Artyści to ci, którzy myślą za nas

Z MACIEJEM WOJTYSZKO, reżyserem, dyrektorem Teatru Nowego w Łodzi, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pana zainteresowania twórcze są prawdziwie renesansowe: jest Pan reżyserem filmowym, telewizyjnym, teatralnym, dramaturgiem, scenarzystą, autorem książek dla dzieci, tekstów piosenek, pedagogiem. Z czego się bierze taka pojemność?
Nie będę kokietował i powiem, że z zawodowej konieczności. Tam gdzie dawali mi pracę, tam ją brałem. Bardzo wcześnie chciałem pracować dla Teatru Telewizji, ale że byłem za młody, a było to na początku lat siedemdziesiątych, więc mnie nie dopuścili do produkcji dla dorosłych, ale dopuścili do realizacji dla dzieci. A jak już się w tym teatrze dla dzieci znalazłem, to musiałem wciągnąć się tę tematykę. W konsekwencji zacząłem myśleć o wydawaniu książek dla dzieci.
Zrealizował Pan zaledwie kilka filmów kinowych. Nie miał Pan wystarczająco dużo serca do kina?
Serce miałem i mam, ale nie miałem wystarczająco dużo cierpliwości, żeby czekać pięć lat na kolejne realizacje, nie robiąc w międzyczasie nic innego. Tak więc tym rozmaitych zajęć w moim życiu zawodowym było wiele, ale był to nie tyle renesans, ile wynik praw rynku. Proponowano mi, że może bym zrobił to, czy tamto, a ja niechętnie odmawiam.
Jednak kiedy w 1974 roku realizował Pan widowisko dla dzieci o Brombie, prawa rynku jeszcze, w takim przynajmniej stopniu, nie obowiązywały…
I tak i nie. Nie był to taki rynek jak dziś, bezwzględny komercyjnie, ale jednak jakieś reguły co do sprzedawalności produktu obowiązywały. Także w PRL nie było aż tak, że zupełnie nie myślano o tym, „czy widzowie na to pójdą”, czy będą oglądać.
Gdzie i jak narodziły się Pana zainteresowania artystyczne?
Chodziłem do szkoły średniej, która nazywała się Liceum Technik Teatralnych w Warszawie. O trzy lata wyżej ode mnie uczył się tam Krzysztof Kieślowski, chodziło tam też dwóch przyszłych kolegów aktorów. Mieliśmy tam, po pierwsze, wspaniałych nauczycieli, a po drugie dawało nam to możliwość bywania w teatrach i kręcenia się po ich korytarzach. Ta szkoła mnie ukształtowała i tam zaczęło się uprawianie przeze mnie różnych gatunków. Z tym bagażem poszedłem do łódzkiej szkoły filmowej i bardzo mi on zaprocentował. Poza tym byłem synem polonistki i to też było dobrą podstawą.
Miał Pan w łódzkiej szkole jakichś ulubionych mistrzów?
Jeśli miałbym wymienić dwa najważniejsze nazwiska, to byliby to profesorowie Jerzy Bossak i Jerzy Mierzejewski. Trafiłem jednak na dość zły czas, bo mój drugi rok przypadł na rok 1968 i paru lubianych profesorów nam zabrano. Bardzo cenne były rozmowy z profesorem Bossakiem, który był także nauczycielem Andrzeja Wajdy, Wojciecha Marczewskiego i innych. Był urodzonym nauczycielem, wykładowcą, pedagogiem z temperamentu. Mierzejewski co prawda nie w tym stopniu, ale jego artyzm i swoboda w relacjach ze studentami, nawet dziś byłaby prekursorska. Czasem posyłał studentów po piwo tak, że cieszyli się jak dzieci, że mu je przynoszą. Z praktyków, jednym z moich nauczycieli był Janusz Majewski, któremu asystowałem, a raczej za nim biegałem przy realizacji noweli telewizyjnej z cyklu „opowieści niezwykłych”, „Markheim” według noweli Edgara Allana Poe. Z tym, że on niczego nie tłumaczył, tylko pozwalał się podpatrywać. Już same jego rozmowy z operatorem Wiesławem Zdortem, też człowiekiem z historii polskiego kina, były pouczające. Montażystka, pani Halina Garus uczyła mnie tajników swojej sztuki zwracając mi na przykład uwagę, że przedmiot ze scenografii z poprzedniej sceny nie powinien „grać” w następnej. Tak uczyłem się podstaw rzemiosła, bo to jeszcze nie były rozmowy o sztuce.
Wyreżyserował Pan pierwsze w historii Teatru Telewizji przedstawienie w oparciu o twórczość Gombrowicza…
Tak się złożyło. Adaptację przygotowała moja żona, Henryka Królikowska. Rok po mnie Zygmunt Hübner wystawił w Teatrze Telewizji gombrowiczowską „Iwonę, księżniczkę Burgunda”. W tamtym czasie Gombrowicz był w Polsce jeszcze bardzo mało znany. Były już co prawda wtedy krajowe wydania niektórych jego utworów, „Transatlantyku” i „Ferdydurke”, ale niewiele poza tym, a ponadto wydane były w niedużych nakładach i mało znane. Poza tym jeszcze nie ukazało się pierwsze PRL-owskie, ocenzurowane wydanie jego dzieł wybranych. Stało się to dopiero w 1988 roku. Jak bardzo nieznane były wtedy, prawie trzydzieści lat temu nawet tytuły utworów Gombrowicza świadczyło to, że pewna pani redaktor, z którą rozmawiałem o moim pomyśle, pomyliła tytuł „Ferdydurke” z tytułem przedstawienia dla dzieci, „Farfurka królowej Bony”. Skąd pomysł akurat na „Ferdydurke”? Uważałem, że ten tak fundamentalnie ważny tekst polskiej literatury powinien zostać w końcu przybliżony szerszej polskiej publiczności.
Gdzie odbyła się realizacja?
W Starym Teatrze w Krakowie, w jednej przestrzeni, bardzo magicznej. Praca była żmudna i wyczerpująca, bo używaliśmy wtedy jeszcze bardzo ciężkich, nieruchawych kamer, a pomysł inscenizacyjny zakładał ruchliwość i dużą dynamikę obrazu. Jednak operatorzy świetnie sobie z tym poradzili. Do tego doszła wspaniała obsada złożona z krakowskich aktorów, już wtedy bardzo cenionych, a dziś część z nich należy do ścisłej czołówki polskiego aktorstwa, że wspomnę choćby Jana Peszka, Jerzego Trelę, Jerzego Radziwiłowicza czy Jana Frycza.
Inna trudność polegała na przełożeniu języka powieści i do tego bezdialogowej, na język dramatyczny…
I wtedy się okazało, jak bardzo plastyczny formalnie jest Gombrowicz. Bezdialogowa narracja Gombrowicza bardzo płynnie dała się przełożyć na czystej wody dialog sceniczny. Po kilku latach okazało się, na przykładzie filmu „Ferdydurke” Jerzego Skolimowskiego, jak bardzo sceniczna, telewizyjna, a jak mało filmowa jest to materia.
Co Pana najbardziej pasjonowało w „Ferdydurke” z punktu widzenia problemowego?
Nic ponad to, co wszystkich pasjonuje u Gombrowicza – zagadnienie Formy i tego, jak ona kształtuje ludzką egzystencję. Formy, która przyjmuje często kształt opresyjny w postaci krępujących człowieka konwencji, przymusów, masek, owej słynnej” gombrowiczowskiej „gęby”, w tym przypadku „gęby” narodowej, polskiej.
„Ferdydyrke” znalazło się na liście tzw. Złotej Setki Teatru Telewizji, ale poza tym znalazły się na niej jeszcze cztery inne Pana przedstawienia: „Amadeusz” Schaeffera, „Molier czyli zmowa świętoszków” Bułhakowa, „Ławeczka” Gelmana i „Garderobiany” Harwooda…
Bardzo cenię Teatr Telewizji. To jest forma, która najbardziej mi odpowiada. Już mówiłem, że moje pierwsze realizacje telewizyjne były widowiskami dla dzieci, począwszy od pierwszego, z 1972 roku, „Gżdacza i innych”. Zrealizowałem też „Smoka”, „Szelmostwa Lisa Witalisa”, „Brzechwę dzieciom” czy „Brombę i innych”. Tylko starzy widzowie pamiętają, że istniał kiedyś telewizyjny Teatr Młodego Widza. Jeśli Teatr Telewizji ma ocaleć, to musi wychować swoją przyszłą widownię. Obawiam się, że będzie to niemożliwe bez jakiejś formy reaktywacji telewizyjnego teatru dla dzieci i młodzieży.
Jak można by zdefiniować atrakcyjność Teatru Telewizji?
Najlepsza jest kuchnia narodów biednych. Nie trzeba wielkich plenerów i pułków wileńsko-kowieńskich, żeby stworzyć wielką sztukę. To skromność możliwości Teatru Telewizji dała szanse, żeby przyjrzeć się człowiekowi. Oby pokolenie młodych reżyserów weszło w to. Może to jest najlepsza szansa na promocję młodych talentów, bo jest to produkcja relatywnie tania w porównaniu z filmową? Nie powinno się mówić, że nie da się robić Teatru Telewizji, bo wszyscy chcą robić kino. Gdyby Teatr Telewizji nie przetrwał, byłoby to świadectwem ogłupienia i strywializowania gustów. Mam kilkunastoletnią wnuczkę, która ogląda seriale dla tej grupy wiekowej. Jeśli mamy mieć takie społeczeństwo jakie ukształtuje się na tych serialach, to ja go nie chcę. Porzucając Teatr Telewizji porzucimy urodę dobrze mówionej literatury. Dziś często słychać słowo „postdramatyczny”, co oznacza dominację kultury obrazka nad słowem. Mam jednak nadzieję, że streszczanie Słowackiego własnymi słowami, to jednak tylko chwilowa moda. Skoro poeta znalazł odpowiednie do rzeczy słowo, to nie da się tego opowiedzieć wyłącznie za pomocą pantomimy, wystawiania „na motywach” czy streszczania. Inwazja performatyki zmieniła co prawda język teatru, ale mam nadzieję, że nie zabije szacunku dla tego, co ktoś napisał tak, a nie inaczej i nie zabierze teatrowi sztuki słowa, które ma sens dlatego, że jest sztuką.
Jest Pan autorem kilkunastu dramatów, w tym kilku poświęconych wielkim postaciom sztuki: poetom i pisarzom – Petrarce, Boccaccio, Bułhakowowi, Mickiewiczowi, kompozytorom – Rossiniemu, Wagnerowi. Skąd ten motyw przewodni?
Bo w wielkich artystach odbija się epoka, tak jak w kropli wody morskiej odbija się morze. Artyści to ci, którzy myślą za nas. Interesuje mnie też zagadnienie relacji między artystą a władzą, czego wyrazem jest zainteresowanie postaciami Moliera i Bułhakowa, dwóch wybitnych artystów, których losy mogą być modelowym przykładem zmagania się artysty z władzą w odległych od siebie epokach.
W napisanym i zrealizowanym przez Pana widowisku „Chryje z Polską” pojawia się kompleks polskich problemów narodowych. Chciał się Pan włączyć w spory narodowe?
W tym widowisku opartym na faktach Piłsudski odwiedza Wyspiańskiego w jego mieszkaniu na Krowoderskiej, przyprowadzony tam przez generała Sokolnickiego i Żeromskiego. Są w tym czasie postaciami z innej operetki – wierzący i dość konserwatywny politycznie Wyspiański i ateista-socjalista Piłsudski. A jednak umieją ze sobą rozmawiać, a my dziś nie umiemy się dogadać. Bez przeszłości nie ma kultury.
W warszawskiej Akademii Teatralnej uczy Pan reżyserii. Jak się uczy reżyserii?
Reżyseria, to nie wiedza, lecz umiejętności. Nabywać ich można przez podpatrywanie i słuchanie. Cenne bywają generalne porady. Andrzej Wajda powiedział do mnie kiedyś: „Panie Maćku, niech Pan nie bierze złych aktorów”. Jako dziekan staram się też studentom dać możliwość kontaktu z przedstawicielami różnych pokoleń reżyserów, od Mai Kleczewskiej do profesora Jana Kulczyńskiego.
Spojrzenie na Pana artystyczną biografię uświadamia, jak bliska jest Panu literatura, i ta klasyczna i współczesna. Na czym polega Pan własna gra z literaturą?
Między innymi na grze z czasem. W sztuce o Boccacciu i Petrarce jest taki motyw, w którym syn Petrarki zamierza napisać utwór o przemianie człowieka w owada. Jest to oczywiste nawiązanie do „Przemiany” Kafki. Jest rzeczą oczywistą, ze względów psychologiczno-kulturowych, że artyście z XIII czy XIV wieku taki pomysł nie mógł przyjść do głowy. I właśnie ja chciałem zbadać, dlaczego to było niemożliwe, na czym polega ta przepaść między epokami, i dlaczego niemal nasz współczesny Kafka mógł coś takiego napisać. Inny przypadek, to los Michała Bałuckiego, wziętego przez lata konwencjonalnego komediopisarza, który został wyparty z teatru przez takich nowatorów jak Wyspiański czy Przybyszewski i z rozpaczy popełnił samobójstwo. Tu też pojawił się czynnik przemiany w czasie.
Jest Pan znany z wielkiego szacunku dla aktorów i znawstwa ich świata? Skąd wziął się Pana zdaniem ów niesamowity powojenny urodzaj talentów aktorskich, zwłaszcza w rocznikach dwudziestych, trzydziestych i czterdziestych?
Wydaje mi się, że u źródeł tego fenomenu było wprowadzenie radzieckiego modelu organizacji życia teatru, polegającego na stałych zespołach teatralnych. Aktorzy przebywali długo w teatrze, jak w domu i bezustannie wpływali na siebie. Kiedy Gustaw Holoubek siedział w bufecie i roztaczał pawi ogon, ucząc kolegów wszystkiego, od obyczajów po sztukę, to inni przyglądali mu się i chłonęli. Starsi koledzy udzielali młodym konkretnych porad i pewne umiejętności krążyły jak dobra moneta. Natomiast dziś ciągle od nowa wymyśla się koło, bo aktorzy spotykają się najczęściej po raz pierwszy i ostatni. W tamtej atmosferze nawet słabsi aktorzy przejmowali część blasku znakomitych kolegów, ogrzewali się przy tym ognisku, szlifowali umiejętności.
Od listopada 2018 roku jest Pan dyrektorem Teatru Nowego w Lodzi im. Kazimierza Dejmka…
Kiedy otrzymałem propozycję, żebym wszedł w buty Kazimierza Dejmka, to poczułem najpierw wielką rozterkę i obawę, a potem pomyślałem sobie, że być może to jest właśnie już ten czas, żeby przeżyć taką przygodę. Kazimierz Dejmek należy do moich mistrzów. Moje życie teatralne rozpoczęło się w momencie, gdy jako uczeń liceum technik teatralnych wszedłem w białej koszuli na stalowy most nad sceną. Na dole siedział Kazimierz Dejmek i powiedział do mnie słowa, których nie mogę powtórzyć, choć tego rodzaju słownictwo było jego specyfiką, której nikt mu nie brał za złe. W każdym razie potem przez lata nosiłem czarną koszulę. Od Dejmka można się było wiele nauczyć, na przykład szacunku dla literatury, wiedzy teatralnej, ekspresji, która się nie starzeje. Rozumienia pracy w teatrze Dejmka i moje są bardzo podobne, pewnie więc wiele z tego odnajdą widzowie w teatrze, który zamierzam zaproponować. Jeżeli chodzi o repertuar powinniśmy się uczyć od Teatru Narodowego. Co znaczy, że musimy budować repertuar pełen szacunku do literatury, eklektyczny, ale trzeba też szukać nowych rzeczy. Mam wielu utalentowanych uczniów, młodych reżyserów, których mam nadzieję zaprosić do współpracy. Myślę, że będzie to procentować.
Dziękuję za rozmowę.

