Jesteśmy tu po to, żeby czytać

Zbiór szkiców i wykładów Olgi Tokarczuk „Czuły narrator” to przede wszystkim wielka pochwała czytania i pisania, niezastępowalnej roli literatury, a w szczególności powieści.

Pisarka odsłania przed swymi czytelnikami dzieje swojego dojrzewania do literatury, swoich narodzin, po pierwsze, jako czytelniczki, a po wtóre, pisarki, dla której treścią życia stało się składanie liter i budowanie nowych sensów.
Samo w sobie to niezwykle ciekawe, zwłaszcza dla tych, którzy rozsmakowali się w jej pisarstwie, wyprawiać się śladami lektur, pierwszych i późniejszych, dojrzałych już fascynacji literackich autorki. Ciekawe również dowiadywać się, jak wygląda warsztat psiarki, zwłaszcza jako autorki powieści historycznej, monumentalnych „Ksiąg Jakubowych”. Gromadzenie materiałów o schizmie frankistów, liczne lektury, wyprawy terenowe, tworzenie map i pierwszych struktur, a potem wiązanie tych różnorodnych elementów w całość przypomina wytężoną pracę architekta, który musi zadbać o kształt całości i wycyzelowanie każdego elementu z osobna.
Ale choć to tematy poruszające wyobraźnię, jeszcze ciekawsze wydają się próby zdefiniowania przez pisarkę zadań literatury, jej miejsca w życiu społeczeństw, roli przypisywanej i rzeczywistej, kto wie, czy nie koła ratunkowego, zwłaszcza w sytuacji obecnej, kiedy wszyscy czujemy, że następuje kres świata, jaki znaliśmy do tej pory, a obraz tego, co nastąpi, wciąż rysuje się mgliście.
„Rezultatów pandemii – pisze Olga Tokarczuk – jest w końcu wiele i są one bardzo różnorodne. Najważniejszym jednak wydaje mi się załamanie głęboko uwewnętrznionej narracji, że kontrolujemy świat i jesteśmy panami stworzenia”. Nie jest to może szczególnie odkrywcze stwierdzenie, ale dla pisarki niesie daleko idące konsekwencje. Skoro bowiem człowiek jest detronizowany, skoro dawne jego zwyczaje i ugruntowane przekonania sypią się na naszych oczach, trzeba szukać innych perspektyw i innych fundamentów. Tu właśnie z pomocą przychodzi literatura ze swoją „ekscentrycznością”, jak to Tokarczuk nazywa. Nie chodzi jednak o ekscentryczność w potocznym tego słowa znaczeniu, czyli o różnego rodzaju dziwactwo, odstawanie od normy, ale spojrzenie spoza centrum, niejako z boku, z ukosa, z innego wymiaru chciałoby się rzec, aby na te same zjawiska i procesy popatrzeć z innego dystansu. I w ten sposób szukać innych możliwości interpretowania świata. Niekoniecznie ufundowanego na uroszczeniu, że człowiek jest panem stworzenia poza wszelką dyskusją i jego interesy (nawet te dojutrkowskie) mają być traktowane poważniej niż interesy innych udziałowców naszej biosfery.
Nie chcę sugerować, że Tokarczuk wybiera irracjonalizm jako obronę przed bezradnością nauki czy rozumu. To raczej próba powiększenia, wzmocnienia naszych władz poznawczych. Stąd zapewne inspiracja, jaką czerpie z niecodziennej książki Johna Maxella Coetzeego „Żywoty zwierząt”, nawiązującej do ruchu walki o prawa zwierząt. W gruncie rzeczy chodzi tu bowiem o prawo humanisty do stawiania pytań moralnych i użycie literatury jako narzędzia „ekscentrycznego poznania”.
„Żywoty” to zapis wykładów pisarza (nieprzypadkowe jest to podobieństwo do znacznej części tekstów „Czułego narratora”, będących też wykładami), wygłoszonych na Uniwersytecie Princeton o osobliwej formie fikcji literackiej. Wykłady te bowiem są opowiadaniem o gościnnych wykładach (wykład w wykładzie, niczym chwyt teatru w teatrze – oto pisarz w podwójnej masce) starzejącej się pisarki (postaci fikcyjnej), Elizabeth Costello, występującej przeciw okrucieństwu ludzi wobec zwierząt. Zaproszona przez władze Appleton College, na uczelnię, gdzie pracuje jej syn i synowa, niezbyt pisarce przyjazna, głosi radykalne tezy, przyrównując codzienną rzeź dokonywaną na zwierzętach do holocaustu.
Pisarz, a ściślej jego bohaterka, odwraca znane porównanie masakry Żydów w obozach koncentracyjnych do rzezi bydła. To szokujące porównanie budzi niesmak starego poety, Abrahama Sterna, który w liście do pisarki sprzeciwia się takiemu porównaniu: „to odwrócenie pojęć obraża pamięć pomordowanych i w tandetny sposób kupczy przerażającą historią obozów śmierci”. Mimo te słowa Elizabeth nie zmienia swojego stanowiska, niepokojąc słuchaczy swoimi słabo uargumentowanymi, a jednak dającymi do myślenia sądami, odwołującymi się krytycznie do myśli dawnych i współczesnych filozofów, m.in. wtedy, gdy próbuje dowieść, że władztwo rozumu to wcale nie najważniejszy wyróżnik wolności, której odmawiamy zwierzętom. Synowa oskarża Costello o hipokryzję, ale syn, choć nie podziela jej radykalizmu, rozumie trwogę matki na każdym kroku dostrzegającej „dowody zbrodni”. Nie może się z tym pogodzić – książkę kończy wymowna scena: stara pisarka szlocha w ramionach syna, który tylko w śmierci widzi wyzwolenie od jej niepokojów: „Spokojnie. Niedługo będzie po wszystkim”.
Majorie Graber, krytyk literacki, profesor Uniwersytetu Harvard dowodzi, że głęboki utwór Coetzeego w równej mierze dotyczy relacji ludzi i zwierząt, co i literatury, jej roli w przekształcaniu świata. O to właśnie pyta swą matkę pisarkę, Elizabeth Costello, jej syn John Bernard: „Naprawdę sądzisz, że zajęcia z poezji przyczynią się do zamknięcia rzeźni?”. Matka zaprzecza. A jednak chyba w to wierzy.
Olga Tokarczuk chyba też wierzy w sprawczą moc literatury, podzielając intuicje Coetzeego. „Wydaje mi się – argumentuje – że literatura jako nieustanny proces snucia opowieści o świecie ma większą niż cokolwiek innego możliwość ukazania świata z całością perspektywy wzajemnych wpływów i powiązań. Rozumiana szeroko, jak najszerzej, jest ze swojej natury siecią, która łączy i ukazuje ogrom korespondencji między wszystkimi uczestnikami bytu. To bardzo wyrafinowany i szczególny sposób komunikacji międzyludzkiej, precyzyjny i zarazem totalny”.
Pewnie dlatego głosi chwałę tłumaczy, bo za ich sprawą następuje nieustanne poszerzanie ludzkich horyzontów i wtapianie do krwiobiegu współczesności nawet najstarszych tekstów, takich jak pierwszy podpisany utwór literacki w dziejach ludzkości Hymn do Inanny, dzieło Enheduanny, akadyjskiej bogini Inanny. „Dzięki tłumaczeniu – wyjaśnia Tokarczuk – ze swej natury uwspółcześniającemu język, ten tekst jest doskonale rozumiany i przeżywany przez współczesnego czytelnika, ponieważ przekazuje głębokie, niezwykle intymne do doświadczenie, które wędruje przez czas i pozostaje bez wątpienia uniwersalne”. Warto przypomnieć, że fascynacja tym tekstem i sumeryjską kosmogonią stało się inspiracją do powstania jej porywającej powieści „Anna In w grobowcach świata”.
„Ludzie, którzy czytają powieści, są niejako „więksi”, mają szerszą świadomość, żyli bowiem żywotami innych ludzi, choćby na chwilę” – przekonuje Noblistka. Poddawanie się oddziaływaniu powieści, wchodzenie w ich świat, w psychikę bohaterów sprawia, że nasze doświadczenie staje się bogatsze. Co więcej, może okazać się „szczepionką”, jak zapewnia pisarka, „przeciwko wizji świata tworzonej doraźnie i traktowanej instrumentalnie”, którą nieustannie wytwarza propaganda.
Dlatego warto czytać. I pisać. Toteż w esejach Olgi Tokarczuk znalazło się takie oto posłanie skierowane do sióstr i braci po piórze:
„Drodzy koledzy i koleżanki po piórze, młodzi adepci tego dziwnego zawodu, pisanie jest piekłem, ciągłą torturą, gotowaniem się w smole. Męczy, niszczy kręgosłupy, neurotyzuje, każe stawać w jakieś szranki, być nominowanym, aplikować, komentować, życzyć źle wrednemu recenzentowi, a w zdenerwowaniu po nieprzyjemnej recenzji gryźć palce. Ale pisanie jest jednocześnie niebem – daje poczucie mocy, zmienia życie w ciągłe uprawianie hobby, pozwala obcować z mądrymi, interesującymi sprawami i ludźmi, zmusza do myślenia i podchodzenia do różnych spraw z nietypowej strony, każe stawiać sobie ciągle pytania o to, kim się jest, rozwija empatię i sprawia, że lepiej rozumiemy innych”.

CZUŁY NARRATOR Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Wieszający pielęgnatorzy tradycji

Dzięki dotacjom ministra Glińskiego patriotyczni rekonstruktorzy, jak będzie potrzeba polityczna, to pokażą, jak pod Grunwaldem wygrywają Tatarzy.

Za parę miesięcy, po szczepieniach, z kopyta ruszą festyny w ramach najróżniejszych obchodów. Te zaś w najbardziej nawet zabitej dechami miejscowości nie mogą się odbyć bez rekonstrukcji historycznej.
Czeka nas zatem oglądanie bitew ze wszystkich epok, szturmy zamków. A nawet uczestniczenie w życiu codziennym w osadach wikingów i turniejach rycerskich. Ale nade wszystko będziemy mieli okazję zostać porażeni polityką historyczną obecnej władzy. I to w najkrwawszej wersji.
Pal licho fakty
Parę lat temu wrocławianie mogli niemal co tydzień oglądać jakąś historycznie rekonstruowaną egzekucję. W tym i takie które wyglądały zupełnie inaczej niż starali się to przekazać miłośnicy historii. Pokazali jak rozstrzelano Danutę Siedzikównę „Inkę” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Rozstrzeliwali ich uczniowie liceum oraz pluton egzekucyjny Grupy Historyczno-Edukacyjnej „Młot”. Nikomu nie przeszkadzał taki drobiazg, że „Inka” i Zagończyk zginęli w piwnicy więzienia w Gdańsku. Ważne żeby był huk i padł trup. Najważniejsze bowiem, by widzowie byli usatysfakcjonowani. A organizatorzy wydarzenia zapłacili i zaprosili przebierańców po raz kolejny.
Choć w przypadku Wrocławia i to nie jest konieczne. Bo wystarczy nawiedzony historycznie nauczyciel podstawówki, który będzie chciał odegrać scenę egzekucji uczniów ze „szkółki polskiej” z Breslau. Pan osobiście wcielił się w esesmana, a najmłodsze dzieciaki z podstawówki odgrywały role rozstrzeliwanych.
Badacze fenomenu grup rekonstrukcyjnych zauważają, że ostatnie lata zaowocowały znacznym przesunięciem się zainteresowań historycznych rekonstruktorów. Rozpoczęło się to jeszcze za pierwszych rządów PiS, a potem było nadmuchiwane przez odznaczenia państwowe masowo wręczane przez Lecha Kaczyńskiego w czasach jego prezydentury.
Jednak to Marsz Niepodległości z 2011 roku, stał się jak gdyby aktem pasowania rekonstruktorów na Prawdziwych Polaków. Bo po tym jak Niemcy z „antify” na nich napadli, poczuli, że są awangardą polskości i strażnikami pamięci historycznej. W tym przekonaniu utwierdził przebierańców Jarosław Kaczyński, który w jednym z przemówień określił ich mianem filarów ruchu patriotycznego.
Patriotyzm rekonstrukcyjny, nie mógł zatem tkwić w czasach średniowiecza, czy nawet powstań narodowych. Wymagał przecież jasnego określenia „nas” jako ofiar i „ich” jako oprawców. Do tego zaś najlepiej nadawały się rekonstrukcje wybranych sytuacji z II Wojny Światowej i pierwszych lat powojennych. Nieprzypadkowe sytuacje. Źli mieli być Niemcy, Ukraińcy, Sowieci i – oczywiście – komunistyczna władza.
Czerwoną hołotę
Ponieważ najbardziej złą rzeczą jest mordowanie niewinnych, to najmodniejszymi rekonstrukcjami stały się masowe mordy, rzezie i egzekucje.
W Radymnie odegrano rzeź wołyńską. Kobiety i dzieci krzyczały. Karabiny strzelały, a trup ścielił się gęsto. I to taki zabijany kosami, widłami, sierpami i siekierami. A na koniec, zebranej gawiedzi, zademonstrowano jak palą się makiety chałup.
W Wólce Milanowskiej pod Nową Słupią w ramach rekonstrukcji, wybudowano wielka szubienicę, na której ustawiono 13 osób i założono im pętle na szyje, resztę przysłoniła kotara. To w tamach rekonstrukcji „Rozkaz: Zabić Polaków” przygotowanej przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych „Jodła”. Show uświetniał obchody rocznicy prawdziwego mordu z 7 lipca 1942 roku.
Szef „Jodły” Dionizy Krawczyński opowiadał potem mediom: „Pokazaliśmy, kto jest katem, a kto ofiarą”. Bo bez szafotu nikt pewnie by nie wiedział.
Sędziszów to też Kielecczyzna. Tam właśnie rozgrywano akcje „Ostatniego Semafora” rekonstrukcji wydarzeń z 1944 roku. Kiedy to Sędziszów został otoczony żandarmerią i gestapowcami. Potem była obława, a następnie ciężarówki wywiozły 30 zatrzymanych osób, które rozstrzelano w Piotrkowicach i Chmielniku. Jednak inscenizacja wymagała, aby wystąpiła jedność czasu i miejsca, więc rozstrzelano aresztowanych na miejscu.
W Samsonowie – też od Kielcami – rekonstruktorzy też pokazali rozstrzelanie. Pluton egzekucyjny, huk, padające ciała, a potem wynoszenie zwłok zabitych. Dzieciom się to nader podobało.
Tak jak wcześniejsza rekonstrukcja Powstania Warszawskiego we Wrocławiu, w ramach której swołocz z Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej wyrzuciła zakonnika z okna, a jednego z powstańców przeciągnęła po bruku na linie przywiązanej do motocykla.
Zresztą warszawskie rekonstrukcje też nie są gorsze. Bo można na nich było zobaczyć jak żołnierze niemieccy gwałcili Polki, a przy okazji powiesili też ks. Józefa Stanka.
Czyrak
Jak nie ma powstania ani spektakularnej egzekucji, to zawsze można wymyślić to, co w Strzyżowie wykoncypowali i zrealizowali rekonstruktorzy z Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych X D.O.K. oraz Strzyżowskiego Teatru „Prima Aprilis”, którzy zaprosili mieszkańców Strzyżowa i okolic na rekonstrukcję historyczną – likwidacja kolaboranta kryptonim „Wrzód”.
Harcerki i harcerze z Patrolu Rekonstrukcji Historycznej Szczepu „Puszcza” Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej z udziałem członków Stowarzyszenia Ochotniczy Oddział Kawalerii w barwach 22 Pułku Ułanów Podkarpackich rekonstruowały w Pionkach kawałek wojny. Chodziło o atak AK na tamtejszą fabrykę prochu. Jeden z partyzantów ginie, drugi jest ranny w głowę. A inni wydani przez kolaboranta są rozstrzelani. Młodzież się do widowiska przyłożyła. Nie mogło być inaczej bo odbywało się to w ramach projektu „Wzór patriotyzmu i oddania ukochanej Ojczyźnie”, który został wsparty finansowo przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Gminę Miasto Pionki oraz Starostwo Powiatowe w Radomiu.
Gdzie najlepiej rekonstruować wkroczenie Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r? Oczywiście w Gryficach. No to by pociąg z gwiazdą i sztandarem ZSRR, były strzały, płacz i krasnoarmiejcy.
Znacznie ciekawsza była jednak rekonstrukcja historyczna pacyfikacji Woli Zarczyckiej, w której Niemcy na placu szkolnym kazali przez 10 godz. leżeć kilkuset miejscowym mężczyznom, aby potem 76 z nich najpierw skatować, a potem zastrzelić.
Nie zawsze jednak rekonstruktorzy historyczni biorą udział w rekonstrukcjach. Czasem defilują jak na corocznej Krajowej Defiladzie Pamięci Żołnierzy Niezłomnych. A szkoda, mogliby przecież wpaść na Podlasie i przypomnieć kilka chlubnych kart swojej działalności. Ze szczególnym uwzględnieniem jednego z oddziałów Łupaszki i chłopców od „Burego”. A tak, to miast się bawić w mordowanie prawosławnych i Litwinów wysłuchują w ubrankach i orężu z epoki, jak ks. infułat Stanisław Zięba opowiada, że „Narodowe Siły Zbrojne, Żołnierze Wyklęci to była wielka siła nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także, a może przede wszystkim, z racji potęgi jej ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli, ogromnej determinacji. Tego komuniści po prostu się bali. W tym widzieli największe zagrożenie i dlatego tak nienawidzili tych bohaterów narodowych”.
Dlatego dziś trzeba nienawidzić komunistów, i jak Szkolne Koło Rekonstrukcji Historycznej z łódzkiego Liceum i Gimnazjum oo. Bernardynów przygotować rekonstrukcję „Odbicie więźnia z rąk UB”.
Albo nawet jak grupa rekonstrukcji historycznej, powstająca przy Towarzystwie Przyjaciół Gminy Grabowo. Ona też dokonała odbicia więźnia antykomunistycznego podziemia z rąk UB. A niechby któryś z młodych ludzi nie chciał… W końcu narrację inscenizacji opracował i poprowadził dyr. szkoły w Grabowie. A, że nie doczytał, że AK nigdy nie miało na biało-czerwonych opaskach napisu AK?
Czepialscy detaliści wieszają psy na rekonstrukcji napadu przez UPA na wieś Rudka. Ale kogo to obchodzi, skoro można sobie było pooglądać pogrom.
Koncesje na przebieranie
Jeszcze inną oprawę zafundowano rekonstrukcji spalenia w paru chatach mieszkańców wsi Szarajówka w 1943 r.. Bo na oglądanie spędzania mieszkańców do podpalonej później chaty załapali się gminni włodarze oraz facet dla którego przebranie jest standardem – lokalny proboszcz. W stosownym przemówieniu starosta Biłgorajski Kazimierz Paterak nieustająco opowiadał o obowiązku pamięci o tamtych czasach i przekazywania jej młodemu pokoleniu. Poprzez coroczne palenie chaty, jak można domniemać.
To, że cyrk z przebierańcami sięgnął u nas zenitu niech zaświadczą takie drobiazgi jak odznaczenie przez ministra Błaszczaka, podczas wizyty na Węgrzech tamtejszego rekonstruktora, oraz wręczenie przez ambasador w Hiszpanii nagrody „Bene Merito” iberyjskiej grupie, która w zestawie wielu innych kostiumów ma również polskie, przedwojenne mundury.
O tym, że wychowywanie przez krwawe widowiska me sens, dowodzi zasłyszane kiedyś od uczestnika marszu „żołnierzy wyklętych” stwierdzenie: „Powinien mocniej ścisnąć”. Powiedział to obserwując „ubeka” duszącego „więźniarkę” w czasie jednej z rekonstrukcji.
Zdaniem badaczy zjawiska, nie powinniśmy się zdziwić, jak lada moment ktoś zechce unaocznić jak wyglądało zapędzanie ludzi do komór gazowych, albo czy od stodoły w Jedwabnem rzeczywiście biło ciepło. Niemieckie ciepło.

Próba zdefiniowania kobiety

Oto mój gość: kulturoznawca, artystka – plastyk, ikonografka, a zarazem poetka oraz pisarka. Słowem: kobieta jedyna w swoim rodzaju, acz o wielu twarzach – Bianka Kunicka Chudzikowska. Z Bianką Kunicką Chudzikowską rozmawiała Iwona Niezgoda – pomysłodawczyni i organizatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, prowadząca bloga Góralka Czyta.

Biorąc pod uwagę niniejszą prezentację, naszą rozmowę chciałabym zacząć od próby zdefiniowania kobiety, wszak jest Pani najjaśniejszym w moim przekonaniu dowodem, że ujęcie jej w ramach kulturowych nie jest łatwe. Jak więc postrzega Pani kobietę – a co za tym idzie – pogląd jakoby była to słaba płeć?

Trudne pytanie, bo patrząc przez pryzmat historii, to niewątpliwie kobieta i jej pozycja w społeczeństwie na przełomie wieków bardzo się zmieniała. Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że jeszcze relatywnie niedawno kobiety nie miały praw wyborczych, prawa decydowania o sobie czy kształcenia się. Pominąwszy fakt, że do dzisiaj nasz świat jest bardzo patriarchalny, a czasy, w których żyjemy pokazują, że jeszcze na wielu płaszczyznach pozbawia się nas głosu, a przynajmniej próbuje, to jednocześnie sądzę, że kobiety, pomimo nadania im miana słabej płci, niejednokrotnie sterowały i podporządkowywały sobie tę, pozornie silniejszą. Dużym problemem był również fakt, że kobiety nie wspierały się nawzajem, ale to także się zmienia, ponieważ zrozumiały, że dopiero działając wspólnie, mają szanse, że ich potrzeby będą dostrzeżone, a prawa respektowane.

