Drugi premier Orban w Europie

Węgierski premier Viktor Orbán będzie miał swojego imiennika na stanowisku szefa rządu. Bowiem od ubiegłego tygodnia nowym premierem Rumunii jest Ludovic Orban.

Zmiana na stanowisku szefa rumuńskiego rządu nastąpiła po tym jak poprzedni gabinet 10 października uzyskał votum nieufności ze strony parlamentu. Socjaldemokratyczny rząd miał bowiem na swoim koncie liczne nadużycia i skandale korupcyjne a także był powszechnie krytykowany za uważaną za antydemokratyczną reformę systemu sądownictwa. Rozwiązania przeforsowane przez rząd zdominowany przez socjaldemokratów wywołały falę społecznych protestów, tysiące ludzi demonstrowało na ulicach Bukaresztu domagając się dymisji skorumpowanego rządu. Również PE wyrażał zaniepokojenie z powodu zagrożenia dla niezależności sądów oraz tolerowania przez rząd korupcji.
Posłowie i senatorowie z rządzącej Partii Socjaldemokratycznej nie wzięli udziału w głosowaniu nad votum nieufności, jednak niektórzy z nich wyłamali się z dyscypliny partyjnej i oddali swoje głosy, co skrzętnie odnotowywała premier Viorica Dăncilă obserwując do której z urn wrzucają kartki jej partyjni koledzy – do tej na „tak” czy dla „nie” dla rządu. Pomimo porażki Dăncilă oświadczyła, że nie zamiera rezygnować z przewodniczenia partii. W niedzielę 10 listopada wystartowała w wyborach prezydenckich. Jednak, jak było do przewidzenia, pierwszą turę przegrała z ubiegającym się o wybór na drugą kadencję obecnym prezydentem Klausem Iohannisem
Po upadku rządu i po konsultacjach z partiami opozycyjnymi prezydent zapowiedział, że misję utworzenia nowego, tymczasowego do czasu wyborów parlamentarnych, gabinetu powierzy szefowi mającej zaledwie 96 deputowanych w liczącym 464 osoby dwuizbowym parlamencie Narodowej Partii Liberalnej PNL z której zresztą sam się wywodzi. Tak się też stało. Na premiera został desygnowany przewodniczący PNL Ludovic Orban. W parlamentarnym głosowaniu uzyskał poparcie ze strony 240 deputowanych tj. o 7 głosów więcej od wymaganej większości. Parlamentarzyści z Partii Socjaldemokratycznej zbojkotowali głosowanie. Kierownictwo partii zaleciło swoim deputowanym nieobecność podczas głosowania licząc na brak kworum. Ludovic Orban uznał to zachowanie za nieodpowiedzialne zaznaczając, że zdarzyło się to po raz pierwszy w okresie ostatnich 30 lat.
PNL należy do frakcji chadeckiej w Parlamencie Europejskim. Nic więc dziwnego, że na wybór nowego premiera zareagowano tam w sposób entuzjastyczny. Przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej Joseph Daul w liście gratulacyjnym skierowanym do nowego rumuńskiego premiera wyraża przekonanie, że jego rząd będzie „godny zaufania, odpowiedzialny i proeuropejski” oraz zwiastuje nadzieję dla wszystkich obywateli Rumunii. Jednocześnie nie odmówił sobie satysfakcji pisząc o naprawianiu szkód wyrządzonych przez poprzedni rząd socjalistyczny.
W swoim pierwszym wystąpieniu po wyborze na premiera zapowiedział cofnięcie decyzji poprzedniego rządu dotyczących kontrowersyjnych rozwiązań w sferze fiskalnej i prawnej. Jak podkreślił, „musimy czuć odpowiedzialność za stworzenie systemu prawnego (..) bez ingerencji ze strony polityków czy innych instytucji”.
Pierwszą decyzją nowego premiera było zgłoszenie dwojga kandydatów na przypadające Rumunii stanowisko komisarza Komisji Europejskiej. Zaproponowana przez poprzedni rząd kandydatka, reprezentująca partię socjaldemokratyczną, była minister a obecnie deputowana do PE Rovana Plumb nie została zaakceptowana przez Europarlament. Od dwóch lat ciążą nad nią zarzuty korupcyjne związane z nielegalnymi transakcjami dotyczącymi zakupu nieruchomości. Premier Ludovic Orban przedstawił kandydatury dwóch osób spośród których wyboru ma dokonać nowa szefowa KE Ursula von der Leyen. Jego faworyci to przewodnicząca komitetu ds. Przemysłu, Badań i Energii PE Adina-Ioana Vălean i europarlamentarzysta Siegfried Mureșan. Obydwoje należą do partii premiera.

 

Otwarcie Chin na świat nową szansą dla polskich przedsiębiorstw

32 firmy z Polski, w tym krajowe marki związane między innymi z branżą kosmetyczną czy bursztynem oraz największy port w Polsce, Port Gdańsk, pojawiły się na II China International Import Expo w Szanghaju, które zakończyło się 10 listopada.

Podczas pierwszych targów importowych w 2018 roku udział wzięły 82 polskie firmy, które stanowiły trzecią co do wielkości grupę wśród krajów europejskich. Według Polskiego Biura Inwestycji i Handlu, transgraniczny e-handel w Chinach szybko się rozwija i dzięki temu wiele marek z Polski wchodzi na chiński rynek. Udział w targach to szansa dla firm z Polski na znalezienie partnera do współpracy w Chinach.
W sumie w trwających 6 dni targach wzięło udział 181 krajów, regionów i organizacji międzynarodowych. Ponad 3 800 firm uczestniczyło w Wystawie Przedsiębiorstw, a ponad 500 tysięcy krajowych i zagranicznych kupców odwiedziło przestrzeń Expo.
Sądząc po ilości obecnych przedsiębiorców chińskich, myślę, że polska oferta spotyka się z dużym zainteresowaniem – stwierdził ambasador Polski w Chinach Wojciech Zajączkowski, który uczestniczył w otwarciu polskiego pawilonu na China International Import Expo.
Polskie firmy reprezentują różne sektory gospodarki od rolnictwa, przez kosmetyki aż po maszyny górnicze, jest to bardzo duży wachlarz rozmaitych ofert – wymienił. Dodał, że na Expo ze swoimi stoiskami są obecne KGHM i Port Gdański, które są ogromnymi przedsiębiorstwami, mającymi od dawna ustaloną współpracę z chińskimi partnerami. Obie te firmy uważają, że targi szanghajskie są na tyle ważne, że należy tu być, zaznaczyć swoją obecność – podkreślił ambasador.
Marcin Szurgot, generalny menedżer KGHM Polska Miedź S.A z siedzibą w Szanghaju, uczestniczył w targach eksportowych po raz drugi. To dobry sposób na pokazanie się marki, zrobienie się widocznym, a także dobra promocja Polski – tłumaczył.
Chiny są w tej chwili największym konsumentem miedzi na świecie, konsumują prawie 50 proc. światowej produkcji, więc rynek Chin jest dla nas bardzo ważne, dlatego tu jesteśmy – stwierdził. KGHM jest na rynku chińskim od ponad 20 lat, lecz jak podkreśla Szurgot, targi w Szanghaju mogą sprawić, że marka będzie bardziej rozpoznawalna.

