Księga Wyjścia (61)

Ballada o pienińskich szlakach.

Postanowiłem zrobić sobie urlop, oderwać od wszystkiego, zostawić za sobą świat, nabrać dystansu i tak po ludzku odpocząć. Cel – poszukiwanie zagubionej samotności.
Jeżdżę tam, gdzie mnie nogi, pociąg, fantazja i autobusy – poniosą. Szukam miejsc bez ludzi i zasięgu. Niestety, są wszędzie. Przez Katowice i Kraków dotarłem w Pieniny. Wysokich Tatr i kręte, bieszczadzkie ścieżki. Poznałem już wcześniej bardzo dobrze.
Faktycznie, można było znaleźć tam samotność. Położyć się na połoninie. I oglądać skaczące po skałach kozice.
Trudno jednak, w dobie smartfonów i wszechobecnego zasięgu całkowicie oderwać się od świata. Sytuacja na Białorusi zdominowała wszelkie inne doniesienia. Chociaż nic nowego się tam nie wydarzyło, nic nie zmieniło, to świat wrze z oburzenia. A to znaczy, że za chwilę NATO coś tam wykombinuje. Teraz szykują grunt pod interwencję, urabiając światową opinię publiczną.
Nie trzeba być jasnowidzem z Człuchowa, by wiedzieć, że coś niedobrego się wydarzy.
Miałem się oderwać, a zamiast tego już mnie ponosi. Wszystko przez to, że mam zasięg i czytam, różne doniesienia.
Pieniny są bardzo piękne, każdy masyw, każda część gór, ma trochę inną specyfikę, wszędzie jest ciut inaczej.
Idealne dla sprawdzenia kondycji. Wędrówka po nich może dać w kość. Byłoby pięknie, ale…
Te urzekające szlaki, psują sami turyści. Z puszką piwa w dłoni, co chwilę słyszałem za plecami, że te „je..nie kamienie”, „Pier..ne góry”. No cóż, górskie szlaki są prawie zawsze kamieniste.
Pierwotnie, gdy dowiedziałem się, że wejście na Trzy Korony jest płatne, chciałem napisać felieton pełen oburzenia. Wprawdzie płaci się dopiero na szczycie – sześć zlotych, więc jeśli ktoś nie dotrze, to ma całą masę wrażeń za free.
Gdy jednak zobaczyłem zachowanie ludzi, wyrzucane puszki i butelki, to przestałem się dziwić. Przecież ktoś musi to później posprzątać.
Zastanawiałem się w jakim celu ktoś, komu nie sprawia to frajdy pakuje się na najwyższe partie gór, przeklinając po drodze każdy kamień, konar, a nawet całe góry.
Jan Himilsbach mawiał, „po co jeździć na wczasy, kiedy wódki można napić się w domu”.
Drogi turysto, jeśli przypadkiem trafisz w góry, a nie masz genu kozicy, albo yeti, to nie pakuj się na szlak. Po co? Posłuchaj rady Himilsbacha.
Przecież możesz sobie zrobić jakiś fotomontaż. Zdjęć jest w Internecie do jasnej cholery, a Photoshop pięknie Cię tam umiejscowi. Będzie selfik jak się patrzy, a Ty będziesz mógł wrzucić do sieci, chwaląc się znajomym jak to w trudzie i znoju pokonujesz kolejne wierchy.
Nie warto, lepiej dać zarobić właścicielowi miejscowej knajpy i wypocząć, niż przeklinać i zaśmiecać to naprawę urocze miejsce.
Jutro wybieram się w Tatry, nie byłem tam dwadzieścia lat. Może tam znajdę ciszę.
Szczegółową relację zdam, gdy wrócę, teraz tak dla zachęty zamieszczę fragment – jedno krótkie opowiadanie – z mojej nowej książki, czyli „Utwory żebrane, powrót z dna”. Miłej lektury i do przeczytania w kolejnym odcinku.
Przy Placu MDM
Choć brzmi to jak bajka, to nią nie jest, wiem, bo tak się składa, że poniższa historia przydarzyła się akurat mnie, ale zapewne niewielu z Was w nią uwierzy…
Zdarzyło się to blisko dwadzieścia lat temu, gdy po powrocie z niedawno zakończonej wojny w byłej już Jugosławii, na jakiś czas zrezygnowałem z pracy w dziennikarskim zawodzie. Wspomnienia z tej wojny, tego co tam widziałem, niekiedy uczestniczyłem, były tak mocne, że wszelkie krajowe tematy, pomysły czy reportaże wydawały się niewarte uwagi, a co dopiero pisania o nich. Jedyne, co udało mi się jeszcze zrobić to napisać i w miarę sprawnie wydać książkę traktującą o tym konflikcie. Wydaniem i dystrybucją zajęło się jedno z bardziej prestiżowych wydawnictw, co nie powiem, napawało mnie pewną dumą. Doprowadziliśmy sprawy do końca – książka poszła w świat i zaczęła żyć własnym życiem, a ja powoli i o tym zapominałem. Gdy nie pamiętałem już o niczym, całkowicie się zatraciłem. Dałem się ponieść nałogom. Bez hamulców i asekuracji. Byłem już po rozwodzie i było mi wszystko jedno. Włóczyłem się wiec po świecie, pijąc na umór w rożnych miastach u znajomych w hotelach lub melinach. Póki były pieniądze, wszystko wydawało się w porządku. Bardziej chcąc niż nie chcąc, zapijałam się na śmierć. Marzyłem, by któregoś razu nie ocknąć się po libacji. Nie piszę obudzić, bo zatraciłem pory dnia i nocy. Budziłem się i piłem, piłem tak długo, póki nie zasnąłem.
Wylądowałem w końcu w Warszawie – po kilku dniach ostrego melanżu w stolicy spłukałem się wreszcie do zera. Popłynęły wszystkie zarobione wcześniej pieniądze. A nie było ich mało. W końcu stałem wraz z dwoma kumplami na placu MDM bez grosza i patrzyłem z chodnika w okna jakiejś drogiej, eleganckiej restauracji. Pruszył lekki śnieg, nawet miło było popatrzeć, jak ludzie dźwigają zapakowane świąteczne prezenty. Nie znałem dokładnej daty, ale według tego, co widziałem, nadchodziły święta. Ktoś niósł choinkę, w licznych butikach wzmożony ruch, a prawie każdy wychodził z czymś w ładnie zapakowanym pudełku, lub specjalnej torbie z Mikołajami, gwiazdką i tym wszystkim, z czym kojarzą się święta Bożego Narodzenia. Przeszywało mnie upiorne zimno będące konsekwencją zarówno niskiej temperatury, mroźnego wiatru, ale – przede wszystkim – ulatującego z organizmu alkoholu. Gapiłem się na tę restaurację przypominając sobie, że jeszcze nie tak dawno sam bywałem w niej gościem. Wpadałem na obiad, albo zapraszałem znajomych. Niedaleko stąd była jedna z kilku redakcji, w której pracowałem, zaliczanych do najbardziej opiniotwórczych, a zarobki przewyższały moje potrzeby. Życie układało się pięknie. Wojna jednak skutecznie przerwała tę sielankę. Nie czułem ani żalu, ani rozczarowania. Tylko ten przenikliwy ziąb. Nie miałem też pomysłu dokąd pójść i kogo odwiedzić. Zresztą i tak, jeśli nie było to pijackim złudzeniem, trafiłem na termin tuż przedświąteczny, co zdawały się potwierdzać pootwierane sklepy, wystrój miasta i ci ludzie z prezentami. Jedyne, co czułem to lekką zazdrość, że mają gdzie pójść, ten obraz w mojej głowie wyidealizował ich rodziny. Taka projekcja własnych pragnień.. Tak czy inaczej, nie był to dobry moment składania niezapowiedzianych wizyt niedawnym znajomym. Tym bardziej, że było nas trzech, przecież nie zostawię kumpli na łasce najbliższej ławki. Galerie handlowe dopiero raczkowały i najbliższa to chyba była Promenada. To też nie miało znaczenia, bo nawet gdyby już funkcjonowały, to i tak nie miałbym o tym pojęcia. Jedyne co nam zostało to dworzec centralny. „Poratuje pan złotówką?” – zapytał mijający mnie żebrak. Popatrzyłem na niego chyba lekko rozbawionym wzrokiem, przecież widać było, że sam jestem mocno skacowany, zżulony, i nie wyglądałem jakbym wyskoczył spod prysznica. Fakt, miałem na sobie markowe ubrania, ale były już mocno zapuszczone po tych wszystkich wcześniejszych podróżach, pociągach, autobusach i melinach. Zdziwił mnie, ale ponieważ zwykle odpowiadam, gdy ktoś się do mnie zwraca, to i jemu odpowiedziałem – „Chłopie, nie widzisz, że ledwo się na nogach trzymam?
Przecież dałbym sobie rękę obciąć za ćwiartkę, a za piwo palca”. Zatrzymał się i przeszył mnie wzrokiem – „Nie masz pieniędzy?” – zapytał – „Ani grosza” – odpowiedziałem. „To masz” wcisnął mi w dłoń monetę i poszedł dalej. Nie było tego dużo, odebrałem to jako symboliczny gest. W otwartej dłoni przyglądałem się dwudziestogroszówce, którą mi wręczył. Nie wiedziałem, śmiać się, płakać czy pójść do lombardu zastawić ostatnią cenną rzecz jaka mi została, czyli telefon. W trakcie podejmowania decyzji, gdy już byłem skłonny ruszyć jak najszybciej do znanego mi lombardu przy ulicy Emilii Plater, telefon ten zadzwonił. Oczywiście, odebrałem natychmiast. Był to dyrektor wydawnictwa, które wydało moją książkę. Powiedział, że hurtownie przesłały mu część pieniędzy i chciałby się ze mną na bieżąco rozliczyć. Zapytał, kiedy będę w Warszawie, ewentualnie czy wolę przekazem, czy na konto. Niemalże krzyknąłem z wrażenia: powiedziałem mu, że jestem w centrum i w ciągu pół godziny dotrę. Po tym rozliczeniu, kupiłem sobie ćwiartkę wódki, by jakoś dojść do siebie zostawiając część kasy kolegom, którzy cierpieli jak ja, po czym wsiadłem w pociąg i pojechałem do domu, by następnego dnia zgłosić się na odtrucie. To był przełom. Bez trudu odbudowałem pozycję i finansową stabilizację, jednak do zawodu dziennikarza wróciłem dopiero po dziesięciu latach, a po odtruciu i pierwszej terapii zająłem się handlem obrazami. Otworzyłem galerię w Kazimierzu Dolnym. Trafiłem na złoty okres tej branży i naprawdę szybko zarobiłem niewielką fortunę. Ale to już temat na osobne opowiadanie…

