Plan Agaty – zatrzymać czas

„Zatrzymać czas” Anny Sakowicz to kontynuacja losów Agaty i Poli, sióstr Żółtaszek, które poznaliśmy w tomach „Postawić na szczęście” (2018) i „Dogonić miłość”(2019). Spotykamy je znowu, gdy starsza Agata, matka maleńkiego Tymka, planuje powrót do pracy, rozważa wyjście za mąż za Emila i oczywiście, jak większość dziewczyn po urodzeniu dziecka, postanawia schudnąć.

Natomiast młodsza Pola, po tragicznym wypadku motocyklowym, poruszająca się na wózku, planuje ślub z sympatycznym policjantem Sławkiem Wasilewskim.
Idylla nie trwa długo, bo sytuacja mocno się komplikuje. Emil ulega poważnemu wypadkowi w pracy, trafia do szpitala i jego życie wisi na włosku, a Pola marząca o dziecku niespodziewanie dowiaduje się, że jej narzeczony jest bezpłodny, o czym bał się jej wcześniej powiedzieć.
Obie siostry muszą więc ponownie przeanalizować swoje uczucia, znaleźć optymalne rozwiązania sytuacji jakich się znalazły, co jest okraszone i zabawnymi i smutnymi zdarzeniami, jakie są ich udziałem.
Warto wspomnieć, nie zdradzając szczegółów intrygi, że na kartach książki spotykamy utalentowaną plastycznie i aktorsko rudowłosą Zosię, wychowankę domu dziecka i niejakiego Kozłowskiego, który oprócz tego, że jest zdolnym chirurgiem, leczy swoich pacjentów zaczarowaną pozytywką, i całą gromadę policjantów, przyjaciół Sławka, którzy wspierają go w walce o uczucie Poli.
Spotykamy również bohaterów negatywnych, choćby Reuela Rajna, szemranego uzdrowiciela, żerującego na nieszczęściu ciężko chorych ludzi, którego próbują zdemaskować siostry Żółtaszek.
Wartka akcja, zaskakujące jej zwroty, barwni bohaterowie to oczywiście atuty książki, ale równie ważny jest sposób w jaki autorka Anna Sakowicz przedstawia problemy ludzi z niepełnosprawnością, wykluczonych.
Lektura powieści daje nadzieję, że nawet najtrudniejsze problemy można rozwiązać i faktycznie najlepiej „byłoby zatrzymać czas, kiedy wszystko wreszcie zaczęło się układać”.
Anna Sakowicz – „Zatrzymać czas”, Edipresse Książki, Warszawa 2020, str. 334, ISBN 978-83-8177-535-9

Jak zapunktować punkując?

Najkrócej mógłbym napisać- dzięki tej książce najłatwiej wytłumaczysz dzieciom i wnukom co to jest punk, rock, wytwórnia płytowa, bas, Teddy Boys albo New Romantic.

I dodać od razu, że proces tłumaczenia ułatwi ci przejrzysty graficznie układ tej monumentalnej monografii. Zawierający dużo ilustracji, krótkie noty poświęcone encyklopedycznym hasłom. Wszystkie napisane dużym drukiem, znakomicie ułatwiającym proces czytania.
Do tego chronologiczny układ treści.
Dzięki niemu łatwo przenosimy się w kraj lat szczenięcych, w te pamiętne lata pięćdziesiąte. Roztańczone rytmy nieśmiertelnego Elvisa Presleya i słuchanego w zachodnich rozgłośniach Billa Haleya.
Potem następna dekada, czas naszych młodzieńczych buntów. Pierwsze nagrania The Beatles, bardziej niegrzecznych The Rolling Stones, The Doors i Jimi Hendrixa. A na medytacyjną odtrutkę Bob Dylan.
Potem zaczynają się lata siedemdziesiąte, i następne, czyli muzyczny rollercoaster. Ramones, Sex Pistols, The Clash, Deep Purple, Bob Marley.
Dziadku, dziadku, to dziadek też punkował? Przypalał trawkę?
I wtedy z głębokiej szafy możesz wydobyć starą ramoneskę albo jarocińską pieszczochę nabijaną ćwiekami. Nieśmiertelne winyle. Realne, dotykalne, w przeciwieństwie do dzisiejszego streamingu.
xxx
Pamiętam czasy studenckie, kiedy na socjologii kultury wałkowaliśmy „Kulturę i tożsamość: studium dystansu międzypokoleniowego” Margaret Mead.
Zdefiniowała ona trzy rodzaju kultury. Tradycyjną „postfiguratywna” gdzie wszystkie wzory kulturowe przekazują ludzie starsi. Są oni pośrednikami między przeszłością a czasami obecnymi.
Kulturę kofiguratywną gdzie wzory kulturowe są przekazywane przez pokolenie średnie, a pokolenie starszych jest marginalizowane.
No i prefiguratywną, tak powszechną obecnie. Kiedy starsze pokolenie nie nadąża za zmianami i to młodzi uczą starszych. Nie tylko samej obsługi komputera, ale całej kultury internetowej też.
Dzięki lekturze „Ilustrowanej Historii Rocka” znów wrócicie do czasów kultury postfiguratywnej. I przede wszystkim zaimponujecie dzieciom i wnukom.
„Ilustrowana Historia Rocka”. Susana Monteagudo – tekst Luis Demand- ilustracje.Wydawnictwo tata robi książki.

Dalekowzroczny profesor Stępień

Mariana Stępnia „Kartki z dziennika” to ważna lektura dla młodych przedstawicieli współczesnej lewicy. Nie mają oni- z powodu wieku-osobistych doświadczeń i obserwacji okresu PRL. Są oni narażeni na presję propagandowo-indoktrynacyjną polskiej prawicy opartą o zafałszowaną i zmanipulowaną najnowszą historię naszego kraju. Książka profesora Stępnia ułatwia ukształtowanie poglądu pozbawionego manipulacji i zafałszowań.