Nasze produkty eksportujemy do wielu krajów, ale Chiny to jest ogromy rynek, szybko rozwijający się, a konsumenci są tu bardzo zainteresowani europejskimi produktami kosmetycznymi – przyznał Krzysztof Przybyła, export menadżer Miraculum, najstarszej firmy kosmetycznej w Polsce, która powstała w 1924 roku. Jak tylko dowiedzieliśmy się, że tak ogromna impreza targowa jest organizowana przez chiński rząd, to bardzo chcieliśmy wziąć w niej udział – wspominał. Dzięki naszej współpracy m.in. z Polską Agencją Inwestycji i Handlu udało nam się w zeszłym roku zakwalifikować i mogliśmy jako producent polskich kosmetyków wystawić się na China International Import Expo – dodał. Przybyła przyznał się, że był pod wielkim wrażeniem ubiegłorocznych targów. Impreza ma niesamowite rozmiary, jest doskonale zorganizowana, daje możliwości prezentacji produktów wśród wielu głównych państw, które eksportują swoje produktów do Chin, jest to niepowtarzalna szansa dla rozwoju biznesu – ocenił menadżer Miraculum. Jak poinformował, dzięki udziałowi w targach w ubiegłym roku perfumy Chopin oraz kosmetyki do makijażu pojawiły się w T-mallu czyli największej w Chinach platformie handlu internetowego. To jest bardzo dobry rezultat, a targi to bardzo dobre miejsce, żeby zdobywać kontakty handlowe i rozwijać biznes – podkreślił. Przybyła zapowiedział udział Miraculum w kolejnych edycjach szanghajskiego Expo.
Magister framacji Aleksandra Paczkowska-Borkowska, właścicielka firmy kosmetycznej „Be organic”, również brała udział w targach eksportowych w 2018 roku. Nasze stoisko odwiedza bardzo wielu Chińczyków, których poznaliśmy w ubiegłym roku, a którzy kupują teraz nasze produkty, gdyż planujemy, aby kosmetyki weszły na rynek chiński w 2020 roku – stwierdziła. Jej zdaniem, tegoroczne Expo jest lepsze niż pierwsza edycja, ze względu na większą liczbę wystawców, kupców i zainteresowanych osób.
China International Import Expo to fantastyczna inicjatywa i platforma do nawiązania współpracy bezpośredniej biznes to biznes – oznajmił Adrian Malinowski, dyrektor Departamentu Handlu i Współpracy Międzynarodowej w Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. To możliwość zaprezentowania kawałka świata zupełnie innej stronie globu, naszym przyjaciołom z Chińskiej Republiki Ludowej pokazanie kawałka Polski – podkreślił. To klucz do nawiązywania głębszej współpracy gospodarczej – dodał.
Li Jie, zastępca generalny menedżer Sage Amber Trading Co.Ltd, która zajmuje się sprzedażą marki jublierskiej „S&A” w Chinach, po raz pierwszy wzięła udział w targach w Szanghaju. Usłyszałam, że w zeszłym roku firma jublierska zajmująca się bursztynem z Ukrainy wzięła udział w Expo, osiagając wielki sukces, dlatego podjeliśmy decyzję o udziale w targach, skoro mamy najlepszy polski bursztyn – oznajmiła. Jak dodała, innym powodem uczestnictwa w wydarzeniu są ograniczenia w rozpoznawalności marki mimo pobytu firmy na rynku chińskim od 10 lat i otworzeniu tutaj kilku sklepów. Dzięki targom, więcej klientów widzi naszą markę i mamy więcej miejsca na pokazanie naszych produktów – wyjaśniła Li Jie. W pierwszym dniu targów, entuzjazm chińskich kupców był olbrzymi, mnóstwo klientów odwiedziło naszą wystawę, a zainteresowanie było tak duże, że nawet nasz fotograf został sprzedawcą – dodała z uśmiechem.
Pytany o tegoroczne China International Import Expo Marcin Szurgot z KGHM Miedź stwierdził, że jest to inicjatywa na bardzo dużą skalę. To na pewno dobra okazja dla przedsiębiorstw z całego świata, do zaprezentowania swojej oferty, nawiązania kontaktów biznesowych z jednym z największych rynków na świecie – ocenił. Ta inicjatywa sprzyja kontaktom międzynarodowym i wymianie międzynarodowej – dodał.
Według informacji w ciągu ostatnich dziesięciu lat tempo wzrostu gospodarczego importu i eksportu między Polską a Chinami, wyniosło około 8 proc. w skali roku. Szczególnie w pierwszej połowie 2019 roku tempo wzrostu eksportu polskich produktów do Chin było bardzo szybkie, między innymi produktów rolnych osiągnęło poziom wzrostu o 77 proc..
Szanghajskie Expo jest bardzo ważnym wydarzeniem, ponieważ pozwala firmom nawiązać kontakty – zauważył ambasador Zajączkowski. Jego zdaniem, niezbędne jest żeby niezależnie od targów zachodziły zmiany strukturalne, szczególnie prawne, które ułatwią prowadzenie handlowej działalności biznesowej przedsiębiorstwom zagranicznym, w tym z polskim, w Chinach czy współpracę z Chinami.
Zarówno Polska jak i Chiny przeszły bardzo długą drogę historyczną, od momentu nawiązania stosunków dyplomatycznych – stwierdził ambasador, pytany o komentarz w związku z przypadającą w tym roku 70. rocznicą relacji Chiny-Polska. Ważne jest, że utrzymaliśmy dobre stosunki, niezależnie od tego, że zdarzały się po drodze trudniejsze momenty, ale na przestrzeni 70 lat jest to naturalne – podkreślił. Wyraził on nadzieję, że oba kraje będą umiały właściwie zdyskontować ten kapitał polityczny, który udało się zgromadzić w ciągu 70 lat i na jego oparciu zbudować trwałe, równorzędne partnerskie relacje gospodarcze oraz współpracę kulturalną i naukową.
Z danych wynika, że na II China International Import Expo intencyjna wartość transakcji wyniosła 71,13 miliarda dolarów, co stanowi wzrost o 23 proc. w stosunku do pierwszej edycji Expo.
Chiny są obecnie największym partnerem handlowym dla ponad 120 krajów i regionów na całym świecie. W pierwszych trzech kwartałach 2019 roku ogólna wartość importu Chin wyniosła 10,43 biliona juanów. Obecnie chińska gospodarka przekształca się w rozwój wysokiej jakości. Tendencja eskalacji konsumpcji Chińczyków jest widoczna, a popyt na zaawansowaną technologię, produkty i usługi wysokiej jakości nieustannie wzrasta.

Wu Yu

 

Chilijczycy wciąż na ulicach

Tym razem do Chilijczyków i Chilijek walczących o bardziej sprawiedliwy system społeczny strzelała nie policja, a obywatel amerykański o skrajnie prawicowych poglądach.

