Oszukane państwo

Gigantyczna afera oszukania państwa malezyjskiego ma już konsekwencje polityczne, ale pierwszy raz w historii słynnego banku inwestycyjnego z Wall Street kara dosięgła samego szczytu bankowej hierarchii: Lloyd Blankfein, były długoletni szef Goldman Sachs (GS) oraz dwaj jego bliscy współpracownicy nie dostaną milionowych premii, które zostały „zamrożone” w konsekwencji skandalu. Toczy się przeciw nim śledztwo nie tylko w Malezji, ale nawet w Stanach Zjednoczonych, co jest ewenementem na skalę światową.

Goldman Sachs wyszedł obronną ręką z oszukania Grecji i grania na jej upadek, gdyż wszystko, co wtedy robił, było w zasadzie zgodne z kapitalistycznym prawem bankowym. W organizacji kryzysu greckiego brał udział szef europejskiej centrali banku w Londynie Mario Draghi, dziś szef Europejskiego Banku Centralnego, natomiast organizacją oszustwa w Malezji zajmował się Tim Leissner, szef centrali azjatyckiej Goldman Sachs, który jednak nie może liczyć na awans polityczny, gdyż zniknął i szuka go policja. Problem w tym, że Leissner „poszedł na całość” i jest niemożliwe, by nowojorskie struktury banku nie miały o tym pojęcia.
W 2009 r. Malezja postanowiła stworzyć specjalny fundusz narodowy (o nazwie 1MDB), który miał służyć rozwojowi gospodarczemu kraju. Były premier Malezji Nadżib Razak wybrał wtedy Goldman Sachs do obsługi finansowej tego przedsięwzięcia – jak dziś wiadomo, za słone łapówki. „Skok na Malezję” nabrał ciała w latach 2012-2013, gdy bank trzykrotnie wyemitował obligacje na rzecz funduszu. W ten sposób zebrano niemal sześć i pół miliarda dolarów, za co Goldman Sachs policzył sobie (oficjalnie) – 600 milionów zapłaty. Sprawa stała się problematyczna, gdy okazało się, że trzy miliardy funduszu, którym opiekował się bank, po prostu wyparowały, a znaczna część reszty poszła na wynagrodzenia dla azjatyckich i nowojorskich dyrektorów GS i kolejne łapówki dla niektórych członków rządu Razaka.
Część elementów skandalu zaczęła wypływać już w 2017 r., co przyczyniło się do przegrania wyborów przez Razaka i do wyboru nowego, 92-letniego premiera Mahathira Mohamada, który pod wpływem afery otwarcie krytykuje nie tylko bank i korupcję b. rządu, ale też Izrael i – niestety – Żydów w ogóle, co sprawiło, że jest dziś uznawany na Zachodzie za niebezpiecznego antysemitę. Sprawa GS w Malezji nabrała wymiaru bardziej międzynarodowego pod koniec zeszłego roku. Lloyd Blankfein, znany ze słynnego powiedzenia, że „GS wykonuje robotę Boga”, oddał wtedy zarządzanie bankiem Davidowi Solomonowi, który niuansuje „przyznanie się” banku utrzymując, że właściwie nie GS odpowiada za rozmiar afery, lecz „grupa jego byłych pracowników”, których surowo potępia. Bank pozostaje bardzo wpływowy politycznie, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, więc ostateczne konsekwencje śledztw pozostają niejasne.

Wyskok ku spirali zbrojeń

…i wyskok Czaputowicza.

Świat wydaje na zbrojenia (oficjalnie-na „cele obronne”) prawie 2 bln dol. rocznie To ogromna suma,która w dużej mierze jest marnowana,a mogłaby być przeznaczana na rozwiązanie głównych problemów globalnych (głód i niedożywienie,brak stałego dostępu do zdrowej wody pitnej, wyzwania klimatyczne oraz migracyjno-uchodźcze itd.). Największy udział mają w tym niezmiennie Stany Zjednoczone-ponad 700 mld dol. w obecnym budżecie, co oznacza więcej niż pozostałe państwa z pierwszej dziesiątki razem wzięte- Chiny, Rosja, Arabia Saudyjska, Francja, Indie, Wielka Brytania, Japonia, Niemcy i Korea Płd.
Równocześnie słynny, symboliczny „Zegar Zagłady” pokazujący zwłaszcza stopień zagrożenia nuklearnego, wymyślony w 1947 r. przez naukowców z Uniwersytetu Chicagowskiego, wskazuje obecnie dwie minuty do północy, która oznacza zagładę ludzkości. Tak blisko wskazówki zegara były dotąd jedynie w 1953 r.
Obecnie tylko 9 państw dysponuje bronią atomową – USA, Rosja, Chiny, Francja,Wielka Brytania, Indie, Pakistan, Izrael i – od pewnego czasu – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Jednakże tylko dwa pierwsze mocarstwa mają możliwość tzw. drugiego uderzenia nuklearnego. Dlatego też rzeczą kluczową dla wyeliminowania tych największych zagrożeń są porozumienia o ograniczeniu, kontroli i redukcji zbrojeń strategicznych między Moskwą a Waszyngtonem..Było ich do tej pory sporo, m.in. SALT I (1972 r.), SALT II (1979 r.), START I (1991 r.) i START II (1993 r.). Nie bez znaczenia był również układ INF z 1987 r.,podpisany w Waszyngtonie przez Reagana i Gorbaczowa dotyczący produkcji,przechowywania oraz likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu, tzn. od 500 do 5500 km.
Przez szereg lat nie było zastrzeżeń odnośnie do wykonywania jego zapisów,ale administracja Trumpa zarzuciła władzom na Kremlu,iż Rosja weszła w posiadanie nowych pocisków manewrujących SSC-8, co narusza porozumienie INF. Mimo rozmów dwustronnych na szczeblu wiceministrów spraw zagranicznych,prowadzonych m.in.-co ciekawe- w Pekinie, nie udało się wyjaśnić tej kwestii,a w rezultacie 2 lutego USA i Rosja zawiesiły na 6 miesięcy jego stosowanie. Grozi to niewątpliwie m.in. nowym wyścigiem zbrojeń w i tak napiętej sytuacji międzynarodowej.
W tej materii pojawił się niestety przykry wątek polski. Otóż szef naszego MSZ-u Jacek Czaputowicz, który w ciągu roku swego urzędowania, miał szereg wypowiedzi kontrowersyjnych,a czasem wprost nieodpowiedzialnych (np. nazwanie Francji „krajem upadłym”,czy uznanie Tuska za reprezentanta niemieckich interesów w Radzie Europejskiej), posunął się o krok dalej. W wywiadzie dla „Der Spiegel” opowiedział się za rozmieszczeniem broni nuklearnej na terytorium naszego kraju. To co najmniej WYSKOK dyplomatyczny-szkodliwy i bez wyobraźni. Tak postępują POLITYCZNI HUNWEJBINI, bez konsultacji wewnętrznych oraz międzynarodowych..To by przecież musiało oznaczać duży wzrost zagrożenia dla Polski, biorąc m.in. pod uwagę spodziewaną reakcję Moskwy.
Na szczęście sekretarz generalny NATO Stoltenberg zaprzeczył, iż istnieją plany rozmieszczenia nowych głowic nuklearnych w Europie. Co więcej- sekretarz stanu USA Mike Pompeo zadeklarował, iż Stany Zjednoczone są gotowe do negocjacji z Rosją w sprawie kontroli zbrojeń. Istnieją zatem realne szanse na to,że Układ INF będzie- po pewnych modyfikacjach- dalej obowiązywał!

