Przygody Pułaskich

Opowieść o rodzie Pułaskich, z którego wywodzi się najsłynniejszy z nich, Kazimierz, ten co zginął pod Savannah w USA w 1777 roku, zamyślił autor, Wojciech Kudyba, dynamicznie, barwnie i tradycjonalnie. Autor najwyraźniej przygotował swoja prozę z myślą o tych czytelnikach, którym nie w smak są artystyczne dekonstrukcje historii i sposobów jej ukazywania w literaturze, językowe i konstrukcyjne eksperymenty.

Przygotował ją dla tych, którzy przyzwyczajeni są do widzenia na sposób, który utorowali przed wieloma dziesięcioleciami tacy autorzy jak Kaczkowski, Kraszewski, Przyborowski czy Sienkiewicz, a nie do takiego, z bliższych nam czasów, jaki uprawiał choćby Teodor Parnicki. Toteż „Pułascy” pełni są żywych opisów, scenek, przygód i dialogów napisanych „jak Pan Bóg literatury przykazał”, „bez udziwnień” i „rebusów” intelektualnych, bezwzględnie testujących wyrobienie literackie czytelników i ich odporność na literackie prowokacje.
„Niezwykły pomysł! Konfederacja barska – tematy niby znajome, a przecież nieistniejące w potocznej wiedzy o historii i w literaturze polskiej. Wojciech Kudyba, pisarz i znakomity badacz literatury współczesnej, snuje osobistą opowieść o rodzie Pułaskich tak, że nie można oderwać się od czytania” – zachwala powieść znany literaturoznawca i krytyk Włodzimierz Bolecki, który zresztą niedawno sam wydał powieść historyczną dotykającej zbliżonej chronologią epoki („Chack”, 2019). Nieco w tej kwalifikacji przesady, ale rzeczywiście rzecz napisana jest soczyście, wartko, z biglem, z dialogami w rytmie ping ponga, w literackim trybie mimetycznego realizmu, choć bez naturalistycznego sosu, bez drastyczności, także erotycznej, z delikatnie tylko zaznaczoną archaizacją języka, z ciekawie zarysowanymi postaciami. Rzecz jakby stworzona materiał scenopisarski do serialu telewizyjnego w typie „Crimenu” czy „Królewskich snów”, gustownie zilustrowana fragmentami znanych obrazów stylizowanych na czarno-białe staloryty. Tych, którzy w literackim obrazie historii pociągają labirynty pełne tajemnic, „Pułaskich” bym raczej nie polecił, ale tych jest niewielu. Za to licznym miłośnikom obrazu historii w wydaniu tradycjonalnym jak sarmackie jadło przypadnie on na pewno do smaku.
Wojciech Kudyba – „Pułascy. Aut vincere, aut mori” (tom 1), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 265, ISBN 978-83-8196-071-7

Niezwykłość zwykłości

„Zgodnie z perypatetycką tradycją, pedagogiką wychodzenia z labiryntu świata zaproponowaną w XVII wieku przez Jana Amosa Komeńskiego, paideią Goethego opisaną w „Wilhelmie Meistrze” oraz rewolucją poznawczą surrealistów, zadaniem mistrza jest wyprowadzić z rzeczy znanej i zwykłej rzecz nieznaną i niezwykłą, odkryć inny wymiar zwykłości, uświadomić jej dziwność, z przenicowanego dialektycznie szczegółu wydobyć zasadę, która prawdopodobnie rządzi światem pod jego pospolitą, pozornie dobrze znaną, zamaskowaną przez nasze przyzwyczajenia powierzchnią” – ten fragment posłowia Zbigniewa Macheja, tłumacza najtrafniej oddaje zawartość tej niewielkiej książeczki.

Jej autor, Petr Král (rocznik 1941), wieloletni emigrant czeski w Paryżu po upadku Praskiej Wiosny 1968 jest późnym spadkobiercą surrealizmu, kierunku, którego kolebką była Francja, ale który także dobrze przylegał do konturu, kształtów i barw kultury czeskiej. Książeczka składa się z kilkudziesięciu cząsteczek, które tłumacz nazywa poematami prozą, ale to kwestia indywidualnej percepcji.
Są one ułożone w trybie leksykonowym, encyklopedycznym, co samo w sobie jest nawiązaniem do czeskiego encyklopedyzmu XVI-wiecznego, wyrastającego z szacunku do wiedzy uporządkowanej, wiedzy jako magazynu kolejnych zdobyczy nauki nakładających się na siebie przez wieki jak warstwy tortu – encyklopedyzmu zniszczonego przez katolicyzm, a wskrzeszonego w przedrewolucyjnej Francji przez Diderota i La Mettrie’go. Owych kilkadziesiąt tytułowych pojęć podstawowych, to m.in. „Wstawanie”, „”Golenie się’, „Koszula”, „Wieszak”, „Kosz”, „Schody”, „Wiatr”, „Czas”, „Kichnięcie”, „Cebula i róża”, „Udo i pośladki”, „Niemal”, „Obiad”, „Nuda”, „Kino”, „Śmiech”, „Wieś”, „Pociąg”, „Wanna”, „Cudza łazienka”, „Ogień”, „Błąd” czy „Happy end”.
Wszystkie te pospolite pojęcia pospolitych zjawisk życia rozpisuje Král na dłuższe (rzadziej) lub krótsze (częściej) cząsteczki (wspomniane poematy) i pod jego piórem pospolitość, banalność przedmiotów i zjawisk nabiera znaczeń, z których wielu nawet nie bylibyśmy w stanie sobie wyobrazić, a niektóre odkrywamy na nowo, jakbyśmy je wydobywali zagrzebane od niepamiętnych czasów w piwnicy naszej świadomości. Jedna tylko próbka na zachętę do lektury: „Rękoczyn. Rozpoczęcie podboju miłosnego ręką równa się frontalnemu najazdowi. W przeciwieństwie do zawsze trochę próbnego i niezobowiązującego pocałunku, nagłe położenie ręki na udzie kobiety ma ścisłość morderczego gestu, który rozdziera czas: epoka przed najazdem należy do przeszłości, to, co się zaczyna, otwiera nową erę”. Seksistowskie? Eee tam. Machnijmy na to ręką, wziąwszy pod uwagę, jakie trafne i inteligentne. Poza tym, w końcu sytuację można odwrócić, z punktu widzenia płci, która dokonuje najazdu.
Petr Král – „Pojęcia podstawowe”, wybór i przekład Zbigniew Machej, ilustr. Jirzi Stach, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 123, ISBN 978-83-8196-057-1

Długa i zawiła historia Starego Krakusa

Stary Teatr w Krakowie ma niejednoznaczną i nieprostą historię, bo nie powstał w 1865 roku pod zaborem austriackim jako scena narodowa, którą jest dziś, a jego początki sięgające 1781 roku też od idei sceny narodowej były – zasadniczo – odległe, choć były to czasy Wojciecha Bogusławskiego. Poza tym, w latach 1893-1945 scena znalazła się w głębokim uśpieniu i nie działała, a gmach utrzymywano z wynajmu, m.in. na bale i koncerty.

Wyjątkiem jednoznacznie chwalebnym był okres dyrekcji Stanisława Koźmiana (1871-1885). O tych prapoczątkach krakowskiej sceny autorka, Elżbieta Morawiec opowiada we wstępie do monografii podkreślając, że najbardziej twórczą postacią, która wycisnęła na dziejach sceny, aż po rok 1945, najsilniejsze silne piętno, był właśnie Koźmian.
Stworzył on nie tylko bardzo dobry zespół aktorski, ale także bardzo nowoczesny (a jak na tamte czasy wręcz awangardowy) repertuar, „masowo” wprowadzając na scenę utwory Szekspira, a także, w mniejszej skali, Słowackiego. Ich choć Stary Teatr nosi imię Heleny Modrzejewskiej, to równie trafne byłoby nadanie mu imienia Stanisława Koźmiana, bo to on w dużym stopniu jest genius loci gmachu przy placu Szczepańskim. Morawiec.
Szczegółowo zajęła się jednak autorka nader krótkim okresem istnienia Starego Teatru, obejmującym okres od 1945 do 2000, czyli 55 lat.
Najpierw opowiedziała o nowym, powojennym okresie sceny, o obciążeniach ideologicznych, którym ją poddano, a dalej o kolejnych okresach, od eklektycznych dyrekcji Władysława Woźnika, Bronisława Dąbrowskiego, Romana Zawistowskiego, podwójnej dyrekcji Władysława Krzemińskiego (ogółem lata 1947-1963), później o autorskiej dyrekcji Zygmunta Hűbnera (1963-1970), która najsilniej ukształtowała Stary Teatr, o mniej autorskim, ale za to najświetniejszym z punktu widzenia liczny spektakularnych dokonań okresie Jana Pawła Gawlika (1970-1980), gdy w gmachu przy placu Szczepańskim powstały największe przedstawienia, o wybitnej kontynuacji Stanisława Radwana (1980-1990), o ciekawym okresie dyrekcji Tadeusza Bradeckiego (którego autorka ocenia jednak bardzo krytycznie), dochodząc do czasu dyrekcji Jana Klary, którego ocenia najsurowiej.
Przy okazji mamy w tle konteksty społeczno-polityczne tego 55-lecia. Morawiec jest kompetentną krytyczką teatru i zna się na nim, ale do jej ocen trzeba podchodzić z rezerwą z dwóch powodów. Po pierwsze, jej oceny mają uderzająco silny ładunek subiektywizmu i lepiej się ona czuje w roli sędzi niż bezstronnego analityka. Po drugie, Morawiec nie ukrywa swoich prawicowo-konserwatywnych poglądów, ba, prezentuje je otwarcie i emocjonalnie. Ten subiektywizm ocen, może nieco nadmierny, rekompensują szczegółowe analizy ważnych przedstawień, ról aktorskich, działań reżyserskich i scenograficznych, co jest bardzo cenne, jako że sztuka teatralna jest jedyną tak ulotną sztuką, jako że po pisarzach, malarzach, rzeźbiarzach i kompozytorach pozostają konkretne dzieła, a po przedstawieniach teatralnych tylko pamięć twórców i widzów (też do czasu) i – nie zawsze – kilka czy kilkanaście fotografii, jeśli nie liczyć nielicznych rejestracji kamerą, a i te przecież są jedynie bladymi śladami rzeczywistych przedstawień. Dlatego cenne jest przybliżenie takich szczytowych dokonań krakowskiej sceny, jak „Nieboska komedia”, „Dziady i „Wyzwolenie” w reżyserii Konrada Swinarskiego, czy „Wesele”, „Biesy” i „Nastazja Filipowna” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Cenny dokument.
Elżbieta Morawiec – „Teatr Stary jaki był 1945-2000”, „Arcana”, Kraków 2018, str. 431, ISBN 978-83-65350-30-5

Pisarskie i życiowe gry Jerzego Pilcha

Jerzy Pilch (1952-2020)

Jerzy Pilch był chyba (używam słowo „chyba”, gdybym jakieś zjawisko przeoczył) pierwszym polskim pisarzem epoki nowych mediów, który funkcjonował równolegle, właściwie symetrycznie jako dziennikarz, nie w rudymentarnym znaczeniu tego słowa jako reporter dostarczający informacji z rzeczywistości, „prosto od krowy”, lecz jako dziennikarz-felietonista tę rzeczywistość komentujący.

