Pogadamy…

Tytuł książki Łukasza Maciejewskiego i Krzysztofa Orzechowskiego – „Wpadnij, to pogadamy…” – brzmi niezobowiązująco, jak wyjęty z piosenki. Ot, zapowiedź rozmów dobrych znajomych, może nawet przyjaciół, czyli lektura łatwa i przyjemna.

Autorzy nie płatają czytelnikowi figla, bo rzeczywiście, meandryczna forma tych rozmów, do których wkradają się rozmaite poboczne wątki i wycieczki, a nawet pochwały kulinarnych umiejętności pani domu (a to Anna Dymna, osoba powszechnie szanowana i lubiana), oferuje mu wrażenie uczestnictwa. Ale to wcale nie znaczy, że rozmawia się tu o wszystkim i o niczym w szczególności. Przeciwnie, mimo nawrotów, nawiązań do tematów już potrąconych rozmowa toczy się z góry wyznaczonym torem, składając się na opowieść o teatrze (i szerzej; o kulturze) i naszymi z nim /nimi związkami w ostatnim półwieczu. Temat rzeka, spraw wiele, a najważniejsze, że rozmówcy nie byle jacy.
Krzysztof Orzechowski, rocznik 1947 (mój rówieśnik), to okaz rzadki wśród ludzi teatru. Wprawdzie nie on jeden łączy talent aktorski, reżyserski i menadżerski (czego dowiódł prowadząc przez niemal 20 lat dwa teatry, najpierw krótko Bagatelę, a potem słynnego Słowaka, czyli krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego), z talentem pisarskim, ale bodaj on jako jedyny oddając się (kolejno!) swoim teatralnym pasjom, właściwie zamykał sam sobie świetnie rozwijającą się karierę zrazu aktorską (w warszawskim Teatrze Dramatycznym), a potem reżyserską.
Zdarza się często, że aktorzy o temperamencie przywódczym, nie odnajdujący sami na scenie dość satysfakcji, odchodzą od grania w stronę reżyserii i już do aktorstwa nie wracają. Prawdę mówiąc, nie znam innego przypadku wziętego, cenionego reżysera, który zostawszy dyrektorem, odłożyłby reżyserię na półkę i w pełni oddał się dyrektorowaniu.
Rzecz nie w tym, że prowadzenie teatru, zwłaszcza tak dużego jak Słowak (porównywalny skalą zadań do stołecznego Polskiego czy Dramatycznego), nie dostarcza dość emocji i kłopotów, aby w zupełności skoncentrować się na jego w miarę bezkolizyjnym prowadzeniu, ale że reżyserii z reguły się nie zostawia. Mam wrażenie, że Krzysztof Orzechowski, perfekcjonista starej daty, trochę tego żałuje, ale może to tylko wrażenie – tak czy owak, kto książkę poczyta, dowie się, że niełatwe to były decyzje.
Łukasz Maciejewski, rocznik 1976, prowadzący z Krzysztofem Orzechowskim rozmowy, które złożyły się na książkę „Wpadnij, to pogadamy”, to także ktoś wyjątkowy, ogromnie oddany swoim pasjom krytyka filmowego i teatralnego, a także pedagoga. Trzeba dodać, że ta ostatnia pasja bardzo wiąże rozmówców. Krzysztof Orzechowski latami oddawał się nauczaniu młodych reżyserów (i bodaj nadal ma z tym do czynienia), Łukasz Maciejewski z powagą traktuje swoje spotkania i pracę ze studentami łódzkiej filmówki, zawsze dumy z ich sukcesów, bardziej niż z własnych.
Maciejewski ma za sobą worek książek, w których sportretował kilka generacji polskich aktorek (cykl Aktorki), i wiele, wiele innych poważnych rozmów i książek, wśród których swego rodzaju perłą w koronie jest tom rozmów i szkiców napisany z Krystianem Lupą, Koniec świata wartości (2017). Ta potężna i ważna księga powstawała jednak latami. „Wpadnij, to pogadamy” narodziło się w pół roku, a więc nieporównanie szybciej.
Ale mimo to, że o wiele szybciej, to na przełomie dwóch epok. Kiedy panowie rozpoczęli rozmawiać z myślą o wspólnej książce, spotykali się osobiście. Ale po paru miesiącach bezpośrednie rozmowy zastąpić musiało połączenie via Skype. To właśnie wtedy Krzysztof Orzechowski podjął próbę rozważań o epoce, która dopiero przed nami, kiedy już pandemia straci swój impet.
„Jestem na niewymuszonej kwarantannie, bo należę do grupy podwyższonego zagrożenia infekcją. Staram się ograniczyć do minimum wychodzenie z domu, ale sporadycznie wychodzę. Czasami jeżdżę po zakupy. I obserwuję, jak wzbiera w ludziach agresja. Mam maseczkę, mam rękawiczki, wszystko to mam, jadę do sklepu, tu u nas na wsi, sklep jest nawet pusty, duży sklep, w godzinach dla seniorów, ale kilka osób jest. Nieprawdopodobne, jak wszyscy na siebie warczą. Myślę sobie: Chryste jak to potrwa jeszcze trochę, to zaczniemy dusić się nawzajem. To jest chyba psychologicznie uzasadnione. Mam sporo czasu na myślenie, staram się myśleć. I tak sobie kombinuję, że kiedy ta pandemia się skończy, dla artystów sceny nastąpi istotny czas próby. Chciałbym dożyć tego momentu. To będzie bardzo, bardzo interesujące. Dla artystów różnych branż, ale skupię się na teatrze, bo jest mi najbliższy. Czy udręczone koronawirusem społeczeństwo, zbiedniałe, stojące wobec innych wyzwań, zechce chodzić do teatru, a jeśli tak, to na jakie spektakle i na jakich warunkach finansowych? Bo to też jest istotne, to zbiednienie.
Na Międzynarodowy Dzień Teatru młoda reżyserka, Weronika Szczawińska, napisała krótkie orędzie, generalnie słuszne, bo mówiące o potrzebie solidarności środowiska. I padło tam takie, mniej więcej, zdanie: gdy to wszystko się skończy, to my, artyści, będziemy już wiedzieli, czego ludzie naprawdę od nas oczekują. Gratuluję pani Weronice tej wiedzy. Ja absolutnie tego nie wiem. Uważam, że my absolutnie nie wiemy, nie będziemy tego wiedzieć, a może moglibyśmy wiedzieć, gdybyśmy naprawdę na ten temat zaczęli się sensownie zastanawiać, a nie stroić się w pióra wszechwiedzących, nieomylnych, udawać, że wiemy, jakie spektakle trzeba będzie ludziom pokazywać. Przecież to już może być zupełnie inna publiczność!”.
Na książkę składa się siedem rozmów. Pierwsza z nich nosi tytuł „Świadek niewygodny”. Takim świadkiem czuje się Orzechowski, starszy o więcej niż pokolenie od swego interlokutora. Orzechowski cieszy się dobrą pamięcią i dlatego podzieli się taką refleksją – zaskakującą zapewne dla wielu domniemanych znawców minionej epoki: „ja w ogóle nie czułem chodząc do teatru, że jestem w państwie totalitarnym, komunistycznym. W ogóle tego nie czułem, wówczas to była raczej oaza wolności”. Orzechowski najwyraźniej nie liczy się z panującym zwyczajem potępiania w czambuł wszystkiego, co istniało w PRL. Ot, niewygodny świadek.
Rozmowa druga, „Idź gdzie indziej”, zaciekawi tych, którzy nie mogą do dzisiaj zrozumieć decyzji Krzysztofa Orzechowskiego o zmianie teatralnych profesji. Nie wiem, czy wyjaśnia wszystko (ba, jak można wyjaśnić wszystko), ale pozwala zrozumieć, z jakimi pytaniami zmagał się bohater.
Trzecia rozmowa, „Teatr w sobie, czyli jak uprawić teatralny ogródek”, odpowiada na pytanie, skąd się w ogóle wziął teatr w życiu Krzysztofa Orzechowskiego, potomka posażnej przed wojną, ale po wojnie zbiedniałej do dna kupieckiej rodziny. To nietypowa droga.
Rozmowa czwarta, z udziałem żony, Anny Dymnej, „Wesele przez Parasite”, prowadzi w stronę różnic kulturowych i tego, co w sztuce najważniejsze, czyli formy. I w stronę używanych środków, w tym również techniki. Nie unikają rozmówcy tematów uważanych za nieistotne (dykcja, słyszalność w teatrze, umiejętność opowiadania historii itp.), a jednak bardzo ważne z punktu widzenia odbiorcy sztuki. Polecam ten fragment studentom reżyserii i aktorstwa. Pod rozwagę.
Rozmowa piąta „Koronawirus versus magia” – to właśnie z niej wyjąłem przydługi cytat o epoce, która nadchodzi, o przemianach, których przypadkowym (nieprzypadkowym?) czynnikiem sprawczym stał się pewien paskudny wirus.
Rozmowa szósta, „Dyrektor”. To znowu część absolutnie obowiązkowa dla aspirujących na stanowiska kierownicze w teatrach. Orzechowski prezentuje może tradycyjny, ale oparty na solidnych podstawach model dyrektorowania, który nie polega na zawłaszczaniu teatru i podporządkowywaniu go swoim wyłącznie wyobrażeniom. „Wyszedłem z założenia – mówi Orzechowski o swoich zadaniach, tak jak je rozumiał objąwszy dyrekcję Słowaka – że najważniejsze, co powinien otrzymać ten zespół, to rytmiczna praca i ciekawe propozycje artystyczne. Jako ktoś, nauczony przez tyle lat na dobrych wzorcach, wiedziałem, że to jest aktorowi najbardziej potrzebne”.
Rozmowa siódma, „Artyści” właśnie o zadaniach artystów opowiada. Krzysztof Orzechowski wolałby, aby artyści znikali w dziele, aby więcej ich było w sztuce niż w mediach czy polityce. Maciejewski chyba też tak uważa, choć nie widzi przeciwwskazań przed wyraźniejszą obecnością artystów w życiu publicznym. Rzecz gustu. Ale już razem panowie wyrzekają na zanikanie elit, na powstanie strefy „vipa”, a więc, jak się już banalnie żartuje, tajemniczego kręgu ludzi znanych z tego, że są znani.
Na koniec zdanie, które przytacza Orzechowski za jednym ze swoich ulubionych aktorów, mistrzem francuskiego teatru i kina, Jean-Louis Barrault: „Chciałbym tworzyć taki teatr, który miałbym ochotę oglądać jako widz”. Cóż, też chciałbym pisać takie teksty, które miałbym ochotę czytać.

WPADNIJ, TO POGADAMY… Rozmowy Łukasza Maciejewskiego z Krzysztofem Orzechowskim, Universitas, Kraków 2020.

