48 godzin świat

Zamach na weselu

Do samobójczego ataku doszło w sobotę o godzinie 22:40 czasu lokalnego w jednej z sal weselnych w Kabulu. Według najnowszych informacji zginęły 63 osoby, a ponad 180 zostało rannych. Naczelnik służby prasowej MSW Afganistanu Nusrata Rahimi poinformował, że terrorysta samobójca zdetonował ładunek wybuchowy w trakcie wesela w hotelu Dubai City na zachodzie afgańskiej stolicy. Na weselu bawiło się co najmniej tysiąc osób. Do zamachu przyznało się Państwo Islamskie.

ONZ wesprze transformację

ONZ jest gotowa wesprzeć proces transformacji w Sudanie – podano w oświadczeniu rzecznika prasowego sekretarza generalnego ONZ Stephane’a Dujarrica. Przejściowa Rada Wojskowa Sudanu i koalicja opozycyjna „Siły na rzecz Wolności i Zmian” podpisały w sobotę w Chartum finalne porozumienie w sprawie okresu przejściowego w kraju. Z deklaracji wynika, że najwyższym organem władzy w kraju w okresie przejściowym, który potrwa trzy lata, będzie suwerenna rada. W jej skład wejdzie pięciu przedstawicieli wojskowych i pięciu działaczy cywilnych, a także jeden członek wybrany w drodze głosowania ogólnego. Zaproponowano również utworzenie rady ministrów. Premiera wybiorą siły polityczne, następnie powoła on ministrów. Wojskowi mianują ministra obrony.

HK nadal niespokojny

Opozycja w Hongkongu zapowiedziała, że może poprosić o pomoc inne kraje. Pekin sugeruje, że Stany Zjednoczone są zaangażowane w działania antychińskie w enklawie. Wcześniej Komisja Spraw Zagranicznych Amerykańskiej Izby Reprezentantów wydała oświadczenie wzywające Chiny do porzucenia tłumienia pokojowych protestów w Hongkongu. Kongresmeni stwierdzili, że komitet „wzywa Pekin do zakończenia ingerencji w autonomię Hongkongu”. W odpowiedzi na komentarze amerykańskiej Izby Reprezentantów i innych amerykańskich polityków dotyczące wydarzeń w Hongkongu, chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło, że Stany Zjednoczone spiskowały z elementami przestępczymi i były „szaleńczo” zaangażowane w kryminalne działania antychińskie w Hongkongu.

Pod zmienioną nazwą

Zatrzymany w Gibraltarze irański tankowiec „Grace 1” zmienił nazwę na „Adrian Darya 1” i podniósł irańską banderę (wcześniej pływał pod banderą panamską). Gibraltar odwołał zatrzymanie statku w czwartek, jednak Stany Zjednoczone wystąpiły z wnioskiem o podtrzymanie aresztu.

Zdjęcia ciemnej strony

Chińska Narodowa Agencja Kosmiczna udostępniła zdjęcia niewidocznej z Ziemi strony Księżyca, badanej od stycznia przez lądownik Chang’e 4 i łazik księżycowy Yutu 2.

Trump chce kupić Grenlandię?

Amerykański dziennik „The Wall Street Journal” twierdzi, że Biały Dom rozważa możliwość zakupu tej duńskiej posiadłości. Kupić Grenlandię niegdyś chciał prezydent Truman, Duńczycy jednak jego ofertę odrzucili.

Uprowadzeni w zatoce

Tym razem nie chodzi jednak o Zatokę Omańską, lecz Gwinejską. Na jej wodach nieopodal wybrzeża Kamerunu piraci uprowadzili z dwóch statków17 marynarzy – są wśród nich Chińczycy, Ukraińcy i Rosjanie.

Kolejny wielki pożar lasów

Po Syberii i greckiej wyspie Eubea lasy płoną teraz na jednej z Wysp Kanaryjskich – Gran Canarii. Nakazano ewakuację hotelu i gminy Tejeda. To druga ewakuacja na wyspie w ciągu tygodnia.

Kim są dziś Zieloni?

Ogromne czarne morze z małymi, zielonymi, miejskimi wyspami, gdzieniegdzie czerwone i niebieskie plamki pośród peryferyjnych obszarów położonych na wschodzie – tak wygląda mapa wyborcza Niemiec po ostatnich wyborach europejskich.Były one niekwestionowanym sukcesem Zielonych, którzy osiągnęli bezprecedensowy wynik. Co więcej, wiele sondaży wskazuje obecnie, że mogą być również zwycięzcami wyborów do parlamentu federalnego. Jest to niewątpliwie przełomowy moment w politycznej historii Niemiec, w której tradycyjne partie tracą masowe fundamenty; głosy wyborców idą zasadniczo w dwóch kierunkach, albo dla Zielonych, albo dla skrajnie prawicowej alternatywy dla Niemiec (AfD). Sukces tego stronnictwa politycznego został przyjęty z nadzieją przez lewicę na całym kontynencie, która chce w nim widzieć szansę na to, że gniew ludzi udręczonych neoliberalnym zaciskaniem pasa może być zagospodarowany nie tylko przez różnej maści nacjonalistów. Czy są to nadzieje uzasadnione?

