Wystąpienie Przewodniczącego Xi Jinpinga podczas szczytu z okazji 75. rocznicy utworzenia ONZ (Pekin, 21 września 2020)

Panie Przewodniczący, Panie i Panowie,
75 lat temu, po krwawej wojnie, narody całego świata odniosły wielkie zwycięstwo nad faszyzmem. Było to w rzeczy samej zwycięstwo sprawiedliwości, zwycięstwo należące do ludzi.
Organizacja Narodów Zjednoczonych narodziła się po niewypowiedzianych kataklizmach dwóch wojen światowych, jakich doświadczyła ludzkość w pierwszej połowie ubiegłego wieku. W ciągu kolejnych 75 lat ONZ przebyła niezwykłą podróż, podczas której otwarto nowy rozdział pokoju i rozwoju na świecie.Te 75 lat ONZ to okres szybkiego rozwoju społeczeństw ludzkich. Doświadczyliśmy głębokiej i szerokiej rewolucji technologicznej i przemysłowej, a obecnie nadchodzą jeszcze szersze i głębsze zmiany w technologii i przemyśle. Moce produkcyjne ludzkości zostały uwolnione i znacznie zwiększone, a możliwości ludzi pozwalające na przezwyciężanie trudności i wprowadzanie zmian na świecie wzrosły jak nigdy wcześniej w historii.

Te 75 lat ONZ to okres intensywnych zmian na arenie międzynarodowej. Wiele państw rozwijających się odzyskało wolność i niepodległość, ponad miliard osób podźwignęło się z ubóstwa, kilka miliardów ludzi wkroczyło na ścieżkę modernizacji. W wielkim stopniu wzmocniono postęp i rozwój na świecie, co było powodem wielkich zmian na scenie międzynarodowej.

Te 75 lat ONZ to okres szybkiego rozwoju multilateralizmu. Problemy, z którymi mierzy się świat są niezliczone, są też ogromne. Z dnia na dzień narasta liczba globalnych wyzwań, które powinny być rozwiązywane za pomocą dialogu i współpracy. Sprawy świata winny być dyskutowane, a wspólne przezwyciężanie kłopotów już stało się dla społeczeństwa międzynarodowego szeroko przyjętym konsensusem.
Tak jak po burzy na niebie pojawia się tęcza, tak mimo wielu różnych doświadczeń i przebytych testów, ONZ w dalszym ciągu zachowuje energię. Karta Narodów Zjednoczonych w dalszym ciągu gwarantuje pokój i rozwój na świecie oraz pozwala na realizację zawierzonej ONZ misji zapewnienia 7 mld ludzi lepszej przyszłości.
Panie Przewodniczący,
Obecny świat doświadcza największych od 100 lat zmian. Nagła pandemia COVID-19 stanowi bardzo poważne wyzwanie dla świata. Ludzkość weszła w nowa erę interaktywności, interesy każdego państwa ściśle od siebie zależą, a losy narodów są ze sobą blisko powiązane. Światowe zagrożenia i problemy wymagają silnych globalnych reakcji.
Stojąc w obliczu nowej rzeczywistości i nieznanych dotąd wyzwań, musimy poważnie zastanowić się nad tym, jakiej Organizacji Narodów Zjednoczonych potrzebuje teraz świat? Jaką rolę powinna odgrywać ONZ w czasach po pandemii? Poniżej przedstawię kilka propozycji.
Po pierwsze, należy utrzymywać sprawiedliwość. W obecnych czasach niezbędne dla rozwoju są wzajemny szacunek i równość pośród wszystkich krajów niezależnie od ich wielkości. Nie ma państwa na świecie, które uprawnione jest do zajmowania się całością spraw międzynarodowych, decydowania o losie innych krajów i posiadającego wyłączność na korzyści płynące z rozwoju. Tym bardziej nie można pozwolić na to, by państwo to postępowało tylko w oparciu o własne zachcianki i rościło sobie prawa hegemona, zastraszało i dominowało inne kraje. Unilateralizm nie jest wyjściem z sytuacji, należy utrzymywać dialog, wspólnie tworzyć rozwiązania i dzielić się ich efektami. Wszystkie kraje powinny razem chronić powszechnego bezpieczeństwa, cieszyć się owocami rozwoju oraz wspólnie decydować o losach świata. Należy realnie wzmocnić reprezentację i głos w ONZ krajów rozwijających się tak, by opinie ONZ zachowywały większą równowagę, odzwierciedlając interesy i dążenia większości państw
Po drugie, należy egzekwować praworządność. Zamiarem Karty Narodów Zjednoczonych i norm w niej zawartych jest ustalenie zasadniczych reguł relacji międzynarodowych, co stanowi ważny fundament dla stabilności ładu międzynarodowego. Nie można ich naruszać, ale należy otaczać je ochroną. Interesy i relacje poszczególnych państw mogą być koordynowane jedynie przez zasady i systemy, a nie przez pięści najsilniejszych. Duże państwa winny jako pierwsze stać się orędownikami i obrońcami prawa międzynarodowego oraz dotrzymywać danych obietnic. Nie należy hołdować eksepcjonalizmowi, stosować podwójnych standardów i naginać międzynarodowego prawa, jak również nie można w imię prawa naruszać słusznych interesów innych państw oraz niszczyć stabilności i pokoju międzynarodowego.
Po trzecie, należy rozszerzać współpracę. Rozwijanie współpracy międzynarodowej było pierwotnym celem powstania ONZ, obecnie jest to również ważne przesłanie płynące z Karty Narodów Zjednoczonych. Opierając się na zimnowojennej mentalności, ograniczeniach ideologicznych oraz grach o sumie zerowej nie da się rozwiązać krajowych problemów, nie sposób również reagować na pojawiające się przed ludzkością wspólne wyzwania. Musimy więc konflikt zamienić w dialog, przymus w konsultacje, zysk jednej strony we wzajemne korzyści wszystkich oraz połączyć ochronę interesów własnego kraju z ochroną wspólnych interesów wszystkich państw. Musimy podejmować wysiłki na rzecz poszerzania zakresów zbieżności interesów różnych krajów i stworzenia wielkiej międzynarodowej rodziny pełnej harmonii i chęci współpracy.
Po czwarte, należy skupić się na działaniu. Winniśmy realnie praktykować multilateralizm, nie wolno siedzieć bezczynnie, dyskutując jedynie teoretyczne koncepcje. Należy ruszyć do działania, nie można przepisać kuracji, która nie daje widocznych efektów. Punktem wyjścia ONZ powinno być rozwiązywanie problemów, kierunkiem w działaniach – widoczne efekty, a na drodze do realizacji celów należy uwzględnić równowagę postulatów dotyczących bezpieczeństwa, postępu i praw człowieka, a w szczególności implementację „Agendy na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030”. Najważniejszym kierunkiem prac ONZ powinna być odpowiednia reakcja na nietradycyjne zagrożenia bezpieczeństwa, np. zdrowia publicznego. Problemy rozwoju powinny znaleźć się na czołowych miejscach w skali makro. Większą wagę należy też przykładać do ochrony prawa do życia i rozwoju.
Chiny są państwem, które jako pierwsze złożyło podpis pod Kartą Narodów Zjednoczonych, są też państwem założycielskim organizacji. Są jedynym krajem rozwijającym się pośród stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Od początku do końca będziemy praktykować multilateralizm, aktywnie uczestniczyć w tworzeniu i reformowaniu systemu globalnego zarządzania oraz stanowczo bronić systemu międzynarodowego, w którego centrum znajduje się ONZ. Będziemy również stać na straży ładu międzynarodowego opartego na zasadach prawa międzynarodowego i bronić kluczowej roli jaką odgrywa ONZ na arenie międzynarodowej.
Panie Przewodniczący,
Świat stoi obecnie w historycznym momencie nowego początku. Zobowiążmy się na nowo do zaangażowania na rzecz multilateralizmu, działajmy, by stworzyć wspólnotę ludzkości, która połączona jest tym samym losem i w jeszcze większym stopniu łączmy się i działajmy na rzecz postępu, a to wszystko pod flagą Narodów Zjednoczonych!
Dziękuję

Obecność prezydenta Xi Jinpinga na posiedzeniach ONZ obrazuje zaangażowanie Chin w multilateralizm

21 września Prezydent Chin Xi Jinping wziął udział w spotkaniach wysokiego szczebla w ramach wideokonferencji w ONZ, aby dołączyć do światowych przywódców w stawianiu czoła globalnym wyzwaniom.

