Okropieństw Houellebecqa nigdy dość

Mam złe przeczucie, że to może być jedna z ostatnich powieści Michela Houellebecqa.

Bo skoro główny bohater „Serotoniny” Florent-Claude-Labrouste egzystuje na takim dnie na jakim go obserwujemy, to gdzie może zostać usytuowany bohater kolejnej hipotetycznej powieści ciągle niedoszłego laureata Literackiej Nagrody Nobla? W piekle? A może już pod dnem piekła? No dobrze, ale co po piekle? No bo mrok i rozpacz bijąca pod niebiosa z kart prozy Houellebecqa są coraz mroczniejsze i coraz bardziej rozpaczliwe. A co do Nobla, to powiem tak: Panie i Panowie z Komitetu Noblowskiego w Sztokholmie albo nie znają na literaturze, albo są za leniwi, żeby staranniej zastanowić się nad prozą Houellebecqa, albo są hipokrytami i mają lęk przed sprzeciwieniem się „poprawnej”, konwencjonalnej opinii, według której to pisarz popularny, popowy, taki ktoś w rodzaju ich Henninga Mankela, Jo NesbØ czy polskiego Marka Krajewskiego od Breslau. A z niego taki pisarz „popowy” jak z Balzaca, którego powieści abonowały ku rozrywce damy z towarzystwa na prowincji i w Paryżu w czasach Ludwika Filipa, jako dodatek do magazynów poświęconych modzie i innych „żurnali”. Dodajmy do tego element z zakresu biografii pisarza, jej aspektu, by tak rzec, biologicznego, z którego wynika, iż poza tym, że nie dość że nie jest on już młodzieniaszkiem (rocznik 1958), to prowadzi przy tym rabunkowy dla swojego organizmu tryb życia, wypalając dziennie dziesiątki papierosów, wypijając codziennie kilka butelek wina i stroniąc pogardliwie od wszelkiej, szeroko rozumianej higieny życiowej, czym zwyczajnie sam wpędza się do grobu. Zejdę jednak z Houellebecqa – jego życie, jego ciało, nic mi po prawdzie do tego i kieruję uwagę na powieść, aczkolwiek jako czytelnik mam jednak interes, by pisał do późnej starości jak Wolter, Kraszewski czy Lew Tołstoj. Całe grono recenzentów opisało już szczegółowo tę krańcową depresję w jakiej żyje bohater „Serotoniny” Labrouste, jego ratowanie się przed nią z pomocą wytworów chemii farmaceutycznej, jego obrzydzenie do świata, do jego niezmierzonej ohydy, jego diagnozę obumierającej w coraz szybszym tempie cywilizacji zachodniej, rozpad wszelkich uczuć, więzi, nawet popędu seksualnego, degrengoladę wszystkiego. U Houellebecqa ten stan totalnej katastrofy moralnej i fizycznej zachodniej cywilizacji upostaciowuje niegdysiejsza „słodka Francja” ze „słodkim” Paryżem na czele. Nawiasem mówiąc, uważam to streszczanie w recenzjach tzw. fabuły, przebiegu akcji, czy jak by tego nie nazwać, za działanie nielojalne wobec czytelników, za niefrasobliwe odbieranie im przyjemności czerpanej z niespodzianek doznawanych w trakcie lektury, pomijając już, że to odtwórcza „głupiego robota”, robiona po najmniejszej linii oporu. Niezależnie od tego, jeden z krytyków zauważył pewien paradoksalny rys „Serotoniny”, który jednakowoż nie wyraża się w tym, że cierpienia i absurd egzystencji Labrouste’a to przyprawione hedonizmem męki bogatego paryskiego burżuja konsumującego majątek rodowy. To byłby banał stary jak świat, a przy tym dobrze znany i nie zmienia tego okoliczność, że bohater ma w swoim totalnym zblazowaniu, zniechęceniu, znudzeniu i zbrzydzeniu egzystencją własną i światem, że ma mianowicie problem ze wzbudzeniem w sobie zwyczajnego hedonizmu. A że „Serotonina” jest także powieścią antykonsumpcjonistyczną (w tym wymiarze akurat idzie Houellebecq tradycyjnym szlakiem radykalnej lewicy zachodniej – co ciekawe w Polsce ideowy antykonsumeryzm się nie przyjął i nawet najradykalniejsza lewica go nie eksponuje), więc ten antykonsumpcjonizm uprawiany przy pomocy rozpasanej konsumpcji również ma rysy szydercze czy autoszydercze. Ów paradoks „Serotoniny” polega natomiast na tym, że pisarz który do tej pory nie stworzył ani jednej prawdziwie pozytywnej postaci, tym razem ją do „Serotoniny” wstawił i jest to – o horrendum!!! – francuski arystokrata wyznający, a przy tym z powodzeniem praktykujący tzw. tradycyjne wartości, w tym przypadku starofrancuskie w sosie katolickim, w tym harmonijne, niemal mistyczne małżeństwo, zamiast uganiania się za byle orgazmami. Nie chce mi się wierzyć, że Houellebecq, ten bezwzględny szyderca ze wszystkich i wszystkiego, naprawdę wierzy i na serio każe nam uwierzyć, że w spadkobiercach arystokratycznej Francji widzi jej ocalenie. Na to nie zdobyłby się we Francji nawet najbardziej skrajny prawicowiec i konserwatysta, a autor „Serotoniny” takim jednak nie jest. Węszę w tym raczej celową, złośliwą prowokację ze strony Houellebecqa, który wie, że dominującą we Francji, nienawidzącą arystokracji jak wściekłej zarazy, krytykę liberalno-lewicową może to tylko rozwścieczyć, a w najlepszym razie wzbudzić w stosunku do niego nienawistną szyderę, że oto w całej „krasie” i już bez osłonek objawiły się poglądy tego „reakcjonisty” . A to ze strony Houellebecqa tylko taka, ot, stylistyczno-retoryczna, przekorna figura literacka. Czym jednak jest dla czytelnika ten (prawda – lekko zneutralizowany przez wspomnianą, pozytywną postać) ponury, gigantyczny katalog wszystkich nędz współczesnego świata i ponurej kondycji człowieka, w porównaniu z którym czarny, przepełniony rozpaczą obraz zarysowany w XX wieku przez francuskich egzystencjalistów jawi się niczym słodka i cienista Arkadia? Czy nie jest to – nomen omen – konsumpcja odgrzewanych kotletów, wędrowanie dobrze znanym szlakiem, a mówiąc najordynarniej – doznanie typu „ale to już było?”. Otóż właśnie, moim zdaniem – nie i w tym zaprzeczeniu zawiera się uznanie Houellebecqa, nie pierwszy skądinąd raz, za pisarza wielkiego. W jego alchemii literackiej jest właśnie to coś, co sprawia, że czytanie jego prozy, to źródło dzikiej przyjemności czytelniczej. Zgadzam się zatem z Wojciechem Orlińskim, który napisał, że „Serotonina” to „lektura lekka i przyjemna”, tak jak dla każdego prawdziwego konesera literatury „lekturą lekką i przyjemną” jest lektura wszelkiej wielkiej literatury. Tak, na tym polega inny paradoks, że lektura katalogu najstraszliwszych okropności egzystencji, obraz nudy i obrzydliwości, które ona rodzi jest jako akt czytelniczy źródłem prawdziwej przyjemności. Słowem – życie sobie, ponura diagnoza sobie, a satysfakcja estetyczna sobie. Czy jeszcze ktoś wierzy, że estetyce blisko do etyki? Zatem ponowna lektura monotonnych, powtarzających się okropności w wydaniu Houellebecqa jest po prostu lekko perwersyjną przyjemnością. Cenną uwagę o walorach jego prozy sformułował (nawiasem mówiąc od dawna uważałem to samo), krytyk Wojciech Stanisławski: „Jest oczywiście w „Serotoninie”, jak we wszystkich poprzednich powieściach, zapomniana trochę zdolność wprowadzenia na poziom literatury doświadczeń powszechnych, ba, wszechogarniających, które jednak dotąd pozostawały niedostrzegalne dla pisarzy, niejako przezroczyste: zaczepiali je swoim piórem publicyści, migały w tle niczym elementy scenografii, bywały przedmiotem humoreski, nigdy dotąd jednak nie stały się przedmiotem poważnej powieści, nie zauważono ich jako składowej, ba, determinanty naszego życia”. Zgoda, z jednym tylko akcentem polemicznym – problem nie polega na tym że wspomniani „inni pisarze” tego czy innego nie dostrzegają. Problem polega na tym, że brakuje im genialnego talentu literackiego Houellebecqa. Nie bardzo mnie interesuje, czy Houellebecq jest lewicowcem czy prawicowcem, konserwatystą, reakcjonistą czy nihilistą. Dla mnie mógłby być nawet samym diabłem. Interesuje on mnie bowiem tylko jako pisarz, jako artysta. I jako diagnosta świata. Dlatego zupełnie nie rozumiem zniechęcenia Krzysztofa Vargi do prozy Houellebecqa właśnie po lekturze „Serotoniny”. Nie jest ona może tak dobra jak „Mapa i terytorium”, chef d’oeuvre pośród jego prozy. Z jego ust, czy raczej spod jego pióra, a może jednak z jego klawiatury, spijam z przyjemnością wszelką ohydę, bo Houellebecq wielkim pisarzem jest (bez cudzysłowu). Koniec i bomba, a kto nie przeczyta, ten trąba.

Michel Houellebecq – „Serotonina”, przekł. Beata Geppert, Grupa wydawnicza Foksal (WAB), Warszawa 2019, str. 334, ISBN 978-83-280-6639-7

O miłości i wstydzie

Z Dalekiego Wschodu

Dzięki Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu, po unikalnej możliwości zanurzenia się we współczesnej prozie chińskiej („Sen wioski Ding” Yana Lianke), mogłem przesunąć palcem po mapie Dalekiego Wschodu na północny wschód i znaleźć się w Japonii. Tam ów palec zatrzymał się na wielkim nazwisku Yukio Mishimy. Z czasów nastoletniego dzieciństwa (1970) pamiętam, jak przez mgłę, pokazywane w czarno-białej telewizji krótkie migawki z publicznego, honorowego samobójstwa przez harakiri, dokonanego przez niego w Tokio na jakimś dachu, po tym jak spełzł na niczym prawicowy, wojskowy bunt, który pisarz inspirował. Prawie pół wieku to wystarczająco wiele czasu, by zadać pytanie, czy Mishima (rocznik 1925) jest jeszcze pisarzem współczesnym. Po prawdzie był klasykiem już za życia nie tylko dlatego, że kandydował do literackiego Nobla, ale także dlatego, że w swojej wyszukanej stylistycznie, realistycznej ale też poetyzującej prozie odwoływał się do tzw. „tradycyjnych wartości” starej Japonii, kraju samurajów i kodeksu busido, „wartości” wywodzących się jeszcze z czasów feudalnych. Dwa lata po śmierci Mishimy (1972) ukazał się polski przekład „Ballady o miłości”, a po wielu latach także „Złota pagoda” czy zbiory jego opowiadań „Zimny płomień” i dramatów (m.in. „Madame de Sade”). Uderzające w prozie u Mishimy jest to m.in. że mimo silnej ideologicznej, a nawet politycznej konotacji postaci pisarza, właściwie nie ma w jego utworach problematyki politycznej ani historycznych zdarzeń, poza odległymi ich echami na dalekim tle. Mishima to bowiem przede wszystkim „pisarz miłości”. Jego proza jest przede wszystkim przepojona atmosferą frenetycznej, zmysłowej namiętnej miłości. W pisarzu oddanym opisywaniu, w wyszukanej formie artystycznej, psychologii i fizjologii miłości, namiętności polityczne, faszystowski kult czynu i siły zrodził się trochę niespodziewanie dla postronnych, choć właśnie z tego kultu piękna i siły ciała (mogącego przywieść cokolwiek na myśl prozę Niemca Ernsta Jűngera) wyrósł. „Wyznanie maski”, to pełna gęstej zmysłowości, realistyczna powieść o seksualnym przebudzeniu młodego mężczyzny, która przyniosła Mishimie pierwszy rozgłos i która ukazała się dokładnie 70 lat temu (1949). To także powieść o seksualnym tabu, o wstydzie, nazywanym kiedyś pruderią, fenomenie, który właściwie zniknął z horyzontu współczesnej kultury obyczajowej, zjawisku, które gdy istniało, bywało często źródłem dyskomfortu i frustracji, ale trudno uwolnić się od poczucia, że wraz z jego zniknięciem świat erotyzmu został o coś zubożony, o jakąś nutę tajemniczości. Lektura „Wyznania maski” to bardzo dobry punkt wyjścia na szlak prozy wybitnego japońskiego pisarza.

Yukio Mishima – „Wyznanie maski”, przekł. Beata Kubiak Ho-Chi, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 237, ISBN 978-83-06-03492-9.

