Wspólnie stwórzmy lepszą przyszłość dla świata po pokonaniu pandemii

Niedawno odbyło się wiele spotkań, które przyciągnęły uwagę społeczności międzynarodowej, były to: 12. spotkanie przywódców grupy państw BRICS, 27. nieoficjalne spotkanie przywódców gospodarczych Azji i Pacyfiku (APEC), 15. szczyt przywódców Grupy G20.

Brał w nich udział Przewodniczący Xi Jinping, wygłaszając ważkie przemówienia, w których wskazał szereg inicjatyw, nowych koncepcji i środków, mających na celu poszerzenie współpracy stron i osiągnięcie konsensusu w zakresie istotnych obecnie problemów, tj. osiągnięcia całkowitej kontroli nad pandemią, wspierania rozwoju gospodarczego i społecznego, ochrony multilateralizmu i wolnego handlu, wzmocnienia systemu globalnego zarządzania. Przemówienia Przewodniczącego Xi wypełnione były dalekosiężnymi przemyśleniami i koncepcjami. Przewodniczący dał więc wyraźny sygnał, iż Chiny podczas promocji własnego wysokiej jakości rozwoju, równocześnie będą nieustannie poszerzać swe otwarcie na zewnątrz. Przedstawił „chińskie rozwiązania” dla świata, by ten wykorzystując „chińską mądrość” wyszedł z grzęzawiska recesji, by społeczność międzynarodowa czuła silniejszą motywację i wiarę w zwycięstwo.
Po pierwsze, winniśmy ramię w ramię walczyć z epidemią COVID-19.
Najsilniejszą, prowadzącą nas do zwycięstwa bronią jest solidarna współpraca. Wola Chin, by wraz z innymi państwami wspólnie stawiać czoła trudnościom i zgodnie toczyć bój z pandemią jest niezachwiana. Wzywamy wszystkie strony do kierowania się ideami, wedle których człowiek i życie ludzkie mają znaczenie nadrzędne, do zachowania ducha naukowej racjonalności, do aktywnego wspierania kluczowej roli, jaką odgrywa Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), do wzmocnienia wspólnej międzynarodowej profilaktyki i kontroli chorób, do dzielenia się doświadczeniami w zakresie użycia technologii cyfrowej w zwalczaniu epidemii oraz przywracania gospodarki oraz do tego, by jak najszybciej skonsolidować jak największe wspólne siły do walki z epidemią i razem stworzyć globalny firewall zabezpieczający nas przed chorobą. Jeśli chodzi o zainteresowanie społeczności międzynarodowej szczepionką, to Chiny osiągają zadowalające rezultaty w badaniach. Będziemy nieustannie wspierać współpracę międzynarodową w zakresie prowadzonych prac nad szczepionką oraz aktywnie w nich uczestniczyć, będziemy wdrażać rozpoczęty przez WHO program COVAX i przekazywać innym państwom, a w szczególności krajom rozwijającym się, chińską szczepionkę, która dzięki naszym wysiłkom stanie się ogólnie dostępna dla ludzi ze wszystkich krajów.
Po drugie, winniśmy podejmować więcej działań w celu przywróceniu rozwoju gospodarczego.
Przeciwstawienie się pandemii jest dla łańcuchów przemysłowego i dostaw bardzo poważnym wyzwaniem, strona chińska od początku wzywała wszystkie państwa do tworzenia kolejnych bodźców dla gospodarczej współpracy międzynarodowej i utrzymywania dla niej otwartej przestrzeni tak, by przyspieszyć odrodzenie gospodarcze. Po pierwsze należy utrzymywać otwarty rozwój i chronić wielostronnego systemu handlu, którego fundament stanowi Światowa Organizacja Handlu (WTO), sprzeciwiać się nadużywaniu pojęcia bezpieczeństwa narodowego w celu realizowania protekcjonizmu, zapewniać bezpieczeństwo łańcuchów przemysłowych i dostaw oraz ich płynność, jak również pomagać wszystkim państwom w jak najszybszym przywróceniu działania gospodarek. Po drugie należy wspierać innowacyjny rozwój i stwarzać przyjazne warunki dla rozwoju gospodarki cyfrowej. Wraz z innowacjami technologicznymi oraz transformacją cyfrową nadany zostanie nowy impuls rozwojowy, dzięki któremu wspólnie osiągniemy wyższej jakości i bardziej trwały rozwój. Po trzecie należy utrzymywać włączenie społeczne w rozwoju i sprawić, by więcej zasobów było kierowanych na redukcję ubóstwa, edukację, opiekę zdrowotną i budowę infrastruktury, co skutecznie pomoże krajom rozwijającym się w pokonywaniu trudności i przyniesie szersze korzyści wszystkim ludziom. Po czwarte należy wpierać zielony rozwój i wdrażać postanowienia Porozumienia Paryskiego w odpowiedzi na zmiany klimatu, jak również w szerokim zakresie przechodzić na pozyskiwanie czystej energii i wspólnie budować przyjazny naturze ekosystem tak, by stworzyć czysty i piękny świat.
Po trzecie, zarządzanie światem powinno odbywać się na zasadach równości i sprawiedliwości.
Wybuch pandemii uwidocznił, że obecny system globalnego zarządzania jest niewystarczający. Opierając się na koncepcji światowego zarządzania, obejmującej szeroko zakrojone konsultacje, wspólny wkład i wzajemne korzyści, Chiny nadal opowiadają się za tym, aby wszystkie kraje przestrzegały multilateralizmu, utrzymywały otwartość, inkluzyjność i wzajemnie korzystną współpracę oraz postępowały zgodnie z duchem czasu, jak również by wspierały ONZ w skuteczniejszym osiąganiu globalnego konsensusu i koordynowaniu działań globalnych. Będziemy stanowczo chronić wielostronnego systemu handlu, który ma swe podstawy w zasadach, jest przejrzysty, daleki od dyskryminacji, otwarty i inkluzyjny. Będziemy propagować wolny handel i stać na straży uczciwej konkurencji. Opowiadamy się za wykraczaniem poza ramy ideologii, za poszanowaniem systemów społecznych wybranych przez kraje na podstawie ich własnych warunków narodowych, modeli ekonomicznych i ścieżek rozwoju oraz za budowaniem bardziej sprawiedliwego i zrównoważonego partnerstwa na rzecz globalnego rozwoju. Chiny będą pogłębiać współpracę ze wszystkimi państwami świata, zwłaszcza z krajami rozwijającymi się i rynkami wschodzącymi tak, aby sprawić, że kierunek rozwoju ładu międzynarodowego zwróci się w stronę sprawiedliwości i racjonalności oraz stworzona zostanie wspólna przyszłość dla całej ludzkości.
Obecnie Chiny – po stoczonej walce z epidemią, osiągnęły ogromne rezultaty o znaczeniu strategicznym, dzięki temu urzeczywistniają stały postęp w dziedzinie gospodarki. Ponadto przedstawiły nowy model rozwoju oparty głównie na obiegu krajowym oraz na wspólnie napędzających się dwóch obiegach: krajowym i międzynarodowym. Decyzja ta ma charakter długoterminowy i strategiczny, została podjęta przez Chiny w odpowiedzi na falę globalizacji, a oparta była na głębokiej integracji własnej gospodarki z gospodarką światową. Stworzenie nowego modelu rozwojowego Chin nie oznacza zamknięcia obiegu krajowego, ma ono na celu lepsze połączenie rynków krajowych i międzynarodowych przy jednoczesnej poprawie odporności gospodarczej i konkurencyjności, co w rezultacie doprowadzi do stworzenia nowego systemu gospodarczego o jeszcze wyższym stopniu otwarcia. Zgodnie z nowym schematem rozwoju, potencjał rynkowy Chin zostanie w pełni pobudzony, tworząc większy popyt i stwarzając więcej możliwości dla krajów na całym świecie. Chiny są gotowe zacieśnić współpracę ze wszystkimi państwami, w tym z Polską, aby działać na rzecz: jak najszybszego przezwyciężenia pandemii przez społeczność międzynarodową, powrotu wzrostu gospodarczego na swe dawne tory, zrównoważonego rozwoju oraz współpracy nad stworzeniem lepszej przyszłości dla świata po pokonaniu pandemii.