48 godzin świat

I po traktacie…

1 lutego amerykański prezydent Donald Trump oświadczył, że Stany Zjednoczone uruchomiły procedurę wycofania się z układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (INF). W reakcji na to prezydent Rosji Władimir Putin powiedział w sobotę, że Rosja wstrzymuje swój udział w traktacie. Zalecił również zaprzestanie przez resorty obrony i dyplomacji prób inicjowania rozmów z Waszyngtonem na temat tego układu. Zapewnił, że wszystkie propozycje Rosji dotyczące ograniczenia pocisków pośredniego i średniego zasięgu „pozostają na stole” i „drzwi do rozmów są otwarte”. Zzef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow podkreśla, że strona amerykańska naruszyła porozumienie z 1999 roku, gdy przystąpiła do testów dronów bojowych, których dane techniczne są zbliżone do danych pocisków manewrujących bazowania lądowego zabronionych w traktacie. A od 2014 roku Waszyngton zaczął rozmieszczać w Europie wyrzutnie Mk41, mieszczące pociski Tomahawk. Jest to bezpośrednie naruszenie INF.

Rozpad opartego na INF systemu bezpieczeństwa będzie miał swoje reperkusje nie tylko w Europie, ale również na Dalekim Wschodzie. Jeśli Stany Zjednoczone rozmieszczą pociski tej kategorii w Japonii, automatycznie spowoduje to podobną reakcję ze strony Chin.

NATO rośnie

W środę w Brukseli przedstawiciele 29 krajów członkowskich NATO podpiszą z Macedonią Północną traktat akcesyjny. W uroczystości będzie uczestniczył macedoński minister spraw zagranicznych Nikola Dimitrow. Parlament Macedonii przegłosował 11 stycznia poprawkę do konstytucji, która zakłada zmianę nazwy państwa na Republikę Macedonii Północnej. Był to warunek umożliwienia Macedonii wejścia do Unii Europejskiej i NATO. Zmiany nazwy domagali się Grecy, którzy uważali, że nazwa „Macedonia” może prowadzić do roszczeń w stosunku do terytorium greckiego o tej samej nazwie.

Porozumienie w sercu Afryki

Zawarte zostało porozumienie pokojowe mające zakończyć ciągnący się od 2013 r. konflikt w Republice Środkowoafrykańskiej. Stronami porozumienia są rząd państwa i 14 ugrupowań zbrojnych działających na terenie RŚA. Szczegóły porozumienia uzgodnionego w Chartumie dzięki mediacji ONZ nie są znane. Ma ono obejmować zasady podziału władzy. W wyniku wojny domowej ponad milion ludzi musiało porzucić swoje siedziby. Do 2016 r. W RŚA operowała armia francuska, potem już tylko siły ONZ. Podpisanie uzgodnionego dokumentu ma nastąpić w najbliższych dniach w stolicy RŚA – Bangui.

Przeciw uprowadzeniom w metrze

Tysiące kobiet wyszły na ulice Meksyku aby zaprotestować przeciwko coraz częstszym próbom porwań i przemocy wobec kobiet w metrze. Dotąd uchodziło ono za bezpieczny środek transportu.

Papież Franciszek w ZEA

To pierwsza wizyta głowy Kościoła katolickiego na Półwyspie Arabskim. Rozpoczęło ją spotkanie z wielkim imamem meczetu Al Azhar w Kairze i udział w spotkaniu przedstawicieli różnych religii.

Hiszpanie chcą godnych emerytur

Kilka tysięcy hiszpańskich emerytów manifestowało w Madrycie żądając podwyżki świadczeń. Ich protest wsparli strajkujący w stolicy Hiszpanii od 22 stycznia taksówkarze.

121 ofiar przerwania tamy

Tragiczna katastrofa w kopalni rudy żelaza Corrego do Feijao, w efekcie której zalały ją błoto i szlam w Brazylii nie zamknie się tym bilansem. Nadal 226 osób uważa się za zaginione.