Nawet data jego pisarskiego „objawienia się” mu pomogła, jako że jego krajowe zaistnienie przypadło dokładnie na przełom lat 1988/1989. Podobne mechanizmy po 1989 roku rządziły boomem pisarskim Janusza Głowackiego, ale ten (starszy o 14 lat) zaczynał drogę pisarską na początku lat sześćdziesiątych, w zupełnie innych warunkach.
Zawsze oczywiście można przywołać postać Bolesława Prusa, największego dziennikarza wśród pisarzy i największego pisarza wśród dziennikarzy, a także spore grono pisarzy, którzy parali się pisaniem do prasy. Jednak chociaż twórca „Lalki” pisał do prasy „Kroniki tygodniowe”, to ich ranga na skali jego twórczości mimo wszystko nie da się porównać z klasą i rezonansem jego największych powieści. Dopiero bowiem Pilchowi dana była możliwość wykorzystania w tym stopniu mediów, także elektronicznych, do zbudowania pisarskiej pozycji. Można chyba nawet zaryzykować tezę, że Pilch był jako błyskotliwy felietonista sławniejszy i popularniejszy niż jako prozaik.
Czy wspomniane wyżej okoliczności mają jednak jakiś wpływ na charakter prozatorskich dokonań Pilcha? Nie należy tego wpływu przeceniać, ale niewątpliwie występował. Pilch zadebiutował w 1988 roku jako autor zbioru opowiadań „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” wydanych w emigracyjnej londyńskiej oficynie „Puls”, która rok później przyniosła mu nagrodę imienia Kościelskich. Wkrótce potem został bardzo czytanym felietonistą „Tygodnika Powszechnego”, krakowskiego pisma katolickiej inteligencji, które od lat odgrywało rolę nieformalnego ośrodka intelektualnej opozycji politycznej w PRL. I właśnie nie tyle fakt uzyskania nagrody im. Kościelskich, ile wejście w krąg bliski bardzo sprawnym przedsiębiorstwom wydawniczym, jakim były „Znak” i „Wydawnictwo Literackie” stało się dla Pilcha pierwszą skuteczną dźwignią promocyjną. Po kilku latach nastąpiła „wolta ideowa” pisarza, który odszedł z „TP” i podjął współpracę z tygodnikiem „Polityka” (na wiele lat) i z „Hustlerem” (na krótko), jeszcze później sympatyzował z „Gazetą Wyborczą”, a przyznanie mu w 2001 roku nagrody „Nike” za powieść „Pod Mocnym Aniołem”, na szereg lat uczyniło tę właśnie gazetę promocyjną dźwignią jego prozy. Całe to zjawisko opisał Krzysztof Uniłowski w szkicu „Pisarz jako gwiazdor”.
Bo rzeczywiście, istnienie Pilcha jako pisarza nie rządziło się tradycyjnym schematem: edycja – recenzje – książka na półkach w oczekiwaniu na czytelników. Pilch stał się pisarską gwiazdą, celebrytą, showmenem, uczestnikiem showbiznesu, eksploatującym w pisanych tekstach i w udzielanych wywiadach wątki osobiste, m.in. związane z jego chorobą alkoholową czy życiem erotycznym, co czyniło go częstym bohaterem barwnych mediów plotkarskich. W tekście „Tak czy owak Pilch” („GW”, 2004), Przemysław Czapliński napisał sarkastycznie: „Miałem koszmarny sen. Śniło mi się, że Jerzy Pilch wydał nową książkę. Wydawca, zanim książka się ukazała, opublikował jej fragmenty we wszystkich znaczących gazetach, a kilka gazet – tylko w tym celu – powołał do życia. Z koszmaru mojego Jerzy Pilch – człowiek wielkiej wrażliwości, pisarz zgłodniały, pisarz zgłodniały kontaktu z czytelnikami, delikatny i subtelny polemista zawsze zainteresowany krytycznymi uwagami o swoich książkach – wyłaniał się jako pisarz gniewny, okrutny, medialnie wszechwładny. (…) Kiedy koszmar się pogłębiał, nagle przyniósł pocieszenie (…) powieść będzie bestsellerem niezależnie od wartości, a krytyka nie zaszkodzi poczytności”. Ten tekst ukazał się już po tym, gdy pisarz podpisał „gwiazdorski” kontrakt na wydawanie kolejnych powieści w koncernie wydawniczym Bertelsmana. Przy tych wszystkich perypetiach personalnych oraz zmianach wydawniczych i promocyjnych patronów, a także całym merkantylnym wymiarze jego funkcjonowania, Pilch, krytykowany też czasem za „wtórność, powierzchowność, efekciarstwo, „felietonowość”, ciągle pozostawał jednocześnie, mocą paradoksu, pisarzem odzwierciedlającym, do pewnego stopnia, „wizerunek pisarza narodowego, będącego zgrupowaniem takich cech, jak: olimpijskość, autorytet, powaga, głębia czy zatroskanie” (D. Nowacki). W 2001 roku „Polityka” ogłosiła czytelniczą zabawę „Napisz powieść z Pilchem”, interakcyjną zabawę zbiorową polegającą na konstruowaniu przez dziesiątki czytelników powieści w oparciu o zainicjowany przez moderującego pisarza początek. Dwa lata później „Polityka” ogłosiła ogólnopolski konkurs literacki na opowiadanie, którego jednoosobowym jury był Pilch i którego owocem była antologia wybranych opowiadań, „Pisz do Pilcha! Opowiadań współczesnych trzydzieści i trzy” (2005). Fakt sięgnięcia po szerszą rzeszę czytelników czynił z Pilcha już nie tylko pisarza, ale ludycznego guru literatury. Choć anima naturaliter intelektualista, stał się pisarzem (jak na polskie warunki) popularnym, niemal tak, jak popularnymi pisarkami stały się nieco później autorki prozy „romantycznej” z Katarzyną Grocholą czy Małgorzatą Kalicińską na czele, pisarzem obficie obecnym w mediach elektronicznych coraz dynamiczniej się rozwijających.
Utworem, który jako pierwszy po „Wyznaniach” ugruntował pozycję Pilcha był „Spis cudzołożnic” (1993), zekranizowany przez Jerzego Stuhra, jedyna prawdziwa powieść krakowska pisarza, tak jak „Miasto utrapienia” (2004) jest powieścią warszawską. Pilch był bardzo płodny i wydawał kolejne powieści zazwyczaj co dwa lata, a nieraz częściej, m.in.: „Inne rozkosze” (1995), „Tysiąc spokojnych miast” (1997), „Bezpowrotnie utracona leworęczność” (1998), „Marsz Polonia” (2008), „Wiele demonów” (2012), „Portret młodej Wenecjanki” (2017), „Żywego ducha” (2018), „Żółte światło” (2019) Z formalnego punktu widzenia proza Pilcha, choć naszpikowana tworzywem realistycznym, daleka jest od typowego realistycznego mimetyzmu. Krytyk Dariusz Nowacki pisał o tej prozie, że to „narracje pozbawione uciążliwych pretensji i jednocześnie takie, których żywiołem jest wdzięk stylu, uroda radosnej fabulacji, smak anegdoty uchylającej się właściwie od budowania obrazu świata, anegdoty ważnej jedynie jako gawędziarski akt mowy”. I rzeczywiście u Pilcha wyczuwa się przyjemność samego aktu opowiadania, przyjemność posługiwania się wyrafinowanym „pieniącym się” stylem, który – w drodze wzajemności – budził podobną przyjemność w czytelnikach. Jan Błoński zwracał uwagę na mimetyczność pilchowej prozy. Na przykładzie „Spisu cudzołożnic” zauważał, że pisarz niczego właściwie nie odtwarza, przeciwnie, to odmiany mówienia (a więc utarte zwroty, pospolite przenośnie, literackie przytoczenia, różnice wysokości stylu i tym podobne) rodzą niejako zdarzenia i postacie, czy też ogólniej – niemal jawnie budują „świat przedstawiony”. Rzeczywiście, mimetycznego „świata przedstawionego” w prozie Pilcha właściwie nie ma, on jest tylko w głowie pisarza. Powieści Pilcha trudno, a właściwie w ogóle nie sposób opowiedzieć, streścić. Krytyk Piotr Śliwiński pisał, że jedynym celem pisarskim Pilcha jest opowieść kontynuować, „powielać, podtrzymywać, przedłużać. Istotności, zarysowujące się tu i ówdzie w tekście powieści, ostatecznie rozpływają się w gadaniu. Zawiązki dramatu okazują się zawiązkami okresów oratorskich, konstrukcja świata zaś ma charakter syntaktyczny”. Widać to wyraźnie na przykład w „Tysiącu spokojnych miast”, gdzie „sensacyjna” jako zamysł osnowa w postaci konceptu groteskowego zamachu pewnego szarego obywatela na Władysława Gomułkę, roztapia się, rozpływa w owym „gadaniu”, w rozszczepianiu się akcji i wątków, w ich zawieszaniu, na stosowaniu trybu przypuszczalnego, warunkowego, na wędrowaniu fragmentów „akcji” w labirynty i zakola, z których już ona nie wychodzi, na zastępowaniu wspomnienia zmyśleniem, na rozdzielaniu ról autora, narratora i bohaterów powieści, na żonglowaniu własną osobą poprzez grę własnymi „sobowtórami” i na innych tym podobnych zabiegach. Krzysztof Uniłowski w przywołanym wcześniej szkicu o Pilchu jako o „pisarzu-gwiazdorze” określa to jako „retoryczną nadorganizację tekstu”, jego narrację jako „autonomizującą się” i „autogeneratywną”, „wspartą na retorycznych wzorach homiletyki”, a formułę jego powieści jako formułę „niedokończonego projektu”. Przy czym wszystkich tych zabiegów Pilch nie kamuflował, nie skrywał przed czytelnikiem, lecz otwarcie je deklarował. Nie sposób też przy tej okazji nie wspomnieć o takich tematycznych „nadreprezentacjach” w jego prozie i felietonach, jakimi były: jego rodzinna, ewangelicka Wisła oraz piłka nożna, którą wielbił miłością wariacką i niezmordowaną, chyba nade wszystko.
Lubię prozę Pilcha, lubiłem dawać się wpuszczać w jego gry, padać ofiarą jego „manipulacji”, jego drwinek z czytelnika. Chyba jednak jeszcze bardzie lubiłem go jako felietonistę. Jego felieton z „ciastkiem” w tytule ( tygodnik „Polityka”, 1999), to mistrzostwo felietonowego świata. Jego koncept polegał na użyciu „broni atomowej”, by niczym Jowisz Gromowładny, za byle głupstwo frazeologiczne zbesztać młodszego kolegę po piórze z prawicowego pisma. W tym roku ukazał się Pilcha tom „60 felietonów najjadowitszych”. Jeszcze do nich nie zajrzałem. Może jest tam ten felieton. Urodzony 10 sierpnia 1952 roku w Wiśle, zmarł w Kielcach 29 maja 2020.

Porcja romantyzmu

Maria Żmigrodzka (1922-2000) była jedną z najciekawszych indywidualności naukowych w polskiej humanistyce, bliską współpracowniczką Marii Janion.
To między innymi dzięki nim i gronu badaczek (ale także badaczom takim jak Stefan Treugutt), romantyzm, który z upływem lat zdawał się być coraz bardziej archiwalnym, skostniałym nurtem literatury, kojarzącym się głównie z nudnym przekazem z podręczników szkolnych, został reaktywowany jako żywy, bardzo inspirujący, a nawet nieźle „kompatybilny” z naszą współczesnością nurt myślowy i estetyczny.
I wbrew potocznym, stereotypowym wyobrażeniom bynajmniej nie wyłącznie „bujającym w obłokach”, „wodzącym coraz to wyżej”, lecz nurtem mocno nasyconym realizmem, humorem, ironią, inteligencją, owocem bardzo bogatej i zróżnicowanej wyobraźni.
Świadczy o tym choćby to, co z dramatami romantycznymi potrafił kiedyś (twórczo) wyczyniać Adam Hanuszkiewicz.
„Przez wieki idąca powieść”, to obszerny zbiór tekstów Żmigrodzkiej, poświęconych właśnie głównie literaturze romantycznej, w rozmaitych konfiguracjach. Jest tu więc o podstawowych zagadnieniach przełomu romantycznego, o wczesnym romantyzmie Mickiewicza i Malczewskiego, o jego relacjach z historyzmem i realizmem, o romantycznej epice (prozie powieściowej, głównie Juliusza Słowackiego), o „etosie ironii romantycznej” czy o mistycznym romantyzmie Słowackiego na przykładzie „Samuela Zborowskiego”, w którym poeta ustanawiał związki między …. „kosmosem a historią Polski”. Są też m.in. szkice o „polskiej powieści biedermeierowskiej”, Norwidzie i osobliwej postaci i twórczości Henryka Rzewuskiego, a także o Fauście.
W części „pozaromantycznej” (XX wiek), znajdujemy szkice m.in. o prozie Gűntera Grassa, o Turbocie, „Blaszanym bębenku” i „Ironii psich lat”.
Maria Żmigrodzka – „Przez wieki idąca powieść. Wybór pism o literaturze XIX i XX wieku”, pod red. M. Kalinowskiej i E. Kiślak, IBL PAN Wydawnictwo, Warszawa 2002, str.522, ISBN 83-87456-89-6

Nienormalna normalność

bliższa jest niektórym, stąd nie widzą potrzeby zmiany świata i naszego kraju, zainfekowanego nie tylko przez COVID-19.

