Wyzwanie

Zawsze jestem o krok za pędzącym światem. Czasami nawet o parę długości. Nie nadążam z przyswajaniem tej ilości informacji, którą co dzień produkują media, a co dopiero z ich komentowaniem. Ale ma to też swoje plusy. Nikt mnie nie pogania w redakcji, żebym pisał coś szybko, bo wymaga tego cykl wydawniczy i powaga chwili. Mogę sobie siedzieć, przemyśliwać, a potem pisać. Tak jak dziś.

Z uwagą przeczytałem komentarze światowej prasy, po natowskim szczycie w Londynie, który w obliczu dzisiejszych wydarzeń z tu i teraz, zdaje się już być prehistorią. Mimo wszystko, chciałbym dziś o nim dwa słowa. Do sukcesów tegorocznego szczytu, prasa światowa, głównie niemiecka, zalicza ustalenie wspólnego stanowiska w stosunku do Chin. Napisano bowiem w końcowym dokumencie, że ChRL stanowi da NATO „wyzwanie”. Zdziwiłem się bardzo, kiedy zobaczyłem to określenie. Cóż to takiego znaczy, to „wyzwanie”. Może to tylko błąd w tłumaczeniu?

Sięgnąłem do oryginalnego tekstu. Nic z tych rzeczy. Stoi jak wół: Chiny to wyzwanie. Jak rozumieć taką deklarację? W dyplomacji określenie czegoś lub kogoś mianem wyzwania, to trochę mniej od nazwania kogoś lub czegoś wrogiem lub przeciwnikiem. Jakimż dla mnie, Polaka z Warszawy, „wyzwaniem”, pozostaje Chińczyk z Pekinu? Albo szerzej; cóż to znowu za „wyzwanie” stanowią dla mnie Ludowe Chiny? No chyba tylko takie, że kiedyś obiecywałem sobie że tam pojadę, i daj Boże, może się i ziści. Jakież „wyzwania” Chiny stawiają przed Belgiem, Francuzem czy Rumunem, którzy, czy tego chcą, czy nie, chronieni są przez parasol NATO. Dumam nad tym drugą minutę i dalej nic nie mogę wymyślić. Wiem natomiast, dla kogo Chiny mogą stanowić wyzwanie. I nie jest to na pewno ani Polska en masse, ani Francja, ani Włochy ani nawet putinowska Rosja, bo globalna polityka, Szanowni Państwo, rozgrywa się dziś w basenie Morza Południowochińskiego, gdzie trwa permanentna walka o strefy kontroli nad cieśninami i przepływami, a w gospodarce, o dominację nad światem.

Chiny mają jednego przeciwnika. Albo raczej to USA na własne życzenie, począwszy od czasów Nixona i Deng Xiaopinga, przez swoją politykę, ufundowało sobie zmartwienie, które dziś może wywrócić do góry nogami światowy porządek. Tak, Szanowni Państwo, dokładnie tak uważam. Panuje w globalnej polityce straszny klincz, który, boję się nawet o tym myśleć, może się skończyć kolapsem i to na dużą skalę.

Po raz pierwszy od 1945 roku, Amerykanom zajrzała w oczy wizja zmiany dotychczasowego układu i wypchnięcia ich z roli tych, którzy na świecie rozdają karty. Bardzo realna wizja. Te wszystkie cła na aluminium, złom itd. które Trump narzuca na Chiny, nie biorą się z niczego. To tylko jeden z najbardziej widocznych symptomów napięcia, które w regionie Morza Południowochińskiego narasta. Chińczycy zbroją się tam na potęgę. Amerykanie wysyłają swoje lotniskowce. Odpuszczają Syrię i Bliski Wschód, bo wszędzie być nie mogą. Jednocześnie wywierają presję na NATO, żeby ich doktryna została oficjalną doktryną Sojuszu. Prą do zbrojeń i podobnych, wiernopoddańczych gestów, żądają od swoich partnerów. Widzi to Macron, który nazywa NATO wprost, żywym trupem, bo nie ważne co powie Sojusz na jednym czy drugim szczycie. Decyzje i tak zapadają w Białym Domu. Widzą to Niemcy, którzy na razie wyczekują i nie robią żadnych ruchów. Widzi to wrzeszczcie Rosja, która czeka na sygnał od Zachodu. W przypadku ewentualnej agresji na kraje bałtyckie, w których nie ma żadnych amerykańskich baz, a które to wspierają Polskę w zabieganiu o postawienie takowej na swojej ziemi, jak sądzicie, kto będzie musiał najpierw rzucić na pomoc swoje siły? Niemcy? Trochę daleko jak na Blitzkrieg.

Tylko my, czy to z ław rządowych czy platformianych, jakoś nie bardzo chcemy, ani nawet próbujemy, mówić swoim głosem. Tym samym, którym mówi np. Australia. Że w dzisiejszym świecie, progres Chin jest nie do zatrzymania. I głupi ten, kto myśli, że można wrócić do dawnych, fabrycznych ustawień, kiedy za Oceanem był raj, dziś stojący przed nami otworem na oścież, bo przecież łaskawie zniesiono wizy. A podatek na Google’a, Amazona czy Facebooka? Przecież kapitał nie ma narodowości…

Nadchodzi światowa rewolucja

– Dziś walczymy i spieramy się o jakieś rzeczy, które wydają się niesłychanie ważne, a które za kilka lat przestaną istnieć, bo zmiecie je fala zmian – mówi Boris Kagarlicki, rosyjski lewicowy filozof i publicysta w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim i Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Na konferencji poświęconej obrazom przeszłości i ich rzutowaniu na teraźniejszość i przyszłość powiedział Pan wczoraj, że wszystkie zamierzenia i budowanie planów jest nic nie warte. Jeżeli tak, to po co o przyszłości w ogóle rozmawiać?

Niezupełnie o to mi chodziło. Mówiłem o tym, że nie ma sensu planować przyszłości opierając się na zasadach, którymi rządzą się dzisiejsze procesy, jednocześnie nie stawiając przed sobą zadania radykalnej zmiany obecnego stanu rzeczy. Jeśli nie podejmiemy się tego zadania, to w najlepszym wypadku przyszłość będzie przypominała teraźniejszość…

Nad czym więc musimy się zastanawiać?

