Jak Pedro Castillo wygrał w Peru

Na nic się zdała medialna kampania nienawiści, wielkie bilbordy straszące ,,drugą Kubą i Wenezuelą” oraz płaczliwe apele ,,autorytetów” ostrzegające przed ,,komunistą”. Peruwiańczycy zdecydowali, a Krajowy Trybunał Wyborczy oficjalnie ogłosił, że prezydentem kraju zostanie Pedro Castillo, wiejski nauczyciel i związkowiec. To jasny sygnał wysłany całej skompromitowanej klasie politycznej i pierwsza od dekad szansa na realną prospołeczną zmianę w tym kraju.

Powiedzieć o sytuacji w Peru, że panuje tam wszechogarniający kryzys, to jak nic nie powiedzieć. Najpierw w początkach ubiegłego roku pandemia COVID-19 brutalnie obnażyła dekady zaniedbań w zakresie ochrony zdrowia, pochłaniając dotychczas 190 tys. ofiar (najwyższy współczynnik śmiertelności na świecie). W ślad za nią przyszła zapaść gospodarcza, w wyniku której cztery miliony Peruwiańczyków straciły pracę, pięć milionów popadło w ubóstwo, a dziesiątki tysięcy straciły dach nad głową. Jakby tego było mało, jesienią nałożył się na to kryzys polityczny. Parlamentarne intrygi prawicy doprowadziły do tego, że Peru miało trzech prezydentów w ciągu tygodnia, a dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by domagać się zmian. Było wielu zabitych i rannych.
Powszechnie zdawano sobie zatem sprawę, że nadchodzące wybory prezydenckie i parlamentarne będą zdecydowanie inne niż poprzednie. I rzeczywiście takie były – I turę niespodziewanie wygrał kandydat, którego media głównego nurtu ignorowały, nie zaliczając nawet do szerokiego grona faworytów i któremu sondaże dawały poparcie na granicy błędu statystycznego. Na przekór temu Pedro Castillo zdobył 19 proc. głosów, a jego partia Perú Libre wygrała wybory parlamentarne, uzyskując 37 mandatów w 130-osobowym Kongresie Republiki.
Warto tu na chwilę zatrzymać się przy samej postaci Castillo oraz jego programie. Jest on nauczycielem w wiejskiej szkole podstawowej w Puña w górskiej prowincji Chota, gdzie mieszka wraz z żoną (również nauczycielką) i trójką dzieci. Ogólnokrajowy rozgłos zdobył w 2017 roku, kiedy dał się poznać jako bezkompromisowy lider ogólnokrajowego strajku nauczycieli. W wyborach startował z ramienia partii Perú Libre (choć sam nie jest jej członkiem), określającej się jako marksistowska i socjalistyczna.
W swoim programie Pedro Castillo postuluje przede wszystkim zdecydowaną podwyżkę podatków dla zagranicznych koncernów wydobywczych. Peru posiada bowiem ogromne złoża surowców naturalnych – jest największym na świecie producentem srebra, drugim na świecie producentem miedzi i cynku, znajduje się również w czołówce światowych rankingów wydobycia cyny, ołowiu, złota, rtęci i molibdenu.
Jednak zdecydowana większość zysków z tych bogactw trafia obecnie do rąk zagranicznych koncernów górniczych i lokalnych oligarchów biznesowych, w żaden sposób nie przyczyniając się do poprawy sytuacji zwykłych Peruwiańczyków.
Dzieje się to głównie za sprawą tzw. umów o stabilności podatkowej, których wiele władze Peru od lat dziewięćdziesiątych podpisały z wielkimi firmami wydobywczymi. Gwarantują im one na wiele lat zamrożenie bardzo niskich taryf podatkowych. Dla przykładu, firma MMG, zarządzająca kopalnią miedzi Las Bambas w Peru, w 2011 roku podpisała umowę, która gwarantuje jej brak zmian w kilkuprocentowych stawkach podatkowych do końca 2030 roku, zaś gigant wydobywczy Anglo American wraz z Mitsubishi dla swojej kopalni miedzi Quellaveco mają taką umowę do 2037 roku.
W trakcie kampanii Castillo deklarował, że jeśli zostanie prezydentem, to ,,dokona gruntownego przeglądu kontraktów” i podejmie działania, by 70 proc. zysków z surowców naturalnych pozostawało w Peru. Niejednokrotnie podkreślał też, że państwo powinno przejawiać większą aktywność w większości kluczowych sektorów gospodarki, takich jak górnictwo, ropa naftowa, hydroenergetyka, gaz i transport oraz że w tym celu gotów jest przeprowadzić nacjonalizację części przedsiębiorstw. Z uzyskanych w ten sposób środków zamierza zreformować i dofinansować edukację, publiczną służbę zdrowia oraz zabezpieczenia socjalne (przede wszystkim system emerytalny).
,,Aby wypowiadać się w sprawie edukacji, trzeba mieć do tego moralną legitymację. Moje dzieci chodzą do szkoły publicznej. Mi nikt nie płacił za studia” – powiedział w czasie kampanii, zapowiadając dążenie do zwiększenia nakładów na szkolnictwo i naukę do 10 proc. PKB.
Lider Perú Libre głośno mówi także o drugiej reformie rolnej i potrzebie zmiany neoliberalnej konstytucji z 1993 roku, będącej reliktem dyktatury Alberto Fujimoriego i filarem władzy elit biznesowo-politycznych. Obiecuje zwołanie w tym celu zgromadzenia ustawodawczego, mającego przygotować projekt nowej ustawy zasadniczej, która „będzie miała kolor, woń i smak ludu”. Planuje również obciąć o połowę pensje ministrów i deputowanych oraz wydać wojnę korupcji, szczególnie na najwyższych szczeblach władzy. W polityce międzynarodowej opowiada się za współpracą z innymi lewicowymi rządami w regionie i wspólnym przeciwstawianiem się imperialistycznym działaniom USA. Wszystko to w celu realnej demokratyzacji kraju, poprawy warunków życia większości obywateli i ograniczenia wszechwładzy polityczno-biznesowej oligarchii.
Castillo ma zatem program zbliżony do Evo Moralesa, byłego prezydenta sąsiedniej Boliwii i ojca jej sukcesu gospodarczego. Sam Morales z uznaniem wypowiadał się o liderze Perú Libre. ,,Pozdrawiamy i wyrażamy nasz szacunek dla Pedro Castillo, który ma program podobny do naszego: demokratyczną, kulturalną i pokojową rewolucję, aby zapanowała sprawiedliwość społeczna. Życzymy sukcesów Pedro, który proponuje zmianę dla Peru” – napisał niedawno na Twitterze.
Wyborcze hasło Pedro Castillo, „koniec z biedą w bogatym kraju!”, stało się promykiem nadziei dla najbiedniejszych warstw społeczeństwa, robotników, chłopów, ogromnej szerzy pracowników sektora nieformalnego oraz ubogich mieszkańców miast i wsi.
Bastionem poparcia dla Perú Libre jest tzw. ,,Perú profundo” (głębokie Peru) – biedne, prowincjalne regiony, których mieszkańcy czują, że od dziesięcioleci są ignorowani przez elity Limy i Arequipy, traktujące sferę publiczną jak swoją własność.
Tym razem jednak to ich reprezentant będzie prezydentem Republiki Peru. „Castillo jest biedny jak my. Mieszka na wsi. Cierpiał i osobiście doświadczył tego, co my przeżywamy, pracując w pocie czoła” – powiedziała dziennikarzom EFE Marcelina Condor, sprzedawczyni owoców z rodzinnej wsi nowego prezydenta. „Kiedy wygra, na pewno nam pomoże” – dodała młoda kobieta, handlująca na targu miejskim w stolicy prowincji, Chocie.
Przed pierwszą turą Pedro Castillo, tak jak większość peruwiańskiej lewicy, był przez należące do biznesowych oligarchów media głównego nurtu po prostu ignorowany. Kiedy jednak po jego zdecydowanym zwycięstwie w I turze dalsze ignorowanie stało się niemożliwe, media te wykorzystano do zmasowanej kampanii nienawiści przeciwko liderowi Perú Libre. Stołeczne elity polityczne, przyzwyczajone do ostrych sporów, ale pozostających w ich prawicowej rodzinie, udzieliły en masse poparcia Keiko Fujimori i aktywnie pomagały w kampanii, widząc w niej ostatnią deskę ratunku dla utrzymania (tak korzystnego dla siebie) status quo. Sama Fujimori, córka i polityczna spadkobierczyni dyktatora Alberto Fujimoriego, odpowiedzialnego m. in.: za organizowanie zbrodniczych szwadronów śmierci i przymusową sterylizację setek tysięcy ubogich Peruwiańczyków, nie miała w kampanii żadnych hamulców. Ewentualne zwycięstwo wyborcze stanowiło bowiem dla niej prawdopodobnie jedyną szansą na uniknięcie wieloletniego więzienia, które grozi jej za korupcję. „Kampania wyborcza Fujimori jest najbrudniejszą, jaką w życiu widziałem” – mówił analityk ds. międzynarodowych Isaac Bigio, poproszony o komentarz przez dziennikarzy HispanTV. Lokalni dziennikarze skarżyli się na silną presję ze strony właścicieli mediów, by demonizowali Castillo i głosili, iż reprezentuje on ,,marksistowskie zagrożenie”.
Prym w tych atakach wiodła Grupa El Comercio – największy koncern medialny w kraju, zarządzany przez rodzinę biznesowych oligarchów Miró Quesada. Grupa ta posiada dwa kanały telewizyjne (w tym jeden z największą oglądalnością w kraju), dwie stacje radiowe oraz kilka tytułów prasowych, na czele z najstarszą (założoną w 1839 roku) i jedną z najbardziej opiniotwórczych peruwiańskich gazet – dziennikiem El Comercio. Szefostwo koncernu otwarcie poparło Fujimori i wykorzystywało wszystkie swoje media, by bić na alarm przed „niebezpiecznym komunistą”, który „zmieni Peru w nową Wenezuelę”, a jego kontrkandydatkę kreować na ,,obrończynię demokracji i praworządności”.
Na przemian straszono ,,widmem komunizmu” uosabianym przez Castillo i wyśmiewano jego wiejskie pochodzenie.
Na ulicach dużych miast pojawiły się także wielkie bilbordy z hasłami: „Komunizm to ubóstwo”, „Socjalizm prowadzi do komunizmu” etc. Zmasowana kampania propagandowa zdała się przynosić efekty – o ile pierwsze sondaże po I turze dawały zdecydowaną przewagę Castillo, to na chwilę przed wyborami badania wskazywały praktyczne równe poparcie obojga kandydatów.
W takiej atmosferze Peruwiańczycy poszli w niedzielę 6 czerwca do urn. Spodziewano się, że o zwycięstwie w II turze mogą rozstrzygnąć dziesiątki tysięcy, albo nawet tysiące głosów. Frekwencja wyborcza była niższa niż 5 lat temu i wyniosła niecałe 75 proc. Wyniki sondażu exit poll dawały minimalne zwycięstwo Keiko Fujimori (50,2 do 49,8 proc.), jednak samo przeprowadzającego go Ipsos Peru zaznaczyło, iż jest to przewaga w granicach błędu statystycznego. Stało się jasne, że pewne rozstrzygnięcie przyniosą dopiero oficjalne wyniki. W początkowej fazie liczenia głosów przewaga była po stronie liderki Fuerza Popular (pierwsze spłynęły wyniki z obszarów wielkomiejskich, gdzie cieszyła się ona większym poparciem), jednak w poniedziałek wieczorem czasu polskiego Castillo wyszedł na prowadzenie, którego już nie oddał. Liczenie zakończyło się 15 czerwca – wybory, z przewagą nieco ponad 44 tys. głosów, wygrał lider Perú Libre.
Na ogłoszenie oficjalnych wyników przyszło jednak czekać jeszcze ponad miesiąc – Keiko Fujimori, widząc na horyzoncie nadciągającą porażkę, rozpaczliwie próbowała na różne sposoby wpłynąć na zmianę werdyktu.
Głośno podnosiła zarzuty rzekomych ,,fałszerstw”, żądając unieważnienia ok. 200 tys. głosów oraz ponownego przeliczenia kolejnych 300 tys. W ślad za oskarżeniami nie poszło jednak przedstawienie dowodów, które by je potwierdziły. Zarówno krajowe komisje, jak i zagraniczni obserwatorzy wyborczy z OAS, Unii Europejskiej i Wlk. Brytanii zgodnie stwierdzili, iż głosowanie przebiegło prawidłowo, w zgodzie z międzynarodowymi standardami. Mobilizując swoich zwolenników córka dyktatora pomstowała również na ,,spisek międzynarodowej lewicy”, który miał stać za zwycięstwem Castillo. ,,Peru jest kluczowym strategicznie oraz geopolitycznie krajem w Ameryce Łacińskiej i właśnie dlatego międzynarodowa lewica to robi” – mówiła. W tym samym czasie lider Perú Libre wzywał do cierpliwego czekania na oficjalne wyniki.
Emocje w kraju sięgnęły jednak zenitu, gdy 18 czerwca światło dzienne ujrzał list wysłany do dowództwa sił zbrojnych i podpisany przez 80 emerytowanych oficerów. Wzywali oni, by wojsko odmówiło uznania Pedro Castillo, gdyby został on ogłoszony prezydentem i by wystąpiło zbrojnie celem uniemożliwienia mu objęcia urzędu. Tysiące Peruwiańczyków, mające w pamięci prawicowo-wojskowy pucz w sąsiedniej Boliwii z 2019 roku oraz rolę armii w zdobyciu dyktatorskiej władzy przez Alberto Fujimoriego, wyszło na ulice by bronić demokratycznego werdyktu. Największe protesty miały miejsce na Plaza San Martín w Limie, w pobliżu którego doszło do przepychanek z kontrdemonstracją zwolenników Fujimori.
Jakby tego było mało, kilka dni później poseł do Kongresu Fernando Olivera ujawnił nagrania rozmów, które były szef wywiadu z czasów dyktatury Fujimoriego i szara eminencja jego reżimu Vladimiro Montesinos (odsiadujący obecnie wieloletni wyrok w więzieniu o zaostrzonym rygorze) prowadził z emerytowanym pułkownikiem – stronnikiem Fujimorich. Montesinos instruował go, jak powinien przekupić członków komisji wyborczej, aby zwyciężczynią wyborów ogłosili Keiko Fujimori. Podkreślał, że należy „znaleźć dojście” do trzech członków komisji i wręczyć im po milionie dolarów. Telefoniczne rozmowy odbywały się za wiedzą dyrektora więzienia i (prawdopodobnie) dowództwa marynarki wojennej, której podlega zakład karny w twierdzy morskiej Callao. Po wykryciu afery dyrektor został szybko zwolniony, a sztab marynarki nabrał wody w usta. Przedłużające się zwlekanie z oficjalnym ogłoszeniem zwycięscy i kolejne wychodzące na jaw prawicowe próby oszustw wyborczych jeszcze bardziej rozogniły sytuację. Ulicami całego kraju przeszły wielotysięczne demonstracje z żądaniem ,,uszanowania woli ludu” i potwierdzenia triumfu Castillo.
W końcu, po 44 dniach oczekiwania, w poniedziałek 20 lipca Krajowy Trybunał Wyborczy oficjalnie ogłosił, że wybory prezydenckie wygrał Pedro Castillo. Uzyskał 8 836 380 głosów – o 44 263 więcej od swojej skrajnie prawicowej rywalki. Zaprzysiężony na urząd zostanie 28 lipca – w dwusetną rocznicę uzyskania przez Peru niepodległości. Keiko Fujimori zadeklarowała już, że uznaje wynik wyborów, na odchodne dodając, że ,,prawda i tak wyjdzie na jaw”.
Zwycięstwo Castillo powszechnie okrzyknięto już mianem ,,historycznego” i nie ma w tym ani cienia przesady.
Peru nigdy nie miało takiego prezydenta – jednoznacznie lewicowego, związkowego, tubylczego.
Od dekad prawica niepodzielnie rządziła krajem i strasząc ludzi widmem terrorystycznego Świetlistego Szlaku przez lata torpedowała wszystkie poważniejsze lewicowe inicjatywy. Także Castillo media głównego nurtu próbowały przypiąć łatkę „terrorysty”, on jednak nie dał się sprowokować, opowiadając, że w Peru „prawdziwymi terrorystami są głód, nędza, zaniedbanie, nierówności, niesprawiedliwość”. I większość Peruwiańczyków przyznała mu rację. Stało się to, czego zawsze obawiały się stołeczne elity władzy – ,,burza w Andach” (jak to określił w tytule swojej książki peruwiański pisarz Luis Valcárcel), skuteczna mobilizacja mieszkańców biednych górskich prowincji przeciwko dyktatowi oligarchów z Limy. Dzięki niej Peru zyskało w końcu prezydenta, którego myślenie o kraju potrafi przekroczyć rogatki biznesowych dzielnic stolicy. Prezydenta, który rozumie potrzeby ludu i ma zamiar wyjść im naprzeciw. Zwycięstwo Castillo, razem z wygraną Luisa Arce i MAS w Boliwii oraz optymistycznymi sondażami dla lewicowych kandydatów w zbliżających się wyborach w Brazylii, Chile i Kolumbii niesie dla całego regionu nadzieję na prospołeczne zmiany.
Wyborczy triumf to Castillo jednak nie koniec, a dopiero początek drogi. Mimo rozdrobnienia partie prawicowe wciąż mają większość w Kongresie Republiki i bez wątpienia będą (w interesie swoich oligarchicznych mocodawców) próbować sabotować reformy prezydenta. Istnieje przynajmniej szansa, że nie pomoże im w tym Keiko Fujimori – prokurator Jose Domingo Perez zażądał odwołania jej warunkowego zwolnienia i powrotu do więzienia w oczekiwaniu na proces, argumentując, że złamała zasady kontaktując się z jednym ze świadków w jej sprawie. Sam Castillo będzie musiał pogodzić również skrajności we własnym obozie, szczególnie między radykalnym Vladimirem Cerrónem, sekretarzem generalnym Perú Libre, a umiarkowanym Pedro Francke, ekonomistą, który w toku kampanii wyrósł na głównego doradcę nowego prezydenta.
To wszystko jeszcze pieśń przyszłości – dziś pozostaje cieszyć się, że mimo wymierzonej w niego kampanii nienawiści i kłód rzucanych pod nogi przez polityczno-biznesowe elity głową Republiki Peru zostanie rzecznik ubogich i wykluczonych, Pedro Castillo. Oby całej jego prezydenturze przyświecały słowa, którymi wobec zgromadzonych zwolenników przywitał wieść o wyborczym zwycięstwie: Niech żyje demokracja! Niech żyje lud Peru!

