Flaczki tygodnia

„Proszę, by tego rodzaju kłamliwymi argumentami nie posługiwać się w kampanii, bo to jest ohydne i nieprzyzwoite/…/ to wstrętna nieprawda”. Tak skomentował pan prezydent Andrzej Duda pojawiające się informacje, że rząd PiS zamierza obniżyć emerytury żołnierzom zawodowym i ich rodzinom. I aż zatrząsł się z oburzenia.

Zaraz po przemówieniu i trzęsionce prezydenckiej w Internecie pojawiły się kopie sejmowego druku nr 1105 prezentującego projekt ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin. Przewidującego „dezubekizację”, czyli obniżki emerytur dla każdego zawodowego żołnierza, który w swojej karierze pracował w cywilnych bądź wojskowych formacjach zaliczanych przez IPN do „organów bezpieczeństwa państwa totalitarnego”.
Do takich „organów” IPN zalicza Wojska Ochrony Pogranicza, WSW, czyli ówczesna żandarmeria wojskowa i wszelkie formacje zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym armii, w tym żołnierze, którzy na „misjach zagranicznych” prowadzili działania operacyjno-rozpoznawcze.

I tak wyszło na to, że to pan prezydent mówił „wstrętną nieprawdę”. Nie pierwszy raz i zapewne nie ostatni.

Prezydencką nieprawdę usiłował wytłumaczyć jego rzecznik prasowy pan minister Błażej Spychalski. Poinformował, że panu prezydentowi tak naprawdę chodziło o emerytury wyłącznie dla żołnierzy, którzy byli na „zagranicznych misjach”. I dementował plotki o obniżkach tylko tych emerytur.

Zatem pan prezydent uroczyście zadeklarował, że nie podpisze ustawy, której projektu nie ma. I nie ma szans aby ją podpisał, nawet gdyby nagle zechciał. Nie odniósł się za to do ustawy o obniżkach wojskowych emerytur, która od miesięcy leży w Sejmie RP. Gotowa do uchwalenia, ale pewnie dopiero po wyborach parlamentarnych, jeśli PiS znowu zdominuje Sejm. I wtedy pan prezydent nie uchyli się od podpisu.

Uwaga wojskowi i rodziny wojskowych.
Los waszych emerytur jest w waszych rękach. „Flaczki” przypominają, że jedyną partią, która konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim „dezubekizacjom” to Sojusz Lewicy Demokratycznej.
„Flaczki” przypominają, że trzynastego października możecie wybrać parlamentarzystów z SLD, którzy mogą zablokować PiS-owską mściwość.

W 2018 roku łączne wydatki na wojsko na całym naszym świecie wyniosły 1 bln 822 mld dolarów USA. Polskie wydatki na ten cel wyniosły wtedy 12 mld USD, czyli ok. 47 mld złotych. Polska była wśród sześciu innych krajów Europy, które przeznaczyły na ten cel 2 procent swojego PKB. W roku 2019 zaplanowano wydać na obronność 44 mld 674 mln złotych.

Po czterech latach rządów PiS nietrudno zauważyć, że jedyny program modernizacyjny sił zbrojnych, który udało się w całości zrealizować ekipie pana prezesa Kaczyńskiego, to zakup w 2017 roku samolotów dla VIP-ów. Dwóch gulfstreamów i trzech boeingów 737. Za 2,5 mld złotych. Jeden z gulfstreamów cały czas służył bezpiecznym przelotom pana marszałka Marka Kuchcińskiego na Podkarpacie.
Dodatkowo w lutym 2019 roku został podpisany kontrakt na zakup 20 wyrzutni artylerii rakietowej HIMARS wraz z 270 pociskami krótkiego zasięgu i 30 zasięgu dalekiego. Wystarczy do szkolenia, za mało do realnej obrony.
Nie zrealizowano programu zakupów śmigłowców. Nie zrealizowano programu zakupu nowych okrętów podwodnych ani innych okrętów nadwodnych. Za dwa lata polscy marynarze nie będą mieli na czym się szkolić.
Nie zrealizowano programu wymiany przestarzałych, radzieckich transporterów opancerzonych BWP na polską konstrukcję.

Za to w przededniu wyborów do parlamentu MON ogłosił program modernizacji przestarzałych czołgów T-72 za 1,75 miliarda złotych. Zarobią na tym Bumar-Łabędy i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne, czyli potencjalni wyborcy pana premiera Morawieckiego.
Kilka miesięcy temu gazeta „Rzeczpospolita” ujawniła, że armia masowo maluje żelazne hełmy, które kilkadziesiąt lat leżały w magazynach.
I taki jest prawdziwy obraz sprzętu polskiej armii. Niby nowoczesnego, a w rzeczywistości jedynie przemalowanego. Partacko, bo spod farby ciągle wychodzi poradziecka rdza.

Kończy się czas układania list wyborczych. „Flaczki” przypominają lewicowym, czyli inteligentnym Wyborcom, że nie ma przymusu ulegać owczemu pędowi. I bezrefleksyjnie głosować jedynie na kandydatów zajmujących pierwsze miejsca na listach wyborczych. „Flaczki „ przypominają, że na listach Lewicy jedynkami obdzielono lokalnych liderów wszystkich trzech partii politycznych: Razem, SLD i Wiosny. Na mocy międzypartyjnego porozumienia.
„Flaczki” mają też swoich faworytów.
Dlatego na Podlasiu polecają uwadze Wyborców kandydaturę Piotra Kusznieruka. Lidera podlaskiego SLD i wydawcy naszej „Trybuny”.
A w okręgu nr 19, obejmującym teren stołecznej Warszawy, polecamy kandydaturę redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego.
Zapewne będzie on na ostatnim miejscu na lewicowej liście kandydatów do Sejmu RP.

Antropologiczny fałsz współczesnego katolicyzmu

Nie tak dawno pisałem o konsekwencjach religijno-politycznych pewnego dekretu cesarza Teodozjusza. Pozwolę sobie nawiązać do tamtego felietonu, przywołując jeszcze raz rzeczony dekret, który opatrzyłem krótkim komentarzem: Teodozjusz wprowadził pewien obowiązujący do dzisiaj paradygmat, który można określić jako ekskluzywizm religijny. W praktyce oznaczało to niszczenie, a gdy to się nie udawało to ośmieszanie zastanych kultów i wprowadzanie jedynej słusznej religii.

Oto jak brzmiał stosowny dekret z 380 roku „wielkiego chrześcijańskiego cesarza”:
Chcemy widzieć wszystkie ludy, które podlegają miłościwej władzy Naszej Łaskawości, żyjące w wierze, jaką przekazał Rzymianom Apostoł Piotr i którą głosi się tak jak niegdyś także dzisiaj, i którą wyznaje, jak każdy wie, papież Damazy i biskup Piotr z Aleksandrii […]. Nakazałem, żeby ten tylko, kto przestrzega tego prawa, mógł przybrać imię katolika, a wszyscy inni jako nierozumni i szaleni byli napiętnowani hańbą nauki heretyckiej. Winni oni spodziewać się przede wszystkim pomsty Bożej, a następnie naszej kary stosownie do decyzji, którą powzięliśmy z natchnienia niebieskiego.
I tak już zostało, przynajmniej w krajach dość późno przecież nawróconych na religię cesarza Teodozjusza, jak chociażby Polska.
Powód jest tragicznie aktualny. Chodzi mianowicie o konsekwencje skandalicznego sformułowania abpa Marka Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”.
Wbrew oczekiwaniom liberalnych środowisk związanych z Kościołem katolickim i liczących na potępienie mowy nienawiści krakowskiego metropolity, ta mowa nie tylko nie nadszarpnęła reputacji Jędraszewskiego, ale uczyniła z niego nowego bohatera. Stał się wręcz symbolem niezłomnego rycerza broniącego wartości chrześcijańskich i jedynego sprawiedliwego, który miał odwagę jasno powiedzieć, co myśli. W obronie Jędraszewskiego ruszyły największe autorytety konserwatywnego katolicyzmu, już nie tylko polskiego.
Oto co napisał kardynał Duka z Pragi: „Jako prymas Czech, przewodniczący Konferencji Biskupów Czeskich, arcybiskup Pragi i kardynał Kościoła rzymskokatolickiego przyłączam się do deklaracji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski i wzywam do podobnego kroku przedstawicieli episkopatów Słowacji i Węgier”.
Nieoceniony o. Rydzyk stwierdził: „Ks. abp Marek Jędraszewski powiedział – ja mogę tak porównać sobie z historii, może za mało jej znam – ale powiedział tak, jak kardynał Wyszyński kiedyś powiedział komunistom: »non possumus«, nie możemy dalej tak”.
Znacznie subtelniej i, by tak rzec, historiograficznie, swoje poparcie wyraził kardynał Zenon Grocholewski, który nie dostrzega w treści wygłoszonego 1 sierpnia kazania „nic niewłaściwego, lecz, przeciwnie, realistyczne odczytanie rzeczywistości oraz poczucie odpowiedzialności, którym się Ksiądz Arcybiskup kierował, broniąc prawdy i dobra oraz prawa Bożego wobec narzucającej się obecnie ideologii”.
Lista popierających hierarchów i polityków jest naturalnie znacznie dłuższa. Więc na zasadzie pars pro toto przywołam jeszcze autorytatywne dla polskiego katolicyzmu oświadczenie abpa Gądeckiego, który napisał, że:
Fala krytyki, która dotknęła metropolitę krakowskiego, arcybiskupa i profesora, a także reakcje pracodawców wobec osób wyrażających swoją dezaprobatę wobec ideologii LGBT+, świadczą o zakorzenionym w pewnych środowiskach totalitaryzmie światopoglądowym, polegającym na usuwaniu poza sferę obszaru wolności ludzi myślących inaczej.
Osobliwie brzmi przy tym stwierdzenie Gądeckiego, że „osoby przynależące do środowisk tzw. mniejszości seksualnych są naszymi braćmi i siostrami, za których Chrystus oddał swoje życie i które również chce doprowadzić do zbawienia”. Oraz jeszcze jedno dookreślenie: „Szacunek dla konkretnych osób nie może jednak prowadzić do akceptacji ideologii, która stawia sobie za cel przeprowadzenie rewolucji w zakresie społecznych obyczajów i międzyosobowych relacji”.
Już tylko brakuje płomiennego wsparcia papieża Franciszka. Czy może się pojawić? Tego bym nie wykluczał; wszak Franciszek już wielokrotnie wypowiadał się na temat zagrożeń związanych z „ideologią gender”.
Skąd ta jednomyślność we frontalnym ataku na środowiska LGBT ze strony przedstawicieli katolicyzmu, chyba nie tylko fundamentalistycznego czy konserwatywnego, ale dosłownie całego?
Odpowiedź jest dość prosta. Posłużę się wyjaśnieniem „głównego bohatera tęczowej zarazy”.
Otóż w Radiu Maryja Jędraszewski wyjaśniał, że używając słów „tęczowa zaraza” miał na myśli ideologię, a nie ludzi „którzy tę ideologię głoszą”. – Nie ma on żadnych wątpliwości, że istnieje coś takiego, jak ideologia LGBT. Jego zdaniem „Jest to pewien określony system myślenia, pewien określony system wartości – trzeba by powiedzieć antywartości – który przede wszystkim jest antychrześcijański, który odrzuca jednoznacznie przesłanie chrześcijańskie o Bogu, który stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo jako kobietę i mężczyznę, który ich powołał do życia małżeńskiego, do płodności małżeńskiej. To wszystko jest odrzucane bardzo systematycznie i w sposób – nie bójmy się tego powiedzieć
– totalitarny”.
No więc pisząc o „antropologicznym fałszu współczesnego katolicyzmu” nie mam na myśli konkretnych katolików, którzy są ludźmi pełnymi dobrej woli, tylko „ideologię katolicką”, która wyklucza każdego, kto nie podziela jej przekonań i systemu dogmatycznego stworzonego na przestrzeni ostatnich dwóch tysięcy lat. Jest to system ściśle połączony z władzą polityczną, którą wspiera o tyle, o ile pomaga mu osiągnąć jego ideologiczne cele.
Do połowy wieku XX, a dokładnie mówiąc do Soboru Watykańskiego II, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia swoich celów w sposób bezwzględny, zgodnie z wytycznymi sformułowanymi przez cesarza Teodozjusza w 380 roku w dekrecie przywołanym na początku tych uwag. Jednak ze względu na postępującą utratę wpływów politycznych, religijnych i kulturowych, wypracował nową strategię „dialogu” i „aggiornamento” czyli dostosowywania się do zmieniających się warunków kulturowych. W praktyce oznaczało to zadowolenie się stanem posiadania i zgodę na możliwość odchodzenia z szeregów katolicyzmu tych, którym przestarzały i coraz bardziej egzotyczny światopogląd katolicki przestał odpowiadać.
Jednak enklawy katolicyzmu wojowniczego i fundamentalistycznego pozostały nawet w kręgach najbardziej liberalnych. Tymi enklawami są prawa rozrodcze i model rodziny.
Jest to o tyle ciekawe, że najbardziej zaciekłymi obrońcami „tradycyjnego modelu rodziny”, czyli związku mężczyzny i kobiety, są mężczyźni żyjący samotnie bądź w związkach homoseksualnych (vide znakomita książka francuskiego socjologa Frederica Martela „Sodoma”).
Nie sposób wytłumaczyć tego przedziwnego paradoksu inaczej jak tylko błędem epistemologicznym bądź wręcz fałszywą antropologią. Sprawa wymaga naturalnie głębszego namysłu, do czego — jak ufam — niebawem nadarzy się okazja. Obecną gorącą debatę uważam bowiem tylko za preludium do frontalnej konfrontacji dwóch antropologii. Jednej, fałszywej, reprezentowanej przez współczesny katolicyzm i drugiej, prawdziwej, reprezentowanej przez krytyczne myślenie, uwzględniające dane nauk szczegółowych, zwłaszcza antropologii, etnografii, socjologii, psychologii, a nawet
neurobiologii.

Ośmiornica z Kremlem w tle

Agentura rządzi?

Jeśliby to, co jest treścią tej książki, choć w połowie było prawdą materialną, to nieuchronnie trzeba by wyciągnąć wniosek, że Polska jest rządzona przez dobrze zakamuflowaną, rozgałęzioną agenturę rosyjską, wywodzącą się po części jeszcze z czasów radzieckich. Wołałbym jednak narazić się autorowi na niesprawiedliwą ocenę niż z góry, bezkrytycznie zadeklarować bezwarunkową wiarę w prawdziwość tego, co napisał. Żeby było jasne: mam zaufanie do Autora, ale nie mogę nie zachować odruchowego dystansu do treści jego książki. Dystansu opartego na dobrej woli i życzliwego. Dystansu wynikającego ze względów natury epistemologicznej, poznawczej. Może dlatego, że jako obywatel polski chciałbym, aby to co napisał, nie miało pokrycia w faktach, choć obawiam się, że niestety, choć w części – ma.
Wbrew być może pierwszemu skojarzeniu, „Morawiecki i jego tajemnice” Tomasza Piątka nie dotyczą tylko afery majątkowej związanej z obecnym premierem, czy afery GetBack, w którą zamieszany jest jego ojciec, Kornel Morawiecki. Tych kwestii książka dotyczy w relatywnie niewielkim fragmencie. Jest to natomiast udokumentowana bogatą warstwą faktograficzną opowieść o genezie obecnych rządów, które w ujęciu głośnego autora mają swoje źródło w pewnych wydarzeniach i personaliach, które swój początek wywodzą z tzw. „Solidarności Walczącej”, organizacji założonej przez Kornela Morawieckiego w 1981 roku. W narracji Piątka pojawiają się liczne nazwiska znane z pierwszych stron gazet i czołówek materiałów telewizyjnych oraz internetowych, ale także postacie szerzej nieznane i pozostające w cieniu. Poza samym Morawieckim-seniorem, u podstaw całej tej ponurej historii pojawia się choćby zagadkowa, mroczna postać niejakiego Wojciecha Myśleckiego, czołowego działacza „SW”, ale przede wszystkim jej „mózgu”, „wizjonera, „stratega”, człowieka o tajemniczych i niepokojących powiązaniach oraz poglądach. To Myślecki, jeden mentorów Mateusza Morawieckiego, już w 1981 roku, czyli w czasach, gdy miliony Polaków marzyły o Polsce osadzonej w cywilizacji zachodniej, nie krył się z poglądami wobec Zachodu sceptycznymi, a jednocześnie umiarkowanie życzliwymi dla – ówczesnego – ZSRR, pojmowanego oczywiście perspektywicznie jako niekomunistyczna Rosja. W książce tej pojawia się co najmniej kilkanaście nazwisk osób, o korzeniach czy działaniach w taki czy inny sposób związanych z ZSRR, z instytucjami obecnej Rosji i „wschodem” rozumianym jako obszar usytuowany za wschodnimi granicami Polski lub związanych z osobami o takich powiązaniach. Oto niektóre z tych nazwisk: Teresa Czerwińska (właśc. Tatiana Tumanowskis), urodzona w ZSRR była minister finansów ( T. Piątek: „Ministrem finansów Morawiecki czyni osobę urodzoną i wychowaną w Związku Sowieckim, która otrzymuje dostęp do tajemnic naszych sojuszników z NATO – choć nie wiadomo, czy osoba ta została właściwie sprawdzona przez kontrwywiad”), Zbigniew Jagiełło, blisko związany z Morawieckimi prezes PKO BP, Adam Andruszkiewicz, nacjonalista, wiceminister cyfryzacji i otwarty rusofil, Igor Janke, były dziennikarz, hagiograf Mateusza Morawieckiego i Wiktora Orbana, dziś de facto biznesmen powiązany z rosyjskim, oligarchicznym biznesem bliskim Kremlowi, Ryszard Czarnecki, powszechnie znany euro deputowany też mający rosyjskie filiacje, Michał Dworczyk szef kancelarii premiera, Adam Lipiński, wiceszef PiS, Sylwester Chruszcz, skrajny nacjonalista, który wszedł do Sejmu z listy Kukiz ’15, były raper Liroy, czyli Piotr Marzec, szef Partii Zmiana Mateusz Piskorski, fanatyczny, złotousty nacjonalista Grzegorz Braun, Olga Semeniuk – warszawska radna PiS, sympatyczka Marine Le Pen, wreszcie sam Antoni Macierewicz – tej postaci przedstawiać nie trzeba Na tej liście są także takie figury, jak zamieszany w nielegalną prywatyzację w Warszawie Dymitr Hirsch („tajemniczy doradca Mateusza Morawieckiego o rosyjsko-wschodnioniemieckich korzeniach”), a nawet postać z tak odległego cienia jak młody człowiek, Michał Kuczmierowski, ten sam osławiony „harcerz”, który 10 kwietnia przyniósł przed Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu drewniany krzyż, który stał się zarzewiem trwającej przez kolejne miesiące burzliwej awantury politycznej. Autor książki, niczym skrupulatny pająk, snuje swoją misterną konstrukcję opisu powiązań zarówno wymienionych powyżej person, jak i wielu innych, a wszystkich wymienić nie sposób. Dotykam tylko „góry lodowej” jaką tworzy zawartość tej książki. W ostatniej części książki, zatytułowanej „Solidarność Walcząca i Biuro Studiów SB”, Piątek ukazuje podejrzaną genezę organizacji stworzonej przez Kornela Morawieckiego, genezę która nabiera nowej wymowy po głośnych prorosyjskich i prokremlowskich wypowiedziach tegoż samego Kornela Morawieckiego po latach. W pewnym momencie autor próbuje odpowiedzieć na pytanie „co było główną motywacją, która prowadziła Morawieckiego (Mateusza – przyp. KL) po tej ścieżce coraz wyżej – i coraz bliżej Moskwy”. „Czy był to czysty cynizm, jak sugerują liczne fakty – zastanawia się Piątek – (…) Czy jednak za tym cynizmem stała jakaś ideologia, jakaś wiara? A może to Kornel Morawiecki skierował syna na Wschód? (…) Założyciel „Solidarności Walczącej”, uchodzący kiedyś za radykalnego wroga Kremla, potem nagle jego sympatyk. Czy Morawiecki razem z nim zmienił front? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy wiedzieć, kiedy Kornel Morawiecki dokonał zwrotu w stronę Moskwy. Być może znacznie wcześniej niż przypuszczamy. Przykład Wojciecha Myśleckiego wskazuje, że antyzachodnie tendencje w otoczeniu Kornela Morawieckiego kiełkowały najpóźniej już na początku lat 90. Przybocznym Kornela była przecież postać tak dwuznaczna, jak Paweł Falicki, zarejestrowany przez SB jako TW „Barnaba”. Człowiek, który chce dzisiaj, aby Polacy trzymali pieniądze w Rosji. Podobnie jak syn Kornela Morawieckiego, Mateusz Morawiecki, który chciał, aby Polacy swe pieniądze inwestowali na Białorusi”.
„Morawiecki i jego tajemnice” to książka, która powinna być może mieć w tytule „Morawieckich”, w liczbie mnogiej. To gęsty od informacji, personaliów, pytań i hipotez, trudny nawet do prostego ogarnięcia raport z „ciemnej strony Księżyca”, a tym „Księżycem” jest polska polityka od 1980 roku. Czytelnik postronny, który nie jest specjalistą dysponującym wiedzą i instrumentami pozwalającymi na weryfikację jej treści, staje w trakcie lektury i polekturowych przemyśleń przed trzema możliwościami: odrzucić narrację autora, przyjąć ją lub zachować coś w rodzaju „symetryzmu”, mimo wszystko, mimo tego, że fakty przytaczane przez Piątka i tezy czy supozycje przez niego formułowane brzmią – przy wszystkich wątpliwościach czy zastrzeżeniach, jakie mogą się pojawić – wiarygodnie. Aczkolwiek sam nie mam innego wyjścia, jak powtórzyć za Gombrowiczem: „Nie jestem ja aż tak szalony, abym co mniemał albo i nie mniemał”. A wątków w książce jest znacznie więcej niż tu przywołałem: pojawia się także i NRD-owska „STASI”, i podejrzane tło kultu „Żołnierzy Wyklętych” i inne, liczne szczegółowe wątki. Pojawiają się też postacie szemranych biznesmenów, Tomasza Misiaka czy osławionego Marka Falenty, który być może jest ostatnim, w sensie kolejności, sekwencji zdarzeń, ogniwem tej tajemniczej historii. Wieńczy książkę pięciostronicowe „Podsumowanie. Ojciec, syn i tajemnice”. To sformułowane w postaci 48 punktów resumé zawartości „Morawieckiego i jego tajemnic”, prawdziwe, cenne wspomożenie ze strony autora adresowane do czytelnika, któremu „głowa puchnie” od tego, co przeczytał. Godne odnotowania są także obfite przypisy odsyłające zainteresowanych czytelników do części źródeł wiedzy autora. Podoba mi się też „gadżetowy” koncept polegający na opatrzeniu każdego rozdziału pastiszowym nawiązaniem do konwencji „streszczeń” rozdziałów, znanej czytelnikom z powieści przygodowych m.in. Juliusza Verne czy Edmunda Niziurskiego. Czytajcie tę fascynującą książkę i mimo wszystko próbujcie wyrobić sobie zdanie na jej temat. Na koniec, na puentę, nie odmówię sobie zacytowania postaci – dalece nie z mojej bajki – kardynała Henryka Gulbinowicza, metropolity wrocławskiego. W rozmowie z Władysławem Frasyniukiem miał on powiedzieć: „Nie chcę mieć nic wspólnego z Solidarnością Walczącą. To projekt absolutnie sowiecki. Niech mi pan wierzy, ja pochodzę ze Wschodu. Wiem jak Sowieci działają”. Oceńcie to wszystko co zebrał i opisał Tomasz Piątek, jak chcecie, jak wam dyktuje wiedza, intuicja, czy nawet wiara, ale przeczytajcie jego
fascynującą książkę.

