Nie żyje twórca Gucia i Cezara

Bohdan Butenko (1931-2019)

Zmarł Bohdan Butenko. Nie ma chyba pośród żyjących, niegdysiejszych czytelników pisemek dla dzieci: „Płomyka”, „Płomyczka”, „Misia” czy „Świerszczyka” nikogo, kto nie pamiętałby charakterystycznych rysunków tego artysty, jego niezapomnianej, oszczędnej prostej, a jednocześnie finezyjnej i zabawnej kreski oraz postaci, które stworzył: Gapiszona, Kwapiszona czy Gucia i Cezara, a także setek, jeśli nie tysięcy jego ilustracji jakie pomieścił w książkach dla dzieci i młodzieży, w wydaniach powieści Edmunda Niziurskiego (jego rysunki wykorzystano też w czołówce serialu telewizyjnego według „Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa”), Wiktora Woroszylskiego („I ty zostaniesz Indianinem”), Adama Bahdaja i wielu innych, w tym bajek n.p. Juliana Tuwima („Pan Maluśkiewicz i wieloryb”). Rysunki Butenki, zazwyczaj czarno-białe, emanowały ciepłem, pogodą i delikatnym poczuciem humoru, a zarazem przez swoją oszczędną, minimalistyczną, nieprzytłaczającą odbiorcy formę były inspiracją dla wyobraźni. Pozostanie niezapomnianym mistrzem estetyki, która na całe życie uformowała gusta, wyobraźnię i poczucie humoru kilku pokoleń czytelników.