Freski Giotta na liście UNESCO

Czternastowieczne cykle malarskie Padwy zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Proklamacja nastąpiła podczas 44. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO, odbywającej się zdalnie zdalnie w Fuzhou (Chiny).

Padova Urbs Picta to tytuł artystycznego szlaku, który miasto z regionu Wenecji Euganejskiej, utworzyło w 2018 r. To osiem miejsc, w których zachowało się tyle samo wspaniałych cykli malarskich, które teraz stały się częścią dziedzictwa UNESCO. Najważniejsze z nich to oczywiście freski Giotta w Kaplicy Scrovegnich, a następnie malowidła w kościele św. Filippo i Giacomo w Eremitani, w Pałacu Rozumu, w kaplicy pałacu Carrarese, w baptysterium katedry, w bazylice i klasztorze św. Antoniego w Padwie, w oratorium św. Jerzego i w oratorium św. Michała.
“Kaplica Scrovegni była jak chory potrzebujący najlepszych lekarzy.” – powiedział mi sławny włoski historyk sztuki Vittorio Sgarbi – “Myśleliśmy nawet, że nie da się zrobić nic, i że z krwawiącym sercem będziemy musieli przyglądać się jak umiera jedno z największych arcydzieł naszej cywilizacji. Kiedy zaprosiłem na konsultacje Jamesa Becka i opowiedziałem o naszych zamiarach – zagroził że zaskarży Włochów w UNESCO, za to że chcą podjąć tak ryzykowną renowację, która jego zdaniem zniszczy dzieło. Nasza „operacja chirurgiczna” powiodła się i mamy nadzieję, że pacjent będzie cieszył się dobrym zdrowiem przynajmniej przez następne kilkaset lat”. 
Kaplica liczy sobie już siedem stuleci. Bogaty bankier i kupiec z Padwy – Henryk Scrovegni, postanowił wybudować ją przy pałacu rodzinnym, aby zadośćuczynić za grzechy ojca, który dorobił się majątku na lichwie. W 1300 roku (obchodzonym w sposób szczególny jako pierwszy Rok Święty), położono kamień węgielny pod jej budowę, a Henryk wezwał dwóch artystów: Jana Pizyjczyka i Giotta di Bondone, by ozdobili wnętrze. U rzeźbiarza zamówił trzy marmurowe posągi wieńczące ołtarz: Madonnę z Dzieciątkiem i dwóch diakonów. Uczniowi Cimabue zlecił wykonanie dekoracji malarskiej ze scenami ze Starego i Nowego Testamentu oraz z obrazami Zmartwychwstania nad ołtarzem i Sądu Ostatecznego na tylnej ścianie fasady. Giotto zrealizował zamówienie w 850 dni. Kiedy sanktuarium poświęcono po raz drugi 25 marca 1305 roku, oczom przybyłych na uroczystą mszę ukazał się widok niesamowity: 143 różne elementy dekoracyjne, w tym 42 wielkie obrazy opowiadające jak w filmie życie Maryi i Chrystusa, gdzie architektura i pejzaże były namalowane tak realistycznie, że wydawały się prawdziwe, a proporcjonalne postacie ludzkie ustawione w naturalnych pozach miały znajome twarze. Nad głowami widzów rozpościerało się lazurowe niebo połyskujące złotymi gwiazdami i patrzył na nich z góry Zbawiciel w złotej aureoli, Ewangeliści oraz święci.
Ryzykowna renowacja uratowała wielkie dzieło
O historii kaplicy nic więcej nie wiadomo. Została zapomniana zupełnie i w XVIII wieku groziła jej ruina. Ostatni właściciel prywatny – Foscari Gradenigo, dopuścił do zawalenia się pałacu Scrovegni oraz portalu osłaniającego fasadę kaplicy, co spowodowało nieodwracalne uszkodzenie Sądu Ostatecznego. W 1881 roku, władze miasta wykupiły zabytek i poddały go pierwszej renowacji. – “Ówcześni specjaliści, w dobrej wierze wbili we freski tysiące malutkich gwoździków, aby zapobiec odpadaniu tynku” – powiedział mi dyrektor prac konserwatorskich Giuseppe Basile – “Czterdzieści lat temu, wybitny konserwator Tintori podjął się prac renowacyjnych, oczyszczając malowidła z kurzu i pokrywając je specjalną powłoką żywiczną, chroniącą kolor. Efekt tego był opłakany: roztwór zakleił całkowicie pory i mur przestał oddychać, puchnąc od środka. Do tego doszedł nowy kłopot – smog. Farba położona przez Giotta sproszkowała się i sypała na głowy widzów. Ten kto miał okazję odwiedzić kaplicę, czuł naprawdę, że stoi przed śmiertelnie chorym, którego dni są policzone”.
Decyzja o podjęciu prac konserwatorskich zapadła w maju 2001 roku, a roboty trwały zaledwie 12 miesięcy. Państwo włoskie przeznaczyło na ten cel dochód z Totolotka – 1.800.000 euro. Do pracy przystąpił ICR (Centralny Instytut Konserwatorski – przyp.aut.), kierowany przez Giuseppe Basile – maga, który posklejał freski Giotta w Asyżu, rozbite w drobiazgi przez trzęsienie ziemi. Wspomagało go dwóch specjalistów od malarstwa: Gianluigi Colalucci, konserwator Kaplicy Sykstyńskiej ozdobionej przez Michała Anioła oraz Pinin Brambilla Barcilon, odpowiadający za renowację „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci.
Dante malarstwa
Zanim Giotto przystąpił do ozdobienia Kaplicy Scrovegni, był już znany z mistrzowskiego wykonania fresków w Bazylice Św. Franciszka w Asyżu oraz jako autor kontrowersyjnego krucyfiksu w jednym z kościołów florenckich, zrywającego całkowicie z tradycją bizantyjską i przedstawiającego Chrystusa jako młodzieńca. Kaplica stała się jednak dziełem jego życia i przysporzyła mu sławy. Cennino Cennini, autor „Księgi sztuki” napisanej w wulgacie, po obejrzeniu kaplicy stwierdził, że jest ona dla malarstwa tym, czym jest „Boska Komedia” dla literatury. – “Rewolucyjność jego obrazów tkwi przede wszystkim w umiejętności opowiadania historii i uczuć tak, że stają się one zrozumiałe również dla prostego ludu, który nie umie czytać. Giotto jako pierwszy odkrył narrację, tłumacząc tradycyjną ikonografię bizantyjską na sposób przedstawienia łaciński i używając na nowo technik malarstwa rzymskiego, skazanych na zapomnienie przez ponad 1000 lat” – twierdzi Giuseppe Basile.
Nie wiadomo jak naprawdę brzmiało imię Giotta – Angiolotto, Ambrogiotto, Pariggiotto, Biaggiotto – źródła nie są zgodne. Mistrz z Bondony był jednak pierwszym artystą w historii, który pracę sygnował własnym imieniem, dając w ten sposób początek koncepcji malarstwa nowoczesnego, zgodnie z którą twórca przekazuje historii nie tylko własne dzieło – przede wszystkim własną osobowość.  
Giotto śmielszy od współczesnych
Skąpstwo Henryka Scrovegni też przysłużyło się historii. Marmury były dla niego  za drogie, a Giotto nie wyobrażał sobie inaczej swojego dzieła, jak tylko w takiej oprawie. W ten sposób, został zmuszony, by odnaleźć stare receptury na fałszywy marmur, malowany przez Rzymian. Przy sklepieniu użył również antycznej techniki, przygotowując sobie farbę z utartego lazurytu. Freski z Padwy mają śmiałe rozwiązania interpretacyjne, które rzadko spotyka się nawet u artystów nam współczesnych. W scenach „Ostatnia wieczerza” i „Zesłanie Ducha Świętego” apostołowie siedzą tyłem. W obrazie „Zdjęcie z krzyża” – Maryja i Magdalena na pierwszym planie są skulone i odwrócone do widza plecami, a efemeryczne, płonące anioły unoszące się w niebie, załamują ręce i łapią się za głowę w geście rozpaczy. Najbardziej szokuje scena Sądu Ostatecznego. Giotto jest tu odważniejszy niż Hieronim Bosch. Jego diabły nawlekają na ruszt gołe kobiety i kastrują mężczyzn. Natomiast rodzice Maryi Dziewicy, na wieść o poczęciu córki obejmują się i całują niezwykle czule. Te szczegóły są radykalnym przełomem w kulturze Średniowiecza i zapowiadają Renesans.

Rosnąca popularność krótkich filmików internetowych w Chinach

Pod koniec 2020 r. liczba użytkowników aplikacji służących do oglądania i publikowania krótkich materiałów wideo osiągnęła w Chinach 873 mln osób, co stanowi 88 proc. całkowitej liczby internautów w tym kraju. Coraz więcej osób wybiera krótkie filmiki jako swój pierwszy wybór w sferze rozrywki i pozyskiwania informacji. Świat zwierząt, moda, jedzenie, podróże… na chińskich platformach wideo każdy może znaleźć treści, które mu odpowiadają.

