Historia, propaganda, tematy zastępcze

Doniesienia o historycznych wypowiedziach Władimira Putina, a potem o polskich i zagranicznych reakcjach na nie, przyjmowaliśmy różnie: trochę ze złością (bo doraźne gry historią nie mogą się podobać na lewicy, w niczyim wykonaniu), trochę z niedowierzaniem, a trochę z poczuciem, że tak się w końcu stać musiało. Małgorzata Kulbaczewska-Figat i Maciej Wiśniowski (strajk.eu) starają się ocenić, dlaczego stało się właśnie teraz i właśnie tak, i co to może oznaczać dla przyszłości polsko-rosyjskich relacji.
Czy mają one przyszłość na jakiejkolwiek, choćby kulturalnej i naukowej płaszczyźnie?

Gdy pod koniec listopada rozmawialiśmy z Borisem Kagarlickim, rosyjskim lewicowym opozycjonistą, nie mogliśmy nie zapytać o to, w jaki sposób jego zdaniem władze Rosji zamierzają przeciwdziałać narastającemu w społeczeństwie rozczarowaniu, któremu coraz bliżej do przerodzenia się w gniew. Zapytaliśmy: czy może być tak, że nie mając pomysłu i/lub możliwości uspokojenia społeczeństwa działaniami wewnątrz kraju Kreml spróbuje rozegrać na swoją korzyść jakiś konflikt zewnętrzny? Kagarlicki kręcił głową: to niemożliwe. Drugi Krym jest nie do pomyślenia, a interwencja Rosji na Bliskim Wschodzie dawno przestała grzać opinię publiczną. A jednak władze Rosji posłużyły się konfliktem, tyle tylko, że propagandowo-historycznym. Wiele wskazuje na to, że załatwiano w ten sposób równocześnie trzy sprawy: kierowano uwagę społeczeństwa na bezpieczne tory, przygotowywano je do orędzia silnego przywódcy, jakie zostało wygłoszone 15 stycznia, a zarazem puszczano oko do ściśle wytypowanych adresatów za granicą.
Technologię rozgrywania tematów zastępczych znamy z Polski aż za dobrze. Polityk czy inna osoba publiczna rzuca w przestrzeń celowo kontrowersyjną, często manipulatorską frazę, a potem przygląda się, jak inni reagują (dzięki mediom społecznościowym stało się to jeszcze łatwiejsze i bardziej masowe), przyklaskują, oburzają się, twórczo rozwijają jego myśl lub polemizują. Społeczeństwo ekscytuje się, nie mając już czasu ani przestrzeni do dyskusji na długofalowo poważniejsze, ale trudniejsze do ogarnięcia tematy. Nawet te, które wiążą się z jego bezpośrednimi doświadczeniami i najbardziej żywotnym interesem.
Bezpośrednim doświadczeniem coraz większej części rosyjskiego społeczeństwa są nierówności społeczne, rosnące systematycznie od upadku Związku Radzieckiego wraz z ostatecznym załamaniem się w Moskwie egalitarystycznego myślenia o gospodarce, jeszcze w 2008 r. uznane oficjalnie za jeden z kluczowych problemów państwa. Walkę z nierównościami oficjalnie wciągnięto wówczas na listę zadań do zrealizowania w ramach długofalowej strategii Federacji Rosyjskiej do 2020 r. Wymieniony rok właśnie się rozpoczął, a z założeń strategii wcielone w życie zostało może 30 proc. Z czystymi wskaźnikami nierówności wiąże się problem kolejny: systematyczny wzrost dysproporcji między metropoliami a prowincją, upadek już nie wsi, a miasteczek. Do tego dochodzi wdrożona wbrew woli społeczeństwa reforma emerytalna i zaczyna być jasne, dlaczego w publikacji Centrum Lewady sprzed kilku dni wskazano, że aż 66 proc. Rosjan chce poważnych zmian w elitach władzy, które ich zdaniem przestały służyć społeczeństwu. A jako że już starsze wskaźniki popularności rządu i prezydenta wypadały dla Putina i jego otoczenia bardzo źle, z punktu widzenia Kremla konieczne było przeciwdziałanie.
Najważniejszym elementem tego przeciwdziałania jest oczywiście orędzie z 15 stycznia i następująca po nim dymisja rządu. Jedno i drugie musiało być wcześniej starannie przygotowane: nie ma żadnej przypadkowości ani w odejściu Dmitrija Miedwiediewa, ani w zestawie obietnic socjalnych, jakie przedstawiono Rosjanom. Jednak bez odpowiedniego przygotowania i wymiana gabinetu, i zapowiedzi wzmocnienia polityki prorodzinnej oraz reformowania służby zdrowia mogłyby zostać odczytane jako wyraz słabości i ustępstw władzy. A tego nikt na Kremlu sobie nie życzy, więc przez ponad dwa tygodnie przed wystąpieniem Putina media wałkowały temat, który sprawdza się zawsze: II wojnę światową.
Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa w rosyjskiej świadomości rolę trudną do przecenienia. W świadomości, nie w propagandzie, gdyż do kultywowania pamięci o tym, jak Związek Radziecki pokonał nazizm i za cenę jakich ofiar mieszkańcom Rosji nie są potrzebne żadne odgórne zachęty (co nie znaczy, że władze nie dążą do utrzymania tej pamięci w najkorzystniejszym dla siebie wariancie – w ostatnich latach modne stało się np. akcentowanie roli Cerkwi we wspieraniu wysiłku zbrojnego). Prezentując się pod koniec grudnia jako ten, który broni wielkiej wspólnej historii przed fałszerzami z Zachodu, Władimir Putin po raz kolejny rozegrał archetyp silnego przywódcy. Jeśli Donald Trump sądzi, że w celu konsolidowania społeczeństwa może podpalić Bliski Wschód, to Putin uznał, że wystarczy mu – z konieczności – wejście w rolę obrońcy kraju w warstwie symbolicznej. Z takiej pozycji o wiele łatwiej i skuteczniej następnie występować z orędziem, które w gruncie rzeczy jest przyznaniem, że problemy społeczne kraju są bardzo poważne. Aby „odgórna rewolucja” czy chociaż jej namiastka się udała, władze muszą demonstrować, że wszystko nadal jest pod kontrolą.
Wcielenie się rosyjskiego prezydenta w rolę nauczyciela historii równocześnie spełniało określone zadania w międzynarodowych grach prowadzonych przez rosyjską dyplomację. I Polska, chociaż o niej było najwięcej mowy, nie była wcale głównym adresatem „lekcji”.
Putina, który potępia antysemityzm i stanowczo piętnuje nie tylko Hitlera, ale wszystkich współwinnych Holokaustu, usłyszeć mieli w Tel Awiwie. W ramach przygotowania do coraz bliższych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, ale też jako przygrywkę przed wielką fetą z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad nazistowskimi Niemcami 9 maja 2020 r. Obecność szefa izraelskiego rządu – ktokolwiek nim w maju będzie – jest na tych uroczystościach potrzebna choćby ze względów prestiżowych: brak, zbyt mała liczba lub zbyt niska ranga zagranicznych gości z tzw. liczących się krajów byłby dyplomatyczną klęską Rosji. W „nieokrągłych” latach 2018 i 2019 obecność pojedynczych zaledwie zagranicznych prezydentów i premierów dawała się od biedy wytłumaczyć mało symboliczną datą właśnie. W 2020 r. będzie katastrofą. Ale dobre stosunku z Izraelem są Rosji potrzebne także dlatego, że nie da się skutecznie podważać amerykańskiej dominacji na Bliskim Wschodzie, ba, nawet umocnić się na przyczółku w samej tylko Syrii, jeśli władze Izraela nie są gotowe na to przystać i nie przeszkadzać. To już nie te czasy, gdy Związek Radziecki miał w regionie potężne aktywa w postaci wspieranych przez siebie masowych ruchów socjalistycznych w świecie arabskim. Obecnie nawet współpraca rosyjsko-irańska na Bliskim Wschodzie nie jest żelazna. Trudno mówić o tym, by interesy obu państw były na dłuższą metę zgodne, a w sprawach przyszłości Syrii Putinowi łatwiej przychodziło dogadać się nawet z tureckim prezydentem Erdoganem.
Równocześnie na Zachodzie poważne siły lewicowe, jak brytyjska Partia Pracy czy Nieuległa Francja, mniej lub bardziej odważnie wypowiadają się na temat izraelskiej polityki apartheidu, a Izrael przeciwdziała, przyklejając im (z pomocą przychylnych mediów i organizacji) łatkę antysemitów, celowo myląc to pojęcie z antysyjonizmem. Czy rosyjski rząd sądzi, że jeśli sam zacznie najgłośniej piętnować antysemityzm, choćby ten sprzed 80 lat, to utrwali swoją przyjaźń z Tel Awiwem? Jeśli tak, to efekty, jeśli sądzić po najpoważniejszych izraelskich mediach, nie są oszałamiające: główne dzienniki w bliskowschodnim państwie owszem poinformowały o „polsko-rosyjskiej kłótni o historię”, ale poprzestały na jej zwykłym zreferowaniu, czasem z krótkim tłem dot. złych stosunków polsko-rosyjskich, czasem z uwagą, że faktycznie wielu Polaków ma na sumieniu mordy na żydowskich sąsiadach. Szczególnego zachwytu nad wystąpieniem Putina brak.
Echa historycznych pouczeń rosyjskiego prezydenta miały dotrzeć również do Brukseli. Społeczeństwo rosyjskie miało zobaczyć, jak przywódca daje mocną odpowiedź na rezolucję Europarlamentu, w której zrównano „dwa totalitaryzmy” jako winowajców II wojny światowej. Równocześnie Moskwa nie może wszak nie wiedzieć, że jej rola w pokonaniu nazizmu jest w zachodniej świadomości minimalizowana od lat, i to skutecznie. To „zasługa” nie tylko polityki historycznej, bo tę w duchu zażartego antykomunizmu i wypierania wybranych kart własnych dziejów prowadzą głównie państwa Europy Wschodniej, ale i chwytliwej popkultury, zwłaszcza niezliczonych filmów gloryfikujących US Army. Wiele mówi zestawienie sondaży opinii publicznej we Francji: jeśli w maju 1945 r. 57 proc. ankietowanych wskazywała ZSRR jako główną siłę, jaka przyczyniła się do zwycięstwa, to już w kolejnym pokoleniu, w r. 1994 niemal połowa Francuzów była zdania, że pokonanie Hitlera to w pierwszej kolejności dzieło Amerykanów. Tendencja jest stabilna, gdyż w 2015 r. w odpowiedziach na to pytanie 54 proc. wskazań zebrały Stany Zjednoczone. 23 proc. doceniło Związek Radziecki. Fakt, że na radzieckie pomniki w Berlinie czy Wiedniu nikt jak na razie zamachnąć się nie zamierza, to marne pocieszenie: ewolucja polityki pamięci, której wyrazem jest wspomniana rezolucja, jest w oczach Moskwy więcej niż niekorzystna.
Rosyjscy specjaliści od polityki historycznej doszli zatem do wniosku, że najlepszą obroną będzie atak, i to radykalny: jeśli zjazd deputowanych ludowych ZSRR w 1989 r. potępił tajny protokół paktu Ribbentrop-Mołotow i takiej interpretacji trzymano się również w latach 90., to stopniowo upowszechniło się podejście sprowadzające się do hasła „o swoich tylko dobrze”. W maju 2015 r. Putin mówił już o pakcie jako dokumencie żywotnym dla bezpieczeństwa ZSRR, a 80. rocznicy podpisania niemiecko-radzieckiego porozumienia towarzyszyła już wystawa, na której był on niemalże szczytowym osiągnięciem dyplomacji radzieckiej. Rzeczniczka prasowa ministerstwa spraw zagranicznych Rosji tłumaczyła przy okazji na Twitterze, że dzięki układowi Moskwa zyskała korzystniejsze granice i dodatkowy czas na obronę stolicy po nieuchronnym ataku ze strony III Rzeszy (reakcje rosyjskich internautów były, co znamienne, dość podzielone). Dodatkowo przypomniano „wzorowym europejskim demokracjom”, że same z entuzjazmem przyklasnęły w Monachium rozbiorowi Czechosłowacji (też demokratycznej!), byle skierować uwagę Hitlera na tę gorszą, wschodnią Europę; i tyle w temacie ich legitymacji do wytykania komukolwiek, że podpisał z III Rzeszą jakieś porozumienia.
Tyle, że na dłuższą metę Putin tej Francji czy Wielkiej Brytanii jednak potrzebuje – zwłaszcza prezydent Francji, który traci wiarę w NATO, ma swoje ambicje i gościł u siebie historyczne spotkanie prezydentów Rosji i Ukrainy może być postrzegany jako potencjalnie interesujący partner do rozmowy. Rosyjski przywódca nie zamierzał zatem przesadzić z krytyką zachodnich demokracji, zwłaszcza że – wracamy do początku – był inny sposób, by równocześnie wyprodukować temat zastępczy, odbić zarzuty z Brukseli i puścić oko do Tel Awiwu. Tym sposobem było właśnie postawienie pod pręgierzem Polski, co jest zresztą zabiegiem stosowanym nie od wczoraj. W przychylnych rządowi programach telewizyjnych regularnie chłopcami do bicia i antypatycznymi figurami byli właśnie nasi rodacy, ostentacyjnie ucieleśniający stereotyp „dumnego Polaka”, rzucający tekstami obraźliwymi dla rosyjskich odbiorców. Temat zastępczy wybrany był starannie. Rosyjska opinia publiczna, a przynajmniej jej część, nie mogła nie przyjąć z satysfakcją tego, jak Putin w końcu „doprowadza do porządku” wschodnioeuropejski kraj, gdzie w przestrzeni medialnej normą stały się wszelkiego rodzaju obelgi, złośliwości i oskarżenia pod adresem Moskwy. Ich przeglądu dokonuje w tekście poniżej red. Maciej Wiśniowski.
Co może na to wszystko powiedzieć człowiek o lewicowej wrażliwości? Przede wszystkim wyrazić najgłębsze ubolewanie nad tym, że II wojna światowa, która powinna być dla wszystkich wielką i gorzką lekcją, stała się przedmiotem doraźnych rozgrywek. I Rosja, i kraje Europy Wschodniej, i Unia Europejska, i Stany Zjednoczone, i Izrael zamiast wspólnie czcić poległych i zamordowanych, przerzucają się „interpretacjami”, w których jedna wybrana strona czyni wszystko od początku do końca dobrze, na żadnym etapie się nie myli ani tym bardziej nie popełnia zbrodni. To zaś, komu zbrodnie zarzuca, zależy od bieżącej konfiguracji w polityce międzynarodowej i doraźnych potrzeb wewnątrz kraju.
Uczciwi historycy, którzy są we wszystkich tych krajach, wiedzą najlepiej, że to nonsens. Oni rozumieją, że do wybuchu II wojny światowej nierozwiązane po poprzednim globalnym konflikcie z lat 1914-1918 sprzeczności między mocarstwami; już postanowienia konferencji wersalskiej niosły w sobie zarzewie nowych napięć i konfrontacji. Zdają sobie sprawę ze złowieszczej roli wielkiego kapitału, który sprzyjał wyniesieniu do władzy agresywnych nacjonalistów i faszystów, byle tylko nie zwyciężyła nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat reprezentowana przez partie socjalistyczne i komunistyczne. Wobec faktu, że potencjał tych ostatnich został zmarnowany przez fatalne decyzje Kominternu i to, że stalinowski Związek Radziecki realnie sprzyjał zagranicznym ruchom lewicowym tylko wtedy, gdy widział w tym własny, wąsko pojęty interes – powstał idealny grunt dla głównego agresora: niemieckiego faszyzmu. Nacjonalistyczne lub idące w tym kierunku dyktatury w Europie Wschodniej mogły patrzeć nań z różną dozą inspiracji czy podziwu, nie one jednak, przy całym swoim antypatycznym (i antysemickim) obliczu tę wojnę rozpętały. Czy ktokolwiek z polityków potrzebuje takiej historii? Okazuje się, że nie. Czy zamierza oddać historię historykom? Też nie. I to jest powód do najgłębszego niepokoju.

