Chcemy czego inni nie chcą

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w USA potwierdziła kurs polityki zagranicznej RP polegający na wasalizacji wobec Stanów Zjednoczonych. Podpisane porozumienie o współpracy obronnej ma przede wszystkim charakter propagandowy.

4,5 tysiąca żołnierzy, którzy docelowo mają znaleźć się w Polsce to element przejmowania dominacji wojskowej nad Europą Środkową i nowego wyścigu zbrojeń. Bazy wojskowe USA mają wymiar bardziej polityczny niż militarny. Stanowią element wzmacniania „wschodniej flanki NATO”, czyli postępowania wojsk amerykańskich na wschód, którego kolejnym etapem będzie zapewne zwiększanie obecności również w państwach bałtyckich, na Ukrainie, w Gruzji i innych krajach byłego ZSRR.
Za podpisanym porozumieniem stoją interesy wielkiego kapitału. Podczas spotkania Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem polskiemu prezydentowi zaprezentowano samoloty F-35 – najnowszy produkt koncernu Lockheed Martin. Przeleciały one nad Białym Domem podczas wspólnego spaceru prezydentów. Takie zaaranżowanie wydarzenia dowodzi, że Trumpowi chodziło o pochwalenie się nie przed partnerem w polityce zagranicznej, lecz wasalem, podatnym na sugestię i propagandę.
Po pokazie polskie media zaczęły określać myśliwiec mianem najlepszego rozwiązania dla rozwoju rodzimego lotnictwa. Chwalono nowoczesność oraz wielozadaniowość F-35, zapominając o wymiarze ekonomicznym propozycji.
Lockheed Martin to koncern, który z Polski uczynił centrum swojej działalności w Europie Środkowej. Zawarł z rządem PiS umowę na dostawy systemów rakietowych HIMARS – intratną dla strony amerykańskiej. Koncern uzyskał duże zyski kosztem polskiego przemysłu obronnego. Pod wpływem politycznych nacisków rząd PiS zakupił zagraniczne rozwiązania, nie domagając się nawet inwestycji offsetowych. Zyski z serwisowania zakupionych systemów również będą trafiać do Lockheed Martin. Dodatkowo wybór amerykańskiego systemu oferowanego jako gotowe rozwiązanie stanowi zagrożenie dla rozwoju polskich technologii.
Podobnie przedstawia się oferta F-35. Strona amerykańska nie udostępni wraz z nim technologii pozwalających na serwisowanie czy wytwarzanie części zamiennych. Polskie zakłady będą wyłączone z procesu dostaw, gdyż Polska nie należy do międzynarodowej sieci współpracy stworzonej przy okazji produkcji i wdrażania F-35. Sugestia włączenia polskich podmiotów do niej nawet się nie pojawiała w kontekście informacji o planowanym zakupie. Dodatkowo pojawi się konieczność unowocześniania infrastruktury oraz rozbudowy baz lotniczych, na czym również skorzystają amerykańscy dostawcy sprzętu. Lockheed Martin zyska również na szkoleniu załóg nowych maszyn.
Dodać też trzeba, że choć bez wątpienia F-35 jest konstrukcją nowoczesną, cierpi na rozmaite „choroby dziecięce” – usterki techniczne i konstrukcyjne wykrywane tych maszynach kilkakrotnie powodowały ich uziemienie. Nie jest to także myśliwiec przewagi powietrznej – choć niektórzy komentatorzy wychwalający planowany zakup tak go określają – jak starszy F-22, który nie jest oferowany na sprzedaż: jego wyłącznym użytkownikiem jest i ma pozostać lotnictwo USA.
Osobną jeszcze kwestią jest porównanie F-35 z nowymi konstrukcjami rosyjskimi i chińskimi, które – co bardzo prawdopodobne – mogą okazać się znacznie bardziej zaawansowane. Warto zauważyć, że propozycję kupna F-35 odrzuciły Niemcy, które prawdopodobnie zdecydują się raczej zaangażować w projekt nowego myśliwca Airbusa. Francja nawet zakupu F-35 nie rozważała, skupiając się na rozwoju rodzimego Rafale wersji F4. Oba kraje planują wspólnie produkować myśliwiec VI generacji bez udziału Amerykanów – miałby on wejść do służby około 2035 roku.
Zakup myśliwców stanowi ogromne obciążenie dla budżetu państwa, w sytuacji gdy coraz poważniejsze jest niedoinwestowanie służby zdrowia czy systemu edukacji. Według informacji Lockheed Martin, cena jednego samolotu F-35 w przyszłym roku ma wynieść około 80 mln USD. Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak zapowiedział już, że rozważany jest zakup 32 takich maszyn (n.b. właśnie tylu maszyn nie dostanie prawdopodobnie Turcja, ukarana w ten sposób za zakup rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej S-400), realizowany w kilku partiach. Dla amerykańskiego koncernu będzie to ogromny dopływ gotówki i istotny kontrakt. Prezydencki minister Andrzej Dera zapowiedział, że wydatki na zakup F-35 będą finansowane z dodatkowego funduszu, a nie środków MON, co jest równoznaczne z ogromnym wzrostem wydatków zbrojeniowych.
Zapłacą polscy obywatele potrzebujący dostępu do publicznej służby zdrowia oraz posyłający dzieci do szkół publicznych.
Za imperializmem politycznym idzie więc również ekonomiczny, polegający na kolonizacji dokonywanej przez wielkie koncerny zbrojeniowe, głównie z USA.
Tymczasem na lotnisku Le Bourget pod Paryżem, gdzie odbywa się największy na świecie salon lotniczy, Turcy pokazali z wielką pompą projekt własnego samolotu bojowego TF-X, który ma być „najlepszym myśliwcem w Europie”. Ma to być odpowiedź na amerykańskie groźby, że nie dostarczą samolotów F-35, w budowie których Turcja uczestniczy. USA są zdenerwowane, że Turcy kupili rosyjski system antyrakietowy S-400, zamiast przestarzałego i bardzo drogiego systemu amerykańskiego Patriot.
TF-X ma budować publiczny koncern Turkish Aerospace, który do tej pory uczestniczył w budowie F-35 dostarczając centralną część kadłuba. Samolot ma być produkowany seryjnie od 2025 r., już za sześć lat, co wielu obserwatorom wydaje się bardzo ambitne, ale trudne do spełnienia. Na początek maszyna będzie mieć silniki General Electric, dopóki nie ruszy własna produkcja z własnym, tureckim silnikiem. W każdym razie Turcja odpowiada w ten sposób na ultimatum Donalda Trumpa nakazującego kupować Patrioty, których nikt, oprócz Polski, nie chce już kupować.
Polska jednak, kupując amerykański system antyrakietowy, który będzie w stanie o ok. 16 minut przedłużyć naszą obronę w razie oczekiwanej przez rząd rosyjskiej napaści, będzie mogła wydać następne miliardy na F-35. W sprzyjających warunkach pozwolą one przedłużyć ewentualną obronę nawet o kilka godzin.
„Rozwój własnego przemysłu obronnego i samowystarczalność w tym względzie pozostaje priorytetem rządu tureckiego” – oświadczył szef Turkish Aerospace Temel Koti w Paryżu.