Problem polega na tym, jak obecny system zmienić. I tutaj w moim odczuciu lewica ciągle zawodzi. Tak wielu jej działaczy powtarza: „nie ma odpowiedniej partii, nie ma Związku Radzieckiego, nie ma tamtej klasy robotniczej”. Mówiąc tak, tracimy z pola widzenia drugą okoliczność: obiektywne warunki do walki o politykę socjalistyczną są teraz o wiele lepsze niż w XIX i XX wieku.

Dlaczego? Jakie czynniki temu sprzyjają?

Od technologii informatycznych zaczynając, a kończąc ma poziomie światowej produkcji. Na przykład nigdy jeszcze w historii planety nie było tak, że ludzie pracy najemnej stanowią absolutną większość w skali światowej.

Paradoks współczesnego świata polega na tym, że jest on o wiele bardziej jednorodny niż za czasów Marksa. Sprzeczności takich, jak w XIX w., już nie ma. Są przeciwieństwa między Centrum a Peryferiami, ale ludzi pracy najemnej jest o wiele więcej w krajach Peryferii niż kiedykolwiek. Mówiąc inaczej, poziom proletaryzacji tak naprawdę jest ogromny i bezprecedensowy. Tylko to już jest inny proletariat niż za czasów Marksa.

Jest rozproszony.

Tak, jest go dużo, ale nie tych miejscach, gdzie byśmy chcieli. To nasz problem, a nie proletariatu, oczywiście. Kolejną sprawą jest poziom rozwoju technologii informatycznych. Pojawiła się dużo większa ilość czasu wolnego niż za czasów Marksa, Lenina i Engelsa. Burżuazyjna odpowiedź na tę sytuację jest taka: zostawiamy stosunki produkcji bez zmian, tylko zwiększymy ilość wolnego czasu. Albo wprowadzimy minimalny dochód gwarantowany, który ja uważam za całkowicie reakcyjny pomysł, bo gwarantuje on utrzymanie burżuazyjnych stosunków produkcji i społecznych. A przecież w istocie spór dotyczy czego innego: więcej wolnego czasu daje ludziom możliwość współuczestniczenia w zarządzaniu społeczeństwem. Czas wolny nie powinien być restrykcyjnie oddzielony od czasu pracy. Praca, zarządzanie i odpoczynek mogą był połączone w jeden proces dzięki technologii. Komputer może być narzędziem pracy, zarządzania i odpoczynku.

Proletariat, dzięki technologii pracuje w warunkach rozrzuconej (rozsianej) manufaktury. Freelancerzy to klasyczny przykład proletariuszy, tylko pracują jak kiedyś tkacze we Flandrii, przy swoim warsztacie w domu. Tyle, że tym warsztatem jest komputer. Ale relacje są takie same.

I teraz różnica: wszystkie te komputery mogą połączyć się w sieć. Inaczej niż kiedyś we Flandrii, gdzie robotnicy nie mogli zostać połączeni inaczej jak przez kapitalistę, który od nich odbierał towar, płacił i był komunikatorem łączącym cały system w jedną całość. Teraz pracownicy mogą się świetnie bez tego kapitalisty obejść.

Co z tego wynika?

Mamy obiektywne możliwości samoorganizacji i samozarządzania pracowników oraz stworzenia demokratycznych programów rozwoju w dużo większym stopniu niż kiedykolwiek w historii. A kryzys kapitalizmu w jego neoliberalnej formie doszedł do granic wytrzymałości. Oznacza to, że z jednej strony jest obiektywna możliwość, a z drugiej konieczność radykalnych zmian.
Coś jednak stoi im na przeszkodzie, skoro te zmiany nie zachodzą.

Czynnik subiektywny, czyli poziom rozwoju idei lewicowej i świadomość samych pracowników. Problemem naszej świadomości jest to, że tworzymy koncepcje przebudowy społecznej i rewolucji opierając się na doświadczeniach rewolucji rosyjskiej z 1917 r. Niejako instynktownie zakładamy, że to podstawowy model dla wszystkich rewolucji w ogóle. A to przecież nie tak: chińska rewolucja ma inne doświadczenia, inne ma kubańska, inne Wielka Rewolucja Francuska, nawet rosyjska 1905 roku, która dla dzisiejszych lewicowców może być szczególnie wartościowym punktem odniesienia.

Co może wyniknąć z analizowania tak odległych historycznie doświadczeń?

Pierwszy, ważny dla współczesnej lewicy wniosek jest taki: nie trzeba czekać, aż powstanie lewicowa partia i dopiero potem przygotowywać się do rewolucji. Tak naprawdę to proces rewolucyjny formuje partię rewolucyjną. Owszem, organizacja pracująca nad sformowaniem projektu przyszłej struktury społecznej jest bez wątpienia ważna i niezbędna dla ostatecznego zwycięstwa rewolucji, ale ma to znaczenie dopiero na etapie końcowym. Społeczeństwo musi przejść przez fazę buntu, żywiołowego burzenia, powstania i spontanicznej samoorganizacji. W Rosji też tak było, 1917 rok byłby niemożliwy bez 1905. Dzisiaj znajdujemy się na etapie globalnej rewolucji 1905 roku, w przededniu, jakoś w 1903 roku. Dziś walczymy i spieramy się o jakieś rzeczy, które wydają się niesłychanie ważne, a które za kilka lat przestaną istnieć, bo zmiecie je fala zmian. Globalne powstanie jest nieuniknione i lewica powinna się w nie włączyć.

No dobrze, a w jaki sposób?

Znajdujemy się w epoce, w której podstawową formą politycznej ekspresji jest populizm. A co to jest populizm w ujęciu marksowskim? To działalność, która nie ma jednorodnej bazy klasowej. Populista podoba się wszystkim. I dobrze, ale to nie znaczy, że to jest skuteczne. Populizm może być równie dobrze lewicowy, jak i prawicowy. Dlatego też lewica, jeśli nie bierze udziału w dzisiejszych protestach na całym świecie popełnia fundamentalny błąd. Puszcza prawicę w lukę, którą czeka na zapełnienie. I faszyści to robią. Ostrożność lewicy jest niesłuszna. Niepotrzebnie aktywiści rezygnują z udziału w protestach, twierdząc, że są za mało klasowe, albo odwrotnie, że tam za mało tam walczą o prawa LGBT. Taki błąd zrobiła Die Linke nie rozumiejąc, że protesty nie tylko były antyliberalne ale w istocie antykapitalistyczne.

