Jak Chińczycy obchodzili Święto Smoczych Łodzi w czasie epidemii?

Wiszące saszetki z medykamentami, jedzenie zongzi, wyścigi smoczych łodzi… Święto Smoczych Łodzi (Duanwu) to kolorowa tradycja, która ożywa co 12 miesięcy. W 2020 roku Święto Smoczych Łodzi przypadło 25 czerwca, w związku z czym Chińczycy mieli długi weekend od 25 do 27 czerwca.

Święto Smoczych Łodzi, Święto Wiosny (Chunjie) i Święto Środka Jesieni (Zhongqiu) to najważniejsze dni w chińskim kalendarzu, które związane są z wielowiekową tradycją.
W tym roku panuje na całym świecie pandemii koronawirusa. Mimo, że obecnie w Chinach sytuacja epidemiologiczna jest pod kontrolą, to niektóre wydarzenia związane ze Świętem Smoczych Łodzi zostały zawieszone lub zmienione w związku z działaniami mającymi na celu zapobieganie i kontrolę epidemii.
Można powiedzieć, że Święto Smoczych Łodzi w tym roku było zarazem tradycyjne, jak i nowoczesne.
Skąd pochodzi Święta Smoczych Łodzi?
Pochodzenie Święta Smoczych Łodzi, nie jest jednoznaczne, ponieważ wzmianki i odnośniki do tej tradycji można znaleźć w wielu legendach i opowieściach. Według niektórych jego początki sięgają obrzędów z czasów dynastii Xia, inni uważają, że jego korzeni należy szukać wśród lokalnych rytuałów ludności mieszkającej w rejonach rzeki Jangcy. Jednak największą popularnością cieszy się historia związana z imieniem wielkiego chińskiego poety i patrioty – Qu Yuana, który żył na przełomie IV i III wieku p.n.e. w królestwie Chu. Poeta, oburzony politycznym zepsuciem i korupcją, zrozpaczony tym, że wrogie królestwo najechało jego ojczyznę i zdobyło stolicę, napisał poemat „Opłakując Ying” (Ying to nazwa stolicy państwa Chu), po czym rzucił się w nurt rzeki Miluo. Wydarzyło się to piątego dnia piątego miesiąca chińskiego kalendarza księżycowego. Próby ratowania Qu Yuana, a następnie poszukiwanie jego ciała przez miejscowych rybaków miały dać początek wyścigom smoczych łodzi.
Co Chińczycy jedzą podczas Święta Smoczych Łodzi?
Od czasu tragedii, każdego roku w rocznicę śmierci poety, ludzie gromadzili się na brzegu rzeki Miluo i rzucali do wody ryż, chcąc w ten sposób oddać cześć jego duchowi. Aby uchronić ryż przed zepsuciem, przed wrzuceniem do wody zawijano go w liście trzciny lub bambusa. Tak owinięty ryż nazywa się zongzi.
Jedzenie zongzi jest najważniejszym obyczajem kulinarnym Święta Smoczych Łodzi. Robi się je z kleistego ryżu, zawija w liść trzciny i bambusa, i gotuje na parze. Należy je przygotować w przededniu święta. Zongzi są również kulinarnym prezentem świątecznym, którym krewni i przyjaciele wymieniają się podczas wzajemnych wizyt. Poza tym w niektórych rejonach Chin utrzymują się inne lokalne zwyczaje, takie jak spożywanie solonych kaczych jaj czy picie ziołowego wina.
Co robią Chińczycy podczas Święta Smoczych Łodzi?
Do obchodów Święta Smoczych Łodzi można zaliczyć ponadto specjalne przystrajanie drzwi wejściowych domów pachnącymi bukietami ziół – bylicą. Wierzono, że można w ten sposób odpędzić demony oraz zapobiec chorobom. Wypełnione sproszkowanymi ziołami amulety przyczepiano do warkoczyków lub przyszywano do dziecięcych ubrań. Amulety służyły także jako naszyjniki i bransolety. Dzieci nosiły także buty, na których znajdowała się postać tygrysa, co miało im zapewnić długowieczność, spokój i szczęście. Saszetki pięknie pachnące zawieszano jako dekoracje. Jest to chiński zwyczaj ludowy, znany od tysięcy lat, który jest symbolem usuwania chorób i utrzymywania pokoju.
Warto wspomnieć, że wyścigi smoczych łodzi to bardzo tradycyjne wydarzenie. Co roku w Parku Mokradeł Xixi, w dzielnicy Wuchang w Hangzhou, w mieście w południowo-wschodnich Chinach, odbywają się zawody. Impreza ta wywodzi się z dynastii Ming, a jej historia sięga 500 lat. Ponieważ strumień Xixi jest wąski, istnieje wiele typów smoczych łodzi. Obecnie „Wyścigi smoczych łodzi w dzielnicy Wuchang” znalazły się na krajowej liście dziedzictwa niematerialnego. W 2020 roku wydarzenie nie odbyło się z powodu epidemii.
Jakie są nowe formy obchodzenia Święta Smoczych Łodzi podczas epidemii?
W związku z wprowadzeniem drugiego stopnia sytuacji kryzysowej w Pekinie, podczas okresu świątecznego nie organizowano żadnych wydarzeń masowych w stolicy, ale wykorzystano sieć internetową. W innych miastach Chin również pojawiło się więcej wydarzeń kulturalnych online niż w było to w przeszłości.
Tegoroczne Święto Smoczych Łodzi zainaugurowało osiem głównych działań w Internecie, w tym „Tysiące żaglowców i zamożne życie” czyli zawody smoczych łodzi czy „Konkurencja w robieniu zongzi”. Również zorganizowano ponad 70 kluczowych działań kulturalnych w 6 rożnych dziedzinach. W sumie na 32 stronach internetowych można było poczuć świąteczną atmosferę, gdyż tam łączyła się konsumpcja z kulturą, turystyką, sportem, nauką i technologią.
Wystawy online to największa zmiana związana z muzealnictwem w Pekinie. Podczas Święta Smoczych Łodzi ponad 100 muzeów i galerii sztuki w stolicy Chin wykorzystało swoje oficjalne strony internetowe i publiczne konta WeChat, aby odwiedzający mogli oglądać skarby i ekspozycje dzięki panoramicznym wirtualnym przewodnikom, audioprzewodnikom, wirtualnym salom wystawowym, kursom online i aplikacjom APP.
Istotą zwyczajów Święto Smoczych Łodzi jest pozostanie w zdrowiu oraz życzenia pomyślności. W tym roku, w czasie pandemii koronawirusa wykorzystano Internet do obchodów święta, nie zapominając przy tym o szacunku wobec tradycji.

Marksistowski ekonomista z USA masakruje kapitalizm

Rozwój internetu i mediów społecznościowych sprawił, że coraz trudniej mediom głównego nurtu promować własnych ekspertów od wszystkiego. Jeszcze 15 lat temu o tym, kto wejdzie do medialnej pierwszej ligi decydowało wąskie grono dziennikarzy – jeśli ktoś nie pojawiał się regularnie u Tomasza Lisa czy Kuby Wojewódzkiego, to powszechnie był traktowany jako polityczno–medialny margines. Dzisiaj czasy się zmieniły, na szczyty rozpoznawalności wchodzą ludzie, którzy w telewizji w ogóle byli nieobecni. Czy jest to zmiana na lepsze?