Ten stary, niezawodny Wolter

Znane i nieznane

Do licznych książkowych „relikwii” w mojej domowej bibliotece zaliczam edycję (rok1971) „Powiastek filozoficznych” Woltera we wspaniałej piwowskiej serii „Klasyki polskiej i obcej”, w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Od tamtego czasu (48 lat) i Wolter i Boy przeszli w przestrzeni polskiej recepcji drogę od kanonu do lamusa. Tego pierwszego wyklęto (nieoficjalnie) jako pierwszego spiritus movens sprzeciwu wobec Religii i Tradycji, ojca chrzestnego wszelkiego „duchowego lewactwa”, rewolucji kulturowej, nowożytnego prawodawcę ateizmu i nihilizmu. Tego drugiego – jako żadnego tam nawet niedobrego liberalnego, „zdradzieckiego” polskiego inteligenta, lecz jako zwyczajnego „komucha” i „sowieciarza”. Nieprzypadkowo to właśnie Boy przyswoił polszczyźnie wolterowskie powiastki. I tak był to tzw. najwyższy czas, a fakt że stało się to dopiero sto kilkadziesiąt lat po ich francuskim wydaniu nie pozostał bez znaczenia dla procesów wychowania polskiego społeczeństwa. Bez percepcji „Powiastek filozoficznych” nie sposób powiedzieć, że zaczerpnęło się choćby „okruszynę” Oświecenia. To, że w myślowym, potocznym krwioobiegu polskim nie ma ani Oświecenia, ani Woltera, że Polska nie przeżyła zbiorowej, oświeceniowej edukacji, lekcji nawet, nie pozostaje bez wpływu na polską wizję życia i negatywne tego skutki widać wyraźnie niestety do dziś. Gdy otworzyłem egzemplarz nowej edycji „Powiastek” przypuszczałem, że znajdę tam jedynie te, które znam: „Kandyda”, „Zadiga”, „Prostaczka” i „Tak toczy się światek” – kanoniczne świadectwa oświeceniowej wiary i esencję wolterianizmu. Tymczasem znalazłem tam dodatkowo dziewięć innych powiastek, których nie znałem, więc uczulam na to właścicieli wspomnianej starej edycji i miłośników prozy Woltera, gdyby nie wiedzieli. Nabywając tę edycję z piękną okładką, nabędą rzecz w znaczącym stopniu nową. Lekturę zacząłem od końca, od powiastki „Uszy hrabiego Chesterfield i kapelan Gudman” i znalazłem tam tego najsmakowitszego Woltera z jego przekorą wobec ustalonych sądów, z jego niepokorą wobec utartych opinii i pojęć, z jego brawurową i nie liczącą się z niczym dezynwolturą w formułowaniu opinii zawsze obrazoburczych, często ekstrawaganckich (jak ta o wpływie wypróżnienia bądź niewypróżnienia jelit na nasze życie duchowe, która po prawdzie wcale nie jest tak zupełnie od czapy, co wielu może potwierdzić), z jego sceptycyzmem wobec wszelkich „poprawności” (paradoksalnie, bo to nikt inny jak Wolter jest ojcem krytycznej a nawet szyderczej postawy w stosunku do tzw. „politycznej poprawności”), wobec wszelkich złudzeń („Jeannot i Collin”) i tak dalej. Powróciłem też oczywiście do dużych pereł tego kanonu z „Kandydem” na czele. I także ta ponowna lektura, pierwsza tak uważna po wielu latach, pozytywnie zweryfikowała moje obawy co do tego, czy mające przeszło dwustuletnią metrykę „Powiastki filozoficzne” Woltera nie są już jedynie tylko zabytkiem kultury piśmienniczej, cennym jako składnik tradycji, „obiekt muzealny”, ale „nieczytliwym”, martwym jako teksty z językowego i historycznego punktu widzenia. Otóż nie. Klarowność i żywość prozy Woltera jest wręcz współczesna w swoim brzemieniu, co zapewne stanowi także zasługę translatora. Poza pewnymi rekwizytami z epoki, tworzywo „powiastek filozoficznych” może być, a może nawet powinno, podlegać naszemu współczesnemu przetwarzaniu myślowemu. Gdy się czyta Woltera, wcale nie czyta się anachronicznego filozofa w pudrowanej peruce, ale niemal „naszego współczesnego”. To niewiarygodne, jak ciągle tak samo lub bardzo podobnie, nasz „toczy się światek”.

Wolter – „Powiastki filozoficzne”, przekład, wstęp i przypisy Tadeusz Boy-Żeleński, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2016, str.430, ISBN 978-83-64408-75-5.

Reduta Bodnara

Kiedyś, dawno, dawno temu ukształtowała się opinia, że emocje są złym doradcą. Pogląd ten to oczywista apoteoza racjonalizmu, kierowania się przy podejmowaniu różnych decyzji faktami, obiektywnymi analizami, opiniami ekspertów. Ta epoka właśnie przemija. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie u ludzi można wzbudzić. Rządzenie przez zarządzanie ludzkimi emocjami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i Internetu – to nowa fala. W samej rzeczy władcy często woleli odwoływać się do emocji poddanych niż do ich racjonalizmu. Zwykle jednak taka podstawa władzy kończyła się katastrofą nie tylko dla władcy, ale i dla poddanych. A nigdy nie mieli do dyspozycji Internetu i botów. Czy historia się powtórzy po raz kolejny? Niestety jest to całkiem realne. Przed wybuchem drugiej wojny światowej rozkwitły w Europie dyktatury czerpiące swoje żywotne soki z emocji mas: Rosja Sowiecka, Hiszpania, Włochy, Niemcy – to tylko niektóre z przykładów. Ruchy faszystowskie rozlały się i po takich krajach jak na przykład Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Polska. Dzisiaj historia zatacza kolejny krąg. Do głosu w wielu krajach dochodzą populiści, nacjonaliści, wielcy manipulatorzy ludzkimi emocjami. Rozum idzie (poszedł?) spać. Zaczyna wiać grozą. Politycy PiS są tyko częścią sieci tych wstecznych sił politycznych. Kłamstwa PiS stały się codziennością i niebezpiecznie spowszedniały. Co raz to wzniecane są nowe emocje, nowe pseudo-zagrożenia. Zachować wierność zasadom, racjonalizmowi, jest tej sytuacji funkcjonariuszom publicznym coraz trudniej. Tym większy szacunek należy się Adamowi Bodnarowi, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który odważył się wskazać, że metody zastosowane przez policję względem podejrzanego o popełnienie szczególnie okrutnego mordu na 10-letniej dziewczynce były niewłaściwe, były nadużyciem. Pan Bodnar stwierdził między innymi: „Nie może być zgody na niegodne traktowanie człowieka. Na nadużywanie środków represyjnych, poniżanie, demonstrowanie siły w stosunku do jednostki. A zwłaszcza na budowanie atmosfery linczu przez organy i przedstawicieli władz”. Nic dodać nic ująć. Ale reakcja PiS była wręcz frenetyczna. Rządząca partia i jej propagandowe tuby publicznie postawili Rzecznikowi Praw Obywatelskich kuriozalny, cyniczny, ze wszech miar obrzydliwy zarzut „obrony mordercy”. Na Bodnara wylały się cysterny hejtu w Internecie w oczywisty sposób napędzane potężnymi emocjami. W tym przypadku emocje były niewątpliwie uzasadnione ale zachowanie policji niewątpliwie daleko niewłaściwe. Przekaz ze strony rządzących jest jednak jednoznaczny: jeżeli emocje społeczne są na dostatecznie wysokim poziomie w kąt idą wszelkie prawne ograniczenia brutalności organów represji. Ale społeczne emocje wzbudzać można w różny sposób i wcale nie muszą mieć one materialnych podstaw. Dlatego Adam Bodnar, odważnie broniąc prawa i zawartych w nich zasad bronił tak naprawdę każdego z nas przed potencjalnymi nadużyciami ze strony instytucji państwowej, przez tworzenie przez te instytucje klimatu dla linczów. I za to należy mu się podziękowanie i uznanie. Dzisiaj Bodnar jest jak kapitan Ordon broniący do ostatka Fortu nr 54 na Woli w 1831 r.
Świetny opis procesu kształtowania się nowej polityki opartej na fałszywie kreowanych emocjach postawiła BBC w swoim filmie „Brexit”, w kluczowym dla filmu dialogu. Rozmówcami są: Oliver Craig – szef sztabu kampanii referendalnej ruch „RemaIn” – za pozostaniem w UE i Dominic Cummings – charyzmatyczny architekt kampanii ruchu „Leave” – za opuszczeniem Unii. O ile „RemaIn” w swojej kampanii odwoływał się do danych gospodarczych, statystyk, eksperckich analiz, jednym słowem do faktów, wiedzy i racjonalizmu, o tyle „Live” do emocji wyborców kreowanych kłamstwami jak to, że Wielka Brytania co tydzień przekazuje UE 350 mln funtów, rozpowszechnianych przez specjalne czerwone autobusy i amerykański system profilowania użytkowników Facebooka i Tweetera. Film „Brexit” oparty jest na faktach, jednak ten dialog jest niewątpliwie częścią fabularną, dodaną przez BBC. Panowie nieoczekiwanie spotykają się w brytyjskim pubie przy piwie, po morderczej kampanii, dzień po zamordowaniu na jednym z wieców posłanki do Parlamentu i na dzień przed referendum, które, jak wskazują sondaże, wygrają zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.
Oliver Craig (RemaIn): – Nie sądziłem, że będzie tak źle, a ty?
Dominic Cumming (Leave):- Też nie… ale takie pytania dzielą ludzi na plemiona.
– A mimo to wierzę, że możemy je sobie zadać i odpowiedzieć sobie na nie bez tego wszystkiego, bez nienawiści, zabijania.
– Tak…
– Tu chodzi o coś więcej niż o nasze relacje z gospodarką Unii. Chodzi o duszę tego kraju. Boję się, że nie uda nam się jej wyleczyć, bo stworzyliśmy…
– Tylko odkryliśmy.
– Rodzaj debaty, która jest prymitywna, dzika i co najgorsze – brutalna. Nie martwią cię jej długofalowe skutki? Odrzucenie wiedzy, autorytetów?
– Wasi eksperci mieli swój plan…
– Poparty wiedzą. Wy dajecie pożywkę toksycznej kulturze, w której nikt nikomu nie ufa.
– Wcale nie.
– Nikt nie słucha, tylko wrzeszczy.
– Bo chce, żeby go usłyszeli. Tych ludzi przez lata ignorowano.
– Szczujecie ich.
– Mylisz mnie z Banksem i Farage’em.
– To wygodne – robią za ciebie brudną robotę. Próbowałeś ich powstrzymać?
– Tacy jak ty przez lata dominowali w debacie publicznej – i co z tego wyszło?
– Już nie zamkniesz tej puszki. Odtąd polityka będzie właśnie taka.
– Zmiany cieszą.
– Co cię w niej rajcuje? Co odkryłeś?
– … brakuje mi snu. Chcę spać.
– Ja też. Więcej spałem nawet przy małych dzieciach. Twoje wkrótce się urodzi?
– Tak. Ty masz dwie córki?
– Trzy. I zastanawiam się w jakim kraju będą dorastać.
– Bierzesz mnie na dzieci? Daruj. Chcę nas przygotować. Nie spodziewałeś się tego pociągu. Nie było go w rozkładzie, przykre. Nawet mnie zaskoczył. Ale godzę się na niego. A ty go nie zatrzymasz. Tak, to nowa polityka, nad którą nie będziesz miał kontroli.
– Ostrożnie z życzeniami, bo i ty ją stracisz.
Dialog kończy tradycyjny dzwonek barmana oznaczający ostatnią szansę na zamówienie kolejnego piwa. PiS wydaje się, że bazowanie na kłamstwach i emocjach daje mu władzę na zawsze. Nic z tych rzeczy, pierwsze symptomy, że tak nie jest już się pojawiły. Arcybiskup Metropolita Wrocławski wydał otóż „Dyspensę od obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzień 21 czerwca 2019 r.”. Rzecz w tym, że owa dyspensa nie została udzielona wiernym w tej diecezji, ale: „wszystkim mieszkańcom Archidiecezji oraz przebywającym w tym dniu na jej terytorium” (podkr. JU). Można na ten incydent spojrzeć przez palce, zbagatelizować go, sprowadzi do głupiego żartu. Ale przecież od tak drobnych spraw się zaczyna. Jeżeli nie będzie reakcji władzy państwowej na ten eksces kościelnego hierarchy, a nie będzie, to dzisiaj mamy zezwolenie Arcybiskupa, ale jutro być może zakazik oglądanie tego lub owego lub nakazik takiego lub innego postępowania – adresowany do WSZYSTKICH obywateli. Ośrodek władzy publicznej się rozmywa, prawo idzie do kosza. Tej puszki nie da się już łatwo zamknąć. Jeżeli w ogóle się da.

Za zdradę narodu polskiego…

– czyli o niektórych objawach metanoji nienawiści.

