Powracająca paranoja makkartyzmu

Amerykański intelektualista, profesor Uniwersytetu Columbia, Richard Hofstadter ponad pół wieku temu zauważył – iż decydujące znaczenie ma nie to, że ich rzecznicy dostrzegają tu i ówdzie działania takich lub innych sprzysiężeń, lecz to, iż uważają jakiś wielki, gigantyczny, ogólnoświatowy spisek za siłę napędową procesów historycznych. Historia jawi jako sprzysiężenie zawiązane przez jakieś demoniczne siły, wyposażone w transcendentalną moc. Aby odnieść nad nimi zwycięstwo, nie wystarczą zwykłe metody pertraktacji politycznych, potrzebna jest krucjata. Ta paranoja co jakiś czas powtarza się w USA, ostatnio w wersji polowania na „Antifę”, a wcześniej tropienia rosyjskiej dezinformacji w internecie (jakby inna nie istniała).
70 lat przed ściganiem antyfaszystów był makkartyzm. Nazwę zawdzięcza nazwisku Josepha McCarthy’ego, obsesyjnego antykomunisty, tropiciela spisków, fanatycznego konserwatysty, który w 1950 r. stanął na czele specjalnej senackiej podkomisji śledczej, a następnie Komisji do Badania Działalności Rządu. Zainicjował kampanię na rzecz badania lojalności pracowników administracji rządowej, szkół wyższych, wojska i innych instytucji życia publicznego oraz przeciwdziałania infiltracji komunistycznej. Celem akcji było zabezpieczenie instytucji rządowych przed inwigilacją ze strony agentów radzieckich specsłużb, ale szybko zamieniła się w dwudziestowieczną wersję inkwizycji. Na fali histerii wywołanej propagandą, w wyniku prezentowanych przez usłużne media apokaliptycznych zagrożeń ze strony ZSRR i światowego komunizmu zakres zainteresowań komisji został rozszerzony na inwigilację wszelkich środowisk opiniotwórczych, aktorów, reżyserów, dziennikarzy, naukowców i wszystkich ludzi powszechnie znanych.
Ludzie z listy sporządzonej przez McCarthy’ego i jego akolitów na podstawie osobistych, często niczym nie uzasadnionych uprzedzeń, byli kolejno wzywani na przesłuchania. Odmowa współpracy, w postaci braku denuncjacji nazwisk kolejnych osób podejrzanych o sprzyjanie lub związki z członkami partii komunistycznej, równała się ze złamaniem kariery. W przypadku osób zatrudnionych w prywatnych przedsiębiorstwach wysyłano donos do właścicieli, zaś w przypadku pracowników rządowych – blokowano ich dostęp do tajemnic państwowych. Tropiono nie tylko prawdziwych i rzekomych komunistów czy lewicowców, ale i tzw. nieobyczajność (czyli alkoholików, narkomanów, gejów, stroje kobiet), promując przy okazji określony model dobrego obywatela.
Amerykański historyk Stanley Schultz napisał: „Na znikomych lub nieistniejących dowodach swoich oskarżeń, McCarthy opierając się często na pomówieniach, donosach i insynuacjach, celowo niszczył reputację swoich przeciwników”. Czynnym i aktywnym delatorem Komisji McCarthego był aktor trzeciorzędnego sortu Ronald Reagan. Tytułem kontrastu – ofiarami prześladowań z jej strony padły osoby o takim wymiarze intelektualnym czy artystycznym, jak David Bohm, Charlie Chaplin, Aaron Copland, Paul Sweezy, Pete Seeger czy John Garfield. Materializacją metod działań Komisji McCarthego stał się nienaruszalny przez lata Edgar Hoover. Obsesję antykomunistyczną początkowo podsycała żądna sensacji prasa: dopóki Komisja McCarthy’ego nie zaczęła inwigilować i prześladować środowisk dziennikarskich, media ochoczo – z racji społecznego zainteresowania i sprzedaży smakowitych newsów – jej kibicowały i w niej uczestniczyły.
Na kanwie hucpy makkartyzmu liberałowie amerykańscy zasiadający w Kongresie wnieśli do jednej z licznych ustaw poprawkę delegalizującą Partię Komunistyczną USA. Liberałowie może i udzielali upomnień McCarthy’emu, ale sami również atakowali i wykluczali komunistów, czy raczej każdego, kogo uznano za „czerwonego”. W tym duchu wypowiadali się i działali tacy – uważani dziś za super demo-liberałów – przedstawiciele Partii Demokratycznej, późniejsi prezydenci USA, jak Lyndon Johnson czy John F. Kennedy.
Komu i po co było to wszystko potrzebne? W praktyce była to realizacja nauk pioniera PR Edwarda Bernaysa, powtarzającego, że ludzie są zwyczajnie głupi, można więc urabiać ich za pomocą środków masowego przekazu, tym samym sterując demokracją. Można skutecznie grać stereotypami, kliszami, emocjami. W tym wypadku udało się wmówić odbiorcom, że np. antykomunizm (a tym samym i rusofobia mająca być jego immanentną częścią) jest najważniejszym tematem żywo interesującym zwykłych Amerykanów, a zagrożenie jest realne i codzienne. Wojna koreańska i ofensywa wojsk chińskich odrzucająca US Army na 38 równoleżnik dały McCarthy’emu „nowe życie”. Trzeba było jakoś przykryć niepowodzenia tej interwencji, wywołując psychozę komunistycznego zagrożenia. Media wykonały swą robotę „na piątkę”.
Makkartyzm w ostatecznym rozrachunku potępiono. Ale czy zrezygnowano z tych technologii? Czy nie widzimy także w Polsce ich odpowiedników? Pytania są oczywiście, przynajmniej dla ludzi myślących, retoryczne. Tym bardziej, że Warszawa, wpatrzona w kraj Wuja Sama, niezwykle chętnie importuje stamtąd fobie, podejrzenia, obsesje, całe koncepcje i technologie prześladowania inaczej myślących. Ameryka dyktuje nam sposób widzenia świata i relacji międzynarodowych, amerykańscy religijni fundamentaliści zainspirowali swoich ideowych towarzyszy w Polsce do nagonek na mniejszości seksualne. Rynkowo-fundamentalistyczny sposób patrzenia na świat, potrzeba posiadania w każdym momencie historii wroga, którego trzeba zwalczać i tropić, by odwracać uwagę społeczeństwa od wewnętrznych, śmiertelnie poważnych problemów… Czy Polska i Polacy w tej mierze nie są nader podobni do swego umiłowanego patrona zza Oceanu ?

75 LAT PO HIROSZIMIE

Na przełomie lipca i sierpnia 1945r. trwała – z udziałem przywódców ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii – Konferencja w Poczdamie, której celem było uzgodnienie powojennego ładu po II wojnie światowej. W Europie działania wojenne już się nie toczyły, ale inaczej było w Azji. Japonia wciąż walczyła, a armia tego państwa nie zamierzała kapitulować. Alianci (głównie Amerykanie) mieli świadomość jakie ogromne ofiary będą musiały być poniesione w przypadku inwazji na wyspy japońskie.

Dlatego też podjęto decyzję o użyciu broni atomowej, która została – w ramach projektu „Manhattan” – skonstruowana przez najwybitniejszych fizyków Zachodu. Wytypowano 4 miasta jako cel pierwszego ataku: Hiroszimę,Nagasaki, Kokurę i Niigatę. W dniu 6 sierpnia ze względów pogodowych zdecydowano się na Hiroszimę na wyspie Honsiu. Superforteca B-29,której dowódcą był płk Tibbets, zrzuciła 4-tonową bombę uranową o nazwie „Enola Gay”. Do dziś nie wiadomo wszystkiego o skali tej tragedii. Ocenia się, iż w samej Hiroszimie zginęło ok. 250 tys. osób. Nie uwzględnia się w tej rachubie tzw. hibakusha – ofiar choroby popromiennej.
Nagasaki i kapitulacja Japonii
Duża część generałów Nipponu nadal nie chciała kapitulacji. Dopiero po ataku na Nagasaki (na wyspie Kiusiu; pierwotnie miała to być Kokura) i po zgodzie co do losu cesarza Hirohito kapitulacja stała się faktem. W Nagasaki zginęło od razu ok. 75 tys. osób.
Na szczęście to jedyne dotąd przypadki użycia broni nuklearnej i oby nie było ich więcej, zwłaszcza iż obecnie już 9 państw świata (USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania, Francja, Indie, Pakistan, Izrael, Korea Północna) nią dysponuje,choć nie wszystkie mają niezbędne środki przenoszenia.
Miałem przed kilku laty możliwość, w ramach delegacji polsko-japońskiej grupy parlamentarnej, odwiedzić Hiroszimę, w tym Park Pokoju. Dla mnie to miejsce – obok Auschwitz – najbardziej symbolizuje tragedię wojenną, a hasło „Nigdy więcej wojny” wybrzmiewa w tych dwóch punktach świata szczególną mocą. Sama Hiroshima to żywe – współczesne, prawie półtoramilionowe – miasto z uroczymi tramwajami (dwa oryginalne wagony przedwojenne wciąż kursują).
Symbole
Istnieje ogromna literatura na temat Hiroszimy, a miasto jest też tematem wielu dzieł sztuki (np. dzieła Pendereckiego). A kultowy do dziś stał się słynny film francusko-japoński z roku 1959 pt. „Hiroszima moja miłość” z Emmanuel Rivą w roli głównej.
Z punktu widzenia moralnego użycie dwukrotne najstraszliwszej broni świata stanowi też niezmiennie punkt sporny. Mało znany jest też fakt, iż jeden z pilotów amerykańskich Claude Eatherly (zm. w 1978r.) – choć to nie z pokładu jego maszyny zrzucano te bomby – stał się na długie lata symbolem licznych protestów antynuklearnych!

Bezzałogowy dostarczyciel przesyłek, samojezdny pojazd, zautomatyzowana fabryka… Pojawienie się epidemii stwarza nowe możliwości dla przemysłu

Od wybuchu epidemii koronawirusa, przed automatyzacją technologii postawiono wiele nowych wymagań, wprowadzono też nowe trendy rozwojowe w wielu branżach. Dostarczanie posiłków na wynos za pomocą robota, automatyczna jazda samochodem czy w pełni zautomatyzowana fabryka – jeszcze kiedyś były to sceny z powieści science fiction, a dziś powoli wchodzą do codziennego życia. Pod wpływem długoterminowej akumulacji technologii, bezzałogowe inicjatywy, wykorzystujące różne inteligentne roboty jako nośnik, stopniowo pokazały swoją siłę.