Setki tysięcy osób ponownie wyszło na ulice Santiago de Chile a wieczorem i nocą tradycyjnie doszło do starć z policją. To odpowiedź na ogłoszenie przez prezydenta Sebastiana Piñerę dziesięciu specjalnych ustaw represyjnych.
Nowe prawa ułatwią ściganie i surowe karanie takich działań, jak zakrywanie twarzy podczas demonstracji czy budowanie barykad. Nie ma wątpliwości, że chodzi o kryminalizację protestów. Ponadto ogłoszone zostały plany wzmacniające i modernizujące cały państwowy aparat represji.
Jednocześnie w czwartek Piñera zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego z udziałem przedstawicieli kluczowych instytucji państwowych, w tym wojska. Rada to kolejny spadek z czasów dyktatury – pod rządami Augusto Pinocheta organ ten był zwoływany w sytuacjach zagrożenia “porządku publicznego”. Skojarzenie było oczywiste i wywołało lawinę krytyki w społeczeństwie i opozycji. Z wyrazami uznania dla prezydenta pośpieszyła natomiast, co również znamienne, skrajna prawica.
W obliczu powyższych działań rządu dążących do wzmocnienia państwa policyjnego, w stolicy kraju, w piątek wyszły setki tysięcy obywateli i obywatelek, dając do zrozumienia, że nie spoczną, póki prezydent nie ustąpi, a ich postulaty socjalne nie zaczną być realizowane.
Przedstawiciele ONZ wezwali chilijski rząd do zaprzestania stosowania gumowych kul i śrutu wobec manifestantów. Podkreślają, że ich stosowanie poważnie narusza prawa człowieka. Od momentu wybuchu protestów, od strzałów rannych zostało 1778 osób, zaś 170 straciło oko.
Rząd Sebastiana Piñery, który tak kurczowo trzyma się stołków, według niektórych sondaży cieszy się obecnie poparciem rzędu zaledwie 9 proc.
Około dwóch tysięcy osób zebrało się w niedzielę w małej miejscowości Reñaca, tuż przy znanym kurorcie Viña del Mar, w ramach trwających już ponad trzy tygodnie protestów przeciwko neoliberalizmowi i obecnemu rządowi Sebastiana Piñery. Korzystając ze słonecznej pogody manifestanci udali się na plażę, gdzie w rodzinnej atmosferze kontynuowali protest i wypoczywali. Sielankowy nastrój przerwały nagłe strzały. Tym razem strzelała jednak nie policja, co stanowi normę w ostatnich tygodniach, lecz cywil. Amerykanin John Cobin, mieszkający w Chile biały rasista otworzył ogień wprost do manifestantów. Ubrany był w żółtą kamizelkę, symbol antysystemowych protestów we Francji, który próbują sobie przywłaszczyć obecnie skrajni prawicowcy w Chile sprzeciwiający się ludowej rebelii. Kilka dni wcześniej mała grupka takich “żółtych kamizelek” zebrała się uzbrojona w tej miejscowości, by “pilnować porządku”. Wczorajsza manifestacja była także odpowiedzią na takie działania ultraprawicowców z klas wyższych.
Według pierwszych informacji rasista wysiadł z samochodu i wystrzelił co najmniej trzy razy po tym, gdy pokojowi i radośni manifestanci zajęli ulicę i zaprosili do tańców kierowców, którzy chętnie dołączali do zabawy. John Cobin, przed zamachem prawdopodobnie został rozpoznany, ponieważ miał na sobie żółtą kamizelkę, niektórzy manifestanci mieli więc zaatakować jego samochód. Wiadomo, że wskutek strzelaniny ranna została jedna osoba, którą odwieziono do szpitala. Na szczęście nie ma ofiar śmiertelnych.
Rozwścieczeni manifestacji zaczęli atakować kamieniami samochód, do którego z powrotem skrył się napastnik, zdołał on jednak odjechać z miejsca zdarzenia. Został jednak niemal natychmiast zidentyfikowany przez policję i aresztowany jeszcze tego samego dnia. Wcześniej zdołał dotrzeć do domu i wstawić na YouTube wideo, w którym wyjaśnia, że strzelał w obronie własnej i “nie popełnił niczego złego”. Jak się okazało John Cobin to Amerykanin, który wyprowadził się do Chile w 1996 roku, bo marzył o jako do “neoliberalnego raju”. Kilka lat temu udzielił wywiadu jednej z gazet, w której stwierdził, że jest największym neoliberałem w Chile. Ponadto jest wielkim fanem gen. Pinocheta oraz tzw. “Chicago Boys”, prowadzi prawicowy kanał na YouTube i jest dość rozpoznawalną postacią w swoim środowisku.
Po zdarzeniu oburzeni manifestanci zaczęli stawiać na ulicach miejscowości barykady i starli się z atakującymi służbami mundurowymi.

Rocznica Kryształowej Nocy

W rocznicę pogromu Żydów w miastach Rzeszy Niemieckiej przeprowadzonego w nocy z 9. na 10. listopada 1938 r., prawicowi ekstremiści z partii Die Rechte zorganizowali kilkusetosobowy marsz. Przeciwko nim wyszło ponad 15 tys. ludzi.

Protestowali antyfaszyści i lewicowcy, ale też ludzie, którzy nie potrafią jednoznacznie określić swojej politycznej afiliacji. Opinia publiczna w RFN jest oburzona nie tylko tupetem radykalnej prawicy, ale również decyzją urzędników, którzy udzielili wszelkich niezbędnych formalnych zezwoleń.
Zarówno sam marsz ultraprawicy jak i duża kontrmanifestacja odbyły się 9 listopada w Bielefeld, ważnym ośrodku miejskim w Nadrenii – Północnej Westfalii, w północno-zachodnich Niemczech.
Organizatorem wydarzania, jest partia Die Rechte – Partei für Volksabstimmung, Souveränität und Heimatschutz, co w tłumaczeniu na polski oznacza: prawica – partia na rzecz referendum, suwerenności i obrony ojczyzny. Utworzona została w 2012 r. przez cokolwiek znanego neonazistę Christina Worcha. Treść jego politycznej działalności od lat 70. minionego wieku to głównie dewastacje żydowskich cmentarzy, fizyczne napaści na lewicowców i obcokrajowców oraz upowszechnianie banialuk zaprzeczających zagładzie Żydów podczas II wś. Wraz z grupą akolitów powołał Die Rechte dziewięć lat temu, gdy jego natenczas macierzysta organizacja Deutsche Volksunion (niem. niemiecki związek ludowy) postanowiła zjednoczyć się z inną ekstremistyczną partią – Nationaldemokratische Partei Deutschlands (niem. narodowodemokratyczna partia Niemiec). Ta była dla niego bowiem niedostatecznie ekstremistyczna.
Oficjalnym pretekstem dzisiejszego marszu było wezwanie do uwolnienia niejakiej Ursuli Hedwig Meta Haverbeck-Wetzel – zgoła niepoczciwej dziewięćdziesięciolatki, którą prawicowa chuliganeria określa mianem więźniarki politycznej. W 2015 i 2016 r. została kilkukrotnie skazana za tzw. kłamstwo oświęcimskie, co jest potoczną nazwą upowszechniania informacji, komentarzy i opinii, które zaprzeczają faktyczności masowej zagłady Żydów zorganizowanej przez państwo niemieckie pod wodzą Adolfa Hitlera i NSDAP. W Niemczech jest to surowo zakazane i stanowi przestępstwo w rozumieniu tamtejszego prawa. Haverbeck-Wetzel znana jest swoistą maskotką i rzec można babcią ideową wielu neonazistowskich niemieckich ugrupowań.
Haverbeck-Wetzel, podobnie jak jej polscy naśladowcy, łączy ekstremistyczne prawicowe poglądy ze zjawiskami charakterystycznymi dla lewicowców i progresywistów. Mowę nienawiści i historyczne kłamstwa dot. hitlerowskich Niemiec wiąże np. z kwestiami ekologicznymi.
Niemiecka opinia publiczna nie niuansuje tego rodzaju poglądów, lecz jednoznacznie klasyfikuje je jako kryminalne. Dlatego też naprzeciwko ok. 230 prawicowych łobuzów stanęło aż 15 tys. obywatelek i obywateli. Demonstrujący utworzyli żywy łańcuch wokół synagogi w Bielefeld i prowadzili czuwanie w trakcie gdy neohitlerowcy maszerowali przez miasto.
Policja interweniowała kilkunastokrotnie.