Małgorzata Kulbaczewska Figat


Ostatnie wypowiedzi Putina wprawiły cały bez wyjątku polski mainstream w dygot. Mam złą wiadomość: to dopiero początek.
Polska właśnie płaci za 30 lat nieustannej, nieracjonalnej rusofobii. Przez ten czas nie było złego słowa, wyzwiska, obelgi czy wreszcie nieskrywanej pogardy, której oszczędzono by nie tylko władzom sąsiedniego kraju, ale jego mieszkańcom. Wszystko to mówiono najpierw ciszej, potem, kiedy okazało się, że nikt na to nie zwraca uwagi, głośniej, zwalniając wszelkie hamulce nie to, że dobrych obyczajów, ale po prostu elementarnej przyzwoitości. I teraz nagle zaskoczenie: Rosja zareagowała!
Ale to nie jest tak, że Putin obudził się pewnego dnia rano i przy goleniu wpadła mu do głowy myśl, że trzeba Polsce dać po łapach. W polityce rosyjskiej na takim szczeblu przypadków nie ma. Moment został wybrany starannie. Jego szerokie uwarunkowania opisuje doskonale Małgorzata Kulbaczewska-Figat w swoim artykule powyżej.
Niezależnie od przyczyn rosyjskiego uderzenia w Polskę, Putin był rozkosznie pewien, że jego słowa trafią na podatny grunt. Rosjanie od dawna wiedzieli, że Rosja dla Polski jest wrogiem numer jeden. Stąd więc reakcja. A że właśnie taka… cóż, nie uważałaś jak robisz, rób jak uważasz, powiedział ojciec synowi, który przybiegł z wiadomością, że dziewczyna jest w niezaplanowanej ciąży. Polskie elity latami pracowały na fatalny stan polsko-rosyjskich stosunków.


