Wojny migracyjne

Pierwszym kawałkiem Europy, który zobaczyli migranci z Ocean Viking był olbrzymi prom Moby Zaza pomalowany w postaci z amerykańskich kreskówek lat czterdziestych ubiegłego wieku. Kot Sylwester, Kanarek Tweety.

Tam spędzą kwarantannę, w Porto Empedocle na Sycylii. Ocean Viking uratował w czerwcu 180 osób, ale nikt ich nie chciał. Na statku desperacja migrantów doprowadziła niektórych do samobójstw i przemocy. „Gdybym był w rządzie, nigdy bym ich nie wpuścił!” – ogłosił Matteo Salvini, szef skrajnie prawicowej Ligi, który chciałby znów rządzić.
Ocean Viking, statek ratownictwa morskiego należący do francuskiej organizacji humanitarnej SOS Méditerranée, po wyciągnięciu z wody 180 osób, siedem razy zwracał się do władz maltańskich i włoskich o zezwolenie na wpłynięcie do któregoś z ich portów. Bezskutecznie. Grupa 130 ludzi z Bangladeszu, Pakistanu, Erytrei i czarnych Afrykanów, która przeszła przez koszmarne libijskie obozy, spokojnie oczekiwała w kontenerach rozstrzygnięć swego losu, podczas gdy blisko 50-osobowa grupa z arabskiej, północnej Afryki, straciła cierpliwość i popadła w szaleństwo.
Wobec ogłoszenia przez Ocean Viking „stanu wyjątkowego” na pokładzie, Włosi przysłali w końcu komisję lekarską i zgodzili się na wpuszczenie statku do portu. Atmosfera na statku ratowniczym od razu się poprawiła, nikt nie zginął. W Porto Empedocle migranci przeszli się 100 m. nabrzeża, by przesiąść się do Moby Zaza. W miasteczku burmistrzyni Ida Carmina wezwała wtedy przed dziennikarzami armię o pomoc, o „ochronę obywateli biednej Sycylii” przed migrantami z Afryki.
Od kilku tygodni próby nielegalnego przepłynięcia z nabrzeży Libii do Włoch wzmogły się, wraz z wydarzeniami na froncie wojny między dwoma rządami, czy też między grupami mocarstw, w dawnym kraju Muammara Kaddafiego. Od kiedy Turcja postanowiła pomóc zbrojnie rządowi w Trypolisie, temu uznanemu przez ONZ, a siły marszałka Chalify Haftara, które miały go obalić, cofają się na całym froncie, migracja do Europy nabrała tempa.
Tureckiego prezydenta Recepa Erdogana podejrzewa się w Europie o chęć odbudowy Imperium Osmańskiego, a Amerykanie jakby mieli to w nosie. Turcy tysiącami przerzucają do Trypolisu bojowników Al-Kaidy i innych grup dżihadu z północnej Syrii, bezprawnie okupowanej. Tak było osiem lat temu, w drugim roku wojny w Syrii, tyle, że odwrotnie: NATO nie miało nic przeciw przerzucaniu islamskich grup zbrojnych, z Libii na wojnę w Syrii.
Francja i inne kraje obawiają się, że Erdogan zyska na tyle panowanie nad Libią, że zapanuje nad drugim „kurkiem z migrantami”, po granicy turecko-greckiej, którym zechce manipulować, by grać Unii na nosie. Kurki od ropociągów też są ważne, ale w Turcji reżim trąci faszyzmem, ludzie umierają od protestów głodowych. W czerwcu sojusznicze okręty tureckie mocno postraszyły („skrajnie agresywnie”) wojenny okręt dumnej Francji na Morzu Śródziemnym, który chciał skontrolować statek towarowy do Libii, wyładowany turecką bronią, wbrew embargo.
Komisja specjalna NATO wysmażyła na ten temat szybki raport, z którego wynika, że Francja histeryzuje, że „nic wielkiego się nie stało”. Było jednak trzaskanie drzwiami: Francja wycofała się z operacji NATO na Morzu Śródziemnym. Co robić, gdy państwa tego sojuszu są obecne po obu stronach bratobójczej wojny w kraju zamorskim? Migranci też zadają sobie takie pytania, ale mają inne priorytety. Niektórym palma trochę odbija, lecz niemal wszyscy docierają do naszego kontynentu z powodu wojennego chaosu w Libii.

Ennio Morricone Ostatni koncert

Kilka miesięcy temu pisałem o spaghetti westernach to pamiętam jaki dreszczyk emocji odczuwałem, gdy przypominałem sobie sceny z dzieł Sergio Leone, w których tajemniczy nieznajomy grany przez Clinta Eastwooda stawał przed kolejnymi przeciwnikami i następowała idealnie skomponowana scena pełna napięcia.

Emocje z podobnej sceny można było podzielić na kilka współczesnych dreszczowców. Niektórzy współcześni twórcy mogą tylko pomarzyć o podobnym napięciu w swoich dziełach. W sumie Sergio Leone również, gdyby kilka lat wcześniej nie poznał w szkole podstawowej cichego i skromnego chłopca interesującego się głównie muzyką. Tym chłopcem był Ennio Morricone bez którego szkolny kolega nie zdobyłby światowej sławy, a my byśmy nie pokochali włoskiego kina strzelanego. Niestety, urodzony w Rzymie kompozytor muzyki filmowej odszedł w poniedziałek aby zagrać ostatni koncert. Może największy.
Żeby stworzyć ścieżkę dźwiękową, nie potrzebował oglądać gotowego filmu. Wystarczał mu sam scenariusz. O współpracę z nim zabiegali najwięksi reżyserzy (w tym między innymi nasz Roman Polański dla którego Morricone napisał muzykę do „Frantica”), a już nie mówiąc o filmowcach z półwyspu apenińskiego.
Jak już wspominałem włoskiego artystę świat poznał kiedy skomponował muzykę do spaghetti westernu Leone „Dobry, zły i brzydki”, czyli początku tak zwanej w Italii „trylogii dolara”. Współpraca obu rzymian była jedną z najbardziej popularnych we włoskim kinie i mimo wyraźnych różnic w charakterach (wybuchowy Sergio i milczący Ennio) nie tylko układało im się na poziomie zawodowym, ale też i prywatnym.
Dla mnie fascynujące było to, że mimo światowej sławy Morricone nadal pozostawał skromnym i bardzo skupionym na swoim fachu muzykiem. Łącznie stworzył on lub współtworzył muzykę do ponad pięciuset filmów, a całe pokolenia kompozytorów wzorowało się na jego twórczości. Można powiedzieć, że muzyka Ennio Morricone była istotnym elementem każdej sceny jak nie dodatkową postacią w filmie.
Aby podkreślić napięcie w scenach przemocy albo stonować przebieg brutalnej walki na ekranie, zamiast pełnego, orkiestrowego brzmienia typowego dla hollywoodzkich superprodukcji z pełnym patosem używał różnorodnych efektów dźwiękowych, takich jak wycie kojotów, odgłosy stąpania konia czy gwizdnięcia. To wzmacniało wrażenie egzotyki, potęgowało efekt pustki, dodając kinu gatunkowemu szczyptę europejskiej ironii. Ta „prostota” była spoiwem w współpracy obu rzymian.
W 2007 roku został nagrodzony przez Akademię Filmową nagrodą honorową – Oscarem Specjalnym. Można pomyśleć, że taki Oscar jest w pewnym sensie pożegnaniem artysty przed przejściem na zasłużoną emeryturę (a ci złośliwi nazywają go zwyczajnie „goodbye Oscar”). Jednak nie w przypadku Morricone, ponieważ już w 2016 roku otrzymał Oscara za ścieżkę dźwiękową do „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino. Uwierzcie mi, widać było po zazwyczaj spokojnym włoskim artyście ogromne poczucie satysfakcji.
Co kuriozalne nawet w okresie największej sławy nigdy nie dał się namówić na przeprowadzkę do Hollywood i naukę języka angielskiego, aby lepiej nawiązywać współpracę z wielkimi studiami filmowymi, do czego miał go usilnie przekonywać sam Dino de Laurentis – znany włoski producent filmowy pracujący przez dłuższy okres w Kalifornii. Kiedy pewna dziennikarka nie mogła się nadziwić czemu nie chce skorzystać z takiej okazji to jej prosto odpowiedział: wszystko co potrzebuję mam tutaj – w Rzymie.
Liczni reżyserzy stawiali go na równi z wielkimi mistrzami muzyki, czasami może nawet przesadzając i wywołując u samego Morricone zakłopotanie, ale to też mówi o emocjach wyzwalanych przez jego muzykę.

