Bankierom rośnie

Na co może liczyć dyrektor generalny banku w dobie pandemii koronowirusa, kiedy gospodarka pikuje w dół, na giełdzie pojawia się panika, a akcje banku spadają na łeb i szyję? Oczywiście na solidną podwyżkę. Bez obaw o niegospodarność, bo za ewentualne straty przedsiębiorstwa prawdopodobnie i tak zapłacą podatnicy – przeciętni Amerykanie.
David Solomon, dyrektor generalny banku inwestycyjnego Goldman Sachs, jest szczęśliwcem, który właśnie otrzymał 20 proc. podwyżki pensji. Teraz będzie zarabiał 27,5 mln USD rocznie. Ale to nie wszystko. Solomon dodatkowo dostał premię w wysokości 7,65 mln USD oraz stał się posiadaczem akcji wartych 17,85 mln USD.
Jak uzasadnia ten krok zarząd banku? „Kierował naszym opracowaniem trzyletniego biznesplanu firmy i jasnej długoterminowej strategii, która wykorzystuje nasze fundamentalne zalety, wzmacnia długoterminowe nastawienie firmy i wpaja kulturę innowacji” – czytamy w oświadczeniu. Ponadto dyrektor generalny „wyróżniał się także jako wykwalifikowany rzecznik firmy zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie”.
Gratyfikacja „pierwszego bankstera” ma miejsce w chwili, kiedy z powodu zagrożenia epidemiologicznego wywołanego koronawirusem COVID-19 gospodarka amerykańska zwalnia, a na amerykańskiej giełdzie trwa panika, w wyniku której tylko w ciągu pierwszego tygodnia marca Dow Jones stracił na wartości blisko 9 proc., a w skali całego miesiąca o około 35 proc., zaś NASDAQ aż o 35 proc. wartości.
Ucierpiały również akcje samego Goldman Sachs, notując spadek z 237,33 USD w dniu 19 lutego do 138,41 USD w piątek 20 marca.
Wśród zwykłych Amerykanów poddanych kwarantannie, którzy stracili pracę lub obawiają się jej utraty, a przynajmniej utraty części zarobków, narasta gniew. Pojawiają się wpisy w mediach społecznościowych, że takie zachowanie się klasy wyzyskiwaczy skończy się zamieszkami i gilotyną. Niektórzy porównują gromadzenie bogactwa przez krezusów w czasie pandemii do gromadzenia papieru toaletowego przez zwykłych spanikowanych ludzi.
Amerykanie mają prawo się czuć wkurzeni. Tym bardziej że narasta presja ze strony banksterów, finansjery i plutokratów, by Kongres zasilił ich biznesy publicznymi pieniędzmi, tak jak miało to miejsce podczas kryzysu finansowego w 2008 roku.
Fundamentalna zasada kapitalizmu, która opiera się o prywatyzację zysków i nacjonalizację strat, ma się cały czas dobrze.

Zaraza uprzedzeń

Sytuacje kryzysowe, takie jak trwająca pandemia, są bardzo podatnym gruntem dla uprzedzeń, dyskryminacji i victim blamingu – to wniosek daleki od odkrycia Ameryki. Nietrudno wyobrazić sobie, jak łatwo będzie dziś postulować zamykanie granic przed uchodźcami czy to, ile fałszywie motywowanej niechęci musi wylewać się w stronę „odmiennych kulturowo” Chińczyków. Pierwsze sygnały mogliśmy już usłyszeć z ust premiera Morawieckiego o „obcym” pochodzeniu wirusa.

To zagrożenie dotyczy dziś Włoch. Kiedy wielu z nas zadaje sobie pytanie, dlaczego akurat Włosi tak źle radzą sobie z epidemią koronawirusa, dosyć szybko słyszymy prowizoryczne analizy odnoszące się do mglistego pojęcia „charakteru narodowego” (w przypadku silnie zregionalizowanych Włoch mglistego jeszcze bardziej): że przecież Włosi muszą wychodzić z domu, spotykać się, całować na powitanie, być blisko, siedzieć w kawiarniach i pić espresso, więc w zasadzie sami są winni swej sytuacji przez własną nieodpowiedzialność.
Dokładne analizy włoskiego przypadku jeszcze przed nami. Dowiemy się zapewne, na ile sensowne jest założenie, że szczep, który pojawił się we Włoszech mógł był bardziej zjadliwy niż w innych krajach. Ktoś pewnie zbada także, na ile kulturowe czynniki mogły przyczynić się do rozprzestrzenienia się wirusa.
Póki co o wiele bardziej sensowne niż towarzysko-zabawowy styl życia Włochów wydaje się założenie, że Półwysep Apeniński spotkała po prostu tragedia bycia pierwszym przypadkiem. Kiedy koronawirusa wykryto w Lombardii, Piemoncie i Wenecji Euganejskiej, nic poważnego się jeszcze nie działo – nie było w Europie czerwonych stref, zamykania granic i pustych półek w sklepach.
W ramach eksperymentu myślowego wyobraźmy sobie, że pierwsze przypadki koronawirusa w Europie wykryto w Polsce. Powiedzmy: w województwie opolskim, łódzkim i świętokrzyskim.
Pociągi i autobusy przekraczają granice jak zawsze, wszystkie kawiarnie są otwarte, ekspedientki w sklepach nie noszą rękawiczek, a dzieci chodzą normalnie do szkoły. Ministerstwo Zdrowia wprawdzie apeluje o ostrożność, ale ilu z nas naprawdę się tym przejmie, skoro rzeczywistość wokół funkcjonuje tak samo? Kiedy życie toczy się normalnie, naginanie środków bezpieczeństwa też przychodzi łatwiej, bo nikt nie wie jeszcze, że sytuacja wymknie się przez to spod kontroli. Nie jest to specyficzna cecha żadnego narodu.
Nie wierzycie? A co się stało kilka dni temu, kiedy w Polsce zaczęła się prawdziwa wiosna i ludzie wylegli na bulwary?
Ktoś powie, że przecież przed Włochami mieliśmy przypadek Chin, więc efektów można się było spodziewać. Problem w tym, że dla 60-milionowego kraju w Europie Chiny są po prostu za daleko, by stanowić realny punkt odniesienia. Nie były nim także dla nas, dopóki wirus nie dotarł blisko naszych granic.
Wniosek jest prosty: w czasach kryzysu na uprzedzenia i proste wyjaśnienia należy uważać podwójnie. W sytuacji Włochów mógł znaleźć się każdy, a zrzucanie odpowiedzialności na ich styl życia czy wydajność służb to nie tylko victim blaming, ale też myślenie stereotypami.
Znacznie lepiej byłoby docenić, że możemy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji, zwłaszcza że stało się to czyimś kosztem.

Koronawirusa narodzin teorie spiskowe

Dziennikarze czołowych amerykańskich gazet New York Times, Washington Post i Wall Street Journal muszą pożegnać się z Chinami: władze unieważniły ich lokalne legitymacje. Razem 13 reporterów będzie musiało wrócić do domu. Oba wielkie kraje kłócą się o opowieść o pandemii. To, co sugerują Chińczycy, nie jest teorią spiskową, jak utrzymują Amerykanie, bo właściwie nie mieści się w definicji.
Ale pekińska wersja ma fabularne odnogi, które wyglądają podejrzanie.