Maciej Wojtyszko – ur. 16 kwietnia 1946 w Warszawie, reżyser teatralny, filmowy i telewizyjny, pisarz, autor sztuk, tekstów piosenek, komiksów i filmów animowanych. W 1970 ukończył Wydział Reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi (dyplom 1973). Wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie. Autor książek dla dzieci i młodzieży: „Antycyponek” (1975), „Synteza”, „Bromba i inni”, „Tajemnica szyfru Marabuta, Bambuko czyli skandal w Krainie Gier, Saga rodu Klaptunów” (1981), „Bromba i filozofia”, komiksów: „Szczyty wtajemniczenia, czyli sabaty i posiedzenia oraz „Trzynaste piórko Eufemii” (1977). Filmy kinowe: „Synteza” (1983), „Ognisty anioł” (1985), „Ogród Luizy” (2007 – m.in. nagroda specjalna jury na FPFF w Gdyni), „Święty interes” (2010). Seriale, m.in. „Tajemnica szyfru marabuta” (1981), część odcinków „Miodowych lat”. W Teatrze Telewizji także m.in., „Lotta” T. Manna (1985), „Mistrz i Małgorzata” (1988), „Indyk” S. Mrożka (1989), „Burzliwe życie Lejzorka” I. Erenburga (1990), „Pigmalion” G.B. Shawa (1998) „Bułhakow” (2009). Realizował także teatralne spektakle reżyserował m.in. na scenach warszawskich – w teatrach Narodowym, Powszechnym („Ławeczkę” St. Gelmana, „Klub Pickwicka” K. Dickensa, „Słoneczni chłopcy” N. Simona), Ateneum („Opera Granda”), Studio ( głośna „Tamara” J. Krizanca), a także w Teatrze Polskim we Wrocławiu, krakowskim Starym Teatrze („Miłość na Krymie” S. Mrożka), Teatrze im. Słowackiego w Krakowie („Bułhakow” własnego autorstwa) oraz Teatrze Nowym w Poznaniu. Laureat licznych nagród za osiągnięcia artystyczne. Od 1 listopada 2018 roku jest dyrektorem Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi.

„Po piśmie” czyli „po herbacie”?

I co będzie dalej?

Od razu uprzedzam. Lektura tego „Dukaja”, to już nie lektura jego klasycznego już niemal „Lodu”. To przemyślenia myśliciela, którym z czasem stał się ten pisarz (rocznik 1974), uznany za jednego z gigantów prozy SF. Przemyślenia myśliciela? Brzmi to jak pleonazm, ale przecież to właśnie Jacek Dukaj wymyślił i pokazał fenomen, który nazwał „myślunkiem”. Ale o tym później.
„Po piśmie” Dukaja składa się z dwóch warstw: z kilku szkiców poświęconych wybranym przez niego problemom współczesnej cywilizacji oraz właściwemu „Po piśmie”, studium, w którym autor prorokuje koniec cywilizacji pisma i zastąpienie jej cywilizacją bezpośredniego, bezpiśmiennego transferu treści. Będzie to jego zdaniem skutkować zmierzchem tego co znamy od zarania cywilizacji pisma: podmiotowego ja. Pisze Dukaj: Mechanizm „wyzwalania z pisma” napędzają miliardy codziennych wyborów producentów i konsumentów kultury. Nie napiszę listu – zadzwonię. Nie przeczytam powieści – obejrzę serial. Nie wyrażę politycznego sprzeciwu w postaci artykułu – nagram filmik i wrzucę go na jutjuba. Nie spędzam nocy na lekturze poezji – gram w gry. Nie czytam autobiografii – żyję celebów na Instagramie. Nie czytam wywiadów – słucham, oglądam wywiady. Nie notuję – nagrywam. Nie opisuję – fotografuję.
Posuwa się Dukaj w swojej diagnozie jeszcze dalej. To nie człowiek będzie w przyszłości czuł, przeżywał, myślał, lecz zautonomizowane uczucia, przeżycia, myśli i inne treści będą istnieć za jego pomocą, jako używanego narzędzia. Myśli, uczucia i inne treści zastąpią człowieka. Jednym z kluczowych pojęć wprowadzonych przez Dukaja jest „bezpośredni transfer treści”. Nie będą już one transferowane przez druk, pismo, język, lecz bez jego pośrednictwa, za pomocą nowych mediów.
I tu pojawia się inny kluczowy termin Dukaja: „myślunek”. „Chodzi – pisze on – o kategorię węższą od „bycia człowiekiem” lub „niebycia człowiekiem”, a szerszą od „rodzajów umysłowości”. Tak nazywam ów charakterystyczny zbiór nawyków i zdolności. Każdy myślunek wprost oraz poprzez związane z nim technologie (bądź ich brak) wpływa lub wręcz determinuje kształt społeczeństwa, kultury, porządku ekonomicznego, politycznego, aż do moralności, estetyki i najintymniejszych doświadczeń człowieka”. Dukaj nie poprzestał na teoretycznym ukazaniu zjawiska „bezpośredniego transferu przeżyć”.
Michał Tabaczyński, recenzent „Po piśmie” napisał o szkicu „Żyj mnie” poświęconym conradowskiemu „Jądru ciemności”, ulubionemu dziełu literackiemu Dukaja. To konkretna egzemplifikacja fenomenu „bezpośredniego transferu przeżyć”. M. Tabaczyński: Dukaj ujmuje ten problem tak: Pomiędzy czytelnikiem i Kurtzem, w rozgrywce rozpisanej na kilka postaci i warstw narracji, zachodzą co najmniej trzy takie transfery życia: (1) Marlow żyje Kurtza. (2) Narrator żyje Marlowa żyjącego Kurtza. (3) Czytelnik żyje narratora żyjącego Marlowa żyjącego Kurtza”. To „wżywanie się” najbardziej zajmuje Dukaja. Przyczyna jest prosta: próbuje w ten sposób opisać warunki zanurzenia, immersji w fikcyjną przestrzeń (opowieści, narracji, symbolu), by dzięki temu opowiedzieć o „bezpośrednim transferze przeżyć”.
Wydawnictwo tak rekomenduje „Po piśmie”: To „intelektualna podróż wokół najbardziej fascynujących zagadnień współczesnej cywilizacji – aż do jej kresu i do kresu człowieka. Przez ostatnich kilka tysięcy lat pismo, książki i biblioteki były nośnikami i skarbnicami wiedzy. Technologia pisma stworzyła cywilizację człowieka. Myślenie pismem oznacza myślenie symbolami, ideami i kategoriami. Daje bezpośredni dostęp do wnętrza innych: ich emocji, przeżyć i poczucia „ja”. Wyniósłszy tę umiejętność na wyżyny sztuki, w istocie tworzy nasze życie duchowe. W „Po piśmie Dukaj pokazuje ludzkość u progu nowej ery. Kolejne technologie bezpośredniego transferu przeżyć– od fonografu do telewizji, internetu i virtual reality – wyprowadzają nas z domeny pisma. Stopniowo, niezauważalnie odzwyczajamy się od człowieka, jakiego znaliśmy z literatury – od podmiotowego „ja”. (…) Literatura, filozofia, popkultura, neuronauka i fizyka – zaglądamy za kulisy cywilizacji i odkrywamy, że to nie człowiek posługuje się stworzonymi przez siebie narzędziami, ale to one coraz częściej posługują się człowiekiem. Nadchodzą czasy postpiśmienne, gdy miejsce człowieka-podmiotu i jego „ja” zajmują bezpośrednio przekazywane przeżycia. „Czy mogę powiedzieć o sobie: «jestem oglądaniem serialu», «jestem śledzeniem celebów na Instagramie»?”. Człowiek staje się maszyną do przeżywania”.
Jestem bardzo świeżym czytelnikiem Jacka Dukaja, więc nie zdążyłem wgłębić się w niełatwą problematykę jego myślicielstwa, bo Dukaj jest myślicielem i to pierwszorzędnym. Dlatego przestrzegam, że lektura „Po piśmie” nie jest lekka, choć to fascynująca przygoda intelektualna. Warto jednak zdobyć się na ten wysiłek, bo nagroda jest tego warta. Jeśli jednak zmęczycie się tą lekturą, jeśli będziecie mieli trudności z uchwyceniem jej sensów, sięgnijcie po tekst „Po huku, po szumie…” autorstwa cytowanego tu Michała Tabaczyńskiego, teoretyka nowych mediów i socjologa literatury. Światły ten mąż oświeci Wam dalszą drogę, pokaże walory, słabości i wszelkie antynomie w myśleniu Dukaja.

Jacek Dukaj – „Po piśmie”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019, str. 412, ISBN 978-83-08-06874-8.

Bigos tygodniowy

Przewodniczący Ma(ł)o (to mój nowy przydomek dla prezesa) polecił marszałkini Sejmu Elżbiecie Witek, aby odbyła z sejmem stosunek przerywany. Nie jest to co prawda „Akt przerywany” na miarę dramatu Tadeusza Różewicza, ale przyczyny przerwania są intrygujące. To jakieś pisowskie przecherstwo. Do tej pory PiS używało w stosunkach sejmowych wyłącznie grubej jak opona prezerwatywy, co sprawiało, że Sejm był z punktu widzenia systemu demokratycznego bezpłodny. A co do samego wspomnianego posunięcia – podzielam opinię profesora Wiesława Władyki, że Kaczor przerzucił tę szalupę na drugą stronę rzeki na wszelki wypadek, jako polisę ubezpieczeniową. Może być wykorzystana do różnych celów, w zależności od sytuacji.

Jan Pospieszalski („Warto rozmawiać” i „Gazeta Polska”) lamentuje, że dowcipni księża określają bierzmowanie jako „uroczyste pożegnanie z Kościołem z błogosławieństwem biskupa”. Po bierzmowaniu z całego rocznika w Kościele zostają jednostki, podobno ok. 5 procent. „Tracimy młodzież” – mówi podobno kler. Nawiasem mówiąc, ta szybka i masywna laicyzacja „pokolenia JP 2” jakby nie było oraz jego następców, to intrygujący temat, a jego szczegółowe mechanizmy warte są naukowego studium w rodzaju „Miastka” Macieja Gduli. Również ojciec Romana Giertycha, Maciej, w dramatycznym tonie apeluje (na łamach „Gazety Wyborczej”!) do katolików, by nie głosowali na PiS, bo to bardzo zaszkodzi Kościołowi katolickiemu w Polsce, a pisowców nazywa „zamachowcami”. „Koniec świata” – jak mawiał dozorca Popiołek z serialu „Dom”. Tymczasem powtarzają się fizyczne ataki na kościoły katolickie. Nie pochwalam tego, ale tu w sposób klasyczny realizuje się powiedzenie, że „kto sieje wiatr, zbiera burze”. Dominacja kościelnej narracji w życiu społecznym i publicznym oraz jego nietykalność była przez ostatnie trzydzieści lat tak przemożna, że dla części społeczeństwa stała się aż upokarzająca. Rachunki zawsze są regulowane, prędzej czy później.

Rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu na trzy miesiące zawiesił w obowiązkach akademickich Aleksandra Nalaskowskiego, pracownika naukowo-dydaktycznego tej uczelni i publicysty tygodnika Karnowskich „Sieci” (przez niektórych zwanego dowcipnie tygodnikiem branży rybackiej) za jego haniebny felieton, zawierający skrajną formę mowy nienawiści i pogardy (nazwał uczestników Marszów Równości „wędrownymi gwałcicielami”). Jestem radykalnym wolnościowcem, zwolennikiem maksymalnej wolności słowa, dlatego uważam, że publicyście wolno byłoby napisać to, co znalazło się w felietonie, a poza tym wszystko czego dusza zapragnie i jeszcze gorzej. Pedagogowi i wychowawcy młodzieży akademickiej, którym jest przede wszystkim – nie. Prawolstwo oczywiście podniosło larum.

Wszyscy recenzenci zgodnie psioczą na „Politykę” Patryka Vegi – że film to słaby, rozwlekły, drętwy, sztuczny. Co do mnie, to aż takiej surowości oceny nie podzielam. Nie jest to arcydzieło sztuki filmowej i nie dałbym „Polityce” cenzurki wyższej niż cztery minus, ale nie jest to wcale aż tak bardzo zły film. Ma swoje nieporadności i mielizny, ale czegóż spodziewali się krytycy? Głębi Bergmana, Buñuela czy Viscontiego? Przecież to tylko polityczny pamflet, z dobrym tempem, nieźle zagrany (Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Janusz Chabior) kino użytkowe. Krytykować jest zawsze łatwo, znacznie trudniej znaleźć w utworze coś cennego.

Przy wszystkich sporach o obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej jakoś nikt nie wspomniał o genezie pomnika na Westerplatte. Otóż wystawiła go wraża władza ludowa, owi znienawidzeni „komuniści”, choć przecież wojsko na Westerplatte broniło w 1939 roku burżuazyjno-pańskiej Polski. Wystawiła pomnik w 1966 roku, za czasów Władysława Gomułki, który w więzieniach II Rzeczypospolitej przesiedział się 7 lat, został wtedy postrzelony przez policję i nie miał powodu by tamtą Polskę dobrze wspominać.

Z afery hejterskiej w resorcie Ziobra wyszła jeszcze dodatkowa ohyda – antysemityzm. Otwarty, bezwstydny i siermiężny jak dawne worki na ziemniaki, objawiony jednego z przybocznych Ziobra, niejakiego Dudzicza z neo-KRS. Jest teraz najpopularniejszym polskim sędzią w Izraelu, a to Polsce dobrze nie zrobi.

„Ci, co myślą, że nowa Komisja Europejska będzie miała inne podejście do praworządności niż ja, to się zdziwią” – zapowiedział Frans Timmermans, wiceszef KE. I o to chodzi!

TVPiS staje na głowie, żeby upodobnić się do komitetu wyborczego swojej partii. Publikowane materiały z każdym dniem przypominają spoty wyborcze PiS. W Lublinie w lokalnej TVP3 odbyła się „debata”, w której wystąpili sami pisowcy. To jest jawne i bezczelne łamanie reguł wyborczych w mediach.