Cechy tej książki to rzetelność intelektualna, poczucie proporcji oraz ukazywanie złożoności procesów, postaw, motywacji i działań pojedyńczych jednostek i grup społecznych. W naszych latach, gdy jest tak wiele czarno-białych uproszczeń, przemilczeń i kłamstw połączonych z bezczelnością i arogancją książka ta jest szczególnie pożyteczna. Bardzo istotne są-moim zdaniem-zapiski autora dziennika ukazujące zarodki przyszłych zjawisk kryzysowych w sferze polityki i życia społecznego.
Przebłysk
Z troską obserwował prof. Stępień pierwszą wizytę Jana Pawła II . Pod datą 3 czerwca 1979 zanotował: „Zbliżenie śpiewających z przejęciem twarzy, utwierdzanie nieszczęsnej polskiej tożsamości narodowej nierozerwalnie związanej z religijnością, emocjonalną, ułatwioną, bezrefleksyjną, utrwalaną przez polski kościół katolicki dla jego własnego dobra, nie dla dobra Polski.
Potem Papież, niczym monarcha na tronie, przyjmował hołd od poddanych, od delegacji każdej diecezji. Podchodzenie, klękanie, całowanie pierścienia. Demonstracja siły, popularności wśród poddanego ludu. Nie wyglądało to dobrze.
Jak wiadomo, trwają obecnie spory czy papież wiedział o przestępstwach i grzechach biskupów i kardynałów czy też nie, a także o rolę poszczególnych dostojników kościelnych. Nie ulega jednak wątpliwości, że autorytet polskiego papieża stał się osłoną, za którą powstało demoralizujące poczucie bezkarności.
„Miarą znaczenia papieskiej wizyty będzie to, co w polskim kościele katolickim pozostanie: jeszcze większe butne nieprzejednanie czy wyciągnięta dłoń do współpracy i lepszego niż dotychczas porozumienia. „ Dziś wiemy, co pozostało.
16 listopada 1989 z satysfakcją skomentował autor dziennika ważne dla propagowania Polski przemówienie Lecha Wałęsy w Kongresie USA .
„Wczoraj oglądałem wystąpienie Wałęsy przed dwiema Izbami Kongresu Amerykańskiego. Cóż, nie mogłem się oprzeć takim myślom: niezwykła kariera tego człowieka, świetnie przygotowane polityczne przemówienie; niezwykłe przyjęcie (wielokrotne standing ovations), gorące oklaski. Jaruzelski musi na miesiące liczyć czas swej prezydentury. „Warto wspomnieć o współautorach sukcesu Wałęsy. Tekst przemówienia napisał Kazimierz Dziewanowski. Przetłumaczył na angielski i odczytał-Jacek Kalabiński. Do słuchaczy w świecie anglojęzycznym Wałęsa przemawiał głosem Kalabińskiego. Kiedy Lech Wałęsa został prezydentem niektórzy oczekiwali, że wymienieni powyżej wybitni dziennikarze będą jego doradcami. Tak się jednak nie stało. Ze szkodą dla tej prezydentury.
Polonia i polska racja stanu
Jak wiadomo do USA przybywali imigranci z całego świata. Przybywali z wielu powodów. Różnili się poziomem wykształcenia, posiadanymi zasobami i wyobrażeniami o swej przyszłej pozycji w Nowym Świecie. Do Ameryki przywozili też swoje wyobrażenia o krajach ojczystych, ich historii i znaczeniu. Niemieccy osadnicy, którzy w Północnej Dakocie założyli miasto Bismarck z pewnością posiadali w swej świadomości inny obraz Europy i Polski, aniżeli polscy przybysze. Ci ostatni przywozili ze sobą m. in. tradycyjne wady, takie jak znane nam wszystkim „polskie piekło”. Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Marian Stępień-stypendysta Fundacji Fulbrighta przebywający w 1978 roku w stanie Michigan -wygłaszał na uczelniach i w organizacjach społecznych wykłady o literaturze polskiej. Poznał wówczas m. in. cztery polskie kluby działające w Grand Rapids. Zauważył, że „stosunki między nimi są nieprzyjazne, bez gotowości wzajemnego zrozumienia i współpracy. Obecność na spotkaniu w innym klubie niż własny jest traktowana jako akt nielojalności.
Bywam na spotkaniach w każdym klubie. Nie tylko z obowiązku. Kieruje mną ciekawość i ogólna do wszystkich sympatia, mimo-niekiedy- poczucia zażenowania. Uczestniczyłem dzisiaj w spotkaniu odbywającym się w starej, zaniedbanej remizie strażackiej. Tańczenie polki w rytm niewyszukanej muzyki, popijanie whisky. Nie upijali się za bardzo, tylko nabierali tego krzepkiego wigoru, rubaszności, prostackiego zadowolenia, często odpychającego.
Są to ludzie o ciężkim, bardzo pracowitym życiu, poczciwi, związani z polskością według własnego wyobrażenia, które warto by poddać analizie socjologicznej, psychologicznej. Dumni w swej szczególnie wyobrażanej polskości, równie dumni ze swej przynależności do Ameryki. Z uniesieniem, ze wzruszeniem udzielającym się i mnie śpiewali na zakończenie spotkania pieśń Ameryko!Ameryko! Czuli się potomkami tych pielgrzymów, którzy odzyskiwali wolność i godność z chwilą, gdy ich stopa stanęła na ziemi Waszyngtona. „
W trakcie Dni Etnicznych prof. Stępień zapoznał się z przykładami historii i kultury holenderskiej. „Na tym tle Polacy nie wypadali najlepiej. Bigos, gołąbki kiełbasa. Ich strojom niby to góralskim czy krakowskim, brakowało autentyczności. W programie muzycznym pieśni religijne i patriotyczne, rzewnie wykonywane.
Niemiecka grupa etniczna urządziła wystawę niemieckich militariów związanych z pierwszą wojną światową. Eksponowane w gablotach „Żelazne Krzyże” wywoływały wspomnienie także drugiej wojny. Wiele eksponatów odnosiło się w ogóle do „czynu żołnierskiego”.
W trakcie pobytu w Allendale prof. Stępień wygłosił cykl wykładów na temat The Polish Contemporary Literature Abroad. „Na ścianie wisiała duża mapa polityczna powojennej Europy. Polskie ziemie zachodnie i północne wyodrębnione były białym kolorem i ukośnie biegnącym napisem, że jest to terytorium pozostające pod tymczasową polską administracją. „ Po kilkakrotnych interwencjach prof. Stępnia mapa została zdjęta ze ściany. Profesor obawiał się, że po jego wyjeździe mapa powróci na poprzednie miejsce.
Godny uwagi jest fakt, że uczniem szkoły średniej w Grand Rapids był przyszły prezydent Gerald R. Ford. Następnie studiował on prawo w The University of Michigan w Ann Arbor. Jednym z najsławniejszych profesorów tego uniwersytetu był polski fizykochemik Kazimierz Fajans (1886-1975). Reguła przesunięć Soddy’ego – Fajansa weszła na stałe do podręczników. Regułę tą Fajans sformułował niezależnie od F. Soddy’ego. W roku 1958 na zaproszenie prof. Kazimierza Kapitańczyka – znakomitego chemika i błyskotliwego humanisty- prof. Fajans odwiedził mało znaną wówczas Politechnikę Poznańską i wygłosił wykład o wiązaniach międzyatomowych.
Byłem jednym ze studentów tej Politechniki, którzy z przejęciem słuchali słów wielkiego uczonego. Jego wizytę w Politechnice opisałem w „Ilustrowanym Kurierze Polskim”.
Absolwent The University of Michigan prezydent Gerald Ford w 1974 roku gościł Edwarda Gierka, a następnie -na jego zaproszenie – odwiedził Polskę. W lipcu 1975 roku bezpośrednio z Warszawy udał się do Helsinek, gdzie podpisał Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie zawierający m. in. zasadę nienaruszalności granic.
Amerykańscy prezydenci-Nixon, Ford, Carter i Bush-senior- chętnie odwiedzali Polskę, aby -w warunkach zimnowojennego podziału świata- poszerzać zakres manewru polskich polityków w stosunkach międzynarodowych. Było to oczywiście korzystne dla Polski. Zdaniem Edwarda Gierka „plusem podstawowym było to, że Polska opuściła zaścianek i wypłynęła na szerokie wody polityki międzynarodowej, mocno zaznaczyła swe istnienie. Ponadto były ważne w sensie psychologicznym: na zachodzie Europy, na mapach tam drukowanych , znikł napis „pod tymczasowy polskim zarządem”.
Jak wynika z obserwacji prof. Stępnia, to co często skutkowało w Europie, napotykało opory w głębi Ameryki, w Michigan.
Sekretarz Komitetu Centralnego
Jako sekretarz Komitetu Centralnego (1988-1989) profesor poznał bliżej wiele środowisk związanych z kulturą. Szczególną uwagę zwracał na nauczycieli, kierowników zespołów artystycznych, organizatorów muzeów i wystaw oraz innych entuzjastów -społeczników. Tam, gdzie było to potrzebne znajdował sposoby wspierania ich wysiłków i usuwania barier z ich dróg.
W styczniu 1990 roku charakteryzując pracowników ówczesnego Wydziału Kultury KC autor dziennika podkreślił: „Wszyscy, których mam przed sobą umieli znaleźć wspólny język z twórcami, działaczami na polu kultury. Przyczyniali się do rzeczy lepszych, czasami gorszych, jak wielu. Angażowali się z najlepszą wolą i intencjami. Mieli swój udział w realizowaniu nie zawsze fortunnych decyzji swych przełożonych, ale też niekiedy umieli minimalizować ich niedobre skutki i załatwić coś pożytecznego dla środowisk twórczych. Działali w systemie, który nie był ich dziełem, a który organizował całe życie społeczne. Obciążanie ich, trzydziesto-czterdziestoletnich nawet za zbrodnie stalinizmu, jak to niekiedy czynią rozmnożeni dzisiaj „moraliści”, jest okrutnym nieporozumieniem, skrajną głupotą. „
Zdumiewający kryzys umysłowy
20 marca 1992 roku prof. Stępień zanotował: „ Tydzień minął od oświadczenia generała Wiktora Dubynina, że gdyby nie wprowadzenie stanu wojennego, 14 grudnia 1981 roku oddziały radzieckie wkroczyłyby do Polski.
I cisza. Zwięźle do razu skomentował to Jaruzelski. Wałęsa powiedział, że ma swoje zdanie, ale poczeka na komentarze. Ci, którzy najwięcej mówili o nielegalności decyzji wprowadzającej stan wojenny i równie tyle o tym, że był on nieuzasadniony–milczą. Po paru dniach odezwał się Krzysztof Kąkolewski. Kiedyś go wysoko ceniłem, ale to, co teraz powiedział w telewizji jest świadectwem trwającego nadal kryzysu umysłowego.
Uznał, że Jaruzelski powinien na wiadomość o tym, o czym poinformował teraz Dubynin nie wprowadzać stanu wojennego, lecz ogłosić mobilizację, rozdać narodowi broń, przekazać władzę Wałęsie i Glempowi.
Gdyby nie usłyszał tego na własne uszy, nie uwierzyłbym, że człowiek-zdawałoby się- myślący może mówić takie brednie. Jak on sobie wyobraża dalszy ciąg wydarzeń? Podobnym świadectwem kryzysu umysłowego, aczkolwiek dotyczącym nieco innej sfery zdarzeń są słowa Ryszarda Terleckiego z artykułu otwierającego 36 numer „Arki”. Ten żałuje , że wydarzenia lat 1989-1990 nie przybrały gwałtowniejszego charakteru: „Wielu uważa, że nie było dotąd politycznego przełomu i w przyszłości niełatwo będzie wyznaczyć datę Ponownego Odzyskanie Niepodległości. Krew jest wielką ceną wolności, ale uniknięcie rozlewu krwi czasem może kosztować jeszcze drożej”. (s. 5)
x x x
W okresie PRL przez wiele lat czytelnikom narzucano podział literatury na krajową i emigracyjną-często przemilczaną. Koncepcja prof. Stępnia-literatura polska jest jedna-była aktem odwagi. Autor koncepcji konsekwentnie ją głosił i realizował w swej pracy badawczej, co nie było ani proste, ani łatwe. W dzienniku profesora znajdujemy wiele informacji dotyczących pisarzy tworzących poza krajem ojczystym. Byli i są oni zanurzeni w ojczyźnie-polszczyźnie. Dzięki pracy prof. Mariana Stępnia nasza wiedza o ich twórczości jest pełniejsza, a jej rozumienie-głębsze.

