Biedroń: przełożyć wybory!

Skoro rząd zamyka szkoły i uznaje spowolnienie gospodarcze, w tym utratę miejsc pracy, za nieuchronne, dlaczego upiera się przy utrzymaniu terminu wyborów prezydenckich? – pyta kandydat Lewicy.

Robert Biedroń nie ma wątpliwości: skoro rząd podjął wysiłek walki z epidemią, wprowadził nadzwyczajne ograniczenia w poruszaniu się i zgromadzeniach, powinien również przełożyć termin I tury wyborów prezydenckich. W ocenie kandydata Lewicy nie ma żadnego powodu, by Polacy mieli iść do urn akurat 10 maja, skoro są obawy, że zagrożenie do tego czasu nie minie.

Jedyny kandydat

– Kampania prezydencka jest prowadzona de facto przez jedną osobę – prezydenta Andrzeja Dudę. Tak być nie może. Polki i Polacy nie mogą stać się ofiarami determinacji prezesa, aby za wszelką cenę wnieść do życia publicznego nie urny wyborcze, ale całkiem inne urny, aby prezes Jarosław Kaczyński mógł przeprowadzić wybory 10 maja, a które się nie powinny odbyć. W tej sprawie – w sposób ostry – będziemy się domagali jak najszybszych decyzji, aby Polki i Polacy czuli się po prostu bezpiecznie i nie byli narażeni na zarażenie koronawirusem – obiecał Biedroń w wystąpieniu pokazywanym na Facebooku.

Z kandydatem Lewicy w sprawie terminu głosowania zgadza się 73 proc. Polaków – to wynik sondażu w sprawie terminu wyborów, jaki w ubiegłym tygodniu zamówiła i opublikowała „Gazeta Wyborcza”.

Elektorat PiS pójdzie do urn

To samo badanie opinii publicznej pokazało, że jest jednak grupa wyborców, której epidemia niestraszna. Przynajmniej poważna część elektoratu prawicowego zamierza udać się do lokali wyborczych. Sondaż pokazał, że 10 maja Duda wygrałby, zgarniając ok. 2/3 głosów. 10 proc. wyborców poparłoby Małgorzatę Kidawę-Błońską. Inni kandydaci dostaliby jeszcze mniej, ok. 4-6 proc. wskazań.

Praktycznie nierealny stał się scenariusz rozważany niedawno na łamach mediów liberalnych: rezygnacja wszystkich opozycyjnych kandydatów, by elekcja stała się niekonstytucyjna. Do wyścigu prezydenckiego „dołączyli” ostatnio prawicowi politycy z trzeciego szeregu, m.in. Marek Jakubiak. Twierdzą, że udało im się zebrać wymagane 100 tys. podpisów. Nie po to się pojawili, by teraz zrezygnować.

Proces KPP: nie ma winy, jest kara

Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej ogłosił wyrok w sprawie redaktorów pisma „Brzask” wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski (KPP) i partyjnej strony internetowej, oskarżanych o „propagowanie totalitarnego ustroju państwa”.

Sąd zadecydował o warunkowym umorzeniu postępowania, zobowiązując jednocześnie trójkę oskarżonych do wpłacenia po 1000 zł od osoby na „Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym” i pokrycie części kosztów sądowych. Jak stwierdził przewodniczący KPP Krzysztof Szwej, w ten sposób oskarżeni redaktorzy nie zostali skazani, ale ukarani finansowo.

Wyrok został ogłoszony zaocznie w związku z ograniczeniem wstępu do sądu podczas epidemii. Jest nieprawomocny i może zostać zaskarżony tak przez prokuraturę, jak i przez oskarżonych. Działacze KPP obecnie oczekują na dostarczenie wyroku na piśmie oraz jego uzasadnienia. Jak dotąd wiedzą o nim tylko tyle, ile dowiedzieli się przez telefon.

Proces toczył się od początku 2016 r. z oskarżenia pod adresem KPP skierowanego przez posła PiS Bartosza Kownackiego w 2013 r. Wówczas prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa. Sprawa powróciła po objęciu władzy przez PiS. Pod koniec 2015 roku redakcji pisma „Brzask” i administratorowi strony internetowej przedstawiono zarzut dotyczący publikacji ukazujących się w latach 2008-2014. Prokuratura nie była w stanie sprecyzować, które konkretne artykuły świadczyły o „propagowaniu totalitaryzmu”. Powołany przez sąd biegły również nie umiał wskazać w analizowanych materiałach twardych dowodów. Stwierdził jedynie, że oskarżonych dyskredytuje odwoływanie się do marksizmu-leninizmu. Warto zwrócić uwagę, iż powołany przez sąd na biegłego specjalizuje się w katolickiej nauce społecznej, a swoje prace publikował między innymi w skrajnie prawicowych periodykach. Świadkowie oskarżenia, którzy mieli czytać „Brzask” i znaleźć w nim treści „propagujące totalitaryzm”, nie umieli wskazać konkretnych artykułów.

Sąd rejonowy w 2017 r. umorzył postępowanie, a w ubiegłym roku uniewinnił oskarżonych. Od obu decyzji prokuratura odwołała się jednak do sądu drugiej instancji. Sąd apelacyjny dwukrotnie zdecydował o zwróceniu sprawy do ponownego rozpatrzenia przez sąd rejonowy w Dąbrowie Górniczej. We wznowionym procesie odbyła się tylko jedna rozprawa z udziałem oskarżonych – 3 marca.

Koronawirus a prywatne ZOO

Zoo Safari w Borysewie apeluje o wsparcie podczas pandemii. Na antenie TVN24 ukazał się nawet materiał z dramatycznym apelem właściciela obiektu. Przy tej okazji warto zapytać, co o prywatnych ogrodach zoologicznych sądzą specjaliści.

Prywatne ZOO Safari w Borysewie to chyba najpopularniejsze tego rodzaju miejsce w Polsce. Obiekt pod Aleksandrowem Łódzkim znany jest z tego, że ma u siebie białe lwy oraz tygrysy, które rozmnaża. Sukcesywnie się rozbudowuje. Jak podaje TVN24, zoo nie kwalifikuje się do pomocy w ramach rządowego pakietu gospodarczego, bo prowadzi działalność sezonową. A z powodu pandemii zabrakło odwiedzających. Trzeba było ograniczyć liczbę obecnych w ogrodzie pracowników. Właściciel zoo za pośrednictwem dziennikarzy prosi o wsparcie, a swój apel motywuje dobrem zwierząt.

