Majewski otwartym tekstem

Od lat, z uwagi na wiek już z rzadka realizując filmy, Janusz Majewski, twórca m.in. „Ja gorę”, „Awatara”, „Lokisa”, „Zaklętych rewirów” czy „Dezerterów”, poświęcił się pisaniu. Najpierw wydał kilka tomów kapitalnych wspomnień filmowych, głównie o swoich realizacjach i ich tle, pełnych pysznych anegdot środowiskowych, począwszy od „Retrospektywki” po „Ostatni klaps”. Gdy „wypisał” tę tematykę, zajął się pisaniem prozy literackiej: „Ekshibicjonista. Opowiadania nie tylko erotyczne” i „Glacier Express”.

Właśnie ukazał się kolejny to jego opowiadań. „Część pierwsza tomu czternastu opowiadań dotyczy postaci Brunona Schulza, twórcy „Sanatorium pod Klepsydrą” i „Sklepów cynamonowych”.
To trzy fikcyjne historie związane z wielkim pisarzem. Jedna mówi o spotkaniu z maturzystką, które przerywa wybuch wojny, druga to obraz alegoryczny Holokaustu, a trzecia – gatunkowo nawiązując do szpiegowskich filmów akcji – jest relacją o poszukiwaniu podziemnego schronu, który był nigdy niezrealizowanym projektem Schulza.
Ta część jest w tonacji „moll”. Druga to opowiadania rozmaitej treści i formuły. Wszystkie przesyca humor: czasem naprawdę czarny, czasem wręcz cyniczny, innym razem liryczny. Łączy je ironia i dystans autora do historii. I jeszcze jedno: seks. Opisywany obrazowo i zmysłowo, bywa, że drastycznie, ale nigdy wulgarnie.
Ta część jest w tonacji „dur”. Janusz Majewski po raz kolejny zgłębia to, co w człowieku najciekawsze: różnorodność losów i niepowtarzalność jednostki.
To próba zbadania tajemnic ludzkiej duszy, opisana językiem bogatym i precyzyjnym”. Zofia Turowska napisała o opowiadaniach Majewskiego. Wyobraźnia. Zapach, smak, dotyk. Zmysłowość i detal. Żart, ironia i subtelność.
Tylko tak bogate życie wytrawnego reżysera filmów i dar mistrzowskiego pióra mogły stać się źródłem tych półzmyślonych historii i fascynujących opowieści. Nadzwyczajna jest przyjemność czytania o wzajemnym uczuciu treserki i lwa, który drżał z lęku na widok jaszczureczki, o psach, które szepczą pyskami, o kolekcjonerze kunsztownych lasek… „ – napisała Zofia Turowska, biografka Majewskiego.
„Te opowiadania są jak filmy Mistrza – klarowne w obrazach, widzą świat i swoich bohaterów na tle okrutnej historii z całą powagą wyroków losu, ale też w barwach groteski, zamęcie szaleństwa, zmysłowych porywach ciała, często z uśmiechem przez łzy i ciepłem zwykłej, bezinteresownej dobroci. To prawdziwe literackie kino, pełne namiętnych uczuć i zwrotów akcji, z którego nie chce się wychodzić nawet po zamknięciu książki” – zauważył Włodzimierz Kowalewski. „Stanisław Vincenz powiedział kiedyś, że dopóki kultura polska, europejska będzie podtrzymywać sztukę opowieści, dopóty nie umrze.
Kochał ten moment, kiedy opowiadacz zasiada przed gronem słuchaczy i snuje swoją opowieść. Ten przypadek dotyczy Janusza Majewskiego. Jest pierwszej marki opowiadaczem, narratorem, świetnym prozaikiem.
Owszem, kochamy go za jego filmy, ale twórczość prozatorska Mistrza – choć stale obecna – jest jakby mniej znana. Najniesłuszniej. To świetne opowiadania. Na miarę Bunina, Czechowa, Leskowa, Nabokova. Szkoła Rosyjska? Ależ tak. Nie ma lepszej ligi na świecie. Życie to długa wędrówka, bywa, że jest udręką i mozołem. Ale jeśli podczas podróży spotykamy takiego narratora, słuchamy go z szacunkiem i zachwytem.
Daje nam najpiękniejszą część istnienia: duszę” – napisał Paweł Huelle. Wszyscy komentatorzy zwracają uwagę na filmowość opowiadań Majewskiego, na to, że są one, mimo swojej niejednoznaczności, dobrym materiałem na scenariusz. Lubię czytać opowiadania Majewskiego wyobrażając sobie jakie obrazy jakie pisarz-filmowiec wysnułby ze swoich własnych wyobrażeń.
Janusz Majewski – „Maleńka”, wyd. „Marginesy”, Warszawa 2021, str. 420, ISBN 978-83-66863-63-7

Jadowite ciasteczka potwora felietonu

Nie opuszcza mnie pytanie, czy twórczość prozatorska Jerzego Pilcha (1952-2020) przetrwa próbę czasu i to czy przetrwa na miarę jego renomy w najlepszym okresie pilchowej działalności pisarskiej. Ta wątpliwość bierze się stąd, że pisanie Pilcha, przewybornego stylisty jest właśnie bardzo felietonowe, a ten gatunek ma to do siebie, że na ogół szybko się starzeje, przeterminowuje. Ponadto felietonowe pisanie ma tę cechę, że wpisane jest w językowy kod czasu, a ten także się dezaktualizuje z powodu zmiany realiów.

Dziś trudno czytać większość dawnej felietonistyki, w szczególności tej z okresu PRL, bo nie ma już świata, którego felietony te dotyczyły. Owszem, ciągle nieźle się czyta Krzysztofa Teodora Toeplitza z uwagi na jego erudycję czy Daniela Passenta z uwagi na jego jadowitą złośliwość, a także Hamiltona z uwagi na jego koronkowy styl pełen fenomenalnych skojarzeń, niemal surrealistycznych, ale poza tym niewiele więcej.
Już jednak tak chwalony przez dziesięciolecia Stefan Kisielewski właściwie nie nadaje się do normalnej lektury, o ile nie liczyć badaczy i analityków gatunku, bo po pierwsze nie był wyszukanym stylistą, a po drugie jego felietony były bardzo mocno osadzone w konkrecie ustrojowym, który należy już do przeszłości. Zaryzykuję – o ile nie mam pewności co do trwałości prozy powieściowej Pilcha, a tyle paradoksalnie nie mam wątpliwości co do długiej trwałości felietonów. Nigdy nie zapomnę jego kapitalnego felietonu „Ciastko” opublikowanego „Polityce” (na której łamach miał Pilch przez lata stały felieton), sprzed co najmniej kilkunastu laty.
Wykpił tam pewnego prawicowo-klerykalnego (nieżyjącego już) felietonisty Pawła Paliwody. Wykorzystał Pilch dość niezgrabne, naiwnie brzmiące sformułowania Paliwody, a jego plebejsko brzmiące nazwisko posłuzyły mu do kpinek w formie mowy dyscyplinującej, pouczającej, jaką „pan” kieruje pod adresem służącego (zwracał się do niego per „niech Paliwoda”), parodiując sposób zawracania się w dawnych czasach „panów” do służby.
Było to dość brutalne (taka też była felietonistyka Pilcha), ale tak nieodparcie komiczne, że wyciąłem ten felieton z tygodnika i zachowałem jako wzór z Sévres stylistyki i metody felietonowej. Pilch nawet we wstępie do tomu swoich „najjadowitszych” felietonów jest felietonowo złośliwy: „Autor pragnie poinformować Czytelników, iż podczas przygotowywania tekstów nieobce mu były tak podstawowe chwyty, jak: tendencyjny dobór materiału, preparowanie fragmentów, wyrywanie cytatów z macierzystego kontekstu, ogólnie zła wola oraz szereg innych, pomniejszych ekscesów krytycznoliterackich.”
Pilch był złośliwy i uszczypliwy, był czujnym komentatorem absurdów rzeczywistości, tropicielem potknięć nieudolnych kolegów po piórze potworem pióra siejącym popłoch i bezlitośnie kąsającym, ale jak zawsze robiącym to w znakomitym stylu. Jak czytamy w nocie wydawniczej, „w felietonach zebranych w tym zbiorze czytelnik może znaleźć nieomal wszystko: zielone zęby przewodniczącego Mao, drwiny z grafomańskich powieści komunistycznych aparatczyków, ale też spory o piosenkę Kasi Nosowskiej czy bokserskie potyczki Andrzeja Gołoty.
Autor podszczypuje autorytety, bez litości boksuje słabszych twórców, wyśmiewa rodzime bolączki, szuka dziur w rzeczywistości – poszukując przy tym rzeczy ważnych i trwałych”. Pilch nie żyje, ale jego felietony nie są podobne do czaszki błazna Yorricka, która zamilkła i już nie może zaoferować swoich kpinek.
Jego felietony żyją, a Pilch nawet zza grobu jest jadowity. I przez to nieodparcie zabawny.
Jerzy Pilch – „Najjadowitsze felietony”, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2020, str. 352, ISBN 9788380326330