Lizaki i landrynki

Wszystko może okazać się bronią, aby dziecko omamić i skazać na cierpienie. Zabójcze mogą być nawet lizaki i cukierki.

Niepozornie wyglądający oficer NKWD znęcił dziewczynkę lizakiem, żeby nieświadomie wydała swego ojca. Potem go zabił. Komendant Wiesiołowski z granatowej policji w Biłgoraju rozdawał polskim dzieciom cukierki za odnalezienie dzieci żydowskich. Potem je zabijał.
Anonimowy oficer NKWD to postać fikcyjna z przejmującej powieści ukraińskiej pisarki Marii Matios „Słodka Darusia”. Komendant Wiesiołowski to postać z krwi i kości – jego przerażające czyny opisał w swoim wspomnieniu leśniczy Jan Mikulski.
Słodka Darusia
We wsi nazywali ją słodką Darusią. Może przez jej strach przed słodyczami. Sąsiedzi uważali ją za głupią. Bo od czasów wojny nie mówiła. Tę zagadkę zawiązanych ust nie od razu rozwiązuje Maria Matios, autorka najsłynniejszej powieści ukraińskiej XXI wieku. Powieść zdobyła wiele prestiżowych nagród, weszła do lektur szkolnych, jej adaptacje trafiły na deski kilku scen.
Ukazała się także po polsku w tłumaczeniu Anny Korzeniowskiej-Bihun (2010). Stała się też materiałem monodramu „Słodka” Marty Pohrebny. Jego reżyserka, Małgorzata Paszkier-Wojcieszonek o bohaterce powieści mówiła tak: „Darusia jako dziecko zdradza naiwnie informację o swoich rodzicach. NKWD-zista wyciąga z Darusi niezbędną informację, darując dziecku słodki lizak. Potem zabija jej ojca, a matka popełnia samobójstwo. Obejmując nogi martwej matki, Darusia krzyczy „Mamo!!!” i traci głos”.
Maria Matios maluje losy swojej bohaterki na przestrzeni wielu lat: przed wielką wojną, w jej trakcie i w latach 70. ubiegłego wieku. To opowieść o innych, mniej widocznych ofiarach wojny, tych, którzy nie zginęli, ale których życie się skończyło. Wszystko za sprawą lizaka, słodkiego czerwonego kogucika, którym zwiedziona, Darusia wyznała szczerze wszystko, co wiedziała o gościach tatusia. Bezwiednie zaprowadziła rodziców na śmierć. W takiej zatrważającej metaforze Maria Matios zawarła losy Ukrainy.
Zabawa w chowanego w Biłgoraju
„Podobne sceny odnotował w swoich wspomnieniach leśniczy Jan Mikulski, który pojawił się w Biłgoraju 2 listopada 1942 roku, żeby wypłacić z banku pieniądze dla robotników leśnych. Tego właśnie dnia, jak się dowiedział, likwidowano biłgorajskie getto: „Na ulicach, wolnych placach i ogródkach leży wiele trupów kobiet i dzieci. Komendant polskiej policji Wiesiołowski, otoczony kilkudziesięciu dzieciakami w wieku od 6-12 lat przeszukuje podwórka, strychy, piwnice i komórki. Za każde znalezione [i – J.G.] przyprowadzone dziecko żydowskie rozdaje polskim dzieciom landrynki. Małe żydowskie dzieci łapie za kark i strzela małokalibrowym rewolwerem w głowę”.
Cytat ten przywołuję za książką Janą Grabowskiego „Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów” (2020). Wiele w niej podobnych świadectw. Tak wiele, że nawet niektórzy recenzenci wytykali autorowi, że książkę czyta się jak reportaż, że przypomina reportaż, choć jednocześnie spełnia wszelkie wymagania historycznej pracy naukowej.
Przetrząsanie archiwów
Książka Grabowskiego to praca pionierska. Jej wewnętrzny recenzent, profesor Marcin Zaremba (UW) oceniał, że „jego książka to najważniejsza pozycja od czasów „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa”. Tak wysoka ocena tej pracy w dziedzinie badań dziejów Zagłady wynika w dużej mierze z faktu, że wypełnia ona białą plamę w dotychczasowych badaniach. Nie było bowiem żadnego poważniejszego opracowania, ujmującego tak wielostronnie rolę polskiej policji granatowej i kryminalnej w „ostatecznym rozwiązaniu”. Co więcej, jeśli w ogóle wspominano o związku policji granatowej z niemieckimi zarządzeniami i działaniami przeciw Żydom, to raczej sugerowano, że granatowi wyciągali pomocną dłoń, a nie dłoń po sowite łapówki, a często dłoń z bronią gotową do strzału.
Autor przetrząsnął archiwa, sięgając po zachowane materiały policyjne, niekiedy bardzo precyzyjnie opisujące poszczególne zdarzenia, jak poszukiwanie i zatrzymanie Żydów, liczba oddanych strzałów, czasem nazwiska ofiar. Sięgnął także po raporty niemieckie, książki i wspomnienia niepublikowane, informacje prasowe. Mimo że archiwa zostały w dużej mierze przetrzebione przez sprawców zbrodni i gwałtów, to co udało się profesorowi Grabowskiemu zebrać, wystarczy, aby wyrobić sobie pewność o sprawczym udziale w Zagładzie granatowych i kryminalnych, a także strażaków z Ochotniczych Straży pożarnych (i wielu samorzutnie działających cywilów).
Autor ukazuje ten udział jako postępujący proces, rozwijający się w ciągu lat okupacji – od początków stosunkowo „niewinnych” zadań „porządkowych” (pilnowanie noszenia gwiazdy Dawida), przez nasilający się nadzór granatowej policji nad gettami, a potem pośredni bądź bezpośredni udział w ich likwidacji, aktywne wyłapywanie ukrywających się po aryjskiej stronie, po gwałty, rabunki i morderstwa w biały dzień, niekoniecznie na życzenie Niemców. Profesor Grabowski zauważył rosnącą rolę policji granatowej w ciągu tych lat, ale też w zależności od położenia posterunku na prowincji, gdzie nierzadko polscy policjanci działali bez bieżącego nadzoru niemieckiego. Prowadzili wtedy akcje przeciw Żydom na własną rękę – i nie tyko chodziło o ewentualne łupy.
Jak to się stało?
Jednym z motywów podjęcia się tej gigantycznej pracy było dla autora pragnienie odnalezienia szyfru, który sprawiał, że przeciętny, zwyczajny człowiek stawał się brutalnym grabieżcą i mordercą. Trudny przecież do zrozumienia jest mechanizm przyzwolenia na zbrodnie, bez wyraźnego stawienia czoła prawdzie o zakorzenionym szeroko antysemityzmie, o złowrogiej roli kościoła katolickiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich, które ukorzeniały w polskiej świadomości żywiołową niechęć do Żydów. Bez tego tła, nie sposób pojąć, jak ludzie stawali się drapieżcami, polującymi na sąsiadów, często kolegów ze szkolnej ławki.
„Przystępując do pisania tej książki – pisał na zakończenie Jan Grabowski – pragnąłem znaleźć odpowiedź na pytanie, które trapi historyków zajmujących się historią ludobójstw. Nie tylko historyków Zagłady, lecz także badaczy zajmujących się wyniszczeniem Ormian czy też wymordowaniem Tutsich. Pytanie jest proste: dlaczego i w jaki sposób z pozoru normalni ludzie przekształcają się w masowych morderców? Przeglądając dziesiątki tysięcy stron archiwalnych dokumentów, słuchając nagranych relacji, czytając książki i artykuły poświęcone tej tematyce, miałem nadzieję, że z czasem zbliżę się do znalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie (i wielu innych) pytanie. Niestety w miarę postępu lektury i namysłu cel się oddalał”.
Potępienie i hołd
„15 sierpnia 1944 Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego rozwiązał granatową policję, uznając ją za formację kolaborancką, pozostającą na usługach wroga”. Ale nowe władze nie wykazywały szczególnej aktywności w wymierzaniu sprawiedliwości polskim prześladowcom Żydów. Większość kary uniknęła.
13 listopada 2012 podczas uroczystości odsłonięcia obelisku [na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Płaszowie] upamiętniającego granatowych policjantów rozstrzelanych przez Niemców jesienią 1943 roku przedstawiciel stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939” mówił: „Cieszymy się, że dożyliśmy chwili, w której możemy przywrócić dobre imię granatowym policjantom. Wymazujemy białą plamę służby granatowego policjanta, uzupełniamy ją o ich bohaterskie czyny i walkę z okupantem w podziemnych strukturach ZWZ AK. Dziś przywracamy im pamięć, składamy im hołd”.
Części z nich, ale nie całej formacji, na pewno hołd się należy. Jaka to część, trudno wyliczyć i pewnie nigdy się tego nie dowiemy. To zresztą jeden z niemądrych powtarzanych zarzutów przeciw Grabowskiemu, który nie ujął zbrodni granatowych statystycznie. Rzecz w tym, że to zadanie niewykonalne wobec stanu archiwów i braku świadków.
„NA POSTERUNKU. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów”, s. 429, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Jiri Mentzel – 1938-2020

