Michaiła Gorbaczowa rola w historii Rosji i świata

Ostatni przywódca Związku Radzieckiego kończy 2 marca dziewięćdziesiąt lat. Ta data to dobry pretekst, by zastanowić się nad rolą, jaką odegrał w historii własnej ojczyzny i całego świata. Ten wielki przywódca, jeden z najważniejszych polityków drugiej połowy ubiegłego wieku, nie potrzebuje urodzinowych laurek. W pełni zasługuje na poważną refleksję nad jego osiągnięciami a także nad przyczynami jego przegranej.

W długim, niemal trzydziestoletnim, okresie od rozwiązania Związku Radzieckiego i tym samym końca roli Michaiła Gorbaczowa jako ostatniego przywódcy tego supermocarstwa, wyraźnie ukształtowały się dwie, diametralnie różne, oceny jego roli w historii najnowszej. W jego własnej ojczyźnie Gorbaczow jest najczęściej oceniany negatywnie. Jedni mają do niego pretensję, że swymi reformami doprowadził do upadku ZSRR, co prezydent Władimir Putin nazwał kiedyś „największą katastrofą geopolityczną dwudziestego wieku”, a także o to, że doprowadził do antysocjalistycznej „kontrrewolucji”. Inni winią go o to, że nie był dostatecznie radykalny w swych reformach, że usiłował ocalić wielonarodowe państwo (w zasadniczo zmienionej postaci) i reformować, a nie demontować system socjalistyczny. Wśród krytyków polityki Gorbaczowa znaleźli się także jego dawni bliscy współpracownicy Aleksander Jakowlew (1923-2005) i Walentin Falin (1926-2018), którzy w swoich książkach przedstawili jego politykę w czarnych barwach. Wprawdzie rozmaite kierunki krytyki wyraźnie różnią się doborem formułowanych zarzutów, ale łączy je wysoce negatywna ocena polityki Gorbaczowa. Stosunkowo nieliczne są oceny pozytywne, pochodzące zwłaszcza od dawnych współpracowników Gorbaczowa, którzy pozostali mu wierni, jak Andriej Graczow (Gorbaczew, Moskwa 2001) i Wadim Miedwiediew (W komandie Gorbaczewa: wzgląd izwnutri, Moskwa 1994). Obaj ci autorzy dają ciekawy, nie pozbawiony akcentów krytycznych, obraz tego niezwykłego polityka i osąd jego działań. W Rosji są oni jednak raczej odosobnieni.
Poza Rosją dominuje natomiast radykalnie inna narracja. Poważni historycy i politolodzy podnoszą zasługi Gorbaczowa dla świata, widzą w nim tego polityka, który uruchomił proces zakończenia zimnej wojny i w pełni zasłużył na przyznaną mu w 1991 roku Pokojową Nagrodę Nobla. „Gorbaczow – pisał wybitny brytyjski historyk Archie Brown – ma silny tytuł do uznania go za jednego z największych reformatorów w historii Rosji i tego, kto wywarł największy wpływ na historię świata w drugiej połowie dwudziestego wieku” ( The Gorbachev Factor, Oxford 1996, s. 317). Ofiarowując mi swoją świeżo wydaną książkę autor ten powiedział mi o swoim wielkim uznaniu dla radzieckiego polityka, którego stawiał nieporównanie wyżej niż ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna.
Zarówno osiągnięcia, jak i porażki Gorbaczowa możemy lepiej zrozumieć teraz – gdy jesteśmy uzbrojeni w doświadczenie następnych trzydziestu lat. Zasługują one na poważną refleksję – bez laurkowego zachwytu, ale także bez jednostronnej krytyki. Wielcy ludzie, których działania zmieniają bieg historii, nie są pozbawieni ludzkich słabości i błędów. To nie one jednak decydują o tym, jak zostają zapamiętani, lecz to, co udało im się zdziałać dla zmienienia biegu dziejów. Dotyczy to także dzisiejszego jubilata. Ma rację Grzegorz Kołodko nazywając Gorbaczowa „Kolumbem transformacji” („Kołumb transformacji: wielikaja oszibka M. Gorbaczewa”, Mir Pieremien, 2020, nr.4, s. 73-77). Dotarł nie tam, gdzie zamierzał, ale zmienił losy świata.
Moja ocena historycznej roli Gorbaczowa nie jest całkowicie bezstronna. Nie jest taka z dwóch powodów. Po pierwsze: jako obywatel państwa, które w wielkiej mierze dzięki polityce Gorbaczowa uwolniło się od narzuconej mu w wyniku powojennego podziału Europy hegemonii radzieckiej, a także jako ktoś, kto od wielu lat angażował się w próby reformowania skostniałego systemu, mam powody do uznania i wdzięczności wobec polityka, którego działania uczyniły możliwym to, co dla tak wielu z nas wydawało się nieosiągalną utopią. Po drugie: poznałem Gorbaczowa osobiście (w 1994, gdy już nie był u władzy) a potem miałem z nim interesujący kontakt (w sprawach związanych z sejmowym postępowaniem w sprawie stanu wojennego, a następnie w czasie redagowania księgi pamiątkowej dla uczczenia dziewięćdziesięciolecia Wojciecha Jaruzelskiego). Wyniosłem z tych kontaktów dla niego wielki szacunek i nieco lepiej zrozumiałem dylematy, przed jakimi stał, gdy sprawował władzę.
Oceniając historyczną rolę Gorbaczowa zależy oddzielić dwa jej główne aspekty: międzynarodowy i krajowy. Nagrodę Nobla radziecki prezydent otrzymał za wkład w radykalną zmianę sytuacji podzielonego świata, a zwłaszcza za to, że swą polityka położył ostateczny kres ponurej – ale przez wiele lat traktowanej jako bardzo realna – perspektywie nowej wojny światowej, która musiałaby stać się nuklearną zagładą. „Nikt – pisze wybitny amerykański historyk Melvyn P. Leffler – nie jest bardziej odpowiedzialny za zakończenie Zimnej Wojny niż radziecki przywódca. Reagan był bardzo ważny, ale to Gorbaczow był niezbędnym sprawcą zmiany…Użył on swej władzy, by wycofać potęgę radziecką w sposób, który dla jego poprzedników był nie do pomyślenia” (For the Soul of Mankind: The United States, the Soviet Union, and the Cold War, New York 2007, s. 466). Wielu historyków tego okresu podziela tę opinię – moim zdaniem, słusznie.
By zrozumieć rolę Gorbaczowa w zakończeniu Zimnej Wojny, trzeba pamiętać o jej genezie. Nie była ona po prostu konsekwencją podziału Europy na strefy wpływu wielkich zwycięzców. Sam ten podział nie oznaczał nieuchronnego konfliktu. Wprost przeciwnie! U korzeni porozumień zawartych w Jałcie i w Poczdamie w 1945 roku leżała zgoda USA i Wielkiej Brytanii na to, ze nasza część Europy znajdzie się na dziesięciolecia pod hegemonią ZSRR. Zgoda ta wynikała z przekonania amerykańskich polityków, że tą drogą zapewniają światu trwały pokój. W Polsce było to przez bardzo wielu odbierane jako zdradzenie nas przez zachodnich sojuszników, co między innymi otwarcie przyznał pierwszy ambasador USA w powojennej Polsce Arthur Bliss-Lane (I Saw Poland Betrayed, Indianapolis 1948).
Zimna Wojna wynikła z przyjęcia przez stalinowski ZSRR strategii konfrontacyjnej w stosunku do Zachodu i w odpowiedzi na to – sformułowania przez Stany Zjednoczone doktryny „powstrzymywania” (containment), której istotą była gotowość udzielenia zbrojnej pomocy każdemu państwu zagrożonemu radziecką agresją. Rezultatem był wyścig zbrojeń – kosztowny dla obu stron, ale zabójczy dla słabszej gospodarki ZSRR i jego sojuszników. Rezultatem był także klimat trwale grożącej zagłady, co znalazło wyraz w licznych utworach literackich i filmach z tego okresu (jak choćby w sławnym „Ostatnim brzegu” Stanleya Kramera z 1959 roku). Rezultatem także były kolejne wojny lokalne – od koreańskiej (1950-1953) i wietnamskiej (1954-1975) po radziecką interwencję w Afganistanie (1979-1988).
Gorbaczow był jedynym przywódcą radzieckim, który nie tylko zrozumiał zgubne skutki Zimnej Wojny dla społeczeństwa radzieckiego, ale także miał odwagę dokonać zasadniczej rewizji radzieckiej doktryny stosunków międzynarodowych. Odrzucił komunistyczny dogmat o nieuchronnym konflikcie między państwami socjalistycznymi i światem kapitalistycznym, a także – co szło jeszcze dalej – o istocie stosunków międzynarodowych jako części walki klasowej w skali światowej. W jego miejsce sformułował koncepcję „wspólnego europejskiego domu” i stosunków międzynarodowych opartych na wspólnych wartościach humanistycznych. Nawiązywał tu do idei inspirujących helsińską konferencję na temat bezpieczeństwa w Europie (1975), ale to on – a nie jego poprzednicy – potraktował te idee z całą powagą. Ortodoksyjni komuniści nie bez powodu uznali to za frontalne odejście od marksizmu-leninizmu. Tyle, że było to odejście w kierunku dla ludzkości zbawiennym.
Nie były to tylko słowa. Gorbaczow zakończył interwencję w Afganistanie i wycofał tak zwaną „doktrynę Breżniewa” ideologicznie uzasadniającą radziecką interwencję zbrojną w „bratnich” państwach socjalistycznych, a tym samym stworzył warunki dla uruchomienia przemian demokratycznych – najpierw w Polsce, a następnie w innych państwach socjalistycznych w Europie (a poza Europą także w Mongolii). Bez zmiany polityki radzieckiej nie byłoby polskiego „okrągłego stołu”, wyborów czerwcowych i rządu Tadeusza Mazowieckiego. Podkreślał to wielokrotnie w rozmowach ze mną Wojciech Jaruzelski. Grzegorz Kołodko, sam głęboko zaangażowany w polski proces przemian, trafnie zauważył (i to nie w Polsce a na konferencji w Moskwie), że „gdyby nie ten gorbaczowowski epizod pierestrojki i głasnosti, to nie byłoby polskiego Okrągłego Stołu i nie tak przebiegałyby procesy polskich przemian” (Droga do Teraz, Warszawa 2014, s. 262-263). Nie byłoby także zjednoczenia Niemiec. Były to zmiany fundamentalne, o wręcz rewolucyjnym charakterze dla powstania nowego ładu międzynarodowego. Świat zawdzięcza Gorbaczowowi to, ze od ponad trzydziestu lat nie wisi nad nami groźba katastrofy nuklearnej. Gdy dziś prezydent Biden podejmuje wysiłek na rzecz powrotu do porozumień amerykańsko-rosyjskich o ograniczeniu broni strategicznych, można w tym widzieć echo tej polityki, którą starał się realizować Michaił Gorbaczow.