O co chodzi Chińczykom? Dlaczego wyjeżdżają z tezą, że pandemia narodziła się w Stanach Zjednoczonych? Czy są wariatami? Podłymi propagandystami? Kierują nimi najniższe uczucia? Według mediów, Chiny złośliwie sieją teorie spiskowe. Podniosły się u nas rytualne głosy, że wszystkiemu jest winien Putin, a ci, którzy podejrzewają, że epidemia wzięła się skądinąd niż z Chin, to nieświadome końcówki jego oślizłych macek. Na szczęście Polacy są ostrzeżeni. Powstały nawet internetowe rankingi teorii spiskowych.
Według definicji teorii spiskowej, musi w niej występować element ukrywania czegoś przed ludźmi. Chiny właściwie nie zarzucają Amerykanom, że zataili epidemię Covid-19, która miała wybuchnąć w USA w sierpniu-wrześniu zeszłego roku, tylko, że jej nie zauważyli. Interpretuje się to na ogół jako propagandowe kontruderzenie Chińczyków, którzy nie mogli znieść ciągłego nazywania w Stanach koronawirusa „chińskim”, „Made in China” itp. Ich zdaniem, takie stawianie sprawy prowadzi do rasizmu i nie odpowiada prawdzie.
Było ich 300
Tłem chińskiej wizji jest wojna handlowa, którą prezydent Trump wydał Państwu Środka, ale w centrum obrazu widać raczej amerykańskie niedbalstwo, niż jakąś przemyślaną strategię. 12 marca dr Robert Redfield, szef CDC (Centers for Disease Control and Prevention) – centralnego organu USA koordynującego walkę z wirusem, powiedział, że w ubiegłym roku niektórych pacjentów, którzy mieli umrzeć na grypę, źle zdiagnozowano. Dopiero po ekshumacjach i ponownym przebadaniu okazało się, że to ofiary Covid-19. Redfield wskazał wrzesień 2019 r. jako prawdopodobny początek epidemii, lecz nie podał szczegółów.
Rzecznik chińskiej dyplomacji Zhao Lijian zadawał wtedy z Pekinu natychmiastowe pytania: „Gdzie jest pacjent zero? Ile było ofiar?”. To pasowało mu do do tezy, że epidemia nie zrodziła się w Wuhan w listopadzie, jak wszyscy dziś myślą, tylko w Stanach, w sierpniu-wrześniu. Zarazę do Wuhan mieli przywlec amerykańscy żołnierze, którzy prawie do końca października uczestniczyli w miejscowych Igrzyskach Wojskowych. Było ich 300, wychodzili na miasto, a jeśli część była zarażona…
100 proc. bio
Biały Dom wyśmiał te pytania i na żadne nie odpowiedział. A Amerykanie mogli przegapić początek epidemii. Już zdarzało się w historii plag wirusowych, że miejsce, które wydawało się wielkim ogniskiem, nie było nim wcale. Wygląda też, że Stany Zjednoczone są słabo przygotowane. Imperium działało nieświadomie. Nie wiadomo, jaka była skala pomyłek diagnostycznych. Pekin podejrzewa Pentagon, że nie badał jak trzeba swoich ludzi, bo nie wiedział, że trzeba.
W prasie internetowej przypuszczalne amerykańskie pochodzenie zarazy szybko obrosło koroną teoretycznych odrostów opartych na domysłach i analizach, zależnych czasem od pozycji na mapie. Teoria, jakoby Amerykanie mieli „stworzyć” tego koronawirusa drogą jakiejś inżynierii natrafia na poważne trudności. Atak biologiczny na przeciwnika wojny handlowej? To się wydaje za grube, a poza tym znawcy przekonują, że w kodzie genomu wirusa byłoby widać ludzką interwencję. Nie są politykami, nie muszą kłamać. Według nauki, koronawirus jest 100 proc. bio, beztroskim dzieckiem natury.
Fort Detrick
Zwolennicy teorii „sztucznego” wirusa wskazują na kłopoty administracji amerykańskiej z bazą Fort Detrick, Maryland. To były ośrodek doskonalenia śmiercionośnych broni biologicznych. Tu badano wirusy nietoperzy, aż Stany Zjednoczone podpisały układ o niestosowaniu takich broni i Fort Detrick ograniczył działalność. Według źródeł amerykańskich, sporo zeń wyniesiono, w tym materiał biologiczny.
Ale to było dawno. Latem zeszłego roku usłyszano o dawnej bazie jeszcze raz, gdy zakazano tam badać ebolę i inne niebezpieczne wirusy: niektóre gdzieś ginęły. Ale dlaczego koronawirus miałby pochodzić właśnie stamtąd? Aż tak zaawansowanych eksperymentów tam nie robiono. Zarazek był najpewniej odzwierzęcy, mógł się pojawić w każdym zakątku Ameryki. Jest zresztą typowy dla tego regionu świata, jeśli wierzyć cytowanym naukowcom z Dalekiego Wschodu.
Teoria hard
Jedną z odnóg ogólnych podejrzeń stanowi też tradycyjne spoglądnie w kierunku Izraela. Impulsem do oskarżeń było ogłoszenie w lutym, że Izraelczycy mają prawie gotową szczepionkę na koronawirusa. Skoro już mają, to dlatego, że wszystko wiedzieli – sugerują niektórzy autorzy. Podają przykład amerykańsko-izraelskiego wirusa komputerowego Stuxnet, który miał uderzyć w Iran, ale przyniósł szkody na całym świecie, cytują wysoko postawionych przedstawicieli lobby pro-izraelskiego wyrażających satysfakcję z liczby ofiar koronawirusa w Iranie. To za mało.
Laboratorium z północnego Izraela, które wyrwało się przed orkiestrę, podlega ministerstwu rolnictwa, nie obrony. W lutym rzeczywiście ogłosiło, że „za kilka tygodni” będzie miało szczepionkę na koronawirusa, lecz w tzw. międzyczasie znacznie spuściło z tonu. Możliwe, że nasz koronawirus jest prawie doskonałym bliźniakiem zarazka wywołującego bronchit u kur, ale od tego do szczepionki jeszcze daleko. Podany termin jest nierealistyczny, nawet gdyby prace były zaawansowane. Izraelczycy wyskoczyli z tym jak filip z konopi, to wszystko. Iran cierpi, ale nie jest jedyną ofiarą wirusa.
Rzeczywiście, Mark Dubowitz, dyrektor wykonawczy amerykańskiej organizacji proizraelskiej Fundacji Obrony Demokracji (FDD), pisał na Twitterze, że „koronawirus robi to, do czego niezdolne były sankcje amerykańskie: wstrzymał irański eksport pozanaftowy”, w czym można ujrzeć satysfakcję, ale najważniejsze było jego przekonanie, że „koronawirusa rozsiewa Iran”, a to jest dopuszczalną formą teorii spiskowej, marginalną zresztą. W każdym razie, teoria antyizraelska wygląda, jakby bliżej jej było do Protokołów Mędrców Syjonu (dziejowego wzorca teorii spiskowej), niż do faktów. Irańczycy nie rozdrabniają się na ogół, głoszą, że to Ameryka ściągnęła „to diabelstwo” na naszą planetę.
Wielkie moce
Teorie spiskowe dzielą się na oficjalne i nieoficjalne, do przyjęcia i do odrzucenia. Ich elementy, jak przypisywanie destrukcyjnej wszechmocy wyznaczonej grupie, krążą po obu stronach barykady. Np. ci, którzy pogardliwie wyśmiewają się z obsesji PiSu „to wina Tuska”, biorą poważnie doniesienia, według których knujący Putin jest odpowiedzialny za onanizm w Paryżu. Amerykańsko-chińskie szarpanie się w sprawie usuwania Chińczyków pracujących w chińsko-amerykańskich mediach i późniejsze retorsje mocno podniosły ton w sprawie, która w zasadzie mało kogo dziś interesuje. Co za różnica, skąd to się konkretnie wzięło, skoro już jest?
Tym niemniej Amerykanie ulegli europejskim namowom i w nieujawnionej skali zmniejszą swój udział w przewidzianych na przyszłe miesiące wielkich manewrach wojsk lądowych USA na naszym zabarykadowanym kontynencie. Przemarsz wojsk miał sprawdzić drogę czołgów z Zachodu do granicy Rosji w krajach bałtyckich, czy mosty wytrzymają, itp. Od lutego we włoskich, francuskich i niemieckich portach wyładowywano sprzęt, a pierwsze jednostki z Ameryki zaczęły lądować na początku marca. Oczywiście nikt oficjalnie nie podejrzewa Amerykanów o rozsiewanie wirusa, ale mogą to robić nieświadomie. Ich wojsko jest jednak trochę podejrzane, mimo wszystkich zaprzeczeń.
Stany Zjednoczone postanowiły jednocześnie, że „bezpieczna wirusowo” część lotnicza ćwiczeń Defender Europe 2020 jednak się odbędzie w pełnej skali. Lecą do nas strategiczne, „niewidzialne” i bardzo drogie bombowce amerykańskie B-2 Spirit. Każdy może przenosić po 16 bomb termonuklearnych typu B-61 lub B-83. To z grubsza 1200 bomb na Hiroszimę w jednym samolocie. Rosja oczywiście sądzi, że to niepotrzebne w obecnej sytuacji. Wpływ obecności amerykańskich żołnierzy w Europie na rozpowszechnienie się koronawirusa jest raczej marginalny i dzięki ćwiczeniu nalotów atomowych taki pozostanie.
Historie pandemiczne
W tak wyjątkowych warunkach walka różnych propagand wygląda trochę komiksowo. Trump nie wahał się obrzucać Chin „winą” za epidemię, teraz nadchodzi chińska kontra, w postaci opowieści alternatywnej. Powiedziałoby się, że zaraz oba mocarstwa zaczną rozbijać garnki wiszące na płocie. Chiny jednocześnie pomagają, komu mogą. Amerykanie nie wypadają na geniuszy. Dopóki nie zrobią odpowiednich badań nad przebiegiem epidemii, kwestia pierwotnego ogniska pandemii pozostaje właściwie otwarta i drugorzędna. Trump tymczasem postanowił zwalczać chorobę lekarstwem stosownym przez Chińczyków, chlorochiną, co wygląda paradoksalnie na tle jego antychińskich wyskoków.
Teorie spiskowe, ciemne opowieści, zawsze towarzyszyły uniwersalnym katastrofom, są więc czymś naturalnym. Opierają się często na różnych niedomówieniach władzy, prawie zrozumiałych w tym zamęcie. Niektóre, napiętnowane z początku, potwierdzają się w przyszłości, ale z braku twardych dowodów lub sensu wszystkie są wątpliwe.