48 godzin świat

Będzie nas 10 mln

ONZ poinformowała, że ludność świata osiągnie ilościowy pułap 9,7 mld w 2050 r., zaś do końca bieżącego stulecia ma być nas nawet 11 mld. Na specjalnej konferencji prasowej dyrektor Wydziału Ludnościowego Departamentu Gospodarki i Spraw Socjalnych ONZ John Wilmoth zastrzegł jednak, że są to dane szacunkowe. Wprawdzie prognozy te poparte są badaniami, ale nie można mieć pewności czy wskazania te nie zostaną np. osiągnięte nieco wcześniej. We wskazanym w raporcie okresie, tj. do roku 2050, ponad połowa przyrostu naturalnego będzie udziałem dziewięciu krajów. Najwięcej ludności przybędzie w Indiach; populacja tego kraju wyprzedzi wkrótce Chiny. W dalszej kolejności uplasowano Nigerię, Pakistan, Kongo, Etiopię, Tanzanię, Indonezję, Egipt i Stany Zjednoczone. W regionie Afryki Subsaharyjskiej liczba ludności ulegnie podwojeniu.

Rosja zawiesza

Rosyjska Duma Państwowa na posiedzeniu plenarnym we wtorek przyjęła przedłożoną przez prezydenta Władimira Putina ustawę o zawieszeniu Traktatu między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi w sprawie likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (traktat INF). Zawieszenie respektowania traktatu wymagało ratyfikacji przez parlament, jednak powrót do niego – gdyby Rosja miała taką wolę – będzie zależał od decyzji jednego człowieka: prezydenta Putina, bowiem zgodnie z projektem ustawy jemu przysługuje prawo decydowania o wznowieniu obowiązywania umowy. Waszyngton rozpoczął procedurę wycofania się z traktatu 2 lutego.

Opóźniona publikacja

Publikacja politycznej części amerykańskiego planu pojednania między Izraelem a Palestyną może zostać przesunięta na listopad tego roku, donosi Axios, powołując się na specjalnego wysłannika prezydenta USA na Bliskim Wschodzie Jasona Greenblatta. Powodem tej decyzji były wewnętrzne procesy polityczne w Izraelu. Stany Zjednoczone zamierzały opublikować szczegóły umowy w okresie letnim, ale premier żydowskiego państwa nie zdołał utworzyć koalicji rządzącej w maju, a parlament kraju czekają przedterminowe wybory.

NYT znów zdradził

– tak uważa prezydent Donald Tramp. Powód – opublikowanie przez „New York Times” artykułu o znacznym wzroście amerykańskich ataków informatycznych na Rosję, szczególnie na jej sieć elektryczną. Według NYT, Pentagon mnoży te ataki, by „ostrzec” Rosję i przygotować wielki, „paraliżujący” atak na wypadek ewentualnej wojny. Swoim zwyczajem prezydent dał upust swojej złości publikując reakcje na Twitterze.

Dzieci do obozu koncentracyjnego

Departament Obrony USA ogłosił, że 1400 dzieci imigrantów zostanie uwięzionych w b. obozie Fort Sill w Oklahomie, gdzie w czasie II wojny światowej przetrzymywano Amerykanów pochodzenia japońskiego.

Śmierć prezydenta

Jak poinformowała egipska telewizja, były prezydent kraju związany z Bractwem muzułmańskim, odsunięty od władzy przez wojsko w 2013 r., Mohammed Mursi zmarł w sądzie podczas przesłuchania.

Dwa morza, dwa przechwycenia

Rosyjskie myśliwce Su-27 przechwyciły dwa amerykańskie strategiczne bombowce Boeing B-52 Stratofortress. Jeden incydent miał miejsce nad Morzem Czarnym, drugi nad Bałtykiem.

Ruble i euro zastąpią dolary?

Rosja i UE dopuszczają rozliczenia w rublach i euro we wzajemnym handlu, poinformowano po spotkaniu wicepremiera Antona Siluanowa i wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Maroša Šefčoviča.

Koniec teatru marionetek?

Komentatorzy z przekąsem mówią o Mołdawii jako o „kraju cudów”, bynajmniej nie mając na myśli piękna krajobrazów, lecz następujące jeden za drugim polityczne „nagłe zwroty akcji” i pospolite przekręty. W tej kronice cudów nad Dniestrem i Prutem bez wątpienia zapiszą się pierwsze dwa tygodnie czerwca 2019 r. W Mołdawii coś się kończy, coś się zaczyna – ale co, to się dopiero okaże.

