Tadeusz Wojtych (1931-2021)

Tadeusz Wojtych (wywiad z nim ukazał się w „Dzienniku Trybuna” listopadzie zeszłego roku) zagrał kilkadziesiąt epizodycznych ról w filmach i serialach, na przestrzeni 58 lat (1960-2018).

Miał charakterystyczną (coś ze „smutnego clowna”), „maskowatą” fizjonomię twarzy ze złamanym nosem (w młodości uprawiał boks) i charakterystyczną, „nosowo-tubalną” barwę głosu. Piszący te słowa najbardziej zapamiętał go jednak z debiutanckiego epizodu w filmie Janusza Morgensterna „Do widzenia, do jutra” (1960). Wojtych pojawił się tam nie tylko jako zaangażowany do filmu aktor, lecz także jako jeden z założycieli i jedna z postaci gdańskiego, studenckiego Teatru Bim-Bom, którego działalność utrwaliła się legendarnie na kartach historii polskiej kultury, nie tylko stricte teatralnej. Artysta zagrał tam młodego plastyka zarobkującego dekorowaniem wystaw sklepowych w gdańskich sklepach i pojawia się m.in. w jednym z najczęściej pokazywanych fragmentów tego filmu, w scenie, w której grono bimbomowców (także m.in Jacek Fedorowicz i Wowo Bielicki), w obecności m.in. Teresy Tuszyńskiej dziarsko śpiewa szyderczą piosenkę o „matce”, która noce całe musi tańczyć – bo ma dziecko małe…”). Ta „matka”, to aluzja do głównej postaci tego filmu, Jacka, granego przez innego bimbomowca, Zbigniewa Cybulskiego. W latach 1957-1963 Wojtych był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, w latach 1963-1975 Teatru Polskiego w Poznaniu, a w latach 1975-1977 grał (po jednym sezonie) w teatrach w Kaliszu i we Wrocławiu. W latach 1977-1991 był aktorem Teatru Syrena w Warszawie. Występował też w wielu serialach telewizyjnych, ostatnim były „Dziewczyny ze Lwowa” w roku 2018. Urodził się 10 sierpnia 1931 roku w Lille we Francji, zmarł w Warszawie 9 lipca 2021 i został pochowany na cmentarzu bródnowskim.

Krystyna Konarska (1941-2021)

W Niemczech zmarła Krystyna Konarska. Urodziła się 8 marca 1941 roku w Berlinie. Do Polski przyjechała jako nastolatka i zamieszkała w Opolu, by po pewnym czasie spróbować, z powodzeniem, kariery piosenkarskiej.

W 1962 r. została laureatką konkursu zorganizowanego przez opolską rozgłośnię radiową. Kilka razy wystąpiła na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Odbyła trasy koncertowe po ZSRR, Węgrzech i Jugosławii. Zagrała jedną z głównych ról w polskim filmie „Pingwin” w reżyserii Jerzego Stefana Stawińskiego (1964), u boku m.in. Zbigniewa Cybulskiego i Andrzeja Kozaka. W sportowej komedii „Święta wojna” (1965) Juliana Dziedziny pojawia się jako piosenkarka śpiewająca piosenkę w lokalu gastronomicznym. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych wyjechała z Polski i zamieszkała w Paryżu.
Według niektórych źródeł mieszkała także w USA, a w końcu zamieszkała w Niemczech. Według niektórych informacji, przez pewien czas prowadziła w Niemieckiej Republice Demokratycznej cykl audycji telewizyjnych – „Krystyna Konarska przedstawia”. Wystąpiła też w kilku filmach telewizyjnych produkcji NRD. Nagrała kilka przebojów, takich jak „A jednak do pary”, „Boję się twojej miłości”, „Przyjdzie po mnie ktoś” czy „Ktoś inny”. Wykonywała też przebój tych czasów, piosenkę „Zakochani są wśród nas”, ale ten utwór kojarzony jest na ogół także z inną gwiazdą polskiej piosenki, Heleną Majdaniec. Powyższe informacje można znaleźć w internecie, ale nie wszystkie się ze sobą pokrywają (n.p. niektóre źródła podają że zmarła nie w Berlinie, lecz w Rinteln, a poza tym nie do końca jasne i spójne są niektóre inne szczegóły jej biografii, więc Konarska pozostanie do pewnego stopnia postacią tajemniczą).
Media nie podały też dokładnej daty jej zgonu. Są to jednak detale drugorzędne, natomiast na pewno trzeba odnotować fakt odejścia artystki, która wprawdzie na krótko, ale wyraziście zapisała się jako postać w polskiej kulturze popularnej.

Eugenia Herman (1929-2021)

Była łodzianką z urodzenia (6 października 1929) i tam też ukończyła Wydział Aktorski PWSFTviF w 1953 roku, tam zadebiutowała w Teatrze Nowym (1953-1960), po czym w latach 1960-1996 była aktorką Teatru Polskiego w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę występowała gościnnie w Teatrze Narodowym.
Od 1982 była wykładowczynią na Wydziale Aktorskim PWSFTviT w Łodzi. W latach 2001–2014 uczyła aktorstwa i reżyserii w Szkole Aktorskiej H. i J. Machulskich na warszawskiej Ochocie.
W filmie zadebiutowała w roku 1956 epizodyczną rolą w „Nikodemie Dyźmie” Jana Rybkowskiego. W sumie zagrała w kilkunastu filmach, zwykle role drugoplanowe. Warunki zewnętrze predysponowały ją do ról kobiet „z towarzystwa”, inteligentek, dam, monarchiń. W Teatrze Telewizji zagrała m.in. Lady Milford w „Intrydzie i miłości” Fryderyka Schillera (1964) i Panią Dobrójską w „Ślubach panieńskich” Aleksandra Fredro (1966) w reż. Ireneusza Kanickiego Kanickiego, Inger w „Kłamstwie” I. Bergmana w reż. Andrzeja Wajdy (1972), Księżną Olivarez w „Don Carlosie” F. Schillera w reż. Macieja Zenona Bordowicza.
Grała też m.in. w znanych seriali telewizyjnych (m.in. „Królowej Bonie”, „W labiryncie”, „Matkach, żonach i kochankach”, „Ranczu”, „Egzaminie z życia”, „Samo życie”). Pamiętna także z filmów Krzysztofa Zanussiego, „Za ścianą”, „Bilans kwartalny”, „Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest”. Zmarła 19 lipca 2021 w wieku 92 lat, w Skolimowie.

Polacy a Kaukaz

Już Adam Mickiewicz w swej pracy „Pierwsze wieki historii polskiej” pisał, że Polacy są potomkami Łazów, indoeuropejskiego ludu przybyłego z Kaukazu.

