Posępne rozmyślania o Leninie

Sto pięćdziesiąta rocznica urodzin Lenina skłania do refleksji dotyczących jego złożonej osobowości, wpływu jaki wywarł na losy Rosji i świata, a także na temat celów jakie sobie postawił i wyników jakie osiągnął. Mimo ogromnej pracy licznej rzeszy historyków i publicystów ciągle brak odpowiedzi na wiele pytań.

Włodzimierz Uljanow był konsekwentnym rewolucjonistą, wrogiem ustroju w którym wyrastał korzystając ze swej uprzywilejowanej pozycji. Kiedy miał dwanaście lat jego ojciec Ilja Nikołajewicz – zasłużony kurator szkolny – otrzymał szlachectwo, które obejmowało całą rodzinę. Stąd też Uljanow w oficjalnych pismach do władz pod nazwiskiem dopisywał – szlachcic (dworianin) z 1882 roku. Pobyt w domu rodzinnym dał mu znajomość języków obcych. Matka Maria Aleksandrowna (z domu Blank) pochodziła z rodziny niemieckiej zamieszkałej w Odessie. Posługiwała się literackim niemieckim i rosyjskim. Samodzielnie opanowała angielski i francuski. Skutecznie przekazywała swe umiejętności lingwistyczne dzieciom.
Włodzimierz Uljanow wiedzę prawniczą wyniósł z uniwersytetu w Kazaniu. Rozległą wiedzę z zakresu ekonomii, filozofii i historii zdobył poprzez samodzielne lektury. Przynależność do stanu szlacheckiego sprawiała, że przyszły Lenin jako przestępca polityczny był traktowany lepiej niż jego współtowarzysze wywodzący się z plebsu. W ciągu trzyletniego zesłania na Syberii, we wsi Suszenskoje zajmował się polowaniem, pisaniem książek oraz tłumaczeniem z niemieckiego i angielskiego na rosyjski. Ze skarbu państwa otrzymywał miesięcznie osiem rubli. Była to kwota skromna, ale wystarczająca na wynajmowanie pokoju w chłopskiej chacie oraz na opłacenie posiłków, które przygotowywała żona gospodarza. Od czasu do czasu otrzymywał pieniądze od matki, która przesłała mu też strzelbę, aby mógł polować. Pobyt w syberyjskiej wsi nie oznaczał zupełnego odcięcia od świata. Uljanow korespondował z wieloma rosyjskimi marksistami, otrzymywał czasopisma i książki z Rosji i z zagranicy.
Fakt, że był bratem Aleksandra – konspiratora straconego za udział w spisku powodował, iż stanowił obiekt specjalnego zainteresowania carskiej policji. Nie było to jednak istotną przeszkodą w jego działalności. Gdy wnioskował o paszport to go otrzymywał i legalnie wyjeżdżał za granicę. Wiele lat spędził w Genewie i w Paryżu. Bywał w Anglii i Szwecji. Odwiedzał mieszkającego na Capri Maksyma Gorkiego. Często grali w szachy. Dobrze poznał Europę Zachodnią. Było to ważne w jego pracy publicystycznej, redaktorskiej, naukowej i organizatorskiej. Praca ta – przy pomocy publikacji przemycanych do Rosji – uczyniła go znanym autorem i przywódcą politycznym. Stał się Leninem. Warto dodać, że nie była ona skuteczną metodą zarobkowania.
Matka Lenina posiadające roczną rentę w wysokości 1200 wymienialnych na złoto rubli ciągle pomagała synowi. Gdy zmarła w roku 1916 znalazł się on w poważnych kłopotach finansowych.
Lenin – publicysta
Z właściwą mu pasją publicysty piętnował Lenin imperialną politykę caratu. W pierwszym numerze „Iskry” (11 grudnia 1900) ukazał się jego artykuł o wojnie w Chinach. „Chciwe łapy europejskich kapitalistów są wyciągnięte w stronę Chin. Prawie pierwszy był rząd rosyjski, który zapewniał o swej bezinteresowności. „Bezinteresownie” zabrał Chinom Port Arthur i rozpoczął budowę linii kolejowej przez Mandżurię pod ochroną rosyjskiego wojska. Kiedy napotykali na opór palili całe wsie, topili ludzi w rzece Amur, rozstrzeliwali i zabijali bagnetami bezbronnych mieszkańców, ich żony i dzieci. I wszystkim tym chrześcijańskim uczynkom towarzyszyły okrzyki oburzenia na dzikiego Chińczyka, który ośmielił się podnieść rękę na cywilizowanych Europejczyków”. (Cyt. za: L. Fischer The Life of Lenin, N. Y. 1964 s. 35)
W początkach I Wojny Światowej pisał: „Jesteśmy pełni poczucia dumy narodowej i stąd szczególna nienawiść do naszej niewolniczej przeszłości, kiedy to arystokraci prowadzili chłopów na wojny mające zniszczyć wolność Węgier, Polski, Persji i Chin i do naszej niewolniczej teraźniejszości, kiedy ci sami obszarnicy, sojusznicy kapitalistów prowadzili nas na wojnę , aby zdusić Polskę, Ukrainę. Nikogo nie można ganić za to, że urodził się niewolnikiem. Ale niewolnik, który nie tylko nie wykazuje dążenia do wolności, ale jeszcze usprawiedliwia i sławi swoje zniewolenie (kiedy uważa np. zdławienie Polski, Ukrainy i t. d. za” obronę ojczyzny” Wielkorusów ), taki niewolnik wywołuje słuszne uczucie oburzenia, pogardy i obrzydzenia” (cyt. za: L. Fischer, s. 86).
Sprawy polskie
Polskim więźniom i zesłańcom Rewolucja Październikowa stworzyła możliwość powrotu i podjęcia działań na rzecz odbudowy Państwa Polskiego.
10 listopada 1918 roku na Dworzec Wiedeński w Warszawie przybyli – Józef Piłsudski i Kazimierz Sosnkowski. Wśród witających był Aleksander Prystor, który „zwolniony z więzienia w Rosji przez rewolucję znalazł się w Warszawie”(W. Jedrzejewicz Józef Piłsudski, Londyn 1993, s. 56).


Wiele lat temu przebywając w Moskwie odprowadzałem na Dworzec Białoruski inż. Romana Wirkutowicza – prezesa Głównego Urzędu Miar a zarazem cenionego znawcę Rosji i języka rosyjskiego. Kiedy wchodziliśmy na peron Wirkutowicz stwierdził: „To najpiękniejszy, najwspanialszy dworzec na świecie. „ Zapytałem, dlaczego tak sądzi. Dowiedziałem się, że w roku 1918 mój rozmówca po sześciu miesiącach pieszej wędrówki z Syberii dotarł do Moskwy. Tutaj, na Dworcu Białoruskim wsiadł do pociągu, który go zawiózł do Warszawy.


W roku 1920, kiedy Armia Czerwona wypierała Polskie Wojsko z Ukrainy Lenin był zwolennikiem marszu wgłąb Polski i dalej, do Niemiec, aby spowodować rewolucję w obu państwach. Jak pisał Louis Fischer (op. cit. s. 392 – 393) byli temu przeciwni – Lew Trocki, Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński i Karl Radek, którzy sądzili, że sytuacja w Polsce nie dojrzała do rewolucji. Podobne stanowisko początkowo zajmował Stalin. Zmienił je, gdy przekonał się o stanowczości Lenina. Urodzony w Polsce Karl Radek w oparciu o rozeznanie zdobyte w czasie pobytu w Polsce i w Niemczech w roku 1918 przekonywał Lenina, że rewolucja w obu państwach byłaby przedwczesna. Bezskutecznie. Natomiast carski generał Brusiłow chętnie by pomógł bolszewikom, gdyż w marszu wgłąb Polski widział szansę na przywrócenie rosyjskiej dominacji. Propozycję tą Trocki przyjął jako obelgę.
Obsesją Lenina była rewolucja. Natomiast dla Polaków – bez względu na poglądy polityczne, zagrożenie bolszewickie było czynnikiem mobilizującym do obrony. Wyruszył na wojnę legionista Władysław Broniewski. Zawodowy oficer, podpułkownik Michał Żymierski – w trakcie tej wojny awansował na pułkownika.


W roku 1950 na zebraniu partyjnym PZPR na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego jakiś student zapytał prof. Jana Wasilkowskiego, co robił w roku 1920. Zapytany wyjaśnił, że w roku 1920 miał 22 lata i jak większość jego rówieśników zgłosił się na ochotnika do wojska, aby bić bolszewików. Prof. Wasilkowski mógł sobie pozwolić na szczerość, gdyż był wówczas rektorem Uniwersytetu i członkiem Komitetu Centralnego.
Pionier gospodarki mieszanej
Kiedy t. zw. komunizm wojenny doprowadził Rosję na skraj bankructwa w lutym 1921 roku Lenin dokonał gwałtownego zwrotu. Była nim tzw. Nowa Polityka Ekonomiczna (NEP). Nieczynne, skonfiskowane sklepy i warsztaty wznowiły działalność. W sklepach pojawiły się nawet francuskie koniaki, które zapobiegliwi właściciele zdołali uchronić przed konfiskatami. Historyk Ronaldo Cameron w następujący sposób przedstawił zakres NEP – u: „Przywrócono prywatną własność drobnych zakładów przemysłowych (zatrudniających mniej niż 20 robotników), zezwalając im na produkcję na rynek, niektóre już istniejące zakłady przemysłowe wydzierżawiono zagranicznym przedsiębiorcom, wydawano też specjalne koncesje na tworzenie nowych zakładów. Ale tak zwane strategiczne punkty gospodarki (wielkie zakłady przemysłowe, transport i komunikacja, banki i handel zagraniczny) pozostały własnością państwa i ono też nimi zarządzało. NEP obejmował też program szybkiej elektryfikacji, zakładanie szkół technicznych kształcących inżynierów i zarządców przemysłu oraz poprawę systemu organizacyjnego państwowego sektora gospodarki. Mimo dalszych trudności w stosunkach z chłopami nastąpił wzrost produkcji zarówno przemysłowej jak i rolniczej. W roku 1926 lub 1927 w dużej mierze osiągnięto jej przedwojenny poziom. „ (R. Cameron Hisstoria gospodarcza świata, Warszawa 1990, s. 393). Tak więc stworzona poprzez NEP gospodarka państwowo – prywatna okazała się efektywna.
W Stanach Zjednoczonych po wielkim krachu giełdowym w roku 1929 podjęte zostały działania antykryzysowe m. in poprzez zakładanie przedsiębiorstw państwowych. Utworzona w 1933 roku Tennessee Valley Authority – korporacja posiadająca uprawnienia władzy państwowej połączone z elastycznością i inicjatywą przedsiębiorstwa prywatnego – stworzyła możliwość rozwiązania problemów gospodarczych w całym regionie. Utworzona w 1935 roku Administracja Elektryfikacji Wiejskiej (Rural Electrification Administration) zapewniła prąd farmerom pracującym w rozproszonych na rozległych terenach gospodarstwach. Przedsiębiorstwo państwowe zrealizowało to, co dla prywatnych było nieopłacalne. (W. Miller A History of the United States, N. Y. 1958, s. 415)
Przedsiębiorstwa będące własnością władz federalnych, stanowych i lokalnych stopniowo nadawały gospodarce amerykańskiej charakter gospodarki mieszanej. Nacjonalizacja kluczowych sektorów przez rząd Partii Pracy oznaczała kształtowanie gospodarki mieszanej w Wielkiej Brytanii. Ważne koncerny państwowe funkcjonują m. in. we Francji i w Austrii. Niektóre z nich uczestniczyły w programie polskiej prywatyzacji.
Warto przypomnieć, że ważnym wydarzeniem roku 1936 było opublikowanie dzieła Johna M. Keynesa Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza zawierającego teoretyczne koncepcje oddziaływania państwa na gospodarkę. Koncepcje te rozwijali i popularyzowali m. in. noblista Paul A. Samuelson i John K. Galbraith.
W świecie współczesnym najpoważniejszych argumentów na rzecz efektywności gospodarki mieszanej dostarczyła wielka chińska reforma zapoczątkowana w roku 1978. Niektórzy autorzy porównują tą reformę z NEP – em. W perspektywie historycznej Lenin jawi się im jako pionier gospodarki mieszanej. Należy jednak podkreślić, że reforma chińska wynikła ze specyficznie chińskich doświadczeń a nie z historycznych doświadczeń Rosji.
Ameryka, Taylor i Hammer
Lenin zdawał sobie sprawę ze znaczenia Stanów Zjednoczonych dla modernizacji Rosji. Amerykańskie firmy sprowadzały maszyny i urządzenia, których w Rosji nie było. Rosyjscy inżynierowie i robotnicy zdobywali w tych firmach unikalną wiedzę i doświadczenie. Dlatego też w roku 1818 zakłady należące do takich koncernów jak International Harvester, Singer Sewing Machine Company i Westinghouse Brake Company nie zostały znacjonalizowane. W okresie istnienia Związku Radzieckiego wielokrotnie cytowano powiedzenie Lenina, że komunizm to władza rad plus elektryfikacja całego kraju . Cytat ten był nadmiernie skrócony. Prócz władzy rad i elektryfikacji Lenin wymienił jeszcze dwa „plusy” – niemiecki porządek dróg żelaznych i amerykański system powszechnej oświaty.
W XIX wieku dominujący w Ameryce protestanci traktowali na serio wymóg codziennego czytania Biblii. Protestant nie mógł być analfabetą. Do nauki czytania i pisania potrzebni byli oczywiście nauczyciele, których kształcono w wyższych uczelniach pedagogicznych (teachers’colleges). Z czasem stawały się one uniwersytetami stanowymi. Gęsta sieć szkół i uniwersytetów miała ogromny wpływ na szybki rozwój gospodarczy byłej kolonii brytyjskiej.
Lenin podobnie jak inni obserwatorzy amerykańskiej rzeczywistości był zachwycony amerykańskim zmysłem praktycznym oraz wynikającą z tego zmysłu skutecznością w pracy. Zachwyt ten podzielał m. in. Stalin, który w kwietniu 1924 roku powiedział: „Amerykański zmysł praktyczny jest… odtrutką na „rewolucyjną” maniłowszczyznę i fantastyczne improwizowanie. Amerykański zmysł praktyczny – to owa nieugięta siła, która nie zna i nie uznaje przeszkód, która swą rzeczową uporczywością obala wszelkie przeszkody, która musi doprowadzić do końca już rozpoczęte dzieło, jeśli nawet jest to dzieło niewielkie, i bez której nie można sobie wyobrazić żadnej poważnej twórczej pracy. […]Połączenie rosyjskiego rozmachu rewolucyjnego z amerykańskim zmysłem praktycznym – oto istota leninizmu w pracy partyjnej i państwowej”. (J. Stalin O podstawach leninizmu. Przyczynek do zagadnień leninizmu, Warszawa 1949, s. 176 – 177).
Uwagę Lenina przyciągały metody efektywnej pracy produkcyjnej opracowane przez amerykańskiego wynalazcę i jednego z pionierów wiedzy o zarządzaniu – Fredericka Taylora. Lenin był zdania, że tayloryzm to metoda wyciskania potu z robotnika, ale jednocześnie to ostatnie słowo w naukowej organizacji pracy. Ta ocena sprawiła, że tayloryzm w ZSRR stosowny był dłużej aniżeli w USA. Po roku 1945 znalazł zastosowanie w powojennej odbudowie Warszawy w postaci „trójek murarskich”. Tyle, że ówczesna propaganda głosiła, że „trójki” to pomysł radzieckich robotników – innowatorów. W roku 1966 w wywiadzie prasowym polski pionier „trójek murarskich” Michał Krajewski oddał sprawiedliwość Taylorowi. Krajewski imponował nie tylko sprawnością w pracy, ale i niezwykłym oczytaniem. Do lektur tego samouka należała m. in. Emanuela Kanta Krytyka czystego rozumu.
Jednym z ważnych zagranicznych rozmówców Lenina okazał się młody amerykański lekarz Armand Hammer. Dzięki protekcji Lenina stał się przedsiębiorcą, który po latach zyskał przydomek – „ukochany kapitalista Kremla”.
Zwiedzając Moskwę Hammer widział w sklepach duże ilości futer dostarczanych przez syberyjskich myśliwych i szlachetnych kamieni znalezionych na Uralu. Nikt ich nie kupował. W tym czasie w głodującej Rosji brakowało zboża. Hammer doprowadził do wielkich transakcji barterowych. Do Ameryki popłynęły statki z futrami i kamieniami szlachetnymi. Do Rosji statki transportowały zboże. Prowizje od tych transakcji stały się zaczątkiem ogromnej fortuny Hammera.
Kiedy w Ameryce ustanowiono radzieckie przedstawicielstwo handlowe pośrednik nie był już potrzebny. W tej sytuacji Hammer założył w Moskwie nowoczesną na owe czasy fabrykę ołówków. Kampania walki z analfabetyzmem stwarzała na nie ogromny popyt. Po latach, kiedy Lenina zabrakło a Stalin umocnił swą władzę i zlikwidował NEP Hammer przezornie powrócił do Stanów Zjednoczonych.
Fanatyczny dogmatyk czy bezideowy pragmatyk?
Na temat Lenina i leninizmu napisano tyle książek, że prawdopodobnie trzeba by je umieścić w dwóch dużych szafach bibliotecznych. Jedną wypełniałyby książki autorów dowodzących, że Lenin był fanatykiem niezdolnym do wyjścia poza uznawany przez siebie system dogmatów. W drugiej znalazłyby się książki dowodzące , że był pragmatycznym politykiem, taktykiem dla którego ideologia nie miała istotnego znaczenia. Warto podkreślić, że autorzy reprezentujący zarówno jedną jak idrugą szkołę myślenia podali liczne dowody i poważne argumenty.
Zniuansowaną charakterystykę Lenina przedstawił jego biograf Louis Fischer: „Lenin był dyktatorem, ale nie takim dyktatorem jakim później stał się Stalin. Stosował maksimum przemocy i minimum miłosierdzia wobec ludzi, których uważał za swych wrogów politycznych; tych którzy kwestionowali monopol władzy partii komunistycznej i jej zarządzenia. Jednakże wewnątrz bolszewickiego aparatu władzy swą uporczywą perswazją powodował zmęczenie swych komunistycznych oponentów, w najgorszym razie ich dymisjonował, czasami usuwał z partii. W rzadkich przypadkach stosował banicję, ale nie wysyłał przed pluton egzekucyjny. Dyktował siłą woli, wytrwałością, witalnością, przewagą intelektualną, talentem kierowniczym, wigorem polemicznym, zmysłem praktycznym i perswazją. Władza sama w sobie jest potężnym argumentem, a używana przez tak chytrego polityka jak Lenin z jego prestiżem i sukcesem (ocalił rewolucję bolszewicką) była wystarczająca do przezwyciężania antagonizmów w partii. Na oponentach robiła wrażenie jego lotność umysłu. Jego nieposkromiona determinacja zniechęcała ich do działania. Wiedzieli, że nie można go pokonać. Po podjęciu decyzji nie ustępował ani na jotę. Nigdy się nie wahał podjąć decyzję. Był silny a jego polityczna zbroja nie miała śladów słabości. Nikt nie mógł mu zarzucić, że chciał coś dla siebie. Żaden inny bolszewicki przywódca (Trocki, Rykow, Dzierżyński, Stalin, Kamieniew, Bucharin czy Zinowjew) nie posiadał nawet ułamka leninowskiej pewności siebie będącej owocem fanatyzmu. Ale fanatyzm temperował on trzeźwością spojrzenia. Przyznawał się do błędów gdyż jego pozycja była niepodważalna. Dobrze traktował krytyków i tym ich rozbrajał. Jednowładcze przywództwo, odporne na popularne veto było jego najwyższym prawem. Rosja znała ten system od wieków. On go udoskonalił. Lenin zasiadł na Kremlu z powodu niedbałego luzu carów i Kiereńskiego. On tego rodzaju postawy nie tolerował. „ (L. Fischer op. cit. s. 524).
W pracy Państwo i rewolucja Lenin zapowiadał egalitaryzm płacowy i zniesienie wszelkich przywilejów. Przewidywał proces obumierania państwa. Po dojściu do władzy zalegalizował przywileje i zróżnicowanie płac. Aparat władzy rozszerzał się. Państwo kontrolowało coraz więcej dziedzin ludzkiej egzystencji. I było bardziej represyjne niż carskie imperium.
Lenin uczynił wiele dla poprawy warunków egzystencji robotników. Tyle, że nie w ZSRR lecz w świecie kapitalistycznym. Widmo rewolucji bolszewickiej znane jako „czerwony postrach” (red scare) skłaniało do ustępstw płacowych i poprawy warunków pracy nawet bardzo skąpych i upartych kapitalistów.
Awans społeczny
Zapoczątkowana przez Lenina społeczna reakcja łańcuchowa – od likwidowania analfabetyzmu do masowego kształcenia lekarzy, oficerów. inżynierów i pracowników nauki oznaczała ogromną zmianę warunków i stylu życia milionów ludzi. We wstępie do Manifestu komunistycznego jego autorzy wygłosili wielką pochwałę burżuazji, która ze zdumiewającą szybkością zmieniała świat, która nie może istnieć bez ciągłego rewolucjonizowania narzędzi pracy i która wyzwoliła znaczną część ludzkości od „idiotyzmu życia wiejskiego”. W Związku Radzieckim nie burżuazja lecz władza bolszewicka mobilizowała do nauki i pracy w mieście. Dla młodych ludzi wydostanie się z nędznego i prymitywnego wiejskiego bytowania było awansem, który sobie cenili. Stąd też wielu z nich gloryfikowało Lenina i akceptowało radziecką propagandę. Niektórzy z nich weszli do struktur stosujących terror bądź z nimi współpracowali. W swoim czasie sowietolodzy dziwili się zdumiewającemu połączeniu terroru i entuzjazmu w społeczeństwie radzieckim. Połączenie to miało swoje uzasadnienie.


