Julian Assange – historia obławy

Za kilka dni rozpocznie się w Londynie proces ekstradycyjny australijskiego wydawcy i dziennikarza Juliana Assange’a: Stany Zjednoczone chcą go skazać w tajnym procesie na dożywocie lub karę śmierci za ujawnienie licznych zbrodni amerykańskiego wojska w czasie okupacji Afganistanu i Iraku. Polowanie na Assange’a trwa już 10 lat: ekstradycja ma być symbolicznym ukoronowaniem wysiłków na rzecz zdławienia niezależnej krytyki haniebnych działań imperium. Niebywała historia tego polowania zawiera jeszcze pewne białe plamy, ale to, co już wiadomo, wystarczy, by zrozumieć mechanizmy pułapki.

„Wyobraźcie sobie ciemny pokój. Nagle ktoś rzuca snop światła i ukazuje się tam wielki słoń – zbrodni i korupcji. To Assange skierował nań światło. Rządy znajdują się w krótkim szoku, ale zaraz przekręcają reflektor, by skierować go w stronę dziennikarza, z oskarżeniem o gwałt. To klasyczny manewr, kiedy chodzi o manipulację opinią publiczną. Słoń znowu ginie w ciemności – teraz Assange jest w środku zainteresowania: media zastanawiają się, czy jeździ na deskorolce po ambasadzie [Ekwadoru w Londynie], czy prawidłowo żywi swego kota. Nagle dowiadujemy się wszyscy, że to gwałciciel, haker, szpieg i narcyz. Zbrodnie, które odkrył, stają się niewidzialne.”
Tak sprawę podsumował Nils Melzer, szwajcarski profesor prawa międzynarodowego, wykładowca uniwersytetu w Glasgow i przede wszystkim specjalny sprawozdawca ONZ ds. tortur, w niedawnym wywiadzie dla szwajcarskiej Republik. Gdyby dodać do tej metafory miejsce, do którego trafi Assange, jeśli przegra proces ekstradycyjny, można sobie darować szczegóły jego sytuacji, by pojąć, co się święci.
Założyciel WikiLeaks zostanie przewieziony do miasta Alexandria, wielkości warszawskiego Ursynowa (ok. 150 tys. mieszkańców), położonego 14 km od Białego Domu w Waszyngtonie. Znajduje się tam słynny Espionage Court, gdzie sądzi się sprawy dotyczące bezpieczeństwa USA. Ława przysięgłych zostanie wybrana spośród mieszkańców: 85 proc. z nich pracuje w którejś z czterech stołecznych instytucji – CIA, NSA, Pentagonie lub departamencie stanu, tj. podlega rozkazom lub poleceniom rządu. Procesy odbywają się zawsze za zamkniętymi drzwiami, na podstawie tajnych dowodów. Espionage Court tym się różni od innych sądów na świecie, że nigdy nikogo nie uniewinnił. Teraz będą szczegóły.
Spuszczenie psów
Nils Melzer zaczął działać w sprawie Assange’a późno, właściwie dopiero od marca zeszłego roku, kiedy do WikiLeaks doszły słuchy, że Anglicy szykują porwanie go z ekwadorskiej ambasady, w której przebywał od czerwca 2012 r. W maju, kiedy siedział już od dwóch miesięcy w więzieniu specjalnym w Belmarsh pod Londynem, Melzer odwiedził go wraz z dwoma lekarzami, doświadczonymi biegłymi sądowymi, którzy zgodnie orzekli, że Assange ma wszystkie symptomy ofiary tortur. Mijało właśnie 9 lat od publikacji przez WikiLeaks całego szeregu dowodów na okupacyjne bestialstwo armii Stanów Zjednoczonych i jej wspólników. Od razu stało się wtedy jasne, że np. żołnierze i oficerowie, którzy chwalili się doprowadzaniem do samobójstw wielokrotnie gwałconych irackich kobiet, nigdy nie zostaną ukarani, jak i inni, jeszcze gorsi amerykańscy przestępcy, lecz maszyna ruszyła.
Największe światowe gazety, jak New York Times, Der Spiegel, czy Guardian relacjonowały rewelacje WikiLeaks (cokolwiek je cenzurując). Amnesty International, Time, Le Monde, The Economist i organizacje dziennikarskie wręczały swoje nagrody Assange’owi i jego ekipie, podczas gdy w Waszyngtonie panowała już wysoka gorączka. Latem 2010 r., gdy WikiLeaks opublikował Afgański dziennik wojenny, Stratfor (Strategic Forecasting, Inc) – prywatna agencja wywiadu i doradca ds. bezpieczeństwa amerykańskiego rządu federalnego – doradziła zalać Assange’a aferami kryminalnymi wszelkiego rodzaju „przez następne 25 lat”. Nie cała korespondencja w tej sprawie jest znana, lecz wiadomo już, że departament stanu wyznaczył ok. 200 dyplomatów do tego zadania. Mieli skutecznie wpłynąć na sojuszników i wasali imperium.
Szwedzki pościg
Szwecja była idealnym krajem do uderzenia w dziennikarza – ma raczej dobrą opinię, więc nawet uczciwi działacze i dziennikarze szczerze potem przez lata wierzyli w „gwałt”, którego miał tam dopuścić się Assange. Tymczasem Szwecja nie jest lepsza od Polski, jeśli chodzi o skandaliczne usługi dla tajnych służb amerykańskich. Opiekunem prawnym dwóch kobiet, które w miesiąc po ujawnieniu zbrodni w Afganistanie weszły do sztokholmskiego komisariatu, by mówić o Assange’u, był mec. Claes Borgström z kancelarii „Thomas Bodström”, zajmującej się cichymi zleceniami na rzecz szwedzkich służb bezpieczeństwa w kontaktach z CIA.
20 sierpnia 2010 Anna A. – była narzeczona oficera lokalnego komisariatu, przyprowadziła tam swą koleżankę Sophię W., która miała złożyć zeznanie. Kiedy W. jeszcze w trakcie zeznania przed byłym narzeczonym Anny A. usłyszała, że Assange zostanie aresztowany z podejrzeniem o gwałt, zrozumiała, że w coś ją wkręcają i wyszła nie kończąc zeznań. Dwie godziny później popołudniowy, szmatławy tabloid Expressen dał na pierwszą stronę „Assange zgwałcił dwie kobiety”, choć Anna A. nie składała żadnych zeznań.
Dopiero nazajutrz na gwałt ściągnięto Annę A., która przyszła z rozdartą prezerwatywą twierdząc, że Assange miał rozedrzeć ją w czasie stosunku, co miało być rodzajem „molestowania”. Problem: badanie DNA prezerwatywy nie wykazało najmniejszego śladu genetycznego ani jej, ani dziennikarza. W pięć dni po wybuchu afery lokalna prokurator zamknęła „śledztwo wstępne” – nie było z czego stworzyć oskarżenia. Wtedy prokuratura wyznaczyła do sprawy Marianne Ny, która chwaliła się dawną pracą dla CIA, gdy jakiś czas przebywała z „przyjacielską” wizytą na Kubie (co wyszło później). Śledztwo wstępne zostało wznowione, by ostatecznie zakończyć się dopiero po 9 latach tym samym, co stwierdziła pierwsza prokurator.
Assange wielokrotnie próbował złożyć zeznania przed nową prokurator, lecz ta uparcie nie znajdywała czasu. W końcu adwokat zwrócił się do prokuratury o zezwolenie na czasowy wyjazd ze Szwecji redaktora WikiLeaks i je otrzymał. Kiedy Assange poleciał do Berlina i Londynu, Ny wystawiła Europejski Nakaz Aresztowania (ENA). Na podstawie tego nakazu Brytyjczycy aresztowali Assange’a, ale wypuścili za kaucją zabierając mu paszport.
Do 2012 r. jego obrońcy złożyli szwedzkiej prokuraturze 30 propozycji przesłuchania go w Szwecji w zamian za zapewnienie, że nie zostanie dostarczony USA, gdzie szykowano już przeciw niemu lipne oskarżenia. Szwedzi odmawiali. Gdy Assange dowiedział się, że na ekstradycję do Stanów są gotowi Brytyjczycy, w czerwcu 2012 r. wszedł do londyńskiej ambasady Ekwadoru, by zwrócić się o azyl polityczny. Przestał zgłaszać się na policję, czyli złamał zwolnienie warunkowe. Policja otoczyła ambasadę na następne 7 lat, które tam przesiedział.
Londyńska zasadzka
Ekwador należał do tych południowoamerykańskich państw, które próbowały jakiejś emancypacji politycznej, wyzwolenia się spod kontroli imperium. Ówczesny lewicowy prezydent Rafael Correa bez problemu przyznał Assange’owi azyl i potem ekwadorskie obywatelstwo, ale gdy skończył swą ostatnią konstytucyjną kadencję w 2017 r., wszystko się zmieniło, sam stał się ściganym wygnańcem. Niby prezydentem został jego partyjny kolega, zresztą b.wiceprezydent – Lenin Moreno, lecz okazało się, że to banalny zdrajca, który zawarł cichy układ z Amerykanami.
CIA zaangażowała hiszpańską spółkę wyspecjalizowaną w podsłuchach – Undercover Global S. L., która za zezwoleniem Moreno założyła w londyńskiej ambasadzie kamery i mikrofony, nawet w łazience i ubikacji Assange’a, by go śledzić 24/24. Kiedy do Quito na spotkanie z Moreno wybrał się wiceprezydent Mike Pence (dwa lata temu), ustalono zapłatę za wydanie dziennikarza: Amerykanie obiecali ponad 10 miliardów dolarów pożyczki, czego głównym beneficjentem stał się nowy prezydent Ekwadoru i jego rodzina, a kraj został obciążony zniewalającym długiem. Assange’a odcięto od internetu i innych środków łączności ze światem zewnętrznym. Wkrótce pozbawiono go azylu i obywatelstwa, by Brytyjczycy mogli „zgodnie z prawem” wejść do ambasady i wsadzić go do specjalnego więzienia dla największych zbrodniarzy, co zrobili w kwietniu zeszłego roku.
Amerykańska obsesja
Dla imperialnej administracji Trumpa zniszczenie Assange’a ma stanowić jasny przykład, że mediom nie wolno ujawniać jej zbrodni; dozwolone są tylko izolowane przypadki, najlepiej bez mieszania w to reputacji rządu. Jesteśmy bardzo daleko od czasów prezydenta Roosevelta, który pisał: „Głupcy i zdrajcy, którzy próbują zrobić przestępstwo z faktu mówienia prawdy o Administracji, kiedy jest winna niekompetencji lub przestępstw, popełniają zbrodnię przeciw narodowi.” Tak samo jak od tweeta Trumpa z 2016 r. „Uwielbiam WikiLeaks!” Za kilka dni Amerykanie będą wykazywać przed sądem w Anglii, że ekstradycja jest konieczna, by Assange’a osądzić w Alexandrii za „szpiegostwo”. Za „obrazę” się nie da: od 2006 r., tj. od istnienia WikiLeaks wrogowie tej redakcji nie znaleźli żadnego artykułu lub dokumentu, który byłby nieprawdziwy.
Uwolnienia Assange’a domagają się międzynarodowe i narodowe stowarzyszenia dziennikarskie, jak Reporterzy bez Granic, niemal wszystkie wielkie stowarzyszenia obrony praw człowieka (oprócz Amnesty International, która ciągle niemrawo „rozważa”, czy uznać go za więźnia politycznego, zapewne ze względu na swych amerykańskich donatorów). W całej Europie i gdzie indziej powstają liczne społeczne inicjatywy i manifestacje, o których polskie media wolą zresztą nie wspominać.
Może ma być tak, jak pisał Julian Assange w październiku 2011 r.? Próbował walczyć przeciw pewnej perspektywie: „Wojna stanie się na Zachodzie normą, wieczną wojną. Dzieci będą rosnąć i dorośleć ze świadomością, że zawsze jest wojna. Wojna nie będzie niczym wyjątkowym, niezwyczajnym, czy strasznym. Stanie się nową normalnością.” Pokaz „demokratycznego” bezprawia, który do tej pory ściśle otaczał sprawę dziennikarza, może znaczyć, że nowa normalność już obowiązuje.