W swoim „Warto rozmawiać” Pospieszalski mówił o ateizmie i neomarksizmie jako o „fałszywej świadomości” i „błędzie antropologicznym”. Widzę je raczej w religii, tak jak definiowali ją Marks i Lenin. Tymczasem odbyła się klerykalna impreza „Polska pod krzyżem”, czy coś w tym rodzaju. Podobno wzięło w niej udział około 60 tysięcy osób. Jak na ponad trzydziestomilionowy naród katolicki to niewiele. W Polsce coraz wyraźnie widać zmęczenie religią i nie dotyczy tylko laicyzującej się młodzieży. Także wielu starszych, choć formalnie trwa przy kościele, nie ma w sobie dawnego żaru i entuzjazmu. Wiedza o pedofilskich aferach, chciwości i bucie kleru przesącza się jednak do świadomości coraz większej liczny wiernych. Daje to efekt nie na tyle mocny, żeby prowadziło do otwartych odejść z kościoła, ale wystarczający, by wywoływać efekt cichego, ale postępującego rozczarowania.

Baba z krwi i kości

czyli zapiski Nimfy Polskiej

„Jeszcze kocham”, to miłosne, intymne zapiski Anny Świrszczyńskiej (1909-1984), wybitnej poetki. Autorki m.in. słynnego zbioru poetyckiego „Jestem baba” (1972) są swoistym psychologicznym rarytasem. 61-letnia kobieta, rozwódka, prowadzi niezwykle intensywne życie miłosne i seksualne, także z dużo młodszymi mężczyznami, i to bynajmniej nie w ramach związku małżeńskiego. Nawet dziś, pół wieku później może to budzić u niektórych opór czy kontrowersje, co pokazuje, że nie przeszliśmy od tamtego czasu zbyt długiej drogi w naszym myśleniu o obyczajach. Mnie uderza przede wszystkim intensywność oraz wysoki diapazon miłosnych przeżyć samej Świrszczyńskiej i jej męskich przyjaciół i kochanków (jednym z nich był Tadeusz Różewicz – zapiski zaczynają się od deklaracji, że odwiedził ją i „został jej kochankiem”). Zapewne się mylę, a rzecz to trudna do zbadania, bardzo niepochwytna dla kogoś postronnego, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dziś ani mężczyźni ani kobiety już tak raczej nie kochają. „Tak”, to znaczy w takim romantycznym jeszcze, grandilokwentnym stylu, tak intensywnie, tak desperacko, tak frenetycznie, tak całą swoją istnością, niemal mistycznie. W pewnym momencie zapisków pada zdanie: „Mieć mężczyznę w sobie, to co bardzo ważnego, coś świętego”. Mam wrażenie, że ludzie generalnie ochłodli w sferze uczuć, że w uczuciach jest dziś moda na letniość a nie na frenezję i że pospolity seks wypiera klasyczne „kochanie”. A może się mylę? Może w kręgach artystycznych diapazon emocjonalny jest wyższy niż w sferze społecznej przeciętności? W końcu nie siedzę w cudzych głowach, sercach i łóżkach. Zapiski Świrszczyńskiej pełne są uwag o zachwytach kierowanych do niej przez mężczyzn, zachwytach nad jej kobiecością, urodą, czarem oraz zachwytów poetki nad zachwytami mężczyzn nad nią. Ktoś mógłby w takiej postawie dopatrzeć się i kobiecego narcyzmu i (co prawda w szlachetnej, wyrafinowanej odmianie) promiskuityzmu, ale te zapiski są bardzo dyskretne, bez grama nawet obsceniczności czy naturalizmu. Nietrudno zauważyć, że w tomie poetyckim „Jestem baba” granice otwartości na mówienie o sprawach intymnych były usytuowane przez poetkę dużo niżej. Piękny to zapis fragmentów życia kobiety, dla której Amor i Eros byli najważniejszymi bożkami, może bardziej od muzy poezji. Najważniejsze jest to, że czytałem te zapiski z prawdziwym zaintrygowaniem. Czego i innym życzę.

Anna Świrszczyńska – „Jeszcze kocham. Zapiski intymne”, spisane z rękopisu i opracowanie tekstu, wstęp, zakończenie i przypisy Wioletta Bojda, Wydawnictwo WAB (GWFoksal), Warszawa 2019, str. 156, ISBN 978-83-280-6635-9

W objęciach Molocha

czyli nasz nowy, wspaniały świat

Zadziwiająca to powieść ten „Blady król”. Jeszcze podobnej nie spotkałem. Zamiast na rozdziały podzielona jest na paragrafy. Zajrzyjmy pod paragraf 34. Gdyby ktoś zacytował jego treść bez podania źródła i charakteru dzieła, można by nieuchronnie dojść do wniosku, że to fragment z podręcznika dla studentów ekonomii poświęconego podatkom. Cała ta obszerna powieść naszpikowana jest tego rodzaju treściami oraz obrazami przepełnionymi stosami papierów, dokumentów, raportów, formularzy, segregatorami, komputerami, kodami dostępu, drukarkami i innymi niezliczonymi atrybutami świata biur, urzędów i korporacji. Pośród całej tej materii żyją bohaterowie „Bladego króla” Davida Fostera Wallace’a (1962-2008). Nowatorstwo i genialność zamysłu Wallace’a, który zresztą powieści nie zdążył dokończyć, polega jednak na tym, że ów wspomniany świat i tworząca go oraz towarzysząca mu materia technologiczna i techniczna nie są tu jedynie dekoracją, zwykłym tłem wynikającym z samego faktu istnienia w naszym otoczeniu materialnych takich właśnie atrybutów naszej cywilizacji. Ona jest w „Bladym królu” współbohaterem, obok ludzi, a może nawet jest bohaterem ważniejszym od ludzi, którzy żyją pośród niej jak pośród wszechogarniającej lawy, którzy są przez nią zasypywani, którzy są jej niewolnikami. Bo to nie ona służy ludziom. To raczej ludzie, ( tzw. „korpoludki” są tylko jedną z licznych odmian ludzkiej fauny podlegającej tym zjawiskom) służą tej materii, temu zniewalającemu Molochowi, jakim jest świat atrybutów otaczającej nas cywilizacji. Są z nią zrośnięci, są przez nią wysysani, wykorzystywani, wydrążani. Dzieło przerosło twórcę – człowieka. Wytwory cywilizacji uzyskały przewagę nad nim, jej kreatorem, podporządkowały go sobie. Nie mogę oprzeć się pokusie komparatystycznej, pokusie porównania w polu literatury. Być może pamięć mnie zawodzi, ale nie potrafię, przynajmniej w momencie, gdy piszę te słowa, odnaleźć w pamięci inne dzieło literackie, które w pokrewny sposób pokazywałoby jak cywilizacja wkracza w realne życie ludzkie – innego niż „Komedia ludzka” Balzaca. On też dokonał genialnego, nowatorskiego przełomu w literaturze. Świat przedstawiony w literaturze przed Balzakiem, nawet w literaturze wysokiej próby, był zredukowany do konwencji, w której postacie powieściowe żyły a wydarzenia powieściowe dokonywały się w scenerii skonwencjonalizowanej, ograniczonej, jak w szopce. Były salony albo chaty, świątynie lub trakty podróżne, pokazane w sposób również skonwencjonalizowany. Spróbujcie znaleźć realną materię świata u poprzedników Balzaca, choćby u Woltera, czy nawet u XVIII-wiecznych angielskich prerealistów w rodzaju Fieldinga czy Smolleta. Może jakichś tego zalążków można się doszukać w XVI-wiecznej literaturze hiszpańskiej, u Cervantesa czy Quevedo… Jednak to dopiero Balzac jako pierwszy dostrzegł i wniósł w sposób pełny, rozbudowany do swoich powieści autentyczną materię nowej cywilizacji: kantory, sklepy, kramy, banki, zakurzone redakcje, zapyziałe biura, niechlujne szynki, drukarnie, pensjonaty, hotele etc. pokazane w sposób dokumentalny. Przedstawił czytelnikom „świat nieprzedstawiony” (że posłużę się analogią do pewnego dzieła naszych już czasów), ten który pewnie każdy pisarz dostrzegał jako prywatna jednostka, ale albo przez myśl mu nie przeszło, aby obrazem tego świat kazić święte przestrzenie literatury albo uznawał za niegodny pomieszczenia w materii dzieła. W moim odczuciu takim Balzakiem naszych czasów jest Wallace ze swoim „Bladym królem”. Do tej pory tylko świat internetu i esemesów znalazł obywatelstwo w nowej literaturze, a telefon komórkowy stał się konwencjonalnym rekwizytem, mającym służyć jako odautorski znak, że czytamy powieść współczesną. Jednak to był tylko ersatz, markowanie, rekwizyty. Wallace uczynił ten świat równorzędnym bohaterem powieści, równorzędnym ludzkim bohaterom, zrośniętym z nimi żyłami, tętnicami, tkankami, połączeniami nerwowymi. Przynajmniej pod tym względem jest to powieść genialna, a co najmniej nowatorska.

David Foster Wallace – „Blady król. Powieść nieukończona”, przekł. Mikołaj Denderski, wyd. WAB (gwfoksal), Warszawa 2019, str. 590, ISBN 978-83-280-6156-9

Flaczki tygodnia

Cztery lata temu PiS sięgnął po władzę w „bogatym kraju biednych ludzi”. Gdzie ponad 1,5 miliona pracujących ledwo przekraczają pułap płacy minimalnej. A pensje w mikrofirmach wahają się w granicach 2,6 – 2,8 tysiąca brutto.
Wtedy elity PiS dały nadzieje lepszego jutra tym najbiedniejszym. Zręcznie zrywając z liberalnymi dogmatami, że najpierw akumulacja kapitału, potem transfery socjalne.
Czyniąc z programu 500+ sztandar nowej polityki społecznej.

„Wygrywając wybory PiS obiecał rozwiązać trzy główne problemy, które neoliberalna transformacja zrodziła w Polsce.
Te problemy to: teoretyczne państwo, elastyczny rynek pracy z bieda-płacami, oraz słabnąca wspólnota jako następstwo pogoni za sukcesem materialnym”, pisze profesor Tadeusz Klemensiewicz w „Dzienniku. Gazeta Prawna”.
I zauważa, że „im dłużej trwa władza prawicy tym bardziej osią systemu rządów staje się scentralizowane państwo, relacje pracodawca – pracobiorca przypominają przedwojenny korporacjonizm, zaś wspólnota narodowa jest lepiona przez tradycjonalizm kulturowy Kościoła”.
I dodaje: „Jednak król jest nagi – rządzący nie mają programu, który by wpisywał narodową strategię dalszej modernizacji kraju w procesy ewolucji EU, światowej gospodarki i ograniczanie kryzysu ekologicznego”.

Rzeczywiście, pan prezes Kaczyński proponuje nam przyszłą Polskę przypominającą XX wieczną Hiszpanię generała Franco, a jeszcze bardziej Portugalię Salazara.
Polski skansen, który okopie się w narodowo-katolickiej wspólnocie i stworzy autarkiczną gospodarkę odporną ponoć na wszelkie choroby znienawidzonej globalizacji.

Państwo polskie wedle obietnic pana prezesa Kaczyńskiego przestanie być „teoretyczne”.
Ale w rzeczywiści przestaje takim być tylko w sferze opresyjnej. W sferze rozciągającej się coraz szczelniejszej kontroli nad obywatelami. Zwłaszcza tymi wyjętymi przez elity PiS spoza wspólnoty narodowo-katolickiej.

Cnotą sprawnego państwa polskiego, wedle pana prezesa, będzie skuteczność w ściąganiu podatków. Zwłaszcza walka z wszelkimi „mafiami VAT-owskimi”. Wszelkimi nieuczciwymi biznesmenami.
Jednak w tle gromkich zapowiedzi rośnie grupa korporacji i firm całkowicie zwolnionych z podatkowych obowiązków. Wiemy już, że na rozkaz administracji USA, rząd polski zdecydował, że amerykańskie, wielkie korporacje opodatkowane nie będą.
Propagandowo pro-podatkowy rząd pana premiera Morawieckiego nie chce też przyłączyć się do europejskiego grona walczącego z „rajami podatkowymi”. A przecież to tam transferowane są pieniądze ukradzione polskiemu państwu przez mafie VAT-owskie.

I wreszcie państwo pana prezesa Kaczyńskiego, tak gromko gardłujące o potrzebie wspomagania najbiedniejszym, zupełnie nie dba o progresję podatkową. Pozwala aby w naszym kraju ci najbogatsi płacili realnie najmniejsze podatki.
Aby na wszelkie programy +, na kolejne „piątki Kaczyńskiego” i jego propagandowe „ hattricki” składały się przede wszystkim miliony najbiedniejszych obywateli naszego kraju ze ściąganych przez nich podatków.

Warto ciągle przypominać, że polski kościół katolicki płacił symboliczne podatki. W zamian zyskuje i zyskiwać będzie gigantyczne dopłaty z budżetu państwa.
Czyli kieszeni najbiedniejszych.

Państwo Kaczyńskie zebrane podatki przeznacza z wielką propagandową pompą na świadczenia pieniężne. Zwykle skierowane do ważnych dla siebie grup wyborców.
Wedle prezesowych obietnic każdy w Polsce dostanie, lub będzie miał obiecane, po te cztery tysiące.
I potem niech każdy stworzy sobie swoje państwo dobrobytu.

Państwo pan prezesa Kaczyńskiego nie będzie rozwiązywało najpoważniejszych problemów społecznych. Nie ma obietnic programów reformy służby zdrowia. Bo i po co, skoro każdy zasługujący na przynależność do narodowej wspólnoty dostanie jakiś pieniężny transfer. I wyda go wedle swych potrzeb.
I tak chorzy wykupią sobie dodatkowe pakiety w prywatnych placówkach służby zdrowia. Przestaną obciążać umierającą państwową służbę zdrowia.
Zdrowi otrzymaną gotówkę przeznaczą na wakacje, w Polsce rzecz jasna, bo patriota odpoczywa tylko u siebie.
Albo na zakupy w dyskontach. Posiadanych przez zagranicznych właścicieli – niestety.
Te obiecywane tysiące można też przeznaczyć na korepetycje dla dzieci, na zajęcia dodatkowe dla nich, i tym sposobem niwelować słabości publicznej oświaty.
Można kupić sobie samochód sprowadzony z Niemiec i uniezależnić się od nierealizowanego, choć obiecywanego programu „PKS w każdej gminie”.

Transfery pieniędzy poprzez rzeczywiste i obiecywane programy pozwalają utrzymywać niskie płace nauczycieli, pracowników służby zdrowia, socjalnych. Bo elity PiS podnoszą wynagrodzenia tylko wybranym pracownikom ze sfery budżetowej. Swoim.
O systemowych podwyżkach dla pracowników tworzących sprawne państwo polskie mowy nie ma.