Mistrz monumentalizmu polskiego

Kto wie, czy gdyby architekt Bohdan Pniewski (1897-1965) żył i działał do dziś, władza PiS nie powierzyłaby mu projektu odbudowy Pałacu Saskiego. Dlaczego? O tym aspekcie biografii – później. O ile kształt reprezentacyjnej, klasycystycznej Warszawy pałaców, gmachów publicznych czy kościołów w XIX wieku nadali w znaczącym stopniu cudzoziemcy Piotr Aigner, Antoni Corazzi i Henryk Marconi, o tyle w tej samej domenie powojenną (głównie) Warszawę uformował właśnie Bohdan Pniewski. Stworzone przez niego gmachy, to m.in. Sejmu, Teatr Wielki (twórcza odbudowa w oparciu o projekt Corazziego), Szkoła Baletowa (przy ul. Moliera), Narodowy Bank Polski, Dom Chłopa, Polskie Radio, gmach ministerstwa komunikacji z charakterystyczną rotundą.

Przed II wojną światową zaprojektował m.in. dla Jana Kiepury hotel „Patria” w Krynicy Górskiej, własną willę Na Skarpie w Warszawie (obecnie Muzeum Ziemi), przebudował Pałac Brühla, a w latach 1935-1939 wykonał najbardziej prestiżowe zamówienie, czyli gmach sądów na Lesznie, który ocalał i do dziś służy Temidzie. Nie zdążył wznieść Świątyni Opatrzności Bożej na Polu Mokotowskim. Wzniósł też wiele pomniejszych budowli, willi, kamienic mieszkalnych, kolonii mieszkaniowych, także kościoły.
Zaprojektował również Pawilon Polski na Wystawie Światowej w Paryżu w 1937 roku. Był najbardziej wpływowym polskim architektem XX wieku. Po wojnie podjął działalność dla nowego ustroju. Jak żył ten światowej sławy architekt i w jaki sposób nowa władza go akceptowała? O tym napisał Grzegorz Piątek (rocznik 1980), z wykształcenia architekt, historyk i krytyk architektury zamieszkały w Trójmieście, zajmujący się głównie historią warszawskiej architektury. Poza opowieścią o Bohdanie Pniewskim napisał również „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949”, „Lukier i mięso. Wokół architektury w Polsce po 1989 roku”, a także „Sanatora”, rzecz o Stefanie Starzyńskim.
„Autor daje nie tylko ciekawe interpretacje budowli wzniesionych przez Pniewskiego – a są wśród nich Teatr Wielki, Szkoła Baletowa, gmach Narodowego Banku Polskiego, Dom Chłopa czy budynek Polskiego Radia – ale również kreśli fascynujący portret człowieka o niespożytej sile witalnej.
Pochodzący z zaściankowej szlachty architekt bez problemu poradził sobie w warunkach konkurencji rynkowej, gdy feudalny porządek runął. Sybaryta, lubiący dobre jedzenie, alkohol, piękne przedmioty, dobre ubrania, polowania i rauty, dbał, by i w socjalizmie tych przyjemności mu nie zabrakło.
Niezniszczalny to także barwna kronika towarzyska powojennej elity, obraz rwącej się do życia Warszawy, która wśród zgliszcz spotyka się w cukierniach, barach, kafejkach, gdzie kawa i wódka leją się strumieniami. „Rano ekshumacja, wieczorem dancing” – podsumowuje życie tamtych lat pracujący z Pniewskim architekt Andrzej Hubert Niewęgłowski. Sybarytyzm znać też w budowlach Pniewskiego – z zewnątrz monumentalne i powściągliwe, w środku olśniewają feerią detali wykonanych z najlepszych materiałów, rozmachem przestrzeni, po której wzrok może błądzić leniwie, konstrukcją schodów, która domaga się, by kroczyć po nich z godnością i powoli.
Bohdan Pniewski w szarej, brutalnej rzeczywistości PRL-u pozwalał Polakom obcować z lepszym światem, pokazywał im obraz idealnego państwa, w którym myśl o wygodzie obywateli nie wyklucza podarowania im zbytku i gdzie nie ma zgody na prowizorkę” – czytamy w notce opublikowanej w portalu „Architektura-Murator”.
Autor „Niezniszczalnego” dokonał dużej sztuki – napisał fascynującą książkę o architekcie, a przecież o ile dzieła architektoniczne bywają fascynujące, to sama codzienność uprawiania tej sztuki i rzemiosła jednym raczej rzadko bywa spektakularna. Piątek napisał też rzecz człowieku, który pracował na zamówienie władzy dwóch antagonistycznych ustrojów.
Był „pieszczochem” przedwojennej, piłsudczykowskiej Sanacji (podpisał się pod deklaracją Obozu Zjednoczenia Narodowego w 1937 roku), ale po wojnie znalazł uznanie w oczach Władzy Ludowej i budował na jej zlecenie prestiżowe gmachy, skutecznie przy tym unikając poddania się doktrynie socrealizmu i projektując na ogół w stylu monumentalizującego nowoczesnego klasycyzmu z silnym rysem modernistycznym.
Z powodu tej dwoistości biografii wielu oceniało go jako „konformistę”, „oportunistę”, „architekta każdej władzy”, „architekta totalitaryzmów”, lecz Piątek nie osądza z tego powodu człowieka, którego „religią” była architektura, choć był także gorliwym katolikiem rzymskim. Sztuką było już samo to, że w apogeum stalinizmu, gdy wznoszono Muranów, Mirów, Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową czy plac Konstytucji, potrafił przekonać decydentów do swoich projektów z innej „parafii” ideowo-artystycznej. Nawet kiedy projektował w stylu socrealizmu, dodawał detale nawiązujące do historyzmu.
Uważano go też za snoba lubującego się w kontaktach wysoko postawionymi ludźmi władzy. Przed wojną przyjaźnił się m.in. Józefem Beckiem (któremu przebudowywał rezydencje), Ignacym Matuszewskim, z artystami, arystokratami, słynnymi rodami, n.p. cukierników Blikle (czasie okupacji zaprojektował ogródek na tyłaach cukiewrni przy Nowym Świecie), a w PRL miał dobry kontakt z Bolesławem Bierutem, Mariandem Spychalskim i Józefem Cyrankiewiczem, który otaczał go protekcją.
Bierut pozwolił mu wrócić do jego przedwojennej willi i na jedno życzenie ofiarował mu auto marki „Warszawa”. Po 1956 roku Pniewski sympatyzował z post-endeckim i post-oenerowskim Stowarzyszeniem PAX Bolesława Piaseckiego. Ubierał się ekstrawagancko, był estetą, smakoszem. Lubował się w szykownych wnętrzach.
Był bywalcem eleganckich lokali, m.in. kawiarni „Lajkonik” przy placu Trzech Krzyży, gdzie spotykał m.in. Leopolda Tyrmanda. Jednak objęcie władzy przez majacego obsesję na punkcie skromności i oszczędności Władysława Gomułkę było podzwonnym dla kariery Pniewskiego. Zapanowała moda na gmachy skromne i nieefektowne.
Przebudowując pałace Brühla i wznosząc nową wersję Teatru Wielkiego uczynił ich wnętrza nieporównywalnie bardziej przepełnionymi przepychem niż oryginały. Mówiono też o nim, że jako architekt sprawił, iż Warszawa stała się „włoskim miastem” (n.p. przedwojenny gmach sądów czy powojenny Dom Chłopa).
Podobno o jego drodze artystycznej zadecydowała młodzieńcza podróż do Italii. Nie interesowała go natomiast architektura wspomagająca rozwiązywanie problemów społecznych (powszechne mieszkalnictwo, szkoły). Projektował tylko dla elit i władzy. Jego projekty były „wyniosłe, nieprzystępne, pompatyczne”.
O jego gmachu Sejmu mawiało się że przypomina luksusowy transatlantyk z luksusowym wnętrzem. Widzimy to do dziś w codziennych relacjach telewizyjnych z gmachu Sejmu. Niektórzy mówili o „pniewszczyźnie” i „scenografii dla teatru władzy”.
Jednak jeszcze jeden aspekt architektonicznych dokonań Bohdana Pniewskiego wart jest uwypuklenia. Był architektem, który postawił na monumentalizm architektury.
Gdy się porówna architekturę Warszawy do architektury Rzymu czy Paryża uderza jej mała skala w porównaniu z tamtą. W ogóle polska architektura (m.in. z powodów obyczajowo-historycznych i ekonomicznych) była – poza wyjątkami dotyczącymi niektórych miast i niektórych okresów) architekturą małych gabarytów, małej skali. Pniewski był jednym z nielicznych, rodzimych architektów, którzy przełamali tę regułę.
Poza tym projektował w „kamieniu”, co odróżnia jego architekturę od bieda-tandetnego i dlatego często nietrwałego budownictwa polskiego. Kończąc, nawiążę do wyjściowego zdania tego tekstu.
Czy obecna władza powierzyłaby Pniewskiemu zadanie odbudowania monumentalnego gmachu Pałacu Saskiego? W jednym z wywiadów Grzegorz Piątek, na pytanie „czy Pniewski projektowałby dla Jarosława Kaczyńskiego, odpowiedział: „Gmachy Bohdana Pniewskiego mają klasę, ale mają też w sobie gen despotyzmu”.
Może przy okazji ukazania się książki o Pniewskim dowiedzieliśmy się dlaczego władza PiS tak uparcie obstaje przy pomyśle odbudowania Pałacu Saskiego?
Grzegorz Piątek – Niezniszczalny. Bohdan Pniewski. Architekt salonu i władzy”, wyd. Filtry/Opera Narodowa, Warszawa 2021, str. 384, ISBN 978-83-960-6092-1