„Celem najważniejszym [zmian w efekcie robotniczego zrywu „Solidarności” – przyp. MW] jest odepchnięcie Rosji raz na zawsze od Europy”.
„Rosja, nawet demokratyczna, a nawet przede wszystkim demokratyczna, będzie dla nas zbyt potężna, abyśmy mogli sobie pozwolić na bezpośrednie z nią sąsiadowanie (…) Dlatego nie możemy dopuścić, aby w jakiejkolwiek formie powstała Federacja Rosyjska”.
„Warunkami normalizacji stosunków z Rosją: powrót do granicy ryskiej (następnie przekazanie Wilna i Lwowa Litwie i Ukrainie, Rosja z ustrojem wynegocjowanym z udziałem Polaków, żołnierze radzieccy polegli na terytorium Polski uznani za najeźdźców, przyłączenie do Polski Kaliningradu, wreszcie wyegzekwowanie od Rosji wysokich odszkodowań za okupację. Przed Rosja bowiem nie ma ucieczki, trzeba ją pokonać”.
Wszystkie te myśli, wnioski i oczekiwania wobec Rosji ze strony całej Polski i wszystkich Polaków, jak uzurpują sobie ich autorzy, zostały przedstawione w antologii „Na przekór geopolityce. Europa Środkowo-Wschodnia w myśli politycznej polskiej opozycji demokratycznej 1976-1989”. Ani to myśli, ani polityczne, ale mniejsza o to.
Warto sobie jednak uzmysłowić, że autorzy powyższych słów w 1989 roku stali się elitą tego państwa i od tego czasu to ich poglądy kształtują polsko-rosyjskie relacje. I nie ma co się pocieszać, że minęły lata od czasu, kiedy te opinie zostały wypowiedziane lub napisane. Ależ nie, nabrały aktualności i wagi całkiem współcześnie – zebrano je i opublikowano w 2014 roku przez Kancelarię Prezydenta RP. I żeby już nikt nie miał żadnych wątpliwości co do tego, czy najwyższe władze państwa polskiego odnoszą się do nich poważnie, została ona poprzedzona autopromocją-wstępem ówcześnie urzędującego prezydenta, Bronisława Komorowskiego. Ciekawe, czy pomysłodawcy wydania tej pozycji w 2014 roku naprawdę uważali, że tej książki nikt nie przeczyta w Moskwie? Że nikt jej nie zauważy? Że nie wyciągnie wniosków?
W gruncie rzeczy cała, z niewielkimi wyjątkami, polska scena polityczna, choć śmiertelnie pokłócona, kiedy mowa o Rosji, łączy się w tej samej narracji. Media, czy liberalne, czy skrajnie prawicowe, w swym stosunku do Rosji są zadziwiająco zgodne. Tego, jak bardzo zasłużona w skrajnej rusofobii jest „Gazeta Wyborcza” nie trzeba jakoś specjalnie udowadniać. Wystarczy ją po prostu czytać. Korespondencje Wacława Radziwinowicza przejdą z pewnością do annałów skrajnie stronniczej narracji. Kiedyś jeden z polskich korespondentów zagranicznych powiedział mi, że nie sposób być korespondentem w obcym kraju nie lubiąc, lub choćby nie szanując jego narodu. Radziwinowicz udowodnił, że można. Jest jeszcze mnóstwo dziennikarzy, których nie krępują ani wymogi obiektywizmu, ani prawdy, ani wreszcie znajomości języka, a których relacje z Rosji przypominają lekturę tanich horrorów, są byli i obecni korespondenci wszelkich mediów, komentatorzy i „eksperci”, których poziom nie tyle niechęci do Rosji, ale po prostu niewiedzy, wywołuje w najlepszym wypadku zażenowanie. To ich staranna, mrówcza praca tworzenia atmosfery zagrożenia, obcości, pogardy i wstrętu stworzyła fundamenty polskiej rusofobii, której jednym z najważniejszych elementów składowych jest pozbawienie Rosjan cech ludzkich. To znany chwyt, pozwalający na zastosowanie wobec odczłowieczonego obiektu takich form oddziaływania, które w przypadku jednostek ludzkiego gatunku wywoływałyby opory. W naszej przestrzeni medialnej wciąż skutecznie stosowany. Do historii polskich mediów przejdą też relacje i komentarze z tragedii, które wszystkich Rosjan, niezależnie od ich poglądów, jednoczyły w autentycznym bólu. Tak było po ataku terrorystycznym na szkołę w Biesłanie, tragedii „Kurska”, ataku terrorystycznym na teatr na Dubrowce. Reakcje polskich mediów były haniebne i okrutne, z trudem skrywające satysfakcję, że Rosji i Rosjanom zdarzyło się nieszczęście. I nie jest specjalnym usprawiedliwieniem dziennikarzy, że taka podła narracja była też udziałem oficjalnych przedstawicieli Polski. Wtedy nawet Amerykanie potrafili zdobyć się na gesty solidarności i współczucia. Tylko nie Polska. Dziś zresztą niewiele się zmieniło.
„Wolę narodowca od KGB-owca. Wolę nawet polskiego rasistę, niż czekistę. Do wszystkich naszych spraw będziemy mogli wrócić, kiedy wrócimy do normalnych zachodnich standardów państwa prawa, które pozwolą być we wspólnocie zachodniej, a nie we wschodniej” To Jacek Żakowski.
„Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie” To Tomasz Lis, w ubiegłym roku.
Takich cytatów można zebrać bez trudu dziesiątki, jeśli nie setki. Mówiąc „Wschód”, sławni dziennikarze przecież nie mają na myśli Chin, ani Japonii. Te w istocie rasistowskie wypowiedzi opisują Rosję i tylko ją. To prawda, kiedy zarzucić im antyrosyjską nienawiść, jak jeden mąż zaprzeczą. Będą mówić o sympatii do „zwykłego Rosjanina”, o tym, że kochają rosyjską kulturę, nawet rzucą kilka nazwisk. W istocie jednak ich obraz „zwykłego Rosjanina” to nieogolony, lekko pijany „mużyk” grający na bałałajce czy harmoszce, koniecznie w kufajce i walonkach. Rosjanie mogą wszystko, pod jednym wszakże warunkiem: muszą być od nas gorsi.
Na koniec jeszcze słowa nie byle kogo, bo Andrzeja Talagi, byłego zastępcy naczelnego „Rzeczpospolitej” i wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, prawicowego think tanku, który namawia do odcięcia państw Partnerstwa Wschodnie (czyli również Polski) od rosyjskich kanałów telewizyjnych, książek, czasopism, stron internetowych, ponieważ „sączą one rosyjską wrażliwość, rosyjski punkt widzenia”. Czyli zakazać Puszkina, Gogola, radzieckich filmów i spektakli, bez których nie ma europejskiej kultury. Takie samo barbarzyństwo jak niszczenie pomników ku czci poległych radzieckich żołnierzy i oficerów, w towarzystwie słów okropnych i podłych. Takich rzeczy Rosjanie nie zapominają.
Rosyjskiego ataku można było oczekiwać również na podstawie innych sygnałów. Polska od lat w rosyjskich mediach pełniła rolę chłopca do bicia. Do politycznych talk-show o wielkiej oglądalności regularnie zapraszano polskich „publicystów” – Jakuba Korejbę i Tomasza Maciejczuka. Obaj na zamówienie i prawdopodobnie za wysokie wynagrodzenie odgrywali role ludzi, których wypowiedzi budziły głęboki sprzeciw widzów. Niektóre z ich słów głęboko obrażały uczucia zwykłych Rosjan. W gruncie rzeczy jednak nieważne, kim są Korejba i Maciejczuk i co konkretnie mówili. Ważniejsze jest to, że ktoś w rosyjskiej centralnej telewizji państwowej podjął decyzję, by nasi rodacy byli symbolami wrogiego, prowokacyjnego Zachodu. To nie był przypadek, w rosyjskiej machinie propagandowej przypadków też nie ma. Podsumowaniem był talk-show „Wieczór z Władimirem Sołowjowem”, jeden z najchętniej oglądanych przez mniej wyrobionych widzów programów tego typu. Poświęcony Polsce. Charakterystyczne: nie zaproszono ani jednego Polaka, a dyskutanci przerzucali się co najmniej kontrowersyjnymi zdaniami na temat Polski. Od „polska państwowość powstała w 1918 roku”, wygłoszona przez słabo rozgarniętego posła partii komunistycznej, do niezgodnych z prawdą twierdzeń obywatela Izraela, byłego szefa służby specjalnej „Nativ” Jakowa Kedmi, że antysemityzm był w Polsce przed wojną tak silny, że w Armii Krajowej nie służył ani jeden Żyd. Ten seans nienawiści mógłby też komuś dać do myślenia. Ale nie dał.
Polska straciła w ciągu lat swojej nowej niepodległości cały kapitał szacunku do jej historii (w tym wspólnej walki z nazizmem), kultury i ludzi ze strony Rosji. Kiedyś kultura polska była dla wielu wykształconych Rosjan przedmiotem swoistej fascynacji, nieodłącznym segmentem kultury europejskiej, a zarazem czymś bliskim. Dzisiaj bardzo niewielu zna polskie filmy, książki, spektakle.
Polsko-rosyjska Grupa ds. Trudnych przestała działać właśnie wtedy, kiedy zaczęło być naprawdę trudno. Chętnych do podjęcia oficjalnego dialogu brak.
Ostatnie słowa prezydenta Rosji, choć ostre i w wielu aspektach niesprawiedliwe nie budzą we mnie aż takiego niepokoju. Jasne, wolę Putina i jego sądy z 2009 roku, kiedy napisał: „bez żadnych wątpliwości można z pełnym uzasadnieniem potępić pakt Mołotow-Ribbentrop zawarty w sierpniu 1939 roku. (…) Dziś rozumiemy, że każda forma zmowy z reżimem nazistowskim była nie do przyjęcia z moralnego punktu widzenia i nie posiadała żadnych perspektyw na realizację. które w tej całej sytuacji można uznać za korzystne”. Dzisiaj mówi inaczej, ale jego słowa tylko dowodzą, że są elementem większej politycznej gry.
Głęboko niepokojące jest jednak to, że wszelkiej maści rosyjscy pseudohistorycy, politolodzy i usłużni dziennikarze chcą za wszelka cenę przypodobać się swojej władzy i wypowiadają mnóstwo nieprawdziwych i głęboko krzywdzących Polskę słów, czynią z niej wspólnika nazistów, współarchitekta najstraszniejszych zbrodni. Pompują przestrzeń medialną nieskrywaną wrogością do Polski, rozpalając ogień, który trudno będzie ugasić.
Putin uderzył nas w najtrudniejsze do obrony miejsce i w najgorszym dla nas momencie. Trudno bowiem zaprzeczać istnieniu antysemityzmu w Polsce przed wojną, w jej trakcie i obecnie. W tej sprawie bronić nas trudno. Chętni do ripostowania Putinowi pojawili się na arenie międzynarodowej dopiero wtedy, gdy na Twitterze obśmiano amerykańską ambasador w Warszawie, gdy odpowiedziała na wypowiedzi rosyjskiego prezydenta. Cóż, jesteśmy sami, to wynik wieloletnich starań obecnej ekipy rządzącej. Analogie z 1939 roku są dość oczywiste. Co robić zatem? Rozmawiać. Myśleć o własnych interesach, rozumieć cudze. Szukać porozumienia a nie wojny, która przegramy zawsze, niezależnie od jej końcowego wyniku. Myśleć. To ostatnie może być najtrudniejszym wyzwaniem.
Jest oczywiście jedna korzyść z tej całej sytuacji: od momentu wypowiedzi Putina, której jednym z istotnych elementów jest polski antysemityzm, można mieć nadzieję, że skończyła się bliska i pełna wzajemnych duserów współpraca niektórych rosyjskich mediów z przedstawicielami skrajnej, antysemickiej i faszyzującej prawicy polskiej. To, co uczynił w ciągu ostatnich lat „Sputnik Polska” w tej dziedzinie jest czymś niepojętym. Promowanie i nagłaśnianie takich ludzi, jak Grzegorz Braun czy szef polskiej Falangi Bartosz Bekier, przeprowadzanie z nimi wywiadów i traktowanie jako wiarygodnych źródeł opisu polskiej rzeczywistości to zwykła kompromitacja. Jeśli Rosja chce wypadać wiarygodnie jako wróg antysemityzmu, czas z tym skończyć. Ale czy tak będzie?