– Im prędzej odejdziemy od tego typu rozrywek, tym lepiej dla zwierząt – mówi w rozmowie z „Vege” doktor Robert Maślak. – Projekt biznesowy pod nazwą prywatny ogród zoologiczny, w którym zwierzęta są środkiem do uzyskania pieniędzy, jest wyjątkowo podatny na wiele czynników, w których dobrostan zwierząt jest zagrożony. Niekoniecznie musi to być pandemia, wystarczy choroba czy problemy rodzinne właściciela lub dekoniunktura w gospodarce powodująca mniejszą frekwencję zwiedzających zoo. Właściciel powinien być przygotowany na takie sytuacje i mieć na uwadze dobro zwierząt. Patrząc jednak na zabiegi marketingowe, które w Borysewie z białych lwów i tygrysów uczyniły rzadkie i ważne w ochronie gatunkowej okazy, można mieć co do tego poważne wątpliwości. Ogrody będące własnością państwa są bardziej odporne na takie zdarzenia i mają zagwarantowane środki budżetowe. Te, które spełniają określone standardy, mogą być członkami międzynarodowych organizacji (jak np EAZA – przyp.red.), przez co uzyskują prawa do bezpłatnej wymiany zwierząt, programów hodowli zagrożonych gatunków i specjalistycznej wiedzy. Ogród w Borysewie jest po prostu kolejną menażerią, dużym gabinetem osobliwości na wolnym powietrzu.

Białe lwy i tygrysy są „specjalnością zakładu” borysewskiego zoo. Legendę o tym, że białe koty są osobnym, rzadkim gatunkiem oraz mity o tym, że są zagrożone i w związku z tym należy rozmnażać je w niewoli, rozwiewa również Maciej „Animalus” Bielak, specjalista od dzikich kotów:

Robert Maślak podziela tę opinię, potwierdza również, że chów wsobny takich zwierząt jest tak naprawdę praktyką nastawioną na zyski, usprawiedliwianą opowieściami o ochronie. Jest wręcz przeciwnie – jak twierdzi: chów wsobny może być niebezpieczny dla zdrowia tygrysów i lwów.

– Zwierzęta te, wbrew opiniom dyrekcji zoo i doniesieniom medialnym, rozmnażają się łatwo i nie mają wiele wspólnego z ochroną gatunków. W większości przypadków są rozmnażane w cyrkach lub trafiają do nich z prywatnych menażerii oraz w game reserve, będące w istocie parkami polowań, głównie w RPA, gdzie na dużych ogrodzonych przestrzeniach bogaci myśliwi mogą odstrzelić białego lwa. Europejskie Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych (EAZA) w 2018 wydało rekomendację wszystkim członkom, aby zakończyć hodowlę, a Amerykańskie Stowarzyszenie Ogrodów Zoologicznych i Akwariów (AZA) w 2011 roku całkowicie zakazało swoim członkom rozmnażania białych lwów i tygrysów, gdyż chów wsobny stosowany, aby otrzymać barwne fenotypy, jest przyczyną poważnych problemów zdrowotnych, a nawet śmierci zwierząt. EAZA w 2013 roku wydała także opinię krytycznie odnoszącą się do hodowli wsobnej w celu zyskania nietypowych fenotypów uznając, że celowe praktyki hodowlane prowadzące do ekspresji rzadkich alleli recesywnych z punktu widzenia dobrostanu, edukacji, zarządzania populacją i ochrony są szkodliwe i niezgodne z Kodeksem Etyki tej organizacji. Hodowle takie nie mają żadnej wartości w ochronie gatunków – mówi Robert Maślak. – Gen powodujący białą barwę jednocześnie odpowiada za przebieg nerwu wzrokowego, co przyczynia się do problemów widzenia, ale też zniekształcenia kończyn, rozszczepu podniebienia, deformacji kręgosłupa, upośledzenia układu immunologicznego i wad wielu organów. Ich hodowla nie tylko nie ma żadnej wartości dla ochrony gatunków, ale jest też niehumanitarna. Tygrysy te są nadal często trzymane w przydrożnych zoo w USA nie mających akredytacji AZA. Zatem, jeśli uznajemy, że rolą ogrodów zoologicznych jest ochrona i edukacja, to zoo w Borysewie tej roli nie spełnia. William Conway, szef Nowojorskiego Towarzystwa Zoologicznego powiedział przed laty, że „nie jest rolą zoo pokazywanie dwugłowych cieląt i białych tygrysów”.

Dramat koni w czasach zarazy

O ile koronawirus nie zagraża zdrowiu i życiu zwierząt bezpośrednio –pośrednio jego skutki mogą być dla koni dramatyczne. Domy adopcyjne zaczynają oddawać fundacjom konie, a firmy wycofują wsparcie finansowe –alarmuje Fundacja Viva!, utrzymująca w swoich stajniach kilkadziesiąt uratowanych koni. Kończą się zapasy siana, leków i suplementów dla chorych i starych zwierząt, a na zakup kolejnych Fundacja nie ma środków.

W stajniach Fundacji Viva! mieszka obecnie 78 koni, w domach adopcyjnych pozostaje 155 koni uratowanych przez organizację. Konie przebywające w fundacyjnych stajniach to zwierzęta w najtrudniejszej sytuacji – stare, schorowane, „nieadopcyjne” z wielu powodów. Wymagające szczególnej opieki, kosztownego leczenia, wyjątkowych warunków.

– Nigdy nie podejrzewaliśmy, że przyjdzie czas, kiedy będziemy musieli przyznać, że sytuacja naszych zwierząt jest dramatyczna… – mówi Ilona Dąbrowska, koordynatorka akcji Ratuj Konie Fundacji Viva! – Jednak ten czas właśnie nadszedł, a koronawirus pośrednio zagroził naszym zwierzętom. Domy adopcyjne zaczęły zwracać do fundacji konie, które są przecież dużo droższe w utrzymaniu od psów czy kotów. Dodatkowo firmy tnąc koszty wycofują swoje wsparcie finansowe dla fundacji – tłumaczy.
Fundacja Viva! już teraz ma problemy z zaopatrzeniem. Jednym z powodów jest izolacja części rolników – ci pozamykali gospodarstwa i nie chcą mieć kontaktu z obcymi, a więc również nie sprzedają siana. Natomiast ci rolnicy, którzy wciąż je sprzedają, podnieśli ceny ze 100 na 180 zł za balot. Drugim problemem, znacznie poważniejszym, jest wycofywanie stałych dotacji przez firmy od lat sponsorujące utrzymywanie zwierząt. – Te dotacje były dla nas stałym, pewnym, comiesięcznym zastrzykiem gotówki, który dawał nam bezpieczeństwo finansowe w utrzymaniu uratowanych przez nas zwierząt – mówi Cezary Wyszyński, prezes Fundacji Viva! – Dodatkowo termin rozliczenia PIT przesunięto z końca kwietnia na koniec czerwca. Dla nas to sytuacja dramatyczna, bo utrzymujemy zwierzęta tylko z datków i 1% podatku, którego przekazanie opóźni się o około 2 miesiące. W związku z tym musimy tak gospodarować tym, co mamy, żeby starczyło na 2 dodatkowe miesiące, co przy kilku tysiącach wszystkich zwierząt różnych gatunków, będących pod naszą opieką, nie jest łatwe – dodaje.
Część z koni, będących pod opieką fundacji, zostało odebranych interwencyjnie, bo ich życie i zdrowie było zagrożone. Teraz, w związku z kryzysem wywołanym pandemią, konie są ponownie w dramatycznej sytuacji. Konieczna epidemicznie izolacja może potrwać jeszcze kilka, a nawet kilkanaście tygodni, a co za tym idzie – problemy z utrzymaniem zwierząt będą coraz większe.

