48 godzin świat

16+1

Za tym skrótem kryje się platforma współpracy pomiędzy krajami Europy Środkowo-Wschodniej i Chin. 8. szczyt tej inicjatywy odbył się w piątek w Dubrowniku. Zakończył się przyjęciem dokumentu wyznaczającego kierunki współpracy na nadchodzący rok. Kilka dni wcześniej odbył się z kolei szczyt UE-Chiny, który nie przyniósł wprawdzie zdecydowanego przełomu – w przeddzień szczytu wyrażano nawet obawy, że może nie dojść do podpisania wspólnej deklaracji. Została on uzgodniona, ale jej sformułowania są dość ogólnikowe. Chiny zdecydowanie preferują rozwijanie kontaktów na drodze bilateralnej z poszczególnymi państwami lub subregionalnymi grupami, wykorzystując w tym celu platformę „pasa i Szlaku”, a nie z instytucjami UE, ale problemem jest także brak konsekwentnej polityki wobec Chin po stronie UE. Niemniej jednak UE jako partner nie jest dla Chin bez znaczenia, w szczególności wobec konfliktu handlowego pomiędzy Pekinem a Waszyngtonem.

Protesty w Serbii

Manifestacje przeciwko prezydentowi Aleksandarowi Vučiciowi trwają już od miesięcy, ale ciągle przybierają na sile. W sobotę w Belgradzie protestowało ok. 10 tys. osób, domagając się nowych wyborów i wolności mediów. Zdaniem przywódców opozycji , władze uniemożliwiały zwolennikom protestów z innych miast przyjazd do stolicy. Protest wzbudził takie obawy po stronie rządzącej partii, że jej członkowie zabarykadowali się w gmachu parlamentu, twierdząc że obawiają się „faszystów” i „zbójców”. Faktycznie – jeden z poprzedników Vučica – Slobodan Milošević – został obalony, gdy tłum wdarł się w 2000 r. do parlamentu. Demonstracje przeciwko Vučiciowi mają jednak pokojowy przebieg.

Nadzieja dla lewicy

Według sondaży przeprowadzanych przed wczorajszymi wyborami parlamentarnymi w Finlandii na największą liczbę głosów może liczyć Partia Socjaldemokratyczna – zamierza ją poprzeć 19 proc. głosujących. Oznaczałoby to sformowanie rządu koalicyjnego, ale pod przewodnictwem lewicowego premiera. Sytuacja nie wygląda jednak tak optymistycznie, gdyż druga w kolejności jest nacjonalistyczna partia Finns, która w ciągu ostatnich sześciu miesięcy podwoiła liczbę sympatyków. Trzecią siłą w parlamencie może okazać się Koalicja Narodowa, której do socjalistów także jest daleko. Pokazuje to, że fińska scena polityczna polaryzuje się, z jednej strony wskutek narastających fobii antyimigranckich, z drugiej – w wyniku stopniowego demontażu państwa opiekuńczego i zabezpieczeń społecznych. Ewentualnie możliwa by była prawdopodobnie tylko koalicja złożona z mniejszych partii, w tym Zielonych.

Kary za aborcję niekonstytucyjne

– tak stwierdził Trybunał Konstytucyjny Korei Południowej. Po dość długim czasie wprawdzie, bo ustawa zakazująca przerywania ciąży w tym kraju obowiązuje od 1953 roku.

Pierwszy lot kolosa

Dziewiczy lot odbył Stratolaunch – największy skonstruowany dotąd samolot. Ma służyć do umieszczania satelitów na orbicie. Jego masa to 250 ton, a rozpiętość skrzydeł wynosi 117 m.

Sędziowie nie przeprowadzą wyborów?

Algierscy sędziowie zapowiadają, że zbojkotują nadzorowanie zaplanowanych na 4 czerwca przebiegu wyborów, jeśli zostaną one zorganizowane według dotychczasowych reguł.

Rosjanie lub Chińczycy zdobędą F-35?