Namiastka emerytury obywatelskiej za Odrą

Niemcy likwidują emerytury których wysokość wynika z wypracowanych składkowo lat.

Berlin wprowadza emeryturę podstawową. Ma ona być o 10 proc. wyższa od minimalnego zasiłku socjalnego i wynosić ok. 450 euro.
Otrzymywać ją mają te osoby, które nie miały możliwości lub nie zdołały uskładać kapitału składkowego wystarczającego na emeryturę w wysokości minimalnego zasiłku socjalnego.
W Niemczech są to przede wszystkim kobiety, które zajmując się przez wiele lat wychowywaniem dzieci lub opiekowaniem się nad chorymi lub starszymi członkami rodziny nie pracowały na etacie.
Przepisy niemieckie stanowią, że prawo do wypłacanego od początku 2021 roku świadczenia przysługiwać będzie po przepracowaniu 35 lat składkowych.
Zdaniem tymczasowej przewodniczącej SPD Malu Dreyer, najniższą emeryturę podstawową otrzymywać będzie nawet 1,5 mln osób. Z kolei szef CSU Markus Soeder podał, że związane związane z nowym rozwiązaniem, koszty budżetowe to najwyżej 1,5 mld euro rocznie.
Emerytura podstawowa, będąca niemiecką wersją emerytury obywatelskiej to wynik kompromisu, w którym SPD zgodziła się na żądane przez chadeków wprowadzenie górnej granicy łącznych dochodów beneficjentów emerytur podstawowych.
Emerytura podstawowa będzie zatem wypłacana jedynie tym osobom, których całość dochodów, wraz z dochodami kapitałowymi, nie przekroczy kwoty 1250 euro w przypadku pojedynczej osoby i 1950 euro w przypadku dwóch osób.
Dzięki wprowadzeniu emerytury podstawowej została zażegnana możliwość rozpadu rządzącej w Niemczech koalicji socjaldemokratów z chadekami.

Lula wyszedł na wolność i atakuje

Luiz Inacio Lula da Silva, wielka postać brazylijskiej i światowej lewicy, wyszedł wczoraj późnym wieczorem z więzienia, w dzień po decyzji Sądu Najwyższego, według której przetrzymywanie w więzieniach ludzi, którzy nie wyczerpali przewidzianych przez prawo odwołań, jest niekonstytucyjne. Lula z miejsca zaatakował skrajnie prawicowy rząd prezydenta Jaira Bolsonaro.

74-letni Lula wyszedł z więzienia pieszo, ze swą narzeczoną u boku (jest wdowcem) – socjolożką Rosangelą da Silva, by gorąco ściskać witających i pozdrawiać tłum podniesioną pięścią. Oklaskiwały go tysiące ludzi, niektórzy we łzach, przed siedzibą policji federalnej w Kurytybie, gdzie b. prezydent siedział od ponad półtora roku, po farsowym procesie, który wyeliminował go z kandydowania w zeszłorocznych wyborach prezydenckich.
„Pragnę kontynuować walkę na rzecz poprawy bytu narodu brazylijskiego!” – zaczął swe przemówienie i przeszedł do ataku: „Lud jest coraz bardziej głodny, bezrobotny, albo pracuje dla Ubera, żeby dostarczać pizzę. (…) Przynieśliście demokrację, której potrzeba, by oprzeć się kanaliom ze zgniłej strony naszego państwa, wymiaru sprawiedliwości, który zrobił wszystko, żeby skryminalizować lewicę” – mówił, a tłum skandował „Kochamy cię Lula!”.
Były prezydent (w latach 2003-2010), który wyciągnął z biedy około 30 milionów ludzi, były robotnik-metalurg, pojedzie dziś do siedziby związków zawodowych w Sao Bernardo do Campo pod Sao Paulo. Chce podziękować robotnikom, którzy bronili go, gdy policja chciała go aresztować. Wtedy sam poddał się nielegalnym działaniom wymiaru sprawiedliwości. Obecny prezydent Bolsonaro, „tropikalny Trump”, który nie przestaje używać Twittera, niespodziewanie przemilczał uwolnienie Luli. Tylko jego syn Eduardo, zwolennik wprowadzenia dyktatury wojskowej, napisał, że oto „uwalnia się bandytów”…
Nadchodzą tymczasem pozdrowienia dla Luli z wielu krajów, m.in. z sąsiedniej Argentyny, Boliwii, również z Kuby. „Lud wenezuelski jest szczęśliwy, cieszy się z uwolnienia brata Luli” – zareagował wenezuelski prezydent Nicolas Maduro.

Prezydent Boliwii obalony

Obalony prezydent Boliwii jest w Meksyku. „Jego życie było zagrożone” – poinformowały władze meksykańskie, które zaproponowały azyl Evo Moralesowi. Wcześniej wysłały po niego wojskowy samolot, do Cochabamby, gdzie mieszka. Jego dom został napadnięty przez grupę puczystów i zniszczony. Władzę przejmuje opozycja, Stany Zjednoczone triumfują.