Tomasz Piątek- „Morawiecki i jego tajemnice”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str.359, ISBN 978-83-66095-12-0

Hołd Bohaterom

Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić.
Generał Wojciech Jaruzelski

Obchody 75. lecia wybuchu Powstania Warszawskiego – podobnie jak we wszystkich latach poprzednich – nosiły dwa nieścieralne znamiona. Pierwsze – głęboki hołd dla poległych pomordowanych, powstańców i mieszkańców Stolicy. Wyrażał się poprzez odsłanianie tablic i pomników(o jednym z nich niżej) – w tym roku gen. Ścibor-Rylskiego, nazwy placów i ulic honorujących imiennie i zbiorowo bohaterskie czyny, ku pamięci potomnych. Wyrazem pamięci były palące się znicze; wieńce i kwiaty składne na mogiłach, pod pomnikami i tablicami; wręczane żyjącym bohaterom oraz modlitwy, które z różnym akcentem inicjowano za poległych i zmarłych. Drugie – wdzięczność mieszkańcom, którzy przeżyli gehennę tego Powstania, wygnanie z miasta, tułaczy los oraz obozy koncentracyjne, z których wiele tysięcy nigdy nie wróciło. Mam osobiste wspomnienie, gdy w moich rodzinnych stronach, miejscowa organizacja Związku Bojowników o Wolność i Demokrację zbierała datki, by na cmentarzu parafialnym wybudować symboliczną mogiłę, upamiętniającą zmarłych powstańców (wtedy dowiedziałem się, że profesor polonistyki w liceum, to młody warszawiak, nie pamiętam, czy był powstańcem). Ta mogiła – pomnik jest po dziś dzień także hołdem pamięci dla cicho i skromnie żyjących wśród nas mieszkańców Stolicy. Zaś ci, co wrócili, podjęli trud dźwigania miasta z gruzów, z milionami rodaków z całego kraju.
Geografia i „teorie rządu londyńskiego”
Niejako na „obrzeżach” tej Rocznicy, w niektórych mediach pojawiało się pytanie – od lat znane – kto odpowiada za tę tragedię? Można zacytować obszerne fragmenty książki prof. Andrzeja Leona Sowy „Kto wydał wyrok na miasto”, tytułem przyprawiającym o dreszcze (przypomnianej przez Krzysztofa Wasilewskiego, „Przegląd”, nr 31 z 2019). Zamiast tego, zachęcam Państwa do przestudiowania tego autentycznego dzieła podczas wakacji, a teraz do refleksji nad faktami sprzed 75-80 lat, do swoistej „wycieczki historycznej” do lat 1939-1944. Wielu spośród Państwa Czytelników zapewne pamięta jeszcze ze szkolnych podręczników historii fragmenty dyrektyw i rozkazów Hitlera, by jego wojska nie oszczędzały ani kobiet ani dzieci, nikogo polskiej mowy. Kto zaprzeczy, że członkowie rządu londyńskiego o tym nie słyszeli, nie znali „praktycznych skutków” tych barbarzyńskich decyzji w postaci ulicznych rozstrzeliwań we wrześniu 1939 r. w wielu miastach, np. Bydgoszczy i Gdyni, bombardowań bezbronnych miast, np. Wielunia, w Warszawie zginęło wtedy ok. 20 tys. mieszkańców, nie mówiąc o ostrzeliwanych kolumnach uciekinierów i drogach zasłanych ich trupami, a słynna szosa Zaleszczycka. Czy wniosek, iż hitlerowcy nie będą oszczędzać nikogo z Polaków, krwawo łamać każdy, nawet najmniejszy sprzeciw czy opór – był trudny do wyciągnięcia już w 1939 roku? O czym świadczyły uliczne łapanki, nie tylko w Warszawie, transporty ludzi do Oświęcimia, czy „polski Londyn” tego nie wiedział, jak chciał pomóc zagrożonym rodakom?
1941 rok, dzień 22 czerwca, operacja „Barbarossa”, Hitler rozpoczyna wojnę z ZSRR. Ten fakt zmienił przecież ówczesne pojęcie „geografii wojny” i postawił fundamentalne pytanie – czy ZSRR zdoła oprzeć się agresorowi? Wtedy było to dla Wielkiej Brytanii pytanie – dosłownie o państwowy byt, a także niezwykle istotne dla USA. Nie trudno odpowiedzieć dlaczego. Gdyby Armia Radziecka została rozbita, zniszczona przez hitlerowskie armie od zachodu i współdziałające wojska japońskie od wschodu, a ZSRR padł, opanowany przez nich – kto zapewni, że po takim zwycięstwie nie zwrócą swe siły przeciwko – właśnie USA i Wielkiej Brytanii? Zarówno Londyn, premier Winston Churchill jak i Waszyngton, prezydent Franklin Roosevelt zrozumieli to w czerwcu, lipcu 1941 r. Czy dokumenty dyplomatyczne, fakty tu przeczą? Jak postępują? Bacznie obserwują przebieg działań wojennych i rozważają możliwości udzielenia faktycznej pomocy materialnej, co staje się faktem w postaci znanych morskich transportów z pomocą wojskową do ZSRR (Murmańsk), nie mówiąc o innych formach, np. dyplomatycznych, bombardowań ważnych obiektów wojskowych w Niemczech.
Jak postępuje rząd londyński?
To podstawowe pytanie w kontekście organizacji ruchu oporu na okupowanych ziemiach, a powstania szczególnie. Przecież z inspiracji-dyplomatycznej oczywiście-premiera Churchilla, już w lipcu 1941 r. (półtora miesiąca po napaści Nieniec na ZSRR) następuje spotkanie Sikorski – Majski w Londynie, a w grudniu Generał jest u Stalina w Moskwie. Tu, podczas kilku rozmów Stalin wręcz namawia Sikorskiego do podpisania umowy Polska – ZSRR, sugerując Polsce przyrost terytorialny na zachodzie, prowincja opolska. Nic z tego nie wychodzi poza ogólnikową deklaracją, bo Generał stanowczo postawił sprawę Kresów Wschodnich i granicy z 1921 r. Pisałem o tym w tekście – sprawa zachodniej granicy, m.in. stawiając pytanie – czy Stalinowi Polska, rząd londyński mógł wierzyć. Ale wtedy to było główne zadanie dla tego rządu. Polegało na znalezieniu takich gwarancji dyplomatycznych, traktatowych z pomocą zachodnich sojuszników, by Stalin był zmuszony je dotrzymać, gdyż wtedy, w latach 1942-43, do zwycięstwa pod Stalingradem i na Łuku Kurskim miał tzw. nóż na gardle. Co w tej sferze uczynił rząd londyński? – sięgnijcie Państwo Czytelnicy po książki, np. „Londyński rodowód PRL”, Eugeniusza Guza czy „Stalinizm” prof. Eugeniusza Duraczyńskiego, jest wiele innych. Inny przykład – gen. Sikorski rozmawia z Rooseveltem na przełomie 1942-43 r., m.in. przedkłada memorandum sugerujące wyzwolenie Polski poprzez powstanie, skoordynowane z działaniami aliantów (pisze wspomniany wyżej K. Wasilewski), co wtedy Amerykanie wykluczyli. Czyżby cały rząd londyński nie zdawał sobie sprawy, nie wiedział, że jeśli ZSRR oprze się Hitlerowi, to radzieckie operacje wojskowe zakończą się w Niemczech? Czy nie wiedział, że geograficznie, „po drodze” między Moskwą a Berlinem jest, leży terytorialnie Polska? Czyżby cały rząd londyński wyobrażał sobie, że Armia Radziecka ominie Polskę, np. przez Czechy i Bałkany? Na co liczył – że Hitler podpisze akt kapitulacji ze Stalinem najpóźniej latem 1944 r., co spowoduje, że ziemie Polski staną się tranzytowe dla „wyjeżdżających” wojsk Hitlera, jak w innych okolicznościach częściowo stało się w 1918 r., by całe siły skierować przeciw aliantom. Takie kalkulacje były w głębokim zaciszu gabinetów Londynu i Waszyngtonu, ale te stolice taką ewentualność skutecznie sparaliżowały. Brak jest archiwalnych dowodów, że takie rozwiązanie brano pod uwagę w Berlinie, nawet planując zamachy na Hitlera, np. w Winnicy czy Kętrzynie. Przepraszam Państwa, że takimi, wręcz banalnymi wywodami zajmuję uwagę.
Inny przykład – Armia Andersa
To podczas wspomnianej rozmowy z gen. Sikorskim, Stalin oponował, by ta armia zamiast ewakuować się do Persji (dzisiejszy Iran) walczyła wraz z Armią Radziecką. Czyżby znów rząd londyński nie wiedział, że geograficznie jest bliżej ze Wschodu do Warszawy niż z Azji Mniejszej czy Włoch? A ponadto, właśnie ten rząd miałby polityczny i wojskowy atut w ręku, wobec aliantów. (pisałem we wspomnianym tekście). Co z tego wyszło – wiemy, znamy dzisiejszą narrację, nie pytam kto jej wierzy.
Przecież rząd londyński wiedział o ustaleniach w Teheranie (28 listopada 1 grudnia 1943 r.) nie tylko z tzw. przecieków, ale z informacji Churchilla, piszą prof. Duraczyński i E. Guz, a tu cytuję: „Chciałbym, żeby Rząd Polski przyjął jako podstawę do rokowań (z ZSRR, E.D) linię Curzona z pozbawieniem Polski Lwowa i w zamian za kompensaty obejmujące na rzecz Polski Prusy Wschodnie, Śląsk Opolski i wyrównanie granic na zachodzie, aż do linii Odry. Rozumiem, że musicie to przyjąć jako konieczność, ale przyjąć z entuzjazmem jako rozwiązanie na szeroką skalę. Wymaga tego interes nie tylko Polski, ale wszystkich narodów Zjednoczonych… Proszę zatem Panów o przyjęcie tego rozwiązania, które uważam za słuszne i które doradzam jako przyjaciel Polski” – było to 20 stycznia 1944 r. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz i wyciągnijcie sobie wnioski w kontekście wyzwolenia Polski latem 1944 r. i decyzji o wybuchu Powstania, którą podjął ten rząd pod przewodnictwem nowego premiera, Stanisława Mikołajczyka. Miał więc premier i rząd pół roku czasu, by zastanowić się i podjąć logicznie wynikające z tego decyzje. Churchill spotkał się 25.04.44 r. z Z. Berezowskim i gen. St. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania „linii Curzona”. Gdy Polacy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do relacji z rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Komentarz pozostawiam Państwu.
Tuż przed wyjazdem Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem w Moskwie (1-9 sierpnia 1944), prezydent Roosevelt spotkał się Janem Karskim, a świadkiem rozmowy był ambasador Ciechanowski. Tu taki fragment – Roosevelt mówi do Janem Karskiego – „Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”. Było to 28 lipca 1944 r., czyli po wyrażeniu przez rząd londyński zgody na wywołanie powstania, z pozostawieniem decyzji o jego terminie dowództwu AK w Warszawie. Czy ta wiadomość skłoniła Mikołajczyka do refleksji, do zastanowienia nad treścią zbliżającej się rozmowy? Jak pisze Jan Karski – „Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów Prusy Wschodnie, tylko na północy” (Jan Karski, Maciej Wierzyński, Emisariusz własnymi słowami, Głos Ameryki, 1995-1997 Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Komentujcie to Państwo na swój sposób!
Raz jeszcze zwrócę uwagę, iż Mikołajczyk był w Moskwie na początku sierpnia przez 9 dni. Od 22 lipca, jeszcze w Londynie wiedział, że powstał PKWN. Przecież zmieniło to diametralnie sytuację jego osobiście i rządu. Z jaką więc misją do Stalina jechał – czy jako „równorzędny partner”? Czy chciał z nim nawiązać współpracę, z PKWN i to natychmiast, gdy w Warszawie obficie lała się krew, do czego – powtórzę-on sam i rząd przyłożyli rękę? Dokumenty o tym nie mówią, a historycy dopatrzyli się kilku kłamstw w jego pamiętnikach. Są podstawy by twierdzić, że znał siłę bojową powstańców (amunicji wystarczy na 3 dni), był informowany o przebiegu Powstania, choćby o wymordowaniu mieszkańców Woli. Dlaczego więc nie prosił, nie szukał pomocy, błagał – dosłownie na klęczkach Stalina o natychmiastową pomoc wojskową? Wiedział przecież, że jest 1 AWP, już weszła do Polski, na lubelszczyznę Z dystansu czasu – czy nie on, premier i jego rząd są odpowiedzialni za zamordowanie Warszawy? Dowiódł tego dokumentalnie wspomniany prof. Sowa.
Co działo się w Stolicy?
Wielu powstańców napisało pamiętniki, wspomnienia, a historycy obszerne, naukowo uzasadnione publikacje, jest ich tysiące, są powszechnie dostępne i części Czytelnikom znane. Tu tylko taki fakt. 19 kwietnia 1943 r. wybuchło powstanie w getcie. Przyczyną wybuchu był widok starego Żyda stojącego w beczce, a dwaj SS-mani ze śmiechem, nożycami obcinali mu brodę. To upokorzenie u Marka Edelmana wywołało wolę i siłę oporu – „nie można dać się wepchnąć w beczkę. Ani poddać się bez walki”, mówił po latach.. Z bronią w ręku stawiło opór ok. 2 tys. słabo uzbrojonych Żydów, wspieranych przez kilka oddziałów, m.in. AK, AL. Niemcy złamali opór 15 maja, symbolem tego był spalenie Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackie 7. Spalili dzielnicę żydowską. Zginęło ok. 7 tys. osób, ok. 6 tys. spłonęło żywcem, ok. 50 tys. wywieziono do Treblinki. Gen. Jurgen Strop meldował Hitlerowi – „Nie ma już żydowskiej dzielnicy w Warszawie”. Pytam kolejny raz – czy ten fakt w postaci wymordowanej ludności i spalonej dzielnicy – niczego nie nauczył, ani dowództwa AK, ani delegata rządu londyńskiego na kraj? Nie skłonił do refleksji, by oszczędzić cierpień i zachować życie swoich żołnierzy i mieszkańców? Ponieważ było to na rok przed powstaniem-pytam dosadnie – czy ten okres czasu pozbawił władze wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za decyzje i ich skutki dla cywilnej ludności Warszawy?
Dla wielu Czytelników nie jest znany fakt, że na kilka dni przed wybuchem powstania przedstawiciel dowództwa niemieckiego w Warszawie, spotkał się z przedstawicielem Komendy Głównej AK i poinformował, że Niemcy wiedzą o przygotowaniach do powstania (widocznie wywiad ich był skuteczny) i przestrzegał przed tym krokiem. Podobny fakt miał miejsce 7 września w Józefowie, tym razem z sugestią by przerwać powstanie. Jakie były tego skutki – wiemy!
W 20 rocznicę Powstania
Nie zdziwcie się Państwo, że cofam się pamięcią aż o 55 lat. To z uwagi na tamtą formę i treść obchodów. Jednocześnie wszystkich Czytelników przepraszam, jeśli skaleczę czyjeś ucho lub wzrok nazwiskiem i fragmentem referatu Zenona Kliszki, jaki wygłosił w przeddzień 20 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: „Powstanie było dobitną demonstracją woli walki z okupantem, bohaterstwa i patriotyzmu ludu Warszawy (…). To jest jedna strona prawdy o Powstaniu Warszawskim. Ta chlubna i bohaterska, przechowywana w pamięci narodu i złotymi zgłoskami wypisana na kartach dziejów walki o niepodległość (…) Prawdy o politycznych przyczynach Powstania, a zarazem przyczynach jego tragedii nie znali i nie mogli wówczas znać ci, którzy walczyli i ginęli na ulicach Warszawy. Powstanie Warszawskie stało się powstaniem ludowym. Główną jego siłą była ludność Warszawy, ona też największe poniosła w nim ofiary. Jego armią była przede wszystkim patriotyczna młodzież warszawska, która w powstaniu widziała tylko jeden cel – walkę ze śmiertelnym wrogiem, walkę o wolność i niepodległość swojej Ojczyzny (…).Tę wypowiedź pozostawiam Czytelnikom do własnych refleksji w zderzeniu z wypowiedziami, że w PRL nie pamiętano o Powstaniu. A dalej – „Inspiratorzy i sprawcy Powstania mieli pretensje do wszystkich o to, że zakończyło się ono katastrofą. Oskarżali oni Armię Radziecką, że mogła zdobyć Warszawę, a nie uczyniła tego ze względów poza militarnych. Oskarżali Anglosasów o brak dostatecznej pomocy w postaci zrzutów broni i amunicji, o pozostawienie walczącej Warszawy własnemu losowi i na łasce opatrzności. Ludzie, których sumienia są bardzo obarczone, biją się najczęściej w cudze piersi (…). Zapytam, jakie stąd wnioski wyciągnięto u nas w latach 1944-1950 oraz w 1981r? Dalej, Zenon Kliszko przypomniał taki fakt – >7 września grupa oficerów z oddziałów powstańczych, głównie AK-owskich w oficjalnym, przesłanym drogą służbową memoriale do Bora-Komorowskiego stwierdzała: „już w drugiej połowie sierpnia powstanie straciło swój sens polityczny i dziś po 5 tygodniach powstania nie ma nawet sensu militarnego i z walki zbrojnej przekształciło się w pospolitą mordownię naszych żołnierzy i dziesiątków tysięcy bezbronnej ludności Warszawy… Domagamy się w imieniu licznego korpusu oficerskiego i setek tysięcy obywateli Warszawy, byś niezwłocznie nawiązał iskrową łączność z gen. Rolą-Żymierskim”. Dowództwo AK zareagowało na ten memoriał oddaniem sprawy jego autorów prokuratorowi wojskowemu(…) 9 września płk „Monter” w liście do Bora-Komorowskiego pisał: „proponuję nieśmiało wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę. Zmieniają się warunki walki – bądźmy więcej elastyczni. Każdy, kto da nam pomoc – zasłuży na wdzięczność. Wszystko inne jakoś się ułoży (…) Bór-Komorowski odpowiedział na ten list: „zwracanie się do Żymierskiego jest – moim zdaniem – zdradą’. Ciekawe, czy te meldunki są widoczne w Muzeum Powstania, co Państwo myślicie? Dalej Kliszko mówił: „W bezpośredniej walce z wrogiem, w długie dni i noce powstania, nawiązywało się braterstwo broni żołnierzy i oficerów AL i AK. Nie mogła mu przeszkodzić antykomunistyczna propaganda londyńskiej delegatury i jej ugrupowań, prowadzona przez cały czas powstania. Krew przelana na barykadach Warszawy przez żołnierzy AK i AL, przez wszystkich bojowników powstania, była wspólną ofiarą dla umęczonej okupacją Ojczyzny, dla jej wolności. Pozwólcie mi przyjaciele, powiedzieć kilka słów na tematy osobiste. Podczas Powstania walczyłem cały czas w żoliborskim zgrupowaniu Armii Ludowej. Współdziałanie między nami a Armią Krajową było na ogół poprawne, jeśli nie liczyć kilku drobnych incydentów. Z dowódcą AK, pułkownikiem „Żywicielem” spotykaliśmy się dość systematycznie, omawiając bieżące sprawy, dotyczące współdziałania obu formacji wojskowych… Pułkownik „Żywiciel” próbował nas przekonać i prosił o wyrażenie zgody AL na kapitulację. Zapewniał nam opiekę i ochronę, traktowanie na równi z członkami AK, gdyż AL w rozmowach kapitulacyjnych została postawiona poza prawem. Prawa kombatantów przyznano tylko żołnierzom i oficerom AK. Wierzyłem mu, lecz w naszej sytuacji na kapitulację nie mogliśmy wyrazić zgody… Nie wiem gdzie jest i co robi pułkownik Mieczysław Niedzielski – „Żywiciel”. Z tej trybuny ówczesny porucznik „Zenon’, członek dowództwa żoliborskiego AL przesyła mu słowa żołnierskiego pozdrowienia”. (cały tekst wystąpienia można przeczytać w „Trybunie Ludu” z 1.08.1964). Skierujcie Państwo swe serdeczne myśli i westchnienia do jeszcze
żyjących Powstańców.
Kilka refleksji
Wiadomo, iż Bór-Komorowski nie zwrócił się o pomoc. Pan prof. Zdzisław Sadowski wspomina, iż kilka lat po wojnie, w Genewie wysłuchał referatu Bora na spotkaniu z Polonią, który powiedział – „Proszę państwa, myśmy przecież mieli dwóch wrogów. Podjęcie decyzji o powstaniu było bardzo trudne, zwłaszcza, że mieliśmy broni na trzy dni. Ale proszę państwa – myśmy zupełnie byli pewni – cytuje dosłownie, mówi Profesor – że Armia Czerwona przyjdzie nam z pomocą” (Przegląd, nr 35 z 2018). Jakże to – ciśnie się pytanie – od jednego wroga oczekiwał pomocy przeciw drugiemu? A czy sam zwrócił się o nią do Rosjan? Nie chciał nawet rozmawiać ze swoimi, żołnierzami 1 AWP? Przynajmniej w pewnym sensie starałbym się zrozumieć tłumaczenie Bora w Genewie, jako odpowiedzialnego za wybuch Powstania. Ale nie mogę z uwagi na tekst, jaki opublikował Przegląd nr 32 z 2019. Pan Redaktor Paweł Dybicz cytuje i komentuje rozkaz Bora w sprawie wywołania powstania w Krakowie, wydany 23 sierpnia 1944 r. Przeczytajcie Państwo to zdanie jeszcze raz – tak, rozkaz Bora dla Krakowa! Serdecznie, gorąco zachęcam do tej nie znanej lektury! Temu sprzeciwił się – jak pisze Pan Redaktor – sam kard. Adam Sapieha! Kto rozumny może to pojąć? Czy Bor, jego najbliżsi podwładni nie znali, nie widzieli do 23 sierpnia skali zniszczeń budynków Warszawy, jej dóbr kultury materialnej, w tym sakralnej, kościołów. Nie słyszeli o morderstwach na Woli, na Ochocie, na Starym i Nowym Mieście, w Śródmieściu? Cytowany rozkaz „otwiera oczy” na poczytalność Bora. Zachęcam też Państwa do nabycia promowanej w tym numerze „Przeglądu” książki „Zakłamana historia Powstania. Raporty oficerów AK: to się skończy katastrofą”. Dziękuję Redakcji, z akcentem uznania dla Pana Redaktora Pawła Dybicza i raz jeszcze wszystkich Państwa zachęcam do tej pasjonującej lektury.
Kolejna refleksja. To dowództwo 1 AWP za zgodą dowódcy 1 Frontu Białoruskiego (marsz. Rokossowski) wydzieliło 2 i 3 dywizje piechoty do pomocy powstańcom. Generał Wojciech Jaruzelski wówczas chorąży, dowódca zwiadu w 5 pp, z tego okresu zachował takie frontowe wspomnienia: „Wiadomość o Powstaniu Warszawskim dotarła do nas bodaj 3 sierpnia. Nie wyglądało to wtedy dramatycznie. Powstanie nie było jeszcze przedstawiane jako wynik decyzji zgubnych, politykierskich. 13 sierpnia gen Rola-Żymierski pisał m.in. w swym rozkazie: „Warszawa wytrwała na posterunku obrony honoru narodu polskiego. Warszawa trwa”. Później, na przyczółku magnuszewskim zostałem kontuzjowany. Wreszcie zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”. Zachęcam Warszawiaków, a także turystów do spaceru po obu brzegach Wisły w Stolicy, by zobaczyć jak upamiętniono tę rocznicę na płycie czerniakowskiej i żoliborskiej oraz po praskiej stronie pod pomnikiem gen. Zygmunta Berlinga. Sprawdziłem – są kwiaty przy skwerze płk. Antoniego Żurowskiego, który trzeciego dnia przerwał powstanie na Pradze, oszczędzając życie podwładnych i mieszkańców oraz zniszczeń w tej dzielnicy. Zmarł w 1988 r., spoczywa w Pruszkowie. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski, wtedy Przewodniczący Rady Państwa, w dniu pogrzebu posłał swego przedstawiciela by złożył wiązankę kwiatów od frontowego żołnierza, bez rozgłosu, z głębi serca, po ludzku.
Generał, jako Prezydent Polski w 45 rocznicę Powstania z kard. Józefem Glempem odsłonił Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego i wygłosił przemówienie, które załączam. Pomyślcie Państwo nad sensem oraz istotą tej nazwy dla samych powstańców i mieszkańców Stolicy. Dlaczego – jak mówił Generał – ten Pomnik „powstał w toku sporów i dyskusji” oraz jaki był ludzki i materialny bilans Powstania Warszawskiego, napiszę na początku października br.

Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Generała Wojciecha Jaruzelskiego
na uroczystości odsłonięcia Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego

1 sierpnia 1989 r.

Pozdrawiam Was – żołnierze wszystkich formacji, obrońcy barykad, łączniczki, sanitariuszki, harcerze, uczestnicy nieśmiertelnego czynu mieszkańców naszej Stolicy.
Po wieczne czasy w zbiorowej pamięci pokoleń przechowane będą tamte dni „krwi i chwały” – bezprzykładne męstwo Powstańców, cierpienia ludności cywilnej, barbarzyństwo najeźdźcy.
To miasto dumne, miasto nie ujarzmione zawsze „urągało wrogowi”. Ceniło nade wszystko wolność i honor. Od Kilińskiego po Starzyńskiego, od listopadowych ogni na Solcu po zamach na gestapowskiego wielkorządcę; od pogrzebu „pięciu poległych” po wyrwane gołymi rękami z ruin cegły – nie gasł tu ani na chwilę płomień patriotycznej ofiarności ludu Stolicy.
Patrzą dziś na nas ci, których Polsce zabrakło – niemi świadkowie powstańczej epopei. Ci, którzy szli „z visami na tygrysy”. Którzy do ostatniego tchu bronili szańców na Mostowej i Freta. Którzy schodzili opodal w czarne piekło kanałów. Którzy ginęli pchnięci bagnetem w szpitalu polowym na Długiej. Ten zakątek naszego miasta, symbolizuje jak gdyby całą walczącą Warszawę – od Woli po Mokotów, od Powiśla po Żoliborz. Jej nieustępliwą walkę o każdy kamień – od pamiętnej, wrześniowej barykady na Opaczewskiej, po desant czerniakowski i żoliborski. Od powstania w getcie, po wyzwolenie Stolicy.
W takim dniu jak dzisiejszy – nikt z wojennego pokolenia nie potrafi oprzeć się wspomnieniom. Polegli w tym mieście towarzysze mojej młodości. Spalono szkołę, w której się uczyłem. Podczas walk o Pragę, o wiślane przeprawy, w okopach Bródna i Pelcowizny, patrzyliśmy ze ściśniętym sercem na nasze umierające miasto – na pełznąca chmurę dymu i nocne łuny nad lewym brzegiem. W styczniowy dzień 1945 roku byłem wśród tych, polskich żołnierzy, którzy stanęli na wypalonym, opustoszałym cmentarzysku Stolicy. Tego nigdy zapomnieć nie można.
Minęły od tamtych czasów cztery z górą dziesięciolecia – cała epoka. Były w niej karty wielkie: patriotyczny zryw, odbudowa zrujnowanego miasta, jego wielki awans urbanistyczny i przemysłowy, naukowy i kulturalny. Ale były i niesprawiedliwość, ludzkie krzywdy, przemilczenia. To już zamknięta księga.
Spójrzmy przed siebie. Rzeczpospolita, choć ugina się pod brzemieniem trudności, jest suwerenną, bezpieczną w swych granicach Ojczyzną wszystkich Polaków. Wchodzi na nową drogę. Niech będzie Polską na miarę myśli i marzeń tych, którzy dnia dzisiejszego nie doczekali. A zarazem na miarę oczekiwań tych, którzy w kolejne rocznice wybuchu Powstania staną na tym miejscu, aby w bolesnym skupieniu zdać odwieczny polski raport.
Trzeba nam spełnić testament poległych, podać sobie rękę ponad tym co w przeszłości dzieliło. Niechaj ten pomnik – dowód wiecznej pamięci i hołdu dla Bohaterów Powstania Warszawskiego – służy sprawie narodowego pojednania. Powstał w toku sporów i dyskusji. Być może będzie je budził jeszcze nie raz. Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia.
Salutuję poległym. Wyrażam szacunek tym, którzy ocaleli. Zwracam się do urodzonych już po tamtej hekatombie, aby nie zapomnieli nigdy, skąd ich ród.

Awans Z PKF przez Polskę i Świat - Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

Kronikę różniły od telewizji Szczepańskiego nie tylko sprawy warsztatowe, ale przede wszystkim sposób ukazywania Polski.