W tym roku przypada 75. rocznica powstania tej organizacji. Liczy ona obecnie 193 członków, podczas gdy pod koniec II wojny światowej miał 51 sygnatariuszy-założycieli, w tym Chiny. Obecnie świat znajduje się w innym punkcie historii ludzkości i należy podwoić wysiłki, aby „ocalić kolejne pokolenia”, zgodnie z zapisami Karty Narodów Zjednoczonych.
Multilateralizm w niebezpieczeństwie
Karta ONZ „przyniosła zasady i nadzieję dla świata w ruinach” – powiedział sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres, czcząc narodziny organizacji. Została podpisana w czasie, gdy światowi przywódcy odczuwali silną potrzebę wprowadzenia mechanizmu, który pomógłby przynieść pokój i zatrzymać przyszłe wojny, co było możliwe tylko wtedy, gdy wszystkie narody współpracowałyby za pośrednictwem globalnej organizacji.
Niestety, po dziesięcioleciach globalizacji i integracji świat stoi w obliczu pogłębiających się podziałów w odpowiedzi na istotne zagrożenia i wyzwania związane z powrotem jednostronności, protekcjonizmu, wycofywania się z traktatów oraz militarnego i gospodarczego zastraszania.
Bezprecedensowa pandemia COVID-19, która na całym świecie przyniosła prawie milion zgonów i sparaliżowała światową gospodarkę, przypomina o podobnym chaosie na świecie w 1945 roku.
„W 1945 roku zakończyła się najbardziej niszczycielska wojna w historii ludzkości pozostawiając po sobie ogólny wniosek, że ludzkość nigdy więcej nie pozwoli, aby tak niewiarygodna katastrofa została uwolniona poprzez konflikty i podboje narodowe, i że tylko międzynarodowa organizacja może zapewnić tę nadzieję, lub chociażby gwarancję ”- powiedział Robert Lawrence Kuhn, prezes Kuhn Foundation z siedzibą w Los Angeles i Nowym Jorku.
„Między narodami zawsze są różnice. Naszym historycznym zadaniem jest wymyślenie jak rozwinąć wspólne możliwości, jednocześnie kontrolując potencjalny konflikt poprzez stały kontakt” – powiedział.
Ostrzegając przed niebezpieczeństwami w stosunkach międzynarodowych w dobie błyskawicznej światowej komunikacji i rozognionych mediów społecznościowych, Kuhn zasugerował, że globalna geopolityka potrzebuje zarówno organizacji wielonarodowych, jak i silnych bilateralnych stosunków między narodami.
„ONZ nie może być pełną odpowiedzią, ale z pewnością jest jej częścią” – powiedział.
Globalna świadomość
Jako członek-założyciel ONZ i stały członek Rady Bezpieczeństwa, Chiny dotrzymały swoich zobowiązań w zakresie celów i zasad Karty Narodów Zjednoczonych oraz bronią ONZ w odpowiedzi na globalne zagrożenia oraz w dążeniu do pokoju i rozwoju.
W swoim stanowisku z okazji 75. rocznicy powstania ONZ Chiny potwierdziły swoje zaangażowanie w ochronę globalnego systemu zarządzania skoncentrowanego na ONZ, podstawowych norm stosunków międzynarodowych opartych na celach i zasadach Karty Narodów Zjednoczonych, autorytecie i pozycji ONZ oraz centralnej roli ONZ w sprawach międzynarodowych.
Głos Chin rezonuje wraz z głosem ich partnerów na całym świecie.
14 września podczas spotkania z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, przewodniczącym Rady Europejskiej Charlesem Michelem i przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen które odbyło się za pośrednictwem łącza wideo Xi Jinping osiągnął konsensus z przywódcami UE w sprawie ochrony multilateralizmu i wspólnego rozwiązywania globalnych wyzwań.
Merkel, Michel i von der Leyen oświadczyli, iż Europa i Chiny muszą koniecznie wzmocnić współpracę, wspólnie chronić multilateralizm i przeciwstawiać się jednostronności i protekcjonizmowi.
Komentując wyniki spotkania, Christine Bierre, redaktor naczelna francuskiego magazynu Nouvelle Solidarite i ekspert w Schiller France Institute, powiedziała, że przywódcy wysłali pozytywny sygnał w sprawie ochrony pokoju, stabilności i dobrobytu, w pełni pokazując, że współpraca wielostronna jest trendem swoich czasów.
Wypełniając swoje obowiązki, Chiny zawsze dopasowują swoje czyny do słów.
Pekin aktywnie łączy swoje własne cele i plany rozwojowe z Agendą 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju i osiągnął niezwykłe wyniki w obszarach takich jak zmniejszanie ubóstwa i zarządzanie klimatem.
Co więcej, Chiny zarejestrowały również 8-tysięczne siły rezerwowe i 300-osobowy stały oddział policji na misje pokojowe ONZ, pomogły innym krajom rozwijającym się w ramach 180 projektów redukcji ubóstwa, pomiędzy innymi inicjatywami i środkami wspierającymi ONZ, jak ogłosił Xi Jinping podczas spotkania na szczycie w 2015 r. upamiętniającym 70. rocznicę powstania organizacji.
„Chiny wezmą na siebie część odpowiedzialności i nadal będą odgrywać swoją rolę w tym wspólnym dążeniu” – powiedział Xi Jinping w siedzibie ONZ pięć lat temu.
„Powinniśmy odnowić nasze przywiązanie dla celów i zasad Karty Narodów Zjednoczonych, zbudować nowy typ stosunków międzynarodowych obejmujących współpracę korzystną dla wszystkich i stworzyć społeczność walczącą o wspólną przyszłość dla ludzkości” – powiedział.
Nadzieja na przyszłość
„Życzyłbym sobie nastania pokoju i sprawiedliwości”. To jeden z 250 000 głosów zarejestrowanych na całym świecie w ramach inicjatywy ONZ na rzecz światowego dialogu, której celem jest zebranie na całym świecie głosów nadziei, obaw i pomysłów. Inicjatywa jest częścią obchodów 75. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ pod hasłem „Przyszłość, której chcemy, ONZ którego potrzebujemy: Utwierdzenie się naszego zbiorowego zaangażowania na rzecz multilateralizmu”.
Od światowych przywódców oczekuje się wspólnego wykuwania rozwiązań problemów takich jak globalna opieka zdrowotna, pełna równość, działania na rzecz klimatu, podobnie jak 75 lat temu, kiedy sygnatariusze zobowiązali się „uratować kolejne pokolenia przed plagą wojny, która dwukrotnie w naszym życiu przyniosła ludzkości niewypowiedziany żal i umocnić wiarę w podstawowe prawa człowieka … by promować społeczny postęp i lepszych standardów życia w większej wolności”.
Tijjani Muhammad-Bande, przewodniczący 74. Zgromadzenia Ogólnego ONZ, powiedział 14 września, iż „najważniejszą rzeczą jest dalsze podkreślanie wagi współpracy, wielostronnego wysiłku”.
„Jest to sposób na zagwarantowanie nie tylko pokoju, ale także dobrobytu, które od samego zarania są bardzo ważnym celem ONZ” – powiedział w wywiadzie dla Xinhua.
I choć prezydent Xi Jinping w swoim przemówieniu w 2015 roku powiedział, że pokój, rozwój, równość, sprawiedliwość, demokracja i wolność „są dalekie do osiągnięcia”, jednak nadzieja leży w zbiorowej odpowiedzi świata.
Aby zachęcić ludzi na całym świecie do stawienia czoła wyzwaniom nowego tysiąclecia, w przededniu XXI wieku były Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan wezwał wszystkie kraje do stanięcia ramię w ramię.
„Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w historii ludzkości łączy nas wspólne przeznaczenie. Możemy je ujarzmić tylko wtedy, gdy razem stawimy mu czoła. I właśnie dlatego, moi przyjaciele, mamy Organizację Narodów Zjednoczonych” – powiedział.

Święto Środka Jesieni chińska tradycja związana z księżycem

W Chinach uważa się, że piętnastego dnia ósmego miesiąca kalendarza księżycowego na niebie pojawia się najpełniejszy księżyc w całym roku. Tego dnia obchodzi się Święto Środka Jesieni.

To dobra okazja na rodzinne spotkanie i podziwianie jasnej tarczy Srebrnego Globu. W dawnych czasach ludzie uważali to za symbol ponownego zjednoczenia rodziny. Dlatego też dzień ten nazywany jest również Świętem Zgromadzenia Rodzin. Od wieków ludzie często używają terminów pełnia i nów księżyca do opisania radości oraz smutków. Pisarze, którzy mieszkali w obcym miejscu, często opisywali księżyc, aby wyrazić swoją tęsknotę za rodzinnym miejscem.
Ze Świętem Środka Jesieni wiąże się dobrze znana chińska mityczna opowieść – Chang’e leci na Księżyc. Istnieje wiele wersji tej historii. Najbardziej znana brzmi następująco. Według legendy w starożytności nagle na niebie pojawiło się dziesięć słońc, a ziemia stała się bardzo gorąca. W unoszącym się dymie ludzie nie mogli żyć. Istniał wówczas niezwykle potężny bohater o imieniu Hou Yi, który był zdeterminowany, aby ulżyć ludziom w tym cierpieniu. Hou Yi wspiął się na szczyt góry Kunlun, z całą swoją siłą zestrzelił z łuku dziewięć słońc na jednym oddechu. Do ostatniego słońca na niebie powiedział: „Odtąd musisz każdego dnia wstawać i zachodzić o czasie dla dobra ludzi!”.
Wszyscy szanowali Hou Yi z powodu jego czynu. Wiele osób czciło go jako nauczyciela i uczyło się od niego sztuk walki. Był tam człowiek imieniem Pang Meng, który był zdradziecki i chciwy, podążał za wszystkimi innymi, chcąc by Hou Yi został jego nauczycielem.
Żona Hou Yi, Chang’e, była piękną kobietą o dobrym sercu. Często pomaga biednym mieszkańcom wsi, którzy bardzo ją lubili. Pewnego dnia Królowa Matka Xi na górze Kunlun podała Hou Yi pigułkę nieśmiertelnego lekarstwa. Mówi się, że ludzie, którzy przyjmują ten lek, mogą nie tylko żyć wiecznie, ale także wstąpią do nieba i staną się nieśmiertelnymi. Jednak Hou Yi nie chciał opuścić Chang’e, więc poprosił ją, aby ukryła lekarstwo w skrzyni ze skarbami.
Ale Pang Meng wiedział o tym i chciał zdobyć magiczne lekarstwo. Wczesnym rankiem piętnastego dnia ósmego miesiąca, kiedy Hou Yi wraz ze swoimi uczniami wyjechał z domu, Pang Meng udawał chorego i został. Wieczorem Pang Meng wkroczył do domu Hou Yi, grożąc mieczem Chang’e i oczekując, że odda mu lekarstwo nieśmiertelności. Chang’e zastanowiła się: czy gdy pozwoli takiej osobie na wzięcie eliksiru życia to nie zaszkodzi to większej liczbie ludzi? Widząc, że Chang’e nie chce mu oddać eliksiru, Pang Meng zaczął poszukiwania. Widząc, że mężczyzna zbliża się do skrzyni ze skarbami, Chang’e pospieszyła naprzód, wyjęła lekarstwo i połknęła je.
Chang’e uniosła się. Wyleciała przez okno i zaczęła krążyć nad okolicą coraz wyżej. Jasny księżyc wisiał na lazurowym nocnym niebie, a Chang’e leciała w jego kierunku.
Kiedy Hou Yi wrócił z podróży, tęsknił za swoją żoną Chang’e. Z niepokojem wybiegł przez drzwi, tylko po to, by zobaczyć jasny księżyc na niebie, cień drzewa wirujący na okrągłej tarczy i jadeitowego królika skaczącego pod drzewem. Jego żona stała obok drzewa laurowego. Kochankowie czule na siebie spoglądali. „Chang’e! Chang’e!” – Hou Yi wołał raz po raz, rozpaczliwie goniąc w kierunku księżyca. Ale kiedy gonił trzy kroki do przodu, księżyc również poruszał się o trzy kroki, także nie mógł go dogonić.
Opowieść o Chang’e wzruszyła ludzi, którzy postanowili zostawiać jej ulubione dania na podwórku, oczekując ich pobłogosławienia przez nią. Od tego czasu każdego piętnastego dnia ósmego miesiąca kalendarza księżycowego odbywa się Święto Środka Jesieni, na które ludzie czekają z niecierpliwością.
Każde chińskie święto jest nierozerwalnie związane z konkretnym jedzeniem, a Święto Środka Jesieni nie jest wyjątkiem. Wówczas jada się ciastka księżycowe, które pierwotnie były ofiarami kultu boga księżyca. Poświęcanie księżyca jest bardzo starym zwyczajem w Chinach. Ciastka księżycowe symbolizują zgromadzenie rodziny, są one także prezentem dla krewnych i przyjaciół.
Zwyczaj obserwowania przypływu podczas Święta Środka Jesieni ma długą historię. Zachował się opis tego zwyczaju wcześniejszy niż okres panowania dynastii Han (202 p.n.e. – 220). Począwszy od dynastii Ming (1368–1644), zwyczaj obserwowania pływów w Qiantang stawał się coraz bardziej powszechny, zwłaszcza w Yanguan w mieście Haining w prowincji Zhejiang. W okresie Święta Środka Jesieni podróżnicy ze wszystkich stron gromadzili się w Yanguan, w mieście Haining, podziwiając burzliwe fale wznoszące się z Qiantang do morza, a czasami pojawiali się też odważni pływacy.
Tegoroczne Święto Środka Jesieni przypada 1 października w kalendarzu gregoriańskim, czyli tego samego dnia, co Dzień Narodowy Chin. Taka zbieżność jest bardzo rzadka, występuje tylko cztery razy w XXI wieku. Święto narodowe zmieniło się tydzień wolnego, dając ludziom więcej czasu na spotkanie się z rodzinami, wspólne cieszenie się pełnią i smakowanie ciastek księżycowych. Rok 2020 to trudny rok, ale z rodziną człowiek odzyskuje odwagę by ruszyć dalej.

Wujaszek Ho ikona zjednoczonego Wietnamu

Spory o rolę jednostki w dziejach a także o rolę przypadku są bodaj tak stare jak świat i toczone z różnych pozycji, w tym hagiograficznych. Znajdują one swe odbicie nawet w poezji, by wspomnieć choćby Cypriana Kamila Norwida. W tym kontekście rzadko przywołuje się opinię rosyjskiego filozofa oraz rewolucjonisty Gieorgija Plechanowa (1856-1918) – oponenta Lenina i jednego z liderów mienszewików, który w wydanej w Polsce dopiero w 1947 r. pracy: „O roli jednostki w historii” pisał tak: „Przypadkowość jest czymś względnym. Występuje ona tylko w punktach przecięcia koniecznych procesów”.

