48 godzin świat

AfD ukarana

Prawie 403 tysiące euro kary musi zapłacić niemiecka skrajna prawica. Nielegalne darowizny w poprzedniej kampanii przyjmowali według administracji Bundestagu dwaj czołowi kandydaci Alternative für Deutschland do Parlamentu Europejskiego w majowych wyborach. Szwajcarska agencja reklamowa Goal w 2016 i 2017 roku wsparła finansowo przewodniczącego AfD Jörga Meuthena (w wyborach krajowych do Badenii-Wirtenbergii) i członka zarządu partii Guido Reila (w Nadrenii Północnej-Westfalii). Pierwszy z polityków zgarnął darowiznę w postaci gotowych plakatów, ogłoszeń i ulotek – za prawie 90 tys. euro. Drugi otrzymał od tego samego sponsora 44,5 tys.

Marszałek porządzi długo

Podczas gdy w Sudanie i Algierii trwa rodzaj drugiego rozdziału „arabskiej wiosny” z żądaniami demokratyzacji życia społecznego, Egipt idzie drogą jak najdłuższej dyktatury. Egipski parlament przegłosował serię poprawek do konstytucji, które pozwolą marszałkowi Abd al-Fattahaowi as-Sisiemu rządzić aż do 2030 r., podczas gdy wszystkie organizacje praw człowieka potępiają go za wyjątkowo krwawy sposób rządzenia. As-Sisi pierwszy raz został wybrany na prezydenta w 2014 r., ale niepodzielnie rządzi Egiptem od 2013, kiedy wraz z innymi wojskowymi dokonał zamachu stanu obalając prezydenta Mohameda Morsiego, u którego był ministrem obrony.

Bez azylu nie zostaną

Niemiecki rząd przyjął projekt ustawy migracyjno-azylowej. Ma znacznie utrudnić migrantom celowe uchylanie się od wydanego nakazu wyjazdu z Niemiec w przypadku odmowy udzielenia im azylu. Migranci będą również bardziej surowo karani za ukrywanie swojej tożsamości. Planowane jest również przedłużenie dopuszczalnego czasu aresztu deportacyjnego. W 2018 r. niemieckie władze odmówiły azylu ponad 230 tys. imigrantów. Spośród nich deportowano niecałą jedną dziesiątą.

NATO pływa po Bałtyku

W skład grupy okrętów Paktu Północnoatlantyckiego, która weszła na wody Morza Bałtyckiego wchodzą amerykański niszczyciel „Gravely”, fregaty – hiszpańska „Almirante Juan de Borbón” i turecka „Gekova”. Towarzyszy im fregata polska „Genera Kazimierz Pułaski”. W odpowiedzi na morze wyszły także siły rosyjskie Floty Morza Bałtyckiego. Rosjanie zorganizowali dyżur okrętowych grup szturmowych, przybrzeżnych systemów rakietowych „Bastion” i „Bal”, a także samolotów lotnictwa morskiego.

Grecja zażąda odszkodowań

Grecki parlament zobligował rząd do wystąpienia do Niemiec z oficjalnym żądaniem reparacji wojennych za okres II wojny światowej. Szacuje się je na ok. 300 mld. euro.

Netanjahu znów premierem

Prezydent Izraela Reuwen Riwlin powierzył dotychczasowemu premierowi Benjaminowi Netanjahu misję utworzenia rządu. Szef Likudu ma 42 dwa dni na sformowanie koalicji.

Śmierć prezydenta

Były prezydent Peru Alan Garcia zastrzelił się, gdy do jego domu wkroczyła policja z nakazem aresztowania w związku z zarzucanym mu udziałem w aferze korupcyjnej.

Ukraina bez rosyjskiej ropy

Premier Rosji Dmitrij Miedwiediew podpisał dekret zakazujący eksportu ropy na Ukrainę. Oprócz embarga na ropę nałożono także zakaz eksportu na Ukrainę wielu innych towarów.

 

Wojenna histeria

Wydawało się, że po numerze, jaki odwalił niemiecki dziennikarz, anonsujący fałszywie wybuch wojny z Rosją, a potem tłumaczący się, że to żart, już nic nie powinno nas zaskakiwać. A jednak…

Niemiecki żurnalista zechciał swoje kłamstwa umieścić w Estonii. I tam właśnie Wielka Brytania wysłała dwa bataliony (21 i 23) złożone z rezerwistów wojsk specjalnych. Ich zadaniem jest śledzenie dyslokacji wojsk rosyjskich a także analizowanie ruchów przeciwnika, którym Zachód mianował Rosję. Bataliony, złożone z są z cywilów różnych zawodów, ale przechodzą szkolenie bardzo podobne do szkolenia profesjonalnych żołnierzy SAS.
Celem stacjonowania wspomnianych jednostek ma być, w przypadku ataku Rosji na kraje bałtyckie, pozostanie na tyłach przeciwnika i dostarczanie stamtąd informacji o wojskowym znaczeniu. Rezerwiści mieliby realizować podobne zadania, jak regularne jednostki SAS.
Oczekiwanie przez dowództwo brytyjskie, że agresja rosyjska zacznie się akurat od ataku na Estonię, zostały już dawno wyśmiane przez profesjonalistów, ale widać przywiązanie do idei niedalekiego ataku Rosji akurat na tym kierunku jest wciąż żywe. Uzupełnianie wojsk NATO kolejnymi formacjami, szczególnie wojskami specjalnymi wskazują, że w Wielkiej Brytanii bardzo potrzebują wzmocnienia wojennej histerii nie tylko wśród zwykłych mieszkańców, ale też wśród zawodowych wojskowych.

