Schaeffer, basen i półbuty

To już jedenasta edycja dorocznego festiwalu Era Schaffera, któremu początek dał Marek Frąckowiak i założona przez niego Fundacja Aurea Porta. Jednym z jej celów było i pozostaje promowanie awangardowej polskiej sztuki, a twórczości Bogusława Schaeffera w szczególności.

Wielki, a wciąż nie w pełni doceniany, dorobek kompozytora, popularyzatora muzyki polskiej, eksperymentatora, pedagoga, grafika i dramaturga, choć zapewne dzisiaj o wiele lepiej znany niż przed laty (także dzięki Erze Schaeffera) wciąż potrzebuje promocji. Słusznie bowiem nazywano zmarłego w tym roku artystę „polskim Leonardem da Vinci”, dostrzegając w jego twórczości bogate inspiracje dla poszukiwań innych artystów.

Schaeffer przecierał ścieżki

wskazywał możliwości i wciąż inspiruje. Najlepszym tego dowodem są właśnie „ery Schaeffera” – w jakiejś mierze do siebie podobne – klimatem, atmosferą wolności sztuki, otwartości na poszukiwania i improwizacje, autoironią, demonstrowaną sztubackimi albo plebejskimi żartami – ale za każdym razem inne, choć od samego początku rodzące się pod ręką Macieja Sobocińskiego, reżysera i autora scenariuszy. Decydują o tym zmieniające się scenariusze i rosnące szeregi „Schaefferowców”, artystów, którzy ulegają hipnotycznej sile propozycji Schaeffera.
Oto, co zapowiadał reżyser przed kolejnym spotkaniem: „Przestrzeń bez Początku i Końca wypełnia się kolejnymi Ludzkimi Odsłonami Świata Bogusława Schaeffera. Powracają charakterystyczne Ludzkie Formy znane z zapisanych kartek dramatów Autora. Wyjątkowe, Niepowtarzalne, Osobne. Energetyczna Celebracja Życia – pulsująca Rzeczywistość – rozpięta pomiędzy Życiem i Śmiercią wciąga Widza w emocjonalną karuzelę od momentu Wejścia. Przecinające się bez końca ścieżki Postaci zamkniętych w sterylnej przestrzeni, wypełnionej muzyką od Początku do Końca – zaklętych w emocjonalnej Karuzeli Absurdu. Te same pytania zadawane w Kółko, te same Braki Odpowiedzi – te same wylęknione Spojrzenia przeglądające się w Spojrzeniach – w poszukiwaniu odpowiedzi o Sens. Wchodzą – wychodzą – wchodzą – wychodzą – uchwycone momenty nie do uchwycenia – umykające chwile – strzępy – sekundy. Niemiłosierny Czas. Świat Bez Wyjścia. Wszyscy Razem i Nie Razem chcą Marzyć – snuć swoje Wizje Świata. Świat Bogusława Schaeffera jak nigdy dotąd chce Nieustannie Trwać i Być Wieczny – Śmiać się, Płakać i Śnić zatopiony w zaklętym kole Wiecznej Absurdalnej Fiesty na Cześć Autora!”.
W tym roku już po raz drugi zabrakło w gronie „żelaznych” wykonawców Marka Frąckowiaka (pożegnaliśmy go na zawsze 6 listopada 2017 roku), którego osobisty patronat wspierał kolejne edycje festiwalu i inne inicjatywy mające na celu przybliżenie dorobku krakowsko-wiedeńskiego artysty. Mam na myśli między innymi dwa tomy dramatów zebranych, które ukazały się pod firmą fundacji Aurea Porta.
W tym roku „Era Schaeffera” siłą rzeczy miała charakter

pożegnania z artystą

(ale nie z jego dziełem!), zmarłym przed kilkoma tygodniami. Jego ogromny portret wyświetlany od czasu do czasu na ekranach z charakterystycznym grymasem i przymrużeniem oka zdawał się sugerować, że znowu zrobił nam kawał, że wcale nie odszedł, tylko gdzieś się ukrył wśród nas i podgląda. Ale w finale widowiska pojawiły się roje czarnych baloników, symbolizujących odejście, z którymi kontrastowały kolorowe grafiki Schaeffera wyświetlane na ekranach wzdłuż ścian Basenu Artystycznego. Tym razem bowiem festiwal odbył się w dawnym warszawskim basenie YMCA, potem przekształconym w Basen Artystyczny, scenę offową, a całkiem niedawno w nową scenę Warszawskiej Opery Kameralnej. Trochę zaskakujący to alians, który podkreśla buduarowy wystrój foyer, z którym kontrastuje kiszkowata sala Basenu z pozostałymi po dawnym przeznaczeniu barierkami i schodkami po bokach. Akustyka tu raczej podła, którą trzeba nadrabiać nagłośnieniem, gwarantującym znakomitą słyszalność w każdym punkcie „kiszki”. Ustawiono w niej dwa rzędy stołów (z krzesłami dla widzów), pokryte papierowymi białymi obrusami z „zastawą” jednorazowego użytku (plastykowe talerzyki i stojadła). Mogło to zapowiadać cienką zupę w ośrodku dla bezdomnych albo może i bigos, ale nic z tego, to tylko dekoracja. Okazała się znakomitym tłem dla całego zdarzenia.
Kilka krzeseł rozsianych przy stołach zarezerwowano dla aktorów, którzy poruszając się po stołach jak po deskach estrady przemieszczali się nieustannie, a co pewien czas przysiadali przy stołach. W ten sposób widzowie zyskali niepowtarzalną okazję siedzenia obok Lidii Bogaczównej, Izabeli Warykiewicz, Seana Palmera, Marcela Wiercichowskiego. Mieli też okazję przypatrywania się z bliska innym artystom: Witoldowi Jurewiczowi (tancerz), Marcinowi Wyrostkowi z zespołem Corazone, Januszowi Radkowi, Andy Ninvalle’owi, Teminoe Cadi Sulumunie, Patrykowi Zakrockiemu, Andrzejowi Karałowi i Maciejowi Piszkowi i gościowi specjalnemu wieczoru, Michałowi Urbaniakowi. Jeśli któryś z artystów blisko widza nie dotarł z pomocą szły ekrany, na których ukazywano artystów na zbliżeniach. Niezależnie więc od tego,

gdzie kto znalazł się na sali.

mógł się czuć prawdziwym uczestnikiem wydarzenia, mieć poczucie bycia w samym centrum akcji.
Artyści posługiwali się tekstami wyjętymi z dramatów Schaeffera, ale sięgali też do przyśpiewek ludowych. Prawdziwą furorę swoją plebejską przyśpiewką (Podskoczyła do pułapu, a jej cycki chlapu-chlapu”) robił Witold Jurewicz. Muzycy dawali upust improwizacja, czasem a capella – to co Janusz Radek wydobywał z siebie, modulując głos, zmieniając skalę, tonacje, tworząc zaskakujące połączenia dźwięków i asonansów, czasem w oszałamiającym duecie z Andy Ninballe’em graniczyło muzyczną ekwilibrystyką.
Widowisko toczyło się w oszałamiającym tempie, przy zmiennych nastrojach i akcentach. Budzi to tym większy podziw, że w scenariuszu znalazły się tzw. puste miejsca, które zagwarantowali sobie aktorzy dla własnych improwizacji (nie znał ich formy ani treści nawet reżyser). W tych pięciu minutach dla siebie każdy zyskiwał szanse własnej ekspresji, osobistego porozumienia z widzem. Największy entuzjazm wzbudziła niezrównana Lidia Bogaczówna za „kawałek kabaretowy”, w którym parodiowała znanego polityka ogłaszającego po zakończonych wyborach, że jego formacja „poniosła zwycięstwo”.
To było

oczyszczające spotkanie ze sztuką,

prawdziwa kąpiel w basenie artystycznych pomysłów, muzycznej i poetyckiej fantazji. Na koniec pewną symboliczną rolę odegrały buty, które pokazała zgromadzonym Krystyna Gierłowska, producentka, spiritus movens kolejnych edycji „Ery Schaeffera”. To były czarne półbuty, w których występował przed laty Bogusław Schaeffer, kiedy uczestniczył u boku Marka Frąckowiaka i jego ekipy w spektaklu „Multimedialne coś” (działo się to w ówczesnym Teatrze Bajka, dzisiaj: Kwadrat). Niby nic ważnego, ale w swoje buty Schaeffer nas ubiera – idziemy jego śladami w nadziei, że nadążymy za starym Mistrzem.
Trudno zapomnieć ten piękny wieczór w Teatrze Bajka, kiedy odbywała się premiera wspomnianej sztuki dedykowanej Frąckowiakowi w reżyserii Kariny Piwowarskiej (2007). Nie mogłem uwierzyć, że ten skromny, lekko uśmiechnięty pan przy pianinie to Bogusław Schaeffer. Kompozytor, muzykolog, krytyk, dramaturg, pianista wirtuoz, grafik, reżyser, wydawca, pedagog. Autor kilkuset utworów muzycznych, kilkudziesięciu dramatów, od 60 lat kroczący swoją drogą artysta niepospolity i niepodległy. A jednak to On, namówiony przez Marka Frąckowiaka i Krystynę Gierłowską (producentkę), osobiście wziął udział w światowej prapremierze swej najnowszej sztuki w warszawskim kinoteatrze Bajka. Najnowszej premierze zdarzenie dedykowanego jego dziełu przyglądały się tylko (i aż) jego buty.
Aż żal, że Era to w zasadzie wydarzenie jednorazowe, choć w Warszawie na pewno znalazłaby się publiczność na co najmniej dziesięciokrotną powtórkę.

XI Era Schaeffera, reżyseria i scenariusz: Maciej Sobociński, Basen Artystyczny w Warszawie, premiera 24 października 2019; Organizatorem Festiwalu jest Fundacja Przyjaciół Sztuk AUREA PORTA, którą założył w 2001 r. śp. aktor Marek Frąckowiak w celu promocji polskiej sztuki współczesnej.

„Pedagog”

Czy Aleksander Nalaskowski może być nauczycielem?

