Ta zniewaga

11 listopada, w poniedziałek, nie poszedłem na żaden marsz ani pochód, tylko do lasu. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, napotkałem na swojej drodze dość pokaźne grono współmyślących ze mną rodaków.

Szedłem sobie i rozmyślałem o obrazku, który zobaczyłem w telewizji na godzinę przed wyjściem z domu na spacer: minister obrony, w otoczeniu gromadki dzieci, śpiewa „Pierwszą Brygadę”. Dzieci są poprzebierane w mini-mundury wojskowe z epoki: szare, piłsudczykowskie porcięta i marynarki, furażerki. Część ma na sobie szlify generalskie i salutuje w rogatywkach. Jeszcze inne poprzyodziewały berety i khaki, a na ramieniu połyskuje im biało-czerwona opaska, jak u Małego Powstańca. Żadne z dzieci nie ma więcej niż 10 lat. Minister w środku, dzieci wokół ministra. I śpiewają: po „Brygadzie”, „Wojenko, wojenko”, „O mój rozmarynie” i inne szlagworty z pola boju. Wyobraźcie sobie Państwo, że na taką, lub podobną, inscenizację, trafia ktoś zupełnie przypadkowy, z kraju Europy Zachodniej albo z Ameryki. I co sobie taki ktoś może pomyśleć? No, wypisz wymaluj, kompletne świry! Przebierają dzieci za małych żołnierzy, jak w jakimś afrykańskim państwie u progu wojny domowej. Dają im do rąk atrapy karabinów i uczą idiotycznych przyśpiewek, w których wojna jawi się jako coś zajebiście wesołego i fajnego, gdzie każdy mężczyzna (i tylko mężczyzna) może się bez reszty spełnić. A kobiety? Mogą robić za sanitariuszki Małgorzatki, albo zostać w domu i rodzić dzieci, bo do tego wszak są powołane przez dzieło boskie. Najlepiej, jak zaczną rodzić jak najwcześniej, bo jak kobieta urodzi pierwsze dziecko w wieku 30 lat, to ile ich jeszcze będzie mogła urodzić? To nie moje są słowa, to też nie legenda ludowa, ale tekst, który łaskaw był z siebie wypuścić poseł Przemysław Czarnek, do niedawna wojewoda lubelski. Poseł PiS, ma się rozumieć. Wcześniej pan wojewoda dawał medale za walkę z ideologią, jaką, chyba nie muszę pisać. Pozywał naukowca z Towarzystwa Ukraińskiego z Lublina, za to, że ten powiedział gorzką prawdę o mordzie AK w Sahryniu na ukraińskich cywilach. Zdaniem posła Czarnka to znieważało naród polski, ale prokuratura nie dopatrzyła się znieważenia, i postępowanie umorzyła. Teraz poseł Czarnek pozywa kolejnego akademika. Padło na dra Tomasza Kitlińskiego z UMCS. Dr Kitliński zaprotestował przeciwko nagrodzeniu jeszcze wówczas wojewody, a już posła-elekta, okolicznościowym medalem uczelnianym, za zasługi na rzecz rozwoju placówki. Nominował Przemysława Czarnka do medalu, po uważaniu, sam rektor, prof. Michałowski. Oprócz wojewody podobne medale dostał prezydent miasta i marszałek z Sejmiku. Kitliński zaprotestował przeciwko wyróżniania Czarnka. m.in. dlatego, że uważa, podobnie jak i ja, paru otwartych krytyków byłego wojewody pracujących na uczelni lubelskiej i wypowiadających się pod nazwiskiem, oraz znacznie większa rzesza krytyków, która boi się jawnie stanąć po stronie Kitlińskiego w obawie przed utratą pracy, że nie godzi się, aby honorować medalem przyjaciela UMCS człowieka, którego poglądy na rolę kobiet są wyjęte jak z powieści Mniszkówny, który mniejszości seksualne i sposób uprawiania przezeń seksu, nazywa, powołując się przy tym na św. Pawła, zboczeniami. Którego cała postawa oraz wyrażany światopogląd stoi w sprzeczności z tym, co leży u fundamentu każdej, wielkiej uczelni: poszanowania dla inności, umiłowania nauki, poszukiwania prawdy w dowodzie i wiedzy, a nie w gusłach i zabobonach.

Rektor uczelni ma inne zdanie niż Tomasz Kitliński; twierdzi, że poglądy Czarnka nic tu nie wnoszą. Wniósł za to sam pan wojewoda-spory wkład osobowy, a co za tym idzie, materialny, przy budowie nowego kampusu uczelnianego i za to należy się medal. To tak, jakby dzwon z sercem dla starego, farnego kościoła, ufundował zdeklarowany ateista. I uczynił to tylko dlatego, że bardzo lubi, przy niedzieli, przyjść do dzwonnicy i pociągnąć sobie za sznurki. A pleban ochoczo by na to przystał, bo czy dzwoni ateista, lucyferianin czy kwakr, niewiele to zmienia w procesie dzwonienia. Złośliwi powiadają, że pieniędzy na kampus wojewoda specjalnie „wyklamkował” w rządzie czy w ministerstwie, jeno wypełnił swoje ustawowe zadanie, za które brał przecież pensję z naszych podatków, ale kto by ich tam słuchał. Będę bacznie śledził proces Czarnek versus Kitliński, ponieważ ex-wojewoda pozwał wykładowcę nie za pomówienie, a za znieważenia urzędu. Wiele razy w życiu sam znieważałem urzędy, więc jestem tym rozstrzygnięciem żywo zainteresowany…

Rozmodlony Szczecin

W Szczecinie dzieją się niesamowite rzeczy, które są odbiciem tego, co dzieje się w całym kraju. Kościół + Państwo = Mafia.

W stolicy woj. zachodniopomorskiego tylko 24 proc. ludzi chodzi co niedzielę na katolicką mszę świętą, a mimo to władza hojnym gestem ciągle rozdaje ziemię Kościołowi na kolejne świątynie, które świecą pustkami i wcale nie są potrzebne. Ostatnio decyzją władz miejskich dano Kościołowi bez żadnego przetargu, za 0,3 proc. wartości (!), olbrzymią działkę na kolejny przybytek. Kościół jest w posiadaniu pieniędzy niewyobrażalnych dla przeciętnego obywatela i mógłby sobie tę działkę kupić, ale po prostu ją dostaje, dlaczego? Za walkę z tęczową zarazą?
Mieszkańcy pisali petycję, protestowali i protestują dalej…

Ale władze są na to głuche. Nie ma placów zabaw, nie ma domów kultury, nie ma boisk, ale za to na malutkim fragmencie ziemi jest szansa na największe zagęszczenie kościołów w całej Polsce.
Hierarchowie zdają się nie rozumieć, że kościoły nie mają właściwości automatycznego promieniowania. W okolicy nie wzrośnie wiara katolicka, choćby księża upchali po 30 obiektów sakralnych w dzielnicy.