Pomimo licznych opinii płynących z odmiennych politycznych, ekonomicznych, społecznych czy też filozoficznych stron Wojciech Maziarski twierdzi, że świat po koronawirusie będzie taki sam jak przed nim („Na lewo. Na prawo. Ku świetlanej przyszłości” – „GW”, 21.05.2020). Swoje przekonanie buduje na polemice z przeszłością i pozornej historycznej analogii.
Na lewo,
to krytyka wypowiedzi Joanny Kusiak, która zaproponowała pomoc państwa osobom nie mającym możliwości, w związku z pandemią, spłaty kredytu mieszkaniowego. Państwo wykupywało by takie mieszkania, a następnie wynajmowało obecnym mieszkańcom, już tylko lokatorom. Pomysł jak pomysł, jak wiele innych, w czasach zarazy szukających przede wszystkim rożnych dróg pomocy i ratunku dla osób nią dotkniętych.
Ale nie dla Maziarskiego, który zrobił z tego wielkie larum typu PRL wraca, autorkę nazywając skrajną antykapitalistką („nazwałbym ją „komunistką ”, gdyby nie to, że słowo to stało się obelgą, podobnie jak „neoliberał”). Publicysta „Gazety Wyborczej” wykazał nie tylko czujność ortodoksy w obronie idealnego, jego zdaniem, ustroju, ale nadto pomylił następstwa i z przyczynami. Ostatnimi komunistami w naszym kraju byli członkowie przedwojennej Komunistycznej Partii Polski, a więc to określenie jest używane bez żadnej podstawy, jedynie jako następstwo, i swoista broń, w trwającej w Polsce wojnie politycznej. Natomiast od początku III RP liczne i wpływowe gremia realizowały neoliberalną politykę, a jej rozliczne skutki stanowią przyczynę obecnej, powszechnej krytyki. Zaprezentowany przez Maziarskiego symetryzm, jak się jeszcze raz jeden okaże, ma się tu jak pięść do nosa.
Wracając do oceny pomysłu p. Kusiak, to – czytamy – chce ona mieć znowu system upaństwowiony, „Głosicielom tej ideologii nie przeszkadza to, że nie zdała ona testu praktyki – system oparty na państwowej własności okazał się nieskuteczny w zaspokajaniu ludzkich potrzeb.” Dodał jeszcze „Nie przypadkiem więc w polskiej konstytucji zapisano gwarancje dla gospodarki opartej na rynku i prywatnej własności.”
Jakoś w tej obronie prywatnej własności zupełnie umknęła autorowi sytuacja, że zaniechanie spłaty bankowego, hipotecznego kredytu kończy się wyrzuceniem niedoszłych właścicieli na bruk.
Jeżeli niewinny w sumie projekt, pozbawiony ideologicznej otoczki, wymagający zapewne licznych analiz, być może poważnych zmian albo nawet zarzucenia, wywołał taką furię, to nie trudno sobie wyobrazić jaki stosunek do poważnych, systemowych propozycji, nie tylko zresztą lewicy, może mieć Maziarski. Tym samym dał stanowczy odpór poszukiwaniom bardziej udanej, po pandemii, rzeczywistości.
Na prawo,
bo z braku lepszego określenia „rządzącą pisowską sitwę” nazywa „prawicą”, i na podstawie powszechnie znanych przykładów dokonuje jej zasadnej krytyki. I na to ostatnie zgoda, acz cała ta konstrukcja z przeciwstawnymi sobie lewicą i prawicą jest pozbawiona nie tylko poznawczego, ale i logicznego sensu.
Używając słów Maziarskiego, nazywanie Prawa i Sprawiedliwości prawicą jest dla niej obelgą, a przywłaszczenie przez Kaczyńskiego tego określenia w nazwie Zjednoczona Prawica kolejnym nadużyciem. Rzeczywista prawica w suwerennym państwie, abstrahując od jej społeczno-ekonomicznych paradygmatów, była na ogół propaństwowa i przestrzegająca norm prawa, jakie by ono nie było, natomiast PiS potraktował państwo jak swój feudalny folwark, a obowiązujące prawo jak świstek zbędnego papieru.
Budowanie symetryzmu lewica – PiS, przez Maziarskiego, jest także najzwyklejszą manipulacją, gdyż to lewica dziś w Polsce, poza swoim społeczno-ekonomicznym programem, stoi na gruncie obowiązującej Konstytucji z wolnym rynkiem i prywatną własnością, praworządnego państwa, swobód obywatelskich, w odróżnieniu od partii Kaczyńskiego.
Nie można zrozumieć tego elementarnego braku wiedzy i sposobu rozumowania, chyba, że tłumaczy go obrona przebrzmiałych idei oraz nienawiść do współczesnych priorytetów polskiej lewicy, które są widocznie na tyle atrakcyjne, że świat Maziarskiego czuje się zagrożony.
„Po każdym wielkim wydarzeniu
histo­rycznym – kontynuuje Maziarski – wmawiano nam – czy też wma­wialiśmy sami sobie – że teraz już świat będzie inny niż wcześniej. Po każdej dżu­mie, czarnej ospie, hiszpance. Po każdej wojnie mówiliśmy: „Nigdy więcej wojny”…Po upadku komunizmu miały się nie odro­dzić kolektywistyczne ideologie…I co?”
Ta pozornie słuszna argumentacja, oparta na zdroworozsądkowej, potocznej wiedzy, napotyka jednak na zasadniczą przeszkodę, jaką jest trwający, a czasem przyśpieszający, proces ewolucyjnych zmian tak w przyrodzie jak i cywilizacji, czyli naszego świata, który ulega ciągłym przemianom. Nawet wydarzenia o pozornie nadzwyczajnym charakterze w przyrodzie, jak i w ludzkich poczynaniach, w rzeczywistości narastały w ewolucyjny sposób. Obrazowo: wielka powódź mogła się wydarzyć poprzez zablokowanie nurtu rzeki przez podmywane przez dziesięciolecia stoki skalne, a jakiś ustrojowy przełom był wynikiem rodzącego się, także przez dziesięciolecia, buntu i społecznego niezadowolenia. Natomiast eskalacja tych procesów dokonuje się poprzez wydarzenia wyjątkowe, takie jak np. gwałtowna zmiana klimatu czy klęska ponoszona przez carską Rosję w czasie I światowej wojny, która przyśpieszyła kolejne rewolucje: lutową i październikową. A obecnie przez trwającą pandemię.
Odpowiedzią jest także artykuł dr Adama Izdebskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego na portalu „Kultura Liberalna” Nr 593 z 18 maja 2020 r. pt. „Pożytki z katastrofy, czyli co wynika z historycznych kryzysów”: „to, co jest dla wielu niespodziewanym efektem albo zaskoczeniem przy okazji pandemii koronawirusa, czyli ogromne zróżnicowanie w jej społecznych kosztach, jest dla historyka środowiskowego jej oczywistym skutkiem. Może zatem warto na tyle, na ile to możliwe, przygotować się do tego zawczasu, zanim przyjdzie kolejna pandemia, trwająca tygodniami fala upałów albo wieloletnia susza. A przyjdą… Przyglądanie się kryzysom przyrodniczym z przeszłości… jest jednym z lepszych sposobów na to, żeby przewidywać złożoność czekających nas wyzwań i być na nie przygotowanym.”
Dodać jeszcze należy, że w pojęciu „inny świat” nie jest zawarta a priori jakakolwiek ocena przyszłości – jedni liczyć i dążyć będą do programów naprawczych czy też zasadniczych przemian, inni do walki o obecne status quo, pozostali pogodzą się niejako z „determinizmem” zjawisk przyrodniczych i społecznych, natomiast, jak chce Maziarski, o żadnej „świetlanej przyszłości” nie ma tu mowy.
Kończy swoje wywody
autor z „GW”: „Świat po koronawirusie nie będzie już taki sam jak przed nim – to hasło ma podsycać panikę i budować prze­konanie, że w obliczu nieuchronne­go kataklizmu tylko wypowiadają­cy te słowa ma niezawodną receptę na zbawienie. Powinniśmy więc ślepo mu zawierzyć i iść w kierunku, który nam wskazuje.”
To hasło nie podsyca żadnej paniki, bo wystarczająco dużą przynoszą zbyt liczne niezborne i nieodpowiedzialne decyzje rządowe. Nie buduje żadnego przekonania, że ktoś posiada receptę na zbawienie, bo jedyną i nadzwyczaj skuteczną mają tylko robiący interesy na pandemii. Wywołuje natomiast, w obliczu masowego zagrożenia ludzkiego życia i równie wielkiej bojaźni o byt milionów ludzi, najzwyklejsze pytanie: Czy tak musiało się stać i co zawiodło?
Zadają je sobie zapewne obywatele Stanów Zjednoczonych – największej potęgi ekonomicznej świata – których dotknęła już śmierć 100 tysięcy osób i pracy pozbawiła dziesiątki milionów oraz Polski, w której spłaszczona pandemia zabrała ponad 1000 obywateli i zlikwidowała dziesiątki tysięcy firm A od takiego pytania wiedzie prosta droga do poszukiwania nie tylko winnych – mechanizmów rządzących tym światem – ale i wypatrywania rady na przyszłość. I takiej zmiany, która jest w stanie chronić ludzi w pandemicznej czy podobnej sytuacji.
„Demokratyczne państwo,
które kieruje się zasadami sprawiedliwości społecznej – to słowa Izdebskiego – powinno starać się przewidywać, które grupy społeczne poniosą koszty dostosowania się do nadchodzącej katastrofy…zanim…nadejdą ekstremalne wydarzenia pogodowe, które zachwieją naszą codziennością i obiegiem gospodarczym co najmniej tak silnie jak koronawirus.” Nie wiem jakim kolejnym epitetem określił by autora tych słów Wojciech Maziarski, ale może przynajmniej uważnie przeczyta opinię prof. Waltera Scheidela z Uniwersytetu Stanforda („Newsweek”, 25-31.05,2020).
Profesor udowadnia,
czemu Maziarski z niewiedzy zaprzecza, że minione epidemie czarnej śmierci czy też dżumy miały bardzo daleko idące skutki społeczno-polityczno-ekonomiczne i przyczyniły się do wielu istotnych przekształceń.
Co prawda nie wierzy w możliwe dziś tak daleko idące zmiany, ale „Jeśli wirus nie zostanie opanowany lub załamanie gospodarcze okaże się mimo wszystko trwalsze, konieczne będzie sięg­nięcie po radykalniejsze środki. Będzie więcej interwencji państwa w sektor pry­watny, więcej nacjonalizacji, więcej regu­lacji biznesu. Podwyższone zostaną też podatki, żeby zatkać coraz większe dziury w budżecie albo z powodów politycznych, bo wyborcy będą się domagali większej sprawiedliwości społecznej. Sektor zdro­wia może zostać głęboko przekształcony Zapewniona zostanie większa ochro­na bezrobotnym i ludziom stanowiącym część prekariatu. Jeśli będzie napraw­dę źle, idea minimalnego gwarantowane­go dochodu wejdzie do głównego nurtu i zostanie wprowadzona w życie…
Największe zróżni­cowania
będzie można zobaczyć w grupie krajów bogatych. W Skandynawii nie­wiele się zmieni, bo już teraz mają tam państwo dobrobytu, wysokie podatki. Pa­radoksalnie to demokracje, w których są największe nierówności – takie jak USA, Wielka Brytania czy Australia – mogą doświadczyć najdalej idących zmian, bo tam jest najwięcej do nadrobienia. Naj­bardziej gwałtowny charakter te zmiany będą miały w USA.”
O tym ile jest w Polsce do nadrobienia lepiej nie pisać, bo każdy, poza Wojciechem Maziarskim, tego doświadczył, a więc wie.