Evo Morales został zmuszony do dymisji, jak i wszyscy jego przewidziani przez konstytucję następcy: wiceprezydent. przewodnicząca Senatu, jak i marszałek Izby Deputowanych. Kandydatką na zastąpienie obalonego Moralesa została więc druga wice-przewodnicząca Senatu Jeanine Añez, z opozycji. Zapowiedziała już nowe wybory. Bazowana w Waszyngtonie Organizacja Państw Amerykańskich (OPA), która przyłożyła się do zamachu stanu, wezwała boliwijski parlament do wyznaczenia nowych władz wyborczych, gdyż poprzednie zostały aresztowane przez zbuntowaną armię.
W telewizji wystąpił dowódca naczelny armii William Kaliman, żeby usprawiedliwić obecność wojska na ulicach: „…by uniknąć przelewu krwi i żałoby w boliwijskich rodzinach”. Tymczasem do kontrakcji przeszli zwolennicy Moralesa. W El Alto pod La Paz uformował się wielki pochód. Ludzie z kolorowymi flagami whipalas – symbolem boliwijskich Indian – szli do La Paz skandując „Teraz tak, wojna domowa!” W wielu miastach palą się komisariaty „zdradzieckiej” policji. Carlos Mesa, przegrany w październikowych wyborach konserwatywny konkurent Moralesa, wołał publicznie wojsko i policję, by ochroniła mu dom, rzekomo zagrożony.
Amerykanie nie ukrywają satysfakcji. Pogratulowali oficjalnie „narodowi i armii boliwijskiej”, mówili o „wolności” i ostrzegli Wenezuelę i Nikaraguę. Po takim tweecie Trumpa prezydent Wenezueli Nicolas Maduro, który potępił amerykański zamach stanu w Boliwii, odpowiedział prezydentowi Ameryki: „Jesteśmy gotowi się bić.”
Amerykańskie służby ewidentnie stawiają teraz na neonazistów. W Brazylii pomogły w promowaniu Jaira Bolsonaro, to samo dzieje się teraz w Boliwii. Ot, nowe modus operandi „największej demokracji świata”.
Chodzi o Luisa Fernando Camacho, szarą eminencję wielu najnowszych imperialnych ekscesów USA w Ameryce Łacińskiej. Dziennikarze amerykańskiego lewicowego portalu The Grayzone Project ujawnili polityczną afiliację tego człowieka.
Camacho, jeden z najważniejszych wichrzycieli-kierowników przeprowadzonego w Boliwii zamachu stanu i odsunięcia od władzy socjalisty Evo Moralesa, jest prawicowym ekstremistą i religijnym fanatykiem. Jego majątek liczy się w milionach, a działalność dywersyjną w Ameryce Łacińskiej dla Stanów Zjednoczonych polityk ten prowadzi od dawna. Jest to doskonały przykład „opozycyjnego lidera”, który był tolerowany przez „dyktatora Moralesa”; taki brak stanowczego stosunku do osób i organizacji, które działają przeciwko państwu i społeczeństwu oraz wyłonionej przez nie demokratycznej władzy nie pierwszy raz okazuje się gigantycznym błędem lewicowych przywódców na całym świecie. Wyraźnie widać po wczorajszych doniesieniach medialnych i komentarzach, że pobłażliwość ta nie uchroniła Moralesa przed nadaniem mu etykietki dyktatora i traktowana była cały czas przez wrogów niekolonialnej Boliwii jako słabość. Kraj stoi na krawędzi wojny domowej.
Camacho jest nie tylko ważnym dyrygentem zamachu stanu, ale również bezpośrednim prowodyrem niektórych brutalnych akcji. Dziś wiadomo już np., że to właśnie ten człowiek kierował akcją wandalizacji i plądrowania rezydencji Moralesa. Po tym jak osiągnięto już dostateczny poziom dewastacji, Camacho pochylił głowę nad prezydencką pieczęcią i wydeklamował obłąkańczą przysięgę „powrotu Boga do pałacu” i obietnicę „oczyszczenia kraju” z dziedzictwa kulturowego rdzennej ludności. „Pachamama nigdy nie wróci do pałacu” – miał powiedzieć, odnosząc się do tzw. Matki Andów. „Boliwia należy do Chrystusa” – zapowiadał z Biblią w ręku.
Poza tym Camacho szefuje nawiązującym otwarcie do nazistowskich tradycji bojówkom w zamożnym regionie Santa Cruz, gdzie „dyktator Morales” pozwolił mu budować swoje opozycyjne imperium. Informacje na ten temat oraz zapisy wideo, na których widać członków tego ugrupowania wykonujących hitlerowskie gesty zamieścił na portalu społecznościowym Twitter wspomniany The Grayzone Project.
O Camacho wiadomo także, że już dwa miesiące temu spotkał się z przedstawicielami kompradorskiej skrajnej prawicy z Kolumbii, Wenezueli i Brazylii i otwarcie dziękował im za zaangażowanie w destabilizację Boliwii. Jest to doprawdy zaskakujące, że „dyktator Morales” nie kazał zatrzymać, osądzić i skazać tego człowieka za organizację międzynarodowego spisku przeciwko demokratycznie wybranej władzy.
The Grayzone Project przypomina o wpis Camacho, w którym zwraca się on z podziękowaniami do tych ludzi.
Wenezuelska agencja informacyjna TeleSUR przypoomina zaś, iż Camacho wywodzi się ze środowisk korporacyjno-faszysytowskich, których matecznikiem jest Santa Cruz, stolica regionu Boliwii o separatystycznych tradycjach. Autorzy tekstu określają go mianem „boliwijskiego Bolsonaro” (Bolsonaro to skrajnie prawicowy prezydent Brazylii, wybrany dzięki uwiezieniu lewicowego kandydata Luli da Silvy; niedawno został on zwolniony). Organizacje, które tworzył i którym przewodził miały zawsze charakter rasistowski i prawicowy, najważniejszą z nich jest Unión Juvenil Cruceñista. Nawet amerykańskie służby nie miały wątpliwości co do jakości politycznej tej grupy.
Warto dodać, iż Camacho jest cały czas wspierany przez spadkobierców europejskiego faszyzmu i kontynuatorów jego tradycji. Jako jeden z jego „ojców chrzestnych” określany jest niejaki Branko Marinković, Chorwat i oligarcha rezydujący w Boliwii; wielbiciel Ante Pavelića, założyciela nazistowskiego państwa chorwackiego.

30 rocznica zburzenia muru berlińskiego (2)

Upadek Niemieckiej Republiki Demokratycznej widziany oczami polskiego dyplomaty.

Upadek muru berlińskiego 9.11.1989 r.

Po obchodach rocznicowych rozwój sytuacji wewnętrznej w NRD nabrał gwałtownego przyśpieszenia:
– 9 października na ulice Lipska wyszło ponad 70 tys. osób. Demonstracje zwane poniedziałkowymi (Montagsdemonstrationen) początek wywodziły od modlitw o pokój organizowanych w lipskim kościele św. Mikołaja (Nikolaikirche) organizowanych w poniedziałki o godz. 17.00;
– utrzymywały się demonstracje i protesty w Berlinie, które rozpoczęły się wcześniej, jeszcze przed obchodami rocznicowymi, podczas których milicja i Stasi brutalnie atakowały demonstrantów. Pretekstem do tych demonstracji było odrzucenie przez władze wniosku o rejestrację organizacji opozycyjnej „Nowe Forum”.
W związku z masowymi ucieczkami, zwłaszcza młodych obywateli NRD, przez Węgry oraz Ambasady RFN w Pradze i Warszawie jednym z haseł wnoszonych przez demonstrantów było „Zostajemy tutaj” („Wir bleiben hier”). Początkowo głównym postulatem powstających ugrupowań opozycyjnych była demokratyzacja we wszystkich sferach życia w NRD;
– miały miejsce zamieszki wokół dworca w Dreźnie;
– pomimo deklaracji i gróźb władz, że są gotowe i zdecydowane, aby ostatecznie zapobiec kolejnym akcjom kontrrewolucyjnym, sytuacja była już nie do zatrzymania, społeczeństwo NRD pokonało barierę strachu, który tworzył najbardziej represyjny system i upominało się o swoje prawa – na organizowanych nadal demonstracjach pojawiło się nowe hasło „To my jesteśmy narodem” („Wir sind das Volk”).