Dzienne wyżywienie 1 konia to koszt 12 zł. Ale już w przypadku 8 fundacyjnych koni na specjalnych dietach to kwota 22 zł dziennie. W stajniach Fundacji Viva! mieszka obecnie 78 koni, co oznacza, że każdego dnia na samo ich wyżywienie potrzeba około 1016 zł. Miesięcznie na samo wyżywienie koni fundacja wydaje zawrotną kwotę prawie 30 000 zł.
Do tego dochodzą szczepienia, regularna korekcja kopyt, suplementy i leki, które stale podajemy chorym koniom. – Niestety większość naszych koni choruje – mówi Ilona Dąbrowska – Już w chwili interwencji lub wykupu zwykle były one w nienajlepszym stanie, często z powodu swojego wieku lub wcześniejszych warunków życia. Do tego dochodzą nagłe przypadki, które generują wysokie koszty leczenia weterynaryjnego – tłumaczy. Dziś Fundacja ma do odbioru z kliniki weterynaryjnej dwa konie po operacjach – faktury opiewają na 8 000 zł. Dodatkowo ostatnie wizyty lekarza weterynarii u koni w fundacyjnych stajniach to kolejne 4 000 zł. Koszt jednej wizyty waha się od 200 do nawet 1500 zł, w zależności od schorzenia i wykonanych badań diagnostycznych, podanych leków, wykonanych zabiegów. W Fundacji Viva! już teraz brakuje leków, suplementów i paszy dla staruszków, które nie mają zębów i nie przeżuwają siana.
Dodatkowo domy adopcyjne zaczęły zwracać nam adoptowane konie. – W ciągu tygodnia już 5 koni wróciło do naszych fundacyjnych stajni – mówi Cezary Wyszyński – Zgodnie z umową adopcyjną rodzina adopcyjna może w trudnej sytuacji zwrócić konie do fundacji. Jest to dramatyczna decyzja, zarówno dla zwierząt, opiekunów, jak i dla nas. Musieliśmy je przyjąć, to nie podlegało dyskusji – dodaje. W domach adopcyjnych przebywa jeszcze 155 koni Fundacji Viva! Aktywiści mają nadzieję, że tak pozostanie, ale nie można wykluczyć, że zwrotów z adopcji będzie więcej.

Fundacja Viva! prosi o pomoc w utrzymaniu uratowanych koni – 100 000 zł pozwoli zabezpieczyć zwierzęta w ciągu najbliższych, zapewne najtrudniejszych 3 miesięcy: https://pomagam.pl/uratujkonie

F-35 na koronawirusa

Państwo znalazło się niespodziewanie w opałach. Coraz więcej osób chorych, coraz wyraźniejsze słabości służby zdrowia – widać że państwo ma poważny problem. Ludziom zaś trwożne myśli zaprzątają głowę – co z pracą, z czego żyć? O to prof. Grzegorza Kołodkę z Akademi Leona Koźmińskiego, b. wicepremiera i ministra finansów spytał Marek Barański.

Koszty będą olbrzymie. Jeszcze ich nie znamy, podobnie jest w innych państwach świata. Już można, jak sądzę szacować, że w stosunku do planowanego przez rząd budżetu na rok 2020 pojawi się dodatkowy deficyt (mówię „dodatkowy”, bo „deficyt zerowy”, to była mrzonka obecnego rządu). Szacować go można od 6 do 8 procent. 3-4 proc. To jest skutek dodatkowych wydatków w związku z walką o ludzkie zdrowie i życie, z ochroną miejsc pracy, a także nakładów na podtrzymywanie przedsiębiorstw zwłaszcza małych i średnich, które nie są w stanie poradzić sobie same.
Drugie 3-4 proc, to jest ubytek dochodów budżetu państwa z tytułu zaniechania poboru składek na ZUS i ubytków w podatku VAT-u, bo przecież mniej wydajemy w tych czasach.
W polskich realiach „dziura” może wynieść 140 – 190 mld zł.
Skąd wziąć te pieniądze?
Są trzy są kanały ich pozyskania. Pierwszy – drukowanie pieniędzy. Bardzo dobrze, że NBP skupuje na rynku wtórnym obligacje wyemitowanie przez państwo i to jest właśnie nic innego, jak to, co ludzie nazywają drukowaniem pieniędzy. Nie ma obawy, że nadmiernie wzrośnie dług publiczny, bo on jest daleko od granicy wyznaczanej przez prawo polskie i unijne ograniczające jego skalę w stosunku do PKB.
Drugi kanał – o nim na razie się nie dyskutuje, ale to jest tylko kwestia czasu, to podniesienie podatków. Oczywiście tym, którzy będą mieli, z czego płacić, a nie biednym. Trzeba bezwzględnie odejść od fatalnych rozwiązań preferujących najlepiej wynagradzane warstwy pracowników i wszystkie dochody indywidualne skonsolidować i obłożyć je podatkiem progresywnym. Należy odejść od różnego rodzaju kontraktów menadżerskich, czy pseudo indywidualnej działalności gospodarczej, prowadzonej tylko po to, żeby płacić podatek liniowy i unikać tejże progresji.
I trzeci kanał. Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi – prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zamrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturą amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć. Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym nominalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią.
I po drugie – na sensowną, wzmacniającą spójność społeczną i nie sprzeczną z troską o efektywność gospodarczą, opiekę społeczną. Nie muszę dodawać, że przy okazji, jednym pociągnięciem pióra, skreśliłbym też z planów budowę megalomańskiego lotniska za dziesiątki miliardów złotych.
No to jest pole do popisu dla lewicy. Postulat podatku progresywnego jest stałym punktem ich programów politycznych.
Lewica, jeśli nie zgłosi przy tej okazji wniosku o zamrożenie wydatków zbrojeniowych i przesunięcie ich na obronę położenia społecznego i standardu życia ludności szczególnie zagrożonej, będącej w trudnej sytuacji materialnej, utraci moralne prawo do nazywania się lewicą. Powinna być w awangardzie zabiegów o racjonalizację sytemu fiskalnego i o prospołeczne i zarazem proefektywnościowe ukierunkowanie interwencyjnych działań rządu w tym niezwykle skomplikowanym czasie.
Skomplikowanym od strony budżetowej, ale i politycznej…
Jest oczywiste, że wybory prezydenckie, nie odbędą się 10 maja. Zapewnienia rządzących i spory z opozycją, to funta kłaków warta kolorystyka polityczna.
Należy sobie jednak uzmysłowić, że przesunięcie wyborów prezydenckich będzie niezwykle kosztowne. W następnych kwartałach sytuacja gospodarcza w Polsce będzie się pogarszać. Będą rosły napięcia społeczne, spadać będzie również poparcie dla obecnej władzy, łącznie z obecnym prezydentem. Rząd PiS, aby utrzymać swoją popularność i szanse na reelekcję A. Dudy, nie będzie szczędził pieniędzy – oczywiście pod hasłem walki z koronawirusem i z jego następstwami. Miejmy świadomość, że przez cały czas będzie także trwał gigantyczny nacisk z jednaj strony przez populistów, którzy pod pretekstem obrony najsłabszych będą domagali się gigantycznych pieniędzy na pomoc społeczną, nawet tam, gdzie można sobie poradzić bez ekstra zabiegów.
Z drugiej zaś strony możni tego świata, pod hasłem obrony miejsc pracy i ochrony przedsiębiorców, już rozpoczęli swój skok na kasę. Ile to będzie kosztowało, jeszcze nie wiemy, ale dużo.