„Flaczki” proponują abyśmy przestali operować w Polsce pensjami brutto, czyli przed opodatkowaniem, a stosowali pensje netto. Czyli tyle, ile pracownik dostaje „na rękę”. To pokazuje prawdziwe zarobki pracownicze. Tak też jest w cywilizowanych państwach Unii Europejskiej.

Uczony pan z muchą

czyli profesor w starym stylu

W odróżnieniu od zwichrowanego geniusza pióra i Piotrusia Pana krytyki Krzysztofa Mętraka (recenzja książki o nim w poprzednim wydaniu), starszy od niego równo o 30 lat Aleksander Jackiewicz był krytykiem zupełnie innego autoramentu. Siwowłosy starszy pan o nobliwej fizjonomii, z muchą pod szyją, zawsze w garniturze, profesor uniwersytecki (a nie chudy magister polonistyki jak Mętrak) inaczej też profilował swoje pisanie. W odróżnieniu od anarchicznego, lekkiego, bonmotowego stylu Mętraka, styl Jackiewicza był nieco ciężkawy, nie tak błyskotliwy (choć erudytą był też wielkim), zdecydowanie bardziej uporządkowany i usystematyzowany, akademicki. Problematykę podejmowaną swoich książkach wykładał z wyraźną intencją dydaktyczną, zwracał się do odbiorcy jak do studenta.
Stworzył zbiory szkiców o reżyserach polskich i zagranicznych, także syntezy dotyczące głównych zagadnień kina i jego filiacji. Jackiewicza zajmowały szczególnie związki kina z innymi dziedzinami sztuki, szczególnie z literaturą (nazywał je „niebezpiecznymi związkami”) i temu właśnie „wędrującemu motywowi” poświęcony jest szkic Barbary Gizy ). Zajmowała go także kwestia adaptacji literatury na ekran i filmowe doświadczenia pisarzy (szkice te mogłyby dziś z powodzeniem służyć jako podręczniki uzupełniające na wydziałach artystycznych i humanistycznych, także w szkołach aktorskich. Jackiewicz zajmował się także historią i „alchemią’ aktorstwa filmowego (szkic Piotra Skrzypczaka). W okresie powojennym parał się także powieściopisarstwem mieszczącym się – o czym opowiada jeden ze szkiców – między modernizmem, socrealizmem a melodramatem i o tej sferze jego twórczości napisała Daria Mazur. Marta Hauschild zajęła się innym obszarem zainteresowań Jackiewicza, czyli filmowi jako „sztuce plemiennej” i jako polem zainteresowań antropologicznych.
Jackiewicz interesował się też początkami i kina i kinem jako fenomenem rozrywkowym, widowiskowym, nawet jarmarcznym. To łączyło go z innym sławnym krytykiem tamtych czasów, Zygmuntem Kałużyńskim i także obu różniło od Mętraka.
Wynikało to prawdopodobnie z różnicy pokoleniowej. Jackiewicz i Kałużyński wychowali się na kinie przedwojennym, jako dzieci i młodzieńcy, także jeszcze kinem niemym i jego pamięć pozostała w ich polu pamięci i sentymentu. Dorastający w latach 50. 60. Mętrak takich doświadczeń nie miał. Kino jako widowisko, rozrywka interesowało go relatywnie najmniej. Dla niego było ono nade wszystko głosem w fundamentalnych dyskusjach i problemach współczesności.
Paradoksem z dzisiejszego punktu widzenia było to, że to on, Aleksander Jackiewicz, staromodny i leciwy pan o przedwojennych, nieco sarmackich manierach (także, choć w innej konwencji Zygmunt Kałużyński) byli gwiazdami telewizyjnych programów o kulturze, a nie młody, zdolny Mętrak. W naszych czasach kultu młodości i odrzucenia dorobku ludzi starych byłoby odwrotnie. Wtedy to „stary” Jackiewicz był telewizyjnym celebrytą, a młodego Mętraka nie wiedziałem w telewizji ani razu. Polecam gorąco te dwie znakomite książki, a następnym razem postaram się napisać o dwóch innych wybitnych bohaterach serii „Polscy krytycy filmowi”: o Konradzie Eberhardtcie i Bolesławie Michałku.

„Aleksander Jackiewicz”, redakcja Barbara Giza i Piotr Zwierzchowski, seria Polscy Krytycy Filmowi, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2015, str. 319, ISBN 978-83-7383-796-6.

Jarmark i metafizyka

Z PIOTREM CIEPLAKIEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Urodził się Pan w Częstochowie. Może to swoista teatralność tego miejsca zaszczepiła w Panu teatralnego bakcyla?
Wiem, że to by brzmiało efektownie, ale nie. Jasna Góra nie jest moim źródłem. W Częstochowie tylko się urodziłem, a dzieciństwo i młodość spędziłem w Opolu. Moje źródło to Opole, gdzie w „dupie prowincjonalnej”, w małym mieście miałem co roku przegląd najlepszych przedstawień polskiego teatru, „Konfrontacje”. Tam oglądałem przedstawienia Wajdy, Jarockiego, Henryka Tomaszewskiego. Do Wrocławia jeździłem na spektakle Grzegorzewskiego. Poznałem także Teatr Ósmego Dnia. Grotowskiego „Apocalipsis cum Figuris” oglądałem w Opolu jako licealista. Spektakle odbywały się w niewielkim pomieszczeniu, ledwo jedynie nadającym się na salę teatralną. Dziś opolskie czasy Grotowskiego otacza legenda, ale jego spektakle były wtedy „niszą nisz”. Raporty kasowe z „Księcia Niezłomnego” często potwierdzały odwołania spektakli powodu braku widzów albo odnotowywały jednego widza.
Ma Pan swój autoportret, ideę artystyczną? Spotkałem się z określeniem Pana jako reżysera religijnego. Akceptuje Pan taką formułę?
Unikam formuły „religijny”. Stawianie pytań religijnych nie determinuje bycia czy nie bycia religijnym. Każdy zadaje sobie pytania religijne, pytania o to, czy jest „coś”, czy „tego” nie ma. Dla mnie każdy dobry wiersz jest religijny, bo jest w nim egzystencjalna świadomość życia. Z drugiej strony każdy religijny wiersz zawiera tajemnicę, tęsknotę, żal. Jest też słowo „metafizyka” dotykające tajemnicy czegoś, co jest poza bytem fizycznym. Peter Brook powiedział, że warto robić teatr, bo on pokazuje rzeczy niemożliwe. W Polsce takie pytania są naznaczone obiegowymi formułkami i kojarzeniem z Radiem Maryja czy księdzem Lemańskim. Jednak pytania religijne są uniwersalne, bo to nie są pytania wyłącznie religijne, a na pewno nie publicystyczne. Teatr nigdy nie jest poza czasem. Teatr ma być widowiskiem, ma nie być nudny, jest trochę jarmarkiem. Połączeniem wysokiego z niskim. Ja, palący, pijący, mający rodzinę zadaję pytania metafizyczne. Jestem normalnym człowiekiem, nie kaznodzieją. Poza tym nie wychowałem się w religijnym środowisku. Pierwszy raz byłem w kościele, kiedy miałem 20 lat. Stało się za granicą, we Francji. Podróżowałem autostopem i podwiózł mnie ktoś ze wspólnoty brata Rogera z Taizé. I tak się zaczęła obecność religii w moim życiu. Natomiast formuła ciągnie się za mną od 1993 roku, kiedy zrealizowałem „Historyję o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” Mikołaja z Wilkowicka. To przedstawienie ukonstytuowało mnie jako reżysera, ale pytany o to, czuję się jak Stanisław Mikulski pytany o Hansa Klossa, o coś bardzo dawnego. Moim aktualnym spektaklem jest „Milczenie o Hiobie” i krążę wokół pytań postawionym w tym przedstawieniu. Ono jest tysiąc razy dla mnie ważniejsze niż „Historyja”. Nie chcę być przypisany do „Historyi”. Nawiasem mówiąc „Historyja” miała tylko trzynaście przedstawień i w sensie frekwencyjnym była klapą, natomiast zebrała później całą garść nagród na festiwalach. Męczyła mnie ta porażka u publiczności i po kilku latach postanowiłem zrobić go ponownie, ale myślę, że nie zrobiłem go lepiej.
Z „Historyją” wiąże się tradycja wystawienia jej przez Kazimierza Dejmka…
Nie mogłem widzieć tego spektaklu i tym bardziej odnosiłem się do niego w najmniejszym stopniu. Nadbudowa religijna w tym spektaklu była dla mnie mniej ważna. W tym tekście zafascynowała mnie forma i koncept, w którym Jezus nawala się w piekle z diabłami. Mam wrażenie, że Mikołaj z Wilkowiecka wrzucił historię biblijną w przeczucie czegoś, co czterysta lat temu nie istniało, w „popkulturę”, a może raczej w ówczesną jej prapostać. Wyciągnąłem z tego konsekwencje i pokazałem to z tłem rockowym i innymi współczesnymi rzeczami popkulturowymi. Dwadzieścia lat temu to był czad. Z kolei, zrobiłem też kiedyś jasełka Dworcu Centralnym, odarte z politury popkulturowej.
Przyznam, że zastanawia mnie dlaczego nie wystawił Pan żadnego dramatu Paula Claudela, uważanego przecież za największego dramaturga katolickiego i do tego giganta dramatopisarstwa…
To nie dla mnie. Uważam go za autora nudnego, pompatycznego, retorycznego, grandilokwentnego. Jako dramaturg nie ma jaj.
Podkreślana jest jednak barwność scenerii, rozmach, egzotyzm jego dramatów, nawet elementy przygodowe…
Może Claudel jest kolorowy, ale jest też anachroniczny i za pobożny, za dewocyjny. To już wolę Kubusia Puchatka, Becketta, Białoszewskiego, Miłosza.
Jakie były Pana pierwsze fascynacje aktorskie? I jakim jest Pan reżyserem we współpracy z aktorami?
Pierwsze fascynacje, to Oleksy, mim teatru Tomaszewskiego i Ryszard Cieślak od Grotowskiego. Aktorów uwielbiam. Doceniam ich trudny zawód, jego wysokie koszty, nie zawsze uświadamiane. Dziś bywają gwiazdami, są popularni, szanowani. Kiedyś chowano ich w niepoświęconej ziemi i z punktu widzenia Kościoła było to zrozumiałe. Zgadzam się z dawnymi proboszczami (śmiech). Aktorzy obwąchiwali tajemnicę, o którą proboszczowie byli zazdrośni. To umieranie co wieczór na scenie, brak ułudy życia zorganizowanego i uporządkowanego. Na co dzień pytają – co ja robię? Pozostała do dziś jakaś dwuznaczność tego zawodu, jego mroki, cienie. I to ciągłe napięcie między wysokim a niskim. Między walką ze sprzączką a Wielą Improwizacją. Zatarcie granicy między realnością a teatrem. Prawie nigdy nie krzyczę na aktorów, staram się traktować ich po partnersku. Powoduje mną w tym i wrodzony temperament i filozofia życia. Nie wiem jaki jest świat. Nie jestem kaznodzieją, ale kimś kto pyta, kto szuka odpowiedzi na zagadki, tajemnice. Nie mówię do aktora: „masz być taki czy taki” w danej roli. Wszystko kształtuje się w trakcie pracy. Dobieram aktorów, których jak mi się zdaje, potrafię na scenie uruchomić.
Należy Pan do generacji, którą zdążyła zobaczyć teatr lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a potem przeszła na drugą stronę brodu. Co Pan myśli o tym teatrze przeszłości?
Nie lubię chwalić dawnych czasów, bo w tle czai się sugestia, że nasze czasy są spsiałe i nie ma indywidualności. Teatr aktorów, których pan wspomniał był inny, na czym innym oparty, czego innego szukał. Język teatru był inny. Tak rozumiana sztuka aktorska schodzi na plan dalszy. Wydaje mi się, że rzemiosło teatralne gdzie indziej się dziś lokuje. Zmienia się rola słowa. Teatr buduje się dziś nie na aktorach, nie na kreacjach. Czasem jest mi markotno, że wartość aktora, który stoi i pięknie mówi jest deprecjonowana, nawet w dobrej wierze. Jak w Starym Teatrze w Krakowie, gdzie głos Jerzego Treli, wielkiego aktora, mówiącego monolog romantyczny, służy za pozytywkę dołączoną do makiety teatru. To jest słabe, to mimowolna zapewne drwina. To sugestia, że przeszłość jest już zamkniętą kartą, z czym bym się nie zgodził.
Przy okazji wątku „religijnego” w Pana twórczości wspomniał Pan o „Milczeniu o Hiobie” wystawionym w Teatrze Narodowym…
„Milczenie” skomplikowane, niszowe, nie jest hitem frekwencyjnym. Powstało w innych inne warunkach zewnętrznych niż „Historyja”. Z zamysłem zrobiłem spektakl niszowy. Tytuł nawiązuje do potocznego rozumienia pojęcia „wieści hiobowe” czyli straszne. Jest w nim Biblia, jest smutek, co oznacza, że zrobiłem to przedstawienie z przekory. Gdybym zrobił coś o pedofilii czy Rydzyku, to by dopiero była frekwencja. Ale ja nie kalkuluję w ten sposób. Jest we mnie coś chłopackiego, jakaś przekora, prywatna gra z powszechnymi modami, z tematami trendy. Aczkolwiek zaznaczę, że jako wierny katolik jestem też porządnym antyklerykałem, jako że inaczej być nie może.
Wystawiony przez Pana „Słomkowy kapelusz” Labiche’a można by potraktować jako ćwiczenie teatralne w formie francuskiej farsy, gdyby nie to, że ten utwór, będący wcieleniem francuskiej lekkości, jakąś manifestacją beztroskiego świata fin de siècle’u, zinterpretował Pan jako smutny. Jak napisał jeden z krytyków, „spod perfekcyjnie przygotowanej, rozegranej w zawrotnym tempie farsy wyzierało jednak drugie, gorzkie dno – efektownego życia trawionego na błahostkach, życiowej głupiej pogoni bez przystanku, pogoni, która przybliża do śmierci”.
Tak, to było smutne widowisko. Wystawiłem farsę Labiche’a, bo używając różnych form teatralnych śpiewam tę samą piosenkę. Pogoń ludzkości za słomkowym kapeluszem, za byle czym, czyli nasze życie. Dodałem do tego Eliotta wzywającego, by nie gonić słomkowego kapelusz, nie biegać za nim. Nie mówiłem tego jako kaznodzieja, bo ja sam też biegam za słomkowym kapeluszem. W przedstawieniu chciałem pokazać napięcie naszej egzystencji, napięcie między Eliottem a słomkowym kapeluszem. A poza tym „Słomkowy kapelusz” jest genialnie napisany.
To psikus zrobiony Labiche’owi czy wydobycie z niego ukrytych znaczeń?
To drugie. Szedłem śladami Ionesco, Becketta, Piny Bausch. Labiche był patronem dla Ionesco czy Becketta. Na dnie Labiche’a jest przeczucie absurdu.
Jako wykładowca reżyserii w warszawskiej Akademii Teatralnej uczy Pan studentów raczej opowiadać o słomkowym kapeluszu czy interpretować Eliotta?
Uczę, że teatr nie może być nudny, ale mam świadomość, że oni są jeszcze za młodzi na lekkie tematy. Lista moich realizacji pokazuje, że nie stroniłem od żadnego gatunku teatralnego, nie wyłączając teatru dla dzieci. Od Kubusia P. czyli Puchatka po Szekspira i inspirację obrazami Jerzego Nowosielskiego Przedstawienia dla dzieci, poza formą, nie różnią się od przedstawień dla dorosłych. Chodzi o to, żeby opowiedzieć o trudnym świecie tak, żeby pięcioletnie dzieci uznały opowieść za swoją. Opowiedzieć dziecku o tajemnicy świata, to duże wyznanie. Dlatego zrealizowałem „Królową Śniegu” Andersena, w przekładzie z oryginału, czyli z duńskiego, podczas gdy dotąd znamy tego baśniopisarza z przekładów francuskich. „Królowa Śniegu” to opowieść chłopcu, któremu zamarza serce. Dziewczynka która go całuje, wyzwala go z tego stanu. Powtórzę na koniec – teatr nie może być nudny.
Dziękuję za rozmowę.