Samo nic nie przyszło

Z MONIKĄ GOŹDZIK, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński

Nie obejdzie się na wstępie bez przedstawienia Pani, w jakimś stopniu, na nowo. Bo oto w 1979 roku, rok po dyplomie w warszawskiej PWST, zaistniała Pani jako nowa kobieca, obiecująca twarz aktorska, w Teatrze Telewizji w przedstawieniu „Sułkowski” Stefana Żeromskiego, jako jedyna kobieta w męskiej plejadzie aktorskiej, w kilkunastu rolach w Teatrze Narodowym. Dwa lata później zagrała Pani jedną z głównych ról w głośnym „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego a potem na długie lata zniknęła Pani nie tylko ze sceny i ekranu, ale także z Polski…
Na 25 lat. Wyjechałam do Kanady. Należałam do fali emigracyjnej 1981 roku, jesienią, do tych którzy nie widzieli nadziei dla siebie w kraju, przerażeni narastającym konfliktem. Najpierw wyjechał mój mąż, do USA, więc ja miałam kłopoty z otrzymaniem wizy. Jednak latem 1981 roku po fali strajków mówiło się tylko o wyjeździe. W końcu mi się udało. Popłynęłam do Kanady „Batorym” i tam połączyłam się z mężem.
Co Pani robiła w Kanadzie?
Najpierw było układanie sobie życia, macierzyństwo. Imałam się różnych prac, ale po pewnym czasie udało mi się w pewnym stopniu wrócić do zawodu. Z tęsknoty do sceny założyliśmy w Toronto polski kabaret „Pod bańką”, o zróżnicowanej tematyce i stylistyce, nawiązujący do polskiej szkoły kabaretu tamtych czasów, do starych dobrych tekstów. Spełniłam się w nich w rolach komediowych. Nie można było się z tego utrzymać, więc w ciągu dnia była praca na życie, a w nocy – kabaret. Któregoś dnia, jeszcze przed założeniem kabaretu, przypomniałam sobie piosenkę „Madame Loulou”, którą śpiewałam na dyplomie i rozpłakałam się. Tęsknota do kraju i ukochanego zawodu, którego nie wybiera się przypadkiem, mnie nie opuszczała. Kiedy życie w Kanadzie zaczęło się komplikować, a dzieci dorosły – wróciłam do Polski i jestem tu już od 12 lat.
W Kanadzie znalazła Pani „Kanadę”? To słowo oznaczało kiedyś w Polsce bogactwo, bajeczny dobrobyt.
Nie, nie ma czegoś takiego jak „Kanada” w sensie pieniędzy leżących na ulicy. Nic samo nie przychodzi. Na dobrobyt trzeba sobie tak czy inaczej zapracować. To co ułatwia życie imigranta, to kanadyjska tolerancja, zrozumienie dla tzw. nowo przybyłych oraz doskonale funkcjonująca pomoc społeczna i darmowa opieka medyczna.
Wróćmy do Pani początków zawodowych. Czy rola księżniczki Agnieszki Gonzaga we wspomnianym „Sułkowskim”, u boku m.in. Marka Kondrata, Zdzisława Mrożewskiego, Andrzeja Szczepkowskiego, Zbigniewa Zapasiewicza była dla Pani ważna?
To była jedna z moich najważniejszych przygód teatralnych. Byłam bardzo młoda, wokół mnie same męskie gwiazdy aktorskie, w tym mój profesor, nauczyciel piosenki i scen, pan Andrzej Szczepkowski. Wiele zawdzięczałam reżyserowi Tadeuszowi Junakowi, człowiekowi bardzo delikatnemu i taktownemu, który swoje uwagi reżyserskie wygłaszał spokojnie, szeptem, do ucha. Zresztą nie potrafiłabym pracować z reżyserem-sierżantem, brutalnym, musztrującym, apodyktycznym. To stanowczo nie dla mnie. Miałam szczęście, że nigdy w takimi osobami nie pracowałam. Podobnie delikatnym, choć stanowczym reżyserem był Krzysztof Kieślowski. Zrealizowany w trudnych warunkach 1981 roku w Łodzi „Przypadek”, film dziś kultowy, zobaczyłam dopiero na emigracji, w Toronto. Wrażliwość, dyskrecja, kultura osobista Kieślowskiego pomogły mi zagrać w scenach erotycznych, co nie było łatwe dla młodej aktorki. Tak samo doceniam partnerstwo Bogusława Lindy, też młodego i wtedy bardzo wrażliwego aktora. W Kanadzie nie wierzyłam, że Boguś Linda gra „macho man” w filmach akcji. Wracając do „Sułkowskiego”, to uroczo nam się grało zakochanych z Markiem Kondratem w roli tytułowej, mieliśmy świetny kontakt wzrokowy, który jest dla mnie bardzo ważny. Nawiasem mówiąc, ten wątek miłosny między Księżniczką a Sułkowskim, nie wynika wprost z tekstu Żeromskiego. Rozmawiają o polityce i wynikających z niej posunięciach uniemożliwiających ich dalsze oficjalne kontakty. Rodzące się wśród takich dialogów uczucie było ciekawym zadaniem dla młodych aktorów.
Była Pani wtedy u Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym. Jakie role z tamtego okresu były dla Pani ważne?
Debiutowałam w roli Racheli w „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, zastępując Magdę Umer, która odeszła wtedy z teatru. Piękne przeżycie, debiut w „Weselu”! Po za tym Maryla w widowisku „Mickiewicz”, Panna w „Dziadach cz. III”, Helbia w „I… Dekameron” według Boccaccio, Nereida w „Samuelu Zborowskim” Słowackiego. Wszystko w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Była także Zosia w „Janie Macieju Karolu Wścieklicy” w reżyserii Zdzisława Wardejna – ciekawa rola, w której wypowiadałam tylko jedno zdanie, ale byłam od początku do końca na scenie, zakochana, nieustannie wpatrzona i wsłuchana w monologi Wścieklicy, którego grał Tadeusz Janczar.
Wróćmy jeszcze do Teatru Telewizji, bo zagrała tam Pani w innym świetnym spektaklu, w „Wielkim Fryderyku” Nowaczyńskiego w reżyserii Jerzego Grudy. Tam miała Pani scenę z Janem Świderskim, wykonawcą roli tytułowej…
I tremę, bo to był tuz aktorski,wybitna postać i jeden z profesorów z warszawskiej PWST. Pomogło mi w roli Kunegundy Gockowsky to, że grałam młodą damę błagającą nieprzychylnego dla Polaków satrapę o zezwolenie na ślub z żołnierzem królewskiej mości, a więc stworzyło to naturalną sytuację podległości i pokory, łatwiej było zagrać strach i rozpacz wynikającą w królewskiej odmowy podkreślonej wirtuozerią gry „Wielkiego Świderskiego”.
Przed emigracją zagrała Pani w kilku filmach, obok „Przypadku”, m.in. epizod pielęgniarki w „Constans” Zanussiego. Ponownie na dużym ekranie zobaczyłem Panią w epizodzie w „Czarnym czwartku” Antoniego Krauze w roku 2011…
Małe rólki, Zanussi potrzebował takich „białych”, „czystych” postaci jako znaków. „Czarny czwartek” niestety nie miał dużego echa, choć wydaje mi się niezły w realistycznym, prawdziwym, bez zadęcia, pokazaniu grudnia 1970 roku w Gdyni.
Zauważyłem, że jest Pani czynna zawodowo, głównie w serialach, m.in. w „Kryminalnych”, M jak miłość”, Na Wspólnej”, „Prawo Agaty”, „Plebanii”, „Szpilki na Giewoncie”, „Pierwsza miłość” i to niemal od razu po powrocie do kraju. Jak się to Pani udało?
Samo nie przyszło. Musiałam się starać o role, uczestniczyć w castingach, przypominać się w agencji. Nie było łatwo, bo po 25 latach wszystko się zmieniło, pojawiły się agencje, reżyserzy castingu. Spotkania z koleżankami i kolegami po fachu z tamtych lat były miłe, ale to nie oni zajmowali się zatrudnieniem. Musiałam wydeptać nowe ścieżki, a to była żmudna i często niewdzięczna praca. Szkoła kanadyjska się przydała: uporczywość, wytrwałość i wiara w siebie.
Myślała Pani o zaczepieniu się na stałe w jakimś teatrze?
Tak, próbowałam, ale etaty w teatrze są zarezerwowane dla aktorów z długoletnim stażem lub tych co mają, jak to się mówi w środowisku, „nazwisko” albo „twarz”. Dla mnie jest już za późno.
Natomiast nie jest za późno na tzw. produkcję własną. Stąd powstało moje solowe, autorskie przedstawienie o charakterze kabaretowym „Bawmy się życiem”, a także przedstawienie muzyczne „C’est si bon. Wieczór piosenki francuskiej” przygotowane i wyreżyserowane przez Alicję Choińską z opracowaniem muzycznym Zbigniew Rymarza, gdzie występuję w duecie z Wojciechem Machnickim. Tu znowu trzeba było powrócić do żmudnej pracy poszukiwania sceny, która zechce wystawić spektakle. Jedno i drugie przedstawienie było wystawiane w wielu Domach Kultury w Polsce, m.in. w Płońsku, Ciechanowie, Opinogórze, Mławie, Iławie, Mińsku Mazowieckim, Kielcach.
Nie żałuje Pani decyzji o emigracji ze względu choćby na to, że przerwała ciągłość Pani drogi zawodowej, czyniąc ogromna wyrwę?
Niektórzy mi mówią, że źle zrobiłam, ale nie ma sensu żałować tego, co już się stało. Było, minęło. Zresztą mój rocznik szkolny i bliskie mu roczniki miały wyjątkowo trudną sytuację, startując w latach 1981-1982, dużo trudniejszą niż koledzy i koleżanki starszego pokolenia. Wspomnę, że byłam na roku m.in. z Ewą Błaszczyk, Magdą Wołłejko, Jolą Grusznic, Sylwkiem Maciejewskim, Tomkiem Stockingerem, Andrzejem Grabarczykiem.
Na pewno wiele straciłam, ale jak twierdzę, nic w życiu nie dzieje się na próżno. Czasami trzeba pokonać długą okrężną drogę, żeby tak jak mówi Agnieszka Osiecka w piosence „Szpetni czterdziestoletni”: „potem wraca się do …siebie, tylko powiedz, tylko powiedz, gdzie to jest”…Ja już chyba wiem, gdzie. Chociaż, scenariusz życia ciągle się pisze.
Dziękuję za rozmowę.

