Burza, analogie i przestrogi

„Burza” czyli „Der Szturem. Cwiszyn” rozpętała się w najmniejszym teatrze świata – tak skomentowała ten spektakl Gołda Tencer. Czas pandemii ograniczył liczbę widzów do czternastu, a nie obowiązywała jeszcze w stolicy nawet żółta strefa.

To już szósta inscenizacja „Burzy” Williama Szekspira w stolicy w tym stuleciu, po spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego (TR Warszawa, 2003). Jarosława Kiliana (Teatr Polski, 2003), Igora Gorzkowskiego (Teatr Ochoty/ Studio Teatralne Koło, 2012), Dana Jemmetta (ponownie Teatr Polski, 2012) i Pawła Miśkiewicza (Teatr Narodowy), a wkrótce, lada dzień czeka nas kolejna premiera na motywach „Burzy” w TR Warszawa w reżyserii Grzegorza Jarzyny). Jednak ta „Burza” w najmniejszym teatrze świata, zasługuje na uwagę szczególną, po pierwsze dlatego, że grana jest w jest w języku jidysz, a po drugie, że dzieję się pomiędzy wyspą Prospera, na która zagnało rozbitków ze statku po straszliwej burzy a Zagładą, która pozostaje w historii burzą najdzikszą, do niczego niepodobną w swej skali i okrucieństwie, z niezabliźnionymi po dziś dzień ranami.
Ziściło się marzenie twórców Teatru Żydowskiego, aby wrócić do szekspirowskiej Burzy granej w jidysz, wystawionej ponad 60 lat temu przez Folks Un Jungt Theater w Łodzi (1938) w inscenizacji Leona Schillera. Przeszła ona do historii jako „apologia wolności w coraz bardziej brunatniejącej rzeczywistości”, jak to przypomniała w teatralnym programie „Der Szturmem” prof. Krystyna Duniec, autorka książki o szekspirowskich inscenizacjach Leona Schillera, „Kaprysy Prospera”.
Łódzka premiera miała miejsce w sali Filharmonii, mieszczącej 1200 widzów. Spektakl szedł ponad 30 razy, co oznacza, że tamtą „Burzę” obejrzało w Łodzi około 40 tysięcy widzów, nie licząc widzów w stolicy, do której zjechał Folks Un Jungt Theater na gościnne występy wiosną 1939 roku – na kilka miesięcy przed wybuchem wojny. O takiej frekwencji scenka przy Senatorskiej nawet marzyć nie może.
Maleńka salka, w której zrealizował swoją wersję „Burzy” Damian Josef Neć, różni się pod każdym względem od wielkiej sali łódzkiej filharmonii. Reżyser doskonale zdawał sobie sprawę z ograniczeń, ale i walorów przestrzeni, nie rezygnując jednak z podjęcia schillerowskiej myśli: „Bardzo interesuje nas, jak wybrzmi ten dramat 82 lata po łódzkiej premierze „Burzy” w podzielonej wewnętrznymi sporami Polsce, czy jidysz stanie się metaprzestrogą przed demonami powtarzającej się historii – mówił przed premierą.
Reżyser przepołowił niewielką salkę przy Senatorskiej na dwoje podestem, ustawionym wzdłuż sali teatralnej. Na tym wąskim, anonimowym wybiegu rozegrają się sceny na wyspie Prospera, tutaj też wkroczy koszmar Zagłady, najtragiczniejszej burzy, jakiej zaznała ludzkość. Po obu stronach podestu-wybiegu usiądą widzowie, mając przed sobą nie tylko aktorów, ale i innych widzów obserwujących po drugiej stronie widowisko. Po bokach tak przeorganizowanej przestrzeni ulokował reżyser zasłony, dzielące salę od kulis, pełniące też funkcję ekranów, na których pojawią się obrazy ginącego, burzonego miasta.
Zaskakująca okazała się obsada – reżyser zawiesił obowiązujące prawa biologi, choć para zakochanych, Miranda i Ferdynand, młody książę, który znajdzie się na wyspie Prospera, okaże się ucieleśnieniem odwiecznego marzenia o szczęściu, niezależnego od wieku i doświadczenia bohaterów. Połączy ich łaknienie bliskości, zawsze silne, w każdym wieku. W roli Mirandy objawia się na scenie nestorka Teatru Żydowskiego Wanda Siemiaszko. Jej dziewczęce zauroczenie Ferdynandem, prostota zwierzeń i zdumiewająca lekkość ruchu wprawiają widzów w zachwyt. Ferdynand, wprawdzie młodszy, ale też nie młodzieniec – w tej roli pełen ciepła Jerzy Walczak, który wciela się jednocześnie w rolę eterycznego Ariela, także sprawia wrażenie istoty niematerialnej. Porusza się na ekstremalnie wysokich szpilkach, w obcisłym kostiumie, jego ruchy są zwinne, pełne choreograficznych, niemal baletowych etiud. Kiedy publiczność wchodzi na salę Ariel, skąpo oświetlany, leży nieruchomo na podeście – potem budzi się do życia i na rozkaz Prospera tworzy zawiłe związki między postaciami, a sam staje się Ferdynandem.
W tej inscenizacji nikt z aktorów nie ma łatwego zadania. Kaliban (Marcin Błaszak), kroczy po scenie jakby musiał utrzymać poniżej bioder niewyobrażalny ciężar. Porusza się pochylony do tyłu, na podkurczonych nogach niczym aktor z teatru japońskiego i tylko on miota czasem wyzwiska pod adresem Prospera w języku polskim (w tym spektaklu języku obcym). Ale to on właśnie w pewnym momencie okaże się hitlerowskim oprawcą. A Prospero (Henryk Rajfer) i pozostali ludzie na wyspie, mieszkańcy i przybysze, ofiarami zmierzającymi do Treblinki, W ten sposób tragedia Zagłady jednoczy się z „Burzą”, którą zapowiadają podszyte antysemityzmem pytania zadawane przez Trinkulo (Joanna Przybyłowska), adresowane kolejno do poszczególnych widzów, czy rozpoznali kiedyś Żyda („bo Żyd to Żyd”).
Nie zabraknie w tej budzącej trwogę „Burzy” momentów humorystycznych – reżyser pozostawił zabawną scenę spotkania pijanych rozbitków – prym tu wiedzie Stefano (Barbara Szeliga), choć nierzadko humor igrą tutaj ze śmiercią, jak w piosence zmierzających do obozu zagłady – kto nie pamięta tych klimatów, niech sięgnie w „Wolnych lekturach” po wiersz Władysława Szlengla „Mała stacja Treblinki”. Reżyser naznacza rysem odkupienia Antonia, zdradzieckiego brata Prospera, który pozbawił go tronu i wygnał na pewną śmierć (Marek Węglarski), a teraz przykryty tałesem wpełza na scenę, aby dołączyć do ofiar Zagłady i szukać przebaczenia. Wkracza też do spektaklu performatywna prywatność aktorów, użalających się na wciąż powtarzane jak mantra ich sceniczne wcielenia, buntujących się przeciw przypominaniu czasów Zagłady.
Czy to w ogóle można opowiedzieć? To pytanie kryje się pod spodem obrazów powoływanych do istnienia na scenie i wyświetlanych na ekranach, świat ginie, następuje kres, któremu nie może zapobiec czarodziejska pałeczka Prospera. Żywa pozostaje jedynie tląca się miłość staruszki Mirandy i starzejącego się Ferdynanda.
Zaskakujący to spektakl, o mocnym przesłaniu i silny wykonaniem, nawiązujący dialog z wcześniejsza niemal o 20 lat „Burzą” Krzysztofa Warlikowskiego, który podjął próbę grzechów odpuszczenia prawdziwym winowajcom, malując dramat pełen smutku, w którym tylko pełga płomyczek nadziei. Neć poszedł dalej, nie ograniczając się tylko do sugerowania analogii między „Burzą” i Zagładą i próbą jej zgłębienia, ale nadając „Burzy” sankcję Zagłady, a Zagładę nasycając duchem „Burzy”.
Warto zauważyć, że i w „Burzy” Warlikowskiego pojawiły się w finale stare kobiety (w obrzędzie weselnym) w łowickich strojach – wyraźny sygnał, że tropy kulturowe nie znają wieku ani płci. Podobnie zdarzyło się w inscenizacji „Snu nocy letniej” w reżyserii Gábora Máté (Teatr Dramatyczny, 2018), w którym włóczą się po scenie grupy zniedołężniałych elfów (nierzadko zaopatrzonych w balkoniki) i zramolałych rzemieślników. Jak widać, Neć korzysta z otwartych już furtek, ale korzysta z nich, aby osiągnąć własny cel. Idzie mu o to, aby wzbudzić pamięciowy wstrząs, tak poruszyć widzem, aby wywołać w nim ciąg nieuchronnych skojarzeń prowadzących do odrzucenia przemocy, nienawiści, odwołującej się do kategorii obcości.
Na koniec zważmy na tytuł spektaklu „Der szturem. Cwiszyn”, czyli po polsku „Burza. Pomiędzy”. Ten drugi człon tytułu kieruje myśl i wyobraźnię widza ku temu, co dzieje się pomiędzy, a więc między wielką literą Szekspirowskiej „Burzy” a wielką burzą epoki Zagłady. Reżyser namawia widza do pochylenia się nad analogiami, które na pierwszy rzut oka mogą się wydawać odległe i nieaktualne, a po głębszej analizie wręcz obsesyjnie bliskie. Pamiętajmy i więcej nie dajmy się zwieść, przestrzega reżyser.

BURZA Williama Shakespeare’a. tłum. Yosef Goldberg, reżyseria i dramaturgia Damian Josef Neć, scenografia, kostiumy, wizualizacje Marta Wieczorek, Maciej Czuchryta, muzyka Sławomir Kupczak, choreografia Szymon Dobosik, Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, premiera 3 października 2020.

Wieczny blask: Sześć wieków w Zakazanym Mieście

W 2020 roku przypada 600-lecie ukończenia budowy Zakazanego Miasta. Od 10 września do 15 listopada Muzeum Pałacowe uruchomiło wystawę „Wieczny blask: Sześć wieków w Zakazanym Mieście”, prezentującą sześć wieków historii tego obiektu. Na ekspozycji można zobaczyć ponad 450 obiektów.