Francja – kraj znerwicowany

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej po raz pierwszy w historii Polski postawił na porządku dziennym problem imigracji na terytorium między Bugiem a Odrą . Do tej pory, przez mniej więcej dwieście lat, to Polska była krajem emigrantów, którzy przez dziesięciolecia stworzyli wielką narodową emigracyjną diasporę „od Chicago do Tobolska”. Ważnym miejscem dla polskiej emigracji politycznej była także Francja, w tym Paryż, tradycyjnie kraj imigracyjny, przyciągający przybyszów z całego świata. Dziś Francja nadal jest krajem imigrantów, głównie z dawnych francuskich kolonii afrykańskich i azjatyckich, ale dzisiejsza sytuacja niewiele przypomina tę, która ukształtowała się przez dziesięciolecia, gdy przybysze z tych rejonów w miarę płynnie integrowali się ze społeczeństwem francuskim, choć bynajmniej nie w roli partnerskiej, lecz jako – na ogół – tania siła robocza do wykonywania najcięższych i najbrudniejszych prac.

Tak było jeszcze 40 lat temu (1981) gdy po raz pierwszy znalazłem się w Paryżu. Dorośnięcie dwóch ludności kolejnych pokoleń przybyszów z Afryki we Francji urodzonych, głównie pochodzenia arabskiego, które zbuntowały się przeciw swojej upokarzająco podrzędnej roli społecznej (bieda, bezrobocie, wyobcowanie, przestępczość), renesans agresywnego islamizmu, a także niesłabnąca, na ogół niekontrolowana imigracja oraz geometryczny niemal przyrost naturalny ludności pochodzenia afrykańskiego, stworzyły we Francji zupełnie nową sytuację społecznej gorączki. Wiele miast francuskich, w tym Paryż, przestało być klasycznymi miastami francuskimi, z dominantą rdzennej ludności i zostały demograficznie zdominowane przez przybyszów. W Paryżu mieszka coraz mniej Francuzów, a coraz więcej czarnoskórych afrykańczyków i Arabów. Zwłaszcza ci ostatni wprowadzili w zdominowanych przez siebie rejonach miasta prawa kolidujące z prawem Republiki francuskiej, w tym szariat. Zdarzają się przypadki niewpuszczania nawet białych Francuzek do lokali prowadzonych przez Arabów. Paryż, choć zachował swoja architekturę i zasoby kultury jest dziś miastem de facto wydrążonym z kultury francuskiej i coraz bardziej z francuskich mieszkańców. Co ostatni coraz częściej opuszczają Paryż i przenoszą się na prowincję, gdzie presja imigrantów z Afryki jest ciągle jeszcze mniejsza niż w dużych miastach (jak choćby w Marsylii, która jest pod tym względem miastem ekstremalnym). Peryferie wielkich miast, takie jak podparyskie Saint-Denis, Bobigny czy Pantin stały się strefami zagrożenia, w które nawet uzbrojona policja boi się zapuszczać. Coraz częściej dochodzi nie tylko do przemocy zbiorowej takiej jak masakra w redakcji „Charlie Hebdo” w Paryżu za obrazę Allacha w styczniu 2015 roku czy masakry w listopadzie tego samego roku między innymi w klubie „Bataclan”, jak i indywidualnej, jak dekapitacja francuskiego nauczyciela historii pod Paryżem. Panująca we Francji poprawność polityczna nie pozwala rdzennym Francuzom otwarcie kontestować tego stan rzeczy, ale ciągła popularność Frontu Narodowego Marine Le Pen, czy nagła polityczna kariera publicysty Erica Zemmoura, który przestrzega przed ostatecznym upadkiem tradycyjnej Francji pod zalewem agresywnego islamizmu jest sygnałem, że ten stan rzeczy uwiera wielu Francuzów.
Podobne i inne zjawiska opisana w swojej książce „Wrzenie. Francja na krawędzi Anna Pamuła.” Z tej bardzo interesującej książki wieje grozą. Anutorka (rocznik 1984, od ośmiu lat mieszka we Francji) zebrała przez kilka lat ogromny materiał o francuskim świecie muzułmańskim, który egzystuje w tym kraju niczym „tykająca bomba”, niczym potężny stan zapalny i rozległa rana na ciele tego kraju. Kilka milionów muzułmanów, pochodzenia głównie arabskiego, tworzy tam coraz to powiększającą się masę krytyczną, w kraju będącym przez stulecia kwintesencją tego, co najbardziej europejskie, w ojczyźnie Oświecenia, w niegdysiejszej „słodkiej Francji”, „kraju miłości i sztuki”. „Wrzenie”, to obszerny reportaż o muzułmańskiej i islamskiej (to rozróżnienie jest celowe) części społeczeństwa francuskiego. Tworzy to w społeczeństwie francuskim potężne pęknięcie, bardzo groźne i brzemienne w rozległe dramatyczne rezultaty. „Wrzenie” skonstruowane jest z przeplatających się reportaży z „pola wojny” i rozmów autorki z jej znajomym Ibrahimem, radykalnym muzułmaninem z paryskich przedmieść, a jednocześnie „drobnym” przestępcą, złodziejem i dilerem narkotyków, bez wykształcenia formalnego, ale obdarzonym dużą przenikliwością. Poprzez pryzmat rozmów autorki z Ibrahimem otrzymujemy obraz współczesnej Francji, potężnie naznaczonej piętnem ogromnej, wielomilionowej muzułmańskiej populacji. To socjologia bez naukowego języka, socjologia żywa, jako opis, jako raport z żywej materii. Z narracji Ibrahima wynika obraz dramatyczny i nie wskazujący na to, że zachodzące procesy są możliwe do zatrzymania. To, co dzieje się we Francji, nie stało się nagle. Imigracja z Afryki, głównie północnej, najczęściej z obszarów dawnych kolonii, trwała przez dziesięciolecia, dokonywała się początkowo – można by rzec – jakby niepostrzeżenie, było to powolne „gotowanie żaby”. Problemy od dziesięcioleci były poważne, ale skala i intensywność stała się najbardziej dramatyczna wtedy, gdy dorosły generacje młodych Arabów, często urodzonych już we Francji, często mających obywatelstwo tego kraju, którzy na społeczną izolację i ekonomiczną dyskryminację zareagowali zwróceniem się w stronę radykalnego islamizmu i terroryzmu. Taka jest przynajmniej jedna z socjologicznych interpretacji, choć nie wszyscy się z nią zgadzają. Jednak Ibrahim, rozmawiający z dziennikarką, to człowiek ze „strefy stanów średnich”, średni przestępca, on jeszcze nie jest terrorystą, choć to może kwestia czasu, a jego życie jest relatywnie „przeciętne”. Jednak tuż za przestrzenią życia Ibrahima rozciąga się strefa ciemności i zbrodni: proceder obrzezania kobiet, ciągle praktykowany, choć od 2000 roku surowo zakazany przez francuskie prawo, przemoc domowa w arabskich rodzinach, szaleństwo religijne, wyobcowaniu ludności muzułmańskiej, osaczenie społeczne, biedę, bezrobocie, wrzeszcie terroryzm. To wszystko rozpisane jest na setki faktów, personaliów, ale także zróżnicowanych postaw (bo są też muzułmanie zwolennicy Frontu Narodowego i inne paradoksalne postawy) – to bogaty opis archipelagu współczesnej Francji arabskiej. Znaczącą część „Wrzenia” zajmuje wiwisekcja krwawego i dramatycznego przypadku terroru z roku 2012, mordu dokonanego w Tuluzie na kilku osobach żydowskiego pochodzenia przez islamskiego terrorystę Mohameda Meraha, opis zamachu, pościgu policyjnego, do którego dodany jest obszerny zapis negocjacji prowadzonej z osaczonym w swoim mieszkaniu, zakończonych jednak zastrzeleniem terrorysty. Jest także raport z procesu jego brata, oskarżonego o współudział i skazanego na dożywocie. Jest także opis historii szeregu straszliwych zamachów, które na przestrzeni kilkudziesięciu lat odcisnęły się na Paryżu i Francji piętnem strachu i cierpień (w tym także zamach dokonany przez rdzennie francuską organizację terrorystyczną Action Directe). Autorka podjęła też sprawę konfliktu o pomnik Jana Pawła II w bretońskim Ploermel, o exodusie religijnych Żydów z Francji, od 2015 roku, ale już o zamachach z roku 2015 – 7 stycznia na redakcję „Charlie Hebdo” i jeszcze straszliwą masakrę z 13 listopada roku są tylko krótkie wzmianki. Ukazanie się wrzenia niemal dokładnie zbiegło się z dekapitacją nauczyciela Samuela Paty na paryskim przedmieściu przez młodego islamistę. Znakomita jest ta książka, ale ponura, przepełniona obrazem cierpienia, wieje od niej grozą, bo jeśli stało się to, co się stało ze „słodką Francją” ojczyzną Oświecenia, która przez stulecia była nadzieją i natchnieniem świata, która „wymyśliła” Wolność, Równość i Braterstwo, to co stanie się z całym naszym światem? Czy Francja ma szansę na wybrnięcie z tego stanu rzeczy? Szczerze? Nikłe, bo licząca już, według różnych obliczeń (oficjalnych), od 6 do 8 milionów muzułmanów, szybko się mnożących jest już raczej nie do zatrzymania. Mówi się więc o Francji jako o kraju znerwicowanym, inni mówią, że znajduje się ona na krawędzi wojny domowej. Czas pokaże, co się wydarzy.
Anna Pamuła – „Wrzenie. Francja na krawędzi”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2020, str. 382, ISBN 978-83-268-3253-6

