Przesłanie

Jak żyć w tym pędzącym świecie?
Człowieku stój! Co ty robisz?
To przecież Ty – Ziemi dziecię –
uciekasz i wciąż się boisz.

Czy nie wiesz, w którą pójść stronę?
Co zrobić, by mądrze żyć?
Głos serca Ci to podpowie –
jak istnieć, jak żyć, żeby być.

Zatrzymaj się więc na chwilę
i wsłuchaj w szumiący wiatr.
Gdy zamkniesz oczy poczujesz,
jak piękny może być świat.

Flaczki tygodnia

Miała być sukcesem ekipy PiS, stała się kanonadą konfliktów i gaf. Serią nerwowych akcji gaszących kolejne medialne pożary. W efekcie wszyscy zapamiętają warszawską konferencję poświęconą „planom pokojowym na Bliskim Wschodzie” jako spotkanie, gdzie najważniejsi goście cynicznie wykorzystali gospodarczy. A niektórzy jeszcze gospodarzy obrazili.

Lista gaf jest długa jak na jednodniową imprezę. Zaczęło się od inauguracyjnego wystąpienia sekretarza Stanu USA Mike Pompeo, który upomniał polskich gospodarzy, że nie załatwili roszczeń dotyczących żydowskiego mienia.
Na takie słowa polski premier i polski prezydent powinni zapytać amerykańskiego polityka kogo on reprezentuje. Bo jeśli obywateli USA, to te roszczenia zostały załatwione już w 1960 roku. Jeśli zaś pan sekretarz Pomopeo reprezentuje też interesy obywateli Izraela, to powinien to jasno zadeklarować.

Ten sam sekretarz Pompeo wielce wychwalał obywatela zasłużonego obywatela żydowskiego Franka Blajchmana. Uznawanego w IV RP za stalinowskiego zbrodniarza. Było to jawne splunięcie w politykę historyczną elit PiS. Ponieważ splunął nowy Wielki Brat, to elity PiS musiały zapomnieć o swojej „godności”. Udawać, że „nic się nie stało”.

Nie dało się już milczeć, kiedy akredytowana amerykańska dziennikarka Andrea Mitchell z NBC poinformowała z Warszawy miliony obywateli USA, że powstanie w getcie w 1943 roku było skierowane przeciwko „nazistowskiemu i polskiemu reżimowi”. Oczywiście pani Mitchell za kłamstwa przeprosiła. Ale na pewno więcej osób usłyszało jej pierwsze stwierdzenie, niż przeprosinach.

Akredytowani na konferencji dziennikarze polscy obserwowali obrady skoncentrowani w przygotowanej dla nich sali. Nie mieli szans dotarcia do zaproszonych gości. W przeciwieństwie do amerykańskich i izraelskich kolegów, których zaproszona na spotkania z ich delegacjami. Polskich dziennikarzy polscy organizatorzy potraktowali jak „drugiego sorta”.

Sprawnie i cynicznie izraelski premier Benjamin Netanjahu wykorzystał konferencję do swojej kampanii wybiorczej. W czasie spotkania z izraelskimi dziennikarzami w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polski POLIN miał on, w nawiązaniu do sporu o ustawę o IPN, stwierdzić, że „Polacy kolaborowali z nazistami i nie znam nikogo, kto kiedykolwiek był sądzony za mówienie o tym”.

Słowa te opublikował szybko dziennik „Jerusalem Post”. I po medialnej burzy równie szybko zmienił swoją relację. Sam Netanjahu twierdził, że miał na myśli indywidualnych Polaków. Ale nawet takie jego słowa były co najmniej niezręczne. I bardzo nielojalne wobec gospodarzy z PiS.

Już po północy z czwartku na zeszły piątek prezydent Andrzej Duda zamieścił zaskakujący wpis na Twitterze: „Jeśli wypowiedź premiera Netanjahu brzmiała tak, jak podają media, gotów jestem udostępnić rezydencję prezydenta RP „Zameczek” w Wiśle na spotkanie premierów Grupy Wyszehradzkiej (V4). Izrael nie jest w tej sytuacji dobrym miejscem by się spotykać, mimo wcześniejszych ustaleń”. W ten sposób prezydent odniósł się do słów izraelskiego premiera.

Zmobilizowany postawą pana prezydenta polski MSZ wezwał JE Annę Azari, ambasador Izraela w Polsce, do złożenia wyjaśnieni. Pani ambasador, nazywana przez prawicowych publicystów „Miss Anypolonizmu”, zadeklarowała, że publikowany cytat był nieprecyzyjny. „Byłam obecna przy briefingu premiera i nie mówił on, że polski naród kolaborował z nazistami, a jedynie że żadna osoba nie została pozwana do sądu za wspominanie o tych Polakach, którzy z nimi współpracowali”. Niezależnie od przytaczanej wersji wypowiedzi Netanjahu, każda z nich jest dla elit PiS obraźliwa.

Do grona gafowiczów dołączył pan premier Morawiecki, który powitał przybyłych na konferencję przemówieniem – poematem o warszawskim śniegu witającym tutaj zebranych. Wywołało to zdziwienie, a potem lawinę żartów wśród dziennikarzy. Zorientowali się bowiem, że pan premier czyta przemówienie napisane kilka dni wcześniej, kiedy w Warszawie śnieg jeszcze był. Biedny premier jest już tak oderwany od rzeczywistości, odgrodzony ciemnymi szybami swej limuzyny, że nie zauważa nawet zmiany pogody.

Po konferencji nawet propisowscy komentatorzy zauważali, że rząd został wciągnięty w nie nasz konflikt i przygotowania do wojny na Bliskim Wschodzie, w której nie mamy żadnego interesu. Że USA nie traktują Polskę podmiotowo, bo o partnerskich relacjach nie ma co marzyć.
To Amerykanie narzucili tematykę i ton rozmów. Polskiej stronie pozostały kwestie organizacyjne. Musiała też robić dobrą minę do złej gry i patrzeć, jak Waszyngton wbija klin pomiędzy Warszawę a inne stolice europejskie.

Trudno jest też dopatrzeć się zysków dla Polski. Amerykanie bez konferencji sprzedaliby nam broń, bo na tej transakcji dobrze zarabiają. Wzmacnianie flanki wschodniej żołnierzami USA to część amerykańskiej strategii ograniczania wpływów rosyjskich. Zniesienie wiz dla Polaków to kwestia czasu, bo USA nie są już atrakcyjne jako rynek nielegalnej pracy.

Liderzy PiS wykreowali obraz Rosji jako potencjalnego i pewnego agresora. Choć Rosja nie ma żadnego interesu by rozpocząć wojnę z Polską. Taki straszak był potrzeby polskiemu lobby zbrojeniowemu i wspierających go polityków, aby uzasadnić zwiększenie wydatków na zbrojenia. Te wydatki miały trafić do polskich fabryk. Finansować badania, nowe produkcje, zakupy licencji.
Ale politycy PiS przez trzy lata nie potrafili wydać ich w kraju. Teraz na potrzeby kampanii wyborczej zgodzili się zrobić duże zakupy w USA.

W efekcie takiej polityki polski podatnik pracuje na rozwój amerykańskiego przemysłu. Politycy PiS zachowują się jak dealerzy amerykańskiego przemysłu i jeszcze każą się cieszyć swym wyborcom, że wzbogacają USA.

Pożegnanie

Przemówienie na pogrzebie przewodniczącego stowarzyszenia „Dom Polski” Wiesława Klimczaka, wygłoszone przez prof. Logina Pastusiaka, przewodniczącego Rady Programowej stowarzyszenia „Dom Polski”, Cmentarz Powązkowski, Warszawa, 14 lutego 2019 r.

Żegnamy dziś człowieka, który zapisał się w pamięci nie tylko wielu ludzi, ale swoją działalnością znalazł trwałe miejsce w społeczno-politycznej historii naszego kraju.

Wiesława poznałem w połowie lat 1950-tych, gdy byłem studentem Uniwersytetu Warszawskiego. Pracowaliśmy razem w Związku Studentów Polskich. On był szefem a ja szeregowym członkiem.
W następnych latach obserwowałem niebywałą wszechstronną działalność Wiesława na szczeblu krajowym zarówno dotycząca spraw polskich jak i zagranicznych.

W 1996 r. z jego inicjatywy powstało Stowarzyszenie Obywatelskie „Dom Polski”. Jak sam powiedział „tradycje tej organizacji nawiązują do spuścizny wielopokoleniowego dorobku Polaków kierujących się ideą racji stanu i polskich interesów wkomponowanych w ład, pokój i bezpieczeństwo społeczne”.

Stowarzyszenie „Dom Polski” nawiązywało do patriotycznej spuścizny i wielopokoleniowego dorobku organizacji i stowarzyszeń Polaków umacniających swoje miejsce w Europie. Nasze Stowarzyszenie dzięki inicjatywie Wiesława jako prezesa nawiązało współpracę z krajami Wschodu i Zachodu. Na Zachodzie były to przede wszystkim Niemcy m.in. Fundacja Polsko-Niemieckiego Dziedzictwa Kulturowego im. Wita Stwosza i niemiecka Fundacja pod nazwą „Akademia Europejska”. Z inicjatywy Wiesława „Dom Polski” aktywnie uczestniczył w krajowym referendum akcesyjnym Polski do Unii Europejskiej. To Wiesław również wniósł ogromne zasługi w rozwój współpracy z organizacjami i samorządami chińskimi.

Wśród tematów polityki historycznej jakimi zajmowało się Stowarzyszenie Dom Polski na uwagę zasługują sprawy Polonii zagranicznej zwłaszcza sprawy naszych rodaków ze wschodu.
Wiesław jako prezes naszego Stowarzyszenia duża wagę przywiązywał do działalności wydawniczej. Dzięki jego inicjatywie i niestrudzonym wysiłkom systematycznie ukazywał się nie tylko biuletyn informacyjny, ale także „Zeszyty Europejskie”, informator p.t. „Polska-Chiny, współpraca społeczna” oraz monografie.

Drogi Wiesławie,

nie ma Ciebie wśród żywych, ale pozostajesz żywy w naszej pamięci. Żegnamy Ciebie dziś, ale nie rozstajemy się z Tobą w naszych wspomnieniach.

 

Zmierzch katolicyzmu politycznego

Z prof. JERZYM J. WIATREM, socjologiem polityki ze Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji, honorowym prezesem Towarzystwa Kultury Świeckiej, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zaplanowaliśmy rozmowę o sprawach systemowych, ale bieżąca rzeczywistość polityczna nie ułatwia nam tego. W styczniu doszło do zamordowania prezydenta Gdańska, a przed chwilą, jedno po drugim, najpierw CBA zatrzymało został osławionego rzecznika MON i faworyta Antoniego Macierewicza, Bartłomieja Misiewicza, a „GW” ujawniła tzw. „taśmy Kaczyńskiego”. Jak, zwłaszcza to ostatnie, wpłynie na położenie PiS i obozu władzy?

Moim zdaniem obóz władzy PiS znalazł się w jeszcze trudniejszej sytuacji niż był dotąd. Kiedy niedawno opublikowałem w „Trybunie” tekst o dylematach władzy autorytarnej, zwróciłem uwagę na to, że po zamordowaniu prezydenta Adamowicza w PiS nastąpiła polaryzacja na tych, których to oburzyło i na skrzydło faszyzujące. Do momentu tego morderstwa prezesowi Kaczyńskiemu udało się te dwa skrzydła utrzymywać w relatywnej zgodzie. Teraz zaistniała konieczność opowiedzenia się Kaczyńskiego po jednej ze stron i wyciągnięcia z tego konkretnych konsekwencji kadrowych. Drugi kłopot PiS, to ujawnienie wspomnianych taśm. Może nie wskazują one na działania wprost kryminalne, ale na rządzący w tej partii mechanizmy oligarchiczne, niezależnie od cech samego prezesa. Jest to dla nich niebezpieczne dlatego, że pokazuje, iż to nie formacja liberalna krytykowana za afery, nie Tusk, nie Schetyna, nie Kopacz, ale partia która doszła do władzy pod hasłami uczciwości objawia te mechanizmy, które potępiała. To może kosztować PiS utratę kilku procent poparcia tych wyborców, którzy nie należą do tzw. twardego elektoratu. Równocześnie doszło do zatrzymania i aresztowania ludzi związanych z Antonim Macierewiczem i to pod zarzutami korupcyjnymi. Dla znaczącej części elektoratu PiS zarzuty korupcyjne należą do najcięższych, jako że jest to elektorat antyelitarny, a także na ogół uboższy, dla którego korupcyjne zachowania takich młodych ludzi jak Bartłomiej M., to horrendum Słyszałem opinię, że jest to wyraz wewnętrznej walki o władzę i o osłabienie polityczne Macierewicza. Walka jaka toczy się między Kaczyńskim a nim jest walka nie tylko o władzę, ale i o kierunek działania PiS, którego Macierewicz jest przecież wiceprzewodniczącym, filar skrzydła ultraprawicowego. Poza tym na Macierewiczu ciążą podejrzenia o powiązania rosyjskie, o których napisał w swojej drugiej już książce Tomasz Piątek. Jeśliby się okazało, że Macierewicz, ważny polityk polski jest sterowany z zewnątrz, to byłby to dzwon alarmowy dla państwa. Tak więc ten rok zaczął się dla PiS feralnie. Moim zdaniem w PiS dojrzewa kryzys władzy, który polega nie tylko na tym, że ktoś chce odsunąć go od władzy, ale że on sam traci zdolność mocnego trzymania władzy w ręku i to nie przede wszystkim z uwagi na jego, nie tak przecież bardzo podeszły wiek i nie z uwagi na stan zdrowia, ale na to, że w impasie znalazła się jego polityka, a ten impas zaostrzył się w wyniku wspomnianej polaryzacji po śmierci Adamowicza. Jeśli tak dalej pójdzie, to może spełnić się moje przewidywanie, że Polska będzie pierwszym krajem europejskim, który demokratycznie odsunie od władzy prawicowych populistów.

Już teraz widać w niektórych mediach propisowskich nastroje znacznie mniej triumfalistyczne, a nawet defetystyczne. Pojawiają się frazy o możliwości przegranej, jeszcze pół roku temu nie do wyobrażenia.Wywołanie nazwiska Macierewicza niejako automatycznie wywołuje także nazwisko Tadeusza Rydzyka i toruńskiego ośrodka radiomaryjnego. Jak Rydzyk może się zachować wobec tej rywalizacji wspomnianych przywódców PiS?

Wiadomo, że ultraprawicowe skrzydło Macierewicza cieszy się uznaniem i poparciem ojca Rydzyka. Dlatego stoi on przed dylematem kogo poprzeć, tym bardziej że szanse partyjki, która powstała pod jego auspicjami, jest znikome. Jednak nie jest to dla niego tylko wybór między Kaczyńskim a Macierewiczem, ale także ewentualny wybór między Macierewiczem, a innymi kandydatami do stanięcia na czele skrajnie prawicowego, faszyzującego skrzydła PiS. Wiele będzie zależało od tego, czy zwycięży tam skrzydło umiarkowane z Kaczyńskim i Brudzińskim. Jeśli zwycięży, to Rydzyk i skrajna prawica staną dęba, a notowania Macierewicza u nich spadną. Ważnym papierkiem lakmusowym dla władzy będzie sposób reakcji na takie skandaliczne zachowania jak to wystąpienie antysemitów podczas ostatnich obchodów wyzwolenia Auschwitz. Jeśli będą to tolerowali, to skompromitują się w skali międzynarodowej. Z drugiej strony ludzie pokroju Piotra Rybaka mają swoich cichych popleczników i sympatyków w obozie PiS. Gdyby ich nie było, to prokuratura dawno zabrałaby się za tych antysemitów. Przed Kaczyńskim stoi więc twardy wybór.

Rydzyk jest bardzo niezadowolony z tego, że nie doszło do całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński z różnych powodów jest temu przeciwny. Obstaje za to przy tym mała partyjka skrajnie prawicowa z Korwinem-Mikke i Robertem Winnickim, do której ostatnio dołączyła radykalna „prolajferka” Kaja Godek. Kogo więc Rydzyk poprze wobec takiego wyboru?

To będzie zależało od szans politycznych PiS. Jeśli do wyborów utrzyma się poparcie dla nich na poziomie powyżej 30 procent, to Rydzyk PiS poprze. Jeśli to poparcie znacząco się skurczy, a widzę ku temu przesłanki, jeśli porażka PiS stanie się oczywista, to krąg Rydzyka może rozumować następująco: skoro i tak przegramy wybory, to stwórzmy jednolitą ideowo formację narodowo-katolicką i wprowadźmy ją do parlamentu.

