Chiński pianista i jego związek z muzyką Chopina

Chiński pianista Li Yundi został odznaczony w 2019 roku przez rząd Polski złotym medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Wydarzenie miało miejsce w Pekinie i odbyło się w ramach 70. rocznicy stosunków dyplomatycznych Chiny-Polska. Wyróżnienie jest najwyższe w swej kategorii.

Chciałbym podziękować Li Yundi za jego promocję twórczości Fryderyka Chopina” – powiedział wówczas Wojciech Zajączkowski, polski ambasador w Chinach. Mam nadzieję, że nadal będzie on posłańcem chińsko-polskiej wymiany muzycznej i dzięki niemu większa liczba Chińczyków zrozumie polską kulturę – dodał.
Li Yundi jest pierwszym chińskim pianistą, który został wyróżnionym złotym medalem. Wcześniej, w 2010 roku został nagrodzony srebrnym odznaczeniem.
Pianista przyznał, że jego fascynacja muzyką polskiego kompozytora trwa od najmłodszych lat. Chopina darzę szczególną estymą – podkreślił. W końcu moja kariera pianistyczna rozpoczęła się w Polsce, ten kraj ukierunkował moje życie – wyznał. Jak zaznaczył Li, dzięki Chopinowi ma on okazję pokazać całemu światu muzykę i własną jej interpretację.
Jak przyznał, Polska, jako ojczyzna Chopina, ma na niego duży wpływ. Chiński wirtuoz w 2000 roku zdobył I nagrodę w Konkursie Chopinowskim w Warszawie. Był on wówczas pierwszym pianistą od 15 lat, który uzyskał pierwszą nagrodę – w poprzednich dwóch edycjach jej nie przyznano.
Będę nadal poświęcał się promocji muzyki Fryderyka Chopina w Chinach – stwierdził odznaczony. Pianista zapowiedział, że będzie pracował nad prezentacją chińskiej muzyki w Polsce, tak aby ludzie w obu krajach mogli lepiej się zrozumieć.
W latach 30. XX w. odbył się w Chinach pierwszy koncert chopinowski. Po powstaniu ChRL w 1949 roku utwory polskiego kompozytora stały się powszechnie znane w całym kraju. W latach 80-90 w Chinach zapanowała wielka moda na grę na fortepianie. Wsród młodych adeptów tej sztuki znalazł się Li Yundi, który zaczął grać w wieku 7 lat.
Li Yundi uważa, że jako Chińczykowi nie jest mu trudno wczuć się w muzykę Chopina i zrozumieć ją. Wręcz przeciwnie, bycie Chińczykiem daje mu, jak twierdzi, pewną przewagę. Jeśli chodzi o poetykę muzyki Chopina, jest ona Chińczykom bardzo bliska, bo ściśle związana z naszą tradycją kulturową, choćby chińscy poeci z czasów dynastii Tang, jak np. Li Bai czy Du Fu przypominają w sposobie myślenia i stylu Chopina – tłumaczy.
Znaczenie utworów Chopina wykracza poza wymiar artystyczny. Całe swoje życie poświęcił komponowaniu utworów na fortepian. Li Yundi mówi, że Chopin urodził się dla fortepianu. Uważam, że Chopin jest najważniejszym kompozytorem-pianistą, gdyż poświęcił całe życie pisaniu i badaniu muzyki fortepianowej – stwierdził. Według niego, dla każdego pianisty dogłębne poznanie i wykonywanie utworów Chopina jest bardzo ważne.
Li Yundi wspomina, że jako dziecko zawsze usypiał przy muzyce Chopina. Gdy kupił kasety z muzyką polskiego kompozytora, poczuł się, jakby znalazł skarb. W 2010, 2015 i 2016 roku Li wydał kolejne płyty z nokturnami Chopina. Jego zdaniem, Chopin jest w istocie kompozytorem-poetą. Jego utwory są przepiękne, pełne elegancji, najbardziej podobają mi się nokturny, choć lubię też mazurki i polonezy – przyznał chiński panista.
20 lat temu jurorzy Konkursu Chopinowskiego uznali Li Yundi za „najwspanialszego i najbardziej poetyckiego pianistę, który opanował styl utworów Chopina, pod którego palcami ta muzyka żyje”. Po dwóch dekadach pianista dojrzał, udoskonalił jeszcze swoją grę. Jak stwierdził, przez ten czas pogłębił swoją wiedzę o kompozytorze i jeszcze mocniej czuje tę muzykę. Można powiedzieć, że teraz mój wiek i intelekt są odpowiednie do wykonywania tych utworów – oznajmił. Odczuwam teraz większe zainteresowanie tą muzyką, głębsze jej zrozumienie, a warto jej słuchać i cieszyć się nią, bo muzyka Chopina jest naprawdę piękna – dodał.
Li Yundi ma nadzieję, że dzięki swej popularności jeszcze bardziej wypromuje muzykę Chopina. Jak ujawnił, jego największym marzeniem jest zaprezentowanie muzyki jak nawiększej liczbie słuchaczy.
Chiński pianista jest przedstawicielem wykonawców muzyki klasycznej i uważa, że ​​w miastach takich jak Pekin, Szanghaj i Kanton jest już wielu miłośników muzyki klasycznej, w tym zwiększa się liczba osób młodych. Li Yundi powiedział, że zdał sobie z tego sprawę podczas trasy koncertu.
Muzyka klasyczna jest przecież oddzielona od współczesnej kultury i podobnie jak nasze starożytne teksty czy poezja, jeśli chcemy zrozumieć, to musimy odrobić tę lekcję sami, tak samo jest z muzyką klasyczną – wyznał. Według niego, młodzi ludzie są bardzo ważni dla rozwoju muzyki klasycznej. Przez wieki muzyka klasyczna była stosunkowo nienaruszona z powodu ciągłego zastrzyku świeżej krwi, więc publiczność jest młoda, co mnie bardzo cieszy – dodał muzyk.
Mówiąc o obecnej fali nauki gry na pianinie w Chinach, Li Yundi wyraził nadzieję, że dzieci nauczą się odwagi w pokonywaniu trudności, a jednocześnie będą doświadczać radości z muzyki. Podczas gry na fortepianie dzieci zdobywają dobre nawyki, które przyniosą im korzyści na całe życie – twierdzi. Jednocześnie Li Yundi daje wskazówkę rodzicom, którzy liczą na sukces swoich pociech. Uważa on, że ​​wielu rodziców nie oczekuje iż ich dzieci będą profesjonalnymi pianistami, co jest dobre, gdyż sama muzyka nie może być traktowana użytecznie. Warto, aby dzieci w dzieciństwie miały kontakt z muzyką i poznały co to piękno – podkreślił.

Dar wietnamskich absolwentów

Dwudziestego piątego marca w czasie spotkania w Ambasadzie RP w Hanoi, delegacja Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko – Polskiej kierowanego przez byłego prezydenta Hanoi Nguyen The Thao, absolwenta Politechniki Krakowskiej, przekazała JE Ambasadorowi RP Wojciechowi Gerwelowi dary pieniężne i materialne dla szpitali w Polsce. Wsparcie dla Polaków w walce z zarazą koronowirusa.

„Chcielibyśmy wyrazić nasza solidarność z narodem polskim we wspólnej walce z koronawirusem. Pozdrawiamy wszystkich polskich przyjaciół „, powiedział „Trybunie” sekretarz generalny Towarzystwa Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej Ho Chi Hung absolwent krakowskiej Akademii Górniczo- Hutniczej.

Tak się zaczęło

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu. 70 rocznica nawiązania stosunków polsko-wietnamskich.

Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. Był w otoczeniu ministrów rządu powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu i grona amerykańskich oficerów.