Zdaniem ekspertów, jeśli wrak rozbitego nad Pacyfikiem japońskiego myśliwca wpadnie w ręce Rosjan lub Chińczyków, oznaczać to będzie przejęcie najtajniejszych technologii.

Wymuszanie Guaidó

Mike Pence, prawicowy ekstremista, wiceprezydent USA, który 23 stycznia telefonicznie wyznaczył 35-letniego Juana Guaidó na „prezydenta” Wenezueli, domagał się w Nowym Jorku uznania go przez ONZ. Do tej pory jedynie zespół tradycyjnych satelitów imperium amerykańskiego (ok. 1/4 państw) poparł prowadzony z Waszyngtonu zamach stanu w Caracas. Władze wenezuelskie wyśmiały tę inicjatywę.

„Dziś [w środę] wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence ośmieszył się w Radzie Bezpieczeństwa NZ. Nie rozumiem jego arogancji, pewności siebie i rasowego suprematyzmu” – mówił w telewizji wenezuelski prezydent Nicolas Maduro. „Grożenie Wenezueli inwazją wojskową w Radzie Bezpieczeństwa panie Pence, tego jeszcze nie było!” – dodał Maduro oskarżając przy okazji prezydenta Donalda Trumpa o chęć zaboru olbrzymich, największych na świecie rezerw ropy naftowej.
Pence ogłosił wcześniej, że jego kraj przedstawi projekt rezolucji uznającej Juana Guaidó za przywódcę Wenezueli. Projekt ma wpłynąć do Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdyż nie ma żadnych szans w Radzie Bezpieczeństwa (nie będzie więc wiążący). Jego znaczenie jest propagandowe, ma też zmusić więcej krajów do uznania amerykańskich planów polityczno-gospodarczych w Ameryce Łacińskiej. Pence zwrócił się bezpośrednio do przedstawiciela Wenezueli w ONZ Samuela Moncady domagając się, by wrócił do Caracas i powiedział prezydentowi Maduro, że „jego godziny są policzone”. Ogłosił jednocześnie, że USA dodatkowo zaostrzą sankcje przeciw Kubie, którym ten kraj podlega od niemal 60 lat, z powodu „jego złego wpływu na Wenezuelę”.
„Oto nowy epizod spektaklu, który ma obalić wenezuelski rząd” – odpowiedział mu przedstawiciel Rosji Wasilij Nebenzia, który wezwał USA do zaprzestania ingerowania w sprawy wewnętrzne innych krajów. Podobnie ambasador chiński sprzeciwił się amerykańskiej interwencji zbrojnej w Wenezueli. Zapowiadał ją w lutym Elliott Abrams, mianowany przez Trumpa specjalista od proamerykańskich zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej.
Wenezuela, sparaliżowana przez amerykańskie sankcje, zgodziła się na pomoc humanitarną Międzynarodowego Czerwonego Krzyża – w kraju brakuje leków. Od momentu mianowania Guaidó przez Amerykanów krajem wstrząsają wielkie awarie elektryczności spowodowane sabotażami i zamachami bombowymi nieznanych sprawców. Konsekwencją tego jest brak bieżącej wody w niektórych miastach. Guaidó wezwał do manifestacji antyrządowych w Caracas, w których udział wzięło ok. 500 osób.

Upadek dyktatora

Po miesiacach protestów upadł „wieczny” prezydent Sudanu, ścigany listem gończym za zbrodnie wojenne i śmierć ponad 300 tys. ludzi w prowincji Dar Fur Umar al-Baszir.