Cudowny mężczyzna z kamerą

Obok – między innymi – Miloša Formana, twórcy „Miłości blondynki” czy Very Chytilowej, twórczyni „Gry o jabłko”, Jiri Mentzel był jednym z najważniejszych twórców tzw. nowego kina czeskiego, specyficznej odmiany filmowego realizmu, który w latach sześćdziesiątych podbił świat kina.

I był to podbój bardzo spektakularny, jako że za swój zrealizowany w 1966 roku film „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, będący dziś jedną z kultowych pozycji klasyki światowej kinematografii, młody, 28-letni zaledwie twórca nagrodzony został prestiżowym amerykańskim Oscarem. Tym samym Mentzel wszedł do pierwszej ligi światowego kina artystycznego.
Nagrodzony film powstał w oparciu o prozę Bohumila Hrabala i nie było to przypadkiem, bo specyficznym, czeskim realizmem (skoligaconym m.in. z prozą Jaroslawa Haška i jego „Przygodami dobrego wojaka Szwejka”) uprawianym przez tego pisarza podszyta jest zarówno twórczość filmowa samego Mentzela jak i w ogóle kino czechosłowackie tego okresu. Czeski realizm, podszyty delikatnym komizmem i ironią, jest rozpoznawalny na pierwszy rzut oka. Miał swoje źródło w bardzo charakterystycznym dla tej nacji, pozbawionym wszelkiego zadęcia i złudzeń poczuciem rzeczywistości, ostentacyjnym wręcz unikaniem wszelkiego patosu oraz wszelkich protez ideologicznych, metafizycznych i innych w opisie świata, unikaniem nadawania życiu znaczeń wymyślonych, abstrakcyjnych, a jednocześnie silnie akcentowanym szacunkiem i zainteresowaniem dla jego najzwyklejszych, najbardziej trywialnych atrybutów. Naturalizm tego przekazu był łagodzony i uszlachetniany aurą jedynej w swoim rodzaju łagodnej, nieco melancholijnej poezji.
Można by rzec, że w tym wymiarze duch i koloryt sztuki oraz życia naszych sąsiadów jest całkowitym przeciwieństwem polskiego podejścia do sztuki i życia, dla którego często charakterystyczne są nadmierne skłonności do patosu, zwłaszcza nacjonalistycznego i religijnego, do chorych ambicji niedostosowanych do realnych możliwości oraz do przedkładania fałszywie pojętych „wartości duchowych” i „honorowych” ponad warstwę zwykłej egzystencji.
Filmy Jiri Mentzela zawierały w sobie kwintesencję czeskiego realizmu. Zrealizował ich około dwudziestu. Choć są bardzo zróżnicowane i niejednorodne pod względem fabularnym, to łączy je wspomniany charakterystyczny styl i duch czeskiego realizmu, kapitalnie łączącego trywialność, „niskość” tworzywa tematycznego (w tym erotyki czy aspektów kulinarnych) z mądrą zadumą nad życiem i melancholijną poezją.
Do najbardziej znanych i charakterystycznych filmów tego urodzonego w Pradze w 1938 roku twórcy należą m.in. „Kapryśne lato” (1967), „Skowronki na uwięzi” (1969), „Cudowni mężczyźni z korbką” (1978), „Postrzyżyny” (1981), „Opera żebracza” (1991), „Obsługiwałem angielskiego króla” (2006). Jiri Mentzel był też scenarzystą większości swoich filmów i z powodzeniem, choć z rzadka, udzielał się też jako aktor, głównie we własnych filmach, w tym w sławnych „Pociągach pod specjalnym nadzorem”. Zmarł 5 września 2020 roku.

Znacie PRL, to poczytajcie

Biblioteczka tekstów i książek, naukowych i popularnych, o warunkach życia w PRL jest już pokaźna i od 1990 ukazało się ich już multum, na ogół na jedno kopyto, pokazujących tamtą Polskę jako czas „absurdów”, czas „słusznie miniony”.

Także edycja o której mowa eksploatuje ten schemat, jako że określona jest w podtytule mianem „przewodnika po czasach słusznie minionych”.
Tom pierwszy serii „Wszystkie barwy PRL” obejmuje oczywiście znaną „klasykę” problematyki, w tym obraz siermiężnej socjalistycznej gastronomii, fenomen budek z piwem i tryb picia w tamtych czasach, bimbrownictwo, permanentne niedobory towarów, kolejki i czarny rynek, proceder cinkciarstwa czyli nielegalny handel obcymi walutami, pojawienie się coca-coli i małego fiata jako zajawki, ersatze bogatego Zachodu.
Na dodatek, oczywiście, nieśmiertelny wątek warszawskiego pałacu Kultury i Nauki jako materialnego emblematu PRL. Po części są to teksty autorskie, po części wywiady z naukowcami zajmującymi się badaniem epoki. Dla kogoś, kto po raz pierwszy spotyka się z tą problematyką, rzecz może być w lekturze pouczająca, ale kto żył w PRL, względnie ma za sobą quantum lektur na ten temat, ten raczej znajdzie w tym tomiku to, co dobrze poznał.
Nie ulega wątpliwości, że życie w PRL było naznaczone niedoborami i siermiężne, tyle tylko narracja publikacji, o których mowa, oparta jest na ogół na założeniu, że po odejściu w przeszłość „czasów słusznie minionych” i życia pełnego absurdów, współczesna polska rzeczywistość jest od nich wolna i – w domyśle – dużo lepsza do życia.
A przecież, jeśli się jej przyjrzeć, tak nie jest. Ot, choćby otwierający tomik rozdział „Brud, smród, hotele robotnicze”. Jeśli autor tego rozdziału chciał zasugerować, że wymienione w tytule zjawiska są w Polsce przeszłością, to jego sugestia jest błędna – brud, ten najzwyklejszy fizyczne, niechlujstwo i bylejakość w rozmaitych postaciach bynajmniej nie odeszły w przeszłość wraz z PRL, także w sferze usług gastronomicznych. Na pierwszy rzut oka są one mniej niż wtedy widoczne, ale nie zapomnę wrażenia, jakie towarzyszyło mi przy oglądaniu telewizyjnej serii o gotowaniu z Magdą Gessler i ujawnianiu przez nią brudu i niechlujstwa, które demaskowała na zapleczu kolejnych wizytowanych barów i restauracji.
Owszem, sporo bolączek i niedoborów wraz z PRL zniknęło z polskiego życia, sklepy przepełnione są towarami, mamy wolność podróżowania i szereg innych pożytków, ale przybyło mnóstwo nowych absurdów, bolączek i niebezpieczeństw, o których w PRL nawet się nikomu nie śniło.
Gdybym miał dokonać bilansu pozytywów i negatywów obu epok, PRL i obecnej, to nie posunąłbym się co prawda do stwierdzenia, że bilans wychodzi na zero, w moim odczuciu pozytywy jednak w sumie przeważają, jednak idealizowanie naszych obecnych czasów za pomocą obśmiewania i totalnego deprecjonowania PRL nie wydaje mi się uczciwą metodą.
My także nie żyjemy w idealnym świecie, a choć Polska w ciągu minionych trzydziestu lat wykonała ogromny skok cywilizacyjny, to nadal nie jest „nowym wspaniałym światem”, a skala i charakter absurdów pośród których żyjemy, kto wie czy pod pewnymi względami nie są większe niż w PRL.
Dobrze, że do pewnego stopnia dostrzega to autor wstępu, Mirosław Maciorowski, który napisał, że nowa rzeczywistość okazała się bezwzględna dla słabych i sięgająca po brutalne metody. Gdy wspomina o „złu tamtej epoki, upadku moralnym, politycznym, o wstecznictwie”, to czy w ten sposób pozwala nam zapomnieć, że te same plagi, choć przyjmujące na ogół inną postać, nadal nam w nadmiarze towarzyszą?
A gdy wspomina o braku wolności, to przecież my doskonale widzimy, że trzy dekady po demontażu PRL ludzie rządzący dziś Polską podejmują usilne próby jej ograniczenia.
Dlatego publikacje o PRL, epoce słusznie minionej i jej absurdach trzeba czytać krytycznie, z zachowaniem obiektywizmu i zdrowego rozsądku.
By obśmiewając przy lekturze jej ciemne strony, niedobory, siermiężność i absurdy nie zapomnieć, że rzeczywistość, która dziś nas otacza, wcale nie jest tak wspaniała jak by się niektórym mogło wydawać, a z jednostkowej perspektywy życia zwykłego człowieka być wcale nie aż tak dużo lepsza, a w niejednym wymiarze nawet gorsza.
„Wszystkie barwy PRL. Życie codzienne i niecodzienne”, wyd. Agora, Warszawa 2020, str. 157, ISBN 978-83-268-3378-6