Zieloni wygrali na dużych obszarach metropolitalnych i są szczególnie popularni w bogatych miastach, takich jak Hamburg, Monachium (stolice trzeciego i siódmego najbogatszego regionu europejskiego) oraz Stuttgart. Innym pewnym faktem jest to, że ich wyborcza baza znajduje się w rdzeniu Europy Zachodniej, a mianowicie w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. Są oni dość słabo reprezentowani w innych częściach Europy Zachodniej i Północnej, a na Wschodzie zupełnie nie istnieją, chociaż zaistnienie tam przydałoby im się najbardziej.
Wątpliwe praktyki, niezły program
Przed rzutem oka na historię i program Zielonych, spójrzmy na artykuł w Der Spiegel, poświęcony Katharinie Fegebank, przywódczyni Zielonych w Hamburgu, ich twierdzy w Niemczech, i jej walkę o fotel burmistrzyni Hamburga. Jak dowodzi dziennik, jej publiczne występy i opinie są mieszaniną wszystkiego: oportunizmu, kiczowatych zagrywek, między innymi gdy śpiewa kolędy i opowiada historie na jarmarku bożonarodzeniowym, lub gdy obdarowuje gorącą kawą przybyłych na pogrzeb Helmuta Schmidta, ambiwalencji. Ta ostatnia objawia się zwłaszcza w stosunku do Olafa Scholza (burmistrza Hamburga rządzącego podczas protestów G20 w 2017 roku, w międzyczasie ministra finansów): z początku Fegebank współpracowała z nim i jego administracją przy organizacji szczytu, ale potem, gdy protesty przeciwko szczytowi nasiliły się, zmieniła stronę i zaczęła go gwałtownie krytykować. Jej działania najlepiej opisuje postawa „vernünftige Mitte” – pojęcie to tłumaczone jest jako „racjonalny polityczny centryzm”, trafniej jednak można je zdefiniować następująco: to świadomość istniejących problemów społecznych, a następnie zwalczanie ich, niezależnie od tego, czy oznaczałoby to koalicje z konserwatystami czy z korporacyjnymi pieniędzmi. Fegebank nie jest jedyną Zieloną, która zdaje się kierować w polityce taką właśnie metodą.
W eurowyborach wątpliwe praktyki niektórych czołowych Zielonych jeszcze jednak aż tak nie raziły. Za to znaczny segment wyborców porwał program, w którym zapisano, iż w 2030 r. 45 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. W przyszłości, do 2050 r., Zieloni chcieliby dojść do poziomu 100 proc. W Unii Europejskiej pod względem postulatów progresywnych w kwestii środowiska znajdują się na czele. Ten śmiały plan, przekonują, powinien być finansowany przez nową instytucję federacyjną, rodzaj ogólnoeuropejskiej agencji ochrony środowiska, a pieniądze powinny pochodzić głównie z wkładów państw członkowskich: „Lepiej przeznaczyć 0,7 proc. na projekty ogólnoeuropejskie, a nawet globalne środowiskowe, niż 2 proc. dla armii i jej wyposażenia”. Tak Zieloni odnoszą się do budżetu NATO. Ponadto finansowanie ma zostać również osiągnięte poprzez opodatkowanie wydobycia paliw kopalnych, gigantów IT oraz europejskich rajów podatkowych. Oczywiście potrzebne jest europejskie ministerstwo finansów, jego powołanie to kolejna propozycja w ich agendzie programowej.
Jeśli chodzi o instytucje europejskie, Zieloni uznają, że Parlament Europejski odgrywa raczej niewielką rolę w forsowaniu nowych przepisów, dlatego potrzebna jest reforma, tak zwana „demokratyzacja” instytucji UE. Sposób, w jaki to się musi wydarzyć, nie jest jasno określony, ale Zieloni są pewni, że „potrzebna jest lepsza komunikacja między parlamentami krajowymi a europejskimi”. Gdy chodzi o międzynarodowe umowy handlowe i ochronę pracowników, są oni wyraźnie przeciwni umowom TTIP oraz CETA, przynajmniej w ich obecnej formie, jednocześnie głoszą, że World Trade Organization „musi przestrzegać postanowień Międzynarodowej Organizacji Pracy”. W ich programie pojawia się również minimalna płaca europejska, ale bez objaśnienia, w jaki sposób można ją dostosować do lokalnych standardów życia w różnych częściach Unii.
Kulejący internacjonalizm
Wniosek? Program jest mieszanką eleganckich formuł, skupionych na bardzo pilnych, aktualnych tematach, prezentowanych ze względnie progresywnych pozycji, jednak w taki sposób, by za bardzo nie zakłócać dotychczasowego neoliberalnego porządku społeczno-gospodarczego. Podejście Zielonych można w najlepszym razie nazwać umiarkowanie lewicowym – nie wskazuje ono i zarazem nie krytykuje pochodzenia problemów nowoczesnego społeczeństwa. Ta retoryka może być łatwo pomylona z linią dawnej europejskiej partii ALDE (obecnie ReNew Europe), być może z tą różnicą, że brakuje im swojego Verhofstadta (lidera byłej partii europejskiej ALDE), który pytał: „Dlaczego nie mamy własnego europejskiego Google?” Zieloni sprawnie posługują się narzędziami z arsenału politycznego marketingu, wyczuwając, że dawny dualistyczny podział sceny politycznej w krajach, gdzie są mocni, upada, a coś będzie musiało wypełnić polityczną pustkę po socjaldemokratach. Z pewnością w ich agendzie są ważne i bardzo potrzebne tezy i postulaty, zwłaszcza te, które odwołują się do silniejszej ochrony środowiska i wzmocnionej solidarności finansowej krajów UE. Ich program ma niewątpliwie coś z internacjonalistycznego tonu lewicy, postuluje on rozwiązywanie problemów globalnie, co odróżnia go od typowego neoliberalnego merkantylizmu gospodarczego poszukującego ciągle i wszędzie wskaźników wzrostu gospodarczego.
Problem tylko w tym, że wszystko to jest niekompletne: krytyczny ton Zielonych w stosunku do ostatniego kryzysu strefy euro i obecnego spowolnienia gospodarczego nękającego Europę Południową nie wskazuje na rzeczywistego sprawcę, a mianowicie na wielką francusko-niemiecką koalicję kapitału. W dyskusji dotyczącej uchodźców i migracji ekonomicznej nie wspominają oni o migracji wewnątrzeuropejskiej, masowych przemieszczaniu się wykwalifikowanej siły roboczej z krajów takich jak Rumunia czy Bułgaria. Jeśli chodzi o jakość powietrza i zanieczyszczenie środowiska, w ich programie nie ma wzmianki o rażących różnicach między dwoma geopolitycznymi częściami Europy, Wschodem i Zachodem. Badania Air Quality Monitoring Agency wyraźnie pokazują, że żelazna kurtyna w ogóle nie upadła jeśli chodzi o tę kwestię. A gdy wspominany jest Europejski Bezwarunkowy Dochód Podstawowy, który jest bardzo modnym tematem, trudno jest spostrzec, w jaki sposób zielone „racjonalne centrum polityczne” różni się w tej materii od przemówień z Davos.