Kapsułki pamięci

Niespotykanie spokojny człowiek
Z Józefem Tejchmą (rocznik 1927) po raz pierwszy spotkałem się z jego mieszkaniu przy ulicy Bonifraterskiej w Warszawie, latem 2003 roku, przy okazji wywiadu dla „Trybuny”. Zrobił na mnie wrażenie człowieka bardzo spokojnego, wręcz flegmatycznego, niespiesznego. Tejchma ma zwyczaj mówić bardzo powoli, z dużym namysłem, jakby ważąc każde zdanie. W pewnym momencie naszej rozmowy doszło do dość zabawnego qui pro quo. Choć ja wywodziłem się ze środowiska raczej nieprzychylnego PRL, to w rozmowie z Tejchmą PRL-u generalnie, choć nie bez krytycyzmu, broniłem. Mój gospodarz, choć był historycznym człowiekiem systemu, odnosił się do minionego ustroju dużo bardziej krytycznie ode mnie. Powiedziałem mu, że w „najśmielszych snach nie mógłbym sobie wyobrazić, że będę bronił PRL przed kimś takim jak on”. Kiedy to skonstatowałem, obaj serdecznie się z tego uśmialiśmy. Zanim Tejchma został ministrem kultury PRL, do dziś bardzo dobrze wspominanym przez niejednego twórcę starszej generacji jako partyjny „liberał”, człowiek rozsądny, umiarkowany i rozumiejący wymogi kultury był m.in., jako jeszcze relatywnie młody działacz, jednym z bliskich współpracowników Władysława Gomułki. I – jak mówią przekazy – to właśnie on został do niego posłany ze specjalną misją w grudniu 1970 roku, aby przekonać I Sekretarza KC PZPR do ustąpienia. Poznawszy Józefa Tejchmę i mając okazję rozmawiania z nim kilka razy, nie dziwię się temu. Jego spokojna, koncyliacyjna osobowość była po temu bardzo odpowiednia. Pana Józefa spotykałem później szereg razy na spotkaniach literackich w staromiejskim „Klubie Księgarza”, czyli u Janka Rodzenia. Niestety, pandemia zamroziła wszystko i już dawno nie było okazji do uściśnięcia dłoni. Czasy swojej działalności politycznej opisał w dwóch interesujących zbiorach zapisków.
Ideowiec
Ze Stanisławem Kociołkiem (1933-2015) spotkałem się w siedzibie redakcji miesięcznika „Dziś”, w 1999 roku, czyli miał wtedy nieco ponad sześćdziesiątkę. Otaczała go zawsze opinia żarliwego, ideowego komunisty, a w sprężystej mowie jego ciała było coś, co tę opinię odzwierciedlało. Swój ideowy komunizm Kociołek podkreślał stylem mówienia, pełnym twardej, dynamicznej pasji, tonem pewnym, nieco apodyktycznym, odrobinę kaznodziejskim, co podkreślał ostrą, wyrazistą, inteligencką przy tym, a nie proletariacką intonacją i staranną, aktorską niemal dykcją. Było w jego zachowaniu i fizjonomii coś ostrego, twardego, jakby nawet drapieżnego. To nie był „ciepły miś”. Nie wiem, ale podejrzewam, że na ogół nie był z tego powodu lubiany. Kiedy wszedłem do pokoju, w którym Kociołek na mnie czekał, stał odwrócony twarzą do okna. Usłyszawszy moje słowa powitania odwrócił się do mnie nieco teatralnym gestem, znanym mi z filmów i teatru. Rozmawialiśmy około półtorej godziny. Od razu, na wstępie, zaznaczył, że zgodził się na niezobowiązujące spotkanie, ale nie na wywiad do publikacji. Pytałem go o rozmaite sprawy, o Gomułkę, o grudzień 1970 i o wiele różnych kwestii. Odpowiadał spokojnie, spójnie, metodycznie, ale czujnie, nieufnie i dość wymijająco. Jakieś dziesięć lat później zaproponowałem mu, korzystając z uprzejmego pośrednictwa ministra Mieczysława Wojtczaka, wywiad-rzekę, biograficzny, poświęcony calemu jego życiu, ale także jako możliwość swobodnego, bez nacisku, przedstawienia jego własnego punktu widzenia na rolę, jaką odegrał w grudniu 1970 i na zakres jego odpowiedzialności, oczywiście odnośnie tragicznych wydarzeń w Gdyni. Jednak – uwikłany w proces sądowy w tej sprawie – nie zdecydował się na to i kilkakrotnie konsekwentnie odmawiał. Nic mi też nie wiadomo, by pozostawił po sobie pamiętniki. Zmarł w październiku 2015 roku. I tak oto kolejna ważna postać Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej odeszła do historii nie pozostawiając po sobie należytego świadectwa swojego życia.
Ten drugi generał
W kwietniu 2009 roku odbyłem, jako wywiad dla „Trybuny”, długą rozmowę z generałem Czesławem Kiszczakiem (1925 – 2015) w jego wyłożonym boazerią pokoju w domu przy ulicy Oszczepników na Mokotowie. Generał był „numerem dwa” stanu wojennego i lat osiemdziesiątych, a przy tym jeden z architektów Okrągłego Stołu. W tzw. obejściu łączył szczyptę kostyczności, kanciastości w stylu wojskowym, z cechami nieco jowialnego, sympatycznego szlachciury-gawędziarza. Bardzo już przecież starszy pan emanował śladami siły psychicznej i fizycznej, był inteligentnym rozmówcą, nie bez delikatnej nuty pyszałkowatości, leciutko műnchausenowskiej. Z treści rozmowy najbardziej utkwił mi w pamięci wątek, w którym Generał uczynił uwagę, że przez jego resort i przez jego ręce osobiście przechodziła w stanie wojennym i przez całą dekadę lat osiemdziesiątych, spora część zagranicznych pieniędzy przepływających z Zachodu dla „Solidarności”. Spotkałem się z opinią, że przesadzał. Bardzo obszerny wywiad ukazał się, co rzadkie w prasie codziennej, w dwu częściach. Sporo wiedzy o swojej biografii pomieścił Kiszczak w wywiadzie-rzece jakim z nim przeprowadzono, a który ukazał się na początku lat dziewięćdziesiątych.
Mr Olszowski
Ze Stefanem Olszowskim (rocznik 1931) spotkałem się w 2008 roku po ukazaniu się jego „How are you doing mr Olszowski” ukazującej jego życie w Stanach Zjednoczonych, w których mieszka już wiele lat. Przyjechał wtedy do Polski, a umówił mnie z nim mieszkający w kraju jego syn. Sam fakt mieszkania Olszowskiego w USA odbierałem jako swoisty paradoks, biorąc pod uwagę, że dla władz PRL, których był przez lata prominentnym członkiem, Stany Zjednoczone, wiodący kraj światowego kapitalizmu i imperializmu był przez dziesięciolecia „wrogiem numer jeden”. Spotkaliśmy się w kawiarni „Mozaika” przy ulicy Puławskiej w Warszawie, a przy rozmowie obecny był jego syn. Liczyłem, że uda mi się namówić Stefana Olszowskiego na odsłonięcia rąbka tajemnic najwyższych władz PRL w okresie, gdy był jej prominentnym działaczem. Niestety, starannie unikał tego tematu, podobnie jak wszelkich ocen personalnych, podobnie jak kiedyś Władysław Matwin. Jego pykniczna figura miała w sobie coś księżowskiego czy biskupiego. Powiedziałem mu, że słyszałem, jak kiedyś nazwał go „Stefanem kardynalem Olszowski”. Bardzo się ubawił.
Michał – taternik
1 lutego przyszłego roku upłynie pięć lat od śmierci Michała Jagiełło (1941-2016). Mogę powiedzieć, że byliśmy zaprzyjaźnieni, o co z Michałem nie było trudno, bo był człowiekiem bezpośrednim i serdecznym. Kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, nie mogłem się z tą wiadomością oswoić, bo zawsze wydawał mi się mocarny, ze swoją wysportowaną, żylastą, sprężystą sylwetką uformowaną na taternictwie, ze swoim orlim profilem „harnasia”, ze swoim wizerunkiem człowieka gór. Przegadaliśmy wiele godzin, pisałem o jego prozie i tej literackiej, jak „Studnia” czy „Hotel klasy lux”, jak i o tej dokumentalnej, poświęconej rozlicznym sprawom tatrzańskim, od tamtejszych legend do historii taternictwa, która była jego pasją, także w aspekcie teoretycznym i kronikarskim. Rozmawialiśmy też o PRL. Jak wiadomo Michał, będąc kierownikiem Wydziału Kultury w KC PZPR oddał, w geście protestu, legitymację partyjną 13 grudnia 1981 roku. Z rozmów z nim wnosiłem, że jego niegdysiejsze partyjne zaangażowanie bardzo mu doskwierało, mimo upływu czasu. Mam wrażenie, że męczyło go jakby poczucie winy, a był człowiekiem o dużej moralnej wrażliwości, a nawet być o moralnym przeczuleniu. Był na tym punkcie jakoś dziwnie przewrażliwiony i krytycznie reagował na każdą moją uwagę, którą uważał za aprobatywną wobec PRL. Uważałem jego samokrytycyzm za nieuzasadniony, a co najmniej przesadny. Podobno w ostatnich latach przed jego odejściem zaczęły krążyć wokół niego podejrzenia, nazwijmy to – „lustracyjne”. To też bardzo go bolało i mam hipotezę, że przyczyniło się do jego śmierci, która dopadła go w Zakopanem. I właśnie ze stolicą Tatr wiążę najmilsze wspomnienie o Michale. Zimą 2012 roku spędziliśmy wspólnie tydzień w domu jego przyjaciela, o ile dobrze pamiętam, gdzieś przy ulicy Strążyskiej. Zima była śnieżna, jak to w Zakopanem. Pamiętam, że wybraliśmy się, pod szarym niebem, na grzane piwo do karczmy „Regle”, pamiętam nasze spacery po zaśnieżonych szlakach, w baśniowej scenerii (niestety, w Zakopanem tylko sceneria jest baśniowa), rozmowy przy piwie i „koniaczku” w pustym, piętrowym domu. Ciepłe wspomnienia i jednocześnie gorzki żal, że Michała już nie ma.
Józef Dostojny
Jako rocznik 1946, Józef Oleksy należał do ostatniej generacji działaczy PZPR, tej która weszła w aktywne życie polityczne w latach osiemdziesiątych i która czynnie poparła demokratyczne przemiany 1989 roku. Poznałem go na początku 1997 roku, tuż po wywołaniu przez prawicę histerii związanej z tzw. „aferą Olina”, gdy pod koniec grudnia 1996 roku ówczesny minister spraw wewnętrznych Andrzej Milczanowski rzucił z trybuny sejmowej oskarżenie, że „pan Józef Oleksy był współpracownikiem rosyjskich służb wywiadowczych”, co zresztą lata później okazało się nieprawdą. Wybrałem się wtedy na ulicę Rozbrat, do siedziby SLD, aby przeprowadzić z Oleksym wywiad kilka tygodni po wybuchy afery i dymisji z funkcji premiera. Do gabinetu Oleksego wprowadził mnie jego ówczesny asystent Michał Tober. Kiedy wszedłem, siedział za biurkiem i wertował – co błyskawicznie zauważyłem okiem doświadczonego czytelnika – bajki La Fontaine’a. Oleksy miał w sobie coś królewskiego, jakiś rodzaj dostojeństwa, które słabo było przekazywane przez telewizyjne kamery. Był wyraźnie zmęczony, blady, jeszcze wyraźnie wstrząśnięty tym, co się stało. Mimo to jego dowcip perlił się jak zawsze, bo Oleksy to była wybitna inteligencja, jedna z tych, które objawiają się nawet wtedy, gdy jej posiadacz nie ma szczególnej okazji do popisu czy posługuje się ogólnikami. Inteligencja czasem tak działa, że emanuje jak tajemnicza materia, bywa, że „pozaobjawowo”.

Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.

Balet – katorga w kwiatach

Miałem wielką pokusę, by przywłaszczyć ten zeszyt. Leżał zapomniany na parapecie jak ranny ptak. Przez uchylone okno wiatr bawił się jego kartkami. Wyraźnie dziewczęce pismo z nieprawidłowym nachyleniem w lewo – już nie dziecięce, ale jeszcze nie dorosłego.

Balet pochłania nas niezależnie od naszej woli…
Balet to wyższe stadium ewolucji ludzkiego ciała.
Balet to nie technika, to dusza!

Zeszyt nie był podpisany. Na okładce jednym pociągnięciem precyzyjnie narysowano balerinę. Oczywiście w locie… Dziennik przyszłej primabaleriny?

Szczęście to motylek, który w mgnieniu oka wzbudza zachwyt i odlatuje.
Cierpliwość to sztuka ufności. Zdolny do cierpienia jest zdolny osiągnąć wszystko, czego zapragnie. Na każdy ból jest lekarstwo – cierpliwość.
Prawdziwa artystka powinna poświęcić się swojej sztuce.

Dzięki zapomnianemu na parapecie korytarza zeszytowi dotknąłem tajemnic zawodu. Właściwie po to tu przyszedłem. Obok przeszły dwie japońskie studentki. Nie po japońsku wysokie, długonogie. Zachwyciłem się. Odpowiedziały mi uśmiechem i dygnęły. Wyszło im w wyćwiczonym rytmie. Tak tu jest przyjęte – witając się ze starszym, nawet nieznajomym, dziewczęta dygają lub robią ukłon, a chłopcy zatrzymują się i kłaniają. Ostatni raz widziałem coś takiego w kinie.

– Szkoła baletowa przy Teatrze Wielkim – to akademia choreografii. Przez dwa i pół wieku, ściślej 247 lat, w jego murach stopniowo zbierano, przesiewano, szlifowano i pielęgnowano wszystko, co było i jest najlepsze w rosyjskim balecie. Co sprawia, że jest on „wizytówką” Rosji – opowiada rektor Moskiewskiej Państwowej Akademii Choreografii (znanej też jako Akademia Baletu Bolszoj) kiedyś primabalerina Teatru Wielkiego profesor Marina Leonova.

To inny świat. Ludzie niezwiązani z baletem nie są w stanie się tu zaadaptować. „Akademia” brzmi dumnie, ale panuje tu atmosfera dużej i zgodnej rodziny, w której początkujący i gwiazdy są sobie równi. Tancerze rozgrzewają się, rozciągają mięśnie już na korytarzu.

