Jak usunąć prezydenta USA ze stanowiska?

Termin „impeachment”, który teraz jest w obiegu nie tylko w Stanach Zjednoczonych, nie ma odpowiednika w jednym słowie w języku polskim. Oznacza bowiem w USA postawienie w stan oskarżenia osoby zajmującej obieralne stanowisko. Dlatego w niniejszym artykule będę posługiwał się powszechnie używanym terminem impeachment.

Genezą impeachmentu jest Wielka Brytania. Wprawdzie król w Wielkiej Brytanii był ponad prawem, ale oskarżeniu podlegali np. członkowie Izby Gmin. Jeżeli Izba Gmin postawiła kogoś w stan oskarżenia, to proces odbywał się wówczas w Izbie Lordów. Amerykanie przejęli doświadczenia brytyjskie i na swojej konwencji konstytucyjnej z 1787 r. przyjęli w Konstytucji amerykańskiej Artykuł II Sekcja 4 następujący zapis:
„Prezydent, Wiceprezydent i wszyscy funkcjonariusze państwowi Stanów Zjednoczonych mogą być usunięci z urzędu w wypadku skazania w trybie impeachmentu za zdradę, przekupstwo lub inne ciężkie przestępstwa i przewinienia”.
Na amerykańskiej konwencji konstytucyjnej były różnice zdań odnośnie zakresu impeachmentu. George Mason m.in. opowiadał się za tym, aby objąć tym oskarżeniem również polityków, którzy wykażą się niekompetencją. James Madison, jeden ze współtwórców Konstytucji amerykańskiej argumentował, że impeachment powinien dotyczyć kryminalnego zachowania się polityków. Ostatecznie przyjęto cytowany wyżej zapis Konstytucji – określający zakres impeachmentu.
Od wejścia w życie Konstytucji Stanów Zjednoczonych w 1789 r. Izba Reprezentantów inicjowała procedurę impeachmentu 62 razy. Uchwaliła akt oskarżenia wobec 19 funkcjonariuszy federalnych. Było wśród nich 15 sędziów federalnych sądów różnych szczebli, dwóch prezydentów kraju (Andrew Johnson i Bill Clinton), jeden minister i jeden senator federalny. Procedurę impeachmentu zainicjowano w 1974 r. również wobec prezydenta Richarda Nixona, ale ustąpił on ze stanowiska zanim Izba Reprezentantów zagłosowała nad formułowanym przez Komisję aktem oskarżenia.
Jeżeli chodzi o impeachment wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych, to akt oskarżenia przygotowują różne komisje Izby Reprezentantów. Następnie ich raporty analizuje Komisja Sprawiedliwości Izby (House Judiciary Committee) i przygotowuje raport końcowy, który jest przedmiotem głosowania całej Izby Reprezentantów. Do zatwierdzenia oskarżenia potrzebna jest zwykła większość głosów. Izba Reprezentantów wyznacza również oskarżycieli. Natomiast prezydent powołuje swoich obrońców.
Akt oskarżenia uchwalony przez Izbę Reprezentantów przekazywany jest do Senatu, gdzie odbywa się proces sądowy pod przewodnictwem prezesa Sądu Najwyższego USA. Jest oskarżyciel, są obrońcy prezydenta a 100 senatorów działa jak ława przysięgłych. Do uznania prezydenta winnym a tym samym do usunięcia ze stanowiska wymagana jest większość dwóch trzecich. Jeżeli prezydent uznany zostanie winnym, natychmiast traci swoje stanowisko i prezydentem kraju zostaje wiceprezydent USA. W odróżnieniu od sądowych procesów kryminalnych proces impeachmentu jest nieograniczony w czasie.
Dotychczas w historii prezydentury amerykańskiej odbyły się dwa procesy przeciw prezydentom. Pierwszy, miał miejsce w 1868 r. i dotyczył prezydenta Andrew Johnsona. Republikanie nie mogli zboleć, że następcą zamordowanego republikanina Abrahama Lincolna został demokrata, do tego ze stanu sympatyzującego z pokonanym w wojnie domowej południem. W wyniku burzliwej debaty w ostatecznym głosowaniu w Senacie do uznania prezydenta Johnsona winnym, zabrakło jednego głosu. Jeden głos uratował prezydenta.
Drugi proces o usunięcie prezydenta USA z urzędu odbył się w 1999 r. i dotyczył Billa Clintona. Clintonowi zarzucano krzywoprzysięstwo i utrudnianie pracy wymiarowi sprawiedliwości.
12 lutego, w samo południe rozpoczęło się ostateczne głosowanie po raz drugi w historii Stanów Zjednoczonych: czy prezydent jest winny oskarżeniu sformułowanym przez Komisję Sądowniczą Izby Reprezentantów i uchwalonemu przez Izbę Reprezentantów. Artykuł pierwszy oskarżał prezydenta Clintona o krzywoprzysięstwo. Zagłosowało 45 senatorów, wszyscy republikanie. Przeciw opowiedziało się 55 senatorów, w tym 45 demokratów i 10 senatorów republikańskich, głównie ze stanów północnych i wschodnich.
Artykuł drugi impeachmentu zarzucał Clintonowi utrudnianie działania systemu sprawiedliwości. W tym przypadku senatorowie byli równo podzieleni: 50 głosów za i 50 przeciw. Do 45 demokratów dołączyło 5 umiarkowanych senatorów ze stanów północno-wschodnich. Do uznania prezydenta Clintona winnym, zabrakło większości 2/3 głosów.
Dwie godziny po głosowaniu Bill Clinton pojawił się w Ogrodzie Różanym Białego Domu i złożył krótkie oświadczenie, w którym kolejny raz przeprosił wszystkich za skandal. „Teraz, kiedy Senat wypełnił swoje konstytucyjne obowiązki i zakończył ten proces, chcę powiedzieć narodowi amerykańskiemu, jak bardzo mi przykro za to co powiedziałem i zainicjowałem, i co wielce zaciążyło na kraju i na narodzie amerykańskim”. Prezydent zaapelował do rodaków, aby „budowali wspólną przyszłość”. Podziękował również Amerykanom za poparcie, jakiego udzielili mu w trudnych chwilach procesu.

