Trójmorze, co dalej…

Motto: Tempora mutantur et nos mutamur in illis.

Czasy się zmieniają i my zmieniamy się wraz z nimi, mówi łacińskie przysłowie. Czy, aby na pewno się zmieniamy? Czy obecna globalna sytuacja powinna nas skłonić do zmian w sposobie politycznego myślenia? George Friedman uważał, jeszcze przed Afganistanem, że kolejne porażki militarne Stanów Zjednoczonych wkalkulowane są w ogólną, dalekosiężną strategię, która pozwoli Stanom na utrzymanie światowego przywództwa do końca bieżącego stulecia. Bardziej jednak podoba mi się myśl Zbigniewa Brzezińskiego, że Stany mogą wiele, ale nie wszystko.

Uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne

Czytam niedawno, że Bush był prezydentem niemądrym, Obama hamletyzował a Trump był nieprzewidywalny. To wszystko bardzo prawdopodobne, ale ich wybór wynikał z poziomu niezbyt wykształconego i ubogiego społeczeństwa, którym kierują i manipulują wykształcone i bogate elity. Tych elit oceniać nie mam zamiaru. Obecnie prezydentem Stanów Zjednoczonych jest demokrata Joe Biden, który zastąpił na tym urzędzie republikanina Donalda Trumpa. Ten ostatni ogłoszony został przyjacielem Polski, czego nie zamierzam podważać, tym bardziej, że kandydował będzie na to stanowisko po raz wtóry, a co ważne, był politykiem sprzyjającym Inicjatywie Trójmorza, bardzo potrzebnej naszemu regionowi.
Zastanowić się natomiast warto na ile amerykańscy demokraci, których prezydentów doradcą był Zbigniew Brzeziński wykazać mogą aktualnie zrozumienie dla specyfiki Europy Środkowej, dla jej wielu pomysłów integracyjnych. Z enuncjacji medialnych wiemy już, że w amerykańskim Kongresie zarówno republikanie, jak i demokraci wyrażają poglądy sprzyjające Inicjatywie.
Postawić można pytanie na ile myśl polityczna Zbigniewa Brzezińskiego, który rozumiał Europę Środkową, zapamiętana została wśród demokratów. Oczywiście, „co będzie pokaże czas”, ale istnieje pokusa znalezienia już teraz, przynajmniej w części, odpowiedzi na to pytanie. Z. Brzeziński już na początku swej działalności naukowej i politycznej opowiadał się za integracją Europy Środkowej i za powstaniem konfederacji polsko-czechosłowackiej. Na jego poglądy wpływ mógł mieć niewątpliwie m.in. fakt, że jego żoną była Emilie Beneš stryjeczna wnuczka prezydenta Czech Edvarda Beneša, który wraz z premierem Władysławem Sikorskim taką konfederację podczas II wojny światowej usiłował powołać. Jeszcze kilka lat przed śmiercią B. Brzeziński stwierdzał, że odpowiedzią Europy na wyzwania stojące przed nią i całym Zachodem powinna być współpraca regionalna, wzmocnienie Grupy Wyszehradzkiej i powiązań z krajami północnej Europy.
Takie poglądy prezentował Z. Brzeziński wtedy, gdy pozycja Ameryki na globalnym forum już słabła. Na temat Trójmorza nie zdążył się wypowiedzieć, bo zmarł w roku 2017, a więc zanim Inicjatywa nabrała kształtu. Czy obecnie, po klęsce w Afganistanie, zaprzątał by sobie głowę Polską i Europą Środkową? (Nawiasem mówiąc Z. Brzeziński uważał, że Europa Środkowa kończy się na Łabie. Nie była to jednak polityczna definicja regionu, lecz raczej ekonomiczno-społeczna. M.P.).
Zbigniew Brzeziński we wstępie do swej książki „Strategiczna wizja” napisał: „Tylko dynamiczna, postępująca zgodnie z przemyślaną strategią Ameryka może wraz z jednoczącą się Europą wspólnie działać na rzecz większego i bardziej żywotnego Zachodu, zdolnego do odgrywania w sposób odpowiedzialny roli partnera dla rosnącego w siłę i coraz bardziej pewnego siebie Wschodu.
W przeciwnym razie niewykluczone, że geopolitycznie podzielony i skupiony na sobie Zachód pogrąży się w historycznym upadku, który upodobni go do upokorzonych i bezsilnych dziewiętnastowiecznych Chin. Na Wschodzie zaś pojawi się pokusa powtórzenia katastrofalnej w skutkach próby sił pomiędzy państwami dwudziestowiecznej Europy.” Z. Brzeziński pisał te słowa w 2012 roku a od tego czasu zmian na lepsze nie widać. Wręcz przeciwnie.
Rola politycznego gracza
Unia Europejska nie osiągnęła dotąd roli politycznego gracza (Brzeziński uważał, że jest to projekt niedokończony), a Stanom Zjednoczonym do przodującej roli w świecie coraz dalej. Z chwilą objęcia urzędu przez Prezydenta Bidena pozycja Stanów Zjednoczonych w świecie ma jakąś szansę na poprawę, ale to poprzednik Bidena, Donald Trump wspierał ideę Trójmorza, a nie aktualny Prezydent, który z poparciem jeszcze nie zdążył. Co prawda poparcie dla Inicjatywy Trójmorza wyrażają obecnie zarówno demokraci, jak i republikanie, ale poparcie to nie jest przekonywujące.
I nie było przekonywujące od strony finansowej nawet za Trumpa. Więcej było w tym poparciu słów niż konkretu, a raczej: pomóżcie sobie sami, albo: niech wam Unia Europejska pomoże. I Unia Europejska pomaga, a przede wszystkim nie przeszkadza.
Amerykańskie wsparcie dla idei Trójmorza jest jednak nadal niezbędne. A tymczasem na globalnym horyzoncie kłębią się ciągle czarne chmury. Skończyła się już dość dawno „globalna supremacja” Zachodu, a trwające sukcesy Chin czynią z nich alternatywę systemową, bo system amerykański, jak zauważył Z. Brzeziński, zaczyna być postrzegany jako przestarzały. Ważnym wydarzeniem stało się wycofanie wojsk amerykańskich z Afganistanu. Decyzja Prezydenta Bidena w tej sprawie świadczy o przezorności jego i jego ekipy. Wszelkie ponawiane w przyszłości ewentualne militarne próby ratowania amerykańskiego imperium skończyć się mogą bardzo tragicznie i przyśpieszyć koniec, a nie uratować USA. A pokusy w Stanach powrotu do militarnych interwencji niestety nadal istnieją!
Renesans Ameryki
Tymczasem przywrócenie świetności Ameryki nastąpić może obecnie przede wszystkim poprzez sukcesy gospodarcze oraz na polu nauki i edukacji, w ścisłym sojuszu z Unią Europejską Analitycy polityki międzynarodowej i znawcy problematyki afgańskiej głowią się obecnie nad tym jakie będą skutki wycofania wojsk USA oraz ich sojuszników. Przeważać wydaje się opinia, że na ich miejsce wejdą do Afganistanu Chiny. Sam Prezydent Biden tak sądzi.
Amerykanie zostawili w Afganistanie mnóstwo wojskowego sprzętu, który, jak widać, niewiele pomógł w wygraniu tej wojny. Myślę zresztą, że talibom ten sprzęt też do niczego przydatny nie będzie. Przypatrzą mu się Chińczycy.
Już podczas wojny w Wietnamie odzywały się głosy, że aby wygrać podobny konflikt (są oczywiście także istotne różnice!) stosunek liczbowy sił inwazyjnych do sił miejscowego przeciwnika powinien być kilkakrotnie wyższy, a walka powinna przypominać walkę wręcz, czyli „face to face”. A tu niestety mamy do czynienia już z demografią. Kogo na Zachodzi stać na taką wojnę? A może stać Chińczyków? Z. Brzeziński uważał, że po wycofaniu wojsk amerykańskich nastąpi wewnętrzny rozkład kraju i rywalizacja o wpływy w Afganistanie wśród sąsiednich państw. Istnieje przy tym prawdopodobieństwo, pisał, że w Afganistanie na nowo rozpalą się namiętności religijne i etniczne.
Wydaje mi się jednak, że to m.in. rosnąca chińska obecność w Afganistanie ochłodzi tam nastroje i do większych militarnych perturbacji w tym kraju nie dojdzie. Brzeziński stwierdził przy tym że amerykańska skłonność do wycofywania się z Bliskiego Wschodu będzie zapewne wzrastać wraz ze słabnięciem globalnej pozycji USA, mimo wyrażanego publicznie poparcia dla Izraela. ( I tu zapalać się powinna dla politycznych decydentów czerwona lampka.
Jeśli Stany gotowe są opuścić Izrael, to co z Europą i z Europą Środkową?) Jego zdaniem długofalowym celem Stanów Zjednoczonych powinna być transatlantycka stabilność oparta na coraz pełniejszym porozumieniu między starymi potęgami Zachodu i nowymi potęgami Wschodu. Wymaga to starań przez kilka następnych dekad o połączenie zarówno Rosji, jak i Turcji, z Zachodem obejmującym już UE i USA, dzięki takim instytucjom jak UE i NATO.
Chiny – USA
Równocześnie strategiczne zaangażowanie USA w Azji powinno obejmować próby współpracy i partnerstwa z Chinami oraz promocję pojednania między Chinami i sprzymierzoną z USA Japonią. Brzeziński uważał, że Europa (Francja i Niemcy) popełniają błąd odrzucając europejskie aspiracje Turcji, która mogłaby osłaniać Europę od problemów i namiętności Bliskiego Wschodu. Turcja wykorzystując swe terytorialne i kulturowe związki z ludami starego imperium osmańskiego i postsowieckimi państwami Azji Środkowej, mogłaby podkopywać atrakcyjność islamskiego ekstremizmu i zwiększać stabilność regionalną, z korzyścią nie tylko dla Turcji, ale i dla Rosji i Europy. (Z. Brzeziński tego na napisał, ale podejrzewam, że chodziło mu także o zastąpienie na Bliskim Wschodzie Ameryki przez Turcję jako gwaranta bezpieczeństwa Izraela.