Polski statek szaleńców

To wbrew pozorom tytułu nie jest historia polskiej polityki współczesnej. To rzecz o szaleństwie czyli chorobie psychicznej w najbardziej podstawowym sensie tego słowa. A dlaczego mowa o szaleństwie polskim?

Dlatego, że choroby psychiczne miewają różną postać w różnych krajach i kulturach. Choroby czysto somatyczne (o ile w ogóle można mówić o takich w czystej postaci) są na ogół wszędzie – zasadniczo – takie same. Postać chorób psychicznych jest często naznaczona kulturowo, w zależności od kształtu i problemów danego społeczeństwa. Trochę inaczej może chorować psychicznie Francuz wychowany w kulturze, zasadniczo osadzonej w tradycjach oświeceniowego racjonalizmu, a trochę inaczej Polak, Rosjanin czy Niemiec. Nieco upraszczam, ale tylko dla rozjaśnienia wywodu o bardzo trudnej dziedzinie, której poświęcone jest to potężne, objętościowo i erudycyjnie, studium. To co uderza przy lekturze pierwszych stron, to osobisty, ocierający się nawet o odrobinę ekshibicjonizmu ton autorki, a na pewno o jej nieprzeciętną wrażliwość, by nie rzec: nadwrażliwość. Jej dzieło, to nie chłodne studium, ale rodzaj przepełnionego namiętnościami eseju, choć naukowego. Autorka, Mira Marcinów, nie jest lekarką psychiatrą, lecz doktorką psychologii, filozofką, pisarką i tej perspektywy napisała swoje dzieło. Bartłomiej Dobroczyński z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego napisał o jej dziele: „Obłęd, szaleństwo, pomieszanie zmysłów to mroczne i budzące lęk aspekty ludzkiej kondycji, które potrafią nas także pociągać, uwodzić i intrygować. Niezwykła książka Miry Marcinów bezpiecznie prowadzi nas do wrót duchowego Hadesu, gdzie po przeżyciu katharsis zostajemy przywróceniu samym sobie. Pozwala nie tylko zapoznać się z niemal nieznaną, a przecież fascynującą przeszłością rodzimej psychopatologii, ale w niebanalny sposób przyczynia się także do wzrostu naszego samopoznania”.
Dlaczego choroba psychiczna jest dla wielu zjawiskiem tak fascynującym? Bo fascynująca jest inność i dziwność, to co odbiega od normy. Pokład statku szaleństwa jest krainą potworną, przerażającą. Autorka opowiada o psychiatrii polskiej XIX wieku, o jej historii intelektualnej, ideowej. Przedkłada nam studium melancholii pokazuje to na przykładach klinicznych przypadków. Specyfiką historii polskiego szaleństwa w XIX wieku jest „historią bezprecedensowej medykalizacji. Wiek XIX uznał prawo do choroby umysłowej, ale to wiek XX i XXI całkowicie utożsamił szalonego z „chorym na szaleństwo”. Polskie szaleństwo XIX wieku jest też bardzo naznaczone romantyzmem. Nieprzypadkowo Juliusz Słowacki jedną ze scen „Kordiana” pomieścił w „szpitalu wariatów”, a wątek „szpitala wariatów” jest też w „Nieboskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego. „Historia polskiego szaleństwa” Miry Marcinów nie jest przeznaczona do szybkiej, pobieżnej lektury, ani do szybkiej recenzji. To dzieło do gruntownego, wielodniowego jeśli nie wielotygodniowego studiowania, jeśli kto ma siły i środki do tego. Bo to mierzenie się z zadaniem potężnym. Najsłynniejszy polski obraz o szaleństwie to „Melancholia” Jacka Malczewskiego. Ona chyba najtrafniej oddaje klimat polskiego szaleństwa.
Mira Marcinów – „Historia polskiego szaleństwa”, tom. 1, „Słońce wśród czarnego nieba. Studium melancholii”, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2021, str. 466, ISBN 978-83-7908-213-1

Dokumentalny termometr świata

Oferta trwającej od 3 do 12 września w kilku kinach warszawskich 18 edycji Millenium Docs Against Gravity, festiwalu filmu dokumentalnego (oraz w nielicznych przypadkach fabularnego filmu dokumentalizującego) była tak bogata, że samo jej wymienienie zajęłoby wiele stron. Katalog festiwalu liczy 79 stron drobnego druku.