Z perspektywy polskiej to kwestia dyskusyjna, gdyż w mojej ocenie najlepiej social media opanowała skrajna prawica, której polityczną reprezentacją jest Konfederacja. Nie wszędzie jednak tak jest.
Przyzwyczajeni jesteśmy do cenzury mającej charakter polityczny, ale cenzura telewizyjna w III RP miała również charakter merytoryczny, uniemożliwiając dotarcie ze swoim przekazem do mas takim osobom jak Krzysztof Karoń, Grzegorz Braun i inni liderzy skrajnej prawicy. Dziś ich rozpoznawalność, w myśl zasady „im głupszy, tym lepszy”, jest większa niż ta, którą cieszą się politycy promowani przez media głównego nurtu. Najlepszym testem realnej popularności polityków jest trwająca obecnie kampania prezydencka, gdzie kandydatów promowanych przez rządzący salon takich jak Małgorzata Kidawa–Błońska czy Robert Biedroń, którym sondaże dawały ponad 20 proc. (w przypadku kandydatki PO) czy kilkanaście proc. (w przypadku kandydata Lewicy) spotkał zimny prysznic w postaci notowań w granicach 2 proc. Z polskiej perspektywy, gdzie debata publiczna od dawna jest zdominowana przez różne odłamy prawicy, sytuacja wydaje się beznadziejna. Podział wpływów medialnych można streścić w następujący sposób: TVN, Gazeta Wyborcza – PO, TVP, Gazeta Polska – PiS, Konfederacja – internet. Na szczęście istnieją kraje, gdzie lewica radzi sobie w internecie bardzo dobrze. Chyba największym zaskoczeniem są tutaj USA.
Ze względu na wyjątkowy charakter relacji polsko-amerykańskich, czy raczej wyjątkową podległość polskich elit medialno-politycznych wobec wszystkiego, co amerykańskie, analizowanie tamtejszej sceny politycznej może być dla polskiej lewicy zbawienne. W dodatku jest to postulat absolutnie wykonalny, gdyż młodzi Polacy rozumieją dziś język angielski. Ze swoich obserwacji emigranta zarobkowego we Francji, mogę powiedzieć, że Polacy na tle innych nacji europejskich wypadają na tym polu nawet bardzo dobrze. W tym miejscu warto przypomnieć, że już raz postępowe idee i program dotarły do Polaków dzięki bliskim kontaktom z innym językiem i niepolskim życiem politycznym: polski marksizm narodził się w Rosji, a konkretnie na rosyjskich uniwersytetach w latach siedemdziesiątych XIX wieku. W Petersburgu co piąty student był wtedy Polakiem, czy raczej dzieckiem elit ziemiańskich z terytoriów dawnej Rzeczpospolitej wcielonych do Rosji. To w Rosji studiowali Ludwik Waryński, Stanisław Kunicki i wielu innych działaczy partii Proletariat. Wydawałoby się, że dla relacji polsko-rosyjskich były to czasy tragiczne, gdyż trwał proces represji po powstaniu styczniowym, likwidacja resztek polskiej autonomii, polityka rusyfikacyjna. Jednak właśnie ta rusyfikacja dała nieoczekiwany rezultat w postaci dostępu do «Kapitału» Karola Marksa przetłumaczonego na język rosyjski. Czy historia może się w pewien sposób powtórzyć? Jako działacz lewicowy wyczekujący z niecierpliwością jakiejś małej iskierki dającej nadzieję, chciałbym, by tą iskierką był amerykański marksizm dostępny na YouTube i innych mediach społecznościowych.
Jedną z postaci zza oceanu, których obecność na YouTube wnosi lewicową perspektywę i daje widzom szansę na zrozumienie mechanizmów rządzących kapitalistycznym światem, jest profesor ekonomii Richard Wolff. Uczony ten jest aktywny publicznie od pięćdziesięciu lat – już w latach siedemdziesiątych wydawał niszowe pisma o profilu marksistowskim, mówiąc mniej więcej to samo, co dziś. Z tym, że do kryzysu z 2008 roku mało kogo to interesowało.
Wolff podkreśla, że jego obecna popularność jest efektem odrodzenia amerykańskiego ruchu socjalistycznego.
Historię amerykańskiej lewicy można podzielić na trzy etapy. Pierwszy zaczyna się wraz z rozwojem amerykańskiego kapitalizmu w XIX wieku i trwa do końca II wojny światowej. W tym to okresie następuje gwałtowna industrializacja, a USA z kraju peryferyjnego stają się główną gospodarką świata. Jest to też okres brutalnej walki klasowej, której najlepszym przykładem są wydarzenia z Chicago (upamiętniamy je co roku 1 maja). Wybuch Rewolucji Październikowej i powstanie Międzynarodówki Komunistycznej miało swoje echo także w USA. Gdy rozpoczął się wielki kryzys w 1929 r., w USA były silnie reprezentowane wszystkie segmenty ruchu robotniczego: partia komunistyczna, partia socjalistyczna, silny ruch anarchistyczny i masowe związki zawodowe. Do tej układanki należy doliczyć silny ruch chłopski, który w latach trzydziestych organizował masowo blokady dróg, a także miliony bezrobotnych Amerykanów. Gdy dodamy do tego jeszcze terror Ku Klux Klanu, to wyłania nam się obraz kraju przypominający beczkę prochu.
Do rewolucji jednak nie doszło. Inspirowany keynesizmem prezydent Roosevelt przeprowadził socjaldemokratyczne reformy, równocześnie represjonując najbardziej radykalne (czytaj: rewolucyjne) skrzydła ruchu robotniczego. Gospodarka amerykańska zaczęła wychodzić z kryzysu, a w długotrwałym kryzysie znalazła się z kolei amerykańska lewica. Ostateczny cios jednak zadał jej senator Joseph McCarthy, z którego nazwiskiem wiążą się prześladowania komunistów w USA po II wojnie światowej. Wspomniany kryzys przejawiał się odrzuceniem marksizmu, socjalizmu i walki klasowej. Niejako w zamian nowa lewica w USA przez kilkadziesiąt lat koncentrowała się na zupełnie nowych problemach, takich jak walka o prawa LGBT.
To jednak pewne uproszczenie: między początkiem zimnej wojny a kryzysem 2008 roku było kilka momentów aktywizacji politycznej amerykańskiej lewicy. Partie i środowiska o charakterze socjalistycznym były obecne w ruchu przeciwko wojnie w Wietnamie, w ruchu antyglobalistycznym, gdy ten tworzył się w czasach Busha juniora, podczas protestów przeciwko inwazji na Irak w 2003 r. Amerykański socjalizm cały czas gdzieś tam istniał i opór się tlił. Nie można jednak jego siły porównać do sytuacji z lat 30. XX wieku, kiedy amerykańska burżuazja obawiała się rewolucji. Z kolei masowe ruchy kontestacyjne nie stawiały wyraźnie programu socjalistycznej zmiany społecznej.
Socjalizm jako ruch masowy powrócił do USA w 2008 roku jako odpowiedź na kryzys ekonomiczny.
Warto wymienić tutaj dwa wydarzenia: ruch Occupy Wall Street z 2011 roku i kampanię prezydencką Berniego Sandersa z 2016 roku. Efektem zmiany świadomości są kolejne sondaże pokazujące, że przynajmniej połowa młodych Amerykanów popiera socjalizm. Dzisiaj wraz z wybuchem kolejnego kryzysu kapitalizmu zainteresowanie marksizmem, socjalizmem i komunizmem cały czas w USA rośnie. To właśnie Stany Zjednoczone są obecnie centrum walki strajkowej na świecie.
Renesans amerykańskiej lewicy jest ściśle związany z marksowskim bon motem: byt kształtuje świadomość. 75 lat kryzysu amerykańskiej lewicy przypada na okres niekwestionowanej dominacji ekonomicznej USA na świecie, przekładającej się także na względnie wysoki poziom życia w USA, dotyczący także mas pracujących. Gdyby American dream trwał dalej, to ani profesor Wolff, ani nawet cała armia marksistowskich profesorów nie byliby w stanie rozreklamować socjalizmu w dobrze prosperującym kapitalistycznym społeczeństwie. Kryzys jednak się rozpoczął i najbardziej uderzył w amerykańską młodzież, pracującą na umowach śmieciowych, obciążoną kredytami studenckimi i pozbawioną dostępu do świadczeń medycznych.
Kim jest profesor Wolff? Z samych wypowiedzi Wolffa, jak i z biogramu dostępnego w Wikipedii wynika, że nie jest to typ prześladowanego przez system rewolucyjnego dysydenta. W odróżnieniu od Marksa czy Lenina nie był zmuszony do emigracji czy ucieczki; wręcz przeciwnie – robił karierę. Skończył najbardziej prestiżowe amerykańskie uniwersytety (Harvard, Yale, Stanford), pracował na wielu uczelniach w USA, ale też m.in. na paryskiej Sorbonie. Jako wykładowca uniwersytecki wykładał ekonomię burżuazyjną, a równocześnie wydawał marksistowskie periodyki, w których tę ekonomię krytykował.
Polityczne zaangażowanie Wolffa również dalekie jest od radykalizmu. Mimo istnienia w USA różnych marginalnych grup o profilu marksistowskim, Wolff wolał współpracować z lewicą bardziej ugrzecznioną, na styku amerykańskich Zielonych i lewicowych frakcji w Partii Demokratycznej. Jednak w 2008 r., gdy wybuchł kryzys kapitalizmu, urodzony w 1942 r. Wolff przeszedł na emeryturę i tym samym zyskał swobodę wypowiedzi. Pierwsze filmy Wolffa w serwisie Youtube to wykłady na temat marksistowskiej ekonomii, nagrywane w jakiejś szkole, w formacie zajęć lekcyjnych z tablicą. Poziom techniczny był słaby. Z czasem jednak profesor zaczyna być zapraszany do mainstreamowej telewizji, a także bierze udział w różnych debatach, organizowanych na uczelniach lub z inicjatywy różnych stowarzyszeń. Sam Wolff powołał stowarzyszenie Democracy at Work, dla którego co tydzień nagrywa półgodzinny serwis ekonomiczny Economic Update. Oprócz tego tworzy regularnie krótkie, mniej więcej dziesięciominutowe filmy z cyklu «Zapytaj Profesora Wolffa», gdzie odpowiada na wszelkie pytania związane z marksizmem i socjalizmem. Śmiało można powiedzieć, że stał się kimś na kształt marksistowskiej telewizyjnej gwiazdy. Codziennie można go zobaczyć czy to w debatach na innych lewicowych kanałach, czy też w debatach telewizyjnych. Warto tu jeszcze podkreślić, że Wolff blisko współpracuje z innymi marksistowskimi intelektualistami, z których najbardziej znany jest popularyzator «Kapitału» David Harvey, którego wykłady także można obejrzeć na kanale Democracy at Work.
No dobrze, ale za słowami takimi jak marksizm czy socjalizm kryje się w praktyce wiele różnych treści – od Berniego Sandersa do Komunistycznej Partii Chin. Jaki socjalizm prezentuje Wolff?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, gdyż sam zainteresowany nigdy jej jednoznacznie nie udzielił. Jako fan Wolffa (może nie jego myśli politycznej, ale jego stylu wypowiadania się, pięknej i łatwej do zrozumienia angielszczyzny i ogromnej erudycji) obejrzałem mnóstwo filmów z jego udziałem i uważam, że w najważniejszych kwestiach nie daje on jasnej, precyzyjnej odpowiedzi.
Z jednej strony trzeba rozumieć, do kogo Wolff adresuje swoje filmy. Moim zdaniem targetem są wyborcy Berniego Sandersa, czyli osoby, dla których socjalizm to coś na kształt rozwiązań skandynawskich, w istocie mało radykalnych. De facto chodzi więc nadal o kapitalizm, tylko z rozbudowanym socjalem, bezpłatną edukacją i powszechną służbą zdrowia.
Jeśli jednak przeanalizujemy wypowiedzi Wolffa na temat Rewolucji Październikowej czy Rewolucji Chińskiej, to czeka nas, w porównaniu z debatą o historii w Polsce, łyk świeżego powietrza. Profesor ma dla rewolucjonistów wiele szacunku, a rewolucje ocenia jako wydarzenia, które zmodernizowały zacofane kraje i realnie polepszyły poziom życia tamtejszych społeczeństw. Nie czuje potrzeby, by w każdej wypowiedzi publicznej koniecznie się uwiarygodnić, potępiając „bolszewicki totalitaryzm”, jak to robią polscy socjaldemokraci. Koncentruje się na krytyce kapitalizmu.
Oczkiem w głowie Wolffa są spółdzielnie robotnicze, a konkretnie ruch społeczny proponujący zastępowanie firm o charakterze hierarchicznym, gdzie przedsiębiorca jest właścicielem środków produkcji i de facto pełni rolę „despotycznego monarchy” w swojej firmie, w spółdzielnie robotnicze. Profesorowi marzy się nowa rewolucja francuska w firmach – obalenie monarchów i ustanowienie oddolnej demokracji. Spółdzielnie robotnicze według Wolffa mają być bazą społeczną nowego systemu ekonomicznego, analogiczną do przedsiębiorstw kapitalistycznych istniejących w upadającym feudalizmie. W wykładach Wolffa na temat spółdzielni robotniczych wyczuć można naiwną wiarę w nieustający postęp spółdzielczości. Ciągle więc słyszymy przykłady o kolejnych spółdzielniach w USA czy hiszpańskiej spółdzielni Mondragon. Niestety profesor wykazuje w tej materii wybiórczość czy wręcz brak wiedzy. W końcu w naszym obszarze geograficznym, czyli w krajach byłego Bloku Wschodniego, sektor spółdzielczy był w czasach socjalizmu bardzo rozwinięty. Najbardziej znany jest oczywiście model jugosłowiański – warto tutaj podkreślić, że tamtejsza spółdzielczość przetrwała rozpad Jugosławii i została zniszczona dopiero w następnych latach w wyniku m.in. bombardowań NATO. Nie jest więc tak, że ruch na trasie przedsiębiorstwa kapitalistyczne -spółdzielczość robotnicza ma charakter wyłącznie jednokierunkowy. Spółdzielnie mogą powstać, ale mogą też zostać sprywatyzowane, czego chyba Wolff nie dostrzega. Oddzielnym tematem jest komercjalizacja wielkich spółdzielni i ich ewolucja w kierunku zwyczajnych firm kapitalistycznych. Przykładem jest tutaj Europa Zachodnia i Francja, w której mieszkam. Wszak jeden z największych banków na świecie, francuski bank Credit Agricole powstał jako wiejski bank spółdzielczy!
O ile mi wiadomo, Wolff nigdy nie pokusił się o odpowiedź na pytanie: gdzie kończy się socjalistyczna spółdzielczość, a zaczyna kapitalistyczna korporacja, wykorzystująca spółdzielczość jako element public relations? Ulubiona spółdzielnia Wolffa, czyli hiszpański Mondragon, już dziś akceptuje różnice w płacach prezesów i szeregowych pracowników na poziomie dziesięciokrotności. Wolff nie odpowiada na pytanie, jak wiele mogą zarabiać prezesi, by ciągle cały projekt można było uznać za godny wspierania. Warto dodać, że Mondragon jest obecny także na rynku tzw. usług finansowych, czyli, mówiąc krótko – zajmuje się spekulacją. Mondragon ma też ciemną kartę związaną z Polską: gdzie w czasach wielkiej prywatyzacji kupił przedsiębiorstwo w Polsce na zasadzie wrogiego przejęcia, tylko po to by je później zamknąć, likwidując konkurencję dla firmy hiszpańskiej.
Marksista Wolff nie zrozumiał zupełnie marksistowskiej analizy państwa i koncepcji dyktatury proletariatu. Wiara w pokojowe przejście do socjalizmu za pośrednictwem poszerzającego się sektora spółdzielczego sytuuje go raczej w gronie przedmarksowskich socjalistów utopijnych.
Nie zmienia to jednak faktu, że Wolff jako krytyk kapitalizmu jest specjalistą najwyższej klasy.
Jego największym atutem jest znajomość współczesnej ekonomii burżuazyjnej, która jest kształtowana właśnie w USA przez ludzi, z którymi Wolff studiował i pracował na tych samych uczelniach. Kto więc zna język angielski, jak najszybciej powinien Wolffa słuchać. Kto nie czuje się na tyle mocny językowo, może odszukać część przetłumaczonych wykładów na kanałach Odrodzenie Komunizmu i Media Lewicowe.
Jeśli USA mogło zmienić się na naszych oczach i o prezydenturę walczył odwołujący się do socjalizmu Bernie Sanders, to i w Polsce może w końcu dojść do odrodzenia antykapitalistycznej lewicy. Może już w przyszłych wyborach prezydenckich polscy antykapitaliści będą mieli na kogo głosować?
Autor jest robotnikiem fizycznym mieszkającym we Francji i autorem kanału Odrodzenie Komunizmu na YouTube.

