48 godzin świat

Wyroki dla separatystów

Hiszpański wymiar sprawiedliwości bardzo surowo ocenił działania katalońskich polityków, którzy w październiku 2017 roku ogłosili i przeprowadzili referendum w sprawie niepodległości Katalonii. Prokuratura oskarżyła katalońskich polityków o zorganizowanie powstania. Przed sądem stanęło ich 12. Były wiceprezydent Generalitetu (systemu, w którym została zorganizowana autonomia Katalonii) Oriol Junqueras – deputowany do Parlamentu Europejskiego, parlamentarzysta krajowy, przewodniczący Republikańskiej Lewicy Katalonii, wicepremier w rządzie regionalnym został skazany na 30 lat więzienia oraz na ten czas został pozbawiony praw publicznych. Raül Romeva, Jordi Turull i Negre oraz Dolors Bassa i Coll byli doradcy rządu Katalonii zostali skazani na 12 letnie wyroki więzienia i pozbawienie praw publicznych na taki sam czas. Zostali uznani winnymi organizacji buntu i sprzeniewierzenia środków budżetowych. Carme Forcadell, była przewodnicząca parlamentu katalońskiego otrzymał wyrok 11,5 lat więzienia, Joaquim Forn, Josep Rull – byli doradcy rządu Katalonii usłyszeli wyroki 10,5 roku więzienia, Jordi Sánchez i Jordi Cuixart – po 9 lat więzienia. Trzech członków rządu katalońskiego zostali uznani za winnych nieposłuszeństwa i otrzymali kary grzywny.

Zwycięstwo autochtonów

Jest porozumienie między uczestnikami dwunastodniowych protestów ulicznych w Ekwadorze a prezydentem kraju Leninem Moreno – w jego rezultacie podpisał dekret wycofujący podwyżki cen benzyny. Nie będzie jednak tak, że subsydiowanie benzyny i oleju napędowego pozostanie bez zmian. W tworzeniu nowego dekretu wezmą jednak udział nie tylko ludzie prezydenta, działającego pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ale również przedstawiciele Konfederacji Rdzennych Narodów Ekwadoru (CONAIE), która obok związków zawodowych przewodziła gwałtownym protestom. W roli mediatorów wystąpią natomiast przedstawiciele Kościoła katolickiego oraz ONZ.

Prezydencie nie zostawaj

Do gwałtownych starć doszło w Gwinei, gdzie trwają protesty przeciwko ewentualności zmiany konstytucji i usunięciu z niej zapisu ograniczającego liczbę kadencji prezydenckich do dwu. W przyszłym roku dobiega końca druga kadencja prezydenta Alphy Conde – pierwszego demokratycznie wybranego po trwających przez niemal 25 lat rządach Lansany Conte i dwóch latach rządów wojskowych. Prezydent Conde zapowiedział referendum konstytucyjne, co zostało odczytane przez opozycję jako sygnał, że 81-letni Conde nie ma ochoty rozstawać się z urzędem.

Przeszukania u ludzi Nawalnego

Rosyjski Komitet Śledczy prowadzi rewizje w sztabach Fundacji Walki z Korupcją, założonej przez opozycjonistę Aleksieja Nawalnego, w ramach dochodzenia związanego z praniem pieniędzy

Profesor – prezydentem

Profesor prawa konstytucyjnego Kais Saied zwyciężył w odbywającej się w niedzielę drugiej turze wyborów prezydenckich w Tunezji. Uzyskał 72,71 proc. poparcia.

Będzie wojna handlowa?

Światowa Organizacja Handlu (WHO) zatwierdziła amerykańskie cła m.in. na produkowane w Europie samoloty (10 proc.), wino, sery i oliwki (25 proc.) – łącznie towary o wartości 7,5 mld dolarów.

Prezydent przed sądem

Były prezydent RPA Jacob Zuma stanął przed sądem w związku zarzutami korupcyjnymi. Dotyczą one kontraktu zbrojeniowego zawartego z pięcioma europejskimi firmami ponad 20 lat temu.

Tron w służbie propagandy

Mowa tronowa wygłoszona na otwarcie parlamentu przez królową Elżbietę II została oceniona jako przegląd obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej przed nadchodzącymi wyborami. Oraz poparcie brexitu 31 października.

Ociekający blichtrem i ostentacją ceremoniał towarzyszący wygłoszeniu mowy tronowej, to tylko gra pozorów. Choć sięgająca czasów średniowiecza tradycja, pełna symbolicznych elementów odzwierciedlających konstytucyjną konstrukcję monarchy w parlamencie jako figury państwa oraz historyczną ewolucję relacji między władcą a parlamentarzystami może budzić podziw, jednak w obecnym systemie politycznym królowa jest tylko tubą rządu. W mowie tronowej władczyni przedstawia swoje niby to polecenia dla rządu, ale jej tekst pisze premier, ona ją tylko odczytuje i nie wolno wręcz jej nic dodawać od siebie ani pomijać. Fakt, że królowa siedzi na tronie, a mowa spisana jest na pergaminie nic tu nie zmienia.
Zasadniczo mowa tronowa powinna być przeglądem zamiarów rządu na najbliższy rok – jest to zatem jakby exposé – tym razem jednak nawet to było iluzją, bo cała wyliczanka ustaw, jakie by miały być opracowane i wprowadzone w życie ma się nijak do realnych możliwości – premier Boris Johnson kieruje rządem mniejszościowym i odkąd wprowadził się na Downing Street nie wygrał w Izbie Gmin żadnego głosowania. Zarówno on jak i opozycja prą do przedterminowych wyborów, a jedno, co do czego nie są w stanie się zgodzić to termin, kiedy by do nich miało dojść: przed czy po opuszczeniu przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej. Terminu, do którego premier Johnson jest przywiązany – czyli 31 października – w mowie tronowej zresztą nie zabrakło.
Ustami królowej zapowiedziano więc ustawy dotyczące zmian systemu imigracyjnego po brexicie mające chronić rynek pracy przed imigrantami, nowych regulacji w zakresie rybołówstwa, rolnictwa, handlu i usług finansowych, pakiet ustaw odnoszących się do poprawy bezpieczeństwa i systemu wymiaru sprawiedliwości, poprawy systemu edukacyjnego i opieki zdrowotne (acz dość ogólnikowo zasygnalizowanych) podniesienia płacy minimalnej do 10,5 funta za godzinę, a nawet ustawy gwarantującej że napiwki w całości muszą być przekazywane kelnerom. Powstaje jednak pytanie – kiedy rząd premiera Johnsona miałby to wszystko zrobić. Nic dziwnego zatem, że opozycja od razu uznała całą ceremonię za farsę – tak ją wprost określiła sekretarz spraw wewnętrznych w labourzystowskim gabinecie cieni Diane Abbott, dodając, że jest to życzeniowa lista obietnic, których ten rząd nie ma ani zamiaru ani możliwości realizować. Lider Labour Party Jeremy Corbyn stwierdził wręcz, że tak skonstruowana mowa tronowa to nic innego jak katalog obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej i cyniczne wykorzystywanie królowej do celów partyjnej propagandy.
Wiadomo, że przynajmniej od czasu sprawy namówienia królowej Elżbiety na zawieszenie parlamentu, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego nielegalne, stosunki między premierem a nią są fatalne. Co zresztą nie dziwi, bo nawet gdy się jest pozbawioną realnej władzy monarchinią, poczucie że jest się kukłą wykorzystywaną do celów politycznej gry przyjemne być nie może.
Brytyjskie media odnotowały skrzętnie, że królowa odczytywała tekst posuniętej jej mowy z wyraźną niechęcią, choć bez robienia otwarcie złośliwych min, na co nie pozwoliłaby jej dobra kindersztuba i przekonanie, że sprawy tego rodzaju należy traktować serio i nie naruszać ustalonych przez wieki reguł. Inaczej najwyraźniej rzecz potraktował Boris Johnson, który w czasie wysłuchiwania mowy tronowej miny robił i kiwał głową, zupełnie jakby chciał swojej władczyni powiedzieć coś w stylu „może i siedzisz na tronie, ale i tak musisz czytać, co ci napisałem”. Co więcej – otwarcie zapowiedział, że nawet jak dysponująca większością opozycja odrzuci przedstawione w mowie tronowej dyspozycje (procedura jest taka, że mowa poddawana jest pod debatę), nie poda się do dymisji, choć tak zwyczajowo powinien by postąpić.

