Powstaje Bulwar Teatralny na Powiślu

Paweł Dangel, dyrektor artystyczny Teatru Ateneum odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego.

Wspaniali antenaci: Jaracz, Warmiński, Holoubek, giganci aktorstwa: Śląska, Woszczerowicz, Fetting, Kamas. Czy historia pisana przez nich uskrzydla, czy raczej utrudnia życie dyrektorowi?
Mam ogromny szacunek do mistrzów. Sam kształciłem się jako reżyser u mistrzów teatru rosyjskiego, którzy nauczyli mnie – w pierwszej kolejności – szacunku do rzemiosła, profesjonalizmu i tradycji. Co wcale nie oznacza, że należy w sposób dosłowny ich naśladować. Odwrotnie, zachęcali do artystycznej polemiki, ale opartej o rzetelną wiedzę i teatralną erudycję. Nazwiska, które Pan wymienia to dla części młodszego zespołu już bardzo odległa tradycja. Niestety – moim zdaniem – tak jak w wielu innych dziedzinach naszego życia, tak i w teatrze cierpimy obecnie na brak prawdziwych autorytetów. Niemniej uważam, że nadal Teatr Ateneum to w pierwszej kolejności aktor, potem autor i następnie reżyser. Ubiegając się o stanowisko dyrektora w tym Teatrze zaznaczyłem, że historia Teatru Ateneum jest dla mnie ważna. „Przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej” napisał Norwid. Dlatego profil dzisiejszego Ateneum określam jako „nowoczesną tradycję”.
Wspominaną wciąż formułę-receptę na program teatru środka stworzył wieloletni dyrektor Teatru Ateneum, Janusz Warmiński. Czy Ateneum kultywuje ten model uprawiania teatru?
Sądzę, że określenie „teatr środka” ma dzisiaj inne znaczenie. Żyjemy bowiem w czasach ogromnych podziałów społecznych, napięć i konfliktów. Bez wątpienia są teatry i artystyczne środowiska, które starają się aktywnie w tym sporze uczestniczyć. My, z założenia chcemy być w pierwszej kolejności teatrem humanistycznym, czyli kontynuującym swoją opowieść o człowieku. Oczywiście, nie wyjmując go z kontekstu naszego życia współczesnego. Zdecydowanie unikamy „plakatowości” w naszych spektaklach i jednoznacznych deklaracji czy politycznych komunikatów. Zdecydowanie wolimy zadawać pytania naszym widzom i inspirować ich ze sceny do poszukiwania odpowiedzi niż dawać na nie gotowe recepty. W tym sensie można powiedzieć, że nadal jesteśmy teatrem środka.
Przez lata Ateneum wzbogaciło się o dwie dodatkowe scenki, wykrojone z innych przestrzeni: Scenę 61 i Scenę na Dole. Teraz szykujecie się do otwarcia nowej sceny – przełożonego ze względu na pandemię. Jakie plany wiąże pan z kolejną sceną. I co z dotychczasowymi?
Infrastruktura naszego Teatru jest dzisiaj w tzw. ruinie i nieuchronnie budynek przy ul. Jaracza 2 czeka generalny remont. Jako dyrekcja przygotowaliśmy wszystko, co jest konieczne – projekt, pozwolenie na budowę, wszystkie wymagane zgody i zawarliśmy nową umową z właścicielem budynku na kolejne 20 lat. Jedyne na co czekamy to przyznanie środków finansowych przez Radę Miasta st. Warszawy. Tylko proszę mnie nie pytać, kiedy to nastąpi. Żeby zagwarantować, choćby nawet w ograniczonym stopniu ciągłość pracy artystycznej naszego Teatru w okresie remontu, szukaliśmy sceny zastępczej. Warszawa cierpi na brak takiej teatralnej infrastruktury, którą mogłaby nam udostępnić, ale udało nam się podpisać kolejną umowę, tym razem po sąsiedzku z Zarządem ZNP, na wydzierżawienie sali konferencyjnej na Wybrzeżu Kościuszkowskim. I znowu przygotowaliśmy projekt, uzyskaliśmy niezbędne zgody i zezwolenia oraz otrzymaliśmy finansowanie z budżetu Miasta. Przeprowadziliśmy przetarg i w efekcie – po dwóch latach – powstała w Warszawie pod szyldem Teatru Ateneum zupełnie nowa scena teatralna, wyposażona w nowe technologie, którą nazwaliśmy Sceną 20, która dysponuje 222 miejscami na widowni. Przed laty otwarcie Sceny 61 wyznaczyło nowy etap w dziejach Ateneum. Wierzę, że ze Sceną 20 również tak będzie. To ważna inwestycja w potencjał Teatru Ateneum. Oczywiście, chwilowo dysponujemy czterema scenami, ale ze względu na epidemię – paradoksalnie nie możemy grać na żadnej z nich. Natomiast, po zakończeniu epidemii, dopóki nie rozpocznie się remont w naszym głównym budynku, będziemy chcieli działać na wszystkich czterech scenach, jeśli budżet nam na to pozwoli.
Skromne rozmiary sceny głównej (i pozostałych) to pewnie ograniczenie, ale niewielkie widownie to chyba atut? Mam na myśli stosunkowo bliski kontakt z aktorami i modę na kameralistykę.
Scena 61, która powstała w grudniu 1960 jako scena typu en ronde mieściła 120 widzów. Obecnie, ze względu na przepisy bezpieczeństwa możemy wpuścić na widownię tylko 60 widzów, a uwzględniając sytuację aktualną, czyli reżim sanitarny – jeszcze mniej. Tak samo zresztą jak na Scenę na Dole im. Wojciecha Młynarskiego. W związku z tym, ze względów czysto ekonomicznych, możemy na nich grać tylko małe formy. Scena 61 kontynuuje swoją tradycję wystawiania sztuk współczesnych, nierzadko polskich i światowych prapremier oraz rzeczywiście daje szansę aktorom na sprawdzenie swojego warsztatu aktorskiego w bliskim kontakcie z widzem. Natomiast Scenę na Dole, jedną z nielicznych artystycznych piwnic w Warszawie, żartobliwie nazywam ostatnim już klubem inteligenckim w stolicy. Na scenie tej można posłuchać twórczości m.in. Wojciecha Młynarskiego, Jacka Kaczmarskiego, Agnieszki Osieckiej, Jonasza Kofty, Stefanii Grodzieńskiej. Prezentują się na niej tacy artyści jak Artur Andrus, Andrzej Poniedzielski, Magda Umer, Grzegorz Damięcki, Grażyna Barszczewska, Piotr Machalica, Nula Stankiewicz, Janusz Strobel.
Do Ateneum nadal chodzi się „na aktorów”. Jaka jest właściwie publiczność Ateneum?
Różnorodność scen oraz repertuaru powoduje, że nasza widownia jest również zróżnicowana. Cieszy nas coraz częstsza obecność w naszym Teatrze młodzieży. W ostatnich sezonach po raz pierwszy zaczęliśmy grać dla nich również spektakle przedpołudniowe. Mamy bardzo lojalnego widza, który przychodzi do nas regularnie, ale w ostatnich latach (nie dotyczy to oczywiście okresu pandemii) udało nam się poprawić frekwencję i zwiększyć ilość widzów. Rocznie odwiedza nasz Teatr blisko 60 tysięcy widzów. W tej grupie jest obecnie sporo nowych widzów. Wysoka frekwencja sytuuje nas w gronie najliczniej odwiedzanych przez widzów teatrów miejskich w Warszawie.
Wśród widzów Ateneum nie brakowało nigdy nauczycielek. Wynikało to choćby z bliskości gmachu i hotelu ZNP. Przyjeżdżające do Warszawy nauczycielki zwykle rezerwowały bilety na spektakle w Jaraczu. To cenny dla teatru widz?
Dziękuję, że zwrócił Pan na to uwagę, bo przy okazji mam sposobność, aby powiedzieć, że w ubiegłym sezonie zapoczątkowaliśmy inicjatywę edukacyjno-warsztatową dedykowaną nauczycielom. Środowisko nauczycieli, a w konsekwencji i uczniów to ważny dla teatru segment widowni. Ważny, ale też taki, który wymaga wsparcia i zbudowania szczególnej relacji. Już dawno, jak sadzę, minęły czasy, że środowisko szkolne chodzi do Teatru wyłącznie na lektury. Repertuar teatru może w sposób bardzo wartościowy uzupełniać program edukacji na różnych poziomach kształcenia i – co ważne – nie tylko dotyczy to lekcji z języka polskiego. W minionym sezonie z powodzeniem zrealizowaliśmy, z pozyskanych funduszy zewnętrznych, projekt edukacyjny „Pracownia Wolnej Myśli”. Pomysł się sprawdził i chwycił, więc chcemy to kontynuować.
Kiedy Ateneum otwierało swoje podwoje, znajdowało się w dzielnicy proletariackiej. Teraz Powiśle stało się snobistyczną częścią Warszawy. Czy to wywiera wpływ na program teatru?
Mamy pełną świadomość jak dynamicznie rozwija się ta dzielnica i jak zmienia się jej charakter. Znam Powiśle bardzo dobrze, bo sam przez wiele lat mieszkałem przy ul. Czerwonego Krzyża. Celem Teatru Ateneum jest nie tylko otwarcie nowej sceny, o której już wspomniałem, ale również – przy ścisłej współpracy z Zarządem ZNP oraz z Wydziałem Scenografii Akademii Sztuk Pięknych, który mieści się po sąsiedzku, a dysponuje własną sceną teatralną i przestrzenią wystawową – stworzenie wzdłuż Wybrzeża Kościuszkowskiego, na odcinku od ulicy Tamki do Jaracza, Bulwaru Teatralnego. W ten sposób powstałoby unikalne miejsce, gdzie w ścisłym sąsiedztwie funkcjonowałoby obok siebie pięć scen teatralnych. Liczymy, że w ten sposób uda nam się zachęcić spacerowiczów nadwiślańskich bulwarów do częstszego bywania w teatrze.
Jakie miejsce przeznacza pan Ateneum wśród teatrów stolicy, czym powinno się odróżniać?
Ateneum konsekwentnie idzie swoją artystyczną drogą. Nie chcemy uprawiać teatru pod czyjeś gusta, trendy czy mody. Staramy się szukać bardzo różnorodnej, ciekawej i wartościowej w naszym przekonaniu literatury oraz zapraszać do współpracy różnych pod względem artystycznym i pokoleniowym reżyserów. Z jednym wspólnym tylko mianownikiem – szacunkiem dla aktora i autora. Proszę pamiętać, że dzisiaj teatr staje się w dużej mierze teatrem reżyserów. Często, to oni sami piszą swoje scenariusze lub przerabiają i adaptują klasyków na wszystkie możliwe sposoby. Niejednokrotnie spektakle mówią więcej o samych reżyserach niż autorach. W tym konkursie pod zawołaniem, kto ma większe reżyserskie „ego” my co, nie będziemy brać udziału. Chcemy sukcesywnie rozwijać nasz zespół aktorski proponując role pełnokrwiste, dobrze napisane i skonstruowane. Oczywiście, każda premiera jest zawsze ryzykiem nie tylko artystycznym, ale również ekonomicznym. Zależy nam więc przede wszystkim na widzu. Jak mówił Zygmunt Hübner: „Teatru nie robi się jedynie dla własnej przyjemności, jest to zawsze gra we dwoje. Partnerem jest widz”. Cieszy nas, jeżeli jest to widz świadomy, który wie po co przyszedł do Teatru; widz wrażliwy i otwarty. No i najlepiej jeszcze z poczuciem humoru. I taką widownię wydaje mi się, że nasz Teatr w dużej mierze ma.

Kapsułki pamięci

Nie wątpię, że czytelnicy moich „kapsułek pamięci” trafnie odczytują moje intencje i nie posądzają mnie, broń Boże, o jakąś mitomanię. Nie wątpię, że odbierają je tak, jak należy – jako kpinki z siebie samego i jako figlarne, paradoksalne „gierki” historycznej wyobraźni, nieco szalone, „odjechane” asocjacje rodzące się w głowie kogoś, kto jest zafascynowany historią, a któremu los (na szczęście) powierzył rolę jedynie skromnego obserwatora. Uczyniwszy dla pewności tę uwagę, pozwalam sobie zaserwować P.T. Czytelnikom kolejną porcyjkę moich nie tyle może „kapsułek”, ile subiektywnych figlików historycznej wyobraźni.
Oko w oko z Kiereńskim
Mój dużo starszy i niestety już nieżyjący przemiły kolega, pisarz, Olek Minkowski, autor pół setki powieści dla młodzieży (m.in. „Kosmicznego sekretu Lutego” (1967) czy „Nasturcji i lwa” (1969), a także popularnej, także dzięki telewizyjnemu serialowi „Szaleństwo Majki Skowron” (1972), napisał swego czasu wspomnienia ze swojego stypendialnego pobytu w USA w latach 60-tych. Opisał w nim epizod spotkania z sędziwym już wtedy, będącym u schyłku życia, Aleksandrem Kiereńskim, premierem Rządu Tymczasowego w 1917, który został obalony przez bolszewików Lenina. Olek opisał to nawet w trybie przygody romansowej, w której niespodziewanie dla siebie stał się rywalem staruszka Kiereńskiego, u schyłku jego życia, które zakończyło się w 1970 roku. Nie będę post fatum wyręczał Olka. Odsyłam do jego frapujących wspomnień p.t. „W niełasce u Pana Boga” (2006), gdzie opisał to spotkanie szczegółowo. Olek poznał tę historyczną postać, ja poznałem Olka. Przyznam, że fakt ten, jako miłośnika historii działa na moją wyobraźnię. Mam „optyczne” wrażenie, że od Kiereńskiego dzieli odległość „na wyciągniecie ręki”
Kolega Baczyńskiego
Rok później, w kwietniu 1977 roku, tuż przed maturą, uczestniczyłem, jako uczeń V Liceum Ogólnokształcącego w Lublinie im. Marii Curie-Skłodowskiej, w zawodach centralnych Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Zawody toczyły się w dwóch miejscach – w Pałacu Staszica czyli gmachu Polskiej Akademii Nauk oraz budynku narożnym, u zbiegu Alei Ujazdowskich i placyku, na którym stoi dziś pomnik Witosa. Część pisemna polegała na napisaniu pracy na jeden przedstawionych do wyboru tematów. Ja wybrałem temat o funkcjach arcydzieła i kiczu w literaturze i moja praca spotkała się z uznaniem i wyróżnieniem. Następnego dnia odbył się olimpijski egzamin ustny, który z powodu mojego onieśmielenia dostojeństwem profesorskiej komisji poszedł mi nieco gorzej. Jednym z członków komisji, który zadał mi pytanie o podobieństwa między formą dramatu i nowelą, był nieduży, drobnej postury pan z haczykowatym czerwonym nosem, Stanisław Marczak-Oborski, kolega konspiracyjny między innymi Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy poetów z kręgu „Sztuki i Narodu”. W ten sposób poznałem człowieka, który znał poetę, którego śmierć w Powstaniu Warszawskim 4 sierpnia 1944 w Pałacu Blanka przy Placu Teatralnym Kazimierz Wyka określił jako „Śmierć Słowackiego”.
Koniak u Axera
W ramach tego samego pobytu w Warszawie wraz lubelską reprezentacją polonistyczną olimpijską było w programie wyjście, 19 kwietnia 1977 roku, do Teatru Współczesnego na premierę „Kordiana” Juliusza Słowackiego w reżyserii dyrektora teatru Erwina Axera. Przyszliśmy tam, wraz z nauczycielkami, lubelscy uczniowie-olimpijczycy. Po wejściu do teatru przy Mokotowskiej 13, na korytarzu foyer zauważyłem od razu członka Biura Politycznego i sekretarza KC PZPR, naówczas być może I sekretarza KW w Warszawie Józefa Kępę, w konwersacji z dyrektorem Axerem. Nie pamiętam czy przed spektaklem, czy w przerwie czy po jego zakończeniu zostaliśmy zaproszeni, w ramach zapewne uzgodnionego spotkania, do gabinetu dyrektora Erwina Axera. Po latach dowiedziałem się, że był on synem słynnego adwokata Maurycego Axera, obrońcy Rity Gorgonowej w jej procesie sądowym o zabójstwo. I że, urodzony w Wiedniu w roku 1917, spędził w tym mieście dzieciństwo i kawał młodości. Axer zrobił na mnie wrażenie jako niebywale wytworny, finezyjny mężczyzna, wtedy równo 60-letni, w eleganckiej marynarce i jedwabnym golfie. Poczęstował nas odrobiną koniaku w kryształowych kieliszkach i czekoladowymi gwiazdkami z eleganckiego naczynia. Pytał nas o plany co do studiów. Ja zadałem mu niezbyt mądre pytanie, dlaczego w Teatrze Współczesnym wystawił „Kordiana”, dramat przecież stary i „klasyczny”. Znać z tego, że nie miałem wtedy jeszcze nawet bladego pojęcia o tym, co znaczy „współczesność” w teatrze. Axer odpowiedział elegancko i lakonicznie, że „klasykę też trzeba wystawiać”. W trakcie rozmowy do gabinetu weszła scenografka Ewa Starowieyska, piękna i wytworna pani w długiej sukni, paląca papierosa w długiej szklanej lufce, która wyglądała jak dama z młodopolskiego portretu. W pewnym momencie w drzwiach stanął, oparłszy się o futrynę, aktor Ryszard Barycz, odziany w sceniczny, błękitny w kolorze kontusz (grał w tym przedstawieniu) i dał mi się odznaczyć plastikową odznaką noworocznej edycji Olimpiady, którą wpiąłem mu w klapę.
Przygoda w Burgas („Daughter of darkness”)
A teraz przygoda w wydźwięku niepoprawna obyczajowo, z uwagi na nośny w naszych czasach aspekt „gejowski”, aspekt aktywności ruchów wokół LGBT. Dlatego podkreślam z całą mocą, że jest ona odzwierciedleniem świadomości sprzed 48 lat i że przedstawiłem ją w duchu tamtych czasów, bez zastosowania dzisiejszych korekt, uwzględniających nowe widzenie „tematu”.
W sierpniu 1972 roku, gdy miałem lat 15, uczestniczyłem, na peryferiach czarnomorskiej miejscowości Burgas, na terytorium Bułgarskiej Republiki Ludowej, w tańczonej, pitej i macanej prywatce u bułgarskich pedałów, Toniego i Zdrawko, którzy przedstawili się jako dziennikarze telewizji w Sofii. Piliśmy wódkę jarzębiak, jedliśmy arbuza, wafelki i tańczyliśmy zarówno do muzyki powolnej, jak i do ówczesnego przeboju, „Daughter of darkness” w wykonaniu Toma Jonesa. A było to tak. Kolega Wojtek zaprosił mnie na trzytygodniowy pobyt w Bułgarii, zorganizowany przez zakład pracy jego matki. Po podróży przez Czechosłowację, Węgry i Rumunię dotarliśmy do celu i zainstalowaliśmy się w namiotach na kampingu Krajmorie, niedaleko Burgas i Sozopolu. Pewnego dnia wybraliśmy się we dwóch, żeby odwiedzić te dawne kolonie greckie, rzeczywiście przypominające wyglądem stare greckie miasteczka. W pewnym momencie, gdy znużeni tęgim upałem, zatrzymaliśmy się na niewielkim placu miasteczka Burgas, podeszło do nas dwóch mężczyzn, których wieku wtedy nie potrafiłem ocenić, ale przypuszczam, że byli mniej więcej między 35-tką a 40-tką, w każdym razie z perspektywy mojej młodości wydawali mi się starzy jak Troja, zwłaszcza Toni o zniszczonej, jakby przepitej twarzy długich, ciemnych, zmierzwionych włosach. Zagadnęli nas przyjaźnie, skąd jesteśmy, a gdy dowiedzieli się, że z Polski, jeden powiedział, że w Polsce studiował, drugi – że miał żonę Polkę. Po krótkiej gadce-szmatce zaproponowali nam wspólne spotkanie w ich domu, oczywiście przy alkoholu. Z młodzieńczą lekkomyślną skwapliwością przyjęliśmy zaproszenie, po czym wsiedliśmy do błękitnego, zdezelowanego, starego „opla kapitana” z rozprutymi siedzeniami, z których wyłaziły sprężyny i ruszyliśmy wąskimi uliczkami Burgas, przy czym kierujący wozem Zdrawko rozganiał stare wałęsające się baby okrzykiem „sio”. Trasy oczywiście nie pamiętam, bo nie mam pamięci fotograficznej, choć utrwaliło mi się, że dotarliśmy na dalekie przedmieście, na jakąś zamiejską, rozpaloną słońcem równinę, po czym weszliśmy do skromnego, szarego domku jednorodzinnego. Przechodząc korytarzami zauważyłem, że w pokojach, w rozgrzebanych łóżkach przebywają młodzi mężczyźni w stroju niedbałem, rozchełstani, jakby świeżo przebudzeni, o dość błędnym wzroku, choć było już popołudnie. W niewielkim pokoju, do którego nas wprowadzono zaczęła się impreza. Na stole stanęła butelka kupionego przez nas jarzębiaku. Gospodarze przynieśli misę z pokrojonym arbuzem, szklane naczynie z jakimś jogurtem i jeszcze jakiś alkohol. Zaczęliśmy konsumpcję przy jakichś gadkach-szmatkach. Włączono muzykę z gramofonu, z płyt winylowych. Głównie jakiś pop, z którego zapamiętałem jedynie „Daughter of darkness” w wykonaniu Toma Jonesa, w którego takt chyba nawet tańczyliśmy, podobnie jak w tak jakiejś także wolnej muzyki. Nasi gospodarze poprosili nas do tańca. Wojtka – Zdrawko, mnie – Toni. Po chwili zauważyłem, że Wojtek jest przez Zdrawka przytulany i obcałowywany, co więcej, nie tylko chętnie się tym karesom poddaje, ale i je czule oddaje. Wojtek zawsze był zmysłowy, cielesny, pieszczoch. Ja – nie, więc gdy i mnie zaczął nadmiernie emablować Toni, delikatnie się opierałem. W przerwach między tańcami zasiadaliśmy do stołu i piliśmy jarzębiak z lodem przez słomkę, co jak później się dowiedziałem służy szybszemu upiciu się, bo tym sposobem alkohol wchłania się najskuteczniej, najszybciej, bo przez błony śluzowe języka i jamy ustnej. Spotkanie trwało może dwie-trzy godziny i w pewnym momencie uznaliśmy, że trzeba się ewakuować. Nasi gospodarze niezbyt chętnie się z nami żegnali, zachęcali do zostania, odniosłem nawet wrażenie z ich mowy ciała, że mogła kluć im się w głowach myśl o zatrzymaniu nas siłą, co przez moment wywołało we mnie pewien niepokój. Wypuścili nas dopiero po tym, jak obiecaliśmy im, że spotkamy się z nimi ponownie następnego dnia. Pożegnanie z ich strony było maślane, ściskali nas, całowali, przyciskając się do nas spoconymi, ziejącymi alkoholem pyskami. Słabo pamiętam jak dotarliśmy do szosy prowadzącej do Krajmorie. Na autobus do Burgas zaczekaliśmy leżąc w przydrożnym rowie. Oczekiwany wehikuł przyjechał bardzo zatłoczony, pełen spoconych wieśniaków. Do Krajmorie dotarliśmy już grubo po zmierzchu, prawie nocą. Następnego dnia opowiedzieliśmy o naszej przygodzie doświadczonemu mężczyźnie, panu Wiesiowi. Powiedział, że „to pedały”. Gdy wyraziłem swa wątpliwość, pytając, czy to jednak nie wampiry, żachnął się: „A skąd. Jakie wampiry? Pedały!”. Pan Wiesio, bitny lubelak, sugerował nawet przez chwilę, żeby „im wpierdolić”, ale mu przeszło. Tak powziąłem wiedzę o istnieniu pedałów, czyli zjawiska homoseksualizmu. O wampirach wiedziałem dużo wcześniej. Toni i Zdrawko przyjechali następnego dnia o umówionej godzinie pod bramę kampingu. Obserwowaliśmy ich ukryci w pobliskich krzakach do momentu aż odjechali. Z perspektywy niemal 50 lat, wspominam opisane prawdziwe zdarzenie z pewnym zadziwieniem, że tak niewiele wiedziałem o tym jak my ludzie jesteśmy różnorodni. Nie mam też wątpliwości, że współcześni nastolatkowie taką wiedzę już mają. Inne czasy po prostu…

Azja/Pacyfik Cywilizacja XXII wieku

Dobiega końca epoka dominacji atlantyckiej, która trwała nieprzerwanie od czasów I rewolucji przemysłowej, a może nawet i wcześniej – od podbojów kolonialnych poczynając.

