Nowy teatr, ale jaki?

Festiwal Nowego Teatru, w skrócie FNT – taką nazwę obrał przegląd teatralny w Rzeszowie już od sześciu lat.
Nazwa obiecuje spotkanie z tym, co nowe w polskim teatrze.

Niełatwo jednak zdefiniować, co oznacza pojęcie „nowy teatr”, nawet kurator przeglądu przyznaje we wstępie do programu wydarzeń: „Nowy teatr to w tej chwili niezwykle trudne do uchwycenia pojęcie”. Niewiele więc można powiedzieć poza intuicyjnym przeświadczeniem, że skoro istnieje jakiś nowy teatr, to zapewne w opozycji do starego. Samo określenie „nowy” niesie ze sobą przy tym nadzieję, obietnicę odnowy, budzi sympatię na kredyt. Starość, choćby godna największej czci w większej mierze należy do przeszłości. To co nowe otwiera się na przyszłość. Nie chcę tu jednak wikłać się w semantyczne dywagacje, bo przecież nietrudno wyczuć intencje projektodawców festiwalu, będącego kontynuacją w zmienionej formule, spotkań teatralnych organizowanych w Rzeszowie od roku 1961. Ideę festiwalu nowego teatru podpowiedziała Joanna Puzyna-Chojka, nieżyjąca już teatrolożka i krytyczka, szczególnie wrażliwa na nowe poszukiwania artystyczne i trendy myślowe. W tym roku Nagroda Dziennikarzy – przyznawana na koniec festiwalu obok Nagrody Publiczności – nosiła już jej imię.
Jak łatwo się zorientować, nie było intencją organizatorów tworzenie forum konfrontacji teatrów eksperymentalnych, choć towarzyszący festiwalowi nurt „off” był dowodem, że FNT nie chce się odwracać plecami od teatrów poszukujących spoza kręgu teatru publicznego. We wspomnianym już wstępie programowym Tomasz Domagała, kurator nurtu głównego pisze: program, który proponujemy, pozbawiony jest prawie w zupełności przedstawień eksperymentalnych w dziedzinie formy. Istotą „nowości|” jest dziś bowiem nie poszukiwanie rozwiązań formalnych, lecz
poszukiwanie prawdy.
Założenia założeniami, a życie życiem. Każdy kto kiedykolwiek dotknął tej roboty, to jest programowania i organizowania artystycznych festiwali, wie doskonale, że ostateczny ich kształt jest rezultatem wielu kompromisów i koniecznych odstępstw, związanych z rozmaitymi zresztą przyczynami, niezależnymi od intencji twórców – od kosztów poczynając na technicznych warunkach prezentacji kończąc. Toteż nie wnikając za kulisty i nie biadając nad tym, kogo na tym festiwalu zabrakło, a być powinien albo dobrze by było, gdyby się znalazł, nie sposób nie zauważyć, że festiwal rzeszowski poniekąd „ułożył się sam”. Nie było przecież intencją programową uczynienie z idei integracji artystów wywodzących się spośród przybyszów z rozmaitych krajów z artystami polskimi wspólnoty wolnej sztuki, do której wszyscy mają dostęp równy. W każdym razie ani słowa o tym nie można było przeczytać w deklaracji programowej – a tak się w rezultacie stało. Co więcej, motyw miejsca artysty we współczesnym świecie stał się swego rodzaju nicią przewodnią od pierwszego do ostatniego dnia FNT.
Prawdopodobnie takiemu obrotowi sprawy sprzyjał zasłużony sukces spektaklu Teatru im. Wandy Siemaszkowej „Lwów nie oddamy” o niełatwym sąsiedztwie, którym dyryguje historia, ideologie, ekonomia i politycy. Ludzie bywają ich zakładnikami, czasem nieświadomie. Tak to ujmował ten inteligenty spektakl Katarzyny Szyngiery o relacjach polsko-ukraińskich. Sprawa ważna dla wszystkich mieszkańców Polski, ale szczególnie ważna dla widzów teatru w Rzeszowie. Przy czym odkryciem tego przedsięwzięcia stała się kreacja zaproszonej do Rzeszowa ukraińskiej aktorki Oksany Czerkaszyny, uwiarygodniająca jego wymowę. Wygląda na to, że Czerkaszyna na dłużej zadomawia się w polskim teatrze – dosłownie przed tygodniem królowała na scenie Teatru Powszechnego w Warszawie w feministycznym spektaklu „Diabły” w reżyserii Agnieszki Błońskiej.
To właśnie Powszechny inaugurował FNT spektaklem „Jak ocalić świat na małej scenie?”.
Wprawdzie coraz mniej takich, którzy pokpiwają sobie z nadciągającej katastrofy ekologicznej, ale uczciwy spektakl Pawła Łyska umacnia przekonanych, że pora wreszcie coś z tym zrobić i radykalnie
zapobiec nieszczęściu.
Opowieści bohaterów o losach ich ojców (trzech mężczyzn z Afryki, Polski i Ukrainy) mają siłę wiarygodności, bo wywiedzione zostały z ich osobistych doświadczeń. Spektakl wpisujący się w misję teatru szczególnie wyczulonego na tworzenie sytuacji transgresywnych, służących przekraczaniu barier kulturowych i wzajemnemu zrozumieniu ludzi (nie tylko artystów) wywodzących się z rozmaitych kręgów kulturowych tak jak wykonawcy głównych ról (Mamadou Góo Bâ, Andrzej Kłak i Artem Manuilow).
Tak więc już pierwszy spektakl festiwalu zapowiadał, o co tu chodzi, o jaką prawdę nowy teatr się dobija. Po pierwsze, to przełamywanie barier między „swoimi” i „obcymi”. Artem Manuilow od dawna zabiegał o możliwość zagranie na polskiej scenie. Trochę to potrwało, nim w Teatrze Powszechnym powstały po temu sprzyjające okoliczności – teatr otworzył się na aktorów wywodzących się z innych krajów. Tym krokiem przełamał deklarowaną tylko otwartość i naprawdę stał się otwarty. Po drugie, to dotykanie węzłowych spraw współczesności, głównych zagrożeń, do których bez wątpienia należy narastająca katastrofa ekologiczna. Przy czym nie chodzi znowu o deklaracje, ale docieranie do głębszych pokładów doświadczeń jednostek, które mogą stać się siłą napędowa przemian zbiorowego myślenia.
W prezentowanych na FMT spektaklach aktorzy demonstrowali gotowość walki o
godność sztuki.
Szczególnie silnie wybrzmiało to w spektaklu „Aktorzy koszalińscy, czyli komedia prowincjonalna” Piotra Rowickiego w reżyserii Piotra Ratajczaka. Twórcy spektaklu, szczególnie wyczuleni na metrykalną prawdę, ukazują bez upiększeń losy aktorów, którzy związali się z koszalińską sceną. Nawiązując do głośnego filmu Agnieszki Holland „Aktorzy prowincjonalni” docierają do autentycznych źródeł sukcesów i porażek artystów pracujących na prowincji, ich tęsknot marzeń i zaniechań. Nie upiększają rzeczywistości, a jednak tym spektaklem dowodzą swojego przywiązania do teatru, do jego nie zawsze artykułowanych zdań, czasem nawet przytłumionych przez kompromisy i życiowe konieczności, ale wciąż jednak obecnych w świadomości. To właśnie misja docierania do prawdy, taka sam co zawsze, jak choćby przypominał spektakl Teatru im. Wandy Siemaszkowej na podstawie „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa w reżyserii Cezarego Ibera, czy przedstawienie z białostockiego Teatru im. Aleksandra Węgierki – „Śmierć w Wenecji, czyli czego najbardziej żałują umierający” w reżyserii Mikołaja Mikołajczyka.
Może nie wprost, ale na pewno w podtekście o demaskatorskiej funkcji sztuki opowiadają aktorki krakowskiego Teatru im. Słowackiego w adaptacji debiutanckiej powieści Doroty Masłowskiej „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” w reżyserii Pawła Świątka. Kiedy powieść ujrzała światło dzienne 17 lat temu, autorka przez jednych określana była mianem geniusza językowego, obdarzonego społecznym słuchem, przez drugich grafomanką. Okazało się, że swoją twórczością daje żywe świadectwo zmian mentalnych i kulturowych, jakie zachodzą w Polsce pod wpływem triumfującego pochodu płaskiej kultury masowej i żarłocznego kapitalizmu. Masłowska ukazuje pokłady agresji, wyhodowanej na pożywce pędu do kariery, posiadania rzeczy i odrzucenia norm moralnych. Od debiutu interesują ją peryferia i środowiska szczególnie podatne na pokusy świata rozpasanej konsumpcji. Jej błyskotliwy debiut (Nagroda Nike) ukazany po latach, na scenie błyszczał nowością, zaskakującą nawet autorkę (w końcu to FNT) za sprawą świetnego zamysłu adaptatora (Mateusz Pakuła), który rozpisał tekst wyłącznie na postaci kobiece. Na scenie nie zobaczymy więc głównego bohatera powieści, prowincjonalnego macho Silnego, ale galerię kobiet z jego otoczenia, które prezentują aktorki szkicujące także efemeryczne rysunki mężczyzn. Spektakl z wielką siłą dowodzi, jak niebezpieczne wzorce rodzi w Polsce populizm i ksenofobia. Koncertowo zagrany – staje się rewersem pierwszoplanowej opowieści o
akceptacji innego.

Księga wyjścia (38)

Ballada o popsutym świecie.