Istnieją różne kanały służące do publikacji krótkich filmów, w tym głównie aplikacje temu dedykowane, tradycyjne strony internetowe z filmami i platformy społecznościowe. TikTok i Kuaishou mają największą liczbę użytkowników w Chinach i są to obecnie na rynku dwa giganty oferujące możliwości zamieszczania krótkich filmów wideo. Chińscy użytkownicy TikToka mieszkają głównie w dużych miastach, podczas gdy docelowi użytkownicy Kuaishou to głównie mieszkańcy małych miast lub obszarów wiejskich. Użytkownicy Kuaishou publikują krótkie filmy pokazujące życie na wsi. Treści takie rzadko pojawiają się na TikToku. Użytkownicy TikToka zwracają większą uwagę na jakość swoich filmów wideo, podczas gdy użytkownicy Kuaishou przywiązują większą wagę do relacji społecznych.
Oprócz tych dwóch aplikacji na rynku chińskim istnieją równiez inne aplikacje służące do publikowania – filmów w sieci, są to m.in. Xigua Video, Haokan Video i Pear Video. W tej niezwykle konkurencyjnej branży aplikacja może wyróżnić się z tłumu innych tylko dzięki właściwemu pozycjonowaniu i wyjątkowym zaletom.
Pojawienie się aplikacji wykorzystywanych do publikacji krótkich filmów wideo okazało się dużym wyzwaniem dla tradycyjnych chińskich serwisów wideo (iqiyi, Tencent Video, Youku), które w przeszłości były głównymi platformami służącymi do oglądania filmów, seriali i programów rozrywkowych. Teraz te witryny również oferują swoim użytkownikom opcję zamieszczania krótkich filmów wideo na stronach głównych. Zakładka krótkich filmów została nawet umieszczona przed zakładkami z serialami telewizyjnymi i filmami. W przeciwieństwie do wyżej wymienionych stron wideo, platforma Bilibili była dedykowana do tworzenia i udostępniania animacji, komiksów i gier. Po ponad dziesięciu latach rozwoju treści prezentowane na stronie stają się coraz bardziej zróżnicowane. W porównaniu z innymi platformami wideo, Bilibili ma młodszą publiczność. 80 proc. użytkowników to odbiorcy w wieku od 16 do 25 lat. Popularne krótkie filmy na tej stronie poświęcone są głównie codziennemu życiu, rozrywce, makijażowi, kosmetykom i technologii.
Również platformy społecznościowe, takie jak Sina Weibo i WeChat, posiadają kanały służące do publikacji krótkich filmów w sieci. Obecnie na Sina Weibo istnieją dwa rodzaje takich kanałów Pierwszy, jest dedykowany dla profesjonalnych mediów, które poprzez staranną edycję pobudzają ruch odbiorców. Drugi rodzaj, to „historia Weibo”, około 15-sekundowy wideoblog o tematyce codziennej, na którym swoje filmy umieszczają indywidualni użytkownicy.
WeChat podobnie jak Sina Weibo, umożliwia użytkownikom publikowanie wideo, które jest widoczne tylko dla znajomych oraz tworzenie profesjonalnych kont wideo publikujących krótkie filmy dla nieograniczonej liczby odbiorców. Warto wspomnieć, że WeChat poleca również filmiki wideo ostatnio polubione przez znajomych.
Xiaohongshu to kolejna platforma społecznościowa, która konkuruje z aplikacjami służącymi do publikacji krótkich formatów wideo. Ta aplikacja jest skierowana do młodych konsumentów i zachęca użytkowników do umieszczania krótkich filmów lub zdjęć z opisem oraz dzielenia się z innymi użytkownikami swoimi komentarzami dotyczącymi danych produktów, mody, porad dotyczących makijażu, podróży itp.
Krótkie filmy publikowane w chińskiej sieci można podzielić na cztery kategorie.
Filmiki rozrywkowe
Po dniu intensywnej pracy lub nauki oglądanie śmiesznych filmików jest często pierwszą formą rozrywki. Niektóre filmy są absurdalnie śmieszne, np. krótki, zabawny filmik przedstawiający przechodnia upadającego na ulicy, niektóre podejmują problemy, z którymi ludzie spotykają się w codziennym życiu. Spokojny i komiczny wydźwięk tych filmów wzbudza duży rezonans wśród odbiorców. Miłośnicy zwierząt mogą oglądać filmiki z uroczymi kociakami i szczeniakami, aby znaleźć w nich ukojenie.
Ponadto, zamiast oglądać 2-godzinny film lub 20-odcinkowy serial, ludzie coraz częściej przyzwyczajają się do oglądania kilkuminutowych zwiastunów filmowych lub krótkich komentarzy na platformach wideo, aby szybko poznać fabułę filmu lub serialu telewizyjnego. Te filmiki ograniczają czas spędzony przed telewizorem i dlatego cieszą się dużą popularnością.
Krótkie filmy o życiu
Coraz więcej internautów decyduje się na kręcenie i dzielenie się z innymi, filmikami na temat własnego życia. Treścią wideo może być zwyczajny dzień wiejskiej rodziny lub mieszkańca miasta, może to być także wideo miłośnika gotowania, samouczek robienia makijażu blogerki kosmetycznej itp. Na przykład Li Ziqi, wideoblogerka mieszkająca na wsi, stała się popularna za granicą, ponieważ pokazuje widzom tradycyjne techniki gotowania i proste wiejskie życie.
Dziś zarówno widzami, jak i twórcami filmów są ludzie z różnych regionów Chin i ze wszystkich grup społecznych. Każdy może znaleźć lub przesłać interesujące go treści wideo na platformę , by lepiej zrozumieć życie innych i pokazać innym własne życie. Ponieważ film zawiera zarówno dźwięk, jak i obraz, autor ma pełną swobodę tworzenia, co sprawia, że widzowie mogą poczuć większą bliskość z twórcą filmu.
Filmiki tradycyjnych mediów
Wraz z rozwojem internetu, tradycyjne media zaczęły również wykorzystywać krótkie formy wideo, aby przyciągnąć większą liczbę odbiorców. Obecnie większość chińskich tradycyjnych mediów ma własne oficjalne konta na platformach wideo. Na przykład „Prezenter Komentuje Tematy w Wiadomościach ” to seria filmików produkowanych przez China Central Television (CCTV). W 1-minutowych filmikach prezenter przedstawia jeden temat z gorących wiadomości z danego dnia i krótko go komentuje. Podczas epidemii Covid-19 internauci pozyskiwali również aktualne informacje o rozwoju epidemii dzięki filmikom opublikowanym przez oficjalne media. Krótkie wideo pomogły zrozumieć społeczeństwu poważną sytuację epidemiczną oraz dostarczyły codziennej wiedzy na temat zapobiegania i kontroli epidemii Covid-19.
Krótkie filmiki popularnonaukowe
Ze względu na ograniczoną długość czasu, ten rodzaj wideo stawia autorom wyższe wymagania. Ważne jest nie tylko jasne zaprezentowanie wiedzy w stosunkowo krótkim czasie, ale także ciekawy sposób prezentacji tematu, aby nie stracić zainteresowania widzów. Celem tego rodzaju filmików jest zapoznanie odbiorców z wiedzą z różnych dziedzin i dyscyplin naukowych. Takie formy wideo uczą między innymi umiejętności ucieczki w nagłych wypadkach, zdradzają sekrety zachowania zdrowia przy pomocy tradycyjnej medycyny chińskiej, popularyzują wiedzę z zakresu fizyki i chemii, która ma powszechne zastosowanie w życiu codziennym, przekazują praktyczną wiedzę z zakresu psychologii.
Ponieważ krótki film jest bardzo dynamiczny, fragmentarycznie zaspokaja potrzebę wiedzy i przełamuje bariery jej rozpowszechniania. W 2019 roku student drugiego roku, o pseudonimie internetowym „Hello Teacher, My Name is Student He” testował działanie sieci 5G na swoim uniwersytecie i przesłał 6-minutowy film na Bilibili, zatytułowany „Jaką ma szybkość sieć 5G? Doświadczenie z codziennego użytkowania”. Ten filmik szybko stał się popularny w Internecie i miał ponad 26 milionów odsłon. Tradycyjne media , takie jak People’s Daily i CCTV News, również udostępniły ten film na swoich kontach, aby popularyzować wiedzę dotyczącą 5G wśród swoich odbiorców.
Obecnie krótkie filmiki wideo cieszą się dużą popularnością w chińskiej sieci i odgrywają bardzo pozytywną rolę w codziennym życiu Chińczyków. Ze względu na swój krótki czas, zwykle nie dłuższy niż 5 minut, doskonale wpasowują się do nowoczesnego, dynamicznego stylu życia. Jeśli masz smartfon, możesz oglądać te filmy w dowolnym miejscu i czasie. Dla osób, które są wyczerpane codzienną pracą i nie mają dużo wolnego czasu, krótkie wideo to skuteczny sposób łagodzenia stresu. Z drugiej strony, niektóre krótkie filmy są bardzo absurdalne. Ponieważ ich treść jest prosta i przyjemna, łatwo się im poddajemy, a czas na ich oglądaniu mija bardzo szybko. Niezbędna jest, więc samodyscyplina użytkowników i nadzór organów regulacyjnych, aby publikowane treści zapewniały zdrową i bardziej treściwą rozrywkę.

Pieniądze papieża

Proces, który rozpoczął się 27 lipca 2020 r. w Watykanie, nie będzie tylko postępowaniem dotyczącym inwestycji finansowych Sekretariatu Stanu w Londynie. To „kapelusz”, pod którym kryje się szersze, międzynarodowe dochodzenie antykorupcyjne. Już dziś jest nazywany „procesem stulecia”.