Nie chcę tutaj dewaluować postawy mężczyzn, bo w nich również dojrzała świadomość, że kobieta to nie tylko matka ich dzieci, której największą ambicją jest prowadzenie gospodarstwa domowego, ale przede wszystkim partnerka mająca prawo do osobistego rozwoju. Co do samej kobiecości to trudno się nie zgodzić ze słowami Nietzchego, że cokolwiek się powie o kobiecie – jest prawdą. Ale tak na poważnie – kobiecość, pominąwszy aspekt seksualny to przede wszystkim świadomość swojej wewnętrznej siły i tego, co jest jej istotą. Kiedyś, gdy wielopokoleniowe rodziny żyły wspólnie, wiele mądrości, rad, a także ciepła i miłości, niejako samoistnie przechodziło z pokolenia na pokolenie, a dziś ta tradycja właściwie zanikła, bo większość młodych ludzi, podążając za pracą bądź możliwością kształcenia, bardzo szybko opuszcza dom rodzinny. Co ważne, do chęci, ale także do odwagi pokazywania kobiecych emocji i czerpania z nich siły, trzeba dorosnąć. Świadoma kobiecość jest niezwykłą wartością, która pozwala czerpać z pierwotnych instynktów, jak intuicja, pozwalających na pozaanalityczne rozumienie świata, jego rytmu i tętna, a tym samym na łagodzenia konsekwencji tego, że wciąż przyspiesza.

Mówi Pani o sobie, że pisze odkąd pamięta. Czy więc pierwszych prób układania liter należałoby szukać na kartach dziecięcych zeszytów? Co dawała Pani możność pisania w tamtym okresie?

Tak, pierwszy mój wiersz był bardzo, bardzo poważny. Powstał w wieku niecałych sześciu lat, choć nie jestem pewna, czy był kiedykolwiek zapisany. Wymyśliłam go dla górników na Barbórkę i naprawdę nie mam pojęcia skąd wziął się ten pomysł, gdyż nie tylko, że nie miałam w rodzinie nikogo, kto pracował w kopalni, jak też nigdy nie widziałam na żywo górnika w stroju galowym.

Nie pamiętam innych wierszydeł z tamtego okresu, ale kolejny, który zapadł mi w pamięć był napisany o Gross Rosen, obozie koncentracyjnym. Zatem, jak widać, była to poezja bardzo zaangażowana, a dodam, że oba znam na pamięć. Liceum to sporo następnych wierszy, ale dopiero jego końcówka i studia obrodziły naprawdę dużą ilością tekstów. Wtedy pisałam głównie o uczuciach i wyłącznie do szuflady. Był to czas buntu, dostrzegania brzydoty świata, ale także próby rozumienia i okiełznania własnych emocji, oczywiście głównie miłości. Było to pisanie dla siebie, pewnie taki niekonwencjonalny rodzaj terapii na nieprzystosowanie. Moje wiersze i opowiadania zawsze były podszyte smutkiem, tęsknotą, obawą przed odrzuceniem, które tylko tak, w nieco zawoalowanej postaci, mogłam wyrazić.

Niektórzy uważają, że pomysły na pisanie rodzą im się w czasie snu. Czy Pani może to potwierdzić, a jeśli nie, wymienić okoliczności, kiedy się one pojawiają?

Analizując na podstawie aktywności mózgu, specyfikę snu ludzkiego, a szczególnie jego fazy REM, pewnie można próbować uzasadniać takie przypuszczenia. Mózg ludzki wtedy przetwarza informacje i układa je w jakąś logiczną całość, nadając chaosowi sens. Freud byłby przeszczęśliwy, doszukując się w tym podpowiedzi podświadomości. Jung idąc dalej, twierdziłby, że w snach spotykamy symbole wspólne dla ludzi. Niestety nie wiem czy mogę to potwierdzić, biorąc pod uwagę, iż nigdy nie pamiętam swoich snów, a piszę najczęściej w nocy. Generalnie cierpię na bezsenność, choć przyznam, że nie lubię tego określenia, bo wcale wtedy nie cierpię, ale całkiem nieźle się bawię. Właśnie w nocy, gdy wszystko spowalnia, najbardziej lubię pisać. Mam świadomość, że nie jest to zbyt korzystne dla zdrowia, codziennego życia, ale także i wyglądu. Niestety, wielokrotnie próbowałam to zmienić i nie udało mi się.

Pomysły to impuls, mogą pojawić się w każdej chwili. Inaczej jest oczywiście z prozą, gdzie rodzą się, kiełkują powoli, a inaczej z poezją, bo w niej najczęściej jest to iskra, która rozpala kolejne wersy. Słowa biegną niejako same, ale lubię mieć pomysł, lubię wiedzieć dokąd mają dobiec, co chcę za ich pośrednictwem powiedzieć. Najczęściej siadam przy otwartym pliku zatytułowanym „pomysły na wiersze”, w którym mam notatki, jednak tak naprawdę nigdy z nich nie korzystam, bo ten wcześniejszy, wtedy wydawałoby się genialny pomysł, nie napisany od razu, przestaje być interesujący.

Dlatego u mnie się to dzieje tak, że siadam, a historia tworzy się w tej dokładnie chwili. Sądzę, że rodzące się pomysły, czy pisanie samo w sobie, to wewnętrzna potrzeba ludzi, których łączy podobna wrażliwość, podobny rodzaj wewnętrznego smutku, wiecznej tęsknoty za nie wiadomo czym. Być może pisanie daje nam namiastkę spełnienia. Parafrazując wcześniej wspomnianego ojca psychoanalizy, Zygmunta Freuda, człowiek szczęśliwy nigdy nie będzie uzależniony od snucia fantazji. Być może zatem pisanie to substytut szczęścia.

Podobno ludzie są sumą książek przeczytanych w życiu. Jakie Panią ukształtowały wpływając na wybór złożonej poetycko – prozatorskiej drogi?

Nie wiem czy powinnam się przyznawać, ale moim ulubionym w dzieciństwie zajęciem, zresztą nie tylko dzieciństwie, było czytanie w nocy encyklopedii. Po prostu wybierałam na chybił trafił stronę i czytałam hasło po haśle. Zawsze bardzo lubiłam baśnie i poezję, a jeśli chodzi o powieści, może to mało oryginalne, ale sięgałam raczej po klasyki. Czytałam bardzo różnorodną literaturę, bo Emila Zolę, Marqueza, Umberto Eco, Vonneguta, Fowlesa, Prousta, Pilcha, Tokarczuk, Zafóna, Hłaskę, Myśliwskiego, a z poezji Pawlikowską – Jasnorzewską, Przerwę – Tetmajera, Wojaczka, Leśmiana, Zuzannę Ginczankę, Norwida, Tuwima, V. Voolf, Yetasa, Blake’a, E.A. Poe, Jesienina, Cwietajewą, Rimbauda, Baudelaire’a, Varlaine, Plath.

Nie, nie jestem w stanie wymienić nazwisk, których słowa rozkochały mnie w sobie i już się stresuję, że podając je spontanicznie, na pewno pominęłam wiele dla mnie ważnych. Jednak, na pewno, poza poezją i jej metaforycznym przekazem, ogromne wrażenie zrobił na mnie cykl Lapidarium Kapuścińskiego i jego duże, wielopłaszczyznowe, rozumienie świata, pełne pokory i tolerancji, a jednocześnie niezwykle przenikliwe i bardzo bezpośrednie.

Poetka Wanda Dusia Stańczak nakreśliła takie słowa: Nie chowaj słów/ Możesz nimi zapalić komuś tak potrzebną latarnię. Czy to też powód, dla którego Pani tworzy i jak zapatrują się na tę pasję Pani najbliżsi?

Tak, trudno się z tymi słowami nie zgodzić i to nie tylko na gruncie poezji, ale na każdej płaszczyźnie życia. To nas odróżnia od wszystkich innych stworzeń, że umiemy się ze sobą komunikować w stopniu, który pozwala na wymianę myśli, na prowadzenie dialogu i dzięki temu kształtujemy nasze poglądy. Każda interakcja, a jest nią również czytanie literatury, wnosi nową perspektywę i poszerza horyzonty. Mnie literatura była potrzebna dla zrozumienia tego, że ludzie choć różnią się kulturą, miejscem zamieszkania, pochodzeniem czy wiekiem, tak naprawdę mają podobne marzenia i potrzeby, mówię tutaj o tych pozamaterialnych. Chyba najpiękniejsze słowa, jakie do mnie czasami docierają to te, że ktoś miał bardzo zły czas, że cierpiał ze względu na problemy osobiste bądź zdrowotne, a moja poezja czy proza, pomogły mu stanąć na nogi, bo tak bardzo dotykała jego wewnętrznych, najczęściej niewypowiedzianych myśli, że odnajdował w sobie siłę, aby wiele spraw uporządkować.

Co do drugiej części pytania to oczywiście najbliżsi mi kibicują i rozumieją, że pisanie jest dla mnie czymś więcej niż pasją, jest moim powietrzem.

Pisze Pani ikony, poezję i prozę. Który rodzaj pisania wymaga najwięcej intelektualnego wysiłku, a może jest to wyłącznie kwestią wielowymiarowego talentu i otwarcia się na szeroko rozumianą sztukę?

Nie umiem wybrać czy to poezja, czy proza, bo to inny niejako tor myślenia, inny rytm i sposób pisania. W poezji trzeba kondensować myśli, co często jest dużym utrudnieniem, a pisząc prozę można sobie pozwolić na swobodny ich tok. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest przeskakiwanie z jednej formy literackiej na drugą i to w dodatku nieustannie. Gdy piszę powieść, niemal natychmiast tęsknię za poezją, a za prozą, gdy piszę wiersze. Nie umiałabym już w tej chwili zrezygnować z żadnej z tych ścieżek. Poezja ma tę zaletę, że jest formą nieporównywalnie krótszą i choć napisanie tomiku, który zawiera kilkadziesiąt, a czasami ponad sto wierszy, często zajmuje więcej czasu niż napisanie książki, to jednak nie musi układać się w logiczną całość jak w powieści i nie wymaga aż tyle samodyscypliny. Odnaleźć w sobie natchnienie pisząc wiersz, jest zdecydowanie łatwiej, niż pisząc kilkusetstronicowy tekst. To bywa naprawdę ciężka praca, do której niejednokrotnie trzeba się zmuszać, a przerwanie pisania na dłuższy czas powoduje wybicie się z rytmu.

Co do ikony natomiast, to podchodzę do jej pisania czysto hobbystycznie, fascynuje mnie technika jej tworzenia i historia, jednak w porównaniu do pisania, traktuję ją bardzo po macoszemu i na pewno zawsze tak będzie, gdyż moim medium zawsze było, jest i będzie słowo.

Czy zarówno poezja jak i proza wiążą się z trzymaniem się ściśle określonych sobie na początku założeń, czy też przeciwnie – pozwalają one czasem Pani poczuć zew wolności i radość z bycia spontaniczną?

Na pewno musi być pomysł, który w wypadku poezji może być impulsem. Powiem szczerze, używając metafory, że z reguły dobiegam do celu, ale najczęściej inną drogą, niż planowałam, jednak to jest jeden z najbardziej fascynujących elementów pisania, bo inaczej chyba byłoby to nudne. Odkrywamy w sobie pomysły, rozwiązania i historie, które przychodzą nagle i przetasowują wcześniejsze. Bardzo to lubię, bo to pokazuje jak nasz mózg potrafi zaskoczyć nas samych, formą wypowiedzi, kreatywnością, ilością zakodowanych informacji, które nagle potrafimy połączyć w logiczną całość. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że w pisaniu najbardziej fascynujący jest ten swobodny strumień myśli, gdy stajemy się demiurgami, tworzącymi alternatywne światy.

Z Pani poezją po raz pierwszy zetknęłam się w 2018 roku, kiedy to do moich rąk trafił tomik pt. Pobrudzone szminką, a rok później ukazał się kolejny zatytułowany Poparzone wrzątkiem, który moim zdaniem ugruntował Pani wysoką pozycję na poetyckiej niwie. Udaje się Pani gromadzić wokół siebie wielu ludzi zafascynowanych utworami, i dających temu wyraz morzem reakcji oraz komentarzy na facebookowym profilu, czy choćby ochoczym współtworzeniem niedawno wyemitowanej na antenie Radia Ty i Ja audycji Unikod Poezji. Może Pani to jakoś wyjaśnić, zwłaszcza, że przecież Polacy rzadko sięgają po wiersze…?

Dla mnie to ogromne zaskoczenie, a początkowo był to nawet szok, ale pozytywny, który zmotywował do dalszego pisania. Sądzę, że wbrew obiegowej opinii, poezja jest potrzebna, ale jednocześnie jest dość trudno dostępna. Nie promuje się współczesnej poezji tak, jak nowych powieści. Nawet znane nazwiska zajmują najczęściej maleńki regalik w księgarni, w której odnajdujemy setki półek z prozą. W dodatku książki są generalnie drogie, a tomiki poezji najczęściej mniej obszerne w formie.

Zauważyłam, że sympatia do mojej poezji często kończy się w momencie, gdy trzeba zapłacić za tomik, ale jednocześnie widzę jak wiele osób jest spragnionych uczuć, mówienia o nich. Poszukują one piękna, bo ogrom brzydoty i przemocy wokół nich, powodują zniechęcenie. Wiersz potrafi wskrzesić w czytelniku dawno zapomniane emocje i w ułamku sekundy przyspieszyć bicie serca. Czyż to nie piękne?

Na uwagę zasługuje fakt, iż ostatni tomik zawiera ponad sto utworów. Czy spośród wszystkich, które Pani dotychczas nakreśliła, potrafi wybrać jeden, ten ulubiony?

Z pewnością mam ulubione teksty, ale nie chciałabym i chyba nawet nie potrafiłabym w tej chwili wskazać konkretnych. Wierszy jest tyle, że ich po prostu nie pamiętam. Przede wszystkim nie pamiętam tytułów, które jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powstają nagle, niespodziewanie dla mnie samej, a w dodatku niekoniecznie wynikają z treści wiersza. Często pytana o konkretny tytuł, nie umiem skojarzyć wiersza, którego dotyczy. Może w ten, nieco pokrętny sposób, wykręciłam się od odpowiedzi, ale to świadomy unik przed przypisaniem sobie któregoś z wierszy jako najbardziej mi bliskiego.

Nie ukrywam, że także uległam czarowi Pani twórczości, ale stało się to głównie za przyczyną debiutanckiej powieści pod tytułem Najprawdziwsza fikcja, nagrodzonej srebrnym laurem II edycji niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, któremu przewodzę, jak również uznaniem Ósmego Jurora w osobach czytelników zainteresowanych konkursem. Jak Pani wspomina tę nagrodę? Czy wpłynęła ona na chęć dalszego wspinania się po drabinie sukcesu?

Tak, oczywiście, zaraz po zakończeniu trzeciego etapu konkursu poznałyśmy się. Dokładnie pamiętam wiadomość, którą otrzymałam zaraz po zamknięciu konkursu, wtedy pierwszy raz rozmawiałyśmy. Dziś już jestem w innym miejscu i czasie, z inną świadomością i pomysłami, ale tamten moment oraz udział w konkursie zawsze będą dla mnie ważne. Zupełnie nie spodziewałam się, że moja premierowa książka, która ukazała się niewiele wcześniej przed samym plebiscytem, może zostać wyróżniona. Oczywiście każdy piszący ma nadzieję, że coś takiego się wydarzy, a twierdzenie, że jest inaczej, to hipokryzja, ale trudno się spodziewać, że stanie się to zaraz po debiucie. Samo wyróżnienie dało mi wiarę w sens tego, co robię i ogromnego, motywacyjnego kopniaka i już zawsze będzie miało dla mnie symboliczne znaczenie.

Czy w jakiś sposób, nawet symboliczny, nagradza Pani za trudy tworzenia samą siebie?

Zupełnie nie wiem jak rozumieć to pytanie, ale chyba nie robię niczego takiego, co mogłabym podciągnąć pod definicję nagradzania się. Dla mnie nagrodą jest już sam fakt, że mogę pisać, że mam łatwość słowa i w dodatku mam swoich Czytelników, którzy mnie motywują i to oni mnie nagradzają dobrym słowem, czy samą obecnością. Wiele osób poznałam osobiście, z niektórymi nasze relacje stały się wręcz przyjacielskie. Dzięki temu, co robię, poznałam osoby, których nie miałabym okazji poznać w normalnych okolicznościach, a przecież jedną z największych wartości w życiu jest móc mieć blisko siebie ludzi, którzy podobnie myślą i czują. Zatem fakt, iż tak się stało w moim przypadku jest nagrodą samą w sobie.

Głównym bodźcem do niniejszej rozmowy jest nadchodząca wielkimi krokami grudniowa premiera drugiej powieści opublikowanej pod skrzydłami Wydawnictwa Oficynka – Na wieki wieków Pani Amen. Skąd pomysł na tak oryginalny tytuł?

Tytuły to niezależne twory, które muszą żyć nie tylko w symbiozie z treścią powieści, ale także niezależnie od niej, gdyż ich rolą jest przyciągnąć potencjalnego odbiorcę. Lubię nadawać tytuły, lubię grę słów i ich wieloznaczność, a czasami też prowokację. Powieść mówi o kobiecie, która nie potrafi kochać, a cała historia zmierza do wyjaśnienia powodu takiego stanu, co niejednokrotnie prowadzi aż do czasów bliskich narodzinom chrześcijaństwa. Nie będę zdradzać szczegółów, bo mogłoby to popsuć element niespodzianki, więc powiem tylko, iż tytuł na pewno nawiązuje do wspomnianego faktu, ale także do tematyki wiary, bądź jej braku oraz samego słowa „amen” w wielu jego wymiarach.

Już na pierwszy rzut oka okładka książki zwraca uwagę za przyczyną magicznego obrazu pędzla artysty, Karola Bąka. Widać, że malarstwo kolejny raz przenika do Pani prozatorskiego dorobku. Czy to zabieg od początku zamierzony?

Tak, zdecydowanie zamierzony, gdyż strona wizualna wszystkiego, co robię jest dla mnie bardzo ważna. W każdej dziedzinie sztuki najważniejszy jest odbiorca, a co za tym idzie, jego wyobraźnia i należy się z tym liczyć, iż każdy może odebrać dane dzieło, czy tekst po swojemu. Na odbiór wpływają jego doświadczenia, preferencje estetyczne, ale przede wszystkim to, co w danej chwili go nurtuje, niepokoi, przynosi radość lub smuci. Oczywiście ilustracja tego, co robię, wybrana przeze mnie, narzuca jakieś spojrzenie i jest zgodna z moimi założeniami, ale pozwalam sobie na to, gdyż być może to dopełnia całości.

Karol Bąk jest niezwykłym artystą, a obraz, który będzie na okładce naprawdę pasuje do tytułowej bohaterki, rudowłosej Małgorzaty, której historia jest, jak sądzę, równie dynamiczna. Było mi niezwykle miło, gdy Karol od razu zgodził się na to, aby obraz został wykorzystany na okładce książki.

Dzięki Pani uprzejmości, z powieścią miałam okazję zapoznać się na długo przed jej publikacją i przyznaję, że wręcz poraziła mnie niezdolność Małgorzaty, głównej bohaterki do tego, aby kochać. Zasadnym więc wydaje się zapytać: na czym opiera się sztuka kochania?

No tak, spodziewałam się podobnego pytania, a nawet dodam, że trochę obawiałam. Nie wiem czym jest sztuka miłości, ale na pewno wiem, że miłość jest sztuką w najczystszej postaci. Za Emily Dickinson mogę powiedzieć, że miłość jest wszystkim i to wszystko co wiemy o miłości. Niektórzy twierdzą, że jest chorobą, a nawet cierpieniem okraszonym bólem, ale chyba każdy chciałby na nią ciężko zachorować.

Bohaterka mojej powieści, Małgorzata chorobliwie chce kochać, gdyż nigdy tego uczucia nie doświadczyła, co w jej mniemaniu czyni ją ułomną, gorszą i próbuje odkryć, na czym polega ta jej swoista dysfunkcja. Nie chcę zdradzać fabuły, dodam tylko, że życie bywa nieprzewidywalne…

Czy kiedy kiełkował w głowie pomysł na tę historię, w Pani zamyśle zrodziła się także chęć wstrząśnięcia czytelnikiem do głębi i czy na którymś etapie pisania zyskuje Pani poczucie, że tworzy coś ważnego?

Chyba nie mogę powiedzieć, abym kiedykolwiek świadomie próbowała kimkolwiek wstrząsnąć, ale jeśli udało mi się osiągnąć taki efekt to bardzo się cieszę. Nigdy nie czuję, że tworzę coś ważnego, ale zawsze wiem, co chcę przekazać i gdzieś tam w środku czuję i chcę wierzyć, że mam coś istotnego do powiedzenia. Po napisaniu pierwszej powieści, zdarzało mi się otrzymywać listy od czytelniczek, bo faktycznie były to głównie kobiety, że książka wpłynęła na ich sposób myślenia, na odbiór rzeczywistości, czy pomogła popatrzeć na wiele problemów z dystansem. To bezcenne listy i ważne chwile dla mnie, bo potwierdzające, że moja opowieść spełniła swoje zadanie.