Miejsce w Piekle

Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Północnej Irlandii w języku potocznym nazywane bywa Wielką Brytanią, a czasami – Anglią. Ta ostatnia nazwa jest oczywiście myląca. Jak wiadomo – Wielka Brytania, to wspólna nazwa Anglii, Szkocji i Walii.

Po roku 1945 w polityce brytyjskiej, zwłaszcza w kontekście dekolonizacji zarysowały się dwie tendencje. Pierwsza to utrzymywanie reliktów imperialnej przeszłości, a druga – bliższe powiązania z integrującą się Europą Zachodnią. Okres rządów Margaret Thatcher – a zwłaszcza wojna z Argentyną w roku 1979 o Falklandy-Malwiny – spowodował nawrót nostalgii imperialnej. Była ona jedną z przyczyn postawy wielu polityków brytyjskich, którzy brali na siebie rolę „hamulcowych” w procesach współpracy i integracji europejskiej. Zdaniem tych polityków prawo i instytucje europejskie naruszały suwerenność Zjednoczonego Królestwa. Z czasem modne stało się narzekanie na „brukselskich biurokratów”, na których zwalano odpowiedzialność za błędy i kłopoty w brytyjskiej polityce wewnętrznej. Część społeczeństwa dała sobie wmówić, że jest zdominowana przez Unię Europejską, której Królestwo jest bardziej potrzebne aniżeli Europa Królestwu. Wśród-jak dotychczas – pragmatycznych Brytyjczyków antyunijne zacietrzewienie poszło tak daleko, że znaczenie argumentów ekonomicznych zaczęło słabnąć.
W roku 1998 w ramach Zjednoczonego Królestwa przeprowadzona została autonomizacja zwana też dewolucją. Oznaczała ona utworzenie w Szkocji, Walii i Północnej Irlandii regionalnych parlamentów i rządów. Dewolucja dawała satysfakcję – zazwyczaj częściową – mieszkańcom odczuwającym poczucie odrębności. W przypadku Szkocji pobudziła do dalszych działań w kierunku ustanowienia własnego państwa.
W klimacie nacjonalistycznej chełpliwości i arogancji w roku 2016 plebiscyt zakończył się decyzją o brexicie. Decyzja ta pogłębiła podziały w społeczeństwie i stworzyła zagrożenie dla Zjednoczonego Królestwa w jego obecnej formie. Plebiscyt w Szkocji zakończył się przewagą zwolenników pozostania w Unii Europejskiej 62 proc. za. Niezależne państwo szkockie miałoby możliwość pomyślnego rozwoju w ramach Unii. W Północnej Irlandii 56 proc. było za pozostaniem, a 44 proc. za brexitem.
Czy nastąpi wznowienie konfliktu w Północnej Irlandii?
Przez wiele lat Irlandią Północną (Ulsterem) rządzili protestanci, zwolennicy jej przynależności do Zjednoczonego Królestwa, zwani unionistami lub lojalistami. Buntowali się przeciwko nim dyskryminowani katolicy – irlandzcy republikanie dążący do stworzenia Zjednoczonej Irlandii. Krwawy konflikt w Londonderry w roku 1972, kiedy to od kul brytyjskich żołnierzy zginęło 14 osób, zapoczątkował w Ulsterze wojnę domową, która pochłonęła około 3,5 tysiąca ofiar. Wojnę tą zakończyło Porozumienie Wielkopiątkowe (Good Friday Agreement) zawarte 10 kwietnia 1998 roku przez przedstawicieli skonfliktowanych społeczności. Negocjacje prowadzące do tego porozumienia były niezwykle trudne. Istotną rolę mediacyjną odegrał w nich amerykański prezydent irlandzkiego pochodzenia – Bill Clinton.
Porozumienie, ustanawiając rządy większości przy poszanowaniu praw mniejszości, stworzyło dostęp do władzy irlandzkim katolikom. Dało możliwość swobodnego podróżowania i szeroko rozumianej współpracy Irlandczyków przekraczających bez przeszkód oficjalną granicę, Uznało też prawo głosu Republiki Irlandii w sprawach dotyczących Ulsteru.
Unioniści uzyskali zapewnienie, że o przynależności Północnej Irlandii do Zjednoczonego Królestwa decydować będzie demokratyczna większość jej mieszkańców. Godne przypomnienia jest ogromne poparcie społeczne dla Good Friday Agreement. W Północnej Irlandii Porozumienie to zaaprobowało 71 proc. uczestników plebiscytu. Byli wśród nich liczni protestanci. W Republice Irlandii akceptacja wyniosła ponad 90 procent.
Porozumienie z 1998 roku nie oznaczało jednak całkowitego wygaszenia potencjalnych ognisk konfliktu. Lojaliści – ekstremiści z Orange Order – organizowali w dalszym ciągu prowokacyjne marsze, które miały przypominać o brytyjskiej dominacji nad Irlandią.
Tak zwany twardy brexit spowodowałby przywrócenie kontroli granicznej pomiędzy Irlandią Północną a Republiką, co oznaczałoby poważne zagrożenie dla porozumienia.
Miejsce Zjednoczonego Królestwa po wyjściu z Unii
Przez wiele lat Zjednoczone Królestwo było animatorem Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) istniejącego równolegle z Europejską Wspólnotą Gospodarczą (EWG). EFTA w porównaniu z EWG była luźną strukturą. Sukcesy odnoszone przez państwa członkowskie EWG w warunkach postępującej integracji skłaniały do przechodzenia z EFTY do Wspólnoty. W 1972 roku uczyniły to-Zjednoczone Królestwo, Irlandia i Dania (członkowie EWG od 1 stycznia 1973).
Obecnie EFTA to Norwegia, Islandia, Szwajcaria i Liechtenstein. Z wyjątkiem Szwajcarii państwa te łącznie z Unią Europejską stanowią Europejską Przestrzeń Gospodarczą w której obowiązuje około 80 proc. unijnych zasad i regulacji prawnych.
W trakcie brexitowych dyskusji rozważany był powrót Zjednoczonego Królestwa do EFTY i członkostwo w Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej. Propozycja ta ma jednak niewielkie poparcie. W Izbie Gmin po dyskusji nad wariantami wyjścia z Unii znaczną liczbę głosów uzyskała koncepcja dalszej obecności w europejskiej unii celnej. Jej przyjęcie oznaczałoby utrzymanie obecnej sytuacji na granicy pomiędzy Ulsterem a Irlandią. W czasie niedawnej wizyty w Paryżu za takim rozwiązaniem wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Członkostwo w unii celnej jest – i byłoby – korzystne dla brytyjskich przedsiębiorstw uczestniczących w handlu międzynarodowym. Przy tym wariancie brexitu nowych rozwiązań prawnych wymagałyby natomiast liczne problemy społeczne. Dotyczy to m.in. sytuacji dwumilionowej rzeszy brytyjskich emerytów spędzających jesień życia w południowej Francji i w Hiszpanii. Liczni członkowie rodzin polskich pracowników przebywających w Wielkiej Brytanii musieliby podjąć starania o prawo pobytu.
Premier Theresa May utrzymuje, że społeczeństwo Zjednoczonego Królestwa podjęło decyzję o wyjściu z Unii, a obecnie należy ją wprowadzić w życie. Jest to stanowisko chyba zbyt kategoryczne. W roku 2016 uczestnicy plebiscytu nie byli dokładnie poinformowani o konsekwencjach brexitu. Obecnie ich wiedza na ten temat jest znacznie większa. Trudno pominąć postawę około 5 milionów Brytyjczyków,którzy podpisali petycję do parlamentu postulującą pozostanie w Unii Europejskiej. Z drugiej strony zacietrzewieni zwolennicy brexitu domagają się natychmiastowego wyjścia, gdyż chcą być „wolni” i „niepodlegli”.
Jak wiadomo rząd brytyjski wynegocjował z władzami UE projekt porozumienia, który nie został przyjęty przez parlament. Zgłaszane są różne propozycje dotyczące przedłużenia terminu brexitu. Politycy brytyjscy oczekują, że przywódcy 27 państw będą ciągle zbierać się, aby dyskutować nad ich kolejnymi propozycjami. Zgoda na takie podejście oznaczałaby odciąganie uwagi wspomnianych przywódców od ważnych spraw ogólnoeuropejskich i wewnętrznych. W samym Zjednoczonym Królestwie brexitowe dyskusje wywołują głębokie podziały, chaos pojęciowy i wrogość wobec obcych, którzy stwarzają konkurencję i zabierają pracę „prawdziwym” Brytyjczykom.
Według informacji BBC, Donald Tusk wyraził pogląd, że brexitowcy mają zarezerwowane miejsce w piekle. Można przypuszczać, że miejsce to jest w pobliżu kotłów stanowiących polskie piekło.