Informacje o tym, co naprawdę stało się w Chartumie są sprzeczne – jedno wydaje się pewne: rządzący krajem od przewrotu w 1989 r. Umar al-Baszir nie jest już głową sudańskiego państwa.
Po nieustających od grudnia ub. roku krwawych protestach sprawę w swoje ręce wzięła armia. To wojskowi bowiem odsunęli Umara al-Baszira i przejęli kontrolę nad rządowymi gmachami oraz telewizją. W efekcie zatem był to wojskowy zamach stanu. Minister obrony Sudanu Awad Mohamed Ahmed Ibn Auf poinformował o sformowaniu się Rady Wojskowej, która będzie stać na czele państwa przez 2 lata. Oprócz tego rząd kraju i władze regionalne zostały rozwiązane, minister zaapelował do wszystkich formacji zbrojnych w kraju o wstąpienie w szeregi armii. Jak poinformował, w kraju zostaje wprowadzony stan wyjątkowy na okres 3 miesięcy. W tym okresie będzie zawieszone obowiązywanie konstytucji.
To, że ostateczny cios prezydentowi al-Baszirowi zadali wojskowi nie jest zaskoczeniem. gdyż już od pewnego czasu pojawiały się różne sygnały świadczące, że armia dystansuje się od władz państwowych. Dochodziło nawet do sytuacji, w których wojsko chroniło uczestników protestów, a nawet dochodziło do strać między żołnierzami a ochraniającymi budynki państwowe siłami bezpieczeństwa. Były to jednak zdarzenia, które trudno było jednoznacznie interpretować. Jak się wydaje, decyzja o przejęciu władzy zapadła na nadzwyczajnym posiedzeniu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych, które odbyło się bez udziału prezydenta.
Jaka opcja dojdzie teraz do władzy? Wiele wskazuje, że mogą to nie być siły demokratyczne, ale związane z Braćmi Muzułmanami – ponadpaństwową, konserwatywną organizacją religijno-polityczną. Jako potencjalnych następców al-Baszira analitycy wskazują ministra obrony oraz byłego szefa sztabu Emada al-Din Adawiego – poróżnionego z prezydentem ze względu na jego islamistyczne poglądy.
Niezależnie od sprawy sukcesji, protestujący Sudańczycy zdają się uważać, że obalenie znienawidzonego al-Baszira to zwycięstwo. Wskazywałyby na to odbywające się w Chartumie demonstracje, których uczestnicy publicznie demonstrowali radość z dokonujących się wydarzeń. Równocześnie jednak demonstranci wyraźnie opowiadają się za rządami cywilnymi i oczekują rozmów z wojskiem na temat przyszłości kraju. Wszystko wskazuje zatem, że to jeszcze nie koniec.

Wartości europejskie w akcji

Po siedmiu latach azylu w ambasadzie Ekwadoru w Londynie Julian Assange został siłą wywleczony przez funkcjonariuszy brytyjskiej policji. Oto kolejny przykład na to jak
bardzo europejskie rządy szanują podstawowe wolności i prawa obywatelskie.