Budowa Zakazanego Miasta rozpoczęła się w roku 1406 i zakończyła w roku 1420. Architektura Zakazanego Miasta kontynuowała dziedzictwo architektoniczne z okresu dynastii Tang (618–906) i Song (960–1279), łącząc funkcje miejskie z krajobrazem. Mimo upływu lat zachowała się chińska koncepcja kulturowa, która dotyczy „skrzyżowania nieba i ludzkości” oraz „połączenia obrzędów i muzyki”. Stąd też określenie „Miasto Wielkich Osiągnięć” co budzi zachwyt i dumę wśród Chińczyków.
Architektura pałacowa to najwspanialszy rozdział w historii starożytnej architektury Chin. Zakazane Miasto jest, bardziej niż inne przykłady, wszechstronnym wyrazem rozwoju architektury pałacowej, ponieważ reprezentuje najwyższy poziom sztuki architektonicznej i technologii tego okresu. Zakazane Miasto stało się, wraz z ogromnym majestatem kompleksu architektonicznego, świętym i uroczystym symbolem władza państwowa.
Wielkoformatowa wystawa przygotowana przez Muzeum Pałacowe obejmuje trzy główne tematy i osiemnaście historycznych punktów, które przedstawiają planowanie, aranżację, architekturę i życie pałacowe Zakazanego Miasta, a także konserwację architektury. Ekspozycja daje odwiedzającym możliwość zrozumienia i przejścia „w czasie” oraz „w przestrzeni” historii i kultury Zakazanego Miasta. Dzięki temu można poznać pałacową sztukę architektoniczną i technologię oraz poczuć charyzmę tradycyjnej kultury Chin.
Wystawa wypełnia wszystkie trzy sale Bramy Południka (Wu men). Znajduje się w nich ponad 450 obiektów i historycznych fotografii. Ekspozycja została ułożona według czterech pór roku, aby zwiedzający mogli doświadczyć piękna Zakazanego Miasta w różnych jego obliczach.
W przestrzeni galerii Wieży Zachodniego Skrzydła zaprezentowano temat „Jedność Pałacu i Miasta” wśród kremowych dekoracji, które podkreślają trójwymiarowość kamiennych konstrukcji z dynastii Ming. Tekst wraz z ilustracjami, prezentacją kaligrafii i obrazów wyjaśniają koncepcje budowy pałacu i miasta z czasów dynastii Ming oraz techniki stosowane przez inżynierów architektury. Trzy historyczne punkty tej przestrzeni to „Cesarz Yongle ustanawiający północną stolicę(1406)”, „Ukończenie Zakazanego Miasta(1420)” i „Wywyższający taoizm w Sali Cesarskiego Pokoju (Qin’an dian)(1535)”, które wyjaśniają preludium i zakończenie budowy Pałacu Pekińskiego oraz zmiany w układzie Zakazanego Miasta w czasach dynastii Ming.
Tutaj wystawiono również szereg obrazów przedstawiających sceny z życia cesarzy z dynastii Ming wśród konkubin. Na przykład „Rozrywka cesarza Zhu Zhanji” przedstawia scenę, w której władca ubrany bardzo zwyczajnie, z kapeluszem z rondem, ogląda różne występy sportowe w cesarskim ogrodzie, w tym łucznictwo i polo. Sceny są wielkie, złożone i szczegółowe, żywo pokazujące kulturalne i sportowe rozrywki w pałacu w tym czasie.
Centralna wieża Bramy Południka przedstawia temat „Wielkość dzięki tolerancji”. Tutaj dominuje czerwień, aby podkreślić blask i wyrafinowanie dynastii Qing (1644–1911) pałacową architekturę, okapy wewnętrzne i wystrój Zakazanego Miasta. Ekspozycja jednocześnie wyjaśnia zmiany, które zaszły w układzie architektonicznym i stylu Zakazanego Miasta. Osiem punktów historycznych opowiada w jaki sposób dziesięciu cesarzy Qing żyło i zarządzało Zakazanym Miastem, a także jakie w tym czasie przeprowadzono renowacje i rekonstrukcje. Prezentowane artefakty kulturowe pokazują połączenie wielu grup etnicznych w starożytnych Chinach i mądrości ludu pracującego.
W tej sekcji eksponowanych jest również wiele wspaniałych obiektów, w tym złoty puchar inkrustowany drogocennymi kamieniami z okresu cesarza Qianlong z dynastii Qing. Na wystawie można też zobaczyć sceny weselne cesarza Qing.
Sala wystawowa Wieży Wschodniego Skrzydła prezentuje temat „Życie bez końca”. Pośród zielonego wystroju wnętrza zilustrowano życie Zakazanego Miasta do czasów nam współczesnych. Siedem punktów historycznych to „Otwarcie Zakazanego Miasta (1914)”, „Założenie muzeum (1925)”, „Ochrona starożytnych obiektów podczas wojny (1933)”, „Reorganizacja zespołów konserwatorskich (1949)”, „Ochrona miejsc na poziomie krajowym (1961)” , „Wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa (1987)” i „Zakończenie Wielkiej Restauracji Stulecia (2002)”. Prezentują one między innymi przejście obiektu z pałacu cesarskiego do muzeum, ewakuację zabytków kultury podczas wojny, pomiary i mapowanie architektury wzdłuż osi centralnej oraz inne ważne wydarzenia. Bogactwo starych fotografii, archiwaliów historycznych i obiektów ukazuje dorobek pracy i rozwoju Muzeum Pałacowego od początku jego istnienia.
Wystawa wprowadza perspektywę tych, którzy byli świadkami wydarzeń, poszukując materiałów w ich pamiętnikach, wspomnieniach i artykułach, uzupełnionych świeżymi spojrzeniami i doświadczeniami z pierwszej ręki. Na przykład, przedstawiając odejście ostatniego cesarza dynastii Qing Puyi z Zakazanego Miasta, wykorzystano jego wspomnienia oraz innych, dając widzom wiele perspektyw zrozumienia tego historycznego wydarzenia.
Przestrzenie wystawiennicze Bramy Południka stały się teraz wprowadzeniem do zwiedzania Zakazanego Miasta. Kuratorzy mają nadzieję, że odwiedzający będą mogli uzyskać głębsze i bardziej wszechstronne zrozumienie przeszłości Zakazanego Miasta i obecnego Muzeum Pałacowego. To także szansa na poznanie tradycyjnej kultury Chin, będąc jednocześnie świadkiem nadejścia
Nowej Ery.

Ameryka daje zielone światło na wojnę

Rosja i Stany Zjednoczone są głównymi stronami w Górskim Karabachu, Turcja jest graczem z drugiego szeregu, a Izrael nadal nie zajął jednoznacznego stanowiska w sprawie nowych napięć między Erywaniem a Baku – mówi Farszad Golzari, irański analityk polityki zagranicznej, dziennikarz specjalizujący się w sprawach bezpieczeństwa, w rozmowie z Władimirem Mitewem, redaktorem lewicowego portalu bułgarskiego Baricada.