Konkurs na wspomnienia z okresu PRL

W 2019 roku mija 75 rocznica opublikowania podstawowego dokumentu historycznego zapowiadającego kierunki rozwoju państwa polskiego po II Wojnie Światowej.
Dokument, nazwany manifestem PKWN, opublikowany w lipcu 1944 roku jest do dnia dzisiejszego wyraźnym programem socjalistycznego rozwoju Polski przełomu XX wieku, a tym samym zapowiadającym spełnienie żywotnych interesów upośledzonych i odrzuconych warstw narodu i państwa polskiego, które szczególnie na przełomie wieku XIX i XX dążyły do likwidacji wyzysku, poprawy warunków życia, dostępu do oświaty i postępu naukowego i technicznego, do powstania państwa sprawiedliwości społecznej. O takie państwo walczyli obywatele naszej Ojczyzny w okresie II Rzeczypospolitej, a socjaliści wnieśli do tego rozwoju znaczący wkład.
Zrealizowały się, spełniły się marzenia pozytywistów i romantyków. Powstała szansa na praktyczną realizację idei, postulatów, żądań, na spełnienie marzeń. Tę szansę nazwano Polska Rzeczpospolita Ludowa. Jak nigdy dotąd, po strasznej wojnie i okupacji, stanęli obywatele PRL do odbudowy państwowości i budowy nowej rzeczywistości. Pomimo uwarunkowanych sytuacją międzynarodową wypaczeń, przez prawie pół wieku robotniczo-chłopska władza dawała nadzieję na spokojne życie, możliwości pracy i nauki, odbudowy i tworzenia nowych, nieznanych dotąd form życia społecznego i politycznego. Na rozwój, wzrost liczby ludności i potencjału gospodarczego, doskonalenie każdej dziedziny życia obywateli.
Założenia manifestu PKWN zostały w znacznym stopniu zrealizowane. Jak potoczyły się losy PRL widzą wszyscy, a coraz mniej wiedzą o tym najmłodsi, urodzeni po solidarnościowej rewolucji. Chcemy by młode pokolenie Polaków miało szansę poznać prawdę, naszą prawdę.
Dlatego, by czas nie zatarł pamięci, by pozostały wspomnienia a „poprawiacze historii” nie wypaczyli jej do końca, Społeczny Komitet Obchodów 75 Rocznicy powstania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ogłasza konkurs na „Pamiętniki 45-lecia”.
Celem Konkursu jest zebranie zapisów losów Polaków w okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej oraz wydanie ich w formie książki jako autentycznego świadectwa epoki.
Podmiotem realizującym Konkurs pod patronatem Przeglądu Socjalistycznego jest Kujawsko-Pomorska Rada Wojewódzka Polskiej Partii Socjalistycznej z siedzibą przy ul. Garbary 24/1, 85-229 Bydgoszcz, zwana dalej Organizatorem.
Prace konkursowe powinny mieć formę dziennika, pamiętnika lub wspomnień. Ich tematyka powinna dotyczyć okresu 1944-1989.
Przesłane na Konkurs dzienniki, pamiętniki lub wspomnienia, zwane dalej Pracami konkursowymi, muszą być dziełami indywidualnymi, nigdy niepublikowanymi
w całości.

Prace konkursowe należy nadesłać do dnia 22 listopada 2019 r. (decyduje data stempla pocztowego) na adres Organizatora z dopiskiem „Konkurs na wspomnienia”.

Testament Stalina

Abchazja to kraj, którego nie ma, bo tak postanowił towarzysz Stalin w 1931 roku. Większość świata nadal uważa decyzję Józefa Wissarionowicza za miarodajną, w czym Polska odgrywa prominentną rolę. – Słyszałem, że Zachód odrzuca stalinizm – mówi, nie bez pewnej ironii, minister spraw zagranicznych nielegalnej Republiki Abchazji, Daur Kove. – Dlaczego zatem uznajecie stalinizm w stosunku do naszego kraju?