Wśród dziesiątków tytułów warto wymienić m.in. łotewsko-czeski „Gorbaczow. Raj”, o samotnym życiu emeryta, eksprezydenta ZSRR Michaiła Gorbaczowa, który na ekranie ocenia przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Rosji oraz świata; norweski „Seks, Rewolucja i Islam” o tureckiej prawniczce i feministce, która w Niemczech walczy o seksualną rewolucję w islamie i prawa islamskich kobiet; amerykański „Bruce Lee. Bądź jak woda”, hołd oddany sławnemu „king Bruce Lee, karate mistrzowi” w przeddzień 80 rocznicy jego urodzin; także amerykański „Uzależnieni od ekranu”, o coraz bardziej powszechnym i intensywnym uzależnieniu od ekranu, głównie w najmłodszych generacjach; „Mit Hitlera” o współczesnej fascynacji nazizmem i jego wodzem; szwedzki „Salwador. Piekło kobiet”, o kraju, w którym obowiązuje i jest bezwzględnie praktykowane najbardziej restrykcyjne prawo antyaborcyjne na świecie (za mimowolne poronienie kobiety skazywane są na dziesięciolecia więzienia); włosko-łotewski „Klan Rosselinich”, o burzliwym życiu rodu wielkiego włoskiego reżysera czasów neorealizmu, Roberto Rosseliniego, twórcy m.in. „Rzymu, miasta otwartego” (1945), szwedzki „Jestem Greta”, o Grecie Thunberg, emblematycznej postaci walki o uratowanie Ziemi od katastrofy ekologicznej; amerykańskie: „FBI kontra Martin Luther King”, amerykański „Stambuł bez smyczy”, o życiu bezdomnych psów w stolicy Turcji i zaprzyjaźnionych z nimi Syryjczyków, o więzi człowieka z czworonogiem; polski „W centrum komiksu” o kulturze i fanach tego gatunku. Tematyka filmów, obejmująca oczywiście także problem pandemii koronawirusa i problemy wszelakich mniejszości, ogarnia ogrom najważniejszych problemów, dramatów i tragedii współczesnego świata, zbiorowości i jednostek, więc festiwal ten jest jakby ich artystycznym katalogiem i zapisem. Pokazy i spotkania podzielone zostały na 19 sekcji, m.in. „Fetysze i kultura”, „Alfabet protestu”, „Życie w czasach pandemii”, „Oblicza Ameryki Łacińskiej”, „Odmieńcze spojrzenia”, „Muza i wena”, „Historie intymne”.
W ramach tej ogromnej oferty znalazł się polski film Jakuba Mikurdy „Ucieczka na Srebrny Glob”, o Andrzeju Żuławskim (1940-2016) i jego niezrealizowanym (a właściwie brutalnie przerwanym w ostatniej fazie produkcji) filmie według powieści jego dziadka Jerzego Żuławskiego „Na Srebrnym Globie” według powieści jego dziadka, Jerzego Żuławskiego (1874-2015). „Na Srebrnym Globie (1976/1987) (…) mogło się stać jednym z najbardziej przełomowych filmów science-fiction w historii – czytamy w nocie festiwalowej – Rozmach produkcyjny, gwiazdorska obsada, rewolucyjne kostiumy i scenografia zapowiadały arcydzieło. Dlaczego zatem władze kinematografii PRL wstrzymały produkcję na dwa tygodnie przed zakończeniem zdjęć? Czy zdecydowały o tym względy ekonomiczne? Polityczne? Artystyczne? Osobiste? Pozostał film-legenda, który nadal inspiruje filmowców z całego świata. I emocje ekipy, równie silne dzisiaj co 40 lat temu”. Dodajmy, że po latach powstał ułomny montaż zebrany z ocalałych fragmentów filmu.
Jakub Mikurda:Zdecydowałem się tylko na wycinkowy film o Żuławskim, bo był osobowością tak potężną i bogatą, że całości jego biografii i dzieła nie dałoby się zmieścić w półtoragodzinnym filmie. Brat pana Andrzeja, pan Mateusz powiedział mi, że moje spotkanie z ta postacią, to jak konfrontacja boksera wagi piórkowej z Mohamadem Ali czyli Cassiusem Clayem. Starałem się jednak, aby zachować zasadę pars pro toto, czyli aby jeden wątek jak najwięcej, całościowo powiedział o tym artyście i jego życiu, chciałem, aby nie był to tylko film o filmie. Dlatego przyjąłem formułę kalejdoskopowej składanki. Co do przyczyn przerwania produkcji filmu, to moja główna hipoteza jest taka, że główny decydent, Janusz Wilhelmi, chciał w ten sposób okazać swoją władzę. W kolażowo skonstruowanym filmie (fragmenty filmów, materiały rodzinne, fragmenty wypowiedzi artysty w telewizjach polskiej i francuskiej, fragmenty kronik z życia politycznego epoki Edwarda Gierka, w tym wypowiedź Wilhelmiego) wypowiada się szereg postaci, m.in. syn reżysera Xawery Żuławski, brat Mateusz Żuławski, były wiceminister Kultury i szef Kinematografii w latach 1973-1977 Mieczysław Wojtczak, Janusz Zaorski, Krzysztof Zanussi, Jacek Fuksiewicz, Andrzej Seweryn i kilku członków ekipy produkcyjnej. Podczas spotkania publiczności z reżyserem dokumentu po emisji, wśród poruszonych kwestii pojawiła się sprawa „przemocowego sposobu pracy Żuławskiego z ekipą”. Zwrócono uwagę, że dziś byłoby to na ogół niemożliwe, ale film realizowany był 44 lata temu i była wtedy inna świadomość, sprzed wymyślenia słowa „mobbing” i napiętnowania oznaczających go zjawisk.
Mieczysław Wojtczak, wiceminister Kultury i Sztuki, szef Kinematografii w latach 1973-1977, jedna z osób wypowiadających się w filmie:

– Film obejrzałem z zainteresowaniem, tym bardziej, że dotyczy ważnego etapu w moim życiu zawodowym, politycznym. Film został zrobiony atrakcyjnie, dynamicznie, a że są w nim drobne niedokładności, to normalne przy takim ogromie materiału. Natomiast film dobrze oddaje generalny nastrój tamtych czasów. Trafnie pokazuje dramat polskiego kina uwikłanego między aspiracje artystyczne twórców a presję natury politycznej. Pewnym mankamentem filmu jest to, że nie wszystkie wątki zostały dobrze objaśnione tym widzom, którzy nie są wprowadzeni w materię tematu. To jest zrozumiałe dla tych, którzy znają problematykę filmu. Widzowie „postronni”, zwłaszcza młodzi mogą mieć z tym problem, tym bardziej za kilka czy kilkanaście lat. Niezależnie od tego zauważyłem, że młodzi widzowie, którzy stanowili większość widowni, oglądali film (zrobiony także przez ludzi młodych) z wielką uwagą. Bardzo mnie to cieszy, bo to od młodych zależy przyszłość polskiego kina.

Kronika niezapowiedzianego odejścia

To trudna książka. Ale jej lektura wsysa. Nie pozwala, aby ją przerwać, choć opowiada o sprawach najtrudniejszych. O odejściu na zawsze.