A na ile wrażliwy jest tzw. twardy elektorat PiS, zarówno ten narodowo-katolicki, jak socjalny, dla którego korzyści z 500 plus mają istotne znaczenie dla poprawy bytu. Czy jest coś, co mogłoby nimi wstrząsnąć?

Kumulacja zjawisk, od których zaczęliśmy rozmowę postawiła PiS w świetle innym niż to, pokazujące ją jako partię antykorupcyjną, partię ludzi uczciwych. PiS zaczyna wyglądać tak, jak chciał przedstawić swoich rywali. To może ich popchnąć do cofnięcia PiS-owi poparcia przez część nawet radykalnych dotąd zwolenników. Oni raczej nie poprą opozycji, ale pozostaną w domu.

Przejdźmy teraz do sytuacji w opozycji…

Ona jest obiektywnie w trudnej sytuacji, bo jest pluralistyczna i PiS jest silniejsze jej słabością niż własną siłą. Opozycji trudniej stworzyć jednolity blok. Do tego dochodzą żenujące spory wewnętrzne, walki o władzę, eliminacja Petru z „Nowoczesnej”, podobnie jak wyrwanie z tej partii przez PO ośmiorga posłów. To marny zysk w porównaniu ze stratą jako poniesie idea wspólnej koalicji. Co do SLD, to widzę pozytywną ewolucję w stronę uznania potrzeby wspólnego bloku wyborczego opozycji. Z drugiej strony widzę w SLD dużo niezdecydowania, a brak wyrazistej strategii i koncepcji. Rozumiem trudność w podjęciu trudnych decyzji, ale nikt nie powiedział, że polityka ma być łatwa. Odsunięcie PiS od władzy jest warunkiem niezbędnym dla uratowania systemu demokratycznego i wyjściowym dla forsowania w przyszłości wartości lewicowych. Przecież bez tego one i tak nie mają szans na realizację. Nadzieją napawa mnie jednak artykuł w „Trybunie” wiceprzewodniczącego SLD Wincentego Elsnera, który jest za wspólnym blokiem wyborczym. Nie trzeba też jednak zapominać o perspektywie wyborów prezydenckich, więc tak naprawdę obecny cykl polityczny ostatecznie zamknie się i rozstrzygnie w 2020 roku, a koalicja demokratyczna, jeśli wygra, przez ponad pół roku będzie musiała współegzystować z prezydentem Dudą.

Będzie działał obstrukcyjnie?

Trudno ocenić, nie przesądzał bym sprawy już teraz.

Zatrzymajmy się teraz przy czynniku, jakim jest Kościół katolicki…

W Polsce odsetek deklarujących się jako wierzący jest istotnie większy niż w Europie, nie mówiąc już o najbardziej zlaicyzowanych Czechach. Jednak jednocześnie następuje laicyzacja obyczajów. Związków nieformalnych, w których rodzą się dzieci jest dziś czterokrotnie więcej niż jeszcze 30 lat temu i to nie jest rezultat przypadkowych ciąż, lecz świadomej rezygnacji z instytucji małżeństwa. Nastąpił wzrost, do około 40 procent, zwolenników liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, nieco więcej jest zwolenników zachowania obecnej ustawy, ale już zwolenników zaostrzenia jest nie więcej niż kilka procent. Stanowisko fundamentalistów, skądinąd wewnętrznie logicznie, choć go nie podzielam, jest zatem coraz silniej kontestowane społecznie. Nasila się poczucie, że sprawę przerwania ciąży trzeba zostawić sumieniu kobiety. Słabnie też poparcie dla obecności religii w szkole, a najbardziej przeciw temu występuje sama młodzież, która głosuje „nogami”, zwłaszcza gdy dochodzi do wieku, w którym może sama decydować. Poza wszystkim – dobremu wychowaniu religijnemu lepiej sprzyjałaby nauka religii poza szkołą. Ponadto przeżył się dotychczasowy model finansowania Kościoła z kasy państwa i coś trzeba z tym zrobić, wprowadzając na przykład dobrowolne opodatkowanie na jego rzecz. Dominikanin Ludwik Wiśniewski powiedział, że w Polsce umiera chrześcijaństwo, a w jego miejsce wchodzi nienawiść. Nie jestem aż takim pesymistą, natomiast uważam, że autorytet Kościoła słabnie. I przyznam, że choć jestem niewierzący, to wolałbym aby w Polsce był otwarty Kościół z dużym społecznym autorytetem niż agresywny Kościół bez autorytetu. W chrześcijaństwie pociąga mnie idea miłości, choć z ontologicznego punktu widzenia nie wierzę ani w niebo ani w piekło, lecz po prostu w koniec przygody jaką jest życie. Tymczasem w obecnym Kościele kłopoty mają tacy księża jak Lemański, Sowa czy Boniecki, a poparciem hierarchii cieszą się duchowni w rodzaju Rydzyka.

W wywiadzie dla „Trybuny” profesor Jan Hartman uznał deklarację Barbary Nowackiej o potrzebie rozdziału Kościoła i Państwa za formę upokarzających starań państwa o coś, co mu się z definicji należy – suwerenność i wolność od obcego, watykańskiego dyktatu. Jest też przeciwny obecności konkordatu w konstytucji, jak również uważa jej propozycje za kosmetyczne, n.p. zaprzestanie finansowania religii w szkole, zamiast jej wyprowadzenia. Jaki jest na to Pana pogląd?

Rozumiem te niuanse podkreślone przez profesora Hartmana, ale dla mnie najważniejsza jest praktyka, realna równość praw Państwa i Kościoła, by państwo, tak jak to było i jest nadal, nie zajmowało wobec niego postawy partnera uległego. Natomiast co do samego wystąpienia Barbary Nowackiej, to choć zgadzam się z nią co do zasadniczych intencji, to wolałbym, by zrezygnowała z wystąpienia indywidualnego na rzecz lojalnego działania w ramach szerokiego bloku. Byłoby to znacznie bardziej nośne i ważkie.
A co z postulatem świeckości państwa, którego w Konstytucji nie ma, bo jest w niej zapis o „niezależności i autonomii”?
Formuła o pełnej świeckości państwa rodzi jednak pewne niebezpieczeństwa, n.p. groźbę szykan wobec ludzi noszących oznaki religijne, n.p. krzyżyki. Nie byłbym też zwolennikiem totalnego zakazu akcentów religijnych w sytuacjach publicznych. To uważam za formę zbyt daleko idącego naruszenia wolności osobistych. Jednak uważam, że w powszechnie dostępnych urzędach państwowych i publicznych, w salach itd. nie powinno być symboli religijnych. Kiedy zostałem ministrem edukacji poleciłem zdjąć ze ściany krucyfiks, bo uznałem, że jego zatrzymanie byłoby z mojej strony przejawem oportunizmu, a ja oportunistą nie jestem. Nie nakazałem jednak uczynić tego samego wiceministrom i dyrektorom w ich gabinetach. Jednak najważniejsza jest w moim odczuciu nie sfera symboliczna, lecz sfera realnych zachowań. W każdym razie nadszedł najwyższy czas, aby relacje kościelno-państwowe w Polsce uległy we wszelkich aspektach fundamentalnemu przedefiniowaniu i zreformowaniu w duchu nowoczesnego państwa.

Dziękuję za rozmowę.

Nieodrobiona lekcja

W ubiegłym roku polskie lotnictwo wojskowe obchodziło stulecie powstania. Mało kto zauważył tę rocznicę.

W 1920 roku we Lwowie, oficerowie III Grupy Lotniczej pragnęli uczcić swego dowódcę kapitana pilota Stefana Bastyra, który zginął w katastrofie lotniczej 6 sierpnia 1920 roku. Z ich inicjatywy zrodziła się myśl wystawienia monumentu upamiętniającego lotników polskich, którzy zginęli w walkach powietrznych w czasie Wielkiej Wojny (1914-1918) i w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku. Pomnik został usytuowany na placu Unii Lubelskiej w Warszawie, odsłonięty 11 listopada 1932 roku. Autorem rzeźby był prof. Edward Witting, a pozował do niej mjr obs. Leonard Lepszy. Wielka, podniosła uroczystość zgromadziła tłumy.

Pomnik przetrwał bombardowania niemieckie we wrześniu 1939 roku, jednak został usunięty z cokołu w październiku 1943 roku i przetopiony, jak inne monumenty narodowe na potrzeby machiny wojennej okupanta.

Dzięki ocalałej głowie zrekonstruowano przedwojenny pomnik. Znalazł też nową lokalizację, na skrzyżowaniu reprezentacyjnej alei Żwirki i Wigury (prowadzącej od portu lotniczego Warszawa-Okęcie) z ulicą Wawelską. Zmieniła się też nazwa – odtąd oficjalna nazwa monumentu to Pomnik Lotnika. Tego dnia pod pomnikiem odbyła się również uroczysta promocja oficerów szkół lotniczych i defilada wojskowa.

Na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie w dniu święta lotnictwa, 28 sierpnia 2018 roku, w kameralnej atmosferze i dużo skromniejszej oprawie niż wspomniane poprzednie uroczystości, odsłonięto Pomnik Chwały Lotnikom Polskim. Choć pomnik jest na cmentarzu wojskowym i odsłonięty w 100-lecie lotnictwa wojskowego ma być hołdem złożonym wszystkim polskim lotnikom – wojskowym i cywilnym, sportowym, szybownikom, baloniarzom, spadochroniarzom, ludziom awiacji – konstruktorom, modelarzom.

Obecność prezydenta Rzeczpospolitej i ministra Obrony Narodowej spowodowała, iż na uroczystość przybyli właściwie tylko goście zaproszeni. Tak oto po raz kolejny szersze grono społeczeństwo nie może się nawet „otrzeć” o nasze lotnictwo. Skąd młodzi ludzie mają czerpać wiadomości o naszej lotniczej chwale, bo i szkoła już tego nie uczy? Nie ma już ludzi, którzy dali początek rodzimej awiacji. Nie wznawia się literatury lotniczej pisanej przez uczestników tych wydarzeń. Popularyzację czytelnictwa zaszczepianą ongiś przez dom rodzinny, dziś odbiera się jak przeżytek. Największym zainteresowaniem historyków i publicystów cieszy się udział polskich lotników w walkach powietrznych II wojny światowej.

Niestety pseudopublicyści, pozujący na znawców historii lotnictwa „piszą, co wiedzą”, rzadko wiedząc, co piszą. Wykazując się historyczną arogancją manipulując informacjami mącą i utrwalają fałszywy obraz spraw i ludzi.

Nie ustrzegli się tego i dostojnicy podczas uroczystości na Powązkach. Dlaczego wymienia się jednym tchem „Żwirko-Wigurę”? To nie jedna osoba – a kpt. pil. Franciszek Żwirko i inż. Stanisław Wigura. Byli zwycięzcami Challenge’u w 1932 roku. Kto dzisiaj pamięta, iż były to międzynarodowe zawody samolotów turystycznych – Challenge International des Avions de Tourisme. Dlaczego francuską wymowę słowa „challenge” uparcie podaje się w wersji, tak powszechnej obecnie, angielszczyzny? Dlaczego wiadomości o udziale lotników polskich ogranicza się li tylko do dywizjonu 303, a nazwisko jednego z jego asów ciągle się przekręca? Zumbach się pisze, ale czyta „Cumbach”! Szkoda, że zamiast okrągłych zadań o lotnictwie w ogóle, także dzisiejszym, nikt nie pokwapił się choć o kilka słów o początkach naszego lotnictwa, wszak przypada właśnie stulecie jego powstania.

Aby faktycznie móc oddawać hołd polskim pilotom nie można pominąć, jak zaczęła się historia naszej awiacji i jak szczególny wkład wnieśli lotnicy, dla których walka o niepodległość Polski była celem nadrzędnym. Bohaterstwo na polu walki zostało uhonorowane najwyższymi odznaczeniami bojowymi wielkiej rzeszy pilotów. Dziwić może tylko fakt, iż ówczesne naczelne władze wojskowe pomijały milczeniem wkład lotnictwa w wiernej służbie Ojczyźnie. Za to społeczeństwo II Rzeczpospolitej otaczało lotnictwo wyjątkowym szacunkiem i fascynowało się jego osiągnięciami.

***

Wielka Wojna (1914-1918) była swoistym poligonem dla nowych rodzajów broni i sprzętu. Armie ententy i państw centralnych włączyły do walk samoloty. Na początku wojny lotnictwo miało charakter broni pomocniczej, głównie rozpoznając ruchy wojsk nieprzyjaciela. Z czasem coraz mniejszą przydatność wykazywała kawaleria, a wzrastała rola lotnictwa. Od 1915 roku rosło udoskonalanie konstrukcji samolotów – wzrastał ich udźwig, zasięg i pułap. Pojawiły się więc nowe zadania dla lotnictwa – współpraca z piechotą, artylerią, prowadzono planowe bombardowania (także daleko poza linią frontu). Dla obrony przed samolotami przeciwnika powołano do życia eskadry myśliwskie. Coraz bardziej doceniano korzyści z osiągnięcia przewagi w powietrzu i jak istotna jest konieczność posiadania wsparcia lotniczego w walce.

Wielką ewolucję przeszedł sprzęt lotniczy, rosła ilość samolotów we wszystkich armiach, stale zwiększała się produkcja zarówno płatowców, jak i silników lotniczych. Lotnictwo postrzegane było jako siła wyjątkowo perspektywiczna.

W działaniach zbrojnych Wielkiej Wojny brali udział także Polacy, powoływani do służby w armii rosyjskiej, austro-węgierskiej i niemieckiej. Polscy żołnierze znaleźli się także w lotnictwie tych państw. Do lotnictwa II Rzeczpospolitej trafiło wielu Polaków z różnych rosyjskich jednostek lotniczych. Personel powstającego lotnictwa Wojska Polskiego stanowiła też duża grupa lotników z dawnej armii austro-węgierskiej.

Przejęcie stałych lotnisk położonych na ziemiach polskich.

Odrodzenie państwa polskiego w 1918 roku to nie tylko powrót na mapę Europy po 123 latach niewoli, ale także zwycięska walka o utrzymanie niepodległości. Polityczno-militarne uwarunkowania w Europie, walka o nasze granice spowodowały, iż w II Rzeczpospolitej od razu budowano siły zbrojne. Wraz z ich formowaniem powołano nowy rodzaj broni – lotnictwo. Działania bojowe w czasie Wielkiej Wojny wykazały wyjątkową niezbędność sił powietrznych.
Wywalczenie przewagi w powietrzu mogło dać zwycięstwo w operacjach lądowych. Szybkie rozpoznanie pozycji i ruchów wojsk nieprzyjaciela, danie osłony z powietrza, bombardowanie ważnych celów spowodowało zmianę taktyki walki i strategii prowadzenia wojny. Powstała idea przewagi i panowania w powietrzu. Najwięksi sceptycy użycia lotnictwa musieli przyznać, iż ma ono nie tylko aspekt perspektywiczny, ale jest to siła mogąca w sposób zasadniczy zmienić charakter przyszłej wojny.
Nieuchronna klęska państw centralnych, a przede wszystkim cesarsko-królewskich Austro-Węgier i cesarskich Niemiec dała Polakom asumpt do podjęcia zorganizowanych działań jesienią 1918 roku. Na terenach zaborczych austriackie siły powietrzne stacjonowały na czterech lotniskach: w podkrakowskich Rakowicach, w Hureczku pod Przemyślem, w Lublinie i we Lwowie.

Kraków – Rakowice

Gdy 3 listopada Austriacy ostatecznie opuścili lotnisko Polacy w hangarach i magazynach sprzętu przejęli łącznie blisko 50 samolotów (wywiadowczych i szkolnych). Jednak nie były to maszyny nowe, znacznie wyeksploatowane i w bardzo złym stanie technicznym. W budynkach i barakach nie istniały żadne instalacje elektryczne, wodociągowe ani kanalizacyjne. Natychmiast podjęte prace miały na celu uruchomienie i doprowadzenie do sprawności technicznej jak największej liczby przejętych samolotów.

Do służby szybko zgłosiło się wielu lotników z armii austriackiej. Utworzono „Bojowe Eskadry Lotnicze”, choć określenie „bojowe” było na wyrost, gdyż na stanie nie było odpowiednich typów samolotów.

Przemyśl – Hureczko

Po opuszczeniu lotniska przez Austriaków Przemyśl opanowali żołnierze ukraińscy. Por. pil Wiktor Robotycki nie dysponując siłami do odparcia ataku zdecydował się ratować samoloty i przerzucić je drogą powietrzną na lotnisko w Rakowicach. W dramatycznej sytuacji, nad ranem pod ostrzałem karabinów maszynowych 10 maszyn wystartowało (2 zostały uszkodzone). Bezpośrednio na Rakowice dotarło tylko sześć.