Podróż od kuchni po morzu głupstw

Premiera „M.G.” w stołecznym Teatrze Polskim wpisuje się w forsowną podróż po morzu polskich głupstw, jaką od lat prowadzą w swoim autorskim teatrze Monika Strzępka i Paweł Demirski.

Prowadzą ją ku przestrodze i uwadze, aby te głupstwa „nie zabliźniły się błoną podłości”. I choć całkiem inaczej niż Żeromski, bo częściej z nutą groteski, prześmiewczą i ironiczną patrzą na rzeczywistość niż nastrojony na serio autor Przedwiośnia, to trudno nie dostrzec w ich spektaklach tego samego zacięcia do tropienia zła, hipokryzji, lenistwa i pospolitego szkodnictwa.
Przed ośmioma laty ich spektakl
W imię Jakuba S.
w Teatrze Dramatycznym m.st. kończył się znamiennym ostrzeżeniem wyświetlanym na horyzoncie sceny: „Szela jest już w Jankach”. Warszawiakom nie trzeba było tego tłumaczyć: podstołeczne Janki, centrum handlowe z marketami i mrowiem pomniejszych sklepów i sklepików, graniczy ze stolicą, o żabi skok od centrum, choć czasem te kilkanaście kilometrów z Janek do Pałacu Kultury trzeba jechać prawie dwie godziny. Ale jednak niedaleko, toteż napis mialłsiłę ostrzeżenia. Szela w Jankach? Rewolucja za rogatkami? Strzeż się popleczniku reżimu, ludowy mściciel nadchodzi. ugniatać jak plastelina.
Szela jednak nie nadszedł, mimo że kosy, siekiery, widły, krew (sztuczna bo sztuczna, tak jak sztuczne są palce, obcinane na scenie z demonstracyjna teatralnością) to niewątpliwe znaki, że wścieka się polska ciemna dusza, rozczarowana rajem przyobiecanym. A że rozczarowana, widać na pierwszy rzut oka. Scena przedstawiała pobojowisko. Jakieś rozchwierutane sprzęty domowe, koślawe krzesła i stół, stara, ledwo zipiąca lodówka, zapadnięte drzwi do łazienki niczym czeluść do piekła, a wszystko tonęło w styropaniowej bieli kulek udających śnieg.
To był bardzo anarchiczny spektakl, nikogo nie sławił ani do niczego nie wzywał, a jednak czuło się tęsknotę za zmianą. Czy tak jak jest, musi być, pytali twórcy. Stawiali pytania żywe i najwyraźniej na ustach młodych, którzy na spektakl w Dramatycznym przybywali licznie, pożerając go oczami i uszami. Demirski i Strzępka trafili w czuły punkt, trącając strunę rozczarowania, a młodzi widzowie czuli, że to w ich imieniu rzeczywistość leży na deskach jak długa.
Trzy lata temu duet Strzępka/Demirski przyrządził w warszawskim Teatrze Polskim na podstawie powieści Twardocha
„Król”
mocny spektakl o przemocy i pamięci. Główny bohater-narrator, starzejący się Jakub Szapiro, były bokser i gangster, zmagał się z przeszłością. Mieszały się mu fakty, ludzie, sytuacje, fantazje z rzeczywistością, samcza postawa macho z poczuciem niewybaczalnej winny. Opowieść o dwóch nieprzyjaznych Warszawach ostatnich lat epoki międzywojnia, polskiej i żydowskiej, ich dramatycznych związkach i obcości, wpleciona w gangsterską sagę i pajęczą sieć intryg, stała się elektryzującym spektaklem politycznym. To opowieść o nieprzezwyciężalnych podziałach klasowych i ideowych, o zmaganiach lewicy z prawicą, o pogardzie i samoobronie przerastającej w agresję, o przepastnych różnicach dzielących ultraprawicowe ugrupowania polskie, kombatantów bojówek PPS-u, organizacje syjonistyczne i gangi żydowskie.
Świetnie to zostało przyrządzone, począwszy od scenografii z zapracowaną obrotową sceną, odsłaniającą coraz to inne plany akcji, luksusowymi samochodami gangsterów i widowiskowymi zajściami ulicznymi, podczas których śpiewa się „Warszawiankę 1905”, powiewając czerwonym sztandarem. Powstał wybuchowy kolaż, w którym historia zadaje pytania współczesnym.
W najnowszym spektaklu Teatru Polskiego
„M.G.”
Strzępka i Demirski wracają do naszej współczesności i znowu zadają przeklęte polskie pytania, „wynajmując” do tego zadania Magdę Gessler, podziwianą i znienawidzoną przez nieudaczników twórczynię „Kuchennych rewolucji”. To oczywiście postać sceniczna, choć z masowej wyobraźni wyjęta, którą sugestywnie przedstawia Eliza Borowska w bujnej blond peruce z lokami, z charakterystycznymi energicznymi ruchami głową i zdecydowanym sposobem artykulacji. Nie o naśladownictwo tu jednak idzie, choć to właśnie ono stanowi magnes skupiający uwagę widowni, ale o przewodnictwo. Kiedy bowiem gdzieś w polskim interiorze zdarza się wypadek, samochód dalej nie pojedzie, a Magda Gessler i jej asystentka (Marta Ojrzyńska) znajdą się w ciemnym lesie, bez dostępu do sieci, wyłoni się przed nimi Polska z dala od wielkich metropolii. Polska, w której kościół, knajpa sąsiadują z niepospolitych rozmiarów operą niemal w szczerym polu, otoczone lasem, który ciągnie się nie wiedzieć jak daleko. Wszyscy, jak się okaże, żyją tu osobno, a każdy przekonany, z jest burmistrzem albo nawet prezydentem. Nadęci i nijacy, powyjmowani z różnych literackich tradycji.
Dość spojrzeć na listę postaci scenicznych, jak je Paweł Demirski ponazywał, aby się przekonać, że trafiliśmy do krainy na pograniczu groteski, literatury i publicystyki. Listę tę otwiera „Matka Boska, jaką każdy by chciał mieć obok” (Grażyna Barszczewska) – bardzo jest zapracowana, wciąż wzywana okrzykiem „O, Matko Boska!”, pojawia się pełna wyrozumiałości, ale bez entuzjazmu. Mieszkańcy dziwnej osady to: „Kobieta w słowiańskim przykucu” (Marta Naradkiewicz), najwyraźniej przybyła z czeluści epizodu wiejskiego z „Ferdydurke”, zastraszona kelnerka miejscowej knajpy; „Gospodyni” (Katarzyna Strączek) i „Gospodarz” (Adama Cywka), rodem z „Wesela”, właściciele miejscowych knajp; Eliza Doolittle (Joanna Trzepiecińska), żona „Dyrektora oper, filharmonii i sal widowiskowo-sportowych”, awansowanego kombatanta ze styropianu (Jerzy Schejbal), który wybrał jej nowe nazwisko zaczerpnięte z „Pigmaliona” G.B. Shawa nie przypadkiem, bo żonę traktuje jak modelinę do formowania; „Rajowy” (Adam Biedrzycki), czyli miejscowy pleban, niemal zawsze otoczony przez ponętnych chłopców; „Zoomer” (Jakub Kordas), chłopak zatopiony w internecie, zbuntowany przeciw rodzicom, którzy „odebrali nam wszystkie słowa”; „Mężczyzna wewnątrz własnego marzenia” (Krzysztof Kwiatkowski), śniący o karierze kucharza nieudacznik; i wreszcie postać niejednoznaczna – „Burmistrz, Prezydent, tzw. Dobra Partia” (Paweł Tomaszewski), pełniący funkcję wszędobylskiego antreprenera. Wszyscy razem tworzą osobliwą kolekcję, wystawiając na próbę dobrodziejstwa demokracji i tzw. dobrej zmiany.
Premiera „M.G.” miała się odbyć w kwietniu ubiegłego roku, zapowiadana nawet jako musical (niewiele z tego muzycznego zamysłu się ostało), ale pandemia pokrzyżowała plany teatru. Wprawdzie epidemia nie stała się tematem spektaklu, nawet się o niej nie wspomina, ale atmosfera katastrofy jest widoczna. Nawet w scenografii. Umieszczona na obrotowej scenie kolumnada opery w pierwszym akcie jeszcze z dumą stoi, ale po przerwie już kilka kolumn leży jak po trzęsieniu ziemi, ruina zagląda bohaterom w oczy. Podobnie rzecz się ma z pizzerią Angello, która z miłej chatki przenosi do przyczepy kempingowej. Stabilność zastępuje prowizorka. Widać, że wszystko psieje. I prawdziwych talerzy brak.
Wyczekiwany spektakl Moniki Strzępki (reżyseria) i Pawła Demirskiego (tekst) portretuje stan wielkiego rozczarowania, jakie przynosi współczesna Polska, pozbawiona wyrazu, solidności i rozsądku. Inteligenckie fascynacje Gombrowiczem (jedna z najlepszych scen w spektaklu) okazują się nowym upupieniem, rezultatem powierzchownej lektury, która nijak ma się do rzeczywistości. Po trzydziestu latach od wielkiej zmiany ustrojowej okazuje się, że nie tak miało być, skoro państwa właściwie nie ma, są tylko „mili państwo” na widowni.
Pomysł, aby z pomocą figury Magdy Gessler dokonać lustracji Polski prowincjonalnej sprawdza się jako doskonały sposób na ujawnienie naszych niedoczynności i braków, którym nawet pełna dobrej woli Matka Boska (jak zawsze znakomita Grażyna Barszczewska) nie zdoła zapobiec.