 

 

Nie będzie Eurowizji

Po licznych wezwaniach z całego świata, do apelów o bojkot Eurowizji w Tel-Awiwie dołączają europejskie organizacje LGBT, z inicjatywy francuskiego stowarzyszenia Act Up. To przełom w traktowaniu przez nie izraelskiego „pinkwashingu”, tj. prób autoprezentacji izraelskiego reżimu apartheidu jako „postępowego” poprzez goszczenie międzynarodowych imprez gejowskich w Tel-Awiwie.

Liczne francuskie stowarzyszenia gejowskie, w tym nawet niektóre prawicowe, dołączyły do apelu partii politycznych (jak partii komunistycznej, Nieuległej Francji, Zielonych), stowarzyszeń (jak Attacu, Żydowskiego Związku dla Pokoju, Solidarności Francja-Palestyna) i związków zawodowych, o bojkot tegorocznej Eurowizji, która ma się odbyć w maju w stolicy Izraela.

Szczególnie dla BDS – antykolonialnego ruchu międzynarodowego wzywającego do bojkotu Izraela ze względu na izraelskie zbrodnie i bezprawną okupację Palestyny – ignorowanie Eurowizji w państwie żydowskim jest „obowiązkiem moralnym”. Zdaniem organizacji, jak też autorów francuskiego apelu, France Television, która jest jednym z głównych organizatorów koncertów Eurowizji , powinna znaleźć inny kraj-organizatora lub nie wysyłać francuskiego reprezentanta, jeśli Tel-Awiw pozostanie mimo wszystko miejscem koncertów.

Apel międzynarodowy sprzed trzech dni, obejmujący organizacje LGBT z całego świata, ostro potępiający politykę Izraela wobec Palestyńczyków, zostanie więc wkrótce uzupełniony podpisami licznych organizacji europejskich LGBT, które jeszcze tego nie zrobiły. Najprawdopodobniej zakończy on cykl Gay Pride odbywających się w Tel-Awiwie.

Tak się składa, że francuskim kandydatem do tegorocznej Eurowizji jest młody gej, utalentowany Bilal Hassani, wielbiciel brodatej divy Conchity Wurst. Na razie nie zareagował na wezwania o rezygnację z wyjazdu do Izraela. Jak mówi, zawsze marzył o występie na Eurowizji, więc się waha.

Co dzień 6 utopionych

W 2018 r. w Morzu Śródziemnym utonęło 2275 uchodźców, co daje średnią w postaci sześciu ofiar dziennie – wynika z dokumentu opublikowanego przez Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców (UNHCR).

W 2018 r. do Europy dotarło w sumie 139,3 tys. uchodźców, najwięcej do Hiszpanii (65,4 tys.), Grecji (50,5) i Włoch (23,4). To liczby migrantów, którzy dostali się na kontynent zarówno drogą morską, jak i lądową. Jak podaje Euractiv, Do Hiszpanii docierają uchodźcy przede wszystkim z Maroka, Gwinei i Mali, do Włoch – z Tunezji i Erytrei, natomiast do Grecji – z Afganistanu i Syrii.
Z danych UNHCR wynika, że liczba uchodźców decydujących się na przeprawę przez Morze Śródziemne jest 10 razy mniejsza niż w 205, kiedy liczba ta dobiła do miliona. W 208 roku było to 116,6 tys. osób, a w 207 – 172, 3 tys. Za to rośnie niestety liczba ofiar i to w zastraszającym tempie. Coraz więcej uchodźców przypłaca tę podróż życiem. W 2018 r. dotyczyło to jednej osoby na 51.

„Zarówno do Grecji, jak i Hiszpanii, dotarło więcej uchodźców niż w roku ubiegłym. Odsetek ten drastycznie, bo o 80 proc., zmniejszył się w przypadku Włoch, co jest naturalną konsekwencją polityki włoskiego rządu, który sprzeciwia się przyjmowaniu uchodźców. Z danych wynika też, że najwięcej uchodźców ginie lub jest uznanych za zaginionych, próbując się dostać właśnie do tego kraju. W 2018 r. było to 1312 osób, prawie dwukrotnie mniej niż w roku ubiegłym, ale i tak więcej niż w przypadku Hiszpanii (777 przypadków śmierci) lub Grecji (187 takich przypadków)” – pisze Euractiv.

W ostatnim czasie zmieniły się też szlaki migracyjne – głównie w związku ze zwiększoną aktywnością libijskiej straży przygranicznej. 85 proc. uchodźców zatrzymanych na tym obszarze trafia do tamtejszych obozów, które znane są jako „piekło uchodźców”. Migranci starają się więc tę strefę omijać. Trasa z Libii do Europy jest najbardziej niebezpiecznym szlakiem migracyjnym. W 2017 r. ginęła na tym szlaku jedna osoba na 38, a rok później – już co czternasta.

Raport obala również tezę forsowaną przez szefa włoskiego MSW, że zamknięte porty oznaczają mniej przemytników ludzi. Po prostu dostosowują oni swoje „oferty”. „Na rynku” jak się okazuje, pojawiły się „promocje”: „Przyprowadź trzy osoby, które zapłacą za swoją podróż – ty będziesz podróżował za darmo”, albo: „Przewieziemy cię do Libii za darmo – potem odpracujesz”. Pod takimi hasłami reklamują się teraz przemytnicy.

„Dla wielu ludzi przekraczanie morza jest tylko ostatnim etapem podróży, która przebiegała przez obszary objęte wojną, pustynie, oznaczała narażanie się na porwania i tortury dla okupu oraz zagrożenie ze strony handlarzy ludźmi. UNHCR wzywa państwa, aby zaprzestały odsyłania tysięcy ludzi, uniemożliwiając im możliwości szukania azylu” – czytamy w raporcie. Matteo Salvini raczej tych słów nie weźmie sobie do serca.