Uruchomienie chińskich fabryk to znak stabilizacji globalnego łańcucha przemysłowego

Na początku lutego Firma Hyundai Motor musiała zawiesić własną linię produkcyjną z powodu tymczasowego przerwania dostaw części z Chin z powodu epidemii zapalenia płuc wywołanego przez nowego koronawirusa. 17 lutego, przy wznowieniu pracy niektórych chińskich producentów komponentów, a także przy wsparciu rządów Chin i Korei Południowej oraz innych czynników,
Firma Hyundai Motor postanowiła wznowić produkcję na większości swoich linii produkcyjnych.

Te dwie wiadomości pokazują ważną pozycję Chin w globalnym łańcuchu przemysłowym. W chwili, gdy zapobieganie epidemii i kontrola epidemii przynosi pozytywne wyniki, chińskie firmy wznawiają pracę i produkcję. Jest to ważne nie tylko dla samych przedsiębiorstw, ale także ważne dla utrzymania stabilnego działania łańcucha globalnego przemysłu i ochrony wspólnych interesów świata.
Około 10 lutego, pod warunkiem kontroli i zapobiegania zakażeniom koronawirusa, chińskie przedsiębiorstwa wznowiły produkcję. Obecnie, z wyjątkiem prowincji Hubei, przedsiębiorstwa w 30 innych prowincjach, regionach autonomicznych w Chinach kontynentalnych wznowiły pracę. Podejście rządu chińskiego do tego jest jasne: wzmocnienie zapobiegania i kontroli w obszarach, w których sytuacja epidemiologiczna jest szczególnie poważna lub obarczona wysokim ryzykiem, a nieepidemiczne obszary zapobiegania i kontroli powinny koordynować zapobieganie epidemii i kontrolę oraz przywracać porządek gospodarczy i społeczny.
Oznacza to, że Chiny nie rozluźniają zapobiegania i kontroli epidemii, ale jednocześnie szukają prawdy na podstawie faktów i opracowują zróżnicowane strategie według dzielnic i poziomów, aby zminimalizować wpływ tych działań na produkcję i życie ludzi oraz na globalny łańcuch przemysłu.
Raport Instytucji Globalnej McKinsey (McKinsey Global Institute) z 2019 roku umieścił ważny wniosek: zależność Chin od światowej gospodarki względnie maleje, a światowa zależność od chińskiej gospodarki stosunkowo rośnie. Fakty i liczby dowodzą również, że jako jedyny kraj na świecie ze wszystkimi kategoriami przemysłowymi, chiński łańcuch dostaw ma oczywiste zalety, przede wszystkim w globalnym łańcuchy dostaw w takich branżach jak artykuły gospodarstwa domowego, części high-tech, tkaniny i odzież, które są w dużym stopniu zależne od Chin.
Potwierdził to szef chińskiego producenta sprzętu gospodarstwa domowego Midea, w ostatnim wywiadzie: „W dzielnicy Shunde w mieście Foshan w prowincji Guangdong mamy ponad 3000 producentów sprzętu gospodarstwa domowego i branż wspierających. Uruchomiono maszyny Delcie Rzeki Perłowej, a globalny łańcuch przemysłowy się ustabilizuje. ”
Jednocześnie, z powodu przedłużenia obchodów Święta Wiosny, Chiny opóźniają wznowienie pracy, popyt na zasoby takie jak ropa naftowa i minerały osłabił się, co dotknęło również niektóre kraje. Raport badawczy opublikowany przez Departament Badań CITIC Papierów Wartościowych S.O.O. (CITIC Securities Company Limited) z 17 lutego pokazuje, że trzej główni importerzy ropy naftowej Arabia Saudyjska, Rosja, Iran, trzej główni importerzy rudy żelaza Australia, Brazylia, Indie, odczują znacznie wpływ spadającego popytu Chin.
Według raportu Instytucji Globalnej McKinsey Chiny są największym eksporterem dla 33 krajów i źródłem importu dla 65 krajów. Co zrobić, kiedy zagraniczne firmy z niepokojem czekają na chińskie surowce i komponenty, a praca chińskich przedsiębiorstw nie zostanie wznowiona na czas, aby wznowić produkcję? Co oznacza to dla zagranicznych firm, które uważają Chiny za ważny rynek zasobów?
To co zrobili Chiny w zapobieganiu i kontrolowaniu epidemii, jest odpowiedzialnym działaniem, aby świat mógł wykonać dobrą robotę. Chińskie przedsiębiorstwa wznowiły pracę i wznowiły produkcję jest odpowiedzialnym działaniem wobec świata.
Od rządu centralnego po samorządy lokalne Chiny podjęły szereg działań w celu zmniejszenia kosztów finansowania, preferencyjnych podatków i opłat oraz zapewnienia zatrudnienia, tworząc korzystne warunki dla przedsiębiorstw do wznowienia pracy. Gdy firma wznawia pracę, pracownicy muszą przejść szereg procedur kontroli i dezynfekcji, zanim będą mogli podjąć pracę. Jest to szczególna praktyka „koordynowania zapobiegania i kontroli epidemii oraz przywracania porządku gospodarczego i społecznego”.
Należy również zauważyć, że chociaż Chiny wielokrotnie potwierdziły znaczenie globalnego łańcucha przemysłowego, choć poczyniły one wielkie starania, aby zapewnić funkcjonowanie globalnego łańcucha przemysłowego, to wciąż są ludzie, którzy myślą o grze o sumie zerowej i nie chcą by Chiny szły w dobrym kierunku. Na przykład minister handlu USA Wilbur L. Ross Jr. stwierdził ostatnio, że wybuch epidemii w Chinach „pomógł” przyspieszyć powrót produkcji do Stanów Zjednoczonych.
Spójrzmy na firmę Apple, która posiada około 800 fabryk dostawców na całym świecie, z których około połowa znajduje się w Chinach. Większość produktów, w tym iPhone, jest wytwarzana w Chinach. 17 lutego w oświadczeniu Apple dla inwestorów stwierdzono, że wszyscy partnerzy produkujący iPhone’a w Chinach wznowili produkcję. Ze względu na wpływ epidemii Apple spodziewa się globalnego niedoboru podaży iPhone’a, ale firma podkreśla: „Uważam, że wpływ tej sytuacji na firmę jest tymczasowy”.
Podczas epidemii zagraniczne przedsiębiorstwa doceniły wysiłki Chin zmierzające do zapewnienia wznowienia pracy, zrozumiały także, że wpływ epidemii jest tymczasowy. Oczywiście przewaga chińskiego łańcucha przemysłowego nigdy nie zostanie utracona z powodu słów niektórych osób.
Tak właśnie powiedział Robert C. Merton, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii i profesor w Massachusetts Institute of Technology, w niedawnym liście otwartym do Chińczyków: „Jesteśmy optymistycznie nastawieni do długoterminowej poprawy chińskiej gospodarki i wierzymy, że po zwycięstwie z walce epidemii, Chiny będą potężniejsze”.