Bez Palestyny

Nie ma zaskoczenia: w propozycji izraelsko-palestyńskiego traktatu pokojowego, który USA nazywają „układem stulecia”, najprawdopodobniej nie będzie choćby słowa o państwie palestyńskim.

Pisze o tym „Washington Post”: powołując się na źródła, które znają treść obecnej, jeszcze nieprzedstawionej opinii publicznej wersji propozycji porozumienia. Ostateczna wersja układu ma zostać zaprezentowana jeszcze w tym roku. Jej głównym autorem jest Jared Kushner, zięć Donalda Trumpa, który odegrał m.in. ogromną rolę w przeniesieniu ambasady amerykańskiej z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznania tego miasta za stolicę Izraela. Jerozolima Wschodnia, w myśl wcześniejszych międzynarodowych porozumień, miała być stolicą niepodległego państwa palestyńskiego. Już po tym geście USA obserwatorzy sytuacji na Bliskim Wschodzie przestali mieć złudzenia: Waszyngton przeforsuje jednoznacznie korzystne dla Izraela rozwiązania, w ogóle nie licząc się ze stroną palestyńską.
Informacje „Washington Post” wskazują, że w porozumieniu mają znaleźć się deklaracje działań na rzecz poprawy sytuacji Palestyńczyków, ale o ich własnym, niezależnym państwie mowy nie ma. Potwierdzają to komentarze Jareda Kushnera i innych urzędników administracji Trumpa, którzy już wcześniej w okrągłych słowach sugerowali, iż w nowym planie pokojowym „państwowość nie musi być warunkiem wyjściowym”. Zamiast tego ogromny nacisk kładzie się na bezpieczeństwo jednej strony – izraelskiej.
Co zamiast państwa mieliby dostać Palestyńczycy? Według „Washington Post” – w zamian za wyrzeczenie się marzeń o państwie zaoferuje im się… „szanse rozwoju gospodarczego”, w tym prace modernizacyjne w Strefie Gazy. W dodatku najprawdopodobniej miałyby je finansować zamożne państwa arabskie znad Zatoki Perskiej.
Analitycy zajmujący się Bliskim Wschodem nie dają Trumpowi praktycznie żadnych szans na rozwiązanie konfliktu palestyńskiego, przy jego jednostronnie proizraelskim podejściu. Prawdopodobna jest jedynie dalsza realizacja przez rząd w Tel Awiwie polityki faktów dokonanych, jak sugerowanej przez Beniamina Netanjahu aneksji obszarów zajmowanych przez nielegalne osiedla na Zachodnim Brzegu.

Sukces lewicy

Finlandia po raz pierwszy od 2003 r. może mieć premiera-socjaldemokratę: partia o takim właśnie programie wygrała niedzielne wybory parlamentarne. Ale różnice między najpopularniejszymi ugrupowaniami są minimalne.