Przez ostatnie piętnaście lat nie dało się rzetelnie pisać o Mołdawii, nie wspominając Vladimira Plahotniuka. Nie zajmował żadnego państwowego stanowiska, pozostawał jedynie przewodniczącym Demokratycznej Partii Mołdawii (DPM), ale dzięki swojemu majątkowi i sieci wpływów zarządzał z tylnego siedzenia wszystkim. Jego człowiekiem był premier, przyjaciela rodziny zrobił przewodniczącym parlamentu, obsadził swoimi ludźmi policję, prokuraturę, sądy, zbił majątek niewyobrażalny dla przeciętnego mieszkańca Europy Wschodniej. Do tego skutecznie przekonywał Brukselę i Waszyngton, że jeśli Mołdawia nie będzie jego, to wpadnie w ręce Moskwy. Od zwycięstwa Euromajdanu był w tym przekonywaniu jeszcze skuteczniejszy. Perspektywa wzmocnienia wpływów Rosji nad Dniestrem – a jest już kontyngent sił pokojowych w nieuznawanej republice naddniestrzańskiej – z punktu widzenia Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych brzmiała o wiele bardziej dramatycznie, niż doniesienia o tym, jak ludzie Plahotniuka przejmują do własnych kieszeni kierowaną do Mołdawii pomoc rozwojową i rozdrapują resztki państwowego majątku. A do tego doprowadzają państwo do takiego stanu, że kraj już stracił 1/3 ludności i przy tym tempie migracji nieuchronnie opustoszeje.
Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że będzie rządził zawsze. W ubiegłym roku doprowadził wszak do zmiany ordynacji wyborczej na mieszaną, która ułatwiała jego ludziom – w teorii „kandydatom niezależnym” – obsadzanie miejsc w parlamencie. Analitycy byli również raczej zgodni, że miał w ręku prezydenta – bo Igor Dodon, nawet jeśli wywodził się konkurencyjnej wobec PDM Partii Socjalistów Republiki Mołdawii, umiał przeciwstawić się Plahotniukowi co najwyżej w gestach, nigdy w czynach. A nawet kiedy wydawało się, że chciał to zrobić, wierny oligarsze Sąd Konstytucyjny na kilka godzin „zawieszał jego pełnomocnictwa”. Absurdalny teatr marionetek, w którym za sznurki pociągał Plahotniuc (krytycy nazywali go „Lalkarzem” właśnie) trwał.
Małżeństwo z rozsądku
Aż do 3 czerwca, w którym wysłannicy Stanów Zjednoczonych, Rosji i Unii Europejskiej jednym głosem zachęcili Dodona, by przestał bać się oligarchy, bo w razie czego otrzyma niezbędne wsparcie. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że najmocniej zachęcał go Dmitrij Kozak, wicepremier Rosji i specjalny wysłannik jej prezydenta ds. mołdawskich. W rezultacie niemożliwe stało się ciałem: Partia Socjalistów zawarła koalicję z proeuropejskim, liberalnym blokiem Teraz (ACUM), sojuszniczką Dodona została jej współliderka Maia Sandu. Trudno o bardziej egzotyczną parę: przed czerwcem oboje nie rozmawiali, tylko przerzucali się oskarżeniami. Ona nazywała go marionetką oligarchy i zarzucała niszczenie kraju – on milcząco aprobował, gdy jego dawni partyjni koledzy przypominali, jak sama zasiadała w sponsorowanym przez tegoż oligarchę rządzie, a do tego jako minister oświaty zamykała wiejskie szkoły. Gdy jednak pojawiła się jedna jedyna szansa przebudowania mołdawskiej sceny politycznej, na chwilę zakopali dawne urazy. 8 czerwca w gmachu parlamentu zaprzysiężono rząd Sandu, a przewodniczącą izby mianowano przewodniczącą PSRM Zinaidę Greceanîi.
Przez kolejne sześć dni DPM z Plahotniukiem na czele walczyła wszelkimi możliwymi sposobami. Na pierwszy ogień rzucono Sąd Konstytucyjny, który ogłosił, że rząd Sandu powstał o jeden dzień za późno, a prezydent Dodon powinien był rozwiązać niewydolny parlament – jako że tego nie zrobił, znowu odebrano mu pełnomocnictwa. Człowiek Plahotniuka, premier Pavel Filip, ogłosił przedterminowe wybory na 6 września, a siedzibę rządu przy Placu Wielkiego Zgromadzenia Narodowego szczelnie otoczyła policja. Oligarcha rozpętał przeciwko prezydentowi kampanię w kontrolowanych przez siebie mediach, próbował wywołać w Kiszyniowie protest przeciwko „uzurpatorom” z parlamentu. Wyszło raczej operetkowo niż dramatycznie, bo do internetu błyskawicznie wyciekły informacje, iż za udział w demonstracji i dzień koczowania w miasteczku namiotowym oferowano 500 mołdawskich lejów (a potem, że część zachęconych „demonstrantów” nigdy nie zobaczyła pieniędzy).
Ostatnie podrygi marionetek