Kontakty handlowe naszego kraju z tym rejonem sięgają XIII wieku, a zainicjowali je zamieszkujący Polskę Ormianie. Szczyt wymiany handlowej przypadł na przełom XVII i XVIII wieku, gdy w Polsce nastała moda na kaukaskie stroje, broń i konie. Na przestrzeni wieków ukształtowały się trzy główne szlaki handlowe łączące Polskę z Kaukazem. Najważniejsze znaczenie miał tzw. szlak turecki. Prowadził on ze Lwowa przez Kamieniec Podolski; i dalej przez terytorium Anatolii do Tabryzu i innych miast Kaukazu. Drugi, tzw. czarnomorski, wiódł ze Lwowa i Kamieńca Podolskiego drogą lądową do tureckich portów na północnych wybrzeżach Morza Czarnego, a następnie drogą morską do portów na wybrzeżu zachodniej Gruzji i stamtąd drogą lądową do innych miast Kaukazu. Trzeci, tzw. tatarski, prowadził też ze Lwowa przez Dzikie Pola i stepy czarnomorskie do Perekopy, dalej przez Krym do zachodnich wybrzeży Kaukazu.
Poszukiwanie sojuszników w toczonych przez Polskę wojnach z Turcją spowodowało skierowanie na Kaukaz i dalej do Persji pierwszych polskich misji dyplomatycznych. Ciekawostką jest, ze Rzeczpospolita utworzyła swoje pierwsze stałe przedstawicielstwo dyplomatyczne w Persji już w XVI wieku, a w sąsiedniej Rosji dopiero… w drugiej połowie XVIII wieku!
Na Kaukaz docierali z naszego kraju także misjonarze katoliccy, którzy korzystając z poparcia polskich monarchów założyli tzw. misję perską. Zaowocowało to pierwszymi relacjami o Kaukazie. Najobszerniejszą spisał jezuita Tadeusz Krusiński na początku XVIII w. i stanowiła ona podstawowe kompendium wiedzy o Persji i Kaukazie w całej Europie aż do połowy XIX w.
Liczba Polaków na Kaukazie zaczęła gwałtownie rosnąć w końcu XVIII wieku. W wyniku rozbiorów wschodnia część Rzeczypospolitej znalazła się w Imperium Rosyjskim, a miliony Polaków – chcąc nie chcąc stały się poddanymi cara. Dla Rosji zaś Kaukaz był strategicznie ważny w jej potężnym konflikcie z Turcją o Bałkany, Krym, Azję Mniejszą…
Na Kaukaz trafiało wielu Polaków służących w carskiej armii. Byli to i generałowie, i oficerowie – a także prości żołnierze z poboru. Polacy byli topografami, podróżnikami, odkrywcami, lekarzami. Jedni jechali na Kaukaz dobrowolnie, zdobywając fortuny i stanowiska – inni byli zesłańcami lub ich potomkami.
Napiszę o kilkunastu rodakach związanych z Kaukazem.
Jednym z nich był urodzony w 1831 roku w Warszawie Ludwik Aleksander Młokosiewicz. Był wybitnym przyrodnikiem i leśnikiem. Po ukończeniu Aleksandryjskiego Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim został skierowany do służby wojskowej na Kaukazie. Był oficerem sztabu Tyfliskiego Pułku Grenadierów. Gromadził kolekcje biologiczne i zoologiczne. Po przejściu na emeryturę dołączył do wypraw swego rodaka Konstantego Branickiego do Persji i Turcji. Sprawozdania z wypraw były drukowane przez polskie i rosyjskie czasopisma. Zebrane eksponaty przesyłał do Gabinetu Zoologicznego w Warszawie i do Muzeum Branickich, a także do Rosyjskiego Towarzystwa Entomologicznego w Petersburgu – tym bardziej że jego prezesem od 1879 roku był Polak – Oktawiusz Radoszkowski. W 1898 roku w uznaniu zasług Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne przyznało mu swój medal. W 1900 roku z asystentem Uniwersytetu Dorpackiego Bolesławem Hryniewieckim udał się do Kachetii. Odegrał dużą rolę w rozwoju hodowli i rolnictwa na Kaukazie, upowszechnił uprawę włóknodajnej rośliny ramii indyjskiej i hurmy wschodniej. Należał tam do pionierów uprawy herbaty, oliwek, cytryn i bawełny. Udomawiał kuropatwę górską, cietrzewia kaukaskiego oraz bażanta kolchidzkiego. Dzięki jego staraniom utworzono Rezerwat Łogodechski na Równinie Kachetyjskiej. Zmarł w 1909 roku w Dagestanie. Jego grób znajduje się w Lagodeczi (Gruzja), a na pięknej płycie kamiennej wygrawerowano jego portret i umieszczono napis w językach polskim, rosyjskim i gruzińskim: „Ludwik Młokosiewicz – Niestrudzony badacz fauny i flory Kaukazu”.
Na Kaukazie prowadzili prace topografowie Józef Chodźko i Hieronim Stebnicki. Zygmunt Łukawski w swojej książce pt. Ludność polska w Rosji napisał, że podobnie jak na Syberii i w Azji Środkowej, pierwsi badacze tego regionu rekrutowali się spośród zesłańców. Garnizony wojskowe były przepełnione żołnierzami z byłej Rzeczypospolitej, których tu przysyłano dla odbycia służby. Wielu pozostawało tu już na stałe. W gronie takich wojskowych znalazł się filomata, kolega uniwersytecki Mickiewicza – wspomniany wyżej Józef Chodźko (1800–1881), jeden z najwybitniejszych topografów polskich. Członek Towarzystwa Filomatów. W 1821 roku wstąpił do armii rosyjskiej.
W 1852 roku awansowany został na generała. W 1855 roku został naczelnikiem wszystkich topografów wojskowych na terytorium Kaukazu i przystąpił do wykonania triangulacji całego regionu. Pierwszą mapę Kaukazu Chodźko przedstawił osobiście carowi Aleksandrowi II na specjalnej audiencji. W 1868 roku odznaczony został wielkim złotym medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.
Jego następcą na stanowisku naczelnika topografów wojskowych Kaukazu został również Polak, wspomniany wcześniej Hieronim Stebnicki. Prócz prac topograficznych zajmował się również etnografią ludów kaukaskich. W 1859 roku oddelegowany do służby w Sztabie Generalnym. Od 1860 roku prowadził prace związane z triangulacją i wykonaniem map Kaukazu oraz rejonu Morza Kaspijskiego. Na głównym pasie Kaukazu pomierzył wszystkie większe szczyty od Elbrusu do Kazbeku. Pozostawił też opis triangulacyjny szczytów Kaukazu.
W Azji Mniejszej kierował pracami triangulacyjnymi i niwelizacyjnymi. Od 1866 roku szef Wojskowo-Topograficznego Oddziału w Sztabie Głównym Imperium Rosyjskiego, od 1867 roku szef Kaukaskiego Oddziału Wojskowo-Topograficznego. Tam przeprowadził wiele astronomicznych i gipsometrycznych pomiarów w południowej części podnóża Kaukazu i w Persji.
W latach 1870–1872 kierował wyprawą do Turkmenii, podczas której jako pierwszy opisał rzekę Amu-darię. Opracował wycinki map Azji Mniejszej, Persji, Kaukazu i zachodniej Turkmenii.
Po wojnie rosyjsko-tureckiej 1877–1878 rząd rosyjski zlecił mu wytyczenie nowej linii granicznej z Turcją. Projekt Stebnickiego stał się podstawą do rokowań na kongresie berlińskim. Służbę w armii zakończył w randze generała.
Od 1878 roku członek korespondent Petersburskiej Akademii Nauk. Członek Imperatorskiego Towarzystwa Geograficznego. W 1881 roku powiązał geodezyjnie Konstantynopol z innymi punktami geodezyjnymi i topograficznymi Europy, określił różnicę długości geograficznej między Konstantynopolem a Odessą. Od 1885 roku szef Zarządu Topograficznego Sztabu Generalnego. Pod jego kierownictwem były wykonane liczne prace geodezyjne, m.in. opracowanie uogólnienia prac rosyjskich geodetów dotyczące odległości między równoleżnikami 52 – 47 1/2 stopnia szerokości geograficznej północnej, skatalogowanie rosyjskiej sieci niwelacyjnej. W 1887 roku został przewodniczącym oddziału matematyki geograficznej Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, a potem w tym samym roku zastępcą przewodniczącego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego i przewodniczącym Komisji do spraw określenia sił ciężkości w Rosji. Dzięki tym obserwacjom siły ciężkości zostały określone dla europejskiej i azjatyckiej części Rosji.
Hieronim Stebnicki jest dla nas, Polaków, osobą ciekawą także z innego powodu: otóż przez swoją córkę (która wyszła za mąż także za Polaka) był on dziadkiem wybitnego fizyka niskich temperatur i laureata Nagrody Nobla z 1978 roku Piotra Kapicy.
Piotr Kapica był wnukiem topografa Hieronima Stebnickiego, ale słynne uzdrowiska na Kaukazie powstały głównie dzięki rekomendacjom innego polskiego uczonego z dziedziny topografii – profesora Stanisława Stefana Zaleskiego. Ukończył on medycynę i chemię na Uniwersytecie Warszawskim, a tytuł profesora uzyskał na uniwersytecie w Tomsku na Syberii. W 1895 roku skierowano go na Kaukaz do zbadania właściwości źródeł „Narzan”.
Zaleski bardzo wysoko ocenił ich jakość leczniczą i w swoim raporcie zarekomendował utworzenie uzdrowisk w określonych miejscowościach. Po zakończeniu pracy na Kaukazie przeniósł się w 1897 roku do Petersburga, prowadził tam wydział ogólnej chemii anatomicznej i fizjologicznej w Petersburskim Kobiecym Instytucie Medycznym. Jego praca pt. O nieodpowiedniości srebrnych kloszek tracheotomicznych napisana w nawiązaniu do choroby Fryderyka III, została przetłumaczona na prawie wszystkie języki europejskie. Liczba prac naukowych Zaleskiego, głównie o eksperymentach laboratoryjnych, sięga 100.
Znanym topografem w Rosji w XIX wieku był nasz rodak generał Edward Kowerski. Pod jego kierunkiem dokonano nowych topograficznych pomiarów Krymu. Był on również autorem specjalnej mapy państwa rosyjskiego, którą opracował na jubileusz pięćdziesięciolecia Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, przypadający w 1895 roku. Przyjaźnił się z innym Polakiem, też generałem – Janem Borkowskim, członkiem Komitetu Technicznego Zarządu Intendentury Armii. Brał on udział w ekspedycji w okolice Nadwołża, mającej zbadać pozyskiwanie i logistykę zbóż w tej części Rosji. Za pracę na ten temat pt. Issledowanya chlebnoy torgowli Borkowski otrzymał od Towarzystwa Wolno-Ekonomicznego złoty medal. Przepracował wiele lat na stanowisku naczelnika biura statystycznego w Ministerstwie Komunikacji, był też redaktorem organu prasowego tego ministerstwa.
W nieco inny sposób swój wkład w rozwój Kaukazu wniósł Witold Zglenicki herbu Prus – znany jako ojciec nafty bakijskiej. Ten urodzony pod Kutnem Polak ukończył Instytut Górniczy w Petersburgu. W 1893 roku skierowano go do pracy do Baku. Pasjonował się geologią, wolny czas i fundusze inwestował w tę działalność. Opracował i podarował nafciarzom przyrząd do pomiarów prostopadłości wiercenia otworów górniczych. Zaprojektował też urządzenie do podmorskich wierceń i wydobycia ropy naftowej, stając się w tej dziedzinie absolutnym światowym pionierem. Wyznaczył podmorskie działki naftowe, określając ich zasobność, oraz ustalił złoża naturalne na tym terenie. Świetnie oceniła jego dokonania jedna z gazet: „Człowiek, który uczynił z Baku naftowe eldorado”. Szach Persji Muzaffar ad-Din za odkrycia geologiczne na terenie tego kraju wyróżnił go w 1900 roku Orderem Lwa i Słońca. Dzięki inżynierowi Zglenickiemu powstały w Baku wodociągi.
Dowiedziawszy się niespodziewanie o swojej śmiertelnej chorobie – cukrzycy, która w tamtym czasie była nieuleczalna, sporządził testament, zapisując na polską naukę (utworzenie specjalnego funduszu dla jej wsparcia) i inne cele charytatywne dochody ze swoich pól naftowych.
Zmarł w Baku, pochowany jest w Woli Kiełpińskiej koło Zegrza pod Warszawą. Niestety, jego testament został wykonany tylko po części z wolą zmarłego. Po przewrocie bolszewickim w Rosji pola naftowe należące do fundacji Zglenickiego zostały przez bolszewików wywłaszczone bez odszkodowania. W ten sposób przestał istnieć kapitał Polskiego Nobla.
Z pobytem Zglenickiego w Baku związana jest inna ciekawa historia. Otóż współfinansował on wraz z rodziną Rylskich budowę kościoła rzymskokatolickiego (pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny). Kościół ten stał się silnym ośrodkiem polskości. Bakijską Polonią kierował przybyły z Kijowa aptekarz January Wyszyński. Kilkadziesiąt lat później jego syn Andrzej Wyszyński zostanie generalnym prokuratorem Związku Radzieckiego, głównym narzędziem Stalina do oskarżania wrogów ludu.
Godnym następcą Zglenickiego w Baku był inżynier Paweł Potocki, specjalista przemysłu naftowego, szczególnie wydobycia ropy naftowej. Urodził się w polskiej rodzinie z Sankt-Petersburga. Ojciec, Mikołaj Potocki, był generałem infanterii i wykładał w Akademii Wojskowej w Petersburgu. Paweł przybył do Baku w 1910 roku, by podjąć pracę nad osuszeniem zatoki Bibi Ejbat, kontynuując dzieło nieżyjącego już Witolda Zglenickiego (zmarł w 1904), który – jak wcześniej pisałem – badał złoża naftowe w Azerbejdżanie i wskazał najbardziej perspektywiczne działki roponośne na lądzie i na Morzu Kaspijskim. W 1922 roku Potocki stworzył śmiały projekt osuszenia 27 hektarów morza, za który na konkursie w Moskwie otrzymał nagrodę. Wkrótce stworzył nowy projekt, na 79 hektarów, który również z powodzeniem był zrealizowany. Potocki był także wynalazcą pompy piaskowej do gaszenia płonącej ropy naftowej. Za swoje osiągnięcia został odznaczony najwyższą nagrodą w Związku Radzieckim – Orderem Lenina. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany na miejscu swojej pracy – na sztucznie utworzonym lądzie Bibi Ejbat, nad brzegiem Morza Kaspijskiego. Na jego katolickim grobie znajdują się tablice w trzech językach. Napis na nich głosi: „Paweł Potocki (1879–1932) – polski inżynier, osuszył zatokę Bibi Ejbat, umożliwiając pierwsze na świecie wydobycie ropy spod dna morza”.
Odkrywcą wielu nowych złóż ropy naftowej w Rosji był urodzony w 1873 roku w Petersburgu Kazimierz Kalicki. W 1899 roku ukończył tamtejszy Instytut Górniczy. Z dużym powodzeniem prowadził poszukiwania ropy naftowej w Dagestanie, na Archipelagu Bakijskim, w górach Kopet-dag. Później odkrył pokłady tego surowca w Ferganie i na terenie Uzbekistanu. Zmarł w 1941 roku w Leningradzie.
Wielkim kapitalistą naftowym w Baku był także inny Polak – Hipolit Rylski. Po zwolnieniu z zesłania syberyjskiego przybył do Baku i rozpoczął pracę jako zwykły dróżnik kolejowy. Z czasem dorobił się ponadmilionowej fortuny na operacjach naftowych i należał do najbogatszych ludzi w mieście.
Z Kaukazem związany był przyszły bohater wojny z Napoleonem – generał Eufemiusz Czaplic s.Ignacego. Urodzony w 1768 roku wstąpił jako kadet do wojska polskiego, ale już w 1783 roku przeniósł się do armii rosyjskiej. W 1796 roku zasłużył się w walkach z Persami, gdzie dowodził pułkami kozaków. Brał m.in. Derbent i Baku – i to jego za wybitne zasługi generał Zubow wysłał do carycy Katarzyny II z kluczami do zdobytego Baku. Ta awansowała go wówczas na pułkownika (18.07.1796). W 1801 roku car Aleksander I wziął go do swojej świty i awansował na generała. Czaplic był potem rosyjskim bohaterem wojen napoleońskich, uczestniczył w największych bitwach, bohater spod Austerlitz.
Generał Eufemiusz Czaplic był stryjem innego carskiego dowódcy – Justyniana Czaplica s.Adama, urodzonego w 1797 roku. Od 1840 roku służył on na Kaukazie, 7 kwietnia 1846 roku mianowany na generał-majora. Brał udział w wielu bojach, dowodził rosyjskimi wojskami w wielu walkach, za co został odznaczony m.in. orderem św.Stanisława I stopnia. To on zdusił powstanie Szamila w Dagestanie. W latach 1850-1856 dowodził dywizją, w 1865 roku awansowany na generała-lejtnanta. Zmarł w 1877 roku.
Józef Hauke-Bosak urodził się w 1790 roku w Warszawie. Jako pułkownik polskiego wojska wysłany został na front wojny rosyjsko-tureckiej 1828–1829. Po zakończeniu działań przywiózł do Warszawy zdobyte na Turkach przez Iwana Dybicza działa. W 1830 roku car Mikołaj I nadał mu tytuł hrabiego. Później osiadł w Petersburgu, pełniąc przy dworze kilka ważnych funkcji: adiutanta cesarza, generała majora orszaku carskiego i nauczyciela języka polskiego następcy tronu Aleksandra Nikołajewicza, późniejszego cara Aleksandra II.
Konsekwentnie Józef Ludwik Hauke-Bosak – syn Józefa Haukego – w 1855 roku został ordynansem cara Aleksandra II. Brał aktywny udział w walkach na Kaukazie, dosłużył się dwóch krzyży i złotej szabli za męstwo, zyskał przydomek „Lwa Kaukazu”. Po wybuchu powstania styczniowego (1863-1864), na prośbę dowódcy tego powstania RomualdaTraugutta, uczyniono go wojennym komendantem województw krakowskiego i sandomierskiego. Dowodził wojskami powstańczymi w bitwach pod Opatowem i Ociesękami, taktyką długich marszów wiązał siły rosyjskie. Po upadku powstania zdążył wyemigrować. Wyjechał do Francji, gdzie zdobył sławę bohatera, walcząc w wojnie prusko-francuskiej w korpusie Garibaldiego. Zginął w 1871 roku w bitwie pod Dijon. Trumnę okrytą biało-czerwoną flagą złożono na cmentarzu w Genewie.