M.G. Pawła Demirskiego, reż. Monika Strzępka, scenografia i kostiumy Arek Ślesiński, muz. Tomasz Sierajewski, choreografia Marta Ziółek, multimedia i światło Adam Zduńczyk i Jakub Lech, konsultacje wokalne Paulina Mączka-Michota, efekty pirotechniczne Tomasz Pałasz, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana, premiera 19 lutego 2021.

Kapsułki pamięci

Wieńczysław Gliński
Z panem Wieńczysławem, wybitnym aktorem spędziłem w połowie lat dwutysięcznych w jego mieszkaniu na warszawskiej Saskiej Kępie wiele godzin, rozłożonych na kilka spotkań. Jako urodzony w roku 1921 (zm. 2008) człowiek o bogatej i dramatycznej biografii (m.in. więzień niemieckich obozów koncentracyjnych) miał ogromnie wiele do opowiadania. Oczywiście nie tylko o swoich doświadczeniach okupacyjnych, wojennych, ale także o pracy aktorskiej i życiu towarzyskim w środowisku artystycznym. Jego aktorskie emploi był bardzo bogaty, bo z jednej strony znakomicie wcielał się n.p. w postacie o profilu lekkim, wesołym, „salonowym”, nawet komediowym, z drugiej doskonale kreował postacie dramatyczne, a nawet o zakroju tragicznym, n.p. „Zadrę” w „Kanale” Andrzeja Wajdy. Jako gawędziarz pan Wieńczysław był wspaniały. Był tzw. czarującym causerem, opowiadał barwnie, z rozmachem, jakby z sarmackim kolorytem. Pewnego razu zagadaliśmy się przy czerwonym winie długo w noc, a że wypiliśmy go obaj sporo, więc w pewnym momencie pan Wieńczysław błogo zasnął. W tej sytuacji okryłem go kocem i wymknąłem się z mieszkania na deszczową ulicę, po zasygnalizowaniu tego komuś z rodziny, kto akurat był w domu obecny. Pan Wieńczysław zwykł urządzać swoje urodziny z rozmachem nader bujnym. Zapraszał mnóstwo gości i serwował bufet z prawdziwie królewską hojnością. W obsługiwaniu gości pomagali mu dwaj jego sympatyczni wnukowie, z którymi bawił się w trochę teatralną grę w stylu „pan i jego lokaje”, klaskaniem i wołaniem („lokaje, moi lokaje!”) wzywając ich aby troszczyli się o potrzeby gości. Nie zapomnę zwłaszcza pierwszych urodzin pana Wieńczysława, na których miałem zaszczyt być gościem (maj 2004 roku). Przypadła mi wtedy w udziale gratka obserwowania „spektaklu”, który nazwałbym Spektaklem Wielkich Wejść. Przyszedłem trochę wcześniej z myślą, że i ja może przydam się jako pomoc domowa w przygotowaniu „imprezy”. Okazało się jednak, że mogę spokojnie usiąść i obserwować przychodzących gości. W bocznym przedpokoju natknąłem się na pana Ignacego Gogolewskiego palącego papierosa, a przy tym czyniącego to z dystynkcją właściwą mu w przypadku każdej czynności. Po pewnym czasie ujrzałem wchodzących kolejno: wspaniałą aktorkę, panią Barbarę Horawiankę i wybitnego reżysera, pana Stanisława Różewicza. Usiedli na kanapie i oddali się rozmowie. Niedługo później przyszedł pan Stanisław Mikulski, który dołączył do rozmowy. Czułem się jak na widowni teatru obserwując scenę zapełniającą się znakomitymi postaciami. Jednak najlepsza część tego widowiska miała miejsce przeszło godzinę później, gdy przybył pan Wiesław Michnikowski. Mieszkanie pana Wieńczysława było już wtedy wypełnione gośćmi i gdy usłyszeli oni, że idzie tak znakomity i popularny gość, ustawili się szpalerem, witając go oklaskami, niczym wchodzącego monarchę. A on witał wszystkich „hurtowo”, kłaniając się z czarującym uśmiechem i wołając: „Witam wszystkich państwa, razem i każdego z osobna”. Po czym podszedł do Stanisława Mikulskiego z pytaniem: „Stasiu, czy pamiętasz, jak mnie pytałeś, czy zostać aktorem?”. „Pamiętam, Wiesiu, ale to było 55 lat temu” – zawołał pan Mikulski i z wysokości swojego wzrostu pocałował starszego, filigranowego kolegę w czoło. Uwielbiałem poczucie humoru pana Wieńczysława. Podczas wspomnianych urodzin byłem świadkiem, jak zadał jakąś zagadkę panu Stanisławowi Różewiczowi. Uzyskawszy zadowalającą odpowiedź zawołał: „Brawo! Wygrałeś główną rolę w filmie „Złodziej z Bagdadu”!
Jan Englert
Już podczas naszego pierwszego spotkania (w letnie, słoneczne południe 2004 roku) w jego gabinecie przy warszawskim placu Teatralnym, zauważyłem, że pod dystyngowaną już i mocno dojrzałą powierzchownością dyrektora (wtedy i do dziś) Teatru Narodowego skrywa się energiczny, nieco figlarny, skłonny do złośliwej ironii (i autoironii) chłopiec (o „oszronionej” czuprynie), co podkreśla zawsze także jego szczupła, sportowa, choć niewysoka sylwetka. Powiedział kiedyś, że stąd bierze się jego problem z graniem postaci tragicznych. Sam o sobie (z właściwą sobie wspomnianą autoironią i dystansem do siebie) powiedział – brzmiało to mniej więcej tak – że „bęcwał Englert położył rolę króla Leara, bo nie potrafił ukryć przed widzami, że jego tragiczna postać starca ma mocne nogi sportowca”. Ciekawy był natomiast jako Łatka w „Dożywociu” w Teatrze Narodowym we własnej reżyserii. Ta postać w teatralnej tradycji to zazwyczaj grzybowaty „dziadyga” i tak tę postać grali n.p. Jacek Woszczerowicz czy Tadeusz Łomnicki. Englert zagrał Łatkę w sile wieku, nieco zaniedbanego w stroju, ale bezwzględnego człowieka interesu, nie „starego dziwaka”. Z ekspresyjnych cech aktorskiego emploi Jana Englerta bardzo lubię jego „łobuzerskość”, pełną wdzięku „arogancję”, jego charakterystyczny śmiech, nagły, ostry, wybuchający znienacka oraz jego krzyk w złości. Rozmówcą jest świetnym, precyzyjnie i klarownie formułującym wypowiedzi. Ma w sobie coś z lekka onieśmielającego (badawcze, nieco chłodne spojrzenie), łączy w sobie rys wytwornej światowości z chłopięcością i mimo, że rok urodzenia (1943) czyni go już starszym panem, nigdy go tak nie postrzegam. W zachowaniu jest zdystansowany, sygnalizuje rezerwę, nie ma w nim nic jowialnego, żadnych egzaltacji z jego strony rozmówca nie może się spodziewać. Mimo to, kiedy po raz kolejny spotykaliśmy się przy jakiejś okazji (n.p. na planach realizacji Teatru Telewizji) zawsze mimiką i odrobinę prywatnym tonem, z jakim wypowiadał słowo „cześć”, dawał do zrozumienia, że mnie pamięta, że poznaje. To szczególnie miłe ze strony człowieka tak trzymającego dystans. Wspomniałem, że Jan Englert nie najlepiej sprawdza się w rolach wymagających ekspresji uczuć. Gdy w telewizyjnym spektaklu „Beatrix Cenci” Juliusza Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka (1973) zagrał zakochanego w tytułowej bohaterce malarza Gianniego Gianni, to pomimo dobrej techniki był nieprzekonywujący w okazywaniu burzy uczuć i rozpaczy. Natomiast był wręcz stworzony do tytułowej roli w także telewizyjnym „Don Juanie” Moliera w reżyserii Zygmunta Hübnera (1974), która jest moją ulubioną spośród wszystkich znanych mi ról Jana Englerta. Znakomicie oddał w niej całą inteligencję, „pańską” dezynwolturę i cynizm tej postaci. Powiedziałem mu to. I oto ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że ta właśnie rola ściągnęła na niego najwięcej – mówiąc językiem dzisiejszym – „hejtu” i że byli i tacy, którzy nawoływali wtedy, by go wyrzucić z zawodu. Zapytałem o przyczynę takich reakcji. Odpowiedział, że mówiono, iż „zagrał źle” i eksponował „skrajny cynizm”. Co do mnie, to aktorstwo Jana Englerta uwielbiam. Lubię taki koloryt ekspresji. Żeby wyrazić mu za nie swoją wdzięczność przyniosłem (aby poprosić o dedykację) na jego spotkanie z młodzieżą artystyczną na terenie wytwórni filmowej przy ulicy Chełmskiej (jeśli dobrze pamiętam w 2019 roku) książkę z kadrem z „Kanału” Andrzeja Wajdy, gdzie 13-letni bodaj wtedy Janek wystąpił w malutkim epizodziku „Zefira”. Pan Englert wziął książkę w dłoń i pokazał ten kadr uczestnikom spotkania, którzy już zaczęli wstawać z krzeseł po zakończonym spotkaniu. A do mnie powiedział półgłosem: „Na pana zawsze można liczyć”. I łobuzersko, schodząc z lekka z dystansu – puścił do mnie „oko”.
Jerzy Gruza
W Jerzym Gruzie (1932-2020) zawsze podobało mi się połączenie subtelnego artysty o świetnym guście literackim (był rewelacyjnym reżyserem Teatru Telewizji, autorem kilkunastu wspaniałych spektakli, na czele z fenomenalną realizacją „Mieszczanina szlachcicem” Moliera z Bogumiłem Kobielą w roli tytułowej, 1969) z – nazwę to tak – „kalibanowym” sposobem bycia. Gruza, warszawiak z urodzenia, lubił stylizować się na warszawskiego „andrusa”, nonszalanckiego, nieco szorstkiego, potrafiącego być „złośliwym” i „niemiłym”, jakby zawsze niezadowolonego, „skwaszonego”, sarkastycznego, ale czuło się, że to stylizacja i na tym pokazaniu „szwów” polegał właśnie jego wdzięk. Podobnie jak Jan Englert nie miał nic z „brata-łaty”, ale dystansował się w inny sposób, grając nieco „obcesową arogancję”. Wywiad z nim przeprowadziłem w kawiarni „Czytelnika” przy Wiejskiej w roku 2003. Na pytania odpowiadał w swoim charakterystycznym stylu „od niechcenia”, który bardzo lubiłem. Po raz ostatni zamieniłem z nim kilka zdań na pogrzebie Romana Kłosowskiego w czerwcu 2018 roku, pytając go o jedną z telewizyjnych realizacji sprzed wielu lat. Godzinę wcześniej, stojąc w tłumie, wysłuchałem jego wspomnienia o zmarłym aktorze wygłoszone w domu przedpogrzebowym na Powązkach d. Wojskowych. Wygłoszone z „twarzą pokerzysty”, było tak zabawne, że mimo smutnych okoliczności sala rozbrzmiewała słabo tłumionym śmiechem.