Gorzkie żale muzykanta

Parę dni temu menadżer grupy na K. wysłał do nas, członków grupy, wiadomość, że rząd myśli nad tzw. postojowym. Wszystkim, zatrudnionym na umowy o dzieło albo zlecenie, czyli m.in. nam-muzykantom-chce dać parę groszy minimum socjalnego miesięcznie. Ucieszyłem się. Ale na krótko.

Miałoby to wyglądać tak, że Państwo, żebyśmy my wszyscy, zatrudnieni na śmieciówkach albo wepchnięci w fikcyjne samozatrudnienie, nie pomarli z głodu, da nam co miesiąc parę groszy (ok.2 tysięcy brutto chyba), czyli na rękę coś ponad 1,5 koła. Są jednak warunki. Trzeba się wylegitymować udokumentowanym dochodem na miesiąc przed złożeniem wniosku, a za miesiąc na który się chce postojowe otrzymać, wykazać przed urzędnikiem na piśmie, że za utracone dochody odpowiada zaraza światowa. Znaczy się koronawirus, a nie Żydzi albo cykliści, jakby chcieli co poniektórzy. I jak się te warunki spełni, co ważne, nie można zarabiać więcej niż trzy średnie krajowe na miesiąc, bo wtedy się postojowe nie należy, urzędnik przystawi stempel i pieniądze na konto popłyną. Dobra i psu mucha pomyślałem. Poprosiłem menadżera, żeby wystąpił w moim imieniu o taki socjal, bo to nie pracownik występuje tylko ten, kto go zatrudnia. Okazało się jednak, że nic z tego. Co prawda w marcu straciłem sporo koncertów i mógłbym teoretycznie wnioskować o starty za marzec, ale postojowe jest na razie pomysłem, który nie wiadomo kiedy wejdzie w życie i czy w ogóle. Trzeba więc czekać kolejnego miesiąca. Jednak i tu sprawa dla mnie jest przegrana, bo w kwietniu nie miałem zakontraktowanych żadnych reczitali, więc trudno będzie uzasadnić utratę dochodu skoro i tak bym go wtedy nie miał. Jeśli wystarczy państwowych pieniędzy na zapomogi, to może zawnioskuję o nie w maju, choć, po prawdzie, wolałbym sam je dla siebie zrobić na scenie. Nikt w zespole, zarówno moim jak i w grupach konkurencyjnych, nie ma jednak wątpliwości, że w maju nie wrócimy do pracy, choć to dla naszej branży czas największych żniw. Robota nasza działa bowiem tak samo, jak w innych, sezonowych zajęciach. Jak są ryby, to rybak łowi w opór-dzień i noc, a jak jeziora skute lodem, to siedzi w domu, reperuje sieci i żyje z tego, co złowił drzewiej. Raz żyje dobrze, raz gorzej. Dawno jednak nie było już ta, że musi przymierać głodem, bo do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja.

Przed chwilą przeczytałem w gazecie lokalnej, że radna Koalicji Obywatelskiej z Zabrza wnioskuje o to, żeby w roku 2020 wszystkie środki przeznaczone w budżecie miasta na imprezy masowe o charakterze rozrywkowym, przesunąć na walkę ze skutkami koronawirusa. Innymi słowy, ludzie kultury, jeśli nie zabije Was koronawirus, czekajcie swoich dni, bo nadejdą szybciej niż sądzicie. Ciekaw jestem, czy pani radna z Zabrza i jej podobni szołmeni z innych miejscowości, a będzie takich zapewne wielu, w skutkach pandemii koronawirusa przewidzieli pomoc specjalistów z zakresu psychiatrii, bo gdy będziemy trzymać ludzi w izolacji kolejne miesiące, z ciemną perspektywą braku dochodu, depresja i samobóje zaczną toczyć naród nie gorzej niż korona.

Nie lubię utyskiwać na swój los. Nie jestem zrzędliwą, płaczliwą babą. Jeśli mogę, imam się różnych zajęć, żeby godziwie żyć. Jeśli mogę. W przypadku z którym mamy teraz do czynienia-nie mogę. Zostaje mi tylko czekać. Bo na nic nie mam wpływu A jak nie mam wpływu, to staram się nie denerwować i nie zaprzątać sobie tym łba. No ale weź tu się człowiecze nie denerwuj. Skoro znikąd pomoc. A my, artyści, jesteśmy zawsze, niezależnie od czasów, na końcu przewodu pokarmowego, który wiadomo czym się kończy.

