Turcja napiera na Kurdów

Ponad 400 osób zostało aresztowanych w Turcji podczas kolejnej fali represji wobec opozycji, zwłaszcza tej lewicowej i tej związanej z mniejszością kurdyjską. Władze ogłosiły również, że wygasły mandaty merów Diyarbakiru, Vanu i Mardinu, wszystkich demokratycznie wybranych podczas marcowych wyborów samorządowych.

Uzasadnienie tej decyzji jest znane aż za dobrze – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Turcji twierdzi, że jest w posiadaniu dowodów na to, że samorządowcy szerzyli terrorystyczną propagandę lub wprost należeli do organizacji terrorystycznej, a do tego przeznaczali na jej działalność pieniądze z kasy prowincji. „Terrorystyczna organizacja” to zakazana w Turcji Partia Pracujących Kurdystanu.
Tradycyjnie również nic nie pomagają tłumaczenia, że usunięci ze stanowisk działacze należą do Ludowej Partii Demokratycznej (HDP), która – jak sama nazwa wskazuje – uznaje zasady liberalnej demokracji, odrzuca walkę zbrojną i chce działać na rzecz budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa metodami parlamentarnymi. Rząd Erdogana już zdecydował. Obowiązki usuniętych merów przejmą nominowani przez władze centralne gubernatorzy prowincji. Samorządowcy na razie nie zostali aresztowani, ale to być może kwestia czasu – w tureckich aresztach i więzieniach już przebywa kilkuset działaczy i działaczek HDP, w tym czterdzieścioro byłych merów miast i miasteczek w tureckim Kurdystanie.
Ogłoszeniu decyzji o pozbawieniu merów towarzyszyły przeszukania budynków miejskich i – w Diyarbekirze – przeszukania urzędników idących do pracy.
HDP oprotestowała działania ministerstwa jako zamach na demokrację. Przypomniała, że usunięty mer Diyarbakiru Adnan Selcuk Mizrakli uzyskał w marcowych wyborach samorządowych 63 proc. poparcia. Swoje stanowiska w pierwszej turze wygrali również Ahmet Turk w Mardinie z wynikiem 56 proc. głosów oraz Bedia Ozgokce Ertan w Vanie (53 proc. głosów).
Ahmet Turk jest usuwany ze stanowiska mera Mardinu po raz drugi – i to w identyczny sposób. W 2014 r. wygrał wybory lokalne z ramienia Demokratycznej Partii Regionów, również współtworzonej przez Kurdów, ale niemającej nic wspólnego z walką partyzancką. W listopadzie 2016 r. aresztowano go i oskarżono o współpracę z terrorystami. Wyszedł w lutym 2017 r. i powrócił do politycznej kariery.
Parlamentarzyści HDP ostrzegają, że jeśli opinia publiczna łatwo pogodzi się z działaniami władz tureckich na wschodzie kraju, to już wkrótce można spodziewać się usunięcia ze stanowisk opozycyjnych merów Ankary i Stambułu, także wybranych w marcu. Nie są oni związani z kurdyjską partią, więc ostatnia fala represji – na razie – ich minęła. Ekrem Imamoglu, mer Stambułu, zdaje się to rozumieć doskonale. Na Twitterze potępił działania władz dotyczące usuniętych samorządowców, pisząc, że takie kroki nie mają nic wspólnego z demokratyczną praktyką.

Turcja oddaje pole?

Wojska syryjskie mają otwartą drogę do kluczowego miasta prowincji Idlib – Chan Szajchun. Przeciwnicy Baszszara al-Asada odeszli z miasta, które kontrolowali od 2014 r. Na północ i wschód odeszły m.in. oddziały syryjskiej Al-Ka’idy – Frontu Wyzwolenia Lewantu (Hajjat Tahrir asz-Szam).