Uczcie się od Chin!

Czy można już ogłaszać, że w październiku 2020 roku narodziły się nowe Chiny? I nowy podział świata?

Zakończone ostatnio V Plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin przyjęło pięcioletni plan rozwoju gospodarki na lata 2021-2025 oraz podstawy piętnastoletniego planu rozwoju społeczeństwa.

Plany pięcioletnie i długoletnie programy rozwoju nie są czymś nowym w Chinach, ale tym razem nastąpiła widoczna zmiana priorytetów w rozwoju społeczeństwa i gospodarki.
Po trzydziestu latach intensywnego, często rekordowego, wzrostu chińskiego PKB, władze chińskie zamierzają teraz postawić na jakość rozwoju gospodarczego i społecznego.
Odchodzą od powszechnej, także na świecie, zasady „wzrost gospodarczy ponad wszystko”. Od mierzenia rozwoju i jakości życia gospodarczego przede wszystkim według wzrostu PKB.
Teraz rozpoczyna się proces przekształcania obecnej intensywnej gospodarki w nową jej formę. W ciągu piętnastu lat powstanie w Chinach „wielkie, nowoczesne państwo socjalistyczne” wykorzystujące przede wszystkim nowotworzoną „innowacyjną gospodarkę”.
To oznacza stopniowe ograniczanie liczby przedsiębiorstw działających na zasadzie maksymalizacji produkcji, czasem produkcji nieracjonalnej , marnotrawiącej zasoby naturalne, na rzecz przedsiębiorstw kierujących się zasadami gospodarki zrównoważonego rozwoju.
Priorytetami nowej gospodarki będą innowacyjność, zwłaszcza robotyzacja i sztuczna inteligencja, oraz jej energooszczędność. Większe wykorzystywanie odnawialnej energii. W tym celu niezbędny jest rozwój Internetu i upowszechnienie stosowania technologii 5G.
Ważnymi filarami obu planów będzie ochrona środowiska naturalnego i rozwój „zielonej gospodarki”. Priorytetami stanie się ochrona wody i powietrza, Już teraz powstają w Chinach nowe dzielnice-miasta zaprojektowane i budowane wedle rygorów „zielonych technologii”.
Ta nowoczesna gospodarka stanie się bazą dla rozwijającego się społeczeństwa chińskiego. Nowoczesnej, wykształconej, aktywnej gospodarczo i społecznie ponad czterystu milionowej klasy średniej. Stabilizującej system polityczny państwa .Zapewniającej mu harmonijny rozwój.
Ważnym celem obu planów jest konsekwentne ograniczanie dysproporcji między obszarami miejskimi i wiejskimi. Zwłaszcza, że po trzydziestu latach ekspansji chińskiej gospodarki na rynkach globalnych, teraz jej priorytetem będzie też rynek wewnętrzny.
Dlatego nowa klasa średnia powinna więcej konsumować produktów chińskich. Ale ta konsumpcja wewnętrzna, podobnie jak produkcja, też będzie miała swe priorytety. Preferowana będzie konsumpcja racjonalna. Wybierająca produkty „zielonej gospodarki”, wspierająca ochronę środowiska .
Preferowany będzie rozwój kultury, permanentnej edukacji, turystyki wewnętrznej. I wszelkich form wspierania zdrowego, aktywnego fizycznie życia.
Jeśli realizacja tych zamierzeń powiedzie się , to przyszłe „innowacyjne Chiny”, zmienią powstały jeszcze w XX wieku, w czasach „zimnej wojny”, podział świata.
Na „Pierwszy Świat”, czyli bogate państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego. „Drugi Świat”, czyli ścigający je w rozwoju ZSRR i jego europejskie państwa sojusznicze. I „Trzeci Świat”. Państwa poszukujące wtedy swojej drogi rozwoju.
Chiny w XX wieku zaliczane były do państw Trzeciego Świata. Choć jeszcze w 1820 roku cesarskie Chiny były pierwszą gospodarką ówczesnego świata. A w XVIII wieku były wzorem kulturowym dla europejskich elit.
Warto przypomnieć, że niemiecki uczony Gottfried Wilhelm Leibniz dowodził wtedy, że Chińczycy swą kultura, stylem życia, zwłaszcza w kwestiach etyki i polityki, przewyższają uważającą się za centrum cywilizacji Europę.
Uczcie się od Chin ! – to hasło powtarzali francuscy XVIII wieczni uczeni z Wolterem na czele. Bo Chiny były wtedy dla europejskich elit wzorem merytokracji. Monarchii oświeconej zarządzanej przez wykwalifikowanych urzędników państwowych. Rekrutowanych i awansowanych dzięki ich kwalifikacjom potwierdzanych zdawanymi przez nich egzaminom. A nie jedynie urodzeniu się w szlacheckich rodzinach, jak to było wtedy w feudalnej Europie.
Niestety pod koniec XVIII wieku chińskie elit zamknęły swe państwo i gospodarkę na osiągnięcia europejskiej rewolucji naukowo- technicznej. Błędy warstw panujących zemściły się szybko. W XIX wiecznych Chinach nastąpił okres chaosu systemu politycznego i upadku gospodarki. Odbudowa przodujących, atrakcyjnych dla świata Chin nastąpiła po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej.
Jeśli w China powiedzie się realizacja przyjętych właśnie planów rozwoju społeczno- gospodarczego, to w ciągu kilkunastu lat Chiny staną się nie tylko przodującą „innowacyjną gospodarką”.
Również wzorem dla milionów zwolenników „zielonej gospodarki” na całym globie. Również mieszkańców dawnego Pierwszego i Drugiego Świata.
Wtedy to oni będą powtarzać wolterowskie wezwanie :
Uczcie się od Chin !”

Liderzy mediów z krajów BRICS spotykają się, by planować współpracę po pandemii COVID-19

Piąte spotkanie prezydium organizacji BRICS Media Forum odbyło się w poniedziałek w formie wideokonferencji. Jego uczestnicy zapowiedzieli podjęcie wspólnych wysiłków na rzecz poprawy funkcjonowania forum oraz zintensyfikowania wymiany doświadczeń I współpracy po pandemii COVID-19.

  • W walce z pandemią COVID-19 media z państw BRICS aktywnie wykonywały swoje obowiązki społeczne, informując o wspólnej walce krajów BRICS z pandemią I ułatwiając wzajemne wsparcie I pomoc między narodami z tych krajów – powiedział He Ping, dyrektor wykonawczy BRICS Media Forum.
  • W obliczu bezprecedensowych zmian, niewidzianych od stu lat, media z krajów BRICS powinny zrozumieć historyczny trend I zadziałać jako podmioty ułatwiające pokojowy rozwój – powiedział He, który jest również przewodniczącym I redaktorem naczelnym agencji informacyjnej Xinhua.
    Wezwał media z krajów BRICS, by były świadome ogólnych trendów w globalnych rozwoju i występowały w roli “narratorów” historii o swoich państwach, nadążały za ewolucją mediów oraz stawały się „liderami” innowacyjnego rozwoju, w pełni wykorzystując możliwości wynikające ze współpracy w ramach BRICS. Wreszcie – by angażowały się w pragmatyczną współpracę.
    Xinhua zamierza zacieśnić współpracę z mediami z innym państw, aby dostarczać duchowej inspiracji do pokonania pandemii, ożywienia gospodarki i zbudowania społeczności, którą łączy wspólna przyszłość – dodał He.
    Pracom forum współprzewodniczyli Jose Juan Sanchez, przewodniczący brazylijskiej CMA Group, pierwszy zastępca redaktora naczelnego rosyjskiej agencji „Rossiya Segodnya” Siergiej Koczetkow, Narasimhan Ram – dyrektor indyjskiej The Hindu Publishing Group oraz Iqbal Surve, dyrektor wykonawczy grupy Independent Media of South Africa. W swoich przemówieniach wyrażali nadzieję na dalsze pogłębianie współpracy między mediami z krajów BRICS, ułatwienie rozwoju stosunków między tymi państwami i na to, że swoją działalnością pomogą budować lepszy świat.
    BRICS Media Forum zostało utworzone z inicjatywy agencji informacyjnej Xinhua, a jego działalność wspólnie z nią zapoczątkowały mainstreamowe media z Brazylii, Rosji, Indii oraz RPA. Prezydium forum jest głównym organem decyzyjnym organizacji.