Wpływ epidemii na chińskie przedsiębiorstwa w Europie i perspektywy współpracy Chiny-UE

Epidemia koronawirusa poważnie wpłynęła na gospodarkę światową, a także zwiększyła presję operacyjną na chińskie firmy. Jak epidemia wpływa na chińskie firmy w Europie? Oto wywiad przeprowadzony przez dziennikarza Chińskiej Grupy Mediów z Gao Xiaochuanem, naukowcem z Centrum Badań Europy Środkowo-Wschodniej przy Uniwersytecie Pedagogicznym Huadong (EAST CHINA NORMAL UNIVERSITY).

Jakie konkretne projekty i aktywa mają Chiny w Europie?
Gao Xiaochuan: Ze względu na politykę ograniczenia dla rynku infrastrukturalnego w krajach UE, obecne chińskie aktywa w Europie koncentrują się głównie w Serbii i w krajach bałkańskich spoza unii. Główne projekty, które zostały ukończone, to między innymi autostrada E763 w Serbii, drugi etap projektu elektrowni Kostolac w Serbii, elektrownia cieplna Stanari w Bośni i Hercegowinie, most na Dunaju w Belgradzie oraz obiekty przeciwpowodziowe we Wrocławiu. Serbska autostrada E763 ma około 300 kilometrów i jest to pierwszy projekt infrastrukturalny realizowany w ramach współpracy między Chinami a krajami Europy Środkowo-Wschodniej, a także pierwsza autostrada zbudowana przez chińskie firmy w Europie. Kolejne projekty zakładają budowę kolei węgiersko-serbskiej, autostrady północ-południe w Czarnogórze oraz mostu Peljesac w Chorwacji.
W regionie europejskim finansowane aktywa Chin koncentrują się w rozwiniętych gospodarkach Europy Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Francji. Po 2012 roku więcej chińskich instytucji finansowych zaczęło wkraczać do krajów europejskich wzdłuż „Pasa i Szlaku”, w tym do Włoch i Hiszpanii, które zostały teraz poważnie dotknięte epidemią, oraz do krajów Europy Środkowej i Wschodniej jako wschodzących gospodarek w Eurazji. Pod koniec 2018 roku Bank of China, Industrial & Commercial Bank of China, China Construction Bank i inne chińskie instytucje finansowe, utworzyły osiem w pełni licencjonowanych oddziałów w Polsce, Czechach, Serbii i na Węgrzech, obejmując prawie wszystkie regiony Europy Środkowo-Wschodniej. Po wprowadzeniu inicjatywy „Pasa i Szlaku” chińskie instytucje finansowe podjęły się głównych zadań oraz obowiązków zapewnienia wsparcia finansowego chińskim przedsiębiorstwom na ekspansję zagraniczną i udziału w budowie inicjatywy „Pas i Szlaku”.
Jaki wpływ ma epidemia na europejskie projekty infrastrukturalne chińskich przedsiębiorstw?
Mimo że sytuacja w Serbii i innych krajach bałkańskich nie jest tak poważna jak w Europie Południowej, kraje bałkańskie również doświadczyły pewnych trudności w zatrudnieniu po wybuchu epidemii. Dzięki wsparciu rządu serbskiego budowa krajowego odcinka kolei węgiersko-serbskiej nie została przerwana w tym czasie. W kwietniu chiński bank oraz węgierskie Ministerstwo Finansów podpisały umowę pożyczki dotyczącą projektu budowy odcinka węgierskiego kolei węgiersko-serbskiej, co oznacza znaczący postęp w promocji tego sztandarowego projektu połączenia chińsko-europejskiego. Most Peljesac to największy projekt budowy infrastruktury transportowej w Chorwacji od czasu nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami i Chorwacją. W sytuacji rozprzestrzeniania się epidemii w krajach europejskich strona odpowiedzialna za obiekt, pokonując różne trudności, kontynuuje budowę zgodnie z harmonogramem.
Obecnie około 40 proc. prac w ramach kontraktu budowy autostrady północ-południe w Czarnogórze zostało zakończonych, ale z powodu wybuchu epidemii w najbliższym czasie robotnicy nie mogą wrócić na budowę. Można więc powiedzieć, że epidemia wpłynęła w pewnym stopniu na postęp tego projektu. Ogólnie rzecz biorąc, epidemia nie spowodowała znaczącego negatywnego wpływu na aktywa projektów infrastrukturalnych chińskich przedsiębiorstw w Europie.
Jaki wpływ ma epidemia na chińskie instytucje finansowe w Europie?
Spadek europejskiej gospodarki realnej i znaczny wzrost deficytu fiskalnego w różnych krajach zwiększy niestabilność makroekonomiczną. Takie otoczenie gospodarcze wpłynie bezpośrednio na funkcjonowanie oraz na aktywa chińskich instytucji finansowych w Europie. Muszą one być przygotowane na nieściągalne długi, a nawet ponieść ryzyko kurczenia się aktywów. Ponadto, w porównaniu z lokalnymi bankami europejskimi, chińskie instytucje finansowe mają stosunkowo słabsze doświadczenie w rozszerzaniu rynku europejskiego i reagowaniu na ryzyko. W krajach Europy Południowej, poważnie dotkniętych epidemią, chińskie instytucje finansowe znajdują się pod jeszcze większą presją.
Jak epidemia wpływa na chińskie przedsiębiorstwa produkcyjne w Europie?
W ogólnym środowisku poważnego wpływu epidemii na realną gospodarkę europejską, funkcjonowanie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych napotkało już trudności. Hisense Europe, producent sprzętu AGD, dotknięty spadkiem popytu na rynku spowodowanym epidemią w krajach europejskich, odnotował spadek zamówień o 1/3 w marcu i 2/3 w kwietniu. Przewidywane straty wyniosą kilkadziesiąt milionów euro w pierwszej połowie roku. Firmy Hisense w Europie zatrudniają łącznie ponad 9 000 pracowników, a już planowane jest zwolnienie 2200 osób z fabryk w Słowenii, Serbii, Czechach i na Słowacji do końca tego roku, co stanowić będzie prawie 1/4 wszystkich pracowników. Ożywienie chińskich przedsiębiorstw produkcyjnych w Europie zależy głównie od ogólnego ożywienia gospodarki europejskiej i wzrostu popytu na rynku.
Czego oczekujesz od współpracy Chiny-UE?
W okresie walki z epidemią koronawirusa podstawa stosunków chińsko-europejskich była dobra, co położyło podwaliny dla relacji Chiny-UE, w celu zacieśnienia współpracy w okresie po epidemii. W tym czasie obie strony powinny unikać sporów ideologicznych, ale pogłębiać pragmatyczną współpracę. Obecna polityka łagodzenia sytuacji fiskalnej UE i jej członków, w celu promowania gospodarki, stabilizacja warunków życia ludzi i zapewnienie zatrudnienia spowoduje, że kraje będą miały historyczne deficyty i zwolnią rezerwy kapitałowe na projekty infrastrukturalne w okresie po epidemii z wyprzedzeniem. Chińskie przedsiębiorstwa zajmujące się projektami budowy infrastrukturalnej w Europie mogą skorzystać z tej okazji, by wyjść z Bałkanów i rozszerzyć swoje rynki w krajach unijnych. Chińskie instytucje finansowe w Europie muszą przyspieszyć transformację cyfrową i promować aktualizację internetowych usług finansowych. Należy iść zgodnie z nowym trendem rozwojowym przemysłu europejskiego w przyszłości, zwłaszcza dotyczy to wprowadzenia produktów innowacji finansowych w odpowiedzi na nowe potrzeby finansowe wynikające ze strategii takich jak zdrowie publiczne, system medyczny, blockchain, nowe technologie 5G i nowe materiały oraz rozwój nowych gałęzi przemysłu.

Trójmorski przekręt PiS

Tylko PiS, z patronującym Inicjatywie Trójmorza prezydentem Dudą, potrafią przenieść Luksemburg nad Morze Czarne, Adriatyk i Bałtyk równocześnie. I ponad dwa miliardy złotych do tegoż Luksemburga.