Tradycjonalne paradoksy

„Jest to książka o kulturze pamięci. Kultura pamięci, to postmodernistyczna postać konserwatyzmu – taka jego postać, która przekroczyła nowoczesne antytezy. Konserwatyzm ten nie jest ściśle związany z konserwatyzmem politycznym. Na „znaczenie pamięci” powołuje się dziś zarówno prawica jak i lewica” – pisze we wstępie swojego studium Paweł Grad.

I już jesteśmy w środku wielkich sporów naszej współczesności oraz – by tak rzec trochę Heglem – obecnego kształtu ducha dziejów.
Dodajmy, bardzo nowego kształtu, bowiem choć każdy z nas zawsze spotykał się z jakąś „tradycją”, z jakimiś „uroczystościami upamiętniającymi”, „akademiami na cześć”, wspomnieniami, pomnikami, starymi fotografiami i starymi księgami, to przecież nawet do publiczności najmniej świadomej, dalekiej od życia intelektualnego dotarło, że coś się w naszej epoce radykalnie zmieniło, że stosunek do pamięci, przeszłości, tożsamości i tradycji jest czymś dalece odmiennym od tego, z czym mieliśmy do czynienia jeszcze choćby dekadę temu.
Grad dość szczegółowo analizuje pojęcia tradycji, pamięci i konserwatyzmu we wszystkich ich kontekstach, uwikłaniach, opozycjach, sprzecznościach, antynomiach. Wnikliwie analizuje pojęcie tradycji w „rozumieniu kultury pamięci i w rozumieniu właściwym”.
To właśnie ostatnie rozróżnienie jest dla autora szczególnie ważne, ponieważ z niego wywodzi on swoje podstawowe pytania, pośród których są i takie, które zwłaszcza czytelnika niewprowadzonego w całe skomplikowanie zagadnień, może wprawić w konfuzję. A to pytania np. o to np. „dlaczego wspólnoty tradycji nie są zainteresowane odgrywaniem roli „rezerwuaru” tradycji dla wspólnot nowoczesnych, dlaczego historia i tradycja to dwie sprzeczne formy egzystencji w czasie, dlaczego pojęcie „tożsamości” (ulubione pojęcie konserwatystów), jest sprzeczne z pojęciem „tradycji” oraz dlaczego ideologia posthistoryczna pozostaje równie wroga tradycji jak ideologia postępu”.
Grad nazywa te pytania-tezy kontrowersyjnymi i słusznie, bo są one kontrowersyjne co najmniej wobec potocznych wyobrażeń o tym, czym są takie fenomeny jak „tradycja”, „pamięć” czy „tożsamość”. Nieprzypadkowo nadałem temu tekstowi tytuł „Tradycjonalne paradoksy”.
Jest to intencjonalne nawiązanie do klasycznego już od dziesięcioleci wielkiego studium Jerzego Szackiego „Kontrrewolucyjne paradoksy” (1965), w którym z perspektywy odległej od nas o pół wieku, w kompletnie odmiennych warunkach politycznych, społecznych i kulturowych, nie tylko w Polsce ale i w Europie, dokonał analizy fenomenu kontrrewolucji w sposób antypodalnie odmienny od takiego znaczenia owego słowa, które nadawała mu najpierw stalinowska, a potem gomułkowska propaganda.
Już samo to było wtedy niemal „kopernikańskim” gambitem. Zadałem sobie trud, a raczej, pardon, przyjemność połączenia pierwszej lektury studium Grada oraz trzeciej już w życiu lektury studium Szackiego i wyszedł z tego tak wyborny koktajl, że z entuzjazmem go Państwu rekomenduję.
Post scriptum: nie jestem radykalnym zwolennikiem lektury nadmiernie aktualizującej, zwłaszcza na siłę.
Jednak treść i czas pojawienia się studium Grada jest o tyle szczególny, że nieuchronnie nasuwać się będą asocjacje z bieżącą, głównie polską rzeczywistością polityczną.
Paweł Grad – „O pojęciu tradycji. Studium krytyczne kultury pamięci”, wyd. Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego, Warszawa 2017, str. 276, ISBN 978-83-62609-80-2

Herold nacjonalistycznego paroksyzmu

O tym, o czym będzie poniżej, mógłbym powiedzieć – nie mój cyrk, nie moje małpy. Daleki, nawet bardzo daleki mi ideowo jest mi pisarz, o którym będzie mowa, ale w ocenie zjawisk artystycznych poglądy i sympatie powinny zejść na bok, zwłaszcza, gdy twórca niedawno, w lipcu, ukończył 85 lat, a jego zasługi dla literatury polskiej są niewątpliwe, nawet jeśli jego postawa polityczna na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zasługuje, z lewicowego punktu widzenia, na surową krytykę.