Na krótko przywołany do porządku karą dyscyplinarną zawieszenia w obowiązkach dydaktycznych, lecz i szybko „ułaskawiony” przez Rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, „pedagog”, profesor Aleksander Nalaskowski bynajmniej nie wyciągnął samokrytycznych wniosków ze swojej postawy i nadal uprawia, jako publicysta tygodnika braci Karnowskich „Sieci”, swój dyskryminacyjny i naznaczony obsesyjną nienawiścią proceder.

Zgwałcone miasta

Co więcej, nawet go rozszerzył. Czując się być może ograniczony formułą cotygodniowego felietonu, Nalaskowski wysmażył odrębny tekst „Nowa racja stanu?” („Sieci”, nr 41/2019). Atakuje w nim oczywiście jak poprzednio środowiska LGBT i używa w stosunku do nich określenia „dewiacje”. Nalaskowski „zasłynął” kilka miesięcy temu ohydnymi, obraźliwymi inwektywami pod adresem organizatorów i uczestników Marszów Równości, określając je jako „gwałty”. Pisał o „zgwałceniu” miast, w których takie marsze się odbyły. Właśnie przede wszystkim tekst, w którym padły owe inwektywy, stał się dla władz jego uczelni, UMK w Toruniu, powodem do wymierzenia mu wspomnianej kary, wkrótce przedterminowo zawieszonej. Nawiasem mówiąc: skoro Nalaskowski jest tak wrażliwy na kwestię gwałtów, to zamiast używać tego pojęcia w sposób nonsensowny i haniebny, powinien ująć się za ofiarami rzeczywistych gwałtów, w tym dokonanych przez przedstawicieli jego ulubionego kleru katolickiego. Z kolei, jeśli interesuje go zjawisko LGBT i związane z nim uwarunkowania, niech zajmie się tym jako badacz, sine ira et studio, zamiast uprawiać piętnującą mowę nienawiści.

Choroba

W tekście „Nowa racja stanu?” Nalaskowski powiela wszystkie swoje stare obsesje, inwektywy i ekspresje nienawiści. Unika jedynie frazy z „gwałtami”, być może z obawy o wznowienie przeciw niemu procedury dyscyplinarnej. Protestuje jednak przeciw „zakazowi terapii, leczenia homoseksualizmu”, co implicite oznacza, że uważa homoseksualizm, wbrew ustaleniom nauki i zdrowemu rozsądkowi, nie za jedną z możliwych orientacji seksualnych, lecz za „chorobę”. Stan psychiczny uczestników „marszowników z Lublina” określa na przykład jako stan ludzi cierpiących na poczucie „nieszczęścia i deprechę”. W tym miejscu warto się zastanowić, na jakiej podstawie ów naukowiec formułuje taką absurdalną, niczym nie popartą, arbitralną ocenę? Zdarzają się, być może, ludzie o orientacji homoseksualnej – z różnych powodów nieszczęśliwi – ale są niewątpliwie wśród nich także osoby czerpiące satysfakcję i szczęście ze swojej sytuacji i tożsamości płciowej.
Jednak w cytowanym artykule Nalaskowski po raz pierwszy z taką furią zaatakował także swoje środowisko uniwersyteckie. Odniósł się na przykład do oświadczenia Konferencji Rektorów Szkół Polskich w obronie praw osób LGBT – obraźliwie i za pomocą języka znamionującego mankamenty osobistej kultury – określając sformułowaną przez rektorów ocenę jako „pseudonaukowy bełkot” (tego epitetu używa w tekście dwukrotnie) i „czystą brednię”. Jeśli Nalaskowski uważa, że prominentni przedstawiciele elity środowisk naukowych, którzy tworzą gremium KRASP, formułują „pseudonaukowy bełkot” i „czyste brednie”, to co ów „uczony” jeszcze robi w tym gronie? Sam Nalaskowski z kolei formułuje przy okazji nonsensowną tezę, jakoby rektorzy traktowali „propagację fali LGBT jako polską rację stanu” (z czego wywiódł taki absurdalny wniosek?).
Jest sprawą członów KRASP, czy wyciągną jakieś praktyczne wnioski z obraźliwych sformułowań Nalaskowskiego pod ich adresem. Jednak ze społecznego punktu widzenia znacznie groźniejszy jest sposób, w jaki profesor już, nie publicysta, Aleksander Nalaskowski uprawia i prezentuje uprawianą przez siebie dyscyplinę naukową – pedagogikę. To szczególna dziedzina nauk społecznych, związana ściśle z nauczaniem i wychowaniem młodego pokolenia. Znacznie więcej, w aspekcie moralnym, wolno n.p. historykowi czy literaturoznawcy, nawet filozofowi, jako że przekaz ich nauk nie związany jest aż tak bezpośrednio z formowaniem postaw młodego pokolenia.

Opiekun niespolegliwy

Sama niejako definicja roli pedagoga zakłada, że poza wiedzą przedmiotową, powinien on odznaczać się szczególnymi cechami moralnymi i szczególną postawą w praktyce działalności codziennej. Jest wśród nich zasada zobowiązująca do postawy opiekuńczości wobec wychowanków, do postawy, którą Tadeusz Kotarbiński określał jako postawę „spolegliwego opiekuna”.
Historyk, literaturoznawca czy filozof odnosi się w swojej działalności do zdarzeń minionych, często zamierzchłych, do jakości artystycznych czy do abstraktów. To stwarza większą przestrzeń swobody ekspresji, Podmiotem myślenia i działania pedagoga (także w formie wyrażania poglądów) jest „żywa tkanka”, jaką jest młode pokolenie, konkretni młodzi ludzie wchodzący w dorosłe życie. Pedagog powinien ich nie tylko z definicji wspomagać, ale winien jest im przekazanie szacunku dla najcenniejszych ludzkich wartości i postaw, w tym szacunku, a co najmniej tolerancji dla człowieka, również dla „innego”. Czy Aleksander Nalaskowski choć raz wziął na przykład pod uwagę ewentualność, że wśród adresatów jego dyskryminacyjnych inwektyw mogą być jego aktualni, obecni lub przyszli studenci? Że jego poglądy mogą ranić wielu, zwłaszcza bardziej wrażliwych młodych ludzi? Czy określanie ich (nawet in gremio) jako „dewiantów”, to postawa godna nauczyciela akademickiego, który – powtórzę – powinien być, jako pedagog, niejako z definicji ich „spolegliwym opiekunem”?

Mowa obsesyjna

Aleksander Nalaskowski jako obywatel ma prawo do swoich poglądów, ale jako PEDAGOG nie ma prawa ich publicznie demonstrować, zwłaszcza jeśli znamionuje je obsesyjna mowa nienawiści i pogardy. Trudno – takie akurat ograniczenie z rolą PEDAGOGA się łączy. Jeśli Aleksander Nalaskowski przekwalifikuje się na inną dyscyplinę naukową, pole swobody jego ekspresji ulegnie poszerzeniu. Jako PEDAGOG nie może otwarcie głosić tego co głosi, tak jak n.p. lekarz psychiatra nie ma prawa głosić poglądów pogardliwych wobec swoich pacjentów.
Na łamach tygodnika „Sieci” Aleksander Nalaskowski jest publicystą, ale ta jego cotygodniowa rola nie unieważnia jego zasadniczej roli – profesora pedagogiki i nauczyciela akademickiego. Na łamach wspomnianego pisma publikują publicyści formułujący poglądy nie mniej od poglądów Aleksandra Nalaskowskiego skrajne i obsesyjne.
Nie mam jednak do nich pretensji, są oni bowiem jedynie publicystami wyrażającymi swoje opinie i linię polityczno-ideologiczną pisma. Ja również jestem publicystą, ale choć osobiście uważam religię za błąd antropologiczny, za formę nieprawdy, nawet intelektualnej dewiacji, to przecież nie określam ludzi wierzących jako „dewiantów”. Aleksander Nalaskowski ma inną niż publicyści rolę i inne zobowiązania.

Szlachectwo obligujące

Jako pedagog i nauczyciel akademicki ma potencjalny wpływ na formowanie postaw młodego pokolenia, ma w ręku – i to w trybie formalnym – instrumenty oddziaływania wychowawczego. To rodzaj „szlachectwa”, które zobowiązuje. Aleksander Nalaskowski z nie wywiązuje się właściwie – to najłagodniejsze z możliwych sformułowań – ze swoich powinności jako pedagog i wychowawca. On się im radykalnie i haniebnie sprzeniewierza. Czy w związku z tym Aleksander Nalaskowski może być pedagogiem i nauczycielem akademickim? I to na państwowym uniwersytecie?
Może przyjmie go do pracy któraś z uczelni wyznaniowych, związanych z Kościołem katolickim w Polsce, czołowym dziś, nie tylko w osobie Marka Jędraszewskiego, publicznym krzewicielem nienawiści. Z tym ostatnim wszedł „pedagog” Nalaskowski w nienawistny, toksyczny sojusz.

Pop-historia literatury polskiej

Sięgnąwszy po obszerny tom „Historii literatury polskiej” Anny Nasiłowskiej szukałem jednocześnie w pamięci lektur podobnych (co do chronologicznego zakresu – od „Bogurodzicy” do współczesności) całościowych syntez dziejów polskiej literatury.

Od razu przypomniały mi się kanoniczne przez dziesięciolecia syntezy Juliana Krzyżanowskiego i Juliusza Kleinera, a także znacznie późniejsza synteza autorstwa Czesława Miłosza. Przypomniała mi się też znacznie starsza, bodaj z przełomu XIX i XX wieku pochodząca synteza Piotra Chmielowskiego. Było ich zresztą w XIX wieku jeszcze kilka, ale należą dziś już tylko do obszaru archiwaliów.