Największym sukcesem międzynarodowym Polski – według prezydenta Dudy – jest Inicjatywa Trójmorza. Największym zaś sukcesem Inicjatywy jest powstanie rok temu Funduszu Inwestycyjnego Inicjatywy Trójmorza. Fundusz ma mieć pieniądze na niezbędne IT inwestycje. O ile jednak do Inicjatywy Trójmorza należy 12 krajów, to do Funduszu przystąpiły Rumunia, Węgry, Estonia, Łotwa i Polska. Widać zatem, że 7 państw ma koncepcję w dupie zupełnie. Te cztery, oprócz Polski, zresztą też. Każde z nich dorzuciło się bowiem kwotą 20 mln euro. Jedynie kraj rządzony przez PiS wywalił na panadudową mrzonkę pół miliarda euro. Znaczy grubo ponad 2 mld zł. Kilka miesięcy temu zasilenie Funduszu miliardem dolarów obiecały ustami Mike’a Pompeo Stany Zjednoczone. Do dziś nie przelały ani centa. Wiemy dlaczego.
Po co to i komu?
Historia Trójmorza zaczęła się od ABC. Czyli dyplomaci krajów leżących pomiędzy Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym, żeby móc się czymś wykazać wykombinowali, że warto się pospotykać. Namówieni przez nich szefowie państw przystali na to. W 2016 r. w Dubrowniku doszło zatem do pierwszego półszczytu. Pół, bo ledwie 6, z 12 krajów biorących w nim udział, przysłało tam głowy państw. Głowy i przedstawiciele reszty podpisały się pod jednostronicową deklaracją współpracy. Przez rok jedyna inicjatywą Inicjatywy Trójmorza była chęć spotkania się w Polsce. Zupełnym przypadkiem zlot pokrył się z wizytą Trumpa w Warszawie. Duda skorzystał z okazji i udawał, że jest najważniejszym politykiem w Europie środkowo wschodniej. Trump początkowo nie wiedział o co biega, ale kurtuazyjnie pogratulował „tej wspaniałej inicjatywy”. Gdy jednak usłyszał, że na szczycie mówi się o gazie ziemnym, to jego zainteresowanie wzrosło. Amerykanie mieli bowiem w chuj gazu do sprzedania. A tu kupcy sami się nawinęli.
Ludzie z Departamentu Stanu szybko objaśnili Trumpowi, że towarzystwo w którym się znalazł to grupa składająca się takich krajów jak Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Litwa, Łotwa,Estonia, Chorwacja, Słowenia, Bułgaria, Rumunia i Austria. Państwa te zajmują 28 proc. terytorium UE i zamieszkuje je 22 proc. unijnej ludności. Najmniej istotne było dla Trumpa to, że ta niemal jedna trzecia Unii generuje ledwie 10 proc. unijnego PKB. Ważne było, że gremium w którym się znalazł szukało alternatywy dla gazociągów od Putina. I było w stanie za gazową niezależność od Rosji zapłacić każdą cenę. Tak przynajmniej wmawiał Trumpowi Andrzej Duda.
Nieprawda to była. Na amerykański gaz najbardziej napalona była Polska oraz Chorwacja i Słowenia. Reszcie to powiewało. Tak jak i Trójmorze. Nawet obecność Trumpa nie przyciągnęła do Warszawy z Czech, nikogo istotniejszego niż przewodniczący Izby Poselskiej, Auatriacy opędzili amerykańskiego prezydenta ambasadorem w Warszawie, a rządzący Słowacją i Węgrami premierzy desygnowali na wizytę figurantów w osobach tamtejszych prezydentów.
Zachowanie to było nader wymowne. Trójmorze postrzegano bowiem – dzięki polskim enuncjacjom – jako związek krajów mających na celu umniejszenie pozycji Niemiec w Unii Europejskiej, z jednej strony. I jako europejską tamę dla aspiracji Putina z drugiej.
Poza Polską takie hasła nie pasowały nikomu. Orban i Bułgarzy mieli zbyt dobre kontakty gospodarcze z Kremlem, zaś większość państw, z wyjątkiem Pribałtyki, była częścią gospodarki niemieckiej.
Niemcy wysysają swoich
Szczyt musiał się więc skończyć jak się skończył, fotką z Trumpem i nic nie znaczącymi deklaracjami, oraz zapowiedzią szczytu w następnym roku. Szczyt w Bukareszcie w 2018 roku, poza innymi fotkami i niemal takim samym co poprzednio kwitem na zakończenie, przyniósł coś nowego. Wpadł nań bowiem minister spraw zagranicznych Niemiec. Wpadł jak na swoje. Niemiecka dyplomacja po wyjeździe Trumpa wzięła się do roboty i przeprowadziła z krajami zaangażowanymi w Trójmorze rozmowy dyscyplinujące. Doprowadziły one do tego, że Bundesrepublika zyskała pewność, że Inicjatywa Trójmorza, nie tylko jej nie zaszkodzi, ale da niemieckiej gospodarce zarobić. I to dużo.
Kraje Trójmorza dogadały się, że wspólnie będą realizować 3 projekty. Pierwszy to „Cyfrowa autostrada Trójmorza” czyli stworzenie infrastruktury cyfrowej przesyłającej dane z północy na południe regionu z wykorzystaniem światłowodów i technologii 5G.
Drugi dotyczy transportu to „Via Carpatia” , droga przebiegająca przez terytorium Litwy, Polski, Słowacji, Węgier, Rumunii, Bułgarii i Grecji i łącząca docelowo litewską Kłajpedę z Greckimi Salonikami.
Trzeci koncept dotyczy sektora energetycznego. To „korytarz gazowy Północ-Południe”, który połączy terminal LNG w Świnoujściu z terminalem Adria LNG w Chorwacji. Oba te terminale miałyby oczywiście odbierać amerykański skroplony gaz, w ilościach olbrzymich i po cenach dających USA zysk godniejszy od przyzwoitego.
Wszystkie z tych przedsięwzięć wymagać będą sprzętu i technologii. Jedno i drugie mają Niemcy. To do nich popłynie więc rzeka trójmorskich pieniędzy. Na dodatek w sposób bezinwestycyjny dla siebie dostaną nowe autostrady łączące należące do nich zakłady w tej części Europy środkowej, w której ciężarówka pokonywała 400 kilometrów w ponad dobę.
Coś co powstawało w kontrze do Berlina, Berlin obrócił zatem na swoją korzyść. Dowodem na to jest drobiazg, że w ubiegłorocznym szczycie Trójmorza w Lublanie gościem honorowym był prezydent Bundesrepubliki Frank-Walter Steinmeier, a Niemcy dostały status państwa partnerskiego dla Trójmorza.
Kasa dla Luksemburga
Oczywiście dyplomacja polska tego wszystkiego nie dostrzegła. Reszta rządu Morawieckiego również. Swoją szansę dostrzegli jednak dawni koledzy Morawieckiego – upolitycznieni bankowcy.
Napompowawszy swój skok na kasę pięknymi zdaniami o Inicjatywie Trójmorza, wymogli zgodę na powołanie przez BGK ciała o nazwie Fundusz Inwestycyjny Inicjatywy Trójmorza. Przez grubo ponad pół roku instytucja, której szefostwo za nicnierobienie kasowało standardowe w bankowości setki tysięcy złotych, składała się ledwie z przedstawicieli dwóch krajów, a właściwie banków. Polskiego, który w imieniu Polski włożył w interes 500 mln. euro, oraz rumuńskiego, z wkładem 20 mln euro. Na pojawienie się kolejnych czekano długo, posiłkując się nieużywanymi od dawna w stosunkach międzypaństwowych naciskami. A ich efekt był nader mizerny, bo do Funduszu dołożyły się banki z 3 gigantów takich jak Łotwa, Estonia, czy Węgry.
Teraz na koncie Funduszu jest ok. 600 mln euro środkowoeuropejskich pieniędzy. Tą kasą zarządza zaś zewnętrzny podmiot – Fuchs Asset Management z Luksemburga. Firma ta odpowiada za zarządzanie ryzykiem, zarządzanie portfelem inwestycyjnym oraz zarządzaniem i dystrybucją środków Funduszu.
Na tym jednak rola państwa leżącego od Trójmorza daleko, czyli Luksemburga, się nie kończy. Fundusz Inwestycyjny Inicjatywy Trójmorza potrzebuje przecież centralnego agenta ds. administracji. Jest nim więc Credit Suisse Fund Services (Luxembourg). Oczywiście stworzony przez banki Fundusz musi mieć swój bank-depozytariusza. Nim jest więc Credit Suisse (Luxembourg). Jak widać ani w Polsce, ani w żadnym kraju Trójmorza nie ma instytucji, które mogłyby obracać pieniędzmi. Za to w Luksemburgu znanym z tego, że tam z forsą da się robić praktycznie wszystko – są.
Zastrzeżenia te, czy wręcz obawy o czystość intencji stworzonego przez polski państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego Funduszu,podzieliła nie tylko większość krajów Trójmorza. Amerykanie również.
Sekretarz Stanu USA, jeden z najbliższych współpracowników Trumpa, 15 lutego w Monachium zapowiedział, że 1 mld dolarów dla Funduszu, Stany przeleją lada chwila. Skoro nie pojawił się nawet cent, to znaczy, że Waszyngtonowi coś nie zapachniało.
Zwłaszcza, że amerykański miliard baksów dla Trójmorza jest i czeka. Stany zarobiły go na czysto na dotychczasowych dostawach skroplonego gazu do trójmorskich gazoportów. Zależy im na szybkim zainwestowaniu go w gazociągi, dzięki którym do Europy popłynie jankeskiego surowca parę razy tyle, co teraz.
Amerykanom nie ma się co dziwić. Ich służby na pewno wiedzą o luksemburskich finansach więcej, niż szarzy Polacy. Tym zaś wystarczy wiedza, że to właśnie do Luksemburga trafiały pieniądze ze SKOK-ów.