Interaktywna lady Makbet

W Instytucie Teatralnym można było zobaczyć spektakl „Lady”, interaktywny, multimedialny-monodram, zainspirowany postacią szekspirowskiej Lady Makbet.

To próba odpowiedzi na wiele nurtujących nas, kluczowych pytań. Kim jest współczesna kobieta i jakie są cele oraz motywy jej działania? W jakim stopniu naszym zachowaniem sterują stereotypy płci, a w jakim pierwotne instynkty i osobowość? Czy szekspirowskie archetypy odzwierciedlają nasze myślenie i działanie? Jaka jest cena naszych wyborów? W jaki sposób możemy uchronić się przed okrucieństwem i chaosem otaczającego nas świata?
Spektakl jest grany w języku angielskim z polskimi napisami. Twórczyni spektaklu nie tylko uwspółcześnia przesłanki klasycznego dramatu, przedstawiając studium władzy, namiętności i zemsty, ale wprowadza widza w świat ekstremalnych archetypów kobiecych, od ochronnego do krwiożerczego. Pierwsze wcielenie aktorki, Hekate, jako Wiedźma – zapomniany archetyp Wielkiej Matki – zaprasza nas do aktywnego udziału w magicznym rytuale, przy dźwiękach bębna, mis tybetańskich, grzechotek i wspaniałej muzyki Jerzego Satanowskiego. Czy uda jej się dodać nam wewnętrznej mocy i wiary w to, że możemy zmienić świat? Czy wyczaruje inny bieg historii? Czy doda nam nadziei?
Spektakl wyreżyserowała Hanna Bondarewska, polsko-amerykańska aktorka i reżyserka oraz, założycielka i dyrektor artystyczna Ambassador Theater w Waszyngtonie. Celem jej działań artystycznych jest kontynuacja poszukiwań archetypów w dramacie szekspirowskim poprzez doświadczenia naszych czasów oraz poszukiwanie nowych form w teatrze współczesnym poprzez współpracę artystyczną i wymianę doświadczeń z wybitnymi artystami naszych czasów. Zainspirowana postacią Heleny Modrzejewskiej, pragnie odnaleźć archetyp Lady Macbet w naszych czasach poprzez współpracę artystyczną pomiędzy doświadczeniami kultur polskiej i amerykańskiej w odkrywaniu na nowo Szekspira. Muzykę skomponował Jerzy Satanowski, kompozytor głównie muzyki filmowej i teatralnej, Autorką kostiumów jest Agata Uchman, działająca na styku sztuki i designu, współpracująca z operami i teatrami muzycznymi, projektując także na potrzeby baletu, opery, musicalu i teatru. Wymiar multimedialny spektaklu przygotowała Justyna Alicja Bielecka, specjalistka od Video Designu.

PRL w obiektywie „kryminału”

Nie czytałem tego studium całkiem „na chłodno”, choć jest ono dość chłodno napisane, jak na pracę naukową przystało.