Jakie są powody wybuchu konfliktu zbrojnego w Górskim Karabachu tej jesieni? W jakim stopniu chodzi tu o sprawy wewnętrzne (związane z dwoma krajami: Republiką Armenii i Republiką Azerbejdżanu), a w jakim regionalne i międzynarodowe?
Konflikt o Górski Karabach jest starą, historyczną raną. Ten problem tli się od czasów upadku państwa carów w 1917 roku i od wojny domowej w Rosji, po której Armenia i Azerbejdżan stały się ostatecznie republikami sowieckimi. Pod koniec lat 80., gdy władze tych republik zdały sobie sprawę, że Związek Radziecki wkrótce się rozpadnie, ponownie wybuchł kryzys. Ale typowo narodowościowe konflikty ciągle były sporadyczne. Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 r. ta stara rana odżyła, Azerbejdżan i Armenia stoczyły wojnę o Górski Karabach. Ostatecznie Armenii udało się przejąć nie tylko kontrolę nad samym regionem Górskiego Karabachu, ale także kilka prowincji Republiki Azerbejdżanu. W celu doprowadzenia do porozumienia utworzono Grupę Mińską, ale nie ma ona zbyt wielu osiągnięć. Natomiast w 1993 r., kiedy do władzy w Azerbejdżanie doszedł Hejdar Alijew (ojciec obecnego prezydenta Ilhama Alijewa), utworzone zostało Ministerstwo Niespodziewanych Wydarzeń, które było odpowiedzialne za prowadzenie sprawy Górskiego Karabachu. Konflikt wokół niego miał być narzędziem umacniania rządów rodziny Alijewów.
W ciągu siedemnastu lat prezydentury Ilhama Alijewa był prezydentem Azerbejdżanu, widzieliśmy, jak wielokrotnie podkreślał zagrożenie ze strony Górskiego Karabachu, utrzymywał armię w stanie gotowości. Trzymał mieszkańców kraju, w tym swoich przeciwników, azerskich nacjonalistów, w nieustannym cieniu wojny. Dlatego jedną z przyczyn nowego wybuchu starć są wysiłki samego Alijewa, który nie chce, by władza wymknęła mu się z rąk. Pojawiają się pogłoski, że Alijew chce zastąpić swoją żonę, a zarazem pierwszego wiceprezydenta Mehriban Alijewą swoim synem, gdy tylko ten będzie gotowy do wejścia do polityki. Zwycięstwo w Karabachu miałoby odwrócić uwagę opinii publicznej od tych manewrów. Z drugiej strony, jeśli przyjrzymy się sytuacji Alijewa, widzimy, że jego rząd był pod presją ludzi wysiedlonych z Karabachu oraz partii opozycyjnych. Członkowie partii Musawat, najstarszego ruchu politycznego Azerbejdżanu, założonego w 1911 roku, nieustannie naciskają Alijewa, pytają, co jego rząd zrobił, aby wyzwolić Górski Karabach, który stanowi 20 proc. terytorium kraju. Nie ma wątpliwości, że inicjatorem nowego konfliktu jest Azerbejdżan. Nie widzę powodów, by winić za niego Armenię.
W nowych napięciach uczestniczą oczywiście dwaj główni aktorzy, a mianowicie Rosja i Stany Zjednoczone. Graczem z drugiego szeregu jest Turcja, a Izrael odgrywa rolę ukrytego i uzupełniającego elementu, który nie zajął jeszcze oficjalnego stanowiska w sprawie nowych napięć. Działał inaczej, stosując naciski wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi. Tel Awiw i Waszyngton mają znaczące interesy wojskowe i energetyczne w Azerbejdżanie i starają się przyciągnąć Baku do siebie bardziej niż kiedykolwiek. 20 proc. ropy z Baku trafia do Izraela, a Stany Zjednoczone również potrzebują Azerbejdżanu, aby rozwijać siły NATO wobec ambicji Moskwy. Zielone światło Stanów Zjednoczonych i Izraela skłoniło Ilhama Alijewa do natychmiastowego nakazania ataku na pozycje Armenii.
Z drugiej strony – kiedy Nikoł Paszynian miał zostać premierem Armenii, to zajmował stanowisko antyrosyjskie i przynajmniej starał się zmniejszyć wpływy Rosji w Erewaniu. Nie ma wątpliwości, że Moskwa dobrze pamięta jego uwagi. Stąd cisza ze strony Rosji w pierwszych dniach konfliktu. Myślę, że Kreml rozlicza się teraz z Paszynianem i dał mu jasno do zrozumienia, że musi złagodzić swoje antyrosyjskie stanowisko.
W przypadku Turcji uważam, że jej działania w Syrii i Libii znalazły się w impasie. Większość terrorystów, którzy nadal znajdują się w syryjskim regionie Idlib, została przeszkolona przez Turcję. Recep Tayyip Erdogan i tureckie służby wywiadowcze (MIT) doskonale zdają sobie sprawę z zagrożenia bezpieczeństwa narodowego USA, jeśli tylko terroryści z Idlibu zechcą wrócić do Turcji. To są ludzie o różnych osobowościach i przekonaniach, potencjalnie niebezpieczni dla Turcji, Stanów Zjednoczonych, a nawet Europy. Przerzucając ich w inne miejsce, Turcja z jednej strony unika potencjalnego zagrożenia, z drugiej prowokuje nowe konflikty w oparciu o „politykę osmańsko-islamską”. To jest dalszy ciąg tendencji, w którą wpisywało się już przekształcenie Hagii Sophii z muzeum w meczet. Fakty te pokazują, że obecny konflikt jest bardziej międzynarodowy, aniżeli regionalny i krajowy.
Jakie jest znaczenie Armenii i Azerbejdżanu dla Iranu jako partnerów gospodarczych i geopolitycznych?
Profesorowie historii i nauk politycznych w Iranie postrzegają Azerbejdżan i Armenię nie tylko jako potencjalnych partnerów Iranu, ale wręcz jako „dzieci oddzielone od matki”. Związki kulturowe, religijne, historyczne i społeczne między Teheranem, Baku i Erywaniem istnieją od wieków. Chociaż Ormianie są chrześcijanami, mogą mieć obywatelstwo Islamskiej Republiki Iranu, artykuł 13 konstytucji daje im wszelkie gwarancje. Zgodnie z artykułem 64 irańskiej konstytucji, chrześcijanie ormiańscy na południu i północy mają po jednym przedstawicielu w parlamencie. Azerowie są również obecni na najwyższych stanowiskach rządowych, państwowych, religijnych i stanowią znaczącą część polityków i osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, działa wielu azerskich biznesmenów. Te powiązania są bardzo ważne, ale Republika Azerbejdżanu i tak uważa Iran za zagrożenie z trzech głównych powodów: dużego terytorium, większej armii i potencjału militarnego oraz przewagi demograficznej. Z tych powodów Baku skłania się ku Izraelowi, Stanom Zjednoczonym, Turcji i niektórym krajom europejskim. Azerbejdżan widzi w Iranie większe zagrożenie niż w Rosji.
Armenia w ogóle nie jest przedmiotem irańskiej strategii bezpieczeństwa i nie stanowi poważnego zagrożenia dla Teheranu. Z Iranem ma bardzo krótką granicę na rzece Aras. Z drugiej strony, Iran jest pomostem między Azerbejdżanem a Republiką Nachiczewanu, ma z Armenią żywe relacje handlowe.
Turcja jest głównym zwolennikiem Republiki Azerbejdżanu, Rosja, która ostatnio pośredniczyła między walczącymi stronami, eksportuje broń zarówno do Baku, jak i do Erywania. Iran również zaproponował, że będzie mediował między nimi, a kilka dni temu odrzucił zarzuty Baku, że dostarczył broń Armenii. Równocześnie Iran, Rosja i Turcja w trójstronnym formacie zajmowały się uregulowaniem konfliktu syryjskiego podczas rozmów w Astanie. Jak nowa eskalacja wpłynie na ich perspektywy współpracy?
Rola, jaką gra Ankara w relacjach ormiańsko-azerskich, jest dwuznaczna. Jeśli przyjrzeć się rynkom ormiańskim, można zauważyć, że bardzo duża część towarów importowana jest z Turcji, a armeńscy handlowcy nadal mają kontakt z Turcją. Ale jeśli zapytać władze tureckie, dlaczego w takim razie popierają Republikę Azerbejdżańską przeciwko Armenii, dają ci odpowiedź: polityka to jedna sprawa, a gospodarka to inna! Rosja? Tak, sprzedaje broń obu stronom, ale z racji bliskości religijnej zawsze będzie wspierała Armenię. Nie chce jednak za bardzo przechylić szali na jej korzyść, żeby być pewna, że za jakiś czas odzyska kontrolę nad władzami w Erywaniu.
Natomiast w kwestii oskarżeń pod adresem Teheranu o sprzedaż broni do Armenii uważa, że Azerbejdżan stosuje tutaj manewr z zakresu wojny psychologicznej, w celu zarządzania swoją wewnętrzną przestrzenią polityczną. To jest usprawiedliwianie własnych słabości poprzez akcentowanie, jak silny jest przeciwnik. Poza tym urabia się opinię publiczną na przyszłość: Azerowie mają uwierzyć, że Iran to ich wróg nr 1, jeżeli Stany Zjednoczone lub Izrael mają w przyszłości podjąć niebezpieczne działania przeciwko Teheranowi, opinia publiczna w Baku nie będzie się temu sprzeciwiać. To jest jeden polityczny plan!

Iran nie zerwie stosunków z Armenią dla dobra Azerbejdżanu, podobnie jak nie zerwie z Azerbejdżanem w imię relacji z Armenią. A format z Astany? Też nie sądzę, by te napięcia zmieniły współpracę Iranu z Turcją i Rosją. W obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, w interesie Turcji nie leży wyjście poza Astanę.
Pisał pan o terrorystycznych podmiotach politycznych takich jak Al-Kaida i ISIS. Jak przeniesienie z Syrii do Górnego Karabachu tureckich fundamentalistycznych bojowników/najemników zmienia stosunki międzynarodowe i bezpieczeństwo w regionie Kaukazu?
Większość dawnej tzw. Wolnej Armii Syryjskiej, jak również bojowników Al-Kaidy została przeniesiona do Azerbejdżanu. Z drugiej strony, według niepotwierdzonych informacji, część PKK znajduje się na terytorium Armenii, aby walczyć z siłami azerskimi.
Elementy tzw. brygady sułtana Murata, części dawnej Nusry (czyli Al-Kaidy w Syrii) zostały przerzucone do Baku przez Turkish Airlines. Lot nie odbył się bezpośrednio z Libii lub Syrii, lecz prawdopodobnie do Azerbejdżanu z Turcji. Syryjski oddział Al-Kaidy, który ma siedzibę w Idlibie i posługuje się obecnie nazwą Haras al-Din ma pochodzenie arabskie, członkowie jego rady centralnej są pochodzenia irackiego lub jordańskiego i wcale nie chcą opuszczać Syrii. Ale inni członkowie Al-Kaidy, którzy przybyli do Syrii z takich obszarów jak Czeczenia, Inguszetia, Dagestan, a nawet Uzbekistan i Tadżykistan, chcą walczyć na Kaukazie Południowym. To od 3 300 do 4 700 osób, a przekazanie tej ilości, a nawet połowy tej kwoty Azerbejdżanowi zmieni region Kaukazu w bombę zegarową.
Wiele krajów na całym świecie, w formie koalicji anty-ISIS lub indywidualnie, walczyło z terrorystami w Syrii z ziemi i z powietrza, a teraz Turcja transponuje to zagrożenie na Południowy Kaukaz. Będzie ono bardzo kosztowne i dla Iranu, i dla Rosji, Gruzji i Armenii, ale także dla Azerbejdżanu. Alijewowie konsekwentnie walczyli z ekstremistami i zamknęli budowane przez Saudyjczyków meczety wahhabickie, ale ta walka nie jest zakończona: nadal istnieją podziemne meczety. Islamski Emirat Kaukaski próbuje podnosić głowę w Czeczeni, od wahhabitów nie jest wolna Gruzja. Rosja i Iran mają doświadczenie w walce z terrorystami, ale nie sądzę, aby inne kraje Południowego Kaukazu były w stanie sobie z nimi poradzić. Tymczasem Ankara, jeśli nie osiągnie szybko spodziewanych sukcesów, może sprowadzić do Azerbejdżanu kolejną grupę ekstremistów, z obozu Orfa w południowo-wschodniej Turcji.
Jaka jest przyszłość dwustronnych stosunków turecko-irańskich po eskalacji konfliktu w Górskim Karabachu? Oba kraje mają dobre więzi gospodarcze, ale np. w Tebrizie protestowali Azerowie, którzy solidaryzowali się z Baku i chcieli zamknięcia granicy irańsko-armeńskiej…
Nie sądzę, aby te napięcia wpłynęły na stosunki między Ankarą a Teheranem, skoro do zerwania stosunków nie doprowadziły nawet dużo ostrzejsze różnice dotyczące Syrii. Co do tureckich Azerów, to ich protesty zostały rozdmuchane przez media, co uważam za prowokację mediów związanych z azerskim wywiadem (MTN). Azerów w Iranie o przekonaniach pantureckich, bliskich tureckim Szarym Wilkom, nie jest wielu.
Konflikt Armenii i Azerbejdżanu zdaje się tworzyć nieoczekiwane układy geopolityczne. Turcja i Izrael, które mają różne stanowiska w sprawie palestyńskiej i stoją po różnych stronach na Bliskim Wschodzie, wspierają Baku. Pakistan jest kolejną potęgą regionalną, która zadeklarowała wsparcie dla Republiki Azerbejdżanu, mimo że nie uznała państwa Izrael. Jednocześnie Armenia ma ogromną diasporę w Stanach Zjednoczonych, Francji, Rosji i na całym świecie. Jak wielkie jest niebezpieczeństwo dalszej eskalacji konfliktu i bezpośredniego zaangażowania militarnego Rosji, Turcji i innych państw w sposób, który już obecnie rozwija się w Syrii?
Wbrew powszechnemu przekonaniu, obecny spór izraelsko-turecki nie dotyczy Palestyny. Trzeba pamiętać, że w 2009 r. Erdogan, ówczesny premier Turcji, zaatakował prezydenta Izraela Szimona Peresa na szczycie gospodarczym w Davos i oskarżył go o zabijanie Palestyńczyków w Gazie. Wkrótce potem izraelscy komandosi przejęli turecki statek Marmara, który przewoził pomoc humanitarną dla ludności Gazy, i zabili około dziewięciu pasażerów. Abdullah Gul był w tym czasie prezydentem Turcji. On i Erdogan zwyczajnie wykorzystali ten epizod, by zyskać w oczach muzułmańskiej opinii publicznej. Wkrótce potem stosunki izraelsko-tureckie znowu stały się przyjazne, były przeprosiny i odszkodowanie. Dla Turcji kwestia palestyńska jest wyłącznie narzędziem. Ważniejsze są brak zgody Ankary wobec planów Tel Awiwu we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego i współpraca Grecji z Izraelem. Dewaluacja liry tureckiej i inflacja skłaniają Turcję do poszukiwania basenów energetycznych we wschodniej części Morza Śródziemnego, które mogłyby stanowić zagrożenie dla Izraela i jego sojuszników.
Co się tyczy wsparcia Izraela dla Azerbejdżanu – Tel Awiw stara się pozyskiwać ropę naftową i gaz poza państwami arabskimi, aby móc polegać na Azerbejdżanie w razie przypadkowego lub celowego wejścia w spór z którymkolwiek z państw arabskich. Rozumie się samo przez się, że Izrael stara się wywierać presję na Iran z Azerbejdżanu. 60 proc. broni wykorzystywanych przez Baku zostało dostarczone przez Izrael. Azerbejdżan używał izraelskich samobójczych samolotów bezzałogowych Harop w zeszłym tygodniu. – Izraelscy inżynierowie powinni być dumni z takiego produktu – powiedział Hekmat Hadżijew, doradca ds. międzynarodowych Ilhama Alijewa.
Z drugiej strony – ormiańskie lobby w Kongresie USA zajmuje szczególne miejsce po lobby izraelskim, saudyjskim i irlandzkim. Zastanawiam się, czy nie jest nawet ważniejsze niż saudyjskie. We Francji i ogólnie w Europie Ormianie są znacznie bardziej wpływowi niż Azerowie. Powodem znaczenia Armenii jest jej pozycja w centrum energetycznym regionu Kaukazu. Jeśli wojna w Górskim Karabachu ulegnie eskalacji, Ormianie oczekują, że francuska broń znajdzie się w ich rękach. Na nic więcej nie pozwoli Rosja, która nie pozwala mocarstwom zachodnim wejść do żadnego regionu, którego eksport gazu jest przez nią monopolizowany. Także w postaci sił pokojowych. Dlatego uważam, że konflikt realnie rozstrzygną między sobą Rosja i Stany Zjednoczone. Nawet jeśli premier Armenii i prezydent Azerbejdżanu przez rok będą prowadzili prywatne rozmowy, nie uda się osiągnąć żadnego rezultatu. Górski Karabach jest szachownicą mocarstw, a Baku i Erywań pionkami.
Teheran chce pokoju i oczekuje, że Moskwa uruchomi plan rdzennej straży granicznej z udziałem swoich sił i Iranu. Jest to ten sam plan, który został wdrożony w Syrii z udziałem sił tureckich i rosyjskich, gdzie wprowadzono żandarmerię wojskową i patrole w celu zapewnienia bezpieczeństwa wokół Idlibu i autostrady M4. Na razie możemy być pewni jednego: ta wojna spowoduje, że mafia zbrojeniowa zarobi istne miliardy dolarów, jednak koszta tego będą przeogromne.