W stan oskarżenia postawiono 10 osób. Po raz pierwszy wśród nich znajduje się były kardynał, Giovanni Angelo Becciu, któremu zarzuca się przestępstwa sprzeniewierzenia, nadużycia urzędu oraz próbę zmylenia śledztwa. Na watykańskiej ławie oskarżonych, zasiądą postacie dużego kalibru, duchowni i świeccy pracownicy watykańskiego Sekretariatu Stanu, osoby z najwyższego szczebla w Urzędzie Informacji Finansowej, a także postacie z zewnątrz, które odegrały kluczową rolę w tej międzynarodowej aferze. Są nimi: były szef biura informacji i dokumentacji Sekretariatu Stanu oraz sekretarz byłego kardynała Angelo Becciu, prałat Mauro Carlino; manager i prawa ręka kard. Becciu, Fabrizio Tirabassi; były prezes UIF René Brülhart; dyrektor UIF Tommaso Di Ruzza; bankowiec i finansista Enrico Crasso; finansista i broker Raffaele Mincione; broker Gianluigi Torzi; adwokat Nicola Squillace oraz rzekoma analityczka wywiadu Cecilia Marogna. Zarzuty postawione przez watykańską prokuraturę – czyli Biuro Promotora Sprawiedliwości, na którego czele stoi Gian Piero Milano, a jego zastępcą jest Alessandro Diddi – wahają się od nadużycia stanowiska, poprzez malwersację, korupcję, sprzeniewierzenie, oszustwa, wymuszenia, po pranie brudnych pieniędzy oraz własnego kapitału. Wachlarz przestępstw, który sam mówi za siebie o randze przeprowadzonego dochodzenia i rozpoczynającego się procesu.
Białe kołnierzyki i koloratki
Kim są bohaterowie tej skomplikowanej historii, w której białe kołnierzyki mieszają się z koloratkami i gdzie purpura kardynalska robi za tło? O co w tym wszystkim chodzi?
O nieszczęsnym zakupie budynku przy Sloane Avenue 60 w Londynie, światowe media piszą już od dwóch lat. Cała sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Jej protagonistą jest Angelo Becciu, kardynał zdymisjonowany przez Franciszka we wrześniu 2020 r., który jako prałat przez lata pełnił bardzo delikatną i odpowiedzialną funkcję substytuta do spraw ogólnych w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej. Na stanowisko to mianował go jeszcze Benedykt XVI w 2011 r., jako „wybrańca” kard. Tarcisio Bertone, który w okresie poprzedniego pontyfikatu de facto zarządzał Watykanem jako Sekretarz Stanu. Prawą ręką Becciu był prałat Alberto Perlasca, znany jako kierownik watykańskiego „sejfu” i dziś uważany przez niektóre włoskie media za świadka koronnego, który jako pierwszy zdecydował się współpracować z prokuraturą watykańską, wyjawiając cały mechanizm niejasnych inwestycji finansowych, za czym przemawiałby fakt, że jego nazwisko nie pojawia się wśród oskarżonych. Perlasca stał na czele tak zwanego „trzeciego banku watykańskiego”, całkowicie autonomicznego od IOR – Instytutu Dzieł Religijnych, finansowego serca Watykanu i od APSA – Administracji Dóbr Stolicy Apostolskiej, odpowiedzialnej za sprawy ekonomiczne. Ta watykańska „poduszka finansowa” została utworzona już w latach 70-tych ubiegłego wieku, za pontyfikatu Pawła VI i składały się na nią głównie pieniądze pochodzące ze Świętopietrza oraz z podatków jakie Włosi dobrowolnie przekazują na Kościół. Na przykład, z tego właśnie funduszu przekazano 250 mln dolarów, jako dobrowolną kontrybucję dla ofiar bankructwa Banku Ambrosiano, szacowanego na 1,2 mld. dolarów i mającego miejsce w czasach Jana Pawła II, gdy na czele IOR stał kard. Paul Marcinkus. Watykan jest teokratyczną monarchią elekcyjną, absolutystyczną i o charakterze patrymonialnym. Wszystko więc jest własnością papieża. „Trzeci bank” to jednak pieniądze należące tylko do Ojca Świętego, które podarowali mu wierni na działalność charytatywną.
Od 2011 r., Becciu jako substytut w I sekcji Sekretariatu Stanu miał wpływ na to, jak inwestować papieskie pieniądze, aby je pomnożyć. Enrico Crasso, bankowiec i finansista, który najpierw był referentem Sekretariatu Stanu w Credit Suisse, a następnie stał się najbardziej zaufanym doradcą finansowym menedżerów w koloratkach, to druga najważniejsza postać w tej aferze. Przez dwadzieścia lat trzymał w ręku sejf Stolicy Apostolskiej, przekonał Becciu do lekkomyślnych i ryzykownych inwestycji, i jak wynika z przeprowadzonych dochodzeń, przekierował pieniądze papieża także w podejrzane ręce. To jemu Biuro Promotora Sprawiedliwości stawia najcięższe zarzuty: malwersacja, korupcja, wymuszenie, pranie brudnych pieniędzy i własnego kapitału, oszustwo, nadużycie stanowiska, fałszowanie aktów publicznych przez osobę prywatną i fałszowania aktów prywatnych. Becciu na początku swojej kariery dominusa papieskich pieniędzy, chciał zainwestować w angolską ropę, dzięki osobistym znajomościom, które zdobył jako nuncjusz Apostolski w Angoli i na Kubie. Biznes był jednak niepewny. Crasso odradził mu go i zaproponował coś innego. Poprzez jego spółki w Lugano, watykańskie pieniądze kierowano do funduszy spekulacyjnych w rajach podatkowych, a te – po przebyciu ogromnej drogi – wracały z powrotem do kas watykańskich. Operacje przynosiły jednak zbyt niskie profity.
Afera londyńska i nie tylko
Kiedy Bergoglio został papieżem, pozostawił Becciu na swoim miejscu, najprawdopodobniej nie zdając sobie sprawy z delikatności jego funkcji. Wtedy Crasso zaproponował prałatowi inwestycję londyńską w nieruchomość należącą dawniej do sklepów Harrods. Zapadała decyzja o zakupie 45 proc. udziałów w luksemburskim funduszu Athena Global, którego pozostałe 55 proc. należało do finansisty Raffaele Mincione. Z Credit Suisse w Lugano wysłano 200 milionów dolarów na zakup budynku przy Sloane Avenue 60. Pieniądze, jak piłeczka pingpongowa odbijały się pomiędzy różnymi spółkami w rajach podatkowych: Luksemburg, Jersey, Malta, Mauritius i częściowo skończyły na kontach włoskiego finansisty, rezydującego w Szwajcarii i prowadzącego biuro w Londynie.
W 2018 r., Franciszek nadał Becciu godność kardynalską i mianował go prefektem Kongregacji ds. Kanonizacyjnych. Może już wtedy czuł, że lepiej byłoby, gdyby duchowny z Sardynii zajmował się kandydatami na świętych, a nie papieskimi pieniędzmi. Na jego miejsce powołał wenezuelskiego prałata Edgara Peña Parra. Nowy substytut zorientował się, że watykańskie inwestycje w luksemburski fundusz Athena oraz w inne fundusze (Retelit, Banca Carige, Sorgente), przynoszą milionowe straty. Ponadto zaciągnięto hipotekę z wysokim oprocentowaniem na nieruchomość w Londynie, która jeszcze wtedy była zarejestrowana na spółkę offshore z Jersey i nie stanowiła nawet własności Watykanu. Lekkomyślna inwestycja Becciu okazała się czarną dziurą, która wysysała sejf Sekretariatu Stanu. Peña Parra opuścił fundusz Athena i pożegnał się z Mincione. Niestety Watykan wpadł z deszczu pod rynnę… Nowy substytut zlecił sfinalizowanie zakupu londyńskiej nieruchomości innemu włoskiemu finansiście, Gianluigiemu Torziemu. Torzi miał zostać jej zarządcą przez 5 lat. Za swoje usługi zażądał 30 mln euro i otrzymał tylko połowę. Broker okazał się osobą jeszcze mniej godną zaufania. W stosunku do Torziego, włoskie prokuratury już prowadziły dochodzenie w sprawie oszustwa i bankructwa. Nowy pośrednik miał jednak dość szerokie kontakty. We Włoszech reprezentowała go znana kancelaria mediolańska, adwokata Nicola Squillace, który też zasiądzie na watykańskiej ławie oskarżonych z zarzutami o oszustwo, sprzeniewierzenie, pranie brudnych pieniędzy i własnego kapitału.
Aby sfinansować operację londyńską, Sekretariat Stanu zwrócił się do watykańskiego banku IOR o „zaliczkę” w wysokości 150 mln. euro. W tych okolicznościach, zgodnie z nowymi normami wprowadzonymi przez Franciszka, rozpoczęto wewnętrzne dochodzenie i poinformowano papieża. Jednak już w tym samym czasie prokuratury w Rzymie i Mediolanie, oraz w Szwajcarii prowadziły dochodzenie dotyczące Enrico Crasso i łapówek dla wenezuelskich oligarchów, zapłaconych pieniędzmi Watykanu.
W sierpniu 2019 r., prałat Peña Parra został przeniesiony. Dwa miesiące później doszło do bezprecedensowego przeszukania żandarmerii watykańskiej w biurach Sekretariatu Stanu i Urzędu Informacji Finansowej. Następnie zostali odwołani ze stanowisk prałat Mauro Carlino (świeżo mianowany szef biura informacji i dokumentacji Sekretariatu Stanu, a wcześniej długoletni sekretarz kard. Becciu), Tommaso Di Ruzza (dyrektor UIF) oraz Fabrizio Tirabassi, protokolant z biura administracyjnego Sekretariatu Stanu. Tirabassi był jednym z najbardziej wpływowych świeckich pracowników najpotężniejszej dykasterii kurii rzymskiej, kierował i zarządzał inwestycjami finansowymi, które z czasem przekroczyły 600 mln euro. W czerwcu 2020 r., zajęto szwajcarskie konta należące do Enrico Crasso, przez które tranzytowały pieniądze watykańskie, a do Watykanu wezwano na przesłuchanie pośrednika Gianluigiego Torzi i aresztowano go na kilka dni. Miesiąc później dokonano przeszukania w pokoju jednego z rzymskich hoteli, w którym zatrzymał się Raffaele Mincione, demiurg „afery londyńskiej”. Później, jak grom z jasnego nieba, spadła dymisja kard. Angela Becciu.
Na liście nazwisk oskarżonych w procesie watykańskim najbardziej zaskakują te byłego prezesa i dyrektora Urzędu Informacji Finansowej. UIF został powołany w 2010 r. przez Benedykta XVI, aby zagwarantować pełną transparencję i wiarygodność watykańskiego systemu finansowego, i walczyć z procederem „prania brudnych pieniędzy”. René Brüelhart stał na jego czele od 2012 do 2019 r. Przystojny adwokat szwajcarski był nazywany „watykańskim 007”. Biuro Promotora Sprawiedliwości zarzuca mu przestępstwo nadużycia stanowiska. Byłemu dyrektorowi UIF, Tommasowi Di Ruzza, postawiono zarzuty defraudacji, nadużycia stanowiska oraz naruszenia tajemnicy zawodowej.
Dama kardynała i rodzina na swoim
Wśród oskarżonych jest jedna kobieta – 39-letnia Cecilia Marogna, sardyńska menadżerka, która podaje się za rzekomą ekspertkę od stosunków międzynarodowych i analityka wywiadu. Już przyległy do niej dwa pseudonimy: „dama kardynała” i „Lady Watykan”. Marogna jest oskarżona o malwersacje pieniędzy watykańskich. Włoska Gwardia Finansowa, wykonując międzynarodowy nakaz Interpolu, aresztowała ją w Mediolanie w październiku 2020 r. i przekazała w ręce Watykanu. Kobieta otrzymała rzekomo 500 tys. euro z Sekretariatu Stanu i miała list polecający od kard. Becciu. Pieniądze miały być przeznaczone na tajne operacje związane z porwaniami terrorystycznymi duchownych oraz na akcje charytatywne. Przeszły przez konta jej spółek założonych w Lublanie, nie pozostawiając śladu i częściowo zostały wydane na luksusowe torebki, buty i inne przedmioty. Marogna tłumaczyła się, że były to prezenty dla żon dyplomatów i dyktatorów, aby chronić nuncjatury.
Kobieta zaprzeczyła, jakoby łączyła ją relacja intymna z Becciu. Cała historia przypomina sprawę Franceski Immacolaty Chaouqui, która zasiadła na watykańskiej ławie oskarżonych, w procesie Vatileaks 2, wraz z prałatem Lucio Angelo Vallejo Balda (jej kochankiem), jego współpracownikiem Nicola Maio oraz dziennikarzami Gianluigim Nuzzi i Emiliano Fittipaldim.
Ponadto, nad byłym kardynałem wiszą inne zarzuty, będące bezpośrednią przyczyną jego zdymisjonowania i postawione mu przez tygodnik „L’Espresso”. Wysokiej rangi duchowny miał faworyzować finansowo trzech swoich barci, przekierowując je do ich spółdzielni lub firm watykańskie pieniądze.
Z przecieków do włoskiej prasy wynika również, że Becciu próbował zmylić śledztwo. Wywierał presję na prałata Alberto Perlasca, terroryzował go psychologicznie i pouczał, co ma mówić na przesłuchaniach. Były kardynał tę samą presję wywierał na wielu członków kurii, a nawet był w stanie „pokierować” niektórymi mediami watykańskimi, z którymi łączyły go stosunki ze względu na zajmowane wcześniej stanowisko. Becciu był przekonany, że nigdy nie dojdzie do procesu…

Krwawe cytryny i G8

Dlaczego 20 lat po wydarzeniach na G8 w Genui należy o nich przypomnieć? Z dwóch powodów. Po pierwsze było to „najpoważniejsze zawieszenie demokracji w kraju zachodnioeuropejskim od czasów drugiej wojny światowej”. Po drugie, w Genui umarła – lub raczej została zabita – inna polityka, tworzona oddolnie przez ruchy społeczne, stowarzyszenia, związki, kolektywy, grupy, czyli przez ludzi, którzy wierzyli, że „Inny świat jest możliwy”. Dziś, po 20 latach nawet tacy ekonomiści, jak Carlo Cottarelli, były dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, przyznają, że „antyklobaliści widzieli znacznie dalej, podczas gdy ci, którzy kierowali wówczas ekonomią i finansami, byli tylko częściowo świadomi rozmiarów zachodzących zmian.”