Czytając je przypominałem sobie lata telewizyjnej młodości (obejmującej właśnie lata tytułowe – 1965-1989), kiedy w Telewizji Polskiej co rusz pokazywano nowy polski film kryminalny, sensacyjny czy tzw. szpiegowski. I co trzeba wyraźnie podkreślić – film telewizyjny, t.j. wyprodukowany przez telewizję i do emisji telewizyjnej (prawie) wyłącznie przeznaczony.
Studium Dudzińskiego przyświeca cel pokazania jednego z segmentów kultury masowej okresu PRL. Jednak we wstępie autor wyjaśnia, że nurtu filmów sensacyjno-kryminalnych, które wziął pod swoje badawcze oko, nie potraktował wyłącznie jako twórczości ludycznej czyli służącej rozrywce, lecz zajął się nim przede wszystkim dlatego, że „stanowią (mniej czy bardziej konwencjonalną) reprezentację kontrowersyjnych aspektów rzeczywistości pozafilmowej – zbrodni, przemocy, marginesu społecznego i aparatu władzy. To sprawia, że produkcje kryminalno – w PRL sensacyjne były przestrzenią, w której spotykały się i ścierały sprzeczne dyskursy i socjokulturowe zjawiska o bardzo zróżnicowanym charakterze. Aby je właściwie odczytać i zrozumieć, należy uruchomić szereg – nie tylko ściśle filmowych – kontekstów”. I właśnie te konteksty Dudziński uruchamia, wykorzystując zasoby innych dyscyplin naukowych, m.in. historii, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa, socjologii, etc, przywołując równocześnie dotychczasowy, nader już bogaty zakres badań przedmiotu.
Dudziński zaczyna swoje studium od próby zdefiniowania filmu gatunkowego w PRL i jedną z konkluzji tego wstępnego rozdziału jest konstatacja, że polski film-kryminalno sensacyjny nie spełniał, z różnych powodów, artystycznych i pozaartystycznych, także ustrojowych, kryterium klasycznego filmu gatunkowego uprawianego w USA i Europie Zachodniej. Autor koryguje jednak dość powszechny błąd polegający na traktowaniu filmu sensacyjno-kryminalnego PRL jako prostego narzędzia propagandowego, „maszyny ideologicznej”. Cytując inną autorkę, Dudziński zwraca uwagę, że „ten gatunek, czy może hybryda gatunkowa, jawi się jako pełen wewnętrznych napięć i antagonizmów”. Chodzi o to, że twórcy tych filmów niejednokrotnie, mimo działania cenzury, przemycali treści, z domeny kulturowej, obyczajowej, a czasem nawet (tu w sposób najbardziej zawoalowany, ukryty, n.p. w warstwie dowcipu i wieloznaczności) ideowej czy politycznej nie zawsze dokładnie pokrywające się z linią polityczną władze PRL, czasem nawet w stosunku do nich przekorne, a czasem nawet delikatnie polemiczne czy nawet z lekka kontestatorskie.
Obraz spektrum tytułowej produkcji Dudziński przedstawił w formie analiz punktowych i punkt pierwszy („PRL odrealniony”) poświęca pierwszemu sensacyjno-kryminalnemu serialowi telewizyjnemu czyli „Kapitanowi Sowie na tropie” (1965), który drobiazgowo analizuje jako casus zastosowania poetyki odrealnienia, pełnej konwencjonalności stylu, przebiegu akcji i postaci. Jako inne przykłady poetyki odrealnionej, konwencjonalnej przywołuje autor filmy „Kocie ślady” i „Skarb trzech łotrów”. Inny rozdział poświęca Dudziński różnym koncepcjom realizmu w obrębie omawianego nurtu, m.in. filmowi milicyjnych procedur (tu przywołuje popularny niegdyś serial „Przygody psa Cywila”) czy kryminałowi problemowemu („Złote Koło”). Zwraca też uwagę na pojawienie się w połowie lat 60-tych, w obrębie „gatunku”, nowej, do tej pory raczej nie poruszanej, a jeśli to nie w sposób otwarty, tematyki przestępczości seksualnej (głównie gwałtów).
Wykonawszy przeskok do lat 70-tych Dudziński podejmuje zjawisko, które wtedy zaistniało, zjawisko „westernizacji” tematyki i stylistyki filmu sensacyjno-kryminalnego („PRL zwesternizowany”). Jako egzemplifikacje posłużyły autorowi seriale „07 zgłoś się”, przykład polskiej odmiany gatunku „policyjnego” czy „Życie na gorąco” jako przykład (mało udolnego realizacyjnie, na granicy śmieszności) zastosowania schematu bondowskiego (Leszek Teleszyński jako socjalistyczny James Bond). Przy czym, wraz z upływem lat i kolejnych edycji serialu „07 zgłoś się” (również aluzyjne nawiązanie do „Bonda”) ta westernizacja postępowała i dość jeszcze „socjalistyczny” w latach siedemdziesiątych oficer Milicji Obywatelskiej grany przez Ryszarda Cieślaka, przeobrażał się w „samotnego wilka” kontrastującego z siermiężnym otoczeniem milicyjnej służby i momentami wygłaszał nawet kąśliwe (oczywiście w ramach rozsądku) uwagi pod adresem niektórych aspektów ustroju i rzeczywistości PRL.
To wyraźne poluzowanie cenzury w pewnych kwestiach tematycznych (n.p. także domenie erotyki, stosunku do bogactwa czy rezygnacji z bałwochwalczego odnoszenia się do aparatu władzy i tzw. „pryncypiów ustroju”) w latach po stanie wojennym, było swoistym paradoksem, wartym nota bene osobnego studium. I właśnie erotyce, jej wizerunkowi i kontekstom w filmie kryminalnym (i nie tylko) poświęcony jest przedostatni rozdział pracy.
Choć swoją pracę Dudziński poświęcił głównie i przede wszystkim tytułowym produkcjom sensacyjno-kryminalnym, to w trybie dygresji porusza też kilka zagadnień spoza ścisłego tematu, m.in. kwestii pozycji kobiety w świecie męskim na przykładzie szpiegowskiego filmu „Cześć, kapitanie”, a także wykorzystywaniu schematu sensacyjno-kryminalnego wyłącznie jako „opakowania”, dla podejmowanie innej tematyki, społecznej, psychologicznej, etc. Kilka dygresji poświęcił autor także „gatunkowi”, jakim był polski film muzyczny, niby-musical (dowcipnie przez jednego z autorów nazwany „muzykolem”).
Zwraca też autor uwagę na brzmiącą dla współczesnych uszu paradoksalnie konstatację, że władze PRL dość późno doszły do wniosku, że także telewizja, a nie tylko radio i prasa, może być bardzo poręcznym źródłem propagandy politycznej. Do roku 1968 była w tym celu wykorzystywana w stopniu minimalnym („Dziennik Telewizyjny”) i dopiero od wydarzeń Marca 1968 zaczęła się historia telewizyjnej propagandowej publicystyki politycznej. Już na wstępie autor studium zaznaczył, że poza obszarem jego analiz znalazła się, jako odrębny gatunek, produkcja teatru telewizyjnego, skoncentrowana w ramach dwóch scen: „Teatru Kobra” (tematyka przestępczości cywilnej) i „Teatru Sensacji” (tematyka szpiegowska, konkretnie walki PRL-owskiego kontrwywiadu z zachodnim wywiadem, ale także produkcje o tematyce „historyczne” typu „Stawki większej niż życie”). Pominięcie to, zważywszy także i fakt natury praktycznej, że produkcja w tym zakresie była najobfitsza – setki przedstawień), jest oczywiście racjonalne.
Teraz jednak będę wypatrywał studium poświęconego właśnie produkcjom kryminalno-sensacyjnym w ramach teatru telewizyjnego. Także dlatego, że właśnie tam, zwłaszcza poprzez realizację tekstów autorów zachodnich (angielskich, amerykańskich, z rzadka francuskich), znalazła wyraz forma klasycznego kryminału gatunkowego.

Robert Dudziński – „Produkcje sensacyjno-kryminalne Telewizji Polskiej 1965-1989. Konwencje-motywy-konteksty”, wyd. Katedra Wydawnictwo Naukowe, Gdańsk 2017, str. 271, ISBN 978-83-65155-74-0

Barwy jesieni

Jaki piękny dzisiaj dzień!
Wszystkie smutki poszły w cień.
Jak nie kochać jesieni,
gdy świat kolorami się mieni?

W blasku słońca babiego lata,
wierzba nowe warkocze zaplata.
Jak nie kochać jesieni,
gdy wokół tyle nadziei?

Płaszczem liści tęsknoty okryte,
w kroplach deszczu to co złe zmyte,
w kasztanowej skorupie serca gorące
– niczym słońce.
Jak nie kochać jesieni…

Summa Zbigniewa Dominy

Do dziś pamiętam wrażenie, jakie bez mała dwadzieścia lat temu wywarła na mnie „Syberiada polska” Zbigniewa Dominy – wielkie epickie płótno, najobszerniej i najpoważniej w polskim piśmiennictwie malujące los ostatniej generacji polskich sybiraków na przykładzie zesłanych zimą 1940 roku w głąb Związku Radzieckiego, gdzieś między Jenisej i Angarę, mieszkańców niewielkiej podolskiej wioski.