Nieuleczalna fobia

Hiszpańska psycholożka od dawna propagowała swoje „leczenie” homoseksualistów. Nawet reklamowała swoje „sukcesy” w sieci. Została ukarana, ale niczego jej to nie nauczyło.
Sprawa ciągnie się od lat. Psychoterapeutka Elena Lorenzo Rego już w 2016 roku na podstawie przepisów, wprowadzonych przez władze hiszpańskie została oskarżona przez hiszpańską grupę LGBT Acropoli o stosowanie nienaukowych metod. Lorenzo utrzymywała, że znalazła sposób na leczenie homoseksualizmu.
„Heteroseksualność jest już w każdej osobie, wystarczy ją znaleźć w środku. Zmiana terapii jest sposobem na jej odkrycie ”- mówiła Lorenzo hiszpańskim mediom.
„Gej jest tożsamością społeczną i polityczną, homoseksualizm jest uwarunkowaniem psychologicznym. (…) Rozumiemy, że homoseksualizm nie polega na seksie, ale na tożsamości, poszukiwaniu siebie. Homoseksualizm staje się seksualizacją potrzeb emocjonalnych niespełnionych w dzieciństwie lub we wczesnym wieku” Jednocześnie przyznawała, że homoseksualizm nie jest chorobą, niemniej uważała, że okazuje pomoc tym, którzy chcą powrócić do heteroseksualności jej metodami.
Dziennikarka z katalońskiej gazety „Search” udała się do Lorenzo udając lesbijkę, a potem skonfrontowała otrzymane porady z innym psychologiem, który stwierdził, że przyniosłyby jej wymierne szkody.
Hiszpański Związek Psychologów był wobec Lorenzo bezradny, ponieważ nie była ona członkiem tej organizacji. Dopiero wniosek Acropoli dał jakiś efekt, ale nie na długo. Skazano Lorenzo na 20 tysięcy euro grzywny, ale przy pomocy organizacji katolickich udało się jej zebrać tę sumę w stosunkowo krótkim czasie. Wznowiła zatem zajęcia z początkiem lutego. Stowarzyszenie Acropoli ponownie zatem złożyło zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na podstawie prawa o integralnej ochronie osób LGBT przed dyskryminacją ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową.
Głos zabrał nawet wiceprezydent wspólnoty autonomicznej Madrytu Ignacio Aguado, który stwierdził. że to homofobia jest chorobą wymagającą leczenia.

Nie rozumieją…

Francuska gmina Saint-Jean-de-Braye zawiesiła współpracę z polską gminą Tuchów, która podjęła w zeszłym roku haniebną uchwałę o „strefie wolnej od LGBT”.
Colette Martin-Chabbert, odpowiedzialna we francuskiej gminie za relacje międzynarodowe, powiedziała, że byli zaszokowani, że „miasto Tuchów głosowało za rezolucją, podobnie jak duża liczba gmin w południowo-wschodniej Polsce”. Zawieszenie relacji miedzy gminami zostało jednogłośnie przegłosowane 14 lutego na zgromadzeniu radnych gminy.
Francuskie media zwracają uwagę, że Tuchów jest jedną z 88 polskich gmin, które podjęły dyskryminacyjne akty prawne.
Natychmiast zdaliśmy sobie sprawę z powagi tego stanowiska, mówiąc sobie, że historia się powtarza. Jesteśmy w tej sytuacji, aby przypomnieć ją sobie w Loiret,[departament, w którym znajduje się gmina – przyp. red.] z pamięcią o trzech obozach internowania. W Jargeau byli Cyganie i homoseksualiści. Nie możemy zaakceptować faktu, że takie decyzje są podejmowane wbrew prawom człowieka ”- mówiła Colette Martin-Chabbert dla FranceInfo. Francuskie źródła szacują, że podczas II wojny światowej władze hitlerowskie wysłały do obozów koncentracyjnych od 5 000 do 15 000 homoseksualistów.
Warto podkreślić, że działania francuskiej gminy noszą charakter raczej ostrzegający niż ostateczny. Stosunki partnerskie zostały zawieszone, a nie zerwane i nie dotyczy to wymiany osobowej lub staży.
Decyzję swojej gminy z uznaniem przyjął Christophe Desportes-Guilloux, sekretarz gejowskiej i lesbijskiej grupy działania w Loiret (GAGL45). „Powiedzieliśmy: nie akceptujemy homofobii u nas i nie akceptujemy jej, gdy jest instytucjonalizowana w mieście partnerskim”.
Pytana o reakcje polskiej strony na wspomnianą rezolucję Colette Martin-Chabbert odpowiedziała, że ich partnerzy „nie zareagowali zbyt dobrze (…) Byli zaskoczeni, obrażeni naszym stanowiskiem, ponieważ nie skonsultowaliśmy się z nimi”. Urzędniczka dziwi się, co tu należało konsultować i uważa, że polscy partnerzy nie rozumieją, czemu to ich szokuje.
No właśnie, niczego nie rozumieją.

Syryjski zapalnik

Na zdjęciu widać różne wozy pancerne oraz flagi – syryjską, rosyjskie i amerykańską – to źle, czy dobrze, że są tak blisko siebie? Akurat w tej sytuacji niezbyt dobrze. Fotografię wykonano w miejscowości Chirbat Amu koło Hasaki, w północno-wschodniej części Syrii, kurdyjskiej Rożawie. Doszło tam do strzelaniny między Amerykanami a mieszkańcami miasteczka.