Piotr Cieplak – ur. w 1960. Po studiach na Wydziale Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie i Wydziale Reżyserii w krakowskiej PWST, rozpoczął w 1989 roku pracę reżyserską w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Pracował w Teatrze Współczesnym Wrocławiu, i w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Współpracował z wieloma teatrami, m.in. z warszawskim Teatrem Powszechnym, z teatrem Montownia. Stale współpracuje z teatrem Narodowym w Warszawie. W latach 1996-1998 był dyrektorem artystycznym Teatru Rozmaitości w Warszawie. Zapraszał tam do współpracy młodych wtedy artystów jak Grzegorz Jarzyna czy Piotr Tomaszuk. Laureat nagrody im. Konrada Swinarskiego – przyznawanej przez redakcję „ za sezon 2004/2005, za reżyserię spektaklu „Słomkowy kapelusz” Eugene’a Labiche’a w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie. Laureat Feliksa Warszawskiego dla najlepszego spektaklu w sezonie 2007/2008 za „Opowiadania dla Dzieci” według Isaaka Singera w Teatrze Narodowym. Aktualnie na afiszu Teatru Narodowego jest jego przedstawienie „Królowa Śniegu” wg baśni H.Ch. Andersena.

Montreal – Olimpiada Z PKF przez Polskę i Świat - Opowieść o pracy w Polskiej Kronice Filmowej i życiu w PRL

Jak powstała relacja z Olimpiady, którą uznano za wzorzec relacjonowania sportowych imprez.