Obrońcy Snowdena i wielbiciele Macrona
Dzieje Zielonych mają swój formalny początek w styczniu 1980 roku, kiedy to kilku lewicowych polityków z ówczesnych środowisk opozycyjnych, związanych z obroną praw człowieka, pacyfizmem i aktywizmem antynuklearnym spotkało się na pierwszym kongresie w Karlsruhe. Jednak korzenie partii można znaleźć w protestach z 1968 roku, oraz w inicjatywach obywatelskich i ruchach studenckich, które powstały później w wyniku tamtych protestów. Teraz Zieloni są niezwykle popularni w dużych aglomeracjach i bogatych ośrodkach metropolitarnych, ale swoje pierwsze zgromadzenia partyjne, a nawet pierwsze sukcesy polityczne odnotowali w wiejskiej Badenii-Wirtembergii. Tam też 16 marca 1980 roku po raz pierwszy weszli do parlamentu regionalnego. W niemieckich wyborach federalnych z 1983 roku, których głównym wydarzeniem był upadek koalicji socjalno-liberalnej kierowanej przez Helmuta Schmidta, po raz pierwszy weszli do Bundestagu (parlamentu federalnego). Już nigdy go nie opuścili; równocześnie jednak ten sukces oznaczał początek walk wewnętrznych, które niekiedy zacięte były do tego stopnia, że realny wydawał się rozpad organizacji. Cały program i struktura partii zostały zasadniczo ukształtowane przez frakcje Realos i Fundis.
Realos jest frakcją kompromisu i jest otwarta na negocjacje z innymi stronami w celu utworzenia koalicji, a nawet rządów. Najważniejszymi osobistościami politycznymi tej frakcji są Joschka Fischer, Cem Özdemir i Winfried Kretschmann. Fundis, co znaczy tyle, co fundamentaliści, są radykalnie lewicową frakcją, która nie chce porzucić podstawowych zasad partii. Walczą zatem o rozbrojenie, zniesienie NATO, eko-socjalizm, a w polityce wewnętrznej są absolutnie przeciwni sprzymierzaniu się i dogadywaniu z tradycyjnymi partiami, SPD i CDU. Fundis tworzą Jutta Ditfurth i Rainer Trampert (żadne z nich nie jest powszechnie znane na poziomie polityki europejskiej, w przeciwieństwie do przywódców Realos), członkowie i członkinie Ligi Komunistycznej z byłych Niemiec Zachodnich, oraz byli antyrewizjoniści z Jusos (młodzieżówki SPD). Fundis to również takie postacie jak Hans-Christian Ströbele, który angażuje się w nagłaśnianie skandali związanych z informacjami opublikowanymi prze Edwarda Snowdena. Do tego stopnia, że zaproponował nawet, aby Snowden otrzymał niemieckie obywatelstwo i azyl polityczny. Jest też Jürgen Trittin, który jest w dużej mierze twórcą krajowego planu stopniowego wycofywania broni jądrowej z Niemiec; kiedy był ministrem środowiska, nie mógł być związany jawnie z Fundis, ale wielokrotnie wspierał ich poglądy i stanowiska.
Najbardziej wpływowymi postaciami Zielonych nie są jednak ci odważni i nieszablonowi w poglądach ludzie. Nieporównywalnie więcej do powiedzenia mają Realos. A tam postacią pierwszoplanową jest choćby wspomniany już Winfried Kretschmann, który od ponad ośmiu lat kultywuje bardzo bliskie i serdeczne stosunki z CDU w Badenii-Wirtembergii, ale także z gigantami przemysłu motoryzacyjnego z okolicy, Daimlerem i Porsche. Sympatia dla nich, a także bagatelizowanie ich odpowiedzialności za skandal związany z niemiecką emisją dwutlenku węgla, a nawet częściowe lobbowanie na ich rzecz, to postawy, które sprawiłyby, że ktoś mógłby zastanawiać się, co ten człowiek jeszcze robi w „ekologicznej” partii.
Cem Özdemir to z kolei ucieleśnienie społeczno-kulturowego modelu integracji społeczności tureckiej. Wychował się w rodzinie gastarbeiterów i z tej niezbyt dobrej pozycji startowej doszedł na główną scenę niemieckiej polityki. By prezentować na niej poglądy typowo liberalne. Özdemir to m.in. wielki zwolennik propozycji Macrona, głoszącej wzmocnienie gospodarcze i militarne Europy wokół francusko-niemieckiego rdzenia. Wzywał on Angelę Merkel, by „nie opuszczała Francji czekającej z wyciągniętą ręką”. Oprócz przedstawiania stosunkowo stereotypowej wizji współczesnych europejskich problemów, która zaczyna się począwszy od „nieliberalnych reżimów w Polsce i na Węgrzech”, „gwałtownych i niebezpiecznych protestów Żółtych Kamizelek”, polityk Zielonych spokojnie akceptuje fakt, że Włochy i Grecja nie mogą sobie same poradzić z kryzysem uchodźczym, nie wspomina, że obecnie oba kraje przechodzą przez jedną z najostrzejszych recesji w historii), a kwestia środowiska i kryzysu klimatycznego, w której powinno się poszukiwać powodów globalnych migracji, zostaje po prostu przemilczana. W ostatecznym rozrachunku „alternatywne” przesłanie tego polityka dla Europy i Niemiec to realizm polityczny, otwartość na „centrum” i straszenie prawicowymi populistami.
Torby to nie wszystko
Trudno przewidzieć, czy taką właśnie drogę Zieloni obiorą w przyszłości. Jeśli „otwartość na centrum” będzie nadal w tej partii zwyciężać, przepadnie nie tylko jej główny atut, czyli wizerunek ugrupowania alternatywnego wobec tych dawno skompromitowanych, ale i cały sens istnienia organizacji – dążenie do wdrożenia agendy ekologicznej, która może zapobiec obecnej, coraz bardziej wyraźnej, katastrofie klimatycznej. Zieloni mogliby być alternatywą. Mając tylko 80 000 członków w całych Niemczech, zdecydowanie wygrali w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego z SPD, do której należy 400 tys. obywatelek i obywateli. Mogą jednak popisowo ten potencjał roztrwonić, wygaszając swoje postulaty w sprawach klimatycznych czy też modyfikując je w taki sposób, by zadowolony był wielki kapitał.
Bo nie chodzi tylko o kupowanie samochodów elektrycznych, unikanie podróży samolotem, recykling plastikowych toreb i niejedzenie wołowiny. Cały kryzys klimatyczny związany jest ze sposobem produkcji, dystrybucji i konsumpcji, zintegrowanym z systemem gospodarczym opartym na zysku, stałym wzroście gospodarczym i wyzysku pracowników. Przełomowy moment w globalnym ekosystemie wiąże się również z ponownym przemyśleniem i przewartościowaniem tych kwestii gospodarczych oraz skierowaniem uwagi globalnego społeczeństwa na tych, którzy mają moc i wpływ na zatrzymanie, a nawet odwrócenie dotychczasowego kursu.

