Recenzja filmu, którego tytułu nie można pisać w internecie

“Ten film to obraza ojczyzny… dobrze, że nie naszej!” – choć hasłem tym reklamowany jest wyłącznie Niefortunny numerek lub szalone porno, to śmiało można przypisać je każdej produkcji wpisującej się w ramy rumuńskiej nowej fali. Bo, choć do szabli i szklanki Polakom ponoć bliżej z Węgrami, to jednak naród mieszkający na drugim końcu Karpat ma z nami więcej wspólnych cech. Przynajmniej, jeśli wierzyć filmom…

Najnowszy film Radu Jude, Niefortunny numerek lub szalone porno stał się prawdziwym problemem dla polskiego (i zapewne wielu zagranicznym) dystrybutora. Ostatnie słowo tytułu jest bowiem terminem bardzo nielubianym przez algorytmy Google’a. Toteż dlatego, Stowarzyszenie Nowe Horyzonty postanowiło wykorzystać tę sytuację marketingowo i, patrząc na świetny rodzimy plakat, którego autorem jest Patryk Hardziej (twórca świetnych posterów m.in. Mowy ptaków i Octopus Film Festival), raczej się to udało.
Jude wzbudził uwagę światowej krytyki swoim Aferim! (2015) – ten osadzony w XIX-wiecznej Rumunii neo-western zapewnił Jude Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Jeśli wierzyć innym recenzentom, całkiem zasłużenie. Niestety, z racji niskiej dostępności tej pozycji online, nie jestem w stanie skonstruować własnej opinii na ten temat.
Zupełnie inaczej sprawy mają się w przypadku wyprodukowanego w 2019 roku Nie obchodzi mnie czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy. Opowieść o młodej i ambitnej reżyserce przygotowującej rekonstrukcję zdobycia Odessy mogłaby powstać równie dobrze w naszym kraju. Wypunktowany w tym filmie Ion Antonescu, rumuński dyktator czasów drugiej wojny światowej, miał wiele wspólnych cech i poglądów z polskimi postaciami historycznymi. Tak jest też w Niefortunnym numerku. Główna bohaterka mogłaby być równie dobrze Panią Grażynką – szukającą nowości w swoim nudnym i powtarzalnym życiu nauczycielki.
Opowieści snute przez nowofalowców są niczym gotowe szablony gotowe do użycia w polskim kinie. 4 miesiące, 3 tygodnie, 2 dni (2007) – film, po którym nowe pokolenie rumuńskiej kinematografii na stałe wpisało się do kanonu, dotyka obecnego od wielu lat w debacie politycznej tematu aborcji. Zdolności adaptacyjne zdają się wykazywać także m.in. Śmierć pana Lazarescu (2005) – śmieszno-gorzki moralitet do czego prowadzi niewydolny system ochrony zdrowia, aczkolwiek dobrze sprawdziłby się również porządny dramat rodzinny pokroju Sieranevady (2016). Z mniejszą ilością alkoholu, który stanowi jedynie „zagryzkę” do cięższego kalibru – rozmów podczas rodzinnych spotkań.
Wracając do Niefortunnego numerka
Radu Jude wprowadza wątek Emilii Cilibiu – żony Eugena (tak jest przedstawiana), dosyć bezpośrednio. Film otwiera kilkuminutowa scena seksu kręcona z ręki, która praktycznie od razu portretuje protagonistkę i wkłada do określonego schematu, szufladki. Zadaniem, które reżyser przygotował dla widza, jest wyjęcie Emi z powrotem, nadanie jej podmiotowości i, jeśli czas ekranowy pozwoli, wyrażenie choć krzty empatii.
Fabuła Niefortunnego numerka podzielona jest na trzy akty. Historia Cilibiu stanowi tu scenariuszowy początek i koniec, zapewnia klamrę kompozycyjną, aczkolwiek nie jest wszystkim, co przygotowała dla nas ekipa produkcyjna. Choć ta interpretacja może stanowić zdradzenie fabuły, to jednak ją zawrę – druga część jest wypełnieniem tytułowego szalonego porno. W roli głównej – historia Rumunii. Krótkie epizody niepołączone ze sobą spójnym trzonem detabuizują przeszłe wydarzenia, które na tyle przebiły się do zbiorowej świadomości, że utrudniają przyjmowanie współczesności “na czysto”.
Radu Jude zabiera w drugim akcie nas ze sobą na wycieczkę krajoznawczą po udrękach współczesnej Rumunii. Tak jak Emilię, dosyć bezpośrednio, Jude portretuje turbokapitalizm. System, który choć przyniósł temu krajowi upragniony wykres skierowany ku górze, to zniszczył strukturę społeczną i naruszył tkankę miasta. Uwidacznia też podziały – nie tylko te narodowe, które serwował w Nie obchodzi mnie… ale również klasowe, tożsamościowe i religijne.
To wszystko intensyfikuje się w wielkim finale, który, nieco drwiąc z domyślnego dla wielu ustroju demokratycznego, ogląda się jak uwspółcześnioną wersję jednego z klasyków amerykańskich dramatów sądowych. Jude, w niemal niekończącym się dialogu napisanym na kilka, kilkanaście momentami osób, umiejętnie reguluje suspensem i poczuciem gniewu (a ono nie odstępuje na krok), by dosyć niejednoznacznie przedstawić zarówno główną bohaterkę, jak i debatujących nad jej przyszłością rodziców.
I to wszystko od widza zależy, co z tym zadaniem od reżysera zrobić. Bo morał, który wyciągnąłem z niego ja, nakazuje mi domagać się od polskiego kina większego zaangażowania w detabuizację historii. Jak się bowiem okazuje, nie tylko pompatyczne dramaty, takie jak Pokłosie (2012) czy Wołyń (2016), potrafią przekazywać wiedzę o wydarzeniach z przeszłości odkłamując wcześniejsze narracje. Można to zrobić po rumuńsku – bez nadętego pouczania widza i grożenia palcem, a za to ze sporą dawką humoru oraz dystansu do opisywanych spraw.

Co Kisiel by na to powiedział?