Jawnie terrorystyczna, fundamentalistyczna organizacja przekonuje w internecie, że nie doszło do odwrotu, tylko do przegrupowania i że ma zamiar kontynuować obronę prowincji Idlib przed ofensywą wojsk syryjskich wspieranych przez Rosję. W ślad za Hajjat Tahrir asz-Szam z Chan Szajchun odeszły wspierane przez Turcję bojówki Al-Dżabha al-Watanijja lil Tahrir (Front Wyzwolenia Ojczyzny), zaliczane cokolwiek na wyrost do „umiarkowanej opozycji” – w szeregach tego sojuszu różnych oddziałów znajdują się organizacje o skrajnie fundamentalistycznym programie, znane, jak Ruch Nur ad-Dina (Haraka Nur ad-Din az-Zinki) z morderstw na ludności cywilnej.
Ludność cywilna cierpiała w ostatnich tygodniach również z powodu nalotów, które mają przyspieszyć ofensywę lądową. Szacuje się, że w ich wyniku zginęło ok. 500 osób. Ok. 400 tys. ludzi koczuje przy granicy z Turcją, w nadziei na ucieczkę z Syrii. Dla części z nich to druga, trzecia lub kolejna ucieczka, gdyż w poprzednich latach, m.in. po zdobyciu Aleppo, właśnie do tego regionu mogli wycofać się ludzie, którzy obawiali się pozostać na ziemiach kontrolowanych przez rząd w Damaszku.
Turcja zapowiadała wcześniej, że nie pozwoli na to, by prowincja Idlib została odbita przez wojska al-Asada, a w głąb Turcji ruszyła fala uchodźców. W poniedziałek konwój 50 tureckich pojazdów, w którym było m.in. pięć czołgów, przekroczył syryjsko-turecką granicę i według syryjskich mediów kierował się w stronę Chan Szajchun, by dostarczyć amunicję obrońcom. Został zbombardowany i nie dotarł do celu; pojazdy zatrzymały się na północ od
Chan Szajchun.
– Turecki konwój pojawił się tak późno, że upadek Chan Szajchun musi być interpretowany jako świadome poddanie się Turków – komentuje sytuację turecki analityk Ali Özkök, zajmujący się Bliskim Wschodem i Bałkanami. W jego ocenie Turcja właśnie zgodziła się, by faktyczną kontrolę nad południową częścią prowincji Idlib i częścią prowincji Hama przejęła Rosja.
Według informacji oficjalnych mediów syryjskich, ale też części antyrządowych rebeliantów, miasto zostało już otoczone. To oznaczałoby, że wojska rządowe kontrolują kluczową autostradę M5 z Damaszku do Aleppo.

Nie dla AfD

Ewangelicki biskup Berlina Markus Droege był jednym z uczestników demonstracji na berlińskim Alexanderplatz, podczas której mieszkańcy i mieszkanki niemieckiej stolicy solidarnie powiedzieli „nie” prawicowym ekstremistom.

Lewica, chadecy i protestanci zgodzili się co do jednego – nie może być mowy o jakiejkolwiek współpracy, również lokalnej, z ksenofobiczną Alternatywą dla Niemiec. Asumptem do zorganizowania demonstracji była rocznica śmierci Rudolfa Hessa, zastępcy Adolfa Hitlera, który dzięki wcześniejszej ucieczce z III Rzeszy uniknął kary śmierci w Norymberdze, zmarł dopiero w 1987 roku, śmiercią samobójczą w berlińskim więzieniu Spandau. Data 17 sierpnia była dotąd wykorzystywania przez niemieckich (i nie tylko) ekstremistów do urządzania sentymentalnych seansów uwielbienia ideologii neonazistowskiej.
W tym roku żadni pogrobowcy Hitlera nie pojawili się na ulicach Berlina. W centrum miasta zebrali się natomiast obywatele, których połączył sprzeciw wobec działań współczesnej niemieckiej skrajnej prawicy. W zgromadzeniu zorganizowanym pod hasłem „Przejąć odpowiedzialność za przeszłość dla współczesności i przyszłości” przez związek na rzecz otwartego na świat i tolerancyjnego Berlina wzięli udział m.in. politycy Linke, Zielonych, SPD, CDU, a także chrześcijańscy duchowni.
Ewangelicki biskup Berlina Markus Droege zaprezentował się jako zadeklarowany antyfaszysta. Na Alexanderplatz przestrzegał przed próbami fałszowania historii Niemiec przez skrajną prawicę. „Kto nie potrafi obchodzić się w odpowiedzialny sposób z przeszłością, ten nie może także kształtować w taki sam sposób przyszłości” – mówił duchowny.
Biskup wspomniał o procederze „przeinaczania o 180 stopni prawdy historycznej” przez polityków Alternatywy dla Niemiec. Droege wskazywał na budowanie nienawiści na poziomie etnicznym i wyznaniowym, a także wielokrotne próby zakłócania porządku publicznego podejmowane przez AfD i inne grupy związane ze skrajną prawicą. Duchowny skrytykował też nawiązywanie przez ekstremistów do etosu walki w NRD o prawa obywatelskiej, nazwał to „niebezpiecznym instrumentalizmem”. Zwracał też uwagę na niepokojący proceder pomniejszania i bagatelizowania zbrodni III Rzeszy.
Kim byli organizatorzy wydarzenia? Związek na rzecz otwartego na świat i przyjaznego Berlina zrzesza liczne niemieckie organizacje społeczne. Są wśród nich między innymi Niemieckie Zrzeszenie Związków Zawodowych (DGB), Krajowy Związek Sportowy Berlina (LSB), oba Kościoły Niemieckie, Żydowskie Forum na Rzecz Demokracji i przeciwko Antysemityzmowi w Berlinie oraz Centralna Rada Muzułmanów w Niemczech.
Ważne słowa przeciwko skrajnej prawicy wypowiedział też Przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Josef Schuster w rozmowie z „Welt am Sonntag”.