Michał Szewczyk (1934-2021)

Niedawno zmarł Ryszard Kotys. 8 lutego w ślad za nim odszedł Michał Szewczyk, „od zawsze” aktor łódzkiego Teatru Powszechnego, ale przez dziesięciolecia przede wszystkim znany milionom widzów kinowym i telewizyjnym z dziesiątków epizodów oraz ról drugoplanowych.

Należał do tej ligi wybornych epizodystów filmowych, którzy nam widzom towarzyszyli przez dziesięciolecia, współtworząc barwny świat postaci drugoplanowych. Jego powierzchowność jasnowłosego chłopca o łagodnej, plebejskiej twarzy predestynowała go do pozytywnych ról „chłopaków z ludu”, robotników, żołnierzy, milicjantów, szeregowych funkcjonariuszy, rzadziej postacie negatywne, n.p. przestępców, itp.
W jednym z wywiadów wspomniał, że jego dużo starszy kolega, wybitny aktor Tadeusz Fijewski powiedział mu kiedyś, że tak jak on, „będzie grał najpierw chłopców, a potem od razu starców”. I to się w dużym stopniu spełniło. Niezależnie od charakteru ról, zazwyczaj nadawał swoim postaciom ciepły koloryt, nie epatujący ostrą charakterystycznością.
Debiutował na kinowym ekranie w 1954 roku jako członek zespołu ludowego w filmie „Niedaleko od Warszawy” Marii Kaniewskiej.
Pojawił się też jako zamachowiec „Orzeł” w „Zamachu” (1958), Franek, żołnierz AL. w „Barwach walki” (1964) czy Michał Badzioch w „Kierunek Berlin” Jerzego Passendorfera (1968), powstaniec w „Eroice” Andrzeja Munka (1957), jako pomocnik Wita Stwosza w „Historii żółtej ciżemki” Sylwestra Chęcińskiego (1961), sprawozdawca radiowy w „O dwóch takich co ukradli Księżyc” Jana Batorego (1961), milicjant w „Prawo i pięść” Jerzego Hoffmana (1964). Do jego najbardziej niezapomnianych ról należy Albin, młody milicjant, asystent tytułowego bohatera telewizyjnego serialu „Kapitan Sowa na tropie” (1965), granego przez Wiesława Gołasa. Pojawił się też m.in. w epizodzie w „Stawce większej niż życie”. Od 1958 roku niezmiennie związany był z Teatrem Powszechnym w Łodzi. Zagrał w nim dziesiątki ról, m.in. Artura w „Tanku” Sławomira Mrożka (1965) czy Dyndalskiego w „Zemście” Aleksandra Fredro (2001). Zagrał też szereg ról w łódzkim ośrodku Teatru Telewizji, m.in. Michała Korybuta Wiśniowieckiego w „Samsonie i Dalili” Jana Dobraczyńskiego (1983). W ostatnich latach grał w szeregu seriali, m.in. w „Klanie” czy „Na Wspólnej”.

… i inne nieszczęścia

Zbitka: katastrofy- PRL może się wydawać nieco ryzykowna, bo nie ma jakiejś prostej zbieżności, koincydencji między ustrojem a tego rodzaju zdarzeniami losowymi.

Redaktor zbioru zwraca jednak uwagę, że w PRL informacje o katastrofach, kataklizmach i niektórych przypadkach z trudnością, wskutek blokowania informacji przez cenzurę i administrację. Faktycznie tak było, dziś za to media przepełnione są informacjami o katastrofach, kataklizmach i innego rodzaju wypadkach może nawet ponad miarę. Poświęcony im szósty tom serii rozpoczyna opowieść o harcerkach, które w 1948 roku utonęły w jeziorze Gardno i o utonięciu w Wiśle (nieopodal Kazimierza) trzynaściorga uczniów z Lublina (1961). Jest też historia pierwszej po wojnie (1951) katastrofy polskiego samolotu pasażerskiego. „Masakra na defiladzie” to opis śmierci siedmiorga dzieci, w które na defiladzie w Szczecinie (1962) wjechał czołg. „Variola vera”, to łacińska nazwa przywleczonego z Indii wirusa ospy, który latem 1963 roku zaatakował Wrocław, wywołując lokalną epidemię, w rezultacie której zaszczepiono kilka milionów osób. Jest też o dwóch strasznych katastrofach samolotów pasażerskich w latach 1980 i 1987, o wybuchu gazu w warszawskiej „Rotundzie” w 1979 roku, o straszliwej katastrofie kolejowej pod Toruniem w 1980 roku, o wybuchu ropy w Karlinie (1980), o polskim odcinku skażenia wywołanego wybuchem w elektrowni atomowej w ukraińskim Czarnobylu (1986).
Dziś sami żyjemy w specyficznej, permanentnej katastrofie, o skali nieporównywalnej do żadnej z opisanych w omawianej książce, może więc łatwiej będzie czytelnikom wczuć się w dawne dramaty i będzie to lektura inna niż taka zwyczajowa, której motywacją jest szukanie wyłącznie dreszczyku sensacji.
„Katastrofy, kataklizmy i inne nieszczęścia. Wszystkie barwy PRL”, Kolekcja Prenumeratorów Wyborczej, tom 6, str. 158, ISBN 978-83-268-3418-9.

Jaćwiengiada

Przyznam, że choć interesuję się historią, to do czasu lektury tej książki akurat słowo „Jaćwingowie” mówiło mi tylko tyle, że to jakieś prastare plemię, które wyginęło w czasach średniowiecza.