Tłumaczył Wojciech Łobodziński. Skróty i adaptacja pochodzą od redakcji. Tekst ukazał się w oryginale na bułgarskim portalu lewicowym Baricada.org. Autor jest aktywistą DIEM25.

Wygłup dziennikarza

Charles Joseph Scarborough znany powszechnie jako Joe Scarborough, były polityk z ramienia partii republikańskiej, obecnie popularny komentator polityczny zaliczył druzgocący spiskowy odlot. Jakkolwiek idiotyczny, z pewnością nie zakończy jego kariery. Niestety.

Od czasu wyboru Donalda Trumpa na prezydenta część amerykańskiego establishmentu medialno-politycznego trwa w stanie paranoi. Ludziom tym wydaje się, że w każdej amerykańskiej instytucji, a nawet w Białym Domu siedzą zakonspirowani agenci Kremla. Nawet zupełne fiasko dwuletniego śledztwa specjalnego prokuratora Roberta Muellera, którego wyniki skompromitowały doszczętnie tzw. Russiagate (nie mówiąc już o jego parlamentarnym przesłuchaniu), nie pomogło im w opamiętaniu. Ksenofobiczna i spiskowa narracja nakazująca poszukiwać jakichś rzekomych rosyjskich łączników na okoliczność każdej amerykańskiej patologii utrzymuje się.
Dał jej wyraz właśnie Joe Scarborough, znany prezenter liberalnej (przez niektórych mylnie traktowanej jako lewicową) stacji telewizyjnej należącej do Microsoftu – MSNBC. Od 2007 r. wraz z Miką Brzeziński, córką jednego z najbardziej znanych podpalaczy świata – Zbigniewa Brzezińskiego, prowadzi popularny poranny talk-show.
Na platformie społecznościowej Twitter Scarborough błysnął następującą konkluzją: „Facet, który dysponował informacjami mogącymi zniszczyć życie wielu bogatych i potężnych ludzi skończył martwy w więziennej celi. Jakże to typowo… rosyjskie”.

 

Problemy imperium

Imperium amerykańskie ma problem ze stworzeniem antyirańskiej koalicji zbrojnej, która miałaby strzec „wolności żeglugi” w Zatoce Perskiej. Na razie deklaracje wstąpienia do niej zgłosiła tylko Wielka Brytania i po niej Izrael, co oburzyło władze irańskie. Jednocześnie poważny portal oilprice.com poinformował, że Iran i Rosja uzgodniły, że na wybrzeżu irańskim powstaną dwie rosyjskie bazy wojskowe, jedna morska i jedna lotnicza. Napięcie wokół Iranu nie spada.

Izrael nie ma żadnego energetycznego interesu w Zatoce. Ropę importuje głównie z irackiego Kurdystanu, kupuje ją też na wtórnych rynkach europejskich, a ostatnio od Amerykanów, którzy rozpoczęli eksploatację złóż syryjskich we wschodniej, okupowanej przez nich części kraju. Jest jednak krajem, który od lat pcha do wojny przeciw Iranowi i chce uczestniczyć w amerykańskiej strategii „maksymalnego nacisku” na to państwo. Zbliżenie się izraelskich okrętów podwodnych do granic Iranu już wywołuje reakcje w Teheranie, który uważa to za kolejne „poważne zagrożenie”, przeciw któremu ma zamiar się bronić.Uczestnictwo izraelskiego reżimu apartheidu w imperialnej koalicji potwierdził minister spraw zagranicznych Israel Katz, który nazwał to „misją bezpieczeństwa morskiego”. Izrael jest zaniepokojony informacjami na temat zbliżenia irańsko-rosyjskiego. Według nie potwierdzonych jeszcze doniesień, Iran, który nigdy nie zgadzał się na stacjonowanie u siebie obcych wojsk, miał uzgodnić z Rosją powstanie dwóch rosyjskich baz wojskowych, co miałoby być reakcją na zgodę Arabii Saudyjskiej ponownego stacjonowania tam armii amerykańskiej.
Według oilprice.com, Irańczycy i Rosjanie uzgodnili projekt budowy dwóch rosyjskich baz, po obu stronach strategicznej cieśniny Ormuz. Jedna – morska – miałaby powstać w porcie Buszehr położonym w Zatoce naprzeciw Kuwejtu, gdzie stacjonują wojska amerykańskie, i naprzeciw Arabii Saudyjskiej, która stanowi część antyirańskiej osi USA-Izrael-Arabia. Drugą, lotniczą, przewidziano pod Czabaharem nad Zatoką Omańską, po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Według podejrzeń izraelskich, projekt ma być zatwierdzony na spotkaniu prezydentów Rosji Putina i Iranu Rohaniego w Soczi, do którego ma dojść jeszcze w tym miesiącu.