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Skróty pochodzą od redakcji.

Polacy roznoszą covida

13 października Dania z dumą poinformowała, że odnotowano w tym dniu najniższą od prawie dwóch miesięcy liczbę nowych zachorowań na covid. Było tych przypadków poniżej 300. Litościwie nikt nie dodał, że co najmniej 25 z nich stanowili polscy budowlańcy zatrudnieni w Kopenhadze przez firmę Budomex.

14 października duńskie media doniosły, że po przebadaniu w minioną niedzielę 143 pracowników zatrudnionych przy budowie tzw. Carlsberg Byen (Miasto Carlsberg’a, kompleks budowany na terenie byłego browaru Carlsberg w Kopenhadze) u prawie pięćdziesięciu z nich stwierdzono covida. 25 z tej pięćdziesiątki to Polacy zatrudnieni przez Budomex.
Zakażeni polscy pracownicy zakwaterowani są razem z co najmniej 115 innymi Polakami w trzech położonych kilkadziesiąt kilometrów od Kopenhagi obiektach (nieczynna gospoda, stare gospodarstwo rolne i zamknięta szkoła), skąd dojeżdżają codziennie do pracy stłoczeni w niewielkich busach.
Władze oddzieliły zakażonych od zdrowych, których przeniesiono w inne miejsce. Chorymi zaopiekowała się służba zdrowia.
W pierwszych dniach września br. głośno było o innym przypadku masowego zarażenia koronawirusem, gdzie również głównymi „bohaterami” byli Polacy. W rzeźni firmy Danish Crown w miejscowości Ringsted, gdzie znaczną część zatrudnionych stanowili Polacy, stwierdzono wtedy ponad 150 przypadków zakażenia, spośród których znaczną część stanowili Polacy.
W rezultacie testom poddano ponad 1.300 pracowników koncernu ze wszystkich duńskich zakładów Danish Crown i po odizolowaniu chorych oraz wprowadzeniu zaostrzonych zasad bezpieczeństwa sytuacja została opanowana.
Już w wakacje podnosiły się głosy o tym, że mimo rozmaitych restrykcji wprowadzanych przez duńskie władze w związku z pandemią, polscy robotnicy zatrudnieni na Wyspach Duńskich bez przeszkód i bez jakiejkolwiek kontroli mogli wjeżdżać i wyjeżdżać z Danii.
Można przypuszczać, że ujawnione w tych dniach informacje w połączeniu z gwałtownym rozszerzaniem się zarazy w Europie spowodują, że lada chwila zostaną zaostrzone zasady wjazdu i kontroli zdrowotnej zatrudnionych w Danii cudzoziemców.

Znaczenie Boliwii

18 października, odbywały się w Boliwii przedterminowe wybory prezydenckie. Nie znamy wyników, ale wiemy, że będą oznaczały albo zakończenie rządów zmilitaryzowanej prawicowej kliki, która w listopadzie minionego roku dokonała zamachu stanu, odsuwając od władzy wybranego dopiero co na kolejną kadencję Evo Moralesa – albo kulminację tego zamachu i przypieczętowanie jego rezultatów, a także umocnienie reakcyjnej fali, która zagarnia kontynent od mniej więcej 2015 roku.