„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Wzorowanej na Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących potem partyzantów z niepodległościowego Viet – Minhu, upodabniając ich do regularnego wojska. Na koniec nad placem i trybuną przeleciały amerykańskie samoloty wojskowe oddając zebranym, charakterystycznym machaniem skrzydeł, przyjacielskie i sojusznicze pozdrowienia.
I hołd liderowi Viet – Minhu Ho Chi Minh’owi. Proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu. Proklamującemu wtedy niepodległość w Hanoi. O przyszłą pełną niepodległość wietnamskim patriotom przyjdzie potem jeszcze długo walczyć.
Są dwa kraje na świecie gdzie więcej jest knajp wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Wielka wietnamska rewolucja gastronomiczna
Wietnamczycy są już częścią naszej Polski. Pracowici, lojalni wobec władz. Jeszcze trochę egzotyczni, ale już swoi. Dziś trudno precyzyjnie policzyć zamieszkującą w Polsce społeczność wietnamską. Maksymaliści szacują ją na 60 tysięcy, minimaliści na 30 tysięcy.
Prawda leży w dużej mobilności społeczności wietnamskiej, zwłaszcza jej najmłodszej generacji . Już obywateli polskich, absolwentów polskich i zagranicznych uczelni, świetnie władających kilkoma językami, zwłaszcza polskim.
Dodatkowo potrafią oni wykorzystać atuty naszej Unii Europejskiej. Zwłaszcza te umożliwiające zdobywanie wiedzy przez młodych oraz wszystkie ułatwienia sprzyjające małym firmom.
W Wietnamie zawsze było i dalej oczywistym jest, że rodzina, czyli rodzice, dziadkowie. ciotki i wujkowie będą oszczędzać, aby ich dzieci mogły zdobyć wykształcenie. Zwłaszcza wyższe. Będą oni pracować od rana do nocy, oszczędzać na wszystkim, ale dziecko, zwłaszcza rte zdolne, na studia poślą. Nawet do Londynu lub USA. Dlatego młodych polskich Wietnamczyków spotkacie już w całej Europie. I w Wietnamie też, gdzie często prowadzą swe firmy.
W Wietnamie nie znajdziecie blokowisk, typowych dla wielu państw dawnego bloku radzieckiego. Ani radzieckich „chruszczowek”, ani solidnej wielkiej płyty z NRD rodem. Bo tradycyjny Wietnamczyk chciałby mieć własny dom. Najlepiej z dostępem do ulicy. Z lokalem usługowo- handlowym na parterze. Bo tradycyjny Wietnamczyk to jednoosobowa firma. Biznes własny, rodzinny. Dlatego współczesna gospodarka Wietnamu bazuje na milionach małych i średnich przedsiębiorstw. Wspierają one duże, skomercjalizowane państwowe koncerny. I wybijające się na suwerenności gospodarczą duże firmy prywatne.
Mafia AGH
Pierwsi Wietnamczycy zbiorowo przybywali do naszego kraju w czasach Polski Ludowej. Na studia wyższe i praktyki robotnicze polskich stoczniach. Stoczniowcy zwykle wracali pod dwóch, trzech latach. Dzisiaj w wietnamskich stoczniach nadal pracuje kilkuset robotników, którzy fachu uczyli się w Gdański i Szczecinie. Świetnie dogadują się byłymi dyrektorami byłych polskich stoczni, którzy bywają tam doradcami wietnamskich dyrekcji. A wietnamskie stocznie skutecznie konkurują z chińskimi i koreańskimi przedsiębiorstwami.
W czasie wojen o niepodległość i zjednoczenie Wietnamu młodzi Wietnamczycy marzyli o zagranicznych studiach. Były szansą nauki w lepiej rozwiniętych państwach. Początkiem przyszłej służby wietnamskiemu narodowi i karier uzdolnionej młodzieży. Także szansą na wyrwanie się z biednego, od lat niszczonego wojną kraju.
Młodzi z Wietnamu Południowego mogli studiować w USA i zachodniej Europie jeśli mieli zamożną rodzinę. Do Polski, przed zjednoczeniem kraju, nie trafiali. Do nas przyjeżdżali przede wszystkim młodzi z, Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Istniał tam system rekrutacji i wysyłania najzdolniejszych kandydatów na studia do „bratnich krajów socjalistycznych”. Wielu z absolwentów polskich uczelni opowiadało mi, że przed wyjazdem wszyscy uczestniczyli w zbiorowych szkoleniach polityczno- ideologicznych. Wiedzieli wtedy już na jakie studia wyjadą. Ale do dnia wyjazdu, do chwili kiedy otrzymywali paszport i bilet kolejowy, nie wiedzieli w którym z „bratnich” krajów na studiach wylądują. I wtedy wśród oczekujących na wyjazd kandydatów krążyła, bazująca na doświadczeniach starszych kolegów, przepowiednia.
Jeśli wyślą cię na studia do Moskwy, to zrobisz karierę polityczną.
Jeśli skierują cię do NRD, zaczniesz karierę naukową.
A jeśli trafisz do Polski to spędzisz tam wesołą, nieskrępowaną młodość.
Nie spotkałem rzetelnych danych sumujących wszystkich studiujących w naszym kraju Wietnamczyków. W 2018 roku pan prezydent Duda spotkał się podczas swej wizyty w Wietnamie z kilkusetosobową delegacją Wietnamczyków absolwentów polskich uczelni w hanojskim hotelu „Melia”. Wówczas szacowano, że w Wietnamie żyje jeszcze około czterech tysięcy absolwentów wyższych uczelni i trzy tysiące robotników i techników, którzy mieli praktyki zawodowe w naszym kraju.
W 2001 roku, kiedy byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko- wietnamskiej , miałem przyjemność poznać pięcioosobowy zarząd stoczni w Ha Long złożony z absolwentów Politechniki Gdańskiej. Wszyscy mówili znakomicie po polsku. Nie zapomnieli naszej mowy, bo dalej była im przydatna w pracy zawodowej.
Zawsze kiedy w czasie negocjacji z klientami z Korei, Francji czy Singapuru musieli ustalić między sobą ostateczną cenę kontraktu, to uzgadniali ją po polsku. Wiedzieli bowiem, że ich partnerzy handlowi zawsze mieli w składzie delegacji osoby rozumiejące język wietnamski. Ale komunikujący się między sobą po polsku wietnamski zarząd mógł rozmawiać nawet w trakcie negocjacji w pełni dyskretnie.
W czasie moich licznych pobytów w Wietnamie spotkałem absolwentów Politechniki Gliwickiej, którzy byli prezesami i dyrektorami wietnamskich koncernów węglowych. Trzon liczącego ponad cztery tysiące członków Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej stanowią absolwenci polskich uczelni. Profesorowie , byli ministrowie, dyrektorzy i prezesi. Najsławniejszym jest były prezydent Hanoi, absolwent Politechniki Krakowskiej Nguyen The Thao. Obecny przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej.
Liczna grupa absolwentów krajowskiej Akadami Górniczo- Hutniczej była i jest tak aktywna w Wietnamie, że do dzisiaj żartobliwie, acz też z szacunkiem, zwą ją „mafia AGH”.
Ale przyszedł rok 1990 . W Polsce zapanowała surowa ręka wolnego rynku. W Wietnamie trwały od 1984 roku podobne, wzorowane na chińskich, rynkowe reformy. Upadek ZSRR , RWPG i „bratnich panstw socjalistycznych” zmusił studiujących i mieszkających w Polsce Wietnamczyków do zmiany ról zawodowych .
Dotychczasowi doktorzy, magistrowie nauk polonistycznych, matematycznych, chemicznych zaczęli otwierać bary z wietnamską kuchnią. Prawie wietnamską, bo musieli przetłumaczyć wietnamskie dania na polskie smaki i dostępne w naszym kraju produkty.
Dzisiaj możemy już rzec, ze dokonali prawdziwej rewolucji gastronomicznej w naszym kraju .
Nauczyli Polaków azjatyckich smaków. Pokazali jak można gotować smacznie, pożywnie, i na dodatek tanio. Na wietnamskim jedzeniu wychowały się całe pokolenia Polaków, zwłaszcza studentów. Dzisiaj wietnamskie bary i knajpki znajdziemy nie tylko w metropoliach, ale w każdym polskim miasteczku.
Są dwa kraje na świeci e gdzie więcej jest restauracji wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Tradycyjne polskie sajgonki
Nie pytajcie w Wietnamie o powszechnie znane nam „sajgonki”. Tam nazywają się „nem”. Ale wietnamscy poloniści- gastronomicy słusznie przewidzieli, że te robione z ciasta ryżowego pierogi strawniejsze będą dla polskich konsumentów pod nazwą „sajgonek”. Choć smażyli je i sprzedawali zwykle Wietnamczycy z północnych regionów kraju, często urodzeni w Hanoi. Bo w Sajgonie, dzisiaj Ho Chi Minh City, nem nie należą do sztandarowych dań tego regionu.
Ale polscy Wietnamczycy znali już na tyle polską mowę, że wyczuli, iż „hanojki” nie zabrzmią jak „sajgonki”. I tak „sajgonki’ stały się częścią kuchni polskiej. Jak kołduny litewskie, karp po żydowsku, barszcz ukraiński.
Drugą wietnamsko- polską potrawą jest zupa Pho. Wymawia się „Fa”, jak popularne w kiedyś piosenkowe mydełko. Zupa znana jest już na całym świecie. Karierę swą zaczynała jako rosół biedaków. Gotowany na wołowych, czasem kurzych kościach. Do tego cienki makaron ryżowy, zwany pho, albo bun, i do tego wszystko co się wtedy w domu się znalazło. Taka zupa z wkładką.
W Wietnamie je się ją na obiad, ale też na śniadanie, i na kolację również. Rano daje energię na dzień cały, zwłaszcza kiedy człek skacowany jest po nocy. W południe, bo w Wietnamie obiad je się o dwunastej, wzmacnia na resztę dnia. A wieczorem wzmacnia człowieka na noc. W męskim slangu „pho” jest synonimem kochanki. Na żonę mówi się wtedy „ryż”.
W Polsce zupę Pho wylansowała młódź melanżująca po nocnych warszawskich klubach. Po wyczerpujących uciechach jeździła o czwartej rano na wietnamskie, otwierające się wtedy bazary. I w tych barach opychała się prawdziwą, bo gotowaną dla wietnamskiego ludu pracującego, zupą.
Dziś w Wietnamie zjemy przeróżne warianty „Pho”. Od serwowanych w barkach na ulicach, spróbujcie koniecznie, po szpanerskie, hotelowe restauracje. W Polsce też nietrudno o knajpy serwujące taką zupę. Taką bardziej w wietnamskich smakach i te bliższe polskich rosołków.
Trójcę wietnamsko- polskiej kuchni uzupełniają znane wszystkich polskim studentom zupki firmy VIFON. Czyli suszony makaron, oparty na pomyśle japońskiego inżyniera, zalewany wrzątkiem. I uzupełniany dodatkami smakowymi. Kreatywni mogą zrezygnować z części dołączonych dodatków i uzupełnić , jak w zupie Pho, tym co lubią lub akurat w domu mają. Dzięki tym zupkom , za złotówkę jeszcze niedawno, tysiące polskich studentów przeżyło lata studiów.
Niestety te wietnamskie zupki, oparte na japońskim pomyśle, w Polsce zwane są „chińskimi’ .
To wielki grzech polskiej ignorancji.
Czemu ?
Wyjaśnię to w kolejnym odcinku wietnamskiego serialu.

  • Autor jest wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość”.

Szanse determinowane przez COVID-19 – Nowy bodziec wspierający gospodarkę i reformy społeczne

Pomimo faktu, że wystąpienie nowego wirusa powodującego gwałtowną chorobę układu oddechowego (COVID-19) wywarło negatywny wpływ na gospodarkę Chin w 2019, kraj podejmuje wysiłki w celu wznowienia aktywności gospodarczej. Wedle danych CICC (China International Capital Corporation), odsetek osób powracających do pracy osiągnął poziom 60-70, wedle stanu na dzień 28 lutego.