Od prapoczątków do współczesności

Poza tym ukazało się co najmniej kilka syntez zbiorowych, „pod redakcją”, nie autorskich, obejmujących dzieje literatury polskiej od prapoczątków do współczesności, n.p. „Historia literatury polskiej w zarysie” pod redakcją Mariana Stępnia (1983), że nie wspomnę o słownikach literatury polskiej czy podręcznikach szkolnych przebiegających w kolejnych latach dydaktycznych czasy „od Reja do Szymborskiej”. Nie śledziłem edycji tego rodzaju na tyle uważnie, by na pewno uchronić się od przegapienia jakiejś pozycji, więc może coś prześlepiłem, ale nie wydaje mi się, żeby było ich dużo więcej.
Nieporównywalnie więcej ukazało się i ukazuje syntez cząstkowych, obejmujących poszczególne epoki czy okresy i kierunki polskiej literatury. I trudno się dziwić – praca nad całościową syntezą dziejów literatury polskiej, to praca bardzo pracochłonna (zwłaszcza dla pojedynczego autora) i niezbyt wdzięczna, bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą mieli zastrzeżenia do nieuchronnych przecież wyborów tematycznych i personalnych, wskazań, ale i pominięć, dokonanych przez autora.
Poza tym napisanie rzetelnej syntezy tak rozległego zakresu wymaga bardzo rozległego oczytania, „od Biernata z Lublina do Olgi Tokarczuk”, a większość literaturoznawców (o nich tylko tu wspominam, choć mechanizm dotyczy także innych dziedzin humanistyki i nauki w ogóle) wybiera wygodną pracę w relatywnie wąsko, niejednokrotnie bardzo wąsko zakreślonym przez siebie kręgu tematycznym czy personalnym ( fenomen wieloletnich specjalistów od twórczości jednego pisarza). Anna Nasiłowska warunek rozległego oczytania spełnia znakomicie, a dokonana przez nią synteza jest tym bardziej godna wysokiego uznania, że jest ona od lat uznaną specjalistką od literatury współczesnej, a nie od okresów dawnych, „od Średniowiecza do Międzywojnia”.
Nasiłowska rozpoczyna wstęp do swojej „Historii literatury polskiej” zdaniem, które niejednego może zdziwić: „Książka niniejsza stanowi jednotomowy zarys literatury polskiej, adresowany do czytelnika, który niewiele o niej wie”. Tradycja tego rodzaju akademickich syntez uczy bowiem, że zazwyczaj było przeciwnie – owe uczone i obszerne teksty adresowane były do odbiorców już uczonych, względnie do uczoności aspirujących, n.p. początkujących badaczy czy studentów literatury, właśnie wstępujących na kolejne szczeble wiedzy w zakresie przedmiotu. Zarówno deklaracja autorki jak i sposób wykonania czyni syntezę Nasiłowskiej nowatorską i bardzo pożyteczną.
Popularny (można by nawet z dozą figlarności dodać: „popowy”) charakter jej narracji stwarza bowiem szansę, że ta „Historia literatury polskiej” znacznie skuteczniej przybliży ją szerszemu kręgowi czytelniczemu, niż tradycyjne, akademickie, trudne w lekturze tradycyjne syntezy, obudowane obszernym aparatem krytycznym gęstą warstwą przypisów, i z tego powodu czytane w całości na ogół tylko przez wąski krąg specjalistów. Znakomity był sam pomysł Nasiłowskiej by wpisać dzieje narodowej literatury w szeroko rozumiany krąg percepcji o charakterze popularnym.

Mądry autorski kompromis

Znakomity, bo w epoce niepodzielnego panowania kultury popularnej, tylko inteligentne, bez rezygnacji z autentycznej uczoności, wpisanie się w świat tej kultury, podanie mądrych treści zgodnie z jej regułami, może trafić do szerszego kręgu wyborców. To kompromis, ale mądry autorski kompromis i brawa dla poważnej uczonej, że na taką formułę się zdecydowała. Konsekwencją owego wyboru był inny wybór – języka jakim została napisana ta synteza. Jest on klarowny, jasny, prosty nawet, całkowicie wolny od hermetycznego języka naukowego, w tym od tzw. „narzecza IBL-owskiego”. Autorka ani na chwilę nie traci z pola widzenia czytelnika, do którego zaadresowała swoją syntezę – właśnie wspominanego wyżej czytelnika, który o literaturze „niewiele wie”.
Wspomniana wcześniej specjalizacja Nasiłowskiej w zakresie literatury współczesnej stała się jej wielkim atutem przy pisaniu tego dzieła. Atut ten polega na naturalnym wręcz operowaniu językiem współczesnym, wolnym od nawyków i uwikłań werbalnych, frazeologicznych charakterystycznych dla historyków literatury okresów dawnych i najdawniejszych. Bo właśnie tylko poprzez komunikatywny język współczesny można jasno i atrakcyjnie opowiedzieć o najdawniejszej nawet tradycji literackiej. Tych „staroci”, tego „oldskulu” zwykły, współczesny czytelnik, daleki od uniwersyteckiej wiedzy humanistycznej jest w stanie popróbować jedynie ze współczesnego „półmiska”, podanego przy pomocy języka jeśli nie aż bardzo mu bliskiego, to przynajmniej nie będącego hermetycznym językiem uczonych „dziadów i pradziadów”.
Nasiłowska jest więc komunikatywna zarówno w stylu jak i w zawartości. Zagadnienia często trudne i skomplikowane, będące przedmiotem setek analiz zarówno stricte krytyczno-literackich jak filozoficznych, antropologicznych, lingwistycznych, psychologicznych etc. poddaje autorka – dla uzyskania efektu maksymalnej komunikatywności – radykalnym z konieczności zabiegom redukcyjnym. Można z lekkim nawet rozbawieniem przeczytać, jak uczona i subtelna egzegetka literatury streszcza „Iwonę księżniczkę Burgunda” Witolda Gombrowicza w sposób taki, jakby referowała treść jakiegoś popularnego romansu: „Akcja toczy się na pewnym dworze.

Ostre wybory

Młody książę cierpi z nudów, postanawia więc zrobić coś wbrew konwencjom. Pociąga go skrajnie nieatrakcyjna, bierna Iwona – jako jego przeciwieństwo. Jej pojawienie się na dworze początkowo burzy ład, potem dwór mobilizuje się i sprawia, że Iwona posłusznie krztusi się ością podczas uczty”. Tego rodzaju streszczeń jest w tomie znacznie więcej. To jednak nieuchronny kompromis uczoności z zasadą komunikatywności, jeśli chce się ją osiągnąć. Ograniczone są ramy objętościowe nawet najobszerniej zakrojonej syntezy, więc Nasiłowska musiała dokonać ostrych wyborów, przy czym są one tym radykalniejsze, im mniej odległego od nas okresu dotyczą.
W przestrzeni chronologicznej od Średniowiecza do Młodej Polski dokonane przez nią wybory najważniejszych zjawisk i nazwisk nie są problematyczne. W przestrzeni tak odległej tradycji literackiej hierarchie i wartości zostały się już uformować i zdążyły się „ucukrować”. Im bliżej do naszych czasów, tym problematyczność wyborów narasta. W moim odczuciu najwięcej redukcji tematycznych i personalnych dokonała autorka w obszarze literatury okresu PRL. Nie ma n.p. ani jednej wzmianki o tak wybitnych prozaikach tego okresu jak Tadeusz Breza, autor m.in. wybitnej powieści „Urząd”, przetłumaczonej na wiele języków czy Bohdan Czeszko, twórca wyrafinowanego literacko „Trenu”, uważanego za jeden z najciekawszych artystycznie obrazów kampanii wrześniowej. Na skromny choćby akapit zasłużył także Jerzy Putrament, wbrew części negatywnych opinii zupełnie niezły pisarz-realista, niesłusznie, przesadnie niedoceniony, autor m.in. powieści „Wrzesień”, wartko napisanego, satyrycznego studium o Polsce przedwrześniowej, „Bołdyna”, interesującego studium degeneracji nieograniczonej władzy czy wielotomowego cyklu wspomnień politycznych „Pół wieku” obejmującego PRL.

Anatema

Gdybym miał wpływ na wybory autorki uwzględniłbym też n.p. „Pole niczyje” Zbigniewa Safjana, jedną z najwybitniejszych powieści politycznych XX wieku. Podejrzewam jednak, że na pominięciu przez autorkę tych (i innych pisarzy) tworzących w tym okresie zaważyła ciążąca na nich anatema jako na „pisarzach-komunistach”. Jeśli nawet tak, to jednak wspomnienie o nich nakazywałaby reguła reprezentatywności, a byli to pisarze dla PRL reprezentatywni.
Wydaje się, że w tego rodzaju syntezie warto by zarezerwować akapit dla pisarzy dla młodzieży, takich jak Edmund Niziurski czy Adam Bahdaj, których bardzo popularna, osiągająca ogromne nakłady proza była ważnym fenomenem społecznym. Szkoda też, że n.p. tematyka poezji Jerzego Harasymowicza została ograniczona do wątku łemkowskiego, a pominięte zostały jego wspaniałe stylizacje sarmackie w postaci takich tomów poetyckich jak „Barokowe czasy, „Cudnów” czy „Banderia Prutentorum”. Wymowną i może nieco złośliwą puentę do dzieła Nasiłowskiej dopisało też najnowsze wydarzenie z historii literatury polskiej – Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk, której autorka syntezy poświęciła zaledwie kilka zdań i to odnoszących się do jednego zaledwie tytułu powieściowego.
Ale dość tego „koncertu życzeń post factum”, który można by długo ciągnąć, tylko po co? Zgłaszam te uwagi bez złośliwej intencji, jedynie jako swobodne sugestie, bo mam świadomość, że ograniczona z oczywistych względów objętość syntezy zmuszała autorkę do radykalnych redukcji tematycznych i personalnych. „Historia literatury polskiej” Anny Nasiłowskiej z całą pewnością zasługuje na wznowienie w przyszłości, więc sugerowałbym edytorowi dokonanie kilku drobnych korekt redakcyjnych, n.p. usunięcie niekonsekwencji przy podawaniu dat życia pisarzy i poetów (większość nazwisk jest nimi opatrzona, ale pewna część, pewnie przez przeoczenie, jest ich pozbawiona, n.p. Władysław Broniewski).

Przełom, czy kontynuacja?