11 czerwca rząd Filipa przekonywał przedstawicieli administracji na szczeblu rejonowym, że pracuje dalej i zamierza kontynuować rozpoczęte projekty, na których skorzystają regiony (chodzi głównie o budowy dróg, czego Mołdawia naprawdę bardzo potrzebuje). Ba, wydzieli dodatkowe fundusze miejscowościom, które w ostatnich tygodniach szczególnie ucierpiały z powodu ulewnych opadów deszczu. Na stronie partii pojawiły się listy poparcia dla PDM podpisane przez przedstawicieli samorządów. Odpowiednią podstronę zredagowano tak, by zasugerować pełne poparcie dla rządu nawet w Bielcach czy Tarakliji, bastionach socjalistów – tymczasem po szczegółowej lekturze linków okazuje się, że poparcie napłynęło jedynie z pojedynczych wsi w tych rejonach. Błyskawicznie znaleźli się również samorządowcy, którzy twierdzą, że niczego nie podpisywali.
Jeszcze ważniejsze niż to nagłe poszukiwanie „ludowej legitymacji” były manewry, które miały udowodnić Stanom Zjednoczonym, że opłaci im się dalsze popieranie „demokratów”. Filip z Plahotniukiem dali tyle, ile można dać, kiedy kieruje się państwem upadłym: obiecali przeniesienie mołdawskiej ambasady z Tel Awiwu do Jerozolimy oraz doprowadzenie do tego, by nowy gmach ambasady amerykańskiej w Kiszyniowie stanął na prestiżowej działce na miejscu zrujnowanego Stadionu Republikańskiego. Do USA dotarł również – z pominięciem oficjalnych kanałów – list, w którym PDM ostrzega przed rosyjskimi wpływami, jakim służy Dodon, a nawet rysuje perspektywę rosyjskiej interwencji zbrojnej. Prawdopodobnie to samo próbował opowiadać za oceanem były przewodniczący parlamentu Andrian Candu, jeden z najbliższych ludzi Plahotniuka, gdy 13 czerwca nieoczekiwanie ruszył do USA z nieoficjalną wizytą.
W trosce o mołdawską demokrację
Tyle, że w tym samym czasie to Maia Sandu gromadziła wiadomości z deklaracjami uznania dla swojego rządu. Już pierwszego dnia po jego zaprzysiężeniu w mediach pojawił się upragniony komunikat z Brukseli: Federica Mogherini zapewniła, że jest gotowa pracować z nowym gabinetem. Dzień później tę samą gotowość zadeklarowała Moskwa, a potem Francja, Wielka Brytania, Szwecja, Polska i Niemcy. Następnego dnia wśród nowych oświadczeń z Europy było to szczególnie oczekiwane, od sąsiadów – Rumunia uznała rząd Sandu. Już w tym momencie Plahotniuc mógł w zasadzie myśleć raczej o zabezpieczeniu sobie odwrotu i opcjach wywiezienia majątku, niż o dalszym rządzeniu.
Przez poprzednią dekadę Rumunia wydatnie korzystała bowiem z istnienia reżimu jednego oligarchy za wschodnią granicą. Bukareszt, też daleki od tzw. modelowych demokratycznych standardów, jeśli chodzi o politykę i biznes, z otwartymi ramionami zapraszał zdesperowanych Mołdawian na studia i do pracy. Kusił możliwością uzyskania obywatelstwa rumuńskiego (czyli unijnego) przez każdego, kto udowodni, że jego przodek żył przed wojną w granicach Rumunii – a te, przypomnijmy, obejmowały dzisiejszą Mołdawię (bez Naddniestrza). Największy mołdawski bank został kupiony przez rumuński Transilvania Bank, w rękach rumuńskiego Transgazu znalazły się przedsiębiorstwa odpowiedzialne za przesył i dystrybucję gazu w Mołdawii. Rumuńska była też polityka historyczna: w marcu 2018 r. w Kiszyniowie odbyła się cała seria wydarzeń upamiętniających setną rocznicę przyłączenia Mołdawii do Królestwa Rumunii, naświetlających tę skomplikowaną i niejednoznaczną historię w sposób, którego nie powstydziłby się polski IPN.
Tyle, że Rumunia to również sojusznik USA, i to niemal tak oddany, jak inne państwo w Europie Środkowo-Wschodniej, też mieniące się przedmurzem chrześcijaństwa. A w Stanach Zjednoczonych Plahotniuc przestał być uważany za gwaranta polityki proeuropejskiej i pronatowskiej. Jego stosunki z Europą przestały być sielankowe. Szermowanie przez oligarchę hasłami integracji europejskiej i nieustanne zapewnianie, że PDM prowadzi Kiszyniów do świetlanej przyszłości we wspólnocie, w zestawieniu z namacalnie pogarszającym się standardem życia zwyczajnie kompromitowało „wartości europejskie”. Mołdawskie mniejszości narodowe, i tak nieufne wobec rumuńskojęzycznej większości od czasu ekscesów nacjonalistów z początku lat 90., od dawna już wzruszają ramionami na przemowy zwolenników integracji. Poczucie zawodu i rozgoryczenia nieuchronnie udzielało się również rodowitym Mołdawianom, którzy ciągle pozostawali w ojczyźnie. Równocześnie osobą, której udawało się na arenie międzynarodowej faktycznie coś załatwić, był prezydent Dodon: wielu komentatorów wyśmiewało jego systematyczne wizyty w Moskwie, ale już uzyskanie amnestii dla mołdawskich gastarbeiterów, którzy przekroczyli dozwolony czas pobytu w Rosji dla tysięcy mołdawskich rodzin było raczej powodem do świętowania, nie do śmiechu.