Główny ośrodek rozwoju naszej cywilizacji przesuwa się coraz wyraźniej z regionu Północnego Atlantyku (Europa Zachodnia i Ameryka Północna) na rozległe obszary Azji/Pacyfiku (APAC = Asia/ Pacific).
Przemiany strategiczne:
Najpierw należy podać i uzasadnić definicję APAC. Pod pojęciem tym rozumiem 46 państw tego regionu obejmującego giganty azjatyckie: Rosję, Indie, Chiny, Iran, Kazachstan i in. oraz wiele miniaturowych krajów wyspiarskich, takich jak: Fidżi, Vanuatu, Tuvalu, Tonga i in. Łączna liczba ludności APAC wynosi obecnie prawie 4,5 mld obywateli (tzn. 62 proc. ludzkości).
Przyrost demograficzny nie jest wysoki i sięga 1 proc. rocznie. Terytorium APAC stanowi 2,8 mld hektarów = 22 proc. powierzchni wszystkich lądów na Ziemi. W istocie rzeczy, kategoria: Azja/Pacyfik powinna brzmieć: Azja/Oceania (na czele z Australią). Bowiem Pacyfik przylegający do wybrzeży Azji styka się z tą częścią największego akwenu świata, na której położone są liczne państwa i państewka Oceanii.
Ponadto, jeśli udałoby się utworzyć wspólnotę (wspólny rynek itp.) eurazjatycką i połączyć ją ze strefą Pacyfiku, to wówczas EAPAC stałby się wielkim podmiotem bezkonkurencyjnym w skali globalnej. Jestem zdecydowanym zwolennikiem takiego rozwiązania.
Dlaczego inne państwa położone nad Pacyfikiem (z obydwu Ameryk) nie mieszczą się w kategorii Azja/Pacyfik? Po prostu, dlatego, że nie jest to Ameryka/Pacyfik! Istnieje ważna płaszczyzna współdziałania wszystkich państw Pacyfiku, znana pod nazwą APEC = Asia Pacific Economic Cooperation.
W gronie państw APAC napotykamy na znakomite przykłady kojarzenia najstarszej cywilizacji światowej (Chiny, Indie, Iran/Persja i in., liczącej sobie 5 – 7 tysięcy lat) z najnowocześniejszymi dokonaniami godnymi XXII wieku. Jednocześnie, od początku XXI wieku obserwujemy bardzo istotne przeobrażenia i przemiany w łonie i za przyczyną APAC. Dotyczą one, przede wszystkim, systematycznego zwiększania się ciężaru gatunkowego i znaczenia tego regionu w układzie sił globalnych – na niekorzyść układu atlantyckiego.
Zresztą, on sam przyczynił się walnie do tego – przenosząc własną produkcję i kapitały do wielu państw APAC, szczególnie do Chin, do Indonezji, do Bangladesz i in. oraz licząc na wielkie dochody na chłonnych rynkach azjatyckich. Stymulowało to bezprecedensowy postęp w rozwoju tych państw, które szybko stały się znacznie bardziej konkurencyjne wobec starych państw kapitalistycznych.
Efekt ten został zwielokrotniony przez wielu spośród samych APAC-owców dzięki ich pracowitości, pomysłowości, inteligencji innowacyjności itp. oraz znacznym nakładom na postęp naukowo-techniczny, na nowoczesną oświatę i na najnowsze technologie.
Szczególnie Azjaci znakomicie wyczuli i pojęli swą kolejną wielką szansę historyczną, wyciągnęli stąd właściwe wnioski na przyszłość i sami zarobili na ww. transferach kapitałów i produkcji znacznie więcej niż kapitaliści atlantyccy! Chiny są główną siłą motoryczną tego postępu. Optymalne skojarzenie tradycyjnych przymiotów wielkomocarstwowości azjatyckiej (ludność, terytorium, siły zbrojne, zasoby surowcowe itp.) z jej współczesnymi atrybutami (nowoczesność, konkurencyjność, innowacyjność, własne modele ustrojowe itd.) sprawiają, iż APAC nie ma i nie będzie mieć konkurencji na świecie XXI i XXII wieku.
Drugim kluczowym procesem dziejowym na tych obszarach jest szybko postępująca integracja i zwiększanie efektywności współpracy dwustronnej i wielostronnej pomiędzy poszczególnymi państwami i grupami państw APAC. Dokonuje się to, m.in., dzięki przełamywaniu pozostałości odwiecznej wrogości, konfliktów, sporów, animozji i spuścizny kolonialnej, które były udziałem wielu państw i narodów tego regionu.
Wspomnę, tytułem przykładu, konflikty chińsko – rosyjskie, chińsko – japońskie, chińsko – wietnamskie, chińsko – indyjskie, indyjsko – pakistańskie, irańsko – irackie, rosyjsko – japońskie, rosyjsko – afgańskie, japońsko – koreańskie i wiele innych. Niemało z tych przeszkód utrzymuje się w dalszym ciągu, szczególnie, w postaci tzw. dalekowschodniego syndromu wyspiarskiego. Cztery mocarstwa azjatyckie dysponują bronią nuklearną i zaliczają się do czołówki kosmicznej świata: Rosja, Chiny, Indie oraz Pakistan; zaś kilka innych krajów byłoby w stanie wejść dość łatwo w posiadanie takiej broni: Japonia, KRL-D, Korea Południowa, Iran, Kazachstan, Indonezja, Australia i in. Dlatego też nacisk na pokojową współpracę w ramach APAC ma kolosalne znaczenie dla całego świata – teraz i w dającej przewidzieć się przyszłości.
Doniosłym wyrazem integracji jest też coraz lepsze współdziałanie państw APAC w ramach globalnych i regionalnych organizacji międzynarodowych. Wśród nich czołowe miejsce zajmuje stowarzyszenie BRICS (rok założenia: 2009), do którego należą, m.in., trzy giganty azjatyckie: Chiny, Indie i Rosja.
Głównie za ich przyczyną, BRICS jest lokomotywą przemian zmierzających do budowania nowego sprawiedliwego ładu polityczno-społeczno-gospodarczego oraz wielobiegunowego układu sił na świecie. Kolejny przykład: Szanghajska Organizacja Współpracy (SOW, rok założenia: 2001) – jako forum wspołdziałania politycznego, strategicznego, gospodarczego, kulturalnego i in. Do SOW należą – jako członkowie: Chiny, Rosja, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan; – jako obserwatorzy: Afganistan, Indie, Iran, Mongolia i Pakistan; – jako partnerzy w dialogu: Białoruś, Sri Lanka i Turcja oraz – jako goście: ASEAN, WNP (postradziecka Wspólnota Niepodległych Państw) i Turkmenistan.
I wreszcie, ASEAN – Stowarzyszenie Państw Azji Południowo-Wschodniej (rok założenia: 1967), do którego należy 10 państw: Indonezja, Malazja, Filipiny, Singapur, Tajlandia, Brunei, Myanmar (Birma), Kampucza, Laos i Wietnam. Ostatnio coraz częściej pojawia się kategoria ASEAN + 3 (czyli: Chiny, Japonia i Korea Południowa).
Utworzono już strefę wolnego handlu między państwami „13-tki”. Na jej konferencji „na szczycie” (Brunei, 9-10 października 2013 r.) przyjęto program dynamizowania współpracy do roku 2015 i na dalszą perspektywę – po roku 2015. Premier Li Keqian (ChRL) złożył partnerom daleko idące propozycje zwiększania skali, jakości i efektywności współdziałania oraz pokojowego regulowania spornych spraw terytorialnych na Morzu Południowo-Chińskim (tzw. CoC = Code of Conduct – Kodeks Postępowania). Wielkie mocarstwa azjatyckie współpracują na zasadach wzajemnego poszanowania, zaufania, równoprawności i obopólnych korzyści nawet z najmniejszymi państewkami wysparskimi APAC. Prognoza: procesy integracyjne na obszarach Azji i Pacyfiku postępować będą dalej dość szybko i efektywnie.
Na horyzoncie nie widać granicy tych procesów. Do totalnej unifikacji APAC chyba jednak nie dojdzie – z uwagi na niebywałą różnorodność tamtejszych państw, systemów, społeczeństw i kultur, co też jest miarą bogactwa.
Ważnym wyznacznikiem analizowanej sytuacji makro jest osłabienie pozycji i spadek wpływów USA w strefie APAC. Sytuacja ta jest, naturalnie, pochodną wzmocnienia pozycji wielkich mocarstw azjatyckich tamże. Po 2. wojnie światowej polityka USA wobec APAC, szczególnie wobec państw azjatyckich, układa się w pasmo niesamowitych wstrząsów, perturbacji, porażek i niekonsekwencji. Zaczęło się to wszystko od dążenia do „powstrzymania komunizmu” w ZSRR i w Chinach oraz od japońskiego ataku na Pearl Harbour, na Hawajach. Rzekomą konsekwencją tego były tragiczne amerykańskie uderzenia atomowe na Hiroszimę i na Nagasaki (całkowicie bezsensowne, zbrodnicze i niepotrzebne). Po kapitulacji Japonii (i po zwycięstwie maoizmu w Chinach), USA usiłowały podporządkować sobie Azję i Oceanię i nadal czynią to, zresztą, bez powodzenia – ale kosztem olbrzymich i bezproduktywnych nakładów (np. wojny w Korei, w Wietnamie, w Afganistanie, w Iraku i in.). Buntuje się nawet Japonia, która stała się na długo swoistą nałożnicą polityczną i strategiczną USA – terroryzowaną obecnie „straszakiem chińskim” przez Stany Zjednoczone.
Jednak chyba największe niepowodzenie polityczne, strategiczne, gospodarcze i finansowe spotkało USA w Azji w odniesieniu do ChRL. W rozumieniu amerykańskim, Chiny miały stać się, szczególnie po roku 1978 (reformy i otwarcie na świat), tanim producentem, pochłaniaczem kapitałów i inwestycji oraz bezdennym rynkiem zbytu dla USA. Tymczasem zdarzyło się coś zupełnie odwrotnego – USA stały się nie tylko dostarczycielem kapitałów, środków produkcji i technologii dla Chin, ale również rynkiem zbytu dla wyrobów i usług z ChRL oraz wielkim dłużnikiem Państwa Środka. Obecnie więc polityka amerykańska wobec Chin znalazła się na rozstajnych drogach. Dylemat USA jest taki: czy Chiny – to przyjaciel (friend) lub przeciwnik (foe)? Występuje też łagodniejsza formuła tego dylematu: ChRL – to partner czy konkurent? Oto są pytania, na które Waszyngton nie ma jeszcze jednoznacznej odpowiedzi. Stanowi to ogromny problem dla USA, od rozwiąznia którego uzależnione są również losy reszty świata. Byle tylko Stany nie wplątały się znowu w jakąś nieodpowiedzialną awanturę z Chinami czy z innymi supermocarstwami i państwami azjatyckimi (KRL-D?). Podejście do kwestii tajwańskiej (tybetańskiej, ujgurskiej, hongkongskiej, wysp na Morzu Południowo-Chińskim, sankcje i in.) są też wymownym kamieniem probierczym intencji USA wobec ChRL.
Waszyngton podejmuje coraz bardziej aktywne i agresywne wysiłki celem utrzymania czy wręcz umocnienia swych pozycji w APAC. Działa często per procura – wykorzystując swych zauszników, szczególnie Japonię, Australię i Filipiny oraz, w znacznie mniejszym stopniu, Koreę Południową i Tajwan, a nawet Wietnam. Potężna VII flota amerykańska (the VIIth Pacific Fleet) ma być orężem w obronie amerykańskich interesów strategicznych i gospodarczych w regionie APAC. Celowi temu służą także dość liczne jeszcze amerykańskie bazy wojskowe tam rozmieszczone. Jest ich ponad 20, z czego 8 tylko w samej Japonii (m.in. Okinawa, Fukuoka i in.). Całe półkole tych baz otacza już z trzech stron terytorium Chin – poczynając od Kirgistanu, poprzez Malezję, Północną Australię (Port Darwin), Filipiny, Tajlandię, Brunei, Singapur, Guam aż po Koreę Południową. US Army zamierza jeszcze utworzyć kolejną bazę na Wyspie Kokosowej (Cocos Island), na Oceanie Indyjskim. Nuklearne okręty podwodne US Navy patrolują nieustannie morza Azji Wschodniej i Oceanii.
Strategia amerykańska polega na planach prowadzenia działań bojowych w powietrzu i na wodzie (air-sea battle) – z niewykluczonym użyciem broni masowej zagłady. Jest to anachroniczna i przestarzała strategia nie gwarantujaca zwycięstwa oraz nie dostosowana do współczesnych wymagań tamtejszego pola walki, znacznie odległego od terytorium USA. Tak było już w wojnie koreańskiej, wietnamskiej, afgańskiej i irackiej – ze znanymi skutkami. Na szczęście ministerstwa obrony i najwyższe dowództwa sił zbrojnych ChRL i USA blisko współpracują i kontaktują się między sobą! Mają bowiem świadomość, iż ewentualna chińsko – amerykańska konfrontacja militarna (head-on crash) miałaby katastrofalne skutki nie tylko dla obydwu stron lecz również dla całego świata.
Prawdopodobna prognoza na XXI i XXII wiek nie zakłada raczej takiej frontalnej i totalnej konfrontacji, choć całkowicie wykluczyć jej nie można. Obecnie jednak US Army (+ sojusznicy) nie mają wystarczającej przewagi strategicznej i poważniejszych szans na zwycięstwo w ewentualnym starciu z kolosami azjatyckimi. Ci, z kolei, zmuszeni są do systematycznego doskonalenia swego potencjału militarnego celem wspólnej obrony, zwalczania terroryzmu, zapewnienia bezpieczeństwa szlaków żeglugowych, udziału w misjach pokojowych itp. Nie należy jednak lekceważyć nadal potężnej amerykańskiej hard power oraz ewentualności (ryzyka), iż może być ona wykorzystana w sposób rozpaczliwy, nieobliczalny, nieprzewidywalny czy też przez zwykły przypadek (błąd komputera czy inną miscalculation ludzi lub sztucznej inteligencji).
Aspekty demograficzne:
liczebnie – ludnościowa przewaga APAC nad resztą świata jest prawie dwukrotna; zaś nad USA – piętnastokrotna. Prognozuję stosunkowo niewielkie zwiększanie się tej przewagi w bliższej i w dalszej przyszłości. Wynikać to będzie z dość powolnego ale systematycznego podnoszenia się poziomu zamożności społeczeństw APAC oraz z tego, jak potoczą się procesy demograficzne w Chinach i w Indiach? W tej kwestii możliwe i realistyczne są raczej prognozy średnioterminowe – do 2030 r. Do tego czasu – Indie staną się największym, pod względem liczby ludności, supermocarstwem świata. Przyrost naturalny nie jest tam ograniczany administracyjnie lecz „regulowany” przez stosunkowo wysoką stopę śmiertelności niemowląt i dzieci w wieku do lat 5-ciu oraz relatywnie niedużą średnią długość życia obywateli. Natomiast, w Chinach utrzymana zostanie dość rygorystyczna acz coraz bardziej elastyczna kontrola urodzin. W tej mierze można spodziewać się pewnych reform – z uwagi na starzenie się społeczeństwa (już prawie 15 proc. ogółu w wieku ponad 60-ciu lat), uboczne konsekwencje niedawnej polityki „jednego dziecka w rodzinie”, dysproporcje ilościowe między kobietami a mężczyznami (100 : 120) i inne poważne problemy demograficzno – społeczne. Prognozy chińskie, do roku 2030, przewidują wzrost liczby ludności do 1,6 mld obywateli. Zaś w Indiach, liczba ta może zbliżyć się do 2 mld osób! Wówczas łączna liczba ludności tych wielkich mocarstw azjatyckich i globalnych przekroczyłaby wskaźnik 40 proc. ogółu ludzkości!
Chiny są dość jednorodne pod względem etnicznym – dominuje zdecydowana większość ludności Han (ponad 90 proc. ). 55 mniejszości narodowych liczy sobie (łącznie) 110 mln obywateli, co stanowi 8,5 proc. ogółu społeczeństwa. Największą mniejszością jest Zhuang (16 mln osób) zamieszkująca w prowincji Guangxi. Chińczycy ustanowili niebywały rekord płodności w latach 1964 – 1982, kiedy to liczba ludności zwiększyła się o 300 mln osób (!) w ciągu zaledwie 18 lat. Ówczesny przyrost naturalny wyniósł 3,8 promila. Jeśli zaś chodzi o przyszłą dynamikę przyrostu ludnościowego, to pewne wnioski można wysuwać w oparciu o dotychczasowe dane ze spisów powszechnych. Było ich 6, do tej pory, w ponad 60-cioletniej hstorii ChRL. I tak, spis z 1953 r. wykazał 590 mln obywateli chińskich; 1964 r. – 690 mln; 1982 r. – 1.01 mld; 1990 r. – 1,13 mld.; 2000 r. – 1,27 i 2010 r. – 1,34 mld. Dynamika ta może utrzymać się w dalszym ciągu, nawet z lekką tendencją spadkową. Chiny dysponują największymi (na świecie) zasobami siły roboczej – 900 mln ludzi zdolnych do pracy. 70 proc. społeczeństwa chińskiego plasuje się w granicach wieku od 15 do 59 lat. W Chinach powiada się, iż niektóre tamtejsze pokolenia „zestarzały się zanim zdążyły się zbogacić”.
Na fali ww. wielkiego „urodzaju ludzi”, już na początku lat 70-tych XX wieku okazało się, że gospodarka chińska nie będzie w stanie udźwignąć tego ciężaru demograficznego. Zaczęło brakować żywności, odzieży mieszkań, środków transportu i innych dóbr pierwszej potrzeby. Wprowadzono więc rygorystyczny program kontroli urodzin, znany w świecie pod nazwą „polityki jednego dziecka” („one – child policy”) i zalecono obywatelom: „pobierajcie się później, później też wydawajcie dzieci na świat – mniej dzieci, ale za to zdrowszych dzieci”. Ustawowo podniesiono wiek, w którym można zawierać małżeństwa: 20 lat dla kobiet i 22 dla mężczyzn. Tylko w odniesieniu do mniejszości etnicznych pozostawiono poprzednie zasady, dopuszczając możliwość posiadania 2 – 3 dzieci w rodzinie. W wyniku tego, udział mniejszości w całym społeczeństwie zwiększył się od prawie 7 proc. (w roku 1982) do około prawie 9 proc. obecnie. Natomiast w stosunku do ludności Han ograniczenia spowodowały pożądane skutki, utrzymując przyrost demograficzny w ryzach. Poczynając od roku 1971 (wprowadzenie ograniczeń) do dziś – w Chinach urodziło się o ponad 300 mln (!) noworodków mniej niż byłoby to bez ograniczeń. 300 mln obywateli – to mniej więcej tyle, ile wynosi liczba ludności USA.
Kluczowym zadaniem, jest zapewnienie odpowiedniego poziomu wykształcenia społeczeństwa. Dziś nie należy on jeszcze do najwyższych. Oczywiście, fenomenalnym osiągnięciem jest prawie zupełne zlikwidowanie wszechobecnego kiedyś analfabetyzmu. Jednak tylko 10 proc. społeczeństwa Chin legitymuje się wykształceniem średnim lub wyższym. Zaś 71 proc. obywateli ukończyło jedynie szkoły podstawowe i średnie. Dlatego też państwo chińskie przeznacza ogromne środki (ok. 4 proc. PKB) na oświatę oraz na innowacje, na naukę i na technikę.
Jeśli chodzi o Indie – to ich sytuacja demograficzna jest znacznie bardziej skomplikowana niż w Chinach. Raczej działają tam dość żywiołowo prawa natury, niezależnie od przyjęcia, w 1952 r., programu pn.: National Family Planning. W roku 2000, liczba ludności Indii przekroczyła 1 mld. Mimo lekkiego spadku, tempo przyrostu naturalnego jest nadal dość wysokie, wyraźnie wyższe od analogicznego wskaźnika w Chinach. Obecnie liczba ta wynosi 1,3 mld obywateli (czyli 17,8 proc. ogółu ludzkości, przy czym terytorium Indii zajmuje tylko 2,4 proc. lądów na Ziemi)). Od uzyskania niepodległości (1947 r.) do dziś – liczba ludności Indii uległa potrojeniu. Średnio – w ciągu jednego dziesięciolecia przybywa 180 mln nowych obywateli Indii. 73 proc. ogółu ludności mieszka na wsi. Stopa przyrostu naturalnego = 1,58 proc. . Średnia dzietność: 2,8 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym (a miało być 2,1). Obecnie przewiduje się osiągnięcie wskaźnika 2,2 – do roku 2050. Na 100 mężczyzn przypadają 94 kobiety. Średnia długość życia kobiet – 73 lata a mężczyzn – 67,5 lat.
Społeczeństwo Indii jest stosunkowo młode – 64 proc. obywateli jest w wieku od 15 do 64 lat. Prognoza do roku 2020 zakładała, iż średni wiek obywateli Indii wyniesie 29 lat (Chin – 37 lat a Japonii – 48 lat). Najgęściej zaludnione (1.000 – 2.000 osób lub więcej na km kw.) są północno-wschodnie stany Indii, jak np.: Uttar Pradesz, Bihar, Bengal Wschodni, okolice Kalkuty i in. Zaś, największym miastem jest Mumbai (Bombaj) – około 15 mln mieszkańców. Wielkość siły roboczej w Indiach jest też imponująca – 500 mln ludzi w wieku produkcyjnym, w tym, niestety, również dzieci pracujące. Stopa bezrobocia kształtuje się w granicach 8 proc. a wskaźnik PKB per capita wynosi 1.500 USD. W biedzie (poniżej minimum socjalnego, 1 – 2 USD dziennie per capita) żyje około 30 proc. mieszkańców Indii.
Podobnie jak w Chinach, również w Indiach dokonał się wielki postęp w zakresie walki z analfabetyzmem. W 1947 r. (uzyskanie niepodległości), liczba analfabetów wynosiła 88 proc. ogółu. Obecnie – tylko 25 proc. . Informatycy i programiści indyjscy należą do najlepszych w świecie. W Indiach istnieje ponad 2.000 grup (i mniejszości) etnicznych; – co najmniej 30 języków (Hindi posługuje się 42 proc. społeczeństwa); – wielorakość religijna: hinduizm (80,5 proc. ), islam (13,5 proc. ), sikhowie (2 proc. ), chrześcijanie (2,5 proc.) i in.
Prognoza demograficzna: pod koniec XXI wieku liczba ludności Indii może osiągnąć 2,2 mld osób (!?). Wielką niewiadomą jest to, czy gospodarka indyjska udźwignie taki ciężar, czy gospodarstwo światowe wydobędzie się z zapaści pandemiczno – kryzysowej, czy nie wpadnie w nowy kryzys i czy będzie mogło wspierać rozwój społeczno-gospodarczy Indii oraz korzystać z owoców ich wielkiego przyrostu demograficznego – miliardowych rzesz rąk do pracy? Alternatywa prognostyczna jest zatem niezwykle prosta: albo wielki pożytek z przyrostu demograficznego w Indiach albo też niesamowity dramat i katastrofa społeczna. Tertium non datur.
Jeśli chodzi o pozostałe największe pod względem liczby ludności (i terytorium), państwa APAC, to jest ich dziesięć: Indonezja, Pakistan, Bangladesz, Rosja, Japonia, Wietnam, Iran, Arabia Saudyjska, Australia i Kazachstan; i tak: – Indonezja: silna tendencja wzrostowa. Ludność ogółem: obecnie – 251,2 mln obywateli, z czego 58 proc. zamieszkuje na Jawie. Przyrost naturalny – 1,05 proc. ; średnia dzietność – 2,2 dziecka na kobietę; ludność w przedziale 15 – 64 lata: 67 proc. ogółu; średnia długość życia – 72 lata; prognozy: 368 mln obywateli – w 2050 r.; 545 mln – w 2100 r.; – Pakistan: wyraźna tendencja wznosząca. Liczba ludności – 190,3 mln; przyrost naturalny – 1,6 proc. ; dzietność – 3,6 dziecka/na kobietę; 15 – 64 lata: 60 proc. ; przy czym 63 proc. ogółu – poniżej 30 lat; długość życia – 66,5 lat; prognozy: 375 mln – 2050r.; 929 mln (!) – 2100;
– Bangladesz: szybki przyrost. Liczba ludności – 159 mln; przyrost naturalny – 1,6 proc. ; dzietność 2,6 dziecka/na kobietę; 15 – 64 lata: 61,5 proc. ; długość życia – 70 lat. Prognozy: 241 mln – 2050 r.; 350 mln – 2100 r.; – Rosja: bardzo trudna sytuacja demograficzna. Pewna stabilizacja – po załamaniu postradzieckim. Liczba ludności – 143,5 mln; gęstość zaludnienia – 8,5 osoby/km kw; przyrost naturalny – 0,23 proc. ; dzietność – 1,7 dziecka/na kobietę; 15 – 64 lata: 70 proc. ; długość życia: 70,3 lat (u mężczyzn – około 65 lat). Prognozy: 107 mln – 2050 r.; 67 mln – 2100 r. (ONZ ostrzega przed spadkiem liczby ludności Rosji o jedną trzecią w terminie do 2050 r.); – Japonia: bardzo trudna sytuacja demograficzna – tendencja spadkowa, starzenie się społeczeństwa. Liczba ludności: 127 mln, z czego 40 proc. powyżej 60 lat; gęstość zaludnienia – 336 osób/km kw.; przyrost naturalny – 1,1 proc. ; dzietność – 1,4; długość życia – 81,25 (rekord światowy). Prognozy: 101,5 mln – 2050 r.; 59,5 mln – 2100 r.;
– Wietnam: umiarkowany przyrost demograficzny. Liczba ludności – 92,5 mln; przyrost naturalny – 1,05 proc. ; dzietność – 1,9; 15 – 64 lata: 70 proc. ; długość życia – 72,5 lat. Prognozy: 111,5 mln – 2050 r.; 98 mln – 2100 r.; – Iran: niewielka tendencja wzrostowa. Starzenie się społeczeństwa. Liczba ludności – 80,9 mln; przyrost naturalny – 1,24 proc. ; dzietność – 1,9; ponad 50 proc. ogółu – poniżej 30 lat; długość życia – 71 lat; Prognozy: 101,2 mln – 2050 r.; 96,8 mln – 2100 r. Jednak władze podejmują wysiłki celem podwojenia liczby ludności do 2030 r. Dopłaty z budżetu (równowartość 950 USD do każdego noworodka); – Arabia Saudyjska: dość szybki wzrost. Liczba ludności – 29 mln; przyrost naturalny – 1,5 proc. ; dzietność – 2,26; 15 – 64 lata: 65 proc. ; długość życia – 74,5 roku. Prognozy: 50 mln – 2050 r.; 88 mln – 2100 r. 9. Australia: dość szybki przyrost. Starzenie się społeczeństwa. Liczba obywateli w wieku powyżej 60 lat może osiągnąć wskaźnik 25 proc. ogółu za około 40 lat. Liczba ludności – 23,3 mln; gęstość zaludnienia – 3 osoby/km. kw. (!); przyrost naturalny – 1,7 proc. ; dzietność – 2; długość życia – 82 lata. Prognozy: 34 mln – 2050 r.; 42 mln – 2100 r.; – Kazachstan: lekki wzrost (po spadku postradzieckim). Liczba ludności – 18 mln; przyrost naturalny – 1,35 proc. ; dzietność – 2,6; 15 – 64 lata: 71 proc. ; długość życia – 69 lat. Prognozy: 22,5 mln – 2050 r.; 33,3 mln – 2100 r.
(POLSKA – dla porównania: silna tendencja spadkowa, stagnacja, starzenie się społeczeństwa plus emigracja. Liczba ludności: 37,1 mln; przyrost naturalny – 1,19 proc. ; dzietność – 1,31; 15 – 64 lata: 71,7 proc. ; długość życia – 76 lat. Prognozy (przy utrzymaniu obecnej tendencji makrodemograficznej): 31,3 mln – 2050 r.; 16,6 mln – 2100 r. (!).
Naturalnie, pod żadnym pozorem nie należy lekceważyć liczby obywateli zamieszkujących pozostałe, średnie i mniejsze pod względem ludnościowym, państwa i państewka wchodzące w skład tego ogromnego obszaru APAC. Jego potencjał ludnościowy (prawie 4,5 mld obywateli) jest unikalny w skali światowej. Może on ulec podwojeniu do roku 2100. W większości są to społeczeństwa młode, coraz lepiej wykształcone i niezwykle pracowite. Średnia płaca miesięczna, poza Japonią, Australią, Hongkongiem, Singapurem czy Brunei, wynosi tam zaledwie 10 – 15 proc. analogicznej płacy w UE czy w USA. Ta dysproporcja nie potrwa jednak długo – bowiem zwiększanie siły nabywczej społeczeństw APAC stymulować będzie produkcję, sprzedaż, eksport, inwestycje, innowacyjność i konkurencyjność tego regionu. Ponadto, 4,5 mld obywateli – to potężny rynek producentów i konsumentów. W połączeniu z coraz nowocześniejszym i wydajniejszym potencjałem wytwórczym, zasobami naturalnymi, terytorium, postępującą integracją i innymi atrybutami supermocarstwowości, rynek ten już dziś byłby samowystarczalny, nie potrzebując niczyjej łaski dla swego przetrwania i rozwoju. W rozumieniu Zachodu, pandemia korona wirusa miała zmniejszyć i osłabić olbrzymi potencjał ludnościowy i wytwórczy państw APAC. Ale stało się coś odwrotnego. Potencjał ten nie został osłabiony lecz na pandemii przegrywają USA i ich sojusznicy zachodni. Ciekawe i trudne do przewidzenia jest to, jak sprawy potoczą się dalej i czy USA nie zechcą odrobić olbrzymich strat pandemicznych i kryzysowych swymi metodami już wypróbowanymi bez powodzenia w licznych krajach APAC (Korea, Wietnam, Afganistan, Irak i in.)? Pożyjemy, zobaczymy!