Ciekawe rzeczy dzieją się też w lokalnej służbie zdrowia. W szpitalu wojewódzkim upycha się oddziały rehabilitacyjne i rehabilitację dzienną do coraz mniejszych pomieszczeń, a jednocześnie na gruntach przekazanych Kościołowi za 0, 1 proc. wartości katolicka instytucja robi sobie własny szpital rehabilitacyjny, gdzie w każdej sali wiszą oczywiście krzyże. A do tego zbija się tam jeszcze majątek świadcząc PŁATNE usługi medyczne, co jest po prostu absolutnie amoralne biorąc pod uwagę fakt, jak wiele miasto dopłaciło do tej „chrześcijańskiej” inwestycji.

I tak to się kręci. Kościół to firma, której wszyscy boją się sprzeciwić. A zamiast religii chodzi już głównie o handelek…

PiS nie ratuje PKS-ów

Przy całkowitej bierności rządu upada jeden z największych państwowych przewoźników autobusowych. PKS Częstochowa sprzedał właśnie swój dworzec, co będzie oznaczać w niedalekiej przyszłości zakończenie działalności.

O tym, że przewoźnik przeżywa problemy mówiło się już od dwóch lat. Najpierw PKS potrzebował wsparcia finansowego gmin, do których zapewniał połączenia. Szefostwo zakomunikowało samorządowcom, że kursy zostaną zlikwidowane, jeśli nie zapewnią dopływu gotówki. W tym roku sytuacja uległa pogorszeniu. Zaczęto likwidować połączenia, a autobusy przyjeżdżały z opóźnieniem. Firma przyznała, że 10 września nie zrealizowała aż 14 zaplanowanych kursów.

W tej sytuacji, przy braku reakcji rządu, PKS zdecydował się na dramatyczny krok – wystawienie na licytację siedziby i dworca autobusowego. Początkowo za tę drugą nieruchomość firma oczekiwała 18 mln zł, jednak z uwagi na to, że obiekt jest obciążony niespłaconą hipoteką na kwotę 500 tys. złotych, nie znalazł się chętny i cena spadła do 12,5 mln zł. Za taką kwotę obiekt został kupiony przez państwową spółkę PKP S.A.

Ta jednak nie zamierza wesprzeć transportu zbiorowego, lecz przymierza się do zainwestowania w nieruchomości. Teren przy Alei Wolności to bowiem ścisłe centrum Częstochowy, a za sprzedaż lokali w takim miejscu można otrzymać pokaźne kwoty.

PKS Częstochowa nie zniknie od razu. Przez najbliższe miesiące będzie wynajmował dworzec od nowego właściciela. Potem jednak czeka go nieuchronna śmierć. Chyba, że z pomocą przyjdzie rząd, jednak na to się nie zanosi.

Szpitale nie obchodzą posłów

Posłowie Prawa i Sprawiedliwości podczas pierwszego posiedzenia Sejmu nie mieli ochoty słuchać o sprawach dla nich przykrych.

Kiedy na mównicy pojawiła się posłanka KO Katarzyna Skowrońska aby zreferować temat zamykanych szpitali powiatowych, deputowani PiS gremialnie opuścili salę obrad. Nie zawiodła natomiast Lewica.

Trwa dramat pacjentów w mniejszych miastach. Zamykane są kolejne placówki. Zamykane były oddziały w szpitalach w Wodzisławiu Śląskim, Opolu, Bielsko-Białej, Sanoku, Zakopanem, Cieszynie, Mrągowie czy Głubczycach. W niebezpieczeństwie znaleźli się najmłodsi mieszkańcy Barlinka – oddział dziecięcy został zawieszony do końca roku. Powodem są niedobory kadrowe. Lista deficytowych profesji jest długa: chirurdzy, interniści, anestezjolodzy czy pediatrzy.

Wczoraj, tuż po tym jak deputowani wybrali składy osobowe komisji stałych i sekretarzy Sejmu, głos zabrała posłanka Koalicji Obywatelskiej, Katarzyna Skowrońska, omawiając problem degrengolady służby zdrowia na przykładzie szpitali. Posłów PiS jej przemówienie nie interesowało, niemal wszyscy zrobili sobie czas wolny, ignorując zupełnie referat na temat zjawiska, do którego walnie przyczyniły się rządy ich ugrupowania.

Na sali pozostali natomiast członkowie i członkinie klubu Lewicy. Nowa przewodnicząca sejmowej komisji polityki społecznej, Magdalena Biejat podkreśliła, że to „z szacunku dla koleżanki, dla wyborców, do własnej pracy”.

– Wczoraj wszyscy, od prawa do lewa, zarzekali się, że ten Sejm będzie inny. Że będą pracować sumiennie i konstruktywnie. Mam nadzieję, że ta scena to dowód na to, że stare nawyki trudno jest wykorzenić, a nie na to, że wczorajsze obietnice kompletnie nic nie znaczyły – zaznaczyła posłanka Lewicy.

Macierewicz w szczytowej formie

Wyznaczenie przez prezydenta Dudę (choć zapewne stał za tym prezes PiS) Antoniego Macierewicza na Marszałka-Seniora Sejmu IX kadencji było sprytnym, a nawet nieco przewrotnym zabiegiem.

PAD, który de facto już prowadzi swą kampanię wyborczą, potrzebuje do zwycięstwa poparcia szerszego elektoratu aniżeli tylko prawicowy. Stąd na tle takiego polityka,jak były szef MON-radykalnego w swych poglądach, zwolennika szeregu teorii spiskowych itd. Andrzej Duda zaprezentował się w Sejmie jako „baranek” i zwolennik zasypywania głębokich podziałów politycznych. Niejeden mógł zapomnieć,iż firmował on ustawy jawnie naruszające Konstytucję RP, zwłaszcza dotyczące tzw. reformowania wymiaru sprawiedliwości. Naruszały one także standardy Rady Europy i Unii Europejskiej,co wkrótce ma potwierdzić luksemburski Trybunał Sprawiedliwości.

Macierewicz natomiast mnie NIE zawiódł.