Gibka młoda tancerka rozciąga nogi w szpagacie poprzecznym równolegle z sufitem. Można ją ominąć, można ją przeskoczyć, zastygłą w pozie niewyobrażalnej dla „normalnego człowieka”. Inna, leżąc pod ścianą wzdłuż korytarza, zarzuciła lewą nogę na głowę, dotykając noskiem baletki podłogi. Jednocześnie udaje jej się rozmawiać przez telefon. Czy ci ludzie nie mają kości?

– Wydaje się, że wszystko robi się łatwo. W rzeczywistości trzeba przezwyciężać ból. Zachowywać dyscyplinę we wszystkim, co dla milionów innych dziewcząt stanowi główną część ich życia – rozrywki, dyskoteki, nocne kluby, ciasta i koktajle – mówi nauczycielka tańca Alla Gołowko. – Stracić formę i zostać przez to wyrzuconym, to dla dziewczynek katastrofa.

„Balet to katorga w kwiatach” – przypominam sobie słowa z zostawionego na parapecie zeszytu. Na całej ścianie sali prób zawieszone są lustra, w których odbija się talent uczniów, ich wdzięk, świeżość, piękno, ale też ich błędy. Ręcznie polerowane balustrady wzdłuż ścian są jak warsztat. W jego centralnej części pracują przede wszystkim soliści. Ci, którzy ćwiczą z boku próbują awansować na solistów.

– Préparations… Pierwsza pozycja… Prawy łokieć do góry… Jeszcze mocniej… Mocno całą stopą… Battement tendu… Battement frappe… Dobrze… Battement tendu jeté… Glissade… Podnoszenie się na pół palce… Battement retiré… Ręka okrągło… – słychać w sali ćwiczeń.

W XVII w. Francuz Raoul Feuillet stworzył system opisujący elementy tańca klasycznego. Wszyscy choreografowie na świecie nadal używają jego terminów.

– Dziewczyny, nie zapominajcie, czym jest ciało: to widoczna część duszy. Allongé… Port de bras… Dobrze… – instruuje Alla Nikołajewna Gołowko, która uczy tu od 17 lat i podobnie jak wielu innych pedagogów uczelni, ukończyła tę akademię.

W lustrze odbija się „cebulka” koka. Kobiety wiedzą co to, ale wyjaśnię mężczyznom. Kok to fryzura, jedna z najbardziej bezpretensjonalnych. Włosy są przyczesane do tyłu, zebrane na czubku głowy, skręcone w ciasny węzeł i spięte szpilkami lub niewidocznymi spinkami. W akademii obowiązuje całkowity zakaz rozpuszczania włosów.

Nina Naumowski jest absolwentką akademii. Jej mama pochodzi z Białorusi, a ojciec jest Francuzem. Rodzice poznali się w Mińsku, gdzie oboje studiowali, ale Nina urodziła się w Nantes i przez sześć lat mieszkała w Lille. Tańczyła przed telewizorem, kiedy tylko usłyszała muzykę. Mama zaprowadziła córkę do klubu tanecznego. Potem rodzina przeniosła się do Mińska i Nina poważnie zajęła się tańcem. Poszła do szkoły baletowej. W wieku 14 lat wstąpiła do akademii.

– Marzę o odegraniu roli Sylfidy – mówi Nina, poprawiając kok. – To manifest baletowego romantyzmu. Podoba mi się ten temat: rozdźwięk między marzeniami a rzeczywistością. Niezgodność poezji i prozy życia, sprzeczność między ideałem duchowym a ziemską egzystencją. Ulubione baleriny? Smirnowa, Zacharowa, Wiszniewa, Osipowa…

Aleksiej Szakuro, rodak Niny, jakby podsłuchując naszą rozmowę, wyznaje, że również chciałby zatańczyć w „Sylfidzie”. Urodził się w Brześciu i zaczął tańczyć w wieku trzech lat:

– Po prostu czuję się Jamesem z „Sylfidy” – mówi Aleksiej.

Bohater baletu „Sylfida” – wieśniak James chce zrealizować marzenia, ryzykując utratę wszystkiego. Aleksiej Szakuro jest do niego podobny: pewien że zostanie słynnym tancerzem baletowym…

Na stoliku rektora uczelni Mariny Leonovej stoi brązowa rzeźba Rudolfa Nuriejewa. Brąz oddaje gwałtowny, niezłomny i nieokiełznany charakter wielkiego tancerza i… grzesznika. Nuriejew podczas prób ścierał nogi do krwi. Zdarzało się, że ze zmęczenia dosłownie padał i znoszono go ze sceny.

– Ile prawdy jest w „opowieściach grozy”, że baleriny, rywalizując, przecinają sobie wstążki, wsypują potłuczone szkło do pointów, psują kostiumy? – pytam.

– Jest to jeden z mitów. Przez ostanich 20 lat mojej pracy w Teatrze Wielkim ani razu nie spotkałam się z podobnymi podłościami. Mitem jest również, że najlepsi tancerze głodzą się i chorują z wyczerpania. Powiedzenie „Bez baletu nie ma bufetu” wymyśliły właśnie baletnice. Żeby być w formie, jak odważnie i trafnie powiedziała jedna z najwybitniejszych tancerek Maja Plisiecka, po prostu „nie trzeba żreć!”. Jeśli już na obiad jest mięso, to bez ziemniaków i makaronu. Kasze, twaróg, owoce, warzywa… Wszystko z umiarem. Mama oddała mnie do kółka baletowego tylko dlatego, że jako powojenne dziecko, byłam bardzo chuda. Chciała, żebym dzięki tańcowi nabrała mięśni. Baleriną również została moja córka. Tańczy w Teatrze Wielkim.

– Proszę wymienić przyszłe gwiazdy światowego baletu.

– Dmitrij Wyskubienko, w wieku 18 lat został laureatem przynajmniej dziesięciu międzynarodowych konkursów. Iroczka Awierina – dziewczyna o niezwykłych zdolnościach. Anastasia Strachowa – baletnica uniwersalna, która potrafi bardzo dużo.

– Rosyjska szkoła baletowa jest nadal najlepsza na świecie?

– Tak. Nasz balet wytrzymał wszystkie wstrząsy. Powinniśmy być z niego dumni.

Przełożyła Marta Hofman

„Edukacyjna i zabawna”

Tak- moim zdaniem- najtrafniej, ocenił swoją książkę, „Anegdoty z Białego Domu”, Pan prof. Longin Pastusiak. Tak, Drodzy Państwo Czytelnicy- to już 102 książka Pana Profesora. To efekt ponad 30 lat pracy naukowej, wybitnego amerykanisty, Człowieka dociekliwego naukowo i możliwie obiektywnego w ocenach.

Pan Profesor na kartach książek, w ponad 500 publikacjach o stosunkach międzynarodowych, zawsze pamięta o naszych odniesieniach, sukcesach i porażkach- w tym także w wymiarze polsko- amerykańskim. Oto przykład. Prof. Longin Pastusiak w tekście „Generał Jaruzelski i USA” (DT, 26-28 czerwca 2020), m.in. pisze, że ambasador USA w Polsce John Gronouski w rozmowie z wiceministrem spraw zagranicznych Marianem Naszkowskim wyraził niepokój z powodu wypowiedzi ówczesnego wiceministra obrony narodowej gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który rzekomo porównał działania amerykańskie w Wietnamie do działań wojsk Hitlera podczas II wojny światowej. To oznaczało oskarżenie USA o ludobójstwo. Marian Naszkowski odpowiedział, że „okrucieństwo wojny prowadzonej przez USA, metody i skutki przypominają nam postępowanie hitlerowców wobec Polski. Trudno, by takie analogie się nie narzucały, kiedy bombarduje się całe dzielnice mieszkaniowe Hanoi i zrzuca się bomby kulkowe przeznaczone do zabijania ludzi”. Sędziwi Polacy zapewne pamiętają o „wojnie USA w Wietnamie”- proszę, podzielcie się Państwo swoimi refleksjami z dystansu czasu, z młodzieżą.
Książka „Anegdoty z Białego Domu”- można powiedzieć- ukazuje się w szczególnym czasie dla części polskiego społeczeństwa, pasjonatów „amerykańskiej demokracji i wolności”. W tych dniach mogą oni przeżywać gorycz porażki prezydenckiej Donalda Trumpa. Że taką „gorycz” przeżywa prof. Zbigniew Lewicki, dostrzegł Przegląd nr 47,16-22.11. 20- „Przebłyski”. Czytamy tam, że Profesor „w prognozach jest niezawodny. Zawsze na opak. Amerykanista, ale taki z opaską na oczach. Bardzo wierzył, że Trump wygra. I pisał, że „przecież gospodarka USA bardzo ładnie wychodzi z kryzysu, w gospodarce jest całkiem dobrze”. I tak sobie Lewicki żył w bańce, nie wiedząc, że w USA jest 12-procentowe bezrobocie, zapaść ekonomiczna, rekordowy deficyt (3 bln dol.) i największa od 1945 r. dziura budżetowa. I żadne łzy po Trumpie tego nie przykryją”. Ale, skoro Profesor tego „nie wiedział”, to dlaczego miała wiedzieć nasza władza? Ona wiedziała tylko, że „tęczowe demonstracje”(LGBT), są zagrożeniem. Pani ambasador USA w Polsce, udzielając wywiadu, wyjaśniła-„Zacznę od podkreślenia jednej, fundamentalnej sprawy: Stany Zjednoczone wierzą w równość wszystkich ludzi. W pełni rozumiem i szanuję fakt, że Polska jest krajem katolickim-nikt nie chce tego podważać. Nie mniej, musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie Polskę wyobcowuje, przekładając się na konkretne decyzje biznesowe”.(cytowałem w tekście„Bezpieczeństwo wewnętrzne”, DT, 21-22 października 2020) Proszę raz jeszcze- ze szczyptą humoru – przeczytać myśli Pani Ambasador. W krótkich słowach „ustawiła” i władzę i Biskupów i kilka milionów Polaków „po właściwej stronie historii”. Kto zaprzeczy? A kto słyszał po tym wywiadzie, żeby władza krytycznie wypowiadała się o LGBT? Nawet jak plują na Rafała Trzaskowskiego-tej „przypadłości”(rozumnej obrony) nie uznają za błąd, nawet nie wytykają! Media władzy, przecież nie społeczeństwa- całkowicie pomijają, „zapomniały” o LGBT. Ktoś w mailowym przekazie napisał, że czuje „ swoistą radość” z pobytu wojsk USA w Polsce. Wreszcie się przydały-„oczyściły” TVP z LGBT. Choć ich pobyt drogo nas kosztuje! Cóż począć- „dobra robota” (nie mylić z „dobrą zmianą”), do tego błyskawicznie wykonana, wysoko się ceni- w „biznesowych decyzjach”.
„Edukacja” od Trumpa…
Większość spośród nas- dążąca do obiektywnego spojrzenia na bieżącą politykę władzy wobec USA, na całokształt powojennych stosunków Polska-USA, tak- jak niezawodnie czyni to prof. Longin Pastusiak, z dużym wyczuciem i smakiem- ocenia przez „stosunki Trump- władza”. Proszę – „edukacyjnie zabawcie” się Państwo, patrząc na znane nazwiska członków władzy i „stosownie czytając” odpowiedzi na pytanie- „Czy wiecie, że Donald Trump:

  • przed objęciem stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie zajmował żadnego, obieralnego stanowiska;
  • nie ma za sobą służby wojskowej;
  • pięciokrotnie zmieniał przynależność partyjną (Partia Demokratyczna, Partia Reform, Partia Republikańska);
  • jest najbogatszym prezydentem w historii USA;
  • jest jedynym w historii prezydentem, który odmawia ujawnienia swojego zeznania podatkowego;
  • jest zmienny i nieprzewidywalny w swoich poglądach”.
    Dodam informację sprzed kilku tygodni- podobno Trump kłamie średnio 6 razy dziennie.
    Profesor pisze, że „Trump nie wyróżnia się szczególnym poczuciem humoru, ale zdarza mu się zrobić albo powiedzieć coś zabawnego. Jednak większość dowcipów i żartów o nim jest autorstwa różnych komików bądź anonimowych internautów. Jeden z nich na przykład mówił o nieujawnionym dekrecie Trumpa, nakazującym Chinom, przeniesienie muru chińskiego na granicę amerykańsko-meksykańską”. Swoistym dowodem szacunku dla Trumpa jest zdjęcie, na którym widać stojącego prezydenta RP i podpisującego umowę- wymowna postawa!
    Polskie odniesienia.
    Logiczne zatrzymanie Państwa uwagi na urzędującym jeszcze prezydencie Trampie, skłania do zwrócenia uwagi na odniesienia do Polski i Polaków, w tej rzadko tak interesującej książce. Już na stronie 32 spotkamy zdjęcie portretu 3 prezydenta USA, Thomasa Jeffersona, pędzla Tadeusza Kościuszki. Zaś w treści informację o ich bogatej korespondencji. Zachęciło to mnie do poszukania powodu wykonania tego portretu. Otóż, biograf Jeffersona pisze o wielu częstych i długich rozmowach. Podobno postać prezydenta, w „pamięci wzrokowej” Kościuszki tak silnie się „zapisała”, że naszkicował ją w 1798 r. Co więcej- głowę prezydenta przyozdabia wieniec laurowy, którego Kościuszko cenił jako filozofa i patriotę, zresztą wtedy- 1798 r.(po zwolnieniu z carskiej niewoli przez cara Piotra I), sam był już znanym polskim patriotą. Biograf pisze, iż Tadeusz Kościuszko przyjął za „swoją”, dewizę życiową Jeffersona – „zdecydowany jestem nigdy nie być bezczynnym. Jest to cudowne, ile można dokonać, jeśli ciągle coś się robi”. Zastanówcie się Państwo nad tą dewizą w odniesieniu do Polaków. Czy w Polsce nie byłoby o wiele mądrzej i spokojniej, gdyby przynajmniej część „ważnych polityków” wprost „nic nie robiła”, nawet była bezrobotnymi! (tylko nie mówcie głośno…bo Panie-Kobiety, są pomysłowe).
    Pozwolę sobie przypomnieć, że Tadeusz Kościuszko wyjeżdżając z Polski „za ocean”, jak wtedy mówiono był pułkownikiem. W Ameryce dał się poznać jako inżynier wojskowy, budował fortyfikacje polowe podczas wojny amerykańsko-angielskiej. W twierdzy West Piont, którą zaprojektował i kierował budową, od lipca do listopada 1779 r. przebywał naczelny dowódca armii USA George Washington. Stąd kierował wojną, zaprzyjaźnił się z Tadeuszem Kościuszką. To z jego inicjatywy rząd USA mianował go generałem, a potem w tej twierdzy wystawił mu pomnik. Szkoda, że Pan Profesor nie wspomniał o tym wątku naszej, wspólnej historii.
    Generał Dwight Eisenhower 21 września 1945 r. złożył wizytę w Polsce, witany przez najwyższe władze państwowe i wojskowe. Pan Profesor tę wizytę zobrazował zdjęciem. Pozwolę sobie dodać, że zwiedzając Warszawę, faktycznie jej gruzy- zadumał się nad mentalnością Polaków z dwóch powodów. Zobaczył uratowane z pożogi wojennej miasta już otwarte Muzeum Narodowe i na jego zapleczu uruchomioną fontannę. Fakt ten wspomina ówczesny dyrektor tego Muzeum, prof. Władysław Loranc.
    Prezydenci USA w Polsce
    Richard Nixon, jako wiceprezydent 2-5 sierpnia1959 r. był prywatnie. Witany na Okęciu przez wiceprzewodniczącego Rady Państwa, prof. Oskara Langego i w Belwederze. Zwiedził Sejm, rozmawiał z Władysławem Gomułką i Józefem Cyrankiewiczem. Złożył kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza (Pan Profesor zamieścił zdjęcie), pod Pomnikiem Bohaterów Getta, w Palmirach. Spotkał się ze studentami i kadrą Uniwersytetu Warszawskiego oraz z hutnikami Huty Warszawa. Żona Net spotkała się z dziećmi Akademii Medycznej, od prof. Jerzego Grucy w Otwocku otrzymała góralski talerz i dziadka do orzechów w postaci konia. Była w przedszkolu na Żoliborzu i w Polskim Związku Niewidomych -otrzymała breillowską mapę Polski. Oboje zwiedzili odbudowywaną katedrę św. Jana Chrzciciela i MDM.
    Jest pierwszym prezydentem USA, który oficjalnie odwiedził Polskę, po 2-dniowej wizycie w ZSRR, w środę 31 maja 1972 r. o godz. 16.30. z Henry Kissingerem. Witał po polsku – „Niech żyje Polska”. Z lotniska pojechał na Plac Zamkowy zobaczyć makietę odbudowywanego Zamku, podarował 100$. Przejechał przez Stare Miasto pod Grób Nieznanego Żołnierza, złożył kwiaty i do Sejmu na spotkanie z Edwardem Gierkiem. Odpoczywał w Wilanowie. Na kolacji w URM powiedział po polsku- „Niech żyje przyjaźń polsko-amerykańska”. Drugiego dnia rozmawiał z prof. Henrykiem Jabłońskim i Edwardem Gierkiem. Żona zwiedzała Łazienki, wysłuchała koncertu chopinowskiego Haliny Czerny-Stefańskiej. Oboje wydali uroczysty obiad i wysłuchali koncertu „Poznańskich Słowików”. O 16.00 odlecieli do USA. Skutkiem tej wizyty, m.in. otwarto linie kredytowe i konsulat USA w Krakowie, w 1973 loty Warszawa-Nowy Jork.
    Gerald Ford- jak wspomina Pan Profesor rozmowę z nim, „podkreślił, że trzy razy w życiu przebywał w Polsce i zapytał czy jakikolwiek prezydent przebywał więcej w moim kraju…odpowiedziałem, że prawdopodobnie jest rekordzistą… Mówił o swej wizycie w Polsce w 1975 r.(w drodze do Helsinek na Konferencję KBWE moje- GZ)… Była to bardzo owocna wizyta. Chwilę się zastanowił, po czym stwierdził, że „głębokie wrażenie” wywarł na min pobyt w Oświęcimiu, którego nie zapomni”. Profesor zapytał Forda co sądzi o kryzysie w stosunkach polsko-amerykańskich, o polityce prezydenta Reagana wobec Polski…Wybrnął z sytuacji, silnie akcentując „W czasie mojej prezydentury stosunki polsko-amerykańskie były dobre”. Zgodziłem się z tym poglądem”- pisze Profesor oraz zamieszcza zdjęcie Edwarda Gierka i Geralda Forda w Białym Domu, październik 1974 r. Wspomnę, iż wtedy I Sekretarz KC PZPR był na Sesji ONZ, gdzie wystąpił z inicjatywą „wychowania społeczeństw w duchu pokoju”. ZO tę ideę przyjęło.
    Pan Profesor opisuje taki fakt z wizyty Forda w ZSRR (1974). „Leonid Breżniew pokazał gościowi i Heny Kiessingerowi swój elegancki gabinet…który zwrócił uwagę na złoty telefon stojący na biurku. Gospodarz powiedział „to moja bezpośrednia linia telefoniczna do Szatana”. Mówiąc to, Breżniew połączył się z piekłem i poprosił Szatana, aby porozmawiał z Fordem i Kissingerem. Szatan zgodził się…z polecenia Forda, Kissinger wynegocjował z Szatanem zainstalowanie podobnej linii w Białym Domu. Chwilę po odłożeniu słuchawki, złoty telefon ponownie zadzwonił. „Czy to Szatan”, zapytał Ford. „Nie, to telefonistka z informacją ile kosztowała rozmowa. „A ile kosztowała” zapytał zaciekawiony Ford. „Dwa ruble, powiedział Breżniew”. W Waszyngtonie Ford nie mógł doczekać się bezpośredniego połączenia z piekłem… Po rozmowie z Szatanem w obecności wszystkich członków gabinetu, kiedy prezydent odłożył słuchawkę, telefon zadzwonił ponownie. Dwieście dolarów- poinformowała telefonistka. Jak to? Dwieście dolarów? Breżniewa kosztowała podobna rozmowa tylko dwa ruble! To prawda. Tam było połączenie miejscowe”.
    Jimmy Carter. Pan Profesor cytuje wspomnienie Zbigniewa Brzezińskiego o sympatii między papieżem Janem Pawłem II a prezydentem Jimmy Carterem-„Nigdy szczegółowo nie rozmawiałem z Carterem o papieżu. Ale w trakcie jednego ze spotkań z Janem Pawłem II, którego coraz bardziej podziwiałem za jego przekonania i za niezwykłe wyczucie zagadnień politycznych, Jego Świątobliwość zrobił bardzo wnikliwy komentarz na temat mego prezydenta. Wspominając rozmowy w Waszyngtonie, papież uśmiechnął się i powiedział -”Wie pan, że po dwóch godzinach rozmów z prezydentem Carterem miałem wrażenie, że była to konwersacja dwóch przywódców religijnych.” Powtórzyłem to Carterowi, któremu określenie bardzo się spodobało”.