Szczyt Chiny-Afryka

Niedawne wystąpienie prezydenta Chin Xi Jinpinga na szczycie Chiny-Afryka demonstruje wysiłki Chin na rzecz promowania solidarności i współpracy w globalnej walce z COVID-19, powiedział w niedzielę weteran polityki Bangladeszu, Abul Hasan Chowdhury, były minister spraw zagranicznych tego kraju.

Nadzwyczajny szczyt Chiny-Afryka w sprawie solidarnej walki z COVID-19, który odbył się w środę za pośrednictwem łącza wideo, jest „wizjonerski i aktualny” – powiedział w wywiadzie dla Xinhua Abul Hasan Chowdhury, były minister spraw zagranicznych Bangladeszu.
W swoich uwagach na szczycie, Xi wezwał Chiny i Afrykę do pokonania nowego koronawirusa solidarnością i współpracą.
Chowdhury powiedział, że szczyt, który odbył się w cieniu pandemii COVID-19, miał na celu budowę wzajemnego zaufania w odbudowie i ożywieniu dwustronnych i wielostronnych instytucji.
„W tym sensie uwagi prezydenta Xi Jinpinga wykraczają poza sprawy doraźne, niosąc przesłanie dla świata” – dodał.
Podczas szczytu Xi powiedział, że Chiny i Afryka powinny współpracować, aby zbudować chińsko-afrykańską społeczność zdrowia dla wszystkich i wznieść swoje kompleksowe partnerstwo strategiczne i oparte na współpracy na wyższy poziom.
Xi zobowiązał się także do dalszego wspierania Afryki „poprzez zaopatrzenie, wysyłanie zespołów ekspertów i ułatwianie pozyskiwania dostaw medycznych dla krajów afrykańskich z Chin”.
Chowdhury zauważył, że szczyt Chiny-Afryka przywołuje wizję dobrobytu i pokoju.
Chiny aktywnie pomagają krajom na całym świecie w walce z pandemią, zgodnie z białą księgą na temat walki kraju z COVID-19, wydaną na początku czerwca.
Wysłały zespoły ekspertów medycznych do 27 krajów, podzieliły się informacjami o zwalczaniu epidemii z ponad 180 krajami i ponad 10 organizacjami międzynarodowymi i regionalnymi – czytamy w białej księdze zatytułowej „Walka z COVID-19: Chiny w akcji”.
Chowdhury, który był ministrem spraw zagranicznych od 1996 do 2001 roku, powiedział, że mieszkańcy Bangladeszu żywią w stosunku do Chin uczucie ciepłej przyjaźni.
W odniesieniu do środków medycznych i ekspertów medycznych wysłanych niedawno przez rząd chiński do Bangladeszu Chowdhury powiedział, że „jest głęboko poruszony zrozumieniem i wsparciem rządu chińskiego”.
Dodał, że odzwierciedla to głębokie i braterskie więzi Chin z mieszkańcami Bangladeszu.

USA wygrażają światu za próbę opodatkowania amerykańskich gigantów cyfrowych

Administracja prezydenta Donalda Trumpa zaciekle broni Facebooka, Amazona, Google’a, Netflixa i innych koncernów, bojkotując prace nad wypracowaniem międzynarodowego porozumienia, zgodnie z którym firmy te płaciłyby podatki tam, gdzie osiągają swoje zyski.

Na celowniku znalazły się państwa, które wprowadziły bądź planują wprowadzić podatek cyfrowy – Wielką Brytania, Brazylia, Austria, Czechy, Włochy, Hiszpania, Turcja, Indie, Indonezja oraz oddzielnie Unia Europejska. Stany Zjednoczone grożą im sankcjami.
Administracja Trumpa w środę 17 czerwca nagle wycofała się z międzynarodowych negocjacji na temat uregulowania zasad opodatkowania korporacji międzynarodowych, a w szczególności gigantów technologicznych.
Financial Times dotarł do listu sekretarza skarbu USA Steve’a Mnuchina wysłanego do ministrów finansów Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii, w którym zagroził tym państwom odwetem, jeśli zdecydują się opodatkować amerykańskie giganty. Mowa o sankcjach gospodarczych.
Europejscy sojusznicy USA są zniesmaczeni taką reakcją.
„Byliśmy o krok od porozumienia w sprawie wprowadzenia podatku cyfrowego wobec gigantów, którzy ogromnie skorzystali na kryzysie wywołanym koronawirusem” – stwierdził Bruno Le Maire, francuski minister finansów.
New York Times w międzyczasie informował, że „kilka krajów europejskich, z Francją na czele, wprowadziło podatki od usług cyfrowych, którymi zostaną dotknięte amerykańskie firmy internetowe”. Z kolei inne państwa, takie jak Włochy, Hiszpania, Austria i Wielka Brytania, planują wprowadzić taki podatek, niezależnie od tego, czy firma, której będzie on dotyczył, jest fizycznie obecne na terenie danego kraju (tj. czy ma w nim swoje przedstawicielstwo).
Francja zawiesiła na czas rozmów obowiązek płacenia podatku cyfrowego, ale już w odwecie zapowiada, że go odwiesi. Obecna stawka podatkowa na usługi cyfrowe wynosi we Francji 3 proc. Francuski minister finansów nazwał stanowisko USA „prowokacją wobec tych wszystkich, którzy negocjowali w dobrej wierze”, a w szczególności „prowokacją wobec sojuszników USA”.
Maria Jesus Montero, rzeczniczka rządu hiszpańskiego, powiedziała w czwartek 18 czerwca, że „ani Hiszpania, ani Francja, ani Włochy, ani Wielka Brytania (…) nie zaakceptują gróźb ze strony innego kraju”.
„Nie ustanawiamy przepisów mających na celu zaszkodzenie interesom innych krajów. (…) Ustanawiamy przepisy, które sprawią, że nasz system podatkowy będzie uporządkowany, sprawiedliwy i dostosowany do bieżących okoliczności” – dodała.
Do opodatkowania cyfrowych gigantów namawia sam Joseph Stiglitz, laureat nagrody Nobla, ekonomista i profesor na Uniwersytecie Columbia. Jego zdaniem pandemia COVID-19 jeszcze bardziej uwypukliła niesprawiedliwość w międzynarodowym systemie podatkowym, pozwalając cyfrowym gigantom stać się głównymi beneficjentami pandemii, a jednocześnie unikać im płacenia podatków.
Stiglitz opowiada się za wypracowaniem globalnego systemu podatkowego, który pozwoliłby na sprawiedliwe opodatkowanie takich gigantów. Rozwiązaniem przejściowym byłoby płacenie podatków proporcjonalnie do zysków, jakie osiągnął gigant dzięki mieszkańcom danego kraju.
Gdy państwa europejskie negocjują wprowadzenie podatku cyfrowego i ich przywódcy deklarują, że nie ugną się przed amerykańskim szantażem, Polska reprezentowana przez rząd PiS siedzi cichutko jak mysz pod miotłą. IV RP rezygnuje z jakichkolwiek planów opodatkowania gigantów po jednym telefonie z amerykańskiej ambasady i przepłaca za wadliwe samoloty F-35.
Za takie „wstawanie z kolan” zapłaci polskie społeczeństwo. W zamian za to Donald Trump już za kilka dni poklepie Dudę po plecach i zaprosi go do swojego gabinetu owalnego.

