O 11 września – tyle, że w Chile

15 tys. zabitych, 100 tys. w obozach koncentracyjnych. Bestialskie torturowanie więźniów, żołdackie gwałty, masowe grabieże. Bombardowania dzielnic robotniczych i podpalenia lokali partyjnych. Obalenie demokratycznie wybranego rządu i zamordowanie prezydenta. Rozjechane przez czołgowe gąsienice prospołeczne reformy, programy alfabetyzacji i zmniejszania nierówności. 17 lat brutalnej faszystowskiej dyktatury wojska i wielkich posiadaczy. To prawdziwy bilans zamachu z 11 września. W Chile, w 1973 roku.

Jak co roku o tej porze, nie było chyba medium w naszym kraju, które nie przypominałoby o rocznicy zamachów na nowojorskie wieże WTC. To całkowicie zrozumiałe – była to wielka tragedia i przerażający przykład tego, do czego może prowadzić religijny fanatyzm. Bardzo często jednak w parze ze wspomnieniem owych wydarzeń idzie mainstreamowa opowieść, jak to pokojowo nastawione oraz zawsze pacyfistyczne Stany Zjednoczone zostały brutalnie i niespodziewanie zaatakowane przez zewnętrznych napastników, a same zamachy były największą zbrodnią przeciwko ludzkości od II wojny światowej. I właśnie dlatego, oczywiście bardzo niechętnie i z wielkim bólem serca, Stany Zjednoczone nie chciały, ale musiały utopić Bliski Wschód we krwi. Dominacja takiej narracji nie powinna dziwić, żyjemy bowiem w amerykańskim protektoracie i świecie neoliberalnej ideologii. Mając to jednak na uwadze, tym bardziej warto przypominać, że dzień 11 września kryje w sobie także inną, o wiele bardziej mroczną rocznicę. Rocznicę przerażającej tragedii, jaką USA i lokalna prawica zafundowały ludowi chilijskiemu, a której bolesne skutki są odczuwalne do dzisiaj.
Salvador Allende był wiele lat parlamentarzystą i przewodniczącym senatu. W 1970 roku wygrał wybory w Chile i tym samym stał się pierwszym demokratycznie wybranym lewicowym prezydentem w Ameryce Południowej. Zwycięstwo zapewnił mu program szerokich prospołecznych reform. Po wyborach Allende utworzył koalicyjny rząd Frontu Ludowego. Wybór Chilijczyków rozwścieczył władze Stanów Zjednoczonych. Na wieść o zwycięstwie Allende prezydent Nixon nakazał CIA przygotowanie dwóch planów dywersji – ,,łagodniejszego”, mającego zmusić prezydenta do dymisji (która miała umożliwić wygranie ,,wolnych” wyborów amerykańskiemu pachołkowi) oraz, w przypadku nieugiętości Allende, ,,ostrzejszego”, polegającego podburzaniu do buntu i wspieraniu wrogich prezydentowi konserwatywno – arystokratycznych kręgów w armii. Według słów Nixona chilijska gospodarka miała ,,zawyć z rozpaczy”, a przeciwko chilijskiej głowie państwa miała zostać przygotowana zmasowana ofensywa propagandowa. Powodem tak szybkich i zdecydowanych działań było poważne zaniepokojenie Stanów Zjednoczonych, że kolejny, po Kubie, dotychczasowy wasal zdecydował się zrzucić amerykański protektorat. Sukcesy Chile mogły bowiem dodatkowo zachęcić kolejne kraje w Ameryce Południowej do przeciwstawienia się Wielkiemu Bratu.
A owe sukcesy pojawiły się bardzo szybko. Salvador Allende bardzo konsekwentnie realizował program, z którym stanął do wyborów. Uruchomił plan budowy 120 tysięcy budynków mieszkalnych w robotniczych dzielnicach, objął ubezpieczeniami społecznymi wszystkich pracowników, wdrożył program rozdawania darmowej żywności wśród najbardziej potrzebujących, prowadził integrację zmarginalizowanych dotychczas społeczności indiańskich z systemem oświaty, organizował alfabetyzację, zwiększył liczbę miejsc w szkołach i na uczelniach, znacjonalizował wiele dużych zakładów, będących dotychczas centrami wyzysku, rozszerzając program robót publicznych obniżył trapiące Chile bezrobocie, a także, podpisując umowę ze Zjednoczonym Centrum Robotników, dał samorządom robotniczym wpływ na decyzje Ministerstwa Planowania Społecznego. Mimo oporu ze strony wielkich latyfundystów i ich bojówek skutecznie wprowadzał w życie reformę rolną. Utworzył Sekretariat Kobiet, mający zająć się poprawą ich sytuacji społecznej i ekonomicznej. Państwo wykupiło także prywatny dom wydawniczy „Editorial Quimantu”, z którego drukarni wyszło potem w ciągu dwóch lat ponad 8 mln książek, dystrybuowanych między szkoły i wysłanych do biednych regionów. Poprawiły się także wskaźniki gospodarcze – inflacja spadła z 36 proc. w 1970 do 22 proc. w 1971 roku, a średnie płace realne w samym tylko 1971 roku wzrosły o 22,3 proc..
Wszystko to wywołało furię Waszyngtonu, próbującego coraz to nowych dywersji, by pozbyć się lewicowego prezydenta. Allende był jednak nieugięty. W samym Chile także nasilał się opór kręgów konserwatywnych wobec działań prezydenta, a coraz większa liczba prawicowych bojówek destabilizowała kraj. Sytuacja była coraz bardziej napięta. CIA cały czas wspierała wymierzoną w prezydenta i planującą przeprowadzenie zamachu stanu konspirację w armii, śląc jej pieniądze, organizując szkolenia i pomagając politycznie. Na jej czele generał Augusto Pinochet. Planowany od maja pucz rozpoczął się w nocy z 10 na 11 września 1973 roku. Nad ranem większość stolicy była już w rękach spiskowców, a sam Allende z najwierniejszymi zwolennikami został otoczony w pałacu prezydenckim – La Moneda. Prezydent, mimo że jego współpracownicy przygotowali mu samolot i dali szansę na ucieczkę z kraju, zdecydował się walczyć do końca z bronią w ręku. Poległ ok. 14.15, podczas decydującego szturmu na pałac, do ostatnich chwil dzielnie broniąc lewicowych ideałów, którym był wierny całe życie.
Po śmierci prezydenta wojskowi na czele z Pinochetem zgotowali Chile piekło. W ciągu kilku dni zostało zamordowanych ok. 15 tys. ludzi, w większości cywilnych działaczy lub sympatyków lewicy. Największe stadiony kraju, Estadio Chile i Estadio Nacional, zmieniono w obozy koncentracyjne, przez które przeszło prawie 100 tys. osób. Tysiące więźniów poddano tam bestialskim torturom, a kobiety padały ofiarą masowych gwałtów żołdactwa. Armia bombardowała robotnicze dzielnice i pacyfikowała protesty w zakładach pracy. Śmierć groziła każdemu, kto w jakikolwiek sposób był powiązany z lewicą lub był choćby potencjalnym zwolennikiem Allende. Kraj na 17 lat pogrążył się w mroku brutalnych rządów wojskowej junty na czele z Augusto Pinochetem jako dyktatorem. Cofnął on prawie wszystkie prospołeczne reformy, zmienił kraj w prywatny folwark oficerów i bogaczy oraz uczynił z niego królika doświadczalnego dla chicagowskich ekonomistów. Narodzony w ten sposób neoliberalizm stał się źródłem bolączek bardzo silnie trapiących Chile (i nie tylko) po dziś dzień. By przekonać się, jak trudne to dziedzictwo, jak wielkie są nierówności z niego zrodzone, wystarczyło posłuchać demonstrantów, którzy protestowali na ulicach Chile całymi miesiącami, na przełomie 2019 i 2020 r. Wiele lat po tym, gdy dyktatura Pinocheta teoretycznie odeszła do przeszłości. Nie byłoby tych wszystkich nieszczęść, gdyby nie organizacyjna, propagandowa i polityczna interwencja Stanów Zjednoczonych w kraju, który – tylko i aż – chciał demokratycznie iść własną drogą.
11 września nie powinien być zatem zawłaszczany przez narrację tylko jednej, choć wstrząsającej, tragedii z 2001 roku. Ten dzień, 19 lat po upadku dwóch wież, przypomina także o przerażającej tragedii ludu chilijskiego, której sprawcą były Stany Zjednoczone. Nieokiełznana i bezdenna pazerność rządzącej tam oligarchii na panowanie nad światem kosztowała ten naród wiele krwi i lat ucisku. Trzeba pamiętać również o Salvadorze Allende, niepozbawionym wad, ale z krwi i kości bohaterze, który całe życie pracował na rzecz sprawiedliwszego świata. A w obliczu przemocy nie opuścił posterunku i wzorem swojego serdecznego przyjaciela Ernesto Guevary oddał życie, jak pisał Ryszard Kapuściński, ,,za władzę ludu”. Żadne moje słowa jednak nie powiedzą tak wiele o Salvadorze Allende jak te, wypowiedziane przez niego w ostatnim radiowym orędziu do narodu, tuż przed zbombardowaniem pałacu prezydenckiego: ,,Niech żyje lud! Niech żyją ludzie pracy! To są moje ostatnie słowa i jestem pewien, że moja ofiara nie będzie próżna. Niech będzie lekcją moralności karzącą zbrodnie, tchórzostwo i zdradę.” Naszym obowiązkiem jest zachować tę lekcję w pamięci.

Kultura hutongów w Pekinie

Ponad 7 000 hutongów otacza Zakazane Miasto w Pekinie. Większość z nich powstała w czasie panowania trzech dynastii: Yuan, Ming i Qing. Na pierwszy rzut oka hutongi to wyłącznie szare ściany. Jednak, kiedy znajdzie się chwilę aby porozmawiać z ich mieszkańcami, można się przekonać, że każdy z nich ma swoją własną historię.