Królestwo kłamstwa nie jest tam, gdzie się kłamie, lecz tam, gdzie się kłamstwo akceptuje.
Karel Čapek, 1890-1938

Wieczór 30 marca 1946 roku. Energiczne pukanie do drzwi mieszkania Anny i Aleksandra Cepuszyłów w Koszalinie. Oprócz domowników obecne są w nim dwie koleżanki pani Anny, pielęgniarki z Ośrodka Zdrowia: Anna Grubert i Leokadia Jankowska.
Anna Cepuszyłów otwiera drzwi. Wchodzi dwóch uzbrojonych w pistolety osobników. Żądają od wszystkich okazania dokumentów, ale ich nie sprawdzają. Jeden z mężczyzn podchodzi do Aleksandra Cepuszyłówa i pyta: „Byłeś w sądzie i sądziliście człowieka z AK?” Po uzyskaniu potwierdzenia, mówi: „Daliście mu 5 lat. A to za łagodny wymiar kary w Białogardzie!”, po czym strzela dwa razy w kierunku Cepuszyłówa.
Przed opuszczeniem mieszkania sprawcy zostawiają przy swojej ofierze kartkę, na której są dużymi literami wydrukowane słowa: „ZA ZDRADĘ NARODU POLSKIEGO I WYSŁUGIWANIE SIĘ WROGOWI ZOSTAŁ ZLIKWIDOWANY”, dalej wypisane piórem nazwisko i imię: Cepuszyłow Alex. Pod spodem podpis: D-ca 5 Bryg. Wil. /ŁUPASZKA/ mjr.
Fotokopia tego dokumentu oraz inne sygnowane przez mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka” jawią się niczym „trofea” przy ponad 1,5 m fotografii przedstawiającej w bojowej postawie jego sylwetkę. Ekspozycja ta otwiera stałą wystawę Muzeum w Koszalinie pt. „Koszalin 1945-2015. Od Dyktatury do Demokracji”. Tym sposobem – według mojej obserwacji – został osiągnięty efekt, że większość osób ją zwiedzających zdaje się ulegać iluzji jakoby „Łupaszka” i wykonawcy jego rozkazów byli prekursorami rozpoczętych po wyborach do Sejmu 4 czerwca 1989 r. zmian ustrojowych w naszym państwie. Akcentuje to z umieszczony po lewej stronie, nad jego fotografią, sugestywny napis: „Opozycja niepodległościowa 1945-1950”.
Gdyby jednak zwiedzający – a tylko nieliczni tak czynią – zadali sobie trud dogłębnego zapoznania się ze znajdującymi się po stronie przeciwnej – zapisanymi gęstym i drobnym drukiem – treściami fotokopii dokumentów wydanych przez „Łupaszkę”, to – jak domniemam – narodziłyby się w nich, co najmniej wątpliwości natury moralnej.
Być może – tak jak ja – dostrzegliby, że „opozycja niepodległościowa” w wydaniu „Łupaszki” i jego podkomendnych miała przeważnie charakter destrukcyjny. Wystawione fotokopie dokumentów stanowią wymowne świadectwo, że ich działalność opierała się głównie na rabunku cudzego mienia oraz mordowaniu ludzi akceptujących powojenny porządek w Polsce.
Cóż było pozytywnego we wtargnięciu „łupaszkowców” do mieszkań Aleksandra Cepuszyłówa i Jana Patrycego, a następnie – w obecności rodzin i znajomych – ich zastrzelenie.
Mimo wieloletnich i dogłębnych badań tematu – w tym również kwerendy akt udostępnianych przez IPN – nie znalazłem niczego, co by wskazywało, że Aleksander Cepuszyłów i Jan Patrycy, w jakikolwiek sposób dopuścili się „zdrady narodu polskiego i wysługiwania się wrogowi ”, co rzekomo było powodem wydania na nich wyroku śmierci przez „Łupaszkę”.
Jan Patrycy wywodził się z rodziny o kolejarskich tradycjach. W pierwszych dniach tragicznego września 1939 roku kierował pociągiem pancernym „Wilk”. W czasie okupacji hitlerowskiej był żołnierzem Armii Ludowej. Pracę maszynisty w pociągach towarowych wykorzystywał do przewożenia dokumentów, szukających pomocy ludzi, w tym ukrywających się Żydów.
„Po wyzwoleniu prawobrzeżnej Warszawy, Jan Patrycy wybrany został przewodniczącym Rady Robotniczej w Parowozowni Warszawa-Praga. Jeszcze lewobrzeżna Warszawa była w rękach okupanta, kiedy” na zakończenie trwającego w dniach 14-15 stycznia w Lublinie Nadzwyczajnego Walnego Zjazdu delegatów kół Związku Zawodowego Jana Patrycego wybrano na delegata XV Krajowego Walnego Zjazdu Delegatów Kół Związku Zawodowego Pracowników Kolejowych w Warszawie, a tu z kolei wybrano na członka Zarządu Głównego.
Po zakończeniu wojny Polska Partia Robotnicza, której był członkiem, skierowała go na Ziemie Odzyskane. „Pionierską pracę maszynisty kolejowego rozpoczął na węźle PKP w Białogardzie”. Wybrano go tu na prezesa miejscowego Związku Zawodowego Kolejarzy i sekretarza komórki PPR węzła PKP. Ponadto został członkiem Komitetu Powiatowego PPR w Białogardzie. 16 marca 1946 r. Jan Patrycy – we własnym mieszkaniu, w obecności żony, która przyjechała do niego z Warszawy – został zastrzelony przez „łupaszkowców”. (Podane przeze mnie – nieznacznie przeredagowane – informacje o Janie Patrycym oraz o rodzininie Cepuszyłowów – jeśli nie zaznaczono tego inaczej – pochodzą z książki Stefana Sokołowkiego „Niebezpieczne posterunki”, Koszalińskie Wydawnictwo Prasowe, Koszalin 1985,).
W ten sam sposób, w podobnych okolicznościach, czternaście dni później zamordowali Aleksandra Cepuszyłówa. Był on wysokiej klasy fachowcem z rozległą wiedzą w zakresie budowy dróg, mostów, twierdz i umocnień.
Jeszcze przed pierwszą wojną światową ukończył studia politechniczne w Petersburgu oraz drugi fakultet w Inżynieryjnej Akademii Wojskowej. Był uczniem wybitnego rosyjskiego akademika Kirisznikowa – znanego i cenionego w Europie specjalisty od budowy dróg.
Po wybuchu pierwszej wojny światowej Aleksander Cepuszyłów został powołany do carskiej armii. Odniesiona w trakcie walk przeciwko Niemcom rana w nogę sprawiła, że do końca życia pozostał cywilem.
Do 1927 roku pracował na kolei w Pińsku i Wołkowysku. Przez następne dwanaście lat w Wilnie w Dyrekcji Dróg Wodnych, a w roku 1939 zaangażowano go do pracy w magistracie.
W okresie międzywojennym „Aleksander Cepuszyłów nie wiązał się z partiami politycznymi, ale był człowiekiem wrażliwym na problemy sprawiedliwości społecznej. Wielokrotnie, szczególnie w okresie kryzysu gospodarczego, pomagał pracującym z nim robotnikom, a w okresie bezrobocia ich rodzinom.
W czasie okupacji niemieckiej rodzina Cepuszyłowów zaangażowała się w działalność konspiracyjną. Anna była kurierką w Armii Krajowej”. ” W tejże organizacji działali synowie Cepuszyłowów: Dominik (student Politechniki Warszawskiej) i Leonard. Jeden z nich (nie pamiętam który) – jak wyczytałem w aktach udostępnionych mi przez IPN – uratował „Łupaszkę” z opresji od Niemców.
Dominika, Niemcy rozstrzelali po ujęciu podczas obławy w Górach Ponarskich. Leonarda dopadli w Kownie, gdzie się ukrywał i po aresztowaniu wywieźli do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, skąd już nie powrócił.
Gdzieś pod koniec 1942 roku Anna i Aleksander „zostali wywiezieni przez Niemców do Berlina. Tam Aleksander zamiatał ulice, a następnie był pomocnikiem technika przy naprawie dróg. Żona, Anna pracowała w szpitalu dla obcokrajowców jako akuszerka”.
Po zakończeniu wojny Cepuszyłówie wrócili do Polski. Na dworcu w Pile zostali przywitani przez niespodzianie napotkanych ziomków radosnym okrzykiem: „nasz czerwony inżynier z Wilna”. Aleksander Cepuszłów zawsze był obdarzany dużym szacunkiem w środowisku kolejarzy i drogowców. Ceniono go nie tylko za znajomość fachu, ale i społeczną postawę. Przypuszczam, że wielu zapamiętało jego dobroczynność z okresu międzywojennego.
Cepuszyłówie namówieni przez znajomych pozostali na Ziemiach Odzyskanych. Anna zaangażowała się jako przełożona akuszerek Ośrodka Zdrowia w Koszalinie. Aleksander podjął pracę w tutejszym „starostwie, jako kierownik Biura Techniczno-Budowlanego na obwód Koszalin”. Cieszył się uznaniem starosty Edmunda Dobrzyckiego. Wysoko cenił go też Leon Borkowicz wojewoda zachodniopomorski.
28 października 1945 Aleksander Cepuszłów został przyjęty do Polskiej Partii Robotniczej. Tu dał się poznać jako aktywny członek tej organizacji, „któremu przydzielano różne odpowiedzialne zadania”. Adolf Lechelt, sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Koszalinie widział w nim kandydata na posła w wyborach do Sejmu RP. Z poręki Adolfa Lechelta Aleksander Cepuszyłów został ławnikiem Sądu Doraźnego. W tym charakterze 29 marca 1946 roku uczestniczył w procesie przeciwko zatrzymanym sprawcom dokonanego 16 marca 1946 roku (w tym też dniu zamordowano Jana Patrycego) napadu pod Białogardem na ambulans pocztowy i zrabowania zeń 102 tys. zł.
Powstaje w tym miejscu pytanie: czyżby rzeczywiście za wydany przez Sąd Doraźny wyrok po pięć lat więzienia dla osób współuczestniczącym w rabunkowym napadzie na ambulans pocztowy pod Białogardem został zamordowany, z rozkazu „Łupaszki” ławnik tego sądu Aleksander Cepuszyłów. Takowy odwet monstrualnie przekracza miarę poczucia sprawiedliwości. Nie mieści się on nawet, w znanym z wyjątkowej surowości starożytnym prawie Hammurabiego, głoszącym zasadę: „ząb za ząb, oko za oko”. Poza tym warto zauważyć, że Aleksander Cepuszyłów nie był jedyną i najważniejszą osobą w składzie Sądu Doraźnego i to nie on ostatecznie decydował o jego wyroku, lecz sędzia. Domyślam się, że na podjęcie decyzji zamordowania go przez „łupaszkowców” miała w niemałym stopniu okoliczność, że mieszkał w bardzo bliskiej odległości od siedziby Komitetu Powiatowego PPR w Koszalinie.
Motyw zastraszania zaistniał również w przypadku zamordowania Jana Patrycego. Dowodzi tego nie tylko pozostawiona przy nim, taka sama – jak przy Cepuszyłówie – kartka z wypisanym na niej identycznym uzasadnieniem wyroku śmierci, ale jeszcze bardziej – również sygnowany przez „Łupaszkę – list przysłany na adres sekretariatu KP PPR
w Białogardzie:
„Wyrokiem sądu polowego Armii Krajowej został rozstrzelany Patrycy Jan czł. PPR za szkodliwa działalność w stosunku do Narodu Polskiego oraz szerzenie wrogiej propagandy bolszewickiej. Ostrzegam wszystkich czł. PPR przed podobnymi konsekwencjami ich działalności. Rozkazuję Sekretarzowi tutejszej komórki PPR Kuźminskiemu w ciągu 48 godzin zwolnić się z zajmowanego stanowiska w Partii. D-ca 5 Brygady Wileńskiej, «Łupaszka» major”.
Przysłowiowego „konia z rzędem” dam temu, kto wykaże „szkodliwość” działalności Jana Patrycego i Aleksandra Cepuszyłówa „w stosunku do Narodu Polskiego” i wyjaśni na czym polegało „szerzenie” przez tego pierwszego „wrogiej propagandy bolszewickiej”.
Jak na razie nie dość zbadałem tę sprawę, ale na podstawie dotychczas uzyskanych danych mogę stwierdzić, że byli oni ludźmi głęboko zaangażowanymi w tworzeniu zrębów państwowości polskiej na Ziemiach Odzyskanych i ich odbudowie po zniszczeniach wojennych.
Kto dobrze pamięta, lub dobrze zapoznał się z tamtymi czasami, to zdaje sobie sprawę, że mało kto wówczas – niezależnie od politycznych przekonań–– oczekiwał, tak jak część – określanych obecnie mianem – „Żołnierzy Wyklętych”, na III wojnę światową. Zdecydowana większość ówczesnego społeczeństwa chciała za wszelką cenę żyć w warunkach pokoju. Bez wątpienia ciężka i pełna poświecenia praca takich ludzi jak Jan Patrycy i Aleksander Cepuszyłów przyczyniła się do stworzenia fundamentów naszej obecnej polskiej rzeczywistości.
A co, w czasie, kiedy istniała pilna potrzeba wyciągnięcia kraju z ruin i odbudowy, czynili członkowie zbrojnego podziemia antykomunistycznego z mjr. Zygmuntem Szendzielarzem ps. „Łupaszka” na czele?
Jakże inaczej, niż mordercami i złodziejami, można ich określić skoro zamordowali tak uczciwych i zasłużonych dla kraju ludzi jak Aleksander Cepuszyłów i Jan Patrycy, dokonali napadów rabunkowych na Bank Rolny w Koszalinie, ambulans pocztowy pod Białogardem, sklep w Szczecinku i inne miejsca.
„Łupaszki” i jego podkomendnych nie usprawiedliwiają pozostawione w miejscach zbrodni i rabunku kartki z wypisanych na nich wyjaśnieniami dlaczego zabijali i dlaczego kradli. Nie przekonuje mnie – co już chyba dostatecznie wykazałem – niezgodne z obiektywną prawdą lakoniczne i szablonowe tłumaczenie, że zamordowali Aleksandra Cepuszyłówa i Jana Patrycego „za zdradę narodu polskiego i wysługiwanie się wrogowi”. Nie przekonują mnie też „pozostawione przez „łupaszkowców” pokwitowania z wyjaśnieniem, że przywłaszczone z miejsc rabunku pieniądze i towary zostaną przeznaczone na potrzeby zbrojnego podziemia antykomunistycznego, czyli – nikogo innego – tylko ich samych (sic!)
Nie tylko z fotokopii dokumentów umieszczonych tuż przy ponad 1,5 m portrecie „Łupaszki”, na wystawie w koszalińskim muzeum, wynika, że on i jego ludzie świadomie odłączyli się od dzieła odbudowy kraju. Kartki z wypisanymi krótko wyrokami śmierci dla wybranych przez siebie ofiar „ZA ZDRADĘ NARODU POLSKIEGO I WYSŁUGIWANIE SIĘ WROGOWI ZOSTAŁ ZLIKWIDOWANY” stanowiły częsty ślad, który celowo pozostawiali w miejscach dokonywanych zbrodni. Chodziło im bowiem nie tylko o zamordowanie określonych działaczy partyjnych czy związkowych, którzy w jakiś sposób się im narazili, ale bardziej sianie zamętu atmosfery terroru, w tym również zastraszania zwykłych ludzi, aby odwieść ich od współpracy z władzą ludową. Czynili tak według schematu wcześniej wypraktykowanego przez „Łupaszkę” na terenie północno wschodniej Polski, czego między innymi odzwierciedleniem jest zeznanie niejakiego Nakwasa – Pugaczewskiego Roberta vel Wółowicza Józefa ps. „Okonia”: „ …Łupaszko wydał rozkaz, aby wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób będą starali się przeszkadzać w działalności oddziałów przez meldowanie lub stawianie oporu, w najlepszym razie chłostać, a gdy odnosi się do ludzi partii robotniczych, szczególnie wrogo nastawionych do oddziałów leśnych, należy ich bezapelacyjnie mordować, a dobytek palić. Przez stosowanie terroru i bezkompromisowości w postepowaniu odnośnie ludzi partyjnych, należy stworzyć atmosferę taką, aby nikt nie ważył się wstępować w szeregi partii robotniczych, a należący do nich pod strachem wystąpią z partii – co w konsekwencji stworzy warunki do dalszego działania oddziałów i zmieni wrogi stosunek ludności do oddziałów leśnych. W związku w zaopatrywaniu oddziałów w żywność „Łupaszko” polecił nadal kontynuować napady rabunkowe na Spółdzielnie, kasy, bogatych wieśniaków itp…” (Zeznanie Nakwasa-Pugaczewskiego Roberta vel Wółowicza Józefa ps. „Okoń” złożone w Warszawie 6 listopada 1948 roku – Akta IPN BU 944 s. 369).
Specjalistą od wykonywania orzekanych przez „Łupaszkę” wyroków śmierci był por. Zdzisław Badocha ps. „Żelazny”. On też najprawdopodobniej zamordował Aleksandra Cepuszyłówa, co jako w pełni sprawdzoną „zasługę i w walce z ustrojem komunistycznym” nie omieszkała wymienić mgr. Danuty Szewczyk (autorka wystawy: „Koszalin 1945-2015 Od Dyktatury do Demokracji”) w opracowaniu pt. „Kalendarium – Koszalin 1945-1950. Historia na nowo odkryta”:
„Grupa ze szwadronu „Żelaznego” z V Wileńskiej Brygady AK wykonała wyrok śmierci na Aleksandrze Cepuszyłówie, aktywiście PPR, ławniku Sądu Doraźnego w Koszalinie „za zdradę narodu polskiego i za wysługiwanie się wrogowi”.
W kontekście innych opracowań mgr. Danuty Szewczyk oraz wielu innych dyżurujących obecnie historyków oraz publicystów, zdają się być skazane na potępienie: aktywne członkostwo w Polskiej Partii Robotniczej i uczestnictwo w Sądach Doraźnych okresie działania „Opozycji Niepodległościowej 1945 – 1950”. Można nawet odnieść wrażenie, że osoby pokroju Danuty Szewczyk, niemal w pełni uważają za słuszne wydawane wyroki śmierci przez „Łupaszkę” oraz organizowane przez niego akcje terrorystyczno-rabunkowe. Jakoś dziwnie to grono nie zauważa, że przez tego typu gloryfikację tzw. „Żołnierzy Wyklętych” nie sprzyjają rozwojowi „Demokracji”. Wręcz przeciwnie, wzorem tych ostatnich propagują nietolerancję i nienawiść.
Smutna to refleksja w trzydziestą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego Stołu, kiedy wydawało się, że Polacy bez względu na różnice światopoglądowe oraz wszelkie inne, potrafią się ze sobą dogadać. Według mojej oceny, był to szczytowy moment w historii rozwoju naszej demokracji. Wbrew wszelkim pozorom odwrót zaczął się z chwilą zwycięstwa ruchu „Solidarność” w wyborach 4 czerwca 1989. Od tej daty, najpierw powoli, a potem coraz szybciej zaczęliśmy być coraz bardziej politycznie, ekonomicznie i mentalnie zatomizowani. A jako naród – coraz mniej solidarni.