Po wybuchu epidemii koronawirusa, w dystrykcie na peryferiach Shunyi w Pekinie, pojawił się robot, który dostarczał lokalnym mieszkańcom posiłki na wynos. Takie zamówienie można było składać za pomocą telefonu. 
Portal „Meituan Takeaway”, który pracował nad tego rodzaju robotem, zaczął opracowywać dostawę bezzałogową już w 2016 roku. Dwa lata później rozpoczęto testować projekt w Pekinie oraz Nowej Strefie Xiong’an. Nagły wybuch epidemii spowodował, że ich badania i rozwój w tej dziedzinie został przyspieszony w realizacji o 11 miesięcy wcześniej niż pierwotne oczekiwania. 
Aby umożliwić bezzałogowym pojazdom bezpieczną jazdę po drogach, zespół badawczo-rozwojowy opracował kompleksowy projekt techniczny. Wózek-robot może osiągnąć prędkość do 20km na godzinę. Jest on wyposażony w monitoring, dzięki czemu można obserwować drogę, którą pokonuje.
Po tym jak robot znajdzie się na terenie zabudowanym, na przykład na osiedlu, jego operator może uzyskać informacje o nim w czasie rzeczywistym za pośrednictwem zdalnego centrum monitorowania. Oznacza to, że może sterować między innymi jego hamowanie czy uruchomieniem, a także zdalnie monitorować. Dane dotyczące jego poruszania się po drodze są przekazane do centrum przez chmurę. Robot automatycznie może powtórzyć swoją podróż, dzięki odtworzeniu z pamięci warunków jakie panowały na trasie. Dzięki wprowadzeniu dużej ilości danych, umiejętności jazdy bezzałogowych pojazdów dostarczających przesyłki ulegają stałej poprawie. 
Li Da, szef produktów w centrum dystrybucji bezzałogowych wózków z portalu Meituan, powiedział, że firma będzie nadal przyspieszać rozwój, aby do końca 2020 roku móc osiągnąć skalę około 100 pojazdów.
Podczas epidemii, oprócz dostawy bezzałogowej, w Chinach i Stanach Zjednoczonych zespół start-up pod nazwą pony.ai przeprowadził test automatycznej jazdy załogowej.
Zespół Pony.ai samodzielnie opracował produkt i zgromadził dużą ilość rzeczywistych danych z testów drogowych, aby szkolić robota w celu oceny sytuacji różnych nieoczekiwanych wypadków oraz przeprowadzania działań szybkiego reagowania. Przebieg testowy obecnie przekroczył 2 miliony kilometrów.
Dane patentowe pokazują, że obecnie istnieje prawie 80 000 patentów na automatyczną jazdę na świecie, a Chiny stały się największym krajem, który się o nie ubiegał, stanowiąc ponad 40% globalnej całości.
Dzięki zastosowaniu inteligentnej technologii, tempo wdrażania bezzałogowych fabryk oraz magazynów, inteligentnej logistyki, automatycznego transportu i innych koncepcji zostało przyśpieszone. Według „Raportu rozwoju chińskiego przemysłu związanego z robotyką 2019”, opublikowanego przez Chińskie Stowarzyszenie Elektroniczne, obecny chiński rynek inteligentnej automatyzacji wkroczył w okres szybkiego wzrostu. Roboty przemysłowe stosowane w praktyce stały się największym rynkiem na świecie od 7 kolejnych lat, a popyt na serwis robotów jest ogromny. Skala chińskiego rynku związanego z robotyką w 2019 roku wyniosła około 86,8 miliarda dolarów. 
Według innych doniesień, Chiński Uniwersytet Jiaotong w Szanghaju uruchomił usługi inteligentnego bezzałogowego wózka kurierskiego, dzięki czemu zrealizowano zaawansowaną technologię do bezdotykowej dystrybucji. Wystarczy złożyć zamówienie za pomocą telefonu komórkowego, a wózek automatycznie zajedzie pod akademik, gdzie będzie czekać na nadanie przesyłki. Po załadowaniu wózek kurierski sam przyjedzie do terminala kurierskiego, aby dokończyć wysyłkę.
Hou Jiechao, wiceprzewodniczący oddziału przemysłu nowej i wysokiej technologii Stowarzyszenia MSP, zapowiedział, że już wkrótce będziemy świadkami, że sztuczna inteligencja będzie wszędzie i odegra ona bardzo ważną rolę w zastosowaniu we wszystkich dziedzinach.

Ujgurzy, nowa zabawka Ameryki

Obraz muzułmańskich Ujgurów z północno-zachodniej, chińskiej prowincji Sinciang wygląda obecnie w zachodnich mediach następująco: trwa tam właśnie ludobójstwo, a miliony z nich siedzą w obozach koncentracyjnych, gdzie tortury są na porządku dziennym. Prześladowana reszta musi jeść wieprzowinę, islam jest zakazany, a kobiety idą do masowej sterylizacji lub są zmuszane do małżeństw z Chińczykami, natomiast dzieci ujgurskie zabija się lub trwale kaleczy, by eksportować ich organy. Czasem te rewelacje pisze się lub mówi w trybie warunkowym, ale każdy, kto wierzył w irackie bronie masowego rażenia i inne klasyczne, przedwojenne kampanie medialne, musi być dotknięty do żywego.