Znowu między zachodem i wschodem
Potrzebni byli kandydaci na nowe twarze obozu proeuropejskiego. I tacy się znaleźli: Maia Sandu i Andrei Nastase, liderzy bloku Teraz. Dotąd raczej nieskompromitowani, nieugięcie i przekonująco proeuropejscy – ona: była minister edukacji wykształcona w Stanach Zjednoczonych i on: adwokat i działacz antykorupcyjny z dyplomem rumuńskiego uniwersytetu.
Zwłaszcza Sandu wytrwale jeździła do Brukseli, piętnowała nadużycia Plahotniuka, zapewniała, że jej stronnictwo chce eurointegracji prawdziwej, nie udawanej. Jeszcze w ubiegłym roku wracała z niczym, Europa poprzestała na wyrażeniu zaniepokojenia z powodu zmian w mołdawskiej ordynacji wyborczej. Tym razem postanowiono jej zaufać. Także dlatego, że Zachód podejrzewał, iż Plahotniuc zrozumiał, że jego pozycja się chwieje i sondował Partię Socjalistów Republiki Mołdawii: czy zgodzą się na koalicję z PDM, jeśli on obieca wykonać wielki geopolityczny zwrot na wschód? Cyniczny Lalkarz mógłby to zrobić, gdyby zagwarantowano mu zachowanie wpływów.
Jednak Rosja nie jest zainteresowana takim obrotowym i powszechnie znienawidzonym „namiestnikiem”. Gdy Dmitrij Kozak dodawał Igorowi Dodonowi odwagi, życzył sobie następującego scenariusza: prezydent, który już ma określony twardy elektorat, ze słabeusza staje się pogromcą oligarchy. Wtedy premię zgarnia również w wyborach parlamentarnych jego partia, socjaliści przyczyniają się do przegłosowania ustaw antyoligarchicznych i manifestacyjnie czyszczą Mołdawię z protegowanych Plahotniuka. A potem zostają u władzy na długo, z pełnym społecznym przyzwoleniem, skutecznie odsuwając „Europejczyków” i korygując kurs polityki zagranicznej. Nietrudno zauważyć, że Bruksela i Waszyngton chcą, żeby wydarzyło się coś z początku podobnego, a ostatecznie dokładnie odwrotnego: najpierw usunięcie Plahotniuka i wygranie miłości ludu ustawami antyoligarchicznymi, a potem zmarginalizowanie socjalistów i trwały zwrot
na zachód.
Dziś święto, jutro starcie
Dlatego oficjalne złożenie broni przez DPM, dymisja rządu Filipa ogłoszona 14 czerwca po spotkaniu z amerykańskim ambasadorem, to koniec pewnego rozdziału w historii Mołdawii – ale i początek nowego, który według wszelkiego prawdopodobieństwa będzie wypełniony bezwzględną walką dzisiejszych sojuszników. To nie jest ostateczne zwycięstwo – oznajmił dziś, już po kapitulacji Filipa, Igor Dodon. I PSRM, i ACUM mówią jasno: jesteśmy sprzymierzeńcami z konieczności, nasza koalicja ma tymczasowy charakter i po przegłosowaniu ustaw antyoligarchicznych zakończy się. Kampania przed przedterminowymi wyborami będzie już konfrontacją dwóch sprzecznych wizji kraju, a także serialem wzajemnych ataków i wyciągania sobie kompromitujących wypowiedzi czy niespełnionych obietnic. Z jakim efektem – prognozować trudno. Choćby dlatego, że mołdawscy wyborcy cały kryzys przeczekali, co najwyżej obserwując wydarzenia w Kiszyniowie. Wielu zbyt dobrze zdaje sobie sprawę, że w sprawach ich państwa więcej do powiedzenia mają ambasadorowie odległych mocarstw niż oni, mieszkańcy.
Bez oligarchów także się nie obejdzie. Plahotniuc padł, ale biznesmeni, którzy przez poprzednie lata musieli trzymać się w jego cieniu, teraz zacierają ręce. Nie wiadomo, co dokładnie planuje Ilan Shor. Skazany za udział w wyprowadzeniu z mołdawskiego systemu bankowego słynnego miliarda, na ostatnie wybory parlamentarne utworzył swoją formację i wywalczył czwarte miejsce, grając trochę na prorosyjskich sentymentach, trochę na najprostszych chwytach dla biedoty, jak otwarcie tanich sklepów tylko dla członków partii. Miał być potencjalnym koalicjantem dla Plahotniuka, na czas kryzysu ukrył się w cieniu, potem, jak doniósł portal point.md, wyjechał do Izraela, którego ma obywatelstwo. To reprezentant jego partii stanie na czele parlamentarnej komisji praw człowieka. W pierwszej chwili wydawało się, że Sandu i Dodon nie chcą go drażnić – dopiero 15 czerwca minister spraw wewnętrznych Andrei Nastase powiedział o zamiarach wytoczenia mu sprawy karnej (mało, z oczywistych względów, prawdopodobnej). Na pewno też nowa większość nie chce zniechęcać ludzi dziś należących do DPM – ta partia też odebrała swoją część stanowisk przewodniczących parlamentarnych komisji. Jakby liczono na to, że rozpłyną się w obozie (obozach) zwycięzców, zamiast stwarzać w przyszłości problemy.
Mołdawia ma przyszłość – brzmiało jedno z przedwyborczych haseł Igora Dodona. Tylko jaką?