Informacje podawane przez SASAC (State-owned Assets Supervision and Administration Commission) wskazują, że 500 głównych firm produkcyjnych w Chinach wznowiło pracę w 97 proc.. Kolejne korzystne rozwiązania polityczne oraz etapowe ich wdrażanie wskazuje na nadchodzące ożywienie gospodarcze. Ponadto, informacje podawane przez NBS wskazują, że dane dotyczące gospodarki Chin w roku 2019 są korzystne, a faktyczny wzrost PKB wynosi 6,1 proc. . Mając na względzie korzystne tempo wznowienia pracy, a także solidne podstawy zbudowane w 2019 r., wciąż jesteśmy przekonani, że gospodarka Chin wróci do normy już w drugim kwartale 2020 r.
Należy jednak zwrócić uwagę, że w roku 2020 faktycznie można dostrzec realny wpływ COVID-19 na gospodarkę Chin. S&P obniżyło poprzednią prognozę wzrostu PKB Chin (5,7 proc. ) do poziomu 5 proc. , a Citi Bank skorygował wskaźnik do wysokości 5,3 proc. . Oczekuje się, że wskaźnik wzrostu poziomu eksportu utrzyma się w granicach 0 lub obniży do wartości ujemnych. Niemniej jednak, aktualny kryzys stwarza również nowe możliwości dla „nowej rzeczywistości” Chin.
Zakłada się przyspieszenie wzrostu gospodarki cyfrowej w oparciu o technologie IoT (Internet of Things). Praca zdalna jest aktualnie szeroko rozpowszechniona w branżach usługowych, szczególnie w dużych firmach związanych z siecią Internet. Pomimo tego, branża produkcyjna wciąż nie jest w pełni scyfryzowana i zinformatyzowana, co stanowi główną przyczynę spowolnienia pracy sektora wtórnego w trakcie kryzysu związanego z wystąpieniem wirusa COVID-19. Cyfryzacja może być stosunkowo łatwo wdrożona przez liderów branży, lecz będzie stanowiła problem dla małych i średnich przedsiębiorstw. Kryzys pandemii powoduje potrzebę rozbudowania ekosystemu Internet of Things, tj. m.in. rozwiązania pozwalające na przetwarzanie danych „w chmurze” (cloud computing), przechowywanie oraz transfer danych, a także interakcja na linii człowiek-maszyna.
Wzmacnia się także połączenie handlu prowadzonego on-line, jak i off-line. Wirus COVID-19 przyspieszył rozwój „dostawy bezkontaktowej”, a także wpłynął na zmianę „ostatniego etapu” zakupów dokonywanych przez Internet. Zakłada się więc zwiększenie popularności rozwiązań działających na zasadzie skrytek pocztowych, magazynów samoobsługowych oraz sklepów z kasami automatycznymi. Zakupy on-line nie będą więc stanowiły uzupełnienia zakupów dokonywanych stacjonarnie – wyraźnie dostrzeżemy trend łączenia tych dwóch metod sprzedaży. Należy również zakładać przyspieszenie wdrożenia autonomicznych pojazdów oraz dronów na rynek.
Nowe technologie, tj. sztuczna inteligencja i tzw. Big Data wywrą istotny wpływ na pobudzenie gospodarcze. W trakcie kryzysu, część firm opracowało aplikacje korzystające z dużych zasobów danych Big Data, aby przewidzieć rozprzestrzenianie się wirusa w określonych obszarach, co umożliwiło bardziej precyzyjną kontrolę nad przebiegiem epidemii. Ponadto, należy zauważyć, że zwiększenie wykorzystania rozwiązań typu Big Data wywrze również wpływ na dalszy rozwój sztucznej inteligencji. Po ustaniu kryzysu, zarówno władze rządowe, spółki gospodarcze, jak i konsumenci skoncentrują się na zbieraniu informacji oraz na wdrażaniu rozwiązań umożliwiających podejmowanie decyzji w oparciu o dane, co również korzystnie wpłynie na przyspieszenie rozwoju technologii informacyjnych i sztucznej inteligencji.
Wiele firm wdroży tzw. rozwiązania na bazie platform. Największe chińskie przedsiębiorstwa informatyczne wykorzystały istniejący kryzys do zaproponowania rozwiązania „pracowników dzielonych”. Firmy zajmujące się handle detalicznym, taki jak Freshhema – spółka podległa firmy Alibaba, a także JD.com udostępniają własnych pracowników innym firmom z sektora usługowego o niskim progu wejściowym. Pojawienie się „wspólnych pracodawców” stanowi nie tylko wyzwanie dla tradycyjnej formy organizacji przedsiębiorstw, ale również tworzy nowe możliwości dla przyszłych firm. Co za tym idzie, termin „firma” może w przyszłości być kojarzony nie z „fizyczną lokalizacją”, lecz z „platformą”. Podążając dalej, platforma może nie oznaczać wyłącznie jednej firmy, lecz fuzję różnych firm lub pracowników. Nadchodzi czas platform, stwarzających większe możliwości zatrudnienia.
W celu należytego wykorzystania nowych możliwości gospodarczych, Chiny powinny skoncentrować wysiłki na szybkim opracowaniu ulg podatkowych, zapewnić narzędzia wsparcia finansowego, a także wprowadzić dalsze reformy związane z organizacją życia społecznego. Pewność działania jest kluczowym czynnikiem podczas walki z kryzysem. Pewność powinna wynikać nie tylko z możliwości ponownego pobudzenia gospodarki, lecz również z faktu rozwiązywania problemów związanych z kontrolowaniem przebiegu epidemii. Wdrożenie reform związanych z organizacją życia społecznego to kolejny istotny krok, który umożliwi Chinom wykorzystanie szans ekonomicznych stwarzanych przez wirus COVID-19.
Wystąpienie kryzysu związanego z wystąpieniem COVID-19 wskazuje, że rozwiązanie problemów wewnętrznych stanowi priorytet dla Chin. Dalszy rozwój Chin nie zależy od tego, jak kraj będzie postrzegany z zewnątrz, a jedynie od wyborów dokonywanych przez Chiny. Należy zatem skoncentrować się na ocenie, czy rząd Chin posiada możliwość szybkiego wdrażania reform, dostosowania i rozwiązania własnych problemów. Problem kontroli zakażeń to jedynie przykład takich wyzwań – należy rozpatrywać go z uwzględnieniem rzeczywistości Chin i konieczności zaspokajania potrzeb niezwykle rozbudowanego społeczeństwa, w którym dokonywana jest gwałtowna modernizacja. Na świecie nie istnieje inny kraj z którego doświadczeń mogłyby korzystać Chiny. Chiny muszą mierzyć się z problemami na własną rękę i jednocześnie reagować odpowiednio szybko. Chiny powinny skoncentrować się na metodach rozwiązywania problemów i odpowiednim wykorzystaniu własnych zalet gospodarczych i politycznych. Dalsze wdrażanie reform społecznych umożliwi wdrożenie bardziej elastycznych i skutecznych rozwiązań systemowych, a tym samym zapewni Chinom długoterminowy rozwój gospodarczy.

Mao Yinhui – Dyrektor Instytutu Polonistyki, Wydział Języków i Kultur Europejskich, Kantoński Uniwersytet Spraw Międzynarodowych

Han Yonghui, – profesor w Instytucie Strategii Międzynarodowych, Kantoński Uniwersytet Spraw Międzynarodowych

Cenzura i ograniczanie swobód?

Narasta opór przeciwko planom ogłoszonym kanclerz Angelę Merkel w związku z epidemią koronawirusa. Ich fundamentem są gigantyczne prezenty z budżetu federalnego dla banksterów i biznesu. Coraz mocniej krytykowane są również plany utrzymania produkcji za wszelką cenę, bez względu na zdrowie pracowników tysięcy fabryk. W odpowiedzi na falę niezadowolenia niemieccy politycy domagają się wprowadzenia stanu wyjątkowego i cenzury internetu.

W całych Niemczech narasta lawinowo liczba osób zakażonych koronawirusem. Sytuacja w szpitalach, stacjach ratowniczych, zakładach opieki i fabrykach jest coraz bardziej dramatyczna.
W odpowiedzi na zagrożenie rząd Merkel zamknął szkoły, uniwersytety oraz obiekty sportowe i rekreacyjne, a także wprowadził szereg ograniczeń dotyczących przemieszczania się ludności i kontaktów społecznych.
Te wszystkie restrykcje nie dotyczą jednak zakładów pracy. Miliony pracowników codziennie wykonuje swoją pracę na zatłoczonych halach, nie mając przy tym odpowiedniej ochrony. Sama Merkel podkreślała, że produkcja musi zostać utrzymana za wszelką cenę. Stanowisko niemieckiego rządu dotyczy również tych zakładów, które nie produkują dóbr pierwszej potrzeby niezbędnych do przetrwania pandemii.
Przeciwko takiemu podejściu niemieckiego rządu i fundowaniu prezentów biznesowi zamiast wsparcia finansowego tym, którzy rzeczywiście go teraz potrzebują, narasta oczywiście społeczny gniew. Ze względu na brak możliwości aktywnego manifestowania sprzeciwu na ulicach uwidocznia się on głównie w internecie.
W odpowiedzi na oburzenie niemieccy politycy apelują o objęcie internetu cenzurą i wprowadzenie innych środków dyktatorskich.
Na początku tygodnia minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii Boris Pistorius (prawe skrzyło SPD) wezwał do penalizacji za, jak to określił, rozpowszechnianie „fałszywych wiadomości” w związku z pandemią koronawirusa. Konkretnie w jego przekonaniu „należy zabronić publicznego rozpowszechniania fałszywych informacji zarzutów dotyczących zaopatrzenia ludności, opieki medycznej lub przyczyn, sposobów zakażenia, diagnozy i terapii COVID-19”.
Według Pistoriusa, jeśli obecne prawo nie pozwala karać za wpisy w internecie, to należy je zmienić „tak szybko, jak to możliwe”.
Pistorius jako minister spraw wewnętrznych Dolnej Saksonii ma na swoim koncie wdrożenie nowego prawa policyjnego w tym landzie, które zwiększyło uprawnienia organów bezpieczeństwa kosztem elementarnych swobód obywatelskich.
Politykowi partii socjaldemokratycznej wtóruje przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schäuble (dawniej minister finansów RFN, jeden z architektów zniszczenia Grecji) z CDU. Schäuble zaproponował przywódcom klubów zasiadających w parlamencie rozszerzenie przepisów nadzwyczajnych uchwalonych jeszcze w 1968 roku. Jest to bardzo poważny krok i wymaga zmiany niemieckiej konstytucji. Widać jednak, że niemiecka klasa polityczna gotowa jest na wszystko.
Uchwalone w maju 1968 roku przepisy nadzwyczajne były odpowiedzią na strajki robotnicze i protesty studenckie. Dają one możliwość powołania władzy quasi-dyktatorskiej w sytuacjach kryzysowych, takich jak klęska żywiołowa, powstanie czy wojna. Pozwalają między innymi na zastąpienie Bundestagu i Bundesratu (wyższej izby niemieckiego parlamentu) tzw. „Wspólnym Komitetem” złożonym jedynie z 48 osób wybranych osób, mającym pełne uprawnienia obu izb parlamentu. Schäuble wysunął pomysł włączenia podobnego przepisu do konstytucji w przypadku wystąpienia epidemii.
Niemiecki minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer planuje już, oprócz rozmieszczenia do 50 tys. żołnierzy, przeprowadzić również mobilizację 75 tys. rezerwistów. Na konferencji prasowej minister zarzekał się, że wojska zostaną wykorzystane tylko wtedy, kiedy rozmiar i skutki pandemii przekroczy możliwości działania władz i organizacji cywilnych. Wojsko ma pomóc w opiece zdrowotnej, w zapewnieniu infrastruktury i dostaw, a także utrzymanie bezpieczeństwa i porządku – zapewniał Kramp-Karrenbauer.
Rozszerzanie się pandemii rodzi coraz więcej pytań o przyszłość kapitalizmu w jego dotychczasowej formie, nastawionej na skrajny wyzysk, kumulowanie bogactwa w rękach 1 proc. najbogatszych i degradację całej planety. Wszystkie dotychczasowe działania klasy politycznej państw kapitalistycznych wskazują na to, że zbudowanie innej, progresywnej, prospołecznej i proekologicznej polityki w jej wydaniu nie jest możliwe. Zamiast tego prowadzona jest dobrze zdefiniowana przez Naomi Klein doktryna szoku. Społeczeństwa mają się bać i oddawać coraz więcej swojej wolności w łapy banksterów, którzy szczerzą zęby, kryjąc się za posłusznie wykonującymi ich dyspozycje politycznymi marionetkami.