Hutongi to miejsce życia zwykłych pekińczyków, ale także zapis rozwoju i ewolucji historii oraz kultury miasta. Tutaj można zauważyć zmiany zachodzące w historii czy zwyczajach. Wędrując hutongami można zobaczyć ciekawe miejsca historyczne, które tworzą „żywą encyklopedię Pekinu”. Historia tych zabudowań sięga setek lat. Podczas spaceru można dowiedzieć się jak wygląda życie pekińczyków i ich stosunki sąsiedzkie.
Hutong to tradycyjny chiński zespół szczelnie połączonych ze sobą parterowych budynków. Budowane były na planie prostokąta, z wąskimi uliczkami, do których przylegają bramy wejściowe do siheyuan, czyli małych, wspólnych dziedzińców, wokół których ulokowane są parterowe zabudowania z nieotynkowanej cegły. W dawnych Chinach istniała ścisła definicja szerokości ulicy lub alei. Ulice w hutongach bardzo często nie przekraczają więc szerokości 9 metrów i do dzisiaj pozostają najwęższymi drogami w Pekinie. Niejednokrotnie alejki pozostają nie szersze niż 3 do 4 metrów, a czasem są tak wąskie, że mogą się nimi poruszać jedynie pojazdy jednośladowe.
Oto najbardziej charakterystyczne hutongi w stolicy Chin, które warto odwiedzić podczas podróży. W zachodniej części Pekinu znajduje się Hutong Jiudaowan, którego nazwa oznacza dziewięć zakrętów. Czasami nazwa hutongu wywodzi się od nazwiska osoby, która tam mieszkała, tak jest na przykład Shilaoniang Hutong i Wang Pijiang Hutong. Inne noszą nazwę od kształtu zabudowań: Hutong Yangweiba oznacza hutong owczego ogona, a Hutong Erduoyan – to hutong uszu.
Nanluoguxiang ma 8 metrów szerokości i 787 m. Został zbudowany za panowania dynastii Yuan. Jest to jedna z najstarszych dzielnic w Pekinie, której historia sięga ponad 740 lat. Jest również jednym z 25 planowanych obszarów ochrony starego miasta. W czasach dynastii Qing „Kompletna mapa stolicy” narysowana w piętnastym roku Qianlong (1750) została przemianowana na Nanluoguxiang. Jest to największa, najwyższej klasy i bogata w zasoby tradycyjna dzielnica mieszkaniowa w Chinach w stylu szachownicy, która w pełni zachowuje strukturę dziedzińca hutongu z czasów dynastii Yuan. Rezydencje i dziedzińce o różnych kształtach w okolicznych hutongach są kolorowe i głębokie. Nanluoguxiang i okolice były niegdyś centrum dynastii Yuan, a następnie miejscem wielkiego bogactwa w czasach dynastii Ming i Qing, aż po upadku dynastii Qing, kiedy to powoli dobiegał końca również dobrobyt Nanluoguxiang. Yu’er Hutong na Nanluoguxiang to miejsce, gdzie 25 lutego 2014 roku mieszkańców odwiedził przewodniczący Chin Xi Jinping.
Shichahai Hutong jest na pewno wart odwiedzania, ze względu na historię i kulturę. Znajduje się on niedaleko kompleksu jezior w północno-zachodnim Pekinie i na północ od Parku Beihai. Akwen zajmuje łącznie powierzchnię 146,7 ha, w jego skład wchodzą trzy zborniki: Qianhai (dosł. „Morze Przednie”), Houhai („Morze Tylne”) i Xihai („Morze Zachodnie”), które otoczone są dobrze zachowanymi zabytkami tradycyjnej chińskiej architektury, m.in. dawnymi rezydencjami miejskimi, hutongami oraz siheyuan. Po wschodniej stronie jeziora Houhai zlokalizowane są stare hutongi, pośród których mieści się świątynia Guanghua, którą wzniesiono za rządów dynastii Yuan. Świątynia jest siedzibą Pekińskiego Związku Buddyjskiego. Nad wschodnim brzegiem Houhai znajduje się rezydencja księcia Chun. Po drugiej stronie jeziora leży park Houhai; na południe od niego znajduje się klasztor Fengtai oraz rezydencja księcia Gonga, która zajmuje powierzchnię 60 000 m² i jest największym oraz najlepiej zachowanym tego typu obiektem w Pekinie. Na terenie rezydencji utworzono ogród znany jako Jincui Yuan, umieszczono w nim jeziora, jaskinie i liczne pawilony. Znajduje się tam także pawilon teatralny, w którym obecnie codziennie odbywają się spektakle opery pekińskiej.
Qianshi Hutong, czyli hutong rynku pieniężnego, jest najwęższy w całym mieście. Znajduje się na Jewel City Street, koło Qianmen. W przeszłości mieściły się tutaj instytucje finansowe. Najwęższe miejsce w hutongu ma tylko 80 cm szerokości, więc gdy spotykają się dwie osoby, muszą one przejść bokiem. Hutong ten ma około trzydziestu do czterdziestu metrów długości.
Najdłuższy hutong to Xijiaomingxiang. Jest to równoległa do Alei Chang’an, zaczynająca się od ulicy Chongwenmen Nei na wschodzie i na północy od ulicy Xinhua na zachodzie. Na mapie dynastii Ming i Qing nazywany był „Wschodnią-Xijiangmixiang”, o łącznej długości 6,5 kilometra.
Najkrótszy hutong to Guantongjie. Znajduje się on w pobliżu Liulichang i ma tylko ponad 20 metrów długości.
Najstarszy hutong to Sanmiao. Znany jako „przodek hutongów”. Ponad 900 lat temu nosił on nazwę „Shanzhoujie”.
„Małe kręte hutongi zawierają wiele pokręconych historii. Te historia mówią mi i wam, że na każdym dziedzińcu znajduje się obraz, którego nie można dostatecznie poznać” – brzmią słowa piosenki „Beijing Hutong”.
Pekińskie hutongi to codzienność mieszkańców stolicy, ale też historia kultury i architektury. To także wizytówka Pekinu, którą zachwycają się turyści z całego świata.

Pięć lat Wielkiej Migracji

Tak naprawdę ta migracja z Południa do Europy zaczęła się wcześniej, ale przyjmuje się na ogół, że masowy napływ uchodźców wojennych i imigrantów zaczął się w r. 2015, gdy naszym kontynentem wstrząsnęły wielkie wydarzenia polityczne i medialne: topienie się przeładowanych łodzi w Morzu Śródziemnym, decyzja Niemiec otwarcia granic, czy pamiętna fotografia ciała małego Aylana na tureckiej plaży. Jesteśmy dziś bardzo daleko od ówczesnego witania migrantów z otwartymi ramionami, a tamte wspomnienia skrywają obecną sytuację migracyjną.
Oto pięć przykładów miejsc, gdzie wszystko się zmieniło, by wszystko zostało, jak przedtem.

Przypomnijmy najpierw krótko tamte wydarzenia. Po rozbiciu przez NATO Libii i pogrążeniu jej w chaosie władzy ugrupowań dżihadu, do ucieczki rzucili się przez morze Libijczycy i Afrykanie, którzy tam wcześniej pracowali. Morska droga na włoskie wyspy Lampedusę i Sycylię zaczęła wypełniać się starymi kutrami i pontonami wypakowanymi ludźmi do ostatniego miejsca. Na początku ten ruch był lekceważony, aż informacje o tonięciu uchodźców zaczęły przebijać się do mediów. W kwietniu 2015 r. Unia Europejska postanowiła wzmocnić patrole ratunkowe u libijskich wybrzeży, gdy pod Lampedusą utonęło ponad 800 osób stłoczonych na rozlatującej się barce. Ta droga migracyjna pozostaje aktywna do dzisiaj, jak wszystkie inne.
Media komunikując pokrzepiający, pozytywny bilans przyjęcia wtedy przez Niemcy wielkiej fali migrantów idących drogą bałkańską, zapominają, że dziś Niemcy i inne kraje w Europie na ogół bronią się rękami i nogami przed dalszą imigracją. Nie chodzi o konsekwencje ekonomiczne, tylko polityczne: prawie wszędzie odnotowano wzrost popularności nieprzychylnej imigracji skrajnej prawicy i zwykłego rasizmu. Niemcy już po dwóch tygodniach przywrócili kontrole graniczne, Austria, Słowacja, Czechy szybko poszły tym śladem, by rozpocząć proces „wielkiego zamknięcia”. Kilka miesięcy później zamknęły się granice drogi bałkańskiej, a Angela Merkel podpisała w imieniu Unii układ z Turcją, która w zamian za miliardy euro miała zatrzymać ludzi zdążających do Grecji i dalej.