Assange został wyprowadzony z ambasady siłą przez londyńskich funkcjonariuszy. Obecnie znajduje się w areszcie. Podstawą aresztowania jest fakt, że Australijczyk nie stawił się na wezwanie sądu w 2012 roku. Był wówczas objęty Europejskim Nakazem Aresztowania, wydanym przez Szwecję, gdzie oskarżano go o przestępstwa seksualne. Dwa lata temu nakaz został wycofany, a wstępne postępowanie umorzone – szwedzka prokuratura uznała, że nie jest w stanie przesłuchać Assange’a, który przebywał w ekwadorskiej ambasadzie w Londynie. Jednak jeśli do 2020 roku Szwecji uda się go sprowadzić do kraju, sprawa zostanie wznowiona. Jak twierdzi sam oskarżony, oskarżenia o gwałt służą jedynie temu, żeby przekazać go Stanom Zjednoczonym, a cała sprawa ma wymiar nie karny, a polityczny.
W Stanach Zjednoczonych oficjalnie nie zostały Assange’owi postawione żadne zarzuty, jednak w listopadzie ubiegłego roku w dokumentach dotyczących innej sprawy pojawiła się wzmianka o niejawnym postępowaniu wobec Australijczyka – prawdopodobnie pracownik prokuratury kopiując część treści tajnych dokumentów na temat Assange’a do podobnego aktu oskarżenia, zapomniał zmienić nazwiska oskarżonego.
Julian Assange założył stronę WikiLeaks w 2006 roku. Najbardziej znane i wstrząsające dla opinii publicznej były tajne dokumenty na tematy zbrodni wojennych i prawdziwej liczby ofiar cywilnych na wojnach w Afganistanie i Iraku (w tym polski ostrzał cywilów w Nangar Khel), a także szczegółowe informacje o torturach i pogwałceniach praw człowieka w nielegalnym amerykańskim więzieniu w Guantanamo. W 2016 roku na stronie pojawiły się także maile, wymieniane przez czołowych polityków Partii Demokratycznej, przez co Assange’a uznano za osobę zamieszaną w “Russiagate”, czyli domniemany spisek Kremla i “ustawienie” amerykańskich wyborów prezydenckich w taki sposób, żeby wygrał je Donald Trump. Komisja Muellera obaliła te zarzuty.
W odróżnieniu od wielu mediów głównego nurtu, WikiLeaks nigdy nie opublikowało nieprawdziwej informacji.
– Decyzja o odebraniu azylu Julianowi Assange’owi była suwerenną decyzją Ekwadoru, wynikała z wielokrotnych naruszeń konwencji międzynarodowych i przekraczania protokołów regulujących codziennie życie ambasady – stwierdził Lenin Moreno, prezydent południowoamerykańskiego państwa, narażonego na silne naciski USA.
Tymczasem ofiarą masowych naruszeń prawa międzynarodowego był właśnie Assange. Zgodnie z nim bowiem władze brytyjskie nie miały prawa go aresztować po udzieleniu mu azylu, tymczasem to właśnie ze względu na tę groźbę założyciel WikiLeaks nie mógł opuścić ambasady Ekwadoru. Przedstawiciele ONZ wielokrotnie podkreślali, iż Assange został nielegalnie pozbawiony wolności.

Netanjahu zostaje

Po policzeniu blisko 98 proc. głosów oddanych wczoraj w wyborach parlamentarnych nie ma wątpliwości, że premier Benjamin Netanjahu dalej będzie kierował izraelskim rządem. Centroprawicowa koalicja Niebieskobiałych z gen. Bennym Gantzem na czele zdobyła tyle samo miejsc w parlamencie, co Likud, partia Netanjahu, ale pozostaje zbyt osamotniona, by móc przejąć władzę. Przyszła koalicja rządowa będzie miała ultranacjonalistyczny i rasistowski profil polityczny, co zapewni trwanie apartheidu i nielegalnej okupacji ziem palestyńskich.

Oba czołowe ugrupowania – Likud i Niebieskobiali – zdobyły po 35 miejsc w 120 osobowym Knesecie, lecz to przyszła koalicja wokół Likudu zapewni sobie większość ok. 65 posłów, dzięki udziałowi partii religijnych i faszyzujących. Partia Nasz Dom Izrael byłego ministra obrony Awigdora Liebermana dostała się do parlamentu i już wybrała współrządzenie z Likudem, mimo że wcześniej rząd opuściła. Partie religijne – zarówno sefardyjska, jak i aszkenazyjska – zdobyły razem 16 miejsc, do tego dochodzą neonaziści z Unii Partii Prawicy i to wystarczy: większość Izraelczyków głosowała na skrajną prawicę.
Wzruszony i radosny premier Netanjahu ogłosił swe zwycięstwo na kilka godzin przed ogłoszeniem pierwszych rezultatów: ten wynik pozwoli mu pobić izraelski rekord długości premierowania, jeśli jego kłopoty z policją i oskarżeniami prokuratury o malwersacje finansowe, korupcję i oszustwa polityczne nie przerwą jego kolejnej kadencji. W czasie kampanii wyborczej Netanjahu forsował obraz polityka mającego świetne kontakty międzynarodowe, w czym pomogli mu prezydenci USA Donald Trump i Rosji Władimir Putin – przyjmując go z pompą przed samym głosowaniem.
Wśród partii syjonistycznych, lewica będzie reprezentowana tylko przez Merec Tamar Zandberg. Będzie mieć czterech posłów. Partie izraelskich Palestyńczyków – jedyne niesyjonistyczne ugrupowania w Knesecie – zdobyły razem 10 miejsc. Ich udział w pracach parlamentu pozostanie w zasadzie jedynie symboliczny. Palestyńczycy z terytoriów okupowanych i kolonizowanych przez Izrael oczywiście nie mieli prawa głosu.
Władze Autonomii Palestyńskiej, zarządzającej kilkoma kawałkami ziemi palestyńskiej o statusie bantustanów, są załamane wynikiem wyborów, gdyż oznaczają one ostateczne pożegnanie z wizją państwa palestyńskiego, usytuowanego obok żydowskiego. Premier Netanjahu, pewien bezwarunkowego poparcia Stanów Zjednoczonych, ogłosił zresztą zamiar nielegalnej aneksji ziem okupowanych.