Moskwa, Paryż, Berlin

„Macron wyciąga rękę do Moskwy” – komentuje francuska prasa roboczą wizytę prezydenta Federacji Rosyjskiej we Francji. Nie tak dawno niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas zasugerował, że obywatele Rosji powinni móc wjeżdżać do strefy Schengen bez wiz. W Warszawie natomiast wszelkie sygnały ocieplenia między zachodnioeuropejskimi stolicami a Moskwą przyjmowane są ze zgrozą. Próżno jednak szukać refleksji, że może czas zrewidować i polską politykę wschodnią.

Paryż i Moskwa muszą współpracować, aby zbliżyć stanowiska Rosji i Europy, pomimo różnic – takie przesłanie usłyszeli obecni na wspólnej konferencji prasowej prezydentów Emanuela Macrona i Władimira Putina w Forcie Brégançon. Rosja jest „europejska” i „należy odbudować system wzajemnego zaufania z nią” – to słowa prezydenta Francji, który jeszcze niedawno wskazywał na domniemany „rosyjski trop” ukryty za protestami „żółtych kamizelek”.
Rozmowa obu przywódców, odbywająca się – najwyraźniej nieprzypadkowo – na kilka dni przed szczytem G7 w Biarritz (odbędzie się on 24-26 sierpnia) dotyczyła całe spektrum tematów – od sprawy Iranu, poprzez Syrię i Libię po Ukrainę po sprawę wypowiedzianego przez Stany Zjednoczone traktatu zakazującego rakiet średniego i pośredniego zasięgu (INF) oraz konieczności przedłużenia traktatu o broniach strategicznych START 3 i problem militaryzacji okołoziemskiej przestrzeni kosmicznej. Rzecz jasna – nie sposób oczekiwać, że jedno spotkanie doprowadzi do pełnych uzgodnień we wszystkich tych sprawach, jednak jest to bez wątpienia kolejny sygnał świadczący o tym, że Europa jest znużona przedłużającą się izolacją Rosji, a prezydent Macron wyraźnie widzi dla siebie rolę postillon d’amour tego procesu. Po zakończeniu trwającego prawie 4 godziny spotkania odbywającego się za zamkniętymi prezydent Francji był jeszcze bardziej entuzjastyczny, oznajmiając, że Rosję „czeka europejska przyszłość”: „Jestem przekonany, że przyszłość Rosji jest całkowicie europejska. Wierzymy w taką Europę, która rozciąga się od Lizbony do Władywostoku” – napisał na Twitterze.
Istotnym sygnałem była też sugestia rysowania się stopniowego powrotu Rosji do G7, z której (wówczas G8) została wykluczona po aneksji Krymu – pojawiła się mianowicie sugestia, że grupa (wprawdzie bez formalnego zmieniania nazwy i ogłaszania rozszerzenia) mogłaby się właśnie spotkać w Rosji, która by wystąpiła w roli gospodarza.
Nie znaczy to, żeby nie pojawiły się w wypowiedziach zgrzyty – dotyczące porównań między protestami w Rosji w związku z wyborami samorządowymi a ruchem żółtych kamizelek”, ale nie ulega wątpliwości, że było to najcieplejsze spośród siedmiu spotkań jakie odbyli ze sobą Macron i Putin.
Prezydent Macron rozgrywa swoje zaangażowanie w zbliżenie europejsko-rosyjskie wykorzystując osłabienie dwu pozostałych głównych stolic europejskich – Londynu skoncentrowanego na brexicie i coraz mocniej okopującego się na pozycjach transatlantyckich i Berlina, ale nie można mu odmówić wyczucia chwili i rozpoznania potrzeb i zainteresowań – po obu stronach.
Wszystkie te sygnały coraz dobitniej świadczą, że pozycja Warszawy w Europie staje się coraz bardziej izolowana, a tezy wygłaszane przez polskich polityków o ciągłym zagrożeniu ze strony Moskwy brzmią coraz bardziej groteskowo.