Ameryki problem z faszyzmem

Po prezydenturze Baracka Obamy, rzekomo kończącej z rasowymi uprzedzeniami, amerykański liberalny salon nagle odkrył, że jego kraj znów jest rasistowski. I świetnie się z tym czuł. Mógł wszak potępiać to, co uznał za pierwotną przyczynę rasizmu – Trumpa, który brukał „światowy przykład demokracji” jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Zamglone pozostały historyczne dzieje tej „wyjątkowej” republiki, założonej na wywłaszczeniu ziemi tubylczej i eksterminacji jej mieszkańców, oraz jej potęgi gospodarczej zbudowanej w znacznej mierze przez afrykańską, zniewoloną siłę roboczą.

Trump oczywiście jest białym rasistą i to w stopniu nagannym. Ale czy on jeden, i czy rasistami bywali tylko Republikanie? Kto pamięta Jima Crowa i Dixiecrat Democrats, w tym sześciu senatorów USA i dwóch sędziów Sądu Najwyższego, którzy byli członkami Ku Klux Klanu? Kto pamięta, że jeden z najbardziej znanych demokratów, Franklin Delano Roosvelt, ponoć najbardziej liberalny prezydent USA, uwięził w obozach koncentracyjnych 120 000 Amerykanów japońskiego pochodzenia.
Ustawy więzienne
Trump miał też bardziej bezpośrednich poprzedników, jak Bill „pierwszy czarny prezydent” Clinton, który zrobił sobie zdjęcie pod Stone Mountain, w miejscu narodzin współczesnego KKK, z grupą więźniów, głównie Afroamerykanów, wykorzystanych jako rekwizyty. Ponadto wprowadził w życie tragiczne w skutkach ustawy więzienne z 1994 roku i „położył kres dobrobytowi, jaki znamy”. Trump zajmuje miejsce w tym samym kontinuum co byli prezydenci, jest on tylko jego bardziej wulgarnym i jawnym reprezentantem.
Rasizm jest kompletnie wpisany w funkcjonowanie „krainy wolnych ludzi”; nie jest żadnym zaburzeniem osobowości tego kraju. Rasizm instytucjonalny przenika obecną politykę na każdym polu. Ustawa Trump’s Protect and Serve Act, uczyniła atak na policję federalną zbrodnią z nienawiści. Umieściła ona tym samym policyjnych morderców pod parasolem ochronnym. Ustawa ta przeszła prawie jednogłośnie, 382 głosami. Za nią głosowało trzy czwarte Czarnego Klubu. Było to więc dwupartyjne f ** k you wymierzone w ruch Black Lives Matter. Wpływ amerykańskiej polityki rasowej nie kończy się na granicach USA. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się punkty zapalne konfliktu rasowego lub etnicznego, można znaleźć rząd Stanów Zjednoczonych rozpalający płomienie na korzyść imperium, nie ważne czy mowa o konfliktach sannicko-szyickich na Bliskim Wschodzie, czy rasowo-etnicznych z Ameryki Łacińskiej. Jeanine Añez, samozwańcza prezydent Boliwii, wsparta przez USA w trakcie zamachu stanu, ogłosiła, że ​​nadszedł czas, aby wyrzucić tubylców nie tylko z rządu, ale i ze stolicy.
Rasizm instytucjonalny jest szczególnie śmiercionośny, ponieważ przecina podziały klasowe. Brutalność policji, masowe uwięzienia, pomoc społeczna, wysokiej jakości edukacja publiczna i tak dalej nazywane są „czarnymi kwestiami”, ale dotyczą wszystkich pracujących ludzi, a nie tylko pracujących Afroamerykanów. Biały rasizm służy do zatarcia wspólnych interesów pracujących ludzi, tworząc iluzję, że pracownik magazynu Amazona może mieć jakikolwiek wspólny interes z Jeffem Bezosem.
Widmo faszyzmu
W ostatnich latach prasa donosiła o coraz bardziej popularnych rasistowskich praktykach pośród grup młodych białych Amerykanów, mowa była również o czystym flirtowaniu z faszyzmem. Gdyby w USA powstał znaczny ruch faszystowski, ta wywłaszczona młodzież – nazywana przez Hillary Clinton „godną ubolewania” – mogłaby służyć za jego bazę.
Żaden casting nie wyłoniłby lepszego niż sam Donald Trump przykładu karykaturalnego, blond faszysty. Ale kleiste kosmetyki i złe maniery przy stole nie kwalifikują go do bycia piewcą aryjskiego braterstwa. Po trzech latach jego rządów pomimo strasznych prognoz republika jeszcze nie pogrążyła się w faszyzmie. Rasizm i wąski nacjonalizm były historycznie związane z faszyzmem. Jednak Rozporządzenie wykonawcze 13769 autorstwa Trumpa, blednie w skali do perfidii internowania Amerykanów japońskiego pochodzenia przez Roosevelta.
Widmo faszyzmu pociąga za sobą coś więcej niż biały natywizm. Faszyzm przybiera formę polityczną jako specyficzną metodę rządzenia. Jako forma rządzenia faszyzm „powstaje, gdy w obliczu wyzwań klasy robotniczej kapitał finansowy nie może już rządzić w stary sposób” jak wyjaśnia Greg Godels. Prawdą jest, że Trump mówił o wydarzeniach z Charlottesville odnosząc się do „kilku bardzo dobrych ludzi”, w rzeczywistości młodych mężczyzn o ogolonych głowach i tatuażach ze swastyką. Ale ci zepchnięci na margines, ledwo dorośli chłopcy, nie są klasą panującą. Są produktem ubocznym neoliberalnej polityki i potencjalnymi rekrutami ruchu faszystowskiego, podpałką, ale nie zapałką. Niebezpieczeństwo faszyzmu pochodzi od środowisk rządzących, a nie od klas ludowych.
Prowadząca w dół ścieżka neoliberalizmu
W latach trzydziestych XX wieku kapitał został zmuszony przez bojowy ruch związkowy w USA do włączenia siły roboczej jako młodszego partnera w nowej umowie społecznej, Nowym Ładzie która była osłabioną formą demokracji socjalnej. Liberalizm New Deal został zatarty w czasie prezydentury Jimmy’ego Cartera, który jako pierwszy opowiedział się za deregulacją i rządem-stróżem nocnym, co oznaczało rezygnację z funkcji państwa w zakresie pomocy społecznej. Ewangelia neoliberalizmu zyskała popularność wraz z rewolucją Reagana. Natomiast ostatnie gwoździe do trumny wbili Nowi Demokraci Billa Clintona. Robotnicy zostali zdegradowani zaledwie do jednej z wielu grup interesów pomimo tego, że stanowili oni, i stanowią nadal, zdecydowaną większość obywateli.
Od czasu prezydentury Nixona nie uchwalono jakiekolwiek znaczącego liberalno-socjalnego prawa czy rozwiązania gospodarczego, „nowi liberałowie” – to znaczy neoliberałowie – są ortodoksją obu partii amerykańskiego kapitału. Trajektoria neoliberalizmu prowadzi coraz wyraźniej w dół, o czym świadczy coraz większa bieda ludzi pracy, ale też coraz bardziej agresywne, imperialistyczne działania USA w polityce zagranicznej oraz coraz bardziej rozwinięte rozwiązania prawne kierujące USA w objęcie państwa policyjnego. Ta tendencja spadkowa neoliberalizmu związana jest z koncentracją siły gospodarczej. Coraz bardziej autorytarne państwo służy interesom coraz bardziej skoncentrowanego kapitału. Coraz bardziej policyjne i represyjne państwo ukryte jest za szaradą wyborczą, podczas której wydawanie nieprzyzwoitych pieniędzy na kampanie polityków jest chronione jako część składowa wolności słowa i jednostki. W tym samym momencie, gdy prawie połowa ludności nie głosuje, USA przewodzą światu w zakresie ilości osób przebywających w więzieniach (655 osób na 100 tysięcy obywateli) i wydatków wojskowych.
Biorąc pod uwagę śmierć socjalnego liberalizmu w głównym nurcie polityki Stanów Zjednoczonych, dlaczego właściciele kapitału i kupieni przez nich politycy (wybory w 2016 r. kosztowały 6,6 mld USD) chcieliby pójść w kierunku faszyzmu? Klasyczna „burżuazyjna demokracja” odnosi przecież tak ogromne sukcesy w nakłanianiu ludzi do akceptowania elitarnych rządów i wiary w to, że ​​cieszą się prawdziwą demokracją. Tyle, że w demokracji burżuazyjnej wyborczy kandydaci mogą konkurować, aby udowodnić, kto najlepiej służy elitom rządzącym. Lecz jeśli lewica jest wystarczająco silna, aby zakwestionować ten program i poważnie walczyć o władzę polityczną, środowiska rządzące rozważą faszyzm i zniosą fasadę jaką są wybory.
Powstanie Sandersa
Bernie Sanders nie jest marksistowskim rewolucjonistą, ale kolejnym zwolennikiem New Dealu, który jest łagodny wobec imperializmu USA. Sanders w kontekście dzisiejszej polityki stanowi jednak wyzwanie dla neoliberalnej surowości. Na razie establishment zakłada, że sfałszowany proces wyborczy (np. super delegaci), brudne sztuczki (np. sprzeczka z Elizabeth Warren) i prasa korporacyjna – wszyscy oni mogą zaryzykować jeszcze cztery lata Trumpa – powstrzymają Sandersa. Ale jeśli inspirowana przez Sandersa Nasza Rewolucja naprawdę stanie się rewolucyjna i podejmie wyzwanie bycia „trzecią partią”, posiadając jakąkolwiek perspektywę wygranej, część elit rządzących mogłaby rozważyć skierowanie się w stronę faszyzmu. Dziś jeszcze do tego nie doszło, żadna z klas nie przeszła na te pozycje. Ponieważ utrzymywanie faszystowskiej dyktatury jest kosztowne, a same elity muszą zrezygnować z niektórych swoich przywilejów, możliwość narzucenia faszyzmu byłaby prawdopodobnie dokonana tylko przez pewną frakcję rządzących elit, a nie zjednoczoną klasę.
Na razie karta z literą „f” jest trzymana w odległej rezerwie przez rządzących na wypadek, gdyby tląca się rebelia, o której świadczy fenomen Sandersa, naprawdę się rozpaliła i była w stanie wyjść z instytucjonalnych ograniczeń aparatu Partii Demokratycznej. Wtedy dopiero walka mogłaby się rozwijać w kierunku wyboru między socjalizmem a jego barbarzyńską alternatywą.
Początkowe etapy rozwoju faszyzmu
Krytycznym zwiastunem faszyzmu jest rosnąca dominacja tak zwanego „państwa bezpieczeństwa narodowego”. Demokraci pomogli w odnowieniu Patriot Act, przekazując prezydentowi Trumpowi władzę do zawieszenia konstytucyjnych swobód obywatelskich. (Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie szalały wojenki podjazdowe znane jako przesłuchania w sprawie impeachmentu). Tymczasem Internet jest ogrywany coraz bardziej przeciwko lewicy. Elizabeth Warren zaproponowała cenzurę sieci nadzorowaną przez rząd we współpracy z dużymi firmami technologicznymi. Wydarzenia te, rozszerzające wszechobecność państwowego nadzoru, są „początkowymi etapami rozwoju” faszyzmu.
FBI cieszy się obecnie ogromnym społecznym zaufaniem. Świątobliwe oblicze byłego dyrektora FBI Roberta Muellera, a nie ponury wygląd Trumpa, mogą okazać się obliczem faszyzmu w Stanach Zjednoczonych. Ale przynajmniej na razie litera „f” jest nadal kojarzona z prokreacją. Poprawnie.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Zakupy online chiński sposób radzenia sobie w czasie epidemii koronawirusa