Brexit odroczony

I to nie do czerwca, ale aż do 31 października – tak zdecydował szczyt unijnych przywódców.

Brytyjska premier Theresa May zapowiada jednak, że jej celem jest doprowadzenie do brexitu jak najszybciej, aby nie w Wielkiej Brytanii nie trzeba było organizować wyborów do Parlamentu Europejskiego, które są zaplanowane na 23 maja. „Jeśli przyjmiemy umowę w pierwszych trzech tygodniach maja, to nie będziemy musieli brać udziału w europejskich wyborach i oficjalnie opuścimy Unię Europejską w sobotę 1 czerwca – mówiła.
Odroczenie terminy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej jest warunkowane przez sprawę wyborów do PE. Jeśli Londyn będzie chciał skorzystać z niego, a nie zdoła sfinalizować brexitu w terminie zarysowanym przez premier May, a przy tym nie przeprowadzi wyborów brexit nastąpi faktycznie 1 czerwca, ale będzie to brexit bezumowny. Wielka Brytania dostała zatem czas, aby uporządkować sprawy i przyjąć wynegocjowaną umowę, ale też i została postawiona przed ultimatum. Trudno bowiem oczekiwać, że dwudziestka siódemka zgodzi się na powtórne odroczenie. Premier May musi zdawać sobie z tego sprawę.
Szefowa brytyjskiego rządu zdaje sobie również sprawę, że choć zyskała na czasie, jej zadanie nie będzie łatwe. Dotychczasowe doświadczenia wskazują bowiem wyraźnie, że osiągnięcie porozumienia w parlamencie w terminie do 22 maja może okazać się przesadnie optymistycznym założeniem. Może zatem powinna poważnie traktować perspektywę zorganizowania wyborów, nawet jeśli brytyjscy europarlamentarzyści mieliby pełnić swoją funkcję zaledwie przez kilka miesięcy – najdalej właśnie do 31 października.

48 godzin świat

ONZ o Libii

Według przedstawicieli ONZ walki o stolicę Libii między siłami rządowymi a siłami marszałka Chalify Haftara – Libijską Armią narodową – spowodowały śmierć 56 osób. Specjalny wysłannik ONZ do Libii Ghassan Salame uważa jednak, że zorganizowanie zaplanowanej na przyszły tydzień konferencji pokojowej będzie niemożliwe – nadal dochodzi do eskalacji walk. „Jestem zdeterminowany jak nigdy, aby przeprowadzić tę konferencję jak najszybciej, gdyż nie możemy stracić historycznej szansy” – powiedział. Marszałek Haftar nie zamierza jednak ustępować, najwyraźniej uważając, że ma „przywilej korzyści”, a rozejm spowoduje utratę momentu prowadzonej przez niego ofensywy.

Polska złamała prawo

Rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu Evgeni Tanchev orzekł, że Polska naruszyła unijne prawo przyjmując ustawę o Sądzie Najwyższym, odsyłającą część sędziów w stan spoczynku. Uznał zatem w całej rozciągłości stanowisko Komisji Europejskiej w tej sprawie. Nie jest to jednak werdykt finalny – jego opinia jest wszakże sugestią dla Wielkiej Izby.