Zdaniem Fischera gdyby Uljanow nie stał się Leninem, który wszedł do historii mógłby zostać profesorem ekonomii, wziętym adwokatem lub arcymistrzem przy szachownicy. Gdyby istotnie coś takiego się wydarzyło żylibyśmy w innym świecie.
Tylko czy byłby to świat lepszy czy gorszy?

Księga Wyjścia (56)

Ballada polska.

Zanim przejdę do tematu pochwalę się trochę. Niebawem wyjdzie kolejna moja książka. Tym razem to opowieść pewnej krętej drogi. I tej prawdziwej i metaforycznej. Będzie to tryptyk, droga na dno, przez dno, mozolny powrót do uczciwości i normalnego życia. Będzie wplecionych kilka opowiadań, ale one również inspirowane są prawdziwymi zdarzeniami. Jest już gotowa i złożona w wydawnictwie. Czeka więc spokojnie na druk. Gdy tylko się ukaże natychmiast o tym poinformuję.
Przyjechałem do Warszawy, żeby dopiąć wszystkie te sprawy, myślałem, że oderwę się od polityki, która ma już takie ciśnienie, taką przedwyborczą bezwładność, że swą siłą przebiła sufit. Dowiedziałem się, że jestem Pisowskim trollem, głupkiem, zwolennikiem dyktatury, chamem z wiochy, tępym burakiem itp.
A wszystko to z powodu niezbyt istotnego wydarzenia, jako m są wybory prezydenckie. Oczywiście z mojego punktu widzenia. Bo prezydent, ani niewiele może, ani niewiele zmieni, a i tak wywodzi się z tego samego pnia co całą dawna Solidarność
Przez ostatnie trzy dni dowiedziałem się o sobie naprawdę bardzo dużo. Non stop pikały mi powiadomienia, ze ktoś gdzieś mnie oznaczył w komentarzu obrzucając stekiem obelg. 
Czym sobie na to zasłużyłem. No nie zachwycałem się gwiazdą, czyli Rafałem Trzaskowskim. Ale nie żebym pisał o nim gorzej niż o Dudzie. Ot, zwyczajnie, najpierw publicznie napisałem co myślę o polityce i politykach. Rozważałem publicznie, czy przegrana Dudy nie leży w interesie PiSu. Wiem, że wszyscy podniecają się wynikiem już teraz, tak jak alkoholik, który musi napić się teraz, musi wypić kieliszek jeśli tylko stoi pełny, zamiast zaczekać tydzień i dostać całą beczkę wódki.
Dlaczego miałoby im zależeć. Przyczyn jest kilka, wprowadzą do Warszawy komisarza, a jeśli dorwą się do stołecznego ratusza, już go nie odpuszczą. PiS zaczyna pękać, coraz więcej niepokornych wobec prezesa, elektorat rozleniwiony.
Znacznie łatwiej będzie im zmobilizować wyborców gdy Platforma wygra te wybory. Zwróćcie uwagę, co zrobił Duda, ułaskawił pedofila podczas kampanii. Ktoś mu te dokumenty podsunął, a wiadomo że takie rzeczy wychodzą jako pierwsze i bulwersują wszystkich, więc żaden sztab by na to nie pozwolił. Ktoś mu te dokumenty dał do podpisania. A Andrzej Duda słynie z tego, że podpisuje wszystko co tylko przyniosą z Nowogrodzkiej.
PiS przed samymi wyborami odpali reprywatyzację, zwróci kilka kamienic i zrobi sobie świetną kampanię.
Pamiętacie, w 2015 roku gdy pokazali Kaczyńskiemu że Duda wygrał, nie wydawał się tym zachwycony. Oczywiście, jeśli wygrał to to wykorzystali.
Ale jakie teraz mogą być scenariusze. Na obecną chwilę osiągnęli wszystko na czym im zależało. Więc Trzaskowski w pałacu, senat teoretycznie opozycyjny i cóż to zmienia, kiedy realna władza jest w Sejmie.
Wariant pierwszy, jeszcze przed wyborami do Sejmu. Powiedzą chcieliśmy zrobić to i to, ale sami widzicie, blokują nas. Wtedy wyciągną kartę reprywatyzacyjną i zagrają zwrotem kamienic. To jest to co im nie wyszło podczas kampanii Jakiego.
Wariant drugi, społeczeństwo zmęczone tą przepychanką poszuka kogoś na ich miejsce.
Ponieważ potencjał jest tylko w Konfedetacji, wygrana Trzaskowskiego otworzy im drzwi władzy. A wtedy możemy się powoli pakować, bo po nas przyjdą. I ani senat, ani prezydent nas nie uchroni.
Najlepszym wyjściem byłoby, gdyby PO się rozwiązało. Wraz z brakiem tego oficjalnego wroga, a cichego koalicjanta, PiS w naturalny sposób sam się rozpadnie. Tak sobie rozważałem.
Aż tu nagle wyzwiska. Z każdej strony. Od prawej do lewej. Ludzie zaczęli mieć pretensje, że nie klaszczę wraz z nimi skandując „Trzaskowski na prezydenta”. Po pierwsze mam wątpliwości. Obawiam się, że przedstawione scenariusze są całkiem realne, a po drugie jestem socjalistą. RT to kandydat partii prawicowej. Jakże mógłbym oddać na niego swój głos. Zarówno na niego jak i na Andrzeja Dudę. Wymuszanie i emocjonalny szantaż wśród bliższych i dalszych znajomych powinien być karalny. Demokracja wciąż działa, nie ma cenzury, są wolne wybory, a świadome niegłosowanie jest również obywatelskim wyborem.
Ale uroili sobie, że w imię wyższego dobra, które sami określają i będą mnie wyzywać licząc na to, że się zamknę. Bo tak naprawdę tu nie chodziło o mój głos, tylko o tych, którzy rozmowę czytali. Jak się okazuje opozycja demokratyczna nie zawaha się złamać zapisów konstytucji by to osiągnąć, a szantaż i zmuszanie łamie nie tylko konstytucję, ale deklarację praw człowieka z 1948 roku.
Bo wszystko to w ramach „przepełnionej tolerancją” akcji dobroczynnej przekonywania, że kandydat prawicy, jest lepszy niż kandydat… prawicy.
Nie napisałem na kogo będę głosował, odciąłem się od obu, ale to już wystarczyło, by przypisać mnie do zbioru PiS. Zaczęło się niewinnie, zwyczajnie wrzuciłem post, gdzie napisałem rożne możliwe scenariusze i konsekwencje takiego, a nie innego wyboru. Zawsze wydawało mi się, że potrafię pisać tak, by tekst był przejrzysty i zrozumiały dla każdego. Zacząłem w to wątpić. Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że większość ludzi czyta życzeniowo i wyciąga wnioski, których nie ma. Wciąż jestem w szoku jak można tak dać się omamić tylko po to, by ktoś dorwał się do jakiegoś stołka.
Rozważałem nawet czy nie jest to typowy syndrom kibola. Kilka bolą alkoholika – jak wyżej napisałem. Kto nie z nami ten przeciwko nam.
Dochodzę do wniosku, że w Polsce potrzebna jest dyktatura, bo skala emocji jest zatrważającą. Na szczęście jest to jeszcze zamknięte w cyfrowym świecie fejsbuka, ale czy tam zostanie, czy nie wylezie do realu? Pamiętam lamenty i protesty jakie były, gdy Kwaśniewski wygrał z Wałęsą. Rany, co się wtedy działo. Ludzie wróżyli armagedon. Robili to na rożnych marszach, wiecach, spotkaniach a podgrzewała prasa związana z Solidarnością, kościoły – te to w każdej awanturze politycznej i każdej zbrodni na tym tle maczały swoje paluchy.
Od Narutowicza, po Adamowicza. Wtedy wyglądało to groźnie, gdyby spadła jakaś iskra w nieodpowiednie miejsce, mielibyśmy krwawe rozruchy. Teraz jest gorzej, bo mamy media społecznościowe. Jest grupa ludzi, patrząca z góry na innych, to elita z wielkich miast. Druga grupa, to ludzie wsród których statystycznie jest więcej mieszkańców prowincji, polski „B”, a nawet „C”. 
Jedni gardzą drugimi, drudzy nie pozostają dłużni. Nie można się odciąć od tej wojenki, bo przypisują zaraz do grupy przeciwnej i traktują jako wroga.
Oczywiście nie wszyscy, ale właśnie oni są najgłośniejsi.
Więc do Was nich się zwrócę jesteście ohydni?
Ja jestem odporny i mam grubą skórę, ale wyobrażam sobie ilu ludzi musieliście zaszczuć, ilu zmusiliscie, posługując się prymitywną techniką walenia po emocjach. Przecież to zwykły gwałt na wolnej woli i wolnym wyborze. A co do kandydatów, cóż zarówno jeden jak i drugi są siebie i Was – warci.
Wprowadziliście cenzurę, wiele osób boi się napisać co naprawdę myśli, żeby tylko nie wyjść na chama czy prostaka ze wsi. Zmuszacie ludzi, by zagłosowali na kogoś, kto deklarując tolerancję i równouprawnienie twierdzi, że ma zbieżnie poglądy z Andrzejem Dudą pod względem adopcji dzieci przez pary jednopłciowe.
Pomijając już fakt, że prawa człowieka nie podlegają negocjacjom, dyskusji czy poglądom, to zwróćcie uwagę, że dzień pózniej Liga Polskich Rodzin wystosowała uchwałę popierającą Trzaskowskiego. Z daleka wygląda to na ustawkę, podobnie jak krążący w necie film, gdzie jakiś burak zrywa jego plakat wyborczy z ogrodzenia czyjejś posesji. Może jest prawdziwy, ale przy nienawiści której doświadczyłem, zaczynam wątpić. Dobrzy przyjaciele powyrzucali się z grona znajomych, w imię czego? Żeby kto inny brał pensję?
Każdy kto wymusza na kimś zachowanie – jakiekolwiek jest przestępcą, przemocowcem. Wy natomiast moi drodzy, jesteście bandą konformistów, którzy twierdząc, że idą pod prąd, boją się sprzeciwić tej antyludzkiego deklaracji. Wydaje się Wam, że popierając tego a nie stanięciem niego staniecie się elitą.
Nie, jesteście jej karykaturą. Pod jednym z postów zabrał głos znany poseł Michał Szczerba, całkiem kulturalnie odniósł się do pewnej dyskusji która dotyczyła bojkotu tego plebiscytu napisał: „Bojkot to głos na Dudę. Zachęcam serdecznie do zmiany decyzji”. Grupa lewicowych działaczy napisała, ok, to negocjujmy, zagłosujemy pod warunkiem – i spisaliśmy postulaty. Poseł Szczerba nawet się nie odniósł tylko wykasował komentarz i cały wątek dyskusji. Ale czujność rewolucyjna nauczyła nas robić screeny takich wpisów. Zwłaszcza polityków parlamentarnych, więc się nie wyłga.
Przez ostatnie trzydzieści lat tylko dwa razy głosowałem w wyborach prezydenckich. Raz na Aleksandra Kwaśniewskiego w pierwszej turze, a potem na Piotra Ikonowicza. Ten urząd jest bardziej symboliczny i jedyne co daje, to otwiera możliwość promowania swojego ugrupowania. Więc przypomnę, oba prawicowe ugrupowania wywodzą się z tego samego pnia, który zafundował wam likwidację miejsc pracy, prywatyzację, reprywatyzację i całe zło, które dotknęło ten kraj w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Wciąż głosujecie na ugrupowania, które składają się z ludzi.
Oni już wielokrotnie byli u władzy i doprowadzili kraj na skraj ruiny. Oczywiście nie wszystkich, bo niektórzy, zwłaszcza działacze dawnej Solidarności tak się poustawiali, że majątku wystarczy jeszcze dla ich prawnuków. Wybory prezydenckie to rodzaj igrzysk, gdzie od czasów Aleksandra Kwaśniewskiego, wszyscy inni kandydaci proponowani przez SLD mają jakiś kompleks PRL. Tego PRL, które odbudowało kraj po wojnie, wprowadziło powszechne szkolnictwo, bezpłatną opiekę zdrowotną i zlikwidowało bezrobocie. Gdzie każdy miał równe szanse. Czy sądzicie, że tacy autorzy jak Stachura, Hłasko, Wojaczek mieliby szansę przebić się teraz w meistrimie? W meistrimie, gdzie króluje kicz, tani erotyzm, polskie kalki zachodniego kiczu?
Jeśli wydaje się Wam, że jesteście lepsi niż człowiek, który ma mniej pieniędzy, bo nie kradnie, to gratuluję samopoczucia. I mam nadzieję, że nie spotkamy się po różnych stronach barykady, jeśli ten niekontrolowany bunt wyjdzie poza przestrzeń cyfrową.