Kilka tygodni temu pisałem o fundacji Edu Afryka i dzieciach z Beninu i Togo. Pisałem o obrazach młodych artystów. Tym którzy nie czytali, pokrótce przypomnę. Często są to dzieciaki, które pierwszy raz w życiu trzymały w rękach kredki albo farby.
Namalowały swoje pierwsze w życiu prace, które po oprawieniu i dołączeniu zdjęcia autora, sprawiają niesamowite wrażenie. Zaczynam felieton od tej informacji ponieważ pojawiła się szansa, by zdobyć takie dzieło. Żeby dowiedzieć się jak to zrobić wystarczy przyjść w najbliższą niedzielę do Kawiarni Nowa Prowincja w Krakowie przy ulicy Brackiej. Naprawdę warto.
Obrazy oprawione, wraz ze zdjęciem autora świetnie wyglądają na ścianie. Rysunki są o tyle ciekawe, że nie zostały inspirowane żadnym wzorem, żadnym innym autorem, malarzem, czy wskazówką dorosłych. Każda linia, plama wzór, są ich własne. Własne i pierwsze.
Nie są żadną kopią i przedstawiają świat, dokładnie taki, jaki te dzieciaki widzą wokół siebie i w swojej wyobraźni. O fundacji Edu Afryka jeszcze pewnie nie raz będę pisał, bo jest to jedna z niewielu organizacji, której działanie nie ma nic wspólnego z charytatywą, litością, wnioskami na grubą kasę, ot zebrała się grupa zapaleńców z pomysłem zrobili zrzutkę i zaczęli działać. Podobnie jak załoga kutra Sea Watch.
Już ponad miesiąc spisuję kominy w podwarszawskich miejscowościach, ale dopiero teraz wpadłem na to, by przeczytać napis na identyfikatorze, który noszę na szyi. Brzmi on: „Program ograniczenia niskiej emisji”. Prawdę mówiąc zgłupiałem. Byłem przekonany, że chodzi o wprowadzenie niskiej emisji, a już na pewno nie jej ograniczanie. Łażę z tym napisem wmawiając ludziom, że smog, że zdrowie, że dzieci i że czyste powietrze, na dowód prawdziwości słów pokazuję identyfikator nie wiedząc że robię z siebie idiotę.
Na szczęście chyba nikt go jeszcze nie przeczytał. Gminna pieczątka wystarcza. Teraz sam zacząłem się śmiać ze swojego refleksu i bezmyślności. Tak, bezmyślności, przecież wiem jak pracują rady różnego szczebla i jakie pomysły miewają ich członkowie. Każdego dnia zakładam na szyję informator, że tak naprawdę wprowadzam program zwiększania emisji spalin, i idę spisywać te kominy, by według urzędowego wpisu kopciły bardziej niż dotychczas.
Gdy zaczynałem chodzić z tymi ankietami, zapomniałem, że radni często w swoich uchwałach starają się tak komplikować język, by wydawał się on mądrzejszy. A według powszechnego przekonania – zwłaszcza urzędników – im bardziej niezrozumiały, tym waga jego rośnie i brzmi poważniej. Do tego każdy radny chcąc podkreślić swoją aktywność dorzuca od siebie jakieś „trudne” słowo, reszta uzna je za właściwe, w całości wygląda dobrze, a swym doborem i mnogością słów podkreśla powagę urzędu.
Protokolant zanotuje i wychodzi na świat taki tworek, który znaczy zupełnie coś innego, niż znaczyć miało i przeczy temu co robimy.
Mogę mieć pretensje tylko do siebie, że tak późno wpadłem, by to przeczytać. A z drugiej strony jestem tylko wynajętymi nogami, które mają jedynie złazić określony teren i zapisać to, co się gdzieś zagubiło w otchłani urzędowego archiwum.
A nogi nie muszą myśleć. Nawet jeśli są to nogi z szyją, szyją służącą jedynie do wieszania identyfikatora. Zaczyna się powoli czas świąteczny.
Z okien wiejskich domów widać już przygotowane lampki do przystrojenia domów. Z niektórych nawet choinki. Czasami zazdroszczę mieszkańcom stabilizacji, spokoju, rodziny i ułożonego życia. Chociaż wiem też, że niejednokrotnie są to pozory. Pewnie są ludzie, którzy chcieliby żyć jak ja. Ktoś, kto nie ma nic do stracenia, może pozwolić sobie na mówienie tego co myśli. Nic do stracenia i nic do zyskania. Gdybym miał jeszcze raz wybierać, nie jestem pewien czy ponownie skrecilbym w tę właśnie drogę.
Prawdę mówiąc zawsze chciałem tak żyć jak teraz, ale przechodząc obok, gdy po zmroku zerkam w mijane okna i widzę szczęśliwych ludzi, bywa że nachodzą mnie wątpliwości.
Dosyć tej nostalgii, poza życiem rodzinnym po zmroku widzę głównie telewizyjne odbicia w szybach pokazujące celebrytów w świątecznej scenerii namawiających do świątecznej miłości i dobra. W rogu ekranu numer konta, na które można wspomnianą miłość i dobro wpłacać. Zaczęła się pora bombardowania empatią.
Czyli żniwa dla charytatywy. Ale tego numeru konta już z ulicy nie widać, choć nietrudno się domyślić, bo zwykle są to jakieś fundacje. Zupełnie inne od tych, z początku felietonu. Przy takich akcjach zwykle szlag mnie trafia. Podobnie jak przy balach charytatywnych, o których już nawet pisać mi się nie chce.
Im bliżej świąt, tym i ludzie trochę milsi, bardziej skłonni do pomocy, chociaż też i zabiegani. Dlatego łatwiej trafić w ich czułe punkty, jakieś wyrzuty sumienia lub inne emocje, i wyrwać trochę przelewów, które zasilą biura, administrację, pensje pracowników, a jak coś zostanie to wyselekcjonowana „gwiazda”, wręczy potrzebującemu.
Następnego dnia o potrzebującym wszyscy zapomną, ale w pamięci zostanie postać gwiazdy „ależ to cudowna osoba”. Dotychczas poznałem wiele fundacji i stowarzyszeń. Podzieliłem je sobie według własnych kategorii. Czasami istnieją tylko po to, by utrzymać na topie jakiegoś celebrytę, niektóre powstały, bo ktoś znał przepisy, potrafił napisać projekt i mimo, że nie ma pojęcia o wymienionym problemie, to dostaje kasę z górnej półki i albo robi jakieś głupie, pozorowane działania, albo rozpisuje fikcyjnie wydatki.
I te, które nazwałbym korpofundacjami. Niejednokrotnie koszt ich funkcjonowania przewyższa wydatki na jakąkolwiek pomoc, a pomoc odbywa się zwykle w obecności reporterów i wszechobecnych kamer telewizyjnych.
Jakże to różne od fundacji opisanych na początku. Charytatywa powinna odejść wraz ze średniowieczem, a wszelkie ludzkie problemy i potrzeby winny być załatwiane systemowo. Póki jednak świat działa tak jak działa, to zapaleńcy jak załoga Sea Watch i Edu Afryka będą bardzo potrzebni. Pytanie jednak, czy pozostałe fundacje też?

Post Scriptum – nowe pismo literacko-artystyczne

Po 1989 roku pisma literackie i artystyczne raczej znikały niż się pojawiały. Wiele pism literackich, takich jak n.p. „Literatura”, „Kultura”, „Miesięcznik Literacki” , „Przegląd Kulturalny” i szereg innych należy już tylko do historii prasy kulturalnej. Także te, które powstały po 1989 roku, jak „Wiadomości Kulturalne” zostały „zaduszone” przez ówczesne kierownictwo Ministerstwa Kultury i Sztuki spod znaku obozu „solidarnościowego”.

Powstało sporo nowych pism, ale w porównaniu z okresem PRL ich oddziaływanie ma charakter niszowy i marginalny. Od lat egzystencja takich pism jest szczególnie trudna, stąd wypada życzliwie powitać każdą nową inicjatywę w tym zakresie.
Właśnie wystartowało nowe pismo literacko-artystyczne o nazwie „Post Scriptum” i tak się ono przedstawia: „I z tego, co widać, start był udany, bo po zaledwie dwóch numerach grupie artystów i dziennikarzy udało się zdobyć sporą przychylność ze strony szerokiego grona czytelników. W środku znajdziecie: poezję, zabawne felietony, niepublikowane nigdzie opowiadania bardziej i mniej znanych pisarzy, performance, fotografię, malarstwo, rzeźbę, teatr i wiele innych dziedzin sztuki oraz dział Rozmaitości, w którym zmieścił się w ostatnim numerze reportaż z trekkingu po Himalajach. O swojej twórczości i życiu prywatnym opowiadali na łamach kwartalnika między innymi: nagradzana na całym świecie malarka Maja Borowicz, polsko-holenderska fotografka Ewa Ćwikła, pisarka Małgorzata Warda, pisarze Alek Rogoziński i Maciej Siembieda. W jednym z najbliższych numerów dowiecie się np., co szalonego ma ochotę zrobić Katarzyna Groniec. (…)
Poczujcie ten klimat artystycznego, lekko dusznego pubu z niepowtarzalną, wyjątkową atmosferą, spotkajcie się z artystami i ich sztuką bez patosu i zadęcia, czasem pół-serio, prywatnie, niemalże intymnie.
Tam możecie chłonąć, bo słowo „obejrzeć” to zdecydowanie za mało, niecenzurowane fotografie – w tym piękne akty, poznać dziedziny sztuki, o których być może nie mieliście dotąd pojęcia (na przykład tektografia). Pismo nie publikuje żadnych materiałów reklamowych. Jest całkowicie niezależne, utrzymywane wyłącznie z symbolicznej opłaty rocznej za subskrybcje.
Pismo ukazuje się w wersjach polskiej i angielskiej.

https://www.facebook.com/Post-Scriptum-391179604807806/

Losy myśliciela w płynnej nowoczesności

„Polski Żyd, komunista, jeden z najbardziej znanych myślicieli przełomu XX i XXI wieku. Marksista, który przeżył drogę od ideologicznego fanatyzmu do przenikliwej krytyki współczesności. Przetrwał Holocaust dzięki Związkowi Radzieckiemu. Żołnierz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (…). Wygnany z Polski w 1968 roku. Do Rosji uciekał przed faszyzmem, do Izraela przed polskimi komunistami, do Anglii przed izraelskimi nacjonalistami.

Znany na całym świecie wybitny socjolog. Oskarżany o relatywizm, ale cytowany przez Benedykta XVI i doceniony przez papieża Franciszka. Autor pojęcia „płynna nowoczesność”, które zrobiło zawrotną karierę w naukach humanistycznych, a także idei Holocaustu jako ubocznego produktu Oświecenia”.
Tak przedstawia książkę biograficzną Dariusza Rosiaka poświęconą Zygmuntowi Baumanowi jej edytor, krakowskie wydawnictwo Mando. A co może o niej powiedzieć piszący te słowa, jej czytelnik, po lekturze?
Nie jest to biografia intelektualna Zygmunta Baumana (1925-2017), nie jest to analiza jego myśli socjologicznej. To opowieść dziennikarska, publicystyczna, po części reporterska (autor poleciał choćby do Tel Avivu by spotkać się z wnukiem Baumana). Owszem, poświęcone myśli socjologicznej Baumana passusy rozproszone są w całej materii książki, zwłaszcza w rozdziałach poświęconych jego pracy naukowej w Izraelu i Wielkiej Brytanii. Owszem, w rozdziale „Płynność” autor opowiada z kolei o tym aspekcie myśli socjologiczno-antropologicznej Baumana, który przyniosła mu światową sławę analityka, więcej – intelektualnego proroka współczesności, guru współczesnej socjologii światowej, twórcy pojęcia „płynnej nowoczesności”. Jednak „Bauman” Dariusza Rosiaka to przede wszystkim opowieść o życiu wielkiego myśliciela, od jego poznańskiego dzieciństwa i wczesnej młodości, poprzez losy wojenne w ZSRR, włączenie się po 1944 roku w budowanie i utrwalanie nowego ustroju, działalność woskowo-polityczna w jednostkach KBW, uważana za najbardziej kontrowersyjny aspekt jego biografii, intensywne, a nawet fanatyczne zaangażowanie w stalinizm, a następnie głębokie rozczarowanie, jakie przyniosły mu tzw. wydarzenia marcowe 1968, odejście z PZPR a następnie emigracja do Izraela (akurat w przypadku rodziny Baumana nie pociągiem z Dworca Gdańskiego w Warszawie, ale własnym volkswagenem przez granicę czechosłowacką i dalej), aż po lata na uniwersytecie w angielskim Leeds i niebezkolizyjne (głośne demonstracje przeciwników na wykładach uczonego) powroty do Polski. Rosiak do swojej pracy wykorzystał wiele źródeł, w tym fragmenty osobistej korespondencji Baumana oraz wypowiedzi przyjaciół, znajomych, współpracowników (n.p. Krzysztof Pomian) i członków rodziny (córka, wnuk), a także współczesnych intelektualistów różnego autoramentu (n.p. ksiądz prof. Alfred Wierzbicki czy Agata Bielik-Robson) komentujących niektóre aspekty sylwetki Baumana. Te które się w książce znalazły, są interesujące, jednak uderza w niej zasadniczy brak bezpośrednich (w niektórych przypadkach przywołane są cytaty z ich wypowiedzi z różnych okazji i źródeł) wypowiedzi szerszego kręgu ważnych protagonistów tamtych czasów, czyli choćby (poza nielicznymi wyjątkami) jego towarzyszy z okresu przynależności do PZPR. Pojawiają się co prawda dość obszerne wypowiedzi Andrzeja Werblana, ale jako cytaty z innych publikacji. Brak także wypowiedzi żyjących osób ze środowiska „komandosów” z Adamem Michnikiem i innymi na czele. Brak także szerszego „pakietu” wypowiedzi kolegów po fachu Baumana (wypowiedzi socjolog Niny Kraśko dotyczą raczej sfery osobistego losu uczonego), które wzbogaciłyby jego intelektualny wizerunek. Do wyjątków należą bardzo interesujące uwagi bliskiego współpracownika Baumana, dziś profesora Jerzego J. Wiatra, wybitnego socjologa, a także analityka sceny politycznej. W jednym szczególe, bardzo drobnym, marginalnym mam wątpliwość natury faktograficznej. Czy Grzegorz Roman, w 1968 roku młodociana, właściwie dziecięca, tytułowa gwiazda telewizyjnego serialu „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” mógł pomagać życiowo, w okresie niedostatku, jednemu z członków rodziny Baumana w uzyskaniu płatnego zajęcia?
Nie zamierzam jednak koncentrować się na jakichkolwiek mankamentach tej książki, tym bardziej, że nie znam przyczyn braku na jej stronach wspomnianego kręgu osób. Jak znam dziennikarskie życie, mógł mieć autor trudności w uzyskaniu zgody na wypowiedź ze strony wielu ważnych osób. Znam ten syndrom niechęci do powrotu do przeszłości, który występuje u sporej liczby dawnych protagonistów zdarzeń, nie tylko politycznych. Nie wszyscy z nich zostali naznaczeni duchem pamiętnikarstwa i kronikarstwa. Imperatyw, potrzeba wspominania bynajmniej nie u wszystkich występuje. Stosowany czasem przeze mnie w stosunku do nich argument „świadectwa dla potomności” kwitują czasem nawet z lekką drwiną i machnięciem ręki, które przyjmuję z pokorą, ale bez satysfakcji. Dlatego na koniec podkreślę walory tej książki: trafne ujęcie sylwetki Zygmunta Baumana, sięgnięcie – mimo powyższych uwag – po szeroki zakres źródłowy i klarowną potoczystość narracji, która czyni tę lekturę przyjemną. Przez tę książkę się nie brnie, przez nią się „płynie”, jak przez nowoczesność. Do tego autor pomieścił bogatą bibliografię i obszerny indeks nazwisk, więc każdy czytelnik zainteresowany życiem i myślą Zygmunta Baumana może sięgnąć po zawarte w niej źródła.