Napisać, że cztery opowieści Jarosława Marka Rymkiewicza, „Wieszanie”, „Kinderszenen”, „Samuel Zborowski” i „Rejtan. Upadek Polski” zelektryzowały opinię czytelniczą, to nic nie powiedzieć. Rymkiewicz, nie będąc epikiem w sensie gatunkowym, spowodował swoimi esejami iście epicki rezonans. Nie będąc epikiem, wniósł do polskiej literatury składnik dawno w niej nie spotykany – epickość emocjonalno-duchową. Nie jest tak, że wyrafinowany poeta, esteta, translator Calderona de la Barca, („Życie jest snem”, „Książę niezłomny”) i autor znakomitych, ale spokojnych esejów książkowych o Mickiewiczu (m.in. „Żmut”, „Baket”), o Słowackim („Juliusz Słowacki pyta o godzinę”), o Fredrze („Hrabia Fredro jest w złym humorze”), czy encyklopedii Leśmiana, przeobraził się w Lucyfera polskości, Szatana rozszalałej prawicowej polityczności nagle, ni stąd, ni zowąd. Ten demon rozwijał się w ciele zacnego eseisty, estety, spokojnego profesora w IBL przez lata, niczym „Obcy” w ciele ludzkim, w głośnym thrillerze science fiction Ridleya Scotta. „On tego smoka dawno już w sercu nosił” – chciałoby się przywołać z sienkiewiczowskiego „Potopu” okrzyk Zagłoby przeciw Radziwiłłowi podczas kiejdańskiej uczty. „Rozmowy polskie latem 1983 roku”, „Umschlagplatz” oraz „Wielki Książę, z dodaniem rozważań o istocie i przymiotach ducha polskiego”, a także niektóre wypowiedzi prasowe zwiastujące erupcję rymkiewiczowego Wezuwiusza – dziś to widać wyraźnie – były sejsmograficznymi objawami zbliżającego się wybuchu. Polskie namiętności rymkiewiczowe już w nich buzowały, dynamit buntu się kumulował, lont palił. Jeszcze, jeszcze zdążył Rymkiewicz otrzymać nagrodę literacką „Nike” od znanej Firmy za „Zachód słońca w Milanówku” jako cywilizowany i kulturalny poeta, ale już niebawem okazało się, że ów laur był niczym laur Hiszpanów z Grenady dla Almanzora, wręczony mu przed pocałowaniem. Najpierw wybuchło „Wieszanie”, namiętny esej o Insurekcji Kościuszkowskiej, w którym pisarz postawił tezę, że powieszenie króla Stanisława Augusta za zdradę narodu, z ostatnią, targowicką włącznie, byłoby chrztem politycznym Polaków, ich aktem wybicia się na dojrzały politycznie, nowoczesny naród, wyjściem ze stanu krępującej „niewinności”, która od stuleci jest naszym przekleństwem. Ponieważ insurgenci, jak wiadomo, króla Stasia nie powiesili (nad czym Rymkiewicz gorzko ubolewa na każdej stronie), sprawił sobie i czytelnikom historyczną, kompensacyjną fantasmagorię, w której król powieszony zostaje, a ksiądz-jakobin, „polski Robespierre” – Hugo Kołłątaj przygląda się temu z balkonu („Jam to nie chwalący się sprawił…”). Niedługo po „Wieszaniu” ukazała się druga część tej trylogii, esej równie mocny, wybuchowy, a może i mocniejszy jeszcze od poprzedniego, bo dotyczył bliższej znacznie przeszłości, a to mianowicie Powstania Warszawskiego, czyli „Kinderszenen”. Tu z kolei postawił autor tezę, że powstanie owo, a ściślej biorąc krwawa hekatomba powstańców i ludności cywilnej była dobra i potrzebna samym Polakom jako akt założycielski niezbędny do podtrzymywania fundamentów polskości. I że nie tylko wszelkie realistyczne wyrzekania na absurd decyzji o wznieceniu powstania, ale nawet zwyczajowe opłakiwanie ofiar i wychwalanie „bohaterstwa powstańców i ludności stolicy” nie mają tu nic do rzeczy. Polacy muszą raz na pół wieku dać się wyrżnąć, aby ocaleć jako Polacy właśnie, a kto nie chce, to pies go j…. Bo Polska jest potrzebna tylko Polakom – taki był przekaz Rymkiewicza. Wreszcie, jako trzecia część tej krwawej trylogii, ukazał się „Samuel Zborowski”, w którym Rymkiewicz dokonał radykalnego odrzucenia obowiązującej przez stulecia wykładni egzekucji dokonanej – nie własnoręcznie rzecz jasna – na Samuelu Zborowskim przez króla Stefana Batorego i jego prawą rękę, kanclerza Jana Zamoyskiego. Zgodnie z ową tradycyjną wykładnią, Zborowski był magnackim warchołem, który zapłacił głową za antypaństwowe warcholstwo i samowolę. W wykładni tej implicite zawarta była supozycja, że gdyby odtąd w podobny sposób postępowano z innymi warchołami, Rzeczpospolita by nie upadła, bo upadła jak wiadomo nierządem stojąc. Tymczasem Rymkiewicz zobaczył Samuela jako Króla Ducha, Zakładnika i Uosobienie jedynej w swoim rodzaju polskiej wolności, a nie tylko zwyklej, banalnej formy sprzeciwu przeciw opresji władzy. Pokazał Zborowskiego jako wzorzec z Sevres polskiego modelu wolności w ogóle.
Opowieści te, zwłaszcza dwie pierwsze, wywołały burzliwą dyskusję. W stopniu dominującym na szeroko rozumianej prawicy. Ze strony lewicy pojawiały się głównie pomruki i epitety w rodzaju „poeta-wieszatiel”. Obszerniejsze głosy po lewej stronie, w tym wyżej podpisanego, wychodziły punktu widzenia tradycyjnego ujęcia w duchu Realpolitik i niechęci do wszelakiej, szaleńczej, obłędnej i zgubnej tromtadracji narodowej. Atoli wszyscy byli zgodni, niektórzy z pewnym ociąganiem co prawda, że literatura jest to znakomita i nawet nie zgadzając się namiętnie z Rymkiewiczem nie sposób oderwać się od lektury. Że można na jego tezy pomstować i wierzgać, a jednocześnie, jako czytelnik, nurzać się w urokach rymkiewiczowskiego stylu jak kot w walerianie. Można je ponadto traktować poważnie, serio, jak część publicystów, ale można też uznać za „prowokację intelektualną, jako odpowiedź na ducha współczesności”. W książce, o której teraz będzie mowa, Marzena Woźniak-Łabieniec napisała: „Posługiwanie się przez Rymkiewicza od wielu lat prowokacją, jest odpowiedzią na ducha współczesności. (…) Autor ma świadomość, że żyjemy w czasach, kiedy tylko przekaz wyrażony za pomocą ekspresywnych środków wyrazu, wywołujący silne emocje, czasem szokujący, zostaje w ogóle zauważony i ma szanse pobudzić do myślenia (…)”. Jest Rymkiewicz jedynie dobrotliwym starszym panem, który muchy by nie skrzywdził i tylko bawi się w hallowyn lub opowiada wnukom bajki braci Grimm, czy czy żądnym krwi potworem? Bliżej jestem pierwszej supozycji, ale nie ma to aż tak bardzo istotnego znaczenia, liczy się bowiem fakt ogromnego rezonansu jego książek. Nie można przecież wszakże zapomnieć, że byliśmy niedawno świadkami procesu, jaki Rymkiewiczowi wytoczył redaktor tej samej gazety, która nagrodziła go kiedyś „Nike”. Cóż, tempora mutantur…
Ukazał się też, pod tytułem „Spór o Rymkiewicza, a redakcją Tomasza Rowińskiego (również autora szkicu „Polska jako potwór doktora Frankensteina. Uwagi o myśli politycznej Jarosława Marka Rymkiewicza”), blisko pół tysiąca stron tekstów poświęconych trylogii Rymkiewicza i – poza jednym pierwodrukiem – opublikowanych na łamach szeregu tytułów prawicowej prasy codziennej i periodycznej, od „Rzeczpospolitej” i „Dziennika” po „Arcana” i Frondę” Są teksty zdecydowanych stronników Rymkiewicza, jak Piotr Semka, Zdzisław Krasnodębski czy Marek Cichocki, jego krytyków jak Agata Bielik Robson czy Cezary Michalski, są teksty ambiwalentne w stosunku do wymowy jego prozy, jak szkice Grzegorza Górnego, Jarosława Klejnockiego czy Jacka Trznadla, analityczne, jak Jadwigi Staniszkis czy literackie fantazje w rodzaju fantasmagorii o „wieszaniu 1989” Szczepana Twardocha. Pojawiają się nawet politycy, Jan Rokita i Ludwik Dorn w rozmowach z Cezarym Michalskim. To tylko część nazwisk, ale już samo zestawienie prowokuje do uwagi krytycznej. Są to bowiem nazwiska (łącznie z ówczesnym Cezarym Michalskim) z kręgu szeroko rozumianej prawicy, katolickiej, konserwatywnej, liberalno-konserwatywnej. Jest też co prawda daleki od prawicy Jarosław Klejnocki i autorka obiektywizujących szkiców Dorota Wojda, ale nie ma głosów z jednoznacznej lewicy, z prasy lewicowej, a takich ukazało się sporo Czyni to ten skądinąd frapujący zbiór zanadto endogennym treściowo, wsobnym, tak jakby redaktor zbioru zlekceważył tę stronę opinii lub nie chciał oddać jej ani piędzi pola sporu, wykluczając ją (nomen omen?) poza nawias opinii polskiej. To wada tej publikacji, bo zawęża realną perspektywę opinii i czyni obraz niepełnym, a przez to cokolwiek zniekształconym. Nie zmienia to faktu, że „Spór o Rymkiewicza” czyta się z zaciekawieniem. Także dlatego, że nie mówiąc o trylogii Rymkiewicza, mówi on jednocześnie o wielu węzłowych zagadnieniach historii Polski.
Kilkanaście lat temu JMR przyjął rolę krzewiciela i herolda polskiego paroksyzmu nacjonalistycznego. Rządy nacjonalistycznej prawicy PiS zaspokoiły jego marzenia chyba z naddatkiem. Prezes PiS, adresat jego wiersza-inwokacji napisanego tuż po katastrofie smoleńskiej, nie zawiódł chyba jego oczekiwań. Takiej inflacji „polskości”, takiego jej dokuczliwego i o mdłości przyprawiającego nadmiaru, jakiego nie mógłbym wyśnić nawet w najbardziej koszmarnych snach, nie było chyba jeszcze w historii, więc ceniony przeze mnie pisarz, choć bardzo nielubiany ideolog, powinien być zadowolony. Należę do tych, bardzo licznych, którzy marzą o przynoszącym ulgę końcu tego okropnego spektaklu.