Żołnierskie życiorysy milionów Polaków

W latach 1945-1989 służbę wojskową pełniło 11 milionów obywateli naszego kraju.

Służba wojskowa w latach 1945-1989 to także jedna z kart historii 100-lecia odzyskania niepodległości. W moich wspomnieniach o jednym z milionów byłych żołnierzy Wojska Polskiego, o zdarzeniach autentycznych, chcę wyrazić symboliczny hołd i uznanie za ich służbę i pracę dla ojczyzny, Polski.
Ale także przypomnieć, zwłaszcza młodzieży, młodym pokoleniom, jak dla ich poprzedników ważna była służba wojskowa, dla ich rozwoju i życia po wojsku. Co oni temu ludowemu wojsku zawdzięczają.
Służyli Moskalom
Dziś są oskarżani przez polityków obozu zjednoczonej prawicy, że nie Polsce służyli, a obcym, moskalom. Są to oceny wielce krzywdzące. Moje wspomnienia ukazują fakty realne. Wojsko, to zrodzone w czasie wojny z niemieckim okupantem, stworzyło warunki do awansu społecznego m.in. młodym Polakom z nizin społecznych. Służyli oni dwa i trzy lata, a wywodzili się z biedoty wiejskiej, małych miast. Wielu z nich, wstępując do wojska, było analfabetami, a kończyli służbę wykształceni, później uzyskiwali różne tytuły, w tym inżyniera rolnika, jak mój bohater. Ten Franek, o którym piszę, wywodził się z biednej rodziny rolnika, którego dom i zabudowania gospodarcze kryte były słomą. W 1949 roku, gdy był powołany do służby wojskowej, nie umiał czytać i pisać. Po latach wrócił do rodzinnej wsi i był właścicielem dochodowego gospodarstwa rolnego.
Oto moja mini, jednostkowa niejako egzemplifikacja jednego z milionów Polaków, którzy w latach 1945-1989 służyli w ludowym Wojsku Polskim, odbywając obowiązkową służbę. Myślę, że warto i należy w te nasze doniosłe 100-lecie przypomnieć tę jedną z kart naszej powojennej historii. Traktuję te moje wspomnienia jako swój skromny udział w dokumentowaniu ważnego okresu rozwoju cywilizacyjnego. Bo przecież wojsko nasze ma swój wkład, spełniało także poważną rolę w rozwoju gospodarczym naszego kraju, w likwidacji ogromnej przepaści, jaka dzieliła nas od państw zachodnich. We wspomnianych latach wojsko, jego liczne roczniki, nie tylko brało udział w odbudowie kraju, w jego rozwoju gospodarczym, lecz także stworzyło warunki kształcenia, a w tym także likwidacji negatywnego zjawiska społecznego, jakim był analfabetyzm. Został zlikwidowany właśnie w tej Polsce, tak dziś krytykowanej, a nie w II RP.
To, co napisałem niżej, jest rzeczywistą miniopowieścią, zarysem epopei o jednym z milionów życiorysów tych, którzy wojsku zawdzięczają, kim byli i jakimi byli obywatelami Polski po odbyciu zasadniczej służby żołnierskiej.
Miasto Sokołów Podlaski
Wieś na Podlasiu, tuż za nią rzeka Bug; w powiecie sokołowskim. Miasto Sokołów Podlaski, dziś to już nie to z czasów starszych generacji jego mieszkańców. I tu już utorowała sobie drogę cywilizacja europejska. Tylko nazwy ulic przypominają jego przeszłość. No, nie wszystkie, niektóre zmieniono, ale powstały nowe, gdzie były dawniej pola uprawne rolników. Na miejsce drewnianej zabudowy wkroczyła nowoczesna architektura. Trzeba było kilkadziesiąt lat ogromnej pracy kilku pokoleń, by ten region zmienił się, a życie jego mieszkańców było bogatsze i łatwiejsze. Stało się to za sprawą mieszkających tam ludzi. Opowieść o losach Franka Sitarskiego i jego rodziny jest jednostkową egzemplifikacją przemian, jakie wciąż się dokonują na obrzeżach Polski wschodniej. Wieś rodzinna głównej postaci była biedna jak setki innych na ścianie wschodniej. Niewielka. Kilkadziesiąt numerów wraz z tymi, które wybudowano w pobliżu wsi. Zabudowania drewniane. Kryte słomą lub papą, niektóre gontem. Nie było ani jednego domu murowanego z cegły lub innych materiałów budowlanych, bardziej trwałych od drewna. Siedziba Sitarskich, dom, stodoła i obora nie była okazała. O niewielkim metrażu.
Rodzina Franka z dziada i pradziada miała gospodarstwo rolne. Ziemi też było niewiele. Parę mórg. Ziemia słabej klasy. Praca w polu wypełniała jednak dni od świtu do zmierzchu. Ich budynki, przekazane przez dziadka ojcu Franka, były położone na skraju wsi. Za sobą mieli już tylko dwóch sąsiadów. Też klepali biedę, a szczególnie na przednówku. Były to jeszcze mniejsze gospodarstwa od Sitarskich.
Pomagali sobie, jak mogli. Wspierali się chlebem pieczonym we własnym piecu. Świętowali jednak szczególnie, gdy było świniobicie w dobrych czasach. Zabudowania skromne. Ale panował tam zawsze porządek. Zieleń, wokół domu kwiaty różnych kolorów. malwy, piwonie, georginie, azalie. Warzywnik w pobliżu stodoły. Wystarczyło warzyw na cały rok. To królestwo pani Michaliny Sitarskiej. Lubiła pracować przy kwiatach i warzywach. Była jeszcze w pełni sił. Nie wiedziała co to bóle krzyża. Ich zagroda była grodzona żerdziami pochodzącymi z przecinki lasu. Ojciec Franka wynajmował się do pracy z koniem w lasach państwowych. Ogrodzenie to zapłata za jego pracę. Dom i obejścia pochłaniały sporo czasu.
Franek miał jeszcze młodszą siostrę Teresę. Dotychczas jego życie było ograniczone do rodzinnej wsi. Wyjątki były. Czasami ojciec zabierał go ze sobą do miasta, kiedy odbywał się targ. Niezbyt często. Szkoda było tracić czas. Czekała praca w polu i obejściu domu. Pieklił się wówczas na ojca. Był zły. Ale co miał robić. Decyzje i słowa ojca były ostateczne. Wychowywany był karnie. Ojciec nie znosił sprzeciwu syna. Wiedział o tym.
Pracował w gospodarstwie bez wykazywania swojego niezadowolenia. Po co mu to, by oberwać od ojca, gdy go zdenerwuje. Wolał milczeć i pokornie robić to, co mu kazano. Jego rodzina żyła z tego co ziemia dała z siebie. Ale ona też wiele wymagała od nich. Szczególnych potrzeb nie mieli. Trochę jadła było. Książek zaś nie było. Po co? Kto miał je czytać? Franek nie nauczył się czytać. Ojciec i matka ledwo, ledwo.
Czasami do gminy przyjechało kino objazdowe. To dopiero była frajda. Ale też kłopot. Trzeba było pokonać parę kilometrów do gminnej świetlicy. Gazety? Jakie gazety? Nie czuli potrzeby ich czytania. Czasami jak pan Sitarski był na targu, to kupił taką, jaka była w kiosku. Sam czytał tylko tytuły artykułów pisane dużym drukiem. Franek przeglądał zdjęcia, a zwłaszcza dziewczyny w ubraniach roboczych przy różnych maszynach i prowadzące traktory na polach PGR. Już wówczas coś w nim kiełkowało. Dopadały go od czasu do czasu przygnębiające myśli. Jaka jest jego przyszłość na tej wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc. Wieś ich nie była jeszcze objęta planem elektryfikacji. Nie było więc mowy o „kołchoźniku”, z którego można było wysłuchać muzyki i wiadomości z kraju i ze świata. To miało być dopiero za parę lat. Żyli pracą na gospodarce, uprawą ziemi.
Z tą gospodarką trudno było się uporać, Bywało, że brakowało nie tylko chleba, ale i paszy dla trzody chlewnej oraz drobiu. Żyli spokojnie, nie biadolili, że jest im ciężko. Po co te zwierzenia wobec obcych, co to da? – Nic. Tak uważał główny gospodarz, ojciec Franka. By kupić nowe ubranie czy buty, kiedy już nie było co reperować, musieli coś sprzedać ze zwierzaków hodowlanych. Oj, drapali się wtedy mocno po głowach. Gdy dzieci były małe, dodatkowy kłopot. Praca w polu, buraki, kartofle, żniwa. No cóż, trzeba było dzieci zabierać ze sobą i mieć na nich ciągłe baczenie.
Wezwanie z wojska
Druga połowa sierpnia 1949 roku. Tego dnia pani Sitarska nie pojechała na pole, jak to potocznie się mówiło. Miała trochę pracy w domu. Była bardzo zajęta. Nie zwracała uwagi, gdy drogą przed ich domem ktoś przechodził. Niewielu mieszkańców o tej porze było w domach. Większość z nich pracowała na gospodarstwach. Wyjrzała przez okno.
– Listonosz? – zdziwiła się, ale i zaniepokoiła. – Co to może być, jaka wiadomość – rozmyślała z lekką obawą. Nie pamiętała, kiedy był ostatnio. Listonosz wchodząc na podwórko, zapytał głośno – czy ktoś jest w domu?! Pani Michalina wyszła przed dom nieco zdenerwowana przyjazdem niespodziewanego przybysza.
– Dzień dobry, pani Sitarska. – A, to pan, co sprowadza do nas? – spytała.
– Jakie nowości pan przynosi? Oby dobre.
– No, nie najlepsze – odpowiedział grzebiąc w torbie i szukając koperty z pismem. – O, jest – podał jej kopertę.
– Co to może być? – zapytała. Listonosz po chwili z wyraźną niechęcią odpowiedział.
– Wydaje mi się, że wezwanie z wojska dla pani syna.
– O Jezu, tylko nie to! Kto nam będzie pomagał w gospodarce?
– E, poradzicie sobie – odpowiedział na jej lamenty, dodając po chwili – pani mąż i pani jesteście jeszcze młodzi.
– Panie, jacy my młodzi! – wykrzyknęła.
– Inni są starsi od was i też ich synów powołują. Wojsko dobrze mu zrobi, czegoś się tam nauczy – mówiąc te słowa wsiadł na rower i odjechał.
– Mądrala, niech sam idzie, a nie na rowerze listy rozwozi.
Listonosz tych słów chyba już nie słyszał. Wciąż stała w miejscu jak słup, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie mogła stać. Siadła na ławce pod oknem domu.
– Co teraz będzie? Mój Franuś do wojska? – rozmyślała, nie otwierając koperty.
– A może to coś innego, nowy podatek czy inny czort? – wciąż nie miała odwagi zobaczyć, jakie pismo kryje koperta.
– A może to jakieś domiary? Ale za co, my tu nic takiego nie uprawiamy na tych naszych paru morgach? – pytała sama siebie.
– Ale wola boska – dodała i otworzyła kopertę.
Czytać umiała. Parę klas podstawówki ukończyła. Czytała powoli. Z pisma wyraźnie wynikało, że Franek w październiku ma stawić się do wojska w celu odbycia służby wojskowej.
– No, nawet niedaleko od nas – zauważyła – do jednostki w Wesołej koło Warszawy.
– Chociaż to – zaczęły ją, jak to matkę, nachodzić różne myśli. Jak jej Franuś sobie poradzi. On przecież nie nauczył się pisać i czytać. To nasza wina, moja i ojca, nie dopilnowaliśmy. W wiosce szkoły nie było, tylko w gminie. Nie było komu go prowadzić, stale praca w polu, a zimą brak odpowiedniej odzieży – sama siebie usprawiedliwiała. Myśli o losach syna nie dawały jej spokoju. Jak sobie poradzi. Dotychczas z wioski nigdzie nie wyjeżdżał. Zagubi się biedaczysko. Popadła w zły nastrój. Było jej smutno. Co powie staremu. Jak on przyjmie wiadomość o wezwaniu syna do wojska.
W chwilach zadumy Franek Sitarski rozmyślał, tkwiąc emocjonalnie w otaczającym go pejzażu. Czuł się tu dobrze, swojsko, zwłaszcza wiosną i latem. Wszak tu były jego rodzinne korzenie od pradziadka. Szumiące łany zbóż, łąki dotykające brzegu Bugu, przedstawiające sobą obrazy kwitnących do późnej jesieni różnokolorowych kwiatów polnych. Już w wieku dojrzałym, kiedy będzie zamożnym rolnikiem, bliskim znajomym będzie tłumaczył powody powrotu z miasta do rodzinnej wsi. Chyba miał to po matce. Czuł się dobrze w tej krainie nad Bugiem. Ale póki co, jego zainteresowania będą się nieco modyfikować w miarę upływu czasu, a nade wszystko z uwagi na zmiany społeczne kraju, jego rozwój cywilizacyjny. Główne jego myśli były jednak blisko uprawy ziemi, posiadania gospodarstwa rolnego. Gdyby to było możliwe, mieć jej więcej – rozmyślał.
Niewiele zostało po dziadku, który podzielił swoją ojcowiznę na troje potomków, dwóch synów i córkę. Tego, co jego ojciec posiadał już nie można było dzielić. Nie ma mowy o kolejnym podziale na dwa gospodarstwa. Przecież Tereska kiedyś wyjdzie za mąż, a on się ożeni. – No, zobaczymy, jak to nasze przyszłe życie się ułoży – westchnął. Już wiedział, mimo młodego wieku, i był o tym przekonany, że on i Tereska nie mogą razem gospodarzyć na tych poletkach po ojcu. Jedno z nich musi odejść, gdzieś się zakotwiczyć.
– Tylko gdzie, jak to zrobić? – zastanawiał się.
To pytanie będzie coraz częściej nawiedzać jego rozmyślania o przyszłości. Pięknie tu, ale ziemia nie najlepsza. Ale można sobie życie ułożyć. Tak, tylko trzeba tę ziemię jeszcze mieć. A jaki bogaty rolnik zgodzi się na ożenek z jego córką? Przecież on nic nie dostanie od rodziców. To, co oni mają, przejmie jego siostra. Miał już tego świadomość, że tak się stanie. Często takie właśnie myśli go nawiedzały.
Gdy wracali z ojcem z pola, jak to się potocznie mówiło wśród mieszkańców wsi, było już ciemno, szarówka. Utrudzeni po całodziennej pracy. Wjechali na podwórko. Koniem zajął się Franek. Lubił obsługiwać Karego. Napoił i nasypał jadła do żłobu. Sitarski wchodząc do mieszkania, zauważył, że jego żona ma jakiś inny wyraz twarzy. Był przyzwyczajony do bardziej pogodnego jej zachowania, gdy wracał po całodziennej nieobecności. Zazwyczaj uśmiechała się i miała pogodne spojrzenie. W tym dniu zachowanie żony było inne, chłodne i smutne. Nie wiedział jeszcze, co jest powodem widocznego jej zafrasowania, wręcz smutku.
Mężczyźni byli zadowoleni z podanego jadła. Zgłodniali. Zjedli z apetytem, a potem zapadła cisza. Żona Sitarskiego przy jedzeniu zawsze coś mówiła. Tym razem jakby ją zatkało. Mąż zauważył jej zapłakane oczy.
– Co z tobą, żono – zapytał, widząc jej smutny wyraz twarzy. Nie odpowiedziała od razu. Sięgnęła po kopertę, którą z rozmysłem położyła wysoko na szafce, nie chcąc, by dowiedzieli się przed kolacją.
– Niech się najedzą, to im dopiero powie o urzędowym piśmie – zadecydowała. – Masz, przeczytaj – podała mężowi kopertę – dawno nie czytałeś.
Powoli otwierał kopertę. Wyjął z niej tajemnicze pismo. Biegły w czytaniu nie był. Dawno ukończył trzy klasy. Był prawie wtórnym analfabetą. Wcale się z tym nie krył, ale chwalić się też nie było czym. Były różne przyczyny, że nie ukończył szkoły podstawowej. Trochę zawinił sam, ale rodzice jego też nie byli bez winy. Miał przejąć po rodzicach część gospodarki. I tak stało się zgodnie z wolą ojca. To on przysposabiał synów do pracy na roli. Długo się przyglądał powiadomieniu o powołaniu syna do wojska. Przekazał żonie pismo.
– Masz, ty lepiej czytasz – powiedział. Przeczytała głośno, by Franek też się dowiedział co i jak. Zapanowała cisza i smutek na twarzach rodziny. Wszyscy opierali się rękami o stół, przy którym przed chwilą zjedli kolację. Głowa rodziny Michał Sitarski miał ponury wyraz twarzy. Oczy jego skierowane były w dół. Wciąż milczał. Nie padło z jego ust ani jedno zdanie. Franek był zagłębiony w myślach. Coś trawił. Zastanawiał się, co ma powiedzieć rodzicom. Przecież to jego dotyczy ta cała sprawa, to on ma przywdziać mundur żołnierski na dwa, a może i trzy lata. Nie wiadomo jeszcze.
Pani Sitarska przerwała ciszę.
– Trzeba napisać odwołanie i wysłać gdzie trzeba, najlepiej do powiatu. Niech odroczą powołanie – powiedziała zdecydowanym głosem.
– A u lekarza załatwić, że ojciec chory i nie może pracować w polu, na gospodarce – dodała. Franek rozważał słowa matki. Ale nic nie mówił. Ojciec poruszył się i po chwili zawyrokował.
– Tak, trzeba pisać odwołanie, muszą Franka odroczyć. To chyba da się załatwić z lekarzem. No, będzie kosztowało świadectwo o moim stanie zdrowia, ale trochę grosza mamy – zakończył swoją decyzję. I w tym momencie Franek, ten cichy wiejski chłopak, niemal wybuchnął krzykiem.
– Nie! Nie będzie żadnego odwołania i świadectwa o chorobie ojca! Co powiedzą sąsiedzi, których powołają? Wiedzą, że ojciec jest zdrowy jak rydz. Nie ma sensu kłamać. Pójdę do wojska – powiedział zdecydowanie.
Potem wstał i wyszedł na podwórko. Siadł na ławce. Rozmyślał. Trochę się bał tego wojska. Tyle już się nasłuchał opowiadań od tych, którzy już odbyli służbę, o wybrykach kaprali i żołnierzy drugiego rocznika wobec młodszych o rok, pogardliwie nazywanych kotami, zmuszanych do różnych nieregulaminowych czynności na rzecz tzw. „rezerwy”.
– Będę musiał sobie jakoś poradzić. Zobaczymy. Oni przeżyli, to ja też dam sobie radę – rozmyślał.
– Może się nauczę jakiegoś zawodu. A gospodarka? Wielka mi gospodarka. Siostra Tereska dostanie ją jako posag. Może lepiej wyjdzie za mąż za kogoś ze wsi. Ja mogę pracować w mieście.
Rozmyślał też o Hance, córce bogatego rolnika, z którą często rozmawiał. Zdarzało się, że razem z Hanką pasał krowy, prowadził je do rzeki, by je napoić. Krowy piły wodę, odganiając ogonami atakujące owady, które im dokuczały, szukając na ich grzbietach pożywienia, a on brał do garści zimną wodę i kropił nią Hankę. Niby wtedy uciekała, ale tak naprawdę lubiła te igraszki Franka, bo zawsze były umiarkowane i delikatne. Na jego zaczepki reagowała najczęściej wybuchem śmiechu.
Wrócił do mieszkania w dobrym nastroju, ale i z postanowieniem, że nie będzie robić odwołania, a służbę wojskową odbędzie. Czuł się już lepiej. Rodzice to zauważyli.
– I co? – zapytał ojciec.
– A no nic, idę do woja – odpowiedział. Ojciec się zamyślił.
– Chyba masz rację Franuś. My z matką jakoś sobie poradzimy z tą naszą gospodarką – powiedział to zdecydowanie. I na tym stanęło. Nie było odwołania.
Tego wieczora leżał długo, zanim sen przyszedł. Ten wieczór był dla niego wielkim przeżyciem. Franek pojedzie do wojska za parę tygodni.
Zbliżał się dzień pożegnania. Pierwsze dni października 1949 roku. Pani Michalina czyniła odpowiednie przygotowania do wyjazdu syna. Dzień rozstania z rodziną. Smutek i łzy w oczach matki i młodszej siostry. Przyszły wojak prosił, by do WKR-u nikt z nim nie jechał.
– Tak będzie lepiej dla was i dla mnie. Pojadę autobusem do miejsca zbiórki – oznajmił. Tak się też stało. Zgodnie z jego wolą. Po przyjeździe do miejsca stawiennictwa sprawdzono tożsamość poborowych. Ustawiono ich w czwórki i udali się na dworzec kolejowy. Mieli zarezerwowane wagony drugiej klasy. Podróż trwała parę godzin. Poborowi zachowywali się względnie poprawnie. Zadbali o to opiekunowie w mundurach.


Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł
Podczas podróży rozmyślał, jak tam ta jego służba będzie przebiegać. Męczyła go obawa, czy da sobie radę. Nie umie czytać i pisać. Litery zna, ale to za mało, by opanować niezbędną wiedzę w specjalności, do której go przydzielą. Kompania piechoty, strzelec. Taki otrzymał przydział. Przyjechali do pułku bez przygód. Wyciszeni, spokojni, ale i nieco wystraszeni. Była to pierwsza podróż Franka. Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł.
Nic dziwnego, że jego oczy były rozbiegane, a wyraz twarzy zdradzał niepewność i zakłopotanie. Szybko ich umundurowano i przydzielono sale żołnierskie. Niestety, wieloosobowe. W jego sali było dwanaście łóżek.
I zaczęła się tzw. unitarka, czyli podstawowe szkolenie żołnierzy. Baczność! Padnij! Powstań! – powtarzano aż do znudzenia. I te nieustanne zbiórki oraz rozejścia. Było mu trudno się do tego wdrożyć. Nie przywykł do ciągłego dyrygowania nim. Ojciec czy matka raz powiedzieli i wystarczyło. A tu? Chociaż pobudki o szóstej rano specjalnie go nie irytowały. W domu, zwłaszcza w porze letniej, też musiał rano wstawać, bywało że nawet wcześniej. Tego wymagało gospodarstwo rolne. Męczył się bardzo, gdy musiał coś przeczytać. Z początku nie przyznawał się, że jest prawie analfabetą. Zdążył już się dowiedzieć, że takich jak on jest wielu w jego kompanii.
Wszystko się jednak wydało, gdy do kompanii przyszła młoda nauczycielka i przeprowadziła sprawdzian z wykształcenia ogólnego. Do tablicy kolejno wzywała żołnierzy. Kazała im napisać np.: Kochani rodzice, donoszę wam, że jestem zdrowy, czego i wam życzę. Ale były i inne treści tego dyktanda. W ich kompanii co trzeci żołnierz został zaliczony do dodatkowego szkolenia. Pozostali z trudem, ale czytali i pisali. Na podstawie tych sprawdzianów sporządzono imienny wykaz tych, którzy objęci zostali dokształcaniem na poziomie szkoły podstawowej. Podzielono ich na klasy i rozpoczęła się intensywna nauka pisania, czytania i rachunków. W rozkazie dziennym wyznaczono dni i godziny z poleceniem zwalniania żołnierzy na lekcje dokształcające.
Nauka Frankowi szła nieźle. Był zadowolony, że może się uczyć. Każdą sposobność wykorzystywał, by nadrabiać zaległości. Starał się. Pani polonistka i matematyk nawet kilka razy już go chwalili za postępy. Nikt nie musiał Franka zmuszać do odrobienia zadanych zadań domowych. Rozumiał już, że trudno jest żyć bez minimum wykształcenia, a szczególnie umiejętności czytania i pisania. Raz w tygodniu oglądali film, a napisy po polsku były na dole ekranu. Denerwował się, gdyż miał jeszcze spore kłopoty z czytaniem. Tekst szybko uciekał z ekranu.
Mijały pierwsze miesiące służby żołnierskiej i nauki. Jeszcze listu do rodziców nie napisał. Nie odważył się ze swoją umiejętnością pisania. Nauczyciele zachęcali do nauki. Pierwsze sprawdziany i klasówki. Starał się, by wypaść w nich jak najlepiej. Ale bywało różnie. Nie zrażał się, wielokrotnie czytał popełnione błędy. Przełożeni zachęcali, przekonywali o celowości szkolenia w zakresie podstawowym. Szczególnie oficer Stanisław Pogorzelski. – Czytanie i pisanie to okno na świat – przekonywał. – Nie nauczycie się czytać, to nie zdobędziecie żadnego zawodu – tłumaczył młodym żołnierzom. A Franek tak bardzo pragnął nauczyć się jakiegoś zawodu, by nie wegetować na tych paru morgach ziemi. Niech Tereska zabiera tę gospodarkę. Marzył o zawodzie kierowcy, chociażby traktorzysty.
– Nie musi to być od razu samochód – rozmyślał wielokrotnie nad swoją przyszłością.
Minęło parę miesięcy służby wojskowej i nauki. Pani nauczycielka Leokadia Sierocka pewnego dnia zapowiedziała klasówkę z polskiego, której tematem było napisanie listu do rodziców. Rozdała kartki papieru i powoli zaczęła dyktować treść listu zaczynającego się od słów: Kochani Rodzice, donoszę Wam, że czuję się dobrze, jestem zdrów, czego i wam z całego serca życzę. Mamy dużo zajęć, bo oprócz wojska chodzę do szkoły, uczę się pisać i czytać…
W czasie pisania tego swoistego dyktanda nauczycielka podpowiadała, jak napisać poprawnie trudne słowa. Podchodziła do każdego ucznia, żołnierza i dyktowała, a piszący sami nanosili poprawki wedle wskazań nauczycielki. Niby to klasówka, ale jakże inna od tych pisanych w szkole. Po zakończeniu pisania podała żołnierzom koperty i pomogła je zaadresować, by doszły pod właściwy adres. Zebrała je i przekazała na pocztę wojskową. Listy powędrowały do rodziców.
Nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku
Pani Michalina, ojciec także, tęsknili za swoim Frankiem. Dotychczas jeszcze nie mogli razem wybrać się do niego. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Parę tygodni temu odwiedził go ojciec. Jego relacje z pobytu u Franka poprawiły trochę przygasły nastrój, jaki zapanował w rodzinie z powodu nieobecności syna. A plotki, jak zwykle o wojsku, wylatywały wróblem, a wracały wołem. Bo przecież Franek nie pisał, jak mu się tam powodzi. Wiedzieli, dlaczego nie pisał. Rodzice często wypominali sobie, czyja jest większa wina, że ich Franuś nie nauczył się pisać. Nadeszła wiosna 1950 roku. I znów przyjechał do Sitarskich ten sam listonosz, który doręczał pismo o powołaniu ich syna do wojska. Nie wchodząc na podwórko, podał list ojcu Franka.
– A od kogo to? – Niech pan przeczyta, na odwrocie jest adres nadawcy, chyba od syna – poinformował.
– Jak to syna? – ale złapał się za język, bo nie chciał powiedzieć, że ich Franek jest niepiśmienny. Gdy pani Michalina otworzyła kopertę i zaczęła na głos czytać, własnym oczom nie dowierzała, że to syn pisał do nich. W jej oczach pojawiły się łzy radości.
– Franuś, nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku. Jak to dobrze, będzie mu tam lepiej się teraz żyło – powiedziała, ale zaraz pomyślała: Oby tylko chciał wrócić na gospodarkę i ożenić się z dziewczyną ze wsi.
Na drugi dzień pani Michalina Sitarska obnosiła się z dumą wobec sąsiadów, że jej syn przysłał list przez niego napisany. Wojsko go nauczyło pisać i czytać. Już niemal wszyscy mieszkańcy wiedzieli o tym. Stało się to za sprawą rodziców Franka. Pierwszy w życiu list napisany przez ich syna. Radość zapanowała w całej rodzinie. A Franek, by wzmocnić wiarygodność powiadomienia o swoich umiejętnościach dopisał na zakończenie listu: jak przyjadę, to przeczytam wam wojskową gazetę, w której napisali, że się dobrze sprawuję i uczę w szkole naszej jednostki wojskowej. Ojciec był dumny z Franka. – A nie mówiłem, niech idzie do wojska, może się czegoś nauczy – przypisywał sobie zasługi powodzenia syna w wojsku.
Wkroczyła mechanizacja, nowoczesność sposobów uprawy ziemi, a nawet w pewnym stopniu specjalizacja upraw rolnych. On, Franek z małej wsi, mówiło się zapadłej, korzystając z obecności w jednostce przedstawicieli kilku firm państwowych, tuż przed zwolnieniem, zatrudnił się jako kierowca. Bo w drugim roku służby za dobre wyniki w nauce i szkoleniu wojskowym został skierowany na kurs kierowców, a potem woził żołnierzy na ćwiczenia.
Franek po zakończeniu służby zamieszkał w dużym mieście. Do rodzinnej wsi przyjeżdżał rzadko, ale urlopy spędzał u rodziców. Pomagał przy żniwach, a sąsiedzi mówili do Sitarskiej, że jej syn to już takie panisko, bo nie zwraca uwagi na wiejskie dziewczyny. Wówczas odpowiadała im: A co ma tu robić. Ziemi niewiele. Wojsko go wykształciło, to znalazł pracę i urządził się w mieście.
Kolejny przyjazd Franka Sitarskiego do rodzinnej wsi. Założył nowy garnitur, który kupił gdzieś okazyjnie. W 1953 roku nie było to takie proste. Wiadomo, wszystkiego brakowało. Czasy tuż po wojnie i wieloletniej okupacji niemieckiej, ale od czasu do czasu coś rzucili do sklepów, także odzieżowych. Idąc ulicą, a tylko jedna była w tej wsi, zachowywał się jak zawsze skromnie, pozdrawiając mijające go osoby. Zauważył, że niektórzy mieszkańcy znający go od dziecka nie rozpoznają go. Dopiero gdy na chwilę się zatrzymał i parę słów powiedział.
– O, Franuś, to ty, ja cię nie poznałam – odpowiedziała jedna z sąsiadek na jego ukłony. Rzeczywiście odróżniał się wśród zapracowanych mieszkańców wioski wyglądem, prezencją i pogodnym wyrazem twarzy. Wojsko wywarło na niego określony wpływ, a m.in. starał się chodzić w pozycji wyprostowanej. Ileż to razy dowódca drużyny i plutonu zwracali mu uwagę: Sitarski, wyprostujcie się. Praca w polu i na gospodarce nieco pochyliła jego sylwetkę.
I już był w domu rodzinnym.
– O Boże! – krzyknęła matka na widok syna. Była w tym czasie w warzywniku. Powitała go bardzo serdecznie. Jej pupilek przyjechał. Podziwiała jego wygląd.
– Wyrosłeś, jaki z ciebie już mężczyzna – cieszyła się, gdy Franek wręczył jej prezenty, coś z kobiecej garderoby. O ojcu i siostrze też pamiętał. Odpowiadał na jej pytania. Pozostałych członków rodziny nie było w domu. Byli w polu.
– Trochę wam pomogę.
– O, to ojciec się ucieszy.
– Mam dwa tygodnie urlopu.
– Jak to dobrze – odpowiedziała. Była to pora obiadowa.
– Gdybym wiedziała, że dzisiaj przyjedziesz, to bym zrobiła rosół z koguta, twoje ulubione jadło.
– Dziękuję, zjem to, co mama ugotowała. Tam, niby u siebie, w stołówce zakładowej nie jadam frykasów. Najczęściej kotlet mielony i zupa jarzynowa lub krupnik.
Nazajutrz wstali wczesnym rankiem. Zjedli śniadanie i pojechali na swoje gospodarstwo kosić trawę na paszę. Tereska została w domu z obowiązkiem karmienia trzody chlewnej. Dzień słoneczny sprzyjał koszeniu łąki. Chociaż lepiej się kosi trawę, gdy jest mokra, rano, po rosie. Pracowali na zmianę z ojcem. Franek umiał też robić właściwy użytek z kosy, tradycyjnego narzędzia rolników. Jeden z nich kosił, a drugi rozrzucał trawę, by szybciej i dobrze zamieniała się w siano nadające się do przechowania. Dzień minął szybko. Gdy wracali z pola, już się ściemniało.
Wojsko go dobrze przygotowało
Po urlopie wracał do zakładu. Stawił się punktualnie w nakazanym terminie. I znów wojaże i praca w warsztacie samochodowym. Lubił to, co robił. Technika samochodowa go interesowała. Wojsko go dobrze przygotowało do obsługi samochodów. Nie było mowy o odstawianiu fuszerki. Zadbał o to sierżant Bronisław Strygalski. Fajny chłop, nauczył Franka sporo. Wspominał go mile, mimo że często podnosił głos. Technika to jego słabość. Ale były wojak miał ambicje sięgające nieco wyżej od jego samochodu ciężarowego. Wiedział, by to się mogło stać realne, musi się jeszcze dużo uczyć, a on nie miał nawet matury. Trzeba podjąć próbę jej osiągnięcia – rozmyślał. Tak się też stało.
Postanowił, że będzie się uczył. Teraz popołudnia i wieczory miał zajęte. Dlatego było mniej spotkań z Olą. Uczył się w wieczorowym liceum dla dorosłych. Miał kłopoty z fizyką i matematyką. Zwrócił się z prośbą o pomoc do jednego z uczniów starszego wiekiem. Pomagał. Czasami dziękując mu drobnymi prezentami. Ola, oczywiście była niezadowolona, że nie ma dla niej czasu. Nie zamartwiał się z tego powodu. Chłopski uparciuch. Po pracy brał się za książki. Z determinacją je wertował. Dalej na urlopy jeździł do rodziców. Zabierał całą stertę podręczników. Tu już nie liczył na pomoc od nikogo.
W jego wiosce nie było jeszcze mieszkańca z maturą. Będą dopiero po latach, a nawet z wyższym wykształceniem, a w tym inżynierowie rolnictwa. Rodzice nie przeszkadzali. Niech Franuś się uczy, przed nim przyszłość. Były wiejski analfabeta, któremu wojsko podało rękę, stworzyło warunki do nauki i osobistego rozwoju, chciał być kimś, coś osiągnąć, co by się liczyło w jego środowisku. Po czterech latach nauki kończy maturę. Ma już średnie wykształcenie. Zauważono to w jego zakładzie. Otrzymał nagrodę od dyrektora huty. Stawiany jest za wzór robotnika, kierowcy, który się dokształca. Jego zdjęcie z opisem zamieszczono na tablicy wyróżniających się pracowników. Proponowano mu wstąpienie do PZPR, lecz odmówił. Powiedział sekretarzowi, że ideologia i polityka go nie interesują.
Gomułka wrócił
Zbliżały się lata tzw. odwilży politycznej, zrywania ze stalinizmem, którego ideologia niewiele miała wspólnego z demokracją. Przeżywał wydarzenia czerwcowe 1956 roku w Poznaniu. Kiedy Władysław Gomułka wrócił do polityki, Franek pierwszy raz w życiu wystąpił na zebraniu załogi, mówiąc z trybuny przez mikrofon. Był to wiec poparcia dla nowych władz. Powie później, że jak przemawiał, to miał wielką tremę, nogi drżały, nie panował nad nimi. Dopiero po paru zdaniach trochę się opanował. Gdy skończył, zerwała się burza oklasków. Był mile zaskoczony taką owacją. Syn rolnika z małej wioski mimo młodego wieku został zauważony przez środowisko robotnicze, bo mówił po ich myśli, rozsądnie. Ten fakt miał duże znaczenie w jego dalszym rozwoju. Uwierzył we własne siły, że może więcej. On, były analfabeta, jest słuchany przez setki ludzi. Był to dla niego bardzo istotny impuls do dalszego samodoskonalenia. Nie wiedział jeszcze, że jest dopiero na początku drogi do sukcesu. Przełamywał w sobie poczucie niewiary, że stać go na więcej.
Nasz bohater podjął studia w wyższej szkole rolniczej na wydziale mechanizacji rolnictwa. Było mu ciężko. Pracował i uczył się, by nie być ciężarem dla rodziców. Ale z uporem chłopskim zaliczał kolejne lata nauki.
Był już ważnym inżynierem
Gdy kończył studia, zbliżał się już do trzydziestki. Inni, także koledzy, w tym wieku już dawno się ożenili i założyli rodziny. Mieli dzieci. On nie. Może dlatego, że chciał coś osiągnąć. Zmienił pracę. Był już ważnym inżynierem w instytucji pracującej na rzecz rolnictwa, jego mechanizacji i unowocześniania sposobów upraw rolnych. Z Olą już dawno mu się nie układało. Rozluźnił z nią kontakty. A nieco później przestali się spotykać. Powiedziała mu, że jest dziwakiem, z którym trudno się dogadać. Nie wiedział do czego ona zmierzała. Po tej sprzeczce przestali się spotykać. Jeździł do rodziny na wieś. Spotykał się z Hanką. Jedynaczka, córka bogatego rolnika, nieźle gospodarującego, miała wielu zalotników. Ale myślała o Franku. Rodzice byli źli na nią.
– Zostaniesz starą panną, jak będziesz tak grymasić, żaden ci się nie podoba – strofowali córkę. A ona wyrosła już na pannę na sto dwa, jak to mówiono we wsi o Hance. Gospodarna, ale i garnęła się do książek. Pożyczała je z biblioteki gminnej, dziś na pewno zlikwidowanej, bo nie ma pieniędzy na upowszechnianie czytelnictwa. Hanka, czytając książki i czasopisma, jakby coś przeczuwała, że całe życie będzie z człowiekiem wykształconym i światłym o zainteresowaniach nie tylko technicznych, lecz także humanistycznych.
Praca Franka w instytucji państwowej, niby rolniczej, nie dawała mu satysfakcji i zadowolenia.
– Ta biurokracja. Komu to jest potrzebne? – często wypowiadał się krytycznie o ich instytucji. Jego stosunek do tego, co robił, nie mógł się podobać jego przełożonym. A on chciał czegoś innego. Marzyła mu się praca bezpośrednia w produkcji rolnej. Dość często przyjazdy do rodzinnej wsi nie pozostały bez wpływu na jego wybór charakteru pracy. Z Hanką coraz bardziej zbliżali się do siebie. Mieli wspólne zainteresowania. Podobała mu się. Była ładną dziewczyną, a w dodatku oczytaną. Konkurencja była duża. Wiedział, że o jej rękę zabiega kilku rolników. Ona jednak nie mogła się zdecydować. Myślała o jednym, o Franku.
Liczyła na to, że może się wreszcie zdecyduje. Imponował jej nie tylko jako mężczyzna, ale również podejściem do życia i pracy. Ojciec jej też miał słabość do Franka, mimo że wiedział, iż nie ma nic, bo ich gospodarstwo obejmie jego siostra. Ale ten dojrzały już chłopak wzbudzał w nim duże zaufanie. Widział w nim dobrą przyszłość dla swego gospodarstwa. Rolnik inżynier. Jeszcze tego nie było w historii całej gminy. Nic dziwnego, że myślał o przyszłości córki, jedynaczki, ale także o dobrym spadkobiercy, który dalej poprowadzi dobrze jego ojcowiznę, a nie tak, jak ci z końca wsi.
Stało się po jego myśli. Młodzi spacerowali w niedzielę po wyjściu z kościoła. Prowadzili dialog. Wracali drogą polną na przełaj do domów. Mocno ją ściskał za rękę. Będąc blisko przy niej, tulił ją delikatnie, oglądając się, czy ktoś nie idzie przez pola. Raptownie zatrzymał się. Stał przed nią. Bardzo blisko. Dotykali się. Wolno twarz skierował do ust Hanki, całując ją delikatnie, powoli. Później w szyję. Nic nie mówili. I odważył się.
– Haniu, nie wiem, jak mnie potraktują twoi rodzice, ale chcę się z tobą ożenić. A jak wiesz, ja nie mam nawet morgi ziemi – wydusił. Chwila przerwy, potem kolejne pocałunki i pytanie, czy chce zostać jego żoną. Spojrzał jej głęboko w oczy. Hanka westchnęła. Widział jej oczy, które żarzyły się ciepłym blaskiem. I w tym momencie już był pewny, że ona powie tak. Ale nie nalegał. Czekał. Jej usta i piersi poruszyły się i odpowiedziała głosem zdecydowanym.
– Tak. A następnie dodała, że jej rodzice są mu przychylni i zgodzą się na małżeństwo z nim. Ale nie powiedziała, że ojciec marzył o takim zięciu jak on. Powie mu, kiedy już będą małżeństwem. Po tych słowach stali dłuższy czas, obejmując się. Pocałunkom nie było końca. Gdy już się nasycili, ruszyli w dalszą drogę. Postanowili, że pójdą do jej rodziców i Franek poprosi o jej rękę.
Kiedy przyjechał kolejny raz do rodzinnej wsi, udali się z Hanką w niedzielę na dłuższy spacer wzdłuż ich rzeki. Tak ją nazywali, Bug, nasza rzeka. Z Sokołowa Podlaskiego, jak zwykle w każdą niedzielę, przyjechało sporo osób. Woda zachęcała do kąpieli, a była czysta jak w studniach wiejskich. Żyło w niej bogactwo różnych ryb. Oj, niejednego rolnika ratowały one przed głodem, kiedy na polach jeszcze wszystko dopiero kiełkowało. A w porze letniej to dopiero jest tam gwarno. Na wypoczynek ściągają tu liczne rodziny z miast i małych miejscowości, by baraszkować w czystej wodzie. Tak jest niemal w całym dorzeczu Narwi, łącznie z Bugiem.
Ale teraz, wiele lat po wojnie, pejzaż tego regionu ma już inny koloryt. Wybudowano tu różne siedliska, domy letniskowe, hotele i pensjonaty. Wcześniej, w latach młodości Hanki i Franka, organizowane były zbiorowe wyjazdy chętnych nad wodę. Kto miał samochód? Prawie nikt. Przewożono wycieczkowiczów samochodami ciężarowymi i nielicznymi jeszcze autobusami firm państwowych i prywatnych, m.in. Jacha, mieszkańca Sokołowa Podlaskiego.
Po latach Franek Sitarski przywoła Hance, już swojej żonie, słowa wypowiedziane na ich spacerze. I rzeczywiście, region ten stopniowo zmienia się, chociaż miejscami w konflikcie z przyrodą, z jej naturą i urodą, oczywiście właściwą sobie specyfiką regionalną. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że nie tylko do medycyny odnosi się zasada „przede wszystkim nie szkodzić”. Te mądre słowa mają też odniesienie do otaczającej nas przyrody, jej krajobrazów.
Hanka z uwagą słuchała słów Franka, zgadzała się z nim, ale powiedziała, że czuje się jednak najlepiej w swoim domu i wśród życzliwych sąsiadów ich wioski. Podobała mu się jej wypowiedź. – No pewnie, w tym twoim ogrodzie kwiatowym nie można źle się czuć – powiedział, uśmiechając się do swojej wybranki.
– A czy wiesz, kiedy posadziłam te róże, które rosną i zdobią nasz dom od drogi? – spytała.
– Nie, nie wiem – odpowiedział Franek. Wzięła głębszy oddech i nieśmiało powiedziała: Posadziłam je wkrótce po tym, kiedy wręczyłeś mamie piękne kwiaty. Był to bukiet z siedmiu pięknych czerwonych róż. To wówczas postanowiłam, że ja również muszę mieć w ogródku te kwiaty. Franek słowa Hanki przyjął z nieukrywanym wzruszeniem.
Gospodarstwo się powiększało
Po ślubie z Hanką Franek na stałe przeniósł się na wieś. Był już gospodarzem pełną gębą. Teść widząc jego zapał i dobre pomysły, by racjonalnie uprawiać ziemię, dał mu dużo swobody w prowadzeniu gospodarstwa. Nie przeszkadzał, widząc dobre i nowoczesne pomysły swojego zięcia. A zięć był w swoim żywiole, inicjatywa i energia pchały go do sukcesów w plonach i hodowli, którą znacznie rozbudował. Żyli zgodnie. Gospodarstwo się powiększało.
Kupili już sporo ziemi od spadkobierców upadłych gospodarstw. Przybyło maszyn. Był już traktor. Myśleli o kombajnie do zbioru zasiewów. Nie musiał już Borkowski drałować za pługiem, bo Franek siedział na traktorze, orząc wspólnie z teściem ziemię. Chociaż teść już wielokrotnie mówił, jedząc posiłek w polu, że to wszystko jest młodych, tylko trzeba to formalnie załatwić.
– Ojcze, nie tak szybko, trzeba jeszcze trochę pogospodarzyć – odpowiadał Franek.
Te jego słowa w myślach przyjmował z zadowoleniem, bo czuł się potrzebny zięciowi i córce. Praca młodego rolnika paliła się w rękach i pochłaniała go bez reszty. Żyli zasobnie. Dużo sprzedawali zboża i żywca. Mleko odstawiali do mleczarni. Hanka urodziła już dwoje dzieci, córkę i syna. Babcia zajmowała się nimi. Jedna albo druga. Wnuki były kochane przez obie. Maszyny do upraw odciążyły ich ręce od pracy w polu. Dojenie krów też odbywało się przez elektryczne dojarki. Wieś już była zelektryfikowana.
Hanka, rozmawiając z mężem i słuchając planów rozwoju ich gospodarstwa, planów jego powiększenia, powiedziała, że czasami nachodzą ją takie różne myśli, że chce on być dziedzicem całej wsi, jej właścicielem.
– No i co w tym złego – wtrącił się jej ojciec do tej rozmowy. – Ziemia powinna dawać plony, a nie zarastać chwastami. Nie widzisz tego wokół nas? Przecież spadkobiercy chcą sprzedać kilka gospodarstw, które już od kilku lat są nie uprawiane, ziemia jałowieje. Naturą ziemi jest rodzić żywność, dawać plony.
A Sitarski rzeczywiście sporo już wykupił ziemi od młodych spadkobierców uprawiających różne zawody w miastach. – Ale z wykupem całej ich wsi to była gruba przesada, przecież mąż mojej siostry, Stanisław Grzelak, całkiem nieźle gospodarzy – dodał Franek.
– Jego gospodarstwo się rozwija, ma już kilka nowych maszyn rolniczych, planuje też kupno ciągnika.
– To prawda, nasze gospodarstwa rolnicze wciąż są rozdrobnione, małe, niedochodowe – powiedział teść Franka, popierając jego plany rozwojowe dotyczące gospodarstwa.
– Mamy nową, dużą oborę, zwiększymy trzodę chlewną i liczbę krów, będzie trzeba więcej paszy dla zwierząt. Można wziąć pożyczkę z banku na te dwa hektary, które graniczą z naszą ziemią i nie są uprawiane już od kilku lat. Spadkobiercy chcą je sprzedać.
– Popieram propozycję mojego teścia – odpowiedział Franek.
Gospodarstwo się wciąż powiększało o kolejne hektary ziemi. Bank udzielił kredytów. Byli wypłacalni. Było to gospodarstwo rolne liczące już kilkadziesiąt hektarów ziemi. Pan Stanisław Borkowski dumny chodził na spotkania rolników. – To wszystko, co mamy, to praca i starania mojego zięcia, Franka, nie moja, ja mu tylko trochę doradzam – często mówił, gdy go chwalono za dobre gospodarowanie. Frankowi dobijała już pięćdziesiątka.
Trudne, dramatyczne lata
Przyszły lata osiemdziesiąte. Trudne, wręcz dramatyczne. Oczywiście Sitarski interesował się tym, co dzieje się w kraju. Dramatyzm życia Polaków bardzo go uczuciowo dotykał. Nie był obojętny. Oglądał telewizję i czytał gazety, ale był na uboczu wielkiej polityki. Nawet podziały w ruchu ludowym specjalnie go nie zajmowały. Na wsi też było paru krzykaczy. Nie przyłączył się do nich. Robił swoje, a im też radził, by myśleli lepiej o swoich gospodarstwach, a mniej zajmowali się polityką. On produkował żywność i sprzedawał ją także firmom prywatnym. Ale najlepsze interesy były z firmami państwowymi.
Wszystko kupowano na pniu, zabierając nawet swoim transportem. Później za parę lat, kiedy już będzie starszy, to wszystko weźmie w łeb. Produkcja stanie się nieopłacalna. Będą nawet kłopoty ze zbytem produkcji rolnej. Z żalem patrzył na plantację czarnej porzeczki sąsiadów. Dawniej przyjeżdżali i kupowali wszystko po dobrych, opłacalnych cenach. Teraz nawet nie opłaca się zrywać, bo ceny są poniżej kosztów produkcji. On jednak sobie radzi. Zmienia od czasu do czasu rodzaj upraw i wychodzi na swoje. Nie dał się zdusić przez wolny rynek dostosowując się do nowych jego reguł.
Dziś po latach jedno zdarzenie chętnie wspomina. Do ich gminy przybyła wojskowa grupa operacyjna. Zajmowała się stopniem realizacji zadań przez administrację gminną, a zwłaszcza dotyczących spraw rolnych. Chodziło m.in. o mechanizację rolnictwa, działalność kółek rolniczych, zaopatrzenie w nawozy i środki ochrony roślin. Ppłk S. Pogorzelski wizytował wsie gminy. Przejeżdżał m.in. przez wieś, w której mieszkał Franek Sitarski. Jego gospodarstwo wyróżniało się szczególnie, zadbane, porządek i sporo maszyn pod wiatą. Towarzyszył mu przedstawiciel administracji gminnej. Jadąc, przypatrywał się zabudowaniom. Wzrok skierował na zabudowania rodziny Franka, w tym dużą oborę dla bydła i trzody chlewnej.
– O, to jakiś dobry gospodarz, nowoczesny rolnik, jaki tu porządek – powiedział. – Proponuję się zatrzymać, właściciel zabudowań, Sitarski jest na podwórku – oficer chętnie odniósł się do propozycji towarzyszącej mu osoby.
Oczywiście w tym momencie nazwisko Sitarski nic mu nie mówiło. Służył na wielu stanowiskach dowódczych, były setki, a może i tysiące jego podwładnych żołnierzy. Zatrzymali się przed domem. Wyszedł do nich mężczyzna w sile wieku. Jeszcze młody , ale dotykał go już szósty krzyżyk. Przywitali się. Oficer wypowiedział kilka pochlebnych słów o zabudowaniach, wyróżniających się na tle innych. Franek podziękował za słowa uznania. Ale zachował się trochę jakoś sztywno i na chwilę zamyślił się. Przyglądał się bacznie gościowi, przybyłemu oficerowi. Jednak rozpoznał go. Nie mylił się. To jego dowódca plutonu z wojska ppor. S. Pogorzelski. Wymienił jego nazwisko, oczekując potwierdzenia.
– Tak, to moje nazwisko. Pan mnie zna? – zapytał.
– O tak, o panu to ja nigdy nie zapomnę. – Pan inżynier Sitarski – przedstawił go urzędnik gminy, najlepszy rolnik w całej gminie.
– A skąd pan mnie zna?
– Można by długo o tym mówić. Ale powiem krótko: To pan opiekował się grupą żołnierzy analfabetów w jednostce w Wesołej w 1949 roku? To dzięki panu jestem kimś. Nie umiałem czytać i pisać. To pańskie słowa wywarły na mnie pozytywny wpływ.
Oficer był wyraźnie wzruszony słowami inżyniera Sitarskiego. Jakże miłe były one dla niego. Ale nie pozostał mu dłużny.
– To pańska praca nad sobą, ambicje bycia kimś w życiu spowodowały, że jest pan dziś rolnikiem z wyższym wykształceniem odnoszącym sukcesy. To, co było podczas służby wojskowej, to tylko początek tej długiej drogi do dzisiejszych osiągnięć. Wojsko otworzyło panu tylko okno na otaczający nas świat i rzeczywistość życia człowieka w tym świecie – oznajmił.
Zaprosił oficera i towarzyszącą mu osobę do mieszkania. Odbyła się mała biesiada przy stole. Serdecznie częstował gości tym. co było w dobrze zaopatrzonej lodówce. Był kieliszek wódki. Wspominali młode lata, bo przecież ppłk Pogorzelski był od niego starszy tylko o trzy lata. Było bardzo serdeczne pożegnanie. Zapraszał na kolejną wizytę prywatną. Oficer wsiadł do samochodu i trawił słowa Sitarskiego: No widzi pan, potrzeba było tak niewiele, by pomóc człowiekowi rozwinąć skrzydła do lotu po wiedzę, która pozwoliła dojść do czegoś.
Opowieść o Franku Sitarskim to tylko jednostkowy symboliczny przykład przemian, które dokonały się na polskiej wsi, tu, na wschodnich obrzeżach w latach Polski Ludowej.