Maciej Wiśniowski

Wdzięczność imperium

Rok mija właśnie, gdy niejaki Juan Guaido, mało znany w swym kraju wenezuelski deputowany, odebrał telefon od samego wiceprezydenta USA, raczej tępawego religijnego integrysty Mike’a Pence’a, by usłyszeć, że władze imperium mianują go „prezydentem” Wenezueli.

Oczywiście wszystko było dogadane już wcześniej, podczas licznych podróży Guaido i jego ludzi do Waszyngtonu, pozostało tylko czekać na ów telefon. Nastąpiła po nim seria nieudanych zamachów stanu. Guaido obiecał Amerykanom, że przeciągnie armię na swoją stronę i USA będą miały ropę, a on władzę. Z armią jednak wystąpił problem.
Z początku wszystko wydawało się mechanicznie proste. Naród trudno przekonać do Ameryki, to jednak nie są romantyczni Polacy. Wenezuelczycy historycznie odczuli na własnej skórze politykę waszyngtońskich gringos i przeważa tam mocne przekonanie „nigdy więcej”. Ale wystarczy jak zwykle przekonać/przekupić armię i dobra skrajna prawica wróci do władzy – wykoncypowali właściciele świata. Ku ich zdziwieniu, styczniowa próba przewrotu spełzła na niczym, choć Guaido, ten „nowoczesny”, „południowoamerykański Macron”, obiecywał, że wojsko praktycznie ma w kieszeni.
Potem były jeszcze jeszcze dwie próby – w kwietniu i listopadzie. Tę drugą można pominąć – była tak śmieszna, że światowa prasa nawet jej nie zauważyła. Miał to być podwójny sukces Ameryki, bo w Boliwii wszystko poszło gładko (tradycje zamachowe lokalnej oligarchii są tam żywsze, wręcz rutynowe), lecz obalenie socjalizmu w Wenezueli okazało się kolejnym złudzeniem. Największe nadzieje dawała próba kwietniowa: światowe telewizje pokazały wreszcie Guaido w otoczeniu wojskowych, stojącego na autostradzie pod bazą lotniczą La Carlota w Caracas z telefonem przy uchu. Obok major Hugo Perra, najwyższy stopniem zamachowiec, wypinał pierś do kamer.
Łącznie w tym telewizyjnym zamachu wzięło wtedy udział kilkudziesięciu wojskowych. Po klapie część z nich uciekła do sąsiedniej Kolumbii, część schroniła się w ambasadzie odzyskanej właśnie przez Amerykanów Brazylii w Caracas, a oficerowie zwiali bezpośrednio do USA. Hugo Parra, jak i inni, szczerze myślał, że zostanie przywitany z honorami i telewizją, jak bohater. Liczył na wdzięczność Ameryki. Kiedy wraz z kolegami wylądował w obozie więziennym dla nielegalnych imigrantów w Teksasie, myślał jeszcze, że to pomyłka. Siedzi tam do dzisiaj. Nic mu nie pomogły zapewnienia, że „sam prezydent Trump popierał Guaido”.
Chodzi o tzw. ironię losu. Major Parra siedzi bezterminowo w amerykańskim obozie koncentracyjnym zgodnie z polityką, którą chciał wprowadzić w swoim kraju. To socjaliści i inni rodacy mieli siedzieć w więzieniach, ale nie on. Amerykanie nie zgadzają się nawet, by wyszedł za kaucją. Cóż, gardzą „przegrywami”. Może się nimi zająć najwyżej policja imigracyjna. Co za kontrast z generałami z Boliwii, którzy dostali spore pieniądze. Oni też uciekli do USA (choć im się udało), by na wszelki wypadek nie mieć do czynienia z rodakami. Wolą się ukrywać, ale są na wolności.
A Guaido? Kilka dni temu spektakularnie przeskoczył płot, niczym kiedyś Wałęsa. Był to płot parlamentu w Caracas – zrobiono zdjęcia z tego wydarzenia w nadziei światowego rozgłosu. Co prawda obok była otwarta brama, a parlament wybrał innego przewodniczącego, lecz „prezydent” Guaido z przyzwyczajenia chciał się znowu proklamować, tym razem na tym stanowisku, nawet bez telefonu z Waszyngtonu. Waszyngton uważa go już za „przegrywa”. Amerykańskie media, jeszcze rok temu wyśpiewywały hołdy na cześć młodego, nieznanego „prezydenta”, a dziś traktują go lodowato.
Formalnie Polska, jak inne satelity imperium, uznała go za głowę państwa wenezuelskiego, wbrew elementarnej rzeczywistości. Nic to ją nie kosztuje, w końcu chodzi o jakiś daleki, nieistotny kraj koło San Escobar. Cierpliwie czeka na amerykańskie poważanie za tę bezinteresowną grzeczność, jak i za inne, już kosztowne pokłony, będąc pewna niczym major Parra, że Stany Zjednoczone nie będą jej uważać za dalekiego „przegrywa”, gdyby miały okazję
się odwdzięczyć.

Trzy chińskie filmowe hity 2019 roku

W ostatnich latach chińska kinematografia szybko się rozwija. Wśród filmów, które miały swoją premierę w Chinach w 2019 roku, 15 z nich osiągnęło wynik ponad 1 miliarda juanów zysku, w tym 10 z nich to produkcje chińskie. Co warto zauważyć chińskie produkcje są coraz lepszej jakości, dzięki czemu budzą zainteresowanie coraz większej rzeszy widzów. Jednocześnie widzowie coraz bardziej świadomie kupują bilety do kina, wybierając te produkcje, które mają dobre opinie krytyków lub w których występuje ich ulubiona gwiazda.