„Jak nie zabiłem swego ojca i jak bardzo tego żałuję” Mateusza Pakuły trudno zdefiniować gatunkowo. Z jednej strony to po prostu zapiski autora, rodzaj jego dziennika pisanego w ostatnich miesiącach życia ojca. Ale z drugiej strony fragmenty (albo i teksty przytaczane w całości) powstających dramatów – autor jest przecież znanym dramatopisarzem, który zdobył sobie poważną markę. A do tego jeszcze notatki z pracy w teatrze i uwagi o lekturach, które autor dosłownie pożera. To nie są lektury mojego pokolenia, sporo się przy okazji dowiaduję o tym, co czytają następne generacje.
Kiedy Mateusz Pakuła pojawił się w teatrze, pisałem ponad dziesięć lat temu, było widać, że to nowe ważne nazwisko w polskim dramacie. Teatr wówczas jeszcze tego nie potwierdzał, bo kilka premier sztuk tego autora bardziej rozczarowało, niż zachwyciło, ale recenzenci podkreślali zgodnie, że wina za ten stan rzeczy leży po stronie teatru.
Teatr chciał te sztuki wystawiać grzecznie, miały być uczesane, uporządkowane. Tymczasem cała ich uroda polegała na zaplanowanym nieładzie, anarchii, szokujących kontrastach, na miksie rzeczy pozornie do siebie nieprzystawalnych, ale przecież w życiu realnym współistniejących. Pakuła bowiem jak rasowy realista okazał się nadrealistą, który lokuje świat swojej wyobraźni na przecięciu mitu, papki kultury masowej i nieprawdopodobnego wręcz słuchu na język – można nawet podejrzewać, że urodził się drugi Białoszewski z nadwrażliwością na koślawości języka mowy codziennej.
Kiedy o tym wszystkim pisałem, Pakuła był jeszcze studentem w krakowskiej szkole teatralnej. Spodziewałem się, że już po dyplomie sam chwyci się za swoje sztuki i pokaże, jak je wystawiać, aby nie utracić ich szczególnej poezji. Tak też się stało.
Bohaterami swoich sztuk chętnie czyni dzieci – to gwarantuje, że ich chłonna wyobraźnia na równych prawach konsumuje filmy, seriale, potoczne obserwacje i mity. Stąd charakterystyczne często tytuły tych sztuk, nawiązujące do tropów mitycznych i legendarnych dramatów, jak choćby „Książę Niezłom”, echo sławnej tragedii Calderona „Książę Niezłomny” czy „Marcin wieczny Artur” z wyraźną aluzją do Rycerzy Okrągłego Stołu i „Donkiszot”, replika Rycerza Smętnego Oblicza. Często gęsto inkrustuje swoje sztuki fragmentami utworów klasycznych i współczesnych innego pióra, zderzając ze sobą i zmuszając do koegzystencji na przykład wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, fragmenty z tragedii Szekspira i Marcina Świetlickiego. Z tych miksów wyłania się okrutny świat wyobraźni zainfekowanej wszystkimi grzechami świata tego, przemocą, wykluczeniem, jaskrawą niesprawiedliwością. Niektóre pomysły prowadzą do hipnotycznych filmów Davida Lyncha czy labiryntów Roberta Altmana, inne do skrytych fobii i urazów zbiorowych.
Książka „Jak nie zabiłem swego ojca i jak bardzo tego żałuję” wyrasta z tych doświadczeń, z tak właśnie wypracowanego warsztatu. Pisarz porusza się najczęściej „pomiędzy”, szukając w zderzeniu form odpowiedzi na dręczące go pytania.
Wiadomość o okropnej chorobie (rak trzustki, praktycznie niewyleczalny) spada jak grom z jasnego nieba. Tak to się zaczyna: „No więc tak. Listopad, niemal koniec świata. Tata ląduje na SOR-ze w Święto Niepodległości, ma pięćdziesiąt dziewięć lat. Ja mam trzydzieści sześć. O jego raku i nierokujących markerach dowiaduję się już w Krakowie, siedząc z Zuzią w Il Calzone pod Teatrem Starym. Rozmawiam z mamą przez telefon i płaczę do swojej pizzy. Zuzia natychmiast do mnie dołącza i płaczemy razem, nie zważając na kelnerów i innych klientów, szloch pochłania nas w całości (uprzedzam, w tej książce dużo płaczemy, a jeśli nawet nie dużo płaczemy, to strasznie płaczemy)”.
Ojciec nieuchronnie odchodzi i nic nie jest w stanie tego odwrócić, choć przecież mówi się, że nadzieja umiera ostatnia – w końcu trzy procent cierpiących na ten nowotwór przeżywa wściekły atak niszczących organizm komórek. Najbliżsi są bezsilni. Pisarz płacze. Nie wstydzi się tych łez. Jego szczerość sprawia, że czytelnik czuje się onieśmielony. Wpuszczony do świata intymnych przeżyć, zwierzeń, nie może udawać, że to go przecież nie dotyczy czy nie dotyka. Sugestywne, szczere pisanie Pakuły, wyrzucane gwałtownie na papier przekleństwa i łzy – wszystko to w pewien sposób obezwładnia. Wyklucza obojętność czytelnika albo stosunek recenzenta, który oglądałby tekst przez „mędrca szkiełko i oko”. Rodzi się szczególny, emocjonalny charakter lektury – rodzaj wspólnictwa. A jednak nie powstaje wrażenia jakiegoś emocjonalnego nadużycia czy szantażu. Z tego wszystkiego wyłania się prawda granicznego doświadczenia, które nie każdy jest w stanie wyrazić. Pisarz też kapituluje. Zasłania się swoimi utworami literackimi. To dobra maska. Bez niej trudno byłoby tę książkę wytrzymać emocjonalnie.
Pakuła nie jest jest ani pierwszym, ani jednym pisarzem, który zmaga się z odejściem kogoś bardzo bliskiego, towarzyszy mu w bólu, próbuje pomóc, jakoś umniejszyć ból, złagodzić cierpienie. Bywały już podobne próby zapisu – dość przypomnieć „Ćwiczenia z utraty” Agaty Tuszyńskiej. I nie rzecz w porównaniach. Tym razem bowiem obcujemy nie tylko z zapisem walki z nieczułą na zaklęcia i wyzwiska chorobą (bez szans na powodzenie w nierównej walce), ale z obrazem strumienia życia, które przecież płynie razem, równolegle, pod spodem, obok.
Pisarz pozostaje pisarzem. Zapisuje więc, zaklina słowami rzeczywistość, zatrzymuje w ten sposób czas, choć to przecież złudne, bo kto widział czas? Pisarz nie tylko zapisuje stan swego ducha, swoje obserwacje, swój gniew i bezradność. Znaczy również ślady swojego zawodowego życia, a między innymi odnotowuje, jak toczą się próby w krakowskim teatrze Łaźnia Nowa, jak postępuje praca nad jego najnowszym dramatem „Stanisław Lem vs Philip K. Dick”, pisanym na zamówienie teatru. To właśnie tę sztukę, już gotową, włączy autor do swojej opowieści o bolesnym okresie pożegnania z ojcem. Sztukę tę zresztą Pakuła wyreżyseruje w teatrze, a przed premierą powie: „Interesujące było dla mnie zderzenie tych dwóch diametralnie różnych osobowości. Z jednej strony mamy mistycyzm, poszukiwania duchowe, szaleństwa Dicka, a z drugiej niezłomny ateizm Lema, jego drwinę z wiary, pronaukowość. Ustawiam się zdecydowanie po stronie Lema, ale namiętności i obsesje Dicka są po prostu fascynujące”.
W tej wypowiedzi tkwi odpowiedź na pytanie, co robi ta sztuka w książce Mateusza Pakuły. Pisarz jasno przedstawiający swoje racje, będący po stronie Lema, jego racjonalnego poglądu na świat i przekonania, że tylko lekceważone oświecenie może przynieść nieco nadziei, w swoich zapiskach na odejście ojca deklaruje się jako człowiek, który nie szuka pociechy w religii czy magii. Co przecież nie znaczy, że ból znosi się wtedy łatwiej – może i trudniej, bo wiara, kto wie, może ułatwia przejście przez morze cierpień, obietnica nagrody łagodzi udrękę. Ale pewność, że życie to wszystko, co mamy do dyspozycji, stawia prawdziwie wyzwania, od których nie da się uciec – chyba że do literatury, do sztuki, gdzie niejeden odkrywa swój azyl. Pisarz mierzy się z ekstremalnym doświadczeniem, z niewyobrażalnym cierpieniem (i upodleniem), którego już nie chcemy. Nie oszczędza ani siebie, ani czytelnika. Nie unika opisów drastycznych, choć naturalizm spotyka się z przedziwnym estetyzowaniem doznań. Jak choćby wtedy, kiedy po raz pierwszy uczestniczy w kąpieli schorowanego ojca: „nie mogę się napatrzeć na jego przyrodniczo fascynujące ciało, chude do niemożliwości ręce i nogi, ramiona i uda zwłaszcza, tyłek w zaniku, plecy, przez które widać cały kręgosłup i każde żebro. I tylko brzuch jak beczka, i czasem lewa ręka za łokciem pełna wody z kroplówki, więc nawet nie aż taka chuda”. Ale im bliżej końca, tym boleśniej. Tym trudniej wytrzymać.
Nie może tego znieść ojciec, szukający pomocy w odejściu na własnych warunkach. Pojawiają się moralne rozdarcia i ostateczne pytania – jak dalece ciało może poniżyć człowieka? Co na to obojętny świat? Pojawia się myśl o eutanazji, o którą błaga umierający. I niezdolność spełnienia jego prośby. Stąd tytuł tej książki i powtarzające się jak refren wiele razy to samo zdanie: „Męczy mnie obraz taty próbującego przełknąć hydroksyzynę”. To jak dręczący koszmar, w którym zamyka się cała historia cierpienia nie na ludzką miarę.

Jak nie zabiłem swego ojca i jak bardzo tego żałuję, Mateusz Pakuła, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2021, s. 222, ISBN 978-83-66599-30-7.