Nie spełniło się jednak marzenie Gorbaczowa o nowej erze światowej współpracy. Pojawiły się nowe zagrożenia i wyzwania: amerykański hegemonizm z jednej, a światowy terroryzm z drugiej strony. Regionalne mocarstwa, do których należy także dzisiejsza Rosja, nadal starają się wykorzystywać swą przewagę w stosunkach ze słabszymi sąsiadami. Nie żyjemy w świecie, który on sobie wymarzył, ale mimo wszystko – w świecie znacznie bezpieczniejszym niż ten, który Gorbaczow zastał, gdy obejmował władzę na Kremlu. W tej historycznej zmianie jego rola jest bezsporna. Na pokojowego Nobla zasłużył, jak mało kto.
Bardziej skomplikowana jest sprawa jego roli w przekształceniu systemu radzieckiego – czyli, mówiąc wprost – w zakończeniu wielkiego eksperymentu historycznego, jakim była władza partii bolszewickiej na obszarze dawnego państwa rosyjskich carów. Gorbaczow zainicjował proces przekształcania radzieckiego systemu politycznego – jednopartyjnej dyktatury z wciąż silnymi pozostałościami stalinowskiego totalitaryzmu – w demokratyczne państwo prawa. Efektem jego polityki było nie tylko radykalne zerwanie z polityką politycznych represji, ale także zaakceptowanie pluralizmu politycznego, zwłaszcza w postaci frontów narodowych (z których najgłośniejszym był litewski Sajudis) i coraz liczniejszych stowarzyszeń i organizacji obywatelskich. Wybory do ogólnozwiązkowego Zjazdu Deputowanych w 1989 roku, a zwłaszcza wybory do rad najwyższych republik związkowych w 1990 roku były jedynymi demokratycznymi wyborami, jakie państwo to znało od 1917 roku. Jeśli jednym z podstawowych warunków istnienia demokracji jest to, że rządzący mogą przegrać wybory i po ich przegraniu wynik taki akceptują, to w 1990 roku ZSRR test taki przeszedł. W sześciu republikach (na 15) partia komunistyczna wybory przegrała na rzecz frontów narodowych. Były to Armenia, Gruzja, Estonia, Litwa, Łotwa i Mołdowa. Co więcej, w wyborach do Rady Najwyższej Rosji wygrał, kierowany przez Borysa Jelcyna, blok radykalnych reformatorów (w większości jeszcze wtedy należących do KPZR),a on sam został wybrany przewodniczącym tej rady pokonując kandydata popieranego przez Gorbaczowa i kierownictwo partii komunistycznej. Mimo coraz silniejszego oporu skrzydła konserwatywnego, KPZR pod kierownictwem Gorbaczowa stopniowo zmierzała w kierunku przekształcenia się w partię typu socjaldemokratycznego, lub – co wydawało się bardziej realne – w kierunku rozłamu. Planowano dokonać tego w listopadzie 1991 roku – na kolejnym kongresie KPZR. Czasu na to nie starczyło. Ten kierunek demokratyzacji został przerwany puczem sierpniowym (1991 roku), pokonanym dzięki odważnemu oporowi mieszkańców Moskwy i Leningradu, a także stanowisku części sił zbrojnych. Historycy tego okresu wskazują na to, ze odmowa legitymizowania puczu przez prezydenta Gorbaczowa (uwięzionego w jego rezydencji na Krymie) walnie przyczyniła się do sparaliżowania przewrotu i do jego fiaska. Pucz sierpniowy przyniósł jednak załamanie stopniowej reformy realizowanej przez Gorbaczowa, delegalizacje partii komunistycznej i początek tego, co jest często uważane za dwudziestowieczny odpowiednik okresu wielkiej „smuty” – chaotyczne, łączące elementy autokracji i anarchii rządy Borysa Jelcyna. Z perspektywy trzydziestu lat krótki okres rządów Gorbaczowa jawi się jako najbardziej demokratyczny epizod w historii Rosji co najmniej od 1917 roku, gdyż tylko w tym krótkim okresie opozycja była w stanie wygrywać wybory.
Niepowodzeniem skończyły się próby zreformowania gospodarki radzieckiej. W reformatorskiej polityce Gorbaczowa gospodarka zajmowała wyraźnie dalsze miejsce w porównaniu ze zmianami politycznymi, czym jego reformy zasadniczo różniły się od – realizowanych owocnie już od 1978 roku – reform chińskich. Wycofanie się Gorbaczowa, pod naciskiem sił konserwatywnych, z reformatorskiego (ale zawierającego liczne błędy) programu „pięciuset dni” autorstwa zespołu Grigorija Jawlinskiego było prawdopodobnie błędem, gdyż nie przedstawiono realistycznej alternatywy reform. Nie zmienia tej oceny fakt, że radykalnie wolnorynkowa „szokowa terapia” zastosowana przez członka tego zespołu Jegora Gajdara – gdy został on premierem u boku prezydenta Jelcyna – przyniosła Rosji chaos i masowe zubożenie ludności. Brak poprawy sytuacji gospodarczej stał się jednym z powodów słabnięcia poparcia dla Gorbaczowa a tym samym zagrożeniem dla jego polityki reform.
Uważam jednak, że znaczna część winy spada na ówczesne rządy zamożnych państw zachodnich, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Zakończenie Zimnej Wojny stwarzało unikatową szansę pozyskania w zreformowanym Związku Radzieckim cennego sojusznika na nadchodzące dziesięciolecia. Wymagało to jednak poparcia polityki Gorbaczowa nie tylko słownymi deklaracjami (tych nie brakowało) lecz także potężnym zastrzykiem pomocy finansowej, jak to po wojnie zrobiono wobec pokonanych Niemiec. Nigdy nie dowiemy się, jak potoczyłaby się historia, gdyby Gorbaczowowi pomożono w przekształceniu ZSRR w demokratyczne i gospodarczo stabilne, a wobec Zachodu przyjazne, mocarstwom regionalne.
Ostatecznie jednak o przegranej radzieckiego przywódcy zdecydowała kwestia narodowa. Gorbaczow początkowo nie doceniał jej znaczenia, o czym dobitnie świadczy poświęcony problemowi narodowemu niewielki fragment jego podstawowej publikacji pod tytułem „Pierestrojka”, gdzie pisze on nawet, iż w ZSRR problem narodowy został rozwiązany dzięki kierowaniu się leninowskimi zasadami. Już wkrótce po ukazaniu się tej pracy konflikty na tle narodowym w Kazachstanie i Azerbejdżanie pokazały, że rzeczywistość daleko odbiega od tak optymistycznej oceny.
Problem narodowy w dawnym ZSRR był odziedziczony po carskiej Rosji, nie bez racji nazywanej „więzieniem narodów”. Bolszewicy tego problemu nie stworzyli, ale go też nie rozwiązali. Sloganom o internacjonalizmie i o powstaniu jednego „narodu radzieckiego” towarzyszyła w czasach rządów Stalina brutalna polityka rusyfikacji i prześladowania tak zwanych „nacjonalizmów” w łonie partii komunistycznej. Po śmierci Stalina najbardziej brutalne elementy tej polityki zostały zarzucone, ale wciąż daleko było do zaspokojenia aspiracji narodowych narodów nierosyjskich.
Sytuację komplikowały dwie okoliczności. Cztery republiki (Estonia, Litwa, Łotwa, Mołdowa) zostały wcielone do ZSRR w 1940 roku, w czasie współpracy z hitlerowskimi Niemcami, w wyniku brutalnego dyktatu i wbrew woli zainteresowanych narodów. Nie było przypadkiem, że właśnie tam najsilniej i najwcześniej do głosu doszły żądania niepodległościowe, na które Gorbaczow nie był przygotowany i którym początkowo usiłował zapobiegać. Drugą okolicznością komplikującą proces wychodzenia z dotychczasowego systemu było istnienie znacznych mniejszości rosyjskich w kilku nierosyjskich republikach. Etniczni Rosjanie stanowili 37.8 proc. ludności Kazachstanu, 34 proc. ludności Łotwy, 30.3 proc. ludności Estonii, 22.1 proc. ludności Ukrainy, 16,7 proc. proc. ludności Kirgistanu, 13 proc. ludności Mołdowy, 9.4 proc. ludności Litwy. Oderwanie tych republik od Rosji musiało budzić opory także z tego powodu.
Nigdzie zresztą demontaż wielonarodowego imperium nie odbywał się gładko, by chociażby przypomnieć losy kolonialnego imperium Francji, którego likwidacja przyniosła wiele lat wojen w Indochinach (1945-1954) i Algierii (1954-1962), a także wojskowy zamach stanu w maju 1958 roku i wieloletnią terrorystyczną kampanię konspiracyjnej organizacji nacjonalistycznej OAS. W porównaniu tym demontaż imperium radzieckiego wygląda na stosunkowo łagodny.
Był on jednak przekreśleniem ciekawego planu Gorbaczowa przekształcenia dawnego państwa radzieckiego w swego rodzaju konfederację dziewięciu „suwerennych republik”, przy zaakceptowaniu odejścia sześciu małych republik wyraźnie niezainteresowanych pozostaniem we wspólnocie – nawet bardzo zreformowanej. Porozumienie o utworzeniu „Związku Suwerennych Republik Radzieckich” miało być podpisane 21 sierpnia 1991. Przeszkodził temu pucz sierpniowy, a wkrótce potem rozwiązanie ZSRR. Nigdy już nie dowiemy się, czy realizacja planu Gorbaczowa wyszłaby dawnym republikom radzieckim na korzyść. Dla niego samego oznaczało to przedwczesny koniec sprawowania władzy.
Tracąc ją Gorbaczow miał uzasadnione poczucie krzywdy wyrządzonej mu przez mściwego rywala (Jelcyna) i zdradzieckich byłych współpracowników. Nie składał broni. Początkowo próbował – bezskutecznie – stworzyć w Rosji nowoczesną partię socjaldemokratyczną. Pozostał czynny na arenie międzynarodowej – już nie jako głowa państwa, ale jako wielki, szanowany w świecie autorytet. Podzielam opinię Adama Daniela Rotfelda (z jego wstępu do polskiego wydania wspomnianej wyżej książki Graczowa), że „nawet to, co – w jego rozumieniu – było niepowodzeniem, okazało się sukcesem”. Sukcesem nie dla niego osobiście, ale dla świata. Ten świat dzięki Gorbaczowowi stał się mniej niebezpieczny i nieco lepszy w wielkiej mierze dlatego, że radziecki prezydent miał odwagę podjąć się zadania przerastającego siły nawet tak wybitnego, jak on, polityka. Za to należy mu się wdzięczność następnych pokoleń.
Ad multos annos, Panie Prezydencie.