Czas na referendum irlandzkie

W atmosferze bexitowego pata szczególnie pokrzywdzeni wydają się być mieszkańcy Irlandii Płn. Co będzie z granicą? Liderka nacjonalistycznej partii Sinn Féin zapowiada, że „niezależnie od brexitu, odbędzie się referendum w sprawie zjednoczenia”.

Zdaniem Mary Lou McDonald, przewodniczącej Sinn Féin, rośnie społeczna chęć ogłoszenia referendum w sprawie powrotu Irlandii Płn. do macierzy. Mówiła o tym w sobotę na zgromadzeniu zwołanym specjalnie w tej sprawie przez jej partię w Dublinie.

– Kolejne sondaże pokazują, że tak w istocie jest. Niektórzy mówią: to nie jest właściwy czas. My im odpowiadamy: mylicie się. Właśnie dzieje się historia, otwiera się kolejny jej rozdział. To jest właściwy czas.

– Nadszedł moment, by zwołać forum zjednoczeniowe i rozpocząć planowanie. Sinn Féin jest gotowa na to wyzwanie – mówiła dalej McDonald. Dla jej partii to początek kampanii politycznej w sprawie zjednoczenia.

Inicjatywa nabrała wigoru w okolicznościach narastającej niepewności w kwestii brexitu. Brytyjski parlament odrzucił ostatni rządowy projekt porozumienia z UE z powodu niezgody zwolenników wyjścia z Unii na tzw. backstop czyli mechanizm mający zapobiec powrotowi „twardej” granicy między obiema częściami Irlandii, nawet po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię. Premier Theresa May zapowiedziała jednak gotowość do wprowadzenia poprawek tej części umowy i ponownego głosowania w parlamencie, mimo że Unia nie jest zainteresowana dyskusją o kolejnej umowie
„rozwodowej”.

W tej sytuacji szefowa Sinn Féin przypomina, że obywatele Irlandii Płn. w referendum z 2016 r. opowiedzieli się w większości za pozostaniem w UE, a więc przeciwko powrotowi granicy. – Ich głos został zlekceważony przez brytyjski rząd, którego nie obchodzi, jaki wpływ będzie miał brexit na ludzi tutaj – stwierdziła McDonald.

Sinn Féin przypomniało, że zgodnie z Porozumieniem Wielkopiątkowym podpisanym w 1998 r. rząd w Londynie jest zobowiązany do zorganizowania referendum w sprawie zjednoczenia Irlandii i Irlandii Płn. w sytuacji, gdy zachodzi ugruntowane domniemanie, że większość głosujących opowiedziałby się za oderwaniem Irlandii Płn. od Wielkiej Brytanii. McDonald oświadczyła, że będzie pracować na rzecz zastosowania tego rozwiązania.

– Oczywiście nasi unionistyczni bracia i siostry powinni być uczestnikami procesu planowania nowej Irlandii – zastrzegła szefowa Sinn Féin – ale teraz powinni zacząć przygotowywać się na wszystkie okoliczności, a opowiadanie się za związkiem Irlandii Północnej z Wielką Brytanią potrzebuje planu B.

McDonald podkreśla również, że działania na rzecz referendum jej partia będzie kontynuować bez względu na wynik dalszych negocjacji między Londynem a Brukselą. – Referendum zjednoczeniowe odbędzie się niezależnie od brexitu – mówiła w sobotę.

Polska struła UE

Komisarz UE poinformował, że mięso chorych krów zabijanych w Polsce w okrutnych warunkach, trafiło do wielu krajów Unii. Wzywa polskie władze do działania.

Jak podał portal Euronews, mięso z polskiej rzeźni na Mazowszu, gdzie zabijano chore krowy, trafiło do wielu krajów Unii Europejskiej. Dotarło do Estonii, Finlandii, Francji, Hiszpanii, na Litwę, do Portugalii, Rumunii, Szwecji i na Węgry. Poinformował o tym Vytenis Andriukaitis, unijny komisarz odpowiedzialny za bezpieczeństwo żywności.

– Priorytetem jest dzisiaj wykrycie i wycofanie z rynku wszystkich produktów pochodzących z tej ubojni. – powiedział Andriukaitis w oficjalnym oświadczeniu – Wzywam wszystkie wymienione kraje do natychmiastowego działania.

– Jednocześnie ponaglam polskie władze do jak najszybszego zakończenia dochodzenia w tej sprawie i podjęły wszelkie konieczne środki, żeby zapewnić przestrzeganie prawodawstwa UE, w tym skuteczne i szybkie kary, zniechęcające sprawców do podobnego przestępczego zachowania, które mogłoby stanowić zagrożenie dla zdrowia publicznego i jest niedopuszczalnym traktowanie zwierząt.

Sprawę pozyskiwania mięsa z chownych zwierząt udokumentował reporter TVN Patryk Szczepaniak, w materiale wyemitowanym w programie Superwizjer. Miał miejsce nielegalny proceder skupu krów przez właściciela i zabijania ich w skrajnie niehumanitarnych warunkach. Pieczątki o przydatności mięsa do dalszego przetwórstwa przybijali sami pracownicy, a nie weterynarz. W materiale filmowym ujawniono, że uzyskane w ten sposób mięso wołowe było niedopuszczalnie złej jakości.

Janusz Rodziewicz ze Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP twierdzi, że jest to zaledwie incydent w skali kraju. Reporter TVN – wprost przeciwnie: że jest to powszechne zjawisko.
Polskie firmy produkują ponad 500 tys. ton wołowiny rocznie, z czego 85. proc. trafia za granicę.