Jest pewna różnica: normalnie, jak w podobnych przypadkach, chiński przywódca Xi Jinping powinien występować w mediach jako „Hitler”, jak np. al-Asad, Kaddafi, czy Saddam Husajn, ale tu wybrano „Stalina”, bo teraz Chiny nie uchodzą już za kraj „kapitalistyczny”, który bierze owocny udział w wymyślonej na Zachodzie globalizacji, tylko ściśle „komunistyczny”, z całym bezwzględnym i zbrodniczym terrorem, który miałby za tym stać.
Tłem tej kampanii jest rosnące napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami (z konfliktem handlowym na czele) i amerykańskie wybory prezydenckie, w których promowana, „jednocząca” wrogość wobec Chin stanowi poręczną odskocznię od licznych, wewnętrznych problemów Ameryki, wykorzystywaną zarówno przez Republikanów Donalda Trumpa, jak i Demokratów Joe Bidena, głównych konkurentów. Wrócimy do tego, lecz najpierw warto zarysować historię, która sprawiła, że los chińskich Ujgurów znalazł się na medialnym talerzu.
Hen, daleko
Można powiedzieć, że z Sinciangu wszędzie blisko, bo prowincja sąsiaduje z aż dziewięcioma krajami, ale w oczach Chińczyków ten środek Azji pozostaje nawet do dziś czymś w rodzaju Bieszczad dla Polaków, symbolem oddalonej, zabitej dechami i nieco egzotycznej pustki. Sinciang do XVIII w. nazywano w Europie Chińskim Tatarstanem, a dla Turków był to Wschodni Turkiestan. Jest to kraina o powierzchni ponad pięciu Polsk, zajęta w większości przez piaszczystą pustynię. Mieszka tam dziś ok. 11 milionów Ujgurów, a reszta, w podobnej liczbie, to Chińczycy i inne mniejszości.
Co do Chińczyków, byli tam obecni już pół tysiąclecia przed narodzinami Polski, niezrażeni faktem, że „nic tam nie ma”. Przecierali najkrótszą drogę na zachód, która stała się w końcu Jedwabnym Szlakiem, z Kaszgarem jako właściwie jedyną miejscowością po drodze. Ujgurzy są potomkami dawnych, turkofońskich plemion koczowniczych, do których, mimo istnienia nitek Szlaku, nowości docierały bardzo rzadko. Nawet islam ustalił się wśród nich bardzo późno, dobre 700-800 lat po jego powstaniu na Półwyspie Arabskim, podczas gdy muzułmanie zdążyli już zakończyć swą wielowiekową implantację w zachodniej Europie. Ów islam był raczej prosty, łagodny, z inspiracji sufickiej, ograniczał się w sumie do niektórych rytuałów. To się zmieniło, gdy Amerykanie postanowili wskrzesić w Azji „świętą wojnę” na użytek wyrzucenia wojsk ZSRR z Afganistanu, na początku lat 80 ub. wieku.
Od Brzezińskiego do Erdogana
To nasz amerykański rodak Zbigniew Brzeziński wpadł na pomysł wykorzystania radykalnego islamu dla celów politycznych Stanów Zjednoczonych i później NATO, który stał się doktryną funkcjonującą do dziś. Poszły na to wielkie pieniądze: na szkoły dżihadu, nowe medresy w Pakistanie, którym paliwa ideowego dostarczała Arabia Saudyjska. Nauczano tam islamu w saudyjskiej wersji wahhabickiej z akcentem na bojowy takfiryzm, tj. radykalne odrzucenie innych muzułmańskich wyznań oprócz rygorystycznego sunnizmu: stały się one wręcz równe „niewiernym”. Dziś to ideał Państwa Islamskiego, Al-Kaidy i innych podobnych ugrupowań w Azji, Europie i Afryce.
Wydawany w Arabii Koran i literatura dżihadu zaczęły dość szybko przenikać przez górskie, raczej niedostępne, ale porowate granice z Indii, Pakistanu i Afganistanu do chińskiego Sinciangu; towarzyszyły im saudyjskie i amerykańskie pieniądze na działalność religijną. CIA uważała, że ten przemyt się opłaca, bo Ujgurzy nie byli trudno zauważalną, małą grupą etniczną w azjatyckiej mozaice, jak w 1949, gdy powstały Chiny Ludowe, lecz już narodem, o potencjale wywrotowym. Stało się tak, bo władze chińskie wyłączyły ich, jak i inne mniejszości, z prawie czterdziestoletniej polityki „jednego dziecka”. Przy jednoczesnej poprawie warunków życia i ochronie zdrowia dało to dzisiejsze ponad 10 milionów chińskich Ujgurów. Zarówno propaganda dżihadu, jak literatura religijna, były tłumaczone na ich język. Na dodatek obecny prezydent Recep Erdogan, gdy tylko został premierem Turcji w 2003 r., wbił sobie do głowy, że Turkiestan Wschodni jest historyczną kolebką Turków, co bardzo Amerykanom pomogło.
Syryjski przełom
Erdogan już wcześniej miał bzika na tym mocno niepewnym punkcie, postawił nawet „pomnik Ujgura”, gdy był burmistrzem Stambułu. Turcy zresztą, jak i Pakistańczycy, jeszcze w czasie wojny przeciw ZSRR w Afganistanie, pomagali Ujgurom na zlecenie amerykańskie dołączać do tworzącej się tam Al-Kaidy i walk z „niewiernymi”. Nazwę „Ujgurzy” ustalili Brytyjczycy w latach 30. ub. wieku, kiedy próbowali tam stworzyć rodzaj antyradzieckiego państwa. Ograniczyło się ono do Kaszgaru i przetrwało raptem trzy miesiące, ale pozostała z tamtych czasów ujgurska flaga narodowa, odkurzona i zmodyfikowana nieco 70 lat później przez MIT (tureckie służby specjalne), by wyglądała bliźniaczo z turecką. NATO zaczęło po cichu popierać i zbroić tworzący się ujgurski ruch niepodległościowy, a szczególnie ich najważniejszą organizację: Islamską Partię Turkiestanu Wschodniego (ETIM – w nomenklaturze natowskiej), choć i ona zmodyfikowała brytyjską flagę prowincji, dokładając do jej tureckiej wersji szahadę. W amerykańskim obozie więziennym Guantanamo siedziało wtedy 26 Ujgurów.
Wraz z wybuchem wojny syryjskiej ETIM stała się częścią irackiej i syryjskiej Al-Kaidy. Chińscy Ujgurzy przechodzili przez tureckie i amerykańskie obozy szkoleniowe i walczyli później również dla Państwa Islamskiego, lecz większość została przy lokalnej Al-Kaidzie pozostającej pod bezpośrednią opieką NATO. Jako bojownicy, Ujgurzy zdobyli sobie wśród międzynarodówki dżihadystów renomę waleczności dorównującą rosyjskim Czeczenom, których nierzadko przewyższali w okrucieństwie. Potrafili „wycinać” całe wioski w rekordowym czasie, co budziło poważanie najwyższych szarż obu organizacji dżihadu. Teraz, na skutek syryjsko-rosyjskich transferów dżihadystów oraz decyzji tureckiej, prawie wszyscy siedzą w syryjskim Idlibie, na razie tylko do połowy wyzwolonym przez Syryjczyków. Jest ich tam ok. 15 tys. wraz z rodzinami.
Ponad dwa lata temu, przed tureckim atakiem na Afrin, jeden z kurdyjskich kantonów b. Rożawy w Syrii, tureckie media transmitowały na żywo odprawę bojowników ujgurskich ze Stowarzyszenia Kultury i Solidarności Turkiestanu Wschodniego. Organizacji o podobnie niewinnych nazwach powstało w Turcji sporo i w zasadzie wszystkie są separatystyczne, skrajnie islamskie i protureckie. Erdogan w przedinwazyjnym przemówieniu przekonywał uroczyście: „Wiedzcie, że otrzymaliśmy rozkaz tej operacji od Boga, zwycięstwo należy do Niego.” „Będziemy bić się w Afrinie u boku armii tureckiej! Jesteśmy świadomi, że będziemy bronić ostatniego bastionu Islamu [tj. Turcji]!” – przysięgał wtedy Seyit Tümtürk, przewodniczący Stowarzyszenia. Erdogan konkuruje z rodziną Saudów o miano przywódcy sunnickiego świata muzułmańskiego i, jak widać, ma część Ujgurów po swojej stronie. Dziś Turcy wysyłają dżihadystów ujgurskich do Libii, by przyczynili się do utwierdzenia wpływów tureckich na terenach dawnego Imperium Osmańskiego…
Twarz Ujgurów
Erdogan pohamował jednak nieco swe oddanie Ujgurom z Sinciangu, ze względu na mocno pogarszające się stosunki z Chinami. MIT przestał rozdawać im tureckie paszporty, zresztą „sprawę ujgurską” otwarcie przejęli Amerykanie. Od kilku lat naciskają na wręczenie pokojowej nagrody Nobla 71-letniej ujgurskiej miliarderce, byłej chińskiej „komunistce”, która przed emigracją do USA w 2005 r. przesiedziała prawie pięć lat w więzieniu za „szpiegostwo”. Amerykanie oddali za nią dwóch Chińczyków więzionych w Stanach za to samo.
Rebiya Kadeer, nazywana „matką Ujgurów” jest honorową przewodniczącą Światowego Kongresu Ujgurów (WUC) z siedzibą w Monachium (na podstawie porozumienia CIA z niemiecką BND i tureckim MITem). Według Amerykanów, potrzebuje ona większej międzynarodowej promocji, gdyż reprezentuje nie-dżihadystowską twarz Ujgurów. Oficjalnie ubiega się ona jedynie o „przestrzeganie konstytucji Chin” w kwestii „prawdziwej’ autonomii Ujgurskiego Regionu Autonomicznego Sinciang. Rządzą nim co prawda Ujgurzy, lecz zdaniem WUC są to ludzie niereprezentatywni, gdyż oddani Chinom.
Rebiya Kadeer zachowuje niezbędną ambiwalencję, jeśli chodzi o niepodległość Sinciangu/Turkiestanu Wschodniego. We wrześniu ubiegłego roku pojechała do Paryża, gdzie uzyskała zgodę na utworzenie komitetu przygotowawczego dla powstania „parlamentu ujgurskiego na uchodźstwie”, w imię demokracji. Sam parlament dotąd nie powstał, bo stosunki francusko-tureckie uległy silnej degradacji na tle interwencji Erdogana w Libii, która pomieszała tam Francuzom szyki polityczne, długo liczących na obalenie rządu w Trypolisie.
Powrót do Sinciangu
W 2009 r. w stolicy Sinciangu Urumczi, jakaś do dziś nie wyjaśniona iskra wywołała pogrom Chińczyków. Tłum Ujgurów zabił wtedy na ulicach blisko 200 chińskich przechodniów. Miejscowe władze odpowiedziały szeroką kampanią aresztowań prowadzonych na ślepo – kilkudziesięciu zamkniętych wtedy Ujgurów do dziś nie wróciło do domów. Jeśli był to spontaniczny wybuch przemocy, to wraz z rozpoczęciem natowskiej wojny przeciw Syrii i Libii, krajom laickim, które psuły obraz świata muzułmańskiego, jaki miał obowiązywać, rozpoczęła się w Chinach – bez wątpienia zorganizowana, konspiracyjna – seria zamachów bombowych. W latach 2011-2014 było ich tyle, we wszystkich częściach Chin, nie wyłączając Pekinu, że seria zamachów w Europie wydaje się małą sukcesją drobnych incydentów. W zachodniej prasie można spotkać się z poglądem, że nagła zmiana kursu prezydenta Xi Jinpinga wobec Sinciangu w 2014 r. wiązała się z jednym z zamachów ujgurskich nożowników na dworcu, który miał go szczególnie zdenerwować, lecz właściwie chodziło o proklamację Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku, którą uznano za szczególnie niebezpieczną.
Ówczesna reakcja Chińczyków sprawiła, że odtąd nie doszło do ani jednego zamachu dżihadystów. Prezydent Chin powiedział wówczas, że „odpowiedź na radykalizm musi być radykalna” i taka ona jest: wymieniono w meczetach wszystkich duchownych o orientacji wahhabickiej bądź pantureckiej, a na wszelki wypadek osoby do 18 r. życia mają w ogóle zakaz chodzenia do meczetów. Prewencja zrobiła się systematyczna, a represje bardzo surowe. Obozy reedukacyjne, gdzie koszaruje się część osób między 18 a 30 rokiem życia na rok albo i więcej, mają służyć walce z „trzema plagami Sinciangu” – terroryzmem, separatyzmem i radykalizmem religijnym, „odkręcaniu” propagandy dżihadu. Nie wygląda to zachwycająco, bo skoszarowani nie tylko muszą douczać się chińskiego (szkoły ujgurskie nie zawsze odnoszą w tym sukces), ale i śpiewać na długich apelach patriotyczne pieśni, czy wysłuchiwać z głośników „myśli Xi Jinpinga” o tym, jak dobrze jest żyć razem w „harmonii”. To nie są obozy pracy, ale dużo kosztują i nie wiadomo właściwie jaka jest ich propagandowa skuteczność.
Słynny milion
Pełna wiara w oficjalny, chiński dyskurs byłaby naiwnością, ale to, co wyczyniają Amerykanie, bywa bardziej groteskowe od mało subtelnej, chińskiej propagandy w Sinciangu. W naszej prasie można przeczytać np., że w obozach reedukacyjnych przebywa jeden do trzech milionów Ujgurów. Sami Ujgurzy za Zachodzie promują „milion”, a czasem media dodają, że tylu miałoby być reedukowanych „według ONZ”. ONZ ma z tym tyle wspólnego, że na jednym z zebrań liczbę tę wymienił przedstawiciel USA. Gdyby to był rzeczywiście milion, spotkanie na ulicy młodego, dorosłego Ujgura byłoby wręcz niemożliwe, co się całkowicie kłóci z rzeczywistością. Region pozostaje otwarty dla chińskich turystów, którzy publikują tysiące filmików i zdjęć z różnych zakątków Sinciangu.
Liczba milion (do trzech) padła w raporcie opublikowanym przez waszyngtońską Sieć Praw Człowieka w Chinach (CHRD). Źródłem tej rewelacji jest amerykańskie Radio Wolna Azja (RFA), którego liczbowy szacunek opiera się na „relacjach ośmiu ważnych świadków”. Bez wątpienia liczba uwięzionych „terrorystów” ujgurskich podana w zeszłym roku przez władze chińskie (blisko 3 tys.) nie obejmuje wszystkich aresztowanych na skutek lokalnej „wojny z terroryzmem”. Do paki idzie się np. za dżihadystowski/niepodległościowy filmik w telefonie, które są sprawdzane zresztą regularnie przez ujgursko-chińską policję na ulicy, jak tylko nie przejdzie się jej po pasach. Głośniki na policyjnych wozach wzywają do denuncjowania osób zainteresowanych takimi filmikami lub „nieodpowiednimi” pismami religijnymi, co kłóci się z kolei z radosną kampanią propagandową o ogólnym szczęściu życia we współczesnych Chinach.
Zachodnie media odgrzebały ostatnio filmik z organizacji transportu setek więźniów do nowego więzienia w Urumczi, we wrześniu ub. roku. Więzienie to jest prezentowane jako przykład obozu reedukacyjnego, choć nie ma z tym nic wspólnego. Przykładem „niszczenia kultury ujgurskiej” jest wyburzenie części starówki w Kaszgarze. Doszło do tego po kolejnym trzęsieniu ziemi w mieście (Sinciang jest regionem sejsmicznym). Stare miasto wybudowano na nowo, prawie identycznie. Jest antysejsmicznie i czyściutko, „turystycznie” i ciągle mieszkają tam ujgurskie rodziny, ale póki co, wygląda to jak kinowa dekoracja.
Opowieści amerykańskie
„Kwestia ujgurska” jest teraz podnoszona przez propagandę zachodnią, bo Amerykanie wymyślili, że reszta ich sporów z Chinami (handlowych i politycznych) tak akcentowanych w czasie bieżącej kampanii wyborczej jest zbyt skoncentrowana na interesach amerykańskich, podczas gdy oburzenie prześladowaniem dalekiego narodu muzułmańskiego może być uniwersalne. Naturalnie chodzi o oburzenie mocno selektywne, bo np. ani birmańscy (mjanmarscy) Rohingja, ani Palestyńczycy, Syryjczycy czy Jemeńczycy, nie mogą liczyć na żadną medialną litość, niezależnie od skali prawdziwych zbrodni na tych narodach.
Administracja amerykańska będzie propagandowo bombardować Chiny co najmniej do dnia wyborów prezydenckich, a co będzie później nie wiadomo, tak jak nie wiadomo właściwie, jaka część Ujgurów popiera ambicje separatystyczne ETIM i WUC. Tak, czy inaczej, polska publiczność będzie miała do czynienia z fantastycznymi opowieściami o musowym jedzeniu wieprzowiny, czy krojeniu dzieci na części w Sinciangu, gdyż tego wymaga bieżąca polityka światowego imperium Stanów Zjednoczonych. Tylko dlatego.