Na pierwszy rzut oka, na podstawie serii przedwyborczych sondaży, trudno się spodziewać, by startujący z namaszczeniem Moralesa kandydat jego partii MAS, były minister gospodarki w jego rządzie, Luis Arce, mógł te wybory przegrać. Niektóre przewidują dla niego ponad 40 proc. głosów, co oznaczałoby zwycięstwo w pierwszej turze. Inaczej niż w innych znanych systemach prezydenckich, konstytucja andyjskiej republiki nie wymaga w tym celu przekroczenia progu 50 proc. Wystarczy czterdzieści, pod warunkiem, że równocześnie osiągnięto przewagę co najmniej dziesięciu punktów procentowych nad następnym w kolejności kandydatem. Póki co, dwóch następnych w kolejności kandydatów (prawicowych), Carlos Mesa i Fernando Camacho, może się spodziewać po odpowiednio w okolicach 26 i 14 proc.
Znaki zapytania
Wszyscy jednak pamiętamy, że sondaże i rzeczywiste wyniki głosowań wzięły w naszej galaktyce rozwód. Trudno przewidzieć, jakie zaburzenia spowoduje pandemia koronawirusa. Może w dniu wyborów zdemobilizować niektóre elektoraty albo niektóre regiony kraju. Może też spowodować realne utrudnienia w oddawaniu głosów. Może też zostać w ostatniej chwili wykorzystana przez samozwańczy rząd Jeanine Áñez jako pretekst do stworzenia takich przeszkód ad hoc. Bo rządząca w wyniku zeszłorocznego zamachu stanu klika już trzy raz odwoływała wybory, by ogłaszać je potem ponownie, w innym terminie, przyciśnięta presją społeczną. Nie wiadomo, jakie sztuki poskręcała w kuluarach w czasie w ten sposób pożyczonym. Wiadomo natomiast, że sposób, w jaki przechwyciła rok temu władzę, a także to, co z tą władzą robiła przez miniony rok (ekonomiczne zwijanie kraju, przemoc wobec lewicy i dziennikarzy, w tym nawet masakry na ulicach miast), dają jej aż zbyt wiele powodów, by chwytać się teraz wszystkiego, w tym lekceważenia prawa i otwartej przemocy policyjnej i wojskowej, byle tej władzy nie oddać. Przemoc prawicowych bojówek już terroryzuje ulice niejednego miasta. Sam Arce zdaje sobie sprawę, że może być w realnym niebezpieczeństwie.
Kolejnym czynnikiem sprawiającym, że nic nie było przesądzone, jest ogłoszona niemal w ostatniej chwili (17 września) rezygnacja samej Áñez z kandydowania. Jest tak niepopularna (znalazła się na czele przewrotowego rządu tak przypadkowo, że nie ma wielu fanów nawet na prawicy), iż jej start oznaczałby tylko rozdrobnienie głosów prawicowych pomiędzy zbyt wielu zbyt słabych kandydatów. Ale trudno teraz powiedzieć, dokąd trafi osierocone po niej potencjalne 5 proc. głosów. Gdyby wszystkie zgarnął Mesa, przewaga Arcego może być za mała, żeby obeszło się bez drugiej tury.
Tak jak te wybory mogą być kulminacją zeszłorocznego zamachu stanu – tak sam ów zamach stanowił kulminację koordynowanej z Waszyngtonu, wysiadywanej cierpliwie już przez administrację Obamy, ale ostatecznie domkniętej przez Trumpa, reakcyjnej ofensywy, która zmiotła już w Ameryce Południowej prawie wszystkie rządy lewicowej „różowej fali”. Z oryginalnej „różowej fali” nieprzerwanie u steru pozostaje już tylko „boliwariański” rząd w Caracas, choć jest dzisiaj bladym i krzywym, jeżeli nie rozbitym, odbiciem swoich początków. Centrolewica wróciła do władzy w Buenos Aires, ale po bolesnym ultraneoliberalnym interludium pod postacią prezydentury Mauricio Macriego. Natomiast Lenin Moreno w Ekwadorze, choć wygrał wybory jako „następca i kontynuator” Rafaela Correi, już u władzy dokonał szokującej wolty i przeszedł na „złą stronę mocy”.
Republika środkowych Andów
Boliwia jest w Ameryce Łacińskiej zarazem wyjątkowa – i wyjątkowo typowa. Wyjątkowa, bo jest jednym z zaledwie dwóch (jeszcze tylko Paragwaj) państw na zachodniej półkuli, które nie mają dostępu do morza. Dostęp ten (pod postacią pasa lądu przeciągniętego na zachodnią stronę Andów) utraciła w wojnie, którą ona i Peru przegrały z Chile w 1883. Odcięcie andyjskiej republiki od wielkiej wody podniosło do kwadratu jej cechy typowo latynoamerykańskie, takie jak uzależnienie od pośredników zbijających kokosy na obrocie jej surowcami na rynkach światowych. A jest czym obracać, kiedyś metale szlachetne i przemysłowe, dzisiaj ropa, gaz czy lit. Mówimy o naprawdę bogatym w zasoby naturalne, dużym i geologicznie zróżnicowanym a słabo zaludnionym kraju – ponad trzy razy większa od Polski, Boliwia ma zaledwie 11 milionów mieszkańców. Byłoby co między nich dzielić, a jednak większość Boliwijczyków od setek lat żyła w dojmującej biedzie.
Inna cecha typowo latynoamerykańska, w Boliwii karykaturalnie przerysowana, to bowiem podział na etnicznie „tubylczą” biedotę i kontrolujące całe bogactwo i instytucje polityczne wąskie elity pochodzenia europejskiego, robiące interesy z amerykańskimi korporacjami. Prezydent Gonzalo Sánchez de Lozada mówił nawet po hiszpańsku z nieznośnym amerykańskim akcentem.
Kiedy Juan Evo Morales Ayma, znany na świecie pod dwoma środkowymi członami swojego pełnego nazwiska, wygrał w grudniu 2005 roku wybory i na początku stycznia 2006 został prezydentem, był to pierwszy raz w nowoczesnej historii, kiedy boliwijski lud na najwyższym urzędzie w państwie, w Palacio Quemado w La Paz, zobaczył człowieka, który wygląda i mówi jak oni. Przywódca związkowy, Indianin Ajmara, mówiący oprócz hiszpańskiego językami ajmara i keczua, wychowany w domu z gliny, rolnik hodujący lamy i uprawiający tradycyjną w Andach kokę.
Przezwyciężyć neoliberalizm
Z dyplomatycznych przecieków opublikowanych przez WikiLeaks wynika dość jasno, że Morales był drugim po Chavezie najbardziej znienawidzonym przez Waszyngton przywódcą „różowej fali” – i drugim najaktywniej przez Waszyngton podminowywanym. Zaczęło się zanim nawet przejął władzę, kiedy dopiero kandydował: amerykańscy dyplomaci w La Paz już pisali do centrali o ubiegającym się o władzę „nielegalnym farmerze koki”, bardzo niebezpiecznym. Waszyngton przeczuwał, że jego dojście do władzy może w Boliwii oznaczać koniec neoliberalizmu. W Boliwii oznaczał on przede wszystkim prywatyzację (czyli przekazywanie głównie amerykańskim korporacjom) kolejnych naturalnych zasobów i usług publicznych w kraju, od telekomunikacji po wodę. Ta ostatnia doprowadziła do słynnych protestów w Cochabambie znanych jako „wojna o wodę” (1999-2000). Kolejna z serii prywatyzacji doprowadziła w pierwszych latach XXI wieku do zrywu (tym razem „wojny o gaz”), który złożył się na falę społecznego oporu, jaka ostatecznie wyniosła Moralesa do władzy.
Jankesi mieli rację, Morales przyszedł do Palacio Quemado, żeby położyć kres dwudziestoleciu neoliberalnej grabieży kraju. Pierwszą amerykańską reakcją było: zakręcimy kran z międzynarodowymi kredytami (z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju). Ale Morales nie chciał dla Boliwii więcej takich kredytów, widząc w nich instrument wiążący ręce rządom krajów globalnego Południa.
Socjalizm, Indianie i Matka Ziemia
Warto tutaj może przytoczyć pełną nazwę MAS. Trzy pierwsze litery oznaczają Movimiento al Socialismo, Ruch na rzecz Socjalizmu, ale potem jest jeszcze drugi człon: Polityczny Instrument Suwerenności Ludów. Morales mówił o socjalizmie nie z przyzwyczajenia właściwego wypranym z idei socjaldemokracjom europejskim. Nie mylił go z drobnymi korektami panującego systemu, które na ogólne kapitalistyczne ramy nie próbują się nawet porywać.
Morales wielokrotnie – również po przejęciu władzy, również na arenie międzynarodowej – mówił o konieczności przekroczenia i przezwyciężenia kapitalizmu jako reżimu, który swoją żarłoczną pogonią za zyskiem morduje naszą żywicielkę, Matkę Ziemię. Jej granice i moce odtwarzania naturalnych bogactw, w przeciwieństwie do apetytów kapitału, są skończone, ograniczone, nierozciągalne. Pachamama – tego słowa używał, mówiąc o niej. Słowa zaczerpniętego z autochtonicznych języków ludów swojego kraju, słowa za sprawą dyplomacji jego rządu włączonego do dyskursu instytucji międzynarodowych.
Pięknoduchostwo? Jak na pięknoducha, a może właśnie dzięki temu, że nim jest, Morales udowodnił przez kilkanaście lat, że potrafi się też zająć sprawami, nomen omen, przyziemnymi. Zanim doszedł do władzy, Boliwia była notorycznie nie tylko jednym z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej, ale także jednym z tych o konsekwentnie najniższym wzroście gospodarczym. Przez kilkanaście lat rządów Moralesa roczny PKB jego kraju wzrósł ponad czterokrotnie, a w pięciu spośród tych lat Boliwia zajęła pierwsze miejsce w regionie pod względem tempa wzrostu.
Pytany na międzynarodowych forach przez polityków z sąsiednich państw, jak to zrobił, jak można w latynoamerykańskich warunkach uzyskiwać tak długo takie tempo wzrostu, odpowiadał: to proste, trzeba znacjonalizować kluczowe bogactwa naturalne i traktować dostęp do podstawowych usług społecznych jak prawo człowieka.
Morales naprawdę tak to właśnie czynił. Jego rząd nacjonalizował zasoby, z zasady wykluczał z dostępu do nich korporacje amerykańskie, a z zysków finansował ogólnonarodowe programy społeczne, zatrudnienie i wzrost płac. Dzięki tym programom skutecznie walczył z analfabetyzmem i wyprowadzał z biedy swoich indiańskich braci i siostry, oferując im jednocześnie awans symboliczny i godnościowy wykraczający daleko poza odwołania do Pachamamy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.
Przyznał im status równoprawnych narodów Boliwii. Nowa konstytucja z 2009 przemianowała kraj na Wielonarodowe Państwo Boliwii, odtąd także oficjalnie świeckie. Morales zrównał tradycyjną flagę andyjskich Indian, tęczową mozaikę znaną jako wiphala, z dotychczasową flagą narodową ustanowioną przez białe elity; uczynił ich języki urzędowymi a także otworzył przed indiańskimi społecznościami przestrzeń kontroli nad ich lokalnymi sprawami. Wiele indiańskich kobiet dopiero pod jego rządami mogło bez wstydu udać się do urzędu w najbliższym mieście w swoim normalnym, codziennym, tradycyjnym stroju i załatwić tam swoje sprawy nie udając kogoś innego. Morales stawiał czoła amerykańskiej „wojnie z narkotykami”, widząc w niej pretekst do amerykańskiego gmerania w wewnętrznych sprawach innych państw i broniąc praktyk wpisanych głęboko w kulturę żujących kokę społeczeństw wysokich Andów. Bywało, że oferował liście koki swoim oficjalnym gościom.
Morales wprowadzał zmiany w trybie postępujących reform, a nie rewolucji, ale pod wieloma względami był i tak najbardziej radykalnym przywódcą „różowej fali”. Inaczej niż Lula (łączy ich brak akademickiego wykształcenia), nie bał się nazywać kapitalizm i stosunki klasowe po imieniu. W przeciwieństwie do Luli w Brazylii, rozumiał, że fantazja o wyrównaniu nierówności wygenerowanych przez kapitalizm bez naruszenia samego kapitalizmu, w pakcie z samym diabłem, czyli z oligarchami, jest na dłuższą metę marzeniem ściętej głowy. W przeciwieństwie do Chaveza, rozumiał, że to samo dotyczy wyrównywania tych nierówności w nieskończoność dochodami ze sprzedaży jednego surowca na kapryśnym rynku światowym. Więcej: rozumiał, że sam model gospodarki polegający na ekstrakcji surowców energetycznych i niczym więcej, jest problemem a nie rozwiązaniem.
Imperium krytyki
Łączył emancypację nowoczesną, za punkt odniesienia mającą dążenie do socjalizmu, z przywracaniem godności, rewindykacją potencjałów przednowoczesnych przekonań, systemów wartości i podmiotowości ludów dotychczas – przez minionych pięćset lat – kolonizowanych, traktowanych jako przedmiot historii kształtowanej przez białego człowieka. Elokwencja tej kombinacji sprawiała, że był głosem ludu nie tylko boliwijskiego, ale i innych niegdyś skolonizowanych społeczeństw globalnego Południa.
A jednak krytyka spotykała go nie tylko ze strony globalnych elit neoliberalnych i lokalnych elit rasistowskich, ale także światowej lewicy. Ta opisująca się jako „radykalna”, „antysystemowa” czy „ekologiczna” – choć był w praktyce bardziej radykalny od Chaveza i Luli – miała mu za złe, że nie „rozwiązał” od razu burżuazji, nie ustanowił z dnia na dzień doskonale neutralnego klimatycznie komunizmu, albo że nie ma żadnej różnicy między sprzedawaniem surowców korporacjom amerykańskim a dostarczaniem ich Chinom. Ta bardziej centro- i „antyautorytarna”, że nie oddał władzy po dwóch kadencjach, nie przejmując się tym, że zarówno jego ruch, jak i większość Boliwijczyków, chcieli, by kontynuował urząd.
Vijay Prashad, indyjski historyk i dziennikarz z The Tricontinental Institute krytykował wielokrotnie szczególną szkodliwość takiego braku solidarności europejskiej i amerykańskiej lewicy, która zza klawiatur swoich komputerów zawsze wie lepiej, bo nic nie ryzykuje. Lekceważy materialne i społeczne ograniczenia, jakim rządy zacofanych, słabych, peryferyjnych krajów muszą stawiać czoła. Odziedziczyły po minionych pokoleniach strukturę gospodarki, której nie zmienią z dnia na dzień, wypowiadając tylko takie życzenie, a społeczną transformację trzeba jakoś sfinansować i wykonać jakimiś realnymi siłami. 11-milionowa republika w Andach dysponuje mniejszymi siłami i funkcjonuje w innym międzynarodowym otoczeniu niż Francja czy Niemcy. Dla ruchów emancypacyjnych globalnego Południa taka niecierpliwa i nielojalna lewica bywa de facto takim samym ciężarem jak jawni wrogowie.
Skoro już się skrzywiła na widok nieczystości materii na jego dłoniach, ogromna część takiej lewicy za dobrą monetę przyjęła też inne wątki międzynarodowej neoliberalnej ofensywy propagandowej wymierzonej w Moralesa. Autorytaryzm! Zamachy na wolności obywatelskie! Ataki na opozycję! Ekspulsje dyplomatów!
Dobra, dobra – ale co to tak konkretnie za opozycja? Co to za dyplomaci?
„Dyplomaci” Waszyngtonu
Od samego początku – odkąd okazało się, że Moralesa nie uda się przywołać do neoliberalnego porządku znaną metodą na kredyty z MFW, amerykańscy dyplomaci w La Paz spiskowali z najbardziej reakcyjnymi elementami boliwijskiej prawicy i oligarchii (wiemy to dzięki WikiLeaks), otwarcie rozważając rozpętanie przemocy na ulicach, możliwości obalenia rządu czy scenariusze „na wypadek” śmierci Moralesa. Doprowadziło to do ogłoszenia amerykańskiego ambasadora Philipa Goldberga persona non grata we wrześniu 2008.
Skoro nie udało się międzynarodowymi kredytami, instrumentem koordynującym próby sabotowania rządów Moralesa stała się amerykańska agencja służąca „pomocą rozwojową”, USAID. Ponieważ Morales nie godził się na stawianie mu warunków w rodzaju, jaką politykę ekonomiczną może prowadzić, zaczęła ona obchodzić rząd w stolicy i paktować z politykami we władzach regionów. Szczególnie tych, w których istniały silne prawicowe tendencje separatystyczne; tych, z których lokalnymi elitami można było knuć małe prawicowe rebelie; tych, w których było sporo białych studentów z zamożnych rodzin, na których uliczną energię i gardłowanie o „dyktaturze Moralesa” można było liczyć. Koniec końców, w 2013 USAID również została wydalona z Boliwii.
Dziś trudno mieć wątpliwości, że siłą, która w takich warunkach utrzymywała parasol bezpieczeństwa nad lewicowymi rządami w mniejszych państwach kontynentu, była Brazylia pod rządami Luli da Silvy i Dilmy Rousseff. Wówczas krytykowana za regionalny imperializm, używała jednak swoich gospodarczych i szybko rozwijanych militarnych muskułów także w tym celu, by skutecznie uniemożliwiać Waszyngtonowi obalanie lewicowych rządów w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Dlatego Amerykanie włożyli tak wiele cierpliwego wysiłku w przygotowanie z brazylijskimi oligarchami śledztwa Lava Jato, impeachmentu Rousseff i uwięzienia Luli na czas wyborów prezydenckich, by mógł je wygrać Jair Bolsonaro. Załamywać zaczęły się wówczas i pozostałe lewicowe rządy w Ameryce Południowej.
Skradziona republika godności
Kiedy w listopadzie 2019 prawica obaliła w Boliwii rząd MAS, brazylijski ambasador był nawet w pokoju, w którym przejmująca władzę klika postanowiła, że Moralesa zastąpi Madame Áñez. Nie była nawet liderką oligarchicznej opozycji, po prostu nikogo lepszego nie było akurat pod ręką, a czas naglił. Brazylia Bolsonaro poparła zamach stanu w zamian za tańsze niż za Moralesa dostawy boliwijskiego gazu dla Petrobrasu. Jednak kluczowe były najpewniej kolosalne boliwijskie złoża litu (70 proc. światowych zasobów) potrzebne korporacjom amerykańskim na baterie „zielonego kapitalizmu” przyszłości. Rolę, którą korporacja AT&T odegrała w zamachu stanu w Chile w 1973 roku, w Boliwii roku 2019 odegrała Tesla. Jej pozujący na wizjonera prezes Elon Musk przyznał to otwarcie na Twitterze.
Brała w tym też udział zdominowana przez Waszyngton Organizacja Państw Amerykańskich, która sfabrykowała raport kwestionujący wyniki wyborów prezydenckich z 20 października 2019. Raport został później obalony, między innymi przez amerykańskich badaczy – ale wtedy było już za późno. Oligarchiczna, neoliberalna prawica zdążyła go wykorzystać jako pretekst do wywołania brutalnych zamieszek, które zmusiły Moralesa do rezygnacji nie tylko z kolejnej kadencji, którą właśnie zdobył wyborczym zwycięstwem, ale nawet przed wygaśnięciem kadencji, która miała trwać do końca 2019 roku.
Udziału za to w żaden sposób – choćby zabierając głos – nie wzięła większość europejskiej i amerykańskiej lewicy. Znieczulona naiwnym i powierzchownym „autorytaryzmem” neoliberalnego mainstreamu, postanowiła temu mainstreamowi uwierzyć. Także w to, że rasistowskie, paramilitarne bojówki podpalające na ulicach miast indiańskie wiphale to „demokratyczna opozycja” protestująca przeciwko „dyktaturze” i „sfałszowanym wyborom”. Były wyjątki – Jeremy Corbyn, amerykańskie pismo „Jacobin” – ale były to wyjątki.
11 listopada Morales został ewakuowany do Meksyku przez lewicowego prezydenta kraju, Lopeza Obradora. Nie było pewne, że ta operacja się powiedzie. Amerykanie zmobilizowali wszystkie prawicowe rządy w Ameryce Południowej, żeby zamknęły przed nim przestrzeń powietrzną lub pomogły go przechwycić. Obecnie Morales przebywa w Argentynie – dyktatura Áñez zapewniła, żeby sądy nie pozwoliły mu już tym razem startować. Gdyby wrócił do kraju, mógłby stracić życie. Dlatego z ramienia MAS startuje Luis Arce.
W ostatnich dniach na wielkiej przestrzeni wokół La Paz, Cuzco, Santa Cruz i Cochabamby, pomiędzy Andami i Amazonią, rozstrzygnęło się znacznie więcej niż tylko przyszłość jednego odległego kraju o populacji porównywalnej z Czechami. Rozhulana przez Imperium Dolara wielka reakcyjna fala zalewająca zachodnią półkulę albo nabierze rozpędu, albo rozbije się w końcu o przeszkodę i doda innym, którzy z nią walczą, otuchy i siły.

