji związanych z łagodzeniem społecznych skutków nierówności dochodowych.
2.Określenie perspektywy obniżenia podatku VAT, który nieproporcjonalnie dotkliwiej obciąża mniej zamożnych przeznaczających dochody wyłącznie na konsumpcję, zwłaszcza w jednoosobowych gospodarstwach emerytów.
3.Wprowadzenie stałego mechanizmu podwyższania wynagrodzeń w sektorze publicznym uwzględniającego wzrost inflacji i minimalny wskaźnik udziału w tempie wzrostu gospodarczego.
Upowszechnienie i wzmocnienie znaczenia ponadzakładowych układów zbiorowych poprzez powierzenie kompetencji w zakresie ich zawierania organizacjom związkowym i organizacjom pracodawców. W sferze usług społecznych przeniesienie roli pracodawcy odpowiednio na właściwego ministra, inny organ lub wójta, burmistrza, prezydenta, starosty, marszałka województwa. Obecnie np. stroną w sporze zbiorowym dla związków w placówce oświatowej jest jej dyrektor niemający żadnego wpływu na wynagrodzenia pracowników, których wysokość określa rząd i organ prowadzący, czyli samorząd odpowiedniego szczebla. Jest to nie tylko absurdalna sytuacja, ale bezzasadne przeniesienie odpowiedzialności. Uporządkowany, stały mechanizm podwyższania płac przeciwdziała również segmentacji rynku pracy ze względu na płeć i niskim emeryturom w przyszłości.
4. Przywrócenie tzw. części socjalnej jako składowej emerytury, stanowiącej procent średniego wynagrodzenia, co de facto oznacza przywrócenie I filarowi ubezpieczeń funkcji redystrybucyjnej. Dla osób otrzymujących niskie wynagrodzenia i co za tym idzie odprowadzających niższe składki taka struktura emerytury oznacza wyższą stopę zastąpienia ( wyższy udział procentowy pierwszej emerytury do ostatniego wynagrodzenia) . Jednocześnie opozycja powinna zdecydowanie przeciwstawić się propozycji premiera Morawieckiego, polegającej na daleko posuniętej komercjalizacji części kapitałowej ubezpieczeń. Wyłączenie z KRUS- u zamożnych przedsiębiorców rolnych.
5. Odstąpienie od forsowania wydłużenia wieku emerytalnego w warunkach skandalicznie niedofinansowanej opieki zdrowotnej. Zresztą w sytuacji uzależnienia wysokości świadczeń od zgromadzonego kapitału moment przejścia na emeryturę jest przeceniany. Natomiast można uzależnić pozostawienie tzw. części socjalnej w emeryturze ( patrz pkt 4) od wydłużonego stażu pracy. Podwyższanie wieku uprawniającego do nabycia emerytury to nie to samo co tworzenie warunków do wydłużenia aktywności zawodowej. Kluczem do niej są: dobra jakość ochrony zdrowia i instytucji opieki, wysokość płac i warunki pracy.
6. Uzależnienie prawa do 500+ od dochodu na osobę w rodzinie ustalonego na poziomie średniego wynagrodzenia netto. Jest nieprawdą, że uzależnienie świadczenia od dochodu wymaga zbudowania aparatu administracyjnego, którego koszt zniweczy korzyści z oszczędności. Samorządy od dziesięcioleci wypłacają w ten sposób zasiłki z pomocy społecznej i świadczenia rodzinne. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze w całości przeznaczyć na opiekę zdrowotną, zwłaszcza niedofinansowane jej segmenty.
7. Objęcie subwencją oświatową żłobków i przedszkoli.
8. Rozliczać samorządy z realizacji obowiązków w zakresie polityki społecznej. Więcej samorządności nie oznacza więcej dowolności. Dlatego należy w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego wypracować standardy wykonywania zadań w sektorze społecznym: np. ile, jakich instytucji opieki, mieszkań socjalnych, warsztatów terapii zajęciowej, usług specjalistycznych i pielęgnacyjnych na jaką grupę mieszkańców; jaki zakres zlecania zadań publicznych podmiotom prywatnym, z jakimi gwarancjami dla korzystających, systemem kontroli, itp. W przypadkach szczególnych, związanych np. z instytucjonalną opieką nad ludźmi starszymi uwzględnić dotację celową dla samorządów realizujących to zadanie.
Kto się z Państwa kandydujących odważy?

Wygrać wybory

Jak wygląda stan przygotowań do wyborów parlamentarnych w miesiąc po wyborach europejskich?