Ogród płomiennej namiętności

Palący problem nagłego wybuchu konserwatyzmu obyczajowego na terenie ogródków działkowych.

Ogrody działkowe pełnią funkcje wypoczynkowe, rekreacyjne, zdrowotne, a także przyczyniają się do poprawy jakości życia – opowiadają pracownicy Polskiego Związku Działkowców. Nie jest to jednak cała prawda. Działki mają o wiele więcej funkcji. Dzięki nim mają pracę nie tylko ludzie z firm zaopatrujących sklepy ogrodnicze. Ogródki dają pracę osobom, których nie podejrzewalibyśmy o minimalne choćby związki z miejscami gdzie kopie się grządki, sieje kwiaty i przycina drzewa wraz z krzewami. Tymczasem, bez ogródków działkowych nudziliby się tak patomorfolodzy jak strażacy czy pracownicy pogotowia. No i wytwórcy trumien tudzież grabarze. A nade wszystko funkcjonariusze policji.
Ogródki są bowiem siedliskiem przestępczości wszelakiej, acz pospolitej. Przyznają to sami działkowcy, którzy zrobili stosowne badania i wyszło im, że niemal w każdym ogródku choć raz w roku dochodzi do kradzieży z włamaniem. Oczywiście najczęściej czasie, gdy wegetacja roślin zamiera, a działkowcy na parę miesięcy zapominają, że są działkowcami. Życie na terenie ogródków jednak nie zamiera. Bo tak się skład, że gdyby nie działkowcy i ich wypasione altanki, wiele osób nie miałoby gdzie spędzać zimy. No i zapraszać znajomych na cieszenie się swoim towarzystwem. Oraz wspólną degustację napojów zawierających etanol.
Gdyby w Krakowie przy Makuszyńskiego nie było ogródka działkowego, to pan Paweł mógłby wciąż wykonywać zawód lakiernika, nie płacić alimentów na swoich troje dzieci. A nawet mógłby towarzyszyć życiowo swojej konkubinie i jej przyjacielowi.
Ogródek jednak był, a w nim od Dnia Kobiet w tamtym roku odbywała się stosowna impreza. Jej gwiazdą była, licząca sobie 39 wiosen, pani Ania. Towarzyszyli jej zaś o rok starszy pan Maciej oraz pan Leszek. Jak mówią wtajemniczeni, pierwszy z panów był aktualnym partnerem pani Ani, a drugi nie był. Niemniej jednak w chwilach niemocy pana Macieja zastępował go godnie.
W takąż sielankę pozwolił sobie wejść pan Paweł. Niebezzasadnie, bo panią Anię, młodszą od siebie o dekadę, znał niemal od dziecka. Początkowo stąd, że była siostrą jego koleżanki z klasy, a potem z powodu wspólnego z panią Anią cieszenia się miłością fizyczną. Sporadycznego – co prawda – ale bardzo wielokrotnego.
I właśnie namiętność była tym, co 9 marca sprowadziło pana Pawła do altanki przy Makuszyńskiego. A rosła ona wraz z ilością tego co przyniósł ze sobą w niepustych przecież rękach, a co lądowało w gardłach biesiadników. Aż się skończyło.
Podówczas to, pan Leszek wyruszył, aby zapas odświeżyć. Ledwo zniknął za drzwiami, pan Paweł zwerbalizował swoje seksualne pragnienie. I miast spotkać się ze zrozumieniem reszty, otrzymał rekuzę. Słowną. Zaoponował głównie pan Maciej. Sposób w jaki odmówił wdzięków pani Ani panu Pawłowi tak się temu nie spodobał, że panowie – niczym średniowieczni rycerze – starli się w pojedynku o białogłowę.
Wygrał go pan Paweł przez wielokrotny nokaut. Wielokrotność wzięła się stąd, że gdy przegrany był już pozbawiony świadomości to pięści pana Pawła wciąż lądowały na jego twarzy.
Pokonawszy rywala pan Paweł liczył, że niewiasta uzna wynik pojedynku i zrobi zadość jego pragnieniom. Przeliczył się.
Kobiecie nie spodobała się pokrwawiona twarz partnera oraz technika zalotów pana Pawła. Skutkowało to słowną odmową wprowadzenia penisa Pana Pawła do własnej pochwy. Tak jak i w jakiekolwiek inne miejsce.
Tego pan Paweł, który od paru miesięcy na nowo się z fizycznością pani Ani zintegrował, zrozumieć nie mógł. Pozwolił sobie zatem naruszyć jej nietykalność, poprzez uderzanie pięściami. Ponieważ stanowisko pani Ani było niezmienne, choćby dlatego, że nie mogła mówić, pan Paweł pozwolił sobie pozbawić ją przyodziewku. Potem korzystając z leżących obok ubrać skrępował nogi kobiety. Ręce zaś przywiązał do wystającego ze ściany za kanapą gwoździa. Nie wiedzieć czemu w tym czasie panu Pawłowi wywietrzała z głowy myśl o erotycznych karesach. Pojawiła się za to żądza ognia.
Podpalił zatem kanapę na której leżała skrępowana, ale przytomna kobieta. Podpalił parę innych miejsc, które podpalić się dały. Do płomieni dorzucił dwa leżące na wierzchu dezodoranty. I wyszedł.
Postał chwilę na zewnątrz i gdy wybuch dezodorantów rozprzestrzenił pożar na całą altanę, uznał swoją misję za zakończoną.
To był błąd. Nie przewidział hartu ducha pana Macieja. Ten bowiem nadgryzany jęzorami ognia odzyskał przytomność. I to na tyle, aby skonstatować, że pani Ani pomóc nie zdoła. A sobie – jak najbardziej. W związku z czym wziął i wyszedł. Dotarł nawet na stację benzynową, skąd wezwał pogotowie, policję i służby gaśnicze. Te ostatnie tylko po to aby dogasiły zgliszcza i skonstatowały odnalezienie zwęglonych zwłok.
W tym czasie pan Paweł wrócił na łono konkubinatu, poszerzonego o przyjaciela domu. I oznajmił, że puścił z dymem altankę wraz z dwiema osobami. Partnerka pana Pawła i ich znajomy słysząc to oświadczenie powiedzieli, że jak sam na siebie nie doniesie, to zrobią to oni. Wobec takiego przejawu nielojalności pan Paweł wykonał telefon na policję oznajmiając, że dokonał masowego zabójstwa.
Policja przyjechała szybko i umniejszyła panapawłowe poczucie winy przemieszane z kacem. Pomniejszyła o jedną ofiarę, która przeżyła. I mimo poparzeń II i III stopnia, wstrząśnienia mózgu i innych kontuzji złożyła nader ciekawe zeznania.
Teraz pan Paweł siedząc w areszcie i od czasu do czasu na sali sądowej, zastanawia się jak do tego doszło. I wciąż nie może zrozumieć dlaczego pani Ania nie chciała. Ale ponieważ nic nie zapowiada, żeby w pierdlu spędził mniej niż ćwierć wieku, to może z czasem na tak postawione pytanie sobie odpowie.
Spalonej altanki nikomu się nie chciało odbudować. Tak samo jak wielu innych, które co roku palą się w ogródkach działkowych wraz z zawartością mieszkających w nich zimą i dogrzewających się żywym ogniem bezdomnych. Czasem jednak działkowcy mają szczęście, bo zamiast pożaru lokatorów minidomków zabija czad, dopalacze, trefne dragi, czy cokolwiek innego, co jednak nie niszczy altanek.
Nikt nie prowadzi statystyk umieralności na terenie ogródków działkowych, ale zdaniem policjantów liczba śmiertelnych ofiar ogródków to najwyżej 100 rocznie. I troszkę spada.
Co dziwne nie jest, bo ogródków działkowych jest coraz mniej. W ciągu ostatnich 11 lat powierzchnia tego typu obiektów skurczyła się o 2,8 tys. hektarów. Ubyło ponad 51 tys. działek. Ale i tak jest ich ponad 900 tysięcy. Dzięki czemu życie towarzyskie i uczuciowe Polaków wciąż ma gdzie rozkwitać.

Koronacyjny krach polityki globalnej USA (część II)

Tragedię pandemii należy rozpatrywać jako zjawisko samoistne, ale, lepiej, w kontekście globalnym. W tym celu nie trzeba być politykiem, dyplomatą czy politologiem, żeby dostrzegać pogarszającą i komplikującą się coraz bardziej sytuację międzynarodową – i to pod każdym względem.