Lider Partii Socjaldemokratycznej Antti Rinne z triumfem ogłaszał wczoraj: jesteśmy po raz pierwszy od 1999 r. największą partią w Finlandii! Przewaga centrolewicy nad nacjonalistyczną Partią Finów była jednak minimalna: 17,7 proc. do 17,5 proc., co da najprawdopodobniej jeden mandat więcej w parlamencie. To wyniki po zliczeniu 99,5 proc. głosów. Konserwatywno-neoliberalna Koalicja Narodowa zdobyła 17 proc., zaś Partia Centrum, na czele której stoi dotychczasowy premier Juha Sipilä – 13,8 proc.
Na dalszych miejscach znaleźli się fińscy Zieloni, którzy dzięki swoim 8,5 proc. zdobędą 20 mandatów – o pięć więcej, niż mieli – oraz młoda lewica. Sojusz Lewicy, głoszący demokratyczny socjalizm, hasła równościowe i proekologiczne zyskał poparcie 7,1 proc. wyborców i 12 miejsc w parlamencie.
W centrum dyskusji podczas kampanii wyborczej była fińska wersja państwa opiekuńczego, zażarcie atakowana przez prawicę i broniona przez socjaldemokratów. Słabszy wynik Partii Centrum to zresztą odpowiedź obywateli na cięcia wydatków publicznych (m.in. na chwaloną na całym świecie oświatę) wprowadzane przez rząd Sipili. Oburzały one część społeczeństwa tym bardziej, że sam były premier jest milionerem… Nacjonaliści, oprócz tematyki antyimigracyjnej, grali w kampanii również kwestią ochrony środowiska, w tym rozważanego przez poprzedni rząd specjalnego podatku od mięsa: przekonywali, że Finlandia sama nie ocali świata, a planowane zmiany uderzą w wiejskich wyborców – i tam też znajdowali posłuch.
Co dalej z tworzeniem rządu? Przed głosowaniem i socjaldemokraci, i konserwatyści, i centroprawicowcy zapewniali, że nie rozważają nawet rozmów z Partią Finów, ale przy rozkładzie sił, jaki wyłonił się po głosowaniu, zaczynają wycofywać się z tego stanowiska. Antti Rinne powiedział, że będzie miał do nacjonalistów „pewne pytania”, ale to wartości, na które postawili socjaldemokraci, miałyby być spoiwem ewentualnego porozumienia. Partia Finów była nie tak dawno ogniwem koalicji rządzącej – w 2015-2017 r. wchodziła do rządzącego sojuszu prawicy razem z Partią Centrum i Koalicją Narodową. Gest Rinnego może być w tym kontekście „ucieczką do przodu”, próbą wciągnięcia nacjonalistów do kontrolowanej współpracy, zanim lepszą ofertę da im prawica.
W zaistniałej konfiguracji nie można wykluczyć żadnego scenariusza, łącznie z powtórzeniem głosowania. Pewne jest w każdym razie jedno: cięcie wydatków publicznych w wykonaniu konserwatywno-liberalnej prawicy większej grupie wyborców się nie podobało; to partie, które były przeciwko takiej polityce, zyskały. Lewica musi jednak dalej pracować na tym, by znowu przekonać ludzi, że właśnie jej program jest autentyczną alternatywą.

48 godzin świat

Jest dyrektywa gazowa

Rada krajów UE zatwierdziła poprawki do dyrektywy gazowej Unii Europejskiej, które odnoszą się do eksploatacji morskich gazociągów, a zatem będą miały zastosowanie do Nord Stream 2. Zatwierdzenie przez Radę jest ostatnim etapem oficjalnego przyjęcia dokumentu. Zatwierdzenie odbyło się bez omówienia treści projektu. Ustawa wejdzie w życie 20 dni po opublikowaniu w oficjalnym dzienniku Unii Europejskiej. Kraje UE mają dziewięć miesięcy na wprowadzenie nowych przepisów do krajowego ustawodawstwa. Zgodnie z dokumentem nowe i istniejące gazociągi morskie z krajów trzecich do UE będą podlegać zasadom, które już obowiązują w odniesieniu do rurociągów lądowych. W szczególności mowa o unbundlingu, tzn. przedsiębiorstwo wydobywcze nie powinno posiadać rurociągu, przez który dostarczany jest jego gaz. Przepisy UE oznaczają również dostęp stron trzecich, niedyskryminacyjne taryfy i przejrzystość.

W ślad za niszczycielem

Rosyjski okręt patrolowy „Wasilij Bykow” i okręt rozpoznawczy „Iwan Churs” obserwują niszczyciel Marynarki Wojennej USA „Ross”, który wpłynął na wody Morza Czarnego. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji oświadczyło, że rosnąca aktywność NATO osłabia stabilność regionalną i obiecało, że będzie „odpowiednio” reagować.

Strzelają do cywilów

Libijska Armia Narodowa marszałka Chalify Haftara oskarżyła rząd w Trypolisie o naloty na osiedla mieszkalne na przedmieściach stolicy. Z kolei Siły rządowe twierdzą, że zestrzeliły samolot należący do sił Haftara.

Pulitzer dla uwięzionych

najbardziej prestiżowa nagroda dziennikarska został przyznana Kyaw Soe Oo i Wa Lone – – reporterom, którzy ujawnili masakrę ludności Rohindża, za co zostali uwięzieni pod zarzutem zdradzenia tajemnic państwowych. Obecnie odsiadują za to siedmioletni wyrok więzienia.

Aresztowania aktywistów

Brytyjska policja aresztowała 113 osób protestujących przeciwko bierności rządu wobec zmiany klimatu i blokujących główne ulice w Londynie.