Podróż do nieistniejącego kraju jest zawsze ciekawym przeżyciem. Jak na państwo-widmo Abchazja zdaje się dość żywotna, choć przepiękna nadmorska promenada w Suchum (Abchazi odrzucają nazwę „Suchumi” jako przejaw gruzińskiej przemocy symbolicznej) jest raczej opustoszała, sklepiki z pamiątkami pokryte kurzem, w nielicznych otwartych knajpach staruszkowie grają w tryktraka. Nad zrujnowaną konstrukcją portową – dziwacznym, nawiązującym do liniowca pasażerskiego betonowym kolosem, opartym na palach wbitych w morze – powiewa radosna abchaska flaga. Biało-zielone paski, oznaczające wspólnotę 7 chrześcijańskich i muzułmańskich regionów, w rogu biała dłoń na czerwonym polu, ponoć symbolizująca przyjaźń, choć przywodząca na myśl raczej białą rękawiczkę policjanta, zakazującego wjazdu. Skojarzenie nieprzypadkowe: Abchazja jest miejscem zakazanym od prawie 30 lat.
Toteż pytanie min. Kove jest tyleż ironiczne, co retoryczne. Abchazja – w odróżnieniu od, na przykład, Kosowa – pozostaje w rosyjskiej strefie wpływów, dlatego jedyne kraje, które uznają jej niepodległość to Rosja i jej sojusznicy: Wenezuela, Nikaragua, Syria i mikronezyjska wysepka Nauru oraz inne nielegały: Naddniestrze, Osetia i Górny Karabach. Kłopot w tym, że to szeroko pojęty Zachód wepchnął ten bitny górski naród w ramiona Rosji, bo tak sobie życzyły USA, które uznają roszczącą sobie prawo do tego terenu Gruzję za coś na kształt swojej kaukaskiej kolonii. Ostateczny akt związania Abchazji z Rosją – uznanie Republiki Abchazji przez Federację Rosyjską – nastąpił dopiero za czasów gruzińskiej prezydentury amerykańskiego agenta Micheila Saakaszwilego, w 2008 roku, po nieomal dwóch dekadach latach walki Abchazów o niepodległość od Gruzji.
Historia relacji pomiędzy Gruzją i Abchazją sięga VII wieku, kiedy to połączone siły książąt gruzińskich i abchaskich oraz sraczka pokonały arabskich najeźdźców. Jednak kluczowe dla tych, fatalnych dziś, stosunków wydarzenia miały miejsce u zarania ZSRR, kiedy to w 1921 roku Abchaska Socjalistyczna Republika Radziecka i Gruzińska Socjalistyczna Republika Radziecka – obie niezupełnie dobrowolnie, ale na równych prawach – podpisały umowę o utworzeniu Związku Radzieckiego. Chwilę później Abchazja weszła w skład Gruzińskiej SRR jako republika autonomiczna – licząc, że jako kraj kilkunastokrotnie mniejszy skorzysta na pośrednictwie potężnych wówczas w ZSRR Gruzinów w reprezentowaniu jej przed Moskwą. Ale zarówno abchaska konstytucja, jak i jej umowy z Gruzją, podkreślały jej odrębność i autonomię oraz prawo do wystąpienia z wszystkich tych związków w dowolnym czasie.
Towarzysz Stalin był innego zdania: w 1931 roku zlikwidował autonomię i włączył Abchazję wprost do Gruzińskiej SRR. Głównie dlatego, że ten malutki skrawek ziemi na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego, obdarzony górami wpadającymi do morza, wyróżnia się niezwykłym pięknem – co jest powodem, dla którego Stalin miał tu aż pięć dacz. Większość z nich można zwiedzać, a w jednej nawet przenocować – choć Abchazi, w odróżnieniu od wielu Rosjan, nie uznają dziś Stalina za postać godną kultu. Większą winą za stalinowski terror w tym zakątku ZSRR obarczają wszakże Ławrentija Berię – urodzonego w Abchazji Gruzina, w latach 30. szefa partii w Gruzji, a później szefa NKWD. To Beria zlecił zabójstwo przywódcy abchaskich komunistów, Nestora Łakoby, który w początkach lat 30. skutecznie przeciwstawiał się kolektywizacji abchaskiego rolnictwa i czystkom etnicznym. Po jego śmierci – ponoć został otruty podczas kolacji u matki Berii – na Abchazję spadł stalinowski terror, a także brutalna „gruzinizacja”, której historia uderzająco przypomina opowieści o bohaterskim oporze Polaków przed germanizacją pruską: łącznie z biciem dzieci, które mówiły w szkołach w swoim ojczystym języku. Abchaskie szkoły zostały zamknięte, dzieci były zmuszane do nauki po gruzińsku, narzucono gruzińską transkrypcję języka abchaskiego i zmiany nazw abchaskich miast na gruzińskie (między innymi stolica, Suchum, przemianowana została na „Suchumi”). Zabroniono nadawania dzieciom abchaskich imion, setki Abchazów, zwłaszcza inteligencji, aresztowano, wielu z nich rozstrzelano – a równocześnie na terenie Abchazji osiedlano tysiące Gruzinów.
Wszystkie te działania spotykały się z gwałtownym oporem i masowymi demonstracjami: w 1954, 1964, 1978, 1979 i wreszcie 1989, kiedy 30 tys. Abchazów zgromadzonych na polanie w Lichnach zażądało przywrócenia Abchazji statusu republiki związkowej. Jak pisze polski badacz Kaukazu, Wojciech Górecki, „żaden inny naród w ZSRR nie buntował się tak często”. Zdawać by się mogło, że powinno to zapewnić Abchazom jakąś dozę sympatii, przynajmniej ze strony tak żarliwie antyradzieckich elit III RP.
Tak się jednak nie stało. Polska, wraz resztą świata, bezkrytycznie zaakceptowała roszczenia Gruzji, nie zwracając uwagi na fakt, iż na przeszkodzie niepodległości Abchazji znowu – jak za czasów Stalina i Berii – stanęła pozycja Gruzinów w Moskwie. A dokładnie związki Jelcyna z Eduardem Szewardnadze, ostatnim ministrem spraw zagranicznych ZSRR, późniejszym „prozachodnim” prezydentem Gruzji. Jak wyjaśnił mi premier Abchazji, Valeri Bganba, „dawni towarzysze porozumieli się nad naszymi głowami”.
– Ja też byłem komunistą – dodał z pewną nostalgią, co naturalnie wzbudziło moją żarliwą sympatię – Ale po upadku socjalizmu przyszła pora na niepodległość, której świat nam odmówił.
Gwoli ścisłości: Abchazi nie czekali na łaskę świata. Pierwsze starcia zbrojne między Abchazami i Gruzinami wybuchły w 1989 roku w Suchum, w odpowiedzi na nacjonalistyczne tendencje pojawiające się w Gruzji u zarania rozpadu ZSRR. W ogłoszonym na marzec 1991 przez Gorbaczowa referendum większość Abchazów, przestraszona gruzińskimi zapowiedziami likwidacji ich autonomii, opowiedziała się za pozostaniem w ZSRR. Nastąpiło kilkanaście miesięcy wojny na ustawy i wzajemne deklaracje: Gruzja ogłaszała Abchazję swoją własnością, Abchazja ogłaszała niepodległość. W końcu, w 1993 roku, wojska gruzińskie wkroczyły do Abchazji – i dostały wpierdol.
Wojna była pełna obrotów akcji i bardzo krwawa, tym bardziej, że Abchazów wspierali raczej bezwzględni ochotnicy z antyrosyjskiej Konfederacji Górskich Narodów Kaukazu, powstałej inicjatywy prezydenta Czeczenii Dżochara Dudajewa (wśród walczących był Szamir Basajew), a także antygruzińscy czerwonoarmiejcy. Obie strony dopuszczały się zbrodni, obie nawzajem się o zbrodnie oskarżały. Obie zaopatrywały się w broń u rozpadającej się Armii Czerwonej, a polityczna pozycja Rosji w tym sporze była do tego stopnia niejasna, że zarówno Szewardnadze, jak i abchaski przywódca Władisław Ardżinba oskarżali Jelcyna o wspieranie drugiej strony.
Ten etap walk zakończyło porozumienie podpisane w kwietniu 1994 roku w Moskwie, pod auspicjami Rosji – przewidywało ono wprowadzenie na sporne tereny rosyjskich sił pokojowych z mandatem ONZ, a także powrót gruzińskich uchodźców do swoich abchaskich domów. Bynajmniej jednak nie oznaczało to końca konfliktu. Przez kilkanaście następnych lat wybuchały walki, wszczynane przez siły abchaskie lub gruzińskich partyzantów z amatorskich batalionów o niepokojących nazwach „Biały Legion” i „Leśni Bracia”. W międzyczasie Jelcyn zmienił zdanie i opowiedział się za przynależnością Abchazji do Gruzji – a żeby ją wymusić wprowadził blokadę ekonomiczną początkującej republiki, co wszakże nie przyniosło spodziewanych efektów. Jak pisze brytyjski badacz historii Związku Radzieckiego i czasów poradzieckich, Ben Fowkes, „Abchazi pozostali uparcie niezawiśli”.
Wraz ze zniszczeniami wojennymi, które do dziś widać na nieomal każdym abchaskim budynku, blokada doprowadziła abchaską gospodarkę do nędzy. Region, za czasów radzieckich stanowiący ulubioną destynację kuracjuszy z całego bloku wschodniego, słynący z palm, cytrusów, bajecznych widoków i szykownej infrastruktury, popadł w nędzę – co oczywiście jeszcze bardziej uzależniło go od Rosji. Kulminacją tego procesu było uznanie niepodległości Abchazji przez Rosję, które nastąpiło po konflikcie o Osetię, w 2008 roku.
Dziś Abchazja jest w zachodnich publikacjach określana mianem „de facto państwa”. Posiada władze wybierane w pluralistycznym procesie wyborczym (obecny prezydent, Raul Chadżymba, w sierpniu uzyskał reelekcję 1 procentem głosów), własny hymn, godło i sztandar – ale posługuje się rosyjskim rublem i rosyjskimi paszportami (abchaskie nie są uznawane w świecie), polega na rosyjskiej armii i rosyjskiej pomocy gospodarczej, a także na rosyjskich turystach. Po trzech dekadach otwartego, nierzadko krwawego konfliktu z Gruzją możliwość jakiejkolwiek unii między tymi państwami nie istnieje – jak powiedział nam szef MSZ, Daur Kove, „z Gruzją nie łączy nas nic poza granicą”.
Mimo tego, pod naciskiem Gruzji i jej sojuszników – w tym Polski – świat zachodni konsekwentnie ignoruje rzeczywistość. W 2015 roku Specjalny Przedstawiciel Unii Europejskiej w Regionie Kaukazu Południowego i ds. Kryzysu w Gruzji, ambasador Herbert Salber zlecił przygotowanie specjalnego raportu na temat przestrzegania praw człowieka w Abchazji. Inicjatywa zyskała aprobatę ONZ i OBWE. Raport miał zostać opublikowany i poddany szerokiej dyskusji – i stać się podstawą poważniejszego zaangażowaniu wspólnoty europejskiej i międzynarodowej w sytuację ludzi, dotkniętych konfliktem. Zadanie otrzymał były komisarz praw człowieka Rady Europy, były sekretarz generalny Amnesty International, szwedzki dyplomata Thomas Hammarberg, wraz z polską ekspertką od Kaukazu, Magdaleną Grono (dziś doradczynią Donalda Tuska w Radzie Europejskiej).
Dokument, który przygotowali, bynajmniej nie był korzystny dla Abchazji: potwierdzał rozliczne przykłady dyskryminacji Gruzinów, którzy powrócili do Abchazji po wojnie, ich trudności w odzyskaniu majątku i edukacji dzieci, ograniczenia praw obywatelskich i swobody przekraczania gruzińskiej granicy, co utrudnia im kontakt z rodzinami, a nawet pracę na swojej ziemi (wielu ma domy w Abchazji, ale ziemię w Gruzji). Mimo tego, władze Abchazji zaakceptowały raport. „Pomimo wielu dyskusyjnych stwierdzeń i zaleceń wnioski i oceny zawarte w raporcie były w przeważającej części neutralne i obiektywne” – oświadczył abchaski MSZ. Gruzja była jednak innego zdania.
Oburzyła ją nie treść raportu – a fakt, iż odnotowuje on stan faktyczny i zauważa, że Abchazja istnieje. Zdaniem gruzińskich władz, niewybaczalnym grzechem raportu jest używanie słowa „Abchazja” bez każdorazowego podkreślania, że jest ona częścią Gruzji. Gruzja żąda także, żeby traktowanie Gruzinów w Abchazji określać mianem „ludobójstwa”. Unia Europejska – a dokładnie Helga Schmid, sekretarz generalny Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, czyli unijnego MSZ – zdecydowała o schowaniu raportu do biurka. Nieoficjalnie wiadomo, że głównym nalegającym na tę decyzję była Polska.
W odpowiedzi Thomas Hammarberg opublikował dokument poprzez szwedzką organizację praw człowieka, Międzynarodowe Centrum Olofa Palmego. „To ciekawe, że UE wycofuje się pod presją ze strony państwa, które nie jest nawet członkiem Unii. To nie jest dobry znak. Nie taka była umowa. Ministerstwo spraw zagranicznych w Tbilisi jest skamieliną z czasów Micheila Saakaszwilego. Obecny prezydent sugerował, że chce dokonać przeglądu całej kwestii Abchazji i rozpocząć debatę. Ludzie z ministerstwa spraw zagranicznych są ekstremistami” – ocenił szwedzki dyplomata.
To oczywiście wyjaśnia przyjaźń, jaką nieustająco darzy ich Polska, skwapliwie spełniająca ich życzenia. Ale obiektywnie rzecz biorąc, nieco głupio być realizatorem testamentu Józefa Stalina.