„Jaki jest człowiek,
takie są jego marzenia”
(przysłowie wietnamskie)

W Azji-na największym i najludniejszym kontynencie (obecna populacja to 4,6 mld osób) nigdy nie brakowało wybitnych osobistości, które wywierały istotny wpływ na losy całego świata. W XX wieku moim zdaniem w największym stopniu odnosiło się to do trzech polityków: Mahatmy Gandhiego (1869-1948) nazywanego „sumieniem Indii”, Mao Zedonga (1893-1976) długoletniego przywódcy Chin oraz Ho Chi Minha (1890-1969) lidera Wietnamu i de facto całych Indochin, a więc także Laosu i Kambodży. „Wujaszek Ho” (po wietnamsku Bac Ho), jak go powszechnie nazywano, odegrał kluczową rolę w trakcie trwającego aż trzy dekady najdłuższego konfliktu powojennego świata, określanego w uproszczeniu „wojną w Wietnamie”.
Walka o niepodległość
Francuzi zdobyli Sajgon już w 1861 r., a w 1873r.-Hanoi. Równo dekadę póżźiej zawarto francusko-wietnamskie traktaty o protektoracie nad Annamem i Tonkinem oraz uznaniu południowej części Wietnamu – Kochinchiny – za integralną część Republiki Francuskiej. Powstała w ten sposób Unia Francuska, która początkowo objęła także Kambodżę,a wkrótce i Laos. Stopniowo w całych Indochinach,a zwłaszcza w Wietnamie, zaczęły narastać tendencje antykolonialne oraz procesy rewolucyjne nasilające się w okresie obu wojen światowych. Czynny udział brał w nich bohater niniejszego tekstu.
Ho Chi Minh przyszedł na świat 19 maja 1890 r. w rodzinie konfucjańskiego nauczyciela w prowincji Nghe An w Annamie nad granicą z Laosem jako Nguyen Sinh Cung. Używał później szeregu innych nazwisk m.in. Nguyen Ai Quoc (”Nguyen patriota”) i Nguyen Tat Than. Imię „Ho”,przynajmniej na początku jego działalności politycznej, oznaczało „osobę niosącą światło”. Jego liczni biografowie –francuscy, wietnamscy, amerykańscy i inni (np. Tran Dan Thien, Pierre Brocheux, Sophie Quinn-Judge, Jean Lacouture,William Duiker czy Martin Grossheim) podkreślali, że bardzo często brakuje wiarygodnych informacji, szczególnie z wcześniejszego okresu (np. wg niektórych danych Ho urodził się dopiero w 1892 r.).
W 1911 r. Ho (pod nazwiskiem Van Ba) zamustrował jako pomocnik kucharza na pokładzie francuskiego statku handlowego płynącego z Sajgonu do Marsylii i Hawru. W kieszeni miał tylko 10 franków. W ciągu następnych 2-3 lat głównie pływał na statkach, poznając niemal cały świat-od Paryża i Londynu, Stany Zjednoczone (mieszkał w nowojorskim Harlemie), poprzez Tunezję, Kongo, Reunion, Meksyk i Amerykę Południową . Pracował, uczył się języków (znał m.in. chiński) i analizował rzeczywistość pełną sprzeczności, wyzysku oraz rasizmu. Później napisał pamflet „La Race Noire” („Czarna rasa”).Pod koniec I wojny światowej założył w Paryżu Stowarzyszenie Wietnamskich Patriotów. Patriotyzm pojmował przede wszystkim jako wyzwolenie kraju spod francuskiego panowania. Stopniowo Ho Chi Minh stawał się zawodowym rewolucjonistą. Wstąpił w szeregi Francuskiej Partii Socjalistycznej (FPS), a w 1920 r. wziął udział w zebraniu założycielskim Francuskiej Partii Komunistycznej w Tours. Tak mówił wtedy o sytuacji w swoim kraju:”inne prawa obowiązują Wietnamczyków a inne Europejczyków (…) Nie mamy prawa do nauki. Kolonialne władze robią co tylko mogą by zatruć nas opium i alkoholem”.
W tym czasie Ho był bardzo aktywny-pisał do gazet,nawet recenzje filmowe. Nade wszystko organizował w wielu miejscach Azji Południowo-Wschodniej i w części Chin struktury lewicowe, w tym komunistyczne. Jak trafnie napisał w swym opus magnum o Wietnamie Piotr Ostaszewski: ”był przede wszystkim antykolonialistą i działaczem niepodległościowym, a dopiero później komunistą, traktującym ideologię bardziej instrumentalnie niż dogmatycznie”. Poznawał wielu czołowych działaczy, a w Moskwie w latach 1923-24 opublikował 2 traktaty nt. polityki kolonialnej w Indochinach. Generalnie uważał, iż proces rewolucyjny w Europie w dużym stopniu będzie zależał od rewolucji narodowych w koloniach państw europejskich. W końcu stycznia 1924r.,zaraz po śmierci Lenina, moskiewska „Prawda” wydrukowała artykuł Ho Chi Minha pt. „Lenin i kolonie”. On sam jako delegat Kominternu starał się łączyć różne grupy rewolucyjne i szerzej – lewicowe. W 1930r. w Hongkongu powstała Komunistyczna Partia Wietnamu przekształcona wkrótce w Komunistyczną Partię Indochin.
Per aspera ad astra (”przez trudności do gwiazd”)
Połowa lat 20. i lata 30. ubiegłego stulecia okazały się wyjątkowo trudne dla „misjonarzy rewolucji azjatyckich” – jak ich określał Pierre Brocheux. Zawisł nawet nad nimi swoisty miecz Damoklesa. Śmierć Sun-Jatsena w marcu 1925r. wywołała poważne rozbieżności w łonie Kuomintangu,a zwrot polityczny Czang Kaiszeka przeciwko dotychczasowym sojusznikom plus upadek tzw. komuny kantońskiej, to były poważne ciosy dla komunistów. Co do symboliki to Nguyen Ai Quoc nie zdołał nawet, mimo licznych przygotowań, spotkać się z Leninem, który także niespodziewania zmarł.
Nie ma wiarygodnych danych ani dokumentów na temat losów Ho Chi Minha w latach 30. Wiadomo m.in., że był aktywny w środowisku Wietnamczyków w Syjamie, Hongkongu i w samych Indochinach, gdzie wspierał rebelie chłopskie w wietnamskich prowincjach Nghe Anh i Ha Tinh, które skończyły się jednak niepowodzeniem. Miał też dużo szczęścia po tym gdy Sąd Cesarski w Vinh marionetkowego cesarza Bao Daia skazał go w 1929 r. zaocznie na karę śmierci, a brytyjskie władze w Hongkongu nawet w dwa lata później go aresztowały. Nie doszło jednak do ekstradycji Ho do Wietnamu na co podobno wpływ miały zarówno wstawiennictwo radzieckiego konsulatu w Kantonie jak i upowszechniona, fałszywa wiadomość o jego śmierci. Po odzyskaniu wolności Ho wyjechał do Moskwy, skąd kilkakrotnie odwiedzał komunistyczne bazy w Chinach. Warto pamiętać, iż był to okres stalinowskich czystek w ZSRR, stąd trudno o potwierdzone, wiarygodne dane. Nie wiadomo dokładnie w jakim stopniu czystki te dotknęły Ho Chi Minha, ale jego aktywność w końcu lat 30. wyraźnie się zmniejszyła.
W latach 1940-41 francuski rząd Vichy nie prowadził klarownej polityki wobec swych terytoriów zależnych, szczególnie w Indochinach-tym bardziej, iż jego pozycja w samej metropolii powoli słabła. Jesienią 1940r. podpisał z rządem w Tokio umowę na mocy której Japończycy gwarantowali integralność i suwerenność kolonii francuskich w zamian za swobodę działań militarnych. Po nieudanych próbach wywołania w Kochinchinie powstania zbrojnego,Nguyen Ai Quoc wrócił do Wietnamu i w górach prowincji Cao Bang zajął się pracą organiczną, tworząc szeroką koalicję pod nazwą Rewolucyjna Liga na rzecz Niepodległości Wietnamu, znaną pod skrótem Viet Minh .Ponieważ ta struktura zdecydowanie opowiedziała się za walką zbrojną tak przeciwko Japończykom, jak i Francuzom zyskała poparcie Stanów Zjednoczonych, ale także Chin. W tym też czasie Ho nawiązał bliską współpracę z dowódcą oddziałów partyzantki Viet Minhu Vo Nguyen Giapem – późniejszym bohaterem Wietnamu, zwycięzcą spod Dien Bien Phu i kluczową postacią I oraz II wojny indochińskiej. Wypracowali wspólnie taktykę walki partyzanckiej uwzględniającej m.in. doświadczenia chińskiej taktyki Mao Zedonga.
Viet Minh – będący sprzymierzeńcem państw Wielkiej Koalicji – Chin, Związku Radzieckiego, Wielkiej Brytanii, ale nade wszystko USA, czuł się znaczącym graczem politycznym w Indochinach. Ściśle współpracował m.in. z wywiadem amerykańskim OSS. Wydarzenia postępowały szybko. Jeszcze między sierpniem 1942 r. a wrześniem 1943 r. Ho Chi Minh był aresztowany przez lokalne władze chińskiej prowincji Guanxi, przebywał przez rok w kilku więzieniach (pisał tam wiersze), zaś po zwolnieniu przez władze Kuomintangu zintensyfikował swe działania polityczne. Przyniosły one – nawet dość niespodziewanie – częściowo wskutek zbiegów okoliczności (np. śmierć prezydenta Roosevelta, szybsza kapitulacja Japonii po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki) wyraźne efekty.
Na kongresie Viet Minh w Tan Trao zdecydowano o utworzeniu rządu tymczasowego z Ho na czele. Na głównym placu Hanoi Ba Dinh 2 kwietnia 1945 r. doszło do oficjalnej proklamacji Demokratycznej Republiki Wietnamu. W swym przemówieniu Ho świadomie i obszernie nawiązywał do tekstu Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, napisanej przez Thomasa Jeffersona, a uchwalonej w Filadelfii 4 lipca 1776 r..Było to zręczne i dobrze przygotowane. Znajdował się przecież w otoczeniu oficerów amerykańskich na czele z majorem Archimedesem Patti – szefem wywiadu USA na Indochiny. Z perspektywy późniejszej tragicznej wojny wietnamskiej wyglądało to na niezwykły paradoks, ale ówcześnie były to dwie siły sojusznicze
W tym miejscu warto wspomnieć o oryginalnej postaci Bao Dai (1913-1997) – ostatniego cesarza Wietnamu, częściowo tylko (nie aż tak marionetkowej) podobnej do ostatniego cesarza Chin Puyi (1905-1967) ,upamiętnionego w świetnym filmie Bertolucciego. Zasiadał na tronie od 1926 r.,ale przez długie lata jego władza była poddana kontroli francuskiej, a następnie japońskiej .Pod presją sił rewolucyjnych w sierpniu 1945 r. abdykował. Co ciekawe, po wyborach do parlamentu Wietnamu w styczniu 1946r.(Viet Minh uzyskał w nich 97 proc. głosów) wszedł w jego skład ,a nawet został doradcą Ho Chi Minha. Formalnie przywrócono mu nawet tytuł głowy państwa.
Po konferencji w Genewie w lipcu 1954 r. i podziale kraju na 2 strefy „tymczasowe”, wzdłuż 17 równoleżnika, ponownie został zmuszony do abdykacji. Ale miała ona inny charakter niż poprzednia. Cesarz został bowiem obalony w 1955 r. przez premiera Wietnamu Południowego Ngo Dinh Diema – fanatycznego katolika (oddał kraj w opiekę Matce Bożej), represjonującego buddystów. Bao Dai później udał się na emigrację do Francji gdzie zmarł. Pokazywało to kruchość i delikatność ówczesnej sytuacji. Nota bene cesarz uchodził za świetnego brydżystę.
Konferencja w Genewie na wysokim szczeblu (ze strony USA – Dulles,Francji – Bidault, ZSRR-Mołotow, Chin-Zhou Enlai, Wielkiej Brytanii-Eden de facto zamknęła okres francuskiego panowania w Indochinach, zwłaszcza w Wietnamie. Jej zasadnicza część odbyła się po klęsce Francji w bitwie pod Dien Bien Phu na północy kraju, gdzie partyzanci Viet Minhu dowodzeni przez legendarnego gen. Giapa zdobyli w maju 1954 r. twierdzę zbudowaną jeszcze przez Japończyków. Według niektórych danych rząd w Paryżu rozważał nawet użycie bomby atomowej. Jednym z rezultatów konferencji genewskiej (podpisano łącznie 12 dokumentów) stało się stworzenie Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli składającej się z przedstawicieli Indii, Kanady i Polski. W wielu źródłach zagranicznych, w tym wietnamskich, podkreśla się pozytywną rolę jaką odegrał prof. Mieczysław Maneli – znany prawnik, prof. UW i polski przedstawiciel w Komisji w randze ambasadora, m.in. w uruchomieniu korespondencji między Ngho Dinh Diemem a Ho Chi Minhem. W 1971 r. ukazała się w Nowym Jorku jego ciekawa książka o kulisach wielu zjawisk oraz rozmów nt. sporów ideologicznych w ruchu robotniczym w Indochinach. Siedziba Komisji znajdowała się najpierw w Hanoi, potem w Sajgonie-z filiami w Vientiane i Phnom Penh, zaś w kilkunastu miejscach funkcjonowały zespoły kontrolne. Ewenementem było to, iż w 1965 r. władze Wietnamu Płd. poleciły przedstawicielom Indii opuszczenie swego terytorium. W ramach Komisji służbę pełniło prawie 2 tys. Polaków (niektórzy aż do 1975 r.), przy czym większość z nich to byli żołnierze zawodowi.
Droga do zjednoczenia kraju
Nie tylko Ho Chi Minh marzył o zjednoczeniu obu części Wietnamu, choć on sam tego nie doczekał. W czasach zimnej wojny Amerykanie stopniowo z sojusznika przedzierzgnęli się we wroga i poczynając od prezydentury Nixona, w celu zapobiegnięcia rozpowszechnianiu się komunizmu w Azji, realizowali od 1968 r. tzw. politykę wietnamizacji. W tym czasie w Wietnamie stacjonowało aż 546 tys. żołnierzy USA – była to liczba rekordowo wysoka. Później zaczęła się ona zmniejszać, ale rezultat nowej strategii był ograniczony. W konflikt trwający dwie dekady zaangażowane były z jednej strony: Wietnam Północny wspierany przez kraje socjalistyczne (głównie Chiny i ZSRR),ale też ugrupowania komunistyczne w Wietnamie Płd. (w grudniu 1950r. powstał Front Wyzwolenia Narodowego Viet Cong),Laosie i Kambodży,zaś z drugiej strony – Republika Wietnamu Płd. (w trakcie przewrotu w Sajgonie w listopadzie 1963r. ginie prezydent Diem i jego brat) oraz sojusznicy Stanów Zjednoczonych np. Korea Płd., Australia, Filipiny, Tajlandia. Wojna spolaryzowała opinię światową, także ze względu na dokonywane zbrodnie (np. w My Lai), używanie napalmu, stąd masowe protesty organizowane w całym świecie, w tym w USA.
Istnieje ogromna literatura na ten temat niemal we wszystkich językach świata, nie tylko we francuskim i angielskim. W końcu stycznia 1973 r. Henry Kissinger i Le Duc Tho podpisali w Paryżu traktat pokojowy kończący wieloletnią wojnę w Wietnamie. Otrzymali też wspólnie za osiągnięcie historycznego porozumienia pokojową Nagrodę Nobla.Le Duc Tho jej jednak nie przyjął argumentując, iż wojna się jeszcze toczy. Ważne, symboliczne znaczenie miała też ewakuacja helikopterem 30 kwietnia 1975r. personelu ambasady USA w Sajgonie. Potwierdziło się łacińskie przysłowie: „Finis coronat opus”.
Ho Chi Minh prowadził bardzo aktywny tryb życia, m.in. dużo jeździł po świecie i to nie tylko po Azji. Stopniowo pogarszał się jednak jego stan zdrowia, zwłaszcza od 1964 r..Nie brał już np. udziału we wszystkich ważnych posiedzeniach partyjnych czy rządowych, choć był wciąż prezydentem państwa. Zmarł 2 września 1969r. na atak serca równo 24 lata po tym, jak w tym samym mieście (Hanoi), na tym samym placu Ba Dinh, ogłosił niepodległość Demokratycznej Republiki Wietnamu. Do ceremonii pogrzebowej przygotowywano się już w tajemnicy od pewnego czasu. Podobnie też dość wcześnie zdecydowano (we współpracy ze specjalistami z Rosji) o wzniesieniu mauzoleum. Na czele Komitetu Pogrzebowego stanął lider Partii Pracujących Wietnamu Le Duan, a w jego składzie znaleźli się pozostali członkowie kierownictwa:premier Pham Van Dong, wiceprezydent Le Duc Tho, przewodniczący parlamentu Truong Chinh, minister obrony gen. Vo Nguyen Giap. Ciało prezydenta wystawiono w gmachu parlamentu.
Wzorem wielu najważniejszych działaczy komunistycznych Ho Chi Minh napisał swój testament 10 maja 1969 r.,który był kilkakrotnie korygowany. Między innymi stwierdzał, że po jego śmierci „nie należy organizować zbędnych ceremonii, aby nie trwonić czasu i środków narodu”. Akcentował konieczność kontynuowania walki o zjednoczenie całego Wietnamu. Wyrażał nadzieję, iż będzie jeszcze mógł odbyć podróż po całym kraju, aby pogratulować bohaterskim rodakom, a następnie udać się do bratnich krajów „pięciu kontynentów”, aby wyrazić wdzięczność za serdeczne poparcie i pomoc w walce z amerykańską agresją”. Trudno zgodzić się z niemieckim badaczem Martinem Grossheimem, że w ostatnich latach swojego życia „wujaszek Ho” był „izolowaną ikoną”. Zachowywał też skromność i przeciwdziałał elementom kultu jednostki, które się pojawiały.
Partia rządząca w Wietnamie prezentuje obecnie obraz historycznego przywódcy głównie jako wzoru moralnego, np. w walce z korupcją oraz jako teoretyka rozwijającego twórczo marksizm. W obiegu jest pojęcie „idee Ho Chi Minha” („ tu tuong Ho Chi Minh”), które są uwzględniane m.in. w procesie edukacji. Funkcjonuje także Narodowy Instytut Polityki odgrywający rolę think tanku Komunistycznej Partii Wietnamu i promujący te idee.
Niewiele wiadomo o życiu prywatnym „Wujaszka Ho”. Ustalono tylko, iż w 1926r. jako Nguyen Ai Quoc ożenił się z Chinką Tang Tuyet Minh, ale potem ślady się urywały. Nie wiadomo, czy miał dzieci. Tym bardziej intrygująca jest historia Stefana Kubiaka-Polaka, który po II wojnie światowej trafił do Legii Cudzoziemskiej, a z nią m.in. do Wietnamu. W trakcie walk pod Dien Bien Phu, w przebraniu francuskiego oficera, przedostał się do jednego z fortów i otworzył żołnierzom wietnamskim drogę do ataku. Został uznany za bohatera, zaś Ho Chi Minh go usynowił .Otrzymał imię Ho Chi Toan, ożenił się z Wietnamką i wrócił do Łodzi. Jego syn (także Stefan) podobno mieszka pod Warszawą. Jeszcze raz sprawdza się francuskie powiedzenie „Cherchez la femme” („Szukajcie kobiety”). Może więc da się tym razem odnaleźć Stefana Kubiaka juniora?!