W latach 40. XIX wieku kozackimi oddziałami armii rosyjskiej tłumiącej powstania kaukaskie dowodził generał Feliks Krukowski, który zginął w walce z Czeczenami w 1848 roku. W sumie w latach1834–1855 na Kaukazie służbę pełniło ok. 20tys. Polaków. Wierni carowi i polskiemu królowi, wielu z nich dosłużyło się wysokich stopni, niektórzy zajmowali się działalnością badawczą dotyczącą losów polskiego (ukraińskiego) kozactwa – przeniesionego częściowo przez carycę Katarzynę II na południe Rosji. Na przykład Konstanty Rakowski był „ojcem” historiografii Kubańskiego Wojska Kozackiego – wraz z innym Polakiem, Walentym Olszewskim. Z kolei Adam Pijanowski był pierwszym badaczem Stawropolskich Pułków Kozackich, a Rzewuski napisał pierwszą książkę o Kozakach terskich (tereckich). Oni oraz inni autorzy byli znawcami kozactwa i to do nich odwołuje się współczesna literatura naukowa.
Tajnym radcą stanu i naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej był urodzony w 1826 roku pod Witebskiem Jan Minkiewicz. W 1848 roku ukończył studia medyczne na Uniwersytecie Moskiewskim. Po ich ukończeniu pracował jako ordynator w twierdzy w Dagestanie, napisał tam pracę po łacinie na temat febry. Otrzymał za nią doktorat. W czasie wojny krymskiej (1853) był naczelnym lekarzem szpitala w Sewastopolu. Od 1854 roku przebywał w Erewaniu, został naczelnym chirurgiem Armii Kaukaskiej. Zainteresował się wtedy medycyną tradycyjną ludów Kaukazu. Był wieloletnim prezesem Towarzystwa Lekarskiego Kaukaskiego. Po przejściu na emeryturę osiadł w Gruzji, w Tyflisie. Pozostawił ok. 150 prac w języku polskim, rosyjskim i niemieckim. Całe życie spędził w Rosji – zawsze uważając się za Polaka z Witebska. Kilkadziesiąt artykułów zamieścił w polskich pismach, działał aktywnie w polskiej wspólnocie katolickiej skupionej wokół kościoła św. Piotra i Pawła w Tyflisie. Zmarł w tym mieście w 1897 roku, pochowany został na cmentarzu katolickim w Sołołakach.
Na Kaukazie rozpoczął swoją karierę wojskową przyszły dowódca 200-tysięcznej armii Komuny Paryskiej – generał Jarosław Dąbrowski. Urodził się 13 listopada 1836 roku w Żytomierzu na Ukrainie, w szlacheckiej rodzinie herbu Radwan. W 1845 roku został wysłany do Korpusu Kadetów w Brześciu Litewskim. W 1853 roku przeniósł się do Korpusu Kadetów w Petersburgu, który ukończył w 1855 roku, uzyskując stopień chorążego. Następnie przez cztery lata służył w wojsku rosyjskim, walcząc z powstańcami czerkieskimi na Kaukazie. Za kampanię kaukaską został odznaczony, co otworzyło mu drogę do kariery wojskowej. W latach 1859–1861 studiował w Mikołajowskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Po jej ukończeniu został skierowany do Warszawy, gdzie włączył się w przygotowywanie powstania polskiego przeciw Rosji. Został za to zesłany na Syberię, skąd uciekł do Francji, zostając wybitnym dowódcą. 5 maja 1871 roku został mianowany naczelnym wodzem całości wojsk Komuny Paryskiej. Ranny 23 maja roku na barykadzie przy ulicy Myrha w dzielnicy Montmartre, w czasie obrony 19. i 20. dzielnicy Paryża, zmarł tego samego dnia w szpitalu Lariboisière, w obecności doktora Henryka Gierszyńskiego. Został pochowany na cmentarzu Pére Lachaise, niedaleko grobu naszego innego wielkiego rodaka – Fryderyka Chopina.
Innym carskim dowódcą był urodzony w 1811 roku pod Witebskiem Lucjan Łukomski, syn Juliana. W 1841 roku za męstwo na Kaukazie został mianowany majorem. Jego kariera się rozwijała, w 1861 roku został generałem majorem. Odznaczony wieloma orderami, m.in. św. Stanisława I stopnia. Zmarł w 1867 roku.
Rosyjskim generałem-lejtnantem został Paweł Marceli Chrzanowski, urodzony w 1846 roku pod Piotrkowem. Ukończył Akademię Wojskowo-Prawną. Został mianowany sędzią wojskowym w Tyflisie (obecnie Tbilisi). Na Kaukazie poślubił Cecylię Gilewiczównę. Szybko awansował. Był wiceprezesem sądu w Taszkencie, a w 1895 podczas wojny z Chinami został prezesem sądu we Władywostoku. Gdy wysłużył pełną emeryturę oraz stopień generał-lejtnanta – wraz z żoną i czworgiem dzieci zamieszkał na stałe w Warszawie, gdzie utworzył najsłynniejszą wówczas i największą na ziemiach polskich szkołę średnią.
W 1916 roku na dowódce Kaukaskiej Dywizji Kawalerii wyznaczono generała-majora Aleksandra Karnickiego.Był on już wcześniej nagrodzony wieloma odznaczeniami, również zagranicznymi – z Chin, Japonii i Niemiec. Ostatnie rosyjskie odznaczenie – Order Wojenny Świętego Jerzego – przyznano mu w czerwcu 1917 r. Potem nastąpiło pożegnanie z armią rosyjską – jak wielu Polaków Karnicki zasilił szeregi I Korpusu Polskiego w Rosji. W lutym 1918 roku został zastępcą gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Po rozwiązaniu I Korpusu gen. Karnickiemu powierzono dowództwo grupy w Armii Ochotniczej dowodzonej przez urodzonego w Polsce i przez Polkę generała Antona Denikina. W styczniu 1919 roku wrócił do Wojska Polskiego. Został generalnym inspektorem jazdy.
Po przeciwnej stronie frontu, czerwonej, stał inny Polak – generał – Michał Lewandowski. Jego ojciec Karol pochodził z chłopskiej rodziny z Królestwa Polskiego, wezwany do wojska służył w Tyflisie (Tbilisi), tam też urodził się mu syn. Gdy Michał dorósł, też został żołnierzem, walczył w latach 1914–1918 na frontach I wojny. Związał się z komunistami i piął po szczeblach kariery od dowódcy dywizji aż do stanowiska dowódcy w latach 1919–1921 w 11. Armii, a potem 9. Armii. Walczył z Korniłowem, a jego armia zajęła Azerbejdżan. Po wojnie był m.in. szefem Biura Politycznego Armii Czerwonej, delegatem do Rady Najwyższej ZSRR. W 1938 roku został skazany w ramach represji stalinowskich na karę śmierci, zrehabilitowany w 1956 roku.
Rosyjskim, a potem polskim generałem był także Filip Stanisław Dubiski urodzony w 1860 roku w Dubiszczach na Wołyniu. 1 września 1879 rozpoczął zawodową służbę w Gwardii Imperium Rosyjskiego – po ukończeniu nauki w 2 Konstantynowskiej Szkole Wojskowej w Petersburgu. Po 1896 przeniesiony został z gwardii do armii, w stopniu podpułkownika. Służył w jednostce piechoty w Puławach. Przeszedł kolejne szczeble dowódcze i sztabowe na Dalekim Wschodzie i na Kaukazie. 25 marca 1914 awansował na generała majora i objął dowództwo 2 brygady 39 Dywizji Piechoty. Odznaczył się na froncie tureckim i w operacji nad rzeką Eufrat. W 1916 sformował w Tyflisie 5 Kaukaską Dywizję Strzelecką i dowodził nią, a od 1917 I Korpusem na Froncie Kaukaskim. W 1917 został awansowany na generała lejtnanta. Po rewolucji październikowej powrócił do Polski.
23 grudnia 1918 przyjęty został do Wojska Polskiego, z zatwierdzeniem posiadanego stopnia generała porucznika. Od stycznia 1919, po wybuchu powstania wielkopolskiego, dowodził 1 Dywizją Strzelców Wielkopolskich. W czerwcu objął dowództwo Okręgu Zachodniego Wojsk Wielkopolskich.
Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. Zginął 28 września 1919 pod Bobrujskiem. Pochowany został na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Za największego szpiega w historii Związku Radzieckiego uważany jest w Rosji agent amerykański Oleg Pieńkowski. Październik 1962 roku. Świat stoi na krawędzi wojny. Chruszczow rozmieszcza na Kubie rakiety jądrowe i ogłasza pełną gotowość wojsk do uderzenia na USA. Sowieci zestrzeliwują amerykański samolot szpiegowski. Kennedy nie odpowiada na te działania, tylko wprowadza blokadę Kuby, wydając rozkaz zatopienia wszystkich jednostek sowieckich, które zbliżą się do wyspy. Dokładnie wie, że Chruszczow blefuje, bo Związek Sowiecki nie ma wystarczającego potencjału do uderzenia. USA mają 17-krotną przewagę w liczbie rakiet jądrowych, 5 tys. amerykańskich pocisków atomowych przeciw 300 sowieckim. Wie to od najważniejszego szpiega amerykańskiego – pułkownika GRU Olega Pieńkowskiego, który od kwietnia 1961 roku do aresztowania go w październiku 1962 roku przekazał Amerykanom i Brytyjczykom 110 kaset błon fotograficznych – ponad 7,5 tys. stron fotografii najtajniejszych dokumentów.
Oleg Pieńkowski został aresztowany przez KGB 22 października 1962 roku. W pokazowym publicznym procesie, który miał miejsce w maju 1963 roku, udowodniono Pieńkowskiemu szpiegostwo. Skazany został na karę śmierci przez rozstrzelanie, a o wykonaniu wyroku doniesiono 17 maja 1963 roku.
Ojciec Olega Pieńkowskiego Włodzimierz był inżynierem wojskowym we Władykaukazie. Ale wyrósł w Warszawie, dokąd wysłał go „po nauki i polskie wychowanie” pochodzący z tego miasta jego z kolei ojciec – Florian Pieńkowski, Polak i patriota, pracujący jako sędzia w Stawropolu, dokąd go skierowano po studiach. Włodzimierz Pieńkowski ukończył Politechnikę Warszawską, został inżynierem wojskowym, służył we Władykaukazie. W czasie wojny domowej w 1918 roku był oficerem w wojsku białych, zginął na początku 1919 roku, cztery miesiące przed narodzinami syna.
Dyrektorem Kolei Władykaukaskiej i członkiem Zarządu Kolei Rządowych, rzeczywistym radcą stanu Rosji był urodzony w 1837 roku w Petersburgu Józef Malewski, syn Franciszka Hieronima Malewskiego, członka Towarzystwa Filomatów i wiceprezydenta Towarzystwa Filaretów. Józef ukończył Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego oraz Instytut Inżynierów Komunikacji. Rozbudowywał linie kolejowe w całej Rosji. Po przejściu na emeryturę w 1883 roku wyjechał do Polski i osiadł w majątku Oryszew pod Sochaczewem. Tam zmarł w 1897 roku, został pochowany na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Wybitnym inżynierem kolejowym, projektantem i budowniczym linii kolejowych, tunelów i mostów w Rosji był urodzony w 1875 roku w Warszawie Kazimierz Emil Elżanowski. W 1899 roku otrzymał dyplom Instytutu Inżynierów Komunikacji w Petersburgu. Kierował budową kolei Tyflis–Kars, tunelu dżadurskiego na Kaukazie, kolei z Samarkandy do Andiżanu i Taszkentu. Zaprojektował Kolej Siestrorecką oraz kierował budową uzdrowiska w Siestrorecku. Po powrocie do Petersburga został tam naczelnikiem kanalizacji i wodociągów. Od 1902 roku wykładał w Instytucie Politechnicznym w Petersburgu. W czasie rewolucji więziony przez bolszewików. W 1923 roku udało mu się wrócić do ojczyzny, gdzie pracował m.in. w dyrekcji Kolei Warszawskiej. Zmarł w 1932 roku w Radomiu, pochowany został na Powązkach w Warszawie.
Szczególnie ważną i trudną (pełną tuneli) Kolej Kaukaską, a także Gruzińską Drogę Wojenną zaprojektował zespół inżynierów pod kierownictwem zesłańca inż. Ferdynanda Rydzewskiego. Zwiedzając turystycznie Kaukaz można tam znaleźć liczne tablice z polskimi nazwiskami budowniczych.
Zasłużonym dla rosyjskiej nauki geografem i botanikiem był profesor Uniwersytetu Taszkenckiego Władysław Massalski. Urodził się w 1859 roku pod Wilnem, studiował na Uniwersytecie Petersburskim, gdzie w 1883 roku uzyskał stopień kandydata nauk. Został asystentem w katedrze botaniki. W 1885 roku Towarzystwo Geograficzne w Petersburgu wysłało go na Kaukaz, gdzie prowadził badania florystyczne i fizjograficzne. Oprócz badań geobotanicznych prowadził także studia klimatologiczne, etnograficzne i topograficzne. Wyniki jego badań były regularnie publikowane w „Izwiestiach” Towarzystwa, stał się badaczem znanym w Rosji. W 1887 roku został członkiem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Aż trzykrotnie był odznaczony medalami przez to Towarzystwo. Blisko współpracował z innym Polakiem – generałem Józefem Żylińskim, po którym objął funkcję dyrektora departamentu melioracji w Ministerstwie Rolnictwa i Dóbr Państwowych Rosji. Zorganizował wtedy w latach 1890–1891 wyprawę do Turkiestanu dla zbadania stanu rolnictwa, w której wyniku napisał pracę Turkiestanskij kraj (1913) uznawaną za najlepsze opracowanie dotyczące tego regionu. Książka ta ukazała się w monumentalnej serii encyklopedycznej Rossija. Otrzymał za nią „wielki złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego”, a w 1895 roku został wybrany na sekretarza tegoż Towarzystwa. W 1919 roku otrzymał nominację na profesora geografii na Uniwersytecie Taszkenckim. W 1922 roku zdecydował się wyjechać do ojczyzny, pracował początkowo w Ministerstwie Rolnictwa w Warszawie, potem w NIK-u. W latach 1926–1931 był prezesem Polskiego Towarzystwa Geograficznego. Zmarł w 1932 roku w Warszawie.
Wybitnym rosyjskim prawnikiem był profesor Uniwersytetu Charkowskiego Jan Sobestiański. Urodził się w 1856 roku w Tyflisie w polskiej rodzinie. Jego ojciec był znanym tam lekarzem. Po uzyskaniu w 1874 roku matury w miejscowym gimnazjum Jan rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Charkowskiego, które ukończył w 1878 roku. W 1893 roku został na tej uczelni profesorem zwyczajnym na katedrze historii prawa rosyjskiego. Badał prawo pierwotnych Słowian. Zapoczątkował badania nad nieuprawianą dotąd w Rosji dyscypliną, jaką była historia prawa słowiańskiego. Jako pierwszy ukazał funkcjonowanie instytucji odpowiedzialności zbiorowej u Słowian i innych narodów. Wykazał, że była ona właściwa nie tylko Słowianom. Jego młodszy brat Edmund, lekarz, po rewolucji pozostał w Rosji i w 1925 roku został dyrektorem Instytutu Położnictwa w Tyflisie. Sam Jan Sobestiański zmarł w grudniu 1895 roku w Charkowie.
Głównym architektem Piatigorska i Suchumi był Wilhelm Franciszek Kowalski, ur. w 1868 roku w Tyflisie.
Kompozytorem, profesorem i dyrektorem konserwatorium w Odessie był Witold Maliszewski. Urodził się w 1873 roku w Mohylowie n. Dniestrem. Młodość spędził w Tyflisie, jego ojciec był tam urzędnikiem w magistracie. Gry na fortepianie uczyła go matka Leonia z Kryńskich. W 1891 roku ukończył ze złotym medalem gimnazjum klasyczne w Tyflisie i wyjechał do Petersburga, gdzie równolegle studiował na Wydziale Matematyczno-Fizycznym tamtejszego uniwersytetu matematykę, a w Wojskowej Akademii Medycznej – medycynę. Po uzyskaniu dyplomu lekarskiego w 1898 roku rozpoczął studia muzyczne w petersburskim Konserwatorium. Kompozycji uczył się u Mikołaja Rymskiego-Korsakowa. W latach 1908– 1921 był profesorem i dyrektorem Konserwatorium w Odessie, dyrygował też tamtejszą orkiestrą. W 1921 roku wyjechał do ojczystej Polski i został zatrudniony jako profesor Konserwatorium Muzycznego w Warszawie. W 1934 roku wraz z Mieczysławem Idzikowskim założył Instytut Fryderyka Chopina. Był autorem bardzo wysoko cenionego podręcznika modulacji wydanego w języku rosyjskim (Moskwa 1915). Zmarł w lipcu 1939 roku pod Warszawą.
W stolicy Azerbejdżanu (Baku) znajduje się muzeum wybitnego muzyka wiolonczelistyMścisława Rostropowicza i jego ojca – także wiolonczelisty – Leopolda. Ojciec Leopolda (dziad Mścisława, a syn Hannibala Rostropowicza, który był przyjacielem Henryka Sienkiewicz) Witold Wojciech Rostropowicz urodził się w Skotnikach pod Sochaczewem w 1858 roku i również był muzykiem. To on wyjechał za pracą do Rosji, gdzie zmarł w 1913 roku w Woroneżu. A gdy światowej sławy rosyjski wiolonczelista Mścisław Rostropowicz odwiedził w 1997 roku rodzinne Skotniki pod (do dziś stoi tam dworek Rostropowiczów, a na miejscowym cmentarzu w Mikołajewie znajdują się rodzinne groby, w tym Hannibala Rostropowicza), opowiedział historię związaną z Dymitrem Szostakowiczem: Gdy Mścisław jako młodzian przybył na studia do Petersburga, to bardzo wspierał go Szostakowicz, wnuk powstańca styczniowego i zesłańca Bolesława Szostakowicza – powtarzając często: „My, Polacy, powinniśmy sobie pomagać”.
Polacy wraz z Rosjanami i miejscowymi ludami stwarzali i budowali współczesny Kaukaz. Pamiętajmy o tym i chciejmy, by narody Kaukazu i Rosjanie o tym pamiętali. By tak jednak było – to musimy o tym pamiętać przede wszystkim my – Polacy.