Dariusz Rosiak – „Bauman”, wyd. Mando, Kraków 2019, str. 253, ISBN 978-83-277-1734-4

Krążyły o nas legendy

– Większość, choć na pewno nie wszystkie, z naszego wychowanego bardzo tradycyjnie pokolenia, to były grzeczne, cnotliwe, niedotykalskie dziewczyny, marzące o miłości, o jedynym ukochanym, o małżeństwie i dzieciach – z Joanną Jędryką rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Po raz pierwszy pojawiła się Pani na ekranie filmowym w 1961 roku w „Historii żółtej ciżemki” Sylwestra Chęcińskiego, ale w czołówce Pani nie występuje…

To normalne, studentów się nie umieszczało w czołówce z braku zawodowych uprawnień. Poza tym było to bezpieczne, bo obejmował nas zakaz występowania w filmach, z dzisiejszego punktu widzenia bezsensowny, ale obowiązywała doktryna, chyba jeszcze przedwojenna, że film tylko psuje aktora. W przypadku łódzkiej szkoły filmowej, w której studiowałam, było to szczególnie absurdalne, ale tak stanowiły przepisy. A jeśli nas nie było w czołówce, to nie było dowodu na wzięcie w filmie udziału. A, nie, przepraszam, przez ekran przemazałam się dwa lata wcześniej, w 1959 roku, jeszcze przed studiami, w niemym epizodzie, w „Miejscu na ziemi”, poza tym jeszcze w „Głosie z tamtego świata”, w „Dwóch panach N”, w „Panience z okienka”.
Ale już w 1965 roku, znalazła się Pani w czołówce, pod swoim nazwiskiem, obok całej plejady aktorskiej ze Zbigniewem Cybulskim na czele, w roli Zibeldy, księżniczki muzułmańskiej w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa…

To już było blisko końca studiów więc ryzyko było mniejsze. Nie mogłam odrzucić takiej nęcącej propozycji.
Wystąpiła tam Pani w rozbudowanym epizodzie u boku sławnego już wtedy Zbigniewa Cybulskiego i Igi Cembrzyńskiej. Miała Pani tremę?

Ogromną. To był aktor-legenda. Gdy oglądam od czasu do czasu tę scenę, to słyszę, przypominam sobie tę moją tremę w nieco stłumionej, lekko drżącej emisji głosu. Bardzo sobie cenię sam tylko udział w tym dziele sztuki filmowej sławnym w całym świecie. Podobno jedno z kin nowojorskich wyświetla go na okrągło i są kluby fanów filmowego „Rękopisu”.

O realizacji tego filmu we wrocławskiej wytwórni krążyły legendy dotyczące bogatego życia towarzyskiego w przerwach między zdjęciami, aranżowanego przez Hasa. Uczestniczyła Pani w tym?

Ależ skąd. Po planie szłam grzecznie do pokoju hotelowego spać. Nie uczestniczyłam w żadnej bibce, choć mnie namawiano. Wie pan, o nas dziewczynach z tych lat, zwłaszcza o aktorkach krążyły legendy, mity o naszej rzekomej rozwiązłości. Widzowie, jak to często i do dziś mają w zwyczaju, utożsamiali nas z granymi przez nas rolami kochliwych bohaterek. Tymczasem większość z nas, na pewno nie wszystkie, z naszego wychowanego bardzo tradycyjnie pokolenia, to były grzeczne, cnotliwe, niedotykalskie dziewczyny, marzące o miłości, o jedynym ukochanym, o małżeństwie i dzieciach.

W tym samym 1965 roku zagrała Pani w filmie swojego późniejszego męża, Stanisława Jędryki, w „Wyspie złoczyńców” według powieści Nienackiego.

I po nim posypały się propozycje. Zagrałam m.in. epizod w „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” u Tadeusza Chmielewskiego, u Jerzego Gruzy w „Dzięciole” czy u Romana Zaruskiego w „Zarazie”. Przyszły propozycje także z seriali, m.in. zagrałam w serialu „Kapitan Sowa na tropie”, „Doktor Ewa” czy „Stawiam na Tolka Banana”, a także od autorów „Stawki większej niż życie”, gdzie zagrałam w odcinku „Genialny plan pułkownika Krafta”. Passendorfer z kolei uparł się, żeby to mnie akurat postawić jako żołnierkę kierującą ruchem w jego filmie wojennym „Kierunek Berlin”.

Jednocześnie zaczęła Pani karierę sceniczną w Teatrze Powszechnym im. Stefana Jaracza w Łodzi…

Byłam tam trzy sezony od 1964 do 1968 roku. Zagrałam między innymi Honey w „Kto się boi Virginii Woolf” w reżyserii Ewy Bonackiej czy Abigail w „Czarownicach z Salem” Millera. Feliks Żukowski wystawił na scenie „Ogniem i mieczem” według Sienkiewicza, powierzając mi rolę Anusi i kilka lat później zaowocowało to powierzeniem mi przez Pawła Komorowskiego tej samej roli w jego serialu „Przygody pana Michała” według „Pana Wołodyjowskiego”. W tym samym 1968 roku zwrócił na mnie uwagę związany z Łodzią Kazimierz Dejmek i zaprosił mnie do warszawskiego „Ateneum” do roli w jednej ze sztuk Czechowa i tak w tej Warszawie zostałam. Zagrałam w „Ateneum” m. in. w „Sonacie Belzebuba” Witkacego w reżyserii Wandy Laskowskiej, Hannę w „Głupim Jakubie” Rittnera w reżyserii Jana Świderskiego, w „Kurdeszu” Brylla w reżyserii Janusza Warmińskiego, Ingrydę w „Peer Gyncie” Ibsena w reżyserii Macieja Prusa, Daszę Szatow w „Biesach” Dostojewskiego w reżyserii Warmińskiego, księżniczkę Eboli w „Don Karlosie” Schillera w reżyserii Prusa, Nataszę w „Na dnie” Gorkiego w reżyserii Świderskiego, Solange w „Balu manekinów” Warmińskiego według Bruno Jasieńskiego.

Pamiętam też Panią z roli Gniewu w „Tragicznych dziejach doktora Fausta” Christophera Marlowe w reżyserii Macieja Prusa i w roli Violetty w bardzo głośnym i popularnym spektaklu „Kuchnia” Haskella Wekslera w inscenizacji Janusza Warmińskiego, no i w jego spektaklu „Panna Tutli-Putli” Witkacego.

Z tą „Kuchnią” była o tyle zabawna historia, że publiczność masowo „waliła” na ten spektakl znęcona tematem kuchennym i zapowiedzią dobrej, pikantnej zabawy, choć był to trudny spektakl-metafora filozoficzna. Paradoks polegał na tym, że w momencie, gdy bardzo się aktorsko spełniłam w „Ateneum”, zdobyłam doświadczenie i szlify aktorskie w wybitnym zespole, Edward Dziewoński zaproponował mi w 1975 roku współpracę ze swoim „Kwadratem”, teatrem lżejszej muzy.

Wahała się Pani?

Bardzo, miałam ogromny dylemat, czy odejść z prestiżowego „Ateneum”, gdy byłam tam na wznoszącej się fali. Jednak pan Dziewoński, Dudek, był tak sugestywny, tak czarujący i obiecujący, tak mi zakręcił w głowie, że się zdecydowałam, wypełniając tylko ostatnie zobowiązanie wobec „Ateneum”, rolę Rosiki w „Onych” Witkacego.
Pierwszą rolę w „Kwadracie” zagrała Pani w popularnym spektaklu „Bożyszcze kobiet” Neilla Simona…
To był jeszcze występ gościnny, na etacie znalazłem się dopiero od 1979 roku, od roli Danki w „Pamiętniku pani Hanki” według Dołęgi-Mostowicza. W międzyczasie trafiła mi się rola Ruth w „Niemcach” Kruczkowskiego na Woli i potem grałam trochę naprzemiennie, w „Kwadracie” i „Na Woli”. W „Kwadracie” na przykład w głośnym „Się kochamy” w reżyserii Marcina Sławińskiego, potem dwa razy w realizacjach Wojtka Pokory, potem znów „Na Woli” w „Ani z Zielonego Wzgórza” u Marka Obertyna i tamże także w widowisku historycznym „Kościuszko pod Racławicami” Ludwika Anczyca w reżyserii Bohdana Augustyniaka.

Dwie Pani ostatnie role teatralne zagrała Pani w „Teatrze Ochoty”, Eugenię w „Tangu” Mrożka w reżyserii Zdzisława Wardejna i panią Dobrójską w „Ślubach panieńskich” Fredry w reżyserii Tomasza Mędraka. I na tym Pani droga teatralna zakończyła się, patrząc na metrykę zdecydowanie przedwcześnie. Dlaczego?

Jakoś zabrakło dla mnie propozycji. To były końcowe lata 90-te i początek lat 2000, bardzo trudne i kryzysowe dla teatru. Od czasu do czasu interesował się mną film, w 1994 roku zagrałam n.p. w „Pannie z mokrą głową” według Makuszyńskiego.
Bardzo wcześnie zainteresował się też Panią Teatr Telewizji, a konkretnie jego łódzki ośrodek. Była to rola Mady Műller w dokonanej w 1967 roku inscenizacji na motywach „Ziemi Obiecanej” Reymonta, w reżyserii Tadeusza Worontkiewicza.
Tak, bardzo skromnej, czarno-białej, w całkowicie łódzkiej obsadzie, którą chyba mało kto dziś pamięta. Dopiero osiem lat później powstał wielki film Andrzeja Wajdy. Traf sprawił, że kilka lat później, w 1971 roku, znów zagrałam rolę, która sławna stała się dopiero w filmie Jerzego Antczaka „Noce i dnie”, w wykonaniu Barańskiej, mam na myśli rolę Barbary Niechcicowej. Potem Jan Świderski po raz drugi, tym razem w telewizji, zaangażował mnie do roli Hanki w „Głupim Jakubie” Rittnera, gdzie zagrałam z Andrzejem Sewerynem. Wkrótce, też w jego reżyserii, Petra we „Wrogu ludu” Ibsena i Klara w „Zemście” Fredry. Byłam też Leonorą w „Długim obiedzie świątecznym” Wildera w reżyserii Augustyniaka, Kropeczką w „Świerszczu za kominem” według Dickensa u Konstantego Ciciszwili.

Pamiętam też Pani Heloizę w „Heloizie i Abelardzie”, Solange w telewizyjnej wersji „Balu u manekinów”, Helenę Trojańską w „Odprawie posłów greckich” Jana Kochanowskiego w reżyserii Zbigniewa Zapasiewicza, Laurę w „Przedwiośniu” według Żeromskiego w reżyserii Wojciecha Solarza.

A współpracę z Teatrem Telewizji zakończyłam, to znaczy ostatnią propozycję dostałam w roku 1997. To była siostra Flavia w „Port Royal” Montherlanta.

W ostatnich latach widzowie Panią głównie w rolach serialowych, w „Barwach szczęścia”, „Na dobre i na złe”, M jak miłość”, „Glinie”, „samo życie”.