Fundusz SINO-CEE kontynuuje inwestycje w Europie Środkowo-Wschodniej

Pierwsze elektrownie fotowoltaiczne typu greenfield
w Polsce uruchomione z pełnym sukcesem.

Pierwsze cztery elektrownie (4 MWp) z całości 51,5 MWp polskich elektrowni fotowoltaicznych (PV), w które zainwestował Fundusz SINO-CEE (SINO-CEE Fund, SINO-CEEF) na początku 2020 roku zostały oficjalnie ukończone po roku budowy i pomyślnie przyłączone do polskiej sieci energetycznej 5 lutego 2021 r. Pozostałe 47,5 MWp ma zostać ukończone i podłączone do sieci w ciągu najbliższych trzech, maksymalnie miesięcy.
Oczekuje się, że całkowita moc generowana dzięki tym projektom osiągnie 50 gigawatogodzin na rok, co zaspokaja zapotrzebowanie na energię elektryczną ponad 9000 gospodarstw domowych w Polsce i redukuje blisko 50 000 ton dwutlenku węgla emisji dwutlenku węgla rocznie, zgodnie z celami rozwojowymi Polski i Unii Europejskiej związanymi z energią odnawialną.
Dzięki tej inwestycji SINO-CEEF podąża za trendami i możliwości na światowym rynku energii odnawialnej, tworzy platformę współpracy między Chinami a regionem Europy Środkowo-Wschodniej. Wchodząc na rynek fotowoltaiki w Polsce, największej gospodarki w regionie, Fundusz dostarcza doskonałego studium przypadku pokazującego, jak region Europy Środkowo-Wschodniej może skorzystać nie tylko z chińskich inwestycji finansowych, ale także ze zdolności produkcyjnej Chin i chińskiego know-how w zakresie realizacji projektów w dziedzinie energii odnawialnej, popartego ogromnym doświadczeniem.
Projekty, w które zainwestował SINO-CEEF, były jednymi z pierwszych inwestycji realizowanych w Polsce na przekór pandemii COVID-19. W okresie wzrostu bezrobocia wywołanego pandemią inwestycje te pozwoliły utworzyć 300 lokalnych miejsc pracy. Polska jako gospodarka wschodząca na światowym rynku fotowoltaiki jest jednym z atrakcyjnych miejsc do inwestowania w przemysł energii odnawialnej.
Idąc za pozytywnym doświadczeniem z Polski, SINO-CEEF wraz z lokalnymi i międzynarodowymi partnerami, będzie nadal poszukiwać nowych możliwości w innych krajach objętych inicjatywą Pasa i Szlaku. Chodzi tu zwłaszcza o Polskę, Węgry, Grecję i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, biorące udział we współpracy gospodarczej i handlowej w formule „17+1”.
O Funduszu SINO-CEE (SINO-CEEF)
SINO-CEEF to fundusz private equity zarejestrowany w Luksemburgu, koncentrujący się na tworzeniu długoterminowej wartości firm, w które inwestuje. Fundusz inwestuje w firmy jako udziałowiec większościowy lub mniejszościowy, a także dokonuje inwestycje typu mezzanine ukierunkowanych na infrastrukturę, produkcję, towary konsumpcyjne i sektor usług.

Właściwy czas, właściwe miejsce – sukces Polaka na chińskiej scenie muzycznej

Przechadzający się wieczorem po placu w Chengdu, stolicy prowincji Syczuan, ludzie zwalniają na moment, kiedy słyszą muzykę i śpiew. Zatrzymuje ich wysoki blondyn, który śpiewa po chińsku romantyczne piosenki.

Polak, Filip Kobuszewski właśnie transmituje na żywo swój występ do słuchaczy zgromadzonych zarówno przed telefonami, komputerami, jak i do samych mieszkańców Chengdu. Jego widownia w Internecie sięga ponad 5 milionów fanów.
Przygoda Filipa w Chinach rozpoczęła się w 2014 roku. Zafascynowany językiem chińskim postanowił właśnie tutaj szukać pracy po skończeniu studiów. Pośrednicy pracy najczęściej skupiali się na wynagrodzeniu, ale jeden z nich zaproponował mu przyjazd do Chengdu, ze względu na kulturę, historię, kuchnię i atmosferę miasta. „Wydaje mi się, że jest tu inaczej niż w innych miastach. Więc zdecydowałem się tu przyjechać” – powiedział Filip.
Chengdu od czasów starożytnych było jednym z najważniejszych miast południowo-zachodnich Chin, nazywanym „krainą obfitości” ze względu na swoje bogactwo i piękno. Tutaj można cieszyć się nie tylko smakami kuchni syczuańskiej i szerokim wyborem przekąsek, ale także spokojnym tempem życia. Filip przyznaje, że czuje się tu jak ryba w wodzie – zjada hotpot podobnie jak lokalni mieszkańcy, nawiązał wiele przyjaźni i zakochał się w chińskiej dziewczynie.
Początek przygody z chińską muzyką to moment, kiedy Kobuszewski usłyszał syczuański rap i zainteresował się tym dialektem. Próbował naśladować wykonawców i zdobył liczne pochwały od swoich chińskich przyjaciół. To sprawiło, że zapisał się do szkoły dla cudzoziemców, a dziś mówi równie dobrze po mandaryńsku co w dialekcie syczuańskim. W 2016 roku Filip został raperem.
To otworzyło mu kolejne chińskie drzwi, tym razem do znanych programów rozrywkowych oraz do projektów, w których współpracował z gwiazdami. Młody Polak zdobywał coraz większą popularność. Sławę przyniosło mu wykonanie piosenki o miłości jaką darzy miasto Chengdu.
„Nie spodziewałem się, że Chengdu się rozwija w kierunku artystycznym. Artyści tutaj mają bardzo duże pole do popisu. Uważam, że przyjazd do Chengdu to był strzał w dziesiątkę” – powiedział Polak. Chengdu jest bardzo tolerancyjne wobec różnych kultur, idei czy wyborów. W ramach wsparcia rozwoju artystów lokalny rząd stworzył specjalny program – śpiewak uliczny. „Mamy do tego aplikację na telefon komórkowy, dostajemy licencję i wsparcie w wyborze miejsca, gdzie można publicznie śpiewać” – wyjaśnia Filip.
Od ubiegłego roku Polak zrezygnował z pracy nauczyciela języka angielskiego i zaczął pracować na pełny etat jako piosenkarz. „Przez ten rok moim głównym zadaniem jest tworzenie transmisji na żywo i krótkich filmów oraz występowanie na scenie. Transmisje na żywo robię codziennie, a co dwa dni wypuszczam jeden krótki film” – opisuje swoją obecną karierę młody mężczyzna.
Większość jego transmisji na żywo i krótkich filmów została nagrana podczas występów na ulicy. Można je znaleźć na chińskich platformach takich jak Douyin i Kuaishou. Jak sam przyznaje, śpiewanie na ulicy cieszy się bardzo dużą popularnością, nie tylko dla zgromadzonej wokół niego publiczności, ale także w Internecie. „Mój najlepszy filmik, który stworzyłem na ulicy miał ponad 90 milionów wyświetleń i 3 miliony polubieni. To jest to co teraz Chińczycy lubią, taki jest trend” – podkreślił piosenkarz.
Teraz Filip stał się prawdziwym influencerem, a nawet można powiedzieć, że najsłynniejszym polskim piosenkarzem w Chinach. Spacerując po ulicach w Chengdu często jest rozpoznawany przez fanów i proszony o zdjęcie. W sumie jego widownia to ponad 3,5 miliona fanów na platformie Douyin i 1,5 miliona na Kuaishou. Fani, którzy są świadkami jego postępów i sukcesu, nadali mu przydomek „Lao Nei”. „To bardzo ciekawa gra tekstowa. Powszechnie w Chinach na cudzoziemca mówi się Lao Wai, zaś Lao Nei stanowi jego przeciwieństwa gdyż nei znaczy wewnątrz . Moi fani uważają, że jestem mieszkańcem, który zintegrował się z Chengdu, a nie jest już obcokrajowcem” – objaśnił Kobuszewski. Przydomek ten ma tak duże znaczenie dla Polaka, że nosi go na koszulce podczas swoich występów.
Według Filipa, Chengdu dało mu bardzo dużo w okresie jego rozwoju i stało się jego drugim domem, a także miejsce, do którego będzie zawsze wracał. Sześć lat, który spędził w stolicy prowincji Syczuan, to także okres gwałtownych zmian w mieście. „Teraz robię właściwe rzeczy we właściwym miejscu i we właściwym czasie. To miasto się rozwija, ja się rozwijam razem z nim, nawzajem sobie pomagamy” – podkreśla Polak.

Retrospekcje terroru

Federalna Demokratyczna Republika Etiopii, państwo położone we wschodniej części Afryki, z racji samego położenia od lat narażone było na konflikty zewnętrzne i wewnętrzne. Z jednej strony graniczy z Sudanem, w którym nie tak dawno doszło do secesji południowej części kraju, a z drugiej z Somalią, w której niekończący się konflikt militarny trwa nieprzerwanie od 1991 roku. Uhonorowanie premiera Etiopii – Abiya Ahmeda – pokojową nagrodą Nobla sprzed trzech lat miało charakter symboliczny. Społeczność międzynarodowa miała nadzieję, że chociaż Etiopia, dawna Abisynia, udanie przeszła proces demokratyzacji. Ostatnie miesiące udowodniły, że były to nadzieje złudne.