48 godzin świat

Boris szuka kompromisu?

Premier W. Brytanii Boris Johnson skierował do szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska propozycję zastąpienie w umowie ws. brexitu mechanizmu awaryjnego dla Irlandii Północnej (ang. backstop) zobowiązaniem do wprowadzenia alternatywnych rozwiązań przed końcem okresu przejściowego. UE nie chce wznawiać negocjacji w sprawie umowy, ale dopuszcza możliwość wprowadzania zmian do towarzyszącej jej „deklaracji politycznej”, być może tą drogą uda się wypracować kompromis?

Huawei protestuje

Chiński gigant telekomunikacyjny Huawei sprzeciwił się decyzji Departamentu Handlu USA odnośnie wpisania jego 46 spółek na czarną listę, oskarżając Waszyngton o łamanie zasad wolnej konkurencji rynkowej – podkreślono w opublikowanym we wtorek oświadczeniu koncernu. Tymczasem administracja USA przedłuża jeszcze o 90 dni licencję chińskiej firmy telekomunikacyjnej Huawei, dzięki której może kupować sprzęt od amerykańskich firm – powiedział sekretarz handlu Stanów Zjednoczonych Wilbur Ross.

Warunek uwolnienia

W celu uwolnienia brytyjskiego tankowca „Stena Impero”, zatrzymanego miesiąc temu przez Iran, należy poczekać na decyzję sądu, powiedział rzecznik irańskiego MSZ Abbas Mousavi. Tymczasem Gibraltar odmówił zatrzymania irańskiego tankowca „Adrian Darya 1” („Grace 1”) na prośbę Waszyngtonu, wynikającą z oświadczenia rządu. Zgodnie z tym dokumentem zakres prawodawstwa UE jest węższy niż w Stanach Zjednoczonych i nie ma podstaw do dalszego zatrzymania statku. Strona irańska podkreśla, że obu spraw nie należy traktować symetrycznie i zatrzymanie brytyjskiej jednostki nie miało charakteru odwetu.

Foch żony Netanjahu

Sara Netanjahu, towarzysząca swojemu małżonkowi podczas wizyty na Ukrainie, zdenerwowała się z powodu „niewłaściwego powitania” przez pilota samolotu na izraelskim lotnisku. Udała się w kierunku kabiny pilotów, ale nie została do niej wpuszczona, co miało ją jeszcze bardziej rozzłościć. W rezultacie pilot jeszcze raz „powitał żonę premiera na pokładzie”. Ale to jeszcze nie koniec – na lotnisku w Kijowie zrobiła coś gorszego. Po przylocie do Kijowa na premiera Izraela i jego małżonkę czekało tradycyjne ukraińskie powitanie chlebem i solą. Premier Netanjahu, znający tradycję tego typu powitań, ułamał kawałek chleba, pomaczał w soli, po czym odgryzł kawałek i podał chleb żonie. Sara Netanjahu najwyraźniej jednak nie była zbyt zorientowana w tradycji tego rodzaju powitania i rzuciła podany przez męża kawałek chleba na ziemię.

Był traktat, jest rakieta

USA przeprowadziły test pocisku manewrującego o zasięgu ponad 500 kilometrów. Moskwa wskazuje, że to dowód na to, że Waszyngton już dawno przygotowywał się do wypowiedzenia zakazu tych broni.

Wyjdzie z więzienia

21-letnia Evelyn Hernandez, ofiara drakońskiego prawa antyaborcyjnego w Salwadorze, doczekała się sprawiedliwości. Nie będzie musiała odbywać kary 30 lat więzienia za to, że poroniła.

Przerwany strajk

Portugalscy kierowcy cystern zawiesili strajk. Po raz drugi ich związki zawodowe spróbują dogadać się z przedstawicielami przedsiębiorców. Protest trwał przez tydzień.