Szansa na przełom?

Sobota przyniosła nadzieje na uregulowanie w ostatniej chwili sprawy brexitu – Wielka Brytania wystąpiła z kompromisowym rozwiązaniem, które uznano za otwierające drogę do negocjacji. Sytuacja nie jest jednak aż tak optymistyczna jakby mogło się to wydawać.

Przedstawiona przez Londyn propozycja wycofuje się z idei urządzania placówek kontroli granicznej w Irlandii. Miałyby one być wykonywane na Morzu Irlandzkim, zaś przejazd przez granicę lądową między Republiką Irlandii a Irlandią Północną miałby być swobodny. Nie do końca jest wszakże jasne, jak by to miało wyglądać z obszarami celnymi (domniemanie jest, że Irlandia Północna pozostałaby w unijnym obszarze celnym, na co Londyn dotąd nie chciał przystać) bo w tym aspekcie koncepcja ma jednak szereg niejasności, a wszystko zależałoby od praktyki, jaką porozumienie by sankcjonowało – de facto przenosząc granicę na morze (a zatem pozwalając jedynie zachować pozory, że nie wycofał się ze swoich pozycji całkowicie), czy też byłby to wstęp do podziału Irlandii na dwie strefy celne, jakkolwiek nie teraz, lecz w przewidywalnej przyszłości. Co wydaje się jednak jasne, propozycja nie rezygnuje z tego, aby pozostałą część Wielkiej Brytanii wyszła z unijnego obszaru celnego i aby kraj ten mógł samodzielnie budować sobie infrastrukturę traktatową z zakresie handlu ze stronami trzecimi.
Zdaniem Michela Barnier reprezentującego UE w rozmowach ze Zjednoczonym Królestwem ta propozycja premiera Borisa Johnsona była na tyle interesującą opcją, że zarekomendował ją jako podstawę przyspieszonych, intensywnych negocjacji. Komentarze podkreślają, że to ustępstwo ze strony Johnsona, zauważmy jednak, że ruch w stronę porozumienia zdecydowała się uczynić także UE, która do tej pory opierała wszelkim próbom renegocjowania umowy. Co ważne – po rozmowach premiera Johnsona z jego irlandzkim odpowiednikiem, którego głos ma w tej sprawie zasadnicze znaczenie, obaj zgodzili się, że „jest to ścieżka, która może prowadzić do porozumienia”. W poniedziałek premier Johnson ma rozmawiać o tej sprawie z kluczowymi przywódcami europejskimi – kanclerz Niemiec Angelą Merkel, prezydentem Francji Emanuelem Macronem i szefem KE Jean-Claude Junckerem, starając się ich przekonać do swojej propozycji zmian do układu wynegocjowanego z Theresą May, lub choć przynajmniej do złagodzonej wersji „bezumownego brexitu”, opierającej się podjęciu ustaleń w odniesieniu do tych punktów, które budzą największe kontrowersje.
O ile zatem weekendowe sygnały sugerować by miały ostrożny optymizm w stosunku de perspektywy przełamania impasu, to samej Wielkiej Brytanii ren kompromis również może napotkać na silny opór. Sceptycznie o możliwości wypracowania rozwiązania na podstawie nowej propozycji rządu wypowiedział się lider największej siły opozycyjnej – Partii Pracy – Jeremy Corbyn. „Jeśli miałoby to oznaczać przesunięcie granicy na Morze Irlandzkie widzę szereg problemów” – oświadczył. Irlandzcy unioniści także nie będą zachwyceni tym rozwiązaniem.
Także rząd nie pała wielkim optymizmem. Agencja Reuters, powołując się na źródło związane z Downing Street, pisze że w ocenie ekipy premiera Johnsona droga od akceptacji wstępnych do wynegocjowania układu będzie długa. A czas ucieka nieubłaganie.

48 godzin świat

Turcy napierają

Tureckie ministerstwo obrony poinformowało dziś, że armia „wyzwoliła” pierwsze kurdyjskie miasto w północnej Syrii, atakowanej od środy. Kurdowie to dementują: w przygranicznym Ras al-Ain Turcy zajęli jedynie przedmieścia i strefę przemysłową, trwa zażarta bitwa obronna. Na pierwszą linię Turcy wysunęli protureckich dżihadystów z Idlibu (pod nazwą Syryjska Armia Narodowa – NSA), syryjskiej prowincji na zachodzie, obleganej przez Syryjczyków i Rosjan. Liczba uchodźców wzrosła do ponad 100 tys., według ONZ. Szykuje się dramat humanitarny. Kurdowie proszą jeszcze Amerykanów, by choć zamknęli nad Rożawą przestrzeń powietrzną, gdyż daje ona olbrzymią przewagę Turkom, jednak administracja Trumpa pomija to dyplomatycznym milczeniem. W związku z turecką operacją wojskową w północnej Syrii szereg krajów wprowadziło embargo na sprzedaż broni do tego kraju. Jest jednak gest symboliczny – armia turecka jest bowiem uzbrojona po zęby. Pomimo dyplomatycznych nacisków na Ankarę, prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan zapowiada, że nie przerwie ofensywy. Tymczasem na świecie odbywają się protesty w obronie Kurdów. Turcja uważa, że jest to „operacja antyterrorystyczna”, gdyż jest skierowana przeciwko stanowiącej podstawowy człon NSA organizacji bojową YPG, uważaną przez tureckie władze zaa terrorystów.

Godzina policyjna i ewakuacja

Nasilające się protesty w Ekwadorze spowodowały, że prezydent Lenin Moreno wprowadził godzinę policyjną. W stolicy kraju Quito demonstranci podpalili w sobotę siedzibę Centralnej Inspekcji Finansowej i zaatakowali stację telewizyjną Teleamazonas. W pewnym momencie Moreno zdawał się szukać możliwości rozmów z liderami protestów, teraz jednak znów zdaje się decydować na siłowe rozwiązanie. „Wydałem rozkaz Połączonemu Dowództwu Sił Zbrojnych, by podjęło działania niezbędne dla ponownego wprowadzenia ładu w kraju” – stwierdził w swoim orędziu. Protesty są efektem oszczędnościowej polityki rządu, w szczególności zniesienia dopłat do cen benzyny dodał, w wyniku czego paliwo podrożało o 123 proc. Zniesienie dotacji to cena pożyczki, jaką zaciągnął Ekwador w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Będąca główną siłą organizacyjną protestów Konfederacja Autochtonicznych Narodów Ekwadoru (CONAIE) zapewnia, że chce rozmów z rządem – przy włączonych kamerach i bezpośredniej transmisji. Liczący ok. 25 proc. ludności autochtoni to głównie ubodzy rolnicy, dla których podwyżka cen paliwa to dramatyczny wzrost kosztów produkcji.

Komisja się opóźni?

Nowy skład Komisji Europejskiej może nie być w stanie rozpocząć urzędowania 1 listopada, bo trójka kandydatów na komisarzy nie uzyskała aprobaty Parlamentu Europejskiego.

Beduini do obozów

Izraelczycy przewidują budowę obozów na pustyni, w których skoncentrują 36 tys. palestyńskich nomadów, co ma ułatwić żydowską kolonizację ich terenów.

Liban nie chce już Syryjczyków

Organizacja Human Rights Watch informuje, że władze libańskie notorycznie odmawiają syryjskim uchodźcom zezwoleń na budowę domów aby przymusić ich do powrotu do kraju.

Siódmy w tym roku

Na Morze Czarne wszedł amerykański niszczyciel „Porter”. Jak tłumaczy dowódca 6 floty USA wiceadm. Lisa Franchetti, akcja ma pokazać „przywiązanie do wolności żeglugi”.

Arcydzieła literatury polskiej łącznikiem relacji Chiny-Polska

Historia chińskich tłumaczy literatury polskiej i ich wkład w rozwój stosunków chińsko-polskich na przestrzeni ostatnich 70 lat.