Nie wstrząsną Europą

Eurosceptycy grozili, że zostaną największą frakcją w Europarlamencie i przekształcą go na swoją modłę – ostatecznie eurosceptyczna prawica nie zdołała się porozumieć. I chociaż ma obecnie w Europarlamencie 10 proc. foteli, więcej niż w poprzedniej kadencji, to jej wpływy będą ograniczone.

Frakcja Tożsamość i Demokracja, w której główne role odgrywają reprezentanci włoskiej nacjonalistycznej Ligi (partii włoskiego wicepremiera Matteo Salviniego) i francuskiego Zjednoczenia Narodowego będzie miała 73 europarlamentarzystów. Pokieruje nią reprezentant partii Salviniego Marco Zanni. Frakcja nie będzie siłą trzecią, a zaledwie piątą, bo nie dołączyli do niej ani Hiszpanie z Vox, ani Brytyjczycy spod sztandaru partii Brexit, ani eurosceptycy fińscy czy węgierscy. Nic nie wyszło również z sojuszu włosko-polskiego, o którym Matteo Salvini rozmawiał kilka miesięcy temu w Warszawie z Jarosławem Kaczyńskim. Eurodeputowani PiS nie opuszczą frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Ostatecznie eurosceptycy i przedstawiciele ugrupowań klasyfikowanych jako skrajna prawica będą rozrzuceni po czterech frakcjach.
Oczywiście liderzy Tożsamości i Demokracji zapewniają, że są otwarci na współpracę z innymi bliskimi im partiami, ale brak porozumienia i wspólnej frakcji wiele mówi o perspektywach takiej współpracy.
O wiele łatwiej porozumienie na wspólnej platformie przyszło partiom ekologicznym, które w wielu krajach Europy Zachodniej okazały się sensacją wyborów. Niemniej Zielona frakcja będzie miała tylko o trzech eurodeputowanych więcej, niż Tożsamość i Demokracja, będąc tym samym czwartą frakcją w europarlamencie.

Wydadzą Assange’a

– Ta decyzja należy do sądu, ale minister spraw wewnętrznych ma ważną rolę do odegrania i chcę, aby doprowadzono do triumfu sprawiedliwości we wszystkich sytuacjach. Otrzymaliśmy prawidłowy wniosek o ekstradycję, więc go podpisałem, ale ostateczna decyzja zależy od sądów – powiedział minister spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii Sajid Javid. Sprawiedliwość ma „zatriumfować” w sprawie Juliana Assange’a.

Na antenie czwartego kanału BBC Javid dodał jeszcze, że jego zdaniem Australijczyk słusznie trafił za kratki.
Decyzja ministra otwiera sądom drogę do wyrażenia zgody na to, by twórca WikiLeaks, demaskator amerykańskich zbrodni wojennych w Iraku i Afganistanie został wydany Stanom Zjednoczonym. Tam jego los jest praktycznie przesądzony. Departament Sprawiedliwości wysunął przeciwko niemu 18 zarzutów, w tym o szpiegostwo, publikowanie informacji niejawnych, nakłanianie do tego oraz o udział w spisku, którego celem było włamanie do rządowego komputera.
– Zostanie zapamiętana jako najgorszy atak na wolność prasy za naszego życia – tak o sprawie Assange’a mówił redaktor naczelny WikiLeaks Kristin Hrafnsson. – Ludzie powinni wyrazić swe potępienie: to ich politycy, ich sądy, policja i więzienia zostały skandalicznie nadużyte, by zrobić czarną plamę na naszej historii.
Nils Melzer, specjalny wysłannik ONZ ds. tortur, oświadczył, że obawia się o życie Juliana Assange’a i wzywał do jego „natychmiastowego” uwolnienia. Zauważył również, że w ciągu dwudziestu lat pracy na tym stanowisku nigdy jeszcze nie widział, by kilka demokratycznych państw wspólnymi siłami „izolowało, demonizowało i wyrządzało krzywdę” jednemu człowiekowi.
Ostateczne decyzje w sprawie dziennikarza nie zapadną jednak szybko. Kolejny raz sąd najprawdopodobniej zbierze się za kilka miesięcy, a od jego decyzji będzie przysługiwała apelacja.
W USA Julianowi Assange’owi grozi wyrok 175 lat więzienia (czyli dożywocie) albo kara śmierci. Będzie sądzony na podstawie Espionage Act, prawa z okresu I wojny światowej. Najbardziej demokratyczne państwo świata nie odpuszcza tym, którzy mówili o nim prawdę.

48 godzin świat

Dyżurny podejrzany

Kilkanaście godzin po tym, jak u wejścia do cieśniny Ormuz zaatakowane zostały norweski tankowiec i jednostka japońska, amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo wskazał, kto według USA jest temu winny – Iran. Światowe media nazwały atak „tajemniczym”. Ale dla Pompeo w uderzeniu na norweski tankowiec Front Altair, pływający pod banderą Wysp Marshalla oraz japońską Kokuka Courageous nie było nic niewyjaśnionego. Dane wywiadowcze mają dowodzić bez żadnej wątpliwości, że winni są Irańczycy. Pompeo dodał jeszcze, że potwierdza to charakter ataku (nikt poza Iranem nie miałby podobno wiedzy i sposobności, by takowy przeprowadzić) i użyta broń. Sekretarzowi stanu odpowiedział irański minister spraw zagranicznych Mohammed Dżawad Zarif, który zaprzeczył, jakoby jego kraj dopuścił się ataku na tankowce. Przedstawiciele Iranu w ONZ przekonywali, że Teheran jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo w cieśninie Ormuz. Pierwszy irański dyplomata bez owijania w bawełnę wskazał, kto jego zdaniem najbardziej prze do wojny. – USA, Izrael i Arabia Saudyjska, czyli „Drużyna B”. Na Iran wskazał też posłuszny sojusznik USA – szef brytyjskiego Foreign Office Jeremy Hunt.

Boko Haram znów w akcji

Nigeryjscy dżihadyści zaatakowali bazę wojskową w mieście Kareto w stanie Borno na północnym wschodzie kraju. Nieznana jest liczba ofiar w ludziach, jest ona jednak duża. Zginął również dowódca bazy. Bojownicy zagarnęli również dużą ilość broni o raz pojazdy wojskowe armii nigeryjskiej. Źródła informują, że atak był całkowitym zaskoczeniem dla żołnierzy. Władze nigeryjskie twierdziły, że Boko Haram jest w rozsypce i jego ostateczne pokonanie jest już bliskie. Faktycznie, przez ostatnie miesiące aktywność ugrupowania słabła i dochodziło jedynie do okazjonalnych ataków na „cele miękkie”. Tymczasem jednak okazuje się, że dżihadyści znów są zdolni do podejmowania groźnych operacji.