Akt XII

„Akt 12” cotygodniowych, sobotnich manifestacji „żółtych kamizelek” poświęcono ofiarom policji – rannym i zabitym w czasie manifestacji antyrządowych. Tysiące lekko, setki ciężko rannych, dziesiątki na zawsze okaleczonych z powodu strzelania przez policję kauczukowymi kulami: ten bilans podnoszony przez uczestników dzisiejszego Wielkiego Marszu Rannych nie powstrzymał policji przed kolejnymi atakami na manifestantów. Są kolejni aresztowani i ranni.

Rada Stanu (odpowiednik polskiego Naczelnego Sądu Administracyjnego) odrzuciła pozwy o zakaz używania przez policję strzelb LBD, które powodują śmierć i ciężkie rany manifestantów, jak też granatów hukowo-rozpryskowych i innych, eksplodujących niebezpiecznymi środkami chemicznymi. Około południa w sobotę w Paryżu ruszyła manifestacja, na której czele znaleźli się ranni na wózkach, o kulach, osoby, które straciły oko. Protestujące tłumy spotkały się na Placu Republiki, na którym po oficjalnym zakończeniu demonstracji uczestnicy zostali zaatakowani przez policję. Starcia trwały kilka godzin.

W innych miastach siły bezpieczeństwa używały granatów z gazem łzawiącym i działek wodnych przeciw demonstrantom jeszcze w trakcie marszów. Do starć doszło m.in. w Starsburgu, Tuluzie, Bordeaux, Marsyli, Lyonie, Caen, Morlaix i Valence. Z kolei tam, gdzie manifestantów nie atakowano, nie doszło do żadnych incydentów. Poza kwestią policyjnej przemocy główne postulaty „żółtych kamizelek” nie zmieniły się: podniesienie poziomu życia najmniej zarabiających, demokratyzacja kraju poprzez wprowadzenie referendów RIC i dymisja neoliberalnego prezydenta Macrona.

Manifestantów szczególnie oburza celowanie przez policjantów w głowy. 4-centymetrowe plastikowo-kauczukowe kule nie tylko trwale oślepiają, ale też powodują złamania kości czaszki, co w efekcie kończy się komplikacjami neurologicznymi. Ten rodzaj brutalnych represji – potępionych w tym tygodniu przez Radę Europy – ma na celu zniechęcenie „żółtych kamizelek” do protestów, lecz pozostaje nieskuteczny – ludzie nie dali się zastraszyć, mobilizacja protestujących nie słabnie. Jak poprzednio, kolejne osoby z ranami głowy odwieziono do szpitali. „Żółte kamizelki” planują teraz strajk generalny, do którego miałoby dojść, jeśli dołączą doń związki zawodowe. Według ostatnich sondaży, między 69 a 76 proc. Francuzów popiera „żółte kamizelki”.

W ubiegłym tygodniu władze przeforsowały przyjęcie ustawę dającą specjalne uprawnienia administracji. Przedstawiciele rządu (prefekci) będą mogli decydować – na podstawie własnej decyzji administracyjnej – kto może brać udział w manifestacjach. Ustawa skierowana jest wyraźnie przeciw „żółtym kamizelkom”, przewiduje pozbawienie prawa do uczestnictwa w manifestacjach osób, które władza będzie podejrzewać o „szczególne zagrożenie dla porządku publicznego”. Opozycja nazywa to „wypaczeniem autorytarnym”.

Francuski minister spraw wewnętrznych w rządzie prezydenta Macrona Christophe Castaner przepchnął przez parlament – dzięki głosom większościowej partii prezydenckiej (LREM) – ustawę, który budzi bardzo żywe protesty na lewicy, wśród części prawicy i nawet wśród niektórych deputowanych LREM. Ustawa jest wzorowana na możliwości wprowadzenia takich zakazów na stadionach piłkarskich, z tym, że tu ustawa dotyka bezpośrednio wolności podstawowych.

Przed przewidzianymi manifestacjami osoby „podejrzane” (choćby nigdy nie zostały skazane) będą musiały zgłaszać się na komisariaty. Gdyby jednak zechciały manifestować, grozi im więzienie i słone mandaty (nawet do 15 tys. euro). Wszystkie będą wpisane na listę osób poszukiwanych tak, by policjanci mogli od razu, dzięki połączeniom elektronicznym, wiedzieć z kim mają do czynienia.
Jeszcze na sali obrad centrowy deputowany Charles de Courson nazwał ustawę „czystym, antydemokratycznym szaleństwem”: „To jakaś kompletna dewiacja! Wróciliśmy do czasów Vichy! Obudźcie się koledzy! Za czasów Vichy, jeśli bylibyście „podejrzani” przez urzędnika o należenie do ruchu oporu poszlibyście siedzieć. (…) Zobaczycie, kiedy będzie jeszcze inny rząd – skrajnej prawicy, a wy będziecie w opozycji!”.

Jeśli miał na myśli Zjednoczenie Narodowe (dawny Front Narodowy) Marine Le Pen, to podobnie jak Partia Socjalistyczna, komuniści i lewicowa Nieuległa Francja jest ono całkowicie przeciwne nowej ustawie. „To LREM jest skrajną prawicą” – mówili deputowani o „okolicznościowym prawie” skierowanym przeciw „żółtym kamizelkom”, manifestującym mimo krwawych represji reżimu Macrona. Prezydent obawia się szczególnie postulatu demokratyzacji kraju, referendów RIC. Nowa ustawa po przejściu przez Senat ma zostać definitywnie przyjęta 5 lutego.

Na ten sam dzień zaplanowane jest również przejście rewolty „żółtych kamizelek” do następnego etapu. Teraz nie będą to jedynie manifestacje uliczne i blokady, ale również strajk generalny.