Rząd Pasikoników

Rząd PiS sprywatyzował walkę z zarazą koronowirusa. Przerzucił jej koszty na obywateli. Ci karnie i nad wyraz zgodnie samo uwięzili się w domowych kwarantannach. I tym radykalnie zahamowali roznoszenie się wirusa w Polsce. Raz jeszcze uznali, że jeśli chcesz w IY RP liczyć na kogoś w czasie kryzysu, to najpewniej licz na siebie.
Rząd PiS przerzucił walkę z zarazą na barki obywateli, bo przez pięć lat swych rządów elity PiS roztrwoniły korzyści płynące w czasach prosperity. W których miał szczęście sobie porządzić.
Przez pięć lat dobrej, światowej koniunktury gospodarczej elity PiS zachowywały się jak Pasikonik z bajki Ezopa. Zamiast robić zapasy na zimę, na czasy trudne, czas rządzenia zużywały na ciągłe kreowaniu nowych konfliktów i przeciwników.
Zamiast reformować, unowocześniać polskie państwo elity PiS inicjowały konflikty społeczne i wojny domowe.
Walczyły z „postkomuną” odbierając należne świadczenia emerytalne służbom mundurowy.
Walczyły z „kastą sędziowską” dezorganizując i upolityczniając system władzy sadowniczej.
Walczyły z protestującymi lekarzami odkładając na przyszłość reformy biedniejącej służby zdrowia.
Walczyły z wykreowaną, wrogą „Brukselą” plasując nasz kraj na marginesie Unii Europejskiej. W efekcie rząd PiS nie przystąpił do unijnych przetargów na sprzęt medyczny, bo „nie zdążył”.
Teraz elity PiS prześcigają się w podzięce za dary od komunistów chińskich. Teraz komunistycznymi maseczkami nie brzydzą się tak żarliwi antykomuniści jak pan premier Morawiecki czy minister Dworczyk.
Elity PiS wytrwale walczyły ze strajkującymi nauczycielami. Zamiast unowocześniać system oświaty, najpierw rozwalały gimnazja, potem zmieniały podstawy programowe aby wychowywać narodowo- katolickich ciemniaków. Zapominały unowocześniać szkolnictwa, wprowadzać cyfrowe metody zdalnego nauczania.
Szczuły z wielką satysfakcją na strajkujących nauczycieli resztę społeczeństwa. Plugawiły ich w swojej TVP SA i Polskim Radiu.
Już w trakcie pojawienia się zagrożenia zarazą zasiliły TVP SA dodatkową dziesięciomiliardową dotacją wypłacaną tej medialnej szczujni przez najbliższe pięć lat.
Walczyły z samorządami odbierając im uprawnienia i środki finansowe. Zwalały na samorządy dodatkowe zadania
Elity PiS sprawnie uprawiały godnościową propagandę. Wmawiały wyborcom, że dokonują wielkiego dzieła wzmocnienia państwa polskiego. Polonizacji i repolonizacji kolejnych sektorów gospodarki i życia społecznego.
W rzeczywiści grupy cwaniaków przewalały miliardy złotych z budżetu państwa pod pretekstem walki z „antypolonizmem”. Kupowano felerne jachty, malowano patriotycznie samoloty, wykupywano mega kosztowne ogłoszenia w zagranicznych mediach.
Ale kiedy nadszedł czas próby dla infrastruktury państwa polskiego to okazało się jak bardzo jest ono słabe.
Cóż z tego, że pan minister oświaty Dariusz Piontkowski zarządził zdalną naukę dla pozostających w domach dzieci, skoro państwo polskie nie ma niezbędnych do tego, sprawnych serwerów. I musi korzystać z pomocy prywatnych instytucji.
Ale przez ostatnie pięć lat priorytetem elit PiS były budowy muzeów. Zwłaszcza „żołnierzy wyklętych”.
Nie ma też w państwie polskim kompleksowych systemów bezpieczeństwa, procedur, planów awaryjnych. Nawet Sejm RP nie wprowadził na czas systemu pracy zdalnej.
Za to nagrody za znakomite efekty pracy Kancelarii Sejmu zostały prominentom PiS wypłacone już w styczniu. I nie tylko im.
Widać im „należało się”.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/

To zawsze tak się zaczyna,

niedostrzegalnie, niespodziewanie, nie do uwierzenia, ale wielkie polityczno-społeczne wydarzenia i przemiany mają często swój początek w pozornie mniej znaczących epizodach.