No cóż, dla aktorek w moim wieku nie ma dziś na ogół ról w teatrze i kinie. Pozostają nam seriale, ale nie mam tego losowi za złe. To też jest uprawianie zawodu. Cenię sobie, że reżyserzy pamiętają o mnie.

Czuje się Pani spełniona w zawodzie?

I tak i nie. Przez lata czułam się trochę jak Kopciuszek wśród wielkich gwiazd, ale może to tylko efekt mojego usposobienia.

Dziękuję za rozmowę.

Joanna Jędryka – ur. 1 stycznia 1940 roku w Trembowli. Absolwentka Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Teatralnej i Telewizyjnej w Łodzi (1965). W latach 1965-1968 występowała w Teatrze Powszechnym im. Stefana Jaracza w Łodzi, w latach 1968-80 w Teatrze Ateneum w Warszawie, w latach 1980-89 w Teatrze Kwadrat w Warszawie.

 

Irlandczyk: USA bez cenzury

Zastrzec należy, że produkcja Netfliksa to ani głęboki film psychologiczny, ani świetne kin obyczajowe. To film, którego polityczność jest przy tym dość oczywista i bezpośrednia. Niestety nie dla większości polskich recenzentów, chociaż bez tego kontekstu niej prawidłowe odczytanie znaczenia filmu staje się niemożliwe.

Obraz Martina Scorsese jest bez wątpienia przełomowy. To pierwszy tak bardzo mainstreamowy, amerykański film, który z dokumentalnym wręcz zacięciem pokazuje powiązania władzy, czy też czołowego amerykańskiego związku zawodowego z amerykańską mafią. To także pierwsze dzieło, które tak otwarcie pokazuje przestępcze powiązania Kennedych – zwyczajowo wybielanych za wszelką cenę. Przy okazji pozornie niewinnej politycznie fabuły dokonuje się pełna demistyfikacja amerykańskiego kapitalizmu, a system „amerykańskiej demokracji” staje się nagi. Przygody tytułowego gangstera, który staje się mordercą do wynajęcia i eliminuje kolejnych przeciwników z mafijnego układu to drobny element historii.

Scorsese nie szuka przestępców pośród sprawiedliwych. Jego teza jest prosta: system polityczno-gospodarczy USA jest systemem przestępczym, gdzie wszystkie szczeble władzy są uzależnione od współpracy z mafią, To ona umożliwia zwycięstwo w wyborach prezydenckich: przeżartych korupcją i działających na zasadzie kapitalistyczno-przestępczej licytacji. Ostatecznie to także ta współpraca nieomalże nie doprowadza do wojny atomowej i zagłady świata, ponieważ to właśnie amerykańska mafia usilnie wpływa na rząd Stanów Zjednoczonych, by ten z całych sił walczył o odzyskanie Kuby. Po co? Dla zysku z tamtejszych kasyn. Scena, kiedy lekko skonsternowani gangsterzy pośrednio orientują się, że ich wpływy mogą przynieść zagładę całej planecie jest zresztą jedną z najmocniejszych.

Krew się leje

Film unaocznia, jak mafia brała czynny udział w uzbrajaniu najemników, których wysłano potem przeciwko kubańskim rewolucjonistom w ramach Inwazji w Zatoce Świń. Sam Fidel Castro – choć obecny w filmie tylko symbolicznie – jest w zasadzie jedynym jednoznacznie pozytywnym bohaterem całego dzieła, którego zresztą mafia solidarnie pragnie zlikwidować.
Nie da się tego powiedzieć o ukazanym na ekranie związku zawodowym. Jego lider Jimmy Hoffa żyje ze współpracy z mafią i stale użycza jej nawet związkowych środków. Penetracja władz ruchu związkowego przez przestępczy/szkodliwy element to jeden z głównych tematów całego filmu. To również element, któremu należałoby się też szerzej przyjrzeć również i w polskim kontekście.
Nieprzypadkowe w filmie są także wyświetlane wciąż „paski informacyjne”, które pojawiają się przy co drugiej filmowej postaci i informują nas o tym, jak skończyła. Kilka kul w głowę. Znaleziony martwy. Zabity w czasie strzelaniny… Zgon z przyczyn naturalnych to naprawdę rzadki przywilej. Przypadek zabójstwa Marka Papały, który do tej pory stanowi gorący temat dla polskich mediów w USA byłby raczej dość krótkim, medialnym przerywnikiem. W tym momencie rodzi się też fundamentalne pytanie. Jaka demokracja może być importowana z kraju, gdzie w taki sposób wyglądają rzeczywiste relacje władzy?

Gorzka prawda

„Irlandczyk” nie jest żadną fantazją. To film historyczny, z realnymi postaciami i historiami, które naprawdę się wydarzyły. W zasadzie powinien to być też film absolutnie obowiązkowy dla wszystkich, którzy dalej uważają, że amerykańska polityka może być dla Polski jakimkolwiek wzorem. Wyobraźnia polskich polityków, którzy USA mają wciąż za kolebkę wolności, cywilizacji, wyższej kultury politycznej jest w rzeczywistości totalnie wypaczona kolonialnymi wyobrażeniami na temat nieosiągalnego ideału, jaki dla peryferii stanowi zawsze stolica wielkiego imperium. W praktyce okazuje się, że stolica jest kolebką dla przestępczości zorganizowanej i bezlitosnych kryminalistów, a polityczne sprawy załatwia się tam w obowiązkowej współpracy z wybranymi bossami świata mafijnego. W takim kontekście przykładem zbliżania się Polski do amerykańskich wzorów może być raczej sprawa szefa NIK i jego kontaktów ze światem kryminalnym.

Film Martina Scorsese to także nowa jakość kina gangsterskiego. W radykalny sposób zrywa z pokazywaniem gangsterów, jako herosów, którzy zdobywają duże pieniądze, a potem wracają do kochającej, bezpiecznej familii. Tu sytuacja jest zupełnie inna: rodziny zamieszanych we współpracę z mafią praktycznie stale drżą o własne życie. Żona jednego z głównych bohaterów boi się przekręcić kluczyki w stacyjce: nie wie bowiem, czy nie podłożono jej bomby. Rodziny świetnie wiedzą, czym zajmują się „bohaterscy tatusiowie”. Tradycyjna, religijno-konserwatywna otoczka działa wyłącznie w charakterze pustej symboliki.

W „Irlandczyku” elementy rodem z dawnej wiary w american dream mieszają się z zupełnie bezlitosną i amoralną walką o władzę. Wzlot Franka Sheerana to stawanie się trybikiem w gangsterskiej maszynie, działającej zgodnie z życzeniem najsilniejszych. Sceny morderstw, którymi zajmuje się Frank, są krótkie, przepełnione racjonalnością zabójcy i pokazane jako element załatwiania interesów. Natomiast powrót do domu po „mokrej robocie” nigdy nie przynosi satysfakcji i poczucia bezpieczeństwa.

Nie ma sprawiedliwości

Zbrodnia bez kary jest nie tylko możliwa, ale i oczywista, do załatwienia. Tytułowy „Irlandczyk” kończy swoje życie spokojnie. Ostatnie chwile spędza w luksusowym domu opieki i nie dosięga go żadna sprawiedliwa kara. Spowiada go ksiądz, któremu nie chce się wnikać w jego gangsterskie czyny. Natomiast wielce spóźnionym państwowym służbom „Irlandczyk” nawet po latach nie wyjawia tego, co naprawdę zaszło w czasie popełnianych przez niego zbrodni. Zmowa milczenia trwa wiecznie, wyrzuty sumienia stają się elementem dawnej pracy, ewentualną historyjką do opowiadania na emeryturze.

A ofiary? Zwyczajnie znikają, jak Jimmy Hoffa, kiedy bardzo skromnie się mafii postawił. On zostaje odnaleziony dopiero w kinie, dzisiaj. Być może nie na próżno. Ale sam fakt, że umiarkowanie precyzyjną wiedzę o tym wszystkim otrzymujemy dopiero 40 lat po fakcie daje już dużo do myślenia.

Opus magnum Olgi Tokarczuk

Sztokholm, 10 grudnia 2019.

We wtorek 10 grudnia w Sztokholmie Olga Tokarczuk odbierze literacką Nagrodę Nobla za rok 2018 i wygłosi zwyczajową mowę. W paryskich księgarniach można natrafić na stoliczki-„ołtarzyki” poświęcone tegorocznej noblistce. Obok wystawionych egzemplarzy jej prozy – niewielki portret pisarki. Tak jest zarówno w księgarni przy peryferyjnej, wschodniej ulicy Bagnolet, jak i w księgarni w prestiżowym miejscu, przy place du Théatre Français, naprzeciwko gmachu Comedie Français. Księgarnia Polska przy bulwarze Saint Germain ozdobiła wizerunkiem Olgi Tokarczuk i jej książkami całą swoją witrynę.

Kulturowy klimat

Warto zauważyć, że nawet w tytule francuskiego wydania, które edytorsko oparte jest w pełni na polskim wydaniu krakowskiego Wydawnictwa Literackiego, z zachowaniem niemal identycznego graficznego kształtu okładki, układu tekstu łącznie z paginacją oraz ilustracji, nie ma żadnego przetworzenia na modłę francuską. Z „Jakuba” nie został zrobiony żaden „Jacob” czy „Jacques”. Tytuł francuski brzmi „Le livres de Jakób”, czyli zachowano nawet polski znak diakrytyczny – „ó z kreską”, „zamknięte”.
Świadczy to o drobiazgowej pieczołowitości tłumacza i edytora, by starannie oddać nie tylko treść ale i kulturowy klimat korzeni tej powieści.
W jednym z wywiadów po przyznaniu jej literackiego Nobla pisarka powiedziała, że jej pierwsza myśl, gdy dowiedziała się o werdykcie była taka, że nagrodzono ją właśnie za „Księgi Jakubowe”, choć później okazało się, że także za „Biegunów” i za „Dom dzienny, dom nocny”.
Pójdźmy jednak za pierwszą myślą i zatrzymajmy się przy opus magnum Olgi Tokarczuk, przy „Księgach Jakubowych” właśnie. Opatrzone podtytułem „Księgi Jakubowe albo Wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych”, są w warstwie tematycznej i fabularnej panoramicznym freskiem ukazującym XVIII-wieczną Rzeczpospolitą Obojga Narodów.
Po ogłoszeniu październikowego werdyktu napisałem lakonicznie o „monumentalnych i pełnych rozmachu – godnego „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego – „Księgach Jakubowych” (2014), będących alegoryczną, duchową, poetycką w nastroju, ale w fakturze narracyjnej realistyczną, sensualną, uniwersalistyczną, polifoniczną, także stylistycznie, filozoficzną panoramą XVIII-wiecznej, wschodniej części Europy”. To jest powieść-podróż. Bohaterowie są w nieustannym ruchu, w wędrówce, Podole, Warszawa, Lublin, przez moment miga Wiedeń. Wędrowanie odbywa się powozami, konno, pieszo, bitymi traktami i po osie (lub kolana) w błocie. Jeśli ktoś nie podróżuje, to ktoś inny do niego przybywa.