Na podstawie książki własnego autorstwa pt. „Jak budowaliśmy Rosję”, dostępnej w księgarniach, także internetowych.
Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „Myśli polskiej”.

Teatr (plenerowy) w Remizie

Już po raz czternasty w Helu odbyły się spotkania monodramów w Teatrze w Remizie. Tym razem jednak w plenerze.

Ze względu na pandemię i obostrzenia sanitarne po raz pierwszy spektakle grane były na nabrzeżu, nieopodal remizy, około stu metrów od siedziby OSP, i pod jej czujną opieką – przy pobudowanej letniej scenie stał pięknie wypucowany wóz strażacki, a spektakle anonsowała strażacka syrena.
Pomysł utworzenia sezonowego teatru w Helu wyszedł od Olgierda Łukaszewicza – to właśnie on wraz z żoną Grażyną Marzec zaproponowali burmistrzowi powołanie do istnienia Teatru w Remizie. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo – chodziło o zapewnienie niezwykłego otoczenia dla prezentowanych spektakli. Burmistrz Mirosław Wądołowski pomysł pobłogosławił, wyskrobał jakieś skromne fundusze i artyści ruszyli z festiwalem, któremu początek dał sławny monodram Olgierda Łukaszewicza „A kaz ta Polska, kaz ta” wedle Stanisława Wyspiańskiego.
Festiwal szybko zapuścił w Helu korzenie, pozyskał sympatyków i bywalców, nierzadko tak planujących swoje urlopy, aby na spektakle festiwalowe trafić na Hel. Po pięciu sezonach Olgierd Łukaszewicz przekazał ster festiwalowy w doświadczone ręce Wiesława Gerasa, niestrudzonego twórcy festiwali teatrów jednego aktora w całej Polsce, a nawet poza jej granicami. I tak od dziewięciu sezonów Geras jako dyrektor artystyczny Teatru w Remizie prowadzi ten najmniejszy festiwal świata. W roku ubiegłym miała miejsce wymuszona pandemią przerwa, ale w tym roku – mimo nadal obowiązujących obostrzeń – burmistrz postanowił do festiwalu doprowadzić, ale ze względu na sanitarne bezpieczeństwo – w plenerze. Pomysł okazał się trafiony, pogoda dopisała, publiczność też i przez dwa tygodnie na nabrzeżu helskim można było oglądać zaproszone na Hel spektakle. Kto wie, czy w kolejnych latach festiwal nie przeniesie się na nabrzeże na stałe.
Przegląd zapoczątkował koncert Pawła Ruszkowskiego „Wędrówka po świecie”, muzyka związanego z nurtem piosenki literackiej i poezji śpiewanej. Był to wieczór adresowany w szczególności do rdzennych mieszkańców Helu – Ruszkowski śpiewał po kaszubsku (stąd kaszubski tytuł recitalu „Wanoga pò swiece”), co miejscowi widzowie przyjęli ze zrozumiałym entuzjazmem. Przybysze z innych stron dopytywali wprawdzie, po jakiemu artysta śpiewa – kaszubski nie jest przecież powszechnie znany – ale dowiedziawszy się, że to język tutejszy słuchali z wielkim zainteresowaniem. Jako drugi wystąpił Wojtek Kowalski z Częstochowy, związany z tamtejszym Teatrem From Poland, dobrze znany miłośnikom monodramu. Swoim spektaklem o dorastaniu „Uwolnić słowo miłość” wg Janusza Rudnickiego i Piotra Macierzyńskiego zjednał sobie sympatię publiczności.
Jako trzeci pojawił się na scenie na nabrzeżu Adam Walny, artysta-lalkarz tworzący od ponad ćwierć wieku autorski teatr przedmiotu Walny-Teatr. W Helu zaprezentował spektakl „Noe”, adresowany do widzów od lat sześciu do stu sześciu. Zrozumiała treść, wywiedziona z Biblii, powszechnie znana historia potopu, zyskała zupełnie niebywałą formę. Artysta, będący też dyplomowanym snycerzem, zbudował wiele metalowych form, symbolizujących wirtuozów różnych instrumentów, nota bene zupełnie nieznanych orkiestrom filharmonicznym, i jednocześnie będących obiektami sztuki. To wyjątkowe praktyczne arte-fakty, przedmioty do podziwiania i wydobywania z nich niezwykłych dźwięków, co zresztą Walny podczas spektaklu z wielką energią demonstrował. Przy czym prezentował nie tylko sam, bo w pewnym momencie zaprosił na scenę kilkoro dzieci, przydzielając im do wykonania określone zadania – mieli uruchamiać przedziwne instrumenty, podczas gdy on sam jako dyrygent królował przy pulpicie. Walny tym spektaklem wielu widzów oszołomił, nawet olśnił, walcząc z nieprzyjaznym wiatrem, utrudniającym słyszalność, ale przezwyciężając zwycięsko wszelkie trudności. Jedno jest pewne – takiego teatru jeszcze w Helu nie widziano, a warto dodać, że Adam Walny ze swoimi przedstawieniami teatru przedmiotu objechał już ponad 300 festiwali w kraju i na świecie.
Największą jednak niespodziankę sprawił występujący na zakończenie przeglądu aktor-poeta, Bogusław Kierc ze spektaklem „Powroty do Odejścia Głodomora” wedle własnego scenariusza i we własnej reżyserii. Tak się złożyło, że na prośbę Żanny Stępińskiej, organizatorki spotkań w Remizie, zapowiadałem ten spektakl. Nie było to zaplanowane, ale Wiesław Geras nie mógł być obecny – a to on zawsze anonsował spektakle – a ja z kolei jako „biograf” monodramatycznych dokonań Kierca (mam na myśli moją książkę o jego teatrze jednoosobowym „Zakochany pielgrzym”, 2016) przystałem na to nagłe zastępstwo bez oporu. Zwłaszcza że ten monodram nawiązujący do dramatu Tadeusza Różewicza, jak sądziłem, już widziałem. W zapowiedzi nie szczędząc słów uznania dla maestrii warsztatowej artysty, kilka słów poświęciłem monodramowi, który miał być prezentowany. Nie wiedziałem jednak, że spektakl, który mieliśmy obejrzeć, znacznie różnić się będzie od premierowego pokazu sprzed kilku lat we Wrocławiu.
Na festiwalach wrocławskich utwory Różewicza wiele razy stawały się źródłem literackim monodramów, a co warte podkreślenia ta ścisła więź autora z festiwalem datuje się do pierwszego przeglądu, zorganizowanego w roku 1966 przez ówczesnego kierownika Klubu Młodzieży Pracującej „Piwnica Świdnicka” Wiesława Gerasa. To na jego zaproszenie przybył wtedy Tadeusz Różewicz i kto wie, czy nie pod wpływem tego spotkania nie podjął decyzji o przenosinach do Wrocławia. Tak czy owak, przybył o godzinie 12.57 (podobno pociąg przyjechał z pięciominutowym opóźnieniem) na Dworzec Główny.
51 lat później (2017), o tej samej porze, w siedzibie filii biblioteki miejskiej, która mieści się na Dworcu Głównym, odbył się pokaz spektaklu Bogusława Kierca, opartego na „Odejściu Głodomora” Tadeusza Różewicza. Spektakl trwał niewiele ponad pół godziny, ale poruszył do głębi wszystkich zebranych. Kierc ma za sobą aż trzy premiery „Odejścia Głodomora” – pracując z różnymi reżyserami (Helmutem Kajzarem, Zdzisławem Wardejnem i Piotrem Kruszczyńskim) stworzył na scenie trzech sugestywnych Głodomorów. Teraz zmierzył się z ułamkami tekstu Różewicza sam, dając zachwycający pokaz swej aktorskiej maestrii. Piosneczka o Brysiu, który „wpadł do kuchni i porwał mięsa ćwierć”, stała się motywem przewodnim tego spektaklu, dając aktorowi możliwości wielokrotnego opracowania głosowego tego utworu (różne tempa, różne wysokości tonu, różne sensy). Kierc uczynił z tej dziecięcej makabrycznej rymowanki klucz do emocjonalnego wejrzenia w świat Głodomora-inteligenta, który wystawia się na pokaz, aby być przedmiotem pogardy. Aktor idealnie związał techniczną biegłość z głębią przekazu, w którym szlo przecież o życie, o los artysty. I w tym duchu zapraszałem na pokaz spektaklu w Helu.
A mogłem się spodziewać, że tym razem zdarzy się coś wyjątkowego i odmiennego, a w każdym razie niestandardowego. Po pierwsze, Kierc miał wystąpić (i wystąpił) w innym miejscu od poprzednich uczestników festiwalu – nie na scenie, ale na niewielkiej estradce z boku placu. Umieszczono na niej tylko jedno krzesło (tak jak we Wrocławiu), ale także po bokach atrybuty strażaka: gaśnice, węże, hełmy (nie tak jak we Wrocławiu). Po drugie, zaraz po piosence o Brysiu wdał się Kierc w opowieści o swojej admiracji dla profesji strażaka (to ukłon w stronę Helu), a potem wspomnienia o swoich wcieleniach w Głodomora w różnych przedstawieniach. Po trzecie, a to clou tego spektaklu, radykalnie zmienił jego wymowę. Tym razem nie opowiadał wcale o bezradności przegranego inteligenta, ale swoich pasjach poetyckich, o swoim „głodomorstwie”, które tak naprawdę okazało się nienasyconym głodem poetyckim, potrzebą obcowania z najwybitniejszymi tekstami, jakie powstały w języku polskim. Stąd obok Różewicza królem tego przedstawienia okazała się improwizacja Adama Mickiewicza i jej matematyczne piękno, które zawsze tak zachwycało Bogusława Kierca i słuchaczy Improwizacji w jego niedościgłym wykonaniu. Głodomór w takim ujęciu stawał się swego rodzaju nigdy niezaspokojonym przez swój niebywały apetyt żarłokiem, który chce połknąć cały świat poezji i cały świat wartości. Takie wnioski wysnuł aktor z rozmów, jakie było mu dane odbyć z Tadeuszem Różewiczem, dla którego głodomór tak naprawdę był maską żarłoka, czyhającego na piękno. Niezwykle przewrotna interpretacja, dowodząca jak wiele sensów można wysnuć z genialnej metafory Tadeusza Różewicza.

Oko smoka

Rozgrywki wywiadów w kolejnym fragmencie pierwszego tomu trylogii Tomasza Turowskiego „Zabij pożyczonym mieczem”.

Gdy po dramatycznych wydarzeniach w katuńskiej bazie nastroje nieco się uspokoiły, przyszedł czas na zamknięcie operacji „Kły smoka”. Nieczajew żywił wielkie oczekiwania związane z zadaniem Pawła, czyli z „odwróceniem” szamana – organizatora najazdu na Centrum Optyczno-Laserowe. Podejrzewał, że działał on na zlecenie chińskich służb i że jest kluczem do wielu jeszcze nie odkrytych tajemnic, związanych ze zleceniodawcami tej terrorystycznej operacji. (…)
Nie było więc nic dziwnego w tym, że pułkownik SWR naciskał na jak najszybsze zorganizowanie wypadu w rejon jeziora Chubsuguł. (…) Decyzje zapadły. Ustalono, że Paweł powinien ruszyć następnego dnia, ale nie sam. Wright zdecydował, że będą mu towarzyszyli bracia Stanley. Pochodzili z Teksasu, z tradycyjnej rodziny hodowców bydła. Byli świetnie obeznani z jazdą konną i z używaniem broni, umieli poruszać się w terenie, czytać ślady. Słowem, stanowili wymarzoną eskortę, świetne wsparcie w tej dość karkołomnej wyprawie. Bob i Ted przyjęli polecenie szefa bez szemrania. Wprawdzie byli informatykami, lecz nie zatarło to w ich psychice instynktu przygody i ryzyka pierwszych osadników Dzikiego Zachodu. Gromow dodał do tej trójki drużynę Wympieła, uzbrojoną tak, że jej siła ognia przypominała mały pancernik z czasów drugiej wojny. To na wypadek, gdyby znowu się natknęli na jakichś niezidentyfikowanych „zagończyków”. Czas pilił, bo mając w pamięci upór, z jakim Chińczycy starali się wyeliminować wszystkich, którzy brali udział w ataku na Centrum, zdawali sobie sprawę, że poszukiwany przez nich szaman jest w wielkim niebezpieczeństwie.
Dotarcie przez dziurawą granicę do Mongolii nie było dla nich najmniejszym problemem. (…) Dalej, przez specjalnie dla nich otwarty korytarz w zabezpieczeniach, udać się mieli tylko trzej jeźdźcy. Obecność większej grupy, a szczególnie komandosów, mogła skończyć się nikomu niepotrzebnym międzynarodowym konfliktem mongolsko-rosyjskim.
Rankiem, następnego dnia po podjęciu decyzji przez dowództwo, dziesięciu mężczyzn, ochrzczonych na tę okazję mianem Specjalnej Grupy Operacyjnej, ruszyło na wschód wierzchem, w „indiańskim szyku”, a tam, gdzie szerokość górskiego szlaku na to pozwalała – w podwójnej kolumnie. Marsz, bo tak to można było określić, gdyż momentami ścieżka zawężała się na tyle, że schodzili z koni, prowadząc je za sobą za uzdy, trwał prawie trzy dni.
Do strefy przygranicznej dotarli bez przygód i nieprzewidzianych zdarzeń. Czekał tam już dowódca patrolu straży granicznej, który dołączył do nich wraz z dwoma żołnierzami. Odblokowali przejście przez zasieki, wskazali wyznaczoną na tę okazję czerwonymi chorągiewkami trasę między ładunkami min hukowych. Siódemka z Wympieła zatrzymała się pod słupem granicznym z godłem Federacji Rosyjskiej, pozostali trzej jeźdźcy zbliżyli się do znajdującego się po przeciwnej stronie. Widniało na nim godło Mongolii – stylizowany skrzydlaty rycerz na złotym rumaku w pełnym galopie nad zielonym morzem stepu chyba, jako że Mongolia jest państwem śródlądowym.


Kilkanaście kilometrów dalej, na odcinku granicy praktycznie pozbawionym zabezpieczeń, dwóch ludzi z trudem przedzierało się pieszo przez zarośla. Jeden z bronią, przewieszoną przez ramię, krępy o migdałowych oczach i szaro-brązowej karnacji, jakby uwędzonej twarzy. Drugi wyższy, o jasnej cerze i kruczoczarnych włosach, nieuzbrojony. Pokonywali bezdroże w kierunku dokładnie przeciwnym do tego, który przemierzyła mniej więcej w tym samym czasie trójka jadąca konno. Unikali nawet ścieżek czy wydeptanych przez zwierzęta traktów ich stałych wędrówek. Liczyli na to, że w chaszczach, na piargach, wśród gęstwiny drzew mają więcej szans na uniknięcie niebezpiecznego dla nich spotkania z ludźmi w mundurach mongolskich lub rosyjskich. I że nieumundurowanych wysłanników Państwa Środka też uda im się ominąć.
W założeniu pragnęli dojść do terenu, na którym są jednak ludzie. Wśród koczowników Tuwińców ów uzbrojony miał, a jakże, kuzynów. Żadna granica nigdy nie stanowiła przeszkody dla rodzinnych więzi nomadów. Dwaj wędrowcy mieli zamiar osiąść na granicy stepu i lasu, dość daleko od jurtowych osiedli, ale na tyle blisko, by w razie potrzeby w ciągu kilku godzin do nich dotrzeć. To, że szamani żyli często w odosobnieniu, jak eremici, nikogo tu nie dziwiło. Jak również to, że często mieszkali z nimi ich pomocnicy – uczniowie. Trzeba tylko było zachować rozsądną równowagę między izolacją od reszty plemienia, a selektywnie dokonywanymi kontaktami z jego przedstawicielami, o co miał zadbać pomocnik szamana.
A w najgorszym scenariuszu, gdyby macki rosyjskich służb i tu ich dosięgły, pewnie darowano by im życie, czego nie mogli się spodziewać po Chińczykach. Caagan Bee doszedł do wniosku, że tu, w przysłowiowej „paszczy lwa”, na terytorium państwa, które zaatakował i to boleśnie, jest najbezpieczniejszy. Khenbish, nauczony doświadczeniem poprzedniej tułaczki, mógł się z nim tylko zgodzić.