Korzenie niemieckiego antysemityzmu

Antysemityzm w Niemczech, także jego skrajne wynaturzenia, kojarzymy z Trzecią Rzeszą, z Hitlerem, Goebbelsem et consortes. Tymczasem oni czerpali już z praźródeł antyżydowskiego piętna, sięgającego XIX wieku, o czym w naszych publikacjach historycznych głucho. Wertując własne archiwalia znalazłem kilkukolumnowe recenzje trzech książek wydawnictw niemieckich dokumentujących, że już na długo przed Trzecią Rzeszą antysemityzm był w społeczeństwie głęboko zakorzeniony.

John C.G.Röhl „Wilhelm II” 1994 r. (Tygodnik „Die Zeit”, 25.11.1994), Dirk Walter „Antisemitische Kriminalität und Gewalt. Judenfeindschaft in der Weimaier Republik” 1999 r. („Die Zeit”, 11.03.1999) i Cornelia Hecht „Deutsche Juden und Antisemitismus in der Weimaier Republik” 2003 r. („Die Zeit” 8.01.2004).

Jeżeli streścić opinie recenzentów tych trzech książek, przez nasze wydawnictwa niezauważonych bądź zlekceważonych, to rysuje sie następujący obraz klimatu antyżydowskiego już na długo przed 1933 rokiem. Poprzednikiem Hitlera był najwyższy w cesarskiej Rzeszy autorytet – Wilhelm II – autor następującej wypowiedzi: „Najlepszym sposobem na Żydów byłby gaz”. Zdanie to wyłowili historycy z listu Cesarza do gen Augusta von Mackensena z 2 grudnia 1919 r. Takich lub podobnych wypowiedzi najwyższy dla kraju autorytet pozostawił więcej. W połowie 1890 r uznał rasizm za fundament swego światopoglądu. W jego notatniku znaleziono zdanie: „Żydzi i komary to zaraza, od której ludzkość musi sie uwolnić”. Uznał, że „90 procent wszystkich Niemców potępiłoby go za sympatyzowanie z syjonistami”.
Wilhelm II był autorem publicznie wyrażonej opinii, że do Klubu Oficerskiego przyjmuje się również Żydów, tymczasem kontaktowanie się z nimi jest dla oficera niedopuszczalne. Autor biografii „Wilhelm II” twierdzi, że gdy w roku 1888 Wilhelm II zasiadł na tronie, antysemici od Paryża po Wiedeń zareagowali entuzjastycznie. Jeden z nich powiedział, że „jedyną nadzieją, by Niemcy pozbyli sie żydowskiego jarzma jest cesarz Wilhelm”.
Po przegranej przez Niemcy w 1918 r. wojny światowej Wilhelm II szukał schronienia w Holandii, lecz również stamtąd przekazywał wypowiedzi antysemickie. Dopiero gdy w 1938 r. dotarły doń sygnały o Nocy Kryształowej powiedział : „Po raz pierwszy w moim życiu wstydzę się, że jestem Niemcem”. Antysemickie drogowskazy cesarza znajdowały w społeczeństwie skwapliwych wykonawców. Bardzo aktywna wówczas Partia Niemiecko-Konserwatywna włączyła w 1892 r. antysemityzm do swego programu. W jednej z recenzji czytamy: „Od końca 1918 roku miasta i wsie zalewane były ulotkami antysemickimi, które wzywały wyraźnie do stosowania przemocy wobec Żydów”. W roku 1894 kolportowano na ulicach Berlina ulotkę o treści: „Albo w 1950 r. Niemcy uporają się ostatecznie z żydowskim niebezpieczeństwem, albo Żydzi opanują Berlin”.
Recenzujący książkę Röhla stwierdza, że „Autor ukazał przerażające dowody nienawiści wobec Żydów, nienawiści rasowej ostatniego cesarza niemieckiego.”
Dominujące w pierwszych latach Trzeciej Rzeszy hasło „Oczyścimy Niemcy z Żydów” było w obiegu już 50 lat wcześniej. W 1881 r., ponad ćwierć miliona Niemców podpisało petycję, zamykającą Żydom możliwość osiedlania się w Niemczech. Tych zaś, którzy już tu mieszkają, należy pozbawić pracy we wszystkich urzędach publicznych. Zredukować także odsetek studentów żydowskich na uniwersytetach. Czystka winna objąć również korpus oficerski. Już w roku 1890 weszło do obiegu publicznego słowo „aryjczyk” jako synonim nie Żyda.
Głosy protestu opinii publicznej przeciwko tej kampanii rozlegały się niezbyt donośnie. Pochodziły zresztą głównie od środowisk żydowskich. Monachijskie „Stowarzyszenie obywateli niemieckich wyznania żydowskiego” wydało w 1919 r. ulotkę protestująca przeciwko obwinianiu Żydów za wszelkie zło, niegodziwości i nieszczęścia wówczas odczuwane.
Recenzent książki Dirka Waltera zauważa: „Dotychczas uspakajaliśmy się opinią, że przed rokiem 1933 atmosfera wrogości w Niemczech wobec Żydów nie różniła się bardzo od sytuacji w innych państwach zachodnich oraz, że była ona zdecydowanie mniej agresywna w porównaniu z tym, co działo się w Europie Wschodniej. Dopiero po przejęciu władzy przez Hitlera miał pojawić się dla Żydów stan zagrożenia. Obraz taki wymaga jednak korekty”. Dirk Walter miał możliwość zapoznać się w – jak to określa – specjalnym archiwum moskiewskim z aktami „Centralnego Stowarzyszenia Obywateli Niemieckich pochodzenia żydowskiego”. Myszkował także w archiwach niemieckich. Doszedł do wniosku, że już w Republice Weimarskiej przemoc antysemicka była codziennością. Ofiarą padały nie tylko synagogi, cmentarze żydowskie, sklepy, lecz mniejszość atakowano także bezpośrednio. Rząd rozważał ograniczenie Żydom praw obywatelskich. Skrajni antysemici uważali, że ograniczanie Żydom praw obywatelskich toczy się zbyt wolno, połowicznie. Dlatego nazywali Republikę Weimarską pogardliwie „Republiką Żydowską”.
Rozgoryczenie wywołało w środowisku żydowskim wydane w 1916 roku zarządzenie ministra wojny cesarskich Niemiec, by liczono Żydów służących w armii. Postawieniem ich na cenzurowanym byli zaskoczeni, bo czynili przecież wszystko by pokazać się rządzącym jako przykładni Niemcy. Poborowych względnie ochotników żydowskich było wówczas blisko 100 tys. Z tego 30 tys. otrzymało odznaczenia wojenne, a 20 tys. awansowano. Przewodniczący „Stowarzyszenia żydowskich żołnierzy frontowych”, Leo Löwenstein, zareagował na decyzje ministra: „Jesteśmy rozczarowani i zawiedzeni”. Zabiegając o zacieranie zewnętrznej różnicy między Niemcami a Żydami, rodziny żydowskie już za cesarstwa Rzeszy nie tylko zmieniały nazwiska, lecz noworodkom nadawały imiona niemieckie. Władze hitlerowskie położyły kres tym praktykom.
Nastroje antyżydowskie sięgały szczytu w połowie lat Republiki Weimarskiej. Według badań Dirka Waltera, co kilka tygodni rejestrowano spektakularne akty agresji, niszczenia synagog, cmentarzy żydowskich. Szczególnie skrajnymi aktami agresji padali „Ostjuden”, żydzi którzy napływali do Rzeszy ze wschodu Europy. Osiadli już w Niemczech Żydzi bogaci i cywilizowani w porównaniu z „Ostjuden” nawet sami włączali się do tej kampanii, patrząc z pogardą na tych ze wschodu, bo szkodzili wizerunkowi miejscowych Żydów. W Bawarii władze uruchomiły nawet obóz, kierując tam wyłapywanych Żydów ze wschodu.
Według opinii Cornelii Hecht „jest oczywiste, że w porównaniu z Rzeszą cesarską w Republice Weimarskiej doszło do jeszcze większej radykalizacji ataków na Żydów”. Oczywiście do głosu dochodziły wówczas także siły nie akceptujące prześladowań. Na przykład głośno protestowała socjaldemokracja. Jej aktywność jednak w miarę upływu lat stopniowo malała.
Narodowi socjaliści przejmując władzę stąpali już na dobrze przygotowanym gruncie antysemickim.
Z głęboko zakorzenionym antysemityzmem Niemcy zdają się mieć wieczny problem. Przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, Paul Spiegel w wywiadzie dla „Der Spiegel” nr 12 (2005) powiedział: „Niszczenie cmentarzy żydowskich to nie przypadki zdarzające się raz na miesiąc, nawet nie raz w tygodniu, lecz prawie codziennie”. Mimo, że i synagogi i inne ośrodki żydowskie pilnuje tam na co dzień policja”.
Przy okazji aktualny aneks. Polskie incydenty antysemickie to drobiazg na tle sytuacji chociażby w Niemczech czy we Francji. Dlaczego wobec tego akurat o Polsce tak głośno w Izraelu?