Rosja będzie wielkoduszna

Nie będzie postępować na zasadzie „oko za oko” w odpowiedzi na działania polskiej strony odnośnie likwidacji pomników radzieckich – powiedział ambasador Federacji Rosyjskiej w Polsce Siergiej Andriejew.

Plastik jest wszędzie

Nawet w śniegach Arktyki.

To wstrząsające rezultaty ostatnich badań zaprezentowane przez poważne pismo naukowe – cała nasza planeta jest zanieczyszczona plastikiem. Wyniki badan naukowców zaprezentowało czasopismo Science Advances, a omówiła je telewizja CBS.
Wydawałoby się, że po opublikowaniu w lipcu zeszłego roku bulwersującego zdjęcia, jak dwa polarne niedźwiadki na Arktyce bawią się plastikowymi butelkami, nic już nie wstrząśnie opinią publiczną. Aż do teraz. Wyniki badań wskazują jednoznacznie, że zanieczyszczenia z plastiku i włókna z odzieży są już wszędzie, nawet na terenach, po których nie stąpała noga człowieka.
Arktyka jest terytorium, w śniegach którego uczeni znaleźli mikrocząsteczki plastiku. Jak oceniają w publikowanych badaniach, sytuacja z pewnością nie będzie się polepszać, ponieważ w ciągu najbliższych 30 lat liczba odpadów z plastiku wzrośnie do 3,4 mld ton, a i to przy założeniu, że ziści się „normalny” scenariusz ich powstawania. Odpady z plastiku są długowieczne i znaleziono je w Arktyce dosłownie wszędzie: na plażach, w wodach powierzchniowych, na dnie morskim oraz w śniegu. Stężenia plastikowych drobinek rosną na tym terytorium co roku. Pod wpływem światła, mechanicznego ścierania, fal i wahań temperatury elementy plastikowe rozpadają się na mniejsze cząsteczki i są określane jako mikroelementy, gdy osiągają rozmiary poniżej 5 mm.
Uczeni próbowali sobie odpowiedzieć na pytanie, skąd się tam znalazły. Okazuje się, że mikrocząsteczki przemieszczają się najczęściej droga powietrzną – z opadami, które osiadają m.in. na arktycznym śniegu, działającym jak filtr wychwytując plastikowe zanieczyszczenia. W ten sam sposób cząsteczki plastiku i mikrowłókna dostają się do ludzkich organizmów – poprzez inhalacje. Część jednak jest przenoszona droga morską – przez prądy oceaniczne, którymi zanieczyszczenia dostają się na to dziewicze terytorium.
Badania objęły cały świat i plastik znaleziono wszędzie: w śniegu Alp i Arktyki. Wszyscy jesteśmy nosicielami plastiku w organizmach, co z pewnością nie jest obojętne dla naszego zdrowia.

70 lat stosunków dyplomatycznych z ChRL

W roku 1949 powstała Chińska Republika Ludowa. Polska była jednym z pierwszych państw, które nawiązały z nią stosunki dyplomatyczne. W związku z tą ważną rocznicą Polsko-Chińska Główna Izba Gospodarcza (Sino-Cham) zorganizowała konferencję z udziałem dyplomatów oraz przedstawicieli biznesu z obydwu państw.