Koniecznie trzeba też skorygować błąd w zapisie nazwiska bohatera powieści Władysława Terleckiego „Dwie głowy ptaka”, który nazywał się Aleksander Waszkowski, a nie Wyszkowski (str. 613). Zamiast zakończenia autorka stawia kilka bardzo istotnych pytań, między innymi o to, czy literatura polska po 1989 roku przeżyła przełom czy też dominuje w niej kontynuacja, czy literatura polska przestała być inteligencka, czy kultura polska jest romantyczna i czy kultura polska jest jeszcze „literaturocentryczna”?
To starannie przemyślane i naprawdę ważne pytania. Edytor opatrzył omawianą pracę następującą notką: „Historia literatury polskiej” Anny Nasiłowskiej to jednotomowa synteza polskiej literatury od jej początków po czasy najnowsze, pokazujące rozwój sztuki słowa na tle przemian kultury. Książka przynosi nowe spojrzenie na najważniejsze zjawiska w polskiej literaturze. Eksponuje wątki europejskie, ale także podkreśla unikalne doświadczenie polskie na tle regionu, rozwój języka, związek z doświadczeniem historycznym. To kompendium adresowane do wszystkich, którzy pragną zapoznać się z różnymi faktami, odświeżyć ujęcie, dla pasjonatów, ale także dla tych, którzy czują że wierzą za mało”.
Jako jeden z adresatów dzieła profesor Anny Nasiłowskiej, dzieła – mimo pewnych mankamentów – bardzo cennego i atrakcyjnego w lekturze, poczuwam się do przynależności do kręgu zarówno tych, którzy chcą „odświeżyć ujęcie”, do kręgu „pasjonatów” jak i do tych, którzy „wiedzą za mało”. A za mało wiemy wszyscy.

Anna Nasiłowska – „Historia literatury polskiej”, wyd. IBL, Warszawa 2019, str. 680, ISBN 978-83-66076-14-3

Wszech-świat Umberto Eco

Tom tekstów eseistycznych „Na ramionach olbrzymów” obejmuje krąg zagadnień, które interesowały Umberto Eco przede wszystkim w płaszczyźnie indywidualnej, prywatnej.

Eco, autor m.in. sławnych bestsellerów „Imię róży” czy „Wahadło Foucault”, był czasem podszczypywany, moim zdaniem niesprawiedliwie, o skłonności do intelektualnego celebrytyzmu, o gwiazdorstwo, efekciarstwo, aczkolwiek było w nim jako intelektualiście coś z człowieka spektaklu, tak jak spektakl definiował Guy Debord w swoim dziś już klasycznym dziele „Społeczeństwo spektaklu”.
Jednak w tomie „Na ramionach olbrzymów” znalazły się teksty, które Eco pisał w zaciszy swojego pokoju, nie na potrzeby występów i wykładów publicznych, w odpowiedzi na zainteresowania publiczności.
Skoncentrował się w nich na jego samego najbardziej interesujących zagadnieniach, takich jak kwestie piękna i brzydoty, absolutu i względności, prawdy i fałszu, ale także na szczegółowych tematach jak sens zjawiska płomienia i jego roli w kulturze i egzystencji ludzkiej, rolą paradoksów i aforyzmów, o znaczeniu niedoskonałości w sztuce, o kanonicznych bohaterów wielkiej klasyki literackiej, ale także na zawsze fascynujących Eco tematach związanych ze spiskami, tajemnicami, ezoteryzmem.
Omawia je Eco z właściwą sobie przenikliwością i oryginalnością spojrzenia, umiejętnością spojrzenia na nawet dobrze znane zagadnienia, ale pod innym kątem patrzenia i w innym naświetleniu. Te pięknym, klarownym, ale też finezyjnym, oryginalnym, momentami ironicznym stylem napisane eseje aż ociekają erudycją, która pozostaje najbardziej charakterystycznym emblematem Eco.
Łączą one w jedną tkankę tematy, zagadnienia, nurty z różnych dziedzin naukowych i artystycznych, z kręgu filozofii, antropologii, historii sztuki i literatury, estetyki, socjologii, psychologii, teorii i praktyki współczesnych mediów.
Wzbogacone o pięknie zaprezentowaną ikonografię dostarczają przy lekturze naprawdę wspaniałych impulsów intelektualnych i wrażeń estetycznych. Gorąco rekomenduję kolejne spotkanie z twórczością Umberto Eco.

Umberto Eco – „Na ramionach olbrzymów”, przekł. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc, str.443, ISBN 978-83-7392-652-3

Piknik na skraju Apokalipsy

Profesor Zbigniew Mikołejko (rocznik 1951), to uczony, który z nieczęstym nawet w świecie filozofii upodobaniem wędruje po najmroczniejszych strefach egzystencji.

By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć choćby tylko po jego książki „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”, czy po potężne, dwutomowe studium „We władzy wisielca”. Wielu ludzi, także uczonych filozofów, unika stref mroku, woli pławić się w kandydowskim optymizmie, bo w końcu – „za jakie grzechy…”? „A żyje się tylko raz”. Zbigniew Mikołejko wędruje więc w mroczne strefy niejako za nas, ale nie wynajętym jest kondotierem, on się do tej ciężkiej roboty najął bezinteresownie, dla samej satysfakcji intelektualnej.
I ja osobiście wcale mu się nie dziwię, bo mrok i zło są nie tylko fascynujące jako obiekty obserwacji i namysłu, ale trafniej definiują naszą naturę niż sztuczna wesołość, która jest wokół serwowana. Dlatego lubię, jako czytelnik, wędrować z Mikołejką „ciemną doliną”, poprzez „egipskie ciemności”, idąc z tyłu za jego ascetyczną sylwetką, godną sylwetek świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa, trzymając się go za połę marynarki. Zbiór „esejów przygodnych”, „Prowincje ciemności”, jest okazją do kolejnej takiej mrożącej krew w żyłach i stawiającej włosy na głowie wyprawy.
Autor rozpoczyna z „grubej rury”, od razu „obuchem w łeb”, pozbawiając złudzeń tych, którzy mają złudzenia co do czasu i fenomenu jakim jest dzieciństwo. Ten okres życia, nawykowo traktowany w obyczajowości, kulturze i przede wszystkim – popkulturze, choćby w reklamach, jako czas arkadyjski, szczęśliwy i niewinny demaskuje Mikołejko jako „wynalazek” naznaczony „dramatem”, przy czym czyni to w sposób wyjątkowo perfidny, używając jako punktu wyjścia opowieści o tym, że dzieciństwo to mrok i dramat, opowieści uważanej powszechnie (i opacznie) za pogodną i ujutną, czyli dziecięcej zabawy z „królem Lulem” w zawołaniu.
Po tej lodowatej kąpieli czytelnik jest już cokolwiek zahartowany by przyjąć na klatę filozoficzne opowieści Mikołejki o innych mrokach. W „Pieskie, arcypieskie” mówi o dramacie naszej ludzkiej bo pieskiej, albo pieskiej, bo ludzkiej natury (figura „psiogłowca”), nie traktując tej „pieskości” bynajmniej tylko metaforycznie, lecz odwołując się do figury psa w literaturze i kulturze, od psów ze średniowiecznych legend po poczciwą Lessie z arcypopularnej szkolnej lektury powieści Erica Knighta. Esej „Chrzest i śmierć” samym tytułem sygnalizuje zagadnienie, którego dotyczy – jest podważeniem chrześcijańskiej nauki o życiodajnym jedynie sensie „chrztu świętego”. W kapitalnym eseju „Wstyd, grzech i gniew” Mikołejko zajął się historycznymi (a tym samym także kulturowymi) fluktuacjami miar i kryteriów wstydu, bezwstydu, obsceniczności, stosunku do ciała na przestrzeni wieków oraz ich obrazu w literaturze i sztuce. O splocie „Śmierci, zmysłów i szaleństwa” traktuje inny esej, w którym punktem osiowym rozważań uczonego jest Szekspir, jego „Hamlet, a jeszcze ściślej dialog cmentarny dwóch grabarzy z aktu V. Szekspir, ten wielki artysta i filozof, a konkretnie jego „Romeo i Julia” służy Mikołejce za asumpt także do tematyki kolejnego eseju, „Zabić kochanków z Werony. Prawda i kłamstwo obrzędu”…. Opowiadając o figurze wampira („Wampir to ja. A ja to ktoś inny…”) opowiada Mikołejko właściwie o całościowo ujętej naturze ludzkiej.
W „Martwej naturze ze ściętą głową” pochyla się nad prozą historyczną Jarosława Marka Rymkiewicza, by w rymkiewiczowskiej krwawej historiozofii znaleźć tworzywo i lustro dla swoich przemyśleń. Malarstwo Fuselego (1724-1825), bohatera „małego fragmentarium onirycznego”, malarza tak dalekiego od rankingów wyznaczanych przez przewodniki po wielkich galeriach, że niemal niszowego, to udana próba znalezienia w sztuce ekwiwalencji dla swych intuicji i myśli. W eseju „W „brzuchu wielkiego miasta” odnosi się do swojej nielubianej szkolnej lektury, „Lalki” Prusa i po latach waloryzuje ją, opisując jako – jak mówi podtytuł eseju – „widowisko pasyjne”.
Esej „Zatańczyć śmierć” odebrałem, jako kiepski tancerz, bardzo osobiście. I niby „od zawsze” znam oczywisty motyw „tańca śmierci” („danse macabre”, „Totntanz”), ale dopiero po lekturze eseju Mikołejki uświadomiłem sobie do końca sens tańca jako rytualnego wyrazu lęku i ucieczki przed śmiercią i nicością, rytualnego wyrazu próby ich „zatańczenia”, „zatupania”. „W najciemniejszej dolinie”, „Pieśń mityczna naszego czasu” , „Mesjasz w piekle Luizjany”, „Pustka w kulturze Zachodu”, „Zimne ślepia biowładzy”, „Melancholia, apokalipsa i „nagie życie”, „Piknik na skraju Apokalipsy” – te eseje są kolejnymi egzemplifikacjami widzenia egzystencji przez Mikołejkę. Przewędrowawszy przez historię ludzkiej egzystencji od czasów wczesnych, w ostatnim eseju sięga on po kulturę współczesną, w tym po film Larsa von Triera „Melancholia” i powiada w konkluzji, że nasza egzystencja jest tytułowym „Piknikiem na skraju Apokalipsy”.
O „rzeczach ostatecznych, najbardziej mrocznych i do głębi drapieżnych” opowiada Mikołejko językiem pięknym, bliskim pewnej hieratyczności, cokolwiek „biblijnym”. Jego eseje nie są więc łatwe w lekturze, bo to w pewnym sensie eseistyczne poematy czy poetyckie eseje. Dla mnie ta fascynująca lektura jest niełatwa także dlatego, że czytam ją jako palimpsest, którego nie wszystkie kolejne warstwy są łatwe i oczywiste w odczytaniu.
Jednak wysiłek myślowy przy lekturze „Esejów przygodnych”, choć niebagatelny i wymagający cierpliwości, opłaca się sowicie. Każda deszyfracja, odkodowanie kolejnego motywu zawartego w tych esejach jest jakby momentem rozbłysku światła pośród gęstego mroku. Ta moja pierwsza lektura „Esejów przygodnych” Zbigniewa Mikołejko, była tylko pierwszą ich odsłoną. Będą następne.