Yi Lijun ma 85 lat i jest uznaną profesorką języka polskiego w Chinach. Od dawna zajmuje się edukacją, tłumaczeniem i badaniami literatury polskiej oraz wymianą kulturową między Chinami a Polską. Jej miłość do języka i literatury znad Wisły rozpoczęła się już w młodości.
Polska była jednym z pierwszych krajów, który uznał Chińską Republikę Ludową i nawiązał z nią stosunki dyplomatyczne. 5 października 1949 roku Polska ogłosiła uznanie Chińskiej Republiki Ludowej, a 7 października oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne na szczeblu ambasadorskim. Wówczas pojawiło wiele programów i inicjatyw, które miały pomóc Chinom w pierwszych latach ich powstania – zaznaczył Wojciech Jakóbiec, były dyplomata polskiej ambasady w Chinach. Jednym z nich było Chińsko-Polskie Towarzystwo Okrętowe Chipolbrok dostarczające do Chin niezbędnych towarów, materiałów, surowców, które nie można było dostarczyć żadną inną drogą – wymienił. Jakóbiec dodał, że częścią pomocy było także wsparcie w postaci stypendiów i możliwości nauki chińskich studentów w Polsce. W pierwszej grupie Chińczyków, którzy przyjechali na studia znalazła się Yi Lijun oraz wiele innych wybitnych postaci, które w późniejszych latach odegrały dużą rolę w chińskiej nauce i przede wszystkim we współpracy polsko-chińskiej – zaznaczył były polski dyplomata.
Budowa Chińskiej Republiki Ludowej wymagała dużej liczby talentów. W związku z tym rząd centralny Chin zaproponował wysłanie studentów na studia do ZSRR, a także do socjalistycznych republik radzieckich. W 1954 roku, ponad 2000 osób rozpoczęło studia za granicą. Yi Lijun, która miała wtedy 20 lat, została wybrana z Wydziału Języka Chińskiego Uniwersytetu Wuhan i wysłana na Uniwersytet Warszawski w Polsce, aby uczyć się polskiego od podstaw. Początki nie były dla niej łatwe. Polscy koledzy z grupy pomagali Yi Lijun, gdyż nie potrafiła samodzielnie robić notatek. Po trzecim roku studiów sytuacja się odwróciła i to oni korzystali z jej zapisków. Profesor Yi Lijun wspomina, że wtedy chińscy studenci byli bardzo pracowici. Sama czytałam książki do pierwszej, drugiej w nocy, a rano o wpół do szóstej szłam na uniwersytet – sięga pamięcią. Tylko w niedzielę mogłam spać dłużej – dodaje.
W miarę poznawania języka polskiego Yi Lijun coraz częściej sięgała po literaturę piękną, co w przyszłości otworzyło jej drogę do tłumaczenia tekstów. Jej praca obejmuje tłumaczenie Trylogii Henryka Sienkiewicza, „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, a także „Pana Tadeusza” i „Dziady” Adama Mickiewicza. Według profesor Yi Lijun, Polska to niewielki kraj, ale literatura polska jest ogromna. Jej zdaniem, dorobek literacki Henryka Sienkiewicza jest i powinien być równy pisarstwu Lwa Tołstoja.
Wątki patriotyczne w polskiej literaturze sprawiły, że Yi Lijun zrozumiała, że chociaż Chiny i Polska są daleko od siebie, to literatura i myśli obu krajów są podobne. Uważa, że Polska ma z pewnością bogatą literaturę, można w niej wyczytać niepokój i oburzenie. Według niej, pisarze polscy i chińscy mają podobną misję. Profesor przytacza pewne chińskie powiedzenie: „zrobię wszystko, zgodnie z przekonaniem, aby służyć mojemu krajowi, nawet kosztem własnego życia, niezależnie od fortuny lub nieszczęścia dla siebie”. Polscy i chińscy literaci mają za sobą trudną misję ratowania kraju – oznajmiła.
Podczas wizyt państwowych w Polsce chińskich polityków, w tym między innymi Zhou Enlai, Zhu De i Peng Dehuai, spotkali się oni z chińskimi studentami. Yi Lijun była pod wrażeniem przemówienia premiera Zhou Enlaia. Przypomnienie jego słów sprzed dekad wywołuje u niej obecnie wzruszenie, słowa stoją jej w gardle. Premier zwrócił się do nas, mówiąc, że Chiny są bardzo biedne, lecz jeśli mamy jakieś wymagania, państwo dołoży wszelkich starań, aby je spełnić – wspomina profesor. Dobrze wiem, że studia za granicą nie są łatwe, ale musisz pamiętać ile obciążeń spoczywa na twoich barkach i ile zadań masz po powrocie do ojczyzny – powiedział wówczas Zhou Enlai. Myślę, że jego słowa zachęciły mnie do studiowania i pracy na całe życie – twierdzi Yi Lijun.
Pierwszym ważnym krokiem, który podjęła Yi Lijun na drodze tłumaczeń, była praca nad „Dziadami” Adama Mickiewicza. W styczniu 1968 roku Teatr Narodowy w Warszawie wystawił dramat, co przyciągnęło uwagę Polaków oraz opinię publiczną na świecie. Jak to możliwe, że „Dziady” miały taką wielką siłę polityczną? – zadał pytanie premier Chin Zhou Enlai. Nikt nie potrafił mu odpowiedzieć. Należy przetłumaczyć to dzieło – stwierdził polityk. Yi Lijun podjęła się tego zadania, które zajęło jej 10 lat pracy. Chińska wersja dramatu Mickiewicza pojawiła się w pekińskich księgarniach w 1978 roku. Przez całe życie mam do czynienia z językiem polskim i nie robiłam nic innego – wyznała profesor. Od momentu przetłumaczenia „Dziadów”, mam wrażenie , że całym swoim życiem jestem związana z językiem polskim – dodała.
„Dziady” to jedno z najważniejszych dzieł w historii polskiej literatury. Wojciech Jakóbiec przypomniał, że ich wydanie w Chinach było wielkim wydarzeniem. Pamiętam jak wielokrotnie rozmawiałem z chińskimi intelektualistami, którzy wspominali moment, kiedy „Dziady” w przykładzie profesor Yi Lijun ukazały się w Chinach jako pierwsze dzieło obcej literatury w tłumaczeniu na chiński wydane po zakończeniu Rewolucji Kulturalnej – powiedział były polski dyplomata. Wiele osób uważało, że jest to sygnał nowych czasów, nowej epoki, jaskółka, która zwiastuje nadejście wiosny – podkreślił.
Po powrocie do Chin w 1960 roku Yi Lijun najpierw pracowała w sekcji sowiecko-wschodnioeuropejskiej Centralnej Stacji Radiowej Chin, a dwa lata później rozpoczęła pracę jako wykładowczyni na Pekińskim Instytucie Języków Obcych, obecnym Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Pekińskiej polonistyce poświęciła całe zawodowe życie. Zdaniem byłego dyplomaty, liczne pokolenia związane z relacjami Chiny-Polska to studenci profesor Yi Lijun. Wsród nich znajdują się obecni naukowcy zajmujący się polską literaturą i kulturą, tłumacze książek oraz pracujący w firmach zajmujących się współpracą polsko-chińską, specjaliści w różnych instytucjach, ministerstwach, a także setki innych ludzi, którzy napędzają współpracę polsko-chińską – wymienił Jakóbiec.
Zhao Gang, obecny dziekan Wydziału Jezyków i Kultur Europejskich Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych, był również studentem profesor Yi Lijun. Jego zdaniem, była ona nie tylko jego wykładowczynią akademicką, ale także przewodniczką po świecie literatury polskiej. Na każdym spotkaniu, na każdych zajęciach prostymi słowami opowiadała o różnych wybitnych pisarzach, co wzbudziło we mnie duże zainteresowanie literaturą polską – przyznaje Zhao Gang. W jego opinii,
Profesor Yi Lijun była nauczycielką bardzo wymagającą. Do dziś zachowałem wszystkie prace domowe, które ona mi poprawiała – wspomina. Yi Lijun była promotorką pracy doktorskiej Zhao Gang. Wówczas to odbyłem wiele spotkań z profesor i byłem pod wielkim wrażeniem jej pracowitości, głębokiej wiedzy, ogromnego zamiłowania do kultury i literatury polskiej – powiedział profesor Zhao Gang.