Demolka w blasku „Marsylianki”

W „Roku 93” Wiktor Hugo, portretując rewolucyjny Konwent napisał jedno zdanie o deputowanym, niejakim Javogues, „przeraźliwym ekshumatorze grobowców z Saint Denis”.

Nie cierpię wszelkiej maści dewastatorów, wandali, burzy murków czy ścinaczy drzew i to niezależnie od ich ideologicznego koloru. Pierwszą wielką dewastacją Wielkiej Rewolucji Francuskiej było rozebranie Bastylii. W rezultacie na paryskim place de la Bastille rysuje się dziś po niej jedynie blady cień w postaci obrysu budowli na jezdni i trotuarze. I nie zdobycie Bastylii, ale jej rozebranie uważam za prawdziwy wandalizm. Francois Souchat niechybnie musi być reakcjonistą, bo nie pisze o Rewolucji na kolanach, jak większość francuskich historiografów, lecz ze złością za to, co zrobiła z dużą częścią dawnej francuskiej architektury świeckiej i kościelnej. Z polskiej perspektywy substancja architektoniczna i kulturowa Francji może się wydawać niemal nienaruszona, ale on ze swej perspektywy francuskiej widzi to zgoła inaczej – ubytek tej substancji wskutek nadgorliwości klubów rewolucyjnych i władz był, przynajmniej jak na Francję, ogromny. Souchat właściwie wcale nie zajmuje się aspektem politycznym Rewolucji. Nie musi. Jemu wystarczy pokazanie ran na ciele dawnej Francji, ofiary wandali i już wiadomo, że Rewolucja nie ma u niego żadnych szans. Znakomita, acz bardzo antyrewolucyjna książka.
Francois Souchat – „Wandalizm rewolucji”, przekład, posłowie i komentarze Paweł Migasiewicz, wyd. Fundacja Augusta hr.Cieszkowskiego, Warszawa 2016, str. 373, ISBN 978-83-62609-78-9

Poeta Termopil polskich

Z okładki biografii Tadeusza Gajcego autorstwa Stanisława Beresia uśmiecha się z fotografii młody człowiek o łagodnych, pogodnych rysach.

Tragizmem naznaczona była też jego poezja. Jego legendę, podobnie jak legendę jego kolegów, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Zdzisława Stroińskiego, Wacława Bojarskiego, Andrzeja Trzebińskiego stworzyła w dużym stopniu „Genealogia ocalonych” Lesława M. Bartelskiego. Ci ledwo nieco ponad dwudziestoletni młodzieńcy mieli końcówkę życia na miarę homeryckich herosów. Pod okupacją niemiecką w Warszawie żyli jak pod krwawą łuną, w owym tytułowym „pierścieniu śmierci”. Byli kimś na kształt egzystencjalistów. Swojej kruchej egzystencji w cieniu okupacyjnej grozy i codziennej szarości oraz materialnej mizerii nadali sens sięgający najwyższych diapazonów ducha. O nich powinny postawać dobre filmy, a nie tylko o „rębajłach wyklętych”. Bereś znalazł do biografii Gajcego klucz osobistej bliskości. Poeta jawi się bardzo wyraziście i bardzo osobiście. Opowieść o nim to cenny klucz do zrozumienia roli jaką w polskiej kulturze, nie tylko literackiej, odegrali ci „polscy Grecy, polscy Spartanie”, jak 300 Spartan broniący Termopil człowieczeństwa przed barbarzyństwem w upodlonej egzekucjami, łapankami i głodem okupacyjnej Warszawie. Znakomita, choć gorzka i cierpka lektura.
Stanisław Bereś – „Gajcy. W pierścieniu śmierci”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, str. 711, ISBN 978-83-8049-377-3

Między wielkością a upadkiem

Trzy przedstawienia w stolicy w ciągu jednego roku inspirowane mikropowieścią Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od Aniołów” – tego jeszcze nie było. Trudno uwierzyć, że to przypadek.