Stracimy miejsca pracy

W Europejskim Komitecie Regionów przedstawiono raport na temat stanu unii energetycznej i regionów węglowych, które będą wymagały „energetycznej transformacji”. Wyliczono, że łączna utrata miejsc pracy w elektrowniach węglowych oraz kopalniach do 2025 r. wzrośnie nawet do 77 tys., a w roku 2030 – do około 160 tys. Szacuje się, że na samym Śląsku może stracić pracę ok. 41 tys. osób.

Turcja nie chce F-35

Ankara znajdzie zastępstwo dla myśliwców F-35, jeśli Stany Zjednoczone odmówią ich dostaw z powodu zakupu przez Turcję rosyjskich rakietowych systemów przeciwlotniczych S-400, powiedział minister spraw zagranicznych Turcji Mevlüt Çavuşoğlu. „Turcja kupi analogiczne samoloty od innych krajów. Będzie to trwało do momentu rozpoczęcia produkcji naszych własnych myśliwców piątej generacji” – powiedział.

Pozytywny spadek

Amnesty International opublikowała raport, z którego wynika, że liczba wykonywanych wyroków śmierci wreszcie spadła. W ubiegłym roku liczba egzekucji spadła o jedną trzecią w porównaniu z rokiem 2017. W 20 państwach wykonano w ubiegłym roku co najmniej 690 wyroków śmierci Udało się dojść do najniższego poziomu od dekady.

Rosja chwali Polskę

Polski sąd podjął słuszną decyzję w sprawie rosyjskiej rodziny, która zbiegło ze Szwecji do Polski i wystąpiła o azyl – stwierdziła Rosyjska rzeczniczka praw człowieka Tatiana Moskalkowa.

Kim Dzong Un traci cierpliwość

Przywódca Korei Północnej nazwał Stany Zjednoczone wrogimi siłami, Waszyngton wprowadza sankcje, aby „stłamsić” republikę ludową – powiedział na sesji Komitetu Centralnego Partii Pracy.

Zełenski prowadzi w sondażach

Sondaże wskazują, że Wołodymyr Zełenski zwycięży w drugiej turze wyborów prezydenckich na Ukrainie. Zamierza go poprzeć 51 proc. Ukraińców. Petra Poroszenkę – zaledwie 21 procent.

Katastrofa potwierdzona

Minister obrony Japonii Takeshi Iway potwierdził przypuszczenia, że myśliwiec F-35A Japońskich Powietrznych Sił Samoobrony, który zniknął z radarów, rozbił się.

Jutro nie będzie futra

Hodowle miały czas na wygaszenie działalności do 2022 r. Jednak właśnie zakończyła pracę ostatnia – w Rahden w Nadrenii Północnej-Westfalii. Niemcy oficjalnie dołączyły do krajów, w których nie zabija się zwierząt na futra – poinformował lokalny oddział PETA.

Ostatni hodowca zakończył działalność już teraz ze względu na dużą presję społeczną. Protestowali zarówno aktywiści jak i mieszkańcy regionu (w marcu ponad 1340 osób podpisało petycję, domagając się zamknięcia fermy). Pracy nie ułatwiała mu również administracja rządowa, która w 2017 przyjęła bardzo rygorystyczne przepisy dotyczące warunków życia zwierząt na wygaszanych fermach (m.in. powiększone klatki, stały dostęp do wody, a w przypadku norek – również baseny do pływania). W związku z tym hodowcy usieli liczyć się ze zwiększonymi kontrolami. W końcu konstatowali, że „bardziej etyczna” hodowla zwierząt na futra jest po prostu nieopłacalna.
PETA podkreśla, że 85 proc. światowego obrotu obrobionego futra pochodzi z hodowli – i że niezależnie od tego, czy poszczególne kraje wprowadzają obostrzenia, fermy zawsze oznaczają dla przetrzymywanych tam zwierząt cierpienie – od narodzi, aż do momentu brutalnej śmierci. Futra przestają też przynosić zyski jako towar luksusowy – rezygnują z nich nawet projektanci i największe światowe domy mody, jak Armani, Gucci czy Burberry.
W 2000 roku hodowli zwierząt na futra całkowicie zakazała Wielka Brytania, cztery lata później – Austria. Niemcy przyjęły odpowiednią ustawę dwa lata temu. Swoje fermy zamknęły również Czechy i Norwegia, która do tej pory była jednym z futrzarskich liderów – rocznie zabijało się na futro 700 tysięcy norek oraz 110 tysięcy lisów.
Niestety nie zanosi się na to, by Polska miała do nich dołączyć, mimo wcześniejszych obietnic Jarosława Kaczyńskiego, że tak właśnie się stanie. PiS wycofało się z pierwotnego kształtu ustawy o ochronie zwierząt, zawierającego zapis o wygaszeniu branży.