Jako pierwsza wezwała do strajku branżowa gałąź energetyki i górnictwa centrali CGT (Confédération Générale du Travail). Stanowiło to przełom, gdyż do tego momentu francuski ruch związkowy raczej dystansował się od „żółtych kamizelek”. Teraz się to zmienia. Do akcji strajkowej nawołują także radykalni przywódcy protestów – Eric Drouet i Maxime Nicolle. „Trzeba, aby wszyscy, którzy popierają nasze działania, przyłączyli się do strajku, gdyż jedyną rzeczą, jaka zmusi rząd do ustępstw bez przemocy jest działanie na struktury gospodarcze” – powiedziała Nicolle.

Łapówki eksportowe

W normalnych krajach, specjalistów od wspierania eksportu zamiast wsadzać do pudła, zatrudnia się w agencjach państwowych.

CBA ujęło członka zarządu i jednego z dyrektorów handlowych Solarisa. W stosownym komunikacie Biuro oświadczyło, że chodzi o 800 tys euro łapówki. „Pieniądze miały być zapłatą, korzyścią majątkową za załatwienie kontraktu na dostawę blisko 200 autobusów i trolejbusów do Rygi”.

Nieudane pranie

Potem okazało się, że w tym samym czasie służby łotewskie zapuszkowały czterech tamtejszych. Dyrektora ds. przetargów łotewskiej spółki obsługującej komunikację miejską, biznesmena oraz dwóch „słupów”. Policja antykorupcyjna w Rydze, miała widać gości na oku pewnie nie tylko na okoliczność ustawiania przetargów pod Solarisa. Inaczej nikt nie wpadłby na to jak wykryć przepuszczenie łapówki przez firmy konsultingowe z Łotwy, Cypru, Hong-Kongu i Chin.

Mający pecha zadawać się z niewłaściwymi kontrahentami Polacy, trafili do prokuratury gdzie usłyszeli zarzuty korupcyjne i te dotyczące prania pieniędzy.
Jeśli ktoś sądzi, że dzięki takiemu niusowi została podważona biznesowa wiarygodność Solarisa, która to firma jest absolutnie prywatna, to jest w błędzie. A jeśli ktoś uzna zatrzymanych za przestępców, to znaczy, że nie ma pojęcia o prowadzeniu międzynarodowego biznesu.

Bo obaj zatrzymani panowie robi to, co od zawsze jest wpisane tak w ich obowiązki, jak i etos biznesmena. A ten sprowadza się do tego, żeby znaleźć nabywcę. Bo dzięki temu robotnicy będą mieli pracę, właściciele firmy zysk, a państwo podatki. Ba, ten etos każe wydawać również takie oświadczenia, jak to, że Solaris nie akceptuje „jakichkolwiek zachowań swoich pracowników, spółek zależnych czy powiązanych z nim interesariuszy, które mogłyby być uznane za nielegalne”.

Bo zarówno łapówki, jak przepierka takiego hajsu, jak i krygowanie się przed „opinią publiczną” to nic innego jak efektywne wspieranie eksportu.

Amerykański strzał w stopę

Dla wszystkich stało się to jasne w połowie lat 70-tych, gdy wybuchła afera Lockheeda. Oczywiście przez głupotę polityków. W1972 roku demokratyczny senator Frank Church, chcąc dojebać republikańskiej administracji i tak sypiącej się po aferze Watergate, powołał komisję badającą jak duże firmy wpływają na kształtowanie polityki zagranicznej. No i wyszło, że Gulf, Exxon, Mobil i Lockheed systematycznie od dziesiątków lat wypłacały olbrzymie łapówy, dzięki czemu amerykański eksport miał się dobrze, a politycy w wielu krajach byli przyjaciółmi USA.

Choćby taki Kakuei Tanaka, premier Japonii, który przytulił 1,8 miliona dolarów łapówki, w zamian za nakłonienie japońskich linii lotniczych All Nippon Airways do zakupu samolotu robionego przez Lockheeda.

Abo niemiecki Minister Obrony – Franz Josef Straus i jego partia CSU, za co otrzymali co najmniej 10 milionów dolarów, co miało gwarantować kupno, w 1961 roku, 900 samolotów.
Oficjele z Lockheeda wyśpiewali też, że na rybuchę załapał się książę Bernhard (mąż królowej Holandii – Juliany). Dostał w łapę 1.1 miliona dolarów za zapewnienie wygrania kontraktu przez Lockheed w starciu z ofertą francuskiego samolotu Mirage. Wypada wiedzieć, że książę, nie był biznesową niemotą. Zasiadał w ponad 300 radach nadzorczych i komitetach na całym świecie, zyskując uznanie za promowanie rozwoju gospodarczego swojego kraju.

W sumie Lockheed przyznał się do wypłacenia w sumie ponad 22 mln. ówczesnych – czyli wartych circa 10 razy więcej niż dziś – dolarów, politykom w Japonii i Niemczech, włoskim urzędnikom i generałom, a także wysoko postawionym osobom w Hongkongu i Arabii Saudyjskiej.

Oczywiście, nikt w korporacji za to nie poszedł siedzieć. Bo dopiero po rozdmuchaniu przez senatora Churcha w Stanach wprowadzono ustawę wedle której, nielegalne stało się wręczanie łapówek zagranicznym urzędnikom państwowym.

Afera Lockheeda to jedyny przypadek, gdzie sprawa korupcji jako formy wspierania eksportu wyszła ze strony wręczającej łapówki. Było to z biznesowego punktu widzenia tak głupie, że od tej pory wszystkie transakcje proeksportowe są tam przeprowadzane przez agencje federalne. Dzięki temu zarówno dający, jak i biorący są pewni, że ich nazwiska nie wypłyną. Nie trzeba chyba wspominać, że ustawa zakazująca korumpować zagranicznych polityków jest ustawą martwą.