Kiedyś pewna dziennikarka powiedziała mi, że żyłem w cieniu ojca i brata, Marka, słynnego pianisty z duetu Marek i Wacek. Zgodziłem się z tą oceną dodając, że to był bardzo przyjemny cień z Jerzym Kisielewskim, dziennikarzem, w 110 rocznicę urodzin i 30 rocznicę śmierci ojca, Stefana Kisielewskiego, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kilka lat po śmierci Pana ojca telewizja nadała dyskusję, w której uczestniczył Pan, Jerzy Waldorff i Zygmunt Kałużyński. Stanęło pytanie, „co by Kisiel powiedział na to co się dzieje w Polsce. Najbardziej soczysta była odpowiedź Jerzego Waldorfa, która brzmiała mniej więcej tak: „Kisiel, gdyby tu był z nami, to by nas przede wszystkim najpierw solidnie opierdolił, a potem rozdzielił między nas zadania”. Co by dziś powiedział?
Nigdy nie uważał się za profetę, więc myślę, że za to czego chyba nie przewidywał czyli choćby tego, że ktoś komuś w Polsce będzie odmawiał prawa do płaczu po kimś. Piłsudczykom nie przyszło by do głowy odmówić endekom prawa płakania po Piłsudskim. Jak widać, my twórczo się rozwijamy (śmiech). Z drugiej strony ojciec, jako młody publicysta w latach trzydziestych zarzucał piłsudczykom, że nie mają wizji Polski i tylko administrują krajem. Znajomo to brzmi, prawda? Nie przewidział wiele, ale przecież nie czuł się nigdy wyrocznią. Inna sprawa, że kiedy Litwa odrywała się od ZSRR, był przeciwny temu, by Polska pierwsza, najgorliwiej przyklaskiwała odzyskiwaniu przez nią niepodległości. Kiedy go pytano, czy nie lubi Litwinów, mówił, że lubi – lubi Mickiewicza i swojego przyjaciela Czesława Miłosza. (śmiech). To w kontekście naszych obecnych stosunków z Litwą brzmi dość znamiennie. A skoro pan wspomniał Jerzego Waldorfa, to i on i ojciec byli „chorzy na Polskę”, w najlepszym tego określenia znaczeniu. Rządów PiS na pewno by nie polubił i kpiłby z nich na potęgę. Tego jestem pewien.
Pamiętam, że w jednej ze swoich książek, bodaj w „Firku” Jerzy Waldorff mówił, że ilekroć jest za granicą a podróżował często, po dwóch tygodniach tęskni za krajem, czyli, jak to mówią Francuzi, „mal du pay” co można swobodnie przetłumaczyć jako „chorować na kraj”.
Tak, ojciec może był bardziej odporny na bycie za granicą, ale nigdy nie zdecydowałby się na pozostanie n.p. nawet w Paryżu.
Pana ojciec był przez dziesięciolecia przede wszystkim, jako felietonista „Tygodnika Powszechnego”, komentatorem rzeczywistości, komentatorem o unikalnym autorytecie. „Kisiel” to była firma! W jego opinie i prognozy wczytywali się ludzie najrozmaitszych poglądów i najrozmaitszego autoramentu, od zwykłych czytelników do polityków. Co by powiedział Pana ojciec na to, co się dziś dzieje w Polsce?
To najczęściej zadawane mi pytanie – co by Kisiel na to powiedział? Zadają mi je najczęściej po wręczeniu nagród Kisiela przyznawanych przez tygodnik „Wprost”. Niezmiennie na to odpowiadam, że jeśli zacznę chodzić i mówić, co by ojciec na jakiś temat powiedział, czy kogo by poparł w wyborach i w życiu publicznym, to trzeba by chyba mnie odstrzelić albo zamknąć w miejscu odosobnienia jako stukniętego. Kiedyś pewna dziennikarka powiedziała mi, że żyłem w cieniu ojca i brata, Marka, słynnego pianisty z duetu Marek i Wacek. Zgodziłem się z tą oceną dodając, że to był bardzo przyjemny cień. Niemniej ja sam sobie często zadaję to pytanie, bo kiedy ojciec żył, zawsze mogłem liczyć z jego strony na poradę, względnie na ostudzenie emocji. On się martwił moją czasem bezczynnością, lenistwem i mówił, pisał też w „Dzienniku”, że „Jerzyk przepieprza czas”. Zawsze martwił się bezideowością młodzieży i dlatego w latach siedemdziesiątych tak bardzo zaopiekował się i zaprzyjaźnił z grupą skupiona wokół Aleksandra Halla. Właściciel sklepu, w którym ojciec lubił robić zakupy zapytał mnie niedawno: „Co by pański ojciec na to wszystko dziś powiedział?”. Inny pan przypomniał mi odpowiedź ojca na pytanie, co będzie po zmianie ustroju – powiedział, że będzie 20 lat bałaganu, a potem będzie lepiej. I pan ten przypomniał, że 30 lat już minęło.
Z czego byłby zadowolony?
Przede wszystkim z wolności słowa, z wolnej wymiany myśli, z nieskrępowanej wymiany poglądów, bo o to przecież walczył, o to żeby nie trzeba było iść do cenzury po pozwolenie na wydrukowanie zaproszeń na ślub. A w czasach, kiedy cenzura jednak była walczył o to by w tekstach publikowanych pojawiały się nawiasy, z powołaniem się na ustawę o kontroli prasy, publikacji i widowisk, wskazujące na ingerencje cenzury i takie nawiasy jeszcze za jego życia, w PRL, się pojawiły. Mniej byłby zadowolony z tego, że tak jak on za PRL odbijał się jak piłka od ściany cenzury i niemocy generowanej przez ustrój, tak i dziś wpływ ludzi mądrych na rzeczywistość jest bardzo ograniczony. Ojciec napisał nawet kiedyś tekst o bezsilności publicystyki, która często zderza się z murem nie do pokonania.
Co dziś mówiłby o PRL, którą tak krytykował?
I jednocześnie nieustannie o niej myślał, analizował ją. Myślę, że spojrzałby na nią z nieco skorygowanej perspektywy. Z większą wyrozumiałością. Wydaje mi się, że przyznałby, iż w PRL także tętniło bujne życie mimo szarości dekoracji, że ludzie sensownie pracowali dla Polski na tyle na ile można było, że miewali szczęśliwe życie prywatne. Podejrzewam też, że żałował by ówczesnej nadwyżki wolnego czasu, tego, że w PRL mieliśmy o wiele więcej niż dziś czasu, który można było zapełnić spotkaniami z ludźmi, życiem towarzyskim i uczuciowym, lekturami, pisaniem. Teraz my gonimy czas, nie nadążamy, nieustannie odbieramy telefony i dzwonimy, no i martwimy się, gdy z braku czasu nie możemy skorzystać z nadmiaru istniejących możliwości. Dziś ten, kto jest twórczy, ten jest nieustannie zajęty. Z drugiej strony myślę, że ojciec cieszyłby się z tego, że Polska tętni rozwojem, czego wielu ludzi ze starej Europy nam zazdrości, bo tam, na przykład wyraźnie widać to we Francji panuje dużo marazmu i poczucia bezsensu. Do PRL miał zresztą stosunek zróżnicowany. Przecież Polską Ludową była też Polska poniekąd mikołajczykowska do 1947 roku, przez pierwsze trzy powojenne lata. Do tego okresu miał ojciec sporo uznania, bo to był czas kiedy gospodarka zaczęła rozwijać się trójsektorowo, a poza tym była spora wolność słowa. Od 1948 roku wszystko poszło najgorszym możliwym torem. I ojciec, wracając pamięcią do tego okresu zwracał uwagę, że w księgarniach nie można kupić Manifestu PKWN, Lipcowego. I od razu wyjaśniał dlaczego. Otóż tam był zapisany trójsektorowy model gospodarki: państwowej, spółdzielczej i prywatnej. Stąd Manifest stał się po kilku latach niecenzuralny.
Kisiel mówił o sobie, że nie ma poglądów politycznych, ale ma poglądy gospodarcze. Ciekawe jak on, zwolennik wolnorynkowego kapitalizmu, odniósłby się do obecnej polityki gospodarczej państwa?
Nie potrafię szczegółowo odnieść się do tego pytania, zwłaszcza w imieniu ojca. Mogę za to mocno przypuścić, że ponownie zadawałby sobie pytanie: komu potrzebna jest Polska? Martwiłby się tym, co przewidział na początku lat dziewięćdziesiątych, polemizując z optymizmem Adama Michnika i „Gazety Wyborczej” – obudzeniem się w Europie egoizmów i nacjonalizmów. I to się zmaterializowało w rządach PiS.
Pytanie, co by powiedział Kisiel można odnieść do setek kwestii, ale ograniczę się do trzech. Jak odniósłby się do szybkiego zwycięstwa wyborczego postpeerelowskiej lewicy po 1989 roku, co stało się już po jego śmierci, do wybuchu politycznego klerykalizmu i do kryzysu recept neoliberalnych w gospodarce, widocznych choćby w polityce gospodarczej Platformy Obywatelskiej?
Jak w każdym przypadku, uczynię zastrzeżenie, że mogę sobie tylko wyobrażać, co mógłby powiedzieć ojciec i że możemy się jedynie zbliżyć do odpowiedzi na to pytanie. Co do pierwszej kwestii, to jego nie dziwiło, że PRL-owska kadra zarządzająca gospodarką ma na nią wpływ także po przełomie ustrojowym, bo ci ludzie po prostu znali się na zarządzaniu tamtą gospodarką, jaka by ona na nie była. W jakimś sensie konsekwencją tego była wygrana wyborcza SLD. Przypuszczam, że by go ona nie zdziwiła, jako że spodziewał się niechęci ludu pracującego do realnego, bolesnego demontażu socjalizmu w gospodarce, którego dokonał Balcerowicz. Co do klerykalizmu i politycznej roli Kościoła, to doceniając rolę Kościoła w hamowaniu komunizacji Polski, to przypuszczam, że patrząc na ekscesy klerykalne przywoływałby słowa księdza Józefa Tischnera o „nieszczęsnym darze wolności”. Część kleru i biskupów się w nim nie odnalazła, choć część odnalazła się bardzo dobrze, o czym często mało się wie, choćby jako organizatorzy życia w Polsce samorządowej, w małych społecznościach. I to pierwsze, świadomość „oblężonej twierdzy”, bardzo by mu się nie podobało, a to drugie podobałoby się, bo byłoby bardzo po jego myśli. Co do kwestii trzeciej, to ojciec nadzieję dla gospodarki widział w klasie średniej i podejrzewam, że dominacja Platformy Obywatelskiej byłaby dla niego po części emanacją wzrostu tej klasy, a po części wyrazem wiary tych, którzy do tej klasy aspirują. Co by go jeszcze cieszyło? Nie sposób przejechać się po Polsce i nie zauważyć, że to jest inny kraj niż 30 lat temu, głównie dzięki samorządom, na punkcie których i ja jestem zafiksowany. Myślę, że nie koncentrowałby się na zacietrzewieniu kilku polityków i traktowałby to jako polityczne teatrum. Ale pamiętajmy, że to ciągle są moje odpowiedzi z Kisielem w tle, a nie odpowiedzi Kisiela. Jestem tylko wodą po Kisielu (śmiech).
Kim dla Pana był ojciec przede wszystkim?
Kompozytorem, co ostatnio jest przypominane koncertami jego utworów, ale oczywiście zaraz potem felietonistą. Mówi się, że felieton żyje krótko, ale okazuje się, że niekoniecznie. Felietony Bolesława Prusa do dziś są nie tylko cenną kroniką życia Warszawy jego czasów, ale także w jakimś stopniu są ponadczasowe. „Dziennik” ojca, jak sam go nazywał – „dziennik śledziennika i żółciowca” do dziś jest czytany przez młodych ludzi jako pasjonujący i oryginalny obraz PRL. Staram się przez cały czas pamiętać o pana wyjściowym pytaniu – co by Kisiel dziś powiedział. Wydaje mi się, że to, co by dziś powiedział, można wyczytać także z tego, co go cieszyło, również w czasach PRL.
Jak Pan się czuje ze świadomością, że to już 110 rocznica urodzin ojca?
Czuję się z tą świadomością staro, bo choć co prawda byłem późnym dzieckiem, to jednak ponad 100 lat to nie byle co… Inna sprawa, że ojciec trochę się wyśmiewał z polskiej manii rocznicowej. Ja jednak uważam, że rocznice to dobra okazja do przypomnienia ważnych postaci, a przy tym przypomnienia tej części ich dorobku, która trochę została zapomniana. W przypadku ojca mam na myśli twórczość kompozytorską. Kisiel wraca więc jako człowiek muzyki, czyli do tego, od czego zaczął, jeszcze przed wojną, zanim pochłonęła go publicystyka i polityka.
Dziękuję za rozmowę.

Violetta Villas i Strajk Kobiet

Wydana właśnie antologia dramatów Tomasza Kaczorowskiego prezentuje autora, który choć debiutował zaledwie sześć lat temu, osiągnął już rozpoznawalność w polskim teatrze jako reżyser i dramatopisarz.

Autorka wstępu do „Sześciu opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie”, Joanna Żygowska trafnie wskazuje, że bohaterowie dramatów Kaczorowskiego przeglądają się w lustrach mitów i popkultury. Sam tytuł antologii wydaje się prowokujący – brzmi wzniośle, niemal pompatycznie albo – jeśli ktoś chce – tkwi w nim przewrotna ironia. Autor wyraźnie zaznacza, że to „opowieści”, że przychodzi opowiadać. Tytuł kojarzy się ze słynnym dramatem Luigi Pirandella „Sześć postaci w poszukiwaniu autora”. Wprawdzie – na pozór – łączy tytuły zbioru Kaczorowskiego i dramatu Pirandella tylko liczba „sześć”, ale charakterystyczna jest tu paralelna zasada: Pirandello ukazywał teatr, który potrzebuje autora – a tę potrzebę wyrażały powołane przez niego do życia postaci sceniczne. Kaczorowski ukazuje teatr, który chce opowiadać i poszukuje bohatera – indywidualnego lub zbiorowego, zanurzonego w historii albo życiu społecznym, w wielkich mitach. Potrzebuje jednak bohatera. Przy czym zarówno Pirandello jak i Kaczorowski (choć przecież każdy inaczej i nie ma tu mowy o żadnych związkach bezpośrednich) stawia na teatralną grę, szuka nowych sposobów opowiadania, wyraźnie dyskutuje ze starym dramatem i starym teatrem. Kaczorowski proponuje nowe sposoby kreowania świata scenicznego, pozostając tego świata zawołanym piewcą. Dość przywołać pieśń Pinokiów (bo jest ich aż pięciu) z „Opowieści o tym, jak godnie przeżyć życie…”:
„Tu i teraz
Ludzi poznać
Teraz zaraz
O teatrze porozmawiać
Teatr robić
Siebie tworzyć
Siebie poznać
Gniew wywołać
Gniew umorzyć
Tu i teraz”.