Los więźniów politycznych na Zachodzie

Julian Assange, dziennikarz i wydawca ścigany przez Stany Zjednoczone za ujawnienie zbrodni amerykańskiego wojska w Iraku i Afganistanie, na razie więzień Wielkiej Brytanii, obchodzi dziś swoje 49 urodziny w więzieniu specjalnym Belmarsh pod Londynem.

Dobra okazja do upomnienia się o ofiarę skandalicznej, prawnej farsy dyrygowanej przez administrację północnoamerykańskiego imperium: dziś 40 organizacji obrony praw człowieka i wolności słowa wystosowało wspólny, publiczny list do brytyjskiego ministra sprawiedliwości Roberta Bucklanda z wezwaniem o „natychmiastowe” uwolnienie dziennikarza.
Sygnatariusze, wśród których są m.in. Międzynarodowa Federacja Dziennikarska, międzynarodowy PEN, czy Reporterzy bez Granic, domagają się również zablokowania ekstradycji Assange’a do USA, gdzie grozi mu kara śmierci lub 175 lat więzienia, albo i więcej, gdyż Amerykanie dopisują ciągle nowe, coraz bardziej groteskowe oskarżenia wobec człowieka, któremu śmierć grozi już teraz, w brytyjskim więzieniu. List wystosowano do rządu, nie sądu, bo w krajach NATO sądy wykonują po prostu niejawne decyzje administracji w politycznych sprawach o zasięgu międzynarodowym. Wszyscy zainteresowani wiedzą, że niezależność wymiaru sprawiedliwości pozostaje jedynie poczciwym mitem.
To Boris Johnson i jego rząd zdecydują o losie tragikomicznego procesu ekstradycyjnego Assange’a, który ma zostać wznowiony we wrześniu. Ściślej mówiąc, prawdziwym decydentem będzie rząd amerykański, bo nawet gdyby Johnson chciał pójść na rękę organizacjom twierdzącym, że prześladowanie Assange’a „przyczyni się do degradacji wolności wypowiedzi i zaczerni wizerunek Zjednoczonego Królestwa”, musiałby najpierw zapytać władze imperium, czy może to zrobić. Niestety, trudno tu oczekiwać pozytywnego rozwiązania.
Przykładów jest wiele, ale chyba najbardziej symptomatyczny w Europie to sprawa 69-letniego Georges’a Abdallaha, więzionego we Francji. Assange pozostaje w zamknięciu od ośmiu lat, Abdallah od 36. Zarzuty wobec nich mają odmienny charakter, ale oba wypadki łączy farsowość procesów, decyzje rządowe i – przede wszystkim – naciski imperium. Georges Abdallah to Libańczyk z chrześcijańskiej rodziny, który został komunistą i od 1971 r. był członkiem Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny, by brać udział w antykolonialnej walce wyzwoleńczej. Gdy Izrael zaczął napady na Liban w 1978 r., był jednym z założycieli Rewolucyjnej Frakcji Armii Libanu (FARL), która brała udział w obronie kraju.
W 1982 r., podczas gdy w Libanie trwała wojna, bojownicy FARL dokonali dwóch zamachów w Paryżu na oficerów służb specjalnych bezpośrednio zaangażowanych w organizację zbrodni w Libanie. W jednym zginął pułkownik amerykańskiej CIA Charles R. Ray, w drugim major izraelskiego Mosadu Jakow Barsimientow. Abdallah nie brał udziału w tych egzekucjach (sprawcy są znani), ale dwa lata później został aresztowany w Lyonie z fałszywym algierskim paszportem, za co wytoczono mu sprawę. Amerykanie i Izraelczycy zwrócili się do rządu francuskiego o rozszerzenie oskarżenia. Zarzucono mu więc „wspólnictwo” w zamachach i w 1986 r. skazano na dożywocie.
Jego adwokatem był wtedy Jean-Paul Mazurier, jak się okazało – podsunięty przez francuskie służby specjalne (DGSE). Po procesie wydał on książkę, w której opisał swą współpracę z nimi i jak oszukał swego klienta, by doprowadzić do jak najsurowszego skazania. Mimo to, podtrzymano ważność procesu, jak gdyby nigdy nic. Od 1999 r. Georges Abdallah mógł ubiegać się o zwolnienie warunkowe, na które sąd zgodził się cztery lata później, lecz Amerykanie zażądali trzymania go w więzieniu, co rząd francuski musiał wykonać. Odtąd Libańczyk już dziesięć razy zwracał się o zwolnienie, ale siedzi do dzisiaj, mimo przychylności wymiaru sprawiedliwości, wyłącznie na podstawie decyzji administracyjnych, podjętych pod wpływem Stanów Zjednoczonych. Dziesięciolecia walki organizacji praw człowieka, partii lewicowych i prawników o uwolnienie Abdallaha nic nie dały. Imperium nie wybacza.

Śmieszny kraj Francja

François Fillon, premier w trzech gabinetach, polityk zasłużony i z pewnością z koneksjami, został skazany na 5 lat więzienia za to, że zatrudniał swoją żonę jako asystentkę i płacił jej nieproporcjonalnie dużo.

Penelope Fillon została zatrudniona przez swojego męża jako asystentka w latach 1998-2013. Przez ten czas pobierała wysokie uposażenie, którego suma wyniosła 831,4 tysiąca euro. Skandal odkryła i upubliczniła znana satyryczna gazeta francuska „Le Canard enchaîné”. Pozbawił on wówczas Fillona szans na fotel prezydenta Francji, choć w rankingach prowadził.
Paryski sąd, który badał sprawę uznał, że były premier jest winny fikcyjnego zatrudnienia i sprzeniewierzył państwowe pieniądze (asystentka była opłacana z budżetu państwa) i skazał Fillona na 5 lat więzienia w tym trzy w zawieszeniu. Oznacza to, że były premier musi spędzić za kratami dwa lata. Wyrok nie jest prawomocny, adwokat Fillona natychmiast wniósł apelacje, zatem były premier nie musi od razu iść za kraty. Poza tym orzeczono zakaz pełnienia funkcji publicznych na 10 lat. Penelope Fillon dostała trzy lata w zawieszeniu. Dodatkowo oboje musza zapłacić grzywnę w wysokości 375 tysięcy euro. Trzeci oskarżony, Marc Joulaud, został skazany na dwa lata w zawieszeniu i 20 tysięcy euro grzywny. Sąd uznał, że zapłata dla pani Fillon była „nieproporcjonalna do wykonywanej pracy” oraz że była przyjęta na bezwartościowe stanowisko”.
W zasięgu skandalu znaleźli się także dwaj synowie byłego premiera, którzy również jakoby wykonywali usługi prawnicze dla Fillona, gdy był senatorem.
I pomyśleć, że gdyby zatrudnianie pociotków, żon i krewnych było w Polsce traktowane jak we Francji, to nasz kraj nagle przestałby pracować

Trump – kiepsko w sondażach

74-letni miliarder Donald Trump, człowiek, który prawie cztery lata temu niespodziewanie pokonał w wyborach prezydenckich Hillary Clinton z Demokratów, wylądował w wigilię amerykańskiego święta narodowego u stóp Góry Rushmore w Południowej Dakocie, by zrobić sobie zdjęcie na jej tle. Były ognie sztuczne, a tłum wiwatował, gdy powiedział do mikrofonu „Powiemy prawdę taką, jaka jest, bez przepraszania: Stany Zjednoczone są najsprawiedliwszym i najbardziej wyjątkowym krajem w historii świata.”