Wystarczyła jednak lektura pierwszych akapitów książki Wojciecha Giełżyńskiego, „Jaćwięgi są wśród nas”, by moja wiedza uległa szybkiemu poszerzeniu: „Jaćwięgowie-Jaćwingowie-Jadźwingowie mieszkali ongiś na najpiękniejszym skrawku ziemi polskiej – jeśli zapomnieć o Tatrach – mianowicie na Suwalszczyznie, i aż po Wielkie Jeziora Mazurskie, aż prawie po Niemen.
Byli tak dzicy, że trwożyli znacznie potężniejszych sąsiadów. Wreszcie ich wspólnym wysiłkiem wysieczono. Resztki poszły w jasyr. Nieliczni schronili się do braci Litwinów, do Rusinów, niektórzy do Mazowszan i przez jedno-dwa pokolenia żyli u obcych po jaćwiesku. Ich potomkowie zniknęli bez śladu, wszelki słuch po nim zaginął po wiek wieków. Otóż ja w to nie wierzę. I dlatego tę książkę napisałem. Po Jaćwięgach coś musiało zostać, nie tylko w grobach i gablotach muzealnych. To staram się pokazać, że Jaćwież trochę trwa, że po Jaćwięgach została nie tylko mglista pamięć. Są ślady ich obecności w kulturze sąsiednich nacji. Są resztki ich języka w nazewnictwie geograficznym i w żywych nazwiskach”.
I właśnie detektywistycznym tropem śladami Jaćwingów (Jaćwięgów, Jadźwingów?) oraz ich współczesnych potomków przez trzydzieści lat wędrował reporter Wojciech Giełżyński. Odwiedził dziesiątki miejsc, rozmawiał z dziesiątkami ludzi, w tym historyków i archeologów, przestudiował setki publikacji i dokumentów. I tym sposobem, krok po kroku, pracowicie i konsekwentnie nizając fakt za faktem niczym koraliki na sznur, odsłonił, na ile było to możliwe, dzieje i kulturę ludu, które go losy są podobnie tajemnicze, jak losy ludu Etrusków, przy wszystkich ogromnych różnicach. I to odsłonił w bardzo rozległym kontekście. Ta historia Jaćwingów nie jest podana wprost, w formie wykładu historycznego, lecz z wolna wyłania się spod gąszczu faktów, domysłów, hipotez zbieranych i weryfikowanych przez jego autora.
Jego książka aż kipi od bogactwa faktów, personaliów, dat, rozmów (wywiadów) z rozmaitymi postaciami, które cokolwiek o Jaćwingach mogły opowiedzieć, ale także „podejrzewanymi” o jaćwieskie (?) korzenie („podejrzewa” o nie autor m.in. Józefa Piłsudskiego, Włodzimierza Cimoszewicza, Olgierda Łukaszewicza czy Andrzeja Strumiło, a nawet Katarzynę Kolendę-Zaleską, choć czyni to nie bez użycia dowcipu typu pickwickowskiego). Kipi ta książka bogactwem tworzywa niczym jaćwieska puszcza, ale dzięki biegłości pióra Giełżyńskiego, dzięki jego kunsztownej sztuce pisania czytelnik nie gubi się w tym gąszczu.
To historia pisana nie przy biurku, lecz w drodze, w ruchu, także w gąszczu hipotez i domysłów, a książkę znakomitego reportera określiłbym jako detektywistyczno-reporterską wariację na temat. Jest ona także dlatego tak dobra i atrakcyjna w lekturze, że jest owocem długotrwałej, uporczywej pasji. W obszernym zakończeniu i podsumowaniu książki Giełżyński osadził jej tematykę w szerszym kontekście – w przestrzeni przemian światowych, w tym trwającej już od wielu lat „mody” na „poszukiwanie korzeni”, tożsamości narodowych i lokalnych (ale także tożsamości innego rodzaju) w relacji do procesów globalizacyjnych. Odnosi się też do słynnej, negatywnie zweryfikowanej przez historię ostatniego ćwierćwiecza, teorii „końca historii” Francisa Fukuyamy i sygnalizuje szereg innych problemów ludzkości u progu XXI wieku (i „trzeciego millenium”).
A że książka Giełżyńskiego została ukończona w 2001 roku, a więc dwadzieścia lat temu, warto z owego wielowątkowego zakończenia poświęconego wydobyć jej akcent…. profetyczny. Autor zacytował fragment jednego z „Lapidariów” Ryszarda Kapuścińskiego, z 1998 roku. Brzmi on tak: „Pesymiści twierdzą, że przyszłością naszej planety będzie dalsza bałkanizacja i nawet – trybalizacja. Mówią oni, że w jakimś sensie wracamy do czasów najdawniejszych, do naszych prapoczątków, kiedy ziemię zamieszkiwało ogromne mrowisko niezliczonych grup, klanów i społeczności etnicznych (…)” „Nic co minione, nie jest przeszłością ostatecznie zamkniętą. Przeszłość trwa w teraźniejszości, uczestniczy też w kształtowaniu przyszłości”. Historia ostatnich lat, a ostatnich miesięcy szczególnie, także w Polsce potwierdziła – bardzo boleśnie – trafność tych prognoz.
Wojciech Giełżyński – „Jaćwięgi są wśród nas”, wyd. „Iskry”, Warszawa 2019, str. 354, ISBN 978-83-244-1033-0