W Paryżu najważniejszą sprawą dla władz INA stała się obsługa Igrzysk Olimpijskich w Montrealu. Rozważano różne warianty, utworzono nawet zespół, któremu przewodniczył Colin-Reval, w jego skład weszli najbardziej doświadczeni szefowie kronik: Hans Lipp z „Fox Toenende Wochenschau” z RFN, Pieter M. Buis z „Polygoon Journal” z Holandii i Peter Hampton z „Fox Movietone” z Wielkiej Brytanii. Po długich badaniach i dyskusjach postanowili, że aby obniżyć koszty, INA nie wyśle do Kanady własnych operatorów, ale przyjmie ofertę O.R.T.O – telewizji kanadyjskiej, która będzie codziennie przysyłać do „Fox Movietone” w Londynie 20 minutowy serwis filmowy na taśmie 16 milimetrów, Movietone poszerzy materiał na taśmę 35 milimetrów i wyśle do piętnastu kronik, które przystąpiły do „pool’u”.
Nam to rozwiązanie nie odpowiadało, postanowiliśmy filmować sami. Zaproponowałem wspólny wyjazd Januszowi Kreczmańskiemu, operatorowi, który chrzest bojowy przeszedł w 1972 roku w Monachium i jak nikt w kronice znał się na sporcie. Do Montrealu przylecieliśmy samolotem razem z polskimi sportowcami. Na lotnisku czekał na nas ksiądz! Byliśmy z Januszem zaskoczeni, by nie powiedzieć zaszokowani. Widocznie wielebny dostrzegł nasze zdziwienie, bo wyjaśnił na wstępie, że tak zdecydował minister pełnomocny i konsul generalny PRL w Montrealu, Marian Kruczkowski. Informacja księdza całkowicie nas uspokoiła, ale mimo wszystko w drodze z lotniska rozmowa się nie kleiła. Janusz Kreczmański chcąc przerwać krępującą ciszę, zapytał księdza, czy był w Rzymie na jakiejś imprezie zorganizowanej przez Watykan?
„Pewno pana rozczaruję, ale w tak nabożnych imprezach watykańskich nigdy nie biorę udziału” – oznajmił – tajemniczo się uśmiechając. Odpowiedź zbiła nas z pantałyku do reszty. I może właśnie, dlatego Janusz wypalił bez ogródek: „Pragnę księdza poinformować, że jesteśmy członkami partii.” „Wie pan – powiedział ksiądz łagodnym głosem – mi to nie przeszkadza, polski komunista jest jak rzodkiewka z wierzchu czerwony, w środku biały, wiem o tym coś niecoś, bo pracując w radiu Wolna Europa, wielokrotnie się o tym przekonywałem”.
„Tego nam tylko brakowało – pomyślałem – i zapytałem, kiedy będziemy mogli spotkać się z moim przyjacielem, Marianem Kruczkowskim, konsulem generalnym i ministrem pełnomocnym PRL w Kanadzie”. „Obawiam się, że dopiero po powrocie do Warszawy, albowiem wczoraj pan konsul wraz z małżonką powrócili do Polski”.
Grom z jasnego nieba nie wywarłby większego wrażenia. „Ksiądz raczy sobie z nas żartować” – powiedziałem dość oschle.”Bardzo panów proszę, nie denerwujcie się, opowiem wszystko na plebanii”.
Nasz gospodarz, Andrzej Ćwikliński, był księdzem Kościoła polskokatolickiego, piszę o tym z kronikarskiego obowiązku, bo jak zdążyłem się później przekonać, wierni przychodzili do świątyni księdza Ćwiklińskiego i modlili się równie gorliwie, jak w Kościele rzymskokatolickim, bowiem liturgia była w obu Kościołach podobna, a w drobiazgi nikt tu nie wnikał, tym bardziej, że najbliższa polskojęzyczna parafia Kościoła rzymskokatolickiego zbankrutowała, gdyż nieudolny proboszcz nie zdobył odpowiednich środków na opłacenie podatków i utrzymanie świątyni. Kościół księdza Andrzeja prosperował doskonale, bo miał hojnych sponsorów, a wśród nich wyróżniał się Edward (Eddy) Wrzesiński, milioner polskiego pochodzenia, uznający rząd Polski Ludowej, miał, bowiem w warszawskim rządzie przyjaciół, z którymi przeszedł szlak od Lenino do Berlina. „Uciekł” – tak się kiedyś określało wyjazd za granicę – bez zgody władz, z Polski i w Kanadzie zrobił błyskotliwą karierę, czym zyskał sobie uznanie wielu odłamów skłóconej Polonii.
Po przyjeździe na plebanię, gościnny ksiądz Andrzej, posadził nas za stołem, włączył telewizor i poszedł do kuchni sprawdzić czy panie przygotowały kolację. Z drugiej wiadomości dziennika telewizyjnego dowiedzieliśmy się, że policja Quebeku zabrała ministrowi kultury prawo jazdy, już po raz trzeci, bowiem przekroczył dozwoloną szybkość na autostradzie. Wysłuchaliśmy tej informacji z dużym zaciekawieniem. W naszej ojczyźnie Milicja Obywatelska takich uprawnień nie miała, z pewnością, dlatego, że na polskich drogach kierowcy nie rozwijali nadmiernej szybkości, a poza tym żaden minister nigdy nie prowadził samochodu, bo miał osobistego kierowcę.
Kolacja, wyśmienita, przebiegała w doskonałym nastroju, parafianki dały z siebie wszystko, aby goście księdza Andrzeja poczuli się jak u siebie w domu i jeszcze trochę lepiej. Ksiądz nie miał stałej gospodyni, panie, jak przystało na dobrze zorganizowaną parafię, same ustalały dyżury opieki nad pasterzem!
Tego wieczoru czas upłynął nam na wznoszeniu toastów i opowiadaniu o tym, co dzieje się w ojczyźnie i w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie mieszkała mama księdza Andrzeja. Dopiero następnego dnia ksiądz opowiedział nam o nagłym i niecodziennym wyjeździe konsula generalnego z placówki. Konsul generalny, w poprzednim wcieleniu, był kierownikiem Wydziału Prasy KC PZPR. Wyjazd na placówkę w tamtych czasach nie był, więc nagrodą, a raczej zesłaniem. Po Warszawie, w środowisku dziennikarskim, krążyły różne plotki związane z wyjazdem Mariana do Kanady. Jako kronikarzowi nie wypada mi pisać o plotkach, więc ich tu nie powtórzę, kronikarz powinien zajmować się jedynie faktami? Dowiedzieliśmy się, że konsul generalny opuścił Montreal w „białym kaftanie.” Nie miałem podstaw, by nie wierzyć słudze bożemu, ale przypadek zrządził, że osobiście przekonałem się, iż wielebny Andrzej mówił prawdę. Będąc w konsulacie, pomyliłem drzwi i wszedłem do dużej sali wypełnionej niemal pod sufit jakimś czasopismem. Z ciekawości wziąłem jeden egzemplarz, jak się okazało „folderu” o Polsce wydanego przez konsulat z okazji Igrzysk Olimpijskich w Montrealu. W rozmowie z pracownikiem konsulatu pochwaliłem nawet okładkę, barwną, ze smakiem zaprojektowaną. Mój rozmówca przyjął tę ocenę z obojętnością, jak to dyplomata, pomyślałem.
Dopiero wieczorem po przeczytaniu artykułu napisanego przez Tadeusza Brzezińskiego, ostatniego konsula generalnego Polski przed II wojną światową w Kanadzie, ojca profesora Zbigniewa Brzezińskiego, zrozumiałem, co się stało i dlaczego Marian tak nagle wyjechał, niemal w przeddzień inauguracji Igrzysk. Artykuł napisany według wzorców amerykańskich zaczynał się od konstatacji, że Polska pod rządami Edwarda Gierka rozwija się lepiej i szybciej niż za Władysława Gomułki, wychodzi z zaścianka, otwiera się na Europę i świat. Autor przytoczył kilka pozytywnych przykładów osiągnięć PRL-u. Opis pozytywów ciągnął się do połowy artykułu, a może nawet zajmował więcej tekstu. A potem, nagle Tadeusz Brzeziński zaczynał w artykule zastanawiać się, co by było, gdyby w Polsce zamiast komunistów rządzili demokraci, a nad Polską nie panowali sowieci…
Nie mogłem uwierzyć, że Marian Kruczkowski, człowiek inteligentny, z ogromnym doświadczeniem dziennikarskim, znawca amerykańskiego dziennikarstwa, mógł przeoczyć tak ewidentne, delikatnie mówiąc, nieprzychylne Edwardowi Gierkowi zakończenie artykułu.
Nie mogłem uwierzyć, ale potrafię sobie wyobrazić, jak to się stało. Po objęciu stanowiska konsula generalnego Marian z pewnością spotkał Tadeusza Brzezińskiego na jakimś dyplomatycznym przyjęciu i nawiązał z nim znajomość. Jako człowiek otwarty, świetnie władający językiem angielskim, prawdopodobnie przy okazji spotkań ze „starszym kolegą”, prowadził z nim interesujące dyskusje, także na temat Polski Ludowej. Tadeusz Brzeziński prawdopodobnie w rozmowach nie kwestionował osiągnięć Polski Ludowej, oczywistych i widocznych. To tylko zapyziali antykomuniści nie widzieli w Polsce zjawisk pozytywnych. Ludzie o szerokich horyzontach intelektualnych, a do takich osób należał Tadeusz Brzeziński, nie popadali w zacietrzewienie. Spotkałem za granicą wielu Polaków, a także cudzoziemców, którzy realnie, bez uprzedzeń oceniali sytuację w Polsce, choć nie akceptowali formy rządów. Wyobrażam sobie, że kiedy Tadeusz Brzeziński wręczył artykuł Marianowi, ten „rzucił okiem” na pierwszą, drugą i trzecią stronę, nie doczytał do końca i skierował go, z jemu tylko właściwą nonszalancją do druku. Pracownik, nie czytając wykonał polecenie albo przeczytał, uśmiechnął się w skrytości ducha i wydrukował. Dopiero po ukazaniu się „folderu”, Marian uzmysłowił sobie swój błąd, odwieźli go z lotniska w Warszawie prosto do szpitala.
Przeżyłem dramat Mariana bardzo mocno, jak nieszczęście kogoś bliskiego. Darzyłem go szacunkiem, zawsze ilekroć potrzebowałem pomocy okazywał mi ją jak koledze. Będąc kierownikiem Wydziału Prasy nigdy nie wynosił się nad dziennikarzy. Z jego bratem, Tolkiem, studiowałem na dziennikarce, a przez kilka miesięcy uczyliśmy się nawet w Kaliszu w tym samym liceum, znałem ich ojca, który okazał mi wiele pomocy, gdy w kaliskim starostwie zbierałem materiały do pracy magisterskiej. Postanowiłem, że zaraz po powrocie do kraju spotkam się z nim, tak szybko jak to będzie możliwe.
Przyznaję że to, co zobaczyłem w Montrealu przerosło moją wyobraźnię: dziesiątki kamer telewizyjnych na stadionie, w halach i na basenach. To sprawiło, że musiałem zmienić koncepcję wydania kroniki. Uznałem, że nie możemy konkurować z telewizją, ale możemy pokazać na ekranach to, czego telewizja nawet nie zauważy. Moja propozycja początkowo nie spotkała się z uznaniem Janusza Kreczmańskiego, ale w końcu po burzliwych dyskusjach osiągnęliśmy kompromis… Dodam tu jeszcze, że mając akredytację prasową, mogliśmy filmować określone dyscypliny sportu tylko z miejsc przeznaczonych dla publiczności.
Dzięki ogromnej wiedzy Janusza o sporcie i zawodnikach, którą zadziwiał dziennikarzy w Centrum Prasowym, a także służby porządkowe i hostessy na stadionie i w halach sportowych, bezbłędnie filmowaliśmy polskich i zagranicznych zwycięzców. Miłośnicy sportu, po tragicznych zajściach w Monachium, nie mieli wstępu do wioski olimpijskiej, my mogliśmy tam filmować bez przeszkód, rychło się okazało, że staliśmy się łącznikami między Polonią a reprezentantami kraju.
Do księdza Andrzeja zgłaszali się Polacy zamieszkali w Kanadzie i przesyłali za naszym pośrednictwem „drobne prezenty” sportowcom polskim. W sposób zamierzony i przemyślany filmowaliśmy całą otoczkę związaną z Olimpiadą.
Na obrzeżach stadionu spotkaliśmy polską doktorantkę Uniwersytetu McGill, która sprzedawała różne drobiazgi – pamiątki związane z Olimpiadą. To od niej dowiedzieliśmy się, że młodzież ze wszystkich placówek dyplomatycznych, ucząca się i studiująca, zarabia pracując na Igrzyskach, organizatorzy Olimpiady zwrócili się bowiem do wszystkich ambasad i konsulatów z prośbą o pomoc. Placówki dyplomatyczne krajów socjalistycznych zabroniły swojej młodzieży zarabiania dolarów. Ideologia wzięła górę nad rozumem. W Ottawie, gdzie wraz z księdzem Andrzejem uczestniczyliśmy w przyjęciu, w polskiej ambasadzie z okazji święta 22 lipca poznaliśmy polskiego milionera, który opowiedział nam, jak to z pobudek nie tylko merkantylnych zainwestował w Polsce na początek 100 tysięcy dolarów. Otóż postanowił zamówić w fabryce w Łodzi partię dywanów i sprzedać ją w Kanadzie. Sprowadził nawet do kraju klonowego liścia polskiego artystę, umieścił go w rezerwacie Indian, aby przez miesiąc studiował wzornictwo, po to, by później przygotować projekty z indiańskimi motywami. Artysta wywiązał się z zadania nadzwyczaj szybko. Ale fabryka nie mogła rozpocząć produkcji, bo indiańskiego wzoru nie umieszczono w planach produkcyjnych. Po roku oczekiwania milioner postanowił więc wycofać swoje pieniądze, niestety nie chciano mu ich zwrócić, bo zwrotu wcześniej nie zaplanowano. Czy była to tępota biurokratów, czy celowa polityka zniechęcenia inwestorów polskiego pochodzenia? Trudno powiedzieć. Syn owego milionera studiował w Ottawie, a ponieważ uzyskiwał same celujące oceny, mógł korzystać ze zwrotnego, ale nie oprocentowanego stypendium. I korzystał, przez cały okres studiów wpłacał stypendium na lokatę i uzyskiwał odsetki. Pracował oczywiście na Olimpiadzie.
Syn innego polskiego milionera w czasie wakacji pracował w przedsiębiorstwie swojego ojca jako robotnik za 7,5 dolara za godzinę, anonimowo oczywiście, aby zarobić pieniądze na wyjazd do Europy. – Nie stać cię na to, by zafundować synowi wakacje w Paryżu? – zapytał Janusz. – Oczywiście, że mnie stać, ale mój syn musi poznać ciężką pracę, aby szanował robotników, gdy mu przekażę firmę. Eddy Wrzesiński, który utrzymywał dobre stosunki z ojczyzną chciał zakupić dla swojej firmy budowlanej kilka polskich dźwigów, bo jego zdaniem dorównywały one jakością zachodnim, ale transakcja nie doszła do skutku, polski producent nie mógł dostarczyć części zamiennych w odpowiednim terminie co gwarantowały firmy zachodnie. Te i tym podobne opowieści dawały nam dużo do myślenia. Wróćmy jeszcze na chwilę do Ottawy, na spotkaniu w polskiej ambasadzie, poznaliśmy wielu interesujących Polaków, niestety, czas nam nie pozwalał nakręcić o nich tematów dla PKF.