„Cztery lata więcej, cztery lata więcej!” – skandowała oddana mu w tym regionie publiczność, zazwyczaj biała, nieufna i uzbrojona. Pod kamiennymi spojrzeniami czterech b. prezydentów USA Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta, Donald Trump krytykował niszczenie konfederackich pomników tj. obrońców niewolnictwa czarnych, które wiąże się z falą manifestacji antyrasizmu, wywołaną skandalicznym uduszeniem czarnego George’a Floyda.
„To kampania, której celem jest zatarcie naszej historii, obraza naszych bohaterów, zniszczenie naszych wartości i indoktrynacja naszych dzieci” – mówił jak wystraszony, zahukany kowboj, jakby prezentował prześladowaną mniejszość. Jest odwrotnie, ale to się podobało.
To słabo zaludniony stan, gdzie 60 proc. wyborców głosowało na niego w 2016, a gubernator Kristi Noem reprezentuje Republikanów. Trump trąbił przez głośniki, że wszystko gra, uśmiechnięty rozdawał obiecanki: epidemia jest „pod kontrolą” i nie warto o niej mówić, a gospodarka restartuje „mocniej i szybciej” po kryzysie tak, że przyszły rok będzie „historyczny”.
W tym czasie, po drugiej stronie ulicy, manifestacja miejscowych Siuksów protestowała przeciw organizacji wiecu wyborczego bez pytania. Indianie z Black Hills uważają, że ich święta góra została radykalnie zepsuta głowami prezydentów USA. Trzy lata temu Trump sondował, czy dałoby się dołożyć jego głowę, ale nie wyszło i szanse na to są niewielkie. Dyrekcja parku narodowego tłumaczyła, że dodatkowe prace na ich terenie, ustalonym w 1945 r. przez rzeźbę Borgluma, są zabronione.
Rzeźbiarz Gutzon Borglum chciał uwiecznić w tym skrócie „ideały amerykańskie”, lecz, jeśli spojrzeć na tych prezydentów w nieco inny sposób, każdy z nich jest bandytą. New York Times , który popiera Demokratę Bidena, próbował w ten hurrapatriotyczny wiec wyborczy uderzyć informacją, że ostatnia narzeczona najstarszego syna prezydenta ma wirus covid-19. Trump sporo przegrywa w sondażach do swego trupo-podobnego konkurenta, niektóre media donoszą nawet, że może zrezygnować z kandydowania. Póki co, kampanię rozpoczyna odbieraniem hołdów.

Izrael, by zawrzeć pokój, potrzebuje odważnego przywództwa

Od ustanowienia Izraela w 1948 r. do dnia dzisiejszego przywódcy Izraela pokazali, że nie są w stanie i nie chcą zawrzeć pokoju z Narodem Palestyńskim, unikając jakichkolwiek umów międzynarodowych, nie przestrzegając międzynarodowych decyzji ustanawiających ugodę lub uruchamiając zaciekłe wojny przeciwko Narodowi Palestyńskiemu.

Gdy w 1993 r. istniała możliwość osiągnięcia porozumienia między oboma narodami, pod patronem wielu państw, podczas Porozumień z Oslo przywódcy Izraela robili wszystko by „opróżnić” porozumienia z treści zamiast przekształcić je w pokojowe porozumienie, które ustanowiłoby państwo palestyńskie ok. 20% historycznej Palestyny. Jednakże przywódcom izraelskim, zwłaszcza przywódcom prawicowym, udało się ominąć to porozumienie, zasiedlając kolonialnych osadników na okupowanych terytoriach i przemieszczając osadników i wojsko ze Strefy Gazy na Zachodni Brzeg bez porozumienia z Autonomią Palestyńską. Po Porozumieniach z Oslo nastąpiły tylko symboliczne ustępstwa, które prowadziłyby do ostatecznego rozwiązania.
Palestyńczycy zgodzili się na podpisanie Porozumień z Oslo w celu ustanowienia ich „pokrojonego i warunkowego” państwa, ale izraelskie przywództwo Partii Pracy i Likudu nie starały się doprowadzić swoim zachowaniem do historycznego pokoju z Narodem Palestyńskim.
Icchak Rabin został zabity w 1995 r. uprzednio oczerniany z różnych stron politycznych w Izraelu o zawstydzanie syjonistycznych i biblijnych wizji rabinicznych. Był to precedens niespotykany w historii współczesnego Izraela, w którym militarny syjonistyczny symbol został zamordowany z powodu podpisania porozumienia pokojowego z Jaserem Arafatem, przywódcą Narodu Palestyńskiego. Wraz ze śmiercią Rabina prawicowe ekstremistyczne nurty wraz z nurtami religijnymi zaczęły promować kulturę rasizmu, nienawiści i zniszczenia pokoju. Od śmierci Rabina „Izrael” był kierowany przez tego rodzaju przywódców. Kraj stał się bardziej brutalny, ekstremistyczny, rasistowski i oddalony od pokoju. Od 1995 roku do dziś „Izrael” atakuje ludność palestyńską wszędzie, gdzie się znajduje, atakuje także naszych arabskich sąsiadów w Libanie, Syrii, Sudanie i innych miejscach, czego nie można uzasadnić lękiem i fobią zagrożenia.
„Izrael” jest jednym z najsilniejszych militarnie państw na świecie, a prowadzona przez niego agresywna polityka jest wyrazem niezdolności do zawarcia pokoju w wyniku wcześniejszej wizji, w której użycie siły jest najlepszym sposobem zniewolenia i kontroli. Wszyscy wiemy, że ta koncepcja jest błędna ze wszystkich względów – historycznych, humanitarnych czy religijnych. Niestety, „Izrael” nie jest w stanie zaoferować sprawiedliwego porozumienia z palestyńskimi sąsiadami.
Izraelskie przywództwo przeszło głębokie przemiany na poziomie jednostek i politycznych wizji i planów na przyszłość. „Izrael” jest świadkiem spadku poziomu przywództwa, charyzmy i odwagi w podejmowaniu odważnych, kluczowych decyzji, które przyniosą pokój i przekształciłby „Izrael” w państwo, które wiedzie normalne życie, nie opierając się na wojnach i eksportowaniu kryzysów oraz nie rządzi innymi narodami siłą. Świat nie jest przyzwyczajony do takich obrazów – wręcz jest to nieakceptowalne.
To przywództwo, które szybko zniszczyło Porozumienia z Oslo i ich cele poprzez zniszczenie rozwiązania dwupaństwowego, teraz z całą mocą dąży do wdrożenia tak zwanego planu „pokoju dla dobrobytu” lub tak zwanej „plan stulecia” opracowanej przez „Izrael” i obecną administrację amerykańską. To nasuwa pytanie czy „Izrael” pragnie zawrzeć pokój ze Stanami czy z Palestyną? Plan zawiera wyłącznie nakazy dla Palestyny, a nie ma nic, co dałoby nadzieję na lepszą przyszłość. Strony izraelska i amerykańska usunęły ważne punkty ze stołu negocjacyjnego takie jak: Jerozolima, uchodźcy, granice, punkty graniczne. Najważniejszą rzeczą w tym planie jest to, że jest on zgodny z syjonistycznym i ekstremistycznym poglądem, który widzi w ustanowieniu prawdziwego państwa palestyńskiego zagrożenie egzystencjalne (dla Izraela), a ten plan daje (Izraelowi) prawo do ziemi i prawo do monopolizacji bezpieczeństwa oraz konfiskaty wszystkich podstawowych praw Narodu Palestyńskiego. Mimo że ten plan jest prawdziwą receptą na przedłużenie konfliktu i silną przyczyną kontynuacji przemocy i niestabilności, skrajnie prawicowe i religijne ekstremistyczne przywództwo izraelskie, religijnie i narodowe, wierzy, że może je wdrożyć za pomocą siły okupacji lub wybrać z umowy to, co chce i wykluczyć to, czego nie chce metodą siły.
Moim zdaniem (Izrael) tym stanowiskiem zaoferował Palestyńczykom, światu arabskiemu i społeczności międzynarodowej najgorsze, co można zaoferować. Zabił wszelkie możliwości procesu politycznego, anulował międzynarodowe i dwustronne umowy i traktaty, naruszył i nadal narusza prawo międzynarodowe oraz konfiskuje podstawowe prawa narodu, który walczył o wolność od ponad stu lat.
Palestyńczycy przez ćwierć wieku cierpliwie obserwowali pogwałcenie przez (Izrael) Porozumień z Oslo, ale wciąż z nadzieją, że w końcu zapanuje pokój i ustanowią własne państwa. Stara-nowa „plan stulecia” nic nie oferuje Palestyńczykom, a raczej obiecuje im grupę gett , które nie różnią się bardzo od gett z II wojny światowej i są czymś gorszym niż rasistowski reżim, który obowiązywał w RPA.
Palestyńskie przywództwo, pod kierownictwem prezydenta Mahmouda Abbasa, i cały Naród Palestyński odrzucił tak krzywdzącą umowę i będzie walczyć z tymi planami wszystkimi możliwymi sposobami.
Przywódcy „Izraela”, którym się zmniejsza poziom odwagi i mądrej wizji w celu zapewnienia lepszej przyszłości dla „Izraela”, postrzegają „plan stulecia” (lub jak ją też nazwano „okazję do umocnienia pokoju” , podczas gdy większość krajów na świecie postrzega ją jako naruszenie prawa międzynarodowego i czyn jednostronny). Uważamy, że Europa jest zdolna do odegrania aktywnej roli i przejęcia inicjatywy. Polska, jako kraj, który zawsze wspiera rozwiązanie dwupaństwowe i odmawia użycia siły, w połączeniu ze swoją pozycją w Europie i na świecie, może odgrywać bardzo ważną rolę w respektowaniu umów i rezolucji międzynarodowych i promowaniu kultury współpracy i dzielenia się. Żyjemy w świecie, w którym żaden kraj nie może żyć w separacji czy według swojej logiki i ekspansjonistycznego pragnienia.
W Palestynie wierzymy, że osiągnięcie porozumienia ugodowego jest możliwe. Pokój, który gwarantowałby nasze prawa podstawowe, polityczne i kulturalne na palestyńskiej ziemi, poprzez prawdziwe negocjacje pod nadzorem „kwartetu” i innych krajów, które przyjmują międzynarodowe decyzje związane z konfliktem na podstawie rezolucji. Wierzę, że Polska, ze względu na swoje położenie, dziedzictwo i doświadczenie, jest ważnym członkiem społeczności międzynarodowej i może przyczynić się do wspierania i zachęcania do tego procesu, co z pewnością nie będzie łatwe. Polska może również zachęcać do wspierania osób z umiarkowanymi poglądami, którzy obecnie są tylko cieniem w społeczeństwie izraelskim przyćmieni przez liderów, którzy są mniej odważni i pragną osobistego sukcesu.