Wydalony wicekonsul

Rosyjskie MSZ nakazało jednemu z polskich wicekonsulów opuszczenie terytorium Rosji. Pracujący w Irkucku na Syberii polski dyplomata został uznany za osobę niepożądaną. jest to retorsja za podobne działania władz polskich wobec rosyjskiego dyplomaty.

Szewczenko na wolności

Wygasł termin „środka zapobiegawczego”, więc oskarzona o przygotowywanie ataków terrorystycznych niegdysiejsza ukraińska bohaterka narodowa została wypuszczona z aresztu.

Kim pojedzie do Rosji

Przywódca Korei Północnej Kim Dzong Un może odwiedzić Rosję pod koniec tego miesiąca. Możliwe, że do spotkania z prezydentem Władimirem dojdzie we Władywostoku 26-27 kwietnia.

Rosja wyjaśni napaść

Moskwa i Caracas prowadzą wspólne dochodzenie ws. ataków na obiekty energetyczne Wenezueli. Prezydent tego kraju Nicolás Maduro stwierdził że codziennie jest kilka podobnych ataków.

Zełenski zwiększa przewagę

72 proc. ankietowanych Ukraińców, którzy deklarują, że wezmą udział w wyborach, zamierza poprzeć II turze Wołodymyta Zełenskiego. Prezydenta Petro Poroszenkę – 25 procent.

 

Niewiele dało się uratować

Gigantyczny pożar, który strawił symbol Paryża i Francji – katedrę Notre-Dame, wstrząsnął całym światem.

Jak informują media, ogień miał się pojawić około godziny 18.50, gdzieś na terenie objętym pracami remontowymi, które zaczęły się stosunkowo niedawno. Jak informują media, nie można wykluczyć, że przyczyna pożaru związana jest z zaniedbaniami właśnie związanymi z remontem.
Pierwsi strażacy zareagowali już po sześciu minutach. Jednak ich działanie na niewiele się zdało, ponieważ musieli czekać jeszcze długo na specjalistyczny sprzęt.
Pożar, jak wynika ze początkowych ustaleń, zaczął się w górnych partiach budynku, przez co rozprzestrzeniał się bardzo prędko, doprowadzając w krótkim czasie do upadku iglicy kościoła oraz ogarnięciu płomieniami niemal całego dachu, który wkrótce runął.
Wnętrze katedry było pełne dzieł sztuki o nieocenionej wartości oraz istotnych dla wyznawców chrześcijaństwa symbolami – m.in.. relikwiami. Część z nich udało się, jak się później okazało, uratować. Niemniej szkody są bardzo poważne. Wygląda na to, że nie było ofiar, poza jednym ciężko rannym strażakiem i że konstrukcja nośna ocalała, co pozwoli myśleć o rekonstrukcji budynku. Jednak zajmie ona nie mniej niż 10 lat.
Jak się również okazało, w godzinach wieczornych, 16 rzeźb (12 apostołów i cztery rzeźby ewangelistów), zdobiących do tej pory dach zabytku, zostało uratowanych, ponieważ zostały wcześniej zdjęte i przeznaczone do renowacji.
Wstępne ustalenia na razie wykluczają umyślne podpalenie; przyczyny mogą tkwić w nieprzestrzeganiu norm technicznych podczas prac.
Część obserwatorów twierdzi, iż akcja ratownicza mogłaby się zacząć wcześniej, gdyby tylko niedofinansowana francuska straż posiadała w większej liczbie choćby odpowiednio wysokie drabiny. Na stronie Żółtych Kamizelek na portalu społecznościowym Facebook, pojawiły się uwagi pod adresem władz miasta, że do ratowania katedry wysyła tylko 400 strażaków, a do tłumienia ich protestów wiele tysięcy policjantów.

Kraina chaosu

Słowo „chaos” tak zrosło się z obrazem Libii po siłowej likwidacji tamtejszego państwa przez NATO w 2011 r., że występuje w każdym komunikacie politycznym, który jej dotyczy. Wszyscy – ONZ i rozliczne państwa, zainteresowane tym krajem lub jego ropą, deklarują od lat walkę z chaosem, również te, które doń doprowadziły. To samo mówią podzieleni politycy libijscy, zdani na grę sił zagranicznych. Najnowsza inicjatywa „walki z chaosem” podjęta przez marszałka Haftara miała być rozstrzygającym blitzkriegiem, ale chaos nie ustępuje ani trochę. Dlaczego?

Spójrzmy na tę schematyczną mapę Libii – z momentu rozpoczęcia ofensywy Narodowej Armii Libijskiej (ANL) dowodzonej przez Chalifę Haftara. Cel marszałka to spowodowanie, by to, co tu jest na niebiesko, czyli terytorium zarządzane przez uznany przez ONZ i Zachód rząd Libii premiera Fajiza as-Sarradża (GNA) w Trypolisie, stało się różowe, jak reszta kraju, tj., by znalazło się pod jego władzą. Czerwona linia dzieląca południe kraju oznacza, że władza Haftara poniżej niej jest jedynie teoretyczna. To ziemie ludów saharyjskich, Tubu i Tuaregów, bombardowane od czasu do czasu przez francuskie lotnictwo, gdyż Tubu walczą z krwawą dyktaturą w sąsiednim Czadzie, który pozostaje francuską pół-kolonią.
Prawdę powiedziawszy, sytuacja w różowej części Libii nie wygląda ani różowo, ani jednolicie. Schematyzm mapy skrywa wielość lokalnych ośrodków władzy na tym terytorium i wielość różnych grup zbrojnych, od formacji zwykłej samoobrony przeciw bandytom, po różne zgrupowania parapolityczne, plemienne i klanowe, oraz skrajnie islamskie i kryminalne. Większość z nich zawarła sojusz z ANL Haftara, choć bywa, że są sobie wrogie. Trzeba pamiętać, że Libia powyżej czerwonej linii ma dwa rządy, dwa parlamenty, dwa banki centralne itd. Haftar reprezentuje rząd w Cyrenajce, wschodni, z siedzibą w Benghazi (parlament wschodni znajduje się w Tobruku) i bez tych (niezbyt mocnych na razie) sojuszy mapa nie mogłaby być w większości różowa.
Tak jak bezpośrednie rządy Haftara ograniczają się w zasadzie do wschodu kraju, tak samo niebieska część tylko schematycznie należy do rządu zachodniego z Trypolisu, który właściwie rządzi jedynie kilkoma skrzyżowaniami w tym mieście. Najsilniejszym „niebieskim” miastem jest Misrata, zupełnie niezależna od rządu w Trypolisie, posiadająca nawet własne lotnictwo. Dziś uczestniczy w obronie rządu zachodniego, gdyż jest on tak słaby, że pozwala na tę autonomię. Podobnie jest z innym miastami zachodu, jak Zintan i Zawija – mają własne siły zbrojne i nie chcą władzy marszałka Haftara. Kontyngent amerykański, który miał chronić Trypolis, został błyskawicznie ewakuowany na wieść o ofensywie ANL „ze względów bezpieczeństwa”. Biją się więc teraz sami Libijczycy.