Lublin

5 listopada 1918 roku ppor. pil. Wiktor Ryl w imieniu władz polskich przejął lotnisko od austriackiego dowódcy.

Lwów

Po tzw. „kryzysie przysięgowym” w 1917 roku Polska Organizacja Wojskowa skierowała do Lwowa doświadczonego lotnika por. obs. Janusza de Beaurain. Jego praca konspiracyjna oraz kontakty z Polakami służącymi w austriackich siłach powietrznych zaowocowały przyłączeniem się do POW pilotów z różnych jednostek. Byli to: por. pil. Stefan Bastyr, por. pil. Stefan Stec (as austriackiej 3. kp. myśl.), por. pil. Eugeniusz Roland, por. pil. Stanisław Tomicki, por. obs. Zygmunt Tebinka, ppor. obs. Władysław Toruń, ppor. obs. Adam Tieger, por. Mokrzycki. Opracowali oni plan akcji przejęcia lotniska we Lwowie, którą mieli kierować por. obs. Janusz de Beaurain i por. pil. Stefan Bastyr.

W nocy z 31 października na 1 listopada 1918 roku oddziały ukraińskie bez przeszkód zajęły większą część Lwowa i przejęły kontrolę nad całą Galicją Wschodnią. Ogólny zamęt wykorzystali Polacy zakradając się do położonych na skraju lotniska hangarów, gdzie starali się przygotować do lotu znajdujące się tam cztery samoloty.

Groźna sytuacja spowodowana grabieżą magazynów skłoniła austriackiego komendanta lotniska do przekazania go w ręce Polaków. Krwawe walki skłoniły Komendę Obrony Lwowa do wydania rozkazu, by lotnicy podjęli natychmiastowe bombardowanie stacji kolejowej Persenkówka, dokąd docierały pociągi z pomocą dla oddziałów ukraińskich.

5 listopada do pierwszego lotu bojowego na samolocie Hansa-Brandenburg CI wystartowała załoga: por. pil. Stefan Bastyr i por. obs. Janusz de Beaurain. Brak farby białej i czerwonej spowodował tylko zamalowanie czarnego austriackiego krzyża. Obserwator zrzucił kilka bomb, lotnicy szczęśliwie powrócili do bazy. Ukraińcy byli kompletnie zaskoczeni. Tego samego dnia wykonano jeszcze kolejne loty operacyjne, obrzucając bombami ponownie dworzec i dokonując określenia pozycji nieprzyjaciela.

Dzień 5 listopada, dzień pierwszego lotu operacyjnego dla Polaków miał wymiar symboliczny. W okresie dwudziestolecia międzywojennego był świętowany przez samych lotników, choć nie był uznany za oficjalne święto lotnictwa.

6 listopada por. pil Stefan Bastyr został formalnie wyznaczony przez Naczelną Komendę Obrony Lwowa na stanowisko dowódcy eskadry i komendanta załogi całego lotniska. Lotnictwu polskiemu we Lwowie nadano oficjalny i zorganizowany charakter. Jednostka tymczasowo przyjęła nazwę II Bojowa Eskadra Lotnicza. Prócz baraków i magazynów na wyposażeniu było 18 samolotów do naprawy, okradzione warsztaty remontowe i… brak karabinów maszynowych.

W okresie od 5 do 22 listopada 1918 roku załogi II Bojowej Eskadry Lotniczej wykonały 69 lotów bojowych. Skutecznie ostrzeliwała transporty kolejowe i pozycje nieprzyjacielskiej piechoty.

Bombardowaniem zajmowali się obserwatorzy. Ponieważ samoloty nie posiadały podwieszeń – bomby zabierano do kabiny. Lżejsze bomby były przez obserwatorów zrzucane ręcznie przez burty samolotu, cięższe wypychane przez drzwiczki w kokpicie. Prócz tego eskadra wykonała wiele niezwykle ważnych lotów łącznikowych między Naczelną Komendą Obrony Lwowa a władzami w Krakowie, Warszawie i Przemyślu. Jednostka straciła 3 samoloty, jeden obserwator był ranny.

W tym czasie do eskadry dołączyli kolejni lotnicy z Krakowa. Jednostka liczyła już 150 ludzi – pilotów, obserwatorów, mechaników i szeregowych żołnierzy. Wyjątkowo sprawnie działał ppor. obs Adam Tieger, który przejąwszy kierownictwo nad pracami organizacyjnymi w warsztatach, został także przełożonym pracowników cywilnych. Sformował kompanię ochrony lotniska, wojskową straż pożarną i administrację. Odciążył tym samym por. pil. Bastyra, który mógł wreszcie skoncentrować się na lataniu i dowodzeniu bojowym.

Warszawa

Od września 1918 roku w Warszawie przebywała dość liczna grupa lotników wywodzących się z rosyjskich sił powietrznych, którzy w ostatnim czasie służyli w rozbrojonym przez Niemców I Korpusie Polskim w Rosji. Podejmując działalność niepodległościową założyli oni 14 października 1918 roku w Warszawie tajny Związek Lotników. Wstąpili do niego m.in.: ppor. Henryk Tokarczyk, por. Lipczyński, ppor. inż. Mieczysław Pietraszek, ppłk pil. ster. Hipolit Łossowski, ppłk pil. Zygmunt Studziński, kpt. pil. Jerzy Syrokomla-Syrokomski, por. obs. Tytus Karpiński, ppor. Jerzy Garbiński, ppor. inż. Michał Tłuchowski, chor. Gajewski, inż. Klemens Filipowski, inż. Stefan Malinowski.

Jednym z głównych celów Związku Lotników było opanowanie lotniska na Polu Mokotowskim i zapobieżenie zniszczeniu przez Niemców znajdującego się tam sprzętu i samolotów. Gdy w będącej tam szkole obserwatorów (zresztą w największej jaką Niemcy zorganizowali w czasie wojny) zawiązała się Rada Żołnierska, dotarł rozkaz z Berlina opuszczenia lotniska. 15 listopada cała infrastruktura z majątkiem ruchomym przypadła Polakom. Niestety zniszczono wiele cennego sprzętu i wyposażenia szkoły.

Na lotnisku mokotowskim w 25 hangarach (wymagających natychmiastowego remontu) znajdowało się blisko 70 różnego typu samolotów.

Poznań – Ławica

27 grudnia 1918 roku w Poznaniu wybuchło powstanie. Sukcesy walk powstańczych sprawiły, iż ostatnim liczącym się punktem oporu w rejonie Poznania było lotnisko w Ławicy. Niemieckie samoloty były zagrożeniem zarówno dla miasta, jak i dla powstańców. Gdy zawiodły próby pokojowego porozumienia się z załogą i gdy Niemcy zagrozili wysadzeniem fortu na Łazarzu, w którym był ogromny skład bomb lotniczych zdecydowano się na atak zbrojny. Grupą szturmowa dowodził por. Andrzej Kopa. Rankiem 6 stycznia 1919 roku powstańcy wsparci ogniem artylerii zdobyli lotnisko.

7 stycznia nad Poznaniem po raz pierwszy pojawiły się samoloty z polskimi oznaczeniami podnosząc skutecznie morale ludności. Loty wykonali wówczas: sierż. pil. Józef Mańczak, sierż. Jan Kortylewicz, sierż. pil. Zygmunt Rosada, sierż. Wojciech Biały, sierż. pil. Wiktor Pniewski, plut. wojsk aeronautycznych Hieronim Kasprzak.

Ławica okazała się najbogatszą i najbardziej wartościową bazą lotniczą, jaką Polacy przejęli po zaborcach. W hangarach i warsztatach znaleziono prawie siedemdziesiąt zdatnych do dalszej eksploatacji samolotów, kilkadziesiąt silników lotniczych, części zapasowe, 20 karabinów maszynowych i amunicję.

Skromne początki

Pierwszym organem naczelnej władzy lotniczej w niepodległej Polsce została utworzona 14 listopada 1918 roku w Departamencie III Technicznym Ministerstwa Spraw Wojskowych – Sekcja Żeglugi Napowietrznej. Jej szefem został ppłk pil. Hipolit Łossowski.

Ministerstwo, głównie skoncentrowane na szybkim formowaniu oddziałów wojsk lądowych, kwestie organizacji i funkcjonowania lotnictwa traktowało drugoplanowo. Początkowo w Sekcji Żeglugi Napowietrznej rejestrowano zgłaszających się do służby ochotników (głównie lotników z byłej armii rosyjskiej). Ewidencjonowano i zabezpieczano sprzęt przejęty po zaborcach.
Rozpoczęto naukę pilotażu, ale przede wszystkim przeszkalanie pilotów wywodzących się z rosyjskich sił powietrznych na samoloty produkcji niemieckiej. 20 listopada 1918 roku z lotniska mokotowskiego w Warszawie wystartował pierwszy samolot oznaczony polskimi znakami rozpoznawczymi. Pilotował go ppor. Stanisław Jakubowski. W ten sposób zademonstrowano społeczeństwu obecność polskich samolotów, o czym szeroko rozpisywała się ówczesna prasa.

Kwadraty podzielone na cztery równe biało – czerwone pola, czyli lotnicza „szachownica”, autorstwo której przypisuje się por. Stefanowi Stecowi. Tak oznakowanym samolotem przyleciał do Warszawy ze Lwowa. Takiej „szachownicy” w lotnictwie austriackim używał też inny Polak – por. pil. Marian Gaweł. Takie „szachownice” były w czasie wojny światowej osobistym znakiem rozpoznawczym kilku austriackich pilotów. Najprawdopodobniej pierwszym, który użył takiego oznakowania był por. pil. Frank Linke-Crawford pochodzący z Krakowa (matka była Angielka, ojciec Czechem). Taki znak miał również Chorwat – por. pil. Mirosław Navratil, przełożony Steca, dowódca austriackiej 3.kp.myśl (wielopolowa biało – czerwona szachownica to także tło godła narodowego Chorwatów).

Łatwość malowania, kolory barw narodowych przekonały szefa Sekcji Żeglugi Napowietrznej i ppłk Hipolit Łossowski wprowadził właśnie takie oznakowanie jako znak rozpoznawczy lotnictwa polskiego.

20 grudnia 1918 roku gen. Stanisław Szeptycki podpisał rozkaz w sprawie „Organizacji Wojsk Lotniczych”. Skończył się czas entuzjastycznego, samorzutnego organizowania się wojskowego lotnictwa polskiego. O wszystkim zaczęły decydować instytucje centralne w Warszawie. Centralnym organem dowodzenia lotnictwem zostało Dowództwo Wojsk Lotniczych, bezpośrednio podporządkowane szefowi Sztabu Generalnego.

Najważniejszą bazą zaopatrzeniową i materiałowo-naprawczą dla organizowanych liniowych i szkolnych jednostek oraz instytucji lotniczych stało się Pole Mokotowskie w Warszawie. Pododdziałom lotniczym wprowadzono nazwę „eskadra lotnicza”, poprzedzaną kolejnym numerem taktycznym. Choć zgodnie z chronologią formowania numery początkowe winny otrzymać eskadry „galicyjskie” pierwsze numery (1 i 2) otrzymały dopiero organizowane jednostki w Warszawie i Lublinie.

Brak fundamentalnej wiedzy oficerów Sztabu Generalnego o funkcjonowaniu lotnictwa w czołowych armiach świata w końcowym etapie wojny, spowodowały, iż wdrożone w końcu grudnia rozwiązania organizacyjne przetrwały jedynie do początku marca 1919 roku. Do tego rywalizacja między Sztabem Generalnym a Ministerstwem Spraw Wojskowych, brak rozgraniczenia między nimi kompetencji powodowały utrudnienia organizacyjne i opóźnienia realizacji planowanych przedsięwzięć.

16 grudnia 1918 na Polu Mokotowskim w uroczystej oprawie odbyła się pierwsza w Wojsku Polskim przysięga na wierność Rzeczpospolitej zorganizowana przez Sekcję Żeglugi Napowietrznej. Do 29 grudnia 1918 roku w Warszawie i Krakowie do służby w lotnictwie zgłosiło się ochotniczo 186 żołnierzy – 42 wywodziło się z korpusów na wschodzie, 11 z legionów polskich, 49 z armii rosyjskiej, 82 z armii austriackiej i 2 z armii niemieckiej. W liczbie tej było 45 pilotów (samolotów lub sterowców), 38 obserwatorów, 24 oficerów służb technicznych. W styczniu 1919 roku Ministerstwo Spraw Wojskowych na podstawie weryfikacji przeprowadzonej przez Komisję Kwalifikacyjną Lotniczą przyznało polskie certyfikaty pilotów 43 oficerom, 16 podoficerom i 1 szeregowcowi. Poważnym problemem było zapewnienie lotnictwu stałego dopływu żołnierzy służby zasadniczej oraz ich specjalistyczne przeszkalanie. Przy I Lotniczym Batalionie Uzupełnień w Warszawie powstała Szkoła Obsługi Lotniczej, która w 1919 roku wyszkoliła 107 mechaników, a rok później – 263.

W sprawozdaniu z marca 1919 roku Inspektorat Wojsk Lotniczych w Warszawie podał, iż po zaborcach przejęto ogółem 200 samolotów. W tym: 9 myśliwskich, 100 wywiadowczych, 70 szkolnych i 21 wcześniej wycofanych z eksploatacji. Jednak tylko 12 z nich nadawało się do natychmiastowego użytku. Brak części zamiennych, a przede wszystkim słabe zaopatrzenie w paliwo to nie jedyne bolączki lotnictwa. Uzupełnianie sprzętu w eskadrach nie było sprawa prostą. Rząd polski nie był jeszcze oficjalnie uznany i właściwie zakupy sprzętu były możliwe tylko w pokonanej Austrii. Pieniędzy starczyło tylko na zakup 38 samolotów myśliwskich. Były to fabrycznie nowe samoloty Albatros D III – dwupłatowy, jednomiejscowy. Nadeszły transportem kolejowym w dwóch partiach (najpierw 12, później 26 sztuk).

Lotnictwo Armii Polskiej we Francji

Wspominając Błękitną Armię gen. Hallera rzadko mówi się o będących w niej lotnikach. Trafiali oni w 1917 roku do francuskich ośrodków szkolenia pilotów myśliwskich wysyłani tam przez armię rosyjską. A po rewolucji październikowej Polacy porzucali swoje jednostki, by dostać się do istniejącej we Francji armii polskiej. Udawali się głównie przez porty w Murmańsku i Odessie. Jednak dla bolszewików tacy żołnierze uważani byli za dezerterów i schwytani natychmiast rozstrzeliwani.

Od początku 1918 roku wśród polskich uciekinierów z armii rosyjskiej byli też lotnicy. Jako pierwsi dotarli do Francji: ppor. pil. Stefan Ciecierski, ppor. Zygmunt Baranowski, ppor. Makowski, por. obs. Wojewódzki, por. pil. Jerzy Rudnicki, por. obs, Władysław Jurgenson, por. pil. Jerzy Kossowski, por. pil. Sergiusz Abżółtowski. Piloci ci posiadali już spore doświadczenie bojowe. Zgłaszali się do obozu wojskowego w Sille de Guillaume. Przez Murmańsk dotarł też 13 lipca gen. Józef Haller.

Francja dysponując 12 tysiącami własnych lotników niechętnie patrzyła na tworzenie polskich eskadr. Ponadto na froncie zachodnim służyło 9 tysięcy lotników brytyjskich, tysiąc włoskich i belgijskich, był również Korpus Lotniczy Sił Ekspedycyjnych Armii Stanów Zjednoczonych. Polacy mieli stanowić jedynie uzupełnienie dla eskadr francuskich, ponoszących zresztą duże starty na froncie.

Uparte starania strony polskiej w Ministerstwie Wojny umożliwiły szkolenie polskich kandydatów na lotników. Pierwsza grupa oficerów została skierowana na kurs teoretyczny do Dijon w Burgundii, gdzie uczono aerodynamiki, teorii budowy płatowca i silnika, a także zapoznawano z najnowocześniejszymi samolotami oraz sprzętem. W szkole lotniczej w Longvie tworzono zalążek personelu technicznego. Kolejni ochotnicy kierowani byli do obsługi naziemnej lotnictwa. Byli to głównie ochotnicy – mechanicy polskiego pochodzenia ze Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz polscy podoficerowie lotnictwa z byłej armii rosyjskiej. Szeregi szybko rosnącej Armii Polskiej we Francji zasilali byli żołnierze austriaccy i niemieccy masowo werbowani w obozach jenieckich we Francji i Włoszech.