Refleksja pandemiczna

Indie są jednym z krajów najmocniej dotkniętych przez pandemię koronawirusa. W momencie pisania tego tekstu liczba zarejestrowanych w tym kraju przypadków przekroczyła półtora miliona. Statystyki jednak nie oddają jednak rzeczywistości. Są bowiem rejony Indii, które radzą sobie z tym kryzysem zdrowotnym lepiej niż większość krajów Europy, w tym Polska.

Położona na południowym zachodzie Indii Kerala jest stanem niezwykle niewygodnym z perspektywy polskiego neoliberała. Ma porównywalną do Polski populację, podobną średnią życia i zbliżony, bardzo niski wskaźnik dzietności. W odróżnieniu jednak od nadwiślańskiego bastionu wolnego rynku i homofobii, Kerala szczyci się długimi i bogatymi tradycjami lewicowymi. O tym, że wpływa to na politykę regionalnego rządu wobec największego globalnego kryzysu zdrowotnego od dekad nie trzeba chyba nikogo przekonywać.
Zestawmy ze sobą kilka podstawowych faktów. Pierwszy przypadek koronawirusa w Kerali odnotowano 30 stycznia. W Polsce pierwsze zachorowanie potwierdzono 4 marca. W Kerali do 28 lipca zanotowano 20 894 zachorowań, w Polsce 43 904. W Kerali zmarło 67 osób. W Polsce bilans ofiar śmiertelnych obecnie wynosi 1682. Już sam zdrowy rozsądek (ironicznie) każe zapytać, skąd tak wielkie różnice. I czy przypadkiem w tych różnicach nie odbija się, jak w jakimś smutnym lustrze, prawda o współczesnej Polsce.
O reakcji stanowego rządu Kerali na pandemię w mediach światowych pisano obszernie od samego początku kryzysu. Wskazywano na masowe i łatwo dostępne testy, baczny i oryginalny w środkach monitoring osób przybywających do Kerali z innych części kraju, doskonale zorganizowaną kwarantannę i kompleksowe wsparcie finansowe dla dotkniętej skutkami pandemii populacji. K. K. Shailaja, pieszczotliwie obdarzana ksywką nauczycielka, momentalnie stała się medialną gwiazdą, goszcząc wszędzie od BBC po Vogue. Guardian ochrzcił ją mianami gwiazdy rocka i pogromczyni wirusa. Nie był to jedynie zwyczajowy medialny bełkot. Za sławą stały konkretne osiągnięcia: nie tylko mała liczba przypadków, ale też relatywnie niewielkie spowolnienie gospodarcze, przynajmniej w relacji do reszty kraju. No i rekordowo wysokie wskaźniki poparcia dla rządzącej partii komunistycznej.
Co w tym czasie czyniła patriotyczna, żarliwie chrześcijańska czereda miłosiernie rządząca krajem nad Wisłą? Po krótkotrwałym przerażonym początku, w którym przynajmniej częściowo brała zagrożenie na poważnie (może z powodu perspektywy wyborów) – postanowiła być sobą. Zamiast kompleksowego wsparcia ekonomicznego dostaliśmy kolejne edycje kuriozalnie antyspołecznej Tarczy Antykryzysowej. Zamiast masowych i łatwo dostępnych testów dostaliśmy testy, którą jedyną istotnie masową cechą była (rzecz jasna!) ich cena. Zamiast kompetentnego lidera sterującego odpowiedzią państwa na bezprecedensowy kryzys zdrowotny musieliśmy się zadowolić ćwierkompetentnym bufonem, który swoje wskazania, czy w kwestii wyborów, czy noszenia maseczek modeluje wyłącznie podług krótkotrwałych zysków politycznych.
Czy sytuacja w Kerali jest wzorcowa? Oczywiście, że nie. Ostatnich kilkanaście dni przyniosło gwałtowny wzrost zarażeń. Tylko między 16 a 28 lipca liczba potwierdzonych przypadków w stanie podwoiła się. Szczególnie zła sytuacja panuje w stołecznym Trivandrum, gdzie wirus rozprzestrzenia się w przerażającym tempie. Walkę z pandemią przypłacili życiem liczni pracownicy miejscowej służby zdrowia. Keralskie media regularnie donoszą o braku odzieży ochronnej. Niepokój budzi również znaczna liczba keralskich ekspatriantów, którzy zachorowali bądź zmarli w wyniku wirusa w krajach Zatoki Perskiej.
Ale jestem dziwnie spokojny o rozwój sytuacji w Kerali. Nawet jako część skomplikowanego kraju, który obecnie ma u steru faszystę, Kerala jest bezpieczna. Ze swoim proludowym rządem i długą tradycją postępu społecznego, Keralczycy zrobią wszystko, by zagrożenie związane z wirusem zminimalizować. Polskie władze natomiast będą się uganiać za demonami LGBT, nawet jeśli liczba zarażeń sięgnie setek tysięcy. W końcu, by sparafrazować przysłowie, prawdziwych liderów poznaje się w potrzebie.

Autor jest lewicowcem, wikipedystą i poetą, bacznym obserwatorem indyjskiego kina, organizował projekcje filmów południowoindyjskich w Polsce. Wydał dwie książki poetyckie, ślepe okna (2009) i fermę formy (2015).

Bułgarska opiekunka walczy o sprawiedliwość przed niemieckim sądem

Bułgarska agencja pośrednictwa pracy będzie musiała zapłacić Dobrinie D., opiekunce osób starszych, 42 tys. euro zaległego wynagrodzenia. Kobieta w teorii opiekowała się 96-letnią Niemką przez sześć godzin dziennie. W rzeczywistości musiała być w gotowości do pracy przez całą dobę.

To wyrok ważny dla wszystkich migrantek z Europy Wschodniej, które w Niemczech podejmują pracę opiekunek seniorów – czyli również opiekunek przyjeżdżających z Polski. Tysiące z nich zobaczy w historii Bułgarki Dobriny D. własne doświadczenie: zero dni wolnych, brak czasu na odpoczynek, za to mnóstwo dodatkowych, nieprzewidzianych w umowie obowiązków.
Historię kobiety i jej walki o należyte wynagrodzenie opisuje Deutsche Welle. Za opiekę nad 96-letnią Niemką i prowadzenie jej domu Berlinie 64-letnia Bułgarka dostawała 950 euro miesięcznie. Taką umowę zaproponowała jej agencja pośrednictwa pracy, obiecując równocześnie, że będzie pracować 6 godzin dziennie.
Dobrina D., która wróciła już z Niemiec do rodzinnego Nesebyru, zaskarżyła agencję przed sądem pracy w Berlinie. W pierwszej instancji wygrała sprawę. Całodobową dyspozycyjność, do jakiej była faktycznie zobowiązana, sąd wycenił na dodatkowe 42 tys. euro, biorąc za podstawę minimalną stawkę godzinową. Bułgarska agencja odwołała się od wyroku. 16 lipca rozpoczęła się sprawa w II instancji.
– Cieszy nas, że ktoś w końcu odważył się iść do sądu – komentuje sprawę dla Deutsche Welle Justyna Oblacewicz z Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych, która od czterech lat wspiera w podobnych sprawach opiekunki z Europy Wschodniej. – Jest wiele powodów, dla których dzieje się to dopiero teraz, pomimo że od lat pojawiają się skargi. Opiekunki przebywają w Niemczech tylko przez krótki czas, mają pełne ręce roboty, słabo mówią po niemiecku i nie znają swoich praw.
Opiekunki, nawet pracując ponad siły i padając ofiarą złego traktowania ze strony rodzin seniorów, zwykle obawiają się protestować, ze strachu, że stracą zajęcie, a potem nie znajdą następnego.
Niedawno w obronie polskich opiekunek stanął związek zawodowy Związkowa Alternatywa, do którego zgłaszają się Polski zatrudnione w krajach niemieckojęzycznych w takim charakterze. ZA skierowała pismo do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, sugerując nawiązanie kontaktu z odpowiednim ministerstwem w Niemczech i przygotowanie układu zbiorowego dającego prawne gwarancje pracownikom opieki. Odpowiedź ministerstwa była niezbyt zachęcająca: sugerowano w niej, że opiekunki powinny same postarać się o negocjowanie dobrych warunków pracy, jako że ich praca jest w Niemczech bardzo potrzebna. Stwierdzono ponadto, że państwo nie może ingerować w kontrakty zawierane między rodzinami seniorów a opiekunami. Tymczasem państwo niemieckie… właśnie to zrobiło, ustalając minimalną stawkę godzinową w sektorze opieki. Agencje zatrudnienia, zawierając umowy z innymi agencjami w krajach Europy Wschodniej, omijają właśnie ten przepis. W kolejnym piśmie z ministerstwa resort zapewnia, że sprawę rozwiąże polska ustawa o pracownikach delegowanych, która ma zostać przyjęta do końca lipca, by zrealizować wytyczne dyrektywy UE.
Niemieckie związki zawodowe z uwagą przyglądają się, jakie stanowisko zajmie sąd w sprawie Dobriny D., bo sprawa może być precedensowa. Przyznają: pracownicy migracyjni przez lata byli w Niemczech wyzyskiwani i całkowicie pozbawieni ochrony, chociaż bez ich pracy starzejące się lokalne społeczeństwo nie dałoby sobie rady.