Zbigniew Mikołejko – „Prowincje ciemności. Eseje przygodne”, wyd. Sic!, Warszawa 2018, str. 278, ISBN 978-83-65459-20-6

Słowami też można malować

„Chciałbym, żebyś mnie napisała” Hanki V. Mody. – podobno ile jest serc, tyle rodzajów miłości
więc trudno otulić ją słowami, które bywają ulotne, ale mimo to warto próbować.

Z takiego założenia wyszła temperamentna, młoda kobieta ukrywająca się pod pseudonimem Hanka V. Mody, debiutująca opowiadaniem „Niewinność” na kartach zbioru zatytułowanego „Lato moralnego niepokoju”. Cząstki swego talentu pozostawiła także w antologiach „Nikomu się nie śniło” oraz „Autostop(y)” pod postaciami opowiadań „Sztuka chodzenia po linie” i „Między stopami”. Publikowała również na łamach „Nowej Gazety Literackiej” zarazem sprawując pieczę nad działem prozy.
Za przyczyną opowiadań „Jan” i „Lustro” może poszczycić się kolejno zajęciem I miejsca w konkursie na opowiadanie erotyczne organizowanym przez Magazyn kulturalno – literacki – Szuflada.net oraz wyróżnieniem w konkursie „Mocne uderzenie”. Wszystko to sprawiło, że wydanie samodzielnej publikacji było tylko kwestią czasu.
Nakładem internetowego Wydawnictwa e-bookowo.pl ukazał się zbiór opowiadań nie tylko erotycznych pod tytułem „Chciałbym, żebyś mnie napisała”.
Już na pierwszy rzut oka uwagę przykuwa okładka wykonana przez Mariusza Słoniewicza przedstawiająca nagą skórę pokrytą słowami, którymi Hanka V. Mody tnie jak ostrym nożem, o czym w treści blurba zaświadczył Jarosław Prusiński. Czy autor uwielbianej przeze mnie powieści pod tytułem „Isztar” traktującej o miłości w czasach sumeryjskich mówił prawdę? Oczywiście, że tak!
Zbiór otwiera opowiadanie tytułowe będące zaproszeniem do zmysłowego świata pisarki, która jak przystało na prawdziwą pasjonatkę gotowania podgrzewa w wielkim, czerwonym garze uczucia swoich bohaterów, by w ostatecznym rozrachunku doprowadzić je do wrzenia i podać odbiorcy na tacy powstałej z życiowych doświadczeń i wyobraźni, dzięki którym będzie mógł współodczuwać i przeżywać to, co stało się ich udziałem.
Ona – blondynka, dwudziestodziewięcioletnia mężatka i On – Jan, pięćdziesięcioletni żonaty mężczyzna. Oni – żądni wrażeń ludzie, odnaleźli siebie na portalu randkowym i stworzyli „niezwiązek”, którego solidną podstawą była komunia dusz i ciał przeciwstawiona egzystencjalnemu bólowi: „Ręce, serce, duszę. Się duszę!”. Czy możliwym jest, by kiedykolwiek, w jakikolwiek sposób znalazł on ujście pozwalając wygrać walkę ze sobą i o siebie zarazem? Czy – paradoksalnie – kluczem do tegoż zwycięstwa może stać się ból fizyczny?
Nie da się ukryć, że Hanka V. Mody z jednej strony zmusza do samodzielnych poszukiwań odpowiedzi na postawione pytania, ale z drugiej otwiera wiele furtek stanowiących różnorodne alternatywy wyborów, których – chcemy, czy nie – musimy dokonać pisząc scenariusz własnego życia i zanurzając się w świat będący tylko naszą przestrzenią.
Tak postąpili bohaterowie opowiadania „Niewinność”. Ich drogi po raz pierwszy zetknęły się w klubie, by przeciąć się powtórnie na peronie, w punkcie startowym męsko – damskiej wyprawy. Autorka między wersami uświadamia, iż trzeba łapać wspólne chwile nie żałując tego, co dobre.
Miała tego świadomość para kochanków, dla której odległość traciła na znaczeniu, gdy mogła rozkoszować się swoją bliskością, nieświadoma, że tytułowe nienasycenie przyćmiewa podszepty rozumu wieszczącego rychły koniec intymnej relacji ustępującej miejsca samotnej wędrówce mężczyzny po mieście.
Toteż pisarka niebezpodstawnie stawia pytanie: „Jak usłyszeć siebie w zagłuszającym biciu serca?”. To niełatwe, zwłaszcza kiedy prym wiedzie wszechogarniająca tęsknota za miłością.
Jej kolejną odsłonę nietrudno dostrzec w opowiadaniu zatytułowanym „Umówili się na miłość”. Hanka V. Mody próbuje tym razem dociec, gdzie jest miłość? Czy idąc za przykładem Anki robimy wszystko, by ją odnaleźć z myślą, że „mamy całe życie na pieprzenie” i spełnianie własnych pragnień? Często spychamy je na margines życia ulegając stereotypom i bierności, a przecież wcale nie musi tak być…
Wszak o tym, że można inaczej żyć traktuje opowiadanie pod tytułem „Dziewczynka”, gdzie między wersami pobrzmiewają jęki kobiety i świst paska lądującego na wypiętych pośladkach, którym wspomaga się jej partnerka chcąc ofiarować rozkosz używając nie tylko ust i palców.
Przeciwwagą dla tego obrazu jest relacja damsko – męska opisana słowami opowiadania zatytułowanego „Trzy miesiące”, bowiem oczom czytelnika jawi się mężczyzna – dominator i wytrawny czytelnik jednocześnie, który posiada rozległą wiedzę o sztuce miłości oraz potrafi tę wiedzę praktycznie wykorzystać upajając się jej owocami będącymi gwarantem obopólnego spełnienia.
Historie pozwalają wysnuć wniosek, że Hanka V. Mody bezpruderyjnie i odważnie łamie seksualne tabu, zarazem prezentując dwubiegunową anatomię uległości niegrzesznej lecz pięknej na przekór obiegowym opiniom.
Owo przeświadczenie może być dla wielu przejawem życiowej mądrości, za którą czasem przychodzi zapłacić cierpieniem, o czym dotkliwie przekonuje się Magda – bohaterka opowiadania „Kolejny dzień”, która zdradziła chłopaka z jego kolegą, co stanowiło dla autorki bodziec do refleksji nad tym, czy każdy czas i miejsce są dobre, by ludzie mogli zetknąć się ze sobą?
To kwestia indywidualna i otwarta, jednak tego, że tak właśnie jest pewni są mieszkający na Mazurach Duży Łysy, Mała i Ona – bohaterowie opowiadania „Między stopami”, którzy znalazłszy własny kawałek świata przesiąknięty zapachami ziół, smażonej cebuli i pomidorowej zupy, pragną się nim dzielić szykując przestrzeń dla mającej się narodzić istotki, i dla miłości w trójkącie mającej rację bytu za sprawą poczucia szeroko rozumianej wolności, gdzie „ważne jest to, co tu i teraz”.
Zapomniał o tym Igor – bohater opowiadania „Dotknąć gwiazd, czyli męska opowieść wigilijna” – egocentryk przytłoczony brzemieniem odpowiedzialności za nowe życie, które powołał, a które w jednej chwili być może przyjdzie mu stracić.
Pisarka wykorzystując elementy terapii wstrząsowej łączy ze sobą piękno i dramat, pragnąc nakłonić do znalezienia chwili na refleksję nad tym, co w życiu najważniejsze. Hanka V. Mody zwraca uwagę, że nieistotne jest, kto kogo bardziej potrzebuje, wszak wszyscy pragniemy wyrwać się ze smutku choćby po omacku, chcąc znaleźć kogoś gotowego odpowiedzieć na nasz apel zawarty w słowach: „Przytul mnie”.
Jednak często błądzimy jak dzieci we mgle, dlatego czasem nie dostrzegamy tego, kto stoi tuż obok nas. Przekonał się o tym na własnej skórze bohater opowiadania „To nie ją chciałem pierdolić”.
Do analogicznej sytuacji dochodzi, gdy ludzie postanawiają – jak bohaterki opowiadania pod tytułem „Ona” – usilnie tkwić w relacji ujawniającej niezgodność charakterów i niedopasowanie.
Autorka z niemałą wnikliwością pochyla się nad rozterkami kobiet nieudolnie starających się żyć w harmonii ze światem spragnionym uczuć, w usta jednej z nich wkładając słowa: „Nie dałyśmy rozbić się temu uczuciu i nie dałyśmy mu szansy. Dałyśmy sobie znacznie więcej”. Pod pojęciem „więcej” Hanka V. Mody skrywa kolejny powód do refleksji, ponieważ każdy z nas inaczej je rozumie, uzależniając postrzeganie od indywidualnego podejścia do rzeczywistości, w której żyje.
Świadczy o tym niezbicie relacja dwojga ludzi wyłaniająca się z opowiadania pod tytułem „Miłość”, gdzie mąż sprowadza żonę do parteru, łaskawie pozwalając, by była dla niego naczyniem na spermę, bowiem liczy się tylko on i jego zaspokojenie, a nie jej pragnienia, odczucia i potrzeby.
Hanka V. Mody prezentuje w pełnej krasie smutną prawdę, że wyznanie: Kocham Cię to nie wszystko, wszak – paradoksalnie – wszystko zawiera się w tym, czego „Nie wypada”, a o czym autorka przemawiając bezsprzecznie głosem wielu kobiet, ma odwagę powiedzieć głośno, że pragną one bliskości i dotyku, a jeśli im tego brakuje, czują bezmierną pustkę skutkującą „gniciem serca”, ale nierzadko niczego nieświadomi mężowie żyją przeświadczeni o tym, że „Nie wypada przecież okazywać słabości”. Czy aby na pewno? Przecież jesteśmy tylko ludźmi…
To kolejna kwestia, którą pisarka pozostawia do indywidualnego rozpatrzenia, by już po chwili skierować uwagę na kuchnię, bowiem miniatura zatytułowana „Wrzenie” otwiera w wyobraźni czytelnika ten wielki, czerwony gar, w którym gotują się uczucia. Jeśli będą podgrzewane, okażą się wciąż trwałe, w przeciwnym razie przyjdzie przekonać się jak „serce pięknie potrafi krwawić”.
Doświadczyła tego bohaterka miniatury pod tytułem „Zniknąć” zmagająca się z bezsensem istnienia.
Hanka V. Mody dopełniła tę historię kreśląc opowiadanie „Nie znikaj”, w którego centrum postawiła jej męża przegranego w starciu z depresją i próbą samobójczą żony. Czy na pewno wprowadzanie się w transowy stan niemyślenia skutkujący niewiedzą jest lekiem na całe zło?
„Przyciąganie ziemskie to największy świata błąd, za ciężko, by się zerwać stąd”, śpiewała Patrycja Markowska. Słowa te doskonale odzwierciedlają zachowanie Anny, bohaterki opowiadania „NAStroje” czyniąc z niej ofiarę stawianą przez autorkę na równi z niedoszłą samobójczynią, pragnącą zasnąć w nadziei, że się już nie obudzi.
W zamykającym zbiór opowiadaniu pod tytułem „Lustro” będącym retrospekcją kruchego jak szkło życia Gabriela, które rozpada się na milion małych kawałków z chwilą śmierci ukochanej Moniki pomimo gry pozorów i usilnych prób powrotu do normalności.
Autorka zwraca uwagę, że przeszłość lubi deptać nam po piętach, a my mamy tendencję od niej uciekać zamiast starać się spojrzeć prawdzie w oczy niczym w lustro, i godzić się z tym, czego nie możemy zmienić, a zarazem każdego dnia na nowo, niestrudzenie podejmować próby walki o siebie.
Choć zbiór „Chciałbym, żebyś mnie napisała” składa się z odrębnych opowiadań to jednak tworzy zwartą i jednolitą historię ludzi kochających i szukających miłości, która sprosta oczekiwaniom, która w starciu z codziennością odniesie zwycięstwo pozostawiając ślady na skórze, a może nawet jeszcze głębiej – w nas samych. Szukajmy więc sensu w słowach ulotnych i starajmy się wcielać je w czyn zostawiając na skórze partnera ślady seksualnych igraszek. Miejmy odwagę kochać – tak po prostu.