Śmiem twierdzić, że obecna historia jest dojrzalsza. Pierwsza powieść powstała w wyniku jakiejś wewnętrznej potrzeby i choć nie była o mnie, to jednak wiele w niej moich osobistych refleksji. W Na wieki wieków, Pani Amen oprócz emocji, dużo bardziej złożona jest także sama historia.

Analogicznie do Najprawdziwszej fikcji, tutaj także pojawia się Gaja, ale tym razem w osobie Łysej – pacjentki hospicjum. To intrygujące odkrycie, bo powieści, choć różne, to jednak magicznie zdają się przenikać jedna do drugiej… czyli, Pani Bianka to nie tylko malarka, poetka, pisarka, ale także czarodziejka?

Oczywiście, nie także, ale przede wszystkim. Zaczarowuję świat, zaklinam rzeczywistość, uwodzę słowem, udaję, naginam prawdę, tworzę nowe czasoprzestrzenie. Chyba nie ma większej magii niż słowo i jego moc, bo to medium bez granic, tak jak nasza wyobraźnia, bo ona także ich nie ma. Każda inna dziedzina twórczości, narzuca jakiś wizualny, ewentualnie słuchowy odbiór, a słowo tego nie ma. W dziełach pisanych wszystko podlega dowolnemu kształtowaniu, tam nie ma szablonów, nie ma narzuconych schematów. Jedyną ramą jest tocząca się historia, ale świat, postaci, ich wygląd, czy głosy są tworzone przez Czytelników. To oni są współtwórcami przestrzeni i bohaterów. To piękno, to magia, która się dzieje naprawdę.

W moim odczuciu nietuzinkowo, bo pod płaszczem realizmu magicznego przemyca Pani wiedzę z zakresu medycyny, a konkretnie neurologii, poruszając kwestię neuronów lustrzanych, odpowiedzialnych za empatię i współodczuwanie, które to zdają się być towarem deficytowym, a może się mylę?

Jestem laikiem w tej dziedzinie, ale jednocześnie staram się, na ile potrafię, przenosić tematykę moich zainteresowań na grunt powieści. Zawsze będą nieco filozofujące czy psychologizujące, zawsze będą w nich elementy medycyny, historii sztuki czy magii, choć w pewnym sensie nauka także nią jest, a może właśnie ona jest nią przede wszystkim. A że nie jest tajemnicą, iż coraz mniej empatii w naszym konsumpcjonistycznym, egocentrycznym świecie, uważam, że warto o tym pisać. Rosnąca ilość osób autystycznych, czy z Zespołem Aspergera, a nawet osobowości socjopatycznych czy narcystycznych.

Temat obecności neuronów lustrzanych i ich funkcji jest dość dyskusyjny, podważany przez wielu naukowców, jednak moja książka nie jest literaturą naukową, ani medyczną. Same neurony lustrzane zostały tak nazwane ze względu na to, iż rzekomo miały one, jak w lustrze, odbijać nie tylko zachowania, ale także emocje innej osoby przez osobę obserwującą tę pierwszą, takie jak na przykład strach czy ból. Stwierdzono wtedy, że pomaga to w zrozumieniu innych poprzez prawidłowe odczytanie ich emocji i uczuć. Badania pokazały, że przedmiotowe neurony są najbardziej aktywne u osób cechujących się dużą empatią. Idąc dalej tą drogą dedukcji, można przyjąć, iż niezwykle ważnym momentem w rozwoju człowieka jest dzieciństwo i obserwowanie zachowania rodziców, głównie matki, bo to ona uczy zachowania społecznego. Zauważono, że osoby dotknięte autyzmem cechuje niższa aktywność neuronów lustrzanych, choć do dziś nie wiadomo, czy mniejsza ich aktywność powoduje autyzm, czy też to autyzm wpływa na tę funkcję mózgu. Podobne teorie wysnuto co do osób z osobowościami psychopatycznymi, które charakteryzuje brak empatii, a co za tym idzie, niezdolność współczucia. Co jednak jeszcze raz podkreślam, wspomniane funkcje neuronów lustrzanych są przez wielu uczonych kwestionowane, a dostępna wiedza to niestety głównie spekulacje i z pewnością jeszcze trochę przyjdzie nam poczekać na jakieś konstruktywne wnioski.

Na jednej z kart powieści możemy przeczytać: Czasami miłość to wojna i to taka, gdzie ran nie widać, bo rani się duszę, a ta się nie zabliźnia. Można by więc twierdzić, że jedynym antidotum na ból duszy jest właśnie to uczucie, a co z przyjaźnią? Czy jest ona w stanie, nie stanowiąc zarazem uczucia zastępczego, ukoić ból serca?

Przyjaźń i miłość to bardzo bliskie sobie uczucia, bo w zasadzie oparte na tych samych wartościach, oprócz tego, że przyjaźń nie dotyczy sfery zmysłowej, seksualnej. Obie to, o ile mogę tak powiedzieć, praca obu stron i w obu zaniedbanie jest najbardziej destrukcyjnym elementem. Obie polegają na ofiarowaniu drugiej osobie czasu i zainteresowania, ale jednocześnie jest to rodzaj wymiany tych cech, których nie posiada druga osoba. W momencie, gdy jedna strona jest „dawcą” a druga jest wyłącznie „biorcą” to nie ma szans powodzenia. Mowa tutaj oczywiście o rzeczach pozamaterialnych.

Przyjaźń może ukoić ból serca, ale na pewno nie zastąpi miłości, gdyż niezwykle istotną sferą miłości jest dotyk, którego przyjaźń w swojej definicji jest pozbawiona.

Analizując postawę bohaterki wysnułam smutny wniosek, mianowicie: każdy z nas, bez względu na płeć i wykonywaną pracę jest trochę Małgorzatą, bowiem nierzadko także czujemy, że ciepłe uczucia trudno nam z siebie wykrzesać. Czy więc paradoksalnie w dobie pandemii koronawirusa, mamy szansę na bliskość będąc daleko od siebie?

Czy trudno je wykrzesać to nie jestem pewna, ale na pewno coraz trudniej jest nam się do nich przyznawać. Koronawirus niewątpliwie utrudnia nam wszystkim bezpośredni kontakt, który nieco rekompensuje dostępna technologia i paradoksalnie te, często potępiane wcześniej, social media, portale społecznościowe stały się ratunkiem. Sama kiedyś byłam sceptyczką co do tej formy kontaktów z ludźmi, ale życie zweryfikowało moje stanowisko i poznałam dzięki nim dużo niezwykle wartościowych osób, których nie byłoby mi dane poznać w innych okolicznościach.

Jeśli natomiast mówimy o uczuciach, to ktoś mądry kiedyś powiedział, że odległość jest tym dla miłości, czym wiatr dla ognia, zatem podsyca wielki, a gasi mały. Być może wiele relacji nie zda tego egzaminu, ale za to te, które przetrwają, udowodnią, że warto było w nie inwestować.

Przypuszczam, że autorzy obdarowują książkowych bohaterów własnymi cechami osobowości. Co szczególnego otrzymała w darze od Pani Małgorzata Amen?

Może od razu podkreślę, iż umiem kochać i to nas z bohaterką ewidentnie różni. Ponieważ jest to umiejętność dla człowieka elementarna, determinująca w taki, czy inny sposób większość naszych czynów, nie miałybyśmy szans się zrozumieć. Obie, natomiast, z pewnością jesteśmy sarkastyczne i uparte, ale jednocześnie umiemy słuchać. Kilkukrotnie słyszałam, że Małgorzata, pomimo tego, że jest zupełnie inna ode mnie, to jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że dużo mnie w niej. Sądzę jednak, że to, co nas niekiedy upodabnia to rodzaj ekspresji, sposób rozmawiania, a może rys ekscentryzmu i słabość do prowokowania, podsycana ciekawością świata i wiecznym pytaniem, co jest na drugim brzegu rzeki.

Temat dobra na równi z miłością interesował Małgorzatę. Czy z powodu niezdolności do miłości, człowieka należy potępiać? Gdzie w Pani odczuciu leży granica uznania go za dobrego czy złego? A może jesteśmy po prostu połowiczni, wszak nie ma ludzi idealnych?

Oczywiście, że nie ma ludzi idealnych tak, jak pojęcie dobra i zła jest relatywne. Bardzo upraszczając, mogę powiedzieć za Rousseau, że z natury człowiek jest samotny, a co za tym idzie, nie jest ani dobry, ani zły. Chylę się jednak do filozofii Hobbesa, choć nie w tak radykalnej formie, który twierdził, że ludzie nie są dobrzy, że toczą ze sobą nieustanne wojny. Sądzę, że człowiek jest z natury zwierzęciem, drapieżnikiem, który dba o swoje bezpieczeństwo i przedłużenie gatunku. Wtedy nie kieruje się etyką. Dopiero jako istota społeczna nabywa cech „człowieczeństwa”. Jednocześnie sama etyka to za mało, aby ujarzmić jego drapieżną naturę, która zmusza go do nieustannej walki o władzę, czymkolwiek ona w danej chwili jest. Za Foucaultem, który stworzył ideę panoptykonu, śmiem twierdzić, iż człowiek, aby nie czynić zła, musi być kontrolowany za pomocą technik nadzoru i instytucji karnych. Choć najpiękniejszy i najbardziej niezwykły w człowieku jest właśnie ten jego, często skrajny, dualizm, bo tylko człowiek potrafi być bezinteresownie dobry, ale też tylko on tak bezinteresownie nienawidzi. Żeby jednak nie zakończyć tej odpowiedzi w smutnym tonie, dodam za Oscarem Wilde: Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący albo nudni.

Wracając jednak do pierwszej części pytania to – nie, niezdolność do kochania nie jest wyznacznikiem wartości człowieka. Nie trzeba kochać, aby być porządnym człowiekiem, wystarczy szanować innych i traktować ich tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym.

Nie mogę pominąć faktu, iż fabuła wręcz zmysłowo dotyka także, a może przede wszystkim, sfery sacrum odnosząc się do świętej Małgorzaty Antiocheńskiej, która wsławiła się tym, że pokonała smoka oraz do czternastu wspomożycieli, do których zaliczał się Cyriak – diakon i męczennik. Co skłoniło Panią, by zgłębić ów temat, bo chyba nie wiara i chęć oddania czci świętym?

Przyznam szczerze, że nie wiem jak to się stało. Ideę powieści miałam w głowie zarysowaną, ale pomysł wystąpienia w niej czternastu świętych wspomożycieli nie był wcześniej zamierzony. Urodził się w trakcie pisania. Być może przy okazji zbierania materiałów natknęłam się na historię ich kultu i okazało się, że całkiem niedaleko od Wrocławia znajduje się kościół, który kiedyś był pod ich wezwaniem.

Na pewno nie miało to związku z moim światopoglądem, gdyż jestem agnostyczką, ale z zacięciem kulturoznawczym już tak. W miarę jak drążyłam temat, wciągał mnie coraz bardziej. Dodam również, iż elementy historyczne opisane w książce są zawarte z poszanowaniem faktów i większość z nich nawiązuje do faktycznych wydarzeń, czasami tylko nieco naciągniętych dla dobra fabuły. Uznałam, że temat tych czternastu świętych jest na tyle ciekawy, że warto uczynić ich drugoplanowymi bohaterami powieści. Cieszę się, że będę go mogła przybliżyć szerszej grupie osób. Od razu jednak podkreślam, iż nie każdemu się to może spodobać, gdyż książka zawiera elementy antyklerykalne, choć mam nadzieję, że nie obrazoburcze.

Można zaryzykować stwierdzenie, że prym w Na wieki wieków, Pani Amen wiodą równorzędnie magia, nadzieja i fatum, które Pani ze sobą łączy i… oswaja. Czy Pani zdaniem właśnie owo oswojenie i akceptacja tego, co los przyniesie, stanowią klucz do bycia szczęśliwym?

Na pewno trudno, a nawet bez sensu jest walczyć z czymś, na co się nie ma wpływu, a los nas niejednokrotnie z takimi sytuacjami konfrontuje. Nadzieja sama w sobie jest magią, bo marzenia są przecież przeczuciem naszych możliwości. Zresztą magia jest w każdym z nas, kwestia tylko, czy umiemy ją w sobie dostrzec. Uda nam się jeśli będziemy robić to, co kochamy, być blisko ludzi, z którymi się rozumiemy i gdy odważymy się zrezygnować z tego, co nam nie służy, co nas osłabia, z towarzystwa osób, które zjadają naszą energię.

Nie zalecam jednak bezwarunkowego poddania się fatum, bo możemy się głęboko rozczarować. Po swoje marzenia trzeba umieć sięgnąć, choć to wymaga odwagi. A my tak często bywamy hipokrytami, bo narzekamy na to, że czegoś nam brak, a nie umiemy zaryzykować i wyciągnąć ręki po coś, co jest w naszym zasięgu. Tkwimy w bezpiecznym niespełnieniu, bo boimy się stracić tego, co mamy, w czym nauczyliśmy się całkiem nieźle funkcjonować, za to, panicznie wręcz, boimy się tego, czego nie znamy. Dodam też, że niestety nie znam przepisu na bycie szczęśliwym, ale jeśli taki gdzieś jest, to chętnie go poznam.

Popuśćmy wodze fantazji i załóżmy, że cudownym zrządzeniem owego losu, ma Pani szansę spotkać się i porozmawiać popijając kawę i zajadając ptysia w towarzystwie jednego z bohaterów najnowszej powieści. Kto dostąpiłby tego zaszczytu i dlaczego?

Zdecydowanie Gaja, czy inaczej Łysa, gdyż jest najmniej oczywistą postacią. Mnie samą, choć ją stworzyłam, a w zasadzie tworzę cały czas, nieco przerasta. Niejednokrotnie jej zachowanie wymykało mi się spod kontroli i to ona sama się pisała. Nie wiem kim jest Gaja, mogę jedynie spekulować, ale i tak nie zdradzę do jakich wniosków doszłam. Może w Gai zawierają się wszystkie inne postaci, może w niej właśnie jest sens Wszystkiego przy jednoczesnym jego braku…

Jaki jest Pani stosunek do pisania na cztery ręce, bądź też do ekranizacji? Czy gdyby zaproponowano którąś z tych możliwości, zgodziłaby się Pani ją przyjąć?

Nie wiem, na pewno staram się mieć otwarty umysł i z założenia nie wykluczam żadnych scenariuszy. Trochę trudno jest mi sobie wyobrazić pisanie na cztery ręce, ale na pewno kluczowym elementem, który miałby wpływ na decyzję, byłby ten, do kogo należałyby pozostałe dwie.

Co do ekranizacji to z pewnością byłaby to szansa na zaistnienie w świadomości dużej grupy odbiorców, a takiej trudno by się było oprzeć.

Dla wielu autorów prace redakcyjno – korektorskie są zmorą, bo nierzadko wymagają wcielenia w czyn sztuki kompromisu. Jak Pani wspomina okres poddania Amenki twórczej obróbce?

O dziwo dobrze, gdyż całkiem nieźle znoszę krytykę i umiem słuchać. Dla mnie najważniejsze jest to, aby książka była jak najlepiej napisana i dobrze się czytała. Trudno mieć dystans do tego, co się napisało i niejednokrotnie nie widzi się własnych błędów i trzeźwe spojrzenie osoby z zewnątrz, która w dodatku ma w tym zakresie doświadczenie, jest niezwykle cenne. W momentach, w których mam pewność, iż nie chcę zmian, twardo stawiam na swoim, starając się to jak najlepiej uzasadnić, i jak dotychczas nie spotkałam się z oporem. Sama siebie czasami zaskakuję jak bardzo potrafię być kompromisowa. Zakładam jednak, że to nie potyczka, a gra do tej samej bramki.

Wiem, że pracuje już Pani jak mróweczka nad nowymi projektami. Czy mogłaby Pani uchylić rąbka tajemnicy, zdradzając sekrety skrywane na komputerowym dysku?

Może zacznę od tego, że mam w zasadzie gotowe dwa nowe tomiki, każdy po około 120 wierszy: żółć oraz nie ma mnie. Ponieważ jednak przedmiotową powieść traktowałam priorytetowo, to wydanie ich musi poczekać. Myślę jednak, że nadchodzi właściwy moment, aby wydać choć jeden z nich, gdyż poezję traktuję równoważnie z prozą i nie chcę żadnej z nich zaniedbywać.

Jednocześnie piszę kolejną powieść zatytułowaną Bagno, którego akcja dzieje się w okolicach Nowogródka, na Litwie w pierwszej połowie XVII wieku. Dodam tylko, że ówczesna wieś, wielokulturowe miasto, okoliczne bagniska i magia, która kumulowała się wokół domków wiejskich babek, szeptuch, znachorów, domów żydowskich kabalistów bądź kozackich wróżbitów będą tam pachniały ziołami, świeżo pieczonym chlebem i krwią.

Czego mogłabym Pani życzyć?

Zawsze powtarzam, że zdrowia i miłości, bo o resztę postaram się zadbać sama.

Zatem właśnie tego życzę najgoręcej.

W ostatnim słowie do Czytelników chciałabym powiedzieć jeszcze…

Dziękuję moim czytelnikom za to, że są moimi czytelnikami, że mnie wspierają, znają cytaty z książki, moje wiersze, a często nawet ich tytuły, czym ja się akurat pochwalić nie mogę. Dziękuję, bo dzięki nim mogę tworzyć historie, kreować inne światy i bujać w obłokach. Wprawdzie robiłam to, odkąd pamiętam, ale teraz mogę to robić bezkarnie. W zasadzie sama czasami się czuję jak postać fikcyjna, ale to chyba jednak byłoby zbyt piękne…

Dziękuję za przemiłą rozmowę i poświęcony czas.

Henryk Bardijewski: po cóż cud barbarzyńcy?

To pytanie stawia Henryk Bardijewski w programie teatralnym sztuki „Skąd nadejdą święci, czyli Mirakle” wystawionej w warszawskim Teatrze Polskim (1985).