  1. Kanał La Manche
    Nie, już dawno nie ma słynnej „dżungli” pod francuskim Calais, skąd migranci próbowali dostać się do Wielkiej Brytanii wskakując do ciężarówek, które zdążały na promy lub do tunelu pod Kanałem. Ale ciągle są małe „dżungle” wzdłuż wybrzeża, schowane w krzakach: tu skupiają się ludzie, którzy przeszli najdłuższą drogę – Afgańczycy, iraccy i syryjscy Kurdowie, Pakistańczycy, Nigeryjczycy. Ciężarówki dostały ochronę kosztem setek milionów. Wysokie mury, siatki, stała obecność policji, uniemożliwiły w końcu ten sposób przeprawy. Teraz, jak w Turcji, na plażach północnej Francji znajduje się zwłoki tych, którzy próbowali przeprawić się pontonami, bo to jest dziś jedyna droga. Zwłok dzieci nikt już nie fotografuje. W zależności od miejsca, trzeba pokonać od 30 do 60 km (i więcej) morskiej autostrady, nocą.
    La Manche jest „autostradą”, bo każdego dnia płynie nim ok. 600 tankowców, statków towarowych i innych, nie licząc stałego ruchu promowego, który się z nimi krzyżuje. W północnofrancuskich Decathlonach i innych sklepach tego typu nie uświadczysz kamizelek ratunkowych. Wszystko jest wykupowane na pniu przez handlarzy, którzy sprzedają je w „dżunglach” i oficjalnych obozach. W tym roku zanotowano do tej pory blisko 400 nielegalnych przepraw w łodziach i pontonach. Są oczywiście też takie, których nie zanotowano. Ta liczba sukcesywnie rośnie, bo ok. 60 proc. (policzonych) wypłynięć kończy się sukcesem. Reszta, jeśli nie została schwytana przez straż przybrzeżną, tonie lub z powodu fal i silnych tu prądów nie może nawet dobrze odbić od brzegu. Ci, którzy przeżyli, próbują kolejny raz. Za dużo przeszli, żeby się zatrzymać.
  2. Lampedusa
    Lampedusa, przyjmowanie migrantów w porcie. lastampa
    Chwilę temu Lampedusa, włoska wyspa na Morzu Śródziemnym najbliższa Afryki, ogłosiła strajk generalny. W miniony weekend burmistrz Toto Martello ogłosił strajk, bo mała wyspa przyjęła blisko 400 migrantów, którym pozwolono przybić, bo płynęli nabierającym wody statkiem rybackim. Kiedy uratowani wychodzili na ląd, witała ich wroga manifestacja miejscowego oddziału Ligi Matteo Salviniego. Burmistrz jest zły, bo „jeśli statek tego rozmiaru mógł tu dotrzeć niezauważony, to znaczy, że morze nie jest kontrolowane. Co robi rząd, co Unia Europejska, dłużej tego nie wytrzymamy!”
    Ośrodek przyjmujący migrantów na wyspie mieści już ponad 10 razy więcej ludzi, niż wynosi jego założona zdolność, a państwo opóźnia się z ich transportem na kontynent, co powoduje według Martello „bezprecedensowy kryzys humanitarny i sanitarny”. „Osoby w niebezpieczeństwie trzeba ratować, ale bez pomocy Lampedusa jest sparaliżowana, nie mamy już jak zajmować się kolejnymi kobietami i dziećmi, nie mówiąc o reszcie. Obojętność Brukseli i cisza Rzymu nas wykończy”. Do tego włoska straż przybrzeżna przywiozła na wyspę 49 kobiet i dzieci uratowanych przez statek Banksy’ego „Louise Michel”. Katolicka parafia opatruje ich rany, ale pozostaje już jedyną na wyspie, która zgadza się przyjmować migrantów, poza nieludzko przepełnionym ośrodkiem.
    Tydzień temu władze Sycylii przyjęły dekret o zamknięciu wszystkich ośrodków dla migrantów z powodu „warunków higieny, których nie można zaakceptować i epidemii covid-19”. Dekret został zaraz obalony przez sąd administracyjny, lecz wyspa, rządzona dziś przez skrajną prawicę nie zamierza składać broni, wygraża wręcz rządowi.
  3. Bośnia
    Rodzina uchodźców syryjskich w Bośni, 2020. migrantsinfo
    Bośnia i Hercegowina, kraj „drogi bałkańskiej” ostatni przed drugą, teoretycznie ostatnią granicą Unii Europejskiej po turecko-greckiej. Tak, granice są zamknięte, ale 19 sierpnia tamtejszy rząd zakazał migrantom poruszania się w ogóle – pieszo, autobusem, czy taksówką – wszystko jedno. Podany powód: epidemia covid-19, której migranci mieliby być szczególnymi nosicielami. Wszyscy, którzy przeszli już z Grecji drogę nad chorwacką granicę w Bośni (na północy kraju) zostali w ten sposób poddani wybiórczej, bezterminowej kwarantannie. Nie mogą opuszczać swych skłotów, czy namiotów, pod groźbą aresztowania lub dotkliwego pobicia przez policję i różne milicje „obywatelskie”, które potworzyły się, by na nich polować. Muszą się ukrywać.
    Owszem, Amnesty International i inne organizacje pozarządowe nazywają rozporządzenie bośniackiego rządu „dyskryminacyjnym” i „niebezpiecznym”, ale to nie robi w Unii żadnego wrażenia. Część migrantów (głównie to Syryjczycy, ale są oczywiście inne narodowości) próbuje wychodzić z kryjówek, by mimo wszystko dostać się do Chorwacji. Państwo to od 2016 r. prowadzi politykę „push-back”, chwaloną przez Komisję Europejską, ostatnio w zeszłym roku. „Push-back” to gwałtowne odpychanie z granicy osób, które chcą zwrócić się o azyl. Są jeszcze uchodźcy i migranci, którzy zwracają się o azyl na oficjalnym przejściu granicznym, ale inni wolą nielegalnie dostać się do Chorwacji, by ją przejść i poprosić o to gdzie indziej, bo nie chcą być pobici lub aresztowani.
    Dla olbrzymiej większości z nich Bośnia stała się jednak pułapką. Teraz, gdy nie mogą pokazać się na ulicy (oprócz zakazu, na murach wiszą nierzadko rasistowskie plakaty antymigracyjne namawiające do denuncjacji), marsz w kierunku zamurowanej granicy stał się równie niebezpieczny jak powrót do Serbii, która i tak przepuszcza migrantów tylko w jedną stronę. Jedna z lokalnych organizacji pozarządowych buduje szopy, by rodziny miały jakiś dach nad głową, ale i to trzeba teraz ukrywać, bo za „pomoc w nielegalnej imigracji” grozi więzienie.
  4. Morze Egejskie
    Lesbos, grecka wyspa u tureckich wybrzeży, pięć lat temu odznaczała się wielkim humanitaryzmem. Miejscowi rybacy wyławiali uchodźców i migrantów z wody, babcie, nominowane nawet później do pokojowego Nobla, karmiły niemowlęta przybyłe na chińskich pontonach, papież cieszył się, widząc tyle braterstwa. Lecz dziś Lesbos nie chce być „wyspą uchodźców” przypływających z Turcji. Kiedyś migrantów transportowano na kontynent, ale granice są zamknięte, a europejskie finansowanie jakby ginęło gdzieś po drodze. „Ludzie płakali ze wzruszenia ratując innych ludzi, a dziś jesteśmy zrujnowani i musimy zaciskać pasa” – żali się dziennikarzom Ioanna Sava, mieszkanka wyspy.
    Nad gigantycznym obozem Moria, dawnym sadem oliwnym, często widać łunę od ognia, bo obóz płonie od ognisk, na których robi się jedzenie lub jest podpalany przez nieznanych sprawców, którzy podpalają też domy tych, którzy chcą pomóc migrantom. Morię przewidziano na niecałe 3 tys. osób, dziś mieszka tam ok. 15 tys. ludzi. Według wielu organizacji pozarządowych, obóz jest „wstydem całej Europy”. Brak tu podstawowej infrastruktury, organizacji, minimalnego porządku. Prostytucja, agresje seksualne, zaginięcia dzieci, przemyt narkotyków i mordercze bójki stały się codziennością faktycznych więźniów. Po układzie UE-Turcja, niektórzy są tu już od lat, bez wystarczającego dostępu do wody, sanitariatów, edukacji i ochrony zdrowia. Dla rodzin z dziećmi to tragedia.
    W marcu tego roku Astrid Castelein, reprezentantka Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ próbowała osobiście interweniować, kiedy tłum mieszkańców Lesbos chciał przeszkodzić pontonowi wypełnionym ludźmi dobić do brzegu w porcie Thermis. Została dosłownie zaatakowana. „Od kilku miesięcy tolerancja mieszkańców bardzo osłabła, bo czują się opuszczeni przez rząd i Unię.” – mówiła potem. Faktycznie, Unia jakby zapomniała, co dzieje się na greckich wyspach.
  5. Jezioro Wan
    „Otworzyliśmy tu dwa nowe cmentarze. Kopiemy doły na zaś, by być przygotowanym” – tłumaczył w sierpniu pracownik magistratu miasteczka Wan, nad jeziorem Wan. Na płytach nad wypełnionymi dołami widać tylko numery. Tureckie jezioro Wan, ok. 33 razy większe od największego polskiego jeziora Śniardwy, może być znane polskim czytelnikom z odkryć na jego dnie, ale nie chodzi o odkrywanie ciał migrantów, lecz dawne budynki lub ciekawostki przyrodnicze. Zazwyczaj ciała wyławia się na brzegach lub w rejonie katastrofy, jak w czerwcu, gdy utonęło jednocześnie ponad 60 osób. Dla migrantów z Afganistanu, Iraku, Syrii, czy Pakistanu, Turcja to pierwsze prawie „zachodnie” państwo: należy do NATO i ma układy z Unią. Układ Turcji z Unią z 2016 r. jest dla nich przekleństwem.
    Drogi we wschodniej Turcji są obstawione anty-imigracyjnymi punktami kontrolnymi, więc ci, którym udało się pokonać góry od strony granicy irańskiej lub irackiej, chcą je ominąć płynąc przez jezioro. Woda często pochłania ich marzenia, bo choć w pogodne dni jezioro wygląda niemal bajkowo, jest bardzo kapryśne. Burza może tu trafić się nagle, bez wyraźnej zapowiedzi na niebie. Każdej wiosny, gdy mróz puszcza, mieszkańcy górskich wiosek znajdują zamarznięte zwłoki całych rodzin. To też poniekąd ofiary Jeziora. Nikt tu nie oferuje kamizelek ratunkowych.
    Jeśli nie przez Wan, ludzie idą pieszo, nie drogami, lecz przecinając pola, czujnie obserwując, czy jakaś policja nie zjawi się na horyzoncie. Jeszcze dwa lata temu było w Wan przedstawicielstwo Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców ONZ, ale zwinęło żagle. Można tu było złożyć wniosek o azyl, który był rozpatrywany w przewidywalnym terminie, teraz papiery idą do Ankary, gdzie rozpływają się w powietrzu. Dlatego ludzie idą dalej, myśląc, że kiedy dotrą do obozu Moria w Grecji, wszystko pójdzie już łatwiej.

O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

Pucz w Mali i natowska destabilizacja Sahelu

Zawirowania w zachodnioafrykańskim Mali pogłębiły się po tym, jak grupa żołnierzy i młodszych oficerów stacjonujących w stolicy Bamako zatrzymała prezydenta Ibrahima Boubacara Keitę, premiera Boubou Cissé i innych wysoko postawionych urzędników państwowych, a następnie zmusiła ich do rezygnacji. Towarzyszyły temu kolejne tygodnie masowych protestów i demonstracji przeciwko rządowi Keity. Dziesiątki tysięcy protestujących wyszły na ulice, by świętować po tym, jak wiadomość o aresztowaniu Keity została podana do wiadomości publicznej.