Wozy pancerne US Army są niemile widziane w tej okolicy. Jacyś młodzi zaczęli rzucać w nie kamieniami, Amerykanie otworzyli ogień i zabili miejscowego 14-latka. Pojechali potem w kierunku punktu punktu kontrolnego armii syryjskiej, a tam zaczęli zbierać się ludzie, już z bronią. Znowu doszło do strzelaniny.
Syryjczycy wezwali rosyjską żandarmerię, która pilnuje niedalekiej granicy z Turcją. Rosjanie szybko przyjechali próbując załagodzić sytuację. W końcu Amerykanie zaczęli odwrót do bazy pod osłoną granatów dymnych, gonieni przez mieszkańców. Amerykańscy żołnierze wezwali wówczas lotnictwo, które zrzuciło trzy bomby na Chirbat Amu. O mało nie doszło do bezpośredniego starcia rosyjsko-amerykańskiego. Ten rodzaj incydentów zdarza się coraz częściej i każdy może być zapalnikiem czegoś większego.
Po drugiej, północno zachodniej stronie kraju sytuacja w Idlibie, prowincji zarządzanej przez Al-Kaidę i atakowanej przez syryjskie wojsko, jest coraz więcej wojska tureckiego, które chce obronić tamtejszych dżihadystów, w porozumieniu ze Stanami Zjednoczonymi. Dochodzi już do bezpośrednich, krwawych walk syryjsko-tureckich, co stawia Rosję w trudnej sytuacji: ma walczyć przeciw armii NATO? Rosyjskie samoloty na razie tylko oddalają tureckie lotnictwo od frontu, ale w każdej chwili może dojść do bardzo niebezpiecznego spięcia.
W środku tego geopolitycznego galimatiasu pozostaje masa cywilów po obu stronach frontu. Turcy już dawno zamknęli granicę przed uchodźcami z Idlibu, otwierają ją tylko, by wysłać tam swoje wojsko i broń dla Al-Kaidy. W regionie jest już ok. 700 tys. ludzi (wg. ONZ), którzy uciekli z domów przed walkami. Norweska organizacja humanitarna NRC, która pozostaje na miejscu, błaga wszystkich o przerwanie ognia. Uchodźcy – w tym kobiety i dzieci – śpią w samochodach lub częściej na polach, a jest zimno i mokro. Brakuje żywności, koców, materacy, wszystkiego. Przestały działać szpitale, nie ma lekarzy.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że trwająca już dziewięć lat wojna zmierza ku końcowi. To nic, że cześć kraju okupują Amerykanie, część Izraelczycy, część Turcy i część dżihadyści. Pokonanie tych ostatnich w Idlibie zdawało się kwestią czasu, miało przynieść jakiś oddech zmordowanemu krajowi. I nagle znowu wszystko staje na ostrzu noża, bo Amerykanie chcą chronić tych, którzy mieli obalić syryjski rząd, choć właściwie nimi gardzą. W interesie izraelskim leży chaos w Syrii, więc Turcja ma zielone światło Waszyngtonu. Syria znowu zamienia się w globalny zapalnik, co znaczy, że nie tylko tamtejsi cywile mogą cierpieć. Lepiej, by zapalnik nie zadziałał, powodując wybuch.

Zgrany duet socjalistów

– Jesteśmy większością! – wołali aktywiści witający Luisa Arce Carcatorę, kandydata Ruchu na rzecz Socjalizmu w zaplanowanych na 3 maja wyborach prezydenckich w Boliwii, na lotnisku w El Alto. Ale ten zaufany człowiek Evo Moralesa, wcześniej przez wiele lat minister gospodarki w jego rządach, zdaje się rozumieć, że o wyniku tych wyborów wcale nie musi zadecydować większość głosów. Nie po to prawica organizowała w listopadzie zamach stanu.