Uznałem za stosowne przeanalizować nieco szerzej powojenną ewolucję stosunków amerykańsko – chińskich nie tylko z uwagi na ich wielkie znaczenie globalne, lecz także po to, aby – poprzez tę soczewkę – uwidocznić niesamowite meandry, niekonsekwencje i najzwyklejsze, wręcz niezrozumiałe, błędy makro i miscalculations w polityce USA, odnoszące się również do wielu innych krajów, łącznie z naszym (np. fiasko amerykańskiego planu Sachsa/Balcerowicza). Jest to polityka nieefektywna i bardzo kosztowna, gdyż za poważne błędy, nieprzemyślane posunięcia i futurystyczne miscalculations trzeba srogo płacić. Niektórzy decydenci amerykańscy zdają się nie pamiętać, że 420.500 obywateli amerykańskich (w tym 12.500 cywilów) oddało swe życie, w słusznej sprawie, podczas II wojny światowej i że koszty udziału USA w tej wojnie przekroczyły 300 mld USD (obecnych; 431 mld USD ówczesnych) – dane ze źródeł Kongresu USA 1/. Owoce tego zwycięstwa zostały zaprzepaszczone w dużej mierze w wyniku kolejnych porażek militarnych USA w świecie i ich poronionej polityki globalnej.
Hard power:
Powracamy do głównego wątku rozważań zaczynając od stwierdzenia, iż główny historyczny błąd strategiczny USA polega również na preferowaniu rozwiązań siłowych (Hard Power) zamiast rozwiązań pokojowych (Soft Power) – w dążeniu do dominacji, hegemonii i Pax Americana. W Waszyngtonie doszli bowiem do przekonania, iż tylko siłą uda się skłonić inne państwa i narody do zaakceptowania owych „ideałów”. Znaczy to, że nie są one dostatecznie atrakcyjne i przekonujące dla innych. Np. jak je zrealizować w Arabii Saudyjskiej, będącej, do niedawna, potulnym sojusznikiem USA, ale już rewidującym swe stosunki z nimi? Co gorsza, również siłą nie można nikomu narzucić ww. „ideałów”, jak świadczy o tym bolesny przykład Kuby, Chile, Jugosławii, Libii, Egiptu, Iraku, Syrii, Afganistanu, a nawet Polski i in. W świetle tego, marzenie o „amerykanizacji” Rosji, Indii, Chin, Iranu czy nawet Unii Europejskiej graniczy wręcz z kosmicznym absurdem.
Wielce wymowny w tym kontekście jest casus Iranu, w którym USA usadowiły kiedyś cesarza Mohammada Rezę Shaha Pahlaviego i wpompowały około 5 mld USD (ówczesnych) w armię imperialną. Miało to stanowić gwarancję dla interesów naftowych USA w rejonie Zatoki Perskiej i dla bezpieczeństwa Izraela. Ale w Stanach nie przewidziano, że cesarz może zostać obalony. Protesty społeczne przeciwko niemu trwały od października 1977 r. Wreszcie, cesarz opuścił Iran w dniu 16 I 1979 r. i wyemigrował do Egiptu. Tam też został pochowany. Dokonała się I rewolucja islamska i zdobycie władzy przez fundamentalistów, którzy przejęli również armię imperialną i uzbrojenie amerykańskie. Ale młodzież i strażnicy rewolucji islamskiej protestowali nadal – tym razem przeciwko Ameryce. M.in. okupowali oni ambasadę USA w Teheranie i wzięli 52 zakładników, których przetrzymywali przez 444 dni.
Celem ich uwolnienia, Prezydent Jimmy Carter wydał rozkaz przeprowadzenia operacji „Eagle Claw” („Orli Szpon”). Wprawdzie oddziały specjalne wylądowały na pustyni irańskiej, dnia 24 IV 1980 r., ale ich misja zakończyła się nazajutrz totalnym i kompromitującym niepowodzeniem wskutek błędów i niedociągnięć taktyczno – technicznych (m.in. śmigłowiec US Air Force zderzył się z samolotem tankującym podczas burzy piaskowej. Piloci zginęli). J. Carter przegrał kolejne wybory. Irańczycy oddali zakładników Amerykanom dnia 20 stycznia 1981 r., dokładnie w dniu zaprzysiężenia nowego Prezydenta Ronalda Reagana. Jednak, od tamtej pory Stany boczyły i boczą się dalej na Iran, atakowały go ostro w propagandzie, nakładały sankcje, blokowały konta bankowe, nie importowały ropy naftowej i gazu, groziły uderzeniem w irańskie reaktory nuklearne itp. Względna normalizacja nastąpiła dopiero po zawarciu porozumienia ws. irańskiego programu nuklearnego, dnia 14 VII 2015 r., ale Prezydent D. Trump zerwał to porozumienie. Poza ww. wojną koreańską i wietnamską, historia post jałtańska zna jeszcze wiele innych awantur wojennych w wydaniu amerykańskim. Jest chyba źdźbło prawdy w ironicznych porzekadłach, iż „każdy Prezydent USA musi mieć swoją wojenkę” oraz że „USA nie mogą się obyć bez wroga”. Niektóre z incydentów i sytuacji konfliktowych były bardzo groźne, kryły w sobie ryzyko wybuchu wielkiej wojny. Np.,: – kryzys berliński (4 VI – 9 XI 1961 r.), kiedy władze radzieckie zarządziły blokadę miasta, aby powstrzymać odpływ ludności z Berlina Wschodniego. W odpowiedzi, Amerykanie zorganizowali zaopatrzeniowy most powietrzny. Potem, rozpoczęto budowę „muru berlińskiego”; – kryzys kubański (1962 r.), związany z radziecką próbą przetransportowania i zainstalowania na Kubie rakiet wymierzonych przeciwko USA. Jednak, mimo kolosalnego napięcia, Nikita Chruszczow i John F. Kennedy znaleźli rozwiązanie kompromisowe. Rakiety zostały wycofane. Bardzo groźne i brzemienne w potencjalne konsekwencje były także kolejne wojny na Bliskim Wschodzie, starcia wokół Tajwanu, czy bombardowanie Jugosławii przez lotnictwo USA/NATO (24 III – 10 VI 1999 r.), w czasie wojny w Kosowie. Wówczas to, zbombardowano nawet, chyba nie przez przypadek, gmach ambasady ChRL w Belgradzie oraz doprowadzono do rozczłonkowania pięknej i zasobnej naonczas Jugosławii na kawałki. Komu ona przeszkadzała?
Jednak polityka US Hard Power dała najbardziej negatywnie znać o sobie w następujących przypadkach: – wojna w Zatoce Perskiej (1990 r. – 1991 r.) kosztowała podatników amerykańskich ponad 61 mld USD i przyniosła nijakie rezultaty (może poza wypróbowaniem, na polu walki inteligentnych broni nowych generacji, tzw. smart weapons); – wojna w Afganistanie (2001 r. – praktycznie do dziś). Dotychczasowe koszty: ponad 1,5 bln USD. Suma ta może wzrosnąć do 5 bln USD, jeśli uwzględni się koszty ubezpieczenia żołnierzy, leczenia rannych i psychicznie chorych oraz odszkodowań dla rodzin zmarłych; awantura afgańska US Army urasta do rangi tragicznego symbolu niepowodzenia strategii Hard Power i polityki „z pozycji siły”; – podobnie jak wojna iracka (2003 r. – praktycznie, do dziś), wywołana pod fałszywym pretekstem posiadania broni masowej zagłady przez Saddama Husseina. Dotychczasowy koszt: ponad 800 mld USD; oraz setki tysięcy zabitych i rannych w ww. przypadkach. Donald Trump ocenia, że agresja amerykańska w Iraku przyczyniła się do… powstania Państwa Islamskiego. Fakt, że wojny te są tak przewlekłe świadczy o tym, że założone cele nie zostały osiągnięte i że strategia US Hard Power ponosi fiasko.
Szczególnym przypadkiem niepowodzenia USA w ramach tej strategii jest casus ukraiński i syryjski. Kiedy trwał II majdan (tzw. Euromajdan) w Kijowie, zapoczątkowany dnia 21 XI 2013 r., pewnego razu, pod „osłoną” owego majdanu, okręty VI floty US Navy (śródziemnomorskiej) przepłynęły nielegalnie przez cieśniny czarnomorskie i skierowały się ku… rosyjskiej bazie morskiej w Sewastopolu. Cel tej misji był jasny: zajęcie owej bazy. Ale Cziernomorskij Fłot był szybszy i nie dopuścił do tego, po czym Rosja odzyskała Krym. USA udało się wszakże zainstalować proamerykańskie władze na Ukrainie i doprowadzić tamże do powszechnego bałaganu, który Leszek Balcerowicz i Michaił Saakaszwili, ówcześni doradcy rządowi, mogli jedynie pogłębić.
Przypadek syryjski jest znacznie bardziej skomplikowany i niebezpieczny. W wyniku tzw. wojny sześciodniowej, w 1967 r., Izrael zajął, m.in., syryjskie Wzgórza Golan. Okupacja trwa do tej pory. Wystarczy tylko spojrzeć ze szczytu tych Wzgórz, by zrozumieć ich strategiczne znaczenie. W dole rozpościera się biblijne Jezioro Galilejskie, którego życiodajna woda przesyłana jest rurociągami na pola i sady izraelskie. Poza wszystkim, Syria ma priorytetowe znaczenie i położenie strategiczne na mapie Bliskiego Wschodu, także w kontekście państwa islamskiego. Obok Iranu, chyba Syria jest teraz największym wrogiem Izraela, a Izrael – Syrii. USA bronią więc Izraela, co zrozumiałe. W danym przypadku, Stany chciały powtórzyć w Syrii to, co zrobiły w Libii (zabójstwo Muammara Qaddafiego i ustanowienie władzy proamerykańskiej) oraz w Iraku (zabójstwo Saddama Husseina i ustanowienie władzy proamerykańskiej). O ile w poprzednich przypadkach świat przyglądał się dość biernie wyczynom amerykańskim, o tyle w odniesieniu do Syrii i – wcześniej – do Ukrainy, Rosja powiedziała: „stop” i wysłała tam swoje siły zbrojne. Bombardowania rosyjskie w Syrii zaczęły się dnia 30 IX 2015 r. Władza Baszira el-Asada i on sam zostali uratowani, póki co. Amerykanie zdębieli, bo – najwyraźniej – tego się nie spodziewali. To kolejny krach ich Hard Power Policy.
De facto, w Syrii trwa więc bezpośrednia zbrojna konfrontacja sił rosyjskich (z udziałem wojsk prorządowych) i sił amerykańskich (z udziałem armijek antyrządowych), Turków, Kurdów, terrorystów, islamistów i in. Niebywały galimatias polityczno – strategiczny. Jego końca nie widać. Tymczasowe zawieszenia broni kończą się, zazwyczaj, wznowieniem działań bojowych. ONZ jest bezsilna. Niewymowne są cierpienia ludności cywilnej. Ze źródeł ONZ i Ligi Arabskiej wynika, że liczba zabitych Syryjczyków przekroczyła już 400.000 osób, w tym 15.000 dzieci. Liczba obywateli, którzy musieli opuścić swe domostwa i szukać schronienia w innych regionach kraju = 6 mln; zaś liczba uchodźców syryjskich = ponad 5 mln osób. Bezradni Europejczycy znają ich gehennę, niejako, z autopsji. Koszty tej wojny są astronomiczne. Po stronie rosyjskiej: 3 mln USD dziennie (łącznie już ponad 500 mln USD); zaś po stronie amerykańskiej – cztery razy więcej, na dzień i ogólnie. Oto konkretne „wyniki” kolejnej poronionej US Hard Power Policy. Ale czy pozycja USA na Bliskim Wschodzie i w skali globalnej oraz bezpieczeństwo Izraela zostały umocnione? Raczej, wręcz przeciwnie. Ponadto, wojna w Syrii stanowi dziś najpoważniejsze zarzewie nie tylko szerszego starcia amerykańsko – rosyjskiego, lecz również wybuchu III wojny światowej. Jakby Stanom było za mało wojen prowadzonych przez nie w wielu państwach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, US Navy i Air Force atakuje ostatnio Jemen.
I wreszcie, ułomności i nieadekwatność analizowanej polityki i strategii globalnej US widoczne są jaskrawo również przez pryzmat ich wojny z terroryzmem („War on Terror”). Terroryzm jest stary jak świat. Nie zaczynając od „Adama i Ewy”, godzi się przypomnieć, iż za jego protoplastów uważa się żydowskie ugrupowanie Sicarii (Nożownicy), którzy, w 1 wieku n.e., sztyletami mordowali w Judei tamtejszych kolaborantów ówczesnych władz rzymskich. Zaś, w naszych czasach, za punkt zwrotny w ewolucji terroryzmu i walki z nim uważa się atak samolotowy na wieżowce World Trade Center, w Nowym Jorku, dnia 11 IX 2001 r. Zresztą, okoliczności tej tragedii nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca, w związku z czym ludzie gubią się w domysłach, w teoriach spiskowych i w spekulacjach. Tom Brokaw, bezpośredni świadek wydarzeń, stwierdził wówczas, że „terroryści wypowiedzieli wojnę Ameryce” („terrorists have declared war on America”). Słowom tym nadano znaczny rozgłos w USA i na całym świecie. Wkrótce potem, dnia 16 IX 2016 r., Prezydent George W. Bush proklamował, po raz pierwszy, Global War on Terror. Z natury rzeczy, wojna ta została wkomponowana w US Hard Power Strategy w skali światowej. Podejście władz amerykańskich do tej kwestii uległo zmianie nieco później. W 2013 r., Prezydent Barack Obama uznał, mianowicie, że kategoria Global War on Terror jest zbyt ogólna i wszystkoistyczna oraz że w walce z terroryzmem należy koncentrować się na konkretnych celach, obiektach i ludziach, zagrażających Ameryce. Zaczęło się, m.in., polowanie na przywódców terrorystów, głównie przy pomocy oddziałów specjalnych i dronów (np. zabicie Osamy bin Ladena, w dniu 2 V 2011 r. oraz imama Abu Bakra al-Baghdadiego, w dniu 27 X 2019 r.). Irak zajmuje smutne I miejsce na liście państw o największej liczbie ataków terrorystycznych.
Jednakowoż, wojna USA (i innych państw) z terroryzmem nie przynosi pożądanych efektów. Wręcz przeciwnie, przyczyniła się ona do znacznego rozszerzenia tej zmory XXI wieku. Tzn., że metodologia i efektywność tej wojny jest niewłaściwa. Od 2000 r. do dziś liczba ataków i zamachów terrorystycznych na świecie zwiększyła się przeszło dziesięciokrotnie, osiągając, łącznie, liczbę ponad 70.000 ataków i 150.000 zabitych oraz straty materialne rzędu 60 mld USD. Rekordowe liczby ataków zanotowano w następujących latach: 2006 r. – 14.371; 2007 r. – 14.414; 2014 r. – 13.482; 2015 r. 11.774 (i ponad 50.000 zabitych); do połowy 2016 r. – ponad 1.400 ataków i 12.000 zabitych 2/. Liczby rannych i okaleczonych są, z reguły, kilkunastokrotnie większe.
Kolejna miscalculation amerykańska polega więc na zwalczaniu, głównie, skutków (a nie przyczyn: wojny, bieda, poniżenie, głód i in.) terroryzmu oraz na stosowaniu, w odpowiedzi, terroryzmu państwowego. Tymczasem, nawet najpotężniejsza US Army nie będzie w stanie wygrać z terroryzmem, który jest przeciwnikiem nieuchwytnym, nieobliczalnym i działającym z zaskoczenia przy pomocy prostych acz coraz bardziej wyrafinowanych metod zabijania. Ponadto, błąd Ameryki (i Zachodu) polega na zrażeniu sobie całego Islamu, a nie tylko fundamentalistycznych i fanatycznych terrorystów. Źródła islamskie podają, iż, w okresie od 1990 do dziś „Zachód zabił ponad 4 mln muzułmanów”. Proszę bardzo!
Siła i słabość usa :
najpierw o sile. Generalnie, gdyby sporządzić bilans plusów i minusów USA, jako wielkiego mocarstwa globalnego, to uzyskamy obraz „słonia na glinianych nogach”. Bowiem, żeby prowadzić optymalną i efektywną politykę globalną, USA powinny dysponować odpowiednim potencjałem materialnym i moralnym, teoretycznym i praktycznym oraz realnym programem działania długofalowego i środkami jego realizacji. Tymczasem jednak, nie dysponują one żadnym z tych składników w odpowiedniej wielkości i o odpowiedniej jakości (oczywiście, z wyjątkiem sił zbrojnych, o czym poniżej). Bez wątpienia, siły zbrojne, są największym atutem USA w grze globalnej, stosunkowo nieźle dopasowanym do celów i charakteru Hard Power. Kolejny paradoks amerykański, w kontekście międzynarodowym, polega więc na przepaści (dysproporcji) między wygórowanymi ambicjami dominacyjnymi a niedostatecznymi możliwościami ich realizacji. Np. zamiast programu, działa się w sposób chaotyczny, od przypadku, do przypadku. Nawet, jeśli jakieś plany są, to brakuje ich dopasowania do obecnych i do przyszłych realiów globalnych (np. zmiany układu sił i in.).
Amerykańskie siły zbrojne liczą, pod bronią, łącznie 1.300.300 żołnierzy i oficerów oraz 811.000 rezerwistów. Wojska lądowe (the Army): 475.000 żołnierzy i oficerów służbie czynnej, 540.000 rezerwistów i członków gwardii narodowej, 5.000 samolotów i około 9.000 czołgów różnych typów; Marynarka wojenna (the US Navy): 329.000 marynarzy i oficerów, 430 okrętów wojennych, w tym 19 lotniskowców, 1 – w rezerwie, 3 – w budowie i 16(!) planowanych oraz 3.700 samolotów bojowych. Wojska lotnicze (the US Air Force): 333.772 osób, 5.137 samolotów bojowych, 450 międzykontynentalnych rakiet balistycznych (ICBM = Intercontinental Ballistic Missiles) i 63 satelity; potencjał nuklearny: 6.970 głowic (ładunków nuklearnych), 800 rakiet balistycznych i samolotów zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej oraz 180 taktycznych bomb nuklearnych (tzw. pola walki) rozmieszczonych w Europie (!). Ponadto, 800 baz wojskowych USA rozmieszczonych w 150 krajach świata; np. w RFN stacjonują nadal 52.000 żołnierzy i oficerów amerykańskich, w Japonii – 36.00, w Korei Płd. – 29.000 i parę tysięcy w Polsce. Bez wątpienia, jest to największy potencjał militarny świata, którego lekceważyć nie należy. Ale co z tego, skoro USA przegrały wiele wojen (Korea, Wietnam) a innych wygrywać nie potrafią (Afganistan, Libia, Irak, Syria, terroryści itp.)?!