Kogo najczęściej ma okazję zobaczyć Chińczyk, oprócz najbliższej rodziny, w ciągu ostatnich tygodni trwającej epidemii koronawirusa? Odpowiedź brzmi: kuriera z zakupami!

Ze względu na trwającą walkę z epidemią większość Chińczyków od czasu Chińskiego Nowego Roku pozostaje w swoich rodzinnych domach, wśród rodziny i krewnych. Pracują wyłącznie lekarze i pielęgniarki, pracownicy opieki zdrowotnej, funkcjonariusze policji, logistycy, robotnicy w kluczowych gałęziach przemysłu oraz dziennikarze.
W związku z ograniczeniami dotyczącymi możliwości wychodzenia z domów, pojawił się problem z zakupem jedzenia i przedmiotów codziennego użytku. Mimo, że duże supermarkety oraz targowiska są otwarte, wielu Chińczyków nie decyduje się na zakupy w sklepie stacjonarnym obawiając się zagrożenia w postaci zarażenia koronawirusem. Podjęcie takiej decyzji tłumaczą troską o zdrowie swoje i swoich najbliższych. Zakupy online stały się najbezpieczniejszym wyborem w czasie epidemii.
Dzięki ustaleniom rządu centralnego, wdrażaniu działań przez rządy lokalne oraz współdziałaniu pracowników lokalnej społeczności i wolontariuszy, w wielu miastach Chin i na większości wsi wykorzystano internet, Big Data i sztuczną inteligencję (AI), aby zapewnić dostawy produktów niezbędnych do życia. Firmy handlu elektronicznego i ekspresowe korporacje logistyczne zatrudniły większą liczbę pracowników i promowały swoje zdolności przewozowe. Dzięki wysokim standardom i wymaganiom dotyczącym zapewnienia higieny osobistej zrobiły wszystko, aby zaspokoić potrzeby Chińczyków.
Produkty medyczne, żywność, napoje oraz inne przedmioty codziennego użytku można zamówić online poprzez chiński komunikator WeChat, ale także przez aplikacje i platformy handlu elektronicznego. Zamówione przesyłki zostaną dostarczone pod drzwi klienta lub pozostawione na regałach przed bramami osiedli, co oznacza, że dostawa odbywa się „bez kontaktu z kurierem”. W ten sposób wszystkie strony: sprzedawca, kurier oraz kupujący zachowują bezpieczeństwo.
Podczas epidemii korporacje handlu elektronicznego były bardzo aktywne. Między innymi Alibaba, Jingdong, Pinduoduo, Meituan i Eleme wprowadziły różne programy promocyjne, które w coraz większym stopniu koncentrują się na rynku wiejskim. Firma Suning wprowadziła dodatkową bezpłatną usługę w postaci tymczasowego przechowywania przesyłki.
Mimo wielu trudności, przemysł logistyczny nadal wykazuje dobrą odporność na pojawiające się ryzyko. Aby zapewnić terminową dostawę paczek firmy kurierskie, takie jak Shunfeng, otworzyły „zielone kanały”, ułatwiające kontakt z klientami. Wprowadzone zostały między innymi specjalne stanowiska recepcji przy bramach do osiedli, gdzie kurierzy mogą pozostawić paczki z zakupami. Pojawiła się także możliwość bezpośredniego kontaktu na linii kurier – wolontariusz, który doręcza przesyłkę osobiście do mieszkań osób starszych lub niepełnosprawnych.
Chińscy klienci, którzy pracują zdalnie w swoich domach, wypracowują własną strategię robienia zakupów – mają na przykład więcej czasu na przeglądanie wyszukiwarek z produktami przed podjęciem ostatecznej decyzji o wydaniu pieniędzy. Najczęściej Chińczycy robią zakupy poprzez strony internetowe: Tmall Supermarket, Hema Fresh, Daily Good Fresh, Jingdong Home, Duodian, COFCO Ibuy, Meituan itd.
Wzrost liczby zakupów online łączy się także ze zwiększeniem problemów z nim związanych. Najczęściej dotyczą one opóźnień w dostarczeniu przesyłek, anulowania zamówienia, trudności w zwrocie lub wymianie towarów.
Zdaniem Chińczyków walka z epidemią koronawirusa wejdzie w okres krytyczny. Oznacza to, że wciąż pozostaną oni w domach, minimalizując w ten sposób możliwość zarażenia się chorobą. Handel elektroniczny i opieka społeczna będą wciąż pomagać w realizacjizakupów przedmiotów codziennego użytku przez internet.
Walka z epidemią to współpraca chińskiego rządu, firm internetowych, wolontariuszu, kurierów oraz samych Chińczyków, którzy każdego dnia dokonują zakupów. Ich wspólna praca przyczyniła się do płynnego rozwoju działań antyepidemicznych na wszystkich frontach. To mądrość i ciężka praca wielu ludzi! Chińczycy mówią, że bez względu na to kim i gdzie się jest, kiedy pojawią się trudności, dzięki ciężkiej pracy, można je przezwyciężyć. Chińskie doświadczenia mogą okazać się pomocne dla innych krajów i ich mieszkańców, którzy właśnie stoją w obliczu epidemii.

Hiszpania przejmuje prywatną służbę zdrowia

Lewicowy rząd Hiszpanii w ramach ogłoszonego w niedzielę stanu wyjątkowego przejmie kontrolę nad prywatnymi placówkami medycznymi. Ponadto wszystkie prywatne podmioty, które produkują lub mają na stanie maseczki ochronne, preparaty odkażające i testy na koronawirusa mają obowiązek w ciągu 48 godzin o tym poinformować.

Centrolewicowy rząd Pedro Sancheza chce zrobić wszystko, by powstrzymać dalsze postępy epidemii. I nie ograniczył się do wezwania obywateli, by nie wychodzili z domów w absolutnie żadnym wypadku, chyba że potrzebują kupić żywność lub lekarstwa.
W wygłoszonym w niedzielę wieczorem oświadczeniu minister zdrowia Salvador Illa oznajmił, że wszystkie prywatne placówki medyczne zostaną podporządkowane potrzebom państwowego systemu służby zdrowia. Hiszpańskie media nie wahają się pisać – na wyrost – o „nacjonalizacji”, chociaż środek będzie tymczasowy: prywatne szpitale przejdą pod kontrolę regionalnych władz jedynie na czas stanu wyjątkowego, póki będzie trwała walka z koronawirusem. Na tym jednak nie koniec. Decyzją władz regionalnych dowolne obiekty, publiczne i prywatne, będą mogły zostać zaadaptowane na cele walki z epidemią.
Rząd wydał również specjalne polecenie wszystkim firmom, które produkują lub mają na stanie leki i sprzęt medyczny, a także ochronne maski i rękawiczki. Podmioty takie dostały 48 godzin (począwszy od niedzieli wieczorem) na poinformowanie władz publicznych o swoich zapasach i możliwościach produkcyjnych, pod groźbą mandatów. Łatwo się domyślić, że kolejnym krokiem może być rekwizycja i/lub przymusowe zwiększenie produkcji preparatów i przedmiotów ratujących życie. Do walki z epidemią zostaną zaangażowani również studenci ostatniego roku studiów medycznych; ich obowiązkowa rezydentura w szpitalach zostanie wydłużona.
Hiszpania zamierza również ograniczyć o 50 proc. liczbę wewnętrznych połączeń lotniczych i morskich, a nawet o 85 proc. – kursy państwowego przewoźnika kolejowego Renfe. O tym, co z transportem publicznym na skalę lokalną, zdecydują samorządy. Stan wyjątkowy w kraju potrwa co najmniej 15 dni.

Manifa antysyjonistyczna

Antysyjonizm na lewicy spotyka się z dużym sprzeciwem ze strony liberałów, ale także części samych lewicowców. W Polsce można usłyszeć, że to prosta droga do antysemityzmu oraz że sprzeciwiając się żydowskiemu osadnictwu na terenach Palestyny powielamy propagandę antyżydowską uknutą przez moczarowców w latach 60.