Brzmi to jak manifest, a pochodzi z dramatu należącego do najbardziej radykalnych w teatralnej grze w przedstawionej antologii. Wprawdzie w każdym z dramatów w mniejszym lub większym stopniu ma miejsce ta specyficzna gra między tradycyjną i nową formą, ale w „Opowieści” Kaczorowski próbuje wciągnąć czytelnika/widza/przyszłego reżysera sztuki do współpracy, do decydowania o wyborze drogi bohatera. Na każdym etapie akcji tego dramatu czytelnik może zmieniać los Pinokia, a opisuje to autor we wpisanych w utwór „zasadach gry”. Dochodzi tu do głosu temperament edukatora – autor jest silne związany z nurtem nowej dramaturgii adresowanej do młodego widza (wielokrotnie nagradzany w konkursach dramaturgicznych o tym właśnie adresie), mającej na widoku nie tylko wyraz artystyczny, ale także cele pedagogiczne. Ani na jotę nie moralizując, Kaczorowski, daje młodym widzom materiał do przemyślenia, do uruchomienia wrażliwości. Przy czym nie traktuje ich jak dzieci, ale partnerów takich samych jak dorośli. To wielki atut tych utworów o niejako podwójnym adresacie: dla młodych i pozostałych widzów w każdym wieku.
Teatr jest dla Kaczorowskiego strefą niemal absolutnej wolności, Przestrzeń wolności wyboru – tym razem dla aktorów – tworzy w scenariuszu „Antygona: jestem na nie”, nawiązującej do tragedii Sofoklesa, a inkrustowanej piosenkami Kory. W pewnym momencie aktorzy-postaci buntują się przeciw autorowi i nie chcą już grać Sofoklesem, nie chcą przelewu krwi i niepotrzebnych ofiar:
„nie zgadzam się
po prostu
nie zgadzam
się
jestem przeciw tragedii
przeciw kolejnym tragediom”
.
Przy czym aktorom pozostawia autor możliwość wyboru – Aktor alternatywnie powiada: „zgadzam się/nie zgadzam się na tę rolę”.
Antologię otwiera, jak zaznacza autor, antyfantazja „Las Villas” – to jak dotychczas jedyna sztuka Kaczorowskiego, którą widziałem na scenie w reżyserii Piotra Siekluckiego w Teatrze Nowym Proxima w Krakowie, wystawiona równolegle w Teatrze Nowym w Słupsku. Sztuka wywołała sporo zamieszania, syn Violetty Villas protestował przeciw wizerunkowi matki, pozwał teatr w Słupsku do sądu, ale ostatecznie sprawę przegrał.
Najmądrzejsze w tym dramacie/ przedstawieniu są… koty. To one pod koniec komentują to, co się stało i co się stanie: „Zobaczysz, co się będzie działo. Będą wchodzić i wychodzić. Burzyć się będą. Brzydzić się będą. Dziwić się będą. Jakby nie wiedzieli”.
A przecież wiedzieli wszyscy, że dogorywa w swoim zapuszczonym domu i ogrodzie wśród dziesiątków niedożywionych kotów i psów pod opieką budzącą wiele wątpliwości, psychicznie rozbita, unicestwiona jako artystka za życia. Może nikt nie mógł jej pomóc, bywają takie sytuacje. Tak czy owak, z poczucia trudnej do nazwania winy, a może jeszcze bardziej z pamięci o porywającym głosie i dynamicznej osobowości jedynej w swojej rodzaju Violetty Villas powstał ten spektakl. Bo co by nie powiedzieć o jej dziwactwach, nadmiernym makijażu, upodobaniu do kiczu mylonym z wytwornością, na końcu pozostaje imponująca skala głosu i nie do podrobienia plastyczność wykonania. Toteż zadanie, jakiego podjęła się Hanna Piotrowska, wcielająca się w wielką gwiazdę estrady u kresu jej dni, było karkołomne. Zwłaszcza że integralną częścią spektaklu były sławne piosenki Villas, które zachwycały publiczność w wielu krajach, jak choćby porywające „Oczy czarne”. Wprawdzie Hanna Piotrowska została obdarzona przez naturę mocnym głosem, wspartym solidnym przygotowaniem wokalnym w Studio Baduszkowej, ale próba „podrabiania” Villas musiałaby się skończyć katastrofą. Na szczęście aktorka nie udawała śpiewu à la Villas, choć stylizowała się wyglądem, ruchem, gestem na swoją bohaterkę. Ale śpiewała po swojemu, dowodząc, że w tych piosenkach, jeśli są oryginalnie i z temperamentem wykonane tkwi nadal siła. Najważniejsze jednak, że opowieść Tomasza Kaczorowskiego nie osuwała się w stronę farsy. Łatwo byłoby na zwłokach upadłej divy odtańczyć parodię, ale autor i za nim reżyser uniknęli tego łatwego mizdrzenia się do publiki. Zamiast tego powstało poważne (co nie znaczy, że nudne i nadęte, czasem nawet bardzo śmieszne) przedstawienie, które zachęca do namysłu nad losem artystki, której kariera stała się za życia igraszką losu i zawistników.
W dużej mierze bliski temu dramatowi jest także tekst „Sztuki o naprawianiu parasoli”, nie tylko dlatego że i tym razem koty, którymi opiekuje się Parasolnik, mają wiele do powiedzenia. Kaczorowski nawiązuje do legendy miejskiej, do postaci Czesława Bulczyńskiego, zwanego w Sopocie, rodzinnym mieście autora, Parasolnikiem Sopockim, ekscentryka żyjącego w świecie poezji i dziwności – co oczywiście zawadza śmiertelnie ponurej władzy. I tym razem – tak jak w „Las Villas” snuje autor opowieść o kimś okrutnie skrzywdzonym, a tak przecież potrzebnym ludziom. Trudno nie wyrazić solidarności z autorem okazującym tak wiele empatii dla pokrzywdzonych i ośmieszanych.
Już nie tak jednoznacznie rzecz się ma z dramatem „Moonwalk”, który czerpie inspiracje z muzyki pop, a idola tego gatunku, Michaela Jacksona stawia w centrum uwagi i oceny. Postać niejednoznaczna, zostaje przez autora pokawałkowana (dosłownie), osobno wypowiadają się Słowo, Głos, Oczy, a nawet Struny Głosowe. Podobnej fragmentaryzacji ulega tekst, którego zapis przypomina grafikę poezji konkretnej – przetworzenie go na język sceniczny to prawdziwe wyzwanie, o czym zresztą autor uprzedza nazywając ten utwór „awangardowym musicalem”.
Zbiór zamyka „Achilleis”, dramat dołączony do antologii w ostatniej chwili, wyraźnie związany z protestami kobiet przeciw opresyjnym decyzjom władz, odmawiającym kobietom prawa do wyboru. Utwór, z jednej strony głęboko zakotwiczony w tradycji, sięgający do postaci mitycznych wojny trojańskiej, do dramatów „Achilleis” i „Akropolis” Stanisława Wyspiańskiego, z drugiej strony przylega do toczonej przez Strajk Kobiet walki o wolność. Rzecz zaczyna się „Manifestem do wygłaszania w przestrzeni publicznej”, wyrażającym wolę walki o swoje prawa w imieniu kobiet: „Są, kim są. Są sobą. Większość z nich to kobiety, bohaterki, heroiny, To my”. Utwór utrzymany na granicy diagnozy i proroctwa, z parafrazami Wyspiańskiego i parafrazami haseł Strajku Kobiet, z ich drapieżną retoryką, która tak doskwierała „ciotkom kulturalnym” z powodu tzw. brzydkich wyrazów, zamyka radykalna zmiana perspektywy. Autor niejako abdykuje, w obawie, że jego wypowiedź może być potraktowana jako ślad patriarchatu – w końcu to jego, czyli słowami mężczyzny przemawiają w tym dramacie kobiety. Toteż na samym końcu wymyka się zarzutom o potencjalną protekcjonalność, oddając głos kobiecie – Kassandra mówi słowami Aleksandry Zielińskiej, jak zaznacza autor „ZA JEJ ZGODĄ, PRZYZWOLENIEM, ZROZUMIENIEM I WSPARCIEM”. Ten gest – tak to rozumiem – jest próbą naprawy wypaczonych relacji, nie dających prawa kobietom do własnego zdania. Teraz kobiety muszą być wysłuchane, mówi tym gestem autor, oddając głos Kassandrze Zielińskiej: „a nie mówiłam że tak będzie i nikt mnie wtedy nie słuchał wręcz przeciwnie kazali mi się zamknąć i słuchać”.

SZEŚĆ OPOWIEŚCI O TYM, JAK GODNIE PRZEŻYĆ ŻYCIE Tomasz Kaczorowski, ADiT, Warszawa 2021, ISBN 978-83-606-99-50-8