Krótki wątek osobisty. Poznałem go przed wielu laty na seminariach dotyczących Ameryki Łacińskiej w Instytucie Historii PAN (na warszawskim Rynku Starego Miasta),na seminariach wybitnego historyka prof. Tadeusza Łepkowskiego (ojca znanej scenarzystki telewizyjnej). Pan Antoni, który miał już za sobą piękną kartę działalności w KOR-ze, zajmował się głównie Indianami z regionu andyjskiego ,zwłaszcza Keczua (stąd uczył się też ich języka). Nie znam szczegółów,ale bodaj uniemożliwiono mu otwarcie przewodu doktorskiego i (chyba) wyjazd na stypendium zagraniczne, co nie było oczywiście właściwie.

Po latach spotkaliśmy się w I kadencji demokratycznie wybranego Sejmu (1991-93), gdzie jako minister spraw wewnętrznych realizował kontrowersyjną i przygotowaną na łapu capu (m.in. z pomocą Janusza Korwina-Mikke) pierwszą uchwałę ws. tzw. dekomunizacji. Jej ofiarą stali się m.in. Lech Wałęsa i szef ówczesnej formacji Macierewicza (Akcji Katolickiej) ówczesny Marszałek Wiesław Chrzanowski.

Jako Marszałek-Senior Sejmu wytoczył najcięższe armaty.

Nie zachował się tak godnie, jak np. pełniący tę samą funkcję przed laty Aleksander Małachowski (broniący m.in. Józefa Oleksego niesłusznie pomawianego o szpiegostwo), czy przed czterema laty Kornel Morawiecki, były szef Solidarności Walczącej – spokojnie przedstawiający swe wątpliwości prawne. Macierewicz, który nie powitał ani jedynego dwukadencyjnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ani Rzecznika Praw Obywatelskich walił niemal na ślepo.

Zaatakował nade wszystko formułę Okrągłego Stołu, obrady którego (luty-kwiecień 1989r.),toczone między władzą i opozycją,przy udziale obserwatorów ze strony Kościoła, były ewenementem w skali nie tylko europejskiej oraz wkrótce potem (czerwiec tegoż roku) doprowadziły do częściowo wolnych wyborów. W mniemaniu byłego szefa MON (który nota bene rozwalił wojskowe służby specjalne,nie potrafił porządnie zreformować polskiej armii i tworzył kolejne kuriozalne spiskowe teorie zamachowe mające wyjaśnić katastrofę smoleńską) w Polsce nadal działa aktywnie agentura (sowiecka?) w administracji państwowej i w innych strukturach.

Główne zadanie Sejmu miałoby polegać na „zerwaniu z dziedzictwem komunistycznym”, na walce z gender i neomarksizmem?!

Szczególnie haniebne były słowa Macierewicza odnoszące się do gen. Jaruzelskiego i Wojska Polskiego. Ogłoszenie stanu wojennego (w ówcześnie obowiązującej konstytucji nie istniała kategoria „stan wyjątkowy”) było bowiem „mniejszym złem” – to pojęcie ukuł 500 lat temu Niccolo Machiavelli – niż np. dramatyczne skutki wkroczenia do naszego kraju jednostek Układu Warszawskiego. Wojsko Polskie przecież by wtedy walczyło (inaczej aniżeli było to na Węgrzech czy w Czechosłowacji), zaś liczba ofiar byłaby ogromna. Jaruzelski wziął na siebie wielką odpowiedzialność, przy czym szereg razy przepraszał za tę decyzję.Określanie zaś polskiej armii z tamtego czasu jako części radzieckich sił okupacyjnych,a jej dowódców jako „grupy przestępczej” nie zasługuje nawet na polemikę.

Antoni Macierewicz powoływał się też na Konstytucję RP, choć PiS wielokrotnie ją łamał i jeszcze częściej falandyzował.

Przywoływał m.in. jej art. 18,popełniając przy tym dość często spotykany błąd. Otóż, na co wiele razy zwracała uwagę prof. Łętowska, zawarte w nim sformułowanie, iż „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej” to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze.
Przesadne są opinie, iż poseł Macierewicz swym wystąpieniem obniżył szanse obecnego prezydenta na reelekcję. Raz jeszcze widać tylko,iż ten polityk przez pół wieku działalności publicznej nie zmienił ani na jotę swych skrajnie prawicowych, często kuriozalnych, poglądów.

Kamienicznik-oszust skazany

Poznański sąd skazał kamienicznika Josefa L. na 8 miesięcy więzienia i 20 tys. grzywny za oszustwo. Aby zmusić lokatorki do wyprowadzki, mężczyzna uniemożliwił swobodne poruszanie się po klatce schodowej, odciął wodę i gaz oraz próbował im wmówić, że kamienica jest przeznaczona do rozbiórki.

Lokatorka, która razem z córką złożyła w sprawie prywatny akt oskarżenia, nie dożyła wyroku, jaki zapadł w środę. Stefania Chlebowska zmarła w czerwcu w wieku 101 lat. W kwietniu zdążyła jeszcze złożyć w sprawie zeznania. Opowiadała, jak kamienicznik Josef L. wymuszał na niej opuszczenie domu, w którym mieszkała od 1959 r., niewielkiej kamienicy na poznańskim Starym Mieście. Mówiła o pozorowanym „remoncie”: wykopach, wierceniu, wymontowywaniu drzwi z mieszkań, które już stały puste. Wreszcie o tym, jak na klatce schodowej pojawiły się drewniane bale, rzekomo do podtrzymywania stropu. Odległość między nimi wynosiła zaledwie 40 cm i starsza, nie w pełni sprawna fizycznie osoba nie miała szans swobodnie między nimi przechodzić. Gdy kobieta doznała ataku duszności i musiało przyjechać do niej pogotowie, ratownicy musieli przenosić ją do karetki na specjalnych saniach przez poręcz schodów. Po powrocie ze szpitala Stefania Chlebowska przekonała się, że w budynku odcięto wodę i gaz.

Kobieta oraz jej córka Hanna otrzymały również pismo, z którego wynikało, że muszą opuścić kamienicę, bo został wydany nakaz jej rozbiórki. Sprawdziły w nadzorze budowlanym i przekonały się, że to nieprawda. Dopiero wtedy pojawiła się szansa na zainteresowanie sądu działalnością Josefa L: prywatny akt oskarżenia o oszustwo.

Wcześniejsze próby zainteresowania policji i prokuratury postępowaniem kamienicznika nic nie dały. Czynności śledczych były umarzane lub nie podejmowano ich wcale.