Dla ofiar pamięć, dla katów – potępienie

Rząd Hiszpanii ogłosił, że przygotowany i zatwierdzony został projekt ,,ustawy o pamięci demokratycznej”.

We wtorekOpiera się ona na istniejącym już prawodawstwie dotyczącym pamięci historycznej („Ley de la Memoria Histórica”), stanowi jednak jego rozległe rozszerzenie. Proponowana ustawa umożliwia likwidację stowarzyszeń i grup, które gloryfikują pamięć gen. Franco (w tym wpływowej Fundacji Franco, założonej przez członków rodziny dyktatora), stwierdza nieważność wszystkich procesów politycznych z czasów czterech dekad dyktatury oraz pozwala odebrać odznaczenia, awanse i obniżyć emerytury frankistowskim funkcjonariuszom zaangażowanym w aparat represji.
Zobowiązuje ona również samorządy do finansowania poszukiwań miejsc pochówku i ekshumacji osób zabitych podczas wojny domowej w Hiszpanii oraz w okresie frankistowskiej dyktatury. Na podstawie tworzonych w ten sposób lokalnych baz danych identyfikowanych szczątków ma powstać w przyszłości ogólnokrajowy bank DNA ofiar frankizmu, który ma pomóc rodzinom odnaleźć zwłoki ich zamordowanych bliskich. A mało jest rodzin w Hiszpanii które by w wojnie domowej i represjach frankistowskich kogoś nie straciły – dla uświadomienia skali powiem tylko, że więcej niż w Hiszpanii osób pogrzebanych w bezimiennych masowych grobach zostało jedynie w Kambodży. Obowiązkowe lokalne finansowanie ma być zaś antidotum na wadliwość ustawy z 2007 roku, która decyzję o wysokości budżetu na ekshumacje zostawiała corocznie w gestii rządu centralnego. To pozwalało prawicy w czasie jej rządów torpedować ekshumacje – premier Mariano Rajoy co roku przy dyskusjach nad budżetem ze złowrogą satysfakcją podkreślał, że jego rząd zadecydował o przeznaczeniu na poszukiwania i wykopaliska ,,zero euro”.
,,Ustawa o pamięci demokratycznej” pozwoli również starać się o uzyskanie hiszpańskiego obywatelstwa potomkom żołnierzy Brygad Międzynarodowych. Wicepremier Pablo Iglesias napisał na Twitterze, że w ten sposób rząd hiszpański chce choćby symbolicznie ,,powiedzieć tym bohaterom i bohaterkom demokracji: Dziękujemy, że przybyliście!”. Projekt ustawy powinien bez problemu uzyskać większość w Kortezach głosami rządzących partii PSOE i Podemos oraz opozycyjnej Ciudadanos. Przeciw będą na pewno postfrankistowska Partia Ludowa oraz skrajnie prawicowy VOX.
Działania hiszpańskiego rządu są promykiem nadziei w mroku brunatniejącej Europy. W czasie, gdy w wielu państwach kontynentu do mainstreamu wraca wychwalanie faszyzujących zbrodniarzy, gabinet Pedro Sancheza ma odwagę zdecydowanie potępić krwawy reżim kata młodej hiszpańskiej demokracji i zakazać jego publicznej gloryfikacji. Hiszpańscy socjaliści nie ulegają liberalnemu hamletyzowaniu, że ,,obie strony miały trochę racji” i ,,najważniejsze jest ogólnonarodowe pojednanie”, tylko otwarcie wskazują, kto walczył o demokrację i wolność, zasługując na hołd oraz upamiętnienie, a kto stał po stronie zamordyzmu i brutalnej dyktatury, ściągając na siebie hańbę i wieczną niesławę. Wystarczająco długo już bowiem na Płw. Iberyjskim ofiary reżimu i ich potomkowie musieli godzić się na uwłaczające ,,narodowe pojednanie”, będące tak naprawdę postfrankistowskim dyktatem mającym zapewnić bezkarność i utrzymanie wpływów ich oprawcom. Najwyższa pora, by skończyć z tą patologią i zapewnić dziesiątkom tysięcy ofiar frankizmu godny pochówek.
Na uznanie zasługuje także symboliczne uhonorowanie przez hiszpański rząd w ustawie żołnierzy Brygad Międzynarodowych. Dzisiaj, kiedy faszyzm coraz odważniej podnosi głowę, powinniśmy w szczególny sposób pamiętać o ochotnikach z całego świata, którzy przybyli, by, jak pisał Władysław Broniewski, ,,walczyć o ciebie ziemio hiszpańska, abyś nie była, jak przed wiekami, znowu królewska, księża i pańska”. Ich przykład najlepiej pokazuje, że naszą najsilniejszą bronią w walce z reakcją i prawicowym zamordyzmem jest internacjonalistyczna solidarność. Wstępując do Brygad Międzynarodowych każdy ochotnik składał przysięgę: ,,walczę tutaj, ponieważ wiem, że jeśli faszyzm zwycięży w Hiszpanii, jutro zdobędzie mój kraj i mój dom”. Warto, wzorem rządu hiszpańskiego, przypominać o tym ostrzeżeniu, by po raz wtóry nie okazało się ono mrocznym proroctwem.