Wizja pedofilii na zachodniej lewicy w czasach Jana Pawła II

Po stronie obrońców czci polskiego papieża są tacy, którzy próbują relatywizować jego winę tolerowania pedofilii w Kościele innym kontekstem mentalnym jego epoki, kiedy ukrywanie tego rodzaju przestępstw miało być wręcz dbaniem o powszechną moralność, a pedofilia nie była tak powszechnie potępiona, jak dzisiaj. Tymczasem istnieje ciekawa historia lewicowego podejścia do pedofilii na Zachodzie w czasach międzynarodowej kariery Karola Wojtyły. Nie dotarła do Polski, bo mieliśmy PRL. Z dzisiejszego punktu widzenia nie wygląda to niestety lepiej, niż kościelne zamiatanie pod dywan. Może nawet gorzej.

W chrześcijaństwie teoretycznie sprawa jest prosta. W Ewangeliach synoptycznych Jezus bardzo wyraźnie potępia pedofilię i to wyjątkowo surowo, sugerując nawet karę śmierci (np. Mt 18, 6 – „Jeśli zaś ktoś zgorszyłby jednego z tych najmniejszych…). Radzi wtedy „wyłupienie sobie oka” lub odcięcie sobie ręki lub nogi, jeśli „prowadzą do grzechu”, identycznie jak w Kazaniu za Górze, gdzie zakazuje cudzołóstwa. Jednak zakaz cudzołóstwa i prostytucji jest u niego objęty możliwością wybaczenia, a nawet braku potępienia (J 8, 11 i inne), co nie dotyczy czynów pedofilskich.
„Nauczmy nasze dzieci miłości” – prasowe ogłoszenia pedofilskie na Zachodzie po 1968 r. nie były niczym niezwykłym.
Protest Jezusa odnosił się tu do zjawisk społecznych jego epoki: podobnie jak w całym cesarstwie rzymskim, właściciele niewolników w starożytnym Izraelu wykorzystywali ich również seksualnie, zależnie od swych preferencji, tj. włączając w to też dzieci.
Innym rozpowszechnionym zjawiskiem był wymóg regulowania drobnych długów ubogich rodzin poprzez „udostępnianie” celnikom, poborcom podatkowym lub lichwiarzom żon, młodych córek, synów i dzieci. O ile „użyczanie” osób dorosłych uchodziło za jako tako „normalne”, wykorzystywanie dzieci napotykało na ludową niechęć, i to mimo, że religia to jakby ignorowała.
Jezus podważał tu jeden z „boskich” przepisów żydowskiej Tory (Kpł 25, 44-46) promujących niewolnictwo osób i dzieci nieżydowskich. To naturalnie nie przeszkadzało amerykańskim właścicielom niewolników, zarówno katolickim, jak i protestanckim, cytować te wersety, by udowodnić jak pobożnymi są chrześcijanami.
Ze Starym Testamentem był ten problem, że zakazywał homoseksualizmu, zoofilii i kazirodztwa (choć w tym ostatnim wypadku uznawał sporo wyjątków za pobożne), ale nie pedofilii. Ci, którzy w czasach Jezusa wykorzystywali ubogich, by dobierać się do ich żon czy dzieci, czuli się w pełni praw, a sam Jezus był społecznie niebezpieczny, gdyż przede wszystkim zdawał się symbolicznie „gwałcić” święte prawo własności.
Rewolucja seksualna
Oczywiście klasowe, seksualne wykorzystywanie poddanych hierarchicznym prawom feudalizmu i kapitalizmu trwało (i trwa) w różnych formach następne 2 tysiące lat, mimo zwycięstwa chrześcijaństwa, lecz by zbliżyć je do czasów JP2, trzeba przejść do prawdziwej obyczajowej bomby atomowej w świecie zachodnim, którą były wydarzenia 1968 r. we Francji. Przedtem (po II wojnie) jawnym, propagandowym ośrodkiem dyskursu pedofilskiego w Europie była niespecjalnie lewicowa Holandia, promieniująca na Niemcy, Belgię, czy Danię. Już wtedy był on podpięty pod walkę o prawa gejów, lecz jego oddziaływanie było stosunkowo ograniczone.
Jakoś tak się stało, że masowe strajki i bunty uniwersyteckie z 1968 r. nie zostały zapamiętane jako znaczne przesunięcie do przodu praw pracowniczych, czy różnych mniejszości, lecz jako olbrzymie wyzwolenie obyczajowe, skierowane przeciw „sklerotycznym dziadersom”.
W skrócie, slogan „Zakazuje się zakazywać” pozwolił później upowszechnić kobiecą antykoncepcję, zalegalizować przerywanie ciąży, czy uwzględniać prawa mniejszości seksualnych, ale też prowadził do wizji społeczeństwa w stylu słodkich obrazków z pism Świadków Jehowy, gdzie lew, który przeszedł na wegetarianizm, przytula się do małego, uśmiechniętego chłopca, czy dziewczynki. „Wszechogarniająca miłość” miała sprowadzić rodzaj laickiego Królestwa Bożego na ziemi, ogarniającego wszystkie rodzaje skłonności seksualnych. Jakby nikt nie zauważył, że lwy ciągle jednak nie są weganami.
Lawina miłości
Kiedy Karol Wojtyła stanął na czele Kościoła katolickiego (1978), dyskurs pedofilski był na Zachodzie już ugruntowany. We Francji i na całym zachodnim świecie karierę robiły nagradzane książki otwartego geja Tony’ego Duverta, jak Dobry seks ilustrowany (1973), radosna apologia pedofilii, jako „międzypokoleniowej wspólnoty seksualnej”. Radykalnie lewicowy filozof René Schérer w swoim Emilu przewrotnym (1974) wyjaśniał, że stosunki płciowe z dziećmi nie przynoszą im żadnych szkód, a jedynie pożądane szczęście.
Radykalnie lewicowa gwiazda „paryskiej wiosny” 1968 r. Daniel Cohn-Bendit opowiadał w Wielkim Bazarze (1975), jak dzieci pod jego opieką żywo interesują się jego rozporkiem, a Gabriel Matzneff w Mniej niż 16 lat (1975) przekonywał, że prawna dojrzałość seksualna (dziś 15 lat) jest niepotrzebnym, mieszczańskim przesądem, podczas gdy dzieci mają oczywiste, pełne prawo do swobodnego seksu z dorosłymi.
W sumie chodziło jednak o prawa dorosłych, gdyż przestarzałe kodeksy karne ciągle przewidywały kary za pedofilię. Niezbędnych reform domagały się organizacje gejowskie, które w pełni identyfikowały się ze „sprawą pedofilii”, jak Homoseksualny Front Akcji Rewolucyjnej (FHAR), animowany przez młodego eseistę radykalnej lewicy Guya Hocquenghema, partnera i ucznia René Schérera, który zaczął wydawać pedofilski przegląd naukowy Badania nad dzieciństwem i edukacją. Przedsięwzięciu patronował sam Michel Foucault, światowej sławy historyk, filozof i socjolog, który podjął wtedy walkę z tymi psychiatrami dziecięcymi, którzy zaczęli kwestionować nieszkodliwość pedofilii.
Stanowisko wielkiego Foucaulta przerodziło się w modę na „antypsychiatrię”. Socjolog postulował, żeby nie słuchać zacofanych psychiatrów, a jedynie bezpośrednio dzieci, których słowa same pomogą „ustalić jaki był stopień przemocy, czy przyzwolenia” na akt płciowy.
Bitwa o wolność
W dwa miesiące po rzymskiej intronizacji Karola Wojtyły, w radykalnie lewicowej wówczas Libération seryjny pedofil i zresztą żywy organizator społeczności pedofilskiej Jacques Dugué, umieszczony w areszcie za kolejny „zbyt gwałtowny” gwałt, pisał o zaletach sodomizacji dzieci: „Dziecko, które kocha dorosłego, kocha czuć jego członek w swym ciele”, nawet jeśli tego nie wie, co ma być widocznym znakiem miłości.