Szczęście czarnej europosłanki

W przerzedzonym Parlamencie Europejskim (PE) minutą ciszy uczczono śmierć Afroamerykanina George’a Floyda. Tę nieco spóźnioną uroczystość zepsuła 71-letnia deputowana Pierrette Herzberger-Fofana, pochodzenia malijsko-senegalskiego, która doktoryzowała się w Niemczech z kobiecej literatury frankofońskiej w Afryce, a we Francji z niemieckiej socjolingwistyki, i w zeszłym roku dostała się do PE reprezentując niemieckich Zielonych. Już wszystko zostało odfajkowane, amerykańska policja potępiona, gdy Herzberger-Fofana zabrała głos.

Opowiedziała, co jej się właśnie przydarzyło pośrodku zachodniej Europy, na Dworcu Północnym w Brukseli.
Zobaczyła, jak dziewięciu policjantów-robocopów wyżywa się na dwóch młodych czarnoskórych, więc wyciągnęła telefon i zrobiła zdjęcie.
Policjanci to zauważyli i choć nie zrobiła niczego nielegalnego ruszyli do niej kupą, by ją gwałtownie rozpłaszczyć na ścianie, tak, że mało nie straciła zębów, rozstawić nogi, przydusić, obmacać i wyrwać jej torebkę. Zanim policjanci zorientowali się, że rzeczywiście jest euro-posłanką, jak próbowała im bezskutecznie uświadomić, została zniewolona, poturbowana i skrajnie upokorzona.
Na koniec swej relacji usiadła i rozpłakała się. Zaskoczeni europosłowie zareagowali w końcu oklaskami, które szybko zgasły, bo zabrzmiały jakby niestosownie. Przewodniczący PE David Sassoli obiecał zaraz, że zwróci się do władz belgijskich o wyjaśnienia. A policja, jak to policja, odpowiedziała dziś, że zbada sprawę, ale już stwierdziła, że „weryfikacja tożsamości” była zgodna z przepisami i „agresji nie było”.
Tak sie składa, że tego samego dnia w Paryżu, pod koniec wielkiej manifestacji personelu medycznego, jeszcze większa kupa policjantów rzuciła się na 51-letnią pielęgniarkę pochodzenia północno-afrykańskiego Faridę C., bo gdy zaczęli gazować tłum, pokazała im podwójnego faka.
Do tego dwa razy próbowała bezskutecznie dorzucić do nich kamykami, nie widząc drugiego oddziału policji szarżującego z tyłu, który zaraz gromadnie rozpłaszczył ją na ziemi. Jest to ceniona, oddana pracownica oddziału geriatrycznego jednego z podparyskich szpitali, która sama przeszła covid-19 i której wyraźnie puściły nerwy.
Ma ledwo trochę ponad półtora metra wzrostu i nie wygląda groźnie, ale z konfrontacji z kupą robocopów wyszła okrwawiona.
Wrzucono ją na dobę do dziury i ma być we wrześniu sądzona za obrazę i rzucanie. Teoretycznie nie powinna iść do więzienia, gdyż policjant sfilmowany w zeszłym roku, jak rzucał w tłum „żółtych kamizelek” kostką brukową (taką dużą, uliczną, więc wyglądało to raczej na pchnięcie kulą), dostał tylko 2 miesiące w zawiasach, bez odnotowania, że karany, by mógł dalej służyć rządowi. Ale różnie może być.
Akurat ów policjant od kostki-kuli stanowi połowę francuskich policjantów ukaranych za bezsensowną i bardzo groźną przemoc w czasie manifestacji „żółtych kamizelek” i innych protestów społecznych od jesieni 2018 r.
Złożono w tym czasie prawie tysiąc udokumentowanych skarg na przemoc policji, z czego „policja policji” (IGPN) przyjęła blisko 400, a z tego do dzisiaj dwóch policjantów zostało ukaranych i nie wygląda, by miało być ich więcej.
Wynika z tego, że pozbawianie manifestantów oczu, rąk lub nóg jest legalne, zupełnie jak duszenie. Co prawda francuski rząd na fali oburzenia losem George’a Floyda zakazał policyjnej techniki duszenia, lecz ta delegalizacja trwała raptem tydzień, gdyż po kilku demonstracjach policjantów domagających się możliwości duszenia, przywrócono je.
Ludzie mogą manifestować latami, by nic nie zyskać, ale policja to co innego.
Co do policyjnego rasizmu: dziś rano oficjalny organ francuski (CNCDH – Państwowa Komisja Konsultatywna Praw Człowieka) złożył premierowi swój raport za ubiegły rok, który był zresztą gotowy już marcu, jeszcze przed głośną sprawą amerykańskiego rasizmu. Raport ów ujawnia pewien paradoks istniejący w innych zachodnich krajach.
Kiedy się mierzy tolerancję ogółu, osoby czarnoskóre wypadają w oczach większości najlepiej ze wszystkich mniejszości, są wręcz lubiane.
A jednocześnie report przedstawia dowody, że na co dzień jest to mniejszość ze wszystkich najbardziej pogardzana, lekceważona, upokarzana i dyskryminowana. I to widać w internecie, na stadionach, w urzędach i na policji, która może dosłownie bić i nawet zabijać całkiem bezkarnie.
Innymi słowy, eurodeputowana Herzberger-Fofana miała szczęście.

Wspinam się, bo tam jest góra – zespół chińskich geodetów ponownie zdobył szczyt Czomolungmy

W 1960 roku chiński zespół alpinistów, Wang Fuzhou, Gonpo i Qu Yinhua, po raz pierwszy zdobył szczyt Czomolungmy od północnego stoku, podnosząc czerwoną flagę z pięcioma gwiazdami w najwyższym punkcie na ziemi. Od tego czasu Czomolungma (po tybetańsku – Bogini Matka Ziemia) jest przedmiotem zainteresowania i uznania społeczności międzynarodowej. Przypomnijmy, że nazwa góry Mount Everest jest używana od 1865 roku.