Zwycięstwo rozumu i rozsądku

Bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu ani nie dokonałyby się głębokie przeobrażenia, które zmieniły i Solidarność, i sposób myślenia władzy…
Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: „anielskie hufce Solidarności” i „diabelskie hordy władzy, komuny”. Przeciwstawiam się i odwrotnej klasyfikacji.

Generał Wojciech Jaruzelski

Obserwując i analizując publicystykę wokół 30 rocznicy Okrągłego Stołu, w pewnym momencie uznałem, iż dalsze kontynuowanie tematu niewiele wniosłoby nowego. Jednakże szybko zmieniłem zdanie, po wysłuchaniu komentarzy i obejrzeniu uroczystych obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca oraz przeczytaniu kilku publikacji dziś „słusznego” nurtu (na więcej nie pozwala zdrowie).
Podzielam w pełni treść wzywającą do sięgnięcia po rozum w ocenie faktów, po rozsądek w potępianiu dorobku „pokolenia PRL” i gratuluję zdrowia oraz wytrzymałości psychicznej jaką ujawnił Pan Minister Krzysztof Janik w publikacji „Dwa mity i konstatacja” („DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). Podobny kierunek oceny i myślenia o tej rocznicy, jej komentatorach i różnej klasy mentorach zaprezentował prof. Andrzej Friszke, pisząc: „Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć” (DT”, 5-6 czerwca, 2019 r.). Z obu tych publikacji nasuwa się ponura konstatacja – czyżby dziennikarze i publicyści wypisujący różne głupstwa, nie mieli nawet uczniowskiego wstydu przed nauczycielem, któremu na pytanie nie potrafią udzielić logicznej odpowiedzi? Czyżby ci dorośli ludzie, firmujący codzienną, medialną pracę swoim nazwiskiem nie mieli poczucia własnej godności, honoru, nawet przed najbliższą rodziną?
Stan wojenny a Okrągły Stół
Ktoś z Państwa Czytelników może zapytać: co „Stan” ma wspólnego z tym „Stołem”, dzieli ich przecież 8 lat?. Tu, nawiasem mówiąc, taka historyczna ciekawostka, porównanie – 8 lat po zamachu majowym, utworzono obóz w Berezie kartuskiej (1934) oraz nasiliły się zjawiska antydemokratyczne. 8 lat po stanie wojennym (1989), powstał pierwszy w bloku wschodnim rząd, kierowany przez ludzi wywodzących się z opozycji. Nasuwa to odpowiedź – stan wojenny był ratunkiem dla Solidarności. W pierwszej kolejności dla jej kierownictwa centralnego, w drugiej – dla terenowego, w trzeciej – dla tysięcy członków, głównie robotników, którzy im uwierzyli. Uchronił, szczególnie władze związku przed Sybirem. Jeśli ktoś ma inne zdanie, więc zapytam dobitnie – po kogo by przyszli „z bratnią pomocą”, inspirowani z Pragi i Berlina towarzysze radzieccy? Przecież nie po gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, ani premiera Rakowskiego i ministra Cioska. Te osoby nie głosiły żadnych absurdalnych na tamte czasy tez i pomysłów, podburzających ludzi, robotników w tych państwach i nie tylko. Co najwyżej byłyby dziś winne odpowiedzialności za brak reakcji na ciągłe akcje strajkowe, protestacyjne, różne wywózki na taczkach, tak negatywnie oddziałujące na sąsiednie kraje.
Sądzę, że jeszcze miliony Polaków mają świadomość takiego rozwoju sytuacji skrajnej, z jaką należało się liczyć. To byłaby głównie polska krew i łzy, rozpacz tysięcy, może kilku milionów ludzi, którzy w latach 50. budowali Nową Hutę (patrz Przegląd nr 17-18), 60-80, inne zakłady przemysłowe, za bezcen sprzedane i rozdane po 1989 r. Wspomina tamten dorobek ludzi pracy okresu PRL, Pan prof. Jerzy Wiatr („Między lipcem a czerwcem”, „DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). To skrótowe uzasadnienie wielu może nie przypaść do gustu – szerzej odpowiem tekstem pt. „Kto uratował Solidarność”. Już teraz zachęcam do przejrzenia choćby protokołów z posiedzeń KK w Gdańsku, wspomnień Lecha Wałęsy, np. „Droga nadziei”, wyd. 1988 r. Proszę też sięgnąć po relacje z rozmów Generała z Janem Pawłem II, w których wątek Solidarności wciąż był obecny, przewijało się tam oczekiwanie aż w Solidarności „gorące głowy ochłoną”. Kolejny już raz cytuję słowa Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” , czego dopominały się osoby oddające Generałowi hołd w 5 rocznicę odejścia. Byłoby obrazą Świętego Polaka i rozumu pytanie – czy Papież nie wiedział co mówi, co zawiera w słowie „patriota”. Wielu publicystów i historyków nie może tego pojąć, zrozumieć nawet po 35 latach od II pielgrzymki.
Na wnikliwą analizę i uwagę zasługuje taka ocena prof. Karola Modzelewskiego: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić. W tym sensie, żeby niezależny ruch masowy, ruch robotniczy, bo to trudno nazwać tylko ruchem związkowym, mógł współistnieć z istniejącym systemem, przynajmniej z jego częściami, które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim… Rządzi państwem partia, która ma zaufanie Moskwy, partia nie wtrąca się do spraw związkowych, a związek rządzi się sam. Trzeba tak przebudować państwo, żeby istnienie dwóch takich podmiotów go nie rozwaliło. Świadomość tego, że to wymaga przebudowy państwa, wynikała z przebiegu wydarzeń, więc we mnie się rodziła z czasem” („Modzelewski – Werblan.Polska Ludowa”, Warszawa 2017, s. 429). Zwracam uwagę – „śmiertelne ryzyko”. Tu Profesor nie wyjaśnia jego istoty. Wiedząc, iż był doradcą Solidarności, więc zagrożenie tej formacji miał na myśli. Osobiście miałem zaszczyt kilkakrotnie rozmawiać z Profesorem, akcentowałem różnice ocen, także odnośnie sensu i celu stanu wojennego, roli doradców oraz ekspertów, którzy – jak się okazywało – mieli niezbyt wiążący wpływ na decyzje KK, pewien szerszy ogląd sytuacji uzyskiwali po latach. Raz wręcz złośliwie stwierdziłem: „Od Generała oczekiwaliście mądrej po waszej myśli decyzji, nie liczącej się z zewnętrznym otoczeniem. Do tego chętnie mówicie o tzw. betonie partyjnym, nie zastanawiając się kto zza granicy dość chętnie go słuchał i wspierał, co Generał miał z tym fantem zrobić”. Pytałem wręcz w tonie przygany – „Czy nie poczuwacie się do odpowiedzialności za atmosferę, stan nastrojów wśród członków Solidarności, przecież ją kształtowaliście! Kto miał i jak naprawiać wasze pomyłki”. A myśl o „zamrożeniu sytuacji” – dziś oceniam jako pewien skutek tamtych rozmów. Pytałem: „Kto i jakimi metodami, środkami i kiedy miałby to uczynić? Czy stan wojenny nie był dla Panów formą ulgi wobec poczynań wewnętrznych Solidarności, w których widzieliście „samobójcze zagrożenie”, czemu już nie mogliście niczym zaradzić?”
Odczuwam ogromny żal do Losu, że Profesor odszedł aż tak szybko, za szybko. Każda rozmowa była lekcją historii, mądrego myślenia o Polsce. Profesor w książce pt. „Dokąd od komunizmu?” (Warszawa 1993) potrafił dostrzec i ocenić obiektywnie, co stało się po przejęciu władzy w 1989 r.: „Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej”.
Państwa Czytelników pytam i proszę o ocenę – czy Solidarność chciała „zmieścić się w Układzie Warszawskim”, w ówczesnych realiach ustrojowych i gospodarczych. Kładę akcent na realia gospodarcze i pytam – co Solidarność uczyniła w odpowiedzi na apel Generała o 90 spokojnych dni, będący swoistym wstępem do reformy gospodarczej podjętej w 1982 r. A jak Solidarność odniosła się do referendum gospodarczego, dlaczego namawiała członków do odrzucenia proponowanych założeń, do bojkotu tego „samosprawdzianu” Polaków?
A realia ustrojowe? Kto pamięta istotę Spotkania Trzech, zgłoszoną wtedy przez Generała propozycję powołania Rady Porozumienia Narodowego, która miałaby inicjatywę ustawodawczą? Pisałem o tym kilka miesięcy temu. Dlaczego Lech Wałęsa był przeciw, co w tym względzie uczynili doradcy i eksperci, by szybko naprawić błąd przewodniczącego? Czy w 1989 r. były zagrożenia dla przebiegu obrad i wdrożenia ustaleń Okrągłego Stołu? Jeśli ktoś zaprzeczy, przyjmę to ze zrozumieniem.
Miliony Polaków obserwujący wizytę Michaiła Gorbaczowa u nas w 1988 r., znaną piosenkę Andrzeja Rosiewicza „Michaił, Michaił, ty postroisz mir…” miały podstawy, by nie żywić obaw. A Generał był innego zdania, o czym wspomina Andrzej Gdula w „Przeglądzie” nr 23. Pragnę skierować słowa uznania do Redakcji „Przeglądu”, w tym szczególnie do Pana Roberta Walenciaka, za klika cennych, refleksyjnych publikacji na łamach, odnoszących się do Okrągłego Stołu. Zachęcam Państwa serdecznie do lektury mądrej i kształcącej umysł.
We wspomnianym 23 numerze można przeczytać taką obawę Generała: „Żeby się Kreml w to nie wdał i żeby Gorbaczow dotrzymał słowa”. Widać z tego, iż ten kierunek zmian omówił Generał z Gorbaczowem, wyjaśnił sens i istotę. Co więcej – ta nasza wizja wzbogacała przyjętą pierestrojkę i głasnost’ w ZSRR jako też swoisty „eksperyment”. Czy nie szło o radziecką aprobatę? – może ktoś zapytać. Ze strony Gorbaczowa zapewne nie, wiele razy na tematy gospodarcze rozmawiał z Generałem, wzajemnie znane były poglądy, a szczególnie obawy i wątpliwości. Szło o co innego – reakcję krytycznie, by nie powiedzieć wrogo nastawionej do Gorbaczowa części kierownictwa KPZR. Można ich nazwać – porównując do Polski – partyjnym betonem. U nas nie wyrządził większych szkód, poza fermentem hamującym reformy gospodarcze, społeczne, a szczególnie polityczne. Tam, w ZSRR, wystąpił aktywnie, w postaci przewrotu Janajewa w 1991 r. O ich knowaniach też wiedział Generał, od Gorbaczowa i nie tylko. Przypomnę obawę Jana Pawła II, wyrażoną w rozmowie z Generałem, styczeń 1987 r.: „Dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy” – wspominał Generał.
Anielskie hufce, diabelskie hordy… rozum i rozsądek
Optyka patrzenia na 30 rocznicę Okrągłego Stołu przez pryzmat „anielskich hufców”, że w Solidarności, to oczywiste – górowała w mediach. Zwyciężali, tylko nie wiadomo nad kim, o czym Pan Krzysztof Janik pisze ze zgorszeniem, bo wręcz śladowo pojawiały się „diabelskie hordy”. Ale i te „hordy” nie były chyba aż tak „diabelskie”, jeśli dziś publicyści „słusznego chowu” III RP tego nie eksponują. Chwała im, za milczącą aprobatę starań władzy o porozumienie z solidarnościową opozycją, z jej betonem. Dobitnie to dostrzegła i oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji” – przypomina Robert Walenciak („Przegląd” nr 23). To także zagraniczna ocena starań władzy, reformatorskiego skrzydła PZPR na czele z Generałem. Najbardziej skrótowo można powiedzieć, iż premier rządu Wielkiej Brytanii obok Papieża-Polaka, Prezydenta Busha, Mitterranda i oczywiście Gorbaczowa ma wyraźny udział w polskim zwycięstwie rozumu i rozsądku. Po stronie władzy było go dostatecznie wiele, także cierpliwości w pokonywaniu podejrzeń i obłędnej wizji solidarnościowego wyjścia z kryzysu, w którym ma swój udowodniony udział. Generał oceniał to tak: „W Solidarności była warstwa, grupa przywódcza, która postawiła sobie za cel: socjalizm – nie. I szła do tego celu właśnie poprzez rebelię, poprzez działania destrukcyjne, anarchistyczne, mające na celu obalenie istniejącego porządku ustrojowego w Polsce. Jej błąd właśnie polegał i polega – zresztą po dzień dzisiejszy – na tym, że była przepełniona pychą, zarozumialstwem, przekonaniem o swej nieomylności, przekonaniem o słabości władzy. Była przepojona nienawiścią. A nienawiść, jak wiadomo, nie tylko oślepia, ale i ogłupia”.
Gdyby tak Opatrzność, może za radą Świętego Papieża-Polaka, zechciała użyć swej nadprzyrodzonej mocy i jasno pokazać nam, Polakom, jak Generał z zaświatów patrzy na obchody tej 30. rocznicy. Jestem pewien zafrasowanego, skupionego, zamyślonego Oblicza. Ale wierzę też niezłomnie, że pojawiłby się uśmiech, gdyby wspomnieć, że rozum i rozsądek zwyciężył jako Koalicja Europejska, za co należy się najwyższa chwała Włodzimierzowi Czarzastemu z gronem Kierownictwa SLD, Grzegorzowi Schetynie z Kierownictwem PO oraz jeszcze współpracującym PSL-em. W pewnym sensie byłoby to spełnienie tego życzenia Generała – „Przyszedłem do Belwederu jako człowiek polskiej Lewicy. Z ciężarem jej win, ale i poczuciem jej dokonań. Pełniłem ten urząd bezstronnie, ponad podziałami. Odchodzę z niezmiennym przeświadczeniem, że rozpoczęta przy Okrągłym Stole droga kompromisu, porozumienia, pojednania, jest dla Polski drogą najpewniejszą. Tylko tak można chronić spokój społeczny, umacniać demokratyczny ład, poprawiać materialny byt narodu”.
Pozostaję z nadzieją spełnienia tego życzenia w jesiennych wyborach do naszego parlamentu. Kieruję więc do Państwa Czytelników prośbę o potrojenie wysiłków we wsparciu kierownictw SLD, PPS, PO, PSL – tu mając nadzieję, że sięgną po „chłopski rozum” i pójdą razem z Koalicją, nie zapominając o błędach i potknięciach, w pierwszej kolejności – swoich. Że do wyrażanej chętnie i głośno nadziei, dołączy intelektualny wysiłek – rozum i rozsądek.