Zazdrość

Skręcam się wewnętrznie ze wstydu. Nigdy dotychczas nikomu nic nie zazdrościłem – nawet zainteresowania
przedstawicielek płci odmiennej, które budziły we mnie samcze instynkty.

A ostatnio stwierdziłem z przerażeniem, że ogarnia mnie to brzydkie uczucie i nie jestem w stanie go zahamować. To straszne i – niestety – niebezpieczne. Bo zamiast zazdrościć memu sąsiadowi nowego samochodu lub nowej dziewczyny, bezsensowna i antypatriotyczna zawiść ogarnia mnie na myśl o kilku najwyżej postawionych osobach.

Jak dobrze być premierem

Chyba najbardziej zazdroszczę naszemu Premierowi. Nie chodzi mi o prestiżowe stanowisko, narkotyzujące poczucie władzy, liczną ochronę, limuzyny i samoloty. Nie zazdroszczę nawet pieniędzy, chociaż pewnie by się przydały. Zazdroszczę tego, że wie dokładnie, jak to było w Polsce także przed wzniosłym momentem jego narodzenia i w czasach jego dzieciństwa, wie, kto wtedy poszedł złą drogą, a kto dobrą, kto był i jest patriotą, a kto bruździ – oczywiście wyłącznie dla osiągania własnych korzyści.
Zazdroszczę mu też zadowolenia z wszelkich decyzji, jakie podejmował w swoim bogatym życiu. Wyraźnie jest z nich dumny. Imał się (uwielbiam staropolszczyznę!) różnych zawodów, wszystkie mu się podobały, w każdym się sprawdzał.
Przeprowadziłem autoanalizę i stwierdziłem, że moja zazdrość ma swe źródło głównie w tym, że ja nie jestem zadowolony ze swego życiorysu. Nie podoba mi się. Wprawdzie żyłem już w czasach, które Pan Premier zna tylko z wyselekcjonowanych podręczników, ale nie potrafię się dopasować do lansowanych przez nie wzorców patriotyzmu. Samokrytycznie stwierdzam, że podejmowałem niemądre i zachowawcze decyzje, które dzisiaj nie przynoszą mi ani moralnych, ani materialnych profitów.
Doszedłem do wniosku, że fundamenty mego fatalnego życiorysu powstały jeszcze w zamierzchłych, końcowych latach przedwojennych. Byłem wtedy „zuchem, takim młodszym harcerzykiem. Wśród kolegów z okolicznych podwórek budziłem uśmiech politowania. Oni palili papierosy, dorywali się do alkoholu, grali w karty i w cymbergaja, już podszczypywali dziewczyny. Harcerze uchodzili za maminsynków, śpiewających idiotyczne piosenki, epatujących się zdobywaniem niepotrzebnych w życiu „sprawności”.
To harcerskie wychowanie wypaczyło mi życie. W czasie niemieckiej okupacji dałem się natychmiast wciągnąć w jakąś – także harcerską – konspirację, potem robić „cos tam” w Powstaniu i wylądować, jako jeniec wojenny w Westfalii.
Bezpośrednio po wojnie los się do mnie uśmiechnął. Z Westfalii mogłem pojechać do Anglii, skończyć tam szkoły średnie i wyższe, po latach wrócić do kraju i zostać idolem prawicy. Ale znowu zrobiłem inaczej – wróciłem po kilku miesiącach, narażając się na wielokrotne wezwania przez wiadome służby, na naukę w fatalnych warunkach i na utrzymanie z nędznej płacy. Potem szło mi nieco lepiej, po 1956 roku nie czułem „zniewalającego uścisku komunizmu”. Ale nie zostałem politykiem ani prezesem banku i nie udało mi się zaliczyć do elity finansowej.
Wiem oczywiście, że to wszystko jest winą mego braku inteligencji i zaradności. Co innego Pan Premier. On studiował na kilku prestiżowych uczelniach. Zaszczycał swoją obecnością uniwersytety nie tylko we Wrocławiu, ale także w Niemczech i Szwajcarii a nawet w USA. W ogóle bywał często zagranicą – zaraz po tym, kiedy przestano nas „bezwstydnie uciskać”. Już w dzieciństwie wiedział lub przeczuwał, że trzeba uczyć się angielskiego, a nie rosyjskiego. Nic więc dziwnego, że jest tym, kim jest. I nic dziwnego, że przenikliwie potrafi dzisiaj odróżnić „dobrych” od „złych”.
Pan Premier ma ponadto talent, budzący moją szczególną zawiść. Ma nadzwyczajną zdolność przekonywującego opisywania planów jego rządu i ugrupowania w taki sposób, jakby ich realizacja była całkiem pewna i zależała tylko od ich dobrej woli. Mówiąc – przykładowo – o budowie promów pasażerskich stwarzał wrażenie, że na symbolicznej stępce natychmiast wyrosną potężne statki. Ale ich nie ma. Nieśmiało doradzam większą ostrożność. Chyba lepiej było by powiedzieć: „Zamierzamy budować promy pasażerskie. To trudne zadanie, ale może się udać, bo mamy doskonałych inżynierów i sprawne załogi stoczni”. Czyli dać nadzieję i pogłaskać.

Wymarzony prezydent

Wstrętne uczucie zazdrości ogarnia mnie także, gdy zdalnie obserwuję naszego Prezydenta. Jeszcze młody, przystojny, niemal zawsze stosownie ubrany. Ale nie to powoduje moją zawiść, w tym zakresie nazywaną „zazdrością pokoleń”. Zazdroszczę łatwości nawiązywania kontaktów. Uśmiechów zadowolenia i skrywających niezadowolenie, znajdywania i opowiadania zawsze odpowiednich do okoliczności anegdot, fascynowania się każdym rodzajem sportu, umiejętności bezproblemowego udziału w tańcach i śpiewach na dowolną melodię.
Te wszystkie zalety Pana Prezydenta nie są jednak jądrem mojej zazdrości. Jądrem jest możliwość niezależnego od nikogo działania i podejmowania decyzji. Pan _Premier – to co innego. Jest desygnowany przez rządzącą partię, może mieć własne zdanie, – ale nie może podejmować decyzji innych, niż takie, jakie się jego partii podobają lub jakie mu wręcz zaleca. A Prezydent może, – jeśli chce. Pewnie, że musi trochę lawirować między prądami unoszącymi go na powierzchni politycznego życia kraju, Europy i Świata, ale w wielu sytuacjach może zachować się w taki sposób, jaki uważa za słuszny. I to nawet wtedy, gdy jakaś część wybierającego go Suwerena może tego nie pochwalać. Albo nie może tego zrozumieć.
Czasem mam wrażenie, że skleroza powoduje, iż należę już do tej ostatniej grupy. Wyraźnie nie nadążam. Jeśli – przykładowo – ktoś z nas, maluczkich wyrobników, pobiegnie szybciej niż inni, albo dalej rzuci kulą czy młotem, Pan Prezydent natychmiast zaprasza go na godziwy poczęstunek, gratuluje, często dekoruje, w świetle reflektorów i kamer wyraża swój zachwyt. Ale jak ktoś dostaje nagrodę Nobla, to Pan Prezydent długo myśli, czy warto zafundować mu obiad albo kolację. Bo rzutu kulą nikt nie krytykuje, a nagroda Nobla w jakiejś dziedzinie może budzić kontrowersje. I Pan Prezydent woli wtedy zachować wstrzemięźliwość. Nawet jeśli to nadrobi, to opóźnienie takiej decyzji pozostanie w mojej – i nie tylko mojej – pamięci.
W ramach tej niezależności Pan Prezydent prosi niekiedy Trybunał Konstytucyjny o pomoc, w podejmowaniu decyzji kłopotliwych dla obozu rządzącego. To skutecznie opóźnia sprawę i Suweren może czasem o nich zapominać. Ale trzeba też pamiętać, że Suweren jest nieprzyzwoicie ciekawski. I jestem pewien, że nie zapomni np. o braku oświadczeń majątkowych członków rządu i ich rodzin. Nie zapomni też o wstrzemięźliwości Pana Prezydenta w wyjaśnianiu sprawy publikacji list poparcia dla kandydatów na członków KRS. To problem Sejmu, – ale Pan Prezydent mógł i chyba powinien, wyrazić swoje zaniepokojenie sposobami jej komplikowania. Okres kampanii prezydenckiej będzie obfitował w przypomnienia o tych – i nie tylko o tych – sprawach.