Śmiertelne strzały w Sarajewie do następcy tronu monarchii austro-węgierskiej stały się przyczyną wybuchu I wojny światowej, która pochłonęła 10 milionów ofiar. Z niskonakładowej „Iskry” wybuchł płomień rewolucji ogarniający nie tylko całą ówczesną Rosję. Podwyżka cen w 1970 roku, wg. Andrzeja Werblana, zupełnie zbędna, bo później została cofnięta bez poważniejszych ekonomiczno-społecznych skutków, spowodowała upadek Władysława Gomułki i zasadniczą zmianę polityki PZPR. Podobnie w przypadku niejako rutynowego zwolnienia suwnicowej Anny Walentynowicz, które wywołało strajk, powstanie Solidarności i wszelkie dalsze z tym faktem związane konsekwencje. Drzemiące od lat konflikty interesów, niespełnione oczekiwania i żądania mas, nierozwiązane rozliczne problemy stanowią rzeczywistą przyczynę znaczących wydarzeń, ale to zawsze tak się zaczyna.
Tym razem nieznany doktor Li
w jakimś dalekim Wuhen, gdzieś w Chinach – w mieście o którym mało kto słyszał, choć ma prawie 10 mln mieszkańców, dwadzieścia kilka wyższych uczelni, dwieście wieżowców ponad 150 metrowych i potężny przemysł – ogłosił w grudniu 2019 roku początek choroby COVID-19 i nowej epidemii, w co nie chciały uwierzyć miejscowe władze, a świat tym bardziej. O jej dalszym przebiegu dowiadywali się i doświadczali go, nadal często z niedowierzaniem, mieszkańcy kolejnych krajów, aż objęła cały świat, również zadamawiając się nad Wisłą, także na kwarantannie w naszych mieszkaniach.
Wszystkie epidemie, co dowodzi historia, niosące spustoszenie ludnościowe i szereg innych negatywnych skutków, wcześniej czy później kończyły swe tragiczne żniwo. Tak będzie i z koronawirusem, bo drastyczne acz skuteczne działania ograniczą jego zasięg, wygaśnie w nadchodzących wysokich temperaturach i suchym powietrzu, zatrzyma go w rozprzestrzenianiu, wcześniej czy później, nowa szczepionka. „To koniec świata, jaki znamy, Nowy tworzy się w tych dniach’’ pisze „Newsweek” (16-22.03.2020) i tak zapewne będzie się działo.
Skutki poza zdrowotne pandemii przede wszystkim ekonomiczne, a w konsekwencji społeczne i polityczne, już obserwowane, będące dziś nie tylko nie do przecenienia, ale i wyobrażenia, przybiorą postać procesu poważnych zmian.
Wymusi je recesja. Marek Belka we wspomnianym „Newsweeku” mówi, że z takim kryzysem jak dziś nie mieliśmy do czynienia i dodaje : „tak naprawdę to dokładnie nic nie wiemy. To znaczy wiemy, w jakim kierunku będzie się zmieniać sytuacja. I może trochę wiemy, co powinniśmy robić, ale absolutnie nie znamy jeszcze skali tego zjawiska.”
Bessa, ograniczenie działalności bądź upadek wielu firm, dalsze poważne pogłębienie różnic w poziomie materialnym, zwolnienia i katastrofalny wzrost liczby osób pozbawionych źródeł dochodu, aż do drastycznych sytuacji z częstym zagrożeniem życia. Wpływ odczuje także sektor bankowy, który podejmie z konieczności pewne przekształcenia, ale głównie w swojej obronie. Czekać go jednak będą zasadnicze zmiany, gdyż nie będzie mogła powtórzyć się sytuacja jak po kryzysie 2008 roku kiedy „rządy i banki centralne – tłumaczy ekspert z brytyjskiej komisji nadzoru finansowego Maciej Wróblewski – wpompowały do sektora finansowego mnóstwo pieniędzy w nadziei, że trafią one do realnej gospodarki, będzie więcej pracy, wyższe zarobki, klasa średnia odetchnie i poczuje się bardziej pewnie. Nic takiego nie nastąpiło. Pieniądze prawie w całości zostały zjedzone przez sektor finansowy.”
Ta wirusowa i postwirusowa sytuacja wywoła zwielokrotnione żądania pomocy, ratunku i zmiany, wyrażające się także w bardziej lub mniej zorganizowanych masowych oczekiwaniach, protestach i co za tym, w koniecznej sanacji dotychczasowej polityki finansowej i społecznej szeregu państw. Dominującymi będą gremialne oczekiwania egalitarne, partie i ruchy społeczne występujące pod takimi hasłami zyskają zwiększone poparcie, co wyrazi się także w przejmowaniu przez nie rządów. Można spodziewać się zamieszek, a nawet wystąpień rewolucyjnych. Czas więc najwyższy na lewicową „Doktrynę szoku” – jak pisze Bartosz Rydliński w „Dziennik-Trybuna” (20.03.2020) – „ten okropny kryzys, największej globalnej epidemii od 700 lat może być szansą na zastoso­wanie naszej, socjaldemokratycz­nej „Doktryny szoku”… W polskich warunkach, które są nadzwyczaj neoliberalne w europejskim kontekście, Lewica powinna przedstawić swój program reform, które wychodziłby daleko poza dotychczasowe schematy.”
„Zarażony kapitalizm” – tytuł z „Newsweeka” – będzie musiał przejść nadzwyczaj poważną kurację z wielokrotnym zastosowaniem respiratora i być może znów mu się uda, co zresztą już się zdarzało, i trzeba przyznać, z powodzeniem.
„Nie pytajmy w tych dniach
– pisze we wstępniaku cytowanego tytułu jego redaktor naczelny – tylko o to, jak egzamin z walki z wirusem zdają rządzący. Pytajmy samych siebie, jak my go zdajemy.” Ta sentencja połączona z szeregiem koniecznych zaleceń i zmian w naszych zachowaniach oraz postawach jest oczywiście słuszna. Ale żadną miarą nie wykluczy ocen rządzących, ich poprzednich i aktualnych decyzji, założeń prowadzonej polityki i preferencji dla określonych wydatków, zaniedbań starych i najnowszych. I nie będzie to dotyczyło jedynie służby zdrowia powszechnie niedoinwestowanej i zbyt często niedostępnej, niejednokrotnie skomercjalizowanej do granic absurdu i biznesowego interesu, niewydolnej na co dzień, a więc tym bardziej bezradnej w pandemicznej sytuacji.
Hiszpańska biolog napisała: Dajecie piłkarzom milion miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku? Poproście Ronaldo i Messiego, niech oni Wam teraz znajdą lekarstwo. Takich nonsensów odnaleźć można bez liku we wszystkich dziedzinach naszego publicznego, podobno normalnego, życia, a za wszystkimi kryje się paradygmat kapitalizmu, którym był zawsze i jest nadal wszechogarniający zysk. Czy może się to zmienić, przynajmniej ograniczyć, to się dopiero okaże po skutkach dalszego przebiegu pandemii COVID-19. Jedno natomiast jest pewne, że, jak pisze Wojciech Orliński („GW”, 21.03.2020) : „Dziś już widzimy jasno jak nigdy: polityka drobnych kroków i kompromisów, unikania wielkich wyzwań nie działa”.
W nieunikniony sposób
tocząca się światowa zaraza srogo egzaminuje instytucje państwa, ich wydolność i sprawność w sytuacji powszechnego zagrożenia. Witold Jurasz w obszernej publikacji na Onecie (17.03.2020) zastanawia się „Czy koronawirus zabije demokrację i Unię Europejską?” Czytamy: „Chiński cud gospodarczy sprawił, że coraz więcej osób – również w państwach europejskich – zaczęło zadawać sobie pytanie, czy istotnie nadal demokracja jest najbardziej wydajnym systemem rządzenia. Jeśli okaże się, że liberalne demokracje nie dość, że nie gwarantują rozwoju gospodarczego i nie są w stanie zapanować nad narastającymi, drastycznymi nierównościami społecznymi, to jeszcze – co gorsza – w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia obywateli są mniej efektywne od państw autorytarnych, popularność demokracji nieuchronnie ucierpi.”
Nie można odmówić autorowi szeregu słusznych obserwacji, pytań i uwag, ale jak to w naszej oficjalno-poprawnej publicystyce bywa, odważnych stwierdzeń brak, podobnie jak twórczych wniosków, Za to przy okazji sporo łatek przypina znienawidzonej, na tę wirusową okoliczność zupełnie bez sensu, jak zawsze Rosji, no i Chinom, bo tak wypada, gdyż wspólnie z USA bardzo ich nie lubimy. Wobec światowego, ekonomicznego sukcesu Państwa Środka autor staje bezbronny, ale w sprawie odpowiedzialności za pandemię wiąże to z jego autorytaryzmem, tak jakby tylko w takim ustroju powstawał wirus, a nadto celowo zamieniło Jedwabny na Koronawirusowy Szlak.
Już pierwsze słowa o niewydolnych liberalnych demokracjach z drastycznymi społecznymi nierównościami powinny kierować Jurasza ku jakimś poważniejszym rozważaniom o konieczności zmian, ale on tylko z żalem uważa, że „ucierpią”, utyskuje także, nota bene słusznie, nad niesprawnością mechanizmów Unii Europejskiej, co zresztą nie prowadzi go do żadnych poważniejszych sugestii.
Podobnie jest z opinią: „Model liberalnej demokracji może być zagrożony jak nigdy dotąd, a partie autorytarne i populistyczne będą zyskiwać nowych zwolenników”, bo Juraszowi nie mogą żadną miarą przejść przez klawiaturę laptopa słowa lewica, partie lewicowe i socjaldemokratyczne z lewicowym programem gdyż wg niego stygmatyzowane populizmem, nie mieszczą się w modelu demokratycznym. Proponowana przez autora korekta liberalnej demokracji to tylko odzyskanie przez państwo siły i zdecydowania, lepsi przywódcy i odważniejsze media. Ostatnie to najlepiej pro domo sua.