O godzinie 11 czasu pekińskiego 27 maja 2020 roku zespół ośmiu chińskich geodetów, których zadaniem było ponowne zmierzenie wysokości najwyższej góry świata, przy trzeciej próbie, dotarł na szczyt. Dokonali oni pomiaru i bezpiecznie wrócili do bazy.
Jakie znaczenie ma pomiar wysokości Czomolungmy? W rzeczywistości to nie tylko samo „mierzenie wysokości”, ale także zbieranie danych pozycjonowania satelitarnego, poziomowania, grawitacji, meteorologii i innych, które w połączeniu z wcześniejszymi informacjami dostarczą wiedzy potrzebnej przy badaniu trzęsień ziemi, ruchów skorupy ziemskiej, monitorowaniu lodowców i ochronie ekosystemu.
W trakcie tegorocznej wyprawy po raz pierwszy wykorzystano precyzyjne dane satelity nawigacyjnej Beidou i dużą liczbę satelitarnych danych teledetekcyjnych. Precyzyjne dane nawigacyjne i teledetekcyjne przyniosą korzyści wszystkim ludzkim działaniom. Każdy, kto korzysta z aplikacji w telefonie przy zamówieniu taksówki, zamówieniu posiłku na wynos czy nadawaniu lub odbieraniu przesyłek, korzysta właśnie z tych danych. Można powiedzieć, że pomiary dokonane na Czomolungmie są bliskie każdemu.
Wspinaczka na najwyższy szczyt świata nigdy nie było łatwym zadaniem, ponieważ wiąże się z dużym niebezpieczeństwem. Tam na szlaku co roku ginie wielu.
Dlatego członkowie zespołu alpinistów, którzy podjęli tak duże ryzyko, aby wspiąć się na Czomolungmę, stali się bohaterami. Jak dotarli na szczyt? Jakie pomiary dokonali na czubku góry? Czy mogli użyć do tego drona?
Istnieją dwie konwencjonalne trasy na szczyt Czomolungmy – północny stok po stronie chińskiej i południowy stok po stronie Nepalu.
Chińczycy wspinając się na Czomolungmę najczęściej wybierają trasę od północnej strony. Od Lhasy do bazy podstawowej, znajdującej się na równinie żwirowej pod lodowcem East Rongbuk (5200 metrów), wiedzie droga asfaltowa co ułatwia transport ludzi i sprzętu. Stamtąd do zaawansowanego obozu podstawowego (6500 metrów) podchodzi się do lodowca East Rongbuk. Mijając duże i małe lodowe wieże, wchodzi się w tak zwaną „strefę cienkiego powietrza”.
Stąd na wspinaczy czekają już tylko prawdziwe wyzwania. Zaawansowany obóz podstawowy zwany „diabelskim obozem”, znajduje się w miejscu, gdzie cyrkulacja powietrza jest słaba. Zazwyczaj tu alpiniści odczuwają najcięższe objawy choroby wysokościowej podczas wspinaczki, dlatego członkowie zespołu muszą tutaj odpocząć.
Zaczynając od obozu zaawansowanego, można dotrzeć do pierwszego poziomu trudności całej podróży, Lodowej Ściany – the North Col. Różnica wysokości wynosi tu około 400 metrów, nachylenie 40-50 stopni, a odległość w linii prostej nie jest długa, ale dotarcie na szczyt ściany lodowej, czyli obozu C1 na wysokości 7028 metrów za pomocą profesjonalnego sprzętu, zajmuje około 4 godzin. Od C1 do obozu C2 (7790 metrów) jest długi stok śnieżny, a także drugi poziom trudności, gdyż wieje tu silny wiatr (7400-7500 metrów). Z tego powodu wspinacze mogą łatwo stracić temperaturę i może dojść do odmrożeń. Jeśli nie będą spięci jedną liną, grozi ryzyko niebezpiecznego zerwania z kalenicy.
Odcinek z C2 do ostatniego obozu C3 (8300 metrów), przed samym szczytem, jest najbardziej stromy. Znajdują się tutaj trzy stopnie. Jeden z najtrudniejszych stopni jest na wysokości 8600 metrów – to prawie pionowa ściana skalna o wysokości 5 metrów, bardzo gładka i niezwykle trudna do zdobycia. Jest to również trzeci poziom trudności na całej trasie. To tutaj czeka na wspinaczy słynna „chińska drabina”. Jest to metalowa drabinka umieszczona częściowo na stałe przez grupę chińskich wspinaczy w 1975 roku. Korzystają z niej prawie wszyscy, którzy podążają na szczyt.
Po pokonaniu tych stopni, należy dalej wspinać się po śnieżnym zboczu. Następnie należy przejść przez odcinek mocno odsłoniętej skały. Gratulacje! Szczyt znajduje się 50 metrów przed nami.
27 maja rano, 8-osobowy chiński zespół geodetów dotarł na szczyt góry. Następnie rozpoczęli oni prace pomiarowe, wznosząc marker ankietowy i instalując antenę GNSS. Członkowie zespołów badawczych znajdujących się w sześciu miejscach, takich jak baza podstawowa i lodowiec East Rongbuk, rozpoczęli jednocześnie odpowiednie prace pomiarowe. Konieczne było wzniesienie urządzeń odbiorczych GNSS, aby po raz pierwszy móc odebrać sygnały z systemu nawigacji satelitarnej Beidou, ustanowionego samodzielnie przez Chiny na szczycie Czomolungmy, aby uzyskać dane obserwacyjne GNSS dotyczące położenia geometrycznego szczytu.
Ponadto zespół geodetów przeprowadził pomiar grawitacji na szczycie, w celu dokładnego określenia wysokości powierzchni skały na Czomolungmie. Alpiniści użyli do tego sprzętu radarowego do wykrywania lodu i śniegu, aby dokładnie zbadać grubość warstwy śniegu i przeprowadzić inne kompleksowe badania pomiarowe. Te cenne dane zostały przesłane do Xi’an, a następnie poddane analizie i przetworzone przez naukowców. Obliczenie szczegółowej wysokości Czomolungmy zajmie trochę czasu.
Niektórzy mogą zapytać, skoro obecna technologia jest tak zaawansowana, dlaczego nie można używać drona przy takich badanich? Przede wszystkim przepływ powietrza na szczycie Czomolungmy jest bardzo porywisty. Występują tam zawsze silne wiatry, temperatura jest niska, dlatego dron nie może latać nad szczytem. Poza tym, przyrządy pomiarowe używane podczas tej wyprawy obejmowały odbiorniki GNSS, radary głębokości śniegu, marker ankietowy i inne przyrządy, które mogły działać precyzyjnie tylko wtedy, gdy zostaną dostarczone na szczyt przez człowieka.
Ale droga na najwyższy szczyt świata jest pełna niebezpieczeństw, to pokonanie trudnego terenu, walka z zimnem, brakiem tlenu i sił fizycznych… Każdy błąd może sprawić, że spadniesz. Licząc od 1922 roku śmiertelność wśród wspinaczy na Czomolungmę wynosi 5,4 proc. W ostatnich latach, z powodu ciągłego rozwoju sprzętu, meteorologii i metod ratowniczych, śmiertelność spadła do 4,4 proc. od 1990 roku. Dzisiaj, przy ciągłym doskonaleniu technologii wspinaczki, według statystyk, już ponad 8000 razy zdobyto szczyt, a liczba himalaistów wynosić około 5000. Należy jednak pamiętać, że ponad 300 wspinaczy zostało tutaj na zawsze i nigdy już nie wróciło do domów.
Podczas drogi wspinaczom na każdym kroku towarzyszy śmierć, dlatego wielu nie rozumie, dlaczego inni podejmują decyzję o wzięciu udziału w tak niebezpiecznej wyprawie. Dlaczego muszą wspinać się Czomolungmę?
To pytanie padło już z ust reportera „New York Times”, który zadał je w 1923 roku, przed trzecią i ostatnią wyprawą, brytyjskiemu alpiniście George’owi Mallory’emu. Jego odpowiedź przeszła do historii. Brzmiała ona: Ponieważ góra tam jest. Niestety, Mallory zaginął w śniegach północnego stoku. Jego ciało znaleziono dopiero w 1999 roku na wysokości 8155 metrów nad poziomem morza. To, czy Mallory dotarł na szczyt, wciąż pozostaje tajemnicą, ale jego odwaga, by rzucić wyzwanie najwyższemu szczytowi na świecie, jest pamiętana przez kolejne pokolenia.
Dlaczego warto odkrywać? Niektórzy uważają, że rozwój człowieka istnieje właśnie dzięki ciągłym nowym odkryciom i badaniom. Dlatego ludzie mają geny przygody, a przygoda to ludzki instynkt. Od Roalda Amundsena (norweskiego odkrywcy polarnego, pierwszej osoby, która dotarła do bieguna południowego) do George’a Mallory’ego, od odkrycia kontynentu amerykańskiego przez Krzysztofa Kolumba do lądowania człowieka na Księżycu – każdy z nich miał w sobie pierwiastek eksploratora nieznanego.
Nawet naukowcy, którzy badają tajemnice w laboratoriach, mają w sobie ducha odkrywcy. Filozof Immanuel Kant powiedział kiedyś: Są dwie rzeczy, które napełniają duszę podziwem i czcią, niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.
Powinniśmy być wdzięczni odkrywcom: to oni ponownie stanęli dziś na najwyższym szczycie świata, aby zmierzyć i naukowo zbadać Czomolungmę w celu uzyskania danych i informacji, które mogą przynieść ludzkości wiele korzyści .

Koniec z inwigilowaniem Czarnych?

Podczas gdy polskie prawicowe media i politycy wykorzystują masowe protesty antyrasistowskie jakie przetaczają się przez USA do dalszego szerzenia rasizmu i niechęci do imigrantów, na świecie coraz więcej organizacji, instytucji i firm traktuje problem poważnie i wprowadza znaczące reformy w swoim funkcjonowaniu celem ułatwienia walki z dyskryminacją rasową.