48 godzin świat

Royal Navy w Zatoce

Wielka Brytania rozmieści kolejny okręt wojenny w Zatoce Perskiej, aby eskortować statki handlowe w Cieśninie Ormuz – poinformowało dowództwo brytyjskiej floty

Strajk kierowców cystern

Po raz drugi w tym roku portugalscy kierowcy cystern przystąpili do bezterminowego strajku. Żądają podwyżek wynagrodzeń. Rząd ogłosił w związku z protestem kryzys energetyczny.

FBI na „wyspie pedofilii”

Amerykańska policja federalna przystąpiła do przeszukania jednej z wielu posiadłości Jeffreya Epsteina, który został znaleziony martwy w sobotę rano w nowojorskim więzieniu.

Pożar wreszcie wygasa?

Rosyjska Federalna Agencja Ochrony Lotnictwa poinformowała we wtorek, że powierzchnia pożarów lasów w Rosji zaczęła się zmniejszać – nadal jednak płonie 266,4 hektarów puszczy.

Wilczy apetyt Matteo Salviniego

Premier Giuseppe Conte jak i Przewodniczący Ruchu 5 Gwiazd Luigi Di Maio muszą pogodzić się z wilczym apetytem na władzę Lidera Ligi Matteo Salviniego oraz przygotować się na wyborczą porażkę.