Udało się nad wyraz autorowi w tej powieści zespolić w jedną sugestywną całość obraz losu narodu, losu niewielkiej zbiorowości i losu jednostkowego, upostaciowanego przez kilkunastoletniego Staszka Dolinę, pod którym to nazwiskiem Domino ukrył samego siebie. Pisałem wtedy o „Syberiadzie polskiej” na łamach redagowanych przez Dionizego Sidorskiego „Nowych Kontrastów”, że skreślone z rozmachem przez Dominę dzieje wiejskiej gromady przywodzą na myśl Reymonta, a ciepłe współczucie, z jakim autor pochyla się nad skrzywdzonym człowiekiem, nad tak boleśnie i tragicznie uwikłaną w historię jednostką, ma w sobie coś z klimatu Andrieja Płatonowa. Powieść miała wielki rezonans, szybko doczekała się też kilku przekładów, w tym na francuski i rosyjski (ten ostatni np. przygotowała wielka przyjaciółka Polski i znakomita tłumaczka Natalia Wiertiaczich, a jego wydanie wspomógł współkierowany wtedy przeze mnie Instytut Adama Mickiewicza, co do dziś pozostaje dla mnie źródłem niekłamanej satysfakcji). Wreszcie pojawiła się też bardzo udana ekranizacja powieści; jej producent, Mirosław Słowiński, powiedział mi niedawno, że łączna widownia dotychczasowych pokazów tego filmu w Telewizji Polskiej zbliża się do 4 milionów.
A w biografii twórczej autora – pisarza, żołnierza, prawnika, działacza politycznego, dyplomaty – otworzyła „Syberiada polska” zupełnie nowy etap, gdyż zaraz za nią pojawiła się jej kontynuacja, czyli „Czas kukułczych gniazd”, kreślący losy sybiraków już po ich powrocie do Polski, potem zaś rozbudowujące i komentujące poszczególne wątki epopei „Tajga”, „Młode ciemności”, „Zaklęty krąg” oraz poszerzone wydanie wcześniejszych „Cedrowych orzechów”. Ten imponujący sześcioksiąg dopełnia teraz „Sybiraczka”, ukazująca się już niestety po śmierci autora – Zbigniew Domino odszedł od nas w czerwcu tego roku, gdy niewiele brakowało mu do dziewięćdziesiątki.
Ta niewielka objętościowo, ale ważka i ważna „Sybiraczka” to w pewnym sensie Dominy summa – jego tragicznych syberyjskich doświadczeń, jego sześcioksiągu (którego przejmujące fragmenty momentami cytuje), ale i całego nieprostego, dramatycznego życia, które los mu zgotował. Bo rozpoczynają „Sybiraczkę” obrazy dzieciństwa z Kielnarowej pod Rzeszowem, kończy zaś wspomnienie ukochanej żony Barbary, którą przeżył zaledwie o rok. Jest to książka o życiu pisarza, książka o książkach, które w ciągu swej życiowej drogi napisał, wreszcie książka o książce jednej jedynej, tytułowej „sybiraczce” – ale o niej za chwilę. Można ten ostatni utwór pisarza czytać jako kolejny komentarz i kolejne dopełnienie jego syberyjskiej sagi, można też go czytać i przeżywać jako dzieło samo w sobie – jednakowo urzeknie nas swą mądrą powagą, wewnętrzną prawdą, wreszcie szlachetną prostotą, która tak wyróżnia prozę Dominy z morza współczesnego postmodernistycznego szczebiotu.
A ta jedna jedyna, tytułowa „sybiraczka”? To bohaterka zaiste niezwykła – jedyna książka, którą wiedziona nagłym odruchem matka pisarza zabrała wśród zaledwie garstki najpotrzebniejszego odzienia i sprzętów na syberyjskie wygnanie. Była nią przedwojenna książka kucharska – ułożona przez Anielę Owoczyńską „Najnowsza kuchnia warszawska zawierająca przeszło 1200 przepisów różnych potraw od najskromniejszych do najwykwintniejszych”. W syberyjskich warunkach te przepisy były oczywiście całkowicie bezużyteczne; ale po rychłej śmierci matki książka stała się dla rodziny jedyną po niej pamiątką, swoistym rodzinnym symbolicznym spoiwem, a dla dzieciarni całej wygnańczej gromady pomocą w nauce ojczystego języka, potem też sakralnym nieledwie eksponatem dla Polaków-potomków poprzednich pokoleń zesłańców, na których Dominowie nieraz się natykali. Aż wreszcie, po powrocie do Polski, powróciła książka do swej pierwotnej funkcji użytkowej – stała się kulinarnym poradnikiem Barbary Domino. Traktowana jak bardzo bliska, niemal żywa istota, pozostawała z pisarzem i jego małżonką do ich ostatnich dni. Habent sua fata libelli, nawet te kucharskie…
„Syberiadę”, jak i cały poprzedzający ją sześcioksiąg Dominy, opublikowało prowadzone przez Klárę Molnar i Jacka Marciniaka wydawnictwo Studio EMKA, wyposażając całą sagę w jednolitą, bardzo piękną i bardzo celną oprawę graficzną. Wyborem, jakiego dokonało i pieczołowitością, z jaką go zrealizowało, dało przykład rzadkiej edytorskiej mądrości i wierności wobec swego autora.

Zbigniew Domino – „Sybiraczka”, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2019, str. 115, ISBN 978-83-66142-23-7

Szare na złote

Pod piórem Rudzkiej „szarość”, zwyczajność, zamienia się w literackie „złoto”.