Koronawirus i mordercze sankcje

Kto jeszcze pamięta, jak zaczynał się 2020 rok na Bliskim Wschodzie i jak bardzo obawialiśmy się, że zabójstwo Ghasema Solejmaniego zapoczątkuje eskalację przemocy na wielką skalę? Dziś ojczyzna „Generała Cienia” trafia na czołówki mediów niemal wyłącznie w kontekście pandemii. Koronawirus zabił w Iranie, według obliczeń z 23 marca, 1812 osób, i zabija dalej. Nie dokonał tego dzieła zniszczenia sam.

W ciągu każdej godziny w Iranie koronawirusem zaraża się 50 osób, co 10 minut ktoś umiera – to ocena teherańskiego Ministerstwa Zdrowia; według Światowej Organizacji Zdrowia ich wyliczenia i komunikaty i tak mogą być zaniżone. Badacze z Uniwersytetu Technologicznego w Teheranie pokusili się o stworzenie, przy pomocy komputerowego symulatora, scenariuszy dalszego rozwoju sytuacji. W tym najbardziej optymistycznym szczyt zachorowań miałby przypaść około 25 marca, a liczba ofiar śmiertelnych utrzymać się na poziomie ok. 12 tysięcy. W najgorszym szczyt wypada pod koniec maja, a zgonów może być nawet 3,5 miliona. I właśnie katastroficzny wariant rozwoju wypadków jest bardziej prawdopodobny, bo ten pozytywny, według specjalistów, mógłby zaistnieć dzięki trzem czynnikom: wprowadzeniu rygorystycznej kwarantanny wszędzie tam, gdzie ryzyko zarażenia jest wysokie, pełnemu podporządkowaniu się przez obywateli zaleceniom władz i wystarczającej dostępności leków, zabezpieczeń, preparatów odkażających i sprzętu medycznego. Spełniony nie jest żaden z warunków.
W najwcześniejszych relacjach z dotkniętego chorobą Iranu akcentowano aspekt pierwszy, niedocenienie znaczenia społecznej izolacji, zwłaszcza odmowę odwołania zbiorowych modlitw w meczetach. Faktycznie, to święte miasto szyitów, Ghom ze swoim meczetem Fatimy i innymi otwartymi przez całą dobę świątyniami, stało się epicentrum epidemii. Jak plastycznie opisuje polska iranistka Jagoda Grondecka, w sanktuarium, przy grobie córki ósmego imama
Alego ar-Ridy
„stłoczeni, dosłownie wchodzący jedni na drugich wierni przeciskają się, by choć przez chwilę złapać – a najlepiej pocałować – odgradzające grób kraty. Kobiety często głośno zawodzą i łkają. Według przypowieści każda wylana łza to jedna perła do odbioru u bram raju”. Imamowie opiekujący się świętym miejscem w pierwszych reakcjach z oburzeniem odrzucali możliwość zamknięcia meczetu, jako rażący dowód niewiary; więcej, wprost zachęcali, by przychodzić do niego po uzdrowienie. Dopiero 16 marca władze Republiki Islamskiej zdołały przekonać duchowieństwo, że nie ma innego wyjścia, jak tylko zakazać wstępu do meczetów i zawiesić uroczyste modlitwy piątkowe. Następnego dnia znaleźli się wyznawcy tyleż konserwatywni, co zdezorientowani, którzy dzień po zakazie usiłowali sforsować zamknięte bramy meczetu Fatimy oraz równie znaczącego sanktuarium w Meszhedzie, ale imamowie nie ustąpili. Sprawa stała się za poważna: wśród śmiertelnych ofiar wirusa są wysocy rangą szyiccy duchowni i politycy, w tym parlamentarzyści, zachorowała wiceprezydent
Masume Ebtekar,
przez co w pewnym momencie obawiano się o zdrowie samego prezydenta Hasana Rouhaniego.
Rouhani chory nie jest i regularnie pojawia się w mediach, starając się tyleż uspokajać obywateli, co ratować własną pozycję polityczną; zanim pandemia stała się w Iranie tematem nr 1, jego konserwatywni przeciwnicy wygrali wybory parlamentarne i szykowali się do ostatecznego przeformatowania sceny politycznej pod swoje dyktando. Mieli wszelkie szanse powodzenia, wszak reformistyczna wizja otwarcia na świat i uzdrowienia gospodarki dzięki ożywieniu wymiany handlowej została zamordowana przez administrację Donalda Trumpa, a dwie fale dość desperackich protestów wywołanych pogarszającą się sytuacją gospodarczą stłumiono. Do więzień posłano m.in. lokalnych liderów związków zawodowych. Prezydent stracił wtedy poważnie na wiarygodności, a i teraz trudno go nazwać twarzą rządu sprawnie walczącego ze śmiertelnym zagrożeniem. Na początku epidemii irański minister zdrowia bagatelizował sytuację i zapewniał, że kwarantanny należą do odległej przeszłości. Najwyższy Przywódca Ali Chamenei rzucał teoriami spiskowymi, a sekundował mu dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Hosejn Salami, sugerujący, że wirus to amerykańska broń biologiczna, celowo uruchomiona w Chinach i Iranie. Także późniejsze publiczne wystąpienia władz nie uspokajają społeczeństwa, gdyż pokazują raczej chaos kompetencyjny i zakulisową rywalizację, niż sprawne zarządzanie kryzysowe.
Najwyższy Przywódca
najpierw polecił wojsku przejąć faktyczne dowodzenie w walce z epidemią, realizując przy tym wytyczne Ministerstwa Zdrowia, potem nakazał armii podporządkować się decyzjom rządu. Irański szef sztabu zdążył zadeklarować, że w 10 dni przywróci normalność – pojawiły się „wiarygodne” doniesienia o rychłej kwarantannie czy godzinie policyjnej w Teheranie. Te jednak zdementował prezydent Rouhani, oznajmiając, iż kroki nadzwyczajne może zadekretować tylko utworzona przez niego specjalna grupa. Do tego mer Teheranu Piraz Hanachi przyznał, że wprowadzić i wyegzekwować surowej kwarantanny w całej metropolii zwyczajnie nie jest w stanie.
W ostatecznym rozrachunku w irańskich mediach w marcu po prostu nie podawano informacji o liczbie zgonów czy realnym zasięgu zakażeń w irańskich megalopolis. Kiedy
Masud Mardani,
dyrektor Irańskiego Centrum Badań nad Chorobami Zakaźnymi, zasugerował, że w blisko dziewięciomilionowym Teheranie może być nawet 2,5-3,5 mln nosicieli, po kilku dniach musiał publicznie odwołać swoje wnioski, rzekomo z powodu błędów metodologicznych. Główne irańskie oficjalne media raczej tradycyjnie atakują regionalnych rywali, tym razem za zaniżanie epidemicznych statystyk, albo nadają dobre wiadomości, jak ta o 101-letnim pacjencie, który wyszedł z choroby. Efektem całego chaosu kompetencyjnego i informacyjnego jest kompletny brak zaufania społeczeństwa do władz i ich zarządzeń.
Jeśli wierzyć wpisowi na jej własnym Twitterze, wyzdrowiała też wiceprezydentka Masume Ebtekar. Walkę z wirusem wygrał tym samym jeden z żywych symboli rewolucji, której 40. rocznicę świętowano w Teheranie zaledwie kilka miesięcy temu. Ebtekar była wśród studentów, którzy w listopadzie 1979 r. wtargnęli do amerykańskiej ambasady i wzięli jej personel jako zakładników, zdeterminowani powstrzymać imperium przed wtrącaniem się w sprawy Iranu. Ona właśnie, wykształcona w Stanach Zjednoczonych, podawała z ambasady anglojęzyczne komunikaty dla mediów.
Dziś znowu Irańczycy zwracają się do Waszyngtonu z apelami i oskarżeniami, alarmując, że to za sprawą USA ich kraj musi szykować się na drastyczny scenariusz rozwoju epidemii. Irański minister spraw zagranicznych Mohammed Dżawad Zarif wzywa do zdjęcia sankcji, gdy trwa walka z chorobą i śmiercią, i nie przebiera w słowach: – Donald Trump złośliwie zacieśnia amerykańskie nielegalne sankcje w celu wydrenowania Iranu z zasobów niezbędnych do walki z COVID19. Świat nie może pozostać obojętnym, gdy USA dodają do terroryzmu ekonomicznego terroryzm medyczny – napisał na Twitterze. W kolejnym wpisie dodawał: oni dosłownie zabijają niewinnych ludzi!
Nie żaden ekstremista, a
Jeffrey Sachs
18 marca wezwał Waszyngton, by natychmiast uchylił sankcje nałożone na Iran (ale też Wenezuelę czy Kubę), gdyż w obecnej sytuacji są one niczym innym, jak rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego i wywoływaniem powszechnego cierpienia. W obliczu epidemii sankcje są, pisze dalej Sachs, nielegalne i niemoralne. – Nie ma wątpliwości, że zdolność Iranu do odpowiedzi na nowy szczep koronawirusa została nadwątlona przez sankcje ekonomiczne nałożone przez administrację Trumpa, a liczba ofiar będzie zapewne znacznie wyższa, niż gdyby sankcji nie było – to z kolei Mark Weisbrot, wicedyrektor socjaldemokratycznego think-tanku Center for Economic and Policy Research. Apel szefa irańskiej dyplomacji oficjalnie popiera ONZ, a według „The Guardian” nawet rząd Wielkiej Brytanii nieoficjalnymi kanałami starał się przekonać Biały Dom do tego, że walka z wirusem to wspólna sprawa, ważniejsza od sankcji, które można na chwilę „rozluźnić”.