Ostatnim przykładem może być firma Amazon, która zakazała amerykańskiej policji i służbom korzystania ze swojego oprogramowania do elektronicznego rozpoznawania twarzy. Chodzi tu o kontrowersyjny, produkowany przez Amazon i działający przy użyciu skomplikowanych algorytmów sztucznej inteligencji program „Rekognition”. Program umożliwia między innymi kojarzenie w czasie rzeczywistym nagrań z kamerek zamontowanych na policyjnych mundurach z policyjną bazą danych i twarzami ze zdjęć w policyjnych archiwach. W teorii ułatwia to zatrzymywanie przestępców.
Twarz osoby poszukiwanej, gdy zostaje choćby przypadkiem zarejestrowana przez kamerkę z policyjnego munduru, zostaje automatycznie rozpoznana przez oprogramowanie ‚Rekognition’ i porównana ze zdjęciami w policyjnych bazach danych. Funkcjonariusz jest automatycznie informowany o tym, że jego kamera zarejestrowała twarz osoby poszukiwanej i może dokonać zatrzymania lub kontroli podejrzanego. W teorii ułatwia to walkę z przestępczością i policja chętnie podaje przykłady najgorszych przestępców – od terrorystów po gwałcicieli i pedofilów, których można wyłapać dzięki temu systemowi. Teoretycznie więc, oprogramowanie jest pożyteczne.
Niestety, wokół zastosowania tej technologii nagromadziło się sporo kontrowersji. Organizacje broniące praw człowieka alarmują, że oprogramowanie myli się w wielu przypadkach i błędnie rozpoznaje niektóre twarze. Co bardziej szokujące, program „Rekognition” myli się wyjątkowo często w przypadku twarzy osób czarnoskórych. Sprawę nagłośniono, gdy w lipcu 2018 roku opublikowano wyniki testu oprogramowania w którym „Rekognition” błędnie zidentyfikował twarze 28 członków amerykańskiego Kongresu, w szczególności kongresmenów czarnoskórych i kolorowych. Grupa członków Kongresu wysłała potem list do szefa Amazona, Jeffa Bezosa, domagając się zaprzestania udostępniania programu instytucjom porządkowym, w tym policji i służbom imigracyjnym.
Jak argumentowali, używanie tego oprogramowania może prowadzić do pomyłek i nadużyć. Bezos bronił wtedy współpracy ze służbami, argumentując, że skuteczność oprogramowania szacowana jest na 80% i że firma zaleca służbom policyjnym traktowanie oprogramowania jako narzędzia pomocniczego a nie ostatecznie decydującego o czyjejś winie. Jak jednak wykazali dziennikarze The Washington Post, policja wykorzystywała oprogramowanie ignorując zalecenia producenta, co prowadziło do sytuacji, gdy zatrzymywano, przesłuchiwano i dręczono niewinnych ludzi, oczywiście głównie Czarnych. Problemy w identyfikacji twarzy przy użyciu tego oprogramowania wykazali w 2019 roku naukowcy z Massachusetts Institute of Technology, zwracając dodatkowo uwagę na duży odsetek błędnych wskazań w przypadku kolorowych kobiet.
Policja i służby wykorzystują te technologie nie tylko do ścigania najgroźniejszych przestępców, ale także do profilowania aktywistów i osób uczestniczących w protestach. Technologii tych używano już na przykład przy okazji protestów w Baltimore po tym jak uniewinniono sześciu policjantów odpowiedzialnych za śmierć czarnoskórego baltimorczyka Freddiego Graya. W trakcie protestów po tych wydarzeniach, policja profilowała uczestników przy użyciu technologii rozpoznawania twarzy i wiele osób trafiło do aresztu w oparciu o dowody z oprogramowania. Przypomnijmy w tym miejscu, że Freddie Gray zmarł po tym, jak w policyjnym radiowozie złamano mu kręgosłup. Odpowiedzialni za to policjanci twierdzili, że obrażenia były skutkiem „przewrócenia się” w czasie transportu na komisariat. Świadkowie twierdzili natomiast, że policjanci używali nadmiernej siły a zatrzymany krzyczał „nie mogę oddychać” gdy funkcjonariusz klęczał mu na karku. Dzisiaj taki przebieg wydarzenia brzmi już bardzo znajomo. Pomimo tego, policjanci zostali jedynie zawieszeni, bez wstrzymania wynagrodzenia, a następnie „ukarani” w wewnętrznym śledztwie, którym kierowali inni policjanci. Można tu jeszcze wspomnieć o tym, że Freddie Gray był całkowicie niewinny, nie popełnił żadnego przestępstwa i został aresztowany przypadkowo.
Przy innej okazji, policja na Florydzie wykorzystywała to niepewne oprogramowanie do zatrzymywania i przetrzymywania w aresztach ludzi na podstawie przepisów antynarkotykowych, pomimo tego, że sam producent ostrzegał, że odczyty z oprogramowania mogą być błędne a ich skuteczność jest ograniczona. Ofiarą pomyłek padali oczywiście wyłącznie Czarni i inni kolorowi. Od tamtego czasu działacze na rzecz praw obywatelskich prowadzą kampanie na rzecz zaprzestania wykorzystywania tych technologii. Wszystkie te starania rozbijały się do tej pory o argumenty o „walce z przestępczością” czy „zagrożeniu terroryzmem”.
Potrzeba było masowych protestów początku czerwca 2020 roku i ogromnej presji społecznej, by Amazon zdecydował się na zawieszenie współpracy z amerykańską policją. Przedstawiciele Partii Demokratycznej przedstawili w Kongresie projekt ustawy o reformie policji, w której zakazuje się korzystania przez aparat ścigania z systemu rozpoznawania twarzy w czasie rzeczywistym. Niektórzy aktywiści wskazują jednak, że projekt reformy nie idzie wystarczająco daleko. Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (ACLU) argumentuje, że zakazane powinno być wszelkie korzystanie z technologii rozpoznawania twarzy w urządzeniach na mundurach policyjnych. „Technologia rozpoznawania twarzy zagraża prywatności wszystkich, ale szkodliwość tej technologii nie jest doświadczana przez wszystkich jednakowo. Niedawne, wszechstronne badania rządowe przeprowadzone przez Narodowy Instytut Nauki i Technologii wykazały, że Afroamerykanie i Azjaci byli nawet 100 razy bardziej narażeni na błędną identyfikację niż biali, w zależności od algorytmu i rodzaju użycia go. Nawet jedna błędna identyfikacja może prowadzić do niesłusznego aresztowania, długotrwałych przesłuchań a nawet śmierci z rąk policji – wszystko to są zbyt częste przypadki rasistowskich nadużyć policyjnych, jakich kolorowi doświadczają na co dzień” – pisze ACLU.
Podobne oprogramowanie tworzą wielkie firmy, takie jak IBM czy Microsoft. IBM zakazał w ostatnich dniach wykorzystywania swojego oprogramowania do prowadzenia „masowej obserwacji i profilowania rasowego” i rozważa całkowity zakaz sprzedaży takich produktów służbom policyjnym. W liście skierowanym do amerykańskiego Kongresu, szef IBM Arvind Krishna napisał, że „walka z rasizmem jest pilna jak nigdy”. Krishna ogłosił, że dalsza współpraca z policją i innymi agendami rządowymi zależna będzie od wyników współpracy w trzech obszarach: reforma policji, odpowiedzialne korzystanie z technologii i rozszerzenie szkoleń w zakresie korzystania z produktów firmy.
Firma Microsoft zapewniała w ostatnich dniach o swoim przywiązaniu do idei zwalczania rasizmu i zwróciła się nawet do jednej z wiodących artystek nowojorskich z prośbą o ozdobienie antyrasistowskim muralem firmowego sklepu w centrum Nowego Jorku. Nie do końca jest jednak jasne na ile poważnie firma traktuje swoje deklaracje o antyrasizmie. 250 pracowników firmy wystosowało list w którym zachęcają swojego pracodawcę do zerwania kontraktów z amerykańską policją ale kierownictwo Microsoft wydaje się głuche na takie wezwania. Firma nie tylko tworzy i sprzedaje systemy do rozpoznawania twarzy i inwigilacji ale aktywnie uczestniczy w działaniach na rzecz stworzenia przepisów prawnych korzystnych dla producentów tego typu oprogramowania i deregulacji przepisów dla tej branży. W tym roku firma brała aktywny udział w lobbowaniu na rzecz wprowadzenia prawa ułatwiającego korzystanie z tych technologii przez policję i prywatne firmy w Kalifornii. Dzięki staraniom organizacji proobywatelskich, w Kalifornii udało się zapobiec wprowadzeniu tej ustawy ale podobna ustawa weszła ostatnio w życie w stanie Waszyngton.
Trudno oczekiwać, że Microsoft z własnej inicjatywy zrezygnuje z promowania przepisów korzystnych z punktu widzenia ich interesów. Branża technologii inwigilacyjnych jest bardzo dochodowa i ma przyszłość, o ile rządom państw na świecie uda się przekonać społeczeństwa, że elektroniczna inwigilacja jest niezbędna do tego, by poczuli się bezpiecznie. W projekcie ustawy w Kalifornii zawarto przepisy usuwające obecny, wywalczony przez działaczy na rzecz praw obywatelskich zakaz stosowania przez władze systemu rozpoznawania twarzy. Taki zakaz obowiązuje obecnie w sześciu stanach Ameryki a Microsoft chce go znieść.
Firma współpracuje ponadto z izraelskimi firmami zajmującymi się produkcją systemów rozpoznawania twarzy, które wykorzystywane są do inwigilowania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu. Microsoft może twierdzić, że jest oddany idei rasowej sprawiedliwości ale działania firmy nie poszły na razie ani o krok w kierunku odcięcia się od szkodliwych praktyk związanych z wykorzystaniem ich systemów przez policję i służby bezpieczeństwa.
Należy mieć nadzieję, że dobre kroki podjęte w tej dziedzinie przez firmy Amazon i IBM będą kopiowane przez innych. Pewne jest natomiast, że nie odbędzie się to bez presji ze strony organizacji pozarządowych i ruchów na rzecz sprawiedliwości społecznej. Do moralnego zachowania korporacje trzeba zmusić.

Partia Demokratyczna: od białej supremacji do ochrony mniejszości

Na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi, republikański prezydent Donald Trump topnieje w sondażach. Po zaledwie kilku latach przerwy, demokrata Joe Biden ma szansę zasiąść w Białym Domu. Mało który obserwator amerykańskich wyborów, zdaje sobie sprawę, że w ciągu ostatnich kilku dekad obie wielkie formacje przeszły gigantyczne transformacje ideowe. Jeszcze kilka lat temu, obecna partia Baracka Obamy, Berniego Sandersa i Alexandry Ocasio-Cortez stanowiła przystań dla największych rasistów amerykańskiego głębokiego południa. Wielki zwrot, który spotkał obie amerykańskie partie – w szczególności Demokratów – to największa polityczna transformacja w historii.

Wszystko zaczęło się w 1828, kiedy do Białego Domu wprowadził się buńczuczny eks-generał Andrew Jackson. Uparty jak osioł i spoza dotychczasowego establishmentu, szybko zaczął rozstawiać po kątach polityków i urzędników ze stolicy… i zastępować ich swoimi lojalistami. Program nowego prezydenta? Gospodarczy libertarianizm, systemowy antyfederalizm i absolutnie rasistowsko-ludobójcza polityka wobec rdzennych Amerykanów. Tak powstała Partia Demokratyczna, najstarsza partia polityczna na świecie. Uparty osioł stał się jej symbolem.

[1]

Pomimo tego, że w roku 2020 główna baza partii składa się z Afroamerykanów, Latynosów, kobiet, ludzi młodych i mieszkańców dużych miast, dwa wieki wcześniej było całkowicie na odwrót: u progu wojny secesyjnej demokraci byli białymi farmerami z południa, niechętnymi wobec interwencji rządu, organicznie rasistowskimi. Pomimo podziału na frakcję północną i południową, było to ugrupowanie de facto pro-niewolnicze i w toku wojny domowej, jego sympatycy zasilali szeregi wojsk południowych stanów Konfederacji. Jeżeli chcemy szukać wspólnego mianownika łączącego przeszłość i teraźniejszość, jest nim ekonomiczny populizm i nominalna obrona „ludu”. W dawnych czasach, rzecz jasna – wyłącznie białego.

Po katastrofie Wojny Secesyjnej, Partia Republikańska zdobyła polityczną hegemonię i bardzo szybko przeszła na pozycje leseferyzmu – industrialna północ kwitła, południowe stany pogrążyły się w biedzie i reminiscencjach. Druga połowa XIX wieku w Ameryce to czas wzrostu wielkich fortun, budowa niebezpiecznych monopoli, pogłębiania nierówności i tłumienia wszelkich przejawów aktywności związkowej. Głównie na północy. Na południu, to początek betonowania systemowego rasizmu. Wszelkie próby upodmiotowienia czarnoskórej ludności w ramach tzw. Rekonstrukcji (kilkuletnia okupacja i desegregacja narzucona z poziomu federalnego) spełzły na niczym i niedługo potem unioniści machnęli ręką i zajęli się rozwijaniem industrialnej północy. Pozbawieni szansy na zdobycie polityki federalnej Demokraci, okopali się w Alabamie, Louisianie, Missisipi i pozostałych stanach i stworzyli coś na kształt amerykańskiej wersji apartheidu – czarnoskórzy Amerykanie byli wolni wyłącznie w teorii, tak naprawdę żyli w strachu, beznadziei i wyzysku, borykając się z jawnie wykluczającymi prawami skazującymi ich na rolę ludzi drugiej kategorii. Ten stan trwał aż do drugiej połowy XX wieku. Od początku XX wieku do lat 70, stany południowe opuściło kilka milionów czarnych mieszkańców.