Polska w Układzie Warszawskim

„W sytuacji równowagi bezpieczeństwa stron, a w istocie równowagi strachu – polski komponent, w szczególności nasze centralne położenie, potencjał ludnościowy, gospodarczy, militarny – stanowił jeden z kluczowych czynników tej równowagi”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Miesiąc temu minęła tzw. okrągła, bo 65 rocznica powstania Układu Warszawskiego (UW), nie miałem zamiaru pisać okolicznościowego tekstu. Skłoniły mnie ku temu pytania części Czytelników, wskazując, że temat „politycznie martwy”, jest interesujący dla części osób zajmujących się przeszłością Polski. Były głosy mające znamiona przestrogi. Nie pamiętanie o rocznicy będzie odczytane przez prawoskrętne piśmiennictwo, że ukrywany jest „wstydliwy fakt” z okresu PRL. Rzeczywiście, to przekonujące argumenty – oczekiwanie wiedzy i podejrzenie o „skrywanie”, świadome pomijanie i dawanie asumptu do krytyki.
Drugim, nie mniej ważnym powodem jest dość szeroki odzew na ostrzegawczy tekst Pana Andrzeja Ziemskiego pt. „Broń jądrowa w Polsce?” (25-26 maja 2020). Wprawdzie na ten tekst „odpowiedziałem” publikacją -„Plan Rapackiego” ( 29-31 maja), sygnalnie odnosząc się do kwestii UW. Nie mniej inspirujące myśli z logicznie motywowanych argumentów Pana Andrzeja i Państwa Czytelników są istotnym czynnikiem, by szerzej przedstawić miejsce, rolę Polski w UW, ówczesne uwarunkowania i dokonać ich oceny z dystansu ponad półwiecza.
„Inspiratorzy” Układu
Być może niektórzy przyjmą z niedowierzaniem stwierdzenie, iż Zachód, konkretnie USA i W. Brytanię uznaję „inspiratorami” utworzenia Układu Warszawskiego. A czynnikiem tym nie było utworzenie NATO, pisałem we wspomnianym tekście „Plan Rapackiego”. Ze strony ZSRR nie było faktycznego powodu do jego utworzenia, jako zbiorowego „środka obrony” przed „agresją” ze Wschodu. Mówiąc wyżej cytowanymi słowami Generała, nie było „sytuacji równowagi strachu” dla Zachodu. Nikt trzeźwo myślący nie uzna „propagandowych argumentów” rzeczywistymi dowodami polityczno- militarnych decyzji, wiedząc, kto je „produkował” i rozpowszechniał, o czym pisałem. Proszę, by Państwo uważnie „wczytali” się w tę ocenę-„Atlantycki blok militarny… tworzono nakładem ogromnych kosztów i środków materialnych, w imię rzekomej obrony „ideałów zachodniego świata”, przed „grożącą ze wschodu agresją”. Pokojowa polityka Związku Radzieckiego i krajów socjalistycznych obaliła od podstaw te absurdalne mity, dowiodła w całej rozciągłości, że ostatecznym rezultatem obrony owych ‘ideałów’ stało się przekształcenie państw NATO w posłusznych satelitów USA, bez reszty wciągniętych w nurt niebezpiecznej polityki Waszyngtonu”. Napisał to w 1970 r., w książce„Kowboje i rakiety”- Leszek Moczulski. Tak, ten szef KPN! Jeśli Ktoś w 2020 r. chce wyśmiać tę ocenę- proszę bardzo o niepodważalne, „twarde” fakty.
Jak łatwo zauważyć, utworzenie UW nie było „odpowiedzią” na powstanie NATO. Francja- członek NATO, dokonała w1954 r., udanej próby nuklearnej. Od 1954 r. USA rozpoczęły składowanie broni jądrowej na terenie NRF i Wielkiej Brytanii (tu silosy z rakietami były montowane wspólnie z angielskimi). Przygotowania takie trwały w Belgii, Holandii, Grecji i Turcji. Przypomnę, iż w chwili tworzenia NATO (październik 1949) USA dysponowały 235 bombami jądrowymi, zaś ZSRR był po pierwszej (29 sierpnia 1949) doświadczalnej próbie eksplozji bomby nuklearnej. Część publikacji po 1989 r., bagatelizuje fakty zagrożenia dla ZSRR, tłumacząc postępowanie USA rolą w polityce światowej, a europejskiej w szczególności. Proszę, odpowiedzcie na pytanie- czy „rola USA” dla każdego kraju na świecie, a ZSRR głównie- miała oznaczać bezwzględne posłuszeństwo, respekt dla decyzji płynących z Waszyngtonu? Dla wielu Czytelników jest oczywiste, że państwa NATO, a głównie dysponujące bronią jądrową i pracujące nad nią, były uważnie i dosłownie wnikliwie obserwowane przez służby wywiadowcze ZSRR. Miał więc informacje w miarę aktualne i dostrzegał rzeczywistą przewagę Zachodu w tej broni, lotnictwie i marynarce.
Proces „tworzenia” Układu
Należy zatem postawić pytanie-co przesądziło o utworzeniu UW? Oczywiście decyzja władz ZSRR. Czym spowodowana- takimi faktami! 5 maja 1955 r. Bundeswehra została oficjalnym członkiem NATO, co Zachód uznaje za formalność. Zapomina, że włączenie wojsk NRF do podległości militarnej, wojskowej Dowództwu NATO, oznaczało gotowość do różnych zadań w pełni bojowych, po prostu groziło konfliktem zbrojnym w Europie. Trwały też „ściśle tajne” prace nad porozumieniem między NRF a USA o wzajemnej pomocy obronnej (weszło w życie 27 grudnia 1955 r.). To w praktyce uznanie remilitaryzacji Niemiec za oficjalny fakt (niektórzy nazywają to dalszym dozbrajaniem, gdyż rozpoczętym w 1954 r. na mocy traktatów paryskich). Tu istotny szczegół. Podpisanie tych traktatów wywołało dość szybką reakcję Kremla. Przywódcy państw socjalistycznych zostali zaproszeni na pilną naradę(przełom listopada i grudnia1954r.) do Moskwy. Opublikowany komunikat zapowiadał – „w przypadku ratyfikacji układów paryskich zdecydowani są przedsięwziąć wspólne środki w dziedzinie organizacji sił zbrojnych i ich dowództw, jak również inne środki, niezbędne do umocnienia ich zdolności obronnej”. Oczywiście- nikt na Zachodzie nie „przejął się” takim ostrzeżeniem, traktaty zostały ratyfikowane. Wielu poważnych analityków ten fakt uważa za dosłownie ostrzegawczą zapowiedź powołania przez ZSRR „organizacji zbrojnej” bloku. Zaś dyplomacja ZSRR na przełomie 1954/ 1955 r. podjęła szereg kroków zapobiegających ich ratyfikacji. Zachód akcentował kwestie gospodarcze, powołanie Unii Zachodnioeuropejskiej, a o „stronie wojskowej” milczał, udawał głuchego i ślepego. ZSRR zgłosił nowe koncepcje pokojowe i odprężeniowe w Europie. Jedną z nich była propozycja zjednoczenia Niemiec, jako konfederacja NRF i NRD, przy realizacji porozumień poczdamskich -właśnie militarna neutralizacja, wolne wybory do władz skonfederowanych obu krajów i zawarcie odnośnego traktatu pokojowego. Proszę – zwróćcie Państwo uwagę. Gdyby wtedy USA wyraziły zgodę, biorąc przy tym -jako warunek-sugestie kanclerza Adenauera, że Niemcy istnieją w granicach z 1937 r. Jak zachowałby się ZSRR- oddałby nasze Ziemie Odzyskane, czy nie? Pamiętajmy-mocą Traktatu Poczdamskiego, Polska otrzymała je w „czasowe administrowanie”. ZSRR na tym zyskałby „wgląd i wpływ” na politykę i gospodarkę Niemiec jako jeden z „politycznych nadzorców”, obok USA, Anglii i Francji. Zaś straciłby „urzędową sympatię” Polaków, którą dobrze znał! Co w takiej sytuacji mogłyby uczynić ówczesne władze Polski- możliwości były trzy: pogodzić się z tym faktem; błagać o oddanie nam Kresów Wschodnich; wszcząć bunt, „powstanie narodowe”, zapewne krwawo stłumione i zostać 17 republiką, trzymaną „twardą ręką”. Także z pokojem w Europie mogło być różnie. Dlaczego- Zachód zapewne znalazłby sposoby by pozbyć się ZSRR, a na pewno zminimalizować jego wpływ w obszarze Niemiec. Pomyślcie Państwo nad przeszłością! Że wtedy bylibyśmy osamotnieni, pisać nie trzeba.
Wracam do głównego wątku. Kanclerz Konrad Adenauer, wprawdzie poufnie – wypowiadał się za wyposażeniem Bundeswehry w broń jądrową, co 1 kwietnia 1957 r. stało się oficjalne. I taki argument- w 1955 r., posiadany potencjał jądrowy USA i WB pozwalał na zniszczenie ZSRR. Jak Państwo myślicie- czy Kreml mający w chwili powstania UW 200 bomb jądrowych, zaś NATO- 3067 ładunków jądrowych (arytmetyczna przewaga 15 razy, w mocy mniejsza), powinien być obojętny, „spać spokojnie”?
Analizując proces powstania Układu, można zauważyć dwa jego niejako równoległe uwarunkowania, płaszczyzny. Pierwsza, to skrótowo wspomniana polityczno-militarna. Zaś druga- wewnętrzna jest nie mniej istotna. To zmiany w ZSRR. „Otworzyła” je 5 marca 1953 r. śmierć Stalina. Nastąpiły czystki kadrowe w KPZR, znane „rozliczenia z kultem jednostki”. Swoistym tego „szczytem” jest tajny referat Nikity Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR, oczywiście szybko rozpowszechniony jako rzeczywista sensacja-może o to chodziło?, przynajmniej niektórym. Czy mogło to doprowadzić do destabilizacji politycznej w bloku wschodnim? Proszę zwrócić uwagę, że NRD niezbyt „cieszyło się” z radzieckiego nadzoru, np. sprawa Berlina w 1953 r., odpowiednio „dowartościowana” przez Zachód, jako „troska” o demokrację. A Polska?- nie zapominajmy o stalinizacji i „zbrojnych bandach”. Lata 1944- 1955 przyniosły kilka tysięcy ofiar, wiele krzywd, ludzkiego bólu i cierpienia. Czy mogło dojść do walk bratobójczych, na szeroką skalę(to oddzielny temat)?
Obecna polityka historyczna i „lepiej wiedzący”, uznają za rzeczywistą przyczynę powstania UW utrzymanie hegemonii (czytaj „posłuszeństwa”) nad krajami bloku przez ZSRR. Nie rozumieją, że do „ideologicznego posłuszeństwa” wystarczyły inne argumenty, np. „twardogłowi partyjni” czy NKWD (patrz Polska), naciski gospodarcze poprzez RWPG . Proszę zauważyć, że Układ nie był potrzebny ZSRR, by realizować tzw. doktrynę Breżniewa.
Podstawowe ustalenia
Art. 4. Jest kluczowym dla Układu. Stanowi -„W przypadku napaści zbrojnej w Europie na jedno lub kilka Państw Stron Układu, dokonanej przez jakiekolwiek państwo lub grupę państw, każde Państwo Strona Układu, realizując prawo do samoobrony indywidualnej lub zbiorowej, zgodnie z artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli państwu lub państwom, na które dokonana została taka napaść, natychmiastowej pomocy, indywidualnie i w porozumieniu z innymi Państwami Stronami Układu, wszelkimi środkami, jakie będzie uważało za niezbędne, włączając zastosowanie siły zbrojnej. Państwa Strony Układu będą niezwłocznie konsultować się w sprawie wspólnych kroków, które należy podjąć w celu przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”. .
Postanowiono także, że o podjętych krokach, „zawiadomiona będzie Rada Bezpieczeństwa” oraz „zostaną wstrzymane, gdy Rada Bezpieczeństwa podejmie środki, niezbędne dla przywrócenia i utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”.
Dla NATO, podobny w treści jest art. 5. Może to wskazywać, że wzorowali się na nim autorzy UW. Są istotne różnice i podobieństwa:

  • państwa UW miały się wspólnie bronić przed „zbrojną napaścią w Europie”- tylko! A ZSRR zajmował część kontynentu azjatyckiego, którą ten Układ nie obejmował. Natomiast NATO obejmowało Amerykę Północną, gdyż Kanada była członkiem. Dla porównania, proszę zauważyć, że art. 6 NATO zasięgiem terytorialnym obejmuje terytorium którejkolwiek ze stron w Europie lub Ameryce Północnej, algierskie departamenty Francji, terytorium Turcji oraz wyspy pod jurysdykcją którejkolwiek ze stron na obszarze północnoatlantyckim na północ od zwrotnika Raka. Zobowiązania traktatu obowiązują także w razie ataku na siły zbrojne, okręty lub samoloty którejkolwiek ze stron znajdujące się na tych terytoriach lub nad nimi albo na jakimkolwiek innym obszarze w Europie, na którym w dniu wejścia w życie traktatu stacjonowały wojska okupacyjne którejkolwiek ze stron, lub na Morzu Śródziemnym czy obszarze północnoatlantyckim na północ od zwrotnika Raka. Powtarzam- ZSRR jednak nie przewidywał użycia sił Układu poza terytorium;
  • państwa UW ustalały „niezwłocznie konsultować się w sprawie wspólnych kroków”. Tego nie zawiera art.5 NATO;
  • identyczne są zapisy odnośnie „reakcji na postanowienia Rady Bezpieczeństwa” ONZ.
    Art. 7, zabraniał uczestnictwa w koalicjach, jeśli cele będą sprzeczne z celami UW.
    Art. 9 Układ jest otwarty dla „miłujących pokój państw, bez względu na ich ustrój”.
    Art. 10- czynił Polskę depozytariuszem dokumentów Układu. 
    Art. 11 Układu deklarował jego rozwiązanie „w przypadku utworzenia w Europie systemu bezpieczeństwa zbiorowego i zawarcia w tym celu „Ogólnoeuropejskiego Układu o bezpieczeństwie zbiorowym, do czego wytrwale dążyć będą Układające się Strony”. Na tym polu, głównie z inicjatywy Polski, przy aktywnym zaangażowaniu szefa MSZ udało się – po 10 latach starań doprowadzić do KBWE w Helsinkach, 1975 r. (wymaga oddzielnego opisu). W myśl tego artykułu, Układ miał obowiązywać przez 30 lat. 26 kwietnia 1985 roku jego ważność przedłużono o następne 20 lat, z możliwością przedłużenia o dalsze 10 lat w razie nie wypowiedzenia. Istniał do 1 lipca 1991 roku.
    Główne organy
    Struktura organizacyjna UW obejmowała organy cywilno- wojskowe:
  • Doradczy Komitet Polityczny(DKP),najwyższy organ polityczno-wojskowy. Jego skład stanowili: premierzy rządów, ministrowie spraw zagranicznych i ministrowie obrony oraz przywódcy partii. Komitet wypracowywał wspólne poglądy na zasadnicze kwestie w zakresie strategii wobec zagrożeń polityczno-militarnych. Przywódcy państw Układu od początku stawiali za cel swojej polityki dążenie do rozwiązywania wszelkiego rodzaju konfliktów na drodze pokojowej i dyplomatycznej. Obok deklaracji zgłaszano konkretne „Plany”, np. wspomniany Pan Rapackiego czy Plan Jaruzelskiego, maj 1987. Na posiedzeniu DKP w Berlinie 28-29 maja przyjęto dokument pt. „O doktrynie wojennej państw-stron Układu Warszawskiego”. Członkowie DKP poparli Plan Jaruzelskiego. Był to ewidentny sukces Generała i naszej dyplomacji. Końcowy jego frag­ment brzmi: „Państwa-uczestnicy Układu Warszawskiego proponują państwom-członkom So­juszu Północnoatlantyckiego przeprowadzenie konsultacji w celu skonfrontowania doktryn wo­jennych obydwu sojuszy, analizy ich charakteru, wspólnego rozpatrzenia kierunków ich dalszej ewolucji, mając na względzie usunięcie nagromadzonych przez lata podejrzliwości i nieufno­ści, osiągnięcie lepszego wzajemnego zrozumienia zamierzeń, zapewnienie, aby koncepcje i doktryny bloków wojskowych i ich uczestników bazowały na zasadach obronnych. Przed­miotem konsultacji mogłyby stać się także niezbilansowanie i asymetria w poszczególnych ro­dzajach uzbrojenia i sił zbrojnych oraz poszukiwanie dróg ich usunięcia na zasadzie ograni­czenia tego, kto uzyskał wyprzedzenie, w takim rozumieniu, że takie ograniczenia doprowadzą do ustalenia jeszcze niższych poziomów. Państwa-uczestnicy Układu Warszawskiego proponu­ją takie konsultacje na autorytatywnym eksperckim poziomie, z udziałem wojskowych specjalistów obydwu stron. Są oni gotowi do przeprowadzenia takich konsultacji już w 1987 roku”.
    Sygnatariusze tego dokumentu zwracali się do wszystkich państw NATO o przeprowadzenie konsultacji celem porównania treści swoich doktryn, przedłożenia zamiarów oparcia ich na zasadach „ściśle obronnych”. W świetle dokumentu DKP, polska propozycja była dobrą podstawą, swoistą „rozgrzewką” przed jego pełnym wcieleniem w życie. Pierwsze w historii polsko – niemieckie konsultacje w sprawie bezpieczeństwa militarnego i doktryn wojennych z udziałem przedstawicieli MON i Sztabu Generalnego WP odbyły się w Ebenhausen (RFN) w czerwcu 1989 r. Zachodnioniemiecki ekspert ds. rozbrojenia Egon Bahr, członek SPD i bliski współpracownik Kanclerza RFN Willy Brandta – ogłoszenie Planu Jaruzelskiego usłyszał na posiedzeniu Forum Polska – RFN, które odbywało się w Kilonii w dniach 8-10 maja. Plan ten „na gorąco” powitał słowami: „Polska wraca do Europy inicjatywą w polityce międzynarodowej, całkiem w stylu Rapackiego i zarówno treść, jak i moment całkowicie odpowiada zapotrzebowaniu” Plan Jaruzelskiego, to osobny temat)..
  • Komitet Ministrów Obrony najwyższy organ wojskowy Układu, członkami byli Ministrowie Obrony. Zajmował się ustalaniem wspólnych przedsięwzięć wojskowych, a zwłaszcza: ćwiczeń i manewrów sojuszniczych oraz gier wojennych i ćwiczeń dowódczo-sztabowych; współpracy w zakresie szkolenia sztabów i wojsk, wprowadzenia nowych wzorów uzbrojenia, zabezpieczenia logistycznego wojsk itp. ujednolicenia regulaminów i instrukcji, przepisów wojskowych;
  • Komitet Techniczny, jego domeną było unowocześnianie uzbrojenia i wyposażenia wojsk Układu, jego standaryzacja ułatwiająca współdziałanie na polu walki i zabezpieczenie techniczne. Komitet wskazywał i koordynował specjalizację produkcji sprzętu wojskowego przez poszczególne państwa;

-Zjednoczone Dowództwo Sił Zbrojnych, najwyższy organ dowodzenia Układu. Na czele stał Naczelny Dowódca ZSZ (pierwszym był marsz. ZSRR, Iwan Koniew), któremu podlegał mu Sztab ZSZ, składający się przedstawicieli narodowych armii. Ogółem Sztab ZSZ liczył 523 pracowników merytorycznych, w tym 173 z krajów członkowskich, gdzie Polacy mieli 43 stanowiska w różnych ogniwach. Proszę o zwrócenie uwagi, iż Sztab ZSZ utworzono w 1969 r., czyli 14 lat po utworzeniu Układu. Świadczy to, że nie spieszno się z „agresją” na Zachód, ZSRR nie „chwytał silną ręką” państw i armii członkowskich(proszę nie odczytać tego jako moją złośliwość). Wbrew różnym insynuacjom, trwały uzgodnienia, m.in. odnośnie wydzielanych wojsk, ich wyposażenia i dowodzenia na czas wojny. Nikt z członków nie ukrywał, swojej wrażliwości na tle zwierzchnictwa ZSRR Dowództwo nad wydzielonym wojskami każdego z państw sprawowali ministrowie obrony tych państw. Od 1969 przy dowództwie ZSZ funkcjonowała Rada Wojskowa, w skład której wchodzili zastępcy Naczelnego Dowódcy ZSZ oraz szef sztabu ZSZ.