Film – najszybciej starzejąca się ze sztuk

Realizując „Rejs” nie miałem poczucia, że robię film, któremu zostanie nadana aż taka ranga – z Markiem Piwowskim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy takie głęboko psychicznie dojrzałe dzieci jak tytułowy „Oskar” z Pana najnowszego filmu, zrealizowanego wg prozy francuskiego pisarza Erica-Emmanuela Schmidta „Oscar i Pani Róża”, naprawdę się zdarzają, zwłaszcza w obliczu śmierci?
Takie dojrzałe dzieci, nad wiek rozwinięte, wcześniej wydawały mi się przemądrzałe, a w szkole bywały kopane w tyłek przez kolegów. Jednak przygotowując się do realizacji filmu zapoznałem się z życiem na dziecięcym oddziale onkologicznym i tam przekonałem się, że tak ciężko, często śmiertelnie chore dzieci dojrzewają w przyspieszonym tempie. Nie przypadkowo pani Róża liczy Oscarowi każdy dzień za jeden rok życia. W tym jest dużo prawdy, choć książka Schmidta wydała mi się bardzo przepojona wysokimi sentencjami o życiu i śmierci.
Jak pracowało się Panu z młodocianym odtwórcą roli Oskara, Maćkiem Matulką?
To niesamowity talent. Doskonale zrozumiał, że musi mówić swoje kwestie tak, żeby nie wyglądały na przygotowane, tylko na takie, które w danym momencie przychodzą mu do głowy i które mówi od siebie. A przy tym chłopak, choć był piłkarzem-juniorem Śląska Wrocław, to błyskawicznie potrafił przestawić się z bojowego nastroju piłkarza na nastrój chorego dziecka.
Pana legendarny i kultowy dziś film „Rejs” powstał w czasach, w których, jak napisał Janusz Głowacki, odnosząc to do środowisk artystycznych: „Żyliśmy ironicznie”. Czy fakt, że zrealizował Pan „Oskara” oznacza, że nie umiał już Pan lub nie chciał już żyć i tworzyć ironicznie?
Ta ironia zakodowała się i pozostaje we mnie, tyle tylko, że rzeczywistość wokoło się zmieniła. Ta ironia i autoironia potrzebna była wtedy jako psychoterapia, antidotum na ówczesną rzeczywistość. Dzisiejsze czasy są natomiast tak strasznie serio, że nawet kabarety padają.
Może więc niegasnąca siła oddziaływania „Rejsu” polega nie na tym, że była to satyra na PRL, bo ten jest odległą już historią, ale właśnie na tym, że trochę tęsknimy do tamtego nastroju nie do końca serio, do tamtej umowności, dystansu, konwencji, abstrakcji, parodii? I że tęsknią nie tylko ci, którzy PRL pamiętają, ale także część młodszych generacji…
Chyba tak. Ten film lubią ci, którzy czują poetykę absurdu. W „Rejsie” są przecież nie postacie, lecz parodie postaci, choćby takich jaką stworzył Staszek Tym w roli kaowca. Jest zresztą jakby dwóch Tymów – kaznodzieja, pouczający na łamach „Rzeczpospolitej” i Tym jako fantastycznie zabawny aktor satyryczny, w roli kaowca czy groteskowego sprawozdawcy sportowego. Co ciekawe, kiedyś puszczono w warszawskiej „Stodole” japońską wersję „Rejsu” i studenci reagowali tak samo jak na wersję polską.
Podobno przygotowywał się Pan do realizacji „Rejsu 2”…
Napisałem scenariusz takiej komedii, choć nie z akcją na statku. Jednak potencjalny producent chciał akcji na statku i do realizacji nie doszło.
Zrealizował Pan co prawda niewiele filmów fabularnych, ale gatunkowo tworzą one pewien syntetyczny wzór: abstrakcyjną komedię „Rejs”, społeczno-kryminalny „Przepraszam, czy tu biją?”, klasyczną komedię sytuacyjno-społeczną „Uprowadzenie Agaty” i przejmujący, eschatologiczny dramat „Oskar”, o śmierci, o sprawach ostatecznych.
Tak zrobiłem filmy dotykające kilku podstawowych ludzkich emocji. Do śmiechu czyli „Rejs”, do strachu czyli „Przepraszam, czy tu biją?”, do płaczu czyli „Oskara”. No i o miłości, czyli „Uprowadzenie Agaty”.
Zatrzymajmy się przy tych filmach na nieco dłużej. Sformułowanie, że „Rejs” to film „do śmiechu” mogłoby sugerować, że to zwykła komedia, a tymczasem jego wydźwięk i pozycja w historii polskiego kina znacznie tę granicę przekroczyły…
Tak, choć ja realizując „Rejs” nie miałem poczucia, że robię film, któremu zostanie nadana aż taka ranga. Osadziły się na nim dziesiątki interpretacji publikowanych w prasie i książkach. Można powiedzieć, że istnieją dwa „Rejsy” – ten zarejestrowany na taśmie filmowej i ten obrośnięty setkami omówień, analiz, krytycznych, naukowych, eseistycznych i tak dalej, jako klasyka kina. Dziś, z perspektywy dziesięcioleci widzi się ten film inaczej. Na przykład wtedy było poczucie, że jest to satyra na PRL, czyli film przypisany do czasu i miejsca. Po wielu latach widać chyba wyraźnie, że PRL nie miała monopolu na absurd i że współczesna Polska także pełna jest absurdów, które aż się przelewają, nie muszę przywoływać przykładów. Rejs polski nadal jest pełen absurdów. Nie brakuje go zresztą także na całym świecie.
Dlaczego zdecydował się Pan na to, by poza zawodowymi aktorami zaangażować także tzw. naturszczyków?
Żaden zawodowy aktor, nawet najlepszy i obdarzony darem maksymalnej naturalności nie zastąpi naturszczyka, który jest obdarzony cechą naturalnej siły komicznej. Żeby było jasne – Staszka Tyma traktowałem jak naturszczyka, choć on nie był wzięty z ulicy, był człowiekiem ze „środowiska”.
Kilka lat po „Rejsie” zrealizował Pan film „Przepraszam, czy tu biją?”. Pamiętam aurę w jakiej ten film został przyjęty przez publiczność i krytykę. Podkreślano jego werystyczną, niemal paradokumentalną narrację oraz niewyidealizowany wizerunek Milicji Obywatelskiej, której funkcjonariusze byli dotąd pokazywani albo jako osoby o profilu poczciwych wujków albo jako nienaganni dżentelmeni. Niektórzy dziwili się, że cenzura nie zatrzymała tego filmu…
Tak, wtedy taka narracja była nowinką w realiach mocno teatralnego jeszcze naówczas kina polskiego. Zastosowałem też do tego filmu taśmę barwną, ale z tak brudnymi, brunatnymi kolorami, żeby osiągnąć w widzu psychologiczny efekt „brudu”. Także w tym filmie zatrudniłem spore grono naturszczyków, którzy właśnie wpisywali się z paradokumentalną, werystyczną formułę filmu. Co do wizerunku milicji, to musiałem go konsultować z władzami milicyjnymi, z Komendą Główną, a pomogło mi to, że do ról oficerów milicji zaangażowałem Jerzego Kuleja i Jana Szczepańskiego, słynnych pięściarzy, którzy akurat byli w rzeczywistości oficerami milicji, jako sportowcy Gwardii Warszawa. Dziś taka werystyczna stylistyka nie jest modna, film fabularny przestał szukać pokrewieństwa z dokumentem.
„Uprowadzeniem Agaty” zabrał Pan głos w dyskursie o roli polityków w życiu społecznym. Przypomnijmy, że powstał na kanwie głośnej wtedy historii awanturniczego romansu Moniki córki ważnego wtedy prawicowego polityka z młodym Romem…
To był rok 1993, więc pierwsze lata po przełomie ustrojowym i wtedy tamte przewiny polityków, na przykład nadużywanie władzy czy wykorzystywanie jej do prywatnych celów, wydawały się czymś oburzającym, ale z dzisiejszej perspektywy, w porównaniu z dzisiejszą demoralizacją polityków, to było wtedy małe piwo. Dlatego „Uprowadzenie Agaty” wydaje mi się dziś wytworem mojej naiwności i dlatego i ten film odbierany jest chyba jako bardzo naiwny. Dlatego wydaje mi się, że z tych trzech filmów, ten najnowszy, paradoksalnie najbardziej się zestarzał. Chyba, że potraktuje się go jako film o miłości. Wtedy, mam nadzieję, że bardziej nadaje się do oglądania. I przyznam, że ja bardziej realizowałem go jako film o miłości niż o polityce. Generalnie, na przykładzie tych filmów widać, jak kruchą sztuką jest kino, jak szybko się starzeje, jak zmienia się nie tylko spojrzenie na takie czy inne sprawy, ale też stylistyka narracji, styl gry aktorskiej. Film jest najszybciej starzejącą się dziedziną sztuki, chyba nawet szybciej niż stara piosenka.
Był Pan też dokumentalistą. Jak patrzy Pan na dzisiejszy film dokumentalny?
Prawie go nie obserwuję. Pozycję filmu dokumentalnego bardzo osłabiły obecne, wszędobylskie media z internetem na czele, więc klasyczny dokument nie wróci już do dawnego znaczenia.
Był Pan reżyserem filmowym ponad czterdzieści lat. Intryguje mnie, dlaczego zrobił Pan tak niewiele filmów?
Mam o to pretensje do siebie. Przyczyny były obiektywne, choć Kazio Kutz napisał, że jestem strasznie leniwy i że robiłem „burdel na planie”. Powinienem bardziej przykładać się nie tyle do samej roboty filmowej, ile do walki o forsowanie swoich pomysłów. Brakowało mi po prostu siły przebicia. Nie miałem też wsparcia i mobilizacji w postaci siedmiu zespołów filmowych, które, kierowane przez autorytety twórcze, rywalizowały ze sobą.
Nie miał Pan przekornej pokusy, by wbrew własnemu wizerunkowi jako reżysera, spróbować sił w dużej produkcji, choćby tzw. kostiumowej?
Przymierzałem się do „Złego” według Tyrmanda, ale pojawiły się kłopoty z prawami autorskimi. Poza tym okazało się, że coraz trudniej odtworzyć Warszawę z lat pięćdziesiątych. Dziś pewnie dało by się to osiągnąć także za pomocą efektów komputerowych.
Dlatego zobaczyłem Pana w wyobraźni jako reżysera filmu wg „Kosmosu” Witolda Gombrowicza, bo jak ktoś powiedział, to uniwersalna powieść o tym, że „życie nikomu się nie udaje”.
Hm, to mi przypomina słowa kogoś powiedział, że życie udaje mu się tylko dlatego, że wstaje o czwartej rano i wyprzedza wszystkich, którzy śpią do siódmej.
Dziękuję za rozmowę.

Marek Piwowski – ur. 24 października 1935 roku w Warszawie, reżyser filmów fabularnych i dokumentalista, scenarzysta, dziennikarz, aktor. Studiował m.in. nawigację w Szkole Morskiej. Był górnikiem w kopalni „Walenty – Wawel”, rolnikiem w PGR, redaktorem publicystyki w „Nowej Kulturze”, wykładowcą reżyserii w Uniwersytecie Nowojorskim (City University of New York). Członek American Film Institute. Poza słynnym „Rejsem”(1970) zrealizował też „Przepraszam, czy tu biją?” (1976), „Uprowadzenie Agaty” (1993), „Regułę Martina” (1999), a także „Muchotłuka”, „Korkociąg” i „Psychodramę” oraz spektakle teatru telewizji: „Paragraf 22”, „Kłopoty to moja specjalność”, „Bracia Rico”. Jako aktor zagrał m.in. jedną z głównych ról w „Bilansie kwartalnym” K. Zanussiego (1977).

Tajwańska mozaika

Tom „Na drugim brzegu”, zawierający antologię tajwańskich opowiadań współczesnych poprzedza wstęp autorstwa profesor Lidii Kasarełło, znakomitej sinolożki z Uniwersytetu Warszawskiego. Osadza ona problematykę tomu w kontekście kulturowym, geograficznym, politycznym, obyczajowym.