Impeachment wobec Trumpa

Demokraci, którzy mają obecnie większość w Izbie Reprezentantów od pewnego czasu domagają się wznowienia impeachmentu, jako sposobu usunięcia ze stanowiska republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Przewodnicząca Izby Reprezentantów demokratka Nancy Pelosi początkowo studziła zamiary swoich kolegów partyjnych, ale kiedy okazało się, że zdecydowana większość demokratów opowiada się za usunięciem prezydenta Trumpa z Białego Domu, wyraziła gotowość rozpatrzenia możliwości wszczęcia procedury.
Podstawą do wszczęcia oskarżenia przeciw Trumpowi były jego zabiegi na Ukrainie i w Chinach o akt oskarżenia wobec byłego wiceprezydenta USA, a obecnie kandydata na prezydenta, demokraty Joe Bidena. Takie zabiegi u obcego państwa o oskarżenia wobec obywateli amerykańskich przez prezydenta kraju uznane jest za niezgodne z prawem. Nic dziwnego, że sam Biden wezwał do impeachmentu wobec Trumpa.
Trump w rozmowie telefonicznej z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim powiedział mu wprost: „Chcę by pan zrobił mi przysługę”…
Demokraci wysuwają wobec prezydenta Trumpa również inne zarzuty, które mogą stanowić podstawę do oskarżenia go i usunięcia ze stanowiska. Oskarżają go m.in. o niejasne kontakty z Rosją, o okłamywanie amerykańskiej opinii publicznej, o obstrukcję systemu sprawiedliwości, o fałszywe zarzuty w okresie kampanii wyborczej, zarzuca się również prezydentowi obstrukcję wobec Kongresu.
Biały Dom zdecydowanie odmawia współpracy z Izbą Reprezentantów i oświadczył, że nie dostarczy żądanych przez Izbę Reprezentantów dokumentów ponieważ działania Izby Reprezentantów wobec prezydenta są nielegalne. Prawnicy prezydenta uważają, że zamiar demokratów zastosowania impeachmentu wobec Trumpa jest nielegalny i jest przykładem partyjniactwa. Pracownicy Białego Domu otrzymali od prezydenta zakaz współpracy z Kongresem w sprawie impeachmentu. Republikanie uważają, że celem demokratów jest podważanie wyników wyborów prezydenckich w 1996 r. i utrudnienie Trumpowi zwycięstwa w wyborach 2020 r.
Sondaże wykazują, że większość Amerykanów (53 proc.) popiera dążenie demokratów w Izbie Reprezentantów do wszczęcia procedury impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Trump natomiast kłamliwie twierdzi, że tylko 25 proc. Amerykanów opowiada się za postawieniem go w stan oskarżenia. Według sondażu NBC/WSJ 38 proc. ankietowanych Amerykanów uważa, że Trump zachowuje się uczciwie w sprawie śledztwa wobec niego prowadzonego przez Kongres. Przeciwnego zdania jest 58 proc. Amerykanów.
Popularność Trumpa jako prezydenta jest nadal niska w porównaniu z jego poprzednikami w ostatnich stu latach. Ale próba usunięcia go z Białego Domu w drodze impeachmentu nie powiedzie się moim zdaniem i nie tylko dlatego, że republikanie mają większość głosów w Senacie. Ostre ataki polityczne na prezydenta, zdaniem wielu Amerykanów osłabiają również prestiż Stanów Zjednoczonych w świecie. Dlatego demokraci powinni dołożyć wszelkich starań, aby pokonać Trumpa w najbliższych wyborach prezydenckich w listopadzie 2020 r. a nie nękać go groźbą impeachmentu.