Silvio Berlusconi ograł Covid19

W ostatnich dniach polityczny krajobraz włoskiej polityki na chwilę stanął w miejscu oczekując na wieści ze Szpitala Św. Rafała w Mediolanie, w którym przebywał jeden z włoskich polityków. Być może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie prosty fakt, że mowa o Silvio Berlusconim.

Na początku września były Premier Włoch poinformował ze swojej willi w miejscowości Arcore, że jest zainfekowany koronawirusem. Zarażeni byli też jego syn Luigi i córka Barbara oraz narzeczona Marta Fascina, obecnie również posłanka partii Forza Italia, a także członek ochrony, przyjaciele i służba.
Chcąc uspokoić swoich wyborców Silvio Berlusconi zaznaczył, że nie odczuwa żadnych objawów i że czuje się świetnie. Jednak już następnego dnia był zmuszony do stawienia się do szpitala Św. Rafała w Mediolanie, gdzie został poddany szczegółowym badaniom, które wykazały wczesny etap obustronnego zapalenia płuc.
Alberto Zangrillo, osobisty lekarz Berlusconiego i jednocześnie dyrektor oddziału anestezji i reanimacji, nakazał pozostawienie byłego premiera w szpitalu. Według niego choroba tego rodzaju wykryta na wczesnym etapie nie jest groźna, ale okolicznościami niesprzyjającymi były wiek i liczne choroby, które przeszedł w przeszłości.
Na pytania dziennikarzy otoczenie eurodeputowanego informowało, że nie ma powodów do zmartwień, mimo to w chwili ogłoszenia diagnozy świat włoskiej polityki zatrzymał się. Co prawda osobisty lekarz Berlusconiego twierdził, że stan byłego premiera jest stabilny co budziło ostrożny, ale uzasadniony optymizm.
Mimo to zaczęły się jednak pojawiać pewne obawy. A co jeśli tym razem Silvio Berlusconi nie oszuka losu i ten pojedynek przegra? Oczywiście publicznie nikt nawet nie odważył się postawić takiej tezy, tylko wszyscy dawali do zrozumienia, że Berlusconi niczym kiedyś Andreotti, inny mocarz włoskiej polityki, jest po prostu nie do zdarcia. Jednak zaczęły się pojawiać w kuluarach dość konkretne pytania: co dalej? Kto przejmie schedę lidera w partii Forza Italia, niegdyś najsilniejszego ugrupowaniu na półwyspie apenińskim, które być może niedługo przegoni Ligę Matteo Salviniego i wróci na szczyt popularności wśród prawicowych wyborców? Co się stanie z medialnym koncernem Mediaset, które uświadomiło milionom Włochów na czym polega prywatna telewizja? Kto go zastąpi na fotelu prezesa piłkarskiego klubu Monza? Lombardzki klub, który niczym kiedyś Milan został przez Berlusconi wykupiony za grosze i w kilka lat poprowadzony z Serie D (włoska czwarta liga), aż do Serie B (zaplecze włoskiej ekstraklasy) i są plany na awans do Serie A już w nadchodzącym sezonie. Inaczej mówiąc – kto przejmie imperium po Silvio Berlusconim?
Całe szczęście te pytania można zostawić na inny może bardziej odległy czas, ponieważ już w ostatni poniedziałek Silvio Berlusconi opuścił szpital. Były premier Włoch ocenił, że zakażenie koronawirusem było jednym z największych wyzwań w jego życiu i jest przede wszystkim wdzięczny prawdziwym bohaterom ostatnich miesięcy na półwyspie apenińskim, czyli lekarzom. Można odnieść wrażenia, że jak zawsze udało mu się kolejne wyzwanie wygrać na swoich warunkach. Jak sam stwierdził uśmiechnięty Berlusconi, w krótkiej rozmowie z dziennikarzami przed szpitalem: „uszło mi to na sucho”. Trudno się nie zgodzić.
Co ciekawe osobisty lekarz, któremu „Il Cavaliere” gorąco dziękował po wyjściu ze szpitala do niedawna uchodził za lidera „opozycji” wobec rządowych ekspertów nawołujących do jak najdłuższego zachowania „antykoronawirusowych„ restrykcji. Jak sam twierdził z klinicznego punktu widzenia wirus nie istnieje i przekonywał jeszcze w maju, że trzeba jak najszybciej powrócić do normalnego życia bo istnieją wszelkie przesłanki, aby to uczynić. Ciekawe czy dzisiaj ma dalej takie samo zdanie.

Tajemnice dyplomatycznych przesyłek

Ostatnio nam obrodziło w opisy skrytych działań i tajemnych informacji, co i tak zasadniczo nie zmienia naszej wiedzy o minionych czasach.

W ubiegłym roku wydawniczą sensacją były „Tajemnice walizki generała Sierowa” – opasły tom dzienników jednego z szefów radzieckich służb specjalnych. Przyniósł niewątpliwie wiele dodatkowych informacji dla historyków i pasjonatów tamtego okresu, ale zawiódł tych wszystkich, którzy liczyli na jakieś nowe, nieznane dotąd fakty, które zmieniły by wiedzę o latach 1939-1963. Nadto autor szerokim łukiem ominął wiele ważnych wydarzeń, które niewątpliwie znal, bądź nawet brał w nich udział, zapewne z racji ich powszechnej, negatywnej oceny i wymowy. W tego rodzaju dokumentach to przywara często występująca, co nie zmienia faktu o ich źródłowej wartości.
Podobne niejako refleksje
przywołuje ostatnio wydana przez Instytut Pamięci Narodowej książka „„KARNAWAŁ” PO AMERYKAŃSKU Placówki dyplomatyczne USA w PRL wobec polskich wydarzeń”, do której wprowadzenia, wyboru i opracowania dokonał Patryk Pleskot. Rzecz o objętości 735 stron zawiera 223 dokumenty obejmujące informacje, notatki z rozmów, szyfrogramy, listy, opinie, opracowania, wykazy, sprawozdania, raporty i pisma ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie przesyłane do różnych amerykańskich instytucji. Nadto korespondencję konsulatów w Poznaniu i Krakowie oraz Departamentu Stanu. Dokonany wybór celowo obejmuje okres narodzin i działalności „Solidarności” i stąd pochodzi tytuł książki. Natomiast podtytuł zastrzega, iż przedstawione dokumenty stanowiły jedynie część amerykańskiej wiedzy o ówczesnej Polsce bowiem istniały jeszcze inne drogi i źródła jej pozyskiwania.
Poniżej cytuję obszerne fragmenty tej pracy, gdyż najlepiej tym sposobem przedstawić ją Czytelnikom.
Mylił się ten,
który by sądził, że powyższa korespondencja pochodzi z odtajnionych amerykańskich materiałów rządowych.
Wszystkie przywoływane w książce dokumenty zdobył polski kontrwywiad w ramach prowadzonej od połowy lat 70. do początku 1990 roku akcji „Tajfun”. „Kontrwywiadowczy „filtr” nałożony na dokumentację ambasady USA w Warszawie oraz konsulatów w Krakowie i Poznaniu – pisze autor – poza oczywistymi (choć w sumie ograniczonymi) mankamentami… Pozwala przede wszystkim uświadomić sobie sukces Departamentu II MSW, jakim było przechwytywanie [różnymi metodami – Z.T.] przez w sumie kilkanaście lat pokaźnej części amerykańskiej korespondencji dyplomatycznej… Jednocześnie kontrwywiad podkreślał, że nic nie wskazywało na to, by zachodni dyplomaci cokolwiek podejrzewali..” W ramach tej akcji, obejmującej także placówki dyplomatyczne innych państw, sporządzono 37 805 fotokopii z których aż 58 % dotyczyło korespondencji amerykańskiej. Pozyskane materiały, które obecnie znajdują się w archiwum IPN, tłumaczono na język polski i następnie w różny sposób wykorzystywano, także jako podstawę informacji dla najwyższych władz partyjno-rządowych PRL.
Wszystko ważne
„Mówiąc o treści dokumentów – pisze autor pracy – najłatwiej jest stwierdzić, że amerykańskich dyplomatów interesowało dosłownie wszystko: od zakulisowych walk o
wpływy w partii (od szczebla centralnego, przez wojewódzkie, po podstawowe organizacje partyjne); przez nastroje w konkretnych środowiskach i grupach (intelektualiści, dziennikarze stołeczni i regionalni, robotnicy, rolnicy, żołnierze, ekonomiści, naukowcy, artyści, urzędnicy, cudzoziemcy…), artykuły prasowe, audycje telewizyjne i radiowe, sytuację w Kościele, działania najróżniejszych grup opozycyjnych; po takie szczegóły, jak natężenie ruchu na drogach i lotniskach, cena kanistra benzyny, długość kolejek i napisy na murach czy… gęstość wąsów Lecha Wałęsy.” To ostatnie zapewne w celu identyfikacji oryginału od ewentualnego sobowtóra.
„Mniej lub bardziej świadomie ambasador i jego podwładni prezentowali optykę samych rozmówców. A ci przecież też mieli swoje zamiary i cele w momencie, w którym decydowali się na spotkanie z przedstawicielami najpotężniejszego ideologicznego wroga „ludowej ojczyzny” (i jej „przyjaciół radzieckich”), jakim były Stany Zjednoczone. Zarówno reprezentanci władz, jak i robotników, dysydentów czy Kościoła prowadzili swoją grę. Nie zawsze mówili, co myśleli, a ich przekaz nie musiał być wolny od przekłamań i rzecz jasna subiektywizmu. Nie oznacza to, by automatycznie zakładać niewiarygodność źródeł, trzeba jednak pamiętać o ich specyfice.” Nadto miały jednak miejsce sytuacje szczególne, gdy na przykład informatorem był polski pracownik konsulatu USA w Krakowie Andrzej Głowacz będący jednocześnie współpracownikiem SB o pseudonimach Ketling i Grom.
Uwagi metodologiczne
Uwzględniając znaną powszechnie praktykę wielu dalekich od rzetelnego, historycznego oglądu opracowań IPN, nasuwa się nieodparte pytanie o przyjęte zasady wyboru dokumentów zawartych w tym zbiorze. Autor odpowiada, że „starał się, by były one reprezentatywne i pokazywały całe spektrum zainteresowań i działań… chodzi tu o ukazanie rzeczywistej, codziennej aktywności amerykańskich placówek dyplomatycznych.” Patryk Pleskot we wprowadzeniu, do którego wypadnie jeszcze nie raz powrócić, często krytycznie ocenia amerykańską politykę wobec polskich wydarzeń, tłumacząc to, a nawet jakby usprawiedliwiając, różnymi uwarunkowaniami, nadto podobnie sytuację kadrową w ambasadzie USA w Warszawie.. Nie zmienia to dalej wątpliwości dotyczących na przykład możliwości pominięcia niektórych dokumentów z uwagi na zawarte w nich informacje o pewnych osobach bądź grupach osób z polskiej strony.
Choć powyższego zapewne nie wyjaśnimy to jednak stronniczość autora odnaleźć możemy wielokrotnie; przejawia się w jednoznacznych sympatiach do Solidarności i chłodzie bądź nawet złośliwościach pod adresem tego co łączy się z ówczesnym ustrojem. Na przykład w nazwie podrozdziału „Kontrwywiad PRL…” w miejsce właściwego „Polski kontrwywiad”, tak jakby ten PRL-owski (podobnie „Służby PRL”) nie był polskim. To prawie powszechne unikanie, jak ognia, słowa „polski” przypomina pamiętną wypowiedź premiera Morawieckiego o Polsce w czasach PRL, której jakoby nie było. Podobnie jest z taką opinią: „Rzecz jasna ryzyko inwazji [radzieckiej – Z.T.] budziło również powszechne zaniepokojenie w samej Polsce: nie tylko wśród członków „Solidarności”, lecz także m.in. w Kościele.” Autor nie wymienia „także” przeważającej części członków partii, uważając być może, że powitali by radzieckie czołgi kwiatami, a tym bardziej ówczesnego kierownictwa PZPR, które mogłoby podzielić los Imre Nagy’a.
Nadto stwierdza: „Administracja Reagana deklaratywnie widziała w niej [nominacji gen. Jaruzelskiego na premiera – Z.T.] szansę na stabilizację kraju, choć obawiała się radykalnych posunięć wobec „Solidarności”. W rzeczywistości nastroje były bardziej pesymistyczne.” Na to ostatnie stwierdzenie nie przedstawia autor żadnych dowodów.
Amerykańska aktywność
30 lipca 1981 roku: „Stany Zjednoczone nie mogłyby pozostać obojętne na jakąkolwiek agresję zewnętrzną czy represje wewnętrzne w Polsce”. Później wezwano do zintensyfikowania pomocy finansowej, a „administracja Reagana była zdeterminowana pomóc „Solidarności” w jak najdłuższym przetrwaniu (głównie poprzez wsparcie finansowe i charytatywne) w perspektywie dalszego osłabiania ZSRR.”
Istniejące zaledwie miesiąc Biuro Informacyjne Solidarności w Nowym Jorku 30 października zostało zamknięte; „stanowiło pewnego rodzaju pas transmisyjny między amerykańskimi kręgami rządowymi a „Solidarnością”. Takiego kanału komunikacyjnego dotychczas brakowało; nie stworzył go sporadycznie spotykający się z opozycjonistami ambasador Meehan. To m.in. za pośrednictwem biura Amerykanie mieli proponować polskim związkowcom konkretne posunięcia podczas drugiej tury zjazdu NSZZ: utrzymanie Wałęsy na pozycji lidera, wspieranie strategii „cięcia po skrzydłach” i wzmacnianie tendencji umiarkowanych, współpracę z władzami podczas wdrażania reform gospodarczych przy jednoczesnej presji na rząd na wyselekcjonowanych kierunkach, zapewniającej nowe zdobycze dla związku, a także dalszą legalizację dotychczasowych osiągnięć.”
Jesienią 1981 roku nasiliła się aktywność amerykańskich dyplomatów: „Na przykład w październiku radca ambasady USA wysłał do przewodniczącego górnośląskiej „Solidarności” teleks z zapytaniem o przebieg protestów w Hucie Katowice. Wykraczało to poza normalną działalność placówki. W listopadzie z kolei w siedzibie Regionu Mazowsze kontaktowano się z Januszem Onyszkiewiczem. Równocześnie działacze poznańskiej „Solidarności” mieli uzgodnić z konsulem USA w tym mieście formy bezpiecznej łączności na wypadek sytuacji nadzwyczajnej w Polsce.”
Stan wojenny
Autor pisze: „INR [Bureau of Intelligence and Research – Z.T.] przewidywało, że nawet armia i polskie władze mogły się zbuntować przeciwko decyzji Wielkiego Brata o interwencji. Dlatego przemyśliwany przez Jaruzelskiego „stan wyjątkowy lub jakiś rodzaj stanu wojennego” miał w ocenie Amerykanów służyć nie stłumieniu opozycji [!!! – Z.T.], ale także pozbawieniu Sowietów pretekstu do wkroczenia. Jest równie ciekawe, że stanowisko ambasady i INR było dobrze znane służbom specjalnym PRL, przez to również kierownictwu partyjno-państwowemu – a zatem i Rosjanom.” W raporcie wywiadu NRD cytowanym przez autora czytamy: „…można zakładać, że jednostki armii polskiej sprzeciwiłyby się interwencji ZSRR”. Dlatego też w Berlinie sądzono, że Moskwa miała ograniczone i możliwości, i chęci interwencji w Polsce.”
W tym okresie „coraz bardziej alarmistyczne meldunki przesyłał płk Ryszard Kukliński, postrzegany przez CIA jako wiarygodny agent. Teraz jednak nie do końca wierzono w jego rewelacje na temat możliwości wprowadzenia stanu wojennego, obawiając się dezinformacji ze strony polskich służb oraz dekonspiracji pułkownika.”
„Wydaje się, że polityczne kierownictwo USA nie zdawało sobie do końca sprawy z tego, że przeprowadzona przez Jaruzelskiego kumulacja stanowisk stanowiła przygotowanie gruntu pod operację wojskową – mimo doniesień Kuklińskiego (i innych). Wiarygodnie brzmią bardziej ogólne oceny wywiadu PRL z tych dni, że wobec niespotykanej sytuacji, jaką był „karnawał «Solidarności»”, amerykańscy (i zachodni) dyplomaci, nawet ci pracujący w Polsce, nie potrafili stworzyć pewnych prognoz i czuli się trochę zagubieni… O tej dezorientacji (być może wyolbrzymianej przez SB) świadczy chociażby wycinek szyfrogramu nadesłanego z rezydentury wywiadu PRL w Waszyngtonie do warszawskiej centrali 1 listopada 1981 r: „dokonana [przez Amerykanów] analiza […] wskazuje, że sprawa podjęcia decyzji dot[yczącej] stanu wyjątkowego nie jest bliska…”
Dodać jeszcze należy, że od tego czasu aż do 13 grudnia 1981 roku, w żadnej korespondencji ambasady USA w Warszawie nie pojawiała się nawet hipotetyczna sugestia o możliwości wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w najbliższym terminie.
Nawiązując do początku tego tekstu
należy stwierdzić, że przedstawiony w omawianej książce zbiór amerykańskich informacji z Polski nie tylko nie narusza naszej wiedzy o niedawno minionych wydarzeniach, ale nadto w pełni ją potwierdza. Nie zmienia to jednak przekonania, że z bardzo wieli powodów warto zapoznać się z tą wydawniczą pozycją.