„Zawieźli mnie do Bolzaneto. Zostałem ciężko pobity już wcześniej, kiedy robiłem zdjęcia ludziom z black blocu. Przywieziono mnie w suce razem z 20 innymi osobami. Ręce ciasno związane plastikową taśmą. Wrzucono nas do suki jak worki, potem zaczęło się pałowanie i obelgi. Policjanci śpiewali okładając nas na oślep: raz, dwa, trzy, viva Pinochet, cztery pięć Żydom śmierć, sześć siedem, czarnuchom też… Czułem, że mam złamaną nogę i widziałem sceny odrażające: policjanci ciągnęli za włosy jakąś Szwedkę, gasili papierosy na rękach innej dziewczyny z Francji. Jakiś chłopak posikał się ze strachu lub dlatego, że nie mógł już wytrzymać. Najgorsze wydarzyło się, gdy weszła policja więzienna. Nie widziałem nigdy takiej przemocy. Założyli czarne rękawice z poduszkami i przez godzinę bili nas bez przerwy, każdego z osobna, na wyrywki. Ciągle myślę o chłopaku, który odbił się od ściany, pozostawiając na niej strużkę krwi. Wreszcie około 4 rano wywieziono nas do więzienia w Aleksandrii.” – dwadzieścia lat temu opowiadał Alfonso De Munno, 26-letni fotoreporter z Rzymu, który został zatrzymany podczas protestów na ulicach Genui.
Co wydarzyło się w Genui 20 lat temu?
Wielki szczyt ośmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata, który odbył się w Genui, w dniach 19-21 lipca 2001 roku, był międzynarodowym debiutem Silvia Berlusconiego, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej został premierem Włoch po raz drugi. To jednak nie on decydował o szczycie i jego lokalizacji, lecz tylko odziedziczył go po lewicowym rządzie, starając się ugościć możnych i potężnych tego świata jak najlepiej. Do słonecznej Italii przybyli wtedy George W. Bush, świeżo upieczony prezydent Stanów Zjednoczonych; Władimir Putin, równie świeży prezydent Rosji; Jun’ichirō Koizumi, debiutujący premier Japonii oraz dobrze już znani Jacques Chirac, prezydent Francji; Jean Chrétien, premier Kanady; Gerhard Schröder, kanclerz Republiki Federalnej Niemiec i Tony Blair, premier Wielkiej Brytanii. Włoskie, nadmorskie miasto, zostało zmilitaryzowane, a jego serce przemieniono w niedostępną twierdzę, nazwaną „czerwoną strefą”. Mogli przebywać w niej tylko wybrani: delegacje rządowe i akredytowani dziennikarze jako poczet. Gospodarz Berlusconi zadbał o każdy szczegół: na cytrynowych drzewkach zdobiących dziedziniec genuiskiego Pałacu Dożów dowiązano na żyłkach dodatkowe cytryny, dając iluzję obfitości. Czerwoną strefę ogrodzono murem z metalowej kraty, aby odgrodzić się i zabezpieczyć przed protestantami na zewnątrz kontestującymi neoliberalną globalizację. Według organizatorów Genoa Social Forum, kierowanego przez Vittorio Agnoletto, do miasta przybyło wtedy blisko 200 tys. osób z całego świata: stowarzyszenia, ruchy społeczne, związki zawodowe, organizacje pozarządowe, organizacje katolickie, lewicowcy, antyglobaliści, alterglobaliści, pacyfiści, anarchiści, autonomiści, transnacjonaliści, antyimperialiści, trzecioświatowcy, feministki, ekolodzy i zaangażowani księża, jak Luigi Ciotti. Ludy Seattell. Cała galaktyka różnorodna ideowo i niejednolita organizacyjnie, która powstała po manifestacjach w Seattel, w 1999 roku, przeciwko Światowej Organizacji Handlu i zaczęła cementować sią na Światowym Forum Społecznym w Porto Alegre w Brazylii, gdzie od 25 do 30 stycznia 2001 r. odbył się pierwszy szczyt w opozycji do Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, w Szwajcarii. No-Global. Również oni do Genui przywieźli ze sobą cytryny w plecakach, traktowane jako antidotum na gaz łzawiący… Nieśli banery: „Inny świat jest możliwy” oraz „Wy G8, My 6 miliardów ludzi”.
Kiedy po dwudziestu latach wraca się do tamtych wydarzeń i ponownie analizuje fakty, wydaje się, że klimat wojny, krążył nad genuiskim G8, jak fatum od samego początku i że innego scenariusza być nie mogło… Wszyscy dobrze wiedzieli, że do Genui nadciąga również Black Bloc i znali już jego taktykę. Włoski wywiad otrzymał różne ostrzeżenia. Dziś niektóre z nich śmieszą: „anarchiści niemieccy będą rzucać woreczkami z krwią zakażoną AIDS”, „eko-terroryści będą strzelać z proc kapsułkami z czerwoną farbą”. Inne zastanawiają. Jak podał dziennik „La Repubblica”, 19 czerwca 2001 r., agenci byłego KGB przekazali swoim zachodnim kolegom, że Osama Bin Laden, zaprzysięgły wróg Ameryki i przywódca islamskiego terroryzmu, może próbować dokonać zamachu na George’a Busha podczas jego pobytu w stolicy Ligurii. Alarm podniósł już wcześniej wywiad niemiecki, precyzując, że atak miałby nastąpić przy pomocy zdalnie sterowanych samolotów, załadowanych materiałami wybuchowymi, nakierowanych na miejsce, w którym miał się odbywać szczyt.
Szczytowi G8 towarzyszył klimat „strategii napięcia”, znany we Włoszech dobrze z okresu terroryzmu. Wysłano kilka przesyłek-bomb. Rozsiewano fałszywe informacje alimentując strach i wrogość. Nawet BBC nadała reportaż, w którym informowano, że włoska policja zakupiła 200 worków na zwłoki…
Innego scenariusza być nie mogło…
87 spalonych samochodów, 41 zdewastowanych sklepów, 34 banki, 16 stacji benzynowych. Kostka brukowa wyrwana doszczętnie, podpalone śmietniki, zniszczone samochody. Przynajmniej 100 miliardów lirów strat materialnych. Jedna ofiara śmiertelna… To bilans trzydniowej wojny miejskiej podczas G8.
Protesty ruchu antyglobalistycznego w Genui rozpoczęły się 19 lipca, od demonstracji domagającej się praw dla migrantów, w której brało udział ok 50 tys. osób, w tym wielu obcokrajowców. Drobne incydenty nie zakłóciły spokoju. Do miasta napływało coraz więcej ludzi, mających wziąć udział w licznych manifestacjach przewidzianych na piątek i sobotę i dla których zorganizowano zakwaterowanie w szkołach, instytucjach, na stadionie, w różnych dzielnicach.
Pierwsze, poważne zajścia miały miejsce wczesnym popołudniem, w piątek 20 lipca, w okolicach Placu Polo da Novi. Czarny blok ekstremistów liczący około 400 osób, z maskami przeciwgazowymi, kominiarkami, hełmami i pałkami, zaatakował kordon utworzony przez karabinierów w pobliżu stacji Brignole, rzucając koktajle Mołotowa i kamienie, i szybko uciekając po ataku. Policja interweniowała na ślepo strzelając gazem i pałując tłum pokojowych demonstrantów. Relacje filmowe, zarówno te na żywo prowadzone przez telewizje, jak i ujawnione później filmy amatorskie, udokumentowały brutalność włoskich policjantów, nieuzasadnione ataki na bezbronnych manifestantów, a także konfliktowe relacje pomiędzy manifestantami pokojowymi i osobnikami w czarnych strojach i kominiarkach, które dewastowały miasto. Pacyfiści próbowali utworzyć kordon by odizolować anarchistów na Piazza Manin. Taktyka jednak zawiodła. Później black bloc zaatakował więzienie, uszkadzając kamery monitoringu i drzwi, rzucając butelki samozapalne. Niemal jednocześnie doszło do starcia pod siedzibą liguryjskiego dowództwa karabinierów, w rejonie Corso Italia oraz bocznych ulic, gdzie został ranny w głowę oficer Luca Puliti, co było powodem rozprzestrzenienia się wśród mundurowych błędnej informacji, że jeden z kolegów nie żyje. Już od południa czarny blok przez kilka godzin „działał” w okolicy pomiędzy Corso Sardegna i Via Archimede, dewastując stację benzynową, bank, supermarket, wyrywając kostkę brukową, znaki drogowe, podpalając śmietniki i niszcząc zaparkowane samochody. Pomimo licznych zgłoszeń na centralę ze strony mieszkańców, siły policyjne nie interweniowały. Anarchiści poruszali się bezkarnie między czerwoną strefą a peryferiami, mieszając się w pochody autoryzowane, atakując policję i dewastując doszczętnie miasto. Tuż przed szesnastą doszło do ataku karabinierów w rynsztunku bojowym na pacyfistyczny, autoryzowany marsz Białych Kombinezonów na ulicy Tolemaide. Karabinierzy zaatakowali gazem łzawiącym i bezlitośnie bili bezbronnych manifestantów oraz dziennikarzy i fotoreporterów. Jak wynika z późniejszych ustaleń włoskich mediów, korpus policyjno-wojskowy liczący blisko 300 ludzi, wspierany przez opancerzone pojazdy i furgonetki, najprawdopodobniej pomylił drogę i zamiast zaatakować czarny blok, całą agresję wyładował na pacyfistach w białych kombinezonach, z których niektórzy zaczęli się bronić zamknięci w kotle.
W tych okolicznościach, na pobliskim Placu Alimonda, około godz. 17.20, zginął 21- letni chłopak Carlo Giuliani. Po szarży na autoryzowaną demonstrację, część karabinierów zaczęła się wycofywać, zabezpieczana z tyłu przez dwa samochody. Jedna z furgonetek z trzema karabinierami na pokładzie (kierowca Filippo Cavataio, Mario Placanica i Dario Raffone), podczas manewru zaklinowała się koło śmietnika. Wtedy zaatakowali ją manifestanci rzucając kamieniami i gaśnicą. Młody karabinier Mario Placanica wyciągnął pistolet i strzelił. Pocisk trafił Giulianiego w policzek. Chłopak zginął na miejscu. Wycofująca się furgonetka policyjna przejechała po leżącym ciele dwa razy. Tożsamość ofiary została ujawniona dopiero późnym wieczorem, gdy świat obiegły już zdjęcia jednego z fotoreporterów Reutersa.
Kilka miesięcy później ówczesny minister spraw wewnętrznych Claudio Scajola, przyznał, że wieczorem 20 lipca nakazał policji strzelać do demonstrantów w przypadku przekroczenia czerwonej strefy, motywując to napiętą sytuacją i zagrożeniem terrorystycznym.
Również kolejnego dnia, w sobotę 21 lipca miały miejsce zamieszki. Grupy black blocu i chuligani niszczący symbole kapitalistycznego, zglobalizowanego systemu, znowu mieszali się z pokojowymi demonstrantami, działając na ich szkodę. Policja pozwalała im dewastować miasto bezkarnie przez kilka godzin, po południu natomiast znowu zaatakowała pacyfistyczną manifestację, gazując i pałując ludzi, którzy szli z podniesionymi rękami i dłońmi pomalowanymi na biało. Nie szczędziła ciosów przedstawicielom prasy ubranym w jaskrawe kamizelki i z identyfikatorami, członkom służby medycznej, a nawet lewicowym parlamentarzystom. Do spektakularnej batalii doszło w okolicach Placu Kennedy, gdzie ustawiono barykady i podpalono kilka samochodów. Pochód, który według organizatorów liczył ponad 200 tys. osób, został rozbity na dwie części i próbował się rozproszyć. Sytuacja była bardzo niebezpieczna, gdyż nie było odwrotu. Mogło dojść do masakry. Policja ścigała bezbronnych manifestantów w bocznych ulicach, bijąc brutalnie również osoby starsze i ranne. Kilkaset osób odniosło rany. Kilkadziesiąt aresztowano – jak się później okazało także bezpodstawnie i bezprawnie.
Już w sobotę, większość manifestantów zaczęła opuszczać miasto. Inni musieli poczekać do następnego dnia. Wystarczyło tylko nadzorować „odpływ”. Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić.
Wieczorem 21 lipca 2001 r. między 22:00 a północą do zespołu szkół Diaz (Pertini i Pascoli), które były centrum koordynacyjnym Genoa Social Forum oraz siedzibą niezależnych mediów Indimedia, i gdzie nocowali aktywiści z różnych krajów mający opuścić Genuę następnego dnia, wtargnęły oddziały bojowe policji, wspierane operacyjnie przez bataliony karabinierów. Mundurowi i agenci w cywilu na oślep bili pałkami ludzi śpiących w śpiworach. Zniszczyli cały sprzęt komputerowy i fotograficzny, zarekwirowali dyski z materiałami GSF. Odbyła się prawdziwa jatka. Policja wkroczyła do szkoły twierdząc, że właśnie tu podjechała ciężarówka, z której podczas manifestacji wyciągnięto broń użytą przez black bloc: metalowe pręty, kije, koktajle Mołotowa, a także właśnie stąd rzucano kamieniami w patrol, który przed wieczorem przejeżdżał pod budynkiem. Bezpośrednim powodem rozpoczęcia akcji miał być nożowy atak jednego z aktywistów na policjanta, mającego rozpocząć przeszukanie.
Aresztowano 93 osoby, a 61 rannych trafiło do szpitala, z czego trzech w stanie ciężkim i jeden w śpiączce. Pierwszą osobą, która została pobita i odniosła najcięższe obrażenia był młody angielski dziennikarz Mark Covell, którego policja dorwała jeszcze przed bramą Diaz.
Policjanci wynieśli dowody przestępstwa antyglobalistów, świadczące o tym, że w Diaz czarny blok miał swoją kwaterę generalną: dwie butelki koktajlu Mołotowa, nóż, kilka kijów, kominiarki, chustki. Pokazano je nazajutrz na konferencji prasowej, na której swoje oświadczenie złożył również jeden z funkcjonariuszy Massimo Nucera, pokazując dziurę w mundurze i kamizelce ochronnej po domniemanym ataku nożem.
Zatrzymanych zostali przewiezieni do aresztu tymczasowego Bolzaneto. Odebrano im dokumenty i portfele, zdjęto odciski palców, a następnie przesłuchiwano używając metod uwłaczających godności ludzkiej i kwalifikujących się jako tortura. Bito pałkami i rękawicami tak, aby nie pozostawiać śladów do obdukcji, ubliżano, pluto w twarz, zmuszano do stania godzinami pod ścianą z rękami podniesionymi do góry. Nie pozwalano wyjść do ubikacji, grożono gwałtem, gaszono papierosy na rękach, zastraszano, przymuszono do podpisania zeznań w języku włoskim oraz oświadczeń o tym, że rezygnują z kontaktu z placówkami dyplomatycznymi własnych krajów. Przeciwko zatrzymanym wniesiono oskarżenia o popełnienie dewastacji, aktów wandalizmu, ataku na policjantów, stawiania oporu podczas aresztu. Z Bolzaneto przewieziono ich później do regularnych więzień. Ten sam los spotkał ludzi zatrzymanych podczas manifestacji. Po kilku dniach, kiedy zaczęły pojawiać się filmy i zdjęcia, a cała prasa zagraniczna pisała o tym co stało się na G8, a później w Diaz i Bolzaneto, sprawę zaczęto wyjaśniać.
20 lat później…
Co wiemy dziś o tym, co naprawdę wydarzyło się na G8? Wciąż nie wszystko. Jak zakończyły się dochodzenia i procesy? Dość zaskakująco.
Decyzja o przeprowadzeniu akcji w szkole Diaz zapadła na dwóch spotkaniach w genuiskim komisariacie. W pierwszym wzięli udział: zastępca szefa policji Ansoino Andreassi; prefekt Arnaldo La Barbera; komisarz policji Genui Francesco Colucci; szef Centralnej Służby Operacyjnej Policji Francesco Gratteri; dyrektor DIGOS (Wydział Dochodzeń Ogólnych i Operacji Specjalnych) w Genui Spartaco Mortola, szef genujskiego oddziału policji prewencyjnej Nando Dominici; dyrektor UCIGOS (Centralne biuro dochodzeń ogólnych i operacji specjalnych) Giovanni Luperi; kierownik DIGOS z Bolonii Lorenzo Murgolo, a następnie zastępca komisarza Genui Massimiliano Di Bernardini i zastępca szefa centralnych służb operacyjnych Gilberto Caldarozzi, który zgłosił rzekomy atak na patrol pod szkołą Diaz, stanowiący pretekst interwencji. Sprzeciw w stosunku do akcji wyraził jedynie szef policji Andreassi i dyrektor DIGOS Mortola, który jednak miał niewiele do powiedzenia. O operacji poinformowano telefonicznie ówczesnego komendanta policji Gianni De Gennaro.
Wiadomo, że policja wniosła do Diaz i ukryła dwa koktajle Mołotowa, znalezione wcześniej na ulicach Genui. To one miały być dowodem, że w budynku nocowali członkowie czarnego bloku. Podrzucono też pręty metalowe i kije, znalezione na pobliskiej budowie. Plastikową torebkę z butelkami benzyny, wysocy rangą oficerowie oraz ich szefowie przekazywali sobie z rąk do rąk, co nagrano na amatorskim filmie nakręconym z budynku naprzeciw szkoły, który stał się później dowodem w procesie. Funkcjonariusz Massimo Nucera, który złożył oświadczenie na konferencji prasowej, a później fałszywe zeznania, że został pchnięty nożem, tak naprawdę zrobił to sam. Brutalne pobicie dziennikarza Marka Covell’a już przed szkołą Diaz świadczyło o tym, że policjanci z VII rzymskiego eksperymentalnego batalionu policji prewencyjnej oraz inni agenci, wtargnęli do środka z zamiarem agresji i z poczuciem całkowitej bezkarności oraz przyzwolenia z najwyższych szczebli.
W sprawie wydarzeń mających miejsce w szkole Diaz proces zakończył się dopiero w 2012 r. W pierwszej instancji, w 2008 r. najwyższe władze policji zostały uniewinnione. Dopiero dwa lata później w procesie drugiego stopnia skazano 25 z 27 oskarżonych, w tym dowódców policji odpowiedzialnych za akcję w Diaz, m.in.: Francesco Gratteriego, Giovanniego Luperi, Gilberto Caldarozziego oraz Vincenzo Canteriniego – szefa rzymskiego batalionu policji prewencyjnej i Michelangelo Fourniera – dowódcę VII eksperymentalnego batalionu, utworzonego specjalnie do działań na G8. Fournier, podczas procesu zeznał, że to, co działo się w Diaz było „meksykańską rzeźnią”. Kary, na które skazano oskarżonych nie przekraczały pięciu lat pozbawienia wolności. Niektóre z zarzucanych im przestępstw, w trakcie długiego procesu uległy przedawnieniu. Dodatkowo ustawa wprowadzona w 2006 r., gwarantowała wszystkim skazanym funkcjonariuszom obniżenie wyroku o trzy lata. W międzyczasie wielu dowódców, którzy podjęli decyzję o akcji w Diaz zrobiło karierę. W 2020 roku włoskie media i opinię publiczną zbulwersował fakt, że funkcjonariusze Pietro Troiani i Salvatore Gava, którzy 21 lipca 2001 roku wnieśli do Diaz dwa koktajle Mołotowa, a później złożyli fałszywe zeznania, doczekali się awansu za całokształt pracy i wzorowe postępowanie.
Żaden z funkcjonariuszy biorących bezpośredni udział w „meksykańskiej rzeźni” nie został zidentyfikowany i ukarany. Zarówno 60 skarg złożonych przez ofiary zmaskrowane w Diaz, jak i 200 skarg wniesionych przez manifestantów pobitych na ulicach Genui, zostało oddalonych z powodu niemożności zidentyfikowania agentów odpowiedzialnych za fakty, ze względu na jednolity hełm i czerwone chusty, którymi prawie wszyscy zakrywali twarz, i nie posiadali identyfikatorów.
Dziś wiemy, że areszt przejściowy w Bolzaneto został otworzony już 17 lipca 2001 r., z przeznaczeniem, aby wyłapać i zamknąć w nim członków czarnego bloku. Nie udało się to. Zeznając w sali sądowej w 2007 r., zastępca szefa genujskiej policji Ansoino Andreassi powiedział, że już od spotkania na komisariacie było jasne, że operacja w Diaz powinna mieć na celu nie tylko przeszukanie, ale i masowe aresztowania. „Istnieje niepisana zasada, zgodnie z którą jeśli dochodzi do przemocy lub nieporządku, którym nie można było zapobiec, muszą one zostać zrekompensowane pewną liczbą aresztowań.” – powiedział Andreassi. Również szef rzymskiego oddziału policji prewencyjnej Vincenzo Canterini, był zdania, że do masakry w Diaz dopuszczono, aby odkupić złe wrażenie, jakie policja zrobiła podczas dwóch dni manifestacji w Genui. Do Diaz wpuszczono funkcjonariuszy ze wszystkich oddziałów, którzy, zirytowani i przytłoczeni dwudniowymi starciami, wyładowali się poprzez masakrę bezbronnych demonstrantów, podżegani przez mężczyzn w cywilu, z policyjnymi kamizelkami i zakrytymi twarzami, których nikt nigdy nie rozpoznał.
Procesy dotyczące aktów przemocy w Bolzaneto zakończyły się w 2013 r. Wyrok Sądu Kasacyjnego, podkreślający wagę faktów, które doprowadziły do poważnego zawieszenia praworządności, uniewinnił 4 i skazał 7. Maksymalna kara to trzy lata i dwa miesiące. Otrzymał ją zastępcę szefa Bezpieczeństwa Publicznego Luigi Pigozzi, który rozerwał palce ręki jednego z więźniów. Inni funkcjonariusze policji więziennej i lekarka Sonia Sciandra otrzymali po roku więzienia. Kary prawie całkowicie zostały objęte amnestią, ze względu na ustawę z 2006 r. Sąd kasacyjny obniżył wysokość odszkodowania cywilnego przyznanego w drugiej instancji i opiewającego łącznie na 10 mln. euro, co spowodowało dalsze trudności ponad 155 ofiar z otrzymaniem zadośćuczynienia. W wyniku długiego procesu i braku przestępstwa tortury we włoskim kodeksie karnym, oskarżenia w stosunku 37 funkcjonariuszy uległy przedawnieniu.
W związku z tym, że we Włoszech prawo nie przewidywało przestępstwa tortur, do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu apelację złożył Arnaldo Cestaro, 62-letni mężczyzna, który w budynku Diaz nocował przypadkiem i został brutalnie pobity podczas nalotu na szkołę. Miał złamane ramię, nogę i dziesięć żeber. W 2015 r. Trybunał w Strasburgu skazał Włochy na wypłacenie odszkodowania dla Cestaro w wysokości 45 tys. euro, uznając niektóre akty przemocy policji w Diaz za tortury. Motywacja wyroku mówiła również o tym, iż fakt, że prawo włoskie nie uwzględnia przestępstwa tortury, prowadzi to do niechybnego przedawnienia wielu wykroczeń, które powinny być tak traktowane. Dwa lata później trybunał strasburski skazał Włochy na wypłacenie podobnych odszkodowań 29 ofiarom pobitym w areszcie Bolzaneto.
Przestępstwo tortury, usankcjonowane w Strasburgu przez Europejską konwencję o zapobieganiu torturom oraz nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu, w 1987 r., zostało wprowadzone we Włoszech dopiero 5 lipca 2017 r.
Amnesty International uznała, że ​​wyroki dotyczące wydarzeń na G8 w Genui „nie odzwierciedlają powagi stwierdzonych przestępstw i … dotyczą bardzo małej liczby osób, które uczestniczyły w aktach przemocy i działaniach przestępczych, mających na celu ukrycie popełnionych przestępstw”.
Dziś o G8 – corocznym, międzynarodowym forum gospodarczym, odbywającym się w latach 1997-2014, na którym spotykali się przywódcy ośmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata Kanady, Francji, Niemiec, Japonii, Włoch, Wielkiej Brytanii, Rosji i Stanów Zjednoczonych oraz przedstawiciele Unii Europejskiej, już prawie zapomnieliśmy. Zmieniła się równowaga geopolityczna świata i w jego miejsce powołano G7 i G20. O antyglobalizmie też coraz ciszej
Ruch ukuł hasło „inny świat jest możliwy”, przetłumaczony i używany we wszystkich językach, i od stycznia 2001 roku spotyka się co roku w Porto Alegre na Światowym Forum Społecznym, w przeciwieństwie do Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Organizuje „kontrfora” na międzynarodowych szczytach i zdobywa coraz większe zainteresowanie mediów.
W 2002 roku, po ataku na bliźniacze wieże i późniejszej wojnie w Afganistanie, ruch połączył się w szerszy ruch pacyfistyczny. Żądania „innego możliwego świata” wysuwane przez protestujących mieszają się z żądaniami sprzeciwu wobec polityki wojskowej rządu George’a W. Busha, a wytyczenie granic ruchu staje się jeszcze trudniejsze.