Nareszcie założyłam maseczkę Historia walczącej z epidemią, studiującej w Polsce, Chinki

„W tamtym czasie często słyszałam, jak inni chińscy studenci mówili, że nosząc maseczki, spotykali się z dziwnym spojrzeniem przechodniów. Zachęcałam więc Polaków na Facebooku, aby nie dyskryminowali Azjatów. Nie spodziewałam się, że otrzymam wsparcie od wielu Polaków, a niektórzy z nich przekazali moje posty dalej” – tak mówiła w połowie marca Zhang Huilinga (Lingling), Chinka studiująca na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wówczas polskie Ministerstwo Zdrowia wyjaśniało, że zdrowi ludzie nie muszą nosić maseczki, tylko osoby chore. Przy dalszym rozwoju epidemii, resort zdrowia zastrzegł, że od 16 kwietnia wszyscy muszą nosić maseczki w miejscach publicznych.

Od momentu wybuchu epidemii koronawirusa życie Zhang Huilinga w Polsce zaczęło przypominać jazdę kolejką górską.
Czas obchodów Chińskiego Nowego Roku, który przypadł pod koniec stycznia, to w Polsce okres akademickiej sesji. Lingling była zmęczona egzaminami, a jednocześnie chińskie media społecznościowe na jej telefonie komórkowym były pełne wiadomości o wybuchu epidemii. Chinka zaczęła martwić się o swoją rodzinę. Dziś tak wspomina ten czas: „Uważam mój dom w Guangdong za miejsce, w którym napływ imigrantów jest dość duży. Moi rodzice są starsi, a ich ciała nie są tak silne, jak wcześniej. Mój młodszy brat pracuje na lotnisku w Shenzhen. Bardzo się martwiłam o nich. Po sesji codziennie dzwoniłam do nich by dowiedzieć się jak się czują. Przypominałam im, żeby nie wychodzili z domu i pytałam czy mają wystarczającą ilość maseczek. Przekazywałam im różne informacje dotyczące zapobiegania epidemiom, w obawie, że będą podchodzić do sytuacji w sposób lekceważący”.
W celu odcięcia źródła infekcji Chiny postanowiły zamknąć miasto Wuhan pod koniec stycznia. Zaraz po tym Polacy zaczęli wracać z Chin do ojczyzny. Już wówczas w Europie zdarzały się przypadki infekcji koronawirusem. Chociaż wszyscy cieszyli się zimowymi feriami i oczekiwali nadejścia wiosny, to Lingling martwiła się rozprzestrzenianiem się epidemii w Europie:
„Myślę, że wielu ludzi wyjechało wtedy z Wuhanu do krajów europejskich, nie myślę tu wyłącznie o Chińczykach, ale też o Europejczykach, którzy wcześniej podróżowali, pracowali i studiowali w Chinach. Wszyscy oni stali się ukrytym zagrożeniem. W tym czasie Europa nie podjęła żadnych praktycznych działań. Jeśli chodzi o środki przeciwepidemiczne, strona polska wymagała od pasażerów powracających z Chin wypełnienia kwestionariusza z niektórymi podstawowymi informacjami. Nie mierzono wówczas pasażerom temperatury”.
Pod koniec lutego Uniwersytet Jagielloński został ponownie otwarty, ale większość polskich szkół wymagała od studentów z Chin pozostania w kwarantannie, po czym mogli wziąć udział w zajęciach. Nie dotyczyło to jednak studentów z Korei Południowej i Włoch, mimo że wówczas sytuacja epidemiologiczna w tych krajach była już bardzo poważna. Ponieważ w tym czasie w Polsce nie było potwierdzonych przypadków zarażenia koronawirusem, polski rząd nie podjął natychmiastowych surowych środków zapobiegania i kontroli, w związku z czynnikami ekonomicznymi. To pogłębiło wcześniejsze obawy młodej Chinki:
„W tym momencie nagle zdałam sobie sprawę, że zimowe ferie w Polsce właśnie się skończyły. Musiało być wielu Polaków, którzy właśnie wrócili z wakacji z krajów Europy Południowej i Zachodniej, a nawet z Azji Południowo-Wschodniej. Dodatkowo międzynarodowi studenci dopiero co wrócili na uczelnię. Zaniepokoiło mnie, że strona polska nie podjęła jeszcze żadnych kontrolnych środków.”
4 marca potwierdzono pierwszy przypadek zarażenia koronawirusem w Polsce. Dziewczyna już wcześniej zrobiła zapasy produktów spożywczych, kupiła też małą butelkę alkoholu, dwie butelki płynu dezynfekującego i mydło, ale nie kupiła maseczek. Jak wyjaśniła:
„Na szczęście chińscy studenci i przyjaciele w Polsce dali mi kilka maseczek, a potem ambasada Chin przysłała nam zestaw medyczny, co rozwiązało mój problem. W połowie marca moja była dyrektorka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Języków Obcych w Kantonie, Mao Yinhui, specjalnie przykazała mi dziesięć masek z Chin ”.
Jednak Lingling i jej chińscy przyjaciele napotkali inny problem. W chwili wybuchu epidemii w Polsce chińscy studenci, mimo że mieli w rękach maseczki, nie odważyli się ich nosić, ponieważ bali się nieprzyjemnych spojrzeń ze strony przechodniów. Gdy epidemia nasiliła się, Chinka postanowiła być odważną i na Facebooku wezwał Polaków, aby nie dyskryminowali Azjatów noszących maseczki. Napisała wówczas na Facebooku:
„Załóż maseczkę lub nie noś jej. Spróbujmy spojrzeć na różnicę między nimi: to jak radzenie sobie z przeziębieniem. Europejczycy piją mleko z miodem, a Chińczycy piją gorącą wodę z imbirem. Po prostu”.
Fakty dowiodły, że środki takie jak noszenie masek i utrzymywanie dystansu społecznego mają znaczący wpływ na powstrzymanie rozprzestrzeniania się epidemii. Wraz z rozwojem sytuacji polski rząd dostosował także w odpowiednim czasie różne ograniczenia izolacyjne i środki kontrolne. Podobnie jak zmiana koncepcji noszenia masek w Polsce, życie Lingling i otaczających ją polskich przyjaciół również uległo głębokiej zmianie z powodu epidemii, o czym tak mówi:
„Wielkanoc była bardzo trudnym czasem dla moich polskich przyjaciół. Większość z nich miała trudności aby obchodzić to święto, z daleka od rodziny. Współczuję im. Ale mam nadzieję, że coś czego zabrakło podczas tegorocznej Wielkanocy, będzie można zrekompensować za rok, w trakcie kolejnej wiosny. Wszyscy z niecierpliwością czekają na wygaszenie epidemii tak szybko, jak to możliwe, aby życie powróciło jak najszybciej na właściwy tor. ”
Podczas epidemii chińska studentka pozostaje w akademiku i kontynuuje naukę w formie zajęć online, ale ta forma nauki jest bardzo ograniczona. Ona, jej wykładowcy i koledzy z roku nie mogą się doczekać powrotu na uczelnię. Oprócz nauki Lingling i jej polscy przyjaciele pomagają innym, zwłaszcza osobom starszym, w pracach domowych lub zakupach. Wkrótce po zamknięciu uniwersytetu w mediach społecznościowych uruchomiono możliwość przekazywania darowizny na rzecz szpitali. Również i ona aktywnie uczestniczyła w tym wydarzeniu i ma swój wkład w walkę z epidemią koronawirusa w Polsce. Jak podkreśla:
„Myślę, że wszyscy są równi wobec epidemii. Wcześniej pomagałam w zdobyciu środków medycznych dla Wuhanu, teraz robię to dla Polski, która jest mi bliska, a potrzebuje w tym momencie wsparcia i pomocy. Co więcej, teraz jestem tutaj, a lokalna epidemia jest związana ze mną. Mogę wnieść niewielki wkład, więc od razu przekazałam dwieście złotych.”
Naprzeciwko akademika, w którym mieszka Lingling, jest park. Po wybuchu epidemii opustoszał on. Dziewczyna wielokrotnie patrzyła na światło słoneczne przenikające przez chmury i padające na pustą ziemię. Świat wydawał jej się bardzo daleki.

Sen o demokracji na kupie gruzów

Bułgarzy od lat bez większych emocji przyglądali się nadużyciom polityków, wszechobecnej korupcji i nieoficjalnym sieciom wpływów. Najuboższy kraj Unii Europejskiej, przeorany przez transformację ustrojową, zdawał się ostatnim miejscem, gdzie może dojść do ulicznych protestów, tak bardzo jego mieszkańcy stracili wiarę w to, że cokolwiek od nich zależy.
W lipcu 2020 r. coś się zmieniło.