Po uroczystościach w ambasadzie pojechaliśmy do prywatnego mieszkania radcy handlowego (BRH). Spotkanie przebiegało w bardzo polskiej atmosferze i bez dyplomatycznego protokołu. Zamrożona wyborowa smakowała znakomicie, nie dziwiło mnie, że ksiądz Andrzej nie opuszcza kolejek, sądziłem więc, że w drodze powrotnej samochód poprowadzi jakiś abstynent. Tymczasem za kierownicą siadł ksiądz i ruszyliśmy do Montrealu.
Autostrada, pusta zresztą, biegła przez lasy i nasz kierowca nie zdejmował nogi z gazu. Kiedy tak pędziliśmy, usłyszeliśmy głos policyjnej syreny. Ksiądz natychmiast zwolnił, a kiedy policjant nakazał, by zjechał na pobocze i zatrzymał się, posłusznie wykonał polecenie. Policjant zasalutował, powiedział dzień dobry i poprosił o dokumenty, uważnie je przeczytał, przyjrzał się nam i prowadzącemu samochód, a wreszcie zwracając się do księdza powiedział: ty piłeś. Ksiądz przyznał policjantowi rację i dodał, że wracamy z ambasady, z przyjęcia z okazji narodowego święta Polski. – No, dobrze, rozumiem cię doskonale, ale proszę jedź ostrożnie i nie przekraczaj dozwolonej szybkości. Cała nasza trójka odetchnęła z ulgą, a ksiądz przyrzekł policjantowi, że szybkości nie przekroczy.
Innym razem, gdy w upalny lipcowy dzień ksiądz Andrzej wiózł nas na stadion, a spieszyliśmy się ogromnie, przejechaliśmy puste, boczne skrzyżowanie na czerwonych światłach. Nie wiadomo skąd wyrósł przed nami samochód policyjny. Andrzej (byliśmy już po bruderszafcie) nie miał przy sobie dokumentów, był bowiem tylko w koszuli. Policjant natychmiast połączył się z centralą sprawdził dane i powiedział, iż ksiądz mówi prawdę. Mandatu nie wręczył, gdyż uznał, że zagrożenie spowodowane przez kierowcę było znikome.
Ksiądz Andrzej pomagał nam w realizacji zdjęć, ułatwiał poruszanie się po mieście, dzięki niemu zobaczyliśmy wodospad Niagara, byliśmy w rezerwacie Indian. Do centrum rezerwatu po przekroczeniu bramy prowadziła szeroka aleja, po obu jej stronach stały wigwamy, w których Indianie sprzedawali swoje wyroby i pamiątki nazywane u nas wyrobami ludowymi. Zatrzymaliśmy się przy jednym z takich wigwamów i Janusz zaczął filmować Indianina w pióropuszu na głowie z pięknym orlim nosem. W pewnej chwili Indianin odezwał się do nas: o widzę i słyszę, że panowie z Polski. – Gdzie się pan nauczył mówić po polsku? – W Białymstoku, bo ja jestem Żydem urodzonym w Polsce, tylko moja żona to rodowita Indianka. Ucieszyliśmy się, że nawet tu spotkaliśmy rodaka.
Ksiądz należał do ludzi nadzwyczaj gościnnych, poświęcał nam dużo wolnego czasu, pewnego popołudnia zaprosił nas do kina na film erotyczny, kiedy indziej zaś zaprowadził do lokalu „go, go girls”, gdzie bawiliśmy się doskonale.
Na plebanii często bywali polscy dziennikarze obsługujący Olimpiadę. Ksiądz lubił biesiadować. Często prowadziliśmy z nim długie dyskusje, w których udowadniał nam, że żyjemy w państwie policyjnym. Mawiał: w Polsce paszporty wydaje władza tylko tym osobom, które są lojalne. Tu, w Kanadzie paszport jest prawem obywatela, to władza musi tłumaczyć się przed sądem, gdyby nie wydała Kanadyjczykowi paszportu. Gdy przekraczacie bramę plebanii widzicie napis, że to teren prywatny i każdy to szanuje, nawet policja. Bez nakazu służby porządkowe i policja nie mają prawa tej bramy przekroczyć, a w Polsce? Czy istnieje w Polsce wolna prasa?
Któregoś wieczoru, gdy dyskutowaliśmy o tym, jak świat powinien być urządzony, do salonu wszedł wysoki bardzo dobrze zbudowany mężczyzna z wielkim kartonowym pudłem w ręce. Przywitał się tylko z Andrzejem, wymienili kila zdań, zostawił karton na stole i szybko się pożegnał. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, ksiądz wyciągnął z kartonu ogromną butelkę z uchem, pełną whisky. Wikarego, natychmiast posłał po lód i opowiedział, dlaczego ten wysoki, przystojny mężczyzna, Niemiec, przyniósł mu aż pięciolitrową butlę whisky. – Otóż moi panowie – zaczął opowieść Andrzej- ten pan uczynił to z wdzięczności. „Dwa lata temu rozwiódł się z żoną, ale po dwudziestu dwóch miesiącach doszli do wniosku, że są sobie przeznaczeni i postanowili pobrać się ponownie. Przyszli do mnie i związałem ich po raz drugi węzłem małżeńskim (ksiądz jest w Kanadzie urzędnikiem stanu cywilnego), wszystko odbyło się według woli Bożej i zainteresowanych. Ale po miodowym miesiącu ów pan, którego przed pół godziną widzieliście, przyszedł do mnie z rozpaczliwym pytaniem: „Poradź mi wielebny, co mam robić, abym mógł się kochać ze swoją żoną tak jak Bóg przykazał. Mimo że żyjemy dobrze, pomagamy sobie, rozumiemy się, a sporów nie prowadzimy, gdy kładziemy się w łóżku, a ja pytam żonę czy chce kochać się ze mną, ona odpowiada, że nie ma ochoty. Co mam robić?” „Nie pytać, tylko żonę popieścić, a potem postąpić jak mężczyzna” – poradziłem. Ta butla jest świadectwem, że rada poskutkowała”.
Ksiądz Andrzej nalał do szklanek szkockiego trunku, ksiądz Mieczysław Klekot dosypał lodu, a wszyscy ochoczo wypiliśmy zdrowie szczęśliwych małżonków.
Pewnej soboty ksiądz Andrzej zaprosił mnie na mszę i ślub młodego Polaka, zapewniał, że ceremonia zaślubin z pewnością okaże się dla mnie, dziennikarza, interesująca. Wybrałem się na mszę i oczekiwałem na młodą parę. Na ślubnym kobiercu stanął przystojny, młody, dwudziestoparoletni mężczyzna, którego do ołtarza przywiodła starsza pani – z pewnością matka – pomyślałem, szybko jednak przekonałem się, że jest to panna młoda, Włoszka po pięćdziesiątce. Na zakończenie, już po założeniu obrączek, ksiądz zwrócił się do pana młodego: pocałuj żonę. Młody mężczyzna na ułamek sekundy zawahał się i pocałował ją… w policzek. Na plebanii Andrzej opowiedział resztę historii. Młodzieniec przyjechał do rodziny tylko na trzy miesiące, ale zdobył pracę i szybko zaczął dobrze zarabiać, żal było wracać nad Wisłę. Rodzina znalazła „starą pannę”, Włoszkę, która za pięć tysięcy dolarów kanadyjskich zgodziła się poślubić młodzieńca, z zastrzeżeniem, że koszty rozwodu poniesie małżonek.
Drugi ślub, w jakim uczestniczyliśmy, odbywał się w Toronto. Biskup Kościoła polskokatolickiego wydawał za mąż córkę. Było to wydarzenie na tyle ważne wśród Polonii kanadyjskiej, że na wesele wybrał się osobiście Eddy Wrzesiński. Podjechał pod plebanię białym lincolnem – to nie był samochód, ale „amerykańskie dzieło sztuki”, tak długie, iż się wydawało, że gdy przód skręca w lewo, to tył jaszcze jedzie prosto! A wnętrze – luksusowe – budziło podziw, jak komnata w pałacu szejka: czerwone skórzane fotele, lodówka, telewizor, a deska rozdzielcza z tymi wszystkimi zegarami i czujnikami sama w sobie była oddzielnym zjawiskiem. Taki samochód w Warszawie jeszcze dziś przyprawiłby wielu o zawrót głowy, a my jechaliśmy do Toronto w roku 1976!
Po drodze wielebny Andrzej i Eddy omawiali bieżące sprawy biznesowe wymieniając poglądy i podejmując decyzje. Very reverence Andrzej poinformował Eddy’ego, że w najbliższą niedzielę pojawi się w kościele prezydent Polski na uchodźctwie. Właściciel lincolna powiedział, że tej decyzji nie może zaakceptować, gdyż nie uznaje rządu londyńskiego. I ksiądz Andrzej zapewnił sponsora, że naturalnie powiadomi o tym prezydenta na uchodźctwie. Gdy panowie zakończyli rozmowę na bieżące tematy, Eddy zapytał jak nam się podoba pojazd? Odpowiedzieliśmy, że nadzwyczajnie i w ogóle, że jeszcze takim samochodem nigdy nie jechaliśmy. Właściciel lincolna poinformował nas, że jesienią musi się pozbyć samochodu i kupić inny. Dlaczego? – zapytaliśmy z Januszem niemal jednocześnie. To, kwestia konkurencji i prestiżu – odpowiedział Eddy. Gdybym w przyszłym roku jeździł tym samym samochodem, konkurencja rozpuszczałaby wieści, że moja firma niezbyt dobrze się rozwija i straciłbym klientów.
Gdzieś w połowie drogi Eddy zatrzymał samochód na placyku specjalnie do tego przygotowanym i zapytał, czy mamy ochotę na piwo? A kiedy usłyszał pozytywną odpowiedź, otworzył lodówkę i wyjął cztery butelki prawdziwego, schłodzonego „Żywca”! W Kanadzie pachnącej żywicą zapachniało oddaloną o tysiące kilometrów ojczyzną, naszą ludową. W Toronto przyjęto nas z polską gościnnością, a następnego dnia uczestniczyliśmy w uroczystości zaślubin i przyjęciu weselnym.
Samo wesele przygotowano w stylu polskim, z akcentem na zwyczaje ludowe. Trudno powiedzieć, ilu gości przewinęło się przez sale recepcyjne siedziby biskupa, ale bez przesady można stwierdzić, że mnóstwo. Mieliśmy przegląd całej Polonii w Toronto, tu nikt się nie krępował, więc podziały polityczne i obyczajowe ujawniły się z całą jaskrawością. Kanadyjczycy rosyjskiego i ukraińskiego pochodzenia trzymali się razem i stąd czerpali siłę. Polacy, skłóceni, rozwichrzeni dostarczali tematów do polish jokes. Było nam doprawdy przykro. Janusz Kreczmański o mało się nie rozchorował z irytacji, bowiem „weselnicy” jak tylko dowiadywali się, że przyjechaliśmy prosto z Polski z całą szczerością sięgali do portmonetek i wkładali nam do butonierek zielonego „dulara”…
W czasie trwania Olimpiady Kanada przeżywała dramatyczne zdarzenia. Oto szermierz z reprezentacji Związku Radzieckiego zakochał się w pięknej Ukraince i postanowił zostać w kraju klonowego liścia. Zaprotestowało kierownictwo radzieckiej reprezentacji i wtedy prasa, radio i telewizja wyolbrzymiły problem do niebywałych rozmiarów. Na pierwszych stronach gazet, w informacjach telewizyjnych na pierwszym miejscu pojawiało się pytanie: czy rząd Kanady udzieli azylu zakochanemu chłopakowi? Sportowcy spod znaku pięcioramiennej gwiazdy, sierpa i młota na znak protestu nie wchodzili na podium, gdy zdobywali medale olimpijskie. Ksiądz Andrzej nie dał ponieść się emocjom i ze stoickim spokojem twierdził, że chłopak nie dostanie azylu i wróci nad Wołgę. Związek Radziecki kupuje zbyt dużo pszenicy – wyjaśniał – i Kanada nie zaryzykuje utraty kontraktu przynoszącego gospodarce miliony dolarów. Szermierz radziecki powrócił do ojczyzny Lenina, co się z nim stało prasa kanadyjska nie poinformowała, choć Janusz Kreczmański nie miał najmniejszych wątpliwości, jaką cenę ów młodzieniec zapłaci.
Drugim wydarzeniem, które trzymało w napięciu sportową publiczność Kanady, był finałowy mecz siatkówki między drużyną polską i radziecką. Prasa kanadyjska, nie tylko zresztą sportowa, radio i telewizje nagłośniły finał do granic wytrzymałości. Trener, Jan Wagner, stał się bohaterem mediów, publikowano jego życiorys i wypowiedzi. Podobnie przedstawiano trenera naszych rywali. I choć prasa i telewizja na ogół prezentowały obie drużyny obiektywnie, wyczuwało się, że nieco większą sympatią darzą drużynę naszych rywali. Czyżby znowu zadziałała pszenica? Dla Janusza Kreczmańskiego i dla mnie wielkim wydarzeniem był także finał piłki nożnej. Nasza drużyna „grała o złoto” z drużyną NRD, mieliśmy w tym meczu olbrzymie szanse… Finałowym spotkaniem ekscytowała się nie tylko kanadyjska Polonia, ale także polscy dziennikarze obecni w Montrealu. Nic więc dziwnego, że w dniu meczu polska jedenastka była oblegana przez dziennikarzy z całego świata.
Tuż przed meczem, już w pomieszczeniu na stadionie, polscy dziennikarze otrzymali od trenera, Kazimierza Górskiego, pięć minut na rozmowę z reprezentacją. Najbardziej oblegano Jana Tomaszewskiego, sławnego bramkarza, który „powstrzymał Anglię…” Jeden z kolegów zapytał go wprost: „Panie Janku, iloma golami wygrywamy?” „Jeszcze nie wiemy, za ile gramy” – odpowiedział pan Janek. W Montrealu zdobyliśmy srebrny medal!
Panu Janowi Tomaszewskiemu przypomniałem tę rozmowę dwa lata później w Rosario, w Argentynie, gdy w hotelowej kawiarni siedzieliśmy przy jednym stoliku z nim i Zbigniewem Bońkiem. Ale o tym nieco później.
Wyjeżdżaliśmy z Montrealu pełni wrażeń, bogatsi o nowych przyjaciół. Spakowani, siedzieliśmy przed plebanią, czekając na księdza Andrzeja, który pisał list do swojej mamy mieszkającej w Piotrkowie Trybunalskim. Wtedy na placyk przed budynkiem wjechał samochód policyjny, zaparkował, a siedzący w nim policjanci zaczęli nas uważnie obserwować. Gdy tylko pojawił się gospodarz, wskazałem na samochód i zapytałem, przypominając sobie dyskusje z Andrzejem, ciekawe czy mają nakaz, aby nas obserwować? Ksiądz Andrzej wstał z krzesła i ruszył w kierunku samochodu, chwilę rozmawiał z policjantem, po czym wrócił i powiedział: „Nakazu, aby was śledzić nie mają, dostali jednak rozkaz, by bezpiecznie dowieźć was na lotnisko…”