Oficjalne uznanie rządu polskiego przez mocarstwa zwycięskiej koalicji (USA 30 stycznia 1919 roku, Francja – 24 lutego, Wielka Brytania – 25 lutego, Włochy – 27 lutego) spowodowało, iż rząd polski w Warszawie stał się wreszcie podmiotem prawa międzynarodowego. Wykorzystał to marszałek Foch, będący zwolennikiem militarnej interwencji w Rosji Sowieckiej, w obawie przed zalewem bolszewizmu w Europie. Na forum Rady Najwyższej Konferencji Pokojowej przedstawił stanowisko, iż wzmocnione nowoczesnym sprzętem (mając na myśli samoloty i czołgi) wojska polskie będą w stanie podjąć walkę z Rosjanami.

Polacy przed wysłaniem do kraju mieli otrzymać siedem całkowicie wyposażonych eskadr francuskich i jeden park lotniczy. Początkowo eskadry miały być obsadzone głównie w większości przez personel francuski, ochotników, którzy zgodzili się wyjechać do Polski. Generał Haller dysponował piętnastoma w pełni wyszkolonymi pilotami, dwudziestu następnych się szkoliło. Brakowało jednak obserwatorów, oficerów technicznych, mechaników płatowców i silników, a także innych specjalistów lotniczych.

W utworzonym Szefostwie Lotnictwa jedynym Polakiem był por. pil. Sergiusz Abżółtowski. By obsadzić stanowisko szefa swego lotnictwa rodakiem gen. Haller ściągnął do Francji z Odessy mjr. pil. Waldemara Narkiewicza, który 31 marca 1919 roku objął obowiązki asystenta szefa lotnictwa. Intensywne poszukiwania pilotów polskich zaowocowały ściągnięciem kilku lotników służących w armii francuskiej. Spośród jeńców austriackich zgłosił się por. pil. mar. Karol Trzaska-Durski (późniejszy szef Referatu Lotnictwa Morskiego w Departamencie Spraw Morskich Ministerstwa Spraw Wojskowych), z armii niemieckiej – ppor. pil. Ryszard Woroniecki, sierż. Adam Wierzbiński, sierż. Walerian Górecki.

Spis sporządzony 23 marca 1919 roku podawał, iż lotnictwo Armii Polskiej we Francji liczyło 88 pilotów i uczniów pilotażu, 3 obserwatorów, 3 oficerów technicznych oraz 110 mechaników różnych specjalności.

3 kwietnia 1919 roku Najwyższa Rada Konferencji Pokojowej w Paryżu wreszcie wyraziła zgodę na skierowanie Armii Polskiej do kraju. Jednak premier Wielkiej Brytanii Lloyd George wymógł zobowiązanie na Ignacym Paderewskim i Romanie Dmowskim, iż nie będzie się ona angażowała w walce z wojskami ukraińskimi w Galicji Wschodniej. Formalnie sprawujący zwierzchnictwo nad Armią gen. Hallera marszałek Ferdynand Foch podpisał umowę z przedstawicielem Niemiec dotyczącą przetransportowania jej przez terytorium niemieckie.

Francuzi nie do końca wywiązali się z wcześniejszej obietnicy wyposażając jedynie dwie eskadry wywiadowcze w najlepsze samoloty Breguet XIV A2, trzy pozostałe zaś w znacznie słabsze Salmson 2A2. Brak polskich specjalistów sprawił, iż większość personelu eskadr liniowych obsadzono francuskimi ochotnikami. Mieli oni stopniowo być zastępowani przez Polaków. W tym celu personel jednej z francuskich szkół lotniczych miał zorganizować szkolenie w Polsce pilotów, obserwatorów i mechaników lotniczych.

Społeczeństwo francuskie zorganizowało uroczyste pożegnanie lotnictwa Armii Polskiej, a władze Paryża podarowały sztandar z wyhaftowanym biały orłem i napisem „Awiacja Polska”. Armia Polska docierała do kraju stopniowo. Ostatni transport samolotów szkoły, przeznaczonych do nauki zaawansowanego pilotażu, przybył dopiero w końcu lipca 1919 roku. Personel latający szacuje się na około stu pilotów i czterdziestu obserwatorów oraz kilkuset żołnierzy personelu naziemnego.

Początkowo wszystkie jednostki lotnicze Armii gen. Hallera rozmieszczono w Warszawie. Jednak niedostateczna infrastruktura na Polu Mokotowskim spowodowała konieczność przerzucenia eskadr na lotniska w Lublinie, Wilnie, Piotrkowie Trybunalskim i Poznaniu.

Lotnictwo Błękitnej Armii przybyłe z Francji było poważną siła bojową. Jednak tak jak Armia gen. Hallera stanowiła integralną część sił zbrojnych Francji, której zwierzchnikiem był urzędujący w Paryżu marszałek Ferdynand Foch (za pośrednictwem szefa Francuskiej Misji Wojskowej w Polsce), tak Polskie Szefostwo Lotnictwa podlegało Sekcji Lotniczej Francuskiej misji Wojskowej na czele z ppłk. pil. François de Vergnette.

Lotnictwo polskie w walce z Ukrainą i Rosją Sowiecką

Rozwój lotnictwa i jego zwiększony udział w działaniach bojowych wprowadził zmiany w strukturach centralnych. Wspólnym rozkazem Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego i Ministerstwa Spraw Wojskowych 9 marca 1919 roku Dowództwo Wojsk Lotniczych wyprowadzone ze struktury Sztabu Generalnego przeformowano w Inspektorat Wojsk Lotniczych i włączone do Departamentu I Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Główne ośrodki formowania lotnictwa polskiego – Kraków, Lwów, Poznań i Warszawa tworzone samorzutnie, przyjmowały własne zasady organizacyjne, miały różnorodny sprzęt, a przede wszystkim – kadry z sił powietrznych różnych krajów. Struktury eskadr różniły się między sobą, odmienne były metody działania. Nieprawdopodobne zaangażowanie i zmysł organizacyjny samych lotników przezwyciężał te trudności.

Na potrzeby prowadzonej wojny polsko – sowieckiej kadra lotnicza była zbyt mała, do tego przemęczona. Zamiast regulaminowego jednego dłuższego lub dwóch krótszych lotów, załogi wykonywały nawet cztery loty dziennie. Dochodził do tego brak sprzętu lotniczego, nade wszystko samolotów. Amerykanie odmówili odstąpienia sprzętu, Francuzi nie dostarczali na czas zamówionych samolotów (z magazynów demobilizacyjnych). W grudniu 1920 w porcie w Cherbourgu oczekiwał transport, gdzie w skrzyniach było 160 rozłożonych na części samolotów (w tym 62 samoloty wywiadowcze, które trafiły do Francji z Włoch).

Działalność operacyjna lotnictwa nie oparta na odgórnie opracowanych regulaminach czy instrukcjach nie była ujednolicona powodowała, iż eskadry w boju skazane były na inwencję samych lotników. Ogromną trudność nastręczało też korzystanie z aż 90 lotnisk polowych, w większości przygodnych lądowisk. Nie do przecenienia była działalność rozpoznawcza. W latach 1918-1920 do sztabów różnych szczebli dowodzenia lotnicy dostarczyli ponad pięć tysięcy meldunków. Wzrastało też rozpoznanie operacyjne, sięgające do 250 kilometrów w głąb ugrupowań nieprzyjacielskich. Wykorzystywano (bez względu na rodzaj samolotu i otrzymane zadanie) formacje maszyn wywiadowczych do bombardowania ważnych celów, m.in. stanowisk artylerii, węzłów kolejowych, pociągów pancernych, stanowisk wojskowych.

Lotnicy prócz, z własnej inicjatywy podejmowanych bombardowań, podejmowali też działania szturmowe. Jednak czynili to na samolotach nieprzygotowanych i nieprzewidzianych do tego celu, ze względu na brak stosowanego opancerzenia. Ze względu na brak odpowiednio wyszkolonych obserwatorów, niewielkiej ilości środków łączności pomiędzy samolotami a ziemią rzadko współpracowano z artylerią.

W związku z powyższym działania lotnictwa polskiego opierały się w zasadzie na improwizacji i dostosowania do konkretnej sytuacji bojowej. Było to spowodowane także brakiem odpowiednio przygotowanych oficerów na najwyższych stanowiskach dowódczych i sztabowych. Personel eskadr lotniczych (w liczbie 167), od sformowania do 15 października 1920, wykonał ogółem ponad 5100 lotów operacyjnych, podczas których załogi spędziły w powietrzu blisko 9800 godzin.

W wojnie z Ukrainą i Rosją Sowiecką lotnictwo polskie zapewniło na polu walki przewagę w powietrzu, a nade wszystko wzmocniło morale żołnierzy walczących na ziemi, choć personel lotnictwa wykonywał swe zadania ponad swoje siły i realne możliwości. Od listopada 1918 do 18 października 1920 roku zginęło 120 pilotów i obserwatorów, co stanowiło 27% personelu latającego. Indywidualne postawy lotników na polu walki, męstwo i niezwykłe poświęcenie zostało uhonorowano odznaczeniem Orderem Virtuti Militari 100 pilotów, 54 obserwatorów i 3 oficerów wojsk aeronautycznych.

Pośpiech organizacyjny i brak starszych oficerów mających nie tylko wiedzę i doświadczenie, ale i autorytet, ukazały w całej pełni niedostatki polskiego lotnictwa. Poświęcenie lotników okupione było poważnymi stratami podczas wykonywania lotów operacyjnych. Nie najlepsza opinia, co do przydatności lotnictwa, brak obiektywnego wkładu lotnictwa w ogólny wynik wojny wynikały także z lekceważącego stosunku doń Józefa Piłsudskiego. W lotnictwie nie służyli wszak oficerowie wywodzący się z legionów. Po zamachu majowym czystki kadrowe w lotnictwie spowodowały, iż o rozwoju polskiej awiacji decydować mieli byli legioniści. Zemściło się to na doktrynie obronnej i zasadach operacyjnego wykorzystania lotnictwa, które w pełni ukazały naszą niemoc we wrześniu 1939 roku.

***

Właśnie przypada jubileusz stulecia lotnictwa wojskowego. Obchody „ku czci” nie dotarły do szerszego kręgu społeczeństwa. Mija kolejna okazja by przypomnieć wspaniałe osiągnięcia polskich skrzydeł. „Magnetyczna siła” lotnictwa pobudzała do podejmowania często zuchwałych wyzwań. Pionierzy (piloci, konstruktorzy, polski przemysł lotniczy), dzięki którym nie tylko „pchnięto” nasze lotnictwo, ale zapisali się w historii światowej awiacji. By ocalić od zapomnienia kilka przykładów:

Porucznik Grzegorz Piotrowski w 1910 roku wykonał lot z pasażerem z Petersburga do Kronsztadu (27 km), bijąc rekord Blériota IX 2bis przelotu przez Kanał La Manche. Ustanowił światowy rekord długości lotu z pasażerem.

Inżynier Adolf Warchałowski w 1910 roku na samolocie własnej konstrukcji Warchałowski Typ IX wykonuje pierwszy lot nad śródmieściem Wiednia, rok później (30 października) ustanawia światowy rekord lotu z trzema pasażerami – 45 minut i 46 sekund.

Jan Nagórski w 1914 roku poszukiwał zaginionej wyprawy podbiegunowej Siedowa. Na hydroplanie Farman MF-11 wykonał pięć lotów w Arktyce, trwających w sumie ponad 11 godzin. Były to pierwsze tego rodzaju loty i odbiły się głośnym echem na świecie. W późniejszym czasie wykonał pierwszą na świecie pętlę na wodnosamolocie Grigorowicz M-9.

Kapitan Bolesław Orliński z mechanikiem Leonem Kubiakiem dokonuje rajdu powietrznego na trasie Warszawa – Tokio – Warszawa samolotem Breguet XIX B-2. Rajd odbył się w dniach 27 sierpnia do 25 września 1926 roku na łącznej długości 22 600 km. W powietrzu przebywali łącznie 121 godzin i 16 minut. Lecieli z odkrytą kabiną, bez radia, spadochronów, kamizelek ratunkowych, a powrót graniczył z cudem. W Tokio Orliński został przyjęty na audiencji u cesarza i odznaczony trzecim najwyższym w Japonii Orderem Wschodzącego Słońca. Do końca życia w rocznicę lądowania w Tokio odwiedzał go ambasador Japonii.

Kapitan Stanisław Skarżyński wraz z por. inż. Andrzejem Markiewiczem przedsięwziął rajd lotniczy dookoła Afryki na samolocie łącznikowym PZL Ł-2. Start nastąpił 1 lutego, a powrót do Warszawy 5 maja 1931 roku. Lotnicy przebyli odległość 25 770 km. Po raz pierwszy polskie skrzydła znalazły się nad równikiem.

3 lipca 1931 roku kapitan Stanisław Karpiński wraz z inż. J. Suchodolskim dokonał lotu dookoła Polski bez międzylądowania w czasie 12 godzin i 15 minut. W rajdzie dookoła Europy we wrześniu 1931 roku na samolocie Lublin RX przebyli 6 450 km. Propaganda Polski i polskiego przemysłu lotniczego skłoniła Karpińskiego do lotu azjatycko-afrykańskiego (wraz z mechanikiem Wiktorem Rogalskim) na trasie długości 14 000 km, który przebyli w 16 etapach, w łącznym czasie 110 godzin.

Fenomenalne zwycięstwa odniosły w Challenge’ach załogi: w 1932 roku – kpt. pil. Franciszek Żwirko i inż. pil. Stanisław Wigura, w 1934 roku – kpt. pil. Jerzy Bajan i sierż. Gustaw Pokrzywka. Ze względu na katastrofę świetnie pamiętani są ci pierwsi. Natomiast nie wspomina się również o tym, iż w okresie międzywojennym Polska była potęgą baloniarską. Byliśmy w elitarnym gronie trzech państw (obok Belgii i USA), które zdobyły Puchar Gordona Bennetta na własność.

To tylko nieliczne przykłady z pionierskiego okresu polskiego lotnictwa. Odważne loty, niejednokrotnie „genialnych szaleńców”, rozpalały wyobraźnię młodych ludzi. Wielu z nich wkrótce zostało adeptami latania. II Rzeczpospolita wychowała społeczeństwo, z którego wyrośli bohaterowie walk powietrznych. Jednak obecna wiedza wśród rodaków, na temat udziału polskich lotników na frontach II wojny światowej, ogranicza się wyłącznie do wymienienia dywizjonu 303. Zanim pojawił się na arenie działań w Wielkiej Brytanii Polacy latali już w angielskich dywizjonach myśliwskich, a do sławnej bitwy wszedł jako pierwszy (jakże rzadko wymieniany) 302.

Polacy latali w jednostkach transportowych, zasili jednostki szturmowe działające w Afryce Północnej i basenie Morza Śródziemnego. Wyjątkową sławą okrył się Polish Fighting Team – Polski Zespół Walczący, któremu Anglicy nadali nazwę Skalski’s Cirkus. Cyrk Skalskiego – to zespół wybitnych pilotów myśliwskich, doskonale zgranych w lotach i mających kwalifikacje rzadko spotykanych strzelców myśliwskich.

Pionierskie loty w celu przerzutu samolotów przez Atlantyk w ramach operacji Most Atlantycki, udział polskich lotników w walkach z Japonią, loty z zaopatrzeniem dla Armii Krajowej w Polsce, zrzuty dla partyzantki na Bałkanach, zwalczanie latających bomb V1, pomoc walczącym powstańcom warszawskim, trudne loty eskortowe do wybrzeży Norwegii, loty myśliwcami dalekiego zasięgu to tylko niektóre dokonania pilotów spod biało-czerwonej szachownicy, które nie są dziś tak znane jak udział w obronie Wielkiej Brytanii.

Spektakularne wyczyny pilotów nie byłyby możliwe bez oddania mechaników. Personel naziemny, fachowcy z dziedziny techniki lotnictwa, Pomocnicza Lotnicza Służba Kobiet też zasługują na wdzięczną pamięć.

Niewielka, by nie rzec żadna, jest też wiedza o trafiających do Polskich Sił Powietrznych lotników z łagrów oraz o Polakach, którym przyszło swoje lotnicze szlify zdobywać na polach Grigoriewskoje.

Niestety postępujący zanik pamięci historycznej utrwalany jest także przez środki masowego przekazu. W roku stulecia odzyskania niepodległości i stulecia powstania lotnictwa wojskowego do kin trafiły dwa filmy o tej samej tematyce: „Hurricane. 303. Bitwa o Anglię” i „Dywizjon 303. Historia prawdziwa”.

Pierwszy w kolorach ponurej nocy listopadowej, nudny, z łachmaniarskimi pilotami, chętnie pijącymi alkohol z litrowej butelki. Śmieszne walki powietrzne, jakieś kręcone „beczki” rodem z pokazów air show. Główna postać – Zumbach – wyjątkowa karykatura. Z kina wychodzi się zażenowanym.