Zakaz aborcji czyli hańba domowa

Przy lekturze tej książki towarzyszyła mi mieszanka takich odczuć jak oburzenie, irytacja, wściekłość i właściwie poczucie bezsilności. Zakaz aborcji, temat to jak wiadomo, w Polsce nie nowy, powracający jak stan zapalny od 28 lat. To nieustające, boyowskie Piekło Kobiet, z przerwami aktualne od 85 lat.

Przypomnę pokrótce, dla porządku: tuż po przełomie 1989 roku, zanim jeszcze na dobre uformowały się struktury nowego, demokratycznego państwa polskiego, zanim jeszcze, w rezultacie wyborów 4 czerwca, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kościół katolicki dał sygnał do szturmu politycznego na prawa kobiet i otwarcie wezwał do zniesienia ustawy z kwietnia 1956 roku zezwalającej na aborcję. Hierarchowie i proboszczowie nie cofnęli się przy tym przed kłamstwem, przed manipulacją. Głosili wszem i wobec, wbrew faktom, że ustawa z 1956 roku to prawo stalinowskie, choć w rzeczywistości był to jeden z aktów destalinizacji, o czym świadczy także data jej uchwalenia na fali odwilży przedpaździernikowej. Władze stalinowskie zachowały bowiem przedwojenne prawo antyaborcyjne zawarte w ustawie z 1932 roku. Przez cały okres stalinowski (1945-1955) aborcja, a raczej „spędzanie płodu” jak to wówczas określano, była więc w Polsce zakazana. W 1989 roku Kościół znalazł wśród posłów i senatorów „solidarnościowych” pokaźny szereg (ściślej biorąc: miażdżącą większość) promotorów wprowadzenia totalnego zakazu aborcji. W tej walce, która toczyła się przez ponad trzy lata, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia maksimum. W krańcowych wariantach rozważano nawet wprowadzenie zakazu niektórych środków antykoncepcyjnych, w szczególności pigułek oraz spiral domacicznych, a także wprowadzenia przymusu regularnych, kontrolnych badań ginekologicznych, na podobieństwo praktyk w Rumunii Nicolae Ceausescu. W dążeniu do maksymalnych restrykcji Kościół zlekceważył nawet sensowny projekt wybitnego przedstawiciela inteligencji katolickiej, człowieka o nieposzlakowanej moralności, ojca wielodzietnej rodziny, Andrzeja Wielowieyskiego. Proponował on pozostawić kobietom prawo do wyboru, czy chcą czy nie chcą utrzymać ciążę, przy jednoczesnym wprowadzeniu dla nich obowiązku dwukrotnej konsultacji psychologiczno-lekarskiej. Ten mechanizm na pewno spowodowałby dobrowolne wycofanie się wielu ciężarnych z zamiaru poddania się zabiegowi aborcji. Kościół odrzucił to rozsądne rozwiązanie, a jednocześnie odwrócił się od kręgów światłej inteligencji katolickiej skupionej wokół „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, znajdując sobie sojusznika w radykalnych fanatykach katolickich. I tak jest do dziś, choć trzeba mieć nadzieję, że Czarny Protest z 3 października choć trochę otrzeźwi Kościół i umiarkowanych katolików (bo fanatyków od Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego i „Ordo Iuris” już nie).
Jednak emocje polityczne, hasła i zawołania bojowe, spory aktywistów pro-life i pro-choice, projekty i kontrprojekty ustaw dotyczących tej kwestii, to jedno, a konkretna, bardzo życiowa rzeczywistość, która dramatycznie dotykała i dotyka tysięcy kobiet padających ofiarami opresyjnego prawa i opresyjnych postaw wielu lekarzy, to drugie. Książka składa się z dziewięciu rozmów, które Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin przeprowadziły z kobietami, które stanęły cieleśnie i psychicznie przed problemem niechcianej ciąży, zazwyczaj ciąży chorej. Wiem, że to słowo jest zdewaluowane, ale mogę określić te rozmowy jako „wstrząsające”, przerażające świadectwa kobiet, świadczące o tym w jak zacofanym obyczajowo żyjemy kraju. Tę książkę powinni przeczytać wszyscy, dla których jest ważna – często z krańcowo przeciwnych powodów – kwestia prawnej regulacji kwestii przerywania ciąży. Ja tej książki nie rekomenduję, ja nakazuję jej lekturę.
„Dziewięć rozmów o aborcji”, Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str. 258, ISBN 978-83-7700-284-1