Koniec „zony” w Seattle

Trzy tygodnie przetrwała strefa autonomiczna w Seattle – została rozpędzona przez policję na mocy dekretu wykonawczego mer miasta Jenny Durkan.

Zarządczyni miasta najpierw stawiała się Donaldowi Trumpowi, gdy ten żądał spacyfikowania anarchistów i innych „niebezpiecznych bojówkarzy”. Jeszcze 11 czerwca udawała, że jest po stronie uczestników i uczestniczek pokojowego protestu. – Strefa Autonomiczna Wzgórza Kapitolu (Capital Hill Autonomous Zone – CHAZ) nie jest ziemią niczyją, gdzie panuje bezprawie, strefą anarchistycznej insurekcji – jest pokojowym wyrazem zbiorowych bolączek naszej społeczności i jej pragnienia budowy lepszego świata – mówiła.
Ostatecznie jednak polityczka Partii Demokratycznej uznała, że nie może dłużej tolerować takiej formy protestu. Jej organizacja chce, by ludzie zadowolili się przyjmowaniem w poszczególnych miastach uchwał o ograniczeniu budżetu policji, niekiedy zresztą o poważne kwoty, i przekierowaniu tych pieniędzy na budownictwo komunalne czy inne inwestycje społeczne. Uzasadnieniem dla rozpędzenia CHAZ były dwa tragiczne wypadki na granicy strefy: w nocy z niedzieli na poniedziałek nieznani sprawcy ostrzelali samochód znajdujący się w strefie protestu, zabijając dwóch śpiących w nim nastolatków. W podobnie niejasnych okolicznościach zginął 20 czerwca jeszcze jeden protestujący.
Dekret wykonawczy Jenny Durkan został opublikowany we wtorek późnym wieczorem, wszedł w życie w środę o drugiej nad ranem. Trzy godziny później w autonomicznej strefie byli już oficerowie policji z Seattle i sąsiedniego Bellevue oraz agenci FBI. Dla większego efektu funkcjonariusze przybyli w pełnym rynsztunku przeznaczonym do tłumienia zamieszek, były też pojazdy taktyczne. Mundurowi wkraczali do namiotów, w których spali uczestnicy akcji protestacyjnej, dając im osiem minut na wyjście razem ze wszystkimi rzeczami osobistymi. Kto nie zdążył, był zatrzymywany. Aresztowano co najmniej 32 osoby. W ciągu pół godziny protestujący zostali wywiezieni ze strefy, następnie spychacze zrównały z ziemią miasteczko namiotowe.
Kilka godzin po wywiezieniu osób przebywających w CHAZ wokół granic nieistniejącej już „wolnej strefy” zaczęli gromadzić się nowi protestujący. Domagali się, by wpuścić ich ponownie na teren, gdzie odbywało się zgromadzenie. Policja ich nie dopuszczała; doszło do konfrontacji, gdy niektórzy demonstranci zaczęli rzucać w funkcjonariuszy w pełnym rynsztunku butelkami i innymi przedmiotami.
Ściana pamięci zabitych przez policję, CHAZ, Seattle / fot. Wikimedia Commons
W pierwszym tygodniu istnienia CHAZ była strefą, w której ludzie raczej odpoczywali od przerażających realiów amerykańskiego kapitalizmu niż formułowali precyzyjny projekt polityczny: odbywały się tam wiece i publiczne dyskusje, pokazy filmów, otwarte zajęcia artystyczne i zbiórki żywności dla najbardziej potrzebujących. W parku starano się wspólnymi siłami uprawiać warzywa, urządzono ścianę pamięci ofiar policyjnej przemocy. Złość z jej powodu była głównym przesłaniem płynącym ze strefy.
Pod koniec czerwca liczba stale przebywających w strefie spadła, pozostali w niej głównie najbardziej zaangażowani aktywiści, a także grupa biednych i bezdomnych, dla których CHAZ była najbezpieczniejszym miejscem do życia od bardzo dawna.
Według działaczy współtworzących strefę, obydwie sytuacje, w których zginęli ludzie tam przebywający, były dość typowymi przypadkami ulicznej przemocy, jakie w Seattle zdarzały się na długo przed protestami i zanim komukolwiek przyszło do głowy tworzenie stref bez policji. Jenny Durkan, przemawiając na konferencji prasowej w środę już po policyjnej akcji twierdziła jednak, że sytuacja w CHAZ była szczególnie zła i wymagała natychmiastowej interwencji. Powtórzyła też swoje obietnice zmniejszenia wydatków na policję, zwiększenia – na opiekę społeczną. Protestujących mają też uspokoić zapowiedzi „inwestowania w młodzież i w Czarną społeczność”. Samo zaś Wzgórze Kapitolu ma być przestrzenią wspólną, gdzie polityka jest „przemyśliwana” i „wymyślana na nowo”. Na zasadach dyktowanych przez władze.
Teraz Wzgórze w Seattle będzie strefą ze wzmocnioną obecnością policji – przez 10 dni funkcjonariusze mają pilnować, by nikt nie spróbował odtworzyć miasteczka namiotowego ani organizować plenerowych wydarzeń. Szefowa lokalnej policji Carmen Best zarzeka się, że podczas protestu Black Lives Matter 14 czerwca przeżyła „objawienie” na widok 60 tys. gniewnych ludzi i pod tym wrażeniem postanowiła całkowicie zmienić sposób działania podległej jej służby.