Podaj koniecznie

„Śmiech jest dla duszy tym samym, co tlen dla płuc”
Louis de Funes

Teatr Podaj Dalej jest to mały teatr zawodowy z Warszawy istniejący od 2014 roku. Zespół stanowi kilkoro zaprzyjaźnionych aktorów, którzy postanowili zacząć samodzielnie pisać sztuki i występować. Ich autorskie spektakle nie są grane przez żaden inny zespół.
Nie mają swojej siedziby i korzystają z gościnności domów kultury w całej Polsce. Dzięki temu odwiedzili już kilkadziesiąt miast, miasteczek i wsi, znajdując również miejscowości, do których nie dotarł jeszcze żaden teatr profesjonalny. Grając w takich miejscach widzieli szczęście oraz wzruszenie widzów. Dla wielu osób był to pierwszy kontakt z żywym teatrem. Widzowie mogli się przekonać, że nie zawsze sztuki są pisane trudnym językiem oraz że nie muszą odbywać podróży do najbliższego miasta, by obejrzeć spektakl. Goszcząc aktorów u siebie mogli poczuć się swobodnie i dzięki temu otworzyć się na świat kultury. Chętnie wracali na kolejne sztuki, zachęcając również rodziny i znajomych.
Dla Teatru Podaj Dalej bardzo ważne jest, żeby język sztuk był prosty, zrozumiały dla przeciętnego widza. Chcą pokazywać, że teatr to miejsce przyjazne dla każdego, otwarte na kontakt z publicznością oraz pełne możliwości. Bardzo chętnie rozmawiają z ludźmi, są ciekawi ich historii, opinii oraz przeżyć po obejrzanych sztukach.
Widzom podoba się połączenie komedii z poruszanymi w niej tematami, które są aktualne i odzwierciedlają problemy współczesnym ludzi. W końcu poprzez śmiech łatwiej jest mówić o sprawach trudnych. Uważają, że sztuka powinna bawić oraz stawiać pytania, na które widz sam będzie szukał odpowiedzi.
Teatr Podaj Dalej bardzo chce łączyć ludzi i przekonywać, że lepiej jest budować mosty niż stawiać mury. Każdy człowiek jest ważny i wyjątkowy, ma talenty, którymi może się podzielić z innymi, cele, które łatwiej realizować w grupie. Zespół jest otwarty na ludzi kochających teatr i wszelkiego rodzaju pasjonatów.
Działalność teatru można obserwować na ich profilach: na Facebooku, Instagramie oraz powstałym niedawno kanale Youtube.

Kolory opowieści

„Miłość Adama do Antoniny skończyła się nagle. Odszedł bez wyjaśnienia. Została po nim pustka, dziesiątki pytań bez odpowiedzi. Odszedł jak drań…

Ta decyzja jednak również dla niego oznaczała katastrofę. Kochał Antoninę i nienawidził losu, który zmusił go do odejścia. Bo prawda, odkąd ją poznał, była jak kamień u szyi topielca.
Czy jest dla nich nadzieja? A może lepiej, żeby już nigdy się nie spotkali? Debiutancka powieść Edyty Kahl-Łuczyńskiej to nie tylko historia o miłości. „Poza prawdą” to opowieść o losie, który daje lub odbiera. O sprawach, na które nie mamy wpływu. O cierpieniu, stawaniu w obliczu prawdy o sobie i pozbywaniu się złudzeń, a także o odwadze, by zaczynać jeszcze raz od nowa.
Kolorów opowieści dodają malownicze pejzaże Dolnego Śląska, smakowite dania, dobre wina i wiele innych elementów, które sprawiają, że trudno jest oderwać się od tej książki. Tytułowa prawda pozostaje tajemnicą aż do samego końca” – tak przedstawia wydawnictwo powieść „Poza prawdą”. Jej autorka, Edyta Kahl-Łuczyńska jest doktorem nauk humanistycznych, pedagożką, także logopedką, terapeutką dziecięcą pracuje na Uniwersytecie Zielonogórskim jako wykładowczyni historii.
Jak zauważa w swojej notce edytor, „pisanie jest jej wielką pasją i katalizatorem emocji. Pisząc, dzieli się ze światem tym, co, w jej poczuciu ważne, zajmujące, piękne oraz uniwersalne”.
Podzielam opinie zawarte w notce wydawniczej powieści „Poza prawdą”. Jej czytelnicy poznają skomplikowaną historię wielopokoleniowej rodziny, z jej tajemnicami i niedopowiedzeniami. „Poza prawdą” jest co oczywiste o miłościach szczęśliwych i miłościach skomplikowanych, nieszczęśliwych, ale ważnych. I o decyzjach z przeszłości, które wywołują skutki w teraźniejszości bohaterów, zwłaszcza Antoniny i Adama.
Ich losy oraz losy ich bliskich niewątpliwie zainteresują czytelników, a zagadka z pierwszych stron powieści faktycznie znajdzie swoje rozwiązanie dopiero na jej końcu.”Poza prawdą” jest dla wszystkich, którzy lubią sagi rodzinne, a lektura tej opowieści powoduje, że czytelnicy, a zwłaszcza czytelniczki zastanawiać się mogą czy ciąg dalszy nastąpi, czy dowiemy się jak potoczą się losy bohaterów.
Edyta Kahl-Łuczyńska – „Poza prawdą”, Axis Mundi Wydawnictw, Warszawa 2020, str. 441, ISBN 978-83-66451-04-9

Przyszłość człowieka analizą przeszłości pisana

Nie ma właściwie ważniejszego zagadnienia aktualnego i przyszłościowego, niż współczesna analiza pożądanej wizji człowieka przyszłości. Już od dłuższego czasu uznaje, że bez kreacji takiej wizji, grozi globalnej ludzkości katastrofa gatunkowa. Ale nie tylko całej ludzkości ale zwłaszcza naszemu narodowi. Dlatego też, próbuje w swej twórczości zdefiniować tą wizję, zarówno na podstawie analizy teraźniejszych doświadczeń człowieka, jak i analizy jego przeszłości.(1)