Mój dziennik politycznie niepoprawny

23 lutego 2014
Bez większego echa w mediach minęła 69. rocznica wyzwolenia Poznania spod hitlerowskiej okupacji. Od szeregu lat jest obchodzona skromnie, jakby wstydliwie, co jest niezaskakującym owocem politycznych intencji władz, którym przez usta i gardło jej reprezentantów słowo „wyzwolenie” na tę okoliczność przejść nie chce. Od szeregu lat stosuje się więc w związku z tym oficjalnie osobliwy eufemizm – swego rodzaju wytrych werbalny pod postacią mowy o rocznicy .. „zakończenia walk o Poznań”. Pytam, skoro było „zakończenie”, to gdzie był .. początek ? Gadając o „zakończeniu walk”, przemilcza się sześć lat hitlerowskiej okupacji, czyż to nie od niej wyzwalano poznaniaków !? Gdzie tu logika ? Takie verbum należy do bogatego zbioru słownej gimnastyki, usiłującej sekować z oficjalnego obiegu zasługi Rosji (ZSRR) w przebieg i zakończenie II Wojny. Że kłuci się to z oczywistością – stanowi pokrętny zabieg ideologiczny – nie ma dla nowej generacji propagandzistów jakiegokolwiek znaczenia. Ważne, że wydaje się wydawać oczekiwane owoce w głowach i emocjach, zwłaszcza młodego pokolenia. O to przede wszystkim chodzi. Nikt w tym przypadku nie sili na pluralizm w ocenie i myśleniu: każdy, mający inne zadnie na ten temat, nie jest intelektualnie i medialnie trendy; nie zasługuje na miano patrioty, więc odpada.
Zwrot „wyzwolenie” spaja w sobie rozmaite potencjały. Ten faktyczny, najprostszy i przyswajalny przez powojenną większość, wydaje się być oczywistą oczywistością na tle egzystencjalnych mroków i wielopostaciowej nędzy oraz ludzkich zagrożeń hitlerowskiej okupacji. Mówienie więc, że potem było (prawie) tak samo, a może jeszcze gorzej, i czynienie z tego po latach kategorii „prawdy” obiegowej i objawionej (do zapamiętania) zakrawa na głupotą. Dla narodu wykrwawionego i słaniającego się ze zmęczenia wojną było owo wyzwolenie czymś rzeczywistym i realnym. Niewątpliwie dla pewnej, mniejszej zdecydowanie części nie takie, jakiego ta oczekiwała.
W okresie mej młodości, która przypadała na Polskę Ludową , rocznicę tę uznawano za ważną. Fetowano ją. Celebra z tym związana wcale nie postrzegana jako wyraz podporządkowania i uległości wobec wschodniego sąsiada – co wcale nie oznacza, że nie było głoszących takie właśnie zdanie.
Po 1989 odwróciły się polityczne wektory postrzegania naszej historii. „Wyzwolenie” (radzieckie) zostało wygumkowane z oficjalnego i medialnego obiegu. Zaczął obowiązywać nowy język, wedle którego, było ono znakiem – początkiem zniewolenia Polaków, co wielu – znowu nie wszyscy – przyjmuje do wiadomości ze zdumieniem, bo zniewolonymi się nie czuło. Jest oczywistym, że w wyniku wojny został Polsce narzucony represyjny – przynajmniej w pierwszych latach dolegliwie – nieefektywny gospodarczo ustrój. Taka perspektywa ma obecnie status pierwszoplanowej i oficjalnej. Przekłada się odpowiednio na sposób państwowej celebry. Postawienie sprawy ma tę makiaweliczną cechę, że trudno ją w wymiarze ogólnym kwestionować. Diabeł jednak tkwi, jak zwykle, w szczegółach. Dodam, że są to szczegóły ważne. Ich ignorowanie – co się od lat czyni – stacza ku mataczeniu i żonglowaniu historią.
Czy się to komuś podoba, czy nie, obowiązujące ujęcie naszej najnowszych dziejów wydaje się stanowić karykaturalną próbą postawienia znaku równości (zapewne z przybliżeniem) pomiędzy okupacją hitlerowską a Polską Ludową. Niektórzy np. uważają, że II Wojna Światowa skończyła się (pewnie symbolicznie) dopiero w 1989 roku (wraz z uwiądem komunizmu w Europie). I wedle tych niektórych – wpływowych i opiniotwórczych – jest to rok „prawdziwego” wyzwolenia. Taka ocena znajduje zwolenników, zwłaszcza pośród historycznie zwodzonej i patriotycznie rozpalonej młodzieży. Nie może ona pamiętać wojny, ani Polski Ludowej.
Dorosłe, bliskie i dalsze otoczenie, w którym żyłem – a więc wojnę pamiętające – nie miało na ogół wątpliwości, co do kwestii radzieckiego wyzwolenia. Sześć lat okupacji było okrutnym doświadczeniem, a wszystko co miało miejsce potem, mimo swych mroków i niedoskonałości, było czymś, co mogło być tylko lepszym, i lepszym, jakkolwiek niedoskonałym było. Wiem co piszę, bo w Polsce Ludowej spędziłem swoje najlepsze lata; wspaniałe i beztroskie dzieciństwo oraz jajcarską młodość. Tak to widzi też wielu z mej generacji, dzisiaj onieśmielonej i przytłumionej „odkrywczymi” erupcjami odmóżdżonej polityki historycznej rządzącej prawicy. Na jej tle, zachowując szacunek dla faktów, nie dam sobie wmówić – z wyłączeniem kilkorga powojennych lat polskiej wersji stalinizmu – modnych skrajności na temat polskiego „powojnia”. Odrzucam w szczególności związane z tym postaci wyolbrzymień i hamletyzowania. Rozumiem przy tym, że każdy ma prawo mieć własne zdanie – w tej i każdej innej sprawie – i ze mną się nie zgadzać, ja ma zaś prawo zachować swoje, co niezłomnie czynię. Zachowuję przy tym szacunek do twardych liczb oraz faktów – nie przymykam na nie oczu. W latach1945 – 1955, w które wpisały się epizody wojny polsko – polskiej, straciło po obu stronach życie, jak się szacuje, 25-30 tys. ludzi. Większość zabitych i zamordowanych odnotowano po „stronie władzy”. Straty tzw. podziemia – skazanych przez sądy, zamordowanych (straconych) przez aparat władzy i zabitych w walce – szacuje się na 10 – 12 tysięcy. Wczytuję się właśnie w książkę napisaną wspólnym sumptem przez dwóch wybitnych historyków zachodnich: Tony Judt’a i Timthy Snyder’a pt. „Rozważania o wieku XX”. (czytałem też ich inne pozycje: pobieżnie np. „Powojnie” Tony Judt’a, oraz dokładnie „Skrwawione ziemie” Snyder’a.) Ta trudna w czytaniu, ubogacająca lektura jest swego rodzaju kroniką dialogu obojga intelektualistów, próbujących zilustrować i uporządkować „prądy ideologiczne i mielizny myślowe XX wieku” (cyt. z podtytułu książki). Zwykle przy lekturze dzieł skupionych na historii łączę (nieczęsto) podziw dla autorów z wewnętrzną polemiką z niektórymi fragmentami ich myślenia. Ten przypadek nie był wyjątkiem. Posłużę się jednym z cytatów z pracy Judy’a i Snyder’a: „Społeczeństwo otwarte (demokratyczne) musi znać swoją przeszłość. Wszystkie społeczeństwa zamknięte w dwudziestym wieku, lewicowe i prawicowe, manipulowały historią. To najstarsza forma sprawowania kontroli nad władzą – jeśli masz władzę nad interpretacjami tego, co się kiedyś wydarzyło (lub po prostu możesz o tym skutecznie kłamać), teraźniejszość i przyszłość są otwarte do twojej dyspozycji”.
Autorzy czynią powyższą uwagę w kontekście systemów totalitarnych. Ułożeni i starannie wykształceni intelektualiści zachodni, za jakich w powszechnej opinii uchodzą, analizują i potępiają totalitaryzmy XX wieku. Czynią to z pasją, w oparciu o pogłębioną wiedzę, zaczerpniętą z reguły z zasobnych archiwów świata Zachodu. Z perspektywy obu autorów, manipulowanie historią jest właściwością – wyłącznie ? – wspomnianych totalitaryzmów (faszyzmu i komunizmu). Jakakolwiek polemika z takim poglądem – do tego z wybitnościami – będzie niechybnie uznana za megalomanię. Chociażby za tą przyczyną lękam się przystąpić do dyskursu na temat funkcji wiedzy o historii oraz jej miejsca w kształtowaniu polityki w warunkach demokracji, interesuje mnie przy tym zwłaszcza materia dotycząca posługiwania owym zasobem wiedzy w Polsce po 1989 roku, więc od kiedy zaczęto ponownie nią kombinować i mataczyć. Mądrość historyczna sącząca się światłym strumieniem z dzieła obojga wydaje się nie podlegać dyskusji. Nie potrafię jednak oddalić od siebie polemicznej natury, która – na tle wielkości piszących – popycha mnie (być może) ku pułapkom amatorszczyzny ( z wykształcenia jestem ekonomistą, nadto wyedukowanym w czasach Polski Ludowej). Polegam twardo na swoim tzw. zdrowym rozsądku.

Wokół zawartości i kontekstów „Września” Jerzego Putramenta

Minęła 82, okrągła rocznica agresji Niemiec na Polskę, czyli wybuchu II wojny światowej 1 września 1939 roku. Świat jest inny, Polska jest inna, Niemcy są radykalnie inne, inaczej na ogół prowadzone są wojny, ale są też i pewne podobieństwa. Polska skłócona jest w mniejszym czy większym stopniu ze swoimi sąsiadami, z Niemcami, Czechami, Rosją, Białorusią. Relacje z małą Słowacją są, póki co, neutralne, a z Ukrainą może być różnie mimo obecnych pozorów sielanki. Tylko na północy za brudnym i martwiejącym Bałtykiem jest odległa, bardziej mentalnie i antropologicznie niż geograficznie, obca Szwecja.