Wygrana reprezentacji Polski w meczu z Izraelem sprzed dwóch tygodni pokazała, że ważne jest nie tylko 90 minut gry na boisku. Wielu komentatorów sportowych jest zdania, że kluczem do wygranej była wprowadzona przez trenera Brzęczka zmiana ustawienia zespołu na grę z dwoma napastnikami: Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem.
W polityce tak łatwo to nie działa. Może dlatego, że „trenerów” jest więcej. W Koalicji Europejskiej było ich pięciu. Jak będzie wyglądało ustawienie opozycyjnej drużyny na wybory parlamentarne? Tego jeszcze nie wiemy. Ale spróbujmy przeanalizować wszystkie „za” i „przeciw” ewentualnych koalicji.

Nieszczęsny D’Hondt

Sceptycy twierdzą, że nieważne jak kto głosuje, najważniejsze kto liczy głosy. To akurat nie dotyczy wyniku niedawnych wyborów europejskich, bo nikt nie kwestionował rzetelności tych wyborów. A w nadchodzących wyborach do Sejmu jednym z kluczowych elementów wpływających na ostateczny wynik będzie sposób liczenia głosów.
Obowiązujący do dzisiaj sposób liczenia głosów metodą D’Hondta wprowadzili do ordynacji wyborczej posłowie i posłanki rządzącego wówczas Sojuszu Lewicy Demokratycznej. „Sądziliśmy, że będziemy rządzili wiecznie” – przyznał w przypływie szczerości szef partii mającej kiedyś 41 proc. poparcia. A system D’Hondta preferuje takie partie w sposób ewidentny. Dlatego dzisiaj ta metoda liczenia głosów sprzyja Prawu i Sprawiedliwości.

2+2=5

Jak bardzo specyficzna jest metoda D’Hondta ilustruje następujący przykład. Niektórzy politycy twierdzą, że przeciwko Prawu i Sprawiedliwości opozycja powinna wystawić dwie koalicje: centro-prawicową (PO, PSL, Nowoczesna) i centro-lewicową (SLD, Wiosna, Zieloni, Razem). Załóżmy na moment, że tak się stanie. I że PiS uzyska tyle, co w wyborach europejskich – 43 procent. Zaś obie koalicje opozycyjne razem będą miały więcej, bo aż 46 procent: 28 proc. prawicowa i 18 proc. lewicowa.
Logika podpowiada, że zwycięzcą wyborów zostanie opozycja, a obie opozycyjne koalicje będą miały większość w Sejmie. Ale nie w systemie liczenia głosów D’Hondta! W przytoczonym przykładzie PiS uzyskałby około 240 mandatów – pozwalających na samodzielne rządy w kolejnej kadencji. Natomiast podzielona na dwa bloki opozycja miałaby w Sejmie tylko nieco powyżej 200 posłów i posłanek. Przytaczam ten argument już na samym początku przedwyborczej analizy, by uzmysłowić Czytelniczkom i Czytelnikom, że o wygranej opozycji nie decydują wyłącznie lepsze lub gorsze programy poszczególnych partii.

Koalicja Polska

Szef Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz po 26 maja ogłosił zakończenie projektu Koalicji Europejskiej. I zapowiedział próbę stworzenia konserwatywnej, prawicowej Koalicji Polskiej z udziałem ludowców. Z punktu widzenia polityków PSL-u taki pomysł ma sens. Nie musieliby więcej wikłać się w takie niewygodne dla nich tematy jak świeckie państwo, aborcja czy LGBT.
Koalicja Polska miałaby być ofertą dla wyborcy centro-prawicowego. „Kto przygarnie osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy?” – pytał przed wyborami europejskimi Ludwik Dorn w artykule Gazety Wyborczej. Bo Platforma Obywatelska – skręcając w lewo – zapomniała o deklaracji Grzegorza Schetyny. „Platforma Obywatelska ogłasza powrót do ostrego konserwatyzmu i koniec rzekomych »lewicowych eksperymentów«„ – mówił szef PO w 2016 roku.
Moim zdaniem, jedną z przyczyn porażki Koalicji Europejskiej było zachowanie się owych „osieroconych wyborców umiarkowanej centroprawicy”. Na PiS nie chcieli głosować. Na koalicję PO z „postkomunistami” – też nie. Zostali w domu. Czy wobec tego zaproponowany przez ludowców pomysł Koalicji Polskiej jest wart kontynuowania? Nie!
Grzegorz Schetyna nie zgodzi się na wejście Platformy Obywatelskiej do Koalicji Polskiej. Doskonale rozumie, że dwa bloki opozycyjne utrudnią pokonanie PiS-u. „Jestem zwolennikiem szerokiej koalicji na wybory parlamentarne” – mówił szef PO w tym tygodniu na antenie TVN24. „Trzeba iść krok po kroku w stronę zbliżania stanowisk i podstawy programowej, a także dobrych list” – dodawał. Trzeba przekonywać ludowców –dodaję ja. Bo Koalicja Polska będąca przystanią dla takich politycznych singli jak choćby Marek Jurek prowadzi donikąd. Niech przewodniczący Kosiniak-Kamysz przestudiuje przypadek Zjednoczonej Lewicy z 2015 roku.