Luc Rosenzweig, Schérer i Matzneff wydali Kto się boi pedofilów?, żeby przełamać opór „ludzi nie wierzących w naukę”, uznanych za ówczesnych foliarzy i płaskoziemców, a eseiści Pascal Bruckner i Alain Finkielkraut zachwycali się wspólnie kolejną książką Tony’ego Duverta, już nie tyle pedofilską, co wprost pedopornograficzną, której dziś nie dałoby się wydać nawet w jakimś trzecim obiegu. Duvert opowiadał tam o swoich 5 i 6-letnich „kochankach”. Jak to było możliwe?
W drugiej połowie lat siedemdziesiątych przez media przetoczyła się fala współczucia dla pedofilów, którzy mimo wszystko bywali skazywani, przynajmniej w tzw. grubszych sprawach, jak gwałty zbiorowe. Np.tylko w 1977 r. w Le Monde, który uchodził jeszcze wówczas za pismo bardzo prestiżowe, ukazały się aż dwa listy otwarte intelektualistów lewicowych, wzywające do uwolnienia niepotrzebnie więzionych pedofilów.
Wśród sygnatariuszy tego typu apeli byli ludzie, których dzieła studiowano na uniwersytetach całej planety, mega-gwiazdy postępowej inteligencji stanowiące wzór duchowo-umysłowy, jak feministka Simone de Beauvoir, komunistyczny pisarz Louis Aragon, semiolog Roland Barthes, filozofowie Gilles Deleuze, Jean-Paul Sartre czy André Glucksmann, politycy lewicy, jak Bernard Kouchner i Jack Lang oraz wielu, wielu innych szeroko wtedy znanych lub już wymienionych w tym artykule.
Zalążki upadku
Od razu warto wyjaśnić, że choć Simone de Beauvoir stawała w obronie pedofilii, ruchy feministyczne, które inspirowały się jej książkami, pedofilię odrzucały. Kiedy np. w 1980 NAMBLA (wielka amerykańska organizacja gejowsko-pedofilska) objęła kierownictwo organizacji nowojorskiego Gay Pride, feministki i lesbijki wezwały do bojkotu imprezy.
Wtedy już francuski Front Wyzwolenia Pedofilów (FLIP) działał słabo, w porównaniu do podobnych organizacji w innych krajach Zachodu. Najbardziej pro-pedofilską partią lewicy we Francji była wtedy trockistowska Rewolucyjna Liga Komunistyczna (LCR), lecz te idee przenikały do innych ugrupowań, również nielewicowych, częściowo dość dyskretnie.
W Niemczech jawnie pro-pedofilską partią byli (lewicowi wówczas) Zieloni, którzy jeszcze w 1985 r. głosili „produktywność stosunków płciowych z dziećmi” (sic!). We Francji ruch gejowsko-pedofilski podzielił się na lewicowy, skupiony wokół pisma Le Gai Pied, oraz skrajnie prawicowo-neonazistowski jednoczący fanów magazynu Gaie France. Ten drugi był bliższy holenderskim i niemieckim organizacjom pedofilskim. Dziś oczywiście nie ma wśród nich mowy o pedofilii – politycznie, we Francji geje prawicowi dołączyli gromadnie do Frontu Narodowego Le Penów pociągając za sobą zresztą sporą część dawnych gejów lewicowych.
Dziś jawne zrozumienie dla pedofilii wykazują z tej strony tylko osoby o wyjątkowym statusie, jak pisarz Renaud Camus, autor Wielkiej Zamiany, książki przeciw niebiałej imigracji, która inspiruje prawicowych terrorystów.
Lata przełomu
W latach 90. ub. wieku trudno było ludziom zgłaszać afery pedofilskie np. w Kościele, bo nie dość, że wyglądało to na zamach na autorytet Kościoła, dochodziły do tego obawy o pewną stygmatyzację, zarzut zacofania, niezrozumienia, a nawet „spiskowości” ze strony liberalnej już wtedy inteligencji.
Rzeczywiście, pod wpływem wypowiedzi osób uznanych za autorytety, pedofilia zaczęła być uznawana za coś establiszmentowego, związanego z władzą, co znacznie rozbiegało się z oczekiwaniami ludzi „lewicy post-68”, którzy wcześniej chcieli widzieć „powszechną miłość” w działaniu. Mówienie o „teoriach spiskowych wśród ludu” pękło jednak jak bańka mydlana w obliczu afer, które najdosłowniej wstrząsnęły całym globem, jak „sprawa Dutroux” z 1996 r., z której skutkami Belgia boryka się do dzisiaj.
Tu nie chodziło już o jakieś „stosunki międzypokoleniowe”, czy nawet „zwykłe” gwałty, tylko porywanie, więzienie, wykorzystywanie i zabijanie dzieci, z wykazaniem, jak bardzo ówczesny liberalny świat polityczny był w tym umoczony po uszy, jeśli nie przez uczestnictwo w takim procederze, to poprzez jego zorganizowane, wytrwałe tuszowanie.
Ludzie wyszli na ulice. Cała aura „dobrej pedofilii” została zdmuchnięta w obliczu niepohamowanego gniewu. Ujawnianie zadziwiających afer ruszyło z miejsca, jak ów handel, dosłownie pedofilskie licytacje małych dzieci-sierot (albo i nie) z Trzeciego Świata, sprowadzanych do Amsterdamu pod pretekstem humanitarnym.
Tak, jakby wróciły czasy Jezusa. Wobec dorosłego, każde małe dziecko może być niewolnikiem i da się to wykorzystać.
Epilog
Wobec tak powszechnej fali oburzenia i pomiarkowania się mediów, ruchy gejowskie postanowiły całkowicie odciąć się od pedofilii, do tego stopnia, że dziś mieszanie homoseksualizmu z pedofilią uchodzi za poważny, homofobiczny błąd (i zresztą najczęściej nim jest). Zachodnie stowarzyszenia LGBT, bardziej dziś liberalno-prawicowe, niż lewicowe, poszły drogą pogardzanego wcześniej „obyczaju mieszczańskiego” tj. ubieganiem się o legalizację związków i małżeństw, co ma symbolizować pewne „ustatkowanie się”, niezbędne w ich oczach, by zyskać społeczną akceptację.
Przekierowanie dział oburzenia na Kościół, czy inne struktury homoseksualne (jedynie w sensie jednopłciowości) jakoś zażegnało kryzys.
Co do Kościoła. Idee, książki, poglądy pro-pedofilskie promieniujące po 1968 r. oczywiście przenikały również i tam. Przekonanie, że tylko niewykształceni ostro potępiają pedofilię lub, że w istocie nie jest ona taka znowu zła, dawało jakieś argumenty nie tylko sprawcom, ale i tuszującym.
Tuszowanie spraw było w ich oczach konieczne nie tylko dlatego, że czyny pedofilskie były objęte potencjalnie kosztownymi zakazami prawnymi lub, że powodowały niechęć świeckich, ale i ze względu na tę mniejszość duchownych, która wierzy w jasny przekaz ewangeliczny. Klasyczne dbanie o spójność organizacji typu niestety mafijnego.
Co do różnych sław, które dały się uwieść pedofilii w imię np. walki z wykluczeniem społecznym, tolerancji, czy konceptów w rodzaju „poliamorii”, część zmarła naturalnie, część na AIDS w latach 80., a inni, jak Cohn-Bendit, czy Kouchner, wyrazili żal, mówiąc „nikt wtedy przeciw temu nie protestował” lub „takie to były czasy” i przeszli do prawicy. Jeszcze inni siedzą w więzieniach lub mają na karku ciągnące się sprawy sądowe, a niektórzy po prostu milczą, zmarginalizowani.
Znajomość działań zachodniej lewicy, która nie tuszowała pedofilii, nie może przekreślać niebywałego dorobku naukowców, artystów, publicystów i filozofów, którzy grupowo pomylili się w jednej sprawie. Chodzi o ludzi, dzięki pracy których inni mogli rozszerzyć swój horyzont o znajomość licznych mechanizmów rządzących ludzką społecznością. Nikt im tego nie odbierze, bo nie da się zredukować ich życia do fatalnego błędu.
Grupowe, czasowe zaczadzenia, czy przesądy inteligencji są oczywiście groźniejsze od „ludowych” mitologii, lecz zdarzają się tak samo często. Lewica na Zachodzie otrząsnęła się z błędu i z pewnością zapamięta tę lekcję na długo.