Można mieć jednak wątpliwości czy obecna Turcja spełnić może taką rolę. M.P.) Zauważmy, że w tym, z konieczności bardzo skrótowym, przedstawieniu ostatnich poglądów Zbigniewa Brzezińskiego jest miejsce dla Europy jako całości, ale nie ma miejsca dla Europy Środkowej. Brzeziński prezentował w roku 2012 swe poglądy z myślą o horyzoncie czasowym po 2025 roku.
Jeśli jego postulaty (prognozy?) nie uwzględniające Europy Środkowej zostaną zrealizowane, to czy w ich konsekwencji Niemcy (lub Unia Europejska) i Rosja podzielą się, zgodnie z historyczną tradycją, osamotnioną Europą Środkową. A może Stany realizować będą nadal koncepcję George’a Friedmana, według której Stany Zjednoczone nie dopuszczą do zbytniego zbliżenia Niemiec i Rosji?
Rozważyć można jeszcze jeden scenariusz, który przypominałby powrót do niemieckiej Mitteleuropy. Te 3. scenariusze wymagałyby być może oddzielnego rozpatrzenia, jakkolwiek wszystkie wydają się być z góry mało prawdopodobne, bo zakładają w podtekście nieprzyjazne relacje między Stanami a Unią Europejską.
Wydaje się jednak, że słabość Stanów i słabość Unii Europejskiej powinna skłaniać do ścisłego sojuszu.
Europejski instynkt polityczny
Jeżeli z kolei środkowoeuropejskie elity nie zawiedzie instynkt polityczny, to Europa Środkowa integrować się będzie w ramach Unii Europejskiej i to właśnie Unia Europejska pozostanie dla naszego regionu głównym i bezpiecznym partnerem, oczywiście w sojuszu z Ameryką Północną – tzn. Stanami i Kanadą. Co nie oznacza, że w Europie Środkowej nie będzie miejsca dla bezpośrednich partnerskich relacji ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, a także z Rosją. Napisałem niedawno, że z via Carpathia powinna się cieszyć również Rosja i wszyscy nasi wschodni sąsiedzi, bo nigdy nie mieli dobrej lądowej komunikacji z Bałkanami.
Sądzę przy tym, że chińska obecność w Afganistanie, na rosyjskim podbrzuszu, niekoniecznie sprzeczna w krótkim horyzoncie czasowym z interesem Zachodu i Ameryki, ostudzi nastroje w Europie Wschodniej (szczególnie w Rosji) i nastąpi wreszcie era współpracy Zachodu z Rosją, czego oczekiwał Z. Brzeziński.
A Chiny nie będą sprzeciwiać się tej współpracy, bo spokój na jedwabnym szlaku umożliwi im bezpieczny rozwój wymiany gospodarczej i handlu z Europą oraz z wszystkim krajami „po drodze”. A do zbliżenia, nie Niemiec, ale Unii Europejskiej z Rosją zapewne w dalszej perspektywie dojdzie, najlepiej przy amerykańskim współudziale. To zbliżenie poprze także Watykan, którego zauważalny długoletni dialog z Rosją zmierza właśnie w tym kierunku. Kiedy dokładnie nastąpi zbliżenie między całym Zachodem a Rosją, trudno w tej chwili przewidzieć, niemniej wydarzenia na świecie wydają się gwałtownie przyśpieszać. W każdym razie, do tego czasu, Europa Środkowa powinna już być maksymalnie zintegrowana, ale nie przeciw Niemcom, lecz w ramach Unii Europejskiej.
Skonfederowani?
Europy Środkowej nie udało się i nie uda nikomu na trwałe podbić siłą. Jej różnorodność narodowa, etniczna, kulturowa i religijna stanowi o jej niepowtarzalności, co równocześnie uniemożliwia narzucenie zwierzchnictwa jednego narodu drugiemu, a co dopiero całemu regionowi. Europa Środkowa nie potrzebuje hegemona, ani z zewnątrz, ani „własnego”; jedyny sposób, aby mówiła jednym głosem jest jej dobrowolne zjednoczenie na podstawie politycznej, gospodarczej, kulturalnej itd. w celu obrony wspólnych interesów. Proces ten może być długotrwały, co nie oznacza, że wizja Europy Środkowej zjednoczonej w ramach Unii Europejskiej jest wizją utopijną. Największym i niewybaczalnym błędem polskich i innych środkowoeuropejskich elit byłoby doprowadzenie krajów regionu do wyjścia z Unii Europejskiej.
Federaliści środkowoeuropejscy już od XIX wieku powtarzali, że obrona narodowych interesów małych i słabych środkowoeuropejskich krajów, w otoczeniu sąsiadujących z nimi potęg, wymaga rezygnacji ze skrajnych nacjonalizmów na rzecz zjednoczonego regionu. Rezygnacja ta nie wyklucza jednak rozumnego patriotyzmu. Myślano początkowo, że już wcześniej zjednoczona Środkowa Europa połączy się z Zachodem Europy. Stało się inaczej – do Unii Europejskiej weszły pojedyncze kraje środkowoeuropejskie, które dopiero obecnie, w ramach UE dokonują regionalnej integracji (m.in. Grupa Wyszehradzka, Trójmorze, chiński format współpracy obejmujący Chiny i kraje Europy Środkowej „17+1”). Zintegrowana Europa Środkowa, już jako samodzielny podmiot w UE, powinna w dogodnym dla siebie momencie zdecydować jaką formę federacji unijnej poprze, czy będzie to pełna federacja czy konfederacja. Wydaje się, że luźna konfederacja najbardziej odpowiadałaby obecnie możliwościom i potrzebom Europy. Przy czym w niektórych obszarach trudno wyobrazić sobie inne rozwiązania niż te, które przypominają scentralizowaną federację, chodzi np. o obronność czy walkę z cyberatakami. O pełnej suwerenności narodowej na podobnych polach należałoby raczej zapomnieć. Wiele obecnych sporów między poszczególnymi państwami unijnymi a brukselską administracją wynika z braku jasnych, nakreślonych uprawnień brukselskiej centrali (decydują często niewybierani lecz mianowani urzędnicy!) oraz państw członkowskich. Na te tematy powinni się wypowiedzieć konstytucjonaliści w państwach członkowskich Unii. Sądzę i mam nadzieję, że do dyskusji tej znaczący wkład wnieść może syn Zbigniewa Brzezińskiego, przyszły Ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce Mark Brzeziński. W dyskusji nad przyszłym kształtem Unii Europejskiej, procesem integracji środkowoeuropejskiej i miejsca w niej Polski, mogliby wziąć udział także polscy uczeni pracujący na zagranicznych uczelniach. W przeszłości to oni w dużym stopniu byli twórcami koncepcji Środkowej Europy.
Mówi się niekiedy, że polskie społeczeństwo podzielone jest mniej więcej równo na dwie części. Otóż w przypadku Unii Europejskiej jest inaczej: 4/5 Polaków (80 proc. ) opowiada się za obecnością w Unii. Tak wynika z badań opinii publicznej i to jest już bardzo dobra wiadomość. Nigdy jednak dotąd nie zadano społeczeństwu pytania odnośnie integracji środkowoeuropejskiej. Powodów jest wiele, a wśród nich podstawowy: społeczeństwo nie jest przygotowane do odpowiedzi, bo i pytanie trudno sformułować.
Czy społeczeństwo popiera dotychczasowe próby integracji regionalnej, np. Grupę Wyszehradzką? Wydaje się, że w tym przypadku zdecydowanie tak, ale co dalej? I tutaj jest pole do działania dla naszych elit politycznych. Wśród polityków popierających naszą obecność w Unii przeważa niestety pogląd, że w Unii niczego nie należy zmieniać, wystarczy ją popierać. Ponadto nasze elity nie wypowiedziały się na razie wyraźnie co do przyszłej, bardziej zintegrowanej niż dotąd, Europy Środkowej. Odpowiedź pozytywną otrzymujemy tylko w przypadku Grupy Wyszehradzkiej i tę próbę integracji należy zdecydowanie popierać, mimo, że nie zawsze zgadzamy się z linią polityczną poszczególnych krajów Grupy.
Jeżeli chodzi natomiast o szerszą integrację, całej Europy Środkowej, to inspiracje w tym kierunku przychodzą raczej z zewnątrz, np. ze Stanów Zjednoczonych i Chin niż z samego regionu. To, że świat dostrzega nasz region jako jedną całość, mimo wewnętrznego zróżnicowania, przyjmujemy jak rzecz zrozumiałą. Nie zawsze jednak tak było i w tym postrzeganiu nas przez świat obecnie wiązać można wiele nadziei. Jeżeli jednak Europa Środkowa nie wykorzysta sprzyjającego jej momentu, państwa narodowe regionu stracić mogą, jedyną być może, okazję zabezpieczenia swych dobrze rozumianych narodowych interesów. Jeżeli chodzi o Polskę, to już obecnie wielką szkodę naszym narodowym interesom przynieść mogą „mocarstwowe podrygi” jednych i błoga nieświadomość drugich polityków.
Wynikają one być może z przekonania, że sama Polska, bez wsparcia środkowoeuropejskich sąsiadów, jest w stanie prowadzić skuteczną politykę międzynarodową. Chciałoby się powiedzieć: więcej skromności, zanim ktoś nam powie: żadnych złudzeń Panowie! Polska (dotyczy to także pozostałych krajów Europy Środkowej) bez wsparcia naszego zintegrowanego regionu nie będzie w stanie prowadzić żadnej skutecznej polityki. Pomyślmy przez chwilę jaka byłaby przyszłość niezintegrowanych krajów Środkowej Europy. Ich los przypominałby, nigdy na szczęście nie zrealizowaną koncepcję Mitteleuropy, tym razem w wykonaniu Unii Europejskiej, czytaj najsilniejszych państw Unii; poszczególne państwa regionu w ważnych dla siebie sprawach nie miałyby wówczas nic do powiedzenia. Powoli, ale śpieszmy się! Tempus fugit! Czas ucieka i ktoś dodał, że nie wraca.