  • Ronald Reagan. Pan Profesor zamieścił zdjęcie z 14 września 1990 w Belwederze, gdzie gen. Wojciech Jaruzelski przyjmuje b. prezydenta Ronalda Reagana, który dziennikarzom m.in. powiedział: „Podczas ośmiu lat sprawowania przeze mnie urzędu nie doszło do naszego spotkania, nie było takiej okazji. Była to bardzo dobra rozmowa”. Z pewnym zażenowaniem muszę wyprowadzić Państwa z błędu, jaki popełnia – oczywiście świadomie. Była okazja w 1985 r., gdy Generał był w ONZ. Na Sesji m.in. mówił-„Narodowi polskiemu, każdej polskiej rodzinie wyrządzona została krzywda. Zerwane umowy, bezprawne restrykcje pogłębiły gospodarcze trudności, przyniosły nam ogromne szkody, równoważne ponad połowie ogólnej wysokości zadłużenia kraju”. Koszty tego bezprawia wobec Polaków sięgnęły 15 mld $. Gdy je ogłaszał w grudniu 1981 r., podobno płakał i śpiewał – chyba za Janem Pietrzakiem- „Żeby Polska była Polską”. Nagłaśniały to podziemne media i RWE jako wyraz publicznego „żalu” nad „krzywdą” Solidarności po wprowadzeniu stanu wojennego. Czyżby Reagan nie wiedział, że restrykcje „uderzą” i odczują je wszyscy Polacy, także członkowie Solidarności, których rzekomo (czytaj- fałszywie) chciał chronić przed „taką władzą” Generała. Sięgnijcie Państwo pamięcią wstecz i przypomnijcie młodzieży tamten „kartkowy czas”. Oto jest przykład swoistego chichotu historii. Polska za restrykcje nagrodziła Reagana pomnikiem. Stoi przed ambasadą USA. A odsłonięty w 2004 r. przez Lecha Wałęsę – czyżby to była „szczególna nagroda” Solidarności? Drugi pomnik, z Papieżem jest w Gdańsku na Przymorzu. Reagan, jakby chcąc „załagodzić” kłamliwą ocenę „okazji”, składając wyrazy uznania dla konsekwencji działań Generała, powiedział wprost -„Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby”. On osobiście nie jeden raz, można skomentować.
    Wspomnę, że po zmianie ustroju, Plac Komuny Paryskiej w Warszawie, stał się Placem Wilsona, upamiętniając 28 prezydenta USA za 13 punkt programu (dotyczył niepodległości Polski, po zaborach)- jak pisze Pan Profesor- „mogącego zadowalać wiele państw (Polskę „zadowolił”- moje, GZ) …Kiedy Wilson przedstawił swój program, Georges Clemenceau powiedział- Nawet Wszechmogący Bóg przedstawił tylko dziesięć punktów”, czyli przykazań (program Wilsona miał 14 pkt., ogłoszony 8 stycznia 1918 r.).
    George Bush. Pan Profesor zamieścił zdjęcie tego prezydenta z przemówienia w Sejmie 10 lipca 1989 r., które zakończył tak- „Ameryka życzy wam dobrze, dziś, kiedy stoicie wobec ciężkich problemów. Oddaję cześć generałowi Jaruzelskiemu (w tym przemówieniu wymienił Go pięć razy- moje GZ) za jego przywództwo oraz za jego nadzwyczajną gościnność wobec mojej osoby”. Zauważcie Państwo, że „przywództwo” obejmowało stan wojenny, za który poprzednik ukarał Polskę i Polaków restrykcjami- chyba nie mylimy się w takim rozumieniu tego słowa? Generał i prezydent mieli żony o imieniu Barbara- może stąd obaj się przyjaźnili. Pod rozwagę Panom, szczycącym się żonami o tym imieniu! Panowie- może warto kandydować, np. na posła!
    Właśnie, obejmującego urząd prezydenta po Ronaldzie Reaganie, 20 stycznia 1989 r.- jak pisze Pan Profesor-„Najubożsi i bezdomni zorganizowali tzw. kontrinaugurację i kontrbankiet w ulicznej garkuchni. Rozwiesili tam transparenty z takimi hasłami, jak: „Żywność, a nie bomby”, „Niebo dla gwiazd, a nie wojny”
    Kończąc ten wątek wspomnę, że gościli w Polsce jeszcze prezydenci:
  • Bill Clinton, 6-7 lipca 1994, (po ogłoszeniu „Partnerstwa dla pokoju”); 10 lipca 1997 r, 2 dni po formalnym zaproszeniu Polski do NATO;
  • George W. Bush: 5 razy: 15-16 czerwca 2001 w Warszawie; 30-31 maja 2003 w Krakowie i Oświęcimiu; 8 czerwca 2007 na Wybrzeżu (4 godz.); jako wiceprezydent w 1987 r.;
  • Barack Obama, 3 razy: 28 maja 2011 oraz w czerwcu 2014 (w 25 rocznicę wyborów 1989), w lipcu 2016 (podczas szczytu NATO);
  • Donald Trump, 5-6 lipca2017 (16 godz.).
    Kilka ciekawostek
    Spośród wielu ciekawostek, prezentujących wszystkich prezydentów USA, jakie ze swadą opisuje Pan Profesor, wybrałem kilka mało lub wcale nie znanych i charakteryzujących osoby wyróżniające się nie tylko humorem ale i poczuciem odpowiedzialności za USA i świat. Oto one:
    „Churchill po kąpieli… krążył po pokoju na golasa… będąc gościem w Białym Domu. W takim momencie ktoś zapukał do drzwi. „Proszę wejść” – głośno powiedział Churchill. W drzwiach pojawił się Roosvelt. Widząc jednak nagiego Churchilla, zaczął się wycofywać.” Proszę wejść panie prezydencie-tubalnym głosem huknął Churchill- premier Wielkiej Brytanii nie ma nic do ukrycia przed prezydentem Stanów Zjednoczonych”;
    „Eisenhower w 1975 r. upoważnił dowódców wojskowych do użycia broni atomowej, w razie radzieckiej lub chińskiej agresji, jeżeli dowódcy nie będą mogli nawiązać bezpośredniej łączności z prezydentem. Dyrektywa przewidywała możliwość użycia przez dowódców broni nuklearnej niezależnie od tego, czy Rosjanie użyli takiej broni przeciw wojskom amerykańskim” Dalej, w podsumowaniu Pan Profesor pisze, że Eisenhower był „pierwszym prezydentem, który miał licencję pilota i … zanurzył się na okręcie podwodnym o napędzie nuklearnym(26IX1957)”
    John Kennedy- „Przemawiając 18 października 1960 r. w Miami do audytorium złożonego z dziewcząt, Kennedy powiedział: „Kiedy przybyłem do Massachusetts i zasiadłem w Senacie, sprowadziłem ze sobą całą grupę młodych dam, które zatrudniłem w sekretariacie. Wszystkie wyszły za mąż. Sprowadziłem wobec tego nowy skład młodych dam. One również wyszły za mąż. Jeśli wy uważacie, że wasze szanse wyjścia za mąż są ograniczone zacznijcie pracować u mnie,”. Pomyślcie Państwo, może ten pomysł warto odpowiednio uprawomocnić, przez zapis zatrudnianiu w kancelarii prezydenta, rządu i partii sprawującej władzę?
    George Bush. „Podczas kampanii prezydenckiej pani Donna Brazil- pisze Pan Profesor- że powiedziała dziennikarzom-”Powinniście zająć się pogłoską, że Bush utrzymuje stosunki poza małżeńskie. Uważam, że powinien on postawić sprawę jasno przed narodem amerykańskim. Naród amerykański ma prawo wiedzieć, czy Barbara Bush (żona) będzie dzieliła z nim łoże małżeńskie w Białym Domu”. Jak myślicie Państwo- czy nie jest wskazówka dla nas- wyborców, by pytać w kampanii kandydatów, z kim będą „dzielić łoże” w Belwederze, w hotelu poselskim?
    Dalej, Profesor odnotowuje kilka wypowiedzi Georga Busha, Czytelnikom pod rozwagę i dla przypomnienia, podobnych „myśli” u naszych polityków:
    -„Mam swój pogląd, zdecydowany pogląd, ale nie zawsze z nim się zgadzam”;
  • „Nie jestem tym, którego określacie mianem intelektualisty”;
  • „Jeśli ktoś mówi wam, że najlepsze dni Ameryki są poza nią, patrzy on w złym kierunku (wyżej jest mowa o „złej stronie historii”- chyba coś w tym jest!)”.
    I taka ciekawostka- „Prezydent Bush ostrzegł Gorbaczowa w czerwcu 1991 roku, że przygotowuje się w Moskwie spisek mający na celu obalenie go (tzw. przewrót Janajewa, moje, GZ). Gorbaczow jednak zignorował to ostrzeżenie, mówiąc: „Panie prezydencie, proszę się nie podniecać. Wszystko jest OK.”. Gorbaczow jednak mylił się i wkrótce stracił władzę”. Jaki stąd wniosek- czasami USA mogą być pomocne (pisałem wyżej), tylko nikt nie wie kiedy i za ile.
    Barack Obama. Pan Profesor przypomina, „trzy nieprzyjemne sytuacje”. Pisze- „krążył w Polsce żart, przypisywany ministrowi Sikorskiemu (wtedy był szefem MSZ- moje, GZ), że Obama ma polskie korzenie, ponieważ jego dziadek zjadł polskiego misjonarza. Pomimo, że MSZ stanowczo zdementowało… media amerykańskie nadały sprawie duży rozgłos”. I dalej – „5 listopada 2008 roku z trybuny sejmowej skandaliczne oświadczenie wygłosił poseł PiS Artur Górski, który powiedział m.in.: „Prezydentem, głową największego na świecie mocarstwa, został kumpel lewackiego terrorysty Williama Ayersa, polityk uważany przez republikańską prawicę za czarnego kryptokomunistę. Głosami swoich wyborców Obama, czarny mesjasz nowej lewicy, zgniótł kandydata republikanów Johna McCaina. Już niedługo Ameryka zapłaci wysoką cenę za ten grymas demokracji. Jak powiedział mój klubowy kolega poseł Stanisław Pięta, Obama to nadchodząca katastrofa, to koniec cywilizacji białego człowieka. Obym się mylił” Również i to niefortunne oświadczenia posła PiS, zwróciło uwagę mediów i blogerów w USA”. Także i mnie wypada zwrócić Państwu uwagę – pomyślcie – jak to dobrze, że myśli posłów tej partii są odległe od prawdy. Ale u nas nie ma Murzynów!
    Na zakończenie
    Zachęcam Państwa Czytelników do „lekkiej i przyjemnej” książki „Anegdoty z Białego Domu”. Znajdziecie tam Państwo mnóstwo ciekawostek i śmiesznostek, które na świąteczny czas – do tego ograniczony pandemią wzbudzą uśmiech, przypomną „stare dobre” żarty i dowcipy, np. z radia Erewań. Ale kto je pamięta. Zbliża się okres „mikołajkowych prezentów”, może ta godna będzie rozweselić Państwa Rodzinę, zachęcam.
    Doszły mnie głosy, że podobno (nie śmiem sprawdzać) Redaktor Naczelny i zapracowany ciągle Sekretarz Redakcji Trybuny, mają ufundować specjalne nagrody dla Czytelników, którzy wskażą „zabawne i edukacyjne” zdarzenia- najbardziej pouczające i rozśmieszające w Polsce. Kolega odradzał mi pisać o „pouczających i zabawnych” historiach, bo od kilku lat, nie chciał mi powiedzieć odkąd mamy taki „ubaw”, że możemy obdzielić nim nie jedną Amerykę. Postawiłem na swoim, a co!
    Zachęcam Państwa – uśmiechu i refleksji nigdy w nadmiarze.