„Na Trypolis!”

Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres i marszałek Chalifa Haftar, Benghazi, 5 kwietnia. voa
Marszałek Chalifa Haftar dając tydzień temu rozkaz zdobycia Trypolisu złamał wszystkie umowy i dyplomatyczne próby pojednania obu rządów ze strony ONZ, Włoch, czy Francji (te dwa kraje rywalizują ze sobą w Libii). Wiele razy przed kamerami podawał rękę swemu zachodniemu odpowiednikowi, premierowi as-Sarradżowi, ale najwyraźniej zdecydował przewrócić stół sądząc, że jego blitzkrieg wszystko załatwi. Jego siły są jednak na razie stosunkowo słabe, więc ten blef utknął na dalekich przedmieściach stolicy.
Zabitych liczy się póki co w dziesiątkach, rannych w setkach, a uchodźców w tysiącach, jednak wszyscy wiedzą, że wkrótce może być dużo gorzej. Według zachodnich źródeł dyplomatycznych, około połowa mieszkańców Trypolisu, zmęczona nieustannym napięciem, byłoby skłonnych poddać się władzy Haftara, jeśli miałoby to oznaczać pokój i koniec chaosu w zjednoczonym kraju. Równocześnie jednak większość mieszkańców zachodu kraju nie uważa, by był to „drugi Kaddafi”, za którego czasami prawie wszyscy dziś tęsknią.
Haftar chce „oczyścić kraj z terrorystów i najemników”: to uzasadnienie ofensywy ANL wywołało na zachodzie „operację Wulkan Gniewu”, czyli zbrojne zjednoczenie klanów i miast w obronie GNA, oraz w ambitnym w celu „oczyszczenia kraju z bandytów Haftara”. Można się niestety spodziewać krwawego remisu, jeśli nadzieja marszałka, że w stolicy dojdzie do powstania lub przewrotu spełznie na niczym. Marszałek dysponuje kilkoma starymi radzieckimi i francuskimi samolotami, lecz sama Misrata ma tego więcej. Jego armia ma wozy pancerne dostarczone przez Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), setki Toyot z działkami lotniczymi i trochę rosyjskiej artylerii, a jego żołnierze wyglądają bardzo podobnie do wrogich zachodnio-libijskich grup zbrojnych: są tu świetnie umundurowani i wyposażeni byli kaddafiści, ale i jakby obłąkani faceci w szortach i klapkach, targający ciężkie karabiny maszynowe.

Haftar – „drugi Kaddafi”?

Chalifa Haftar ma 75 lat i bogatą historię za sobą. Razem z pułkownikiem Muammarem Kaddafim uczestniczył w obaleniu libijskiej monarchii w 1969 r. Dowodził libijskim wojskiem na krótkiej wojnie z Czadem w 1987 r., którą przegrał z kretesem. Gdy dostał się do niewoli, zdradził swój kraj i przeszedł na służbę Stanów Zjednoczonych, które zleciły mu obalenie Kaddafiego, co też mu się nie udało. Musiał uciekać do Stanów, gdzie przez 20 lat pracował dla CIA. Wrócił po rozbiciu Libii przez NATO jako „człowiek Amerykanów”, ale tylko na kilka miesięcy, bo nikt go nie chciał.
Wrócił drugi raz pięć lat temu, by służyć parlamentowi powstałemu w Tobruku. W 2016 r. założył swoją armię i rok później, z francuską i egipską pomocą wyrzucił z Benghazi Państwo Islamskie (PI), które zainstalowało się tam dzięki interwencji NATO. PI przeniosło się do Syrty, a Haftar mianował się marszałkiem, chociaż właściwie nigdy nie wygrał żadnej wojny. Zdobył jednak prawie całość libijskich pół naftowych, które znajdują się na wschodzie kraju, co zapewniło mu szeroką, choć dyskretną pomoc międzynarodową.
Niektóre kraje ujrzały w nim „drugiego Kaddafiego”, zdolnego do zjednoczenia kraju i skończenia z ponatowskim chaosem. Oficjalnie cały Zachód, podobnie jak ONZ, wspierał rząd GNA as-Sarradża, ale tak naprawdę po jego stronie były tylko Włochy, Katar i Turcja. Francuzi, którzy byli głównymi pomysłodawcami obalenia Kaddafiego, uznali po cichu, że Haftar będzie jego posłusznym odpowiednikiem, więc nie tylko zbroili go, ale i wysyłali swe siły specjalne, by mu pomagać w walce z islamistami, których (niechcący) sprowadzili do Libii. Francja prowadziła politykę wzmacniania Haftara z początku głównie ze względu na zaangażowanie po jego stronie ZEA, które są wielkim kupcem francuskiej broni (na bombardowania Jemenu) i uzależniały dalsze zakupy od francuskiej aktywności w Libii, podobnie jak Egipt i Arabia Saudyjska. Do niemal jawnych sojuszników Haftara – ZEA, Egiptu marszałka as-Sisiego, Arabii i Francji dołączyła wkrótce Rosja.