Cudowna podróż – historia migracji stada słoni azjatyckich w prowincji Yunnan

Stado słoni idzie drogą. Pod brzuchami dorosłych osobników idą trzy słoniątka. Mimo ogromnych rozmiarów, nie słychać żadnych kroków słoni, lekko poruszające się słonie cicho przechodzą drogą między budynkami…

Wycieczka na północ chińskiej prowincji Yunnan stada dzikich słoni trwająca od marca 2020 r. zdobyła serca wielu osób. Ogromna rzesza ludzi śledziła trasę wędrówki stada i jego zachowanie.
W marcu ubiegłego roku, 16 dzikich słoni azjatyckich wyruszyło w wędrówkę ze swojego pierwotnego siedliska w Xishuangbanna w prowincji Yunnan. 22 listopada 2020 roku jedna z samic ze stada urodziła małe słoniątko. Podczas prawie półtorarocznej podróży, stado słoni udawało się w kierunku północno-zachodnim i okrężną drogą na południe, przechodząc przez rejony miast Pu’er, Yuxi, Kunming, prefekturę Honghe i wiele innych miejsc, w końcu wróciło bezpiecznie do domu w sierpniu 2021 r..
Po drodze wydarzyło się wiele interesujących historii: urodziło się słoniątko, kilka słoni odłączyło się od grupy, by później wrócić do stada, słonie zbliżały się do miast, odwiedzały osiedla ludzkie, zostawiały tam swoje ślady. Pewnego razu stado podążało za samochodami na autostradzie, innym razem słonie bawiły się i zasnęły w gęstym lesie. Dzięki zdjęciom lotniczym można było śledzić życie stada słoni podczas wędrówki. Niektóre z tych zdjęć przedstawiały bardzo urocze i rozczulające obrazki, jak na przykład pozycje słoni podczas snu, słoniątko śpiące bezpiecznie między nogami swojej matki, spożywanie przez słonie bananów i ananasów, czy odkręcanie trąbą hydrantów z wodą i picie wody z kranów.
Stado słoni z Yunnan, to szczęśliwa, duża rodzina, która bez względu na wiatr i deszcz, czy letnie upały, zawsze radośnie śpiewała. Kiedy słonie są szczęśliwe, kręcą trąbami i głowami w górę i w dół, kiedy piją wodę, najpierw ją wąchają i spryskują nią inne słonie. Ich ulubioną zabawą było przepychanie się swoimi długimi kłami. Czasami, gdy walka była zbyt ostra, inne słonie podchodziły i powstrzymywały dalsze starcie. Często przechodząc obok wioski, małe słonie bawiły się wężami z wodą, czasami ścigały dla zabawy kury czy owce, bawiły się tarzając się w błocie.
Stado słoni to także duża rodzina, która się kocha. Wspinając się na wzgórze, dorosły słoń popychał nosem słoniątka, podczas kąpieli słonie ostrożnie pomagały słoniątkom. Pewnego razu 4 słonie przypadkowo wpadły do stawu, jednym z nich było małe słoniątko. Dwa dorosłe słonie w stawie pchały małego słonia na brzeg stawu, by się nie utopił, a następnie trzy słonie wspólnie rozgrzebywały ziemię, aby stworzyć łagodne zejście na brzegu, dzięki któremu słonie mogły opuścić staw. W ciągu tej trwającej blisko 5 godzin akcji, pozostałe 10 słoni kręciło się nerwowo wokół stawu, pilnując i czekając na powodzenie działań innych członków stada.
Wędrówka słoni przyniosła radość, ale również straty odwiedzającym je wioskom. Kiedy słonie mijały osiedla ludzkie, miejscowa ludność była bardzo podekscytowana: „Mamy nadzieję, że słonie niedługo przyjdą, ale obawiamy się, czy będzie to bezpieczne.” Mieszkańcy na drodze wędrówki w większości odnosili się pozytywnie do ochrony dzikiej przyrody, dzięki czemu stado słoni mogło przebywać w bezpiecznym i przyjaznym środowisku. Chociaż plony rolników były czasami zjadane i deptane przez słonie, miejscowi wieśniacy radośnie mówili: „Słoń też jest głodny, nie robią tego umyślnie.” Za tak prostym językiem kryje się miłość do słoni. 14 lipca stado słoni wkroczyło do gminy Longwu w powiecie Shiping, w sam raz na „Święto Zhazha” grupy etnicznej Hani. Aby nie niepokoić stada słoni, Hani zrezygnowali z tradycyjnych hucznych uroczystości, takich jak zgromadzenia i wiejskie biesiady. Zamiast tego przygotowali wóz pełen bananowców i wysyłali to pożywienie w góry do stada słoni.
Aby chronić wędrówkę stada słoni i mieszkańców znajdujących się na jej trasie, regionalny rząd prowincji Yunnan powołał specjalną grupę roboczą. Cały czas wyszkolony personel monitorował trasę wędrówki, ustawiał blokady, w razie potrzeby rozpraszał tłumy gapiów, karmił słonie, skutecznie łagodził konflikty między ludźmi a stadem słoni. Podczas tej akcji, prowincja Yunnan zmobilizowała ponad 25 000 policjantów i pracowników ochrony, wykorzystano 973 drony oraz ponad 15 000 pojazdów ratunkowych. Ewakuowano ponad 150 000 osób, dostarczono prawie 180 ton żywności. W czasie swojej wędrówki słonie były poddane starannej opiece i traktowano je bardzo humanitarnie.
Przez kilka miesięcy stado wędrujących słoni dostarczało wiele radości ludziom w Chinach i na całym świecie. Relację z wędrówki można było śledzić w wielu międzynarodowych mediach oraz mediach społecznościowych.
Jednak wszyscy zadają sobie pytanie: dlaczego dzikie słonie uciekły ze swojego rezerwatu? Obecnie najbardziej wiarygodna i przekonująca teoria poparta monitoringiem słoni azjatyckich, wskazuje na brak wystarczających ilości pożywienia w aktualnym miejscu przebywania słoni. „Wprawdzie lokalny las jest dobrze chroniony, ale areał roślin, które słonie mogą jeść, spada, co powoduje, że stado opuszcza swoje siedlisko i wychodzi na żerowanie”. Brak zasobów w pierwotnym środowisku sprawia, że słonie nie mają innego wyboru, jak tylko opuścić swoje domy i znaleźć inne tereny do pożywienia.
W czasach starożytnych, jak i współczesnych ludzie zawsze kochali słonie. Słonie mają wielką siłę, ale są łagodne, szczere i lojalne. Od czasów starożytnych uważano je za symbol siły. Słoń może dożyć 70 lat, więc jest praktycznie jedynym zwierzęciem na Ziemi, które może towarzyszyć człowiekowi, przez całe jego życie. W tradycyjnej chińskiej kulturze wyrazy „xiang”(słoń) i „xiang”(szczęście) są homofoniczne, więc słonie stały się symbolem szczęścia, dlatego często można spotkać ich rzeźby stojące przed budynkami lub umieszczane na ścianach domów.
W Tajlandii słonie reprezentują honor, świętość i godność. Najcenniejsze są białe słonie, dlatego Tajlandia nazywana jest również „Królestwem białych słoni”. W kulturze afrykańskiej słonie uważane są za symbol siły i mocy, podziwiane są za długowieczność, mądrość, lojalność, wytrwałość i duchę współpracy. Stały się totemem dla wielu afrykańskich plemion.
Ale obecna sytuacja słoni jest nieoptymistyczna. W 1979 roku na kontynencie afrykańskim żyło 1,3 miliona słoni, obecnie ich liczba gwałtownie spadła, do około 400 000 sztuk, co stanowi spadek o prawie 70% w ciągu ostatnich 40 lat. Ogromnym problemem jest kłusownictwo. Przestępcy brutalnie zabijają słonie w pogoni za kością słoniową. Za każdym produktem z kości słoniowej kryje się utrata życia słonia. Według statystyk, każdego roku w Afryce nielegalnie w polowaniach ginie od 30 000 do 40 000 słoni. Ponadto ekspansja działalności człowieka i globalne zmiany klimatu doprowadziły również do redukcji siedlisk słoni i spadku ich populacji.
Aby chronić słonie i zakazać polowań, w 1986 roku Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) umieściła słonie azjatyckie na liście „gatunków zagrożonych”. W 1989 r. „Konwencja o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem” (CITES) wprowadziła zakaz handlu kością słoniową. W 2012 roku, ustanowiono 12 sierpnia „Światowym Dniem Słonia”, który ma zwrócić uwagę ludzi na całym świecie na problem ochrony słoni afrykańskich i azjatyckich. 30 lipca 2015 r. Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych przyjęło historyczną rezolucję w sprawie „zwalczania nielegalnego handlu dziką fauną i florą”.
Wiele krajów, w tym Chiny, podejmuje nieustanne wysiłki na rzecz ochrony życia słoni. Chiny już w 1988 r. uchwaliły „Ustawę o ochronie dzikiej przyrody” i umieściły słonie azjatyckie na pierwszej liście krajowych gatunków zwierząt chronionych w Chinach. W 2010 r. w Xishuangbanna w prowincji Yunnan wdrożono pilotażowo, dla rolników, pierwsze na świecie „Ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej za incydenty spowodowane przypadkami działania dzikiej przyrody”. Od 2014 r. ubezpieczeniem tym objęło całą prowincję Yunnan. Rząd zapewnia rolnikom pieniądze na wykup ubezpieczenia, a specjalne ubezpieczenie rekompensuje rolnikom straty wywołane przez stado słoni. Ten innowacyjny mechanizm skutecznie rozwiązał konflikt między ludźmi a słoniami. Dzięki wspólnym wysiłkom rządu i lokalnej ludności populacja dzikich słoni azjatyckich w prowincji Yunnan wzrosła z ponad 100 sztuk pod koniec ubiegłego wieku, do około 300 pod koniec 2019 roku.
Podczas tej podróży słoni w Yunnanie, ludzie chronili je w każdy możliwy sposób, pozwalając słoniom cieszyć się niemal idealną podróżą, która naprawdę ucieleśnia piękno i ciepło harmonii między człowiekiem a naturą oraz między człowiekiem a zwierzęciem. Ta wyprawa grupy słoni to także mikrokosmos chińskiej ochrony dzikich zwierząt. Dzięki temu więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że na tej samej planecie ludzie muszą być zaangażowani w ochronę bioróżnorodności, wiedzieć, jak chronić dzikie zwierzęta i nauczyć się harmonijnego współistnienia z naturą.(

Zabójstwo Moïse’a

Haitański prezydent Jovenel Moïse został zamordowany na początku lipca. Wiele szczegółów dotyczących jego zabójstwa jest nadal owianych tajemnicą. Chociaż w sumie 44 osoby zostały zatrzymane – w tym czterech policjantów i 18 byłych kolumbijskich żołnierzy – pozostaje wiele wątpliwości. Nadal nie wiadomo, kto i dlaczego zorganizował zamach.