Niekwestionowanym sukcesem filmowym w Chinach był obraz „The Wandering Earth”, które premiera miała miejsce na początku roku 2019. Osiągnął on rekord kasowy kontynentalnych Chin w wysokości 4,7 miliarda juanów. Film został wyprodukowany z niezwykłym rozmachem, dzięki czemu zyskał uznanie wśród odbiorców. „Ne Zha” to animacja dla dzieci, która wypracowała 5 miliardów juanów zysków. Co warte podkreślenia, żadna z tych produkcja nie został stworzona przez profesjonalnych filmowców. Guo Fan, student prawa, spędził siedem lat, przygotowując „The Wandering Earth”, a Jiao Zi to z wykształcenia lekarz, który stworzył „Ne Zha”. Obaj to młodzi twórcy, którzy nie mając wykształcenia kierunkowego ani uprzywilejowanej pozycji w branży filmowej, podążali za swoimi marzeniami. Dzięki temu osiągnęli sukces.
Film „The Captain” jest oparty na prawdziwych wydarzeniach. Zyski tej produkcji osiągnęły wartość 2,8 miliarda juanów. Jest to opowieść o chińskiej załodze lotnictwa cywilnego, która nie boi się niebezpieczeństwa.
Film „Ne Zha”
Premiera filmu „Ne Zhe” w Chinach miała miejsce 26 lipca 2019 roku. Filmowa opowieść oparta jest na starożytnej chińskiej mitologii. Tytułowy bohater „urodził się jako diabeł”, ale „walczył z swoim losem”.
Bóstwo to nazywane często „Trzecim Księciem” (San Taizi) toczy walki ze smokami, wężami i innymi potworami. Poświęcono mu wiele opowieści, w których opisano jego przygody, w trakcie których wykorzystuje podstęp i żarty. Pojawia się jako jeden z bohaterów w powieści Wu Cheng’ena „Wędrówka na Zachód”. W ikonografii przedstawiany jest często stojący w ognistej obręczy podczas walki z wrogami.
Film to połączenie tradycyjnej kultury chińskiej z rozrywką popularną, cieszącą się dużym zainteresowaniem wśród młodych i starszych widzów. Jego przesłanie wiąże się z ideą bycia niezależnym, przełamuje też wiele stereotypów. Chociaż Ne Zha został reinkarnowany jako dziecięcy diabeł, to dzięki przeżytym przygodom, potrafił on kontrolować swoje złe myśli, co przyniosło wiele korzyści dla ludzi. Jego rodzice mówili mu, że nie powinien być bojaźliwy ani słaby, tylko dlatego, że czuje się odrzucony przez ludzi. Dzięki radom udzielonym przez ojca Ne zha w końcu zrozumiał, że poglądy innych ludzi są ważne, ale kiedy są one niesprawiedliwe, nie należy się nimi przejmować, a najlepszą odpowiedzią jest dawanie przykładu swoim działaniem.
Film” The Captain”
Film ten oparty jest na prawdziwym wydarzeniu załogi Syczuan Airlines 3U8633, która sprostała niebezpiecznej sytuacji mającej miejsce 14 maja 2018 roku. Podczas lotu, ze 119 pasażerami na pokładzie, odnotowano pękanie szyb w kabinie pilotów oraz uwolnienie ciśnienia na wysokości 10 tysięcy metrów. Członkowie załogi poradzili sobie w tej trudnej sytuacji i uratowali życie ponad 100 osobom na pokładzie. Jest to jeden z bohaterskich czynów zapisanych w historii światowego lotnictwa cywilnego.
Dystrybucja „The Captain” rozpoczęła się w Chinach 30 września 2019 roku. Prefesjonalizm w chwili kryzysu, odwaga w podejmowaniu trudnych decyzji oraz etyka zawodowa – to tematy poruszone w tym obrazie filmowym. Historia opowiedziana jest z perspektywy różnych bohaterów. W filmie katastroficznym przedstawiono w jaki sposób załoga wdrożyła procedury obniżania ciśnienia czy poinstruowała pasażerów, aby używali masek tlenowych. „Uwierz nam, mamy pewność, że wszyscy wylądujemy bezpiecznie” – słyszymy słowa jednego z bohaterów filmu. Szczególną postacią jest kapitan samolotu Liu Chuanjian. W produkcji przedstawiono także współpracę między pracownikami wieży kontrolnej na lotnisku, wojskowej floty powietrznej czy Biura Zarządzania Ruchem Lotniczym, co odegrało ważną rolę w popularyzacji wiedzy o zawodach związanych z lotnictwem.
Film “The Wandering Earth”
Film science fiction „The Wandering Earth” został oparty na powieści Liu Cixin o tym samym tytule. Fabuła rozgrywa się w 2075 roku. Oto Słońce ulega destrukcji, a życie na Ziemi jest zagrożone. W obliczu tej tragedii ludzie rozpoczynają projekt „The Wandering Earth”, mający na celu ucieczkę poza Układ Słoneczny oraz znalezienie nowego domu.
Interpretując „The Wandering Earth” można doszukać się chińskiej koncepcji rodziny, bohaterstwa, poświęcenia, patriotyzmu i współpracy międzynarodowej. Nie jest to opowieść o superbohaterach ratujących świat, ale o zwykłych ludziach, którzy razem zmieniają swoje przeznaczenie. Jest to również przełom w narracyjnej rutynie hollywoodzkich filmów science fiction, gdyż jest głosem w dyskusji na temat przyszłości ważnych wartości dla ludzkości oraz poszerzając wizję dotyczącą przyszłości.
Chińscy widzowie odnajdą tu wiele rekwizytów, które inspirowane są tradycyjną kulturą. Budzi to w nich uczucia patriotyczne wobec kraju.
Oprócz doskonałych efektów specjalnych, które można zobaczyć we wszystkich trzech produkcjach, niosą one z sobą także pytania egzystencjonalne i głębokie myśli: kim jest bohater?, mój los zależy ode mnie a nie od kogoś innego.
W 2019 roku na srebrnym ekranie pojawiło się także wiele innych chińskich tytułów, między innymi „My People,My Country”, „Crazy Alien ”, „Sheep Without A Shepherd”, „Better Days” itp., które zdobyły duże uznanie wśród publiczności. Jakie premiery filmowe przyniesie 2020 rok? Można liczyć, że filmowych wachlarz propozycji dla widzów w Chinach będzie bardzo różnorodny, co przyniesie także duże zyski dla producentów i dystrybutorów.

TSUE przyhamuje autorytaryzm Orbana?

Stwierdzenie niezgodności z prawem Unii Europejskiej ustawy utrudniającej finansowanie organizacji niewygodnych dla władz zapowiedział rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE Manuel Campos Sánchez-Bordona.Jego opinia jest zapowiedzią wyroku, który niebawem wyda najwyższa prawna instytucja wspólnoty. Oznacza to, że organizacje pozarządowe nad Balatonem nie będą pozbawione środków z zagranicy.

W obliczu słabości politycznej opozycji na Węgrzech, organizacje pozarządowe w ostatnich latach były najsilniejszymi ośrodkami występującymi w obronie praw obywatelskich i praw człowieka. Podczas kryzysu migracyjnego, kiedy rząd Victora Orbana umieszczał uchodźców w obozach koncentracyjnych, obywatelom grożąc karami za udzielenie im schronienia, a na bilbordach pojawiały się hasła szczujące na przybyszy z krajów ogarniętych wojną i głodem, to właśnie NGOsy demaskowały działania władzy najskuteczniej,
W odpowiedzi, w 2017 r. Węgry przyjęły ustawę dotyczącą finansowania organizacji obywatelskich, otrzymujących wsparcie z zagranicy. Rząd przepychając ustawę przez parlament, wskazywał, że zagrożeniem jest „obca agentura”, której głównym patronem jest złowrogi finansista George Soros. Zgodnie z literą ustawy, organizacje podlegają rejestracji przez węgierskie organy jako „organizacje otrzymujące wsparcie zagraniczne”, gdy wysokość darowizn otrzymanych w danym roku osiągnie określony próg.
NGOsy muszą wyszczególniać nazwiska lub nazwy darczyńców, od których wsparcie wynosi co najmniej 500 tys. forintów (ok. 1,5 tys. euro), oraz podawać dokładną kwotę wsparcia. Informacje te podlegają następnie ogłoszeniu na platformie elektronicznej, do której dostęp jest publiczny i bezpłatny. Oprócz tego dane organizacje obywatelskie muszę podać na swojej stronie internetowej i w swoich publikacjach, że są „organizacją otrzymująca wsparcie zagraniczne”.
Ustawę do TSUE zaskarżyła Komisja Europejska, której zdaniem prawo ustanowione przez Budapeszt narusza szereg praw chronionych Kartą praw podstawowych Unii Europejskiej. Chodzi o przepisy chroniące prywatność, dane osobowe i wolność zrzeszania się.
Rzecznik TSUE podzielił opinię KE, co jest niejako zapowiedzią wyroku, który zostanie ogłoszony w ciągu najbliższych tygodni. Węgry będą musiały zmodyfikować swoje przepisy tak, aby nie stały w sprzeczności z prawem unijnym.

Rząd chce wymanewrować związki

Po ponad miesiącu historycznej mobilizacji francuskiego świata pracy francuski rząd udaje, że chce negocjować i iść na ustępstwa. Całej reformy emerytalnej, oddającej utrzymanie starszych obywateli w ręce kaprysów rynku, nie cofnie, ale jest gotów rozmawiać o tym, by pełne prawa do emerytury były jednak nabywane w 62. roku życia, a nie w 64.