Rosjanie w Mandżibie

Porozumienie wojskowe między Kurdami a rządem syryjskim, a przede wszystkim jego konsekwencje w postaci wejścia oddziałów rosyjskich na terytoria Syrii opuszczone przez żołnierzy amerykańskich, wywołało reakcję Białego Domu.

Do Ankary przybył doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego, a jutro dojdzie do spotkania między prezydentem Turcji a wiceprezydentem i sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych.
Jak informuje Agencja Reutera, silna delegacja administracji Trumpa ma przekonać prezydenta Turcji do zatrzymania ofensywy w północnej Syrii. Wcześniej Erdogan dostał zielone światło od samego prezydenta USA, który w ubiegłym tygodniu zapowiedział koniec pomocy dla Kurdów, walczących niegdyś przy amerykańskim wsparciu z Państwem Islamskim i odwołał z północno-wschodniej Syrii amerykański kontyngent. Kurdowie z Rożawy, nie widząc innego ratunku, zawarli wojskowe porozumienie z rządem w Damaszku. To armia syryjska i jej sojusznicy zabezpieczą granicę syryjsko-turecką, podczas gdy terytorium autonomicznego syryjskiego Kurdystanu nadal będzie zarządzane przez lokalny rząd. Wczoraj internet obiegały zdjęcia żołnierzy rosyjskich wjeżdżających do Manbidżu, z którego równocześnie wyjeżdżali Amerykanie. W dawnych bazach USA są już wojska syryjskie. Oddziały rosyjskie i syryjskie są już również na przedmieściach słynnego miasta Kobane na granicy Syrii i Turcji.
Wejście Rosjan do Manbidżu oznaczało zahamowanie ofensywy islamskich fundamentalistów z opłacanej przez Turcję Narodowej Armii Syrii (są w niej m.in. dawni dżihadyści z IS). Podczas ostatniej wizyty w Moskwie Erdogan powiedział Władimirowi Putinowi (dziś sam opowiadał o tym mediom), że jeśli to Rosjanie przejmą faktyczną kontrolę nad Manbidżem, on nie będzie oponował – najważniejsze dla niego jest usunięcie z miasta „terrorystów” (czyli kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych zdominowanych przez oddziały YPG). Rzecznik prasowy Erdogana powtórzył dziś ten warunek: stwierdził, że Turcja nie chce zwykłej „zmiany flagi” nad miastem i zachowania YPG w dotychczasowej postaci. Jednostki islamistów na tureckim żołdzie wciąż napływają na tereny na północ od Manbidżu. Być może Erdogan liczy na zawarcie z Moskwą porozumienia dzielącego wpływy w Syrii. Tak czy inaczej, autonomia Kurdów w takich warunkach nie przetrwa. Donald Trump tymczasem znowu powtórzył dziś, że powrót Amerykanów na ten teren jest wykluczony, a konflikt turecko-kurdyjski go nie obchodzi.
Inwazja na Rożawę i bitwa o przygraniczne Ras al-Ajn (Sere Kanije) już doprowadziła do ucieczki 160 tys. osób z terenów ogarniętych konfliktem. Obecny w Rożawie polski korespondent Witold Repetowicz kreśli przerażający obraz działań Turków. – W mieście Turcy zbombardowali szpital, dwa ambulanse Kurdyjskiego Czerwonego Półksiężyca zostały porwane przez siły tureckie, a załogi ambulansów prawdopodobnie zostały zamordowane przez tych bandytów – relacjonował dla portalu Wnet.pl. – Turcja łamie wszelkie standardy prawa międzynarodowego – podsumował. Recep Tayyip Erdogan zapowiada, że Turcja będzie kontynuować ofensywę do zwycięskiego końca. Co on oznacza dla Kurdów i całej ludności cywilnej, wiadomo już po ofensywie na Afrin w ubiegłym roku: w zdobytej prowincji doszło do masowych morderstw, grabieży, czystek etnicznych. Również do Rożawy po tureckim zwycięstwie mają zostać sprowadzeni arabscy uchodźcy z Syrii, którzy uciekli do Turcji przed wojną – miejsca dla Kurdów turecki prezydent nie przewiduje.
Erdogan już określił zachowanie Amerykanów jako „bardzo wielki afront” i zasugerował, że odwoła wizytę w USA zaplanowaną na przyszły miesiąc. Oburzyła go nie tyle zapowiedź przyjazdu Mike’a Pence’a, Mike’a Pompeo i Roberta O’Briena, który dopiero miesiąc sprawuje obowiązki doradcy ds. bezpieczeństwa, co pogróżki Trumpa o możliwym wprowadzeniu sankcji przeciwko Turcji, a w szczególności przeciwko państwowemu bankowi Halkbank – pod pretekstem łamania sankcji nałożonych na Iran. Erdogan początkowo zamierzał w ogóle nie spotykać się z Pence’em, a także później, gdy potwierdził spotkanie, oznajmił, że jego kraj nie ugnie się przed sankcjami.