Komik doskonały

Z CEZARYM PAZURĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

„Czarek ma talent wszystkich braci Marx wziętych do kupy, mimikę Jima Carreya i rozum Chaplina, a reżyserzy kochają go za absolutny perfekcjonizm na planie”. Zna Pan ten cytat? A dla mnie, który obserwowałem początki Pana kariery filmowej już się Pan uklasycznił, jako jeden z tych wybitnych, którzy następują pokolenie Holoubka, Łapickiego i Łomnickiego, a z wolna i pokolenie Fronczewskiego. Kiedy Pan poczuł zew do tego zawodu?
To trudno powiedzieć. Człowiek myśli o wyborze zawodu, ma wątpliwości czy nadaje się do danego zawodu, obawy, ponosi pierwsze porażki. Ja akurat dostałem się do szkoły aktorskiej za drugim razem. Do dziś nie wiem, kto się nadaje, a kto nie. Pracowałem dwa lata w szkole aktorskiej jako wykładowca, ale nadal patrzę na aktorów jak widz. Aktor mi się podoba albo nie. Albo mnie czymś oczaruje albo nie. To zawód bardzo nierówny, obok wybitnych ról ma się role nieudane. Mistrzów Holoubka, Zapasiewicza czy Gajosa też pamięta się z wybitnych ról. Pamięta się ich z kultowych ról, ale po drodze jest szara rzeczywistość. Nawiasem mówiąc, ta szara rzeczywistość aktorska dla części naszego środowiska bywa bardzo kolorowa. Poza teatrem czy filmem, grywamy w telewizji, w programach rozrywkowych, quizach, tokszołach, w reklamach, prowadzimy na przykład imprezy w centrach handlowych. To spowodowało jednak, że aktorzy stracili nimb tajemnicy. Kiedyś nikt nie wiedział, poza plotkami, jaki naprawdę jest Gustaw Holoubek. Kiedy jako chłopak zobaczyłem go oddającego płaszcz do szatni, to był dla mnie jak postać ze spiżu, nieosiągalna. Był w tym zawodzie jakiś nimb misji, czegoś wyższego. Coś z tego zostało do dziś. Wielu aktorów trwa w tym zawodzie, mimo że klepią biedę, ponieważ wyjście na scenę, choćby po to, żeby zagrać epizod, być w zespole jest dla nich ważne, to ich życie. W szkole wpajali nam, tylko śmierć zwalnia z grania. Znane są przypadki, że aktorzy grali dowiedziawszy się przed spektaklem, że umarł ktoś z ich bliskich. Umowa z aktorem zakłada, że zobowiązuje się on „wykonać dzieło osobiście i największą starannością”. To jedyny zawód, w którym samemu jest się narzędziem swojej pracy. Nasze ciało i nasza psyche. Żyje się rolą cały dzień przed spektaklem, czuje niepokój i rozdrażnienie, z godziny na godzinę narasta stres. Po powrocie nie możesz spać, bo czujesz się jakbyś wyskoczył z gorącej patelni. Niektórzy aktorzy oddawali się temu zawodowi w całości, nie zakładali rodzin, nie mieli dzieci, a potem wykorzystani jak mięso armatnie szli do lamusa, na klepanie biedy i samotność. Nie mogę jechać z dnia na dzień w podróż, co mi proponują koledzy biznesmeni, bo gram w teatrze. W tym zawodzie trzeba sobie wypracować czas, żeby spędzić go z bliskimi. Nie ma też w naszym zawodzie solidarności. Kiedy Janusz Rewiński chciał założyć fundację na rzecz wspomagania starszych kolegów znajdujących się w biedzie, nie spotkał się za bardzo z poparciem. Natomiast słodyczą tego zawodu jest to, że można zostać na jakiś czas kimś, kim nie można być w rzeczywistości. No i można podróżować w czasie. Dziś za dużo wiemy o prywatności aktorów, a przy tym najczęściej znamy nieprawdę. Nie lubię odbrązawiania pomników na siłę, bo to jest nieładne. A wracając do pytania, młody człowiek nie wie, czy wybiera zawód na całe życie. W ogóle młody człowiek nie wie, co to jest „całe życie”. Wie tylko, co będzie jutro i może pojutrze. I żeby mieć trochę kasy. To telewizja skomercjalizowała zawód aktora. I aktorem jest ten, kogo angażują. Dziś aktorstwo nie wymaga dyplomu szkoły państwowej, czy nawet talentu. Dziś wymaga „wzięcia”. Zresztą dziś aktorzy nie są już na topie. Nie Gajos i nie żaden inny wspaniały aktor mają największą wartość reklamową, lecz tancerka czy prezenter z popularnej audycji telewizyjnej. To są „autorytety” dla współczesnego widza, a nie wybitny aktor teatralny. Na świecie było tak od dawna. Wiele wielkich gwiazd amerykańskich zaczynało od dołu, od bardzo prozaicznych zajęć.

Jak było na studiach? Ciekawie? A przy tym rozrywkowo?
Dla chłopaka z małego miasta jak ja, decyzja o zdawaniu do szkoły teatralnej to było coś niezwykłego. Gdy mówiłem kolegom, że zdaję do takiej szkoły, to nie wiedzieli o co chodzi. Pytali, czy będę budował teatry. Z mojego środowiska nikt nigdy wcześniej nie myślał o tym, żeby być po drugiej stronie ekranu. My tylko oglądaliśmy w telewizji „Czterech pancernych”, Klossa i Arsena Lupin. Częścią naszego świata było też kino „Wrzos” w moim rodzinnym Niewiadowie, gdzie na ekranie wyświetlano świat zaczarowany. Nawet przez myśl nikomu z nas nie przeszło, że możemy znaleźć się po tamtej stronie. Sprzedawaliśmy butelki, żeby mieć na bilet.

Ale przecież Pana ojciec prowadził teatr amatorski…
I nawet zdobył laury na jakimś przeglądzie teatrów amatorskich bodaj w 1963 roku. To było wysokie, czwarte miejsce za rolę w „Zegarku” Szaniawskiego. Miał nawet propozycję angażu do Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, ale nie doszło do tego. To może po ojcu miałem lekkość w występach publicznych. W szkole podstawowej w Niewiadowie imienia uwaga – Generała Karola Świerczewskiego, „człowieka, który się kulom nie kłaniał”. Kiedy szkoła organizowała jakąś akademię albo imprezę „ku czci”, to kogo brali? Czarka Pazurę. Nigdy nie miałem oporów, lubiłem występować publicznie. W mojej szkole ojciec prowadził chór, ceniony w województwie. W jego amatorskim teatrze zagrałem dziewczynkę ze skakanką.

Wybrał Pan szkołę filmową w Łodzi z uwagi na bliskość w przestrzeni?
Krakowskiej czy warszawskiej nawet nie brałem pod uwagę, bo rodzice chcieli mieć mnie blisko siebie. Ojciec przyjeżdżał do mnie do Łodzi z Niewiadowa syrenką i przywoził wałówkę, tym bardziej że wszystko wtedy było na kartki, to były lata 1982-1986. W szkole było bujne studenckie życie towarzyskie, według zasady, że uczeń z zajęć szkolnych najbardziej lubi przerwę. Lubiłem też jednak zajęcia, zwłaszcza ruchowe, szermierkę, taniec, gimnastykę, a także impostację głosu. Większość zajęć było indywidualnych, zbiorowych niewiele.
Studiowałem za czasów rektorowania Henryka Kluby a później Wojciecha Jerzego Hasa. Spotykaliśmy się ze znanymi operatorami, reżyserami, elitą artystyczną naszej branży. Studenci reżyserii trochę popisywali się artystycznym arystokratyzmem. O oglądanym przez nas amerykańskim filmie „Czułe słówka” mówili, że to „typowy amerykański wyciskacz łez”, z czego my śmialiśmy się mówiąc, że dla nich słabe jest wszystko to, czego oni nie robią. Graliśmy jednak w ich etiudach szkolnych i to był nierzadko nasz pierwszy kontakt z filmową kamerą, z planem zdjęciowym. Na III roku zagrałem w wielu etiudach, które Artur Grudzień, dziś szef mojego fanklubu, zgrał w całość. Grałem wtedy m.in. w „Jesiennej nudzie” według Niekrasowa z profesorem Jerzym Bińczyckim, wspaniałym, nieżyjącym już niestety aktorem. Inni moi profesorowie to n.p. Bogusław Sochnacki, zmarły kilka lat temu wybitny aktor łódzki.