Afgańskie domino

Ciągle mam przed oczami pośpieszny odwrót Amerykanów z Afganistanu, po dwudziestu latach wojny, która pochłonęła ponad 100 tys. ofiar wśród miejscowej ludności. Oczywiście nie dając im obiecanej demokracji… O setkach miliardów dolarów utopionych w środkowoazjatyckich pustkowiach nawet nie wspominam.

Nie wypada chyba zgryźliwie dodać „a nie mówiłem”, ale merytorycznie, niestety, się zgadza: już w bestsellerowej Doktrynie szoku można przeczytać o tym, jak działa kapitalizm kataklizmowy. Chaos, szok i przerażenie opinii publicznej, wsparte zmasowana manipulacją i propagandą medialną, są doskonałym polem dla pomnażania kapitału mega-korporacji związanych z tzw. kompleksem militarnym i bankowością z Wall Street. Oczywiście przy pomocy środków militarnych. Przez takie działania pogłębia się jedynie wolnorynkową, neoliberalną wersję globalizacji, stanowiącą podstawę doktryny i polityki niezwykle szkodliwej dla światowej gospodarki i toksycznej dla pojęć wolności, demokracji, humanizmu i człowieczeństwa.
Symbolem wyjścia z Afganistanu pozostanie opuszczona baza wojskowa Bagram, ta sama, w której swego czasu przebywali żołnierze polskiego kontyngentu wspierającego interwencję USA w Afganistanie. Pusta baza z setkami, tysiącami porzuconego, różnego rodzaju, sprzętu wojskowego. Przejąć ją miały lojalne wobec rządu w Kabulu oddziały armii afgańskiej. Dowodzący nimi generał o możliwości wejścia na jej teren dowiedział się telefonicznie od Amerykanów, gdy oni byli już na pokładach samolotów lecących do USA. Porzucony sprzęt trafił w ręce talibów – nie było innej możliwości. Wojska miejscowe stojące dotąd po stronie interwentów rozpadły się zresztą w oczach, gdy tych zabrakło.
Dlaczego Amerykanie nie ewakuowali tego sprzętu? Tak, jak zrobiły to – w świetle kamer – odchodzące z Afganistanu wojska ZSRR?
Wojska radzieckie odchodziły przez most na Amu-Darii, w pobliżu miasta Hairatan. Amerykanom zamknęły się obie drogi, które wykorzystywali wcześniej do przewozu sprzętu na afgańskie pustkowia. Lotnicza droga przez Rosję i środkowoazjatyckie republiki poradzieckie (amerykańską bazę wojskową w Kirgistanie zamknięto kilka lat temu na żądanie władz w Biszkeku) odpadła wraz z dramatycznym pogorszeniem się relacji na linii Moskwa – Waszyngton. Droga lądowa może być wykorzystywana jedynie szosą z Peszawaru do Kabulu, łączącą Azję Środkową z Pakistanem, wiodąca przez góry Hindukusz i przełęcz Hajberską. To szlak o wielkiej historii – wykorzystywany w przeszłości m.in. przez Aleksandra Wielkiego podczas inwazji na Indie w IV w. p.n.e. czy przez Babura, założyciela Dynastii Wielkich Mogołów w XVI w. n.e., gdy rozpoczynał podbój Półwyspu Indyjskiego – ale łatwy do zablokowania. Talibowie mają możliwości operacyjno-taktyczne, by choćby symbolicznie zakłócić ruch na tej trasie i zablokować transport na kilka dób. Ot, dla końcowego upokorzenia odchodzących interwentów.
Zresztą stosunki niedawnych bliskich sojuszników USA i Pakistanu uległy dramatycznemu ochłodzeniu. Już akcja komando amerykańskiego zabijającego na terytorium pakistańskim ibn Ladena i część jego rodziny, bez powiadomienia władz w Islamabadzie wywołały głębokie oburzenie i złość w różnych, politycznie często opozycyjnych wobec siebie, częściach elit pakistańskiej władzy. Od tej pory obserwuje się coraz bardziej zdecydowany, nastawiony na bliską współpracę w wielu kluczowych dziedzinach gospodarki, ale też i polityki, alians Islamabadu i Pekinu. Dla Chin ścisły sojusz z Pakistanem jest niezwykle istotny. Historia wykazała, iż ten kto zajmuje kluczową pozycję w Pakistanie, kontroluje w także po części Afganistan, w jakimś sensie Azję Centralną, ale przede wszystkim ma możliwość decydowanie o tzw. wrotach Zatoki Perskiej (cieśnina Ormuz), którędy przechodzi 30 proc. światowego transportu ropy. Z tego 70 proc. trafia do Chin. W tym celu ChRL organizuje na terytorium Pakistanu potężną bazę morską, ale też i ma to być docelowo niezwykle ważny port na jednej z odnóg Nowego Jedwabnego szlaku (Gwadar). To radykalna zmiana sytuacji w całej Azji południowej i wschodniej.
Zwycięstwo talibów wywołuje poważne obawy również w Tadżykistanie, Uzbekistanie, Turkmenistanie. Nie bez znaczenia jest tu rola Rosji i Chin inwestujących w tych krajach spory kapitał. Rosja z kolei utrzymuje wojskowy kontyngent w ramach sojuszu wojskowego z Tadżykistanem na długiej, ponad 1300-kilometrowej granicy tadżycko-afgańskiej. Chodzi o blokowanie islamistów i różnego rodzaju terrorystów z ogarniętego od dekad chaosem Afganistanu na północ. Jest to też jeden z głównych, światowych kierunków przemytu opium i heroiny z terenów Afganistanu.
Krucha stabilność może zawalić się jak domek z kart. Zamilkli mesjasze amerykańskich marzeń, głosiciele sukcesów Amerykanów, krzewiciele wiary w powszechną i absolutną dominację Waszyngtonu wraz z jej dobroczynnymi skutkami. Afganistan znowu został grobem imperium. Co z jego mieszkańcami, którzy nie umieją sobie nawet wyobrazić życia w pokoju? Co z mieszkańcami krajów sąsiednich?

