Norwid: Przykryjcie mnie lepiej

To były ostatnie słowa poety przed śmiercią. Gorzkie słowa, ironiczne, rozpaczliwe. Słowa poety rozczarowanego swymi współczesnymi, którzy nie chcieli go wysłuchać.

Norwid znany był z powagi, z jaką traktował słowa ostatnie. Odczytywał w nich podwójne znaczenie. Komunikowały coś więcej niż się na pozór wydawało. O takich właśnie słowach pisał w „Białych kwiatach”, noweli-wspomnieniu poświęconej jego wielkim współczesnym, m.in. Chopinowi i Słowackiemu. Nic więc dziwnego, że ostatnie słowa Poety znalazły się w spektaklu „Słowo jest ogień”.
Tytuł tego przedstawienia przygotowanego w Teatrze Polskim z okazji dwusetnej rocznicy urodzin Cypriana Kamila Norwida nie jest przypadkowy. Janusz Majcherek, opatrując swój scenariusz cytatem z poematu „Quidam”, przypomniał jak gorące były zmagania poety ze skamielinami polskiej mentalności, jak namiętne zabiegi o rewolucję moralną, jak ognista walka o to,
aby go usłyszano.
Daremnie. Poetę zlekceważono, wyśmiano, wymazano spośród żywych. Dlatego powiedział na pożegnanie „Przykryjcie mnie lepiej”. O tym jest ten spektakl, rozpięty między podawaną z ust do ust wiadomością, że Cyprian Norwid umarł a podanymi na koniec informacjami o jego pogrzebie i nieznanym miejscu ostatecznego spoczynku.
Czego innego spodziewał się po swoim życiu. Ulubieniec warszawskich salonów, skoligacony z najlepszymi rodami (szczycił się związkami z Sobieskimi), entuzjastycznie witany na emigracji, zdumiony natknął się na mur obojętności. Zlekceważono jego traktat poetycki „Promethidion” ukończony w wigilię 1851 roku, który miał być aktem założycielskim polskiej przemiany intelektualnej.
To utwór będący próbą uporządkowania przemyśleń natury filozoficznej, etycznej i estetycznej Norwida. Jego geneza wiąże się z rzymskimi spotkaniami (1847) Norwida z przyjaciółmi, podczas których dyskutowano o filozofii, sztuce i literaturze. Pierwotnie miał być tylko głosem poety o przyszłości polskiej sztuki narodowej. Swoje intencje wyłuszczał we wstępie:
„Forma greckiego dialogu zdała mi się być najkorzystniejszą do zaszczepienia głównych pojęć o powadze sztuki, bez czego niepodobna do rozwinięcia dalszego – w prozie historycznej – i w prozie technicznej – przystąpić (…) W dialogu pierwszym idzie o formę, to jest Piękno. W drugim o treść,to jest o Dobro, i o światłość obu, Prawdę”.
Wykonanie przeszło zamiar: „Promethidion”, pozostając traktatem poetyckim o sztuce, szeroko uargumentowanym apelem o rozwinięcie sztuki polskiej, stał się także manifestem artystycznym i wyzwaniem rzuconym współczesnym. Po pierwsze, jako polemika z tymi, którzy lekceważyli potrzebę rozwoju sztuki (zwłaszcza sztuk plastycznych). Po drugie, jako polemika z tymi, którzy nie doceniali znaczenia „opinii”. Po trzecie, jako logicznie zbudowana, jednolita koncepcja filozoficzna i praktyczna wykładnia stosunku do pracy i jej wewnętrznego krwiobiegu w narodzie (i Ludzkości).
Ale nie treść –
lecz i forma
tego utworu stanowiły wyzwanie. W „Promethidionie” uwidocznił się szczególny i nowy na tle romantycznego dziedzictwa sposób uprawiania poezji. Zauważył to kiedyś Jacek Trznadel („Czytanie Norwida”): „Pewien typ poetyckiego traktatu, gdzie sam proces rozumowania liczy się za treść poetycką, przed Norwidem jako rodzaj osobny jest w naszej poezji właściwie nieznany. Piękno ukazywania struktur, gromadzenie przesłanek, zbijanie sądów fałszywych ma u Norwida ten odcień, jaki towarzyszy naszemu odczuciu lektury tekstów sokratejskich u Platona, tekstów stoików”. Ta właśnie tendencja, ten sposób dochodzenia do prawdy, w którym sam akt zdobywania samowiedzy staje źródłem przeżycia estetycznego, jest w „Promethidionie” wyraźnie obecna Z tego m.in. powodu traktat odrzucono („Promethidiony, Zwolony i inne androny” – komentował zjadliwie Julian Klaczko, a te słowa cytuje się w scenariuszu widowiska w Teatrze Polskim) lub zlekceważono jako hieroglif (Lucjan Siemieński; „na te hieroglify myśli chyba drugi Champollion się urodzi”). Nowej sztuce poetyckiej, nowemu typowi wyobraźni i wrażliwości, jaki poeta szczepił, towarzyszyły nowe środki wyrazu, nie zawsze ułatwiające odbiór, m.in. upodobanie do archaizmów, latynizmów, neologizmów, inwersji, łamanego toku myśli. Wnikliwa lektura „Promethidiona” dostarcza dowodów, iż walczy w nim dwu poetów, giętki poeta romantyczny, który wzoruje się na „Beniowskim” Słowackiego, potrafi tworzyć niewidoczne konstrukcje nośne wiersza, skrzącego się humorem i ironią, z poetą próbującym dotrzeć do istoty rzeczy drogą nadawania nowych, precyzyjnych znaczeń. Nie sam zatem przedmiot rozprawy, ale sam sposób jej ujęcia piętrzy przed czytelnikiem trudności. Trudności te próbuje Norwid łagodzić, świadomy wysokich wymagań, jakie stawia czytelnikowi, ale zarazem pragnący przekonać go do swych racji. Stąd uzupełnia swój traktat dyskursywnym epilogiem, w którym raz jeszcze wyłuszcza sens swego manifestu i głównych pojęc nie tylko o sztuce, ale i o pracy, opinii, postępie. Całość tak skonstruowanego wywodu, w którym po nagromadzeniu argumentów, następuje autointerpretacja, uczytelnia przesłanie utworu. Norwid wpisuje swoją koncepcję sztuki-pracy-prawdy w kosmiczną perspektywę powinności jednostki, narodu i ludzkości.
Obok tych zasadniczych, fundamentalnych przesłań o powołaniu sztuki, artysty, narodu i ludzkości – w „Promethidionie” pomieścił Norwid wiele szczegółowych postulatów i diagnoz dotyczących praktycznej strony. Wychodząc z założenia, że polskie opóźnienie na polu sztuki jest objawem niedorozwoju społecznego, zapóźnienia cywilizacyjnego i moralnego – w swoim traktacie opowiadał się poeta za polską szkołą budownictwa, za równorzędnym traktowaniem sztuki czystej, rzemiosł i (jak byśmy dzisiaj powiedzieli) wzornictwa przemysłowego. W „Promethidionie” sąsiadowało obok siebie wiele głębokich myśli i lapidarnych formuł, które z czasem stały się niemal porzekadłami. Nota bene w dialogu „Bogumił” Norwid liczył na taki obrót rzeczy:
W „skarbonce” tej zostało wiele wierszy, a wśród nich m.in.: „Kształtem miłości piękno jest”, „Słowo – jest czynu testamentem”, „Nie książek, ale prawd – to mi przewodniczyć zwykło w piśmie” i wiele, wiele innych, chętnie cytowanych, choć nie zawsze w zgodzie z pierwotnym znaczeniem. Wiele z tych wierszy przypomnianych zostało (w zgodzie z ich sensem) w spektaklu Teatru Polskiego, wśród nich „Marionetki”, „Coś ty Atenom zrobił Sokratesie”, czy utwory ze zbioru „Vademecum”. Przypomniane zostały także słowa z wystąpień i listów Norwida, a także opinie i złośliwości adwersarzy.
To nie jest okolicznościowy spektakl wystawiony tylko z okazji Roku Norwida, ale poważny głos
o polskiej niedoczynności intelektualnej.
Przytoczone w spektaklu wiersze i wypowiedzi Norwida uwyraźniają to dowodnie. Odsłaniają trafność i uniwersalność diagnoz poety wyczulonego na wciąż ponawiane błędy irracjonalizmu, bezrefleksyjności i lekceważenia poważnej debaty publicznej wokół tego, co w życiu każdej jednostki i zbiorowości najważniejsze.
Wartą podkreślenia zdobyczą tego przedstawienia jest stosunek do słowa, sposób jego podania ze sceny. Aktorzy mówią Norwidem jak swoim językiem, nie celebrują go, nie patetyzują, dzięki czemu brzmi naturalnie jak „królewski” wiersz Kochanowskiego. To nie są „ciężkie Norwidy”, jak żartobliwie pisała Szymborska o czytaniu jego poezji. Osiągnięciu tej idealnej umiejętności deklamatorskiej (a wedle Norwida deklamacja „sztuką zwać by się powinna”) dobrze się przysłużyła praca nad słowem, prowadzona pod kierunkiem Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, wielkiej mistrzyni słowa, od lat przestającej z poezją Norwida, podziwianej za głęboką interpretację „Promethidiona”. Prawdziwą perłą w tym spektaklu jest „Pierwszy list, który mnie doszedł z Europy” w porywającym wykonaniu Pawła Krucza i mówiony w epilogu przez Andrzeja Seweryna fragment z tragedii „Tyrtej”:
„Coraz to z ciebie jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co twoje będzie zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt (…)”.
Interpretuje go Andrzej Seweryn w nagranym specjalnie do tego spektaklu filmie wideo. Wyświetlany na wielkim ekranie na całą szerokość sceny, wywiera wielkie wrażenie. Brzmi jak gorzka refleksja, proroctwo, pytanie o przyszłość. Poeta miał do tego pełne prawo. Jego zabiegi o zmianę myślenie o sztuce, o ojczyźnie, o społeczeństwie wydawały się daremne. Teatr upomina się o namysł nad jego przesłaniem.
Reżyser Szymon Kuśmider zadbał o wizualną i muzyczną stronę spektaklu, w którym wykorzystano projekcje charakterystycznych grafik Norwida i sugestywną ścieżkę muzyczną wykonywaną na żywo przez Dominika Strycharskiego. Zagrała również przestrzeń Teatru Polskiego – z loży „Szyfmana” przemawiał i deklamował natchniony Norwid I (Krzysztof Kwiatkowski), a z boku sceny na łóżku sugerującym przybytek św. Kazimierza w Paryżu trwał jak wyjęty z obrazu starzejący się, okryty chustą Norwid III (Jerzy Schejbal), wciąż domagający się społecznej obecności.
Piękny i mądry spektakl.

SŁOWO JEST OGIEŃ, scenariusz Janusz Majcherek, reż. Szymon Kuśmider, praca nad słowem Teresa Budzisz-Krzyżanowska, scenografia Jolanta Gałązka, kostiumy Grażyna Piworowicz, muzyka Dominik Strycharski, projekcje Piotr Solecki, nagranie wideo Tomasz Kencler, reż. światła Jarosław Wardaszka, inspicjent Katarzyna Bocianiak, sufler Małgorzata Ziemak, producent wykonawczy Magdalena Mróz, Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana, premiera 12 czerwca 2021.

Endogeniczna teoria podaży pieniądza

Poniższy tekst jest skierowany do wszystkich zwolenników ekonomii keynesowskiej oraz stanowi krytykę wymierzoną wprost do zwolenników ekonomii klasycznej, liberałów i libertarian, którzy chcą świadomie osłabić inwestycje sektora prywatnego poprzez spowolnienie akcji kredytowej, przywrócenie standardu złota i propagowanie idei, która oddala nas od tego ile jesteśmy w stanie wytworzyć.

Podmioty gospodarcze ubiegają się o kredyty w bankach komercyjnych zgodnie ze swoimi planami produkcji. Popyt kreowany przez firmy na kredyty tworzy pożyczki, których wielkość jest adekwatna do strumieni dochodów pieniężnych. Decyzje inwestycyjne podmiotów gospodarczych decydują o podziale portfela inwestycyjnego np. na papiery wartościowe, depozyty i gotówkę.
Bank Centralny za pomocą standardowej metody zwiększania podaży pieniądza i napędzania akcji kredytowej – obniżkę stóp procentowych lub niekonwencjonalnej polityki monetarnej mającej na celu użyczenie kapitału płynnościowego bankom komercyjnym przez pośredni zakup obligacji skarbowych przez bezpośredni zakup krótkoterminowych papierów wartościowych (szczególnie tych ryzykownych) od banków komercyjnych, co napędza akcję kredytową banków mających trudności z kapitałem płynnościowych – quantitative easing, zapewnia wymagane zaopatrzenie na pieniądz bazowy.
Taki mechanizm pokazuje endogeniczność podaży pieniądza (jest iście zależny od w.w metod oraz poziomu cen i produkcji), ze względu na preferencję płynności (popyt na pieniądz) określonych podmiotów gospodarczych. Wnioskiem tutaj jest fakt, że pieniądz jest zjawiskiem kredytowym, kredyty tworzą depozyty bankowe, a te do rezerw, co pokazuje współzależność popytu na pieniądz i jego podaży. W obiegu okrężnym pieniądza udzielenie kredytu przez banki komercyjne określonym podmiotom gospodarczym jest pierwszym krokiem, w którym dany bank udziela wiarygodnemu kredytowo podmiotowi pożyczkę po określonej nominalnej stopie procentowej (przyjmiemy ją za in ).
Podobnie jak w poprzednim tekście (akapit o paradoksie oszczędzania), wspomnę tutaj, na jakiej zasadzie banki komercyjne chętniej udzielają kredytu podmiotom gospodarczym. Banki komercyjne przed udzieleniem kredytu jako forma zaufania, oczekują od danego podmiotu gospodarczego zabezpieczenie w postaci kapitału własnego, takie zabezpieczenie jednak nie jest głównym motorem napędowym akcji kredytowej danego banku, ale jest czystym zabezpieczeniem przed udzieleniem kredytu danemu podmiotowi. Co wskazuje na to, że egzogeniczność podaży pieniądza jako „depozyty tworzące kredyty” jest błędny. Do wyznaczania nominalnej stopy procentowej podstawmy sobie wzór: in = (1 + m)i0, gdzie m – narzut procentowy, i0 – bazowa stopa procentowa BC.
Endogeniczna teoria pieniądza jest nazywana horyzontalną ze względu na horyzontalną (poziomą, nasza Ls) linię podaży pieniądza na wykresie. Popyt na pieniądz jest odcinkiem Ld, wskazuje on malejącą funkcję stopy procentowej in . Linia popytu na pieniądz (Ld) przesuwa się w prawo, gdy podmioty gospodarcze chcące zaciągnąć kredyt mają optymistyczne przewidywania co do krańcowej efektywności kapitału i zysku ze sprzedaży, liczbę zaciągniętych kredyt przedstawia linia L1.
Wykres dla endogenicznej podaży pieniądza wskazuje, że zwiększony popyt na pieniądz zostaje zaspokojony za pomocą np. standardowej metody – obniżki stóp procentowych, a więc zwiększenia ilości pieniądza przy określonej in. Warto tutaj zaznaczyć, że zwiększenie podaży pieniądza nie prowadzi do presji inflacyjnej, ze względu na to, że te pieniądze nie są od razu wydane, a zdeponowane w bankach komercyjnych, które są wypłacalne, ale mają np. trudności z kapitałem płynnościowym.
Dochodzimy więc do wniosku, że o ilości pieniądza w systemie rezerwy cząstkowej decydują podmioty gospodarcze kreujące inwestycje z zaciągniętych kredytów w bankach komercyjnych. Ćwiartka II i III naszego wykresu wskazuje na procesy, które zachodzą po udzieleniu kredytów (o wysokości Ld). Kredyty w II ćwiartce stanowią należności banków od depozytów bankowych. Nachylenie krzywej DP wskazuje na preferencje płynności (popyt na pieniądz) kredytobiorców, z czego krzywa L1 (wysokość kredytów) wskazuje na depozyty bankowe w wysokości DB1. Ćwiartka III przedstawia zapotrzebowanie banków komercyjnych na rezerwy pieniężne (pieniądz bazowy).
Ma tu znaczenie stopa rezerwy obowiązkowej ustalana przez Bank Centralny, stanowi ona miernik rezerwy obowiązkowej, jaką banki komercyjne są zobowiązane wpłacenia do Banku Centralnego celem zabezpieczenia ich wypłacalności (ale również płynności).
Taka polityka BC pozwala na sterowanie podażą pieniądza za pomocą zwiększania lub zmniejszania rezerwy obowiązkowej, ma tu również znaczenie zabezpieczenie systemu bankowego. Zakładając, że nasza stopa rezerwy obowiązkowej jest krzywą RD (stosunek rezerw R do depozytów DB), określa położenie RD, tak więc rezerwy R1 są zawarte w depozytach DB1, przy założeniu R1/DB1 = tgβ – stopa rezerwy obowiązkowej. Ćwiarta IV wskazuje na zaopatrzenie banków komercyjnych w rezerwy przez Bank Centralny, pozioma krzywa Rs wskazuje na podaż rezerw.
Ponownie ma tu znaczenie kwestia płynności kapitału banków komercyjnych, jeżeli bank jest wypłacalny, ale ma problem z płynnością, bank centralny przy w.w metodach użyczania kapitału płynnościowego zaspokaja żądanie wypłacalnych banków komercyjnych (podaż rezerw jest całkowicie elastyczna, BC użycza kapitału płynnościowego bankom komercyjnym przy określonej i0).


Częstym powodem braku płynności wypłacalnych banków komercyjnych jest panika bankowa spowodowana fluktuacjami zachodzącymi na rynku finansowym, recesji itd. Punkt MR natomiast pokazuje nam minimalne rezerwy R1, jakie otrzymują banki przy określonej stopie procentowej i0. Ujęcie endogeniczne podaży pieniądza stoi w opozycji do podejścia zwolenników ekonomii klasycznej i egzogenicznej podaży pieniądza, w której występuje pewna dychotomia w teoretycznej analizie, gdzie wielkości realne gospodarki w długim okresie są niezależne od podaży pieniądza, a samo zwiększenie podaży pieniądza będzie wywierać wpływ w procesie przejściowym, głównie mowa tutaj o sytuacji, gdy istnieje luka popytowa, występują niedoskonałości rynkowe w postaci lepkich cen i płac, które „oczyszczają” same z siebie rynek.
Warto tutaj podkreślić, że ilościowa teoria pieniądza brana pod uwagę bez założenia ceteris paribus innych czynników w postaci preferencji płynności, istnienia luki popytowej, braku równowagi ogólnej itd. jest błędna, ze względu na błędne pojmowanie natury pieniądza. Pieniądz fiducjarny jest elementem endogenicznym, tworzonym przez system bankowy w odpowiedzi na popyt na pieniądz prywatnych podmiotów gospodarczych i jednostek, a samo udzielenie kredytu nie wymaga uprzednich oszczędności przed zwiększeniem akcji kredytowej, przez udzielenie kapitału płynnościowego bankom komercyjnym.
Co wskazuje również, że dodruk takiego pieniądza i zdeponowanego w banku komercyjnym nie powoduje presji inflacyjnej, ponieważ jedynie pieniądz wydany taką presję inflacyjną tworzy. Sama koncepcja endogenicznej teorii podaży pieniądza wywodzi się z nurtu postkeynesizmu, jego zwolennicy dzielą się na kilka stanowisk, natomiast dla naszej analizy makroekonomicznej w tym, jak i poprzednich tekstach poruszamy się po stanowisku horyzontalizmu opracowanego przez Basila J. Moore’a oraz teorii preferencji płynności.
W załączonej grafice jest przedstawiony schemat endogenicznej podaży pieniądza w ujęciu horyzontalnym. Podejście horyzontalne wskazuje na endogeniczną naturę podaży pieniądza, którego ilość jest zależna od wysokości popytu na płynne środki przez stronę ubiegającą się o zaciągnięcie kredytu. Bank Centralny w sposób egzogeniczny ustala wysokość stopy procentowej, po której udziela bankom komercyjnym kapitału płynnościowego. Co wskazuje, że jedynym ograniczeniem banków komercyjnych jest wysokość stopy procentowej, tak więc dlatego krzywa podaży pieniądza (Ls) jest całkowicie elastyczna przy określonej stopie procentowej.
Wynika to przede wszystkim z faktu, że BC pełni funkcję tzw. pożyczkodawcy ostatniej instancji, który w ramach prowadzonej polityki pieniężnej jest zobowiązany do zapewnienia kapitału płynnościowego bankom komercyjnym, które mają np. trudności płynnościowe, ale są wypłacalne. Warto podkreślić, że funkcja podaży pieniądza jest horyzontalna w każdym okresie, a narzut procentowy jest odgórnie ustalany przez władze monetarne (podmioty gospodarcze chcące zaciągnąć kredyt w celu realizacji inwestycji na określone plany produkcyjne, a w efekcie zatrudnieniowe robią to po określonej cenie za zaciągnięcie kredytu).
Podaż pieniądza jest więc endogeniczna, zgłaszana przez preferencję płynności podmiotów gospodarczych w krótkim oraz długim okresie, pieniądz więc jest konsekwencją aktywności gospodarczej wynikającej z zaciągnięcia kredytu.
Endogeniczna teoria podaży pieniądza w ujęciu preferencji płynności nieco różni się od horyzontalnej, gdyż zakłada możliwość istnienia nadwyżki pieniądza kredytowego. Powodem jest założenie istnienia mechanizmu, w którym podaż depozytów stworzonych przez strumień nowych kredytów jest równy popytowi na depozyty.
Zgodnie z ujęciem horyzontalnym „kredyty tworzą depozyty”, a więc niezależna funkcja popytu na pieniądz nie istnieje, tak więc ciąg kreacji pieniądz musi przebiegać od kredytów do depozytów, a na końcu do podaży pieniądza. W ujęciu preferencji płynności istnieje również popyt na pieniądz niezależny od popytu na kredyty, tj. zgodnie z teorią preferencji płynności istnieją różne motywy popytu na pieniądz (np. motyw spekulacyjny, który ma swoje odzwierciedlenie w keynesowskiej teorii preferencji płynności jako podaż pieniądza wynikającego z funkcji stopy procentowej M2 = L(r), ale również motyw ostrożności czy portfelowy.
Początkowo popyt na kredyt jest równy popytowi na pieniądz, jednak po pewnym czasie ta równość nie jest utrzymywana, powodem są właśnie różne motywy preferencji płynności, kredyty są zaciągane zazwyczaj by pokryć płatności za określone usługi i dobra, tak więc depozyty stworzone przez kredyty w krótkim czasie zmieniają swojego właściciela, który może zamienić depozyt w płynny pieniądz lub określone aktywa finansowe o wyższym zwrocie.
Tak więc różne preferencje płynności zmieniają strukturę portfeli pod wpływem określonych stóp procentowych, produkcji, cen oraz dochodu. Istnieje tu więc pewna dychotomia, nurt postkeynesizmu słusznie podkreśla istotę endogeniczności podaży pieniądza, jednak może pojawić się pewna dwukierunkowość, pierwsza to ta reprezentowana przez schemat horyzontalny o istnieniu wyłącznie popytu kredytowego, przechodzącego na depozyty, a następnie do podaży pieniądza lub jak wskazuje schemat z ujęcia preferencji płynności, funkcja niezależnego popytu na pieniądz ograniczy zdolność kreowania depozytów przez kredyt.
W kontekście endogenicznej teorii podaży pieniądza warto odnieść się do teorii popytu efektywnego, podaż pieniądza w modelu horyzontalnym oraz w ujęciu preferencji płynności wskazuje, że wraz ze wzrostem aktywności gospodarczej rośnie popyt na kredyty w celu sfinansowania bieżących inwestycji. Wzrost produkcji więc jest skutkiem wzrostu zaciągniętych kredytów przez podmioty gospodarcze, tak więc w celu napędzenia gospodarki obowiązkiem sektora bankowego jest napędzenia akcji kredytowej.
Jednak wśród zwolenników postkeynesowskiej teorii endogeniczności pieniądza powstał krytyczny nurt do pełnej akomodacji. Thomas Palley i L. Randall Wray, zwolennicy nurtu strukturalistycznego twierdzili, że bank centralny może ograniczyć bankom komercyjnym dostęp do płynnych rezerw za pomocą operacji otwartego rynku, które są podstawowym prądem płynności systemu bankowego.
Banki Centralne w krótkim okresie nie tracą całkowicie kontroli nad podażą pieniądza, banki komercyjne są w stanie zdobyć potrzebne środki płynnościowe z innych źródeł (kredyt dyskontowy), ale odbywa się to po wyższych cenach. Wówczas krzywa podaży pieniądza przestaje być horyzontalna, a staje się dodatnio nachylona, a stopa oprocentowania kredytu przestaje mieć charakter egzogeniczny, tylko zmieniają się endogenicznie.
Jednak w dłuższej perspektywie oczywiście banki komercyjne są nastawione na zysk, więc będą starały się unikać nałożonych z powodu prowadzenia określonej polityki pieniężnej banku centralnego ograniczeń i wprowadzać nowe metody instrumentów finansowych, oczywiście mowa tutaj o określonej sytuacji niekonwencjonalnej polityki monetarnej banku centralnego jak np. repo.
Takie zachowania banków komercyjnych, kiedy starają się szukać innych sposobów zarządzania portfelem aktywów i pasywów umożliwi generowanie dodatkowych płynnych środków i będą się starały osłabiać pozycję banku centralnego. Dynamizacja takiego zarządzania należnościami i zobowiązaniami w celu generowanie rezerw wynika ze wzrostu prędkości obiegu pieniądza. Różni się to od podejścia horyzontalnego, wzrost akcji kredytowej w ujęciu strukturalistycznym nie wynika ze wzrostu dostępnych na każde żądanie rezerw banku centralnego, lecz z mechanizmów endogenicznych na rynku finansowym.
Doskonałym przykładem tego jest fakt, że akcja kredytowa jest intensywniejsza w gospodarce, w której jest wiele małych banków podległych polityce pieniężnej banku centralnego, np. określonej stopy procentowej lub niekonwencjonalnych metod kontrolowania podażą pieniądza. Popyt na aktywa finansowe wynika więc w tym ujęciu od czynników endogenicznych, np. preferencji płynności, oczekiwań, kosztów transakcyjnych itd.
W tym ujęciu o podaży pieniądza i wysokości stopy procentowej decydują popyt na aktywa oraz ich podaż. Podaż pieniądza reaguje endogenicznie na popyt, ale jest ona zależna od prowadzonej polityki pieniężnej.
Uwalnianie rezerw natomiast nie musi być dostatecznie wystarczające do zaspokojenia zgłoszonego popytu na kredyt, dlatego należy podkreślić istotę kapitału płynnościowego, którą bank centralny jest zobowiązany do zdeponowania w bankach komercyjnych, aby te endogenicznie napędziły akcję kredytową i zwiększyły podaż pieniądza do zgłoszonego popytu na te kredyty.
Teoria preferencji płynności jako najbardziej powszechny i oparty o model IS-LM schemat podejścia do endogenicznej teorii podaży pieniądza pokazuje nam, że wysokość stopy procentowej ustalanej przez Bank Centralny jest określana przez popyt na pieniądz (czyli tego, ile naszych środków chcemy przechowywać w formie płynnej – gotówce) i jego podaż.
Popyt na pieniądz więc jest funkcją takich zmiennych jak stopa procentowa i dochód. Motywy popytu na pieniądz można podzielić na cztery: Motyw spekulacyjny, transakcji, portfelowy i ostrożności. Postaram opisać się wszystkie, jednak szczególną uwagę poświęcę dwóm pierwszym. Motyw portfelowy wynika z jednego z najistotniejszych czynników w makroekonomii – ryzyka.
Jednostki z powodu ryzyka wolą poświęcić większą stopę zwrotu w celu zabezpieczenia portfela inwestycyjnego, który w efekcie da niższą, ale bardziej przewidzianą stopę zysku. Polega to na tym, że przy tym motywie popyt na pieniądz płynny zależy od np. fluktuacji zachodzących na rynku finansowym, od tempa rozwoju gospodarczego itd., czyli ciężkich do przewidzenia zjawisk, wydarzeń.
Kolejny motyw to oczywiście transakcji, czyli motyw popytu na pieniądz płynny w celu dokonania bieżących transakcji. Wynika to głównie z działalności operacyjnej danego podmiotu gospodarczego oferującego usługi, dobra itd. Gotówka więc staje się formą bezpieczeństwa jako rezerwa. Teraz najistotniejszy motyw, który postaram się najdokładniej przeanalizować. Motywy ostrożności i transakcji wynikają z aktywności gospodarczej danego kraju oraz od poziomu dochodu nominalnego. Motyw spekulacyjny wynika i reaguje za pośrednictwem polityki monetarnej, w której Bank Centralny ustala stopy procentowe.
Do pokazania zależności między podażą pieniądza a stopą procentową posłużymy się wykresem (załącznik do tekstu), który pokazuje nam, że wraz ze spadkiem stopy procentowej – rośnie podaż pieniądza. Wskaźnikiem stopy procentowej są zmiany np. cen obligacji, wierzytelności itd. o różnych terminach płatności. Jak doskonale wiemy, o podaży pieniądza w gospodarce decydują jednostki zaciągające kredyty w bankach komercyjnych, które udzielają tych kredytów i w ten sposób zwiększają podaż pieniądza. Im większą ilość pieniędzy banki kreują lub wycofują przez kupno/sprzedaż np. obligacji, tym większy spadek/wzrost stopy procentowej jest potrzebny.
W poprzednich tekstach podkreśliłem, w jaki sposób Bank Centralny wpływa na podaż pieniądza tak jak tutaj – wahania stóp procentowych. Jednak wspomniałem przy tekście o polityce monetarnej o Quantitative Easing (luzowanie ilościowe), które polega na pośrednim zakupie dłużnych papierów wartościowych przez banki komercyjne, w taki sposób, że Bank Centralny udziela kapitału płynnościowego bankom komercyjnym (co w praktyce nie zwiększa ich podaży, a więc nie tworzy presji inflacyjnej, ze względu na fakt, że zwiększenie kapitału płynnościowego banku komercyjnego deponuje pieniądze, a nie wypuszcza od razu pieniądze w obieg).
Celem takiej, niekonwencjonalnej polityki pieniężnej jest zwiększenie akcji kredytowej i podaży pieniądza. Jeżeli w gospodarce jest za mało pieniądza, inwestycje są nieopłacalne lub ryzykowne, a kredyty za drogie – Bank Centralny udziela pożyczki bankom komercyjnym, które uzyskują kapitał płynnościowy.
Jednak BC zakupuje te ryzykowne aktywa, by zmniejszyć niechęć i obawy banków komercyjnych do udzielania kredytów. Konsekwencją oczywiście jest deprecjacja pieniądza. Istotne jest rozróżnienie zmian zachodzących w motywie spekulacyjnym na dwa: zmiana stopy procentowej wywołana przez zmiany podaży pieniądza przy niezmiennej funkcji płynności oraz zmiana wynikająca ze zmian w przewidywaniu wpływających na samą funkcję płynności.
Niejednokrotnie powtarzałem, że do najważniejszych czynników determinujących sytuację na rynku są: ryzyko, czas i informacja. W tym przypadku warto podkreślić istotność informacji, zmiany funkcji płynności pod wpływem informacji, które prowadzą do przewidywań, mogą wywoływać nieciągłości w ruchu stopy procentowej, powodem jest odmienna interpretacja informacji przez inwestorów. Jeżeli dana informacji jest oczywista dla szerszego grona inwestorów i określa cenę np. obligacji, to stopa procentowa przystosowuje się najszybciej.
Kiedy inwestorzy reagują podobnie na informację, to przewidywania nie będą wywoływać przemieszczenia pieniędzy. Operacje zachodzące na otwartym rynku wpływają na wahania stóp procentowych oraz przewidywania rządu i polityki monetarnej danego Banku Centralnego. Na decyzje inwestorów i rentowność ich inwestycji mają szczególne znaczenie wahania stóp procentowych.
Idąc dalej, obniżka stóp procentowych zwiększa akcję kredytową – powodem jest tańsza obsługa zadłużenia (tańsze kredyty), więc jednostki chętniej zaciągają dług. Wyższe kredyty w efekcie doprowadzą do spadku rentowności przedsiębiorstw – droższy kapitał zniechęci firmy do zadłużania się, co spowolni ich rozwój. Słabsza ekspansja, hamowanie płynności i spadek zysków doprowadzi do spadku atrakcyjności w oczach inwestorów, co przełoży się na spadek cen akcji. Ponownie zatrzymam się przy decyzjach inwestorów, polityka stóp procentowych Banku Centralnego determinuje zyskowność wynikająca z ryzyka inwestycji, np. odsetki z instrumentów o niewielkim ryzyku (obligacje, lokaty itd.).
Wzrost stóp procentowych skłoni inwestorów do sprzedaży ryzykownych akcji i ulokowania środków w bezpieczniejszych instrumentach, które zyskałyby na atrakcyjności. Kiedy szersze grono inwestorów sprzedaje akcje, przełoży się to na spadek cen, ze względu na przewagę podaży akcji nad popytem. Jeżeli chodzi o sektory, które cechują szczególną wrażliwość na wahania stóp procentowych, są to przede wszystkim instytucje finansowe, deweloperskie oraz banki.
Sektor wytwórczy i produkcyjny staje się więc bezpieczniejszą opcją dla inwestorów.
Podkreśliłem istotność motywu transakcji i spekulacyjnego ze względu na fakt, że zasoby pieniężne dzielą się na: obieg czynny pieniądza (motyw transakcji) – zasoby kształtujące się [M1 = L1(y)] oraz obieg nieczynny pieniądza (motyw spekulacyjny) – zasoby utrzymywane [M2 = L2(r)]. Tak więc podaż pieniądza będzie zależna od tych dwóch motywów M = M1 + M2 = L1(y) + L2(r), gdzie: M – podaż pieniądza, M1 – ilość gotówki zaspokajającego motyw transakcji, M2 – ilość pieniądza zaspokajającego motyw spekulacyjny, L1(y) – funkcja płynności zależna od dochodu (poziom dochodu), L2(r) – funkcja płynności zależna od stosunku między stopą procentową a stanem przewidywania, r – stopa procentowa, y – dochód.
Wzrost ilości pieniądza zwiększa dochód – zwiększa zapotrzebowanie na obieg czynny (wzrost dochodu wynika ze wzrostu zagregowanego popytu i produkcji, obniżka stóp procentowych natomiast napędza inwestycje przez zmniejszenie ryzyka i obciążenia kredytowego).
Wpływ zmian ilości pieniądza na poziom cen jest jednak pośredni, gdyż zależy od płacy nominalnej i poziomu zatrudnienia. Popyt na pieniądz (teoria preferencji płynności) jest więc nie tylko funkcją dochodu, podaż pieniądza oraz zmiany globalnego poziomu cen są związane z wielkością produkcji i poziomem dochodów. Wpływ zmian ilości pieniądza jest zależny od czynników kształtujących proces produkcji (co podkreślałem przy tekście o teorii cyklu koniunkturalnego np. krańcowa efektywność kapitału. Wrócę do tego tematu w dalszej części tekstu).
W efekcie możemy wyciągnąć prosty wniosek, że dodruk pieniądza fiducjarnego stanowi dochód jednostki i wpływa na podaż pieniądza (M1), jednak nie zaabsorbuje to całej podaży pieniądza i przejdzie na M2, czyli zakup papierów wartościowych.
Podaż pieniądza (M) więc jest zależna od r, natomiast właśnie stopa procentowa wpłynie na M2, częściowo na dochód, a więc i M1. Więc podaż pieniądza będzie zależna od reakcji inwestycji na obniżkę stopy procentowej oraz reakcji dochodu na zwiększenie inwestycji. Co warte jest podkreślenia, stopa procentowa nie może znajdować się w stanie równowagi na poziomie niższym od stopy odpowiadającej pełnemu wykorzystania potencjału produkcyjnego (tj. pełnemu zatrudnieniu) – w takim wypadku doprowadzi do to inflacji i M1 będzie absorbować stale zwiększającą się podaż pieniądza.
Ilość pieniądza kreowana przez Bank Centralny (pośrednio jak wyżej opisałem mechanizm zwiększania podaży pieniądza) będzie odpowiadać, ceteris paribus, określonej stopie procentowej lub stóp procentowych od wierzytelności o różnych terminach spłaty. Władze pieniężne dokonują transakcji pieniędzmi i wierzytelnościami, dlatego tworzą pewien związek między zmianami ilości pieniądza i zmianami stóp procentowych. Taki związek staje się właściwie dosyć prosty, kiedy władze pieniężne kupują i sprzedają wierzytelności o różnych terminach spłaty lub nawet o różnym stopniu ryzyka.
Dla naszej analizy endogenicznej teorii podaży pieniądza musimy zatrzymać się przy omówieniu krótkoterminowej i długoterminowej stopy procentowej w ujęciu postkeynesowskim i rozważyć kwestię obiegu pieniądza. Zakładając sytuację równowagi ogólnej, kiedy inwestycje finansują się same, to popyt na kapitał i jego podaż nie mogą wyznaczać stopy procentowej.
Krótkoterminowa stopa procentowa jest określana przez wartość transakcji i przez podaż pieniądza kreowaną przez banki.
Długoterminową stopę procentową wyznacza bieżąca krótkoterminowa stopa procentowa, dzięki której np. wyznacza się potencjalne ryzyko deprecjacji aktywów długoterminowych. Za szybkość obiegu pieniądza przyjmijmy stosunek zagregowanej sumy obrotów (zagregowanej wartości transakcji w określonym czasie) – T i zasób pieniądza – M, czyli V (szybkość obiegu pieniądza) = T/M. Założenie stałości szybkości obiegu pieniądza wynika z teoretycznego założenia istnienia naturalnej stopy procentowej jako realnej, czyli w momencie osiągnięcia pełnego zatrudnienia (jednak osiągnięcie pełnego zatrudnienia poza fiskalnym jest nieosiągalna ze względu na bezrobocie frykcyjne czy dobrowolne, jedynie osiągnięcie pełnego zatrudnienia fiskalnego, w którym krańcowa przykrość pracy i realna płaca jest sobie równa, jest osiągalna, co więcej w krótkim okresie ceny i płace są lepkie, a jednostki ulegają presji inflacyjnej, tak więc wzrost globalnego popytu nie sprawi wzrostu cen przez horyzontalną krzywą globalnej podaży, a więc ilościowa teoria pieniądza powinna być rozpatrywana w teoretycznym ujęciu ceteris paribus innych czynników wpływających na ceny (presji inflacyjnej spowodowanej stroną podażową – inflacja kosztowa, czy inflacji spowodowanej zmianami cen zagranicznych, a więc również importochłonności itd.).
Szybkość obiegu pieniądza jest więc zależna od krótkoterminowej stopy procentowej, im jest wyższa, tym silniejszy jest bodziec do lokowania rezerwy na krótki termin niż jako rezerwy kasowej. Transakcje więc mogą być dokonane za pomocą mniejszego lub większego zasobu pieniądza.
Krótkoterminową stopę procentową interpretujemy jako stopę procentową pozbawioną ryzyka fluktuacji cen np. obligacji. Szybkość obiegu jest więc rosnącą funkcją krótkoterminowej stopy procentowej, V(p) = T/M. Dla danej funkcji V krótkoterminowa stopa procentowa (p) jest wyznaczona przez wartość T oraz M, która wynika z prowadzonej polityki monetarnej. Zgodnie z tym założeniem, przy określonej wartości transakcji, wzrost podaży pieniądza obniży krótkoterminową stopę procentową.
Powrócę na moment do klasycznej teorii cyklu koniunkturalnego i wskaże zachowanie w.w czynników na cykliczne wahania. Podaż pieniądza charakteryzują mniejsze wahania niż wartości transakcji, w taki sposób, że w fazie ożywienia szybkość obiegu pieniądza i krótkoterminowa stopa procentowa roście, a w czasie depresji spada, lecz praktyka pokazuje, że prowadzona polityka banku centralnego może wpłynąć na poziom krótkoterminowej stopy procentowej w określonej fazie.
Wpływ i działanie krótkookresowej stopy procentowej pokazuje nam załączony wykres preferencji płynności. W krótkim okresie zmiany podaży pieniądza są spowodowane zmianami stopy procentowej, a więc obniżka krótkookresowej stopy procentowej spowoduje przesunięcie krzywej popytu na prawo i wzrostu produkcji. Przejdźmy do analizy długoterminowej stopy procentowej, warto tutaj szczególnie podkreślić rolę długoterminowych aktywów finansowych takie jak weksle lub obligacje skarbowe. W długim okresie o wysokości stopy procentowej równowagi decyduje rynek funduszy pożyczkowych, a rynek pieniężny dostosowuje się do niego. Jednak wpływ Banku Centralnego ma decydujący wpływ na wysokość długookresowej stopy procentowej.
W dłuższym okresie popyt na pieniądz i jego podaż nie wywierają takiego wpływu, a działania funduszy pożyczkowych, a konkretnie podaż i popyt na te fundusze i polityka Banku Centralnego. Warto tutaj podkreślić, że teoretyczne rozważanie o długookresowej stopie procentowej jest pozbawione sensu bez determinującej ją krótkookresowej stopie procentowej mającej realny wpływ na podaż pieniądza, globalny popyt a w efekcie realną produkcję.
Fluktuacje mające realny wpływ na krótkookresową stopę procentową (szczególnie wysokie wahania ma wartość transakcji, a mniejsze, podaż pieniądza) mają niewielki wpływ (ale jednak mały, ze względu na fakt, że to nie bieżąca stopa procentowa wpływa na poziom długoterminowej stopy procentowej, a właśnie średnia krótkookresowa stopa procentowa w przedziale kilkuletnim) na długoterminową stopę procentową. Warto zaznaczyć, że długookresowa stopa procentowa zmienia się słabiej od krótkoterminowej ze względu np. na fakt, że wzrost długoterminowej stopy procentowej (spadek cen obligacji) zmniejsza ryzyko ich deprecjacji (spadek stopy procentowej – > wzrost cen obligacji, dokładnie zostało to wyjaśnione przeze mnie w tekście o polityce monetarnej i reakcji cen obligacji na stopę procentową). Wnioskując więc z naszej analizy, długoterminowa stopa procentowa nie wykazuje wyraźnych wahań cyklicznych.
Kwestia podaży pieniądza w ujęciu egzogenicznym (neoklasycznym) wygląda zupełnie inaczej, pogląd ten często jest nazywany wertykalistycznym (ze względu na pionową krzywą podaży pieniądza).
Koncepcja egzogenicznej podaży pieniądza odwrotnie do horyzontalnej twierdzi, że akcja kredytowa jest zależna od rezerw, a więc w tym kontekście to „depozyty tworzą kredyty”, natomiast rezerwy są kontrolowane przez Bank Centralny. Istnieje więc tutaj dobrze znany mnożnik kreacji pieniądza M = hmH, gdzie podaż pieniądza (M) jest iloczynem mnożnika pieniężnego i pieniądza bazowego.
Na załączonej grafice przedstawiającej ujęcie z perspektywy wertykalistycznej widzimy, że podaż pieniądza M jest określona i zależna od odcinka BC, który jest wynikiem kontrolowanej przez bank centralny bazy pieniężnej H (H = OA).
Koncepcja wertykalistyczna ma swoją podstawę w systemie opartym na parytecie złota, gdzie bank centralny może kontrolować bazę pieniężną i obieg na podstawie danego zasobu złota. Z wykresu łatwo wywnioskować, że wraz ze wzrostem produkcji, a więc również zatrudnienia, rośnie stopa procentowa. Powodem jest fakt, że oprócz popytu na pieniądz transakcyjny (który jest funkcją dochodu) istnieje popyt na pieniądz spekulacyjny, pieniądz trzymany w kasie spekulacyjnej nie przynosi dochodu, a więc im wyższa jest stopa procentowa, tym większe są koszty jej utrzymywania.
Tak więc popyt na pieniądz spekulacyjny jest inaczej malejącą funkcją stopy procentowej. Przy określonej wielkości zasobu pieniądza (OB) kasa spekulacyjny będzie odpowiednio do większej kasy transakcyjnej mniejsza, kiedy stopa procentowa urośnie z poziomu i0 do i1. Na podstawie naszych rozważań łatwo domyślić się, że egzogeniczna teoria podaży pieniądza w systemie opartym o walutę kruszcową, parytecie złota itd. doprowadzi do spadku akcji kredytowej i znacząco podwyższy koszt użyczonego kapitału przez banki komercyjnego – w efekcie doprowadzi to do osłabienia krańcowej efektywności kapitału, bo przecież podmioty gospodarcze ubiegające się o zaciągnięcie kredytu deklarują popyt na kredyt, dzięki któremu pokryją inwestycje bieżące celem pokrycia amortyzacji i zakupu nowego aparatu wytwórczego, a w efekcie wzrostu produkcji. Osłabienie akcji kredytowej i oparcie systemu bankowego na pieniądzu egzogenicznym w efekcie osłabi realną produkcję globalną i powiększy lukę popytową.

Zmierzch „patriotyzmu” w świecie

Najpierw garstka przydatnych refleksji merytorycznych: w warunkach długotrwałego i pogłębiającego się III globalnego kryzysu ekonomicznego i pandemii przyzwyczailiśmy się i przywykliśmy już po trosze do pojęcia i do zjawiska kryzysu. Reagujemy na nie bez przewrażliwienia i z niemałą dozą obojętności. Cynicy i wtajemniczeni mają niemało racji – do wszystkiego można się przyzwyczaić. Dlatego też nie bez wahania i pewnej obawy intelektualnej przystępuję do pisania niniejszego tekstu nt. kryzysu „patriotyzmu”, zarówno w kategoriach teoretycznych, jak też praktycznych, w skali całego świata i poszczególnych krajów. Powoduje mną jednak nadzieja, iż opracowanie to może okazać się przydatne, np. dla celów komparatywnych, w kontekście gorączkowych współczesnych dyskusji i rozważań polskich dotyczących tej materii.

Obecnie wiodący promotorzy, głosiciele i nosiciele klasycznego „patriotyzmu” w Polsce mają zapewne świadomość, iż ich przekonania teoretyczne i poczynania praktyczne są relatywnie mało przystające do realiów krajowych i międzynarodowych oraz mało efektywne. Bowiem, społeczeństwo, jako całość, a szczególnie młodsza jego część, jest coraz mniej usposobiona patriotycznie, a coraz bardziej indywidualistycznie, egocentrycznie i kosmopolitycznie.
Starszym trudno się dziwić, skoro wychowywali się oni w niezwykle trudnych czasach wyrzeczeń, cierpień, krwi, łez, niedostatku oraz zbrojnej czy politycznej walki o urzeczywistnienie ideałów najwyższej rangi – szczególnie wolności, niepodległości, godności i quasi suwerennej państwowości.
Choć czasy i priorytety bardzo się zmieniły, to starsi nadal walczą o to samo, co przedtem i stosują analogiczne, jak kiedyś, metody, wstrzykując je młodym, którzy nie bardzo to przyjmują. Zaś decydenci ulegają presji i aspiracjom społecznym oraz nie tylko trzymają się kurczowo starej teorii i praktyki „patriotycznej”, ale podsycają je z całą świadomością we współczesnych doraźnych celach politycznych. Jest to więc, w sumie, „patriotyczne” dreptanie w tym samym miejscu, kręcenie się za własnym ogonem, a nawet cofanie się wstecz oraz swoista zaraźliwa epidemia „patriotyczna”, w której giną głosy śmiałków proponujących nowoczesne formuły prawdziwego patriotyzmu polskiego. Starymi metodami „patriotycznymi” (nacjonalistycznymi?) nie załatwimy już niczego dobrego dla Polski (tuż za naszymi granicami są bowiem nacjonalizmy silniejsze od polskiego).
Widać to najlepiej przez pryzmat niedopuszczalnego pogorszenia stosunków polsko-rosyjskich czy też podejścia niektórych rodaków do problemu uchodźców. Nowa sytuacja wymaga nowych treści i metod. To nie jest banalny banał.
Bowiem wystarczy wyjść poza opłotki polskiego staroświeckiego zaścianka „patriotycznego”, aby zobaczyć, że również inne narody i państwa borykają się z analogicznymi problemami, ale raczej nie drepczą w miejscu. Niektóre, jak np. państwa skandynawskie czy nawet Francja i Niemcy, starają się kojarzyć swój nacjonalistycznie zabarwiony patriotyzm z internacjonalizmem i z humanizmem, np. otwierając drzwi przed uchodźcami oraz doprowadzając do niebywałej mieszaniny etnicznej w tych państwach kiedyś jednorodnych pod względem narodowościowym.
Jednakowoż, cała społeczność międzynarodowa, jak się teraz powiada, ewoluuje zdecydowanie od umiarkowanego klasycznego czy post klasycznego patriotyzmu w kierunku coraz bardziej prawicowym i wojującym, czyli nacjonalistycznym, mówiąc bez ogródek [1]. Tendencja ta widoczna jest także coraz wyraźniej w Polsce, trochę na zasadzie: skoro inni mogą, to dlaczego my musimy być gorsi!?
Skąd się to wszystko bierze? Po prostu, stąd, iż obecny III globalny kryzys ekonomiczny (i pandemiczny zarazem), wywołany przez neoliberałów amerykańskich, doprowadził nie tylko do dramatycznej dehumanizacji życia w poszczególnych krajach i w całej społeczności międzynarodowej, ale również do groźnego renesansu nacjonalizmów i uczuć nienawiści internacjonalistycznej na tle trudności, patologii, sporów i problemów potęgowanych przez owe kryzysy. Mechanizm tego jest więc prosty i ewidentny. Przeto, nie tylko te spory i te problemy, także nie sławetne „zderzenie kultur”, ale – nade wszystko – coraz ostrzejsza konfrontacja nacjonalizmów stanowi obecnie najpoważniejsze zagrożenie dla pokoju i dla rozwoju cywilizacji ludzkiej.
Geneza i definicje:
nie roszczę sobie pretensji do ekstrawagancji i do przesady w sprawach tak delikatnych, jak patriotyzm, internacjonalizm czy humanizm, ale – przyglądając się bacznie ewolucji świata w ostatnich dziesięcioleciach – stwierdzam bez wahania, iż klasyczny i niewypaczony „patriotyzm” od dawna już nigdzie nie istnieje. Nawet jeśli komuś się zdaje, że istnieje, to – z punktu widzenia globalnego – trzeba traktować starożytny, średniowieczny i nowożytny pseudo patriotyzm jako wielkie przekleństwo ludzkości oraz jako główną przyczynę największych nieszczęść cywilizacyjnych, szczególnie wojen, konfliktów zbrojnych i rozlicznych patologii oraz niebywałej współczesnej dramaturgii rozwojowej. Mechanizm tego jest prosty: jeśli jestem patriotą jednego (własnego) kraju i narodu, to jednocześnie nie mogę być patriotą innego kraju i narodu, które – ipso facto – traktuję jako gorsze, często znienawidzone i nie zasługujące na szacunek. Oraz odwrotnie – a jakże?! Przecież inni też nie traktują mnie tak, jak bym tego pragnął i jakem to sobie ubzdurał. Tak oto zamyka się błędne koło uprzedzeń patriotyczno-nacjonalistycznych, ze szkodą dla wszystkich pseudo patriotów.
Konkretne symboliczne przykłady ze sfery stosunków Polaków z sąsiadami: „polnische Schweine”, „polnische Idioten”, „polnische Wirtschaft”, „polskije pany”, „apiat eta parszywaja Polsza”, „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”, „pijany jak Polak”, „polskie obozy koncentracyjne” itp., itd.; oraz ich odpowiedniki ze strony polskiej: „kacapy”, „szwaby”, „żabojady”, „szmondaki”, „kowboje” (negatywnie), „żółki” i wiele innych.
Mniej chodzi przy tym o wulgarne słowa, lecz bardziej o konkretne treści oraz o aspekty psychologiczne i moralne z tym związane. Czy taka paplanina – to wyraz „patriotyzmu” polskiego, niemieckiego, rosyjskiego, francuskiego, żydowskiego i in.? Bardzo wątpię.
Mamy tu więc do czynienia z „patriotyzmem” (własnym) i z antypatriotyzmem (obcym). Interakcje tego rodzaju funkcjonują od zarania dziejów. Morza atramentu wylano już w historii na opisywanie powiązań między patriotami a nie patriotami, panami a poddanymi, właścicielami niewolników a niewolnikami, rządzącymi a rządzonymi, bogatymi a biednymi, prześladowcami a prześladowanymi i in.; a także na analizowanie waśni rasowych, religijnych, gospodarczych, kulturowych itp. itd. Ale sprawa nadal nie jest załatwiona odpowiednio – dziś nie można jeszcze określić precyzyjnie i adekwatnie do realiów, kto jest prawdziwym (autentycznym) patriotą w znaczeniu indywidualnym i uniwersalnym jednocześnie? Ale niech samozwańczym „patriotom” nadal się zdaje, że są „patriotami”, choć bynajmniej nimi nie są.
A zaczęło się to wszystko tak pięknie i tak obiecująco. Pojęcie patrioty wprowadzone zostało na dobre do teorii oraz do praktycznego obiegu politycznego, społecznego i międzynarodowego mniej więcej w VI wieku. Wymyślili to, jak zwykle, „starożytni Grecy i Rzymianie”.
Greckie słowo „patris” stosowano celem określenia ludzi wywodzących się z tego samego kraju, przez co powiązanych szczególnymi nićmi sympatii, lojalności, solidarności i pomocy wzajemnej.
Również łacińskie słowo „patria” („ojczyzna”) może być traktowane jako słowotwórczy prapoczątek pojęcia patriotyzm, zakładającego istnienie szczególnej lojalności, umiłowania i przywiązania emocjonalnego ludzi do danego państwa (narodu, ojczyzny a nawet władcy).
Można także zakładać hipotetycznie, iż inne łacińskie słowo – „pater” („ojciec”) legło u podstaw pojęcia patriotyzmu i jego kojarzenia, przede wszystkim, z ojcowizną. Świadczyłoby o tym niemieckie słowo „Vaterland” („ojczyzna”, Vater – ojciec), czy też polska „ojczyzna” (od słowa ojciec), której należy się cała nasza miłość, lojalność i szacunek. Doprawdy? Jedynie Rosjanie (i inne narody słowiańskie) używają pojęcia „rodina” („ojczyzna”), dzieląc sprawiedliwie zasługi między matkę i ojca („roditieli”). Znamienne jednocześnie, iż – w języku angielskim (i w innych językach) – używa się raczej słowa „Motherland” („matczyzna”, że tak powiem) dla określenia ojczyzny.
Ale, po francusku, jest to „patrie”; podobnie jak w innych językach pochodzenia łacińskiego. W świecie znane jest, np., zawołanie rewolucjonistów kubańskich: „patria o muerte, venceremos!” („ojczyzna lub śmierć, zwyciężymy”).
Krytyka „patriotyzmu”:
ów klasyczny odwieczny (pseudo) patriotyzm przetrwał w swej oryginalnej acz niezwykle szkodliwej postaci prawie przez całe średniowiecze, stanowiąc zarzewie wielu okrutnych wojen, konfliktów i prześladowań oraz, jako taki, dotrwał do naszych czasów. Wymieńmy tylko, tytułem przykładu, inwazje i agresje: Muzułmanów, Wikingów, Mongołów, Anglików, Normanów, Turków, Germanów, Wandali i in., wojnę stuletnią, wyprawy krzyżowe, inkwizycję, podboje kolonialne, wojny światowe i regionalne, terroryzm itd.
Dość powszechnie nadużywa się kategorii „patriotyzmu” dla kamuflowania niecnych celów, zamiarów i poczynań. Są tacy, którzy uważają fanatycznych terrorystów za „patriotów” walczących „w słusznej sprawie”. Natomiast poważniejsza rewizja podejścia do teorii i do praktyki opacznego „patriotyzmu” datuje się dopiero od połowy XVIII wieku (epoka Oświecenia – trwająca od końca XVII wieku do początku XIX wieku).
Jak wspomniałem powyżej, historia i współczesność zawierają multum przypadków i dowodów zajadłych sporów i krwawych starć, szczególnie pomiędzy „patriotami” z krajów sąsiadujących ze sobą, a często także z bardzo oddalonych jeden od drugiego. Podaję kilka dowodów opacznego „patriotyzmu” i takiegoż „internacjonalizmu” najpierw z tej pierwszej kategorii: Japonia – Chiny, Japonia – Rosja, Indie – Pakistan, Iran – Irak, Armenia – Azerbejdżan, Izrael – Palestyna, Turcja – Kurdystan, Turcja – Grecja, Turcja – państwa bałkańskie (600 lat okupacji tureckiej), Etiopia – Egipt (spór o wody Nilu), Niemcy – Rosja, Niemcy – Polska, Niemcy – Francja, Niemcy – W. Brytania, Hiszpania – W. Brytania, Rosja – Polska, Polska – Ukraina i wiele, wiele innych. Jeśli zaś chodzi o drugą kategorię, to przykładów też mamy bez liku.
Wybierajmy przeto najciekawsze i najbardziej wymowne spośród nich: wyprawy Aleksandra Wielkiego (Macedońskiego) na Wschód, Dżyngis Han i jego hordy mongolskie dotarły aż do Europy, wojny krzyżowe Europejczyków, zdobycze kolonialne i wyprawy Europejczyków na wszystkich kontynentach, np. Anglików i Francuzów (armia napoleońska w Moskwie!), w Afryce, w Azji (Indie – „perła korony brytyjskiej”) oraz w Ameryce Północnej, a Hiszpanów i Portugalczyków w Ameryce Południowej i Środkowej, a nawet w Afryce (Mozambik, Angola, Gwinea Bissau).
Kolonizatorami byli nawet Holendrzy (np. Antyle Holenderskie), Belgia (Kongo) i Włosi (nieudana próba zdobycia ówczesnej Abisynii); również Polska szykowała się na zdobycie Madagaskaru, ale Francja ją uprzedziła, atak japoński na Pearl Harbour na Hawajach, wojny USA przeciwko Niemcom (na froncie zachodnim w czasie WWII), Libii, Jugosławii, Irakowi, Indochinom, szczególnie Wietnamowi, Afganistanowi (nota bene: swoisty rekord świata w dziedzinie wojen prowadzonych z dala od własnego terytorium należy do Stanów Zjednoczonych), bitwa anglo – argentyńska o Falklandy/Islas Malvinas i wiele innych pomniejszych podbojów „na znaczną odległość”.
Głębokie krytyczne przemyślenia na te tematy zapoczątkowali filozofowie encyklopedyści, szczególnie Jean-Jacques Rousseau. Rozróżniał on jednoznacznie pomiędzy lojalnością wobec państwa i wobec kościoła. Twierdził, iż duchowni nie mogą być patriotami na Ziemi, bowiem ich państwem (ojczyzną) jest… niebo. Ostre i zdecydowane stanowisko w sprawach patriotyzmu zajmowali też później inni wybitni twórcy i myśliciele; np. Oscar Wilde – „patriotyzm jest cnotą obłąkańców.
Nie można być patriotą tylko w jednym kraju, gdyż to oznacza, że nie jest się patriotą w innych krajach”; George Bernard Shaw – „nigdy nie będzie spokoju na świecie do czasu wykorzenienia patriotyzmu z rodzaju ludzkiego” („you will never have a quiet world till you knock the patriotism out of the human race”). Mocno powiedziane; Guy de Maupassant – „patriotyzm to jajo, z którego wykluwają się wojny”; Lew Tołstoj – „patriotyzm to norma, która usprawiedliwia szkolenie masowych morderców”; Karl Marx – „ludzie pracy nie mają ojczyzny.
Odrębności i spory międzynarodowe znikną dzięki zwycięstwu proletariatu w świecie” i in. Jak dotąd, nie znikły! Proletariat jeszcze nie zwyciężył i raczej nadal ulega przemożnej presji oraz przemocy ze strony wielkiego kapitału i pazernych korporacji.
Od dawien dawna trwają też poszukiwania optymalnej formuły współczesnego patriotyzmu związane z takimi koncepcjami, jak uniwersalizm, pacyfizm, humanizm itp. Np. stalinowcy i ortodoksyjni maoiści lansowali koncepcję socjalistycznego patriotyzmu, który byłby możliwy, gdyby socjalizm zwyciężył w całym świecie. Do tej pory okazało się to nierealne i nie jest bynajmniej pewne, czy kiedykolwiek stanie się realne? Z kolei, Juergen Habermas wysunął propozycję ws. patriotyzmu europejskiego (euro patriotyzmu), skądinąd bardzo słuszną, wskazaną i potrzebną. Tyle tylko, iż niemożliwą do realizacji w warunkach wcześniejszego i obecnego rozczłonkowania, rozdarcia, dezintegracji, skłócenia narodów i państw europejskich, odradzania się rozmaitych nacjonalizmów i ekstremizmów oraz nasilenia konfrontacji między nimi.
W powszechnym przekonaniu, patriota może być lojalny nie tylko wobec swego państwa i narodu, lecz również wobec swego mocarstwa imperialnego czy kolonialnego (inaczej niż nacjonalista, który, z reguły, przeciwstawia się imperializmowi i kolonializmowi). Jednym z kryteriów stosowanych celem dokonywania pomiarów natężenia „patriotyzmu” jest gotowość obywateli do udziału w wojnie oraz do obrony ojczyzny i narodu przed rodzimymi tyranami i zagrożeniami czy też przed agresorami i napastnikami zewnętrznymi. To jest swoista militaryzacja „patriotyzmu”. Od Adama i Ewy setki milionów ludzi zginęły niepotrzebnie na świecie poświęcając „bezpłatnie” swą krew i życie dla „świętej sprawy”.
Ale notujemy też liczne przypadki komercjalizacji „patriotyzmu” w wojnach, w konfliktach i w powstaniach zbrojnych, jak np. najemnicy czy współcześni zawodowi żołnierze otrzymujący zapłatę za „pracę”. Takich nie można uznać za patriotów. Swoistym szczytem ironii i cynizmu jest nazwanie amerykańskich antyrakiet „Patriotami” („Patriots”), czy też traktowanie obecnych awanturników (vide: atak na Kapitol w Waszyngtonie, czy rozróby uliczne w wielu krajach Zachodu i Wschodu, Południa i Północy) jako „patriotów”. W sumie, obserwujemy wszędzie swoiste falowanie (sinusoidę) nastrojów i natężenia uczuć „patriotycznych” od czasu pojawienia się tej instytucji do dziś.
Reguła jest taka: im ludziom jest gorzej, tym większymi stają się oni „patriotami”, walcząc o poprawę sytuacji. Przykład Polski jest wielce charakterystyczny i wymowny w tym względzie – rozbiory, wojny światowe, agresje zewnętrzne, powstania, zmiany ustrojowe itp. – wszystko to powodowało intensyfikację postaw „patriotycznych”. Zanikały one po pewnym czasie, pozostawiając po sobie szkodliwą pustkę i niepewność świadomościową w społeczeństwach i w głowach poszczególnych obywateli.
Natomiast obecny względny spokój (ale napięcie społeczne) w kraju sprawia, iż obywatele, szczególnie młodzi, nie spodziewają się najgorszego i są przez to mniej usposobieni „patriotycznie”. Zapominają jednak o tym, iż bliższe i dalsze otoczenie kraju jest coraz bardziej niespokojne i ekspansywne, co nie pozostanie bez wpływu na sytuację w Polsce. Znamienne są także ostatnie wyniki badań nastrojów patriotycznych wśród mieszkańców USA (pierwsze takie badania od czasów Ronalda Reagana – w latach 70-tych XX wieku).
Okazuje się, mianowicie, iż ponad 44 proc. młodych obywateli Stanów nie jest bynajmniej dumnych z bycia Amerykanami. Nad patriotyzmem góruje wśród nich prywata, egoizm i indywidualizm. To skutek ideologii neoliberalizmu („radź sobie sam” jeśli potrafisz i zdołasz?) oraz odwiecznego braku sprawnego systemu zarządzania rozwojem świata i cywilizacji ludzkiej. Powoduje to eskalację napięć i niezadowolenia społecznego (prawie wszędzie, nawet w USA) oraz przyczynia się do degradacji prawdziwego patriotyzmu.
Nacjonalizm i szowinizm:
kilka słów jeszcze o kategoriach pokrewnych pseudo patriotyzmowi. Stanowią one formacje bardziej wojownicze i agresywne w porównaniu do niego. Co więcej, zyskują one ostatnio (ale także wcześniej) zdecydowaną przewagę nad patriotyzmem, w miarę tego, jak ten ostatni usycha coraz bardziej.
W celach socjotechnicznych i propagandowych, patriotyzm wykorzystywany jest nierzadko, szczególnie przez tyranów, dyktatorów i demagogów, celem kamuflowania nacjonalizmu, rasizmu, separatyzmu, hegemonizmu, ksenofobii i in. Nacjonaliści uważają, iż każda grupa (mniejszość) etniczna powinna mieć własne państwo. Jest to jednak postulat nierealny w odniesieniu do wszystkich mocarstw i państw wielonarodowych, jak np. USA, w których zakorzeniły się grupy społeczne i etniczne ze wszystkich kontynentów, regionów i krajów świata (np. Afro – Americans, Polish Americans oraz Latinos, Jews, Muslims, Germans, Irish, British, French, Chinese i wiele innych).
Jedynie przykład Szwajcarii, państwa wielonarodowego, w którym poszczególne mniejszości etniczne korzystają z rozwiązań quasi państwowych, ma wydźwięk dość pozytywny. Wielo państwowość etniczna byłaby niemożliwa w przypadku takich mocarstw jak Chiny (56 grup etnicznych, spośród których największa jest narodowość Han, ponad 90 proc. )), Indie, Rosja, Francja, W. Brytania (UK = United Kingdom) i wiele innych. Nie oznacza to bynajmniej, iż niektóre nacjonalistycznie usposobione społeczności etniczne nie dążą do własnej państwowości (np. Kurdowie, Katalończycy, Baskowie, Palestyńczycy, Szkoci i in.). Rozczłonkowanie byłej Jugosławii, Czechosłowacji i…ZSRR jest wielce wymowne w tym względzie.
Zresztą, współczesne społeczeństwa stanowią coraz bardziej wielobarwne konglomeraty i mieszaniny etniczne, kulturowe, religijne, językowe itp., w których zderzają się różne sprzeczne interesy i nacjonalizmy. W Europie procesy te przybierają na sile, m.in., w związku z bezprecedensowym napływem uchodźców z Afryki Północnej i z Bliskiego Wschodu. Niektórzy proponują, raczej rozpaczliwie, traktowanie całej ludzkości jako jednej wielkiej rodziny – „international community” (to już bardzo duża rodzina prawie 8 mld obywateli!) Jednakowoż, czy obywatel francuski pochodzenia arabskiego, afrykańskiego, karaibskiego, indochińskiego, słowiańskiego, żydowskiego i in. może być stuprocentowym „patriotą” Francji? Raczej nie.
Podobnie rzecz się ma w innych regionach Europy, szczególnie na Bałkanach, które od dawien dawna stanowią przysłowiową „beczkę prochu” na naszym kontynencie. Nacjonalizmy są tam szczególnie silne, a ich zderzenie prowadzi, z reguły, do konfliktów zbrojnych. Wystarczy tylko iskra i wybuch prochu jest gotowy, jak świadczy o tym przykład pretekstu do wybuchu I wojny światowej (zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie) [2] oraz przykłady wielu wojen bałkańskich. W sumie, słowo „Nation”, z którego wywodzi się nacjonalizm, ma co najmniej dwojakie znaczenie: naród i państwo. Np. Polish Nation może oznaczać i jedno i drugie, zależnie od kontekstu. Ważne jest wszakże to, iż – w procesie poronionej globalizacji neoliberalnej oraz w warunkach niezwykłej łatwości w przed pandemicznym przemieszczaniu się ludzi po świecie, nowoczesnej łączności i transportu oraz bezprecedensowo szybkiego obiegu informacji – kategoria nacjonalizmu też ulega głębokim przeobrażeniom. Takim mianowicie, iż postępować będzie erozja klasycznego nacjonalizmu a na jego miejscu pojawiać się będzie nacjonalizm wieloetniczny. Zanim to jednak nastąpi, stary nacjonalizm będzie coraz groźniejszy, broniąc się przed upadkiem.
Z kolei, szowinizm [3], jest relatywnie blisko spokrewniony z patriotyzmem i z nacjonalizmem, ale – wśród nich – stanowi kategorię jeszcze bardziej dynamiczną, bojową, groźną, fanatyczną i niszczycielską, wręcz karykaturalną. Np. faszyzm, stalinizm, militaryzm i terroryzm zrodziły się na gruncie szowinizmu, gloryfikującego wyższość (supremację) jednego narodu (rasy, religii, grupy społecznej, partii itp.) nad innymi.
Słowem, szowinizm – to coś w rodzaju wojującego nacjonalizmu do „entej potęgi”. Bez większych trudności, można prognozować, iż – w bliższej i w dalszej przyszłości – na fali kryzysu „patriotyzmu”, eskalacji nacjonalizmu i innych ekstremizmów, również szowinizm będzie przybierał na sile, stanowiąc coraz większe zagrożenie dla całej ludzkości, także dla jednostek i dla grup społecznych głoszących szowinizm i postępujących zgodnie z jego normami.
Współczesnych przykładów intensyfikacji szowinizmu (różnego rodzaju) nie trzeba szukać daleko. Chyba najgroźniejszym spośród nich jest islamski terroryzm fundamentalistyczny zderzający się już bezpośrednio i w skali globalnej głównie z terroryzmem państwowym, kosztem wielkich ofiar ludzkich i strat materialnych. Faktem jest jednocześnie, iż intensyfikacja nacjonalizmów i szowinizmów jest już mechanizmem samonakręcającym się (coś w rodzaju prawicowego perpetum mobile) w zdecydowanej większości krajów świata, nie wyłączając Polski.
Kryzys „patriotyzmu” w świecie:
Jest bardzo wiele przyczyn tego kryzysu, ale wybierzmy jedynie najważniejsze spośród nich: względy systemowe – obecny stan chaosu i anarchii w świecie (po upadku dwubiegunowości i jednobiegunowości) oraz w wielu krajach (krach faszyzmu, sowietyzmu i neoliberalizmu) eksponuje szczególnie mocno brak optymalnych systemów (ustrojów), czyli nowego ładu światowego i np. społecznej gospodarki rynkowej.
Towarzyszy temu kryzys ideologii, programów, autorytetów i brak charyzmatycznych przywódców, bo wielu spośród nich – to zwykli przestępcy i oszuści. Ludzie są kompletnie zdezorientowani i niepewni jutra (chodzi mi, naturalnie, o tzw. średniego mieszkańca planety Ziemia). W różnych krajach wygląda to różnie, ale globalnie już nikt nie inspiruje, nie planuje, nie kontroluje i nie koordynuje biegu wydarzeń oraz nie panuje i nie steruje rozwojem naszej cywilizacji (nawet ONZ jest w letargu czy też w śpiączce politycznej i metodologicznej).
W żadnym wypadku i za wszelką cenę nie należało dopuścić do obecnej pandemii, która jest bezprecedensową katastrofą w „rozwoju” ludzkości. Za to szaleją żywioły, przypadkowość, improwizacja i łatanie dziur. Obywatele nie mają zaufania do niewydolnych instytucji państwowych i międzynarodowych oraz do miłościwie nam panujących i rządzących, którzy, z reguły, nie troszczą się odpowiednio o rządzonych. W większości krajów świata, władzę sprawują reżimy autorytarne i totalitarne oraz egoistyczne grupy interesów, zasłaniające się frazeologicznymi przykrywkami demokracji, wolności czy „patriotyzmu”, a także stosujące metodologię ww. terroryzmu państwowego oraz wypróbowaną zasadę „dziel i rządź” („divide et impera”).
Modelowym przykładem takich reżimów jest autokratyczna Arabia Saudyjska, rozpieszczana przez USA! Zresztą, źródła amerykańskie podają, iż w XX i w XXI wieku Stany Zjednoczone popierały i popierają (także finansowo i militarnie) aż 71 reżimów autorytarnych i totalitarnych na świecie.
Na fali dehumanizacji oraz neoliberalnej „ideologii pieniądza” i pogoni za zyskiem, wypłukiwane są ze świadomości ludzkiej najwznioślejsze ideały, które kiedyś były choć trochę lokomotywą i siłą sprawczą rozwoju społeczno – gospodarczego świata oraz patriotyzmu.
Bez wątpienia, są siły, które chciałyby zapanować jakoś nad tym bałaganem i ukierunkować po swojemu rozwój świata czy przejąć władzę nad nim (masoneria, wielki kapitał i in.); ale efektywność ich poczynań nie jest wystarczająca nawet z punktu widzenia zamiarów i interesów tych sił. Zwiększa się więc ryzyko kolejnego „wielkiego wybuchu” nie tyle w kosmosie, ile na Ziemi, choć i ona jest częścią kosmosu. Jak, w rzeczonych warunkach, można być patriotą (czy internacjonalistą) – czego, kogo i w jakim celu?
Jest to obecnie zadanie tak trudne, że aż wręcz niemożliwe! Jaki obywatel miałby dziś chęć i zdobyłby się na odwagę uczestniczenia np. w Długim Marszu chińskim, będącym symbolem heroizmu, poświęcenia i patriotyzmu, kultywowanego nieustannie w Chinach?
Jaki żołnierz poszedłby dziś do boju z takim oto bądź podobnym hasłem na ustach: „Gott mit uns”, Drang nach Osten”, „za rodinu, za Stalina, wpieriod!” itp.? Sprawę komplikuje dodatkowo ww. postępujący proces mieszania najrozmaitszych narodowości i grup etnicznych w ramach poszczególnych krajów.
Tworzą się w ten sposób, jak gdyby, nowe społeczeństwa czy też nowe narody, a nawet, być może, ww. naród ogólnoświatowy. Ale chyba niedoczekanie nasze? Bowiem czasokres i łączne koszty tego procesu mogą być ogromne, a wynik ostateczny – bardzo niepewny.
Wyjściem z sytuacji może być natomiast utworzenie Nowego (pokojowego i sprawiedliwego) Ładu Światowego na zasadach wielobiegunowości (multilateralizmu), co proponują Chiny i inne państwa.
Uwarunkowania ekonomiczne
– trwający już prawie 14 lat II i III światowy kryzys gospodarczo – finansowy, któremu końca nie widać, rzutuje w przeogromny sposób na zapaść teorii i praktyki patriotyzmu. Bowiem, na ww. przyczyny moralno – psychologiczne i systemowe nakładają się, dodatkowo, nieznośne obciążenia materialno – bytowe i finansowe znacznej większości obywateli naszej planety, których liczba zbliża się, jak wspomniałem powyżej, do 8 mld osób i niezadługo może wzrosnąć do 9 czy nawet do 11 miliardów (to górna granica „wytrzymałości” Ziemi).
Najlepiej, w tym kontekście, niech przemówią dane i liczby: w wyniku kryzysu, roczna stopa wzrostu ŚPB [4] spadła do obecnych 3,4 proc. , podczas gdy powinna ona wynosić 5 – 6 proc. , żeby można było uporać się jakoś z obecnymi trudnościami społeczno-gospodarczymi.
Dramatycznie pogłębia się przepaść między „biegunem bogactwa” i „biegunem biedy” na świecie. Na szczycie tego pierwszego znajduje się Qatar (138.000 USD PKB per capita rocznie); zaś na dnie tego drugiego nędznie wegetuje Republika Środkowo – Afrykańska (tylko 600 USD PKB per capita). Z tych względów, jeszcze jako tako można być „patriotą” w pierwszej czterdziestce z ponad 200 państw świata, którą zamykają Czechy ( 30.000 USD PKB per capita). Polska zajmuje dalsze miejsce – z sumą ok. 25.000 USD PKB per capita.
Ponad połowa ludzkości dysponuje zaledwie sumą 2,5 USD dziennie na swe utrzymanie, 1 mld ludzi – sumą w granicach 1-2 USD, zaś 1,3 mld Ziemian – ma tylko poniżej 1,25 USD dziennie. To sfera tzw. skrajnej nędzy (extreme poverty). 805 mln ludzi głoduje (na świecie ok. 22.000 dzieci umiera codziennie z głodu i z nędzy). Pandemia pogarsza tę sytuację w niebotycznych rozmiarach. Np. zadłużenie świata (tylko tzw. dług publiczny, państwowy – public debt) zwiększyło się już o 19,5 bln USD w wyniku pandemii.
Ilość bezrobotnych przekroczyła dość dawno temu 300 mln osób (prawie 7 proc. ogółu ludzkości). Liczbę tę należy pomnożyć (średnio) przez 4 (członkowie rodzin), żeby uzyskać rzeczywisty obraz nieszczęścia ludzkiego w świecie z powodu plagi bezrobocia. Inna plaga – to wzrost zadłużenia świata, regionów, państw, podmiotów gospodarczych i zwykłych obywateli w okresie II i III kryzysu globalnego. Zadłużenie to jest niezwykle trudne do wyliczenia. Wiadomo jedynie, iż łączny dług publiczny (państwowy) świata przekroczył ostatnio 277 bln USD (tylko w USA wynosi on 16,8 bln USD).
Natomiast łączne zadłużenie Stanów Zjednoczonych przekroczyło aż 160 bln USD (dług publiczny + zadłużenie producentów + zadłużenie konsumentów + dług zagraniczny + długi ukryte). Z danych Banku Światowego wynika, iż tylko pięć niewielkich krajów i regionów (Brunei, Lichtenstein, Palau, Niue i Makao) nie ma żadnego zadłużenia. Jednocześnie, globalne wydatki na zbrojenia przekroczyły 2 bln USD.
Aspekty społeczne
– kryzys i coraz większe problemy gospodarcze świata nie pozostają bez wpływu na globalną i na krajową sytuację społeczną. Stopa przyrostu naturalnego w świecie spadła do 1,1 proc. . Rocznie przybywa obecnie 75 mln obywateli Ziemi (netto). Jedynie w najbiedniejszych krajach Afryki Środkowej utrzymuje się wysoki przyrost naturalny: 5 – 8 dzieci na kobietę w wieku rozrodczym. Gdzie indziej, ludzie nie chcą mieć większej ilości dzieci, głównie z powodu trudności materialnych i niepewności jutra. Polska jest tego drastycznym przykładem.
Generalnie – sytuacja społeczna na świecie ulega systematycznie pogorszeniu. Podobnie, jak w powyższym przypadku (ekonomicznym), także tu liczby mówią same za siebie: jest 785 mln analfabetów wśród dorosłych, z czego 2/3 – to kobiety; ponad 60 mln uchodźców; 750 mln ludzi bez dostępu do wody pitnej; 2 mld psychicznie chorych; 40 mln nadal choruje na AIDS/HIV, z czego 3 mln umiera corocznie; 500 mln chorych na malarię, z czego 1 mln umiera; dodać należy do tego inne epidemie, jak ebola, ptasia grypa, malaria, COVID 19 itp.
To wynik kolosalnych zaniedbań w służbie zdrowia, w ubezpieczeniach społecznych czy też w tworzeniu jakich takich warunków życia, oświaty oraz wyżywienia i pracy obywateli.
To są jednocześnie skutki systematycznego powiększania się przepaści dochodowej w przypadku obywateli z 80 proc. państw świata. Sytuacja w tej mierze jest następująca: najbiedniejsza grupa 40 proc. obywateli świata ma jedynie do dyspozycji 5 proc. ogółu dochodów; zaś 20 proc. najbogatszych obywateli dysponuje 75 proc. dochodów ogólnoświatowych.
Sytuację społeczną pogarszają, ponadto, klęski żywiołowe (szczególnie destrukcyjne zmiany klimatyczne, pożary, susze, tajfuny i powodzie), nowa „wiosna ludów” (uchodźcy) oraz brak efektywnej i skoordynowanej współpracy międzynarodowej w tych przypadkach. Pogłębiają one pauperyzację miliardowych rzesz ludzkich, stymulują migracje – w poszukiwaniu pracy, dachu nad głową, pożywienia i wody oraz sprawiają, iż życie ludzkie na rozległych obszarach Ziemi staje się coraz bardziej nieznośne.
Zagrożenia wojenne:
w historii, z reguły, było tak, iż niezliczone wojny i konflikty zbrojne stanowiły czynniki mobilizowania społeczeństw i pobudzania ich „uczuć patriotycznych”, w walce o słuszną czy też o niesłuszną sprawę. Teraz jednak sytuacja ulega zasadniczym zmianom. Jest coraz mniej chętnych obywateli do udziału w takiej walce. Wymownym tego przykładem były zdecydowane protesty społeczeństw, szczególnie młodzieży, przeciwko agresji amerykańskiej w Wietnamie, na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz w innych krajach.
Zapał antywojenny i pacyfistyczny zmniejsza się obecnie, a chętnych do przelewania krwi jest coraz mniej – nawet za pieniądze. Istotnym powodem słabnięcia tzw. patriotyzmu militarystycznego jest także postęp naukowo-techniczny dokonujący w sferze produkowania i wykorzystywania narzędzi śmierci. Bronie masowej zagłady, bronie inteligentne, rakiety dalekiego zasięgu, satelity, komputery, roboty, lasery, drony itp. sprawiają, że rola „siły żywej” na współczesnym polu walki staje się coraz mniejsza.
Czyli, spada także zapotrzebowanie na „militarystycznych patriotów”. W sposób zasadniczy zmienia się także charakter współczesnych wojen – są one już internetowe, hybrydowe, religijne, terrorystyczne i antyterrorystyczne itp. Czyli zanika konieczność posiadania licznych armii lądowych (szczególnie „patriotycznie” usposobionej piechoty czy kawalerii), jak to kiedyś bywało.
W XX i w XXI wieku większe i mniejsze wojny czy konflikty zbrojne toczyły się i toczą się nadal prawie nieprzerwanie ( w ponad 40 krajach). Obecnie, tylko w kilkunastu państwach świata (np. Szwajcaria, Japonia, Qatar, Urugwaj, Wietnam i in.) panuje autentyczny spokój/pokój i nie dochodzi do działań wojennych, konfliktów i rozruchów społecznych (vide: Polska, USA, Francja, Rosja, Niemcy i in.), starć zbrojnych oraz do ataków terrorystycznych.
Rzeczywiście, terroryzm, srożący się już praktycznie na całej kuli ziemskiej z coraz większym natężeniem stanowi absolutnie nową jakość w globalnej ewolucji „miecza i tarczy”. Jest on, przede wszystkim, efektem ww. patologii i trudności gospodarczo-społecznych w świecie, zjawisk kryzysowych, pandemii, dehumanizacji itp., ale również kardynalnych błędów decydentów. Zamiast zwalczać ante factum terroryzm u źródła i eliminować jego przyczyny, koncentrują się oni głównie na usuwaniu skutków terroryzmu post factum, promują składanie kwiatów i zapalanie zniczy w miejscach, w których zginęli niewinni ludzie zamordowani przez terrorystów. W efekcie tego, dochodzi do groźnej konfrontacji między terroryzmem fundamentalistycznym a terroryzmem państwowym, która to konfrontacja nie prowadzi do niczego dobrego. W każdym razie, takimi sposobami nie da się rozwiązać problemu terroryzmu. Nasuwają się, przy tym, istotne pytania: jakie są relacje pomiędzy terroryzmem a „patriotyzmem”? Oraz, czy terrorysta – morderca może być „patriotą” a „patriota” – terrorystą?
Dla niektórych, bez wątpienia, tak. Ja zaś nie mam jeszcze odpowiedzi na te pytania. W każdym razie, kwestie tego rodzaju wymagają pogłębionych refleksji i badań teoretycznych oraz wyciągnięcia z nich wniosków praktycznych. W sumie, poza starciami terrorystycznymi i antyterrorystycznymi, w całym świecie trwa obecnie 20 rozmaitych konfliktów zbrojnych oraz 21 groźnych wojen na terenie następujących krajów: Syria, Irak, Afganistan, Armenia, Azerbejdżan, Nigeria Meksyk, Sudan, Płd. Sudan, Pakistan, Ukraina, Somalia, Republika Środkowo-Afrykańska, Libia, Izrael/Palestyna, Jemen, Egipt, Kamerun, Kongo i Turcja. Każda z tych wojen kryje w sobie ryzyko wybuchu większego konfliktu zbrojnego, a nawet bezpośredniej konfrontacji militarnej pomiędzy wielkimi mocarstwami.
Niepokojąca jest, zwłaszcza, sytuacja na Dalekim Wschodzie (np. wokół Półwyspu Koreańskiego, Tajwanu, Hongkongu i in.) oraz na niektórych obszarach Zachodniego Pacyfiku, np. na Morzu Południowo-Chińskim, a także na Środkowym i Bliskim Wschodzie (Iran – Izrael, Turcja – Kurdystan i in.).
Konkluzje i propozycje:
jak tu można być prawdziwym patriotą i internacjonalistą w przedstawionych powyżej dramatycznych uwarunkowaniach politycznych, strategicznych, gospodarczych i społecznych oraz w bezmiarze, krwi, łez, nieszczęść oraz nędzy materialnej i degradacji moralnej ludzkości? W walce o byt i o przetrwanie, ludziom odechciewa się wszystkiego innego, także takich wzniosłych walorów i ideałów, jak patriotyzm. Dziś jest on formułą przestarzałą i nieadekwatną do realiów, co nie oznacza, że nie może się kiedyś odrodzić i zmodernizować, np. w przypadku polepszenia sytuacji wszystkich krajów i całego świata.
Jakie jest więc wyjście współczesnych „patriotów” i „patriotyzmu” z obecnego ostrego zakrętu dziejowego? W moim przeświadczeniu, alternatywa jest następująca, przy czym obie jej możliwości są li tylko teoretyczne:

  1. globalizacja (internacjonalizacja) patriotyzmu czyli ustanowienie patriotyzmu uniwersalnego, jednakiego dla wszystkich, z szacunkiem dla wszystkich i z jednoczesnym wyeliminowaniem przesłanek i norm, które doprowadziły do analizowanego krachu „patriotyzmu klasycznego” w świecie;
  2. dalsze pogrążanie się poszczególnych ludzi, narodów, krajów, społeczności, grup etnicznych i religijnych w bagnie dotychczasowego poronionego „patriotyzmu” (nacjonalizmu, szowinizmu, fundamentalizmu, rasizmu, hegemonizmu, ksenofobii i innych ekstremizmów), co mogłoby doprowadzić do upadku naszej cywilizacji.
    Tego nikomu nie życzę!

[1]. Nowożytne doświadczenia licznych krajów, narodów i społeczności świata potwierdzają, iż solidny patriotyzm, graniczący częstokroć z wojującym nacjonalizmem, stanowi jednak potężną broń w walce o niepodległość, o suwerenność oraz o inne podstawowe ideały i prawa. Np. broń ta odegrała (i odgrywa nadal) pierwszorzędną rolę w pokonaniu faszyzmu i militaryzmu w czasie II wojny światowej, w procesie dekolonizacji i tworzenia nowych państw, w walce Palestyńczyków o wolność i suwerenność czy w obronie rewolucji kubańskiej i islamskiej. Również swoisty nacjonalizm, fanatyzm i fundamentalizm oraz jego konfrontacja z hegemonizmem i z neoliberalizmem zachodnim, zwłaszcza amerykańskim, stanowi praprzyczynę i pożywkę dla intensyfikacji śmiercionośnego terroryzmu w naszych czasach;
[2]. Chodzi o zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, następcy tronu austro – węgierskiego, w Sarajewie, dnia 28.06.1914 r. W Polsce dobrze znamy casus hitlerowskiej prowokacji gliwickiej tuż przed wybuchem II wojny światowej;
[3]. Pojęcie szowinizmu pochodzi od nazwiska Nicolas Chauvin, Francuza, żołnierza napoleońskiego, który został ciężko ranny na polu bitewnym. Lekarze uratowali mu życie, ale później państwo francuskie przyznało mu śmiesznie niską rentę inwalidzką. Nie zrażony tym, N. Chauvin, nadal deklarował swe ślepe przywiązanie do cesarza, do bonapartyzmu i do imperialnej Francji – w ogólności oraz wyrażał gotowość do oddania życia w tym celu. Przeszedł więc do historii świata jako zaczyn i symbol najwyższej, fanatycznej i bezinteresownej wierności, lojalności i poświęcenia wobec wodza, systemu i kraju;
[4]. ŚPB = Światowy Produkt Brutto.

Fejk nius

• Przy okazji wizyty Cichanouskiej w Polsce, bulterier PiS zaatakował białoruską opozycję. A to oznacza, że polska partia rządząca wspiera Łukaszenkę. Kiedy pochwalą Putina i podziękują mu, że nie zwrócił wraku Tupolewa?
• W sklepach z dewocjonaliami można kupić „Jana Pawła II” – przytulankę produkowaną podobno za zgodą Watykanu. Czekamy teraz na przytulankę przedstawiającą prezesa Kaczyńskiego, na licencji z Nowogrodzkiej. Niejeden wyborca PiS z pewnością chciałby przytulić Wielkiego Zbawcę Narodu i witać nowy dzień, patrząc mu prosto w szmacianą twarz.
• Do Księgi Absurdów Państwa PiS dodajemy kolejny: szef Prokuratury Okręgowej w Warszawie zbada, czy szef Prokuratury Okręgowej w Warszawie nie dopełnił obowiązku służbowego. Jeśli nie zbada, sprawa zostanie zbadana raz na zawsze.
• Nie chcieli po dobroci, to media wzięły się za lustrację prywatnych majątków ludzi władzy. Po Obajtku przyszła pora za nieruchomości premiera, oraz jego żony. Jak na polityka PiS przystało, standardem jest rozdzielność majątkowa.
• 60 razy Gazecie Wyborczej, 100 razy mediom Ringier Axel Springer, a to tylko część polskich mediów. Tyle razy w ostatnich 5. latach władza wytaczała procesy mediom. Jak wszystkie media staną się własnością władzy i Obajtka, wreszcie będzie święty spokój.
• Kiedyś o pożyciu seksualnym mówiło się, że to intymna sprawa. Czasy się zmieniły. Dla posłów Konfederacji obecnie intymną sprawą nie jest na przykład seks, ale zaszczepienie się przeciw Covid.
• Przykładowe hasła z krzyżówki w znanej prawicowej gazecie:
a) Gej, któremu Trzaskowski kazał wyp***ć z zarządu miasta.
b) Bezkompromisowa obrończyni gwałconych krów.
c) Patron kościoła na warszawskim Placu Trzech Krzyży, szturmowanego przez lewaków z użyciem kamieni.
Podejrzewam, że autor tej łamigłówki i redaktorzy śmiertelnie obrażają się, czytając lub słysząc hasło: ***** ***.
• Program Mam Talent ma już zmiennika za Szymona Hołownię. Czy Hołownia wkurzy się na tyle, że zastąpi jakiegoś polityka?
• W Opolu postanowili wyszkolić seniorów w obsłudze smartfonów. Za 10 tys. zł można tego nauczyć średnio inteligentną małpę. Ale żyjemy w państwie PiS, więc nic już nie dziwi.

Kapsułki pamięci

Tadeusz Chmielewski
Do historii polskiego filmu wszedł brawurowo takimi komediami jak „Gdzie jest generał”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” czy „Nie lubię poniedziałku”. Choć gdy spotkaliśmy się w kawiarni „Nowy Świat”, był już, i to od dawna, filmowym emerytem, pan Tadeusz sprawiał na mnie wrażenie, jakby nieustannie żył tworzeniem jakiegoś komediowego scenariusza. Zamiast odpowiadać na moje pytania zaczął projektować kolejną komedię, symulował w wyobraźni komediowe postacie, wątki, sceny, a nawet inspirował mnie bym i ja dzielił się swoimi pomysłami w tym zakresie. Z postaciami zrodzonymi w swojej wyobraźni obcował na moich oczach tak, jakby kontaktował się z realnymi osobami. Pan Tadeusz był przy tym osobą bardzo ekspresyjną, nie tylko w mowie, ale także w gestach. Opisywane przez siebie, wymyślone sceny „ilustrował” szerokimi gestami. Podczas tej rozmowy zrozumiałem źródło niebywałego komizmu i dynamizmu jego filmów. Wyobraziłem sobie jaki musiał być w nim dynamit przed laty, gdy jako młody człowiek reżyserował swoje najlepsze komedie, skoro jeszcze jako starszy pan nie uprawiający już swojego zawodu żył nim tak namiętnie.

Andrzej Bychowski
Pan Andrzej był przed laty najsłynniejszym obok Bolesława Gromnickiego parodystą. Po latach pojawił się jeszcze trzeci utalentowany zawodowiec w tej kategorii, Waldemar Ochnia, ale jego aktywność trwała znacznie krócej. Ta forma dziś praktycznie na scenach estradowych nie występuje, do tego stopnia, że prawdopodobnie wielu młodych widzów nawet o niej nie słyszało. Przed epidemią od czasu do czasu spotykałem się z panem Andrzejem, już po tym, jak udzielił mi wywiadu w ogrodzie przy jego domu na dalekiej Pradze Południe. Kiedyś zaprowadził mnie na Saską Kępę, na uliczkę przy której mieszkał w czasie okupacji jako chłopiec. Przywoływał swoje wspomnienia z okresu powstania warszawskiego, gdy z balkonu domu, w którym mieszkał, widział tragicznie zakończoną próbę desantu Kościuszkowców we wrześniu 1944. Dziś z tego miejsca Wisły nie da się zobaczyć, ale w tamtym czasie, przy ówczesnej zabudowie i ukształtowaniu terenu, było to możliwe. Ostatnimi czasy te wspomnienia uczyniły zresztą z pana Andrzeja społecznikiem. Przez pewien czas opiekował się cokołem pomnika generała Zygmunta Berlinga po barbarzyńskim zniszczeniu jego figury przez „nieznanych sprawców”. Chałupniczymi metodami konserwował pan Andrzej napisy na cokole, przynosił kwiaty, zapalał znicze. Kilka razy był indagowany przez podejrzanych typów, którzy interesowali się tym, co robił, zbliżali się do niego i szyderczo pozdrawiali, ale pojawiali się też tacy, którzy czynili nieprzyjazne gesty. Pamiętam jego wzburzenie, gdy bodaj w grudniu 2019 roku zadzwonił do mnie z informacją, że barbarzyńcy, tym razem już w tzw. „majestacie prawa”, dopełnili ostatecznie dzieła zniszczenia, dokonując rozbiórki cokołu. Pan Andrzej, niezwykle utalentowany aktor i artysta estradowy, choć powinien mi się kojarzyć tylko z miłymi wrażeniami, z humorem i dowcipem, kojarzy mi się więc także niestety ze sprawami dramatycznymi i przykrymi. Jednak niemal przy każdym naszym spotkaniu pan Andrzej obdarzał mnie spontanicznie jakąś znakomitą próbką swojego parodystycznego talentu, rozśmieszając mnie i rozjaśniając humorem mroki niewesołych tematów naszych rozmów.

Barbara Wrzesińska
Należy do najściślejszego grona wybitnych polskich aktorek o bardzo szerokim emploi, od dramatycznego po komediowe. Cenię ją za dziesiątki ról, a jeśli miałbym wymienić jej dwa-trzy ulubione wcielenia aktorskie, to wskazałbym Marynę w „Weselu” Andrzeja Wajdy, żonę Karola w „Trzeba zabić tę miłość” Janusza Morgensterna, a także pannę Basieńkę w kabarecie Olgi Lipińskiej. By przeprowadzić wywiad, odwiedziłem ją w jej mieszkaniu na terenie warszawskiego Ujazdowa. Od razu otoczyły mnie jej psy i koty, a to od razu stworzyło nam szczególnie dobrą atmosferę do rozmowy. Pani Barbara w ogóle jest osobą, której bliska jest natura i prostota, o czym świadczył także rustykalny wystrój jej mieszkania. Jest też typem spontanicznej poetki, która potrafi ułożyć zgrabne wierszyki na różne okazje i mnie też złożyła rymowaną dedykację w poświęconej jej książce.

Krystyna Kołodziejczyk
Spotkaliśmy się kilkakrotnie na tarasie sympatycznego lokalu położonego nieopodal ulicy Powązkowskiej. Krystyna Kołodziejczyk jest wspaniałą aktorką, o niewystępującym już w obecnych czasach emploi amantki charakterystycznej z rysem komediowym. Wśród szerokich rzesz widzów jej nazwisko nie należy do najbardziej nośnych i znanych (sama żartobliwie mówi, że jest … za długie). Dlatego przypominam, że jedną z jej najbardziej znanych ról jest rola wiejskiej, jasnowłosej dziewczyny z warkoczem w telewizyjnym filmie Janusza Majewskiego „Ja gorę”, którą próbuje uwieść na sianie na strychu grany przez Jerzego Turka pan Pogorzelski („Pan tu panie Pogorzelski dziewuchę zamierzasz, a ja gorę”) Nasze rozmowy wyszły poza formułę wywiadu i przekształciły się w „cykl” sympatycznych, długich rozmów przy kawie, napojach i jakichś smacznych zupkach. A że Krystyna jest bardzo dowcipną i dobrą gawędziarką, więc powziąłem od niej wiele interesujących, a momentami nawet pikantnych wspominków. Przyniosła też albumy z ciekawymi fotografiami z przedstawień teatralnych, w których grała. Kilka razy do naszego stolika przysiadała się pani Ewa Morell, niegdyś Morell-Frykowska, której mąż Wojciech Frykowski znalazł się wśród osób zamordowanych przez bandę Mansona w sierpniu 1969 roku w willi Romana Polańskiego w Los Angeles i też raczyła nas ciekawymi uwagami i wspominkami. Pani Ewa jest autorką bardzo dobrych wspomnień zatytułowanym „Słodkie życie”, w której z jadowitym dowcipem nakreśliła portrety grona sławnych postaci z kręgu dawnych gwiazd polskiego kina, np. Jerzego Skolimowskiego czy Elżbiety Czyżewskiej A że dni były ciepłe i słoneczne, więc rozkoszowaliśmy się tym wielogodzinnym biesiadowaniem przy stoliku pod chmurką.