Istnieją dwie różne wersje wydarzeń związanych z zabójstwem Moïse. Pierwsza, przedstawiona przez haitańską policję, mówi, że byli kolumbijscy żołnierze i dwaj haitańscy Amerykanie zostali wynajęci przez Christiana Emmanuela Sanona, haitańskiego lekarza z Florydy i samozwańczego pastora, który rzekomo uknuł spisek zabójstwa i planował przejęcie władzy po śmierci Moïse’a.
Pieniądze na operację zostały zebrane przez grupę Worldwide Investment Development i przekazane za pośrednictwem firmy ochroniarskiej z siedzibą w Miami o nazwie CTU Security. CTU Security jest prowadzona przez Wenezuelczyka Antonio Intriago, który ma powiązania z prawicową opozycją w Wenezueli i związki z kolumbijskimi reakcjonistami w Miami. W mediach pojawiło się zdjęcie przedstawiające go i obecnego prawicowego prezydenta Kolumbii Ivana Duque, który zaprzecza, jakoby znał Intriago.
Według jednej z wersji wydarzeń, byli kolumbijscy żołnierze zostali początkowo wynajęci do ochrony Sanona i aresztowania Moïse’a na polecenie sędziego. Rozkaz ten nie był nigdzie zarejestrowany ani zweryfikowany i nikt nie wie, kto miałby być tym sędzią. Po aresztowaniu Moïse’a, Sanon miał zostać mianowany prezydentem. Jednak biorąc pod uwagę wszystko, co wiadomo o Sanonie, wydaje się mało prawdopodobne, że to on był głównym sprawcą zamachu.
Inna historia pochodzi od aresztowanych Kolumbijczyków, ich rodzin i kolumbijskich mediów. Zgodnie z tą wersją wydarzeń, większość kolumbijskich żołnierzy została wynajęta jako ochroniarze Moïse’a. Z tą wersją wydarzeń wiąże się pewne zamieszanie – niektórzy twierdzą, że żołnierze nie wiedzieli nic o spisku mającym na celu zamordowanie Moïse’a, a inni, że tylko kilku z nich wiedziało o faktycznym spisku, pozostawiając resztę kolumbijskiej ekipy na pastwę losu. W jednej z wersji tej historii, kolumbijscy żołnierze przybyli na miejsce około pół godziny po tym, jak Moïse został zabity. Kiedy przybyli na miejsce, haitańscy policjanci byli już na miejscu.
Niezależnie od tego, jaka jest prawdziwa historia, nadal pozostaje wiele pytań bez odpowiedzi.
Na przykład, dzielnica Pétion-Ville, w której mieszkał Moïse, jest domem dla wielu przedstawicieli klasy rządzącej i elity politycznej Haiti. Przy głównych bramach dzielnicy stacjonuje strażnik policji narodowej. Strażnik ten najwyraźniej nie był obecny w czasie zamachu. Moïse miał również swoich ochroniarzy, zespół około 30-50 strażników, którzy mieli być obecni w jego domu, aby go chronić. Sędzia śledczy, który przybył na miejsce w dniu śmierci prezydenta, zauważył, że wydaje się, iż żaden z policjantów pilnujących okolicy ani ochroniarzy prezydenta nie był obecny podczas zamachu.
Nie było żadnego oporu przeciwko atakowi na Moïse’a, a żaden z policjantów lub ochroniarzy, których zadaniem była obrona dzielnicy lub prezydenta, nie został ranny lub zabity w ataku. Biorąc pod uwagę, jak dziwna i podejrzana jest to sytuacja, niektórzy z tych policjantów i ochroniarzy zostali aresztowani, w tym szef ochrony pałacu narodowego.
Kolejne ważne pytanie dotyczy następstw ataku. Wydaje się bardzo dziwne, że tak szczegółowy plan zamachu został wdrożony z udziałem zagranicznych najemników, ale że po ataku nie było strategii wyjścia dla zamachowców. Dlaczego tak dobrze wyszkoleni żołnierze mieliby świadomie zgodzić się na plan zabicia haitańskiego prezydenta, skoro nie mieli żadnego planu wydostania się z kraju po zamachu?
Wydaje się możliwe, że niektórzy z byłych kolumbijskich żołnierzy nie mieli pojęcia, jaki jest prawdziwy plan. Możliwe jest również, że istniały plany zamachu stanu. Jeśli zamachowcy planowali przejęcie władzy, mogli chronić zamachowców i zapewnić im strategię ucieczki. Możliwe, że plany te nie doszły do skutku lub zostały z jakiegoś powodu anulowane, pozostawiając najemników na pastwę losu. Możliwe też, że cały czas plan polegał na tym, aby w ten czy inny sposób oszukać byłych kolumbijskich żołnierzy i wystawić ich na wzięcie winy za zamach.
Inni wskazują, że Moïse mógł zostać zamordowany przez mafię lub potężne haitańskie gangi. Żona Moïse’a donosiła, że najemnicy, zanim go zabili, szukali w domu Moïse’a konkretnych dokumentów. Możliwe, że w wyniku jakiegoś układu między Moïse’em a grupami przestępczymi powstał problem, który doprowadził do jego śmierci.
Sugeruje się również, że Moïse’a zabili tajniacy z jego własnej ekipy ochroniarskiej. Inni sugerowali, że winni byli przeciwnicy w senacie lub nawet wrogowie w partii PHTK Moïse’a, tzn. że zabójstwo Moïse’a było gwałtownym zakończeniem gorzkiej walki frakcji w partii rządzącej. Rzeczywiście, niedawno wydano nakazy aresztowania Liné Balthazara, szefa partii PHTK, oraz Paula Denisa, byłego senatora, a także kilku innych osób.
Wygląda na to, że doszło do ostrej walki między skrzydłem partii Martelly’ego a skrzydłem partii GNB. Zauważono, że Claude Joseph, ustępujący premier, który przejął władzę po zabójstwie, miał bliskie związki z grupą GNB. Grupa GNB odegrała znaczącą rolę w zamachu stanu w 2004 roku, który odsunął Aristide’a od władzy. W tym momencie nie ma sensu roztrząsać różnych teorii spiskowych dotyczących zamachu. Szczegóły zostaną w końcu ujawnione i miejmy nadzieję, że prawda wyjdzie na jaw.
Rola imperializmu
Najważniejszą rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę w tym momencie, jest rola krajów imperialistycznych. Większość kolumbijskich najemników była szkolona w zakresie operacji specjalnych przez armię amerykańską, kiedy byli żołnierzami. Jeden z nich był sądzony za udział w toczącej się sprawie fałszywych alarmów, w której siły bezpieczeństwa zabijały niewinnych cywilów, a następnie podawały ich za partyzantów. Przynajmniej dwóch z aresztowanych Haitańczyków było płatnymi informatorami amerykańskiej U.S. Drug Enforcement Administration. Nie ma dowodów na to, że rząd USA lub te agencje bezpośrednio zorganizowały zamach, ale wydaje się też mało prawdopodobne, że nic o nim nie wiedziały.
Wpływy kolumbijskie i wenezuelskie są obecne wszędzie, ukazuje to wiele podobieństw do Operación Gideon, nieudanej inwazji najemników w Wenezueli w 2019 roku. Niektórzy stwierdzili, że firma Intriago przegrała przetarg na przeprowadzenie Operación Gideon. Spisek mający na celu zamordowanie Moïse’a wydaje się – pośrednio lub bezpośrednio – angażować imperializm Stanów Zjednoczonych, a także kolumbijskich i wenezuelskich reakcjonistów.
Dlaczego reakcjoniści z tego regionu mieliby być zainteresowani zabójstwem Jovenela Moïse’a? Przecież Moïse był tak naprawdę członkiem ich prawicowej drużyny.
Faktem jest, że Moïse, choć początkowo był agentem amerykańskiego imperializmu na Haiti i był wspierany przez rząd USA, stał się przeszkodą dla interesów imperializmu. Opozycja polityczna wobec Moïse’a była intensywna i rosła z dnia na dzień. Jego coraz bardziej autorytarne rządy, dążenie do dyktatury i plany przeprowadzenia niekonstytucyjnego referendum nie tylko aktywizowały masy i prowadziły je do niemal codziennej działalności politycznej przeciwko reżimowi, ale także powodowały sprzeciw społeczeństwa obywatelskiego, sądów, różnych konkurujących ze sobą partii politycznych i kościoła. Reżim Moïse’a stawał się coraz bardziej niestabilny. W obliczu masowego ruchu i rosnącej opozycji istniały prawdopodobnie bardzo realne obawy, że Moïse może być odpowiedzialny za wywołanie ruchu rewolucyjnego, którego imperialiści obawiali się bardziej niż czegokolwiek innego, ponieważ stanowiłoby to realne zagrożenie dla ich interesów.
Po zabójstwie Moïse’a ONZ początkowo popierało Josepha i chciało, aby utworzył on rząd. Jednak Ariel Henry, wybrany przez Moïse’a na premiera tuż przed jego śmiercią, twierdził, że to on, jako nominowany premier, powinien przejąć władzę. Henry odegrał dużą rolę w zamachu stanu przeciwko Aristide’owi w 2004 roku i był członkiem „Rady Mądrych”, która została powołana po odsunięciu Aristide’a od władzy. Najwyraźniej ma też bliskie powiązania z gangami G9, które domagały się jego przyjęcia na stanowisko premiera, oraz ze skrzydłem Martelly’ego w PHTK. W samym środku walki o władzę pomiędzy różnymi skrzydłami PHTK ogłoszono, że 10 pozostałych wybranych przedstawicieli w senacie wybrało Josepha Lamberta na tymczasowego prezydenta.
Ci trzej mężczyźni zaczęli rywalizować o władzę. I ta walka o władzę miała potencjał, aby przekształcić się w prawdziwe źródło politycznego chaosu. Jak powiedział ostatnio Lambert: „Haiti stało się boiskiem do gry w baseball pomiędzy zagranicznymi dyplomatami… Otrzymałem telefony od niektórych amerykańskich dyplomatów na Haiti. Otrzymałem też telefony od dyplomatów z Departamentu Stanu USA, którzy prosili mnie o odroczenie, abyśmy mieli czas na zbudowanie większego konsensusu”.
Niedługo po tym, jak te dyplomatyczne manewry wyszły na jaw, ogłoszono, że Henry obejmie stanowisko premiera, a Joseph będzie pełnił funkcję jego ministra spraw zagranicznych. Rząd ten będzie kontynuacją reżimu Moïse’a, a wraz z gangami sprzymierzonymi z PHTK, partie opozycyjne zostały wykluczone z procesu politycznego po zabójstwie Moïse’a.
Tymczasowy premier Joseph wezwał ONZ i USA do wysłania wojsk w celu ustabilizowania sytuacji. Administracja Bidena oświadczyła, że na razie nie ma planów wysłania wojsk. Wysłanie wojsk amerykańskich prawdopodobnie tylko zaogniłoby sytuację w tym momencie, ponieważ sprzeciw wobec amerykańskiego imperializmu i zagranicznej ingerencji jest wysoki wśród mas haitańskich.
Ponieważ PHTK wciąż jest u władzy, a walka frakcyjna w partii jest łagodzona przez imperialistycznych dyplomatów, imperialiści prawdopodobnie czują, że nie ma pilnej potrzeby wprowadzania wojsk na Haiti. Jest to tym bardziej prawdziwe, że PHTK cieszy się poparciem gangów, zwłaszcza G9.
Faktem jest, że PHTK jest nadal u władzy, a plan jest, aby przejść do planów wyborczych jeszcze w tym roku. Obecna sytuacja pozostawia skorumpowanemu PHTK kontrolę nad tym procesem. Poprzedni dwaj prezydenci PHTK, Martelly i Moïse, „wygrali” poprzednie wybory na podstawie masowych oszustw wyborczych. Przy gangach terroryzujących masy i opozycję oraz skorumpowanej PHTK u władzy, możemy założyć, że następne wybory również zostaną sfałszowane i partia będzie rządzić dalej.
Rola mas
Z punktu widzenia imperialistów, zabójstwo Moïse’a usunęło główne źródło niestabilności. Teraz, gdy po zabójstwie Moïse’a panuje atmosfera strachu, a gangi wciąż szaleją, imperialiści prawdopodobnie mają nadzieję, że ruchy masowe również zostaną usunięte z równania. Imperialiści mają nadzieję, że będą mieli czas, aby zabezpieczyć PHTK jako partię rządzącą i mogą ustabilizować sytuację. Tyle, że zabójstwo to niewiele zmieniło z punktu widzenia mas, a stworzyło przestrzeń dla innych źródeł niestabilności politycznej – wewnątrz różnych instytucji politycznych i w samej PHTK.
PHTK pozostaje u władzy, imperialiści kierują wydarzeniami zza kulis, a przemoc gangów i porwania trwają nadal. Imperialiści wykluczyli partie opozycyjne z procesu. Potrzeby mas pozostają niezaspokojone. Sytuacja gospodarcza Haiti nadal się pogarsza, a PHTK u władzy przyniesie niewielką stabilność polityczną.
Masy muszą nadal mobilizować się i organizować wokół własnych interesów i własnego programu politycznego. Oznacza to sprzeciwianie się reżimowi PHTK i roli imperialistów w zainstalowaniu reżimu Henry’ego. Burżuazyjna opozycja i opozycja w sądach były raczej spokojne od czasu zamachu i wzywały do zachowania spokoju. Obawiają się oni masowego ruchu tak samo jak klasa rządząca i elity polityczne. Opozycja chce również uniemożliwić masom odgrywanie aktywnej roli w wydarzeniach. Wygląda na to, że pogodzili się z kontrolowaniem sytuacji przez imperialistów i kontynuacją reżimu PHTK, ponieważ jest to bezpieczniejsze niż masowy ruch rewolucyjny wymykający się spod kontroli burżuazyjnej opozycji i rozpoczynający walkę o swoje własne żądania.
Lavalas, kierowana przez byłego prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a, nadal wzywa do utworzenia rządu bezpieczeństwa publicznego. Lavalas zaproponowała porozumienie, przypuszczalnie pomiędzy różnymi grupami opozycji i społeczeństwa obywatelskiego, w celu stworzenia „nowego, inkluzywnego i przejrzystego państwa”.
Ale w jaki sposób ma to zostać osiągnięte? Lavalas wzywa do zorganizowania konferencji narodowej, przywrócenia sądownictwa i postawienia przed sądem osób odpowiedzialnych za ataki gangów i masakry, a także tych, którzy są odpowiedzialni za korupcję i kradzież funduszy PetroCaribe. W niedawnym oświadczeniu, w którym sprzeciwia się przeprowadzeniu nowych wyborów w najbliższej przyszłości, przywódcy Lavalas stwierdzili: „Potrzebujemy kolejnego dekretu wyborczego, kolejnej Rady Wyborczej, aby zorganizować demokratyczne wybory, aby zapewnić sprawiedliwość”.
Czy jest to sposób na rzeczywiste zapewnienie sprawiedliwości? Omawialiśmy już te stanowiska Lavalas w poprzednich artykułach. Lavalas wzywa do przywrócenia na Haiti reżimu opartego na konstytucji z 1987 roku. Jest to wezwanie do przywrócenia wszystkich instytucji i praw, które upadły na Haiti. Tamto status quo rozpadło się pod naporem walki klasowej. Nie da się go tak po prostu poskładać z powrotem, kawałek po kawałku, jak potłuczone szkło.
Lavalas i inne grupy opozycyjne wzywają do odnowienia starego status quo, tylko z nimi samymi u władzy zamiast PHTK. Ale te wezwania do odnowienia starego burżuazyjnego status quo nie są żadnym rozwiązaniem, ponieważ pozostawiają kapitalizm nietknięty i burżuazję u władzy. Burżuazja u władzy z konieczności oznacza burżuazyjne państwo, które będzie rządzić w interesie klasy kapitalistycznej. Taki „nowy” reżim w rzeczywistości nie oznaczałby żadnej zmiany. Nawet gdyby udało się odnowić instytucje i prawa starego status quo, to pod wpływem intensywności walki klasowej znów zaczęłyby się one kruszyć i załamywać.
Tym, czego naprawdę potrzeba na Haiti, jest całkowite zerwanie z tym rozpadającym się burżuazyjnym i imperialistycznym status quo. Masy muszą radykalnie zerwać z kapitalizmem. Drogą naprzód jest walka z kapitalizmem i o socjalizm. Masy robotników, chłopów, ubogich i młodzieży mogą polegać jedynie na własnych siłach i muszą walczyć o program polityczny, który może zaspokoić ich potrzeby. Program ten musi obejmować zakończenie wtrącania się imperialistycznej grupy głównej oraz wywłaszczenie haitańskiej oligarchii i imperialistów. Haitańscy oligarchowie i imperialiści podzielają te same interesy klasowe, i to właśnie te interesy utrzymują haitańskie masy w ubóstwie i wyzysku. PHTK rozpętał falę terroru związanego z gangami na masach, mając nadzieję, że sterroryzuje ruch w celu podporządkowania się. Masy haitańskie muszą zacząć organizować rewolucyjne działania i komitety obronne, aby bronić dzielnic ludowych i ruchu przed terrorem państwa i gangów.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu marxist.com. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński. (strajk.eu).