4 listopada 2020 roku media obiegła wiadomość, że Tigrajski Front Ludowy Front Wyzwolenia (TPLF) zaatakował bazy wojskowe etiopskiej armii w Mekelle – stolicy północnego regionu kraju. Tigrajska partyzantka, założona 18 lutego 1975 roku, odwoływała się w przeszłości do idei panafrykańskiego socjalizmu. Jednak jej „walka o wyzwolenie narodowe i społeczne” szybko przerodziła się w najzwyklejszy nacjonalizm, separatyzm. TPLF porzuciło marksizm-leninizm i skupiło się na sprawie niezależności Tigraju. Teoretycznie wojna trwała tylko kilka tygodni, tak przynajmniej ogłosił prezydent Ahmed. W praktyce walki trwają nadal; ani nie wygasły przyczyny konfliktu, ani nie zakończył się koszmar niezaangażowanej w niego cywilnej ludności.
Tigraj to północna prowincja Etiopii, w większości zamieszkana przez chrześcijan, wiernych ortodoksyjnego Kościoła Etiopii. Nieliczne mniejszości religijne to lokalny odłam islamu (Jeberti) i rdzenne wierzenia. Co ważne z perspektywy znaczenia tigrajskiego nacjonalizmu – mieszkańcy tych terenów wykształcili swój własny język. Tigrinia używana jest właśnie w Tigraju oraz sąsiadującej z nim Erytrei. Powinowactwo językowe nie spowodowało jednak, że rząd w Asmarze przychylnie patrzy na sprawę niepodległości Tigraju. Bojąc się wzrostu znaczenia podobnych ruchów wyzwoleńczych na swoim terenie rząd Erytrei oficjalnie wspiera armię Etiopii i to angażując do walki z partyzantką dużo więcej żołnierzy niż rząd etiopski. Asmara zaangażowała 400 tys. żołnierzy – rząd Abiya Ahmeda zaledwie 140 tys. Trzecim uczestnikiem konfliktu są lokalne władze etiopskiego regionu Amhara, którego prezydent – Agegnehu Teshager – jest znacznie bardziej przychylny administracji w Addis Addebie niż władze Tigraju, a do tego powstańcy z TPLF zaatakowali niektóre pozycje należące do Amhary. Konflikt w Etiopii to już więc nie lokalny bunt i nie drobna rewolta. To wojna domowa.
Wybory, bojkot, zwycięstwo
Patrząc na historię kontynentu afrykańskiego bardzo łatwo można zauważyć, że konflikty militarne wybuchały z trzech powodów. Albo prowokowały je światowe mocarstwa, aby zwiększyć swoje wpływy, albo chociaż po to, by ograniczyć znaczenie swoich wrogów. Inny scenariusz to konflikty plemienne, wynikające ze sporów, do których doprowadzili jeszcze kolonialiści, dzieląc Afrykę ołówkiem i linijką.
Po zakończeniu wojny domowej w Etiopii w roku 1991 kraj stał się jednopartyjną dyktaturą. Rząd tworzył Etiopski Ludowo-Rewolucyjny Front Demokratyczny (EPRDF), którego bardzo ważną częścią był także Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia. EPRDF w czasach wojny domowej był największą partią komunistyczną – co ciekawe, z silnymi inspiracjami albańskim hodżyzmem – w kraju. Gdy jednak doszło do rozbrojenia, komuniści porzucili wiarę w marksistowską filozofię polityczną. Zabrakło też finansowania ze Związku Radzieckiego; kraj – chcąc nie chcąc – poszedł własną drogą. Jako główna ideologia polityczna pojawił się zenawizm – lokalna odmiana etnicznego federalizmu. Forsowana przez Melesa Zenawiego, wieloletniego premiera i Tigrajczyka z pochodzenia doktryna miała na celu stworzenie unitarnego, silnego państwa, które jednocześnie szanuje regionalizmy oraz rozwiązuje problemy mniejszości. W latach 90., gdy różne kraje afrykańskie stawały w obliczu konieczności przewartościowania sojuszy czy podejmowały próby demokratyzacji, Etiopia zdawała się zaskakująco dobrze przyjmować kierunek rozwoju w stronę afrykańskiej formy demokracji liberalnej.
Niestety tak jak w przypadku Jugosławii, kiedy to po śmierci Josipa Tito, kraje federacyjne rozpoczęły pomiędzy sobą krwawe konflikty, ideologia zenawizmu przegrała z plemiennymi i etnicznymi antagonizmami, gdy tylko zabrakło Zenawiego. Po jego śmierci w 2021 r. nie było na etiopskiej scenie politycznej człowieka, który byłby zdolny podtrzymać dziedzictwo federalizmu. Układy partyjne naturalnie zaczęły się zmieniać, TPLF, który miał w jego osobie dyskretną podporę zaczął być spychany na dalszy plan, a na horyzoncie politycznym wyrosły nowe ugrupowania. 1 grudnia 2019 roku Abiy Ahmed położył kres postkomunistycznemu Etiopskiemu Ludowo-Rewolucyjnemu Frontowi Demokratycznemu i powołał do życia Partię Postępu (PB). W jej skład weszły głównie lokalne partie reprezentujące interes mniejszości etnicznych i plemion. Jedyną partią, która odmówiła połączenia się z innymi w big-tent etiopskiego premiera był właśnie Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia. Rządzący zarówno regionem Tigraj, jak i TPLF Debretsion Gebremichael wszedł na kurs kolizyjny względem administracji rządowej. Tigrajczycy przekonują, że pod rządami Ahmeda padają ofiarami najzwyklejszej dyskryminacji – przemocy policyjnej, utrudniania przedstawicielom tej grupy etnicznej obejmowania stanowisk w administracji państwowej czy nawet uniemożliwiania im latania samolotami należącymi do krajowych Etiopian Airlines. To wszystko sprzyjało rozwojowi poparcia dla idei oderwania się od Etiopii i powołania własnego, niewielkiego, ale własnego państwa.
W 2020 roku, podczas lokalnych wyborów na prezydenta regionu Tigraj. Z racji wielu malwersacji w procesie zgłaszania kandydatów i braku zgody Addis Addeby na organizację głosowania wystartował w nim praktycznie tylko Gebremichael zdobywając ponad 98 proc. głosów przy frekwencji na poziomie 97 proc.. Największe formacje opozycyjne, w tym lewicowe ugrupowanie Arena Tigraj dla Demokracji i Suwerenności oraz przychylna Ahmedowi Tigrajska Partia Demokratyczna, na jego zawołanie, zdecydowały się zbojkotować wybory. Władze centralne nie uznały też wyników tigrajskiego głosowania. Abiy Ahmed mianował tymczasową głową regionalnej administracji Mulu Negę Kahsaya.
W Tigraju zaistniała faktyczna dwuwładza. Gebremichael de facto zarządza tylko terenami, które kontrolują wojska powstańcze. Mulu Nega, choć powinien kontrolować cały region Tigraju, w rzeczywistości nie zawsze panuje nawet nad sytuacją na terenach zajmowanych przez wojska rządowe.
Czyja wojna
Kto bardziej zawinił w tym konflikcie? Trudno oceniać; faktem jest, że to Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia jako pierwszy użył siły. Ataku na bazy wojskowe rządu Etiopii nie można usprawiedliwić zemstą za nieuznanie legalnie wybranego przez Tigrajczyków Debretsiona Gebremichaela. I choć w teorii to cały spór obraca się pomiędzy powstańcami, a administracją centralną, to jest jeszcze jeden ważny gracz, który nie bez powodu zaangażował się w ten konflikt. Kiedy 14 listopada tigrajscy separatyści wystrzelili serię pocisków w stronę stolicy Erytrei, od razu było wiadome, że rząd w Asmarze nie puści tego płazem. Tigrajczycy regularnie ostrzeliwali od tego czasu terytorium Erytrei oraz Amharę – etiopski region położony na zachód od Tigraju. Wojska erytrejskie, jak już wskazano, w odpowiedzi aktywnie wspierają rząd w Addis Abebie.
Ale konflikt wewnętrzny, osłabiający Etiopię, aktywnie obserwują także inne państwa, w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Sudan Południowy i Północny, który zalewany jest wręcz przez kolejnych uchodźców uciekających z terenów objętych działaniami wojennymi. Rząd w Abu Dhabi półoficjalnie wspiera Etiopię, czego dowodem może być zorganizowany przez Arabów atak dronów wojskowych z końca zeszłego roku. Wysłane z bazy w Assab (Erytrea) maszyny, jak ustaliła europejska organizacja EEPA, były produkcji chińskiej, co tylko pokazuje, z jak wielowektorowym konfliktem mamy do czynienia.
Pod koniec 2020 roku doszło do pierwszych starć pomiędzy Etiopią a Sudanem. państwa te systematycznie poprawiały swoje relacje od 2007 roku, ale konflikt tigrajski doprowadził do kolejnego w historii kryzysu. W związku z potężną falą imigracji do Sudanu Północnego i Południowego, ten pierwszy podniósł roszczenia wobec kawałka terenu, o którym obie strony zdały się już dawno zapomnieć. Chodzi o granicę pomiędzy Sudanem Północnym a Etiopią w regionie Abu Tyour. Oba państwa wysłały swoje oddziały do ochrony kontrolowanych terenów, co szybko przerodziło się w wymianę ognia. Mówi się o 5 ofiarach tego subkonfliktu, ale przecież jego znaczenie jest znacznie większe niż wydawałoby się na podstawie tej statystyki.
Back to Tigray
Znacznie bardziej krwawo przedstawia się bilans wojny pomiędzy Tigrajskim Ludowym Frontem Wyzwolenia a rządem Etiopii. Siły wojskowe kontrolowane przez Abiya Ahmeda oraz prezydenta Erytrei – Isaiasa Afwerkiego – nie liczą ofiar na bieżąco. Jeśli wierzyć raportom separatystów, to stracili oni ponad 100 000 żołnierzy, aczkolwiek żadna z organizacji międzynarodowych badających tę sprawę nie uznaje powyższych informacji za prawdziwe.
Tigrajczycy, choć aktualnie są w defensywie, stracili znacznie mniej ludzi od strony rządowej – i to akurat jest pewne. Z tym, że podawana przez liderów TPLF liczba 550 osób jest zdecydowanie zaniżona i odpowiada liczbie zabitych tylko na przestrzeni siedmiu dni listopada (4-11). W ostrzałach i atakach bombowych życie stracili także uczestnicy międzynarodowych akcji humanitarnych (oficjalne dane to 5 zabitych), a także przedstawiciele Organizacji Narodów Zjednoczonych (co najmniej 3 zabitych).
Dokładna liczba zabitych lub rannych cywili jest niemożliwa do oszacowania. W terenie brakuje obserwatorów, bezstronnych dziennikarzy, korespondentów, którzy mieliby możliwość relacjonować rozwój wypadków. W związku z aktywnymi działaniami wojennymi trudno także wskazać jak wygląda na tym terenie sprawa związana z pandemią koronawirusa. Szpitale nie przyjmują nowych zakażonych i często borykają się z przerwami w dostawach prądu. Na ten moment mówi się o nawet 20 000 zaginionych bez wieści, co jest liczbą jednocześnie przerażającą, jak i marginalną – jeśli spojrzy się na to, z jaką skalą czystek etnicznych i migracji mamy do czynienia, bo co najmniej 2 500 000 mieszkańców Tigraju, Amhary oraz innych regionów położonych w okolicy zostało zmuszonych do opuszczenia swojego miejsca zamieszkania. Akcje ratunkowe ONZ, a przede wszystkim wysoki komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców nie radzą sobie z dostarczaniem pomocy mieszkańcom, bez względu na to, czy zmuszeni są działać w realiach pandemicznych, czy nie. Coraz częściej pojawiają się głosy o klęskach głodu w kolejnych regionach dotkniętych konfliktem.
Nie radzą sobie także państwa sąsiedzkie. Sudan Południowy, Sudan Północny, Erytrea, wciągnięte w tę wojnę niby przypadkowo, również wiele tracą. Zaangażowanie militarne wymaga bardzo dużych środków pieniężnych, które w czasach globalnego kryzysu gospodarczego spowodowanego pandemią COVID-19 są trudne do pozyskania. Tym bardziej dla państw, które i tak nigdy nie należały do zamożnych. Najgorzej sytuacja wygląda w Sudanie Południowym, który w tym roku obchodzić będzie zaledwie pierwsze dziesięciolecie swojej państwowości. Fala imigracji, z jaką musi się mierzyć całkowicie wykracza poza możliwości tego kraju w zakresie udzielenia najbardziej podstawowej pomocy.
Wojna wygrana, wojna przegrana
Rząd Etiopii kierowany przez Abiya Ahmeda ogłosił swoje zwycięstwo w konflikcie z Tigrajskim Ludowym Frontem Wyzwolenia już na końcu listopada 2020 roku. Jest to oczywiście zagranie czysto propagandowe, które ma wybielić etiopski rząd w oczach światowej opinii publicznej. Ahmed jest wszak laureatem pokojowej nagrody Nobla z 2019 roku, a otrzymał ją za… stworzenie z Etiopii sprawnie działającej demokracji, respektującej prawa człowieka i prowadzącej pokojową politykę względem swoich sąsiadów. W rzeczywistości starcia wciąż trwają, zasięg partyzanckich walk nawet rośnie. Debretsion Gebremichael zaprzecza stale pogłoskom, że morale partyzantów opadło, a TPLF wycofuje się z działań wojennych. – Wciąż walczymy. Ci ludzie nie mają szans nas pokonać. Jesteśmy niezniszczalni – przekonywał.
Największymi przegranymi w konflikcie są, jak zwykle zresztą, mieszkańcy terenów objętych wojną. Nie wszystkim udało się uciec do Erytrei czy Sudanu Południowego. Tracili życie z rąk jednej i drugiej strony, padając ofiarą masowych morderstw, których pełna skala nie jest nawet znana. Poniżej tylko kilka przykładów:
– Adigrat – 18 listopada 2020 etiopska armia zamordowała 59 osób w ich własnych domach,
– Idaga Hamus – zaraz po zajęciu miasta przez wojska Ahmeda żołnierze dopuścili się morderstwa na 24 cywilach. Przez następne tygodnie w różnego rodzaju masowych egzekucjach zginęło od kilkunastu do kilkudziesięciu tigrajskich cywili w różnym wieku,
– Hagere Selam – w ciągu dwóch dni (4-5 grudnia) połączone siły etiopskie i erytrejskie zamordowały co najmniej 60 cywili w czasie przejmowania miasta.
– Addi Qoylo – kolejne 30 Tigrajczyków poniosło śmierć z rąk etiopskich sił zbrojnych, w ramach zemsty za przegraną bitwę z TPLF 14 grudnia 2020 roku,
– Hitsats – w mieście tym doszło do masakry na mieszkańcach obozu dla uchodźców w Hitsats, będącego schronieniem dla blisko 100 000 Erytrejczyków. Po wymianie strzałów z obu stron śmierć poniósło 40 cywili oraz przynajmniej kilku bojowników Tigrajskiego Ludowego Frontu Wyzwolenia
– Humera – kolejny masowy mord na Tigrajczykach zorganizowany przez etiopsko-erytrejski sojusz militarny. ONZ uznało tę masakrę za czystki etniczne zorganizowane przez władze centralne. Zginęły w nich co najmniej 92 osoby
– Maryam Ts’iyon – największa dotychczas zbrodnia wojenna, jakiej dopuściły się siły antytigrajskie podczas trwającego konfliktu. Według różnych źródeł zginęło w niej około 800 osób, z czego co najmniej 750 ukrywających się w Kościele Matki Boskiej z Syjonu w mieście Aksum.
Czy tak musiało być? Czy musiała wybuchnąć wojna, która zabiera etiopskiej młodzieży szanse na spokojne dzieciństwo, a dorosłym, którzy wstąpili czy też zostali wcieleni do partyzantki lub armii – życie? Wydawało się, że Etiopia ma szanse takiego scenariusza uniknąć. Nie czas jednak na teoretyzowanie, co stać się mogło, ale nie nastąpiło. Przerażającym faktem jest, że w strategicznym regionie Rogu Afryki doszło do kolejnego krwawego konfliktu etnicznego, którego nikt nie jest w stanie realnie powstrzymać, ani tym bardziej zlikwidować jego przyczyn. Zwłaszcza w dobie pandemii, gdy tzw. społeczność międzynarodowa ma znacznie poważniejsze problemy.