9 i 11 stycznia były kolejnymi dniami imponującej mobilizacji pracowników i młodzieży. Wezwanie central związkowych do demonstrowania spotkało się z odzewem w całym kraju.
– Demonstrowano w 275 miastach, łącznie na ulice wyszło 1,7 mln pracowników i młodzieży, a wspólne stanowisko było takie samo, jak od początku strajku: rząd ma wycofać się z całej reformy emerytalnej! – mówi Portalowi Strajk Benoit Lahouze, działacz antykapitalistycznej lewicy i redaktor pisma „Informations Ouvrieres” o demonstracjach 9 stycznia. – Związki zawodowe zrzeszające funkcjonariuszy publicznych odmówiły podjęcia negocjacji z rządem. We wtorek przywódcy najważniejszych central udali się na negocjacje z rządem, ale następnie prasa ujawniła, że projekt ustawy o emeryturach wpłynął już do Rady Państwa, co jest pierwszym krokiem przed jego przyjęciem. To dowód, że Macron nie chce negocjować naprawdę, chociaż strajk ma poparcie 60 proc. społeczeństwa.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych utrzymuje, że 9 stycznia na ulice wyszło jedynie 452 tys. ludzi, z czego 21 tys. w Paryżu. Tymczasem centrala związkowa CGT zliczyła aż 150 tys. demonstrantów i demonstrantek w samej stolicy. Według aktywistów z kolektywu „Informations Ouvrieres” szczególnie imponujące marsze przeszły również przez Marsylię i Tuluzę (ponad 100 tys. protestujących), Bordeaux (70 tys.), Hawr (35 tys.) czy Rouen (30 tys.). Ciągle strajkują wszystkie wielkie francuskie rafinerie, historyczne rozmiary przybrał strajk adwokatów, zaostrza się sprzeciw środowiska akademickiego, gdzie nie tylko protestują akademicy i studenci, ale też zawiesiły pracę liczne pisma naukowe. Strajkom i manifestacjom towarzyszą zgromadzenia ogólne (assemblées générales) protestujących z danego sektora czy zakładu pracy, gdzie zapadają decyzje na temat dalszej taktyki działania, kontynuowania protestu i jego metod. 11 stycznia na kolejny dzień walki przybyło 500 tys. oburzonych obywateli według szacunków związkowych i 150 tys. według MSW oraz przychylnych rządowi mediów, które od początku starają się bagatelizować strajk.
Najnowszy gest rządu, który w podpisanym przez premiera liście otwartym zadeklarował, że prawa emerytalne mogłyby jednak być nabywane po ukończeniu 62 lat, również obliczony jest raczej na uśpienie strajkujących i zasianie podziałów wśród związkowców. Prezydent chciałby przede wszystkim przeciągnąć na swoją stronę bardziej ugodowe centrale na czele z CFDT, które przed grudniem 2019 r. podchodziły bardziej spolegliwie do jego neoliberalnej polityki. Nawet jeśli teraz to nie one nadają ton protestom ulicznym, bo Francuzi mają agresywnego kapitalizmu stanowczo dość. Philippe Martinez z CGT zarzucił Macronowi, że nie słucha głosu społeczeństwa, a gdyby chciał naprawdę zagwarantować wyższe emerytury, co obiecuje, to działałby raczej w kierunku stymulowania wzrostu płac.
Tymczasem liderzy CFDT wyrazili radość z powodu „gotowości rządu do ustępstw”, chociaż w rzeczywistości Macron i jego rząd nie cofnęli się na krok: nawet w liście do związków, w którym zapisano rzekome „ustępstwo”, zapisano również, że dalsze decyzje w sprawie finansowania systemu emerytalnego państwo podejmie po dalszych analizach problemu do końca kwietnia. Tym samym zastrzega sobie, by za jakiś czas, gdy mobilizacja spadnie, znowu ogłosić, że „nic nie da się zrobić” i konieczne są antyspołeczne rozwiązania, a będzie już po pierwszym czytaniu projektu w parlamencie.

Haitańska WOŚP

„No, Polacy… walczyliście o naszą i waszą niewolę, ha-ha-ha” – śmiech haitańskiego pisarza Dany’ego Laferrière’a przypomniał mi się dziwacznie, gdy w niedzielę wyszliśmy z Psiną zaczerpnąć świeżego smogu i natknęliśmy się na grupkę młodych ludzi z WOŚP-u.

Jakiś pan tato robił zdjęcie swemu dziecku wciskającemu dziesięciozłotowy banknot do skarbonki, mama wciskała głowę w kadr.
OK, prawdę mówiąc, skojarzenie z Danym, którego miałem okazję poznać osobiście, nie było pierwsze. Najpierw stanęły mi przed oczami te niezliczone selfie dumnych Amerykanek lądujących na chwilę na haitańskiej plaży, białą łodzią z wielkiego wycieczkowca, by czekać na czarne dzieciaki i kobiety, którym zabrakło wody. Przybiegały niezawodnie. Działo się to po wydarzeniu sprzed 10 lat: 12 stycznia 2010 r. wyspą wstrząsnęła ziemia i wiatr znowu dał biednym po oczach, wszystko było w proszku, studnie zasypane jak ludzie.
Obsługa wystawiała więc zgrzewki butelek na piach tak, by wszyscy turyści, którzy płynęli na Karaiby, mogli sobie zrobić zdjęcie. Za najlepsze uchodziły te, kiedy przymuszony dzieciak pił z butelki trzymanej w dłoni uśmiechniętego dobroczyńcy. Jak nie chciał, to machało się przed nim srebrzystą monetą, nawet banknotem. Facebook i inne tego typu portale przeżywały eksplozję niezrównanego sukcesu. Biura turystyczne przez cały miesiąc oferowały wakacjuszom specjalne przystanki na Haiti za niewielką dopłatą, serce rosło.
„Murzyn należy do królestwa roślin” albo „Gdy planeta wyleci w powietrze, eksplozja zaskoczy nas w trakcie metafizycznej dyskusji o źródłach pożądania” – tytuły rozdziałów z Jak bez wysiłku kochać się z Murzynem? – książki Dany’ego, która wyszła u nas jeszcze przed tamtym trzęsieniem, były przedmiotem naszej rozmowy, gdy zwieszeni nad barem podśmiewaliśmy się z tego lub tamtego. Nie, czarny haitański pisarz nie miał do Polaków żadnych historycznych pretensji, „sami byliście wtedy Murzynami, ha-ha-ha” mówił, gdy wspominaliśmy jak nasi, na rozkaz ówczesnego imperium, krwawo tłumili powstanie haitańskich niewolników.
12 stycznia 2010 r. w ciągu kilku minut zginęło ok. 200 tys. ludzi, 300 tys. innych odniosło rany, półtora miliona domów rozpadło się jak domki z kart. Ofiar było stosunkowo mało (sic), gdyż wiele tych domów było zbudowanych z blachy i kartonów, ale ludzie i tak umierali później z braku pomocy lekarskiej, pragnienia lub głodu. Pewnie mało kto pamięta dziś ową planetarną mobilizację, to „ratowanie Haiti”, te miliardy obiecywane na wyścigi. A przecież serce rosło.
„To dziesięciolecie stracone, zupełnie stracone. Nawet stolica nie została odbudowana. Ale złe zarządzanie nie zależało wyłącznie od władz lokalnych: na szczeblu międzynarodowym nie wprowadzono żadnego mechanizmu zarządzania pomocą, by kraj mógł z niej skorzystać” – mówił niedawno haitański ekonomista Kesner Pharel. Inaczej mówiąc, międzynarodowe serce rosło kosztem mózgu. Nieskoordynowane, charytatywne odruchy zastąpiły wszelkie możliwe rozwiązania systemowe, bo każdy chciał być „dobry”.
Obiecane miliardy nie nadeszły lub zniknęły po drodze w tajemniczych okolicznościach. Niektóre wielkie koncerny „robiły sobie selfie” reklamując się pomocą dla Haiti dla podniesienia sprzedaży. Różne telewizje podnosiły szlachetność swych telewidzów, zbierając radośnie pieniądze, z których średnio pięć procent trafiało na wyspę. Tak, było też trochę autentycznej, doraźnej pomocy, ale szybko się ona skończyła. „Nikt nie rodzi się Murzynem, lecz nim się staje” – mówi sentencjonalny tytuł ostatniego rozdziału z książki Dany’ego, jakby ta prawda była uniwersalna. I jest to rozdział optymistyczny, niczym spektakl WOŚP, dla pokrzepienia serc.

Represje po strajku

Ćwierć miliarda pracowników wzięło udział w środowym strajku generalnym przeciw neoliberalnej polityce rządu premiera Narendry Modiego z rasistowskiej Indyjskiej Partii Ludowej (BJP). Rząd teraz kontratakuje: masowe aresztowania, lokauty, pozbawianie miesięcznych zarobków, kary dyscyplinarne, wysyłanie faszystowskich bojówek do zakładów pracy i na uniwersytety. Indie stały się przykładem politycznej symbiozy bezwzględnego autorytaryzmu z neoliberalizmem.

Już w czasie strajku, który objął zarówno sektor publiczny, jak i prywatny, doszło do starć manifestantów z policją – w Kalkucie policjanci użyli ostrej amunicji. Jednak wcześniejsze groźby rządowe nie bardzo wpłynęły na ograniczenie protestów, Indie stanęły na cały dzień.
Strajk, oprócz central związkowych, poparły obie indyjskie partie komunistyczne i nawet opozycyjna, prawicowa Partia Kongresowa. Strajkujący domagali się m.in. walki z bezrobociem, podstawowej ochrony socjalnej dla wszystkich pracowników, podniesienia groteskowo małej płacy minimalnej, jak i zniesienia grudniowej ustawy dyskryminującej mniejszość muzułmańską.
Rząd Modiego od maja zeszłego roku wprowadza ustawy ograniczające i tak nikłe prawa pracownicze, w tym prawo do strajku. Do tego prywatyzuje co się da z sektora publicznego (w tym np. Air India, czy koleje) i hurtowo zmniejsza podatki dla przedsiębiorstw.
W wiecach strajkowych wzięli też udział liczni rolnicy, miliony kobiet i mężczyzn, mimo zakazu manifestowania i policyjnej przemocy. Od trzech dni rząd blokuje internet w części stanów i prowadzi aresztowania liderów robotniczych.
Oprócz kar spadających na pracowników, rząd uruchomił bojówki RSS (Narodowego Stowarzyszenia Ochotników) – faszystowskiej partii, z której w 1980 r. wyłoniło się rasistowskie ugrupowanie obecnego premiera.
Mężczyźni uzbrojeni w kije i łomy biją licznych pracowników i studentów w zakładach pracy i w szkołach wyższych, w stolicy New Delhi i innych miastach, by ich ukarać za udział w strajku. Indyjska lewica porównuje zastosowaną przemoc i neoliberalne „reformy” do czasów kolonialnego niewolnictwa, gdy krajem rządzili Brytyjczycy. Tym razem jednak nie chodzi już o walkę o niepodległość, lecz walkę klas.