Nie może lewica marszczyć noska, że jeżeli protestujący nie czytali Foucaulta, czy też nie chcą rozmawiać o toaletach dla osób transseksualnych, to my z nimi nie będziemy rozmawiali o ich problemach. W Polsce jest, jak się zdaje, podobnie.

To prawda.

Myślenie, że jak ktoś jest niewykształcony i nie posługuje się pojęciami, których lewica od niego oczekuje, to jest faszystą, jest błędne. To nieprawda, on faszystą jeszcze nie jest. Ale będzie, jeśli lewica go faszystom odda. Oni się nie brzydzą niewykształconych, oni z nimi będą pracowali. I wychowają nowych faszystów.Niemiecka lewica mówi: „Wszyscy zwolennicy AfD to faszyści”. Nie, to nie faszyści. Oni mogą się nimi stać, jeśli lewica będzie tak do nich podchodzić.

Odnoszę wrażenie, że Lewica, nawet, gdy włącza się w oddolne ruchy społeczne, to nie jest w stanie przekonywać do swojego programu, idei. Weźmy ruch Żółtych Kamizelek, który przez okrągły rok demonstrowania pozostał ideowo zagubiony…

To prawda, lewica tutaj zawiodła. Jean-Luc Melenchon włączył się w ten ruch, ale chciał potraktować go instrumentalnie. Chciał być nieformalnym liderem, który w parlamencie wyraża żądania Żółtych Kamizelek. Chciał pokazać się jako ich lider. Ale postawił się od razu nad nimi i to wyraźnie było widać. Hierarchiczność francuskiej kultury to duży problem. Tak jak zresztą i rosyjskiej. Wszyscy od razu chcą być wodzami. Melenchon był jedynym, który chciał z nimi pracować, ale zrobił to źle. Nie zrozumiał istoty tego ruchu, bardzo równościowego. On chciał być wodzem i dlatego go nie przyjęli. Żółte Kamizelki według mnie, wyczerpały już swój potencjał. Co nie znaczy, że kryzys został zażegnany i że bunt nie zacznie się znowu, w innej politycznej formie.

A gdzie w tej globalnej kryzysowej sytuacji są ludzie pracy w Rosji?

Wyczerpaliśmy potencjał, który dawała nam putinowska stabilizacja. Otoczenie Putina i sam Putin zresztą nie wiedzą, co robić dalej. Nie ma już drogiej ropy, nie ma światowej koniunktury, która pozwoliła podtrzymać poziom życia przez 20 lat, wyczerpano potencjał intensywnego wzrostu, opierający się na strukturze jeszcze z czasów radzieckich. Władza rozumie, że trzeba coś zmieniać, ale zmieniać nie chce, bo to, co jest, ich urządza. Tyle, że niedługo nie będzie już w ogóle mowy o utrzymaniu obecnego porządku. Rosja, tak jak cały świat, znajduje się na progu poważnych politycznych wstrząsów. Najbliższe 2-3 lata będą bardzo ciekawe. Ludzie będą szukać sposobów politycznego samookreślenia, samoorganizacji.

Obserwuję protesty społeczne. Stały się lepiej zorganizowane, bardziej racjonalne. będzie bunt, przemoc, rozlew Z drugiej strony ludzie boją się sami siebie i to ich hamuje. Ludzie boją się o państwo i nie chcą, by społeczny ład zawalił się z dnia na dzień. Istnieje obawa, że jeśli zaczniemy to wszystko, co osiągnęliśmy przez te lata, burzyć, to nie wiadomo, czym to się może skończyć.

O zmaganiach słoni i zdeptanej trawie

Wojna handlowa wypowiedziana Chinom przez prezydenta Trumpa budzi obawy na całym świecie. Informacjom o kolejnych podwyżkach ceł, o dalszych utrudnieniach i ograniczeniach towarzyszą niepokojące spekulacje na temat „konieczności” powstrzymania Chin i rzekomej nieuchronności – w dalszej perspektywie-wielkiego konfliktu zbrojnego.

Nasuwają się liczne pytania dotyczące nie tylko przyszłości stosunków chińsko-amerykańskich, ale także ich znaczenia dla innych państw, a w tym i dla Polski. Na wiele z tych pytań usiłowali odpowiedzieć uczestnicy niedawnej konferencji-”Chiny i USA” zorganizowanej przez prof. Grzegorza Kołodkę w Akademii Leona Koźmińskiego. W przemówieniu inauguracyjnym ambasador Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce Liu Guangyuan zaakcentował wysoki stopień komplementarności i współzależności pomiędzy gospodarką chińską i amerykańską. W roku 2018 sprzedaż usług i produktów przedsiębiorstw amerykańskich funkcjonujących w Chinach wyniosła około 700 miliardów dolarów, a zyski tych przedsiębiorstw przekroczyły 90 miliardów. Ogromna jest skala kontaktów turystycznych i biznesowych. Co 17 minut startuje samolot kierujący się z Chin do USA lub z USA do Chin. Amerykańska kampania propagandowa, nie licząca się z tymi faktami stwarza przysłowiową zasłonę dymną, za którą kryją się często rdzennie amerykańskie bolączki. Ambasador Liu zacytował słowa Newta Gingricha o tym, że Amerykanie nie powinni zrzucać na Chińczyków odpowiedzialności za własne błędy i niepowodzenia. Konflikty i konfrontacje prowadzą do ślepej uliczki. Ujawnia się powrót do myślenia w kategoriach zimnowojennych – jeżeli „oni” zyskują, to „my” automatycznie tracimy. I odwrotnie. W gwarze politologów oznacza to traktowanie konfliktów bilateralnych jako gry o sumie zerowej. Zimna wojna pozostawiła bagaż obaw i podejrzeń. Ambasador Liu zacytował słynnego amerykańskiego filozofa Ralpha Waldo Emersona „nie marnuj życia na wątpliwości i obawy”.
Prof. Grzegorz Kołodko zwrócił uwagę na ważną zmianę w procesach dyfuzji innowacji pomiędzy Chinami a państwami zachodnimi. Chiny odchodzą od strategii innowatora-wczesnego naśladowcy do strategii innowatora-pioniera; wysuwają się na czołowe miejsca w dziedzinie cyfryzacji i sztucznej inteligencji. Przeznaczają ogromne środki na badania i rozwój, poszukują w świecie nosicieli nowych rozwiązań.
W stosunkach z Chinami konstruktywne, pragmatyczne podejście stosują-Unia Europejska i Indie.
Prof. Marcin Piątkowski podkreślił zdumiewające tempo przemian gospodarczych w Chinach, które ilustruje fakt, iż w ciągu ostatnich 40 lat dochód narodowy na głowę ludności wzrósł 30-krotnie (w Polsce-3-krotnie).
Prof. Bogdan Góralczyk wyraził pogląd, że położenie Polski pomiędzy Niemcami a Rosją czyni nasz kraj interesującym dla Chin ośrodkiem biznesowym. Do roku 2040 Chiny zamierzają stać się nowym światowym centrum. Nie oznacza to, że kultura chińska miałaby stać się kulturą uniwersalną. Na jej ważne, specyficzne cechy zwrócił uwagę w swoim czasie Lee Kuan Yew – ówczesny premier Singapuru.
W wystąpieniu końcowym prof. Kołodko stwierdził, że Inicjatywa Pasa i Szlaku – będąca wielkim projektem geopolitycznym – oznacza eksport nadwyżek mocy produkcyjnych w takich sektorach jak stal i szkło. Chiny borykają się z ważnymi problemami wewnętrznymi do których należą m.in. zadłużenie przedsiębiorstw państwowych i ciągle jeszcze wielkie ubóstwo na wsi.
W obecnej konfiguracji globalnej w interesie Polski jest zacieśnianie współpracy w ramach Unii Europejskiej. Przy kształtowaniu stosunków polsko-amerykańskich należy brać pod uwagę mankament amerykański jakim jest życie na kredyt, życie ponad stan. Może to oznaczać podejmowanie przez amerykańskich polityków decyzji jednostronnie korzystnych dla USA, bez liczenia się z interesami państw sojuszniczych.
W kontekście amerykańsko-chińskiej wojny handlowej celowe jest zachowanie ostrożności w angażowaniu się po stronie amerykańskiego sojusznika. Warto brać pod uwagę przypomniane przez prof. Góralczyka azjatyckie przysłowie: kiedy walczą ze sobą dwa słonie najbardziej cierpi trawa.