W Bamako miały miejsce sceny dzikiej radości, podczas których protestujący i żołnierze strzelali ostrą amunicją w powietrze, aby uczcić usunięcie znienawidzonego rządu wspieranego przez Francuzów. Następnie, około północy, Keita pojawił się w telewizji, aby ogłosić swoją rezygnację i rozwiązanie parlamentu.
Dopiero pucz zwrócił uwagę światowej opinii publicznej na sytuację w Mali. Tymczasem wcześniej również działo się sporo: w marcu rząd uparł się organizować wybory parlamentarne pomimo niebezpieczeństw związanych z pandemią COVID-19. W nieuczciwy sposób partia Keity ostatecznie zdobyła dodatkowe 10 miejsc. W tym samym czasie główny lider opozycji, Soumaila Cissé, został porwany przez nieznanych sprawców. Od tej pory ślad po nim zaginął. Efektem były masowe protesty, które zmusiły Trybunał Konstytucyjny do unieważnienia wyników wyborów. Ale ta decyzja nie uspokoiła masowego ruchu. Zamiast tego, jeszcze bardziej ośmieliła demonstrantów, by naciskać na całkowite usunięcie rządu. Erupcja tego gniewu nastąpiła w czerwcu, kiedy setki tysięcy protestujących wyszły na ulice Bamako, aby zaprotestować przeciwko załamaniu się gospodarki, niewłaściwemu zarządzaniu przez rząd pandemią COVID-19 oraz pogłębiającemu się kryzysowi w północnych i centralnych regionach kraju, gdzie poważna islamistyczna rebelia całkowicie zdestabilizowała region Sahelu.
Początkowo Keita odmówił rezygnacji. Jednak następnie cały jego gabinet podał się do dymisji w związku z nasileniem wojny domowej, która szaleje od 2012 roku. Pod koniec lipca prezydent utworzył nowy gabinet, próbując wyjść z kryzysu. Pokazało to jednak, jak nikłe jest jego rzeczywiste poparcie.
Reżim próbował skierować ruch w ramienia opozycyjnej koalicji znanej jako Ruch 5 czerwca (M5-RFP), kierowanej przez duchownego Mahmuda Dicko. Celem było uratowanie reżimu przed obaleniem. Jednak koalicji „lojalnych” liderów opozycji nie udało się spacyfikować ruchu. Każde małe żądanie, jakie stawiali Keicie, pobudzało masy, zmuszając je z kolei do wysuwania dodatkowych żądań. Sytuacja rządu stawała się powoli coraz bardziej dramatyczna.Gdy stało się jasne, że skorumpowany rząd Keity nie jest w stanie pójść na żadne ustępstwa, wkroczyła ostatnia linia obrony reżimu: wojsko. Poświęcono prezydenta, by zachować system.
To drugi zamach stanu w Mali w ciągu ośmiu lat. W 2012 roku bunt miał miejsce w tej samej bazie wojskowej, kiedy to były prezydent Amadou Toumani został obalony po katastrofalnej reakcji na powstanie Tuaregów na północy kraju. Rebelia została uzbrojona w broń płynącą z pobliskiej Libii w następstwie interwencji NATO mającej na celu usunięcie Kaddafiego w 2011 roku. Interwencja ta doprowadziła do całkowitej destabilizacji sytuacji: bojówki islamskie dosłownie zalały kraj, dopuszczając się okrucieństw na szeroką skalę, takich jak porwania, masakry, zamachy bombowe i rozpoczęcie kwitnącego biznesu – handlu niewolnikami. Taka była cena, jaką Libia zapłaciła za swoje popierane przez Zachód „wyzwolenie”.
Ten chaos rozlał się na Afrykę Zachodnią i region Sahelu, destabilizując szczególnie Niger, Burkina Faso i Mali. Bojownicy z ludu Tuaregów, którzy walczyli jako najemnicy dla Kaddafiego, wrócili do Mali, podsycając pełnowymiarową rebelię na północy kraju. Napływ ciężkiej broni do tego regionu podsycał również powstanie Boko Haram w Nigerii, Kamerunie i Nigrze.
Keita doszedł do władzy w 2013 roku. W 2015 roku podpisano porozumienie z niektórymi grupami rebeliantów, przyznające słabo zaludnionej północy większą autonomię. Należą do nich islamskie grupy ekstremistów związane z Al-Kaidą i państwem islamskim, które wykorzystały trwającą od dawna rebelię Tuaregów do przeprowadzenia własnych ataków. Keita utrzymał się u władzy w 2018 r. po sfałszowanych wyborach, ale jego ustępstwa nie powstrzymały powstania. Sytuacja większości społeczeństwa pogorszyła się i wywołała głęboki resentyment w wojsku.
Po zdestabilizowaniu Libii siły imperialistyczne podążyły następnie za grupami dżihadystów do Sahelu, rozmieszczając w regionie ponad 20 000 międzynarodowych i lokalnych żołnierzy. Było to 4 500 żołnierzy francuskich, 13 000 żołnierzy ONZ i około 5 000 żołnierzy związanych z finansowanymi przez Francję rządami „G5 Sahel”, w tym Burkina Faso, Czadu, Mali, Mauretanii i Nigru. Ta „wojna z terroryzmem” doprowadziła jedynie do dalszej destabilizacji Sahelu. Dżihadyści działając w regionie za pośrednictwem swojej filii, Państwa Islamskiego na Większej Saharze (ISGS), przyspieszyło swoje działania w Mali, Burkina Faso, a obecnie w Nigrze.
Reakcja tak zwanej społeczności międzynarodowej jest skrajnie obłudna. Moussa Faki Mahamat, przewodniczący komisji Unii Afrykańskiej, powiedział, że potępił „wszelkie próby zmian antykonstytucyjnych” i wezwał buntowników „do zaprzestania uciekania się do przemocy”.
Afrykańska Karta UA „Demokracja, wybory i rządy” zakazuje wszelkich zmian lub rewizji konstytucji, które stanowią „naruszenie zasad demokratycznej zmiany rządu”. Jednak UA nigdy nie powołała się na ten przepis i milczała po niedawnych falach „niekonstytucyjnych” przejęć władzy na całym kontynencie afrykańskim. W tym roku prezydent Alpha Conde miał opuścić Gwineę, ale zaaranżował przewrót konstytucyjny, który pozwoliłby mu pozostać na czwartą kadencję. Dyktator Abd al-Fattah as-Sisi rządzi w najlepsze w Egipcie. Nie lepsi są jego koledzy po fachu Ugandzie, na Komorach, w Republice Konga, Kamerunie, Czadzie, Dżibuti, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Rwandzie i Togo.
W sprawę uwikłane są również imperialistyczne potęgi, które również potępiły zamach stanu. Jednak to one są bezpośrednio odpowiedzialni za ten kryzys. Protestujący w Bamako słusznie sprzeciwili się obecności obcych sił, wzywając do opuszczenia kraju przez siły francuskie, które są ściśle związane ze skorumpowanymi lokalnymi przywódcami.
Sahel jest jednym z najbiedniejszych regionów na świecie. Wielkie bogactwa mineralne tego regionu nie przyniosły korzyści mieszkającym tam ludziom. Obce wojska i grupy dżihadystów przyczyniają się do długiego cierpienia miejscowej ludności. Ale protesty w Mali wyraźnie pokazują, że masy społeczne są tą sytuacją zmęczone. To samo dzieje się w Burkina Faso, gdzie protestujący domagają się, aby państwo dostarczyło im broń do walki z terroryzującymi ich grupami zbrojnymi. Różnica między tym zamachem a zamachem z 2012 roku polega na roli ruchu masowego w tym procesie. Armia interweniuje, aby przełamać rewolucyjny gniew protestujących. W Burkina Faso byliśmy świadkami rozwoju sytuacji rewolucyjnej na pełną skalę w 2014 roku, kiedy to obalono Blaise’a Compaoré. Później obalono również kontrrewolucyjny zamach stanu. Pokazuje to rewolucyjny potencjał mas pracujących. Aby masy malijskie odniosły sukces, nie mogą mieć złudzeń co do oficerów wojskowych ani opozycji klerykalnej Mahmuda Dicko. Tylko opierając się na własnych siłach i łącząc się z masami w Burkina Faso i Nigrze, mogą oni odnieść sukces w usunięciu z tego regionu swoich zgniłych reżimów, grup terrorystycznych i imperialistycznych mocarstw.

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Tekst oryginalny ukazał się na portalu marxist.com.

Rozród pod haniebnym paragrafem

Rumunia Nicolae Ceausescu, była jedną z wielu tyranii XX wieku. Gdy w grudniu 1989 roku Conducator upadł pod wpływem wielkiej rewolty i został rozstrzelany po krótkim sądzie polowym, w gazetach pisano o „śmierci Antychrysta”. Jednym z atrybutów reżimu Ceausescu był drakoński zakaz przerywania ciąży, połączony ze zmasowaną, a przy tym prowadzoną w sposób barbarzyński, polityką pronatalistyczną, polityką intensywnej, przymusowej rozrodczości.

Opowiada o tym książka Gaila Klingmana, „Polityka obłudy. Kontrola rozrodczości pod rządami Ceausescu”.
Ta polityka była ewenementem i poniekąd paradoksem. Reżim Ceausescu i kierowanej przez niego Rumuńskiej Partii Komunistycznej zaliczał się bowiem i był zaliczany do systemów przynależących do świata socjalistycznego, czyli nominalnie lewicowych, niezależnie od tego, że dystansował się do ZSRR i tzw. bloku radzieckiego, zachowując dużą dozę niezależności. Zazwyczaj przecież – z pewnymi wyjątkami, jak n.p. także w stalinowskim ZSRR czy PRL w tamtym okresie – prawny zakaz aborcji był i jest atrybutem rządów czy reżimów o charakterze prawicowo-nacjonalistycznym czy prawicowo-konserwatywnym, niejednokrotnie motywowanym przy tym religijnie.
Tak jest obecnie n.p. w latynoamerykańskim Salwadorze, w którym obowiązuje najbardziej okrutne na świecie prawo antyaborcyjne i gdzie za dokonanie aborcji skazuje się, także kobiety, na dziesiątki lat ciężkiego więzienia.
Mimo to, gwoli wierności faktom trzeba zauważyć, że nie jest jednak prawdą, jakoby w krajach socjalistycznych, w tym w krajach bloku radzieckiego, nigdy niepraktykowany był zakaz aborcji i że zawsze panowała w nich w tym względzie liberalna praktyka. ZSRR był co prawda pierwszym krajem na świecie, który zalegalizował aborcję (1920), ale już w 1936 roku przerywanie ciąży ponownie zostało zakazane na rozkaz Stalina. „Potrzebujemy ludzi. Aborcja to niszczenie rodzącego się życia, co jest niedopuszczalne w naszym państwie w czasach budowy socjalizmu” – tak uzasadniano tę decyzję w jednej z gazet radzieckich. Restrykcyjny zakaz aborcji obowiązywał w ZSRR do roku 1955, czyli został zniesiony dwa lata po śmierci Stalina, a przez następne dziesięciolecia był z wolna liberalizowany, zaś dziś Rosja zaliczana jest do krajów stosujących najbardziej liberalne na świecie prawo w tym względzie. Z kolei w PRL, do roku 1956, nie było odrębnej ustawy odnoszącej się do przerywania ciąży. Stosowano po prostu rutynowo (choć można domniemywać, że także w polskim przypadku uwzględniano, tak jak w ZSRR, argument demograficzny po utracie w wyniku wojny kilku milionów obywateli) niezmieniony, kryminalizujący tzw. spędzenie płodu, przepis przedwojennego kodeksu karnego z 1932 roku. W kwietniu 1956 roku uchwalona została przez Sejm liberalna ustawa dopuszczająca aborcję także m.in. ze względów społecznych. Jak więc widać na przykładzie ZSRR i PRL, wprowadzenie prawa do aborcji wiązało się ściśle z procesem destalinizacji. W innych krajach bloku radzieckiego prawo do aborcji przez długi czas było reglamentowane, n.p. w Czechosłowacji do 1950 obowiązywał bezwzględny zakaz aborcji. Po tym okresie prawo stopniowo liberalizowano, szczególnie w roku 1957, ale i po tym czasie pozostały krępujące ograniczenia, n.p. kobieta zamierzająca dokonać legalnej aborcji musiała na uzyskać na to zgodę specjalnej komisji składającej się z lekarzy i tzw. czynników społecznych. Pełną liberalizację prawa do aborcji wprowadzono w CSRS w 1986 roku, czyli zaledwie na kilka lat przed zmianą ustroju. Z kolei w Niemieckiej Republice Demokratycznej przez większość czasu jej istnienia funkcjonowało bardzo liberalne prawo dotyczące aborcji, państwo traktowało ją wręcz jako jedną z metod planowania rodziny.
Jak więc widać, prawo dotyczące aborcji nie było w krajach bloku radzieckiego jednolite i bynajmniej nie wszędzie i nie przez cały czas ich istnienia – liberalne. Nie zmienia to faktu, że proces liberalizacji prawa do aborcji nastąpił w krajach socjalistycznych zasadniczo kilka lat wcześniej niż w uważanej za znacznie bardziej wolną obyczajowo Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych Ameryki. W Wielkiej Brytanii prawo do aborcji wprowadzono dopiero w 1967 roku, a USA – w 1973. We Francji dopiero w styczniu 1975 roku, po trwających przez pięć lat masowych akcjach kobiet, wprowadzono prawo do aborcji, tzw. prawo Veil (od nazwiska inicjatorki ustawy w Zgromadzeniu Narodowym), znosząc tym samym restrykcyjne przepisy z 1920 roku, otwarcie motywowane dążeniem do odbudowy tkanki demograficznej narodu po straszliwej hekatombie krwi w okresie Wielkiej Wojny, śmierci około półtora miliona młodych Francuzów na polach bitew nad Marną i pod Verdun. Do momentu tej liberalizacji występowało nawet zjawisko turystyki aborcyjnej z Francji do Polski. Wśród krajów Europy Zachodniej, restrykcyjne prawo antyaborcyjne najdłużej obowiązywało w Irlandii (było nawet surowsze niż w Polsce, bo nie było w nim wyjątków od zakazu, nawet w przypadki zagrożenia życia matki były relatywizowane, a do 1983 roku prezerwatywy przysługiwały tylko małżeństwom, na receptę, o ile lekarz wyraził zgodę), ale w 2018 roku zostało po wielu latach walki zliberalizowane.
Wróćmy jednak do problematyki książki, o której mowa. Specyfika przypadku rumuńskiego polegała na dwóch aspektach. Po pierwsze, totalny zakaz aborcji wprowadzono tam w 1966 roku, czyli w czasach, gdy w innych krajach bloku systematycznie postępowała liberalizacja w tej sferze. Państwo Ceausescu szło więc pod prąd procesów w innych krajach. Po drugie, tylko w Rumunii wprowadzono specjalny, rozbudowany system kontroli ciąży, całkowity zakaz antykoncepcji, czym doprowadzono, zwłaszcza w początkowym okresie, do rozrodu tak masowego, że na wiele lat gęsto zapełniły się sierocińce, w których dzieci żyły w straszliwych wręcz warunkach.
Większość rodzin, które zachowały liczne, urodzone dzieci w domach, żyło w okropnej nędzy. Właśnie dlatego na tle innych krajów socjalistycznych zakaz aborcji i brutalny przymus rodzenia w „socjalistycznej” Rumunii był zjawiskiem szczególnym, aczkolwiek należy pamiętać, że „socjalizm” Ceausescu miał silne zabarwienie nacjonalistyczne. Fenomen ten ukazuje Gail Kligman we wspomnianej książce „Polityka obłudy.
Kontrola rozrodczości w Rumunii pod rządami Ceausescu”. Jest to obszerne, bardzo bogato udokumentowane naukowe studium ukazujące Rumunię lat 1966-1989 jako miejsce jednego wielkiego eksperymentu w stylu nazistowskiego „Lebensbornu”. Autor ukazuje konkretne praktyki jakie wtedy w Rumunii stosowano, n.p. regularne, przymusowe badania ginekologiczne w zakładach pracy, mające na celu wykrycie ciąży i dopilnowanie jej donoszenia, delegalizację antykoncepcji zarówno w sferze produkcji i rozpowszechniania aptecznego, jak i w aspekcie ściśle medycznym, angażowanie służb bezpieczeństwa w kontrolowanie życia małżeńskiego i ściganie podziemia aborcyjnego, propagandową apologię wielodzietności, n.p. upowszechnianie fotografii i materiałów dokumentalnych, pokazujących matki zbiorowo karmiące noworodki w ogromnych salach, wielodzietne rodziny honorowane orderami itp. Rumunia przypominała kraj, który znamy z dystopii powieściowych, wśród których najsłynniejsza jest „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood, tyle że jej akcja rozgrywa w nieporównywalnie bardziej „komfortowych” warunkach niż te znane z realnej rzeczywistości kraju rządzonego twardą ręką przez Ceausescu. Tę radykalnie drastyczną rzeczywistość ukazał po wielu latach (2007) rumuński reżyser Cristian Mungiu w filmie „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, nagrodzonym w tym samym roku Złotą Palmą na festiwalu filmowym w Cannes.
Niestety, z polskiej perspektywy nie da się czytać książki Klingmana z uczuciem „moja chata z kraja”. Spośród wszystkich krajów, o których jest mowa wyżej, to właśnie jedynie Polsce klerykalno-nacjonalistyczna prawica doprowadziła do radykalnego kroku wstecz. Kraj, który od 1956 roku miał prawdopodobnie najbardziej liberalne na świecie prawo dotyczące przerywania ciąży, od roku 1993 jest jedynym krajem europejskim, w którym aborcja jest nie tylko zakazana (mimo zachowania kilku wyjątków od zakazu), ale w którym skorzystanie nawet z legalnych możliwości jej dokonania jest radykalnie utrudnione. Co prawda w tytule książki Klingmana znalazło się słowo „obłuda”, ale można mieć wątpliwości czy jest ono trafne i adekwatne akurat w stosunku do brutalnej polityki natalistycznej reżimu Ceausescu. W końcu rumuński dyktator wprowadził tę politykę wprost, otwarcie, bez skrywania intencji, z brutalną szczerością, z fanatycznym radykalizmem, nie bardzo więc można mówić akurat w jego przypadku o obłudzie. O tej można natomiast mówić niewątpliwie w przypadku Polski. Żaden prawicowy rząd po 1993 roku nie wprowadził, ani nawet nie próbował skopiowania koszmarnego systemu antyaborcyjnej polityki a la Ceausescu. Nie spełniły się też ponure obawy przed wprowadzeniem na granicach polskich kontroli ginekologicznej, mającej sprawdzać, czy kobieta nie dokonała aborcji za granicą lub czy nie stosuje spirali antykoncepcyjnej, której zakazanie planowano. Jednak to właśnie w Polsce mamy do czynienia z systemem obłudy, w którym państwo przymyka – na ogół – oko na turystykę aborcyjną Polek, a liczba nielegalnych aborcji sięga wielu tysięcy i w którym ci sami lekarze, którzy odmawiają dokonania aborcji w publicznych placówkach medycznych, dokonują tego za słoną cenę w gabinetach prywatnych.
Co prawda także m.in. w Rosji i Czechosłowacji podejmowane były próby uwstecznienia prawa do aborcji i przywrócenia ograniczeń, ale spaliły one na panewce, ale tylko w Polsce Kościół katolicki i wysługująca się mu klerykalno-nacjonalistyczna prawica skutecznie bronią od 27 lat skrajnie restrykcyjnego, drakońskiego prawa zakazującego kobietom decydowania o własnym ciele i o macierzyństwie. Zniesienie tego haniebnego prawa i zastąpienie go cywilizowanym prawem według europejskich standardów jest niezmiennym, niezwykle trudnym, ale też i niezmiennie koniecznym do dokonania, historycznym zadaniem polskiej lewicy i środowisk wolnościowych.
Gail Kligman – „Polityka obłudy. Kontrola rozrodczości pod rządami Ceausescu”, przekład Piotr Art, Wydawnictwo „Universitas”, Kraków 2010, str. 432, ISBN 97883-242-1388-7