Istniejąca od 14 marca 2019 roku Izba jest organizacją zrzeszającą przedstawicieli chińskich firm działających w Polsce.
W przemówieniu powitalnym J.E. Ambasador Chin w Polsce Liu Guangyuan podkreślił przyjazny charakter stosunków pomiędzy Chinami a Polską zainaugurowanych 70 lat temu. W tym okresie dyplomacja polska wspierała konsekwentnie starania strony chińskiej o zapewnienie Chinom należnego im miejsca w ONZ, którego były pozbawione w latach 1949-1971. Obecnie Chiny są rzecznikiem wspólnych działań poszczególnych narodów i dążenia do ukształtowania wspólnoty połączonej jednym losem. Tym celom służy m.in. realizacja inicjatywy Pasa i Nowego Jedwabnego Szlaku oraz mechanizm współpracy z Chinami państw Europy Środkowej i Wschodniej „17+1”, do których strona polska przywiązuje dużą wagę.
Pomiędzy Chinami a Polską nie ma konfliktu interesów i nie ma także negatywnych obciążeń historycznych. Rozszerzające się stosunki handlowe i kulturalne związane są z rosnącym wzajemnym zainteresowaniem społeczeństw obu państw. Obecnie w Chinach czynnych jest 14 ośrodków nauki języka polskiego.
Przewodniczącym konferencji był Liu Hongxing – prezes Zarządu Polsko-Chińskiej Głównej Izby Gospodarczej. W ramach konferencji miały miejsce dwa panele dyskusyjne: p i e r w s z y poświęcony wymianie doświadczeń w rozwoju relacji chińsko-polskich oraz perspektywom na przyszłość i d r u g i – na temat wspólnego realizowania Inicjatywy Pasa i Szlaku oraz formatu współpracy „17+1”.
W obrębie drugiego panelu, którego moderatorem był Bao Jianlin – I wiceprezes Zarządu Izby – przedmiotem dyskusji był rozwój chińskich przedsiębiorstw w Polsce i perspektywy nowoczesnych technik komunikacyjnych. W wystąpieniach panelowych przedstawiciele strony polskiej zwrócili uwagę m.in. na pomyślny rozwój polskiego eksportu rolno-spożywczego oraz wzrastającą ilość turystów chińskich w Polsce dochodzącą do około 150 000 rocznie. Podkreślili też zbyt małą ilość polskich specjalistów zajmujących się na placówkach zagranicznych problemami współpracy gospodarczej polsko-chińskiej. Marek Kłoczko – wiceprezes Zarządu Krajowej Izby Gospodarczej – zwrócił uwagę na naszą niedostateczną znajomość różnic kulturowych pomiędzy poszczególnymi częściami Chin, które są kontynentem, a nie krajem. Jest to szczególnie istotne dla rozwoju kontaktów regionalnych, których jest – według polskich źródeł – 50, a według źródeł chińskich – 37.
Przemawiający znakomicie po polsku radca polityczny Ambasady ChRL Yao Dongye nawiązał do tradycji historycznych. W czasie II wojny światowej zarówno Polska jak i Chiny walczyły z faszyzmem. Wspomniał też o ważnych wydarzeniach we współpracy kulturalnej. Należały do nich m.in. entuzjastycznie przyjmowane w Chinach występy Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Nawiązując do współczesności dyplomata chiński podkreślił znaczenie dla obydwu stron utrzymania – w skali międzynarodowej – zasad wolnego handlu.

Udany model demokracji

W wielu państwach świata widoczny jest pogłębiający się spór między klasycznym modelem demokracji liberalnej a nowym autorytaryzmem. Chodzi nie tylko o Europę – Węgry, Polska, Włochy, leżąca na granicy dwóch kontynentów Turcja, ale też m.in. Rosja, Chiny, Brazylia, Wenezuela. Elementy tego procesu widoczne są nawet w Stanach Zjednoczonych.

Niewiele jest przykładów odwrotnyc – gdzie demokracja liberalna wyraźnie bierze lub wzięła górę. Nieco paradoksalnie swoistym tego modelem może być znana wielu Polakom z wyjazdów turystycznych 12-milionowa Tunezja.To od tego kraju zaczęła się „arabska wiosna” w styczniu 2011 r. i de facto tylko tam przetrwała, zaś najtragiczniej przekształciła się ona w krwawą wojnę domową z czynnym udziałem wielkich mocarstw (Rosja i USA) oraz mocarstw regionalnych (Turcja) – w Syrii.
Ponad 8 lat temu obalony został prezydent Ben Ali rządzący w latach 1987-2011, który co ciekawe – przez kilka lat pełnił funkcję ambasadora Tunezji w Warszawie. Do dziś żyje w stolicy Arabii Saudyjskiej Rijadzie, a ostatnio (niezbyt realistycznie) zapowiedział powrót do Tunisu. Niedawno zmarł w wieku 92 lat pierwszy demokratycznie wybrany. prezydent Tunezji Beji Caid Essebsi, stąd wcześniejsze wybory głowy państwa (5 września). A jeszcze w tym roku odbędą się też regularne wybory parlamentarne – zgodnie z konstytucją
z 2014r. kraj jest republiką parlamentarną.