„Larwa narodu”?
No i jeszcze jedno: w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej Polska jest, z grubsza biorąc, w punkcie wyjścia z 1939 roku czyli generalnie poza jej specjalnym zainteresowaniem. A rząd PiS i jego propaganda traktuje swojego niedawnego Supersojusznika już niemal jak wroga i nabijają się z Joe Bidena niemal jak niegdysiejsi „antykomuniści” z Leonida Breżniewa. Poza tym Polska jest też, podobnie jak w 1939 roku, bezbronna militarnie, co wykazał wynik symulacji agresji rosyjskiej, a pomoc NATO wcale nie taka oczywista. Polska jest więc dość podobnie jak w 1939 roku (praktycznie, nie formalnie) – osamotniona. Wakacje 1939 roku były co prawda generalnie spokojniejsze niż tegoroczne, ale wtedy nie było TVPiS, TVN24, Polsatu i internetu, czyli wszędobylskiej polityki transmitowanej na okrągło. Nawet radio było jeszcze w powijakach. Czy zmierzam do tego, by ogłosić, iż przewiduję powtórkę z września 1939 roku? Nie mnie to oceniać, ale skojarzeń trudno uniknąć, choć historia nigdy się nie powtarza w tym samym kształcie. Obawiam się też, że gdyby doszło do nieszczęścia, nie byłaby to piękna klęska jak z pisowskich malowanek dla grzecznych dzieci. Przebieg zdarzeń przypominałby raczej ten obraz kampanii wrześniowej, który odmalowali w swoich powieściach: Stefan Kisielewski w „Sprzysiężeniu”, Jan Józef Szczepański w „Polskiej jesieni” i Jerzy Putrament we „Wrześniu”. Tej ostatniej będą poświęcone poniższe uwagi.
Zaraza polskości
„Ożywa przed czytelnikiem cały teatr kampanii, jego decydujące szlaki, jej szybkie wydarzenia – pisał młody krytyk Andrzej Wasilewski w swoim szkicu o powieści tuż po jej ukazaniu się (1952) – Poznajemy myśl operacyjną sanacyjnych dowódców i uczestniczymy w losach poszczególnych armii, doświadczenia różnych warstw narodu i ludu warszawskich przedmieść, chłopstwa, drobnomieszczan zamarłych miasteczek dwudziestolecia, inteligencji mieszczańskiej różnego kalibru, przywódców sanacyjnej kliki i przedstawicieli najlepszych sił narodu – komunistów”.
To generalna kwantyfikacja. Wasilewski zwraca jednak uwagę na niezwykle ciekawe konstatacje polityczne zawarte w powieści. Józef Beck, jedna z realnych postaci pojawiających się we „Wrześniu”, mówi o Polsce jako o „nikczemnym kraiku”. Krytyk zwraca uwagę, że „ostatnie dni sanacji to okres szczytowego natężenia jej łajdactw”. Wspomina o postaci Knothego, „generała sprzątniętego przed „Dwójkę” za odważną krytykę samobójczego planu obrony”. „Z drugiej strony Becki, Rydze, Burdy i Rąbicze. Bankier Vestri, „dziennikarka reżimu Gaysse i „ludowcy” w rodzaju Kulibaby” – pisze Wasilewski i dodaje: „O ile reprezentanci sanacji przedstawieni zostali z doskonałą ostrością i plastyką, to przedstawicielom ludu brak tej pełni”. „Największą siłą Putramenta jest demaskatorstwo, słabiej wypadają w niej ciepłe, przyjazne, przejmujące odblaskiem czystego życia”. „Dialogi pulsują dramatyzmem”.
Dialogi rzeczywiście pulsują dramatyzmem, a nawet błyskotliwością. Szwajcarski bankier Vestri w rozmowie z senatorem Potockim mówi: „Niech pan powie, hrabio, w czym się kryje ta zaraza polskości? Chwilami myślę, że to coś w rodzaju malarii. Człowiek przyjeżdża tutaj, jakby nigdy nic, zrobić jakiś interes, zgarnąć pieniądze i jechać do spokojnych, kulturalnych krajów, aby przetrawić łup. Zrazu Polska działa na niego odpychająco. To towarzystwo warszawskie zapatrzone w jakieś tam zagranice jak jacyś Rumuni. Ta bida, niechlujstwo i jednocześnie zarozumiałość. (…) A jednocześnie przekonanie, że Polska jest pępkiem świata. Bezmyślny, zwierzęcy patriotyzm. I przy tym zupełny brak zmysłu politycznego. Kłótnie i swary wszystkich ze wszystkimi. I jednoczesne zgodne i zgrane pchanie tej ukochanej ponad wszystko ojczyzny do wielkiej katastrofy”.
Polacy jak dzieci – bawią się
Skąd się to bierze?”. (…) „Wie pan (…) chwilami zdaje mi się, że to po prostu dzieci. (…) Są takie meksykańskie bodaj salamandry, które całe życie spędzają w stadium larwy. Może i z Polską jest podobnie? Po prostu larwa narodu, coś jej tam przeszkodziło, czegoś zabrakło, czegoś było za dużo i normalne przekształcanie się zahamowało. To by tłumaczyło tę nieodpartą atrakcyjność Polaków. Dzieci są brudne, źle wychowane, zarozumiałe, krzykliwe, porywcze i łatwo zapominające, okrutne. Ale są dziećmi. Polacy tylko bawią się – w wojsko, w rząd, w wielkie mocarstwo”.
Bardzo obszerną i drobiazgową analizę „Września” zawarł Ryszard Matuszewski w szkicu „Powieść o klęsce wrześniowej”, zwracając uwagę przede wszystkim na wybitne walory jej warstwy satyrycznej, sarkastycznej, pamfletowej, momentami marionetkowej, ogarniającej polityczne i wojskowe sanacyjnej „góry” i słabość artystyczną scen ukazujących świat pozytywny: ludu, chłopów, robotników, a także komunistów (po nazwiskami Kalwego i Walczaka skrywają się Alfred Lampe i Marian Buczek): „Klika sanacyjna, cywilna i wojskowa, reprezentowana jest przez kapitalne postacie dwu „szarych eminencji” reżimu, Rąbicza i Burdę, wraz z ich otoczeniem politycznym i domowym, ich „świtą” i żonami bądź kochankami. Jest wspaniała postać odsuniętego na bok „starego legionisty” Friedenberga. Szereg postaci wyższych i niższych wojskowych: „dwójkarz” Ślizowski, wywindowani przez reżim „sztabowcy” i „liniowcy”, i młody sanacyjny narybek oficerski. I mała totumfacka płotka dziennikarska – Gaysse-Tarnobrzeska, i drobni urzędnicy, i policja”. Matuszewski odrzuca jednak zarzut o „kadenizm” „Września”, czyli pokrewieństwa stylistyczne z prozą Juliusza Kadena-Bandrowskiego. „Językowe podobieństwa naraziły powieść Putramenta, wówczas kiedy drukowano ją w odcinkach, na niesłuszny, bo ogólnikowo formułowany zarzut naturalistyczno-ekspresjonistycznego rozwichrzenia stylu, przypominającego przedwojenne powieści Kadena Bandrowskiego. Zarzut był niesłuszny, bo styl Kadena wiązał się z całą jego postawą ideową, był konsekwentnym jej odpowiednikiem, zacierał celowo oblicze postaci, sprowadzając ich działanie do biologicznych odruchów. Nic podobnego nie ma u Putramenta, którego postaciami rządzą nie zafałszowane dyrektywy myślowo-ideologiczne”.
Opinie Zweiga i Wańkowicza
Warto przeczytać „Wrzesień” zarówno po raz pierwszy, jak i w ramach powtórki. Piszący te słowa co pewien czas powraca do tej powieści z satysfakcją jak rzadko do innych. To musi coś znaczyć, bo do złej prozy nie wracałoby się tak chętnie, a to świadczy o tym, że Putrament był, wbrew nienawidzącemu mu go „antykomunistycznemu” koleżeństwu po pisarskim fachu, naprawdę dobrym pisarzem, któremu przylepiono „gębę” nieutalentowanego grafomana i aparatczyka. W przypadku zaś „Września” okazał się pisarzem bardzo wybitnym. A wielu z tych „nieskazitelnych” pozostawiło po sobie jedynie nie nadające się do czytania nudy na pudy.
„Nazwisko Jerzego Putramenta stawiam od tej chwili w jednym rzędzie z nazwiskami francuskich, angielskich i niemieckich pisarzy, należących do najlepszych epików tej epoki, która zakończyła się naszą erą atomową” – napisał wybitny pisarz niemiecki Arnold Zweig w swoim tekście o „Wrześniu”. W „Prosto od krowy” Melchior Wańkowicz nazwał „Wrzesień” „Generałem Barczem na czerwono”.
Po 82 latach od czasu akcji powieści i po 69 latach jakie upłynęły od jego wydania, „Wrzesień” Putramenta, choć w warstwie stricte historycznej i personalnej już tylko dokumentem epoki, to w swej warstwie artystycznej ciągle uderza świeżością i atrakcyjnością, dynamiką i prawdą. A przede wszystkim jest w niej walor i duch metafory oddającej z rzadką trafnością klimat i esencję „polskości”, „kompleksu polskiego”, konfrontację polskiej żywotności i zarozumialstwa z brutalnymi wyzwaniami historii, w tym polskiego zachowania w obliczu klęski.

Z francuskiego na filmowy

Zbiór ten zawiera siedemnaście szkiców o osiemnastu dziełach francuskiej klasyki literackiej, które zostały zaadaptowane na ekran telewizyjny przez więcej niż osiemnastu reżyserów, więcej bo niektóre utwory były ekranizowane więcej niż raz, a niektóre wielokrotnie.

Rekordzistą jest sławna osiemnastowieczna powieść Choderlos de Laclos „Niebezpieczne związki”, przez jednych uważana za obraz, przez innych za krytykę a przez innych jeszcze za manifest libertynizmu, którą adaptowano na ekran dwanaście razy, choć w kilku przypadkach jedynie na jej swobodnie potraktowanych motywach.
Kilka razy adaptowano „Czerwone i czarne” Stendhala, czy „Szkołę uczuć” Gustawa Flaubert, a z kręgu literatury popularnej „Piękną i bestię” osiemnastowiecznej pisarki Leprince de Beaumont, „Damę Kameliową” Aleksandra Dumasa-syna i Upiora Opery” Gastona Leroux. Dwukrotnie adaptowane były ( z konieczności – fragmenty) „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, a czterokrotnie „Teresa Raquin” Emila Zoli. To z literatury relatywnie dość dobrze znanej także z polskich przekładów i „sławnej”. Jednak niektórzy autorzy szkiców zdecydowali się na szkice o adaptacjach filmowych literatury mniej znane, n.p, „Cheri” Colette, autorki w Polsce tłumaczonej, ale nie cieszącej się tu jakąś szczególna popularnością, „Strasznych dzieci” Jeana Cocteau czy „Milczenia morza” Vercorsa (obie zekranizował Jean Pierre Melville), autorów znanych tu tylko specjalistom i amatorom.
Podobnie, choć niektóre ich powieści przetłumaczone zostały na język polski, raczej tylko wąskim kręgom znana jest proza kryminalna duetu Boileau-Narcejaca i prawdopodobnie więcej osób widziało słynny film „noir” „Widmo” George Clouzot z 1955 roku z Simone Signoret, Paulem Meurisse, Charlesem Vanel niż jego literacki pierwowzór „Diabolique”.
Na polskie ekrany nigdy nie dotarł film Philippe Agostini „Dialogi karmelitanek” według tekstu Georges Bernanos z 1960. Jego wymowa była zbyt ostentacyjnie religijna, by mógł trafić na państwowe ekrany w czasach Władysława Gomułki, a później jego data produkcji uległa „przeterminowaniu”.
Z kolei „Jules i Jim”, zarówno jako pierwowzór literacki w postaci powieści Henri-Pierre Roche, jak i jako adaptacja dokonana w 1962 roku przez Francois Truffaut był zbyt „wsobnie” „francuski” w swoim wyrafinowanym, koronkowym, spekulatywnym, literackim psychologizmie oderwanym od empirii życia, by zdobyć w Polsce więcej niż garstkę zainteresowanych krytyków i koneserów. Podobnie – „Zazie w metrze” Raymonda Queneau, pisarza zawsze „niszowego”, formalistę i eksperymentatora wyobraźni i języka którą przeniósł na ekran podobnie elitarny reżyser Louis Malle. Autorzy szkiców, literaturoznawcy i filmoznawcy analizują skrupulatnie relacje między pierwowzorami literackimi a ich adaptacjami pokazując jak zawiły jest proces przetwarzania powieści na scenariusz a następnie na filmowe kadry.
Towarzyszących temu zjawisk jest ogromna liczba, począwszy od tego, że choć „Upiór w Operze” Gastona Leroux był i jest bardzo, masowo wręcz popularną powieścią, która weszła do popkultury, to ani jednej z jej licznych adaptatorów na ekran nie uczynił tego w pełni zgodnie z pierwowzorem a z „Czerwonego i czarnego” powstała zarówno pełna ironii i umowności ekranizacja francuska Claude Autan-Lara (1947), bardzo „sieriozny” realistyczny film radziecki, jak i wręcz naturalistyczny serial.
Toteż najważniejsza chyba nauka z tej erudycyjnej książki jest taka, że ekranizacje literatury mogą być wszystkim i mogą nawet przewyższać pierwowzór atrakcyjnością, ale nigdy nie są jego zwykłym ekwiwalentem, lecz osobnym dziełem.
Upływu i metamorfoz czasu w ekranizacji „W poszukiwaniu…” Prousta nigdy nie płynie w czasie dwugodzinnej emisji tak, jak podczas wielomiesięcznej lektury siedmiu tomów dzieła.
„Od de Laclosa do Collarda. Adaptacje literatury francuskiej”, red. Alicja Helman, Patrycja Włodek, Fundacja Terytoria Książki, str. 271, ISBN 978-83-7908-038-0

Doktor Judym w spódnicy

Słynny lekarz Ludwik Rydygier mówił o niej z oburzeniem jako o „dziwadle kobiecie-lekarzu”. Anna Tomaszewicz była pierwszą Polką-lekarką, 15 kobietą na świecie, która uzyskała dyplom tej profesji. Urodziła się w Mławie,a dyplom lekarski „wystudiowała” w Zurichu, w tamtej epoce (lata siedemdziesiąte XIX wieku) było nie lada wyczynem. Jednak gdy wróciła do Polski, do Warszawy, nie została przyjęta z otwartymi ramionami.