  • Zjednoczone Siły Zbrojne, stanowiły kontyngenty jednostek operacyjnych, każdego kraju, stosownie do jego możliwości narodowych, położenia i przewidywanych kierunków zagrożenia oraz koalicyjnego użycia w Europie. Były one uzgadniane w formie dwustronnych porozumień z ZSRR, na okres 5-letni, tak na czas pokoju jak i wojny. Wytypowane jednostki cechowały się wysokim poziomem gotowości bojowej. Polska, w myśl porozumienia z 17–19 października 1955 r., wydzieliła Front, w składzie trzech armii ogólnowojskowych i armii lotniczej. Pierwszym dowódcą był szef Inspektoratu Szkolenia, wiceminister ON, gen. broni Zygmunt Duszyński, ostatnim- gen. broni Eugeniusz Molczyk
    Front Polski miał prowadzić operację w drugim rzucie strategicznym ZSZ UW, zależnie od skali zagrożenia i przewidywanego rozwoju sytuacji strategicznej, jako:
  • strategiczną operację obronną na linii Odry w drugim rzucie wojsk Układu;
  • strategiczną operację zaczepno- obronną na nadmorskim kierunku operacyjnym (o charakterze pomocniczym), osłaniając prawe skrzydło głównego zgrupowania uderzeniowego Armii Radzieckiej. Celem operacji było zamknięcie cieśnin duńskich (zajęcie wysp Zelandia i Fionia, niedopuszczenie sił morskich NATO na Morze Bałtyckie (zabezpieczenie wybrzeża Polski, NRD i ZSRR przed desantami morskimi). Jak widać- plany operacyjne przewidywały więc prowadzenie działań obronno- zaczepnych.
    Tu ciekawostka. Radosław Sikorski przejawił „dekomunizacyjną inicjatywę” przez ujawnienie planów operacyjnych Wojska Polskiego w ramach UW. Kto z Państwa nie pamięta związanych z tym sensacji w latach 2005-2006. Okrzyknięto Polskę„agresorem”- mieliśmy zdobywać duńskie wyspy. Pojawiły się ujawnione mapy tej operacji, na różne sposoby spekulacje domorosłych polityków i strategów. Nikt nie brał pod uwagę ówczesnej rzeczywistości i współzależności do ew. działań NATO. Wręcz odwrotnie te dokumenty były dowodami na pokojową politykę Zachodu, a miliony Polaków dało temu wiarę – zaprzeczycie Państwo? Proszę sobie zanucić- „Jak Czarniecki do Poznania, po szwedzkim zaborze, dla Ojczyzny ratowania wrócił się przez morze” i opowiedzieć dzieciom i wnukom, gdzie i z kim nasz hetman wojował, że „wracał przez morze”.
    Skrótowo i dość ogólnie przedstawiona „część wojskowa” Układu wprowadziła tylko w niezbędny zakres tej problematyki. Być może, pojawią się okoliczności skłaniające do jej szerszego zaprezentowania. Wówczas warto będzie scharakteryzować Układowe ćwiczenia strategiczno-operacyjne, np. Burza Październikowa. Wszystkie rozpoczynały się od uderzenia wojsk NATO (konwencjonalnego, następnie rakietowo-jądrowego), sięgającego za Odrę. Po operacji obronnej na terenie NRD i Polski wojska Układu przechodziły do operacji zaczepnej. Raz tylko w historii Układu, prowadzono ćwiczenie ze wschodu na terytorium Polski, Zapad- 81 (wrzesień 1981), by dać nam do zrozumienia, że doktryna Breżniewa, zastosowana wobec CSRS w 1968 r., jest wciąż aktualna. Uchronił nas stan wojenny. Będzie i okazja, by omówić kwestie związane z bronią jądrową w Układzie.
    Dlaczego „Warszawski”?
    Układ Warszawski – „Układ o Przyjaźni, Współpracy i Pomocy Wzajemnej”, oficjalna nazwa. Z polityczno- militarnego punktu widzenia, był realizacją bukaresztańskiej deklaracji, którą ZSRR, Polska, Węgry, CSRS podjęły po utworzeniu NATO. Czekały 5 lat z jej realizacją. Dla rozsądnie myślących- jest świadectwem unikania konfrontacji polityczno- militarnej. Jak skrótowo wyżej podałem, zostały „przymuszone” postępowaniem Zachodu. Tu taki szczegół – podczas XX Zjazdu Chruszczow jako pierwszy użył określenie -„pokojowe współistnienie”. Było deklaracją wobec NATO i polityczną zapowiedzią Układu.
    Uznanie miejsca podpisania „Układu”, ma nie tyle wymiar formalny, co praktyczny. Warszawa, pałac Rady Ministrów, 14 maja 1955 r., podpis premiera Józefa Cyrankiewicza. Polska stała się- zgodnie z art. 10 depozytariuszem tego dokumentu, podpisanego w 4 językach: polskim, rosyjskim, czeskim i niemieckim. Wszedł w życie 4 czerwca 1955 roku, gdy dokumenty ratyfikacyjne zostały złożone Rządowi PRL, przez wszystkich sygnatariuszy: ZSRR, CSRS, NRD, Albania, Bułgarię, Rumunię, Węgry. Sejm PRL ratyfikował Układ uchwałą z dnia 19 maja 1955 roku. Zarejestrowany przez Sekretariat ONZ 10 października 1955 r., na podstawie dokumentów złożonych przez Polskę.
    Praktyczne interesy Polski.
    Samą nazwą Układ podkreślał czołową rolę kraju jego powstania, czyli Polski (rola wiodąca należała do ZSRR). To Polska „administrowała”, zgodnie z decyzją Poczdamu – Ziemiami Odzyskanymi, o które NRF dobitnie się upominała. Ziomkostwa niemieckie coraz głośniej przypominały „rodzinne strony”, na wschód od Odry, kwestionując granicę. Zapytam, czy docierające różnymi kanałami, w tym przez RWE takie głosy nie wywoływały obaw u naszych przesiedleńców, nie stawiały po ludzku pytań- po co się osiedlać, jeśli to „nie będzie nasze”, co zostawimy swoim dzieciom, jeśli Niemcy niedługo nam to zabiorą? Jeśli ktoś wątpi w sens tych obaw z lat 50. przypomnę słowa abp Kazimierza Majdańskiego z 1990 r.-„Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego?” Obawy wyrażało wielu biskupów. Dość wspomnieć list do niemieckich biskupów, postawę Kardynała Stefana Wyszyńskiego, bp. wrocławskiego Bolesława Kominka, jego następcę kard. Henryka Gulbinowicza. Jak zdaniem Państwa Czytelników na „drażniące zachowania” Niemców reagował Zachód? Wyrozumiale milczał! Na Ziemiach Zachodnich żaden kraj NATO nie miał swojej placówki dyplomatycznej. Kto pamięta, że reżyser filmu „Konsul”, umieścił we Wrocławiu konsulat Austrii. We wrześniu 1967 r. gen. Charles de Gaulle w Zabrzu wypowiedział pamiętne słowa-„Niech żyje Zabrze, najbardziej śląskie ze śląskich miast, najbardziej polskie z polskich miast”- jedyny przedstawiciel Zachodu w całym 45. leciu PRL na tych ziemiach.
    Polska w ramach UW jednoznacznie stawiała w strategii obronnej sprawę militarnej obrony zachodniej granicy. Znajdowało to odzwierciedlenie w „planach Układu”, w tym jako dokumenty operacyjne. Jedynie sprzeciw wobec ew. użycia swoich wojsk wyrażała Rumunia. Z tego punktu widzenia należy patrzeć na wejście do CSRS jednostek Wojska Polskiego w 1968 r. Władysław Gomułka ową decyzję polityczną tłumaczył dziennikarzom 21 sierpnia jako „nie dopuszczenie do oderwania Czechosłowacji od obozu socjalistycznego,… osłabienia Układu Warszawskiego do zmiany układu sił w Europie, gdyż to wszystko godzi w nasze żywotne interesy. I my musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, … nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych”. Podkreślał, iż „zmiana układu sił stworzyłaby niebezpieczeństwo dla pokoju w Europie, a pierwszymi ofiarami mogłyby stać się NRD i Polska”. Macie Państwo „mocne dowody” by ośmieszyć te poglądy? Na posiedzeniu DKP w Moskwie, 4 grudnia 1989 r. Michaił Gorbaczow zgłosił wniosek- „jest okazja dla ogłoszenia wspólnego oświadczenia w sprawie 1968 r. Mamy tu projekt”. Po jego przeczytaniu Ceausescu mówi- „nie przyłączam się do tego oświadczenia. Jeśli mielibyście być konsekwentni, to trzeba byłoby wyprowadzić wojska radzieckie z Czechosłowacji”. Polska, ustami MSZ Krzysztofa Skubiszewskiego, zgłosiła poprawkę by dopisać zdanie wykluczające interwencję wojsk Układu w przyszłości, ponieważ nie odpowiada ona zasadom. Zgadnijcie Państwo, kto zaprotestował – NRD, CSRS.
    Generał Wojciech Jaruzelski, witając 25 stycznia 1990 r. Prezydenta Czech, Waclava Havla, w Sejmie min. powiedział: „Dziś również jestem winien Panu, jako najwyższemu reprezentantowi swego kraju słowa zadośćuczynienia w związku z wydarzeniem bliższym nam w czasie…Sierpniowy dramat sześćdziesiątego ósmego roku stanowi >zadrę moralną<- bez względu na nasze ówczesne poglądy i pełnione funkcje. Wciąż wraca więc pytanie o istotę tamtych wydarzeń. Ówczesne uwarunkowania zewnętrzne i wewnętrzne, atmosfera podejrzliwości i wrogości między Wschodem i Zachodem, jej doktrynalna, nierzadko wsparta dezinformacją wykładnia zrobiły swoje”. Możecie Państwo dziś, w 2020 r. powiedzieć, że wtedy była „wrogość” tylko ZSRR, a Zachód na falach eteru niósł „szczerą prawdę” niczym oliwną gałązkę. Że Prezydent RP nie miał racji?
    Za rodzaj podsumowania tej części tekstu, niech Państwu posłużą dwie oceny naszego ówczesnego położenia, prof. Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy kilku prezydentów USA:
  • pierwsza, „Wrodzy wobec komunizmu i Rosji Polacy nie powinni zapominać, co znaczyłaby Polska w ramach przymierza zachodniego. Zajmowałaby w skali świata miejsce po Ameryce, Niemczech, Francji, Italii i wielu innych państwach. Z uwagi na podstawowe znaczenie Niemców dla Ameryki, byłaby przegrana w jakimkolwiek konflikcie polsko-niemieckim. W obozie socjalistycznym proporcje są odwrotne. Polska jest największą demokracją ludową, trzecią po Związku Radzieckim i Chinach, a drugą w Europie” (książka „Jedność i konflikty” Londyn, 1964r.). Zwracam uwagę -„wrodzy…wobec Rosji Polacy”, czy nie wiedziano tego w ZSRR, co tam o nas myślano i jaki miało to wpływ, proszę pomyśleć!
  • druga, „Polska jest krajem osiowym. Panowanie nad Polską jest dla Sowietów kluczem do kontrolowania Europy wschodniej… geostrategiczne położenie Polski wykracza poza fakt, że leży ona na drodze do Niemiec. Moskwie potrzebne jest panowanie nad Polską również dlatego, że ułatwia kontrolę nad Czechosłowacją i Węgrami oraz izoluje od zachodnich wpływów nierosyjskie narody Związku Radzieckiego. Bardziej autonomiczna Polska poderwałaby kontrolę nad Litwą i Ukrainą … 38 – milionowa Polska jest największym krajem Europy wschodniej pod panowaniem sowieckim, a jej Siły Zbrojne stanowią największą nie sowiecką armię Układu Warszawskiego. Ta pozycja kosztuje Moskwę dużo, ale jeszcze kosztowniejsze byłoby jej poniechanie” (książka „Plan gry”, 1987 r.).
    Wypowiedzi prof. Brzezińskiego są u nas przywoływane i cytowane w głębokim ukłonie, niekiedy na kolanach. Proszę wyciągnąć wnioski na „wczoraj, dziś i jutro”.
    Geografia i bezpieczeństwo Polski
    Nasze położenie geograficzne miało też wpływ na naszą polityczno- militarną pozycję w UW. Proszę spojrzeć „oczami Kremla”. Dla ZSRR- NRD i Polska były terytorialnym buforem przed ew. uderzeniami wojsk lądowych, co ewidentnie wynikało ze strategii USA. Miało decydujący wpływ na strukturę organizacyjną Wojska Polskiego i organizację całego systemu obronnego państwa. Skrótowo Powiem, że: całe lotnictwo myśliwskie i rakietowy system obrony tworzył Wojska Obrony Powietrznej Kraju, przeznaczone do obrony własnego terytorium systemem strefowym, np. wzdłuż zachodniej granicy i wybrzeża morskiego oraz obiektowym, np. Warszawa, aglomeracja śląska, Trójmiasto. Lądowo- morska obrona całego w wybrzeża; terytorium Państwa- wojska wewnętrzne i wojska OTK; system obrony cywilnej (OC), nawiasem mówiąc skopiowany z rozwiązań szwajcarskich pod koniec lat 60-tych. Proszę sięgnąć po tekst b. wicepremiera Józefa Tejchmy, opisującego budowę Nowej Huty, gdzie w budynkach mieszkalnych montowano schrony przeciwatomowe,(Przegląd nr 12 z 2020),podobnie było np. w Warszawie i wielu innych miastach, są do dziś, o czym świadczą?
    Dla Polski członkostwo w UW oznaczało rozwój przemysłu obronnego, produkcję uzbrojenia na radzieckich licencjach, np. czołgów, śmigłowców. Kto na te „wspomnienia” dziś patrzy z uśmiechem, niech wybierze się do Bumar- Łabędy czy Świdnika, porozmawia z pracownikami, dziś emerytami. Wbrew niektórym „stanowczo krytycznym” ocenom naszego członkostwa stwierdzę, że korzystając z radzieckich licencji, rozwijaliśmy własny potencjał naukowy, choćby produkcja stacji radiolokacyjnych, systemów rozpoznania naziemnego i powietrznego, przenośnych rakietowych środków przeciwlotniczych. Kto pamięta, że Polska produkowała samoloty odrzutowe, np. Lim-5, że radzieccy nam jednak zaufali udostępniając konstrukcyjne i techniczne możliwości produkcji. Że wtedy – dziś może śmieszne- po okresie stalinizacji zaufano mjr pilotowi Stanisławowi Skalskiemu (oskarżonemu o szpiegostwo), by odbył przeszkolenie na radzieckich samolotach odrzutowych!
    Rozwój naszego przemysłu obronnego przynosił nam „układową” renomę, byliśmy nie tylko cennym partnerem ale i eksporterem broni, co równoważyło nasze wydatki obronne. Był znaczącym impulsem dla naukowych badań. Dość wspomnieć WAT, wynaleziony przez zespół naukowy prof. Zbigniewa Puzewicza laser, służy nie tylko polskiej medycynie. Także budowa Instytutu Jądrowego w Świerku z radzieckimi reaktorami i osiągnięciami naukowymi zespołu gen. Sylwestra Kaliskiego rozsławiały polską naukę służą nadal medycynie, będąc też inspiracją dla rozwoju cywilnych placówek naukowych. Nasz Wojskowy Komitet Techniczny jako organ koordynacji technicznej w ramach Układu, i nieformalnie w kraju, ma ogromne zasługi dla rozwoju tzw. supertechniki wojskowej i procesu naukowo- badawczego. Spośród niewielu już żyjących oficerów, wspomnieć należy gen. Stanisława Świtalskiego, kierując do „kadry technicznej” WAT, Wojska słowa wdzięczności i serdecznej pamięci. Zachęcam do sięgnięcia po książkę gen. Franciszka Puchały- „Budowa potencjału bojowego Wojska Polskiego 1945-1990”, Warszawa 2013 oraz po „Sztab Generalny WP” napisaną przez zespół pod kierownictwem tego Autora. Dziękuję, za cenne pozycje.
    Rozwój polskiego szkolnictwa wojskowego w ramach Układu widoczny jest m.in. na przykładzie studiów w ASG WP, WAT, WAM oficerów armii sojuszniczych z ZSRR, NRD, CSRS, Węgier. Także nasi oficerowie studiowali w ich akademiach, że w ZSRR to wiadomo. Wzajemne otwarcie uczelni dla sojuszniczych oficerów rozpoczęło się po 1970 r.
    Wszyscy, którzy mają kwaśne miny, po przeczytaniu tego skrótowego opisu, niech zechcą się zastanowić i odpowiedzieć sobie na pytanie – czy oficerowie NATO studiują w Polsce, co uzyskaliśmy dla naszego przemysłu obronnego jako członek NATO?
    Drażniące pytania
    Proszę, by Państwo odpowiedzieli sobie na trzy pytania – kiedy rozpoczął się wyścig zbrojeń? Czy już w 1945 r., od zrzucenia przez USA dwóch bomb atomowych o mocy 20 KT każda, na Hiroszimę i Nagasaki? A może od powstania NATO, a może UW, proszę spojrzeć na cytowane dane porównawcze. Drugie pytanie – komu ten „wyścig” był potrzebny, ZSRR czy USA, Zachodowi. Tu nie oczekuję politycznie „poprawnej” odpowiedzi od Państwa, czyli tzw. wybielania ZSRR. Ale proszę o trzeźwe, obiektywne spojrzenie. Fakt, nauka kieruje się swoimi prawami. Rozpoczęte badania, wynikami wciągają do dalszych poszukiwań. Należy pamiętać – wojsko jest pierwszym wykorzystującym osiągnięcia naukowe, tak jest na całym świecie. Tu ciekawostka. Po zrzuceniu wspomnianych 2 bomb, uczeni USA pracujący nad nimi wystosowali 17 sierpnia 1945 r., apel do polityków i uczonych świata o porozumienie, które zapobiegłoby globalnej wojnie jądrowej! Proszę o zastanowienie- wstyd komentować ten apel! Przecież uczeni apelują do siebie! Wystarczyło natychmiast zaprzestać dalszych badań, Dlaczego tego nie uczyniono? Bo wyścig zbrojeń był potrzebny USA do prowadzenia światowej polityki z pozycji siły, głównie militarnej i gospodarczej. Ktoś może zapytać-dlaczego gospodarczej? ZSRR, zamiast szybciej odbudowywać się po zniszczeniach wojennych, zmuszono finansować kosztowne badania naukowe, na cele właśnie militarne, by „doganiać” USA, Zachód. Zachęcam do odświeżenia pamięci. Po co był potrzebny program „gwiezdnych wojen” USA, prezydentowi Ronaldowi Reaganowi? Kto zna odpowiedź- ZSRR nie wytrzymał tego wyścigu z USA i padł, powstała Federacja Rosyjska. Kto w Polsce, wtedy – końcowe lata 80-te nie cieszył się z tego faktu? Kto wtedy zadumał się, że „gwiezdne wojny” mogły unicestwić życie na Ziemi? Za co Polska wystawiła prezydentowi USA pomnik w Warszawie?- proszę przypomnieć sobie tekst na uroczyste odsłonięcie, jaki wygłosił Lech Wałęsa. Zachęcam Państwa do refleksji!
    I taka ciekawostka. Pamiętacie Państwo Sputnik 2, rakietę, która na pokładzie miała pasażera- psa Łajkę, padła w Kosmosie 3 listopada 1957 r. Trzy lata później, Sputnik 5 wyniósł w Kosmos dwa psy- Biełkę i Striełkę, wróciły szczęśliwie 19 sierpnia 1960 r. ZSRR tak rozpoczął „pokojowy podbój” Kosmosu. Tu też USA zdominowały ZSRR, wysłaniem pierwszego człowieka na Księżyc.
    Trzecie pytanie- wyścig zbrojeń prowadził – do „sytuacji równowagi bezpieczeństwa stron, w istocie równowagi strachu”, jak pisze w cytowanej sentencji Generał, czy opóźniania społeczno-gospodarczego rozwoju, głównie krajów bloku wschodniego? Do kogo należałoby w pierwszej kolejności kierować słowa uznania i wdzięczności, że kosztem tych opóźnień udało się zachować pokój w Europie na świecie? Proszę nie czynić zarzutu, że podtekstem swoiście podpowiadam „właściwą” odpowiedź.
    Nasza suwerenność.
    To zagadnienie wyjątkowo przypada do gustu wszelkim tzw. piaskowym krytykom. By wykazać jaką to podłością darzył członków , jak trzymał ich za gardło Wielki Brat i „szef” Układu, popuszczają wodze fantazji. Prawdą jest, że „ręka Kremla nie była skłonna do głaskania, do pieszczot”, jak obrazowo oceniał Generał. Rozmowy z sojusznikami prowadził twardym, konkretnym językiem, bez upiększeń, co wielu przyjmowało jako dowód wyższości i posłuszeństwa „bez dyskusji”, jako poniżanie, upokarzanie czy ograniczanie suwerenności. Fakt, na tle suwerenności wszyscy byli uczuleni. Polska doświadczyła tego wielokrotnie, dość wyraźnie. Sprowadzało się to najczęściej do „propozycji” obsady stanowisk tak wojskowych jak i partyjnych i rządowych, są tego znane przykłady. Udział przedstawicieli Sił Zbrojnych ZSRR „przy Kierownictwie MON” był oczywisty, inne przy dowództwach różnych szczebli ze strony Polski spotykały się ze stanowczą odmową i były respektowane. Potwierdzi to wielu ówczesnych wojskowych, pełniących służbę w Układzie. Należy wyraźnie podkreślić, iż w zasadniczych kwestiach strategiczno-operacyjnych nasza suwerenność- jak mówił Generał- miała charakter „dostosowawczy” wobec ówczesnych uwarunkowań. Możliwie obiektywną ocenę strat i zysków, kosztów i osiągnięć Polski Ludowej- członka Układu Warszawskiego, znajdą Państwo we wspomnianych publikacjach. Inne obszary, np. polityki zagranicznej czy gospodarczej, były naszymi suwerennymi decyzjami. Tak! Przykładem Edward Gierek. Po 10 latach „otwarcia” na Zachód, zadłużył Polskę na 20-22 mld $. Warto się zastanowić przy kawie. Skoro Zachód chciał „rozsadzać” blok wschodni „od środka”, to dlaczego nam nie udostępniał licencji po tzw. kosztach zerowych a kredytów bez oprocentowania? Wtedy bylibyśmy faktycznie zachęcającym przykładem dla CSRS, NRD, Węgier i innych. Myślicie Państwo, że Zachód „kochał Polskę bezgraniczną miłością”, a ja jestem aż tak naiwny?