Sankcje Trumpa wobec Kuby

Od zwycięstwa rewolucji kubańskiej w 1959 r. rząd Stanów Zjednoczonych izolował Kubę i obłożył ten kraj sankcjami politycznymi i gospodarczymi.

Politykę tę zmienił dopiero prezydent Barak Obama, który w 2014 r. ogłosił „nowy rozdział” w stosunkach amerykańsko – kubańskich i przywrócił stosunki dyplomatyczne USA z Kubą. Niestety obecny prezydent Donald Trump drastycznie ograniczył stosunki z Hawaną i powrócił do polityki izolowania Kuby.
Prezydent Donald Trump jest postacią unikatową na fotelu prezydenckim w Białym Domu z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że objął najwyższy urząd państwie mając bardzo ograniczone obycie międzynarodowe i bez doświadczenia w polityce wewnętrznej USA. Jego głównym hasłem wyborczym było „America First” („Ameryka przede wszystkim”). Jako prezydent zyskał opinię polityka nieprzewidywalnego i to zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej.
Trump krytykował zarówno politykę wewnętrzną jak i zagraniczną swego poprzednika Baracka Obamy. Już w czasie kampanii wyborczej krytykował politykę Obamy wobec Kuby i zapowiadał jej zmianę „na lepsze porozumienie”. Zarzucał Obamie, że jego polityka wobec Hawany nie przyniosła mieszkańcom wyspy swobód politycznych i zapowiadał, że jeżeli zostanie wybrany prezydentem, zmieni ją. I tak się stało. 16 czerwca 2017 r. Trump podpisał w Miami nowy 6-stronicowy dekret zawierający zasady nowej, bardziej restryktywnej polityki Stanów Zjednoczonych wobec Kuby. Przy tej okazji wygłosił przemówienie, które uszczegółowiło nową politykę Waszyngtonu wobec Kuby. Trump nie anulował wszystkich decyzji swego poprzednika. Podtrzymał m.in. decyzję Obamy z 2014 r. o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych, o otwarciu ambasad w Waszyngtonie i w Hawanie, i wielu innych decyzji o kontaktach i współpracy amerykańsko-kubańskiej. „Unieważniam – powiedział Trump – całkowicie jednostronne porozumienie z Kubą. Nie będziemy milczeć na temat komunistycznej opresji”.
Nowe zasady ruchu osobowego nie pozwolą Amerykanom swobodnie planować prywatnych podróży na Kubę. Amerykanie kubańskiego pochodzenia będą nadal mogli podróżować na Kubę i przesyłać pieniądze swym krewnym. Nowa polityka Trumpa wobec Kuby zezwala na podróże zbiorowe Amerykanów, na wymianę akademicką, edukacyjną, na misje religijne i humanitarne. Podróże edukacyjne nie mogą być traktowane jako turystyczne. Biznesmeni amerykańscy nie będą mogli współpracować z firmami kubańskimi związanymi z wojskiem lub wywiadem. „Nie chcemy – powiedział prezydent – aby amerykańskie dolary służyły wojsku, które wykorzystuje i nadużywa obywateli Kuby… Rządowi kubańskiemu mówię – skończcie z opresja dysydentów, zwolnijcie politycznych więźniów. Przestańcie więzić niewinnych ludzi. Otwórzcie się na polityczne i ekonomiczne wolności”. Trump zarzucił rządowi Castro, ze zaopatruje w broń Koreę Północną i przyczynia się do chaosu w Wenezueli.
Prezydent upoważnił sekretarza stanu Rexa Tillersona do stworzenia grupy zadaniowej, której celem będzie rozszerzenie dostępu do Internetu dla mieszkańców Kuby.
Krytycy kubańskiej polityki Trumpa stwierdzili, że oznacza ona powrót do strategii, które okazała się fiaskiem. Twierdzili, że pcha ona Kubę do współpracy z Rosją i Chinami. Demokratyczny senator z Wirginii, Mark Warner powiedział 16 czerwca 2017 r., że „decyzja administracji Trumpa wstrzymania postępu w stosunkach amerykańsko-kubańskich jest złym, sygnałem dla świata na temat przywództwa amerykańskiego”. Również rząd kubański krytycznie ocenił nową politykę amerykańską wobec Kuby i wypomniał Trumpowi, że „nie ma prawa pouczać nas”.
Prezydent Trump w 2017 r. wprowadził nowe sankcje ograniczając stosunki z Kubą jako karę za poparcie Hawany dla wenezuelskiego rządu prezydenta Nicolasa Maduro. Nowe sankcje miały również skłonić rząd Kuby do zmiany polityki w odniesieniu do praw człowieka. W odpowiedzi na te sankcje wiceprezydent Kuby Miguel Diaz-Canel oświadczył: „My Kubańczycy nie poddajemy się”. W kwietniu 2018 r. został on nowym prezydentem Kuby.
W czerwcu 2017 r. Trump opublikował prezydenckie memorandum dotyczące bezpieczeństwa narodowego. Zawierało ono nowe sankcje nałożone na Kubę. Obejmowały one m.in. transakcje firm amerykańskich z firmami kubańskimi kontrolowanymi przez wojsko. Wprowadzono również ograniczenia w osobowych kontaktach kubańsko-amerykańskich. Departament stanu opublikował listę instytucji kubańskich, z którymi ograniczono lub wręcz zakazano utrzymywanie przez Amerykanów kontaktów. Ograniczenia te obejmowały m.in. dwa kubańskie ministerstwa i 49 podległych instytucji, 104 hotele, dwie agencje turystyczne oraz 41 jednostek podległych resortom obrony i bezpieczeństwa.
W kwietniu i w maju 2019 r. Departament Skarbu USA nałożył sankcje na osiem linii żeglugowych i siedem okrętów, które transportowały ropę naftową z Wenezueli na Kubę. Wenezuela dostarczała jedną trzecią ropy będącej w użyciu na Kubie. 8 kwietnia 2019 r. Departament Skarbu wprowadził ograniczenia na kontakty amerykańskiej ligi baseballowej z Kubańską Federacją Baseballową. Głównym zwolennikiem zaostrzenia sankcji przeciwko Kubie był ówczesny doradca prezydenta Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Zarzucał on rządowi Kuby popieranie lewicowego rządu w Wenezueli. Twierdził on, że Kuba wysłała do Wenezueli 20-25 tysięcy żołnierzy i groził Kubie nałożeniem pełnego i całkowitego embarga, i nałożeniem „na najwyższym poziomie sankcji” jako karę za poparcie dla rządu w Wenezueli.
25 października 2019 r. rząd prezydenta Trumpa zakazał lotów handlowych przedsiębiorstwom amerykańskim do 9 miast kubańskich z wyjątkiem Hawany. Zakaz ten wszedł w życie 10 grudnia 2019 r. Sekretarz Departamentu Stanu Mike Pompeo oświadczył, że jest to karą dla rządu Kuby za „represje wobec ludności Kuby za poparcie Nicolasa Maduro w Wenezueli”.
116. Kongres Stanów Zjednoczonych wyasygnował w roku finansowym 2019 (FY2019) 20 mln dol. na propagowanie demokracji na Kubie i 29,1 mln dol. na działalność programu radiowego skierowanego do społeczeństwa kubańskiego.
Ostre sankcje nałożone na Kubę przez administracje Trumpa nie spotkały się z powszechnym poparciem w Stanach Zjednoczonych. Przeciwnicy tych sankcji wskazywali, że wpychają one Kubę w ramiona Rosji i Chin. Ponadto twierdzili, że sankcje amerykańskie sprzyjać będą masowej ucieczce Kubańczyków na Florydę i nie sprzyjają demokratyzacji kubańskiego systemu politycznego.