Jeszcze do niedawna, gospodarka była drugim potężnym atutem materialnym w polityce globalnej USA, ale ostatnio traci ona na znaczeniu, jest coraz mniej konkurencyjna i efektywna bowiem nadal produkuje dość dobrze, ale drogo. Jest to tym dziwniejsze, iż USA odgrywają wiodącą rolę w świecie w zakresie innowacyjności i postępu naukowo – technicznego. Powodów tego jest wiele, jak np.: – kryzys globalny (od 2007 r.), który Amerykanie sami sobie (i innym) sprokurowali i który bardzo silnie uderzył również w gospodarkę USA; – rozwój gospodarczy Chin i innych państw oraz konkurencja ze strony Unii Europejskiej; – wzrost cen wielu surowców niezbędnych w produkcji amerykańskiej; – niedowład powojennego światowego systemu ekonomiczno-finansowego, którego kurczowo trzyma się gospodarka USA i in. Pandemia i nowy kryzys gospodarczy pogorszy ten stan rzeczy.
Np., dług zagraniczny wynosi ponad 20 bln USD. Ale to nie wszystkie długi. Trzeba do nich dodać jeszcze zadłużenie producentów, konsumentów i długi ukryte, stanowiące, z reguły, trzy/czterokrotną wartość długu publicznego. Tak więc, łączne zadłużenie społeczeństwa i państwa amerykańskiego szacowane jest na około 190 bln USD (!), co oznacza ok. dziesięciokrotną wartość PKB. Od dawna, USA (podobnie jak Polska) żyją na kredyt, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Ale kiedy, czym i jak? Oto jest pytanie oraz wielki problem USA i całego świata; oto są owe główne „gliniane nogi” słonia amerykańskiego. Bez przesady i realistycznie trzeba więc stwierdzić, iż ewentualne dążenie do wyplątania się z tego olbrzymiego zadłużenia może popychać niektóre siły w USA do awantur wojennych.
Teraz o najważniejszych słabościach. Za główną z mnich trzeba uznać anachroniczny i niewydajny system (ustrój) w USA: neoliberalizm, neokonserwatyzm, fetysz wolnego rynku, niby demokracja, państwo policyjne, brak optymalnej alternatywy opozycyjnej wobec prawie tożsamych partii rządzących, jedna po drugiej itp. Natura tego systemu jest tego rodzaju, że nawet, jeśli to wielkie mocarstwo dopracuje się poważnych wyników na określonym etapie swego rozwoju, to – po pewnym czasie – system generuje kryzys, który niszczy i pożera owoce rozwoju. Tak było w przypadku I kryzysu globalnego (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku), jak również II kryzysu globalnego (od 2007 r. do dziś). Bolesne doświadczenia amerykańskie dowodzą, iż „niewidzialna ręka rynku” nie jest w stanie rozwiązywać nabrzmiewających problemów społeczno-gospodarczych (vide: casus walki z pandemią), w wyniku czego, w obliczu kryzysu, władza musi uciekać się do metod interwencjonizmu państwowego (np. ratowanie firm „zbyt dużych, żeby splajtowały”, drukowanie papierowych dolarów bez pokrycia, zamówienia wojskowe itp.). W USA toczy się wiele dyskusji systemowych, ale nie pojawiła się jeszcze całościowa, realistyczna i coraz bardziej niezbędna koncepcja, która byłaby alternatywą wobec przestarzałego ustroju. Dodajmy, że jego elementem jest także Global Hard Power Policy.
Inna słabość wynika z tego, co kiedyś stanowiło o sile USA, czyli z wielonarodowości i z pluralizmu kulturowego. Społeczeństwo amerykańskie jest niebywałym zlepkiem złożonym z niegdysiejszych uchodźców i azylantów, z przedstawicieli prawie wszystkich narodowości i grup etnicznych świata (dzisiaj medale olimpijskie zdobywają dla USA prawie wyłącznie czarnoskórzy sportowcy, potomkowie niewolników). Ww. słabość jest już poważnym czynnikiem rozsadzającym Stany od wewnątrz i, po części, z zewnątrz. Nasilają się konflikty na tle rasowym, etnicznym, religijnym, ksenofobicznym i ekonomicznym. Słynne zawołanie alterglobalistów amerykańskich: „1 proc. bogatych a 99 proc. ubogich” nie jest odległe od prawdy.
Właśnie wśród czarnoskórych mieszkańców nowojorskiego Harlemu, jeszcze w czasach studenckich, zauważyłem, chyba najsilniejsze w świecie, przejawy antysemityzmu. Liczba ludności USA wynosi ponad 322 mln. Obecnie już prawie 40 proc. tego społeczeństwa amerykańskiego mówi po hiszpańsku. Polish Americans jest około 9,5 mln (3 proc. ogółu ludności), Żydów wyznających judaizm jest 5,7 mln, a muzułmanów – około 7 mln (2,15 proc. ), z tym że ich liczebność dość szybko wzrasta. Muzułmanie z USA boleją nad tym, że wojska amerykańskie mordują ich braci w wierze w wielu krajach islamskich. Nie pozostaje to bez wpływu na podnoszenie poziomu radykalizacji w tej społeczności. W sumie, postępuje coraz wyraźniejsza dezintegracja społeczeństwa amerykańskiego.
Globalizacja – deglobalizacja :
trwająca do niedawna IV globalizacja była ważnym instrumentem w polityce i w strategii USA w skali światowej. Pod pojęciem globalizacji należy rozumieć proces integracji między państwami i narodami, polegający na wymianie ludzi, dóbr intelektualnych i kulturalnych oraz idei, wyrobów, usług, kapitału, inwestycji itp. Wyróżniamy 3 główne rodzaje globalizacji: polityczną, ekonomiczną i społeczną (szczególnie kulturalną). W II połowie XX i na początku XXI wieku, rozwojowi globalizacji sprzyjał imponujący postęp w zakresie znoszenia barier granicznych, środków transportu i łączności. W czasach nowożytnych, rozróżniamy, chronologicznie, cztery kolejne globalizacje: 1. post wiedeńska (po zakończeniu wojen napoleońskich i po kongresie wiedeńskim w 1815 r.), 2. post wersalska (po zakończeniu I wojny światowej i po traktatach pokojowych z 1918 r. i n.), 3. post jałtańska (po zakończeniu II wojny światowej i po zawarciu zmowy jałtańsko – poczdamskiej) i 4. post berlińska (po upadku muru berlińskiego i systemu dwubiegunowego w świecie, na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku).
Ten ostatni etap globalizacji był maksymalnie manipulowany i wykorzystywany przez USA – dla ich własnych celów i dochodów, z użyciem instytucji międzynarodowych zdominowanych przez Stany, szczególnie MFW i Banku Światowego. Zwłaszcza, amerykańskie (i zachodnie – w ogólności) koncerny wielonarodowe (tzw. multinationals) i monopole panoszyły się w świecie, zarabiając duże pieniądze pod pretekstem globalizacji. Etap ten zakończył się wraz z początkiem II wielkiego kryzysu globalnego, tzn. od roku 2007. Można powiedzieć, iż oznaczało to również kres IV globalizacji, po której powstała próżnia, którą trzeba będzie wypełnić nowym ładem międzynarodowym. Powrotu do starych praktyk globalizacyjnych i dyskryminacyjnych (preferowania bogatych i poniewierania biednych) być nie powinno. Tworzy się bowiem nowy wielobiegunowy układ sił na świecie. Nie wykluczam, że pandemia ma powstrzymać budowanie tego układu.
Z procesem globalizacji należy też kojarzyć dekolonizację, która doprowadziła do upadku imperiów kolonialnych i do zwiększenia liczby suwerennych państw narodowych (nation states) od 50 (przed dekolonizacją) do 192 – pod koniec XX wieku. Proces ten rozpoczął się od rozpadu imperium hiszpańskiego, jeszcze w XIX wieku. Następnie, po I wojnie światowej, rozczłonkowaniu i likwidacji uległy imperia kolonialne: niemieckie, austrowęgierskie, otomańskie i rosyjskie; a po II wojnie światowej: brytyjskie, francuskie, holenderskie, japońskie, portugalskie, belgijskie i włoskie; zaś po „zimnej wojnie” – „imperium radzieckie”. Teraz kolej na „imperium amerykańskie”. Tak więc, nie tylko poszczególne globalizacje, ale również kolonizacja zakończyła się klęską i niepowodzeniem kolonizatorów, którzy jednak zarobili na tym niemało kosztem wielkich ofiar, wyrzeczeń, rabunku i strat narodów oraz krajów kolonizowanych (wyzyskiwanych).
Najprawdopodobniej, droga do nowego ładu światowego i do systemu wielobiegunowego prowadzić będzie przez deglobalizację. Proces ten już faktycznie trwa w mikro skali oraz w sposób jeszcze nie skoordynowany i nie kontrolowany przez nikogo. Główną siłą motoryczną w tym procesie są Chiny oraz ich sojusznicy i partnerzy z BRICS, z ASEAN i in. Definicję deglobalizacji sformułować można następująco: jest to koncepcja określająca nową formułę i innowacyjną organizację gospodarstwa światowego. Uwzględnia ona intensyfikację powiązań międzyludzkich w świecie, ale stara się uwolnić je spod rygorów oraz dyktatu neoliberalizmu, globalizacji finansowej i wolnego rynku. Ma to być organizacja sprawiedliwa, humanistyczna i ekologiczna (czyli zrównoważony rozwój). Taryfy i opłaty celne powinny być określane stosownie do kosztów społecznych i ekologicznych produkcji towarów i usług, przy czym zakłady produkcyjne trzeba odpowiednio przemieścić (tzw. reterytorializacja).