Oznaką demokracji jest np. fakt,iż do wyborów prezydenckich zgłosiło się aż 97 kandydatów! Ostatecznie zarejestrowano 26, w tym obecnego,młodego premiera Yussufa Shaheda (43 l.).Stabilność polityczna wynika z zawartego między głównymi partiami politycznymi (w tym islamistycznymi) swoistego „kompromisu historycznego”: Stąd koalicyjny rząd gwarantuje tę stabilność. Naturalnie, iż Tunezja, żyjąca głównie z rolnictwa oraz turystyki, nie jest rajem i ma swoje problemu finansowe (pewna deprecjacja dinara) oraz gospodarcza. Ale mimo to wyróżnia się korzystnie na tle Bliskiego Wschodu oraz Afryki.

Merkel za przywróceniem Sophii

Angela Merkel w końcu zareagowała na dramat uchodźców na Morzu Śródziemnych. Odkąd włoski rząd kilka miesięcy temu wykończył unijną misję ratunkową Sophia, tonący migranci nie otrzymują żadnej zorganizowanej pomocy. Szefowa niemieckiego rządu oświadczyła w piątek, że reaktywacja państwowych misji jest rozwiązaniem, które Berlin jest gotów poprzeć.

Misja Sophia, która uratowała przed śmiercią w wodnej otchłani kilkadziesiąt tysięcy osób, została zakończona wiosną tego roku ze względu na opór Włoch, które pod rządami prawicowego rządu kategorycznie odmawiają przyjmowania jakichkolwiek uchodźców na swoje terytorium.
Dlatego też pewne nadzieje można wiązać z zapowiedzią kanclerz Angeli Merkel, która opowiedziała się za reaktywowaniem państwowych misji ratunkowych na Morzu Śródziemnym. – Byłoby dobrze, gdybyśmy i dziś mieli misję Sophia i statki pod państwową banderą, które ratowałyby ludzi – powiedziała niemiecka przywódczyni. – Misje ratunkowe na morzu są tak samo potrzebne jak zwalczanie przemytu ludzi – podkreśliła Merkel.
Słowa Merkel są zapewne efektem apelu, jaki wygłosiła organizacja pomocy uchodźcom Pro Asyl, która wezwała rząd, by na gruncie europejskim angażował się na rzecz wznowienia akcji mogących uratować tysiące ludzkich istnień.
– Tego rodzaju inicjatywa niemieckiej kanclerz zasługiwałaby na wsparcie – mówił szef organizacyjny Pro Asyl Guenter Burkhardt. – Uratowanych migrantów nie wolno jednak w żadnym wypadku zawracać do Libii. Trzeba byłoby im zezwolić na dotarcie na europejski ląd – zaznaczył. Wezwał on jednocześnie Angelę Merkel do zakończenia współpracy z libijskimi watażkami.
– Kiedy uchodźcy zawracani są do krajów Afryki Północnej, lądują potem w obozach niewolników. Kraje Afryki Północnej nie są bezpieczne – bezpieczeństwo może zapewnić uchodźcom tylko Europa – podkreślał Burkhardt.
Piątkowe wydanie dziennika „Times of Malta” przyniosło natomiast relację ocalonego Etiopczyka, który jako jedyny przetrwał próbę przedostania się z Libii do Europy małą pneumatyczną łódką. Mohammed po latach oszczędzania, wyruszył w podróż przez pustynię. W Az-Zawiji, libijskim porcie ok. 45 km na zachód od Trypolisu zapłacił przemytnikom 700 dolarów, którzy umieścili go w łódce wraz z 14 innymi osobami. Była wśród nich para z Ghany, w tym ciężarna kobieta, dwóch Etiopczyków i dziesięciu Somalijczyków. „Przemytnik dał nam GPS i powiedział płyńcie na Maltę”.
Najpierw zabrakło paliwa, bo przemytnik postanowił na nim zaoszczędzić, potem żywności i na końcu wody. „Zaczęliśmy pić morską wodę. Po pięciu dniach umarły dwie osoby. Potem umierały dwie dziennie”. „Widzieliśmy wiele statków. Krzyczeliśmy ‘ratunku, ratunku’, machaliśmy, ale nie zatrzymywały się. Był nad nami śmigłowiec, ale też w końcu odleciał.”
Upał spowodował, że smród zwłok stał się nie do wytrzymania. Mohammed wraz z ostatnim z Somalijczyków, wyrzucili zwłoki do wody i zostali na łódce sami. Etiopczyk nie zauważył śmierci swego ostatniego współpasażera, stracił przytomność. Wtedy zbliżył się do nich okręt maltańskiej marynarki, po sygnale z samolotu Frontexu.