Chipolbrok wzór współpracy chińsko-polskiej

Szanghaj to miasto, które jako pierwsze pojawiło się na trasie wizyty zarówno prezydenta Bronisława Komorowskiego w 2011 roku, jak też prezydenta Andrzeja Dudy w 2015 roku. Ma to związek nie tylko z silną rolą Szanghaju w relacjach handlowych Chiny-Polska, ale również ma związek z tym, że swoją siedzibę ma tutaj Polsko-Chińskie Towarzystwo Okrętowe Chipolbrok. Jest to pierwsze w historii Ludowych Chin joint-venture.

Gdy siedem dekad lat temu powstała Chińska Republika Ludowa, stanęła ona w obliczu blokady gospodarczej i embarga w transporcie morskim ze strony państw Zachodu. Uniemożliwiły one dostarczanie do Chin drogą morską surowców niezbędnych do produkcji czy też materiałów budowlanych. W znacznym stopniu utrudniały również Chinom prowadzenie międzynarodowej wymiany handlowej. Z pomocą pospieszyła wówczas Polska, będąca jednym z państw, które w pierwszej kolejności uznały ChRL i nawiązały z nią stosunki dyplomatyczne. Rządy obu państw podpisały umowę, na mocy której w dniu 15 czerwca 1951 roku powstało Polsko-Chińskie Towarzystwo Okrętowe Chipolbrok. Było to pierwsze w Ludowych Chinach joint-venture, którego powstanie zapowiadało nową erę w historii chińskiego transportu morskiego.
Firma cieszyła się od początku swego istnienia wsparciem ze strony przywódców obu państw. O historii firmy opowiadał Chińskiemu Radiu Międzynarodowemu jej były polski dyrektor generalny Janusz Janiszewski: ”Ta firma ma za sobą długą i bogatą historię. Podobnie jak historia Chin i Polski przechodziła różne etapy – od bardzo trudnych warunków uprawiania żeglugi między rokiem 1951 a 1958, aż do dnia dzisiejszego.”
Chipolbrok borykał się w początkach swojej działalności z wyjątkowymi trudnościami wynikającymi z blokady gospodarczej Chin nałożonej przez państwa Zachodu. Wszystkie statki pływały pod polską banderą i były nominalnie własnością Polskich Linii Oceanicznych – tak też Chipolbrok występował oficjalnie na zewnątrz. Chiny, które wówczas nie posiadały własnych statków dalekomorskich, mogły zacząć je kupować lub wynajmować właśnie dzięki powstaniu Chipolbroku. O tych trudnych początkach opowiadał ze wzruszeniem były marynarz Wu Qiyong:
„Zacząłem pracować na Pułaskim w Chipolbroku w roku 1957. Byłem wtedy praktykantem. Połowę załogi stanowili chińscy marynarze, a połowę polscy. Kapitanem był Polak, a pierwszym oficerem i drugim oficerem byli Chińczycy. W 1971 zostałem kapitanem statku Changxing. Polskie Linie Oceaniczne były wielką firmą i posiadały bardzo wiele statków. W czasie nałożonej przez Zachód blokady wszystkie statki pływały pod polską banderą, dzięki czemu mogliśmy dostarczać towary do Chin.”
Już w pierwszym roku istnienia Chipolbroku statki należące do spółki przewiozły do Chin maszyny stanowiące wyposażenie 52 fabryk. W tamtej wyjątkowo trudnej sytuacji dla nowo powstałych Chin Ludowych, firma bardzo przysłużyła się rozwojowi państwa i przemysłu. W znacznym stopniu ułatwiła też dostęp do pilnie potrzebnych materiałów.
Na przestrzeni minionych siedemdziesięciu lat, bez względu na zmiany zachodzące w obu państwach w sferze politycznej i gospodarczej, obie strony utrzymywały bliską współpracę. Chińscy i polscy marynarze stali się świadkami kontaktów Nowych Chin z zagranicą; kontaktów opartych na zasadzie obustronnych korzyści. Logo Chipolbroku zawiera trzy kolory: czerwony, biały i żółty. Te barwy występują na flagach Polski i Chin. Ich połączenie w logo symbolizuje polsko-chińską przyjaźń.