W drugim przynajmniej pokazani szarmanccy, młodzi Polacy z oddaniem walczący o swój kraj. Maciej Zakościelny sprostał zadaniu zagrania Jana Zumbacha. Film przynajmniej nie nudzi, miejscami wzrusza, ma też zabawne momenty. Tylko po co dopisek „prawdziwa historia” i do tego oparta na książce Fiedlera. Nazwanie „Dywizjonu 303” Arkadego Fiedlera bestsellerem jest grubą przesadą. Dzięki przymusowej szkolnej lekturze ten dywizjon wrył się ludziom, którzy na ogół jej nie czytając, pamiętają tylko napis ze strony tytułowej. Istnieją autentyczne zapisy przeżyć pilotów, no i przede wszystkim dziennik, który prowadził Mirosław Ferić.

Nijak do prawdy ma się m. in. główna postać kobiety i postaci „dobrego” i „złego” Niemca. Zakończenie wyraźnie ukazuje brak pomysłu, być może podyktowany pośpiechem, by skierować film do dystrybucji. Wyraźnie nieprzemyślane i niezrozumiałe wstawki autentycznych zdjęć i po co „sławne” słowa Churchilla – nie są skierowane do Polaków. Ani słowa o powojennych, często tragicznych losach pilotów i tych powracających do kraju i tych pozostałych na obczyźnie.

Oczywiście można stwierdzić, iż nareszcie powstał polski film o polskich lotnikach. Jednak jest to film fabularny, a nie historia prawdziwa. Dobrze by było gdyby zainspirował do poszukiwania autentycznych historii związanych z walkami pilotów spod znaku biało-czerwonej szachownicy.

Dusza pilota w pełni odzwierciedla naturę niepoprawnego Polaka. Pogarda śmierci, niepowstrzymany poryw w walce, to wszak cechy żołnierza polskiego. Lotnicy polscy w pełni potwierdzali te pełne zapału porywy już od pierwszych dni września 1939 roku. Determinacja ta wynikała z indywidualnych predyspozycji, oddania dowódcom i wielopokoleniowego poświęcenia się ojczyźnie.

Powietrzna bitwa o Wielką Brytanię była jedyną spośród decydujących batalii II wojny światowej, w której Polacy mieli istotny wkład w zwycięstwo. Jednak piękną kartę zapisało polskie lotnictwo na wszystkich frontach II wojny światowej.

Nieznajomość własnej historii, w tym wypadku lotniczej, prowadzi do gloryfikowania jednego dywizjonu i krzywdzącego pomijania zasług innych, w ten sposób zapomnianych. A przecież w skład Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii wchodziły:

300 Dywizjon Bombowy Ziemi Mazowieckiej
301 Dywizjon Bombowy Ziemi Pomorskiej
302 Dywizjon Myśliwski Poznański
303 Dywizjon Myśliwski Warszawski
304 Dywizjon Bombowy Ziemi Śląskiej
305 Dywizjon Bombowy Ziemi Wielkopolskiej
306 Dywizjon Myśliwski Toruński
307 Nocny Dywizjon Myśliwski Lwowski
308 Dywizjon Myśliwski Krakowski
309 Dywizjon Ziemi Czerwińskiej
315 Dywizjon Myśliwski Dębliński
316 Dywizjon Myśliwski Warszawski
317 Dywizjon Myśliwski Wileński
318 Dywizjon Myśliwsko-Rozpoznawczy Gdański
663 Dywizjon Samolotów Artylerii
Polski Zespół Myśliwski (Polish Fighting Team)
Polska Eskadra Balonowa.

 

Początek drogi

Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi.

Lech Wałęsa, maj 1981 r.

Stan wojenny skłonił obie strony do refleksji – takiej refleksji, która w końcu przyczyniła się do rozmów przy Okrągłym Stole.

Wojciech Jaruzelski, czerwiec 1990 r.

 

Mija 30 rocznica obrad Okrągłego Stołu. Polacy pamiętający tamten czas, być może zechcą przypomnieć sobie i bliskim ówczesną atmosferę, pytania o wiarygodność przedstawicieli władzy i Solidarności, mających usiąść przy stole obrad. Warto odświeżyć pamięć, szczególnie o pokładane nadzieje i obawy, o spełnione czy chybione oczekiwania, zaniechane ustalenia. Dystans 30 lat na to pozwala. Czytelnikom sugeruję rozpoczęcie rozważań od zadawałoby się banalnego pytania o początek drogi do Okrągłego Stołu?

Początek drogi…

Spodziewam się, iż wielu spośród Państwa, odpowiedź będzie lokować, krótko przed rozpoczęciem obrad, czyli 6 lutego 1989 r. Niektórzy wspominając – tak ochoczo wyszydzaną po latach Magdalenkę (miejsce spotkań grupy inicjatywnej władzy i Solidarności, która przygotowała stronę merytoryczną obrad), będą nadal przekonani, że właśnie w Magdalence zapadły zasadnicze ustalenia, a oficjalne obrady były formalnością, o czym m.in. miałyby świadczyć znane zdjęcia „wesołego” Adama Michnika z kieliszkiem wódki w ręku, w towarzystwie gen. Czesława Kiszczaka i innych osób. Rozumiem, iż wielu spośród Państwa może mieć trudności z zapoznaniem się z wieloma opracowaniami i publikacjami, choćby np. Andrzeja Garlickiego „Karuzela” czy „Rycerze Okrągłego Stołu” (obie wydał Czytelnik w 2003 i 2004 r.) oraz „Okrągły Stół, dokumenty i materiały”(pięć tomów), wyd. na zlecenie Kancelarii Prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 r. (było to na 15-lecie obrad). Niektórzy mogą zapytać – a książka „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzeja Friszke (Wyd. Znak, 2014)? Na prawie 1000 stronach, Autor prezentuje i analizuje fakty zaistniałe w latach 1980-1981. Szanując ogrom pracy nad tym – dosłownie dziełem – wprost dostrzegam subtelne unikanie ukazania współodpowiedzialności Solidarności za wydarzenia, odpowiedzialności za jej decyzje, słowa i czyny, które wprost prowadziły do katastrofy, choćby bydgoska awantura. Ponadto, Autor głównego winowajcę widzi na Wschodzie. Ja, kładę akcent na nas samych, na Polaków. Po co sąsiedzi mieliby interweniować zbrojnie, skoro w Polsce panuje spokój? Nie brak i takich, którzy uważają, że żadna interwencja nam nie groziła. Te wierutne bzdury już dawno odrzuciła przeważająca część społeczeństwa. Jeśli ktoś upiera się przy swoim – wolno mu, jego „zbójeckie prawo”. Niech sięgnie po tekst „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18) i przypomni co zamierzano w Moskwie, widząc sytuację strajkową i przedłużające się rozmowy w Gdańsku.

Przecież realizacja powszechnie znanych 21 postulatów wymagała pracy i spokoju, a nie strajków? Kto pamięta zawołanie Lecha Wałęsy po podpisaniu tych porozumień – „Do roboty”! Czy to miałoby oznaczać rezygnację z ideałów Solidarności? Mówię stanowczo-NIE! Podzielam i wyraźnie podkreślam, że cel nie zawsze uświęca wszystkie środki. A tym „uświęcanym środkiem” były nieustające strajki. Powtarzam, praca dla dobra nas wszystkich, nas Polaków, a nie dla „ruskich” czy innych nacji. Od lat wiemy – walka Solidarności z władzą i o władzę! Przecież ta walka to inaczej bratobójcza walka, wojna domowa! To krew i łzy – ilu stek, tysięcy Polaków? Kto dziś, po prawie 40 latach od stanu wojennego i po 30 latach od Okrągłego Stołu – autorytatywnie weźmie odpowiedzialność? Właśnie ta walka skrzętnie jest skrywana, poprzez różne „narracje” usprawiedliwiana. Temu się sprzeciwiam. Zamiast pracy i wówczas możliwego porozumienia i współpracy Solidarności z władzą, to Solidarność porozumienie zastąpiła walką – słowem i czynem! Jeśli ktoś z Państwa ma odmienną ocenę od prezentowanej – proszę niech zechce sobie odpowiedzieć na te pytania. Czy realizacja 21 postulatów miała spoczywać tylko i wyłącznie na władzy? A Solidarność – licząca 8-10 mln. członków – czytaj głównie robotników, miała tę „realizację”, a zatem i władzę kontrolować i rozliczać metodą nieustannych strajków, żądań, okupacji budynków, wywózek na taczkach, itp. Co więcej – to władza miała obowiązek tym strajkującym i ich rodzinom dać jeść? I drugie – tu fundamentalne pytanie – czy Polska lat 70. 80, a także wcześniejszych, po 1945 r. była krajem, państwem Polaków, podkreślam wszystkich Polaków mieszkających między Odrą i Bugiem, Karpatami i Bałtykiem? Czy tylko państwem „ich, komunistów”, więc można ją było w dowolnie wybrany sposób niszczyć nie tylko strajkami, paraliżować system władzy administracyjnej, gospodarczej? Zwracam uwagę, w „tamtej Polsce” nie było „komuny”, zaś socjalizm warto odróżnić i rozumieć jako teorię ale i praktyce. Jeśli ktoś chce „zamądrzyć” odpowiedzią „na odczep”, iż demokracja powinna uwzględniać prawa mniejszości, to niech zechce zauważyć, że trzeba je widzieć, rozumieć i realizować. Ale ta mniejszość w żaden sposób nie może burzyć państwa, nawet jeśli nie było ono w pełni suwerenne. Tu dopowiem-co znaczy „burzyć państwo”? To przecież nie tylko obracać w ruinę domy, zakłady pracy. Czy to oznaczałoby tylko zabijanie członków władzy, centralnej i terenowej z działaczami, członkami PZPR na czele, może jeszcze ZSL? Czy oni wszyscy, dysponujący resortami siłowymi – MSW oraz MON – mieliby potulnie poddać się takiemu „hasaniu Solidarności”, realizującej – kto pamięta zawołanie – „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Czy po stronie Solidarności, a konkretnie jej Kierownictwa, doradców, działaczy terenowych, zakładowych i ich rodzin nie byłoby ofiar? Zapytam – kto i kiedy wystawiłby im pomniki chwały po takiej, krwawej bratobójczej wojnie, jeśli uznałby ją za godną „chwały”. A czy możliwy byłby Okrągły Stół w 1989 r. i pokojowa zmiana, demontaż ustroju, jak Państwo sobie wyobrażają? Może ktoś – jak swego czasu pan Jan Rokita uważa, że „jednak warto było spróbować”? Proszę bardzo, niech próbuje, tylko i wyłącznie na własnym grzbiecie! Wiem, że cierpienie, żałoba, jest naszą swoistą specjalnością, nauczyła nas tego Matka-Historia.

Treść powyższych publikacji skłania mnie, by zachęcić Państwa do zastanowienia się nad „początkiem drogi” – już w 1980 roku. Dlaczego wtedy? Bo przecież „porozumienia sierpniowe”, właśnie w słowie „porozumienia” zawierały główną, dalekosiężną ideę. Stały się „praktyczną treścią” dekady lat 80. zakończonej kontraktowym Sejmem, zmianą nazwy państwa i dotychczasowego ustroju, znanego jako transformacja ustrojowa, realizowana w dekadzie lat 90. Ktoś – pamiętając wizytę Edwarda Gierka w Stoczni Gdańskiej 27 stycznia 1971 r. przypomni słowo – pytanie kończące jego wystąpienie: „Pomożecie”? Wówczas padła odpowiedź – nie od wszystkich stoczniowców – „Pomożemy”! I tę datę i fakt zechce uznać za początek drogi ku narodowemu porozumieniu. Nie zaprzeczę, też racja. Jak było z realizacją w dekadzie lat 70. to oddzielny i wielce frapujący temat, godny nie tylko uwagi ale i głębokich studiów, np. publikacji i opracowań prof. Pawła Bożyka.

Fundamentalne ustalenia

Protokół „Porozumienia”… z 31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej, zawierał m.in. takie ustalenia – „Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej…Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego sytemu sojuszów międzynarodowych”…Proszę raz jeszcze przeczytać ten zapis oraz zwrócić uwagę na zobowiązanie Kierownictwa Solidarności (MKS) do przestrzegania Konstytucji. Wydawać by się mogło, że „wszystko jest w porządku”, tylko realizować zapisy tych porozumień.
Kilka dni po podpisaniu tych porozumień, na łamach „Biuletynu Informacyjnego” KOR (wrzesień 1980), Adam Michnik opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Co Państwo myślicie o tych ocenach z dystansu prawie 40 lat? Czy postępowanie Solidarności w 1980-1981 r. nie groziło „rozdarciem na strzępy tego, co jest państwem polskim …, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”? Czy Solidarność z tytułu „umowy z władzą” nie uznała się „społeczeństwem”, a stąd uzurpowała sobie prawa do wypowiadania się i decydowania za wszystkich Polaków – powtórzę – bez ponoszenia odpowiedzialności ze swoje działania? (trwa to już 30 lat). Przypomnę, w 1981 r. Polska liczyła 36 mln. obywateli, Solidarność – nikt tego nie sprawdził, 8-10 mln. członków, PZPR 3-3,5 mln. Proszę – z tej perspektywy, odpowiedzialności za „społeczeństwo”, spojrzeć na fakty.

Minęło zaledwie 2 miesiące i 10 listopada podczas rejestracji NSZZ Solidarność, nastąpił pierwszy zgrzyt. Poszło o Statut Związku, pomijający odniesienie do przestrzegania Konstytucji. Faktycznie szło o kierowniczą rolę Partii. Dziś dla wielu jest to może śmieszne, niedorzeczne Wielu może zdziwić taka postawa, gdyż Sąd Najwyższy odebrał to jako niedopuszczalne, wręcz pewną zapowiedź lekceważenia prawa. Pytany o ten stan rzeczy Lech Wałęsa, dziennikarzom m.in. powiedział – „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Co zostało z tego po roku – jesienią 1981? Czy Solidarność była tym związkiem, z którym porozumienia zostały zawarte? Czy postępowanie Solidarności, choćby tylko w 1981 roku, daje podstawy do stwierdzenia, że dążyła do porozumienia z władzą? Co konkretnie uczyniła, abyśmy byli „społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracującym dla niepodległości i demokracji”?, jak głosił i wyjaśniał Adam Michnik. Proszę, niech Państwo wskażą fakty, dowody.

W tym kontekście powinienem tu zacytować obszerne fragmenty tekstu „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18). Proszę, by Państwo po niego sięgnęli, wówczas łatwiej będzie oceniać ówczesną sytuację i odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Na pierwszym miejscu przywołuję 12 lutego 1981 r. kiedy nowy Premier rządu, gen. Wojciech Jaruzelski, wygłaszając w Sejmie ekspose, przedstawił 10 – punktowy plan reformy gospodarki i apelował o 90 dni spokoju. Akcentował – „Normalizacja życia – oto najpilniejsze zadanie. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Należy podkreślić: atmosfera spokoju społecznego i konstruktywne współdziałanie są niezbędne! Jak odpowiedziała Solidarność? Temu celowi m.in. służył Komitet ds. współpracy ze związkami zawodowymi pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, ze Stanisławem Cioskiem, jako ministrem ds. związków zawodowych oraz Komitet gospodarczy pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, I Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, Komitet ds. rolnictwa pod przewodnictwem Romana Malinowskiego, powołane po utworzeniu nowego rządu. Wszystko to, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji było znane polskiemu społeczeństwu. Wiedzę tę wzbogacały tzw. listy kierownictwa partii do członków, do robotników we wszystkich kluczowych zakładach pracy, do uczelni, Wojska i organów MSW. Także w ten sposób, z trudem, z oporami, rząd Generała skłaniał Polaków do refleksji, do myślenia o sobie i chyba powoli zyskiwał ich zrozumienie. Uprawnione jest więc powtórzenie kilka razy stawianego pytania – co kierownictwo Solidarności, działacze terenowi Związku uczynili, jakie konkretne wnioski zgłosili i realizowali w ramach tych „Komitetów”, na rzecz realizacji choćby wspomnianego apelu o 90 dni. Policzcie sobie Państwo, ile dni upłynęło od jego ogłoszenia do awantury bydgoskiej 19 marca. Warto zapytać pana senatora Jana Rulewskiego, który nie tak dawno paradował w więziennym uniformie w Senacie, co takiego-oczywiście dobrego „zrobił” dla Związku i Polski, doprowadzając niemal do strajku generalnego. Jan Olszewski, znany obrońca w procesach opozycyjnych działaczy stwierdza wprost – „Prowokacja w Bydgoszczy miała doprowadzić do strajku generalnego, a co za tym idzie do interwencji. Taka sytuacja nie może się powtórzyć i dlatego trzeba znaleźć inne metody nacisku na rząd niż strajk”. Jaką, czyją „interwencję” mecenas miał na myśli – kto z Państwa zgadnie? Może pan Rulewski ujawni treść telefonicznej rozmowy z Lechem Wałęsą (nie chciał nawet podejść do telefonu), przebieg rozmowy z władzami wojewódzkimi, z funkcjonariuszami MO, nie pomijając oczywiście soczystych słów pod ich adresem. Niech naród, społeczeństwo wreszcie z tak wiarygodnych ust pozna sens wysiłku i światłych myśli, którymi „bronił społecznych i materialnych interesów pracowników”, czytaj – robotników. Może Senator wyjawi narodowi ocenę swojego postępowania z dystansu 30 lat. Byłaby to zapewne pożyteczna lekcja patriotyzmu, myślenia w kategoriach państwa i narodu. Zapewne czas nie pozwolił Senatorowi odpowiedzieć na zachętę zawartą w tekście „Sierpniowe”, teraz jest okazja! Zbliża się czas wyborów parlamentarnych, więc motywacja też godna!
Władysław Frasyniuk na jednym z posiedzeń KKS ironizował – „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. To pierwsze udało się, przed drugim – społeczeństwo, z jego zrozumieniem sytuacji-uchronił stan wojenny.