Amerykańska wojna w Somalii po pół wieku się kończy… czy na pewno?

Korzenie wojny w Somalii sięgają czasów zimnej wojny. Ta się skończyła, więc Amerykanie nazywają swoje zaangażowanie w tym kraju „wojną z terroryzmem”. W grudniu 2020 roku administracja Trumpa ogłosiła decyzję o wycofaniu wojsk i spotkała się z ostrą krytyką mediów pro-interwencjonistycznych. W końcu chodzi o utrzymanie geopolitycznej przewagi w Rogu Afryki.

Między innymi magazyn Foreign Affairs wezwał administrację Bidena do „ponownego zaangażowania” się w walkę z bojówkami asz-Szabab, które stały się głównym ogniskiem oporu po dekadach zagranicznej ingerencji w tym afrykańskim kraju. Wymieniona jako organizacja terrorystyczna przez Departament Stanu w 2008 roku, asz-Szabab (z arabskiego: Młodzież) jest częścią szerszej koalicji walczącej o niepodległość regionu, obok narodowych sił bezpieczeństwa i niektórych frakcji wchodzących w skład somalijskiego rządu. Czy zresztą warto w ogóle mówić o ponownym angażowaniu się, skoro wycofanie wojsk amerykańskich z Somalii to zaledwie przesunięcia amerykańskich sił do innych części Afryki Wschodniej? Rzecznik AFRICOM, płk Chris Karns, przyznał, że „ograniczona obecność sił zbrojnych nadal będzie miała miejsce”. Wcale też nie skończyły się amerykańskie ataki powietrzne na cele w Somalii. Ich częstotliwość jest większa niż wcześniej i to w zasadzie rozwiewa ostatnie złudzenia, jakoby Stany Zjednoczone miały zamiar naprawdę zostawić ten kraj w spokoju.
Zimnowojenny początek
Federalna Republika Somalii jest jednym z czterech krajów położonych w regionie określanym mianem Rogu Afryki, który od XIX wieku stanowi ważną arterię światowego handlu. Położone jest tam źródło rzeki Nil, blisko jest też do bliskowschodnich pól naftowych oraz szlaków handlowych Oceanu Indyjskiego, nie dziwi więc, że Róg Afryki od dawna był celem kolonialnych potęg Wielkiej Brytanii i Francji, a także faszystowskich Włoch w czasie II wojny światowej.
Amerykańskie zaangażowanie przyszło dużo później. Kiedyw latach 60. Somalijczycy uzyskali niepodległość, a Somaliland Brytyjski i Somaliland Włoski znalazły się pod jedną flagą, arbitralne wytyczenie granic terytorialnych sprawiło, że znaczna część etnicznych Somalijczyków została rozproszona na obrzeżach nowego kraju. Wpływy w nowym kraju chciał mieć i Związek Radziecki, i jego wielki rywal. Somalijsko-radziecki układ zbrojeniowy z 1963 roku dał przewagę Moskwie, a jeszcze większą kontrolę nad tym afrykańskim krajem Sowieci zdawali się zyskiwać po wojskowym zamachu stanu w 1969 r., dokonanym przez skrajnie lewicowych nacjonalistów pod wodzą generała Siada Barre. W odpowiedzi USA udzieliły znacznej pomocy wojskowej sąsiedniej Etiopii, co doprowadziło do regularnych starć zbrojnych między obiema stronami. Jednak i w Etiopii interesy amerykańskie szły źle – w 1975 r. wspierany przez Amerykanów cesarz Hajle Sellasje został obalony, władzę w wyniku zamachu stanu przejął Derg – rada lewicowych, marksistowskich oficerów. Ona również porozumiała się ze Związkiem Radzieckim, co sprawiło, iż Amerykanie zaczęli… udzielać pomocy wojskowej i ekonomicznej socjalistycznemu rządowi Barre w Somalii. Wojna o Ogaden pomiędzy Etiopią a Somalią, rozpoczęta przez Barre w 1977 roku, doprowadziła do ostatecznego zerwania stosunków między Somalią a Związkiem Radzieckim. ZSRR zawarła układ z Fidelem Castro, aby sprowadzić 5 000 kubańskich żołnierzy w celu wsparcia Etiopii, co doprowadziło do klęski armii Saida Barre i przyczyniło się do końca odprężenia w relacjach pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim pod koniec lat 70.
W 1979 roku inwazja Związku Radzieckiego na Afganistan stała się punktem wyjścia dla Operacji Cyklon – programu CIA zainicjowanego przez prezydenta Jimmy’ego Cartera, mającego na celu finansowanie afgańskich grup oporu, mudżahedinów. Ta najdłużej trwająca tajna operacja w historii USA przez lata pochłonęła ponad 20 miliardów dolarów na uzbrojenie i szkolenie tych grup. Mudżahedini nie pozwolili ZSRR opanować Afganistanu, ale Amerykanie stworzyli, jak pisał The Guardian, Frankensteina, rozbudzili fundamentalizm islamski. A on współtworzy dziś tak oblicze Bliskiego Wschodu i polityki USA wobec niego, jak i oblicze Somalii.
Przebój kasowy
Dzięki Hollywood wielu Amerykanów słyszało o jednej z największych porażek Stanów Zjednoczonych w Somalii od czasu, gdy po upadku Związku Radzieckiego Waszyngton podwoił wysiłki, by narzucić swoją władzę w tym regionie. Jednak film Helikopter w ogniu, historia o tym, jak 18 amerykańskich żołnierzy zostało zestrzelonych z nieba przez somalijskich watażków, nie mówi całej prawdy.
W ramach operacji Przywrócić Nadzieję, administracja George’a H.W. Busha i ONZ, oficjalnie w ramach misji humanitarnej, wysłały do Somalii 30 tys. belgijskich żołnierzy w celu stworzenia „bezpiecznego środowiska dla ostatecznego politycznego pojednania” w następstwie wywołanego wojną głodu, który pochłonął życie setek tysięcy ludzi. Misja szybko przekształciła się w operację wojskową, która z kolei doprowadziła do wybuchu powstania somalijskich watażków; oddziały „pokojowe” zaczęły prześladować lokalnych przywódców klanowych i zaostrzać napięcia. Następca Busha, Bill Clinton, rozszerzył „misję” i eskalował konflikt, tak, że ten przerodził się w wojnę domową w pełnym tego słowa rozumieniu.
Generał Mohamed Farah Aideed, popularny przywódca opozycji i przewodniczący Zjednoczonego Kongresu Somalijskiego, stał się szczególnym celem amerykańskich interwentów. Umożliwili oni rywalizującym watażkom zajęcie miast kontrolowanych przez sojuszników generała i nakazali jego aresztowanie. Akcja ta uczyniła z sił pokojowych ONZ wspólnego wroga Somalijczyków. Ludzie Aideeda ruszyli do kontrataku i zmusili siły „pokojowe” do wycofania się. W odpowiedzi Clinton wysłał amerykańskich żołnierzy, aby schwytali Aideeda i jego oficerów. Właśnie tę haniebną operację, która doprowadziła do śmierci 18 żołnierzy amerykańskich i setek Somalijczyków, misję typu „zlokalizuj i porwij” mającą na celu schwytanie dwóch oficerów Aideeda w stolicy kraju, Mogadiszu, pokazuje wspomniany film.
W operacji wzięło udział łącznie 160 żołnierzy, 19 samolotów i 12 pojazdów. Miejscowa milicja wciągnęła najeźdźców w 18-godzinną wymianę ognia i zestrzeliła dwa amerykańskie helikoptery Black Hawk, a międzynarodowe serwisy informacyjne przedstawiały obrazy martwych amerykańskich żołnierzy wleczonych po ulicach. W obliczu takiego publicznego upokorzenia, Clinton przerwał misję i wycofał siły amerykańskie w marcu 1994 roku.
Amerykanie jednak nie odeszli na dobre. Działali, nie ujawniając się. W 2001 r. Stany Zjednoczone rozpoczęły w Somalii szeroko zakrojone działania w szpiegowskie. Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych Pentagonu (JSOC) przejęło inicjatywę w operacjach nadzoru, rozpoznania i przechwytywania, które trwały do 2016 roku i doprowadziły do zabicia setek bojowników asz-Szabab, głównego celu operacji. W 2011 r. prezydent Obama zaczął rozmieszczać w regionie drony, które stały się podstawą imperialnych wojen Ameryki, dodając do ogromnego inwentarza bomb i pocisków kolejną broń zabijającą tysiące niewinnych cywilów bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Krwawe dziedzictwo