Coś więcej niż sztuka przetrwania

Trudno ocenić, czy czas teatru zastępczego, tworzonego online przemija i wracamy do względnej normalności. Pandemia trzyma się całkiem krzepko i końca ograniczeń nie widać. Jednak doświadczenia ostatnich kilku miesięcy dowodzą, że praca online może przynieść ciekawe odkrycia.

Nie mam na myśli emisji online spektakli wcześniej eksploatowanych na żywo, choć doceniam ich wartości edukacyjne i dokumentacyjne. Często gęsto to przedstawienia, które już nie istnieją w pierwotnej formie i tylko za pośrednictwem Internetu zyskują swoje nowe życie. To choćby przypadek – to tylko przykład, ale bardzo znamienny – „Bzika tropikalnego”, legendarnego spektaklu Grzegorza Jarzyny, który udostępnił TR Warszawa, gromadząc wcale pokaźne grono widzów. Podobnie postąpiło wiele teatrów w Polsce – na dobrą sprawę wszystkie teatry, które dysponowały nagraniami na odpowiednim poziomie (albo – jeszcze lepiej – przeniesieniami swoich spektakli do teatru telewizji), tą drogą podtrzymywały słabnącą siłą rzeczy więź z widzami. Pokazom tym oprócz często szczytnych intencji (misja!) towarzyszyło jednak przekonanie, że to raczej „teatr zastępczy”, a ten prawdziwy zacznie się po odmrożeniu obowiązujących ograniczeń.
Trudno dyskutować z takim poglądem. Nic nie zastąpi żywego teatru, a jego brak dotkliwie odczuwają nie tylko artyści teatru, ale i zagorzali widzowie. Jednak na obrzeżu „sztuki przetrwania” pojawiać się zaczęły poszukiwania, które mogą się okazać trwałym odkryciem, przekraczającym granice upowszechniania dorobku.
Na potencjał Internetu jako środka umożliwiającego przetworzenie formy teatralnej, filmowej i telewizyjnej wskazywał przed laty Robert Gliński. O tym etapie swoich pomysłów przypomniał niedawno w sondzie „Yoricka” na temat teatru w czasach pandemii. Na pytanie redakcji, w jakim kierunku podąży teatr po ustąpieniu pandemii odpowiedział: „10 lat temu chciałem stworzyć
teatr internetowy.
Proponowałem różnym platformom jednoaktówki Mrożka (bo śmieszne), Makbeta w 10-minutowych odcinkach (bo każdy będzie miał napięcie),  Chór sportowy Jelinek (bo o piłce nożnej). Nikt nie chciał. Uważałem, że przedstawienie w Internecie to szansa na nowy rodzaj teatru. Że to zupełnie co innego niż scena, i co innego niż teatr telewizji. Internet rządzi się inną dramaturgią, strukturą opowiadania i przede wszystkim inną wizualnością. Może teraz wrócę do tego pomysłu…”.
Koncepcja Glińskiego (choć nie wprost) nawiązywała do intuicji i tez Herberta Marshalla McLuhana. Sławny teoretyk komunikacji już w latach 60. ubiegłego wieku twierdził, że środek przekazu sam jest przekazem i widział w środku przekazu źródło jego formy. Jeśli wierzyć w intuicję McLuhana oznaczałoby, że Internet wymusza określoną formę przekazu, a więc wyznacza jej horyzonty estetyczne.
Wprawdzie Robert Gliński (jeszcze) nie spełnił swojej zapowiedzi powrotu do niegdysiejszego pomysłu teatru internetowego, ale zrobili to aktorzy warszawskiego Teatru Powszechnego, którym przed dziesięciu laty kierował. Przygotowali parę odcinków „Tragedii Króla Ryszarda III” w reżyserii Grzegorza Falkowskiego. Jak pisali sami twórcy, „to spektakl inspirowany motywami z „Ryszarda III” Williama Shakespeare’a oraz obrazami natury. Jest stworzony z konieczności za pomocą prób i nagrań online, dzięki komunikatorom internetowym, łączy formy etiudy filmowej i teatru internetowego”. Próba wypadła obiecująco. Udało się artystom wytworzyć atmosferę tajemnicy, zagrożenia, niepewności, a przy tym wydobyć urodę słowa Szekspira. Jak więc widać, idea „teatru internetowego” krąży i zaczyna zbierać owoce, przybierając zresztą rozmaite kształty.
Agnieszka Przepiórska jako jedna z pierwszych dostrzegła możliwość teatralizacji Internetu. Najwyraźniej zniecierpliwiona wymuszoną teatralną przerwą, przygotowała pod opiekuńczymi skrzydłami Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie
internetowy serial
„W związku z zaistniałą sytuacją”. O stronę literacką zadbała Zofia Papużanka, a sama aktorka wystąpiła w roli matki z dwojgiem dzieci rozdzielonej z mężem, który w czasach pandemii utknął gdzieś daleko w świecie. Opowieść o codziennym życiu w kwarantannie, w wymuszonej izolacji, inkrustowana humorem, była pierwszą próbą stworzenia zapisu bliskiego nowy doświadczeniom czasu epidemii. To nie była tylko fotografia, choć jeszcze nie wyrafinowana sztuka, ale na pewno żywy komentarz naszych dni.
Na horyzoncie pojawiło się kilka innych sposobów uprawiania internetowego teatru.
Rozmachem wyróżnił się spektakl online na żywo przygotowany pod reżyserką ręką Macieja Sobocińskiego przez artystów związanych od lat z ideą festiwali „Era Schaeffera”, odbywających się dzięki fundacji Aurea Porta. Sytuacja pandemiczna postawiła w tym roku pod znakiem zapytania przygotowanie normalnej edycji festiwalu, którą tymczasem zastąpił spektakl budowany na żywo – „Schaeffer Puzzle Play 2020”,
oparty na improwizacji
inspirowanej partyturami i scenariuszami teatralnymi Bogusława Schaeffera. Prawdopodobnie przedsięwzięcie spaliłoby na panewce, gdyby nie wcześniej zdobyte doświadczenie podczas kolejnych edycji „Ery Schaeffera”, Aktorzy i muzycy czują się w świecie Schaefferowskiego jazzu czy groteski jak u siebie w domu. Role wodzirejów – nawzajem nieznających wcześniej swoich zdań – reżyser powierzył Lidii Bogaczównie, mającej groteskę we krwi, i partnerującym jej aktorom, Izabeli Warykiewicz i Marcelowi Wiercichowskiemu – grają tak sugestywnie, że mimo fizycznego oddalenia tworzą zwichrowane taneczne trio. Nie tylko oni, ale wszyscy uczestnicy widowiska prezentują się jako zgrany zespół. Tymczasem aktorzy, muzycy, tancerze, pracują w różnych punktach Polski i świata, włączani do performansu z Nowego Jorku, Paryża, Hagi, Katowic, Krakowa i Warszawy, przywoływani z rozmaitych przestrzeni i odmiennych rejestrów estetycznych. A jednak improwizacje Michała Urbaniaka czy głosowa ekwilibrystyka Janusza Radka komponują się we fresk, w swoiste artystyczne przesłanie wolności, które zapisał Schaeffer w prostym zdaniu: „Teatr daje nam to, co nam świat zabiera”. Co nam daje, można sprawdzić za pośrednictwem strony internetowej fundacji Aurea Porta, gdzie performans pojawił się na żywo 4 lipca i jeszcze przez pół roku będzie dostępny.
Zasadą
osobno, ale razem
posłużył się również Maciej Englert, tworząc porywające czytanie na 16 telefonów komórkowych (plus jeden) „Szelmostw lisa Witalisa” Jana Brzechwy. O sukcesie tego „eksperymentu teatralnego w trybie zdalnym” warszawskiego Teatru Współczesnego przesądziła już obsada. Do udziału w ponad półgodzinnym spektaklu „telefonicznym” dyrektor Englert zaprosił największe gwiazdy Współczesnego na czele z Martą Lipińską i Krzysztofem Kowalewskim, zachęcił do udziału artystów przez lata związanych z teatrem (Maja Komorowska i Janusz Michałowski), a kluczowe role powierzył Andrzejowi Zielińskiemu (Narrator) i Borysowi Szycowi (Lis Witalis). Scenariusz, inscenizację zaplanował reżyser, aktorzy nagrali swoje fragmenty komórkami, a materiał zmontował Jan Sieczkowski. Powstała całość profesjonalne scalona, dająca wrażenie podporządkowania wszystkich elementów wytyczonemu celowi, niepozbawiona efektownych scen – jak choćby podglądanie ucztującego Lisa przez domniemaną jamę w prześcieradle czy deszcz egzemplarzy scenariusza, spadający na wykonawców na samym początku. Rzecz, oczywiście, bezbłędnie interpretowana w przedziwny sposób rymowała się z czasem pandemii, manipulacji i władzy zdobywanej podstępem. Bajka starego pana Brzechwy okazała się nie tylko zabawną, smakowitą opowiastką, ale i przestrogą przed czarodziejami, którzy zwłaszcza przed wyborami obiecują złote góry. Można to sprawdzać na nagraniu dostępnym do 25 lipca.
Z własną propozycją pojawił się na You Tubie Piotr Kondrat, który pokazał
monodram internetowy
„Noc Szekspira”. Można się było tego po nim spodziewać, jeśli pamiętać o wielu latach artystycznych zmagań Kondrata z dziełami Szekspira, najpierw z „Hamletem”, a potem innymi słynnymi postaciami: „Kupcem weneckim” czy błaznami z wielu dramatów (nie zawsze uważających się za błaznów) w monodramie „Siedmiu błaznów”. Echa tych spektakli odnaleźć można w „Nocy Szekspira”, ale nie jest to prosty montaż fragmentów już gotowych, ale wyraźne ich przetworzenie i złożenie w nową całość, której spoiwem są słowa Szekspira i oprowadzający po nich aktor, a w jednej osobie także scenarzysta, reżyser i wyczulony na teatralność słowa tłumacz. Co więcej, usytuowanie spektaklu głównie we wnętrzach domowych – z pokazaniem prywatnych schodów, a nawet śmietnika, przy którym ucztuje Shylock, bohater „Kupca weneckiego”, a z drugiej strony na scenie macierzystego teatru Piotra Kondrata, teatru dramatycznego w Radomiu. Aktor buduje oryginalny klimat tego spektaklu, rozpięty między domową prywatnością a dostojeństwem sceny, między opowieścią snutą na fotelu a światem teatru, który może pojawić się wszędzie. Teatr może też znaleźć medium w każdym stworzeniu – gościnnie w tym spektaklu wystąpił kot Pantani, który z kocią godnością „zagrał” ducha starego Hamleta. Ten żart tworzy swego rodzaju dystans do świata monodramu, ale nie unieważnia wcale powagi refleksji o drążącej świat człowieka „kropli zła”. Będzie się można o tym przekonać podczas emisji spektaklu w najbliższy czwartek, 16 lipca o godzinie 19.00 na stronie internetowej miasta Hel, w którym Piotr Kondrat wielokrotnie występował ze swymi monodramami podczas dorocznych festiwali „Teatr w Remizie” (w tym roku, jak większość festiwali odwołany).
Czy przywołane przez mnie odsłony teatru internetowego pozostaną tylko świadectwem czasu, czy też zaczątkiem nowej ścieżki teatralnej, zweryfikuje czas. Wygląda jednak na to, że teatr internetowy, czy ktoś tego chce, czy nie, stał się już faktem. To coś więcej niż sztuka przetrwania.

Nie miał „pięknej karty opozycyjnej”…

„W naszym narodzie jest takie myślenie, że kto głośniej krzyczy – jestem patriota, ten daje sobie alibi, znajduje się pod kloszem, pod ochroną. Tak, że nie sposób go już atakować. Tymczasem patriotyzm, to nie radykalizm! Bywa, że ktoś, kto jest ostrożny i powściągliwy, jest największym patriotą. Bo na przykład myśli o narodzie, nie rzuca jego losu na stos. Mówi się- miał piękną kartę opozycyjną. I to już rozgrzesza, jest przepustką do historii. Tymczasem Wojciech Jaruzelski nie miał pięknej karty opozycyjnej, a Jego zasługi w odzyskaniu niepodległości w 1989 roku są fundamentalne”
prof. Andrzej Romanowski