Krótkie spięcia
Czy jednak będą przedterminowe wybory? Ponownie mieliśmy w zeszłym tygodniu do czynienia z serią licznych napięć i sporów we włoskim rządzie, a konkretniej w koalicji w której skład wchodzi Ruch Pięciu Gwiazd oraz Liga. Wynikły one z powodu budowy kolei dużych prędkości (w skrócie T.A.V. – Treni Alta Velocita`), jaka ma połączyć włoski Turyn i francuski Lyon. Ruch 5 Gwiazd był zdecydowanie przeciwny kosztownej inwestycji, a Liga uważała ją za kluczową i mocno promowała jej realizację. Temat T.A.V. już od dłuższego czasu był powodem awantur między partiami rządzącymi. W sumie bój o szybką kolej pod Alpami, to konflikt o Włochy w pigułce. Miał połączyć Włochy z Francją, ale póki co podzielił Italię na pół.
Rządowy falstart
Rok temu po długotrwałych negocjacjach antyestablishmentowy Ruch 5 Gwiazd podpisał porozumienie programowe ze znaną w przeszłości ze swoich separatystycznych tendencji prawicową Ligą. Uformowanie rządu trwało jeszcze trzy tygodnie i ostatecznie nowy gabinet, na czele którego stanął związany z Ruchem 5 Gwiazd prawnik Giuseppe Conte, po długich negocjacjach z Pałacem Prezydenckim został powołany 1 czerwca 2018 przez Prezydenta Włoch Sergio Mattarellę. Już sam fakt, że od wieczoru wyborczego do powołania rządu minęło grubo ponad 80 dni, mógł zwiastować burzliwość tego trudnego „małżeństwa z rozsądku”. Z jednej strony można było pogratulować szczerze, ale też i poczuć też lekki niepokój o przyszłość Italii. Mimo, że udało się sklecić gabinet Conte, to w koalicji prawicowo-populistycznej co chwilę można było odnotować wstrząsy, w szczególności między dwoma wicepremierami, którzy jednocześnie są liderami swoich ugrupowań, czyli Luigi Di Maio i Matteo Salvini. Do tej pory Premier Conte sprawdzał się w roli strażaka i wygaszał kolejne pożary. Jednak z początkiem roku rozgorzał ponownie spór o budowę linii superszybkich pociągów. Pozornie regionalna inwestycja wzbudziła we Włoszech kontrowersje, które dawno przekroczyły granicę merytorycznej dyskusji. Nie można uniknąć wrażenia, że to awantura nawet nie o samą inwestycję, tylko o kształt dalszego prowadzenia Włoch i o kierunek powolnego wyjścia z kryzysu, spowodowany trwającą od prawie 20 lat stagnacją gospodarczą.
Tunel pod Alpami
– poród w dużych bólach
Jak można się domyśleć temat T.A.V. wracał przez ostatnie półrocze niczym bumerang. Ostatnio doszło do pożaru w dyspozytorni pod Florencją i w jego wyniku kursy ponad 40 pociągów dużej prędkości musiały zostać odwołane w całych Włoszech. Matteo Salvini zapowiedział śledztwo, mające ustalić, czy ogień został podłożony przez anarchistów lub antyglobalistów czyli przez przeciwników budowy połączenia Turyn-Lyon. Inwestycja której kluczowym elementem miał być długi na prawie 60 km tunel pod Mont d’Ambin. I to właśnie przy jego budowie pojawiają się największe zmartwienia. Szacowany koszt inwestycji to prawie 26 mld euro, z czego 8,6 mld euro ma właśnie pochłonąć budowa tunelu w Alpach. Inwestycja jest finansowana w 40 proc. przez Unię Europejską, 35 proc. przez Włochy, a 25 proc. przez Francję i to właśnie ustalony wiele lat temu podział kosztów wywołuje zgrzyty. Przeciw tej inwestycji jest wielu Włochów, w tym politycy Ruchu 5 Gwiazd, którzy uważają budowę linii kolejowej z Turynu do Lyonu za byt kosztowną oraz niepotrzebną i ewentualnie mogliby się zgodzić na dalszą budowę pod warunkiem ponownego negocjowania wkładu. Minister transportu i infrastruktury Marco Toninelli, sam często podkreśla, że byłoby lepiej zadbać o istniejącą sieć transportu w kraju. Chwilami trudno się z nim nie zgodzić, w szczególności kiedy ma się w pamięci zeszłoroczną tragedię, kiedy w Genui zawalił się fragment wiaduktu na autostradzie A10 i zginęło co najmniej 38 osób. Budowa przez to się przeciąga, a koszty rosną. Zwraca się także uwagę na to, że maksymalna możliwa prędkość na tej trasie to 220 km/h, podczas gdy Komisja Europejska za koleje dużych prędkości uważa te, na których pociągi mogą się rozpędzić do 250 km/h. Powołany przy włoskim rządze komitet ekspertów uznał budowę transalpejskiej kolei za niepotrzebną i zarekomendował rezygnację z niej. Ale krótko potem wyszło na jaw, że do komitetu powołano kilku zdeklarowanych przeciwników takich inwestycji. Paryż wezwał więc Rzym do wznowienia prac budowlanych.
Początek końca
Koniec końców Ruch 5 Gwiazd przedstawił w zeszłym tygodniu projekt uchwały wzywającej do zaprzestania prac. Projekt upadł, ponieważ Ruch 5 Gwiazd wsparli tylko senatorzy niewielkiego ugrupowania lewicowego Wolni i Równi, zaś Liga oraz pozostałe partie prawicowe Forza Italia i Bracia Włosi, a także opozycyjna Partia Demokratyczna zagłosowały za kontynuacją prac rozpoczętych jeszcze w 2005 r. Na ciąg dalszy nie trzeba było długo czekać. Zaraz po głosowaniu lider dawnej Ligii Północnej zażądał dymisji trzech ministrów. Giovanniego Trii pełniącego funkcję ministra gospodarki, właśnie Danilo Toninellego i Elisabetty Trenty, która jako minister obrony krytykowała wprowadzenie blokady portowej dla okrętów z migrantami. Niedługo jednak zmienił zdanie, wzywając do ustąpienia samego premiera. Następnego dnia Matteo Salvini na spotkaniu z wyborcami w Pescarze oznajmił, że sam będzie kandydować na Premiera, żeby ocalić Włochy przed ministrami hamującymi publiczne projekty.
Spacer po linie
Od kilku miesięcy zarówno Conte jak i Di Maio widząc dramatycznie spadające sondaże swojego ugrupowania, próbowali utrzymać rząd z Ligą, ale dynamiczne tempo Salviniego po prostu na to nie pozwoliło. Idąc na kolejne ustępstwa i publicznie dając mu pełne zaufanie (nawet po opublikowaniu przez Buzzfed kompromitującego nagrania ze spotkania w moskiewskim hotelu Metropol, podczas którego jeden z bliższych doradców obecnego szefa włoskiego MSW Gianluca Savoini ustalał szczegóły transakcji paliwowej, przy okazji której miało dojść do przekazania ukrytej dotacji dla Ligi) po cichu liczyli, że w przypadku tunelu lider Ligii trochę ustąpi. Nic z tego. Dla samego Salviniego przeprowadzenie przedterminowych wyborów nie mogłyby odbyć się w lepszym momencie. Obecnie Liga ma 38 proc. poparcia i jest spora szansa, że razem z Giorgią Meloni i jej skrajnie prawicową partią Bracia Włosi, spokojnie utworzy rząd, może nawet bez udziału Forza Italii, Silvio Berlusconiego. Ruch nie jest mu już do niczego potrzebny. Kiedy Di Maio był zajęty przygotowaniem odpowiedniej odpowiedzi na słowa Salviniego, ten już zdążył złożyć do senatu wniosek o wotum nieufności wobec rządu Conte. W przypadku przyspieszonych wyborów problematyczna byłaby podwójna funkcja samego Salviniego, który występowałby w roli czuwającego nad głosowaniem szefa ministerstwa spraw wewnętrznych i zarazem kandydata na premiera, bo taki zamiar ogłosił.
Ruch Prezydenta
Kiedy liderowi Ligii nie udało się nakłonić Giuseppe Conte do złożenia dymisji, to podobno Matteo Salvini miał kazać swoim parlamentarzystom przerwać dopiero co rozpoczęte wakacje aby głosować nad wotum nieufności dla rządu. Jeśli gabinet Giuseppe Conte nie otrzyma wotum zaufania, to prezydent Sergio Matarella ogłosi konsultacje w sprawie utworzenia nowego rządu, na którego czele mógłby ponownie stanąć Conte albo przewodniczący jednej z izb parlamentu. Gdyby taki rząd nie uzyskałby większości w parlamencie, prezydent może powierzyć misję utworzenia rządu technicznego komuś z zewnątrz (ponownie mówi się o doświadczonym ekonomiście Carlo Cottarelli, który ponad rok temu, po kolejnych nieudanych rozmowach z Giuseppe Conte, o włos nie został premierem technicznym). Jeżeli i ten scenariusz nie przejdzie, to zostaną rozpisane wybory, najbardziej prawdopodobna data to 13 lub 20 października.
Gorzki finał
Matteo Salvini idzie po swoje i nie ma zamiaru brać jeńców, a Ruch 5 Gwiazd zaznacza, że jest gotowy na konfrontację wyborczą. Czy na pewno? Od kilku miesięcy Liga rośnie w siłę i jednocześnie ma coraz większy apetyt. Jej liderowi marzy mu się fotel premiera, na co ma szanse. Za to Ruch 5 Gwiazd z każdym miesiącem tracił poparcie, między innymi dlatego, że jej Przewodniczący wypadał zwyczajnie blado i bezbarwnie, przy dynamicznym i pełnym zapału Salvinim. Nic nie dały prospołeczne ustawy, jak np. wprowadzenie dochodu obywatelskiego czy rozpoczęcie prac nad projektem znacznego zmniejszenia liczby parlamentarzystów. Pozostaje pytanie co będzie po przeprowadzonych wyborach i kiedy będziemy mogli doczekać się nowego gabinetu Premiera, a w szczególności co z uchwaleniem budżetu na 2020 rok. Sytuacja we Włoszech niestety nie wpływa pozytywnie na inwestorów i może wywoływać niepokoje na rynkach światowych, ale w sumie trudno było oczekiwać wielkiej miłości w koalicji, która od początku była zwykłym „małżeństwem z rozsądku”. W piątek 9 sierpnia włoski dziennik „Il Tempo” pisał o jej końcu koalicji pisząc wprost: „Rządu już nie ma”, a „Il Messaggero” zaznaczał, że już 13 października można spodziewać się przedterminowych wyborów na półwyspie apenińskim. Za to „La Repubblica” odnotowała także, że koalicyjny gabinet tylko „upokorzył kraj”. Nie trudno stwierdzić (nie tylko na podstawie włoskiej prasy), że koalicja w której skład wchodził Ruch 5 Gwiazd oraz dawna Liga Północy, zwyczajnie doczekała się swojego finału, z którego zwycięsko wychodzi Salvini, który grając na nastrojach Włochów zwyczajnie „schrupał” poparcie społeczne, które wcześnie udało się ugrać Ruchowi 5 Gwiazd poprzez antyestablishmentowe hasła. Zastanawiające jest tylko co w tej sytuacji powiedziałby Beppe Grillo – popularny niegdyś włoski komik i jednocześnie założyciel Ruchu 5 Gwiazd. Czy tym razem to właśnie jemu włoska rzeczywistość parlamentarna napisała surrealistyczny skecz oraz ile za występ będą musieli zapłacić Włosi?