Ruch na rzecz Socjalizmu (MAS) długo typował swojego przedstawiciela, jednak ostateczny wybór wydaje się trafiony – Luisa Arce nie sposób nazwać ani politykiem niedoświadczonym, ani nieznającym problemów i realiów Boliwii (w tym bezwzględności tutejszej prawicy), ani nazbyt ugodowym. Wręcz przeciwnie: wskazany 21 stycznia polityk to postać symboliczna.
Kredyt wiarygodności
Ministrem gospodarki był w kolejnych rządach Evo Moralesa od 2006 do końca w 2019 r., jedynie z kilkunastomiesięczną przerwą na podreperowanie zdrowia. To właśnie on nadzorował wielkie nacjonalizacje przeprowadzone przez boliwijskich socjalistów XXI w.
Już w pierwszym roku sprawowania przez niego obowiązków Boliwia upaństwowiła sektory naftowy i gazowy, co było jedną z kluczowych obietnic Evo Moralesa w jego pierwszej kampanii wyborczej i dało mu kredyt wiarygodności i zaufania na kolejne lata.
Kredyt, który został spłacony. W 2012 r. rząd Boliwii znacjonalizował prywatne firmy energetyczne, zapewniając największej w historii liczbie mieszkańców kraju dostęp do energii elektrycznej. Ostatecznie zaś w ciągu trzynastu lat Moralesa liczba żyjących w ubóstwie w kraju spadła o 42 proc., a w społecznościach boliwijskich Indian – o blisko 2/3. Bezrobocie spadło do rekordowego poziomu 4,4 proc.
Cud boliwijski
To, jaki wkład w te wyniki miał Arce, docenił nawet „Wall Street Journal”, pisząc w 2014 r., przy okazji trzeciej kampanii wyborczej boliwijskiego prezydenta, że gros popularności Evo zawdzięcza swojemu głównemu ekspertowi od ekonomii. Boliwijska „La Diaria” nazywa go wprost współautorem boliwijskiego cudu gospodarczego.
Warto w tym miejscu dodać, że Arce nigdy nie ukrywał, kim się inspiruje i na jakich podstaw buduje wyobrażenie o bardziej sprawiedliwym społeczeństwie: nie raz w publicznych wystąpieniach ten wykształcony w Wielkiej Brytanii ekonomista cytował Marksa i Engelsa, a ze wspomnianym „WSJ” rozmawiał bez kompleksów.
– My, lewica, zarządzamy gospodarką lepiej od prawicy – oznajmił w wywiadzie w 2014 r., nie troszcząc się o zmiękczanie przekazu pod liberalnego rozmówcę.
Szykując się do majowych wyborów, MAS liczy właśnie na to, że mimo represji ze strony prawicowego rządu utrzyma swoją bazę wśród Indian i klasy pracowniczej, mobilizowanej przez bojowe związki zawodowe.
Biały z miasta
A także, że bazę rozszerzy, konsekwentnie przypominając o osiągnięciach z ostatnich lat i zestawiając je z tym, co dały (czy też: co zabrały) ludziom rządy prawicowe na kontynencie, na działaniach których korzystali wyłącznie najbogatsi. Siłę perswazji partia chce wzmacniać środkami symbolicznymi.
Arce, biały mężczyzna z miasta, wystartuje w parze z kandydatem na wiceprezydenta, który jest z pochodzenia Indianinem. David Choquehuanca, były minister finansów, był faworytem części ruchów społecznych, które nie przestały organizować oporu przeciwko „rządowi” Jeanine Anez także po tym, gdy Evo Morales opuścił Boliwię. Chłopski przywódca Alvaro Molinedo nie zawahał się nawet mówić o „zdradzie”, do jakiej doszło w łonie MAS, gdy partia wskazała jako kandydata Luisa Arce zamiast Choquehuanki.
To ten ostatni uzyskał oficjalne wsparcie na wielkim zgromadzeniu przedstawicieli organizacji społecznych z siedmiu regionów kraju. Evo Morales z azylu w Buenos Aires stara się, jak może, tonować nastroje.
Potencjalne kontrowersje
– Wybraliśmy Luisa Arce, gdyż sprawy gospodarcze będą kluczowe w programie MAS – tłumaczył 20 stycznia. Dodawał także, że nie ma mowy o marginalizowaniu ruchów chłopskich, a na Twitterze pisał, że tak skomponowany duet prezydenta i wiceprezydenta to łączność między miastem a wsią, ciałem i duszą, wspólnie pracujących nad tym, by inna Boliwia była możliwa.
Gasić potencjalne kontrowersje pospieszył również sam kandydat na wiceprezydenta, który 23 stycznia wyraził publicznie uznanie dla osiągnięć Arce i zdementował pogłoski, jakoby czuł się odsunięty.
Gdyby kluczowe w programie i w kampanii były sprawy gospodarcze, wówczas ten sojusz robotniczo-chłopski po boliwijsku faktycznie szedłby pewnie po zwycięstwo. Przeprowadzane w kraju badania sondażowe zapowiadają socjalistyczną większość w parlamencie i kolejnego lewicowego prezydenta. Sondaż Taxi Noticias, cytowany w materiale wenezuelskiej TeleSur, daje MAS niemal fantastyczny wynik 75 proc. w wyborach parlamentarnych.
Czystka zwolenników
Ale sam Luis Arce wie, w jakich okolicznościach będzie walczył o prezydenturę, a partia o mandaty: po wylądowaniu w El Alto przyznał, że nie ma żadnych gwarancji, iż proces wyborczy nadzorowany przez „rząd” Jeanine Anez będzie faktycznie wolny i transparentny.
Sam „rząd” nie pozostawia w tym zakresie wielu wątpliwości. Nie chodzi już tylko o czystkę zwolenników Evo Moralesa w aparacie państwowym czy „zaginięcia” liderów związkowych, wiejskich i indiańskich.
Ani o to, że Trybunał Wyborczy w Boliwii składa się od czasu puczu z nominatów skrajnej prawicy. Gdy podano do wiadomości nazwisko kandydata MAS, przedstawiciele dyktatury najpierw zastrzegli, że nie będą przeszkadzać mu w kampanii, a już w ogóle nie ma mowy o jego aresztowaniu; przecież w kraju po obaleniu Moralesa zapanowała demokracja. Z tym jednak, że Arce, „z przyzwoitości”, powinien prowadzić swoją kampanię… cicho i dyskretnie.
Realia wspierane przez Amerykanów
W latynoamerykańskich realiach, w ustach polityków wspieranych przez Amerykanów, w zasadzie są to pogróżki.
Niektórzy prawicowcy nie byli zresztą tak subtelni. Rafael Quispe, postawiony przez Jeanine Anez na czele Funduszu Rozwoju Ludów Rdzennych, głośno wyrażał nadzieję, że kiedy tylko Luis Arce przyleci z Argentyny do Boliwii, stanie oko w oko z policją i prokuratorem.
Potem zaś kandydat MAS powinien trafić do aresztu i oczywiście zostać wykreślony z listy potencjalnych prezydentów. Metodą na wyeliminowanie byłego ministra ma być to samo, co niegdyś w przypadku Luli w Brazylii – oskarżenia o korupcję.
Ironiczna bezczelność
Z osobą Arce nie wiązały się w przeszłości żadne głośne skandale ani nawet względnie wiarygodne pogłoski o nieuczciwość, ale prokurator Heidi Gil zapowiedziała 25 stycznia, że przyjrzy się bardzo uważnie właśnie temu, jak był zarządzany Fundusz Rozwoju Ludów Rdzennych.
Wyjątkowa ironia, zważywszy na wkład MAS w wyciąganie Indian z nędzy, ale i wyjątkowa bezczelność: jeśli Boliwijczycy mieliby uwierzyć w nieuczciwość socjalistycznych ministrów, to stanowczo nie w obszarze wydatkowania pieniędzy na wspieranie rdzennych ludów. Tym bardziej, gdy wiadomość o ściganiu Luisa Arce pada kilka dni po przedstawieniu go jako kandydata MAS.
Charyzma symbolu
Gdy w Brazylii Lula poszedł do więzienia, chociaż robotnicy deklarowali, że będą go bronić, Partia Pracujących nie była w stanie znaleźć równie charyzmatycznego symbolu i poniosła w wyborach prezydenckich fatalną w skutkach porażkę.
Boliwijscy socjaliści mają ikonę, Moralesa, w relatywnie bezpiecznej Argentynie, a w kraju tysiące zdeterminowanych zwolenników.
Czołowy polityk MAS Sergio Choque zapowiedział 28 stycznia, że Luis Arce pozostanie kandydatem jego partii w wyborach prezydenckich, nawet jeśli trafi za kratki. Brzmiał przekonująco. Wręcz porywająco.
Czy jednak boliwijska prawica pozwoli, by ktoś naprawdę znowu skutecznie porwał tłumy przeciwko niej?

Połajanki histeryczne

Obecne stosunki z Polską są najgorsze od czasu zakończenia II wojny światowej – stwierdził rosyjski ambasador Siergiej Andriejew.
Od jakiegoś czasu Rosjanie zarzucają Polsce współodpowiedzialność za wybuch II Wijny Światowej, antysemityzm oraz brak wdzięczności dla Armii Czerwonej. Co ciekawe, Moskwa uważa, że to układ monachijski, a nie pakt Ribbentrop-Mołotow , był bezpośrednią przyczyną wojny.
Na rosyjskim portalu RBK ukazał się wywiad z ambasadorem Rosji w Polsce Siergiejem Andriejewem.
Dyplomata, mówiąc o sporach o historię z Polską, stwierdził, że oponenci Rosji „uważają, że skoro relacje z Rosją są teraz złe, to należy również jej rolę w historii malować wyłącznie w sposób negatywny”. A wszystko po to, żeby- „osłabić pozycję współczesnej Rosji na arenie międzynarodowej”.
Andrejew podkreślił, że „decydująca rola Związku Radzieckiego w zwycięstwie nad faszyzmem” w II wojnie światowej ma „jak najbardziej bezpośrednie odniesienie do współczesności”.

Cały powojenny system stosunków międzynarodowych, prawa międzynarodowego, oparty na statucie ONZ, został ukształtowany na fundamencie rezultatów II wojny światowej. Związek Radziecki zgodnie z prawem zajął w tym systemie miejsce jednego z głównych państw zwycięzców i Rosja odziedziczyła to miejsce jako państwo będące kontynuatorem ZSRR – oświadczył Andriejew.

Historię, jak wiadomo, piszą zwycięzcy. W II wojnie światowej zwyciężył przede wszystkim Związek Radziecki, a także ci – i tylko ci – którzy wtedy byli po naszej stronie. Jeśli ktoś teraz zalicza siebie do naszych przeciwników w tej wojnie, to będzie wiecznie przegranym, zarówno w realnej historii, jak i w sporach historycznych – stwierdził ambasador, dodając, że -stosunki Rosji i Polski są teraz najgorsze w całym okresie od zakończenia II wojny światowej.
Nasza ambasada w Moskwie skomentowała to oświadczeniem, że „obecnie stosunki są lepsze niż w momencie zakończenia II wojny światowej, bo teraz na terytorium Polski nie ma radzieckich wojsk”.

Święty Jan Paweł Wielki książka papieża Franciszka

„Święty Jan Paweł Wielki” – pod tym tytułem 11 lutego 2020 ukazał się wywiad książkowy pomiędzy papieżem Franciszkiem a młodym duchownym Luigim Maria Epicoco, poświęcony życiu i duchowości Karola Wojtyły, z okazji 100 rocznicy urodzin polskiego papieża (18 maja 1920 r.).