Porywy uczuciowe

Narracja zaludniona jest dziesiątkami postaci: Żydzi, szlachta, arystokraci, dostojnicy, duchowni, chłopi, nędzarze, wszelki „drobiazg ludzki”, ludzka „menażeria”. Poza „osiowym” bohaterem Jakubem Frankiem, przywódcą sekty żydowskich konwertytów na chrześcijaństwo, pojawiają się też inne postacie autentyczne, jak n.p. biskup Kajetan Sołtyk, poetka Elżbieta Drużbacka, Antoni „Moliwda” Kossakowski, czy ksiądz Benedykt Chmielowski, twórca „Nowych Aten”.
Akcja, momentami jak z powieści przygodowej z XVIII wieku, przeplata się z finezyjnymi strumieniami myśli, aktami świadomości i jakby „odejściami na bok” w postaci pasm filozoficznych dygresji. Są także portrety psychologiczne postaci, porywy uczuciowe, zmysłowe, są też akcenty naturalistyczne, fizjologiczne, jest „niska” warstwa życia – ta powieść nie jest pięknoduchowskim konstruktem literackim, ona żyje, pachnie, słychać ją i widać, jest soczysta.
Kształt, styl i klimat „Ksiąg Jakubowych” chyba najpełniej ze wszystkich utworów oddaje tę najogólniejszą formułę definicji jej prozy, którą sformułowałem po ogłoszeniu werdyktu. „Tokarczuk stworzyła w nich swój odrębny świat, daleki od klasycznego, werystycznego realizmu, osadzony w wyobraźni bliskiej krainom mitologicznym, baśniowym, sferom czucia i intuicji, klimatom newage’owym, bliskim szlachetnym nurtom irracjonalizmu. „Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek” – powiedziała kiedyś.
Proza Tokarczuk, przekładana na wiele języków, przeniknięta jest imperatywem przekraczania wszelkich granic, wyobrażonych i realnych, naznaczona swoistym świeckim panteizmem, miłością do natury traktowanej nie jako przestrzeń zewnętrzna, lecz jako egzystująca z człowiekiem w symbiozie.
Dla Tokarczuk ziemia jest w tej powieści polem swoistego działania „kosmicznej magii”, mistycyzmu i duchowości dalekich od urzędowych religii, co niektórych inspirowało do porównywania jej prozy do latynoamerykańskiego „realizmu magicznego”. Bardzo charakterystyczną cechą prozy Olgi Tokarczuk jest jej bogata erudycyjność, encyklopedyzm, jak i językowe, lingwistyczne, twórcze bogactwo, ewokujące klimat z pogranicza snu, jawy, intuicji, czy tajemnic psychologicznych i parapsychologicznych, rodzących się w podświadomości. „Księgi Jakubowe”, choć odnoszą się fragmentami do motywów politycznych powieścią polityczną nie są.

Pośmiertny mord rytualny

Wpisują się jednak w kontekst współczesnych polskich sporów politycznych Prawica, która niechętnie przyjęła fakt przyznania pisarce literackiego Nobla zarzucała jej już dawno „antypolonizm” i akcentowanie polskiego antysemityzmu. Braun Grzegorz, poseł Konfederacji, mocno ekscentryczny i złotousty syn wybitnego reżysera teatralnego Kazimierza Brauna stwierdził, że Tokarczuk nienawidzi katolicyzmu i że dokonała „pośmiertnie mordu rytualnego na biskupie Kajetanie Sołtyku”, ale ten jak widać, jak przystało na syna erudyty i erudytę, przynajmniej uważnie przeczytał powieść.
W odróżnieniu od ministra kultury, który postanowił oświadczyć, że nie dokończył lektury żadnej powieści Olgi Tokarczuk. Podobno pan Duda Andrzej zaprosił pisarkę do pałacu prezydenckiego, ale widać po nim, że w odróżnieniu od jego oczytanej małżonki, zapala się emocjonalnie tylko gdy mówi o sportowcach oraz „komunistach i postkomunistach”.

Zaniedbany, wilgotny, brudny pałac

Literatura, kultura i sztuka raczej go nie grzeje. Mnie „Księgi Jakubowe” rozgrzały przy lekturze, choćby przy fragmencie, który ewokuje krajobrazy mojego lubelskiego dzieciństwa. Jest w „Księgach” taki oto passus z rozdziału „O smutnych wypadkach w Lublinie”: „Dwa dni później, gdyśmy wjechali na przedmieście Lublina zwane Kalinowszczyzną, nagle posypał się na nas grad kamieni”. (…) Reb Mordke bardzo pragnął zobaczyć Lublin – tu uczył się, gdy był młody i miał wiele wspomnień. Zabraliśmy go więc (…) do miasta, prowadziliśmy powoli uliczkami aż do żydowskiego cmentarza, gdzie leżał jego nauczyciel.
Gdy szliśmy między grobowcami, reb Mordke wskazał ręką na piękny grobowiec, świeżo wystawiony (…) I w tę noc lubelską siedzieliśmy przy starcu w pałacu wojewody, zaniedbanym, wilgotnym, brudnym. Tynk pękał od wilgoci, przez nieszczelne okna wciskał się wiatr”. To jest naprawdę wspaniała literatura.
Jednak na koniec, gwoli sprawiedliwości, żeby nie zatracić się w satysfakcji z sukcesu rodaczki, kilka zdań także o drugim nobliście, tym za rok 2019, Austriaku Peterze Handke. Uderzający jest kontrast między osobowościowymi, duchowymi profilami ich sylwetek i ich prozy.

Uosobienie pragnienia

Olga Tokarczuk to pisarka, która ogarnia świat w geście miłości i powodowana kobiecą intuicją, duchem new age, poszukująca ładu i harmonii z naturą, to uosobienie pragnienia piękna i dobra.
Starszy od niej o pokolenie (rocznik 1942) Handke, to „szerszeń” literatury („Szerszenie” to tytuł jego debiutanckiej powieści z 1966 roku), przynależny do rodzaju pisarzy „wściekłych”, rozsierdzonych do furii, jak jego rodak Thomas Bernhardt, oszalałych w walce z wrogami prawdziwymi i urojonymi, nienawidzący i brzydzący się ludźmi i społeczeństwem, przekorny, złośliwy, bezpardonowy, sarkastyczny, bezlitosny i opryskliwy mizantrop. Ten autor m.in. dramatu (nomen omen) „Publiczność zwymyślana”, powieści „Pełnia nieszczęścia”, „Popołudnie pisarza” czy sławnej dzięki ekranizacji „Leworęcznej kobiety”, jest ze swoją starością, fizyczną abnegacją, zaniedbaniem i chorobami oraz z furią rozjuszonego wojownika, „odrażającym, brudnym i złym” współczesnej literatury.
Na jego tle maluje się w swoim pięknie Olga Tokarczuk, z tymi jej dredami i swobodnymi szatami, wcielenie odwiecznej kobiety ratującej świat zniszczony przez mężczyzn, z jej naturą, intuicją i duchowością, współczesna Gaja literatury – już – światowej.

 

Świat jest tkaniną Tekst przemowy noblowskiej Olgi Tokarczuk.

Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie – to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna.

Kiedy ją potem pytałam o ten smutek – a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo – mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni.

– Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? – pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.

– Ale może też być odwrotnie – odpowiadała. – Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiła mi na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: „Jestem nieobecna”, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: „Jestem” – najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi.

Dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne „teraz”, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem – brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie.

Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. Mówiąc „pierwszoosobowe” mam na myśli ten rodzaj opowieści, który zatacza wąskie kręgi wokół „ja” twórcy, piszącego mniej lub bardziej wprost tylko o sobie i poprzez siebie. Uznaliśmy, że ten rodzaj zindywidualizowanego punktu widzenia, głos z „ja”, jest najbardziej naturalny, ludzki, uczciwy, nawet jeżeli rezygnuje z szerszej perspektywy. Opowiadać w tak rozumianej pierwszej osobie to tkać absolutnie niepowtarzalny wzór, jedyny w swoim rodzaju, to mieć jako jednostka poczucie autonomii, być świadomym siebie i swojego losu. To jednak znaczy także budować opozycję: „ja” i „świat”, a ta bywa alienująca.

Myślę, że narracja prowadzona w pierwszej osobie jest bardzo charakterystyczna dla współczesnej optyki, w której jednostka pełni rolę subiektywnego centrum świata. Cywilizacja Zachodu jest w dużej mierze zbudowana i oparta właśnie na owym odkryciu „ja”, które stanowi jedną z najważniejszych miar rzeczywistości. Człowiek jest tu głównym aktorem, a jego osąd – mimo, że jeden z wielu – traktowany jest zawsze z uwagą i powagą. Opowieść snuta w pierwszej osobie wydaje się być jednym z największych odkryć cywilizacji ludzkiej, jest czytana z namaszczeniem i darzona zaufaniem. Ten rodzaj opowieści, kiedy widzimy świat oczami jakiegoś „ja” i słuchamy świata w jego imieniu, buduje więź z narratorem jak żaden inny i każe postawić się w jego niepowtarzalnej pozycji.

Nie da się przecenić tego, co pierwszoosobowa narracja zrobiła dla literatury i w ogóle dla ludzkiej cywilizacji – przerobiła opowieść o świecie jako miejscu działań herosów czy bóstw, na które nie mamy wpływu, na naszą indywidualną historię i oddała scenę ludziom takim samym jak my. Na dodatek, z takimi samymi jak my łatwo się zidentyfikować, dzięki czemu pomiędzy narratorem opowieści a czytelnikiem czy słuchaczem rodzi się emocjonalne porozumienie, bazujące na empatii. Ta zaś ze swej natury zbliża i niweluje granice – bardzo łatwo jest zatrzeć w powieści granice między „ja” narratora i „ja” czytelnika, a powieść, która „wciąga” wręcz liczy na to, że granica ta zostanie zniesiona i unieważniona, i to czytelnik, dzięki empatii, stanie się na jakiś czas narratorem. Literatura stała się więc polem wymiany doświadczeń, agorą, gdzie każdy może opowiedzieć swój własny los albo dać głos swojemu alter ego. Jest to przy tym przestrzeń demokratyczna – każdy może się wypowiedzieć, każdy może też dokonać kreacji „głosu, który mówi”. Chyba jeszcze nigdy w historii człowieka tak wielu ludzi nie zajmowało się pisaniem i opowiadaniem. Wystarczy spojrzeć na pierwsze z brzegu statystyki.

Kiedy odwiedzam targi książki, widzę jak wiele wydawanych książek dotyczy właśnie tego – autorskiego ja. Instynkt ekspresji – może równie silny, jak inne instynkty, które projektują nasze życie – najpełniej objawia się w sztuce. Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: „Opowiem ci moją historię”, „Opowiem ci historię mojej rodziny”, ewentualnie „Opowiem ci, gdzie byłam” to dziś najpopularniejsze gatunki literackie. Jest to fenomen na wielką skalę także i dlatego, że dzisiaj powszechnie potrafimy posługiwać się pismem i wielu ludzi osiąga tę kiedyś zastrzeżoną dla nielicznych umiejętność wyrażenia siebie samego w słowie i opowieści. Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów – głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko, jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego „ja” nie daje gwarancji uniwersalności. Czego nam brakuje, to – jak się zdaje – paraboliczny wymiar opowieści. Bohater paraboli jest bowiem zarazem sobą, człowiekiem żyjącym w określonych warunkach historycznych czy geograficznych, a jednocześnie wykracza daleko poza ten konkret, stając się Każdym i Wszędzie. Kiedy czytelnik śledzi czyjąś historię opisaną w powieści, może utożsamiać się z losem opisywanej postaci i rozważać jej sytuację jak swoją, w paraboli zaś musi zrezygnować zupełnie ze swojej odrębności i stać się tym Każdym. W tym wymagającym psychologicznie zabiegu parabola, znajdując dla różnych losów wspólny mianownik, uniwersalizuje nasze doświadczenie, a jej niedostateczna obecność jest świadectwem bezradności.

Być może, żeby nie utonąć w wielości tytułów i nazwisk zaczęliśmy dzielić ogromne lewiatanowe ciało literatury na gatunki, które traktujemy jak dziedziny w sporcie, a pisarzy i pisarki jak wyspecjalizowanych zawodników.

Ogólne skomercjalizowanie rynku literackiego doprowadziło do podziału na branże – odtąd odbywają się targi i festiwale literatury takiej czy siakiej, zupełnie osobno, tworząc klientelę czytelników, którzy chętnie zatrzaskują się w kryminale, fantasy czy science-fiction. Cechą szczególną tej sytuacji jest, że to, co miało jedynie pomóc księgarzom i bibliotekarzom w uporządkowaniu na półkach ogromu wydawanych książek, a czytelnikom pomagało zorientować się w wielkości oferty, stało się abstrakcyjnymi kategoriami, w które już nie tylko wrzuca się zaistniałe dzieło, ale według których zaczynają pisać sami pisarze. Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Zawsze intuicyjnie byłam przeciwko takim porządkom, ponieważ prowadzą one do ograniczania wolności pisarskiej, do niechęci wobec eksperymentu i transgresji, która jest istotną cechą tworzenia w ogóle.
I zupełnie wykluczają z procesu twórczego wszelką ekscentryczność, bez której nie ma sztuki. Dobra książka nie musi się opowiadać za swoją gatunkową przynależnością. Podział na gatunki jest wynikiem skomercjalizowania całej literatury i efektem traktowania jej jako produktu do sprzedaży z całą filozofią brandu, targetu i tym podobnych wynalazków współczesnego kapitalizmu.