Pod jej wypływem, Zhao Gang podjął się wielu tłumaczeń w wolnym czasie. Do tej chwili wydano w jego tłumaczeniu wiele ważnych pozycji z literatury polskiej, między innymi „Solaris” Stanisława Lema, kilka książek Zbigniewa Herberta oraz części antologii poezji Czesława Miłosza. W sierpniu 2019 roku odbył się wieczór poetycki poświęcony poezji Czesława Miłosza. Zhao Gang wraz z dwoma innymi chińskimi tłumaczami, którzy przełożyli całą antologię poezji polskiego Noblisty, wzięli udziału w tym spotkaniu. Profesor powiedział, że o ile wie, przekład wzbudził duże zainteresowanie na rynku księgarskim Chin, bardzo dużo czytelników kupuje i czyta tę poezję. Podczas wieczoru spotkali się miłośnicy poezji, którzy mieli okazję poznać postać i twórczość Czesława Miłosza.
Profesor Zhao Gang powiedział, że podczas spotkania ambasadorowa Izabela Zajączkowska porównała jeden z wierszy Czesława Miłosza z utworem Wang Weia z dynastii Tang, gdyż zauważyła ich podobieństwo. Stwierdził, że świadczy to o tym, nawet poezja tangowska, nie najłatwiejsza w odbiorze przez samych Chińczyków, budzi zainteresowanie wśród Polaków. Według niego, wraz z wzrostem liczby studentów i znawców języka chińskiego w Polsce, coraz więcej chińskiej dzieł literackich będzie tłumaczone na język polski, co wpłynie na ich popularność.
Wśród idących śladami profesorki Yi Lijun i profesora Zhao Gang, pojawiło się wielu młodych utalentowanych tłumaczy literatury. Zhao Weiting jest jedną z nich. Obecnie jest ona na studiach doktoranckich na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Jak przyznaje, dzięki jednej rozmowie z Yi Lijun zdecydowała się na ścieżkę kariery tłumaczki. Wspomniała, że kiedy była redaktorką gazety studenckiej, musiała przeprowadzić wywiad z jednym z wybitnych profesorów. Wybór padł na profesor Yi Lijun, która zgodziła się natychmiast. Podczas rozmowy opowiedziała jej o swojej historii tłumaczeń literatury polskiej. Jej miłość do polszczyzny poruszyła ją. Od tamtego momentu zapragnęła być tłumaczką, być jak Yi Lijun, która jej zdaniem nie tylko jest profesjonalistką w swojej pracy, ale też człowiekiem o wielkiej moralności.
Kilka lat później Zhao Weiting przetłumaczyła „Pieska przydrożnego” Czesława Miłosza, który zdobył dobre recenzje na chińskim rynku wydawniczym. Jak twierdzi, jest to nierozerwalnie związane z pomocą profesor Yi Lijun. Doktorantka powiedziała, że kiedy wspomniała jej o tym, że chcę zostać tłumaczką, bardzo ją do tego zachęciła. Zasugerowała, że powinnam czytać wiele wartościowych książek – wspomina Zhao Weiting. To ona wskazała mi Czesława Miłosza, jako twórcę, którego dzieła mówią o historii i kondycji człowieka, i to dzięki niej zaczęłam poznawać jego twórczość, która zaowocowała przekładem „Pieska przydrożnego” – dodała.
Efektem tego było studiowanie recepcji dzieł Czesława Miłosza w Chinach przez Zhao Weiting, pod kierunkiem profesora Zhao Gang. Niewielu chińskich naukowców zajmuje się twórczością polskiego Noblisty. Dlatego praca nad recepcją jego dzieł w Chinach nie była łatwa. Młoda tłumaczka powiedziała, że profesor Zhao Gang wspierał ją w jej pracy, licząc, że wypełni ona lukę w akademickich publikacjach. Pamiętam, jak podczas konferencji w Krakowie długo rozmawiałam z profesorem o wierszu „Dar” Czesława Miłosza, co było dla mnie bardzo ważne – przyznała.
Za swoją wybitną działalność na rzecz kultury polskiej profesor Yi Lijun została nagrodzona dwukrotnie przez prezydentów Polski, w 2000 roku przez Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP oraz w 2011 roku przez Bronisława Komorowskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP. W 2004 otrzymała Medal Komisji Edukacji Narodowej, a w 2007 roku Dyplom Ministra Spraw Zagranicznych RP za wybitne zasługi dla promocji Polski w świecie oraz tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Według Wojciecha Jakóbca, są to zaszczyty w pełni zasłużone. Jak podkreślił, jej działalność na przestrzeń kilkudziesięciu lat przyczyniła się znacząco do popularyzacji polskiej literatury w Chinach. Uważa on, że obecnie Chiny i Polska mają dobre stosunki na poziomie politycznym, prowadzą intensywną wymianę gospodarczą, a także między krajami kursują pociągi towarowe. W różnych dziedzinach dzieje się naprawdę bardzo dużo, ale trzeba podkreślić, że bez ludzi takich jak profesor Yi Lijun, i jej uczniowie, jej wychowankowie, wiele z tych rzeczy nie było by możliwe – zaznaczył.
W 2019 roku przypada 70. rocznica istnienia stosunków dyplomatycznych między Chinami a Polską. Przypada również 65. rocznica powstania katedry języka polskiego na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych. Profesor Zhao Gang powiedział, że w ciągu minionych lat katedra wykształciła mnóstwo wybitnych chińskich znawców języka polskiego i spraw polskich, którzy wzmocnili relacje między krajami. Wyraża on też zadowolenie z tego, że ciągle powstają nowe ośrodki polonistyki w Chinach. Dawniej żartowaliśmy, że codzienne zebrania w katedrze polonistyki to organizacja ogólnokrajowej konferencji, gdyż nie ma drugiej polonistyki nigdzie w Chinach – oznajmił.
Droga wymiany chińsko-polskiej to nie tylko prekursorzy i ich następcy, którzy zajmują się literaturą, ale także wielu przyjaciół z Polski. Nauka języka chińskiego dla Wojciecha Jakóbca to fascynacja, która trwa od 20 lat. Jego zdaniem Chiny to wciąż miejsce, w którym może on wiele odkryć. Chiny wciąż są moją pasją – zapewnił. Były polski dyplomata wyraził nadzieję, że młodym chińskim polonistom Polska nigdy się nie znudzi i tak samo jak młodym polskim sinologom Chiny.
Kiedy profesor Yi Lijun wspomina czas studiów w Polsce oraz pracę uniwersytecką, zawsze na pierwsze miejsce wysuwa pamięć o swoich obowiązkach związanych z tłumaczeniami. Wyraża zadowolenie z pracy, którą wykonywała. Jestem bardzo szczęśliwa z drogi, którą przeszłam w swoim całym życiu – podkreśliła. Nie żałuję, że wybrałam język polski – dodała. Nie wybrała go sama, ale uczyła się go intensywnie. Dużo pracowała przy tłumaczeniach z języka polskiego i jako wykładowczyni. Była po prostu lojalna wobec wyborów życiowych.
Od czasu powstania Chińskiej Republiki Ludowej w ciągu ostatnich 70 lat relacja między Chinami a Polską była ciągła, a nauka języków i tłumaczenia literackie mają istotny wpływ na stosunki bilateralne. Profesor Yi Lijun to wybitna postać, która niewątpliwie przyczyniła się do wzmocnienia więzi między Polską i Chinami. Jej następcy kontynuują jej działo, co potwierdza profesor Zhao Gang. To zjawisko wynika ze wzrostu potrzeby ze strony społeczeństwa, bo dzięki takiej inicjatywie jak „Pas i Szlak” kontakty między naszymi krajami są coraz częstsze – stwierdził. Obserwuję zainteresowanie językiem polskim w Chinach i wzrost liczby studiujących sinologię w Polsce, co wskazuje na dwustronne zainteresowanie – oznajmił profesor. Według niego to sygnał, który daje nadzieję na dobrą współpracę między państwami w przyszłości.