Można postawić tezę, że to, co nazwano wojną domową w Somalii, było jedynie nieustanną kampanią obcych państw, mającą na celu kontrolowanie obszaru o kluczowym znaczeniu dla funkcjonowania ich globalnych interesów handlowych. Wykorzystywanie takich czy innych nastrojów, jakie ich agenci mogą wywołać w społeczeństwie? Rzucanie pieniędzy i broni w ręce tej czy innej frakcji? Wszystko to tylko środki służące temu celowi. To samo dotyczy uzasadnień ideologicznych. Amerykanie mogli przez dziesiątki lat wspierać zdeklarowanego socjalistę Saida Barre, gdy widzieli w tym sens. Na tej samej zasadzie mogą teraz niszczyć „islamskich terrorystów”, bojówki, które swojego czasu sami tworzyli.
22 stycznia, ledwie tydzień po oficjalnym wycofaniu amerykańskich wojsk, 189 bojowników asz-Szabab zostało zmasakrowanych przez wspierane przez USA Ugandyjskie Ludowe Siły Obrony (UPDF). Uderzenie było skoordynowane z misją Unii Afrykańskiej w Somalii (AMISOM), która współpracuje z agentami CIA działającymi” w ramach programu antyterrorystycznego w Somalii. Joe Biden mógł obiecywać w kampanii „zakończenie wiecznych wojen”. Nowa administracja USA raczej nie zmodyfikuje swojej polityki wobec Somalii. Niektórzy już wzywają do tego, aby prezydent cofnął decyzję Trumpa o wycofaniu wojsk, co dodatkowo ujawnia, że wycofanie nie jest niczym więcej niż polityczną sztuczką. Nawet arcyneokonserwatywni politycy z American Enterprise Institute rozumieją, że położono wystarczające podwaliny, aby kontynuować krwawe dziedzictwo USA… nawet bez stałego kontyngentu marines.

Oryginalny tekst ukazał się na stronie MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Studniówka

100 dni mija, a ja niczyja, mógłby zanucić pan prezydent Duda trawestując popularny sanatoryjny smuteczek. Faktycznie – prezydent Joe Biden zdążył już w tym czasie porozmawiać z kilkudziesięcioma szefami rządów i ważnych międzynarodowych instytucji, a dla Dudy czasu ciągle nie znalazł.

Nasz prezydent w końcu nie wytrzymał i – jak sam powiedział, wysłał do niego obszerny list. Zastanawiam się, o czym mógł pisać? Skoro „obszernie”, to ryzykując niezbyt wiele można przyjąć, że pan Duda przedstawił panu Bidenowi rys historyczny ilustrujący polską drogę ku demokracji. Ta, jak wiadomo, swój prawdziwy początek ma dopiero w roku 2015, gdy wreszcie PiS doszedł do władzy. Potem, jak znam tę śpiewkę, pan Duda tłumaczył, że po tylu latach niewoli, zamordyzmu, ponurego „komunizmu”, no i co tu dużo mówić – zaprzaństwa elit, trudno się dziwić, że w Polsce standardy demokratyczne siłą rzeczy muszą nieco odbiegać od zachodnich wzorców. Polska kroczy bowiem swoją, narodową drogą „tak nam dopomóż Bóg”. Jest ona trochę wyboista i dłuższa niestety, czego syte zachodnie demokracje nie rozumieją. Gdy bowiem one rozkwitały, Polska jęczała za drutami szepcząc święte słowa swojej modlitwy: „Jarosław Polskę zbaw”…
Myślę sobie, że o tym właśnie był ów „obszerny” list, no bo cóż innego mogłoby się w naszej głowie państwa ulęgnąć? Pan Duda przecież w kółko powtarza to samo. Powtórzył więc raz jeszcze, tym razem zapewne dodatkowo poganiany pragnieniem, żeby pan Biden poznał prawdę z pierwszych ust, zanim niechętni Polsce Brukselczycy tyłek nam w Białym Domu obrobią…
Tak się teraz zastanawiam – jeśli rzeczywiście było tak, jak się domyślam, to czy na pewno to był dobry pomysł? Kto jak kto, ale akurat amerykańscy prezydenci i bez Dudy bardzo dobrze wiedzą jak Polska wybijała się na niepodległość. Kibicowali tym procesom wytrwale przez pół wieku, a nawet odgrywali ważną dla ich przebiegu rolę inspiratora, inicjatora, pocieszyciela, obrońcy, a jak trzeba było to i sponsora.
Ciekawą rozmowę na ten temat przeprowadził w sierpniu ub. roku dziennikarz ONET-u Tomasz Awłasewicz z Seth G. Jonesem – autorem książki pt. „A Covert Action”. Rzecz zaczyna się od podpisania przez R. Reagana zgody na operację „QRHELPFUL”. W jej efekcie CIA stała się „niewidzialną ręką”, która latami wspomagała „Solidarność. Niezwykle krętymi drogami (m.in. przez Watykan) do Polski płynęły z różnych stron świata powielacze, papier, tusze, no i pieniądze. Autor „A Covert Action” korzystał z archiwów CIA, a jego publikacja została zatwierdzona przez amerykański wywiad. Skoro pochylił się nad nią pan red. Awłasewicz, to musi ona być tego warta. W końcu redaktor to fachowiec, że tak powiem z cenzusem. Jak czytam – po studiach z zakresu
bezpieczeństwa wewnętrznego zajął się badaniami dotyczącymi służb specjalnych. Był nawet wykładowcą na wyższych uczelniach Poznania i Warszawy prowadząc zajęcia na temat kontrwywiadowczego zabezpieczenia państwa. Musiał więc sobie zdawać sprawę, jakie znaczenie dla postrzegania najnowszej historii stosunków polsko-amerykańskich ma książka, którą poprzez rozmowę z jej autorem i jej publikację w tak znamienitym portalu jak ONET, przybliża publiczności.
Okazuje się oto nagle, że coś, co nawet dziś traktowane jest jak plotka, owe słynne „pieniądze CIA”, plotką wcale nie były. Pamiętam, że gdy w latach 80 jakieś strzępki informacji na ten temat przebijały się do opinii publicznej, traktowane były jako kłamliwe wytwory „komunistycznej propagandy”. Dziś te szańce niepokalanego patriotyzmu nie są już bronione z takim poświęceniem (bohaterowie w większości sami się pozagryzali), ale nadal lepiej o tym nie mówić niż mówić. Tymczasem książka Setha G. Jonesa – „A Covert Action” jest kolejna publikacją amerykańską, z której dowiadujemy się po latach, że te powielacze, tusze, papier na podziemną prasę i dla „niezależnych oficyn”, ale także tomiki poezji i prozy, najbardziej poczytny polski miesięcznik wydawany na emigracji, słowem cała ta „przestrzeń wolności”, jak wówczas mówiono, była efektem operacji „QRHELPFUL”. Łącznie z jej bohaterami, bo jak czytam w artykule – „dodatkowa pomoc udzielana była również ludziom zaangażowanym w te działania”. To chyba o jakieś honoraria chodzi, czyż nie? Może pensje? Autor książki oblicza, że osób, które udanie łączyły patriotyzm z pragmatyzmem, mogło być „nawet trzydzieści”…
Co trzeba Amerykanom przyznać, to to, że bardzo pilnowali swoich interesów. Doglądali „procesu dochodzenia do demokracji” przez wszystkie lata Polski Ludowej, a już zwłaszcza po 56. Urzędujący prezydenci USA gościli tu w kilkanaście razy. Nixon, Ford, Carter, Clinton, obaj Bushowie, Obama, no i Trump na końcu. Niektórzy byli dwa, trzy razy. Pozdrawiali wiwatujące tłumy jadąc otwartymi limuzynami po kwiatach, które rzucano im pod koła. Jak ktoś nie wierzy, że coś takiego było możliwe, wystarczy nieco rozsunąć ciężką kurtynę państwowej propagandy i zajrzeć do starych fotografii…
Mniejsza o to, dość, że stosunki polsko-amerykańskie przez te wszystkie lata były bardzo intensywne i to na różnych poziomach: prezydenci – I sekretarze, Kirk Douglas w łódzkiej „filmówce” – „Poznańskie Słowiki” w Carnegie Hall, Kukliński – Zacharski, mnóstwo tego było. Wystarczy z naddatkiem, żeby przywódcy USA mieli własne spojrzenie i swój pogląd na zmiany polityczne w Polsce. Obecnego prezydenta nie wyłączając. Przecież on sam pospieszył już z oceną sytuacji w Polsce, którą wygłosił w trakcie trwającej jeszcze kampanii wyborczej. Polskę Kaczyńskiego i Dudy zaliczył wówczas – obok Białorusi i Węgier,- do krajów odradzającego się autorytaryzmu. Kto wie, czy jego niedająca się już ukryć niechęć do rozmowy z prezydentem Dudą, nie jest w tej sytuacji tym bardziej wymowna.
Słowem jest kłopot. Andrzej Duda, choćby z racji pełnionej funkcji, powinien utrzymywać jak najlepsze stosunki z prezydentem Bidenem i to mimo, że pała afektem do jego przeciwnika. Problem w tym, że Joe Biden o tym wie. Wie też jakie jest rzeczywiste znaczenie prezydenta Dudy. Może dlatego wciąż nie odpowiada na jego list? Często milczenie jest najlepszą odpowiedzią.