Inne „podmioty” mojej zazdrości

Bądźmy szczerzy. Nie mogę twierdzić, że tyko Prezydent i Premier budzą moją zawiść. Zazdroszczę także tym, którzy podłapali stanowiska, z których przez kilka lat nikt nie może ich odwołać. Mają nawet lepiej – nie są ciągle obserwowani, pracują ukryci w swoich obszernych fortecach, nikomu nie wolno podważać ich decyzji merytorycznych i personalnych.
Nie ukrywam, że zazdroszczę także władcy telewizji państwowej, zwanej publiczną, i jego niektórym współpracownikom. Jakaż to musi być frajda, jeśli się świadomie fryzuje niemal każdą informację w taki sposób, aby wzmacniała pozycję i budowała prestiż „władzy”. Jak to – zapewne – jest przyjemnie „wieszać psy” na obywatelach drugiej kategorii, w sposób bliski wzorcom wypracowanym przez hejterów, działających pod parasolem ochronnym jednego z ministerstw.
Ostatnio zaczynam zazdrościć policjantom. Zarobki pewnie gorsze, ale poczucie bezkarności i możliwość władczego traktowania obywateli musi sprawiać wiele satysfakcji. Każdego można przecież postawić na baczność, poprosić o dokumencik. Nawet sędziego na sali sądowej w czasie trwania rozprawy. Jakieś immunitety, to burżuazyjne pomysły, podchwycone teraz przez liberałów. Nie musimy się nimi tak bardzo przejmować. W końcu ciągle śpiewamy, że „Bonaparte dał nam przykład jak zwyciężać mamy”. A on prawa wprawdzie tworzył, ale z ich przestrzeganiem też miał problemy. No i nie zwyciężył pod Waterloo. Mam takich znajomych, którzy niemal codziennie studiują mapę Polski, szukając miejscowości, która może u nas spełnić tą rolę.

 

Fermentacje i pochód emancypacji

„Cały urok opowieści polega na przedstawieniu równoległego świata, w którym nic nie jest prawdziwe od naszych prawdziwych wyobrażeń” – napisał Henry James i pod piórem pisarza tak – wydawało by się – naocznie realistycznego słowa te mogą wydać się cokolwiek dziwne.

W innym miejscu pisał James o „rzeczy tak subtelnej, jeśli nie potwornej, jak spisanie historii rozwoju własnej wyobraźni”. A przecież słów tych nie napisał autor powieści fantastycznych, wizyjnych, lecz autor posługujący się fakturą realistyczną, mimetyczną, robiącą nawet wrażenie fotograficznej. Na czym więc polega sens owych deklaracji Jamesa w konfrontacji z jego prozą? Bożena Kopeć-Umiastowska, autorka przekładu, wyboru i posłowia do tomu pięciu opowiadań Jamesa („Historie drobnoziarniste”) określa go jako „prekursora modernizmu, obiektu fascynacji T.S. Eliota i Virginii Woolf,, który „w ciągu niespełna jednego pokolenia stał się komentatorem tak różnych problemów społecznych jak prawa kobiet, wieloetniczność, kwestia żydowska czy kapitalizm i władza pieniądza”. Te problemy podejmował jednak nie pisarz-publicysta, lecz subtelny, wirtuozerski stylista, dysponujący językiem o gęstej, kunsztownej fakturze. Teksty tworzące „Historie drobnoziarniste”, to dzieła „późnego Jamesa”. Kopeć-Umiastowska definiuje ich fakturę tak: „Okrążenia, obroty, nawroty, powroty – późne teksty Jamesa są pełne zastygnięć i znieruchomień, ale także raptownych gestów, które krążą wokół nieuchwytnej przeszkody, przyciągającej je z magnetyczną siłą; pisarskich natręctw, sugerujących niemal kompulsywną skłonność, by zawrócić i jeszcze raz przyjrzeć czemuś, co stawia opór i nie daje się ostatecznie rozstrzygnąć”. I tu właśnie jest część odpowiedzi na pytanie postawione wyżej. Bo właśnie pod tą na pozór niemal mimetyczną, tradycyjną, jeszcze niemal dziewiętnastowieczną fakturą konstrukcyjną kryje się kreatywna proza subtelnych wieloznaczności, hipnotyzmów, „pozwalająca nieśpiesznie wędrować po ogrodach ostrych skojarzeń i krętych aluzji” (B. Kopeć-Umiastowska). Te pięć utworów składających się na tom, od mających rozmiary niewielkich powieści „Obrotu śruby” i „W klatce” do krótkiej „Jakiejś historii”, poświęconych jest kobietom, ich emancypacji indywidualnej i społecznej. James śledzi swoje bohaterki w ich zmaganiu z regułami świat skonstruowanego przez mężczyzn i dla mężczyzn. Każdy z kobiecych portretów jest inny, jak inne są kobiece bohaterki i ich życiowe położenie. James pokazuje je w walce o emancypację, o wyzwolenie się nie w spektakularnych czynach i aktach, lecz w sytuacjach właściwie banalnych, nieefektownych, na pewno kameralnych, poprzez pokazanie pracy ich umysłów, woli, serc, emocji, poprzez psychologiczne gry jakie toczą z innymi powieściowymi protagonistami, mężczyznami, ale i kobietami. Każda z tych bohaterek prowadzi tę grę w inny sposób, bo przed każdą staje inne wyzwanie, każda jest konfrontowana z innymi charakterami i innymi uwarunkowaniami, społecznymi, psychologicznymi, sytuacyjnymi, uczuciowymi. Na przykład w jednym z przypadków pojawia się, jak napisała autorka posłowia, „emancypacyjna moc furii” bohaterki. Bo emancypacja kobiet odbywała się nie tylko, a może i nie przede wszystkim przez działania ruchów kobiecych, lecz przez ich indywidualną, osobistą walkę w ich życiu prywatnym. W innym przypadku narzędziem emancypacji bohaterki jest sieć jej myśli, ocen, analiz, przewidywań, operacji inteligencji. Inna jeszcze bohaterka emancypuje się poprzez świadome manipulowanie otoczeniem, wprowadzanie go w błąd, bawienie się z nim w kotka i myszkę, w niepochwytność, tak, że raz odbiera ją ono raz jako „potwora”, „demona zepsucia” i „bezczelności”, a innym razem jako „najmądrzejszą, najcudowniejszą”. Także portrety bohaterek pisane są z różnych perspektyw, czasem bardziej „wewnętrznie”, jak reportaże ze środka ich jaźni, czasem jako portrety zewnętrzne, pokazywane poprzez pryzmat percepcji innych bohaterów. Za najwybitniejszy z utworów tego tomu uchodzi niewielka powieść „Obrót śruby”. Jest to proza do dziś tajemnicza, jako że znawcy tematu do dziś nie uzgodnili, czy przeżycia głównej bohaterki przynależą do gatunku gotyckiego horroru, czy też są studium obłędu, choroby psychicznej. Jednak proza Jamesa, właśnie szczególnie ta późna, nie jest bynajmniej oschła, rezonerska. To nie zimne studia psychologiczne, suche monologi wewnętrzne. Tytułowa „drobnoziarnistość” tej prozy polega nie tylko na finezji i precyzji opisu, ale także na jej sensualności, zmysłowości, obecności, dźwięków, impresji wzrokowych, zapachów, na subtelnej ironii i autoironii autora. Świat prozy Jamesa jest bardzo naoczny. James jest też mistrzem w budowaniu atmosfery psychologicznej klaustrofobii i ucisku, a nie stroni też, choć oszczędnie, od intertekstualności, gdy w „Obrocie śruby” sugeruje gatunkowe tropy prowadzące do klasycznej powieści gotyckiej lub czyni aluzje do popularnej, „półpensowej” literatury romansowej. Wszystkie te atrybuty i walory prozy Henry Jamesa, wyrastającej przecież z fermentacji zachodzących w wiktoriańskiej epoce u jej schyłku sprawiają, że jest ona czymś znacznie przekraczającym jej przydatność jako tworzywa do kostiumowych filmów z epoki uważanej dziś za malowniczą, lecz że jest to proza, mimo starej już metryki, bardzo współcześnie brzmiąca.

Henry James – „Historie drobnoziarniste”, wybór, przekład i posłowie Barbara Kopeć-Umiastowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 487, ISBN 978-83-66272-05-7

„Porąbany” satyryk

– Lubię obnażać i wywoływać śmiech – zsatyrykiem, karykaturzystą, przewodniczącym Partii Dobrego Humoru, rozmawia Jacek Gallant.

– Jak wygląda droga najczęściej publikowanego w połowie lat 80. rysownika słynnych „Szpilek” do jednego z najszybszych karykaturzystów świata?

Przez ponad 20 lat byłem wydawcą periodyku „Dobry Humor” i innych czasopism z humorem i satyrą. Ponad 777 różnych publikacji, komiksów i wydań – było z moim udziałem. Trudno to wszystko policzyć. Byłem nie tylko szefem wydawnictwa, ale i jednym z rysowników.