Księga wyjścia (31)

Ballada o polskiej dolce vita

Gdy dotarłem do Lyonu, Marek który mnie tam zaprosił, z miejsca zaczął oprowadzać po mieście. Detale opiszę przy okazji, bo czas wyborczy i chciałbym skupić się na tym co według mnie ważne. Dlatego nie odniosę się nawet do nudnej debaty zorganizowanej przez TVN24. Wracając do mojej wizyty we Francji, nie mogę się oprzeć, by nie napisać o tym jak bardzo zaskoczyła mnie ogromna ilość księgarni. Prawie w każdym kiosku czy małym sklepiku był wydzielony fragment dla książek.
Spacerując po mieście i zagłębiając się w jego zakamarki rozmawialiśmy nie tylko o architekturze, ale przede wszystkim o polityce. W zasadzie głównie to Marek mówił, a ja z zaciekawieniem słuchałem. Oprócz historii miasta, opowiadał mi o sposobie sprawowania urzędu przez Emmanuela Macrona, od kampanii, aż po prezydenturę. Niezależnie czy jest jego zwolennikiem czy nie – tak naprawdę tego nie wiem, niektóre pomysły chwalił do innych podchodził sceptycznie, a czasami nie pozostawiał na nim suchej nitki. Nie pytałem wprost, bo nie wydawało mi się to wtedy istotne. Ważniejsze były wnioski, jego opinia i moja ciekawość miasta i francuskiej polityki, której prostota wydała mi się genialna.
Szczególnie zainteresowało mnie w jaki sposób prezydent Francji radzi sobie z bieżącą polityką. A konkretnie z problemami. Gdy pojawia się jakiś, to po prostu zwraca się do wszystkich i mówi: spróbujmy wspólnie to rozwiązać. I rozwiązują. Fakt, było to przed protestem „żółtych kamizelek”, ale nie zmienia to zapamiętanej przez mnie prostej zasady. Może Macron zapomniał. Kolejnym zaskoczeniem było jak spokojnie o tym opowiadał. Bez politycznych emocji, podnoszenia głosu, tylko gdzieś pomiędzy opowiadaniem o mijanek kamienicy czy jakimś daniu, wtrącał wątek polityczny. Wchodziliśmy do restauracji, dowiadywałem się, że ten sposób stawiania stolików nazywa się „korek lyoński”, by za chwilę usłyszeć o wolontariuszach, którzy przed wyborami pukali od drzwi do drzwi i wypytywali ludzi o ich problemy. Gdy mówił o kaszance, za chwilę dowiedziałem się w jaki sposób zatrzymał ludzi w wioskach i małych miasteczkach, ludzi którzy wcześniej masowo emigrowali do dużych miast szukając tam pracy.
Wystarczyło wywrzeć nacisk na operatorów, by okablowali całą Francję i wszyscy ci, którzy pracują zdalnie pozostali w swoich wioskach. Chyba naprawdę się rozmarzyłem, a tu trzeba zejść na ziemię. Podczas przełomu ustrojowego w Polsce coś poszło nie tak. Przynajmniej nie tak, jak ludzie sobie to wyobrażali. Kolejne rządy zamiast spróbować rozwiązać nabrzmiewające jak ropień problemy, i zapobiec nadchodzącej katastrofie, zajęli się tworzeniem nowych elit finansowych i kuriozalnych etosów ze zmianą historii włącznie. Zajęci i zacietrzewieni posłowie mieli gdzieś społeczeństwo i z bigoteryjną wiarą w „niewidzialną rękę rynku”, zajęli się zwalczaniem rywali i realizacją własnych ambicji. Często przerastających ich wrodzone predyspozycje. Dzika prywatyzacja ogarnęła kraj, spory ograniczały się do walki o posady, kłótni o krzyże w szkołach, urzędach, konkordat, wypominaniem przeszłości czy tworzeniem nowej klasy społecznej – milionerów, kosztem całej reszty społeczeństwa. Z powierzchni ziemi zniknęła w całości jedna grupa społeczna jaką byli chłoporobotnicy, mieszkańcy popegeerowskich osad.
Fajnie było pośmiać się z bohaterów filmu „Arizona”, ale to właśnie demokratycznie wybrani przedstawiciele zrobili z normalnych ludzi systemowych inwalidów i obiekt kpin „zdrowej klasy średniej”. Ci ludzie niejednokrotnie spędzali osiem godzin w pracy, by potem jeszcze uprawiać własne pola czy zajmować się hodowlą. Mało kto tak tyrał jak oni. Po przełomie przestali być potrzebni i nowy system podobnie jak zrzucona z samolotu „enola gay”na Hiroszimę bomba atomowa o wdzięcznej nazwie „little boy”, zmiótł ich z powierzchni ziemi. Żeby jakoś to wyglądało, to posłowie zaczęli tworzyć nowe ustawy. Jeśli komuś podczas golenia strzeliło coś do głowy, natychmiast robił z tego projekt. Przedstawiał znudzonym posłom na komisji, którzy specjalnie się na tym nie znając i mając inne problemy na głowie, rekomendowali ją sejmowi. A że nikt się specjalnie na tym nie znał, to ustawa przechodziła wszystkie kolejne czytania.
Na zakończenie znudzeni i przysypiający na prawie pustej sali plenarnej członkowie parlamentu, bezrefleksyjnie głosowali za lub jeśli im się nacisnęło, to przeciw, a niekiedy i za sąsiada. Chyba, że spór dotyczył interesów kościoła, aborcji lub nowych bohaterów. Wtedy była pełna frekwencja i zagorzała walka o mównicę. Poza tym dokładali kolejne ustawy, poprawki, nowele i przepisy do tych już istniejących tworząc ogromną ilość zbędnych papierów, których treść każdy interpretował jak chciał, czyli „Paragraf 22”. Ponieważ jednak sami nie mieli pojęcia ani kompetencji powstawały one niejako „same”, a urzędnik gdy miał dobry humor zinterpretował na korzyść, a jeśli zły to odwrotnie i wtedy petent miał przechlapane. Mam na myśli te dotyczące zwykłego człowieka. Bo z przepisami odnoszącymi się do wybranych grup interesów, wyglądało to zupełnie inaczej.
Według Witolda Modzelewskiego prawo bankowe sami sobie napisali bankierzy, tak było ze wszystkimi, istotnymi dla najróżniejszych grup wpływu ustawami. Jedynie ludowcy zawsze mieli swoją reprezentację, która też różnie funkcjonowała głownie jako koalicjant, ale jednak ktoś tam ich interesów pilnował. Nie było to idealne, ale zawsze. Resztę pisali albo sami zainteresowani, albo ich lobbyści. Oprócz bezdomnych i najbiedniejszych. Politycy co najwyżej mogli tworzyć jakieś pozorowane działania osłonowe, z których nic nie wynikało, ale sankcjonowało ich obecność w parlamencie. Przez lata trwała ta dziwna gra pozorów, tworzenia niepotrzebnych nowelizacji i poprawek do poprawek, istniejących już przepisów, albo niepotrzebnych, a kosztownych reform. To zaskakujące, że Jerzy Buzek wciąż jest z nich dumny. Ale wracając do ustaw. Przypomina to trochę nieopróżniony śmietnik, do którego ciągle się coś dokłada. To nic, że z niego cuchnie i miejsca już brak, ważniejsze są rozgrywki personalne i ukrycie tego smrodu, krzykiem, oskarżeniami można maskować brak pomysłów. Można zwalić na poprzedników moralnie wątpliwe zapisy. A w sytuacjach ekstremalnych nie odpowiadać na zadawane pytania. To, że podczas kampanii opowiadają co zrobią, o niczym nie świadczy, bo po wyborach nie zrobią nic. Oczywiście najlepiej byłoby wszystko zresetować i zbudować kraj od nowa. Dokładnie jak po wojnie. Ale jeśli jest to jeszcze niemożliwe, to trzeba skupić się na tym co jest naprawdę ważne. Należy przede wszystkim zadać sobie pytanie: co jest najważniejsze? I chociaż mój głos i tak utonie, to podpowiem przyszłym posłom jak w trzech krokach rozwiązać wszystkie nasze wspólne problemy. „I have a dream” chciałbym powiedzieć za Martinem L. Kingiem, ale obawiam się, że ten mój prywatny „dream” na zawsze pozostanie jedynie niezauważonym, sennym marzeniem. Skupiłbym się na lekko zmodyfikowanej piramidzie Masłowa. Tym, którzy nie wiedzą wyjaśnię czym jest ten stożek. Maslow w formie schodkowej piramidy rozrysował kolejność niezbędnych do życia potrzeb. Na samym dole znajdują się potrzeby fizjologiczne, czyli wszystko co jest niezbędne do życia w sensie biologicznym: jedzenie, spanie, ubranie itp, wyżej jest potrzeba bezpieczeństwa. Nie chodzi jednak o wojsko i zbrojenia, a tym bardziej o ten dziwny twór jakim są Wojska Obrony Terytorialnej, ale bezpieczeństwo ekonomiczne, medyczne, spokój o przyszłość i przewidywalność jutra, bezpieczeństwo na ulicy i wszystko co umożliwi spokojny sen, bez lęku o przyszłość czy obawa jakiejś „czarnej godziny”. To także bezpieczeństwo wyrażania własnych poglądów, wolność słowa. Podobno jest, ale czy gej starający się o pracę, podczas rozmowy kwalifikacyjnej z prezesem o którym wie, że jest homofobem nie będzie ukrywał kim tak naprawdę jest?czy teraz pracownicy państwowych społek i przedsiębiorstw nie muszą udawać głęboko wierzących? Gdzie tu wolność słowa. Każda próba sprzeciwu wiąże się z dyscyplinarką, sprzeciwu religijnego, bo wystarczy zadrzeć z przełożonym, by już coś wymyślił, dał niewykonalne zadanie i wywalił z roboty za niewykonanie polecenia. Kolejny szczebel będzie już ode mnie, bo o tym akurat Maslow zapomniał. Potrzeb tolerancji. Niezależnie kim jesteśmy, jak wyglądamy i jakie są nasze poglądy, to musimy mieć pewność, że zostaną one zaakceptowane i nikt nie będzie wtrącał się w nasze prywatne życie. Ani żadna instytucja, ani wredny sąsiad homofob, ksenofob, sąsiadofob etc. Trzy pozostałe szczeble powinny pozostać w indywidualnej gestii obywateli. Tu rola polityków się kończy. Każdy według własnych potrzeb sam sobie może je realizować. Lub nie, jeśli nie chce. Ambicja nie jest obowiązkowa. Te indywidualne szczeble to potrzeba przynależności – najczęściej do jakiejś grupy (partia polityczna, religia, koło wędkarskie itp.). Uznania, a raczej potrzeba podziwu – czyli najczęściej poprzez bogactwo, albo osiągnięcia np. sportowe. No i wreszcie samorealizacji – to dla tych najbardziej ambitnych. Mój prywatny „I have a dream” wyglądał tak, że grupa fachowców siada przed ogromną tablicą z rozrysowanymi trzema podstawowymi szczeblami i po burzy mózgów, zakasając rękawy, kolejno zaczynają pracować nad rozwiązaniem tych trzech podstawowych problemów. Punkt, po punkcie. Jeśli prawo bankowe napisali bankowcy, to czy może być ono korzystne dla zwykłego człowieka? Oczywiście, że nie. A to tylko jeden setek, tysięcy przykładów. Czy ludzie, których wybierzemy będą umieli ochronić nas przed takimi właśnie praktykami? Czy słynne sejmowe zasłony mogłyby dotyczyć jedynie lobbystów, nie zaś dziennikarzy? Gdy przymykam oczy i przypominam sobie kto zasiada w sejmie i czy byłby w stanie zablokować szkodliwą społecznie ustawę (Żalek, Suski, Waszczykowski, Brudziński, Błaszczak, Jurgiel, Szyszko…), to dochodzę do wniosku, że nie. I zamiast sennego marzenia, po wewnętrznej stronie czaszki pojawia się ogromne graffiti z ponuro ociekającym napisem: „NO FUTURE”. Była kiedyś w Polsce Ludowej bardzo szeroko propagowana akcja pod nazwą: „niewidzialna ręka, to także ty”. Polegało to na tym, by anonimowo pomóc w czymś komuś, zostawiając jedynie ślad odciśniętej dłoni. W wakacje narąbać drewna staruszce, naprawić zepsuty rower komuś, kto akurat tego nie potrafił. Była to akcja dobrowolna, a jakże miła. Nie ma już tamtej, skierowanej do zwykłego człowieka „niewidzialnej ręki”, zastąpiła ją niewidzialna ręka rynku, której cel jest odwrotny. Poprzez udawanie bezinteresownej pomocy wplątać człowieka w spiralę zadłużenia, i udając pomoc, pogrążyć go w tym bagnie, aż straci mieszkania, bez zostawiania śladu. Raz jeszcze pójdę na wybory chociaż wiem, że głosowanie się nie sprawdza. Potem pomyślę jak zamienić niewidzialną rękę w jak najbardziej widoczną pięść.