Kolejne przykłady

Łódź – w maju Solidarność wyprowadza kobiety z maleńkimi dziećmi na ulice, jako „marsz głodowy”. Może Szanowne Panie, dziś zapewne dostojne babcie zechcą odświeżyć pamięć i wzbogacić wiedzę Polaków o to doświadczenie, refleksje po latach. Może działaczki Solidarności zabiorą głos jakimi czynami „wspierały” apel Generała. Panie-nie wstydźcie się!

Lech Wałęsa – też w maju, w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Koniecznie, Państwo Czytelnicy przeczytajcie powyższe myśli noblisty, co najmniej trzy razy. Zechciejcie przypomnieć sobie, a młodsze pokolenie Polaków wyobrazić, jakie wówczas musiało być napięcie, skoro jest mowa o konfrontacji bez przerwy, o „bijatyce między nami”. Wreszcie rzecz niebywała. Lech Wałęsa widzi – podkreślam – maj, że „ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi… Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie”. To ocena sugestywna, celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale niewyobrażalna, wychodząca poza wewnętrzny konflikt – konfrontacja. Proszę nie poczytać mi za zgryźliwość, jeśli zapytam – jak dziś oceniany jest stan wojenny? Czy nie był – w myśl cytowanych słów ratunkiem – podkreślę – by „ktoś trzeci (właśnie nie był) błogosławiony, jeśli nas rozbroi”? Ile i czyjej polałoby się wtedy krwi, łez, kto powie? Kto wreszcie spośród Kierownictwa Solidarności przyjmie odpowiedzialność za takie zagrożenie? Dlaczego więc Generał został postawiony przed Sądem za stan wojenny? Gdzie byli eksperci, doradcy Solidarności, także prawnicy na czele z Janem Olszewskim? Gwoli prawdy – Lech Wałęsa proces nazwał „porachunkami z własną przeszłością…Przeciwny jestem wszelkiej wendecie i doraźnej sprawiedliwości … Sowieci dla Polaków byli z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego…obecne władze nie powinny dopuścić do procesu Generała… Tylko dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji…Do tego połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. W książce „Droga nadziei”(wyd. 1988r.), Wałęsa mówi – „proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: moja głowa spadnie od ich ciosu, albo od twojego, Jasiu”.

Bogdan Borusewicz w książce „Konspira” (zapis z 11 października 1983 roku) m.in. mówi: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w «Solidarności» skrzydło porównywalne tylko z «Grunwaldem» czy «Rzeczywistością». Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. «Prawdziwi Polacy»z «Solidarności» też reprezentowali ideologię totalitarną,, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy «oddajcie władzę», to władza znajdzie się w naszych rękach”.

Redakcja „Robotnika” zorganizowała dyskusję, której fragmenty opublikowała w nr. 78 z 27 sierpnia 1981 r. Mówią m.in.:

– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;

– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych… Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;

– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”.

Prof. Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności („Polityka”, 11 lipca 1981), pisze: „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety «nabierać», nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw. Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”

Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Stąd panika, wykupywanie„nazapas” pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Może zechcą Państwo sami policzyć, albo zachęcić ekspertów by wskazali kiedy, po ilu latach wyrzeczeń realnie możliwe było spełnienie tych „700 lokalnych umów”.

Na 28 października, Kierownictwo Solidarności zapowiedziało, że we wszystkich zakładach pracy w Polsce zostanie przerwana praca na jedną godzinę. „Sytuacja wymaga, by społeczeństwo ostrzegło grupy awanturnicze w aparacie władzy przy pomocy powszechnej i jednolitej akcji protestacyjnej na terenie całego kraju” („Tygodnik Solidarność” nr 31 z 30.10.1981). Jednakże ogólnopolska akcja strajkowa nie miała charakteru tak powszechnego, jak zakładano, poparła ją tylko część załóg. W porównaniu z poprzednimi, ten strajk miał o wiele mniejszy zasięg i przebiegał w całkiem innej atmosferze. Wyraźnie zmieniał się stosunek opinii społecznej do strajków. Wśród samych członków i działaczy Solidarności, zdecydowanie spadło poparcie dla rozstrzygania spraw spornych w ten sposób. Potwierdził to sondaż Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Wśród około 900 losowo wybranych członków Solidarności (co piąty był działaczem, pełnił jakąś funkcję w Związku), tylko 13 proc. uznało, że ostatnio (w październiku) wszystkie strajki były konieczne, 42 proc., że większość była konieczna, 27 proc., że większości strajków można było uniknąć, a 7 proc., że wszystkich można było uniknąć („Tygodnik Solidarność” nr 34 z 20.11.1981). Strajki przestały już być manifestacją jedności i determinacji Związku, zwłaszcza regionalne protesty świadczyły, iż sytuacja zaczyna się stopniowo wymykać kierownictwu spod kontroli.

29 października Prezydium Komisji Krajowej w specjalnym „wezwaniu” zwróciło się do członków Solidarności o natychmiastowe zaprzestanie akcji strajkowych, pisząc: „akcje strajkowe przybrały charakter żywiołowy i niezorganizowany. Grozi to rozbiciem związku i utratą poparcia społeczeństwa. Ustalenia Krajowego Zjazdu i apele Komisji Krajowej nie znajdują zrozumienia. W tej sytuacji realizowanie ustalonej polityki związku staje się niemożliwe a nazwa „Solidarność” zaczyna być pustym terminem” („Tygodnik Solidarność” nr 32, 6.11.1981). Zwróćcie Państwo uwagę – członkowie „S” zaczynają myśleć!

31 października 1981, Uchwała Sejmu – „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli, Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności, Sejm rozpatrzy propozycje w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja”.

4 listopada 1981 r. – Spotkanie Trzech, jego waga, powaga, wymaga odrębnej publikacji.

25-26 listopada 1981 r. – fragment komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Kto wówczas zakładał i dziś myśli, że ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, czy nie daj Boże wprowadzić w błąd. Jakie jest Państwa zdanie?

Generał Wojciech Jaruzelski – „Staram się rozumieć różne obawy, opory, nieufność, Solidarności co do intencji władz. Paradoksalnie, ale skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy oraz radykalny nurt ekstremalny w Solidarności: «żywiły się» nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę obustronnej podejrzliwości. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur antagonizmu. Trudno jednak nie zauważyć, że to władze wysuwały różnego rodzaju propozycje, inicjatywy, zmierzające do znalezienia jakiegoś modus vivendi, a więc chociażby tymczasowego, ograniczonego kompromisu”.

Ogłaszając decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, m.in. mówił – „Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież… Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy… Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Kto, po prawie 40 latach ma dowody, by temu

zaprzeczyć, proszę podać.
Profesor Jan Widacki ocenił tak – „Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego okrągłego stołu nie były gotowe ani Solidarność, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą «doktryną Breżniewa». Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się gorbaczowska pieriestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego «drużynie», ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała”.

Może ktoś z Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego tekstu odniósł wrażenie, nawet utwierdził się w przekonaniu, że współczesna nam, Polakom nienawiść, wręcz wrogość wzajemna ma korzenie, źródła w Solidarności lat 1980-1981. Proszę się głęboko zastanowić wypowiadając tak jednoznaczne oceny i sądy. Dlaczego? Bo generalne stwierdzenia zawsze kryją, z natury rzeczy – uproszczenia, uogólnienia i zwyczajnie dla wielu ludzi są krzywdzące. Akcentując współodpowiedzialność Solidarności za stan realizacji 21 postulatów i dojście do stanu wojennego, należy widzieć głównie Kierownictwo – centralne, terenowe i zakładowe. A członkowie – przytłaczająca większość „sięgnęła po rozum do głowy”, świadczą sondaże. Dotyczy to uogólnianej oceny faktów. Słowa o. Ludwika Wiśniewskiego – „udomowiliśmy nienawiść i pogardę”, podczas mszy żałobnej za Pawła Adamowicza – mają swą moc i odniesienia do Historii, do imiennych źródeł – osób sprawujących władzę w państwie (Polsce), Episkopacie, partiach, związkach zawodowych. Jak przebiegała droga do Okrągłego Stołu w dekadzie lat 80., napiszę niebawem.

Raport z PRL

Ewolucja tematyki prozy Krystyny Kofty wiedzie od typowej prozy fabularnej („Pawilon małych drapieżników”, 1988) w stronę prozy afabularnej, pamiętnikarskiej, autobiograficznej, z silnym składnikiem dokumentalnym („Kobieta zbuntowana. Autobiografia”, 2013). Cenię psychologiczny kunszt Kofty w jej prozie fabularnej, ale przyjęcie przez nią roli – w jakimś sensie – „kronikarki epoki PRL”, głównie w wymiarze losu kobiecego przyjąłem z satysfakcją, bo jest to z pożytkiem dla naszej społecznej samowiedzy. PRL „W szczelinach czasu” to rzecz jasna nie pierwszy PRL w jej prozie (jest on szczególnie silnie obecny choćby we wspomnianej „Autobiografii”), ale po raz pierwszy otrzymujemy jego obraz w takim stężeniu, w takiej kronikarskiej dosłowności, w całym jego realizmie i, momentami, w naturalizmie. „W szczelinach czasu” Kofta, która przecież mimo swego autobiografizmu nigdy nie była pisarką egotyczną, tym razem jeszcze bardziej spycha na bok swoje autorskie „ja”, by we wspomnieniowym, ale pozbawionym sentymentalizmu wywodzie ukazać swoje poznańskie, peerelowskie dzieciństwo i młodość (lat 50-te i 60-te), swój świat szkolny, podwórkowy, mieszkania, klatki schodowe, sklepy, życie uliczne, jego dotykalną codzienność, także życia dorosłych, w tym swoich rodziców, z jego kształtami wizualnymi, smakami, zapachami, barwami, praktykami, osobliwościami. Nieprzypadkowo podtytuł „W szczelinach czasu: brzmi: „Intymnie o Peerelu”. Nie chodzi tu przy tym o intymność rozumianą najszerzej, jako przeżycia indywidualne, ale także o intymność w węższym sensie, intymność życia młodej kobiety i jej przygody z dojrzewaniem, miłością, płciowością, życiem małżeńskim, a także z prokreacją. Nawet czytelnik taki jak ja, czyli pamiętający – z grubsza – te same czasy, może się wiele ze wspomnień Kofty dowiedzieć, bo przecież nie każdy wszystko podobnie zauważał, odbierał, odczuwał.

Krystyna Kofta – „W szczelinach czasu. Intymnie o Peerelu”, „Muza” Warszawskie Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2018, str. 604, ISBN 978-83-287-1029-0

Korespondencja z Piekła (11)

Wchłonie ją ulica

Wszystko wskazuje na to, że to już ostatni felieton z tego cyklu. Co będzie dalej? Zobaczymy, mam pewne plany, ale o tym napiszę już osobny tekst, a być może powstanie kolejna ich seria.

Umówiłem się z ordynatorem, że zostanę tu jeszcze do piątku. Czyli w dniu, gdy gazeta ukaże się w kioskach – będę zbierał swoje manatki szykując się do wyjścia. To świetna okazja podsumowania pobytu i opisania pewnych zjawisk rozciągniętych w czasie, zamiast jak dotychczas, opisu jednorazowych incydentów.

Miałem kilka dni spokoju, bo zostałem w sali sam. Wprawdzie jedynie na trzy doby, ale dzięki temu odpocząłem. Dzisiaj były jednak kolejne przyjęcia i właśnie jestem w trakcie poznawania nowych współlokatorów, którzy dołączyli do mojej sali i będą mi towarzyszyć już chyba do samego wyjścia. Ale do rzeczy.

Poznałem tutaj pewnego mężczyznę – nazwijmy go R. Gdy przyszedłem, leżał już na oddziale. Traf chciał, że zamieszkaliśmy w jednej sali. Spędziliśmy razem jakieś dwa tygodnie. Sala była trzyosobowa, mieliśmy więc okazję lepiej się poznać.

R. na samym początku budził sympatię. Wydawał się nieszkodliwym, a wręcz sympatycznym biznesmenem fantastą. Twierdził, że ma ogromną firmę, robi dachy, a na detoks przyjeżdża jedynie żeby odpocząć. Na takie wczasy, bo od niczego uzależniony nie jest. Powoływał się przy tym na jakieś koneksje w tym szpitalu. Tak czy inaczej twierdził, że lubi tu przyjeżdżać, że gdy jego rodzina wyjeżdża gdzieś zagranicę, to on w tym czasie wyskakuje sobie na detoks. Jest tu więc stałym bywalcem. Mimo, że też wielokrotnie bywałem pacjentem tego oddziału, nie trafiliśmy dotychczas na siebie. Najwyraźniej musieliśmy się mijać. Istotne, że był koleżeński i można było z nim porozmawiać. Nawet jeśli czasami zakrawało to o fantazję.

R. zawsze zanim przyjedzie na oddział, specjalnie się przygotowuje. Zaopatruje się w sporą ilość Clonazepamu, który przemyca w różnych otworach ciała. Sam ich nigdy nie bierze, to jedynie waluta. Przy zagranicznych wczasach również należy zaopatrzyć się w walutę kraju, do którego jedziemy. W krainie detoksu najlepszą walutą jest Clonazepam, czyli popularne „klony”.

Za kilka tabletek można tu kupić od innych pacjentów markowe ciuchy, perfumy, ale przede wszystkim tabletki te, były dla R. doskonałą formą zapłaty za sex. I faktycznie, co chwilę kleiła się do niego jakaś głodna „klonów” dziewczyna Kilka razy ktoś z pacjentów nakrył go z którąś w łazience. Był jednak na tyle ostrożny, że nie przyłapał go nigdy nikt z personelu.

Całe opakowanie – trzydzieści sztuk – kosztuje niecałe cztery złote (około dziesięciu złotych bez refundacji). To chyba najtańsza z możliwych forma prostytucji.

Nie sądzę, by jednorazowo dawał więcej jak cztery czy pięć tabletek. Wszystko byłoby OK, dziewczyny, które chodziły z nim do tej łazienki były dorosłe i poza szpitalem również w ten sposób zarobkowały. Po historii z „robieniem loda” za pasztet drobiowy, którą opisałem w poprzednim odcinku myślałem już, że pod tym względem nic mnie już nie zdziwi.

Zastanawiałem się jedynie, czy R. nie boi się zarazić, bo HIV i HCV są tu bardziej popularne niż grypa, ale uznałem, że to nie moja sprawa i nie wnikałem za bardzo w jego liczne romanse. Chyba, że któraś z dziewczyn zaczynała zbyt często nachodzić nas w pokoju, stawało się to wtedy irytujące. R. jednak starał się nie doprowadzać do takiej sytuacji, choćby ze względu na personel. Nie chciał za bardzo zwracać na siebie uwagi. Gdy jednak już się jakaś wpakowała, to szybko zabierał ją i wychodzili, albo gdy miał już dość, to zwyczajnie wypraszał. Czasami dziwił mnie jedynie totalny brak gustu, bo facet nie wybrzydzał, ale każdemu podoba się co innego.

Opowieści o firmie, pracownikach i majątku kwitowałem uśmiechem, a że był sympatycznym czterdziestoparolatkiem, lubiłem z nim rozmawiać.