Zjednoczona Lewica

Toczą się rozmowy. To potwierdzają czołowi politycy wszystkich ugrupowań lewicowych: Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg. Co łączy te partie? Niemal pewny jednocyfrowy wynik w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Może powyżej progu wyborczego? A może poniżej? Czy połączywszy siły w jednej koalicji można liczyć na zsumowanie się elektoratów SLD, Wiosny, Razem i parunastu mniejszych lewicowych ugrupowań? Niekoniecznie.
Policzmy. Kandydatki i kandydaci Sojuszu Lewicy Demokratycznej startujący w ramach Koalicji Europejskiej uzyskali w sumie 6 proc. głosów. Koalicja Lewica Razem 1,24 proc. A Wiosna Roberta Biedronia 6,06 proc. Ale na Biedronia istotna część wyborców głosowała tylko dlatego, że głosił hasło „nareszcie zmiana”. Jakaż to zmiana i nowa polityka – w odczuciu jego wyborców – wespół z SLD. Szacuję, że Biedroń startujący w ramach zjednoczonej lewicy może stracić nawet połowę swoich fanów. W sumie koalicja lewicowa mogłaby liczyć na około 10 proc. głosów. Tylko 2 punkty procentowe powyżej 8-procentowego progu dla koalicji wyborczych.
Tak jak w przypadku Koalicji Polskiej, programowo koalicja lewicowa ma sens. Pozwala uniknąć kakofonii –szczególnie w sprawach światopoglądowych. Poza tym, nareszcie cała lewica znalazłaby się na jednej liście. A nie na trzech – jak w wyborach europejskich. Wszystko to prawda. I w to wszystko święcie wierzyli Ci, którzy w 2015 roku parli do stworzenia Zjednoczonej Lewicy. Która miała bez problemu osiągnąć wynik dwucyfrowy. „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” – to moja rada. Na jesieni najważniejszym celem jest powrót lewicy do Sejmu. A najpewniejszą drogą jest start w szerokiej koalicji.

PiS bez amunicji

Siedem punktów procentowych straty do Prawa i Sprawiedliwości to sporo. Ale nie zapominajmy, że Kaczyński znaczną część amunicji już wystrzelał. Beata Szydło – 525 tys. głosów, Jadwiga Wiśniewska – 409 tys. głosów, Patryk Jaki – 258 tys. głosów, Beata Kempa – 209 tys. głosów, Adam Bielan – 207 tys. głosów, Beata Mazurek – 204 tys. głosów, Joachim Brudziński – 185 tys. głosów. Tylko ta siódemka europarlamentarzystów zebrała 2 mln głosów. Ponad dwa razy więcej niż przegrana KE z PiS. A teraz pytanie za dziesięć punktów? Jak nazywają się następcy odchodzących ministrów: Szydło, Jakiego, Brudzińskiego? Czy jeśli wystartują do Sejmu, zbiorą również setki tysięcy głosów?
Na wyczerpaniu jest też amunicja budżetowa. „Uczciwie mówimy, że budżetu nie stać na więcej” – mówił Jarosław Gowin na parę tygodni przed wyborami europejskimi. A słowa wicepremiera potwierdzają dane ministerstwa finansów. W lutym wpływy z VAT-u były o 1,6 mld zł niższe niż przed rokiem, a w marcu o 1 mld zł niższe. Gdy ruszą wypłaty 500+ na pierwsze dziecko, pewnie znowu skoczą do góry. Ale widać, że bez ekstra transferów, zyski z samego uszczelniania VAT-u najwyraźniej osiągnęły swój kres.
Wiem, że Jarosław Kaczyński, jeśli chodzi o kiełbasę wyborczą, nie jest zbyt wybredny. Obawiam się, że „amunicją” najbliższych wyborów będą znowu masturbujące się czterolatki, Żydzi żądający odszkodowań i Niemcy niepłacący reparacji wojennych.