„Tajwan to niewielka wyspa na Pacyfiku, która niczym kropla lśni pomiędzy dalekimi brzegami Chin, Hongkongu, Japonii i Filipin. Nazywają ją Formoza. Kiedy Portugalczycy w XVI wieku dopłynęli do jej brzegów, krzyknęli z zachwytu „Ilha Formosa”, co znaczyło „piękna wyspa” (chin. Melilidao) (…) Historia Tajwanu, to historia zasiedlania i podbijania wyspy, którą od najstarszych wieków zamieszkiwały ludy pochodzenia austronezyjskiego. Tubylcy witali coraz to nowych osadników, którzy zjawiali się z przypływami i odpływami kolonizatorów, handlarzy oraz imigrantów. Byli wśród nich Portugalczycy, Holendrzy, Chińczycy z czasów dynastii Ming, Japończycy, a w końcu – Czang Kaj-szek wraz ze swoją armią, po tym, jak komuniści zwyciężyli w walce o władzę na kontynencie. Jedni więc podbijali, inni szukali schronienia, a jeszcze inni tracili swoje dawne ziemie, spychani coraz bardziej w głąb lądu. Wyspa, która przeżyła wiele prawdziwych , jak i metaforycznych wstrząśnień (…) tworzy splot wielu kultur, etnografii, języków, wpływów, a także interesów polityczno-gospodarczych”.
Historia literatury tajwańskiej sięga czasów okupacji japońskiej (1895-1945). W czasach prawicowej, antykomunistycznej dyktatury Czang Kaj-szeka cenzura na Tajwanie bardzo pilnowała antykomunistycznej ortodoksji, co odbijało się także na przekazie literatury i kultury, szczególnie w latach pięćdziesiątych. Obowiązywała specyficzna formuła specyficznego „realizmu antykomunistycznego”, niechętna także wszelkim eksperymentom formalnym. Dopiero w latach sześćdziesiątych pojawiły się w prozie tajwańskiej tendencje modernistyczne, odbiegające od tradycyjnego realizmu. Twórcy młodego pokolenia, zafascynowani prozą Franza Kafki, Tomasza Manna czy Jamesa Joyce torowali w prozie tajwańskiej drogi nowoczesnym trendom tematycznym i formalnym. Gdy jednak sięgnie się do tomu „Na drugim brzegu”, owe szerokie kwantyfikacje nie znajdują szczególnie intensywnego odzwierciedlenia w problematyce i formie opowiadań. To przede wszystkim proza realistyczna obrazująca życie codzienne różnych grup społecznych, pokoleniowych, różnych środowisk społeczeństwa tajwańskiego. Zestaw rozpoczynają dwa opowiadania Huang Chumminga (rocznik 1935), przedstawiciela tzw. literatury xiangtu czyli regionalnej. „Smak jabłek” opowiada o ubogiej rodzinie radującej się z odszkodowania za wypadek drogowy, jakiemu uległ ojciec rodziny. „Kasa biletowa” to obraz starych ludzi ustawiających się w kolejce po bilety kolejowe, dzięki którym będą mogli doczekać się odwiedzin ze strony mieszkających w mieście dzieci. Bai Xianyong (rocznik 1937) jest autorem opowiadania „Pani domu Jin” przedstawiającego kameralny dramat rodzinny zakończony śmiercią kobiety zaszczutej na śmierć przez męża i jego rodzinę. W „Zimowej nocy” dwaj starzy profesorowie wspominają czasy młodości i udział w tzw. Ruchu Czwartego Maja 1919 roku, a opowiadanie przepełnione jest atmosferą, samotności, obcości, nostalgii, przemijania. Pisarka Chen Rouxi (rocznik 1938), w opowiadaniu „Ostatnie przedstawienie” ukazuje los śpiewaczki operowej uzależnionej od narkotyków, obarczonej wychowaniem dziecka. „Śmierć na polu kukurydzy” Ping Lu (pisarki urodzonej w 1953 roku) zbudowane jest w ramie tematyki kryminalnej prywatne śledztwo w sprawie niewyjaśnionej śmierci), ale jest ona tylko pretekstem do refleksji narratora, dziennikarza, które snują się wokół problematyki miłosnej, emigracyjnej, wokół kwestii politycznych i wokół sensu życia. „Lai suo” Huanga Fana (pisarza urodzonego w 1950 roku) jest jedynym w tym zbiorze opowiadaniem o tematyce politycznej. Mówi ono zarówno o władzy, jak i o jej skutkach w życiu zwykłych ludzi. Czas opowiadania obejmuje okres od końca okupacji japońskiej po zakończony dopiero w latach osiemdziesiątych stan wojennych na Tajwanie. Natomiast „List, którego nie wysłałam” i „Lalka” pisarki Li Ang rocznik 1952), to proza poświęcona psychologii kobiety, tu pokazanej w aspekcie uczuć i przeżyć miłosnych, erotycznych, w wymiarze poszukiwania tożsamości i przewartościowywania ich roli społecznej co ważne jest także w kontekście sprzeciwu wobec patriarchalnej tradycji konfucjanizmu. „Miasto w letnim upale” Zhu Tianwen (pisarki urodzonej w 1956 roku) to opowiadanie głęboko osadzone w tajwańskiej codzienności, w życiu zwykłych mieszkańców osiedla wojskowego, w historiii małżeństw, romansów i kłopotów finansowych. Z linii typowego realizmu, zwłaszcza małego realizmu wyłamuje się opowiadanie Wu Jinfa (pisarza urodzonego w 1954 roku) „Żółwi klan” nasycone elementami fantazyjnymi (klan pół żółwi, pół ludzi) i onirycznymi.
Mimo generalnej formuły realistycznej, opowiadania te różnią się zatem szczegółowymi cechami formalnymi, od rozwiązań modernistycznych, z wykorzystaniem n.p. umowności czy strumienia świadomości po typowy mały realizm, od opowiadań z silnym podłożem psychologicznym po narrację typowo behawioralną. W sumującej cechy tego zbioru nocie wydawniczej czytamy: „Pierwszy ukazujący się w Polsce zbiór opowiadań pisarzy tajwańskich to pokaz bogactwa i różnorodności literackich głosów płynących z „Ilha Formosa”. Doświadczenie tej lektury to podróż nostalgiczna i magiczna, okrutna i zabawna, a natrętnym deszczu i obezwładniającym upale. Odrębność języków i rozmaitość poruszanych tematów jest – co oczywiste – pochodną osobistych doświadczeń i dowodem talentu prezentowanych pisarek i pisarzy, ale też jasnym wskazaniem, że mamy do czynienia z prozą wolną, nieskrępowaną gorsetem cenzury ani autocenzury. Kwestionowanie konfucjańskiej tradycji, sięganie do uniwersum rdzennych wierzeń, opisywanie emigranckiego rozdarcia, niespełnionych miłości i rozczarowań, wierność klasycznej narracji i eksperymentowanie, patos i kpina, czułość i obojętność – wszystkie te elementy mozaiki, choć nie pretendują do tworzenia jednego, spójnego obrazu, to jednak są przekonującym dowodem piękna poszukiwań”.
Tom opowiadań opatrzony jest zarówno w zwarte, ale bardzo treściwe noty o pisarzach, autorach zbioru, których utwory składają się na antologię, jak i notki o autorkach i autorach przekładów, które są przeważnie uniwersyteckimi sinolożkami i sinologami, a niektórzy związani byli, lub są z Tajwanem jako miejscem zamieszkania i pracy. Dzięki temu czytelnik zyskuje sporą porcję wiedzy nie tylko o współczesnej literaturze tajwańskiej, ale także o tym, kto się nią zajmuje w polskim środowisku naukowym. Co do pisarzy, to Huang Chunming zajmował się problemami ludzi prostych borykających się z problemami życia codziennego. Bai Xianyong pisał pod wpływem technik zachodniego modernizmu, a do ważnych motywów tematycznych jego prozy należała emigracja chińska w Stanach Zjednoczonych. Podobną tematykę życia chińskiej diaspory podejmowała także Chen Rouxi. Ping Lu podejmowała zjawiska tożsamości kulturowej, płciowej, dyskryminacji seksualnej czy praw człowieka. Chen Rouxi należy do najwybitniejszych przedstawicielek nurtu modernistycznego i feministycznego. Podobnie do postmodernistycznego nurt należy Huang Fan, wprowadzający do swojej prozy także elementy fantastyki naukowej, obrazy życia wielkomiejskiego czy satyry politycznej. Z kolei Li Ang koncentrowała się na problematyce przemian w sferze seksualności, przemocy domowej, pozycji kobiet, feminizmu. Podejmowała te tematy w formule modernistycznej i z taką odwagą, że określano ją nawet jako pisarkę „rewolucyjną”. Problematykę przemian obyczajowych i tożsamości kobiecej podejmuje też Zhu Tianwen. Wu Jinfa, pisarz którego opowiadanie kończy antologię koncentrował się na problematyce psychologicznej, pokazywanej przez niego w formule monologów wewnętrznych, przez które wnika w wewnętrzny świat ludzkich aspiracji, pragnień, rządz, sprzecznych uczuć. Powyższe formuły tylko w bardzo daleko idącym skrócie prezentują twórczość tych pisarzy. Jednak sama tylko lektura not biograficznych pokazuje jak bogate są ich biografie i jak zróżnicowana jest problematyka ich prozy. Stąd też niniejsza antologia nie spełnia, bo nie może, cechy reprezentatywności dla twórczości poszczególnych autorów. Jest natomiast frapującym obrazem wielu aspektów życia współczesnego Tajwanu.
„Na drugim brzegu. Antologia współczesnych opowiadań tajwańskich”, redakcja naukowa i wstęp Lidia Kasarełło, przekład zbiorowy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 282, ISBN 978-83-8196-184-4