Sushi con carne

TVP cieszy się z 30 lecia Grupy Wyszehradzkiej. W Krakowie odbyły się huczne obchody, a władza podkreśla jaką to niesamowitą czwórkę grupa stanowi i jak pcha nas ku świetlanej przyszłości.
Bzdura to jest. V4 wymyślono kiedyś, żeby razem wejść do NATO i Unii. Polska była prawie dwa razy większa niż pozostałe kraje. Siłą rzeczy uchodziła za lidera. Tyle, że całość konceptu zdechła szybciej niż urosła. Słowacją zawładnął autokrata Vladimir Meciar i przez lata 90. skutecznie odstraszał od tego by wraz z nim coś na arenie międzynarodowej kombinować. Potem była epoka eurosceptycznego prezydenta Czech Klausa, za którego czasów Polska i Czechy stały się dla siebie potężnymi wspólnikami gospodarczymi, co zamiast cieszyć Czechów zaczęło wywoływać w nich niechęć do polskich produktów. Kolejny prezydent Czech Zeman miłością do Polski też nie pałał. Tak jak i aktualny prezydent Babis.
Ten ostatni tak u siebie w kraju jak i w Unii jest postrzegany jako aferał gospodarczy. Jak cywilizowany Świat postrzega Orbana i rządzący Polską PiS też wiadomo. Słowacja po swoich aferach korupcyjnych nie może się otrząsnąć nawet wewnątrz o polityce międzynarodowej nie wspominając.
Po wygranej PiS w 2015 r. Wyszehrad stał się narzędziem Orbana. Debilizm polityki zagranicznej PiS to spowodował. Dzięki światłemu przywództwu wodza Węgier Zachód Europy nie tyle boi się naszej czwórki, co się z niej śmieje. Głównie zaś z tego, że oficjalna retoryka V4 sprowadza się do krytyki Berlina, zaś każdy z krajów przebiera nogami za niemieckim kapitałem. Dzięki czemu V4 to dziś schizofreniczna banda dowodzona przez autorytarystów, stanowiąca ekonomiczną kolonię Republiki Federalnej.

Jeszcze śmieszniej, choć o niebo tragiczniej ma Mjanma. Znana większości jako Birma, a niektórym jako Syjam. Ten od bliźniąt, a nie os syjonistów. Całe dziesięciolecia rządzili tam wojskowi. Oni byli tymi złymi. Dobra była laureatka pokojowego Nobla pani Aung San Suu Kyi.
W związku z tym częściej siedziała w areszcie domowym, niż była wolna. W końcu jednak generałowie doszli do wniosku, że warto się otworzyć na świat, bo dzięki temu można zarobić i wysłać dzieci na dobre uczelnie.
Strony konfliktu politycznego dogadały się zatem. Pani San Suu Kyi miała się nie wtrącać do wojska i dzięki temu mogła być premierem. Była zatem parę ładnych lat. Przez które dla świata stła się tą złą. Z powodu ludu Rohinja, którego z woli narodu Mjanny musiała się pozbyć wyganiając setki tysięcy ludzi z dnia na dzień za granicę. Świat przecierał na takie bestialstwo oczy ze zdumienia, a rada noblowska jęła się zastanawiać jak kobiecie odebrać jej laur.
Honor pani San Suu Kyi uratowała armia, która chwilę temu znów obaliła demokrację i zamknęła ex premier w areszcie domowym.
Junta mjanmańska przejęła władzę, bo podobnie jak Donald Trump postrzegała wybory, w których wystawiona przez wojsko partia przegrała, jako oszukane. Za prezydentem USA poza dziwnymi ludźmi spod Kapitolu, nie opowiedział się w Stanach nikt poważny. W Mjanmie wręcz przeciwnie. Po zdobyciu władzy wojsko nie za bardzo wie czego chce. Na pewno nie ma jednak zamiaru kooperować z Zachodem. Eksperci od tego zakątka świata śmieją się więc, że mająca pełne usta niezależności, niepodległości i wstawania z kolan Junta ma tylko jedno wyjście stać się jak Kambodża i Laos kolonią chińską. Taką ze wszystkimi atrybutami niezależności, z wyjątkiem gospodarki i polityki zagranicznej.

Sushi chce przestrzec przed oglądaniem TVN. Można to robić tylko wtedy, gdy się pamięta, że telewizja jest własnością amerykańskiego Discovery. Dzięki temu w każdym programie informacyjnym musi być o Stanach dobrze, a nawet doskonale. Najlepiej to obserwować po przedstawianiu reakcji zagranicznych na akcję „Media bez wyboru”. Najczęstszy komentarz jest taki, że Unia Europejska nie wsparła wolnych mediów, ograniczając się do zdawkowych wypowiedzi kilkorga brukselskich urzędników. Ale miłujące wolne słowo Stany to ho, ho. Dały PiS tak popalić, że Morawieckiemu, Dudzie i Kaczyńskiemu poszło w wpięty. Tezę tę udowadnia się potem przez pół godziny pokazując jak ten czy inny amerykański parlamentarzysta, który coś na ten temat powiedział lub napisał na Twitterze, jest ważny. Zabawne to tak samo jak udowadnianie , że głos niemieckiego deputowanego, czy nawet polskiego posła ma jakieś znaczenie międzynarodowe. Bo nie ma otóż. Liczą się tylko stanowiska szefów państw i ich MSZ-ów. I nawet TVN tego nie zmieni. Ale co sobie poopowiadają o wielkości kraju ich pracodawców, to ich.

Szanghajska przygoda właścicielek Pierogi Ladies

Polski biznes w Chinach.

– Dzisiaj nauczymy się jak robić tradycyjne pierogi – mówi po angielsku Małgorzata Modlińska podczas warsztatów kulinarnych, w których biorą udział ludzie z różnych stron świata. Tuż obok Chinka, jej pracowniczka, umiejętnie dodaje wodę do mąki i zagniata ciasto. Oto miłośnicy dobrego jedzenia poznają tajemnice kuchni w Pierogi Ladies 2.0, polskiej restauracji w Szanghaju.