48 godzin świat

Demonstracja w Moskwie

Kolejna demonstracja na rzecz dopuszczenia udziału w wyborach opozycyjnych kandydatów w Moskwie zgromadziła 60 tys. uczestników. Doniesienia mówią o setkach zatrzymanych.

Pałac zdobyty

Rebelianckie siły Południowej Rady Przejściowej w Jemenie zajęły pałac prezydencki w Maaszik w mieście Aden. Koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej odpowiedziała atakami.

Bez plastiku

Frontalną walkę z plastikowymi śmieciami, których zalew sprawił, że Morze Śródziemne jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych akwenów na świecie, zapowiedziała członkini francuskiego rządu, wiceszefowa resortu ekologii, Brune Poirson. Cel szczytny, szkoda tylko, że Paryż zabiera się za zmiany zdecydowanie za późno.

Kilka tygodni temu pisaliśmy o zaangażowaniu państw kontynentu afrykańskiego w walkę z zaśmiecaniem oceanów i wód śródlądowych. W takich państwach jak Rwanda czy Kenia obostrzenia dotyczące elementów plastikowych obowiązują już od kilkunastu lat.
Francja, kraj, który w swojej kolonialnej i neokolonialnej historii wiele razy niosła ludom Czarnego Lądu „postęp” – czy to za pomocą karabinów, czy gospodarczego terroru, na polu walki ze śmieciową plagą jest w porównaniu z państwami Afryki zacofanym bantustanem. Rząd dopiero w tym roku na poważnie próbuje przeciwdziałać narastającemu problemowi, który objawia się koszmarnym zanieczyszczeniem wód Morza Śródziemnego, w tym kurortów turystycznych, tracących z tego powodu na atrakcyjności. Na trwogę biją też rybacy, których sieci są rwane przez plastiki, a ryby – coraz bardziej chore i rachityczne, na co wpływ mają nanocząsteczki pochodzące od plastikowych śmieci.
Do Morza Śródziemnego z terytorium Francji wpada, w zależności od źródeł, od 200 do 600 tys. ton odpadów. 75 proc. z nich to plastikowe torebki, opakowania, słomki do picia, kubki, talerze i sztućce jednorazowego użytku.„Sytuacja jest coraz bardziej niepokojąca” – ostrzega w wywiadzie dla radia France żeglarz Patrick Deixonne, założyciel organizacji pozarządowej „Siódmy Kontynent”.
Co zamierza zrobić rząd? Na razie wydał odezwę z dobrymi radami. Wskazówki w niej zamieszczone podzielić można na trzy rodzaje: uczulenie na problem, prewencja i oczyszczanie.Minister Poirson odwiedziła w poniedziałek kurort Sablettes w Seyne-sur-Mer w Prowansji. To właśnie tam skutki śmieciowego kryzysu są szczególnie widoczne. Po plaży walają się plastikowe odpady i niedopałki. Mieszkańcy w ramach spontanicznych akcji sprzątają tereny nadbrzeżne, jednak woda wyrzuca kolejne hałdy śmieci.
Poirson zapowiedziała, że do 2025 roku z francuskiej ziemi do morza nie trafi ani drobina plastiku. W taką deklaracje nie wierzą francuskie media, która zwracają uwagę, że działania rządu nie mają kompleksowego charakteru, a przypominają bardziej dobrożyczeniową akcje uświadamiania konsumentów.
Z niszczącymi wodną ekosferę odpadami, równie ślamazarnie walczy Unia Europejska. Zgodnie z przegłosowaną pod koniec 2018 roku rezolucją, od 2021 r. plastikowe przedmioty jednorazowe, takie jak talerze, sztućce, słomki i patyczki higieniczne, które stanowią w sumie ponad 70 proc. odpadów morskich, będą zakazane na terytorium UE, lecz dopiero od 2021 r.

Przyszłość Hongkongu rysuje się w jasnych barwach

Ostatnie wydarzenia w Hongkongu przyciągnęły powszechną uwagę i głęboko dotknęły zarówno Chińczyków z kontynentu jak i mieszkańców tego miasta. W Hongkongu, który wzbudził we mnie uznanie dla jego atmosfery przesyconej nowoczesną witalnością, otwartością i inkluzyjnością byłem wielokrotnie. Niedawne zamieszki, incydenty pogwałcenia prawa i niepokoje społeczne, które wybuchły w Hongkongu wywołały mój głęboki smutek. Korzystając z okazji chciałbym podzielić się z moimi polskimi przyjaciółmi przemyśleniami i spostrzeżeniami odnośnie obecnej sytuacji w Hongkongu.