Iskra Baewa, wykładowczyni Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, specjalistka od najnowszej historii swojego kraju, od kilkunastu dni prawie codziennie wrzuca na Facebooka zdjęcia z protestów przeciwko rządowi Bojko Borisowa. Od 10 lipca nie opuściła ani jednego dnia demonstracji. Pytana w komentarzach, jak długo będą trwały protesty, odpowiada: tak długo, jak będzie trzeba.
Na transparentach, które trzymają ludzie widoczni na jej zdjęciach, czytamy: Precz z mafią! Bojko, idź sobie! Chcę żyć w uczciwej Bułgarii! Demonstranci zbierają się na placu między socrealistycznymi gmachami kancelarii prezydenta, rządu i parlamentu (kiedyś był tu partyjny komitet centralny). Blokują nieodległe ulice, siadają ze swoimi plakatami na pomniku Aleksandra II, rosyjskiego cara, dla Bułgarów – Cara Wyzwoliciela. I ciągle mają nadzieję, że Bojko ustąpi, weźmie pod uwagę ich głos i nowe badania opinii publicznej, w których 60 proc. społeczeństwa jest przeciwko niemu. Jednak premier i jego partia GERB są zdecydowani trwać. Borisow rzucił na pożarcie trzech ministrów, byle samemu przetrwać, obiecał nowe wydatki na cele socjalne, a wicepremier Tomisław Donczew w mediach załamuje ręce: rząd nie może odejść w czasie koronawirusowego kryzysu! Zupełnie jakby wcześniejsze rządy GERB nie wpędzały Bułgarii w kryzys permanentny.
Kilka miesięcy temu, gdy byłam w Bułgarii na krótko przed zamknięciem granic, Borisow po prostu rządził i nie podlegało to żadnej dyskusji, a ludzie starali się przetrwać każdy kolejny dzień, często – dosłownie – walcząc o przetrwanie: odsetek ubogich lub zagrożonych ubóstwem sięgał 1/3 społeczeństwa. Dominowała apatia i poczucie, że lepiej już było.
– Bułgarzy tylko w jednej czwartej mogą decydować o swoim losie. Reszta to sprawa zewnętrznych sił – powiedziała mi wtedy, w marcu, Iskra Baewa. Cytowała Dimityra Błagoewa, nestora bułgarskiego socjalizmu, i przekonywała, że jego gorzka refleksja o peryferyjnej ojczyźnie, uzależnionej od wielkich światowych wstrząsów, wiele razy sprawdziła się w historii. Potem zaznaczyła, że od 1919 r., kiedy wypowiedział te słowa, zmieniło się w jej przekonaniu tylko jedno: z jednej czwartej zrobiła się jedna dziesiąta.
Koszmar transformacji
Iskra Baewa mówiła z pozycji osoby, która naprawdę chciała coś zmienić: trzydzieści kilka lat temu była działaczką nie tak licznego ruchu dysydenckiego i szczerze wierzyła w możliwość ulepszenia bułgarskiego socjalizmu. Kiedy zobaczyła, jaki obrót przyjęła gospodarcza terapia szokowa z lat 1990-1991, przyłączyła się do Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, tylko po to, by przekonać się, że w „humanistyczny socjalizm” zapisany w jej programie wierzyli szeregowi członkowie, ale nie kierownictwo. Liderzy partii, jak dawna prawa ręka Żiwkowa, Aleksandyr Liłow, zachłysnęli się neoliberalizmem. Po drugiej stronie, w Związku Sił Demokratycznych, było to samo: pod rządami Związku, tylko w okresie 1990-1992 r., liczba bezrobotnych Bułgarów poszybowała z 65 do 577 tys. Przyjęto ustawę o prywatyzacji, ze względów ideologicznych zniszczone zostały wiejskie gospodarstwa kolektywne, chociaż większość mieszkańców wsi wcale się tego nie domagała.
– Drastycznym przykładem realizowanego bezmyślnie programu „dekomunizacji” był los spółdzielni produkcyjnych, traktowanych w tym czasie jako „ogniska komunizmu”, a ich likwidacja – jako „akt dziejowej sprawiedliwości”. Bezmyślnie przeprowadzona akcja dekolektywizacyjna przyniosła gwałtowne pogorszenie sytuacji społeczno-ekonomicznej mieszkańców wsi – pisze w swojej monografii Tadeusz Czekalski, historyk XX-wiecznej Bułgarii.
Transformacja i kolejne rządy, nieudolne i/lub nieuczciwe, otworzyły drogę do sukcesu GERB (w rozwinięciu: Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii). Na powszechny upadek infrastruktury i usług publicznych, popychający miliony ludzi do emigracji, centroprawicowa partia odpowiedziała obietnicami walki z przestępczością, wspierania rodzin, energetycznej niezależności. Od 2009 r. w żadnych wyborach partia z Borisowem na czele nie spadła poniżej 30 proc. Rządzenie i możliwość rozdzielania funduszy płynących z Europy tylko pomagało jej w konsolidowaniu władzy. Wzmacniały się i rozrastały nieoficjalne sieci powiązań na styku polityki (wielkiej i lokalnej), wymiaru sprawiedliwości, świata przestępczego. Rozkwitała korupcja, po stronie władz stała większość mediów, finansowanych przez bułgarskich oligarchów. Równocześnie wielu obywatelom, kompletnie rozczarowanym polityką, podobał się prosty i dosadny język Borisowa, jego podkreślanie wiejskich korzeni, ostentacyjna „swojskość”.
W 2018 r. Bułgaria okazała się tym państwem Unii Europejskiej, gdzie nierówności społeczne są największe, równy dostęp do publicznej edukacji i służby zdrowia to fikcja, a 1/3 obywateli nie stać nawet na ogrzanie domu w zimie. W tym też roku demografowie z Bułgarskiej Akademii Nauk ocenili, że przez niski wskaźnik urodzeń i masową emigrację do 2080 r. liczba obywatelek i obywateli skurczy się do 4,6 mln. Gdy upadał socjalizm, Bułgarów było niemal dwa razy więcej.
Młodzi, wykształceni, oburzeni
To młodych najbardziej poruszył incydent z udziałem Christo Iwanowa, lidera liberalnej, proeuropejskiej partii Tak, Bułgaria! Iwanow, który w 2014-2015 r. był u Borisowa ministrem sprawiedliwości, a teraz alarmuje Europę, że jego kraj to klasyczny przypadek państwa zawłaszczonego, z bułgarską flagą w dłoni usiłował dostać się na publiczną plażę w pobliżu posiadłości Ahmada Dogana, jednego z liderów mniejszości muzułmańskiej w Bułgarii, dobrze widzianego w kręgach bliskich GERB. Został przepędzony przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej służby: mógł ogłosić, że państwowe pieniądze są wydawane na ochranianie willi oligarchy. Zdarzenie miało miejsce 9 lipca; dwa dni później znowu to młodzi oburzyli się, gdy prokurator generalny Iwan Geszew nakazał policji przeprowadzenie przeszukania w kancelarii prezydenta Rumena Radewa i zatrzymać dwóch jego doradców. Prezydent Radew, były generał lotnictwa, nie wywodzi się z GERB, jego zwycięską kampanię wyborczą w 2016 r. popierała Bułgarska Partia Socjalistyczna. Przez ostatnie miesiące Radew systematycznie budował wizerunek polityka silnego i uczciwego, bezlitośnie punktującego korupcję i nadużycia GERB. Zdobył tym pewną sympatię, część Bułgarów jest skłonna widzieć w nim nadzieję na odnowę. Ale to nie osoba Radewa, choć jego przemówienia o przyszłości Bułgarii i potrzebie przepędzenia mafii wzbudzają entuzjazm, jest motorem napędzającym protesty.
David Bisset, dyrektor fundacji Equilibrium i ekspert ds. polityki społecznej, od 2000 r. mieszkający w bułgarskim Ruse, powiedział mi w marcu tego roku, że jeśli dla Bułgarii jest nadzieja, to leży ona w ludziach młodych i wykształconych. Takich, którym zawłaszczone państwo Borisowa pozostawia najmniej szans: ich kwalifikacje, często zdobywane niezwykle ciężką pracą, bo nierówności w edukacji zaczynają się w Bułgarii od pierwszych lat nauki, są mniej warte niż nieformalne koneksje. Szczególnie rozgoryczeni są ci, którzy studiowali za granicą i wrócili do Bułgarii tylko po to, by przekonać się, że nawet taki dyplom znaczy niewiele. Nawet, jeśli próbują swoich sił w biznesie – a wśród protestujących jest wielu takich – wszechobecna korupcja i niewidzialne sieci nie dadzą im spokoju. W normalnych warunkach wentylem bezpieczeństwa dla władz była możliwość emigracji. Ale jak myśleć o wyjeździe teraz, przy zamkniętych granicach?