David Prowse (1935-2020)

Odszedł David Prowse znany szerszej publiczności jako odtwórca roli kultowego Dartha Vadera z pierwszej trylogii Gwiezdnych Wojen. W sumie Vadera grało aż trzech aktorów, ale człowiekiem którego widzieliśmy na ekranie w kostiumie Lorda Sith był właśnie Brytyjczyk David Prowse. O jego odejściu poinformował w oświadczeniu agent Davida Prowse’a – Thomas Bowington.

Davida Prowse był brytyjskim kulturystą i sztangistą, mistrzem w podnoszeniu ciężarów. To właśnie jego atletyczna budowa wysoki wzrost (201 cm) sprawiły, iż George Lucas kręcąc pierwszy epizod Gwiezdnych Wojen „Nowa Nadzieja” w studio Pinewood w Wielkiej Brytanii, uznał że będzie on idealnie będzie pasować do postaci Vadera. Co prawda jego brytyjski akcent uniemożliwił mu pełną grę i w efekcie podczas post produkcji głosu użyczył James Earl Jones. Z powodu akcentu z West Country jego koleżanka z planu, nieżyjąca już Carrie Fisher, miała nazywać go „Darth Farmer”.
Mówiło się również dużo o jego konflikcie z samym Lucasem, ponieważ uważał że to właśnie Prowse zdradził mediom informację o śmierci w finale trylogii Dartha Vadera. Przez tamtą burzę medialną panowie przestali mieć ze sobą kontaktu. Sam Prowse twierdził, że jego osoba była bojkotowana na planie i nie otrzymał zaproszenia na premierę „Powrót Jedi”.
Nie tylko rola w Gwiezdnych Wojnach uczyniła go popularnym w Wielkiej Brytanii. Po latach twierdził, że jego ulubioną rolą była postać Green Cross Code Man (tł. and. Zielony Znak Drogowy), który uczy dzieci jak właściwie zachować się na drodze. Z tej roli jest najbardziej go zapamiętali Brytyjczycy. Za udział przez prawie dwadzieścia lat w kampanii bezpieczeństwa ruchu drogowego wśród dzieci, został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego. O jego trudnych relacjach z Lucasem i o ciężarze roli Lorda Sith można dowiedzieć się więcej z bardzo dobrze nakręconego dokumentu „I Am Your Father” z 2015 roku w którym można się przekonać, jak bezwzględna i brutalna może być machina świata Hollywood wobec skromnego człowieka, który miał czelność nie zgadzać się na wszystko.
David Prowse był charakterystycznym aktorem z czego korzystali reżyserzy i producenci programów rozrywkowych. Pojawił się w takich produkcjach jak: „Mechaniczna pomarańcza” Stanleya Kubricka, „Potwór Frankensteina” czy w popularnym programie „Benny Hill Show”. Był także konsultantem. Pomagał m.in. Christopherowi Reeve w przygotowaniu sylwetki do roli Supermana.
W Wielkiej Brytanii Prowse znany był także jako postać Green Cross Code Man, który przez dwadzieścia lat kampanii bezpieczeństwa drogowego uczył dzieci jak właściwie zachować się na drodze. Jak podkreślał, właśnie z tej roli jest najbardziej dumny. Za udział w kampanii, został w 2000 roku odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Moja Dania

Po roku 1945 polityka zagraniczna Danii była ukierunkowana na zachowanie neutralności. Radykalna zmiana nastąpiła w roku 1948. W kwietniu tego roku w Pradze miały miejsce dramatyczne wydarzenia- zagadkowa śmierć ministra spraw zagranicznych Jana Masaryka i przejęcie władzy przez Komunistyczną Partię Czechosłowacji pod kierownictwem Klementa Gottwalda. Również w kwietniu 1948 roku parlament duński zadecydował o przyjęciu pomocy amerykańskiej w ramach planu Marshalla. Dla wyniszczonej przez wojnę i okupację gospodarki duńskiej pomoc ta była bardzo istotna.