Możemy mieć dziś wielką satysfakcję, że jesteśmy świadkami powstania nowego sposobu opowiadania świata, jaki niesie ze sobą serial filmowy, a którego ukrytym zadaniem jest wprowadzić nas w trans. Oczywiście ten sposób opowiadania istniał już w mitach i opowieściach homeryckich, a Herkules, Achilles czy Odyseusz to bez wątpienia pierwsi serialowi bohaterowie. Jednak nigdy wcześniej nie zagarnął on dla siebie tak dużo przestrzeni i nie wpływał tak istotnie na zbiorową wyobraźnię. Pierwsze dwie dekady XXI wieku z pewnością należą do seriali. Ich wpływ na sposoby opowiadania (i przez to też rozumienia) świata jest rewolucyjny.

Serial w dzisiejszej postaci nie tylko rozciągnął uczestniczenie w narracji w obrębie czasu, generując jego różne tempa, odnogi i aspekty, ale wniósł także swoje nowe porządki. Ponieważ w wielu przypadkach jego zadaniem jest utrzymanie uwagi widza jak najdłużej – narracja serialowa mnoży wątki, splatając je ze sobą w najbardziej nieprawdopodobny sposób tak bardzo, iż w obliczu bezradności sięga się nawet po stary zabieg narracyjny, skompromitowany kiedyś przez klasyczną operę: „deus ex machina”. Wymyślając kolejne odcinki często zmienia się całą psychologię postaci ad hoc, żeby lepiej pasowała do pojawiających się wydarzeń. Postać łagodna i pełna rezerwy na początku zmienia się pod koniec w mściwą i gwałtowną, postać drugoplanowa staje się pierwszoplanową, zaś główny bohater, do której zdążyliśmy się już przywiązać, traci znaczenie lub wręcz znika ku naszej największej konsternacji.

Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje. Fabula interrupta wymyślona dawno temu i znana z opowieści Szeherezady powróciła w serialach w wielkim stylu, zmieniając naszą wrażliwość i niosąc przedziwne psychologiczne skutki, odrywając nas od własnego życia i hipnotyzując niczym używka. Jednocześnie serial wpisuje się w nowy, rozwlekły i nieuporządkowany rytm świata, w jego chaotyczną komunikację, jego niestałość i płynność. Ta forma opowieści chyba najbardziej twórczo szuka dziś nowej formuły. W tym sensie odbywa się w serialu poważna praca nad narracjami przyszłości, nad dopasowaniem opowieści do nowej rzeczywistości.

Lecz nade wszystko żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury.

Nasi przodkowie wierzyli, że dostęp do wiedzy przyniesie ludziom nie tylko szczęście, dobrobyt, zdrowie i bogactwo, ale stworzy społeczeństwo równe i sprawiedliwe. To, czego według nich brakowało światu to była powszechna mądrość, płynąca z wiedzy.

Jan Amos Komenski, wielki pedagog XVII wieku, ukuł termin „pansofia”, w którym zawarł idee możliwej omniscjencji, wiedzy uniwersalnej, która pomieści w sobie wszelkie możliwe poznanie. Było to także i przede wszystkim marzenie o wiedzy dostępnej każdemu. Czyż dostęp do informacji o świecie nie zmieni niepiśmiennego chłopa w refleksyjną jednostkę świadomą siebie i świata? Czy wiedza na wyciągnięcie ręki nie sprawi, że ludzie staną się rozważni i mądrze pokierują swoim życiem?

Kiedy powstał Internet wydawało się, że idee te będą wreszcie mogły zrealizować się w sposób totalny. Wikipedia, którą podziwiam i wspieram, mogłaby wydać się Komenskiemu, podobnie jak wielu myślicielom tego nurtu, spełnieniem marzeń ludzkości – oto tworzymy i otrzymujemy ogromny zasób wiedzy nieustannie uzupełnianej, odświeżanej i demokratycznie dostępnej, praktycznie z każdego miejsca na Ziemi.

Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać – różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących.

Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie „pansoficznie”, ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica.

Zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia, w którym rozpaczliwie próbujemy dosłuchać się jakiejś najcichszej melodii, najsłabszego chociaż rytmu. Parafraza szekspirowskiego cytatu jak nigdy pasuje dzisiaj do tej kakofonicznej rzeczywistości: Internet to coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku.

Także badania politologów przeczą niestety intuicjom Jana Amosa Komenskiego, opartych na przekonaniu, że im więcej powszechnie dostępnej wiedzy o świecie, tym politycy bardziej posługują się rozsądkiem i podejmują rozważne decyzje. Wygląda na to, że wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wiedza może przytłaczać, a jej skomplikowanie i niejednoznaczność, powoduje powstawanie rożnego rodzaju mechanizmów obronnych – od zaprzeczenia i wyparcia, aż po ucieczkę w proste zasady myślenia upraszczającego, ideologicznego, partyjnego.

Kategoria fake newsów i fake upów stawia nowe pytania o to, czym jest fikcja. Czytelnicy, którzy wiele razy dali się oszukać, zdezinformować czy wyprowadzić w pole, nabierają powoli specyficznej nerwicowej idiosynkrazji. Reakcją na takie zmęczenie fikcją może być ogromny sukces literatury non-fiction, która w tym wielkim chaosie informacyjnym krzyczy ponad naszymi głowami: „Opowiadam wam prawdę, tylko prawdę”. „Moja opowieść oparta jest na faktach!”.

Fikcja straciła zaufanie czytelników, odkąd kłamstwo stało się niebezpieczną bronią masowego rażenia, nawet jeśli wciąż pozostaje prymitywnym narzędziem. Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: „Czy to prawda, co pani napisała?” Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury.

To niewinne z punktu widzenia czytelnika pytanie, dla pisarskich uszu brzmi naprawdę apokaliptycznie. Cóż mam odpowiedzieć? Jak wytłumaczyć ontologiczny status Hansa Castorpa, Anny Kareniny czy Misia Puchatka?

Uważam tego typu czytelniczą ciekawość za cywilizacyjny regres. To upośledzenie umiejętności wielowymiarowego (konkretnego, historycznego, ale i symbolicznego, i mitycznego) uczestniczenia w łańcuchu wydarzeń zwanym naszym życiem. Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć i nadać im sens, zamieniają się one w doświadczenie. Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie, jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie. Wierzę, że rolę takiej struktury pełni mit. Mit jak wiadomo nigdy się nie wydarzył, ale dzieje się zawsze. Dziś działa już nie tylko poprzez przygody antycznych herosów, ale przenika do wszechobecnych i jak najbardziej popularnych opowieści współczesnego kina, gier, literatury. Życie mieszkańców Olimpu przeniosło się do Dynastii, a heroiczne czyny bohaterów obsługuje Lara Croft.

W tym gorącym podziale na prawdę i fałsz opowieść o naszym doświadczeniu, jaką tworzy literatura, ma swój własny wymiar.

Nigdy specjalnie nie entuzjazmowałam się prostym rozgraniczeniem na fiction i non-fiction, chyba, że uznamy je tylko za deklaratywne i uznaniowe. W morzu wielu definicji fikcji, najbardziej podoba mi się ta, która jest jednocześnie najstarsza i pochodzi od Arystotelesa. Fikcja jest zawsze jakimś rodzajem prawdy.

Do przekonania trafia mi też rozróżnienie relacji wobec fabuły, której dokonał pisarz i eseista Edward Morgan Forster. Pisał on, że kiedy mówimy „Umarł mąż, a potem umarła żona” – to jest to relacja. Kiedy zaś mówimy „Umarł mąż, a potem ze smutku umarła żona” – to mamy fikcję. Każde fabularyzowanie jest przejściem od pytania – „Co było potem?” do próby jego zrozumienia opartym na naszym ludzkim doświadczeniu: „Dlaczego tak się stało?”

Literatura zaczyna się od owego „Dlaczego?”, nawet jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać bez przerwy zwyczajnym: „Nie wiem”.

Literatura stawia więc pytania, na które nie da się odpowiedzieć przy pomocy Wikipedii, wykracza bowiem poza same fakty i wydarzenia, odwołując się bezpośrednio do naszego ich doświadczania.

Możliwe jest jednak, że powieść i literatura w ogóle stają się na naszych oczach czymś zgoła marginalnym wobec innych sposobów narracji. Że waga obrazu i nowych form bezpośredniego przekazywania doświadczenia – kina, fotografii, virtual reality i augmented reality – stanie się poważną alternatywą dla tradycyjnego czytania. Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: Najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej „odkodowanie” na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej. A przede wszystkim wymaga uwagi i skupienia, umiejętności coraz rzadszych w dzisiejszym skrajnie rozpraszającym świecie.

Ludzkość przeszła długą drogę w sposobach przekazywania i współdzielenia własnego doświadczenia, od oralności, zdanej na żywe słowo i ludzką pamięć, po rewolucję Gutenberga, kiedy opowieść została powszechnie zapośredniczona przez pismo i w ten sposób utrwalona i skodyfikowana oraz możliwa do powielania bez zmian. Największym osiągnięciem tej zmiany był moment, w którym myślenie jako takie utożsamiliśmy z pismem, czyli konkretnym sposobem używania idei, kategorii czy symboli. Dziś – to jasne – stoimy w obliczu podobnie znamiennej rewolucji, kiedy doświadczenie może być przekazywane bezpośrednio, bez pomocy słowa drukowanego.

Nie ma już potrzeby prowadzić dziennika podróży, kiedy można fotografować i wysyłać te fotografie za pomocą portali społecznościowych w świat, zaraz i każdemu. Nie ma potrzeby pisać list, skoro łatwiej jest zadzwonić. Po co czytać grube powieści, skoro można zanurzyć się w serialu? Zamiast wyjść na miasto, żeby rozerwać się przyjaciółmi, lepiej zagrać w grę. Sięgnąć po autobiografię? Nie ma sensu, skoro śledzę życie celebrytów na Instagramie i wiem o nich wszystko.

To już nawet nie obraz jest dzisiaj największym przeciwnikiem tekstu, jak myśleliśmy jeszcze w XX wieku, martwiąc się wpływem kina i telewizji. To zupełnie inny wymiar doświadczania świata – oddziaływujący bezpośrednio na nasze zmysły.

Nie chcę szkicować tu jakiejś całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe. Męczące „ktoś”, „coś”, „gdzieś”, „kiedyś” może dziś być bardziej niebezpieczne niż wygłaszane z absolutną pewnością bardzo konkretne i określone idee – ziemia jest plaska, szczepionki zabijają, ocieplenie klimatyczne jest bzdurą, a demokracja w wielu krajach nie jest zagrożona. „Gdzieś” toną jacyś ludzie, próbujący przeprawić się przez morze. „Gdzieś” od „jakiegoś” czasu trwa „jakaś” wojna. W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają.

Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie „dobre wiadomości”, ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak. To poczucie, zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem.

Literatura jest jedną z niewielu dziedzin, które próbują nas przytrzymać przy konkrecie świata, ponieważ ze swej natury jest zawsze „psychologiczna”. Skupia się bowiem na wewnętrznych racjach i motywach postaci, ujawnia ich doświadczenie w żaden inny sposób niedostępne dla drugiego człowieka lub zwyczajnie prowokuje Czytelnika do psychologicznej interpretacji ich zachowań. Tylko literatura jest w stanie pozwolić nam wejść głęboko w życie drugiej istoty, rozumieć jej racje, dzielić jej uczucia, przeżyć jej los.

Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu. Nawet jeżeli nie wyraża tego wprost, nawet kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii, poszukując nowych środków wyrazu. Czytając nawet najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść, nie potrafimy powstrzymać się od pytań: „Dlaczego tak się dzieje?”, „Co to znaczy?”, „Jaki jest tego sens?’, „Do czego to prowadzi?” Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje. Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniejszych odkryć dokonanych przez opowieści, było fatum, które oprócz tego, że jawiło się zawsze ludziom jako przerażające i nieludzkie, wprowadzało jednak w rzeczywistość porządek i niezmienność.