Offset zamiast rybuchy

Sprawa sprzed 45 lat zmusiła wszystkich do poszerzenia sposobów zyskiwania sympatii przy zakupach. Oprócz tradycyjnego dawania w łapę, wymyślono zatem dziesiątki sposobów jak ukryć fakt kupowania sobie przychylności przy zawieraniu kontraktów. Stąd najróżniejsze fundusze pomocowe. Stąd offsety. Stąd wizyty i szkolenia. Czy zakładanie firm mających udawać prowadzące biznes, a w rzeczywistości generujące łapówkarskie zyski dla tych, którzy szmal dostać powinni.

Na to wszystko oczywiście potrzebna jest kasa. Z jednej strony pochodzi ona z płaconych przez firmy podatków, ale z drugiej nawet agencje państwowe muszą mieć swoje tajne fundusze. Te zaś w znacznym stopniu powstają na skutek zrzutki zainteresowanych firm.

Ma się to oczywiście nijak do oficjalnych przepisów skarbowych, czy tych o praniu brudnej kasy, ale działa. Zwłaszcza, że niemal każda korporacja i tak ma swoje tajne środki finansowe na wspomaganie wygrywania kontraktów.

I cały ten mechanizm hula od dziesięcioleci. I to nie tylko na styku prywatny kapitał-państwo (swoje czy obce, bez różnicy), ale i na korumpowanie się nawzajem. Od czasu, gdy na rynku mamy korporacje nie mające właściciela, a tylko zatrudnianych menedżerów, chętnych do tego, by firma przepłaciła za zakup czegoś nie braknie. Zwłaszcza, że przecież duża część przepłaconej kwoty trafi do kieszeni pracownika najemnego. I to bez podatku.

Bezgrzeszne Pendolino

Największą aferą po Lockheedzie była sprawa globalnego korumpowania przez produkującą tabor komunikacyjny francuską firmę Alstom. Do wtopy doszło w Stanach. Miejscowi namierzyli bowiem tych, którzy brali kesz od amerykańskiej filii Alstomu w Connecticut. Przyparci przez federalnych do muru, trzej członkowie kadry kierowniczej przyznali się do winy i płacenia łapówek w imieniu firmy.

Potem była Szwajcaria, gdzie biorący łapówki wskazali palcem na tych, którzy ich skorumpowali. Znaczy na Alstom. Przy okazji firma musiała zapłacić grzywnę w wysokości 41 mln. dolarów.
Brytyjczycy dopatrzyli się, że francuski koncern ma za uszami korumpowanie w Indiach, Tunezji i w Polsce. Wydał na to 8,5 mln baksów.

No i znowu Amerykanie, którzy wygrzebali, że Alstom przekupował urzędników państwowych w Indonezji, Arabii Saudyjskiej i Egipcie. A ponieważ firma była nieamerykańska, to Departament Sprawiedliwości nałożył na nią grzywnę w wysokości 772 mln dolarów.

Co i tak jest kwotą niewielka, bo w 2008 roku polubowne zakończenie sprawy łapówkowej w Stanach, kosztowało niemieckiego konkurenta Alstomu, firmę Siemens 1,6 mld dolarów.
Polski wątek afery Alstomu sprowadził się do śledztwa w sprawie 400 tys funtów wypłaconej ok roku 2000 łapówki. Miała być dla ówczesnego prezydenta Warszawy Piskorskiego – nie była. Potem przez lata obstawano że wziął jego zastępca Zdrojewski – wyroku skazującego też nie usłyszał. Oberwali jacyś niżsi urzędnicy i to tylko za przekazywanie kasy.

A żeby było śmieszniej, to wcale nie chodziło o najbardziej znany produkt Alstomu w Polsce czyli Pendolino. 400 tys funtów łapówki miało być za parę wagonów do warszawskiego metra. O pociągu, którego włoska nazwa brzmi „wahadełko”, a którego polska wersja się nie waha, choć kosztuje niemal tyle samo, w kontekście łapówek nie da się powiedzieć złego słowa. Bo widać firma, która dawała w łapę na całym świecie, wyjątkowo w Polsce, działała wzorcowo i transparentnie.

Wsparcie po morawiecku

Wszystkie przykłady międzynarodowego łapówkarstwa po Lockheedzie, mają jedną wspólną cechę. Policja łapie kogoś kto wziął w łapę, i w ten sposób wychodzi na jaw od kogo wziął. Tak było z Alstomem, gdzie do poszczególnych krajów pukali sędziowie i prokuratorzy z innych.

Przypadek Alstomu pokazuje jeszcze jeden ważny aspekt. To mianowicie, że wyroki zapadają wszędzie, tylko nie we Francji, w której Alstom ma siedzibę. Żadna służba sama z siebie nie poluje zatem na międzynarodowych łapówkarzy, którzy działają proeksportowo, czyli patriotycznie.

I u nas jest tak samo. Gdyby nie łotewska wpadka, menedżerami z Solarisa nie interesowałby się żaden agent, czy prokurator. I słusznie. Bo ludzi, którzy wiedzą co robić, żeby produkty polskich firm sprzedawały się za granicą, jest na lekarstwo.

Dwa lata temu miało się to zmienić. Morawiecki zapowiadał powstanie w 2017 roku Agencji Wspierania Eksportu. W kuluarach mówiło się, że obok biznesmenów będą w niej też ludzie ze służby wywiadu. I co?

Zmieniono nazwę. Nieudolną Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych przemianowano na Polską Agencja Inwestycji i Handlu. Wymieniono wierchuszkę, pozatrudniano krewnych i znajomych królików i jest jak było. Nijak. Zwłaszcza, że coś, co nosi dumną nazwę Agencja, tak jak kiedyś jest spółką akcyjną. Tyle, że teraz należącą do Polskiego Funduszu Rozwoju.