I bez Kukiza

Ugrupowanie Pawła Kukiza miało być kołem ratunkowym dla Jarosława Kaczyńskiego, gdyby jego partia nie uzyskała wystarczającej liczby mandatów do samodzielnego rządzenia. Ale to już raczej nieaktualne. W wyborach europejskich lista KKW Kukiz`15 nie przekroczyła progu wyborczego, uzyskując 3,69 proc. głosów. Niedawny sondaż CBOS dał Kukizowi 4 proc. – również poniżej progu. Reguła partii jednosezonowych potwierdza się. Po Ruchu Palikota i Nowoczesnej również Kukiz`15 kończy swój polityczny żywot.
Być może dotychczasowi parlamentarzyści Kukiz`15 wystartują z list Prawa i Sprawiedliwości. Paweł Kukiz przyznał w „Kawie na ławę” w TVN24, że jest do tego namawiany przez prezesa Kaczyńskiego. Nie przypuszczam jednak, aby politycy i polityczki od Kukiza przyczynili się w wyraźny sposób do poprawy notowań zjednoczonej prawicy. Jego parę procent byłego elektoratu raczej ulegnie rozproszeniu.
Nie zamierzam płakać po Kukizie. Wspominam o nim, bo utrata przez PiS ewentualnego powyborczego koalicjanta to fakt wart odnotowania. I kolejny argument przemawiający za stworzeniem jednego komitetu opozycji.

Razem czy osobno

W sobotę w Sojuszu Lewicy Demokratycznej odbędzie się referendum. Wszyscy członkowie i członkinie partii będą odpowiadali na pytanie, czy SLD w wyborach do Sejmu powinno startować samodzielnie, czy w koalicji ugrupowań prodemokratycznych? Niektórych może zdziwić ogólnikowość pytania o koalicję. Nie ma w nim doprecyzowania o kształt ewentualnej koalicji. Tego, czy ma to być koalicja ugrupowań lewicowych? Czy koalicja podobna do Koalicji Europejskiej, z udziałem Platformy Obywatelskiej.
Niestety, wobec braku ostatecznych rozstrzygnięć przyszłych koalicjantów, trudno pytać w referendum o konkretny kształt koalicji. Na przykład Piotr Zgorzelski z PSL-u zapowiedział, że ludowcy o swoim starcie w wyborach parlamentarnych zadecydują dopiero 6 lipca. Nawiasem mówiąc, pomysł ogólnopartyjnego referendum pojawił się po nieudanym projekcie Zjednoczonej Lewicy. Kiedy to o zawiązaniu koalicji zadecydowały wyłącznie gremia kierownicze partii. W 2016 roku wpisano do statutu, że w każdych kolejnych wyborach o starcie SLD w koalicji z innymi ugrupowaniami powinni decydować wszyscy członkowie i członkinie partii.

Wygrać wybory

„Dobrze oceniam Koalicją Europejską. Jest wystarczająco czasu, żeby zniwelować różnicę między PiS-em i wygrać” – powiedział w ubiegłym tygodniu przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Jackiem Prusinowskim w Radiu Plus. I tego się trzymajmy. Do wyborów pozostało 100 dni z okładem…

Blokada w głowach

Z przykrością zauważam, że liderzy opozycji, głównie z PO i jej satelitów nadal posługują się starą retoryką w atakach na obecną władzę. …Prawo rodem z PRL. …Standardy sowiecko-białoruskie… Stalinowskie zwyczaje, itp. Obrusza to ludzi starszego pokolenia, którzy tamte czasy pamiętają i wiedzą, że rzeczywistość była bardziej skomplikowana. Niepotrzebnie obrażają także Rosjan. Młodzi ludzie nie wiedzą o co politykom klepiącym te slogany chodzi. Obozu rządzącego nie czepiam się, bo to zupełnie inny problem. Jednak liderzy III RP uchodzą (podobno) za ludzi myślących. Skoro myślą to powinni opracować inne, chwytliwe zwischenruchy do polemizowania z władzą. Teraz kiedy PO szuka wsparcia w SLD – i na odwrót – takie powiedzenia po prostu rażą. Ten sam cel niby, ale retoryka zupełnie inna. Ciągłe urąganie czasom PRL drażni tę część starszego pokolenia, która nie głosuje na PiS.
Ciągłe, płytkie i czasami bezmyślne atakowanie tamtych czasów pokazuje, że opozycja nie ma nowych pomysłów i wierzy, że wyświechtane hasła wystarczą, by pokonać PiS. To tak jak ja bym zaczął przypominać nieudolność PO w walce z WAT-owskimi oszustami, dokładał do tego liczne afery i malwersacje władzy i podlewał to sosem przyrządzonym u Sowy. Zarazem podkreślał, że opozycja musi iść razem i pokonać PiS. Taka kakofonia byłaby kuriozalna. Ostatnio Władysław Frasyniuk też pojechał w telewizji standardami sowieckimi. W retoryce liderów III RP nic się nie zmienia. Podejrzewam, że w podejściu do polityki także. Jak się nie zmieni to najbliższe wybory będą przegrane. Bo koalicja mówiąca różnymi językami z góry skazana jest na przegraną. Biedroń już przestał mówić o leśnych dziadkach. Wyciągnął ze swojego „zwycięstwa” wnioski, ale to jest młody gość i nie skażony platformianym myśleniem. Przestał ubliżać SLD Adrian Zandberg. PO z uporem używa starego języka co napawa niepokojem, że niczego nowego w jesiennej kampanii też nie potrafi wymyśleć. Zalecam ewentualnym przyszłym koalicjantom ustalenie jakich terminów używać, a jakich unikać. To będzie jakiś krok w poszukiwaniu wspólnych, wyborczych celów.