Pierwszego lutego 1973 roku, dyrektor Wytwórni Filmów Dokumentalnych – wydawca Kroniki, podpisał ze mną umowę, „powierzając” mi stanowisko redaktora naczelnego Polskiej Kroniki Filmowej. Dotychczasowy szef PKF, Michał Gardowski, przeszedł do pracy w Komitecie do Spraw Radia i Telewizji na stanowisko wiceprezesa, czyli na zastępcę Macieja Szczepańskiego, który w październiku 1972 roku objął kierownictwo Radiokomitetu i ściągał na Woronicza zdolnych ludzi.
Przepracowałem z Michałem Gardowskim trzy i pół roku, wspominam ten czas, jako bardzo dobry w moim życiu, kilka razy naraziłem szefa na kłopoty, wynagradzałem mu to lojalnością i ciężką pracą. Prawda, Michał kilka razy postąpił wobec mnie niezbyt elegancko, ale były to drobiazgi bez większego znaczenia. O dwóch z nich opowiem, bo są one charakterystyczne dla czasów, które tu opisuję.
Podczas nieobecności Michała w redakcji, otrzymałem polecenie z KC PZPR szybkiej realizacji filmu pt. „Pomożemy.” W sprawach merytorycznych miałem kontaktować się z Józefem Bareckim, redaktorem naczelnym „Trybuny Ludu”, a do napisania tekstu wyznaczono Jerzego Ambroziewicza. Film powstawał z materiałów archiwalnych PKF i był przeznaczony dla ambasad i polskich placówek kulturalnych za granicą. Można nawet powiedzieć, że było to monotematyczne wydanie PKF, tyle, że bez czołówki i zredukowane na taśmę 16 milimetrów, bo polskie placówki dysponowały tylko takimi projektorami. Redukcję taśmy z 35 milimetrów miała wykonać Wytwórnia Filmowa „Czołówka”. Montaż filmu „Pomożemy” powierzyłem pani Agnieszce Bojanowskiej, cieszącej się opinią doskonałej i szybkiej montażystki.
Kiedy wydanie zostało nagrane, a „Czołówka” kończyła redukcję taśmy, Jerzy Łukaszewicz, sekretarz KC PZPR, przyjechał na Chełmską obejrzeć film o poparciu dla Edwarda Gierka przez polskie społeczeństwo, a przede wszystkim „przez klasę robotniczą”. Michał Gardowski wrócił właśnie z zagranicy, zaprowadziliśmy więc Łukaszewicza na salę D, gdzie odbywała się projekcja. Po zakończeniu pokazu sekretarz oznajmił, że zamierza wprowadzić w filmie pewne zmiany. Mając na myśli terminy i perturbacje z redukcją taśmy na 16 mm, zamiast postąpić jak swego czasu Jarosław Iwaszkiewicz, gdy Markow, przewodniczący literatów radzieckich zapytał go gdzie może zrobić siusiu, odpowiedział: pan może wszędzie; nie powiedziałem: towarzyszu sekretarzu, wam wolno zmienić wszystko tylko poinformowałem go, że żadnych zmian już wprowadzać nie można. Michał dostrzegł chyba zaskoczenie na twarzy Łukaszewicza, bo go natychmiast zaczął przepraszać i tłumaczyć, że braki filmu powstały, dlatego, iż nie było go w redakcji, gdyż musiał służbowo wyjechać. Reakcja Michała zdziwiła Łukaszewicza, chyba jeszcze bardziej niż moja szczera odpowiedź, bo zakończył rozmowę stwierdzeniem: skoro towarzysz Chrzanowski mówi, że już nie mogę nic zmienić, to niech tak zostanie.
A oto inny przykład. Basia Sidorczuk, moja koleżanka ze studiów, szefowa „Kobiety i Życia”, zastępca członka KC PZPR, z którą bardzo się lubiliśmy, przy okazji jakiegoś spotkania zapytała mnie wprost: „Mirku, co się z tobą dzieje, że tak nagle straciłeś samodzielność?” Nie wiedząc, co Basia ma na myśli, poprosiłem ją o bliższe wyjaśnienia. Wtedy opowiedziała mi o urlopie w Kazimierzu nad Wisłą, który spędzała razem z Gardowskimi. Mój szef, Michał, przed wyjazdem na wczasy poprosił, abym po przyjęciu pierwszej kopii kroniki, dzwonił do niego, „najlepiej w porze obiadu” i informował „czy wszystko w porządku.” Dzwoniłem więc dwa razy w tygodniu i zapewniałem, że pracujemy normalnie, pozdrawiałem Basię, jego żonę, i życzyłem miłego wypoczynku. Michał po rozmowie telefonicznej wracał do jadalni domu dziennikarza, rozkładał teatralnie ręce i żalił się: nawet na urlopie nie dają mi spokoju. Nie mówił wprost: teraz widzicie, z kim muszę pracować, ale otoczenie tak właśnie odbierało moje telefony.
Do zachowań szefa nie przywiązywałem specjalnej wagi, wychodziłem, bowiem z przekonania, że każdy człowiek ma jakieś słabostki. Drobnostki, śmiesznostki. Gdy awansował, rozstaliśmy się w najlepszej zgodzie. Zaproponował mi nawet, że dwa razy w miesiącu napisze tekst do kroniki. Propozycję przyjąłem ze zrozumieniem. Nie pamiętam ile komentarzy zdołał spłodzić, bo szybko zrezygnował, wszak wiceprezes Radiokomitetu miał dostatecznie dużo pracy
na Woronicza.
Do pierwszych animozji między nami doszło w sierpniu 1973 roku. Michał chciał bowiem reprezentować PKF na kongresie INA (International Newsreel Association – Międzynarodowe Stowarzyszenie Kronik Filmowych), który odbywał się we wrześniu w Meksyku. Nie miałem nic przeciw jego wyjazdowi, pod jednym wszakże warunkiem, że Radiokomitet sfinansuje mu podróż i pobyt na kongresie. Sam, bowiem nie zamierzałem rezygnować z wyjazdu, który umożliwiał mi poznanie władz INA i redaktorów naczelnych kronik utrzymujących z nami wymianę materiałów filmowych. I chyba swoim zachowaniem naraziłem się byłemu szefowi. Okazał mi swoją niechęć i podkreślił własne znaczenie w czasie, gdy Gdynia przygotowywała się do „Operation Sail” – parady żaglowców z całego świata. Spotkanie największych i najpiękniejszych żaglowców jest imprezą niezwykle widowiskową, stąd do PKF napłynęły z wielu kronik zamówienia na materiały. I wtedy właśnie dowiedziałem się, że wyłączność na filmowanie parady morskiej żaglowców zastrzegła sobie telewizja! A po bliższym zbadaniu sprawy uzyskałem informacje, że autorem pomysłu jest właśnie wiceprezes,
Michał Gardowski.
W tamtych czasach w Polsce Ludowej telewizja nie miała możliwości przyznawania sobie prawa wyłączności, choć prominenci z otoczenia Macieja Szczepańskiego wielokrotnie czynili próby wyeliminowania PKF z różnych imprez. Wybrałem się więc do Michała Gardowskiego, aby zapytać go na podstawie jakiego prawa przyznał sobie wyłączność. Wiceprezes na początku wizyty potraktował mnie jak petenta i dał mi do zrozumienia, że rozmawia ze mną tylko dlatego, że jest człowiekiem dobrze wychowanym. Nie spodziewał się, że mam asa ukrytego w rękawie. „Przykro mi Michale – powiedziałem wstając z fotela – iż będę musiał poinformować „Nowosti Dnia”, które proszą mnie o zdjęcia żaglowców „Kruzenszterna” i „Siedowa,” o twoim stanowisku w tej sprawie” – i wyciągnąłem rękę, by się pożegnać. „Chwileczkę – usłyszałem – to jakieś nieporozumienie”. I Michał wycofał się z wyłączności. Nie zamierzał wszak narażać się „radzieckim”, a nie domyślił się, że ja blefuję. Kronika radziecka nie przysłała żadnego zamówienia! Miała na żaglowcach
własnych operatorów.
Nie pamiętam dokładnej daty, jest to w końcu drobiazg bez znaczenia, ale podobnie jak mój były szef postąpił inny prominentny przedstawiciel telewizji. Przed przyjazdem do Polski Leonida Breżniewa na naradzie w Komitecie Centralnym Stanisław Cześnin zażądał, aby nie wpuszczać Polskiej Kroniki Filmowej na płytę lotniska, bo operatorzy PKF tylko przeszkadzają. „Uczyliście się od kroniki, a teraz usiłujecie się jej pozbyć, boicie się konkurencji?”. „Uczyliśmy się od was i dlatego zdarzają się nam błędy” – odparował – dyrektor generalny TVP. „Nie wystarczy uczyć się tylko na błędach, radzę uczyć się także na wyższych uczelniach” – ripostowałem. Zebrani na sali redaktorzy wybuchnęli głośnym śmiechem. Osłupiałem, nie wiedziałem skąd ten wybuch śmiechu, co ja takiego powiedziałem? Po naradzie ktoś mi szepnął: Staszek nie ma wyższego wykształcenia. Nie mogłem uwierzyć. Taki inteligentny i przystojny mężczyzna!
Teraz, po latach otrzymuję często pytania od osób interesujących się Polską Ludową, kiedy usunięto PKF z telewizji i z jakich powodów? Dokładnej daty nie pamiętam, a przyczyny były z pewnością różne. Najprawdopodobniej od czasu, gdy powierzono Maciejowi Szczepańskiemu funkcję prezesa Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, kronika przestała przystawać do wizji propagandy sukcesu, której czołowym, najwybitniejszym twórcą był nie, kto inny, a właśnie Maciej Szczepański.
Kronikę różniły od telewizji Szczepańskiego nie tylko sprawy warsztatowe, ale przede wszystkim sposób ukazywania Polski. To prawda, osiągnięcia Polski Ludowej zajmowały sporo miejsca w wydaniach PKF, wszak one istniały w rzeczywistości, ale nigdy Polska Kronika Filmowa nie przestała pokazywać również niedostatków realnego socjalizmu: kobiet wracających po pracy do domu obwieszonych siatkami, kolejek, złego gospodarowania państwowymi pieniędzmi, bubli, przywar społecznych i nieudolności władz… oczywiście niższych szczebli. Przy wszystkich ułomnościach kroniki nie pouczaliśmy w komentarzach naszych widzów, nie zrezygnowaliśmy z żartu, aluzji i kpiny. Kronika dość zręcznie posługiwała się spektaklami teatralnymi, występami kabaretów, piosenkami. Ten rodzaj „uprawiania propagandy” stanowczo nie mieścił się w kanonie propagandy sukcesu, panoszącej się na ekranie telewizyjnym.
Przy wszystkich ograniczeniach i trudnościach nie utraciliśmy zdrowego rozsądku, co nas uwiarygodniało w oczach widzów i przysparzało sympatii. Można bez przesady powiedzieć, że kronika wypracowała własny styl. Kiedy usiadłem na szefowskim fotelu, podjąłem trzy pierwsze decyzje:
Wystąpiłem do władz administracyjnych o przyznanie kronice pieniędzy na honoraria dla dziennikarzy, którym dotąd nie płacono wierszówek. Zwróciłem się do władz politycznych i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z wnioskiem o zaliczenie PKF do redakcji pierwszej kategorii.
Odwołałem z kolegium redakcji, (jak się później okazało, był to poważny błąd) Jana Grzelaka, pracownika Komitetu Warszawskiego PZPR, który nie przychodził na zebrania kolegium i na nagrania kroniki, a po pieniądze
przysyłał kierowcę.
Polska Kronika Filmowa wymieniała z wieloma kronikami całe wydania, językiem wymiany był angielski, tzn., że polski komentarz tłumaczyliśmy na język angielski. Wyjątek stanowiły „Nowosti Dnia”, którym wysyłaliśmy komentarze w języku rosyjskim, a oni przysyłali nam teksty też po rosyjsku. Poprosiłem redaktor Marię Dehn, która kierowała działem zagranicznym, aby ustaliła z redakcją w Moskwie, w jakim języku będzie odbywać się nasza wymiana: angielskim, czy rosyjskim i polskim. Jeśli koledzy rosyjscy będą przysyłać nam teksty „Nowosti Dnia” w języku polskim, my będziemy wysyłać im swoje wydania w języku rosyjskim. Najmniej zadowolony z mojej decyzji był tłumacz, który stracił źródło zarobku. „Nowosti Dnia” przyjęły zmianę bez uwag. Mam nadzieję, że to, co napisałem nie zostanie odczytane w ten sposób, iż usiłowałem zademonstrować swoją niechęć w stosunku do radzieckich kronikarzy. Uznałem jedynie, że umowy zawarte na zasadach ustalonych przez INA obowiązują wszystkie umawiające się strony. Z kolegami z „Nowosti Dnia” współpraca układała mi się dobrze, a z Jurijem Awietikowem łączyły mnie przyjacielskie stosunki, przegadaliśmy nie jeden wieczór w Moskwie przy „Posolskoj”, a w Warszawie przy „Wyborowej.”
W smokingu
Tymczasem zacząłem przygotowania wyjazdu do Meksyku, było to moje pierwsze spotkanie z władzami INA i redaktorami kronik z różnych kontynentów i krajów świata. Nieocenionej pomocy udzielała mi redaktor, Maria Dehn, kierownik działu zagranicznego PKF, która znała prawie wszystkich redaktorów naczelnych, bywała na kongresach, była lubiana i ceniona przez wszystkich uczestników, o czym przekonałem się na kongresie. Z programu kongresu, jaki otrzymaliśmy wynikało, że w dzień będziemy obradować, a wieczory spędzać na balach i przyjęciach. I właśnie te wieczory stały się dla mnie pierwszym problemem.
W zaproszeniu napisano, że strój wieczorowy jest dobrze widziany, czyli obowiązkowy. Maria opowiedziała mi, że na przyjęcia szefowie kronik zachodnich przychodzą w smokingach, a socjalistycznych – w garniturach, nie zawsze zresztą ciemnych, co miało podkreślać, iż reprezentują świat pracy i mają gdzieś burżuazyjne konwenanse. Odbyłem w tej sprawie kilka narad z najbliższą rodziną i przyjaciółmi. I postanowiłem uszyć sobie na kongres INA w Meksyku smoking! A kiedy już ten przyodziewek był gotowy, wyłonił się, jak widmo… nowy problem: nie mogłem kupić do tego burżuazyjnego stroju koszuli. Nawet redaktor Rajmund Ossowski, który mógł w Polsce Ludowej kupić (załatwić) wszystko, rozłożył bezradnie ręce i oświadczył najzwyczajniej w świecie: skoro zamierzasz zatrzymać się w Paryżu, to dam ci kilka adresów i bez kłopotu kupisz, co tylko zechcesz. I wtedy koszulami zajęła się moja nieoceniona żona – Renia. W okolicach Placu Zbawiciela znalazła krawca, który jeszcze w II Rzeczpospolitej szył szlachetnie urodzonym koszule, i zaprowadziła mnie do tej pracowni, gdzie nabyłem potrzebne dodatki do smokingu!
Przedstawiciele europejskich kronik filmowych mieli zebrać się 11 września w Paryżu i stąd „Beoingiem 747”, zwanym też „Jumbo Jetem” – polecieć do Meksyku. Zjawiliśmy się – Maria Dehn, Ryszard Golc i ja – nad Sekwaną dwa dni wcześniej, zamierzałem, bowiem poznać osobiście przedstawicieli władz INA, której siedzibą była stolica Francji. Przyjął nas pan, Marcel Colin-Reval, sekretarz generalny, w sposób dość niekonwencjonalny. „Cieszę się, że wpadliście, powiedział witając się z nami, pomożecie mi kupić samochód”. Posadził nas przy stoliku, rozłożył katalog z pojazdami różnych marek i poprosił o wskazanie modelu, który każdemu z nas podoba się najbardziej. Zgodnie wskazaliśmy błękitnego peugeota, a pan Colin-Reval aż podskoczył z radości. Wybraliśmy, bowiem jego model! „Skoro jesteśmy tak jednomyślni, to uczcijmy ten fakt kawą i francuskim koniakiem” – zaproponował. „Wstępną rozmowę o pogodzie mamy już za sobą, to pozwoli pan – tu nasz rozmówca zwrócił się w moją stronę – że zapytam, co kolega sądzi o pani Helenie Lemańskiej?” Nie, byłem przygotowany na takie pytanie. Zgodnie z prawdą, odpowiedziałem, że nie miałem okazji poznać jej osobiście, ale bardzo cenię dorobek pani Lemańskiej i staram się utrzymać model kroniki przez nią stworzony.
Prawdopodobnie, gdybyśmy się spotkali i wymienili swoje poglądy polityczne, wystąpiłyby między nami pewne różnice, ale tego, co Lemańska wniosła do kroniki nikt jej nie odbierze, a już na pewno ja nie mam takich zamiarów. Kilka lat po tej rozmowie dowiedziałem się, że pytanie o Helenę Lemańską, było testem dla osób przyjeżdżających tu z Warszawy. Podczas rozmowy, do gabinetu Colin-Revala wszedł jakiś pan, z którym gospodarz wymienił parę zdań, podpisał podany mu dokument, wyjął z kieszeni kluczyki do samochodu i wręczył przybyszowi, ten mu się zrewanżował, wręczając inne kluczyki. Pożegnał się i opuścił gabinet. Okazało się, że w ten niezbyt skomplikowany sposób Colin-Reval kupił nowy i pozbył się starego samochodu. Gdy opuszczaliśmy biuro INA, gospodarz przeprosił nas za kłopot związany z odnalezieniem nowego pojazdu, przedstawiciel firmy postawił go na tej ulicy, musimy, więc peugeota odnaleźć. Czuliśmy się usatysfakcjonowani, że jesteśmy pierwszymi pasażerami nowego „wozu” i robimy rundę wokół Paryża, aby sprawdzić jego zalety.
Zamieszkaliśmy w tanim hoteliku, którego właścicielem był sympatyczny i gościnny Chilijczyk. Żegnał nas ze łzami w oczach. To właśnie od niego dowiedzieliśmy się, że zamordowano prezydenta Chile, Salvatore Allende. Na ulice Paryża wyległy tłumy, aby zaprotestować przeciw zamachowi stanu w Chile.
Po wylądowaniu w Meksyku, w czasie odprawy granicznej przekonaliśmy się, że podział świata na dwa obozy trwa tu jeszcze w najlepsze, osoby pochodzące z zachodniej Europy przepuszczono bez kontroli, natomiast nas – ze wschodniej – sprawdzano długo i dość dokładnie. Koledzy z zachodniej części naszego kontynentu denerwowali się i niecierpliwili, nie szczędząc złośliwych uwag pod adresem władz Stanów Zjednoczonych Meksyku.
13 września 1973 roku, centralną ulicą stolicy Meksyku, na której mieścił się nasz hotel, przeciągnęła potężna manifestacja, protestując przeciw juncie i śmierci prezydenta Chile. Wyszliśmy przed hotel, Ryszard Golc zaczął filmować pochód, staliśmy na chodniku, obserwując demonstrantów. W pewnej chwili nie wiadomo, dlaczego jeden z protestujących rzucił się na Marię Dehn, na szczęście koledzy z kronik filmowych stojący najbliżej Marii odpędzili napastnika.
Meksykańscy koledzy pobyt i kongres zorganizowali wprost cudownie! Obrady trwały każdego dnia krótko i tylko do pory obiadowej, po południu zwiedzaliśmy wspaniałe zabytki, a wieczorami uczestniczyliśmy w niekończących się bankietach i zabawach trwających do późnej nocy. Wspominam te wieczory do dziś, stały się one najlepszą formą nawiązywania koleżeńskich relacji ponad politycznymi podziałami. Obrady Światowego Kongresu Kronik Filmowych („Congreso Mundial De Prensa Filmada”) otworzył gość honorowy, „Señor Presidente de la República, Luis Echeverría Alvarez”, życzył owocnych obrad i zaprosił na bankiet z okazji Święta Niepodległości do Palacio Nacional.
Na przyjęciu u prezydenta napatrzyliśmy się na wytworny świat meksykańskich elit artystycznych, naukowych, przedstawicieli finansjery i biznesu. Wzrok mój przyciągały bez przerwy wytworne fryzury i toalety dam zgromadzonych w salach recepcyjnych pałacu prezydenckiego, swoboda, z jaką poruszały się wśród gości uśmiechnięte, beztroskie i szczęśliwe.
To właśnie w tym pałacu, wśród elity Meksyku, wystąpiłem w smokingu jeden jedyny raz w życiu. Koledzy z zachodniej Europy pewno tego nie zauważyli, przyjaciele z obozu socjalistycznego podobno komentowali ten fakt z przekąsem. Smoking moja żona, Renia, sprzedała w czasie stanu wojennego, gdy wyrzucono nas oboje z pracy…
Pływające ogrody
Obrady kongresu przebiegały w dobrej atmosferze, a że dotyczyły spraw przeważnie zawodowych i technicznych oszczędzę czytelnikom ich opisu. Dla wszystkich uczestników kongresu bardziej interesującą stroną tego spotkania było zwiedzanie pięknego kraju. Zaczęliśmy od Xochimilco (czyt. Soczimilko), gdzie znajdują się „The lovely „floating gardens” ( bajeczne, pływające ogrody) czekały tu na nas łodzie przybrane kwiatami w narodowych barwach, z kwiatów też były zrobione napisy z nazwami kraju. Gospodarzom udało się nie pomylić flagi polskiej z indonezyjską, choć indonezyjska ma takie same kolory tylko odwrócone. Płynęliśmy łodziami przy dźwiękach ludowych melodii granych przez zespoły mariachies.