U kogo robił Pan dyplom?
De facto u Adama Hanuszkiewicza dramacie „Maria i Woyzeck” Büchnera w Teatrze Studyjnym w Łodzi. Grałem Błazna Pierwszego, ale to była ważna rola, bo spinająca całość spektaklu. Błaznami Drugim i Trzecim byli Wojtek Malajkat i Piotrek Polk. Wygraliśmy z tym festiwal szkół teatralnych w Alès we Francji, koło Awinionu. Nasze szkolnictwo teatralne było na bardzo wysokim poziomie. Pamiętam, że jury, w którym była m.in. Brigitte Bardot, bardzo wysoko nas oceniło. Byli przekonani, że jesteśmy z profesjonalnego teatru, a nie studentami. Jednak polska kultura teatralna była bardzo wysoka, wcale nie gorsza niż francuska czy rosyjska. Pamiętam, że Dustin Hofman, gdy zobaczył na scenie Tadeusza Łomnickiego, chyba w „Ostatniej taśmie Krappa”, powiedział, że „nie da rady tak, jak ten pan”. Aczkolwiek bywając w teatrach na Broadwayu podziwiam wysoki poziom techniczny, rzemieślniczy aktorów amerykańskich. Wielu umie wszystko. Pod tym względem chyba im nie dorównujemy. Dobrze jest zagrać tańczącego „Hamleta” tak, żeby widzom czapki spadły.

Po szkole zaczynał Pan w Teatrze Ochoty u Haliny i Jana Machulskich. Grał Pan Raskolnikowa w „Zbrodni i karze” , w „Doktorze Żywago”, w „Sędziach” Wyspiańskiego, w „Królu Lirze” i „Ryszardzie III” Szekspira, w „Balladynie” Słowackiego. Gdyby nie zmiana ustrojowa i idąca za tym zmiana warunków uprawiania zawodu, może by Pan toczył spokojną karierę przez dziesięciolecia w jakimś teatrze, ze stałym miejscem przed lustrem w garderobie, jak Pana poprzednicy…
Być może. Tak sobie wyobrażałem swoją przyszłość zawodową. U boku jakiegoś mistrza. Z sobą samym nie wiązałem nadziei na wielką karierę. Zawsze byłem skromnym chłopakiem. Stało się jednak inaczej, dostałem bonus od losu ponad własne oczekiwania. Może dlatego mam na imię Cezary, bo wolałem być pierwszym na prowincji niż drugim w wielkim mieście. Nigdy nie pchałem się na afisz. Samo wyszło. Gdy dziś w książkach o kinie, o aktorach widzę siebie między Bronisławem Pawlikiem a Markiem Perepeczko, to mam ochotę szczypnąć się, żeby sprawdzić czy nie śnię. Nie mogłem nawet marzyć, że będę obok ukochanego Janosika w jednej książce na sąsiednich stronach

Po 1989 roku dwaj aktorzy, Pan i Bogusław Linda stworzyliście w polskim kinie dwa typy charakterologiczne on maczo dobrego lub złego, a Pan, w filmach Pasikowskiego czy Koterskiego, kogoś w rodzaju Piszczyka nowych czasów. Witold Filler napisał o Pana bohaterze: „Potrafi być agresywny, wulgarny, cyniczny”. A Pan o sobie: „Znalazłem sobie wolne miejsce. Czekało na kogoś, kto zagra trochę zabawnego, a trochę groźnego prostaczka, zaś dosadniej mówiąc, matołka nie pozbawionego zdrowego rozsądku”.
W szkole filmowej przestrzegają przed tzw. „szufladą”, ale to dobra rzecz, bo daje robotę. Jeśli nie mieścisz się żadnej szufladzie, zrób swoją. Moja, to chłopak z podwórka, prymitywny, a przez to śmieszny. Jak ten z „Krolla”, spróbuj się z niego śmiać, to dostaniesz w łeb. Wykreowałem ten typ świadomie. Gdy Bogusław Linda grał w „Krollu” wolno, to ja szybko. Jak on grał poważnie i powoli, to ja szybko i śmiesznie.

Kiedy grał Pan w Rzeszowie „Emigrantów” Mrożka ze Zbigniewem Zamachowskim, mówił Pan o przybliżeniu sztuki ludziom, których nie stać na przyjazd do dużego miasta. Nadal towarzyszy Panu poczucie misji zawodowej?
Już nie tak bardzo. Mocno to zweryfikowałem. Ludzie nie szanują aktorów, jeśli mają ich na wyciągnięcie ręki. Jeśli dasz rękę im rękę, wciągną cię całego. Poza tym kultura pop tak wciągnęła ludzi, że mało interesują się sztuką wyższą. Pozostaje więc odwieczne pytanie, czy warto?
Dziękuję za rozmowę

Cezary Pazura – ur. 13 czerwca 1962 w Tomaszowie Mazowieckim. Absolwent II Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Tomaszowie Mazowieckim. Jeden z najwybitniejszych aktorów polskich. Absolwent PWSFTViT w Łodzi (1986) W latach 1986-1992 w Teatrze Ochoty w Warszawie, w latach 1992-93 pracował w warszawskim Teatrze Powszechnym. Debiutował w 1986 w filmie Waldemara Podgórskiego „Czarne stopy” (1986). Prezes Zarządu Stowarzyszenia Aktorów Filmowych i Telewizyjnych SAFT (2005-2013). Laureat Złotej Kaczki dla najlepszego polskiego aktora za lata 1993, 1997, 2003. W 2005 roku w teatrze STU w Krakowie odbył się jego benefis 25-lecia pracy aktorskiej. Zagrał m.in. w serialu „Pogranicze w ogniu” (1988), w filmach „Kroll” (1991), „V.I.P.” (1992),”Pierścionek z orłem w koronie” (1992), „Psy” (1992), „Psy 2” (1994), „Nic śmiesznego” (1995), „Wielki tydzień” (1995), „13 posterunek” (1997-98), „Kiler” (1997), „Sztos” (1997), „Kariera Nikosia Dyzmy” (1992), „Nienasycenie” (2003). Role teatralne, m. in. Syfon w „Ferdydurke” W. Gombrowicza w Teatrze Powszechnym (1993).

Wizyty państwowe Z PKF PRZEZ POLSKĘ I ŚWIAT – OPOWIEŚĆ O PRACY W POLSKIEJ KRONICE FILMOWEJ I ŻYCIU W PRL

W czasie trzynastu lat pracy wielokrotnie wyjeżdżałem z oficjalnymi delegacjami państwowymi za granicę. Nie zamierzam opisywać wszystkich, bo miały one mniej więcej jednakowy przebieg. Wspomnę o kilku, moim zdaniem ciekawszych. Najczęściej wyjeżdżałem z Edwardem Gierkiem.