O 11 września – tyle, że w Chile

15 tys. zabitych, 100 tys. w obozach koncentracyjnych. Bestialskie torturowanie więźniów, żołdackie gwałty, masowe grabieże. Bombardowania dzielnic robotniczych i podpalenia lokali partyjnych. Obalenie demokratycznie wybranego rządu i zamordowanie prezydenta. Rozjechane przez czołgowe gąsienice prospołeczne reformy, programy alfabetyzacji i zmniejszania nierówności. 17 lat brutalnej faszystowskiej dyktatury wojska i wielkich posiadaczy. To prawdziwy bilans zamachu z 11 września. W Chile, w 1973 roku.

Jak co roku o tej porze, nie było chyba medium w naszym kraju, które nie przypominałoby o rocznicy zamachów na nowojorskie wieże WTC. To całkowicie zrozumiałe – była to wielka tragedia i przerażający przykład tego, do czego może prowadzić religijny fanatyzm. Bardzo często jednak w parze ze wspomnieniem owych wydarzeń idzie mainstreamowa opowieść, jak to pokojowo nastawione oraz zawsze pacyfistyczne Stany Zjednoczone zostały brutalnie i niespodziewanie zaatakowane przez zewnętrznych napastników, a same zamachy były największą zbrodnią przeciwko ludzkości od II wojny światowej. I właśnie dlatego, oczywiście bardzo niechętnie i z wielkim bólem serca, Stany Zjednoczone nie chciały, ale musiały utopić Bliski Wschód we krwi. Dominacja takiej narracji nie powinna dziwić, żyjemy bowiem w amerykańskim protektoracie i świecie neoliberalnej ideologii. Mając to jednak na uwadze, tym bardziej warto przypominać, że dzień 11 września kryje w sobie także inną, o wiele bardziej mroczną rocznicę. Rocznicę przerażającej tragedii, jaką USA i lokalna prawica zafundowały ludowi chilijskiemu, a której bolesne skutki są odczuwalne do dzisiaj.
Salvador Allende był wiele lat parlamentarzystą i przewodniczącym senatu. W 1970 roku wygrał wybory w Chile i tym samym stał się pierwszym demokratycznie wybranym lewicowym prezydentem w Ameryce Południowej. Zwycięstwo zapewnił mu program szerokich prospołecznych reform. Po wyborach Allende utworzył koalicyjny rząd Frontu Ludowego. Wybór Chilijczyków rozwścieczył władze Stanów Zjednoczonych. Na wieść o zwycięstwie Allende prezydent Nixon nakazał CIA przygotowanie dwóch planów dywersji – ,,łagodniejszego”, mającego zmusić prezydenta do dymisji (która miała umożliwić wygranie ,,wolnych” wyborów amerykańskiemu pachołkowi) oraz, w przypadku nieugiętości Allende, ,,ostrzejszego”, polegającego podburzaniu do buntu i wspieraniu wrogich prezydentowi konserwatywno – arystokratycznych kręgów w armii. Według słów Nixona chilijska gospodarka miała ,,zawyć z rozpaczy”, a przeciwko chilijskiej głowie państwa miała zostać przygotowana zmasowana ofensywa propagandowa. Powodem tak szybkich i zdecydowanych działań było poważne zaniepokojenie Stanów Zjednoczonych, że kolejny, po Kubie, dotychczasowy wasal zdecydował się zrzucić amerykański protektorat. Sukcesy Chile mogły bowiem dodatkowo zachęcić kolejne kraje w Ameryce Południowej do przeciwstawienia się Wielkiemu Bratu.
A owe sukcesy pojawiły się bardzo szybko. Salvador Allende bardzo konsekwentnie realizował program, z którym stanął do wyborów. Uruchomił plan budowy 120 tysięcy budynków mieszkalnych w robotniczych dzielnicach, objął ubezpieczeniami społecznymi wszystkich pracowników, wdrożył program rozdawania darmowej żywności wśród najbardziej potrzebujących, prowadził integrację zmarginalizowanych dotychczas społeczności indiańskich z systemem oświaty, organizował alfabetyzację, zwiększył liczbę miejsc w szkołach i na uczelniach, znacjonalizował wiele dużych zakładów, będących dotychczas centrami wyzysku, rozszerzając program robót publicznych obniżył trapiące Chile bezrobocie, a także, podpisując umowę ze Zjednoczonym Centrum Robotników, dał samorządom robotniczym wpływ na decyzje Ministerstwa Planowania Społecznego. Mimo oporu ze strony wielkich latyfundystów i ich bojówek skutecznie wprowadzał w życie reformę rolną. Utworzył Sekretariat Kobiet, mający zająć się poprawą ich sytuacji społecznej i ekonomicznej. Państwo wykupiło także prywatny dom wydawniczy „Editorial Quimantu”, z którego drukarni wyszło potem w ciągu dwóch lat ponad 8 mln książek, dystrybuowanych między szkoły i wysłanych do biednych regionów. Poprawiły się także wskaźniki gospodarcze – inflacja spadła z 36 proc. w 1970 do 22 proc. w 1971 roku, a średnie płace realne w samym tylko 1971 roku wzrosły o 22,3 proc..
Wszystko to wywołało furię Waszyngtonu, próbującego coraz to nowych dywersji, by pozbyć się lewicowego prezydenta. Allende był jednak nieugięty. W samym Chile także nasilał się opór kręgów konserwatywnych wobec działań prezydenta, a coraz większa liczba prawicowych bojówek destabilizowała kraj. Sytuacja była coraz bardziej napięta. CIA cały czas wspierała wymierzoną w prezydenta i planującą przeprowadzenie zamachu stanu konspirację w armii, śląc jej pieniądze, organizując szkolenia i pomagając politycznie. Na jej czele generał Augusto Pinochet. Planowany od maja pucz rozpoczął się w nocy z 10 na 11 września 1973 roku. Nad ranem większość stolicy była już w rękach spiskowców, a sam Allende z najwierniejszymi zwolennikami został otoczony w pałacu prezydenckim – La Moneda. Prezydent, mimo że jego współpracownicy przygotowali mu samolot i dali szansę na ucieczkę z kraju, zdecydował się walczyć do końca z bronią w ręku. Poległ ok. 14.15, podczas decydującego szturmu na pałac, do ostatnich chwil dzielnie broniąc lewicowych ideałów, którym był wierny całe życie.
Po śmierci prezydenta wojskowi na czele z Pinochetem zgotowali Chile piekło. W ciągu kilku dni zostało zamordowanych ok. 15 tys. ludzi, w większości cywilnych działaczy lub sympatyków lewicy. Największe stadiony kraju, Estadio Chile i Estadio Nacional, zmieniono w obozy koncentracyjne, przez które przeszło prawie 100 tys. osób. Tysiące więźniów poddano tam bestialskim torturom, a kobiety padały ofiarą masowych gwałtów żołdactwa. Armia bombardowała robotnicze dzielnice i pacyfikowała protesty w zakładach pracy. Śmierć groziła każdemu, kto w jakikolwiek sposób był powiązany z lewicą lub był choćby potencjalnym zwolennikiem Allende. Kraj na 17 lat pogrążył się w mroku brutalnych rządów wojskowej junty na czele z Augusto Pinochetem jako dyktatorem. Cofnął on prawie wszystkie prospołeczne reformy, zmienił kraj w prywatny folwark oficerów i bogaczy oraz uczynił z niego królika doświadczalnego dla chicagowskich ekonomistów. Narodzony w ten sposób neoliberalizm stał się źródłem bolączek bardzo silnie trapiących Chile (i nie tylko) po dziś dzień. By przekonać się, jak trudne to dziedzictwo, jak wielkie są nierówności z niego zrodzone, wystarczyło posłuchać demonstrantów, którzy protestowali na ulicach Chile całymi miesiącami, na przełomie 2019 i 2020 r. Wiele lat po tym, gdy dyktatura Pinocheta teoretycznie odeszła do przeszłości. Nie byłoby tych wszystkich nieszczęść, gdyby nie organizacyjna, propagandowa i polityczna interwencja Stanów Zjednoczonych w kraju, który – tylko i aż – chciał demokratycznie iść własną drogą.
11 września nie powinien być zatem zawłaszczany przez narrację tylko jednej, choć wstrząsającej, tragedii z 2001 roku. Ten dzień, 19 lat po upadku dwóch wież, przypomina także o przerażającej tragedii ludu chilijskiego, której sprawcą były Stany Zjednoczone. Nieokiełznana i bezdenna pazerność rządzącej tam oligarchii na panowanie nad światem kosztowała ten naród wiele krwi i lat ucisku. Trzeba pamiętać również o Salvadorze Allende, niepozbawionym wad, ale z krwi i kości bohaterze, który całe życie pracował na rzecz sprawiedliwszego świata. A w obliczu przemocy nie opuścił posterunku i wzorem swojego serdecznego przyjaciela Ernesto Guevary oddał życie, jak pisał Ryszard Kapuściński, ,,za władzę ludu”. Żadne moje słowa jednak nie powiedzą tak wiele o Salvadorze Allende jak te, wypowiedziane przez niego w ostatnim radiowym orędziu do narodu, tuż przed zbombardowaniem pałacu prezydenckiego: ,,Niech żyje lud! Niech żyją ludzie pracy! To są moje ostatnie słowa i jestem pewien, że moja ofiara nie będzie próżna. Niech będzie lekcją moralności karzącą zbrodnie, tchórzostwo i zdradę.” Naszym obowiązkiem jest zachować tę lekcję w pamięci.