Szkoci za referendum

All Under One Banner – to hasło demonstracji, która przeszła wczoraj ulicami największego szkockiego miasta. Marsz był mocnym sygnałem wysłanym do rządu Wielkiej Brytanii. Szkoci chcą mieć możliwość ponownego zadecydowania o dalszych losach ich kraju.

Mimo deszczowej aury dziesiątki tysięcy flag z krzyżem Świętego Andrzeja powiewały na Kelvingrove Park, gdzie rozpoczęła się sobotnia demonstracja. Było to największe zgromadzenie zwolenników wyjścia Zjednoczonego Królestwa od wielu miesięcy i na pewno nie ostatnie, Ruch niepodległościowy zapowiedział już kolejne marsze.
Pojawili się zwolennicy pozostania w Unii. Poparcie dla idei niepodległości jest w Szkocji na fali wznoszącej. Jeszcze w marcu 2019 jedynie 35 proc. ankietowanych opowiadało się za opuszczeniem unii. Obecnie niektóre sondaże pokazują remis.
Miażdżące zwycięstwo Partii Konserwatywnej w wyborach do Izby Gmin oraz utrata złudzeń, że brexit można jeszcze zahamować doprowadziły do renesansu nastrojów separatystycznych. Grudniowa elekcja, w której Szkocka Partia Narodowa osiągnęła najlepszy wynik w historii, wprowadzając do parlamentu w Londynie 59 deputowanych (13 więcej niż w poprzedanich wyborach) dała rządowi Nicoli Sturgeon lepszą pozycję negocjacyjną w starciu z premierem Borisem Johnsonem.
Szef brytyjskiego rządu, który odrzucał dotąd możliwość zapalenia zielonego światła na nowe referendum, ma w swoim gabinecie ministra ds. unii – nowy urząd utworzony w celu utrzymania Zjednoczonego Królestwa w obecnym kształcie. Decyzja ta świadczy o tym, że Johnson traktuje poważnie niepodległościowe aspiracje Edynburga. Głównym zadaniem rządu Strugeon jest doprowadzenie do ponownego referendum.
– Szkocja bardzo wyraźne chce innej przyszłości niż ta, która została wybrana przez większość w pozostałej części Zjednoczonego Królestwa, i Szkocja chce mieć prawo do decydowania o własnej przyszłości. Torysi – choć bez wątpienia tak długo, jak to możliwe, będą wściekać się na rzeczywistość – muszą ją zaakceptować i zrozumieć. Zostali odrzuceni w Szkocji. Postawili kwestię sprzeciwu wobec referendum niepodległościowego na karcie do głosowania i stracili poparcie, stracili ponad 50 proc. miejsc – to była katastrofalna porażka torysów w tej sprawie – mówiła Sturgeon po grudniowych wyborach.
W 2014 roku w Szkocji odbył się plebiscyt w sprawie wyjścia z UK. Za odłączeniem się od struktur UK było wówczas 44,70 proc. głosujących, a za pozostaniem częścią Zjednoczonego Królestwa – 55,30 proc. Frekwencja wyniosła 84,59 proc.

Pożyteczny Trump

Lata temu ukuto termin pożyteczny idiota. W myśl definicji to taki ktoś, kto sądząc, że robi dobrze, działa na rzecz tych, przeciwko którym występuje.
Czyli wypisz, wymaluj prezydent USA.

Parę miesięcy temu Trump mocno zaangażował się w sprawę protestów w Hongkongu. Jego zdaniem… to on uratował Hongkong.
– Gdyby nie ja, Hongkong zostałby unicestwiony w 14 minut. Gdyby nie ja, tysiące ludzi byłoby zabitych w Hongkongu i nie byłoby żadnych zamieszek, byłoby państwo policyjne – powiedział prezydent USA w wywiadzie dla stacji telewizyjnej Fox News.
Trump wyjawił przy tej okazji, że prezydent Chin Xi Jinping „ma milion żołnierzy stojących pod Hongkongiem”.
– Nie wkraczają tylko dlatego, że powiedziałem mu: „proszę nie rób tego, bo zrobisz wielki błąd, będzie to miało niezwykle negatywny wpływ na porozumienie handlowe”.
Demonstranci oskarżani przez Pekin zaczęli więc protestować jeszcze bardziej, co upewniło Chińczyków w tym, że za wydarzeniami w autonomiczneym obszarze stoją Amerykanie. Czyli enuncjacje prezydenta USA wsparły linie propagandową władzy.
Teraz, gdy po przyznaniu się Iranu do zestrzelenia Ukraińskiego samolotu, w Teheranie demonstrują setki Irańczyków oskarżanych przez ajatollachów o bycie agenturą amerykańską, Trump wyskakuje z twittem po irańsku.
„Do odważnych, cierpiących mieszkańców Iranu: byłem po waszej stronie od początku mojej prezydentury i nadal będę was wspierać” – napisał na Twitterze Donald Trump. Ostrzegł też władze Iranu: „Nie może być kolejnej masakry pokojowych demonstrantów. Świat patrzy”,
Prezydent USA albo nie ma pojęcia, że robi demonstrantom niedźwiedzią przysługę, albo ma ich tam gdzie zdradzonych przez siebie Kurdów

Palestyńczyk to nie człowiek

O tym, co dalej z „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie” i dlaczego marna to demokracja, Wojciech Łobodziński (strajk.eu) rozmawia w Jerozolimie z Oferem Neimanem, działaczem lewicy izraelskiej zaangażowanym w ruch Boycott, Divestment and Sanctions.