Tylko prawda jest ciekawa

„Le Monde diplomatique. Edycja polska”
(nr 3, maj-czerwiec 2021)

W najnowszym numerze „Le Monde diplomatique” temat pandemiczny reprezentowany jest już zaledwie dwoma tekstami. Pierwszy z nich napisała Evelyne Pieiller, a nosi on tytuł „Odporność wszędzie, oporu brak”.
W finezyjnym i nieco tajemniczym tekście nawiązuje ona do mechanizmów, za pomocą których jawne, tajne i „dwupłciowe” siły turbokapitalizmu, manipulują społeczeństwami dla osiągnięcia swoich celów, stosując mechanizm ukryty za słowem „odporność”.
Poza tym Serge Halimi, Alain Gresh, Tomasz Vescovi o „Niekończącej się się wojnie izraelskiej w Palestynie”. Przemysław Wielgosz w Edytorialu „Wiele hałasu o nic” dotyka pisowskiego tzw. „Polskiego Ładu”, w którym dostrzega „stary dobry” neoliberalizm, ukryty pod maską polityki socjalnej, co wyraża się choćby w polityce podatkowej i mieszkalnictwie. „Stanowi ona okraszoną nacjonalistyczną retoryką wersję polityki neoliberalnej, wzbogaconej kilkoma socjalnymi łatami (których poziom skądinąd właśnie zamrożono na trzy lata mimo 5-procentowej inflacji). Prawica nie potrafi i nie chce wyjść poza świadczenia pieniężne, bo nie umie zainwestować w darmowe usługi publiczne. (…) Ale fiksowanie się na świadczeniach pieniężnych, rzekomo dających ich beneficjentom wolność od przymusu niskopłatnej pracy nie jest już ani słuszne, ani godne. Wolność o której tu mowa jest wszakże wolnością kupowania na rynku, gdzie reguły ustalają najsilniejsi)”.
Poza tym o rozkwicie akwakultury w Gambii, która odbywa się kosztem środowiskowych zniszczeń, o czym napisał Ian Urbina, o „upadku lewicowego syjonizmu” w Izraelu Thomasa Vescovi. Anne Vigna – o „zmilitaryzowanej biurokracji” w Brazylii Jaira Bolsonaro, Lola Allen i Guillaume Lono o krwawych rozprawach z protestującymi w Kolumbii, Christophe Jaffrelot o przyczynach covidowej katastrofy w Indiach. Claire Lecouvrer w tekście „Mniej pracować i mnie zanieczyszczać” przekonuje, że skuteczną odpowiedzią na wyzwania klimatyczne jest wprowadzenie 28-godzinnego dnia pracy, z której jednak – nota bene – wycofał się inicjator tej propozycji, francuski Obywatelski Komitet Klimatyczny.
I o tym, jak Francja Macrona wycofała się – de facto, choć nie formalnie – z wprowadzonego przez socjalistów w 1997 roku 35-godzinnego dnia pracy.
O utopiach ludowych w dawnej Polsce traktuje fragment książki Kacpra Pobłockiego „Chamstwo”. O rasie, płci w kontekście uniwersalizmu opowiada w obszernym eseju Olga Stanisławska na przykładzie losów „kolonialnej Mulatki”, która nie jest tu konkretną osobą, ale zbiorowym, empirycznym jednak konstruktem.
A zaskakującym i intrygującym punktem wyjścia jest tu do kolekcji króla Stanisława Augusta Poniatowskiego akwaforta urodzonego w Rzymie w 1730 roku malarza Bruniasa. „Radykalnej włoskiej filozofii politycznej po „czerwonym dziesięcioleciu” czyli „latach ołowiu” (1969 – początek lat osiemdziesiątych) poświęcony jest fragment książki Mikołaja Ratajczaka o źródłach włoskiej filozofii politycznej.
O konflikcie w obozie „antyimperializmu” wywołanego ofensywą tzw. „kampizmu” traktuje tekst Gilberta Achcara. Procesów urbanizacji i tworzenia się nowego społeczeństwa, ujętych około 1905 roku, dotyka fragment książki Rafała Matyji „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością”.
Na finał numeru, Dariusz Zalega zrecenzował książkę Mariusza Mazura „Antykomunistyczne podziemie w portrecie zbiorowym 1945-1956”, który z zupełnie innej perspektywy niż przyzwyczaił nas do tego IPN i tzw. historiografia prawicowa, sportretował fenomen tzw. „żołnierzy wyklętych” („Pany wyklęte i chamy z UB”). „Dzielni chłopcy, przepojeni miłością do Polski, nie składają broni w 1945 roku. Po drugiej stronie komusza swołocz, zdrajcy, chamy. Taki obraz podziemia kreśli obecna władza i jej instytucje propagandowe”.
Mariusz Mazur, na podstawie wspomnień „wyklętych” i dokumentów sądowych wykazał, że ten mit nie miał i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, która była zarazem nieporównywalne bardziej skomplikowana, a zarazem znacznie ciekawsza niż fałszywa legenda.
Prawicowy, antykomunistyczny pisarz Józef Mackiewicz (1902-1985), autor stwierdzenia, że „tylko prawda jest ciekawa”, nie jest w tym przypadku patronem ideologii IPN i PiS, lecz duchem wspierającym bezstronnie dociekającego prawdy historyka.

„Chiński lekarz” budzi chińską siłę

9 lipca wszedł na ekrany chińskich kin w całych Chinach film „Chiński lekarz”. Film powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce podczas walki z epidemią COVID-19. Akcja filmu rozgrywa się w w szpitalu Wuhan Jinyintan i w innych szpitalach w tym mieście. Inspiracją do stworzenia postaci bohaterów filmu był personel medyczny z Wuhanu, i zespoły medyczne z innych prowincji oraz i miast w całym kraju oraz ich heroiczna walka z epidemią.

Według danych statystycznych Narodowej Komisji Zdrowia, z 1 marca 2020 r. z pomocą do prowincji Hubei przyjechały z całych Chin 344 zespoły medyczne, 38 478 cywilnych i 3844 wojskowych członków personelu medycznego. Ci bohaterowie pochodzili ze wszystkich zakątków kraju, ale mieli wspólne imię: chiński lekarz.
Według reżysera Liu Weiqianga, za scenariuszem „Chińskiego lekarza” kryje się ponad 1000 prawdziwych historii. To właśnie te żywe historie i postacie nadają filmowi najpotężniejszą siłę. Aby jak najwierniej pokazać pracę personelu medycznego, aktorzy przed rozpoczęciem zdjęć , uczyli się pod okiem profesjonalnych lekarzy intubacji, pozaustrojowego natleniania krwi ECMO, posługiwania się instrumentami medycznymi. By bardziej wczuć się w rolę, nosili odzież ochronną i maski przez siedem lub osiem godzin dziennie, a ich ciała były przesiąknięte potem. W wywiadach aktorzy mówili, że tych trudów nie można porównać z trudami prawdziwych pracowników medycznych. „Podczas grania nie mogliśmy wyglądać na wypoczętych, to nie pasowało do naszych postaci. W tej sztuce żaden komfort nie pasuje do roli. Kiedy jesteś wyczerpany, możesz zbliżyć się do stanu granych przez nas bohaterów” – powiedziała odtwórczyni głównej roli Yuan Quan.
Jeśli szpital Wuhan Jinyintan był „okiem cyklonu” epidemii, to jego dyrektor Zhang Dingyu był „latarnią”, która opierała się burzy. 57-letni „Twardziel Dean” jest pierwowzorem męskiego bohatera filmu. Aby wiernie odtworzyć tą postać, aktor Zhang Hanyu, przez kilka dni, w październiku ubiegłego roku mieszkał i pracował z Zhang Dingyu. Towarzyszył mu podczas szpitalnych obchodów, uczestniczył w spotkaniach i podczas rozwiązywaniua różnych problemów. Dokładnie wczuł się w osobowość postaci. „Jest ciężko pracującym dyrektorem, człowiekiem o wielkim sercu, a także prawdziwym twardzielem” – zauważył aktor.
Szpital Jinyintan przyjął ponad 2800 pacjentów z COVID-19, z których większość znajdowała się w stanie krytycznym. Zwłaszcza we wczesnej fazie epidemii wszelkiego rodzaju trudności, takie jak brak lekarzy, brak sprzętu i brak doświadczenia, spadały wyłącznie na barki Zhang Dingyu. Spał on tylko 2 godziny na dobę, telefony ciągle dzwoniły, ale w końcu opanował sytuację w szpitalu. Zhang Dingyu jest nie tylko niezwyciężonym dyrektorem, ale jest również pacjentem. Choruje na ALS czyli stwardnienie zanikowe boczne, cierpi z powodu skurczu nóg i stopniowej utraty czucia w całym ciele.
Pomimo choroby Zhang Dingyu zachował optymizm i spokojne usposobienie. Rzadko wspominał kolegom o swojej chorobie, bo i nie chciał być specjalnie traktowany. Miał tylko nadzieję, że wykorzysta każdą minutę i każdą sekundę swojego życia, by zapewnić pacjentom kompleksową opiekę medyczną. „Muszę działać szybciej, aby dokończyć ważne rzeczy i wyrwać więcej pacjentów ze szponów wirusa”. Te słowa stały się mottem Zhang Dingyu.
8 września 2020 r. Zhang Dingyu został odznaczony narodowym honorowym medalem tytułem „Bohatera Ludu”.
Komentując film „Chiński lekarz”, Zhong Nanshan, członek Chińskiej Akademii Inżynierii i znany ekspert ds. układu oddechowego, powiedział: „Nie ma tam nic do ukrycia. Ten film pokazał prawdziwy obrazą sytuację walki z epidemią w mieście Wuhan i przedstawił ludzi z całego kraju, pokonujących trudności. Najważniejsze w filmie jest to, że pokazuje siłę Chin!”
Film przedstawia chaos na początku epidemii. Zatłoczona izba przyjęć, nieodpowiednia odzież ochronna personelu medycznego i pacjenci miotający się po oddziale. Ujęcia akcji ratowniczych i operacji nakręcone zostały w wysokiej rozdzielczości, co wywołuje bardzo silne emocje wśród widzów. Niezależnie od tego, czy przedstawiany jest chaos podczas wybuchu epidemii, czy działania personelu medycznego, film jest prawdziwy i ekstremalny w każdym aspekcie. Jest poruszający, ponieważ odnosi się do prawdziwych wydarzeń i przeżyć.
Film w żywy sposób pokazuje siłę charakteru personelu medycznego, który z narażeniem własnego życia leczy chorych i ratuje życie pacjentów. Akcja rozgrywająca się w szpitalu pozwala widzom zobaczyć, jak w krytycznych momentach działa personel medyczny, który zachowuje spokój i podejmuje profesjonalne działania. Film opowiada, również o tym jak stawić czoła cierpieniu. Pokazuje rolę państwa i wsparcie ludzi z całego kraju w walce z epidemią.
Walka z epidemią. Zapobieganie i kontrola epidemii przypomina wojnę ludową prowadzoną przez całe społeczeństwo. Małe supermarkety wokół szpitala zapewniają bezpłatne posiłki dla personelu medycznego. Dostawcy podejmują ryzyko, aby dostarczyć dla wszystkich artykuły codziennej potrzeby. Wolontariusze codziennie służą każdej rodzinie. Wspólne działania dają wszystkim siłę i prowadzą do późniejszego zwycięstwa z epidemią.
Poczuj siłę Chin i zainspiruj się nią. Obejrzyj film „Chiński lekarz”, poznaj przeżycia chińskich lekarzy podczas walki z epidemią i korzystaj z tej siły w swoim życiu.

Feministki i przyszłość Tunezji

Rewolucja Arabskiej Wiosny rozpoczęła się w grudniu 2010 roku w Tunezji.