Generał Wojciech Jaruzelski 6 lipca 2020 skończyłby 97 lat godnego i pracowitego życia.
Przyszły Generał, syn pierworodny Władysława i Wandy Jaruzelskich, urodził się 6 lipca 1923 r. w Kurowie. Kościelny zapis metrykalny podaje, o godz. 9 wieczorem. Na chrzcie w kościele parafialnym, 7 października nadano dziecku imiona: Wojciech, Witold. Rodzice chrzestni – Hipolit Zaremba, ojciec Matki i Zofia Mokrzyńska, siostra Ojca dziecka.
Ród Jaruzelskich
Korzenie szlacheckiej rodziny Jaruzelskich sięgają XIV wieku. Na włościach Jerusele w powiecie drohiczyńskim, osiadła rodzina przybyła ze wsi Ślepowrony. Stąd w późniejszych latach i wiekach postało nazwisko Jeruzelscy v. Jaruzelscy herbu Ślepowron. Pielęgnowali tradycje rodowe, zajmując różne urzędy ziemskie, wśród nich stolnika, podczaszego, chorążego ziemskiego, cześnika, łowczego. Wielu było rycerzami (żołnierzami), pełniąc funkcje towarzyszy i chorążych kohort pancernych.
Pradziadek Generała, Antoni-Józef był dziedzicem dóbr Rusi Starej, Sokołów i części miasteczka Sokoły. Miał pięciu synów. Jednym z nich był Wojciech, dziadek Generała, po którym wnukowi nadano to imię. Za udział w powstaniu styczniowym zesłany na 12 lat do Szadryńska (Syberia). Część drogi przebył pieszo, mimo przysługującej mu z racji szlachectwa tzw. kibitki. Wiele razy wspominał o strasznym głodzie, jaki cierpieli skazańcy. Wrócił po 8 latach, w wyniku amnestii.
Osiadł w pomniejszonym konfiskatą majątku, w powiecie łomżyńskim. Ożenił się z Heleną Filipkowską, córką dziedzica dóbr Zaremby Kościelne, Niemiry i Dmochy. Miał czterech synów, jednym z nich był Władysław – Mieczysław, Ojciec Generała, ur. w 1899 r. w Rusi Starej.
Prapradziadek ze strony Matki, Leonard Jodko-Narkiewicz służył w Legionach gen. Jana Henryka Dąbrowskiego; w Wojsku Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego. Dosłużył się stopnia podpułkownika, licznych orderów, w tym Legii Honorowej. Jego syn Konstanty był kapitanem w Korpusie Inżynieryjnym gen. Ignacego Prądzyńskiego oraz konstruktorem śluzy na Kanale Augustowskim.
Rodzice Generała
Ojciec Generała. Władysław, początkowo uczęszczał do gimnazjum rosyjskiego w Łomży. Gdy po 1905 r. (rewolucja lutowa), zaczęły powstawać polskie szkoły, przeniósł się do Warszawy i ukończył gimnazjum Wojciecha Górskiego (kilka lat później ukończył je Stefan Wyszyński, przyszły Prymas Polski). Nie zwalniało ono z odbycia służby w armii carskiej. Chcąc jej uniknąć, nielegalnie przedostał się do rodziny w Galicji (brata Ojca, Józefa- Benedykta, właściciela majątku Kniaże w Małopolsce Wschodniej), a stąd na studia do Akademii Rolniczej w Taborze (Czechy).
Po ukończeniu wyższych studiów wrócił do Polski. Jako ochotnik walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 r., w oddziale słynnego „zagończyka” Feliksa Jaworskiego, którego czyny bojowe opisuje Zofia Kossak – Szczucka w książce „Pożoga”. Następnie podjął pracę administratora w majątkach: Leśnictwo, Moszenki, Pliszczyn, Kurów. Okazał się świetnym fachowcem, o czym świadczą listy polecające wszystkich pracodawców. We wrześniu 1922 r. ożenił się z Wandą Zaremba, córką Hipolita i Zofii, właścicieli majątku ziemskiego w Trzecinach (powiat Wysokie Mazowieckie).
Matka Generała, ukończyła pensję Leonii Rudzkiej w Warszawie, a następnie Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach.
Państwo Jaruzelscy, w styczniu 1925 roku, z półtorarocznym synem Wojciechem, opuścili Kurów i przenieśli się do majątku Trzeciny, którego właścicielami byli rodzice Matki.
Rodzice Generała mieszkali w małym dworze, w dużym – dziadkowie. Ojciec Generała kierował pracami rolnymi, Matka prowadziła hodowlę zarodową (mleko wysyłano pociągiem do Warszawy). Zajmowali się pracą społeczną. Ojciec w kółku rolniczym udzielał fachowych porad okolicznym gospodarzom w zakresie hodowli i uprawy roli. Matka wspomagała finansowo szkołę powszechną, którą jeszcze jako elementarną, w czasach carskich – zajmowała się jej matka Zofia. Obie w Katolickim Stowarzyszeniu Kobiet, organizowały kursy szycia i gotowania dla młodzieży wiejskiej, prowadziły spotkania oświatowe dla rodzin chłopskich i akcje pomocy dla kilku studentów, rekrutowanych przez Sodalicję Mariańską i Bratnią Pomoc. Niektórzy z nich np. Grzegorz Leszczyński, otrzymywali pomoc finansową i paczki żywnościowe. Po wojnie, pomógł on Teresie, siostrze Generała podjąć naukę i studia w Lublinie na KUL (Wydział Polonistyki).
Dzieciństwo i młodość
Pierwsze lata życia, upłynęły Generałowi w Trzecinach, z dziadkami, rodzicami i młodszą siostrą Teresą (ur. w 1928 r.).
Początkowo nauczaniem chłopca zajmowała się w domu Matka. Uczniem miejscowej szkoły powszechnej był jeden dzień. Później uczył go w domu nauczyciel, Jan Kurkiewicz. Gdy ukończył 10 lat, rodzice skierowali syna na naukę do gimnazjum, wówczas nazywane kolegium. Prowadzili je Księża Marianie na Bielanach w Warszawie. Wojciecha zapisano w roku szkolnym 1933/34 do klasy o programie V- oddziałowej szkoły powszechnej. Czesne było wysokie, miesięcznie 176 zł, z tego 54 zł za naukę i 122 zł za internat. Dwa lata później, już ok. 200 zł.
Gimnazjum należało do grona szkół elitarnych. Znane było z wychowywania młodzieży w duchu polskiej tradycji i na zasadach katolickich. Wyróżniało się samorządem uczniowskim, zwanym „Uczniowską Rzeczypospolitą Bielańską”, której działanie regulowała uczniowska konstytucja. Generał, odpowiadając na list byłego wychowawcy z Bielan, ks. Jana Przybysza, przebywającego na emigracji w Londynie – nawiązał do tego faktu w liście z 9.11.1989 r. pisząc: „Choć minęło już ponad pół wieku od tamtych dziecięco – młodzieńczych lat, mnie również wspomnienia Rzeczypospolitej Bielańskiej nie opuściły. Chyba niewielu poprzednim pokoleniom przychodziło przeżywać aż tyle przemian, w ciągu jednego, ludzkiego życia”. W gimnazjum znajdowało się muzeum. Gromadziło m.in. dokumenty od czasów Jana Kazimierza, pisma ulotne z okresu Sejmu Wielkiego, sporo pism Staszica, Rządu Narodowego Powstania Styczniowego, w tym dział poświęcony Romualdowi Trauguttowi. Muzeum patronował ksiądz Józef Jarzębowski. Istniała też biblioteka, w 1939 r. liczyła ok. 30 tys. tomów. Wojciech Jaruzelski od 1935 r. był harcerzem i członkiem Sodalicji Mariańskiej.
Wychowawcami w gimnazjum byli księża marianie, ale większość nauczycieli stanowiły osoby świeckie. Roman Kadziński, nauczyciel języka polskiego dobrze pamiętał najlepszych uczniów tego przedmiotu – Wojciecha Jaruzelskiego i Tadeusza Gajcego, późniejszego poetę, który zginął w Powstaniu Warszawskim. Po ukończeniu IV klasy gimnazjum i uzyskaniu małej matury, przyszły Generał przyjechał na wakacje do domu w Trzecinach. Wkrótce okazało się, że wojna drastycznie przerywa dalszą naukę i wiejskie życie rodziny Jaruzelskich.
Wybuch wojny i pierwsze lata
Wybuch wojny 1939 r. zmienił życie każdej polskiej rodziny. Pierwsze dni minęły rodzinie Jaruzelskich względnie spokojnie. Jednakże wciąż zbliżały się wojska niemieckie. Wanda i Władysław Jaruzelscy z dziećmi, 10 września zdecydowali się na wyjazd bryczką i trzema furmankami z woźnicami. Dołączyli do masy uchodźców, przemieszanych z żołnierzami z rozbitych oddziałów Wojska Polskiego. Udali się na Wschód licząc, że wojna nie potrwa długo i wkrótce wrócą. Opuścili Trzeciny – jak się okazało – na zawsze.
Jechali głównie nocami, w dzień Niemcy bombardowali zatłoczone drogi. Tydzień po wyjeździe dotarli do majątku Jagnieszczyce (woj. nowogródzkie). Tu dowiedzieli się, iż rano Armia Czerwona przekroczyła granice Polski. Ze strony miejscowej ludności pojawiały się wyrazy nienawiści. Uchodźcom wygrażano, mówiono „wy polskie pany”. Zdecydowali się na powrót, ale nie do domu, a na Litwę, gdzie – jak sądzono – zamieszkuje rodzina Ojca. Jadąc tam, pod Grodnem oczekiwali na prom przez Niemen. Wówczas nadjechały radzieckie czołgi. Doszło do walki z polskim oddziałem, którą obserwowali ukryci w dołach małego zagajnika. Po przeprawie przez Niemen, zdecydowano kontynuować podróż na Litwę.
Litwa, deportacja na Syberię
W Kopciowie, przekroczono granicę. Na Litwie nikogo z rodziny nie znaleziono. Z pomocą przyszła im Polonia Litewska. Rodzina Jaruzelskich znalazła schronienie w majątku państwa Hawryłkiewiczów w Winksznupiach, z którymi los połączył ich aż na Syberię.
Latem 1940 roku, po przyłączeniu Litwy do ZSRR, pojawiły się obawy Polaków o deportację w głąb Związku Radzieckiego. Litwini zachęcali do starań o obywatelstwo. Polscy uchodźcy, w tym Władysław Jaruzelski liczyli, iż pozwoli to uniknąć deportacji. Doszło jednak do niej 14 czerwca 1941 r. Z pobliskiego miasta Wiłkowyszki wyruszył transport kolejowy, załadowany polskimi, a zwłaszcza litewskimi rodzinami.
Władysława Jaruzelskiego z innymi mężczyznami, umieszczono w oddzielnym wagonie na końcu transportu. Odłączono go od składu w Nowej Wilejce i skierowano do łagru -7 łagpunkt Reszoty (Krasnojarski Kraj). Podróż rodziny (bez męża i ojca), w bydlęcych wagonach, z zakratowanymi okienkami i zaryglowanymi drzwiami, trwała prawie miesiąc. Zesłańcy przez Jarosław, Wołogdę, Kirow, Świerdłowsk, Omsk, Nowosybirsk, Barnauł, dotarli do Bijska (Ałtajski Kraj), końcowej stacji kolejowej, nad rzeką Biją. Stąd skierowano ich do leśnej osady Turaczak, ok. 300 km od Bijska. Umieszczono ich w prymitywnej chacie, nie ogrzewanej, bez światła i wody, z dwiema rodzinami Polaków z Litwy: Hawryłkiewiczów i Wasilewskich. Syn otrzymał pracę drwala w tajdze, „na parę” z Ludwikiem Wasilewskim. Przybywających zesłańców spotykała życzliwość mieszkających tu prostych ludzi, zwłaszcza Sybiraków. Okres ten, na podstawie wspomnień siostry Generała – Teresy Starnawskiej, opisuje Peter Raina w książce pt. „Jaruzelski młode lata” (Wyd. Książka Polska, Warszawa 1994).
NKWD w październiku 1941. wezwało Wojciecha Jaruzelskiego wraz z Edwardem Hawryłkiewiczem, który biegle mówił po rosyjsku i powiadomiło, że porozumienie zawarte między polskim rządem emigracyjnym w Londynie, a rządem radzieckim zmienia ich status. Rodziny mogły przenieść się do maleńkich izb, też bez wody i światła elektrycznego. Był jednak piec, a więc ogrzewanie, gdy już nastały mrozy. Matka z córką mogły spać na skleconej pryczy, syn – na słomie, na podłodze.
Wojciech dostał pracę „pod dachem”, pomocnika magazyniera. Wtedy nadeszła wiadomość, że Ojciec po wyjściu z łagru szuka ich w Bijsku, sugerując, że syn jest powołany do armii. Wojciech w styczniu 1942 roku zdecydował o ucieczce z Turaczaka. Korzystając z okazji, że miejscowi wozacy udawali się do Bijska, po zamarzniętej rzece Biji, saniami przewieźli Matkę z córką i synem. Rodzina znów była razem. Wszystkim doskwierał głód. Syn podjął pracę drwala w lesie, „na parę” z Dominikiem Niwińskim. Ojciec po wyjściu z łagru był bardzo wycieńczony. Został wozakiem w gospodarstwie rybnym. Zachorował na krwawą dezynterię. Zmarł 4 czerwca 1942 roku. Pochowany na miejscowym cmentarzu, w grobie obłożonym darnią, z brzozowym krzyżem.
Michaił Gorbaczow, gdy dowiedział się o syberyjskich losach rodziny Generała, polecił wykonanie pomnika na grobie Ojca Generała i obok drugiego z inskrypcją: „Polakom zmarłym na Syberii w 1939-1945 roku”. Generał odwiedził Bijsk i cmentarz w 2005 roku, w 60. rocznicę zwycięstwa nad hitleryzmem. Sfinansował tablicę w języku polskim. Spotkał się z miejscowymi Sybirakami, proboszczem polskiej parafii, księdzem Andrzejem Obuchowskim, opiekującym się potomkami polskich zesłańców.
Syberyjski epizod ma nieoczekiwane, wręcz niesamowite dopełnienie. Na mocy ustawy z 17 października 2003 r. wszystkim Sybirakom przysługuje pamiątkowy Krzyż Zesłańców Sybiru, nadawany przez Prezydenta RP, na wniosek organizacji kombatanckich. Generał taki Krzyż otrzymał.
Okazało się, że „nie słusznie”. Odpowiedzialność spadła na kilku pracowników Kancelarii. 30 marca 2006 roku zwrócił Krzyż (do tego czasu uhonorowano nim kilka tysięcy zesłańców), pisząc w liście otwartym do Prezydenta RP: „Jako porucznik na przedpolach Berlina w kwietniu 1945 roku i jako generał armii na najwyższych urzędach czuję się – w stosownym oczywiście zakresie – odpowiedzialnym za wszystko, co działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była. Za to, co było dobre – i za to, co było złe. O tym pierwszym myślę i mówię z satysfakcją.
O tym drugim przypomnę, że w kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi (w tym w oficjalnych oświadczeniach) często pojawiają się słowa: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się to szczególnie do tych wszystkich okoliczności i faktów, jakie niosły ze sobą jakąś ludzką krzywdę i ból. Jeśli przyczyniłem się do nich w sposób bezpośredni, czy pośredni, widzę to tym ostrzej”.
Kilka refleksji – pod rozwagę
Uczestnicząc w walkach I Armii Wojska Polskiego o wyzwolenie Polski- od jej rubieży wschodnich, przez Warszawę, przełamanie Wału Pomorskiego, walki nad Bałtykiem i Odrą, aż po Łabę, był dwukrotnie ranny. Zasłużył na Srebrny Krzyż Orderu Wojennego Virtuti Militari, dwukrotnie na Krzyż Walecznych, trzykrotnie na Medal Zasłużony na Polu Chwały. Odwagę wojskową łączył z odwagą cywilną. Wykazał to, służąc na różnych stanowiskach wojskowych, państwowych i politycznych – do najwyższych. Wiele razy stawał w obliczu konieczności podejmowania trudnych decyzji, brzemiennych w długofalowe skutki. W takich sytuacjach kierował się zawsze najlepiej rozumianą polską racją stanu, polskimi interesami narodowymi. Każdy z dorosłych Państwa Czytelników ma własną ocenę tego, „co było dobre – i co było złe”. Na ile podejmowane decyzje były racjonalne, realistyczne, głęboko przemyślane, mądre.
Zachęcam do namysłu nad cytowaną wypowiedzią prof. Andrzeja Romanowskiego oraz kilku, spośród tysięcy znanych i wybitnych Polaków.
Prezydent Aleksander Kwaśniewski w dniu 90 rocznicy Urodzin Generała, m.in. mówił – „Kiedy myślę o Twoim życiu, Twej służbie dla Polski, zawsze odczuwam podziw i szacunek. Droga życiowa przez burzliwy XX wiek, którą przeszedłeś, jest nie tylko zapisem polskich losów i dramatów – nie tylko zapisem historii Polski, a w zasadzie trzech polskich państw, trzech epok. Jest także świadectwem twojego głębokiego patriotyzmu i poczucia obowiązku pracy dla Polski, jakakolwiek i gdziekolwiek by była. A także zapisem politycznych wyborów męża stanu”.
Abp Józef Kowalczyk – „Jan Paweł II widział w generale Jaruzelskim jakiegoś ducha patriotyzmu, ducha dobra i wolę obrony Polski”
Profesor Bronisław Łagowski – „Jaruzelski jest spośród żyjących, człowiekiem najbardziej zasłużonym dla Polski. Przyjdzie czas, gdy stanie się to oczywistością i nastąpi symboliczne wynagrodzenie małodusznych, mściwych szykan, jakie Go spotykają. Proszę, żeby to zostało wpisane do protokołu” (Przegląd nr 27 z 2013).
Ks. Eugeniusz Makulski, 6.10. 1990 w Licheniu, witał Generała z gośćmi słowami- „Przez wieki wspominamy zwycięstwa: pod Grunwaldem, pod Wiedniem, pod Warszawą. Ale te zwycięstwa i chwała okupione były tysiącami poległych rycerzy, wojowników i żołnierzy. W dziejach świata nikomu nie udało się odnieść pełnego zwycięstwa, armię całą zachować i życie swoich żołnierzy ocalić. Śmiem twierdzić, że takie zwycięstwo odniósł w naszej historii tylko jeden generał, tylko jeden wódz, przed którym dziś chylimy swoje czoła. Do takiego zwycięstwa i do pełnej wolności doprowadziłeś nasz naród Ty, Panie Prezydencie”
Profesor Jan Karski – w liście do Generała z 2 lutego 1998, m.in. pisze: „Historia oceni działalność Pana inaczej, niż współczesne Mu, podzielone politycznie i emocjonalnie reagujące, pokolenia. Tak było w historii Polski z księciem Adamem Czartoryskim, Tadeuszem Kościuszką, margrabią Wielopolskim, marszałkiem Piłsudskim, generałem Sikorskim, Mikołajczykiem, Witosem, Ciołkoszem i tylu innymi”…
Profesor Marian Dobrosielski- „Miałem zaszczyt kilkakrotnie spotkać się z Generałem w Jego biurze. Jestem od lat pod silnym wrażeniem Jego niezwykłej, w naszych czasach, wysokiej kultury osobistej i politycznej. Generał wobec różnych swoich oskarżycieli nie żywi nienawiści, żądzy odwetu czy zemsty. Jestem pełen podziwu dla Jego cierpliwości, godności z jaką znosił i znosi haniebne, oszczercze, pełne jadu i nienawiści oskarżenia skrajnie prawicowych oszołomów”.
Profesor, organizując konferencję naukową z okazji 50-lecia Planu Rapackiego i 20 – lecia Planu Jaruzelskiego (2007), zaprosił Generała i opisał Jego wystąpienie. „Głos zabrał, owacyjnie witany przez uczestników Generał. Przedstawił syntetycznie założenia polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Polski Ludowej, koncepcję swego planu z 1987 roku, ocenę ówczesnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej w Polsce przełomu lat 70/80. Powiedział m.in. Wprowadzenie stanu wojennego było dramatycznie trudną decyzją – wiedzieliśmy, iż jej ciężar będziemy dźwigać do końca życia. Zwyciężyło jednak poczucie odpowiedzialności za los Polski i Polaków, za pokój w Europie. Przy tym towarzyszyła nam świadomość, iż uczyniliśmy wszystko co możliwe, aby doprowadzić do porozumienia (z „Solidarnością” i Kościołem -M.D). Sądzę, że te trzy zdania stanowią kwintesencję racjonalnej, patriotycznej, moralnej, ludzkiej postawy generała Wojciecha Jaruzelskiego”.

Ten niebywały rok sześćdziesiąty ósmy

Z perspektywy 52 lat przełomowe znaczenie roku 1968 w dziejach cywilizacji (tak – cywilizacji, bo jego wpływ znacznie przekraczał zasięg europejski) zaznacza się coraz bardziej jaskrawo, bo z odległej perspektywy widać najlepiej, na tle tego, co zdarzyło się później.

Pojawiły się w nim zjawiska, które zapoczątkowały nowy obraz naszego świata. Wydarzenia i procesy jakie zaszły w 1968 roku, były tak naprawdę definitywnym końcem resztek wieku XIX, które przetrwały burze wieku XX. Wtedy definitywnie skończyło się, w sensie kulturowym, dawne konserwatywne społeczeństwo. Hasła paryskich studentów uderzały w skamielinę społeczną, którą było wtedy społeczeństwo, rodziny, biurokracja i uniwersytety. Francja roku 1968 w dużym stopniu była wtedy wciąż do pewnego stopnia – ujmując rzecz w pewnym uproszczeniu i skrócie – Francją Balzaca, jako że procesy społeczne przebiegają powoli, znacznie wolniej niż spektakularne wydarzenia i przełomy polityczne. Po burzliwym roku 1968 nic – ani w świecie, ani w Europie, nie pozostało już takie jak dotąd, choć nowy świat objawił się dopiero w „zajawkach”. Przecież legalizacja aborcji we Francji nastąpiła dopiero siedem lat po paryskim Maju 1968, w roku 1975, za prezydentury Valery Giscard d’Estaigne i to po potężnych protestach społecznych. Niewątpliwie epicentrum 1968 roku objawiło się w paryskim Maju, w rewolcie studenckiej, na barykadach, w walkach ulicznych. Poruszył on jednak potężną falę, która dotarła na amerykańskie uniwersytety powodując krwawe ofiary demonstracji, ale także m.in. do Włoch czy Wielkiej Brytanii. Dziś trudno nawet uzmysłowić sobie kontrast między duchem buntu zanarchizowanej młodzieży, długowłosej, luzackiej, kolorowej, nasyconej muzyką Beatlesów, nie respektującej żadnych oficjalnych autorytetów, a postacią stojącego od dekady na czele Francji generała de Gaulle, hieratycznej postaci rodem jakby sprzed Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Książka dwojga reporterów tygodnika „Polityka”, Cezarego Łazarewicza i Ewy Winnickiej nie dotyczy jednak tylko francuskiego roku 1968, lecz tego, co się wtedy wydarzyło, w różnych krajach, w różnych wymiarach. Jest tu i polski Marzec 1968 (choć dokonał się on w radykalnie odmiennych społecznie i politycznie warunkach niż w świecie zachodnim, co nakazuje traktować go odrębnie) i interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji, ale nie jest to polityczna synteza 1968 roku, jaką swego czasu przygotował profesor Jerzy Eisler. To 20 reportaży pokazujących ten czas bezpośrednio, przez ludzkie doświadczenie, przede wszystkim poprzez przemiany w mentalności i kulturze. Na tę książkę składają się też doświadczenia jednostek (choćby skromnych młodych ludzi z Sosnowca), okruchy życia w tamtej epoce, fragmenty puzzla układające się w migotliwą, wielopostaciową, bogatą całość. Autorzy nie są bowiem zawodowymi historykami, lecz reporterami. Recenzent tygodnika „Polityka”, z którym związani są oboje autorzy, tak napisał o tej książce: „1968 był to dziwny rok. A najdziwniejsze było w nim chyba to, że zaczął się pięć lat wcześniej. Tak przynajmniej twierdzi para reportażystów, Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz, autorzy książki „1968. Czasy nadchodzą nowe”, będącej portretem „roku rewolucji”. Otóż 13 października 1963 r. w londyńskim klubie Palladium odbył się, transmitowany przez telewizję, koncert The Beatles. To właśnie wtedy z całą mocą wybuchła beatlemania. Rok 1963 utorował młodym ludziom drogę do wygłoszenia swoich pretensji wobec świata dorosłych. Z tego powodu większość bohaterów reporterskich opowieści to ludzie młodzi. Andrzej Krakowski, student łódzkiej Filmówki, który opuścił kraj po wydarzeniach marcowych, miał 22 lata, Romain Goupil prowadził paryskich licealistów na barykady jako 16-latek. W tym gronie Roman Polański, podbijający Amerykę „Dzieckiem Rosemary” w wieku lat 35, jawi się jako osoba na wskroś dorosła. Młodzieńczy bunt miał jednak różne oblicza. Winnicka i Łazarewicz doskonale zdają sobie z tego sprawę. Po raz kolejny odwołują się więc do Beatlesów, do opublikowanego w 1968 r. „Białego albumu” – płyty różnorodnej, wręcz niespójnej, ale właśnie dlatego genialnie oddającej klimat epoki. Taka jest też ta książka – zwichrowana, jak zwichrowany był rok 1968. Winnickiej i Łazarewiczowi świetnie udało się oddać to jakże specyficzne ówczesne rozedrganie”. Po francuskim 1789 roku trudno wskazać inną datę, która miałaby porównywalną rangę z rokiem 1968 w łańcuchu przemiany dziejowej ludzkości. Ani kolejne rewolty i wojny XIX wieku, ani dwie wojny światowe XX wieku, ani nawet dynamika rozwoju technologicznego, nie były aż tak silnym impulsem jak ten, który przyniósł burzliwy rok 1968.
Warto przeczytać pasjonujące reportaże Winnickiej i Łazarewicza, by zobaczyć ten proces nie w uogólniających frazach historycznej syntezy, lecz poprzez konkretne, pojedyncze, indywidualne, personalne, a więc tym silniej przemawiające do wyobraźni zjawiska.
Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz – „1968. Czasy nadchodzą nowe”, Agora, Warszawa 2020, str. 357, ISBN 978-83-268-2613-9

O miłości i innych sprawach

„Historia Zuzy, Natalii i Jagody to opowieść o tym, jak bardzo możemy się mylić w ocenie życia innych ludzi i swoich problemów.