Wśród młodych i wykształconych żywe jest marzenie o czystej demokracji, o europejskich standardach, które muszą zostać przyjęte w Bułgarii, by polityka przestała być brudną grą zakulisowych interesów. I jeszcze jedno źródło inspiracji, na które zwrócił mi uwagę Władimir Mitew, lewicowy dziennikarz związany z kolektywem Barikada: rumuńska prokuratura antykorupcyjna (DNA). Obserwując, jak kierująca DNA Laura Kovesi posyła za kratki kolejnych polityków, rozczarowani życiem politycznym na własnym podwórku Bułgarzy zaczęli się zastanawiać: dlaczego u nas tak nie można? Silna i niezależna prokuratura zaczęła być postrzegana jako środek do osiągnięcia wymarzonej praworządności. Umacniało się przekonanie, że za pomocą takich organów można wyeliminować określoną liczbę najbardziej nieuczciwych polityków i tym samym otworzyć drogę do prawdziwych reform. Z pola widzenia umykały kontrowersje wokół rumuńskiej walki z korupcją: jak to, że w pewnym momencie DNA stała się tak potężna, że stanęła ponad wszelkim prawem, że w budowaniu tej potęgi pomagały niejasne relacje ze służbami, a antykorupcyjne postępowania wcale nie sięgały wszystkich opcji politycznych po równo. W oczach młodych i ambitnych Bułgarów z klasy średniej wciąż przeważa przekonanie, że Rumuni przynajmniej zaczęli robić u siebie porządek, tymczasem wypromowany przez Borisowa prokurator generalny Iwan Geszew robił co najwyżej efektowne wrażenie: może i doprowadził do skazania niektórych oligarchów, ale tylko tych, którzy nie żyli dobrze z GERB. Tytułem kontrastu: w lipcu ubiegłego roku w Sofii wybuchł potężny skandal, gdy czwórka wpływowych polityków GERB nabyła za ułamek wartości apartamenty w budynku wznoszonym przez dewelopera, pod dyktando którego zmieniono wcześniej prawo budowlane. Jednak komisja antykorupcyjna nie doszukała się konfliktu interesów.
Zmienić konstytucję… i co dalej?
Spontanicznie wyłonieni przywódcy demonstracji potrafią myśleć całkiem radykalnie, jeśli chodzi o formę protestu: jeden z nich, prawnik Nikołaj Chadżigenow, wzywał, by organizować się w całym kraju i blokować, co się da – drogi, porty, lotniska, budynki administracji publicznej, sądy. Jednak jeśli chodzi o cel, to – poza dymisją Borisowa i Geszewa – horyzontem wydają się być postulaty przedterminowych wyborów (najlepiej w formie elektronicznej), reformy prokuratury i gruntownej zmiany konstytucji lub uchwalenia nowej. To stanowczo za mało, by faktycznie zablokować całą Bułgarię: postulaty, które porywają młodych i wykształconych, oburzonych na swój brak perspektyw, nie przemówią do tych, którzy są wykluczeni totalnie, ledwo wiążą koniec z końcem gdzieś w Widyniu czy Sliwenie, nie mówiąc już o mniejszych miastach i zrujnowanej wsi. Liberalny sen o uczciwej demokracji wystarczy, by skrzyknąć kilkanaście tysięcy ludzi w Sofii, obrzucić budynki rządowe papierem toaletowym i świńskimi uszami, a do tego zorganizować mniejsze protesty w innych większych miastach. Żeby przebudzić społeczeństwo i przywrócić mu wiarę, że można przełamać wieloletnią beznadzieję, to stanowczo za mało. Wygląda jednak na to, że młodzi i wykształceni nawet się nad tym nie zastanawiają.
A przecież wyrwanie wykluczonych z apatii nie jest niewykonalne, bo i poza wielkimi ośrodkami ludzie umieją trzeźwo ocenić swoją sytuację: w niedawnym sondażu 86 proc. Bułgarów stwierdziło, że prawo w ich kraju działa na rzecz bogatych, a krzywdzi biednych. Ludzie świetnie zdawali sobie sprawę również z tego, że przeciętny obywatel nie ma szans na dobrą opiekę lekarską, a sytuacja emerytów w ostatnich latach tylko się pogarszała, chociaż Borisow nieznacznie podniósł świadczenia dla nich. Co więcej – 66 proc. ankietowanych stwierdziło, że państwo powinno przeciwdziałać ubóstwu wśród dzieci – fundować im podręczniki, komputery czy stypendia. Byle bieda nie reprodukowała się z pokolenia na pokolenie, jak dzieje się to obecnie.
Ale hasła społecznej niesprawiedliwości, nierówności czy nagminnego łamania praw pracowniczych nie wybrzmiewają podczas tych protestów. Dla liberalnie nastawionych bojowników z korupcją nie są specjalnie zajmujące. Ubogi elektorat GERB, albo wykluczeni, którzy na nikogo już nie głosują, nie jest też przez nich uważany za godnego partnera do rozmowy. Bułgarska Partia Socjalistyczna jest obecna na protestach, ale ich nie akcentuje, bo jej lewicowość to ciągle hasła na papierze, nie czyny. Ona też ma swoich oligarchów i własne, chociaż odpowiednio słabsze, sieci powiązań. Do tego ludzie za bardzo pamiętają jej kompromitację w latach 90. i później, nie na darmo wreszcie Borisow powtarzał przy każdej okazji, że to „socjaliści sprzedali Bułgarię”. W szesnastym dniu protestów, gdy uczestnicy demonstracji z taką samą dezaprobatą potraktowali i Danijelę Daritkową z GERB, i liderkę „lewicowej” partii Korneliję Ninową. Obydwu zablokowano drogę, gdy miały wyjść z telewizyjnego studia, obie wygwizdano.
Swoje postulaty próbują szerzyć w protestującym tłumie młodzi działacze Kolektywu na rzecz Interwencji Społecznej i innych lewicowych grup, ale idea socjalistyczna jako taka została w Bułgarii zbyt zohydzona przez ostatnie 20 lat, by mogli odnieść szybki sukces. Nawet jeśli wspomnienie transformacji jest traumą, poprzednia epoka zachowała się w rodzinnej pamięci milionów obywateli jako czas wielkiej modernizacji i awansu społecznego, a postać Todora Żiwkowa otacza w pewnym segmencie społeczeństwa aura prawdziwej nostalgii. Swoją „swojską” pozę Borisow wypracował, właśnie naśladując gesty i styl wieloletniego przywódcy Bułgarskiej Partii Komunistycznej.
Europa, Europa
Rozczarowaniem dla proeuropejskich młodych demonstrantów jest fakt, że nie wstawiła się za nimi Europa. „Unio, zobacz, jak są wydawane twoje pieniądze”, „Droga Angelo, droga Ursulo, czy jesteście ślepe, czy też skorumpowane?” – to kolejne napisy z transparentów na proteście. Wielu uczestników manifestacji wierzyło, że skoro Bruksela tak głośno ostrzega Polskę i Węgry przed łamaniem zasad praworządności, to w końcu, po latach, przestanie przymykać oczy również na afery i nadużycia w Bułgarii. Tak się nie stało: zamiast tego GERB otrzymał poparcie od Europejskiej Partii Ludowej, Bułgarska Partia Socjalistyczna – od swojej socjaldemokratycznej frakcji Europarlamentu. Komisja Europejska jedynie przypomniała o demokratycznym prawie do protestowania.
Bruksela chce mieć spokój na granicy zewnętrznej i nad Morzem Czarnym, woli premiera Bułgarii skorumpowanego, ale przewidywalnego, bo pozbawionego większych ambicji, niż utrzymanie władzy i czerpanie z tego profitów. Wzrost znaczenia jakichkolwiek reformatorskich ośrodków, w tym frakcji prezydenta Radewa, byłby jednak z perspektywy UE pewną niewiadomą; jeden z eurodeputowanych GERB wyrażał nawet zaniepokojenie, że ewentualny rząd przejściowy mógłby się okazać „prorosyjski”. Bardzo pod publiczkę, bo Bułgaria wychodzić z NATO nie zamierza, a młodzi protestujący byliby oburzeni, gdyby zarzucić im sympatię dla Kremla. Niemniej obawa przed historycznymi związkami rosyjsko-bułgarskimi ma się na Zachodzie nieźle i snucie takich wizji może przekonać niezdecydowanych w Brukseli, by jednak zostawili Borisowa na swoim miejscu. Z podobnie zresztą prymitywnie rozumianych geopolitycznych względów UE przez całe lata godziła się z jednoosobowymi rządami i milionowymi nadużyciami oligarchy Vladimira Plahotniuka w Mołdawii – ważne było to, że odpowiednio głośno deklarował proeuropejskość.
Więc jednak to zewnętrzne siły decydują, kto będzie rządził w Sofii? Też, ale nie do końca, bo Borisow nie potrzebuje międzynarodowych zachęt, by kurczowo trzymać się stanowiska. W wykrzykiwanych hasłach „Precz z mafią” jest wiele racji: krytycy premiera Bułgarii sugerują, że jeśli straci on polityczny immunitet, to może stracić też życie, w tyle dziwnych interesów był (jest?) zamieszany. A frekwencja na protestach, sięgająca w szczytowych momentach 20 tys. ludzi, robi wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę skromną historię bułgarskich demonstracji w ostatnich latach – ale ciągle jest za mała, by naprawdę przestraszyć cynicznych polityków i oligarchów operujących w cieniu. A nawet gdyby w GERB doszło do jakiegoś przesilenia, skutkującego ucieczką premiera, to…
– Co dałaby nam reforma polityczna bez zajęcia się ekonomiczną podstawą wszystkich problemów? Korupcja jest bezpośrednim skutkiem neoliberalizmu i ścięcia niemal do zera wydatków na administrację państwową i pensje w sektorze publicznym – komentuje Stojo Tetewenski z kolektywu Lev Fem i Studenckiego Zjednoczenia na rzecz Równości. Owszem, winnych nadużyć trzeba rozliczyć, ale traktowanie walki z korupcją jako celu samego w sobie prowadzi donikąd. Przecież reforma prokuratury czy ustanowienie republiki prezydenckiej bez zmiany całej filozofii nie sprawi, że 80 proc. Bułgarów zacznie zarabiać więcej niż 900 lewów (ok. 1800 zł) miesięcznie.