Pamięć o chińskich wojownikach bitwy o Szanghaj w 1937 roku

„800 wojowników” to tytuł filmu, który ostatnio zawitał na ekrany chińskich kin. Opowiada on historię wzmocnionego batalionu 524. pułku 88. dywizji Chińskiej Narodowej Armii Rewolucyjnej, który wziął udział w bitwie o Szanghaj w 1937 roku. Bronił on magazynu Sihang nad rzeką Suzhou i zablokował japońską armię najeźdźczą.

Zacięta bitwa między Chinami a Japonią o Szanghaj trwała trzy miesiące, a miasto było bliskie poddania się. Od 26 do 30 października 1937 roku wszyscy oficerowie i żołnierze pierwszego batalionu 524. pułku 88. dywizji pod dowództwem dowódcy pułku Xie Jinyuan przyjęli rozkaz obrony wycofujących się z pola walki głównych sił. Ta samotna armia trzymała się ostatniej linii obrony i pozostała w magazynie Sihang. Krwawa bitwa trwająca cztery dni i cztery noce to odpieranie licznych ataków wroga. Uczestniczących w walce „ośmiuset wojowników” uznano za bohaterów w kraju i za granicą.
Premiera filmu wojennego w Chinach kontynentalnych miała miejsce 21 sierpnia 2020 roku. Na dzień 9 września sprzedaż biletów na film „800 wojowników” przekroczyła 2.5 miliardy juanów, co jest znakomitym wynikiem na globalnym rynku filmowym podczas epidemii koronawirusa.
Dlaczego ten film jest tak popularny wśród chińskiej publiczności? To historia pisana krwią i ogniem, która miała miejsce 83 lata temu. Warto poznać tę wielką bitwę, która mocno wpłynęła na chińską wojnę antyjapońską, a nawet na współczesną historię Chin.
7 lipca 1937 roku japońscy najeźdźcy przypuścili atak na miasto Wanping i most Lugou na zachodzie Peiping (dzisiejszego Pekinu). Chińscy obrońcy zaciekle walczyli, co otworzyło preludium do narodowej wojny przeciwko japońskiej agresji. Peiping został zdobyty 29 lipca. 30 lipca chińska armia sformułowała plan bojowy mający na celu unicestwienia japońskiej armii stacjonującej w Szanghaju. Do 12 sierpnia liczba chińskich żołnierzy rozmieszczonych w tym mieście osiągnęła 30 000. Jednocześnie japońska armia zgromadziła ponad 30 okrętów wojennych i 15 000 żołnierzy.
13 sierpnia japońskie okręty wojenne ostrzelały dzielnicę Zhabei, a obie strony rozpoczęły zacięte starcie pod Baziqiao. Incydent ten rozpoczął antyjapońską bitwę o Szanghaj!
Na początku to armia chińska rozpoczęła ofensywę. W tamtym czasie lekka broń, w którą były wyposażone elitarne oddziały chińskie, nie odbiegała od oręża armii japońskiej. W filmie można zobaczyć, że żołnierze 524. pułku broniącego magazynu Sihang są wyposażeni w karabiny Mauser typu 1924, dwie skrzynki granatów, niemieckie hełmy M1935, maski gazowe i torby na żywność. Obrońcy posiadali 27 lekkich karabinów maszynowych, z których większość to lekkie karabiny maszynowe ZB26. Do tego cztery chłodzone wodą karabiny maszynowe Maxim typu 24 i dwa przeciwlotnicze karabiny maszynowe.
Jednak ze względu na zacofane dowództwo, niski poziom taktyki i wyszkolenia żołnierzy oraz brak ciężkiego uzbrojenia, mimo przewagi liczby oddziałów, nie udało się chińskiej armii osiągnąć celów. Wraz z ciągłym napływem japońskich posiłków rozpoczęła się trwające kilka miesięcy walka na śmierć i życie.
Bitwa w Luodian na północnej linii nazywana została „Oriental Verdun”. W ciągu dnia, pod osłoną samolotów, artylerii, dział okrętów wojennych i czołgów, armia japońska, w morzu ognia, zajęła Luodian. W nocy armia chińska przeprowadziła atak i odzyskała pozycję. Luodian zmieniał właściciela 13 razy. Armia chińska poniosła straty w postaci 30 000 ludzi, po stronie japońskiej zginęło ponad 10 000 żołnierzy.
9 września Japonia ogłosiła, że weszła w stan wojny. Pod koniec września, na polu bitwy armia japońska zwiększyła swoje wojska o 200 000 żołnierzy, a chińska o 700 000.
Chociaż Chiny skoncentrowały ponad 700 000 elitarnych żołnierzy i odniosły poważne zwycięstwa w niektórych lokalnych bitwach, w obliczu armii japońskiej, która miała absolutną przewagę w marynarce wojennej, siłach powietrznych oraz ciężkiej broni i wyposażeniu, w ciągu dwóch miesięcy walki chińska armia poniosła ogromne straty. Prawie wszystkie oddziały zostały zniszczone. Chociaż liczba żołnierzy była większa to faktyczna siła bojowa była w gorszej sytuacji.
19 października armia japońska rozpoczęła „generalną ofensywę” pod osłoną 700 artylerii i 150 bombowców, szturmując miasteczko Dachang w północno-zachodniej części Szanghaju. Armia chińska zorganizowała tu kontrofensywę, w której wzięło udział 60 000 żołnierzy z 21. Armii Grupowej, którzy przez ponad trzy miesiące szli piechotą z Guangxi do Szanghaju. Dla tych wojskowych była to pierwsza wojenna potyczka. W tym czasie armia chińska całkowicie straciła przewagę w powietrzu i brakowało jej ciężkiej artylerii. Choć Chińczycy się nie bali, to ciała i krew nie mogły się oprzeć kulom. Wielu żołnierzy zginęło od intensywnego ostrzału artyleryjskiego, zanim jeszcze zobaczyli Japończyków. W ciągu zaledwie jednego dnia bitwy stracono 6 dywizji, zginęło prawie 60 tys żołnierzy chińskich.
Odcinek Baoshan, znajdujący się dziś na siódmej linii metra Szanghaju, przebiega prawie przez główne pole tamtej bitwy. Od Liuhang do Dachang to tylko siedem stacji metra, ale ponad 80 lat temu chińska armia zablokowała tu armię japońską na 40 dni. W ciągu tego czasu armia japońska posunęła się niecałe 5 kilometrów, a drogę do Dachang wypełniło morze krwi i góra zwłok.
Na początku listopada osłabiona chińska armia nadal stawiała opór. Ale pod potężną ofensywą armii japońskiej, w nocy 12 listopada 1937 roku, całe centrum Szanghaju upadło, a bitwa dobiegła końca.
Podczas tej bitwy wzięło udział po stronie Chin około 750 000 żołnierzy, zginęło ponad 250 000 osób w tym 15 generałów. Całkowita siła armii japońskiej wynosiła około 250 000, a śmierć poniosło 40 000 ludzi (choć są także statystyki mówiące o śmierci 60 000 czy 100 000 żołnierzy).
W bitwie o Szanghaj Chiny przegrały pod względem ofiar i celów taktycznych, ale wydarzenie to miało wielkie znaczenie. Była to bitwa, która wciągnęła japońskich najeźdźców na ścieżkę samozniszczenia. Obudziła ona także samych Chińczyków do zjednoczenia i walki. Od początku tego stracia armia japońska nieustannie inwestowała coraz więcej sił wojennych na chińskim polu bitwy, ale nigdy nie była w stanie rzucić Chin na kolana.
Podczas całej II wojny światowej, jako główne pole bitwy w Azji, Chiny poniosły ponad 30 milionów ofiar, i powstrzymały ponad 70% głównych sił wojskowych Japonii. Z danych wynika, japońska armia poniosła 1,95 miliona ofiar, w tym 1,33 miliona na chińskim polu bitwy. Chiny wniosły niezatarty wkład w zwycięstwo w światowej wojnie antyfaszystowskiej.
We wrześniu 1937 roku, kiedy 14. dywizja Armii Centralnej zaciekle walczyła w Yuepu, niedaleko Luodian, szef sztabu dywizji Guo Rugui zostawił przed walką list do dowódcy dywizji Huo Kuizhangowi. Napisał w nim: „8000 wojowników naszej dywizji poświęciło już swoje życie, ofensywa wroga nie osłabła, a perspektywa bitwy jest niepewna. Jeśli utrzymam tę pozycję, będę żył i wówczas będę mógł Pana zobaczyć. Jeśli pozycja zostanie utracona, umrę na polu bitwy, a chwasty wyrosną na moim ciele. Jeśli zwyciężymy wojnę antyjapońską, jako słynny generał popłyniesz okrętem przez odcinek Wusongkou, a kiedy pojawią się fale wysokie jak góra, to będę tam, aby móc Pana zobaczyć”.
Bitwa o Szanghaj to historia wielu odważnych chińskich żołnierzy, którzy zginęli bohatersko za kraj. Po ponad 80 latach opowieść o nich wciąż wzrusza.
Na 2020 roku przypada 75. rocznica zwycięstwa w wojnie narodu chińskiego przeciwko japońskiej agresji i światowej wojnie antyfaszystowskiej. Naród chiński dokonał niezliczonych poświęceń i wysiłków, dzięki czemu dziś można cieszyć się ze szczęśliwego życia. Chińska wiara, determinacja i zdolność obrony suwerenności państwa, godności narodowej i pokoju nigdy nie zachwiały się, lecz stały się mocniejsze. Tak jak pojawiający się na internecie komentarz do filmu „800 wojowników”, który brzmi: „Chiny teraz nie są już Chinami, które były wtedy”.