Jean Paul Belmondo (1933-2021) Najbardziej czarujący łobuz świata

Zdarza się, że śmierć jakiejś wielkiej legendy ożywia mi w pamięci tytuł powieści Kazimierza Brandysa „Człowiek nie umiera”.

Towarzyszy mi wtedy uczucie zdziwienia, że ten ktoś umarł, uczucie kompletnie irracjonalne. Uczucie to pojawiło się także na wieść o śmierci (6 września w Paryżu) Jean-Paula Belmondo, choć był już bardzo sędziwym, schorowanym człowiekiem. Przecież jednak towarzyszył mi od wczesnego dzieciństwa, przez dziesięciolecia, oglądany w filmach, w kinie, w telewizji, na plakatach i na fotosach. Mam wrażenie, jakbym znał go od zawsze. Jeszcze nie rozumiałem, kim jest ta aktorska postać, a już miałem często przed oczyma jego łobuzerskie spojrzenie, kpiarski uśmiech i złamany bokserski nos. Nie ja jeden zresztą bo, Belmondo był aktorem-idolem kilku pokoleń widzów kina. Jeszcze zanim zyskałem świadomość jego roli na firmamencie filmu francuskiego, a już imponował mi, w rolach które grał, swoją wesołą bezczelnością, nonszalancją, luzem, odwagą i radzeniem sobie w każdej sytuacji. Na ekranie kinowym zobaczyłem go po raz pierwszy w 1964 roku w tytułowej roli w filmie „Cartouche-zbójca” (1962) Philippe’a de Broca. Nigdy nie zapomnę końcowej sceny, gdy spycha do rzeki karocę z obsypanym klejnotami ciałem swojej ukochanej (w tej roli Claudia Cardinale), która zginęła od kuli policyjnej zasłaniając go własnym ciałem. Pozostało mi to w pamięci jako archetypiczny, wzruszający obraz miłości i bezinteresowności.
Urodzony 9 kwietnia 1933 roku w Neuilly-sur-Seine pod Paryżem, w artystycznej rodzinie, zaczynał Belmondo, jako młodzieniec, od teatru, bo dziecięca chęć zostania clownem była silniejsza niż marzenia sportowe, choć przez pewien czas, nawet nie bez pewnego powodzenia, uprawiał boks. W filmie zaczął, jak to zwykle bywa, od małych epizodów, a pierwszym był epizod w filmie „Molier” W 1958 roku, na planie komedii „Bądź piękna i milcz” poznał Alaina Delon, z którym na całe życie połączyła go przyjaźń i z którym zagrał w w czterech filmach, w tym w rozgrywającym się w Marsylii głośnym gangsterskim filmie „Borsalino” (1970).
Światową sławę przyniosła mu rola gangstera Michela w filmie „papieża Nowej Fali” Jean-Luc Godarda, „Do utraty tchu” (1960). Film okazał się wielkim sukcesem i zmienił życie 27-letniego wtedy Belmonda. „Po tym filmie aktor urósł do rangi symbolu ówczesnej, kontestującej młodzieży, nie tylko zresztą francuskiej: jej niezgody na uładzone życie , jej „odmienności” buntu przeciwko zastanemu porządkowi (…) – pisał Aleksander Jackiewicz w swoim „Gwiazdozbiorze” – Dla kina francuskiego zaś stał się typowym bohaterem „nowej fali”, filmu młodych, którzy wystąpili przeciwko tradycjonalizmowi i akademizmowi „starych”; filmu świeżych idei i nonkonformistycznych form”. Sześć lat później powtórzył ten sam typ postaci, nawet jeszcze bardziej anarchiczny, w „Szalonym Piotrusiu” (1965) tego samego Jean-Luc Godarda. „To niby komiks, powieść odcinkowa (…) improwizowany poemat kultury masowej o niezgodzie bohatera (…) na konsumpcyjne społeczeństwo, wreszcie na wszelki porządek” (A. Jackiewicz). Stworzył typ postaci łączącej w sobie cechy „silnego mężczyzny” i „kochanego łobuza”. Bywał też „romantycznym włóczęgą” („Moderato cantabile” (1964) Petera Brooka), żołnierzem w „Weekendzie w Zuydcoote” (1964) Henri Verneuila), aferzystą w tonie serio w „Stavisky’m” (1974) Alaina Resnais. Z czasem zaczął zmieniać emploi i stawać się gwiazdą kina awanturniczego („Człowiek z Rio”, gdzie objawił brawurowo umiejętności kaskaderskie, „Człowiek z Hongkongu”, oba w reżyserii Philippe de Broca czy „Glinie czy łajdaku” Georgesa Lautnera). Wtedy definitywnie zrezygnował z aktorstwa psychologicznego, koncentrując się na fizycznej, dynamicznej behawioralnej prostocie ekspresji z silnymi rysami komediowo-farsowymi. Takie role zagrał m.in w „Kochanym łobuzie” (1966) Jeana Beckera, „Mózgu” (1969) Gerarda Oury), „Małżonkach roku II” (1971) Jean Paula Rappaneau, „Doktorze Popaul” (1972) Claude Chabrola, dodając do roli supercwaniaka rysy molierowskie, w „Strachu nad miastem” (1975) Henri Verneuila, w „Dublerze” (1977) Claude Zidi, „Zawodowcu” (1981) Georgesa Lautner, „Asie nad asy” (1982) Gerarda Oury. W latach osiemdziesiątych powrócił do gry na scenie, a w filmach grał coraz rzadziej, a przez kilka lat pauzował. Osiem lat po udarze mózgu w 2001 roku, zagrał w filmie François Hustera „Człowiek i jego pies” (2008). Po latach Quentin Tarantino wspominając dzieciństwo powiedział, że „kiedy tylko jakiś dzieciak wieszał na ścianie plakat filmowy, był na nim Jean Paul Belmondo. To imię oznacza witalność, charyzmę, siłę woli”. Zagościł Belmondo jako supergwiazda na okładkach najsławniejszych magazynów świata (n.p. „Life”). Nagrodzony m.in. Cezarem w roku 1989, honorową Złotą Palmą w Cannes 2012, Złotym Lwem w Wenecji 2016. Prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział o nim, że „Francja straciła skarb narodowy, wspaniałego bohatera, znajomą postać i magika słów”. W 2019 r. odznaczył aktora orderem Legii Honorowej.
KLUB

Kabul w snach innych ludzi

Donald Trump musiał zbombardować instalacje wojskowe w Syrii, żeby doczekać się miłych słów z anten i łam wszystkich znaczących liberalnych mediów w USA. Musiał zrzucić trochę bomb na Bliskim Wschodzie, żeby w końcu usłyszeć o swojej pierwszej wielkiej, „prawdziwie prezydenckiej chwili”, zamiast zwyczajowych porównań do Mussoliniego i kpin z fryzury. Przekupniom newsów i politycznego komentarza podarował wtedy nadzieję, że może nie będzie z niego wcale taki antyinterwencjonista, na jakiego pozował w kampanii.