Fejk niusy

• Prezes NBP Glapiński włączył się do walki o tytuł Pinokia Roku 2021 i chce przegonić niekwestionowanego dotychczas pretendenta do tytułu, Morawieckiego. Glapa twierdzi, że mamy tyle forsy, że cały świat chce od nas pożyczać. Nie mówi, czemu chcemy pożyczać u Chińczyków.

• Władza już wie. Tydzień po manifestacjach w obronie obecności Polski w UE, gigantycznie wzrośnie fala covid. Wina Tuska.

• Narodowa narośl finansowana przez rząd, podczas zagłuszania demokratycznej demonstracji w Warszawie, krzyczała „Za-bić Tu-ska!”. Szeregowy Kulson i jego koledzy nie słyszeli. O mordzie na Adamowiczu, prezydencie Gdańska, wszyscy już zapomnieliśmy.

• Publicysta Ziemkiewicz innych obraża na prawo i lewo, ale jak ktoś go obrazki – zachowuje się, jak każdy prawicowiec. Za zatrzymanie na granicy UK będzie go musiała teraz przeprosić królowa angielska, inaczej wypowiemy wojnę Brytyjczykom.

• Media piszą, że nieużywane respiratory od handlarza bronią kupi państwowa spółka. Handlarz będzie czysty, Szumowski i ferajna też, bo nikt nie stracił. Nabywca wyrzuci szmelc na złom i po sprawie. No i trzeba na końcu wręczyć wysokie nagrody za tym, co to wykombinowali.

• TVP wyczerpała już wszystkie pomysły, jak widzom obrzydzić złą Platformę, więc wyciągnięto taki argument: Jak PO znów dojdzie do władzy, ludzie będą nieszczęśliwi.

• Kosmetyczne zmiany w polskim orle oraz hymnie. Koszt 147,8 mln zł, poniosą głównie samorządy. Tyle, co 2,5 miesiąca płacenia kary do za Turów. Tanizna. A dla strajkujących ratowników medycznych pieniążków nie ma i trzeba latać helikopterami.

• W planach jest ubezpieczenie zdrowotne wszystkich Polaków przez państwo. Ci, którzy utrzymują przy życiu system ubezpieczeń i od lat płacą składki, wkrótce dowiedzą się, że są frajerami.

• W międzynarodowym rankingu państw, które prawnie NIE sprzyjają biznesowi, szybko pniemy się w górę. Obecnie zajmujemy zaszczytne, 10. miejsce. Przed pisowską władzą trochę jeszcze do zrobienia, ale spoko. Wkrótce Polska na pewno trafi na podium.

Kapsułki pamięci

Grażyna Hase
Kiedy wdrapałem się nie bez wysiłku, po stromych schodach, na ostatnie piętro kamienicy przy Rynku Starego Miasta (warszawskiego oczywiście), było to już moje drugie spotkanie z panią Grażyną (której nazwisko Hase, należy, jak sama podkreśliła, wymawiać z polska, przez „s”, a nie z niemiecka, przez „z”). Podkreślam ten szczegół, bo nazwisko słynnej projektantki mody i jej galerię na Zapiecku, pamiętam z dawnych telewizyjnych czasów widza, zwłaszcza z magazynu kulturalnego „Pegaz”, gdzie o „galerii Grażyny Hase” często wspominano. Pierwsze nasze spotkanie odbyło się w jej pracowni mieszczącej się w kamienicy przy Marszałkowskiej, gdzie nadal pracuje i jeśli nawiązuje do przeszłości to w pogodnym nastroju ducha. Pani Grażyna wydała kilka lat temu piękne o sobie wspomnienia, które opracował Krzysztof Tomasik. Niestety, nie stało się tak w przypadku jej byłego męża, Wowo Bielickiego, którego komputeropis wspomnień zaginął przy likwidacji jego pracowni po zgonie wybitnego scenografa. A warto o tym wspomnieć także dlatego, że pani Grażya otacza pana Wowo, mimo rozstania z nim, serdeczną pamięcią, co jak wiadomo rzadko się zdarza ze strony byłych, rozwiedzionych współmałżonków.
Roman Bratny
Niemal w przeddzień 62 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego (2006) redaktor naczelny „Trybuny” Marek Barański powierzył mi przeprowadzenie wywiadu ze słynnym Romanem Bratnym. Pojechałem tam wtedy redakcyjnym autem, z redakcyjnym kierowcą, jako że istniało wtedy coś takiego (co dziś jest niewiarygodne) jak redakcyjne auta ze stałymi kierowcami. Roman Bratny mieszkał w Konstancinie, w solidnej willi z ogrodem. Zabrałem ze sobą oprawny w płótno egzemplarz pierwszego wydania „Kolumbów. Rocznik 20”, który przez całe dzieciństwo i młodość towarzyszył mojemu spojrzeniu z półki domowej biblioteczki. Roman Bratny przyjął mnie bardzo serdecznie i chętnie odpowiadał na rozmaite pytania i o literaturze, i o życiu. W pewnym momencie, nawiązując do jednego z fragmentów „Kolumbów” zauważył, rozglądając się po pokoju, w którym rozmawialiśmy, że to właśnie w nim rozegrała się, oparta na autentycznym zdarzeniu historia nocnego najścia domu Bratnego (wtedy młodego konspiratora z siatki AK) przez gestapo. To wtedy, na pytanie gestapowca, który z goszczących wtedy w domu gości to „hausbesitzer”, młody Roman odpowiedział, że to on. Śladem mojego gospodarza rozejrzałem się po pokoju i poczułem jak przez chwilę dotykam historii, w tym historii literatury.
Andrzej Dobosz
W „Rejsie” Marka Piwowskiego i „Trzeba zabić tę miłość” Janusza Morgensterna zagrał, jako barwny naturszczyk, nieodparcie komiczne postacie groteskowych intelektualistów wypowiadających się jakimś dziwacznym językiem, będącym mieszaniną nowomowy i naukowego slangu, ale poprzez to drwiących sobie z otaczającej rzeczywistości. Lubiłem jego ekscentryczne felietony pisane w kilku „intelektualnych” pismach, ale równie lubiłem jego dziwaczny, afektowany, modulowany, wypowiadany przy użyciu dziwacznej intonacji sposób mówienia. W latach dziewięćdziesiątych trafiłem do jego księgarni przy ulicy Frederick Sauton w Paryżu, w Dzielnicy Łacińskiej. Stał za ladą z miną wielmoży, któremu obojętne jest czy ktoś kupi od niego książkę czy nie. Zresztą, Dobosz nie dbał o ofertę na tyle bogatą by zadowolić różne kategorie czytelników. Jego oferta obejmowała jedynie bardzo elitarną literaturę dla dziwaków i smakoszów. Pewnie dlatego księgarnia długo nie przetrwała, a Dobosz, po latach pobytu w Paryżu, powrócił do Polski. Jest to człowiek dowcipny, tak w mowie jak w piśmie, ale różne jego narowy sprawiały, że nigdy mimo to nie mogłem go polubić. Drażnił mnie jego dziwolągowaty, jakiś jakby estetyzujący „antykomunizm” mieszczuszka, któremu „komunizm” kojarzy się jedynie z naruszeniem regularności posiłków i poobiednich drzemek oraz brakiem dobrych materiałów do uszycia kolejnego (diabeł wie po co) garnituru na miarę. Jego komiczne modnisiostwo drażniło mnie jeszcze bardziej niż jego „konserwatyzm” i „antykomunizm”. Należę do gatunku osób, które drażni popęd tzw. strojenia się, elegancji, zwłaszcza u mężczyzn, a fetyszystyczne, nadmierne przywiązywanie wagi do powierzchowności uważam za najbardziej denerwującą odmianę snobizmu. Poza tym mikra i niezbyt foremna sylwetka Dobosza sprawia, że wygląda on groteskowo w tych swoich doskonale skrojonych płaszczach, garniturach i stosowanych kapeluszach. Swego czasu przemogłem się i zadzwoniłem do niego z prośbą o wywiad. Miałem wrażenie, że dodzwoniłem się do zadufanego w sobie kardynała, który wyniosłym, a nawet nieco wzgardliwym tonem wymienił mi w punktach warunki, po których spełnieniu może udzielić mi łaski spotkania: nie na trzy godziny przed obiadem, nie trzy godziny po obiedzie, nie rano, nie wieczorem, nie przed drzemką i nie po drzemce. Odechciało mi się wywiadu, choć felietony Dobosza to prawdziwy magazyn inteligentnie podanych osobliwości. Nie przepadam bowiem za ludźmi, którzy celebrują swoją osobę jak troskliwy kustosz-pedant swoje muzeum.
Zdzisław Cackowski
Był „moim” profesorem filozofii na studiach filozoficzno-religioznawczych na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Bardzo lubiłem i ceniłem jego atrakcyjne wykłady. Mówił nie tylko mądrze, ale i dynamicznie, ze swadą, acz mankamentem jego narracji był brak choćby szczypty dowcipu. Nawet na milimetr nie odchylał się od tonu serio. W czasie wykładu chodził pomiędzy nami studentami, przy niektórych, co bardziej dobitnych kwestiach pochylał się nad którymś/którąś z nas, na wysokość twarzy, jakby swój przekaz chciał nam osobiście, niemal fizycznie wbić do łbów. Niektóre kwestie puentował wykrzyczanym niemal pytaniem, przy udziale silnej gestykulacji: „Rozumie pani!”. Pochodził ze skrajnej biedoty wiejskiej, z tzw, czworaków, przed wojną zaznał jako chłopskie dziecko głodu i chłodu. Przebił się do naukowej i politycznej kariery katorżniczym wysiłkiem. Uzyskał międzynarodową renomę w swojej dyscyplinie, jako marksista, jeździł na sympozja naukowe, był przez pewien czas rektorem UMCS, a w okresie gdy był moim wykładowcą (1987), pełnił też funkcję członka Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, osadzając się w nim na liberalnym, reformatorskim skrzydle. Była to więc postać bardzo znacząca, a w Lublinie, przez lata, jeden z najbardziej wpływowych ludzi. Jak to człowiek takiej pozycji zawodowej, społecznej i politycznej, nosił oczywiście garnitury. Z czasem dało się jednak zauważyć, że profesor Cackowski przestał pojawiać się w garniturze, tym stroju-emblemacie (dress-kod) wysokiej pozycji społecznej. Coraz częściej zdarzało się, że na spotkania naukowe, seminaria doktorskie i wykłady, przychodził „w stroju niedbałym”, w byle jakiej koszulce polo, czasem, co dało się zauważyć, wprost z działki, którą namiętnie uprawiał. Zauważono także, że coraz niechętniej jeździł za granicę, nie uczestniczył w eleganckich naukowych eventach z wykwintnym jadłem i gatunkowymi trunkami, a ponad frykasy zaczął przedkładać prostą kuchnię typu barszcz z ziemniakami, ziemniaki z mlekiem zsiadłym itp. W pewnym momencie intrygująca wielu zagadka zmiany modusu życia Profesora został odkryta, także dzięki jego wyznaniu, które powierzył jednemu z kolegów. Otóż wyrósłszy z biedy i zaznawszy imponującego awansu społecznego, z czworaków na międzynarodowe salony naukowe i na korytarze władzy, a przy tym do komfortowego, dostatniego życia, przez lata zaznawał z tego powodu satysfakcji i dumy. Jednak po dziesięcioleciach znudziło go to, znużyło nawet zbrzydziło, ów styl życia uznał za sztuczny i jałowy, a jednocześnie odezwała się w nim chłopska natura i dojmująca potrzeba powrotu do korzeni. Owa abnegacja w stroju, namiętne uprawianie działki jako ersatzu uprawiania roli, były jednymi z oznak tej przemiany. Profesor Cackowski urodził się w nędznej chłopskiej rodzinie, doczekał się wysokiego społecznego wyniesienia, ale pod koniec życia powrócił niejako do początku. Natura, która ponownie przywołała wilka do lasu, okazała się silniejsza niż wszelkie pożytki z sukcesu i awansu, niż wszelakie splendory tego świata.