W trudnym dla Chin roku 1961 powstała pilna potrzeba sprowadzenia zboża ze Stanów Zjednoczonych i Australii. Z punktu widzenia biznesowego, transportowanie żywności było nieopłacalne. Chiny postanowiły powierzyć to zadanie Chipolbrokowi, ale nie było pewności, czy zgodę wyrazi strona polska. Polacy uznali, że najważniejsze jest nakarmienie narodu chińskiego, nawet kosztem strat dla spółki. Do Stanów Zjednoczonych i Australii skierowano siedem statków, które przywiozły do Chin nie tylko pilnie potrzebne zboże, ale również bawełnę, nawozy i nasiona.
Z kolei w 1980 roku w trudnej sytuacji znalazła się gospodarka polska. Warszawa zwróciła się wówczas do Pekinu z prośbą o pomoc. Chiński rząd natychmiast zdecydował o udzieleniu Polsce wsparcia w postaci 80 tysięcy ton mrożonej wieprzowiny. Transportem zajął się Chipolbrok. Było wówczas lato, a temperatura w Szanghaju przekraczała 35 stopni Celsjusza. Tymczasem mrożone mięso powinno być przewożone w temperaturze – 20 stopni. Załoga statku musiała pokonać mnóstwo trudności, aby powierzony jej ładunek przewieźć bez szwanku do portu w Gdyni. Kiedy mięso trafiło na polskie stoły, w całym kraju dało się słyszeć słowa wdzięczności dla chińskich przyjaciół. „Zawsze będziemy pamiętać o tym, że pomagali nam w trudnych dla nas czasach i razem pływaliśmy pod polską banderą. Również wtedy, gdy mogliśmy już używać chińskiej bandery, pamiętaliśmy o tym i rozwijaliśmy przyjazną współpracę” – powiedział były marynarz Wu Qiyong.
Wieloletni wysiłek zaowocował rozwojem spółki: przestała liczyć wyłącznie na wsparcie ze strony rządów obu państw. Dobra i obopólnie korzystna współpraca sprawiła, że pierwotnie ustalony 12-letni okres prowadzenia współpracy był trzykrotnie przedłużany. W 1976 roku obie strony postanowiły wreszcie ustalić, że spółka działać ma bezterminowo. Mimo, że towarzystwo powstało z przyczyn politycznych, to jednak dziś ma charakter komercyjny. Zostało zrestrukturyzowane i jest zarządzane w sposób nowoczesny. Statki towarzystwa pływają dookoła świata, na wschód i na zachód – Azja, Europa, Stany Zjednoczone. Minęło 68 lat. Chipolbrok, który początkowo posiadał tylko 4 statki, dziś posiada 17 nowoczesnych jednostek. Wchodząc w XXI wiek, Chipolbrok zmienił swą strategię i strukturę floty. Stał się dzięki temu światowym liderem na rynku morskiego transportu ładunków wielkich.
Janiszewski pracował dla Chipolbroku przez 27 lat. Przyznał szczerze, że te okres to najlepszy czas w jego życiu, a głęboka przyjaźń z chińskimi kolegami trwa do dziś. Był on nie tylko świadkiem rozwoju polsko-chińskiego, ale także wielkich zmian w Chinach od czasu reformy i otwarcia. Zwrócił uwagę, że inicjatywa „Pasa i Szlaku” zaproponowana przez przewodniczącego Xi Jinpinga stworzyła niespotykane możliwości rozwoju Chin-Polski. Zhu Dezhang, dyrektor generalny Chipolbroku, zwrócił uwagę, że kraje wzdłuż „Pasa i Szlaku” staną się także nowym polem bitwy dla rozwoju działalności firmy. „Inicjatywa „Pasa i Szlaku” oraz współpraca „17 +1” zapewniają lepsze usługi i strategiczne możliwości dla naszej firmy i krajów na trasie. Teraz skupiamy się na działalności krajów wzdłuż „Pasa i Szlaku. Szukamy więcej możliwości współpracy w Chinach i Polsce oraz inwestycji logistycznych, a także rozwijamy więcej tras i portów ” – zapowiedział.
Głos Chin coraz bardziej liczy się na świecie, a i Polska odgrywa coraz istotniejszą rolę w Europie. Chiny są drugą co do wielkości gospodarką świata, a gospodarka Polski zajmuje szóste miejsce w Unii Europejskiej i dwudzieste na świecie. Przykład firmy Chipolbrok świadczy o tym, że dzięki rozwojowi gospodarek obu krajów, możliwa jest dobra i długotrwała współpraca polsko-chińskiej. Mimo odległości, mimo różnic kulturowych i językowych, relacja jest możliwa. Polsko-chińska przyjaźń, której przykładem jest Chipolbrok, bez wątpienia jest siłą napędową rozwoju współpracy Chin ze światem i przynosi obu stronom wyraźne korzyści.