Zjazd polskich ambasadorów

Nguyễn Thế Thảo, były prezydent Hanoi został wybranym przewodniczącym Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej podczas wrześniowego IV Zjazdu.

W czasie jego obrad stu siedemdziesięciu delegatów, reprezentujących ponad cztery tysiące członków, podsumowało dotychczasową działalność Towarzystwa i wybrało nowy Zarząd na lata 2020 -2025.

Towarzystwo Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej zrzesza absolwentów polskich uczelni i osoby stale współpracujące z Polską. Są bardzo wpływowym pro polskim lobby w Wietnamie. Aktywnymi, społecznymi ambasadorami Polski w Wietnamie, co podkreślił w swym przemówieniu obecny na Zjeździe polski ambasador w Wietnamie Wojciech Gerwel.

Nowy przewodniczący Towarzystwa jest absolwentem Politechniki Krakowskiej. Był gubernatorem prowincji Bắc Ninh, posłem wietnamskiego parlamentu, przewodniczącym parlamentarnej grupy wietnamsko- polskiej. W latach 2007 -2015 był prezydentem stolicy Wietnamu – Hanoi.

W skład nowego Zarządu wybrano też: pierwszego wiece prezesa Hồ Chi Hung, wiceprezesa, sekretarza generalnego Tu Duc Hoa, oraz wiceprezesów: Truong Tân Vien, Nguyen Thanh Ha, Nguyen Văn Than i Tran Vu Binh.

„Trybuna” gratuluje wyboru Prezesowi Thảo i nowemu Zarządowi Towarzystwa.

Ustępującemu Zarządowi z Prezesem Phạm Khôi Nguyên dziękujemy za dotychczasową współpracę i wieloletnie budowanie mostów przyjaźni między Polakami i Wietnamczykami.

Sushi con carne

Jarosław Kaczyński, wicepremier, dał głos w kwestii międzynarodowej. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” zapowiedział, że są tacy co na nas dybią. „Mamy do czynienia z próbą odebrania nam suwerenności” – powiedział prezes, mając na myśli Unię Europejską. „A dziś instytucje Unii Europejskiej, jej przeróżni urzędnicy, jacyś politycy, których Polacy nigdy nigdzie nie wybierali, żądają od nas byśmy zweryfikowali całą naszą kulturę, odrzucili wszystko, co dla nas arcyważne, bo im się tak podoba” – snuł swą opowieść Kaczyński, de facto ogłaszając Polexit.
Choć może nie do końca, bo prezesowi chodziło o to, żeby Unia odczepiła się od praworządności u nas i na Węgrzech i przestała truć o pieniądzach unijnych uzależnionych od tego, czy w Polsce sędziów będzie wybierał PiS, czy nie PiS. Kaczyński powiedział więc, że „Będzie weto. Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronić żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus. I tak będziemy działać wobec każdego, kto będzie stosował wobec nas jakieś wymuszenia”.
Dlaczego Prezes-wicepremier to powiedział? Bo mógł, a na dodatek wiedział, że Unia na taką wypowiedź zareaguje nijak. Zdawał sobie sprawę z tego co „Sushi” pisało tydzień temu, czyli, że od głosów Polski i Węgier zależy to czy Unia załatwi kasę na wielusetmiliardowy Fundusz Odbudowy i będzie miała od stycznia budżet. Kaczyński wie, że może wygadywać największe głupoty i Polsce włos z głowy nie spadnie. Bez głosów Polski i Węgier pozostałe 25 krajów byłoby w bardzo niefajnej sytuacji finansowej. Unia nie będzie więc umierała za sędzię Morawiec. Będzie za to traktowała kraj rządzony przez PiS jak kupę. Tę, której nie można dotknąć, bo zacznie śmierdzieć. Bruksela wie, że rządy populistów w Polsce kiedyś się skończą. Dlatego korzysta ze starej mądrości chińskiej mówiącej co trzeba zrobić z wrogami, których nie można pokonać. Siada się wtedy nad rzeką i patrzy w jej nurt, czekając kiedy dostrzeże się w nim trupy tychże wrogów. Takie zwycięstwo wymaga bowiem nie krwi, ale cierpliwości i pozwolenia rządowi Morawieckiego na robienie tego, co robi. Czyli jednej głupoty za drugą.

Swiatłana Ciechanauska tuż po ucieczce na Litwę wyglądała na osobę śmiertelnie przestraszoną i sterroryzowaną. Wzywała do spokoju. W łukaszenkowskim więzieniu był jej mąż, a bezpieczeństwo jej dzieci zależało od widzimisię szefującego Białorusi dyrektora kołchozu.
Po dwóch dniach Ciechanauska objawiła się już jak „Wolność prowadząca lud na barykady”. Była kwitnąca, odważna i wzywała do demonstrowania.
Co się wydarzyło w tym czasie? Przecież status jej męża się nie zmienił, a dzieci też nie dostały ochroniarzy z amerykańskiej Secret Service?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba spojrzeć na mapę i pogadać z Białorusinami. Pokrewieństwo języków Rosjan i Białorusinów to nie jedyna więź łącząca oba państwa. Jest też kwestia ekonomii, obronności i oczywiście kultury.
Rosją rządzi Władimir Władimirowicz. Ponoć Łukaszenka zawsze działał mu na nerwy. Polityka Rosji wymaga jednak, żeby zawsze wspierać tych, których się wspierało, a nie robić jak Amerykanie z Kurdami. Dlatego Putin Łukaszenkę poparł. Nie byłby jednak politykiem rosyjskim, gdyby nie widział co się święci i nie prześwietlił Ciechanauskiej. Zawsze lepiej mieć zawczasu kilka rozwiązań w zanadrzu.
Putin musiał być jednak pewien, że nieprzewidziany scenariusz białoruski nie zagrozi interesom rosyjskim. Ciechanauska, jak każdy normalny Białorusin czy Białorusinka, nigdy antyrosyjska nie była. „Sushi” jest dziwnie przekonane, że niedoszła prezydent Białorusi powiedziała to wysłannikowi Putina, a kto wie, czy nie jemu samemu przez telefon. Czy usłyszała gwarancje bezpieczeństwa dla siebie, męża i dzieci? Czy Putin przekonał się, że z Ciechanauską „można robić interesy”? Odpowie przyszłość. Teraźniejszość jednak jest taka, że Łukaszenka wsparcia Moskwy nie czuje. Wtedy pozwalałby ludziom tupać na ulicach jak robią to Kaczyński i Orban. Tuptanie demonstrantów władzy bowiem nie szkodzi. Łukaszenko widać nie ma komfortu pewności i siły, bo demonstrantów pacyfikuje.
Pacyfikacje zaś w przeciwieństwie do olewania demonstrantów, zawsze w historii powodowały, że opór tłumów tylko rósł. Oczywiście Putin kwestię białoruską wygra tak czy owak, czyli stawiając właśnie na Ciechanauską i tworząc wraz z nią z Białorusi „drugą Finlandię”. Za unijne pieniądze, ale z rosyjskimi bazami

Polski sinolog Michał Boym pionier polsko-chińskich kontaktów (część II)

Wybitny polski sinolog, dyplomata oraz pisarz Edward Kajdański zmarł 10 września 2020 roku. Jedynym z najważniejszych dzieł, których był autorem to opracowanie o Michale Boymie. Oto historia nauki polskiego misjonarza i orientalisty Michała Boyma, która została opisana przez Edwarda Kajdańskiego oraz chińskich uczonych.