A także o miłości, ukrytych pragnieniach, drugich i swoich problemów. A także o miłości, ukrytych pragnieniach, drugich szansach i kobiecej przyjaźni, która daje siłę, by uwierzyć, że szczęście może być wyborem, nie przypadkiem.
„Inni mają lepiej”, to idealna lektura dla tych, którym wydaje się, że życie sąsiadów, znajomych, wszystkich bliskich i dalekich „innych” jest bardziej kolorowe dla tych, którzy potrzebują zachęty, by ruszyć z miejsca.
Warto przyjrzeć się historiom bohaterek, by na co dzień nie ulegać iluzjom, a walczyć o to, co jest dla nas naprawdę ważne” – tak powieść obyczajową Krystyny Mirek, autorki już ponad dwudziestu powieści z gatunku tzw. „prozy kobiecej”, cieszących się dużym zainteresowaniem czytelniczym i trafiających na listy bestsellerów rekomenduje wydawnictwo Edipresse Książki. Sugeruję, by lekturą zweryfikować rekomendację edytorską.
Krystyna Mirek – „Inni mają lepiej”, Edipresse Książki, Warszawa 2020, str. 318, ISBN 978-83-8177-446-8

Wydawało mi się to nierealne

-Dziś króluje pośpiech. Nie można pozwolić sobie na powtórki. W jeden dzień, od 7 rano do 20 wieczorem trzeba zrobić cały odcinek. Zgroza. Podobnie jest w Teatrze Telewizji. Kiedyś w salach prób przy Woronicza aktorzy spotykali się po kilka razy przed realizacją, od godziny 15 do 18, najpierw przy stolikach, jak w teatrze. Dziś, w tym pośpiechu nie da się osiągnąć należytego efektu artystycznego – z Leonardem Pietraszakiem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

„Najlepsze kasztany są na placu Pigalle”. Co Pan na to?
(śmiech) Że ja pierwszy wypowiedziałem te słynne słowa, a to dzięki temu, że Andrzej Konic obsadził mnie w odcinku „Hasło” w „Stawce większej niż życie”. Tuż po moim przybyciu do Warszawy w 1965 roku Andrzej angażował mnie często do swoich realizacji, m.in. w „Kobrach”. Kilka lat później, w 1973 roku powierzył mi główną rolę, pułkownika Krzysztofa Dowgirda w kolejnym swoim serialu, w „Czarnych chmurach”. Bardzo mile wspominam tamtą realizację, w kilku miejscach Polski, n.p. latem 1973 roku w Lublinie, na tamtejszym malowniczym Starym Mieście, które „udawało” Warszawę, sceny „konne”, „pościgowe” nad tamtejszym Zalewem Zemborzyckim, mieszkanie w miłym hotelu z europejskim oddechem, o nazwie „Unia” oraz miłe towarzystwo lubelskich kolegów aktorów i całej ekipy filmowej. Ten serial, gdy szedł w telewizji, oglądała, jak to było wtedy w zwyczaju, cała Polska. Krytycy oczywiście utyskiwali, że filmy „płaszcza i szpady” umieją robić tylko Francuzi, ale do dziś otrzymuję sygnały, że wielu widzów ma do tego serialu sentyment. Dobre tempo świetna obsada, w osobach m.in. koleżanki Ani Seniuk, kolegów Ryszarda Pietruskiego, Stanisława Niwińskiego, Macieja Rayzachera, Janusza Zakrzeńskiego, Edmunda Fettinga, Mariusza Dmochowskiego, Saturnina Żórawskiego. Wiele do urody tego serialu wniósł też scenograf Bolesław Kamykowski. To była piękna przygoda. A potem była rola w „Czterdziestolatku”, w którym w roli doktora Karola poniekąd „odgrywałem” wątki z felietonów Krzysztofa Teodora Toeplitza. To po tej roli zadzwonił do mnie ówczesny dyrektor warszawskiego teatru Ateneum Janusz Warmiński i zaproponował mi etat.
Miał Pan szczęście do popularnych seriali, bo poza wspomnianymi zagra¸ Pan jeszcze w „Rodzinie Połanieckich” czy rewelacyjnego pułkownika Waredę „Karierze Nikodema Dyzmy”. Dlaczego dziś nie powstają tak dobre seriale?
Z braku czasy i pieniędzy. Dziś króluje pośpiech. Nie można pozwolić sobie na powtórki. W jeden dzień, od 7 rano do 20 wieczorem trzeba zrobić cały odcinek. Zgroza. Podobnie jest w Teatrze Telewizji. Kiedyś w salach prób przy Woronicza aktorzy spotykali się po kilka razy przed realizacją, od godziny 15 do 18, najpierw przy stolikach, jak w teatrze. Dziś, w tym pośpiechu nie da się osiągnąć należytego efektu artystycznego.
Wielką popularność zdobył Pan rolą Kramera w „Vabank” i „Vabank 2” Juliusza Machulskiego. Ceni Pan popularność?
Oczywiście, bo ona jest aktorowi bardzo potrzebna, w pewnym sensie stanowi dla niego największe zawodowe spełnienie. Julek powiedział mi, że pisał scenariusz z myśl o mnie w roli Kramera. Ja zaś po przeczytaniu scenariusza nie wierzyłem, że świeży absolwent, choćby nie wiem jak utalentowany, ale bez dorobku, bez warsztatu, mógł dobrze zrobić taki film. I pomyliłem się. Wyszedł genialny film, zwłaszcza pierwszy – „Vabank”. To najlepszy film Machulskiego. Julek miał myśl, żeby zrobić część trzecią, w której Kramer wychodzi z więzienia i ginie w walce, w Powstaniu Warszawskim, jak bohater. (śmiech). „Vabank” jest wspominany ciągle, na każdym kroku, często powtarzany, można go obejrzeć w internecie, więc młodzi często pokazuje mi „ucho od śledzia”. Wystarczyło zagrać tylko w takim filmie, żeby wejść do historii kinematografii.
W niezwykłych okolicznościach zagrał Pan rolę Carnota w „Dantonie” Andrzeja Wajdy w 1982 roku…
Tak. Film miał być realizowany w Warszawie, ale został wprowadzony stan wojenny i zdjęcia przeniesiono do Paryża, a właściwie pod Paryż, do Wersalu. Pamiętam niesamowity kontrast między sytuacją w Polsce, a tym, co tam zastaliśmy. Dobry hotel, wyjeżdżanie na plan o 9.30, przed pracą na planie obiad ze świetnym jedzeniem i winem, a potem zdjęcia, ale niezbyt długo, żeby aktorzy się nie przemęczyli. Dla nas, ekipy aktorów z Polski, którzy grali robespierrystów, to była zupełna bajka. Przy czym Francuzom bardzo się podobał nasz polski, słowiański sposób i styl gry aktorskiej, nieco inny niż francuski. Pamiętam też wizyty w wytwórni „Gaumont” w Paryżu, producenta filmu, w której kręcono kiedyś legendarne filmy z Fernandelem czy Jeanem Gabin, które oglądałem jeszcze jako młodziak.
Pewien młody reżyser filmowy stwierdził, że chętnie angażuje aktorów starszego pokolenia, ponieważ – jak stwierdził – „w jego pokoleniu trudno o mężczyzn „w starym stylu”. Pana styl aktorstwa wydaje mi się takim wcieleniem męskości w „starym dobrym stylu”. Przyjmuje Pan taką kwalifikację?
A to ciekawe z tą „męskością” aktorów, bo zwykło się mawiać, że to zawód niemęski, bo jakże prawdziwy mężczyzna może zakładać jakieś fatałaszki, perukę, malować się. Tymczasem ja podejrzewam, że ci aktorzy, którzy za czasów Szekspira grali role kobiece, byli właśnie bardzo męscy. Bo co to za sztuka zagrać „zniewieściałego” będąc naprawdę „zniewieściałym”? Role mężczyzn „zniewieściałych”, czy gejów grają przeważnie bardzo „męscy” aktorzy. „Zniewieściały” naprawdę zagra taką rolę kiczowato. Jednak gdy mówił o męskości, to mam na myśli męskość w stylu dawnego rycerza a nie to, co dziś jest pokazywane jako „męskość”, czyli okładanie się pistoletem po głowie, wulgarność, agresja. To jest zaprzeczenie nie tylko męskości, ale i człowieczeństwa. Nie powiem, że to zezwierzęcenie, bo bardzo lubię zwierzęta. Co do mnie, to choć grałem postacie bardzo męskie, Don Juanów czy Mackie Majchrów, itd., to grałem też „safandułów”, mężczyzn delikatnych, śmiesznych, choćby Motylińskiego, Fikalskiego czy Piorunowicza w komediach Bałuckiego, więc nigdy mnie nie zaszufladkowano.
Kto wpłynął na Pana najbardziej spośród pedagogów z łódzkiej szkoły aktorskiej, której jest Pan absolwentem?
Janina Mieczyńska, ucząca rytmiki i tańca, Henryk Modrzewski, solidny aktor i świetny pedagog, który uczył nas prozy, Adam Daniewicz czy Jan Kochanowicz od poezji, Kazimierz Brodzikowski od scen. Jak pan zauważył, nie ma wśród nich nazwisk sławnych, błyszczących, jak to było w szkole warszawskiej, ale to byli jednak wspaniali pedagodzy. Nie wierzę tym, którzy mówią, że nic nie zawdzięczają swoim pedagogom.
Dużo kosztował Pana ten zawód?
Bardzo dużo.
Na czym ten koszt polegał?
Nie można być w nim miękkim psychicznie, trzeba umieć nie przejmować się opiniami recenzentów, trzeba umieć nie dać się zdołować. Cały czas jest się na widelcu, bo daje się siebie całego, a tymczasem można się nie spodobać w roli. To jest przykra strona tego zawodu. Tymczasem sukcesy są dane nielicznym, większość pozostająca na drugim, trzecim planie czuje się często przegrana, a przy tym sukcesy zależy w dużej mierze od tego, czy ma się szczęście. To zawód szczególnie trudny dla kobiet, które często mają okresy „przestoju”, gdy są ”za stare” na amantki, a za młode na babcie. No i to czekanie na telefon od reżysera, na propozycje, choć mnie jako starego już aktora na emeryturze dotyczy to w niewielkim stopniu.
Co Pana popchnęło do aktorstwa?
Wierzę w przeznaczenie, w jakiś ustalony, dany nam z góry tor naszego życia. Tuż po wojnie, jako dziecko, mieszkałem wielkopolskiej miejscowości, w Chodzieży. Było tam kino „Noteć”, do którego namiętnie chodziłem. Patrzyłem na te filmy i marzyłem, żeby w jednym takim wystąpić. Może już wtedy jakiś zwój mojego mózgu zapowiadał, że będzie mi to kiedyś dane, choć wydawało mi się to absolutnie nierealne, zwłaszcza, że nie pochodziłem z artystycznej rodziny. Potem na krótko trafiłem do Studia Dramatycznego w Bydgoszczy, a w końcu dostałem się do szkoły aktorskiej w Łodzi.
Teatr Ateneum, w którym jest Pan od przeszło 40 lat, miał w swoim repertuarze, jeszcze od czasów przedwojennych, istotne pasmo tematyki społecznej i politycznej. Brało się to m.in. ze społeczno-politycznych predylekcji i zainteresowań jego patrona, Stefana Jaracza. Dziś tej tematyki jest w teatrze bardzo mało. Czy widzowie jej nie potrzebują?
Myślę, że w tym stopniu co kiedyś, nie potrzebują. W PRL widzowie polowali w teatrach na najdrobniejsze aluzje do bieżącej sytuacji społeczno-politycznej. Dziś rolę wentyla odgrywa nie teatr, ale takie audycje telewizyjne jak „Szkło kontaktowe”, gdzie można zadzwonić, wyżalić się i powiedzieć, co się myśli o tym, co oni, skurczybyki, robią. Dziś w teatrze ludzie na ogół wolą uciec od polityki, bo odczuwają jej natłok na co dzień. Wolą teraz w teatrze pośmiać się, powzruszać, po ludzku, bez nadmuchiwania się na wielką politykę, filozofię czy moralistykę, na „wielką sztukę”. Z drugiej strony jestem też przeciwko nazbyt radykalnemu skandalizowaniu teatrów utrzymywanych z budżetu, zwłaszcza z pieniędzy tych podatników, którzy nie chodzą do teatru. Te kopulacje, brutalny seks niech się pokazuje w teatrzykach offowych, ale nie n.p. w Narodowym. Przede wszystkim jednak nie należy wypaczać sensu klasycznych tekstów dramatycznych. Nie wolno mordować klasyków. Z drugiej jednak strony cenię teatry specjalnie zaangażowane społecznie-politycznie, jak warszawski Powszechny pod dyrekcją Pawła Łysaka.
Wiem, że Pana ulubionym wielkim klasykiem teatru jest Antoni Czechow. Dlaczego on, a nie n.p. Szekspir czy Molier?
Czechow jest jednocześnie dramatyczny, tragiczny i komediowy. Jego sztuki zawierają ogrom ładunku egzystencjalnego, są w nich wszystkie ludzkie dramaty, rozpacz, nadzieja, miłość, przemijanie. Czechow zawarł w swoich sztukach kosmos ludzkiego doświadczenia. Aktorowi daje on możliwość wykazania się w tym, co najtrudniejsze, w pokazaniu tego pasma, które jest pomiędzy komizmem a dramatyzmem ludzkiej egzystencji. Tęsknię do Czechowa tym bardziej, że w moim długim życiu zawodowym zagrałem w jego sztuce tylko raz Łopachina, tu w Ateneum, w „Wiśniowym sadzie”.
Dziękuję za rozmowę.

Leonard Pietraszak – ur. 6 listopada 1936 w Bydgoszczy. Absolwent PWSTFiT w Łodzi (1960). W latach 1956-1965 w teatrach Nowym w Łodzi, Dramatycznym i Polskim w Poznaniu. W latach 1965-1971 w Klasycznym i Rozmaitości w Warszawie. Od 1974 roku aktor Teatru Ateneum w Warszawie. Ma na swoim koncie liczne kreacje sceniczne, m.in. Mackie Majchra w „Operze za 3 grosze” B. Brechta, „Don Juana” Moliera, lorda Harleya w „Wieczorze Trzech Króli” W. Szekspira, Billauda-Varenne w „Termidorze” St. Przybyszewskiej, Rzecznickiego w „Fantazym” J. Słowackiego i wiele innych. Zagrał dziesiątki ról filmowych i telewizyjnych, w tym m.in. w „Czerwonych beretach” P. Komorowskiego (1963), w „Wielkim układzie” A.J. Piotrowskiego (1976), „Do krwi ostatniej” J. Hoffmana (1978), w „Vabank” i „Vabank II” J. Machulskiego (1982 i 1985), „Kronice wypadków miłosnych” A.Wajdy (1985), „Złocie dezerterów” J. Majewskiego (1998) i wielu innych. Masową popularność przyniosły mu też role w popularnych serialach „Stawka większa niż życie” (1968), „Czarne chmury” (1973), „Czterdziestolatek” (1974-1977), „Rodzina Połanieckich” (1978), „Królowa Bona” (1980), czy „Siedlisko” (1998).

Grać normalne spektakle

Jacek Mikołajczyk, dyrektor artystyczny Teatru Syrena odpowiada na pytania Tomasza Miłkowskiego.