Wir sind das Volk”

Dynamika wydarzeń powodowała, że oprócz własnych analiz i ocen w ambasadzie ocenialiśmy rozwój sytuacji w NRD i jego możliwe konsekwencje także w korpusie dyplomatycznym. Po jednej z pierwszych demonstracji w Lipsku z hasłem „Wir sind das Volk” w październiku 1989 r. podczas spotkania w gronie dyplomatów radzieckich, czechosłowackich i węgierskich Kirył Toropow – I Sekretarz Ambasady ZSRR w Berlinie, jednocześnie jeden z najbardziej aktywnych i posiadających znakomite kontakty dyplomatów-zadał jako otwarte pytanie: „Ja chciałbym wiedzieć, co rzeczywiście myśli tłum ludzi biorących udział w demonstracji lipskiej odbywającej się pod hasłem „To my jesteśmy narodem”. To pytanie zawisło wówczas w powietrzu, pozostało bez odpowiedzi. Ale każdy z nas z pewnością po spotkaniu do niego wrócił;
– 18 października 1989 r. został zwolniony z funkcji przewodniczącego partii NSPJ Erich Honecker, a na jego miejsce wybrano znacznie młodszego Egona Krenza, ale ta zmiana nie uspokoiła nastrojów;
– w efekcie 8 listopada 1989 r. poddało się do dymisji całe Biuro Polityczne KC NSPJ;
– 9 listopada 1989 r. E. Krenz, który objął władzę w nadziei uspokojenia wzburzonych, ogłosił zniesienie wszelkich ograniczeń w ruchu osobowym oraz otwarcie granicy z RFN i Berlinem Zachodnim.

Coś, czego nie chciał powiedzieć

Tego samego dnia Guenter Schabowski – członek kierownictwa NSPJ – powiedział na konferencji prasowej coś, czego nie chciał powiedzieć, a poza tym jak się później okazało, nie był do niej należycie przygotowany, ponieważ nie uczestniczył tego dnia w posiedzeniu, na którym podjęto stosowne decyzje odnośnie wyjazdów do RFN i Berlina Zachodniego. Schabowski miał tylko poinformować, że władze NRD zgodziły się na to, aby odtąd każdy, kto chce wyemigrować do RFN, mógł to uczynić na wszystkich punktach granicznych pomiędzy NRD a RFN, jak również w Berlinie Zachodnim.
Oglądałem tę konferencję z zapartym tchem (w korpusie dyplomatycznym i w kontaktach z niemieckimi partnerami krążyła informacja, że lada moment należy się spodziewać istotnych zmian w kwestii wyjazdów obywateli NRD do RFN). Jak się okazało kluczowe dla decyzji, która w istocie spowodowała upadek Muru Berlińskiego, było pytanie dziennikarza do Schabowskiego: „Od kiedy zaczną obowiązywać te decyzje władz?”. I tu padła odpowiedź, która okazała się przełomem, historyczną: „Ab sofort” (Od zaraz).
Obywatele NRD zrozumieli to tak, że granica jest otwarta.

Festyn z młotkami

Tłum ludzi ruszył wieczorem tego dnia na przejścia graniczne do Berlina Zachodniego. Tysiące Niemców samochodami ( z użyciem klaksonów ), pieszo, z bagażami lub bez, spiesząc się, prześcigając, wymachując flagami, śmiejąc się i płacząc przechodziło obok spokojnych tym razem policjantów. Zszokowani początkowo taką sytuacją funkcjonariusze wojsk ochrony pogranicza podnieśli szlabany.
Na ulicach Berlina Zachodniego rozpoczęły się fantastyczny wieczór, noc, festiwal wolności – mieszkańcy tej części Berlina witali obywateli NRD, przyjaciół, kolegów, członków rodzin.
Mając cały czas włączony telewizor ze stacjami zachodnioniemieckimi oglądałem jeszcze raz powtarzane fragmenty konferencji prasowej Schabowskiego, gdy zadzwonił do mnie mój kolega Jerzy Wierzcholski – wówczas korespondent „Rzeczypospolitej”, a później Polskiego Radia z informacją „Adaś słyszałeś co się dzieje, tłum ludzi i samochodów z NRD znajduje się na przejściu Checkpoint Charlie, idę to zobaczyć”.
Ja także natychmiast tam się udałem, mieszkałem przy Franzoesischestrasse , stosunkowo niedaleko od tego przejścia. Po drodze zobaczyłem jeszcze mnóstwo ludzi i turystów przy Bramie Brandenburskiej i na murze zbudowanym w tym historycznym miejscu. Niemcy z obu państw jeszcze tej samej nocy przystąpili do burzenia znienawidzonego muru berlińskiego.
To, co zobaczyłem przy przejściu Checkpoint Charlie, było porażające, niesamowite, niezapomniane. Radość, entuzjazm, łzy radości, szczęścia. Wielu Niemców znalazło się po drugiej stronie muru po raz pierwszy, wielu spotkało i cieszyło się z członkami swoich rodzin, kolegami, znajomymi po latach niewidzenia. Radość z upadku muru i otwarcia granicy była widoczna na ulicach Berlina jeszcze przez kolejne dwa dni. Taki widok – eksplozję radości, szczęścia obywateli NRD widziałem w tym kraju po raz pierwszy. Ludzie chodzili po ulicach z butelkami szampana, skrzynkami piwa i częstowali tymi trunkami napotkanych przechodniów, chcąc się z nimi podzielić swoją radością i szczęściem.
Tę radość obserwowało się praktycznie codziennie, a w szczególności podczas kolejnych weekendów, kiedy obywatele NRD wyjeżdżali odwiedzić swoje rodziny w Berlinie Zachodnim i RFN.
U nas, polskich dyplomatów, ten widok wyjeżdżających na weekend obywateli NRD budził jeszcze inne skojarzenia. Pamiętaliśmy wcześniejsze krytyczne artykuły w prasie NRD-owskiej o Polakach czy „polskich spekulantach” wykupujących deficytowe towary w NRD lub pociągach z Polakami wyjeżdżającymi z torbami pełnymi zakupów z Berlina Zachodniego. Pamiętaliśmy także nagonki policji w Berlinie Zachodnim na tzw. Polnischer Markt, gdzie Polacy przywozili i sprzedawali chętnie kupowane przez Niemców artykuły spożywcze z Polski.

Weekend z bundesmarką

Otóż obywatele NRD wyjeżdżając na weekendy do Berlina Zachodniego czy RFN korzystali z obowiązującego przepisu – przywileju o tzw. „Begruessungsgeld” (pieniądzach na przywitanie) dla obywateli NRD odwiedzających RFN i Berlin Zachodni. Ponieważ od 9 listopada 1989 r. była to spora suma 100 marek zachodnioniemieckich na każdą osobę, w związku z tym wyjeżdżały całe rodziny, także z nowo narodzonymi dziećmi w wózkach, bo każde dziecko także otrzymywało 100 DM.
Na powracających z weekendu w niedzielę wieczorem do domów mieszkańców NRD patrzyliśmy z uśmiechem konstatując, że różni ludzie i narody mają podobne potrzeby i aspiracje. Mieszkańcy Wschodniego Berlina i Wschodnich Niemiec wracali z takiego weekendu z torbami zakupów poczynionymi za „Begruessungsgeld”, trzymając w jednej ręce banany, pomarańcze i inne owoce, w drugiej sprzęt elektroniczny. W istocie obraz ten niczym nie różnił się od krytykowanego wcześniej obrazu Polaków wracających z zakupów w NRD czy Berlinie Zachodnim.
Ogromne zadowolenie z upadku muru zademonstrowali Berlińczycy przy okazji imprezy sylwestrowej 1989/1990 witając Nowy Rok przy Bramie Brandenburskiej. Mieliśmy z żoną możliwość zobaczenia wiwatującego tłumu setek tysięcy ludzi, spędzając w pobliżu Sylwestra w Ambasadzie RP w Berlinie. W czasie tego świętowania uszkodzona została kwadryga na Bramie Brandenburskiej , która musiała być później zdjęta i oddana do naprawy. Ulica Unter den Linden przypominała następnego dnia dywan śmieciowy o miejscami kilkudziesięciocentymetrowej grubości po confetti, puszkach piwa i butelkach wina.
Niezapomnianym pozostanie dla mnie jeszcze, już po zburzeniu muru , ponowne wybudowanie nowego, tym razem białego ze styropianu na Placu Poczdamskim (Potsdamer Platz) w Berlinie i wystawienie w tej niesamowitej scenerii przez Rogera Watersa – basisty legendarnej grupy Pink Floyd z udziałem innych znakomitych artystów widowiska Live in Berlin opartego na muzyce z albumu Pink Floyd The Wall. Oglądałem je w telewizji i słyszałem jednocześnie w mieszkaniu. Na zakończenie mur został ponownie zburzony.