Przejdą na weganizm?

O tym, że wystąpieniu pandemii COVID-19 „pomogły” tzw. mokre targi, na których sprzedawane są zwierzęta – także dzikie – zabijane na miejscu, wiadomo nie od dziś.

Panujące tam warunki sanitarne wyjątkowo sprzyjają wymianie patogenów, gdyż na targach stykają się ze sobą również takie gatunki zwierząt, które w naturze nie miałyby szansy się spotkać. Do tego ogromne ilości ich krwi, odchodów i innych wydzielin ciała – i tak właśnie rodzą się nowe choroby zakaźne, które przeskakują ze zwierząt na ludzi.
Ale nie tylko mokre targi stwarzają takie zagrożenie – wyjątkowo dużo ognisk koronawirusa na świecie odnotowuje się wciąż w rzeźniach. Pod koniec czerwca aż 1300 pracowników rzeźni w Nadrenii Północnej-Westfalii okazało się być zarażonych COVID-19, w Stanach Zjednoczonych mniej więcej połowę największych ognisk koronawirusa stanowiły ubojnie zwierząt. W Chinach drugą falę zakażeń COVID-19 zapoczątkował z kolei w Pekinie importowany łosoś.
Ponad 90 proc. światowej produkcji mięsa stanowią fermy przemysłowe, gdzie zwierzęta są trzymane w ogromnym ścisku i najgorszych warunkach sanitarnych
Ewidentnie przemysł mięsny nie sprzyja wygaszaniu epidemii, a jest to tylko jedna z jego wielu wad – obok wątpliwej strony etycznej (czy doprawdy w XXI wieku zabijanie zwierząt na mięso jest zasadne, przy tej ilości roślinnych zamienników, którymi dysponujemy?), zdrowotnej (wiadomo, że czerwone i przetworzone mięso to kancerogen – WHO potwierdza) i środowiskowej (hodowle przemysłowe mają ogromny udział w emisji gazów cieplarnianych, a także w zanieczyszczaniu powietrza, gleby i wód powierzchniowych).
Tradycyjnie Chiny są ojczyzną jednego z najbardziej popularnych substytutów mięsa, które obecnie jest szeroko wykorzystywane w kuchniach całego świata, czyli tofu – twarożku zrobionego z soi, według legendy wynalezionego przez Liu Ana w 164 r. p.n.e. Historycznie Chiny są więc swoistą kolebką kuchni wegańskiej, nie dziwi zatem, że ich ambicja w tej kwestii sięga dalej.
We wrześniu ubiegłego roku, w trakcie pierwszego chińskiego sympozjum na temat norm branżowych i przepisów dotyczących alternatyw dla mięsa, zorganizowanego przez China Plant Based Foods Alliance (CPBFA), ekspert branżowy Graham Miao powiedział, że przewiduje, iż w 2025 r. globalna wartość rynkowa dla alternatywnego przemysłu mięsnego wyniesie 28 miliardów dolarów. Ryan Xue, gospodarz sympozjum i sekretarz generalny CPBFA zapowiedział, że zostanie utworzone konsorcjum, które skupi się na etykietowaniu, opracowywaniu standardów i polityki dotyczącej roślinnych zamienników mięsa w Chinach.
W listopadzie ubiegłego roku Państwowa Administracja Regulacji Rynku (SAMR) w Chinach wydała projekt zmian w przepisach dotyczących etykietowania żywności, w którym nakazano rzetelne opisywanie produktu, tak, by jego pochodzenie – roślinne lub zwierzęce – nie budziło wątpliwości. Poza krokiem w stronę konsumentów, pozwoli to także na sprawniejsze monitorowanie rynku i zainteresowania produktami roślinnymi.
Członek Chińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultanckiej, Xu Jingkun, wezwał w tym roku organizację do tego, by podczas oficjalnych posiłków w trakcie trwania obrad serwować wyłącznie dania bezmięsne. Przyznał, że mimo oficjalnego zakazu spożywania mięsa dzikich zwierząt, wciąż bywało serwowane na oficjalnych posiedzeniach.
Chiny są kolebką dla takich roślinnych startupów jak m.in. Zhenmeat czy Starfield, oferujących alternatywy dla mięsa, produkowane na bazie białka fasoli czy grochu. Multizen, jedna z największych firm cukierniczych i przekąskowych B2B w regionie Wielkich Chin, ogłosiła niedawno inwestycję w kalifornijską wegańską markę mleczarską na bazie grochu, Ripple Foods.
Fastfoodowe giganty, Starbucks i KFC od niedawna również badają chiński rynek w zakresie roślinnych zamienników mięsa. Starbucks współpracuje z Beyond Meat i Omnipork, oferującymi dania przyjazne dla wegetarian, takie jak lasagne imitująca smak i konsystencję wołowiny. W międzyczasie KFC współpracuje również z amerykańską firmą rolną Cargill, aby wprowadzić ograniczoną liczbę smażonych, roślinnych „kurczaków” w wybranych lokalizacjach w Chinach.
Według Euromonitor International, sprzedaż roślinnego „mięsa” w Chinach wzrosła z 7,2 mld dolarów w 2014 roku do 9,7 mld w 2018, przy rocznym wzroście między 13 a 15 proc. , który według prognoz nie zmaleje w najbliższym czasie.
Badanie Mintel wykazało z kolei, że 70 proc. konsumentów chińskich jest zainteresowanych redukcją mięsa w swojej diecie. Przedstawiciel ProVeg International w Chinach, Shirley Lu uważa, że jest to spowodowane m.in. rosnącą świadomością społeczną na temat zdrowia – i że może stanowić początek całkowicie nowej drogi kulinarnej Chin, ze znacznie większym naciskiem na kuchnię roślinną.

Państwo nieatomowe

Zapowiedziane przez prezydenta Trumpa wycofanie części wojsk amerykańskich z Niemiec spowodowało spekulacje dotyczące m. in. przeniesienia do Polski rakiet i głowic nuklearnych.

Tego rodzaju przeniesienie oznaczałoby pogorszenie bezpieczeństwa naszego państwa i byłoby sprzeczne z polską racją stanu. W tym kontekście warto przyjrzeć się doświadczeniom Norwegii będącej ważnym uczestnikiem stosunków międzynarodowych. Jak wiadomo- pierwszym Sekretarzem Generalnym był Norweg Trygve Lie. Obecny Sekretarz Generalny NATO to Norweg Jens Stoltenberg.
Po roku 1945 politycy norwescy zastanawiali się nad miejscem ich ojczyzny na geopolitycznej mapie Europy. Rozważano opcję neutralności i sojusz państw skandynawskich. Stalinowski ekspansjonizm spowodował wybór miejsca w zwartym sojuszu zachodnim. Szczególne znaczenie miały wydarzenia w roku 1948-polityczny przewrót w Czechosłowacji i tragiczna śmierć ministra Jana Masaryka oraz radziecko-fiński układ dwustronny ograniczający swobodę działania Finlandii na forum międzynarodowym. Kiedy w 1949 roku powstał sojusz NATO Norwegia stała się jego członkiem. Władze norweskie zdecydowały się na członkostwo o charakterze specyficznym-bez możliwości stacjonowania w Norwegii obcych wojsk. W 1957 roku wprowadzono też zakaz składowania na terytorium Norwegii broni atomowej w czasie pokoju. Norweski socjolog Trond Andreassen podkreśla, że zasadność tego zakazu potwierdziła blokada Kuby, kiedy to ludzkość znalazła się na krawędzi III Wojny Światowej. Prezydent John F. Kennedy i amerykańscy generałowie zastanawiali się wówczas nad możliwością zbombardowania radzieckich wyrzutni rakietowych znajdujących się na Kubie. Liczyli się też z możliwością radzieckich działań retorsyjnych w postaci zniszczenia amerykańskich wyrzutni rakietowych Jupiter, które były wówczas na terytorium Turcji, w pobliżu granicy z ZSRR. Było prawdopodobne, że pierwszymi ofiarami globalnego konfliktu stałyby się Kuba i Turcja.
Kryzys kubański zakończył się usunięciem rakiet i głowic przez ZSRR w zamian za rezygnację rządu USA z następnej inwazji na Kubę. Radziecki premier Nikita Chruszczow obwieścił światu że rakiety i głowice usunął w odpowiedzi na apel filozofa Bertranda Russella.
Kilka miesięcy potem amerykańskie rakiety Jupiter zostały zabrane z Turcji. Oficjalnie nie było iunctim pomiędzy tym posunięciem a sytuacją na Kubie. W opublikowanych oświadczeniach -przyczyną decyzji rządu amerykańskiego było to, że-rakiety były przestarzałe.
W sztabach wielkich mocarstw stratedzy i planiści wojskowi wymyślają makabryczne scenariusze, ponieważ sądzą, że są od tego, aby myśleć o tym co jest nie do pomyślenia. O scenariuszach z czasów zimnej wojny wiadomo, że przewidywały one-w przypadku III Wojny Światowej zniszczenie nieprzyjacielskich baz z bronią atomową znajdujących się w pobliżu granic. Zniszczenia byłyby olbrzymie. Być może spowodowałyby one decyzję o zawieszeniu broni. Całe szczęście, że „zimna” wojna nie przekształciła się w „gorącą”.
Pułkownik Ryszard Kukliński przekazując Centralnej Agencji Wywiadowczej 35 tysięcy stron dokumentów dotyczących m. in. rozmieszczenia na terenie Polski baz radzieckich zwiększał prawdopodobieństwo uderzenia prewencyjnego. Jako doświadczony oficer zdawał sobie sprawę z takiej możliwości.
29 grudnia 1940 roku prezydent Roosevelt w przemówieniu radiowym podkreślił: ”Nasza polityka narodowa nie jest nakierowana na wojnę. Jej jedynym celem jest utrzymanie wojny daleko od naszego kraju i naszego narodu”. Przyjmując nominację na kandydowanie- po raz czwarty- w dniu 20 lipca 1944 roku prezydent stwierdził: ”Dzisiaj obrona Oklahomy i Kalifornii ma miejsce w Normandii i na Saipanie . Tam muszą one być bronione, gdyż to co się dzieje w Normandii i na Saipanie ma wpływ na bezpieczeństwo i pomyślność Oklahomy i Kalifornii.
Obecnie prezydent Donald Trump ciągle powtarza „najpierw Ameryka”. Oznacza to – sojusznicy później. Jeżeli w ogóle…
Norwegia jest państwem aktywnym w polityce światowej. Jej przedstawiciele odgrywali i odgrywają ważną rolę w organizacjach międzynarodowych. Należy tu wymienić Gro Harlem Brundtland- dwukrotnie zajmującą stanowisko premiera, a w latach 1998-2003-dyrektora generalnego Światowej Organizacji Zdrowia.
Norweski minister spraw zagranicznych J. Holst pośredniczył w nawiązaniu tajnych rozmów pomiędzy Organizacją Wyzwolenia Palestyny a Izraelem. Rozmowy te nie doprowadziły do rozwiązania izraelsko-palestyńskiego węzła gordyjskiego. Skuteczne natomiast było norweskie pośrednictwo w konflikcie pomiędzy Tamilami i Syngalezami, który to konflikt przez wiele lat niszczył Sri Lankę. Polityka zagraniczna Norwegii służy pokojowi, bezpieczeństwu i rozwojowi gospodarczemu. Nie jest instrumentem osiągania korzyści strategicznych, takich jak zakładanie baz, lub politycznych-jak uzależnianie innych państw, jak to ma miejsce w przypadku wielkich mocarstw. Dlatego też – jak sądzę – zasługuje ona na nasze szczególne zainteresowanie.