„Traktaty” – sukcesami Władysława Gomułki

Takie zworniki gmachu europejskiego pokoju, jak układ zgorzelecki z 1950 r. czy układ z RFN w 1970 r. o podstawach normalizacji, mają w skali historycznej takie samo znaczenie, jak filary przy budowie mostu.
gen. Wojciech Jaruzelski

Zbliżająca się 50 rocznica „Układu” Polska – NRF, nie powinna być zapomniana przez Polaków. Był drugim „filarem przy budowie mostu”- dziś powiedzielibyśmy częścią autostrady do „europejskiego pokoju”, jak obrazowo ocenił Generał. Władysław Gomułka, który osobiście wyznał, że „układ z Niemcami jest zwieńczeniem jego życia”. Jaką drogą przeszła Polska, I Sekretarz KC PZPR przed pół wiekiem-proszę, by Państwo skrótowo prześledzili w tym tekście.
Wnioski z Poczdamu
Władysław Gomułka – jeden z członków polskiej delegacji na Konferencję w Poczdamie- bacznie obserwujący jej przebieg, a szczególnie kuluarowe dyskusje i spory, doszedł do wniosku, iż zachodni alianci nie są chętni granicy na Odrze. Granica ta była jedną z kluczowych spraw rozpatrywanych przez ministrów spraw zagranicznych, ekspertów oraz Wielką Trójkę. Eksperci wspierający naszą delegację, przedstawili opracowania i ekspertyzy dla powojennego kształtu terytorialnego Polski, jej rozwoju i zasiedlenia terenów „po Odrę”. Ich memoriał pt. „Postulaty Polski w sprawie granicy zachodniej”, ambasadorzy 10 lipca dostarczyli rządom wielkich mocarstw. Kilka dni później nad jego treścią dyskutowała Wielka Trójka. Ważyły się głosy byśmy zbytnio nie skorzystali terytorialnie i gospodarczo kosztem Niemiec. Pytanie- dlaczego- jest frapujące nawet po upływie 75 lat. Przecież nie kto inny, tylko Niemcy hitlerowskie były winne wybuchu II-ej wojny światowej, jeszcze w 1945 r. nie policzonych a przerażających strat materialnych, widocznych dosłownie na każdym kroku, także ludzkich. Też wtedy, wiosną i latem 1945 r. „odkrywanych” w obozach koncentracyjnych na terenie Niemiec, zagłodzonych ludzi, rozkładających się zwłok, co udokumentowały angielskie kroniki filmowe, znane też w Polsce. Wstyd napisać, że takie postrzeganie ówczesnej rzeczywistości i myślenie jest naiwne. Tak, takie „myślenie po ludzku”- choć oparte na realiach jest tylko przyziemne. Prezydent USA Harry Truman tak nie myślał. Myślał perspektywicznie, przyszłościowo- jak wykorzystać Niemcy, jako przeciwwagę w swojej polityce wobec ZSRR. „W składzie delegacji amerykańskiej coraz większymi wpływami cieszyli się zwolennicy tzw. ostrego kursu, twardej postawy wobec Związku Radzieckiego. Jednym z rzeczników tej polityki był sam prezydent Truman”, pisze prof. Longin Pastusiak w książce „Monografie. Kontynuacja i zmiana”. Wyd. Warszawa 2016. Stąd kalkulacje USA by nie „skrzywdzić” Niemiec przez utratę terytorium na rzecz Francji i Polski. Znana jest kąśliwa dla nas wypowiedź Churchilla, iż „polska gęś padnie z niestrawności”, że nie potrafimy dobrze zagospodarować tych ziem. Minister Ziem Odzyskanych w rządzie Edwarda Osóbki-Morawskiego, Władysław Gomułka(1945-1948) zaangażowaniem, wielką energią i oddaniem, nie dał żadnych podstaw do spełnienia się „wizji” brytyjskiego premiera.
To przecież Stalin stał twardo na stanowisku, by te Ziemie były politycznie, terytorialnie i administracyjnie nam przynależne. Wielu jest gotowych krzyknąć – Stalin przecież miał tu swój cel, interes, dlatego tak postąpił. Oczywiście, że miał! Wielu „piaskowych” polityków dziś wie „lepiej” jaki był. A jaki cel, interes mieli Truman i Churchill, że nie chcieli nam tych Ziem dać? Przecież nie „dawali” nawet piędzi swego, tj. amerykańskiego czy angielskiego terenu. Mieli interes- Niemcy, jako „argument siły” przeciwko ZSRR. A gdyby Stalin zgodził się z Trumanem i Churchillem (był jeden przeciw dwóm!) – pytam o kształt terytorialny Polski. Czyli z zachodnią granicą z 1937 r. i bez Kresów Wschodnich – wniosek: Polska kształtem terytorialnym zbliżona do Królestwa Polskiego. Niektórzy uważają, że Truman z Churchillem na Stalinie „wymusiliby” oddanie nam Kresów Wschodnich! Pytam- kiedy mieliby to uczynić, jeśli nie zrobili tego w Poczdamie, a wcześniej w Teheranie i Jałcie? Odpowiadam-wolne żarty, odsyłam do literatury dokumentalnej. Czy – jak myślą niektórzy – nienawiść do Stalina i ZSRR za Kresy Wschodnie, byłaby do dziś tą „właściwą i słodką zapłatą”? – też wolne żarty.
Sekretarz Stanu James Byrnes 6 września 1946 r. w Stuttgarcie oświadczył, że granice Niemiec nie są jeszcze ostatecznie ustalone. Wystąpił z tezą, jakoby ziemie na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej zostały tylko czasowo oddane pod zarząd Polski i Związku Radzieckiego. Warto w tym miejscu zapytać o polityczno-militarne następstwa tych postanowień dla Polski. Najkrócej można odpowiedzieć tak- traktat poczdamski z tej granicy czynił „kartę jątrzenia” między narodami polskim i niemieckim, co liczne ziomkostwa wykorzystywały w oddziaływaniu na świadomość młodych Niemców. Wyraźnie widać to w podręcznikach historii z tamtych lat. Zachodni politycy nie dostrzegali „otwartości” tej sprawy, lekceważyli jej wagę dla Polski, nie chcieli jej ostatecznego uregulowania. Tym samym „wciskali” nas w „objęcia” ZSRR, gdyż był jedynym jej gwarantem. To także pod rozwagę wszystkim teoretykom dywagującym nad suwerennością Polski lat 1945-1989, tak ochoczo opluwających władze PRL.
Sprawa Szczecina
Niech nas, nawet po 75 latach nie dziwi ustalenie w Poczdamie, że zachodnia granica przebiegać będzie „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia”, rzeką Odrą do Nysy Łużyckiej i dalej na południe do granicy z Czechosłowacją. Ziemie na wschód od Odry zostały włączone administracyjnie do Polski, zaś ich status miał być ostatecznie rozstrzygnięty w traktacie pokojowym. Terminu tego traktatu nie ustalono. Proszę raz jeszcze przeczytać powyższe zdania i zwrócić uwagę na określenie – „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia”. Zachodni sojusznicy, właśnie w kontekście troski o Niemcy, by nie uszczuplić ich terytorium nie mogli znaleźć właściwego określenia na ten odcinek granicy. Bo dalej, niejako naturalnie wytyczał ją bieg Odry i Nysy Łużyckiej. Wciąż nie rozwiązano kwestii przynależności Szczecina. Pojawił się zamysł, by uczynić go „wolnym miastem”. Znane doświadczenia z Gdańska spowodowały odrzucenie. Zaistniał stan „zawieszenia” jego przynależności, do Niemiec, czy Polski. Urzędowały w nim administracyjne władze niemieckie i polskie. Wreszcie przerwał to Stalin – on jest też autorem cytowanego wyżej zapisu. Na kilkakrotne naleganie naszych władz, w tym prezydenta Szczecina Piotra Zaremby, polecił marsz. Gieorgijowi Żukowowi przekazać miasto Polsce. Zmagania się z jego odbudową i zagospodarowaniem opisał pierwszy prezydent, wspomniany Piotr Zaremba. To odrębny temat i niezwykle ciekawy. Zachęcam do zapoznania się z tymi wspomnieniami.
Tu taka ciekawostka. W 1959 r. podczas wizyty, tym razem faktycznie przyjacielskiej- Nikity Chruszczowa w Polsce, Władysław Gomułka zaprosił go do Szczecina. Władze miasta nadały mu tytuł jego honorowego obywatela. Czy za „wizytę” w Październiku ’56? Otóż nie! I Sekretarz KC PZPR liczył, że przy „zbiegu okoliczności”, których nie sposób przewidzieć, Nikita Chuszczow nie odda Niemcom miasta, ze swoim obywatelstwem! Może ktoś uznać to myślenie za naiwne, próbę ośmieszenia, „wybielenia” Gomułki, to bzdura. Nie, to dowód szukania każdej, możliwej okazji, by przekonywać radzieckich, że słusznie postąpili- nawet Stalin, którego potępił na XX Zjeździe KPZR, że granica jest na Odrze. My mądrze i dobrze gospodarujemy na tych Ziemiach. Co więcej, zdecydowanie „trzymamy straż nad Odrą”- jak wtedy mówiono. Tę „straż”, Władysław Gomułka pokazał Nikicie Chruszczowowi, zapraszając do 12 DZ im. Armii Ludowej, na zwiedzenie koszar i pokazy poziomu wyszkolenia. Wtedy Dywizja była już po przezbrojeniu z wyposażenia „piechotnego” na zmechanizowane. Proces ten sprawnie, pokazowo przeprowadził jej dowódca, gen. bryg. Wojciech Jaruzelski! Żołnierze tej Dywizji, będącą wtedy najlepszą w Wojsku Polskim, brali czynny udział w odbudowie Szczecina (zniszczony był w 50 proc.), min. katedry, którą Jan Paweł II podniósł w 1987 r. do godności bazyliki mniejszej.
Układ Zgorzelecki
Stalin, w Poczdamie wydał się Władysławowi Gomułce koniunkturalistą, ale jego gry nie potrafił rozszyfrować. Stąd optował za dodatkowym, tajnym protokołem do umowy polsko- radzieckiej z kwietnia 1945, zawierającym gwarancje ZSRR o niezmienności stanowiska, w sprawie zachodniej granicy, jeśli doszłoby „kiedyś” do zjednoczenia Niemiec. Jego sugestie nie przekonały członków rządu. ZSRR i władze NRD też były przeciwne, pomysł upadł. Obawy te dały jednak pozytywny skutek. Moskwa uznała, iż Berlin powinien podpisać traktat z Polską o uznaniu granicy na Odrze i Nysie. Polska zaś, zyskała przychylność władz NRD, gdy w maju podjęła decyzję o obniżeniu wysokości przysługujących nam reparacji. Układ w Zgorzelcu 6 lipca 1950 r. podpisali-Wilhelm Pieck, prezydent NRD i Walter Ulbricht, szef partii SED, obaj- wcześniejsi jego przeciwnicy. Był to tylko układ między dwoma państwami, nie aprobowany przez Zachód. Ale był to sukces Władysława Gomułki, który wtedy, w lipcu 1950 r. przebywał w więzieniu, oskarżony o tzw. odchylenie prawicowo- nacjonalistyczne. Na scenę polityczną wrócił w Październiku 1956 r. Ale to osobny temat. Wówczas, lata 1945-1948 tylko tyle mógł uczynić-zbudował „pierwszy filar mostu” do europejskiego pokoju, jak określił gen. Wojciech Jaruzelski. Zapytam, czy ktoś z Państwa zauważył jakąkolwiek wzmiankę o tym „Układzie” w naszych mediach – w lipcu minęła 70 rocznica! Proszę „skrupulatnie” poszukać w pamięci!
Droga do traktatu 1970
Profesor Andrzej Werblan pisze, iż Władysław Gomułka „w rozmowach z przywódcami ZSRR i na spotkaniach Układu Warszawskiego niezmiennie-do 1967 r.-obstawał przy trzech postulatach w kwestii niemieckiej: uznania przez NRF istniejących granic, suwerenności NRD i wyrzeczenia się broni jądrowej. Postulat drugi oznaczał faktycznie stawkę na podział Niemiec. Gomułka zdawał się sądzić, że Niemcy podzielone, nie będą zdolne realnie kwestionować polskiej granicy, ponadto, priorytetowy w tych warunkach dla NRF cel zjednoczenia odsunie na plan dalszy inne rewindykacje”. Decyzje o podziale Niemiec były od początku traktowane jako zbyt krzywdzące dla narodu niemieckiego. W tym względzie zgodność polityków po obu stronach „granicy niemieckiej” była ewidentna. Traktat zgorzelecki takie głosy w NRD wyciszył. Rząd boński preferował najpierw zjednoczenie Niemiec na warunkach uznanych przez niego, co oznaczało wchłonięcie NRD. Taką opcję do pewnego czasu za możliwą widział i gen. Charles de Gaulle, gdyż mieściła się w jego koncepcji „Europy od Atlantyku po Ural”. Umiarkowane poparcie zyskał w Polsce (1967 r.), ale spotkał się ze stanowczym sprzeciwem odnośnie Niemiec. Polska w istnieniu NRD widziała też istotny czynnik swego bezpieczeństwa. Dał temu wyraz Władysław Gomułka na spotkaniu z dziennikarzami, tłumacząc powody interwencji w Czechosłowacji (sierpień 1968 r.), m.in. mówiąc:- „My musimy widzieć i patrzeć nie tylko na dzień dzisiejszy, … nie tylko czekać na to, czy jutro, nawet może za parę miesięcy nic nam nie będzie groziło, żadna wojna, czy jeszcze nam nie zabrano Ziem Odzyskanych, czy jeszcze nie zlikwidowano NRD”. Choć tę interwencję potępiły polskie władze po 1989 r., kierując się innymi względami, jednakże racji rozumowaniu I Sekretarza KC PZPR w sytuacji jaka panowała w Europie nie można do końca odmówić. Mało kto zna opinię, iż ta interwencja, przeprowadzona w zaskakujący sposób, przekonała na Zachodzie, w tym w NRF trzeźwo myślących polityków do rewizji myślenia o dalszej polityce wschodniej.
Na drodze do „traktatu granicznego”, ważnym krokiem okazał się głos Willy Brandta na zjeździe socjaldemokratów w Norymberdze (marzec 1968). Mówi on o „możliwości uznania linii Odry-Nysy”. Gomułka zajęty wewnętrzną „sprawą żydowską”, wystąpieniami studentów i oskarżeniami niektórych członków z kierownictwa partii i państwa np. Mariana Spychalskiego o sprzyjanie Żydom, co później okazało się fikcją, nie odpowiada na te słowa. Jednakże „ziarno zostało posiane”. Rumunia w 1967 r. nawiązuje stosunki dyplomatyczne z Bonn. Rozmowy z radzieckimi pozwalają Gomułce wnioskować, iż podjęcie kroków bezpośrednio z NRF nie spotka sprzeciw. Jest zdania, że Polska powinna sama uregulować problem granicy, bez wielostronnego porozumienia, za którym dotąd opowiadała się Moskwa. Poleca więc naszej dyplomacji podjąć aktywne kroki. Sam na temat stosunków polsko-niemieckich obszernie mówi 17 maja 1969 r. na przedwyborczym spotkaniu w Warszawie. Za „Trybuną Ludu” z 18 maja przypomnę takie myśli- „Głównym probierzem polityki NRF był, jest i będzie stosunek rządu zachodnioniemieckiego do uznania istniejących granic w Europie, w tym granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, jako ostatecznych oraz do uznania faktu istnienia Niemieckiej Republiki Demokratycznej jako suwerennego i równoprawnego państwa niemieckiego… Jeżeli jednak rząd NRF utrzymuje, że zawarcie takiego układu z Polską przed zawarciem traktatu pokojowego z Niemcami byłoby niezgodne z układami poczdamskimi, wypada nam zaproponować mu, aby zwrócił się do rządów Związku Radzieckiego, Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych z zapytaniem czy NRF: ma suwerenne prawa do zawarcia układu z Polską, w którym istniejąca granica na Odrze i Nysie zostanie uznana za ostateczną? Każda odpowiedź będzie pouczająca dla całej Europy”. Łatwo zauważyć, iż I Sekretarz KC PZPR jasno stawia na dwustronne podejście do sprawy granicy, czym wspiera stanowisko Brandta. Jego przeciwnikom, także w niemieckich władzach daje ciekawą radę, będąc pewnym, że dawna Wielka Trójka nie zakwestionuje Poczdamu. Tak, niejako „zmuszał” ją i Zachód, do poparcia polskiej opcji. Jednocześnie „stawiał” radzieckich przed opcją „jednego wyboru”. Jaką? – uznać „wolność decyzji” Polski (dzisiejszym „piaskowym politykom” nie jest w smak) w kwestii zachodniej granicy oraz czytelnie poprzeć to stanowisko Polski! Czy ktoś wyobraża sobie wtedy sprzeciw ZSRR? Przecież wywołałby oburzenie Polaków i opinii światowej!
Sytuacja w NRF
Po odejściu Konrada Adenauera ze stanowiska Kanclerza (1963 r.), w NRF zaczynają się pojawiać pewne inicjatywy w polityce wschodniej. Do głosu dochodzą zwolennicy uregulowania stosunków z Polską, w tym akceptacji „porządku poczdamskiego”. Bacznie je obserwuje Władysław Gomułka- prof. Werblan pisze – „godzi się na ożywienie stosunków gospodarczych i czeka na dalsze zmiany” (Traktat grudniowy 1970, Wyd. MAG, 2006). Strona polska podejmuje także kroki służące zbliżeniu. Mieczysław Rakowski w pamiętnikach (Dzienniki polityczne. Wyd. Iskry, 2004), zwraca uwagę na obawy niemieckich rozmówców, co do zrozumienia ich kroków przez ówczesne partie polityczne. Jedynie zachodnioniemieccy socjaldemokraci, na czele z Willy Brandtem nie wykazywali takich rozterek. Podchodzi do nich ze zrozumieniem, wiedząc, że wielu niemieckich intelektualistów i polityków straciło swe majątki na ziemiach włączonych do Polski. Istotną rolę spełnił „list biskupów”, z pamiętnymi- „przebaczamy i prosimy o nie”.
We wrześniu 1969 r. wybory wygrywa koalicja z SPD, a Willy Brandt obejmuje urząd kanclerza. Służy to intensyfikacji kontaktów dyplomatycznych i indywidualnych, np. Redaktora Naczelnego „Polityki” Mieczysława Rakowskiego, dziennikarza Ryszarda Wojny, dość szeroko opisanych w dokumentach, wspomnieniach oraz znanych z wielu różnych publikacji. Powiem więc skrótowo, iż merytoryczne prace nad tekstem traktatu postępują w Bonn i Warszawie, a ich wersje są uzgadniane i korygowane ku zadowoleniu obu stron, choć nie cichną głosy sceptyków, wręcz przeciwników takiego rozwiązania.
Kluczowy jest artykuł I traktatu liczącego ich zaledwie pięć, a jego treść brzmi tak:
1.Polska Rzeczpospolita Ludowa i Republika Federalna Niemiec zgodnie stwierdzają, że istniejąca linia graniczna, której przebieg ustalony został w rozdziale IX uchwał Konferencji Poczdamskiej z dnia 2 sierpnia 1945 roku od Morza Bałtyckiego bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i stąd wzdłuż rzeki Odry do miejsca, gdzie wpada Nysa Łużycka oraz wzdłuż Nysy Łużyckiej do granicy z Czechosłowacją, stanowi zachodnią granicę państwową Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Potwierdzają one nienaruszalność ich istniejących granic, teraz i w przyszłości, i zobowiązują się wzajemnie do bezwzględnego poszanowania ich integralności terytorialnej.