Ciągle zabierają

Kiedy potomkowie byłych właścicieli przejęli kamienicę podnieśli czynsz, ale nie drastycznie. Wkrótce jednak sprzedali budynek prywatnej spółce. I zaczęło się. Zalewanie, podpalanie, nękanie, podwyżki. Aż wreszcie weszli do mieszkania państwa S. i wymienili zamki. Bez komornika, bez wyroku. Po prostu postanowili pozbyć się lokatorów. Tu jednak prokuratura dopatrzyła się znamion przestępstwa. Odbył się proces karny i czyścicieli skazano. Sprzedali więc nieruchomość komuś innemu. A ten nowy właściciel już zgodnie z prawem będzie eksmitował starsze małżeństwo, które przyszło do nas po pomoc. Opowieść lokatorów brzmi jak sensacyjny film. Umówiłem ich więc do telewizji, może redaktor Jaworowicz zrobi o nich program.
Tylko czy to coś da? Bohaterowie „Sprawy dla reportera” przychodzą do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, bo sam program nie zawsze „działa cuda”. Można nazwać przekręt, podłość, nadużycie władzy, ale to jeszcze nie znaczy, że sprawiedliwości stanie się zadość. W całym kraju mamy epidemię podejmowanych przez samorząd zmian map geodezyjnych, na których ludzie, właściciele posesji tracą pokaźne części należących do nich działek. Pal sześć kiedy chodzi, jak w przypadku pana Stefana o sto metrów kwadratowych pasa ziemi przy drodze. Gorzej kiedy jak to ma miejsce u pani O. okazuje się, że jej dom nagle stoi na działce sąsiada. Te czary wynikające z nowych pomiarów zgłaszają ludzie z całej Polski. Pan Stefan zgłosił do urzędu chęć postawienia nowego, solidniejszego ogrodzenia. Odpisano mu, że dotychczasowe ogrodzenie stoi na drodze publicznej, ziemi, która do niego nie należy. Te twierdzenia władzy są jednak sprzeczne z tym co widnieje w księgach wieczystych. Tam pan Stefan i pani O. mają to co przed pomiarami. A działka, na której stoją budynki pani O. wciąż do niej należy. (…)
Ludzie boją się tych nowych manipulacji władzy lokalnej przy planach i wyrysach nieruchomości. Bo jeśli dziś ktoś zabierze grunt sąsiadowi, to jutro przyjdzie kolej na mnie. Stąd coraz większa solidarność i chęć pomocy sąsiadom przed bezprawnymi zamachami władzy na własność obywateli.

Racja stanu: wersja „dobrej zmiany”

Jak można zaszkodzić na arenie międzynarodowej Polsce i Polakom? Prezentując ignorancję i tromtadrację jako rację stanu – pisze o zachowaniu Andrzeja Dudy Henryk Szlajfer, ekonomista i politolog, mianowany przez premiera RP Jerzego Buzka ambasadorem ad personam, były ambasador-szef Stałego Przedstawicielstwa RP przy OBWE, MAEA i innych organizacjach międzynarodowych w Wiedniu, w 1968 roku wraz z Adamem Michnikiem relegowany z uczelni za działalność opozycyjną.