Od momentu zamordowania Ghasema Solejmaniego cały świat patrzy na Bliski Wschód z wielkim niepokojem. A ty, przedstawiciel izraelskiej lewicy, boisz się o przyszłość?
Ja widzę dwie koalicje zła: jedną tworzą Iran, Rosja i Syria pod rządami Baszszara al-Asada, a drugą – Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael. W krajowej polityce nie spodziewam się żadnego przełomu.
To od czego powinniśmy zacząć rozmowę o polityce współczesnego Izraela?
Od tego, że epoka Netanjahu dobiega końca. Na naszych oczach kończy się okres dominacji polityka, który przez ostatnie dwadzieścia pięć lat był najpotężniejszą i najbardziej wpływową osobą w Izraelu. Pierwszy raz został premierem w 1996 r., ale już wcześniej był znaczną postacią po stronie opozycji.
Jak udało mu się dominować przez tak długi czas?
Netanjahu doszedł do władzy dzięki wielu czynnikom. Po pierwsze miał i nadal ma silne poparcie ze strony establishmentu amerykańskiego, tak od strony Demokratów, jak i Republikanów. Dzięki szerokim znajomościom za oceanem posiada dużą sieć indywidualnych sponsorów, przyjaznych think tanków, lobbystów. Po drugie, Netanjahu wygrał, bo obiecał wyjście z kryzysu. W latach 90. Izrael zaczął „otwierać się na świat”, rozpoczynał się proces prywatyzacji. Netanjahu reprezentował obietnicę lepszej przyszłości, którą miały dać ekonomia neoliberalna, leseferyzm i otwarty rynek.
Netanjahu grał instrumentalnie hasłami nacjonalistycznymi czy w nie wierzył?
Wielu mówi, że to populista. Ja bym powiedział, że nawet jeśli jego działania wpisują się w definicję populizmu, to jest to najbardziej „ideologiczny” premier w historii Izraela. Jego poglądy to czysty kanon prawicowej myśli syjonistycznej – idea Wielkiego Izraela. Jeśli chcemy go zrozumieć z tej strony, musimy zrozumieć jego ojca Bencijjona Netanjahu (1910-2012), historyka i zarazem ekstremistycznego syjonistę, powiedziałbym wręcz – faszystą z narodowo-romantyczną wizją.
A gospodarka według Netanjahu to…
Klasyka reaganeconomics: neoliberalizacja gospodarki i usług publicznych, uzależnienie emerytur od poziomu inwestycji – stały się one przedmiotem gry na giełdzie.
To dlatego jego epoka już się kończy? Zwykle za neoliberalizacją idzie pauperyzacja większości obywatelek i obywateli.
Osłabienie Netanjahu to z jednej strony po prostu kwestia czasu. Jeśli jest się u władzy tak długo, to z każdym rokiem liczba twoich przeciwników się powiększa. Udało mi się do tej pory grać na różnych frontach, jednak dziś większość opinii publicznej raczej jest mu wroga. Po drugie, swoje robią podziały na Żydów aszkenazyjskich, pochodzących z Europy, i mizrachijczyków, którzy przybyli z państw arabskich. Chociaż sam Netanjahu jest aszkenazyjczykiem, to Likud uważany jest za partię mizrachijczyków.
Aszkenazyjczycy, ludzie tacy jak ja, biali, od początku istnienia państwa traktowali mizrachijczyków jak ludzi drugiej lub trzeciej kategorii, podobnie jak Arabów. W późnych latach od lat 40. do końca lat 60. miały miejsce takie praktyki jak porywanie dzieci Żydów pochodzących z krajów arabskich i bałkańskich, które następnie oddawano „białym”, którzy przeżyli Holocaust. Ten ogromny rachunek krzywd dopiero od niedawna staje się obiektem debaty publicznej. Netanjahu ma ogromne poparcie właśnie wśród tych grup. Bazuje ono również na resentymencie wobec Partii Pracy i jej dawnemu establishmentowi, który w znacznej mierze legitymizował powyższe działania wobec „nie-białych” Żydów, szczególnie w początkowej fazie powstawania państwa Izrael pod rządami Ben Guriona. Mizrachijczycy dostawili w przydziale najgorsze osiedla w jakiś odciętych od świata czarnych dziurach pośród pustyni albo w górach. Polityka Partii Pracy była rasistowska nie tylko w stosunku do Palestyńczyków. Jeśli chcemy zrozumieć izraelską politykę, to trzeba rozumieć te wszystkie poziomy wykluczenia, które towarzyszą naszej historii.
Co więc kieruje opozycją wobec Likudu?
Wobec Netanjahu zawsze istniała jakaś opozycja ze strony ludzi takich jak ja – Żydów aszkenazyjskich o poglądach sekularnych. Ale dynamice całej sytuacji nadały ruchy Awigdora Liebermana, pochodzącego z Mołdawii potężnego polityka, który politycznie dojrzał w Likudzie. Był on de facto prawą ręką Netanjahu, organizował Likud, kiedy był w opozycji. W 1999 odszedł i założył własną neokonserwatywną partię, Nasz Dom Izrael, która próbuje do dziś dotrzeć do rosyjskich Żydów, chociaż nie tylko. Osiąga poparcie rzędu czterech procent do kilkunastu. Lieberman od 1999 r. nie raz wchodził do rządów formowanych przez Netanjahu. Trzeba dodać, że reprezentuje on w znacznej mierze osadników, ludzi, którzy zajmują ziemię Palestyńczyków. Jednocześnie nie nazwałbym go fanatykiem religijnym. Jest w stanie zgodzić się pod pewnymi warunkami na rozwiązanie niektórych osiedli i dogadanie się z Autonomią Palestyńską, co dla religijnych osadników w ogóle nie wchodzi w grę.
Coś musiało się wydarzyć na linii Netanjahu – Lieberman. Przez tyle lat rządzili razem, dziś są sobie przeciwni. Z pewnością ma to wiele wspólnego z zarzutami korupcyjnymi pod adresem Netanjahu, zwłaszcza, że wszyscy wiedzą, że to zarzuty prawdziwe.
I to właśnie Lieberman zakończy erę Netanjahu? Jeden prawicowiec zastąpi drugiego?
Lieberman nie jest głupi i ma ambicje, by zostać najpierw języczkiem u wagi przy formowaniu nowej koalicji, a potem kolejnym premierem. Bez niego sformować rządu nie będzie się dało, chyba, że coś się zmieni na lewicy. Jego dotychczasowe wymówki są absurdalne. „Nie mogę stworzyć rządu z Netanjahu, ponieważ nie chciał zmusić ultraortodoksów do służby w armii” – nie, Lieberman po prostu gra na upadek dawnego kompana.
Z drugiej strony Netanjahu może pochwalić się tym, że wywindował Izrael na pozycję mocarstwa, może nie globalnego, ale regionalnego. Dziś na Bliskim Wschodzie, cokolwiek się stanie, wszyscy zwracają swe oczy w kierunku Izraela, czekają na jego reakcję i potem to ona w znacznej mierze konstruuje bieg wydarzeń. Ponadto wszystkie państwa graniczące z Izraelem są dziś pogrążone w kryzysie.
I to jest jego główna karta przetargowa. Izrael jest dziś potężniejszy niż kiedykolwiek, jest w sojuszu z Arabią Saudyjską i Egiptem, ma zabezpieczone granice i może sięgać dalej. Netanjahu uwielbia chwalić się mocarstwowością i hołubić własne dokonania, co oczywiście znajduje niemały poklask. W jego narracji wszystkie sukcesy ekonomii, przemysłu zbrojeniowego i high tech w Izraelu to jego własne dokonania, nawet jeśli nasza zbrojeniówka od dawien dawna była w globalnej czołówce. A rywale? Ich premier przedstawia jako ludzi bez wizji, zajętych miałką polityką.
Trudno powiedzieć, by lider Niebiesko-Białych Benny Gantz był „człowiekiem bez wizji”.
Dlatego retoryka Netanjahu wcale nie musi zadziałać w jego wypadku. Nie wykluczam, że to Niebiesko-Biali będą największymi wygranymi nowych wyborów. Gantz jest popularny, reprezentuje moje „plemię”: aszkenazyjskich, liberalnych, świeckich Żydów. Jego fenomen jest drugą stroną rasizmu wewnątrz naszej społeczności. Ludzie uwielbiają go za jego niebieskie oczy, wzrost i muskulaturę, mundur, medale i piękny język oraz sposób przemawiania.
A jaki program polityczny się za tym kryje?
Stanowisko liberalne obyczajowo i neoliberalne ekonomicznie. Co do gospodarki mamy praktycznie konsensus. W kwestii palestyńskiej w zasadzie też, bo jak inaczej odczytać słowa Gantza: „Nie zaatakujemy nikogo, jeśli nikt nas nie zaatakuje”? On nawet nie udaje, że chce jakichś negocjacji pokojowych.
A co z Partią Pracy?
W poprzednim wieku była ona jedną z najpotężniejszych partii w kraju. Dziś wymiera. W poprzednich wyborach ledwo udało jej się zdobyć kilka procent poparcia, teraz nawet nie wiem, czy wejdą do parlamentu. Warto przypomnieć też jeszcze jedną partię lewicową, dziś bliską upadku – Merec, której przewodzi Tamar Zandberg. Dawniej sam na nich głosowałem, jednak odszedłem przez rasistowską retorykę wymierzoną w Palestyńczyków i mizrachijczyków. Nie obchodzi ich okupacja Zachodniego Brzegu, choć często o niej mówią, używając właśnie terminu okupacja, jako jedyna partia żydowska. To jest symbolicznie ważne, lecz nie pociąga za sobą żadnych działań.
Lista arabsko-żydowska zdobyła w ostatnich wyborach najwyższy wynik w swej historii. Ma trzynastu posłów. Może to oni są nadzieją?
Ten wynik sprawił mi wielką radość. Okazało się, że bez partii palestyńskich Gantz nie jest w stanie stworzyć rządu. Ale sam nie jestem pewien, czy bym chciał koalicji pod wodzą Niebiesko-Białych. Partie arabskie poniosłyby zbyt dużą cenę. Większość polityków arabskich chce tej współpracy, lecz część kompletnie jej sobie nie wyobraża. Jedną z koalicji, wchodzących w skład jednej listy arabsko-żydowskiej, będących za takim rozwiązaniem, jest Hadasz i współtworzącą ją partia komunistyczna, Maki, która łączy palestyńskich obywateli Izraela i Żydów. Na jej czele stoi Ayman Odeh. W moim przekonaniu ci, którzy chcą koalicji z liberałami widzą tylko wąski interes Palestyńczyków posiadających obywatelstwo Izraela. Zapominają o uchodźcach i ludziach z Gazy oraz Zachodniego Brzegu. Ja jako uprzywilejowany, lewicowy Żyd uważam za swój obowiązek patrzeć z szerokiej perspektywy, która obejmuje mieszkających za murem. Boję się tego, że apartheid wobec nich, wspierany przez część partii arabskich, spotęguje tyko koszmar rasizmu.
Zadam zresztą proste pytanie: co stanie się z taką koalicją dzień po tym, gdy Izrael znów zbombarduje Gazę? Przecież wśród Palestyńczyków nastąpi wtedy rozłam: jedni poprą partie wchodzące w skład rządu Niebiesko-Białych, inni będą upominać się o prawa Gazy. Zresztą to pytanie abstrakcyjne. Gantz nie różni się w podejściu do Palestyńczyków od Netanjahu…
Ale to Netanjahu mówił o aneksji Doliny Jordanu, co jest bardzo prawdopodobne w świetle zajęcia przez niego Wzgórz Golan i rozwiązania kwestii ambasady USA w Jerozolimie.
Trzeba czytać pomiędzy słowami. Niebiesko-Biali nie inicjują takich rozwiązań, nie stosują takiej retoryki, nie zaanektują Doliny Jordanu, jednak nie będą mieli nic przeciwko, jeśli zrobi to Netanjahu. Jeśli świat temu przyklaśnie, sami to zaakceptują. Cieszyli się przecież, gdy ambasada USA była przenoszona do Jerozolimy. Nie mają też nic przeciwko budowie kolejnych osiedli, które tylko wzmacniają już i tak niezwykle silne napięcia w rejonach znajdujących się pod okupacją. Mówią, że Izrael powinien anektować osiedla, by zapewnić sobie „bezpieczeństwo”. Rzekomo to „blok osiedli” ochroni Izrael. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.
Taka retoryka ma na celu legitymację okupacji. Netanjahu jest czystym nacjonalistą, Niebiesko-Biali będą retorycznie kluczyć, ale w rzeczywistości skończy się na tym samym. Co do murów, osiedli, okupacji i checkpointów istnieje konsensus mainstreamowych partii. Traktowanie Palestyńczyków z terenów okupowanych jak ludzi nie mieści się w horyzoncie dzisiejszej polityki izraelskiej.
Da się z tym skończyć?
Jedyną opcją jest stworzenie izraelskiej lewicy opartej na Palestyńczykach, która będzie otwarta na Żydów i współtworzona również przez nich. Musi powstać siła, która połączy obie grupy i będzie walczyć z każdym rodzajem opresji, od ekonomicznej po rasistowską. Dziś połączona lista arabska daje pewne nadzieje, znajdują się na niej oczywiście też islamiści, ale znaczna część jest lewicowa. Problemem jest podejście do kwestii jednego państwa. Większość, tak jak komuniści, chce niestety utworzenia dwóch państw.