Książka jest już tłumaczona na polski, francuski, hiszpański, portugalski, angielski. Rozmowy argentyńskiego papieża z włoskim duchownym trwały kilka miesięcy i są szeroką refleksją Bergoglia nad osobowością, duchowością i nauką polskiego papieża, którego on sam kanonizował 27 kwietnia 2014 r.
Nie należy się chyba dziwić, że „Święty Jan Paweł Wielki” ukazuje Wojtyłę niczym postać ze świętego obrazka i chyba ma na celu zamknąć wszystkie dyskusje, które w ciągu ostatnich lat toczyły się wokół nieskazitelnej świętości Jana Pawła II i błędów jego pontyfikatu.
Celibat
Jak podkreślają włoscy komentatorzy, ciekawostką jest fakt, że książka ukazała się w rocznicę podpisania paktów laterańskich, na mocy których powstało Państwo Watykańskie, a przede wszystkim w rocznicę abdykacji Benedykta XVI, mającej miejsce 11 lutego 2013 r. Ciekawe jest również to, że papież Franciszek wspomina o swoim bezpośrednim poprzedniku w całym wywiadzie tylko pięć razy, choć robi to z wielką czułością. Być może wszystko to jest zwykłym zbiegiem okoliczności, trudno jednak aby za watykańskimi murami o tych rocznicach nie pamiętano.
Jak zwraca na to uwagę Francesco Lepore, w swoim artykule „Papież Bergoglio pisze książkę o Wojtyle, kontrowersyjną na temat teorii płci” w LINKIESTA, Bergoglio wspomniał o Ratzingerze w kontekście odpowiedzi na pytanie dotyczące celibatu księży, stwierdzając „Jestem przekonany, że celibat jest darem, łaską i… idąc śladami Pawła VI, a następnie Jana Pawła II i Benedykta XVI, mocno odczuwam obowiązek myślenia o celibacie jako decydującej łasce, która charakteryzuje Kościół łaciński. Powtarzam: to łaska, a nie ograniczenie”.
Może to cała odpowiedź Franciszka na książkę „Z głębi naszych serc”, napisaną przez emerytowanego papieża Benedykta XVI wspólnie z prefektem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, kard. Robertem Sarahem, która wywołała światową polemikę wobec otwarcia się na instytucję viri probati (żonatych księży) podczas synodu amazońskiego, który odbył się w Watykanie i którego konkluzje papież opublikował 12 lutego br. w postsynodalnej adhortacji apostolskiej Querida Amazonía.
Kapłaństwo kobiet i gender
W książce „Święty Jan Paweł Wielki”, Franciszek, w pełnej zgodzie z nauką Jana Pawła II, wyraźnie i ostatecznie mówi „nie” w kwestii kapłaństwa kobiet. „Bardzo często, gdy zadaje mi się pytanie dotyczące kapłaństwa kobiet, mówię, że nie tylko zgadzam się z Janem Pawłem II, ale że temat nie jest już dyskutowany, ponieważ stanowisko Jana Pawła II było ostateczne.” – jaśniejszej odpowiedzi Bergoglia w tej kwestii nie można już oczekiwać.
Największe zaskoczenie i dyskusję wzbudziło stanowisko papieża w sprawie gender. Jak napisał Francesco Lepore w LINKIESTA, choć gender to jedna z tych historii spiskowych, której powstanie i upowszechnienie zawdzięcza się Dale O’Leary z Opus Dei w 1997 r., i której dyfuzję można porównać ze spiskowymi teoriami dotyczącymi jansenistów, jezuitów, masonów i Żydów, Bergoglio nie zdaje sobie sprawy, że nie ma teorii płci w przeciwieństwie do badań nad płcią, które są zupełnie inną rzeczą. Na pytanie ks. Epicoco: „W każdej epoce historycznej zło objawia się na różne sposoby. W tym historycznym momencie, jaki jest najbardziej konkretny sposób, w jaki zło ujawnia się i działa?”, papież odpowiada: „Jednym z nich jest teoria płci. Chcę jednak od razu wyjaśnić, że mówiąc to nie mam na myśli tych, którzy mają orientację homoseksualną. Katechizm Kościoła Katolickiego zachęca nas do towarzyszenia i opieki duszpasterskiej nad tymi braćmi i siostrami. Odnoszę się do niebezpiecznego źródła kulturowego. (…) Jest to atak na różnicę, na kreatywność Boga, na mężczyznę i kobietę.”
Chyba po tych słowach nie może być już wątpliwości.
Ameryka Łacińska
Papież Franciszek w książce „Święty Jan Paweł Wielki”, odniósł się również do kwestii Ameryki Łacińskiej, z której pochodzi i teologii wyzwolenia, którą stłumił papież Polak. Bergoglio usprawiedliwia Wojtyłę: „Ameryka Łacińska kochała Jana Pawła II. Wiele krajów miało trudności ze zrozumieniem, w jaki sposób teologia wyzwolenia, która korzystała z analizy marksistowskiej, ryzykowała pójście ścieżką ideologiczną, która w pewnym sensie może zdradzić prawdziwe przesłanie Ewangelii. Jan Paweł II pochodził z kraju, który cierpiał przez marksizm i miał wielką zdolność wyczucia tego ryzyka”. Franciszek tłumaczy, że niektóre decyzje swojego poprzednika nie były podyktowane zamknięciami w odniesieniu do niektórych inicjatyw, ale próbą zachowania autentyczności Ewangelii, gdyż niektóre inicjatywy oddolne, które zrodziły się z uzasadnionych pragnień i poczucia niesprawiedliwości społecznej, musiały być interpretowane bardziej w świetle Ewangelii, niż w świetle analizy marksistowskiej.
Choć Franciszek przyznaje, że z Janem Pawłem II spotkał się kilka razy w sytuacjach oficjalnych, mówi, że przejął wiele z jego nauki pastoralnej i historii.

Impeachment po raz trzeci

16 stycznia 2020 r. rozpoczął się trzeci w historii Stanów Zjednoczonych proces o usunięcie prezydenta z Białego Domu. Proces odbywał się w Senacie a przewodniczył mu Prezes Sądu Najwyższego USA, John Roberts. Stu senatorów, którzy tworzyli swego rodzaju ławę przysięgłych zobowiązanych zostało do zachowania spokoju i do uważnego przysłuchiwania się toczącemu procesowi. Stronę oskarżycielską reprezentowało 7 demokratycznych kongresmenów pod przewodnictwem Adama Schiffa z Kalifornii.

Demokraci przedstawiali prezydentowi Donaldowi Trumpowi dwa zarzuty. Pierwszy dotyczył nadużycia władzy i utrudniania dochodzenia w tej sprawie. Chodziło m.in. o wywieranie nacisku na rząd Ukrainy, aby wszczął śledztwo przeciwko byłemu wiceprezydentowi Stanów Zjednoczonych, demokracie Joe Bidenowi. Administracja Trumpa uzależniała udzielenie pomocy wojskowej Ukrainie od spełnienia powyższego żądania. Drugi zarzut wiązał się z zakazem prezydenta Trumpa przekazywania przez członków jego administracji dokumentów żądanych przez demokratów i zakazem składania przez nich zeznań w czasie procesu o impeachment.
Za i przeciw
Społeczeństwo amerykańskie w momencie rozpoczęcia procesu Trumpa w Senacie było podzielone. Według ankiety CNN, 51 proc. Amerykanów opowiadało się za usunięciem prezydenta Trumpa z Białego Domu, a 45 proc. było przeciw.
Główny akt oskarżenia przedstawił kongresman Adam Schiff. W ponad dwugodzinnym wystąpieniu zarzucał prezydentowi, że nadużył on swej władzy prezydenckiej i utrudniał prace Kongresowi. Schiff żądał powołania dodatkowych świadków oraz dostarczenia przez rząd republikański dodatkowych dokumentów. Powoływał się przy ty na historyczne precedensy m.in. na jednego z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych Aleksandra Hamiltona. „Prezydent Trump – mówił Schiff – korzystał z zagranicznej ingerencji w nasze demokratyczne wybory, nadużył władzy swego urzędu szukaj pomocy zagranicznej, aby poprawić swoje perspektywy wyborcze w kraju. A kiedy został przyłapany użył władzy swojego urzędu dla obstrukcji dochodzenia w sprawie swego nadużycia”.
W liczącym ponad 100 stron akcie oskarżycielskim demokraci domagali się uznania prezydenta Trumpa winnym nadużycia władzy i utrudniania wszczętego przez Izbę Reprezentantów śledztwa. Adam Schiff przekonywał senatorów, że prezydent Trump nie zasługuje na zaufanie i jeżeli zostanie uznany winnym stawianych mu zarzutów musi zostać usunięty z fotela prezydenckiego, ponieważ „chodzi o prawo i o prawdę. W przeciwnym razie przegramy”. Jeśli Senat pozwoli Prezydentowi uniknąć odpowiedzialności za tak ogromną obstrukcję – powiedział Schiff – odbije się to negatywnie na władzy Senatu i Izby Reprezentantów. Podkreślał, że Amerykanie chcą sprawiedliwego ponadpartyjnego procesu ponieważ wierzą w swój system polityczny. Zwracał również uwagę, że w tym procesie chodzi nie tylko o prezydenta Trumpa, ale chodzi także o demokratyczny charakter procesu wyborczego w USA i o zachowanie się przyszłych prezydentów kraju.
Niełaskawa historia?
Z oskarżeniem wobec Trumpa występował nie tylko Adam Schiff, ale także pozostałych 6 oskarżycieli demokratów z Izby Reprezentantów. Wszyscy oni rozważali i uszczegóławiali oskarżycielskie argumenty przeciw prezydentowi. Adam Schiff w swym końcowym słowie w poniedziałek 3 lutego powiedział, że „historia nie będzie łaskawa dla Donalda Trumpa”. Ostrzegł on również republikanów, że stracą reputację jeżeli nie będą mieli odwagi powiedzieć Trumpowi „dosyć tego”.
Dwa dni po rozpoczęciu procesu impeachment 18 stycznia 2020 r. głos zabrali obrońcy Trumpa. Trump zatrudnił w swojej obronie nie tylko prawników Białego Domu na czele z doradcą prawnym Pat Cipollone, ale również sięgnął po znanych prawników z poza rządu m.in. Alana Dershowitza. Przesłali oni do Senatu obszerny 110 stronicowy dokument, w którym określili impeachment wobec Trumpa jako akt polityczny, który należy odrzucić.
Oskarżamy
Doradca prawny prezydenta Mike Purpura przedstawił 6 głównych argumentów na rzecz odrzucenia aktu oskarżenia sformułowanych przez demokratów.