48 godzin świat

90 F-35

– tyle amerykańskich myśliwców zamierzają kupić Włochy – poinformował amerykański prezydent Donald Trump na konferencji prasowej z prezydentem Włoch Sergio Mattarellą.

Katalończycy nie ustają

Już kolejny dzień trwały gwałtowne wielotysięczne protesty Katalończyków w reakcji na surowe wyroki dla organizatorów referendum niepodległościowego.

Rozróba w parlamencie

Sesja Izby Legislacyjnej Hongkongu przerodziła się w brutalny konflikt między zwolennikami protestów nękających miasto i wspieranej przez Chiny szefowej rządu Carrie Lam.

Fundusze zależą od praworządności

„Kto nie szanuje podstaw i zasad państwa prawa, nie powinien liczyć na nieograniczone wsparcie finansowe Europy” – oświadczyła niemiecka kanclerz Angela Merkel.

Nowa, wspaniała umowa

„Mamy wspaniałą, nową umowę, która oddaje nam kontrolę” – napisał po zakończeniu negocjacji z UE na Twitterze brytyjski premier Boris Johnson.

Entuzjastyczne informacje premiera Johnsona potwierdził główny unijny negocjator brexitu Michel Barnier. „Osiągnęliśmy porozumienie uczciwe, rozsądne i odpowiadające naszym zasadom” – oświadczył. Porozumienie pochwalił także szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Porozumienie zakłada, że Irlandia Północna formalnie będzie w obszarze celnym Wielkiej Brytanii, w praktyce jednak pozostanie w unii celnej z UE, czyli jej lądowa granica z Republiką Irlandii będzie funkcjonować tak, jak dotychczas.
Entuzjazm wokół zakończenia negocjacji może jednak okazać się przedwczesny, bo musi być ono zatwierdzone: przez szczyt UE – z czym, wobec opinii głównych unijnych negocjatorów i akceptacji na poziomie eksperckim, przypuszczalnie nie będzie problemu, podobnie jak z przyjęciem go przez Parlament Europejski, ale także przez brytyjski parlament, a tu może być dużo trudniej. Podpisawszy poprzednie porozumienie poprzedniczka premiera Johnsona Theresa May także ogłosiła sukces, a następnie przez kilka miesięcy nie zdołała przekonać brytyjskich parlamentarzystów aby je zaakceptowali, co skończyło się jej dymisją. Boris Johnson w relacjach z Izbą Gmin, choć rozgrywa sprawę w zupełnie innym, dużo brutalniejszym, niemal pokerowym – żeby nie powiedzieć bokserskim – stylu, jak dotąd nie odniósł wielkich sukcesów. Przegrał wszystkie głosowania w Izbie Gmin i na skutek odejścia grupy swoich parlamentarzystów zdołał utracić w niej większość. Jeśli do tego dodać przegraną przed Sądem Najwyższym sprawę o legalność zawieszenia parlamentu i wprowadzenie w błąd królowej, trudno to uznać za pasmo sukcesów, jakkolwiek przyznać trzeba, że jeśli przy tym wszystkim nadal utrzymuje funkcję szefa rządu i inicjatywę rozgrywającego sprawę brexitu, to duże osiągnięcie. Czy to jednak oznacza, że tym razem, pod presją czasu i straszenia „bezumownym” brexitem przekona Izbę Gmin?
Sceptycznie na nowe porozumienie patrzy irlandzka Demokratyczna Partia Unionistów – niewielki, ale ważny koalicjant torysów, którego sprzeciw miał kluczowe znaczenie dla wywrócenia negocjacji prowadzonych przez premier May w ubiegłym roku. Może dziś pozycja unionistów nie jest aż tak kluczowa, bo większość konserwatyści w Izbie Gmin i tak już utracili i wiadomo, że zbliżają się nowe wybory, niemniej jednak w głosowaniu nad porozumieniem ich głosy będą się liczyć.
Nie podziela entuzjazmu premiera Johnsona także przywódca najsilniejszej partii opozycyjnej – Partii Pracy. Jeremy Corbyn, który już wcześniej wypowiadał się o morskich kontrolach i przesunięciu granicy celnej na Morze Irlandzkie z dużą rezerwą, komentując doniesienia o zawarciu porozumienia, stwierdził że wygląda ono gorzej niż układ premier May. Jednak nie należy zapominać, że kwestia brexitu stworzyła w brytyjskiej polityce podziały przebiegające w poprzek (przynajmniej głównych) partii politycznych i ich parlamentarnych reprezentacji, więc nie można z góry zakładać, że wszyscy labourzyści zagłosują zgodnie z dyscypliną, tym bardziej, że już podczas niedawnej konwencji Partii Pracy bardzo trudno było im wypracować wspólne stanowisko i poparcie dla linii Jeremy’ego Corbyna. Z drugiej wszakże strony niepewne jest także stanowisko nastawionych na „twardy” brexit konserwatywnych hardlinerów, do tej pory popierających Johnsona.
Porozumienie trafi pod obrady Izby Gmin najprawdopodobniej podczas specjalnej sesji zaplanowanej na sobotę.