Nad rozlanym mlekiem wypłakuje też Mateusz Mazzini w tekście „Koronawirus może dobić liberalne demokracje” („GW”,24.03.2020), tak jakby same wcześniej straceńczą drogą żwawo nie podążały i jakby były warte dyskusji, jak o idealnym państwie Platona.
Dla porządku rzeczy dodać należy, że tym opiniom basuje Janusz Winnicki z „Polityki” w tekście „Zachód walczy z wirusem, a Chiny ruszają z propagandą”, którego początek brzmi: „Chiny ruszają światu na pomoc…niosą pomoc umęczonym Włochom, oferują ją Polsce i innym krajom. Ślą ją też Afryce…Nawet tam, do zamożnej Europy, na pokładzie wielkich samolotów transportowych lecą maseczki i testy. Chińscy lekarze dzielą się wiedzą i doświadczeniem, jak hamować postępy choroby. Stąd wrażenie, że w Państwie Środka, które w rozwoju Covid-19 jest kilka tygodni m.in. przed Europą, leży jedna z niewielu nadziei na szybkie uzyskanie posiłków.” Kolejne, odważne i mądre kiedyś, medium manipuluje tytułem materiału, aby tym komunistom z Azji jednak przywalić.
A w Polsce DPP
(Dobry Pan Prezydent) podjął wreszcie, w odróżnieniu od Czech i Węgier, nie mówiąc już o Włoszech, które to dużo wcześniej uczyniły, decyzję z szybkością szachisty i już (!!!) 24 marca zadzwonił do prezydenta Chin z prośbą o pomoc w sprzęcie ochronny dla personelu medycznego i innych służb. Samoloty z maseczkami, rękawiczkami jednorazowymi, kombinezami i respiratorami (!!!). już lądują na Okęciu, a Polakom przestraszonym i przerażonym epidemią, nieuniknioną ekonomiczną zapaścią i brakiem środków do życia rządowy obóz funduje kolejny spektakl kłamstwa, matactwa i tradycyjnego już łamania prawa z niealegorycznym danse macabre w tle.
Trzej jeźdźcy spełnionej pisowskiej apokalipsy dosiedli koronawirusa i próbują galopować do prezydenckiego zwycięstwa. Szable w dłoń, co prawda telewizyjna troszkę się wyszczerbiła, ale nic to. Naczelnik państwa, po chwilowym powrocie z politycznej kwarantanny, uważa, że dla kraju złe byłoby, gdyby po epidemii prezydent i premier byli z różnych opcji politycznych, że najwięcej z powodu epidemii koronawirusa stracił urzędujący prezydent, a nadto poucza tego ostatniego, że może od czasu do czasu wygłosić orędzie, ale przecież nie może nadużywać tej możliwości. Natomiast PAD w roli Głównego Inspektora Sanitarnego przesadnie nadużywa swych sił na terenie całego kraju, bohatersko narażając się wirusowi i politycznej opozycji. Premier albo kłamie w żywe oczy albo mija się z prawdą opowiadając wszem i wobec m. in. o ponad 200 miliardach rządowej pomocy obywatelom. I tylko giermek Szumowski, na wzór sienkiewiczowskiego Rzędziana zachowuje spokój i trzeźwy obraz tej pandemicznej bitwy , chociaż podległe mu służby chronić i ratować będą dopiero chińskie dostawy.
Wadim Tyszkiewicz: „jak można tak bezczelnie wykorzystywać tą trudną sytuację do umacniania władzy jedynie słusznej partii i lansowanie się prezydenta? Wstyd. Polacy czekają na konkretne działania, na dostępne testy, maseczki, na wyposażone szpitale, a nie na kłamstwa i lans polityków, wykorzystujących dramatyczną sytuację.”
Zdecydowana większość,
bo aż 70 proc. Polaków chce przesunięcia daty wyborów prezydenckich. Dla PiS byłoby najlepiej gdyby odbyły się w najbliższą niedzielę, bo po 10 maja, nawet jak by trochę została opanowana epidemia koronawirusa, to krajobraz po burzy nie będzie sprzyjał zwycięstwu. Tak to się zawsze zaczyna.

Błogosławiony stan strachu

Szóstą ofiarą koronawirusa w Polsce przez kilka godzin była 27 letnia kobieta z Łańcuta. Potem jednak Ministerstwo Zdrowia uznało, że nie zmarła na COVID-19. O co w tym chodziło i czy ciężarne są równie narażone na powikłania jak staruszkowie, z lekarzem ginekologiem dr Jackiem Tulimowskim rozmawia Tadeusz Jasiński.