  1. Prezydent nie uzależnił pomocy militarnej dla Ukrainy od czegokolwiek. Zdaniem rządu amerykańskiego, pomoc wojskowa dla Ukrainy jest zupełnie odrębnym programem rządowym.
  2. Prezydent Wołodymyr Zełenski i przedstawiciele władz Ukrainy zaprzeczają, że Trump wywierał jakakolwiek presję na Ukrainę.
  3. Władze Ukrainy nie wiedziały o wstrzymaniu pomocy wojskowej USA w wysokości 400 mln dolarów w momencie rozmowy Trumpa z Zełenskim 25 lipca.
  4. Żaden świadek nie potwierdził, że prezydent Trump uzależnił pomoc wojskową Ukrainy od czegokolwiek.
  5. Ukraina nigdy nie zapowiadała śledztwa wobec Joe Bidena oraz w sprawie wyborów amerykańskich 2016 r.
  6. Prezydent Trump jest lepszym przyjacielem Ukrainy aniżeli jego poprzednik Obama, ponieważ udziela większej pomocy rządowi w Kijowie.
    Bezprawnie i bezczelnie
    Republikanie odrzucili w Senacie oskarżenia przedstawione przez demokratów a proces impeachmentu wobec prezydenta Trumpa uznali za „bezprawną i bezczelną próbę” zakwestionowania wyniku wyborów prezydenckich 2016 r. i za próbę wpłynięcia na wynik wyborów w 2020 r. „To niebezpieczny atak na prawo Amerykanów do swobodnego wyboru swojego prezydenta – głosił dokument republikanów. Republikanie w Senacie kategorycznie odrzucali zarzuty swych demokratycznych oponentów i odrzucali oba artykuły aktu oskarżenia. Obrońcy Trumpa twierdzili, że prezydent nie tylko nie złamała prawa amerykańskiego, ale działał w ramach kompetencji konstytucyjnych.
    Obrońca prezydenta w procesie w Senacie, Pat Cipollone poddał analizie oskarżenia demokratów i w konkluzji stwierdził, że „prezydent nie uczynił nic złego”. Również osobisty adwokat prezydenta Jay Sekulow wystąpił z takim wnioskiem. Republikańscy senatorowie pochwalili prawników prezydenta za aktywną obronę Donalda Trumpa w Senacie.
    Republikańscy obrońcy Trumpa w Senacie zarzucali demokratom, że wytoczyli proces prezydentowi, by osłabić jego szanse wyborcze w 2020 r. Uznali impeachment za „najbardziej masową ingerencję w wybory w historii Ameryki” – powiedział Pat Cipollone i dodał: „nie możemy na to pozwolić”. Jeśli przyjrzycie się faktom – mówił – „stwierdzicie, że prezydent absolutnie nie uczynił nic złego”. Obrońcy prezydenta w swych wystąpieniach twierdzili, że prezydent Trump nie popełnił żadnego złego czynu. Osobisty adwokat prezydenta, Mike Purpura demonstrował video pokazujące godne zachowanie prezydenta w czasie jego spotkań z wyborcami. Obrońcy prezydenta twierdzili, że proces impeachmentu jest nieuzasadniony i niesprawiedliwy wobec prezydenta. Osobisty adwokat prezydenta, Jay Sekulow robił aluzję, że może wystąpi z oskarżeniem wobec Joe Bidena i jego syna Huntera za ich działalność na Ukrainie na szkodę interesów Stanów Zjednoczonych.
    Gwarancja w przewadze głosów
    Obrońcy prezydenta w Senacie nie wdawali się w długie uzasadnienia swych poglądów. Byli pewni, że republikanie mając większość głosów w Senacie są gwarancją skutecznej obrony prezydenta. Republikańscy senatorowie wyrażali zadowolenie z postawy obrońców prezydenta twierdzili, że impeachment wobec prezydenta Trumpa jest procesem nie fair. Równocześnie zarzucali demokratom, że nie przedstawili przekonywujących dowodów uzasadniających ich oskarżenia i żądali uznania prezydenta Trumpa za niewinnego zarzucanych mu czynów.
    Po wystąpieniach obrońców prezydenta, przez 16 godzin pytania zadawali 29 stycznia senatorowie obu partii. Przy tym nie mogli zabierać głosu. Mięli obowiązek dostarczać pytania przewodniczącemu sędziemu Johnowi Robertsowi na piśmie. On zaś dokonywał selekcji tych pytań i głośno je odczytywał. Demokraci kierowali swoje pytania do menadżerów z Izby Reprezentantów, republikanie zaś do obrońców prezydenta w Senacie. Demokraci domagali się powołania dodatkowych świadków. Republikanie postulowali szybkie zakończenie procesu. Senatorowie Partii Demokratycznej powoływali się na badania opinii publicznej, które wykazywały, że 75 proc. ankietowanych Amerykanów opowiada się za powoływaniem dodatkowych świadków w senackim procesie impeachment, a 20 proc. jest przeciwnych.
    Świadkowie na dodatek
    W sumie senatorowie obu partii zadali ponad 90 pytań. Demokratyczni senatorowie w swoich pytaniach stwarzali szansę oskarżycielom rozwinięcia swoich tez, republikańscy senatorowie natomiast umożliwili obrońcom prezydenta przedstawienie dodatkowych argumentów przeciw zarzutom wobec prezydenta Trumpa.
    Demokraci domagali się powołania dodatkowych świadków, ale republikanie byli przeciwni. W głosowaniu wniosek demokratów przepadł 51:49, przy tym republikański senator Mitt Romney głosował za wnioskiem.
    We wtorek 4 lutego zawieszono posiedzenie Senatu, ponieważ prezydent Trump wygłosił w Kongresie orędzie o stanie państwa, swoje ostatnie w tej kadencji.
    Senat wyrokuje
    W środę, 5 lutego 2020 r. odbyło się ostateczne głosowanie w Senacie nad aktem oskarżenia uchwalonym przez zdominowaną przez demokratów Izbę Reprezentantów. Pierwsze oskarżenie dotyczyło nadużycia władzy przez prezydenta Trumpa. Przeciw oskarżeniu prezydenta głosowało 52senatorów. Za oskarżeniem opowiedziało się 48 członków Senatu. Jeden republikański senator M.H. Romney głosował razem z demokratami. Mitt Romney był pierwszym w historii USA senatorem, który głosował za usunięciem ze stanowiska członka swojej własnej partii. Drugi zarzut wobec prezydenta Trumpa dotyczył utrudniania parlamentarnego śledztwa. Za uniewinnieniem prezydenta głosowali wszyscy 53 republikańskich senatorów. Za winnego uznało prezydenta 47 demokratów. Aby usunąć prezydenta z urzędu potrzebne było 67 głosów senatorskich.
    W ten sposób zakończyła się trzecia w historii Stanów Zjednoczonych nieudana próba usunięcia prezydenta kraju ze stanowiska.
    Demokraci energicznie i bezskutecznie domagali się dopuszczenia do zeznań dodatkowych świadków. Zwłaszcza zależało im na zaproszeniu byłego doradcy prezydenta Trumpa w Białym Domu, Johna Boltona. Bolton w czasie procesu impeachmentu reklamował swoja książkę w druku, w której ponoć znajdowały się informacje obciążające Trumpa, zwłaszcza jego politykę wobec Ukrainy. Obrońcy prezydenta w procesie w Senacie zaprzeczali poglądom Boltona. „Żadne z rewelacji Boltona nie są prawdziwe, aby posądzać prezydenta o nadużycia władzy i przestępstwo z kategorii impeachmentu” – powiedział obrońca Trumpa Alan Dershowitz.
    Bezpieczny dystans Trumpa
    Donald Trump w czasie trwania procesu impeachment trzymał się zdala od niego, choć nie uniknął kłamliwych wypowiedzi. Wyrażał tylko parokrotnie zdziwienie pod adresem demokratów: „dlaczego oni robią to mi” i stanowczo zaprzeczał obu artykułom oskarżenia. Był zadowolony z komunikatu rządu, że w styczniu a więc w czasie, gdy trwały przygotowania aktu oskarżenia Trumpa o impeachment gospodarka amerykańska odnotowała sukces. Mianowicie przybyło 225 000 nowych stanowisk pracy, a stopa bezrobocia w kraju była niska.
    Biały Dom kontratakuje
    24 godziny po uniewinniającym prezydenta głosowaniu w Senacie, Trump przystąpił do ataku na swych oponentów politycznych. Nie zostawił suchej nitki na demokratach. Nazwał oskarżenia pod jego adresem „złem” i „korupcyjnym” aktem. Głównego oskarżyciela w procesie, kongresmana Adama Schiffa nazwał „złośliwym, strasznym człowiekiem”. Przewodniczącą Izby Reprezentantów Nancy Pelosi określił „straszną osobą” i wyraził wątpliwość „czy ona w ogóle się modli”. Polityków Partii Demokratycznej oskarżył, że „chcą zniszczyć nasz kraj”. „Wszyscy wiedzą – powiedział 6 lutego Donald Trump – że „moja rodzina, mój kraj, że wasz prezydent” został poddany straszliwej próbie przez bardzo nieuczciwych i skorumpowanych ludzi”.
    Demokraci ocenili, że powyższe wypowiedzi Trumpa świadczą, że prezydent nie wyciągnął żadnych słusznych wniosków i niczego się nie nauczył z procesu o impeachment. „W praktyce – pisał Maciej Czarnecki w Gazecie Wyborczej 7.02.br. – kolejny raz okazało się, że w impeachmencie bardziej chodzi o politykę niż o prawo. W procesie najważniejszy był nie sam wynik – ten od początku wydawał się przesądzony – ale to, jak zapamięta go opinia publiczna. Przecież już w listopadzie będą wybory, w których Trump powalczy o druga kadencję. Tym chętniej podczas procesu ustawiał się w roli ofiary, narzekał na ogromną niesprawiedliwość i „polowanie na czarownice”.
    Podobne opinie wyraziło wielu polityków i komentatorów amerykańskich. „Nie mamy powodów by wierzyć – powiedział kongresman demokratyczny z Florydy, Val Demings – że prezydent nauczył się czegokolwiek”. Również demokratyczni oskarżyciele Trumpa w swoich wypowiedziach po zakończeniu procesu zwracali uwagę, że prezydent nie nauczył się niczego w procesie w Senacie, nie wyciągnął żadnych wniosków a to oznacza, że będzie nadal zachowywał się tak, jak przed procesem.