Piotr Jaroszewicz – historia niedokończona

Niemal równo za rok upłynie 30 rocznica tragicznej śmierci byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza, bestialsko zamordowanego wraz z żoną Ireną Solską w swoim domu przy ulicy Zorzy 19 w Aninie pod Warszawą w noc z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku.

Pierwszy proces domniemanych sprawców zakończył się blamażem i uniewinnieniem oskarżonych. Obecnie podobno szykuje się drugi proces. „Do dziś ta zbrodnia nie została wyjaśniona i pozostaje jedną z największych zagadek III Rzeczypospolitej” – napisał we wstępie Mariusz Głuszko, autor „popularnego opracowania” – jak je sam określa, nie używając określenia „biografia” – napisanego w oparciu o dostępne opracowania, pamiętniki, dokumenty oraz prasę. „Prezentowana książka jest pierwszą próbą przybliżenia sylwetki premiera „przerwanej dekady” – zaznacza autor.
Narracja obejmuje okres od narodzin Jaroszewicza w białoruskim dziś Nieświeżu w roku 1909 a kończy się na okolicznościach zabójstwa z 1992 roku, śledztwa i procesu sądowego. „Monografia dr. Mariusza Głuszko to pasjonująca opowieść o losach Piotra Jaroszewicza, obejmująca nie tylko okres PRL-u, ale również kilka lat dwudziestolecia międzywojennego oraz czasy drugiej wojny światowej, podczas których przyszły polityk i decydent przeszedł długi, wyzwoleńczy szlak bojowy Ludowego Wojska Polskiego, zakończony w Berlinie. Jego błyskawiczna kariera w szeregach wojska, a następnie partii do dziś budzi zdumienie. (…) Ten pozbawiony ideologicznych ograniczeń technokrata, dociekliwy analityk złożonych procesów gospodarczych, z którym liczono się w Moskwie, stał się w latach 70. XX wieku ważnym partnerem Edwarda Gierka w procesie modernizowania Polski jako premier rządu.
Zginął śmiercią tragiczną – zamordowany wraz z żoną w swoim domu. Okrutna zbrodnia do dziś nie doczekała się wyjaśnienia” – napisał o książce prof. Adam Gierek. Jako się rzekło, książka Mariusza Głuszko jest opracowaniem popularnym, a znacząca większość faktów w niej podanych znana jest zainteresowanym tematem i epoką. Jednak bardzo sprawny i twórczy sposób dokonania przez historyka syntezy faktów, pozwala spojrzeć na postać Piotra Jaroszewicza z odnowionej perspektywy, w nowym oświetleniu. Znane fakty nabierają w tym ujęciu nowych znaczeń. Do tej pory czytelnicy zainteresowani tematem byli zdani na wywiad-rzekę z byłym premierem, zatytułowany „Przerywam milczenie. 1939-1989”, a przeprowadzony przez Bohdana Rolińskiego oraz na liczne rozproszone teksty prasowe, a także na passusy i wzmianki w książkach dotyczących najnowszej historii Polski, w tym głównie dziejów PRL. Czytelnicy zainteresowani poszerzeniem wiedzy mogą sięgnąć do bogatej bibliografii, pomieszczonej przed indeksem nazwisk. Zainteresowani sprawą zabójstwa Jaroszewiczów będą usatysfakcjonowani rozdziałem końcowym, w którym autor syntetycznie przedstawił hipotezy dotyczące przyczyn zabójstwa. Nie będę ich szczegółowo przytaczał, by nie zakłócać satysfakcji z lektury. Wspomnę tylko, że w rezultacie pracy dziennikarza śledczego Tomasza Sekielskiego, w roku 2017 prokuratura ponownie wszczęła śledztwo, a w 2018 roku aresztowane zostały (dość przypadkowo) trzy osoby, z których dwie przyznały się do zabójstwa. Nadal jednak nie postawiono zarzutów podejrzanym. Czy ewentualny przyszły, ale bynajmniej nie pewny proces sądowy odpowie na pytanie o przyczyny zabójstwa? Gdyby tak się stało, niewykluczone, że pewne fragmenty biografii Piotra Jaroszewicza trzeba będzie skorygować. Czas pokaże, czy tak się stanie. Jednak pewien mój rozmówca, jeden z ministrów w rządzie Piotra Jaroszewicza powiedział mi, że na wieść o jego dramatycznej śmierci powiedział do towarzyszących mu osób: „Zobaczycie, że nigdy nie wyjdą na jaw przyczyny śmierci Piotra”. Czas pokaże, czy miał rację.
Mariusz Głuszko – „Piotr Jaroszewicz. 1909-1992”, Oficyna Wydawnicza Rytm, Warszawa 2021, str. 245, ISBN 978-83-7399-888-9