Opowieść o niemieckich chrześcijańskich demokratach

Oto opowieść o frapujących kuluarowych bezpieczniacko-nazistowskich klikach, które budują prominentni niemieccy politycy z partii Angeli Merkel.

O firmie Augustus Intelligence (AI) zrobiło się głośno 12 czerwca. Tego dnia bowiem Der Spiegel opublikował cokolwiek wstrząsający opis dokumentujący powiązania tej amerykańskiej spółki z politykami Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CDU). To partia Angeli Merkel. Jednak nie ona jest na głównym celowniku, a deputowany
Philipp Amthor.
Ów parlamentarzysta – jak się okazuje – był mocno zaangażowany w działalność lobbingową dla AI. Szefostwo tej ostatniej nie pozostawało, ma się rozumieć, dłużne. W zamian za okazaną życzliwość Amthorowi jego amerykańscy interesariusze fundowali mu luksusowe podróże (kto wie jakie bonusy przewidywał program wycieczek?), wsparli go giełdowo i załatwili nawet jakąś synekurę. Na nieszczęście prominentnego chrześcijańskiego demokraty, wszystko fiknęło.
Od czasu publikacji artykułu Amthor jest głównym podejrzanym w nowej aferze korupcyjnej, która wstrząsnęła Niemcami.
Philipp Amthor przed skandalem był opisywany jako „wschodząca gwiazda” CDU
To jednak nie wszystko. Pojawiły się także wątpliwości innego rodzaju. Czy Augustus Intelligence jest rzeczywiście przedsiębiorstwem? Czy świadczy usługi w komercyjnym, rynkowym trybie? Czy jest raczej przykrywką poważnej operacji wywiadowczej? Dziennikarze, którzy podjęli ten trop, odkryli kilka zadziwiających okoliczności. Już na pierwszy rzut oka spółka stwarza wrażenie, jakby posiadała dostęp do nieograniczonych funduszy. Swoich gości umieszcza w wystawnych, luksusowych hotelach, jej przedstawiciele latają przez Atlantyk firmowym samolotem, zarząd utrzymuje powierzchnię biurową w centrum Nowego Jorku buląc dobre pół miliona zielonych rocznie. A wszystko to na tle niemal kompletnego braku śladów jakiejkolwiek działalności gospodarczej.
Wcale frapujący wydaje się też wątek kadrowo-kontrahencki. Chociaż firma zarejestrowana jest w Stanach Zjednoczonych, jej szefostwo to niemal wyłącznie obywatele RFN. Personel wykonawczy i partnerzy biznesowi zaś to wysocy rangą przedstawiciele niemieckiego sektora bezpieczeństwa i możni. Za przykład niech posłużą choćby były minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg, były prezydent niemieckiej agencji wywiadowczej (Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV)
Hans-Georg Maassen,
były szef niemieckiego wywiadu zagranicznego August Hanning, prominentny konsultant do spraw zarządzania Roland Berger oraz miliarder August François von Finck. Większość tych osób utrzymuje ścisłe kontakty z przedstawicielami niemieckiego rządu stworzonego przez tzw. wielką koalicję CDU-CSU-SPD. Na marginesie dodać można, że ludzie ci bynajmniej nie stronią również od kontaktów z przedstawicielami skrajnej prawicy.
Na swojej stronie internetowej Augustus Intelligence deklaruje, że celem biznesowym firmy jest dostarczanie „bezpiecznych rozwiązań dla rozwoju sztucznej inteligencji”. AI twierdzi, że prowadzi “centra danych” (cokolwiek to znaczy) w Stanach Zjednoczonych i sprzedaje oprogramowanie służące do rozpoznawania twarzy i obiektów. Amerykańscy i europejscy dziennikarze, którzy przyglądali się temu przedsiębiorstwu-widmu bliżej wykazali jednak, że jest to byt, który w polskim języku potocznym określa się jako firma-krzak.
Ciekawostek jest sporo. Z tekstu niemieckich dziennikarzy dowiadujemy się, że dwóch byłych menedżerów, którzy zostali zwolnieni w grudniu zeszłego roku, pozwało firmę, zarzucając jej prowadzenie biznesu opartego na „oszustwie, działaniach nielegalnych i korupcji”. Der Spiegel cytuje nawet fragment pozwu: „W rzeczywistości firma nie miała środków, o które się ubiegała, nie miała produktu i brakowało zarówno znaczących klientów jak i przychodów”.
Mimo to Augustus Intelligence miał środki na to, żeby zainstalować się w okazałym lokalu w strefie World Trade Center. Biuro AI znalazło się w bezpośrednim sąsiedztwie firmy konsultingowej i inwestycyjnej Spitzberg Partners, którą kieruje wspomniany wcześniej
Karl-Theodor zu Guttenberg.
Ów były minister gospodarki i obrony w rządach RFN jest najprawdopodobniej również szefem AI. Jest właścicielem akcji tej spółki i do marca tego roku piastował w niej stanowisko „prezesa do spraw ogólnych”. AI nie ukrywał zresztą tej informacji, zamieszczając odpowiednią wzmiankę na swojej stronie internetowej. Wkrótce jednak została ona usunięta.
Oficjalny szef Augustus Intelligence to 33-letni absolwent medycyny
Wolfgang Haupt,
najprawdopodobniej ktoś w rodzaju międzynarodowo-niemieckiego Marcina P., antybohatera afery Amber Gold. Dziennikarze dotarli do jego konta na popularnym portalu społecznościowym LinkedIn. Haupt ma albo duże ego, albo ktoś każe mu odgrywać rolę strasznej samochwały, niezbyt rozważnej dodajmy. Obszernie rozpisuje się bowiem ów o tym jak to zasadniczo z zawodu jest dyrektorem. W swojej karierze zawodowej założyć miał już wiele przedsiębiorstw w różnych branżach i sektorach. Ciekawe, czy wszędzie był tylko szefem de iure, inaczej mówiąc – słupem.
Guttenberg, szef AI de facto, jest łącznikiem między elitą arystokratyczną Niemiec, która ponad sto lat po upadku Cesarstwa nadal tworzy hermetyczną, podle reakcyjną społeczność, a partiami rządowymi w Berlinie. Urodzony w bogatej szlacheckiej rodzinie z Frankonii, postanowił swoja karierę polityczną związać z bawarską Unią Chrześcijańsko-Społeczną (CSU). W 2008 roku został sekretarzem generalnym tego stronnictwa. Rok później zaś przeniósł się z Monachium do Berlina i został ministrem gospodarki, a następnie ministrem obrony w rządzie kanclerz Angeli Merkel.
Najwyraźniej nie zaspokoiło to jego ambicji. Parł dalej. Jego jakże szybka kariera polityczna załamała się jednak w 2011 roku.
Wówczas wyszło bowiem na jaw, iż Herr Haupt sfałszował swoją pracę doktorską. Jak wiadomo, ludzie pontony nie toną – zwłaszcza wysadzane arystokratyczną biżuterią. Koleś czmychnął więc do Stanów Zjednoczonych – tamtejszy system rzeczywiście zdaje się stwarzać zachodnim kleptokratom najbardziej sprzyjające warunki. Tam Haupt nadal aktywnie zajmował się polityką, wyczekując odpowiedniego momentu, w którym będzie mógł wrócić na wpływowe stanowiska polityczne w Niemczech.
Żona Guttenberga Stephanie, tytułująca się hrabiną Bismarck-Schönhausen,
jest potomkinią, w bezpośredniej linii, kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka. Matka Guttenberga także jest hrabiną. Wywodzi się z mającej wielowiekowe korzenie rodziny arystokratycznej, która aż do wywłaszczenia w 1945 roku posiadała rozległą własność w Chorwacji. Jej ojciec, Jakob Graf zu Eltz, ściśle współpracował z chorwackim proto-faszystą Franjo Tudjmanem, który został osadzony na stolcu prezydenta separatystycznej republiki po rozpadzie Jugosławii. Zu Eltz zaś został członkiem chorwackiego parlamentu. I jeszcze jedna ciekawostka. W 1985 roku matka Guttenberga wyszła za mąż po raz drugi. Jej ówczesnym wybrankiem został Adolf Henkell von Ribbentrop, syn ministra spraw zagranicznych Adolfa Hitlera. Nieprzypadkowa to zapewne koincydencja genetyczno-nazistowska. Tudjman był sprawnym kontynuatorem myśli chorwackiego nazistowskiego sadystycznego satrapy Ante Pavelicia. Nie mógł oczywiście pozwolić sobie na takie ekscesy jak jego idol, który, jako bliski sojusznik III Rzeszy zachowywał się tak brutalnie wobec Serbów, że nawet wysłannicy Hitlera musieli go przywoływać do porządku. Przejął jednak chorwacko-nazistowską symbolikę i etos tzw. Niezależnego Państwa Chorwackiego, którym rządził Pavelić. Wyraźnie widać, że stare nazistowskie miłości nie rdzewieją!