Odwrotnie niż Donald Trump, Joe Biden był od samego swojego startu w wyborach tych samych mediów faworytem – właściwie to one wybrały go na prezydenta. Wystarczyło zakończyć wreszcie jakąś wojnę – decyzja, którą przecież odłożył w czasie (zawarte w Katarze porozumienie między Trumpem a talibami zakładało wycofanie US Army już w maju) – żeby wszystkie liberalne media anglosfery połączyły się w ataku na jego „nieodpowiedzialną”, „nierozważną”, „niebezpieczną”, „szkodliwą” decyzję.
Ich zjednoczony front sprawił, że notowania społecznego poparcia natychmiast poleciały Bidenowi na łeb na szyję, do najniższego dotąd poziomu. Amerykański establiszment przypomniał w ten sposób Bidenowi, jak bardzo Imperium Dolara uzależnione jest od wojny i żeby mu się już nigdy więcej nic tak nie pomyliło.
Amerykański prezydent ma rozpętywać nowe wojny, a nie kończyć stare!
Kiedy talibowie odzyskiwali – bez większego oporu ze strony namaszczonego przez NATO rządu – Kabul, czytałem ostatnie strony The Runaways, wspaniałej powieści Fatimy Bhutto. Fatima w Kabulu się urodziła. Jej najnowsza powieść jest o młodych ludziach, którzy poszli w zbrojny dżihad – u niej jest to tym razem Państwo Islamskie. I dlaczego poszli. Na Twitterze Bhutto zaatakowała niedawno hipokryzję przejętych poniewczasie celebrytów – na przykładzie Angeliny Jolie, która założyła sobie Instagrama dopiero teraz, w tym celu. „Żeby udzielić głosu afgańskim kobietom i dziewczętom”. „Sądząc po opiniach wiodących feministek i aktorek, Afganistan jeszcze tydzień temu był rajem” – kpiła Bhutto. Brytyjski raper Lowkey, którego matka pochodzi z innego okupowanego przez Amerykanów i ich sojuszników kraju, Iraku, pytał w kanałach niezależnego medium Double Down News: gdzie byli wszyscy obrońcy praw człowieka, nagle przejęci sytuacją w Afganistanie, przez dwadzieścia lat amerykańskiej inwazji i okupacji?
Jest taki słynny cytat z Lacana: Ceux qui sont tombés dans les rêves des autres sont foutus. Na polski najczęściej tłumaczą go jakoś tak: „Ci, którzy wpadli w sny innych ludzi, są straceni”. Nie oddaje to w pełni dosadności oryginału, który mówi raczej: „mają przejebane”. To nie ja, to Lacan. Afgańczycy, a afgańskie kobiety w szczególności, wpadli w humanitarne sny oświeconych zachodnich liberałów, imperialnych humanitarystów, pod amerykańskim sztandarem. A lewica nie może dać się wrobić w śnienie tych samych – nieswoich – snów o nich.
Dziwny koniec złej wojny
Amerykanie przegrali wojnę w Afganistanie. Oczywiście pod warunkiem, że o militarne zwycięstwo w niej w ogóle chodziło, co wcale nie jest takie pewne. Jeśli chodziło o zapewnienie Imperium stanu permanentnej wojny, to się udało – nielegalna, oparta na propagandowych kłamstwach inwazja (Afganistan nie miał nic wspólnego z zamachami na World Trade Center, a Osamę bin Ladena oferował wydać Zachodowi, pod warunkiem, że na uczciwy proces) otworzyła całą epokę kolejnych takich wojen, przetarła im drogę. Jeśli chodziło o interesy przemysłu wojennego, trwająca tak długo awantura okazała się żyłą złota. Akcje zaangażowanych w nią korporacji zbrojeniowych poszły przez te dwie dekady w górę o setki, a nawet ponad tysiąc procent. Nawet jeśli „amerykański podatnik” faktycznie utopił w niej biliony dolarów.
Wcale zresztą nie jest pewne, że Amerykanie tę wojnę rzeczywiście zakończyli. Administracja Bidena zapowiedziała już, że będzie sytuację monitorować „zza linii horyzontu”. To oznacza kontynuację wojny metodą dronów. Żeby nie było niepotrzebnych nieporozumień o nastaniu teraz pokoju, Amerykanie pożegnali Kabul zrzuceniem jeszcze paru bomb, zabijając rodzinę złożoną w większości z dzieci. Hila Nadżibullah, córka ostatniego socjalistycznego prezydenta Afganistanu, podkreśla, że narracja o „zakończeniu wojny przez Bidena” jest niebezpieczna także dlatego, że pozwoli Amerykanom umyć ręce od wszystkiego, co się z Afganistanem stanie od tej pory.
Wcale nie jest pewne, że Amerykanie tę wojnę przegrali, bo trudno mieć sto procent pewności, jak historia ostatecznie opisze relację między Amerykanami a talibami. Ruch talibów jest w końcu późno-zimnowojennym dzieckiem Amerykanów, poczętym, wyszkolonym i upasionym na potrzeby pokonania Związku Radzieckiego w Azji Środkowej. Dzieckiem Amerykanów i wywiadu pakistańskiego, ale Pakistan bawił się w takie rzeczy jako prawa ręka USA w regionie. Talibowie wypadli potem z łask, ale kto wie z całą pewnością, co się jeszcze między nimi a wysłannikami Białego Domu wydarzyło w kuluarach pałaców w Dosze – może jednak do łask jakoś nieoficjalnie wrócili, trochę incognito, tym razem jako siła, która może opanować ekspansję ISIS-K, odgałęzienia Państwa Islamskiego w Afganistanie?
Nawet jeżeli na jakimś poziomie Amerykanie jeszcze tej wojny nie zakończyli, jeszcze do końca jej nie przegrali, a zmienili tylko jej „stan skupienia” (kto wie, ile tajnego personelu, wojskowego lub CIA, pozostało na miejscu; kto wie, ile i jakich operacji jest jeszcze prowadzonych z Pakistanu czy baz w Zatoce Perskiej?) – to wyglądali, jakby przegrali. Uciekali w popłochu. Potykali się o własne nogi, ludzie odpadali od kadłubów ich umykających samolotów, na lotnisku doszło do zamachu bombowego i strzelaniny, żołnierze kilkudziesięciu państw-sojuszników Stanów Zjednoczonych nie wiedzieli, co się dzieje i gdzie się podziać. Kolaboracyjny, namaszczony przez nich rząd, miał być w stanie utrzymać się jeszcze kilka miesięcy, a był w stanie się bronić tylko kilka dni.
Być może po cichu dogadał się z talibami, że odda władzę bez walki, jeśli tylko ci ostatni pozwolą szychom uciec ze wszystkim, co przez lata rządów nakradli. Prezydent Ashraf Ghani uciekł do Zjednoczonych Emiratów Arabskich z sumą 169 milionów dolarów – wiadomo, że nie odłożył tego uczciwie ze swojego wynagrodzenia. To samo zrobił zresztą przewodniczący parlamentu, tyle że ukradł trochę mniej pieniędzy. Sarah Chayes, mieszkająca w okolicach Kandaharu była reporterka amerykańskiej rozgłośni publicznej NPR i działaczka pokojowa pyta, czy można się Afgańczykom dziwić, że nie chcieli kiwnąć palcem w obronie takiego rządu?
Drżenie Imperium
Szkoda wizerunkowa jest czasem równie ważna jak szkoda realna. Zwłaszcza dla Imperium, które buduje swoją władzę i dominację także poprzez namnażanie przekonujących obrazów swojej władzy i dominacji. Są w innych miejscach świata siły stawiające temu Imperium opór, są siły, którym znacznie bliżej do naszych marzeń o emancypacji ludzkiej; siły te zobaczyły, że i tego Goliata można pokonać. Tak jak Czarni w Republice Południowej Afryki uwierzyli, że pokonają apartheid, gdy zobaczyli klęskę sił białego człowieka w Cuito Canavale w Angoli. Dlatego ucieczka Amerykanów z Afganistanu, ich przegrana – faktyczna, niekompletna czy tylko wizerunkowa – jest dobrą wiadomością, niezależnie od tego, czy nam się podoba, kto im ten cios zadał. Oznacza słabnięcie Imperium Amerykańskiego, największej istniejącej przeszkody dla marzeń o lepszym świecie.
Państwa-sojusznicy, wróćmy do nich na chwilę. Ewakuacyjny chaos w Kabulu pokazał, że wymiana lokatora Białego Domu nie wystarczyła, żeby zagoiły się rany na atlantyckiej przyjaźni, wydrapane przez Trumpa. Europejscy sojusznicy są w najlepszym razie zagubieni, w najgorszym – otwarcie wściekli. Ewakuacja z Afganistanu pokazała, że stosunki między USA a członkami NATO po tej stronie Atlantyku pozostają osłabione. To też jest znakomita wiadomość, okazja, którą antyimperialistyczna lewica powinna podchwycić. Amerykańskie Imperium realizowało swoją potęgę poprzez zrozumiałe dotąd „same przez się”, nieproblematyzowane sojusze. Słabnięcie więzi łączących państwa NATO to kolejny znak dekompozycji tej potęgi.
Mniejsze i większe zło
Talibowie są złem, ale w oczach Afgańczyków są mniejszym złem niż Amerykanie. Przynajmniej są Afgańczykami, należą do tych plemion, mówią w lokalnych językach, rozumują i proponują rozwiązania w kategoriach pojmowanych przez społeczności, którymi chcą rządzić. Chyba są jakieś powody, że nikt nie bronił kolaborującego z Amerykanami rządu?
Amerykanie i ich sojusznicy przez dwadzieścia lat zrzucili na Afganistan 200 tysięcy bomb i zabili ponad 70 tysięcy ludzi. Licząc samych cywilów. Dopóki talibowie nie zabiją więcej niż 70 tysięcy ludzi, pozostaną mniejszym złem. Nawet dla kobiet. Amerykańskie bomby ich nie omijały. Prawie połowę z tych 70 tysięcy stanowiły kobiety. Reszta zabitych pozostawiła za sobą kobiety opłakujące ich, często pozostawione bez środków do życia. Bo gospodarka została pod okupacją zredukowana do upraw i handlu opium, oraz kolosalnych obiegów korupcyjnych.
Z 300 milionów dolarów wydawanych przez Waszyngton dziennie (!) na obecność w Afganistanie niemal wszystko szło na wojsko i przemysły z nim zintegrowane, na jakiekolwiek inwestycje w afgańską gospodarkę trafiało podobno 2 proc., i to pod warunkiem, że uwzględnimy to, co lądowało w obiegach korupcyjnych klik Karzaia i Ghaniego. Z nielicznych realnych inwestycji, niemal żadnej nie widziano poza Kabulem i garstką największych miast. A pośród tych, które w Kabulu widziano – cóż znajdujemy? Imperialną infrastrukturę hotelową, do której sami Afgańczycy nie mieli wstępu lub mieli go pod warunkiem przejścia przez rasistowskie procedury bezpieczeństwa – w swojej własnej stolicy. Obecność i liczebność imperialnego personelu okupacyjnego i obsługująca go infrastruktura podniosły koszty życia w Kabulu do takich poziomów, że gdy amerykański prawnik próbował założyć w mieście filię swojego udzielającego pomocy prawnej NGO-sa, przekonał się, że podstawowe koszty funkcjonowania biura wyniosłyby tam czterokrotność tychże w Islamabadzie, stolicy Pakistanu.
A co z gejami, lesbijkami? Ponieważ amerykańskie drony zabijały głównie przypadkowych ludzi, niezdolne rozpoznać tych, których dotyczyły podpisywane w Gabinecie Owalnym raz w tygodniu seryjne wyroki śmierci, na pewno nie były też w stanie omijać przedstawicieli mniejszości seksualnych. Wedle prawideł najbanalniejszego prawdopodobieństwa, z tych 70 tysięcy ludzi kilka lub kilkanaście tysięcy stanowiły osoby w ten czy inny sposób nieheteronormatywne.
Nowy Taliban: umiarkowanie czy pragmatyzm
No więc zabiją mniej czy więcej ludzi niż Amerykanie i ich sojusznicy? Talibowie przeszli dziwną transformację. Nie potępiają już głośno nowoczesnych mediów. Od kilkunastu lat mają oficjalną stronę internetową Islamskich Emiratów Afganistanu, El-Emarah. Nauczyli się robić nie tylko selfies i hasztagi, ale mają kilka studiów audiowizualnych, w których produkują materiały wideo i tysiąc aktywistów na Twitterze do ich wiralowego rozpowszechniania w sieci. Po angielsku mówią o poszanowaniu praw kobiet, choć w paszto już nie wszyscy. Na swojej pierwszej międzynarodowej konferencji prasowej, jeszcze w Katarze, talibowie udzielili prasie więcej i bardziej wyczerpujących odpowiedzi, niż Joe Biden przez pierwsze dwa miesiące na urzędzie. Ich elity mówią (skierowanym do świata zewnętrznego) płynnym angielskim, niektórzy z zastanawiająco australijskim akcentem.