Pora na Moralesa?

W najbliższą niedzielę odbędą się w Boliwii wybory prezydenckie, w których zdecydowanym faworytem jest według sondaży dotychczasowy prezydent Evo Morales. Nad krajem zbierają się jednak czarne chmury. W wywiadzie dla prywatnej telewizji Gigavision Morales powiedział, że jeśli wygra, może dojść do zamachu stanu.

Mówił, że dysponuje nagraniami dowodzącymi, że szykuje się spisek prawicowej opozycji i byłych wojskowych, za którymi stoi imperium amerykańskie. Pierwszy indiański prezydent Boliwii, bliski Kubie i Wenezueli, może wygrać wybory już w pierwszej turze. Jego głównym rywalem jest b. prezydent Carlos Mesa, ostatni przed epoką Moralesa.
W czasie wizyty papieża Franciszka prezydent Boliwii podarował Franciszkowi sierp i młot z Jezusem, flickr
Trzy lata temu doszło do referendum, w którym Boliwijczycy odrzucili możliwość czwartej kadencji prezydenta, a jednak chcą głosować na Moralesa, który nieprzerwanie rządzi od 2006 r. Ma dobry bilans ekonomiczny: Boliwia pomnożyła swój PKB przez trzy i a przez dwa podzieliła wskaźnik biedy.
Jego dyskurs nie zmienia się od lat: antyimperializm, obrona „matki Ziemi”, walka z biedą i ochrona praw Indian. Jego zarządzanie było jednak pragmatyczne: wykorzystał nacjonalizację źródeł paliw, by rozpocząć poważne reformy społeczne i prowadzić politykę wielkich inwestycji publicznych. Dla jednych to autokrata, bo nie uszanował wyniku referendum, dla drugich wielki reformator społeczny kraju, który dużo ucierpiał od proamerykańskich dyktatur wojskowych i dyskryminacji Indian.

Niewystarczające sankcje

Spikerka amerykańskiej Izby Reprezentantów Nancy Pelosi oświadczyła, że sankcje nałożone przez prezydenta Donalda Trumpa na Turcję nie są wystarczające, aby zapobiec katastrofie humanitarnej.

Amerykańskie sankcje mają charakter gospodarczy: zerwanie negocjacji w sprawie umowy handlowej i podniesienie taryf celnych na turecką stal do 50 procent. „Jestem w pełni przygotowany do szybkiego zniszczenia gospodarki Turcji, jeśli tureccy przywódcy będą podążać tą niebezpieczną i destrukcyjną ścieżką” – napisał prezydent Donald Trump na Twitterze. Sekretarz handlu Steven Mnuchin poinformował natomiast, że sankcjami zostali obłożeni tureccy ministrowie obrony, spraw wewnętrznych i energii. Także inni przedstawiciele tureckich władz mogą zostać nimi objęcie. Zdaniem spikerki Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, to jednak tylko gesty. „Prezydent Trump wywołał eskalację chaosu i niestabilności w Syrii. Jego oświadczenie w sprawie pakietu sankcji przeciwko Turcji jest niezwykle niewystarczające, aby zawrócić tę katastrofę humanitarną” – napisała w oświadczeniu, przypominając równocześnie, że to on sam, nieoczekiwanie wycofując żołnierzy z północnej Syrii, dał Turcji „zielone światło” do rozpoczęcia operacji.
Administracja prezydenta Trumpa stara się za wszelką cenę zatrzeć to wrażenie, twierdząc że w strefie konfliktu były tylko nieliczne siły amerykańskie, co – nawet gdyby było zgodne z prawdą – nie robi przekonującego wrażenia, gdyż prawdopodobnie Turcja nie ryzykowałaby zabicia choćby jednego amerykańskiego żołnierza, ściągając sobie na głowę konflikt zbrojny z nadal nominalnym sojusznikiem z Paktu Północnoatlantyckiego. Równie nieprzekonujące są twitterowe tłumaczenia prezydenta, że pokonawszy Państwo Islamskie, siły amerykańskie w Syrii nie mają tam nic do roboty.

Kurdowie z Assadem

Kurdowie nie mieli wyjścia – zostawieni przez Amerykanów na pastwę losu, wobec trwającej tureckiej inwazji na Rożawę zawarli porozumienie z rządem w Damaszku. Nie oznacza ono jednak, że całe terytorium dotąd autonomicznie zarządzane przez Kurdów przejdzie pod całkowitą kontrolę Baszszara al-Asada. Tymczasem rozpoczęła się ofensywa tureckich najemników na Manbidż –miasto wyzwolone w 2016 r. przez Kurdów z rąk Państwa Islamskiego.