Tymczasem, partia przyszłego prezydenta Baracka Obamy, ewoluowała w stronę czegoś na kształt populistycznej socjaldemokracji. W początkach XX wieku, modne stały się idee progresywizmu – dążenie do nadawania praw pracowniczych, sceptycyzm wobec dużego biznesu, walka o prawa biednych rolników, prawa kobiet. Generalne dążenie do zwiększenia roli rządu, przy jednoczesnym odrzuceniu idei kiełkującego socjalizmu (który w Stanach nie przeszedł nigdy do fazy rozkwitu). Na ten popularny wózek wskakiwali politycy obu partii, m.in. republikanin Theodore „Teddy” Roosevelt, buńczuczny i charyzmatyczny maverick, który wprowadził szereg reform na rzecz zwiększenia roli rządu. A jednak największe zmiany nastąpiły za dwóch kadencji Woodrow Wilsona. To właśnie w tym czasie powstały różne państwowe agencje, ograniczono wpływy biznesu i ukształtował się profil dwóch głównych partii, ludowych Demokratów i pro-biznesowych Republikanów. Był tylko jeden problem: demokratyczny lokator Białego Domu był zaciekłym rasistą, podobnie jak spora część jego zaplecza wypełnionego białymi suprematystami i przyjaciółmi Ku-Klux-Klanu. Demokratyczna miotła po dwóch dekadach opozycji, miała wyraźnie rasistowski profil. Wielu czarnoskórych republikanów utraciło swoje stanowiska. Jeden z członków rządu stawiał sprawę jasno: „Dawno temu ustaliliśmy, że Murzyn nigdy nie powinien być naszym panem”. Zwolennicy Wilsona nie kryli się z poglądem, jakoby jedynym dobrym rządem, był rząd biały. Między innymi z racji tak skrajnych poglądów, utrzymywanie placu imienia tegoż prezydenta w polskiej stolicy, wydaje się co najmniej wątpliwe.

Prawdziwy zwrot nastąpił po szalonych latach dwudziestych (z republikanami z powrotem u sterów) i krachu finansowym z 1929. Sprawy przybrały poważny obrót i kwestia ekonomiczna stanęła na agendzie z całą mocą. Nowy prezydent Franklin Delano Roosevelt rozbudował wpływy rządu i za sprawą kiełkującego welfare state uratował kapitalizm przed jego własnymi turbulencjami. FDR nie był szczególnie postępowy w kwestiach rasowych. Niemniej jednak, to właśnie w tym okresie czarnoskórzy Amerykanie zaczęli przybliżać się do Demokratów, zwłaszcza na uzwiązkowionej północy. Najbiedniejsi mocno skorzystali na nowej polityce, a Afroamerykanie należeli przecież do najbiedniejszych z biednych.

[2]

O ile północna gałąź partii nie miała szczególnych problemów z pochodzeniem swoich zwolenników, południe pozostawało w twardych ramach prawodawstwa Jima Crowa. Zwani Yellow Dog Democrats, a następnie Dixecrats, kultywowali „stare, dobre zwyczaje”, czyli kulturowy rasizm i systemową segregację. Jednocześnie jednak wspierali ekonomiczną politykę Nowego Ładu i stabilną większość w obu izbach Kongresu, która miała trwać przez dekady. Swoim kolegom z północy, południowi Demokraci wydawali się coraz bardziej anachroniczni, a jednak tylko dzięki nim udawało się utrzymywać władzę w legislatywie. Po drugiej wojnie światowej, wraz z desegregacją w wojsku, napięcia systematycznie rosły.

[3]

W latach 61-63 lokatorem Białego Domu został John Fitzgerald Kennedy, najmłodszy przywódca państwa i pierwszy katolik. Pomimo centryzmu i umiaru, JFK wiedział że jego partia musi się zmienić – a co za tym idzie, również cały kraj. Wśród wielu projektów, znalazła się również realna, odgórna i systemowa desegregacja. Ameryka wrzała, ludzie maszerowali ulicami miast pod charyzmatycznym przywództwem Martina Luthera Kinga i pozostałych liderów ruchu obywatelskiego oraz ich sojuszników, zazwyczaj lewicowych i postępowych liberałów z wielkich miast. Civil Rights Act z 1964 przeszedł przez Kongres już po śmierci Kennedy’ego, wbrew histerii białych segregacjonistów z południa (co warte zaznaczenia – z obu partii). Segregacja rasowa na wszystkich szczeblach została zniesiona, rok później zagwarantowano głosowanie bez względu na kolor skóry oraz zrównano w prawach wszystkich obywateli. Największy paradoks sytuacji stanowił fakt, że wielkie zmiany dokonały się rękami partii amerykańskiego apartheidu. Następca JFK Lyndon Johnson, sam będący demokratą z Teksasu, komentował: „Utraciliśmy południe na pokolenia”

Ostateczną linią demarkacyjną okazało się zastrzelenie Roberta Kennedy’ego w hotelu Ambasador w Los Angeles 5 czerwca 1968 r. Trwały prawybory prezydenckie, młodszy brat tragicznie zmarłego prezydenta, startował z agendą odnowienia partii i kraju – uzdrowienia relacji rasowych i dokończenia projektu Nowego Ładu. Właśnie zdobył kluczowe zwycięstwo w stanie Kalifornia i był na dobrej drodze do wygrania nominacji, a następnie wyborów. Kennedy cieszył się ogromną popularnością wśród Afroamerykanów, Latynosów i białej klasy robotniczej. Niesamowita transformacja Partii Demokratycznej nabrała pełnego rozpędu, pomimo tragicznej śmierci jednego z jej głównych adwokatów.

[4]

Tymczasem, słowa Lyndona Johnsona okazały się prorocze. Coraz bardziej pro-biznesowi republikanie (Barry Goldwater, kandydat partii z 1964 r. był jednym z prekursorów neoliberalizmu, a jednocześnie obrońcą segregacyjnego status quo), skorzystali z okazji i wprowadzili w życie tzw. południową strategię. Jednym z pomysłodawców był nie kto inny, jak przyszły prezydent Richard Nixon, cyniczny oportunista, a przy tym błyskotliwy strateg. Plan był prosty: wykorzystać poczucie zdrady po stronie południowych Amerykanów, posypać nową agendę twardym konserwatyzmem i dorzucić całą masę neoliberalizmu pod płaszczykiem niechęci do rządu federalnego (który – w mniemaniu wielu białych południowców – zdeptał ich prawa, a co za tym idzie, utracił swoją atrakcyjność). Dawny rasizm został ukryty po płaszczykiem świętego prawa stanów do decydowania o własnej polityce, bez interwencji mądralińskich z rządu federalnego. Celem tego ruchu było zdobycie nowych obszarów wyborczych i stałej, strategicznej przewagi. Plan zadziałał, a jego zasadnicze skutki Amerykanie odczuwają po dziś dzień.

[5]

Pomimo, że dwóch z trzech ostatnich demokratycznych prezydentów, pochodziło z południa, wpływy partii w tym regionie maleją od dekad, a podział polityczny przebiega po linii geograficznej. Jeszcze w latach 70 polityczni synowie dawnej partii, jak rasistowski gubernator Alabamy George Wallace, rozwijali swoje kariery w rozdarciu między dwoma formacjami. Wallace (ostatni niezależny kandydat w wyborach prezydenckich, który pociągnął kilka stanów za sobą), krzyczał na wiecach: „segregacja wczoraj, segregacja dziś, segregacja na zawsze!”. Kilka lat później przeprosił za swoje błędy, podobnie jak wielu innych demokratów, którzy pozostali w partii, pomimo zmiany jej profilu. Co ciekawe, po zakończeniu kadencji senatorskich i kongresowych, na większość z ich miejsc, wskoczyli przebrandowieni republikanie. Również w wyborach prezydenckich, stany południa to obszar zamknięty. Ostatnim demokratą, który pociągnął Dixieland, był Jimmy Carter, hodowca orzeszków z Georgii (ale już 4 lata później dostał solidny łomot od Ronalda Reagana) W dzisiejszych czasach, Demokraci zachowali zaledwie garstkę senatorów (Alabama) i gubernatorów (Luizjana). Tam, gdzie wciąż funkcjonują demokratyczni politycy, przejmują wiele konserwatywnych poglądów m.in. poparcie dla posiadania broni, niechęć do nowinek światopoglądowych i twardy fiskalizm. To tzw. Blue Dog Coalition, liczebnie coraz skromniejsza, ale nadal funkcjonująca.

[6]

Na chwilę przed listopadowym starciem wyborczym, statystyki prezentują się następująco: w 2016 roku 91% Afroamerykanów i 66% Latynosów poparło Hillary Clinton. Trudno podejrzewać, aby geografia wyborcza miała ulec zasadniczym zmiano teraz lub w kolejnych wyborach, pomimo zmian demograficznych w takich stanach jak Teksas czy Arizona, sugerujących możliwość południowego comebacku. W 2020 roku Partia Demokratyczna to ugrupowanie liberałów z północy i multikulturalna koalicja wszędzie indziej, Republikanie zajmują ich pozycje sprzed kilku dekad. O ile partia amerykańskiego progresywizmu zdołała uporać się ze swoją niechlubną historią rasizmu i wykluczenia, dziś musi się mierzyć z innymi problemami – dekadami republikańskiej dominacji, która ustawiła system pod ich program i cele, podziałem na beztreściowych centrystów i bardziej radykalnych lewicowców oraz z problemem szerokiej infiltracji przez lobby biznesowe, usilnie działające na rzecz wypłukania reszty progresywizmu z dawnej „partii ludu”. Zapewne w głowach demokratycznych strategów i perspektywicznych polityków lewicy jak AOC i inni, kiełkuje pytanie – jak odzyskać amerykańską prowincję i ludowy charakter partii? To ważne pytanie, nie tylko dla progresywistów z Ameryki.

W Wuhan przebadano prawie 10 milionów ludzi. Testy na COVID-19 wykonano w całym mieście.