Syrena od początku istnienia była teatrem rozrywkowym. Dominowały składanki między rewią a kabaretem, zdarzały się pozycje komediowe i od czasu do czasu coś dla dzieci. To był trochę teatr przedwojenny, a trochę rozrywka wedle przepisu „sojusz świata pracy z kulturą i sztuką”. Czy z tym rodzajem widowisk dzisiejsza Syrena zrywa?
Nie tyle zrywa, ile akceptuje stan faktyczny. Tak naprawdę, żaden teatr nie proponuje już tego rodzaju repertuaru, nie działa w takiej formule. Klasyczne składanki w Syrenie jako propozycja nie jubileuszowa, ale codzienny repertuar, powstawały ostatnio za dyrekcji Zbigniewa Korpolewskiego. Syrena nie tworzy ich zatem już od ponad dwudziestu lat. Trudno byłoby do nich wracać. Preferujemy teatr muzyczny oparty na opowieści, choć nie odżegnujemy się w żadnym razie od rozrywki. Muszę jednak zaznaczyć, że dotyczy to naszej klasycznej sceny. W Bistro składankową rewię przygotowaliśmy. To „Nogi Syreny”, typowa wiązanka piosenek i kabaretowych skeczy. Stworzyliśmy ją w dodatku w formule kawiarnianej. To się sprawdziło i nie widzę powodu, żeby tego nie próbować powtórzyć.
W repertuarze Syreny pojawiały się w przeszłości spektakle muzyczne, czasem wodewile, a nawet musicale. Czy musical to przyszłość Syreny?
Moim zdaniem tak. Musical to bogata tradycja i ogromny repertuar, ciągle się powiększający. Formuła wymyślona przez Amerykanów świetnie wkomponowała się w wiek XX i czasy późniejsze. Za jej pomocą możemy dyskutować o otaczającym nas świecie, wykorzystywać najnowsze trendy w muzyce popularnej i utrzymywać żywy kontakt z widzami. To bogactwo i potencjał aż oszałamiają. Możemy grać musicale broadwayowskie i tworzyć własne. Możliwości są praktycznie nieograniczone. Musical jest bardzo szerokim nurtem we współczesnym teatrze muzycznym i sceny różnej wielkości i o różnych możliwościach mogą odnaleźć w nim swoją niszę. To właśnie robimy my – staramy się wystawiać musicale „nieoczywiste”, czyli niekoniecznie z najgłówniejszego nurtu, ale przede wszystkim takie, które mają w sobie pazur krytyczny, społeczny czy psychologiczny.
Sukces musicali za pańskiej dyrekcji napawa optymizmem. Czy wobec tego jest w stolicy miejsce na jeszcze jeden teatr muzyczny?
Oczywiście. Udowodniliśmy, że na naszej scenie mieszczą się musicale, że możemy je produkować nie rujnując finansów teatru i eksploatować zachowując równowagę między kosztami a wpływami, z wkalkulowanym zyskiem z eksploatacji. To jedno z naszych założeń – w warunkach finansowych i technicznych, w jakich działamy, proponować jakościowy teatr muzyczny. Jeżeli to się udaje i dopisują nam widzowie, to nie widzę żadnego powodu, żeby w dwumilionowym mieście, jakim jest Warszawa, nie było miejsca dla drugiego teatru muzycznego. Zwłaszcza że nasz repertuar jest inny niż Teatru Roma, wystawiamy inne musicale, bardziej kameralne i niszowe.
Kogo – po dość radykalnym liftingu Syreny – uważa pan za idealnego widza tego teatru?
Idealnym widzem Syreny jest ktoś, kto lubi w dobry jakościowo sposób spędzać wolny czas, nie unikając teatru poruszającego różne krytyczne wątki, choć odwołującego się ciągle do modelu teatru popularnego. Skład widowni jest też regulowany ceną naszych biletów – do 120 zł za bilet, co nie jest kwotą niską. Te ceny dyktowane są przez koszty wystawiania spektakli muzycznych. Siłą rzeczy celujemy w klasę średnią. Oczywiście, przychodzą do nas także zapaleni fani musicalu. To jedna z moich największych radości jako wieloletniego popularyzatora musicalu – że w Polsce doczekaliśmy się już takiej grupy i że stale ona rośnie. Niektórzy z takich widzów przychodzą na każdy tytuł kilkakrotnie. Znamy się z nimi doskonale dzięki mediom społecznościowym i utrzymujemy kontakt. Ci widzowie najbliżsi są tego, co określiłbym mianem idealnej publiczności. Równie wielką radością jest obserwować na naszej widowni studentów. Mamy dla nich wejściówki, dzięki którym bilety stają się bardziej przystępne cenowo, ale zdaję sobie sprawę, że nawet uwzględniając to, wizyta w Syrenie bywa dla nich przedsięwzięciem kosztownym.
Czy premiera oryginalnego autorskiego musicalu Wojciecha Kościelniaka „Kapitan Żbik i żółty saturator”, to zapowiedź, ze w Syrenie znajdzie się miejsce dla rodzimej twórczości musicalowej?
Tak, to jeden z filarów naszego repertuaru. Wcześniej wystawiliśmy „BEMA!” Macieja Łubieńskiego i Michała Walczaka, więc polskich propozycji nie jest w naszym repertuarze tak mało. Obecnie, kiedy planujemy przyszłość po koronawirusie, rodzima twórczość w różnych formułach – większych i mniejszych spektakli – jest jednym z naszych priorytetów.
Syrena od lat miała „ciągoty” do tworzenia nowych przestrzeni teatralnych – a to w bufecie, a to na zapleczu, gdzie pokazywano kameralne spektakle kabaretowe albo spektakle poświęcone jednemu artyście, np. Włodzimierzowi Wysockiemu. Ostatnio też pojawiały się pojedyncze sygnały, że ta tradycja będzie kontynuowana. Czy to prawda?
Gramy w teatralnym bistro, gramy w dawnej stolarni. Faktycznie, lubimy odkrywać nowe przestrzenie. Wiąże się to również z tym, że pojawia się u nas oraz u naszych współpracowników mnóstwo ciekawych pomysłów, które jednak nie zawsze nadają się na „zwykłą” scenę. Ta powinna zostać naszą lokomotywą, a wystawiane na niej spektakle muszą się kalkulować. Dlatego intensywnie szukamy różnych przestrzeni, również poza terenem naszego Teatru. Bajkę „Dzieci z Bullerbyn” gramy w Białołęckim Ośrodku Kultury, może uda nam się nawiązać współpracę jeszcze z innymi.
Zespół artystyczny Syreny jest stosunkowo nieliczny. Większość wykonawców jest angażowana do konkretnych spektakli. W czasie pandemicznej kwarantanny aktorzy bez etatów znaleźli się w próżni. Czy teatr taki, jak wasz, poczuwa się do odpowiedzialności za uregulowanie ich warunków egzystencji?
To bardzo trudne pytanie. Oczywiście, poczuwa się. Staramy się angażować współpracujących z nami artystów do projektów, które realizujemy w czasie pandemii. Praktycznie żaden z nich nie generuje przychodów, więc poza funkcją utrzymywania więzi z publicznością, mają one charakter wsparcia dla naszych aktorów i realizatorów. Zwłaszcza że z niektórymi „nieetatowymi” aktorami współpracujemy bardzo blisko. Bywa, że grywają w trzech, czterech czy nawet – jak rekordziści – pięciu przedstawieniach, trudno więc ich nazywać „gościnnymi”. To po prostu aktorzy Syreny. Problem polega na tym, że nasz obecny budżet nie pozwala powiększyć zespołu etatowego. W dodatku w sytuacji pandemii Teatr znalazł się w trudnym położeniu. Jako jeden z warszawskich teatrów, który musi w znacznej części zarobić na swoje utrzymanie z biletów, straciliśmy dużą część wpływów. To nie jest tak, że skoro nie gramy, to nie ponosimy kosztów – nadal płacimy za etaty, czynsz, media itd. Utrzymanie się na powierzchni wymaga prawdziwej ekwilibrystyki, w której mistrzynią jest p.o. dyrektor Syreny Monika Walecka. Każdy wydany grosz oglądamy z wszystkich stron i nie na wiele możemy sobie pozwolić. Ale oprócz udziału w projektach, wspomagamy także naszych aktorów organizacyjnie przy ubieganiu się o pomoc przewidzianą przez różne programy rządowe i samorządowe.
Trudno sobie wyobrazić musical grany i oglądany z dystansem społecznym. Musiałaby to być jakaś karykatura teatru. Czy wobec tego wielkie, barwne widowiska będą należeć do przeszłości?
To wszystko zależy od konkretnych regulacji i standardów sanitarnych. Docierają do nas ciągle sprzeczne informacje. To uspokajamy się, to znowu ktoś nam każe myśleć o obostrzeniach jako rzeczy stałej czy też obowiązującej w dłuższym okresie. Jedno jest pewne: musical wymaga po pierwsze, pełnej widowni (nie możemy grać dla połowy czy jednej trzeciej, bo wtedy nie utrzymamy teatru); po drugie, choreografia czy reżyseria gotowych spektakli, a także większości tych, które możemy realizować jako musicalowcy, nie dają się dostosować do wytycznych. W orkiestronie musi zasiąść określona liczba muzyków, nie da się zachować odległości między nimi. Taniec bez partnerowania to abstrakcja w musicalu. Podobnie interakcje w wieloobsadowych spektaklach. Czekamy zatem na konkretne rozwiązania i przez cały czas ślemy, gdzie się da, sygnały o potencjalnych problemach wynikających ze specyfiki teatru muzycznego.
Co pan chce osiągnąć jako szef Syreny, kiedy sytuacja wróci już normalności?
Chciałbym grać normalne spektakle musicalowe dla pełnej widowni. Lista musicali, które można by wystawić w Syrenie, z tymi fantastycznymi ludźmi, z którymi pracujemy tu na co dzień, jest długa i mogłaby wypełnić afisz nie jednej czy dwóch kadencji. Dociera nam się współpraca z kręgiem artystów, tworzących u nas mniejsze projekty, więc i w tym wypadku pomysłów nie brakuje. Marzy mi się teatr, w którym co roku odbywałaby się duża jak na Syrenę premiera ważnego, pełnoobsadowego tytułu broadwayowskiego lub rodzimego. Uzupełnialibyśmy te repertuarowe lokomotywy repertuarem dziecięcym oraz wszystkimi dziwactwami, jakie przyjdą do głowy nam albo naszym artystycznym przyjaciołom. W październiku i listopadzie 2019 roku zagraliśmy po 50 spektakli w naszym niezbyt przecież dużym teatrze – marzę, by do tego wrócić.

Kapsułki pamięci

Szanujmy wspomnienia

Genialny literacko i pieprzny erotycznie (jak na owe czasy) „Dekameron” Giovanniego Boccaccio zbudowany jest na pomyśle zamknięcia, w czasie zarazy czyli epidemii wywołanej przez „morowe powietrze”, grona postaci, młodych pań i panów, w azylu i powierzenia im ról opowiadaczy, gawędziarzy, czy jak powiedzielibyśmy dziś – narratorów. Opowiadaczy z tzw. nudów, wywołanych przymusową izolacją. Pomieścił więc Boccaccio swoje panie i panów w kościele Santa Maria Novella we Florencji i kazał im snuć zajmujące historie. Ubrał to w barwną, intrygującą, zajmującą, dowcipną, a nade wszystkim pikantną formę, dając przy okazji rodzajową, do pewnego stopnia realistyczną panoramę życia XIV-wiecznej Italii. Oczywiście nawet nie próbuję łapać za nogi mistrza Boccaccio, ale zawsze uważałem, że mistrzów należy (oczywiście w granicach rozsądku i porządku konstytucyjnego) próbować naśladować. A że nasz czas obecny wymusił także na mnie (dobrowolną – spokojnie, to nie kwarantanna!) samoizolację w zaciszu domowym, a pierwsze cyfry mojego peselu to 57, więc jest co opowiadać. Ponadto od przeszło trzydziestu lat jestem dziennikarzem i publicystą zajmującym się życiem politycznym za pomocą opisu i komentarza (w „Trybunie”, ale m.in. także przez lata w nieistniejącym już miesięczniku „Dziś”). A że nasza gazeta jest tytułem z przyrodzenia politycznym, więc te wspominki będą osnute wokół wątków i postaci politycznych z przyległościami. Nie będą to żadne epopeje pamiętnikarskie, ale krótkie, lekkie wspominki, jak przy ognisku, obrazki, kapsułki pamięci właśnie, momentami nie pozbawione akcentów humorystycznych, a przy tym całkowicie bezpretensjonalne, uwzględniające moją świadomość miary rzeczy. Tym bardziej, że najczęściej byłem skromnym obserwatorem, a z rzadka tylko jeszcze skromniejszym uczestnikiem. „Szanujmy wspomnienia” – śpiewali „Skaldowie”. Tym bardziej, że wspomnienia mamy jak w banku (chyba, że pamięć zawiedzie), a perspektywy na przyszłość są, z różnych powodów, mgliste.
A teraz już ad rem. Pierwsza kapsułka. Był lipiec 1969 roku, a ja miałem 12 lat i mieszkałem w moim rodzinnym Lublinie, gdy po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, polityka, ba, postać historyczną. Tą postacią był Józef Cyrankiewicz, ówczesny premier rządu PRL. Pewnego dnia ojciec wziął mnie za oszewkę, zabierając na uroczystości 25 rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Znalazł się wśród zaproszonych jako były więzień, co prawda nie Majdanka, ale KL Buchenwald na terenie III Rzeszy, a przy tym jako członek ZBOWiD (w którym nota bene, jako były akowiec i syn legionisty oraz żołnierza POW, znalazł się w moim odczuciu jako skryty, choć nieprzesadnie groźny, reakcjonista). Uroczystości się rozpoczęły, dzień był pochmurny, deszczowy, pokaźny tłum przybyłych, kombatanci, rodziny, oficjele, goście poboczni, dziennikarze, fotoreporterzy orkiestra wojskowa, hymn i te rzeczy. Sami rozumiecie, że jako normalny, 12-letni szczeniak nie byłem zachwycony tą atrakcją. Jednak z perspektywy dziesięcioleci uważam, że trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno, ciekawe wspomnienie. Oto zaraz po otwarciu uroczystości ogłoszono, że „głos zabierze teraz Prezes Rady Ministrów, premier Józef Cyrankiewicz” (tak to dokładnie brzmiało). Stałem obok ojca, wśród szpaleru gości, odgrodzonych sznurem od centrum celebry. Cyrankiewicz, dotąd słabo widzialny, podniósł się z krzesła w honorowym rzędzie i przemówił do mikrofonu. Dzieliło nas od niego kilkanaście metrów. I oto, po przemówieniu, skierował się w naszą stronę i przeszedł wzdłuż naszego szpaleru, w odległości 2-3 metrów. Był ubrany w elegancki czarny płaszcz typu „dyplomatka”, cały czas z gołą głową. Uderzyła mnie jego płomieniście czerwona cera i lśniąca łysina, którą ocierał z potu kraciastą chustką. Uroczystość skończyła się, opuściliśmy teren byłego obozu i aleją Męczenników Majdanka ruszyliśmy w dół ku centrum miasta. W pewnej chwili, będąc w dużej już odległości od Majdanka, usłyszałem za plecami powtarzany głośno komunikat: „Proszę odsunąć się z drogi, bo jedzie premier” (dokładnie tak). Zobaczyłem radiowóz Milicji Obywatelskiej, szarą „warszawę” i wychylonego przez otwartą szybę milicjanta z megafonem, z paskiem czapki pod brodą. Po chwili pojawiła się elegancka, czarna limuzyna, która szybko i bezszelestnie „bzyknęła” mi przed oczami. W ułamku sekundy zobaczyłem raz jeszcze łysinę Józefa Cyrankiewicza.

W autobusie

Był schyłek czerwca 1989 roku, czyli niedługo po sławetnych wyborach parlamentarnych, które zakończyły rządy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i trwanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tego dnia wybrałem się na wycieczkę do stolicy. We wczesne, upalne popołudnie wskoczyłem, na przystanku nieopodal Belwederu, do huczącego jak traktor autobusu komunikacji miejskiej marki jelcz. Wskoczywszy zobaczyłem, że schodkami wejściowymi wspina się za mną, niezbornie, z wysiłkiem, trzymając się poręczy drżącymi rękami, jakiś mocno starszy, siwy, przygarbiony pan o haczykowatym nosie, w porządnym garniturze stalowego koloru. Mimo, że w autobusie było sporo pasażerów, nikt nie pospieszył mu z pomocą, choć ustąpiono mu miejsca. Ja też nie wyciągnąłem do niego pomocnej ręki, bo na jego widok cokolwiek oniemiałem. Poznałem bowiem, że jest to dobrze mi znany z fotografii w gazetach, książkach, z dawnej telewizji i z filmowych kronik dokumentalnych sam Zenon Kliszko, niegdyś druga, po Władysławie Gomułce, osoba w partii i państwie, uważany za głównego ideologa PZPR, a przy tym miłośnik twórczości Norwida. Na następnym przystanku, tuż przy Parku Ujazdowskim, Kliszko wysiadł, z podobną zresztą trudnością jak wsiadał i tyle go widziałem. Przez ułamek sekundy przeszła mi przez głowę myśl, by wysiąść za nim i zagadnąć go. Nie odważyłem się jednak, tym bardziej, że nieraz czytałem o jego porywczym charakterze, więc bałem się niechętnej i nieufnej reakcji. Kilka miesięcy później, 4 września 1989 roku, czyli w pierwszych dniach działania rządu Tadeusza Mazowieckiego, Zenon Kliszko zmarł.

Egzamin

Edwarda Gierka nigdy nie zobaczyłem na własne oczy, co wypomniał mi w formie przygany pułkownik K., oficer polityczny Studium Wojskowego w Lublinie, po wojnie żołnierz KBW. Było to podczas egzaminu z „wojska”, w czerwcu 1980 roku, który to egzamin oblałem z powodu kompletnej, durnie nonszalanckiej, szwejkowskiej ignorancji. Pułkownik K, szef komisji egzaminacyjnej, znajdował się, podobnie jak siedzący za stołem przykrytym zielonym suknem mundurowi, w stanie wskazującym na spożycie, co było zresztą tradycją, w której my, studenci, pokładaliśmy duże nadzieje. Zdemaskowawszy otchłań mojej ignorancji po zadaniu pytań praktycznych, pułkownik K. rzucił mi, być może prowokacyjne, być może ratunkowe, pytanie polityczne. Zapytał mnie mianowicie, czy pamiętam, co powiedział „przywódca naszego narodu, towarzysz Edward Gierek na spotkaniu z młodzieżą akademicką miasta Lublina we wrześniu 1979 roku?”. Moja odpowiedź była debilnie nonszalancka i bezczelna: „Niestety nie wiem, bo byłem wtedy na wakacjach”. Na to pułkownik K. zareagował stanowczym, wojskowym tonem: „Szkoda, że studenta nie było. Bo towarzysz Edward Gierek powiedział wtedy, cytuję: Młodzieży akademicka, ucz się, szanuj swoich nauczycieli i zdobywaj wiedzę dla dobra narodu, dla pomyślności i rozkwitu naszej ojczyzny, Polski Ludowej”. „Dziękuję studentowi” – dodał K na „pożegnanie z bronią”. Pomimo to wyszedłem z sali w doskonałym nastroju, z idiotycznym, optymistycznym przeświadczeniem, że mimo wszystko zdałem egzamin, uporczywie nazywany przez mnie „formalnością”. Po chwili jednak usłyszałem od porucznika K., życzliwego dowódcy mojej kompanii, bezlitosny wojskowy komunikat: „Panie Lubczyński, padł pan”. Egzamin poprawkowy zdałem pomyślnie w wakacje. To było moje jedyne i – trzeba przyznać – bardzo pośrednie spotkanie z Edwardem Gierkiem. Z własnej mojej winy.

Jak poznałem Cezarego Barykę

W „Karafce La Fontaine’a” Melchior Wańkowicz poświęcił prześmiewczy rozdział pisarzowi i publicyście Stanisławowi Strumph-Wojtkiewiczowi. Ten, jako młody dziennikarz obracał się wokół ważnych figur z kręgów polskiej wojennej emigracji politycznej i wojskowej na Zachodzie, m.in. przy generale Sikorskim. Wańkowicz obśmiał Strumpha jako mitomana, który w swoich książkach w sposób zupełnie fantazyjny miał podnosić swoją rangę jako protagonisty ważnych zdarzeń i patrona ważnych polityków oraz wojskowych w ważnych historycznie momentach. Wańkowicz nazwał go nawet „polskim baronem Műnchausenem”. Jednym z detali przywołanych przez Wańkowicza jest ten, w którym Wojtkiewicz napisał gdzieś, iż w postaci Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, którego poznał jako młody dziennikarz przy okazji wywiadu, rozpoznał później samego siebie. Uznał więc, że jest pierwowzorem głównego bohatera „Przedwiośnia”. Tak się złożyło, że gdy miałem dwanaście lat (1969), ojciec zabrał mnie, a był to maj, na jakiś kiermasz książki, w ramach Dni Oświaty Książki i Prasy, w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie. Na kiermaszu tym Stanisław Strumph-Wojtkiewicz podpisywał swoją książkę „Gry wojenne”, o polskim udziale we francuskim Ruchu Oporu. Pamiętam, że podeszliśmy do stolika, przy którym siedział pisarz i ojciec poprosił go o dedykację imienną dla mnie. Została wpisana po pytaniu: „Jak masz na imię?”. Co prawda Wańkowicz drwił z Wojtkiewicza jako mitomana (nie mam pewności czy słusznie), który nałogowo i notorycznie podwyższał rangę swoich bezpośrednich kontaktów z wielkimi postaciami historycznymi (Mussolini, Rydz-Śmigły, Władysław Sikorski), to jednak postanowiłem trzymać się w cichości ducha korzystnej dla pisarza wersji. Jeśli bowiem istnieje choć ułamek promila, iż mogłem osobiście poznać człowieka, który był pierwowzorem Cezarego Baryki, to czemu tego nie uznać? W końcu człowiek nie na co dzień spotyka Cezarego Barykę. A poza tym, komu to może przeszkadzać?