Takie stwierdzenie jest błędne oraz głupie, zważywszy na podstawowy slogan, jaki wznosiła w tamtym okresie antysemicka flanka PZPR, czyli syjoniści do Izraela! Najgorsze, czego można chcieć, to właśnie dalszego osadnictwa w Palestynie oraz kolejnych napięć pomiędzy Palestyńczykami, a Żydami.
Antysyjonizm nie polega na nienawiści do Żydów. Nienawiść do jakiejkolwiek grupy etnicznej lub narodowej jest sprzeczne z podstawowymi wartościami lewicowymi. Antysyjonistami nie kieruje szowinizm, a jego przeciwieństwo, czyli sprzeciw wobec okupacji Palestyny przez Izrael. Historycznie istniały partie oraz organizacje syjonistyczne nazywające się lewicowymi. Jednak także ówczesne realia były inne, niż dzisiejsze: trudno się dziwić, że Żydzi, nękani w praktycznie każdym kraju europejskim, z łatką „tajnych władców świata”, sądzili, że rozwiązaniem ich problemów jest kraj, w którym będą mogli poczuć się bezpiecznie. Stworzywszy jednak państwo żydowskie doprowadzili do sytuacji, w której to oni dopuścili się czystek etnicznych i oni prowadzą politykę apartheidu.
Na swoim antysyjonizmie przejechał się niejednokrotnie Jeremy Corbyn. Organizacje syjonistyczne Wielkiej Brytanii nazywały go antysemitą po praktycznie każdej jego wypowiedzi krytycznie odnoszącej się do okupacji Palestyny przez Izrael. Podobnie został potraktowany Jean-Luc Melenchon, gdy na swoim wiecu w Grenoble wyraził swoją dezaprobatę dla działań CRIF, francuskiej organizacji parasolowej zrzeszającej mniejsze oraz większe ugrupowania o profilu syjonistycznym. Najświeższym przykładem jest konflikt Berniego Sandersa z AIPAC, czyli Amerykańsko-Izraelskim Komitetem Spraw Publicznych, jednym z najsilniejszych amerykańskich lobby syjonistycznych. Sanders odmówił współorganizacji z AIPAC na konferencji prasowej, bowiem, jak to ujął – lobby syjonistyczne w Stanach Zjednoczonych stały się za silne i za mocno wspierają obecny rząd Izraela, który nieustannie łamie prawa Palestyńczyków. Lobby nie czekało i uderzyło od razu.
W Polsce na antysyjonizm monopol zdaje się mieć prawica; w dodatku mowa tutaj raczej o graniu antysyjonistyczną kartą, gdy nie wypada grać antysemicką. Narodowcy pozostają w stałym kontakcie z prawicowymi stowarzyszeniami oraz ugrupowaniami działającymi na terenie Zachodniego Brzegu oraz w strefie Gazy. Na tym tle pozytywnie należy ocenić spotkanie z 28 lutego, gdy o możliwościach współpracy polskiego parlamentu z parlamentem Palestyńskiej Polskiej Władzy Narodowej rozmawiała delegacja Lewicy z ambasadorem Państwa Palestyny Mahmoudem Khalifą.
Palestyńczycy nigdy nie mieli łatwej historii, jak zresztą każdy inny naród zamieszkujący tereny Bliskiego Wschodu, tak chętnie dzielonego przez kolonialne siły Europy oraz Ameryki Północnej. Dziś zaledwie 37.7 proc. z nich mieszka w Państwie Palestyny, a 12 proc. zamieszkuje tereny, które wchodziły w jego skład w roku 1948, czyli de facto, te, znajdujące się pod izraelską okupacją. Przez cały okres nieustającego sporu palestyńsko-syjonistycznego, wielu Palestyńczyków znalazło schronienie w państwach sąsiedzkich, takich jak Egipt, Syria, Jordania czy Liban. Nieco ponad 1 na 20 Palestyńczyków mieszka w innych krajach (np. w Niemczech, USA). Demografia terenów pod kontrolą palestyńskiego rządu jest raczej zrównoważona, jeśli chodzi o podział na płeć. Kobiet łącznie jest o ok. 85 000 mniej niż mężczyzn. Jest to spowodowane opieką poporodową na bardzo niskim poziomie oraz na patriarchalnym modelu społeczeństwa, w którym rodzice zwykle optują ku posiadaniu syna, zamiast córki, przez co małe dziewczynki bywają częściej porzucane, a żeńskie płody – usuwane.
Pomimo trwającej wojny, przyrost naturalny wśród mieszkańców Palestyny jest niezwykle wysoki i niezrównoważony. Struktura wieku i płci ma kształt niemal piramidy, co pokazuje jak dużą część ludności stanowią ludzie w wieku przedprodukcyjnym. Powodów dla takiego rozkładu jest wiele. Poza niezwykle niską dostępnością środków antykoncepcyjnych, również historia zna odpowiedź na to pytanie. Poza wojną, prowadzoną z obu stron, zarówno przez Palestyńczyków, jak i Żydów, w latach 1947-1948 na terenie Palestyny doszło do czystek etnicznych przeprowadzonych przez skrajnych szowinistów z syjonistycznej organizacji Hagana, którą kierował m.in. Ben Gurion.
Syjonizm oznacza TRANSFER Żydów. Mimo wszystko, to transfer Arabów palestyńskich jest łatwiejszy niż jakikolwiek inny. W pobliżu jest wiele innych państw arabskich, dlatego przeniesienie ich do tych państw tylko polepszy sytuację Palestyńczyków, a nie pogorszy. Ben Gurion, 1944
Lewicowy syjonizm czyli… świnka morska
Wiele syjonistycznych partii, organizacji oraz ruchów społecznych przed drugą wojną światową odnosiło się do myśli Karola Marksa. Jedne z nich, takie jak Poalej-Syjon, identyfikowały się z syjonizmem marksistowskim, inne, jak np. Hapoel Ha-Cair, głosiły swoją wersję syjonistycznego socjalizmu.
Cały trzon ideologii zwanej socjalsyjonizmem pochodzi od Mosesa Hessa, niemieckiego filozofa oraz myśliciela, który uważany jest za praojca żydowskiej walki o niepodległość. W wydanej pod koniec 1862 roku pracy “Rzym i Jerozolima” uznał, iż najważniejszym celem środowisk żydowskich powinno być osiedlenie się na terenach Palestyny. Następnie, konieczne będzie wywołanie rewolucji socjalistycznej oraz utworzenie w tym regionie państwa ż y d o w s k i e g o, które w przeciwieństwie do państw europejskich, pozbawione będzie klas społecznych oraz ucisku ekonomicznego… pod warunkiem, że mowa o Żydach. Palestyńczycy stali się w tej całej ideologii wyłącznie problemem, który należało pokonać, by móc wprowadzić socjalizm. A przecież podstawowym postulatem myśli marksowskiej jest porzucenie podziałów narodowych oraz globalne zjednoczenie proletariatu. Oczywiście, rewolucja mogłaby wybuchnąć w wyłącznie jednym kraju, ale to jego zadaniem właśnie jest wtedy przeniesienie jej na inne grunty, w celu wyzwolenia ludu pracującego na całym świecie. Socjalsyjonizm ma tyle wspólnego z Marksem oraz lewicą, co narodowy socjalizm czy strasseryzm.