Mężczyzna nie przyznawał się do winy i twierdził, że wysłał pismo w najlepszych intencjach – z troski o lokatorki! Dlaczego zaś niezgodnie z prawdą sugerował, że nadzór budowlany nakazuje rozebrać budynek? Tłumaczył się… niedostateczną znajomością gramatyki języka polskiego (urodził się na Ukrainie, deklaruje narodowość szwajcarską).

Sąd Rejonowy w Poznaniu nie dał wiary tym wyjaśnieniom. W środę Josefowi L. wymierzono karę 8 miesięcy bezwzględnego więzienia i 20 tys. zł grzywny za oszustwo, a sędzia Renata Żurowska stwierdziła w uzasadnieniu, że nie ma wątpliwości, iż całokształt działań mężczyzny zmierzał do jak najszybszego opróżnienia kamienicy z lokatorów. Kamienicznik zamierzał na miejscu budynku mieszkalnego wznieść nowoczesny obiekt z przestrzenią biurową, czym chwalił się w lokalnych mediach. W momencie, gdy wysyłał Stefanii i Hannie Chlebowskim pismo o rzekomej rychłej rozbiórce, na parterze kamienicy normalnie działały sklepy – ich nie starał się zlikwidować. Prawdziwy wniosek do nadzoru budowlanego mężczyzna złożył dużo później.

– W ocenie sądu, on doskonale sobie zdawał sprawę, że stan kamienicy w momencie jak ją zastał nie uzasadniał natychmiastowego wysiedlenia lokatorów, a podejmował działania, aby ten stan pogorszyć – mówiła sędzia Żurowska o Josefie L.

Jego działania nazwała „brutalnymi i bezprawnymi”, podkreśliła, że „prawo własności nie ma bezwzględnego charakteru” – właściciel nieruchomości musi respektować prawa lokatorów.
Josef L. nie stawił się w sądzie. Obecnie przebywa poza granicami Polski.

Z satysfakcją wyrok przyjęli bliscy zmarłej Stefanii Chlebowskiej. – Oskarżony organizował zło przeciwko innym ludziom. Działał z premedytacją przeciwko 93-letniej wówczas kobiecie [fałszywe pismo wysłał w 2011 r. – przyp. MKF]. Mam nadzieję, że ten wyrok będzie ostrzeżeniem dla innych „czyścicieli” kamienic. Na ich moralność nie ma co liczyć. Dla nich liczy się jednak rachunek ekonomiczny. Mogą zrozumieć, że to się nie opłaca – powiedział poznańskiej Gazecie Wyborczej zięć kobiety Stefan Rusek.

Dlaczego zgaśnie Nowa Huta

ArcelorMittal wygasza wielki piec w Nowej Hucie. Może na dziewięć miesięcy, może na rok, związkowcy obawiają się, że raczej na zawsze. Dopóki na horyzoncie majaczyło widmo wyborów, politycy stawali na głowie, by przekonać hutników, że chcą ratować ich miejsca pracy. Ale teraz jest już po wyborach.

We wtorek 12 listopada zwołano tzw. masówkę pracowników wielkiego pieca i stalowni w Nowej Hucie. Ogłoszono, że krakowski wielki piec zostanie wygaszony w nocy z 22 na 23 listopada. Według prezesa spółki ArcelorMittal Geerta Verbeecka produkcja przestała się opłacać.

– Poinformowano nas, że na globalnym rynku i tak ma miejsce nadprodukcja stali, a całą Unię Europejską czeka dodatkowo spowolnienie gospodarcze. Była mowa o wskaźnikach optymizmu gospodarczego, które są na najniższym poziomie od 2009 r. Do tego wojna handlowa z Chinami – opowiada Kacper Pluta, pracownik krakowskiej huty i aktywista Alternatywy Socjalistycznej.
Oficjalny komunikat spółki precyzuje: – Globalne hutnictwo boryka się z ogromną nadwyżką mocy produkcyjnych – obecnie wynosi ona ponad 400 mln ton. Według Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Stali (Eurofer) popyt na stal w Europie spadnie w tym roku o 3.1 proc. Wcześniejsze prognozy wskazywały jedynie na spadek rzędu 0.4 proc.

Dla około ośmiuset pracowników zatrudnianych bezpośrednio przez ArcelorMittal Polska i dalszych kilkuset, którzy mają podpisane umowy z firmą zewnętrzną i zajmują się remontem maszyn czy sprzątaniem, to wiadomości dramatyczne. Nie pierwsze: załoga co najmniej od maja żyje w niepewności, co dalej z zakładem. Między złymi nowinami i tymi, które dają nadzieję.

Nierentowni

W maju 2019 r. zarzd ArcelorMittal Polska oznajmił, że wielki piec w Nowej Hucie stał się nierentowny i zostanie we wrześniu wygaszony, co najmniej na kilka miesięcy. – Decyzja [o wygaszeniu] poprzedzona została szczegółową analizą rynku, która potwierdziła osłabienie popytu na stal. Jest ona także podyktowana rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 oraz wysokim poziomem importu z krajów spoza Unii Europejskiej, a także bardzo wysokimi kosztami produkcji – ogłasza spółka. – Ceny uprawnień do emisji CO2 już przekroczyły 25 euro za tonę, co stanowi wzrost o ok. 230 proc. względem początku 2018 roku.

Związki zawodowe protestują, twierdzą, zarząd podjął decyzję bez żadnych konsultacji. Szykują protesty. Bez większego problemu udaje się też zainteresować sprawą polityków. Jest w końcu rok wyborczy, PiS chce konsekwentnie pokazywać się jako obrońca zwykłych ludzi, a PO, chcąc nie chcąc, musi próbować rywalizować z rządem na tym polu. – Związkowcy z krakowskiej huty rozmawiali z politykami różnych opcji o tym, by ratować zakład. Ludzie z różnych opcji, PiS i Platformy, zapewniali, że wielki piec nie zgaśnie, przyklejali się do pracowników, składali piękne obietnice – wspomina Kacper Pluta.

Jedną z obiecujących – choć ostrożnie, jakby wiedziała, jak cała sprawa się skończy – jest minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz. Opowiada mediom: na spotkaniach z koncernem przypomnę, ile ArcelorMittal zyskał na zakupie hut w Polsce (dziś w rękach koncernu jest 70 proc. polskiego hutnictwa). Przyznaje jednak, że tematem rozmów będzie również zaawansowanie prac legislacyjnych nad ustawą o rekompensatach dla przemysłu energochłonnego.