Zjeżdżali ze wzgórza łagodną pochyłością, która otworzyła przed nimi widok stepu, przejmującego władanie nad górskim dotąd krajobrazem, i obraz pięciu jurt z taflą jeziora w tle. Dotarli do kresu swej podróży. Na ich widok kilku koczowników wyszło przed domostwa. Kobieta, wyraźnie najważniejsza w całej grupie, zaczęła iść w kierunku przybyszy. Rzuciła okiem na łęk siodła jadącego na czele. Zobaczyła przytroczoną kamczę z rękojeścią otoczoną magicznym puchem sierści. Na szyi, na skórzanym postronku, miał amulet z wilczych kłów.
– Witaj – lekko skinęła głową, patrząc Pawłowi w oczy. – Jak każdy gość jesteś darem duchów, a widzę, że ty jesteś wysłannikiem tych dobrych.
– Witaj, Purev. Niosę ci pozdrowienie od Ojun.
– Znam jej moc i wiem, że jest ona z tobą, ale tego, kogo szukasz, tu nie znajdziesz.
– Jak to, czyżby zawiódł człowiek cień?
– Nie zawiódł. Po prostu ci, którzy opuścili nasze obozowisko dziś o świcie, a może wcześniej, trudno powiedzieć, byli sprytniejsi. Zresztą wiesz, szamani mają swe sposoby na znikanie.
– Wielka szkoda, niosłem mu i jego pomocnikowi posłanie pokoju i ocalenia życia.
(…) Wraz z zapadającym mrokiem rozległ się nad stepem gardłowy śpiew Tuwińców, któremu towarzyszył dźwięk strun prostych, ale harmonijnie z nim zestrojonych instrumentów. Paweł chyłkiem wymknął się z kręgu i wrócił do jurty. Wygrzebał z torby podróżnej telefon satelitarny, ustawił małą antenę w poszukiwaniu impulsu zwrotnego. Znalazł go po chwili. Przekazał umowny sygnał świadczący o tym, że nie zdołali nawiązać kontaktu z szamanem. Później, już otwartym tekstem, poinformował, że najprawdopodobniej zmierza on wraz z pomocnikiem do Tuwy, i że istnieje obawa, iż wiedzą o tym również w Pekinie.
(…) Bracia Stanley i Paweł, po serdecznym pożegnaniu z Purev i jej ludźmi, zaopatrzeni w pemikan z suszonego mięsa jaka, ususzone i zasolone drobne rybki wobły i w połcie, jej wędzonych, większych współbraci, wolnym truchtem, aby nie forsować koni, zmierzali ku granicy. Prawdę mówiąc chodziło nie tyle o zmęczenie zwierząt, ile o to, żeby odsunąć w czasie chwilę składania niepomyślnego raportu, świadczącego o fiasku misji. Paweł uprzednio zawiadomił bazę, że wracają w takim samym składzie, w jakim wyruszyli, określając przybliżony czas przekroczenia strefy między Mongolią a Rosją, tak więc dowództwo zrozumiało, że wyprawa się nie powiodła, Że coś nie zadziałało, jak trzeba.
Przy ponownie otwartym korytarzu czekali na nich pogranicznicy i drużyna Wympieła w komplecie. Poinformowali jej dowódcę, młodego porucznika, że istnieje spore prawdopodobieństwo, iż ci, których poszukiwali, błąkają się właśnie po okolicznych wzgórzach i kotlinach, maskując się poprzez wybieranie zalesionych szlaków.
W minorowych nastrojach rozpoczęli zwartą grupą powrót do bazy. Znowu czekała ich kilkudniowa droga i trudy przedzierania się przez pustkowia gór. Marną pociechę stanowiło to, że istniała jakaś śladowa szansa na natknięcie się na zbiegów, którzy tak skutecznie uniknęli wcześniej spotkania z nimi.
Drugiego dnia obudzili się po nocnym biwaku skostniali z zimna. Na nic się zdały płaszcze-pałatki i śpiwory, nie mówiąc o cienkich płótnach indywidualnych namiotów. Zimna, które nastało, nie były w stanie pokonać. Po porcji tłustych, wędzonych ryb, zakąszonych żołnierskimi sucharami i popitych gorącą, prawie czarną, właściwie esencją, a nie herbatą, dosiedli koni, też już napojonych i nakarmionych. Nieśpiesznie, zaczęli posuwać się stępa po nieprzyjaznym piargu zbocza.
Gdy dotarli na szczyt wzgórza, otworzyła się przed nimi panorama dwóch grzbietów z otwartą kotliną. Jej środkiem płynął wijący się strumień. U końca tej rozszerzającej się ku końcowi niecki widniała ściana lasu, najpierw dość rzadkiego, później przechodzącego w gęstwinę iglastych i liściastych drzew. Te ostatnie dodawały intensywnych kolorów szarozielonemu tłu dna doliny, okalających ją skał i porastających je niskich krzewów. Słońce uniosło się już nad wzgórzami, niebo było przejrzyste i miało ten odcień wypłowiałego błękitu, który świadczył o tym, że jesień już przejęła władanie nad przyrodą i niebawem nadejdzie zima.
Pawłowi przyszły na myśl widoki opisywane w „Dersu Uzała” Arsienjewa, choć akcja tej klasycznej książki podróżniczej, za której ekranizację Akira Kurosawa zdobył Oscara, rozgrywała się w Ussuryjskim Kraju, gdzie przeważają niziny. Jednak kolory, szczególnie te intensywne, są podobne w całej centralnej Azji.
Porucznik z Wympieła omiótł lornetką grzbiety wzgórz, zatrzymując dłużej wzrok na tym po prawej.
– Wydaje mi się, że ktoś tam jest – powiedział.
Grupa zatrzymała się.
– Ale może to mi się tylko wydawało – dodał po chwili.
A gdyby nawet ci się nie wydawało, to zanim tam dotrzemy, na pewno zdążą nam umknąć – uspokoił go Paweł.
– Jeśli mamy do czynienia ze zbiegami… – zawahał się porucznik.
Już miał zamiar schować lornetkę do pokrowca, gdy jeden z braci Stanley, Bob, zwrócił mu uwagę:
– Hej! Wygląda na to, że z szyi kotliny, akurat pod nami, ktoś wychodzi!
Porucznik szybko skierował okular lornetki we wskazanym kierunku.
– Tak! Widzę jednego… A za nim jeszcze jeden! Pierwszy jest uzbrojony, drugi chyba nie.
– Pamiętacie, ta nomadka, Purev, mówiła, że pomocnik szamana polował ze sztucerem, który zabrali ze sobą – dodał Ted.
– To mi wygląda na Bavariana. Można strzelać z niego czasami sześć razy z rzędu. To znaczy, że może mieć pięć nabojów w magazynku, szósty w komorze Ma też zamontowaną na szynie nad zamkiem lunetę – uściślił porucznik, wyostrzając obraz zoomem.
Ich wymianę zdań o cechach zauważonego uzbrojenia przerwała niespodziewanie seria z broni maszynowej. Dźwięk wystrzałów dochodził właśnie z grzbietu prawego wzgórza, na którym porucznik zauważył wcześniej obecność jakiejś żywej duszy. Komandosi Wympieła automatycznie ukryli się, gdzie kto mógł. To samo uczynili Paweł i bracia Stanley.
– Widać chmurki pyłu w pobliżu dwójki mężczyzn, którzy rzucili się ucieczki. To pociski z automatu – relacjonował półgłosem porucznik.
Paweł wziął lornetkę od Teda. Zauważył, że przygięte ku ziemi sylwetki, zaczęły kierować się na prawo w stronę zarośli, by w ten sposób utrudnić zadanie prowadzącym do nich ogień, bo do pojedynczego strzelca dołączyło już kilku innych. Stromizna zbocza stała się naturalną osłoną zbiegów.
– Co robimy, poruczniku? – zapytał Bob.
– To mogą być ci dwaj, o których nam chodzi. Tylko kto, do cholery, na nich poluje poza nami? Chyba powinniśmy naszym ogniem przygwoździć tamtych z grzbietu wzgórza do ziemi i wezwać wsparcie z bazy.
– Baza jest daleko, nie zdążą – zaoponował Paweł.
– Tak, nasza jest daleko, ale pogranicznicy mają tu niedaleko uzbrojone Mi-8 i Ka-52 w odwodzie!
Paweł natychmiast zaczął wywoływać bazę przez telefon satelitarny, aby przekazali apel o pomoc do wojsk ochrony pogranicza FSB. Wklepywał już koordynaty miejsca, w którym się znajdowali, a porucznik w pośpiechu wyznaczał stanowiska strzelcom i cele, gdy nagle dobiegł ich odgłos kanonady z przeciwległego wzgórza. Najpierw jazgot ciężkiej broni maszynowej, a później głuche eksplozje granatów. O dziwo, nie widzieli nowych gejzerów odłamków skał w miejscu, gdzie ukrywała się zaatakowana wcześniej dwójka, natomiast słupy dymu wykwitły na grzbiecie wzgórza po prawej stronie, skąd wyszedł pierwszy ostrzał.
– Co u licha? Używają granatników, a przecież tu nie powinno być żadnych naszych! – krzyknął zdezorientowany porucznik.
– Myślę, że nie tylko my ścigamy tych poszukiwanych – wtrącił Bob.
– Niewykluczone, że to „przyjacielski ostrzał” między dwoma grupami Chinoli – pociągnął jego myśl Paweł, przypominając sobie podejrzenia o chińskim polowaniu na szamana.
Jego mózg pracował na maksymalnych obrotach. Zupełnie zagubiony porucznik zostawił drużynę w stanie zawieszenia, nie wydając na razie komendy „ognia!”.
– Może powinniśmy pomóc tym z lewej w wybiciu tych z prawej, a potem, gdyby lewi próbowali zejść, by zatrzymać tych dwóch na dole, weźmiemy się za nich? – zaproponował młody dowódca Wympieła.
– Niezły pomysł, ale poczekajmy chwilę, wolałbym, żeby Ka były już blisko.
– Masz rację – Ted zwrócił się do porucznika. Widać było, że spodobał mu się jego pomysł. – Jednak zgadzam się też z Pawłem, a on tu jest najwyższy stopniem – znalazł kompromis.
Czekali. W pewnej chwili z dala dobiegł ich charakterystyczny warkot silnika Aligatora, jak nazywano śmigłowce szturmowe Ka-52.
– Dobrze się chłopcy spisali. Teraz: ognia! – krzyknął porucznik,
Atakujący z prawej, przykryci niespodziewaną nawałą ogniową, ucichli. Być może zaczęli się wycofywać, bo i oni usłyszeli zbliżające się śmigłowce, albo zostali doszczętnie zlikwidowani. Cisza nie trwała jednak długo, bo nad głowami rosyjsko-amerykańskiej grupy zaczęły bzykać, jak rozwścieczone osy, kule z lewego grzbietu. Wympieł odpowiedział.
– Ani jedni, ani drudzy nie odpuszczają. Widać zależy im na tych dwóch bardziej niż na życiu. To tylko potwierdza, że chodzi o naszą „zgubę” – zwrócił się do porucznika Paweł.
– Też tak myślę. Zaraz ich uspokoimy. Przerwać ostrzał lewego grzbietu!. Ogień na prawo, na wprost – wydał rozkaz.
Zauważył rosnące w oczach trzy punkty, trzy ważki na niebie. Leciały w kluczu. Na czele Ka-52, a za nim dwa Mi-8.
– Nadciąga kawaleria – zaśmiał się Ted. – Jak w starych filmach o moim Teksasie.
Porucznik wyjął z kabury rakietnicę. Wystrzelił. Dymny wskaźnik celu oznaczył grzbiet prawego wzgórza. Ka-52 jakby zatrzymał się w powietrzu, obrócił w kierunku wskaźnika i odpalił salwę rakiet. Po nim, błyskawicznie, powtórzyły ten zabieg oba Mi-8. Rakiety, chyba też napalmowe, rozwinęły wachlarz płomieni, morze wzbijającego się w niebo ognia. Jeśli nawet ktoś jeszcze pozostał na tym wzgórzu, to teraz na pewno go już nie było. Mimo to dwa śmigłowce, lecąc nisko na ziemią, kosiły, każdy z czterech z podwieszanych działek kalibru 23 mm, gałęzie drzew prawego wzgórza. Tymczasem Aligator konstrukcji Kamowa zajął się lewym, kończąc dzieło zniszczenia seriami zabójczych trzydziestomilimetrowych pocisków z działka 2A42.
Porucznik z Wympieła przez cały czas starał się gorączkowo nawiązać kontakt z prowadzącym klucza. W końcu mu się udało.
– Tu ziemia. Jednostka A-21, Wympieł. Spróbujcie usiąść na dnie doliny. Jest tam dwóch ludzi. W żadnym razie nie strzelać. Macie ich podjąć, jeśli żyją. Sprawa najwyższej wagi państwowej. Wykonać.
W odpowiedzi zabrzmiało:
– Zrozumiałem. Mi-8, manewr 0-45, wykonać.
Niemal równocześnie na tę samą częstotliwość polowej radiostacji przebił się przez zakłócenia głos z bazy:
– Wysłaliśmy do was nasz Mi-8 z zestawem medycznym i z Kelly. Będzie za ponad godzinę. Meldujcie o rozwoju sytuacji. Potwierdźcie.
– Potwierdzamy. Bez odbioru.
Mi-8 z klucza, który przyszedł im z pomocą, ostrożnie osiadł na dnie doliny przy strumieniu. Z kabiny wybiegła rozrzucona w tyralierę siódemka pograniczników.
– Mądrzy chłopcy, wzięli swój desant – skomentował porucznik, odpalając kolejny znacznik ku miejscu, gdzie ostatnio zniknęła im z oczu poszukiwana dwójka.
Komandosi pobiegli we wskazanym kierunku, jednak po chwili zatrzymali się. Jeden z nich, najpewniej dowódca, odpiął od pasa ręczny megafon i coś krzyknął.
– Wzywa ukrywających się do wyjścia z podniesionymi rękami – komentował na górze porucznik, który nie odstawiał lornetki od oczu.
Nie widać było żadnego ruchu. „Czyżby wszystko na darmo?”, Pawła, który wyobraził sobie dwa trupy, oblał zimny pot. Komandos powtórzył wezwanie:
– Wychodzić, bo zaczniemy ostrzał!
Gałęzie jednego z niskich, rozłożystych iglaków poruszyły się i wypełzł spod nich człowiek. Z trudem uniósł się na nogach, podniósł ręce, zachwiał się i upadł na ziemię. Tyraliera ruszyła ku niemu biegiem.
– Mamy rannego. Dostał parę kul. Opatruje go nasz sanitariusz – meldował przez radio dowódca.
Po pewnym czasie usłyszeli kolejny meldunek:
– W chaszczach trup.
– Jak wygląda? – zapytał
Paweł.
– Niski, skóra żółta, jakby na złocisto uwędzona. Skośne oczy. Chyba jakiś tutejszy koczownik. Przy nim sztucer.
– A ranny? Jak wygląda ranny?
– Wysoki, czarne włosy, skóra prawie biała. Oczy ma takie
nasze…
Paweł odetchnął.
– Tego właśnie szukamy – rzekł do otaczających go ludzi. – Idziemy do was! – krzyknął przez radio.
Cała dziesiątka zaczęła szybko, ślizgając się prawie po głazach, schodzić ze wzgórza w kotlinę.
Gdy dotarli do rannego, był nieprzytomny. Sanitariusz krzątał się koło niego, zaciskając opaski nad miejscami ran na nodze i na ramieniu. Najgorzej wyglądał postrzał po prawej stronie klatki piersiowej. Kula uszkodziła chyba płuco, bo na ustach mężczyzny pieniła się na czerwono zabarwiona ślina.
– Macie tlen? – spytał porucznik z Wympieła.
– Mamy.
– Spróbujcie mu podać i postarajcie się, żeby się nie wykrwawił.
– Zatkam ranę wejściową gazą i dam kroplówkę płynu fizjologicznego. Mam też jednorazową dawkę adrenaliny pod ciśnieniem.
– Wstrzyknij. Ten człowiek musi przeżyć. Wasza w tym głowa – zakończył z groźbą w głosie porucznik.
Mijał czas. Ranny oddychał z trudem. Sanitariusz odsysał krew i flegmę z gardła, aby się nie udusił, lecz bał się go przewrócić na bok, aby nie spowodować większego krwawienia i utrudnić wentylację klatki piersiowej.
– Więcej nie dam rady zrobić. Pewnie ma jakiś krwotok wewnętrzny. Może trzeba zastosować odmę, ale nie mam doświadczenia ani sprzętu.
– Trzymaj go przy życiu, zaraz nadejdzie pomoc.
I rzeczywiście, niebawem usłyszeli łoskot silnika zniżającego się na maksymalnej prędkości helikoptera. Wyrównał lot i osiadł, dość gwałtownie na ziemi obok drugiej maszyny. Z przedziału desantowego wyskoczyli dwaj specnazowcy z noszami, Kelly i jeszcze jeden oficer w mundurze Specnazu, którego Paweł nie znał.
– To doktor Timofiejew – powiedział jeden z komandosów Wympieła. – Jest chirurgiem i internistą, lekarzem naczelnym bazy. A ci dwaj z noszami to pielęgniarz i felczer.
– No to mamy tu cały personel szpitalny. Ciekawe, czy mają też sprzęt? – zapytał po rosyjsku Paweł, na tyle głośno, by usłyszeli go podchodzący specnazowcy.
– Mamy sprzęt reanimacyjny, kroplówki, podstawowy zestaw chirurgiczny, a nawet rozkładany stół zabiegowy z reflektorem – uspokoił go Timofiejew. – Mamy też morfinę. Chyba mu ją zaraz podam – dodał, wbijając strzykawkę w ramię rannego, który otworzył oczy.
– Jesteś wśród tych, którzy ocalą ci życie, Caagan Bee – Paweł spojrzał mu prosto w oczy.
– Nareszcie. A co z Khenbishem?
– Nie żyje.
Ranny znowu stracił przytomność. Noszowi położyli go ostrożnie, po czym zamocowali pasami i ustawili na podnośniku, z którego wystarczyło już tylko przepchnąć rannego na pokład śmigłowca, który zamienił się teraz w salę operacyjną.
Timofiejew, Kelly i pozostała dwójka natychmiast przystąpili do niezbędnych zabiegów. Błysnęły reflektory lamp chirurgicznych, na usta i nos Caagana założono maskę tlenową. Rozcięli bluzę szaman. Rana na piersi wyglądała paskudnie. Otwór wyjściowy na plecach – jeszcze gorzej. Za to nie miał naruszonego kręgosłupa, tylko jedno strzaskane żebro i naruszone płuco. Ekipa medyczna, przebrana już w zielone, chirurgiczne fartuchy i czepki, zabrała się intensywnie do pracy. Zatrzasnęły się drzwi maszyny, która po chwili, tym razem wolno i ostrożnie, wzbiła się w powietrze. Można było powiedzieć, że cała pozostała na ziemi dziesiątka odetchnęła unisono. Porucznik podziękował pogranicznikom za wsparcie. Ich Mi-8 też wystartował, w ślad za dwoma maszynami, które dawno już odleciały.
W kotlinie, wraz z zachodzącym za linię wzgórz słońcem, znów zapadała cisza, przerywana tylko dźwiękami natury – sposobiącymi się do snu ptakami, nieśmiałym pohukiwaniem sów i poszczekiwaniem buszujących w trawie lisów.