W 1949 roku Dania stała się państwem członkowskim NATO. Duńscy politycy i dyplomaci odgrywali i odgrywają ważną rolę w Sojuszu. I tak np. Anders Fogh Rasmussen po ośmioletnim okresie sprawowania funkcji premiera, w latach 2009-2014 był sekretarzem generalnym NATO. Aktywne członkostwo nie oznaczało jednak rezygnacji z zapobiegania uwikłaniu Danii w konflikt z ZSRR, który mógłby oznaczać-przewidywane przez strategów- planistów prewencyjne uderzenie w bazy atomowe. Niebezpieczeństwo takie byłoby realne w przypadku istnienia tego rodzaju baz na terytorium Danii.
Polityka w tej kwestii została sformułowana przez duńskiego premiera i ministra spraw zagranicznych H. C. Hansena po raz pierwszy 29 czerwca 1957 roku a następnie uściślona 1 maja 1958 roku. Premier Hansen oświadczył wówczas:” W obecnych okolicznościach nie jesteśmy gotowi do zaakceptowania głowic nuklearnych lub rakiet średniego zasięgu na terytorium Danii”. Stanowisko to jest podstawą obecnej polityki rządu duńskiego, który w aktualnych okolicznościach nie akceptuje broni nuklearnej na terytorium Danii w czasie pokoju.
xxxxx
Politykę zagraniczną Danii i wszystko, co dotyczyło Danii zawsze śledziłem z uwagą i sympatią spowodowaną przyczynami osobistymi o których mowa poniżej. W szczególności-rzecz oczywista-kontakty polsko-duńskie. Jako student Politechniki Poznańskiej odbywający praktykę w Zakładach Cegielskiego dowiedziałem się, że w tych Zakładach uruchomiona została- w oparciu o licencję udzieloną przez duńską firmę Burmeister & Wain – produkcja silników okrętowych. Tak więc w ponurych latach zimnej wojny moja Dania nie przyłączyła się do restrykcyjnego traktowania mojej Polski.
Mój pierwszy wyjazd
W roku 1947 duński komitet pomocy dzieciom zaprosił tysiąc polskich dziewcząt i chłopców na czteromiesięczne wakacje- od 1 maja do 31 sierpnia. W Gdyni, przed wejściem na pokład dzieciarnię zbadali lekarze duńscy. Cierpiących na choroby zakaźne odesłali do domu. Było ich około dwustu. Byłem jednym ze szczęśliwców, którzy popłynęli do Danii.
Zostałem wybrany przez kierownika szkoły podstawowej w Dębnie Lubuskim ponieważ byłem wówczas chudzielcem-niejadkiem,który uczył się dobrze. W wieku lat dziewięciu rozpocząłem poznawanie świata. Z Gdyni do Kopenhagi przybyliśmy na pokładzie „Sobieskiego”. Następnie – po przesiadkach ze statku na statek- dotarłem do miasteczka Marstal znajdującego się na Aeroe- jednej z licznych niewielkich wysepek. Zaopiekowała się mną rodzina Rasmussenów składająca się z ojca-rybaka i dwu dorosłych córek – Elin i Grethe. Elin prowadziła sklep z lodami, który odwiedzałem codziennie. Grethe zadbała o to, abym w trakcie pobytu w Danii znalazł się-na dziesięć dni w Kopenhadze.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w europejskiej stolicy, w pięknym mieście z parkiem Tivoli dostarczającym licznych atrakcji takim jak ja szkrabom w wieku szkolnym. Porozumiewanie się z moimi opiekunami nie było trudne.Przed moim przybyciem otrzymali oni rozmówki duńsko-polskie. Dzięki tej niewielkiej książeczce nauczyłem się kilkadziesiąt trudnych, duńskich słów. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że Duńczycy o swoich monarchach wyrażali się z sympatią i uznaniem. Ze zdziwieniem, gdyż ojciec powiedział mi, że w świecie współczesnym „królowie to przeżytki”.
Moi opiekunowie powiedzieli mi, że w czasie okupacji król Chrystian X- wbrew niemieckim pogróżkom-przed pałacem królewskim osobiście wciągał na maszt flagę duńską. W ten sposób podtrzymywał nadzieję, że „jeszcze Dania nie zginęła”.
xxxxx
Po powrocie do Dębna-wbrew docinkom kolegów- nadrobiłem stracone w szkole dwa miesiące, a w dwa lata później byłem „pierwszy w klasie”. Ponieważ „pierwszy w klasie” jest tematem złośliwych dowcipów pośpiesznie muszę dodać, że to zdarzyło się mi po raz pierwszy i ostatni.W Liceum Ogólnokształcącym w Kole, w klasie maturalnej byłem dopiero drugi.
xxxxx
Wiedziałem, że Warszawa jest bardzo zniszczona. Marzyłem o tym, aby po odbudowie była taka jak Kopenhaga.
W Warszawie znalazłem się po raz pierwszy w roku 1952 jako uczestnik Zlotu Młodych Przodowników-Budowniczych Polski Ludowej. Kulminacyjnym wydarzenie Zlotu był wiec ma Placu Zwycięstwa.
Na trybunie był prezydent Bolesław Bierut oraz przedstawiciele organizacji młodzieżowych ze Związku Radzieckiego i innych państw bloku wschodniego. Światową Organizację Młodzieży Demokratycznej reprezentował Francesco Moranino. Na zakończenie wiecu przewodniczący Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej – Władysław Matwin odczytał tekst ślubowania uczestników Zlotu. Słuchaliśmy go w milczeniu. Grupa młodzieży znajdująca się w pobliżu trybuny powtarzała jego słowa. Słowa te przyjąłem ze zdumieniem, gdyż była tam mowa o”angloamerykańskich podpalaczach i ludobójcach”.
Jak można tak mówić o tych, którzy pomagali nam wydostać się spod hitlerowskiej okupacji ! Pamiętałem też o żołnierzach amerykańskich i brytyjskich, którzy wspólnie z żołnierzami radzieckimi wyzwolili moją Danię.
Imigranci i uchodźcy
W latach 1960-tych do Danii przybywali robotnicy z Jugosławii,Turcji i Pakistanu. Wielu z nich pozostało na stałe. Później zaczęli napływać uchodźcy z państw ogarniętych wojnami i konfliktami.
Władze ustalały ilościowe kwoty uchodźców, którzy mogli być przyjęci w Danii. W roku 1983 parlament przyjął ustawę o cudzoziemcach zgodnie z którą rozpatrywanie wniosków o azyl powinno uwzględniać prawa człowieka. W latach następnych napływ cudzoziemców wywoływał głosy krytyki, a nawet reakcje rasistowskie. W roku 1998 do parlamentu weszło 13 przedstawicieli antyimigranckiej Duńskiej Partii Ludowej. W tym samym roku przyjęta została ustawa zawierająca ograniczenia dotyczące w szczególności pozostawania w Danii.
Imigrantom przyznawano trzyletnie zasiłki i zobowiązywano do nauki języka duńskiego. Zwolennicy obrony praw człowieka zdołali doprowadzić w roku 2000 do złagodzenia postanowień tej ustawy dotyczących kwestii łączenia rodzin.
Na niewielkie terytorium Danii przybywają ciągle cudzoziemcy. Władze państwowe zwracają uwagę na stwarzanie możliwości ich zgodnego współżycia z miejscowymi społecznościami. W szkołach dzieci cudzoziemców nie powinny stanowić więcej niż 25 proc. ogółu uczniów. Powinno to osłabiać skłonności przybyszów do zamykania się w odrębnych grupach i sprzyjać społecznej integracji.
Obecnie w Danii przebywa około 34 000 Polaków. Mam nadzieję,że czują się tam dobrze. Podobnie jak ja wiele lat temu.

W trakcie pisania powyższych rozważań Pani Laura Sorensen Topp z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Danii przekazała mi ważne informacje za które serdecznie Jej dziękuję.

O twórcy Absurdystanu, nie tylko sanitarnego

Z pewnym gorzkim rozbawieniem da się właśnie obserwować niezwykłe przebudzenie europejskich mass mediów w kwestii rządów króla Ubu we Francji, tj. neoliberalnego ekstremisty Emmanuela Macrona.