Oświadczają one, że nie mają żadnych roszczeń terytorialnych wobec siebie i nie będą takich roszczeń wysuwać także w przyszłości1
7 grudnia 1970 r. nastąpił finał prac nad „Układem o podstawach normalizacji wzajemnych stosunków”.
Wizyta Willy Brandta
Willy Brandt przybył do Warszawy w niedzielę, 6 grudnia specjalnym samolotem o godz. 17.35, z liczną grupą polityków, przedstawicieli związków zawodowych, gospodarki, organizacji młodzieżowych, kultury i prasy. Innym samolotem, pół godziny wcześniej przybył wicekanclerz Walter Scheel, szef MSZ. Gości na Okęciu powitał premier Józef Cyrankiewicz i szef MSZ Stefan Jędrychowski. Podczas kolacji w gmachu Urzędu Rady Ministrów, Kanclerz osobiście poznał Władysława Gomułkę, który wyznał, że „układ z Niemcami jest zwieńczeniem jego życia”. Następnego dnia, w poniedziałek 7 grudnia, Kanclerz o godz. 10.15 złożył wieniec na Grobie Nieznanego Żołnierza. 15 min. później pod pomnikiem Bohaterów Getta złożył wieniec, poprawił szarfę i uklęknął. Gest ten wywołał falę krytyki niemieckich przeciwników – później tłumaczył tak: „Nad otchłanią historii, pod ciężarem milionów zamordowanych, uczyniłem to, co robią ludzie, kiedy brakuje słów”. Żonie wyjaśnił tak- „przecież coś trzeba było zrobić”. Krótko przed śmiercią w 1992 r. powiedział: „Nic nie rodzi się samo z siebie. I tak niewiele jest trwałe. Dlatego uświadomcie sobie własne siły oraz to, że każdy czas ma swoje własne odpowiedzi i trzeba stanąć na ich wysokości, jeśli chce się zrobić coś dobrego”. Proszę, wczytajcie się Państwo w te słowa- czy po 50 latach straciły na znaczeniu, na wartości wymowy?
Proszę, przeczytajcie wspomnienie pani Hanny Kanieskiej – „Od dziecka mieszkałam na Muranowie, przy ul. Józefa Lewartowskiego. Z okna naszego mieszkania widać było Pomnik Bohaterów Getta. Pamiętam – jako uczennica szkoły średniej, swoiste poruszenie mieszkańców, komentarze Rodziców i sąsiadów po złożeniu wieńca przez Kanclerza pod Pomnikiem. To wywołało wspomnienia z lat okupacji o Powstaniu Żydów w Getcie, ich wywózkach (później dowiedziałam się, że do Treblinki), udzielanej im pomocy. Moja Matka była sanitariuszką- łączniczką w Zgrupowaniu AK mjr. Bartkiewicza podczas Powstania. Wspominała gehennę mieszkańców, późniejsze losy rodziny, przyjaciół. Przyznam, iż wtedy „ludzki gest Niemca” – jak mówiono – zapadł mi w pamięci. Przyjęty był z szacunkiem i odrobiną ludzkiej życzliwości nie tyle do Niemców (do tego było jeszcze daleko), ile do samego Kanclerza. Ale sprawa Układu i zachodniej granicy omawiana przez nauczycieli na lekcjach historii, hasła -„Nie ma problemu granicy, jest problem pokoju” czy „Odra granicą pokoju”, niezbyt mnie zajmowały. Zrozumienie ich sensu i wagi dla Ojczyzny, Polaków – przyszło dopiero później. Gdy zdarza mi się odwiedzać „stare kąty”, znane mi z dzieciństwa, w zadumie staję przed tym Pomnikiem, przypomina mi gest Kanclerza. Idę nieco dalej, do zbiegu ulic Lewartowskiego i Karmelickiej, gdzie od 2000 r. (w 30. rocznicę podpisania Układu) jest skwer i pomnik Willy’go Brandta, skłania do refleksji. Mam wrażenie, iż od tego czasu zaczęłam inaczej patrzeć na Niemców, ale to wyznanie osobiste … A Państwa -dziś sędziwych Warszawiaków – wspomnienia ku czemu prowadzą?
O godz. 11-ej w Sali Kolumnowej Pałacu Rady Ministrów, Układ podpisali, ze strony niemieckiej: Willy Brandt i Walter Scheel, ze strony polskiej – Józef Cyrankiewicz i Stefan Jędrychowski. Podczas śniadania, premier wzniósł toast mówiąc- „Przyświecało nam pragnienie, by – o ile to tylko jest w naszej mocy – przerwać wreszcie tragiczny łańcuch wojen, nieszczęść i krzywd, które znaczyły dotąd dzieje stosunków polsko- niemieckich”. Następnie Kanclerza przyjął Władysław Gomułka w gmachu KC, po czym w Wilanowie premier wydał obiad. We wtorek, 8 grudnia, Kanclerz spotkał się w centrum prasowym z dziennikarzami, serdecznie pożegnany przez kierownictwo Państwa i warszawiaków, o godz. 15.45 odleciał do Bonn.
Tak Władysław Gomułka z najbliższymi współpracownikami zbudował ten „drugi filar”. Był i trzeci, zbudowany w 1990 r. przez Generała ze współpracownikami – też z rządu Tadeusza Mazowieckiego. O tym przy innej okazji. Wspomnę tylko, że Willy Brandt w 1971 r. otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Natomiast na początku grudnia 1990 r., Willy Brandt z Małżonką byli gośćmi Państwa Jaruzelskich, w 20 rocznicę podpisania „Układu”. Uczestniczyli w spotkaniach z politykami i dziennikarzami, zwiedzili Warszawę. Gospodarze i dostojni Goście wysłuchali koncertu Chopinowskiego w Żelazowej Woli. Była to wizyta prywatna i serdeczna, wspominał Generał.

Ignacy Gogolewski kończy karierę

Ignacy Gogolewski, jeden z najwybitniejszych aktorów polskich ogłosił oficjalnie, że ostatecznie kończy swoją drogę zawodową. Z tej okazji przypominamy przeprowadzony przez Krzysztofa Lubczyńskiego wywiad poświęcony najważniejszym zdarzeniom z biografii Artysty.