Kultura hutongów w Pekinie

Ponad 7 000 hutongów otacza Zakazane Miasto w Pekinie. Większość z nich powstała w czasie panowania trzech dynastii: Yuan, Ming i Qing. Na pierwszy rzut oka hutongi to wyłącznie szare ściany. Jednak, kiedy znajdzie się chwilę aby porozmawiać z ich mieszkańcami, można się przekonać, że każdy z nich ma swoją własną historię.

Hutongi to miejsce życia zwykłych pekińczyków, ale także zapis rozwoju i ewolucji historii oraz kultury miasta. Tutaj można zauważyć zmiany zachodzące w historii czy zwyczajach. Wędrując hutongami można zobaczyć ciekawe miejsca historyczne, które tworzą „żywą encyklopedię Pekinu”. Historia tych zabudowań sięga setek lat. Podczas spaceru można dowiedzieć się jak wygląda życie pekińczyków i ich stosunki sąsiedzkie.
Hutong to tradycyjny chiński zespół szczelnie połączonych ze sobą parterowych budynków. Budowane były na planie prostokąta, z wąskimi uliczkami, do których przylegają bramy wejściowe do siheyuan, czyli małych, wspólnych dziedzińców, wokół których ulokowane są parterowe zabudowania z nieotynkowanej cegły. W dawnych Chinach istniała ścisła definicja szerokości ulicy lub alei. Ulice w hutongach bardzo często nie przekraczają więc szerokości 9 metrów i do dzisiaj pozostają najwęższymi drogami w Pekinie. Niejednokrotnie alejki pozostają nie szersze niż 3 do 4 metrów, a czasem są tak wąskie, że mogą się nimi poruszać jedynie pojazdy jednośladowe.
Oto najbardziej charakterystyczne hutongi w stolicy Chin, które warto odwiedzić podczas podróży. W zachodniej części Pekinu znajduje się Hutong Jiudaowan, którego nazwa oznacza dziewięć zakrętów. Czasami nazwa hutongu wywodzi się od nazwiska osoby, która tam mieszkała, tak jest na przykład Shilaoniang Hutong i Wang Pijiang Hutong. Inne noszą nazwę od kształtu zabudowań: Hutong Yangweiba oznacza hutong owczego ogona, a Hutong Erduoyan – to hutong uszu.
Nanluoguxiang ma 8 metrów szerokości i 787 m. Został zbudowany za panowania dynastii Yuan. Jest to jedna z najstarszych dzielnic w Pekinie, której historia sięga ponad 740 lat. Jest również jednym z 25 planowanych obszarów ochrony starego miasta. W czasach dynastii Qing „Kompletna mapa stolicy” narysowana w piętnastym roku Qianlong (1750) została przemianowana na Nanluoguxiang. Jest to największa, najwyższej klasy i bogata w zasoby tradycyjna dzielnica mieszkaniowa w Chinach w stylu szachownicy, która w pełni zachowuje strukturę dziedzińca hutongu z czasów dynastii Yuan. Rezydencje i dziedzińce o różnych kształtach w okolicznych hutongach są kolorowe i głębokie. Nanluoguxiang i okolice były niegdyś centrum dynastii Yuan, a następnie miejscem wielkiego bogactwa w czasach dynastii Ming i Qing, aż po upadku dynastii Qing, kiedy to powoli dobiegał końca również dobrobyt Nanluoguxiang. Yu’er Hutong na Nanluoguxiang to miejsce, gdzie 25 lutego 2014 roku mieszkańców odwiedził przewodniczący Chin Xi Jinping.
Shichahai Hutong jest na pewno wart odwiedzania, ze względu na historię i kulturę. Znajduje się on niedaleko kompleksu jezior w północno-zachodnim Pekinie i na północ od Parku Beihai. Akwen zajmuje łącznie powierzchnię 146,7 ha, w jego skład wchodzą trzy zborniki: Qianhai (dosł. „Morze Przednie”), Houhai („Morze Tylne”) i Xihai („Morze Zachodnie”), które otoczone są dobrze zachowanymi zabytkami tradycyjnej chińskiej architektury, m.in. dawnymi rezydencjami miejskimi, hutongami oraz siheyuan. Po wschodniej stronie jeziora Houhai zlokalizowane są stare hutongi, pośród których mieści się świątynia Guanghua, którą wzniesiono za rządów dynastii Yuan. Świątynia jest siedzibą Pekińskiego Związku Buddyjskiego. Nad wschodnim brzegiem Houhai znajduje się rezydencja księcia Chun. Po drugiej stronie jeziora leży park Houhai; na południe od niego znajduje się klasztor Fengtai oraz rezydencja księcia Gonga, która zajmuje powierzchnię 60 000 m² i jest największym oraz najlepiej zachowanym tego typu obiektem w Pekinie. Na terenie rezydencji utworzono ogród znany jako Jincui Yuan, umieszczono w nim jeziora, jaskinie i liczne pawilony. Znajduje się tam także pawilon teatralny, w którym obecnie codziennie odbywają się spektakle opery pekińskiej.
Qianshi Hutong, czyli hutong rynku pieniężnego, jest najwęższy w całym mieście. Znajduje się na Jewel City Street, koło Qianmen. W przeszłości mieściły się tutaj instytucje finansowe. Najwęższe miejsce w hutongu ma tylko 80 cm szerokości, więc gdy spotykają się dwie osoby, muszą one przejść bokiem. Hutong ten ma około trzydziestu do czterdziestu metrów długości.
Najdłuższy hutong to Xijiaomingxiang. Jest to równoległa do Alei Chang’an, zaczynająca się od ulicy Chongwenmen Nei na wschodzie i na północy od ulicy Xinhua na zachodzie. Na mapie dynastii Ming i Qing nazywany był „Wschodnią-Xijiangmixiang”, o łącznej długości 6,5 kilometra.
Najkrótszy hutong to Guantongjie. Znajduje się on w pobliżu Liulichang i ma tylko ponad 20 metrów długości.
Najstarszy hutong to Sanmiao. Znany jako „przodek hutongów”. Ponad 900 lat temu nosił on nazwę „Shanzhoujie”.
„Małe kręte hutongi zawierają wiele pokręconych historii. Te historia mówią mi i wam, że na każdym dziedzińcu znajduje się obraz, którego nie można dostatecznie poznać” – brzmią słowa piosenki „Beijing Hutong”.
Pekińskie hutongi to codzienność mieszkańców stolicy, ale też historia kultury i architektury. To także wizytówka Pekinu, którą zachwycają się turyści z całego świata.

Pięć lat Wielkiej Migracji

Tak naprawdę ta migracja z Południa do Europy zaczęła się wcześniej, ale przyjmuje się na ogół, że masowy napływ uchodźców wojennych i imigrantów zaczął się w r. 2015, gdy naszym kontynentem wstrząsnęły wielkie wydarzenia polityczne i medialne: topienie się przeładowanych łodzi w Morzu Śródziemnym, decyzja Niemiec otwarcia granic, czy pamiętna fotografia ciała małego Aylana na tureckiej plaży. Jesteśmy dziś bardzo daleko od ówczesnego witania migrantów z otwartymi ramionami, a tamte wspomnienia skrywają obecną sytuację migracyjną.
Oto pięć przykładów miejsc, gdzie wszystko się zmieniło, by wszystko zostało, jak przedtem.

Przypomnijmy najpierw krótko tamte wydarzenia. Po rozbiciu przez NATO Libii i pogrążeniu jej w chaosie władzy ugrupowań dżihadu, do ucieczki rzucili się przez morze Libijczycy i Afrykanie, którzy tam wcześniej pracowali. Morska droga na włoskie wyspy Lampedusę i Sycylię zaczęła wypełniać się starymi kutrami i pontonami wypakowanymi ludźmi do ostatniego miejsca. Na początku ten ruch był lekceważony, aż informacje o tonięciu uchodźców zaczęły przebijać się do mediów. W kwietniu 2015 r. Unia Europejska postanowiła wzmocnić patrole ratunkowe u libijskich wybrzeży, gdy pod Lampedusą utonęło ponad 800 osób stłoczonych na rozlatującej się barce. Ta droga migracyjna pozostaje aktywna do dzisiaj, jak wszystkie inne.
Media komunikując pokrzepiający, pozytywny bilans przyjęcia wtedy przez Niemcy wielkiej fali migrantów idących drogą bałkańską, zapominają, że dziś Niemcy i inne kraje w Europie na ogół bronią się rękami i nogami przed dalszą imigracją. Nie chodzi o konsekwencje ekonomiczne, tylko polityczne: prawie wszędzie odnotowano wzrost popularności nieprzychylnej imigracji skrajnej prawicy i zwykłego rasizmu. Niemcy już po dwóch tygodniach przywrócili kontrole graniczne, Austria, Słowacja, Czechy szybko poszły tym śladem, by rozpocząć proces „wielkiego zamknięcia”. Kilka miesięcy później zamknęły się granice drogi bałkańskiej, a Angela Merkel podpisała w imieniu Unii układ z Turcją, która w zamian za miliardy euro miała zatrzymać ludzi zdążających do Grecji i dalej.