Jednakże , ostatnie wydawnictwo wybitnej, reprezentantki współczesnej filozofii prof. dr hab. Marii Szyszkowskiej, kandydatki do Pokojowej Nagrody Nobla, wieloletniej profesor Uniwersytetu Warszawskiego a teraz Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie, członek jej Senatu niezwykle wzbogaciło i rozszerzyło kształtowaną ofertę z tego zakresu.
Istota tego rozszerzenia polega na tym, że cytowana autorka wskazała w swojej ostatniej książce (2), że w kreacji wizji człowieka przyszłości, ogromna rolę, nie tylko może, ale wręcz musi odegrać doświadczenie kreacji człowieka przeszłości a w wypadku Polski, czas pierwszego okresu powojennego (1944-1989). Z analizy tego nowatorskiego dzieła wynika bowiem, że podstawa współczesnej kreacji człowieka przyszłości, nie tylko powinna być analiza procesów zalążkowych jego kreacji, w minionej epoce, ale też doświadczenia ludzi ,w tym poszczególnych jednostek ludzkich w takiej jego kreacji, której odpowiednia kontynuacja, nie tylko może, ale powinna służyć opracowaniu pożądanej wizji człowieka nadchodzących czasów. Obok bowiem wielkich procesów historycznych, które kształtowały i ukształtują podstawy współczesnej niezbędnej wizji człowieka przyszłości, doniosłą rolę w tej kreacji, odgrywają indywidualne doświadczenia ludzi a zwłaszcza ich dorobek, który dla tej kreacji, posiada fundamentalne- niedostatecznie dotąd uwzględniane w historiografii- znaczenie doświadczenie zarówno zbiorowe jak i indywidualne.
Niezwykle dobrze się stało, że do tych indywidualnych doświadczeń i to okresy powojennego (1944-1989), sięgnęła prof. M. Szyszkowska, w wydanej ostatnio swojej książce. I trzeba przyznać, że ten ogromny zestaw doświadczeń ludzkich kreacji człowieka, który zawiera to dzieło, wydaje się w świetle jego analizy, nie tylko równie ważne do opisu historycznych procesów, bez których nie można zaprojektować wizji człowieka przyszłości, ale jest też konieczny i wręcz nieodzowny do odpowiedniego zaprojektowania go na przyszłość.
Dotyczy to przy tym, zarówno doświadczeń zbiorowych ludzi epoki, którymi zainteresowali się autorzy wspomnianego dzieła, pracujący z inicjatywy i pod kierownictwem prof. M. Szyszkowskiej, ale też do ich indywidualnych doświadczeń w tej dziedzinie. Z doświadczeń zbiorowych, warto zwłaszcza zwrócić uwagę na relację Bożeny Termer, która zajęła się problematyką mody w klimacie tamtych lat, jak też Krystyny Leśniak- Moczuk, która zajęła się kultura ludową PRL, czy Anny Cordes, czyniąca przedmiotem swego zainteresowania, upowszechnienie kultury w PRL.
Wiele też uwagi poświecono innym pozornie peryferyjnym problemom z tego punktu widzenia, ale równie ważnym, jak poprzednio wymienione, chociażby takich jak szkic Jacka Andrychiewicza, poświęcony weterynarii w PRL, czy Andrzeja Ziemskiego, dotyczący dziennikarstwa tego okresu. We wszystkich tych szkicach znajdujemy wiele ważnych informacji, które zagubiły się w zbiorowej pamięci ostatnich lat, w których liczne kłopoty i problemy, zepchnęły zainteresowanie nimi, na dalekie peryferiom, aż do zapomnienia włącznie.
Specjalne miejsce w tej odnawianej pamięci, we wspomnianym dziele, odgrywa też przypomnienie kultury i oświaty, w których wielkie sukcesy w powojennej Polsce, niedostatecznie kontynuowane po 1989 roku, stanowią istotny czynnik kreacji wizji człowieka przyszłości. Pozwoliłem sobie, aby jako współautor tego dzieła, przypomnieć niezwykłe osiągniecia pedagogiki i oświaty powojennej Polski, zwłaszcza związane z epokowym historycznym znaczeniem wkładu do tego rozwoju , takich postaci jak prof. Bogdan Suchodolski, których nie udało się go zniszczyć, gorliwym apologetom Polski po 1989 r, choćby w postaci prof. Zbigniewa Kwiecińskiego, który ten niezwykły dorobek, chciał w swych publikacjach wyrzucić na śmietnik historii. Zresztą ta tendencja nie została do końca przezwyciężona i we współczesnych czasach, gdy w obszernym .wręcz monstrualnie wielkim podręczniku pedagogiki (ponad 1000 str. druku), olbrzymi dorobek prof. Bogdana Suchodolskiego, jest o wiele mniej cytowany, niż dorobek naukowy prof. Zbigniewa Kwiecińskiego i prof. Bogusława Śliwerskiego, wysuwających się na czoło współczesnego pedagogicznego życia w naszym kraju (3).
Jednocześnie jednak, wiedza o oświacie w PRL, która jest obecnie przemilczana, została w stosunku do jej odpowiedniej rangi, potraktowana przez Mirelę Nawrot, w jej ciekawym szkicu, poświęconym wychowaniu przedszkolnemu. Jednocześnie ta część oświatowa wspomnianego dzieła, jest w dużej mierze wzbogacona i uzupełniona szkicem Janusza Szymborskiego, poświęconym kulturze zdrowotnej tego okresu czasu.
Jednakże, chciałbym podkreślić ze szczególną mocą, że wiedza o minionych czasach, byłaby uboga i niepewna, gdyby we wspomnianym dziele, nie zwrócono tak wielkiej wagi, na swoisty urodzaj ludzi wielkiego dorobku intelektualnego i naukowego, ale też politycznego, w który brzemienne były dzieje PRL, które obecnie mogą i powinny być obiektywniej oceniane. Niż bezpośrednio po 1989 r.
Do postaci szczególnych, które przywołane w tym dziele wprowadzają nas w problem wielkich postaci historycznych, w których brzemienny był okres powojenny, warto wymienić takie postacie, jak Tadeusz Kotarbiński, Bolesław J. Gawecki, czy opisany wyjątkowo barwnie przez współautorkę i twórczynie tego dzieła prof. Marię Szyszkowską Julian Aleksandrowicz. Jednakże wiedza o tym byłaby niepełna, gdyby nie uwzględnić w tym spisie szkicu księdza Zbigniewa Iwańskiego, poświęconego prymasowi Polski Stefanowi Wyszyńskiemu.
Jednakże prezentowane dzieło, charakteryzuje się tez tym, że obok postaci wybitnych, w których cechy pozytywne są nadrzędne nad słabościami i ułomnościami człowieczymi, zaprezentowano też postacie, które w powojennej rzeczywistości polskiej i po części światowej, też odegrały istotną rolę choć nie zawsze pozytywną. Oczywiście w bilansie plusów i minusów tych postaci, każdy z ich prezenterów, posłużył się własna miarą i w dużej mierze, też subiektywnymi wskaźnikami wag i miar ich oceny, wydaje się, że wystąpiło w wielu wypadkach spornych i kontrowersyjnych. Jednakże w przeciwieństwie do współczesnych podręczników historii, postaci tych nie tylko nie przemilczano, ale poświecono im znaczne miejsce.
W tym do szczególnie znaczących postaci z tego panteonu, wymienić należy przede wszystkim Bolesława Piaseckiego, człowieka., który przeszedł ogromna ewolucje od skrajnie prawicowej orientacji w międzywojennej Polsce, do budowania środowiska katolickiego, które naprzeciw wszystkim i każdemu z jego inspiracji, szukało sposobu na współpracę wierzących i niewierzących, katolików i marksistów, od pierwszych lat istnienia PRL, do długiego okresu jego funkcjonowania.
Oczywiście można mieć różna ocenę tej postaci, podzielać i nie podzielać poglądów na ten temat Tadeusza Mędzelowskiego, który opisał tą postać, ale dobrze się stało, że redaktor i twórca tego dzieła, nie pominął go w panteonie prezentowanych osób, w tym ciekawym bilansie PRL.
Inna, jeszcze bardziej kontrowersyjną postacią w zakresie jej roli w PRL, jest postać Edwarda Gierka, górnika polskiego, działającego we Francji, który przez długi okres czasu, faktycznie zarządzał PRL i w dużej mierze, nie tylko przyczynił się do jej eksperymentów szukających drogi przezwyciężenia ciągłego popadania w coraz większe kryzysy, ale w dużej mierze, przyczynił się do niezdolności ich przezwyciężenia i ostatecznego historycznego pogrzebania tych rozwiązań ustrojowych, dość istotnych w naszym narodowych dziejach.
Natomiast prezentacja Edwarda Karolczuka –Wojciecha Jaruzelskiego- jest jeszcze bardziej dyskusyjna, niż Bolesława Piaseckiego i Edwarda Gierka, albowiem to jemu przypadła funkcja grabarza PRL a meandry jego życia, są przepojone o wiele ciemniejszymi kartami, niż B. Piaseckiego czy E. Gierka.
Jednakże przywołanie na stronach tego dzieła, obok innych osób Wojciecha Jaruzelskiego, wydaje się o tyle słuszne a nawet konieczne, że dzieje PRL bez przywołania tej postaci, byłyby niepełne a nawet brzemienne w fałszerstwa.
Natomiast można też się zgodzić z poglądem, że w stosunku do obu poprzednio wymienionych postaci, które też nie były gigantami, jest to postać, która swój egzamin historyczny- przyznajmy, że trudniejszy od innych warunkach – zdała o wiele gorzej, niż wszyscy inni. I gdyby stawiać za poszczególne biografie stopnie, to uzyskałaby stopień niższy, od poprzednio wymienionych postaci. Jej cecha charakterystyczną bowiem-czego autor nie uwzględnił w jej prezentacji-była swoista deformacja, której podlegają wojskowi, we wszystkich wojskach świata a myślę, że w Ludowym Wojsku Polskim, przybierała ona bardziej jaskrawa postać, niż w innych armiach świata.
Osobna i dość niespodziewana postacią spoza naszej ojczyzny, jest przywołanie w cytowanej książce pamięć Lwa Trockiego. Pozornie narusza to jej kompozycję i stanowi swoisty wyjątek sięgnięcia do postaci zagranicznej. Jednakże jeśli się przyjrzeć bliżej, to jej uwzględnienie w tym dziele stworzyło dobra podstawę, zarysowania tła, w których kształtowała się PRL.
Lew Trocki, to przecież obok Lenina i Stalina, współtwórca i realizator bolszewickiej rewolucji 1917 r., która w swej istocie i w zamiarach jej twórców, miała znieść z powierzchni ziemi, niepodległe państwo polskie powstałe w 1918 roku i która wniosła niemały wkład w próbę realizacji tego zniesienia. Jednakże, jest to też postać wskazująca, jak znaczna część twórców bolszewizmu, sama nie godziła się na jego ewolucję, ale która też za awansową rewolucja unicestwiała i pozbawiała szansy współdziałania z nią w wyższych fazach rozwoju.
Z punktu widzenia kreacji człowieka przyszłości, dowodzi ona niezbicie, że komunizm w radzieckim wydaniu , nie tolerował wybujałych osobowości swoich współtwórców. Jednakże , przywołanie na łamach książki tej postaci, znacznie wzbogaciło jej treść o problemy rangi uniwersalnej.
Innymi słowy, ukazała się na rynku wydawniczym pod redakcją wydawnicza prof. Marii Szyszkowskiej książka, która daje lepszą, niż dotąd szanse, zdefiniowania wizji człowieka przyszłości. A od tego zależy pomyślny rozwój człowieka naszych i nadchodzących czasów.

(1) Znalazło to wyraz szczególny w dwóch moich ostatnich książkach pt. „Człowiek przyszłości” , Wydawnictwo Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Giedroyciai Wydawnictwo ASPRA – JR , Warszawa 2019 i „Wizja człowieka przyszłości”, Wydawnictwo ASPRA-JR, Warszawa 2020
(2) „Świat kultury czasów Polski Ludowej „pod redakcją naukową prof. Marii Szyszkowskiej, Wydawnictwo „Kto jest Kim?”, Warszawa 2020
(3) Znalazło to swój wyraz w tym, że w podręczniku pedagogiki, wydanym w 2019 roku, prof. Bogdan Suchodolski, jest o wiele mniej cytowany, niż wspomniani prof. Zbigniew Kwieciński i Bogusław Śliwerski będący redaktorami tego podręcznika.

Księga Wyjścia (58)

Ballada o pewnej perfidnej małpie zwanej polityką.

Wprawdzie Dziennik Trybuna jest gazetą informacyjną, ale jednak ukierunkowaną politycznie. Powinienem więc – przynajmniej co jakiś czas – napisać jakiś polityczny felieton. Ponieważ jednak nie chce mi się już babrać w tym błocie, mam odruch wymiotny, postaram się pisać na wszelkie inne możliwe tematy. Ten będzie ostatnim z tej serii, a potem przejdziemy do bardziej pasjonujących historii.
Zanim cię jednak zostawię, ty podła i podstępna małpo-polityko. Nazwałem cię teraz delikatnie – małpą, żeby na wstępie nie razić czytelników. Celowy eufemizm (np. samicy psa, albo wulgarnego określenia człowieka świadczącego usługi seksualne za pieniądze). Doskonale wiem małpo czym jesteś i czym się zajmujesz, zarówno ty, jak i całe grono małpiątek z twojego stada. W polskiej polityce jest jakiś algorytm, pewna stała. Zwróćcie uwagę, że praktycznie (z niewielką przerwą) od trzydziestu lat rządzi jedna ekipa. Ekipa wywodząca się z tego postsolidarnościowego układu zawartego pomiędzy kierowcą autobusu Frasyniukiem, niebieskim ptakiem Michnikiem i kilkoma innymi cwaniakami czy udających życzliwość społeczników typu Kuroń. Znakomita większość obecnego układu zrodziła się na rakowieckim spacerniaku. Tam przynajmniej powstały podwaliny pod majątki obecnych polskich oligarchów.
Teraz żrą się między sobą, eskalacja napięcia pomiędzy frakcjami następowała powoli, niezauważalnie, w przeciągu trzydziestu lat, ta sama ekipa, z tym samym programem skacze sobie do gardeł. Algorytm, o którym wspomniałem polega na tym, że są w Polsce dwie główne siły. Plus trochę stałego planktonu dla urozmaicenia (PSL) i zawsze niemy wentyl bezpieczeństwa – czyli buntownicy pod kontrolą. Oni są niemi, ponieważ nic nie mogą zrobić i klaszczą w końcu wraz z innymi. A rozładowują społeczne napięcia.
Główna walka zawsze idzie o to, kto stworzy rząd i walka ta zawsze rozgrywa się pomiędzy dwoma ugrupowaniami, które wypromowały sondaże. Bo już kilka miesięcy przed wyborami podają prawdopodobne wyniki, robią to tak nachalnie, że wżerają się w mózg. Dlatego nawet mając swojego kandydata, głosujemy na jedno z dwóch najsilniejszych – powtarzając jak mantrę – mniejsze zło, mniejsze zło, mniejsze zło. Wydaje się nam, że jesteśmy odpowiedzialnymi członkami społeczeństwa, bo znamy się na polityce, a jeśli nie ma mniejszego zła, to jest bezpieczny, swojski i rubaszny PSL. Jeśli nawet tego za mało, to sprytny kapitalizm stworzył ofertę również dla niezadowolonych, a posłuszne sondaże, dają im wynik gwarantujący kilka punktów powyżej progu. Ta by weszli. Weszli, ale nie szkodzili. Kiedyś była mało poważna Polska Partia Przyjaciół Piwa, potem Samoobrona, Ruch Palikota, a teraz Bosak i jego Konfederacja.
Prawie wszystkie te partie, prędzej czy później zrywają ze swoim antysystemowym przesłaniem i przyłączają się do jednego z dwóch największych ugrupowań. Grawitacja to silna, bo i kasa naprawdę niemała.
Tak było ze wszystkimi ugrupowaniami (kilku członków PPP zasiliło KLD, czyli Unię Wolności, czyli PO, czyli KO. Większość z ruchu Palikota znalazła tam ciepłe posady, a i Kukiz zapewne chciałby do PiS-u, ale nie jest tam mile widziany. Wciąż Rydzyk nie może zapomnieć mu piosenki „ZchN zbliża się”. Dlatego przyłączył się do planktonu czyli PSL – partii, która prawie w każdym rządzie wchodziła w koalicję z każdym. Dopiero niedawno oderwano ich od głównego koryta.
Jedyną partią, która wyrwała się z tego układu, była Samoobrona, choćby za to należy się ogromny szacunek Andrzejowi Lepperowi jej twórcy i przewodniczącemu. Gdyby nadal w tym trwał, wciąż byłby między nami. Okazał się jednak zbyt niebezpieczny. Był niesterowalny. Niesterowalny i nieprzewidywalny dla żadnej ekipy. Nikt nie był w stanie go ujarzmić. Dlatego właśnie media zrobiły z niego nieokrzesanego idiotę, takiego czarnego piaru nie miał nawet Stan Tymiński.
Media bez skrupułów rzuciły się Lepperowi go gardła, szydziły, wyśmiewały, wyrywały z kontekstu fragmenty wypowiedzi – jak Hannibal Lecter swoim ofiarom trzewia, a już gdy z mównicy sejmowej zapytał o samoloty CIA… Cała Polska miała ubaw po pachy z „błazna”, opowiadającego „mity o Talibach w Klewkach”. Teraz powinni w ramach przeprosin zanosić mu każdego dnia świeże kwiaty na grób. Okazało się przecież, że jedynie forma tej wypowiedzi była niefortunna, bo cała reszta się zgadzała. Zawsze wiedział co mówi. I tym razem powiedział prawdę. Ścisłą, amerykańsko – polską, tajemnicę.
Mimo, że sam jeździłem z Samoobroną blokować drogi, to dopóki nie poznałem go osobiście, miałem w głowie niezbyt korzystny obraz szefa Samoobrony. Gdy go natomiast poznałem, to okazało się, że trudno o cieplejszego i bardziej empatycznego człowieka niż on.
Jeśli nie dał się wmanewrować w ten polityczno biznesowy układ. Nie dał złamać szantażem – taśmy Beger. Owszem, przez moment był wicepremierem rządu Kaczyńskiego, ale później zerwał się ze smyczy, z nową porcją informacji. Najwyraźniej nie interesowały go frukta i apanaże władzy – jak powiedział „Wersal się skończył”. Prawdziwy i uczciwy polityk, człowiek to w naszych czasach cudak jakiś. Uczciwy przynajmniej wobec siebie i swoich wyborców, bo innych polityków ogrywał – dlatego nigdy nie uwierzę w samobójstwo. Miał być przecież tylko wentylem bezpieczeństwa. Wypadek przy pracy? Pomyłka? Zły profil psychologiczny? Któż to wie.
To co w Europie Zachodniej jest skrajnym kapitalizmem, w Polsce jest centrum. Największe pieniądze trwonią nieznający się na administracji państwem politycy. Karmiony obficie kościół i cała seria chybionych decyzji, za które nikt nigdy nie odpowiedział. Dwadzieścia kilka lat temu rząd Jerzego Buzka z fetą i hukiem rozpoczął cztery ogromne – nikomu niepotrzebne – reformy. Kosztowne jak cholera, trudno nawet wyobrazić sobie ich skalę. Tak sobie myślę, że gdyby te pieniądze dać bezpośrednio ludziom o najniższych dochodach, to wreszcie przestaliby mieć debety, a nawet zostałoby co nieco.
Przypomnę – reforma oświatowa, czyli wprowadzenie gimnazjów. Reforma emerytalna – czyli słynne trzy filary i słynne OFE. Reforma administracji, która poza tym, że stworzyła miejsca pobierania stałych, wysokich uposażeń całej rzeszy – ludzi, których można liczyć w setkach tysięcy. Od powiatowych radnych, po sejmiki samorządowe, instytucje powiatowe, które w dużej mierze dublują kompetencje istniejących od dawna instytucji miejskich – choćby OPS i CPR. No i reforma służby zdrowia, czyli wprowadzenie przedwojennego systemu kasy chorych, polegający na tym, że służba zdrowia nadal będzie utrzymywana z budżetu państwa, ale za pośrednictwem wspomnianych kas, funkcjonujących na każdym poziomie administracji państwowej, od centralnej, przez wojewódzkie do lekarza rodzinnego włącznie czyli kolejne kilka tysięcy stanowisk. Nie wiem, na czym polegała różnica z tymi lekarzami, bo w przychodni do której chodzę poza nazwą nie zmieniło się nic. Pomysł – tych czterech reform – musiał powstać w chorym umyśle. Państwo, w którym kwitło bezrobocie, ludzie ledwo wiązali koniec z końcem, gdzie przymierające głodem rodziny mieszkające wybudowanych w szczerym polu pegeerowskich samotnych blokach przymierali głodem. Zostali zapomniani i wyrzuceni przez resztę społeczeństwa na śmietnik. Buzek powinien odpowiedzieć przed Trybunałem stanu i resztę życia spędzić w więzieniu, dostać ciężką pracę, a wynagrodzenie powinno przechodzić na rzecz skarbu państwa. Wiem, elity miały ubaw, gdy powstał film dokumentalny pod tytułem „Arizona” – ubaw jak cholera – prawda. Lepsze niż Kiepscy. Przecież to jest tragedia. A wciąż spotykam się z pogardą ludzi, którzy kupują sobie rancza w okolicach takich ośrodków. To był jeden z najsmutniejszych filmów dokumentalnych jakie w życiu oglądałem. I zamiast realnych reform, które zapewniłyby miejsca pracy, dojazdy do nowych zakładów, jakieś dotacje dla młodych na zagospodarowanie się w innym mieście – przecież oni nawet nie mogli tych pegeerowskich mieszkań sprzedać – były to bloki pracownicze i nawet jeśli w geście dobrego wujka dostali je na własność, to nawet podczas szczytu obrotu nieruchomościami, nie było chętnych, by kupić mieszkanie w samotnym bloku stojącym w środku pola. Bo to kiepska inwestycja.
Teraz rząd postanowił kraj odbuzkować, czyli powrócić do stanu sprzed reform. Co jest znowu o tyle idiotyczne, że nikomu nie jest potrzebne, a pochłonie ogromną część budżetu.
Polityka nierozerwalnie idzie z przekazem medialnym. W Polsce to również sprawa rodzinna i w zasadzie jest to doskonały przykład jak funkcjonuje kraj. Ta medialno polityczna familiada jest właśnie Polską w pigułce. Jeden z braci Kurskich – Jacek, rządzi telewizją publiczną, która przekazuje informacje szkalujące wszystkich przeciwników politycznych. Robi to po chamsku, bez ogródek, żadnych białych rękawiczek, prosto bezczelnie i personalnie, drugi zajmuje się tym samym, tylko w drugą stronę. Miał kiedyś rękawiczki, ale już zdjął i jest taki sam, tylko w lustrze. Sporów programowych raczej nie ma, głównie personalne błoto. A jeśli już trafi się jakaś perełka programowo polityczna, to wyjdzie, że PO protestuje przeciwko uchwaleniu przez PiS ustawy, którą sami kilka lat wcześniej próbowali przepchnąć. I odwrotnie. Rządzący zapowiadają przełom, wprowadzając w życie coś, czego nie zdążyła Platforma.
Dlatego każdej opcji potrzebny jest wentyl bezpieczeństwa. Bosak, poza Ordo Iuris, jakby odcina się od dawnych, łysych kolegów, z „rzymskim” pozdrowieniem, jakoś nie widać obok niego Jacka Międlara czy Mariana Kowalskiego, jakoś ucichł z żydoarabokomuną, zmienił retorykę na tą zgodną z grawitacją ku temu gwarantującemu pokaźne zyski „centrum”.
Już wiecie dlaczego zawsze, każdej ekipie potrzebny jest ten wentyl bezpieczeństwa? Żeby tam skupić całą niechęć, żeby ludzie nie wyszli na ulicę. Gdyby ci, którzy głosowali na konfederację, wyszli robić rewolucję, przyłączyłyby się inne grupy, jeśli w porę nie przechwyciliby Andrzeja Leppera – to bunt chłopski był już za pasem, ale ponieważ Lepper widząc to szambo, wiedząc, że nie ma na nic wpływu wycofał się z lukratywnego układu – musiał zginąć. Podobnie jak Daniel Purzycki – wokół którego zaczynała rosnąć nowa siła polityczna. Lewicowa z krwi i kości. Naprawdę macie złudzenia, że możecie coś zmienić głosując? Że kartką do głosowania zmienicie te układy. Ludzie, którym kiedyś wszyscy wierzyliśmy, stali się polskimi oligarchami – jak Michnik, Frasyniuk, potomkowie Kuronia, czy Bartoszewskiego – profesora po maturze.
Gdyby nie te wentyle bezpieczeństwa, byłby albo bunt, albo secesja poszczególnych regionów. Ziemie Odzyskane, Mazury czy Śląsk przeprowadziłyby plebiscyt. Political fiction? Jak z Lema? Spróbujcie jednak, tak na chłodno, przypomnieć sobie te trzydzieści lat III RP. Zapytacie, a gdzie w tym wszystkim lewica, gdzie SLD? To dobre pytanie.

Przeciw obojętnym

„Ludobójcy” Pranaya Pawlickiego to monodram faktu. Czerpie bezpośrednio inspiracje z rzeczywistości, odwołuje się do tego, co było i trwa. Nie jest jakąś fantazją, ale konieczną, mocną przestrogą. Potencjalni ludobójcy są wśród nas.