Podobnie było w Petersburgu. Zainteresował się nią dopiero przebywający na Newą sułtan turecki z Omanu, który potrzebował opieki medycznej dla swojego haremu. W konsekwencji, choć szczególnie interesowała się neurologią i zdobyła doświadczenie w dziedzinie raczkującej metody EEG czyli badania bodźców elektrycznych w mózgu, zmuszona był zająć się głównie chorobami kobiecymi, ginekologia i położnictwem i w tej dziedzinie zdobyła największe doświadczenie, dzięki zajmowaniu się żonami sułtana. Po trzech latach tej praktyki powróciła do Warszawy i przy ulicy Twardej założyła gabinet dla ubogich pacjentek. Kilka lat później założyła przy ulicy Prostej przytułek położniczy, w którym nie tylko prowadziła praktykę, ale także wykształciła ponad trzysta akuszerek, pielęgniarek ginekologicznych a nawet lekarzy o specjalności ginekologicznej. Albena Grabowska napisała opartą na faktach opowieść o pierwszej dyplomowanej lekarce praktykującej na ziemiach polskich. Pokazała ją jako osobę utalentowaną, pełną zapału, pragnącą pomagać ludziom, mającą na koncie doskonale przyjęte przez środowisko publikacje naukowe. Chociaż Towarzystwo Lekarskie, do którego zgłosiła się niedługo po zakończeniu studiów, widziało w niej przede wszystkim kobietę. Anna jednak cały czas uparcie dążyła do celu i po to, by nostryfikować dyplom i w końcu móc pracować w zawodzie, gotowa była udać się do samego cara. Tymczasem w stołecznych domach i szpitalach szerzą się choroby powodowane przez wszechobecny brud i nieprzestrzeganie zasad higieny. Zalecenia Josepha Listera, inicjatora antyseptyki, nawet jeśli znane, były ignorowane i wykpiwane przez większość lekarzy i personel medyczny. Po przytułkach i kamienicach jak dziki ogień rozprzestrzeniała się gruźlica, a na salach operacyjnych wielu pacjentów umierało mimo udanych zabiegów. Żniwo zbierało też gorączkę połogową, an której plagę doktor Anna zwracała szczególną uwagę. W tkankę powieści Grabowska wplotła także historie postaci, które miały przełomowy wpływ na dzieje medycyny: Elizabeth Blackwell, Louisa Pasteura, Wilhelma Röntgena czy Charlesa Darwina.
Warto też wspomnieć o Ałbenie Grabowskuej, polskiej lekarce bułgarskiego pochodzenia, neurolożce z drugim stopniem specjalizacji i doktoratem. O dekady jest także autorką powieści dla dorosłych i dzieci. Z upodobaniem sięga po różne gatunki literackie. Napisała już książkę non-fiction „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, sagę rodzinną „Stulecie Winnych” , powieść kryminalną „Ostatnia chowa klucz”, książki przygodowe dla dzieci – cykl „Julek i Maja”, bajkę terapeutyczną „O małpce, która spadła z drzewa”, powieści psychologiczne „Coraz mniej olśnień”, „Lady M.”, „Lot nisko nad ziemią”, cykl powieściowy obejmujący romans, powieść awanturniczą oraz thriller szpiegowski: „Alicja w krainie czasów”, dystopię dla młodzieży „Nowy świat”, powieści obyczajowe „Kości proroka”, „Matki i córki” , a także cykl powieści z elementami historii medycyny „Uczniowie Hipokratesa: Doktor Bogumił”.
Albena Grabowska – „Doktor Anna”, Marginesy, Warszawa 2021, str. 500, ISBN 978-83-66863-32-3

Obsrany ogródek człowieczeństwa

  • Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu – mówi pisarka Izabela Szolc w wywiadzie z Tomaszem Borowieckim.

Pewna recenzentka napisała o pierwszym tomie „Brudnej trylogii”- „Zemsta to za mało”, że „ta książka to za dużo”. Co ty na to?
Napisała też, że zareagowała na moją powieść jak na powieść Irvina Welsh’a „Trainspotting”. Uwierz, że jak to przeczytałam, to obiegłam swój czternastometrowy pokój, nucąc motyw z „Rydwanów Ognia” Vangelis. Wcześniej porównywano moje pisanie do Chucka Palahniuka, teraz Welsh…
Tak zaś generalnie jeśli recenzenci postanowili mi zafundować przejażdżkę na stercie gówna, jak nie przymierzając reymontowskiej Jagnie, to ja zamierzam umościć się na tym gównie jak Enzo Ferrari w Gestione Sportiva.
Drugi tom „Brudnej trylogii”- „Kara to nie wszystko” ma na okładce ostrzeżenie „Tylko dla dorosłych”…
A trzeci pewnie będzie zafoliowany. Ale tak naprawdę te książki nie negatywnych emocji dlatego, że są w nich sceny erotyczne i bluzgi. Tu już sobie nie żartujmy… Te książki mówią, że fotel, plazma, piwo z marketu i obsrany ogródek nie wystarczają do tego, aby poczuć się człowiekiem. Że za wszystko „daje się i odbiera” na Ziemi. Że życie może mieć rewelacyjne godziny i lepiej żeby tak było, bo na Niebo nikt się nie doczeka, niewiadomo ile czasu spędzałby pod krzyżem… Nie zdawałam sobie sprawy, że pisanie bez grama hipokryzji może ludzi tak zaboleć. Jak i nie zdawałam sobie sprawy, że jeszcze przed reformami edukacyjnymi znajomość literatury u niektórych czytelników trze mordą o beton. Zero pojęcia o tym co to jest stylizacja, antybohater, konstruowanie poprzez łamanie zasad chronologii i ostre cięcia w akcji. Null.
Naprawdę, nie zdawałam sobie sprawy jakie szkody poczyniła komercjalizacja powieści i uproszczenia w samych tekstach. Owszem pamiętam dawne rozmowy w niektórych wydawnictwach, „kuluarowe”: potrzebujemy literackiego hamburgera. Teraz sami pisarze chwalą się, że napisali „hamburgera”. A w kuluarach mówi się już: „jak pisać dla tych jamochłonów, żeby nakłady były wyższe”? Nigdy nie potraktowałabym żadnego czytelnika jak „jamochłona”, bo spaliłabym się ze wstydu, a przecież generalnie do wstydliwych nie należę. Ale papka dla mózgu, to nie jest mój problem. Ja stawiam sprawę jasno: serwuję Państwu anchois z lekkim posmakiem cipki.
Podobno to są książki pisane gniewem?
Bo i są. Ale tak naprawdę, kiedy się rozglądam- często bezradnie, często przerażona, nawet ja- to powoli zadaję sobie pytanie: „czy naprawdę mi warto ginąć za Gdańsk?” Z udzieleniem sobie samej odpowiedzi poczekam gdzieś do menopauzy. Czyli raczej wcześniej niż później.
Wydajesz się być strasznie trudnym człowiekiem…?
Nieprawda! Piszę trudne książki, więc muszę być łatwa. Dla równowagi.
Coś ty! Kłamię ci. Jestem cholernie trudna. Trudna, wkurzona i wkurzająca, to także. Ale jaka mam być jak żyje w świecie, w którym wciąż łapie się mustangi i przerabia na karmę dla psów? A przenosząc to na szersze pole, to prawdziwy problem zaczyna się, kiedy nie wiesz czy jesteś mustangiem czy psem. I która wersja jest bardziej przerażająca.
Zagraniczny czytelnik przyjmuje cię lepiej niż rodzimy?
Zagraniczny czytelnik- niemiecki i australijski- przyjmuje mnie doskonale! Miałam jedną zła recenzję z „Ein stiller Morder” i napisała ją… Polka. Inni rozpisywali się o „małym klejnocie z Warszawy”, „szwedzkim kryminalne napisanym po polsku” i przyrównywali moją robotę do pracy Sjowall & Wahloo. W Berlinie na spotkanie ze mną bilety były wyprzedane z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a i tak trzeba było dostawiać krzesła. Sterta książek zaś topniała w oczach… Żyję w dwóch światach i średnio mi się to podoba,
Zamierzasz wyjechać?
Jeśli już, kiedykolwiek, to ze względu na politykę, a nie na krytykę. Bozia poskąpiła mi talentu trzepania włosami i suszenia zębów, z zacięciem perszerona na dopingu. Pisarze stracili swoją osobistą wolność, na rzecz popularności wśród czytelników, którzy oczekują, że będą głaskani, ale w gruncie rzeczy są dymani. Obie strony przegrywają. Ale gdyby policzyć: to ilu mamy pisarzy i ilu czytelników? Mało. A tych autorów komercyjnych? Garstkę. I ta garstka pojęła zasady. Chapeau bas!
Ale policjantów, prokuratorów, nauczycieli, lekarzy, wojskowych, dziennikarzy, polityków tych już jest znaczna ilość. Jeśli tylko ich część zacznie pląsać do Horst-Wessel-Lied, to mamy przejebane. I wtedy trzeba ściągać z szafy walizkę.
Ale nie wmówisz mi, że masz tylko złe recenzje w Polsce?
To ty zacząłeś od „złych” recenzji i poznałeś moje stanowisko na ten temat i temat rynku wydawniczego. Oczywiście, że są też dobre recenzje, które pokazują mi, że jeśli trafiłam na otwartego czy jak wolisz dojrzałego czytelnika (i nie chodzi mi tutaj o metrykę), to mogę przyjąć praca mi się udała. Ludzie z szerszymi horyzontami, wrażliwsi, a może po prostu twardsi czy wszystko razem do kupy, rozczytują tomy jako opowieść o głębokich traumach, społecznych uwikłaniach i mają świadomość, że wyciągam brudy, które tradycja nakazuje prać w domu. Dotykam rzeczy o których się nie mówi i nie pisze, dlatego doceniam odwagę takich recenzentek i recenzentów. Mam zwrotki informacyjne, że „Zemsta to za mało” krąży w grupach siostrzeńskich. Czytelniczki przekazują powieść szwagierkom, siostrom, kuzynkom, przyjaciółką, na zasadzie: myślę, że powinnaś to przeczytać.
Inną sprawą jest to, że jest to książka napisana przez kobietę. Już tłumaczę: spotkałam się z porównaniami, że ta książka przełamuje tabu, które dobrych kilka lat temu przełamał w Szwecji Stieg Larsson. Tyle, że i to też mi powiedziano, kiedy mężczyzna opisuje brutalny heteroseksualny gwałt, poniżenie i wykorzystanie seksualne, to czytelnik na dyskomfort, który mu się pojawia, może nakleić plaster z napisem licentia poetica. U mnie takiego plastra nie ma. Bo nie jestem mężczyzną.
Naprawdę jest tak trudno być teraz w Polsce kobietą?
Naprawdę. I wiem, że niektórzy Twoi czytelnicy się zjeżą czytając moją wypowiedź. Ale powiedz mi jak ja mam się czuć, kiedy docierają do mnie słowa ministra Czarnka o edukacji kobiet? Fakt, że jakiś czas temu Czarnek skomentował wypowiedź swojego doradcy Skrzydlewskiego, pozwól, że sięgnę do oryginału: „Pan profesor Skrzydlewski to wybitny filozof mówiący szczerą prawdę i jeśli ktoś się podśmiewa z tego, że dziewczęta powinny być wrażliwe na cnoty niewieście, to ja się zapytam: na jakie mają być wrażliwe? Na męskie? No, niektórzy mogliby chcieć takich rzeczy, ale my genderowcami nie jesteśmy.” To może należałoby przypomnieć „wybitnemu” ministrowi i równie „wybitnemu” filozofowi, że cnoty płci nie mają. A ja ani pokory, hojności, czystości, miłości, umiarkowania, cierpliwości, gorliwości i pracowitości nie widzę u tych panów. A co do cnót kardynalnych czyli roztropności, cierpliwości, umiarkowania i męstwa, to ja bym ich nie zobaczyła w tych gościach nawet jakbym uzbroiła oko w mikroskop elektronowy. Cnót teologalnych czyli – upraszczając – nadanych z mocy Boga, a nie wypracowanych nie będę się nawet doszukiwać, bo to by była piłka podkręcana, niech chłopcy mają fory… Tym razem.
Czego nowego dowiedziałaś się o mężczyznach, w trakcie pracy nad „Brudną trylogią”?
W trakcie pracy nad trylogią i przez ostatnie dwa lata z kawałkiem, które były dla mnie niezwykle trudne, przekonałam się, że w gruncie rzeczy mężczyźni są wobec siebie szczerzy. Nie ciesz się tak bardzo, powiem ci o jaki rodzaj szczerości mi chodzi… Otóż jak słyszę od mężczyzny, a jeszcze to jest jaskrawsze jak słyszę to od kilku mężczyzn, że pewien facet jest „chujem na kaczych łapach”, to mam pewność, że on tym chujem jest.
W pierwszym tomie piszesz o dzieciobójstwie, gwałtach i bezradności policji. W drugim o przemocy wobec kobiet, morderczej przemocy i korupcji w organach ścigania?
Tak. I bronię dzieciobójczyni. Bo system nie działa. I mówię czym jest gwałt dla kobiety. I piszę o notorycznym oskarżaniu ofiar. I o tym, że przemoc w Polsce na poziomie podstawowej grupy społecznej jaką stanowi tradycyjna rodzina jest tak silna, że wypieramy świadomość o tym zjawisku z gwałtowną brutalnością. Zmasowaną brutalnością skierowaną wobec ludzi, którzy chcą, a nawet jeśli nie chcą to muszą ją ujawnić.
A ty musiałaś ujawnić kiedyś przemoc, która dotknęła Ciebie?
Próbowałam, ale psu na budę mi to dało. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który ci mówi, że ponieważ jesteś biedna i z łódzkich Bałut, to nikt ci nie pomoże. Nie zagrywasz z reżyserem filmowym, którego produkowany w Luksemburgu film o niewolnictwie kobiet, dystrybuował w Polsce Caritas. Wreszcie nie zagrywasz z reżyserem filmowym, który spaceruje po czerwonym dywanie polskiego festiwalu filmowego, promowanym przez prawicę i będącym pod patronatem Prezydenta Dudy.
Nie zagrywasz z facetem, który urodził się na innym kontynencie i obiecuje, że jak się zrobi gorąco, to po prostu z Polski zniknie. Wtedy co najwyżej pooglądasz go sobie u Jakimowicza i Ogórek… Nie zagrywasz z facetem, który z polskich facetów robi regularnych debili. I ich wykorzystuje bardziej niż kiedykolwiek wykorzystał mnie.
Vargas Llosa powiedział, że „pisarz jest wiecznym kontestatorem, bez względu na to, gdzie się znajdzie”… Zgadzasz się z tym?
Czyli nie gniew, a wieczne niezadowolenie? A jeśli tylko półgłówek może być wiecznie zadowolony? Czy w ogóle taki stan- mam na myśli zadowolenie, a nie debilizm- jest dostępny dla człowieka w dłuższym okresie czasu? Llosa napisał też taki esej „Literatura to ogień”. Póki nie palą ciałami pisarzy, aby ten ogień podtrzymać, a co najwyżej ktoś się podetrze zadrukowaną stronniczką w kiblu, to pewnie nie ma się co tak martwić. No, chyba, że szambo w końcu wybije, ale i wtedy i tak wielu, zbyt wielu odnajdzie w zapachu ekskrementów woń fiołków…
Pamiętasz monolog Rentona z „Trainspotting”?
„Sprzątam po sobie i w drogę. Wybieram życie. Nie mogę się już doczekać. Będę jak inni. Praca, rodzina, zajebista TV, pralka, samochód, kompakt, otwieracz do puszek, dobre zdrowie i żarcie, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór, garnitury, teleturnieje, niejadalne żarcie, dzieci, spacery, etat, golf, czysty wóz, szafa swetrów. Święta z rodziną, emerytura, zwolnienia podatkowe, pogodna starość i życie… aż do śmierci.” Ten monolog, to były lata 90 XX wieku. A gdyby tak się zastanowić, to gdzie jest teraz przeciętny, ugrzeczniony „renton”? Nie został tak trochę ograny? Bo ja widzę młodych „staruszków”, którzy do usranej śmierci będą spłacać kredyty. Ich córki, które nie mają dostępu do aborcji, za to zamula się je „cnotami niewieścimi” i infantylizuje ustawianymi burzami z celebrytami na Instagramie. Faworyzowanych, a mega sfrustrowanych synów, którzy za chwilę zażyczą sobie prawdziwych pistolecików zamiast plastikowych. Dorosłe kobiety, które uświadomiły sobie, że ekonomia seksualna ma jeden błąd: mąż bankomat, może mieć słabo z pewną wajchą, bo w końcu to nie jego sprawność podstawowa. A własnego szmalu nie ma, bo się nie odkładało, zresztą jak kiedy trzeba było pokazać „sukces” koleżankom. Bo sukces jest fajny, a siostrzeństwo niekoniecznie… Do tego marsz nowych wirusów i kryzys klimatyczny, który jak nas nie usmaży to nie utopi. A wcześniej wyprowadzi nas z UE, bo np. zabierz facetom ich stare samochody- śmierdziuchy i powiedz, żeby taką teslę lizali na obrazku po kołpakach, jak wcześniej na obrazku lizali Pamelkę Anderson po kopułkach, to oni pierwsi zagłosują za polexitem. I możesz mówić na mnie Kasandra. Tylko nie nadawaj mi pseudonimu Laokoon, bo, aż takich grubych węży to ja nie lubię.
Renton? Naprawdę? A może Róża Luksemburg, która o ile pamiętam mówiła, że wolność wyboru polega na tym, że można wybrać- inaczej. A może Maneskin z ich „Zitti e buoni”. Może nie czeka nas już dolce vita, ale możemy jeszcze zabrać ludzi, gdzieś gdzie nie brakuje powietrza?
I doceń to, że kończę optymistycznym akcentem, nawet jeśli zaczęłam tym, że „mnie głowa boli”.