17 Września – tragizm i pamięć

Kiedy byłem marszałkiem Senatu, rozważano bardzo trudny problem, jak doprowadzić do wyjścia wojsk radzieckich z Polski. Z natury rzeczy nie można było ominąć osoby generała Jaruzelskiego Wtedy zdarzyła się rzecz dziwna. Kiedy prosiłem o audiencję-Generał powiedział: „Pan pozwoli, że ja do Pana przyjdę na rozmowę w cztery oczy…” Była to rozmowa bardzo dziwna. Widać było, że on sam dąży do tego, by wojska radzieckie wyszły z Polski. Walczył sam z sobą, jak można to zrobić…
Andrzej Stelmachowski

Historycy w analizach przyczyn i wnioskach z Września 1939 r., szerzej – wybuchu II-ej wojny światowej, kładą akcent na agresywną politykę Hitlera, mocarstwowe koncepcje oparte m.in. na teorii aryjskiej rasy, zdolnej do panowania nad światem, itp. co wcześniej czy później miało doprowadzić do wojny w Europie. Nie ma podstaw by temu zaprzeczyć. Ale warto zastanowić się nad oceną zachodnich ustępstw wobec wodza III Rzeszy. Można z nich odnieść wrażenie, że Zachód, a konkretnie Wielka Brytania i Francja były na swój sposób przymuszane przez Hitlera do ustępstw politycznych – patrz zajęcie Austrii, Monachium i zajęcie Sudetów Czeskich, krótko potem Czechosłowacji (z hańbiącym Polskę udziałem). Trudno temu poglądowi odmówić w części racji. Należy tu postawić zasadnicze pytanie – jak te dwa państwa rozumiały pojęcie pokoju w Europie? Choć można napisać obszerną rozprawę – skrótowa odpowiedź prowadzi do stwierdzenia – przez pokój rozumiano bezpieczeństwo, eliminację, usunięcie agresji militarnej (czytaj wojny) Hitlera na kraje zachodniej Europy. Oto istota! Natomiast – w domyśle – dopuszczały taką agresję, czyli wojnę w Europie Środkowej i Wschodniej. Wielu z Państwa Czytelników może poczuć się zaskoczonymi taką tezą i zapytać o podstawy. Proszę bardzo. Wielka Brytania i Francja, słusznie uważające się za gwarantów europejskiego ładu po I-ej wojnie światowej, w 1925 r. do zawarły w Locarno układ z Niemcami. Przywracał im równoprawny status w Europie, co niektórzy historycy określają faktycznym traktatem pokojowym kończącym I wojnę światową. Proszę, sięgnijcie Państwo pamięcią, kiedy podobny traktat zawarto z Niemcami po II-ej wojnie światowej i powstała NRF? Czy nie skłania do dopatrywania się analogii, a raczej „historycznej ciągłości” rozumienia pokoju w Europie przez siebie, czyli Zachód? A czy dopuszczał takie pojęcie przez ZSRR-jak myślicie? Temat na odrębną publikację, z akcentem na wnioski dla Polski.
Zachodnie gwarancje dla Polski
Wracam do głównego wątku – układ z Locarno gwarantował Niemcom nienaruszalność granic, ale wyłącznie zachodnich! Tu jest sedno sprawy! Jak to rozumieć w języku polityki? Że oba te kraje nie będą stanowiły zagrożenia dla Niemiec, ale i odwrotnie, „wy też nam nie zagrażajcie”! A co z pozostałymi granicami Niemiec? – to wasza sprawa, mówiąc językiem prostym, zrozumiałym dla każdego. Możecie politykę „rasy panów” realizować w Europie Środkowej i dalej na Wschód. Spodziewam się, że wielu Czytelników przyjęło ten wywód z rezerwą, jako wątpliwy, mając na uwadze choćby traktaty podpisane z Polską. Oto one:
– Francja: konwencję wojskową z Polską podpisała w 1921 r. Odnowiła 19 maja 1939 r. Protokół nadający jej ważność podpisała 4 września 1939 r., proszę przetrzeć oczy;
– Anglicy 31 marca 1939 (po zajęciu Czechosłowacji), udzielili Polsce jednostronnych gwarancji niepodległości (uwaga, nie dotyczyła nienaruszalności terytorium); 6 kwietnia w Londynie Beck i lord Halifax podpisali porozumienie o gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu Anglia zdecydowała się 25 sierpnia, gdyż obawiała się ew. ustępstw Polski wobec ZSRR, po pakcie Ribbentrop-Mołotow. Także proszę przetrzeć oczy.
Oba te państwa już na początku maja 1939 r. wykluczyły możliwość udzielenia nam pomocy wojskowej na wypadek agresji III Rzeszy (po znanej wypowiedzi Becka w Sejmie). Co Państwo o tym myślicie? Cóż z tego, że na początku września wypowiedziały Hitlerowi wojnę. „Francuzi nie będą umierać za Gdańsk” – kto tego nie zna z lat szkolnych w PRL? Za te słowa gen. Charles de Gaulle, Prezydent Francji przeprosił Polaków w 1967 r. Walcząc z nawałą hitlerowską Wojsko Polskie oczekiwało, że po 7-12 dniach, gdy zachodni sojusznicy zmobilizują swoje armie i uderzą na Niemcy, sytuacja militarna ulegnie radykalnej zmianie, na naszą korzyść. Niestety, ulotki zrzucane nad Niemcami i „ruchawki” przygraniczne nie przyniosły Polsce i Polakom żadnej korzyści. Tu ciekawostka-w połowie sierpnia saperzy zaminowali most kolejowy na Wiśle w Tczewie. Miał być wysadzony w momencie wybuchu wojny. U marszałka Rydza natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard, z żądaniem odwołania rozkazu, argumentując, że „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze pokój Europy”. Jasne?
Oczywiście, wspomniany Józef Beck rozważał różne opcje sojuszy wojskowych, także z Niemcami. Maria Dąbrowska np. mówiła o nim – „kanaliowaty Beck” (1934), „hitlerowski fagas Beck” (1936). Generałowie Sikorski i Józef Haller oraz Wincenty Witos – „Niemiecki agent Beck”. Sam szef MSZ, podczas jednej z debat stwierdził : „Może pokonalibyśmy z Hitlerem Sowiety, ale za parę lat paślibyśmy dla niego krowy za Uralem”.
Pierwszy tragizm Września
Że zawiedli sojusznicy we Wrześniu nikt nie ma wątpliwości. To upokarzające, tak z ludzkiego i politycznego poczucia wartości i szacunku. Gdzie, jeśli nie do Francji a potem do Wielkiej Brytanii udawał się przedwojenny rząd? Czy to nie upokorzenie? Kto, jeśli nie ci sojusznicy decydowali o przyjęciu (nie chcieli wpuścić), o składzie rządu gen. Sikorskiego – podkreślam – „składzie”, oczywiście personalnym i politycznym. Tę pigułkę też przełknięto z „godnością”. Sięgnijcie Państwo pamięcią, kto i jak wyrażał się o składach naszych rządów po 1945 r., ile było w tym prawdy, bo „lepiej wiedzący” eksponowali wpływ „wiadomego kierunku”, od początku, od 1944 r. A do kiedy – to ciekawostka, za chwilę. Ale oczywiście wyrozumiale pomijali „szacunek” jakim Zachód darzył rząd londyński, proszę sięgnąć do poprzednich tekstów, choćby „Sprawa zachodniej granicy” czy „Hołd bohaterom”.
Żołnierz polski, walczył w obronie Ojczyzny, obficie płacąc krwią i życiem, liczył na sojuszniczą pomoc. Nie doczekał się. Nie tylko waleczni czołgiści płk Stanisława Maczka, ale i lotnicy i marynarze z konieczności musieli obrać kierunek zachodni. To nie upokorzenie, udawać się do „takiego” sojusznika z wiarą, że teraz będą razem walczyć – o Polskę. Walczyli, jak mówił Churchill o polskich pilotach, że wiele zawdzięczają tak niewielu. W Poczdamie, że „nie należy napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”(to o Ziemiach Zachodnich). A na defiladzie zwycięstwa w Londynie zabrakło dla nich miejsca, potem także – generałowie i oficerowie stali się robotnikami (nie mówiąc o żołnierzach), za co „sojusznikom” nie było wstyd. Ale tu wkroczyła wszechmocna propaganda i polityka, osobny i nie mniej refleksyjny, pouczający temat.
17 Września, drugi tragizm.
Pakt Ribbentrop – Mołotow: o wzajemnej nieagresji, podpisany w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. Jego treść była znana rządowi USA już 24 sierpnia (czyli dzień później). Wkrótce poznał ją Paryż i Londyn, ale nikt nie poinformował Warszawy! Dlaczego? Jak Pakt ten rozumieć? – jako obawę Hitlera, że ZSRR, mimo zaszłości historycznych udzieli Polsce pomocy? Nie o pomoc wojskową szło, potencjał Niemiec wystarczał do pokonania Polski, wspierany przez Słowaków. Chciał wciągnąć ZSRR w podbój Polski, jeszcze ostrzej zaognić nienawiść Polaków. Hitler znał już stanowisko Francji i Anglii – nie udzielą Polsce pomocy.
Być może „prawoskrętni uczeni”, w 80. rocznicę 17 Września upowszechnią tezę o „przeniesieniu rewolucji” na Zachód, wzorem koncepcji Lenina. To bzdura. Na Zachód to dokąd – chyba do granicy z Niemcami. Zmienił się geopolityczny układ, to nie czas i sytuacja z 1918 roku. Może do krajów nadbałtyckich, czy do tego potrzebny Stalinowi ten pakt? Ku czemu więc się skłaniać? W ZSRR znane były teorie narodowego socjalizmu, a poczynania Zachodu wobec Niemiec odczytywano na ogół trafnie. Szło ZSRR o zyskanie na czasie do starcia z Hitlerem, choć ten moment był zaskoczeniem. Warto też zapytać o ocenę ZSRR, jaką mieli nasi wojskowi po podpisaniu paktu o nieagresji tym krajem w 1932 r. Otóż, w kwietniu 1934 r., marsz. Józef Piłsudski na naradzie w GISZ postawił zebranym tu 15 generałom i 4 pułkownikom pytanie-który sąsiad jest najbardziej niebezpieczny dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Po miesiącu były takie odpowiedzi: 3, w tym marsz. Rydz-Śmigły, wskazało na ZSRR; 4 nie miało zdania; 13 wskazało na Niemcy. Wiemy, że dopiero wiosną 1939 r. rozpoczęto planowanie wojny obronnej z Niemcami. O wiele lat za późno.
Władze Polski od traktatu ryskiego nie zmieniły zdania i Rosję (ZSRR) uważały za głównego wroga, tak też opracowywane były plany wojny. Zapomniano, że Rewolucja Październikowa przyczyniła się do odzyskania niepodległości Polski w 1918 r. Rząd radziecki 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski. Nie uczyniły tego ani Austria, ani Prusy, czy mamy im za złe? I cóż z tego – to formalność, bez znaczenia politycznego jak i wojskowego, ktoś powie. Może i formalność, a może nie. Jeśli Józef Piłsudski w 1918 r. podjąłby kroki dyplomatyczne celem „wdrożenia” tych decyzji radzieckich, czy byłaby potrzebna wtedy wojna polsko – radziecka? Jak wyliczył Pobóg-Malinowski („Najnowsza historia Polski”, Londyn, 1967) „od listopada 1918 do końca 1920 r., liczba poległych polskich żołnierzy wyniosła 16 139, zmarłych wskutek ran i chorób – 29 353, zaginionych – 50 700. Razem zginęło więc 96 201, rannych naliczono 110 210. Ofiarami wojny byli przede wszystkim bezbronni. Co najmocniej uderzyło – rzezie jeńców i wyrzynanie osad, kolonii, miasteczek”. Czy doszłoby do tragicznego 17 września?
I znów ciekawostka. Po napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 r., rządy sojuszniczej Anglii i Francji nie nazwały tego nawet agresją. Długo myślano nad treścią not dyplomatycznych, by przypadkiem nie naruszyć swoich dobrych stosunków z ZSRR. Najwcześniej, bo 19 września rząd brytyjski odrzucił tezę Stalina, jakoby państwo polskie już nie istniało. Zaś Francja oczekiwała tylko wyjaśnienia tego zdarzenia. Marszałek Śmigły – Rydz wydał krótki rozkaz: „Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony oraz prób rozbrajania”. Podczas krótkich starć, zginęło ok. 7 tys. naszych żołnierzy, ponad 10 tys. było rannych. Do niewoli trafiło285 tys., w tym ok. 15 tys. oficerów. Armia Czerwona straciła ok. 13 tys. żołnierzy, w tym ok. 3 tys. zabitych, ok. 150 czołgów i ok. 20 samolotów. Przypomnę, że inwazją 17 września ZSRR złamał aż 4 umowy międzynarodowe: traktat ryski z 1921 r. o wspólnej granicy; protokół Litwinowa z 1929 r. o wyrzeczeniu się wojny jako środka rozwiązywania sporów; pakt o nieagresji z 1932 r. oraz konwencję londyńską z 1933 r. dot. definicji agresora, dla których Zachód nie domagał się żadnego respektu. Po prostu – wyrozumiale o nich zapomniał! Nie reagował też na zdarzenia, jakie miały miejsce, np. wywózki na Sybir i inne akty wręcz ludobójstwa na Polakach. Wiele scen opisał prof. Czesław Grzelak w książce „Kresy w ogniu”. Nie wątpię, iż media pokażą tajny załącznik o podziale Polski, załączam więc mapkę. Polska w 1939 r. liczyła 389,7 tys. km2. Niemcy zajęli 188,7 km2. Profesor Natalia Lebiediewa obliczyła, że w ciągu 12 dni działań bojowych, Armia Czerwona zajęła 201 tys. km2, 50,4%, tj. terytorium Polski, zamieszkanych przez ok. 13 mln. Polaków. Z tego do Białorusi włączono 103 tys. km2, do Ukrainy 89,7 tys. km2 oraz do Litwy – 8,3 tys. km2. Beria do Stalina pisał 12 grudnia 1940 r., że od września 1939 do 1 grudnia 1940 r. NKWD aresztowało 407 tys. osób, a wywieziono do Kazachstanu i na północ 275 784 osoby.
Od pewnego czasu w „przestrzeni historycznej” funkcjonuje pojęcie „czwartego rozbioru” (zaboru) w odniesieniu do 17 Września i oczywiście agresji ZSRR, piszę dalej. Proszę zwrócić uwagę przy okazji 80 rocznicy – czy to pojęcie odnosi także do Niemiec?
17 września 1993 – „pamięć wojskowa”
Na ten dzień, ówczesny Prezydent Polski zarządził niezwykłą uroczystość polityczno-wojskową. Na dziedzińcu Belwederu zgromadzili się najwyżsi przedstawiciele władz Polski, dyplomaci i specjalni goście. Ostatni dowódca Północnej Grupy Armii Radzieckiej (PGAR) gen. Leonid Kowalow zameldował Lechowi Wałęsie, wtedy prezydentowi RP – 17 września 1993 r., czyli 54 lata później od pamiętnej daty – o zakończeniu operacji opuszczania Polski (może ktoś pamięta medialne doniesienia i zdjęcia z tej ceremonii przed Belwederem – warto raz jeszcze w zadumie i skupieniu je zobaczyć). PGAR w 1991 r. liczyła 53 tys. żołnierzy, 7,5 tys. pracowników cywilnych i ok. 40 tys. członków ich rodzin. Stacjonowała od 1945 r. w 59 garnizonach, w 21 województwach. Radzieccy, do dyspozycji mieli 13 lotnisk, bazę morską Świnoujście i 6 poligonów. Pierwszy transport z Bornego Sulinowa wyjechał 8 kwietnia 1991 r. Gdyby ktoś z Państwa skojarzył Świnoujście z jeszcze pamiętaną „debatą” o reparacjach wojennych, „poważnie rozważaną” korektą granicy zachodniej-czy oddanie Niemcom tej „wrażej bazy”, nie należałoby uznać za zadośćuczynienie sąsiadowi, ale i oczyszczenie szlachetnej, tak patriotycznej polskiej duszy z takiego „skażenia”, wiadomo czym!
Głównym garnizonem radzieckim w Polsce była Legnica. Pamiętacie ją Państwo Czytelnicy z filmu „Mała Moskwa”, gdzie reż. Waldemar Krzystek wymownie, momentami przejmująco obrazuje życie i losy jego bohaterów, w tym polsko-radzieckie, wojskowe i ludzkie stosunki z mieszkańcami. Lidia Siejrgiejewna Nowikowa spoczywa na cmentarzu, jedyny grób z białego marmuru, palą się znicze, leżą kwiaty. Posprzątany, zadbany cmentarz odwiedzają Rosjanie, Białorusini. Na tym cmentarzu, przy ul. Wrocławskiej 124 spoczywa 2800 Rosjan poległych w walkach. Później chowano tu zmarłych. Wcześniej Żydów i Niemców, 6 listopada1972 r. postawiono pomnik żołnierzom radzieckim.
Legnica została wyzwolona 11 lutego 1945 r. przez wojska 3 A Panc. Gwardii gen. płk Pawła Rybałki. Walki trwały 9-11 lutego. Zniszczenia niewielkie: dworzec kolejowy, zamek ok. 120 budynków, poważnie uszkodzenia 848 obiektów. Są tu duże koszary, budynki mieszkalne – 360 oraz 928 obiektów; lotnisko, węzeł kolejowy. W latach 1945-1947 polscy i radzieccy saperzy rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty na Dolnym Śląsku. „Kwadrat”, zamknięta dzielnica wojskowa w Legnicy. Stacjonował Sztab PGWAR. Przedostatni dowódca gen. Wiktor Dubynin, dom oficera z salą balową i kinem przekazał Kościołowi (metropolita Henryk Gulbinowicz) teraz seminarium duchowne i poradnia małżeńska, przed budynkiem pomnik Henryka Pobożnego, zginął w 1241 r. W willi, gdzie mieszkał marsz. K. Rokossowski mieści się hotel Rezydencja. Gmach b. dowództwa zajmuje ZUS. dawne koszary – to mieszkania, Wyższa Szkoła Zawodowa. Ostatni dowódca, gen. Leonid Kowaliow.
Zanim doszło do tego opuszczenia Polski, krajów b. bloku przez wojska radzieckie – warto przypomnieć kilka faktów. Układ Warszawski rozwiązano 1 lipca 1991 r. w Pradze, podczas ostatniego posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego. Jak wiemy, pół roku później, rozpadł się ZSRR, powstała Federacja Rosyjska. Wcześniej, bo 22 maja1991 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie umowę o wycofaniu wojsk Armii Radzieckiej z Polski. Andrzej Stelmachowski, Marszałek Senatu wspominał – cytowałem wyżej – w Księdze Pamiątkowej, wydanej na 80. urodzin bp Alojzego Orszulika, Łowicz 2009, rozmowę z Generałem, który na jego zapytanie powiedział – Proszę Pana, tu tylko trzeba zaryzykować. Nigdy nikt nie powie, gdzie jest ściana, gdzie już dalej poruszyć się nie można. To jest trochę tak, jakby się na bagnie skakało z kępy na kępę i w pewnym momencie można wpaść i utonąć. Czasem, to bagno udaje się przejść. Takie rzeczy można sprawdzić tylko w praktyce, tylko w działaniu;. „Muszę powiedzieć – wspomina Marszałek – że generał Jaruzelski, odczuł stan wojenny jako osobisty dramat, był już niezdolny do powtórzenia czegoś podobnego”. W moim odczuciu, to dowód, jeden z wielu, jak stan wojenny wrył się w pamięć i poczucie odpowiedzialności Generała za Polskę. Co Państwo myślicie?
Proces wycofywania wojsk radzieckich z Europy rozpoczął się już w 1989 r. od NRD, zakończył dopiero 29 sierpnia 1994 r., jako ostatni. Wojska radzieckie w NRD (marsz. Burłakow) liczyły (1989 r.) 337 tys. żołnierzy, wraz z rodzinami i pracownikami cywilnymi, ok. 540 tys., wyposażone w najnowocześniejszą broń i technikę. Rozmieszczone były w 1026 kompleksach, o łącznej powierzchni ok. 2430 km2. Było w nich 777 miasteczek wojskowych z ponad 36 tys. obiektów mieszkalnych i innych. Niemcy na zorganizowanie ich powrotu do Rosji, przeznaczyli 12 mld marek, w tym 8 mld na budowę domów dla prawie 60 tys. rodzin kadry, 3 mld na wyżywienie 1 mld na koszty transportu. Na terenie Ukrainy, Białorusi i Rosji, zbudowano dla nich ok. 45 tys. mieszkań oraz sfinansowano zdobycie cywilnych zawodów dla 13 tys. kadry. Może nadal dziwicie się Państwo dlaczego obserwujecie taki stosunek tego państwa do Rosji, np. budowa gazociągu przez Bałtyk, „oględne” stosowanie restrykcji czy taktowny udział w obchodach różnych rocznic. Zechciejcie wyciągnąć wnioski.
17 września – historyczna „pamięć duchowa”
Gości zwiedzających Warszawę, a także i wieloletnich mieszkańców Stolicy może zainteresować tablica umieszczona na wejściowej ścianie do Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej na Pradze – Kamionku (naprzeciw dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia), tej treści – Na pamiątkę wyjścia z Polski wojsk rosyjskich, od przeszło dwustu lat mordujących Polaków, tłumiących powstania narodowe 1768-1794-1831-1863. Wojska te, usiłujące odebrać nam niepodległość, zostały pobite u bram Stolicy w 1920 roku. Niestety, okupowały one Ojczyznę po czwartym rozbiorze 1939-1993, szerząc zbrodnie komuny. W dwusetną rocznicę rzezi Pragi, tablicę tę kładzie bp Zbigniew Józef Kraszewski 4 listopada 1994.
Zastanawiam się, co to za powstanie wybuchło w 1768 r. oraz w 1831 r. i jakie noszą nazwy. A może, jak podaje inskrypcja, okres 1768-1863, to pasmo, ciąg 95 lat nieprzerwanie trwających powstań? Czy tak należy rozumieć? Od kiedy wojna obronna 1939 r., po której Polska straciła niepodległość uznana jest za czwarty rozbiór Polski, kto autorytatywnie ustalił Jeśli był to rozbiór Polski, to pojawiają się pytania: – na jakiej podstawie ustalono, że trwał do 1993 r., jaki fakt, wydarzenie uznano, że został zakończony? Czy czas trwania tego rozbioru do 1993 r., oznacza, że: – po pierwsze – nie było państwa polskiego (członka ONZ), np. PRL, ani III RP od 1989 r. Czyli było to „terytorium zaborcze” – jak nazwać, pomóżcie Czytelnicy! Po drugie-że prezydenci PRL i RP: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa są namiestnikami Moskwy; że premierzy rządu III RP: Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Jan Krzysztof Bielecki, byli mianowani przez władze zaborcze, oczywiście w Moskwie. Co na to Lech Wałęsa. Czy tu też „wyznaczano” posłów i senatorów? Po trzecie – dlaczego IPN, zgodnie z ustawą z 18 grudnia 1998 r., znowelizowaną w 2016 ma badać zbrodnie komunistyczne, organów ZSRR do 31 lipca 1990 r., a nie do 17 września 1993 r. Czy ww. prezydenci i premierzy nie powinni ponosić za te „zbrodnie” współodpowiedzialności? Jak to się stało, że pod „zaborem” tak wrażym „urodziła się i przeżyła” Solidarność!
Rezolutny uczeń szkoły średniej – po przeczytaniu tej inskrypcji – może stwierdzić – to Mazowiecki i Wałęsa byli namiestnikami „Ruskich” i słuchali okupantów, zaborców! Proszę, postawcie się Państwo w roli nauczyciela i pomyślcie – co odpowiedzieć takiemu uczniowi? Możecie zastanawiać się, dlaczego uczeń nie zapytał o Jaruzelskiego? Odpowiedź jest prosta, przecież nazwisko – mocą „polityki historycznej”, której czytelną ocenę na łamach Przeglądu prezentuje prof. Longin Pastusiak, serdecznie dziękuję – jest wymazywane z naszej pamięci, ludzi dorosłych i nauczania młodzieży. A może my „dojrzałe pokolenie” mieliśmy słabych nauczycieli historii i religii, sam nie wiem, pogubiłem się.
Proszę mi wybaczyć brak taktu, „wyczucia delikatności”, jeśli zauważę, iż wybierając się do zwiedzenia, warto zabrać znicze i kwiaty, gdyż cmentarz przy Sanktuarium to od kilku wieków miejsce wiecznego spoczynku m.in. gen. Jakuba Jasińskiego, obrońcy Pragi w Powstaniu Kościuszkowskim, rzezi mieszkańców po upadku; Polaków, Szwedów, Niemców, Tatarów, Rosjan, Żydów i innych.
Na zakończenie.
Bez cienia obrazy milionów trzeźwo myślących Polaków warto przypomnieć, jak często na spotkaniach obrazowo przedstawiał lata PRL Generał – „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, byliśmy na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi”. (proszę zauważyć akcent na Kościół).
I takie refleksje, od pewnego czasu niemal na klęczkach, zasłużenie cytowanego Zbigniewa Brzezińskiego. Otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” – odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem” Wystarczy? Natomiast w wywiadzie dla „Polityki” z sierpnia 2006-„Polska nie łapie się nawet na trzeciorzędnego sojusznika USA, a nasz interes polityczny, to jak najlepsze stosunki z Niemcami i Rosją”.
Proszę Szanownych Państwa Czytelników o chwilę namysłu, refleksji. Jesteśmy przed wyborami parlamentarnymi. Która partia – poza SLD, PPS i Lewicą – rozumiejąc położenie geograficzne i „naukę” Historii, wyciąga stąd wnioski, silnie akcentuje ułożenie naszych stosunków z sąsiadami-także z Niemcami (coraz głośniej mówi się o naprawie), z UE oraz ze Wschodem. Takie myślenie przed i przy urnie wyborczej, to w pierwszej kolejności myślenie o nas samych, o naszej, naszych dzieci i wnuków przyszłości. dziś taką rękojmię okazują nam te trzy wyżej wskazane partie. Pamiętajmy 13 października.