Na antypodach też szykanują dziennikarzy

Australijska opozycja wezwała do powołania komisji śledczej w sprawie policyjnej interwencji w siedzibach dwóch znaczących krajowych mediów – Australian Broadcasting Corp. w Sydney oraz w domu dziennikarki News Corp. Anniki Smethurst w stolicy kraju. Mundurowi „odwiedzili” dziennikarzy kilka dni temu, by poznać źródła informacji, w których zawarto przecieki z rządowych posiedzeń. Według posłów opozycji Australia przeszła od 2001 r. drogę od państwa, które w ogóle nie miało ustaw antyterrorystycznych do takiego, w którym są one najbardziej szczegółowe i nieustannie uszczelniane. W dodatku cały czas w duchu zwiększania bezpieczeństwa, któremu musi ustępować wolność słowa i środków masowego przekazu. W Australii legalne jest już m.in. przeszukiwanie i gromadzenie metadanych bez nakazu sądowego oraz nakazywanie pracownikom firm telekomunikacyjnych łamania szyfrowania wiadomości.

Strajk szwajcarskich kobiet

W kraju, gdzie się nie strajkuje, miliony kobiet w piątek brały udział w manifestacjach i strajkach na rzecz równości płacowej. Różnica ich płac wobec mężczyzn wynosi średnio 20 proc.

Jeszcze za mało kochają USA?

Społeczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej nie chcą uwierzyć w to, że to Rosja, a nie USA stanowi największe zagrożenie dla pokoju na świecie. Tak twierdzi amerykański think-tank Atlantic Council.

2 i pół roku za dyktaturę proletariatu

Walerij Bolszakow, komunista, został zatrzymany przez funkcjonariuszy Rosgwardii w Sewastopolu w listopadzie 2017 roku. Po półtorarocznym śledztwie i procesie sąd wydał wyrok.

Skąpi miliarderzy

Francuscy miliarderzy zapewniali, że wesprą odbudowę katedry Notre-Dame kwotami niewyobrażalnymi dla przeciętnego
człowieka. Milionowe datki jednak nie napłynęły.

Clooney obali sudańską juntę?

Słynny amerykański aktor filmowy, bożyszcze kinomanek George Clooney wezwał „społeczność międzynarodową” do śledzenia i zablokowania pieniędzy pochodzących z Sudanu. Wojskowi piorą tam swe konta na wyścigi, jakby miało się coś stać. Kiedy stary prezydent al-Baszir musiał odejść pod naciskiem manifestacji, władzę przejęła wojskowa junta, która nie bardzo chce oddać jej cywilom. Clooney jest zaangażowany w sprawy sudańskie od dawna.

W liście otwartym opublikowanym wczoraj w amerykańskim Atlantico (prawica), podpisanym też przez znanego działacza praw człowieka Johna Prendergasta, Clooney domaga się wywarcia ekonomicznego nacisku na rządzącą generalicję tak, by rozważyła spokojne odejście: trzeba zająć lub zablokować ich konta zagraniczne.
„Byłby to środek nacisku zbyt rzadko stosowany na korzyść pokoju i praw człowieka”, ale konieczny ze względu na wyjątkową sytuację w Sudanie, przekonuje Clooney. Wyeliminowanie generałów z międzynarodowego systemu finansowego miałoby przemówić do nich głosem rozsądku. Jeszcze w tym tygodniu do Chartumu wybiera się amerykańska delegacja z departamentu stanu, by sondować zamiary wojskowych.
Wojskowi martwią się o kontrakty z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (ZEA). Sudan, oprócz oficjalnego uczestnictwa w saudyjskiej koalicji w Jemenie, wysyła tam tysiące najemników, którzy nierzadko w imię króla Salmana giną na froncie. Interesem zarządzają generałowie i to oni najwięcej zarabiają, lecz zawsze coś tam spłynie na ubogie rodziny najemników. W Sudanie jest wysokie bezrobocie, „praca” dla Arabii w Jemenie jest ceniona.
Obecną juntę popiera właśnie najważniejszy sojusznik Stanów Zjednoczonych wśród Arabów – Arabia Saudyjska, więc imperium musi jeszcze się zastanowić, czy woli w Sudanie wojskowych, czy cywilów. Z blokowaniem kont nie będzie raczej pośpiechu.

Nie leczyć LGBT

17 maja 1990 roku homoseksualizm został wykreślony przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) z listy chorób. Od tej pory nie powinno się go leczyć, choć są środowiska, które do tej pory to robią wbrew wiedzy medycznej.

Do dzisiaj istnieją w Polsce ośrodki oferujące terapie, których celem jest wyleczenie z homoseksualizmu. Są one najczęściej związane ze strukturami religijnymi. Terapie, oferowane w tych ośrodkach mają doprowadzić pacjenta do niezgody na jego orientację, co w konsekwencji prowadzi do depresji, zaburzeń i niekiedy prób samobójczych.
Zapewne przeciwko takim praktykom występuje proponowana przez Niemcy ustawa, która zakaże „leczenia” homoseksualizmu m.in. terapiami konwersyjnymi. Nowe prawo zaproponował Jens Spahn, minister zdrowia Niemiec. Przygotowując swój projekt niemiecki urzędnik oparł się na nowych ekspertyzach naukowych, które udowadniają, że terapie te nie przynoszą ani skutków, ani korzyści, a wręcz przeciwnie – mogą stwarzać zagrożenie dla samych pacjentów.
Rezolucję zakazującą terapii konwersyjnych w stosunku do homoseksualistów podjął Parlament Europejski, ale ma ona jedynie charakter postulatywny, a nie obowiązujący.
W Niemczech, jak informuje portal onet.pl funkcjonują ośrodki „leczące” homoseksualistów, a ich reklamy prezentował na swojej stronie Związek Wolnych Gmin Ewangelickich.
W przypadku uchwalenia proponowanych zmian prawnych w Niemczech, można się spodziewać że część z „pacjentów”, którzy chcą poddać się podobnej terapii na skutek własnej decyzji lub pod naciskiem otoczenia, mogą szukać takowych w Polsce. A z tym nie będą mieli najmniejszego problemu.