W 1977 roku obsługiwałem wizytę I Sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej we Włoszech i w Watykanie. Odwiedził on wtedy, jako pierwszy przywódca Polski Ludowej, cmentarz na Monte Casino, gdzie złożył wieniec i oddał hołd poległym tu polskim żołnierzom.
W Watykanie, na dziedzińcu San Damaso, gdzie odbywało się oficjalne powitanie, na gościa z Polski oczekiwała gwardia papieska, zwana także szwajcarską i najmniejszą armią świata, w barwnych strojach z halabardami, dostojnicy kurii rzymskiej i oczywiście obsługa prasowa. Watykańscy specjaliści od protokołu dyplomatycznego ustawili nas w określonym miejscu i stanowczo nakazali, by zachowywać się odpowiednio do miejsca, w którym się znajdujemy. Znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że nikt nie powinien ruszyć się z przydzielonego mu miejsca. Golcowi, operatorowi PKF, przypadło miejsce, z którego nie był zadowolony. Bardzo ubolewał, że nie może stanąć metr czy dwa dalej, aby zrobić najlepsze ujęcie. Wpadł jednak na pomysł, że można o pół metra przesunąć w prawo gwardzistę z halabardą, a on zrobi wtedy najlepsze ujęcie w swoim życiu. Zaczął mocno na mnie nalegać, bym zajął się rozwiązaniem tej kwestii. Zwróciłem się z tym problemem do przedstawiciela naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, prosząc o pomoc. Dyplomata Kronice gotów był nieba przychylić, a zwłaszcza Ryśkowi, którego wszyscy lubili i cenili.
Udaliśmy się do jakiegoś monsignore z watykańskiego protokołu, którego nasz dyplomata poprosił o przesunięcie człowieka z halabardą o pół metra w prawo. Ten spojrzał na nas z wyrozumiałą dezaprobatą i spokojnie odpowiedział: „Nie mogę tego uczynić szanowny kolego, przecież gwardzista stoi w tym miejscu od ponad czterystu lat…” Przyjęliśmy werdykt z właściwą pokorą.
Między Polską Kroniką Filmową a telewizją istniała ciągła rywalizacja, przeradzająca się często w jawną niechęć. Wspominam tu o tym nie bez kozery. W Rzymie ekipa PKF składała się tylko z dwóch osób, natomiast ekipa telewizji liczyła trzech operatorów. Nie pamiętam już dokładnie, ilu redaktorów, dźwiękowców i specjalistów z innych dziedzin towarzyszyło prezesowi, Maciejowi Szczepańskiemu. Złośliwi komentowali, że jest to odrębna delegacja wizytująca Italię.
Po oficjalnej wizycie w Watykanie, późnym popołudniem, w dniu odlotu Edward Gierek wydał koktajl, w którym uczestniczyli kardynał Agostino Casaroli, twórca nowej polityki Watykanu wobec krajów Europy Wschodniej, i kardynał Stefan Wyszyński, liczni biskupi, a także szefowie włoskich partii politycznych, wśród nich Enrico Berlinguer, sekretarz generalny Włoskiej Partii Komunistycznej, jeden z twórców eurokomunizmu, nurtu polityczno-ideowego nieuznającego dyktatury, a co zatem idzie – leninizmu. Już samo zestawienie nazwisk świadczyło, że nie było to spotkanie banalne.
Stałem w pobliżu, gdy Edward Gierek podszedł do Stefana Wyszyńskiego. „Słyszałem – powiedział do kardynała – że pan chorował”. „To prawda, panie pierwszy sekretarzu – odpowiedział kardynał – ale dzięki Bogu, już się czuję dobrze”. Kardynał o coś poprosił pierwszego sekretarza. Ten odpowiedział, że nie może spełnić jego prośby. „Nic nie szkodzi – pocieszył kardynał pierwszego sekretarza – załatwię to z pana małżonką”. Oddaliłem się w tym momencie od rozmawiających, nie wypadało przysłuchiwać się prywatnej rozmowie.
Operatorzy filmowi i telewizyjni na tego rodzaju spotkania wpuszczani są tylko na chwilę. Dostaliśmy znak, że możemy filmować. Ryszard Golc wykorzystał dany nam czas, co do sekundy. Polska Kronika Filmowa, była jedyną ekipą filmującą opisane spotkanie. Zdziwiła mnie nieobecność wyjątkowo licznej ekipy telewizji. W koktajlu nie uczestniczył także Maciej Szczepański. Później okazało się, że cała ekipa Telewizji Polskiej wyruszyła w tym czasie na zakupy!
W samolocie otrzymałem polecenie: po wywołaniu taśmy, udostępnić natychmiast materiał telewizji. Zsiniałem ze złości! To przecież nie było w porządku. Musiałem ustąpić przed potęgą Macieja Szczepańskiego. Przeżywałem jednak w duszy cichą satysfakcję, że Polska Kronika Filmowa okazała się lepsza i solidniejsza. Nie pierwszy i nie ostatni raz!
Wizyta w Szwecji też była pełna niespodzianek. Rząd szwedzki nie ma specjalnej kolumny samochodowej, wynajmuje eleganckie limuzyny w firmie prywatnej. Samochodów nie prowadzą oficerowie z biura ochrony rządu, bo taka jednostka nie istnieje. Nic więc dziwnego, że w czasie wizyty kawalkada samochodów wioząca polską delegację, wracającą do rezydencji w Sztokholmie, pomyliła drogę i musiała się zatrzymać, aby zapytać, jak dojechać do Pałacu Haga. Na szczęście, przez ryneczek przechodziła pani niosąca w koszu bieliznę do pralni. Wskazała drogę, a na pożegnanie zapytała, czy to polska delegacja? A kiedy usłyszała potwierdzenie, rzekła: – Bardzo mi miło, dziś wieczorem spotkamy się na kolacji. Panią okazała się żona premiera Szwecji, Lisabet Palme. No cóż, co kraj to obyczaj!
4 czerwca 1975 roku Edward Gierek odleciał helikopterem do Harpsund, letniej rezydencji premiera Palme, położonej nad jeziorem w malowniczej okolicy. W przerwie między rozmowami obaj panowie wyszli na spacer, podeszli do dziennikarzy, przywitali się z nami i po krótkiej rozmowie udali się w stronę jeziora, oddalonego od rezydencji około sto metrów. Olof Palme zaproponował gościowi przejażdżkę po jeziorze. Wsiedli do łódki, premier Szwecji przy wiosłach, pierwszy sekretarz jako pasażer. Łódka wolno zaczęła oddalać się od brzegu. Wtedy zauważyliśmy, że adiutant Edwarda Gierka, płk. Zdzisław Chełmiński, zaczyna nerwowo biegać w tę i z powrotem przy brzegu jeziora. Tymczasem łódź z premierem i pierwszym sekretarzem oddalała się coraz dalej od brzegu. Płk. Chełmiński nerwowo próbował odczepić z uwięzi jakąś łódkę, a gdy mu się to udało, wskoczył do niej i z determinacją zaczął z całych sił wiosłować, by doścignąć łódkę obu panów. Zbliżył się do niej na odległość dziesięciu-piętnastu metrów i już nie odstąpił. Dziennikarze szwedzcy patrzyli na wyczyny pułkownika ze zdumieniem i chyba podziwem, bo po powrocie na brzeg zasypali dzielnego adiutanta pytaniami. Następnego dnia poświęcono temu zdarzeniu sporo miejsca na czołówkach gazet. Pułkownik miał swoje pięć minut.
W programie wizyty przewidziano pobyt w Göteborgu, a w nim zwiedzanie zakładów Volvo, wizytę w ratuszu i śniadanie w salonach recepcyjnych. Z ratusza delegacja przeszła pieszo, około 500 metrów, do przystani, skąd statkiem ratownictwa morskiego popłynęliśmy do stoczni Götaverken. Statki budowano tu w wielkich halach, co chroniło stoczniowców przed deszczem i chłodem w jesienne i zimowe miesiące, bo hale były ogrzewane. W zakładach Volvo wielkie wrażenie wywarł na zwiedzających pokaz bezpieczeństwa samochodu. Demonstracja polegała na tym, że samochód umieszczony na szynach z dwoma manekinami, przypiętymi pasami, nabiera szybkości i uderza w betonową zaporę. Przód pojazdu ulega zniszczeniu, ale nie w takim stopniu, by zagrozić życiu pasażerów, ponieważ samochody produkowane przez zakłady Volvo mają zainstalowane specjalne amortyzatory, które zmniejszają siłę uderzenia. Rysiek Golc jeszcze w samolocie nie ochłonął z wrażenia. „Zniszczyć taki doskonały samochód”
– powtarzał.
W ostatnim dniu wizyty Rada Szwedzkich Eksporterów podejmowała Edwarda Gierka śniadaniem w restauracji Stallmästagarden. U wejścia do lokalu powitał polskiego gościa prezydent koncernu Alfa Laval, Hans Stahle.
W zakładach Alfa Laval robiliśmy z Januszem Kuźniarskim reportaż, bo są one znane nad Wisłą jeszcze sprzed wojny. Naszą uwagę zwróciła w fabryce nie tyle nowoczesna produkcja, co stołówka pracownicza. Wystrój tej stołówki nie ustępował renomowanej restauracji, w czasie obiadu występowały znane zespoły rozrywkowe – wokalne i orkiestrowe. Poinformowano nas w czasie obiadu, że personel kierowniczy jada posiłki w odrębnej stołówce. W naszej wyobraźni natychmiast zrodziło się pytanie: skoro stołówka robotnicza jest na tak wysokim poziomie, to jak wygląda ta dla dyrekcji? Przekonaliśmy się, o tym następnego dnia. Dania w karcie te same, co w stołówce pracowniczej. Różnica polegała tylko na tym, że wystrój sali dla personelu kierowniczego był bardzo skromny, nie przygrywała orkiestra i posiłku nie umilały występy piosenkarek. To, po co ta odrębność? Ano po to, by nie tracić cennego czasu. W czasie obiadu można przecież rozmawiać o sprawach zakładu czy wymieniać poglądy na tematy zawodowe! Nie mieliśmy więcej pytań.
Imponujący przebieg miała wizyta Edwarda Gierka we Francji. Gazety na pierwszych stronach przypomniały, że Paryż wita po królewsku człowieka, którego w przeszłości wydalono z Francji. Ceremonia powitania z salwą armatnią odbyła się nie na lotnisku, a na Placu Inwalidów. Edward Gierek leciał helikopterem, a my, dziennikarze, jechaliśmy samochodem. Musieliśmy dotrzeć na miejsce przed Edwardem Gierkiem. Nigdy nie zapomnę tej jazdy. Naszego citroena eskortowali policjanci na motocyklach. Samochód cały czas pędził z włączoną syreną. To wprost niewiarygodne, na zakrętach pisk opon zagłuszał syrenę, pędziliśmy z zawrotną szybkością. Policjanci w okutych blachą butach torowali nam przejazd. Na karoseriach aut, które ociągały się ze zjechaniem na bok pozostawały ślady tych butów. To niesamowite, pewne odcinki ulic pokonywaliśmy pod prąd. Gdy minął pierwszy szok zacząłem obserwować kierowcę, który mógł pochodzić z Malezji bądź z Indonezji, siedziałem obok niego na przednim fotelu. Nie dostrzegłem na jego twarzy żadnego napięcia
Najbardziej lubiłem podróże z profesorem, Henrykiem Jabłońskim, przewodniczącym Rady Państwa. Chociaż obowiązywał ten sam protokół dyplomatyczny, nie wyczuwało się żadnej oficjalnej sztywności, Henryk Jabłoński był po prostu sobą – bardziej profesorem niż dostojnikiem.
Z pierwszego wyjazdu do Iraku zapadł mi w pamięci pobyt w Mosulu i w owianej sławą starożytnej Niniwie, położonej na lewym brzegu Tygrysu. Badacze historii odnotowują początki osadnictwa już w VI wieku p.n.e. Trzy wieki później władca, Sanherib, ustanowił Niniwę stolicą Asyrii. Za panowania Sanheriba i Aszurbanipala wybudowano tu imponujące pałace. Miasto, do którego prowadziło piętnaście bram, osiągnęło największy rozkwit w jego historii. Zniszczone przez Babilończyków, Medów i Persów w 612 roku p.n.e., już nigdy nie podźwignęło się z upadku. Mury obronne Niniwy i wykopaliska do dziś poruszają wyobraźnię współczesnych. W naszej świadomości Niniwa istnieje dzięki przekazom biblijnym.
W październiku 1975 roku prezydentem Iraku był Al-Bakr, ale już wtedy mówiło się nad Tygrysem o trzydziestoośmioletnim zastępcy przewodniczącego Rady Dowództwa Rewolucji, Saddamie Husajnie, jako o człowieku, którego czas szybko nadejdzie. Przyjął go na audiencji, po rozmowie w cztery oczy z prezydentem Al-Bakrem, przewodniczący Rady Państwa. Na taśmie utrwalił wizytę operator kroniki, Karol Szczeciński.
Cztery urocze dni spędziliśmy z Januszem Kreczmańskim obsługując oficjalną wizytę prof. Henryka Jabłońskiego w Austrii. Do dziś pamiętam pobyt w Operze Wiedeńskiej. Dawano „Eugeniusza Oniegina” Czajkowskiego, z udziałem Teresy Żylis-Gary w roli Tatiany.
Po raz trzeci miałem szczęście uczestniczyć w ekipie dziennikarskiej obsługującej oficjalną wizytę przewodniczącego Rady Państwa, prof. Henryka Jabłońskiego, w Meksyku i w Kostaryce. Była to podróż niesłychanie długa. Trzydzieści siedem i pół godziny przebywaliśmy w powietrzu, z międzylądowaniami w Santa Maria na Azorach i w Nassau na Bahamach, a w drodze powrotnej w Hawanie. Samolotem Ił-62M pokonaliśmy – bagatela – dwadzieścia sześć tysięcy sześćset dwadzieścia pięć kilometrów.
Wylądowaliśmy w Meridzie, stolicy stanu Jukatan, gdzie delegację polską powitali przedstawiciel prezydenta Meksyku i władze lokalne. Późnym popołudniem zwiedziliśmy Uxmal, dawne miasto-państwo Majów, które istniało „zaledwie” 450 lat (987-1441). Wielkie wrażenie wywarły na zwiedzających zabytki architektoniczne w Uxmal: Pałac Gubernatora, Dom Mniszek, Świątynia Czarownika, Wielka Piramida i Dom Żółwia oraz liczne płaskorzeźby i mozaiki zdobiące fasady zachowanych budynków. Wieczorem za sprawą światła i dźwięku przenieśliśmy się wśród tych ruin i ocalałych zabytków w świat duchów, dawnych mieszkańców miasta Majów, oglądając widowisko przygotowane dla turystów. Najmniej zadowolony był Sławek Sławkowski, operator kroniki – ciemności panujące w czasie spektaklu ograniczyły mu możliwości filmowania.
W stolicy – Ciudad de Mexico – profesora Jabłońskiego i jego małżonkę, powitał prezydent Meksyku, José López Portillo z małżonką. Od pierwszego dnia wizyty prof. Henryk Jabłoński zwrócił na siebie uwagę prasy meksykańskiej znajomością historii Meksyku. Andrzej Świecki z „Życia Warszawy”, który doskonale znał profesora, uchylił mi rąbka tajemnicy. Otóż, już rok przed wizytą, przewodniczący Rady Państwa sprowadził książki o Meksyku z biblioteki uniwersytetu w Oxfordzie i intensywnie je studiował. W Meksykańskiej Akademii Historii profesor Henryk Jabłoński wygłosił wykład (tekst, przetłumaczony na język hiszpański, rozdano przed pojawieniem się autora na mównicy) na temat „Tradycje i współczesność”. Został on bardzo dobrze przyjęty przez słuchaczy i był obszernie komentowany w prasie.
Teotihuacan ma wiele znaczeń: nazywane jest miastem bogów, miejscem, w którym ludzie poznali drogę bogów, miejscem, gdzie ludzie stają się bogami, miejscem, gdzie narodzili się bogowie. Jest z pewnością zabytkiem tajemniczym i magicznym. Początki miasta sięgają II wieku p.n.e. Teotihuacan z wieku na wiek stawało się centrum religijnym i administracyjnym ówczesnych ludów. Swoje ślady pozostawili tu Toltekowie i Aztekowie. Rozkwit Teotihuacan nastąpił w IV-VII wieku. Widok, jaki jawi się naszym oczom, gdy patrzymy na centralną arterię miasta, jest świadectwem wielkiej wyobraźni budowniczych, racjonalności i precyzji. Zbudowali oni Teotihuacan na planie prostokątnie przecinających się ulic, pomyśleli o zbiornikach wody deszczowej, tak cennej w tym klimacie, o targowiskach, teatrach, świątyniach. Imponują swoimi rozmiarami Piramidy Słońca i Księżyca. Aleja Umarłych prowadzi do placu piętnastu świątyń. Zadziwia świątynia Quetzalcoatla – Pierzastego Węża. Współcześni muszą zadać sobie pytanie, jakie siły sprawiły, że to potężne i piękne miasto upadło i zostało zapomniane. Czyżby opuścił mieszkańców Tlaloca – bóg deszczów? A może Tlatocatecutli, który trwał siedem razy po pięćdziesiąt dwa lata, bóg piekieł, wyludnił miasto i skazał je na zapomnienie? Na wiele pytań uczeni nie znajdują jeszcze odpowiedzi. Ważne, że Teotihuacan skłania do zadawania pytań i refleksji nad przemijaniem i dolą człowieczą.
Niezapomnianą atrakcją dla uczestników polskiej delegacji pozostanie zwiedzanie rozległej strefy archeologicznej w Teotihuacan.
Z Meksyku polecieliśmy do Kostaryki. Kostarykę odkrył w 1502 roku Krzysztof Kolumb podczas czwartej i ostatniej wyprawy. Sądził, że odkrył legendarną krainę złota, więc nazwał ją „bogatym wybrzeżem” – Costa Rica. Wylądowaliśmy w stolicy kraju, San José. Miasto, położone na wysokości 1272 m. nad poziomem morza, liczy około 400.000 mieszkańców i jest największym w Kostaryce.
Delegacja przeprowadziła oficjalne rozmowy. Podpisano umowę o współpracy kulturalnej i naukowej. Koncert muzyki chopinowskiej, podobnie jak w Meksyku, dał Piotr Paleczny. Delegacja polska zwiedziła plantację kawy.
1 listopada odlecieliśmy do Hawany, gdzie powitał przewodniczącego Rady Państwa Henryka Jabłońskiego prezydent Kuby, Fidel Castro. Profesor wręczył Comandante ptasie mleczko, sądząc, że Fidelowi Castro tylko tego brakuje. A ja, z Romkiem Dobrzyńskim, dziennikarzem z TVP, wypiliśmy koktajl „Cuba Libre”, żałując, że wizyta w Hawanie trwała zbyt krótko. Odlecieliśmy, po ośmiu dniach tułaczki, do ojczyzny.

Tekst pochodzi ze strony www.pekaefczyk.com. W kolejnych wydaniach magazynowych „Dziennika Trybuna”pojawiać się będą dalsze odcinki wspomnień Autora.