Mur w poprzek każdego

Pierwsze dni po upadku muru berlińskiego bardzo mocno uświadomiły mi, jak wielkim dramatem dla społeczeństw obu krajów, w tym zwłaszcza w NRD, było jego zbudowanie i istnienie. Rodziny po obu stronach granicy nie mogły się odwiedzać: syn nie mógł pojechać na pogrzeb matki, odwiedzić rodziców, rodzice nie mogli pojechać na wesele syna czy chrzciny jego dzieci. Funkcjonariusze partyjni czy państwowi w obawie przed utratą pracy nie mogli się przyznawać do rodziny żyjącej w Zachodnich Niemczech i spotykać się z nią. W Berlinie Wschodnim mieliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę polsko-niemiecką, gdzie żona Polka mogła bez problemów spotykać się z siostrą męża mieszkającą w Berlinie Zachodnim, podczas gdy jej mąż – obywatel NRD – takiego prawa miał.
Mur berliński stał się przeszłością. Wraz z jego upadkiem pojawił się nowy kontekst polityczny, ważny dla Europy i świata, ale także bardzo istotny dla nas, dla Polski, dotyczący przyszłości Niemiec.
Choć wszystkie partie bloku demokratycznego oficjalnie opowiadały się za odnowionym systemem socjalistycznym w NRD, również formalnie w programach ugrupowań opozycyjnych, które doprowadziły do upadku muru, nie było haseł zjednoczeniowych, tylko żądania daleko idących zmian systemowych m.in. oparcia systemu sprawowania władzy na demokracji parlamentarnej, skreślenia z konstytucji zapisu o kierowniczej roli partii, wolnych i tajnych wyborów do Izby Ludowej, legalizacji ugrupowań opozycyjnych oraz reformy gospodarczej, w naszych dyskusjach i ocenach w Ambasadzie RP w Berlinie oraz w korpusie dyplomatycznym rosło przekonanie, że decyzja, która wywołała euforię w społeczeństwie niemieckim spowodowała przyspieszenie i nasilenie tendencji na rzecz zjednoczenia Niemiec.

Konsekwencja 4 czerwca

Upadek muru otwierał drogę do zjednoczenia Niemiec.
Nie ulega przy tym wątpliwości , że rozwój i zmiany w Niemczech – prowadzące do zburzenia muru berlińskiego i w konsekwencji do zjednoczenia Niemiec – stały się możliwe dzięki polskim przemianom, wydarzeniom 1980 r. i powstaniu „Solidarności”, obradom „okrągłego stołu” i wyborom 4 czerwca 1989 r. To bazując na polskim przykładzie, społeczeństwo NRD pokonało barierę strachu i upomniało się o swoje prawa.
Pracując dwukrotnie w Ambasadzie RP w Berlinie byłem świadkiem wielokrotnie wyrażanej przez niemieckich obywateli wdzięczności dla Polski i Polaków za odzyskaną wolność, zburzenie muru berlińskiego i zjednoczenie Niemiec. Zawsze na pierwszym miejscu była podkreślana rola „Solidarności” i związane z tą nazwą nazwisko Lecha Wałęsy. I nikt by nam tej oczywistej prawdy historycznej nie odebrał , co było decydujące dla przemian w Europie Środkowo – Wschodniej i na świecie: powstanie Solidarności, czy upadek muru , gdybyśmy sami jako Polska i Polacy potrafili ten ogromny dorobek i wkład do historii europejskiej i światowej należycie uszanować. Jeśli gdziekolwiek powstają odnośnie tego wątpliwości, czy zmieniana jest kolejność bądź rola, to głównie sami sobie jesteśmy tego winni.