Mój alfabet

W książce „Gazeta Krakowska w antrakcie. Wspomnienia redaktora przedstawiłem, a na tych kartach nadto przywołuję liczne, wyjątkowe postaci, często odgrywające ważne role w życiu publicznym w tamtych czasach, również na mojej życiowej drodze. Ale nie było okazji aby wspomnieć jeszcze o innych, z którymi się spotykałem, współpracowałem, bądź z jakiegoś jeszcze ważnego powodu zapamiętałem ich słowa, sylwetkę, szczególne okoliczności.

Sławek, a właściwie Bronisław Cieślak,
znany w Krakowie dziennikarz i prezenter tv startował do przyszłej filmowej kariery niejako z mojego pokoju, który zajmowałem podczas studiów doktoranckich w Warszawie. Zjawił się wieczorem z nadzieją, że znajdzie tu lokum na noc przed porannym castingiem na rolę w filmie, o którym niewiele mówił. Z racji licznych wcześniejszych kontaktów adres był dobry, poza tym, że drugiego łóżka nie było. Udało się stworzyć wygodne posłanie i było ok. Z uwagą i troskliwością rozwieszał na poręczy krzesła swoją nieskazitelnie białą koszulę, bo miała jutro odegrać niebagatelną rolę. Dużo później zobaczyłem, jak cala Polska, Sławka w roli porucznika Borewicza w nieprzemijającym później od lat, bez względu na krajową aurę polityczną, serialu telewizyjnym „07 – zgłoś się”. Nie wiem, czy ten fenomen doczekał się socjologiczno-filmoznawczego naukowego opracowania, co nie zmienia faktu, że ciągle cieszy się zainteresowaniem i to z wielu względów, o których mnie, jako tylko widzowi, nie wypada się wymądrzać. Z telewizją, w której zrobił karierę pełniąc m. in. stanowisko zastępcy redaktora naczelnego TVP Kraków do spraw artystycznych, musiał się rozstać na żądanie „Solidarności” w 1991 roku, gdy jeszcze wcześniej odeszli broniący go Andrzej Drawicz i Kazimierz Kutz. Zarejestrował się w urzędzie pracy jako bezrobotny, łapał się różnych prac.
Sławek kontynuował publiczną działalność w SLD będąc posłem przez dwie kadencje i ze sporym sukcesem wywiązując się z roli rzecznika prasowego klubu parlamentarnego tej partii. Był w tamtych latach pomysłodawcą tytułu i orędownikiem miesięcznika „Po Ziemi”, który wydawaliśmy w „TRANS-KRAKU”. Drobna w sumie wpadka, w porównaniu do rozlicznych afer w PO, a dziś w PiS, zakończyła jego dobrze zapowiadającą się także karierę polityczną, bo ludziom z Lewicy w tym kraju zawsze wolno mniej. Tym samym i zakończył żywot ceniony periodyk – bez wpadki ale z brakiem wsparcia.
Wieczorem w piątek raz jeszcze oglądałem kolejne odcinki serialu, a w niedzielę pisałem nekrolog Sławka. Niedługo później, bo 7 lipca została odsłonięta „Gwiazda Bronisława Cieślaka” w krakowskiej Galerii Gwiazd na bulwarze Czerwieńskim w Krakowie. To w tym miejscu, które jest wspólną inicjatywą radia RMF FM i władz stolicy Małopolski, już od 13 lat uhonorowywani są wybitni aktorzy, piosenkarze, twórcy kultury. Swoje gwiazdy mają m.in. Andrzej Wajda, Wojciech Pszoniak, Marek Grechuta, Krzysztof Krawczyk jak też Céline Dion.
Józef Cyrankiewicz
– idea przeniesienia prochów gen. Sikorskiego do kraju odżyła przed stuleciem jego urodzin przypadających w1981 roku, a miejscem spoczynku miały być krypty wawelskie. To zamierzenie wraz z propozycją Olgierda Terleckiego wydania bogato ilustrowanej książki, a właściwie albumu, o gen. Sikorskim były powodem mojego spotkania z Józefem Cyrankiewiczem, który po telefonicznej rozmowie zaprosił mnie do swojego domu przy al. Róż w Warszawie. W planowanym wydawnictwie chcieliśmy zamieścić fotokopię listu małżonki gen. Sikorskiego do ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza z września 1970 roku, w którym wyrażała zgodę na przeniesienie prochów męża do kraju. Problem polegał na tym, że tego rodzaju dokument można, z prawnego punktu widzenia, opublikować jedynie za zgodą nadawcy bądź adresata. Helena Sikorska już nie żyła (zmarła w 1972 roku) i stąd to spotkanie. Gospodarz przyjął mnie serdecznie, po obszernej informacji o planowanym wydawnictwie wyraził oczekiwaną zgodę i zaproponował kupione właśnie dzisiaj, doskonałe ciasteczka od Bliklego oraz… po kieliszeczku zmrożonej wódki. Album Władysław Sikorski 1881-1981 ukazał się, ale do planowanych uroczystości nie doszło z przyczyny kolejnych polskich wydarzeń, którym tym razem był stan wojenny. Ostatecznie pochówek Generała na Wawelu miał miejsce w 1993 roku już z zupełnie innym politycznym wydźwiękiem.
Ewa Demarczyk
– słuchałem jej na początku lat sześćdziesiątych w „Piwnicy pod Baranami”, większość Polaków podczas telewizyjnej transmisji Międzynarodowego Festiwalu Piosenki w Sopocie w 1964 roku. Zachwyciła wykonanym „Grande Valse Brillante” i szeregiem kolejnych utworów rzez następne lata, natomiast osobiście poznałem w 1982 roku. Jeden z moich warszawskich szefów, z biegiem lat przyjaciel, Tadziu Kaczmarek zadzwonił w związku z planowaną wizytą w Krakowie. Pytał czy może spotkać się w naszym oddziale z Ewą Demarczyk. Oczywiście potwierdziłem oferując mój gabinet. Dopełnić należy, że Tadeusz, wcześniej był wiceministrem kultury, później konsulem w Leningradzie. Wiedziałem o jego dalej trwających, licznych związkach ze światem artystycznym, szczególnie z liczną grupą plastyków, a więc o tyle wspomniana prośba nie zdziwiła mnie. Chciałem zostawić ich samych, ale zaproponowali dalszy mój udział w spotkaniu. Ewa Demarczyk opowiadała m. in. o zdziwieniu znajomych jej powrotami do kraju i skomentowała to słowami: Gdybym chciała na stałe wyjechać z Polski to nie potrzebny był mi do tego stan wojenny.
W pierwszych listopadowych dniach 2020 roku zapaliłem lampkę na Jej mogile w Alei Zasłużonych Rakowickiego Cmentarza.
Irena Dziedzic
– bardzo podziwiałem, jak miliony Polaków, legendarną dziennikarkę – twórcę pierwszego, telewizyjnego, polskiego talk-show „Tele-Echo”. Przyszła do mnie jako kierownika Wydziału w KC z prośbą o poparcie w pełni umotywowanych starań o przejście do pracy zagranicą. Zrobiłem co mogłem, interweniowałem u Cioska, jeszcze gdzieś próbowałem, ale spotykałem się z murem sprzeciwu, obojętności, milczenia. Nie wiem do dziś dlaczego? Po tym spotkaniu pozostał w pamięci ostatni obraz Pani Ireny – ubrana w czarną bluzeczkę z małym dekoltem, szeroką, w kolorze khaki spódnicę i w czarnych, płaskich pantoflach.
Tadziu Hanausek
– znałem Tadzia jako aktywnego i nadzwyczaj mądrego działacza patii, także I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nikt w tamtych i późniejszych latach nie odważył się zarzucić Profesorowi braku kompetencji naukowych uznawanych za wybitne. Żegnano go, jako ostatniego wielkiego kryminalistyka. Wspominano: „Był człowiekiem renesansu. Interesował się wszystkim – od historii po informatykę i literaturę. To on de facto stworzył krakowską kryminalistykę, wy­chodząc z katedry prawa karnego. Szalenie otwarty, z wielką wiedzą, o znakomitym dowcipie, zawsze miał tłumy na wykładach. Jego za­jęcia przypominały program „Kryminał tango”, który przed laty współtworzył dla telewizji. Choć…był na emeryturze, to jeszcze parę miesięcy temu przycho­dził na uczelnię, by prowadzić seminaria.” Prof. Jan Widacki dodaje: „Wspaniały czło­wiek i wybitny naukowiec. Zdawałem u niego egzamin z kryminalistyki, a po studiach zosta­łem pierwszym asystentem. Profesor Hanau­sek był powszechnie łubiany przez studentów, choć całe lata kierował organizacją partyjną na uczelni.”
Ale mało kto wiedział, że był jednym z pierwszych, w jego generacji, fanem komputerów, a radość sprawiłem mu swoim zdziwieniem, gdy przed wielu laty pokazał kolejnego laptopa bez myszy, a ja nie miałem pojęcia jak się tę nowość obsługuje. Małżonka Tadzia nie do końca podzielała te jego pasje, czasem złośliwie dodając, że komputer wyznacza mu czas pójścia siusiu.
Olek Kornijasz
– pochodził, tak jak jego żona, z żydowskiej rodziny. Urodził się w Rzeszowie, który złośliwie nazywał Mojżeszowem. Jego rodowe korzenie było mi zupełnie obojętne, gdyż w odróżnieniu od niektórych, osoba żydowskiego pochodzenia mieszkająca nad Wisłą była dla mnie zawsze Polakiem, ani gorszym, ani też lepszym od innych współobywateli. Nie pytałem też nigdy o losy w czasie wojny uważając, że nie były by to jego najmilsze wspomnienia. Ale dowiedziałem się w rozmowie z jego teściową – panią prezentującą wyjątkową kulturę i znającą perfekt kilka języków – o jej pracy w niemieckich okupacyjnych instytucjach co zawdzięczała nietypowej urodzie i wcześniejszemu, długiemu pobytowi w Wiedniu. W małżeństwie plastyków Ewa niewątpliwie była profesjonalnie lepsza, natomiast Olek potrafił, z dużą dozą dyplomacji połączonej ze skutecznością, pełnić funkcję kierownika artystycznego krakowskiego WAG, a później KAW.
Był nadzwyczaj ludziom przychylny, serdeczny, ciepły, opiekuńczy co nie raz miałem okazję obserwować. Jednak na przekór tych, nie tak często spotykanych, zalet los obszedł się z nim okrutnie. Ewa, chora psychicznie, wyszła przez okno na ósmym piętrze, syn, któremu Olek przychylał nieba, wyrzucił go z mieszkania. Żył na strychu bloku w tzw. tylko z nazwy pracowni, która ciepło zawdzięczała małemu elektrycznemu grzejnikowi. Byłem tam i widziałem, ale także starałem się finansowo go wspomóc zlecając wykonanie prac plastycznych, nie zawsze potrzebnych dla TRANS-KRAKU.
Jak dziś przypominam sobie tonację kolorystyczną – jakąś taką szarą i brudną, w odbiorze smutną, którą starałem się zmienić – w wielu akceptowanych przez niego pracach i w jego własnych także, to na myśl przychodzi mi los Olka w dzieciństwie i to co miało nadejść na starość.
Ryszard Nowak
– wyjątkowa postać, dla mnie nie tylko osoba godna wielkiego szacunku ale i równie głębokich przemyśleń. Członek Porozumienia Centrum, a następnie aktywny działacz Prawa i Sprawiedliwości, poseł na Sejm, a od 2006 roku prezydent Nowego Sącza. Odegrał kluczową rolę – pomimo licznych i gromkich protestów – w przyznaniu Józefowi Oleksemu tytułu Honorowego Obywatela Miasta Nowego Sącza; poparł także aktywnie inicjatywę wydania książki o Oleksym. W następnych latach był skutecznym orędownikiem przyznania tego honorowego tytułu również Jerzemu Leśniakowi, autorowi „Nowej Encyklopedii Sądeckiej”. We wstępnie do wspomnianego działa napisał m. in. „Tak było wreszcie po październikowej odwilży, gdy wcielano w życie eksperyment sądecki, który – mimo sztywnego gorsetu PRL-owskiej rzeczywistości – zmienił oblicze Nowego Sącza z zacofanego miasta w prężny ośrodek. Tamta epoka, mimo wielu niedoskonałości, również obfitowała w doniosłe wydarzenia, nieprzynoszące sądeczanom wstydu, a wprost przeciwnie, dające do dziś powody do dumy i satysfakcji.” Trudno uwierzyć, że takie słowa mogły zaistnieć ze strony członka PiS. Okazuje się, że nasze uogólnione opinie i oceny nie zawsze są słuszne. I mam nadzieję, że nie tylko na terenie wyjątkowej sądeckiej ziemi.
Z Ryszardem Nowakiem, z którym spotykałem się wielokrotnie i zawsze w milej atmosferze, miałem także szczególny rodzaj autorskiego doświadczenia. Przygotowałem do „Rocznika Sądeckiego” dużą, bo ponad pół arkusza autorskiego liczącą, recenzję książki pod redakcją Dawida Golika Masz synów w lasach, Polsko… Podziemie niepodległościowe i opór społeczny na Sądecczyźnie w latach 1945-1956, ze wstępem właśnie Nowaka. Mój tekst był życzliwy dla zawartości pracy, acz daleko wykraczał poza granice tego dziennikarskiego gatunku, dokonując analizy tamtego czasu i przyczyn wyborów dokonywanych przez aktywnych członków antykomunistycznego podziemia. Przesłałem do redakcji i jakiś czas później usłyszałem, że prezydent prosi abym to opracowanie wycofał. Do dziś nie wiem dlaczego, ale z uwagi na wyjątkową postawę i decyzje, które wcześniej podejmował, uczyniłem to bez żalu.