Kolejne przełomy w budowaniu myśli syjonistycznej już tylko bardziej podkopywały rzekomy socjalistyczny charakter socjalsyjonizmu. Kolonizowanie Palestyny już trwało, więc filozofowie i myśliciele musieli dopasować swoje rozważania do panujących warunków. Wtedy też pojawił się Aharon Dawid Gordon ze swoim przełomowym pomysłem na budowanie ośrodków chłopskich mających być awangardą rewolucji s̶o̶c̶j̶a̶l̶i̶s̶t̶y̶c̶z̶n̶e̶j̶ syjonistycznej. Mowa oczywiście o kibucach, których tworzenie przyćmiło oczy europejskiej lewicy na lata. Propaganda syjonistyczna sprzedawała przekaz o budowie socjalizmu, które w rzeczywistości były kolejną próbą i kolejnym rozwiązaniem kwestii kolonizacji Palestyny.
Pamiętajmy o Palestynie, zwłaszcza 8 marca
Kobiety od zawsze czynnie uczestniczyły w palestyńskiej walce przeciwko okupacji syjonistycznej. Pomimo patriarchalnej budowy muzułmańskiego społeczeństwa zamieszkującego od lat tereny Palestyny, bohaterki walki narodowej łamały zakazy i normy społeczne w celu wygrania z okupantem. Dziś, ich sytuacja jest niestety nadal nieciekawa. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Państwa Palestyny na rok 2011, 35 proc. zamężnych mieszkanek strefy Gazy padło ofiarą przemocy domowej ze strony partnera w ciągu 12 miesięcy poprzedzających badanie. Kobiety, które nie wyszły jeszcze za mąż wcale nie mają lepiej. Prawie 40 proc. z nich było psychicznie nękanych przez członka lub członków swoich rodzin. Najlepszym przykładem na to, z jakimi trudnościami mierzą się Palestynki w życiu codziennym była sytuacja, która wynikła podczas organizacji corocznego maratonu Agendy Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie. Rządzący w strefie Gazy, skrajnie prawicowy, fundamentalistyczny Hamas zakazał startu w zawodach kobietom. ONZ zdecydowało się zatem nie iść na ustępstwa i odwołało maraton.
Kiedy w latach 1947-1948 syjonistyczni terroryści dokonywali czystek etnicznych na Palestyńczykach, to głównie kobiety były zmuszone opuścić zamieszkiwane przez siebie zabudowania. Mężczyźni walczyli, zostawiając zajmowanie się gospodarstwem domowym swoim żonom. Babcie, matki i córki ruszyły więc w niebezpieczną tułaczkę po strefie znajdującej się w epicentrum konfliktu zbrojnego. Syjoniści zamiast osiedlania się w mieszkaniach, z których wyrzucili siłą osoby pochodzenia palestyńskiego, rozpoczęli akcję masowego zalesiania tych terenów, aby nawet po zakończeniu wojny nie można było na nie wrócić. Dziś – Izrael zostaje doceniany na całym świecie, że pomimo położenia na terenach prawie pustynnych, jest tak obficie obsiany zielenią. Mało kto jednak pamięta, jak złowieszcze praktyki doprowadziły do tego “sukcesu”.
Pęknięcie starego ładu czy przełom?
Dramatyczna sytuacja palestyńskiej demografii oraz tragiczna sytuacja kobiet w patriarchalnym społeczeństwie pchnęła rząd Państwa Palestyny do działania. W listopadzie 2019 roku, podniesiono minimalny wiek wyjścia za mąż do 18 lat. Ma to ukrócić proceder sprzedawania swoich 15-letnich córek w zamian za pieniądze czy wpływy gospodarcze.
Podwyższenie dolnej granicy wieku dla obu małżonków, to nie pierwszy przykład na to, że sytuacja kobiet w Państwie Palestyny ulega poprawie. W marcu 2018 roku palestyński rząd zniósł drakońskie prawo nazywane marry-your-rapist-law, pozwalające gwałcicielom uniknąć kary oraz dalej znęcać się nad ofiarą. Na jego podstawie osoba dopuszczająca się gwałtu mogła pobrać się z ofiarą (która w większości przypadków nie miała nawet prawa do odmowy) i dalej żyć na wolności nie ponosząc żadnych konsekwencji. Warto jednak dodać, iż dokumenty te, obowiązujące wówczas na terenie Palestyny nie były tak naprawdę wprowadzone przez palestyńską administracje – miały moc prawną tylko i wyłącznie z powodu zaadoptowania przepisów jordańskich i egipskich na terenach kontrolowanych przez wojska tych państw.
Jak podaje The Jerusalem Post, 37 proc. kobiet będących wciąż w związku małżeńskim wyszło za mąż mając mniej niż 18 lat, 5 proc. – mniej nawet niż 15. 63 proc. kobiet, które wyszły za mąż młodo oświadcza, iż doświadczyło przemocy z rąk swojego męża, a 95 proc. z nich nigdy nie poleciłoby swoim córkom, by wzięły ślub w podobnym wieku, co one. Małżeństwa z dziećmi, jak pokazuje rzeczywistość, nie służą niczemu innemu, niż szybkiemu wzbogaceniu się rodziny. Z powodu przemocy ze strony mężczyzn oraz opresji, na jaką nie są przygotowane tak młode osoby, bardzo często się rozpadają. 63 proc. z rozwiedzionych kobiet mieszkających w Palestynie znajduje się w przedziale wiekowym 18-29.
Lewica antysyjonistyczna albo żadna
Rządzący w Strefie Gazy Hamas promuje patriarchat, popiera zrzucanie osób homoseksualnych z budynków oraz organizuje naloty na żydowskie szkoły położone w Izraelu. W zamachach giną niewinni ludzie, a pieniądze, zamiast trafiać do niebywale biednego społeczeństwa zamieszkującego Strefę, nie bez powodu nazywaną największym więzieniem świata, idą na zbrojenia i kolejne wyrzutnie rakietowe. Z kolei o współpracy rządu tworzonego przez Fatah na Zachodnim Brzegu z izraelskim rządem napisano już niejedno. A jednak lewicowiec nadal powinien głośno wypowiadać się na temat wyzwolenia narodu palestyńskiego żyjącego pod syjonistycznym butem. I to bez dwuznaczności.
Żyjemy w kraju, który przez 23 lata był rozbierany na części, a później, przez 123 lata znajdował się pod okupacją trzech potężnych, europejskich mocarstw. Dziś uważamy za absurd tezy, jakoby Imperium Rosyjskie, Cesarstwo Austro-Węgierskie oraz państwo pruskie miały “historyczne prawo” do terenów zamieszkiwanych przez Polaków. A właśnie argumentu o “historycznym” tudzież “boskim” prawie używa propaganda syjonistyczna do usprawiedliwienia okupacji.
Palestyńskie kobiety, osoby LGBTQ+, pracownice i pracownicy nie zaznają wyzwolenia żyjąc pod nienawidzącym ich izraelskim butem. Jeśli ich przywiązanie narodowe skierowane jest ku Palestynie, to naszym obowiązkiem, jako lewicy, jest ich popierać w walce o swoje terytorium. Tylko mając wolne i niepodległe, suwerenne państwo, w którym stanowienie prawa jest stabilne oraz łatwe możliwa będzie zmiana władzy z prawicowych ekstremistów na rząd respektujący prawa człowieka. W czasie wojny milczą prawa – pisał Cyceron. Prawdziwą wolność Palestyńczykom nie przyniesie zatem dalsza okupacja przez USA i swojej izraelskiej marionetki, a zakończenie wojny i własne państwo.