dr Adam Zaborowski, I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

„Kultura polska w myśli Chińczyków” Sympozjum akademickie w Pekinie

Seminarium „Kultura polska w myśli Chińczyków” odbyło się pod koniec października na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Centrum Studiów Polskich PUJO i Biuro Kultury Ambasady RP w Chinach. Związane było ono z 70. rocznicą nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami a Polską oraz 65. rocznicą ustanowienia katedry języka polskiego na PUJO. Uczestnikami konferencji byli chińscy eksperci z dziedziny kultury, sztuki, języka, którzy poprzez badania polskiej literatury, filmów, muzyki, języka, edukacji i kultury ludowej pokazywali w szerokim spektrum oblicze polskiego życia kulturalnego.
Ceremonię otwarcia sympozjum poprowadził profesor Zhao Gang, dziekan Europejskiego Instytutu Języków i Kultury PUJO i dyrektor Centrum Studiów Polskich PUJO. Yan Guohua, wicerektor PUJO i Wojciech Zajączkowski, ambasador Polski w Chinach wygłosili przemówienia.
Wicerektor PUJO Yan Guohua powiedział, że chociaż Chiny i Polska są oddzielone górami i rzekami, ich przyjaźń jest głęboka, a stosunki dwustronne przeszły długie lata i stale się rozwijały. Polska jest potęgą pod względem kultury, a co warte podkreślenia pięciu pisarzy z Polski zdobyło Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury – stwierdził. Niedawno Królewska Szwedzka Akademia Nauki przyznała Oldze Tokarczuk Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018, co wywołało falę zainteresowania chińskich naukowców, zwłaszcza związanych z polską literaturą i kulturą – przyznał Yan Guohua. Podczas wystąpienia przypomniał, że w 2019 roku przypada 65. rocznica ustanowienia katedry języka polskiego na PUJO. Przez ponad pół wieku, pokolenia polskich nauczycieli dołożyło wszelkich starań, aby wychować wielu studentów polonistyki, a także promować literaturę i kulturę polską w Chinach – zaznaczył. Jak podkreślił wicerektor pekińskiej uczelni, Centrum Studiów Polskich PUJO, które postało w 2011 roku, staje się coraz ważniejszym oknem dla wymiany chińsko-polskiej.
Ambasador Wojciech Zajączkowski podkreślił, że jednym z najważniejszych elementów kontaktów chińsko-polskich była i jest kultura. Polska jest z pewnego punktu widzenia krajem wyjątkowym, jest potęgą kulturową – ocenił polski dyplomata. Najwyższy światowy poziom osiągają również polski film, teatr i muzyka – dodał. Ambasador Polski w Chinach wyraził zadowolenie, że Pekiński Uniwersytet Języków Obcych wystąpił z inicjatywą zorganizowania konferencji „Kultura polska w myśli Chińczyków”. To dobra okazji do refleksji nad polską kulturą, co jest o tyle ważne, że biorą w nim udział osoby mające olbrzymie zasługi na tym polu – zaznaczył.
W swoim przemówieniu profesor Yi Lijun przypomniała historię rozwoju oraz ważne osiągnięcia katedry polonistyki na PUJO, które miały miejsce w ciągu ostatnich 65 lat. Jednocześnie zachęciła nowe pokolenie studentów polonistyki i młodych wykładowców, aby z szacunkiem podeszli do dziedzictwa starszego pokolenia uczonych, a także wzmacniali przyjacielską wymianę między Chinami a Polską.
Profesor Zhao Gang przedstawił charakterystykę nauczania, kierunek szkolenia i osiągnięcia w badaniach naukowych katedry polonistyki na PUJO. Według niego, w ciągu ostatnich 10 lat nauczyciele polonistyki uczestniczyli lub byli organizatorami 16 projektów na szczeblu kraju, prowincji i ministerstwa. Przypomniał, że w 2018 roku profesor Yi Lijun otrzymała nagrodę za całokształt przekładów kultury przyznaną przez Stowarzyszenie Tłumaczy w Chinach, która jest najwyższa nagroda w dziedzinie translacji w Chinach. Jak podkreślił, po raz pierwszy w historii wyróżnienie to przyznano tłumaczowi, który zajmuje się językiem nieuniwersalnym.
Na początku dyskusji, wykładowczyni Li Yinan przypomniała spotkanie katedry polonistyki z Olgą Tokarczuk na PUJO. Wyraziła refleksji na temat powieści „Prawiek i inne czasy” oraz innych prac noblistki. Zdaniem Li Yinan, tajemnica jest jednym z najważniejszych tematów w książkach Tokarczuk. Wykładowczyni przypomniała słowa profesor Yi Lijun, która twierdzi, że trudno zaliczyć prace Olgi Tokarczuk do któregoś ze znanych nurtów, gdyż jej teksty są pełne tajemnic i fragmentów, ona ma własny styl.
W konferencji wzięli udział eksperci z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Kantońskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Centralnej Akademii Muzycznej, Federacji Literackiej i Sztuki w Pekinie, Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, Szanghajskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Uniwersytetu Języków Obcych z Tianjin oraz innych instytucji zajmujących się polską literaturą, teatrem, kinem, muzyką. W dziedzinie języka, edukacji i kultury ludowej wyrazili oni pogląd, że z perspektywy Chińczyków zaobserwowano wyjątkową pozycję kultury polskiej w świecie i jej dalekosiężny wpływ na kulturę chińską.
Uczestnicy odwiedzili także wystawę osiągnięć akademickich Centrum Studiów Polskich PUJO. Ekspozycja pokazuje prace i tłumaczenia polskiej sekcji dydaktycznej i badawczej z ostatnich lat, obejmujące literaturę, historię, sztukę, język, nauki przyrodnicze itp. Zaprezentowano także książki Olgi Tokarczuk „Prawiek i inne czasy” oraz „Dom dzienny, dom nocny” przetłumaczone na język chiński.
Kierunek Polonistyki Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych został założony w 1954 roku. W ciągu ostatnich 65 lat eksperci z języka polskiego i literatury, reprezentowani przez profesor Yi Lijuna, złożyli wiele wkładu w wymianę kulturalną między Chinami a Polską i pogłębili przyjaźń między narodami. Uzyskali też wiele wyróżnień przyznawanych przez Ministerstwa Edukacji obu państw. Ponad 200 chińskich absolwentów, będących wysokiej jakości specjalistami, pracuje w dyplomacji, gospodarce, handlu, kulturze, nauce i technologii, wojsku, dziennikarstwie czy edukacji, wspierając rozwój stosunków chińsko-polskich.

Chiny się nie zatrzymują

Tempo otwierania się Chin nie zwalnia.

Dzięki energicznemu promowaniu reform otoczenie biznesowego, Chiny zajmują 31 miejsce wśród 190 gospodarek na świecie – poinformował Bank Światowy, w opublikowanym w październiku 2019 roku „Raporcie dotyczący otoczenia biznesowego na 2020 rok”. W ubiegłym roku Chiny zajęły w raporcie 46 miejsce. Od dwóch ostatnich lat Chiny znajdują się w pierwszej dziesiątce gospodarek, które odnotowały największą poprawę w globalnym otoczeniu biznesowym.
Publikowany co roku, sztandarowy raport Banku Światowego dotyczy otoczenia biznesu. Autorzy dokumentu śledzili światowe reformy regulacji gospodarczych w okresie od 1 maja 2019 roku. Zarejestrowali oni 294 reformy promujące działalność komercyjną w 115 gospodarkach na całym świecie. W raporcie stwierdzono, że Chiny poczyniły niezwykłe postępy w reformach w ośmiu obszarach, w tym w zakładaniu działalności gospodarczej i obsłudze pozwoleń na budowę.
Stephen Roach z Uniwersytetu Yale skomentował to mówiąc, że postępy Chin w poprawie otoczenia biznesowego są zachęcające, szczególnie jeśli chodzi o troskę wobec nowych firm. Jak wskazuje raport, chiński rząd osiągnął wyniki we wspieraniu przedsiębiorstw typu start-up, co jest przejawem koncentracji Chin na innowacjach technologicznych.
Profesor Wang Jiangyu z Wydziału Prawa Narodowego na Uniwersytecie w Singapurze powiedział, że wprowadzenie „optymalizacji przepisów dotyczących otoczenia biznesu” pomoże prawnie chronić przedsiębiorczość i transakcje w Chinach oraz promować transformację co jest rolą rządu. Jego zdaniem, „jest to długoterminowa inicjatywa dotycząca reform ”.
Katsuyuki Hasegawa, główny ekonomista w Mizuho Research Institute Ltd. zauważył, że „dzięki ciągłemu promowaniu reform strukturalnych Chiny zmieniają wyzwania w możliwości”. Chiny stale ulepszają swoje otoczenie biznesowe i przyjmują środki, takie jak złagodzenie regulacji, otwarcie rynków i promowanie reform strukturalnych – wymienił. Zdaniem eksperta, „ekspansja otwarcia Chin ma ogromne znaczenie dla stabilności i rozwoju światowej gospodarki”.
Kiyoshi Fushitani jest dyrektor generalnym japońskiej korporacji ORIX, która weszła na rynek chiński w latach 80. Jak przyznaje, jest on głęboko poruszony poprawą chińskiego otoczenia biznesowego.
– Od ogłaszania odpowiednich przepisów ustawowych i wykonawczych po praktykę rządów na wszystkich poziomach, są to działania rządu chińskiego, który zwraca uwagę na otoczenie biznesu – oznajmił przedstawiciel japońskiej firmy.
– Dobre otoczenie biznesowe jest korzystne dla chińskich i zagranicznych firm, gdyż tworzy bardziej otwarte otoczenie rynkowe, dając wiele możliwość wyboru działania większej liczbie zagranicznych firm w Chinach. Tempo otwarcia Chin nie zatrzymuje się – podkreślił Kiyoshi Fushitani. Jesteśmy świadomi zdecydowanej determinacji Chin do otwarcia się na świat zewnętrzny – dodał.