Aktor na samym początku zastrzega się, że ani jedno słowo, które za chwile będzie wypowiadać, nie pochodzi od niego, że to cytaty z dokumentów, relacji i publicystyki. Nie zamierza opowiadać fikcji, ale zbierać fakty, w których mamy się przeglądać jak w lustrze. Od nas zależy, kogo tam zobaczymy.
Monodram mógłby być opatrzony mottem z przemówienia Mariana Turskiego w Auschwitz: „Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny”. Idzie przecież o to, aby historia się nie powtórzyła. Aby nie wróciły czasy sprzyjające ludobójcom, gotowych na wszystko, aby okazać swoją pogardę innym. Wprawdzie Pawlicki nie uprawia prostej dydaktyki, nikogo nie poucza ani nie agituje do czynnej walki z antysemitami, rasistami, ksenofobami czy homofobami, ale wzywa do opamiętania, powołując się na mówiące same za siebie przykłady. Wystrzega się komentarzy, choć niekiedy nie może się od nich powstrzymać, choćby wtedy, kiedy przypomina antysemickie wypowiedzi i działania polskiego kleru przed drugą wojną światową czy zachwyty nad osiągnięciami polityki rasowej Hitlera.
Przede wszystkim jednak referuje fakty, powściągając emocje, jak niegdysiejszy prelegent Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, który przybywa do klubu na pogadankę. Przypomina bohatera opowiadania Tadeusza Różewicza „Moja córeczka”, który krążył po klubach z prelekcjami. Uśmiecha się do przybyłych gości, to jego słuchacze-widzowie, choć, jak się okaże, temat prelekcji, nie będzie miły. Ma ze sobą tablice poglądowe, fotografie, wycięte z tektury nagrobki muzułmanów, ofiar zbrodni w bośniackiej Srebrenicy, modele ludzkich czaszek, przypominające czaszki pomordowanych w Rwandzie Tutsi, tylko za to, że należeli do innego plemienia.
Swoją prelekcję prowadzi zatem niemal „na biało”, bez interpretacji, choć czasem słowa, które wypowiada, budzą zgrozę prelegenta. Zamiera więc, przeciąga pauzę – w teatrze to zawsze bardzo mocny znak emocji. Czasami prelegenta zwycięża aktor. Tak jest, kiedy nagle w opowieść o zwyczajowym wyszydzaniu Żydów w okresie przedświątecznym wplata sparodiowany głos dobrotliwej cioteczki, zachęcającej do łojenia figury Żyda. Albo kiedy wspomagany głośnikami śpiewa kościelną pieśń błagalną z okresu międzywojennego z antysemickimi zwrotkami zalecaną przez dobrych kapłanów. Albo kiedy za pomocą sugestywnie skonstruowanej kukły opowiada o straszliwych katuszach, jakie przechodziły kobiety Tutsi, zanim zostały zamordowane przez swych gwałcicieli.
Te aktorskie etiudy nie odstają od tonacji prelekcji, bo i miejsce jej prezentacji ma swoje znaczenie. To Scena w Piwnicy warszawskiego teatru Druga Strefa, długa na kilkanaście metrów podziemna kiszka, pod której ścianami z jednej strony rozstawiono 14 krzeseł, po drugiej – miejsce akcji ze wspomnianymi rekwizytami. w którego centrum znalazła się figura Matki Boskiej tonąca wśród świecących się odpustowych lampek. Pod samym sufitem rozwieszono sporo biało-czerwonych chorągiewek, wyraźny znak patriotycznej ceremonii.
Już samo miejsce akcji, jak wspomniałem, jest znaczące. Piwnica nasuwa rozmaite skojarzenia. A to ze składem rzeczy zapomnianych, rupieciarnią, gdzie utknęły graty niepotrzebne, których pozbyć się jednak bardzo trudno. A to z działaniem podziemnym, zakazanym. A to z jakąś potajemną zmową czy schadzką. A to z wypchnięciem poza oficjalny obieg. Wreszcie z miejscem wyjątkowym, gdzie praktykuje się wolność. Jakie by się nie pojawiały skojarzenia, to szczególne miejsce, w którym toczy się monodram nasyca go już samym swoim genius loci, przydaje mu wyjątkowego charakteru.
Na koniec swojej prelekcji Pawlicki rozwiesza pod sufitem, na całą długość piwnicznej kiszki, harmonijkę portretów polskich polityków, opatrzonych ich homofobicznymi bon-motami, które przeniknęły w ostatnich tygodniach do publicznej świadomości. Na podłodze zaś rozsnuwa papierowy dywan z wypisanymi nazwami regionów, miast i miasteczek, w których włodarze uchwalili, że są strefami wolnymi od LGBT. Kiedy wychodzimy ze spektaklu, siłą rzeczy musimy ten dywan podeptać. To też część monodramu – właściwie jego puenta.
Zanim jednak do niej dojdzie, aktor poprowadzi nas przez kilka wymownych świadectw nietolerancji i zbrodni. Na pierwszy rzut oka zestawienie holocaustu, zbrodni w Rwandzie i Srebrenicy ze współczesnymi prześladowaniami osób nieheteronormatywnych może razić niewspółmiernością. Ale to jednak pozór. Nie idzie tu przecież o ważenie przestępstw na szalach sprawiedliwości i jakiś ranking zbrodni, ale o trafne rozpoznanie wspólnego źródła narodzin zła.
Opowieść o ludobójcach rozpoczyna Pawlicki od Gniewczyna, wsi nieopodal Łańcuta. To w tej wsi w roku 1942 miejscowi strażacy z OSP przeprowadzili obławę na swoich żydowskich sąsiadów, torturowali ich i gwałcili, a potem wydali Niemcom. Trzymali ich przez trzy doby w domu żydowskiej rodziny Trynczerów, tuż obok kościoła. Oprawcy ich dręczyli – chodziło o wydobycie informacji, gdzie ukryli wartościowe rzeczy. Na koniec „gdy ofiary nie miały im już nic więcej do zaoferowania – jak pisze w swojej książce „Na posterunku” (2020) Jan Grabowski – strażacy zadzwonili do Jarosławia po żandarmów, którzy przyjechali i rozstrzelali schwytanych Żydów na oczach mieszkańców wioski”.
Zbrodnia ta była przez wiele lat zamilczana, jej sprawcy uniknęli kary, o ofiarach zapomniano. Dopiero pod koniec swego życia, po upływie 70 lat (!) od tragicznych wydarzeń w Gniewczynie opisał je Tadeusz Markiel, świadek zbrodni, wówczas 13-letni chłopiec (Tadeusz Markiel, Alina Skibińska, „Zagłada domu Trynczerów”, 2011). Jak silna musiała być presja środowiska, skoro przez tyle lat milczał.
Spektakl Pawlickiego nie wpisuje się jednak li tylko w nurt podający w wątpliwość mit „Polski niewinnej”, lansowany przez państwową politykę historyczną. Pawlicki opowiada o ludobójcach w szerszej perspektywie – stąd obecność w tym spektaklu relacji o zbrodniach w Srebrenicy i Rwandzie. Przypomina więc masakrę w Srebrenicy – największe masowe egzekucje w Europie po drugiej wojnie światowej wykonane na około ośmiu tysiącach muzułmańskich mężczyzn i chłopców przez paramilitarne oddziały Serbów bośniackich między 12. a 16. lipca 1995 roku. Przypomina o ludobójstwie w Rwandzie – masakrze osób pochodzenia Tutsi wywołanej przez ekstremistów Hutu, którzy zaledwie w ciągu około 100 dni, od kwietnia do lipca 1994, wymordowali ponad milion ludzi.
Na tę ludobójczą listę wpisuje Pawlicki rosyjskiego piosenkarza Zelimkhana Bakaeva, który przyjechał na ślub siostry w Czeczenii, został zatrzymany, a kilka godzin później już nie żył. Nie przeżył tortur. Incydent? Niestety, nie. Na liście pojawiają się też ofiary hejtu, prześladowani w Polsce geje, którzy nie wytrzymali niszczącej ich presji, m.in. Michał Koch, model pochodzący z Malborka, Dominik z Bieżunia, Kacper i inni. Pawlicki pokazuje widzom ich wizerunki. Jeszcze raz przywołuje błagalną pieśń kościelną, ale tym razem zwrotki antysemickie zastępuje w niej zwrotkami homofobicznymi.
Premiera „Ludobójców” odbyła się 30 lipca. Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, zwłaszcza że Pawlicki dotrzymywał kroku toczącym się wydarzeniom, jak w teatrze faktu przystało. Skomentował nawet paroma słowami oświadczenie kardynała Nycza, który po pojawieniu się tęczowej flagi na figurze Chrystusa przed kościołem św. Krzyża w Warszawie biadał, iż to „spowodowało ból ludzi wierzących”.
Nie polemizuję, może spowodowało, ale nie znalazłem podobnego zatroskania kardynała zachowaniami manifestantów spod znaków narodowych w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego. Ani tym bardziej zaniepokojenia metropolity gorliwością policji w zapewnieniu komfortu przemarszu narodowców kosztem pokojowo protestujących przeciw temu skandalowi mieszkańców Warszawy.
I tak to się symbolicznie zdarzyło: oni z paradą, środkiem Warszawy, a my w piwnicy.

LUDOBÓJCY, spektakl na podstawie literatury faktu i publicystyki, scenariusz, reżyseria i wykonanie Pranay Pawlicki, muzyka Wojciech Kostrzewa, teatr Druga Strefa w Warszawie, premiera 30 lipca 2020.

Światowy dom wariatów

W okresie pandemii globalnej zalewa nas powódź okolicznościowych informacji, publikacji, analiz i komentarzy. Ich autorzy koncentrują się przeważnie na medycznych, ekonomicznych i społecznych konsekwencjach zarazy. Tylko nieliczni tykają aspektów psy… (psychologicznych, psychiatrycznych i innych psy…). Nawet sławetna WHO (World Health Organization) wspomina o nich z rzadka i jak gdyby od niechcenia. Tymczasem problemy psy… są coraz bardziej poważne i takoż oddziałują na wszystko inne. Postanowiłem, przeto, jako psycholog – amator, przeanalizować dla Państwa te gardłowe i trudne problemy. Oto rezultaty moich przemyśleń i dociekań. Wedle danych WHO i Banku Światowego, średnia „stopa samobójców” na Ziemi wynosi 16,2 osób rocznie na 100.000 obywateli. Czyli 800.000 ludzi umiera w ten sposób (1 osoba co 40 sekund). Prognozy na rok 2020 głoszą, że liczba ta wzrośnie do 1,5 mln samobójców! To ewidentny skutek pandemii.

Od początku XX i – szczególnie – w XXI wieku ludzkość ulega szybko postępującej, wręcz dramatycznej, degeneracji psychicznej. Systematycznie wzrasta liczba nowych zachorowań i osób chorych psychicznie oraz samobójstw. Dla celów niniejszego opracowania, pod pojęciem degeneracji psychicznej, rozumiem pogarszający się stan zdrowia psychicznego człowieczeństwa, w szczególności, zwiększającą się liczbę zachorowań i chorych tego rodzaju oraz samobójstw. Zresztą, cała historia świata zna liczne przykłady przywódców upośledzonych psychicznie, którzy znaleźli się na najwyższych stanowiskach politycznych, z wiadomymi skutkami (np. Adolf Hitler).
Współcześnie – fachowcy biją głośno na alarm, ale decydenci, z reguły, zdają się nie dostrzegać problemu – nie podejmują więc odpowiednich działań profilaktycznych i środków zaradczych. Wręcz przeciwnie, niektórzy spośród decydentów świadomie i manipulacyjnie dążą do pogarszania sytuacji. Samo, przeważnie niewystarczające, leczenie czy rehabilitacja – post factum – to o dużo za mało.
Tymczasem koszty społeczne i ekonomiczno-finansowe degeneracji psychicznej rodzaju ludzkiego są już ogromne. W skali światowej na samo tylko leczenie osób psychicznie chorych (ponad 2 mld psychuszek) wydaje się znacznie ponad 3 bln USD rocznie, co stanowi około połowy łącznych globalnych (też rocznych) kosztów leczenia wszystkich Ziemian. W pracy nad niniejszym tekstem przeanalizowałem wnikliwie wiele interesujących opracowań krajowych i zagranicznych oraz najnowszych materiałów i danych statystycznych ONZ i WHO, a także innych instytucji specjalistycznych – z kraju i ze świata. Jestem do głębi wstrząśnięty tym, czego się dowiedziałem. Postanowiłem przeto podzielić się z Szanownymi Czytelnikami moim zatroskaniem i przemyśleniami politologicznymi w tym względzie.
Najpierw o sytuacji w Polsce, która – na tle globalnym – prezentuje się źle i coraz gorzej. W naszym kraju, w minionym ćwierćwieczu, i obecnie, gwałtownie wzrasta liczba osób chorych psychicznie i samobójców. W ostatnich latach, średniorocznie, trafia do szpitali specjalistycznych ponad 1,5 mln pacjentów. Jest to najwyższy wskaźnik w skali całej Unii Europejskiej. Łącznie – ponad 9 mln Polek i Polaków cierpi na takie czy inne schorzenia psychiczne. Aż 10 proc. spośród prawie 10 mln polskich dzieci i młodzieży wymaga opieki ze strony psychologów i psychiatrów. W naszym kraju jest pond pół miliona schizofreników.
Jeszcze w lutym 2014 r., PAP opublikowała zatrważające dane policyjne (KGP) o samobójstwach: średnio – codziennie 15 osób usiłuje odebrać sobie życie, z czego – w 11 przypadkach – kończy się to śmiercią. W roku 2012 – 4.177 osób umarło w taki właśnie sposób (3.569 mężczyzn oraz 177 nastolatków), na 5.791 podjętych prób samobójczych. Natomiast w roku 2013 – aż 8.579 osób (7.000 mężczyzn) targnęło się na własne życie (prawie o 3.000 więcej!), z czego 6.097 prób samobójczych zakończyło się śmiercią. W roku 2019 – zanotowano w PL ponad 5.000 samobójców (a „tylko” 2.810 osób straciło życie w wypadkach drogowych). Szybko wzrastała także liczba samobójców wśród młodzieży do 24 lat – np. 1.100, w roku 2013.
Rośnie też ilość samobójstw wśród dzieci (30 prób, 12 zgonów – w roku 2012 oraz 41 prób,22 zgony – w roku 2013). Tego wcześniej w Polsce nie bywało. Nową jakością są także głośne „seryjne samobójstwa polityczne” (np. Andrzej Lepper i in.) oraz z przyczyn ekonomiczno – finansowych. W warunkach polskich – współczesna wysoka dynamika wzrostu zachorowań na choroby psychiczne i samobójstw nie ma precedensu – w porównaniu do wcześniejszych okresów i do innych społeczeństw.
Generalnie, poziom degeneracji psychicznej społeczeństwa polskiego, szczególnie samobójstw, jest porównywalny do Grecji (średnio 6.000 samobójstw rocznie – przy mniejszej liczbie mieszkańców).
W polskich miastach zauważalne są niższe wskaźniki samobójstw niż na wsi, gdzie problemy społeczno-gospodarcze występują ze zwielokrotnioną ostrością (zadłużenie, bezrobocie, bieda, wykluczenie, frustracja, depresje i in.). Wystarczy bankructwo jedynego zakładu pracy w danej okolicy i całe rzesze mieszkańców zostają bez środków do życia, toną w otchłani niepewności jutra, bezradności, braku pomocy, zdenerwowania i napięcia psychicznego. „Panie premierze – jak żyć”? Oto jest znane pytanie Polaka! Nic dziwnego, że – niestety – niektórzy desperaci wolą umrzeć z własnej woli i własnym sumptem.
Naturalnie, problemy degeneracji psychicznej występują także w skali globalnej, we wszystkich krajach świata, rozwiniętych, rozwijających się i zacofanych – choć niekoniecznie ewoluują one w tak szybkim tempie jak w Polsce. Ale jednak. Np.: w ostatnim półwieczu liczba samobójstw w skali globalnej wzrosła o 60 proc. ! Współcześnie – na Chiny i na Indie, łącznie około 3 mld obywateli – przypada nieco ponad 30 proc. wszystkich samobójców na świecie, których liczba sięga ostatnio 1 mln rocznie.
W efekcie, jak wspomniałem, średnio co 40 sekund, ktoś popełnia samobójstwo na naszej udręczonej planecie, przy czym ogólna liczba samobójców – mężczyzn aż czterokrotnie przewyższa liczbę samobójczyń – kobiet. Z ogromnej masy przerażających danych statystycznych wybrałem – poniżej – tylko liczby najważniejsze i najbardziej wymowne – w dwu podstawowych kategoriach: choroby psychiczne i samobójstwa.
I tak, już 25 proc. obywateli Ziemi cierpi na rozmaite choroby i dolegliwości psychiczne – czyli co czwarty człowiek – a więc łącznie ponad 1,8 mld osób! Gdyby liczba Ziemian osiągnęła ponad 11 mld do roku 2100, jak prognozuje ONZ, to liczba chorych psychicznie może przekroczyć 3 mld albo i znacznie więcej. Takie też mogą być konsekwencje pandemii. W Europie, szczególnie w UE, nawet co trzeci dorosły obywatel jest chory psychicznie. Wskaźniki te systematycznie wzrastają. Koszmar!
Wśród owych dolegliwości przeważają depresje, stany maniakalne, histeryczne, paranoidalne i schizofreniczne. Zaś w pierwszej kategorii (choroby psychiczne) wybrane przykłady są następujące: USA – ponad 75 mln chorych psychicznie wśród dorosłych (tzn. 32,5 proc. , ogółu społeczeństwa, z czego 9 proc. – to stany ostre i bardzo ostre)*/; UE – 83 mln chorych (27 proc. dorosłych); Rosja – 32 mln chorych; Chiny – 300 mln chorych; Indie – 250 mln chorych i Japonia – 30 mln chorych. I druga kategoria – popełnione samobójstwa, w przeliczeniu na 100.000 obywateli danego kraju: USA – 12 (czyli ponad 36.000 samobójców rocznie), UE – 14 (czyli 126.000 samobójców rocznie, z czego 80 proc. – to mężczyźni). Rosja – 20, Chiny – 23, Indie – 11, Japonia – 22. Dla porównania – WNP (Wspólnota Niepodległych Państw, łącznie) – 21,5. Absolutnym rekordzistą świata w tej mierze jest, o dziwo, Grenlandia – ze wskaźnikiem 83/100.000 rocznie! Źle jest także na Litwie – 31/100.000 rocznie. Metody popełniania samobójstw są przeróżne.
Na pierwszym miejscu, pod względem liczebności przypadków, znajduje się śmierć przez powieszenie, na drugim – skok z wysokości i na trzecim – zażycie środków farmakologicznych. Zaś wśród przyczyn targnięcia się na własne życie, średnio, w skali światowej, dominują: 1. depresja, 2. kłopoty rodzinne, 3. problemy materialno-finansowe oraz 4. alkoholizm i narkomania. Podobnie jest w Polsce.
Psychologowie i psychiatrzy oraz inni specjaliści „wąskotorowi” zajmujący się analizowaną problematyką ogranicząją się, z reguły, do rozważania bezpośrednich przyczyn degeneracji psychicznej ludzkości.
Takich, mianowicie, jak: kryzys, bezrobocie, zaostrzenie walki o byt, wysokie tempo życia, rywalizacja międzyludzka, zjawiska patologiczne, złe odżywianie, alkoholizm, narkomania, lekomania, depresje, dehumanizacja, eksploatacja w życiu zawodowym, nerwowość w stosunkach społecznych, histerie polityczne i medialne, niepewność jutra, zagrożenia militarne i wiele innych.
W przeważającej mierze, są to więc tzw. przyczyny cywilizacyjne, którymi tylko w części można tłumaczyć degenerację psychiczną jednostek, społeczeństw i całej ludzkości.
Politolog powinien jednak sięgać znacznie wyżej, szerzej i dalej w dociekaniu przyczyn, przebiegu i skutków analizowanej degeneracji. Tak też zamierzam postępować, koncentrując się również (i – być może – przede wszystkim) na przyczynach systemowych. W moim przekonaniu, najpierwszą spośród głównych przyczyn tego rodzaju jest fakt, iż – od 1. rewolucji przemysłowej do dziś (choć również i znacznie wcześniej) – ludzkość nie zaznała systemu, który stawiałby dobro człowieka absolutnie na 1. miejscu. Słowem – postępująca dehumanizacja jest tragicznym znamieniem ewolucji naszej cywilizacji w ciągu całych tysiącleci i stuleci.
Kolejne systemy i ustroje były i są wybitnie antyludzkie (w wyjątkiem socjalizmu chińskiego i demokracji szwajcarsko-skandynawskiej): po kolei, feudalizm, wulgarny kapitalizm, faszyzm, sowietyzm, neoliberalizm i post liberalizm oraz (pomiędzy nimi) mnóstwo dyktatur i rządów autorytarnych przeróżnego rodzaju. Systemy i ustroje takie bazują na: egocentryźmie rządzących, interesach grupowych, poniżaniu i wyzysku rządzonych, stosowaniu metod zakłamania, zastraszania i terroru (także psychicznego) celem wymuszania posłuszeństwa, metodach siłowych, mordowaniu, prześladowaniu i więzieniu nieposłusznych – myślących inaczej, nachalnej i wulgarnej propagandzie oraz manipulacji intelektualnej i medialnej („psichołogiczeskaja obrabotka” – pojęcie z czasów stalinowskich).
W taki to sposób, w czasach nowożytnych – ale i w starożytności (np. „sztuczki” kapłanów egipskich) – przytłaczjąca większość człowieczeństwa żyła i żyje w nieustającym strachu, w biedzie urągającej godności człowieka i w niepewności jutra.
Dodatkowo, jest ona zastraszana co rusz panikarskimi wiadomościami o nadchodzącym końcu świata czy o (skądinąd – realnych) zagrożeniach kosmicznych (tzw. syndrom dinozaurów). Wszystko to czyni się w celu wymuszania przez rządzących i bogatych posłuszeństwa na rządzonych i biednych.
W świetle tego, warstwy strachu, prześladowań, niepewności i biedy odkładają się w kolejnych pokoleniach, w ich genach i w świadomości społecznej oraz – siłą rzeczy – muszą powodować bardzo negatywne skutki w psychice indywidualnej i zbiorowej.
Nie jest bynajmniej dziełem przypadku, iż degeneracja psychiczna nasiliła się w pokoleniach dziadków i ojców obecnych dzieci (np. dwie wojny światowe, bomby atomowe, bałagan, napięcia i niepokoje powojenne, kryzysy…) oraz – w bieżącym półwieczu – w pokoleniu współczesnych dzieci. Po części, wyssały one strach i inne obciążenia psychiczne z mlekiem matki, na co nałożyły się skutki realizacji założeń nieludzkiego neoliberalizmu oraz ideologii pieniądza (od czasów Ronald’a Reagan’a i Margaret Thatcher – poczynając).
We wszystkich nieludzkich systemach, rządzący dysponowali i dysponują nadal potężnymi instrumentami i środkami oddziaływania na świadomość i na psychikę społeczną oraz kształtowania jej po swojej myśli. Traktują oni ludzi i społeczeństwa – a priori – jako stada zidiociałych baranów idących potulnie na rzeź – pod batami wszechwładnych pastuchów. Jest to wyrazem wielkiej tragedii cywilizacji ludzkiej od samego początku jej istnienia i rozwoju – aż po dzień dzisiejszy.
Jednakże w niedawnych czasach neoliberalizmu i również obecnie – w okresie bezhołowia systemowego w świecie – dramaturgia sytuacji uległa bezprecedensowemu zaostrzeniu. W zasadzie we wszystkich krajach – rządzący dysponują bowiem najnowocześniejszymi i niezwykle efektywnymi instrumentami oraz środkami oddziaływania na psychikę ludzką i na świadomość społeczną rządzonych, stosując, m.in., metody manipulacji, selektywności, dezinformacji, czarnej lub białej propagandy, wojny hybrydowej, tzw. chipowania w zależności od przypadku – i to wszystko w skali masowej oraz z wielką szybkością (telewizja, telefony, multimedia, internet itp. – co mówi wymownie samo za siebie).
Tak więc, globalizacja neoliberalna obejmuje również proces degeneracji psychicznej. Doczekaliśmy czasów, w których tylko nieliczne „szczęśliwe” istoty ludzkie, żyjące w różnych niedostępnych zakamarkach na Ziemi, nie są przedmiotami oddziaływania polityczno-edukacyjno-propagandowo-medialnego, inspirującego i stymulującego ową degenerację. Twierdzę, przeto, iż ww. zdobycze naukowo – techniczne (a to przecież nie koniec postępu!), będące w rękach egocentrycznych i antyludzkich włodarzy oraz negatywne skutki ich stosowania, już dziś powodują pogłębianie procesu degeneracji psychicznej jednostek, społeczeństw i całej ludzkości oraz mogą zwiastować, wbrew iluzorycznym oczekiwaniom i pobożnym życzeniom, początek końca naszej cywilizacji – w jej dotychczasowym rozumieniu. Innymi słowy: człowiek, zatraciwszy swoje naturalne człowieczeństwo, przestanie być sobą. I co wtedy?
Przeanalizujmy te arcyważne kwestie na przykładzie Polski. Inne narody i państwa, które wkroczyły na drogę neoliberalizmu, też napotykają na tożsame lub analogiczne problemy (jak Polska). Najpierw, o kwestiach politycznych w zakresie „prania mózgów” i psychiczno-świadomościowego zniewolenia naszego społeczeństwa. W całym okresie postjałtańskim swej historii – ma ono wyjątkowy „niefart”, jeśli chodzi o występujące tu systemy (ustroje) oraz o kolejne ekipy rządzące.
Po wojnie, kraj wegetuje na zasadzie: od ściany (wschodniej) do ściany (zachodniej) i vice versa oraz od rewolucji do rewolucji. To jest bardzo szkodliwe, frustrujące i destabilizujące pod każdym względem. W zasadzie – społeczeństwo polskie doświadczyło, po wojnie, dwóch systemów: polskiej odmiany sowietyzmu i neoliberalizmu w stylu amerykańskim. Pomiędzy nimi wystąpił etap dyktatorskiej nijakości systemowej – w czasach panowania Wojciecha Jaruzelskiego.
Kraj zaznał wtedy „uroku” zarządców wojskowych. Polska – to kraina niespełnionych obietnic rządzących – w walce o koryto władzy. Każdy przywódca i każda formacja wiele obiecywała a priori i – z reguły – kończyło się to tylko na obietnicach (z nielicznymi wyjątkami).
Również każdy układ „rządzenia” w ww. okresach lądował na śmietniku historii w aurze wielkiego niepowodzenia, wstrząsu oraz buntu społecznego i przełomu politycznego, a także – nierzadko – przelewu krwi (1956 r. – upadek Bolesława Bieruta, 1970 r. – upadek Władysława Gomułki, 1980 r. – upadek Edwarda Gierka, 1989 r. – upadek Wojciecha Jaruzelskiego, 1995 r. – upadek Lecha Wałęsy; 2015 r.– upadek Bronisława Komorowskiego; następny upadek…?). Bowiem, wiele już wskazuje na to, że również obecny etap nijakości systemowej i podłego rządzenia zakończy się w analogiczny sposób.
Ów brak stabilizacji, ciągłości, pewności, obliczalności i przewidywalności systemowej oraz fatalne zarządzanie krajem – w całym okresie postjałtańskim – jest najpoważniejszą i nieustającą przyczyną makro degeneracji psychicznej społeczeństwa polskiego. Bowiem ma ono świadomość, iż kolejne zmiany, plany, zamiary, obietnice i transformacje nie prowadzą do cywilizacyjnego wydźwignięcia kraju z zapaści rozwojowej i do poprawy doli obywateli. To jest wielkie, masowe i powszechne obciążenie psychiczne.
Po upływie z górą 70 lat „rozwoju” postjałtańskiego, Polska zalicza się nadal do grona relatywnie najbiedniejszych krajów Europy, zmuszając miliony obywateli do prawie nędznej egzystencji czy do emigracji za chlebem – jak to już nie raz bywało. W kategoriach psychicznych i świadomościowych – szczególnie groźny jest fakt długotrwałego utrzymywania się marazmu i zastoju cywilizacyjno-rozwojowego oraz neokolonializmu w Polsce.
Niezależnie od zmiany nazwy (sowietyzm – neoliberalizm) sedno i istota systemu oraz trybu zarządzania, w zasadzie, nie uległa zmianie.
Bowiem, nieprzerwanie, władza jest sprawowana przez określone grupy interesów i – głównie – dla ich korzyści (np. nepotyzm). Troska o dobro narodu nie ma przy tym większego znaczenia.