Licytacja na terroryzm

Iran nie pozostaje dłużny Donaldowi Trumpowi. Władze w Teheranie zagroziły poważnymi retorsjami jeżeli zapowiedzi wpisania Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI) na amerykańską listę organizacji terrorystycznych zostałyby zrealizowane.

Oświadczenie o podjęciu działań zmierzających do uwzględnienia KSRI w spisie międzynarodowych organizacji terrorystycznych zostało opublikowane na stronie Białego Domu ósmego kwietnia: „W dniu dzisiejszym oficjalnie ogłaszam zamiar kierowanego przeze mnie rządu uznania Korpusu Strażników Islamskiej Rewolucji Islamskiej […] za Zagraniczną Organizację Terrorystyczną na mocy sekcji 219 ustawy o imigracji i obywatelstwie. Ten bezprecedensowy krok, podjęty przez Departament Stanu, będzie rzeczywistym opisem stanu faktycznego i wskazaniem, iż Iran jest nie tylko państwem-sponsorem międzynarodowego terroryzmu, ale także określeniem KSRI jako organizacji aktywnie uczestniczącej, finansującej i promującej terroryzm […] KSRI jest podstawowym instrumentem irańskiego rządu, który służy mu do kierowania globalną kampanią terrorystyczną” – czytamy m. in. w dokumencie.
Iran, podobnie jak większość państw na Bliskim Wschodzie, przyzwyczajona jest do rozmaitych pogróżek ze strony Waszyngtonu. Również takich, których ogólna forma wykracza dalece poza uznane standardy dyplomatycznej kultury. Teheran jednak jest jednym z niewielu krajów w regionie, który może pozwolić sobie na więcej samodzielności i powagi w stosunkach z USA.
Tamtejsze władze zareagowały błyskawicznie. Już dzień po tym jak Wall Street Journal doniósł o zamiarach Białego Domu (5 kwietnia) w irańskich mediach pojawiła się informacja o możliwości wpisania US Army na listę organizacji terrorystycznych w ramach działań odwetowych. Wspominaliśmy o tym również na stronach portalu Strajk. Wciąż jednak większość obserwatorów skłonna była to traktować jako blef. Dotychczas Waszyngton nigdy nie posunął się w swoich imperialnych fantazjach na tyle daleko, by opisać oficjalne siły zbrojne suwerennego państwa jako organizację terrorystyczną. Tymczasem Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej jest właśnie jedną z dwóch irańskich struktur militarnych.
Według irańskiej konstytucji armia odpowiedzialna jest za obronę granic Iranu, zaś KSRI borni osiągnięć rewolucji islamskiej. Do jego zadań należy m. in. zwalczanie „obcych wpływów”. W strukturze KSRI, liczącej łącznie ponad 160 tys. żołnierzy, funkcjonują wszystkie rodzaje sił zbrojnych, służby wywiadowcze, specjalna jednostka – Ghods oraz paramilitarny Związek Mobilizacji Uciemiężonych.
Jeżeli do tego dojdzie dowództwo amerykańskiej armii znajdzie się na tej samej liście, na której figuruje np. tzw. Państwo Islamskie. Heshmatollah Falahatpisheh, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej irańskiego parlamentu, poinformował w rozmowie z dziennikarzami, że projekt ustawy w tej sprawie został już przygotowany.
Wydaje się, że ewentualne uznanie amerykańskiej armii za organizację terrorystyczną jest o wiele bardziej uzasadnione moralnie i politycznie. USA przeprowadziły na Bliskim Wschodzie dwie wojny napastnicze przeciwko Irakowi doprowadzając ten kraj do niemal zupełnej ruiny, dokonały inwazji na Libię co zakończyło się faktyczną likwidacją jej państwowości, wspierają radykalne ruchy religijne, które miały wysadzić w powietrze Syrię, aktywnie pomagają Arabii Saudyjskiej w systematycznym wyniszczaniu Jemenu, gdzie rozgrywa się przez to – jak wskazuje ONZ – największa katastrofa humanitarna na świecie. W tej chwili trwają aktywne przymiarki do wszczęcia kolejnej zbrojnej napaści – właśnie na Iran.