Jak informują media z Rożawy, porozumienie na charakter czysto wojskowy, dotyczy ochrony granicy państwowej Syrii i nie oznacza zmiany władzy w syryjskim Kurdystanie.
Syryjska Armia Arabska ma zająć stanowiska na granicy wyłącznie między Ras al-Ajn (kurd. Sere Kanije) i Al-Malikijją (Dajrik) oraz między Kamiszlo a Tall Abjad (kurd. Gire Spi), natomiast nie będzie obecna w głębi syryjskiego Kurdystanu, gdzie sprawami bezpieczeństwa, obronności i porządku nadal mają zajmować się sami Kurdowie. Umową nie objęto Ras al-Ajn oraz Tall Abjad, gdyż trwają tam walki; Turcja twierdzi, że całe Ras al-Ajn ma już pod swoją kontrolą. W porozumieniu z al-Asadem podkreślono również, że Kurdowie domagają się, by terroryści z Państwa Islamskiego, którzy obecnie znajdują się w aresztach i więzieniach w Rożawie zostali wysłani z powrotem do krajów pochodzenia (państwa europejskie nie chcą przyjmować swoich obywateli-terrorystów) lub osądzeni przez trybunał międzynarodowy. Kurdowie chcieliby również, by Rożawa została ogłoszona strefą zakazu lotów. Gdyby faktycznie uniemożliwić Turcji przeprowadzanie nalotów i bombardowań z powietrza, zdaniem kurdyjskich dowódców wynik walk na lądzie mógłby być korzystny dla obrońców Rożawy.
Już w niedzielę wojska syryjskie pojawiły się w Tall Tamar, 35 km na południowy wschód od Ras al-Ajn, przy autostradzie M4, która była celem ataku opłacanych przez Erdogana skrajnie fundamentalistycznych islamskich bojówkarzy. To właśnie na tej drodze doszło do głośnego mordu na kurdyjskiej polityczce Herwin Chalaf, którą w sobotę islamscy fanatycy wyciągnęli z samochodu, a następnie ukamienowali.
W poniedziałek tymczasem rozpoczęła się ofensywa w kierunku Manbidżu – miasta, które w 2016 r. Kurdowie wyrwali z rąk Państwa Islamskiego, wtedy jeszcze wspierani przez Amerykanów. Działania prowadzi Syryjska Armia Narodowa, czyli zbiór mniejszych zbrojnych formacji, w większości o ekstremistycznym profilu, na żołdzie tureckim. W Manbidżu znajduje się kilkuset bojowników Syryjskich Sił Demokratycznych, od 2018 r. na peryferiach miasta znajdują się jednostki armii syryjskiej, które obecnie, w związku z porozumieniem Kurdów z Damaszkiem, miałyby do niego wkroczyć. Jak jednak donosi „Al-Dżazira”, dotąd uniemożliwiała im to obecność w Manbidżu oddziałów amerykańskich. Tymczasem turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan zapowiedział, że żadne międzynarodowe naciski nie skłonią go do przerwania operacji przeciwko Rożawie.
Dowództwo Syryjskich Sił Demokratycznych nazywa porozumienie z al-Asadem (a więc także z jego protektorem, Rosją) „bolesnym”. Wie jednak, że w obecnej sytuacji nie ma wielkiego pola manewru. – Jeśli musimy wybrać między kompromisem a ludobójstwem naszego ludu, z pewnością wybierzemy życie naszego ludu – powiedział dowódca SDF Mazlum Kobani.

Nobel za walkę z ubóstwem

Laureatami tegorocznej nagrody nobla w dziedzinie ekonomii zostali Abhijit Banerjee, Esther Duflo i Michael Kremer. Nagrodę otrzymali za „eksperymentalne podejście do łagodzenia globalnego ubóstwa”.