Po dwóch tygodniach wspólnego pobytu dostał wypis i pojechał do domu. Wymieniliśmy się numerami telefonów i z zapewnieniem, że utrzymamy kontakt pożegnaliśmy się. Sądziłem, że się już nie spotkamy, uśmiałem się jedynie, gdy jedna z dziewczyn, której obiecał paczkę i jakiś przelew, chodziła codziennie sprawdzać czy przyszło. Po kilku kolejnych tygodniach zadzwoniła do niego, a on powiedział, że niestety nie może się wywiązać, bo go okradli. Cały oddział pękał ze śmiechu zarówno z naiwności dziewczyny, jak i z bogactwa, o którym opowiadał.

Dziwiliśmy się tej naiwności,. Dziewczyna miała już ponad trzydziestkę, z czego ładnych kilka lat spędzonych w kryminale i bardzo wiele pobytów na różnych detoksach. Nie była więc pierwszą naiwną, ale niezłą cwaniarą i kombinatorką. Zaskakujące, jak łatwo omamić cwaniaka, gdy tylko obieca się coś, w co ten tak bardzo chce uwierzyć.

Zapominałem pomału o R. i całej tej znajomości, gdy pewnego dnia ponownie pojawił się na oddziale. Ucieszyłem się nawet, bo naprawdę dało się go lubić. Z powodu rotacji i ciągłych zmian już nie mogliśmy leżeć w jednej sali, ale oczywiście przywitaliśmy się i zdziwiony zacząłem wypytywać co spowodowało tak szybki powrót na oddział. Powiedział, że poznał jakąś dziewczynę i umówił się z nią tu, na detoksie. Wspomniał nawet, że specjalnie naćpał się Mefedronem i Tramalem, by mieć pewność, że zostanie przyjęty. Dziwnie bowiem by wyglądało, że niespełna miesiąc po opuszczeniu oddziału przyjeżdża ponownie, chociaż wyniki w testach ma ujemne. A bardzo zależało mu na tej dziewczynie, która jak twierdził miała niebawem przyjechać.

Dwa dni później przyjechała dziewiętnastolatka z twarzą czternasto-piętnastoletniego dziecka. Przywiózł ją dziadek. R. zapewnił staruszka, że zajmie się dziewczęciem i żeby ten niczym się nie martwił.

Zaraz na wstępie dziewczyna ogłosiła, że chce wejść na program metadonowy. Wszystkie wyniki miała jednak ujemne, nie brała żadnych opiatów i nie wiadomo od czego tak naprawdę była uzależniona. Kiedy zobaczyłem to dziecko i wiedząc, że to właśnie co do niej R. ma te swoje niecne plany, poczułem do niego odrazę.

Dziewczyna, jak wspomniałem, przyjechała z ujemnymi wynikami, ale bardzo była napalona na Metadon. Doszło nawet do głośnej wymiany zdań między nią, a ordynatorem, który daleki był od dawania jej narkotyku, podczas gdy wyniki jednoznacznie wskazywały, że opiatów nie brała, nie ma więc z czego jej tym Metadonem leczyć. A samo podawanie, byłoby w tym momencie jedynie podawaniem narkotyku, którego odstawienie jest trudniejsze niż odstawienie heroiny.

R. nie miał takich skrupułów, ale nie miał też Metadonu. Robił wszystko, by go zdobyć. Płacił klonami jeśli komuś udało się wynieść kilka mililitrów, aż uzbierał ilość, która dziewczynę zadowalała. Tak było każdego dnia. Każdego dnia skupował resztki Metadonu z kubków innych pacjentów, a dziewczyna z dnia na dzień stawała się mniej przytomna, zasypiała z twarzą w talerzu podczas kolacji. W końcu personel zorientował się, że chodzi naćpana. Ponieważ nie dostawała leków, które mogłyby takie objawy wywołać, nie trudno było dojść do wniosku, że zaczęła tu na oddziale coś ćpać. I zaczęły się kipisze.

R. dotychczas był poza podejrzeniem i pewnie dalej by tak zostało, gdyby nie przypadek. Do sali w której leżał weszła pielęgniarka w momencie gdy rozdzielał – świeżo wyjęty z ciała Clonazepam. Co to jest? zapytała. R. pewien swoich koneksji i tego, że jest po imieniu z każdą pielęgniarką, odpowiedział: „No jak to co? klony”. Zrobił to w taki sposób, że niby wie, że przeskrobał, ale wiadomo że nic mu za to nie grozi. Po chwili jednak pojawił się terapeuta, który powiedział: „Pakuj się”. R. nie mógł uwierzyć, że ktoś wyrzuca go z oddziału. Terapeuta dwukrotnie musiał powtórzyć, by dotarło do R., że właśnie został karnie wyrzucony. Nie pomogły koneksje, na które tak często się powoływał. Po przeliczeniu, okazało się, że tych klonów miał blisko sześćdziesiąt.

Dziewczyna została na oddziale bez swojego sponsora i zaczęła szukać kolejnych. Stała się łatwym łupem, choć część pacjentów i personel pilnowali, by nikt niczego jej nie wyniósł.

Do ordynatora natomiast przyszło pismo, w którym R. opisując zdarzenie, zwala winę na „niechęć terapeuty do młodych dziewcząt” i chcąc jakoś się usprawiedliwić, wejść w łaski, powymieniał od kogo kupował Metadon. Oskarżył ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego, czym przyznał się do podawania dziewczynie narkotyku.

W którymś z pierwszych odcinków opisałem historię jak jeden kolega uzależnił od heroiny drugiego, by mieć sponsora na ćpanie. To kolejna tego typu historia, w której ktoś uzależnia kogoś, by zaspokoić swoje partykularne interesy i prymitywne żądze.

To jest ta druga, ciemna strona detoksu, często niewidzialna nawet dla innych pacjentów. Jeśli nie ma spektakularnej wpadki, to czasami dopiero po jakimś czasie zaczynają krążyć plotki.

R. dotychczas świetnie się z tym ukrywał. I gdyby nie wpadka, to całe kulisy z chęcią uzależnienia dziecka pozostałyby jego tajemnicą. Nawet pacjenci, którzy niechcący weszli do łazienki, gdy ten uprawiał sex z którąś z dziewczyn, nie mieli pojęcia o premedytacji R. Ot, przyłapali parę w sytuacji niezręcznej – pomyśleli, wzruszyli ramionami i tyle. Jedna z dziewczyn, która nakryła R. z małolatą w toalecie publicznie powiedziała mu co o nim myśli. Ale również nie miała pojęcia o tym, że on to wszystko wcześniej ukartował. Ludzie niezdolni do perfidii, nie podejrzewają o perfidię innych.

Każdy robi tu jakieś swoje drobne dile, to normalne. Najczęściej jest to jedynie handel wymienny słodyczy czy papierosów. Nawet nie wiem, czy łamie to w jakiś sposób regulamin oddziału. Pod tym wszystkim istnieje jeszcze jakiś podziemny, perfidny świat, niedostępny dla niewtajemniczonych pacjentów.

Z ostatniej chwili, tuż przed wysłaniem do redakcji tego tekstu wydarzyło się coś, o czym muszę napisać. Dziewczyna wyleciała z oddziału. Została przyłapana w sytuacji jednoznacznej z jednym z pacjentów. To był już szósty, lub siódmy, który miał ja tutaj w łóżku. Kilka razy była wyganiana przez personel z łóżek innych pacjentów. Nawet jeśli była niekompletnie ubrana, to nigdy nie złapano ich w trakcie. Zdziwiła mnie jedynie jej determinacja. Tym razem był to stary, zniszczony chlaniem i ćpaniem, bezzębny narkoman. Ona wyszła z oddziału pierwsza, on jakieś pół godziny za nią. Czekała na niego na zewnątrz. Gdy już opuścił detoks oboje poszli na autobus do Warszawy.

Jej los wydaje się przesądzony – ładna, zgrabna, cholernie napalona na ćpanie i bez żadnych zahamowań – dziwiętnastolatka z buzią piętnastolatki. Gdy tylko dotrą do stolicy, zapewne wchłonie ją ulica. To, co ma do zaoferowania poruszy stołecznym narkobiznesem. Z czasem popyt zacznie spadać, ale teraz podbije wszystkie bajzle, a dilerzy zaczną się o nią licytować.

A wszystko to przez jednego faceta – R., którego nazwać skurwysynem to chyba za mało.

Najciekawsze, czego nie widać

Z reżyserem WIESŁAWEM SANIEWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W żadnym z wywiadów z Panem, jako reżyserem, nie znalazłem odniesienia do Pana działalności jako krytyka filmowego, choć pytano Pana i o pasję do koni, i zamiłowanie do hazardu i o wykształcenie matematyczne. A przecież ma Pan na swoim koncie, oprócz zbioru reportaży literackich zatytułowanego „Pierwszy stopień do piekła” oraz dwa zbiory szkiców krytycznych o kinie: „Wróżenie z kina” (1978) i „Niewinność utracona w kinie” (1981).

Najpierw krótkie sprostowanie: nie tylko nie mam zamiłowania do hazardu, ale wręcz go nie lubię, a kasyna uważam za jedne z najsmutniejszych miejsc na świecie. Konie, wyścigi konne mają niewiele wspólnego z hazardem, chyba że – mówiąc nieco przewrotnie – mamy na myśli hodowlę, na której w polskich warunkach częściej się traci niż zyskuje. Gra na wyścigach konnych zdecydowanie bardziej przypomina grę na giełdzie niż ruletkę. A wracając do krytyki filmowej, to był jeden z etapów moich filmowych uniwersytetów na drodze do debiutu w kinie. Już w trakcie studiów matematycznych pisałem – równolegle z reportażami – pierwsze recenzje filmowe, a po studiach prowadziłem działy recenzji w miesięcznikach „Opole” i „Odra”, nadal oczywiście pisząc i oglądając po kilkanaście filmów tygodniowo. Efektem tego były dwie książki o filmie wydane przez „Ossolineum”.

Co myśli Pan dziś o swoich filmowych esejach pomieszczonych w tych książkach i o ówczesnej Pana wizji sztuki filmowej?

Pisanie zmuszało mnie do wczytywania się w teorie filmowe i inne teksty pozwalające lepiej i głębiej zrozumieć kino i jego język, do oglądania wielu filmów i do ich analizy, wreszcie do samodzielnego myślenia i artykułowania swoich przemyśleń. Wydaje mi się, że udało mi się napisać parę zabawnych tekstów i takich, które nic nie straciły po latach, np. o „Locie nad kukułczym gniazdem” Formana czy o „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Moja wizja kina niewiele się zmieniła. Zrozumiałem przede wszystkim, jak łatwo, będąc krytykiem, zniszczyć dobry film.

Czy Pana przeszłość jako krytyka filmowego („Krytykiem filmowym byłem zamiast…”) ma jakieś konsekwencje do dziś w Pana myśleniu o kinie i robieniu kina? Choćby w postaci wielostylowości, stosowania różnych konwencji gatunkowych nawet w tym samym filmie?

Oczywiście. Nadal uważam, że kino jest rozmową, a stosowanie różnych konwencji w tym samym filmie jest jednym z najciekawszych zjawisk współczesnego kina.

Należał Pan do zespołu „X” Andrzeja Wajdy i Bolesława Michałka. Asystował Pan Wajdzie przy realizacji „Dyrygenta”, współpracował Pan z Wojciechem Marczewskim („Dreszcze”) i Sylwestrem Chęcińskim („Bo oszalałem dla niej”), twórcami bardzo odmiennymi zainteresowaniami i estetyką. Czy i w jakim stopniu te kontakty Pana ukształtowały? Jakie były główne cechy myślenia Bolesława Michałka jako krytyka, teoretyka i estetyka filmu?

Miałem szczęście do ludzi. Najpierw była wrocławska matematyka i wspaniali profesorowie z tzw. szkoły lwowskiej. Później praca w miesięczniku „Odra”, gdzie poznałem tak znakomitych ludzi pióra i intelektualistów jak Urszula Kozioł, Hanna Krall, Zbigniew Kubikowski, Tadeusz Różewicz i wielu innych. Wreszcie Zespoły Filmowe, a tam oczywiście Andrzej Wajda, z którym pracowałem najbliżej, Wojciech Marczewski, Ernest Bryll, Michał Komar, Wojciech Has, Janusz Morgenstern. To dzięki nim zadebiutowałem, a potem robiłem kolejne filmy. Każde zetknięcie z wyrazistą osobowością, rozwija i poszerza horyzonty. Tak też było i w tym przypadku. Moje filmy, to bez wątpienia rezultat m. in. wielu rozmów, wymiany myśli z tymi, których ceniłem.

Pierwszą część powyższego pytania odnoszę także do Pana działalności w Studiu Filmowym im. Karola Irzykowskiego…

Studio Irzykowskiego to była szkoła zdziwień. Przypomnę, że powstało ono, jako bodaj ostatnie dziecko okresu „Solidarności” w dziedzinie kultury, w pierwszej połowie 1981 roku. Miało, jak na tamte czasy, wyjątkowe prawa: było samorządne i dostało możliwość realizowania filmów bez konieczności przedkładania scenariuszy do akceptacji przez władze kinematografii, jednakże bez gwarancji, że gotowe filmy będą dystrybuowane. To było pierwsze zdziwienie. Drugie – że gdy trwał w najlepsze stan wojenny, a ja zostałem usunięty przez ówczesne władze z „Odry” za niepoddanie się weryfikacji – koledzy ze Studia dotarli do mnie i do mojego scenariusza „Nadzór”, który nie miał w Zespołach Filmowych żadnych szans na wyprodukowanie, i zaproponowali mi jego realizację. Trzecie zdziwienie – że w takich warunkach doprowadzili do jego produkcji, ukrywając do końca prawdziwy scenariusz i nakręcony materiał. Wszystko to mimo nacisku władz kinematografii, Ministerstwa Sprawiedliwości, protestów przedstawicieli więziennictwa i pomimo wielu donosów. Podobnie było z kolejnym moim filmem „Dotknięci” wg opowiadania Andrzeja Kijowskiego „Oskarżony”. Wprawdzie ten film powstał w bardziej sprzyjających okolicznościach i nie był odłożony na całe lata na półki, ale od początku był przez władze niechciany. Władze zniechęcały do jego realizacji różnymi metodami – przyznać trzeba, że skutecznie – szefostwo jednego z zespołów, który miał prawa do tekstu Kijowskiego. Chodziło o to, że podejrzewano mnie o zamiar nakręcenia filmu, który miałby przedstawiać szpital psychiatryczny jako metaforę Polski. To była trauma decydentów po obejrzeniu „Nadzoru”. I znowu Studio Irzykowskiego wzięło sprawy w swoje ręce i z pełną determinacją doprowadzono do realizacji filmu. To było kolejne moje zdziwienie. Ta determinacja, lojalność kolegów i skuteczność działania.

Stosowana w stosunku do Pana twórczości formuła, że zajmuje się Pan „tematami trudnymi i ważnymi społecznie” wydaje mi się na tyle ogólna, że właściwie nic nie mówi. Kwestie wolności, sprawiedliwości, samotności, głodu uczuć pojawiają się u wielu twórców. Ja dostrzegam w Pana filmach pragnienie dotykania warstw praktycznie niedotykalnych, do których nie sposób sięgnąć, do tego co jest w głowie człowieka, do tej niepoznawalnej warstwy w relacjach między ludźmi, o której wspomniał Pan przy okazji pracy przy telewizyjnym przedstawieniu „Domu kobiet” Zofii Nałkowskiej.

Tak, to prawda. Zawsze interesowało mnie szczególnie to, czego nie widać. W swoich filmach staram się stawiać pytania o tajemnicę natury ludzkiej, wykraczać poza sferę materialnej oczywistości. Najdalej poszedłem w tym w filmie „Deszczowy żołnierz”.

Do tej pory nie dotarłem do żadnej możliwie pełnej wypowiedzi, Pana czy kogokolwiek innego, dotyczącej negatywnego, w atmosferze skandalu, przyjęcia przed laty na gdyńskim festiwalu filmowym „Deszczowego żołnierza”. Jak Pan dziś widzi to wydarzenie z perspektywy ponad dwudziestu lat?

Nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Stanisław Tym w swoim felietonie nazwał to nagonką. „Deszczowego żołnierza” łatwo było zaatakować, ponieważ na tle zachowawczej, realistycznej, twardo stającej na ziemi polskiej produkcji tamtych lat, ten film był dla części krytyków nie do zaakceptowania. Potraktowano go jak albinosa w Tanzanii. Jeśli nie zabić, to przynajmniej poważnie zranić, uszkodzić, zbrzydzić. Było jeszcze drugie dno. Od kilku lat byłem skonfliktowany z grupą opiniotwórczych krytyków. Chodziło o mój wywiad dla jednego z tygodników, w którym śmiałem wyrazić swoją opinię o braku profesjonalizmu i lenistwie umysłowym części tego środowiska, także o nieakceptowalnym dla mnie „kluczu”, według którego oceniają filmy. Od tamtej chwili czekano na pierwszą nadarzającą się okazję. Nie miało kompletnie znaczenia, jaki to będzie film. A ten chyba nie był taki zły, skoro parę miesięcy później otrzymałem za niego kilka międzynarodowych nagród, w tym nagrodę za reżyserię na festiwalu filmowym w Houston, a znany amerykański krytyk „Variety”, najbardziej wpływowego pisma branżowego na świecie, napisał entuzjastyczną recenzję. To najbardziej zabolało niektórych jego polskich kolegów. Nawiasem mówiąc, nasze środowisko dziennikarskie było w swoich opiniach mocno podzielone, w dużym ogólnopolskim dzienniku zablokowano nawet druk recenzji pozytywnej. Tymczasem publiczność, której udało się film obejrzeć, odbierała film znakomicie, zaskoczona rozziewem między tym, co czytała w naszej prasie i tym, co zobaczyła.

Podobnie jak u większości twórców kina fabularnego, ścieżka dokumentalna zajmuje u Pana miejsce poboczne. W Pana przypadku tematyka dokumentów, zwłaszcza że zrobił ich Pan niewiele, bardzo wiele mówi o szerokim, a przy tym pełnym sprzeczności spektrum Pana fascynacji. Ich bohaterami uczynił Pan tak diametralnie odmienne postacie jak matka Urszula Ledóchowska, Marek Hłasko czy Witold Gombrowicz. Czy jest jakiś wspólny mianownik dla tej tak zróżnicowanej triady?

Oczywiście. Tym wspólnym mianownikiem była niezwykłość, barwność tych postaci. Przy czym nie do końca były to filmy dokumentalne. Może najbardziej „Zwyczajna świętość” o Ledóchowskiej. Ale już „Wracając do Marka” zawierał sporo elementów inscenizowanych, a „Rozdarcie czyli Gombro w Berlinie” to wręcz fabularna adaptacja fragmentów „Dziennika” Gombrowicza (znakomita rola Wojciecha Ziemiańskiego z Teatru Polskiego we Wrocławiu) z elementami dokumentu.

Ma Pan na swoim koncie zaledwie kilka realizacji teatralnych. Były to adaptacja „Brata naszego Boga” Karola Wojtyły, dwukrotna reżyseria „Szczęśliwego wydarzenia” Mrożka, „Toksyn” Krzysztofa Bizio, a także autorstwo tekstu dramatycznego „Nienasycenie, czyli mowy…”. Jakiego rodzaju doświadczeniem dla byłego krytyka filmowego i artysty na wskroś związanego z kinem, jest reżyseria teatralna?

Najważniejszą realizacją była dla mnie adaptacja sceniczna i reżyseria głośnej powieści Witkacego „Nienasycenie”, przygotowywanej na deskach Teatru Współczesnego we Wrocławiu wiosną 1984 roku. To był duży 26-osobowy spektakl. Pracowaliśmy nad nim ponad dwa miesiące. Premiera miała się odbyć 2 czerwca. Były już afisze, zaproszenia, plakat Rosława Szaybo i nagły zwrot akcji. Po pierwszej próbie generalnej dyrektor teatru Kazimierz Braun poinformował mnie i cały zespół, że wojewódzkie władze partyjne podjęły decyzję o wstrzymaniu dalszych prac nad spektaklem. Bez dyskusji, bez szans na dokonanie jakichś zmian albo choćby na filmowy zapis przedstawienia. Szok. Kilkadziesiąt dni ciężkiej pracy na darmo. Bez śladu. Czegoś takiego nie było w historii polskiego teatru. Aktorzy nie chcieli zejść ze sceny, niektórzy płakali. Wkrótce cenzura przysłała uzasadnienie decyzji władz. Okazało się, że spektakl „zagraża bezpieczeństwu państwa, podważa sojusze i ośmiesza wojsko z jego naczelnym dowództwem”. Wajda powiedział, że takie uzasadnienie oprawiłby w ramki i powiesiłby na ścianie na honorowym miejscu. Niedługo potem rozebrano dekoracje, część z nich spalono. To doświadczenie odcisnęło się mocno na moim postrzeganiu pracy w teatrze. Nie chciałem już w nim pracować, bo dotarło do mnie, że – inaczej niż w filmie – efekt pracy w teatrze można łatwo zniszczyć. Bezpowrotnie. Dopiero po kilkunastu latach uwierzyłem, że może być inaczej i nikt mi spektaklu nie zniszczy.

Czy dla twórcy podejmującego z pasją problematykę moralną, choć nie moralisty: problematykę przemocy, niesprawiedliwości, braku wolności i samotności świat nimi przepełniony oznacza klęskę?

Klęskę? Gdybym był cyniczny, mógłbym powiedzieć, że przeciwnie – taki świat jest dla twórcy studnią bez dna. Dla mnie oznacza tylko kolejną strefę zdziwień i pytań o naturę ludzką.

Dziękuję za rozmowę.

Wiesław Saniewski – ur. 29 października 1948 we Wrocławiu, reżyser i scenarzysta filmowy. Absolwent Wydziału Matematyki na Uniwersytecie Wrocławskim (1971) i studiów scenariopisarskich w Łodzi i PWSTFiTV (1980). Był krytykiem filmowym i reportażystą. Pracował jako dziennikarz i felietonista w miesięczniku „Odra”. Autor książki reporterskiej „Pierwszy stopień do piekła” (1978) oraz dwóch zbiorów szkiców i esejów o kinie: „Wróżenie z kina” (1978) i „Niewinność utracona w kinie” (1981). Zasiadał w jury na wielu festiwalach filmowych na całym świecie. Reżyser wielokrotnie nagradzany na największych festiwalach filmowych na świecie. W latach 1985-1988 był członkiem Rady Artystycznej Studia Filmowego im. Karola Irzykowskiego. Jego filmy fabularne, to „Wolny strzelec” (1981, „Nadzór” (1983), „Sezon na bażanty” (1985), „Dotknięci (1988), „Obcy musi fruwać” (1993), „Deszczowy żołnierz” (1996), „Bezmiar sprawiedliwości” (2006), „Wygrany” (2011). Jako reżyser w Teatrze Telewizji zrealizował „Dom kobiet” Zofii Nałkowskiej (2015).

 

Austria według Muskały

Po pierwszych pokazach „Rechnitz. Opera” Wojtka Blecharza w reżyserii Katarzyny Kalwat i adaptacji Moniki Muskały podczas ubiegłorocznej Warszawskiej Jesieni było już wiadomo, że to dzieło niezwykłe. Lutowa premiera w TR Warszawa potwierdziła, że wybór formy okazał się idealny.

Aktorzy (Cezary Kosiński, Magdalena Kuta, Lech Łotocki, Paweł Smagała, Tomasz Tyndyk, Agnieszka Żulewska) i muzycy z zespołu Cellonet stworzyli przejmującą opowieść o uniwersalnym wymiarze. Tu nie chodzi tylko o zbrodnię w Rechnitz, ale ocalenie ludzkiej wspólnoty.
Zbrodnia wydarzyła się na pograniczu austriacko-węgierskim.

Na zamku Rechnitz

pod sam koniec wojny hitlerowcy, goście baronowej Margit Batthyány wymordowali niemal 200 jeńców-robotników przymusowych. Ten ukrywany wstydliwie epizod z czasów pogardy przetworzyła dla teatru Elfriede Jelinek.
Oratoryjne wykonanie, w którym tzw. sytuacje są jedynie sugerowane, a napięcie płynie z muzyki wiązanej z przejmującym tekstem wywiera ogromne wrażenie. Można wprawdzie wyobrazić sobie zupełnie inny kształt przedstawienia, bardziej teatralny, ale ta powściągliwość i ograniczenie środków, jednocześnie wzmocnionych natężeniem wykonania i sugestywnością muzyki przynosi pożądany efekt – wyzwala poczucie tragizmu losu, koszmaru przemocy i uwodzicielskiej siły władzy. Jelinek idzie w swoim tekście bodaj jeszcze dalej niż w Katarzyna Kalwat, zamykając nieposkromiony strumień słów, jaki wylewa się z ust Posłańców, reprezentantów uczestników bestialskiej nocy w Rechnitz, sceną opętańczej uczty kanibali.
Zaglądam do tekstu Jelinek i utwierdzam się w podziwie dla Moniki Muskały, tłumaczki i adaptatorki w jednej osobie, której udało się okiełznać ten żywioł słów na wolności, przelewający się przez sto bitych stron druku. Dramat Jelinek stanowi bowiem trzecią część – jako rodzaj puenty, epilogu i przesłania – znakomitej książki Moniki Muskały „Między Placem Bohaterów a Rechnitz. Austriackie rozliczenia” (Korporacja Ha!art, Kraków 2016).
Książka powstawała przez 20 lat. Pewnie nigdy by nie powstała, gdyby nie związek autorki z Austrią, która stała się jej drugim domem. Złożyły się na nią szkice o dramatach i prozie austriackiej, o dziełach, które konfrontowały się odważnie, często wbrew opinii większości, z bolesną historią i pozostałościami feudalnej i nazistowskiej przeszłości. Intencje Muskały oddaje jej wstęp przed rozmową z Elfriede Jelinek (warto dodać, że wielka to rzadkość, Jelinek unika wywiadów jak ognia). Monika Muskała pisze: „Elfriede Jelinek nie chce, żeby przyznana jej Nagroda Nobla postrzegana była jako „kwiatek do kożucha w butonierce Austrii”. Jej twórczość wyrosła

z opozycji do własnego kraju,

wzięła się z niezmordowanego tropienia faszystowskiej mentalności, obsesyjnego piętnowania patriarchalnych stosunków panujących w postfeudalnym, katolickim społeczeństwie, zniewolenia w kulturze, obyczajowości, wreszcie w języku”.
Uwagi te w mniejszym czy większym stopniu odnoszą się do bohaterów tej książki, jej rozmówców. W „Austriackich rozliczeniach” Muskały pojawiły się bowiem rozmowy z tak ważnymi postaciami austriackiej kultury, jak Thomas Bernhard, ulubiony autor Krystiana Lupy, Peter Turrini czy Gerhard Roth. Tematem rozmów bywa twórczość Bernharda czy Wernera Schwaba. Nie mnie oceniać, czy autorce udało się namalować reprezentatywny obraz literatury austriackiej (w tym dramaturgii w szczególności), ale takie wrażenie odnoszę jako czytelnik i recenzent teatralny jako tako rozeznany w austriackiej ofercie na scenach europejskich, a zwłaszcza w Polsce. Po uważnej lekturze książki dochodzę do przekonania, że austriacka karta w twórczości Krystiana Lupy nie była przypadkiem, ale wynikała z możliwości opisu – za pośrednictwem dzieł Austriaków – duchowego zamętu nieznajdującego dostatecznego ujścia w polskiej literaturze.
W szczególności dotyczy to twórczości Thomasa Bernharda, która stała się dla Lupy

medium współczesnego świata.

Muskała wchodzi głęboko w świat Bernharda, ale także tropi zawile ścieżki jego obecności/nieobecności na austriackiej scenie. Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju.
Swoje teatralne życie, jak zaświadcza Muskała i jej rozmówcy, zawdzięczał Bernhard Clausowi Peymannowi, reżyserowi i twórcy wszystkich prapremier jego sztuk. Ich wieloletnia współpraca, wzajemne zrozumienie i porozumienie – pomimo dzielących ich różnic – przezwyciężały wszelkie zapory psychiczne, mentalne, estetyczne. Pisarz nie protestował, kiedy Peymann wycinał nieraz pokaźne fragmenty tekstu z jego dramatów. „Bernhard miał zaufanie do Peymanna – mówił w rozmowie z Moniką Muskałą Hermann Beil, dramaturg i współdyrektor wiedeńskiego Burgtheater (1986-1993) – bo Peymann postępował z wielką dokładnością i ostrożnością. Dziesięć razy zastanawiał się, czy robić cięcie”.
Ale przy tej ostrożności cechowała go odwaga, nie ulegał naciskom i parł do premiery mimo piętrzących się trudności. Zdarzało się przecież tak, że już przed premierą spektakl był „zrecenzowany”, odsądzony od czci i wiary. Taka sytuacja poprzedziła premierę „Komedianta” w Salzburgu (1984) – przetoczyła się wówczas przez Austrię prawdziwa batalia o utrupienie tego spektaklu. Warto w tym miejscu przypomnieć, że polska prapremiera „Komedianta” miała miejsce w roku 1990 w warszawskim Teatrze Współczesnym w reżyserii Erwina Axera. W głównej roli Bruscona wystąpił wówczas Tadeusz Łomnicki, a sam spektakl przeszedł do historii jako manifestacja końca pewnej teatralnej epoki – odchodził bezpowrotnie w przeszłość teatr i świat, jaki znaliśmy.
Sześć lat wcześniej w Salzburgu poszło o coś innego. To była swego rodzaju prowokacja estetyczna, akcja sztuki toczyła się bowiem (dosłownie) w zaniedbanej gospodzie, przypominającej chlew. Na którejś próbie Peymann zażartował, że byłoby dobrze wyhodować kilka tysięcy much i wypuścić je podczas spektaklu na widownię. Dałoby to wtedy nadzwyczajny, realistyczny efekt. Prasa potraktowała ten żart z powagą i rozpoczął się alarm, że nieodpowiedzialny Peymann chce stworzyć zagrożenie epidemiologiczne.
Kiedy nagonka na teatr się rozkręciła, Peymann wydał oświadczenie, w którym zapewniał, że w spektaklu zostaną użyte wyłącznie tresowane, sterylizowane muchy, które po każdym przedstawieniu będą skrupulatnie wyłapywane i magazynowane w dyrekcji teatru. Dopiero po pewnym czasie rozsierdzeni napastnicy zorientowali się, że Peymann z nich zakpił.
Ale w wielu innych przypadkach nie kończyło na śmiechu, ani też nie sposób było tak lekceważyć ataków na Bernharda i Peymanna. Szczególnie nasiliły się przed premierą „Handelplatz” (Plac Bohaterów). Nie szczędzono wtedy pisarzowi obelg, a nawet oskarżeń kierowanych do sądów. Skąd my to znamy?
Czasy trochę się zmieniły, ale nie za bardzo. Sztuki Jelinek Rechnitz (Anioł zagłady)

nikt w Austrii nie gra

Wynika to nie tylko z trudności formalnych – pisarka od dawna odeszła od podziału na postaci (role), od tradycyjnych didaskaliów (choć kilka razy pojawiają się w tym utworze). Przed reżyserem, adaptatorem piętrzą się nie lada trudności wynikające nie tylko z niepospolitego rozmiaru tekstu – wykonywany w całości trwałby zapewne około 5-6 godzin. Do pokonania są jeszcze wewnętrzne szyfry wiążące tekst Jelinek z innymi ważnymi utworami europejskiej spuścizny, na które sama wskazuje na koniec, m.in.: „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego, „Wydrążeni ludzie” Eliota czy „Bachantki” Eurypidesa. Adaptator i reżyser muszą też odnieść się do trudnego związku pisarki z ojczyzną, do której zwraca się z taką inwokacją:
„Nie mamy nic, nie mamy nic. Że też później uda nam się utrzymać ten kraj, i cokolwiek by ten kraj utrzymywał, będzie to miało urok prawdy. Tak będzie prawdziwe co do joty. Dlatego ten kraj jest najniewinniejszy, bo jeśli ktoś nie istnieje, nie może zgrzeszyć. Może się kiedyś urodzić, wolna Austria z pewnością kiedyś się narodzi, powstanie z popiołów, ale w tej chwili jeszcze tego nie widzę. Nie da się wystawić świadectw przeszłości, jeśli brak przynależnego jej ucznia albo gdy uczeń ten nienależycie się zachował. To świadectwo jest wpisane, wręcz wygrawerowane, w skałę Austrii, w przeszłość Austrii, by nie mogła w przyszłości czegoś zwietrzyć i ulotnić się, w razie, gdyby znowu pojawił się jakiś silny kraj i chciał ją pożreć. Austrio, moja ojczyzno, co zrobiłaś z moim tatusiem, suko bura? Ale teraz w pełni to akceptuję. Cóż innego mi pozostało? Długo to trwało, ale mogę to teraz jakoś zaakceptować”.
Co to jest? Miłość? Nienawiść? Gorycz? Zwątpienie? Obojętność? Tęsknota? A może wszystko razem, nasycone wielkim niepokojem o przyszłość? Tak czy owak, „skałą” jest nie tylko Austria z tekstu Jelinek, ale sam jej tekst, którego sceniczne rzeźbienie wymaga wielkiej odwagi i czułości. Twórcom „Rechnitz. Opery” to się udało.