Opóźnienie tych mediów jest olbrzymie, gdyż szaleństwo neoliberalne długo im nie przeszkadzało. Dopiero po latach niespotykanego autorytaryzmu, wielu ofiar i nieszczęść, powodem do przebudzenia stały się, teraz sławne na cały kontynent, wyjątkowo represyjne środki antyepidemiczne, które poza swą groteską, niczego nie dają. Macronowska idolatria policyjnych represji przechyliła szalę.
Zaczęło się od artykułu w niemieckim Die Zeit. Tekst „Autorytarny Absurdystan” z 12 listopada oprócz analizy politycznych wpływów francuskiej oligarchii i paryskiej „arystokracji” urzędniczej, na których Macron oparł swe żałosne rządy, przynosi wiele anegdot ilustrujących chaos i niewiarygodną chucpę zarządzania „wojny z epidemią”. Na przykład, by wyjść z ogólnego aresztu domowego przewidzianego lockdownem, Francuzi muszą mieć odpowiednie zaświadczenia, choćby chodziło o wyprowadzenie psa, czy zaprowadzenie dziecka do szkoły.
Na początku tego miesiąca szef Macronistanu (jak go nazywają w ojczyźnie) wygłosił przemówienie telewizyjne, w którym usprawiedliwiał godzinę policyjną i powszechny areszt domowy wymyślonymi liczbami: straszył, że w połowie miesiąca 9 tys. łóżek reanimacji będzie zajętych przez pacjentów z covidem, a wkrótce umrze na tę chorobę 400 000 ludzi (!). Konsekwencją tych typowych fałszywych proroctw na rzecz Wielkiego Strachu był zupełnie niespodziewany bunt mediów rządowych (d. publicznych). W końcu wyciągnęły one dowody, że ani godzina policyjna, ani lockdown z aresztem nie miały najmniejszego wpływu na spadek „przypadków” i zachorowań na covid.
Kilka elementów: szczyt liczby „przypadków” (tj. pozytywnych testów na obecność koronawirusa u zdrowych i chorych) przypadł na 2 listopada – potem liczby zaczęły gwałtownie spadać. 2 listopada to był zaledwie 4 dzień ogólnego aresztu domowego: daleko za wcześnie, by mógł zadziałać, jeśli to w ogóle działa. Co do godziny policyjnej, która sparaliżowała wiele miast łącznie ze stolicą, mogła wydawać się owocna, gdyż początek „szczytowania” liczby „przypadków” – 27 października – przypadł 10 dnia po wprowadzeniu tego obostrzenia. Problem: w miastach, w których godziny nie wprowadzono, początek szczytu przypadł tego samego dnia.
Mało tego, według uznanej już naukowej metody badania nagromadzenia wirusów w ściekach spływających z łazienek, spadek nieuchronnie zapowiadający obniżenie liczby „przypadków” i hospitalizacji zaczął się 17 października, tj. w dniu wprowadzenia godziny policyjnej. Obecnie królują dwie hipotezy, które mogłyby to wyjaśnić: jedna to prostu naturalny cykl życia tego typu wirusów i druga, o której nie warto mówić, gdyż na razie otacza ją zbyt silne tabu medialno-polityczno-społeczne typu pierwotnego (wg antropologii).
Jednak już nie problem, czy Macron, strasząc współobywateli wiedział, czy nie wiedział (co byłoby kompromitacją), jak się sprawy przedstawiają, przestraszył europejskie i nawet amerykańskie media, lecz ogólniejsza kwestia postępującej faszyzacji władzy. Partia Macrona, poparta przez Zjednoczenie Narodowe Le Pen, przepchnęła przez parlament przepisy praktycznie uniemożliwiające oskarżenia niezwykle brutalnej francuskiej policji o jawne przestępstwa. Środkiem do tego jest zagrożony więzieniem zakaz publikowania zdjęć i filmów policjantów, na podstawie których można ich zidentyfikować, co jest dozwolone np. w Chinach, Rosji czy innych krajach dyżurnie uchodzących za represyjne.
Skandaliczna, macronowska ustawa o „globalnym bezpieczeństwie” wywołała mocno spóźnione, nagłe przebudzenie liberalnych mediów, które można podziwiać z opadłą szczęką. Lawina artykułów, od Washington Post, Politico czy New York Times , poprzez Guardiana, El Pais, Handelsblatt i całą masę mniej wpływowych gazet z innych krajów, spada na ciężko doświadczoną Francję i jej oszalałego prezydenta. Potrzeba więc było epidemii, by wreszcie zwrócić uwagę na to, co dzieje się pośrodku Europy. Może po prostu Absurdystan jest większy, niż się uważa?

Działania zapobiegające epidemii po rozpoczęciu nauki w Chinach

1 września był dniem otwarcia nowego roku szkolnego w większości placówek edukacyjnych w Chinach. Zanim to nastąpiło kadra pedagogiczna oraz administracja musiały pokonać wiele trudności związanych z zapobieganiem i kontrolą epidemii. Podjęto także decyzję, że szkoły będą otwierać się stopniowo.

W pierwszej połowie 2020 roku, ze względu na epidemię koronawirusa placówki edukacyjne w Chinach zasadniczo przeszły na nauczanie online. Oznaczało to zwiększenie kosztów zarządzania. Należy także zauważyć różnice w efektywności nauczania w porównaniu z nauką tradycyjną w ławce szkolnej. Nauka przed ekranem komputera nie oddaje atmosfery szkolnych klas, korytarzy czy boisk.
Obecnie trwa globalna pandemia. Sytuacja epidemiologiczna w Chinach jest ogólnie stabilna i stale poprawia się, zapobieganie i kontrola choroby stały się codziennością, a produkcja i życie wróciły do ​​normy. W duchu dbania o zdrowie nauczycieli i uczniów oraz prowadzenia sprawnej pracy dydaktycznej, wszystkie regiony wprowadziły zasady dotyczące ochrony zdrowia. Na potrzeby zachowania bezpieczeństwa wśród uczniów, w różnych klasach przeprowadzono testy kwasów nukleinowych. Zgodnie z założeniem kierownictwa szkół, ogólny porządek nauczania z przeszłości został przywrócony. Jesienią znów w chińskich szkołach można było usłyszeć jak uczniowie czytają na głos w klasach, w kampusam szkolnych i uniwersyteckich pojawili się nauczyciele i młodzi ludzie. Do 18 września wszystkie prowincje w kraju otworzyły partiami szkoły, do których uczęszcza 242 miliony uczniów, co stanowi prawie 90% ogólnej liczby uczniów. Wskaźnik ten świadczy o tym, że system edukacji zdał ważny egzamin oraz osiągnął bezpieczny, normalny i pełen start semestru zimowego, a także że szkoły w pełni przywróciły normalny porządek kształcenia.
Oznacza to, że uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów nie muszą już całymi dniami wpatrywać się w komputery, rodzice zaś nie muszą nadzorować ich każdego dnia. Rodzice, uczniowie i nauczyciele nie będą odczuwali zmęczenia w związku z edukacją online. Powrót do normalności jest ważny dla każdego.
Jednocześnie placówki edukacyjne odpowiedziały na wezwanie rządu, w tym Ministerstwa Edukacji, wprowadzając środki zapobiegające i kontrolujące epidemię, wzmacniając testowanie na koronawirusa, zapewniając higienę na stolówkach i opiekę medyczną dla nauczycieli oraz uczniów. Według czterech zasad „wczesnego wykrycie, wczesnego zgłaszania się, wczesnej izolacji i wczesnego leczenia” komisje zdrowia w wielu miejscach zorganizowały szpitalach specjalne strefy, aby zapewnić uczniom z gorączką pomoc lekarską w jak najszybkim czasie i reagować w nagłych wypadkach. System ten jest odpowiedzialny za zdrowie i bezpieczeństwo nauczycieli oraz uczniów. Pozwala także na sprawne przemieszczanie się. Dotyczy to szczególnie uczniów, którzy odbywają staże poza budynkiem szkoły, poszukują pracy, w przypadkach gdy wystąpiły nagłe wypadki rodzinne lub zdrowotne. Przed wyjazdem poza miasto muszą oni wpełnić wniosek, poddawani są też kontroli zdrowia. Dzięki technologii informacyjnej ich przemieszczanie się jest kontrolowane co zapewnia ochronę ich zdrowia, jak i innych osób.
Chiński Dzień Narodowy i Święto Środka Jesieni odbyły się wkrótce po rozpoczęciu zajęć szkolnych. Był to czas podróży do rodzinnych domów, co oznaczało, że wykładowcy akademiccy oraz studenci wyjechali. Wszyscy podróżujący, niezależnie od środka komunikacji, musieli poddać się zasadom i obostrzeniom związanym z zapobieganiem epidemii. Było to nie małe wyzwanie. W związku z tym niektóre uniwersytety wydłużyły czas wolny dla pracowników oraz studentów. Pekiński Uniwersytet ogłosił czas wolny od zajęć w dniach od 1 do 8 października, inne uczelnie skróciły ten czas do 3-4 dni, ale wydłuży się czas wolny w przyszłości podczas ferii zimowych. 
Epidemia zmieniła codzienność i zakłóciła normalny rytm życia, uniemożliwiając pracę w większości uniwersytetów, szkół podstawowych i przedszkoli w Chinach oraz na świecie. Oczekuje się, że kompleksowe wysiłki wszystkich placówków edukacyjnych w semestrze zimowym mogą skutecznie zagwarantować bezpieczeństwo zdrowia nauczycieli, uczniów i studentów. Wprowadzone we wszystkich placówkach edukacyjnych w Chinach działania zapobiegające zarażeniom koronawirusem są niezmiennie i konsenkwentnie stosowane, dzięki czemu uczniowie, studenci, rodzice, nauczyciele, wykładowcy oraz pracownicy administracji mogą czuć się bezpiecznie. Do końca roku pozostało mniej niż 40 dni. Życzymy sobie aby w tym czasie nauka była prowadzona płynnie, aby młodzi mogli zdobywać wiedzę w zdrowiu.+