Przyspieszenie rozwoju handlu usługami w Chinach przynosi korzyści światowej gospodarce

4 września w Pekinie rozpoczęły się Chińskie Międzynarodowe Targi Handlu Usług (China International Fair for Trade in Services/CIFTIS). To pierwsze duże gospodarcze i handlowe międzynarodowe wydarzenie odbywające się w Chinach od czasu wybuchu pandemii COVID-19.

Jak twierdzą analitycy i naukowcy, przyspieszenie rozwoju handlu usługami w Chinach zapewni ogromny rynek i bogate możliwości współpracy dla krajów na całym świecie oraz
przyspieszy globalne ożywienie gospodarcze, gdyż pandemia zadała poważny cios światowej gospodarce.
Wiara w ożywienie gospodarcze
W kontekście złożonej sytuacji w handlu międzynarodowym w warunkach pandemii, międzynarodowe targi o takiej skali w Chinach mają duże znaczenie nie tylko dla Chin – kraju, któremu wcześniej udało się opanować epidemię.
Peter Bakker, prezes i dyrektor generalny Światowej Rady Biznesu ds. Zrównoważonego Rozwoju, oświadczył, że chiński rząd odpowiednio zareagował w obliczu kryzysu związanego z koronawirusem.
Oznajmił też, że dzięki tym targom społeczność międzynarodowa spodziewa się zobaczyć, jak Chiny zareagowały na kryzys i podjęły wysiłki na rzecz ożywienia gospodarczego.
Gamal Bayoumi, szef Arabskiej Unii Inwestorów z siedzibą w Kairze, powiedział Xinhua, że w ostatnich latach, pomimo wzrostu protekcjonizmu w światowym handlu, Chiny są zdecydowane w dalszym ciągu promować handel międzynarodowy.
Dodał również, że wraz z epidemią uderzającą w większość gospodarek na świecie, chińskie targi CIFTIS wzmocnią wiarę w globalny rozwój gospodarczy.
Jan Zahradil, przewodniczący Grupy Przyjaźni UE-Chiny w Parlamencie Europejskim, nazwał wydarzenie ambitnym i powiedział, że CIFTIS wyśle światu pozytywny sygnał, że pomimo pewnych negatywnych skutków pandemii koronawirusa kraje takie jak Chiny wciąż mogą szukać drogi regeneracji, poszerzać współpracę międzynarodową i uruchamiać handel zagraniczny.
Jose Luis de la Cruz, dyrektor meksykańskiego Instytutu Rozwoju Przemysłu i Wzrostu Gospodarczego, powiedział, że CIFTIS udogodni handel i wymianę międzynarodową, będzie promować zintegrowany rozwój światowego handlu usługami i zapewni nowe możliwości globalnej wymianie dóbr.
Dodał, że będzie również promować powroty do pracy i produkcji w różnych krajach oraz w odpowiednim czasie złagodzi globalne straty gospodarcze spowodowane epidemią.
Gustavo Girado, profesor Narodowego Uniwersytetu w Lanus w Argentynie, powiedział, że pandemia przyniosła ogromne wyzwania dla światowego handlu, a przy drastycznym ograniczeniu globalnych czynności handel usługami cyfryzacyjnymi i komunikacją jest niezwykle ważny.
Farid Murad, wiceprezes Federacji Związków Zawodowych w Sao Paulo, powiedział, że sukces CIFTIS otworzy nową drogę dla krajów na całym świecie do wznowienia rozwoju gospodarczego w erze po pandemii oraz promowania współpracy gospodarczej i handlowej między krajami na całym świecie.
Nowy motor rozwoju
W ostatnich latach handel usługami stał się zdecydowanie ważniejszy i dynamiczniejszy w wymianie międzynarodowej, a handel usługami w Chinach odnotował szczególnie szybki wzrost.
Według chińskiego Ministerstwa Handlu od 2012 r. chiński handel usługami rósł w średnim rocznym tempie o około 7,8 proc. Ten wynik przewyższa globalne tempo wzrostu.
Ministerstwo wskazuje również, iż handel usługami w Chinach wyniósł w 2019 roku ponad 5,4 biliona juanów (około 775,6 mld dolarów), zajmując drugie miejsce na świecie przez sześć kolejnych lat.
Handel usługami stał się nowym punktem wspierającym stabilność gospodarczą Chin i nowym motorem rozwoju handlu zagranicznego podyktowanego nowymi okolicznościami, powiedział An Yuhua, profesor finansów na Uniwersytecie Sungkyunkwan w Korei Południowej.
Chiny mają ogromny rynek i obfitość produktów importowanych, powiedział profesor An, dodając, że rozwój handlu usługami może pomóc w osiągnięciu komplementarności gospodarczej i wzajemnych korzyści między Chinami a innymi częściami świata.
Wraz z pustoszącą pandemią i chwiejną światową gospodarką popyt międzynarodowy znacznie się zmniejszył, a światowy handel znajduje się teraz
w ponurej sytuacji.
W kwietniu Światowa Organizacja Handlu ostrzegła, że bardzo możliwym jest, iż światowy handel spadnie od 13 do 32 proc. w 2020 r., ponieważ pandemia na całym świecie zakłóca działalność i żywotność gospodarczą.
Douglas McWilliams, wiceprezes Centrum Ekonomii i Badań Biznesowych, powiedział, że zanim pandemia uderzyła w świat, światowy handel usługami rósł szybciej niż handel towarami.
Jednak w erze po pandemii, wraz ze wzrostem udziału sektora usług w gospodarce światowej i energicznym rozwojem cyfrowego handlu usługami napędzanego postępem technologicznym, udział handlu usługami w handlu światowym będzie nadal rósł, powiedział McWilliams.
I dodał także, iż handel towarami został znacznie ograniczony, ponieważ pandemia nie była skutecznie kontrolowana na całym świecie, ale branże handlu usługami, takie jak komunikacja, finanse, rozrywka i kultura, mogą skorzystać z możliwości stworzonych przez pandemię i szybko rosnąć wykorzystując szerokie perspektywy.
Model szerokiego otwarcia
W kontekście trwającej pandemii CIFTIS pokazały odpowiedzialność, jakiej podjęły się Chiny, oraz ich determinację, by niezachwianie promować swoją politykę otwarcia, która z pewnością będzie wspierana przez to wydarzenie.
„Państwa całego świata dotknięte skutkami pandemii powinny współpracować i przyjąć to otwarcie”, powiedział profesor An, który uważa, że CIFTIS pokazały chęć i zaangażowanie Chin w dalsze otwieranie się.
Wydarzenie pomoże jeszcze bardziej ułatwić dostęp do rynku w sektorze usług, promować rozwój światowego handlu usługami i stworzyć dla niego większy rynek – oznajmił profesor.
Prezes Stowarzyszenia Biznesowego Hong Kong Singapur, Philip Chan, uważa, że CIFTIS wykazało zaangażowanie Chin w ich obowiązkach wobec świata, przyczyniając się do otwarcia rynków i wolnego handlu na całym świecie.
CIFTIS zapewniły kolejną platformę dla Chin do obrony wolnego handlu, multilateralizmu i interesów krajów rozwijających się, powiedział Girad, dodając, że wydarzenie to ucieleśnia sprawiedliwy handel, wzajemne korzyści i współpracę korzystną dla wszystkich, a także wizję wspólnoty zjednoczoną myślą o przyszłości społeczeństwa.
Li Jun, badacz z Chińskiej Akademii Handlu Międzynarodowego i Współpracy Ekonomicznej w ramach Ministerstwa Handlu powiedział, że tworząc otwarte platformy, takie jak CIFTIS, Chiny podejmują działania, aby pokazać swoje zaangażowanie w budowanie społeczności zjednoczonej myślą o przyszłości ludzkości, dając tym samym przykład światu.

Jedna bomba atomowa

Dwukrotnie byliśmy o krok od wybuchu pierwszej światowej wojny atomowej . Podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku i w czasie wojny koreańskiej w 1953 roku.