Gdyby do napisania tej niewielkiej powieści nie przystąpiła ze swoim kunsztem literackim Zyta Rudzka, temat „Krótkiej wymiany ognia” mógłby zostać „wzięty” i opowiedziany w kolejnym tytule z gatunku popularnej, masowo czytanej literatury obyczajowej spod znaku rozmaitych „rozlewisk” i „siedlisk”. Zyta Rudzka uczyniła z opowieści narratorki, starszej kobiety, dzieło sztuki pisarskiej. „Krótka wymiana ognia” mogłaby być poglądowym – choćby dla studentów literaturoznawstwa – przykładem tego, jak pisarz odnajduje i nadaje właściwe rzeczy słowo. Jak język prozy może być skorelowany ze światem w niej przedstawionym. Jak dla oddania istoty tematu, pewnego stanu rzeczy, pewnej rzeczywistości, pisarz odnajduje właściwe słowa, zdania, właściwą ich długość, rytm i koloryt. Jak język prozy można nie tyle dopasować do treści, ile uczynić z niego jej ekwiwalentny wyraz, pokazać ich twórcze zrośnięcie. Język niesie u Rudzkiej opowiadanie i odwrotnie, jest przez opowiadanie niesiony. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” pisarka powiedziała, że „budowa powieści ma wiele wspólnego z moimi bohaterkami. To są stare kobiety, które oddychają już inaczej. To oddech krótki, rwany, zdyszany, zmęczony, płytki, lękowy, w którym słychać choroby. Tworząc ten język, chciałam, by on wypływał z obu bohaterek, przylegał do postaci”. Do tej, przez samą pisarkę sformułowanej, idei artystycznej utworu można to i owo dodać. Egzystencja takich kobiet, jak bohaterki „Krótkiej wymiany ognia” (drugą, oboczną postacią jest jej matka). Rudzka na swoją bohaterkę wybrała starszą kobietę, która dokonuje rozrachunku z życiem, rodzinnym, małżeńskim, uczuciowym, z życiem w ogóle. I choć jest to poetka, jej poziomu świadomości autorka nie podniosła, co przecież mogłoby spełnić rolę wspornika, „doładowania” czy podkolorowania sylwetki psychologicznej bohaterki. Jednak Rudzka nie ułatwiła sobie zadania i zachowała niezakłócony niczym „status szarości” bohaterki, z całą banalnością jej egzystencji, spostrzeżeń, refleksji. Pod piórem Rudzkiej „szarość”, zwyczajność, a nawet pewna ciasnota poczynań i myśli bohaterek zamienia się w literackie „złoto”. Innym, niejako równoległym walorem nowej prozy Zyty Rudzkiej jest jej „przezroczystość”. Mając bowiem do czynienia z utworem rzeźbionym przede wszystkim w tworzywie języka, nie jesteśmy jako czytelnicy wciągani w intencjonalny eksperyment formalny. O ile Dorota Masłowska z wyraźną intencją „wkręca” zazwyczaj czytelnika w grę założoną z góry jako eksperymentalna zabawa (podobnie, jak to czynili „zbereźnicy”, prozaicy nurtu promowanego przez Henryka Berezę), o tyle Rudzka jest bliższa w artystycznym zamyśle Mironowi Białoszewskiemu, który także był daleki od metody organizowanego eksperymentu literackiego, bo język jego prozy wyrastał organicznie z jego własnych „trzewi”. Nie ma więc u Rudzkiej żadnego efekciarstwa, żadnego językowego prestidigitatorstwa, żadnych ekstrem izmów i zawijasów leksykalnych, składniowych, stylistycznych, żadnego popisywania się kunsztem formalnym, na co tę wybitną pisarkę byłoby przecież stać, żadnego eksperymentowania na siłę na oczach odbiorcy, żadnej laboratoryjnej roboty lingwistycznej. Zyta Rudzka napisała swoją „Krótką wymianę ognia” podążając po największej linii oporu, bez ułatwień i podpórek, a mimo to, a może właśnie dlatego, zamieniła tworzywo najbardziej szare z szarych w wysokiej klasy – i do tego atrakcyjny w smaku – literacki owoc.

Zyta Rudzka – „Krótka wymiana ognia”, wyd. WAB (GW Foksal), Warszawa 2019, str. 199, ISBN 978-83-280-5061-7

Zgrzytanie lewicowego winyla

Stary dowcip poselski głosi, że w czasie kampanii wyborczej każdy z kandydatów ma za przeciwników: swoich wrogów politycznych, swych śmiertelnych wrogów ideowych, no i kolegów z listy wyborczej.
Od 1997 roku obserwowałem i uczestniczyłem we wszystkich wyborach parlamentarnych, prawie wszystkich europejskich i dwa razy w wyborach samorządowych. I wielokrotnie doświadczyłem prawdziwości powyższego dowcipu.
Toteż z wielką ciekawością przeprowadzałem obserwację, także „uczestniczącą”, kampanii wyborczej przeprowadzanej przez komitet LEWICA.
Ciekawiło mnie czy to polityczne małżeństwo, z rozsądku przecież zawarte a nie a miłości od pierwszego wejrzenia, ma szansę na dłuższe pożycie niż ta jedna kampania wyborcza.
Zwłaszcza, z związek zawarły aż trzy partie polityczne. Każda inaczej społecznie postrzegana, każda posiadająca swój stereotyp polityczny.
Ciekawiło mnie czy związek młodych lewaków z Partii Razem z ciut starszymi, ale nadal żwawo śmigającymi liberałami obyczajowymi z Wiosny i wkraczającymi na próg emerytalny „komuchami” z SLD, da nową, albo przynajmniej jakąkolwiek, jakość?
Dobrze się stało, że prezydent Aleksander Kwaśniewski publicznie i wielokrotnie poparł Adriana Zandberga. Bo poparł lidera partii najbardziej odległej mu ideowo, wiekowo i „politycznie estetycznej”.
A mógł przecież poprzeć innych, bliższych mu lewicowych kandydatów.
Ale to prezydenckie poparcie było wielce symbolicznym. Pokazującym, że oto wszyscy umawiamy się na długotrwały, nie jednorazowy, związek.
Taka potrzeba dłuższego, nie taktycznego, związku wisiała w powietrzu w czasie naszej kampanii. Kampanii obarczonej niedoróbkami, poślizgami, przerwami w komunikacji. Jak to nieraz w każdych, poprzednich kampaniach bywało.
Ale ta kampania była generalnie pozbawiona wewnętrznych złośliwości i intryganckiej rywalizacji. Może dlatego, że każda z trzech zjednoczonych, lewicowych generacji mobilizowała i walczyła przede wszystkim o swoją generację. Nie było istotnych wrogich prób podkradania sobie wyborców.
Moi starsi koledzy nieraz przestrzegali mnie, abym w czasie kampanii wyborczej tonował swe emocje i słowa. Zwłaszcza, że mam polemiczny charakter. Radzili, abym wystrzegał się w czasie kampanii wyborczej słów krewkich, zwłaszcza obraźliwych, których potem będę się zwyczajnie wstydził.
Bo cóż z tego kiedy się w czasie kampanii wyborczej widowiskowo i medialnie po obrażamy, kiedy potem przyjdzie nam skłóconym wspólnie pracować w Sejmie. Często w tych samych komisjach i podkomisjach. A Sejm to praca drużynowa, zbiorowa. To nie są solowe występy.
Słusznie pisała ostatnio Joanna Senyszyn, że teraz możemy być pewni nie tylko śmierci i podatków, ale też powrotu lewicy do parlamentu.
Patrząc na prognozowane wyniki Lewicy i jakość kandydatów na jej listach wyborczych możemy być pewni, że przyszły jej klub parlamentarny będzie innym niż pozostałe.
Nie tylko dlatego, że przeważać w nim mogą debiutanci parlamentarni. W moim okręgu, na czterdziestu kandydatów, tylko ja miałem doświadczenia parlamentarne. Na pewno w przyszłym Sejmie zadebiutuje grono osób uprawiających politykę w zupełnie nowym stylu. Oby skutecznie.
Ale jeśli uda się nam przenieść dobrą współpracę tych trzech zjednoczonych pokoleń lewicy z kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, to przyszły klub parlamentarny lewicy może okazać się wielce skuteczny.
Taka mieszanka trzech pokoleń, trzech lewicowych wrażliwości jeszcze nie raz wybuchnie.
To będzie ważna kadencja Sejmu.