Socjal popłaca

W najnowszym raporcie UNICEF-u w pierwszej piątce państw, które wykazują szczególną dbałość o rodzinę znalazły się trzy kraje skandynawskie, Estonia i Portugalia. Powstająca z kolan i prorodzinna Polska zajęła dopiero 23-cie miejsce spośród zbadanych 31 krajów UE i OECD.

Badania przeprowadziło Centrum Badawcze Innocenti, jednostka UNICEF-u. Eksperci analizowali precyzyjnie – jak głosi raport – „polityki przyjazne rodzinie”. Chodzi m.in. długość pełnopłatnego urlopu rodzicielskiego i dostęp do usług publicznych związanych z opieką nad dziećmi do sześciu lat. Autorzy raportu podkreślają, że polityki te służą wzmacnianiu więzi rodziców z dziećmi i mają kluczowe znaczenia dla „spójności społeczeństw”. Opublikowany 12 czerwca dokument nosi tytuł: „Czy najbogatsze kraje świata są przyjazne rodzinie? Polityka w krajach OECD i UE”.
Jeżeli chodzi o urlopy rodzicielskie prym wiedzie Estonia. Kraj ten oferuje matkom najdłuższy pełnopłatny urlop – 85 tygodni. Następne są Węgry – 72 tygodnie i Bułgaria – 61 tygodni. Polska w tej klasyfikacji uplasowała się na 13-tym miejscu – 42 tygodnie pełnopłatnego urlopu. Zaś USA są jedynym państwem (spośród badanych przez UNICEF), w którym nie ma żadnych regulacji dotyczących płatnych urlopów rodzicielskich.
W raporcie wskazuje się, iż wielu rodziców gotowych wrócić do pracy po urodzeniu się dziecka szuka możliwości opieki nad potomstwem, jednak nie mogą sobie na to pozwolić ze względu na wysoki koszt takich usług. W Wielkiej Brytanii najczęściej jako przyczynę rezygnacji z usług oferowanych przez placówki opieki nad dziećmi rodzicie podawali właśnie wysokie ceny. Tymczasem w Czechach, Danii i w Szwecji koszt stanowił problem jedynie dla jednego procenta rodziców, którzy deklarowali niezaspokojoną potrzebę opieki nad dzieckiem.
W raporcie UNICEF-u zawarto również wskazówki i rekomendacje, w jaki sposób kraje mogą być bardziej przyjazne rodzinie. Należy m.in.: ustawowo zapewnić rodzicom płatny urlop rodzicielski w wymiarze co najmniej pół roku, umożliwić dostęp do niedrogich placówek opieki na dziećmi, upewnić się, że matki mogą karmić piersią zarówno przed, jak i po powrocie do pracy dzięki zapewnieniu im wystarczająco długiego płatnego urlopu rodzicielskiego, zagwarantowaniu przerw w pracy oraz bezpiecznego i odpowiedniego miejsca do karmienia.
Tymczasem w Polsce samorządy zajmują się przyjmowaniem deklaracji „przeciwko seksualizacji dzieci”. UNICEF raczej tego nie doceni.

Jemen się odcina

Dwie wiadomości: Jemeńczykom udało się w tym tygodniu niespodziewanie przełamać front na granicy z Arabią i przez trzy dni zajmować saudyjskie bazy wojskowe pod Nadżranem, sporym miastem, stolicą prowincji o tej nazwie. Jemeński wypad do Arabii miał skończyć się śmiercią lub ranami ponad 200 żołnierzy saudyjskich i zaborem sprzętu wojskowego. We wtorekj z kolei jemeńska rakieta sięgnęła saudyjskiego lotniska w Abha, ponad 120 km na północ od granicy, raniąc 26 osób, cywilów kilku narodowości.

Saudyjskie bombardowania zniszczyły w Jemenie prawie wszystkie szkoły. To „samoobrona” miała być pretekstem do ostrzelania saudyjskiego lotniska. Pocisk lekko uszkodził salę przylotów, przez którą przewija się codziennie tysiące pasażerów. Nikt nie zginął. W Sanie, jemeńskiej stolicy, rzecznik broniącej się części kraju zwrócił się do publiczności międzynarodowej, by unikała saudyjskich lotnisk, gdyż Jemen ma zamiar w nie strzelać, aż saudyjska tyrania zakończy wojnę i zniesie blokadę. Arabia nie pozwala Jemeńczykom używać lotniska w Sanie, ani portów. Głosi, że Irańczycy jakoś omijają jej blokadę i dostarczają broń obrońcom, i że to wszystko przez nich.
Niespodziewany jemeński atak na Nadżran, przeprowadzony z trzech kierunków, był niewątpliwie sukcesem, ale zbyt krótkotrwałym, by zmienić sytuację. Mohammed ben Salman, dziedzic saudyjski, prze do rozwiązania siłowego, podbicia Jemenu. Arabia ściąga z wielu krajów afrykańskich najemników: mają dojść do Sany. Zjednoczone Emiraty Arabskie, które finansowały oddziały najemników kolumbijskich w Jemenie, mają znowu sięgnąć do kieszeni. Dwa najbogatsze kraje arabskie atakują od czterech lat najuboższy kraj arabski. Pogrążyło go to w „najgorszej sytuacji humanitarnej na świecie”, według ONZ.