Sushi con carne

Nie lękajcie się – że zacytujemy klasyka – Polexit na razie nie wchodzi w rachubę. Oczywiście Kaczyński dąży do niego od zawsze, ale na szczęście mamy koronawirusa. Dzięki niemu państwo rządzone przez PiS jest tak zadłużone, że bardziej się nie da. Z tego powodu nie da się wydrukować kasy na rzecz dla Zjednoczonej Prawicy najważniejszą – dla wsi. Najistotniejsza rzeczą dla Narodu Polskiego nie są bowiem pokazywane przez TVN, żłobki przedszkola, chodniki, czy fontanny zrobione za unijne pieniądze. Dla PiS najważniejsze są bezpośrednie dopłaty dla mieszkańców wsi. To z nich żyje suweren. To za nie co roku, w porze wypłat dopłat chłopstwo wymienia swoje samochody na nowsze.
Co prawda z uprawy roli żyje góra 20 proc. mieszkańców wsi. Ale większość z nich pracuje pośrednio lub bezpośrednio w przedsiębiorstwach rolnych dla których dopłaty unijne to być albo nie być. Mnóstwo mieszkańców wsi ziemi nie uprawia, ale ją dzierżawi, przy okazji dostając „brukselkę”. Gdyby pieniędzy z Unii nie dostali, to to co wywołał Strajk Kobiet byłoby bardzo małym Pikusiem. Bo choć mieszkańcy wsi w większości ziemi nie uprawiają i nic nie hodują, to każdy w szopie, stodole lub innym zabudowaniu gospodarczym ma wiszące na ścianie widły. I jak ktoś chciałby mu zabrać kasę z Unii, to nie zawaha się ich użyć.
Kaczyński et consortes mają tego świadomość, dlatego z Bruksela chcą się dogadać. Bruksela też się chce, bo pd tego zależą miliardy euro na pocovidowe rozruszanie gospodarki. Nikt za praworządność nad Wisłą i brak niezgodę na dotacyjne wzbogacanie się rodziny Orbana, umierać nas Szprewą, Tagiem, czy Loarą, nie będzie. Okaże się więc, że czy praworządność gdzieś występuje, czy nie wypowie się jakieś niezależne od Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, niepolityczne ciało. Najpewniej Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Ten zaś ma to do siebie, że jak się czymś zajmuje to całymi latami. Gdy zaś coś orzeknie, to jakoby Pytia przemówiła. W orzeczeniu będzie tyle niedomówień, furtek i możliwości interpretacji, że dyskusja nad takim orzeczeniem będzie trwała przez kolejne lata. W tej sytuacji tak Orban jak i Kaczyński nie będą musieli martwić się, że Bruksela zrobi skok na przeznaczoną dla ich domen kasę. Propagandy obu „dyktatorków” odtrąbią zwycięstwo suwerenności na ideologią i wszystko będzie jak było. Czyli niefajnie.

Opowieści o produktach Made in China, że to badziewie się skończyły. Chińskie marki komputerowe czy smartfonowe, to już uznane brandy. Wystarczy popatrzeć na sprzedaż komótek w pierwszych 3 kwartałach tego roku. Prowadzi co prawda koreański Samsung, ale drugie miejsce zajmuje chiński Huawei. Na trzecie miejsce wyszedł Xiaomi, spychając z podium – skądinąd też produkowanego w Chinach – Apple’a z jego Iphonem. Kolejne dwa miejsca zajmują firmy dopiero do nas ze swoimi komórkami wchodzące czyli Oppo i Vivo. Spośród 6 firm, cztery są chińskie. Fachowcy od elektroniki dają im dobre recenzje, uznając, że to sprzęt naprawdę dobry. Europy w tym zestawieniu nie widać. Europa technologicznie zjadać zaczyna własny ogon, licząc nie wiadomo na co.
Tymczasem Chiny idą utartą azjatycką ścieżką. Przecież w latach 50 i 60 świat był zasypany najtańszym badziewiem Made in Japan. Jeszcze w początku lat 70-tych kupowanie samochodów japońskich wiązało się ze sporym ryzykiem. Jednak od połowy tej dekady było coraz zabawniej. Sony i Sanyo zawojowały rynek najlepszych telewizorów, Pioneer podbił rynek audio. A Tojota z początkiem lat 80-tych mogła się już na całym świecie reklamować jako samochód doskonały i niezawodny, bardziej nawet niż auta niemieckie. To wszystko zostało Japończykom do dziś.
Tak samo mieli Koreańczycy. Najpierw mnóstwo taniego byle czego. Kradzione technologie, odtwarzacze jednorazowego użytku i tanie samochody podejrzewane o bycie podróbkami znanych marek. Dziś Korea to wspomniany Samsung, świetny Hyunday i wiele innych powszechnie znanych i cenionych marek.
W połowie lat 80-tych PKB na głowę w Korei i Polsce były takie same. Teraz krewniacy Kima mają per capita 3 razy takie jak my. Ponoć najprężniej rozwijająca się w Europie gospodarka.

Premierem Etiopii jest programista komputerowy Abiy Ahmed Ali. Pan ten jest znany na całym świecie bo rok temu za podpisanie pokoju z Erytreą dostał Pokojowego Nobla. Pan premier jest premierem od 2 lat. Kiedy to zamieszkujące Etiopię plemiona nie będące ludnością z plemienia Tigre, przejęły tam władzę. Ludzie z Tigre rządzili Etiopia wcześniej – od prawie 30 lat.
Pokój z Erytreą, – jak się okazało – był potrzebny dostojnemu laureatowi do przeprowadzenia czystki, polegającej na wywaleniu ludu Tigre ze wszystkich stanowisk. Kiedy jednak czystki kadrowe zamieniły się w etniczne i zaczęły dotyczyć ziemi zamieszkałej przez Tigre, ci się zbuntowali. Teraz pokojowo nastawiony pan premier tłumi powstanie z użyciem lotnictwa, artylerii i czego się da. Efekt jest taki, że już kilkadziesiąt tysięcy ludzi musiało uciekać do Sudanu, gdzie nawet miejscowym się nie przelewa. To pokazuje humanitaryzm całej akcji oraz każe się zastanowić na pokojowymi noblistami.
Taka choćby pani Aung San Suu Kyi dostała Nagrodę w roku 1991, kiedy była biedną, i szykanowaną przez generałów opozycjonistką walczącą o wolność, godność i równość. Od prawie 5 lat pani ta jest jednak premierem Birmy. Birma zaś jest znana głównie za sprawą ludu Rohinja. Muzułmanów mieszkających w północnej Birmie, których systematycznie się eksterminuje i wywala z ex Syjamu na zbitą twarz. Światu to co Birmańczycy robią z Rohinja się nie podoba i o wszystko obwinia panią Aung San Suu Kyi, która z dostojnej noblistki stała się twarzą eksterminacji zahaczającej o zbrodnie przeciwko ludzkości. Obrońcy Aung San Suu Kyi mówią, że nie może ona inaczej bo gdyby postawiła się birmańskim generałom, to demokracji w Birmie zrobiłoby się źle. Pani premier zatem trwa i krzewiąc ideały ludzkości, dla dobra Birmańczyków robi czystkę etniczną.
Barack Obama tez ma pokojowego Nobla. Dostał go zanim cokolwiek zrobił. A potem zrobił wiele. Wojen i potyczek, dzięki którym wojska amerykańskie miały co robić, a cała Północna Afryka w imię ideałów mogła się zacząć nawzajem wymordowywać w wojnach domowych, wywołując przy okazji zjawisko o nazwie Państwo Islamskie.
O pokojowej Matce Teresie propagującej ból i cierpienie, nie ma co wspominać. Najlepiej na tym tle wypada Lech Wałęsa. Jego jedyną przewiną jest pozostawienie po sobie dwóch takich…, z których dziś jest tylko jeden.