IZABELA SZOLC – pisarka, tworzy historie od ponad dwudziestu pięciu lat. Zaczynała jako scenarzystka komiksowa, pisała opowiadania, powieści, a domknęła krąg opowieści scenariuszami filmowymi. Tłumaczona w Niemczech i Australii. Jej najbardziej cenioną przez krytyków powieścią jest „Żona rzeźnika” (2013), literacka biografia kanibala Karla Denke. Książka ta została nominowana do The ANGELUS Central European Literature Award. Cykl powieści policyjnych o Annie Hwierut doczekał się rzeszy fanów w Niemczech i rozpoczał serię tłumaczeń polskich pisarzy kryminalnych. O „Ein stiller Morder” wydanym przez Prospero Verlag (2012, wyd. polskie 2008 r.) krytycy pisali, że to „mały klejnot” i porównywali twórczość Szolc do duetu Sjowall & Wahloo. Inne jej ksiązki to m.in. „Naga”, „Ciotka Małych Dziewczynek”, „Siostry”, „Śmierć w hotelu Haffner”. Aktualnie pracuje nad „Brudną trylogią”, której tomy, to „powieści napisane gniewem”. Nakładem wydawnictwa Harde ukazały się dwa pierwsze tomy „Zemsta to za mało” i „Kara to nie wszystko”.

Pop-antykapitalizm

“Nierówności społeczne nie są problemem” – choć takie i podobne tezy wciąż można usłyszeć z ust osobistości takich, jak ojciec chrzestny polskiego kapitalizmu, to za sprawą publikacji Piketty’ego, Stiglitza, Klein i wielu, wielu innych publicystów i publicystek świadomość społeczna na temat jednego z największych problemów XXI wieku rośnie.

Procesowi zdobywania wiedzy na temat współczesnej formy gospodarki wolnorynkowej od pewnego czasu towarzyszą filmy dokumentalne. Chętnie zapraszane do programów festiwalu w Sundance i TIFF produkcje pokroju Korporacji (2003), Inequality for All (2013) czy Dylematu społecznego (2020) często cieszą się wzmożoną popularnością zarówno ze strony mediów tradycyjnych, jak i drogą internetowego, marketingu szeptanego. Śmiało można rzec, że “potrzebny, ale stworzony z niechęcią” projekt Joela Bakana – Nowa korporacja (2020), w niczym nie ustępuje wcześniej wymienionym filmom.
Przed seansem Nowej korporacji warto przyjrzeć się czego tak naprawdę chcemy od niego uzyskać. Na nowe informacje dotyczące destrukcyjnej siły współczesnego kapitalizmu nie ma co liczyć. W przeciwieństwie do Dylematu społecznego, czy nawet pierwszej adaptacji Bakana – Korporacji – nie uświadczymy tutaj choćby namiastki śledztwa dziennikarskiego. Kanadyjski pisarz i twórca filmowy przygotował raczej coś w rodzaju zbiorowej publicystyki, w której gadające głowy kojarzone z anglojęzycznej prasy branżowej dzielą się swoimi przemyśleniami na temat otaczającego nas świata.
Bakan i współpracująca z nim na planie Jennifer Abbott podjęli również próbę demaskacji prawdziwych działań gigantów światowego rynku. Całość skupia się wokół jednego z najbardziej popularnych stwierdzeń-wytrychów, a mianowicie “społecznej odpowiedzialności biznesu”. Nowa korporacja w dosyć zgrabny sposób wydobywa z wypowiedzi m.in. byłego szefa British Petroleum podszytą ironię. Konfrontuje jego szlachetne zapowiedzi z nagraniami wycieku ropy naftowej do Zatoki Meksykańskiej, a następnie przekazuje głos publicystom ze zbyt dużą ilością samoopalacza na twarzy, by przekazali oni swoje (bardziej “woke”) spojrzenie na całą sprawę.
Na pochwałę zasługuje oddanie platformy prawdziwym działaczom społecznym, uprawiającym politykę w myśl starej maksymy francuskich sytuacjonistów – świat już został sfilmowany; teraz czas go zmienić. Niestety socjalistyczna członkini rady miasta Seattle, Kshama Sawant i Ada Colau – wywodząca się z ruchów lokatorskich burmistrzyni Barcelony, czasu ekranowego otrzymały, w porównaniu do dziennikarek i dziennikarzy, skandalicznie mało.
Jeśli ciekawi Was spojrzenie gadających głów na problemy współczesnego świata, to śmiało, włączcie Nową korporację. Pierwsza część tego filmu stanowi bowiem dosyć ciekawe podsumowanie tego, co opisywać spieszyły tęgie głowy mainstreamu nieortodoksyjnej ekonomii w ciągu ostatnich kilku lat. Można ten seans wykorzystać także jako pretekst do pośmiania się z zakłamania bogatych CEO, którzy najpierw, w Davos mówią jedno, a później, dążąc do maksymalizacji zysków, robią drugie.
Druga część filmu, która naturalnie, ma swoje dobre strony (jak m.in. zaprezentowanie sylwetek wymienionych wcześniej aktywistek), przypomina bardziej manifest światopoglądowy, aniżeli pełnoprawny dokument. Twórcy powierzchownie połączyli wątki i, zamiast skupiać się na działaniach korporacji, skręcają w przepełnioną syndromem polityki tożsamości, opowieść o przemocy policyjnej. Nie jestem zwolennikiem takiego “skakania” po tematach, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy tak złożone jak korporacyjne nadużycia.