Jednym z głównych promotorów deglobalizacji jest Walden Bello, człowiek lewicy, filipiński profesor socjologii i administracji publicznej, absolwent, m.in., Uniwersytetu Manilskiego i Princeton, wykładowca na wielu uniwersytetach amerykańskich i autor licznych publikacji na analizowane tematy 3/. W. Bello sformułował 14 zasad deglobalizacji, spośród których na podkreślenie zasługują następujące: – produkować, przede wszystkim, na rynek krajowy, a nie na eksport; – wprowadzić cła ochronne dla rynku krajowego, aby przeciwstawić się ekspansji wielkich koncernów i subsydiom państwowym sztucznie obniżającym ceny wyrobów tych koncernów; – położyć większy nacisk na jakość pracy i życia, a nie na sam wzrost gospodarczy (PKB); – zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii w produkcji krajowej i światowej; – zapewnić równość płci w życiu politycznym i społeczno – gospodarczym; podejmować decyzje strategiczne nie via wolny rynek i technokratów lecz metodami demokratycznymi; – zwiększyć kontrolę społeczną nad sektorem prywatnym; – wprowadzić gospodarkę mieszaną („mixed economy”), uwzględniającą wszystkie formy własności; – zlikwidować MFW i Bank Światowy oraz utworzyć nowe instytucje finansowe nie na zasadach wolnego rynku i obiegu kapitału lecz współpracy i partnerstwa itp.
Prof. W. Bello uważa też, iż deglobalizacja nie oznacza cofnięcia wstecz świata, szczególnie gospodarstwa światowego, lecz zmierza do wypracowania alternatywy wobec zachowawczych projektów Światowej Organizacji Handlu. Podkreśla on, iż promotorzy dotychczasowej globalizacji doprowadzili ją (i siebie) do takiego stadium, że „starają się zarządzać czymś, czym zarządzać już się nie da…”). Kluczową sprawą jest również zmniejszenie luki rozwojowej między Północą a Południem, bogatymi a biednymi itp. Profesor krytykuje ostro koncepcje tzw. „szczęśliwej globalizacji”, która – rzekomo – mogłaby doprowadzić do postępu cywilizacyjnego w krajach Południa. W tym duchu, deglobalizacja ma służyć rozwojowi gospodarek krajowych, regionalnych i kontynentalnych, a nie ich degradowaniu oraz takiej restrukturyzacji gospodarstwa światowego i systemu politycznego, aby sprzyjał on odpowiednio sprawom ekonomicznym. Należy też położyć kres dominacji koncernów wielonarodowych, ich patologii pieniądza i żądzy zysku oraz lepiej zaspokajać potrzeby poszczególnych ludzi i całych społeczności. Trudno odmówić słuszności postulatom prof. W. Bello oraz zawartym w nich propozycjom ws. optymalizacji, racjonalizacji, zwiększenia efektywności, humanizacji polityki i gospodarki światowej oraz zrównoważonego rozwoju.
Uwagi końcowe :
Chcę wierzyć, że przedstawiona powyżej analiza ewolucji polityki globalnej USA i faktografia jej dotycząca, jako szeroki kontekst pandemii, upoważnia do stwierdzenia, iż poniosła ona totalne fiasko, mimo ogromnych nakładów i starań tego mocarstwa przez całe dziesięciolecia. Przykłady niepowodzeń można by mnożyć dalej, np.: osłabienie pozycji USA w Afryce, wyrywanie się Ameryki Południowej spod kurateli Waszyngtonu, a nawet coraz większe „nieposłuszeństwo” UE, także W. Brytanii, w stosunku do „silniejszego brata”. W każdym razie, żaden z głównych globalnych celów długofalowych i strategicznych USA nie został osiągnięty. Nie doczekaliśmy się ich panowania nad światem oraz uniwersalizacji modelu amerykańskiego i raczej nigdy nie doczekamy się już tego. Przyznaje to wielu Amerykanów, a wśród nich Prezydent Donald Trump, który wzywa do rewizji, do uelastycznienia i do modernizacji polityki globalnej USA oraz stwierdza, że mocarstwo to nie powinno już być „żandarmem/policjantem świata” 4/. Trudno o lepsze i o bardziej wymowne potwierdzenie, iż dotychczasowa polityka tej „żandarmerii” skończyła się niepowodzeniem. Model amerykański nie został urzeczywistniony w 100 proc. w żadnym z państw świata.
W świetle pandemii i obecnej sytuacji międzynarodowej, przed USA staje alternatywa natury zasadniczej: 1. albo ich dotychczasowa nierealistyczna polityka globalna będzie nadal kontynuowana, co doprowadziłoby do dalszego pogorszenia pozycji USA w świecie oraz do niebezpiecznego zaostrzenia stosunków międzynarodowych – w związku z amerykańskim dążeniem do osiągnięcia celów nieosiągalnych; 2. albo też Stany Zjednoczone zdecydują się na radykalne zreformowanie (wręcz odwrócenie) tej polityki, odstąpienie od dominacji, od hegemonizmu, od filozofii i praktyki Hard Power na rzecz Soft Power oraz na konstruktywne budowanie Nowego Świata wespół z innymi mocarstwami i państwami, co będzie z korzyścią także dla samych USA? Sadzę wszelako, iż proces dojrzewania państwa, społeczeństwa i establishmentu amerykańskiego do nowatorskich rozwiązań będzie jednak możliwy, ale dość powolny. Szkoda, bowiem w staraniach o przeobrażenie świata i o rozwiązywanie jego palących problemów, czynnik czasu odgrywa kluczową rolę.
Spodziewam się także, że reszta świata uwzględniać będzie w coraz większym zakresie nieuchronne metamorfozy dokonujące się w polityce globalnej (kontynentalnej, regionalnej i in.) USA oraz dostosowywać się będzie elastycznie do tych przemian. Naturalnie, powinny nastąpić zmiany podejścia innych państw do kwestii sojuszu i współpracy z USA. Bowiem, do tej pory, sojusze tego rodzaju i „gwarancje bezpieczeństwa” ze strony Stanów Zjednoczonych korzystały nieomalże z preferencji monopolistycznych i atrybutów wyłączności. Powiadano: jeśli USA cię nie obronią, to nikt inny cię nie obroni i jeśli USA cię będą bronić, to nikt inny cię nie zaatakuje. To czysta fantazja i pobożne życzenia. Teoretycznie, Stany Zjednoczone miałyby tak liczne grono państw i narodów do obrony, iż – w praktyce – żadnego z nich odpowiednio obronić by nie zdołały.
Proces wprowadzania zmian w podejściu licznych państw do USA i do polityki sojuszów z nimi jest w toku już od dłuższego czasu. Widać to nawet w przypadku najwierniejszych sojuszników: W. Brytanii, Francji, Niemiec, Kanady, Meksyku, Arabii Saudyjskiej, Izraela, Pakistanu, Turcji, Australii i in. oraz Indii, Unii Europejskiej, Brazylii, Wenezueli, czy Kuby, z którą USA bezproduktywnie zamroziły swe stosunki na okres 1961 – 2015 r. (embargo, blokada, dyskryminacja, groźby interwencji itp.). W trwającym procesie przeobrażeń, poszczególne państwa dążą, głównie, do wielobiegunowej i do pluralistycznej polityki sojuszów, odchodząc od monopolu amerykańskiego w tej mierze. W wyniku dotychczasowej pandemii państwo i społeczeństwo amerykańskie poniosło już kolosalne straty ludzkie, materialne i prestiżowe. Współczujemy – w nadziei na pozytywny renesans tego mocarstwa, dla jego i światowego dobra!
Najwyższy czas, aby stosowne zmiany i przeobrażenia jakościowe nastąpiły także w polityce zagranicznej RP, głównie w kwestii sojuszów. Przez cały dotychczasowy okres transformacji, władze polskie trzymały się kurczowo „klamki amerykańskiej”, były nader posłuszne i potulne wobec nowego „starszego brata”, a Polska niewiele korzystała na tym (raczej dopłacała do tego interesu). Co gorsza, przereklamowane gwarancje bezpieczeństwa dla RP ze strony USA i NATO mogą okazać się absolutnie iluzoryczne, w przypadku poważniejszego zagrożenia. Słowem, stosunki RP – US wymagają gruntownego przewartościowania, racjonalizacji, optymalizacji i partnerskiego rozwoju, stosownie do wymagań naszych czasów. Dobrze więc, że obecne władze RP dynamizują współpracę z Chinami, z Indiami, z państwami ASEAN, z Afryką i in., zmierzają do większej efektywności funkcjonowania ociężałego molocha UE oraz rozwijają współdziałanie w układzie regionalnym. Zdecydowanej normalizacji, uzdrowienia i poprawy wymagają jeszcze stosunki Rzeczypospolitej Polskiej z Federacją Rosyjską (Niemcy to potrafią). Trzeba Rosję traktować, z umiarem i ze wzajemnością, nie jako wroga i rywala lecz jako sąsiada, przyjaciela i partnera. Bowiem, bez tego, polityka RP na arenie międzynarodowej byłaby sparaliżowana w niemałym stopniu. Tego Polsce życzyć nie należy.
Odnośniki:
1/. Wydatki wojskowe Chin wynoszą 188 mld USD, a USA – 640 mld USD; PKB ChRL szacowane jest na 21 bln USD, a USA na 18,6 bln USD (w kategoriach PPP = Purchasing Power Parity, parytet siły nabywczej);
2/. Z kolei, amerykańska organizacja pozarządowa (laureat nagrody Nobla) – Lekarze na rzecz Odpowiedzialności Społecznej (Physicians for Social Responsibility), z siedzibą w Waszyngtonie, szacuje liczbę zabitych w dotychczasowych atakach terrorystycznych na ponad 2 mln osób;
3/. Np.: książka „Pomysły deglobalizacyjne w odniesieniu do nowej gospodarki światowej” („Deglobalization Ideas for New World Economy”, 1 VI 2004 r., Wydawnictwo Zed Books);
4/. Por. wypowiedź D. Trumpa w programie telewizji Fox News, z dnia 1 X 2015 r.