W końcu maja 1945 roku administracja USA ponaglała swojego radzieckiego sojusznika do złamania traktatu o nieagresji z Japonią . I uderzenia na okupowaną przez Japonię chińską Mandżurię. Amerykanie spodziewali się, że Japończycy stawią tam twardy opór, podobny do obrony Iwo Jimy. Jeszcze silniejszego spodziewano się w okupowanej przez nich Korei. Dlatego Pentagon uznał, że USA nie ma tam strategicznych interesów. Uważał Koreę za peryferyjny, biedny i drugorzędny kraj.
Wszystko zmieniało się po dwóch zrzuconych bombach atomowych na Japonię. Po kapitulacji armii cesarskiej na Pacyfiku i szybkim zajęciu przez armię radziecką graniczącej z Koreą Mandżurii. Bo stacjonująca tam, świetnie wyposażona, japońska armia tym razem nie stawiała większego oporu.
Nocą 10 sierpnia 1945 roku administracja USA uznała, że jednak warto okupować Koreę wspólnie z ZSRR. Dwaj niższej rangi oficerowie otrzymali rozkaz pilnego opracowania planów podziału kraju. Ponieważ nie mieli szczegółowych map Korei, tylko całego regionu, to z ignoranckiej perspektywy zauważyli, że 38 Równoleżnik przecina półwysep koreański na pół. Szybko zaproponowali taki podział, zwłaszcza, że stolica kraju przypadła strefie amerykańskiej. O opinię Koreańczyków nikt nie dbał.
Amerykanie obawiali się, że Rosjanie nie przyjmą tej propozycji, tylko zajmą cały kraj. Wszak Armia Czerwona przekroczyła już wtedy granicę chińsko- koreańską. A wojska amerykańskie dopiero lokowały się na wyspach japońskich. I pewnie pogodziliby się z radziecką okupacją całej Korei. Ale Stalin zgodził się na taki podział.
Chciał przede wszystkim utrzymać porządek pojałtański w Europie Środkowo- Wschodniej. W Azji najbardziej interesowało go kto przejmie władzę w Chinach, bo historycznie to Pekin zawsze zwasalizował sąsiednią Koreę. Nic dziwnego, że Amerykanie znów poczuli się zadowoleni z kooperacji z „dobrym wujkiem Joe”.
Słoń w porcelanie
Minął miesiąc i pierwsi ich wojskowi wylądowali na koreańskiej ziemi. Byli totalnie nieprzygotowani do zarządzania Koreą. Nie znali koreańskiego ani kultury tego kraju. Nie chcieli się też koreańskości uczyć, bo uważali swój pobyt za tymczasowy. Dopiero wojna zmusiła ich do tego.
Wychowani w przodującej cywilizacyjnie amerykańscy wojskowi znali Azję jedynie od japońskiej strony. Japonii nienawidzili za ciężkie straty zadane im przez cesarską armię. Ale też wielce podziwiali już po krótkim kontakcie z okupowanym krajem. Imponował im japoński poziom cywilizacyjny. A także japońskie poddaństwo, wschodnia służalczość wobec zwycięzców. Nie zauważyli, że przebiegli Japończycy traktując Amerykanów jak kastę nowych samurajów, a generała MacArtura jako nowego szoguna, unikają głębszych powojennych rozliczeń i mogą skupić się na odbudowie kraju.
Kiedy amerykańscy wojskowi przybyli do Seulu to przeżyli szok kulturowy. Ujrzeli biedy kraj, gdzie po wąskich kamienistych drogach podróżowano konnymi wozami. Czasami trafiał się pojazd samochodowy napędzany silnikiem opalany węglem drzewnym.
Ale najbardziej zszokował tam Amerykanów powszechny zapach ludzkich odchodów. Powszechnie używanych wtedy jako nawóz , zwłaszcza na orskich, karłowatych poletkach. Takie widoki i taki zapach sprawił, że Amerykanie od początku traktowali Koreańczyków jak dzikusów. Naród z którym nie warto rozmawiać.

Nie mogli też się z Koreańczykami porozumieć , bo Amerykanie nie znali języka koreańskiego. Zaś miejscowi Koreańczycy nie znali angielskiego, bo Japończycy ograniczyli ich edukację do poziomu szkół zawodowych. Wszystkich znających anielski wymordowali.
Amerykanie mieli liczne kadry japońskojęzyczne, bo od 1941 roku walczyli z cesarstwem japońskim. Dlatego przejmując formalnie władzę nad południem Korei najłatwiej dogadywali się z pozostałą tam administracją japońską. Zwłaszcza, że prześcigała się w lojalności wobec nowych władców. I tak dla swego świętego spokoju Amerykanie pozostawili tych „kulturalnych”, mówiących zrozumiałym językiem administratorów na ich stanowiskach. I znienawidzoną, kolaborującą miejscową policję, też.
To sprawiło, że dumni ze swej kultury i odrębności narodowej Koreańczycy od razu znienawidzili Amerykanów. Bo to przecież tak jakby po wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej pozostawić „kulturalnych” zarządców obozów koncentracyjnych, gubernatora Hansa Franka i granatową policję.
Dążąc do dominacji w Azji Południowo- Wschodniej Amerykanie zwykle kreowali miejscowych liderów lub popierali zastanych. Wybierali ich wedle swoich upodobań, nie zważając na miejscowe realia, poparcie społeczne. Nic dziwnego, że często ich typy przegrywały, a polityka USA wraz z nimi.
Tak było chińskim generalissimusem Czang Kaj- Szekiem, z południowo wietnamskim premierem Ngo Dinh Diemem, i tak też działo się z siedemdziesięcioletnim Li Syng Manem. Mieszkającym w USA Koreańczykiem, który zrobił doktorat na Princeton, za co administracja USA dała mu władzę na południu kraju. Niestety ten kulturalny pan po powrocie do Korei poczuł się jej niekontrolowanym władca. I całą swą energię poświęcił na walkę z konkurentami politycznymi. Zwłaszcza z działaczami Koreańskiej Republiki Ludowej. Był to utworzony na terenie całego kraju wspólny, patriotyczny front nacjonalistów o różnorodnych poglądach politycznych i liderów ugrupowań partyzanckich. Li Syng Man walczył z nimi pod hasłami walki z każdym przejawem „komunizacji” Korei, choć większość z nich była daleka od komunizmu. Ale o tym kto może być „komunistą” decydował Li Syng Man.
Po drugiej stronie 38 Równoleżnika radzieccy wojskowi zaakceptowali istniejące struktury tam Koreańskiej Republiki Ludowej. Zwłaszcza, że od lat tym regionie współpracowali z lewicowymi partiami lub ruchami politycznymi. Dzięki zręcznej polityce, często intrygom ,podporządkowywali sobie lokalnych liderów tych ruchów. Jeśli któryś nie spełniał ich oczekiwań, wywyższali następnego.
W tym czasie priorytetem dla Stalina były państwa Europy Środkowo- Wschodniej. Chciał je włączyć do swej strefy wpływów. Chiny chciałby mieć podzielone między zwalczającymi się komunistami Mao i nacjonalistami Czanga. Stalin obawiał się samodzielności Mao, bał się silnych, zjednoczonych Chin. Podobnie postrzegał Koreę. Dlatego do końca lat czterdziestych na północy tego kraju panował względny spokój polityczny i rozwój gospodarczy. Znacjonalizowano przemysł, ale niekonfliktowo, bo był on własnością japońskich okupantów. Przeprowadzono reformę rolną, ale zabrano ziemię przede wszystkim japońskim właścicielom i kolaborantom. Trudno dzisiaj uwierzyć, ale wtedy na północy było bogaciej niż na południu. A nawet były tam większe swobody demokratyczne.
Południowo koreański , importowany z USA reżim Li Syng Mana i amerykańskie władze walcząc z „komunistami” szukały dodatkowego poparcia. Najszybciej uzyskały ze strony byłych pro japońskich kolaborantów. Urzędników japońskiej administracji , kadr technicznych w fabrykach. Amerykanie traktowali Japończyków inaczej niż Niemców, nie przeprowadzili ani w Japonii , ani w Korei „de faszyzacji” . Nie było japońskiej Norymbergii.
Reżim Li Syng Mana podporządkował sobie kolaboracyjną policję i służby specjalne. Blokował przeprowadzenie reformy rolnej. Wszelkimi środkami zwalczał konkurentów politycznych, dopuszczając się licznych zbrodni. Walczył też z odradzającymi się związkami zawodowymi. Patronujący mu amerykańscy zarządcy nie zwracali na to uwagi. W lipcu 1948 roku doprowadzili do wyborów parlamentarnych . W sierpniu ogłoszono powstanie Republiki Południowej Korei .Prezydentem został Li Syng Man.
Zaraz potem nowy, „demokratyczny” prezydent całą swą uwagę skupił na wprowadzeniu w swym kraju bezlitosnej dyktatury. Dymisjonował wszystkich próbujących niezależności ministrów. Krwawo stłumił bunty lewicowców w Josu na południu kraju. W październiku 1949 roku w więzieniach południowo koreańskich znajdowało się ponad 90 tysięcy przeciwników politycznych.
Korea Północna swą niepodległość ogłosiła we wrześniu 1949 roku . Rządzony już wtedy przez ekipę Kim Ir Sunga , zwanego w naszym kraju Kim Ir Senen, kraj też nie był demokratyczny. Tam również bezwzględnie rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi. Ale czyniono to bardziej skrycie. Bez pomoc dawnej kolaboracyjnej policji i pro japońskiej administracji.
Doradcy radzieccy intensywnie szkolili dawnych koreańskich partyzantów budując tam profesjonalną armię . Jesienią 1949 roku w sąsiednich Chinach ostatecznie zwyciężyła Armia Ludowo- wyzwoleńcza przewodniczącego Mao. Masę zdobytego na wojskach generalissimusa Czanga amerykańskiego sprzętu przekazano sojuszniczej armii koreańskiej. Za rok miał być użyty przeciwko wojskom USA.
Zdegustowani zamordystycznymi rządami Amerykanie rozpoczęli wycofywanie swego wojska z Korei. Musieli też tak uczynić, bo wojska radzieckie demonstracyjnie opuściły Północna Koreę. Pozostawili jednak wyszkolona armię i miejsce dla chińskich doradców wojskowych. Amerykanie pozostawili południowym Koreańczykom jedynie lekki sprzęt wojskowy . Skorumpowani południowokoreańscy wojskowi handlowali wojskowymi racjami żywnościowymi i odzieżą. A prezydent Ly skupiał swą uwagę na rozwoju tajnej policji politycznej.
Dlatego, kiedy 25 czerwca wojska północnokoreańskie wkroczyły na teren południowego sąsiada nie natrafiły na silny opór wojska i społeczeństwa. Często witano je radośnie.
Azja wstaje z kolan
Mao Zedong proklamując powstanie zjednoczonych i wolnych od obcych wpływów ludowych Chin obiecał też Chińczykom przywrócenie ich godności. Czas Chin kolonizowanych przez zachodnie mocarstwa i Japonię, Chin targanych wieloletnimi wojnami domowymi miał się zakończyć. Chiny miały wrócić na „należne im miejsce”, czyli azjatyckiego hegemona. Rządzący północną Koreą Kim Ir Sung również planował przywrócić Korei należne jej miejsce. Kraju zjednoczonego, związanego tradycyjnym geopolitycznym sojuszem z Chinami. Ale wewnętrznie suwerennym.
Dzięki otwartym przez Michaiła Gorbaczowa radzieckim archiwom wiemy już , że decyzję o zjednoczeniu Korei podjęli samodzielnie przywódcy Chin i północnej Korei. Stalin skupiał się na zwasalizowaniu państw Europy Środkowo- Wschodniej i utrzymaniu NRD. Zapewne dlatego , pomimo wrogości i regularnych incydentów zbrojnych na granicy koreańsko- koreańskiej, atak z północy był dla południowej Korei i USA zaskoczeniem.
Zabójcze wyzwolenie
Dobry scenariusz sensacyjnego serialu musi mieć liczne i niespodziewane zwroty akcji. Przebieg wojny koreańskiej 1950 -1953 to idealny materiał szkoleniowy dla przyszłych scenarzystów.
Zaczęła się rankiem 25 czerwca 1950 roku. Siedem dywizji północnokoreańskich wspartych brygadą czołgów T-34 i liczną artylerią zaatakował wojska południowe. Te stawiły słaby opór, poszły w rozsypkę. Były słabo wyszkolone. Służyły jako wsparcie policji politycznej prezydenta Ly Syng Mana.
Silnego oporu nie stawiły też nieliczne wojska amerykańskie. Złożone z rekrutów lub żołnierzy korzystających przez ostatnie lata z uroków okupowanej Japonii. Nic dziwnego, że armia północnokoreańska szybko zajęła Seul i posuwała się na południe . W sierpniu oponowała już cały kraj z wyjątkiem portu Pusan. Wydawało się, że Kim Ir Sunga zjednoczył Koreę.
Ale 15 września nastąpił niespodziewany desant wojsk USA w okolicach portu Inchhon i potem silne kontruderzenie. Amerykanie zapewnili swojej interwencji patronat ONZ i pomoc wojskową licznych państw członkowskich.
W efekcie ryzykownego desantu dowodzone przez ekscentrycznego generała Douglasa Mac Arthura rozbito rozciągnięte, wyczerpane wojska północno koreańskie. Potem siły ONZ ruszyły na północ . W październiku około 90% terytorium Korei Północnej znalazło się pod okupacją sojuszników z ONZ . Wydawało się, że zjednoczenie Korei nastąpi, ale przez siły południa.
Kiedy armie ONZ zbliżyły się do granicy z Chinami, ze zdumieniem napotkały inaczej wyglądające oddziały wojskowe. To przewodniczący Mao Zedong rzucił na front kilkusettysięczną armię, zwaną „oddziałami ochotników ludowych”.
Chciał by Chiny uczestniczyły w wojnie bez jej formalnego wypowiedzenia. Ponieważ chińscy „ochotnicy” byli weteranami niedawno zakończonej wojny domowej, a wojska ONZ składały się z rekrutów, to nastąpił kolejny zwrot. Ochotnicy żwawo pomaszerowali na południe i w styczniu 1951 roku zdobyli Seul.
Dalsze walki utrudniała wszystkim niezwykle surowa, koreańska zima. W tym czasie temperatura spada tam niekiedy poniżej 30 C. Jak wspominali weterani amerykańscy, brytyjscy, australijscy i chińscy strony miały tam „swój Stalingrad”. W tej wojnie najwięcej żołnierzy zmarło z mrozów, głodu, chorób. Nie w czasie starć militarnych.
W kwietniu 1951 roku wojska chińskie i północnokoreańskie przeprowadziły kolejna wielką ofensywę, która szybko załamała się. W lipcu 1951 roku rozpoczęła się rokowania pokojowe. Trwały do podpisanego 27 lipca 1953 w Panmundżomie rozejmu. Ustanowiono strefę demarkacyjną wzdłuż 38 równoleżnika.
Wrócono do stanu sprzed wojny.
Truman, Truman…
W Polsce w tym czasie opozycyjni „bikiniarze” podśpiewywali „Truman, Truman zrzuć ta bania, bo to nie do wytrzymania”. Nostalgicy „Jeszcze jedna atomowa i wrócimy znów do Lwowa”.
Były to echa propozycji generała Mac Arthur a. Odwetowego zrzucenie bomb atomowych na Chiny i w taki sposób wygrania wojny koreańskiej. Nie zważając, że groziło to globalną wojną.
Oszołomiony swymi zwycięstwami w wojnie z Japonią i desantem w Inchhon ekscentryczny generał zamarzył wtedy o prezydenturze USA. I przewodzeniu światem. Na szczęście prezydent Truman, przy cichym wsparciu Stalina, pohamował napoleońskie ambicje Mac Arthura. Dzięki sprawnym manipulacjom odsunięto go od władzy. Unikając tym groźby światowego konfliktu atomowego.
Najbardziej ucierpiały na atomowych mrzonkach Mac Arthura społeczeństwa państw zwasalizowanych przez ZSRR. Zwłaszcza Polska. Widmo nowej, atomowej wojny światowej spowodowało modyfikację przyjętego w 1950 roku gospodarczego planu sześcioletniego. Priorytet uzyskał przemysł ciężki, zwłaszcza zbrojeniowy, kosztem społecznej konsumpcji. Do Polski powróciła „gospodarka wojenna”. Lata eksploatowania ekonomicznego, wyzysku społeczeństwa, ale też forsownej industrializacji.
Po kilku latach te masowe wyrzeczenia przyniosły bunt społeczny w 1956 roku. Upadek systemu stalinowskiego . Liberalizację gospodarczą i polityczną.
„Bania Trumana” nie spadła na Polskę, ale samo jej widmo sprawiło, że życie w Polsce Ludowej stawało się coraz bardziej „do wytrzymania”.