Troje laureatów wskazywała, że ogólny problem ubóstwa może być rozwiązywany poprzez wyodrębnienie mniejszych i konkretnych problemów, takich jak edukacja czy opieka medyczna. „Bezpośrednim efektem ich pracy było to, że pięć milionów hinduskich dzieci skorzystało z efektywnych programów korepetycji w szkołach” – czytamy w oświadczeniu Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk.
Pomysł naukowców wytłumaczono na przykładzie poprawy zdrowia dzieci. Laureaci zaproponowali dekonstrukcję tego zjawiska i wyłonienie poszczególnych kwestii. Ich zdaniem należałoby się przyjrzeć metodom edukacji, systemom opieki zdrowotnej, rolnictwu i dostępności kredytów.
Kremer, Banerjee i Duflo w eksperymentalny sposób wskazywali np. na mechanizmy marnotrawstwa środków w systemie edukacji. Badacze sprawdzali również jaki jest efekt dawania dzieciom książek, a także odpowiedziała na pytanie jak ograniczyć nieobecność nauczycieli.
– Nasze podejście polega na rozpakowywaniu problemów jeden po drugim i analizowaniu ich tak naukowo, jak to tylko możliwe – powiedziała Esther Duflo, cytowana przez brytyjski dziennik The Guardian. 47-letnia Duflo jest też najmłodszą laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Prywatnie jest żoną innego z tegorocznych laureatów – Abhijita Banerjee.
Abhijit Banerjee jest pochodzącym z Indii amerykańskim profesorem na uczelni Massachusetts Institute of Technology (MIT). Na MIT pracuje również wspomniana wyżej jego małżonka, amerykańsko-francuska profesor. Z kolei trzeci z laureatów – Michael Kremer jest profesorem na Uniwersytecie Harvarda. Pochodzi z USA.
Nagroda, którą podzielą się laureaci, wynosi 9 mln koron szwedzkich, czyli ok. 3,5 mln zł.
Nobel z ekonomii – w przeciwieństwie pięciu pozostałych kategorii – nie został ustanowiony w testamencie Alfreda Nobla, ale został ufundowany przez szwedzki bank centralny. Pierwszy raz przyznano go w 1969 r. Oficjalnie wyróżnienie to nazywa się Nagroda Banku Szwecji w Dziedzinie Ekonomii im. Alfreda Nobla.

48 godzin świat

Wyroki dla separatystów

Hiszpański wymiar sprawiedliwości bardzo surowo ocenił działania katalońskich polityków, którzy w październiku 2017 roku ogłosili i przeprowadzili referendum w sprawie niepodległości Katalonii. Prokuratura oskarżyła katalońskich polityków o zorganizowanie powstania. Przed sądem stanęło ich 12. Były wiceprezydent Generalitetu (systemu, w którym została zorganizowana autonomia Katalonii) Oriol Junqueras – deputowany do Parlamentu Europejskiego, parlamentarzysta krajowy, przewodniczący Republikańskiej Lewicy Katalonii, wicepremier w rządzie regionalnym został skazany na 30 lat więzienia oraz na ten czas został pozbawiony praw publicznych. Raül Romeva, Jordi Turull i Negre oraz Dolors Bassa i Coll byli doradcy rządu Katalonii zostali skazani na 12 letnie wyroki więzienia i pozbawienie praw publicznych na taki sam czas. Zostali uznani winnymi organizacji buntu i sprzeniewierzenia środków budżetowych. Carme Forcadell, była przewodnicząca parlamentu katalońskiego otrzymał wyrok 11,5 lat więzienia, Joaquim Forn, Josep Rull – byli doradcy rządu Katalonii usłyszeli wyroki 10,5 roku więzienia, Jordi Sánchez i Jordi Cuixart – po 9 lat więzienia. Trzech członków rządu katalońskiego zostali uznani za winnych nieposłuszeństwa i otrzymali kary grzywny.

Zwycięstwo autochtonów

Jest porozumienie między uczestnikami dwunastodniowych protestów ulicznych w Ekwadorze a prezydentem kraju Leninem Moreno – w jego rezultacie podpisał dekret wycofujący podwyżki cen benzyny. Nie będzie jednak tak, że subsydiowanie benzyny i oleju napędowego pozostanie bez zmian. W tworzeniu nowego dekretu wezmą jednak udział nie tylko ludzie prezydenta, działającego pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ale również przedstawiciele Konfederacji Rdzennych Narodów Ekwadoru (CONAIE), która obok związków zawodowych przewodziła gwałtownym protestom. W roli mediatorów wystąpią natomiast przedstawiciele Kościoła katolickiego oraz ONZ.

Prezydencie nie zostawaj

Do gwałtownych starć doszło w Gwinei, gdzie trwają protesty przeciwko ewentualności zmiany konstytucji i usunięciu z niej zapisu ograniczającego liczbę kadencji prezydenckich do dwu. W przyszłym roku dobiega końca druga kadencja prezydenta Alphy Conde – pierwszego demokratycznie wybranego po trwających przez niemal 25 lat rządach Lansany Conte i dwóch latach rządów wojskowych. Prezydent Conde zapowiedział referendum konstytucyjne, co zostało odczytane przez opozycję jako sygnał, że 81-letni Conde nie ma ochoty rozstawać się z urzędem.

Przeszukania u ludzi Nawalnego

Rosyjski Komitet Śledczy prowadzi rewizje w sztabach Fundacji Walki z Korupcją, założonej przez opozycjonistę Aleksieja Nawalnego, w ramach dochodzenia związanego z praniem pieniędzy

Profesor – prezydentem

Profesor prawa konstytucyjnego Kais Saied zwyciężył w odbywającej się w niedzielę drugiej turze wyborów prezydenckich w Tunezji. Uzyskał 72,71 proc. poparcia.

Będzie wojna handlowa?

Światowa Organizacja Handlu (WHO) zatwierdziła amerykańskie cła m.in. na produkowane w Europie samoloty (10 proc.), wino, sery i oliwki (25 proc.) – łącznie towary o wartości 7,5 mld dolarów.