Hipokryzja na zamówienie

Dziś oczywiście Francja i Rosja wzywają do pokoju, ale to właśnie te państwa, między innymi, poniekąd przygotowały ofensywę Haftara, życząc jednocześnie „legalnemu” rządowi z Trypolisu wszystkiego najlepszego. We Francji przez jakiś czas nazywano marszałka „człowiekiem Macrona” – w Rosji nazywa się go dzisiaj (niezbyt głośno) „człowiekiem Putina”. Równie dobrze można by go nazwać „człowiekiem Trumpa”, bo w końcu Amerykanie porzucili rząd GNA, choć go niby popierają. Libia jest bożym igrzyskiem, gdzie różne interesy mocarstw i stronnictw międzynarodowych ścierają się za pomocą Libijczyków. Problem w tym, że niemal każdy kraj, który popiera Haftara lub as-Sarradża ma inny cel polityczny lub gospodarczy. Część z nich dla pewności osiągnięcia tych celów wspiera obie strony konfliktu. Stąd trudność doprowadzenia do pojednania, nad którym pracowała ONZ.
Weźmy Turcję, bardzo aktywną w pomocy dla Trypolisu. Sprzymierzyła się ona w tej sprawie z Katarem, gdyż łączy ich głęboki antagonizm wobec ZEA, Arabii i Egiptu, oskarżających Turcję o chęć panowania w świecie sunnickim poprzez wspieranie Braci Muzułmanów, aktywnych w zachodniej Libii i znienawidzonych przez dyktatora Egiptu as-Sisiego i króla Arabii Salmana Sauda. Katar, obecnie w konflikcie z Arabią Saudyjską, nie widzi w Braciach niczego złego i na dodatek współpracuje z Iranem, oskarżonym przez Saudów i ZEA o wspieranie bombardowanego przez nich Jemenu. Haftar mówi o walce przeciw islamistom, ale wraz z wejściem Arabii do gry, przyjął do swego wojska wahhabickich, prosaudyjskich fundamentalistów, znanych z licznych okrucieństw.

Wielki wygrany

Na kilka dni przed swą ofensywą marszałek pojechał do Rijadu, by porozmawiać z królem Salmanem. Teraz te kraje, które zechcą zbroić Haftara, mogą zacierać ręce, bo Arabia (wraz z ZEA) będzie szczodrze płacić. Widzenie Haftara jako „drugiego Kaddafiego” popularne na wschodzie Libii, w Rosji, czy Francji może być złudzeniem, choćby ze względu na jego wiek. Prawie cały styczeń spędził w paryskim szpitalu, gdzie ratowano mu zdrowie. Jest on teraz w trakcie ofensywy swego życia, która zdecyduje o przyszłości jego zmordowanego kraju. Do pomocy mu szykuje się lotnictwo Egiptu, ZEA już przeniosła część swych maszyn do Benghazi.
Na południe i południowy wschód od Trypolisu trwają gwałtowne walki. Libijski Czerwony Półksiężyc mówi o „katastrofie humanitarnej”, która dotyka kraj nawet bez tej wojny. Odezwało się też NATO, które oficjalnie wzięło udział w festiwalu hipokryzji wyrażając „głęboką troskę” o pokój w Libii: szef Paktu, Jens Stoltenberg wezwał do „rozwiązania politycznego”. UNICEF ostrzega, że życie pół miliona dzieci z „niebieskiej” części kraju jest „bezpośrednio zagrożone”. Zdaniem analityków wojskowych Trypolis może paść tylko wtedy, gdy obrońcy przejdą na stronę Haftara, co się na razie nie zapowiada. Jedynym zwycięzcą pozostaje chaos.

Protesty i nagonka

Aktywiści na świecie protestują przeciwko uwięzieniu słynnego demaskatora, twórcy portalu WikiLeaks Juliana Assange’a. Równocześnie media głównego nurtu rozpętują nagonkę przeciwko niemu, nazywając go „marionetką Kremla”.