I nie pracują w niej ludzie, którzy zjedli zęby na wręczaniu łapówek i nikt ich nigdy nie złapał za rękę. Ci są na wagę złota w tych nielicznych polskich firmach, które coś eksportują. Panowie z Solarisa, bogatsi o nowe doświadczenia, też do nich trafią. Bo nikt rozsądny nie sądzi, że robiąc dobrze krajowi, dochrapią się jakiegoś wyroku bez zawiasów. A poza tym w Solarisie ich dni i tak były policzone. Od kiedy we wrześniu spółka stała się własnością hiszpańskiej grupy CAF, to w podpoznańskiej firmie rzeczywiście nikt nie wymagał od pracowników „zachowań nielegalnych.” Zdobywaniem kontraktów zajęli się fachowcy z Beasain w prowincji Guipúzcoa na Półwyspie Iberyjskim.

Palestyńskie kino

Kino palestyńskie od zawsze skupiało się wokół życia Palestyńczyków, ich miłości, marzeń i pragnień. Po 1967r. głównym tematem była walka narodowowyzwoleńcza, okupacja izraelska i marzenia o wolnej ojczyźnie. Palestyńscy filmowcy nie zapominają o kobietach i ich kluczowej roli w społeczeństwie.

To w Palestynie powstał film Sędzia (2017), o Dr Kholoud Al Faqih, pierwszej na Bliskim Wschodzie, kobiecie sprawującej urząd sędzi w sądzie religijnym, inny film („Speed sisters” (2015) pokazuje, pierwszą na Bliskim Wschodzie, żeńską drużynę ścigającą się w wyścigach samochodowych. Z kolei film 3000 nocy (2015) nakręcony przez kobietę o kobiecie, która niesłusznie osadzona w więzieniu, musiała zmierzyć się nie tylko z nieufnością osadzonych Palestynek, wrogością Izraelek, ale i władzami więzienia, a przede wszystkim samotnym macierzyństwem w nieludzkich warunkach.

Kino palestyńskie jest różnorodne, ale dosyć młode. Pierwszy zachowany film pochodzi z 1935 r., jest to krótko-metrażowy film dokumentalny o wyprawie króla Su’uda Ben Abdel Aziza do Palestyny i jego podróży między Jerozolimą a Jaffą, autorstwa Ibrahima Sarhana. W 1934r. powstało Narodowy Instytut Palestyński, który miał zajmować się produkcją filmów, jednak rozwój kinematografii stał się ofiarą wydarzeń roku 1948 – Nakba (tłum. katastrofa), tj. czystek etnicznych i przesiedleń ponad 750 000 Palestyńczyków. W latach 1948-1967, czyli między Nakbą a wojną sześciodniową rozwój palestyńskiego przemysłu filmowego został zahamowany.

Dopiero po 1968r. Powstawały filmy na temat izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, produkowane na uchodźctwie, głównie w Libanie i Jordanii przez Organizację Wyzwolenia Palestyny.

Lata 70. i 80. XX w. to czas wzmożonej cenzury palestyńskich artystów, którzy byli prześladowani, ośrodki kultury i kina w Palestynie – zamykane przez władze izraelskie chcące zahamować rozwój kultury i umacniającą się tożsamość narodową.

Ostatnie trzy dekady przyniosły wielu utalentowanych artystów, którzy stworzyli wiele niesztampowych filmów i zdobyli liczne nagrody na międzynarodowych festiwalach filmowych. Poczynając od nagrodzonych na Weneckim Festiwalu Filmowym Kronik znikania (1996) w reżyserii Elia Suleimana, który przez zlepek skeczy stara się przekazać poczucie niepokoju i palestyńskiej bezpaństwowości, poprzez nominowanego do oskara filmu Przystanek raj (2005) w reżyserii Hany’ego Abu Assada, który ukazuje wewnętrzne zmagania chłopców wybranych przez organizację terrorystyczną na zamachowców oraz innych filmów tego uznanego reżysera (Omar (2013), Idol z ulicy (2015), Wesele Rany (2002)). Przez liczne filmy dokumentalne takie jak Jenin, Jenin (2002) opowiadający o operacji izraelskiego wojska o nazwie tarcza obronna w kwietniu 2002r. w obozie dla uchodźców w Jenin, których skutkiem były zbrodnie wojenne popełnione przez izraelskie wojsko (doniesienia mówią o 500 zamordowanych Palestyńczykach). Inny film dokumentalny, 5 rozbitych kamer (2011) mówi o oporze przeciw okupacji bez przemocy, przy użyciu kamery, a w zasadzie pięciu kamer, gdyż każda poprzednia jest niszczona przez izraelskie wojsko (inne filmy dokumentalne: Sędzia (2017), Speed sisters (2015) i Latawce (2014) film o biciu rekordu Guinnesa w liczbie puszczanych latawców przez dzieci w Strefie Gazy).

Kończąc na nietypowych filmach jak Polowanie na duchy (2017) Raed’a Andoni, który mierzy się z traumą po byciu przetrzymywanym w areszcie izraelskim odtwarzając warunki tam panujące razem z innymi, którzy tego doświadczyli, czy też 18 poszukiwanych, (2014) film animowany o tym jak 18 krów może stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa oraz Boska interwencja (2002), która jest surrealistyczną czarną komedią odpowiadającą o życiu Palestyńczyka mieszkającego w Nazarecie i jego dziewczyny mieszkającej kilka check pointów dalej – w Ramallah.

Palestyńskie kino przyciąga różnorodnością tematów i zatrzymuje widza ich głębią, a historie w nim opowiedziane są niejednoznaczne, poruszają umysł i duszę.