Świat musi się zjednoczyć w obliczu nowej epidemii koronawirusa

Epidemia nowego koronawirusa budzi obawy świata. W obliczu tej epidemii ludzkość dzieli to samo przeznaczenie, a tylko jedność i współpraca może wygenerować siłę potrzebną do ochrony życia.

Chiny pokazują jedność i podejmują wspólne wysiłki na rzecz zapobiegania epidemii. Bezzwłocznie udostępniają informacje dt. epidemii zarówno w kraju, jak i za granicą, aktywnie reagując na obawy każdej strony i usprawniając współpracę międzynarodową.
Społeczność międzynarodowa przykłada wielką wagę do epidemii w Chinach. Do chwili obecnej ponad 70 przywódców z przeszło 50 państw i szefowie 20 organizacji międzynarodowych, za pośrednictwem listów lub w inny sposób, wyrazili uznanie i wsparcie dla wysiłków Chin w walce z nowym koronawirusem, wzmacniając pewność siebie tych, którzy znaleźli się w centrum epidemii – Wuhan i Chiny.
Materiały do ​​zapobiegania i kontroli epidemii podarowane przez Koreę Południową, Japonię, Wielką Brytanię, Francję, Turcję, Pakistan, Kazachstan, Węgry, Iran, Białoruś, Indonezję i Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci przybyły już do ​​Chin. W międzyczasie rządy Rosji, Wietnamu i Niemiec także przekazały środki medyczne.
Chór uczniów niemieckiego gimnazjum śpiewał, aby Chiny nie traciły ducha, a japońscy przyjaciele na pudełkach z datkami dla Chin napisali „ziemie w oddali, przeznaczenie wspólne”. Wszystkie te wzruszające przejawy troski o wspólny los, pokazują jedność ludzi na całym świecie.
Świat jest zglobalizowany, więc publiczne incydenty zdrowotne na międzynarodową skalę dotykają wszystkich członków międzynarodowej społeczności. Wirusy są wspólnym wrogiem ludzkości, a pokonanie nowego koronawirusa, w jak najkrótszym czasie, jest celem, który przyświeca całemu świata.
W tej chwili światu nie jest potrzebna histeria, uprzedzenia, dyskryminacja przez osoby o ciasnych poglądach, ani nieodpowiedzialne etykietowanie, czy wypaczenia przez pewne zachodnie media. Jedność i dobra wola powinny znaleźć się w głównym nurcie.
Były sekretarz generalny ONZ i przewodniczący Forum Boao dla Azji Ban Ki-moon zaznaczył, że gdy świat wygra bitwę przeciwko epidemii, historia zapamięta nie tylko instytucjonalne zalety socjalizmu o chińskiej specyfice, ale także zasługi każdego kraju w przezwyciężeniu kryzysu wspólnie.
Chiny zawsze stoją po stronie świata. „Myśliwy wirusów” Walter Ian Lipkin, profesor z Uniwersytetu Columbia zaprzyjaźnił się z Chinami podczas wybuchu epidemii SARS w 2003 roku. Teraz ponownie pojechał do Chin, aby wspólnie przeciwdziałać nowemu koronawirusowi.
Po wybuchu epidemii wywołanej wirusem Ebola w Afryce Zachodniej w 2014 r. Chiny natychmiast zareagowały na wezwanie krajów z tego regionu i podjęły działania, aby pomóc. Dzisiaj firma U-Mask z RPA podarowała maski medyczne Chinom. Piłkarz z Wybrzeża Kości Słoniowej Yaya Touré przesłał jego najlepsze życzenia Wuhanowi poprzez wideoklip, a ponad 10 tys. pracowników w największym banku w Afryce ubrało się w czerwone stroje w geście solidarności z Chinami.
Wspólne przeznaczenie zacieśnia więzi. Świat patrzy na Wuhan, gdzie prowizoryczne szpitale Huoshenshan i Leishenshan zostały zbudowane w ciągu kilka dni. BBC podało, że transmisję na żywo z budowy oglądało dziesiątki milionów internautów. Świat podziwia szybkość i efektywność pracy.
Gdy świat musi wspólnie stawić czoła trudnościom, ludzie z całego świata stają ramię w ramię z Chinami. Ludzkość nigdy nie zostanie pokonana przez wirusy i odniesie ostateczne zwycięstwo, o ile połączy siły.