Pamiętamy o naszej historii i cenimy pokój

W tym roku mija 75. rocznica zwycięstwa Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii (1931-1945) i ostatecznego zwycięstwa nad faszyzmem. Zakończona 75 lat temu wojna była walką całej ludzkości, była również walką sprawiedliwości z prześladowaniami, światłości z mrokiem oraz wolności z niewolnictwem.

W tej wielkiej, decydującej o wszystkim wojnie naród chiński wraz z narodami świata, dzięki niezłomnej determinacji i odwadze, całkowicie pokonał faszyzm i odniósł ogromne zwycięstwo. Przewodniczący Xi Jinping wskazuje, że „w historii współczesnej to wielkie zwycięstwo stanowiło dla narodu chińskiego punkt zwrotny kierujący Chiny od głębokiego kryzysu do wielkiego odrodzenia, było ono również ważną częścią światowych działań w wygranej wojnie z faszyzmem. To zwycięstwo należy do narodu chińskiego i wszystkich narodów świata.”
Tego okresu w historii nie zapomnimy nigdy, był to czas, gdy naród chiński miał swój historyczny wkład w zwycięstwo nad faszyzmem. II Wojna Światowa zapisała się na kartach historii jako najmroczniejszy i najtragiczniejszy jej rozdział. Dla rozwoju ludzkości oznaczała ona kataklizm na ogromną skalę i aż do dnia dzisiejszego uznaje się ją za konflikt militarny, który pochłonął najwięcej ofiar i przyniósł najwięcej zniszczeń. Chiny, będąc głównym frontem globalnej walki z faszyzmem na Dalekim Wchodzie, toczyły walkę z Japonią przez 14 długich lat. Ofiara narodu była niewyobrażalna, życie oddało wtedy 35 mln osób. W czasie wojny Chińczycy z poświęceniem i odwagą przeciwstawiali się najeźdźcy, by ostatecznie odeprzeć główną armię japońskiego militaryzmu. Działania te wspierały aliantów i były skoordynowane z ich wojenną strategią, odpowiadały strategicznym operacjom podejmowanym na polu walki w Europie i na wodach Pacyfiku. Stanowiły one niezaprzeczalny wkład w odniesienie światowego zwycięstwa nad faszyzmem. Naród chiński nigdy nie zapomni drogocennego wsparcia udzielonego nam przez kochające pokój i sprawiedliwość kraje oraz narody. Polscy bohaterowie gen. Witold Urbanowicz i ppłk Włodzimierz Szymankiewicz walczyli z wrogiem w Chinach, a lekarze dr Wolf Jungerman, dr Stanisław Flato w czasie wojny nie zważając na własne bezpieczeństwo ruszyli do Chin, by nieść pomoc rannym i poszkodowanym. Niezliczona liczba Chińczyków do dziś pamięta o ich bohaterskich czynach. Wielka przyjaźń, nawiązana między Chińczykami a Polakami w czasie II wojny światowej trwa nieprzerwanie i jest wspólnym skarbem naszych krajów.
Zawsze będziemy trzymać się obranej ścieżki – dla Chin jest to ścieżka pokojowego rozwoju. Ludzie, którzy doświadczyli wojny, jeszcze bardziej rozumieją, jaką wartość ma pokój. Jak powiedział prezydent Xi Jinping na upamiętniającym powyższe wydarzenia spotkaniu: „Od XIX wieku przez ponad 100 lat naród chiński cierpiał z powodu agresji, poniżenia i grabieży ze strony obcych mocarstw, jednak nie przejął on logiki rabowania na prawach silniejszego, ale z jeszcze większą determinacją stanął w obronie pokoju.” Te dwa zwycięstwa – Chin w drugiej wojnie przeciwko Japonii i świata w wojnie z faszyzmem, stały się dla nas bezcenną inspiracją do niezachwianego podążania ścieżką pokojowego rozwoju. Ludzkość potrzebuje pokoju, tak jak człowiek potrzebuje powietrza do życia, a natura światła słonecznego do wzrostu. Naród chiński doskonale zna wartość pokoju, a jego determinacja i dążenia do ochrony tegoż pokoju w żadnym wypadku nie zostaną zachwiane. W ustawie zasadniczej, jaką jest Konstytucja ChRL, zawarliśmy koncepcję utrzymywania pokojowego rozwoju. Chiny podążają ścieżką pokojowego rozwoju i nie jest to przejściowa polityka, a tym bardziej nie jest to retoryka dyplomatyczna. Jest to uroczysta obietnica wynikająca ze słuszności postępu i pokoju na świecie.
Należy aktywnie podążać za nurtem obecnych czasów i krzewić ducha pokoju, rozwoju, współpracy i wspólnych wygranych. By nie dopuścić do powtórzenia się tragicznego scenariusza II Wojny Światowej, po jej zakończeniu poszczególne państwa powołały do życia Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ), której postawiono za cel rozwiązywanie konfliktów poprzez dialog, sporów poprzez mediacje, a przede wszystkim poprzez konsensus osiągany przez znaczącą większość państw. Pandemia COVID-19 po raz kolejny jasno uświadomiła nam, że stając w obliczu różnego rodzaju globalnych wyzwań, społeczność międzynarodowa jest zmuszona do wzmocnienia współpracy i wspólnej ochrony systemu międzynarodowego, którego osią jest ONZ oraz ładu globalnego, którego podstawą jest prawo międzynarodowe. Od wielu lat Chiny i Polska czynią wysiłki na rzecz rozwoju wszechstronnego partnerstwa strategicznego i pogłębiania pragmatycznej współpracy w każdej dziedzinie. Widać to szczególnie po wybuchu epidemii. Oba kraje ramię w ramię stawiają czoła chorobie i razem przezwyciężają trudności. Oba państwa wspierają multilateralizm i inicjują współpracę międzynarodową, czym dają światu pozytywną energię, która pomoże zapewnić mu pokój i stabilność.
Dzisiaj, po 75 latach, ludzkość w swej historii znów stanęła na rozstaju dróg. Po raz kolejny pojawiają się przed nami pytania: wybrać współpracę, czy konflikt? Otwarcie, czy zamknięcie gospodarki i społeczeństw? Wspólne korzyści, czy gry o sumie zerowej? Chiny, będąc ogromnym i odpowiedzialnym państwem, podążają z nurtem epoki, stawiając na rozwój. Stanowczo stajemy po właściwej stronie historii i wraz ze wszystkimi państwami na świecie, a w tym z Polską, łączymy siły, by stawić czoła przeciwnościom, rozszerzyć globalną współpracę i działać na rzecz stworzenia wspólnoty ludzkości, którą łączy ta sama przyszłość. Razem zbudujmy piękniejszy świat!