Wprawdzie zaraz dodaje, że bohaterowie „Mirakli” nie są jeszcze barbarzyńcami, ale kiedy „polityka straciła swoją wiarygodność, nauka nie ma dla nas dobrych wiadomości, religia ma wciąż te same – może właśnie sztuce dane będzie powiedzieć dobre słowo?”. Zadziwiająco współcześnie brzmią te konkluzje, choć upłynęło od ich napisania 35 lat.
Henryk Bardijewski (1932-2020), który przez dziesięciolecia obłaskawiał rzeczywistość swoją umiejętnie dozowaną ironią, najwyraźniej odstawał od swojej epoki. Tę jego uniwersalność, sięgającą dalej niż aluzja czy przedrzeźnianie rzeczywistości, przenikliwą diagnozę kondycji świata umiało docenić radio, którego był wybrańcem, i któremu pozostał wierny. Ale teatr nie potrafił skorzystać z jego propozycji. Wystawiał jego sztuki zbyt rzadko i raczej z miernym powodzeniem – wyjątkiem od tej reguły był monodram Gabrieli Muskały „Lalki moje laki” (1988).
Kiedyś autor „Mirakli” podzielił się taką refleksją o Aleksandrze Fredrze, którego twórczość bardzo sobie cenił: „Lektury Fredrowskie, zwłaszcza głosy krytyki, nasuwają wątpliwość, czy w wieku dziewiętnastym ten pisarz był aby u siebie? (…) Szkoda było Fredry na Galicję, szkoda na wiek dziewiętnasty. Powinien żyć i pisać w epoce Oświecenia”.
Kto wie, czy Bardijewski nie myślał o sobie jako o przybyszu z epoki Oświecenia – nie tyle epigonie, ile raczej rekonstruktorze epoki racjonalnego myślenia, krytyki w duchu paradoksu i wątpienia w niepoparte wiedzą przekonania. W czasach wielkiego zamętu, kiedy całe tabuny domniemanych odnowicieli atakowały z wściekłością podstawy świata oświeconych, obarczając ich odpowiedzialnością za totalitaryzmy XX wieku, Bardijewski trwał przy swoim i wydawał powieść „Wiek świateł”, która ukazała się w pamiętnym roku 1990.
Zamiast rejestrować ówczesną, gwałtownie zmieniającą się rzeczywistość czasów transformacji ustrojowej i poddawać ją rozmaitym testom, Henryk Bardijewski wybiera powiastkę filozoficzną jako użyteczne narzędzie rozpoznania rzeczywistości. Pozostaje to w zgodzie z charakterem jego pisarstwa zawsze chętnie posługującego się karykaturalnym skrótem, o specyficznym poczuciu humoru ze skłonnością do paradoksu.
Modelując swoją powieść na wzór i podobieństwo powiastek filozoficznych Diderota i Woltera, autor „Wieku Świateł” wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu okiem Oświeconego. Jest nim narrator, bratnia dusza głównego bohatera Emila Reklama, który postanowił uciekać od rzeczywistości „do tyłu”, w czasy Encyklopedystów. Ta ucieczka ma sprawić, że ludzie potrafią naprawić błędy, jakie zdarzyły się po upowszechnieniu oświeceniowych ideałów. Tym razem Rozum ma okazać się bardziej przewidujący i mniej zaborczy.
W miasteczku powstaje salon. Ludzie skupieni wokół Emila przebierają się w peruki, kwitnie uczona konwersacja, a perwersja intelektualna życia w czasie „alternatywnym” wzbudza zainteresowanie na całym świecie, do cna już znudzonym samym sobą. Gdyby nie te rekwizyty wiele fragmentów powiastki Bardijewskiego brzmiałoby jak publicystyka: „Znów są ludzie – mówi jeden z dyskutantów w salonie Emila – którzy wiedzą jak być powinno. Pojawili się bardzo prędko. I mają swoje betonowe dogmaty. Mur można zbudować z bardzo różnych materiałów, lecz istota muru jest zawsze ta sama: oddziela, zabrania, zamyka. I nie ufajcie tak bezgranicznie burzycielom murów – jakże często w innych miejscach budują nowe”. To jedno z kluczowych zdań w powiastce, będącej sceptycznym wejrzeniem w mechanizm wielkiej przemiany. Emil podejmuje próbę ucieczki w czas rokujący jego zdaniem nadzieje na przezwyciężenie urazów i pęt krępujących człowieka. Jego gra budzi niepokój potężnych tego świata. Prowadzi ją jednak do końca z przekonaniem, że choć nie można pokonać czasu biologicznego, to można wyrwać się z pułapki czasu historycznego. „Wiek Świateł” to poszukiwanie alternatywnego wzorca dla wszelkich systemów niewolenia człowieka.
Powieść ta przeszła niezauważona. Czym innym żyli wówczas potencjalni czytelnicy, zainteresowani przymierzaniem nowych kostiumów i przebieraniem się w stroje ojców odnowicieli.
Do czasów oświecenia zwracał się pisarz już wcześniej. W jednoaktówce „Przyzwolenie” (1984), napisanej w konwencji teatru w teatrze, przedstawił rzeczywistość kreowaną na scenie na tle autentycznych dekoracji (i dzieł sztuki) z czasów oświecenia, pod czujnym okiem ochroniarzy i strażaków. Zderzał wysoki ton salonowej rozmowy z prostactwem „obstawy” i przy okazji stawiał diagnozę naszym niewesołym czasom. Oto Dama 2 pyta Aktora 2, czy nie sądzi, „że nasz wiek osiemnasty to najwyższe uniesienie ludzkiego rozumu i ducha?”. I taką dostaje odpowiedź: „Bez wątpienia, pani. Lecz po nas zacznie się powolny schyłek. Człowiek przerazi się własnej zuchwałości i rozpocznie długi proces cofania się i upadku. Cofania się w mroczne głębie duszy, w strach każący się zbroić, w obłęd zrodzony z rozpaczy, w wiarę bez nadziei… Istnieje prawo natury, które chce, aby wszystkie społeczeństwa ciążyły ku despotyzmowi, a następnie rozkładowi”.
Wygląda to niemal na proroctwo, gdyby nie komediowy grymas, w dodatku komedii kryminalnej, bo na koniec okaże się, że pewne kosztowne dzieło sztuki zniknęło podczas tych wyrafinowanych dyskursów w wyniku zmowy „oświeconych aktorów”. I komu ty wierzyć?
Bardijewski kochał paradoksy, przestrzegając przed łatwowiernością i popadaniem w zgubną pewność siebie. Subtelny ironista, obserwując świat z półdystansu, chętnie ujawniał jego sprzeczności, umiejętnie ważąc zaskakujące puenty na pograniczu racjonalności i tajemnicy.
W tej tonacji utrzymany był wspomniany już dramat „Skąd nadejdą święci, czyli Mirakle”. Tytułowi święci nadchodzą z… teatru. Bardijewski lubił wyzyskiwać magię teatru, konstruować grę wedle precyzyjnie obmyślonych reguł, aby w wykreowanym świecie teatru poddać próbie naszą współczesność.
Taki też charakter nadał „Miraklom”, groteskowemu w istocie obrazowi stosunków społecznych i systemu wartości spod znaku sukcesu i konsumpcji. Swoje starcie z tym światem przeprowadził z łagodnym, nieledwie dobrotliwym uśmiechem, Twainowską życzliwością dla ludzkiej niedoskonałości. Wniosek płynący z tego swoistego sprawdzianu, mającego odpowiedzieć na pytanie, czy świat byłby lepszy, gdyby cuda naprawdę się zdarzały, był beznamiętnie logiczny: Świat nie potrzebuje cudu. Wszelkie „cudowne” interwencje nie naruszą istniejących podziałów, namiętności, żądzy władzy, kariery i bogactwa. Trzeba sobie z tym wszystkim poradzić bez cudów.
Dramaty Bardijewskiego, wbrew ich pozornie odległej od potoczności poetyce, trzymają się ziemi, są komentarzami przypisanymi do rzeczywistości – i choć zwykle unikają ostro brzmiących tonów, dotykają podstawowych niepokojów naszych czasów. Nie są przy tym utworami „etapowymi”, odpowiadającymi na doraźne pytania doraźnymi diagnozami. Miał rację Michał Sprusiński, dowodząc, iż „pisarstwo Bardijewskiego, chętnie drwiące z literatury patosu i wielkich emocji” objawia „swoją powagę i rzetelność w drobinowym i syntetycznym widzeniu polskiej rzeczywistości naszych lat, nie zaś świata literackiego, zawieszonego w próżni między tak uniwersalnymi, że aż pustymi symbolami”. Miał również rację wiążąc tę twórczość z tradycją wolteriańską,
Autor „Rysunków na piasku” (charakterystyczny tytuł wywołujący poczucie niepewności, atmosferę niedopowiedzenia, niedookreślenia) pozostawał wierny swemu racjonalnemu wgłębianiu się w ludzką naturę, poszukiwaniu obsesji i ludzkich ułomności. Jednostkowych i społecznych. Także politycznych. Dość przypomnieć słuchowisko „Posiedzenie”, którego bohaterowie, urzędnicy i petenci – ulegają „ukrzesłowieniu”, symbolicznemu unieruchomieniu. To jeden z najbardziej dramatycznych obrazów naszej (byłej) „małej stabilizacji”.
Jak jednak jest z poezją? Bo Bardijewski był może przede wszystkim poetą. Nie w potocznym tego słowa rozumieniu, ale poetą teatru: utopii, pięknego zmyślenia, marzenia, pogranicza realności i przeczucia. Oddamy głos pisarzowi: „Wśród moich kilkunastu sztuk i kilkudziesięciu słuchowisk [Henryk Bardijewski napisał więcej, bo ponad 150 słuchowisk – przyp. TM], jest wiele takich, których bohaterowie, będący dla mnie figurami losu, działają w poczuciu ludzkiej powinności – bez względu na rezultat. Człowiek winien przewidywać wszelkie możliwe rezultaty swoich działań. Sztuka może mu w tym dopomóc. Może odtwarzać drogi, którymi przeszła rzeczywistość, ale także wskazywać te, którymi nie poszła, a przede wszystkim te, którymi mogłaby pójść, jeszcze nie istniejąca. W stwarzaniu takiej przed-rzeczywistości widzę najgłębszy sens sztuki”.

Geny zamiast mózgu

Szturmujący Capitol wierni każdemu słowu Trumpa, miliony nieszczepiących się z powodu szczepionek z chipem do inwigilacji – to w dzisiejszym świecie naprawdę nic dziwnego. Tyle, że zamiast szklanej kuli, czarnego kota i tali kart, dzięki portalom społecznościowym rządzi kwas deoksyrybonukleinowy.

Badania genetyczne są kolejnym przykładem na poparcie tezy, że w państwie PiS można być złodziejem i oszustem, a nawet lichwiarzem. I dopóki płaci się podatkowy haracz skarbówce, to takim nieuczciwym firmom włos z głowy nie spadnie.
Autorytet twierdzi
Na pewno każdy natknął się na reklamę mówiącą, że wystarczy napluć, wysłać i zapłacić, a dostanie się instrukcję obsługi siebie. Liczącą 150 stron. Na których zapisane będzie, co nasze DNA każe nam jeść i do uprawiania jakich sportów zmusza.
Przecież „Wystarczy odrobina śliny. Próbkę pobierzesz w domu z pomocą naszego Zestawu Startowego. Odeślij ją do nas – za przesyłkę nic nie zapłacisz!
Oto pojemnik na ślinę, który otrzymasz wraz z dokładną instrukcją i opakowaniem zwrotnym.
Dowiesz się jak powinna wyglądać twoja dieta. Jakich produktów żywnościowych powinieneś unikać? Jakie mikroskładniki powinny znaleźć się w Twojej diecie? Sprawdzimy: tolerancję laktozy, witaminy np. A, C, D3, z gr. B, ryzyko celiakii, tolerancja tłuszczów, „dobry” cholesterol HDL.
Dobierzemy ci taki sport, który zredukuje masę ciała, określimy twój optymalny wydatek energetyczny, sprawdzimy twoją reakcję na wysiłek, sprawdzimy występowanie genu otyłości.
Napiszemy na jakie badania okresowe powinieneś zwrócić szczególną uwagę? Jak zatroszczyć się o wygląd swojej skóry? Określimy podatność na przebarwienia skóry, predyspozycje do cellulitu i cukrzycy typu II.
Twój Indywidualny Raport Genetyczny to jedynie 1175 zł.”
Te badania są i tak stosunkowo tanie. Są firmy, które za to winszują sobie 3 500 zł. W każdej – jak mantra – przewija się hasło, że taki test robi się raz w życiu, bo przecież nasze DNA się nie zmienia.
Niezrozumiałe, czyli mądre
Zdaniem lekarzy i profesorów genetyki to proste wyciąganie od laików kasy. Oparte o najnowsze odkrycia wynikająca z grzebania w ludzkim genomie, ale z nauką nie mające niemal nic wspólnego. Za to świetnie przygotowane marketingowo. Stąd od dobrych paru lat, pojawiają się w sieci paranaukowe terminy takie jak „nutrigenetyka”czyli nauka zajmująca się różnicami genetycznymi u poszczególnych osób. Opowiada ponoć o tym jak „zmienność biologiczna wyrażająca się w różnicach genomów” wpływa na to, co należy jeść. Jest i „nutrigenomika”, która „identyfikuje mechanizmy, które decydują o tym, jak żywność i żywienie wpływają na stan zdrowia pacjenta”. Wiedza z tego zakresu zaowocowała zaś „genodietą” czyli sposobem na szczupłą sylwetkę.
Fachowcy od badania genów i medycy, kazali się przyjrzeć, przez kogo te metody są uznawane, na genialne. Mieli rację. Najwięcej dobrego na ten temat, mieli do powiedzenia celebryci, którzy ponoć stosują się do wytycznych swojego DNA. Ale ponieważ za mówienie o tym biorą pieniądze, to ich wiarygodność jest żadna.
Są też naukowcy z tytułami. Oni również są za. Z jednym małym ale… Wszystkie wywiady z promującymi raporty DNA doktorami i profesorami są pełne zastrzeżeń i ogólników, ale ich wymowa jest dla testów pozytywna. Bierze się to stąd, że wypowiadający się w mediach genetycy, pracują dla dla firm żyjących z opisywania fiolek ze śliną.
Jest jeszcze jedna kategoria piejących z zachwytu nad skutecznością wcielania w życie genetycznych zaleceń. To internetowi komentatorzy każdego materiału prasowego, w którym genodieta jest wspomniana. Trolle, które za każdy wpis dostają od firm góra 30 zł. O obiektywnej opinii w internecie trzeba zatem zapomnieć.
Gluten i inne trucizny
Tym, co szczerze ubawiło ludzi znających się na rzeczy, były określane na poziomie DNA nietolerancje na gluten, czy laktozę, niedobory witamin i poziom cholesterolu. Badania na ich obecność w organizmie można za grosze zrobić w każdym laboratorium. A jak komuś się nie chce, to sam po zjedzeniu pszennego pieczywa będzie wiedział czy ma celiakię czy nie, z powodu bólu brzucha. Zaś gdy po wypiciu mleka wywali mu wątpia z powodu zachodzących w nich procesów fermentacyjnych mleka, będzie wiedział, że ma kupować produkty bezlaktozowe.
Co zaś do genetycznych predyspozycji do tycia, to wystarczy, żeby każdy popatrzył na matkę, ojca, ich rodzeństwo, nawet i dziadków. I jak są grubasami, to znak, że samemu trzeba zjadać mniej, a ruszać się więcej niż otyli przodkowie.
Do rozpuku rozśmieszyło fachowców wyszukiwanie w DNA genu otyłości. Pewnie dlatego, że genetyka wykryła ich do tej pory już kilkanaście. A działanie tych genów wespół z innymi oraz z czynnikami wynikającymi ze stylu życia, chorób i setek zmiennych, w żaden sposób nie prowadzi normalnego naukowca do wydawania w związku z tym wiążących sądów.
Wszyscy przypominają sytuację sprzed paru lat, gdy piersi obcięła sobie Angelina Jolie. Bo w jej DNA znaleziono, jak pisała prasa, jeden z dwu genów, które wtedy uznawano za powodujące raka piersi – BRCA 1 i BRCA 2. Po latach i tysiącach badań, medycyna już tak nie uważa. Owszem te geny bywają niebezpieczne, ale dopiero w korelacji z dziesiątkami innych i czynników zewnętrznych. I dlatego mnóstwo kobiet z oboma BRCA dożywa sędziwego wieku nie hodując raka, a tysiące bez tego genu, raka piersi ma.
Jak twierdzą genetycy, im więcej nauka wie o DNA, tym mniej w wielu sprawach rozumie. Po prostu jest to zbyt świeża gałąź nauki, żeby wszystko było jasne i na dodatek poparte dziesiątkami lat obserwacji i eksperymentów. Dlatego wszystko, poza określeniem wad genetycznych u płodów, identyfikacji kryminalistycznej i biotechnik związanych z GMO, to wróżenie z fusów.
Najlepszym tego przykładem może być kobieta, która do 30-tki je wszystko, rusza się umiarkowanie i wygląda jak wieszak. Potem zachodzi w ciążę, po której tyje „nawet od powietrza”. Czy zmieniło jej się DNA? Nie. Zagrały hormony, które zaczęły funkcjonować zupełnie inaczej niż wcześniej. Dokładnie tak samo ma się rzecz ze szczupłymi niewiastami, które w okolicach 50 roku życia zaczynają tyć. Im DNA też się nie zmieniło. Ale endokrynologia, jak najbardziej.
Nie wspominając już tym, że predyspozycje genetyczne będziemy mieli rewelacyjne, ale jedno głupie powikłanie po wirusach grypy spowoduje, że szlag zacznie nam trafiać serce, czy jakiś inny organ. Wróżenie z fusów genetycznych, w żaden sposób przed tym nie ochroni.
A poza tym, co można zrobić, gdy z raportu wynika, że ma się gen taki, a chromosom taki, zaś „osoby z tym genotypem charakteryzują się najprawdopodobniej niższym poziomem empatii dyspozycyjnej niż osoby z innym. Statystycznie posiadają mniejszą skłonność do zachowań pro społecznych”. Statystycznie! A przecież miało być tylko o konkretnym przypadku. W związku z czym, za ciężkie pieniądze, dostaje się to samo, co za wizytę u wróżki.
Gen wie więcej
Jeśli ktoś napluje, wyśle swoje dane i zapłaci, to tajemnicę swojego DNA powierza jakiejś firmie. Ta zaś może z tą wiedzą zrobić co jej się podoba. Sprzedać firmie ubezpieczeniowej, która widząc potencjalnego raka w wieku 42 lat zażąda od takiego aplikującego do niej niegdysiejszego dawcy śliny, stawki kosmicznej. To tylko jeden z przykładów. Ale wraz z rozwojem genetyki, zastosowań danych osobowych o DNA może być o wiele więcej.
W Polsce nikt tego nie kontroluje. Nie ma żadnego prawa, które badania laboratoryjne nad DNA w jakikolwiek sposób by porządkowały. Nie ma też oczywiście żadnych wymagań co do sprzętu, czy kwalifikacji ich personelu. Dlatego laboratorium DNA może być wyposażone tylko w kosz na śmieci, do którego wyrzuca się fiolki i panią Wiesię po marketingu i zarządzaniu, która na zasadzie kopiuj-wklej, produkuje stu stronicowy raport o czyimś genomie.
Jesteśmy jednym z ostatnich krajów w Europie, który genetyki nie uregulował prawnie. Ministerstwo Zdrowia nie ma pojęcia, czy firm zajmujących się DNA jest 20, czy parę tysięcy. Wiadomo natomiast na zasadzie porównawczej, że każdego roku w Polsce robi się ok. miliona testów DNA. Większość z tego w firmach prywatnych.
Dla rządzących ten feler prawny to żadna tajemnica. Ponad rok temu NIK pisała przecież, że „Podmioty prywatne mogą oferować dowolne testy genetyczne, w dowolnym zakresie i dotyczące dowolnie wybranych chorób genetycznych, tylko na zasadzie zgłoszenia działalności gospodarczej, bez konieczności posiadania własnego laboratorium, uzyskania opinii ekspertów genetyki medycznej, posiadania państwowego certyfikatu czy też poddawania się kontroli”.
Ludzie nie są tego świadomi i i sądzą, że państwowy nadzór nad placówką wyglądającą na medyczną, jest. Nic z tych rzeczy. Władzy to, że setki tysięcy ludzi jest rokrocznie robionych w konia, nie rusza. Przecież mamy wolny rynek. Ten zaś dla PiS oznacza tylko jedno – miliony firm, które mają płacić VAT, PIT i CIT. Żeby rząd mógł rozdać kolejne pieniądze, za które suweren zobaczy w DNA, czy ma zjeść schabowego, czy pierogi.

Tam, gdzie jest wciąż zima

Jeśli marzenie może mieć rocznicę, to oto ona. Najbardziej ambitny projekt epoki radzieckiej skończył 65 lat. W 1955 r. inżynier, laureat Nagrody Stalina, Piotr Borisow, zaproponował budowę tamy w Cieśninie Beringa. Miała ona nie tylko przegrodzić cieśninę łączącą ZSRR z Alaską, ale także radykalnie zmienić klimat na Ziemi.
Ale Arktyka to nie biała cisza za kołem podbiegunowym. To, co znajduje się dla nas na granicy życia i śmierci, dla mieszkańców dalekiej Północy Rosji jest zwykłą przestrzenią życiową.

Londyn i Komsomolsk nad Amurem znajdują się na tym samym równoleżniku, ale zimą w Londynie jest ciepło, a jeśli śnieg pada to natychmiast topnieje. W Komsomolsku nad Amurem panują silne mrozy, a zaspy śnieżne sięgają dachów. Norweski Stavanger i radziecki (rosyjski) Norylsk leżą na tej samej szerokości geograficznej, ale w Norwegii zimą jest komfortowo (-18), zaś w Norylsku mróz parzy twarz, a wiatr zwala z nóg. Inżynier Borisow uznał, że to niesprawiedliwe i trzeba to naprawić.
Marzenie inżyniera Borisowa
Mglisty Albion ogrzewa ciepły prąd Golfsztromu. Ogrzałby również Arktykę, topiąc lodową otchłań Morza Łaptiewów i Morza Czukockiego, ale Golfsztrom zawraca nadciągający, zuchwały i zły w swej niezłomności, prąd Anadyr. Zgodnie z zamysłem inżyniera Borisowa, cieśninę (86 km.) miały zamknąć bloki betonowe (250 m x 40 m x 60 m). Ale to nie wszystko. Borisow zaproponował też budowę dwóch elektrowni jądrowych wzdłuż krawędzi tamy. Jedną – od strony Czukotki, drugą – od strony północnoamerykańskiej.
Elektrownię trzeba obsługiwać i potrzebny byłby do tego personel składający się z ok. dwóch tysięcy pracowników. Zbudujemy dwa braterskie miasta – zaproponował inżynier. Wzdłuż położymy też tory kolejowe łączącą oba kontynenty. Pompy będą pompować wodę z Oceanu Arktycznego do Pacyfiku, ciepłe wody Golfsztromu będą czule ogrzewać wieczną zmarzlinę kontynentów, tropikalne lato nadejdzie do tundry, za 10-20 lat na Alasce i Czukotce zakwitną pomarańcze … A naukowcy radzieccy, amerykańscy i kanadyjscy będą odwiedzać się nawzajem z okazji urodzin.
Urzeczywistnienie się marzenia inżyniera Borisowa mogło doprowadzić do katastrofy. Naukowcy z Instytutu Geografii Rosyjskiej Akademii Nauk zawczasu obliczyli, że jeśli pompy zaporowe zaczęłyby wypompowywać wodę przez Cieśninę Beringa, to schłodzone wody Golfsztromu zamroziłyby brzegi Japonii i Polinezji. Spowodowałoby to gwałtowny spadek temperatury w Kraju Nadmorskim na Kamczatce, u wybrzeży San Francisco i Kalifornii. Zakłócenie cyrkulacji Golfsztromu mogłoby spowodować jego całkowite zatrzymanie na Atlantyku. Zimne masy wody wypływające z głębin Atlantyku mogłyby wywołać z kolei nową epokę lodowcową na całym kontynencie euroazjatyckim.
Ogólnie rzecz ujmując, początek lat 50. w ZSRR upłynął pod znakiem narodzin wielkich projektów. Niektórzy marzyli, żeby zawrócić północne rzeki i podlać nimi piaski Azji. Inni chcieli zamienić martwe stepy Kazachstanu w kwitnące ogrody. Jeszcze inni planowali wykopać tunel, który połączy Sachalin z lądem… Projekt inżyniera Borisowa był najbardziej absurdalny. Był to „antyprojekt stulecia”, ale zapoczątkował pierwszą falę praktycznych prób opanowania radzieckiej Arktyki.
Martwe jezioro
Kiedyś Arktyka była świątynią przyrody – niedostępną, zdradziecką, mrożącą myśli i serca; ale świątynią. Marzyliśmy o jej zdobyciu i zdobyliśmy ją. Teraz Arktyka nie jest świątynią, lecz warsztatem niechlujnego gospodarza. Któryś z uczonych nazwał ją bardziej dobitnie, bez romantycznego polotu – „jądrowym śmietnikiem Rosji”.
Oto kilka liczb, nad którymi warto się zastanowić. Długość rurociągów naftowych w Rosji wynosi około 100 000 kilometrów. Co roku dochodzi tam do 11 000 wypadków. Zasoby ropy w zachodniej Syberii są eksploatowane w tempie bezprecedensowym dla naszej planety. Przy pierwotnej separacji dopuszczalna jest 2 procentowa strata nafty z wydobycia. Na Syberii Zachodniej wynosi ona już około 200 milionów ton. Jedna tona oleju tworzy na wodzie plamę o powierzchni 12 km kw. W samym tylko rejonie Niżniewartowska, od spalania gazu w pochodniach na polach naftowych rocznie spada ok. 230,2 tys. ton popiołu. 100 gramów gleby leżącej przy Zatoce Obskiej zawiera 10 gramów ropy. W wodach Zatoki dopuszczalne granice zawartości ropy są przekroczone 500 razy!
Kiedy byłem pionierem, śpiewaliśmy piosenki o pięknie jeziora Samotlor. Otóż już od ćwierć wieku jezioro to jest martwe. Nie ma w nim nic oprócz nafty. Wyobraźcie sobie gigantyczny, obrzydliwie śmierdzący benzyną, gnijący czarny wrzód w sercu tajgi o długości 280 km i szerokości 100 km. Istnieje co najmniej 40 sposobów, w jaki ropa trafia do środowiska naturalnego. Ale wodę i glebę w zachodniej Syberii „podkarmiają” też chlorem, fosforem, rtęcią, fenolami, ługiem, kwasem… Naukowcy wysuwają smutne prognozy – przywrócenie równowagi ekologicznej tego regionu zajmie (oczywiście, przy racjonalnej eksploatacji, co jest mało prawdopodobne) 500 lat.
Druga fala
Moje ponure myśli z tego powodu próbował rozwiać na spotkaniu z dziennikarzami wiceprzewodniczący Komisji Dumy Państwowej ds. Polityki Regionalnej i Problemów Północy i Dalekiego Wschodu Władimir Puszkariew.