Rożawa się broni

Obrońcy Rożawy – autonomii kurdyjskiej w północnej Syrii – meldują, że odparli turecki atak lądowy, który nastąpił po kilku godzinach od rozpoczęcia lotniczych bombardowań i ostrzału artyleryjskiego, gdy zapadła noc. Turcy ogłaszają z kolei, że „wszystko idzie zgodnie z planem” – zbombardowali wczoraj ponad 180 miejsc i mieli jednak wedrzeć się na terytorium syryjskie. Rząd syryjski, jako jedyny, ma zamiar Kurdom pomóc w obronie.

Niemal wszyscy potępili Turcję – od Unii Europejskiej po Iran, lecz nikt nie chce aktywnie interweniować na nowym froncie syryjskiej wojny. Krytyka spada też na amerykańską administrację i szczególnie prezydenta Donalda Trumpa, który musiał zgodzić się na turecki atak. Trump podkreślił, że „kocha Kurdów”, ale zwracał uwagę, że nie pomogli oni Amerykanom w czasie drugiej wojny światowej i nie wzięli udziału w lądowaniu w Normandii, co wzbudza śmiech lub zgrzytanie zębów w internecie. Trump ma jednak żywych obrońców, jak Dan Caldwell z lobby Concerned Veterans For America, który argumentuje, że konflikt turecko-kurdyjski jest starszy od Państwa Islamskiego (PI) i wojny w Syrii, więc Ameryka „dobrze robi”, że się weń nie miesza.
Kurdowie, którzy służyli Stanom Zjednoczonym we wschodniej Syrii, ponieśli duże straty w czasie wojny przeciw PI: 11 tys. zabitych, podczas gdy zginęło tylko sześciu Amerykanów. Teraz ściągają na północ, do Rożawy, by wziąć udział w obronie. Mijają się na drogach z cywilami uciekającymi na południe, gdyż bombardowania tureckie są bardzo intensywne.
Kurdowie nie zostali całkiem sami, bo chce im pomóc rząd syryjski oburzony „turecką agresją”. Armia jest jednak mocno zaangażowana w Idlibie, prowincji na północnym wschodzie, gdzie walczy z dżihadystami Al-Kaidy, popieranymi przez Turcję i niektóre państwa zachodnie. Póki co, mimo kurdyjskich zapewnień o udanej obronie, tureckie ministerstwo obrony afiszuje satysfakcję i mówi wyłącznie o „sukcesach” swej ofensywy. Bombardowania trwają.

Laur dla Ksiąg Olgowych

Literacki Nobel 2019 dla Olgi Tokarczuk

Z twórczością Olgi Tokarczuk (rocznik 1962) zetknąłem się po raz pierwszy poprzez jej „Lalkę i perłę” (2001), wspaniały esej o „Lalce” Bolesława Prusa, odkrywający nowe, dotychczas nawet przez nikogo nieprzeczuwane warstwy tej wielkiej powieści. Już wtedy Olga Tokarczuk miała na swoim pisarskim koncie interesujące powieści: „Podróż ludzi księgi” (1993), „E.E” (1995), „Prawiek i inne czasy” (1996), „Dom dzienny, dom nocny” (1998). Tokarczuk stworzyła w nich swój odrębny świat, daleki od klasycznego, werystycznego realizmu, osadzony w wyobraźni bliskiej krainom mitologicznym, baśniowym, sferom czucia i intuicji, klimatom newage’owym, bliskim szlachetnym nurtom irracjonalizmu. „Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek” – powiedziała kiedyś. Proza Tokarczuk, przekładana na wiele języków, przeniknięta jest imperatywem przekraczania wszelkich granic, wyobrażonych i realnych, naznaczona swoistym świeckim panteizmem, miłością do natury traktowanej nie jako przestrzeń zewnętrzna, lecz jako egzystująca z człowiekiem w symbiozie, często przez człowieka odrzucanej i traktowanej okrutnie (n.p. „Prowadź swój pług przez umarłych kości”, 2009). Także jej „Prawiek i inne czasy” był emanacją swoistej „mitologii ziemi”, ale bardzo odległej zarówno od nacjonalistycznej ideologii „krwi i ziemi” rodem z Maurice Barrésa, jak i od prozy „chłopskiej” w duchu Tadeusza Nowaka czy Wiesława Myśliwskiego.
Dla Tokarczuk ziemia jest w tej powieści polem swoistego działania „kosmicznej magii”, mistycyzmu i duchowości dalekich od urzędowych religii, co niektórych inspirowało do porównywania jej prozy do latynoamerykańskiego „realizmu magicznego”. Bardzo charakterystyczną cechą prozy Olgi Tokarczuk jest jej bogata erudycyjność, encyklopedyzm, jak i językowe, lingwistyczne, twórcze bogactwo, ewokujące klimat z pogranicza snu, jawy, intuicji, czy tajemnic psychologicznych i parapsychologicznych, rodzących się w podświadomości. Wszystko to syntetyzuje się zwłaszcza w takich powieściach, jak „Bieguni” (2007) czy monumentalnych i pełnych rozmachu – godnego „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego – „Księgach Jakubowych” (2014), będących alegoryczną, duchową, poetycką w nastroju, ale w fakturze narracyjnej realistyczną, sensualną, uniwersalistyczną, polifoniczną, także stylistycznie, filozoficzną panoramą XVIII-wiecznej Europy. Olga Tokarczuk jest piątą polską pisarką, która otrzymała literacki laur noblowski, po Henryku Sienkiewiczu (1905), Władysławie S. Reymoncie (1924), Czesławie Miłoszu (1980) i Wisławie Szymborskiej (1996).