Czy ich nowe „umiarkowanie” jest prawdą czy tylko propagandową ściemą? Vijay Prashad z Tricontinental Institute for Social Research nie ma wątpliwości, że przemawia przez nich nie umiarkowanie, a polityczny pragmatyzm. Talibowie wiedzą, że na ich porażkę 20 lat temu zapracowała w znacznym stopniu ich kompletna międzynarodowa izolacja. To przed nią chcą się teraz uchronić, pozorując swoją modernizację. Chcą przy jej pomocy zasłużyć na międzynarodowe uznanie. I wszystko wskazuje, że je już zyskują. Z Rosją i Chinami wymiana władzy w Kabulu nie spowodowała przerwania stosunków dyplomatycznych. Moskwa i Pekin miały już od dłuższego czasu kontakty z talibami.
Iran niezbyt chętnie, ale pragmatycznie najpewniej uzna rząd talibów, uznając, że to mniejsze zło niż Amerykanie. Będzie zapewne zabiegał o zapewnienie bezpieczeństwa afgańskim szyitom, ofiarom „pierwszego Talibanu”. I talibowie prawdopodobnie pragmatycznie powstrzymają się od powtórki z tamtych represji. „Drugi Taliban” doczeka się wkrótce uznania jako prawomocny rząd ze strony znaczącej liczby państw globalnego Południa. Dla Talibanu będzie to więcej, niż kiedykolwiek miał, nawet jeśli łaski uznania nie udzieli mu żadna z „wiodących demokracji” atlantyckich.
Dla państw globalnego Południa „drugi Taliban” jest do przełknięcia choćby dlatego, że nie podziela ponadnarodowych aspiracji właściwych np. Państwu Islamskiemu. „Agenda” talibów jest całkowicie skupiona na wewnętrznej transformacji Afganistanu. Niestety jest to projekt transformacji niewiele mniej konserwatywny, reakcyjny niż projekt „pierwszego Talibanu”. Nawet jeśli część elit Talibanu, zmiękczonych wygodami hoteli i pałaców, w których goszczono ich w Katarze, faktycznie chciałaby pójść w jakąś „wersję soft” swojego oryginalnego projektu, nie spodoba się to ich niższym i szeregowym kadrom, dla których oryginalny, radykalny projekt to Sprawa przez wielkie S. W identyfikację z nią zainwestowali całe swoje jestestwo przetrącone traumami kilkudziesięciu lat wojen, wielu z nich dzięki tej identyfikacji te traumy przeżyło, nadało swemu życiu sens. Widać to w rozdźwięku między tym, co mówią najwyżsi urzędnicy talibów w Kabulu, a tym, co się dzieje na odległej prowincji, gdzie kobiety już bywają odsyłane z pracy do domów. Napięcia między elitami a „szeregowcami” Talibanu może się okazać decydujące dla przyszłości kraju.
Mniejsze zło to wciąż zło. Ale każdy dzień okupacji dłużej powiększał dominację talibów nad innymi siłami i ruchami politycznymi w Afganistanie, a powrót talibów do władzy był i tak nieuchronnym skutkiem inwazji i okupacji, jak na samym początki ostrzegali analizujący sytuację marksiści z tamtej części świata – wspomniany już Vijay Prashad i Aijaz Ahmad. Gdyby tylko słuchano marksistów.
Taliban jest złem, ale nie aż tak silnym teraz, jak mógłby być, gdyby Amerykanie zwlekali z ucieczką jeszcze kilka lat. To przeciąganie okupacji umacniało jego pozycję w wyobraźni politycznej mieszkańców Afganistanu. Taliban jest u władzy, ale bez amerykańskich bomb spadających im na głowy i bez strachu przed czystym, pogodnym niebem (z takiego atakują drony) stanowią dla Afgańczyków problem, z którym mogą sami się zmierzyć, sięgając do niedocenianego przez Zachód kulturalnego zasobu, jakim są ich własne tradycje plemiennej demokracji. Zasobu, który ucierpiał, ale który nie został pogrzebany.
Rządy talibów są problemem problemem, z którym Afgańczycy mogą się zmierzyć sami, przy użyciu własnych zasobów politycznych – czego nie mogli zrobić z amerykańską okupacją, z amerykańskimi bombami, z amerykańskimi dronami. Teraz talibowie są u władzy, ale żeby się legitymizować – jako lepszy niż skorumpowane rządy kolaboranckie – może być zmuszony władzą się dzielić, grać umiarem. Nie jest wciąż jedyną siłą polityczną w Afganistanie i inne mogą mu jeszcze władzę wytrącić. Ale wszystko pod warunkiem, że zostawimy Afganistan Afgańczykom.
Co robić?
Co w najeżonej tyloma znakami zapytania sytuacji powinna więc mówić i robić lewica? Musi się wystrzegać liberalnych, imperialnych snów o Afganistanie. Nie może się stać polityczną Angeliną Jolie.
Niezawodny Tariq Ali powiedział kiedyś, że jedyne, co Zachód powinien zrobić, żeby pomóc w rozwiązaniu problemów, jakie targają dzisiaj „światem muzułmańskim” i „szeroko rozumianym Bliskim Wschodem” – to całkowicie się z tych części świata wycofać, zaprzestać jakichkolwiek form ingerencji. Całkowitego, faktycznego i definitywnego wycofania wszelkich ingerencji w wewnętrzne sprawy Afganistanu – tego powinna żądać lewica, zero ustępstw od tej zasady. Jak powiada Hila Najibullah, do pomocy w uporządkowaniu własnych spraw Afgańczycy powinni zaprosić regionalnych aktorów, do których sami mają zaufanie – bez udziału Zachodu. Lewica ma obowiązek protestować również przeciwko takim formom ingerencji jak zamrażanie aktywów afgańskiego państwa przechowywanych za granicą. Aktywa te nie należą do talibów, a do całego afgańskiego społeczeństwa, którego nie można w nieskończoność karać za to, że Zachód znowu doprowadził talibów do władzy. Nawet jeśli część tych aktywów niektórzy talibowie uszczkną dla siebie, to na pewno nie więcej niż uciekający prezydent Ghani i jego klika – im aktywów nikt nie zamrażał.
Lewica powinna się stanowczo odcinać od wszelkich prób uzależniania międzynarodowej pomocy humanitarnej dla Afganistanu od tego, kto tam rządzi. To Zachód zrujnował afgańską gospodarkę tak, że niewiele z niej poza opium i korupcją zostało, Zachód ma teraz obowiązek rekompensować te szkody, dopóki kraj nie stanie znowu na nogi. Pomoc międzynarodowa stanowi tak kolosalną część obiegu afgańskiej gospodarki, że odcięcie jej dopływu najdosłowniej pozbawi ogromną część tego społeczeństwa środków do życia, i to z dnia na dzień. Jeżeli sytuacja bytowa Afgańczyków jeszcze się pogorszy, nie będą oni mieli już żadnych życiowych sił, które mogliby zainwestować w polityczne współkształtowanie swojej rzeczywistości. Talibowie będą mieli wolną rękę dla jakichkolwiek posunięć – przy minimalnym oporze.
Stanowcze odcinanie się powinno też dotyczyć rutynowego liberalnego, „humanitarnego” dyskursu o „obronie afgańskich kobiet” i ich wolności mierzonej tym, w co mogą się ubierać i ile skóry mogą odsłonić. Nie dlatego, że afgańskim kobietom nic się nie należy, ale dlatego, że narracja ta udowodniła już swoją intelektualną nieuczciwość i służenie podżeganiu do wojny. Wystarczająco zaszkodziła wszystkim Afgańczykom, czyli kobietom również. Nie jestem pewien, czy kobieta, której męża zabiło uderzenie z drona w odbywające się w jej wiosce wesele, odczuwa jako poprawę swojej sytuacji i postęp w zakresie swoich praw, że gdyby było ją stać na przeprowadzkę do Kabulu, mogłaby tam założyć dżinsy.
Lewica musi niezmordowanie powtarzać za Christine Delphy, że gdyby chodziło kiedykolwiek o los afgańskich kobiet, to nikt by w ogóle nie próbował obalać socjalistycznego rządu, który przyjaźnił się z ZSRR. Przypominać, że opowieści o wyzwalaniu afgańskich kobiet służyły budowaniu zgody zachodniej opinii publicznej na inwazję 2001 roku. Że sentymentalnie dobrane, pozbawione kontekstu stare fotografie Afganek w krótkich spódniczkach były tym argumentem, który przekonał Trumpa, by nie przerywać okupacji Afganistanu od razu tylko ciągnąć ją jeszcze kilka lat.
Uchodźcy
Temat najbardziej bezpośrednio związany z aktualnymi wydarzeniami w Polsce to uchodźcy. Lewica słusznie domaga się bezzwłocznego udzielania ochrony uchodźcom z Afganistanu, ale zbyt często osuwa się w niebezpieczne imperialne zniekształcenie narracji o ich uchodźstwie. Rzucają się w oczy dwa błędy.
Pierwszy to skupianie się na tym, że uciekający Afgańczycy „pomagali” siłom Amerykanów i ich sojuszników, w tym siłom polskim, np. jako tłumacze. Teraz im i ich rodzinom grozi zemsta talibów. Zemsta im grozi nie tylko ze strony talibów, bo wbrew temu, co mówią amerykańskie telewizje nie tylko talibowie postrzegają ich jako kolaborantów. Za takich podobni im uważani byliby w każdym kraju znajdującym się pod równie brutalną i krwawą okupacją.
Ale to Zachód z nich kolaborantów uczynił. Część z nich dała się uwieść amerykańskiej opowieści, że to wszystko po to, żeby zapewnić w kraju rozwój zdrowej demokracji, która to opowieść od początku była fałszywa, ale jej ofiary nie miały instrumentów, by to od początku rozumieć. A część robiła to dla pieniędzy, ale to Zachód i jego inwazja i okupacja sprowadziły ich do ekonomicznej sytuacji, w której nie mieli innych możliwości utrzymania się przy życiu w obróconym w kupę gruzu kraju. To Zachód ich do tego doprowadził i ma teraz moralny obowiązek ich ratować. Nie możemy jednak zapominać, że nie wszyscy ludzie uciekający z Afganistanu, uciekają z tego powodu, że pracowali dla Amerykanów lub ich sojuszników i nie możemy pozwolić na to, by stało się to warunkiem udzielania pomocy.
Drugi błąd jest taki, że na prawicowe zaczepki, że Afgańczycy dziwnie szybko docierają aż do Polski, „nazajutrz” po zwycięstwie talibów w Kabulu, lewica odpowiada: od miesięcy było wiadomo, że talibowie przejmą władzę. Trudno o bardziej nietrafioną odpowiedź. Na świecie od ćwierć wieku przybywa afgańskich uchodźców, ich liczba idzie już w miliony. Przez ostatnie dwadzieścia lat uciekali oni przed wojną, przed okupacją; przed amerykańskimi, australijskimi, polskimi żołnierzami ostrzeliwującymi wesela i pogrzeby; przed lokalnymi plemiennymi wojenkami napędzanymi przez okupację; wreszcie przed tajnymi paramilitarnymi jednostkami, de facto „szwadronami śmierci” operującymi poza jakąkolwiek polityczną kontrolą, a organizowanymi i szkolonymi przez CIA, by „dzielić i rządzić” pod pozorem „walki z terroryzmem”.
Lewica nie może bezrefleksyjnie powtarzać imperialnej narracji, która znajduje afgańskie cierpienie wartym uwagi tylko wtedy, kiedy zadawane jest przez talibów. Lewica nie może zachowywać się jak amerykańskie NGO-sy, które udzielały Afgankom pomocy, jeśli te przekonująco zmyślały, że owdowiały za sprawą talibów, gdy w rzeczywistości ich mężów zabili Amerykanie lub ich drony.
Lewica musi się wystrzegać każdej narracji, która skutkuje wrażeniem, że talibowie są jedynym prawomocnym powodem, dla którego Afgańczycy mogą uciekać. Prowadzi to nieuchronnie na manowce matrycy: co złego to nie Zachód – co złego to wycofanie się Zachodu z Afganistanu. To z kolei podtrzymuje ideologiczne warunki możliwości potencjalnych kolejnych „humanitarnych” interwencji w już wystarczająco zrujnowanym kraju.
Prawdziwym powodem afgańskiego uchodźstwa jest inwazja i wieloletnia okupacja Afganistanu przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników, w tym Polskę; prawdziwym powodem są konsekwencje tej okupacji. Nawet talibowie u władzy są przede wszystkim konsekwencją tej okupacji i długotrwałej imperialnej destabilizacji tego kraju. To jest odpowiedź, jakiej powinna udzielać szanująca się lewica zamiast śnić o Afgańczykach sny liberalnych interwencjonistów i humanitarnych imperialistów.