Gołym okiem widać, że to ten argument będzie bardziej przekonujący dla władz hutniczego giganta.

Związki chcą walczyć

Pod koniec lipca związkowcy demonstrują pod siedzibą firmy w Dąbrowie Górniczej. Ostrzegają, że wygaszenie wielkiego pieca w Krakowie to najprawdopodobniej dopiero początek, że zagrożone są też pozostałe działające jeszcze w Polsce huty: sosnowiecka, świętochłowicka, chorzowska, dąbrowska. Spotykają się z prezesem. A następnie odtrąbiają sukces.

„Ulegając presji związków zawodowych wspieranych przez ogólnopolską centralę, zarząd spółki podjął decyzję o bezterminowym wstrzymaniu planów wyłączenia wielkiego pieca” – to część komunikatu opublikowanego na stronie OPZZ. Przewodniczący NSZZ Pracowników ArcelorMittal S.A. Krzysztof Wójcik przekonuje, że to przywiezienie ponad tysiąca demonstrantów do Dąbrowy Górniczej zrobiło na Geercie Verbeecku wrażenie. Załoga po cichu komentuje, że związki przeceniają swoje znaczenie: koncern zgodził się ustąpić raczej ze względu na ustawę o rekompensatach, której, wyliczają pracownicy, będzie największym beneficjentem.

Ustawa skrojona pod huty

Regulacje wchodzą w życie 29 sierpnia. Prawo do rekompensat za zawarte w cenie energii koszty nabycia uprawnień do emisji CO2 otrzymuje na ich podstawie około 300 przedsiębiorstw z branż energochłonnych; obok hutnictwa chodzi m.in. o przemysł chemiczny i papierniczy. – Chcemy zmniejszyć ryzyko wyprowadzania produkcji za granicę oraz uczynić z Polski atrakcyjne miejsce do inwestycji przemysłowych. Ustawa, która zaczyna dziś obowiązywać, pomoże największym firmom, w przypadku których wydatki na energię stanowią nawet 40 proc. całkowitych kosztów. Tymczasem unijna polityka klimatyczno-energetyczna spowodowała skokowy wzrost cen uprawnień do emisji CO2 – tłumaczy sens ustawy komunikat Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. Analitycy nie mają wątpliwości: całą ustawę, w myśl której budżet zwraca prywatnym firmom wydatki na wyższe ceny energii, napisano w zasadzie pod huty. Ale wątpliwości nie mają też związkowcy: jeśli Unia Europejska nie obniży cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla, ArcelorMittal i tak zrezygnuje z produkcji w Polsce.

– Wystąpiliśmy we wrześniu do naszych europarlamentarzystów, żeby tym się zajęli, ale do tej pory nikt się do nas nie odezwał. Tymczasem tylko tam może zostać podjęta decyzja o zmniejszeniu opłat za CO2 – mówił Roman Wątkowski, wiceprzewodniczący Komisji Robotniczej Hutników NSZZ „Solidarność” ArcelorMittal Poland S.A. Kraków, gdy na początku października krakowskie media znowu zaczęły spekulować o wygaszeniu wielkiego pieca. Podawano nawet datę – 25 października. Koncern stanowczo zaprzeczył. Na kilka tygodni.

Czy celowo zaczekał, aż partia, która wcześniej zagwarantowała mu przyjazną ustawę, wygra wybory?

Przeniesienie albo postojowe

Różnica między nowym komunikatem o wygaszaniu pieca a tymi z maja jest tylko taka, że zniknęły wzmianki o potrzebie wnoszenia wysokich opłat emisyjnych. Koncern zdaje się również bardziej stanowczo zapewniać, że nie ucierpią pracownicy huty. Konkretnie – ci zatrudniani przez ArcelorMittal bezpośrednio, bo za osoby z firm zewnętrznych oczywiście nie odpowiada.
Co dla każdego z członków załogi będą oznaczały słowa „pracownicy nie ucierpią”, ludzie dowiaduj się właśnie na indywidualnych rozmowach. Ok. 400-500 osób zostanie skierowanych do zakładów koncernu w Dąbrowie Górniczej, zaś kolejna grupa, podobnej liczebności, do walcowni i koksowni w Krakowie. Przejście do pracy w Dąbrowie Górniczej będzie oznaczało dla pracowników konieczność dodatkowych, półtoragodzinnych dojazdów do pracy, ale to przynajmniej gwarancja zachowania zarobków. Około stu pracowników znajdzie się bowiem na tzw. postojowym, co oznacza przymusową bezczynność i obniżenie pensji najpierw o jedną piątą, po dwóch tygodniach nawet o 40 proc. Najstarsi członkowie załogi najprawdopodobniej przejdą na emeryturę.

Związkowiec Krzysztof Wójcik nazywa 12 listopada „czarnym wtorkiem”. Mówi również, że wszyscy „dobroczyńcy” hutników, którzy przed wyborami deklarowali pomoc i opowiadali, jak zaawansowane są rozmowy z zarządem, teraz odwracają się od pracowników. Każą iść po informacje do zarządu. Chodziło tylko o głosy? – pyta raczej retorycznie.

Zarząd informacji udziela. – Nie jesteśmy w stanie podać daty, będziemy uważnie przyglądać się temu, co się dzieje na rynku – mówi Geert Verbeeck. Słabo mu idzie uspokajanie, niezbyt przekonująco brzmią sugestie, że w 2016 r. nowohucki wielki piec był remontowany i dlatego jego ponowne uruchomienie powinno pójść gładko.

Z mediami rozmawia również Roman Wątkowski. – Nie da się ukryć, nastroje są kiepskie, sytuacja jest zła. Rozmawialiśmy z ludźmi na każdej zmianie. W najbliższy poniedziałek zaczniemy wiecem pod bramą, a potem przejdziemy do centrum Nowej Huty – zapowiada. 21 listopada kolejna pikieta ma odbyć się pod urzędem wojewódzkim. Związki zastanawiają się również nad zaostrzeniem form protestu.

Pytam Kacpra Plutę o perspektywy ratowania zakładu, o skuteczną taktykę dla związków – Tu pomogłoby tylko zablokowanie całej huty – mówi.

Roman Wątkowski: Rząd zapewniał, że piec będzie pracował. Czujemy się oszukani. Również przez zarząd huty, który wyłączając piec, wymusza nasze kolejne naciski na rząd i UE.

Kto w Polsce przejmuje się oszukanymi pracownikami, zwłaszcza, gdy jest już po wyborach?

Lewica powróciła do parlamentu

Cześć i chwała autorom sukcesu.