Po skończonym rejsie obejrzeliśmy występy zespołów folklorystycznych, wśród przepięknych tancerek poznaliśmy naszą rodaczkę.
Do Xochimilco nie przyjechaliśmy autokarem, ale samochodem osobowym młodego aktora meksykańskiego, narzeczonego właśnie polskiej tancerki. Poznaliśmy go pierwszego dnia obrad. Przekonał nas, że z nim dojedziemy szybciej i Ryszard Golc będzie miał więcej czasu na robienie zdjęć. Umówiliśmy się, że po występach wrócimy do domu jego rodziny, znajdującego się sto metrów od miejsca występów. Aby nie było wątpliwości, podwiózł nas pod sam dom, przedstawił rodzinie i piechotą udaliśmy się na brzeg, gdzie stały łodzie. Przywieźliśmy z sobą kilka butelek najlepszego wytworu polskiej myśli, daliśmy, więc w prezencie przemiłemu aktorowi butelkę żubrówki. Po imprezie późnym wieczorem wróciliśmy do domu rodziny aktora. Zastaliśmy wujka, ciocię i naszego cicerone, dosłownie ściętych z nóg po wypiciu pół litra polskiej żubrówki!
Świat jest jednak piękny i pełen niespodzianek. Następny wieczór spędziliśmy w eleganckiej restauracji hotelowej, w której podejmował nas szef kinematografii Meksyku, pan Hiram Garcia Borja. Największe wrażenie zrobił na mnie taniec ognistej blondynki połączony ze strip-teasem, która okazała się… mężczyzną. Dużą niespodziankę sprawiło mi oczywiście zachowanie moich znakomitych kolegów z kronik wolnego świata, ich żon i przyjaciółek. Po zakończonym bankiecie, kiedy opuszczaliśmy salę, na stołach pozostały słodycze, czekolady, papierosy, cygara. Eleganccy panowie i towarzyszące im wytworne damy zbierali to wszystko garściami i upychali w kieszeniach, a panie ładowały do torebek co się tylko dało! No coment.
Nie mogę nie wspomnieć o Teotihuacan i sławnych piramidach Słońca i Księżyca, które uczestnicy kongresu zwiedzili z przyjemnością i podziwem. Tego wieczoru przyjęcie utrzymane było w stylu historycznym: piliśmy tequile z soku agawy i pulquę, napój alkoholowy, z soku rośliny, o nazwie maguey, uznawanej przez prekolumbijskich Indian Mezoameryki za świętą. Z jej soków wyrabiano właśnie pulque, napój oszałamiający, wprawiający w nastrój szczęśliwości i wywołujący kolorowe wizje.
W salach recepcyjnych hotelu „Aristos” podejmowano uczestników kongresu trzema rodzajami tego starożytnego trunku: białym jak mleko, gęstawym płynem o smaku gorzko słodkawym, pachnącym miodem i kokosem, zimnym i orzeźwiającym. Podawano go w glinianych czarkach. Zielona pulqua smakowała wprost nadzwyczajnie i mocno rozweselała. Pulqui różowej barmanki nie chciały nam podać, tłumaczyły, że po skończonym przyjęciu, jak będziemy wychodzić z lokalu dostaniemy po czarce, bo nie wolno jej pić w zamkniętym pomieszczeniu. Ale Rysiek (już po kilku tequilach) uparł się i jedną czarkę opróżnił przy stoliku, ja natomiast posłuchałem i dopiero, gdy opuszczaliśmy salę, w której odbywało się przyjęcie, wypiłem pod gołym niebem. Rysiek żartował sobie ze mnie, że stchórzyłem i wychodząc wypił jeszcze jedną czarkę, ale też w pomieszczeniu. Tymczasem goście różową pulquę pili dopiero po wyjściu z restauracji. Jak działał napój różowy wypity w pomieszczeniu Ryszard przekonał się rano, gdy nie mógł wstać z łóżka, a głowa bolała go tak okropnie, że tego dnia nie wziął kamery do ręki, co zdarzyło mu się jeden, jedyny raz w życiu, tymczasem ja czułem się znakomicie, a sny miałem wprost niebiańskie!
W latach siedemdziesiątych, Acapulco było w szerokim świecie opromienione wielką sławą, nazywano je kurortem milionerów, cieszyliśmy się więc, że zobaczymy ten raj bogaczy na własne socjalistyczne oczy. Ze stolicy Meksyku wyjechaliśmy wcześnie rano autokarami, co pozwalało przybyszom z różnych części świata przyjrzeć się tamtejszym krajobrazom. W drodze do wytwornego kurortu zatrzymaliśmy się w Taxco, mieście położnym na malowniczej górze, pod którą kryły się bogate złoża srebra. Miasto słynie z wyrobów ze srebra, większość sklepów sprzedaje tu srebrne patery, kielichy i kieliszki, łańcuszki, kolczyki i różnego rodzaju wisiorki w ogromnym wyborze. Nawet na obiedzie wydanym z okazji kongresu INA w kolonialnej rezydencji austriackiego księcia Maksymiliana Ferdynanda Józefa, którego Francja uczyniła monarchą Meksyku, (1864 –1867), potrawy posypano sprasowanymi pasemkami srebra. Mnie na tym uroczystym obiedzie najbardziej smakowały przepyszne pierożki. Postanowiłem więc dowiedzieć się, z jakich komponentów je przyrządzono. Zakradłem się do części kuchennej rezydencji i tu dowiedziałem się od szefa kuchni, że w środku pierożków znajdują się jajeczka mrówek meksykańskich z odpowiednimi przyprawami.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Acapulco, gdzie wieczorem podejmował nas w hotelu Casablanka pan Israel Nogueda Otero, gubernator stanu Guerrero. Koledzy meksykańscy, którzy doskonale zorganizowali pobyt uczestników kongresu, dali nam dzień wolny i każdy mógł spędzać czas według własnego uznania. Rano, zaraz po śniadaniu, z zapasowymi kasetami z taśmą filmową wybraliśmy się nad morze, gnani chęcią sfilmowania prawdziwych milionerów w otoczeniu pięknych dziewic, na sławnej plaży w Acapulco. Spotkało nas tu największe rozczarowanie podczas całego pobytu w Meksyku. Dowiedzieliśmy się otóż, że milionerzy nie wychodzą na plażę dostępną dla zwykłych śmiertelników, mają, bowiem swoje plaże we własnych rezydencjach, dokąd prawdziwą wodę morską doprowadza się odpowiednimi rurami. Z jakiego są one kruszcu nietrudno odgadnąć.
Za to mogliśmy oglądać, a Golc sfilmował, mrożące krew w żyłach skoki chłopców z wysokiej skały do morza. Na tarasie widokowym, na wzgórzu La Quebrada, zbierają się co godzinę turyści, by po wykupieniu biletów, doświadczyć niezwykłych przeżyć. Na wysokiej skale usytuowanej naprzeciw tarasu, oddzielonej wąską szczeliną wzburzonej morskiej wody, zbierają się młodzi mężczyźni, aby skoczyć z wysokości około 40 metrów w dół! Skała ma taki kształt, że wydaje się, iż skaczący nie sięgnie wody, ale roztrzaska się o kamienisty brzeg.
Lot ze szczytu do wody, trwający zaledwie kilka sekund, sprawia wrażenie niesamowite, uczestnicy widowiska zaciskają dłonie, wstrzymują oddech, a kiedy skoczek zanurza się w wodzie z ust obserwujących bezwiednie wydobywa się okrzyk: oooh! Słyszało się w tym okrzyku ulgę i podziw. A kiedy młodzieniec wyłaniał się z morskiej głębiny na powierzchnię wody rozlegały się burzliwe oklaski.
Z Acapulco do stolicy Meksyku lecieliśmy samolotem. Wtedy dopiero zobaczyliśmy w rezydencjach milionerów setki basenów najprzeróżniejszych kształtów, w kolorach seledynowym, niebieskim, zielonym…
Do Warszawy powróciłem bogatszy o nowe doświadczenia i znajomości z kronikarzami z całego świata. Poznałem honorowego prezydenta i założyciela International Newsreel Association, pana Jean Jay, szefa kroniki realizowanej w Gaumont, pana Jean Pierre Leehnardta redaktora naczelnego „Pathe-Magazine”, pana Marcela Hureta. W Republice Federalnej Niemiec w owym czasie ukazywały się trzy kroniki filmowe, zaraz po wojnie powstały one w trzech strefach okupacyjnych: amerykańskiej, angielskiej i francuskiej. Na czele kroniki „Fox Toenende Wochenschau” w Monachium stał Hans Lipp. „Blick In Die Welt” we Frankfurcie nad Menem tworzył pan, Gerhard Holland, a „Deutsche Wochenschau” w Hamburgu redagował pan Klaus Lensch. Kroniki niemieckie zamieszczały najwięcej polskich materiałów, dlatego zależało mi na nawiązaniu bliskiej współpracy i osobistej znajomości. Z panem Wuste z „Der Augenzeuge” ukazującej się w Niemieckiej Republice Demokratycznej poznaliśmy się rok wcześniej na spotkaniu kronik państw socjalistycznych. Kongresy INA odbywały się co roku i były poświęcone sprawom zawodowym, bezdewizowej wymianie materiałów filmowych między kronikami i sprawom warsztatowym.
Na kongresach podejmowano decyzje o filmowaniu wielkich imprez sportowych: igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata w różnych dyscyplinach sportu, a także festiwali filmowych i imprez kulturalnych. Na kongresach INA powstawały tzw.”poole”, aby zmniejszyć koszty pozyskiwania materiałów. Im więcej kronik zapisywało się do „poolu” filmującego np. olimpiadę, tym taniej pozyskiwało się materiał. Najważniejszym momentem każdego kongresu były pokazy kronik filmowych. Przestano bowiem prezentować kroniki na festiwalach filmowych, więc projekcje kronik na kongresach INA stały się sprawdzianem sprawności i tematem żywych, koleżeńskich dyskusji. Nie przyznawano nagród ani dyplomów, ale wiadomo było, które kroniki uczestnicy kongresu oceniają najlepiej. Polska Kronika Filmowa utrzymywała się w ścisłej czołówce i niejednokrotnie w dyskusjach powoływano się na nasze wzory.
Z Meksyku do Kenii
W 1974 roku kongres INA odbywał się w stolicy Kenii, w Nairobi. Kroniki europejskie leciały jak zwykle z Paryża, bo w ten sposób płaciliśmy mniej za bilety lotnicze. W drugim dniu obrad kongresu koledzy z Francji, ku mojemu zaskoczeniu, zgłosili moją kandydaturę na wiceprezydenta INA, a kongres wybrał mnie jednogłośnie. Do tej pory do władz tej organizacji wybierano tylko osoby z kronik zachodnich, byłem więc pierwszym przedstawicielem z obozu socjalistycznego, któremu powierzono funkcję w centralnych władzach International Newsreel Association. To był wyraźny zwrot w dotychczasowej polityce INA. Wybrano osobę z Polski, bowiem Polska Kronika Filmowa spośród wszystkich kronik socjalistycznych była najbardziej zbliżona swoją formułą do kronik zachodnich i zdecydowanie najwięcej w swoich wydaniach zamieszczała tematów zza „żelaznej kurtyny.”
Już po wyborze sekretarz generalny INA podzielił się ze mną swoim marzeniem, pragnął mianowicie, podobnie jak wielu kolegów z kronik państw zachodnich, aby jeden z kongresów zorganizować w Moskwie. Miał nadzieję, że mu pomogę w realizacji tego dążenia i stanę się w jakimś stopniu współorganizatorem tych zamiarów. Z Warszawy wszak bliżej do Moskwy niż z Paryża. Kilka razy wyjeżdżałem w tej sprawie do Moskwy. Przywoziłem do Paryża pomyślne wieści: koledzy radzieccy byli przychylni tej idei, ale żeby zorganizować kongres, musieli pokonać – niezrozumiałe dla ludzi Zachodu – bariery biurokracji. Rozmowy i przygotowania trwały równo pięć lat, na przełomie maja i czerwca 1979 roku kronikarze z całego świata spotkali się w Moskwie! Marzenie Colin-Reval’a wreszcie się spełniło.
O spotkaniu w Moskwie napiszę nieco później. Kongres INA w Kenii po długiej dyskusji upoważnił władze wykonawcze do utworzenia „poolu”, który miał w 1976 roku zająć się filmowaniem olimpiady w Montrealu.
Moim wyborem do władz INA przejął się bardzo ambasador Polski Ludowej w Kenii, wydał nawet z tej okazji „dinner”, na który zaprosił władze INA, z honorowym prezydentem Jean Jay na czele. Ponieważ władze INA uwielbiały wszelkiego rodzaju rauty i biesiady, gest ambasadora PRL
przyjęły z uznaniem.
Na spotkaniu tylko w polskim gronie ambasador, Zdzisław Lesiak, uraczył nas dwoma opowieściami. Opowieść pierwsza. Jak przystało na przedstawiciela drugiego co do wielkości socjalistycznego państwa w Europie, ambasador mieszkał w rezydencji i zatrudniał ogrodnika, który utrzymywał park i ogród otaczający siedzibę dyplomaty na wysokim poziomie. „Z pracy ogrodnika – opowiadał gospodarz rezydencji byłem bardzo zadowolony. – Wyróżniał się on rzadko spotykaną sumiennością i znajomością sztuki ogrodniczej. Mówię sztuki – dodawał dyplomata – bo ogrodnik wyhodował tak piękne kwiaty, że mi ich zazdrościli przedstawiciele dwóch najważniejszych mocarstw. Mój ogrodnik nigdy nie spóźniał się do pracy, pragnę to w tym miejscu szczególnie podkreślić” – dodawał ambasador. „Ale oto pewnego dnia nie pojawił się w ogrodzie. Kiedy nie przyszedł i dnia następnego, zacząłem się niepokoić, a trzeciego dnia poleciłem, aby sprawdzono czy nie jest chory? Na szczęście pojawił się dnia czwartego, wtedy spadł mi kamień z serca. Zapytałem go jednak, dlaczego był nieobecny? Odpowiedział mi najspokojniej w świecie, że spotkał przyjaciela, którego nie widział bardzo długo i przez trzy dni dzielili się opowieściami ze swoich przeżyć. Ogrodnik kilkudniową absencję uznał za rzecz naturalną. A kiedy zorientował się, że chlebodawca ma kłopoty ze zrozumieniem jego zachowania, zapytał wprost: a pan przyszedłby do pracy, gdyby spotkał przyjaciela po kilku latach rozłąki?” „W Polsce praca jest najważniejsza”. „Proszę o wybaczenie, ale muszę to powiedzieć, żyje pan w jakimś dziwnym kraju” – podsumował rozmowę ogrodnik.
Opowieść druga. „Miłość jak wiadomo nie uznaje żadnych barier: narodowościowych, politycznych, religijnych i geograficznych. I dlatego jest najpiękniejszym ze wszystkich uczuć ludzkich. Pewna mieszkanka Łodzi, która poznała Kenijczyka z plemienia Kikuju, kończącego właśnie w Polsce medycynę, zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, a on odwzajemnił jej uczucia z równie wielką siłą. A jak wiadomo prawdziwa miłość nie uznaje żadnych barier, więc ona dała mu serce i nie tylko serce, wzięli ślub i wyjechali do słonecznej Kenii. I tu urodziło się piękne dzieciątko, które zostało ochrzczone według miejscowych zwyczajów: szaman odtańczył taniec radości, a członkowie plemienia przyjście na świat maleństwa świętowali przez kilka dni. W czasie tych uroczystości okazało się, że w cieniu Kilimandżaro żyły dwie prawowite żony doktora, które swoją obecnością na chrzcinach podzielały radość męża z przyjścia na świat potomka płci męskiej. Nasza rodaczka nie mogła się z tym jednak pogodzić i postanowiła wrócić do Polski. Była na tyle przezorna, że zachowała bilet powrotny, więc ambasada okazała jej bezinteresowną pomoc i ułatwiła odlot do ojczyzny. Po pewnym czasie napisała, do naszej placówki w Nairobi, że prosi o pomoc w uzyskaniu alimentów. Ambasada zwróciła się z tą sprawą do kenijskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Kenijczycy poprosili ambasadę o sprecyzowanie o co chodzi, albowiem po raz pierwszy w historii niepodległej Kenii inne państwo zwróciło się do nich z żądaniem alimentów. Polska ambasada opisała całą sprawę bardzo dokładnie i precyzyjnie sformułowała żądania. Upłynęło sporo czasu nim nadeszła kenijska odpowiedź. Kenijczycy napisali, że w ich prawie nie ma pojęcia alimentów, ponieważ dziecko przychodzące na świat należy do plemienia i plemię je wychowuje w razie utraty rodziców. Starszyzna plemienia Kikuju zaś odpowiedziała ministerstwu w Nairobi, że jest zdziwiona postawą Polki, którą plemię przyjęło z radością i przez cały czas jej pobytu okazywało jej życzliwość. Zdaniem starszyzny, to Polka powinna zapłacić odszkodowanie, bo ukradła dziecko, należące do plemienia!”
Warszawa, Soviet Union
Z pobytu w Kenii zapamiętałem jeszcze dwa zdarzenia. Kenijscy koledzy przygotowali kongres INA doskonale. Pokazali nam śniegi Kilimandżaro, jezioro Nakuru z różowymi wyspami flamingów, zorganizowali spotkanie z prawdziwym szamanem, przemiłym panem w regionalnym stroju z pomalowaną twarzą w afrykańskie wzory. Szaman okazał się człowiekiem oświeconym, pełniącym w wiosce i okolicy rolę kapłana, nauczyciela i lekarza. W swojej pracy wykorzystywał tradycyjne formy kontaktu z ludźmi trwające tu od niepamiętnych czasów. Z czarownikami opisywanymi w literaturze nie miał nic wspólnego.
W rezerwacie Amboseli mieszkaliśmy w najdroższym hotelu w Kenii – w namiotach wyposażonych w bieżącą wodę, prysznic, światło elektryczne i klimatyzację. Największą atrakcją były tu małpy, które po wschodzie słońca buszowały po dachu namiotu z takim zapałem, iż wydawało się, że szaleje burza, albo trwa bombardowanie. Tu z bardzo bliska z mikrobusów oglądaliśmy lwy i słonie, oczywiście przez otwory w dachu, okien nie mogliśmy otwierać od czasu, kiedy zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Niemiecka turystka odkręciła szybę i wychyliła się przez okno mikrobusu, chcąc zrobić zdjęcie, lew zaatakował błyskawicznie, wyciągnął ją i zabił. Obejrzeliśmy też taniec Masajów – myśliwych wyruszających w busz z dzidami, by upolować lwa.
Z krainy Masajów wracaliśmy do stolicy tuż przed wieczorem. Kierowca mikrobusu, obok którego siedziałem, pędził jak szalony. Zapytałem go, dlaczego tak się śpieszy? Odpowiedział, że za chwilę zapadnie noc ( w Afryce noc zapada bardzo szybko, raptownie) a on boi się, aby jakieś plemię na nas nie napadło. Przyjąłem wyjaśnienie i uśmiechnąłem się do sympatycznego kierowcy. Po chwili zapytał: „A ty się nie boisz? – Nie – Skąd pochodzisz? – From Poland – From Holland? – No, from Poland”. Na to mój rozmówca: teraz mi wyjaśniłeś i już wiem, dlaczego jesteś odważny. Skoro macie taką wspaniałą drużynę piłki nożnej, to jasne, że się nie boisz!
W drodze do Mombasy sekretarz ambasady pomylił drogi i pobłądził. Powrót na właściwą trasę okazał się trudniejszy niż można się było spodziewać. Kiedy zaczął się denerwować, na rowie pojawiła się iskierka nadziei. Dostrzegł półnagiego człowieka rzeźbiącego w drewnie jakąś postać. Zatrzymał samochód i zapytał o drogę. Rozmowa trwała jakąś chwilkę, sekretarz przysłuchiwał się uważnie wypowiedzi Kenijczyka i po chwili zapytał: „Gdzie nauczyłeś się tak pięknie mówić po angielsku? – W Oxfordzie. – To, co robisz na tym rowie? – Rzeźbię postać ciężarnej kobiety, gdy ją ukończę pobiegnę do przyjaciela i dam mu ją w prezencie, co sprawi mu wielką radość, bo właśnie kilka dni temu wziął sobie żonę. – To po to kończyłeś Oxford? – Studiowałem, bo interesowała mnie europejska cywilizacja, a gdy ją poznałem wróciłem do siebie, wasza cywilizacja zniszczyła bowiem radość życia”.
I na zakończenie. W czasie pobytu w Kenii poznałem, Pianinę, nauczycielkę pracującą w ministerstwie kultury. Urzekła mnie jej uroda, a przede wszystkim fryzura składająca się z kilkudziesięciu splecionych cienkich antenek z kruczoczarnych włosów. Wysłałem jej z Polski kilka pocztówek. Na Nowy Rok otrzymałem życzenia: „Mr. Mirosław Chrzanowski, Polska Kronika Filmowa, Warszawa, Soviet Union.