We Francji końca protestów nie widać

Francuzi przeżyli „czarny poniedziałek”: nie kursowa pociągi, nie jeździło metro, większość szkół była zamknięta na głucho, strajkowały szpitale itd.: piąty dzień strajku generalnego to wigilia przewidzianych manifestacji ulicznych przeciw neoliberalnej „reformie” francuskiego systemu emerytalnego, która ma zrekompensować straty budżetowe spowodowane szeregiem olbrzymich prezentów fiskalnych na rzecz oligarchii i najbogatszych, którym służy szef państwa.

Wiadomością dnia we Francji nie był nawet tak szeroki strajk, tylko los człowieka, którego prezydent Emmanuel Macron wyznaczył do przeprowadzenia „reformy” systemu emerytalnego. Dziś cała opozycja domaga się dymisji Wysokiego Komisarza ds. Emerytur Jean-Paula Delevoye’a, gdyż okazało się, że zataił jedno ze swych licznych stanowisk, członka rady nadzorczej prywatnego ośrodka szkoleniowego dla dyrekcji wielkich prywatnych koncernów ubezpieczeniowych, które będą pierwszym beneficjentem zaproponowanej przez niego „reformy”.
Delevoye natychmiast zrezygnował ze stanowiska u finansistów, ale opozycja oczekuje przede wszystkim jego dymisji z funkcji Wysokiego Komisarza, gdyż konflikt interesów jest rażący. „Reforma” Macrona ma być odejściem od systemu opartego na repartycji (tj. solidarności międzypokoleniowej) na rzecz indywidualnego systemu „punktowego” z dodatkiem kapitalizacji, tj, przeznaczenia części wielkich społecznych funduszy emerytalnych prywatnym bankom i holdingom finansowym, które mają nimi obracać. Według symulacji ekonomicznych, emerytury spadną w ten sposób o nawet 25 proc., a wiek przejścia na emeryturę może sięgnąć w niektórych wypadkach 75 lat.
Dla blisko 70 proc. Francuzów oznacza to „skok na kasę” zorganizowany przez wielki kapitał. Odrzucenie „reformy” jest na tyle powszechne, że rząd, choć ciągle upiera się przy swoim, nagle zmienił język. O ile wcześniej mówił, że zmiany w systemie emerytalnym trzeba wprowadzić „natychmiast”, teraz twierdzi, że „jest dużo czasu” i że pewne poprawki są „możliwe”. Nie ma się do czego śpieszyć tym bardziej, że francuski emerytalny system solidarnościowy jest na plusie. Ludzie chcą jednak całkowitego odwołania „reformy” i oto idzie walka.

 

W Uberze gwałcą

Po wielu miesiącach nacisków na amerykańską firmę, Uber ogłosił w końcu wczoraj raport na temat agresji seksualnych popełnionych przez kierowców. Tylko w zeszłym roku doszło do 235 gwałtów na pasażerkach. Ogółem w latach 2017-18 kierowcy Ubera byli sprawcami blisko 6 tys. agresji na tle seksualnym. Kobiety mają dość tego rodzaju firm.

„W tym roku było średnio każdego dnia prawie cztery miliony kursów Ubera w USA” – relatywizował Tony West, dyrektor prawny grupy Uber – „Nasza platforma odzwierciedla świat w jakim pracuje, z jego dobrymi i złymi aspektami” – tłumaczył, zapewniając, że przedsiębiorstwo zwróci większą uwagę na walkę z tym zjawiskiem.
To raczej nie uspokoi licznych kobiet, które wzywają samochody Ubera, by bezpiecznie dostać się do celu podróży. Zarówno w Stanach, jak i niektórych państwach europejskich mnożą się świadectwa napadniętych oraz różne akcje w mediach społecznościowych przeciw tolerowaniu tego procederu przez Ubera lub jego konkurenta w Stanach – Lyftu. Przedwczoraj 20 kobiet z San Francisco złożyło skargi do prokuratury na Lyft. Ogółem są już 34 skargi, jeśli liczyć te z września.
Caroline Miller, jedna z poszkodowanych, wystąpiła na konferencji prasowej, by opowiedzieć jak po imprezie zasnęła w samochodzie Lyftu i obudziła się w trakcie gwałtu. Wszystko, co zrobiło przedsiębiorstwo, to propozycja zwrotu opłaty za kurs. Uber dorzucił do swej aplikacji guzik sygnalizujący agresje w czasie kursów, lecz najczęściej trudno korzystać ze smartfona, gdy się jest gwałconą – zwracają uwagę kobiety wzywające do bojkotu przewoźnika.
Raport Ubera wskazuje, że w badanym okresie 107 osób straciło życie w wypadkach drogowych, a dalszych 19 zginęło w napadach innego typu niż seksualne.

Dlaczego Saudyjczyk strzelał do Amerykanów?

„Motywacje zabójcy nie zostały jeszcze ustalone” – zakomunikowała policja federalna z Florydy, gdzie w piątek rano saudyjski podporucznik Mohammed al-Szamrani zabił trzech amerykańskich żołnierzy i ranił ośmiu innych, zanim sam został zabity. W bazie lotniczej Pensacola, w której doszło do dramatu, trwa intensywne śledztwo. Koledzy Saudyjczyka są podejrzani o wspólnictwo.

Dwóch z nich spokojnie filmowało całą krwawą scenę i to oni zostali przesłuchani jako pierwsi. Ustalono na razie, że 21-letni Al-Szamrani „nie miał żadnych związków z organizacjami terrorystycznymi”. Śledczy nie są pewni, czy wpisy na jego koncie Twittera były faktycznie jego autorstwa. Bezpośrednio przed strzelaniną ukazały się tam zdania, które wskazywałyby na motywację terrorystyczną, np. „Jestem przeciwny złu, a Ameryka jako całość zmieniła się w naród zła”. Są tam też cytaty z b. saudyjskiego współpracownika CIA Osamy ben Ladena, który miał zmienić poglądy i zorganizować słynne saudyjskie zamachy z 11 września 2001 r., w których zginęło prawie 3 tys. Amerykanów.
Według New York Times, możliwa jest inna motywacja: w przeddzień tragedii al-Szamrani pokazywał kolegom widea z typowych amerykańskich strzelanin masowych i być może był po prostu zafascynowany kulturą amerykańską, do której należy taki typ zabójstw. Wszyscy saudyjscy piloci wojskowi są szkoleni w Stanach Zjednoczonych, zgodnie z układem zawartym przez rząd USA z saudyjską tyranią. Król Arabii Salman ben Saud zapewnił prezydenta Trumpa, że rodziny zabitych dostaną sowite odszkodowania, lecz sprawa pozostaje bardzo niewygodna politycznie. Stany Zjednoczone zapewniają królowanie Saudów w zamian za regularne dostarczanie ropy, kupowanie amerykańskiej broni i używanie dolarów we wszelkich rozliczeniach zagranicznych.
„Nie jestem przeciw wam dlatego, że jesteście Amerykanami, nie nienawidzę was z powodu waszych wolności. Nienawidzę was, bo każdego dnia popieracie, finansujecie i dokonujecie zbrodni nie tylko przeciw muzułmanom, ale i przeciw całej ludzkości” – miał pisać na Twitterze saudyjski pilot. Ostatnio Amerykanie szkolą Saudyjczyków na użytek bombardowania Jemenu, lecz ta brudna wojna została jednak zdecydowana przez Mohammeda ben Salmana, królewskiego syna, który faktycznie rządzi krajem, a nie bezpośrednio przez Amerykanów. Od momentu saudyjskiego napadu na Jemen, popieranego przez USA, ten najuboższy kraj arabski przeżywa „najgorszą sytuację humanitarną na świecie”, według ONZ.