Naszym głównym zadaniem jest ochrona przyrody Arktyki. Rozwój przemysłowy Arktyki jest nie tylko nieodwracalny, ale także niezbędny dla rosyjskiej gospodarki. Naszym zadaniem jest zapewnienie ram prawnych tego rozwoju, które będą uwzględniać interesy przyrody Arktyki – powiedział. I wyjaśnił – Oficjalnie na terytorium strefy arktycznej zidentyfikowano 102 obiekty skumulowanych szkód środowiskowych. To to, co zostało stwierdzone i opisane. Myślę jednak, że w rzeczywistości jest ich dwa razy więcej.
Rosja nie miała doświadczenia w usuwaniu skutków zanieczyszczenia środowiska na taką skalę. Problem ten podjęto dopiero w ostatniej dekadzie. Rozległe terytoria i ogromne odległości, wieczna zmarzlina, brak siły roboczej stwarzają dodatkowe trudności. Nagromadzonych odpadów z działalności gospodarczej Związku Radzieckiego, jednostek wojskowych, stacji meteorologicznych, nie można zakopać – należy je wywieźć.

Arktyka to interesujący obszar do badań. Badany jest krajobraz, klimat, złoża biologiczne, ale i problemy społeczne „cichego kontynentu”. Arktyka jest badana kompleksowo – mówił Puszkariew. – Należy wiedzieć, jak długo miasta i miasteczka mogą przetrwać w obliczu zmian klimatu. Należy zrozumieć, jaki ślad pozostawimy po opanowaniu Arktyki. Czy nie naruszymy kruchej równowagi arktycznej przyrody, czego skutki będą nieodwracalne.
Są tam ogromne zasoby naturalne. Około jednej czwartej zasobów węglowodorów znajduje się w rosyjskiej części Arktyki. Jest tam ponad 90 proc. naszych zasobów niklu i kobaltu, 60 proc. miedzi, 96 proc. platynoidów, 100 proc. koncentratu baru i apatytu. Rybołówstwo wytwarza około 15 proc. wszystkich produktów rybnych kraju.
Rosja w Arktyce wkracza w nową erę, którą można nazwać drugą falą rozwoju. Do niedawna tamtejsza działalność gospodarcza opierała się na zasadzie „ogniskowej” – wsie i miasta rozwijały się wokół przedsiębiorstwa przemysłowego. Teraz w Arktyce nie będą budowane nowe miasta, lecz będą rozwijane te, które już są.
Skończył się czas romantyków, przyszedł czas praktyków. Lody Arktyki topnieją nawet bez inżyniera Borisowa. W ciągu ostatnich 35 lat, objętość lodowców zmniejszyła się o 40 proc. Naukowcy przewidują, że lód Arktyce stopi się do 2050 r. Czy w tundrze zakwitną pomarańcze? Czy będą one smakować miejscowym ludom?
Dzieci Ziemi
Noc polarna jest wyczerpująca, wysysa siły i wolę. Beznadziejna jak wycie wilka. Mróz sięgający minus 60 stopni. Lodowaty wiatr, zwalający z nóg. Przy szczególnie złej pogodzie ludzie tutaj poruszają się od czumy (namiot – przyp. tł.) do czumy z długimi tyczkami (pląsawicami), które wbijają w skorupę lodu, żeby utrzymać się na nogach.
Pierwszy kontakt z Północą wprowadził mnie w oszołomienie. Dziewięć godzin lotu z Moskwy do Tiksi i w końcu półgodzinna przerwa w pokoju gościnnym na lokalnym lotnisku. Gorąca herbata z naparem ziołowym i słynna stroganina – mrożony filet z omula (ryba łososiowata – przyp. tł.), pokrojony w cienkie plasterki. Maczasz plasterek w mieszance soli i czarnego pieprzu, po czym kładziesz go na język. W pierwszej sekundzie przymarza do języka, ale natychmiast rozmraża się i nawet nie chrupie pod zębami. Rozgrzani herbatą, odprężeni po locie, czekaliśmy na wejście na pokład starego helikoptera, żeby jeszcze godzinę z kawałkiem lecieć do najbliższej wioski – Kjusiur.
Miałem na sobie ciepły sweter z wielbłądziej wełny, czapkę z lisa z nausznikami, kurtkę podszytą futrem, zimowe buty. Choć było tylko minus 42 st. C., miejscowy nauczyciel Filip Andrejew spojrzał na mnie z nieskrywanym współczuciem.

-Rozbieraj się! – prawie rozkazał. – Zmień ubrania i buty!
Podał mi kożuch ze skóry renifera (malitsa) i futrzane pończochy (torbasy).

Nie zapominaj, że jesteś na skraju wiecznej zmarzliny, a nie na Arbacie.
Wokół nas kręciła się łajka (husky – przyp. tł.). Filip zauważył mój wzrok.

-Łajki u Czukczów pojawiły się jeszcze przed Facebookiem – powiedział uśmiechając się. Doceniam humor nauczyciela.
Charakter, upodobania i kulturę mieszkańców Północy kształtują nie książki, teatry, ogrody zimowe i wernisaże, ale dzika przyroda i surowy klimat. Dla nas to świat nieprzewidywalny, podstępny, niebezpieczny. Jego rdzenni mieszkańcy uważają swoje życie za najszczęśliwsze.
Istnieje wiele obraźliwych anegdot o Czukczach. „Zepsuci przez cywilizację” mieszkańcy miast traktują ich łatwowierność i naiwność jako głupotę, arogancko nazywając „Czukczami” wszystkie małe ludy Arktyki. Wszystkie grupy etniczne zamieszkujące Arktykę, to dla nas „Czukcze”. I Aleuci, i Kamczadale, i Mansi, i Selkupowie, i Udegeje… Pozornie są podobni, bo mają bardzo podobny sposób życia, tradycje, kulturę… Ale każdy ma swój własny język.
Uważają, że natura jest matką wszystkiego co żyje. Że wszystko na świecie łączy wspólny początek. Że człowiek na Ziemi jest tylko pyłkiem, a jeziora, rzeki, tajga, zachód słońca, księżyc, przypływy … to dusza. Że ten, kto obraził matkę naturę, na pewno zostanie ukarany. Dzieciom nie wolno kopać ziemi, bawić się ogniem, ani powłóczyć kijem po tafli wody. Oni – ziemia, ogień i woda – mogą się obrazić i zemścić.
Mieszkańcy mają powiedzenie, które stało się prawem: „Własnego życia trzymaj się sam. Nikt za ciebie tego nie zrobi”. Do śmierci odnoszą się spokojnie i z godnością.
Biały renifer
W tundrze pasą się setki tysięcy (!) reniferów. Pięcioosobowa rodzina może paść do trzech tysięcy reniferów, z których 500-600 należy do nich, a reszta do gospodarstwa, czyli firmy dla której pracują. Renifer na Północy jest wszystkim: daje jedzenie, transport, ubrania, buty i lekarstwa … Więcej! Jest sensem koczowniczego życia. Ze skóry renifera szyje się ubrania i obuwie. Z mięsa renifera, jego języka i szpiku kostnego przygotowywane są przysmaki. Z poroża otrzymuje się najcenniejszą leczniczą substancję – pantokrinę, nazywaną „eliksirem wiecznej młodości”. Tłuszcz jelenia chroni twarz przed odmrożeniem, leczy stawy.
Filip zabrał mnie do obozu swojego brata. Czum o średnicy 7-8 metrów, pokryty był skórą jelenia. W jego pobliżu stały sanie (narty), do których można podczepić zaprzęg psów. Żelazny piec, wzdłuż ścian materace pokryte skórami. Niski stół (tol), z okazji przyjazdu moskiewskiego gościa zastawiony był arktycznymi przysmakami – stroganin z muksuna, omula i dziczyzny, konfitury z maliny moroszki i borówki brusznicy, gulasz z mięsa renifera. Herbata. I … telewizor plazmowy, zasilany miniaturowym generatorem prądu; okno na nasz grzeszny świat. Nie było tylko alkoholu. Rdzenni mieszkańcy nie mają w swoich ciałach enzymów rozkładających go, dlatego jeśli zaczynają pić, szybko się upijają.
Czum jest własnością kobiety i jest dziedziczony. To posag panny młodej. Wszystkie najważniejsze rzeczy w czumie – palenisko, drewno na opał, naczynia, przybory kuchenne – są dziełem wyłącznie kobiet. Gospodyni potrafi przewidzieć najbliższą przyszłość swojej rodziny po kolorze i grze płomieni, po trzaskaniu drewna w palenisku. Mówi do ognia, przekonując płomień, by był dobry dla jej dzieci i męża, aby ogrzewał, rozpraszał tęsknotę i ciemność.
Religia natury
Jest kilka świąt, które ludy Północy uważają za święte. Są to: Dzień Kruka, Dzień Niedźwiedzia, Dzień Renifera i Dzień Wieloryba. Dlaczego świętują Dzień Renifera jest jasne. Renifer, powtarzam, dla mieszkańca Północy jest wszystkim. A biały renifer jest absolutnie święty. Uważa się, że należy do najwyższego bóstwa, które stworzyło Ziemię i wszystkich jej mieszkańców. W swoje święto bohater jest ozdabiany czerwonymi wstążkami, a na jego boku wystrzyga się znak słońca. Wrona jest zwiastunem wiosny. Jako pierwsza przylatuje w te strony i razem z pierwszymi promieniami słońca, budzi tajgę ze snu. Niedźwiedź, jak wierzą ludy Północy, jest bratem ludzi. Jest panem tajgi i najwyższym w niej sędzią. I niezależnie od swojego świętego znaczenia, jest pożądaną zdobyczą dla myśliwego. W święto niedźwiedzia Czukcze jakby przepraszają zabitych braci, odkupując swoje winy. Skóra niedźwiedzia jest rozłożona w przednim rogu czumy w pozycji ofiarnej. Łapy i głowę zdobią chusty i pierścienie. Tańce do tamburynu szamana trwają do północy, a po północy odbywa się najważniejsze: zjada się danie z mięsa niedźwiedzia. Dusza niedźwiedzia zostaje odprowadzona do nieba i składa tam życzenia na następny sezon łowiecki. Święto wieloryba przypada na koniec jesieni i oznacza koniec sezonu połowów na wieloryby, foki i morsy. To także swego rodzaju dzień pokuty wobec zamordowanych mieszkańców głębin. Kości wieloryba, przy dźwiękach tamburynu, wrzucane są w głębiny morza w nadziei, że zamienią się w „króla oceanów”, który podczas następnego połowu przyniesie rybakom powodzenie.
Co Czukcze widzą w swoich telewizorach? Świat, który jest interesujący i straszny. Widzą zagubienie ludzi, które tłumaczą sobie faktem, że zbyt daleko odeszliśmy od tego co stanowi sens życia – od jedności z naturą.

Przełożyła Marta Hofman

Prezent od Solidarności

„Czas dzisiejszy nie sprzyja stawianiu pomników. Ale nadeszła chyba pora, aby wznieść pomnik Matki Polki… aby z szacunkiem pochylić się nad tymi, które obdarzone są szczególnie szczytnym tytułem…Dały Ojczyźnie swe macierzyństwo… codzienną matczyną krzątaninę, której historyk nie wymierzy, lecz bez której żaden polski dom nie byłby domem”…
gen. Wojciech Jaruzelski