Michał Boym urodził się we Lwowie. Jego ojciec był nadwornym medykiem króla Zygmunta III Wazy. Boym również interesował się medycyną. Dlatego po przybyciu do Chin, próbował zgłębić tajniki medycyny chińskiej. Jego najważniejszą zasługą w upowszechnianiu w Europie wiedzy o Chinach były właśnie przeprowadzone przez niego dogłębne studia nad medycyną chińską i stosowanymi w niej lekami. Był pierwszym Europejczykiem, który usystematyzował wiedzę w tym zakresie, jednak jego osiągnięcia zostały docenione przez europejską naukę dopiero dużo, dużo później.
Profesor Zhang Xiping uważa, że dokonania Boyma należy rozważać w następujących aspektach: Boym jako pierwszy Europejczyk, który przedstawił Zachodowi Kanon medycyny wewnętrznej Żółtego Cesarza („Huangdi Neijing”) i Kanon pulsu („Mai Jing”), Boym jako autor dzieła o chińskiej medycynie Clavis medica ad Chinarum doctrinam de pulsibus („Klucz do chińskiej doktryny medycznej”), które zainicjowało naukowe badania ludzi Zachodu nad tą dziedziną oraz Boym jako ten, który zapoznał Europę z chińskimi roślinami i ich leczniczymi właściwościami.
„Proszę zwrócić uwagę, jakie tu są dokładne opisy!”
Powiedział profesor Zhang Zhenhui, otwierając opasły tom Dzieł Michała Boyma na rozdziale XV, w którym czytamy:
„Jeśli puls pacjenta uderza raz i się zatrzymuje, oznacza to że chory może umrzeć następnego dnia; jeśli puls uderza dwa razy i się zatrzymuje, to oznacza, że chory może umrzeć po trzech dniach – to przecież dokładnie tak samo, jak napisano w Kanonie pulsu”.
Gros spuścizny Boyma to pisma poświęcone medycynie chińskiej. I to właśnie ich tłumaczenie sprawia największe kłopoty. Pomijając to, że już same teorie i koncepcje chińskiej medycyny są trudne do zrozumienia, do tego dochodzi cała terminologia i nazewnictwo, które Boym spisał po łacinie. Należy, zatem, najpierw te nazwy rozpoznać i przyporządkować je do pierwotnych chińskich pojęć.
Edward Kajdański, aby uporać się z tym przekładem, wielokrotnie przyjeżdżał do Pekinu weryfikować angielskie tłumaczenia prac z zakresu chińskiej medycyny z ich chińskimi oryginałami oraz na konsultacje ze specjalistami.
„Owszem, podczas mieszkania w Harbinie chodziłem nawet do chińskich lekarzy i wiedziałem mniej więcej, na czym polega różnica między chińską a europejską medycyną, ale nie tak dalece, by móc tłumaczyć jego prace” Stwierdził Kajdański. Uważał on, że skoro dzisiaj chińska medycyna jest tak popularna i powszechnie stosowana na całym świecie, tym bardziej nie powinniśmy zapominać o jej wybitnym europejskim pionierze.
Jedyne dzieło Boyma, które zostało wydane drukiem za jego życia, w 1656 r., to Flora Sinensis („Chińska flora”). Przedstawił w nim 31 dalekowschodnich gatunków roślin i zwierząt. I w tym przypadku opatrzył je własnoręcznie wykonanymi rycinami, które do dziś stanowią cenne źródło informacji.
Również profesor Zhang Xiping z ogromnym uznaniem wypowiada się na temat dorobku polskiego misjonarza na tym polu: „W 1753r. szwedzki botanik, Linnaeus wydał studium „Species Plantarum”, w którym opisał zaledwie 37 gatunków chińskich roślin, a więc niewiele więcej niż autor Flora Sinensis równo wiek wcześniej. Jest to niezbity dowód na to, jak zaawansowane były prace Boyma”.
Wang Yongjie, uczony młodego pokolenia, z Wydziału Historii na Uniwersytecie w Zhejiangu, wykonał badania nad „Atlasem Chin”. Wang Yongjie powiedział:
„Jedną z najważniejszych zasług Boyma dla zachodniej sinologii było to, że sporządził mapy Chin z uwzględnieniem długości i szerokości geograficznej. Przy czym Boym nie był jedynym Europejczykiem, który opracowywał mapy. Byli też inni, znani kartografowie, jak choćby współczesny mu, słynny Martino Martini. Atlas Martiniego został oficjalnie wydany w 1655 r., a atlas Boyma zamknięto w labiryntach watykańskiej biblioteki i przez wieki nie ujrzał on światła dziennego”.
Atlas Boyma obejmuje 15 prowincji (m.in. Zhejiang, Fujian, Sichuan), mapę całych Chin, mapę wyspy Hainan, mapę północno-wschodnich Chin. Boym jako pierwszy wskazał, że Kataj Marco Polo to China Portugalczyków; również jako pierwszy przedstawił właściwe położenie wielu chińskich miast, umieścił dokładne nazwy miejscowości, w tym nawet nazwy powiatów, uwzględniając podział administracyjny; nakreślił przebieg Wielkiego Muru; Koreę oznaczył jako półwysep, a nie, jak powszechnie uważano, wyspę; naniósł na mapy pustynię Gobi.
Dr. Wang Yongjie podsumował Atlas Chin Boyma następująco:
„Wyróżniają go trzy cechy: po pierwsze, dokładność nazw miejsc, w tym nawet nazw powiatów; po drugie barwne, piękne ilustracje przedstawiające obyczaje mieszkańców Chin, cesarskie ceremonie, rośliny i zwięrzęta i po trzecie informacje na temat zasobów naturalnych.
Poza studiami nad chińska medycyną, florą i topografią, Boym wiele czasu poświęcił na zgłębianie chińskich zwyczajów, obyczajów i kultury. Opisał m.in. system polityczny w dawnych Chinach, stroje, architekturę, filozofię i religie. Szkoda, że jego dorobek jest tak mało znany – zarówno przez Chińczyków, jak i Polaków. Profesor Zhang Zhenhui zauważył z żalem:
„Obecnie nazwisko Boyma znane jest głównie specjalistom. Jeśli słyszał o nim ktoś, spoza tego kręgu, to zazwyczaj o jego poselstwie od cesarza Chin do papieża. Ale według mnie, nie to w tej całej historii jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że on przedstawił Zachodowi cywilizację chińską”.
Mimo że Boym żył i tworzył niemal 400 lat temu, to jego dziedzictwo dla przyjaźni między Polską i Chinami oraz wymiany kulturowej między Chinami i Europą jest wciąż żywe. Choć świat zapomniał go na kilka stuleci, to trzech autorów Dzieła Michała Boyma przywraca pamięć o nim i przedstawia chińskim czytelnikom jego niezwykłą historię.
Zhang Xiping uważa, że studia nad Boymem mają ważne znaczenie dla chińskich uczonych. W związku ze wzmocnieniem pozycji Chin na arenie międzynarodowej i rozpowszechnianiem chińskiej kultury, każdemu cudzoziemcowi, który w tak odległych czasach nawiązał kontakty z Chinami, należy się szacunek.
„Kiedy mówimy o rozpowszechnianiu chińskiej kultury, musimy najpierw poznać historię, sposoby myślenia i ludzi, którym tę kulturę chcemy przedstawić. Dzieła Michała Boyma są tu dobrym przykładem. Polacy rozumieją Boyma, bo był ich rodakiem” – oświadczył profesor Zhang Xiping.
W czasach dynastii Ming i Qing do Chin przybyło wielu zachodnich misjonarzy. Zobaczyli oni potężny kraj o odmiennej, fascynującej kulturze. Ich relacje wzbudziły żywe zainteresowanie Europy nieznaną jej wcześniej chińską kulturą.
Rząd chiński ma świadomość, że aby rozpowszechniać chińską kulturę na świecie należy skorzystać z pomocy z zewnątrz: pozyskać dla tej idei znane, wpływowe i cieszące się powszechnym poważaniem osoby z różnych krajów i zakątków świata – sinologów, dziennikarzy, pisarzy, artystów, uczonych i polityków.
Jeden ze zwiedzających, pan Luo już raz oglądał ekspozycję, ale nie zdążył zobaczyć wszystkiego, dlatego przyjechał jeszcze raz. Żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Podzielił się z nami swoimi wrażeniami: „Bywam za granicą. Tam zmienił się mój punkt spojrzenia na Chiny. Cudzoziemiec mógł zrobić tak dokładne opracowania, a Chińczykom się to nie udało. Chyba nie bardzo cenią własną kulturę.Wcześniej Chiny były większe i bogate, cudzoziemcy uczyli się od nas, a teraz utknęliśmy w przeświadczeniu, że Zachód jest najlepszy!”
Przez wieki cywilizacje Chin i Zachodu rozwijały się obok siebie, bez inklinacji do dominacji, czerpiąc i ucząc się od siebie nawzajem, zachowując przy tym swoją specyfikę, swoją tożsamość – jak równorzędni, szanujący się partnerzy.

Miliony ludzi bez zasiłków?

Rzecz niespotykana w Europie – amerykańskie muzea zaczęły wyprzedawać swe eksponaty, by przeżyć kryzys covidowy. Bardzo bogaci mogą teraz skupować dzieła najwybitniejszych malarzy w historii. Biedni tymczasem są pełni obaw: od dnia wyborów prezydenckich 3 listopada państwo przestanie wypłacać zasiłki dla ubogich rodzin. Dotyczy to ponad jednej piątej populacji.

Dziesiątki milionów Amerykanów nie są w stanie płacić bieżących rachunków. Bez zasiłku czekają ich eksmisje. Tysiące miliardów dolarów wydrukowanych lub pożyczonych na kilka planów ożywienia gospodarczego szybko tracą swój ochronny efekt.
Od początku roku 60 milionów Amerykanów zwróciło się o zasiłek dla bezrobotnych, a blisko połowa małych przedsiębiorstw jest na skraju bankructwa i oczekuje pomocy państwa. Zamiast dotychczasowego trumpowskiego ożywienia, z tygodnia na tydzień pogłębia się spowolnienie gospodarcze.
Podobnie jak inne kraje, od początku kryzysu covidowego Stany Zjednoczone wzmogły zadłużanie się, które i tak było tam rekordowe w ostatnich latach.
Długi amerykańskich przedsiębiorstw pobiły rekordy z historii ludzkości, a i amerykańscy konsumenci nigdy przedtem nie zadłużali się i nie wydawali tyle pieniędzy. W ciągu ostatnich 12 lat dług amerykański wzrósł o astronomiczną liczbę 17 tys. miliardów dolarów. Tymczasem spada produkcja i kolejne wielkie firmy ogłaszają masowe zwolnienia.
Sieć kin Regal Cinema zamknęła 546 sal i wygląda na to, że do końca roku większość kin w Ameryce zbankrutuje. Linie lotnicze American Airlines i United Airlines w zeszłym tygodniu pozbyły się 32 tys. pracowników, Disneyland 28 tys., inne wielkie przedsiębiorstwa podejmują podobne kroki. Liczba bankructw w handlu detalicznym postępuje w rytmie bez precedensu. W Nowym Jorku blisko 90 proc. właścicieli barów nie zapłaciło czynszu w sierpniu. Wiele sygnałów mówi, że bez pomocy państwa obszar biedy w Stanach znacznie się powiększy. Największej fali bankructw eksperci spodziewają się na początku przyszłego roku.