Kiedyś u steru rządów była partia proradziecka, jej instancje, organizacje oraz posłuszna administracja i zausznicy. Teraz są to proamerykańskie partyjki rządzące – jedna za drugą, powiązane z nimi grupy interesów, krajowe i zagraniczne, wpływowe ugrupowania nieformalne, nepotyści, oligarchowie, przedstawiciele resortów siłowych, kościoła, ośrodków opiniotwórczych itp.
Kiedyś partia, reprezentująca zdecydowaną mniejszość społeczeństwa, wymuszała posłuszeństwo większości obywateli metodami terroru fizycznego i psychicznego (nota bene: kombinacja tych metod osiągnęła swe apogeum w czasach hitleryzmu i stalinizmu). Teraz zaś, rządzący – też reprezentujący mniejszość społeczeństwa (a nawet mniejszość uprawnionych wyborców), wymuszają posłuszeństwo ogółu bardziej wyrafinowanymi metodami terroru psychicznego i finansowego oraz – w mniejszym stopniu – terroru fizycznego. Zachowują przy tym pozory „demokracji” (tzw. kolesiowskiej), organizują ukartowane a priori wybory, dopuszczają na niby różnorodność opinii, choć system cenzury, w nieco odmienionej formie, działa nadal jak za starych „dobrych czasów”.
Teraz o społecznych aspektach i konsekwencjach postępującej degeneracji psychicznej w Polsce i gdzie indziej. Nasiliły się one bardzo poważnie w ostatnich kilku latach. Ich wyrazem jest, przede wszystkim, izolacjonizm i osamotnienie człowieka w społeczeństwie oraz konflikty i nienawiść międzyludzka. To wynik neoliberalnej zasady: „radź sobie sam” czy też: „jak sam sobie nie pomożesz, to nikt ci nie pomoże”. Porozrywane zostały więzi solidarności międzyludzkiej i społecznej. Z szumnych ideałów i dokonań „S” nie pozostało prawie nic. Przy czym, neoliberałowie twierdzą obłudnie i cynicznie, że ich system zapewnia, rzekomo, odpowiednie warunki rozwoju ludziom zaradnym i przedsiębiorczym.
Tych jest jednak mniejszość. Co zrobić natomiast z większością niezaradnych i nieprzedsiębiorczych? Skazać ich na zagładę? Skutki takiego podejścia są tragiczne. Z badań wynika, iż największa liczba osób porażonych psychicznie, wykluczonych z neoliberalizmu – jak powiadają i samobójców wywodzi się właśnie z grona tych, którzy nie potrafią lub nie mogą odnaleźć się w nowym antyludzkim systemie albo też którzy ponieśli porażkę w swej nieudacznej zaradności i przedsiębiorczości. Tych ostatnich przypadków jest coraz więcej. Natomiast – komu się powiodło? Niewątpliwie, niektórym zdolnym i uczciwym przedsiębiorcom oraz – głównie – ludziom powiązanym z rządzącymi i im posłusznym, niegodziwcom, malwersantom, cwaniaczkom, złodziejaszkom, układom mafijnym i in.
W analizowanej grupie tematycznej, wśród bezpośrednich przyczyn degeneracji psychicznej jedno z czołowych miejsc zajmuje zapaść i niewydolność służby zdrowia. Z tego powodu umierają niepotrzebnie setki tysięcy chorych pacjentów. Pandemia może poważnie zwiększyć te dane statystyczne.
Konsekwencje tej tragicznej sytuacji są dwojakiego rodzaju: – nosiciele chorób psychicznych nie są leczeni w odpowiedni sposób, co pogarsza ich stan zdrowia i zwiększa umieralność. Zaś – pozostali pacjenci, mając świadomość, że nie mogą być leczeni szybko, sprawnie i właściwie, popadają w depresje i powiększają szeregi psychicznie chorych. Ich umieralność wzrasta jeszcze bardziej.
To – w połączeniu ze słabym przyrostem demograficznym – powoduje gwałtowny spadek liczby ludności Polski. Prognozy ONZ-owskie zakładają, że liczba ta może zmniejszyć się aż o połowę w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat (obecnie: 37,8 mln obywateli oraz tylko 27 mln – 35 mln do roku 2050. Zaś ogólna liczba mieszkańców Ziemi ma wzrosnąć do 11 mld – do roku 2100).
I wreszcie, względy edukacyjne, kulturalne i obyczajowe – potęgujące degenerację psychiczną i umysłową. Większości słabowitych zarządców na świecie zależy, najwyraźniej, na tym, żeby utrzymywać społeczeństwa na odpowiednim poziomie głupoty, niedokształcenia i nieświadomości. Wtedy łatwiej jest nimi manipulować i zarządzać – bez obawy o konsekwencje społeczne i polityczne takiego zarządzania. Kryzys, pandemia i ciągłe perturbacje w systemie oświaty, nauki, techniki i szkolnictwa wyższego w Polsce i w wielu innych krajach sprawiają, iż szkoły, uczelnie i instytuty naukowe „kształcą” niedouczonych ćwierć – i półinteligentów, którzy potem pracują jakże często „na zmywakach” brytyjskich. Stopa bezrobocia wśród absolwentów szkół wyższych w RP sięga 60 proc. .
Nie może to nie wpływać destrukcyjnie na stan świadomości i psychiki tej grupy społecznej. Dodajmy do tego żałosną subkulturę polską – zamiast Kultury przez duże „K” oraz niesamowity rozkwit przeróżnych patologii – typu: korupcja, przekupstwo, nepotyzm, pedofilia, alkoholizm, narkomania, brak charyzmatycznych autorytetów, impotencja organizacji społecznych, szczególnie związków zawodowych, mnogość afer przestępczych „zamiatanych pod dywan”, bezkarność przestępców, paraliż systemu wymiaru sprawiedliwości i wiele, wiele innych – a pełny obraz demoralizacji i degrengolady społecznej ukaże się w swym przerażającym świetle.
Presja ekonomicza na społeczeństwo – jest to wyjątkowo perfidny (acz bardzo skuteczny – dla władzy) instrument dyscyplinowania obywateli i neutralizowania nastrojów rewolucyjnych oraz… pogarszania stanu ich zdrowia psychicznego. Pierwszy potężny szok nastąpił już na samym początku transformacji – w wyniku wprowadzenia tzw. planu Sachs’a/Balcerowicza („terapia wstrząsowa”). Nie zastosowano jej w żadnym innym kraju eurazjatyckim. Z perspektywy lat widać, iż owa „terapia” przyniosła opłakane rezultaty długofalowe i lawinę niespełnionych obietnic (np. europejski dobrobyt, „wakacje pod palmami” i in.).
Większość społeczeństwa czuje się zawiedziona i oszukana, tym bardziej, że – wprowadzony po „terapii” – neoliberalizm a l’americaine nie zdał egzaminu w praktyce polskiej (i, zresztą, w samych Stanach Zjednoczonych! Kryzys itd.).
Bowiem – za pełną propagandowego blichtru fasadą rozwoju neokapitalistycznego oraz wzrostu dobrobytu rządzących i niektórych jednostek – społeczeństwu i państwu przysporzono masę poważnych problemów: brak racjonalnej alternatywy programowej wobec neoliberałów, rozwój na kredyt – to nie rozwój, życie na kredyt – to nie życie, spadek przyrostu PKB od 7 proc. do obecnych – (minus) 0,40 proc. , olbrzymie łączne zadłużenie RP (już ponad 8 bln zł), niedorozwój infrastrukturalny, dzika prywatyzacja = wyprzedaż majątku narodowego, np. sektora bankowego, galopujące bezrobocie, nędza i wykluczenie milionów obywateli, jedne z najniższych płac, rent, emerytur i świadczeń socjalnych w Europie, rosnąca przepaść między bogatymi i biednymi, przekształcenie Polski w półkolonię zachodnią (np., 80 proc. dotacji unijnych powraca na Zachód, szczególnie do Niemiec), wciągnięcie wielu młodych Polaków (tzw. frankowiczów) do pułapki kredytowej do końca życia, co skutecznie niweluje ich zapał reformatorski i rewolucyjny, pogorszenie stanu bezpieczeństwa państwa – mimo przynależności do UE i do NATO (kraj znów znalazł się między młotem amerykańskim i niemieckim a kowadłem rosyjskim i ukraińskim oraz został pozbawiony niezawodnych sojuszników. Dosłownie – RP znalazła się na 1. linii frontu globalnego – w świetle kryzysu ukraińskiego i in.
Władze stosują w coraz większym stopniu terroryzm biurokratyczny i finansowy wobec obywateli – wyciągając z ich kieszeni maksymalną ilość pieniędzy celem łatania dziur budżetowych, spłacania długów, finansowania rozdętej biurokracji, gigantomanii inwestycyjnej itp. Świadomość tych trudności i problemów oraz niepewność jutra ekonomiczno-finansowego wywiera kolosalny negatywny wpływ na stan psychiczny społeczeństwa, na jego nastroje oraz na rozwojową wolę i siłę motoryczną.
W Polsce funkcjonuje na całego mechanizm „błędnego koła”: narastające trudności materialne (fizyczne) potęgują kłopoty moralne (psychiczne) wśród obywateli; zaś, te, z kolei, nie ułatwiają przezwyciężania ww. trudności materialnych itp.itd. Takie są skutki neoliberalnej ideologii i praktyki pieniądza, spychającej dobro i godność człowieka na dalszy plan oraz pogłębiającej dehumanizację stosunków społecznych. Czy tak to miało wyglądać w założeniach inspiratorów i realizatorów „rewolucji solidarnościowej” oraz transformacji systemowej w Polsce? Z pewnością – nie tak!
Manipulacje medialne: doprowadzono je do zenitu w ostatnich czasach. De facto, władza została przekształcona w jedno wielkie ministerstwo propadandy w centrali – z filiami terenowymi. Tzw. telewizja publiczna została całkowicie podporządkowana władzy, stała się tendencyjna, selektywna, nieobiektywna i jednostronna. W ślad za tym podążają niektóre telewizje prywatne, stacje radiowe, prasa drukowana (np. „Gazeta Wyborcza”) i in. W większości – media, niektóre serwisy internetowe, wydawnictwa itp. są w rękach zagranicznych właścicieli (np. Axel Springer Verlag, Passauer Presse i in.) oraz wykonują potulnie ich rozkazy – raczej nie w interesie Polski. Niemniej jednak, władza dysponuje znacznym instrumentarium propagandowego oddziaływania na społeczeństwo (tzw.: PR = Public Relations). Korzysta ona coraz bardziej agresywnie i bezceremonialnie z tego instrumentarium – popełniając przy tym nierzadko kardynalne błędy, które przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych. Rządzeni są coraz bardziej nieufni wobec rządzących, których zdenerwowanie nasila się z każdym dniem.
Dwa przykłady: 1. – tzw. propaganda sukcesu – zazwyczaj intensyfikuje się ją wówczas, kiedy sukcesów nie ma lub kiedy trzeba zakamuflować ewidentne wpadki. Rządzący łakną sukcesów – jak kania dżdżu. Wykorzystują oni każdą nadarzającą się sposobność w celu gloryfikowania własnych (i cudzych) „dokonań”, wyolbrzymiając je do niebotycznych rozmiarów.. Np. wrzawa propagandowa ws. „zielonej wyspy”, sportowych sukcesów olimpijskich, sojuszu z USA i in. oraz grobowa cisza propagandowa, np., ws. winowajców tragedii smoleńskiej. 2. – liczenie na głupotę i na nieświadomość obywateli. Propaganda obliczona jest nie tylko na robienie z ludzi bezwolnych „wariatów” lecz również na to, iż rządzeni są znacznie głupsi od rządzących, którzy, rzekomo, wszystko wiedzą lepiej i zawsze mają rację. Tymczasem, w polityce, w życiu czy na polu walki obowiązuje zasada, iż „przeciwnik może okazać się mądrzejszy” i przebieglejszy ode mnie. Lekceważenie tej zasady prowadzi, z reguły, do przegranej.
W sferze metodologicznej, w PR RP obowiązuje zasada ręcznego sterowania, czyli udzielania instrukcji odgórnych i ścisłej koordynacji poczynań informacyjno-propagandowych mediów prorządowych. W efekcie tego, np., nadawane są codziennie takie same albo bardzo podobne serwisy informacyjne i komentarze. Angażuje się do nich stale te same „gadające twarze”, co znacznie obniża wiarygodność takich praktyk, ich efektywność i siłę oddziaływania na świadomość społeczną. Do monstrualnych rozmiarów podniesiono, wraz z propagandą sukcesu oraz z zasadą: „kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą”, ogłupianie społeczeństwa – rozsiewanie psychozy strachu, zagrożenia, patologii i taniej sensacji. W mediach – trup pada gęsto i krew leje się strumieniami…
W efekcie tego, serwisy informacyjne TV, filmy, reportaże, niektóre gazety i periodyki (np. brukowce springerowskie) oraz inne media ulegają zastraszającej kryminalizacji – stają się rzeczywiście kronikami policyjno-sądowymi. Grają na najniższych instynktach i gustach ludzkich. Głównymi „bohaterami” wielu programów są notorycznie policjanci, prokuratorzy i sędziowie oraz przestępcy różnego rodzaju. Jakże często – info (news!?) kończy się stwierdzeniem, że za to czy za tamto wykroczenie grozi tyle a tyle lat więzienia. Ludzie mają się bać! Szerzy się wulgarna golizna i seksomania. „Głupi naród” jest tumaniony i demoralizowany coraz bardziej.
Spustoszenie umysłowe i wyobcowanie (alienację) powoduje postępująca amerykanizacja programowo-metodologiczna mediów, także lingwistyczna. Używany przez nie „język polski”, pełen wulgaryzmów, nowomowy i neologicznych dziwolągów, ma coraz mniej wspólnego z oryginałem tego języka. W czasie pandemii – amerykanizm „social distancing” zamieniono dosłownie na „dystans społeczny” zamiast polskiego odstępu między ludźmi. Zaś, np., „Polskie Radio” nadaje już prawie wyłącznie melodyjki i songi zza oceanu.
W telewizjach małpujących programy zachodnie – młodzież śpiewa raczej tylko „cover’y” – po amerykańsku. Starsze pokolenia nie ulegają zbyt łatwo takiej „psichołogiczieskoj obrabotce”, ale młode – niestety, tak – i to bardzo! Dla nich jest to coś normalnego i zastanego w życiu – od urodzenia. Dlatego też spustoszenie moralne i psychiczne w ich mózgownicach jest niezwykle szkodliwe i raczej nieodwracalne. Na to liczą bardzo rządzący i ich medialne sługusy.
Inną metodą jest ciągłe nadawanie i publikowanie materiałów wywołujących współczucie, litość i silne wzruszenie u obywateli. W sposób bezwzględny eksploatuje się przeto tematykę biednych, chorych czy zabijanych dzieci, ludzi znajdujących się w tragicznej sytuacji (bezdomni, ciężko chorzy i in.), maltretowanych zwierząt itp. Szczytem wszystkiego było uczestniczenie ówczesnego premiera w pogrzebie noworodka, który stracił życie w wyniku błędu lekarskiego i ogólnej zapaści w tzw. służbie zdrowia, za co odpowiada właśnie premier i jego minister zdrowia. Decydenci i ich media mają natomiast niebywałe „szczęście” (tzw. fart), jeśli chodzi o nieustającą obfitość tematów zastępczych (np.: ś.p. polski papież, Ukraina, mała Madzia i wielu innych nieszczęśliwych maluchów, pedofile, kibole, olimpiada, piłka nożna i in., którymi dość skutecznie kamuflują realne i poważne problemy kraju i świata oraz usiłują odwracać uwagę społeczeństwa od tych problemów. W ten sposób, władze, nie rozwiązując realnych kłopotów, starają się przedłużać swoją egzystencję oraz korzystać z apanaży i z możliwości zarabiania pieniędzy, jakie daje sprawowanie władzy. Jest to jednak metodologia i taktyka bardzo krótkowzroczna i zgubna.
W kategoriach merytorycznych, zauważalne jest systematyczne obniżanie poziomu jakości i niegdysiejszego wyrafinowania mediów, bowiem dominują w nich płycizny i słabizny. Media stają się coraz bardziej prowincjonalne i zaściankowe. Propagowane są przeważnie treści coraz gorsze, tendencyjne i negatywne – zamiast coraz lepszych, obiektywnych i pozytywnych (relacje z wydarzeń na Ukrainie są tego jaskrawym dowodem).
Takie podejście raczej deprymuje ludzi a nie zachęca ich do aktywnego życia i pracy oraz do działania w interesie własnym i społecznym. Wielu zapytuje: „po co mam się trudzić i starać, skoro mogę na tym więcej stracić niż zyskać?”. Oto skutki tego, że media wykorzystywane są, nade wszystko, w interesie rządzących a nie rządzonych oraz że przeważa w nich banalna forma nad poważną treścią. Szkodliwa jest także niebywała monotonia medialna – człowiek włącza telewizor, otwiera internet czy kupuje brukowiec i – a priori – wie, czego może się po nich spodziewać?! Wielkie zdenerwowanie, oburzenie i gniew społeczny budzi także lansowanie stale tych samych „celebrytów” – zasobnych, dobrze odzianych i zdemoralizowanych. Czy oni mają stanowić wzory do naśladowania dla większości biednego społeczeństwa i zwichrowanej młodzieży, dla których owe wzory są nieosiągalne?
Generalnie, w zakresie nadawanych i publikowanych treści – poza dezinformacją, manipulacją i czarną propagandą – niezwykle szkodliwa, pod względem psychicznym, jest pogłębiająca się przepaść między tymi lukrowanymi treściami a brutalnymi realiami rozwoju kraju i świata oraz życia, pracy i przyszłości obywateli. Jak bumerang, stale powraca hasło: „prasa kłamie, media kłamią”. W tym kontekście, szczególnie w okresach przedwyborczych, nasilają się manipulacje treściami i tematami mogącymi służyć modelowaniu preferencji wyborców i wpływaniu na wyniki wyborów, na sprawdzanie których wyborcy nie mają żadnego wpływu. Brak możliwości wpływania na bieg wydarzeń w kraju i we własnym środowisku potęguje uczucia bezsilności i frustracji wśród obywateli.
W celach przedwyborczych i wyborczych wykorzystuje się w mediach bezpłodne dyskusje i puste przepychanki słowne oraz, zwłaszcza, tzw. sondaże opinii publicznej, często manipulowane, rozbieżne i surrealistyczne. Jednym słowem, zarówno pod względem treści, jak i formy, polskie media prezentują się jak wielkie stajnie augiaszowe wymagające gruntownej czystki i reformy oraz odstąpienia od izolacjonizmu i od zaściankowości, a także – i przede wszystkim – rezygnacji z funkcji prania i zniewalania mózgów oraz otępniania społeczeństwa, szczególnie młodszej jego części. Media nie mogą być instrumentem prowadzącym do pogłębiania degeneracji psychicznej obywateli. W ostatecznym rozrachunku – szkodzi ona nie tylko konsumentom mediów lecz również producentom opacznych treści, nawet opakowanych w pozornie atrakcyjne formy, szkodzi państwu i jego pozycji w świecie.
W konkluzji, szokujące i bardzo niekorzystne dla telewizji polskiej i dla Internetu, tzw. mediów społecznościowych (?) (odgrywających główną rolę degeneracyjną) jest ich jakościowe porównanie z innymi mediami i telewizjami europejskimi, np., niemiecką, francuską, brytyjską czy włoską.
Ponadto, jeśli by zsumować wszystkie przeanalizowane powyżej przejawy, przyczyny i motywy degeneracji psychicznej społeczeństwa polskiego i innych społeczeństw oraz ich dotychczasowe konsekwencje, to trzeba powiedzieć jasno i zdecydowanie: na jego (ich) umysłowości, świadomości, psychice i przyszłości (w efekcie) dokonywana jest bezprecedensowa zbrodnia przeciwko ludziom, której pierwsze dramatyczne konsekwencje widać już dziś.
W interesie wszystkich, także mądrych, rozumnych i normalnych obywateli jest przeto niedopuszczenie do przekształcenia Polski i świata w jeden wielki dom wariatów. STOP! Trzeba zatrzymać wzrost liczby chorych psychicznie i samobójców! Mój ś.p. profesor filozofii, jeden z najwybitniejszych polskich uczonych czasów nowożytnych, ostrzegał mnie (na ostatnim egzaminie): „pamiętaj, młodzieńcze, iż – w domu wariatów – mądry człowiek traktowany jest jak głupi”. Te prorocze słowa są jeszcze bardziej aktualne w świetle obecnych realiów w kraju i na świecie. Ale słowa te nie powinny się spełnić!

  • Znamienne, iż systematycznie pogarsza się stan psychiczny żołnierzy i oficerów US Army. Aż 2,6 mln spośród nich uczestniczyło, w ostatnich latach, w wojnie afgańskiej, irackiej, syryjskiej i in. oraz w innych misjach bojowych poza granicami Stanów Zjednoczonych. Po powrocie do domu, połowa z nich żali się, iż władze nie zajmują się nimi w odpowiednim stopniu – także jeśli chodzi o zdrowie psychiczne. W efekcie tego, poczynając od roku 2008, więcej żołnierzy amerykańskich zginęło we własnym kraju (najczęściej śmiercią samobójczą) niż poza jego granicami (w działaniach bojowych). Nierzadko dochodzi do strzelaniny, powodowanej często przez psychicznie chorych, nawet na terenie amerykańskich baz wojskowych.