Szanowni Państwo,

Kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze było, kilka lat później czytała mi bajki.

W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi – pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho. A przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia.

Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt – były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności, tajemniczy Raumgeist. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał, i Słońce i Księżyc i wszystkie ciała niebieskie. Cały widzialny i niewidzialny świat.

Kiedy zaczęłam w to wątpić? Poszukuję w swoim życiu jakiegoś momentu, w którym jak za sprawą jednego kliknięcia, wszystko stało się inne, mniej zniuansowane, prostsze. Szept świata umilkł, zastąpiły go hałasy miasta, szmer komputerów, grzmot przelatujących nad głową samolotów i męczący biały szum oceanów informacji.

Od jakiegoś momentu w swoim życiu zaczynamy widzieć świat we fragmentach, wszystko osobno, w kawałkach odległych od siebie niczym galaktyki, a rzeczywistość, w jakiej żyjemy w tym nas upewnia: lekarze leczą nas według specjalności, podatki nie mają związku z odśnieżaniem drogi, którą jeździmy do pracy, obiad nijak się ma do wielkich ferm hodowlanych, a nowa bluzka do obskurnych fabryk gdzieś w Azji. Wszystko jest od siebie oddzielone, żyje osobno, bez związku.

Żeby łatwiej nam było to znieść dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać.

Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. Albo po prostu stajemy się wyznawcami prostych sił – fizycznych, społecznych, ekonomicznych, które poruszają nami jakbyśmy byli zombie. I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie. Dlatego tęsknię do tamtego świata od imbryka.

Całe życie fascynują mnie wzajemne sieci powiązań i wpływów, których najczęściej nie jesteśmy świadomi, lecz odkrywamy je przypadkiem, jako zadziwiające zbiegi okoliczności, zbieżności losu, te wszystkie mosty, śruby, spawy i łączniki, które śledziłam w „Biegunach”. Fascynuje mnie kojarzenie faktów, szukanie porządków. W gruncie rzeczy – jestem o tym przekonana – pisarski umysł jest umysłem syntetycznym, który z uporem zbiera wszystkie okruchy, próbując z nich na nowo skleić uniwersum całości.

Jak pisać, jak konstruować swoją opowieść, żeby umiała unieść tę wielką konstelacyjną formę świata?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana. Wiemy przecież rzeczywiście o wiele więcej, znamy niesamowite powiązania rzeczy pozornie odległych.

Przyjrzyjmy się pewnemu momentowi w historii świata.

Jest to dzień, kiedy od nabrzeża portu Palos w Hiszpanii, 3 sierpnia 1492 roku, odbija nieduża karawela o nazwie „Santa Maria”. Dowodzi nią Krzysztof Kolumb. Świeci słońce, po nabrzeżu kręcą się jeszcze marynarze, a robotnicy portowi ładują na statek ostatnie skrzynie z prowiantem. Jest gorąco, ale wiejący z zachodu lekki wietrzyk, ratuje żegnające rodziny przed zasłabnięciem. Mewy przechadzają się uroczyście po rampie, uważnie śledząc poczynania człowieka.

Ten moment, który teraz widzimy poprzez czas, doprowadził do śmierci 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Ich populacja stanowiła wtedy około 10 procent całej ludności ziemi. Europejczycy nieświadomie przywieźli ze sobą śmiertelne prezenty – choroby i bakterie, na które rodowici mieszkańcy Ameryki nie byli odporni. Do tego doszło bezpardonowe niewolenie i zabijanie. Zagłada trwała lata i zmieniła kraj. Tam, gdzie kiedyś rosła fasola i kukurydza, ziemniaki i pomidory, na nawadnianych w wyrafinowany sposób polach uprawnych, wróciła dzika roślinność. Prawie sześćdziesiąt milionów hektarów uprawnej ziemi z biegiem lat zamieniło się w dżunglę.

Roślinność regenerując się, pochłonęła ogromne ilości dwutlenku węgla, przez co osłabł efekt cieplarniany. To zaś obniżyło globalną temperaturę Ziemi.

Jest to jedna z wielu naukowych hipotez wyjaśniających nastanie małej epoki lodowej w Europie, która pod koniec XVI wieku przyniosła długotrwałe ochłodzenie klimatu.

Mała epoka lodowa odmieniła gospodarkę Europy. W ciągu następnych dekad mroźne i długie zimy, chłodne lata i intensywne opady zmniejszyły wydajność tradycyjnych form rolnictwa. W Europie Zachodniej małe rodzinne gospodarstwa produkujące żywność na własne potrzeby, okazały się niewydajne. Nastąpiły fale głodu i konieczność specjalizacji produkcji. Anglia czy Holandia najbardziej dotknięte ochłodzeniem, nie mogąc wiązać swej gospodarki z rolnictwem, zaczęły rozwijać handel i przemysł. Zagrożenie sztormami skłoniło Holendrów do osuszania polderów i przekształcania stref podmokłych i płytkich stref morskich w ląd. Przesunięcie na południe zasięgu występowania dorsza, katastrofalne dla Skandynawii, okazało się korzystne dla Anglii i Holandii – dzięki temu państwa te zaczęły wyrastać na potęgi morskie i handlowe. Znaczące ochłodzenie szczególnie dotkliwie było odczuwane w krajach skandynawskich. Urwała się łączność z zieloną Grenlandią i Islandią, surowe zimy zmniejszyły zbiory i zapanowały lata głodu i niedostatku. Szwecja zwróciła więc łakomy wzrok na południe wdając się w wojny z Polską (zwłaszcza, że zamarzł Bałtyk, przez co łatwo było się przezeń przeprawić armii) i angażując się w wojnę trzydziestoletnią w Europie.

Wysiłki naukowców, próbujących lepiej rozumieć naszą rzeczywistość, ukazują ją jako wzajemnie spójną i gęsto powiązaną sieć wpływów. To już nie tylko słynny „efekt motyla”, który jak wiemy polega na tym, że minimalne zmiany w warunkach początkowych jakiegoś procesu, mogą dać w przyszłości kolosalne i nieobliczalne rezultaty, ale nieskończona ilość motyli i ich skrzydeł, ciągle w ruchu. Potężna fala życia, która wędruje poprzez czas.

Odkrycie „efektu motyla” kończy według mnie epokę niezachwianej ludzkiej wiary we własną swoją sprawczość, zdolność kontroli, a tym samym poczucie supremacji w świecie. Nie odbiera to człowiekowi jego mocy jako budowniczego, zdobywcy i wynalazcy, uzmysławia jednak, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż kiedykolwiek mogło się człowiekowi wydawać. I że jest on zaledwie małą cząstką tych procesów.

Mamy coraz więcej dowodów na istnienie spektakularnych i czasem bardzo zaskakujących zależności w skali całego globu.

Jesteśmy wszyscy – my, rośliny zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk – wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makroskala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją na innym poziomie jego nieustannych procesów przemiany.

Zastanawiam się tutaj cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą.

Czy możliwa jest taka opowieść, która wyszłaby poza niekomunikatywne więzienie własnego „ja”, odsłoniła większy obszar rzeczywistości i ukazała wzajemne związki? Która umiałaby się zdystansować od udeptanego oczywistego i banalnego centrum „powszechnie podzielanych opinii” i potrafiła spojrzeć na sprawy eks-centrycznie, spoza centrum?

Cieszę się, że literatura cudownie zachowała sobie prawo do wszelkich dziwactw, do fantasmagorii, prowokacji, do groteski i wariactwa. Marzą mi się wysokie punkty widzenia i szerokie perspektywy, w których kontekst wykracza daleko poza to, czego moglibyśmy się spodziewać. Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję, marzy mi się metafora, która przekracza kulturowe różnice, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy.

Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który oczywiście nie sprowadza się tylko do jakiegoś konstruktu gramatycznego, ale potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. O tak, jego istnienie jest możliwe.

Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: „Na początku było słowo”? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: „I uznał Bóg, że to było dobre”. Kim jest to, które wie, co sądził Bóg?

Wyjąwszy wszelkie wątpliwości teologiczne możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość, nawet jeżeli te związki nie są jeszcze przez nas poznane. Widzieć wszystko oznacza też zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności za świat, ponieważ staje się oczywiste, że każdy gest „tu” jest powiązany z gestem „tam”, że decyzja podjęta w jednej części świata poskutkuje efektem w innej jego części, że rozróżnienie na „moje” i „twoje” zaczyna być dyskusyjne.

Należałoby więc uczciwie opowiadać tak, żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór, odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Snuć historię, żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach.

Literatura ma taką moc. Musielibyśmy porzucić te nieskomplikowane kategorie wysokiej i niskiej literatury, popularnej i niszowej, z przymrużeniem oka potraktować podział na gatunki. Zrezygnować z określenia „literatury narodowe”, wiedząc dobrze, że kosmos literatury jest jeden niczym idea unus mundus, wspólnej rzeczywistości psychicznej, w której jednoczy się nasze ludzkie doświadczenie, zaś Autor i Czytelnik pełnią równoważną rolę, pierwszy przez to, że tworzy, drugi zaś dzięki temu, że dokonuje nieustannej interpretacji.

Może powinniśmy zaufać fragmentowi, jako że fragmenty tworzą konstelacje zdolne opisać więcej i w bardziej złożony sposób, wielowymiarowo. Nasze opowieści mogłyby się w nieskończony sposób odnosić do siebie, a ich bohaterowie wchodzić ze sobą w relacje.

Myślę, że czeka nas przedefiniowanie tego, co rozumiemy dziś pod pojęciem realizmu, i poszukiwanie takiego, który pozwoliłby nam przekroczyć granice naszego ego i przeniknąć przez ten szybo-ekran, przez który widzimy świat. Potrzeba rzeczywistości jest dziś przecież obsługiwana przez media, portale społecznościowe, bezpośrednie relacje w internecie. Może to, co nieuchronnie nas czeka, to jakiś neosurrealizm, na nowo rozłożone punkty widzenia, które nie będą się bały zmierzyć z paradoksem i pójdą pod prąd wobec prostego porządku przyczynowo skutkowego. O, tak, nasza rzeczywistość już stała się surrealna. Jestem też pewna, że wiele opowieści domaga się przepisania w nowych intelektualnych kontekstach, inspirując się nowymi teoriami naukowymi. Ale równie ważne wydaje mi się ciągłe nawiązywanie do mitu i całego ludzkiego imaginarium. Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować (co najwyżej można być nieświadomym ich wpływu).

Zapewne wkrótce pojawi się jakiś geniusz, który będzie mógł skonstruować zupełnie inną, niewyobrażalną dziś jeszcze narrację, w której zmieści się wszystko, co istotne. Taki sposób opowiadania z pewnością nas zmieni, porzucimy stare krepujące perspektywy i otworzymy się na nowe, które przecież istniały gdzieś tu zawsze, ale byliśmy na nie ślepi.

W Doktorze Faustusie Tomasz Mann pisał o kompozytorze, który wymyślił nowy rodzaj totalnej muzyki będącej w stanie zmienić ludzkie myślenie. Ale Mann nie opisał tego, na czym miałaby polegać ta muzyka, stworzył tylko wyobrażenie, jak mogłaby ona brzmieć. Może właśnie na tym polega rola artystów – dać przedsmak tego, co mogłoby istnieć i w ten sposób sprawić, że mogłoby ono stać się wyobrażonym. A to, co wyobrażone, jest pierwszym stadium istnienia.

7.

Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować.

Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. Tworzenie opowieści jest niekończącym się ożywianiem, nadawaniem istnienia tym wszystkim okruchom świata, jakimi są ludzkie doświadczenia, przeżyte sytuacje, wspomnienia. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi, pozwala dać temu głos, dać przestrzeń i czas do zaistnienia, i ekspresji. To czułość sprawia, że imbryk zaczyna mówić.

Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości.

Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest „ja”.

Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu.

Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu. To jest podstawowy psychologiczny mechanizm powieści. Dzięki temu cudownemu narzędziu, najbardziej wyrafinowanemu sposobowi ludzkiej komunikacji, nasze doświadczenie podróżuje poprzez czas i trafia do tych, którzy się jeszcze nie urodzili, a którzy kiedyś sięgną po to, co napisaliśmy, co opowiedzieliśmy o nas samych i o naszym świecie.

Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądało ich życie, kim będą. Często o nich myślę z poczuciem winy i wstydu.

Kryzys klimatyczny i polityczny, w którym dzisiaj próbujemy się odnaleźć i któremu pragniemy się przeciwstawić, ratując świat, nie wziął się znikąd. Często zapominamy, że nie jest to jakieś fatum i zrządzenie losu, ale rezultat bardzo konkretnych posunięć i decyzji ekonomicznych, społecznych i światopoglądowych (w tym religijnych). Chciwość, brak szacunku do natury, egoizm, brak wyobraźni, niekończące się współzawodnictwo, brak odpowiedzialności sprowadziły świat do statusu przedmiotu, który można ciąć na kawałki, używać i niszczyć.

Dlatego wierzę, że muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią.

Niszczycielskie libido turbokapitalizmu i jego wrogowie

Moim zdaniem studium „Kapitalizm na rozdrożu” profesora Tadeusza Klementewicza jest czymś znacznie więcej niż tylko podjęciem jakiegoś wyodrębnionego aspektu współczesnej rzeczywistości politycznej, ekonomicznej, klasowej, kulturowej – światowej i polskiej, napisanej z lewicowego punktu widzenia.

Ta rzecz o anatomii i straszliwych, niszczycielskich skutkach działania turbokapitalizmu jest summą wiedzy o tym, gdzie dziś znajduje się ludzkość. Klementewicz opowiada, nader przystępnie, o odwiecznej hybris uprzywilejowanych, o ich zbrodniczym imperatywie, libido wyzysku. Rozdział po rozdziale Klementewicz pokazuje owego straszliwego Golema turkokapitalizmu, z jego niezdolnością do samoograniczenia się, co może świadczyć o jego biologicznych, popędowych korzeniach. Punkt po punkcie opowiada politolog z Uniwersytetu Warszawskiego o mechanizmach funkcjonowania gospodarki turbokapitalizmu, o „łagodnej agonii epoki wzrostu gospodarczego”, o „wirówce kapitału”, którą w ruch wprawia władza systemu korporacyjnego, o nowym, krańcowo eksploatatorskim modelu biznesu, o krańcowej „finansjeryzacji gospodarki” aż dochodzi do ponurej konstatacji, definiującej współczesny świat jako „obóz pracy pod nadzorem korporacyjnego capo”, którego rezultatem jest likwidacja państwa dobrobytu, tradycyjnego welfarestate. Odnosi się też autor do klasycznego pojęcia walki klasowej i widzi ją w nowej postaci, mutacji, jako „staro-nową wojnę klasową, w której klasyczny proletariat został zastąpiony prekariatem”, będącym w położeniu nie mniej degradującycm i upokarzającym niż poprzednicy opisywani przez Marksa i po Marksie. Klementewcz sięga jednak głębiej, pod widoczne gołym okiem mechanizmy. Odkrywa przed czytelnikiem takie zjawiska, będące rezultatem omawianego stanu rzeczy, jak psychologiczne i antropologiczne koszty eksploatacji (jej produkt to „depresyjny konformista – nietzscheański ostatni człowiek w turbo kapitalizmie”) i autoeksploatacji, czy inne „zdrowotne koszty pracy w wyczynowym kapitalizmie”. Ostatnie cztery rozdziału poświęcił autor miejscu dzisiejszej Polski w tym piekle, Polski nadal zakleszczonej w uścisku P0-PiS-u, dając jednak wcześniej krótki historyczny, retrospektywny, sięgający aż I i II Rzeczypospolitej, PRL zarys zdarzeń i procesów, które legły u podstaw dzisiejszej polskiej kondycji i tzw. czwartej modernizacji, neoliberalnej, której emblematycznym wyrazem jest przekształcenie „Ursusa w Factory”. W najprostszym ujęciu generalna konkluzja autora co do pozycji Polski w tym wszystkim jest taka, że hasła pisowskiej propagandy o „polskiej drodze narodowej” można między bajki włożyć, bo niezmiennie jesteśmy subordynowanym trybikiem turbokapitalizmu, a wojna kulturowa i podsuwanie kultu „żołnierzy wyklętych” w miejsce „wyklętego ludu ziemi”, budzenie „świadomości narodowej” i tym podobne magiczne sztuczki, to tylko psychologiczna, tania ściema, a przede wszystkim rodzaj środka przeciwbólowego, względnie odurzającego, a Kościół katolicki nie jest niczym innym jak tylko odwiecznym „więzieniem polskiej duszy” (dodałbym od siebie, że także „opium ludu” w najściślejszym marksowskim znaczeniu tego pojęcia). Czy dostrzega autor jakieś światełko w tym tunelu? Wskazuje ciekawą drogę republikańskiej lewicy i jej rozwiązania „trzeciej drogi”, przynoszące zupełnie dobre i obiecujące rezultaty w Niemczech. A więc znów, po krachu wieloletniej hegemonii neoliberalnego turbokapitalizmu, nadzieja idzie od lewicy? Znów nadzieja w „wyklętym ludzie ziemi”, znów „myśl nowa blaski promiennymi”, znów lewica spróbuje „ruszyć z posad bryłę świata”? I czyżby znów „ex Germania lux”? Przed kilkoma godzinami, przed lekturą studium Tadeusza Klemensiewicza, znacznie słabiej rozumiałem jak ten nasz „toczy się światek”.
Tadeusz Klemensiewicz – „Kapitalizm na rozdrożu”, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2019, str. 337, ISBN 978-83-65304-92-6

Miłość silniejsza niż magia

„Szary Mag. Trylogia” Jarosława Prusińskiego.

Wielu ludzi pióra, idąc za przykładem J. R. R. Tolkiena czy Ursuli K. Le Guin, decyduje się uczynić świat fantastyczny przedmiotem swojej twórczości, mając nadzieję, że mimo iż nierealny i odległy, stanie się bliski czytelnikowi.
Efekt ten zdołał osiągnąć Jarosław Prusiński, autor zbioru opowiadań pod tytułem Vortex. Treści w nim zawarte zrobiły na mnie duże wrażenie, dlatego postanowiłam ponownie sięgnąć po jego twórczość. Tak trafiłam na publikację zbiorczą zatytułowaną Szary Mag. Trylogia wydaną nakładem internetowego Wydawnictwa e-bookowo.pl w 2015 roku. Składają się na nią: Szary Mag, Szary Mag. Sahi oraz Szary Mag. Wielka Księga.
Już pierwsze wersy opowieści są zaproszeniem do świata kształtem przypominającego pływającego po błękitnym oceanie wielkiego grzyba, którego kapelusz przechylony jest w lewą stronę. Autor nakreślił szczegółowo jego wizję i rozbudził wyobraźnię, co zaowocowało chęcią wędrówki śladami Szarego Maga, samotnie przemierzającego Świętą Ziemię.
Twórca przeniósł odbiorcę do czasów Średniowiecza, naznaczonego piętnami niewolnictwa, głodu i wojen. W tej mrocznej scenerii, na targu w Rothen zjawia się człowiek zdecydowany kupić Vivian, nastoletnią niewolnicę przetrzymywaną trzy miesiące w więzieniu Zakonu. Dziewczyna okazuje się być pojętną uczennicą. Obdarzona Darem pod czujnym okiem Szarego Maga uzdrawia chorych, a w trudnych chwilach naznaczonych potokami krwi wielu, bierze udział w wojnie, którą przeciw władcy Wielkich Stepów, toczy przodownik koczowników – Kalid. Ale to dopiero początek krwawej pożogi, bowiem do akcji wkraczają oddziały Czarnych Magów – Sahi. Na czyją stronę przechyli się szala zwycięstwa? Czy Szary Mag zaprowadzi pokój? Jaki będzie finał poszukiwań Wielkiej Księgi? Czy spełnią się słowa zawartej w niej przepowiedni głoszącej, że Wybraniec, który ją odczyta, uśmierci Magię?
Jarosław Prusiński napisał historię nieoryginalną i niebanalną zarazem. Na pierwszy plan wysunął, nieco wbrew logice, postać Vivian, której życie od najmłodszych lat było pasmem nieszczęść i udręki: śmierć matki, brak wieści o losie ojca biorącego udział w wojnie, stopniowo zapełniały czarę goryczy, a skazanie na niewolnictwo i osadzenie w więzieniu Zakonu, ostatecznie ją przelały. Bohaterka stała się niedostępna, arogancka, opryskliwa, przyjaźnią darząc jedynie Karen – towarzyszkę niedoli.
Mimo to, nietrudno obdarzyć Vivian sympatią. Urodziwa i temperamentna, była oddaną i troskliwą towarzyszką życia Szarego Maga. Autor postawił u jej boku silnego, doświadczonego przez życie, a zarazem obdarzonego wielką mocą i cieszącego się równie wielką sławą, człowieka w szarej szacie. Między wierszami przypomniał stare porzekadła, w myśl których Prawdziwa miłość silniejsza jest niż magia oraz Pragnienie miłości czasem bywa silniejsze niż rozum.
Uczucie, którym darzyło się tych dwoje, rzucało światło i dawało nadzieję tak potrzebną wszystkim walczącym ze skutkami wojen, w których mężczyźni masowo tracili życie, co zmuszało do podejmowania przez nich radykalnych kroków i wiązania się z więcej niż jedną kobietą, celem zabezpieczenia ciągłości gatunku. Tę prawdę twórca ukazał poprzez dany Vivian przywilej wyboru drugiej żony swojemu mężowi, zarazem skłaniając czytelnika do zastanowienia się nad kontrowersyjną kwestią wielożeństwa przeciwstawionego tradycyjnemu modelowi rodziny.
Naprzeciw szeroko rozumianej miłości, Jarosław Prusiński namalował słowem obraz wojny. W moim odczuciu zasługuje on na szczególną uwagę przez wzgląd na uniwersalizm przesłania. Autor z niemałym rozmachem przedstawił przebieg walk toczonych na Stepach pogrążających się w coraz większym chaosie, czego widomym znakiem było wkroczenie do akcji oddziałów Sahi – Czarnych Magów posiadających moc pochodzącą od Boga. Wspierani przez ożywieńców przywołanych zza grobu potężnymi zaklęciami, toczyli religijną wojnę, której opisy przyprawiają o dreszcze, bowiem trupy płyną rzekami, wioski są spalone, na kołkach pełno obciętych głów, a nadzy ludzie nabici są na pale. Jakby tego było mało, twórca dość odważnie, ale z wyczuciem, opisał sceny brutalnych gwałtów, których niejednokrotnie dopuszczano się względem kobiet. A wszystko w imię religii i miłości do Bogów. Pisarz między wersami ukrył gorący i, niestety, nadal aktualny apel o zaprzestanie bratobójczych walk: Nie wolno zabijać. Nie ma na świecie tak ważnego powodu, dla którego można by to zrobić. Żadnego. Wojny rodzą tylko śmierć i cierpienie, nie mając nic wspólnego z miłością.
Mimo wszelkich trudności, to właśnie miłość zdolna jest przezwyciężyć nawet śmierć. Na potwierdzenie tej tezy, wyobraźnia podsunęła autorowi poruszające sceny epilogu, w którym oczom czytelnika ukazują się Fergo i czarownica pozbawiona urody. Kim są? Tego zdradzić nie mogę. Powiem jedynie, że odkrycie tej tajemnicy wzrusza i skłania do refleksji nad życiem i przemijaniem.
– Ta historia wybrała mnie, nie wymyśliłem jej, bo nie miałem nad nią władzy – mówił Jarosław Prusiński, ale my jesteśmy zdolni kształtować historię naszego życia każdego dnia na nowo. Magia może w nim zagościć, bo światy realny i magiczny są gdzieś obok siebie. Jedynie od nas zależy, którą ścieżkę wybierzemy i jakich wyborów dokonamy po przebudzeniu. Każda z przeżywanych chwil może być tą najpiękniejszą, jeśli tylko odważymy się otworzyć okno i wpuścić do szarego życia więcej światła.
Ty też możesz zostać Szarym Magiem i na przekór wszystkiemu widzieć swój realny świat w magicznych oraz tęczowych barwach. Staraj się zawsze o tym pamiętać.