Tyle, że administracja Trumpa ma wobec Iranu własne plany: w mijającym tygodniu 12 kolejnych przedsiębiorstw (z Chin, Tajwanu, RPA i Zjednoczonych Emiratów Arabskich) zostało objętych sankcjami za robienie biznesu z irańskimi firmami z sektora petrochemicznego. – Polityka maksymalnego nacisku na reżim jest kontynuowana – oznajmił dziennikarzom Brian Hook, amerykański Specjalny Przedstawiciel ds. Iranu. Nic nie zmienia się od grudnia 2019 r., gdy Departament Stanu zapowiedział dalsze zaostrzanie kursu wobec znienawidzonej republiki na Środkowym Wschodzie, a na spotkaniu z prasą 30 grudnia jeden z amerykańskich urzędników z satysfakcją mówił o pogrążaniu się Iranu w recesji i dyplomatycznej izolacji. Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś zbędne humanistyczne wątpliwości, Sekretarz Stanu Mike Pompeo i sam Trump rozwiali je podczas konferencji prasowej 20 marca. – Irańscy przywódcy znają odpowiedź na pana pytanie – rzucił prezydent dziennikarzowi, który poruszył kwestię możliwego cofnięcia sankcji. Krótko potem Trump złożył Irańczykom… życzenia z okazji przypadającego właśnie perskiego Nowego Roku, Nouruz. To „bezmyślne podżeganie” – ocenia na łamach „The Guardian” Simon Tisdall. Zaś Mehdi Hasan w The Intercept zastanawia się, czy amerykańskim rządem kierują socjopaci, którym w bezduszności udało się przebić nawet administrację George’a W. Busha: ona wszak w 2003 r. zgodziła się na czasowe ograniczenie sankcji i przysłanie pomocy medycznej, gdy trzęsienie ziemi zabiło 26 tys. ludzi w południowo-wschodnim Iranie. Teraz USA teoretycznie złożyły Iranowi ofertę pomocy humanitarnej (szczegółów nie ujawniono), ale bez cofania sankcji.
Mike Pompeo
sugerował podczas konferencji, że Iran cierpi na własne życzenie, bo przecież sankcje nie obejmują pomocy humanitarnej czy zakupu leków. Tak samo to wiarygodne, jak jego twierdzenia, że Teheran jest jedynym źródłem przemocy i agresywnym państwem na Bliskim Wschodzie. Raport Human Rights Watch z października 2019 r. dowodzi, że prawda jest o wiele okrutniejsza: „szeroko zakrojone restrykcje dotyczące transakcji finansowych, połączone z agresywną retoryką amerykańskich urzędników, dramatycznie ograniczyły zdolności irańskich podmiotów do finansowania importu na cele humanitarne, w tym importu podstawowych leków i sprzętu medycznego. Chociaż rząd USA uwzględnił wyjątki dotyczące takiego importu w systemie sankcji, HRW przekonało się, że te wyjątki nie zdołały przekonać amerykańskich i europejskich firm oraz banków do przełamania obaw przed sankcjami. Nie decydowały się one eksportować czy finansować dóbr humanitarnych objętych wyjątkami. W efekcie Irańczykom odmówiono dostępu do podstawowych leków, ograniczono ich prawo do zdrowia”. Krótko mówiąc: banki wolą blokować wszelkie transakcje z irańskimi podmiotami, a europejscy producenci leków i wyborów medycznych rezygnować ze sprzedaży. Wolą wykazywać się nadgorliwością i mieć pewność, że nie dotkną ich karne sankcje, zamiast zastanawiać się, czy w konkretnym przypadku spełnione byłyby kryteria transakcji humanitarnej. Z podobnych powodów, twierdzi Teheran, utrudnione jest też działanie tzw. Kanał Szwajcarskigo (Swiss Humanitarian Trade Arrangement), uruchomionego w końcu lutego mechanizmu umożliwiającego import leków i towarów humanitarnych do Iranu. Przez sankcje i niechęć banków do współpracy, twierdzi Teheran, nie sposób przekierować na kanał funduszy, które Iran miał zdeponowane za granicą.
Jesienią 2019 r. obrońcy praw człowieka alarmowali, że Iranowi z powodu sankcji brakuje już najważniejszych leków na padaczkę, białaczkę, preparatów używanych w chemioterapii czy specjalistycznych bandaży, bez których nie mogą funkcjonować chorzy na pęcherzowe oddzielanie się naskórka (EB). W opisanym przez HRW przypadku produkująca opatrunki firma z Europy odmówiła ich sprzedaży, gdyż bała się sankcji. Teraz Iranowi brakuje testów na koronawirusa; część jego ofiar widnieje w statystykach jako zmarli na zaburzenia oddychania i inne choroby, bo nie było nawet możliwości przebadania ich pod kątem epidemii. Na początku marca zaczynało brakować masek i strojów ochronnych, lekarze wyrażali obawy o dostępność środków odkażających i wzmacniających odporność preparatów witaminowych. Przed epidemią Iran był w stanie je wytwarzać na określoną skalę, teraz musiałby w krótkim czasie zaimportować dużą ilość tak gotowych produktów, jak i substratów niezbędnych do produkcji środków odkażających. Sankcje taką operację poważnie komplikują.
Prezydent Hasan Rouhani,
który walczy o zachowanie własnej pozycji w obliczu ofensywy konserwatystów, zwrócił się z apelem do amerykańskiego społeczeństwa, by zażądało od swoich przywódców wykazania się humanistyczną postawą, ale sam raczej nie wierzy w powodzenie listu. Jeszcze przed jego publikacją rząd Iranu po raz pierwszy od 60 lat zwrócił się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kredyt o wartości 5 mld dolarów miałby zostać udzielony w ramach specjalnej kwoty wsparcia walki z pandemią w krajach o niskim dochodzie. Tyle, że również tutaj głos decydujący będą mieć Amerykanie, których przedstawiciel może zawetować każdą decyzję o pożyczce wydaną przez IMF. Nawet gdyby jakimś cudem nie zawetował, pozostaje jeszcze kwestia technicznego transferu pożyczki: jak go przeprowadzić, gdy żaden bank nie chce narazić się na kary za transakcje z irańskim Bankiem Centralnym?
Nouruz jest tradycyjnie okazją do spotkań w gronie przyjaciół, urlopów, odwiedzin u rodziny. Tegoroczny nie był inny: ostrzeżenia o zagrożeniach związanych z nieizolowaniem się zostały zignorowane. Według policyjnych danych na irańskie drogi wyjechało 1,2 mln samochodów, niewiele mniejszą niż w ubiegłym roku popularnością cieszyły się wyjazdy nad Morze Kaspijskie. I właśnie pod koniec weekendu, gdy zaczyna się wiosna, władze prowincji Teheran ogłosiły, że wszystkie stołeczne przedsiębiorstwa, oprócz supermarketów i aptek, mają zostać zamknięte do 3 kwietnia. Irańczycy nie zrezygnowali ze święta, bo ci zamożniejsi i tak od dawna dysponują środkami do ochrony siebie i najbliższych, ubożsi najwyraźniej uznali, że nie mają nic do stracenia. Ludzie z klasy pracującej, których jeszcze nie dotknęło bezrobocie, i tak musieli normalnie wykonywać swoje obowiązki. Prywatni pracodawcy nie zamykali biznesów, wiedząc, że duszony sankcjami kraj nie wprowadzi żadnej „tarczy antykryzysowej”, nie weźmie na siebie wynagrodzeń pracowników, nie zawiesi spłacania kredytów czy płacenia rachunków. Tego, co zrobi z gospodarką ograniczenie działalności gospodarczej w stolicy, a w dalszej perspektywie również poza nią, nikt nawet nie podejmuje się głośno prognozować.
Krach irańskiej gospodarki, który wywoła potężny społeczny gniew i zmiecie rząd to marzenie amerykańskiej administracji. Z publikacji niezwykle aktywnego w mediach ministra spraw zagranicznych Mohammeda Dżawada Zarifa przebija świadomość tego faktu i chęć uprzedzenia kompletnego chaosu. W przesłaniu na Nouruz, w którym ponownie wybrzmiały gorzkie słowa pod adresem Waszyngtonu, dyplomata zawarł zaskakująco trzeźwą ocenę systemu, którego jest częścią i twarzą. – Walka z koronawirusem przekonała nas, że musimy odnowić nasze metody rządzenia – napisał. Zasugerował, iż potrzeba mniej kontrolowania wszystkiego i wszystkich, za to więcej organizacji pozarządowych, sprzyjania oddolnej aktywności obywateli. To ostatnie już się dzieje: w Ghom powstały oddolne grupy wolontariuszy i wolontariuszek wspierające osoby starsze i uboższe, biorące na siebie sprzątanie i dezynfekowanie przestrzeni publicznej, upowszechnianie zasad higieny. Zagraniczne media pokazują takie sceny solidarności nieporównywalnie rzadziej, niż fanatyków szturmujących zamknięte meczety czy kolejne na poły obłąkańcze tyrady Najwyższego Przywódcy. Łatwiej podtrzymywać stereotypy o zacofaniu, niż pokazać tych Irańczyków, zwykłych ludzi, którzy – po raz kolejny na przestrzeni ostatnich dekad – nie chcą poddać się przeciwnościom nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Bankierom rośnie