Zauważyłem, że wiele zachodnich mediów śledzi i informuje o rozwoju wydarzeń w Hongkongu, jednak ich raporty nie mogą pochwalić się obiektywizmem ani rzetelnością, nie wspominając nawet o kompleksowym przedstawieniu tego tematu. Niektóre zajmują się demokracją i wolnością, pomijając rządy prawa i sprawiedliwość. Niektóre solidaryzują się z demonstrantami, napadając na policjantów wykonujących swoje obowiązki. Jeszcze inne zawodzą pieśni żałobne nad gospodarką miasta, nie dostrzegając jakby jego rozwoju i ogromnego potencjału. Ten czarno-biały sposób przekazywania faktów i „selektywna ślepota” uprawiana przez media w oczywisty sposób narusza zasadę ich bezstronności i sprawia, że są one niewiarygodne. Jak zatem sytuacja przedstawia się w rzeczywistości?
Od czerwca, kiedy władze Specjalnego Regionu Administracyjnego ChRL Hongkong ogłosiły rozpoczęcie prac nad nowelizacją prawa o ekstradycji oraz o „Wzajemnej pomocy prawnej w sprawach karnych”, w Hongkongu odbywają się kolejne demonstracje. Jednak po 12 czerwca część radykalnych demonstrantów zaczęła celowo wzniecać przemoc.
Otoczyli Radę Legislacyjną Hongkongu, zabarykadowali drogi, zablokowali ruch i nękali pokojowo nastawionych mieszkańców miasta. Przy użyciu cegieł, żelaznych prętów, bomb benzynowych, toksycznych i trujących płynów oraz proszków zaatakowali policję. Nielegalnie przechowywali niebezpieczne substancje oraz znaczną ilość broni ofensywnej. Zaatakowali siedzibę rzędu centralnego w Hongkongu, publicznie znieważyli godło i flagę narodową. Ich agresywne zachowanie jest oburzające i dawno już przekroczyło wszelkie granice pokojowych demonstracji.
Zamieszki, które trwają już ponad miesiąc, poważnie zaburzają ogólnie kwitnącą i stabilną sytuację miasta, tworzą trudne wyzwanie dla rządów prawa i porządku społecznego Hongkongu, stwarzają zasadnicze zagrożenie dla życia i własności mieszkańców miasta, a także poważnie napinają zasadę „jeden kraj – dwa systemy”. Takie zachowanie nie może być tolerowane. Jestem pewien, że nikt nie chciałby, by jego miasto pogrążyło się w przemocy, chaosie i kryzysie, a żadne praworządne i cywilizowane społeczeństwo nie będzie tolerowało aktów przemocy. Właśnie taki jest pogląd przeważającej większości Hongkończyków na tę kwestię.
Jak mówi chińskie przysłowie, „Gdy nie ma skóry, na czym będą się trzymać włosy?”. Podobnie możemy zapytać, jak ma rozkwitać miasto, któremu brakuje stabilności? Praworządność jest dla Hongkończyków źródłem dumy, jest podstawą hongkońskiego środowiska biznesowego, jest kamieniem węgielnym stabilnego rozwoju Hongkongu. Absolutnie nie można patrzeć bezczynnie jak niewielka grupa pozbawionych skrupułów ludzi depcze prawo. Gdy w Hongkongu zaczną się chwiać rządy prawa, zagrożony będzie także stabilny rozkwit miasta. Jeśli Hongkong pogrąży się w chaosie, rachunek przyjdzie uregulować całemu społeczeństwu, ucierpią na tym także interesy innych krajów.
Chińskie władze centralne mówią jasno. Wspierają szefową władz Carrie Lam w zgodnym z prawem zarządzaniu Specjalną Strefą Administracyjną, wspierają hongkońską policję w egzekwowaniu prawa, wspierają odpowiednie jednostki administracji oraz sądownictwa SSA w zgodnym z prawem karaniu winnych ataków, wspierają kochających ojczyznę i Hongkong obywateli w bronieniu rządów prawa w ich mieście. Także i MSZ Chin w swych oświadczeniach niejednokrotnie stanowczo sprzeciwiało się ingerencji sił zewnętrznych w sprawy Hongkongu.
Mimo to, w dalszym ciągu niewielka grupa polityków „udaje Greka”, publicznie wygłasza nieprzemyślane sądy na temat sytuacji Hongkongu, krytykuje władze centralne i władze SSA oraz zasadę „jeden kraj – dwa systemy”, wzniecając wrogie nastroje, nie cofa się nawet przed zakulisowymi machinacjami. Niech nie zapominają oni, że Hongkong należy do Chin i wszystkie kwestie Hongkongu należą do polityki wewnętrznej Chin.
Fakty brzmią głośniej niż słowa. Obywatele Chin sami najlepiej ocenią zasadę „jeden kraj – dwa systemy”. Od 22 lat, kiedy Hongkong powrócił do Chin, jego PKB nieprzerwanie rośnie, w 2018 roku wynosząc 360 mld USD – dwa razy więcej, niż w roku 1996. Liczba turystów wynosząca w 1997 r. niecałe 10,5 mln w roku 2018 sięgnęła 65 mln.
Stabilne jest miejsce Hongkongu jako światowego centrum finansowego, handlu oraz transportu. We wszystkich światowych rankingach, czy to gospodarczych, czy społecznych, znajduje się on w ścisłej czołówce. Wszystko to w pełni pokazuje, że zasada „jeden kraj – dwa systemy” leży u podstaw długofalowego, stabilnego rozwoju Hongkongu, jest niezwykle korzystna, a co za tym idzie charakteryzuje się ogromną witalnością.
Chyba każdy Chińczyk zna piosenkę „Perła Orientu”, której słowa odzwierciedlają głębokie przywiązanie do Hongkongu oraz opiewają nadzieje i życzenia pomyślności całego kraju i narodu dla tego miasta. Jestem przekonany, że mając oparcie w bardziej otwartej, pewnej siebie i silnej ojczyźnie, z pomocą Inicjatywy Pasa i Szlaku, projektu „Greater Bay Area” i innych krajowych strategii rozwoju, „Perła Orientu” zabłyśnie jeszcze jaśniej, a jej przyszłość malować się będzie w jasnych barwach!