Informacje na temat śmierci w Łańcucie zarażonej koronawirusem, 27-letniej kobiety, która chwilę wcześniej urodziła przez cesarkę spowodowały, że warto chyba porozmawiać właśnie o koronawirusie i ciąży.
W fachowym informatorze medycznym The RCOG, podano, że „Kobiety w ciąży nie wydają się być bardziej podatne na konsekwencje zakażenia COVID-19 niż populacja ogólna” , i choć w grupie obserwowanych nie odnotowano zgonów, naukowcy podkreślają, że jest zbyt mała ilość przypadków poddanych analizie aby wysnuwać wnioski ogólne. Lekarze postulują aby zwrócić również uwagę na choroby towarzyszące ciężarnym, które statystycznie mogą zwiększać ryzyko infekcji COVID-19.
Również Światowa Organizacja Zdrowia/ WHO poinformowała, że z dostępnych obecnie opisów przypadków klinicznych ciężarne najprawdopodobniej nie należą do grupy podwyższonego ryzyka ciężkiego przebiegu choroby COVID-19.
Wstępne wyniki badań wskazują, że kobiety w ciąży, u których rozwinęły się kliniczne objawy choroby COVID-19 nie przekazują infekcji koronawirusem swojemu dziecku, co potwierdza wstępna analiza przypadków o braku transmisji pionowej czyli przenoszenia koronowirusa z matki na płód drogą przezłożyskową. Niestety są to dane początkowe i nie odnoszą się do wszystkich trymestrów ciąży.
Mimo wcześniejszych analiz dotyczących transmisji wirusa, w prasie fachowej pojawiły się informacje o dwóch przypadkach wykrycia obecności u noworodków koronawirusa SARS-CoV-2. W jednym z przypadków detekcja nastąpiła 17 dni po urodzeniu, w drugim – po 36 godzinach od porodu. Pozytywnym wnioskiem jest to że w obu przypadkach stwierdzono iż do infekcji doszło najprawdopodobniej po urodzeniu dziecka a nie w trybie transmisji pionowej. 
Opisy chorych na COVID-19 ciężarnych z Pekinu zostały zamieszczone w czasopiśmie „ The Lancet”. Co prawda badania te były oparte jedynie na obserwacji dziewięciu kobiet, ale dają pewne podstawy do optymizmu.
Jakie zatem są kliniczne objawy infekcji COIVID-19 u ciężarnych?
W trakcie obserwacji 9 zarażonych COVID-19 kobiet stwierdzono, u siedmiu podwyższenie ciepłoty ciała, u czterech kaszel, u trzech bóle mięśniowe, u dwóch złe samopoczucie i bóle gardła.
U 5 spośród 9 obserwowanych ciężarnych zaobserwowano leukopenię poniżej 1000 leukocytów, u 3 podwyższenie poziomu aminotransferaz w surowicy krwi. U wszystkich 9 obserwowanych kobiet nie rozwinęły się kliniczne objawy ciężkiego zapalenia płuc/ w przeciwieństwie do epidemii SARS/, a stan kliniczny ciężarnych /rodzących był zbliżony do stanu klinicznego kobiet nieciężarnych w tym samym wieku chorych na COVID-19. W diagnostyce zastosowano: badania laboratoryjne, pobranie wymazów z gardła oraz badania płuc.
Jak przebiegły w takiej sytuacji porody?
Wszystkie porody odbyły się drogą zabiegową cięcia cesarskiego, a stan noworodków po porodzie był zadowalający.
Wszystkie urodzone dzieci zostały ocenione w skali Apgar w pierwszej minucie na 8-9 punktów, w 5 minucie na 9-10 punktów. Badania płynu owodniowego, krwi pępowinowej, wymazów z gardła nie wykazały obecności koronawirusa. Podobnie nie było go w próbkach mleka, które pobrano od sześciu kobiet. 
Brak transmisji wirusa potwierdzony był w pierwszych obserwacjach na podstawie analizy wymazów z nosogardła pobranego u noworodków, w dalszej kolejności badaniom poddano: krew pępowinową, płyn owodniowy. Badania nie stwierdziły obecności wirusa SARS-CoV-19. Brak obecności wirusa stwierdzono również w mleku matek. Niestety liczba poddanych obserwacji kobiet jest zbyt mała aby wyciągać długofalowe wnioski.
Istotne jest również, że jeśli transmisja COVID-19 nie zachodzi poprzez mleko matki to nadal głównym zagrożeniem dla dziecka jest bliski kontakt z zakażoną koronawirusem matką. Zwłaszcza, że choroba w większości przypadków rozprzestrzenia się drogą kropelkową – poprzez kontakt z wydzielinami z nosa i jamy ustnej, w tym kontakt z kropelkami śliny uwalnianej z ust podczas mówienia, wydychania powietrza, kaszlu i kichania.
Nasuwa się wniosek, że u kobiet zakażonych COVID-19 powinno się rozważyć korzyści i ryzyko infekcji noworodka wynikające z podjęcia karmienia piersią, ewentualnie wprowadzić karmienie sztuczne.
Chińscy autorzy pracy zwracają uwagę, że badania wpływu infekcji COVID-19 na ciężarne i ich nowonarodzone dzieci objęły na razie bardzo małą grupę pacjentek. Dlatego konieczne jest dalsze prowadzenie obserwacji i badań klinicznych. Na dzień dzisiejszy uzyskane wyniki dają powody do lekkiego optymizmu, choć nadal podstawowym sposobem zachowania bezpieczeństwa matek i ich dzieci pozostaje izolacja i tym samym niedopuszczenie pojawienia się infekcji. W przypadku ciężarnych zarażonych COVID-19 chińscy lekarze sugerują natychmiastową izolację od zainfekowanej matki po urodzeniu się dziecka, a także niekarmienie piersią. Noworodki matek COVID-19 dodatnich powinny być zatrzymane w oddziale neonatologicznym w warunkach izolacji od innych dzieci przez okres co najmniej 14 dni, choć jest to zbyt krótki okres obserwacji aby ocenić długofalowe następstwa kliniczne u dzieci urodzonych przez matki COVID-19 dodatnie.
Centers for Disease Control and Prevention – agencja rządowa Stanów Zjednoczonych wchodząca w skład Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej zaleca, by kobiety, u których w ciąży wykryto zakażenie koronawirusem i urodziły dziecko, były oddzielone od noworodków, dopóki klinicznie nie zostanie potwierdzone, że już nie zarażają. 
Jakimi powikłaniami może skutkować koronawirus w ciąży?
Według opracowań WHO, infekcja wirusem COVID-19, która rozwinie się u ciężarnej, może doprowadzić do: poronienia, choć w przypadku koronawirusa z Wuhan na razie nie ma danych, które by to potwierdzały.
Poza tym źródła mówią, że może to doprowadzić do-porodu przedwczesnego, – niskiej masy urodzeniowej,-zespołu DIC czyli i sepsy, niewydolności nerek. No i wysoka gorączka towarzysząca zakażeniu COVID-19 podczas pierwszego trymestru ciąży może zwiększać ryzyko wystąpienia wad wrodzonych oraz-pojawienia się obustronnego zapalenie płuc zarówno u ciężarnej jak i u płodu.
Czyli przyczyna śmierci kobiety z Łańcuta czyli sepsa, to według WHO jedno z najgorszych powikłań zakażenia koronowirusem.
Tak, ale sepsa choć nader rzadko, ale jednak pojawia się po cesarskim cięciu. Widać w tym przypadku uznano, że związku między sepsą a koronawirusem nie było. Trzeba jednak pamiętać, że na każdym etapie ciąży COVID-19 może być niebezpieczny zarówno dla płodu jak i ciężarnej. Z wstępnej analizy wydaje się że najlepszym zaleceniem jest aby do końca epidemii ciężarne nie wychodziły z domu, uwzględniając sytuacje absolutnie konieczne np. wizytę u lekarza.
Mimo, że nie ma obecnie danych dotyczących większej podatności kobiet w ciąży na zachorowanie na COVID-19 należy uwzględnić, że zmiany zachodzące w trakcie ciąży w układzie odpornościowym mogą jednak wpływać na większą podatność na zakażenia układu oddechowego COVID-19. Dlatego u ciężarnych dopuszcza się pojawienie się większego ryzyka choroby o ciężkim przebiegu, lub zgonu w porównaniu z grupą kobiet nieciężarnych. Zależność tą zaobserwowano tylko u pacjentów z infekcjami koronawirusami (SARS i MERS), ale nie można wykluczyć że będzie również dotyczyć infekcji COVID-19.
Co nader interesujące, w badaniu opublikowanym w czasopiśmie „Lancet” lekarze sugerują, że u kobiet zainfekowanych COVID-19 okres kwarantanny powinien być dłuższy niż 14 dni, wynika to z okresu inkubacji koronawirusa SARS-CoV-2, który jest dłuższy u kobiet niż u mężczyzn. Dłuższy okres inkubacji to zwiększone prawdopodobieństwo rozprzestrzeniania się infekcji koronawirusa SARS-CoV-2, przy jednoczasowym braku lub łagodnych objawach klinicznych.
Jak zatem powinna wyglądać profilaktyka ciężarnych?
Standardowe. Nie przebywać w rejonie występowania choroby. Nie kontaktować się z osobami zarażonymi. Nie kontaktować się z osobami z cechami infekcji górnych dróg oddechowych. Zachować odpowiedni dystans minimum 1-1.5m od osób zarówno zdrowych jak i z objawami infekcji górnych dróg oddechowych/ kaszel, kichanie. Unikać dużych skupisk ludzkich. Przestrzegać zasad higieny – konieczne jest regularne i dokładne mycie rąk z odkażaniem za pomocą przeznaczonego do tego płynu. Unikać dotykania dłońmi twarzy,oczu, nosa, ust.
W przypadku kaszlu czy kichania należy usta i nos zakryć chusteczką. W uzasadnionych przypadkach jak choćby przebywanie w sklepie lub aptece założyć specjalną maseczkę ochronną z oznakowaniem FFP2, FFP3, ale nie chirurgiczną.
W domu należy odkażać blaty, klamki, poręcze, telefony komórkowe, klawiatury komputerów, piloty do telewizorów. Zaś przed spuszczeniem wody w toalecie zamykać deskę klozetową. Wypada wzmocnić układ odpornościowy i stosować odpowiednią dietę zawierająca owoce i warzywa. A przede wszystkim nie spożywać alkoholu, nie palić tytoniu.
Oczywiście wszystkie ciężarne, które mają podejrzenie, że mogą mieć objawy zakażenia koronawirusem, powinny niezwłocznie kontaktować się z lekarzem prowadzącym ciążę lub zatelefonować na bezpłatną infolinię NFZ pod numer 800 190 590 gdzie uzyskać można wszystkie informacje na temat koronawirusa.