Na ten bezprecedensowy test władze miasta przeznaczyły około 126 milionów dolarów amerykańskich. Dla mieszkańców Wuhan testy były dobrowolne i darmowe. Odpowiedzialne za przeprowadzenie badań władze i służby miejskie stwierdziły, że ten gigantyczny test miał też dodatkowy cel – zdjęcie „psychologicznego lockdownu” mieszkańców Wuhan. I udowodnienie, że Wuhan jest już bezpiecznym miejscem.

Miasto Wuhan, jeszcze niedawno epicentrum epidemii koronawirusa w Chinach, przetestowało w ciągu 19 dni ponad 9,8 miliona ludzi. Ilość dziennie przeprowadzonych testów wzrosła tam początkowo z 300 000 do ponad miliona próbek podczas ostatnich dni.
Takie masowe badanie doprowadziło do wykrycia 300 nowych bezobjawowych przypadków. Nie znaleziono ani jednego potwierdzonego przypadku nowego zakażenia.
Wuhan, miasto w prowincji Hubei w środkowych Chinach, przetestowało prawie 10 milionów mieszkańców w czasie 19-dniowej bezprecedensowej akcji wykrywania nowych zakażeń koronawirusem.
Podczas zorganizowanej 2 czerwca konferencji prasowej poinformowano, że służby miejskie pomiędzy 14 maja a 1 czerwca przetestowały 9 889 828 osób.
„Nie wykryto potwierdzonych zakażeń COVID-19”, powiedział Lu Zuxun, profesor z Tongji Medical College z Techniczno – Naukowego Uniwersytetu w Huazhong (Huazhong University of Science and Technology).
W trakcie badań znaleziono 300 bezobjawowych przypadków u testowanych mieszkańców. Poddano ich rutynowej kwarantannie.
Profesor Lu powiedział mediom, że służby medyczne dotarły też do wszystkich 1174 osób, które miały bliskie kontakty z osobami przechodzącymi zarażenie bezobjawowo. W testach na obecność COVID-19 uzyskały one wynik negatywny, ale również zostały poddane kwarantannie.
To wielkie badanie rozpoczęło się 14 maja. Służby miejskie najpierw przeprowadziły kampanię informacyjną, oferującą testy tym, którzy ich jeszcze wcześniej nie przeszli. W ten sposób władze chciały zdiagnozować bezobjawowe przypadki oraz uspokoić nastroje społeczne w czasie kiedy miasto stopniowo otwierało fabryki, firmy i szkoły.
Zastępca burmistrza Hu Yabo podczas konferencji powiedział, że w Wuhan na ten cel wydano 900 milionów juanów, czyli 126 milionów dolarów amerykańskich. Było to „całkowicie warte swojej ceny”, ponieważ uspokoiło poczucie bezpieczeństwa mieszkańców Wuhan, a także całych Chin. Wyniki testu pomogą też miastu przywrócić jego gospodarczą i społeczną działalność.
„Po testach obejmujących całe nasze miasto, mieszkańcy Wuhan, którzy dokonali wielkich poświęceń w czasie blokady miasta, będą teraz mogli też znieść blokadę psychologiczną”, dodał.
Obecni na konferencji przedstawiciele Miejskiej Komisji Zdrowia zapewnili, że wszystkie testy były dobrowolne i bezpłatne, a ich koszty poniósł rząd.
Li Lanjuan, znana chińska epidemiolog, poinformowała, że pomyślnie zakończona kampania podniosła liczbę wszystkich poddanych testom w Wuhan do 10,9 miliona osób.
Li zauważyła również, że w czasie testu nie wyhodowano żadnego żywego wirusa z próbek wydzieliny i wymazów pobranych z gardła 106 bezobjawowych nosicieli. A wśród ponad 97 procent przebadanych zasobów mieszkalnych Wuhan nie wykryto przypadków bezobjawowych infekcji.
„Wuhan jest teraz bezpieczny i mieszkańcy Wuhan są bezpieczni”, powiedziała mediom.
Jak Wuhan to bezpieczeństwo osiągnęło?
Zaproponowane przez władze miasta testy spotkały się z powszechną aprobatą mieszkańców i społecznym entuzjazmem. Reporterzy Xinhua widzieli długie kolejki mieszkańców Wuhan stojących w sprzyjających bezpieczeństwu maskach i zachowujących odpowiedni dystans między kolejkowiczami. Testy przeprowadzano w wyznaczonych obiektach na terenie osiedli mieszkaniowych oraz w miejskich instytucjach publicznych.
Wang Weihua, zastępczyni dyrektora Miejskiej Komisji Zdrowia w Wuhan, powiedziała, że w mieście zostały zmobilizowane 63 laboratoria w celu zwiększenia wydajności testowania. Aby wesprzeć akcję wykorzystano też krajowe zasoby medyczne.
Aby przyśpieszyć proces testowania pobrane próbki testowano też partiami, czyli w jednym teście mieszane było maksymalnie pięć próbek. Wszystkie od różnych osób. Kiedy nie stwierdzono w nich zakażenia uznawano wynik za zadowalający. Tylko wtedy, kiedy wynik takiego testu wskazywał na obecność wirusa, przeprowadzano drugą rundę testów, już indywidualnych.
Burmistrz Hu dodał, że w czasie powszechnego testowania w Wuhan stosowano przeede wszystkim testy indywidualne, a testy robione partiami były ich uzupełnieniem.
Wszystkie te wysiłki sprawiły, że dzienna zdolność Wuhan do testowania wzrosła z 300 000 do ponad miliona próbek, podsumowała dyrektor Wang.
Chińska firma biotechnologiczna BGI, jedna z uczestniczących w teście, przyznała, że była w stanie uzyskać wynik testu już w ciągu 24 godzin i zachować zbadane próbki przez kolejne dwa dni. To na wypadek konieczności wykonania testu powtórnie.
Należące do firmy laboratorium Huo-Yan w Wuhan podwoiło swoją wydajność testowania do 40 tys. próbek dziennie, powiedział Zhu Shida, dyrektor laboratorium. Stało się tak bo do tej akcji oddelegowano dodatkowych techników i sprzęt z całych Chin.
Czy warto było ?
Niektórzy eksperci ochrony zdrowia publicznego stwierdzili, że testowanie na taką skalę może okazać się zbyt kosztowne. Jednak Hu Ke, lekarz pulmonolog w Szpitalu Renmin na Uniwersytecie Wuhan, uważa, że w sumie jest to opłacalne. Zwłaszcza w mieście, w którym wirus zainfekował ponad 50 000 osób. Dodał, że ten test bardzo pomoże zapobiec ewentualnemu nawrotowi epidemii oraz uspokoi obawy społeczne.
„Masowe testy pomogły wykryć bezobjawowe przypadki, które wciąż mogą zarazić innych. Tylko ich ścisła izolacja i leczenie może powstrzymać epidemię i uspokoić całe społeczeństwo” – stwierdził Hu. Wyniki tak masowego testu, z wykrytymi jedynie 300 przypadkami bezobjawowymi, uznał za dowód sprawności i sukcesu kontroli epidemicznej Wuhan.
„Ten test odzwierciedla także ideę stawiania ludzi na pierwszym miejscu w walce z wirusem w Chinach”, podsumował.
Du Zhizhang, wicedziekan Instytutu Zarządzania Państwem, z Techniczno – Naukowego Uniwersytetu w Huazhong (Huazhong University of Science and Technology), zauważył, że takie testy pomogą światu lepiej zrozumieć rzeczywistą sytuację w Wuhan. A pracodawcy korporacji i innych przedsiębiorstw będą mogli skorzystać z ogłoszonych wyników do sporządzenia racjonalnych harmonogramów powrotu ich firm do normalnego funkcjonowania.
Wielki test w Wuhan miał też dla mieszkańców miasta olbrzymie korzyści psychologiczne.
”To jakby wystawić certyfikat zdrowia mieszkańcom Wuhan, który pomoże im uniknąć dyskryminacji”, podsumował uniwersytecki ekspert.

Związki nie chcą Polaków

Francuski koncern samochodowy PSA (Peugeot) ogłosił kilka dni temu sprowadzenie do fabryki w Hordain (północna Francja, przy granicy z Belgią) ponad 530 polskich pracowników z fabryki w Gliwicach, na kilka miesięcy, by utworzyć trzecią, nocną zmianę.
Wywołało to protesty lokalnych związków zawodowych i partii komunistycznej, gdyż stanie się to kosztem miejscowych pracowników tymczasowych. W sprawę wmieszał się francuski rząd.
Fabryka PSA w Hordain nie produkuje Opla Astry, jak w Gliwicach, lecz lekkie furgonetki. Zazwyczaj, w przypadku zwiększania produkcji, fabryka korzysta z miejscowych pracowników zatrudnianych przez agencje pracy tymczasowej, którzy dobrze znają tę produkcję, lecz tym razem, w celu obcięcia kosztów, koncern postanowił zatrudnić Polaków z Gliwic. Mieliby oni pracować przez trzy miesiące i zarabiać co najmniej francuską płacę minimalną (ponad 5100 zł netto + koszty mieszkania). Jak w każdym przypadku zatrudniania pracowników delegowanych, koncern nie będzie musiał płacić francuskich stawek składek ubezpieczeń – jak emerytalnego i zdrowotnego, lecz polskie, co da dodatkowy zysk PSA.
Bezrobocie dotknęło boleśnie Francuzów na skutek kwarantannowej walki z covid-19, stąd rozległy się głośne protesty związków zawodowych (głównie lewicowego CGT), które domagają się zatrudnienia raczej miejscowych. Region należy do najuboższych we Francji od kiedy zlikwidowano tu górnictwo węglowe: część pracowników fabryki w Hordain, jak i pracowników tymczasowych, to zresztą potomkowie polskich, przedwojennych imigrantów-górników. Protesty związkowców wywołały reakcję francuskiego rządu, który zwrócił się do PSA o zmianę swojej decyzji.
Koncern nie musi słuchać rządu, lecz ogłosił, że „szuka rozwiązania alternatywnego”, co znaczy najprawdopodobniej, że podejmie salomonową decyzję podzielenia planów zatrudnienia na pół.