Klub czytających książki do końca

Radość i zaskoczenie, a u niektórych może nawet niesmak. Tak zapewne reaguje polska podzielona opinia publiczna. Ja (to oczywiste) wraz z Czytelnikami Trybuny jesteśmy, mam nadzieję, w tej pierwszej grupie. Szczęśliwych i dumnych. W tej drugiej, znacznie mniejszej, na czołowym miejscu jest wciąż urzędujący jeszcze minister kultury i dziedzictwa… nie pomogą napisane, z przymusu i bez przekonania życzenia.

Olga Tokarczuk dobrze rozpoczęła. Po pierwsze jest absolwentką liceum im. Cypriana Kamila Norwida, a to zobowiązuje. Po drugie za debiutancką powieść „Podróż ludzi Księgi” otrzymała swą pierwszą nagrodę w konkursie literackim Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek w 1994 roku. A potem nagrody i wyróżnienia zaczęły się sypać, nie ma miejsca na wymienienie wszystkich. Z najważniejszych to Nagroda Kościelskich, Paszport Polityki, dwa razy (w ślad za Wiesławem Myśliwskim) Nagroda Nike, równocześnie pisarka pięciokrotnie wyróżniona została tą Nagrodą przez czytelników. Ostatnio zdobyła nagrodę The Man Booker International Prize 2018. A w tym roku miałem honor wraz z prezesem ZAiKS prof. Januszem Foglerem wręczać Jej Nagrodę sezonu wydawniczo-księgarskiego Ikar podczas Warszawskich Targów Książki. Nota bene to Olga Tokarczuk właśnie w maju 2019 wygłosiła w imieniu twórców formułę „Warszawskie Targi Książki ogłaszam za otwarte”, odeszliśmy bowiem, już kilka lat temu, od tego, by w roli tej występowali politycy.
W roku 2017 Gościem Honorowym Warszawskich Targów Książki były Niemcy, czyli pisarze i wydawcy z tego kraju. Pierwszego dnia Targów spotkałem „na mieście” ministra Glińskiego. Zapytałem, czy odwiedzi nas. Odpowiedź była krótka i konkretna – proszę pana, ja mam tyle obowiązków… tu nastąpiło machnięcie ręką jakby odganiał się od natrętnego owada. No cóż, tych obowiązków biedny minister ma wciąż tyle, że, jak oświadczył kilka dni temu, nie dokończył żadnej książki Olgi Tokarczuk. Co prawda nie tłumaczył się tym razem zajęciami, ale szczerze, jak przystało na członka partii, która zawsze mówi prawdę, przyznał, że próbował lecz żadnej z książek nie dokończył… Teraz, już po ogłoszeniu decyzji Komitetu Noblowskiego, obiecał powrócić do niedokończonych lektur. Ot, kolejna korzyść z polskiej Noblistki. Gdybyśmy jeszcze dostali Nobla na przykład w dziedzinie medycyny, to może minister zdrowia zainteresowałby się losem polskich pacjentów na oddziałach ratunkowych, czy cenami leków…
Wracając do naszej Laureatki, to już ponad rok temu, przed nagrodą Bookera, została zawiadomiona o przyznaniu Jej przez Radę Stowarzyszenia Kuźnica Nagrody Kowadło. Wciąż jest kłopot z ustaleniem terminu wręczenia. Może przed wylotem do Sztokholmu?
Pani Oldze, my wszyscy, zrzeszeni w klubie czytających książki do końca, składamy gratulacje bez wahania i bez dodatkowych deklaracji. A może przyjmie Pani godność Honorowej Prezeski naszego klubu?