Filip Ratkowski
– jego postać zawsze przywoływać będzie wspomnienie późnego wieczoru z lat sześćdziesiątych gdy jeszcze ze Stasiem Nowakowskim siedzieliśmy u niego w domu przy ulicy Kujawskiej w Krakowie i popijając winko słuchaliśmy, oczarowani muzyką i treścią, rosyjskich utworów z drugiego obiegu (podobnie jak powielane samizdaty) z kasety przywiezionej nielegalnie z Moskwy.
Okazało się, że wcale nie byliśmy tu pierwsi bo dom pod numerem 11 ma swoją wyjątkową historię. W okresie międzywojennym rodził się tu „Nasz Wyraz” – pismo literacko-artystyczne o lewicowym charakterze, tworzone przez późniejsze wybitne postaci polskiej literatury, a wtedy studentów UJ. W czasie wojny, w 1940 roku Ignacy Fik – poeta, publicysta, krytyk literacki – założył tu organizację Polska Ludowa i redagował pod takim tytułem konspiracyjne pismo. Później organizacja weszła w skład PPR. Poza działalnością propagandową była też wojskówka, którą dowodził Julian Topolnicki (współorganizator Krakowskiego Obwodu GL), a w niej Józef Zemanek i ojciec Filipa Jan Ratkowski. Ale jeszcze dużo, dużo wcześniej pradziadek Filipa, oficer artylerii w szeregach austriackiej armii, za boje z Napoleonem we Włoszech otrzymał tytuł barona oraz najwyższe, ówczesne odznaczenie wojenne Militär-Maria-Theresien-Orden. Ten właśnie order po bohaterskim antenacie uratował rodzinę Ratkowskich, gdy przyszło gestapo. Tablicy na ścianie tego domu, upamiętniającej założenie tu PPR w Krakowie, już od dawna nie ma, ale na pocieszenie ostała się o niej informacja w Wikipedii przy nazwisku Ignacego Fika.
Później Filip pracował jako dziennikarz w licznych krakowskich tytułach. Do dziś jest aktywny w Kuźnicy, ale także w Internecie tocząc często ostre polityczno-historyczne spory. A dom przy Kujawskiej, który często mijam jadąc samochodem, z tamtymi młodzieńczymi poszukiwaniami zrozumienia świata zawsze będzie się kojarzył.
Rafał Skąpski
– spotykaliśmy się wielokrotnie, piszemy do siebie maile, wymieniamy uwagi o naszych tekstach. Recenzowałem materiały Rafała do „Rocznika Sadeckiego” i bardzo optowałem za wydaniem niezwykle interesujących wspomnień jego babci Skąpskiej przez niego z wielką znajomością rzeczy opracowanych. Rafał pełnił przez szereg lat ważne stanowiska w centralnych instytucjach kultury, zawsze wnosząc tam ożywcze pomysły i równie skuteczne działania. Ale nie zapomnę naszego spotkania w Ministerstwie Kultury. Przyjechałem tam jako prezes Zarządu PWM w jakichś sprawach i trafiłem do wiceministra Rafała Skąpskiego. Po przywitaniu zacząłem Panie ministrze, przerwał mi, Sławek, nie wygłupiaj się.
Wanda Śmielak-Korombel
– należała do coraz rzadziej spotykanego grona lekarzy, którzy pacjenta postrzegają w sposób holistyczny, z całym jego fizycznym i psychicznym uwarunkowaniem, a nie tylko ze specjalnością od prawego palca lewej nogi. A nadto z wyjątkową troską i ciepłem, ale jak trzeba, to i z surową stanowczością.
Doc. dr hab. n. med. Wanda Śmielak-Korombel – Pani Profesor, bo nie wiedzieć dlaczego tego tytułu nie dostała – ponad pół wieku jako lekarz, a ponad 10 lat jako ordynator Oddziału Kardiologii w Szpitalu im. G. Narutowicza, należała do najwybitniejszych postaci krakowskiej kardiologii. Także do inicjatorów społecznych poczynań na rzecz upowszechniania wiedzy o chorobach serca i rozwoju specjalistycznej bazy leczniczej. Z powodzeniem stworzyła i przewodniczyła mającej liczne sukcesy Fundacji „Pomóż Swojemu Sercu”, w ostatnich latach równie aktywnego Klubu „Amicus”. A jeszcze wcześniej była związana z teatrem Crico 2 Tadeusza Kantora i troszcząc się o zdrowie Mistrza oraz aktorów, objechała cały świat.
Pani Doktor była osobą o niekwestionowanym autorytecie, niespożytej energii, niezwykłej serdeczności, którą wszystkich obdarzała. Miałem szczęście, że z moim chorym sercem na Jej oddziale się znalazłem. Później przez lata opiekowała się mną jako lekarz, a ja starałem się ten dług odpłacić swoją aktywnością w różnych publicznych poczynaniach Pani Profesor.
Będąc tuż przed śmiercią i żegnając się z przyjaciółką na koniec powiedziała pa, pa.
I ja też tak Ją żegnam Pa, pa Pani Profesor.
Tomek Turowski
– jak przez mgłę pamiętam go z czasów działalności w studenckim ZMS na Uniwersytecie Jagiellońskim, po latach na spotkaniu w Niepołomicach przypomnieliśmy się sobie. Czasem coś tam piszemy, a ostatnio pułkownik Turowski, poza wcześniej wydanymi książkami, wystąpił na łamach „Dziennika –Trybuna” ze wspomnieniami ze swojej pracy w wywiadzie, tym razem na terenie ZSRR, a nadto jeszcze wcześniejszymi w zachodniej Europie. W tym drugim tekście przywołuje nazwisko Janka Bisztygi, też pułkownika wywiadu, później dyplomaty i wieloletniego zastępcy kierownika Wydziału Propagandy KC PZPR.
Pracowałem z Jankiem przez prawie dwa lata w tym Wydziale, wiedziałem oczywiście o jego poprzedniej karierze, ale nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy, bo niby po co ? Wspominam dobrze kilka osób z tamtych czasów, wśród nich i Janka. Był przede wszystkim bardzo kompetentny na kierowanym przez siebie odcinku działalności międzynarodowej, konkretny, rzeczowy i skuteczny, co w tym gmachu nie koniecznie powszechnie miało miejsce. Jak później, w styczniu 1990 roku okazało się, to w niełatwym dla mnie momencie, wszystkie te jego cechy oraz serdeczna troska i naturalne oburzenie przyniosły wymuszony, pozytywny efekt. Takiego, bardzo mnie życzliwego, nie tylko z czasu Sali Kongresowej, dobrze zapamiętałem.
A wracając do Tomka, to odwoziłem go z Niepołomic – myślałem, że na dworzec PKP bo wraca do Warszawy – na krakowski Kazimierz. Z ludźmi tych służb nigdy nic nie wiadomo. Ciekawe z iloma jeszcze się spotykałem nie wiedząc o tym?
Witek Waśniewski
– pozostaje w pamięci starszego pokolenia absolwentów Wydziału Prawa UJ jako doskonały, zawsze świetnie przygotowany wykładowca, życzliwy studenckiej braci. Był doktorem nauk politycznych i pracownikiem naukowym Uniwersytetu Jagiellońskiego, zastępcą dyrektora Instytutu Nauk Politycznych. Ale widocznie ta praca nadzwyczaj aktywnemu Witkowi jakoś dolegała, bo w bardzo trudnych latach 1984 – 1990 piastował stanowisko redaktora naczelnego Ośrodka Telewizyjnego w Krakowie. Potem, już w III RP, był w zespole doradców premiera Cimoszewicza, a jeszcze później powrócił do zawodu nauczyciela akademickiego m. in. w Katedrze Dziennikarstwa, którą kierowałem. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie, on – kiedyś wysoki, przystojny, dynamiczny mężczyzna – siedział schorowany na inwalidzkim wózku, a obok leżały piloty do dwóch włączonych odbiorników. Nie mógł się od tej fascynacji jedenastą, telewizyjną muzą oderwać.
Franciszek Ziejka
– poznałem, wtedy jeszcze pana doktora, w krakowskim KAW gdy przygotowywał do wydania książkę „Panorama Racławicka”, która cieszyła się dużym zainteresowaniem, także w związku z udostępnionym po latach obrazem cykloramicznym „Bitwa pod Racławicami” we Wrocławiu, w 1980 roku. W obecności redaktora prowadzącego – cennego, młodego nabytku dla naszej oficyny – Janusza Lenczowskiego, zamieniliśmy kilkanaście słów.
Po latach profesor Ziejka, historyk literatury, w okresie 1999–2005 był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. W październiku 2000 roku zaprosił prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego na uroczystość z okazji jubileuszu 600-lecia odnowienia Akademii Krakowskiej, co spotkało się z ostrą krytyką pod hasłem „Kwaśniewski persona non grata !”, nawiązującym do uznania przez Radę Miasta Krakowa prezydenta RP za osobę niepożądaną w tym mieście. Rektor zignorował chamskie hasło, także protest uliczny, a przemawiając do zgromadzonych zaapelował m. in. o stworzenie programu rozwoju narodowej edukacji i podkreślił, że wśród kandydatów na studia jest coraz mniej osób pochodzących z biednych rodzin. „Fakt, że nie mogą oni studiować – mówił – jest jednym z największych grzechów Trzeciej Rzeczypospolitej,” Po rektorze głos zabrał prezydent Aleksander Kwaśniewski, a gdy rozpoczął wystąpienie, salę opuścił prymas Józef Glemp. To wyjątkowo haniebne zachowanie polskiego hierarchy stanowiło również zlekceważenie woli Polaków wyrażonej w demokratycznych, prezydenckich wyborach. W tamtych czasach nie było jeszcze sojuszu ołtarza z tronem, w dzisiejszych prymas Wojciech Polak zapewne z uwagą wysłuchał by wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy.
Drugi raz spotkałem się z Profesorem w auli Collegium Novum UJ, podczas kameralnego koncertu w ramach Festiwalu Muzyki Polskiej. Po przywitaniu podprowadził mnie do swojej małżonki i przedstawił: Poznaj proszę pana Sławomira Tabkowskiego, który wiele lat temu był wydawcą mojej książki o racławickiej panoramie.
Zwariowani, zakręceni, czasem nazywani wręcz wariatami
– liczne, wybitne postaci świata kultury, często z międzynarodowymi laurami. Oczywiście, że nie przywołam żadnego nazwiska choć nie raz zmagałem się z ich złym nastrojem, atakami nieuzasadnionej furii, zapatrzenia w siebie i w swoją twórczość, przekonaniem o zawsze wiecznej racji. No i dobrze, tak czasem bywa w tym szczególnym, niedostępnym dla nas malutkich, kosmosie.

(Fragmenty właśnie wydanej książki „Przywołania z galaktyki Koziorożca”)

Fejk Niusy

• Prominentna funkcjonariuszka PiS Elżbieta Witek protestującym w Otyniu (woj. lubuskie) szczerze wykrzyczała: „Bez żadnych skrupułów bierzecie i narzekacie”. Nie od dziś wiadomo, że PiS daje kasę zabraną bogatszym Polakom tylko po to, żeby ci biedniejsi trzymali mordę w kubeł i głosowali jak trzeba.
• Po sieci krążą 2 zdjęcia z plaży Andrzeja Dudy w tych samych kąpielówkach, podobno z roku 1915 i z 2021. Gdyby tak był wierny konstytucji, jak swoim gaciom…
• Do milionów argumentów, które mają zbrzydzić Polakom Tuska, TVP dodała najobrzydliwszy: podczas jego przemówienia ziewało dziecko.
• Od dawna wydawane są certyfikaty dla psów czyli psi rodowód. Teraz będzie lepiej. Żeby sprzedać ziemniaka w sklepie czy restauracji, potrzebny będzie specjalny certyfikat. Zajmie się tym nowo utworzony urząd. Rzecz jasna, narodowy i katolicki, zarządzany przez rzeszę pociotków związanych z władzą.
• Teść wyparł się Sasina i pozostanie na posterunku w spółce skarbu państwa. Jak na wniosek prezesa odsuwać od koryta tysiące uwłaszczonych pisiorów, skoro nawet swojej rodziny nie można? Pardon, teść i zięć, to nie rodzina.
• Polskę obiegł film: posłowie PiS beztrosko przechodzą przez jezdnię na czerwonym świetle, a stojąca obok policja nie reaguje. Skoro lepszy sort codziennie jawnie łamie prawo nawet w tak banalnych okolicznościach, nikt się nie dziwi, że ONI mogą już wszystko.
• Podczas Mszy świętej we Włoszczowie modlono się o Boże błogosławieństwo dla księdza oskarżonego o pedofilię. Nie wiadomo, czy Pan Bóg pobłogosławił, ale na pewno wszystko widział.
• Policja zarekwirowała niedozwolony przedmiot: flagę Unii Europejskiej. To znaczy my wiemy, co to jest. Oni napisali: Niebieskie płótno z żółtymi gwiazdami. Polską flagę opisaliby: Płótno w połowie białe, w połowie czerwone?
• 258 mln zł pieniędzy z podatków Polaków wtopiły szwalnie maseczek przeciw Covid-19, zarządzane przez kierowcę ojca Pinokia, mające patronat Największego Długopisa. W planach odbudowa Pałacu Saskiego w Warszawie, mająca kosztować 10 razy więcej. Trzeba się modlić, żeby nie było kolejnego „sukcesu”.
• W ramach zapowiedzianego zaciskania pasa, tego samego dnia premier M. przekazał milion zł jako nagrody dla pracowników swojej kancelarii. Gdyby nie oszczędności, dałby kilka razy więcej?