Wśród wielu ekspertów w takiej działalności, wyłonionych przez „dobrą zmianę”, znajdujemy również panów Andrzeja Dudę, prezydenta RP, oraz Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego. O działalności drugiego innym razem, wystarczy tylko przypomnieć, że w swoim wystąpieniu na prestiżowym New York University zapewnił publiczność, że w trakcie II wojny światowej Polacy uratowali ok. 300 tys. Żydów. Że ten szacunek, aby zbliżyć się do historycznej rzeczywistości, należy podzielić co najmniej przez 5, to już detal. Reakcja była do przewidzenia: wzruszenie ramion. Zaś kilka dni temu w retorycznym zapale premier zapisał Polaków (tylko tych z PiS-u i PiS popierających) do grona spadkobierców starożytnych Greków (powstrzymujących, w domyśle, jak pod Salaminą, barbarzyńskich Persów, czytaj: nie-PiS).
Prezydent Duda jest zdecydowanie bardziej kreatywnym politykiem, gdy chodzi o kształtowanie na nowo już nie tylko historii Polski, ale również historii porównawczej. Jakiś czas temu błyskotliwie zinterpretował w trakcie wizyty w centrum im. M. Begina w Izraelu historię Powstania w Getcie Warszawskim, nie wymieniając w ogóle nazwy głównego organizatora oporu, tj. ŻOB. Już w Warszawie, 19 kwietni 2018 r., stanął natomiast bez jakichkolwiek problemów czy wahań przed pomnikiem żydowskich powstańców (głównie z ŻOB), na placu ograniczonym z jednej strony ulicą noszącą imię przywódcy ŻOB – Mordechaja Anielewicza. Stał wspólnie z dyrektorem Muzeum Polin, a jakże, którego sekuje jego ideowy i polityczny komiliton – minister kultury. Elastyczność godna podziwu. Natomiast kilka dni temu, w trakcie wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Donaldem Trumpem, w krótkim bryku z historii stosunków polsko-rosyjskich zawarł również i taką myśl tyczącą komparatystki historycznej: wśród wielu przewag Rosji nad Polską brakuje jednej, mianowicie „uważam, że jest w nas więcej męstwa, my po prostu jesteśmy odważniejsi. Potrafimy walczyć do końca, niezależnie od wszystkiego. Pokazaliśmy to w czasie II wojny światowej pod Monte Cassino, pokazaliśmy to w Powstaniu Warszawskim, w wielu innych miejscach na świecie” (cyt. wedle portalu wPolityce.pl).
Co można powiedzieć na takie dictum? Idiotyzm, ignorancja, arogancja? Zapewne mieszanka wszystkich. Notabene, jak na skali odwagi pan Andrzej Duda, prezydent RP, umieściłby Anglików, Amerykanów, Chińczyków, Serbów, Czarnogórców, ale także Niemców i Japończyków? O Żydów nie pytam, aby nie pogłębiać konfuzji. Jak oceniać poziom odwagi polskich asów lotnictwa, Stanisława Skalskiego i Witolda Urbanowicza, z 18-19 zestrzeleniami w porównaniu z sowieckim asem Iwanem Kożedubem (62 zestrzelania), Amerykaninem Richardem I. Bongiem (40), Brytyjczykiem Jamesem Edgarem Johnsonem (38) czy Francuzem Pierre Clostermannem (33)? O niemieckich i japońskich asach już nie wspominam. Podpowiadam: niech pan, panie prezydencie, raczej nie odpowiada na te pytania i nie pogarsza sytuacji.
Natomiast nie ulega wątpliwości, że Rosjanie, a w istocie Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje, które składały się w latach II wojny na sowiecką armię, jedyne, co mogą zrobić, to popukać się, symbolicznie, w czoło. Z uprzejmości amerykańscy dziennikarze, którzy uczestniczyli w konferencji, milczeniem zbyli rewelacje polskiego gościa. Ci, którzy mają jakie takie pojęcie o dziejach Rosji i Polski, a przede wszystkim o II wojnie światowej, nie kupią takiej beznadziejnie głupiej retoryki. O Stalingradzie czy zapiekłej wręcz obronie Leningradu wie każdy, kto dotyka dziejów wielkiej wojny. Zaś Niemcy testowali na własnej skórze poziom „odwagi” sowieckiego sołdata. Nie trzeba kupować nachalnej poststalinowskiej, putinowskiej propagandy na temat II wojny, aby wiedzieć, że to właśnie odwaga i determinacja tych sołdatów i niedoszkolonych młodych oficerów, którzy ostali się po „czystce” z okresu 1937-39, łagodziła katastrofalne skutki stalinowskiej polityki i dowództwa w pierwszej fazie wojny z Niemcami.
Odwaga, czasami szaleńcza, polskich żołnierzy w armiach na Zachodzie i Wschodzie, w AK i innych ugrupowaniach partyzanckich, nie wymaga potwierdzenia za pomocą nadętych, wręcz żenujących porównań.