Zarówno tytuł publikacji jak i sentencja mogą Państwa wprowadzić w zdumienie. Bo czy ktoś słyszał by Solidarność uczyniła komukolwiek prezent? Proszę nie szukać w pamięci. Zaraz wszystko się wyjaśni. Do tego taka sentencja, i to czyja, komu adresowana. Jaki to wszystko ma związek. A więc kolejno.
Jubileusze
Dobiegł końca rok obchodów 40-lecia porozumień sierpniowych, pisałem w tekstach – „Protokoły” oraz „Czterdzieści lat minęło”.O organizacji pierwszych tajnych spotkań w mediach pięknie opowiadał Pan Bogdan Borusewicz. Nie mniej ciekawie mówił Lech Wałęsa. Całkowicie pominięto kwestię strajków i protestów, eksponując „pragnienie wolności”.
Nawet z umiarem wypowiadano się o ówczesnej władzy. Pozostawmy te kwestie na inny czas-już sygnalizowane w publikacjach. Z uznaniem doceńmy odniesienia do współczesności, jakie w komentarzach czynił Pan Władysław Frasyniuk. Spotkały się z pozytywnym odzewem wielu Czytelników i słuchaczy. Dołączam wyrazy uszanowania i podziękowania.
Czytelnicy wspomnianych wyżej publikacji, słusznie zwrócili uwagę na kwestię mitów o „dokonaniach” Solidarności, zarazem uświadamiając ich zakorzenianie od 40 lat w naszej, a głównie młodzieży świadomości. Czyniono to- jak przypominano- przez „szeptaną prawdę”, a po 1989 r. w publicznych mediach, z udziałem i zapałem „prawdziwych uczonych”.
Swoiste ich odmitologizowanie przekracza nie tylko ramy jednej publikacji, ale i wydaje się, że do końca nie jest możliwe. Temat ważny, do odrębnej publikacji. Na zakończenie, odniosę się do dwóch.
Za sprawą czasu, kończy się rok 40-lecia powstania Solidarności i rozpoczyna się rok 40-lecia wprowadzenia stanu wojennego. Przypominając te ważne daty, przełomowe wydarzenia, w poważnych i odpowiedzialnych ocenach, nie sposób pominąć Osoby Wojciecha Jaruzelskiego.
Generał
Zapisał się trwale w pamięci milionów Polaków, w Historii Polski i Narodu. Stał się swoistym zwornikiem obu tych wydarzeń. Przez pierwszy rok sprawowania urzędu Premiera szukał porozumienia ze związkiem Solidarność. Jednocześnie pod ciągłą presją strajków jak obrazowo mówił – „pod pistoletem strajkowym”- z Rządem i reformatorskim skrzydłem w Partii (PZPR), przygotowywał reformę gospodarki.
Jej pierwszy wariant, przygotowany przez premiera Józefa Pińkowskiego, spotkał się z ostrą, by nie powiedzieć druzgocącą krytyką sąsiadów – głównie NRD, sceptycznie w CSRS.
Natomiast na Kremlu-począwszy od zdziwienia „potrzebą reformy”, poprzez twardą krytykę sensu do ledwie dostrzegalnego zastanowienia nad jej- właśnie potrzebą. Usłyszała to delegacja pod przewodnictwem prof. Władysława Baki, który złożył relację Generałowi w minorowym nastroju (pisałem w tekście „Reforma”, kwiecień 2020). Mimo tej sytuacji – Generał zdecydował o kontynuowaniu prac nad reformą.
Sprowadzały się do dwóch głównych obszarów, sfer działania: zapoznawania kierowniczej kadry wielkich zakładów i robotników z założeniami reformy, podczas bezpośrednich spotkań oraz obywateli, poprzez prasę i TV; zbierania opinii i sondaży. I druga- przygotowanie tzw. oprzyrządowania prawnego, czyli ustaw i aktów wykonawczych, harmonogramu wdrażania, itp. Proces ten wspierały z różnym wysiłkiem ZSL, SD oraz związki branżowe i CRZZ.
A Solidarność- wiem, nie możecie się Państwo doczekać słowa. Zaproszona do udziału w „komisji przygotowawczej”- odmówiła. Pomyślcie Państwo, dlaczego? By nie ponosić żadnej odpowiedzialności za gospodarkę, którą władza „sama zepsuła”. Na przysłowiowy pierwszy rzut oka to wydaje się logiczne.
Nie trzeba być zbytnio lotnym, by dostrzec, że przecież w gospodarce pracowali członkowie Solidarności i oni także korzystali z jej efektów, wytworów, a szczególnie produktów żywnościowych czy tzw. pierwszej potrzeby, artykułów gospodarstwa domowego. Stanęło na delegowaniu obserwatorów Solidarności przy Komisji ds. reformy. Warto pytać „po latach” o oceny i poczucie odpowiedzialności własnej i Związku za kształt reformy, na który mogli, ale nie chcieli mieć wpływu. Ale pozorny sens takiego myślenia kryje „prawo do strajku”. Bo jest logiczne, że aktywny, merytoryczny udział w pracach nad reformą, powinien ograniczyć, wręcz „wstrzymać” korzystanie z tego prawa!
Tu nie idzie tylko o znany apel Generała o 90 dni spokoju, ale rozumne, rzeczowe postępowanie Kierownictwa w ówczesnej sytuacji wewnętrznej, głównie społeczno-gospodarczej, a ściślej w przemyśle oraz baczne patrzenie na sąsiadów, co oni myślą i jak oceniają „działalność” Solidarności. To nie była przecież wtedy „wiedza tajemna”. Nie było to do pogodzenia ze znaną „filozofią”- strajki „napędzały” sympatyków, także podobały się robotnikom, powiedzmy to wprost. Rosło wiecowe poparcie Kierownictwa, duma rozpierała niektórych! „Wrogiem” była władza, która „miała” tylko „nie chciała dać”. Też nie wstydźmy się tego mówić.
A od strajków – jak obrazowo Generał mówił Papieżowi – „chleba nie przybywało”. Właśnie to- przecież kobiety, matki- także członkinie Solidarności i żony członków, jak każda Matka-Polka, wystawały przez wiele godzin w kolejkach, by zdobyć najpotrzebniejsze artykuły, zrealizować przydziały kartkowe dla rodziny.
Matki i Szpital
I tu dochodzimy do podstawowej, wiążącej kwestii tej publikacji- matki i szpitala.
Leżała ona Generałowi na sercu- mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć. 8 marca 1983 roku włókniarki z Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju- pierwsze w Polsce usłyszały, że szczególny Pomnik-Szpital będzie budowany w Łodzi. Generał przyjechał z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Żyjący jeszcze nieliczni przyjaciele i podwładni Generała pamiętają, iż każdego roku (bez względu na stanowisko) organizował spotkania ze wszystkimi paniami, które pracowały w Jego otoczeniu. Były one okazją nie tylko do złożenia wyrazów uszanowania i podziękowań, ale i do bezpośrednich rozmów- poznania odczuć i oczekiwań tych, które „od zawsze pracowały na co najmniej dwóch etatach”- czasami mawiał.
Wybór Łodzi i czasu na spotkanie nie był przypadkowy. Także wybór tego Zakładu nie był przypadkowy. Należał do największych zakładów w Łodzi. Historią sięgał początków włókniarstwa w Polsce, można powiedzieć, że Wokulski z „Lalki” Bolesława Prusa „przyłożył swą kupiecką rękę”. Imię Obrońców Pokoju też miało swą symboliczną wymowę – chodziło o pokój między Polakami. Wtedy Łódź była miastem o największej w Polsce Ludowej liczbie pracujących kobiet. Miał dla nich Generał dobrą wiadomość – w „ich mieście i dla nich”, dla wszystkich kobiet- matek i ich dzieci powstanie w Polsce Szpital- Centrum Zdrowia Matki Polki. Powtórzył tu słowa, które kilka miesięcy wcześniej wypowiedział na spotkaniu z Paniami.
Że „dawno już powinien stanąć na naszej ziemi, aby świadczyć o patriotycznej ofiarności polskich matek. O ich niezapomnianym wkładzie w przetrwanie naszego Narodu, w jego uporczywą, bohaterską walkę o wolność i zwykłą, człowieczą sprawiedliwość… Że dają z siebie przez całe lata poświęceń i trudu, tę codzienną matczyną krzątaninę, której historyk nie wymierzy, lecz bez której żaden polski dom nie byłby domem”…
Spójrzcie Państwo na datę- marzec 1983. Obowiązywał – wprawdzie zawieszony- stan wojenny, wprowadzony z myślą o ocaleniu kraju przed wielowymiarową katastrofą. Był zaporą przed szerzącym się rozpasaniem, anarchią gospodarczą i społeczną. Strajki stawały się „wizytówką dnia”, a wydźwięk strajku kobiet z małymi dziećmi, także w wózkach, właśnie tu w Łodzi, tzw. biały marsz odbił się szerokim echem w Polsce i za granicą.
Po latach Generał, w prywatnej rozmowie przyznał, że jego wstrząsające wrażenie było przytłaczające – prywatnie jako dla Ojca i „urzędowo” Premiera na tzw. 100 dni sprawowania władzy. Polacy na swojej ziemi, w swojej Ojczyźnie stawali się groźni sami dla siebie. Zanosiło się na walkę bratobójczą, wojnę domową. Z przyczyn wewnętrznych groziła nam destabilizacja państwa. Skutkiem tego mogła być interwencja zbrojna – nie żyliśmy przecież na „bezludnej wyspie”.
O tej społeczno – politycznej scenerii, Generał przypomniał zaproszonym Paniom i akcentował: „To spotkanie daje okazję, aby z szacunkiem pochylić się nad tymi, które obdarzone są szczególnie szczytnym tytułem. Myślę o Matkach. Dały Ojczyźnie swe macierzyństwo…Wniosły do życia narodu wartości bezcenne”.
Prezent i Solidarność
Przeżywamy szczególnie trudny czas, nie tylko u nas- zmagania się z pandemią. Zbiera bardzo obfite żniwo. Cóż teraz, zresztą od zawsze może być bardziej potrzebne i cenne niż życie i zdrowie. Stąd kierujemy, jako obywatele, Polacy, serdeczne myśli i słowa uznania do służby zdrowia, wszystkich jej pracowników, szczególnie po ludzku gorące. Dbając o własne zdrowie, musimy wszyscy- bez względu na przekonania i wyznawane wartości myśleć o dzisiejszych i przyszłych matkach i najmłodszych, o pokoleniu, które się już rodzi i przyjdzie po nas.
Sygnalnie wspomniana historia Szpitala Matki Polki w Łodzi, od kilku już lat Instytutu i wydarzenia sprzed 40 lat, skłaniają, by szczególnie ten Szpital-Instytut uhonorować. Stąd też ośmielam się skierować słowa prośby do przedstawicieli Kierownictwa Solidarności, szczególnie do b. przewodniczącego Lecha Wałęsy, Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka, Aleksandra Halla i Adama Michnika- jako uczestników Okrągłego Stołu i rzecznika prasowego Pana Janusza Onyszkiewicza.
Do wszystkich ekspertów, doradców, działaczy i członków NSZZ Solidarność. Proszę, by Państwo Czytelnicy nie pytali dlaczego Solidarność? Proszę, by każdy we własnej wyobraźni i refleksji nasuwającej się ze wspomnianej przeszłości i teraźniejszości przyjął satysfakcjonujące uzasadnienie. Na dyskusję o tym-sądzę, że przyjdzie czas. Jeśli ktoś jest bardzo niecierpliwy, wspomnę że portret Michała Boniego, jako europosła w listopadzie 2017 r. zawisł na szubienicy w Katowicach.
Wspomnę też, że prof. Ryszard Reiff na posiedzeniu Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej (SKOK), 4 listopada 1992 r., czyli ponad 10 lat po stanie wojennym, tak analizował i oceniał- „Natomiast wiadomo, co znaczy wkroczenie wojsk radzieckich do Polski. To znaczy ogromna ilość cierpień, to ogromna liczba wywózek, tak, jak z tego małego węgierskiego kraiku, gdzie zginęło 60 tys. osób, ale 300 tys. było wywiezionych.
Tu trzeba byłoby wywieźć z półtora miliona na 2-3 lata. Do czasu zanim nowa władza okrzepłaby i można byłoby dawkami tych ludzi zwracać. Co stało się z Armią Krajową? Dlaczego myśmy się wszyscy w łagrach znaleźli, choć od pierwszego dnia byliśmy w konspiracji i cały czas walczyliśmy? Dlatego to miało miejsce, że byliśmy ludźmi innej orientacji politycznej, a do tego wszystkiego o pewnym standardzie patriotycznej determinacji. To samo teraz stałoby się, jeśliby weszli Rosjanie. No, ale to nie tylko ja wiem. To 10 mln. ludzi Solidarności wiedziało i czuło przez skórę doskonale”. Proszę o głęboki namysł i… czytać dalej.
Zwracam się więc do Państwa- kilku milionów członków Solidarności, podejmijcie tę inicjatywę wg własnego uznania. Niech będzie ona dowodem wzniesienia się ponad podziały, jakie od 40 lat trapią naszą Ojczyznę. Wznieście się Państwo ponad urazy i krzywdy, jeśli jeszcze chwacie je we własnych sercach. Odłóżmy na bok rozmyślanie o przyczynach- kto jest winien!
Szpital Matki Polki-Instytut powstał z myślą, by służyć życiu i zdrowiu Matki i Dziecka (pierwsze urodziło się w grudniu 1988 r.). O dzisiejszym stanie potrzeb i marzeń mówił prof. Maciej Banach, Dyrektor tego Szpitala – Instytutu, w rozmowie z Panią Redaktor Beatą Igielską, opublikowaną w „Przeglądzie” nr 43 z 19-25 października 2020.
Profesor m.in. mówił- „mimo ogromnego długu Szpitala szukam rozwiązań, które pozwolą z niego zrobić perełkę, nie tylko z punktu widzenia pacjentów i lekarzy (pracuje ponad 500 lekarzy i ponad 1 tys. pielęgniarek), ale także z punktu widzenia organizacyjnego…Prosiłem przedstawicieli rządu o program pilotażowy związany z oddłużeniem. To jednak bardzo trudne; zawsze pada argument: jeśli was oddłużymy, musimy również oddłużyć inne szpitale.
Sugerowałem także, aby wziąć pod uwagę wskaźniki finansowe: rentowność, płynność i na tej podstawie wybrać kilka szpitali, żebyśmy mogli pokazać, że jeśli oddłużymy taki kolos jak Matka Polka, to będziemy mogli funkcjonować jak przedsiębiorstwo i zarabiać na siebie… wtedy byłbym w stanie wiele rzeczy zrobić sam”. Stan zadłużenia Szpitala- 1,2 mln zł za 2019. Dług przekracza obecnie 300 mln zł.
Takie ciekawostki. Od 2017 r. pracuje klinika onkologii kobiecej: piersi i narządów rodnych. „Jako jedni z niewielu na świecie rozwijamy onkologię przebiegu ciąży. Często lekarze, widząc raka u kobiety w ciąży, rozkładali ręce… Rozwijamy też kardioonkologię…by oceniać jak leki wpływają na serce matki ale dziecka, czy nie powodują powikłań odległych”- mówił Pan Profesor. Zachęcam Państwa do przeczytania tego tekstu, a Redaktorowi Jerzemu Domańskiemu serdecznie gratuluję i kłaniam się nisko.
Refleksje i nadzieje…
Żywię nadzieję, że tekst nie pozostanie bez echa. Że nie będzie nikogo, kto uznałby się za „swoiście dotkniętego” prośbą o inicjatywę ludzi dawnej i obecnej Solidarności. Mam także nadzieję, że ludzie Solidarności nie pozwolą czekać na swój głos. Liczę, że będzie czytelny i jednoznaczny. O tym przekonamy się zapewne w styczniu 2021 roku, gdy czasowo wejdziemy w rok 40-lecia stanu wojennego. Był – jak mówił Generał „lekcją – i dla Jaruzelskiego, i dla Wałęsy, i dla wielu innych z obu stron.
To prawda, że ta lekcja wiele nas kosztowała, ale na szczęście nie wykopała przepaści nie do przebycia i obiektywnie stworzyła warunki do przyszłego zbliżenia… Ja szczerze ubolewam nad tym, że doszło do wprowadzenia stanu wojennego, ale jednocześnie uznaję, że spełnił on swoją rolę”. Będzie o czym myśleć i wyciągać wnioski.
Spodziewam się, że wiele środowisk zawodowych, że po prostu miliony Polaków – powtórzę – bez względu na wyznawane wartości religijne, przekonania polityczne a także na humanitarne idee- słowem i czynem zareaguje na inicjatywy Solidarności. Przecież żyje jeszcze kilka milionów Polaków, którzy tego stanu oczekiwali i ten stan codzienną pracą, cierpliwością i po prostu obywatelską postawą poparli. Zrozumienie jego roli i znaczenia oscylowało ok. 50%, przed 3-4 laty.
To przecież nie kto inny tylko Papież – Polak, 17 czerwca 1983 r. w Belwederze tak rozpoczął pierwszą rozmowę -„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”- w obecności abp. Józefa Glempa i prof. Henryka Jabłońskiego. Czy te słowa straciły znaczenie, duchowe i ludzkie przesłanie oraz rozumienie patriotyzmu? Czy nie mieści się w nich znaczenie wartości życia – Matki i Dziecka?

Ukochany kapitalista Kremla

Ponad trzydzieści lat temu – dokładnie 10 grudnia 1990 roku odszedł Armand Hammer. Był człowiekiem niezwykłym. Łączył w sobie umiejętności wielkiego przedsiębiorcy, zręczność właściwą wybitnym dyplomatom i szczodrość filantropa wspierającego medycynę,edukację i sztukę. Posiadał niezwykły dar zjednywania ludzi i udowadniania im swej użyteczności. Do tych ludzi przez kilka dekad należeli kolejni amerykańscy prezydenci i przywódcy Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Hammer był dla nich pośrednikiem i doradcą proponującym sposoby osiągania porozumienia.

Julius Hammer pochodził z rodziny żydowskiej mieszkającej w Odessie.Po przyjeździe do Nowego Jorku był aktywnym lekarzem i właścicielem dobrze prosperującej firmy farmaceutycznej. 21 maja 1898 roku urodził się jego syn Armand.
Julius Hammer był jednym z założycieli Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych. Stąd też był znany Leninowi i innym politykom bolszewickim.
Kontynuując tradycję rodzinną Armand Hammer studiował medycynę w Colombia University. Jeszcze jako student stał się milionerem. Było to w czasie prohibicji. W firmie ojca uruchomił produkcję syropu na kaszel zawierającego alkohol i ekstrakt z imbiru. Było to zgrabne obejście prohibicyjnych zakazów.
Po ukończeniu studiów młody Hammer udał się do radzieckiej Rosji , aby sprawdzić się jako lekarz przy zwalczaniu chorób epidemicznych. Na Kremlu został przyjęty przez Lenina, który doradzał mu zajęcie się biznesem służącym przezwyciężaniu izolacji gospodarczej Rosji, stosowanej przez państwa zachodnie.
Zwiedzając Moskwę młody Amerykanin zauważył w sklepach ogromne ilości skór zwierząt upolowanych przez syberyjskich myśliwych, a także liczne szlachetne kamienie znalezione w górach Uralu. Nikt tego nie kupował. Tymczasem głodująca Rosja była zainteresowana zakupem amerykańskiej pszenicy.
Armand Hammer do dzisiaj w podręcznikach biznesu uznawany jest za pomysłowego organizatora wielkich transakcji wymiennych (barterowych).Nie była to prosta wymiana towaru za towar. Skóry należało sprzedać zainteresowanym firmom futrzarskim. Szlachetne kamienie musiały trafić do producentów wyrobów jubilerskich. Uzyskane z tych transakcji pieniądze musiały być skierowane do firm eksportujących amerykańską pszenicę. Młody lekarz potrafił poradzić sobie z tym wszystkim i uzyskać dla siebie godziwą prowizję.
Lenin do Stalina o koncesji Hammera
Ogłoszona przez Lenina w 1921 roku nowa polityka ekonomiczna (NEP) miała na celu m.in. przyciągnięcie zachodnich przedsiębiorców i zainteresowanie ich uzyskaniem koncesji w różnych sektorach gospodarki. Przedsiębiorcy ci byli jednak bardzo ostrożni, albo też nastawieni na uzyskanie jednostronnych, czasami wręcz eksploatatorskich korzyści. Okazania w sprawie koncesji okazały się trudne i długotrwałe. Potrzebny był dobry, konstruktywny przykład. Hammer przy poparciu Lenina uzyskał koncesję na wydobywanie azbestu w górach Uralu. Lenin w liście do Stalina określił tę koncesję jako „małą ścieżkę do amerykańskiego świata biznesu” i podkreślił:”musimy na wszelkie sposoby wykorzystać tą ścieżkę”.
Robotnicy pracujący przy wydobywaniu azbestu nie mieli odzieży ochronnej. Hammer sprowadził z USA ubrania pochodzące z zapasów wojskowych.
Ołówki Hammera
Kiedy w wielu krajach powstały radzieckie przedstawicielstwa handlowe, a w roku 1925 wprowadzono państwowy monopol handlu zagranicznego Hammer utracił możliwość funkcjonowania jako pośrednik. Dostrzegł jednak nowe możliwości prowadzenia działalności gospodarczej. Powszechna kampania walki z analfabetyzmem oznaczała ogromny popyt na ołówki. Masowa ich produkcja była możliwa w fabryce wyposażonej w odpowiednie maszyny i urządzenia. Hammer sprowadził je z Niemiec. Również z Niemiec przybyli do Moskwy specjaliści-technicy zapewniający właściwą obsługę i konserwację tychże maszyn i urządzeń. Byli to ludzie, którzy utracili pracę i nie mieli szans na jej uzyskanie w niemieckich fabrykach. Właściciele fabryk byli z pochodzenia obszarnikami-junkrami uznającymi za właściwe traktowanie robotników fabrycznych w taki sposób, w jaki traktowani byli chłopi w ich majątkach. Solidarność junkrów oznaczała, że pracownik będący w konflikcie z fabrykantem nie mógł liczyć na pracę w innej fabryce. Stąd też decyzje o podjęciu pracy w Moskwie.
Hammerowskie ołówki używane były przez dziesiątki milionów mieszkańców Związku Radzieckiego. Pewna ilość ołówków była eksportowana do Chin.
Powrót do Ameryki
W początkach pobytu w Moskwie Hammer zawarł z władzami radzieckimi porozumienie przewidujące,że wyjeżdżając z ZSRR będzie on uprawniony do zabrania ze sobą wszystkiego, co stanowiło jego mienie osobiste. W trakcie ośmioletniego pobytu w Moskwie Hammer nabył wiele dzieł sztuki i precjozów pochodzących z carskiego dworu. Po powrocie do Stanów Zjednoczonych wiele z tych kosztowności zostało sprzedanych na kiermaszach. Wielki zbiór dzieł sztuki umieścił Hammer w Los Angeles w ufundowanym przez siebie muzeum, którego koszt wyniósł 30 milionów dolarów.
Decyzję o powrocie podjął Hammer wtedy, gdy Stalin stał się faktycznym dyktatorem. Bliskim znajomym Hammera był Lew Trocki, który został odsunięty od władzy, a ludzie ,którzy mieli z nim kontakt znaleźli się w kręgu podejrzanych o „trockizm”. Hammer brał też pod uwagę stalinowską kampanię podejrzliwości wobec cudzoziemców. Posiadanie amerykańskiego obywatelstwa narażało na podejrzenie o szpiegostwo. Takie podejrzenie-według stalinowskiego prawa-oznaczało możliwość skazania na wieloletnie więzienie. Należy podkreślić, że podstawą skazania bywało nie tylko szpiegostwo, ale podejrzenie o szpiegostwo.
Po zakończeniu prohibicji, w roku 1933 Hammer włączył si do produkcji whisky, do której to produkcji potrzebna była duża ilość drewnianych beczek. Hammer importował ze Związku Radzieckiego drewno na klepki. Była to bodajże jedyna forma kontaktu ze stalinowskim mocarstwem.
Naftowa „siostra” nr 8
W życiu Hammera nie brakło problemów osobistych. Były dwa rozwody i oskarżenie syna o zabójstwo. Jednakże syn został uniewinniony, a trzecie małżeństwo okazało się szczęśliwe.
W roku 1955 Hammerowie przenieśli się z Nowego Jorku do Los Angeles. Wybitny biznesmen myślał o emeryturze. Nie wiedział, że jest przed nim wielka przyszłość. W autobiografii pisał,że gdyby w szklanej kuli zobaczył swą przyszłość, to roześmiałby się tak głośno,że kula rozprysłaby się na drobne kawałki.
Dwa lata później Hammer zainwestował 100 tysięcy dolarów w wiercenia dokonywane przez podupadłą firmę naftową Occidental Petroleum (Oxy), której wartość netto oceniano na 34 tysiące dolarów. Wiercenia okazały się skuteczne. Hammer wykupił firmę i stał się jej prezesem. Wkrótce potem Oxy dokonało pomyślnych wierceń na polach gazowych w Kalifornii. Następne były pola naftowe w Kolumbii, na Morzu Północnym i w Libii. W tym ostatnim przypadku, po latach-za rządów Kaddafiego- pola naftowe zostały znacjonalizowane.
W roku 1960 roczny dochód Occidental Petroleum wyniósł 650 milionów dolarów, a dziesięć lat później-ponad dwa miliardy. Koncern stał się ósmą wielką firmą naftową , obok tzw.”siedmiu sióstr”-Texaco, British Petroleum (BP), Shell, Exxon (Esso), Gulf, Mobil i Socal (Chevron).
Amerykański ambasador David Newsom z dyplomatycznym umiarem zauważył : „Można bezpiecznie powiedzieć, że wejście Occidental na scenę nie było ciepło przyjęte przez wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa”.Kontakty pomiędzy szefami wszystkich korporacji naftowych były jednak konieczne. Hammer telefonował do nich z Kalifornii nie biorąc pod uwagę różnicy czasu, czyli faktu, że budził ich o północy.
Kapitalista ukochany przez Kreml
Po śmierci Stalina Hammer odnowił kontakty z radzieckimi przywódcami. Rozmawiał z Chruszczowem, Breżniewem,Czernienką i Gorbaczowem. Po swych dziewięćdziesiątych urodzinach w roku 1988 był jedynym zachodnim biznesmenem zaproszonym do Moskwy w charakterze obserwatora spotkania pomiędzy Michaiłem Gorbaczowem a Ronaldem Reaganem. Podróżował własnym odrzutowcem OxyOne (Boeing 727), który był jedynym prywatnym samolotem uprawnionym do przekraczania granicy ZSRR.
Również w roku 1988 sędziwy jubilat doprowadził do zawarcia porozumienia Oxy z rządem radzieckim w sprawie wybudowania wielkich zakładów petrochemicznych za 6 miliardów dolarów. W projekcie tym uczestniczyli również partnerzy włoscy i japońscy.
W latach 1977-1984 Armand Hammer był wiceprzewodniczącym Amerykańsko-Radzieckiej Rady Handlowo-Gospodarczej (U.S.-U.S.S.R. Trade and & Economic Council).
Walka z rakiem
Sporo czasu i pieniędzy poświęcił Hammer badaniom medycznym. W roku 1981 prezydent Reagan mianował go członkiem trzyosobowego panelu mobilizującego środki na walkę z rakiem. W latach 1984-1989 Hammer był przewodniczącym panelu. W tym charakterze zainaugurował zgromadzenie w ciągu roku miliarda dolarów.
Wspierania edukacji
W roku 1982 w Montezuma (stan Nowy Meksyk) rozpoczęła działalność uczelnia o nazwie Armand Hammer World College of the American West-uczelnia dwuletnia przygotowująca nastoletnich cudzoziemców z kilkudziesięciu krajów do studiów na czołowych uniwersytetach amerykańskich. Większość z nich otrzymywała stypendia pełne lub częściowe. Wspieranie edukacji poprzez inicjatywy i dotacje uczyniło Hammera popularnym w amerykańskich środowiskach akademickich. 25 uniwersytetów nadało mu stopień doktora honoris causa.
Spotkanie z Dengiem Xiaopingiem
W roku 1979 w trakcie pobytu w USA wielkiego chińskiego przywódcy-reformatora Denga Xiaopinga Hammer spotkał się z nim w Teksasie. Rezultatem tego spotkania był kontrakt pomiędzy Oxy i chińskim przemysłem węgla kamiennego na sumę około 750 milionów dolarów.
Korespondencja Wilk-Hammer na temat Gierka
Hammer z troską obserwował sytuację w Afganistanie i usiłował podejmować działania służące przywróceniu pokoju w tym państwie. Po radzieckiej interwencji w roku 1979 zachodni przywódcy zawiesili kontakty z Leonidem Breżniewem. Prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing w rozmowie z Hammerem wyraził pogląd,że istnieje potrzeba i możliwość nakłonienia Breżniewa do wycofania radzieckich wojsk z Afganistanu. W grę jednak nie wchodziło zaproszenie go do Paryża, ani też wizyta prezydenta Francji w Moskwie. Hammer zadeklarował wówczas gotowość rozmowy z Edwardem Gierkiem i zasugerowania mu, aby zaprosił sekretarza generalnego KPZR i prezydenta Francji do Warszawy. Wydana w roku 1987 autobiografia Hammera była międzynarodowym bestsellerem. Jednakże zawierała ona istotną omyłkę. Hammer napisał, że do spotkania nie doszło, gdyż Gierek stracił władzę. W rzeczywistości spotkanie w Warszawie miało miejsce 19 kwietnia 1980 roku, a Gierek utracił władzę we wrześniu tegoż roku. Kiedy zauważyłem tą omyłkę napisałem o niej do Hammera sugerując korektę w następnym wydaniu jego interesującej autobiografii. Na ten list po pewnym czasie otrzymałem odpowiedź. Hammer usprawiedliwił zwłokę w udzieleniu odpowiedzi pilnymi obowiązkami, wyraził zadowolenie z powodu pozytywnej opinii o autobiografii i stwierdził, że ceni uwagę na temat Gierka.
Który system jest bardziej wydajny?
Armand Hammer zapytany, który system gospodarowania jest wydajniejszy-amerykański czy radziecki- odpowiedział, że amerykański ponieważ stawia on ludziom wyższe wymagania.
Istotnie, tak było. Przeciętni Amerykanie pozostawali i pozostają pod groźbą bicza bezrobocia i widma bezdomności. Z drugiej strony oddziałuje na nich opowieść o drodze od pucybuta do milionera. Opowieść ta dla niewielu jest zapowiedzią fortuny. Dla bardzo wielu jest ona mirażem posiadającym jednak siłę motywującą. Większą, aniżeli perspektywa uzyskania orderu Bohatera Pracy Socjalistycznej.
Armand Hammer znał doskonale realia społeczne i ekonomiczne zarówno Stanów Zjednoczonych jak i Związku Radzieckiego.
Po dziewięćdziesiątce Hammer był wielokrotnie zapytywany, kidy wybierze się na emeryturę. Odpowiadał,że decyzję w tej sprawie uzależnia od wzrostu wartości akcji Oxy i od ukończenia setnego roku życia. Rak szpiku kostnego spowodował, że do emerytury nie doczekał.