Na co może liczyć dyrektor generalny banku w dobie pandemii koronowirusa, kiedy gospodarka pikuje w dół, na giełdzie pojawia się panika, a akcje banku spadają na łeb i szyję? Oczywiście na solidną podwyżkę. Bez obaw o niegospodarność, bo za ewentualne straty przedsiębiorstwa prawdopodobnie i tak zapłacą podatnicy – przeciętni Amerykanie.
David Solomon, dyrektor generalny banku inwestycyjnego Goldman Sachs, jest szczęśliwcem, który właśnie otrzymał 20 proc. podwyżki pensji. Teraz będzie zarabiał 27,5 mln USD rocznie. Ale to nie wszystko. Solomon dodatkowo dostał premię w wysokości 7,65 mln USD oraz stał się posiadaczem akcji wartych 17,85 mln USD.
Jak uzasadnia ten krok zarząd banku? „Kierował naszym opracowaniem trzyletniego biznesplanu firmy i jasnej długoterminowej strategii, która wykorzystuje nasze fundamentalne zalety, wzmacnia długoterminowe nastawienie firmy i wpaja kulturę innowacji” – czytamy w oświadczeniu. Ponadto dyrektor generalny „wyróżniał się także jako wykwalifikowany rzecznik firmy zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie”.
Gratyfikacja „pierwszego bankstera” ma miejsce w chwili, kiedy z powodu zagrożenia epidemiologicznego wywołanego koronawirusem COVID-19 gospodarka amerykańska zwalnia, a na amerykańskiej giełdzie trwa panika, w wyniku której tylko w ciągu pierwszego tygodnia marca Dow Jones stracił na wartości blisko 9 proc., a w skali całego miesiąca o około 35 proc., zaś NASDAQ aż o 35 proc. wartości.
Ucierpiały również akcje samego Goldman Sachs, notując spadek z 237,33 USD w dniu 19 lutego do 138,41 USD w piątek 20 marca.
Wśród zwykłych Amerykanów poddanych kwarantannie, którzy stracili pracę lub obawiają się jej utraty, a przynajmniej utraty części zarobków, narasta gniew. Pojawiają się wpisy w mediach społecznościowych, że takie zachowanie się klasy wyzyskiwaczy skończy się zamieszkami i gilotyną. Niektórzy porównują gromadzenie bogactwa przez krezusów w czasie pandemii do gromadzenia papieru toaletowego przez zwykłych spanikowanych ludzi.
Amerykanie mają prawo się czuć wkurzeni. Tym bardziej że narasta presja ze strony banksterów, finansjery i plutokratów, by Kongres zasilił ich biznesy publicznymi pieniędzmi, tak jak miało to miejsce podczas kryzysu finansowego w 2008 roku.
Fundamentalna zasada kapitalizmu, która opiera się o prywatyzację zysków i nacjonalizację strat, ma się cały czas dobrze.

Zaraza uprzedzeń

Sytuacje kryzysowe, takie jak trwająca pandemia, są bardzo podatnym gruntem dla uprzedzeń, dyskryminacji i victim blamingu – to wniosek daleki od odkrycia Ameryki. Nietrudno wyobrazić sobie, jak łatwo będzie dziś postulować zamykanie granic przed uchodźcami czy to, ile fałszywie motywowanej niechęci musi wylewać się w stronę „odmiennych kulturowo” Chińczyków. Pierwsze sygnały mogliśmy już usłyszeć z ust premiera Morawieckiego o „obcym” pochodzeniu wirusa.

To zagrożenie dotyczy dziś Włoch. Kiedy wielu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego akurat Włosi tak źle radzą sobie z epidemią koronawirusa, dosyć szybko słyszymy prowizoryczne analizy odnoszące się do mglistego pojęcia „charakteru narodowego” (w przypadku silnie zregionalizowanych Włoch mglistego jeszcze bardziej): że przecież Włosi muszą wychodzić z domu, spotykać się, całować na powitanie, być blisko, siedzieć w kawiarniach i pić espresso, więc w zasadzie sami są winni swej sytuacji przez własną nieodpowiedzialność.
Dokładne analizy włoskiego przypadku jeszcze przed nami. Dowiemy się zapewne, na ile sensowne jest założenie, że szczep, który pojawił się we Włoszech mógł był bardziej zjadliwy niż w innych krajach. Ktoś pewnie zbada także, na ile kulturowe czynniki mogły przyczynić się do rozprzestrzenienia się wirusa.
Póki co o wiele bardziej sensowne niż towarzysko-zabawowy styl życia Włochów wydaje się założenie, że Półwysep Apeniński spotkała po prostu tragedia bycia pierwszym przypadkiem. Kiedy koronawirusa wykryto w Lombardii, Piemoncie i Wenecji Euganejskiej, nic poważnego się jeszcze nie działo – nie było w Europie czerwonych stref, zamykania granic i pustych półek w sklepach.
W ramach eksperymentu myślowego wyobraźmy sobie, że pierwsze przypadki koronawirusa w Europie wykryto w Polsce. Powiedzmy: w województwie opolskim, łódzkim i świętokrzyskim.
Pociągi i autobusy przekraczają granice jak zawsze, wszystkie kawiarnie są otwarte, ekspedientki w sklepach nie noszą rękawiczek, a dzieci chodzą normalnie do szkoły. Ministerstwo Zdrowia wprawdzie apeluje o ostrożność, ale ilu z nas naprawdę się tym przejmie, skoro rzeczywistość wokół funkcjonuje tak samo? Kiedy życie toczy się normalnie, naginanie środków bezpieczeństwa też przychodzi łatwiej, bo nikt nie wie jeszcze, że sytuacja wymknie się przez to spod kontroli. Nie jest to specyficzna cecha żadnego narodu.
Nie wierzycie? A co się stało kilka dni temu, kiedy w Polsce zaczęła się prawdziwa wiosna i ludzie wylegli na bulwary?
Ktoś powie, że przecież przed Włochami mieliśmy przypadek Chin, więc efektów można się było spodziewać. Problem w tym, że dla 60-milionowego kraju w Europie Chiny są po prostu za daleko, by stanowić realny punkt odniesienia. Nie były nim także dla nas, dopóki wirus nie dotarł blisko naszych granic.
Wniosek jest prosty: w czasach kryzysu na uprzedzenia i proste wyjaśnienia należy uważać podwójnie. W sytuacji Włochów mógł znaleźć się każdy, a zrzucanie odpowiedzialności na ich styl życia czy wydajność służb to nie tylko victim blaming, ale też myślenie stereotypami.
Znacznie lepiej byłoby docenić, że możemy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji, zwłaszcza że stało się to czyimś kosztem.

Koronawirusa narodzin teorie spiskowe

Dziennikarze czołowych amerykańskich gazet New York Times, Washington Post i Wall Street Journal muszą pożegnać się z Chinami: władze unieważniły ich lokalne legitymacje. Razem 13 reporterów będzie musiało wrócić do domu. Oba wielkie kraje kłócą się o opowieść o pandemii. To, co sugerują Chińczycy, nie jest teorią spiskową, jak utrzymują Amerykanie, bo właściwie nie mieści się w definicji.
Ale pekińska wersja ma fabularne odnogi, które wyglądają podejrzanie.