Czas rozliczania Rządu (część I)

Mamy za sobą kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego i być może zamknięty rozdział rozliczeń z wyników tych wyborów. Teraz trzeba popatrzeć w przyszłość, a ona to wybory do Sejmu i Senatu.

Zanim rozpocznie się kampania nale­ży rozpocząć przygotowania do niej, by była ona już skuteczna (zwycięska). Kampa­nię naszą musimy oprzeć na atrakcyjnej ofercie programowej dla suwerena, ale też powinniśmy merytorycznie odnieść się do realizacji zaproponowanego w poprzedniej kampanii wyborczej programu obecnie rządzącej partii, a poprzez to odsłonić jego „wiarygodność”.
PiS kończy swoją pełną kadencję rządzenia naszym krajem. To najwyższa pora na podsumowanie i rozliczenie Rządu z realizacji obietnic wyborczych. W tym tek­ście skoncentrujemy się na przedstawieniu niezrealizowanych obietnicach wybor­czych lub tych, których rzekoma realizacja jest zwykłym oszustwem. Przedstawianie i omawianie zrealizowanych obietnic nie ma większego sensu, gdyż członkowie Rzą­du powtarzają je wielokrotnie każdego dnia i oczywiście będą o nich mówić także w najbliższej kampanii wyborczej ale z pewnością przemilczą te niezrealizowane i te, z których realizacją PiS ma spore problemy.
W kwestii zrealizowanych obietnic sprostowania wymaga program Rodzina 500+. Faktycznie w pełnym obiecanym, w trakcie wcześniejszej kampanii zakresie będzie ona zrealizowana dopiero od lipca 2019r. Ujmowanie programu 500+ na pierwsze dziecko w kolejnej „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem.
Wracając jednak do rozliczania Rządu z obietnic wyborczych, najbardziej zna­ną z kampanii Prezydenckiej i kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu jest przewalu­towanie kredytów frankowych po kursie z dnia podpisania umowy. Do dzisiaj pro­blem ten nie został rozwiązany. Politycy PiS-u brak propozycji rozwiązania tego pro­blemu tłumaczą swoją odpowiedzialnością za stabilność naszego systemu bankowe­go. Rodzi się więc pytanie, czy w trakcie kampanii wyborczej politycy ci o tym nie wiedzieli? Oczywiście, że wiedzieli bo w swoich szeregach mają przecież wielu eko­nomistów z tytułami profesorskimi, ale na potrzeby kampanii najnormalniej w świe­cie „mijali się z prawdą”. To właśnie ten jeden z przykładów na „wiarygodność” PiS-u, którą politycy tej partii próbują nam wmówić.
Kolejną obietnicą wyborczą przyszłej Premier Beaty Szydło, która miała być zrealizowana jako jedna z pierwszych, to podwyższenie rocznej kwoty wolnej od po­datku dla osób fizycznych do 8.000zł. Oferta ta praktycznie nie została zrealizowana. Rząd w tej kwestii wykonał ruchy pozorujące, zaproponował rozwiązania niewiele zmieniające w dotychczasowych warunkach. Zwiększenie kwoty wolnej od podatku nastąpiło jedynie dla osób o bardzo niskich rocznych dochodach nie przekracza-jących 8000zł (miesięczne wynagrodzenie około 667zł brutto). Aby zobrazować ten PiS-wski żart wystarczy powiedzieć, że przy najniższym wynagrodzeniu brutto, (rocznym dochodzie brutto 27.600zł) pracownik nie może skorzystać ze zwiększonej kwoty wolnej od podatku. Kochani Rodacy, PiS nie tylko nie podniósł kwoty wolnej od podatku to na domiar złego przez okres czterech lat nie przeprowadził jej rewaloryzacji, podobnie jak w tym czasie nie zrewaloryzował progów podatkowych. W efekcie tych działań, w czasie tej kadencji PiS pozbawił każdego pracującego obywatela i emeryta kilku tysięcy złotych. Ogłaszając propozycję 13-tej emerytury „władza” raczyła zwrócić emerytom tylko niewielką część zagarniętych wynagrodzeń tym samym 13-tą emeryturą, PiS częściowo zrealizował obietnicę zwiększenia kwoty wolnej od podatku wobec emerytów. W zaistniałej sytuacji wrzucanie 13-tej emerytury w nową „5 Kaczyńskiego” jest zwykłym oszustwem, bo jest to przecież częściowa realizacja wcześniejszej niezrealizowanej przez Rząd obietnicy dotyczącej zwiększenia kwoty wolnej od podatku od osób fizycznych. Politycy PiS-u są bardzo zdyscyplinowani i natrętnie powtarzają przekazy dnia, jakże często składające się z półprawd czy nawet kłamstw, w które jak się okazuje suweren jest w stanie uwierzyć, gdyż opozycja, zwłaszcza ta parlamentarna, mająca dostęp do mediów jest nieskuteczna w prostowywaniu tych nieprawdziwych informacji. Cza-sem odnosi się wrażenie, że ona też uwierzyła w wiarygodność PiS-u.