Kim naprawdę jest George Soros?

W wydanej w Polsce monografii przez Wydawnictwo „Biały Kruk”, „George Soros”, przedstawiony jest zarówno jako multimiliarder dysponujący globalną siecią, która umożliwia mu doprowadzenie znanego obecnie świata do jego specyficznego końca, jak też został zaprezentowany jej bohater, oraz jako „najniebezpieczniejszego człowieka świata”. Jednak w gruncie rzeczy, wspomniana monografia jest panegirykiem na jego temat.

Są jednak rzeczywiste, pewne podstawy, aby inaczej pisać o nim zwłaszcza w Polsce, niż w panegirycznym stylu. Zwłaszcza jeśli odrzucić szeroko stosowaną mitomanię dotyczącą tego, w jaki sposób i z jakim skutkiem Polska przestała należeć do obozu krajów ściśle kierowanych przez ZSRR i przyjrzeć się faktom rzeczywistym, a nie zmistyfikowanym w tej sprawie.
Zarówno dotyczących wyłamania narodu polskiego z tego systemu jak i jego współczesnego funkcjonowania. Wtedy w dużej mierze można uznać, że właśnie George Soros, może te wydarzenia wpisać do swojej biografii, jako jedno ze swoich największych osiągnięć życiowych. Ale czy podobnie może ten fakt wpisać do swych dziejów naród polski? To w końcu nie kto inny jak on, w największym stopniu wspierał szczególnie finansowo działalność Adama Michnika i Jacka Kuronia, którzy zorganizowali grupę „komandosów”, którzy bardzo dokładnie i pracowicie z narażeniem własnego życia, wyprowadzili ostatecznie Polskę z obozu krajów socjalistycznych w słynnym 1989 roku i pod jego (ich)bezpośrednim zwierzchnictwem, nadali naszej ojczyźnie jej specyficzny, nie do końca do dziś odkryty i zdefiniowany do dziś jej kształt i charakter.
Zapewne jednak kapitalistyczny. To jedynie jest pewne. Nie od rzeczy jednak będzie wspomnieć, iż pod tym względem nawet Adam Michnik, a tym bardziej jego protektor George Soros, nie byli całkowicie oryginalni. Nie oni pierwsi szukali sposobu pożegnania się Polek i Polaków z ich powojennym ustrojem kreowanym w Polsce od 1944 r. głównie z inspiracji i pod przemożnym wpływem ZSSR i osobiście Józefa Stalina.
Niewiele lat wcześniej, – jak się dopiero ostatnio okazało – dzięki, bardzo rzetelnej informacji prof. dr hab. Jana Sowy z Uniwersytetu Jagiellońskiego, – innym znaczącym kreatorem tego procesu bo sam Jakub Berman, który wydał polecenie władzom bezpieczeństwa aby, uruchomić Klub Krzywego Koła w 1955 r., a nawet przydzielić mu odpowiedni lokal na Starym Mieście, aby przygotować w gruncie rzeczy, podstawy odejścia naszego narodu z rodziny krajów socjalistycznych i przygotować go do rzeczywistej przynależności tym razem do świata kapitalistycznego. Takie uprzedzenie działalności Michnika i Kuronia, może się dziś wydawać mało prawdopodobne, a nawet nieprawdziwe, ale jeśli odrzucić charakterystyczną dla wielu ludzi niezdolność kojarzenia faktów.
Natomiast trudno nie zwrócić uwagi, na specyficzną genealogie tego, co tak skutecznie potem podjął głównie Michnik, a wspierał z pełnym entuzjazmem G. Soros miało też wcześniejszą odnogę w charakterystycznej przeszłości do której A. Michnik wiele zresztą nawiązywał. Bardzo chwaląc „Krzywe Koło”( oczywiście bez nawiązania do roli w zakresie kreacji i funkcjonowania Jakuba Bermana) Nie rozumianej przez wspomnianego historyka kulis ówczesnych wydarzeń ujawnianych dopiero teraz fakty powszechnie nie mała ale całkowicie nieznane Wręcz przedstawiających genezę opozycji inną niż ta której relacje zawdzięczamy Adamowi Michnikowi i jego apologetom.
Ma to zresztą swoją logikę,- mimo woli ujawnioną przez współczesnego historyka-, nie bardzo biorącego pod uwagę, nie tylko następstwa ujawnienia wspomnianych faktów, ale ważnego znaczenia ich wzajemne związków. Wrócimy jeszcze do genezy tego kroku Jakuba Bermana. Natomiast teraz na razie przyjrzyjmy się bliżej interesującemu nas głównie w tym szkicu Georgem Sorosem i jego sukcesowi dotyczącego wyprowadzenia skutecznego Polski ze sfery wpływu radzieckiego.
Natomiast do zbilansowania tego procesu wrócimy w podsumowaniu oraz w ostatecznym przedstawieniu bilansu współzawodnictwa obu systemów społeczno-gospodarczych na końcu tej prezentacji. Wcześniej przedstawmy swoisty alians polskiego opozycjonisty i amerykańskiego miliardera.
W każdym razie, G. Soros, jako wspomniany „geniusz biznesu”, a zarazem polityki i to międzynarodowej klasy, może na swoim koncie zapisać jeden z największych swoich sukcesów życiowych, w postaci tego, że to właśnie on w dużej mierze pomógł A. Michnikowi zorganizować skutecznie siły opozycyjne w Polsce przez ich odpowiednie finansowanie, które zakończyły pewien etap jego działalności bezprecedensowym i skutecznym zerwaniem prze naród polski, z radzieckimi żelaznymi radzieckimi ramami podporządkowania tej części narodów radzieckiemu mocarstwu. Dotyczy pobudzenie wielu narodów wschodniej oraz środkowej Europy i częściowo innych terenów, do wyzwolenia się spod centralnej. radzieckiej kurateli. Wspomniany „geniusz biznesu”, nie tylko finansowo wspomógł wspomnianych dysydentów, zaopatrzył ich w odpowiedni sprzęt, niezbędny do takich dokonań w walce z komunizmem, ale może odnotować też fakt, iż nadał odpowiedni kształt ustrojowy wyrwanych z obozu radzieckiego krajów i narodów w tym szczególnie narodu polskiego.
Był w rezultacie jednym z pierwszych, którzy przybyli do Warszawy po zwycięstwie antykomunistycznej opozycji spośród emisariuszy zachodnich, którzy kontynuowali zaczęte dzieło, i nowemu ustrojowi nadawali odpowiedni kształt.
Jego istota sprowadzała się do tego, że znaczna część wybudowanych przez komunistów zakładów sprywatyzowano, a państwowy sektor rolnictwa, szybko doprowadzono do kompletnego rozkładu i spektralnego upadku. Węgierski z pochodzenia miliarder, głęboko zakorzeniony na amerykańskim terenie, nie doprowadził jednak do przejęcia większości polskiej gospodarki przez najbardziej bliski mu amerykańsko-żydowski kapitał Ameryki a chętnie zainspirował takie przeobrażenia, w ramach których bardziej tu zagościł, niż wspomniany kapitał amerykański będący głównym jego mocodawcą i partnerem, kapitał z Europy Zachodniej. Nie było to przypadkiem, tylko efektem realizacji dalekosiężnych planów wspomnianego miliardera.
Wyrwanie Polski z rodziny krajów socjalistycznych i potraktowanie tego wyrwania, jako ważnego precedensu, polegającego na zainspirowania kolejnych procesów wyrwania z objęć radzieckich poszczególnych narodów i krajów, było tylko początkiem realizacji jego wielkiego, życiowego planu, tego rzeczywiście wielkiego miliardera, o niepochamowanych i nieograniczonych i aspiracjach oraz ambicjach. Jego plany, były jednak nieporównywalnie większe i ambitniejsze niż te które udało mu się zrealizować poprzez przedstawione dotąd dokonania.
Jego docelowym zamiarem, było zapanowanie światowego kapitału – tym głownie amerykańskiego- nad ziemią rosyjską i przejecie we władanie niebywałego zasobu wszystkiego w nieograniczonym zakresie którego posiadała i posiada do dziś rosyjska Syberia. Polska, Węgry, Czechosłowacja, Bułgaria, Ukraina, Białoruś, a nawet Kazachstan, i ich wyrwane z orbity wpływów radzieckich kraje i narody, to zaledwie maleńki początek realizacji planów wspomnianego jednego z najbogatszych kapitalistów, czy też jak kto woli, uznanego we wspomnianej monografii biograficznej za najniebezpieczniejszego człowieka współczesnego, globalnego świata.
Rzeczywiście, wspomniany cel jego zamachu, to najważniejszy, dalekosiężny zamiar wspomnianego multimiliardera. Najważniejszy, ale też najtrudniejszy do realizacji. George Soros, który na swoim koncie może zapisać wyrwanie z radzieckich wpływów i oddanie ich we władanie świata kapitalistycznego wielu krajów, nie może w swojej pełnej zwycięstw biografii jednak zapisać podbicia przez amerykański kapitał ziem rosyjskich, a zwłaszcza jej zawłaszczenie i nią władanie w tym szczególnie jej Syberii.
A przecież złamanie dotychczasowego ustroju na ziemiach satelitarnych wobec ZSRR, w Polsce zaczęte od przewrotu zorganizowanego przez Michnika i Kuronia, które miał być tylko początkiem sukcesu globalnego wspomnianej, prezentowanej w tym szkicu osoby.
Może on, co prawda twierdzić, że w dużej mierze pod jego wpływem zawalił się na rdzennej rosyjskiej ziemi dotychczasowy ustrój. Jednak w przeciwieństwie do innych katastrof które inicjował, nie może stwierdzić, żeby to on, jako forpoczta amerykańskiego kapitału, skutecznie przyczynił się do tego, aby zapanował nad tą ziemią, a zwłaszcza mógł przystąpić do jej eksploatacji przez amerykański kapitał. Tej najbardziej na świecie bogatej w bogactwa naturalne ziemi syberyjskiej. Już samo obalenie dotychczasowego ustroju na tych ziemiach, też nie było w pełni jego dziełem. Wyrosło ono z wielkiej nieporadności umysłowej Chruszczowa i jego nieudolnych sposobów żegnania się na niej z po stalinowską spuścizną.
Nie ma co dużo mówić to w gruncie rzeczy zadecydowało o wszystkim. Bowiem wspomniany radziecki przywódca intelektualnie niezdolny do realizacji zadań, które przed nim postawiła historia, co ostatecznie uczyniło wielki radziecki kraj, niezdolnym partnerem do sprostania amerykańskiemu adwersarzowi we współzawodnictwie między ustrojowym .
Nawet w tym współzawodnictwie osiągnął ZSSR pod kierownictwem Chruszczowa chwilowe przewagi nad amerykańskim partnerem, choćby w podboju kosmosu, co zresztą stało się podstawą szoku nie tylko narodu amerykańskiego ale narodów całego świata, ale nie tylko nie znalazł ostatecznie sposobu, aby tutejszy przemysł i rolnictwo osiągnęły porównywalną wydajność i rozwój techniczny do kapitalistycznych partnerów, natomiast nożyce różnic w tym zakresie za jego panowania w ZSRR, rozwarły się zwłaszcza w stosunku do amerykańskiego jego adwersarza.
Innym specyficznym ” wspólnikiem” Sorosa w skierowaniu ZSSR w swoisty niebyt, był A. Jakowlew, który namówił nierozumiejącego otaczającego go świata, Gorbaczowa, aby zamiast specjalizować się w krytyce dotychczasowego ustroju radzieckiego, podjął próbę jego głębokiej reformy, zmierzającą do sprostania, nie tylko amerykańskiemu, ale też innym, jego kapitalistycznym konkurentom.
Nie można jednak powiedzieć, aby wspomniany G. Soros nie starał się przejąć rosyjskiej ziemi we władanie ówczesnego kapitalizmu, a zwłaszcza kapitału amerykańskiego. Podobnie jak na ziemiach wcześniej przejętych we władanie kapitału światowego (w tym Polski) i na ziemi rosyjskiej, udało mu się zbudować, jako swoistą forpocztę przyszłego panowania nad nią wiele instytucji, które miały być swoistego rodzaju wysepkami do transmisji na ziemi rosyjskiej działań., której ostatecznym rezultatem miało być przejęcie przez kapitał światowy, zwłaszcza amerykański, ziemi rosyjskiej.
W tym najważniejsze w tym przejęciu było uzyskanie możliwości przejęcia rosyjskiej Syberii, stanowiącej bezprecedensową w świecie zbiornicę ropy naftowej, wszystkich metali, które opisuje „tablica mendelewa” i wszelakich innych zasobów, które jak się okazuje mogą wyżywić – przynajmniej na elementarnym poziomie – około 200 milionowy naród rosyjski, ale też zapewnić mu względną pomyślność, nawet wtedy, gdy rosyjskie elity nowo bogatko – kapitalistyczne, przejmująca władzę od biurokracji radzieckiej, nie bardzo potrafi zorganizować produkcji i rozwoju we własnym kraju, choćby porównywalny do rozwijanych krajów kapitalistycznych. Takim czynnikiem, który miał ostatecznie zrealizować dalekosiężne plany G. Sorosa, – zgodnie z jego specyficzną specjalizacją – miały być różne stowarzyszenia i instytucje naukowe przez niego powołane.
Najważniejszą z nich, w Rosji była powołana przez G. Sorosa w 1998 roku Akademia Nauk Pedagogicznych i Społecznych w Moskwie. Na pierwszym posiedzeniu akademii na które przybył G. Soros, podjęto fundamentalny temat potrzeby stworzenia w świecie nowego systemu informacyjnego.
Referentem głównym został przedstawiciel USA, a koreferentem na prośbę moich rosyjskich przyjaciół, obdarzono moją skromna osoba. W chwili zaproszenia na tą sesję, nie wiedziałem ani kto stworzył wspomnianą akademię, ani jaki jest cel jej działalności. Dopiero na miejscu w Moskwie, przekonałem się, iż faktycznym jej twórcą jest G. Soros, a cele którym ona miała służyć, mogłem na tej podstawie sobie jasno uświadomić.
Dlatego też, gdy amerykański prelegent wychwalał kapitalistyczny liberalizm, jako podstawę korzystnej obiektywizacji informacji o współczesnym świecie, zwłaszcza w jej amerykańskim wykonaniu, pozwoliłem sobie zauważyć w moim referacie, że z takich źródeł zrodzona alternatywa dotychczasowej jednostronności informacyjnej, może co najwyżej oznaczać zastąpienie jednej dotychczasowej, radzieckiej jednostronności, inną ale też jednostronnością. Może bardziej elegancką i zakamuflowana, ale w gruncie rzeczy równie jednostronną, choć służącą innym niż radzieckie celom i innym silom społecznym. Nie muszę nadmiernie dowodzić, jak bardzo taki koreferat zabolał nie tylko G. Sorosa ale całą jego ekipę, która z nim przyjechała do Moskwy i zamierzała przez takie społeczne instytucje, jak wspomniana akademia, starać się o włączenie Rosji w orbitę świata kapitalistycznego.
Była to zresztą operacja, która nie mogła się udać. Przekazaniem natomiast władzy nad Rosja przez Jelcyna Putinowi, nie zdołało – co prawda – narodowi rosyjskiemu zapewnić ani odpowiedniej pomyślności, ani odpowiedniej perspektywy ale skutecznie krzyżowało to w tym zakresie plany G. Sorosa. Przytoczony przykład prób kreacji w Moskwie wspomnianej Akademii Nauk Pedagogicznych i Społecznych to tylko maleńki przykład walki G. Sorosa o opanowanie Rosji. Na wszystkich frontach zakończonej jego głęboką klęską.
Jeszcze gorzej sprawa się przedstawiała z próbą podporządkowania Chin kapitałowi amerykańskiemu. Deng Xiaopning wszedł – co prawda – od 1978 roku w głębokie koneksje z kapitałem amerykańskim i kapitałem wielu innych rozwiniętych krajów kapitalistycznych. Stojących przed perspektywą zastąpienia w czołowych krajach kapitalistycznych dotychczasowej industrializacji w tych krajów, opartych o elektryczność industrializacją opartą o sztuczna inteligencję i automatyzacje produkcji.
W takiej sytuacji z uwagą rozpatrzono inne w tym zakresie propozycje Denga. Dotyczyły one wspólnego przedsięwzięcia CHRL i światowego kapitału. Wspomniany kapitał wolał ostatecznie przyjąć chińską alternatywę i przenieść swe liczne fabryki na terytorium chińskie, aby w szybkim okresie czasu wraz z Chińczykami, zarzucić cały świat tanimi produktami i zarobić ogromne kwoty, oczywiście dzieląc się nimi z chińskim partnerem niż wdać się w kapitałochłonne inwestycje na rzecz dynamicznego i kapitałochłonnego na ich terenie rozwoju sztucznej inteligencji i opartej na niej automatyzacji produkcji.
Takie rozwiązanie – zapewne – nie podobało się Sorosowi, którego imperialne skłonności, inspirowały go do innych rozwiązań, w postaci powtórzenia na wielkim chiński m terytorium, tego co dokonał w Polsce, to znaczy zastąpienia władzy komunistycznej, jakąś odmianą władzy kapitalistycznego, charakteru liberalnego, opartej oraz podporządkowanej wielkiemu, światowemu kapitałowi.
Jednocześnie realizacji nowoczesnego neokolonializmu poprzez zapewnienie wyłącznie w kapitalistycznych krajach rozwiniętych monopolu na rozwój przemysłu B+R. Jego nadzieje na realizacje przedstawionego scenariusza w Chinach, nie były przy tym całkowicie utopijne. W części kierownictwa chińskiego, działającego po 1978 r. roku wystąpiły też liberalne skłonności, podobne do charakterystycznych dla Sorosa i Michnika. Dlatego też G. Soros szukał dróg dojścia do tych przedstawicieli ludzi partii komunistycznej, którym liberalna orientacja Sorosa była bardzo bliska. O tym, że nie była to sprawa wymyślona, świadczy najlepiej niewątpliwie zgoda części chińskiego kierownictwa, na specyficzne zgromadzenia się studentów na Placu Niebiańskiego Spokoju jak miało rzeczywiście miejsce w 1989 r. Było to wyrazem liberalnej orientacji, która miała w swych strategicznych celach, odejście od koncepcji rozwoju Chin wypracowanej przez Denga i zastąpienie jej orientacją liberalną.
Nie wiemy – bo strona chińska tego nigdy nie ujawniła – czy wspomniana orientacja liberalna szukała u amerykańskich liberałów typu Soros kontaktów, które by jej pomogły realizować swoje liberalne plany. Wiemy natomiast na pewno, że Deng Xiaoping, który długi czas tolerował liberałów w gronach kierowniczych ChPK, ostatecznie przy pomocy czołgów, opowiedział się przeciw liberalnej orientacji, tak charakterystycznej dla G. Sorosa.
Jest rzeczą całkowicie naturalną i zrozumiała, iż musiało to być dla wspomnianego „najniebezpieczniejszego człowieka świata”, wielkim przeżyciem. A nawet klęską. O jego przeżyciach z tytułu tych klęsk niewiele się dowiemy. Interesująca nas natomiast postać Sorosa starała się poniesioną klęskę w Rosji i Chinach nadrobić wielkimi sukcesami na wewnętrznym, kapitalistycznym gruncie.
Wśród najważniejszych osiągnięć G. Sorosa, należy wymienić – w tym zakresie – jego walkę z różnymi walutami kapitalistycznego świata, zmierzającą do podważenia ich roli i znaczenia, a zarazem tym samym umocnienia tak bliskiego mu dolara amerykańskiego.
Nie wchodząc w szczegóły tej walki – można powiedzieć -, że Soros co prawda nie zdołał włączyć w orbitę kapitalistycznych wpływów i to wpływów dominujących, ziemi rosyjskiej i chińskiej, ale zdołał poprzez wyjątkowe wydźwigniecie roli dolara amerykańskiego i zdeprecjonowania roli funta szterlinga, marki, a zwłaszcza jena japońskiego, umocnić najukochańszą przez niego walutę amerykańską- to znaczy dolara. A tym samym role najbliższego mu kapitału amerykańskiego w świecie.
Jednak nie był w stanie ostatecznie zapobiec jego też narastającemu kryzysowi. Jednak ciągle – mimo tego sukcesu-występował u niego wyraźny niedosyt sukcesów i władzy. Nie dawała mu spać prawdziwa epopeja narodu chińskiego, który nie tylko nie został podporządkowany reprezentowanemu przez niego kapitałowi zgromadzonym zwłaszcza w jego najbardziej kochanym kraju (USA), ale zaczął wyrastać na groźnego konkurenta jego nowej amerykańskiej ojczyzny. Dlatego też, w 1996 roku, postanowił swoją wypróbowana metodą, oczywiście nie obalić, a przynajmniej zaszkodzić mocno juanowi chińskiemu.
W tym okresie czasu, organizowałem w Polsce wielką konferencję naukową świeżo powstałej pod moim kierownictwem, Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej. Konferencja ta, zgodnie z moimi zainteresowaniami, była poświęcona wizji nadchodzącego świata. Na konferencje tą przybył-obok wielu czołowych uczonych amerykańskich, niemieckich, ale też wybitny przedstawiciel Chińskiej Republiki Ludowej, prof. dr hab. Li Jingwen.
Był to członek kierownictwa Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, a zarazem członek Rosyjskiej Akademii Nauk. W czasie trwania konferencji, doszła do nas wiadomość, że będący przedmiotem zainteresowania tego szkicu G. Soros, postanowił tym razem zniszczyć walutę chińską, czyli juana.
Nie ukrywam, że stało się to przedmiotem zainteresowania wielu uczestników tej konferencji gdy ukazały się na ten temat wiadomości prasowe i telewizyjne. Najniebezpieczniejszy człowiek świata, multimiliarder i jeden z liderów jego kapitalistycznie części, ówcześnie przecież całkowicie dominującej, budził wielkie zainteresowanie, zwłaszcza w zakresie jego działań., poświęconych Chinom.
Wspomniany prof. Li Jingwen udzielił zebranym dokładnej informacji na temat batalii o dolara honkońskiego, przedstawiając się gościom mojej konferencji, jako ten, który w ramach chińskiej Akademii Nauk Społecznych i członek jej kierownictwa, a zarazem doradca Denga Xiaoping, w znacznym stopniu., właśnie zajmuje się chińską walutą.
Wszystkich zainteresowało to, że nie odlatuje do Pekinu, aby ratować walutę swojej ojczyzny przed groźnym atakiem zaprezentowanego szerzej w tym szkic pana Sorosa. Uśmiechając się – mój gość chiński – stwierdził odpowiadając na liczne pytania w tym zakresie, że nie tylko nie widzi potrzeby opuszczania tej konferencji, ale może też stwierdzić, iż w przeciwieństwie do prezesów zwłaszcza banków japońskich, które odpowiadały za jena, nikt w Chinach, nie popełni harakiri, nie tylko dlatego, że w Chinach nie ma takiej tradycji, ale też dlatego, że juanowi chińskiemu nic nie grozi.
Pomysł G. Sorosa zadania skutecznego ciosu w chińską walutę był następujący. Bank Centralny ChRL, poręczał wtedy dolara hongkońskiego. Soros wykupił gigantyczne ilości tego dolara, rzucając go na rynek, co miało nie tylko spowodować potrzebę wykupienia go przez Centralny Bank Chiński, który za niego poręczył, ale miało ostatecznie zrujnować ten bank i spowodować w ChRL poważne kłopoty finansowe.
Nasz chiński gość nie ukrywał, że po przygodach marki i funta szterlinga, a zawłaszcza jena japońskiego, ChRL spodziewała się takiego manewru ze strony Sorosa i przygotowała się dobrze do możliwej, tej operacji. Dlatego ojczyzna mojego chińskiego gościa, jego zdaniem nie tylko nie straci na tej operacji, ale wręcz uzyska na niej spory zarobek.
Jeszcze nie mogliśmy się o tym dokładnie przekonać, kiedy zadzwonił do mnie ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski i zapytał, czy nie mógłbym mu udostępnić mojego, chińskiego gościa, celem przekazania mu z pierwszej ręki informacji dotyczącej losów chińskiej waluty zaatakowanej przez amerykańskiego miliardera G. Sorosa. Zgodziłem się, ale pod warunkiem że przy okazji przyjmie czołówkę uczestników naszej konferencji, zarówno z innych krajów, jak i z Polski. Tak też się stało i nasz gość jeszcze raz powtórzył, to o czym już dokładnie zostali poinformowani wcześniej uczestnicy wspomnianej konferencji którą ja organizowałem jeszcze przed tym spotkaniem.
Porażki Georga Sorosa, nie redukują się tylko do klęski poniesionej przez niego na terytorium Rosji i Chin. W Europie Środkowej i Wschodniej, nie wszystko też wyszło wedle jego zamiarów, celów i planów.
W Czechosłowacji udało się – przy udziale jego zwolenników – obalić reżim komunistyczny, niedługo po polskim przykładzie ustrojowego przewrotu. Jednakże, w przeciwieństwie do Polski, na tym terenie wysłannicy tego „niebezpiecznego człowieka”, dość wcześniej i dość nachalnie ujawnili swe prawdziwe oblicze. Reprezentanci jego, tworząc na tym terenie swoją szkołę wyższą, zaangażowali jej kadrę w starania o pozyskanie gigantycznego odszkodowania czechosłowackiego za mienie pożydowskie z tutejszego terenu. Domagali się tego energicznie i nachalnie. Bez żadnych przeszkód i jakichkolwiek zahamowań.
Nawet ci, którzy zawdzięczali G. Sorosowi i jego ludziom w Polsce i Czechosłowacji dojście do władzy, nie wykazywali wobec tego projektu nie tylko poparcia, ale nawet neutralności. Co więcej. Wyrzucili czechosłowaccy już reprezentanci pokomunistycznej władzy uczelnie Sorosa z gościnnej ziemi Czechosłowackiej. Przeniosła się ona na Węgry.
Ale i tam okazało się, ze rodzima socjaldemokracja głęboko zresztą skorumpowana finansowo, nie tylko nie zdołała tej działalności wysłanników Sorosa skutecznie wesprzeć, ale szybko sama straciła władze na rzecz orientacji nacjonalistyczno-populistycznej. Nowi władcy Węgier, przejmując pełnię władzy w tym kraju, bogacąc się zresztą na niej bez zahamowań i ograniczeń, weszli też w konflikt z „najniebezpieczniejszym człowiekiem świata” oraz jego uczelnianymi reprezentantami, i uczelnie Sorosa z Węgier wyrzucili i konflikt Sorosa ze współczesną władzą węgierską trwa po dziś dzień.
Podobny też konflikt obserwujemy na terenie naszego kraju, w którym entuzjaści Sorosa zgromadzeni wokół „Gazety Wyborczej” czy Fundacji Batorego i części elit poprzednio rządzących dość bliskich Sorosowi, też utracili władzę na rzecz sił populistyczno-nacjonalistycznych sił na czele z Jarosławem Kaczyńskim. Natomiast w Polsce te siły populistyczno-nacjonalistyczne, pożeglowały w ślepy zaułek. Natomiast po utracie takich ich zwolenników, jakim był Donald Trump, też współcześnie sami tracą swoją pozycję polityczną, a swoją nieobliczalną polityką populistyczno-nacjonalistyczną a zwłaszcza nieudolnością ujawnioną w przeciwdziałaniu pandemii wpychają naród polski w nadchodzącą, wzrastającą możliwość katastrofy i wybuchu społecznego.(wybuchów społecznych)
Wyraźnie wiosenno-letniego charakteru. Jednakże wszystko wskazuje, iż ani na Węgrzech, ani w Polsce, szanse na powrót do władzy zwolenników G. Sorosa jest nie tylko ograniczony ale prawie żaden. Orientacja populistyczno-nacjonalistyczna we współczesnym kapitalizmie, nie tylko przeżywa kryzys, ale ma szanse na stopniowe wymieranie. Jednak nie na rzecz recydywy liberalizmu ludzi zorientowanych na G. Sorosa, tylko szukających dla swoich narodów innego, niż inspirowanego przez Sorosa miejsca w Europie i na świecie.
Rządy dotychczasowe zwolenników Sorosa w Polsce i w niektórych innych krajach wskazują, że ta orientacja nie stwarza nadmiernej stabilizacji poszczególnym narodom i szans na długoterminowość funkcjonowania rządzących a szczególnie na ich narodowe sukcesy. Dlatego wydaje się, że w niedługim czasie, zrazu w Polsce, a potem zapewne i na Węgrzech, umrze zarówno władza populistyczno-nacjonalistyczna jak i tendencja zorientowana na orientacje G. Sorosa.
Natomiast nadchodząca klęska populistyczno-nacjonalistyczna nie tylko nie będzie oznaczała powrotu do władzy zwolenników Sorosa, ale długotrwałe odsunięcie jego i jego zwolenników od niej.
Nadchodzi bowiem czas w coraz większym stopniu nasilającego się sporu o przyszłość człowieka wyłaniającego się ze współcześnie rozwijającego sią współzawodnictwa amerykańsko- chińskiego. Spór ten przechyla się coraz bardziej na stronę chińską, z racji tego, ze ustrój chiński, zwłaszcza w wykonaniu Xi Jinpinga, w swej istocie posiada radykalną przewagę nie tylko nad kapitalizmem populistyczno-nacjonalistyczny D. Trumpa, ale też w dużej mierze stanowi pewien klucz do rozwiązania problemów człowieka nadchodzących czasów korzystnego też dla jego współzawodnictwa z różnymi odmianami kapitalizmu liberalnego.
W każdym jego wydaniu ale szczególnie w wydaniu Georga Sorosa. Na dalszą bowiem metę, przy wdrażaniu sztucznej inteligencji, stoi przed światem olbrzymi problem rozwiązania zagadnienia pomyślności człowieka w sytuacji, gdy SI zastąpi człowieka w wielu działaniach wytwórczo-usługowych, stwarzając zarazem pokusę zaczerpnięcia z tych przemian zysków maksymalnych skoncentrowanych w klasie kapitalistycznej zwłaszcza Ameryki których w znacznej części George Soros jest drapieżnym zwolennikiem i reprezentantem.
Szczególnie w sytuacji, w której chińska biurokracja, wdrażając sztuczną inteligencję, ma szansę na kontynuację swojej polityki ograniczania tutejszej klasy kapitalistycznej, w jej naturalnym dążeniu do realizacji maksymalnego zysku. Jednocześnie charakteryzując się stabilnym podziałem tego zysku z ludźmi pracy pod rządami obecnego prezydenta CHRL i szefa dominującej na tym terenie partii.
Z tego punktu widzenia, nadchodząca i coraz bardziej już realizowana epoka SI, jest w dużej mierze czynnikiem podważającym zasadność dalszego funkcjonowania, zarówno kapitalizmu w jego populistyczno-nacjonalistycznym wymiarze, ale też w jego kształcie klasycznym zwłaszcza w wydaniu inspirowanym przez Sorosa i stojącego za nim największego kapitału współczesnego świata.
Klasycznym, to znaczy polegającym na tym, że klasa kapitalistyczna przywłaszczając maksymalny zysk, nie obiecuje – tak jak populiści – ludziom pracy, podzielenie się tym zyskiem z nimi i nie kokietuje poszczególnych narodów, w zakresie ich zwiększonej roli we współczesnym świecie.
Innymi słowy, tak jak nadszedł czas wyrzucenia na śmietnik kapitalistycznej orientacji D. Trumpa, tak wcześniej czy później, nadejdzie też czas wyrzucenia na śmietnik historii liberalnej orientacji, charakterystycznej dla współczesnego kapitalizmu w jego wersji charakterystycznej dla G. Sorosa.
Współczesny świat, wchodzi w nowa fazę rozwoju. Jest to faza skutecznego rozwoju człowieka wszystkich klas i warstw społecznych, od kapitalistów do robotników, od rolników do pracowników usług, w którym albo ludzkość dopracuje się ograniczenia dążenia klasy kapitalistów do maksymalnego zysku, albo wejdzie w taką sytuację, w której zaostrzone konflikty społeczne, spowodują jego całkowitą katastrofę.
W tej sytuacji G. Soros, ten „najniebezpieczniejszy człowiek świata”, multimiliarder dążący do dominacji kapitalizmu nad globalnymi ludźmi pracy i jemu podobni, są postaciami których rola w nadchodzących czasach, będzie coraz trudniejsza.
Będzie nie tylko coraz trudniejsza, ale też jednoznacznie coraz bardziej schyłkowa. Nie tylko a nawet nie głównie ze względu na ich wiek ale głównie ze względu naiwłaściwości czasów które nadchodzą. Czasów tylko widocznych dla zdolnych nie tylko prawidłowo odczytywać „znaki przyszłości” ale też na tej podstawie samej przyszłości.
Jeśli zaś chodzi natomiast o bilans polskiej tradycji zastępowania ustroju zwanego często na wyrost komunistycznym ustrojem kapitalistycznym to w świetle sensacji ujawnionych w cytowanej – ostatnio wydanej – książce prof.dr hab. Andrzeja Leona Sowy okazuje się, że Adam Michnik ma on specyficznego „wspólnika” i „ideowego poprzednika” w tym zakresie.
Okazuje się, że jest nim nie przynoszący mu chwały Jakub Berman który wcześniej przed nim widząc nadchodzące niebezpieczeństwo utraty poparcia radzieckiego przez niego i jego klikę dyktatorskiej władzy nad narodem polskim z takimi wspólnikami jak Hilary Minc, Roman Zambrowski, Edward Ochab i wielu innych był gotowy – bez wielkich szkopułów – przeorientować Polskę z jej sojuszu z ZSSR na sojusz z krajami kapitalistycznymi.
Był nie tylko gotów ale podjął realne działania temu służące. Natomiast tylko szybkie procesy historyczne mu to uniemożliwiły. Natomiast Adam Michnik poszedł w tej sprawie tą już częściowo przez Jakuba Bermana drogą, utorowaną mu wcześniej przez wspomnianego – dopiero teraz ujawnionego -prekursora w tej ważnej sprawie. Inną jest natomiast rzeczą, że faktycznych zamiarów i rzeczywistych kulisów w tej sprawie dotyczącej roli rzeczywistej Jakuba Bermana nie rozumie autor cytowanej historycznej monografii., naiwnie uważając,że chciał tylko rozluźnić ówczesne skrępowania.
Ujawnienie natomiast wspomnianej historycznej zaszłości faktycznie ujawniły rzeczywisty sens i charakter opozycyjnej działalności tego całego środowiska zorganizowanego nieco później przez Adama Michnika które dążyło do zmiany ustroju ale tym razem już w skutecznym sojuszu z G. Sorosem. Natomiast taki poprzednik A. Michnika to wydarzenie rzucające na niego inne światło niż wynikają z jego dotychczasowych prezentacji i autoprezentacji.