Zwłaszcza, że wzmożona ostatnimi laty gorliwość polskich egzorcystów, wypędzających rzekome demony z rosnących szeregów opętanych wydaje się niezgorszym tłem dla powrotu do historii, której akcja toczy się kilka wieków temu. Wtedy właśnie, w latach trzydziestych XVII wieku we francuskim Loudun miało miejsce głośne opętanie w klasztorze urszulanek, którego skutki sięgnęły po same szczyty ówczesnej władzy kościelnej i świeckiej. Iwaszkiewicz pominął ten kontekst polityczny, koncentrując się na histerii religijnej i psychicznej zależności ludzi dotkniętych tą histerią. Przeniósł akcję na rubieże ówczesnej Rzeczypospolitej, do fikcyjnego Ludynia, nasycając swoją opowieść dodatkowymi przyprawami: judaizmem, manicheizmem i polowaniem na występnych odszczepieńców od wiary.
Kiedy Kawalerowicz sięgnął po to opowiadanie Iwaszkiewicza i na podstawie scenariusza napisanego razem z Tadeuszem Konwickim nakręcił swój film (1961), wybuchł skandal. Watykan i polski episkopat uznały obraz Kawalerowicza za napaść na wiarę i kościół. Niewiele brakowało, aby udało się im storpedować obecność tego dzieła na festiwalu w Cannes, skoro wcześniej lęk przed hierarchią motywował polskie władze, aby przez kilka lat wstrzymywać produkcję filmu. Ale film powstał i został na festiwalu w Cannes pokazany, nagrodzony Srebrną Palmą, a potem wieloma jeszcze innymi nagrodami. Do dziś uznawany jest za jedno z największych osiągnięć polskiej kinematografii. Kreacje Lucyny Winnickiej jako Matki Joanny i Mieczysława Voita w podwójnej roli księdza Suryna i Cadyka doczekały się wielkiego uznania, a wiele scen tego filmu przeszło do zbiorowej wyobraźni – scena z białymi prześcieradłami targanymi przez wiatr uważana jest za genialny skrót wewnętrznych napięć, miotających bohaterami, a rozprawa Suryna z Cadykiem za mistrzowski pokaz rozdwojonej osobowości.
Nie bez przyczyny Tadeusz Konwicki nazwał Kawalerowicza człowiekiem, „który ma kamerę pod czaszką”. Precyzja obrazu, dyscyplina formalna zdecydowały o pięknie i wielkości tego dzieła, do którego nawiązuje najnowsza realizacja teatralna w Teatrze Narodowym na kameralnej scenie przy Wierzbowej – oparta na scenariuszu filmowym Konwickiego i Kawalerowicza. Powstała więc w dialogu nie tylko z opowiadaniem Iwaszkiewicza, ale przede wszystkim z opartym na jego podstawie filmem. Reżyser najnowszej wersji teatralnej, Wojciech Faruga mówił przed premierą, że najbardziej zafrapowało go obecne w filmie i tekście Iwaszkiewicza pytanie o „obecność zła w człowieku”.
Leszek Pułka nazywał utwór Iwaszkiewicza mistycznym thrillerem, „najwnikliwszym w polskiej kulturze traktatem o związku miłości duchowej z ekstazą ciała, objawienia z grzechem, poznania z magią”. To prawda, bo „Matka Joanna” jest jednocześnie opowieścią o mrokach grzechu i pełną niedopowiedzeń opowieścią o miłości. Prawdopodobnie w tym połączeniu wyrzeczenia i ekstazy kryje się źródło fascynacji, które stało się udziałem wielu reżyserów teatralnych. Pierwszym z nich był Adam Hanuszkiewicz, który przeniósł opowiadanie Iwaszkiewicza na mały ekran, powierzając rolę Joanny Zofii Rysiównie, a księdza Suryna Mariuszowi Dmochowskiemu. Późnej zainteresował się opowiadaniem Iwaszkiewicz także Feliks Falk, jego spektakl widzowie wrocławscy oglądali niemal 30 lat temu (1993), ale największe pochwały zebrał Marek Fiedor, kiedy wystawił „Matkę Joannę” w Opolu (2002). Widzów zachwyciła scenografia – całą niemal przestrzeń gry pokrywała warstwa błota, w którym brodzili aktorzy, a widowisko wywierało silne wrażenie dzięki ciżbie ludzkiej stłoczonej w karczmie, podpatrywaczom opętania – czegoś na kształt serialu, nim wynaleziono telewizję. Siedem lat temu adaptowali „Matkę Joannę” – Teatr Szwalnia w Łodzi i Teatr w Legnicy (reż. Piotr Tomaszuk).
Teraz mamy do czynienia z prawdziwą obfitością, a każde z przedstawień – w Nowym w reżyserii Jana Klaty, w Powszechnym – „Diabły” Agnieszki Błońskiej i teraz – Wojciecha Farugi w Narodowym jest inne.
Czy jesteśmy świadkami ponownego odkrycie tego okupacyjnego tekstu, który powstał w roku 1943, ale potem został antydatowany przez autora na rok 1944? Traktowany był wtedy jako dwuznaczny komentarz do heroizmu walki ze zbrodniczym najeźdźcą. Iwaszkiewicz wprawdzie do zwolenników widowiskowego bohaterstwa bez względu na cenę nie należał, ale stawiał trudne pytania, na które niełatwo było jednoznacznie odpowiedzieć. Opowiadanie zabrzmiało gorzko w kontekście tragedii warszawskiego getta i klęski powstania warszawskiego. Ale i dzisiaj, czytane bez tego historycznego kontekstu, budzi niepokój, niepewność, kim jest i kim może stać się człowiek, dokąd może go zaprowadzić namiętność. Prawdopodobnie to siła, która zapewniła temu utworowi żywotność, zachęcając do poważnego namysłu nad ludzkimi wyborami, ich motywami i konsekwencjami. Odpowiedzi reżyserów na tak postawione pytania były różne.
Jan Klata, trzymając się blisko opowiadania Iwaszkiewicza, nasycił go współczesnymi odniesieniami. Historia o rzekomym opętaniu, które próbuje nieporadnie okiełznać ksiądz Suryn (Bartosz Bielenia) stała się dla reżysera nęcącą opowieścią o fascynacji złem, a także przekonywającą opowieścią o urzeczowieniu kobiet, wciąż pozostających pod patriarchalnym nadzorem. Na plan pierwszy jednak wysunął tęsknotę za świętością, za powrotem prawdziwej religijności. Klacie najwyraźniej chodziło o duchowe odrodzenie.
Zupełnie inaczej zinterpretowała sprawę księdza Suryna Agnieszka Błońska. W przeciwieństwie do spektaklu w Nowym Teatrze, nie adaptowała „Matki Joanny od Aniołów”, a jedynie wykorzystała fragmenty opowiadania. Nie po to jednak, aby ilustrować dzieje ekscytującego związku księdza Suryna i Matki Joanny, ale przedstawić sugestywną opowieść o trwającej od wieków opresji kobiet, której patronuje Kościół katolicki. Błońskiej chodziło o antyklerykalną demonstrację i postulaty feministyczne.
W swoim spektaklu Faruga na plan pierwszy wysunął oszołomienie perspektywą mistycznego wyniesienia do świętości, zderzone z całkiem ziemskimi, cielesnymi tęsknotami, z którymi zmaga się wysłany do Ludynia egzorcysta, ksiądz Suryn (Karol Pocheć). Jego zanurzenie się w świat mistyki i uzależnienie od owładniętej tęsknotą za świętością Joanną (Małgorzata Kożuchowska) sprawia, że egzorcysta przejmuje na siebie opętanie, ofiarowuje Matce Joannie drogę do świętości. Bezgrzeszny, coraz bardziej zagubiony mężczyzna zderza się z silną kobieta i to ona nad nim zapanuje. Dla niej popełni straszliwą zbrodnię, skazując się na wieczne potępienie.
Ale ta historia w spektaklu Farugi ma też swoją podszewkę. Równolegle do pogłębiającego się uzależnienia Suryna od Joanny trwa kuszenie siostry Małgorzaty (Edyta Olszówka), kobiety wrażliwej na uroki zmysłowe, na erotyczną poezję baroku (którą cytując, wyraża swoje potrzeby). Małgorzata zostanie wykorzystana i porzucona przez uwodzącego ją szlachcica Chrząstowskiego (Adam Szczyszczaj). Tym razem słaba płeć w tradycyjnym ujęciu przegrywa z samcem alfa. Jest też i do tego komentarz – przez cały spektakl rozwija się naznaczony fascynacją homoerotyczną związek między parobkami, Jurajem (Kamil Studnicki) i Kaziukiem (Mateusz Kmiecik), któremu kres przynosi zbrodnia księdza Suryna. Tak więc wiele tu odmian miłości, także i we wcieleniu księdza Bryma (Krzysztofa Stelmaszyka), który czule opiekuje się dziećmi (bez żadnych dwuznaczności), a jednocześnie zdroworozsądkowo dystansuje się od opętania mniszek.
Spektakl oparty na scenariuszu filmowym rozwija się więc wedle swojej logiki. Ukazany jest w symbolicznej, ascetycznej dekoracji: kilka sczerniałych belek, dających wrażenie starej karczmy, ściany owinięte lustrzaną folią, poszerzającą przestrzeń, pniak i siekiera, która nigdy nie próżnuje, pulsujące niekiedy oświetlenie w chwilach napięcia. Od czasu do czasu pojawi się tutaj grupa mniszek popadających w ekstazę albo przechodzących majestatycznie w liturgicznym chórze. Suryn rozprawia z Cadykiem podzielonym na wiele osobowości, wśród których znajdzie i pyskata karczmarka (Aleksandra Justa), i wędrujący za odpustami natrętny Wołodkowicz (Jarosław Gajewski). Wówczas słowa Cadyka: „Ty jesteś ja” znaczą autentyczną przechodniość, przystawalność dusz, skoro wszyscy nawzajem za siebie i sobie odpowiadamy. Dlatego Suryn może przejąć demony Joanny.
Zaskakujący przy tym wszystkim jest finał spektaklu. Matka Joanna wystrojona jak odpustowa Matka Boska, niesiona na rękach przez mniszki, jawi się podejrzanie zwycięsko. Kto wie, czy to nie jest zwycięstwo ironią podszyte. I czy ksiądz Suryn nie został wydrwiony.