Chleba i aquaparku

Polska lokalna to miejsce, gdzie tak wielu zrzuca się na to, żeby tak niewielu zjechało plastikową rurą.

Mogłoby się wydawać, że budowanie za samorządową kasę aquaparków mamy już od kilku lat za sobą. Nic z tych rzeczy. Radnych z Częstochowy, Szczecina, czy Opola wielomilionowe wtopy innych, niczego nie nauczyły. Będą opowiadać, że nie stać ich dać nauczycielom podwyżki dodatku motywacyjnego o 100 czy 200 zł miesięcznie, ale będą topili dziesiątki milionów w budowę i kolejne miliony w podgrzewanie wody w parkach wodnych.
Deficyt kąpielowy
Niemal każdy aquapark wybudowany kilka lat temu za unijne i samorządowe pieniądze ssie gminną kasę. W Wągrowcu na budowę parku wodnego poszło 25 mln zł. I choć samorząd zakładał, że będzie do interesu dokładał, to skala deficytu przerosła jego możliwości. Z planowanych 600 tys. zł zrobiły się 2 miliony. Aquapark w Suwałkach za 40 mln zł, dostaje od miasta co roku ponad milion złotych. W niewielkich Chojnicach, równie niewielki, park wodny wymaga wsparcia na poziomie niemal 100 tys zł rocznie. To prawie nic przy stracie aquaparku w Polkowicach wynoszącej rocznie – 4,5-5 mln zł.
W olsztyńskiej „Aquasferze” mają, o 20 proc. większe od zakładanego, zatrzęsienie kąpiących się, ale samorząd i tak co roku dopłaca do działalności ponad 1 mln zł. Chełmski Park Wodny wymaga comiesięcznego zasilania go 80 tys zł.
O Lidzbarku Warmińskim, który miał korzystać z geotermii, która okazała się na tyle zimna, że na podgrzewanie wody miasto wydaje prawie milion rocznie, napisali już wszyscy. Ale o Redzikowie liczącym 500 mieszkańców, który strzelił sobie samorządowy aquapark za 28 milionów, prawie nikt. Ale gdy otworzą zadaszone kąpielisko z rurami w nieodległym Słupsku i nie będzie w Redzikowie kto się miał moczyć – to park wodny trafi na czołówki.
Basen w Rudzie Śląskiej zmusił miasto do zaciągnięcia pożyczki w wysokości 119 mln zł. I choć błędnie oszacowano, że kąpiących się powinno być rocznie o 100 tys więcej niż jest; i mimo tego, że zamiast 3 godzin, ludzie spędzają w aquaparku 2 godziny, to utrzymanie obiektu nawet by się bilansowało. Ale budżet samorządu i tak musi dokładać po kilka milionów – w ramach odsetek i spłaty kredytu.
Wszystkie te dane dotyczą czasu sprzed pandemii. Teraz strat inwestowania w moczenie się, można się tylko domyślać. I mnożyć to co powyżej, razy cztery.
Mokra dotacja
Prawdziwy boom aquaparkowy mieliśmy w ramach unijnej siedmiolatki kończącej się w roku 2014. Bruksela finansowała innowacyjne projekty basenowe nader chętnie. A do innowacyjności starczyła przybasenowa plastikowa zjeżdżalnia oraz sauna i jacuzzi. Jak w projekcie występowały te elementy, to samorząd mógł na basen dostać z Unii, nawet 80 proc. pieniędzy. A ponieważ wszyscy wokół krzyczeli, że ani jedno euro nie może się zmarnować, to samorządowcy z najmniejszych miejscowości powpadali na pomysł, że każdej gminie należy się aquapark. Suweren brał to w ciemno, wierząc, że basen z rurą zapewni miejscowości przynależność do zachodniej cywilizacji. Nic zatem dziwnego, że z puli środków na unijną politykę spójności, na parki wodne poszło w poprzedniej perspektywie finansowej setki milionów euro.
Na wodno-parkową głupotę narodu polskiego szybko zwrócili uwagę unijni urzędnicy. Ale słowo się rzekło, więc środki poszły. Jedyne co Bruksela mogła zrobić, to zastrzec w kolejnym budżecie, że jeśli ktoś chciałby dotację na aquapark, to po pierwsze ma mieć mocny biznesplan, a po drugie finansowanie prywatno-publiczne. A poza tym dotacja i tak nie będzie wyższa, niż 20 proc. inwestycji.
Skąd pomysł z prywatnym kapitałem? Stąd otóż, że unijni urzędnicy zorientowali się dzięki internetowi, że w wielkich polskich miastach jest mnóstwo prywatnych parków wodnych. Wybudowanych bez udziału unijnych dotacji i nie wymagających dotowania pieniędzmi niekąpiących się w nich podatników. Aquaparki te, otóż, radziły sobie całkiem dobrze. Ba, ceny przez nie proponowane były na tym samym poziomie, co w nierentownych parkach wodnych podległych samorządom.
Choć i one padały. Jak najstarszy w Polsce – otwarty w 1993 r. – Aquapark w Lesznie. Na początku 2018 roku został przez swoich prywatnych właścicieli zamknięty. Ludziom odechciało się masowo moczyć, a ceny energii szły w górę. Na pomoc ruszył leszczyński magistrat. Chciał dotować aquapark 200 tys zł rocznie i zwolnić go z podatku w wysokości 100 tys zł. Prywaciarze wyciągnęli kalkulator i wyszło im, że mimo to, musieliby rocznie dokładać do interesu prawie milion zł. No i Leszno aquaparku nie ma.
Ocieplanie lustra
Biznes z wodnymi rozrywkami przy polskich, chorych cenach energii, może się powieść tylko, gdy otwiera się go w naprawdę dużym mieście, albo takim, w którym niemal cały rok roi się od turystów. Dlatego na dużym plusie są aquaparki we Wrocławiu, Poznaniu, czy Łodzi. A nawet te w okolicach Zakopanego.
Choć te ostatnie z jeszcze innego powodu. Tamtejszą wodę podgrzewają bowiem ciepłe źródła spod ziemi. I dlatego koszty prowadzenia interesu są w miarę sensowne. Z dokładnie tego samego powodu na minusie nie jest również park wodny w Tychach.
Nie, żeby miał gejzery. Zamiast nich, Tychy mają oczyszczalnię ścieków. Taką, w której produkuje się biogaz. Ten zaś rurami wędruje do parku wodnego. W nim jest spalany i służy do podgrzewania wody i produkcji prądu. Dzięki temu Wodny Park Tychy jest samowystarczalny energetycznie, a nawet na sprzedaży nadwyżek prądu i ciepła zarabia. I się tym bardzo chwali.
Nie wiadomo jednak czym. Bo sprzedają ledwie 15 proc. wyprodukowanego przez siebie ciepła i prądu. 85 proc mocy biogazu idzie tylko i wyłącznie na potrzeby aquaparku. Aquaparku, który kosztował 112 mln zł i nie ma siły, by kiedykolwiek ta inwestycja się zwróciła. Szczególnie, gdy dodamy do tego miliony wpakowane w urządzenia produkujące biogaz. Abstrahując już od tego, że zamiast podgrzewać i oświetlać basen, ekologicznie można by tym metanem ogrzać i doelektrycznić tysiące tyskich mieszkań.
Jednak jak widać, zapewnienie rozrywki nielicznym wyborcom za pieniądze wszystkich, jest dla lokalnych włodarzy najważniejsze. Dlatego tak w Tychach jak i w dziesiątkach innych miejscowościach z samorządowymi aquaparkami, jak pacierz powtarzają bzdury, że „tego typu obiekty nie utrzymają się bez wsparcia finansowego gminy, bo przypominają domy kultury czy biblioteki”. Bzdury, bo niech któryś mądrala pokaże bibliotekę czy dom kultury postawiony i utrzymywany przez prywaciarza. A skoro nie pokażą – a aquaparki i owszem – to może zamiast tracić publiczne miliony, lepiej pozostawić sprawę budowy i utrzymania basenów z bajerami biznesowi prywatnemu.
Jaki problem znaleźć inwestora. I nawet dać mu wieczystą dzierżawę gruntu na symboliczną złotówkę. Można go też zwolnić z podatków lokalnych i gdyby to nie wystarczyło wykupić w prywatnym aquaparku basen dla jakiejś pobliskiej szkoły, czy szkół. Wszystkie te wypłacane prywatnemu parkowi wodnemu pieniądze wraz z ulgami i tak byłyby dla samorządów mniejsze, niż odsetki od liczonego w setkach milionów złotych kredytu. O dotacjach na utrzymanie obiektu, nie wspominając.
Niestety dla samorządów, gdy właścicielem aquaparku będzie firma prywatna, to gmina nie powoła kolejnej miejskiej spółki. Takiej do wybudowania i zarządzania parkiem wodnym. Takiej, w której prezes i wiceprezesi zaproponowani przez prezydenta, wójta, czy burmistrza, będą zarabiali po kilkanaście tysięcy złotych. Takich, które będą miały rady nadzorcze, których też winni zasiadać krewni i znajomi królika. Biorąc za to po parę tysięcy zł miesięcznie.
Skok na główkę
I pewnie dlatego w Częstochowie, ukończono trzykondygnacyjny budynek, w którym „powierzchnia lustra wody zespołu basenów ma liczyć blisko 900 m kw. Do tego zjeżdżalnie, dwie rurowe i jedna otwarta, a także część przeznaczona tylko dla dzieci. Z atrakcji będzie można liczyć także na tzw. dzikie i leniwe rzeki oraz basen ze sztuczną falą. Będą też ławeczki i leżanki z hydromasażem. Powstanie saunarium, a w nim sauny suche, parowe, miejsca do schładzania oraz tężnia solankowa.” Idą na to 52 mln zł. I to z własnych funduszy miasta.
Z kolei w Szczecinie kończy się budowa aquaparku na Gontynce. Inwestorem jest miejska spółka Fabryka Wody, która załatwiła z bankiem kredyt na 350 mln zł. Bo tyle aquapark ma kosztować.
Opole też buduje park wodny. Na początek wydało jednak tylko 5 mln zł. Tyle kosztowało „przygotowanie dokumentacji inwestycji.”
Ale prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski, biegał po mediach i opowiadał, że „tego typu obiekt to także inwestycja w zdrowie mieszkańców we wszystkich kategoriach wiekowych – od dzieci po seniorów. Mam świadomość, że to obiekt, do którego trzeba będzie dokładać, ale do oświaty czy komunikacji miejskiej też dokładamy?”
O tym, że z wymienionych przez Wiśniewskiego usług publicznych korzystają wszyscy Częstochowianie, zaś z saun i zjeżdżalni najwyżej, co dziesiąty – pan prezydent jakoś nie wspomniał.