Prezydent przed sądem

Były prezydent RPA Jacob Zuma stanął przed sądem w związku zarzutami korupcyjnymi. Dotyczą one kontraktu zbrojeniowego zawartego z pięcioma europejskimi firmami ponad 20 lat temu.

Tron w służbie propagandy

Mowa tronowa wygłoszona na otwarcie parlamentu przez królową Elżbietę II została oceniona jako przegląd obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej przed nadchodzącymi wyborami. Oraz poparcie brexitu 31 października.

Ociekający blichtrem i ostentacją ceremoniał towarzyszący wygłoszeniu mowy tronowej, to tylko gra pozorów. Choć sięgająca czasów średniowiecza tradycja, pełna symbolicznych elementów odzwierciedlających konstytucyjną konstrukcję monarchy w parlamencie jako figury państwa oraz historyczną ewolucję relacji między władcą a parlamentarzystami może budzić podziw, jednak w obecnym systemie politycznym królowa jest tylko tubą rządu. W mowie tronowej władczyni przedstawia swoje niby to polecenia dla rządu, ale jej tekst pisze premier, ona ją tylko odczytuje i nie wolno wręcz jej nic dodawać od siebie ani pomijać. Fakt, że królowa siedzi na tronie, a mowa spisana jest na pergaminie nic tu nie zmienia.
Zasadniczo mowa tronowa powinna być przeglądem zamiarów rządu na najbliższy rok – jest to zatem jakby exposé – tym razem jednak nawet to było iluzją, bo cała wyliczanka ustaw, jakie by miały być opracowane i wprowadzone w życie ma się nijak do realnych możliwości – premier Boris Johnson kieruje rządem mniejszościowym i odkąd wprowadził się na Downing Street nie wygrał w Izbie Gmin żadnego głosowania. Zarówno on jak i opozycja prą do przedterminowych wyborów, a jedno, co do czego nie są w stanie się zgodzić to termin, kiedy by do nich miało dojść: przed czy po opuszczeniu przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej. Terminu, do którego premier Johnson jest przywiązany – czyli 31 października – w mowie tronowej zresztą nie zabrakło.
Ustami królowej zapowiedziano więc ustawy dotyczące zmian systemu imigracyjnego po brexicie mające chronić rynek pracy przed imigrantami, nowych regulacji w zakresie rybołówstwa, rolnictwa, handlu i usług finansowych, pakiet ustaw odnoszących się do poprawy bezpieczeństwa i systemu wymiaru sprawiedliwości, poprawy systemu edukacyjnego i opieki zdrowotne (acz dość ogólnikowo zasygnalizowanych) podniesienia płacy minimalnej do 10,5 funta za godzinę, a nawet ustawy gwarantującej że napiwki w całości muszą być przekazywane kelnerom. Powstaje jednak pytanie – kiedy rząd premiera Johnsona miałby to wszystko zrobić. Nic dziwnego zatem, że opozycja od razu uznała całą ceremonię za farsę – tak ją wprost określiła sekretarz spraw wewnętrznych w labourzystowskim gabinecie cieni Diane Abbott, dodając, że jest to życzeniowa lista obietnic, których ten rząd nie ma ani zamiaru ani możliwości realizować. Lider Labour Party Jeremy Corbyn stwierdził wręcz, że tak skonstruowana mowa tronowa to nic innego jak katalog obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej i cyniczne wykorzystywanie królowej do celów partyjnej propagandy.
Wiadomo, że przynajmniej od czasu sprawy namówienia królowej Elżbiety na zawieszenie parlamentu, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego nielegalne, stosunki między premierem a nią są fatalne. Co zresztą nie dziwi, bo nawet gdy się jest pozbawioną realnej władzy monarchinią, poczucie że jest się kukłą wykorzystywaną do celów politycznej gry przyjemne być nie może.
Brytyjskie media odnotowały skrzętnie, że królowa odczytywała tekst posuniętej jej mowy z wyraźną niechęcią, choć bez robienia otwarcie złośliwych min, na co nie pozwoliłaby jej dobra kindersztuba i przekonanie, że sprawy tego rodzaju należy traktować serio i nie naruszać ustalonych przez wieki reguł. Inaczej najwyraźniej rzecz potraktował Boris Johnson, który w czasie wysłuchiwania mowy tronowej miny robił i kiwał głową, zupełnie jakby chciał swojej władczyni powiedzieć coś w stylu „może i siedzisz na tronie, ale i tak musisz czytać, co ci napisałem”. Co więcej – otwarcie zapowiedział, że nawet jak dysponująca większością opozycja odrzuci przedstawione w mowie tronowej dyspozycje (procedura jest taka, że mowa poddawana jest pod debatę), nie poda się do dymisji, choć tak zwyczajowo powinien by postąpić.