Chińskie szepty i krzyki

Gorzkie i cierpkie owoce

Pisać o literaturze chińskiej, to – dla nieznawcy – zadanie cokolwiek hardcorowe. Gdy sięgałem po „Kamień w lustrze. Antologię literatury chińskiej XX i XXI wieku”, w przekładzie grona znakomitych sinologów i tłumaczy języka chińskiego, towarzyszyło mi poczucie, że przekład z języka chińskiego, tak kompletnie i radykalnie odmiennego pod każdym względem od każdego innego języka, w tym w szczególności od dowolnego języka europejskiego, i w tym polskiego, to jakby tłumaczenie z księżycowego na gwarę podhalańską.
Być może przesadzam, jeśli tak, będę wdzięczny za skorygowanie mojego mniemania. Jednak i cywilizacja chińska i jej język są czymś tak odległym od polskiej, że gdy czytam po chińsku napisane opowieści za pomocą polskiego słownictwa, gramatyki i składni, mam poczucie, że to utwory nie tyle przetłumaczone w literalnym sensie tego słowa, lecz po polsku, na nowo, „sposobem”, podane. „W ogrodzie chińskiej literatury rosną drzewa, które rodzą niezwykłe owoce. (…) Zazwyczaj lśnią jak wypolerowane lustra…” – tak w pięknym, znamionującym wpływ stylu dawnej chińskiej poezji rozpoczyna swój wstęp do antologii profesor Lidia Kasarello. Dodaje przy tym, że te owoce smakują często gorzko i cierpko. Zauważa przy tym, że w antologii „próżno szukać (…) opowieści o walecznych rycerzach, pięknych konkubinach, cesarskich satrapach, konfucjańskich mędrcach i poetach recytujących wiersze przy blasku księżyca” (tu od razu przypomniała mi się czytana w dzieciństwie andersenowska baśń o „Cesarskim słowiku”).
Istotnie, opowiadania z przełomu XX i XXI wieku, to nasz czas współczesny lub niemal współczesny, to w Chinach „epoka przełomów, wstrząsów, reform, nadziei, i traum”. Jak zauważa Lidia Kasarello, wiodącą nicią tematyczną łączącą ogromną część literatury chińskiej tego okresu motyw zmagania się tradycji z nowoczesnością, oraz poszukiwanie nowej, nowoczesnej chińskiej tożsamości.
Kasarello daje skrótowy z konieczności, ale esencjonalny w treści zarys najważniejszych motywów tek literatury w zakreślonych przez antologię ramach chronologicznych. Przy okazji uczona wymienia dziesiątki nazwisk pisarzy i poetów chińskich, których tu, poza wybranymi, nie przytoczę, bo dla profana są nie do zapamiętania. W tej antologii bardzo cenna jest, w pierwszym rzędzie, jej stylistyczna, literacka różnorodność. I tak – to tylko wybrane przykłady – otwierające zbiór opowiadanie „Graniczne miasta” (1934) Shen Congwena (nazwiska podaję w mianowniku, bez polskiej deklinacji), to klasycznie, w stylu nieco idyllicznym, lirycznym i pastoralnym (dalekie jak stąd do księżyca porównanie do „Nad Niemnem” Orzeszkowej) opowiedziana historia dziadka, wnuczki i dwóch młodzieńców o nią się starających, w scenerii nadrzecznej i z sympatycznym wątkiem przyjaźni dziewczyny z psem Żółtym, dla mnie bardzo miłym wątkiem, bo mam w głowie okrutny obraz Chin jako kraju morderców i zjadaczy psów, moich ukochanych zwierząt. „Pierrot” Mu Shiynga, to wysmakowany stylistycznie i wyraźnie ironiczny obraz dandysowskich kręgów Szanghaju.
Jednak już „Gwiazda dla babci” Shi Tieshenga, „Trzydzieści lat, wiek samodzielności” Wang Xiaobo, czy „1986” Yu Hua, to okrutne, naturalistyczne, fragmentami reporterskie obrazy z czasów rewolucji kulturalnej (1966-1976) czasów Mao Ze Donga. „Biały koń” Yan Ge, to Chiny widziane oczami wrażliwej dziewczynki. „Ta-ta-ta” Han Shaogong to obraz (lata 40-te) kultury wiejskiej, plemiennej, mitologicznej, konserwatywnej, pierwotnej, sakralnej. „Chatka na górze” i „Pył” Can Xue, to „kafkowskie” w klimacie, groteskowe, surrealistyczne, absurdalne obrazy duchowego niepokoju, zagubienia, wyobcowania, pełne zjaw i tajemniczych szuflad. Miejsce w antologii znalazł też Tybet (czyli nie Chiny) w cyklu narracyjnym „Tybetańskie strofy” Oser.
O ile podana w zbiorze w niewielkiej dawce poezja, w przekładzie polskim, także formalnie, może swobodnie kojarzyć się ze współczesną poezją europejską, o tyle zaskoczeniem dla polskiego czytelnika może być dramat (a raczej manifest postdramatyczny) „Ja kocham XXX”, zbudowany w formie wielostronicowej monotonnej litanii (mantry), będącej zapisem strumienia świadomości, prywatnej i historycznej, Chińczyka (Meng Jinghui, rocznik 1966,), dojrzewającego w czasach pierwszej, pomaoistowskiej modernizacji Deng Xiao Pinga. Czytelnik, który nie jest smakoszem literatury jako takiej i szuka w niej przede wszystkim treści, wiedzy, wiele może z tej antologii o Chinach się dowiedzieć.
Smakosz formalnej, stylistycznej warstwy literatury znajdzie tu bogate menu: konwencjonalny realizm, sielski liryzm, wysmakowany wykwint stylistyczny, groteskę, surrealizm, poetykę absurdu, solipsyzm, ale i okrutny brutalny naturalizm. Lektura tej antologii to prawdziwa uczta. Dla mnie osobiście, wejście w świat słabo znany. Dotychczas bowiem jedyną moją chińską lekturą była erotyczno-pornograficzna z XVI wieku opowieść „Kwiaty śliwy w złotym wazonie”. Z całego serca dziękuję autorom tej antologii z profesor Lidią Kasarello na czele, za stworzenie mi możliwości nadrobienia, za jednym zamachem, choć minimalnej części tych zaległości.

„Kamień w lustrze. Antologia literatury chińskiej XX i XXI wieku” , przekład zbiorowy, redakcja naukowa i wstęp Lidia Kasarełło, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str.670, ISBN 978-83-66272-62-0