Jak wyglądają przygotowania do Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku?

Do Zimowych Igrzysk pozostało przeszło 140 dni. W miarę zbliżania się Zimowych Igrzysk Olimpijskich, prace organizacyjne i przygotowawcze do zawodów w terenie nabierają tempa. Sprawdźmy, co słychać w sprawie organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku.

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pekinie odbędą sią w trzech lokalizacjach, tj. w Pekinie, Yanqing i Zhangjiakou. Na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie rozdanych zostanie 109 kompletów medali, czyli najwięcej w historii tej imprezy. W Pekinie sportowcy walczyć będą o 37 złotych medali, w Yanqing o 21, a w Zhangjiakou o 51.
Pekiński teren zawodów
Druga faza Chińskiego Narodowego Centrum Kongresowego to największy, nowy projekt na pekińskim terenie zawodów Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2022. Oczekuje się, że w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich weźmie udział ponad 3000 dziennikarzy i fotografów oraz około 12 000 nadawców.
W ramach drugiej fazy projektu Narodowego Centrum Kongresowego powstała konstrukcja stalowa, a zewnętrzna ściana osłonowa formuje unikalny kształt „stada ptaków”. Wschodnia, południowa i północna elewacja głównego budynku składają się ze specjalnej ściany osłonowej z metalu i szkła, w kształcie „ptasiego okna”.
2376 ścian osłonowych tworzy płaszczyznę w obrysie głównego budynku, na kształt stada ptaków. „Rozwijające się skrzydła wielkiego ptaka” podkreślają harmonię między budynkiem a naturą.
W Parku Shougang, w Pekinie, znajduje się biuro Komitetu Organizacyjnego Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie 2022.
Hutniczy kombinat przemysłowy Shougang powstał w 1919 roku i jest przykładem historii rozwoju chińskiego przemysłu. Na początku powstania Nowych Chin, chiński przemysł był bardzo słabo rozwinięty. Huta Shougang wprowadzała w Chinach wiele innowacji naukowych i technologicznych. Zajmowała wiodące miejsce w wielu kategoriach w Chinach i na świecie. Na początku XXI wiek, kierując się potrzebami urbanistycznego układu przestrzennego, hutę w Shougang zamknięto, a produkcję przeniesiono w inne miejsce. Powstał Park Shougang, który znalazł się na chińskiej liście ochrony dziedzictwa przemysłowego.
Biura Komitetu Organizacyjnego Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Parku Shougang znajdują się głównie w pomieszczeniach przekształconych i zaadaptowanych w oryginalnych zakładach przemysłowych, co jest w zgodnie z ideą zielonych igrzysk olimpijskich. Transformacja respektuje mechanizm i styl pierwotnej struktury przemysłowej, a także uwzględnia ponowne wykorzystanie tych obiektów po igrzyskach olimpijskich. Aby zachować pamięć o istnieniu dawnego przemysłu w Pekinie, naprawiono i poddano konserwacji oryginalne instalacje przemysłowe, w dużym stopniu zachowano styl industrialny, a także nadano nowe funkcje biurowe obiektom przemysłowym, realizując w ten sposób program ochrony i ponownego wykorzystania reliktów przemysłowych.
Skocznia narciarska Shougang znajduje się w północnej części Starego Parku Przemysłowego Shougang i jest pierwszym w historii zimowych igrzysk olimpijskich obiektem sportowym, który zbudowany został na terenie poprzemysłowym. Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich odbywać się tu będą zawody w snowboardzie i skoki narciarskie freestyle. Po zimowych igrzyskach olimpijskich skocznia narciarska Shougang będzie wykorzystywana na stałe jako obiekt sportowy, goszczący zawodników z kraju i zagranicy, w czasie zawodów lub będzie służyć jako centrum treningowe. Skocznia narciarska Shougang będzie również otwarta dla publiczności i stanie się sportowym parkiem rozrywki dla mieszkańców Pekinu.
4 lipca ruszyły pełną parą ostatnie prace przy budowie i renowacji obiektów Zimowych Igrzysk Olimpijskich i Paraolimpijskich w Pekinie – budowa i remont Stadionu Narodowego „Ptasie Gniazdo” – na ceremonię otwarcia i zamknięcia. Prace mają się zakończyć w październiku tego roku.
Teren zawodów Yanqing
Prowadzenie Igrzysk w sposób ekologiczny to pierwsza z czterech głównych koncepcji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, a także uroczyste zobowiązanie wobec społeczności międzynarodowej. Od 2015 roku, przez 6 lat trwała ekologiczna rewitalizacja obszaru zawodów Yanqing, co czyni go projektem o najdłuższym okresie budowy na Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pekinie.
Teren zawodów Yanqing jest najtrudniejszym terenem zawodów Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, położonym na wysokości sięgającej 2198 metrów. Początkowo na terenie zawodów brakowało wody, dróg, elektryczności i komunikacji, a prace związane z renowacją ekologiczną były równie trudne, jak budowa nowego stadionu.
Aby chronić środowisko góry Xiaohaituo, teren zawodów Yanqing na pierwszym miejscu stawia ekologię. W 2016 roku, przed rozpoczęciem budowy, właściwi eksperci ds. leśnictwa, wód i gleby przeprowadzili wstępne badania środowiska ekologicznego.
W zależności od oddziaływań na poszczególne drzewa i charakterystyki roślin, opracowano „dostosowany” plan ochrony. Do tej pory na terenie zawodów ochroną objęto łącznie 313 drzew, przeszczepiono ex situ 24 tys. drzew i zagospodarowano blisko 300 mu (20 hektarów) baz ochronnych ex situ o przeżywalności około 91%. 11 tys. roślin, krzewów i traw zostało przesadzonych blisko ziemi. Obecnie wszystkie te rośliny znajdują się pod opieką profesjonalnej jednostki ogrodniczej.
Narciarstwo alpejskie to trudny, ale bardzo widowiskowy sport. Narodowy Ośrodek Narciarstwa Alpejskiego znajduje się na najwyższym szczycie góry Xiaohaituo, w Yanqing, na północny zachód od Pekinu i dysponuje 7 trasami zjazdowymi o łącznej długości 21 kilometrów i różnicy wysokości 800 metrów. To właśnie dzięki wysokiemu spadkowi i topografii góry Xiaohaituo, Narodowy Ośrodek Narciarstwa Alpejskiego posiada jedne z najtrudniejszych alpejskich tras narciarskich na świecie. Jako jeden z nowych obiektów Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, Narodowe Centrum Narciarstwa Alpejskiego będzie użytkowane również po Igrzyskach. W przyszłości powstanie w tym miejscu park sportowo-rekreacyjny. Miejsce to może być wykorzystywane od wiosny do późnej jesieni, jako centrum letnich aktywności sportowych, takich jak kolarstwo górskie, wspinaczka górska, wspinaczka skałkowa, turystyka piesza, zjeżdżanie po trawie itp. Będzie to baza sportowa na świeżym powietrzu.
Narodowy Tor Saneczkarsko-Bobslejowy znajduje się w północno-zachodniej części dzielnicy Yanqing, w Pekinie. W tym miejscu zawody będzie mogło obserwować 2000 widzów na miejscach siedzących i 8000 na miejscach stojących. Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich na Narodowym Torze Saneczkarsko-Bobslejowym zostaną rozegrane wszystkie konkurencje saneczkarskie i bobslejowe. Długość Narodowego Toru Saneczkowo-Bobslejowego wynosi 1,9 kilometra, a różnica poziomów to około 127 metrów. Tor posiada 16 zakrętów.
Teren zawodów Zhangjiakou
Podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie na obiektach kompleksu Guyangshu sportowcy walczyć będą o 31 złotych medali.
Narciarstwo, uważane za filar przemysłu turystycznego w Chongli, w Zhangjiakou, ma wielu fanów w Chinach. Na obiektach kompleksu Guyangshu rozgrywane będą konkurencje w skokach narciarskich, narciarstwie biegowym, kombinacji norweskiej i biathlonie. Także w tym miejscu odbywać się będą konkurencje zimowej Paraolimpiady w narciarstwie biegowym. Wymienione dyscypliny sportowe nie są zbyt popularne w Chinach, dlatego poziom prezentowany przez chińskich zawodników nie jest wysoki.
Narodowe Centrum Skoków Narciarskich to skomplikowany obiekt budowlany, który przysporzył budowniczym najwięcej trudności technicznych wśród obiektów w Zhangjiakou. Skocznie znajdują się w górskiej dolinie nachyleniemiędzy górną, a dolną częścią skoczni wynosi prawie 160 metrów.
Narodowe Centrum Narciarstwa Biegowego wyróżnia się tym, że trasy biegowe wytyczone są wzdłuż naturalnych terenów górskich. Pętla trasy biegowej liczy 9,7 km, szerokość to 8-14 metrów. Na trasie można wyznaczyć 8 torów. Drzewa rosnące wokół są umiejętnie wkomponowane w architekturę toru. Stworzono wrażenie obecności gór i podkreślono naturalny charakter terenu. W celu oszczędzenia wody, służącej do naśnieżania obiektów w zimie, w kompleksie Guyangshu zbudowano systemy gromadzenia wody deszczowej, wód powierzchniowych i roztopowych, a także zbudowano kilka zbiorników wodnych, rozmieszczonych między torami wyścigowymi w nisko położonych naturalnych nieckach. Małe jeziora nie tylko efektywnie prowadzą gospodarkę wodną, zaspokajając potrzeby naśnieżania, ale także wzbogacają naturalny krajobraz i zostaną również wykorzystane po Igrzyskach Olimpijskich.
Oprócz stadionów, warto odwiedzić również miasteczko narciarskie Thaiwoo, w mieście Zhangjiakou. Znajduje się na najwyższej górze powiatu Chongli. Pionowe nachylenie góry o nazwie Jadeitowa Belka (2160 m n.p.m.), wynosi aż 510 metrów, a śnieg utrzymuje się tu nawet 150 dni. Miasteczko znajduje się na tej samej szerokości geograficznej północnej, co słynne na całym świecie Góry Skaliste i Alpy. Jest to uznana na świecie złota strefa „górskich wakacji”.
Budowa miasteczka narciarskiego Thaiwoo, którego powierzchnia wynosi 40 kilometrów kwadratowych, kosztowała ponad 20 miliardów juanów. Jest to obecnie największy ośrodek narciarski w Chinach.
Ośrodek narciarski Thaiwoo zajmuje powierzchnię 400 hektarów. Na jego obszarze można wytyczyć 200 tras narciarskich o łącznej długości 138 kilometrów.
W tym miejscu będzie można uprawiać takie konkurencje jak: narciarstwo alpejskie, czy narciarstwo biegowe, dostępna będzie zimowa infrastruktura rozrywkowa, organizowane będą zimowiska itp. Miejsce to zapewni miłośnikom narciarstwa pełen zakres wrażeń podczas zimowego urlopu.
Latem średnia temperatura w mieście wynosi 18℃. To rodzaj leśnego baru tlenowego na letnie wakacje. Miasto oferuje również różnorodne zajęcia na świeżym powietrzu, zajęcia muzyczne, czy kurs fotografii. W miasteczku znajduje się infrastruktura, która umożliwi mieszkańcom Pekinu i okolic wypady podczas letnich wakacji.
Prace budowlane na wszystkich, 76 kluczowych obiektach Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Zhangjiakou zostały już zakończone. Cztery obiekty, w centralnej części Chongli, posiadają już warunki do rozegrania zawodów i są nadal ulepszane i optymalizowane, zgodnie z wymagania Komitetu Organizacyjnego Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie.
Chiny są gotowe na przyjęcie gości ze świata podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku.