Płynąc strumieniem świadomości Vargi

Najchętniej cytowałbym „Dziennik hipopotama” Krzysztofa Vargi masywnie, całymi obszernymi partiami. Byłoby naprawdę warto, bo to frapujący zapis obserwacji, doświadczeń oraz przemyśleń utalentowanego pisarza i błyskotliwego felietonisty, człowieka o zgryźliwym poczuciu humoru i wyrafinowanym – acz wolnym od przesadnej, narcystycznej ostentacji – stylu. To obserwacje i przemyślenia najrozmaitszego autoramentu, o bardzo szerokim spektrum – od refleksji, zazwyczaj autoironicznych, nad sobą samym, aż do uwag nad losem świata całego na przestrzeni dziejów ludzkiej cywilizacji.

No tak, ale ile ja bym się z tego dziennika nacytował w szczupłych ramach niniejszego tekstu? Ot, tyle, co kot napłakał, więc mijałoby się to z celem. Chciałoby się bowiem zacytować, co najmniej, kilkanaście stron co trafniejszych i co smakowitszych passusów, a przecież to nie wchodzi w rachubę.
Cytować jednak byłoby trudno także z tego powodu, że materia „Dziennika hipopotama” jest na tyle zróżnicowana i migotliwa, iż kilka nawet starannie dobranych cytatów tylko zniekształciłoby jego obraz. Gdybym zacytował, licznie po dzienniku Vargi rozsiane, jego złośliwe, ostre, wręcz miażdżące filipiki, szydercze w stosunku do Kościoła katolickiego, Polski, Polaków i ich odwiecznej nieuleczalnej, najdelikatniej się wyrażając, głupoty i niewyuczalności, szydercze w stosunku do prawicy w ogólności (nawiasem mówiąc lewicy Varga też nie oszczędza) i do tej obecnie rządzącej w szczególności, czy do Dudy Andrzeja, któremu poświęcił – nie bójmy się tego słowa – soczyście pogardliwy passus, mogłoby to w oczach czytających te słowa zniekształcić obraz tomu jako składającego się głównie z bieżącej publicystyki, a tym samym zniechęcić do lektury tych, którzy mają publicystki oraz codziennej wylewającej się z mediów pyskówki politycznej i światopoglądowej „dość po uszy, dzień cały”, jak Dziennikarz z „Wesela” Wyspiańskiego.
Powstrzymam się więc od tego, choć jako podzielający w zupełności, a nawet z naddatkiem, poglądy Vargi uczyniłbym to z lubością. Inna sprawa, że sam wydawca mógł stworzyć takie wrażenie, jako że wybrał do pomieszczenia na ostatniej stronie obwoluty cytat akurat takiego autoramentu, kawałek w którym Varga w krótkich, żołnierskich słowach dokonuje gorzkiego rozrachunku z własnym, polskim losem. Z drugiej strony, gdybym zacytował któryś z jego licznych passusów poświęconych literaturze, jej miejscu w krajobrazie współczesnej kultury, także jego autorskim problemom i perypetiom, a także licznym lekturom autora, też nie oddałbym reprezentatywnie esencji tej warstwy dziennika, a mógłbym zniechęcić do lektury tych, których problematyka – by tak rzec – literacka, zazwyczaj nudzi. I wtedy też bym wyrządził niedźwiedzią przysługę i autorowi i tym jego potencjalnym czytelnikom, którzy złaknieni są przede wszystkim ciekawych obserwacji osób, rzeczy, miejsc, zjawisk i wydarzeń, w tym barwnych epizodów o tzw. anegdotycznym posmaku. Tych upewniam, że znajdą w tym dzienniku to, czego szukają.
Jak więc widać z powyższego, dziennik Vargi składa się trzech zasadniczych warstw: po pierwsze owych rozsianych po całości, kąśliwych, często wręcz brutalnych w swojej trafności uwag-komentarzy o charakterze polityczno-ideologiczno-światopopoglądowym, po drugie, obszernych, często przekornych komentarzy i ocen odnoszących się do szeroko rozumianej tematyki literackiej, w tym w szczególności do współczesnego położenia i roli literatury oraz pisarza w przestrzeni kultury, w tym do doświadczeń własnych Vargi w tym względzie, także do jego licznych lektur (należy on do rzadkiego chyba gatunku pisarzy-moli książkowych) oraz, po trzecie, z opisów osób, zdarzeń, eventów, zazwyczaj osadzonych w scenerii warszawskiej, w tym w szczególności w scenerii Mokotowa, dzielnicy, w której pisarz mieszka. Varga Warszawie i Mokotowowi poświęca całkiem sporo miejsca, co czyni jego dziennik na tyle warszawskim, że można by ową warszawskość uwypuklić, dodając odpowiedni podtytuł.
Nie można przy tym nie dodać – bo nieuwzględnienie tego także oznaczałoby wprowadzenie potencjalnych czytelników w błąd – że „Dziennik hipopotama” nie jest owocem wieloletnich czy obejmujących dekady zapisków, lecz dziennikiem „świeżym”. Na pomysł jego napisania Varga wpadł, gdy nadszedł rok pięćdziesięciolecia jego urodzin.
Pisanie podjął w kwietniu 2018, a skończył – przynajmniej przed oddaniem tekstu do wydawnictwa – na marcu 2020 roku. Zatem, choć Varga nie unika od czasu do czasu retrospekcji sięgających jego dzieciństwa i młodości, a także do dawnych postaci, zdarzeń czy lektur, to jego dziennik jest prawdziwą świeżynką odnoszącą się niemal do naszego tu i teraz, a nie dziennikiem-archiwum, dokumentem spraw dawnych, a w związku z tym częstokroć przebrzmiałych. Takimi są na przykład, przypadek pierwszy z brzegu, dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza, które zaczęły być wydawane, i to etapowo, pod koniec trzeciej dekady po jego śmierci.
W przypadku Vargi – nic z tych rzeczy. Jego dziennik dostaliśmy do ręki niemal jak świeże pieczywo, a vista. Tu zresztą Varga prekursorem akurat nie jest, bo podobne dzienniki chwili, pisane, powiedzmy, przez rok, jednorazowym cyklem, wydali ostatnimi czasy Pilch i Dehnel.
A że Varga jest pisarzem o wybitnym zmyśle obserwacji i darze ich barwnego obrazowania, więc wędrując przez przeszło sześćset stron dziennika, czytelnik poczuć się może jak w bieżącym niemal kołowrocie, kalejdoskopie zdarzeń, wrażeń, opisów, portretów personalnych, często złośliwych, a zawsze sugestywnych i soczystych.
Czego i kogo tu nie ma… Pisarze współcześni i dawni, starzy i młodzi, znani i nieznani, celebryci najrozmaitszego autoramentu, znane aktorki i aktorzy, reżyserzy i twórcy z różnych branż, poza tym całe tabuny – de facto anonimowych dla większości postronnych czytelników – znajomych autora, kronikarskie opisy promocji, tzw. eventów kulturalnych, spotkań z czytelnikami, w stolicy i w kraju, uwagi o nagrodach literackich oraz całe tony dowcipnych dygresji, spostrzeżeń, komentarzy, n.p. kąśliwe uwagi o dialogach na cztery nogi w wydaniu skretyniałych starych kuzynek, etc, etc. etc.
Słowem – mamy okazję całymi garściami czerpać z tego zasobu, który można by nazwać strumieniem świadomości, gdyby nie to, że ów strumień świadomości nie rodzi się wyłącznie w głowie autora, lecz jest także, a może na ogół, efektem empirii intensywnie przez niego doświadczanej, jako że Varga prowadzi życie dynamiczne, profesjonalnie i towarzysko, obfite w podróże, po kraju i za granicą, w seanse, koncerty itd. A że jest także – choć bez przesadnego wychylenia – smakoszem i gourmandystą, więc sporo też w dzienniku wzmianek, zarówno o knajpianych wyżerkach, jak i zdawkowych posiadach przy kawie, niejednokrotnie z dodatkiem informacji o skonsumowanych i wypitych pozycjach z menu. Idźmy dalej: uwagi namiętnego melomana i kolekcjonera płyt, miłośnika telewizyjnych seriali, obserwacje zjawisk meteorologicznych z balkonu w środku wielkomiejskiej dżungli, uwagi o 1 Maja, o Marksie, o Wojtyle i Franciszku, o spotkaniach z tzw. dziwakami, o zgubnym w skutkach fakcie, że w Polsce nie zwyciężył kiedyś luteranizm, o oblepiającym wszystko w Polsce „patriotycznym śluzie” (tych antynacjonalistycznych, antyreligijnych, antykatolickich, antyklerykalnych, i w końcu, nie bójmy się tego słowa, antypolskich sztychów, przy których dłonie same za każdym razem składają mi się do frenetycznych oklasków i od których Kościół i Polska, gdyby były podatne na krytyczne słowa, powinny się rozpaść w proch i w pył jak stara rudera lub wydać z siebie pośmiertne śluzy, niczym potwory z „obcych” Ridleya Scotta), o alchemii pisania, w tym o Brzechwie i Molnarze, poecie i pisarzu, którzy mimo woli czy wbrew zamiarom pisali dla dzieci i młodzieży mimo że ich nie cierpieli (ten pierwszy), wyłącznie dla pieniędzy (tak powstali „Chłopcy z placu Broni”), o ukochanym ilustratorze książek Janie Marcinie Szancerze, o upodobaniu do prozy Prusa (co się często zdarza), o rzadkim w naturze guście do prozy Żeromskiego (co zdarza się tak rzadko, że chyba tylko my obaj z Vargą tworzymy w całości ten klub), o obejrzanych filmach, w tym o uwielbieniu dla talentu Paolo Sorrentino, o zaginionym w Polsce zmyśle ironii i rozumienia persyflażu, itede, itepe.
Wśród passusów poświęconych pisarzom, zwracam szczególną uwagę na kapitalne, bardzo złośliwe, a momentami prawdziwie, do bólu okrutne (zwłaszcza w przypadku Masłonia Krzysztofa) miniportrety Wiesława Myśliwskiego, Krzysztofa Zanussiego, Janusza Rudnickiego czy Remigiusza Mroza. To tylko nieliczne zajawki nieprzebranej liczby tematów branych przez Vargę na ruszt, bo stu stron tekstu by mi nie wystarczyło, by je wszystkie tylko wymienić. A i to zdołałem w tej wyliczance dojść zaledwie do nieco ponad połowy objętości tomu, do końca roku 2018, a zauważę tylko, że dotarł Varga do marca 2020, czyli do koronawirusowej pandemii, o której też oczywiście się wypowiada.
A wszystko to w pysznej zalewie vargowego stylu, jego perlących się kadencji, muszkieterskich sztychów polemicznych, fraz dowcipnie nawiązujących do klasycznych zwrotów rodem z literatury, i tak dalej, i tak dalej, a przy tym dozowanych oszczędnie, z umiarem, bez narcystycznych popisów kunsztu stylistycznego, bez inflacji efektów, bez pustych fajerwerków. Kończy Varga swój dziennik takimi oto dwoma zdaniami: „Jeśli nie umrę, to będę żył, jeśli zaś umrę, to będę martwy.
Nic więcej nie da się przewidzieć”. Nic dodać, nic ująć. Jednak podkreślając walory treściowe i literackie tych dzienników, a także ich przepojenie ciekawym poczuciem humoru, nie sposób nie zauważyć, że licznymi fragmentami jest to lektura mogąca przyprawić czytelnika o zły nastrój, o pesymizm. Bo dziennik Vargi, to taka „historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”.
Krzysztof Varga – „Dziennik hipopotama”, wyd. Iskry, Warszawa 2020, str. 343, ISBN 978-83-244-1073

Historia Starego czyli pożegnanie Klaty

Edycja poświęcona jest dziejom Narodowego Starego Teatru. Otwiera ją szkic Dariusza Kosińskiego o głównych rysach zjawiska, jakim jest ta scena. Jest też krótka historia Starego rozpoczynająca się w 1781 roku.

Są sylwetki zasłużonych i wielkich, patronki Heleny Modrzejewskiej, Juliusza Osterwy, Tadeusza Kantora, Władysława Krzemińskiego, Jerzego Jarockiego, Zygmunta Hubnera, Konrada Swinarskiego, Jana Pawła Gawlika, Andrzeja Wajdy i innych. Także młodszego pokolenia, od Mikołaja Grabowskiego po Jana Klatę i tych, którzy jak Michał Zadara, Monika Strzępka czy Paweł Miśkiewicz. Jest pożegnalny wywiad z Janem Klata i ciekawy o nim szkic Anny Burzyńskiej.
Dodatkowym bonusem z tego ciekawej edycji są fotografie, nowoczesne i dynamiczne. Widzowie Starego powinni tę edycję poznać, a jedyną okazją do jej nabycia może być chyba tylko wizyta w teatrze przy placu Szczepańskim względnie przy Starowiślnej.
„Narodowy Stary Teatr”, red. Agata Dąbek, wyd. Narodowy Stary Teatr, Kraków 2017, str. 172, ISBN 83-86347-90-2

Wojciech Pszoniak (1942-2020) Bohater mojej wyobraźni

Zdarzają się sytuacje, gdy wiadomość o czyjejś śmierci jawi się – wbrew ponurej oczywistości – jako niewiarygodna i trudna do przyjęcia. Do takich zaliczam zgon Wojciecha Pszoniaka, w którym nieco nawet szaleńczy żywioł życia buzował i kipiał w stopniu dalece przekraczającym przeciętność.

I był to żywioł nie tylko aktorski, ale zwyczajnie życiowy. Pisząc o nim nie mogę i nie chcę wyzbyć się osobistego punktu widzenia, bo należał do niewielkiego grona aktorów, którzy szczególnie mocno uformowali wielu widzów teatralnych i filmowych mojego pokolenia. Nie mogę więc i nie chcę pisać o nim bezosobowo, enumeratywnie spisując jego role z ogólnie dostępnej listy jego dokonań niczym z rejestru księgowego. Mogę napisać tylko wspomnienie o „moim” Pszoniaku, a i to jestem w stanie zaczerpnąć tylko kilka garści z wielkiego skarbca jego dokonań. Wiem, że zabrzmi to nieco egzaltowanie czy pretensjonalnie, ale mam irracjonalne uczucie, jakby był on cząstką mnie. A to dlatego, że pierwsze fascynacje jego aktorstwem przeżyłem jako nastolatek i na trwałe wsączyły się one w moją psychikę i wyobraźnię na trwałe. Tak jest z doznaniami młodości.
Na scenie zobaczyłem go wiosną 1973 roku w roli Chlestakowa w „Rewizorze M. Gogola w reżyserii Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym. Jego Chlestakow był samym ekstatycznym żywiołem radości życia, zachwycającym w każdym fragmencie spektaklu, ale szczególnie w scenie, gdy wykrzykiwał swoje mistyfikacje z silnie rozbujanej huśtawki. Kilka miesięcy wcześniej, w styczniu 1973 roku zachwycił mnie kreacją w roli Dziennikarza w filmowym, frenetycznym „Weselu” Andrzeja Wajdy. I to zestawienie gorzkiego, pełnego zniechęcenia, zamkniętego w sobie Dziennikarza z ekstatycznym, pełnym żywiołowej radości egzystencji Chlestakowem, dało mi jako widzowi pierwszą miarę skali jego talentu. Dopełnia ten talent jego imponująca vis comica, którą objawił w kabarecie „Pod Egidą”, zwłaszcza w kapitalnym skeczu „Awas”, z Piotrem Fronczewskim w duecie (1980).
Pojawił się w polskim teatrze i filmie jako aktorskie zjawisko-gejzer energii, na początku tylko w przestrzeni Krakowa, w Starym Teatrze u schyłku lat sześćdziesiątych. Tam też, poza kilkoma innymi, zagrał rolę, która „katapultowała” go ku karierze krajowej – Piotra Wierchowieńskiego w legendarnym przedstawieniu „Biesów” Dostojewskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy (1971). Objawił w niej niebywale ruchliwy żywioł nieznany dotąd w polskim aktorstwie, żywioł, na który można patrzeć, podziwiać i sycić się nim. Nie widziałem go w tej roli, nie widziałem także jako frenetycznego Puka w „Śnie nocy letniej” Szekspira w reżyserii Konrada Swinarskiego (1970). W 1974 roku zagrał Mieszka I w „Gnieździe” Jana Rybkowskiego, ale widać na ekranie, że ta rola mu „nie leżała”. To, w moim odczuciu dowód na to, że nigdy nie był aktorem-rzemieślnikiem, że po to, by objawić pełnię możliwości i talentu musiał być do roli przekonany wewnętrznie – emocjonalnie, intelektualnie, duchowo.
Podobno (bo nie widziałem go i w tej roli) nie powiodła mu się konfrontacja z rolą Makbeta w hanuszkiewiczowskiej inscenizacji w Teatrze Narodowym. Podobne opory miał przed przyjęciem roli Robespierre’a w „Sprawie Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej, którą na scenie Teatru Powszechnego w Warszawie zrealizował Andrzej Wajda (1975). Wbrew swojej przyrodzonej żywiołowości i skłonności do nadekspresji, „skompresował” swoje środki wyrazu i z maksymalną oszczędnością wyrazu zagrał skupionego, „kamiennego”, oschłego dyktatora. Kilka lat później (1982) powtórzył tę rolę w filmowym, polsko-francuskim „Dantonie” Andrzeja Wajdy. Widziałem go wtedy po długiej przerwie, bo już od kilku lat mieszkał i pracował w Paryżu. Wcześniej, zanim zniknął mi z oczu, zachwycił mnie dwiema błyskotliwymi kreacjami w Teatrze Telewizji – w roli Sganarela w „Don Juanie” Moliera w reżyserii Zygmunta Hübnera i jako Merkucja w „Romeo i Julii” Szekspira w reżyserii Jerzego Gruzy, oba zrealizowane w 1974 roku.
Przez lata osiemdziesiąte docierały do Polski tylko skąpe informacje o jego bogatej aktywności na paryskich scenach i planach filmowych. Miało też upłynąć jeszcze sporo czasu zanim zobaczyłem go w dawnych rolach filmowych, w „Diable” Andrzeja Żuławskiego (1972) i w „Piłacie i innych” Andrzeja Wajdy (1972). Nowy etap jego aktywności w ojczyźnie otworzyła tytułowa rola w „Korczaku” Andrzeja Wajdy (1990). Dojrzalszy o kolejną dekadę życia i pracy aktorskiej wniósł do tej roli nowe akcenty. W latach 90-tych objawił się też w Polsce jako osobowość telewizyjna, mistrz kulinarny i barwny, nieco ekstrawagancki komentator obyczajów czy polityki – słowem: celebryta. Wiele też mówił o swoim stosunku do aktorskiej profesji, traktował ją nie jak rzemiosło, lecz jako sposób życia i formę dialogu z widzami. Swoje poglądy na aktorstwo niejako podsumował w książce „Aktor” (2009), którą przygotował wraz z Michałem Komarem. Szereg ciekawych uwag o jego aktorstwie można znaleźć w niewielkiej, ale bardzo interesującej książeczce „Pszoniak” , autorstwa Macieja Karpińskiego, wydanej w 1976 roku w ramach cyklu aktorskich portretów.
Trudno mi się pisze ten tekst, bo jestem poruszony, nawet wstrząśnięty śmiercią Wojciecha Pszoniaka. Nie mogłem więc pisać go ze sprawozdawczej pozycji „księgowego”, na chłodno podsumowującego czyjeś dokonania, także te, z którymi bezpośrednio się nie zetknąłem. Poza tym bogactwo jego dokonań i aktywności jest tak tak ogromne, że ogarnięcie go w jednym tekście jest zwyczajnie niemożliwe. Dla mnie Wojciech Pszoniak to nade wszystko Dziennikarz w „Weselu”, Moryc Welt w „Ziemi Obiecanej” i Robespierre w „Dantonie” Andrzeja Wajdy, to zachwycający Chlestakow w „Rewizorze” na deskach Teatru Narodowego, to Sganarel w telewizyjnym „Don Juanie”. Zaledwie kilka ról, głównie w początkowej fazie jego drogi artystycznej – a miłość aktorska na całe życie. Był jednym z najważniejszych bohaterów mojej wyobraźni.

Po drugiej stronie medalu (operacje wywiadu PRL na terenie ZSRR)

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.

Kiedy po studiach i po szkoleniu, bardzo wszechstronnym i intensywnym – języki, techniki kryptograficzne, łączność, orientacja w terenie (obserwacja – kontr obserwacja), znajomość służb specjalnych NATO, zajęcia sprawnościowe, analiza operacji wywiadowczych (źródła sukcesów i porażek), treningi psychologiczne- trwającym dwa lata, rozpocząłem służbę, robiłem to ze świadomością, że wstępuję do wywiadu państwa polskiego. Państwa nie w pełni suwerennego ale ku suwerenności, wedle mej oceny, zdążającego, państwa autorytarnego, którego autorytaryzm nie był jednak monolityczny i wyraźnie widać było szczeliny w systemie, przez które docierały, niekoniecznie prześladowane przez władze, idee inne niż oficjalnie głoszone. Była połowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Kompetencje Wywiadu (czyli I D epartamentu ów czes nego M S W) i Służby Bezpieczeństwa (czyli Departamentu III) były wyraźnie rozdzielone, potwierdzała to również struktura Ministerstwa. Wystarczy sobie przypomnieć, że np. szefem Wywiadu a zarazem wiceministrem był gen.Pożoga a równolegle inny wiceminister, gen.Ciastoń, był szefem SB. Nawet dokumenty identyfikacyjne się różniły. Funkcjonariusze wywiadu posługiwali się wprawdzie takim samym formatem legitymacji ale pozycja „Służba Bezpieczeństwa” była w nich przekreślona pieczątką z symbolem 33.(Ja oczywiście, jako oficer – nielegał nigdy legitymacji, która mogłaby stać się elementem dekonspirującym, nie posiadałem. Trudno wyobrazić sobie, że np., w wypadku aresztowania przez obcy kontrwywiad wyjmowałbym legitymację z komentarzem, iż jestem oficerem polskiego wywiadu. Z kolei polskie służby też nie mogły wiedzieć o moim statusie, z przyczyn, jak wyżej. Tak więc działanie w pionie „N” miało swoisty urok – nigdy nie wiedziałeś, czy będziesz ścigany przez przeciwnika czy przez swoich.) Pozwalało to wejść do części gmachu na Rakowieckiej, wydzielonej dla Wywiadu, która nie komunikowała z częścią zajmowaną przez SB. W ogóle nie jest mi znany statut MSW z owych czasów, który oficjalnie stwierdzałby,że Wywiad stanowi integralną część SB. (I w żadnym razie w tym co mówię nie chodzi o dezawuowanie istotnej roli pracowników Służby Bezpieczeństwa dla funkcjonowania aparatu państwa.Po prostu zakresy obowiązków obu tych polskich służb specjalnych były odrębnie określone i specyficzne dla każdej z nich. Wywód mój służy wyłącznie przekazaniu prawdy historycznej o ich usytuowaniu w strukturze formalno-prawnej PRL.) Słyszałem o jakimś dokumencie wewnątrz resortowym, dotyczącym tej kwestii, sformułowanym na poziomie ministerialnym, którego zresztą żadnemu oficerowi nie okazywano a już na pewno – nie nielegałom, „kadrze N’.Powstał on w 1989 roku i na jego mocy Wywiad przez ok. 3 miesiące, przed ostatecznymi zmianami systemowymi w Polsce, został połączony ze strukturami SB. Nie odnosi się to na pewno do czasu,kiedy zaczynałem pracę w polskim wywiadzie, a więc do roku 1973. Krótko rzecz ujmując każda z tych służb państwowych miała swój obszar działania. Cała wspólnota I Departamentu tamtego okresu identyfikowała się specyficznie z Wywiadem i jej członkowie do Wywiadu właśnie wstępowali i nie byli,również w przypadku nielegałów, „agentami Wydziału XIV Departamentu I SB MSW”. (Oczywiście,to przekonanie może nie mieć pełnego odzwierciedlenia w stronie formalno-prawnej odnośnie I Departamentu, który od 27 listopada 1956 był przeniesiony do MSW z „dobrodziejstwem inwentarza”, a więc można by z tego wywodzić, że był częścią SB. Jednak nawet przewodniczący Rady IPN prof.Andrzej Paczkowski twierdzi, że w 1981 roku, via facti, wydzielono z SB piony wywiadu i kontrwywiadu a de iure zostało to ujęte w lipcu 1983 w „Statucie Organizacyjnym MSW” i taki stan rzeczy trwał,z kilkumiesięczną przerwą,do 1989 roku włącznie.)
Może to co piszę, to truizmy ale bez ich przypomnienia trudno będzie zrozumieć ten najbardziej chyba tajny aspekt działania Wywiadu MSW, a w szczególności XIV Wydziału (nielegalnego) jego I Departamentu, o którym praktycznie, poza aluzjami np. w książce Zbigniewa Siemiątkowskiego, się nie wspomina. A i dokumenty na ten temat w archiwach się nie zachowały, bowiem dotyczyły materii tak delikatnej, że zaraz po zapoznaniu się z nimi uprawnionych przedstawicieli władz, miały być niszczone.
Chodzi o akcje prowadzone przez wywiad polski w ZSRR w latach 1986-89.
W Polsce, w kręgach władzy, która czuła presję rosnącej w siłę opozycji, mimo stopniowo likwidowanych niedogodności stanu wojennego, rodziło się nie bez rozdźwięków, przekonanie, że po pierwsze: trzeba podjąć z opozycją dialog, po drugie – że nie będzie możliwe wyprowadzenie kraju z kryzysu bez poważnych reform systemowych. Na tę wewnętrzną dyskusję w ramach ówczesnego establishmentu nakładały się wpływy czynników zewnętrznych a przede wszystkim postępujące zmiany w ZSRR, zapoczątkowane przez Michaiła Gorbaczowa, I sekretarza KC KPZR w celu reanimacji komunizmu w Rosji. „Pierestrojka” i „głasnost`”, bo o nie chodzi, doprowadziły w końcu do efektów przeciwnych od zamierzonych, ale w 1986 r. nikt jeszcze o tym nie wiedział.
Natomiast polskie władze musiały orientować się, jakie tendencje są w kierownictwie partyjnym Rosji dominujące, musiały wiedzieć, jak dalece mogą posunąć się w dialogu i ewentualnych ustępstwach na rzecz opozycji. Oczywiście nie mogły liczyć, że tę wiedzę zapewni im radziecki sojusznik, który traktował je z dużą dozą podejrzliwości, wbrew pobrzmiewającym w komunikatach z oficjalnych rozmów bilateralnych sformułowaniom o ich przebiegu w duchu „braterskiej szczerości i otwartości”.
Pozyskanie niezbędnych informacji inną drogą stało się koniecznością.
Stąd zrodził się pomysł wykorzystania do tego zadania Wywiadu. Ale wprowadzając w zagadnienie minimalną, niezbędną ilość oficerów i to jedynie tych, co do których istniała pewność, że ich personalia nie są znane drugiej stronie. I tu wracamy do tego, zdawałoby się niezbyt istotnego określenia z początku tekstu „państwo nie w pełni suwerenne”, którym po 1956 r. według doktryny Breżniewa była Polska, w odróżnieniu od państwa w pełni niesuwerennego, którym była przed tą cezurą czasową. Otóż w tym państwie, w ramach takiej struktury jak Wywiad, istniały wyspy niezależności. Taką oazą był XIV wydział I Departamentu MSW – „nielegalny”. Wbrew temu, co się teraz często opowiada strona rosyjska nie wiedziała absolutnie nic o tożsamości oficerów kadry „N”. Wprawdzie oficjalni rezydenci rosyjskiego wywiadu w PRL, jak choćby często cytowany gen. Pawłow, z trudem to akceptowali, ale ulegali perswazji polskiej strony, że wyciek personaliów nasilałby ryzyko dekonspiracji. Lepiej więc było nie znając personaliów oficerów móc, w ramach wymiany informacji(na ogół zresztą odsprzedawanej drugiej stronie za tak potrzebne dewizy) korzystać choćby częściowo z ich dorobku niż narazić się na ich stratę. Nigdy noga rosyjskiego rezydenta nie stanęła też na terenie obiektu, zwanego w polskim slangu wywiadowczym „Piaski”, który wbrew tej nazwie nie znajdował się na Żoliborzu, jakby sugerowała to nazwa, lecz w willi na warszawskim Służewie, gdzie mieściła się siedziba najpierw Wydziału II Departamentu I, a następnie wydziału XIV tegoż, czyli wywiadu nielegalnego. Wielu warszawiaków pewnie przypomina sobie budynek koło ul.Puławskiej od strony ul.Wałbrzyskiej z wysoką anteną radiową obok.
Otrzymałem więc zadanie pogłębienia i rozszerzenia informacji o opiniach i stosunku władz radzieckich do wydarzeń w naszym kraju – jak dalece możemy posunąć się w realizacji reform społeczno-gospodarczych, na ile będą one „strawne” dla kierownictwa ZSRR, jakie mogą być jego reakcje i skutki tych reakcji dla Polski. Zaproponowano mi tę misję, i nie tylko mnie, chociaż mogłem odmówić. Byłem oficerem „N”, wiedziałem jakie ryzyko jest związane z tą operacją, wiedziałem też, że jeśli powinie mi się noga, to konsekwencje mogą być ostateczne. Rozumiałem jednak, jak kardynalną wagę mogą mieć informacje, które zdobyłbym, dla przemian w Polsce, więc przeważył we mnie instynkt państwowy, tak jak zresztą u większości kadry „N”, służącej państwu, a nie określonej ideologii, która w danym momencie historycznym była siłą w tym państwie decydującą. Zgodziłem się.
Wykonanie tej misji wymagało jednak skomplikowanych przygotowań. Chociaż sprawa była pilna, pośpiech mógł tu oznacza katastrofę już na początku jej realizacji.
Żeby dobrze naświetlić tło , muszę cofnąć się do przełomu roku 1968/69, kiedy jako działacz Związku Młodzieży Socjalistycznej, jeszcze przed rozstaniem się z uczelnianą organizacją i uczelnią w wyniku wydarzeń marcowych 1968 r., jako wiceprzewodniczący Zarządu Uczelnianego ZMS UJ w Krakowie, pojechałem z grupą studenckich aktywistów do „strojotriadu” – międzynarodowego młodzieżowego obozu budowlanego, zorganizowanego przez Komsomoł na terenie Litwy, w Druskiennikach. Była tam młodzież z Polski, ZSRR, NRD. Nasza praca polegała na zakładaniu infrastruktury telekomunikacyjnej, łączącej nowo wznoszone sanatorium w tej miejscowości a prozaicznie rzecz ujmując – na kopaniu rowów pod instalację nowych kabli telefonicznych. Przyświecała temu przedsięwzięciu idea integracji aktywistów FDJ, ZMS i Komsomołu. W trakcie prac oraz późniejszego programu turystycznego poznałem wielu kolegów, dobieranych zresztą z ówczesnej elity radzieckiej – byli wśród nich tacy ludzie jak syn wiceprzewodniczącego Rady Państwa Litewskiej Republiki Radzieckiej, jak Jewgienij Tiażelnikow, I sekretarz Komsomołu,w przyszłości członek KC KPZR i ambasador w Rumunii, jak wielu innych, którzy później zrobili karierę w Rosji, obejmując istotne stanowiska w aparacie propagandy i w mediach. Przez pewien czas prowadziłem z nimi korespondencję, nawiązały się przyjaźnie…
Gdy w październiku 1985 roku wróciłem do Polski, stwierdziłem, że mam znajomych w moskiewskiej elicie politycznej i były to w większości znajomości zawarte w Druskiennikach. Żeby je odnowić należało zbudować odpowiednią legendę, to jest stworzyć moją nową, budzącą jak najmniej podejrzeń (bo całkowicie wyeliminować ich się nie dało) tożsamość. Wracałem przecież z Paryża, gdzie wcieliłem się w rolę kleryka jezuickiego, byłbym więc całkowicie niewiarygodny dla ewentualnych rosyjskich rozmówców.
Tutaj z pomocą przyszedł mi po części przypadek. Mój stary kolega, z lat 70., gdy jeszcze publikowałem swoje teksty w warszawskim miesięczniku „Chrześcijanin w świecie” okazał się być teraz działaczem Stronnictwa Demokratycznego i publicystą prasy SD.
Zrozumiałem, że nadarza się okazja wejścia w środowisko dziennikarskie SD, a stamtąd dopiero, pod tą właśnie flagą, jak powiedzieliby funkcjonariusze operacyjni wywiadu, działanie na kierunku ZSRR. Tu pozwolę sobie na dygresję – do SD nie wstąpiłem aby „inwigilować” tę partię. W kontekście tego, że SD było stronnictwem sojuszniczym PZPR brzmiałoby to co najmniej humorystycznie. Oczywiście, powstawały wśród członków tej organizacji ciekawe idee, toczyły się interesujące dyskusje, ale były one dobrze znane w gmachu KC i wsłuchiwanie się w nie nie stanowiło mojego zadania, nawet jeśli stałem się publicystą „Tygodnika Demokratycznego” od marca 1986 r., a później, od 1988 roku członkiem zespołu redakcyjnego miesięcznika „Myśl Demokratyczna”, które były pismami wydawnictwa „Epoka”, należącego do Centralnego Komitetu SD. Pisałem tam pod nazwiskiem lub pod pseudonimami TR, TTT czy Aleksander Bożyk. Stąd już była stosunkowo prosta droga do odnowienia relacji z radzieckimi kolegami po piórze i działaczami poznanymi kiedyś przy okazji pracy w „strojotriadzie” oraz nowymi poznawanymi w ramach nawiązywania relacji między prasą SD i agencjami prasowymi na wschodzie, w Moskwie…
Rozumiem, że czytelnik pragnąłby poznać teraz trochę szczegółów. Ze szczegółami jest nieco trudniej. Wprawdzie gryf tajności z operacji Wywiadu sprzed końca 1989 roku został zdjęty, ale istnieją inne, czysto ludzkie względy, które obligują mnie w tym przypadku do daleko idącej dyskrecji. Wielu ludzi, którzy często przypadkowo udzielali mi istotnych dla polskiej strony informacji nadal żyje, żyją ich bliscy.
Byli też oczywiście i tacy, u których, szczególnie w końcu lat 80., informację po prostu się kupowało.
Pamiętam jak za 2 tys. USD uzyskałem protokoły posiedzenia jednej z komisji KC KPZR, których tematem była ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce, a biorąc pod uwagę wartość polityczną tych informacji, cena była śmiesznie niska. Pierwszą tego typu operację na terenie ZSRR przeprowadziłem we wrześniu 1986 roku. Przebywałem wówczas w Moskwie stosunkowo krótko, mieszkając naprzemiennie to w hotelu „Pekin”, to w willach znajomych mi osób z tamtejszej elity polityczno-intelektualnej w miejscowościach o „ograniczonym dostępie” w owych czasach – Pieriediełkino i Srebrny Bór .
Nie przeceniając wagi tych materiałów trzeba powiedzieć, że były to sygnały istotne. Dotyczyły problemu sojuszniczej lojalności Polski w ramach Układu Warszawskiego, dyskusji na temat jej systemu politycznego, gdzie jawiły się wizje wielopartyjności, pod egidą wszakże przewodniej PZPR, która miałaby coś w rodzaju „złotej akcji politycznej” na podobieństwo „złotej akcji skarbu państwa, pozwalającej na decydujący głos w spółce”. Myślano o finlandyzacji Polski, ale były też silne naciski ideologicznego betonu partyjnego, wskazujące na konieczność „dyscyplinowania” krnąbrnego sąsiada. Wystarczy wymienić Susłowa. Warto tu wspomnieć, na kanwie ciągle nierozstrzygniętego sporu o stan wojenny, polegającego na nieretorycznych wcale pytaniach „weszliby czy by nie weszli”, że ówczesna Rosja miała wiele środków nacisku na Polskę, niekoniecznie militarnych, również w II połowie lat 80. Sądzę, że wystarczyłoby przerwanie dostaw rudy do huty Katowice, połączone z przykręceniem kurka do rafinerii Płockiej i gazociągu, aby w Polsce doszło oprócz katastrofy gospodarczej, do wielkich wstrząsów społecznych, wywołanych przez tysiące pozbawionych pracy ludzi. Najłatwiej być prorokiem post factum i twierdzić dzisiaj „nic by nam nie zrobili”. Otóż mogliby zrobić, a co do tego żeby nie zrobili – nie było wówczas żadnych gwarancji. Dlatego ważenie różnych decyzji wewnątrz państwa polskiego, takiego jakie wówczas realnie istniało, obudowanego systemem uznania międzynarodowo-prawnego, traktatowego, i dysponującego ułomną, ale jednak suwerennością, musiało być oparte na wiarygodnym materiale informacyjnym, szczególnie jeśli te decyzje powodowały interferencje na linii Warszawa-Moskwa, interferencje, których skutki mogły być zarówno dla władzy, jak i dla opozycji, opłakane.
Ale wróćmy do „szczegółów”, tych, które jak sądzę, nikomu już nie wyrządzą krzywdy. Wśród incydentalnych, ale bardzo cennych informatorów, nie zdających sobie zresztą sprawy z tego z kim realnie rozmawiali był m.in. wspomniany już Jewgienij Tiażelnikow, był także dyrektor agencji „Novosti”, byli też członkowie ekipy kierowniczej agencji ITAR-TASS, osoby w większości dziś na emeryturach, bądź zmarłe. O tych, którzy sprzedawali informacje, też zresztą już będących poza obiegiem społeczno-politycznym, wspominać nie będę.
A jeśli chodzi o konkretne akcje, przy których, gdzieś jak to mówią Rosjanie, „z tyłu głowy” ciągle czaiła się świadomość niebezpieczeństwa tej gry, chciałbym podać przykład jednej, łączącej aspekty komiczne z potencjalnie dramatycznymi.
W lipcu 1989 roku, a więc już po wyborach w Polsce, w których zwyciężyła „Solidarność”, ale jeszcze przed decyzjami komisji weryfikacyjnej MSW, która decydowała kto pozostanie w wywiadzie polskim, a kto go będzie musiał opuścić, realizowałem ostatnie zadanie w ZSRR, kończące misję zdobywania informacji na temat politycznych ocen Moskwy co do wydarzeń rozgrywających się za jej zachodnią granicą. Oficjalnie w ramach dwuosobowej delegacji „Myśli Demokratycznej” przebywałem w Moskwie na zaproszenie tygodnika „Literaturnaja Gazieta”. Ale równocześnie zdobyłem, z innych źródeł, poważną radziecką analizę przemian w Polsce, wraz z wnioskami, które gremia rządzące w ZSRR z tej analizy wyciągały. Nie miałem technicznej możliwości przetworzenia tego maszynopisu tak, aby go skutecznie zakamuflować. Przecież nie mogłem oprzeć się o struktury ambasady polskiej w Moskwie. Wobec tego zdecydowałem się na dość ryzykowny krok. Byłem delegowany z prasy SD, które miało wtedy, po części przeze mnie wypracowaną dla umocnienia legendy, dobrą passę w swej polityce wschodniej. Świadczyły o tym – życzenia KC KPZR dla delegatów XIV Kongresu SD z kwietnia 1989 r., czy wywiad udzielony przez przewodniczącego CK SD Jerzego Jóźwiaka „Moskowskim Nowostiam”, w maju 1989 r., pt. „Jaka powinna być Polska”. Byłem więc w miarę wiarygodny dla strony rosyjskiej, a także, jak miałem nadzieję przy tamtejszym obiegu informacji, dla podlegających KGB służb celno-granicznych, bowiem wracaliśmy do Warszawy samolotem.
Tu wspomnę o pewnych cechach charakterologicznych, którymi musi dysponować oficer wywiadu, a szczególnie – oficer pionu „N”. Jedną z nich jest tzw. aktorstwo życiowe. Sprowadza się ono do tego, aby w każdym środowisku, a także sytuacji zareagować tak, jak tego dane środowisko w określonej sytuacji od ciebie oczekuje.
Wiedząc, że polscy turyści przewozili wówczas z Rosji „kontrabandę” często w postaci m.in. czarnego kawioru, a czasem, aby zapewnić sobie środki na przyszłe transakcje wywozili ruble (obie operacje były niedozwolone) zrobiłem co następuje. Do walizki w dolnej jej części, pod odklejonym obiciem, które przykryłem ubraniami, umieściłem wspomniany dokument. W środku, między ubraniami ułożyłem dwie 100 gramowe puszki kawioru. Do portfela schowałem sporą kwotę rubli. Kolegę, który towarzyszył mi na delegacji nie mając pojęcia o celu mojej misji poprosiłem, by w razie jakichś moich kłopotów na granicy, kontynuował podróż powrotną do kraju i zawiadomił o ew. komplikacjach sekretarza CK SD ds. prasy i propagandy, sprawującego pieczę nad środowiskiem dziennikarskim stronnictwa-Mieczysława Leśniaka. Byłem nieco spięty, ale tego chyba właśnie celnicy od przemytnika-amatora oczekiwali. Na lotnisku wszystko odbyło się zgodnie ze scenariuszem – przy kontroli bagażu ręka celnika natrafiła na puszki z kawiorem. To go usatysfakcjonowało i nie szukał już dalej. Więcej nawet, ponieważ tłumaczyłem mu, zresztą zgodnie z prawdą, że wiozę ten kawior, przecież małą ilość, dla mego wiekowego ojca, który chciał sobie przypomnieć jego smak, celnik oddał mi jedną puszkę, ale za to „zafundował mi” kontrolę osobistą, przy której w portfelu odnalazł ruble. Był już w pełni zadowolony. Sporządził protokół, przyjął ruble w depozyt, z którego teoretycznie mogłem je pobrać przy kolejnym przylocie do Moskwy i poprawił swoją statystykę wykrywalności wykroczeń.
Po wejściu do samolotu kolega – dziennikarz powiedział „denerwowałeś się w zauważalny sposób, gdybyś się lepiej kontrolował, nie znalazłby tego kawioru”. Gdybyż on wiedział, czego dzięki puszkom kawioru ten celnik nie znalazł, pewnie byłby zaskoczony.
A swoją drogą, gdyby celnik kontynuował dokładną kontrolę mojego bagażu (ale po co miałby to zrobić, skoro to co znalazł odpowiadało dokładnie profilowi wykroczeń turysty znad Wisły) to pewnie nie mielibyście państwo okazji czytać tego tekstu…
Potem był koniec roku 1989, zapadły decyzje komisji weryfikacyjnej stanowiące kto służbę opuści a kto w niej zostanie, następnie rok 1990, który zamykał funkcjonowanie struktur Wywiadu PRL. Stanowił cezurę czasową od której zaczął działanie Urząd Ochrony Państwa a po nim Agencja Wywiadu,których zadania zabezpieczał gryf tajemnicy pańswowej, powodując to, co z wywiadowczego punktu widzenia oddaje określenie „reszta jest milczeniem”.

Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Przygody „Robotnika i kołchoźnicy”

Słynny pomnik w pobliżu WDNH – Ogólnorosyjskiego Centrum Wystawowego – nadal pozostaje symbolem radzieckiej epoki i wizytówką Moskwy.

Kiedy montowano pomnik „Robotnika i kołchoźnicy” rzeźbiarki Wiery Muchinej, dyrektor Zakładu Doświadczalnego Instytutu Inżynierii Mechanicznej i Obróbki Metali, niejaki Tambowcew, napisał donos, w którym oskarżył Muchinę o sabotaż i polityczną prowokację. Utrzymywał, że rzeźbiarka „zaszyfrowała” w fałdach spódnicy kołchoźnicy profil Lwa Trockiego, najgorszego wroga Józefa Wissarionowicza.
Również uwierzyłem w tę legendę, która stała się klasyką. A co gdyby Stalinowi się nie poszczęściło, a mi się poszczęści…?
Z każdej możliwej strony oglądałem fałdy sarafanu kołchoźnicy (nawet zwrócił na mnie uwagę ochroniarz), ale nie zauważyłem profilu Lwa Trockiego. Stalin również nie zobaczył, chociaż specjalnie podjechał nocą pod nie do końca zamontowany pomnik. Dla wodza kołchoźnica została specjalnie oświetlona reflektorami. Jej szyja, ramiona, klatka piersiowa, talia, mocne nogi… Fałdy sukienki, w które zaplątał się wiatr… Lecz profilu swojego zaciekłego wroga Stalin nie zobaczył, z czego naturalnie był bardzo zadowolony. Chrząknął. Zaciągnął się fajką. Obrócił się i pojechał na pobliską daczę.
Szkoda, że oryginalnego donosu nie ma w muzealnym centrum, na dachu którego znajduje się pomnik „Robotnika i kołchoźnicy”. Pomnik widzieli wszyscy (jeśli nie na żywo, to jako emblemat, od którego zaczynają się wszystkie filmy „Mosfilmu”), ale muzeum, niestety, znają nieliczni.
Po kolei
W 1935 r. Związek Radziecki otrzymał zaproszenie do udziału w Międzynarodowej Wystawie Paryskiej 1937 r., odbywającej się pod hasłem „Sztuka i technika we współczesnym świecie”. Sprawa o znaczeniu historycznym! Konkurs na projekt pawilonu wygrał architekt Boris Iofan (to on zaprojektował słynny DOPR, czyli rządowy dom na skarpie, w którym mieszkali prawie wszyscy bohaterowie radzieckich podręczników historii). Z kolei konkurs zamknięty na stworzenie grupy rzeźbiarskiej wygrała Wiera Muchina. Córka bogatego kupca, która studiowała rzeźbę i sztuki plastyczne we Francji i Włoszech, subtelniej od innych ucieleśniła ideologiczną koncepcję rodzącego się socrealizmu. Monument „Robotnik i kołchoźnica” stał się programową budowlą „wielkiego stylu” epoki radzieckiej. Jej wizytówką.
Chociaż… Inspiracją dla Iofana były antyczny posąg Grupa Tyranobójców, przedstawiający Harmodiosa i Aristogejtona, stojących obok siebie z mieczami w ręku, oraz starożytna grecka Nike z Samotraki, dążącą w przyszłość całą swoją zwycięską istotą (niektórzy historycy sztuki żartowali, że kołchoźnica to bogini przebrana w sukienkę). Zamiast miecza – sierp i młot. Robotnik i kołchoźnica – ówczesna potęga państwa. Monolityczny stop ideologiczny. Siła napędowa rewolucji. Najsilniejszy symbol propagandowy Stalina.
Pomnik montowano od listopada 1936 r. do marcowych czystek 1937 r. Następnie gotowe dzieło rozebrano na 65 części, załadowano na 28 kolejowych platform i przewieziono do Paryża.
Zgodnie z zamysłem organizatorów, radziecki pawilon miał stanąć naprzeciwko pawilonu hitlerowskich Niemiec i zademonstrować światu siłę dwóch najbardziej nieprzejednanych i potężnych ideologii. Pisarz, członek rosyjskiego pen klubu Anatolij Koroliow dowcipnie nazwał to „monumentalnym rymem” dwóch pawilonów. Podczas montażu pomnika doszło do próby sabotażu. Któryś z rosyjskich emigrantów zauważył, że podcięto stropy. W każdej chwili mogły więc pęknąć. Emigranci sami zgłosili się do pilnowania posągu w dzień i w nocy.
Niemiecki pawilon był zwieńczony orłem ze swastyką w szponach. Radziecki pawilon przewyższał faszystowski (co było fundamentalnie ważne!) dokładnie o sierp i młot w rękach robotnika i kołchoźnicy. Nastąpił triumf idei stalinowskiej.
Rzeźba Muchinej otrzymała ogromny złoty medal Grand Prix. Jeszcze przed zamknięciem wystawy Francuzi (za namową samego Picassa!) zaproponowali niemałe pieniądza za „Robotnika i kołchoźnicę”, lecz kto sprzedaje marzenie o świetlanej przyszłości?! Pomnik został ponownie rozmontowany i przewieziony do Moskwy. I zaczęły się jego przygody.
Sztuka na peryferiach
Muchina marzyła, żeby postawić swój pomnik (który sprawił, że artystka stała się natychmiast znana na całym świecie) na Wzgórzach Lenina. Stamtąd byłby widoczny w całej Moskwie (a co za tym idzie, w całym ZSRR). Ale „Robotnika i kołchoźnicę” postawiono prawie na peryferiach, przy północnym wejściu do WDNH. Trzykrotnie skrócono postument. Harmonia proporcji i rozmiarów została zakłócona i przestała być harmonią. Synteza dwóch sztuk (rzeźby i architektury) została zniszczona. Pomnik spełnił swoje zadanie w Paryżu i stał się niepotrzebnym karzełkiem. Muchina była oburzona.
„Moskwa miała szansę zyskać dynamiczne wizualne przesłanie na miarę Statuy Wolności przy wejściu do portu w Nowym Jorku lub figury Chrystusa w Rio de Janerio. Przeważyły jednak względy ideologiczne” – napisał Koroliow.
Koledzy Wiery Muchiny zwracali się do rządu z propozycją przeniesienia pomnika, przynajmniej do Centralnego Domu Artystów na bulwarze Krymskim, żeby arcydzieło socrealizmu nie gnieździło się na obrzeżach Moskwy (w tamtych czasach WDNH znajdowało się na obrzeżach). Na próżno! „Robotnik i kołchoźnica” zostali sierotami. Powoli o nich zapomniano. Metal zardzewiał.
Walka o pamięć
Lustrzany staw u stóp pomnika, mający niegdyś wzmacniać wrażenie monumentalności socrealizmu, zamienił się za przyczyną urzędujących tam bezdomnych najpierw w miejskie bagno z elementami śmietnika, a potem zupełnie wysechł z żalu.
Pomnik próbowano ocalić. Moskwianie zorganizowali akcję: przebrali się w kombinezony i sarafany (rodzaj długiej sukni) w kolorach rosyjskiej flagi. Stali tam trzy dni, ale nic nie osiągnęli.
Pamiętam kiedy osierocono okolicę, w której mieszkałem. W 2003 r. pomnik zniknął. Odeszło coś wielkiego i ważnego, nie potrafiłem nawet tego zdefiniować. Niepokój zamieszkał w moim sercu i pojawiło się niewygodne poczucie straty po tym, do czego byłem przyzwyczajony. Pozostała pustka.
Wielu żartowało: „Robotnik i kołchoźnica rozwiedli się”, „emigrowali”, „zajęli się kontrabandą”… Pomnik został rozebrany do konserwacji, ale nikt nie miał pewności, że powróci.
Po sześciu latach „Robotnik i kołchoźnica” wrócili. Odświeżeni i odmłodzeni, jak po udanych wakacjach. „Masz moją dłoń, a ty moją. Znowu jesteśmy razem” – zdawali się mówić.
Po to, żeby moskwianie i goście stolicy zapoznali się z historią tego symbolu epoki, we wrześniu 2010 r. otwarto wystawę muzealną „Robotnik i kołchoźnica”. Do tej pory w Moskwie nie ma jednak muzeum poświęconego rzeźbiarce Wierze Muchinej, chociaż takie muzea od dawna istnieją w Rydze, Teodozji na Krymie i w Rzymie.

Wysokość pomnika „Robotnik i kołchoźnica” wynosi 24 metry.
Wysokość wraz z cokołem – 34,5 metra.
Długość – 65,5 metra.
Szerokość – 21 metrów.
Po raz pierwszy pomnik Muchiny pojawił się na ekranie w filmie „Podkidysz” (1939)
W 1947 roku „Mosfilm” oficjalnie przyjął wizerunek rzeźby jako swój symbol.
W pawilonie – postumencie znajduje się hala wystawiennicza, mogąca pomieścić do 5 tys. osób. Całkowita powierzchnia postumentu wynosi ponad 8 tysięcy metrów kwadratowych
.

przeł. M. Hofman

Globalny dualizm kryzysowy

Nie straszę Czytelników nieuchronną Apokalipsą ani też nie uspokajam i nie usypiam ich czujności na zasadzie: „ludzie, nic się nie stało, nic się nie dzieje i nic się nie stanie”! Wręcz przeciwnie.

Czarno to widzę:
ale bez przesady – jest to istotnie spojrzenie na rzeczywistość przez „czarne okulary”, wszakże spojrzenie jak najbardziej realistyczne. Życie nauczyło mnie zimnego realizmu i nieugiętego obiektywizmu. Faktem jest, przyznaję bez bicia, że za czasów studenckich patrzyłem na świat przez „różowe okulary”, nader optymistycznie i surrealistycznie. Ale naonczas moja wiedza cywilizacyjna była jeszcze fragmentaryczna. Stałem się wtedy niepoprawnym umiarkowanym optymistą/surrealistą. Ale jeszcze bardzo dużo musiałem się nauczyć o rozwoju i o niedorozwoju cywilizacji ludzkiej, aby, jako tako, rozumieć, o co naprawdę w tym chodzi? Takoż nauka ta sprawiła, iż, po wielu latach stałem się, nolens volens umiarkowanym pesymistą/realistą. W takim duchu tworzę też niniejsze opracowanie, marząc o tym, aby powrócić kiedyś do statusu umiarkowanego optymisty/realisty; ale mam świadomość, iż raczej to niedoczekanie moje (i nasze wspólne). Dziwię się przeto współczesnym młodzikom, nie tylko lemingom i lemurom, którzy już się zgrywają bezpodstawnie i bezwiednie na optymistów/surrealistów.
Najpierw parę słów o tytule, który, zresztą, mówi sam za siebie i sygnalizuje treści, które chcę poruszyć. De facto, żyjemy z czasach dwóch monstrualnych i równoczesnych kryzysów globalnych – pandemicznego i ekonomicznego. Każdy z tych kryzysów z osobna może okazać się zabójczy dla rodzaju ludzkiego i dla życia na Ziemi, a co dopiero oba razem do kupy?! Ww. kryzysom makro towarzyszy multum pomniejszych kryzysów, równie groźnych, a mianowicie: finansowy, społeczny, ideologiczny, ekologiczny, klimatyczny, strategiczny/militarny, terrorystyczny, oświatowy, żywnościowy, rasowy, religijny i wiele, wiele innych. Oto parę tzw. makro danych dla uzasadnienia hipotezy o szkodliwości dualizmu kryzysowego dla rodzaju ludzkiego: według stanu na dzień 16.09.2020 r., liczba chorych na COVID – 19 w świecie wyniosła 29.582.122 osoby, a liczba zgonów – 935.211 (odpowiednie dane dla USA: 6.606.561 i 195.942). Zaś jeśli chodzi o globalny kryzys gospodarczy, to stopa wzrostu światowego na 2020 r. prognozowana jest na (minus) – 4,9 proc., czyli o około 2 proc. mniej niż zakładały prognozy przed pandemiczne. Z kolei, stopa „wzrostu” (czyli spadku gospodarczego) w USA w roku 2020 wyceniana jest na (minus) – 4,9 proc. !
Niniejsze opracowanie koncentruje się, w szczególności, na ewolucji cywilizacji ludzkiej, fauny i flory na Ziemi, na rozwoju społeczno – gospodarczym w okresie post jałtańskim i po obaleniu „muru berlińskiego”. Analiza prezentuje się więc w oryginalnym ujęciu dynamicznym, adekwatnie do rozwoju wydarzeń, często znacznie je wyprzedzając w czasie bądź też analizując je skrupulatnie in statu nascendi lub post factum. Jeśli zaś chodzi o treści, to – w ogólności – relatywnie mało jest opracowań na omawiane tematy kojarzących elementy politologiczne, ekonomiczne, finansowe, strategiczne, społeczne i ekologiczne. Zaś od strony metodologicznej – moje podejście jest spokojne, racjonalne i wyważone oraz wolne od skrajności. Piszę wprost, po ludzku, o tym, jak rzeczy mają się „tak naprawdę”.
O trudnych sprawach piszę zdecydowanie i odważnie, gdyż taką mam już naturę. Nie taję, przy tym, iż odczuwam dużą satysfakcję z tego powodu, że niemało moich prognoz sprzed wielu lat sprawdza się obecnie co do joty (np. w sprawach globalnych, amerykańskich, chińskich, kryzysowych czy dotyczących zjednoczenia i rozwoju Niemiec). Ale jednocześnie przykro mi, że ostrzeżenia „proroków”, futurologów i wielu mądrych ludzi na świecie – to ciągle głosy „wołających na puszczy”, z reguły lekceważone przez decydentów. Dlatego też jest tak, jak jest; a będzie jeszcze „lepiej”. Jednak mój dylemat psychologiczno – intelektualny jest poważny: czy słuszniej jest nie wiedzieć o pewnych „strasznych rzeczach” i spać spokojnie; czy też wiedzieć o nich rzetelnie i również… spać spokojnie. Z obydwu możliwości tej alternatywy wybieram tę drugą, postępując zgodnie z zasadą: „cogito ergo sum” („myślę więc jestem”).
Główny wniosek ogólny, wynikający z własnych analiz politologicznych, ekonomicznych, socjologicznych i filozoficznych z okresu całego mego świadomego życia i pracy, jest jednak dość przygnębiający: sytuacja ludzi i innych istot żywych na Ziemi oraz naszej planety – jako instytucji wszechświatowej pogarsza się nieustannie i coraz bardziej wraz z upływem czasu. Tymczasem, zdecydowanej większości Ziemian, ciągle żyjących w błogiej nieświadomości i, nierzadko, nadmiernie przemądrzałych, wydaje się nadal, że jest wręcz odwrotnie, czyli coraz lepiej!? Traktują oni pobożne życzenia jako realia i usiłują budować swą przyszłość na kruchej tafli lodu teraźniejszości. Dotyczy to, w szczególności, pokolenia kryzysowego (30 – 40 latków), licznych ww. lemingów i lemurów, szaro komórkowych analfabetów i półanalfabetów, młodych i wiecznie młodych internautów oraz półinteligentów ślizgających się leniwie po powierzchni zjawisk zamiast ich zgłębiania. Słowem, wszystkich tych (i im podobnych), których Mario Monti, były premier włoski, określił mianem „zmarnowanego (straconego) pokolenia” („generazione perduta”), w wykładzie dnia 23 sierpnia 2012 r., w Rimini. Jednym słowem, Żyjemy w czasach wielkich dylematów i paradoksów. Oto kilka najbardziej szokujących spośród nich:
a. pokój – wojna.
Niby nie doszło III wojny światowej w starym stylu, choć nie ma pewności, że już nigdy do niej nie dojdzie?! Ale w okresie po II wojnie, było zaledwie kilka tygodni rzeczywistego pokoju, kiedy nigdzie nie grały armaty i rakiety oraz nie lała się krew. Obecnie trwa też wiele wojen domowych i regionalnych oraz conajmniej cztery „branżowe” wojny światowe: ekonomiczna, surowcowa, informatyczna i terrorystyczna (zwyczajny terroryzm walczy z terroryzmem państwowym i vice versa);
b. nędza – bogactwo.
Stale pogłębia się przepaść między biegunem nędzy a biegunem bogactwa w poszczególnych krajach i w skali światowej. Kryzys globalny nasilił to zjawisko. Według najnowszych danych MFW – w Luksemburgu występuje największy PKB per capita – 113.196 USD (!); zaś najniższy – w Sudanie Południowym, zaledwie 275 USD. Kilka miliardów ludzi dysponuje zaledwie kwotą 1 – 2 USD na dzienne utrzymanie, zaś fortuny kilku procent bogaczy wzrosły niebotycznie. Znane hasło alterglobalistów amerykańskich: „99 proc. biednych i 1 proc. bogatych w USA i na świecie” jest prawdziwe lub bliskie prawdy;
c. humanizm – zezwierzęcenie.
W zastraszającym tempie postępuje dehumanizacja i brutalizacja stosunków międzyludzkich i międzynarodowych. Człowiek oraz jego dobro i życie liczy się coraz mniej. Starożytne powiedzenie: „homo homini lupus est” nabiera teraz przerażających rozmiarów i tragicznego wydźwięku. Człowiek oddala się coraz bardziej od swego ideału/pierwowzoru stworzonego przecież „na obraz i podobieństwo boże”. To wynik neoliberalnej ideologii pieniądza i związanej z nią praktyki, nędzy szerzącej się w świecie, braków surowcowych, żywnościowych i enegretycznych oraz powszechnej anarchizacji, degradacji i demoralizacji życia i ludzi, szczególnie przy pomocy zdradliwego internetu, opacznej edukacji oraz sprzedajnych, prowokacyjnych i stronniczych mediów. Na tym gruncie nasilają się coraz bardziej zjawiska nacjonalistyczne, fundamentalistyczne, faszyzujące i terrorystyczne;
d. postęp – zacofanie.
Jest to chyba najbardziej niepojęty z wielkich paradoksów cywilizacyjnych. Bowiem imponujący współczesny postęp naukowo – techniczny i praktyczne zastosowania jego owoców poprawiają sytuację tylko nielicznej grupy Ziemian (majętnych, wpływowych i utalentowanych); podczas gdy przygniatająca większość spośród nich pogrąża się coraz bardziej w otchłani tzw. wykluczenia (głód, choroby, bezrobocie, analfabetyzm, ciemnota, prześladowania, destrukcja środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe, brak czystej wody i in.). Współczesnych paradoksów tego rodzaju jest znacznie więcej.
Jednocześnie najbardziej dosadnym zewnętrznym wyrazem ilustrującym ewolucję pogarszającej się sytuacji w łonie społeczności ludzkiej są fluktuacje poziomu napięcia w stosunkach międzynarodowych. Nie dysponujemy niezawodnymi instrumentami pomiarowymi owego poziomu i jednoznacznymi wynikami badań tego rodzaju. Można podawać jedynie przybliżone dane, na które składa się suma (wypadkowa) przeróżnych czynników generujących wzrost lub obniżanie poziomu napięcia. Najogólniej rzecz ujmując, w okresie postjałtańskim, kształtuje się ono sinusoidalnie, raz wyżej, raz niżej. I tak, po krótkotrwałej euforii zwycięstwa nad faszyzmem, nacjonalizmem i militaryzmem niemiecko-japońsko-włoskim, dość szybko nastała „zimna wojna” między Wschodem i Zachodem oraz szaleńczy wyścig zbrojeń, także w zakresie broni masowej zagłady i środków jej przenoszenia. Zapoczątkowano militaryzację kosmosu. Kolejne wojny: koreańska, indochińska (szczególnie wietnamska), afgańska, bliskowschodnia i wiele innych pomniejszych, kryzys kubański a nawet zbrojna konfrontacja radziecko-chińska itp. znacznie podwyższyły poziom napięcia. Pokojowa przyszłość naszej cywilizacji zawisła na włosku i wisi na nim w dalszym ciągu.
Na krótko, opamiętanie nadeszło w latach 70-tych XX wieku dzięki odprężeniu, niezaangażowaniu i pokojowemu współistnieniu. Ich symbolem była KBWE i tzw. proces helsiński. Temu zawdzięczamy, m.in., pozytywne przemiany w Europie (gdzie zapoczątkowane zostały przecież dwie wojny światowe!). W wyniku tych przemian możliwe było powstanie i rozszerzanie Unii Europejskiej. Nieco później, swoistym bezprecedensowym fenomenem dziejowym był fakt, iż rozpad ZSRR (i tzw. imperium radzieckiego) oraz zjednoczenie Niemiec (obalenie „muru berlińskiego”) dokonało się bez wojny światowej. Globalny system jednobiegunowy (USA), który powstał na gruzach dwubiegunowego, przyniósł jednak fatalne owoce dla naszej cywilizacji (wojny regionalne, kryzys globalny i in.). USA uwierzyły, wprawdzie na krótko, w swoją dominację, dyktaturę, nieomylność i niezwyciężoność w świecie, usiłując wprowadzać w nim Pax Americana. W wyniku tego, Stany Zjednoczone wywołały kolejne wojny: w Zatoce Perskiej, w Afganistanie, w Iraku, w Syrii, na Bałkanach i in. oraz wojny hybrydowe.
Nie wygrały jednak żadnej z tych wojen. Ubocznym efektem irracjonalnej Pax Americana jest także ogromna fala rewolucji i ruchów społecznych w państwach islamskich Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu oraz morze krwi przelewanej np. w Libii, w Syrii, w Egipcie, w Iraku i w Afganistanie (nadal), w Pakistanie i in. Plus dramat emigrantów i uchodźców! W pierwszych dekadach XXI wieku poziom napięcia globalnego znów poszedł niebezpiecznie do góry, tym bardziej, iż sytuacja pogorszyła się również na Dalekim Wschodzie (np. między Chinami, USA i Japonią) oraz w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. W sumie, nawet jeśli ów poziom napięcia kształtuje się nadal sinusoidalnie, to jego wypadkowa (w linii prostej) unosi się jednoznacznie ku górze. Na tym polega wielkie niebezpieczeństwo dla świata, tym bardziej, iż nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się granica bezpieczeństwa, której nie wolno przekroczyć. W tej sytuacji, niewyobrażalne nieszczęście może zdarzyć się w każdej chwili, nawet przez przypadek, np. wygłup szaleńca, błąd człowieka, wadę sztucznej inteligencji, awarię robota czy komputera itp.
Treści merytoryczne :
W naszych czasach (i w całej historii cywilizacji ludzkiej) negatywy (i straty) rozwojowe znacznie dominują nad pozytywami (i korzyściami). Ogólny (całościowy) bilans dokonań Ziemian jest ujemny/negatywny. Jeśli coś udało się im osiągnąć (np. kolonizacja, odkrycie Ameryki, dekolonizacja, postęp naukowo-techniczny i in.) to – jakże często – w wyniku… wojen lub przygotowań do wojowania. Koszty uzyskania osiągnięć są więc nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich wartości. Teraz jednak bez porównania większa i groźniejsza jest dysproporcja i skala tego zjawiska (np. „demokratyzacja” czy „amerykanizacja” Iraku, Afganistanu, Libii, Egiptu, Syrii i in. czy nawet Ukrainy i Polski za cenę zadłużenia, morza krwi, strat i Himalajów zniszczeń). Tym bardziej, że USA i Zachodowi chodzi, przy tym, o własne interesy ekonomiczne i strategiczne, o osłonę Izraela, o ropę naftową i o gaz a nie o „demokratyzację” producentów tych surowców i innych uległych partnerów.
Uzasadnienie merytoryczne pogarszającej się – generalnie – sytuacji Ziemian i Ziemi zacznijmy od aspektów geopolitycznych. W tym zakresie, największym problemem i niebezpieczeństwem zarazem jest notoryczny brak efektywnego i optymalnego ładu międzynarodowego oraz systemu (ustroju) polityczno – społecznego w poszczególnych krajach (z nielicznymi wyjątkami, typu Chiny, Szwajcaria czy państwa skandynawskie). Można wręcz stwierdzić, iż pożądany i funkcjonalny ład międzynarodowy nie istniał nigdy w całej historii naszej cywilizacji. Ciągle walczy się o „nowy ład”, a przecież odpowiedniego starego ładu nie było! Jeśli by istniał, to nie byłoby tylu wojen i tylu nieobliczalnych i niepotrzebnych ofiar i strat, a rozwój świata dokonywałby się w normalnym trybie i dla dobra wszystkich Ziemian.
Wielcy wodzowie starożytności i średniowiecza, a później: Napoleon, Hitler, Stalin, czy Reagan usiłowali tworzyć „łady” regionalne czy światowe na miarę swej wybujałej wyobraźni i ambicji supermocarstwowych, ale żaden z nich nie przetrwał zbyt długo. Również w okresie postjałtańskim pojawił się układ sił (ład) dwubiegunowy i jednobiegunowy, ale one oba także wylądowały na śmietniku historii. Doczekaliśmy się czasów, kiedy – zamiast sensownego ładu – mamy pustkę systemową i anarchizujący nieład globalny w tej mierze. Obłudne i nieskuteczne poszukiwania ładu (np. na forum ONZ) trwają nadal, choć mało kto wie, jak ów ład ma wyglądać? Pewne nadzieje należy wiązać jednak z wielobiegunowym układem sił na świecie, pojawiającym się już na horyzoncie. Tworzą się nowe ośrodki siły i lokomotywy (pomyślniejszego?) rozwoju naszej cywilizacji: Chiny, BRICS, ASEAN, Unia Afrykańska i in. Jednak, mimo zapału i entuzjazmu promotorów, kreowanie ładu wielobiegunowego następuje powoli i napotyka na ogromne przeszkody, głównie w postaci wzrostu napięcia międzynarodowego i kryzysu globalnego oraz oporu materii ze strony starego antysystemu.
Istotnym elementem obecnego nieładu międzynarodowego są tzw. organizacje pozarządowe (NGOs = Non-Governmental Organizations). Ich liczby idą w miliony. Niestety, ilość nie poprawia jakości ich działania. Wręcz przeciwnie. Liczba NGOs funkcjonujących na arenie międzynarodowej wynosi już ponad 50.000. Zaś w skali krajowej jest ich znacznie więcej: Indie – 3,5 mln (!); USA – 1,5 mln; Rosja – 277.000 itp. Nie ma praktycznie dziedziny życia i pracy, w której nie funkcjonowałyby NGOs. Ich działalność jest jednak bardzo mało efektywna; razi w niej dublowanie i brak koordynacji poczynań. Dlatego też, w rzeczywiście nowym ładzie międzynarodowym, anachroniczny i rozdęty system NGOs wymagałby radykalnej redukcji, optymalizacji i uzdrowienia. Organizacje te powinny skutecznie pomagać społeczeństwom i ludziom w potrzebie, państwom, rządom i całemu światu w rozwiązywaniu wielkich problemów i wyzwań współczesności.
Radykalnych reform i sanacji wymaga także przestarzały system rządowych organizacji międzynarodowych, szczególnie ONZ (i tzw. United Nations Family). Powstały one w diametralnie odmiennej sytuacji, niekiedy jako bękarty zmowy jałtańskiej. I od tamtej pory się nie zmieniły. Pozostały one, w zasadzie, tylko forum dyskusyjnym i propagandowym, maszynką do głosowania i, przez długi czas, potulnym elementem w prowadzeniu polityki globalnej USA. Nie może dalej być tak, iż postjałtańscy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ dysponują nadal prawem weta i decydyją samowolnie za innych. Skład Rady nie odzwierciedla współczesnego układu sił na świecie (Indie, Japonia, Australia, Iran, RPA, Nigeria, Brazylia, Niemcy, Kanada itp.?). Wielkie koszty utrzymania ONZ i innych organizacji międzynarodowych nie przekładają się na pożądane efekty ich działalności. Np. szokuje opieszałość i impotencja ONZ w sprawach bliskowschodnich, ekologicznych, społecznych, terrorystycznych i w wielu innych. „Medice cura te ipsum” („lekarzu wylecz się sam”) – chce się powiedzieć.
Na ogólny nieład światowy nakłada się, co gorsza, brak odpowiedniego i optymalnego systemu (ustroju) w poszczególnych krajach (z ww. nielicznymi wyjątkami). W okresie pre– i postjałtańskim, następujące po sobie systemy waliły się jak domki z kart: neokapitalizm, liberalizm, faszyzm, sowietyzm i, wreszcie, amerykański skrajny neoliberalizm. Właśnie owe liberalizmy („niewidzialna ręka rynku” itd.) wywołały dwa wielkie kryzysy globalne, z których pierwszy doprowadził do II wojny światowej. Na palcach jednej ręki można by policzyć dziś te państwa (spośród ponad 200-tu istniejących), które dysponują klarownym, optymalnym i efektywnym systemem polityczno-społeczno-gospodarczym. Nie ma go nawet w USA! Tragiczny to bilans „ewolucji systemowej” naszej cywilizacji w okresie minionych 5.000 –7.000 lat! Także w tej sferze występuje obecnie dotkliwa i bardzo niebezpieczna luka systemowa, która powinna trwać jak najkrócej, ale usuwanie której wydłuża się w nieskończoność. Fachowcy pytają: co po skrajnym neoliberaliźmie? Autentyczna demokracja? Społeczna gospodarka rynkowa? Model chiński? Model szwajcarski? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to kardynalne pytanie. W każdym razie, nasza cywilizacja wkroczyła w postamerykański etap swego rozwoju; są przeto niemałe szanse na to, że będzie on lepszy od poprzednich etapów. Ale kiedy?
Wydaje się wszakże, iż – w okresie przejściowym – można by zaproponować szwajcarsko-skandynawski model demokracji, polityki zagranicznej i społecznej gospodarki rynkowej, w odniesieniu do krajów rozwiniętych i do niektórych emerging nations; zaś model chiński, z odpowiednimi modyfikacjami, w stosunku do państw rozwijających się. Ale byłyby to tylko rozwiązania tymczasowe, nie gwarantujące trwałej poprawy sytuacji w świecie i w poszczególnych krajach oraz obniżenia poziomu napięcia międzynarodowego. W tym kontekście, dość karykaturalnie prezentują się pozorowane starania niektórych ludzi i instytucji, szczególnie ONZ, ws. wprowadzenia tzw. zrównoważonego rozwoju (sustainable development). Na ogół, kończy się to gadulstwem na kosztownych konferencjach światowych (np. w Monterrey, w Johannesburg’u, w Paryżu itd.) oraz brakiem konkretnych poczynań realizacyjnych. Szkoda, bowiem sama idea zrównoważonego rozwoju (społeczno-gospodarczo-ekologicznego) jest dobra i odpowiednia celem rozwiązywania wielkich problemów naszych czasów. Ale, póki co, niemożliwa do praktycznego urzeczywistnienia – z uwagi na ww. przeszkody, brak środków i konflikty interesów, szczególnie pomiędzy supermocarstwami. Sytuacja pandemiczna jest tego wymownym świadectwem.
Spośród geostrategicznych przyczyn
systematycznego pogarszania się sytuacji Ziemian i Ziemi wymienić należy na pierwszym miejscu odwieczną skłonność natury ludzkiej do rozwiązywania istniejących problemów, sporów i konfliktów przeważnie metodami siłowymi (niepokojowymi – Hard Power). Jednak, o ile kiedyś metody te nie stanowiły aż tak wielkiego zagrożenia dla całej ludzkości i dla życia na Ziemi, to obecnie, poczynając od Hiroszimy, od Nagasaki i od… COVID -19 kryją one w sobie śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszystkich. Hard Power (siła oręża), wielkie i coraz nowocześniejsze potencjały militarne supermocarstw oraz ich konfrontacja stanowią jedno z największych zagrożeń dla życia na Ziemi. Obok wyżej wymienionych, kolejnym wielkim paradoksem naszych czasów jest fakt, iż postęp naukowo – techniczny oraz najwspanialsze wynalazki geniuszu ludzkiego i sztucznej inteligencji (komputerowo –robotowej) dokonywane są, z reguły i w pierwszym rzędzie, z myślą o ich zastosowaniach militarnych (np. bomby nulearne, satelity szpiegowskie, internet, nanotechnologie, robotyzacja pola walki, drony, wojny hybrydowe, perspektywy wojen kosmicznych i in.). W sprawach geostrategicznych przedstawiam jedynie najważniejsze nowalijki, stanowiące zarazem największe niebezpieczeństwo dla Ziemi i dla Ziemian:
ewolucja doktryn militarnych.
W okresie postjałtańskim, największe skłonności agresywne i wojownicze wykazywały niezmiennie: USA, ZSRR, Izrael oraz byłe mocarstwa kolonialne: W. Brytania i Francja. Pozostali czołowi agresorzy, szczególnie Niemcy i Japonia, byli raczej potulni po swej wielkiej klęsce w II wojnie światowej. Jestem jednak przekonany, iż nie powiedziały one jeszcze ostatniego słowa w tej mierze. Niemcy posiadają już jedną z najnowocześniejszych armii świata. Zaś Japończycy przekształcają swe „siły samoobrony” w regularną i też bardzo nowoczesną armię. Starożytna zasada: „si vis pacem, para bellum” („jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”) stosowana jest nadal w całej rozciągłości. Towarzyszy temu przyspieszona ewolucja i modernizacja doktryn militarnych (praktycznie) wszystkich państw, szczególnie supermocarstw, NATO, Wspólnoty Niepodległych Państw czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Od konferencji jałtańskiej do upadku systemu jednobiegunowego (2009 r.), względny pokój światowy był utrzymywany na zasadzie odstraszania broniami masowej zagłady, równowagi strachu oraz tzw. MAD (Mutually Assured Destruction = zapewnione wzajemnie zniszczenie). Tzn., iż, państwo zaatakowane np. bronią rakietowo-nuklearną, miałoby jeszcze dość sił, aby zadać niszczycielski cios odwetowy stronie atakującej. Były (i są) to doktryny nonsensowne, absurdalne i bardzo niebezpieczne.
Gwałtowny postęp w zakresie technologii i techniki militarnej, komputeryzacja i robotyzacja pola walki, straty poniesione w wyniku kryzysu globalnego, militaryzacja gospodarki celem odrabiania tych strat, rywalizacja o surowce, o rynki zbytu i in. sprawiają, iż siły zbrojne poszczególnych państw, szczególnie najbardziej agresywnych supermocarstw, elastycznie i pospiesznie modyfikują swe doktryny militarne – stosownie do nowych uwarunkowań. Istota tych zmian polega, przede wszystkim, na uzyskaniu możliwości zadania od razu nokautującego ciosu przeciwnikowi, na maksymalnym odsunięciu potencjalnego pola walki od własnego terytorium oraz na stosowaniu tzw. udrzeń wyprzedzających (pre-emptive strikes). W przypadku realizacji takich doktryn w praktyce, polem walki może stać się cała Ziemia.
W oparciu o nie, US Army walczy z przeciwnikami w odległym Afganistanie, a władze Stanów Zjednoczonych nadal usiłują odwracać uwagę Amerykanów od poważnych problemów wewnętrznych, narzucać Pax Americana innym, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz powracać, de facto, do nierealnej już roli supermocarstwa jednobiegunowego (trumpowska America First and Make America Great Again Policy) . Nie jest to jednak możliwe, z uwagi na osłabienie USA w wyniku dualizmu kryzysowego i na zmianę układu sił w świecie na ich niekorzyść. Inne supermocarstwa, szczególnie Chiny i Rosja, podchodzą nadspodziewanie spokojnie do awanturniczej i wojowniczej polityki USA, np. w kwestii Afganistanu, Iraku, Egiptu, Syrii i in. Jest to bowiem polityka samobójcza, w związku z czym nie należy „pomagać” Waszyngtonowi w jego dążeniu do popełnienia samobójstwa, jeśli tylko on sam tego tak bardzo pragnie! Co gorsza, wielomiliardowe i mało efektywne nakłady na wojowanie pogarszają katastrofalną sytuację budżetową w USA oraz zwiększają ich łączne zadłużenie do niebotycznych rozmiarów (skumulowane długi Stanów Zjednoczonych – państwowy, korporacyjny, konsumencki, zagraniczny i ukryty – sięgają już około 210 bln USD, czyli prawie 10-cio krotnej wartości PKB, który, w 2019 r., wyniósł 21,44 bln USD) – w kategoriach PPP;
nowy etap wyścigu zbrojeń.
Na początku XXI wieku świat wkroczył w nową – jakościowo – fazę wyścigu zbrojeń. Zdawać by się mogło, że upadek Związku Radzieckiego i systemu dwubiegunowego osłabi nieco tempo zbrojeń. Tak się jednak nie stało. Globalne nakłady na cele militarne oscylowały, w owym czasie, na poziomie 2 bln USD rocznie; dokładnie – 1,822 bln USD – w roku 2019 [5]. Same Stany Zjednoczone przeznaczały na te cele około 700 mld USD rocznie. Wyścig był stymulowany przez wojny rozpętane i prowadzone przez USA, szczególnie w Iraku, w Syrii i w Afganistanie oraz przez ogólny wzrost napięcia międzynarodowego i przez zjawiska kryzysowe. Te ostatnie zmusiły rządy do niewielkich cięć i oszczędności w budżetach wojskowych, ale i tak utrzymują się one na bardzo wysokim poziomie. De facto, zdecydowana większość krajów, także najbiedniejszych, podnosi swe nakłady na cele militarne. Za nową jakość uzbrojenia trzeba płacić znacznie więcej niż za starą ilość (duża liczebność „siły żywej”, ciężkiej broni pancernej, artylerii, samolotów, okrętów bojowych itp.); ich udział w nowoczesnych siłach zbrojnych będzie ograniczany do niezbędnego minimum. Spirala wyścigu zbrojeń kręci się z coraz większą szybkością. Prym w wyścigu modernizacyjnym w zakresie sił zbrojnych wiodą: USA, Rosja, Chiny, Japonia, Izrael i in. Poza klubem nuklearnym, już kilkadziesiąt państw świata może wejść w posiadanie tej czy innych broni masowej zagłady. Casus syryjski jest wielce wymowny w tym względzie.
Wymienione wyżej sumy mogą jednak nie wystarczyć na finansowanie przestawiania sił zbrojnych na nowe tory jakościowe, szczególnie na komputeryzację i na robotyzację pola walki. Jej dobitną ilustracją są już rakiety samosterujące (np. typu tomahawk), inne precision guided missiles oraz tzw. drony (drones = samoloty bezzałogowe). Uderzają one w wyznaczone cele z ogromną precyzją i siłą. Następuje szybko doskonalenie (i miniaturyzacja) wszelkich broni masowej zagłady, środków jej przenoszenia, przy jednoczesnym zwiększaniu mocy uderzeniowej i niszczycielskiej oraz militaryzacja przestrzeni kosmicznej. Istnieje ryzyko, iż mądre roboty i komputery oraz inne instrumenty bazujące na sztucznej inteligencji, mogą wymknąć się spod kontroli człowieka, wydawać rozkazy same sobie i wówczas totalna zagłada życia na Ziemi byłaby prawie nieunikniona. Zdaniem strategów izraelskich, siły zbrojne tego państwa potrzebują około pięciu lat na całkowite przestawienie się na nowe tory jakościowe oraz na kompleksowe unowocześnienie. Liczą oni na to, iż – w ww. okresie czasu – islamscy sąsiedzi (Syria, Egipt, Irak, Libia, Liban, Jemen, Palestyna i in.) nie będą w stanie zaatakować Izraela – z uwagi na trudności gospodarcze oraz niepokoje i perturbacje społeczno-polityczne w tych krajach. W tym sensie, owe niepokoje są bardzo na rękę państwu żydowskiemu, które podsyca ten ferment islamski;
wojny z terroryzmem.
Niestety, sprawdziły się w znacznym stopniu prognozy futurologów izraelskich (sprzed kilkudziesięciu lat) nt. zasadniczej zmiany charakteru przyszłych wojen – nie państwo z państwem, nie armia z armią, nie grupa państw z grupą państw, nie koalicja armii z koalicją armii itp.; lecz państwa (armie) z siłami terrorystycznymi i vice versa. Punktem zwrotnym na gorsze w tych przemianach i procesach był dzień 9 września 2001 r. (tzw. nine-eleven) – atak samolotami pasażerskimi na 2 wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i na inne obiekty w USA. Okoliczności tego ataku nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca. Nawet wielu obywateli amerykańskich nie kryje swych wątpliwości w tym względzie. Niemniej jednak władze USA uznały to za wygodny pretekst do intensyfikacji swej globalnej wojny z terrorystami (war on terror). Ze zwiększającą się intensywnością trwa ona już kilkanaście lat. Ale konsekwencje tej konfrontacji globalnej są, póki co, bardzo odległe od oczekiwań i zamiarów promotorów amerykańskich i zachodnich – w ogólności. Żaden kraj i żadne społeczeństwo nie jest już wolne od zagrożenia terrorystycznego. Terroryści atakują, z reguły, z zaskoczenia. Obywatele żyją w coraz większym strachu – nigdy nie wiadomo, kiedy, czym, jak i gdzie mogą oni uderzyć? Zamiast osłabienia ugrupowań i sił terrorystycznych mamy do czynienia z ich umocnieniem i z ożywieniem ich działalności nieomalże w całym świecie. Nawet zamordowanie Osamy ben Laden’a nie zneutralizowało al-Kaidy i jej poczynań. Wręcz przeciwnie!
Inny paradoks: formacje talibańskie zostały kiedyś utworzone, wyszkolone, uzbrojone i finansowane przez USA/CIA celem walki z wojskami radzieckimi w Afganistanie. Jednak, po ich wycofaniu się stamtąd, obróciły się one przeciwko swym twórcom i promotorom oraz przeciwko proamerykańskim rządom niektórych krajów, szczególnie Afganistanu i Pakistanu. Niemal codzienne już ataki, zamachy i inne akcje terrorystyczne w wykonaniu talibów i ich popleczników oraz al-Kaidy, to prawdziwa zmora dla instytucji państwowych i dla obywateli wielu krajów. USA i Zachód stosuje więc niewłaściwe i nieskuteczne „lekarstwo” w zwalczaniu tej plagi. Tym bardziej, że jest ona stymulowana przez tragiczne konsekwencje wieloletnich wojen oraz obecnego kryzysu pandemicznego i gospodarczego. Jakie wyjście mają, np., młodzi Afgańczycy pozbawieni jakichkolwiek szans rozwojowych, nękani biedą, bezrobociem, głodem, epidemiami i innymi nieszczęściami? Wstępują w szeregi talibów, którzy obiecują im lepsze życie. Należy mieć nadzieję, że niedawne porozumienie pokojowe talibów z rządem Afganistanu przyczyni się do względnego uspokojenia i unormowania sytuacji.
Zresztą, analogiczne dramaty społeczno-gospodarcze w innych krajach islamskich skłoniły milionowe rzesze niezadowolonej młodzieży do czynnego udziału w wielkim zrywie rewolucyjnym w Afryce Północnej oraz na Bliskim i na Środkowym Wschodzie. Póki co, jedną z głównych konsekwencji tego zrywu jest bezprecdensowa i bardzo groźna dla świata destabilizacja ww. regionów i nasilenie napływu uchodźców z biednego Południa do bogatej Północy. Wniosek z tego jest prosty: leczenie epidemii terrorystycznej nie powinno polegać na stosowaniu terroryzmu państwowego wobec normalnego terroryzmu (a tak czyni to Zachód), lecz na usuwaniu korzeni i przyczyn (szczególnie społeczno – ekonomicznych oraz ideologicznych) tegoż terroryzmu. W przeciwnym bowiem razie, stanie się on też śmiertelnym zagrożeniem dla całego świata oraz instrumentem nieznośnego psychicznego i fizycznego szantażowania całej ludzkości, szczególnie w przypadku, gdyby terroryści weszli w posiadanie broni masowej zagłady oraz intensyfikowali nadal swoje mordercze działania.
Długo zastanawiałem się nad możliwościami usunięcia głównych kryzysowych zagrożeń geostrategicznych (szczególnie militarnych) dla życia na Ziemi. Analiza moja obejmuje nie tylko epokę postjałtańską, lecz – praktycznie – całościową przeplatankę pokoju i wojen oraz ewolucję „miecza i tarczy” w historii naszej cywilizacji. Wnioski wynikające z tej analizy są smutne i przerażające: człowiekowi nigdy (do tej pory) nie udało się wyeliminować wojen i metod siłowych ze swego istnienia i rozwoju oraz zapewnić trwałego (wiecznego) pokoju w nim! To dyskwalifikuje człowieczeństwo – jako zbiorowość istot (rzekomo) myślących i inteligentnych. Historia uczy, iż – nawet po dłuższym okresie pokoju – z reguły dochodziło do wojen niszczących dorobek pokojowego wysiłku państw, narodów i grup społecznych. Ten diabelski mechanizm kręci się niezmiennie w dalszym ciągu. Prawdopodobieństwo kolejnej totalnej i wielkiej wojny jest coraz większe, m.in., z powodu analizowanych kryzysów i ich skutków oraz odwiecznych zaniedbań i dysproporcji rozwojowych.
Cóż więc robić w takiej sytuacji? Jedynym racjonalnym wyjściem jest powszechne zrezygnowanie raz na zawsze z siłowych metod rozwiązywania sporów i konfliktów, zaprzestanie produkcji narzędzi śmierci oraz zlikwidowanie sił zbrojnych i wszelkich formacji paramilitarnych przez wszystkich! Należy pozostawić tylko siły policyjne, niezbędne do utrzymania porządku społecznego i spokoju wewnętrznego. Produkcja, wdrażanie i stosowanie coraz nowocześniejszych narzędzi śmierci dochodzi już do absurdu. To jedna skrajność. Jej przeciwstawieniem byłoby solidarne i jednoczesne zniszczenie („na przemiał”) tych narzędzi. Dopóki będą one istniały, dopóty znajdą się okazje i chętni do ich stosowania. Tak radykalne i bezprecedensowe globalne posunięcie rozbrojeniowe oznaczałoby, w praktyce, odstąpienie ludzkości od dotychczasowej filozofii i praktyki wojny, zniszczenia i śmierci oraz zastąpienia jej przez filozofię i praktykę pokoju, budowania i życia. Innej drogi nie ma! Utopia? Być może – w obecnym stanie ducha decydentów i obywateli. Ale, jeśli ta utopia nie stanie się prawdziwie humanistyczną rzeczywistością, to życie na Ziemi okaże się koszmarem, a następnie niemożnością. Albo, albo…!
Zagrożenia geoekonomiczne:
dziś sfera gospodarczo – finansowa stanowi, bardziej niż kiedykolwiek, materialne przyczyny już istniejących i kolejnych zapaści w rozwoju i nieuchronnych niebezpieczeństw dla człowieczeństwa. Drastyczne pogarszanie się sytuacji w tej mierze jest odczuwalne przez przytłaczającą większość ludzkości. Najnowszy dualizm kryzysowy, daleki od zakończenia, unaocznił to z całą jaskrawością. Jak wykazałem powyżej, nakłada się na to marnotrawienie ogromnych środków przeznaczanych corocznie na zbrojenia i na prowadzenie wojen – zamiast na pokojowy rozwój. Mechanizm kreowania problemów ekonomicznych jest dość prosty, wręcz banalny. Ich liczba, tempo i ostrość stale wzrasta z rozmaitych powodów: przyrost naturalny, pauperyzacja społeczeństw, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, brak wody i rezerw surowcowych, niesprawiedliwy podział dochodów i dóbr, eksplozja zjawisk patologicznych (korupcja, malwersacje finansowe, neoliberalna ideologia pieniądza, protekcjonizm i in.), zażarta walka o rynki zbytu, zwiększanie się przepaści między (rosnącym) biegunem bogactwa i (także rosnącym) biegunem nędzy w świecie, brak odpowiedniego systemu rozwoju społeczno-gospodarczego i optymalnego modelu finansowego w poszczególnych krajach i na całym świecie oraz odpowiedniej koordynacji rozwoju gospodarczego w skali globalnej i wiele, wiele innych.
Rzecz w tym, iż tempo przyrostu coraz poważniejszych problemów gospodarczych w poszczególnych krajach i na świecie coraz bardziej przewyższa tempo ich rozwiązywania. Powstaje groźna dysproporcja. Skutek tego zjawiska jest ewidentny: dzień za dniem przybywa nierozwiązanych problemów, których łączna masa tworzy już coraz większą i coraz bardziej niebezpieczną ekonomiczną substancję wybuchową. Bezprecedensowa skala współczesnych zjawisk patologicznych, szczególnie niedorozwoju, głodu, chorób, bezrobocia i zadłużenia, jest tego wymowną ilustracją. W okresie postjałtańskim istniała, początkowo, nadzieja, że powojenny świat wkroczy na bardziej efektywną ścieżkę rozwoju gospodarczego i wyciągnie wnioski z I-go wielkiego kryzysu (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku) oraz z II-giej wojny światowej i z II-go kryzysu globalnego. Tak się jednak nie stało. Obydwie części dwubiegunowego świata powojennego wdały się niezwłocznie w zawziętą rywalizację, zamiast współpracy, w intensywne zbrojenia i w wojny regionalne, zamiast pokojowego współistnienia, w szerzenie wrogości i nienawiści, zamiast przyjaźni i tolerancji. Nadzieja na lepsze szybko prysła jak bańka mydlana. Ludzkość może mowić o wielkim szczęściu, że skończyło się wówczas tylko na strachu i na kolosalnych stratach ekonomiczno-finansowych z tytułu bezproduktywnych poczynań, takich jak: przegrane wojny, nowoczesne zbrojenia, gwiezdne wojny i in.
Po raz drugi w czasach postjałtańskich, historyczna nadzieja na lepsze w trudnej sytuacji geoekonomicznej pojawiła się po upadku systemu dwubiegunowego, po rozpadzie Związku Radzieckiego i po obaleniu „muru berlińskiego”. Nieefektywne ustroje, występujące do tamtej pory w niektórych tzw. krajach totalitarnych, zostały zastąpione przez (też nieefektywne) neoliberalne modele zachodnie, szczególnie przez amerykański. USA, jako supermocarstwo jednobiegunowe przez prawie 20 lat, usiłowały umocnić swą dominację w świecie i pokierować jego rozwojem na wzór i podobieństwo własne. Tak się jednak nie stało. Wielka szansa historyczna USA (zrobienia czegoś lepszego dla siebie i dla świata) została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Amerykanów zgubił ich egoizm, megalomania i pazerność. Wzorce amerykańskie nie dały się efektywnie zastosować w innych krajach, nie wyłączając Polski. Nie powiodły się także próby narzucania siłą amerykańskiej „demokracji” i wolnego rynku na świecie. Krwawe i kosztowne doświadczenia Iraku, Afganistanu, Libii, Syrii czy Egiptu są tragicznym potwierdzeniem tej oceny. Mało tego, system neoliberalny splajtował także w swej własnej ojczyźnie, w USA, doprowadzając do wybuchu kolejnego globalnego kryzysu gospodarczego (z przełomu I-szej i II-giej dekady XXI wieku) oraz obecnych wielkich perturbacji i strat w USA ( powodu pandemii i nieudolności w walce z nią). Okazało się, iż Stany Zjednoczone nie mają recepty ani na własny rozwój, ani też, tym bardziej, na pomyślną ewolucję całego gospodarstwa światowego. Straty ekonomiczno – finansowe spowodowane już przez kryzys są olbrzymie (setki bilionów dolarów?) i wręcz niemożliwe do precyzyjnego obliczenia. Pewne jest natomiast, że rosną one nadal i że odrobienie tych strat będzie już mało prawdopodobne w warunkach amerykańskiego życia na kredyt.
W taki to sposób, skrajni neoliberałowie („niewidzialna ręka rynku”!?) i neokonserwatyści amerykańscy zahamowali normalny rozwój gospodarstwa własnego i światowego; ba, cofnęli wstecz rozwój naszej cywilizacji (o 20 lat! Jak twierdzi Bill Gates), skomplikowali i zaostrzyli występujące problemy ekonomiczno-finansowe oraz sprawili, że USA stają się supermocarstwem dekadenckim, staczającym się coraz szybciej po równi pochyłej – ku śmietnikowi historii. Zdaniem Gatesa, ww. liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie (tylko 1,9 USD dziennie na utrzymanie) zwiększyła się już o 37 mln osób w okresie pandemii. W pewnym sensie jest więc zrozumiałe, iż Stany Zjednoczone są coraz bardziej nerwowe, agresywne i aroganckie oraz – gdyby nie nastąpiła zmiana układu sił ekonomiczno-strategicznych na ich niekorzyść, mogłyby one wywołać wielką zawieruchę światową. Jednakże, w tej dramatycznej sytuacji gospodarstwa światowego, pojawia się, po raz trzeci w okresie postjałtańskim, kolejna historyczna nadzieja na lepsze.
Jej materialnym wyrazem jest możliwość zastąpienia skompromitowanej dominacji i hegemonizmu amerykańskiego przez system wielobiegunowy na świecie (multilateralizm) oraz przez autentycznie nowy ład ekonomiczno-finansowy (i społeczno-polityczny). Ład bazujący (póki co, teoretycznie) na rehumanizacji stosunków międzynarodowych, na harmonijnym i zrównoważonym rozwoju, na pokojowej i równoprawnej współpracy wszystkich ze wszystkimi oraz na zasadach sprawiedliwości i poszanowania wzajemnego. Lokomotywą stymulującą nowy ład są Chiny oraz ich sojusznicy, szczególnie państwa BRICS i SOW. Porządkowanie współczesnych stajni Augiasza należy rozpocząć, naturalnie, od ich fundamentów materialnych, czyli od gospodarstwa światowego.
Dramaturgia społeczno-demograficzna:
przedstawiona powyżej coraz trudniejsza sytuacja geopolityczna, geostrategiczna i geoekonomiczna nie pozostaje, naturalnie, bez negatywnego wpływu na ewolucję geospołeczną oraz na tendencje demograficzne w świecie. Oczywiście, nie ma skutecznych i bezbolesnych możliwości uniwersalnych kontrolowania i optymalizacji rozwoju społecznego i przyrostu demograficznego (może z wyjątkiem Chin). Jednakże, inne kraje i cały świat nie zdobył się jeszcze na unormowanie sytuacji oraz na uniknięcie obecnego chaosu i żywiołowości w tej dziedzinie. Gdyby ten stan rzeczy miał utrzymywać się nadal, to naszej cywilizacji groziłaby niewyobrażalna katastrofa ogólnoludzka – z powodu znacznego przyrostu ludności w warunkach skażenia środowiska naturalnego, klęsk żywiołowych oraz: niedostatku żywności, wody pitnej, opału, dachu nad głową, zasobów surowcowych czy lekarstw. Poczynania ONZ, FAO, ŚOZ i in. są niedostateczne w tej mierze. Np. the UN Population Division zajmuje się, głównie, publikowaniem danych statystycznych i prognoz demograficznych, których i tak potem nikt nie bierze poważnie pod uwagę i nie wykorzystuje w praktyce. Tak więc, sławetna „bomba ludnościowa” („population bomb”) tyka już coraz głośniej i natarczywiej. Rzecznicy teorii spiskowych i neoliberalnego NWO wykorzystują pandemię dla celów drastycznej redukcji liczebności ludności świata.
Najpierw o jej najważniejszych aspektach ilościowych (na podstawie danych ONZ-owskich): w październiku 2011 r. liczba ludności świata przekroczyła 7 mld. Obecnie wynosi ona 7,89 mld (2,5 mld – w roku 1950). Globalny przyrost naturalny jest relatywnie niewielki – 1,1 proc. , czyli o połowę mniejszy niż w rekordowym roku 1963 (2,2 proc.). Na średnią kobietę (w wieku rozrodczym) przypada 2,52 dziecka; przy czym wszelkie rekordy w tej mierze bije Afryka Subsaharyjska, szczególnie Niger (7,6 dziecka; dla porównania – w USA: 1,9 dziecka na kobietę, średnio). Globalnie, stosunek kobiet do mężczyzn wynosi jak: 1 do 1,01. Średnia długość życia Ziemian osiągnęła obecnie 68 lat (69 lat – kobiety i 65 lat – mężczyźni). Najwięcej ludzi zamieszkuje w Azji – 4,3 mld (ponad 60 proc. ogółu); II-gie miejsce zajmuje Afryka – ponad 1 mld (15 proc.; przy czym liczba ludności tego kontynentu ulegnie podwojeniu – 2,5 mld – do roku 2050); III-cie miejsce: Europa – 740 mln (11 proc. ) i IV-te miejsce: Ameryka Północna – 353 mln (5 proc.). Najwięcej obywateli mają obecnie Chiny (ponad 1,4 mld, wśród których dominująca grupa etnicza Han jest jednocześnie najliczniejszą na świecie) oraz Indie (1,3 mld). Do roku 2050 ta kolejność może ulec odwróceniu: Indie 1,7 mld; Chiny – 1,5 mld.
Analiza jakościowa:
suche dane statystyczne nie odzwierciedlają powagi sytuacji związanej z „bombą ludnościową”. Dla uzyskania pełni obrazu, trzeba na nią spojrzeć także z uwzględnieniem kryteriów jakościowych właśnie. Jest to jednak zadanie niezwykle trudne, bowiem istnieją diametralnie odmienne prognozy demograficzne dla świata na okres do 2050 roku. Przeważa opinia, iż – w tym terminie – liczba ludności naszej planety przekroczy 11 mld. Traktowana jest ona jako maksymalny „pułap wytrzymałości” Ziemi w zakresie zapewnienia choć minimalnych warunków utrzymania przetrwania (survival) dla zdecydowanej większości Ziemian. Reprezentantem drugiej skrajności w prognozach jest neomathusiański uczony, prof. Richard Duncan, który przewiduje, iż – do roku 2050 – liczba ludności świata spadnie do 2 mld (!) – z braku pożywienia, lekarstw i innych środków do życia oraz z powodu pandemii i globalnej katastrofy gospodarczej. Zmniejszanie liczebności obywateli Polski dokonuje się już w coraz szybszym tempie.
Tak czy inaczej, utrzymanie stopy przyrostu demograficznego i liczby ludności świata na optymalnym poziomie jest wielkim problemem makro naszej cywilizacji. Nie ma odpowiedniej recepty na rozwiązanie tego problemu. Pojawiają się nierzadko propozycje absurdalne i drastyczne, niekiedy neomalthusiańskie: poprzez wojny, terroryzm, zjawiska patoligiczne, głód, epidemie (AIDS, Ebola, ptasia grypa, pandemia COVID – 19 i in.) można by doprowadzić nie tylko do optymalizacji lecz, wręcz, do znacznego zmniejszenia dość szybko rosnącej liczby ludności świata. Dla przypomnienia: uczony brytyjski, Thomas Malthus, przewidywał (już w roku 1798) spadek tej liczby w XIX wieku i później – z powodu braku żywności. Prognoza ta nie sprawdziła się jednak – bowiem „zielona rewolucja” w świecie, w latach 1950 – 1985, doprowadziła do wzrostu globalnej produkcji artykułów rolno-spożywczych o 250 proc.. Ale dziś to za mało. Decydenci cierpią jednak nadal na „kompleks Malthus’a”, czego dowodem jest ich dążenie do maksymalizacji produkcji rolnej za wszelką cenę (chemizacja, klonowanie, rośliny i zwierzęta hodowlane „genetycznie modyfikowane” itp.). Jest to jednak broń obosieczna mogąca doprowadzić do wynaturzenia, do demoralizacji i do degeneracji rodzaju ludzkiego.
Bardzo wiele do życzenia pozostawia jakość życia (quality of life, living standards) przeważającej większości wielomiliardowych mas ludzkich na Ziemi. To nie jest normalne życie, to nędzna wegetacja. 60 proc. spośród nich zamieszkuje w krajach najbiedniejszych – zacofanych w rozwoju lub rozwijających się. ONZ prognozuje, że wskaźnik ten wzrośnie do 80 proc. – w roku 2050 i do 85 proc. – w roku 2100. Marny ich los. Nawet w USA ponad 50 mln obywateli żyje w biedzie, poniżej minimum socjalnego (poverty level), które tam wynosi około 22.000 USD rocznie. Jednocześnie, w reszcie świata liczba ludzi dysponujących zaledwie 1 – 2 USD dziennie na swe utrzymanie przekroczyła już 2 mld osób (skrajne ubóstwo). Jeszcze więcej Ziemian nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Np. tylko w Pakistanie, na prawie 200 mln mieszkańców, aż 60 mln pozbawionych jest czystej wody do picia. Inna plaga: to bezrobocie – w czasie kryzysu i pandemii wzrosło ono do prawie 500 mln osób. Liczbę tę należy pomnożyć przez 4 (członkowie rodzin bezrobotnych) celem uzyskania rzeczywistego obrazu tragicznej sytuacji w tej mierze. Kryzys, szczególnie bezrobocie i zadłużenie, przyczynia się też do wzrostu ilości zabójstw i samobójstw. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, liczba samobójstw wśród mężczyzn w UE i w USA wzrosła o ponad 10 proc. od początku kryzysu.
Kolejny problem: starzenie się społeczeństw dotykające, szczególnie, obszarów zasobnych, np. Europa, ale również rozwijających się Chin. Już obecnie liczba mieszkańców Ziemi w wieku powyżej 60 lat wynosi ponad 850 mln osób. Ma ona wzrosnąć do 2 mld – w roku 2050 i do 3 mld – w roku 2100. W Chinach liczba osób powyżej 60 lat oscyluje obecnie wokół 15 proc. , (osiągąjąc 25 proc. w wielkich miastach, np. w Szanghaju). Łącznie – jest to prawie 200 mln ludzi, spośród których około 25 mln żyje w biedzie). Do roku 2050 ww. wskaźnik osiągnie 34 proc. – w odniesieniu do całych Chin. Ubóstwo ma zostać zlikwidowane w br. Szybkie starzenie się społeczeństwa stanowi już poważny problem polityczny, społeczny i ekonomiczny dla tamtejszych władz. Jest to także problem globalny – z uwagi na fakt, iż ludność Chin stanowi około 20 proc. całej ludzkości. Właśnie starzy i najstarsi obywatele Ziemi oraz dzieci cierpią najbardziej wskutek zaostrzających się trudności, niebezpieczeństw, niedomagań, niesprawiedliwości, patologii i plag trapiących dziś całą naszą cywilizację.
Doszła ona to takiego etapu w swoim rozwoju, na którym dokonuje się bezprecedensowa dehumanizacja w stosunkach społecznych, gospodarczych, politycznych i międzynarodowych – na wszystkich szczeblach drabiny hierarchicznej: od poszczególnych jednostek do całej ludzkości. Cena życia ludzkiego i dobra człowieka jest coraz niższa. W naszych czasach jest to, przede wszystkim, skutkiem neoliberalnej ideologii pieniądza, pogoni kapitału i bogatych za zyskiem, a wszystkich ludzi – za pieniądzem. Ideologia i praktyka tego rodzaju, w której człowiek traktowany jest jak towar czy śmieć lub jeszcze gorzej, pozostaje w jaskrawej sprzeczności z istotą człowieczeństwa, z godnością rodzaju ludzkiego i ze szczytnymi ideałami humanizmu. Gdyby miało to trwać dalej, wówczas coraz większe masy ludzkie skazane byłyby na poniżenie, na nędzną wegetację i na zagładę. Z powyższej analizy wynika, iż w skali geospołecznej i w ramach poszczególnych krajów, palącym zadaniem jest rehumanizacja życia i pracy, czego warunkiem jest odstąpienie od ideologii pieniądza i od praktyki z nią związanej oraz postawienie troski o dobro człowieka na I-szym miejscu. Pewne nadzieje w tej mierze należy wiązać z obecnymi zmianami w układzie sił globalnych, z przekształceniami systemowymi oraz z budową nowego (wielobiegunowego) ładu politycznego, ekonomicznego i społecznego na świecie. Pytanie tylko, czy nie jest już zbyt późno, żeby nie dopuścić do globalnej katastrofy społecznej i demograficznej na Ziemi?
Perturbacje geoekologiczne:
wokół widma katastrofy ekologicznej, zmian klimatycznych, ich przyczyn i konsekwencji, toczą się od dawna zażarte spory, szczególnie między ekologami a przemysłowcami, między rządzącymi a rządzonymi oraz między państwami rozwiniętymi a rozwijającymi się i in. Osią sporów jest, m.in., brak jasności, jeśli chodzi o dowody: czy główne przyczyny tych zmian wynikają ze zjawisk i z procesów naturalnych? Czy też są one konsekwencją irracjonalnych i samobójczych poczynań ludzkich, zwłaszcza w produkcji przemysłowej i rolnej, w rabunkowej gospodarce surowcowej i w postępującej destrukcji środowiska naturalnego na Ziemi? Nie ma racjonalnej – naukowej i praktycznej – możliwości jednoznacznego rozstrzygnięcia tego sporu. Fachowcy i zwykli obywatele oscylują w swych rozważaniach od jednej skrajności do drugiej. Jedni twierdzą, iż nadchodzi wielkie ocieplenie atmosfery i powierzchni ziemskiej. Np. uczeni ze znakomitego ośrodka badań klimatycznych Uniwersytetu w Cambridge prognozują, iż – wskutek ocieplenia i przyspieszonego topnienia lodów – poziom wód oceanicznych podniesie się o 7 m (!) już w niedługium czasie. Inni zaś głoszą, że wkraczamy w kolejną epokę lodowcową! Np. geofizyk prof. Victor Manuel Velasco Herrera (Universidad de Mexico) jest zdania, że – za 5 lat – Ziemia wejdzie w małą epokę lodowcową, która może potrwać około 60 – 80 lat. Związane byłoby to z osłabieniem aktywności Słońca.
Znamienne jest jednak, iż zdecydowana większość uczonych – ekologów, klimatologów, geofizyków i innych – podziela pogląd, iż klimat ulega przyspieszonym i nieodwracalnym (w znacznym stopniu) zmianom na gorsze będącym, w przeważającej mierze, wynikiem działalności ludzkiej. Nawet jeśli by przyjąć, że natura i człowiek ponoszą w analogicznym zakresie (np. 50 proc. : 50 proc. ) odpowiedzialność za zniszczenia ekologiczne (ecological disasters) i za zmiany klimatyczne (climate change), to i tak skala głupoty i krótkowzroczności ludzkiej jest przeogromna. Rzecz oczywista, człowiek nie ma wpływu na zjawiska naturalne: promieniowanie słoneczne i kosmiczne, uderzenia asteroidów, wibracje pola magnetycznego, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, tsunami i in. Ale jednocześnie ten sam człowiek ponosi wielką odpowiedzialność za ustawiczne niszczenie swego środowiska naturalnego, co wywiera bardzo negatywny wpływ na warunki życia i rozwoju rodzaju ludzkiego oraz wszystkich gatunków fauny i flory na Ziemi.
Lista grzechów, niedociągnięć i błędów ludzkich w tej mierze jest bardzo długa, szczególnie w okresie od I rewolucji przemysłowej. Wymieńmy przykładowo tylko niektóre z nich: rabunkowa eksploatacja zasobów naturalnych, niekontrolowany przyrost demograficzny, za którym nie nadąża produkcja towarów i usług, żywiołowy rozwój gospodarczy, szczególnie industrializacja, emisja gazów przemysłowych, zwłaszcza dwutlenku węgla, dwutlenku siarki, metanu i aerozoli do atmosfery, wybuchy i katastrofy nuklearne (cywilne i wojskowe), nadmierna urbanizacja, zanieczyszczanie gleby, wody i powietrza, pożary lasów, wzrost natężenia hałasu (tzw. noise pollution) oraz zaśmiecanie wokółziemskiej przestrzeni kosmicznej, wycinka lasów tropikalnych, szczególnie amazońskich, środkowo-afrykańskich i indonezyjskich, tzw. zielonych płuc Ziemi i wiele innych.
W czasach nowożytnych i współczesnych połączone (obiektywne) czynniki pozaziemskie i (subiektywne) działania człowiecze spowodowały już bezprecedensowe i bardzo groźne pogorszenie sytuacji geoekologicznej (oraz w skali poszczególnych krajów). Wywiera ona coraz bardziej negatywny wpływ na wszystkie istoty żywe na Ziemi, grożąc ich metamorfozą, degeneracją, obumieraniem i zagładą. Dotychczasowe konsekwencje i niebezpieczeństwa ekodestrukcji dostrzegalne są nie tylko przez uczonych, ale i przez większość zwykłych obywateli. I znów, wymieńmy tylko najważniejsze konsekwencje negatywne: wzrost emisji gazów przemysłowych; niszczenie warstwy ozonowej; efekt cieplarniany, ewidentne podnoszenie się temperatury powietrza i wód oceanicznych; zmiany klimatyczne (także w zakresie pór roku) i nasilanie się ekstremalnych zjawisk pogodowych (powodzie, susze, tajfuny i in.); zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych; obumieranie raf koralowych; topnienie lodów, szczególnie pokryw lodowych Arktyki i Antarktyki; podnoszenie się poziomu wód oceanicznych; rozmrażanie wiecznej zmarzliny, co powoduje „ucieczkę” metanu do atmosfery, potęgującą efekt cieplarniany; pustynnienie i stepowienie (jest prognoza, iż lasy amazońskie staną się sawanną relatywnie niedługo); coraz bardziej dotkliwy brak czystej wody; przesuwanie się granicy chorób i szkodników tropikalnych (np. szarańczy) coraz bardziej na północ; ryzyka egzystencjalne związane z inżynierią genetyczną, z klonowaniem oraz z innymi eksperymentami biotechnologicznymi i nanotechnologicznymi; efekty użycia broni masowej zagłady (teorie spiskowe uważają pandemię za przykład zastosowania broni bakteriologicznej, zwanej też „bombą atomową dla ubogich) oraz awarie w elektrowniach nuklearnych; bieda (także o podłożu ekologicznym), szczególnie, w krajach zacofanych i rozwijających się, co już powoduje coraz większe fale migracji, np. między Ameryką Południową a Północną, Afryką a Europą oraz na Dalekim Wschodzie i w strefie Pacyfiku (mieszkańcy zatapianych państw wyspiarskich (np. Kiribati, Vanuatu, Tonga i in.) emigrują na tereny wyżej położone – Australia, Nowa Zelandia itp.) oraz wiele innych dramatycznych konsekwencji praktycznych.
Słowem, poważnych zagrożeń geoekologicznych jest coraz więcej. Decydenci orientują się nieźle w tej materii – ale niezbędne przeciwdziałania i poczynania profilaktyczne na gruncie krajowym i międzynarodowym są ciągle niedostateczne. Im bardziej owe dysproporcje się pogłębiają, tym bardziej perspektywa globalnej katastrofy ekologicznej staje się realna i wręcz nieunikniona. Materia ekologiczna jest tego rodzaju, iż owych problemów nie uda się rozwiązać w pojedynkę. Niezbędny jest radykalny i skoordynowany wysiłek wszystkich ludzi, wszystkich państw i rządów oraz wszystkich organizacji międzynarodowych. Inaczej czeka nas marny los. Przykładów impotencji i złej woli w zakresie ochrony środowiska jest multum: ciągłe jego zanieczyszczanie (pollution), bezproduktywne konferencje ekologiczne, nieefektywna realizacja umów międzynarodowych, w szczególności, tzw. Protokołu z Kyoto (z dnia 12.12.1997 r.). Został on przedłużony (w roku 2012) na okres do roku 2020. Dotyczy ograniczenia emisji gazów przemysłowych w państwach rozwiniętych. Ale który rząd (łącznie z polskim) zdobędzie się na radykalne ograniczenie produkcji przemysłowej, żeby zmniejszyć emisję gazów? Rzadko który – czyli prawie żaden. Skutki są przerażające, np. w odniesieniu do wydzielania dwutlenku węgla do atmosfery: globalnie (łącznie) – 43,1 mld ton (w tym emisje przemysłowe – 36,8 mld ton, w roku 2019 (!). Niechlubna pierwsza „10-tka” państw uprzemysłowionych emituje razem około 70 proc. z tej ilości; a mianowicie: 1. Chiny – 10,6 mld ton; 2. USA – 5,4 mld; 3. UE – 5,2 mld; 4. Indie – 2,6 mld; 5. Rosja – 1,7 mld; 6 – Japonia – 1,2 mld; 7. Niemcy – 0,75 mld; 8 Iran – 0,72 mld, 9. Korea Płd. – 0,65 mld i 10. Kanada – 0,56 mln ton CO2; (dane przybliżone na podstawie statystyk ONZ-owskich).
Globalne koszty i straty powodowane przez niszczenie środowiska naturalnego są olbrzymie, coraz większe i nieobliczalne. Jeszcze jako tako można je skalkulować w odniesieniu do poszczególnych epizodów – powódź, susza, pożar i in. W takiej sytuacji, bujnej wyobraźni Szanownych Czytelników polecam jedynie niektóre główne elementy składowe owych kosztów i strat w poszczególnych rodzajach „pollutions” – proszę liczyć samemu: a. zanieczyszczanie powietrza pociąga za sobą – nakłady na leczenie chorób z tym związanych i na oczyszczanie powietrza; b. skażenie wód – nakłady na leczenie, na oczyszczanie wody i na regenerację zniszczonych ekosystemów; c. zanieczyszczenie gleby – straty w produkcji rolnej, koszty zmian i przenoszenia tej produkcji gdzie indziej, podatność zdegradowanych obszarów na klęski żywiołowe (i nowe straty); d. zwiększenie natężenia hałasu – koszty leczenia, nakłady na ochronę przed hałasem, na odszkodowania (np. za huk startujących samolotów, ruchu kołowego itp.); e. wycinka i pożary lasów – koszty ich regeneracji i profilaktyki antydeforestacyjnej oraz wielkie straty globalne z powodu deforestacji; f. degradacja wybrzeża i wód przybrzeżnych – nakłady na ratowanie ekosystemów i na ochronę pasa przybrzeżnego (osiedla ludzkie, zakłady pracy, plaże, wydmy itp.).
Krótka konkluzja:
w takim to bardzo trudnym i przerażającym kontekście globalnym przebiega i nasila sławetny współczesny dualizm kryzysowy. Sprzężenie zwrotne: dualizm komplikuje jeszcze bardziej sytuację globalną, a ona zaostrza dualizm kryzysowy. Historia cywilizacji nie zna zjawiska w takim zestawieniu i o tak ogromnej (globalnej) skali. Pogorszy to znacznie dotychczasową sytuację, której ewentualne uzdrowienie trwać będzie latami. W sumie, nie może być jeszcze mowy o praktycznej realizacji szczytnych ideałów zrównoważonego rozwoju świata (sustainable development), kojarzącego proporcjonalnie i harmonijnie czynniki ekonomiczne, społeczne i ekologiczne. Na dziś, żaden z tych czynników nie spełnia elementarnych acz rygorystycznych wymagań zrównoważonego rozwoju. Poza wszystkim, jak widać to jaskrawo chociażby przez pryzmat sytuacji geoekologicznej, większość działań „wspólnoty międzynarodowej” i poszczególnych krajów jest spóźniona o dwie epoki (industrialną i postindustrialną). Obrazowo mówiąc, Ziemia – jako wspólny dom człowieczy i wszystkich istot żywych fauny i flory – jest w ogniu, straż pożarna jedzie ślamazarnie do pożaru, ale nie ma pewności, czy zdoła dom uratować? Tymczasem jednak są wielkie ofiary ludzkie i straty materialne. A mądrość homo sapiens powinna polegać na tym, żeby (profilaktycznie) nie dopuścić do pożaru. Jest w niniejszym opracowaniu niemało rozważań dotyczących niezbędnych i pilnych rozwiązań oraz oznak nadziei, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Jednak – żeby tak się stało – ludzkość musi niezwłocznie odstąpić od fatalnych teorii i praktyk z całej niedobrej przeszłości, wyciągnąć z niej stosowne wnioski oraz wypracować i wdrożyć optymalną (innowacyjną) formułę lepszej przyszłości.

Kapsułki pamięci

Jak wycięli mi … Andrzejewskiego
Żyjemy w czasach, w których życie polityczne transmitowane jest na okrągło, dzień i noc, przez telewizje informacyjne i nawet ci, którzy intensywnie interesują się polityką, zawodowo czy amatorsko, mogą nie raz jeden doznać przesytu. W czasach, gdy byłem licealistą (1972-1977) polityka była dla mnie, w spokojnym Lublinie, czymś odległym, nawet abstrakcyjnym, a centrum władzy PRL, monumentalny gmach Komitetu Centralnego PZPR widywałem jedynie z zewnątrz, podczas rzadkich wycieczek do stolicy. Nie znaczy to, że w ogóle się polityką nie interesowałem.
Zacząłem wtedy zaglądać do gazet i z lubością słuchałem Radia Wolna Europa, motywowany byłem jednak nie tyle nastrojem kontestacyjnym, lecz dlatego, że podobał mi się sensacyjny, ekscytujący styl, w jakim nadawano stamtąd informacje i komentarze. W okresie matur, czyli w maju 1977 moja klasowa polonistka, pani profesor Madzia, zabrała mnie i jeszcze dwoje innych maturzystów, do Radia Lublin przy ulicy Obrońców Pokoju. Mieliśmy uczestniczyć w audycji na temat matur.
Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w studiu radiowym, do tego przed mikrofonem i przed redaktorem prowadzącym audycję. Nie pamiętam pytań zadawanych przez dziennikarza ani przebiegu rozmowy, pamiętam jednak, że jedno z nich dotyczyło tematów maturalnych z języka polskiego, a pośrednio szkolnych lektur. I na ten właśnie temat coś tam powiedziałem, nie pamiętam co, ale pamiętam za to, że wymieniłem, w jakimś kontekście, prawdopodobnie w nawiązaniu do lektury szkolnej, jaką był wtedy „Popiół i diament”, nazwisko Jerzego Andrzejewskiego.
A był to początek działania założonego niespełna rok wcześniej opozycyjnego Komitetu Obrony Robotników, którego powołanie pisarz firmował swoim nazwiskiem, czołowym wtedy w przestrzeni literatury polskiej. I kiedy wychodziliśmy ze studia, redaktor, który z nami rozmawiał, podziękował nam za przyjście i z porozumiewawczym uśmiechem powiedział do mnie, że „tego Andrzejewskiego to trzeba będzie wyciąć”. Przyznam, że ta trwająca kilka chwil koincydencja mojej skromnej osoby z nazwiskiem wybitnego pisarza i to akurat wtedy, wydała mi się zabawnym, choć drobnym kaprysem przypadku.
Kilka tygodni później trafiłem na kilka dni do Krakowa, w roli towarzysza podróży kolegi, który przyjechał tu na egzaminy, na wydział aktorski tutejszej szkoły teatralnej. Był początek czerwca i żywa była w tym mieście sprawa śmierci studenta Stanisława Pyjasa, o którą obwiniano SB. Jednak ani mnie ani kolegi ten temat nie zajmował, bo skoncentrowani byliśmy na zwiedzaniu miasta oraz obfitym piciu czerwonego, węgierskiego wina.
Kiedy jednak pewnego dnia siedzieliśmy przy stoliku na Rynku Głównym, przysiadła się do nas nieznajoma młoda kobieta i nagle, ni stąd, ni zowąd zaczęła do nas mówić …. o sprawie Pyjasa. No ładnie… Najpierw ten Andrzejewski, teraz znów Pyjas… Czyżby to koronawirus polityki przymierzał się do mnie, czyniąc pierwsze do mnie podejścia w tych zamierzchłych czasach?

Moje spotkania z ludźmi PRL
Dzieciństwo i część młodości spędziłem w środowiskach rodzinnych i towarzyskich, w których panowała aura raczej niechętna PRL. Nie powiem, że jakaś szczególnie nienawistna, ale na pewno niechętna.
Emocjonalnie ta niechęć mi się nie udzieliła, ale przez lata byłem w kręgu oddziaływania tych nastrojów. I gdyby mi ktoś kiedyś, wiele lat później, powiedział, że w przyszłości zbliżę się ideowo i polubię ludzi ze środowisk dawnej, PRL-owskiej władzy, uznałbym to za nieprawdopodobne.
A jednak tak się stało. Los popchnął mnie w stronę lewicy i to paradoksalnie już po demontażu PRL, po 1989 roku. Także w stronę ludzi starej lewicy PZPR-owskiej, których szczerze polubiłem. Jako dziennikarz „Trybuny” i „Dziś” poznałem i przeprowadziłem dziennikarskie wywiady z wybitnymi, historycznymi postaciami tej formacji, z generałem Wojciechem Jaruzelskim, Kazimierzem Barcikowskim, Arturem Starewiczem, Andrzejem Werblanem, Mieczysławem F. Rakowskim, Jerzym Urbanem, Józefem Tejchmą, Władysławem Matwinem i innymi.
Rozmawiałem też blisko godzinę ze Stanisławem Kociołkiem i nawet proponowałem mu wywiad-rzekę, ale nigdy się na to nie zgodził. Z Mieczysławem Wojtczakiem, w latach siedemdziesiątych pierwszym wiceministrem kultury i szefem kinematografii serdecznie się zaprzyjaźniłem, a naszą przyjaźń pielęgnujemy.
Wspomnę o nich w którejś z kolejnych kapsułek pamięci. Zetknąłem się też z dwiema prominentnymi postaciami PRL-owskiego świata propagandy kulturalnej, Witoldem Fillerem i Grzegorzem Lasotą i o nich wspomnę tym razem. Obaj weszli do prawicowej publicystyki i historiografii PRL z „gębą” – jakże by inaczej – postaci negatywnych, jako ludzie aparatu, przebrzydli komuniści, „czarne charaktery”, ale ja akurat się z nimi zaprzyjaźniłem i zachowuję ich do dziś w serdecznej pamięci, choć odeszli już lata temu.
Pan Witold, który miał opinię „aparatczyka” na niwie kultury, był człowiekiem bardzo inteligentnym, błyskotliwym, utalentowanym, z zauważalną odrobiną cynizmu. Jeszcze z dzieciństwa zapamiętałem go jako autora bardzo lubianego przeze mnie „Wielokropka”, satyrycznego programu telewizyjnego emitowanego w latach 60-tych, z udziałem aktorów Jana Kobuszewskiego i Jana Kociniaka, w którym sam występował w roli narratora przekazującego „słowo wiążące”.
W 1968 roku wystąpił w telewizji, jako publicysta, w audycji dotyczącej zdjęcia z afisza Teatru Narodowego dejmkowskich „Dziadów”, co posłużyło do oskarżenia go, że należał do inspiratorów i adwokatów tej decyzji. Był też autorem m.in. kilku książeczek krytycznie ukazujących działalność Radia Wolna Europa, paryskiej „Kultury” oraz emigracji politycznej na Zachodzie. Żyjąc w młodości w kręgu oddziaływania postaw niechętnych PRL, w najśmielszych snach nie mógłbym wyśnić, że nie tylko poznam kiedyś Fillera osobiście, ale nawet wejdę z nim w miłą zażyłość, będę pisał do jego pisma, a w końcu „załatwię” mu stały felieton w „Trybunie”.
Kiedy Filler dość niespodziewanie zmarł (2009), jego była żona nie do żadnego z jego ekspartyjnych towarzyszy z PRL zwróciła się o wypowiedzenie tzw. słowa nad trumną, lecz do mnie właśnie, który z PRL nie miałem filiacji rodzinnych, organizacyjnych, politycznych czy personalnych, poza tym że się w PRL urodziłem, żyłem, spędziłem młodość i chodziłem do szkół.
Wygłosiłem owo słowo w domu przedpogrzebowym na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach do dość sporego grona osób, z których część od dziesięcioleci znałem z ekranów filmowych, telewizyjnych i fotografii prasowych, m.in. do Bogdana Łazuki, Jana Pietrzaka czy aktorki Elżbiety Zającówny, którzy byli z panem Witoldem zaprzyjaźnieni. Fakt, że to ja, człowiek młodszy o pokolenie i wychowany w innym świecie, a nie żaden ze starych towarzyszy Fillera zostałem poproszony o wygłoszenie tego słowa pożegnalnego nad trumną pana Witolda, było dla mnie nie tylko zaszczytem, ale przede wszystkim zdarzeniem nader paradoksalnym z – by tak rzec – historyczno-politycznego punktu widzenia.
Druga z poznanych przeze mnie postaci to Grzegorz Lasota, krytyk literacki i artystyczny, jeden ze słynnego grona tzw. „pryszczatych”, młodych stalinowskich radykalnych aktywistów w kulturze, autor głośnego wtedy „Kierunku natarcia”, szturmowego dzieła stalinowskiej krytyki literackiej, a w latach 60-tych autor i prowadzący słynny, skądinąd znakomity telewizyjny magazyn kulturalny „Pegaz”. Poznałem go, zaprzyjaźniliśmy się i szereg razy odwiedziłem go w jego niewielkim, a pełnym rozmaitych bibelotów mieszkaniem przy schodkowej ulicy Bugaj, na Starym Mieście.
Pan Grzegorz również był człowiekiem błyskotliwie inteligentnym, z silnym rysem złośliwości, o ogromnej wiedzy, choć nieco oschłym i mrukliwym w porównaniu z elokwentnym Fillerem. Po tym jak zauważył moją pasję do historii kultury, w tym kultury czasów PRL, a i nie najgorsze w końcu oczytanie zakresie, często do mnie dzwonił i konfrontował ze mną różne fakty i personalia. Mówił też, że czasem „wpuszczam mu do mózgu robaka, który go nurtuje dniami i nocami”.
Miał na myśli przytaczane przeze mnie fakty czy personalia oraz pytania, jakie mu zadawałem. Zmarł w 2014 roku, gdy byłem na wakacjach w Rzymie, więc nie byłem na jego pogrzebie, ale jakiś czas później skontaktowała się ze mną znana mi już wcześniej wdowa po nim, bardzo sympatyczna, ciemnoskóra Wenezuelka imieniem Carmen, która w młodości zagrała m. in. epizod w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha J. Hasa i pojawiła się w muzycznym filmie „Kulig” a także filmie Jerzego S. Stawińskiego „Pingwin”.
Carmen, z którą się szczerze polubiliśmy, zaprosiła mnie na likwidację mieszkania pana Grzegorza połączoną z rozdawaniem sąsiadom przedmiotów po zmarłym. Miałem obiekcje czy wypada mi brać w tym udział, ale Carmen bardzo rzeczowo przekonała mnie, że nie ma w tym nic niestosownego.
I tak dostałem, jako pamiątkę po panu Grzegorzu, ładny metalowy świecznik-nabijak, wykonany w stylu charakterystycznym dla metaloplastyki lat 60-tych oraz piękny wąskoszyjkowy flakon z zielonego, artystycznego szkła.

Żywi i umarli

Takie dzieła trzeba wznawiać, bo to wielka humanistyka. I wydawnictwo Sic! wznowiło, po 17 latach, kapitalny esej Marii Janion „Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi” Ogłaszając w 1990 roku koniec paradygmatu romantycznego w polskiej kulturze (nie jestem jednak pewien czy wielka uczona i myślicielka się nie pomyliła jednak) ogłosiła jednocześnie, że do Europy, do której będziemy zmierzać, powinniśmy iść „razem z naszymi umarłymi”. W tym konkretnym przypadku chodziło jej o polskich Żydów zamordowanych na naszej ziemi. Stąd rozdziały o „Legionie żydowskim” Mickiewicza, o starozakonnych Polakach Juliana Ursyna, o sporze o antysemityzm i inne tematy żydowskie, okołożydowskie i polsko-żydowskie.

„Do Europy…” nie ma tego transgresyjnego, namiętnego, niemal narkotycznego żaru romantycznego co „Gorączka romantyczna”, „Romantyzm i historia”, czy „Wobec zła”, ale też wpisuje się – jak chyba wszystko w myśleniu i przeżywaniu Marii Janion. „Według tradycji romantycznej, szczególnie mi bliskiej, warstwy pokoleń oznaczają jeszcze coś innego: ideę łączności żywych z umarłymi”.(…) „Istota polskości odczytana przez poezję polską, to w tej perspektywie „przykucie przez ofiary niewinne”. (…) „Romantyzm w Polsce jest pewnym gestem, rytuałem, formą pamięci (…)” Mickiewicz „uważał, że misterium Dziadów nie może być nigdy przerwane”.
W tym kontekście przez pryzmat romantyzmu (pisał już o tym m.in. Leszek Kolankiewicz we wnikliwym eseju niedługo po 10 kwietnia 2010) należy interpretować „religię smoleńską” i te comiesięczne pisowskie „dziady” na Krakowskim Przedmieściu. Dziady? Tak, proszę bardzo, tradycja nakazuje, ale dlaczego co miesiąc? I dlaczego na Krakowskim Przedmieściu, do którego mają prawo także spadkobiercy pozytywizmu, jako że w pobliżu stoi pomnik Bolesława Prusa, w pobliżu była redakcja tygodnika „Prawdy” Aleksandra Świętochowskiego, redakcja „Przeglądu Tygodniowego” oraz mieszkanie Stanisława Wokulskiego, który romantykiem trochę był, ale w trupach się nie lubował, przeciwnie, pożądał pewnej nader żywej damy. Czytajcie wielką Janion.
Maria Janion – „Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 288, ISBN 978-83-65-459-091

W kręgu wielkiego piękna

Umysłowość starożytnych Egipcjan polegała na umiejętności ujmowania istoty rzeczy. Na sposobie wyobrażania człowieka. Pokazywaniu go najpełniej. Na zdolności do syntezy. Egipcjanie sylwetki ludzi i zwierząt rozczłonkowywali jak kubiści, w sposób bardzo nowoczesny nawet z naszej perspektywy. Poza tym jest też wielki czar w ich kolorystyce, kształtach tych sfinksów, bogów, bogiń, faraonów, kapłanów – z profesorem Karolem Myśliwcem, archeologiem i egiptologiem, dyrektorem Instytutu Kultur Śródziemnomorskich PAN, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pół wieku temu, gdy byłem uczniem szkoły podstawowej, uległem silnej fascynacji kolorytem świata arabskiego pod wpływem dziecięcych lektur bajek arabskich, choćby o Ali babie i 40 rozbójnikach, „Awantur arabskich” Makuszyńskiego, filmów takich jak „Faraon” Kawalerowicza, czy przedwojennego horroru „Mumia” , Kairem, Bagdadem. Marzyłem też o wycieczce do Egiptu, wtedy dostępnej finansowo dla nielicznych. Docierały do mnie też okruchy informacji o dokonaniach polskiej archeologii śródziemnomorskiej i nazwisko profesora Kazimierza Michałowskiego.
I nie dziwię się pana fascynacji, bo warto było i jest. Pewnie marzył Pan też, żeby zostać archeologiem…
Zgadł Pan, ale mnie odwiedziono od tego pomysłu, traktując go jak fanaberię, a i mnie nie starczyło determinacji. Tym bardziej, że Wydział Archeologii Śródziemnomorskiej był tylko w Warszawie, a w tamtych czasach stolica wydawała się o wiele bardziej odległa od mojego rodzinnego Lublina niż dziś. Ale przejdźmy do Pana Profesora i Pana dziedziny. Przejrzałem właśnie listę polskich wypraw archeologicznych do Egiptu, które zaczęły się od Kazimierza Michałowskiego w latach 1937 i 1939. Pod datą 1969 po raz pierwszy pojawia się Pana nazwisko, ale na żadnej liście nie figuruje Pan razem z profesorem. Minęliście się z wyprawami?
Nie, nie mijaliśmy się. Po raz pierwszy spotkałem profesora Michałowskiego podczas mojej pierwszej wyprawy w 1969 roku. Byłem wtedy na stypendium wymiennym między rządami polskim i egipskim. W tamtych czasach uzyskanie takiego stypendium było niesłychanie trudne. Te dziewięć miesięcy, to było więcej niż złapać pana Boga za pięty. To było najwyższe wyróżnienie dla młodego człowieka i mogło dokonać się tylko dzięki inicjatywie profesora Michałowskiego. Spotkałem go, gdy przybyłem do Egiptu. Rozdzielał tam kadrę do różnych misji archeologicznych. Mnie przydzielił do Aleksandrii i tam istotnie się z nim nie spotkałem, ale pamiętajmy, że miał już wtedy 69 lat, więc coraz rzadziej przyjeżdżał do Egiptu. Byłem z nim natomiast przez pewien czas na wykopaliskach w Syrii, w Palmirze, 1969 i 1970 roku. Natomiast co do przedwojennych wypraw Kazimierza Michałowskiego, to był on wtedy młodym archeologiem z Polski zaproszonym przez ekipę francuską, jeszcze nie tym sławnym później, dostojnym profesorem Michałowskim.
Jak go Pan odbierał jako osobę?
Miałem okazję zasmakować, kto to jest profesor Michałowski w terenie. Był zupełnie inny niż na uniwersytecie. W terenie przeobrażał się w postać łączącą w sobie cechy oficera z dobrym tatą. Na uniwersytecie był niesłychanie surowym i ostrym pedagogiem. Drżeliśmy przed nim.
A z Indiany Jonesa miał coś w sobie?
Zupełnie nic, może poza tym, że też nosił płócienny kapelusz z opadającym rondem. Ja taki też zresztą noszę, bo jest najlepszy na tamten klimat. Na pustyni nosiłem też tradycyjny hełm korkowy, znany ze starych fotografii i filmów, a po zakończeniu wykopalisk oddałem go jednemu z robotników.
Co jeszcze charakteryzowało Michałowskiego jako człowieka, uczonego i pedagoga?
Nade wszystko cenił oryginalność myślenia studentów. Nie lubił postaw roszczeniowych. Wbrew niektórym brzydkim plotkom nie był zazdrosny o karierę i nie zwalczał konkurencji Był pomocny. Kiedyś, na moją nieśmiałą prośbę skromnego asystenta, przywiózł mi z Egiptu pakę książek o świątyni Horusa Edfu. Nie przypuszczałem, że będzie pamiętał o złożonej obietnicy.
Nazwisko Kazimierza Michałowskiego jest ważnym synonimem dawnych dokonań polskiej archeologii śródziemnomorskiej. A jaki jest dziś stan polskiej egiptologii w trzydzieści cztery lata po jego śmierci?
Nieporównywalny z tamtym i zdecydowanie przekraczający wyobraźnię profesora Michałowskiego. Kiedy w 1937 roku rozpoczynał on wykopaliska polsko-francuskie w Edfu, koncentrował się tylko na Egipcie i na sprowadzeniu części wykopalisk do naszego Muzeum Narodowego w Warszawie. Nie wyobrażał sobie jednak, że ta dziedzina tak bardzo się rozwinie, że stanie się renomowaną w świecie polską szkołą archeologii śródziemnomorskiej. Wtedy jednak jego plany szybko zrujnował wybuch wojny, a potem stalinizm, który uznał archeologię za naukę burżuazyjną. Jego kariera była więc od 1940 do 1956 praktycznie uśpiona. Wojnę profesor spędził w obozie jenieckim w Woldenbergu, a następnie był kłuty przez kolegów z Polskiej Akademii Nauk jako uczony burżuazyjny. Już w 1956 roku sześćdziesięcioletni profesor otworzył polską stację archeologiczną w Kairze. Była wtedy bardzo skromna i nie mogła konkurować z Francuskim Instytutem Archeologii Wschodu, który wtedy miał już stuletnią metrykę czy z mającym wtedy pół wieku z Niemieckim Instytutem Archeologicznym. Nasza placówka zaczęła się jednak szybko rozrastać i niebawem rozszerzyła się na Syrię, gdzie podjęto prace w Palmyrze, która jest królową stanowisk archeologicznych na terenie tego kraju. Do tego doszły wykopaliska na Cyprze i jeszcze inne. Tak więc mały budyneczek polskiej placówki w Heliopolis, to starożytna nazwa Kairu, stał się konkurentem największych gigantów archeologii, Francuzów, Niemców, Amerykanów.
A Anglików?
Anglicy, mimo, że należą do koryfeuszy archeologii śródziemnomorskiej, nie mają swojego instytutu archeologicznego w Egipcie, a Polska miała i ma. Krakano, że po śmierci profesora Michałowskiego Polacy w polskim piekle się skłócą i Instytut się rozpadnie. Nic podobnego. Nasza instytucja rozrosła się do niewyobrażalnych rozmiarów i obecnie na terenie Egiptu i innych krajów Afryki działa wiele polskich placówek. Działamy poza basenem Morza Śródziemnego, na całym terenie Afryki Północnej, w Azji aż do Chin i w Ameryce Południowej, gdzie też mamy wspaniałe dokonania. Polska archeologia śródziemnomorska przekształciła się więc w archeologię międzynarodową. Silny impuls nastąpił po podpisaniu układu pokojowego Polska-NRF, po którym szukano obiecujących pól współpracy polsko-zachodnioniemieckiej i padło na polską archeologię śródziemnomorską jako cenioną markę. Poszukano więc po naszej stronie kogoś, kto by znał niemiecki, a ja znałem dość dobrze i zostałem członkiem niemieckiej misji archeologicznej w Egipcie, w zachodnich Tebach. Byłem też dwa lata w Monachium na stypendium Fundacji Humboldta pod kierunkiem wybitnego niemieckiego egiptologa, profesora Hansa Wolfganga Műllera, u którego napisałem pracę habilitacyjną. Niemcy poprosili mnie o wznowienie wykopalisk w Egipcie, we wschodniej Delcie. Zakres moich zajęć radykalnie się rozszerzał. Polska, mająca dokonania w badaniu Nowego Państwa, w tym Świątyni Hatczesput czyli drugiego tysiąclecia p.n.e, w ogóle nie badała epoki Starego Państwa. Te wykopaliska zainicjowałem w roku 1987. Później ze względów finansowych zostały wstrzymane na dziewięć lat i wznowione w roku 1996. Od tego czasu mamy wiele sensacyjnych odkryć w Egipcie. Nastąpiła ogromna zmiana stanu wiedzy. Powstały nowe techniki badawcze. Archeolodzy współpracują z geofizykami, genetykami, antropologami, specjalistami od numizmatyki, konserwatorami. Badania archeologiczne stały się dziedziną multidyscyplinarną.
Czy poza wzbogaceniem wiedzy detalicznej, nastąpiła też zmiana obrazu Egiptu, historii jego starożytnej cywilizacji?
Oczywiście. Coraz wyraźniej pokazuje, że nie była to cywilizacja hermetyczna i jednorodna, jak długo ją sobie wyobrażano. Dlatego dziś niezbędna jest współpracy przedstawicieli różnych specjalności archeologicznych, na przykład archeologów tzw. klasycznych, czyli zajmujących się starożytną Grecją z egiptologami. Pani profesor Kusztal, pracująca z misją niemiecką odkryła na przykład, że jeden z zapisów na inskrypcji hieroglificznej, tzw. twarzopodobny, był wzorowany na wizerunku rzymskiego cesarza Augusta Oktawiana, czyli twórca inskrypcji wiedział jak wyglądały portrety tego władcy w sztuce klasycznej. To tylko maleńki przykład pokazujący jak to się zazębia i jak radykalny był eklektyzm tej kultury, jej wielopokładowość. To samo dotyczy dużo wcześniejszych okresów. Powstaje pytanie, czy kultura egipska urodziła się od zera? Czy nie było silnych wpływów starszej kultury mezopotamskiej? Tu pole do popisu dla antropologów. Dyskusja toczy się dalej. Niemcy na przykład odkryli nawet nową dynastię z okresu Starego Państwa, dynastię, której władcy nosili imiona zwierząt. W 1993 roku wydałem popularną książkę „Pan Dwóch Krajów”, poświęconą pierwszemu tysiącleciu przed naszą erą. Zabytki z tego okresu zostały niemal w całości zniszczone, źródła pozostały śladowe a poza tym był czas konglomeratu etnicznego, nawet władcy byli często pochodzenia obcego, Azjatami, Nubijczykami, Persami, Grekami, którzy panowali w Egipcie przez trzysta lat, potem Rzymianami. Rozsupłanie tych wszystkich wątków jest niesłychanie trudne, więc nikt się nie garnął do tego, żeby opisać ten okres w książce popularno-naukowej. Kariera mojej książki wzięła się stąd, że ja ze skrawków wiedzy zdobytych na różnych wykopaliskach postanowiłem sklecić coś popularnego i to był strzał w dziesiątkę, ale to nie znaczy, że daleko posunąłem naszą wiedzę o pierwszym tysiącleciu przed naszą erą. Jest ciągle mnóstwo luk i każde, nawet drobne odkrycie jest na wagę złota i urasta do rangi wielkiego odkrycia.
Estetyka starożytnej sztuki egipskiej mnie osobiście wydaje się najbardziej pociągająca ze wszystkich historycznych estetyk. Ukochał ją już Napoleon Wielki, krzewiąc w Cesarstwie Francuskim jej kult. Pan też ją tak podziwia?
Jakżeby inaczej. Inaczej nie zajmowałbym się intensywnie sztuką egipską w tym szczególnie portretem.
Gdzie tkwi tajemnica tego wyjątkowego piękna?
Nie ma na to jednej odpowiedzi. Moim zdaniem umysłowość starożytnych Egipcjan polegała na umiejętności ujmowania istoty rzeczy. Na sposobie wyobrażania człowieka. Pokazywaniu go najpełniej. Na zdolności do syntezy. Egipcjanie sylwetki ludzi i zwierząt rozczłonkowywali jak kubiści, w sposób bardzo nowoczesny nawet z naszej perspektywy. Poza tym jest też wielki czar w ich kolorystyce, kształtach tych sfinksów, bogów, bogiń, faraonów, kapałanów.
Mnie bardzo przemawia do wyobraźni uświadomienie sobie, że w czasach naszego Mieszka I, starożytny Egipt był nawet trzykrotnie bardziej zamierzchły dla nich niż dla nas czasy Mieszka.
To prawda, i też, poza osiągnięciami technologicznymi, my niewiele później do cywilizacji egipskiej dodaliśmy. Nawiasem mówiąc, pójdę o krok dalej – dla dzisiejszej młodzieży nawet Lech Wałęsa sytuuje się gdzieś w okolicach Aleksandra Wielkiego. Historia niestety ciągle jest w szkole na ogół nauczania nie tak jak być powinna, ciągle na ogół, choć pewnie są wyjątki, jako konglomerat dat i detalicznych faktów. Nadal nie pokazuje się tego, co najważniejsze w historii: łańcucha przyczyn i skutków. A przecież jesteśmy w prostej linii skutkiem decyzji podjętych także przez faraonów. Mam na myśli choćby okres monoteizmu egipskiego za czasów faraona Echnatona. Jeden z psalmów Dawidowych jest niemal kopią hymnu do Boga-Słońca, którego skomponowanie przypisuje się samemu faraonowi Ehnatopowi. Dzisiejsze nieprawdopodobne możliwości badawcze, dają możliwość badania zjawisk nielinearnego historycznych.
Gdzie jest źródło Pana fascynacji archeologią Egiptu?
Sam się nad tym zastanawiałem. Jako człowiek spod znaku Skorpiona wierzę w przeznaczenie. Urodziłem się w odległości kilometra od tzw. Troi Karpackiej. W miejscowości Trzcinica położonej tuż koło Jasła, dziś na jego obrzeżach. Zostały tam odkryte ślady kultury, która miała związki z Morzem Śródziemnym i kulturami śródziemnomorskimi. Zainteresowań wcześniej miałem wiele i moim problemem był ich nadmiar, embarras de richesse. Jeszcze jako kilkuletni chłopiec bawiłem się w kapłana, który kolegom z wioski organizował kult jakiegoś boga. Jasło, gdzie kończyłem szkoły, było wtedy jedną wielką ruiną, zniszczone przez Niemców po wysiedleniu mieszkańców. Wychowywałem się pośród ruin i niewypałów. Być może to ożywiło we mnie imperatyw odkrywania przeszłości z zachowanych szczątków. Interesowałem się też teatrem i przez rok studiowałem aktorstwo w warszawskiej PWST, ale przekonałem się, że to nie dla mnie i poszedłem na archeologię śródziemnomorską na Uniwersytet Warszawski. Jako drugie studia wybrałem romanistykę i do dziś fascynuję się kulturą francuskiej, w tym szczególnie piosenką, a jeszcze bardziej szczególnie Edith Piaf. Paryż zobaczyłem po raz pierwszy w roku jej śmierci, w 1963 roku. Na żywo nigdy jej nie widziałem i nie słuchałem. Za to widziałem na scenie sławną aktorkę Daniele Darieux i miałem z nią krótką rozmówkę, na tyle jednak ubogą, że to mnie zmobilizowało do intensywnej nauki języka francuskiego.
Wśród Pana koleżanek i kolegów z warszawskiej szkoły teatralnej są pewnie znani dziś aktorzy…
Oczywiście. Moi przyjaciele do dziś, to Jolanta Lothe, Stefan Knothe, Wiesia Niemyska, czy nieżyjący już Marek Perepeczko.
I jeszcze jedno. Krwawe wydarzenia na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, aktywność radykalnych islamistów, egzekucje porwanych sprawiły, że turystyka do Egiptu na ogół ograniczała się w okresie największej prosperity do przebywania w zamkniętych ośrodkach wypoczynkowych strzeżonych przez służby i – w najlepszym razie – zbiorowych wycieczek autokarem w asyście wojska. O indywidualnym zwiedzaniu n.p. Kairu chyba nie ma dziś mowy?
Może być mowa. Media i MSZ-ety wyjaskrawiają skalę zagrożeń. Można zdecydować się na indywidualne zwiedzanie Kairu pod pewnymi warunkami. Nie chodzić nocą, ale z uwagi na zwykłych rabusiów, a nie terrorystów. Nie jeździć komunikacją publiczną, bo tam prawdopodobieństwo wybuchu ładunku jest relatywnie największe. Nie iść na plac Tahrir w piątek, gdy są tam demonstracje. Odnosić się z szacunkiem do ich zwyczajów, raczej w szczelnie zakrywającej garderobie, co dotyczy zwłaszcza kobiet. Po spełnieniu tych warunków nie będziemy radykalnie mniej bezpieczni niż na przykład w warszawskim ruchu drogowym. Ale oczywiście niech każdy decyduje sam.
Dziękuję za rozmowę.

Karol Jan Myśliwiec – ur. 3 listopada 1943 w Jaśle, archeolog i egiptolog, jeden z kontynuatorów polskich badań archeologicznych nad starożytnym Egiptem. Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Stanisława Leszczyńskiego w Jaśle, a następnie Uniwersytetu Warszawskiego. Jest związany z Instytutem Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN. Uczestnik wielu międzynarodowych wypraw wykopaliskowych w Afryce i Azji oraz członek wielu prestiżowych międzynarodowych towarzystw naukowych. sam uważa za jedno ze swoich najważniejszych osiągnięć. Jego dorobek naukowy obejmuje 12 książek, w tym popularnonaukowych, „Pan Obydwu Krajów” ( 1993) i „Eros nad Nilem” ( 1998), które doczekały się przekładów na języki angielski i niemiecki, a także „Święte znaki Egiptu ( 1990). Jest także autorem około trzystu artykułów naukowych i popularnych dotyczących archeologii, historii, sztuki i religii starożytnego Egiptu, w tym publikacji teoretycznych na temat sztuki egipskiej. Kawaler Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Z klasyki miłości

Tematu tej opowieści przybliżać nie trzeba. To przecież nieśmiertelna, legendarna historia tragicznej miłości Tristana i Izoldy, można by rzec – wzorzec z Sevres miłości jako takiej, miłości nieśmiertelnej, tym razem we wspaniałym, dziś nieco archaicznie brzmiącym, a jednak przyjemnym w lekturze przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego, przekładzie z dzieła autora anonimowego.

Przyznam, że nie miałem pewności czy lektura ta mnie wciągnie, mimo mego pociągu do literackich „staroci i starożytności”. A jednak – tak. Opowieść ozdobioną ilustracjami Jacques Marie Gastona Onfroy de Breville przeczytałem z przyjemnością lektury odrywającej od trywialnej i męczącej ohydy współczesności. Było to jak kąpiel w ożywczym strumieniu. Innym podobną kąpiel z przekonaniem polecam.

„Dzieje Tristana i Izoldy. Autor nieznany”, przekł. Tadeusz Boy-Żeleński, wyd. MG, Warszawa, str. 284, ISBN 978-83-7779-422-7