O co chodzi Chińczykom? Dlaczego wyjeżdżają z tezą, że pandemia narodziła się w Stanach Zjednoczonych? Czy są wariatami? Podłymi propagandystami? Kierują nimi najniższe uczucia? Według mediów, Chiny złośliwie sieją teorie spiskowe. Podniosły się u nas rytualne głosy, że wszystkiemu jest winien Putin, a ci, którzy podejrzewają, że epidemia wzięła się skądinąd niż z Chin, to nieświadome końcówki jego oślizłych macek. Na szczęście Polacy są ostrzeżeni. Powstały nawet internetowe rankingi teorii spiskowych.
Według definicji teorii spiskowej, musi w niej występować element ukrywania czegoś przed ludźmi. Chiny właściwie nie zarzucają Amerykanom, że zataili epidemię Covid-19, która miała wybuchnąć w USA w sierpniu-wrześniu zeszłego roku, tylko, że jej nie zauważyli. Interpretuje się to na ogół jako propagandowe kontruderzenie Chińczyków, którzy nie mogli znieść ciągłego nazywania w Stanach koronawirusa „chińskim”, „Made in China” itp. Ich zdaniem, takie stawianie sprawy prowadzi do rasizmu i nie odpowiada prawdzie.
Było ich 300
Tłem chińskiej wizji jest wojna handlowa, którą prezydent Trump wydał Państwu Środka, ale w centrum obrazu widać raczej amerykańskie niedbalstwo, niż jakąś przemyślaną strategię. 12 marca dr Robert Redfield, szef CDC (Centers for Disease Control and Prevention) – centralnego organu USA koordynującego walkę z wirusem, powiedział, że w ubiegłym roku niektórych pacjentów, którzy mieli umrzeć na grypę, źle zdiagnozowano. Dopiero po ekshumacjach i ponownym przebadaniu okazało się, że to ofiary Covid-19. Redfield wskazał wrzesień 2019 r. jako prawdopodobny początek epidemii, lecz nie podał szczegółów.
Rzecznik chińskiej dyplomacji Zhao Lijian zadawał wtedy z Pekinu natychmiastowe pytania: „Gdzie jest pacjent zero? Ile było ofiar?”. To pasowało mu do do tezy, że epidemia nie zrodziła się w Wuhan w listopadzie, jak wszyscy dziś myślą, tylko w Stanach, w sierpniu-wrześniu. Zarazę do Wuhan mieli przywlec amerykańscy żołnierze, którzy prawie do końca października uczestniczyli w miejscowych Igrzyskach Wojskowych. Było ich 300, wychodzili na miasto, a jeśli część była zarażona…
100 proc. bio
Biały Dom wyśmiał te pytania i na żadne nie odpowiedział. A Amerykanie mogli przegapić początek epidemii. Już zdarzało się w historii plag wirusowych, że miejsce, które wydawało się wielkim ogniskiem, nie było nim wcale. Wygląda też, że Stany Zjednoczone są słabo przygotowane. Imperium działało nieświadomie. Nie wiadomo, jaka była skala pomyłek diagnostycznych. Pekin podejrzewa Pentagon, że nie badał jak trzeba swoich ludzi, bo nie wiedział, że trzeba.
W prasie internetowej przypuszczalne amerykańskie pochodzenie zarazy szybko obrosło koroną teoretycznych odrostów opartych na domysłach i analizach, zależnych czasem od pozycji na mapie. Teoria, jakoby Amerykanie mieli „stworzyć” tego koronawirusa drogą jakiejś inżynierii natrafia na poważne trudności. Atak biologiczny na przeciwnika wojny handlowej? To się wydaje za grube, a poza tym znawcy przekonują, że w kodzie genomu wirusa byłoby widać ludzką interwencję. Nie są politykami, nie muszą kłamać. Według nauki, koronawirus jest 100 proc. bio, beztroskim dzieckiem natury.
Fort Detrick
Zwolennicy teorii „sztucznego” wirusa wskazują na kłopoty administracji amerykańskiej z bazą Fort Detrick, Maryland. To były ośrodek doskonalenia śmiercionośnych broni biologicznych. Tu badano wirusy nietoperzy, aż Stany Zjednoczone podpisały układ o niestosowaniu takich broni i Fort Detrick ograniczył działalność. Według źródeł amerykańskich, sporo zeń wyniesiono, w tym materiał biologiczny.
Ale to było dawno. Latem zeszłego roku usłyszano o dawnej bazie jeszcze raz, gdy zakazano tam badać ebolę i inne niebezpieczne wirusy: niektóre gdzieś ginęły. Ale dlaczego koronawirus miałby pochodzić właśnie stamtąd? Aż tak zaawansowanych eksperymentów tam nie robiono. Zarazek był najpewniej odzwierzęcy, mógł się pojawić w każdym zakątku Ameryki. Jest zresztą typowy dla tego regionu świata, jeśli wierzyć cytowanym naukowcom z Dalekiego Wschodu.
Teoria hard
Jedną z odnóg ogólnych podejrzeń stanowi też tradycyjne spoglądnie w kierunku Izraela. Impulsem do oskarżeń było ogłoszenie w lutym, że Izraelczycy mają prawie gotową szczepionkę na koronawirusa. Skoro już mają, to dlatego, że wszystko wiedzieli – sugerują niektórzy autorzy. Podają przykład amerykańsko-izraelskiego wirusa komputerowego Stuxnet, który miał uderzyć w Iran, ale przyniósł szkody na całym świecie, cytują wysoko postawionych przedstawicieli lobby pro-izraelskiego wyrażających satysfakcję z liczby ofiar koronawirusa w Iranie. To za mało.
Laboratorium z północnego Izraela, które wyrwało się przed orkiestrę, podlega ministerstwu rolnictwa, nie obrony. W lutym rzeczywiście ogłosiło, że „za kilka tygodni” będzie miało szczepionkę na koronawirusa, lecz w tzw. międzyczasie znacznie spuściło z tonu. Możliwe, że nasz koronawirus jest prawie doskonałym bliźniakiem zarazka wywołującego bronchit u kur, ale od tego do szczepionki jeszcze daleko. Podany termin jest nierealistyczny, nawet gdyby prace były zaawansowane. Izraelczycy wyskoczyli z tym jak filip z konopi, to wszystko. Iran cierpi, ale nie jest jedyną ofiarą wirusa.
Rzeczywiście, Mark Dubowitz, dyrektor wykonawczy amerykańskiej organizacji proizraelskiej Fundacji Obrony Demokracji (FDD), pisał na Twitterze, że „koronawirus robi to, do czego niezdolne były sankcje amerykańskie: wstrzymał irański eksport pozanaftowy”, w czym można ujrzeć satysfakcję, ale najważniejsze było jego przekonanie, że „koronawirusa rozsiewa Iran”, a to jest dopuszczalną formą teorii spiskowej, marginalną zresztą. W każdym razie, teoria antyizraelska wygląda, jakby bliżej jej było do Protokołów Mędrców Syjonu (dziejowego wzorca teorii spiskowej), niż do faktów. Irańczycy nie rozdrabniają się na ogół, głoszą, że to Ameryka ściągnęła „to diabelstwo” na naszą planetę.
Wielkie moce
Teorie spiskowe dzielą się na oficjalne i nieoficjalne, do przyjęcia i do odrzucenia. Ich elementy, jak przypisywanie destrukcyjnej wszechmocy wyznaczonej grupie, krążą po obu stronach barykady. Np. ci, którzy pogardliwie wyśmiewają się z obsesji PiSu „to wina Tuska”, biorą poważnie doniesienia, według których knujący Putin jest odpowiedzialny za onanizm w Paryżu. Amerykańsko-chińskie szarpanie się w sprawie usuwania Chińczyków pracujących w chińsko-amerykańskich mediach i późniejsze retorsje mocno podniosły ton w sprawie, która w zasadzie mało kogo dziś interesuje. Co za różnica, skąd to się konkretnie wzięło, skoro już jest?
Tym niemniej Amerykanie ulegli europejskim namowom i w nieujawnionej skali zmniejszą swój udział w przewidzianych na przyszłe miesiące wielkich manewrach wojsk lądowych USA na naszym zabarykadowanym kontynencie. Przemarsz wojsk miał sprawdzić drogę czołgów z Zachodu do granicy Rosji w krajach bałtyckich, czy mosty wytrzymają, itp. Od lutego we włoskich, francuskich i niemieckich portach wyładowywano sprzęt, a pierwsze jednostki z Ameryki zaczęły lądować na początku marca. Oczywiście nikt oficjalnie nie podejrzewa Amerykanów o rozsiewanie wirusa, ale mogą to robić nieświadomie. Ich wojsko jest jednak trochę podejrzane, mimo wszystkich zaprzeczeń.
Stany Zjednoczone postanowiły jednocześnie, że „bezpieczna wirusowo” część lotnicza ćwiczeń Defender Europe 2020 jednak się odbędzie w pełnej skali. Lecą do nas strategiczne, „niewidzialne” i bardzo drogie bombowce amerykańskie B-2 Spirit. Każdy może przenosić po 16 bomb termonuklearnych typu B-61 lub B-83. To z grubsza 1200 bomb na Hiroszimę w jednym samolocie. Rosja oczywiście sądzi, że to niepotrzebne w obecnej sytuacji. Wpływ obecności amerykańskich żołnierzy w Europie na rozpowszechnienie się koronawirusa jest raczej marginalny i dzięki ćwiczeniu nalotów atomowych taki pozostanie.
Historie pandemiczne
W tak wyjątkowych warunkach walka różnych propagand wygląda trochę komiksowo. Trump nie wahał się obrzucać Chin „winą” za epidemię, teraz nadchodzi chińska kontra, w postaci opowieści alternatywnej. Powiedziałoby się, że zaraz oba mocarstwa zaczną rozbijać garnki wiszące na płocie. Chiny jednocześnie pomagają, komu mogą. Amerykanie nie wypadają na geniuszy. Dopóki nie zrobią odpowiednich badań nad przebiegiem epidemii, kwestia pierwotnego ogniska pandemii pozostaje właściwie otwarta i drugorzędna. Trump tymczasem postanowił zwalczać chorobę lekarstwem stosownym przez Chińczyków, chlorochiną, co wygląda paradoksalnie na tle jego antychińskich wyskoków.
Teorie spiskowe, ciemne opowieści, zawsze towarzyszyły uniwersalnym katastrofom, są więc czymś naturalnym. Opierają się często na różnych niedomówieniach władzy, prawie zrozumiałych w tym zamęcie. Niektóre, napiętnowane z początku, potwierdzają się w przyszłości, ale z braku twardych dowodów lub sensu wszystkie są wątpliwe.

Ameryki problem z faszyzmem

Po prezydenturze Baracka Obamy, rzekomo kończącej z rasowymi uprzedzeniami, amerykański liberalny salon nagle odkrył, że jego kraj znów jest rasistowski. I świetnie się z tym czuł. Mógł wszak potępiać to, co uznał za pierwotną przyczynę rasizmu – Trumpa, który brukał „światowy przykład demokracji” jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Zamglone pozostały historyczne dzieje tej „wyjątkowej” republiki, założonej na wywłaszczeniu ziemi tubylczej i eksterminacji jej mieszkańców, oraz jej potęgi gospodarczej zbudowanej w znacznej mierze przez afrykańską, zniewoloną siłę roboczą.