Szczyt normandzki i…

W Paryżu odbyło się spotkanie „czwórki normandzkiej” . Prezydenci Ukrainy i Rosji, którzy rozmawiali bezpośrednio ze sobą po raz pierwszy, zadeklarowali, że do końca roku w konflikcie w Donbasie nastąpi całkowite zawieszenie broni.

W pisemnym komunikacie podsumowującym spotkanie Kijów i Moskwa zapowiadają również wymianę wszystkich jeńców, demilitaryzację trzech kolejnych odcinków graniczących z linią rozgraniczenia. Potwierdzono również, że kolejne spotkanie w formacie normandzkim (Ukraina-Rosja-Francja-Niemcy) odbędzie się za cztery miesiące, a podstawą dalszych trwałych porozumień mają być porozumienia mińskie z 2015 r. To oznacza, że część obwodów donieckiego i ługańskiego otrzyma w granicach Ukrainy status specjalny. Formuła Steinmeiera, regulująca tryb jego wdrożenia, zostanie wprowadzona do ukraińskiego systemu prawnego (dotąd została jedynie zaakceptowana przez prezydenta).
Wołodymyr Zełenski i Władimir Putin rozmawiali w cztery oczy przez półtorej godziny. Po spotkaniu Putin okazywał demonstracyjne zadowolenie, twierdził nawet, że doszło do „ocieplenia wzajemnych relacji”. Zełenski wręcz przeciwnie – twierdził, że na spotkaniu osiągnięto za mało, a on liczył na więcej, chociaż już „odblokowanie dialogu” ocenił jako rzecz pozytywną.
Strony nie doszły do żadnych decyzji w sprawie dalszego statusu Donbasu. Władimir Putin na konferencji prasowej twierdził, że potrzebne będą zmiany w ukraińskiej konstytucji, by terytorium obecnych republik Donieckiej i Ługańskiej mogło uzyskać specjalny status. Wołodymyr Zełenski odpowiadał, że federalizacja Ukrainy nie jest możliwa, a żadnych ustępstw terytorialnych w zamian za pokój nie przewiduje; oznajmił, że częścią jego państwa pozostaje i Donbas, i Krym.
Zgodnie z przewidywaniami uczestnicy szczytu nie doszli do porozumienia, w jaki sposób w Donbasie odbywać się będą kolejne wybory ani o poruszeniu tematu wschodniej granicy Ukrainy. Według Kijowa o jakiejkolwiek elekcji – w tym o najbliższych wyborach samorządowych – może być mowa dopiero wtedy, gdy Ukraina odzyska nad tą granicą kontrolę. Obaj przywódcy stwierdzili natomiast, że chcą wdrażać w Donbasie projekty humanitarne.
W strefie konfliktu w Donbasie żyje 3,5 mln ludzi. Od początku wojny zginęło 13-14 tys. osób, większość podczas pierwszego, najkrwawszego roku walk. Jedną z przyczyn efektownego zwycięstwa Wołodymyra Zełenskiego w ukraińskich wyborach prezydenckich było jego zobowiązanie do zakończenia konfliktu.

 

Pokojowy Nobel dla NATO?

Po szczycie NATO w Londynie norweski deputowany prawicy Erlend Wiborg ogłosił oficjalne zgłoszenie Sojuszu Północnoatlantyckiego do Pokojowej Nagrody Nobla w związku z 70. rocznicą jego powstania. Do tej pory nie było jeszcze zbrojnej interwencji NATO, która nie przyniosłaby masy nieszczęść, lecz zdaniem wnioskodawców Nobel „należy się” organizacji za „niedopuszczenie do wojny w Europie”.

Co prawda NATO napadało już w Europie, by na zlecenie Stanów Zjednoczonych utworzyć drugie państwo albańskie (Kosowo), w celu założenia tam wielkiej amerykańskiej bazy wojskowej „strzegącej” Bałkany, ale zgłaszający Norwegowie uważają, że ogólny bilans paktu jest pozytywny. Nie jest jasne, którą konkretnie z wojen NATO norweska prawica uważa za pozytywną, gdyż napad na Afganistan i okupacja tego kraju kończy się zupełną klęską: talibowie, którzy mieli zostać odsunięci od władzy, przejmują po kolei kolejne prowincje i nawet Amerykanie są pewni ich ostatecznego zwycięstwa (podjęli negocjacje). Wszystko to, mimo dokonania licznych zbrodni i podjęcia olbrzymich acz nieskutecznych środków. Afganistan pozostaje odtąd rekordzistą świata w inwalidztwie dzieci i dorosłych.
Natowski napad na Libię, oprócz stworzenia tam bezprecedensowego chaosu i zniszczenia kraju, doprowadził do wielkiego kryzysu imigracyjnego w Europie i w konsekwencji wyborczych zwycięstw skrajnej prawicy, a rozpętanie wojny w Syrii do powstania Państwa Islamskiego i licznych zamachów terrorystycznych na naszym kontynencie.
W swoim testamencie fundator Nagrody Alfred Nobel zaznaczył, że należy nagradzać „osobistość, która działała na rzecz pokojowego zbliżenia narodów, redukcji zbrojeń i propagowania pacyfizmu”.