Szczególnym oszustwem wobec suwerena są darmowe leki dla Seniora 75+. Zasady oraz wykaz leków objętych tą ofertą sprawiają, że zamiast darmowych leków seniorzy oszczędzają przy wydatkach miesięcznych rzędu 100-200zł zaledwie kilka lub kilkanaście złotych. W tej sytuacji trudno mówić o darmowych lekach dla senio­rów. PiS dobrze wie jakie są realia tego programu, że faktycznie to fikcja a mimo to stara się wmówić to kłamstwo pozostałym rodakom, których oferta ta nie dotyczy. O tym, że taka jest rzeczywistość świadczą roczne środki przewidziane na obsługę tego programu. Według danych Ministra Zdrowia na program ten w 2018r przeznaczono 693,3mln zł, za które obsłużono 21mln recept sygnowanych symbolem „S”. Minister­stwo Zdrowia nie podaje informacji na jakim poziomie środki z tego programu zosta­ły wykorzystane. W poprzednim roku Ministerstwo chwaliło się znacznymi oszczęd­nościami w tym programie. Ale przyjmując, że środki te zostały wykorzystane w ca­łości i obsłużyły 21 mln recept to dofinansowanie było na poziomie 33zł. Czy w kon­tekście tych danych jest się uczciwym i wiarygodnym powtarzając, że zrealizowano obietnicę darmowych leków dla seniorów? Ocenę pozostawiamy suwerenowi. Szcze­gólnie przykra jest to sprawa, bo ta nieuczciwość dotyczy osób starszych bardzo schorowanych, dla których wykupienie leków to często kwestia przeżycia.
Bardzo dużo mówiono także o programie mieszkanie +. Jak wygląda realizacja tego programu? Propaganda PiS-u powtarza, że program jest realizowany. Chcąc po-kazać Polkom i Polakom jak skutecznie ruszył ten program podpinano do niego już realizowane obiekty lub te, które były przygotowane do realizacji. Przekładem mogły być mieszkania w Białej Podlaskiej. Okazało się również, że zapowiadane koszty użytkowania lokali były znacznie wyższe niż zapowiadano w kampanii. Aby lokato­rzy nie podnosili krzyku proponowano im dopłaty do czynszu, za które płacić będą wszyscy rodacy. A może czas najwyższy by wyjmowane z czapki propozycje, bo ta­kie nakrycie ma Prezes, miały poparcie w analizach ekonomicznych, które pozwoli­łyby na właściwe dopracowanie oferty programowej.
Warto by Zarząd tej partii zrozumiał, że Prezes PiS-u to zwykły śmiertelnik a nie „Jarosław Wszechmogący” i warto jego pomysły obudować analizami ekono­micznymi i finansowymi. Władze partii powinny wiedzieć, że przyjmując władzę w Polsce przyjmują również odpowiedzialność za nasz kraj i to nie tylko tą krótkoter­minową (kadencyjną) ale także za jej pomyślność w przyszłości.
Przedstawiliśmy tylko część obietnic wyborczych PiS-u niezrealizowanych lub których „realizacja” daleka jest od złożonych obietnic z kampanii wyborczej, które tylko potwierdzają jak daleko od bycia wiarygodnymi są politycy tej partii.
Kolejne oferty z kampanii, z których realizacją Rządzący mają problemy zosta­ną przedstawione w następnym komentarzu.
Na zakończenie warto zapytać Grzegorza Schetynę, co robi Gabinet Cieni, by obnażać te kłamstwa i półprawdy Rządzących? Czy to lenistwo jego członków, czy też w tej kwestii PiS ma rację mówiąc o gabinecie cieniasów? Najwyższa pora by ga­binet ten rozpoczął intensywne działania dekonspirujące rzeczywiste „sukcesy” tego rządu. Efekty tych prac powinny być konsekwentnie, z dużą systematycznością prze­kazywane rodakom. Na razie politycy PiS-u bez przeszkód próbują wmówić Polkom i Polakom swoją wiarygodność, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.