Trump próbował zmonopolizować szczepionkę

Prezydent Donald Trump próbował ściągnąć naukowców pracujących w CureVac nad potencjalną szczepionką przeciwko COVID-19 do Ameryki. A potem szczepionka przeciw SARS-CoV-2, zostałaby podana najpierw obywatelom USA. Amerykański rząd kusił niemiecki koncern miliardem dolarów. Właściciel koncernu, multimiliarder niemiecki Dietmar Hopp wyśmiał te zabiegi. Zapowiedział, że szczepionka ma być dla wszystkich.

– Trump robi wszystko, aby zdobyć szczepionkę dla Stanów Zjednoczonych – skomentował pierwsze doniesienia na ten temat anonimowy pracownik niemieckiego rządu.
– Rząd Niemiec jest bardzo zainteresowany tym, żeby szczepionki i substancje czynne przeciwko nowemu koronawirusowi były również opracowywane w Niemczech i Europie – oficjalnie stwierdził rzecznik niemieckiego ministerstwa zdrowia. – W tym względzie rząd prowadzi intensywne rozmowy z firmą CureVac.
– Mamy nadzieję szybko rozwinąć efektywną szczepionkę na koronawirusa. Tak, aby każdy mógł po nią sięgnąć. Nie tylko w regionie, ale też solidarnie – na całym świecie – przyznał 80-letni multimiliarder, w którego posiadaniu znajduje się większość udziałów niemieckiej firmy biotechnologicznej CureVac.
– Jestem zaangażowany w realizację celu, jakim jest ochrona wszystkich ludzi przed zakażeniem oraz – w najlepszym przypadku – wyleczenie pacjentów na całym globie – dodał.
Niemieckie ministerstwo zdrowia potwierdziło, że prezydent USA Donald Trump chciał, oferował miliard dolarów, za przeniesienie firmy do USA, bądź do przekazania przez nią Stanom Zjednoczonym ekskluzywnych praw do tego patentu. Firma CureVac jednak odrzuciła – jak nazwała to „Sueddeutsche Zeitung“ – „niemoralną propozycję“ amerykańskich władz.
− Jesienią szczepionka powinna być, ale potrzebne będą testy na zwierzętach, a potem testy na ludziach − mówił Hopp. Dodając, że niedopuszczalne jest, żeby niemiecka firma wynalazła szczepionkę i ta była tylko do dyspozycji Stanów Zjednoczonych.
– Chcemy stworzyć szczepionkę dla całego świata, a nie dla pojedynczych krajów – uzupełnił tę wypowiedź gazecie „Mannheimer Morgen” dyrektor holdingu HoppTech BioTech Christof Hettich.
Niemieckie media twierdzą, że opracowanie skutecznej szczepionki przeciwko koronawirusowi będzie wymagać nakładów wysokości co najmniej 2 mld dolarów. Niemiecki rząd wsparł prace badawcze CureVac, sumą 180 mln euro. Ale 80-letni Dietmar Hopp jest nie tylko znanym w Niemczech multimiliarderem, ale także filantropem. Szacuje się, że na różne cele publiczne wyasygnował kwity znacznie przekraczający oferowany przez Trumpa miliard dolarów, więc oferta amerykańskiego prezydenta nie zrobiła na nim większego wrażenia. 
− Nigdy nie poszedłbym na taki układ. Nie może przecież tak być, że niemiecka firma wynajduje szczepionkę, która ekskluzywnie byłaby do dyspozycji USA. Dla mnie to nie była żadna opcja − powiedział Hopp. A w rozmowie z „Rhein-Neckar-Zeitung“ wyjaśnił, dlaczego wysłał Trumpa na drzewo.
− Kiedy jest się tak bogatym jak ja, ma się pewne zobowiązania, by zwrócić coś społeczeństwu.Wsparcie ludzi potrzebne jest bardzo wielu miejscach − mówił dziennikarzowi. Pomijając i taki drobiazg, że sprzedaż szczepionek do wszystkich krajów da mu firmie o wiele więcej niż drobna kwota za którą usiłowały przekupić niemiecką firmę Stany Zjednoczone. 