Kapsułki pamięci

Michał Grudziński
W czasach pracy w TVP zdarzało mi się bywać na planach Teatru Telewizji i na planach seriali. Pewnego dnia znalazłem się – służbowo, bo nie gustuję w tym gatunku w jego postaci współczesnej – na planie serialu „rodzinka.pl”. Na planie wypatrzyłem m.in. starszego, siwowłosego aktora, który grał nestora rodziny, nobilnego dziadka Zenona. Wpatrywałem się w niego uważnie i skądś, to znaczy z któregoś filmu, ta twarz wydawała mi się znajoma, ale nijak nie mogłem sobie przypomnieć – skąd. Sprawdziłem, że aktor nazywa się Michał Grudziński, kojarzyłem go z kilkoma innymi rolami, ale ciągle nie dawała mi spokoju myśl, że widziałem go jako młodego aktora, w jakiejś bardzo dawnej roli i to bardzo odbiegającej, podobnie jak cały film, od sielsko-słodkiego klimaciku serialu „rodzinka.pl”, roli w jakimś mrocznym filmie. W przerwie udało mi się porozmawiać kilka minut z panem Grudzińskim, ujmująco wręcz miłym człowiekiem, głównie o roli Zenona, bo to było mi wtedy potrzebne do tekstu-relacji z planu. Po rozmowie sięgnąłem do internetu w telefonie, zajrzałem do filmografii pana Grudzińskiego i wtedy olśniło mnie, która to z jego ról tak mnie nurtowała, choć nie mogłem sobie przypomnieć nawet tytułu filmu. Otóż była to jego rola, debiutancka, w mrocznym, ekspresjonistycznym filmie Andrzeja Żuławskiego z 1971 roku, „Trzecia część nocy”, gdzie zagrał rolę Mariana, karmiciela wszy, który to motyw był swobodnym nawiązaniem do okupacyjnej działalności Instytutu Weigla we Lwowie, gdzie krew wysysana ochotnikom przez zakażone tyfusem insekty służyła do produkcji szczepionki. Oto, pomyślałem, owa magia zawodu aktora, który przez swoje życie zawodowe wędruje często przez krańcowo odmienne co do charakteru i nastroju role, jak w tym przypadku – od przepełnionego strachem i histerią ekspresyjnego Mariana, po dobrotliwego, serdecznego i nobliwego, realistycznego dziadka w „familijnym” serialu. Przy tej okazji przypomniałem sobie Mariana Dziędziela. Komuś może wydać się niewiarygodne, ale Dziędziel jako młody aktor miał cherubinowatą, słodkawą, trochę nijaką urodę blondyna z wilgotnymi oczyma sarny, która przez wiele lat nie stwarzała mu dużego pola do popisu. Od mniej więcej dekady Marian Dziędziel jest mocnym aktorem, o szorstkim emploi twardego mężczyzny, często bezwzględnego, o ludowym rodowodzie i chrapliwym głosie. On również przeszedł z biegiem lat długa drogę zawodową.
Bohdan Czyżewski
Choć małżeński duet piosenkarski Bohdan Czyżewski-Danuta Rinn to fragment bardzo już dalekiej historii polskiej muzyki popularnej, to ciągle mam w pamięci ich przebojowe utwory: „Biedroneczki są w kropeczki”, „Pamiętaj o mnie”, „Żeby choć raz”, „Na deptaku w Ciechocinku”, „Całujmy się”. Kilka lat temu umówiłem się z panem Bohdanem na rozmowę (Danuta Rinn zmarła kilka lat temu, choć ich duet rozpadł się dużo wcześniej z powodów prywatnych). Okazało się, że pan Bohdan, będąc już dawno na emeryturze, prowadzi w Warszawie swój własny smallbiznes – hotelarski. To mały hostel w obrębie zamieszkałego przez niego domu jednorodzinnego na Pradze Południe. Pan Bohdan jest wspaniałym gawędziarzem, a przy tym człowiekiem bardzo ciepłym w kontakcie, z ujmującym uśmiechem, tym samym, który tak dobrze wielu pamięta z jego pokazywanych w telewizji występów. Opowiadał mi na przykład, jak strasznie ciężki był dla artystów szołbiznes w dawnych latach, bez dzisiejszego „oprzyrządowania” i „poduszki” w postaci profesjonalnych agentów, lepszej nieco, bardziej „znormalizowanej” organizacji występów i pomocy jaką dają nowoczesne technologie, a także „otuliny” w postaci dużych często pieniędzy. W dawnych czasach była to wielka improwizacja, w warunkach siermiężnych, z lichym wyżywieniem, a niejednokrotnie także ze spartańskimi warunkami czekania na występ,w atmosferze nerwowości i niepewności, itd. My widzowie spijaliśmy śmietankę występów, ich polor, a za tym kryła się często prawdziwa mordęga. Mogłoby się wydawać, że los ten dotyczył także aktorów. To prawda, ale ich na ogół jednak w znacznie mniejszym stopniu. W teatrach aktorzy mieli stałe miejsce pracy, zorganizowaną opiekę ze strony obsługi, stałe garderoby, stałych garderobianych, a męczące plany filmowe nie zdarzały się na co dzień. Tymczasem artyści estradowi byli niemal nieustannie w trasie, tłukli się po kraju autobusami (występy zagraniczne codziennością nie były), występowali w kiepskich salach, spali w lichych hotelach, niedosypiali, często nieregularnie jadali, a w improwizowanych miejscach do „przebiórki” nieraz był przenikliwy ziąb, albo upalna duchota. „Inna sprawa, że siły dawała nam młodość, która pozwala znieść wiele niedogodności – opowiadał pan Bohdan – Gdy wspominam te czasy z obecnej perspektywy, to widzę, że dziś nie dałbym rady znieść bez udręki nawet kilku dni w takich warunkach”.
Stanisława Celińska
Udało mi się z nią porozmawiać akurat nie w Warszawie, lecz w iławskim kinoteatrze na Warmii i Mazurach. Stało się to przy okazji jej tutejszego gościnnego występu w sztuce „Grace i Gloria”, w której występowała w duecie z Lucyną Malec. Pani Stanisława to typ „równej baby”, w kontakcie niby nieco szorstkiej, z lekka bezceremonialnej, ale zza tej szorstkości przeziera serdeczność i dobroć szczerej próby oraz głęboka znajomość życia. Na spotkanie przyszedłem z moim rudym kundelkiem „Frędzelkiem” alias „Miś”, którego pani Stanisława od razu wzięła na kolana i tęgo wypieściła dotykiem i dobrym słowem. Od czasów, gdy grała role romantycznych amantek w „Krajobrazie po bitwie” Andrzeja Wajdy czy „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka upłynęło kilka dziesięcioleci, a emploi aktorskie pani Stanisławy zmieniło się na takie, które określiłbym jako … liryzm charakterystyczny. Do tego, choć kiedyś była „czystej postaci” aktorką głównie dramatyczną, od lat także śpiewa, co też oznacza przebycie drogi bardzo dalekiej od zawodowych początków.
Joanna Kasperska
Zagrała dziesiątki ról filmowych, była w pierwszym, kaliskim zespole teatralnym Izabelli Cywińskiej, w tym jednym z najpiękniej położonych budynków teatralnych w Polsce – nad samą Prosną, na której brzeg wychodzi się wprost z teatru. Bardzo utrwaliła się w mojej pamięci w roli pięknej Zinajdy w stylowym, telewizyjnym filmie Andrzeja Żuławskiego „Pavoncello” (1967), według mało znanego opowiadania Stefana Żeromskiego. Zagrała tam obok Mieczysława Mileckiego i Stefana Friedmana. Jednak najwięcej widzów mogło ją zapamiętać z superpopularnej, „kultowej” komedii Tadeusza Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku” (1971), w której zagrała żonę milicjanta, pracownicę biura matrymonialnego, która robi „manko”, ale nie pieniężne, lecz poprzez „zgubienie” klientów biura. Partnerem pani Joanny jest poeta Józef Pless, mający też związki z Niemcami. Oboje prowadzą intensywne życie kulturalne (byli związani m.in. z nieistniejącą już galerią Wojciecha Siemiona w Petrykozach), prowadzą działalność charytatywną (leczenie zębów u dzieci z ubogich rodzin), podróżują. Drugim zawodem pani Joanny jest przewodnik turystyczny. Oprowadza zagraniczne wycieczki m.in. po Zamku Królewskim w Warszawie i Wilanowie. Ciepło wspomina swojego zmarłego męża, wybitnego scenografia teatralnego Andrzeja Sadowskiego. Z panem Józefem wydali wspaniały album poświęcony jego dokonaniom. Kiedy odwiedziłem panią Joannę w celu przeprowadzenia wywiadu, zastałem też pana Józefa, który twórczo uczestniczył w naszej rozmowie, wzbogacając ją o ciekawe wątki.
Maciej Maria Putowski
Zawdzięczam mu wiele, gdy chodzi o moje prywatne upodobania estetyczne. Tak pokochałem estetykę jego scenografii filmowej, że po wielu latach skorzystałem z niektórych jej akcentów do wykreowania estetyki prywatnego otoczenia. Pan Maciej Putowski był autorem dekoracji wnętrz do kilku najbardziej plastycznych, wizyjnych polskich filmów, m.in. do „Lalki” i „Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha J. Hasa czy „Wesela” i „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy. Kiedy wybierałem się do pana Putowskiego do jego mokotowskiego mieszkania, wyobrażałem sobie, że zastanę prawdziwy „sezam” estetyczny, wypełniony obrazami, rzeźbami, stylowymi antykami etc. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, znalazłem się w bardzo skromnie, nawet standardowo urządzonym mieszkaniu bez żadnych „mecyji”. Okazało się, że wspaniały świat estetyczny pana Putowskiego istnieje nade wszystko w jego wyobraźni i nie materializuje się w życiu codziennym. I o tej wyobraźni fascynująco, acz z prostotą, mi opowiadał. Pan Putowski nie żyje od kilku, więc już nigdy nie zrobi wspaniałego, czarownego filmowego wnętrza. Jednak biorąc pod uwagę ubóstwo plastyczne współczesnego polskiego kina i jego odwrócenie się od estetyki w stronę koszmarnej brzydoty (jakbyśmy nie mieli jej po uszy w codzienności), jego talent chyba nie bardzo mógłby znaleźć dziś zastosowanie.

Jedna rasa – ludzka rasa

Po raz pierwszy na płycie winylowej ukazuje się historyczny album „Jedna Rasa – Ludzka Rasa. Muzyka Przeciwko Rasizmowi”, część 2. Pomysłodawcą był Marcin Kornak, założyciel Stowarzyszenia „Nigdy więcej”, działacz społeczny i poeta, zmarły w 2014 roku. Stowarzyszenie obchodzi w tym roku 25 rocznicę powstania. Album jest dedykowany właśnie Kornakowi. Materiał muzyczny wydany był poprzednio w 1998 roku na CD i kasecie nakładem „QQRYQ Productions” jako druga pozycja z cyklu „Muzyka Przeciwko Rasizmowi”.

Przeszedł do historii jako wyraz sprzeciwu wobec nietolerancji i przemocy. Na dwupłytowym albumie znajdują się utwory wykonawców różnorodnych zarówno pod względem muzycznym, jak i światopoglądowym.
Swoje piosenki przekazały brytyjskie zespoły znane z zaangażowania w sprawy społeczne: Chumbawamba i Zion Train, a także artyści polscy tacy jak Lech Janerka, Kuba Sienkiewicz, Robert Brylewski (pod szyldem Falarek), Tymon Tymański (pod szyldem Kury), grupy Alians i Sweet Noise, a nawet ówczesna gwiazda polskiego hip-hopu Liroy (rapujący antyfaszystowski tekst Bertolta Brechta). Zespół Trebunie-Tutki, założony przez muzykującą od pokoleń rodzinę, połączył folklor góralski z jamajskim reggae w utworze zainspirowanym twórczością Boba Marleya. Album zawiera ponadto specjalną piosenkę „Wykopmy Rasizm ze Stadionów”, nagraną pod szyldem WRS Band przez muzyków wielkopolskich formacji punkrockowych: Robotnika i Ulicznego Opryszka, do słów Marcina Kornaka. Stały się one manifestem zainicjowanej przez niego już w 1996 roku kampanii społecznej „Wykopmy Rasizm ze Stadionów”: „Miejsce na faszyzm jest w śmietniku, wykopmy rasizm ze stadionów, odbierzmy futbol z rąk bandytów”.
Marcin Kornak (1968-2014) był prezesem Stowarzyszenia „Nigdy więcej”, redaktorem naczelnym magazynu „Nigdy więcej” oraz autorem kroniki zdarzeń na tle rasistowskim i ksenofobicznym – „Brunatnej Księgi”. Był również poetą i współtwórcą niezależnej sceny muzycznej w Polsce. Od 15 roku życia, po wypadku, był osobą niepełnosprawną ruchowo. W 2011 roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi dla społeczeństwa obywatelskiego. Autorem okładki płyty winylowej (na motywach projektu Rafała Drzycimskiego z 1998 roku) jest Witold Popiel, absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Płytę wydano we współpracy z firmą Jimmy Jazz Records ze Szczecina, specjalizującą się w promocji muzyki alternatywnej. Wydawnictwo ma charakter pamiątkowy i nie jest przeznaczone do sprzedaży komercyjnej. Płyta „Jedna Rasa – Ludzka Rasa. Muzyka Przeciwko Rasizmowi, część 2” jest też po raz pierwszy w całości dostępna na YouTube i platformie Daily Motion.
Osoby zainteresowane wsparciem Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’ i otrzymaniem pamiątkowej płyty winylowej mogą skontaktować się z wydawcą pod adresem: redakcja@nigdywiecej.org . Stowarzyszenie „Nigdy więcej” zaprasza do współpracy muzyków, wydawców i organizatorów koncertów, którzy chcieliby wydać album, opublikować videoclip albo zorganizować koncert (także online) pod patronatem promocyjnym kampanii „Muzyka Przeciwko Rasizmowi”. Kontakt mailowy: redakcja@nigdywiecej.org.