– Wcześniej nie było polskiej restauracji w Szanghaju, ani polskiego jedzenia, tego po prostu brakowało – opowiada Joanna Boczek, która wraz z Modlińską, wpadła na pomysł otwarcia restauracji z kuchnią znad Wisły i Odry. Zawsze pracowałam w gastronomii, Gosia miała zaplecze bardziej marketingowe, także wspólnymi siłami udało nam się zacząć – dodaje.  
Początek biznesu
Na początku w 2016 roku sprzedaż pierogów była dla Polek zajęciem dodatkowym. Jedna była menedżerką baru, druga nauczycielką angielskiego. W weekendy brały udział w różnych targach pop-up, gdzie miały swoje stoisko z pierogami. Zawsze przy nim ustawiała się długa kolejka. Widząc tak pozytywną reakcję rynku, rok później, Pierogi Ladies znalazły swoją pierwszą stałą lokalizację przy ulicy Jiaozhou. Po kilku kolejnych zmianach, we wrześniu 2018 roku, na tej samej ulicy, Pierogi Ladies 2.0 oficjalnie otworzyły swoje drzwi dla klientów spragnionych polskich smaków.
Jiaozhou to tradycyjna szanghajska uliczka z niskimi dachami i domami mieszkalnymi. Reklamowy znak zawierający symbol polskiego pierożka zaprasza klientów w głąb uliczki, by otworzyć ciężkie drewniane ozdobne drzwi. Wchodzi się do jasnego lokalu, z przeszklonym sufitem, stolikami, krzesłami, półkami z książkami. Ścianę przykrywa rysunek mapy świata, na którym zaznaczono różnego rodzaju pierożki charakterystyczne dla danego regionu. Bo przecież ciasto z farszem nie jest wyłącznie znane w Polsce czy w Chinach. Na końcu regał z kolorowymi butelkami z alkoholem, gdyż gdy zapadnie noc restauracja zamienia się w bar, gdzie dominuje dynamiczna muzyka, kolorowe drinki, a klienci mogą nawet pohuśtać się na krzesłach.  
Pierogi Ladies 2.0 została zbudowana od podstaw – mówi Małgorzata. Kiedy przyszły do tego miejsca ponad dwa lata temu, był to po prostu stary sklep w zaułku. Przestrzeń wymagała kompleksowego remontu. Dwa miesiące trwały prace by lokal łączył w sobie tradycyjne polskie i chińskie cechy z nowoczesną atmosferą.
Kryzys epidemiczny
16 stycznia 2020 roku w Szanghaju stwierdzono pierwszy przypadek zarażenia koronawirusem. Od tamtej pory liczba potwierdzonych przypadków stale rosła, w związku z czym branża gastronomiczna ogłosiła tymczasowe zamknięcie. Był spadek klientów, dużo ludzi wyjechało, inni przez długi czas bali się wychodzić z domu – wspomina Joanna. – Byłyśmy zamknięte przez cały miesiąc.
W lutym rząd lokalny zachęcał wszystkie rodzaje podmiotów rynkowych do obniżania lub rezygnacji z czynszów dla najemców działających fizycznie. – Na szczęście nasi landlordzi obniżyli nam bardzo czynsz, więc nie musiałyśmy praktycznie płacić za ten miesiąc, było nam przez to łatwiej wydostawać się z tego problemu – mówi Joanna.
Po ponownym otwarciu restauracji, Małgorzata, odpowiedzialna za marketing i promocję, zorganizowała wiele warsztatów w tym z lepienia pierogów i kiszenia warzyw, imprezę wymiany ubrań czy bezpłatne zajęcia z rękodzieła. Jak wspomina lekcje kulinarne cieszyły się dużą popularnością, ich uczestnicy w ciągu dwóch godzin uczą się robić chińskie i polskie pierogi. – Tutaj, w Szanghaju, jest bardzo wysoka konkurencja, więc to motywuje każdego, żeby starać się jak najlepiej, żeby mieć najlepsze pomysły – podkreśla Małgorzata.
Ponadto, restauracja Pierogi Ladies 2.0 wzięła udział w „China Restaurant Week”, wydarzeniu organizowanym przez platformę gastronomiczną, oferując na tę okazję specjalne menu, które przyciągnęło wiele osób. – Nie jadłem wcześniej polskiego jedzenia. To bardzo nowe doznanie – stwierdza Chen, Chińczyk który wziął udział w tej imprezie. Jak przyznaje, zarówno jego jak i jego dziewczynę zaskoczył smak pierogów ze słodkim nadzieniem. Podkreślił też ciepłą atmosferę jaka panuje w restauracji. Wystrój jest bardzo unikatowy – oceniają.
Możliwości i konkurencja
Pomimo ostrej konkurencji i wysokich kosztów towarów w Szanghaju, nie wpłynęło to na zaangażowanie Polek, które optymistycznie odnoszą się do chińskiego rynku. Joanna, której rodzice prowadzą również restaurację w Polsce, widzi różnicę w prowadzeniu biznesu. – Dostęp do aplikacji, które są popularne w Chinach, jak Wechat i Alipay, ułatwia nam komunikację, postowanie, marketing. Moim zdaniem szybciej się dociera do swoich klientów niż w Polsce – zaznacza Joanna.
Rozwinięta branża dostaw żywności i stosunkowo niskie koszty transportu w Chinach ułatwiły również prowadzenie biznesu, a różne platformy na wynos, takie jak Eleme i Meituan, umożliwiają konsumentom poznanie nowych smaków bez wychodzenia z domu. – W Europie widzę, że to dopiero się pojawia – mówi Małgorzata. – Ale ludzie cały czas narzekają, że dostawcy są za drodzy, ale tutaj od dawna jest to normą.
– Jesteśmy więcej niż tylko restauracją, ponieważ mamy produkcję, jesteśmy marką – wyjaśnia Małgorzata. Obecnie Polki chcą dalej promować markę Pierogi Ladies. Oprócz wprowadzenia na rynek sowich różnych gadżetów, takich jak fartuchy, plecaki i poduszki, współpracują także z fabryką w Ningbo, aby produkować pierogi i sprzedawać je w innych miastach w Chinach poprzez sprzedaż internetową.
Partnerstwo i rodzina
Pozornie tradycyjna branża gastronomiczna stoi obecnie przed szansami i wyzwaniami, jakie niesie ze sobą era Internetu i skutki epidemii. Jednocześnie inne niż w Europie środowisko biznesowe oraz duża konkurencja w Szanghaju to test zdolność Pierogi Ladies 2.0 do przetrwania. Współpraca i wprowadzenie zmian jest ich odpowiedzią na tę sytuację. – Na pewno nie byłabym stanie otworzyć sama takiej restauracji, ale wspólnymi siłami udało nam się to zrobić. Uzupełniamy się wiedzą i zdolnościami, które nam pomogły stworzyć naszą markę, także jesteśmy nieodłącznym elementem – podkreśla Joanna. – Asia jest bardzo rzetelną osobą. Wiem, że zawsze mogę polegać na niej – dodaje Małgorzata.
– Na pewno chcę, żeby biznes tutaj jeszcze się rozrastał, żeby ten biznes został w Szanghaju – zaznacza Małgorzata. Spoglądając wstecz na swoje doświadczenia w tym mieście w ciągu ostatnich kilku lat, współwłaścicielka restauracji przyznaje, że dopiero po przyjeździe do Chin naprawdę dojrzała. – To niesamowita szkoła życia, która naprawdę pozwoliła mi się rozwinąć, dorosnąć i zawodowo, i psychicznie, i emocjonalnie, więc na różnych płaszczyznach – wyznaje. 
Joanna poznała swojego męża Hiszpana, który również zajmuje się gastronomią w Szanghaju, a ich dziecko urodzi się tutaj w przyszłym roku. – Szanghaj jest bardzo drogi, jest chyba jednym z najdroższych miast na świecie. Ale dzięki temu jest też dużo możliwości, co na pewno przyniesie językowy rozwój dla małego – twierdzi Joanna. – Chciałabym, żeby się uczył chińskiego, także na pewno będzie fajnie tutaj zacząć. No i takie międzynarodowe towarzystwo, na pewno jest dobre – dodaje.

Koronawirus w chińskiej mgle

Powrót komisji śledczej Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z Wuhan w Chinach, gdzie miała narodzić się nieszczęsna pandemia, był tak rozczarowujący, tak mało przyniósł, że skutek uboczny jej poszukiwań – uniewinnienie nietoperza i łuskowca można uznać za sukces. Komisja wysuwa hipotezę, że koronawirus był odzwierzęcy i że możliwe, że wziął się z targu, może nawet z jakiegoś zamrożonego dzikiego zwierzęcia, ale nie wiadomo jakiego. Może to był wiewiór z Epoki Lodowcowej, który zgubił orzeszek?

Mgła otaczająca początki obecności koronawirusa na naszej planecie jest niemal smoleńska, nic nie widać i nauka pozostaje zaskakująco zdezorientowana, jeśli chodzi o wyjaśnienie, skąd on się wziął. Komisja śledcza WHO wybierała się do Chin jak sójka za morze. Do tego Pekin kilkakrotnie odwoływał swą gotowość na jej przyjęcie, raz nawet, gdy eksperci siedzieli już w samolotach. Kiedy już w końcu przylecieli, kazano im jeszcze siedzieć w hotelach przez dwa tygodnie kwarantanny, dwa kolejne zostały na śledztwo.
Można odnieść wrażenie, że wyjazd komisji był zbyt długo i szczegółowo negocjowany. Chiny mają duże wpływy w WHO, bo ją finansują nie mniej niż Bill Gates, więc to się odbyło stosunkowo bezboleśnie, ale ich niechęć do międzynarodowego węszenia na miejscu była widoczna. Komisja szybko, zgodnie z oczekiwaniami Chińczyków, niemal wykluczyła słynne laboratorium w Wuhan z prawdopodobnych źródeł koronawirusa, co podejrzewała administracja amerykańska za Trumpa.
Są eksperci, w tym wielcy naukowcy, którzy utrzymują lub wykazują, że koronawirus jest tworem inżynierii genetycznej, lecz nie jest to przekonanie większościowe i rzadko trafia do mediów. Ta sprawa pozostaje niejasna tak samo jak inne, bo poza tym śledczy przywieźli z Wuhan same hipotezy. Na krytykę odpowiadali, że mieli zbyt mały dostęp do danych, a dziś Stany Zjednoczone i WHO oficjalnie nacisnęły na Pekin, by był bardziej otwarty.
Peter Ben Embarek, który brał udział w misji WHO w Wuhan, narzekał dziś oficjalnie, że było mało czasu, a zamiast surowych danych z początku epidemii, eksperci dostali ich omówienia i interpretacje. Odezwał się też Biały Dom, który zerwał z WHO za Trumpa, wyrażając swój „silny niepokój” w kwestii braku informacji ze strony chińskiej. Szef WHO o niemożliwym nazwisku Tedros Adhanom Ghebreyesus zapewnił zaraz, że „wszystkie hipotezy pozostają na stole”. Znaczy to tyle, że nic nie wiadomo.
Tyle wiemy. Koronawirus wyłonił się z mgły, pozostaje polem podziemnych bitew politycznych na najwyższym szczeblu, a przed nami znowu mamy mgłę: różne mutacje. Wiadomo już, że można ciężko zachorować z powodu wariantu południowoafrykańskiego, nawet gdy się już przeszło „zwykły”, łagodny kowid kilka miesięcy wcześniej. Odporność, która powinna była się pojawić, nie wystarcza. Nie wiemy skąd idziemy i dokąd zmierzamy. W prasie specjalistycznej ukazują się badania, które wskazują, że koronawirus był obecny w Europie, zanim pojawił się na bazarze w Wuhan. Ba, są hipotezy, że grasuje po świecie już od 10 lat, tyle, że chorobę, którą wywoływał, brano za grypę.
Bez wątpienia Chińczycy ukrywają to, czy tamto. W ostatnich miesiącach przebijają się jednak z Chin filmiki o kwarantannach zarządzanych nagle w niektórych miastach. Nikt nie może się z takiej wydostać, spawa się nawet drzwi do domów i bloków. Psy do sikania ludzie spuszczają z pięter na linach i sznurkach. Muszą dzielić się jedzeniem z sąsiadami, bo jedzenia się już nie dostarcza. Jest dużo tragedii, podzielonych rodzin i nieskończone, przymusowe kolejki do testów PCR, w tym analnych. Np. zamknięto prawie cały Pekin, gdy pojawiły się cztery, „importowane” przypadki, jakby to były jakieś ćwiczenia wojskowe. Boksowanie we mgle przeciw niewidzialnemu wrogowi zostanie symbolem pandemii, choćbyśmy znali prawdę.