Trump oczywiście jest białym rasistą i to w stopniu nagannym. Ale czy on jeden, i czy rasistami bywali tylko Republikanie? Kto pamięta Jima Crowa i Dixiecrat Democrats, w tym sześciu senatorów USA i dwóch sędziów Sądu Najwyższego, którzy byli członkami Ku Klux Klanu? Kto pamięta, że jeden z najbardziej znanych demokratów, Franklin Delano Roosvelt, ponoć najbardziej liberalny prezydent USA, uwięził w obozach koncentracyjnych 120 000 Amerykanów japońskiego pochodzenia.
Ustawy więzienne
Trump miał też bardziej bezpośrednich poprzedników, jak Bill „pierwszy czarny prezydent” Clinton, który zrobił sobie zdjęcie pod Stone Mountain, w miejscu narodzin współczesnego KKK, z grupą więźniów, głównie Afroamerykanów, wykorzystanych jako rekwizyty. Ponadto wprowadził w życie tragiczne w skutkach ustawy więzienne z 1994 roku i „położył kres dobrobytowi, jaki znamy”. Trump zajmuje miejsce w tym samym kontinuum co byli prezydenci, jest on tylko jego bardziej wulgarnym i jawnym reprezentantem.
Rasizm jest kompletnie wpisany w funkcjonowanie „krainy wolnych ludzi”; nie jest żadnym zaburzeniem osobowości tego kraju. Rasizm instytucjonalny przenika obecną politykę na każdym polu. Ustawa Trump’s Protect and Serve Act, uczyniła atak na policję federalną zbrodnią z nienawiści. Umieściła ona tym samym policyjnych morderców pod parasolem ochronnym. Ustawa ta przeszła prawie jednogłośnie, 382 głosami. Za nią głosowało trzy czwarte Czarnego Klubu. Było to więc dwupartyjne f ** k you wymierzone w ruch Black Lives Matter. Wpływ amerykańskiej polityki rasowej nie kończy się na granicach USA. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się punkty zapalne konfliktu rasowego lub etnicznego, można znaleźć rząd Stanów Zjednoczonych rozpalający płomienie na korzyść imperium, nie ważne czy mowa o konfliktach sannicko-szyickich na Bliskim Wschodzie, czy rasowo-etnicznych z Ameryki Łacińskiej. Jeanine Añez, samozwańcza prezydent Boliwii, wsparta przez USA w trakcie zamachu stanu, ogłosiła, że ​​nadszedł czas, aby wyrzucić tubylców nie tylko z rządu, ale i ze stolicy.
Rasizm instytucjonalny jest szczególnie śmiercionośny, ponieważ przecina podziały klasowe. Brutalność policji, masowe uwięzienia, pomoc społeczna, wysokiej jakości edukacja publiczna i tak dalej nazywane są „czarnymi kwestiami”, ale dotyczą wszystkich pracujących ludzi, a nie tylko pracujących Afroamerykanów. Biały rasizm służy do zatarcia wspólnych interesów pracujących ludzi, tworząc iluzję, że pracownik magazynu Amazona może mieć jakikolwiek wspólny interes z Jeffem Bezosem.
Widmo faszyzmu
W ostatnich latach prasa donosiła o coraz bardziej popularnych rasistowskich praktykach pośród grup młodych białych Amerykanów, mowa była również o czystym flirtowaniu z faszyzmem. Gdyby w USA powstał znaczny ruch faszystowski, ta wywłaszczona młodzież – nazywana przez Hillary Clinton „godną ubolewania” – mogłaby służyć za jego bazę.
Żaden casting nie wyłoniłby lepszego niż sam Donald Trump przykładu karykaturalnego, blond faszysty. Ale kleiste kosmetyki i złe maniery przy stole nie kwalifikują go do bycia piewcą aryjskiego braterstwa. Po trzech latach jego rządów pomimo strasznych prognoz republika jeszcze nie pogrążyła się w faszyzmie. Rasizm i wąski nacjonalizm były historycznie związane z faszyzmem. Jednak Rozporządzenie wykonawcze 13769 autorstwa Trumpa, blednie w skali do perfidii internowania Amerykanów japońskiego pochodzenia przez Roosevelta.
Widmo faszyzmu pociąga za sobą coś więcej niż biały natywizm. Faszyzm przybiera formę polityczną jako specyficzną metodę rządzenia. Jako forma rządzenia faszyzm „powstaje, gdy w obliczu wyzwań klasy robotniczej kapitał finansowy nie może już rządzić w stary sposób” jak wyjaśnia Greg Godels. Prawdą jest, że Trump mówił o wydarzeniach z Charlottesville odnosząc się do „kilku bardzo dobrych ludzi”, w rzeczywistości młodych mężczyzn o ogolonych głowach i tatuażach ze swastyką. Ale ci zepchnięci na margines, ledwo dorośli chłopcy, nie są klasą panującą. Są produktem ubocznym neoliberalnej polityki i potencjalnymi rekrutami ruchu faszystowskiego, podpałką, ale nie zapałką. Niebezpieczeństwo faszyzmu pochodzi od środowisk rządzących, a nie od klas ludowych.
Prowadząca w dół ścieżka neoliberalizmu
W latach trzydziestych XX wieku kapitał został zmuszony przez bojowy ruch związkowy w USA do włączenia siły roboczej jako młodszego partnera w nowej umowie społecznej, Nowym Ładzie która była osłabioną formą demokracji socjalnej. Liberalizm New Deal został zatarty w czasie prezydentury Jimmy’ego Cartera, który jako pierwszy opowiedział się za deregulacją i rządem-stróżem nocnym, co oznaczało rezygnację z funkcji państwa w zakresie pomocy społecznej. Ewangelia neoliberalizmu zyskała popularność wraz z rewolucją Reagana. Natomiast ostatnie gwoździe do trumny wbili Nowi Demokraci Billa Clintona. Robotnicy zostali zdegradowani zaledwie do jednej z wielu grup interesów pomimo tego, że stanowili oni, i stanowią nadal, zdecydowaną większość obywateli.
Od czasu prezydentury Nixona nie uchwalono jakiekolwiek znaczącego liberalno-socjalnego prawa czy rozwiązania gospodarczego, „nowi liberałowie” – to znaczy neoliberałowie – są ortodoksją obu partii amerykańskiego kapitału. Trajektoria neoliberalizmu prowadzi coraz wyraźniej w dół, o czym świadczy coraz większa bieda ludzi pracy, ale też coraz bardziej agresywne, imperialistyczne działania USA w polityce zagranicznej oraz coraz bardziej rozwinięte rozwiązania prawne kierujące USA w objęcie państwa policyjnego. Ta tendencja spadkowa neoliberalizmu związana jest z koncentracją siły gospodarczej. Coraz bardziej autorytarne państwo służy interesom coraz bardziej skoncentrowanego kapitału. Coraz bardziej policyjne i represyjne państwo ukryte jest za szaradą wyborczą, podczas której wydawanie nieprzyzwoitych pieniędzy na kampanie polityków jest chronione jako część składowa wolności słowa i jednostki. W tym samym momencie, gdy prawie połowa ludności nie głosuje, USA przewodzą światu w zakresie ilości osób przebywających w więzieniach (655 osób na 100 tysięcy obywateli) i wydatków wojskowych.
Biorąc pod uwagę śmierć socjalnego liberalizmu w głównym nurcie polityki Stanów Zjednoczonych, dlaczego właściciele kapitału i kupieni przez nich politycy (wybory w 2016 r. kosztowały 6,6 mld USD) chcieliby pójść w kierunku faszyzmu? Klasyczna „burżuazyjna demokracja” odnosi przecież tak ogromne sukcesy w nakłanianiu ludzi do akceptowania elitarnych rządów i wiary w to, że ​​cieszą się prawdziwą demokracją. Tyle, że w demokracji burżuazyjnej wyborczy kandydaci mogą konkurować, aby udowodnić, kto najlepiej służy elitom rządzącym. Lecz jeśli lewica jest wystarczająco silna, aby zakwestionować ten program i poważnie walczyć o władzę polityczną, środowiska rządzące rozważą faszyzm i zniosą fasadę jaką są wybory.
Powstanie Sandersa
Bernie Sanders nie jest marksistowskim rewolucjonistą, ale kolejnym zwolennikiem New Dealu, który jest łagodny wobec imperializmu USA. Sanders w kontekście dzisiejszej polityki stanowi jednak wyzwanie dla neoliberalnej surowości. Na razie establishment zakłada, że sfałszowany proces wyborczy (np. super delegaci), brudne sztuczki (np. sprzeczka z Elizabeth Warren) i prasa korporacyjna – wszyscy oni mogą zaryzykować jeszcze cztery lata Trumpa – powstrzymają Sandersa. Ale jeśli inspirowana przez Sandersa Nasza Rewolucja naprawdę stanie się rewolucyjna i podejmie wyzwanie bycia „trzecią partią”, posiadając jakąkolwiek perspektywę wygranej, część elit rządzących mogłaby rozważyć skierowanie się w stronę faszyzmu. Dziś jeszcze do tego nie doszło, żadna z klas nie przeszła na te pozycje. Ponieważ utrzymywanie faszystowskiej dyktatury jest kosztowne, a same elity muszą zrezygnować z niektórych swoich przywilejów, możliwość narzucenia faszyzmu byłaby prawdopodobnie dokonana tylko przez pewną frakcję rządzących elit, a nie zjednoczoną klasę.
Na razie karta z literą „f” jest trzymana w odległej rezerwie przez rządzących na wypadek, gdyby tląca się rebelia, o której świadczy fenomen Sandersa, naprawdę się rozpaliła i była w stanie wyjść z instytucjonalnych ograniczeń aparatu Partii Demokratycznej. Wtedy dopiero walka mogłaby się rozwijać w kierunku wyboru między socjalizmem a jego barbarzyńską alternatywą.
Początkowe etapy rozwoju faszyzmu
Krytycznym zwiastunem faszyzmu jest rosnąca dominacja tak zwanego „państwa bezpieczeństwa narodowego”. Demokraci pomogli w odnowieniu Patriot Act, przekazując prezydentowi Trumpowi władzę do zawieszenia konstytucyjnych swobód obywatelskich. (Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie szalały wojenki podjazdowe znane jako przesłuchania w sprawie impeachmentu). Tymczasem Internet jest ogrywany coraz bardziej przeciwko lewicy. Elizabeth Warren zaproponowała cenzurę sieci nadzorowaną przez rząd we współpracy z dużymi firmami technologicznymi. Wydarzenia te, rozszerzające wszechobecność państwowego nadzoru, są „początkowymi etapami rozwoju” faszyzmu.
FBI cieszy się obecnie ogromnym społecznym zaufaniem. Świątobliwe oblicze byłego dyrektora FBI Roberta Muellera, a nie ponury wygląd Trumpa, mogą okazać się obliczem faszyzmu w Stanach Zjednoczonych. Ale przynajmniej na razie litera „f” jest nadal kojarzona z prokreacją. Poprawnie.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).