Główną rolę, można powiedzieć sprawczą, w Augustus Intelligence odgrywa niejaki
Roland Berger,
założyciel noszącej jego nazwisko firmy konsultingowej. Berger wykorzystuje gęstą sieć powiązań w niemieckich kręgach biznesowych i politycznych. Doradzał między innymi tzw. Urzędowi Powierniczemu (die Treuhandanstalt). Niewielu o tym bycie słyszało, a ci którzy słyszeli zdążyli już dawno o nim zapomnieć. Była to specjalna agencja rządowa powołana przez władze dawnego RFN, której zadaniem było splądrowanie NRD-owskiej gospodarki po aneksji tego państwa przez Niemcy zachodnie. Treuhandanstalt miał dokonać szybkiej i masowej prywatyzacji wszystkiego co się dało po “zjednoczeniu”. Później urząd ten okazał się też wcale przydatny przy w opracowywaniu tak zwanej Agendy 2010, czyli ostatecznie przypieczętowującego, czy raczej podsumowującego, przejście niemieckich socjaldemokratów na jedynie słuszną wiarę liberalną z czasó kanclerza Gerharda Schrödera. Z grubsza chodziło o to, aby zdewastować rozbudowany system wsparcia socjalnego i zastąpić go skąpymi zasiłkami.
Charles Édouard-Bouée,
wieloletni dyrektor generalny w firmie Bergera, został na jego prośbę w Augustus Intelligence „prezesem do spraw biznesowych”. Der Spiegel opublikował zdjęcie Bergera wraz z Amthorem, Maassenem oraz założycielem AI Hauptem zrobione w czasie ich pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu w szwajcarskim luksusowym kurorcie Sankt Moritz.
August François von Fink
jest jednym z najważniejszych darczyńców Augustus Intelligence. Podobno zainwestował w firmę 11,2 miliona dolarów. Fink ma się rozumieć nie wypracował z tego ani centa. Odziedziczył fortunę po dziadku-bankierze Auguście von Finku. Zwążywszy na nazistowski fundament całej tej łajdackiej społeczności nie będzie niespodzianką, że w latach 20. XX wieku ów dziadek finansował Adolfa Hitlera, a potem pięknie się obłowił przejmując masowo mienie pożydowskie, dzięki prawodawstwu wprowadzonego po przejęciu władzy przez przywódcę III Rzeszy.
Familia Fink pozostaje jedną z najbogatszych w Niemczech. Przez wiele lat August von Fink Młodszy, ojciec Augusta François, udzielał wielomilionowego wsparcia finansowego partiom i ruchom skrajnie prawicowym, które ostatecznie doprowadziły do ​​powstania skrajnie ekstremistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Ogromne kwoty zainwestował także w samą AfD. W 2009 roku firma Mövenpick, która była wówczas własnością Finka, przekazała 1,1 miliona euro neoliberalnej pro-biznesowej Wolnej Partii Demokratycznej (FDP), która w geście wdzięczności, gdy współtworzyłą niemiecki rząd, obniżyła podatek VAT dla branży hotelarskiej, na czym zyskał oczywiście koncern Mövenpick. Tak, tak dokładnie ten znany w Polsce głównie z rozprowadzania lodów. Zmrożone słodycze są jednak tylko częścią działalności gospodarczej tego konsorcjum i to mniejszą, dzieloną zresztą w toku akrobacji biznesowych z innymi gigantami spożywczymi; część ważniejsza to Mövenpick Hotels & Resorts, czyli właśnie branża turystyczno-hotelarska.
Dalej
Hans-Georg Maassen,
który do listopada 2018 roku kierował niemieckim kontrwywiadem cywilnym, czyli Federalnym Urządem Ochrony Konstytucji (niem. Bundesamt für Verfassungsschutz, BfV) ściśle współpracował z AfD, miał powiązania z AI, czego dowodem jest przytoczone wyżej zdjęcie ze spotkania w hotelu w Sankt Moritz. Według dzienikarzy Der Spiegel Maassen zwykł latać do Stanów Zjednoczonych prywatnym odrzutowcem razem z Hauptem. Pomógł także jednemu z pracowników tej firmy uzyskać obywatelstwo niemieckie.
W 2018 r. Maassen został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę, gdyż udowodniono mu powiązania z AfD. Ma się rozumieć, krzywdy nie miał – od tego czasu stał się rzecznikiem WerteUnion (niem. sojusz wartości) – prawicowej frakcji w CDU i CSU, która ma wielu zwolenników w koalicji do których zalicza się m. in. Philipp Amthor. Poglądy reprezentowane przez tę grupę są dość zbliżone do tych, które w Polsce reprezentuje Konfederacja.
I jeszcze
August Hanning.
Ten przyznał na łamach Die Zeit, że ma pisemną umowę z Augustus Intelligence, obejmującą usługi doradcze i konsultingowe. Nie ujawnił, w jakiej materii i komu doradza.
Podobnie jak Maassen, Hanning jest centralną postacią niemieckiego aparatu bezpieczeństwa, a dokładnie wywiadu zagranicznego. Od 1998 do 2005 roku kierował Federalną Służbą Informacyjną (Bundesnachrichtendienst, BND), a od 2005 do 2009 był odpowiedzialny za kierowanie policją federalną, bezpieczeństwo wewnętrzne, migrację, integrację i sprawy związane z uchodźcami w Federalnym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. W 2015 roku zrobiło się o nim znów głośno, gdy ów opublikował nagonkowy artykuł, w którym skrytykował przyjazną (wówczas) uchodźcom politykę rządu Angeli Merkel.
Na tle tych wszystkich okoliczności, co zresztą stwierdzają dość czytelnie autorzy materiału w Der Spiegel, wnioskować należy, że Amthor został po prostu nominowany przez burżuazyjno-nazistowską klikę na głównego rozgrywającego osobliwej prawicowej konspiracji. Według Der Spiegel, otrzymał on co najmniej 2817 opcji na akcje (kontrakty, które uprawniają jej właściciela do kupna od wystawcy bądź do sprzedaży mu uzgodnionej liczby danego rodzaju akcji. Ma to miejsce w określonym czasie oraz po określonej cenie) od Augustus Intelligence i w maju 2019 roku wszedł w skład jej zarządu. Na spotkania zarządu przylatywał do Nowego Jorku co najmniej dwa razy. Uczestniczył również w spotkaniach na Korsyce i Sankt Moritz . W październiku 2018 r. napisał do niemieckiego ministra gospodarki
Petera Altmaiera
list z prośbą o wsparcie polityczne dla firmy.
Władze CDU forsowały tego 27-letniego prawicowego polityka na przewodniczącego partii w kraju związkowym Meklemburgia-Pomorze Przednie, który jest rodzimym okręgiem wyborczym Angeli Merkel. W następstwie skandalu związanego z AI Armthor ogłosił, że ustąpi z ubiegania się o fotel lidera partii w tym kraju związkowym.
Sprawa Augustus Intelligence pokazuje, że obecna “wielka koalicja” chadeków i socjaldemokratów ma de facto charakter ściśle prawicowy. Politycy stojący na jej czele promują skrajnie prawicowe siły w państwie i aparatach partyjnych, aby realizować swoje resentymenty jako pogrobowcy Hitlera, Bismarca czy Wilhelma II. Ludzie tacy jak bohaterowie śledztwa Der Spiegel promują w kuluarach politykę militaryzmu, pogłębiania nierówności społecznych i tłumienia wszelkiej opozycji. Wszyscy oni Amthor, Guttenberg, Maassen, Hanning, Roland Berger i ich akolici są ściśle związani z rządową koalicją w Berlinie.