  1. Kanał La Manche
    Nie, już dawno nie ma słynnej „dżungli” pod francuskim Calais, skąd migranci próbowali dostać się do Wielkiej Brytanii wskakując do ciężarówek, które zdążały na promy lub do tunelu pod Kanałem. Ale ciągle są małe „dżungle” wzdłuż wybrzeża, schowane w krzakach: tu skupiają się ludzie, którzy przeszli najdłuższą drogę – Afgańczycy, iraccy i syryjscy Kurdowie, Pakistańczycy, Nigeryjczycy. Ciężarówki dostały ochronę kosztem setek milionów. Wysokie mury, siatki, stała obecność policji, uniemożliwiły w końcu ten sposób przeprawy. Teraz, jak w Turcji, na plażach północnej Francji znajduje się zwłoki tych, którzy próbowali przeprawić się pontonami, bo to jest dziś jedyna droga. Zwłok dzieci nikt już nie fotografuje. W zależności od miejsca, trzeba pokonać od 30 do 60 km (i więcej) morskiej autostrady, nocą.
    La Manche jest „autostradą”, bo każdego dnia płynie nim ok. 600 tankowców, statków towarowych i innych, nie licząc stałego ruchu promowego, który się z nimi krzyżuje. W północnofrancuskich Decathlonach i innych sklepach tego typu nie uświadczysz kamizelek ratunkowych. Wszystko jest wykupowane na pniu przez handlarzy, którzy sprzedają je w „dżunglach” i oficjalnych obozach. W tym roku zanotowano do tej pory blisko 400 nielegalnych przepraw w łodziach i pontonach. Są oczywiście też takie, których nie zanotowano. Ta liczba sukcesywnie rośnie, bo ok. 60 proc. (policzonych) wypłynięć kończy się sukcesem. Reszta, jeśli nie została schwytana przez straż przybrzeżną, tonie lub z powodu fal i silnych tu prądów nie może nawet dobrze odbić od brzegu. Ci, którzy przeżyli, próbują kolejny raz. Za dużo przeszli, żeby się zatrzymać.
  2. Lampedusa
    Lampedusa, przyjmowanie migrantów w porcie. lastampa
    Chwilę temu Lampedusa, włoska wyspa na Morzu Śródziemnym najbliższa Afryki, ogłosiła strajk generalny. W miniony weekend burmistrz Toto Martello ogłosił strajk, bo mała wyspa przyjęła blisko 400 migrantów, którym pozwolono przybić, bo płynęli nabierającym wody statkiem rybackim. Kiedy uratowani wychodzili na ląd, witała ich wroga manifestacja miejscowego oddziału Ligi Matteo Salviniego. Burmistrz jest zły, bo „jeśli statek tego rozmiaru mógł tu dotrzeć niezauważony, to znaczy, że morze nie jest kontrolowane. Co robi rząd, co Unia Europejska, dłużej tego nie wytrzymamy!”
    Ośrodek przyjmujący migrantów na wyspie mieści już ponad 10 razy więcej ludzi, niż wynosi jego założona zdolność, a państwo opóźnia się z ich transportem na kontynent, co powoduje według Martello „bezprecedensowy kryzys humanitarny i sanitarny”. „Osoby w niebezpieczeństwie trzeba ratować, ale bez pomocy Lampedusa jest sparaliżowana, nie mamy już jak zajmować się kolejnymi kobietami i dziećmi, nie mówiąc o reszcie. Obojętność Brukseli i cisza Rzymu nas wykończy”. Do tego włoska straż przybrzeżna przywiozła na wyspę 49 kobiet i dzieci uratowanych przez statek Banksy’ego „Louise Michel”. Katolicka parafia opatruje ich rany, ale pozostaje już jedyną na wyspie, która zgadza się przyjmować migrantów, poza nieludzko przepełnionym ośrodkiem.
    Tydzień temu władze Sycylii przyjęły dekret o zamknięciu wszystkich ośrodków dla migrantów z powodu „warunków higieny, których nie można zaakceptować i epidemii covid-19”. Dekret został zaraz obalony przez sąd administracyjny, lecz wyspa, rządzona dziś przez skrajną prawicę nie zamierza składać broni, wygraża wręcz rządowi.
  3. Bośnia
    Rodzina uchodźców syryjskich w Bośni, 2020. migrantsinfo
    Bośnia i Hercegowina, kraj „drogi bałkańskiej” ostatni przed drugą, teoretycznie ostatnią granicą Unii Europejskiej po turecko-greckiej. Tak, granice są zamknięte, ale 19 sierpnia tamtejszy rząd zakazał migrantom poruszania się w ogóle – pieszo, autobusem, czy taksówką – wszystko jedno. Podany powód: epidemia covid-19, której migranci mieliby być szczególnymi nosicielami. Wszyscy, którzy przeszli już z Grecji drogę nad chorwacką granicę w Bośni (na północy kraju) zostali w ten sposób poddani wybiórczej, bezterminowej kwarantannie. Nie mogą opuszczać swych skłotów, czy namiotów, pod groźbą aresztowania lub dotkliwego pobicia przez policję i różne milicje „obywatelskie”, które potworzyły się, by na nich polować. Muszą się ukrywać.
    Owszem, Amnesty International i inne organizacje pozarządowe nazywają rozporządzenie bośniackiego rządu „dyskryminacyjnym” i „niebezpiecznym”, ale to nie robi w Unii żadnego wrażenia. Część migrantów (głównie to Syryjczycy, ale są oczywiście inne narodowości) próbuje wychodzić z kryjówek, by mimo wszystko dostać się do Chorwacji. Państwo to od 2016 r. prowadzi politykę „push-back”, chwaloną przez Komisję Europejską, ostatnio w zeszłym roku. „Push-back” to gwałtowne odpychanie z granicy osób, które chcą zwrócić się o azyl. Są jeszcze uchodźcy i migranci, którzy zwracają się o azyl na oficjalnym przejściu granicznym, ale inni wolą nielegalnie dostać się do Chorwacji, by ją przejść i poprosić o to gdzie indziej, bo nie chcą być pobici lub aresztowani.
    Dla olbrzymiej większości z nich Bośnia stała się jednak pułapką. Teraz, gdy nie mogą pokazać się na ulicy (oprócz zakazu, na murach wiszą nierzadko rasistowskie plakaty antymigracyjne namawiające do denuncjacji), marsz w kierunku zamurowanej granicy stał się równie niebezpieczny jak powrót do Serbii, która i tak przepuszcza migrantów tylko w jedną stronę. Jedna z lokalnych organizacji pozarządowych buduje szopy, by rodziny miały jakiś dach nad głową, ale i to trzeba teraz ukrywać, bo za „pomoc w nielegalnej imigracji” grozi więzienie.
  4. Morze Egejskie
    Lesbos, grecka wyspa u tureckich wybrzeży, pięć lat temu odznaczała się wielkim humanitaryzmem. Miejscowi rybacy wyławiali uchodźców i migrantów z wody, babcie, nominowane nawet później do pokojowego Nobla, karmiły niemowlęta przybyłe na chińskich pontonach, papież cieszył się, widząc tyle braterstwa. Lecz dziś Lesbos nie chce być „wyspą uchodźców” przypływających z Turcji. Kiedyś migrantów transportowano na kontynent, ale granice są zamknięte, a europejskie finansowanie jakby ginęło gdzieś po drodze. „Ludzie płakali ze wzruszenia ratując innych ludzi, a dziś jesteśmy zrujnowani i musimy zaciskać pasa” – żali się dziennikarzom Ioanna Sava, mieszkanka wyspy.
    Nad gigantycznym obozem Moria, dawnym sadem oliwnym, często widać łunę od ognia, bo obóz płonie od ognisk, na których robi się jedzenie lub jest podpalany przez nieznanych sprawców, którzy podpalają też domy tych, którzy chcą pomóc migrantom. Morię przewidziano na niecałe 3 tys. osób, dziś mieszka tam ok. 15 tys. ludzi. Według wielu organizacji pozarządowych, obóz jest „wstydem całej Europy”. Brak tu podstawowej infrastruktury, organizacji, minimalnego porządku. Prostytucja, agresje seksualne, zaginięcia dzieci, przemyt narkotyków i mordercze bójki stały się codziennością faktycznych więźniów. Po układzie UE-Turcja, niektórzy są tu już od lat, bez wystarczającego dostępu do wody, sanitariatów, edukacji i ochrony zdrowia. Dla rodzin z dziećmi to tragedia.
    W marcu tego roku Astrid Castelein, reprezentantka Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ próbowała osobiście interweniować, kiedy tłum mieszkańców Lesbos chciał przeszkodzić pontonowi wypełnionym ludźmi dobić do brzegu w porcie Thermis. Została dosłownie zaatakowana. „Od kilku miesięcy tolerancja mieszkańców bardzo osłabła, bo czują się opuszczeni przez rząd i Unię.” – mówiła potem. Faktycznie, Unia jakby zapomniała, co dzieje się na greckich wyspach.
  5. Jezioro Wan
    „Otworzyliśmy tu dwa nowe cmentarze. Kopiemy doły na zaś, by być przygotowanym” – tłumaczył w sierpniu pracownik magistratu miasteczka Wan, nad jeziorem Wan. Na płytach nad wypełnionymi dołami widać tylko numery. Tureckie jezioro Wan, ok. 33 razy większe od największego polskiego jeziora Śniardwy, może być znane polskim czytelnikom z odkryć na jego dnie, ale nie chodzi o odkrywanie ciał migrantów, lecz dawne budynki lub ciekawostki przyrodnicze. Zazwyczaj ciała wyławia się na brzegach lub w rejonie katastrofy, jak w czerwcu, gdy utonęło jednocześnie ponad 60 osób. Dla migrantów z Afganistanu, Iraku, Syrii, czy Pakistanu, Turcja to pierwsze prawie „zachodnie” państwo: należy do NATO i ma układy z Unią. Układ Turcji z Unią z 2016 r. jest dla nich przekleństwem.
    Drogi we wschodniej Turcji są obstawione anty-imigracyjnymi punktami kontrolnymi, więc ci, którym udało się pokonać góry od strony granicy irańskiej lub irackiej, chcą je ominąć płynąc przez jezioro. Woda często pochłania ich marzenia, bo choć w pogodne dni jezioro wygląda niemal bajkowo, jest bardzo kapryśne. Burza może tu trafić się nagle, bez wyraźnej zapowiedzi na niebie. Każdej wiosny, gdy mróz puszcza, mieszkańcy górskich wiosek znajdują zamarznięte zwłoki całych rodzin. To też poniekąd ofiary Jeziora. Nikt tu nie oferuje kamizelek ratunkowych.
    Jeśli nie przez Wan, ludzie idą pieszo, nie drogami, lecz przecinając pola, czujnie obserwując, czy jakaś policja nie zjawi się na horyzoncie. Jeszcze dwa lata temu było w Wan przedstawicielstwo Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ, ale zwinęło żagle. Można tu było złożyć wniosek o azyl, który był rozpatrywany w przewidywalnym terminie, teraz papiery idą do Ankary, gdzie rozpływają się w powietrzu. Dlatego ludzie idą dalej, myśląc, że kiedy dotrą do obozu Moria w Grecji, wszystko pójdzie już łatwiej.