Fałsze polityki historycznej

„Nieszczęściem Polski jest to, że jej historia jest zakłamana jak nigdzie na świecie” – stwierdził kiedyś Jerzy Giedroyć, a Bronisław Łagowski zauważył: „Nad Polakami ciąży dziś najbardziej nie ta historia, która była, lecz ta, której nie było”. Te dwie wypowiedzi posłużyły autorowi za motto wprowadzające do książki. Bohdan Piętka zajął się zjawiskiem zakłamywania najnowszej polskiej historii i swoją narrację zaczął od przybliżenia kwestii polityki historycznej, która w dzisiejszej Polsce zdecydowanie góruje nad prawdziwą historią jako dziedziną nauki.

W praktyce władzy mamy do czynienia wyłącznie z polityką historyczną, czyli nadawaniem wydarzeniom przeszłości ideologicznego piętna.
Im bliższa naszym czasom jest historyczna przeszłość, tym – paradoksalnie – silniejszym naciskom politycznym podlega. Bohdan Piętka zajął się kłamstwami o historii II wojny światowej i PRL. Prowadzoną politykę historyczną określił jako peryferyjną, jako że prowadzona jest przez kraj peryferyjny.
Zacytował też dobitne zdanie Tomasza Merty, że „polityka historyczna jest przeciwieństwem prawdy historycznej”. Przywołany Longin Pastusiak stwierdził, że zwolennicy polityki historycznej w Polsce dążą do „zawładnięcia pamięcią historyczną Polaków, narzucenia własnej interpretacji przeszłości historycznej i wybiórczego traktowania faktów historycznych”.
Dodajmy – w duchu prawicowo-nacjonalistycznym z dodatkiem sosu katolicyzmu. Także prawicowy historyk Piotr Zychowicz tak opisał polską prawicową politykę historyczną: „Napuszeni, nastroszeni, pilnują ściśle własnych rodaków, aby – w odpowiednim momencie – założyć im na twarz biało-czerwony cenzorski kaganiec i postawić do narodowego pionu.
A potem pogrążają się w samozadowoleniu z dobrze spełnionego patriotycznego i obywatelskiego obowiązku. Niestety, towarzystwo to w ostatnim okresie uznało się za „obrońców honoru” Żołnierzy Wyklętych, co szalenie utrudnia spokojną merytoryczną debatę na temat powojennego podziemia(…)
Mamy do czynienia z ludźmi o mentalności sekciarskiej, których „religia” sprowadza się do czterech podstawowych dogmatów;

1 Stosujemy inne kryteria wobec Polaków, a inne wobec cudzoziemców.

2 Wszyscy polscy przywódcy polityczni i wojskowi byli nieomylni.

3 Polak w historii zawsze odgrywał tylko dwie role: bohatera lub ofiary.

4 Jeśli masz inne zdanie, zniszczymy cię i wdepczemy w ziemię”. W tak ujętej formule liczył się tylko upust krwi motywowany nacjonalistycznie, a wszelka historyczna tradycja lewicowa uważana jest za tradycję antynarodową, a w najlepszym razie obojętną wobec wartości narodowych, na co zwraca uwagę inny krytyk prawicowej polityki historycznej, Andrzej Romanowski.
Wyposażony w takie uwagi ogólne czytelnik książki może przystąpić do lektury rozdziałów poświęconych poszczególnym tematom. Tematów podejmuje Piętka wiele, ale warto zwrócić uwagę tylko na niektóre z nich.
Zajmuje się więc m.in. deprecjonowaniem dorobku PRL, groteskową gloryfikacją II Rzeczypospolitej, czczeniem Brygady Świętokrzyskiej, mitologią „żołnierzy wyklętych”, szaleństwem dekomunizacji, zniesławianiem Armii Ludowej, radykalną rusofobią, deprecjonowaniem generała Zygmunta Berlinga, którego warszawski pomnik został zniszczony za ogólnym przyzwoleniem, znieważaniem „Platerówek”, „dekomunizacją” Ireny Sendlerowej, a także zniesławianiem Józefa Cyrankiewicza przez przypisywanie mu tych win, których akurat nie popełnił.
Poza szczegółowymi tematami pasjonujące są także konkluzje ogólne, jak n.p. ta którą zawiera zacytowane sformułowanie Lecha Mażewskiego, który zauważył, że „kluczowym problemem polskiej polityki historycznej jest szantaż moralny”.
Bardzo ciekawa jest końcowa konkluzja książki Bohdana Piętki, którą autor formułuje w zakończeniu: „W latach 1956-1989 Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przeszła ewolucję od autorytaryzmu do demokracji, natomiast większość polskiej prawicy przebyła po 1989 roku ewolucję w kierunku odwrotnym”.
I właśnie to, co jest tematem książki Bohdana Piętki, zakłamywanie historii PRL i gloryfikacja prawicowej wizji historii, jest egzemplifikacją przywołanej konkluzji. Znakomita książka.

Bohdan Piętka – „Kłamstwa o historii. PRL, Berling, Cyrankiewicz, żołnierze wyklęci”, seria „Historia bez IPN”, Biblioteka „Przeglądu”, Fundacja Oratio Recta, str. 323, ISBN 978-83-64407-70-3