Ta wielka mobilizacja społeczna domagała się praw człowieka i praw socjalnych, płacy wystarczającej na godne życie i powszechnej sprawiedliwości społecznej. Pracownicy głównego tunezyjskiego związku zawodowego, Tunisian General Labor Union (UGTT), byli głównymi uczestnikami protestów, które miały miejsce na długo przed 2011 rokiem. W tym samym czasie kobiety z Tunezyjskiego Stowarzyszenia Kobiet Demokratycznych (ATFD) stanowiły znaczącą opozycję wobec reżimu przez całe lata dziewięćdziesiąte i nowe tysiąclecie, walcząc o równe prawa płci przeciwko państwowemu islamizmowi i konserwatyzmowi.
W toku demokratycznej transformacji Tunezji kobiety zapewniły sobie istotne osiągnięcia. To m.in. ustawy zwiększające prawa polityczne i zakres prawnej ochrony kobiet – np. ustawa 58, uchwalona w 2017 r., która kryminalizuje przemoc wobec kobiet. Pomimo tego tunezyjskie kobiety, osoby LGBTQ+ i aktywiści młodzieżowi nadal doświadczają powszechnej przemocy policyjnej i represji.
Przedstawiamy wywiad z Hendą Chennaoui – czołową tunezyjską feministką i działaczką na rzecz praw kobiet, skupiającą się na walkach społecznych, aktywizmie queer, oporze obywatelskim i nierównościach ekonomicznych.
Czy tunezyjskie protesty z 2021 r. są kontynuacją protestów z lat 2010-2011?
Tak, można powiedzieć, że mamy do czynienia z kontynuacją. Podobnie jak poprzednie ruchy, obecni protestujący domagają się reform sądowniczych i gospodarczych, a także większych swobód obywatelskich. Chcą też ochronić zdobycze rewolucji, takie jak wolność słowa i prawo do oddolnego organizowania się w życiu politycznym.
Byłam świadkiem każdej demonstracji od stycznia i zauważyłam ciągłość w ich stosunku do propagandy zarówno ze strony rządu, jak i mediów. Tym razem nowością, choć nie jest to dla mnie zaskoczeniem, jest intersekcjonalność ruchu. Hasła dotyczące praw kobiet i LGBT+ można usłyszeć obok postulatów sprawiedliwości społecznej. Świadczy to o dojrzałości protestów w Tunezji: pokolenie zjednoczone zarówno na poziomie oddolnym, jak i politycznym i bojowym, wywodzące się z klasy robotniczej i niższej, tworzy zjednoczony front głoszący te same żądania.
Jak władze tunezyjskie, a w szczególności policja, zareagowały na najnowszą mobilizację?
Policja zawsze stosuje te same metody represji, takie jak samowolne aresztowania i terroryzowanie całych społeczności i dzielnic. Jesteśmy świadkami torturowania dzieci w ośrodkach zatrzymań i brutalnych przesłuchań młodych protestujących. Od połowy stycznia do połowy lutego aresztowano co najmniej 1000 młodych ludzi. Procesy polityczne są wykorzystywane jako narzędzie do straszenia ich rodzin i społeczności.
Żaden z tunezyjskich przywódców politycznych nie mówi o tej przemocy. Nikt nie potępia tych praktyk ani nie ostrzega, że sprawcy zostaną ukarani zgodnie z przepisami, które uznają przemoc podczas demonstracji za przestępstwo. Policja nęka działaczy LGBTQ+, feministki i młodzież, a często osoby te są liderami i liderkami w swoich społecznościach, zwłaszcza w biednych rejonach. Celują w nich, aby uciszyć potencjalnych liderów ruchu.
Jest to niebezpieczny rozwój sytuacji i zagrożenie dla wolności, które zostały wywalczone przez rewolucję, takich jak prawo do organizowania się i demonstrowania. Pogłębi to tylko frustrację wielu Tunezyjczyków. Żyjemy w poważnym kryzysie gospodarczym, nie tylko z powodu pandemii, ale z powodu lat dyskryminacji i złego zarządzania.
Jakie nowe postulaty wysuwają tunezyjskie feministki?
Feministki były na pierwszej linii frontu ostatnich protestów, używając politycznych sloganów, które wzywają do sprawiedliwości społecznej dla wszystkich Tunezyjczyków, potępiają korupcję i popierają uznanie męczenników rewolucji. Obecnie organizacje takie jak Tunezyjskie Stowarzyszenie Kobiet Demokratycznych (ATFD) oraz subalternatywne ruchy feministyczne skupiają się szczególnie na sprawiedliwości ekonomicznej, takiej jak równość kobiet i mężczyzn w zakresie prawa spadkowego.
Jakie prawa osiągnęli aktywiści LGBTQ+ po rewolucji 2011 roku?
Nowe pokolenie młodych aktywistów LGBTQ+ promuje wizję intersekcjonalną. Angażują się w walkę LGBTQ+, ale jednocześnie są zaangażowani w wiele różnych walk społecznych i politycznych. Jest to bardzo odmienne w porównaniu z przeszłością.
Te nowe doświadczenia wynikają częściowo z nieustrukturyzowanej natury ruchu. Za ruchem nie stoi żadna partia polityczna; wyrósł on raczej z tradycji budowanej stopniowo od 2007 roku. W poprzednich latach nie byliśmy przyzwyczajeni do tego, by bojownicy LGBTQ+ brali udział w demonstracjach politycznych. Ale krok po kroku ruch ten nabierał doświadczenia i obecnie doszliśmy do punktu, w którym to ruch LGBTQ+ legitymizuje lewicowe bojówki polityczne, takie jak Front Ludowy. To nadaje nowy wymiar protestom we wszystkich krajach arabskich.
Ta intersekcjonalność jest widoczna zarówno na ulicach, jak i w sposobie formułowania żądań politycznych. Liderzy ruchów feministycznych i LGBTQ+ byli szczególnie widoczni podczas demonstracji w styczniu i lutym, w wyniku czego stali się celem ataków policji. Szczególnie wymowny jest przypadek Ranii Amdouni. Amdouni jest znaną polityczną i LGBTQ+ bojowniczką, która stała się celem represji i nienawiści.
Dlaczego sprawa Ranii Amdouni jest tak istotna?
Rania jest znana policji, ponieważ jest aktywistką queer. Bierze udział we wszystkich demonstracjach, a podczas ostatnich protestów była szczególnie widoczna. Wrogość wobec niej zaczęła się rok temu. Po śmierci innej działaczki Liny Ben Mhenni, Rania niosła jej trumnę razem z innymi kobietami, co jest zabronione przez prawo islamskie. Wzbudziło to gniew konserwatystów, którzy po pogrzebie zaczęli wysyłać jej groźby śmierci.
Rania należała również do grupy młodych ludzi wezwanych do sądu po demonstracji zorganizowanej przed parlamentem w listopadzie ubiegłego roku. Demonstracja ta była skierowana przeciwko projektowi ustawy, który po raz pierwszy został zaproponowany w 2015 roku, a który zwiększyłby bezkarność sił bezpieczeństwa. Niektórzy deputowani, partie polityczne i działacze społeczeństwa obywatelskiego postrzegali ten projekt ustawy jako antykonstytucyjny, ale był on silnie wspierany przez policję.
Nękanie Ranii trwało przez wiele miesięcy. Policja zachęcała obywateli do fizycznego atakowania Ranii i jej przyjaciół na ulicach tylko dlatego, że są homoseksualistami. Rania zgłaszała to władzom, ale jak dotąd nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Od stycznia ubiegłego roku wiedzieliśmy już, że Rania zostanie aresztowana przez policję. Wielokrotnie była nękana przez policję i zatrzymywana bez żadnego powodu – żądano od niej tylko dokumentów, wyśmiewano jej wygląd fizyczny i seksualność, grożono jej. Ta sytuacja bardzo ją zmęczyła, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Była wyczerpana tym pozornie niekończącym się nękaniem.
27 lutego, podczas zgłaszania tych gróźb i naruszeń na posterunku policji, została formalnie oskarżona o „podważanie moralności publicznej”. Podczas procesu miała silne wsparcie ze strony swoich towarzyszek, feministek, odmieńców i bojowników oraz szerszego społeczeństwa obywatelskiego. Czekałyśmy na jej uniewinnienie, ponieważ nie popełniła żadnego przestępstwa. Sądzono ją na podstawie niejednoznacznego i arbitralnego prawa pochodzącego z dawnego reżimu Ben Alego, które pozwalało sędziom na różne interpretacje. Ku naszemu zaskoczeniu, została skazana na sześć miesięcy więzienia.
Rania padła ofiarą wszelkiego rodzaju dyskryminacji, ponieważ jest „inna”, ponieważ jest sierotą, z powodu swojej orientacji seksualnej i z powodu ubóstwa. Zamiast więzienia, zasługuje na nagrodę za bycie dobrą, zaangażowaną obywatelką. A jej przypadek nie jest wyjątkowy. Wiele feministek czy aktywistów LGBTQ+ było aresztowanych, torturowanych, a nawet policja groziła ich rodzinom.
Tak surowe represje są dowodem na to, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych jest zaniepokojone intersekcjonalnością tych ruchów społecznych, zaniepokojone tak dużą różnorodnością wśród demonstrującej młodzieży. Dlatego władze zareagowały tak agresywnie. Są one świadome, że sytuacja jest krytyczna i że ten ruch, łącząc tak wiele różnych grup, ma prawdziwie historyczny potencjał.

Materiał ukazał się pierwotnie na stronie RoarMag. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Praca na rzecz wspólnego dobra całego świata – misja liczącej sto lat Partii

6 lipca Xi Jinping, Sekretarz Generalny Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin (KPCh) i Przewodniczący Chin, wygłosił przemówienie inauguracyjne na szczycie przywódców KPCh i partii politycznych z całego świata. Jasno wyraził w nim misję KPCh polegającą na dążeniu do wspólnego dobra dla świata.

Podkreślił, iż: „Przez 100 lat KPCh żywiła przekonanie, że naród chiński i narody świata dzielą ten sam los. Biorąc pod uwagę ogólną sytuację na świecie oraz tendencje właściwe dla epoki, Partia podążała zgodnie z kierunkiem rozwoju Chin, jak również promowała wspólny rozwój i dobrobyt wszystkich krajów.” Jako nawigator rozwoju Chin, KPCh zawsze opowiadała się za koncepcją wspólnej przyszłości dla ludzkości i jej realizacją, a duchowa wiara w poszukiwanie wspólnego dobra dla świata pogłębiła się w wyniku jej własnego rozwoju i wzrostu oraz rozwoju Chin, dzięki czemu przekonania te nabrały jeszcze więcej treści.
Wiara ta jest zakorzeniona w historycznym krwioobiegu chińskiej kultury. Naród chiński zawsze głosił ideę „jednej rodziny pod niebem” i opowiadał się za harmonią wśród ludzi, zestrojeniem wszystkich narodów i zjednoczeniem świata w dobrobycie. Pokój pod niebem i dzielenie się wspólnym dobrobytem to chińskie ideały społeczne, które przetrwały tysiące lat. Chińska cywilizacja przełamała bariery kulturowe między krajami poprzez ideę „harmonii w różnorodności”, otworzyła drogę ku głębszej komunikacji i zgodzie, stopiła lód hegemonii dzięki myśli, że wszystkie rzeczy mogą być wspólnie pielęgnowane. Jako przedstawiciel zaawansowanej kultury chińskiej, Komunistyczna Partia Chin czerpiąc bogate doświadczenie z tradycyji, zawsze realizowała swą misję dążenia do wspólnego dobra dla świata w różnych warunkach i czasach. Na początku – podczas powstawania Nowych Chin, założyciele Republiki postawili sobie za cel to, iż „Chiny powinny wnieść większy wkład w rozwój ludzkości”. Tym, co pozostaje niezmienne we krwi pokoleń Chińczyków, niezależnie od tego, jak rozwija się społeczeństwo i kultura, jest dążenie do osiągnięcia ideału wspólnoty.
To przekonanie jest zakorzenione w chińskich uczuciach wspólnego przeżywania trudnych chwil ze światem. W obliczu wyzwania, jakim jest epidemia COVID-19, Chiny zawsze popierały i aktywnie promowały współpracę międzynarodową w zwalczaniu choroby i budowaniu globalnej linii ochrony zdrowia. Do tej pory Chiny dołożyły wszelkich starań, aby dostarczyć społeczności międzynarodowej ponad 500 milionów dawek szczepionek i roztworów podstawowych, udzieliły pomocy w zakresie szczepień prawie 100 krajom i wyeksportowały szczepionki do ponad 50 krajów, co czyni je największym na świecie dostawcą szczepionek do innych państw. Dla wielu krajów rozwijających się chińska szczepionka była pierwszą szczepionką, jaką otrzymały, można rzec, że były one niczym deszcz w czasie suszy. Spotkania w chmurze, przemówienia wideo, rozmowy telefoniczne i listy – różne formy „współpracy przeciwepidemicznej” odzwierciedlają gorące pragnienie Chin i świata, aby czuwać nad sobą wzajemnie. Pracownicy medyczni wyruszyli do walki mimo przeciwności, środki służące do przeciwdziałania epidemii wysłano w świat, chińska szczepionka przekroczyła góry i oceany – wszystko to pokazuje, że Chiny, jako wielkie mocarstwo, dzielą losy świata w trudnych sytuacjach. Chiny wypełnią swoją obietnicę zapewnienia globalnych dóbr publicznych, jakimi są szczepionki przeciwko COVID-19. Będą nadal podejmować praktyczne działania w celu promowania sprawiedliwej i rozsądnej dystrybucji szczepionek na świecie oraz poczynią wysiłki w celu osiągnięcia globalnej solidarności przeciwko epidemii.
Ta wiara widoczna jest w ogromie możliwości, które Chiny otworzyły przed światem. Tylko wtedy, gdy świat będzie miał się dobrze, Chiny będą cieszyły się dobrobytem. Tylko wtedy, gdy Chiny będą miały się dobrze, świat stanie się lepszym miejscem. Jako druga, co do wielkości, gospodarka świata i największy kraj rozwijający się, Chiny zawsze były chętne do dzielenia się możliwościami rozwoju z innymi pańtwami. Wraz z pojawieniem się wydarzeń gospodarczych i handlowych, takich jak Consumer Expo, Canton Fair, Service Trade Fair i Import Expo, szybką budową portu wolnego handlu na Hainanie pogłębia się współpraca regionalna Chin oraz krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a Chiny otwierają dalsze możliwości przed światem. Pod naporem epidemii Chiny i ich globalni partnerzy pomagali sobie nawzajem w przezwyciężaniu trudności, promując stały rozwój inicjatywy Pasa i Szlaku i dając bezcenny impuls globalnemu ożywieniu gospodarczemu. Do tej pory ponad 60 miast w Chinach uruchomiło połączenia kolejowe China Railway Express z głównymi miastami europejskimi, a całkowita liczba kursujących pociągów przekroczyła 40 tys. Od ubiegłego roku Chiny i Polska prowadzą owocną współpracę w zakresie zapobiegania i zwalczania epidemii, wznawiania pracy i produkcji, co otworzyło nowy rozdział przyjaźni między naszymi krajami. Obecnie Chiny rozpoczynają nową podróż w kierunku stworzenia kompleksowego i nowoczesnego państwa socjalistycznego, przyspieszają również budowę nowego wzorca rozwoju „podwójnego obiegu”, co otworzy szerszą przestrzeń dla współpracy chińsko-polskiej.
Wiara ta znajduje odzwierciedlenie w zdecydowanych działaniach Chin na rzecz podtrzymania i praktykowania multilateralizmu. Sekretarz Generalny Xi Jinping zaznaczył, że „problemy świata są złożone i bardzo skomplikowane, a wyjściem z tej trudnej sytuacji jest chronienie i realizowanie założeń multilateralizmu oraz promowanie budowy wspólnej przyszłości dla ludzkości.” Chiny zerwały z tradycyjnym modelem wzrostu wielkiego mocarstwa, który zakłada, że „silny kraj musi być hegemonem”, zdecydowanie broniły systemu międzynarodowego, którego osią jest Organizacja Narodów Zjednoczonych i porządku międzynarodowego opartego na prawie międzynarodowym, oraz zobowiązały się do poszukiwania nowych dróg rozwoju i odrodzenia narodowego w sposób pokojowy, rozszerzając możliwości modernizacji dla krajów rozwijających się i zapewniając chińskie rozwiązania dla państw i narodów poszukujących drogi pokojowego rozwoju. Chiny podejmują praktyczne działania, aby wnieść istotny wkład do światowego pokoju i rozwoju poprzez praktyczne działania od zaproponowania Pięciu Zasad Pokojowego Współistnienia po zastrzeżenie w Konstytucji i Statucie Partii konieczności przestrzegania ścieżki pokojowego rozwoju; od uczynienia otwarcia na świat podstawową polityką państwową Chin po przystąpienie do prawie wszystkich międzyrządowych i międzynarodowych organizacji oraz do ponad 500 międzynarodowych konwencji; od zaproponowania nowego typu stosunków międzynarodowych i budowania wspólnej przyszłości dla ludzkości po głoszenie wspólnych wartości pokoju, rozwoju, równości, sprawiedliwości, demokracji i wolności dla całej ludzkości.
Komunistyczna Partia Chin jest największą partią polityczną na świecie, a jej wielkość oznacza większą odpowiedzialność za pokój i rozwój na świecie oraz większe zaangażowanie w postęp cywilizacji ludzkiej. Wkraczając w nową erę, KPCh z wiarą wpisała na swój sztandar „pracę na rzecz wspólnego dobra całego świata”, co jest nie tylko nieuniknionym wynikiem wydarzeń historycznych w Chinach, ale także ciągłą realizacją pierwotnych aspiracji Partii i bezbłędnym uchwyceniem kierunku zmian w epoce. Stojąc w nowym historycznym punkcie, w którym rozpoczyna się drugie stulecie Partii, postępowa KPCh prowadzi naród chiński, który wielkimi krokami kieruje się na środek światowej sceny. Prowadzi naród chiński również do podejmowania wysiłków w celu stworzenia lepszego życia i osiągnięcia narodowego odrodzenia, a piękne chińskie i światowe sny będą z pewnością ściśle powiązane i splecione ze sobą.