Przez ostatnie cztery lata namiastką lewicowości w polskim parlamencie była niewielka grupa startujących z list Platformy Obywatelskiej posłów i senatorów o umiarkowanie lewicowych bądź centrolewicowych przekonaniach politycznych. W niedawno przeprowadzonych wyborach do Sejmu formacja lewicowa zdobyła 49 mandatów poselskich, uzyskując 12,56 proc. głosów – o prawie 1,5 punktu procentowego więcej od zsumowanego wyniku obu list lewicowych z 2015 roku, pomimo tego, że Zieloni oraz część ugrupowań i działaczy środowiska lewicowego przyłączyli się do Koalicji Obywatelskiej. Do Senatu lewica powróciła właściwie po czternastoletniej przerwie. Jedynym wyjątkiem był na przestrzeni niespełna roku Władysław Mańkut, który w 2006 roku wygrał wybory uzupełniające, pokonując przy kilkuprocentowej frekwencji wszystkich pozostałych kandydatów. Mamy dwóch senatorów – co szczególnie istotne, będących częścią koalicji większościowej w izbie wyższej. Prawu i Sprawiedliwości nie pomogła nawet determinacja oczekiwania na śmierć Kornela Morawieckiego. Gdyby Morawiecki zmarł o kilka godzin później (a może nawet o kilkadziesiąt minut później), PiS nie zdążyłby zarejestrować kolejnego kandydata w okręgu wyborczym nr 59, senatorem zostałaby osoba zgłoszona przez Polskie Stronnictwo Ludowe lub osoba zgłoszona przez Kukiz’15.
Słowa uznania należą się Włodzimierzowi Czarzastemu i jego współpracownikom. Po wystawieniu w wyborach prezydenckich tak fatalnego kandydata jak Magdalena Ogórek, bezpośrednio po zakończeniu się kampanii wyborczej, w znacznej części badań sondażowych notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej kształtowały się na poziomie 2 – 3 proc., w najkorzystniejszych sondażach oscylowały wokół pięcioprocentowego progu wyborczego. Pierwszy raz w dziejach III RP, mającej swe korzenie w okresie PRL-u lewicy groziło zejście ze sceny politycznej. Nowe władze SLD doprowadziły do systematycznego wzrostu poparcia partii, w pewnym momencie osiągającego w sondażach średnią wartość rzędu 7 – 8 proc., dopiero po powstaniu Koalicji Obywatelskiej część lewicowego elektoratu postanowiła wspomóc silniejszego przeciwnika rządzącego ugrupowania i wspomniana średnia wartość obniżyła się do 6 – 7 proc.
Słowa uznania należą się Robertowi Biedroniowi i jego współpracownikom. Utworzenie lewicowo-liberalnej partii Wiosna zmobilizowało część nieuczestniczących wcześniej w głosowaniach wyborców oraz pozwoliło na przejęcie pewnej grupy osób z elektoratu KO. Z różnych powodów nie wyglądało to najlepiej na początku – nowa partia często budowała swoje struktury terenowe nakłaniając do zmiany barw lokalnych aktywistów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosna przejęła oczywiście również część eseldowskiego elektoratu, obniżając średnie notowania sondażowe SLD poniżej progu wyborczego (4 – 5 proc.), czego konsekwencją podczas wyborów byłby wynik grubo poniżej możliwości formacji lewicowej, wskutek rozdzielenia się głosów wyborczych pomiędzy różne lewicowe listy. Później jednak notowania Sojuszu Lewicy Demokratycznej zaczęły się poprawiać, a utworzenie koalicji Lewica całkowicie zdezaktualizowało wspomniane wyżej zagrożenia.
Słowa uznania należą się kolektywnemu kierownictwu Lewicy Razem. We władzach tej partii zaczął od pewnego momentu narastać zdroworozsądkowy pragmatyzm. Lewica Razem uzmysłowiła sobie ostatecznie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie jest w stanie funkcjonować na polskiej scenie politycznej jako samodzielna siła. Uzmysłowiła sobie również, iż atakowanie najsilniejszego ugrupowania lewicowego w naszym kraju (niezależnie od słuszności krytyki niektórych posunięć SLD w przeszłości) nie było najlepszym pomysłem na budowanie własnej popularności, a największym i wspólnym przeciwnikiem jest prawica. Myślę, że wpływ na zmianę podejścia władz Lewicy Razem, partii powszechnie znanej z ideowości jej działaczy, mogła mieć stopniowo nasilająca się współpraca różnych organizacji lewicowych podczas skierowanych przeciwko obecnemu obozowi władzy akcji politycznych, co zapewne pozwoliło członkom Lewicy Razem na nabranie przekonania o autentycznej lewicowości zdecydowanej większości członków Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Szkoda tylko, iż na listach wyborczych do Sejmu nie znaleźli się niektórzy popularni politycy związani z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Interpretacja tego faktu wydaje się oczywista. W zdecydowanej większości okręgów Lewica miała realne szanse uzyskania 1 – 2 mandatów. Rozdzielenie się głosów wyborców SLD na kilku znanych kandydatów zmniejszyłoby ilość posłów reprezentujących tę partię. Zasadniczo jednak najistotniejszy powinien być wynik listy. W okręgu wyborczym Siedlce do kolejnego mandatu poselskiego zabrakło nam 0,18 punktu procentowego (posłem zostałaby Dorota Olko zamiast Macieja Górskiego z PiS), w okręgu wyborczym Warszawa I zabrakło 0,13 punktu procentowego (Anna Tarczyńska zamiast Małgorzaty Gosiewskiej z PiS), w okręgu wyborczym Gdańsk zabrakło 0,30 (0,23 przy założeniu przejęcia części elektoratu Koalicji Obywatelskiej) punktu procentowego (Jolanta Banach zamiast Jerzego Borowczaka z KO). Z drugiej strony, trudno oczekiwać od władz Sojuszu Lewicy Demokratycznej nadprzyrodzonego daru przewidywania, na których listach warto było umieścić dodatkowo osobę formatu na przykład profesora Tadeusza Iwińskiego.
Gdyby w 2015 roku Zjednoczona Lewica nie zarejestrowała się jako koalicja, podwyższając sobie próg wyborczy do ośmiu procent, miałaby 29 posłów, w tym 23 związanych z SLD. Jedenaście spośród tych dwudziestu trzech osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Lewicy (Sekuła-Szmajdzińska, Dyduch, Gawkowski, Wontor, Senyszyn, Czarzasty, Szejna, Tomaszewski, Ajchler, Kretkowska, Wieczorek), dwie inne przed kilkoma miesiącami zostały europarlamentarzystami Sojuszu Lewicy Demokratycznej (Miller, Balt). Pięć kolejnych spośród wspomnianych dwudziestu dziewięciu osób zostało w tegorocznych wyborach posłami Koalicji Obywatelskiej (Tracz, Haidar, Joński, Nowacka, Piekarska).
Obecny elektorat Lewicy nie jest w całości lewicowy, częściowo jest lewicowo-liberalny. Wśród wyborców poniżej 30. roku życia obserwujemy olbrzymią nadreprezentację głosujących na koalicję lewicową, w kolejnych przedziałach wiekowych odsetek głosujących na to ugrupowanie systematycznie się obniża. Partie lewicowe tradycyjnie miały największe poparcie w miastach od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, poparcie dla koalicji lewicowej rośnie w miarę zwiększania się populacji miejsc zamieszkania wyborców, osiągając najwyższe wartości w miastach powyżej 500 tysięcy mieszkańców. Lewica uzyskała poparcie poniżej średniej ogólnokrajowej w tak zazwyczaj lewicowych okręgach wyborczych jak Wałbrzych i Elbląg. Odsetek robotników głosujących na koalicję lewicową był prawie dwukrotnie niższy od średniej ogólnokrajowej.
Pod względem odsetka wyborców głosujących na zwycięskie ugrupowanie, Prawo i Sprawiedliwość ustanawiało rekordy III RP w wyborach do sejmików, do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu, w tych ostatnich uzyskując 43,59 proc. głosów, o sześć punktów procentowych więcej, niż w roku 2015. Sytuacja PiS-u w Sejmie nie wygląda jednak tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Nie ma już rezerwuaru pod postacią wybranych z list Kukiza’15 czterdziestu dwóch posłów, których część można było zawsze pozyskać w celu poszerzenia sejmowej większości. Ponieważ tym razem lewica i skrajna prawica przekroczyły próg wyborczy, Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 235 mandatów, dokładnie tyle, co poprzednio. To oczywiście większość bezwzględna, ale wynikająca w dużym stopniu ze specyfiki systemu przeliczania głosów wyborczych na mandaty poselskie. Przy zastosowaniu wielu innych systemów antypisowska opozycja uzyskałaby bezwzględną lub względną większość. Wystawiająca, z przyczyn taktycznych, trzy listy opozycja antypisowska zdobyła w sumie 48,51 proc. głosów, o prawie pięć punktów procentowych więcej od PiS-u. Większości sejmowe w III RP miały z reguły poparcie poniżej 50 procent głosujących, niekiedy nawet poniżej 40 procent, ale nigdy partie tworzące większość sejmową nie przegrywały pod tym względem ze współpracującą ze sobą podczas wyborów częścią opozycji. Zdecydowanie lepiej, niż przed czterema laty, wypadło w dodatku Porozumienie, partia Jarosława Gowina, którą reprezentować będzie 18 posłów. Nie twierdzę, rzecz jasna, że poniższa koalicja mogłaby powstać, ale jeśli zsumujemy mandaty poselskie Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, Koalicji Polskiej, Mniejszości Niemieckiej i Porozumienia, otrzymamy wartość 232 – większość bezwzględną. Kaczyński i Gowin na pewno też już to obliczyli.