Tworzywem jest męka

Z JANUSZEM KIJOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Chcę sięgnąć bardzo głęboko w przeszłość, bo od blisko ćwierć wieku nie zrobił Pan filmu, choć zaczął Pan swoją działalność reżyserską jako twórca kilku ważnych artystycznie i społecznie filmów kręgu kina moralnego niepokoju: „Indeksu”, „Kung fu”, „Maskarady” i „Stanu strachu”. Dlaczego nie kontynuował Pan tego co Pan tak obiecująco zaczął?
Zanim do tego dojdziemy, zacznę od tego, że mój przyjaciel Krzyś Kieślowski mówił, że najlepszym tworzywem dla sztuki jest męka człowieka. A co do dwóch pierwszych spośród wspomnianych filmów, to miały mieć one inne tytuły. „Indeks” miał mieć tytuł „Zakalec”, a „Kung fu” – „Samoobrona”. Żaden nie spodobał się decydentom. Pierwszy był aluzyjny, słowo miało wyrażać zgniłą, duszną, zakalcowatą atmosferę ostatnich lat okresu gierkowskiego, okresu dziwnego, który nie był ani komunizmem, ani socjalizmem, ani demokracja liberalną. Do tego po marcu 1968 roku został rozbity kościec przyzwoitego człowieka. Oblało nas wtedy gówno podobne do tego co dzisiaj, pod rządami PiS. Dziś także czujemy się oblepieni, pozbawieni nadziei, jest apatia społeczna.
Drugi tytuł, „Samoobrona”, wiadomo, kojarzył się z działającym już wtedy od pewnego czasu Komitetem Samoobrony Społecznej KOR. Pamiętam jak ważny urzędnik z zarządu kinematografii powiedział: „Film, owszem, panie Januszu, ale ten tytuł…”. Wtedy wziąłem flamaster, przekreśliłem na okładce scenariusza słowo „samoobrona” i napisałem „kung fu”. „Świetny, świetny – ucieszył się urzędnik. „I jaki kasowy” – dodał. Dlatego dodałem w filmie scenki jak bohaterowie ćwiczą kung fu, a Andrzej Pągowski wykorzystał ten motyw na plakacie.
Czy realizując wspomniane filmy przeczuwał Pan, że „coś wisi w powietrzu”, kręcił je Pan z profetycznym poczuciem w tyle głowy?
Ależ skąd. Przez myśl mi nie przeszło, nawet już w czerwcu 1980 roku, że w lipcu i w sierpniu dojdzie do takich radykalnych wydarzeń jak masowe strajki robotnicze i że to dziewięć lat później doprowadzi do przełomu 1989 roku. Przypuszczałem raczej, że będę żył w tym systemie do końca moich dni. Myślę, że nikt z nas nie przeczuwał świadomie tego co się stanie, ale i mój „Indeks” i „Wodzirej” Felka Falka i „Amator” Krzysia Kieślowskiego i „Aktorzy prowincjonalni” Agnieszki Holland jakoś podświadomie wyprzedziły to, co się później stało. I były potrzebne, a wielu ludzi z mojej i pańskiej generacji mówiło potem, że te filmy jakoś ich uformowały. Powiedział mi to m.in. socjolog profesor Wawrzyniec Konarski, który powiedział mi, że wychował się na moich filmach, co mnie bardzo mile połechtało.
Podpisuję się pod taką deklaracją, a „Indeks” obejrzałem po raz pierwszy w przepełnionym do ostateczności kinie „Wyzwolenie” w Lublinie, na kilka dni przed 13 grudnia 1981. Supportem do jednorazowego pokazu filmu był koncert Jacka Kaczmarskiego i jego kolegów. Atmosfery, jaka panowała na sali, gdy wykonywali utwór „Obława” nigdy nie zapomnę. „Indeks” dotykał wydarzeń marca 1968 roku…
Rok 1968 tkwił we mnie jak drzazga, to był dla mnie egzamin dojrzałości. Po raz pierwszy w życiu dowiedziałem się, że są jacyś inni ludzie o długich nosach i dziwnych nazwiskach, że nazwiska Blumsztajn czy Gross są gorsze od nazwisk Kowalski czy Zieliński i że moja koleżanka, świetna studentka, to „parszywa Żydówka”. Po raz pierwszy w życiu musiałem się opowiedzieć po jakiejś stronie. I dlatego właśnie to doświadczenie wybrałem na osnowę mojego debiutu filmowego. Musiałem to z siebie wyrzucić, choć i tak położno mi to na półki. Wtedy zgłosiłem się do zespołu „X” Andrzeja Wajdy, który był wielkim fanem tego filmu i który przyjechał na jedyny legalny pokaz tego filmu, jako utworu dyplomowego.
Wajda zaszantażował Radę Wydziału, że jeśli nie postawią mi piątki, to zrobi się z tego wielka afera. Poza tym Wajda wsparł mnie mówiąc, że zamiast wpadać w rozpacz powinienem zacząć pisać nowy scenariusz. Pomyślałem wtedy, że powinien to być scenariusz filmu o solidarności, zwykłej ludzkiej solidarności. Wymyśliłem rzecz o grupie przyjaciół ze studiów, których losy rozeszły się w różne strony, którzy mieli różne, czasem pokiereszowane biografie i którzy nie byli ideałami, ale którzy w pewnym momencie uświadomili sobie, że mogą przetrwać jeśli podejmą wspólne, solidarne działanie, podejmą samoobronę. Z tego scenariusza „Samoobrony” powstał film „Kung fu”. Także poszedł na półkę. Wiąże mi się z tym pewne wspomnienie. Do filmu cenzura zgłosiła 27 zastrzeżeń. Ówczesny szef kinematografii Janusz Wilhelmi, inteligentny cynik, powiedział do mnie: „Panie Januszu, zbyt cenię pana film, aby w nim robić cięcia, lepiej w całości posłać go na półkę”. Krzyś Kieślowski poradził mi, żebym poszedł do cenzora na Mysią i poprosił go o recenzję mojego filmu. Zrobiłem to, cenzor zrobił tylko jedno cięcie, resztę anulował i w ten sposób ocalił mój film. Z cenzorami było więcej takich paradoksalnych przygód, to też byli ludzie i zdarzało się, że ulegali prywatnie fascynacji niektórymi filmami.
O „Indeksie” rozmawiałem przed laty z odtwórcą głównej roli, nieżyjącym już Krzysztofem Zaleskim, który zauważył, że mimo realistycznej faktury jest to film nie o tym jak naprawdę było, tylko jak powinno być i odnosił to do postaw głównych bohaterów. Myślę, że tę ocenę można by odnieść także do „Kung fu”.
Mnie zawsze irytowało określanie naszych filmów z nurtu moralnego niepokoju jako szarej, płaskiej publicystyki, a to przecież były filmy-marzenia. „Indeks” był moim marzeniem jak chciałbym się zachować w marcu 68, a nie przyszło mi to wtedy do głowy. Pamiętam scenę z czasu studiów na Wydziale Historii, jak czekaliśmy na egzamin przed gabinetem rektora i nagle pojawiło się dwóch rosłych osobników w bryczesach i butach z cholewami, którzy wyrwali indeks naszej koleżance, rzucili go na podłogę i krzyknęli: „Zdawaj sobie egzaminy ale w Izraelu, parszywa Żydówo”. To była scena realistyczna, ale najgorsze było to, że my tam staliśmy jak debile i żaden z nas nie ruszył się w obronie koleżanki. Zamurowało nas. Nie byliśmy jeszcze gotowi na tę reakcję. Potem marzyłem, żeby zachować się tak jak Józef Moneta zagrany przez Krzysia Zaleskiego, który nakrzyczał na rektora w jego gabinecie, stłukł mu wazon, rzucił wszystko w cholerę i poszedł zrzucać węgiel z wagonów. Ja tego nie zrobiłem i takich jak ja były setki a takich jak Moneta chyba w ogóle nie było. Wyrazem marzenia, w tym przypadku usytuowanego środowisku artystycznym była „Maskarada”. Poza tym chciałem w „Maskaradzie” pokazać manipulacje socjotechniczne, jakie urzędnicy systemu stosowali w stosunku do artystów, niby zachęcając nas do kręcenia filmów, a jednocześnie sprytnie wtłaczając nas w system. W rezultacie, z tego co robiliśmy wychodziło szydło i powidło, a nie to, co sobie zamierzyliśmy.
„Indeks”, „Kung fu”, „Maskarada” i „Stan strachu” to cztery Pana najważniejsze filmy. Jednak nie tylko nie kontynuował Pan takiej tematyki, nazwijmy to społeczno-moralnej, ale już od 27 lat nie zrobił Pan filmu. Czy wyobraża Pan sobie siebie jako twórcę systematycznie portretującego przemiany polskie na przestrzeni minionych 40 lat? Nie żałuje Pan, że tak się nie stało?
Ja muszę mieć ogromnie silną motywację, żeby przystąpić do pracy nad filmem czy nawet nad przedstawieniem. Nie umiałbym znaleźć się jako reżyser seriali, nie dlatego że uważam, że wszystkie są nic nie warte, bo są i dobre, ale nie umiałbym „chodzić za robotą”. Pewien kolega namawiał mnie do zrobienia jednego sezonu „Złotopolskich” mówiąc, że to świata robota, bo idzie się do pracy na ósmą i wychodzi o szesnastej. Ja bym tak nie potrafił. W pewnym momencie zainteresowałem się teatrem, kompletnie innym technologicznie od pracy filmowej, ale podobnym do niej w jednym: w pracy z aktorem. Różnica jest taka, że w teatrze kolejne fazy pracy nakładają się na siebie jak słoje, a w filmie trzeba uchwycić do kamery często surową świeżość gry aktora. Fascynuje mnie praca z aktorem i daleki jestem od molestowania aktorów, wymuszania czegoś na nich terroryzowania, upadlania, lobbingu, co się dość często zdarza i czego bardzo nie szanuję. Co nie znaczy, że czasem nie kłóciłem się z aktorami, n.p. Piotrkiem Fronczewskim, Krzysiem Zaleskim, czy z Krysią Jandą, która jest „cholernica” i musi z nią przyjść taki dzień, kiedy przerywało się zdjęcia i rozchodziło się w gniewie. A po kilku dniach Krysia wraca i pyta: „To co robimy?”. Miło mi było, kiedy jakiś czas temu, Andrzej Seweryn, który zagrał w jednym tylko moim filmie, w „Kung fu”, i który ma ogromny, europejski dorobek filmowy i teatralny, wspomniał udział w moim filmie jako ważne doświadczenie.
Po marcu pomyślał Pan o emigracji?
Może nie o emigracji ale na pewno o wyjeździe za granicę, o uwolnieniu się od tej duchoty, jaka zapanowała. Brałem nawet pod uwagę wyjazd na zbiór owoców do Francji. Dwa razy odmówiono mi paszportu, za trzecim razem się udało. Wtedy wpadłem na myśl, żeby zwrócić się do dziekana mojego Wydziału Historii na Uniwersytecie Warszawskim, wtedy docenta Samsonowicza, żeby mnie komuś polecił w Paryżu i on napisał list polecający do swojego przyjaciela z Sorbony, wielkiego mediewisty, Jacquesa Le Goff, nota bene przyjaciela Polski, żonatego z Polką. Z tym żelaznym listem pojechałem i zastałem Paryż, a szczególnie Sorbonę rozgorączkowaną, pełną protestów i manifestacji. Le Goff zaprosił mnie do swojej uczelni mówiąc, że jeśli chcę sobie powiecować, to mogę iść na Sorbonę, ale jeśli chcę się czegoś nauczyć to na jego uczelni. (…)
Wiem, że chodził Pan na wykłady sławnego strukturalisty Claude Lévi-Straussa, od „Smutku tropików”. Jakim był wykładowcą?
Skupionym, skromnym, bynajmniej nie showmenem. Fascynujące było to co mówi, a nie jak mówi. Bardziej efekciarski był sławny historyk sztuki Pierre Francastel. Żeby się utrzymać, śpiewałem i grałem na gitarze rosyjskie piosenki w „Szeherezadzie”, w „Chanson de Moscou”, najdłużej w „Taras Bulba”, kabarecie ukraińsko-żydowsko-rosyjskim. Już Polsce lubiłem te klimaty, także Wysockiego czy Okudżawę, miałem w klasie licealnej kolegę Gruzina mówiącego po rosyjsku. Także w Polsce śpiewałem i grałem ten repertuar w akademiku na Oczki, więc do Paryża przybyłem już po treningu, co ułatwiło mi wygranie przesłuchań, przez które trzeba było przejść, aby dołączyć do „ensamblu” W moim repertuarze paryskim były nawet sławne sowieckie „Razcwietały jabłoni i gruszy”, bo było na nie zapotrzebowanie. Później jednak przez kilka lat nie wziąłem gitary do ręki, bo mnie jednak to występowanie do kotleta w końcu znużyło.
Starał się Pan chłonąć tę atmosferę Paryża przełomu lat 60-tych i 70-tych, atmosferę rewolty społecznej, może jeszcze jakieś ślady atmosfery egzystencjalizmu kawiarń i piwnic z bulwaru Saint-Germain?
Mimowolnie to obserwowałem, zwracałem uwagę na krzesła, na których w Café de Flore czy de Deux Magots przesiadywał Jean Paul Sartre, ale przede wszystkim starałem się czegoś nauczyć, doszlifować francuski i napisać pracę dyplomową. Kiedy wróciłem do Polski, już za Gierka i pokazałem mój paryski dyplom profesorowi Samsonowiczowi prosząc, żeby mnie wpisał na listę studentów IV roku, kazał mi ten dyplom głęboko schować, bo powiedział, że ma on rangę doktoratu i z takim dokumentem trudno mnie przyjmować na zwykły rok studiów.
Czy pobyt na Zachodzie mocno Pana uformował, poza pożytkami czysto intelektualnymi?
Tak. Nauczył mnie szacunku do pracy i ciężko zarobionych pieniędzy. Do dziś nie mogę patrzeć na ten odwieczny polski burdel, nieróbstwo, niedoróbstwo, fuszerkę, które nie zniknęły także po zmianie ustroju. Poznałem też jednak cienie kapitalizmu i uświadomiłem, jaki to jest nieludzki system, jaki kierat wyzyskujący człowieka. Zaszczepiłem się przeciw zachwytom nad kapitalizmem i bliskie stały mi się idee lewicowe, stałem się socjalistą.
Teraz od trzech lat przeżywamy za rządów PiS fazę dzikiego kapitalizmu państwowego. To jest zbitka faszyzmu z pseudokapitalizmem pracowniczym.
Potem podjął Pan studia w PWSTFiTV w Łodzi, przeżył wspomniane przygody z „Indeksem” i „Kung fu”. I co było dalej?
Nakręciłem dokument ze zjazdu „Solidarności” w Gdańsku w 1981 roku, po czym wyjechałem do Brukseli, żeby go tam zmontować i tam zastał mnie stan wojenny. Andrzej Wajda poradził mi, żebym nie wracał, bo SB może się mną zainteresować. No i zostałem w tej Brukseli do roku 1985. Na chwilę przyjechałem do Polski na pogrzeb ojca, który był kiedyś wiceprezesem PSL. Możliwość ponownego wyjazdu zawdzięczam ówczesnemu prezesowi ZSL Romanowi Malinowskiemu.
W 1986 roku nakręciłem „Maskaradę” i zacząłem funkcjonować w Polsce, a „Stanem strachu” z 1989 roku zamknąłem ten okres i pożegnałem się z kinem moralnego niepokoju. Kolejne moje produkcje w Polsce, łącznie z „Tragarzem puchu”, to już były zwykłe, profesjonalne produkcje na zamówienie. To spowodowało, że odszedłem od kina, bo ten oschły, profesjonalny, merkantylny klimat, pozbawiony pewnego „romantyzmu” mi nie odpowiadał.
Przez rok, po tym jak utrącono Panu doktorat z historii chrześcijaństwa w Etiopii na UW, uczył Pan historii w jednym z warszawskich liceów?
To był paradoks typowy dla tamtych czasów. Władza odebrała mi możliwość grzebania po pachy w zakurzonych dokumentach, a jednocześnie otworzyła takiemu jak ja dysydentowi dostęp do młodzieży licealnej. To było ciekawe doświadczenie, spotykaliśmy się także na swego rodzaju pozaszkolnych kompletach, m.in. w mieszkaniu ucznia, którego ojciec był sędzią Sądu Najwyższego.
Był Pan związany z dwoma ważnymi środowiskami w powojennej historii polskiego kina, z Zespołem Filmowym „X” oraz ze Studiem Filmowym im. Karola Irzykowskiego. Jak je Pan postrzega z perspektywy czasu?
Zespół „X” był dla mnie balonem tlenu, który dał mi Andrzej Wajda po moich perypetiach z „Indeksem”, dał mi ochronę, poczucie pewnego komfortu. Gdyby nie on, pewnie skończyłbym zgorzkniały na emigracji. Studio Irzykowskiego to był rodzaj komuny, szczelina w systemie cenzorskim. Statut studia ułożyliśmy tak, żeby mieć możliwość realizacji filmu, potem niech cenzura decyduje. Tak, żeby nie było cenzury prewencyjnej, blokującej tematy. I władza jakoś tę formułę uznała. Paradoksalnie, Studio, które powstało za komuny i przetrwało ją, padło pod ciosem dzikiego kapitalizmu polskiego. W tym Studiu wychowali się m.in. Waldemar Dziki, Robert Gliński, Mirek Gronowski.
Postacią związaną ze Studiem w roli komisarza politycznego był Mieczysław Waśkowski. Jaką on rolę spełnił?
W sumie nienajgorszą. Przydzielono go jako nadzorcę politycznego, ale na ogół spełniał w stosunku do nas rolę ochronną. Nawet przez pewien czas się lubiliśmy. Na pewno nie był fanatykiem, hunwejbinem ideologicznym. Czasami jego rola jest niesłusznie demonizowana.
W latach 70-tych pisywał Pan w warszawskim tygodniku „Kultura” jako krytyk filmowy i przyjaźnił się Pan z Krzysztofem Mętrakiem, także krytykiem filmowym, związanym z tygodnikiem „Literatura”, moim idolem intelektualnym tych lat. Drugą ważną dla Pana postacią był Bolesław Michałek…
Krzyś, to był wielki mój przyjaciel. Wybitny umysł, wielki erudyta i świetne pióro o wyszukanym stylu, choć w tym pisaniu nazbyt rozmieniał się na drobne. Niestety, mocno nadużywał alkoholu, który mu wybitnie nie służył i który go zniszczył. Przez pewien czas, na prośbę żony Krzysia, pełniłem rolę jego opiekuna-wykidajło i wielokrotnie zabierałem go ze „Ścieku” przy Trębackiej. Zdarzało się, że to wyprowadzanie i wpychanie do taksówki, by zawieźć go do domu na Żoliborzu trwało kwadrans a czasem dwie godziny. Michałek był jego przeciwieństwem. Starszy o pokolenie, dystyngowany pan, też wybitny intelektualista i erudyta.
Na koniec chciałem Pana zapytać o czas, gdy był Pan dyrektorem Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie.
To było 15 lat naszego życia, z moją drugą żoną, która była też moją zastępczynią. Harowaliśmy, żeby wydobyć ten teatr z niebytu. Za 57 mln dotacji europejskiej przeprowadziliśmy remont budynku, który zastaliśmy w bardzo złym stanie. Scena stała się rozpoznawalna w kraju. A jak nas potraktowano – wiadomo. Nie chcę teraz do tego wracać, bo byłyby to gorzkie żale. To temat na odrębne opowiadanie. Na pewno było to moja wielka przygoda. Jestem teraz szczęśliwym emerytem i piszę scenariusz, z którego pewnie nic nie wyjdzie, bo dotyczy pogromów Żydów na Podlasiu w 1945 roku.
Dziękuję za rozmowę.

Janusz Kijowski, ur. 14 grudnia 1948 w Szczecinie, reżyser filmowy i teatralny, nauczyciel akademicki. Absolwent Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego (1972) i PWSTFiTV w Łodzi (1977). W okresie studiów był krytykiem filmowym tygodnika „Kultura”. Od 1983 wykładał w Institut National Supérieur des Arts du Spectacle w Brukseli, a od 1998 także w łódzkiej PWSFTviT. Od roku 2004 doktor hab. nauk o sztukach pięknych. Specjalizuje się w zakresie reżyserii filmowej, teatralnej i telewizyjnej. W 2002 został wiceprezesem Europejskiej Federacji Reżyserów Filmowych (FERA). Aktualnie związany z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, na którym zajmuje stanowisko profesora. W 2004 objął funkcję dyrektora olsztyńskiego Teatru im. Jaracza, którą sprawował do sierpnia 2018. W 2009 został dyrektorem artystycznym Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. W wyborach w 2005 był liderem listy wyborczej Partii Demokratycznej do Sejmu w okręgu olsztyńskim. W wyborach w 2011 roku startował do Sejmu z listy SLD. Został członkiem honorowego komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego przed wyborami prezydenckimi w 2010 oraz wyborami prezydenckimi w 2015. Poza filmami wymienionymi w czasie rozmowy zrealizował także m.in. „Anioł stróż” (1975), „ZK Sieradz” (1976), „Głosy” (1982), „Avant la bataille” (1982), „Warszawa. Rok 5703 (Warszawa. Année 5703) (1992), „Kameleon” (2001).

Księga Wyjścia (24) Ballada o Kaszmirze i królestwie Kabuto

Moje obawy okazały się płonne, od kiedy przyjechał do mnie syn wcale nie spędzamy czasu przy monitorze, lecz wiecznie gdzieś się przemieszczamy tocząc bardzo ciekawe rozmowy.