Podwójny przewrót

„W ciągu dwóch dni obaliliśmy dwóch prezydentów!”, „Udało się nam, udało!” – ludzie skandowali w Chartumie okrzyki dumy i radości rozchodząc się do domów po ostatniej trwającej tydzień bez przerwy wielkiej manifestacji w stolicy. Ukonstytuowana w czwartek Tymczasowa Rada Wojskowa, która objęła władzę po obaleniu prezydenta Omara al-Baszira, obaliła dzień później swego własnego szefa i postawiła na czele państwa innego generała, skłonnego szybciej oddać władzę cywilom.

Sytuacja w Sudanie zmienia się tak szybko, że manifestanci zebrani przed kwaterą główną armii postanowili pozostać „czujni” i „zmobilizowani”, mimo wyrażanej powszechnie satysfakcji. W czwartek generałowie odsuwając od władzy prezydenta al-Baszira, który rządził krajem przez 30 lat, przynieśli zwycięstwo manifestantom aktywnym w całym kraju od połowy grudnia. Lecz mianowanie przez nich „p.o. prezydenta” gen. Awada Ibn Ufa i zapowiedź jego rządów przez dwa lata nie uspokoiły protestujących.
Sudańczycy wyraźnie odrzucili perspektywę kierowania krajem przez juntę wojskową, tym bardziej, że gen. Ibn Uf był ściśle związany z obalonym prezydentem. Wczoraj w łonie Rady Wojskowej doszło więc do kolejnego przewrotu: na czele państwa stoi odtąd gen. Abdel Fattah al-Burhan, nieznany szerzej publiczności, jednak jak się wydaje na razie zaakceptowany, gdyż swe rządy zaczął od ogłoszenia dymisji Salaha Gosza, szefa NISS, tajnej policji prezydenta al-Baszira, odpowiedzialnej za krwawe represje, które spadły na wielomiesięczny ruch protestu. Nowy przywódca Sudanu nakazał wypuszczenie z więzień wszystkich zatrzymanych w ostatnich miesiącach, jak i innych więźniów politycznych.
Jednocześnie Rada Wojskowa zaczęła zapewniać, że przewidziany wcześniej okres dwóch lat, który miał służyć transformacji politycznej, „może zostać skrócony”. Członek Rady, gen. Omar Zinelabidin, który ma zająć się sudańską dyplomacją, zapewnił zebranych w trybie pilnym ambasadorów państw afrykańskich, że w jego kraju powstanie rząd cywilny, a wojsko nie będzie mieszać się w jego skład. Gen. al-Burhan zajął się z kolei uspokajaniem władz imperium amerykańskiego: baza CIA w Chartumie, zajmująca się koordynacją działań tej agencji wywiadowczej w całej północnej Afryce, będzie mogła bez przeszkód kontynuować swą działalność.
Nowy, silny człowiek Sudanu to były inspektor generalny armii, wcześniej dyplomata (m.in. w Pekinie) i dowódca sudańskich wojsk lądowych, ma 59 lat. Był koordynatorem wysyłki oddziałów sudańskich do Jemenu, zdecydowanej przez al-Baszira na na usilną prośbę Arabii Saudyjskiej i po naciskach amerykańskich, lecz nie uchodzi za zwolennika tej operacji, mimo finansowania jej przez Saudów.