Pora na alternatywę?

To już tradycja, że po każdych wyborach narzekamy na niesprawiedliwą ordynację wyborczą. Opozycja mówi, że system przeliczania głosów metodą D’Hondta jest bezwzględny dla małych partii i pojedynczych kandydatów z dobrymi wynikami. D’Hondt promuje dużych, daje doping klikom partyjnym, eliminuje mocnych kandydatów solistów. Prawo i Sprawiedliwość może się cieszyć większością bezwzględną pomimo statusu partii mniejszości (w liczbach bezwzględnych). Może już czas, aby opozycja pomyślała o alternatywnej propozycji na przyszłość?

Weźmy przykład gdański. W październikowych wyborach Jolanta Banach, doświadczona posłanka wielu kadencji i kandydatka Lewicy z drugiego miejsca, uzyskała 22 485 głosów. To 154 wynik w skali kraju i najwyższy rezultat bez uzyskania mandatu. Jerzy Borowczak kandydat Koalicji Obywatelskiej z tego samego okręgu wszedł do Sejmu z wynikiem 5491 głosów. To efekt systemu proporcjonalnego przeliczania głosów, w którym wynik ugrupowania jako całości dzierży prymat nad wynikami poszczególnych kandydatów (Dla każdego komitetu liczba uzyskanych głosów jest dzielona kolejno przez 1,2,3…). Dla przeciętnego Kowalskiego powyższy system jest mało przejrzysty i nietransparentny. W myśl reguł D’Hondta istnieje możliwość wyboru osób z marginalnym poparciem społecznym, pod warunkiem, że inny kandydat z tej samej listy „wessie” większość głosów. Rekordzistą w okręgu gdańskim okazał się dotychczasowy radny PiS Kacper Płażyński, który uzyskał najlepszy wynik również w zeszłorocznych wyborach samorządowych (9794 głosów). Jego miejsce w Radzie Miasta Gdańska zajmie polityk, który zdobył poparcie.. zaledwie 380 mieszkańców. Ludzie pytają: dlaczego nie wszedł mój kandydat, pomimo otrzymania cztery razy większej liczby głosów od konkurencji?

Wedle potrzeb

W trzydziestoletniej historii III RP ordynacja wyborcza była zmieniania często i niemal zawsze wedle bieżących potrzeb politycznych. Na początku wieku dogorywająca AWS sabotowała nadchodzącą większość parlamentarną lewicy wprowadzeniem ordynacji Sainte-Lague (promującej ugrupowania średniej wielkości). Pewne siebie rządy SLD powróciły do starego D’Hondta licząc na permanentny status najsilniejszej partii. Obliczenia spaliły na panewce, ale nowy-stary system okazał się na tyle atrakcyjny dla rodzącego się układu PO-PiS, że o żadnej zmianie nie było już mowy. Pomimo tego, że Platforma Obywatelska flirtowała z pomysłem ordynacji większościowej. Temat ordynacji większościowej powrócił wiele lat później za sprawą Pawła Kukiza. Zresztą polityk i piosenkarz całkowicie błędnie interpretował potencjalne skutki proponowanego przez siebie systemu. Wszędzie tam, gdzie obowiązuje metoda „zwycięzca bierze wszystko” dwupartyjność stanowi nienaruszalny dogmat. Wybory w Wielkiej Brytanii pokazują jak wygląda ta metoda na poziomie wyborów parlamentarnych. W 2010 roku Liberalni Demokraci, w jednej z lepszych elekcji od lat, uzyskali poparcie na poziomie 23 proc. i 57 miejsc w 650 osobowej Izbie Gmin. Partię Pracy poparło zaledwie 29 proc. wyborców, co zaowocowało 258 mandatami. Kuriozum. System większościowy nie jest więc ani bardziej demokratyczny, ani mocniej apartyjny. W aktualnej Izbie Gmin zasiada zaledwie 20 posłów niezależnych.