Pamięta Pan moment, gdy został Pan studentem warszawskiej szkoły teatralnej, wtedy jeszcze aktorskiej.
Oczywiście. Znalazłem się na roku między innymi z Romanem Kłosowskim, Janiną Traczykówną, Lucyną Winnicką, Witoldem Skaruchem, Ryszardem Bacciarellim.
Oni po studiach pojechali na tzw. prowincję, a pan został w Warszawie. Podobno zaproponował to panu profesor Jan Kreczmar, wybitny aktor o przedwojennym jeszcze rodowodzie, pamiętny dla widzów filmu i telewizji m. in. jako Łęcki w „Lalce” Wojciecha Hasa, który był później także profesorem i rektorem warszawskiej PWST.
Tak, to on zaproponował mi pozostanie w Warszawie i angaż do Teatru Polskiego. Widocznie to, co reprezentowałem, przypadło mu do gustu.
To był Pana ulubiony profesor?
Tak, choć każdy z profesorów wnosił coś innego. Kreczmar był intelektualistą, chciał żeby aktor miał świadomość roli, a nie opierał się tylko na wyczuciu, intuicji. Marian Wyrzykowski oczekiwał od nas, studentów emocji. Jacek Woszczerowicz wymagał prawdy, ale on mnie nie lubił, wręcz nie cierpiał. Latem, gdy wychodziliśmy na taras, by robić ćwiczenia, mówił do mnie: „Pan zostaje”. I zostawałem w sali.
Nie mógł się Pan przeciwstawić?
Proszę pana, to były inne czasy niż dziś. My mieliśmy wielki szacunek i posłuch dla naszych profesorów. Ale pewnego razu i Woszczerowicz spojrzał na mnie łaskawszym okiem. Zobaczył mnie w „Niemcach” Leona Kruczkowskiego, jako esesmana Willego i powiedział z typową dla siebie szorstkością: „Świetnie pan chodzi w butach z cholewami”. To był komplement i chyba dzięki temu przeszedłem na drugi rok.
Podobno Jan Kreczmar namawiał aktorów do pisania o teatrze?
Tak, on być może przewidywał dzisiejsze czasy i uważał, że aktor nie może się ograniczyć tylko do swojej profesji, ale musi mieć drugi zawód, być humanistą. I jeśli mu się w aktorstwie nie powiedzie, to może zająć stanowisko w innej dziedzinie.
Pana przekonał, bo przez szereg lat miał Pan stały felieton teatralny w „Życiu Warszawy”.
Tak, mile wspominam tamten okres pisania o teatrze.
Jak się Panu wiodło w Teatrze Polskim?
Początkowo nie za bardzo. Przez dłuższy czas prawie nic nie grałem, a dużo czasu spędzałem w kawiarni „Telimena” przy Krakowskim Przedmieściu, położonej przecież niedaleko od teatru.
Ale w roku 1955 zagrał pan swoją pierwszą znaczącą rolę, Gustawa-Konrada w „Dziadach” Mickiewicza. Jak do tego doszło?
To był przypadek. To miała być rola dla Stanisława Jasiukiewicza (Ulrich von Jungingen w filmowych „Krzyżakach”). Jednak pewnego dnia Aleksander Bardini kazał mi się uczyć roli Konrada. Jasiukiewicz zachorował, premierę więc zagrałem ja.
Wystawienie „Dziadów”, z uwagi na ich jednak antyrosyjską wymowę, było problemem politycznym?
Oczywiście, dlatego ani razu nie wystawiono ich po wojnie i władze długo rozważały tę decyzję. W końcu jednak nie było wyjścia, bo nadszedł rok 1955, rok 100 rocznicy śmierci Mickiewicza.
Podczas przerwy doszło do słynnego, często przywoływanego wydarzenia, kiedy to otrzymał Pan kwiaty i list od Bolesława Bieruta.
Nie ja, tylko cały zespół aktorski i bez listu. Do bukietu 50 czerwonych róż, który przyniósł oficer z Belwederu, dołączona była wizytówka z napisem „Bolesław Bierut – prezydent”.
Po „Dziadach” przeszedł Pan do Teatru Dramatycznego, a następnie do Narodowego, z którego odszedł Pan po konflikcie z Kazimierzem Dejmkiem. O co poszło?
O mój sposób zagrania Kordiana w 1965 roku. Dejmek chciał, żeby Kordian był racjonalny, a ja nie mam natury racjonalisty, więc poróżniliśmy się. Powiedział mi, że nie spełniłem jego oczekiwań, więc odszedłem, ale na takim dramatycznym zebraniu zespołu, Gustaw Holoubek powiedział do Dejmka: „Panie dyrektorze, pan dziś wyraża się krytycznie o tym, co zrobił kolega Gogolewski, ale poczekajmy, bo może historia inaczej to oceni”. Po odejściu grałem gościnnie we Wrocławiu, później dwa sezony w Teatrze Współczesnym w Warszawie, następnie w Dramatycznym, m. in. króla Zygmunta Augusta w sławnych na całą Polskę „Kronikach królewskich” wg Wyspiańskiego w reż. Ludwika René.
W 1971 roku po raz pierwszy w życiu został Pan dyrektorem teatru, Teatru Śląskiego w Katowicach?
Tak i zabrałem tam ze sobą młodziutkich aktorów, Marka Kondrata, Krzysia Kolbergera, Ewę Dałkowską. Cieszy mnie, że wszyscy zostali później wybitnymi artystami sceny.
Uważa ich Pan za swoich uczniów?
Oni byli utalentowani, a ja im nie przeszkadzałem, przeciwnie, pomagałem. Kiedyś przyszedł do mnie Kolberger i mówi: „Dyrektorze, tu gram w bajce, a proponują mi Romea w teatrze telewizji”. Nie robiłem żadnych przeszkód i powiedziałem, żeby pakował walizki i jechał do telewizji. Podobnie było z Jerzym Radziwiłowiczem, który dostał propozycję od Jana Pawła Gawlika z Teatru Starego w Krakowie. Powiedziałem: „Bąbelku (tak go nazywałem) zwalniam cię z danego słowa. Jedź”. Dziś jest wielkim aktorem.
W 1972 roku zagrał Pan rolę, która przyniosła panu wielką popularność, Antka Borynę w telewizyjnym serialu „Chłopi”, według powieści Reymonta.
Tak wielką popularność, że na ulicy wołano za mną: „Antek, gdzieś zgubił Jagnę?”. Lubię i cenię te rolę.
Ale pisano wtedy i mówiono, że Pan do tej roli nie pasuje, że jest Pan za mało podobny do chłopa, za bardzo romantyczny i szlachecki.
Sam miałem na początku te wątpliwości. Rozwiał je reżyser Jan Rybkowski, który mnie przekonał, że Antek musi być romantyczny, pański, buntowniczy. Skoro sam stary Boryna w wykonaniu Władysława Hańczy był „pański”, niemal magnacki, to i jego syn mógł być „pański”. Zresztą „Chłopi”, to nie saga rodzajowa, ale coś na kształt tragedii antycznej.
Jednak z Pana ról filmowych najbardziej utrwaliła mi się w pamięci postać barona Kyana z „Hrabiny Cosel” w reżyserii Jerzego Antczaka, także twórcy „Nocy i dni”. Rola tajemnicza, melancholijna, magiczna.
Zgadzam się, że to była rola magiczna, a na dowód powiem panu, że choć premiera tego filmu była w 1968 roku, to ilekroć pokażą go w telewizji, w czarno-białej wersji telewizyjnej czy barwnej kinowej, to otrzymuję listy od widzów.
W 1980 roku został Pan dyrektorem Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie.
Tak. Był to niezwykły czas, niedługo po zakończeniu słynnych strajków sierpniowych. Mało kto wtedy myślał o teatrze. Królowała polityka, walka polityczna.
Pan tymczasem, po objęciu lubelskiej dyrekcji, zapowiedział wspaniały repertuar: „Wesele” Wyspiańskiego, „Fantazego” Słowackiego, „Zemstę” Fredry, „Maskaradę” Iwaszkiewicza. Wspaniały, ale i kosztowny finansowo. W późniejszej kondycji materialnej większości teatrów polskich, taki repertuar na jednej scenie, nawet rozłożony na kilka sezonów, nie byłby możliwy.
Tak, ale ja już wtedy myślałem o takim okienku, które nazywa się „kasa”, za co mnie – proszę sobie wyobrazić – krytykowano. Ponieważ nie było nas stać na bardzo drogie dekoracje do „Cyda” i „Maskarady”, kupiłem je za bezcen od Teatru Polskiego w Warszawie. Odkupiłem też kostiumy. Starałem się już wtedy myśleć kategoriami dzisiejszymi, że trzeba oszczędzać, brać pod uwagę względy ekonomiczne. Jednak ten repertuar przyciągał publiczność, a teatr bez publiczności jest martwy.
Pana praca w Lublinie przypadła m. in. na czas stanu wojennego i tzw. bojkotu telewizji przez środowisko artystyczne. Tymczasem pan w roku 1982 wystawił w teatrze telewizji „Pierwszy dzień wolności” z udziałem aktorów lubelskich. Spotkał się Pan z negatywną reakcją swojego środowiska. Dlaczego złamał Pan bojkot?
Bo uważałem wtedy – i tak myślę do dziś – że w tym ciężkim okresie aktorzy nie powinni pozbawiać się możliwości kontaktu ze społeczeństwem. Uważam też, że część środowiska aktorskiego została wmanewrowana w rozgrywki polityczne, w których ja nie chciałem brać udziału.
Pan ma poglądy lewicowe?
Wywodzę się z ubogiej rodziny i myślę, że to tamten ustrój, tak dziś potępiany, dał mi szansę osiągnąć to, co osiągnąłem.
Dziękuję za rozmowę.

Ignacy Gogolewski – ur. 17 czerwca 1931 r. w Ciechanowie. Jeden z najwybitniejszych aktorów teatralnych i filmowych, obdarzony charyzmatycznąˆosobowościąˆ o kolorycie romantycznym, z latami zmierzającymˆw kierunku charakterystyczności. Pierwsząˆ sławę zdobył¸ wspaniałym debiutem w pierwszej powojennej inscenizacji mickiewiczowskich „Dziadów” (1955) w reż. A. Bardiniego w Teatrze Polskim w Warszawie. Dysponujący wspaniałym głosem, i kryształowąˆdykcję stworzył wiele znakomitych kreacji scenicznych, wśród których warto wspomnieć np. Mazepę czy Kordiana, Zygmunta Augusta w „Kronikach królewskich” wg St. Wyspiańskiego, tytułowego Fantazego w dramacie J. Słowackiego, Chłopickiego w „Warszawiance”, Nerona w „Brytanniku” Racine’a, Twardosza w „Dożywociu” A. Fredro, Jęzorego w „W małym dworku” Witkacego. Masowąˆpopularność przyniosła mu rola Antka Boryny w serialu „Chłopi” Jana Rybkowskiego. Zagrał też m.in. tytułowego, filmowego „Bolesława Śmiałego” w reż W. Lesiewicza, barona Kyana w „Hrabinie Cosel” w reż. J.Antczaka. Stworzył wiele świetnych kreacji w teatrze telewizji, m.in. Jowisza w „Amfitrionie 38” J. Giraudoux. Jako reżyser filmowy zrealizował¸ „Romans Teresy Hennert” i „Dom św. Kazimierza”. Dyrektorował¸ teatrom w Katowicach i Lublinie. Przez lata związany był z Teatrem Narodowym w Warszawie, a jeszcze kilka lat temu pojawiał się gościnnie na scenie Och-Teatru Krystyny Jandy.

Joseph Conrad – niewyczerpane źródło inspiracji

Koniec roku zajęły mi wątki conradowskie i dopiero teraz, po blisko pół wieku od półświadomej lektury „Lorda Jima” uświadomiłem sobie jak nie tylko bardzo wielkim był Joseph Conrad pisarzem, ale nade wszystko jak rozległym, nieogarnionym kosmosem jest jego twórczość, i jak bardzo inspirująca była i jest dla setek artystów, myślicieli, krytyków.

I oto ledwo wydobyłem się z obszernej lektury obszernego tomu-antologii „Conrad w oczach krytyki światowej”, a już wpadłem w lekturę następną.
To tom „Oddać sprawiedliwość widzialnemu światu” składający się kilkunastu poświęconych Conradowi esejów polskich autorów.
We wstępie Paweł Panas, biorąc za punkt wyjścia mało cenione opowiadanie „Powrót” kreśli podstawowe artystyczne posłanie Conrada o ocalaniu fragmentów z lawiny życia jako głównego celu sztuki.
Tropem tak generalnie zakreślonej idei poszli inni autorzy. I tak n.p. Joanna Dudek przeanalizowała przedmowę do „Murzyna z załogi Narcyza” jako artystyczny program Conrada. Piotr Śniedziewski napisał o „dobrotliwym” porządku rzeczy”, czyli o literaturze jako zobowiązaniu wobec rzeczywistości, a Michał Paweł Markowski o „suwerenności i ohydzie”, jako o nowoczesnej podmiotowości u Conrada., Jan Zieliński o znaczeniu powieści „Zwycięstwo”.
„Jądru ciemności” poświęcili swoje szkice Szymon Hiżycki i Małgorzata Grzegorzewska, a Ryszard Koziołek „Kwadratowi afrykańskiemu”. O dramacie obcości w „Amy Foster” napisał Aleksander Matyda.
Szkice zawarte w tym zbiorze nie po raz pierwszy unaoczniają kolosalną siłę inspiratorską prozy Conrada. W dziejach literatury XIX i XX wieku jest spore grono pisarzy dorównujących mu lub nawet przewyższających talentem i doskonałością, a tym bardzie rzemieślnicza sprawnością. Ale trudno wskazać pisarza, który dorównałby mu w sile inspiracji, w niewyczerpanym wpływie znaczeń jego prozy na ludzi czujących i myślących pod wszystkimi szerokościami geograficznymi i w różnych kulturach.
„Oddać sprawiedliwość widzialnemu światu. Eseje o twórczości Jospha Conrada”, wyd. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2017, str. 430, ISBN 978-83-7982-277-5

Psy są lepsze od ludzi

Nie jestem człowiekiem łatwych wzruszeń, wręcz przeciwnie, dominują we mnie na ogół raczej nastroje i tony szydercze, sarkastyczne, ironiczne. A jednak i ja mam swoją piętę achillesową w tej sferze. To psy i ich los.

Po obejrzeniu, dzieckiem zupełnym kilkuletnim, amerykańskich filmów „Legenda o wilku Lobo” i „Żółte psisko”, przez wiele tygodni byłem chory ze wzruszenia ich smutnym, dramatycznym losem.
Podobne odczucia miałem po lekturze „Białego kła” i „Zewu krwi” Jacka Londona, czy „Najdzikszych serc” Jamesa Olivera Curwooda. Dlatego z radością przeczytałem opowieść „Był sobie pies” W. Bruce Camerona, w której pies jest narratorem, a jego los jest szczęśliwy.
Ów pies imieniem Bailey opowiada o swoim życiu w kochającym domu, a za towarzyszy ma psicę Mamę, Głodka, Prędkiego. Bailey, który ma w powieści kilka wcieleń, jest przy tym bardzo mądrym psem, więc jego opowieści są pouczające nie tylko dla psów. Cudowna, krzepiąca, wzruszająca psia opowieść.
W. Bruce Cameron – „Był sobie pies”, przekł. Edyta Świerczyńska, Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2017, ISBN 978-83-66506-93-6

Spod Paryża do Brukseli i odwrotnie

Lektura tego tomu zaczyna się wybornie od znakomitego wstępu Iwony Hoffman, która wprowadza czytelnika w tę część świata intelektualnej powojennej emigracji polskiej na Zachodzie, której centrum stanowił ośrodek paryskiej „Kultury”, a którego koronnym dziełem był miesięcznik redagowany w latach 1945-2002 przez Jerzego Giedroycia przy udziale zespołu, najpierw, krótko, w Rzymie przy via Cesena, a potem w podparyskim Maisons-Laffitte.

A następnie już kolejna satysfakcja intelektualno-estetyczna czyli korespondencja Jerzy Giedroyć-Leopold Unger, sama w sobie będąca panoramą życia politycznego (w szerokim tego terminu pojęciu) tamtych czasów, od Waszyngtonu, Paryża, Brukseli i Londynu, przez Warszawę, aż po Mińsk, Kijów, Wilno oraz Moskwę.
Do fascynujących narracji obu korespondentów, do satysfakcji poznania niezliczonych detali, personaliów, zjawisk i wydarzeń, dochodzi przyjemność natury psychologicznej z obcowania z dwiema różnymi osobowościami: ostrożnego, chłodnego, zdystansowanego Giedroycia i dynamicznego, optymistycznego, witalnego Ungera. To osobowości tak silne i wybitne, że czuje się to nawet na papierze.
Dla pasjonatów najnowszej historii Polski – lektura obowiązkowa.
Jerzy Giedroyć, Leopold Unger – „Korespondencja 1970-2000”, wybór, opracowanie i wstęp Iwona Hoffman, wyd. Instytut Literacki Kultura – Instytut Książki, Paryż-Kraków 2016, str. 454 978-83-61005-47-6