Włodzimierz Press
Niezapomniany Grigorij Saakaszwili z „Czterech pancernych i psa”. Spotkaliśmy się w lubianej przez artystów kawiarni „Mozaika” (czy jeszcze istnieje, czy nie zabił jej lockdown?) przy Puławskiej. Ciekawy, kulturalny rozmówca, choć stonowany i skromny, pozbawiony egotyzmu. Sam zwrócił uwagę, że zrobił najmniej spektakularną karierę spośród całej – w sumie – piątki aktorów, którzy odegrali załogę czołgu „Rudy” (Janusz Gajos, Roman Wilhelmi, Franciszek Pieczka, Wiesław Gołas). Powiedział, że zawsze „lepiej czuł się w roli obserwatora życia niż jego uczestnika” i to jest najlepsze wyjaśnienie dlaczego przez całe swoje zawodowe życie pozostawał w cieniu. Zawód aktorski wymaga postawy czynnej, często walecznej, zasada „siedź w kącie znajdą cię” działa w nim być może – o ile w ogóle działa – w bardzo nielicznych, wyjątkowych przypadkach. Znaleźliśmy też jeden szczególnie wspólny temat – Paryż. Ja jestem w Paryżu zakochany od dziesięcioleci i z niezmienną radością tam bywam, pan Włodzimierz bywa tam, bo ma tam rodzinę, co jest skutkiem emigracji części jego rodzin po marcu 1968 roku.

Fresk najbliższego wschodu

Już na pierwszy rzut oka na „Kalendarz wieczności”, obszerna opowieść Wasyla Machno, ukraińskiego pisarza, poety, eseisty i tłumacza pochodzącego z Tarnopola mieszkającego w Nowym Jorku uderza rozmachem narracyjnym rozległego epickiego fresku.

Na jej stronach pojawiają się dziesiątki nazwisk, setki nazw geograficznych, nazw To rozległy fresk Wschodu, nie tego zwanego Bliskim, często określanego jako Orient ani też zwanego Dalekim. To wschód, który nie ma – co jest skądinąd zastanawiające – swojej specjalnej nazwy, a który rozciąga się za wschodnimi i południowymi rubieżami Polski, dawna polska Galicja, Ukraina, Rosja, Turcja ze Stambułem. Z podobnym rozmachem zakrojona jest przestrzeń czasowa opowieści. Przestrzeń czasu tworzą trzy części opowieści: „1672. Salamandrowa ziemia”, „1916. Kuchnia polowa” i „1945. Pociąg”. Są to właściwie trzy różne opowieści, które łączy na pozór jedynie kilka nazwisk rodowych, Barewyczów i Felisztanów. Jednak spaja te opowieści lepiszcze istotniejsze od nazwisk postaci. To osobliwy duch tych ziem, tego obszaru kulturowego. „Ta ziemia przypomina salamandrę w ogniu” napisał w XVII wieku turecki podróżnik Ewlija Czelebi. I rzeczywiście, „płomienność” tej metafory wydaje się adekwatna do bujnej, krwawej i okrutność „płomienności” dziejów tych ziem, których losy przez szereg stuleci „skoligacone” były z historią Polski. A jako, że wschód zawsze był nasycony mitologią i swoistym mistycyzmem, więc i w powieści Machno, warstwy realistycznego opisu przeplatają się z warstwami uduchowienia. Jak to ujął tłumacz powieści, Bohdan Zadura, autor łączy w niej „trzy przestrzenie czasowe, tworząc nietypową powieść historyczną, w której historia ma postać nielinearną, gdyż – jak sam mówi – wszyscy jesteśmy zakotwiczeni w kalendarzu wieczności, nasze życie jest takim kalendarzem, niezależnie od epoki. Nieco na przekór nowoczesności w jej zglobalizowanej formie, książka Wasyla Machny może być odczytywana jako pochwała lokalności i pielęgnowania wyrastającej z niej duchowości”. Machno ukazał w swojej powieści losy przedstawicieli wielu rodzin, narodów, imperiów (od osmańskiego do radzieckiego, przyjmując perspektywę po części (z religijnego punktu widzenia) ekumeniczną, a po części uniwersalną (z punktu widzenia świeckiego). „Kalendarz nazwano” ukraińskimi „Buddenbrookami”, ale wydaje się, że analogia do słynnej powieści Tomasza Manna jest bardzo daleka, o ile w ogóle uzasadniona. Podczas lektury nasuwają się raczej skojarzenia z Trylogią Sienkiewicza, z „Cichym Donem” Michaiła Szołochowa, z powieściami Józefa Mackiewicza, czy choćby z „Księgami Jakubowymi” Olgi Tokarczuk. Wasyl Machno jest też autorem tomu opowiadań „Listy i powietrze”. Ich tematem są losy mieszkańców zachodniej Ukrainy, a także Ukraińców, Polaków, czy Żydów we współczesnej Ameryce. Ich losy wyrażają zjawiska osamotnienia, nieumiejętności ocalenia własnego systemu wartości wobec presji niestabilnego otoczenia społecznego i geopolitycznych powikłań najnowszej historii. Swoje dramaty przeżywają – intelektualista na obczyźnie, rosyjski oficer białogwardyjski, ukraińska studentka w Nowym Jorku, emigrant zarobkowy próbujący zalegalizować pobyt w USA przez fikcyjne małżeństwo, drobny żydowski kupiec i polski oficer w obliczu rozpoczynającej się drugiej wojny światowej czy prosta kobieta pragnąca ratować syna przed unicestwieniem przez wojnę domową.
Wasyl Machno – „Kalendarz wieczności”, przekł. Bohdan Zadura, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

To, co pomiędzy, zabłąkane, za burtą istnienia

„Znajduję małe historie na ulicach, przystankach autobusowych, w sklepach, na skwerach i przygarniam je jak zagubione stworzenia. „Przepadłość” należy do moich ulubionych, bo wręcz demonstracyjnie łączy to, co w pisarstwie mi bliskie: reportaż (fakty), tajemnicę ukrytą w tkance codzienności (to, co między faktami) i wyobraźnię, która pozwala „niekiedy sprowadzić na ziemię słowa na to, co niewypowiedzialne” – tak Elżbieta Isakiewicz pisze o inspiracjach, z których biorą się jej mikroopowiadania, jej krótkie formy prozatorskie. Ich forma jest tak skondensowana i tak poddana regule metafory, że niektóre przypominają wiersze. „Jej małe formy są zaskakującym melanżem lirycznej kondensacji, filozoficznej kondensacji i dziennikarskiej obserwacji” – napisał Józef Baran.

Dla mnie są one także literacką próbą wyrażenia niewyrażalnego, znalezienia dla niego werbalnego kształtu. Niewyrażalna sfera naszych myśli, uczuć i wrażeń jawi mi się „od zawsze” jako szczególnie ważna forma duchowej egzystencji, znacznie ważniejsza, ciekawsza i bardziej tajemnicza od niejednej oczywistości. Literatura jednak rzadko dotyka niewyrażalnego (jedną z jego odmian są „odczucia dziwne”), bo to dla niej zadanie szczególnie trudne, zważywszy, że nawet to, co – wydawałoby się – wyrażalne bywa do wyrażenia trudne.
Działa tu więc może zasada pisarskiej ekonomii; nie dotykać tego, co werbalizacji nie podlega, nie podejmować daremnie pisarskiej „mission impossible”. Jednak niewyrażalność wiąże się z podwójną barierą. Pierwszą próbuje przełamać pisarz znajdując formę literacką dla własnego doświadczenia niewyrażalności. Po drugiej stronie jest jednak czytelnik, postronny wobec doświadczenia wewnętrznego pisarza, nie mogący go przecież zgłębić, przeniknąć. I dlatego to właśnie czytelnik staje wobec – niejako – podwójnej bariery niewyrażalności, tej – pisarza i tej – własnej, niemożności wniknięcia w niewyrażalność cudzą. Jednak niewyrażalność, to nie jedyny motyw prozy.
Innym jest poczucie, że to, co w życiu frapujące, niezwykłe, dzieje się często pomiędzy banałem, zwykłością, oczywistością. To jednak banał i oczywistość są obiektem potocznej percepcji, a nie to, co ma esencjonalną wartość. Większość opisywanych sytuacji Isakiewicz czerpie z banalnej codzienności, część inspirowana jest bodźcami kulturowymi, lekturami, podróżami. Lektura delikatnej prozy Isakiewicz, rozszyfrowanie jej wsobności, jej tajemnic, nie jest procesem prostym.
Tu bardzo rzadko, a właściwie nigdy nie dotykamy oczywistości, mimo że faktura tej prozy nie jest wydumana, „baśniowa”, lecz zaczerpnięta z prozy życia, tej najbardziej nawet przyziemnej, trywialnej. Isakiewicz nie buja w obłokach wyobraźni, lecz używa realności do zrozumienia tego co realne, a tajemnicze.
Te mikroopowiadania są jak psychologiczne szarady, których odczytanie nie jest możliwe bez wysiłku, niejednokrotmie intensywnego, bez gwarancji sukcesu. Tym co jest bezsporne w prozie Isakiewicz, to jej wrażliwość i subtelność odczuć, poruszanie się przez nią w psychicznych rejestrach nie dla każdego dostępnych. Na koniec, by dać wyobrażenie o tematyce opowiastek, przytoczę kilkanaście tytułów, z ich lakoniczną, esencjonalną jednowyrazowością: „Szelma”, „Zwykłego dnia”, „Swetry”, „Rola”, „Chłopak”, „Stukot”, „Punkt”, „Dziurka”, „Chwila”, „Konduktor”, „Czułość”, „Pacjent”, „Pacjent”, „Święta”, „Przepadłość”. Właśnie o „Przepadłości” jako o opowiadaniu reprezentatywnym dla jej prozy wspomniała sama autorka. Opowiada ono o ludziach i zdarzeniach „wyrzucanych za burtę istnienia, pominiętych, błąkających się w nieodwracalnym wymiarze”. To także jeden z tematów tego zbioru.
Elżbieta Isakiewicz – „Szelma i inne opowiadania przyziemne”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 138, ISBN 978-83-8196-234-6

Historia w maszynce myśli

Akcja „Krwi na rękach moich” Wacława Holewińskiego usytuowana jest w późnej fazie Powstania Styczniowego, a ostatni rozdział sięga 17 lutego 1865 roku, czyli czasu uważanego zazwyczaj (choć nie zawsze) za czas już popowstaniowy. Choć bowiem ten dzień jest dniem śmierci na szubienicy powstańczego naczelnika Warszawy Aleksandra Waszkowskiego oraz głównego bohatera powieści, Emanuela Szafarczyka, to częściej za kres powstania uważa się śmierć na szubienicy, 5 sierpnia 1864 roku, Romualda Traugutta i jego towarzyszy z powstańczego, konspiracyjnego Rządu Narodowego.

Główny bohater powieści to naczelnik powstańczej Straży Zbrojnej, przywódca tzw. sztyletników, którzy skrytobójczo wykonywali wyroki śmierci na wrogach powstania, zarówno urzędnikach carskich, tajnych agentach jak i na Polakach uznanych za zdrajców. Drugą istotną postacią tej powieści jest prowadzący śledztwo przeciwko Szafarczykowi i przesłuchujący go pułkownik carskiej policji Andrzej Różycki, rosyjski oficer pochodzenia polskiego. Ich poniekąd intelektualny pojedynek w czasie śledztwa należy do najważniejszych wątków tej powieści. Powieściowemu duetowi Szafarczyk-Różycki (pierwszy z nich jest postacią historyczną, drugi fikcyjną) towarzyszy szereg postaci, których losy na różne sposoby zazębiają się fabularnie z losami dwóch głównych, tworząc intrygujący, bogaty w detale, oszczędny stylistycznie, ale jednocześnie bardzo plastyczny, naoczny obraz Warszawy „epoki styczniowej”. Bo powieść Holewińskiego to także portret miasta, stolicy „Kraju Prywiślańskiego”, z jego tajemnicami, skazami, mrokami, labiryntami, miasta epicentrum powstańczej konspiracji.
Choć czas akcji powieści „Krew na rękach moich” jest chronologicznie o czterdzieści lat wcześniejszy niż czas akcji jego trzyczęściowego cyklu „Pogromów”, obejmującego lata rewolucji 1905-1907, to w wymiarze artystycznym, w wymiarze formy tej prozy można te tytuły usytuować w jednym cyklu. Cechą tego nurtu prozy Wacława Holewińskiego jest przenikliwe spojrzenie na historię i konstrukcja narracji, która jest o tej historii myśleniem. Faktura narracji jest chłodna, rzeczowa, oszczędna, ale jednocześnie plastyczna, naoczna. Trzecioosobowa narracja odznacza się pewnym podobieństwem do monologu wewnętrznego, choć z formalnego punktu widzenia nim nie jest. Jest przestrzenią myślenia o toku zdarzeń tworzących akcję. Swoją prozą Holewiński wpisuje się w ten nurt prozy o tematyce historycznej, który nie poprzestaje na warstwie opisowej i behawioralnej, lecz podąża tropami myśli. Owo myślenie przejawia się nie w postaci podejmowanych wprost, intencjonalnych spekulacji, lecz niejako mimochodem, jako warstwa równoległa do przebiegu zdarzeń. Akcja „Krwi na rękach moich” zbudowana jest na zdystansowaniu do typowej powieściowej akcji „barwnej”, na dystansie do modelu akcji o kolorycie do pewnego stopnia sensacyjnym, do konwencjonalnej akcji opartej na intensywnym zmyśleniu. Jest rozmyślnie uboga, ascetyczna, mimetyczna, nawiązująca do szarości, nieefektownosci charakterystycznej dla realnego życia. Nadaje to powieści rysy stylu fragmentami niemal dokumentalnego.
Nie tylko tematyka „styczniowa”, ale także swoisty modus pisania o historii może wywołać podczas lektury asocjacje z prozą Władysława Lecha Terleckiego (1933-1999). Jego powieści „Spisek”, „Dwie głowy ptaka” czy „Lament” również dotyczą Powstania Styczniowego i w nich również postacie historyczne współistnieją z fikcyjnymi. Kilkakrotnie wzmiankowany w powieści Holewińskiego Aleksander Waszkowski jest bohaterem „Dwóch głów ptaka” Terleckiego, a pojawiający we „Krwi” oberpolicmajster Trepow jest ważną postacią „Lamentu”. Obu autorów łączy spojrzenie na historię przez pryzmat myśli, łączy też pewne podobieństwo techniki narracyjnej. Różni ich – ton prozy. U Holewińskiego jest jaśniejszy, podszyty idealistycznym patriotyzmem i moralizmem, choć nieostentacyjnym. U Terleckiego jest mroczny, naznaczony cynizmem postaci, atmosferą braku złudzeń, optyką „rozpadu wartości”. Gdybym miał prozę obu pisarzy stawiać na szalach wagi, większy ciężar gatunkowy przypisałbym Terleckiemu, którego powieści są bardziej esencjonalne, bardziej polifoniczne, sięgające głębiej w jaźń bohaterów. Nie znaczy to oczywiście, że odmawiam wybitnych walorów prozie Holewińskiego, bardzo klarownej, mniej nasyconej „toksynami” Terleckiego. W moim odczuciu Holewiński jest ciekawym, twórczym, kontynuatorem (nieintencjonalnym, jak przypuszczam) nurtu prozy uprawianej przez Terleckiego, zarówno w warstwie tematycznej, jak i formalnej. To ciekawy i rzadki przypadek twórczej kontynuacji, przy zachowaniu artystycznej odrębności, autonomii. Gdy dwie dekady temu zmarł (raczej przedwcześnie) Terlecki, odczułem to jako osobistą stratę czytelniczą, bo należał do najbardziej cenionych przeze mnie współczesnych pisarzy. Pojawienie się młodszego o pokolenie (rocznik 1956) Holewińskiego z jego prozą o pogromach lat 1905-1907 i Powstaniu Styczniowym do pewnego stopnia wynagradza mi tę stratę.
O „niezgodzie na upodlenie”
A teraz kilka uwag na marginesie, uwag które grubą kreską wyodrębniam od merytorycznej oceny znakomitej powieści Holewińskiego. Pisarz ten sympatyzuje z rządzącym w Polsce obozem politycznym. Ma na swoim koncie także kilka publikacji poświęconych tzw. „żołnierzom wyklętym”. To temat, który wywołuje we mnie niechęć i obrzydzenie, więc te jego publikacje zaledwie pobieżnie przewertowałem. Z tego powodu bez zdziwienia przyjąłem pomieszczoną na tylnej stronie okładki rekomendację autorstwa prawicowego historyka, Andrzeja Nowaka, który o „Krwi na rękach moich” napisał tak: „Polska jest przywilejem młodości” – słowa, które padają w tej książce, brzmią jak wyzwanie dla naszej wyobraźni. Autor rzuca je śmiało, ożywiając swoim wyjątkowym talentem narracyjnym epokę powstania styczniowego, postaci dwudziestoletnich „sztyletników”, wykonujących wyroki podziemnej Polski na zdrajcach i urzędnikach okupacyjnych władz. Możemy poczuć gorączkę polskości, jaka trawiła powstańczą młodzież i nie dawała spokoju imperialnej Rosji. Możemy zobaczyć w centralnej sylwetce Emanuela Szafarczyka, naczelnika „sztyletników”, metaforę polskiego losu. Nie tylko tego z XIX wieku, ale także z pokolenia AK, „żołnierzy wyklętych”, a może z każdych czasów, w których znajdują się ludzie gotowi do niezgody na upodlenie”.
Mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem partii,
No właśnie. Wysoki to diapazon moralny. „Niezgoda na upodlenie”. Obaj autorzy, pisarz Wacław Holewiński i profesor historii Andrzej Nowak są wyznawcami sentymentalnego patriotyzmu polskiego, który jest mi z gruntu obcy. Czy ich postawa uniemożliwia im krytyczne odniesienie się do niektórych przynajmniej praktyk władzy, z którą sympatyzują? W PRL sygnatariuszami listów krytycznych w stosunku do pewnych praktyk ówczesnej władzy, bywali intelektualiści i twórcy, w tym pisarze, także partyjni. Potrafili oni, mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem własnej partii, w imię uczciwości. Andrzej Nowak napisał o „Polsce jako przywileju młodości”. Czy uważa, że rządzona przez PiS Polska, w której policja biła, poniżała i upodlała młodych demonstrantów na ulicach polskich miast, także „jest przywilejem młodości”? I czy na akceptację zasługuje władza, która z brutalnym uporem UPADLA starszą kobietę, która pokojowo protestuje przeciw niej na ulicy? Czy uważa tak samo Wacław Holewiński, którego powieść, wyżej omówiona, jest apologią ofiarnego patriotyzmu polskiego? Mają oni prawo sympatyzować z obecną władzą i popierać ją, ale nie słyszałem z ich strony ani jednej krytycznej uwagi o jej antydemokratycznych, niszczycielskich działaniach. O bezczelnym łamaniu praworządności oraz praw i wolności obywatelskich. O jej coraz bardziej policyjnym, opresyjnym charakterze. Czy taka Polska, jakiej dziś doświadczamy, jest Polską ich marzeń? Czy w tej sytuacji uczciwie jest się na te tradycje powoływać? Czyżby uważali, że to, co obserwujemy i czego doświadczamy to jest to oczekiwane dziedzictwo wysiłków polskich patriotów w XIX wieku? Ich właściwe uwieńczenie? Bo jeśli tak, to w moim przekonaniu wysiłek i ofiary dawnych patriotów można uznać za zmarnowane. Można pisać piękne, esencjonalne powieści wyrażające pochwałę patriotyzmu i polskości. Jednak odwracanie się równocześnie od współczesnego kontekstu, od faktu, że patriotyzm stał się instrumentem opresji autorytarnej władzy, pałką do bicia jej przeciwników, bardzo osłabia wymowę i sens prozy pisanej na tak wysokim diapazonie moralnym i patriotycznym. A być może w ogóle czyni takie pisanie pustym gestem?
Wacław Holewiński – „Krew na moich rękach”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

Szalony tramwaj czasów Nikodema Dyzmy

Autor „Kariery Nikodema Dyzmy” i szeregu innych powieści, które tworzyły (dziś historyczną) panoramę życia II Rzeczypospolitej – Tadeusz Dołęga Mostowicz – był także bardzo czynnym i jak się wtedy mawiało – „wziętym” dziennikarzem i publicystą.

W licznych tytułach prasowych pochodzących z lat 1925-1939 rozproszone są niezliczone teksty, zazwyczaj mające charakter opowiastek, opowiadań, humoresek, felietonów i felietoników, minireportażyków, a także recenzji teatralnych, filmowych czy książkowych sygnowane zresztą różnymi pseudonimami, literami, inicjałami etc. Zebrał je w zgrabny i spójny tom Jarosław Górski.
Te twory dziennikarskie niewielkiej zazwyczaj objętości należą dziś oczywiście w wymiarze treści i literalnie pojmowanej problematyki, do historii dziennikarstwa i historii w ogóle. Dają jednak wyobrażenie o stylu dziennikarstwa tamtych czasów, stylu który skądinąd, do pewnego stopnia zachował się jeszcze, siłą nawyku, w powojennej żurnalistyce, wówczas głównie prasowej, jeśli nie liczyć dopiero rozwijającego się radia. Dają też wyobrażenie o tym, co interesowało ówczesnych czytelników, jako że prasa tych czasów, choć nieznane były jeszcze wtedy dzisiejsze, specjalistyczne metody badania opinii publicznej, w tym preferencji czytelniczych, poznawała je metodami z dzisiejszego punktu widzenia „chałupniczymi”, a mimo to nader skutecznymi. Tom zebranych tekstów przepełniony jest tekstami głównie obyczajowymi, odzwierciedlającym życie warstwy głównie mieszczańskiej, drobnomieszczańskiej, świata artystycznego („Proroctwa teatralne”), dziennikarskiego i politycznego, z rzadka co prawda, ale także sięgając też w warstwy rozmaicie pojmowanej klasy proletariackiej czy opisując zabawne obrazki z ówczesnego życia wakacyjnego. Ukazują one obyczaje, nawyki, interesy, wady, śmieszności rozległej galerii postaci, a wiele z tych tekstów to także celne, kalejdoskopowo barwne i bogate portrety psychologiczne niezliczonych tzw. „typów”, kobiecych i męskich najrozmaitszego autoramentu – od dygnitarzy i ziemian trawiących czas przy grze w brydża („Czwarty król”), poprzez handlarzy, kamieniczników („Dublowana etyka”), urzędników, spekulantów finansowych, świata wojskowego („Na patrolu”), kolejowego („Ruch służbowy”), nawet kolekcjonerskiego („Sam wpadłem w manię”), po młode dziewczyny z prowincji próbujące znaleźć sobie z trudem najskromniejsze miejsce na bruku Warszawy.
Od politycznych salonów, poprzez nocne życie restauracyjne („Muzyka gra. Obrazki z nocnej Warszawy”) po skromne mieszkania szarych ludzi. Wybijającym się i najcenniejszym walorem dziennikarskiego pisania Dołęgi-Mostowicza jest żywość języka. Gdyby te same treści przekazywane były w zwykłym, banalnym stylu sprawozdawczym, byłyby dziś trudne w czytaniu i przydatne, względnie nawet interesujące, jedynie dla archiwistów, historyków czy badaczy historii prasy. Tym co stanowić może o ich atrakcyjności także dla części współczesnych czytelników zdecydował talent literacki, szczególny słuch językowy i dar obserwacji. Doskonale podchwytywał nawyki i style językowe rozmaitych warstw społecznych, zwroty i słowa o charakterze gwarowym, przejawy tzw. „języka przedmieścia” czy języków środowiskowych. Czasem nawet wykorzystywał je w recenzjach teatralnych, które w jego wydaniu dalece odbiegały od standardu typowego dla tej formy prasowego pisania.
Oto próbka jednej z recenzji:„Trzeci dzwonek, Oglądam widownię. Na 600 miejsce około 200 pustych (…) Mężczyźni w czapkach. Wszyscy w paltach, bo zimno jak w lodowni. (…) W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna” (…) Kiedy Wiera zabija kochanka, naraz z kilku miejsc odzywają się głosy aprobaty: Tak i trzeba, takiemu synowi! (…) To ci morowa baba! W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna”, jak mówią aktorzy. Największe zainteresowanie wzbudziła … kolacja na scenie. – Te Antek, czy oni naprawdę ją? – No nie widzisz – bipsztyk. W drugim rzędzie tuż za mną przyciszony głos dziewczęcy: – Ale chlają gorzałę, jak świnie! – Eee, i panna Felcia tyżby się napiła, co? – Chyba wiszniaku…”. Prawdziwie reprezentatywnym, mistrzowskim créme de créme stylu Dołęgi-Mostowicza jest kapitalna humoreska „Szalony tramwaj”, gdzie posługując się dynamicznie poetyką oddającą tłok, ścisk, gwar, dynamiczną dialogową wielomówność pasażerów tramwaju przepełnionego reprezentantami różnych warstw społecznych, dał autor, za pomocą detalu i celnie budowanego nastroju kapitalną syntezę ówczesnej Warszawy. Już tylko zabytkiem satyry jest wieńcząca tom szopka polityczna, „Rzeczywistość urojona i rozbrojona”, zabawna jednak przez językowe kalambury, kontaminacje i tym podobne zabiegi i sztuczki stylistyczne, w których wtedy lubowało się wielu autorów, nie tylko Mostowicz, ale także liczni autorzy tekstów dla stołecznych kabaretów typu „Qui pro quo” czy „Morskie Oko”. Można też jednak w tomie tekstów twórcy Nikodema Dyzmy znaleźć pretekst do podszytej gorzką ironią refleksji historycznej. W tekście „Zmartwiczka” opisał Dołęga-Mostowicz spotkanie ze znajomym, który był powszechnie znanym ucieleśnieniem skrajnego życiowego pesymizmu, permanentnego smutku, czarnowidztwa, malkontenctwa odnoszącego się zarówno do spraw prywatnych, jak i publicznych, państwowych.
Pisarz, choć był przeciwnikiem obozu sanacyjnego próbował przeciwstawić pesymizmowi rozmówcy coś w rodzaju urzędowego optymizmu. Pragnąc unaocznić mu dokonania Polski w dwudziestoleciu po odzyskaniu niepodległości, wyliczał je swojemu rozmówcy z zabawną „państwowotwórczą” chełpliwością: „Minęło dwadzieścia lat i z ulic zniknęły nie tylko ogonki ludności żebrzącej o żywność, lecz także kocie łby ustępujące miejsca asfaltom. Mamy kolejnictwo jedno z najlepszych w Europie. Mamy własny wspaniały port. Mamy wciąż wyrastające nowe ośrodki przemysłowe. Mamy potężną armię. Mamy zwiększone terytorium i ważki głos w sprawach polityki międzynarodowej. Trzeba być ślepym, by tego nie widzieć. W dwadzieścia lat dokonaliśmy olbrzymiego dzieła. A dzieło to wciąż się rozrasta. (…) Zmartwiczka uśmiechnął się boleśnie i powiedział: – To wszystko prawda. Ale zobaczysz czym się to skończy. Teraz Japończycy zagarną Chiny, za dwa lata zawojują Rosję, a najdalej za pięć będziemy tu mieli japońskiego generała-gubernatora w Warszawie. Popamiętasz moje słowa! – Dlaczego japońskiego, nie na przykład brazylijskiego? Zmarszczył brwi i zastanowił się: – Brazylijskiego powiadasz? Kto wie? Wszystko jest możliwe…”. W tym fragmencie komiczny jest nie tylko zwrot o „potężnej armii”, o „ważkim głosie w polityce międzynarodowej” czy dywagacje o możliwości japońskiej okupacji w Warszawie. Jest też niezamierzony komizm podszyty tragedią. „Oby się wreszcie sprawdziły w stosunku do mego Zmartwiczki i do tych paru tysięcy podobnych Zmartwiczek, które jeszcze pokutują wśród nas w Polsce” – z irytacją podsumował swoją rozmowę Dołęga-Mostowicz. Gorzki, wyrastający z dzisiejszej świadomości następstwa zdarzeń komizm jaki wyziera z tego fragmentu bierze się z daty publikacji tego tekstu. Bierze się z naszej dzisiejszej świadomości szyderstwa historii. Ukazał się on w „Kinie. Tygodniku ilustrowanym”, jesienią 1938 roku. II Rzeczpospolitej i Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi został wtedy jeszcze tylko niecały rok życia. Nałogowy pesymista miał rację, a pech dotknął nie tylko literata i dziennikarza. Przybrał bowiem postać totalnego, epokowego kataklizmu. Okazało się, że wesoły, „szalony tramwaj” II RP jechał ku przepaści.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz – „Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski”, wybór, opracowanie i wstęp Jarosław Górski, Wydawnictwo „Iskry”, str. 269, ISBN 978-83-244-1088-4

Poeta hybrydalny

Biografia Bolesława Leśmiana (1877-1937) ukazuje się z pewnym poślizgiem czasowym w stosunku do okresu nowego, intensywnego zainteresowania tym poetą, którego to zainteresowania apogeum przypadło mniej więcej na lata ostatniej ćwierci XX wieku, choć jego początki sytuują się w latach 60-tych.

Można było wtedy odczuć nawet pewien przesyt nadmiarem tekstów o Leśmianie i jego poezji, jakie ukazywały się nie tylko w istniejącej jeszcze wtedy w resztkowej postaci prasie literackiej. To jednak dobrze, bo dzięki temu autor, jak sam napisał we wstępie, mógł wykorzystać najnowszy stan wiedzy o poecie. Praca Piotra Łopuszańskiego, zasłużonego w polskim piśmiennictwie ostatnich lat biografisty imponuje w pierwszym rzędzie jako efekt benedyktyńskiej, drobiazgowej pracy i zaczyna się od zacytowania aktu urodzenia, sporządzonego przez urzędnika kancelarii Wyznań Niechrześcijańskich Cyrkułu X w Warszawie, odnotowującego narodziny „niemowlęcia płci męskiej”.
Ta ostentacyjnie wręcz drobiazgowa tradycjonalność samego już początku biografii idzie na przekór ostatnim modom na biografie autorskie, patchworkowe, zbudowane jakby z pomieszanych klocków czy cząsteczek puzzli, biografie, które w większym stopniu są ekspresją wyobrażeń biografisty niż próbami maksymalnie, na ile to możliwe, wiernego oddania portretu bohatera.
Łopuszański pokazuje życie i twórczość poety, którego najbardziej fascynowały miłość, natura, dziwność, a nawet niesamowitość istnienia i śmierć. W młodości napisał wspaniałe erotyki, pod koniec życia stał się poetą przemijania, śmierci, znikania zmarłych z pamięci żywych. Zaczął wtedy intensywnie odczuwać „metafizyczną trwogę, lęk przed odejściem i niebytem”. Używał sformułowań „niebyt” i „bezświat”. W młodości inspirował się poezją Słowackiego, a także rosyjskimi i francuskimi symbolistami, wielbił Baudelaire’a, dopiero później stworzył swój własny poetycki świat, nawiązujący do fenomenów natury, folkloru i mitologii słowiańskiej, ale także do arabskiego Orientu („Klechdy sezamowe”). Był jednym z najbardziej pomysłowych w poezji polskiej słowotwórców. Jako człowiek, jako osobowość był syntezą, hybrydą sprzeczności: żyjącego z głową w chmurach fantasty i prawnika-notariusza, wykonującego zawód wymagający szczególnej trzeźwości i staranności.
Zagłębiając się drobiazgowo, a jednocześnie z rozmachem w świat Bolesława Leśmiana, jego poezję, życie osobiste, kontakty, podróże, zakreślił jednocześnie autor biografii panoramiczny obraz epoki, w której przyszło Leśmianowi żyć i pisać. Zaczynał jako poeta w epoce Młodej Polski, a kończył w czasach mody na scjentyzm, racjonalizm, kult nowoczesności (Młodziakowie z wydanej w roku śmierci Leśmiana „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza). Mało kto zapewne pamięta, że leśmianowa fascynacja niesamowitością sprawiła, że był jednym z pierwszych tłumaczy, którzy przyswoili polszczyźnie szereg opowiadań Edgara Allana Poe, pisarza bardzo bliskiego jego wyobraźni.

Piotr Łopuszański – „Bolesław Leśmian. Biografia”, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2021, str. 400, ISBN 978-83-244-1087-3