Żywy interes

Wadliwość systemu wyborczego nie wynika tylko z metody liczenia głosów, ale przede wszystkim z „realnego progu” wyborczego. Sam pułap 5 proc. nie stanowi niczego wyjątkowego, a z państw o zbliżonej wielkości, tylko Hiszpania ustanowiła niższy, na poziomie 3 proc. (co nie zmienia faktu, że jego obniżenie mogłoby stanowić ciekawy eksperyment z demokracji). Prawdziwy problem to wielkość okręgów wyborczych: im większy okręg, tym więcej mandatów do rozdzielenia, a co za tym idzie – większa różnorodność. Podczas zeszłorocznych wyborów samorządowych realne progi w miastach kształtowały się na poziomie kilkunastu procent poparcia. Oznacza to, że w standardowym okręgu wyborczym, całość mandatów zgarniały dwa (niekiedy – jak w Gdańsku – trzy) ugrupowania, a nawet kilkadziesiąt procent głosów ulegało zmarnowaniu. Kształtowanie progów w wyborach lokalnych leży w gestii rad miejskich. Utrzymywanie niskiej liczby mandatów w okręgach leży w żywnym interesie ugrupowań rządzących, co stanowi polski odpowiednik amerykańskiego „gerrymandering” (manipulowanie okręgami wyborczymi w celu objęcia swoich zwolenników i ominięcia rejonów konkurencji). W przypadku wyborów do Sejmu ta tendencja nie jest już aż tak widoczna, jako że okręgi wyborcze są zdecydowanie większe. Co nie zmienia faktu, że wiele z nich nie zostało zwiększonych, pomimo przyrostu ludności. Przykładem, ponownie – Gdańsk. Z uwagi na wysokie poparcie dla opozycji, dodawanie kolejnych mandatów akurat w tym okręgu wyborczym jest wybitnie nie na rękę partii rządzącej.

Szybki i prosty

O ile ustalanie wielkości okręgów i decyzja o progach, wydają się operacjami stosunkowo prostymi, odpowiedź na pytanie o optymalną ordynację wyborczą to problem zdecydowanie głębszy. Każdy system niesie określone wady i zalety. Być może czas najwyższy na rezygnację z przeświadczenia, że system wyborczy musi być szybki i prosty. Każdy kto choć raz pracował w państwowej komisji wyborczej wie, że nawet najprostsza metoda (jedna kratka – jeden głos), rodzi problemy wśród osób niezainteresowanych procesem demokratycznym. Również sam mechanizm wyboru tylko jednej osoby spośród całej plejady opcji ludzi i partii, zdaje się trącić myszką. Nasze odczucia i poglądy nie są już tak czarno-białe jak kiedyś. System pojedynczego głosu przechodniego (STV) stanowi ciekawą alternatywę. Wyborcy w Irlandii (bo tylko tam obowiązuje STV) nie wybierają jednej osoby, a dokonują rankingu kandydatów i kandydatek – od najbardziej pożądanych, do tych, których nie chcielibyśmy widzieć w ławach parlamentu. Proces ten niesie za sobą niewątpliwe zalety o głęboko systemowym charakterze. Po pierwsze, decydują głosy zarówno pierwszego, jak i drugiego wyboru. Zwiększa to szanse osób popularnych ponad podziałami partyjnymi. Po drugie, z tej samej przyczyny, zmniejszają się szanse ugrupowań ekstremistycznych. Spada ryzyko objęcia władzy przez hałaśliwą partię mniejszości (vide: PiS). Po trzecie, system STV w pełni oddaje realne zróżnicowanie politycznych postaw i odczuć, nie sprowadzając ich do prostej zerojedynkowości. Taka pogłębiona refleksja może wręcz prowadzić do wyłaniania całkowicie nowych ugrupowań, których programy idą w poprzek kategorii politologicznych, ale w większym stopniu w zgodzie z prawdziwymi odczuciami elektoratu. Po czwarte, dzięki postępom w systemach IT liczenie głosów w takim systemie nie stanowi już takiego wyzwania jak kiedyś. Da się to zrobić bez większych kontrowersji. Po piąte, skomplikowanie systemu wyborczego wymusi wprowadzenie realnej edukacji obywatelskiej, uczącej młodych pokoleń jakie są nasze prawa i obowiązki. Brak tego typu zajęć w obecnym systemie edukacji zakrawa o absurd. Co ważne, w wielu polskich miastach mieszkańcy już wielokrotnie głosowali w budżetach obywatelskich, gdzie obowiązuje metoda przydzielenia punktów.

Sztywny układ miejsc

System, wyborczy w Czechach również przypomina bardziej znane STV. U naszych południowych sąsiadów podstawowy głos idzie na listę i ona ma sztywny układ miejsc – wchodzi odpowiednia do poparcia liczba kandydatów z najwyższych miejsc. Oprócz tego jednak wyborca ma 4 głosy preferencyjne, które może przydzielić 4 kandydatom z tej wybranej w pierwszym etapie listy. Pomimo znacznego skomplikowania, głosowanie ma o wiele bardziej proporcjonalny charakter. Taka ordynacja obowiązuje od 1995 roku, bez większych afer.

Odzwierciedlenie spektrum

Niezależnie od szczegółów, warto aby powracająca do Sejmu Lewica (i inne ugrupowania opozycji) postulowała taką ordynację, która przyniesie realne odzwierciedlenie całego spektrum poglądów, bez nadawania specjalnych przywilejów najsilniejszych. W ostatnich latach obywatelki i obywatele mogli odczuć na własnej skórze jakie są efekty obecnej ordynacji i jak groźne skutki może ona nieść dla młodej polskiej demokracji. To jak głosujemy, stanowi nierozerwalny element naszej demokracji, w równym stopniu co niezależne sądy czy uczciwe media publiczne. Zapoczątkowanie tej dyskusji powinno stać się jednym z celów nowej Lewicy.