Wakacje to taki okres, podczas którego zjechali się obaj synowie. Starszy po ukończeniu uniwersytetu w Londynie postanowił kontynuować naukę na studiach podyplomowych w Chinach, przyjechał na wakacje. Mieszka niedaleko, więc widujemy się często, młodszy przyjechał do mnie z Bydgoszczy, a ponieważ ma niecałe czternaście lat obawiałem się, że jedyna godna jego uwagi atrakcja to komputer i gry. Okazało się na szczęście nie.
Już drugiego dnia pojechaliśmy do Janowca, jest tam fantastyczny zamek wraz z całym kompleksem parkowym, w którym znajduje się również skansen. Sam zamek ma bardzo ciekawą historię, poza tym, że kręcono w nim ostatnią scenę z Wokulskim – to niby tam się wysadził.
To jest to jedyny w Polsce zamek, który w PRL był w prywatnych rękach. Właściciel jednak nigdy nie robił kłopotu zwiedzającym, nawet nie pobierał żadnych opłat. Kozłowski, tak miał na nazwisko, zmarł w 1976 roku, potem chyba ów zabytek zasilił skarb państwa. Częściowo odbudowany, częściowo pozostawiony jako wieczna ruina.
Po złażeniu zamku i okolic, chciałem pokazać Maciusiowi okoliczne góry. Nie są to wprawdzie ambitne szczyty na miarę Tatr, ale to właśnie tam uczyłem się wspinaczki i ona zaszczepiły mi miłość do gór. Śmiało ruszyłem więc prowadząc dziecko w miejsca znane mi z młodości, a tam wszędzie ogrodzenia. Chodziliśmy wzdłuż stoku szukając jakiegoś nieogrodzonego miejsca, gdy wreszcie udało się takowe znaleźć, z namiotu wyskoczył w majtkach jakiś starszy jegomość i z awanturą zaczął na przepędzać z jak to ujął – jego prywatnej posesji. Ze względu na dziecko starałem się być miły.
Niezrażeni agresją chama, ruszyliśmy dalej szukać wolnej przestrzeni, ale jedyne co udało się znaleźć to zarośnięte kolczastymi krzakami chaszcze i krzaki. Podjęliśmy próbę przejścia i przedostania się w mniej kłujące miejsce, traktując tę naturalną barierę jako zło konieczne. Niestety, podrapani wróciliśmy w końcu na janowiecki rynek, by zjeść obiad i wrócić do domu. Podczas obiadu opowiadałem jak było tu niegdyś, że można było dowolnie chodzić, łazić, wspinać się i nikomu to nie przeszkadzało. Wtedy Maciek mnie zaskoczył, zapytał czy wiem coś o mikronacjach i że jest w Polsce inne państwo.
Wiedziałem o angielskiej rodzinie, która zasiedliła opuszczoną platformę na wodach eksterytorialnych i utworzyła tam własne państwo o nazwie Sealand. Anglicy usiłowali ich stamtąd przepędzić wysyłając swoje wojska, ale rodzina odwołała się do instytucji międzynarodowych i wygrała. Opowiadałem o rozgłośniach radiowych i filmie „Radio na fali”, gdy w latach sześćdziesiątych muzyka rockowa była na wyspach ściśle reglamentowana, wiele rozgłośni radiowych nadawało z wód eksterytorialnych na morzach i oceanie. Wtedy syn zaskoczył mnie po raz kolejny, okazało się, że w Polsce również są niepodległe państwa, zwłaszcza jedno jest bardzo osobliwe. Królestwo Kabuto znajduje się pod Radomiem, flagę mają podobną do brazylijskiej, nie obowiązuje tam ani podatek VAT, ani dochodowy. Języki urzędowe to polski i angielski, jest monarchią i obecnie stara się o uznanie przez NATO.
Tak naprawdę jest to kawałek łąki, który teoretycznie ma już wielu mieszkańców, a na pewno obywateli. Władcą jest sprytny Mieszko Makowski, a sama idea jest sprzeciwem sytuacji w kraju. Twórca tego państewka, wcześniej handlował działkami w niebie, piekle i w czyśćcu – z zaznaczeniem, że ma oferty dla każdego wyznania. Ewidentne facet zakpił sobie z religii i polskiego etosu, który formą przewyższa treść. Kabuto dysponuje również terenami,a raczej obszarem wodnym obok Kanady i jakąś działką w Chorwacji. Nie obowiązuje tam żadna religia, a prawo zostało spisane ręką władcy, który jedynie tam administruje.
O ile Królestwo Kabuto jest bardzo barwnym i ciekawym przedsięwzięciem, to okazało się, że takich państewek na terenie Polski jest więcej. Wystarczy być sprytnym i znać przepisy. Miłośnikom wielkiej Polski mogę się teraz głośno zaśmiać w twarz. Legalizacja państwa Kabuto przebiegła zupełnie przypadkowo. Makowski dostał wezwanie na najbliższą komendę. Gdy otworzył kopertę zobaczył urzędowe pismo, opatrzone godłem i pieczęciami z następującą treścią: „wzywa się pana Mieszko Makowskiego zamieszkałego, legitymującego się dowodem osobistym o numerze, w celu złożenia wyjaśnień w sprawie założenia Państwa Kabuto”. Okazało się, że ten niepozorny dokument wystarczył do potwierdzenia, że państwo polskie uznało Kabuto jako osobny, suwerenny kraj.
Łatwiej założyć w Polsce własne państwo niż uzyskać status mniejszości etnicznej. Konkluzja smutna, ale prawdziwa. Wszystko to za sprawą konwencji z Montevideo z 1933 roku. Zgodnie z jej ustaleniami państwo powinno mieć suwerenną władzę, określone terytorium oddzielone granicą i zdolność wchodzenia w stosunki międzynarodowe. Technicznie wygląda to tak, że wystarczy znaleźć kawałek nienależącego do nikogo gruntu, zatknąć flagę i ogłosić nowym państwem.
O ile Mieszko Makowski kupił w Polsce kawałek łąki, to terytorium morskie w Kanadzie i działkę w Chorwacji znalazł przez internet. Obywateli ciągle przybywa i choć nie jest możliwe by pomieścili się oni na tym kawałku łąki, to po rozpatrzeniu przez rząd obywatelstwo dostają lub nie. Korzystają z tego przedsiębiorcy, po pierwsze nie ma tam podatków, ani żadnych urzędów, okienek i pań z którymi trzeba rozmawiać, wszystko można załatwić wirtualnie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę mikronacje w Polsce, a wyskoczy ich kilkanaście, (dla fanatyków kilka ultrakatolickich). Jest to niezły pomysł na życie, by odciąć się od wpływów kościoła katolickiego. Zamiast walczyć w pochodach czy wiecach z idiotami nafaszerowanymi kultem wojny, którzy z bogiem na ustach wzywają do nienawiści, nazywając ludzi zarazą, utworzyć własne państwo i odrodzić się od nich granicą, a gdy taki Jędraszewski znowu coś palnie, wezwać ambasadora Polski na dywanik.
Do tego potrzebna jest determinacja, ale jeśli nie możemy pokonać ich w sposób demokratyczny, bo ten system coś szwankuje, to może zrobić zrzutkę i wykupić część kraju, a resztą niech się zajmą wszyscy, którzy tak bardzo kochają bliźniego, że aż nienawidzą jego poglądów. Można zostawić im Częstochowę, krowę, kaczkę, drób i drogę na Łagiewniki. Inaczej nigdy nie dadzą nam żyć. Pomysł wydał mi się bardzo fajny, ale jedynie w teorii, bo w praktyce biurokratycznie jestem jak dziecko we mgle.
Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że jeśli moje książki są w bibliotekach, to raz w roku powinienem dostać jakieś pieniądze. Wydana osiemnaście lat temu „Humanitarna wojna”, jest w wielu bibliotekach, także uniwersyteckich, problem polega jedynie na tym, że muszę się gdzieś zarejestrować. Dotychczas nie miałem o tym pojęcia. Podczas pobytu synów, a zwłaszcza młodszego, który w tym czasie zamieszkał u mnie, znacznie mniej pasjonuję się krajową polityką. Fakt, że mieszka w Bydgoszczy i rzadko się widujemy, więc wszystko inne zeszło na dalszy plan, ale też naszła mnie refleksja, czy przypadkiem ten tzw „ciemny lud” jak to określił był niegdyś prezes TVP, pasjonuje się tą polityką z nudów? To grupa zgorzkniałych emerytów lub żądnych zadymy kiboli, którym wmówiono, że wojna to cześć, honor i chwała dlatego popieprzają ulicami miast bijąc każdego, kto ma na sobie ubranie w kolorach tęczy. Wniosek jest taki, że od kiedy Maciuś jest u mnie politykę mam głęboko w nosie. Jeśli już, to rozmawiamy o Kaszmirze, ale gdy zejdziemy się we trzech.
Starszy syn nakręcił film o tym zakątku i konflikcie z Indiami. Potrafi o tym opowiadać, a młodszy z zaciekawieniem słucha. Podobnie jak interesują go bardzo Chiny, jeśli polityka, to międzynarodowa. Krajową mamy w nosie, oprócz Królestwa Kabuto oczywiście. Jeśli naprawdę mamy dość rządów ostatnich trzydziestu lat, to nic tylko założyć własne państwo, na własnych zasadach.
I teraz najważniejsza konkluzja, czy naprawdę musiało minąć ponad sto lat, by zacząć wcielać idee Bakunina? Ostatnie wydarzenia na terenach Kaszmiru stały się pretekstem, by ponownie opowiedzieć historię tego regionu. Za zgodą autora filmu, czyli mojego syna, podaję adres internetowy, pod którym można obejrzeć ten film pt: „Kamienie przeciw karabinom”. A w wersji internetowej może DT znajdzie miejsce by go również zamieścić. https://youtu.be/i8vLpG4sMzc
Na dzisiaj wystarczy, musimy z Maciusiem iść odkrywać kolejne dzikie zakątki z mojej młodości. Mam nadzieję, że jeszcze nie wszystkie wykupili deweloperzy.

Bigos tygodniowy

Nie było zmiłuj. Kaczor wydał wyrok na ociągającego się z dymisją Kuchcika, czyli zabrał mu ulubione zabawki – aeroplany. Skończyło się latanie w ptaka. Nie pomogła nawet „solidarność bieszczadzka” w obronie „wielkiego męża stanu”, jak dowcipnie nazwała go pani burmistrz Cisnej, zorganizowana przed kamerami TVPiS. Sprawa, jak mawiali starożytni Rzymianie, „doszła do trzeciego rzędu” i trzeba było Kuchcikowi wyjąć z dłoni laskę. W jego miejsce marszałkinią Sejmu Witek została – bo nie latała. Nie żartuję. Naprawdę, pierwszym, wyjściowym kryterium dobrania nowego pisowskiego marszałka Sejmu musiał być fakt nie korzystania przezeń z „Kuchciński Ravel”. Ta poprawna w formach zachowania pani będzie pełnić swoją funkcję tylko przez kilka ostatnich tygodni kończącej się kadencji.

Jednak Kuchcik Kuchcikiem a Witek Witkiem, ale może jeszcze bardziej bulwersujący jest ten system zorganizowanego urzędowego kłamstwa po stronie obsługi administracyjnej Sejmu, której twarzą jest niejaki Grzegrzółka, ale zza którego pleców wyłaniają się jego przełożeni, w tym niejaka pani Kaczmarska. Ten system służył (do czasu) kryciu kuchcikowego procederu, m.in. poprzez konsekwentne okłamywanie mediów, a tym samym opinii publicznej. Przy czym takie kłamstwa na milę trącą przestępstwem urzędniczym. Po sprawie Kuchcika wypłynęła teraz sprawa rozpasania mieszkaniowego Karczewskiego, marszałka Senatu, tego od „pracy dla idei” jako najwyższego szczęścia człowieka. Nie widzę problemu w tym, że tak wysocy urzędnicy mieszkają nad wyraz godnie, bo tak być powinno, natomiast oburzające jest to kłamstwo i obłuda pisiorów, którzy kreowali się na jedynych prawych i sprawiedliwych w Sodomie, a wychodzą na żarłoczne jamochłony.

Opróżnione przez Witek stanowisko ministra spraw wewnętrznych objął obecny koordynator służb specjalnych, skazany i ułaskawiony przez Adriana Mariusz Kamiński, ksywa „Mario”. To ponura, odrażająca, mroczna i groźna postać, odrobinę taki „pisiorski Fouché”. W powieści „Dziewięćdziesiąty trzeci” Wiktor Hugo napisał: „Fouché: o duszy demona i twarzy trupa”.

Doktor Paweł Borecki miał całkowitą rację dostrzegając podczas zamieszek wokół Marszu Równości Płocku „atmosferę pogromową”. Tyle czytałem o pogromach antysemickich w II Rzeczypospolitej, w 1946 roku, a także i w odleglejszej historii, ale to była wiedza abstrakcyjna. Trzeba było dopiero zobaczyć te ryczące, wykrzywione nienawiścią twarze żulii atakującej Marsz, by plastycznie uzmysłowić sobie
aurę pogromów.

Trzy dni (po raz pierwszy w życiu) spędziłem w Wałbrzychu (dawny, prastary niemiecki Waldenburg) i oczywiście zwiedziłem też pobliski zamek Książ. Naszło mnie przy okazji kilka refleksji historycznych. Po pierwsze, że, niestety, ta przejęta przez Państwo Polskie w 1945 roku tkanka urbanistyczna nie została otoczona należytą dbałością i piękny niegdyś, położony niemal u stóp Sudetów ex-Waldenburg robi przykre wrażenie miasta zaniedbanego i zapyziałego, także społecznie i cywilizacyjnie. Na ulicach daje się zauważyć sporo podpitych, wydzierganych, wulgarnych par z obfitym przychówkiem (500 plus). Przykro mi, ale (nie tylko w odniesieniu do Wałbrzycha) określenia „polnische wirtschaft” tak zupełnie jednak do lamusa odesłać się nie da. Po drugie, nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby Niemcy coś Polsce jeszcze wypłacili w ramach jakichś odszkodowań (od przybytku głowa nie boli), choć to mało realne mimo pohukiwań pisowca Mularczyka. Jednak jest naocznym faktem, że choć nam Niemcy zbrodniczo zburzyli dużą część Warszawy, to jednak – to prawda, pod przymusem Stalina – zostawili nam potężny majątek w postaci tzw. ziem zachodnich i północnych wraz z zasobami przemysłowymi, naturalnymi oraz gigantyczną tkanką urbanistyczną o ogromnej kubaturze. Niestety, akurat w Wałbrzychu to poniemieckie mienie nie zostało dobrze zagospodarowane. Natomiast sam zamek Książ z otaczającym go parkiem – imponujący. Dobra, niemiecka robota. Nie od dziś wiadomo, że to wyższa cywilizacja. Polacy to
jednak untermensze.

Doroczna defilada z okazji Święta Wojska Polskiego odbędzie się tym razem w Katowicach a nie Warszawie. I bardzo dobrze. Nie będą rozjeżdżać Warszawy gąsienicami. A katowiczanom i tak wszystko jedno, bo i tak stale mają wstrząsy górnicze. A poza tym współczesnemu wojsku XXI wieku anachroniczna praktyka buńczucznych defilad, rodem z zamierzchłych czasów, powinna być z gruntu obca.

Duda Adrian (coś przez ostatnie tygodnie słabo obecny w przestrzeni publicznej) objął patronat nad obchodami 75 rocznicy powstania kolaboracyjnej formacji wojskowej zwanej Brygadą Świętokrzyska. Jej ideologia pokrywała się z ideologią przedwojennego „ONR”, czyli chodziło im o totalitarne, katolickie państwo narodu polskiego. Poza mordami na Żydach i lewicowcach, głównym wyczynem tych bandziorów było „wyzwolenie” obozu nazistowskiego w Czechach. 5 maja 1945 roku, kiedy Niemcy już de facto przegrali wojnę, a większość załogi obozu nawiała.

Wyłom w Konfederacji. Kaja Godek obraziła się na kolegów, bo dali jej „nie biorące” miejsce na liście kandydackiej do Sejmu oraz per noga potraktowali jej antyaborcyjną obsesję. Dżentelmeni Konfederacji, Korwin-Mikke, Marzec i Winnicki, na pożegnanie, na Twitterze, potraktowali „z buta” Damę z konfederackiej talii.

Rząd włoski, w którym wicepremierem był ulubieniec Kaczora, skrajny populista Matteo Salvini kończy swój żywot. Jak przystało na rząd włoski, żył krótko. Ciao ragazzi!

14,5 procenta poparcia dla Lewicy, to wynik jednego z ostatnich sondaży przedwyborczych. To jedna z nielicznych krzepiących wieści od dawna. Oczywiście nie należy mówić „hop, póki się nie przeskoczy”.

W tle śmierci boksera Kosteckiego w więzieniu rysuje się osławiona sprawa „podkarpacka”, w której jest wątek nagłośniony przez byłego agenta CBA Wojciecha Janika. Pojawia się w nim Kuchcik, niedawno dymisjonowany marszałek Sejmu i domniemane nagranie rzucające na niego podejrzenie, że korzystał z usług nieletniej ukraińskiej prostytutki. Akcent należy postawić oczywiście na słowie „nieletnia”. Miejmy nadzieję, że Kuchcik kiedyś słono zapłaci za te wszystkie swoje „wysokie loty”.

Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbána na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdoğana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.
Car Wołodia
Ale Putin jawi się też w zachodnich mediach jakby był najpotężniejszym człowiekiem planety. Jakby samowładnie pociągał za sznurki na całym świecie, nie wyłączając największych mocarstw. Polityczni i medialni zarządcy status quo wszędzie pokazują nam macki Putina. To on wybrał Amerykanom Donalda Trumpa na prezydenta (garścią marginalnych memów na Facebooku); to on o mało nie wybrał Francuzom Marine Le Pen (i jeszcze dopnie swego); to on podpuszcza „żółte kamizelki”, żeby robiły zawieruchy na ulicach francuskich miast; to on stoi za katalońskim separatyzmem; to on stoi za Salvinimi; to on stoi za Assange’em; to on stoi za Kaepernickiem; to on (a nie na przykład dominacja zaciskających wszystkim pasa Niemiec) odpowiada za groźbę rozpadnięcia się Europy; to on nam zagraża, kiedy Trump zrywa międzynarodowe traktaty. Putin zapewne w najśmielszych swoich snach nie fantazjuje nawet o potędze, jaką przypisują mu niektórzy jego „krytycy”.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę wyraża się także w tym, że jak w przypadku żadnego innego politycznego przywódcy naszych czasów, jego wizerunek zrósł się w jedną całość z wizerunkiem państwa, na którego czele stoi. Putin to Rosja a Rosja to Putin (i nic więcej!) – w stopniu, dla którego trudno znaleźć we współczesnej politycznej wyobraźni coś podobnego. Nawet Erdoğan nie utożsamił się jeszcze z Turcją do tego stopnia. Dominująca narracja każe nam przyjmować jako oczywiste założenie, że Putin jest samodzielnym i bez mała jedynym autorem współczesnego porządku politycznego Rosji – to wszystko jest jego projekt, jego dzieło, i jego wyłącznie.
Ten ostatni wymiar wyolbrzymionego miejsca Putina we współczesnej wyobraźni politycznej Zachodu stanowi punkt wyjścia dla znakomitej książki Tony’ego Wooda „Russia Without Putin : Money, Power and the Myths of the New Cold War” (Rosja bez Putina: Pieniądze, władza i mity nowej zimnej wojny), wydanej w zeszłym roku przez londyńsko-nowojorskie wydawnictwo Verso. Wood zaczyna od wykazania, że Putin był produktem oligarchicznego systemu, który wykształcił się na gruzach upadającego ZSRR w warunkach chaosu pod rządami Borysa Jelcyna. Przekonuje, że to mit, jakoby Putin przywrócił zamordyzm w sowieckim stylu wraz z ekonomicznymi ingerencjami państwa w gospodarkę, zrywając z jelcynowskim karnawałem liberalnej demokracji i wolnego rynku. Putin był przecież przez Jelcyna wskazany, w zasadzie mianowany na swojego następcę – i zrewanżował mu się za to dożywotnim immunitetem. Putin nie zniósł utworzonego za Jelcyna porządku, Putin go skonsolidował i ustabilizował, przywracając ramę silnego państwa rozpiętą nad interesami oligarchów (jelcynowska słabość państwa groziła przecież w dłuższej perspektywie także ich interesom i pozycji). Może i poświęcił po drodze jakiegoś Chodorkowskiego, ale było to elementem procesu wytyczania nowych reguł gry i odzyskiwania przez państwo społecznej legitymizacji, szacunku zwykłych Rosjan. Za rządów Putina (dzięki rosnącym dochodom z ropy) państwo to zaczęło znowu spełniać choćby tak podstawowe oczekiwania społeczne jak wypłacanie wynagrodzeń i emerytur w terminie.
Jelcyn i Putin
Opozycja między liberalnym Jelcynem a autorytarnym Putinem również jest z gruntu fałszywa. Rosja Putina oczywiście jest książkowym przypadkiem „demokracji nieliberalnej” albo „imitacyjnej”, w której formalne pozory demokratycznych procedur nigdy nie zagrażają obozowi władzy, a opozycja i mniejszości funkcjonują w warunkach stale zagrożonych praw, ale to Jelcyn, nie Putin, wytoczył czołgi na Dumę, to Jelcyn, nie Putin, utrzymał się u władzy na drugą kadencję, dzięki gmeraniu obcego (amerykańskiego) rządu i jego agencji w rosyjskich wyborach. Nie tylko Rosjanie, których codzienny byt uzależniony jest od państwowych rent i emerytur, ale nawet radzący sobie ekonomicznie Rosjanie z klasy średniej, którzy cenią „liberalne” wolności, niekoniecznie porównują ich jakość z Finlandią czy Szwajcarią. Jak zwraca uwagę Stephen F. Cohen , znawca Rosji piszący m. in. dla lewicowego amerykańskiego „The Nation”, dla wielu Rosjan przedmiotem porównania jest raczej to, co znają z własnej, rosyjskiej historii. W Rosji Putina opozycyjna czy zbuntowana kultura jest marginalizowana, odcinana od publicznych funduszy, ale książki są bez problemu wydawane, filmy i muzyka i tak powstają (wielki rynek w narodowym języku pomaga) i tylko nieliczni artyści (jak Pussy Riot) spotykają się z realnymi, pokazowymi represjami. To oczywiście źle, że ktokolwiek się z nimi spotyka, nie można tego lekceważyć, ale dla wielu Rosjan znaczenie ma raczej to, czy jest pod tym względem lepiej czy gorzej niż wcześniej, a nie, że jest gorzej niż w Szwecji, bo tak jak w Szwecji w Rosji nigdy nie było.
Jednym z głównych wątków zachodniego dyskursu demonizującego Putina są zabójstwa krytycznych dziennikarzy, jakoby na zlecenie samego władcy Kremla. Cohen zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, dokładnie tyle samo dziennikarzy, po 41, zostało zamordowanych pod rządami Jelcyna (tylko dwie kadencje), co przez cztery kadencje rządów Putina. Nawet to stanowiłoby więc jakąś poprawę w stosunku do epoki przed Putinem, przy założeniu, że odpowiedzialność Putina za wszystkie przypisywane mu zabójstwa dziennikarzy byłaby pewna. Po drugie bowiem te zarzuty opierają się jednak na spekulacjach i na założeniu, że to jest przecież „oczywiste”. Samo to, że dziennikarz ginie pod rządami tego czy innego prezydenta, nie wystarczy za dowód, że to na jego zlecenie. Cały świat traktuje przypadek Anny Politkowskiej, jakby odpowiedzialność Putina za jej śmierć była pewnikiem, jakby ktoś ją udowodnił – tymczasem jej koledzy z redakcji utrzymują, że była to raczej robota czeczeńska.
W oligarchicznym, dzikim rosyjskim kapitalizmie Kreml nie jest jedynym ośrodkiem władzy i interesu. Kreml nie jest jedyną instancją władzy, której krytyczni dziennikarze zachodzą za skórę. Istnieje jeszcze coś takiego jak władza ekonomiczna, w Rosji niezwykle skoncentrowana i przyzwyczajona do tego, że dostaje to, czego chce. W okresie rozpadu Związku Radzieckiego i neoliberalnej grabieży majątku narodowego nie tylko byli agenci KGB posuwali się do przemocy, usuwając niewygodnych sobie ludzi. To samo robiły zorganizowane grupy przestępcze oraz, last but not least, rywalizujący, rosnący w siłę oligarchowie. Wszyscy przecież o tym czytaliśmy w latach 90. ubiegłego wieku. Pomysł, że te grupy nagle o takich sposobach realizacji swoich interesów zapomniały, gdy tylko Putin doszedł do władzy, i serio oddały mu monopol na przemoc, albo że nagle wyłączyły z grona dopuszczalnych „targetów” zlecanej przez siebie przemocy akurat dziennikarzy, jest niepoważny.
Putin i świat
Ważne miejsce w książce Tony’ego Wooda zajmuje krytyka mitów dotyczących rosyjskiej polityki międzynarodowej pod rządami Putina. Wood nie wierzy, że Putin wkroczył do gabinetów Kremla z wielkim strategicznym planem odbudowy Rosji jako imperium, którego macki rozejdą się po całej planecie, i od tamtego czasu wizję tę przebiegle i konsekwentnie realizuje (aż obsadził swoją marionetkę w Białym Domu, jak chce najbardziej niedorzeczna wersja tej fantazji).
Upadek ZSRR pociągnął za sobą dobrowolną demilitaryzację Rosji, którą trudno porównać z czymkolwiek w nowożytnej historii. Rosja we wczesnym stadium neoliberalnej transformacji zredukowała swoje wydatki zbrojeniowe o 95 procent. Ambicją rosyjskiej klasy politycznej – w tym samego Jelcyna – było, aby Rosja, jeśli tylko zrzuci pancerz i wypluje zęby, a potem wykaże się jako wzorowy uczeń globalnych instytucji neoliberalizmu, została przyjęta w szeregi „wolnego świata”. Marzeniem było zbliżenie i integracja z Zachodem, nie wyłączając NATO. Prozachodni paradygmat Kremla wcale się nie zmienił wraz z przejęciem władzy przez Putina. Przez pierwsze dwie kadencje Putin poruszał się po świecie, spoglądając przez takie same okulary. Dopiero u władzy do Putina i jego administracji zaczęło powoli docierać, że rosyjska miłość do Zachodu jest uczuciem nieodwzajemnionym. Że rozszerzenie NATO o byłe państwa Bloku Wschodniego (w tym trzy byłe republiki radzieckie), wbrew obietnicom dawanym przez Billa Clintona Gorbaczowowi, że nic takiego nie nastąpi, było obliczone jako posunięcie skierowane przeciwko Rosji. Że pragnieniem Zachodu, wcielonego m.in. w NATO i Unię Europejską, jest pogłębianie marginalizacji Rosji, dystansu od niej, jej osłabianie, jej osaczanie przez podsuwanie coraz bliżej jej granic oddziałów US Army, aż po instalowanie u władzy neonazistów tuż pod rosyjskimi granicami, w kraju, którego ogromna część populacji czuje się kulturowo powiązana z Rosją (Ukraina).
Wbrew antyrosyjskiej propagandzie przedstawiającej działania Putina jako wielki, demoniczny plan przejęcia kontroli nad światem, Wood przekonuje, że działaniami Putina nie kieruje żaden dalekosiężny plan. Putin podejmuje raczej nerwowe, nierzadko zdesperowane kroki w reakcji na rozwój międzynarodowych wydarzeń. Wyznacza je krótkoterminowa perspektywa potrzeby niezwłocznego odwrócenia lub choć zatrzymania postępującego od lat procesu utraty przez Rosję gruntu pod nogami – powiedzenia Zachodowi basta!, zanim będzie za późno. To dlatego rachunek zysków i strat asertywnych, a czasem aroganckich posunięć ostatnich lat jest dla Rosji co najmniej niejednoznaczny, niekiedy nawet (Ukraina) z przewagą strat – wizerunkowych, dyplomatycznych i ekonomicznych.
Oceniając międzynarodowe zachowanie Rosji, nie wystarczy ograniczać się do intelektualnej łatwizny, że prawicowy polityk napina imperialne muskuły na zewnątrz, żeby utrzymać społeczne poparcie wewnątrz kraju. Trzeba sobie zadawać pytanie, czy Zachód pozostawił Putinowi jakiś większy wybór. Oddanie bez walki swoich interesów to nie jest opcja atrakcyjna i gdyby Rosją rządził nie prawicowy Putin a jakiś, powiedzmy, rosyjski Lula, to niewykluczone, że musiałby zachowywać się dziś podobnie. (Nie każdy to dzisiaj pamięta, ale w otoczonej przez amerykańskie bazy i instalacje wojskowe Brazylii Lula prowadził politykę zdecydowanej ekspansji sił zbrojnych, podsuwał wojsko pod granice Kolumbii i Paragwaju, itd.). Trudno się dziwić przywódcy państwa, że broni interesów tego państwa, a samo to, że jest to odpychający dla nas przywódca prawicowy, nie wystarczy, by unieważnić wszystkie racje tego państwa. Przynajmniej tak długo, jak długo żyjemy w systemie państw narodowych.
Putin i „mieszanie się”
Rosja Putina ma, oczywiście, swoje na sumieniu, jeśli chodzi o „mieszanie się” w sprawy innych państw w systemie państw narodowych. Ale i tutaj trzeba zadawać co najmniej dwa pytania. Pierwsze: co tu jest akcją, a co reakcją? Drugie: czy Rosji Putina nie obrywa się jednak w nieproporcjonalnym stopniu? Tak jakby to wyłącznie Putin, sam jeden, zaburzył system, w którym, dopóki Rosja nie anektowała Krymu, wszyscy przestrzegali reguł gry (respektowali suwerenność i integralność innych państw). Przy okazji amerykańskich wyborów w 2016 profesor prawa międzynarodowego Richard Falk pisał na temat rosyjskiego „mieszania się”, że jeśli Moskwa dysponowała wiedzą, że dojście do władzy Hillary Clinton groziło eskalacją napięć z Rosją, to miała podstawy próbować temu zapobiec. W końcu nikt nie zrobił więcej niż USA, żeby zniszczyć zasadę wzajemnego szacunku państw dla swojej suwerenności.
Słyszeliśmy ostatnio o rosyjskich pieniądzach zasilających europejską populistyczną i skrajną prawicę (Strachego w Austrii, Salvininiego we Włoszech). Jak poważna by ta sprawa nie była, trzeba zachowywać proporcje. Po pierwsze, i tutaj mamy najpewniej do czynienia z tym samym, co zdiagnozował Wood: działaniem głęboko reaktywnym, motywowanym krótką perspektywą, próbą zrobienia czegokolwiek. Chwytaniem okazji, kiedy ta już się pojawiła – bardziej niż tworzeniem jej od podstaw. Okazji podgrzania napięć pomiędzy państwami Zachodu w odpowiedzi na fakt, że jedność Zachodu jest od dawna jednością przeciw (między innymi) Rosji. Putin nie tylko nie ma żadnego wielkiego, makiawelicznego planu, ale usiłuje nadgonić stracony czas. Poważne dochodzenia dają podstawy zakładać, że rosyjskie pieniądze w europejskich kampaniach politycznych to drobniaki w porównaniu z ich głównym źródłem, i na pewno nie odpowiadają za ich sukcesy. Głównym i od dawna źródłem finansowania europejskiej skrajnej prawicy są bowiem szemrane pieniądze pochodzące z najbardziej reakcyjnych kręgów oligarchii amerykańskiej, i w tym wypadku z całą pewnością możemy mówić o długofalowym, od lat rozwijanym projekcie. Putin być może więc strzela sobie na dłuższą metę w stopę, bo populistyczna prawica na finansowej smyczy Amerykanów prędzej czy później będzie musiała opowiedzieć się przeciwko Rosji, i być może to jest to, co ją kiedyś zjednoczy ponad poszczególnymi nacjonalizmami.
Putin na Bliskim Wschodzie
Rosja przedstawiana jest jak agresor nawet tam, gdzie pojawiła się ze swoimi siłami na prośbę legalnego rządu suwerennego państwa – czyli w Syrii. Rosję systematycznie odmalowywano, jakby była najbrutalniejszym uczestnikiem wojny z Państwem Islamskim et consortes (bombardowanie wschodniego Aleppo), w rażącym kontraście z milczeniem, jakie otaczało amerykańskie bombardowania również znajdującego się pod kontrolą dżihadystów irackiego Mosulu. Tak, jakby fanatyczne siły neośredniowiecza można było pokonać, rzucając kwiaty zamiast bomb. Tak jakby alternatywa – pozostawienie połowy Aleppo i innych miast pod rządami obłąkanych salafickich fanatyków, którzy mieszkańców tamtych dzielnic i miast więzili jako żywe tarcze – była aktem humanitaryzmu. W Syrii to Rosja Putina stanęła po lepszej stronie historii – z całą pewnością mniej złej, z dwóch liczących się w tej wojnie. Powstrzymała osunięcie się kolejnego arabskiego państwa w otchłań chaosu, który stamtąd rozprzestrzeniałby się dalej. Przez cały ten czas większość z nas nie dowiedziała się nigdy z telewizji, że syryjskie siły rządowe i siły rosyjskie, dokonywały systematycznych ewakuacji cywilnej ludności wschodniego Aleppo – to znaczy tych, którym udało się wydostać z wielkiego więzienia, w jakie obrócili je salafici.
Jest taki odruch na części polskiej lewicy, że każdy, kto w jakimś sporze między mocarstwami wskaże racje Rosji, jest z automatu wyśmiewany, że wierzy w „rosyjski antyimperializm” albo wyznaje „kampizm”. Mamy przecież do czynienia z konfliktem imperializmów i powinniśmy się od nich tak samo odcinać. Jest to stanowisko malowniczo radykalne, ale czasem w postmodernistyczny sposób odklejone od rzeczywistości. A co, jeśli któraś ze stron mówi prawdę, nawet jeśli tylko dlatego, że akurat zgadza się ona z jej interesami? Mamy się od prawdy odcinać tak samo jak od kłamstwa, bo wygłasza ją jeden z rywalizujących imperializmów? Czy jeżeli przyjmiemy, że Związek Radziecki prowadził własną imperialną politykę, to znaczy, że od jego krytyki amerykańskiej inwazji na Wietnam należało się odcinać tak samo, jak od amerykańskiej inwazji na Wietnam? Że i inwazja i jej krytyka były takim samym złem, bo stały za nimi dwa imperializmy?
W Syrii prawda i fałsz zderzyły się w sposób, który jednocześnie rzuca światło na funkcje, jakie w zachodniej propagandzie pełni dziś demonizacja Putina jako globalnego geniusza zła. W toku wojny syryjskiej, dla ściemy zwanej „domową”, miała miejsce sekwencja rozrzuconych w czasie, ale bardzo podobnych, „ataków bronią chemiczną”. W żaden sposób nie opłacały się rządowi Baszszara al-Asada, a jednak wszystkie mocarstwa zachodnie i ich tuby propagandowe (od CNN i New York Timesa po BBC i Guardiana) łączyły się w przekonaniu o niezbitych dowodach odpowiedzialności rządu w Damaszku. Kreml natomiast łączył się z Damaszkiem w opozycji do tych twierdzeń. Każdy, kto na dominującą narrację reagował pytaniami, proponował sceptycyzm, krytycyzm, prosił o dowody (jakim cudem zapomnieliśmy wszyscy tak szybko „iracką broń masowego rażenia”?) był dyskredytowany jako szpion lub pożyteczny idiota Putina. Dziś jednak coraz więcej przemawia za tym , że to wersja Moskwy i Damaszku od początku była prawdziwa. Że były to operacje pod fałszywą flagą obliczone na sprowokowanie otwartej amerykańskiej inwazji przeciwko siłom Baszszara al-Asada, a w ostatnim przypadku być może nie było nawet żadnego ataku a jedynie propagandowa inscenizacja wideo. Jednak odbiorcy mediów głównego nurtu mogą tego do dziś nie wiedzieć, podobnie jak tego, że dla mieszkańców Aleppo syryjsko-rosyjska operacja odbicia wschodniej części miasta była tego miasta wyzwoleniem.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę i sprowadzanie każdej kwestii politycznej i geopolitycznej do pytania „co na to Putin?”, albo kiwania głową, że „tylko Putin tak twierdzi”, służy dyskredytowaniu i uciszaniu wszystkich głosów, które mogłyby zagrażać planom i posunięciom zachodniej klasy oligarchów.
Putin i wywrotowcy
Tak to działa nie tylko w sprawach wojny, „zbrojnych interwencji” i innych form agresji na arenie międzynarodowej. Taki sam mechanizm działa w polityce wewnętrznej poszczególnych państw bloku atlantyckiego. Każdemu, kto wychyla się poza neoliberalne „skrajne centrum”, niezależnie od tego, w którą stronę, dostaje się w pewnym momencie, że działa na zlecenie, za pieniądze lub jest pożytecznym idiotą Putina. Od Marine Le Pen po Jean-Luca Mélenchona i „żółte kamizelki”, od lewicowych katalońskich separatystów po włoskich neonazistów (nawet kiedy faktyczne powiązania mają w antyrosyjskich kręgach na Ukrainie). To dlatego obsesja na punkcie Putina łączy wszędzie tak szerokie spektrum dominujących mediów i partii politycznych poza tym między sobą rywalizujących, zwalczających się nawet; (neo)liberałów z (neo)konserwatystami; PO z PiS; amerykańskich Demokratów z Republikanami. Tak, nawet ich. Wbrew pozorom zażartego sporu, Republikanie wcale nie zwalczają Russiagate, oni ją pośrednio podtrzymują, bo jest im na rękę. Jak od początku tej afery przekonywali lewicowi komentatorzy, od wybitnego historyka Grega Grandina po dziennikarza Aarona Maté: Russiagate odwraca uwagę od realnych politycznych posunięć administracji Trumpa, zwłaszcza organizowanej przez nią kolejnej fali transferu bogactwa ku szczytowi drabiny społecznej, a jeżeli jej propagatorzy niczego solidnego nie udowodnią (a nigdy nie udowodnią, bo Russiagate jest niepoważną teorią spiskową), ostatecznie umocnią Trumpa i pomogą mu w reelekcji.
We Francji insynuacje o putinowskich inspiracjach „żółtych kamizelek” mają dyskredytować jakiekolwiek formy sprzeciwu wobec neoliberalnej „myśli jedynie słusznej” administracji Macrona, przymuszać do przekonania, że alternatywy jak nie było, tak nie ma. W Hiszpanii pierdoły o rosyjskich powiązaniach katalońskich separatystów mają za zadanie zagłuszać antyneoliberalny, demokratyczny impuls kierujący większością Katalończyków. W całej Europie wyolbrzymione legendy o mackach Putina niszczących „europejską wspólnotę” mają odwracać uwagę od tego, kto i czym naprawdę ją zarzyna: Niemcy, kontrolując „wspólną” walutę i zaciskając wszystkim pasa. Na całym Zachodzie złowieszcze spojrzenie Putina ma przyciągać uwagę zaniepokojonych demontażem demokracji społeczeństw, by zapomniały patrzeć tam, gdzie ten montaż naprawdę się odbywa. Że ryba (liberalna demokracja) psuje się od głowy (od centrum kapitalistycznego systemu-świata).
Putin i degeneracja demokracji
Tak, Rosję Putina charakteryzuje daleko posunięty autorytaryzm, ale trudno byłoby wykazać, że dramatycznie większy niż dwadzieścia lat temu. We Francji, Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii wykazać coś takiego byłoby natomiast całkiem łatwo. Trudno byłoby jednak wykazać, że dramatyczny rozkład liberalnej demokracji w Europie i USA następuje z winy czy inspiracji Putina. Putin ma swoje za uszami, ale nie strzela jeszcze co tydzień do protestujących na ulicach Moskwy, na oczach całego świata, tydzień w tydzień. Macron, pieszczoch neoliberalnych mediów, do protestujących na ulicach Paryża – owszem. Kilkadziesiąt osób straciło z rąk francuskiej policji oczy lub kończyny, ludzie zaczynają znikać bez śladu, pierwsze ciało wyłowiono już z rzeki. Sytuacja mediów i dziennikarzy w Rosji jest nie do pozazdroszczenia – ale jest stabilna, nie leci na łeb, na szyję. We Francji, „ojczyźnie praw człowieka”, restrykcje i represje intensyfikują się z dnia na dzień. Prezydent Stanów Zjednoczonych, „ojczyzny wolności”, marzy na głos o wojskowych paradach ku swojej czci i wypędza (na Twitterze) kolorowe amerykańskie kongresmenki z kraju. „Wzorowe liberalne demokracje” połączyły wszystkie dostępne im siły, by schwytać i unicestwić dziennikarza i wydawcę Juliana Assange’a i niemal żadne z wielkich „wolnych mediów” go nie broni.
To prawda, że Putin jest odpychającym prawicowym politykiem, który lubi używać siły w celach pokazowych i ucieka się do tak brudnych chwytów, jak instrumentalizacja a nawet instytucjonalizacja homofobii w polityce wewnętrznej. Ale to nie znaczy z automatu, że pożera dzieci na śniadanie, jeśli tylko CNN tak powie. Fiksacja na punkcie Putina jako demona, który jakoby chce pogrzebać nasze wolności, ma za zadanie odwracanie naszej uwagi od tego, kto je nam (już, szybko i sprawnie) odbiera naprawdę. Fiksacja na punkcie Putina jako tego, który jakoby zagraża światowemu pokojowi, ma za zadanie odwracać naszą uwagę od tego, kto naprawdę dwoi się i troi, żeby doprowadzić do kolejnej wielkiej wojny (Amerykanie i ich najbliżsi sojusznicy).
Inaczej niż w innych dużych prowincjach Imperium Amerykańskiego, w Polsce argumentację metodą reductio ad Putinum uprawia się nawet na sporej połaci lewicy na lewo od oficjalnej, establiszmentowej, neoliberalnej socjaldemokracji – od memetyki Partii Razem, przez analizy Krytyki Politycznej, po błędnych rycerzy fejsbukowego trockizmu. Inaczej niż nawet w USA, gdzie nie tylko „radykałowie”, ale nawet lewa połowa „dołów” Partii Demokratycznej odrzuca Russiagate tak stanowczo, że aż odstraszyła większość kandydatów do prezydenckiej nominacji od poruszania tego tematu w debatach bieżącej kampanii.
Prawy do lewego
Lewica, która daje się nabierać na reductio ad Putinum, nie rozumie chyba jednego z jej kluczowych elementów. Nie ma znaczenia, jak niewiele lewica ma z Putinem wspólnego; jak bardzo będzie się ona podpinać pod niektóre jej wątki, żeby wykazać, że się od Putina odcina; jak niechętnie on sam widziałby się w jej towarzystwie. Choć na pierwszy rzut oka szkoła reductio ad Putinum wydaje się stawiać znak równości pomiędzy obydwoma antyestabliszmentowymi krańcami współczesnej polityki – skrajną/populistyczną prawicą i radykalną lewicą (wrzucać je do jednego worka, rozmywać różnice między nimi, umieszczać je we wspólnych kontekstach) – prawdziwym jej celem jest tylko jedna z tych stron, wyłącznie lewica. Tylko lewicę takie skojarzenia delegitymizują i demoralizują. Tylko lewicy mają za zadanie naprawdę wyrządzić szkody.
Oligarchowie skrajnego centrum, podobnie jak ich przyjaciele i zleceniobiorcy w neoliberalno-neokonserwatywnych mediach, nie są w stanie żadnej wojny z rodzinami Mercerów, Kochów, czy kto tam jeszcze finansuje skrajną/populistyczną prawicę w całym bloku atlantyckim. Ich interesy są wspólne, ich strategią – podział pracy na różnych odcinkach jednego frontu. Frontu przeciwko lewicy. Widzieliśmy to doskonale w czasie ostatnich francuskich presidentielles. Neoliberalne media w Paryżu powiedzą nam czasem o pieniądzach Putina płynących do Marine Le Pen, ale to one wypromowały ją na jedyną kontrkandydatkę realnie zagrażającą Macronowi. Nie tylko dlatego, żeby jego zwycięstwo uczynić bardziej prawdopodobnym (mobilizując także tych, którzy zagłosowaliby na niego pomimo głębokiej do niego niechęci, przeciwko Le Pen). Zrobiły to także dlatego, że Le Pen była naprawdę drugą preferowaną opcją francuskiej wielkiej burżuazji, gdyby w Pałacu Elizejskim nie udało się posadzić jej najbardziej wymarzonego bawidamka. Wielka burżuazja wolałaby faszystkę niż jakiekolwiek zagrożenie dla swojego dotychczasowego stanu posiadania. Z Le Pen umiałaby sobie ułożyć życie. Zawdzięcza jej przesunięcie dyskursu tak daleko w prawo, żeby dzisiaj Macron mógł prowadzić politykę pod wieloma względami bardziej skrajnie prawicową niż zapowiadała i odważyłaby się tak szybko wprowadzić Le Pen, zachowując jednocześnie gębę polityka „liberalnego” i „centrowego”.