Pierwsze strzały

Minister obrony Indii Rajnath Singh dał do zrozumienia, że jego kraj może zmienić swą doktrynę nie użycia broni jądrowych jako pierwszy. Doszło do tego po incydencie zbrojnym na granicy indyjsko-pakistańskiej w Kaszmirze, pierwszym od czasu zniesienia przez Hindusów autonomii ich części spornej prowincji na początku tego miesiąca. Region zmienia się w beczkę prochu.

Zarówno Pakistan, jak i Indie, nazywają „linią kontrolną” ich wspólną granicę w Kaszmirze, gdyż oba te kraje mają ambicję posiadania całości tego regionu i stoczyły o niego już dwie wojny. Według źródeł pakistańskich, miało tam dojść w czwartek w okolicach miejscowości Nowshera do poważnej wymiany ognia, w której miało zginąć wielu żołnierzy pakistańskich i indyjskich. Nie podano żadnych konkretnych liczb. Pakistan oskarża Indie u użycie międzynarodowo zakazanej amunicji kasetowej (dużych bomb z zawartością wielu małych ładunków – nb. Polska nie uznaje tego zakazu), ale zaprzeczają temu Indie.
Wcześniej zmieniło się stanowisko władz pakistańskich w kwestii sposobu uregulowania konfliktu, z pokojowego na – ewentualnie – zbrojny. Miało to być związane z „potwierdzonym” zagrożeniem indyjskim atakiem na pakistańską część Kaszmiru. W piątek indyjski minister obrony udał się do Pokhranu, gdzie w 1998 r., za czasów premiera Atala Vajpayee, Indie przeprowadziły swój pierwszy, próbny wybuch jądrowy. „Pokhran jest miejscem-świadkiem zdecydowanej determinacji [b. premiera] uczynienia z Indii mocarstwa atomowego, które pozostają ciągle przywiązane do doktryny nie użycia broni jądrowych jako pierwsze. (…) Lecz to, co może wydarzyć się w przyszłości zależy od okoliczności” – pisał potem na Twitterze minister Singh.
Indie zobowiązały się do tej doktryny w 1999 r., podobnie jak wcześniej sąsiednie Chiny, nie uznaje jej jednak Pakistan. Rząd pakistański ogłosił dziś, że minister Singh „kłamie”, gdyż Indie odeszły od niej już w 2003 r., kiedy tamtejszy rząd zadeklarował, że może użyć broni jądrowych w chwili „każdego ataku” (czyli nie tylko jądrowego) o dużej skali na ich terytorium. Oficjalne odejście od doktryny nie użycia takich broni jako pierwszy figurowało w programie wyborczym nacjonalistycznej partii obecnego premiera Indii Narendy Modiego, który 5 sierpnia niespodziewanie odebrał muzułmańskiemu Kaszmirowi autonomię. Indyjska część Kaszmiru pozostaje od tej daty odcięta od świata, lecz różnymi drogami docierają stamtąd wiadomości o szerokich, krwawych represjach przeciw ludności, którą Pakistańczycy uważają za rodaków. W areszcie przebywają przywódcy muzułmańskiej ludności. W sobotę indyjska policja zakomunikowała, że niektóre obostrzenia zostały uchylone, między innymi przywrócono niektóre połączenia telefoniczne.
W piątek odbyło się specjalne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ za zamkniętymi drzwiami na temat sytuacji w Kaszmirze – pierwsze od pięćdziesięciu lat poświęcone tej kwestii. Premier Pakistanu Imran Khan podkreślił, że zwołanie RB to równocześnie przywołanie jedenastu wcześniejszych jej rezolucji mówiących o prawie mieszkańców Kaszmiru do samostanowienia. Internacjonalizacja kwestii Kaszmiru została natomiast skrytykowana przez Indie. „Nie życzymy sobie, aby międzynarodowe organy mówiły nam, jak mamy żyć” – oświadczył po sesji ambasador Indii przy ONZ Syed Akbaruddin, dodając że sprawa Kaszmiru to wewnętrzna sprawa Indii.
Zainteresowanych Czytelników zachęcamy do obejrzenia dokumentalnego filmu o Kaszmirze autorstwa Kacpra Jastrzębskiego „The Stones against Rifles”. Jest on dostępny na YouTube, a także na stronie internetowej „Dziennika Trybuna”.