W ciągu wielu ostatnich miesięcy władze ekwadorskie przygotowywały się do tego skandalicznego ruchu. Człowiek, który ujawnił liczne zbrodnie amerykańskie w Iraku i innych krajach, był podsłuchiwany i nieustannie filmowany bez swej wiedzy w swoim pokoju w ambasadzie. WikiLeaks i liczni dziennikarze wiedzieli, co się szykuje: ujawniono zarówno naciski amerykańskie na Ekwador, jak i przestępstwa finansowe prawicowego, proamerykańskiego prezydenta tego kraju Lenina Moreno.
Były lewicowy prezydent Ekwadoru Rafael Correa, przebywający dziś na wygnaniu w Belgii, za którego czasów Assange był chroniony, obarczył obecnego prezydenta odpowiedzialnością za wydanie dziennikarza. Nazwał Moreno „największym zdrajcą w historii Ameryki Łacińskiej”. „To wystawia życie Assange’a na niebezpieczeństwo i upokarza Ekwador” – napisał na Twitterze – „To zbrodnia, której ludzkość nigdy nie wybaczy”.
Inny wielki sygnalista Edward Snowden pisał o „ciemnym dniu wolności prasy”: „Obraz ambasadora zapraszającego do ambasady tajną policję, by aresztować wydawcę – czy to się podoba, czy nie – nagradzanych materiałów dziennikarskich, skończy w podręcznikach historii jako przykład hańby.” Jean-Luc Mélenchon, przywódca lewicowej Nieuległej Francji nazwał Moreno „sługusem USA” i „zdrajcą”.
WikiLeaks oskarżyli Ekwador o „pogwałcenie prawa międzynarodowego”. Matka dziennikarza Christine Assange oświadczyła, że „naszym celem pozostanie, jak zawsze, przeszkodzenie w ekstradycji Juliana do Stanów Zjednoczonych”, gdzie grozi mu dożywocie.
Potwierdził to Juan Branco, francuski adwokat Assange’a: „Do wszystkich, którzy nas opuścili: nie zapomnimy. Do wszystkich innych: będziemy walczyć do końca, by nie dopuścić do ekstradycji i oskarżenia człowieka, uznanego przez ONZ za jedynego więźnia politycznego naszego kontynentu”. Do WikiLeaks napływają z całego świata wyrazy solidarności z Julianem Assangem.
Oskarżenia, że Assange to „marionetka Kremla” pojawiające się w brytyjskich mediach, spotkały się ostrą repliką rosyjskiej ambasady w Londynie. „Takie wypowiedzi nie zaskoczyły nas. Brytyjska prasa w ogóle regularnie próbuje znaleźć jakiś „rosyjski ślad’ wszędzie, gdzie tylko można. Insynuacje wokół sprawy Assange’a miały miejsce wcześniej, kiedy na przykład Rosji przypisywano plany wywiezienia Australijczyka z Wielkiej Brytanii, co prawda ta historia utknęła w martwym punkcie” – powiedział dziennikarzom rzecznik prasowy. Zauważył też, że wykorzystanie tezy o „rosyjskiej interwencji” jest jednym z narzędzi brytyjskich mediów do manipulowania opinią publiczną z „konserwatywnego establishmentu, który jest ściśle związany z służbami specjalnymi”.
„Chciałbym przypomnieć, że to brytyjska gazeta „Guardian” rozpoczęła promocję WikiLeaks. A ją trudno oskarżyć o relacje z Rosją. Chociaż mistrzowie subtelnej gry mogą i to zrobić” – powiedział dyplomata.
Wczoraj przed siedzibą brytyjskiej ambasady w Warszawie także odbywał się protest przeciwko aresztowaniu Assange’a – wzięli w nim udział m.in. członkowie Partii Piratów.

Podwójny przewrót

„W ciągu dwóch dni obaliliśmy dwóch prezydentów!”, „Udało się nam, udało!” – ludzie skandowali w Chartumie okrzyki dumy i radości rozchodząc się do domów po ostatniej trwającej tydzień bez przerwy wielkiej manifestacji w stolicy. Ukonstytuowana w czwartek Tymczasowa Rada Wojskowa, która objęła władzę po obaleniu prezydenta Omara al-Baszira, obaliła dzień później swego własnego szefa i postawiła na czele państwa innego generała, skłonnego szybciej oddać władzę cywilom.

Sytuacja w Sudanie zmienia się tak szybko, że manifestanci zebrani przed kwaterą główną armii postanowili pozostać „czujni” i „zmobilizowani”, mimo wyrażanej powszechnie satysfakcji. W czwartek generałowie odsuwając od władzy prezydenta al-Baszira, który rządził krajem przez 30 lat, przynieśli zwycięstwo manifestantom aktywnym w całym kraju od połowy grudnia. Lecz mianowanie przez nich „p.o. prezydenta” gen. Awada Ibn Ufa i zapowiedź jego rządów przez dwa lata nie uspokoiły protestujących.
Sudańczycy wyraźnie odrzucili perspektywę kierowania krajem przez juntę wojskową, tym bardziej, że gen. Ibn Uf był ściśle związany z obalonym prezydentem. Wczoraj w łonie Rady Wojskowej doszło więc do kolejnego przewrotu: na czele państwa stoi odtąd gen. Abdel Fattah al-Burhan, nieznany szerzej publiczności, jednak jak się wydaje na razie zaakceptowany, gdyż swe rządy zaczął od ogłoszenia dymisji Salaha Gosza, szefa NISS, tajnej policji prezydenta al-Baszira, odpowiedzialnej za krwawe represje, które spadły na wielomiesięczny ruch protestu. Nowy przywódca Sudanu nakazał wypuszczenie z więzień wszystkich zatrzymanych w ostatnich miesiącach, jak i innych więźniów politycznych.
Jednocześnie Rada Wojskowa zaczęła zapewniać, że przewidziany wcześniej okres dwóch lat, który miał służyć transformacji politycznej, „może zostać skrócony”. Członek Rady, gen. Omar Zinelabidin, który ma zająć się sudańską dyplomacją, zapewnił zebranych w trybie pilnym ambasadorów państw afrykańskich, że w jego kraju powstanie rząd cywilny, a wojsko nie będzie mieszać się w jego skład. Gen. al-Burhan zajął się z kolei uspokajaniem władz imperium amerykańskiego: baza CIA w Chartumie, zajmująca się koordynacją działań tej agencji wywiadowczej w całej północnej Afryce, będzie mogła bez przeszkód kontynuować swą działalność.
Nowy, silny człowiek Sudanu to były inspektor generalny armii, wcześniej dyplomata (m.in. w Pekinie) i dowódca sudańskich wojsk lądowych, ma 59 lat. Był koordynatorem wysyłki oddziałów sudańskich do Jemenu, zdecydowanej przez al-Baszira na na usilną prośbę Arabii Saudyjskiej i po naciskach amerykańskich, lecz nie uchodzi za zwolennika tej operacji, mimo finansowania jej przez Saudów.