Kapsułki pamięci

Wanna Marata, wózek Couthona i grób Gierymskiego
Od czasu do czasu, z rzadka oczywiście, bo takie okazje często się nie przydarzają, przytrafia mi się możliwość uprawiania, w Polsce i za granicą, nieco może dziwacznego hobby. Wyraża się ono w upodobaniu do prowadzenia amatorskich, „śledczych” poszukiwań obiektów historycznych lub ich śladów, także grobów, itp., z którymi nie bardzo wiadomo co się stało lub gdzie się znajdują czy znajdowały.
Ot, takie nieszkodliwe dziwactwo, skromna wersja przygód pana Samochodzika z popularnych powieści Zbigniewa Nienackiego. Nie dysponuję co prawda takim jak on wehikułem w postaci cud-auta, ani wsparciem harcerzy, ale za to nie brakuje mi dużej dozy wytrwałości w takich poszukiwawczych przygodach. Pewnie to po części ślad upodobań do młodzieńczych lektur podróżniczych, w których wątki poszukiwania nie tylko skarbów, pojawiają się nader często.
Oczywiście nie chodzi tu o jakieś żelazne turystyczne punkty w rodzaju grobu Szopena na Pére Lachaise w Paryżu, piramidy Cestiusa w Rzymie, czy miejsca śmierci Róży Luksemburg w Berlinie, lecz o obiekty ekstraordynaryjne, zapomniane lub logistycznie trudne do odnalezienia, a także o niezwykłe, związane z historią przedmioty.
Wspomnę więc o tym, jak poszukiwałem wanny Marata, wózka inwalidzkiego Couthona w Paryżu oraz grobu Aleksandra Gierymskiego w Rzymie. Pierwotnie wydawało mi się, że obiekty te znajdują się na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko przyjechać do Paryża udać się do konkretnego muzeum, czy do Rzymu na cmentarz Campo Verano i sprawa załatwiona. W praktyce okazało się, że to nie takie proste.
Wanna Marata
Jean Paul Marat, jedna z emblematycznych postaci Wielkiej Rewolucji Francuskiej, uznawany za jednego z protoplastów idei komunistycznej, wielki trybun ludowy, zwany Ojcem Ludu, został, jak wiadomo, zasztyletowany w 1793 roku przez młodą rojalistkę Charlottę Corday we własnym mieszkaniu i we własnej wannie.
Obraz jego trupa, już jako ofiarę politycznego zamachu, uwiecznił malarz David na płótnie, które jest jednym z najsłynniejszych obrazów w dziejach malarstwa. Sławnym tak bardzo, że kto go nie widział naocznie, może znaleźć jego miniaturową reprodukcję w pierwszym lepszym podręczniku czy leksykonie historii nowożytnej. W połowie lat siedemdziesiątych powziąłem, z lektury biografii Robespierre’a autorstwa Jana Baszkiewicza, informację, że wanna się zachowała i jest obiektem muzealnym. W pierwszym wydaniu tej książki (w drugim już jej brak) pomieszczono nawet fotografię owej wanny (tudzież fotografie kilku innych praktycznych utensyliów należących do sławnych rewolucjonistów, n.p. miski do golenia Robespierre’a) oraz adres muzeum, w którym ten obiekt miał się znajdować.
Chodziło o muzeum, z polska nazwane Muzeum Historii Ruchu Robotniczego i Rewolucyjnego (La Musée de l’Histoire Vivant) przy ulicy Robespierre (w pobliżu stacji metra Robespierre). Obiekt miał się tam mieścić, ale już się nie mieścił, bo muzeum zostało zlikwidowane.
Ktoś „tutejszy” poinformował mnie tylko, że ekspozycja została przeniesiona na ulicę Theophile Sueur w tej samej dzielnicy. Podczas tego pobytu nie zdążyłem tam już jednak zajrzeć, bo nazajutrz miałem lot powrotny do Polski. Do poszukiwań wanny Marata powróciłem przy okazji ponownych pobytów w Paryżu, ale mimo przepytania całkiem sporej liczby osób, moje usiłowania długo pozostały bezowocne.
Przy wspomnianej ulicy Theophile Sueur także nie znalazłem bowiem żadnej muzealnej ekspozycji, tylko jakiś rodzaj nowoczesnej, pustawej, słabo zagospodarowanej galerii plastycznej, a dwaj młodzieńcy z obsługi, biały i ciemnoskóry nawet nie słyszeli o kimś takim jak Marat. Dopiero po latach dość przypadkowo dowiedziałem się, że podobno pewien ksiądz (sic!) nabył wannę od towarzyszki życia Marata, Simony Evrard, która przetrzymywała ją w piwnicy czy na strychu jak zwykły, nieużyteczny rupieć, bynajmniej nie jako pamiątkę-relikwię rewolucyjną po wielkim człowieku.
Nie muszę wszak dodawać, że tego rodzaju przedmiot nie mógł w tamtej epoce zyskać rangi cennego eksponatu. Po pierwsze, nie było jeszcze mody na poszanowanie dla tego typu przedmiotów i na tego rodzaju ekspozycje (przyniósł to dopiero XX wiek), po drugie, mieszczańska Francja wystawiła w setną rocznicę wybuchu Wielkiej Rewolucji pomnik Dantonowi, ale krwawy trybun ludowy Marat był postacią co najmniej wstydliwą i uznawaną za odrażającego terrorystę.
Wspomniany ksiądz przez wiele lat przetrzymywał wannę w swoim domu, choć źródła nie podają w jakim celu. Może podobnie jak ja miał upodobanie czy pietyzm dla przedmiotów z historycznym rodowodem, a może pociągały go makabryczne konteksty.
Po śmierci księdza w 1896 roku ktoś wannę przejął, następnie ktoś chyba docenił historyczny aspekt tego sprzętu albo uznał, że coś na tym zarobi (znane mi źródła nie podają szczegółowego przebiegu dalszych losów przedmiotu), dość, że w końcu znalazła się ona w Muzeum Figur Woskowych, w tzw. muzeum Grevin w Paryżu przy bulwarze Montmartre, gdzie do dziś pomieszczona jest w niej woskowa kukła przedstawiająca mordowanego, krwawiącego Marata.
Przyznacie, że odnalazłem wannę trochę okrężną drogą i przy zastosowaniu nie do końca celowego wysiłku, ale nie żałuję tych starań, bo sporo się przy ich okazji nauczyłem.
Wózek Couthona
Georges Couthon był jednym z najbliższych towarzyszy Robespierre’a, członkiem Komitetu Ocalenia Publicznego czyli centralnego rządu rewolucyjnego. Wraz z Robespierre’m padł też ofiarą tzw. zamachu termidoriańskiego z lipca 1794 i wraz z nim ścięty został na gilotynie. Couthon był człowiekiem kalekim, dziś nazwalibyśmy go niepełnosprawnym, sparaliżowanym od pasa w dół. Z tego powodu poruszał się na wózku inwalidzkim, który jak na tamtą epokę robi wrażenie nader nowoczesnego, imponującego urządzenia technicznego.
Według świadectw, podczas szturmu termidorian na paryski Ratusz, ostatnie schronienie Robespierre’a, Couthon spadł z wózka zepchnięty wraz z nim ze schodów, po czym zawleczono go bezwładnego do więzienia Consiergierie.
Ktoś ten wózek przechował i miał on znajdować się we wspomnianym wyżej muzeum, ale wraz z nim zniknął na lata. Szukałem go z podobną determinacją jak wannę, długo i podobnie bezskutecznie, nieraz wywołując zdziwienie na twarzach niektórych indagowanych.
Pewnego roku dowiedziałem się, że trwający generalny remont muzeum historii Paryża i Francji w pałacu Carnavalet umożliwi wyeksponowanie setek rozmaitych historycznych przedmiotów od dziesięcioleci składowanych, z braku przestrzeni ekspozycyjnej, w licznych przepastnych, zakurzonych magazynach muzealnych.
Intuicja podpowiadała mi, że może w końcu i wózek Couthona znajdzie swoje miejsce na ekspozycji. I nie myliłem się. Wiosną 2017 roku odwiedziłem, po kilkuletniej przerwie, wspomniane muzeum i udałem się do sal poświęconych historii Wielkiej Rewolucji Francuskiej, w nowej ekspozycji.
Wchodzę do jednej z nich i widzę – jest, do tego specjalnie wyeksponowany, w stanie doskonałym jak na przedmiot wyprodukowany ponad dwieście lat temu i raczej nie traktowany przez ten czas z pieczołowitością (stara, solidna robota, choć gwarancji trwałości wtedy nie znano), na środku niewielkiej sali, odgrodzony od zwiedzających muzealną sznurową barierką. Zwykły, niby pospolity przedmiot użytkowy, a przecież owiany jakimś tchnieniem dramatycznej historii Francji i ludzkości.
Germski czyli Gierymski
We wrześniu 2014 roku po raz któryś z kolei znalazłem się w Rzymie. Tym razem, poza rozkoszami wędrowania po ciepłym, pełnym barwnych owoców i warzyw Wiecznym Mieście, wyznaczyłem sobie, w ramach moich eksploracji, cel w postaci znalezienia grobu Aleksandra Gierymskiego, który w 1851 roku został pochowany na głównym cmentarzu Rzymu, Campo Verano.
Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to proste zadanie, bo fotografię nagrobka, na dodatek z numerem kwatery i grobu znalazłem w monograficznej opowieści o braciach Gierymskich. Okazało się to jednak nie takie proste, bo pomimo tych ułatwień, grobu nie odnaleźliśmy, mimo dwóch kilkugodzinnych prób, dzień po dniu. Postanowiłem więc udać się do biura administracji cmentarza. Podałem urzędnikowi nazwisko zmarłego i dla ułatwienia, wspomniane numery oraz datę pochówku.
Wyciągnął odpowiednią księgę, ale grobu Gierymskiego Aleksandra w rejestrze nie odnalazł. Wspomniałem, że to „polacco” a do tego „pittore” czyli malarz, więc sprawdził księgę ponownie, ale i tym razem stwierdził, że takiego nazwiska, które nota bene podałem mu wypisane na kartce, nie znalazł.
W pewnym momencie jakby jednak coś „zaskoczył” i pokazał mi w rejestrze nazwisko „Germski”, z dodatkiem słów „polacco, pittore”, zgadzała się też data pochówku (1901). Czyli, okazało się, że jakiś włoski ówczesny urzędnik cmentarny sprzed 113 lat zapisał błędnie trudne polskie nazwisko, a podający mu je ustnie, zapewne Polak, nie dopilnował dokonania prawidłowego zapisu. I tak od stu kilkunastu lat Aleksander Gierymski figuruje w rejestrze pochowanych na Campo Verano jako GERMSKI. I tak zapewne zostało do dziś, bo moje prywatne odkrycie nie stanowiło formalnego tytułu do dokonania korekty w oficjalnym dokumencie.
Powiadomiłem o tym wprawdzie ambasadę polską w Rzymie, ale jak znam życie, wątpię, by ktoś zechciał pofatygować się do cmentarnego biura, by dokonać korekty. Na marginesie dodam tylko – gdyby ktoś miał wątpliwości – że nie jestem żadnym nekromanem, tylko miłośnikiem historii, który szuka jej śladów, także tych skrytych, zagubionych, czy zatartych przez upływ czasu.
Bo poza tym co łatwo zobaczyć, ślady historii tworzą palimpsest, który kryje także to, co już często niewidzialne dla nie dość uważnych oczu.