Pół miliona masek z podarowanych przez Chiny wylądowało w Belgii na trasie do Włoch, kolejne w drodze

Chińskie zapasy medyczne na COVID-19 dla Europy są rozładowywane na lotnisku Liege w Belgii w dniu 13 marca 2020 r. Samolot przewożący chińskie zapasy medyczne przeciw COVID-19, w tym maski na twarz i zestawy testowe na COVID-19, wylądował tam w piątek wieczorem

Podarowane przez dwie fundacje: Jack Ma i Alibaba, pół miliona masek na twarz zostanie sprawdzonych i dostarczonych do ciężarówek we Włoszech, gdzie odbierze je miejscowy Czerwony Krzyż. „Zniknij, o nocy! O świcie, Wygram! ” – takie teksty z „Nessun dorma”, arii z „Turandot” Giacomo Pucciniego znajdują się na plakatach dołączonych do paczki.

Włochy są najbardziej dotkniętym przez koronawirusa krajem europejskim, z 17 660 zakażeniami ogółem i 1266 zgonami w piątek. Przez cztery dni kraj był objęty pełną kwarantanną, niedobór sprzętu ochrony osobistej jest bardzo poważny.

Dwie organizacje charytatywne przekazały dary w postaci łącznie 2 milionów masek i innych bardzo potrzebnych produktów, takich jak zestawy testowe dla Włoch i innych krajów, które mocno ucierpiały w wyniku pandemii, m.in. Hiszpanii i Belgii. Dostawa została zorganizowana po ścisłych konsultacjach z władzami europejskimi. Piątkowa przesyłka, która jest pierwszą partią, dotarła do centrum logistycznego Alibaba na lotnisku Liege, największym lotnisku towarowym w Belgii. W ciągu najbliższych kilku dni planowane są trzy dodatkowe wysyłki. To pierwsza tak konkretna dostawa darów wysłana do Europy od czasu, gdy pod koniec lutego na kontynencie pojawił się nowy koronawirus.

„Wiemy, że niektóre firmy przygotowują pomoc, ale to pierwsza, którą tutaj rzeczywiście otrzymaliśmy ”- powiedział Bert Selis, wiceprezes Liege Airport ds. Cargo Logistics.

Europa, z 28 297 zgłoszonymi przypadkami i 1119 zgonami w piątek rano, została zidentyfikowana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) jako epicentrum pandemii COVID-19. „Mamy zaszczyt być częścią tego dnia przyjaźni i solidarności ”, powiedział Michel Kempeneers, dyrektor operacyjny zagranicznej Walonii Export-Investment Agency, rządowej agencji Regionu Walońskiego w Belgii. Kempeneers zauważył, że to jak powrót życzliwości. „Kilka tygodni temu wysłaliśmy do Chin dużo lekarstw i sprzętu, aby wesprzeć naszych przyjaciół w Wuhan” – powiedział, dodając, że Walonia utrzymuje partnerstwo z chińską prowincją Hubei, której stolicą jest Wuhan.

Piątkowy ruch był najnowszą inicjatywą Chin w celu zapewnienia opieki medycznej w innych częściach świata, gdy Chiny wydają się mieć najgorszy moment pandemii już za sobą. Zespół chińskich ekspertów medycznych przyjechał w czwartek do Rzymu we Włoszech, przywożąc ze sobą 30 oddziałów intensywnej terapii. �͠

Koronawirus a wybory prezydenckie w USA i Polsce

W sposób zupełnie niespodziewany okazuje się, że czynnikiem przesądzającym o wynikach wyborów prezydenckich zarówno w Stanach Zjednoczonych (w listopadzie br.), jak i w Polsce (w maju, o ile ich termin nie zostanie przesunięty) może okazać się sytuacja związana z pandemią koronawirusa, jej rozwój, a zwłaszcza sposób radzenia sobie władz z tym nowym jakościowo wyzwaniem.

Pamiętając o starej maksymie niemieckiej „Alle Gleichnisse hinken” („wszelkie analogie zawodzą”) dostrzega się od razu szereg elementów wspólnych. To przede wszystkim sytuacja ekonomiczna. Nad Wisłą wysoka inflacja, spadek wartości złotego,a nawet groźba recesji (do kategorii bajek należy już włożyć opowieści członków rządu,szczególnie premiera, o budżecie bez deficytu) budzą uzasadniony niepokój. W USA, m.in.po kontrowersyjnych decyzjach Donalda Trumpa o ograniczeniu wjazdów do Stanów i pół-blokadzie połączeń lotniczych, doszło do niemal paniki na giełdach. Otwarcie porównuje się to z tzw. Czarnym Poniedziałkiem z października 1987r. Indeks Dow Jones spadł o 9,99 proc. , Nasdaq o 9,43 proc. ,a S&P o 9,51 proc. . Zamknięto Disneyland w kaliifornijskim Anaheim i nie gra się przedstawień na Brodway’u.
I nad Wisłą i nad Potomakiem kampanie wyborcze zmieniły swój charakter. Z oczywistych względów nie ma dużych wieców,a kandydaci mniej jeżdżą po kraju. Wspólne pozostaje też silne przekonanie,iż trwa teraz test kompetencji oraz przywództwa politycznego. I on może mieć znaczenie decydujące.Jednak ze względu na różnice w systemie politycznym wynik tego testu łatwiej jest ocenić w prezydenckim systemie amerykańskim niż w naszym parlamentarno-gabinetowym.
Paradoksalnie moim zdaniem także więcej w tym momencie da się powiedzieć o szansach wyborczych czołowych kandydatów w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. W USA de facto pozostało już tylko trzech liczących się graczy: Trump oraz dwójka Demokratów: Joe Biden (przez dwie kadencje wiceprezydent u Obamy) i senator Bernie Sanders z Vermontu o lewicowych poglądach,który obecnie mocno akcentuje m.in. słabości amerykańskiej służby zdrowia, szczególnie brak podstawowych ubezpieczeń w tej sferze dla dużej części społeczeństwa. To klasyczny socjaldemokrata koncentrujący się na istniejących nierównościach.
Uważam,iż szanse aktualnego prezydenta USA na reelekcję bardzo zmalały. Traci zaufanie społeczne,zaś jego główny argument wyborczy,iż sytuacja ekonomiczna obywateli jest lepsza aniżeli przed objęciem przez niego funkcji głowy państwa wyraźnie traci na aktualności. Ponadto lekceważył zagrożenie koronawirusem (odmówił nawet zaszczepienia się),co przypominało jego kuriozalne podważanie tezy o ocieplaniu się naszej planety.Prawybory wśród Demokratów (szczególnie w Michigan) wykazały,iż w tzw. pasie rdzy (także w Ohio i Wisconsin), gdzie przed 4 laty Trump wygrał o włos, poglądy Republikanów są gorzej odbierane.Biden ma większe szanse od Sandersa, m.in. ze względu na duże poparcie wśród Afroamerykanów i społeczności hiszpańskojęzycznej oraz bardziej centrowe poglądy. Ma także większe polityczne doświadczenie.
Z pewnością Sanders,z którym sympatyzuję i który będzie walczył do końca ma wielkie poparcie wśród młodego pokolenia, ale jego przedstawiciele-podobnie jak w Polsce-często nie idą do urn. W miniony czwartek w przemówieniu w Burlington,gdzie kiedyś był burmistrzem, sformułował bardzo daleko idącą tezę,iż liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa może być większa niż liczba Amerykanów zabitych w ciągu II wojny światowej (szacuje się ją na ok. 400 tys.).
W Polsce trudno przewidzieć rozwój sytuacji w najbliższym czasie tak politycznej, jak i na płaszczyźnie walki z wirusem. Podjęto wprawdzie szereg niezbędnych kroków,ale zarazem ujawniły się liczne niedostatki jeśli chodzi np. o wyposażenie pracowników służby zdrowia, sprzęt, czy kwestie organizacyjne. Jeśli sytuacja będzie się komplikować,to logiczne byłoby przesunięcie daty wyborów prezydenckich, gdyż obecnie kandydaci nie mają równych szans. A generalnie uważam , że korzystna byłaby dla Polski i świata zmiana dotychczasowych lokatorów tak Białego Domu, jak i Pałacu Namiestnikowskiego.