– Stąd wzięło się to określenie „szybkiego karykaturzysty”?

Tak napisano o mnie w USA, po kolejnym z moich wernisaży, gdzie rysowałem „na żywo „w Nowym Jorku. To było 7 lat temu i wówczas jeszcze nie byłem tak szybki jak teraz. O tym czy ktoś jest dobrym karykaturzystą czy nie – można rozmawiać, ale z zegarem już się nie dyskutuje.

– Zacznijmy od początku. Jak zostałeś satyrykiem?

Imię Szczepan otrzymałem na cześć Szczepka z „Wesołej lwowskiej fali”. Dziadek Bogusław przed wojną namiętnie słuchał tej dowcipnej audycji radiowej, nadawanej ze Lwowa. To on koniecznie chciał, abym otrzymał takie imię. Potem dyktowałem mu mój pierwszy „komiks” – plik małych kartek, spięty spinaczem. Z lewej strony kartki było to, co podyktowałem – z prawej mój rysunek. Ów „komiks” dotyczył bitwy pod Grunwaldem, który potem zaginął. Po latach dowiedziałem się, że ten plik kartek bardzo lubił dziadek i zabrał go ze sobą do grobu.

– A kiedy zadebiutowałeś ze swoimi rysunkami?

Gdy miałem 6 lat poprosiłem rodziców, żeby wysłali moje rysunki do ukazującego się wówczas dziecięcego magazynu „Świerszczyk”. Odpisano nam, że „rysunki są bardzo ładne, ale następnym razem powinienem wykonać je samodzielnie”. I żebym nie prosił rodziców o napisanie listu, bo na pewno już sam umiem pisać ( sic!).

Łatwiej było rysować sześciolatkowi, aniżeli pisać….

Zadebiutowałem w wieku 14 lat, w młodzieżowym tygodniku „Świat Młodych”, na ostatniej stronie. Tam, wtedy drukowano komiksy m.in. z Tytusem oraz Kajkiem i Kokoszem. Wkrótce dostałem się do Liceum Plastycznego w rodzinnym Lublinie. Tu powiedziano mi, „że nikt, kto rysował komiksy jeszcze tej szkoły nie skończył”. Miałem to w nosie, bo drukowałem już w prasie codziennej. W poważnym, dla dorosłych, tygodniku satyrycznym „Szpilki” zadebiutowałem w dniu swoich osiemnastych urodzin. Potem dochodziły kolejne tytuły. W jednej z gazet – nie pamiętam dziś, jakiej – przeczytałem, że w tylu ogólnopolskich tytułach drukuję, iż niedługo moje rysunki „będą każdemu wyskakiwać z lodówki”. Wtedy publikowano w różnych czasopismach nawet 100 moich rysunków miesięcznie. Po kilku tysiącach przestałem je liczyć. Nagrodzono mnie „Srebrną”, rok później „Złotą Szpilką”, były wywiady, pochwały, nagrody… Zresztą „Szpilki”, każdemu, kto w nich publikował, otwierały niemal wszystkie drzwi na rynku prasowo-wydawniczym. To była taka nobilitacja w towarzystwie satyryczno-komiksowym, której nie każdy rysownik mógł dostąpić…

– Jeden z twoich „antysocjalistycznych” rysunków, w stanie wojennym, wylądował na biurku Jaruzelskiego. Nie wyrzucili Cię ze szkoły?

Zilustrowałem wówczas „Szopkę Noworoczną” w „Kurierze Lubelskim”. Gdy nakład gazety był już wydrukowany i znalazł się w kioskach, cenzorzy zorientowali się, że postacie kolędników, w rzucającej się w oczy, tytułowej szopkowej winiecie, to: diabełek – Jaruzelski, aniołek – Urban, obok był kot przypominający Wałęsę, lis, czyli B. Lis, turoń – Kuroń z gwiazdą (Gwiazdą). Na wycofanie gazety z kolportażu było już za późno. A w owych czasach ( stan wojenny) o przywódcach podziemnej „Solidarności”, w oficjalnej prasie nie można było nawet pisnąć. A co dopiero rysować. Zrobiła się straszna afera w Lublinie – w którą byli zamieszani wszyscy ważni: redakcja gazety, cenzura, wojewódzki komitet PZPR. Tę historię opisał później w swojej książce Kazimierz Pawełek – autor tekstu szopki, późniejszy naczelny „Kuriera” i senator. A cała afera wzięła się stąd, że ktoś podrzucił na biurko generała Jaruzelskiego, egzemplarz tej gazety z szopką. Na szczęście skończyło się tylko na strachu. Kilka moich rysunków o ZOMO i stanie wojennym można teraz oglądać w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, w którym są częścią stałej ekspozycji o satyrze stanu wojennego.

– Domyślam się, że nie boisz się teraz tworzyć rysunków o tzw. „dobrej zmianie”?

Skoro jako nastolatek nie bałem się rysować Jaruzelskiego, i innych, to miałbym się teraz czegoś bać?

– No tak, „dobra zmiana”, to doskonały temat do satyry…?

Wymarzony! To niekończące się pole do tworzenia i wymyślania niezależnych satyryków. Wystarczy codziennie coś poczytać, posłuchać i obejrzeć informacje w stacjach telewizyjnych i obrazy same nasuwają się do ich uwiecznienia. Niestety, obecnie nie ma zbyt wielu mediów zainteresowanych publikacją takich rysunków. A przy tym mam wiele innych obowiązków zawodowych, które pochłaniają tak wiele czasu, że mnóstwo fajnych pomysłów, które byłyby oryginalną kroniką współczesnej Polski, nigdy nie powstanie. Oficjalne wydawnictwa nie grzeszą satyrą, a może się jej boją?

– Czy to znaczy, że satyrycy są uzależnieni od władzy?

Nie będę tu wymieniał nazwisk. Każdy je zna. Kiedyś byli satyrykami, teraz uwielbiają tę władzę i jej ulegają. Władza jest dobra, a opozycja niedobra.

– Mimo to gdzieniegdzie publikujesz. A jak zwolennicy „dobrej zmiany” odbierają Twoje satyry, rysunki?

Znam media społecznościowe, więc wiem co to jest hejt. Oczywiście piszą same złe rzeczy i podobają im się wyłącznie żarty z opozycji. Od zawsze twierdzę, że satyryk jest po to, aby komentował to, co robi każda aktualnie panująca władza. Niektórzy uważają, że „skoro jest pan taki niezależny”, to powinien pan „dokładać” po równo – władzy i opozycji. Wtedy odpowiadam: „Jeśli satyrą piętnuję głupich, to dla równowagi powinienem też piętnować ludzi mądrych?”

– Kiedyś, Maria Czubaszek powiedziała o Tobie: „zawsze był trochę porąbany”.

To przewrotny komplement. Spotykaliśmy się wielokrotnie, przy różnych okazjach, także w programach telewizyjnych. A bukiet kwiatów, który od Niej dostałem w dniu otrzymania „Złotej Szpilki”, pamiętam do dziś. To było bardzo znamienne i olbrzymie wyróżnienie. A to „porąbanie” podkreśla moją inność i niesztampowe podejście do satyry, kpiny i takiego widzenia świata.

– Jedna anegdota o Tobie jako karykaturzyście, podoba mi się szczególnie. Przez jakiś czas nie rysowałeś karykatur portretowych…

Jeszcze w czasach lubelskich, co jakiś czas proszono mnie o wykonanie karykatur na prezent, dla osób z kręgów dziennikarskich i artystycznych. I co kogoś narysowałem, to pół roku później schodził z tego świata. To była jakaś klątwa, więc potem przez lata zaniechałem rysowania karykatur. Aż uświadomiłem sobie, na szczęście, że były to osoby nie tylko starsze, ale i schorowane, więc, w ich nieszczęściu nie miałem żadnego udziału.

– Partia Dobrego Humoru, którą założyłeś i której jesteś prezesem, dlaczego nie wystartowała w wyborach?

Powstała w 2001 r., wkrótce miała zostać zarejestrowana, ale nie chciałem, żeby znikła tak szybko, jak istniejąca wcześniej Polska Partia Przyjaciół Piwa. To jest żart, kpina, parodia polityki (składka członkowska wynosi 3 uśmiechy dziennie), dlatego jej legitymacje chętnie przyjmują również celebryci, VIP-y i osoby dystansujące się od polityki – aktorzy, dziennikarze, ludzie kultury, itd. Partia Dobrego Humoru (po angielsku: Good Humor Party) w swoich szeregach obecnie ma ponad 4 tys. członków. Ty przecież też w niej jesteś. Wśród nich jest również sporo karykaturzystów z całego świata, czyli moi koledzy po fachu. Rozweselamy wspólnie świat jednak bez angażowania się w tzw. poważną politykę. Ale żeby było jeszcze weselej i dziwniej, to w Wikipedii można poczytać o nas tylko w języku angielskim, bo z polskiej wersji PDH, po kilku latach istnienia, zostaliśmy wykasowani. Nie mieściliśmy się – jako wesoła partia – w kanonie „poważnej” encyklopedii.

– Jako karykaturzysta – rysownik odwiedziłeś niemal cały świat. Byłeś zapraszany do USA, Australii, wielu krajów Europy. Z tego wniosek, że świat lubi się śmiać. A Polacy mają poczucie humoru?

Oczywiście, pod warunkiem, że satyra ich nie dotyczy. Lubimy drwić, kpić z innych, nie widząc tego jacy sami jesteśmy (śmieszni). Jesteśmy najczęściej śmiertelnie poważni i nie tolerancyjni. A świat jest inny. Mam wrażenie, że cudzoziemcy bardziej spontanicznie i serdecznie reagują na widok swojej karykatury. Lubię podejście do życia Amerykanów. Oni są pogodni, weseli i doceniają osoby, które coś w życiu osiągnęły. I mają przy tym dystans do siebie. Są otwarci i tolerancyjni. Tymczasem Polacy takich ludzi nie lubią. U nas nie wypada chwalić się swoimi osiągnięciami, każdy winien równać do średniaków i nie wychylać się. To taka smutna polska przypadłość. Więc ja mam co obnażać i wywoływać satyrą uśmiech.

Dziękuję za rozmowę