Prezesi pisarzy

Wspomnienia o spotkaniach i współpracy.

Autora „Kamiennych tablic” Wojciecha Żukrowskiego poznałem w 1979 roku w Warszawie. Wcześniej znałem go, ale jako pisarza, czytając jego książki. Był bardzo popularny również w moim, wojskowym środowisku. Szczególnie spotkania autorskie w klubach garnizonowych i żołnierskich cieszyły się dużym zainteresowaniem. Mówił pięknym językiem, barwnie przedstawiając znaczenie literatury pięknej w życiu człowieka. Te spotkania z ludźmi w mundurach to interesujące rozmowy Polaków.
Ojczyzna to matka
Umiał on nasze dzieje narodowe, te najnowsze, ale także i minionych epok, przekazywać młodemu czytelnikowi w zderzeniu z aktualną rzeczywistością. Jego opowieści, ciekawe epizody z walk narodu polskiego, były jakże interesującymi lekcjami o naszych, polskich zachowaniach i postawach.
– Ojczyzna – mówił często – to matka, a o matce nie wolno mówić źle. Te jego słowa pamiętam nie tylko ja, jak sądzę, ale tysiące tych, którzy lubią jego pisarstwo. Na jego książkach, tak bogatych w patriotyczne treści, wychowało się kilka żołnierskich pokoleń.
Pisząc powieści i inne formy literackie, doceniał potrzebę kontaktów z czytelnikami. Chciał wiedzieć, jak jego książki oceniają młodzi ludzie, czy są czytane i wzbudzają zainteresowanie. Nic też dziwnego, że bardzo lubił spotkania autorskie. Przyjeżdżał do jednostek, by spotkać się z żołnierzami. Nie trzeba było go zbytnio namawiać, aby zechciał wziąć udział w spotkaniu. Pod ich wpływem wielu sięgało po jego książki, ale nie tylko jego. To, co mówił zachęcało uczestników spotkań do kontaktów z literaturą, dobrą książką.
To właśnie Wojciech Żukrowski był przez wiele lat współorganizatorem dni literatury w garnizonach wojskowych, np. w Żaganiu, Gubinie i Krośnie Odrzańskim. Miasta te przecież kiedyś wojskiem stały. Dziś to już przeszłość, historia. Takie są wymogi nowej rzeczywistości, wynikające ze zmian polityczno-militarnych, jakie się dokonały po 1990 roku. Będąc prezesem ZLP zabiegał o poszerzanie kontaktów z wojskiem i z jego pionem kulturalno-oświatowym. Ale o tym później.
A teraz trochę osobistych wspomnień o spotkaniach i rozmowach z Wojciechem Żukrowskim.
Pracując w Warszawie, spotykałem go dość często w naszej instytucji. To nie były spotkania na tematy polityczne. Rozmawiano o współpracy literatów z wojskiem.
Przybliżanie małych form literackich
Jako zastępca gen. dr. Tadeusza Szaciły miałem okazję wielokrotnie uczestniczyć w tych spotkaniach, w czasie których podejmowano decyzje o konkretnych zamierzeniach organizowanych wspólnie przez wojsko i ZLP. Odbywały się np. co parę lat konferencje na temat: wojsko i literatura.
Było to duże zamierzenie wymagające merytorycznych i organizacyjnych przygotowań. Ktoś musiał opracować referaty i inne materiały dla uczestników konferencji, następnie upowszechnić je w formie wydawnictwa książkowego.
Innym przykładem może być inicjatywa wydawania dodatku literackiego „Nike” do miesięcznika „Żołnierz Polski”. Na łamach tego pisma publikowano prozę i poezję autorów wojskowych. Pamiętam jak „Nike” tworzono i jakie później wzbudzała zainteresowanie w wojskowym środowisku. Zachowałem do dziś kilka numerów tego wydawnictwa, w których były drukowane i moje opowiadania: „Dwoje i wojna” i inne. „Nike” była ważnym wydarzeniem literackim w wojsku.
Przecież to był wyraz dostrzegania potrzeby przybliżenia małych form literackich żołnierzom Wojska Polskiego. Muszę w tym miejscu dodać, że Wojciech Żukrowski, jako przewodniczący Rady Redakcyjnej „Nike”, stawiał wysokie wymagania przed autorami, którzy chcieli publikować swoje prace na jego łamach. Pomogło ono zdobyć ostrogi tak konieczne do pisania prozy i poezji. Zaświadczają o tym m.in. tomiki wydane przez wojskowe koła literackie.
Przychodzą inne czasy. Sytuacja społeczno-polityczna gromadzi groźne chmury nad naszym krajem. „Solidarność”, a właściwie jej polityczne otoczenie, wyraźnie dąży do objęcia władzy. Trwa proces destrukcji gospodarki i struktur państwowych. Groźba totalnej nawałnicy, która może rozpętać piekło na polskiej ziemi. Sąsiedzi czekali tylko na sygnał, okazję, by Polaków przywołać do porządku. Ale to dla wielu działaczy „Solidarności” nie było ważne, liczył się tylko cel – zburzyć istniejący system władzy. Jakie są dziś tego skutki, to widać w życiu wielu milionów Polaków. Stało się to za sprawą amatorów, pseudopolityków. Stan wojenny, mimo że dla wielu był dokuczliwy, uchronił nas od piekła i najgorszego, tu, na naszej ziemi.
Wojciech Żukrowski, szczery patriota, ubolewał nad rozwojem zdarzeń. Nie bał się, miał odwagę iść pod potężny prąd. Jako jeden z niewielu wystąpił w telewizji i powiedział, co myśli o stanie wojennym i zagrożeniach, jakie dostrzegał dla Polski. To jego telewizyjne wystąpienie było napiętnowane, krytykowane m.in. przez jego kolegów pisarzy. Przeżywał to bardzo, ubolewając, że źle został zrozumiany. Przecież jego intencją było, jak powie później, ostrzec Polaków przed bratobójczą walką.
Książki na progu
Pamiętam, jak w pierwszych dniach stanu wojennego, w godzinach wieczornych, przyszedł do nas na Królewską 2 w Warszawie wielce wzburzony. – Jak tak można, co ja takiego powiedziałem w telewizji, że zrobili mi taki afront – powiedział do mnie przed wejściem do mojego szefa.
– Co się stało, jaki jest powód pańskiego zdenerwowania – zapytałem. – Przyniesiono moje książki i rzucono je pod drzwi mieszkania z wulgarnymi słowami napisanymi na kartce.
Coś mu powiedziałem, próbując go uspokoić, bo czułem się do tego zobowiązany.
A on był po prostu sobą. Tak postępują ludzie zasad. To nie było zachowanie koniunkturalne. W trudnej sytuacji zachował taką twarz, jaką miał, bo masek nie nosił. Po kilku latach powiedział: miałem ulec tym, co niszczyli wszystko, nawet to, co było dobre i godne obrony; przecież byłem za tym, by konieczne zmiany w naszym kraju dokonywały się w sposób cywilizowany, godny naszych tradycji.
Spotykałem go wielokrotnie na spacerach nad Wisłą w godzinach wieczornych. Tematy rozmów były różne. Najwięcej rozmawialiśmy o książkach, literaturze. Ubolewał, że środowiska twórcze się podzieliły, w tym również literaci, ze szkodą dla nich.
Jest rok 1989. Już istniały dwa związki pisarzy: Związek Literatów Polskich z prezesem Wojciechem Żukrowskim i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, któremu prezesował Jan Józef Szczepański. Wojsko w tym czasie współpracowało z ZLP na podstawie podpisanej w 1985 roku umowy. Ale zaczęło już otwierać bramy koszar również dla tych, którzy byli w opozycji wobec władzy. Wystąpiliśmy z propozycją, by podobne porozumienie podpisać też z SPP.
Obrażeni na wojsko
Sprawę przekonsultowałem z gen. broni dr. Tadeuszem Szaciłą, uzyskując jego poparcie dla tej inicjatywy. Ale zasugerował, abym uprzednio porozmawiał w tej sprawie z Wojciechem Żukrowskim. Mieliśmy na uwadze jego opinię i zrozumienie, że to wcale nie będzie przeszkodą w dalszej współpracy z jego związkiem. Nawet obawialiśmy się, że nasi zaprzyjaźnieni literaci mogą obrazić się na wojsko. A w istocie zależało nam nie na życiorysach prozaików i poetów, a jedynie na wartości tego, co oni tworzą.
Mając przyzwolenie jako przedstawiciel wojska w sprawach kontaktów z twórcami kultury zadzwoniłem do Wojciecha Żukrowskiego, proponując spotkanie. Przyjął moje zaproszenie bez wahania, wiedząc w jakiej sprawie. Informując o naszym zamiarze podpisania porozumienia o współpracy z SPP, związkiem Jana Józefa Szczepańskiego, nadmieniłem jednocześnie, że to wcale nie oznacza, iż będziemy osłabiać kontakty z ZLP.
Przyznam, że miałem obawy, iż nasz dotychczasowy partner może się obrazić na nas. Nic z tych obaw nie zostało. Wojciech Żukrowski przyjął z zadowoleniem nasze propozycje nawiązania współpracy z SPP.
– Proszę bardzo, róbcie to, możemy nawet uczestniczyć we wspólnych spotkaniach, które wojsko będzie organizowało z pisarzami – powiedział. Była to z jego strony duża roztropność i zrozumienie nowej sytuacji, jaka powstała w tym środowisku. Wyraził także gotowość spotkania się z kierownictwem SPP.
Do końca prezesowania Wojciecha Żukrowskiego były żywe kontakty klubów i bibliotek wojskowych z pisarzami. Nawet zachęcał nas, by w tych spotkaniach brali udział pisarze z obu związków twórczych. Byli jednak tacy, i są do dziś, którzy temu wielkiemu pisarzowi mieli za złe dobre kontakty z władzami PRL.
Państwo realne
Polska w tym czasie była realnym państwem, uznawanym niemal przez cały świat. I on miał świadomość, że właśnie w tym państwie trzeba działać na rzecz rozwoju polskiej literatury. Stąd jego zabiegi i troska o tworzenie warunków, dla tych, którzy chcieli twórczo pracować, by wzbogacać polską literaturę. Na ostatnim spotkaniu ubolewał, że nie można było utworzyć jednej organizacji związkowej prozaików i poetów. Martwiły go też te małe wzajemne wojenki oraz napaści kolegów po piórze.
– Nie ma już przecież cenzury, piszemy co uważamy za konieczne, mamy wolność słowa. I po co ta wrogość? – pytał. – Gdyby nasze środowisko było zintegrowane, moglibyśmy więcej zrobić dla polskiej kultury, zwłaszcza literatury – mówił ze smutkiem.
Z Janem Józefem Szczepańskim, znakomitym pisarzem, miałem okazję spotkać się i rozmawiać wielokrotnie w latach 1989-1991. Wcześniej znałem tylko jego twórczość, niektóre książki. Ale pierwszy kontakt i rozmowa miały miejsce dopiero w 1989 roku. W moim środowisku był znany i czytany, mimo że oceniano go jako pisarza niezależnego i łączono z opozycją. W bibliotekach wojskowych były jego książki, spotkań autorskich jednak nie organizowano i nie zalecano. A szkoda, bo, jak się później mogłem przekonać był to niezwykle ciekawy człowiek i pisarz.
W 1989 roku powołano Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Jego członkami byli ci, którzy wystąpili z ZLP oraz ci, którzy go dotychczas bojkotowali i nie chcieli doń wstępować.
Rozłam po piórze
Były to czasy, że wszyscy się dzielili. Ważne były życiorysy, skąd przychodzimy. Ten rozłam także miał miejsce wśród ludzi pióra. I tak jest do dziś, mimo upływu lat i zmian, jakie dokonały się w naszym kraju. Jan Józef Szczepański był pierwszym prezesem tego stowarzyszenia. W jego zarządzie działali też m.in. Julian Braun i Jerzy S. Sito, prezes i redaktor naczelny „Czytelnika”.
Wiedząc, że takie stowarzyszenie powstało i jego członkami są znani pisarze, prozaicy i poeci pomyślałem, że wojsko powinno mieć kontakty i z tym związkiem twórców.
Ta myśl torowała sobie drogę do realnej i konkretnej współpracy powoli, choć nie bez oporów i uprzedzeń. Ale generalnie wojsko otwierało się na przemiany, stopniowo odchodząc od kanonów polityczno-ideowych, dając pierwszeństwo wartościom narodowym i uniwersalnym. Kierownictwo MON z jego ministrem gen. Florianem Siwickim podejmowało wiele decyzji, by reformować wszystkie dziedziny życia i szkolenia wojska.
Strefa chroniona
Trochę powoli przebiegał proces restrukturyzacji, unowocześniania jego struktur. Natomiast jeśli chodzi o system wychowania i działalności kulturalno-oświatowej, to działano szybko i zdecydowanie. Potwierdza to wypowiedź ministra Siwickiego, która była naszą wytyczną: „Kultura strefą chronioną”. Trzeba więcej humanizmu i pierwiastka narodowego w prowadzonej pracy wychowawczej. Tworzono więc warunki dla mnie jako szefa kultury i oświaty w wojsku do zdecydowanego reformowania ośrodków kulturalnych, wzbogacenia oferty dla wojskowych i cywilnych odbiorców.
W takich warunkach ma miejsce pierwsze spotkanie z Janem Józefem Szczepańskim. Z płk. dr. Józefem Skrzypcem, szefem oddziału oświaty, uzgodniliśmy, jak nawiązać pierwszy kontakt z tym nowym dla nas środowiskiem. Powiem szczerze, że miałem trochę obaw, czy podejmą naszą propozycję i zgodzą się nawiązać z nami ścisłą współpracę. Przecież nie byli oni zapraszani dotychczas na spotkania z czytelnikami wojskowymi, byli nie ci, nie nasi. Pierwsze sondaże były pomyślne. Płk Józef Skrzypiec poinformował mnie, że SPP jest za tym, by współpracować z wojskiem. Spotkałem się z Janem Józefem Szczepańskim. Przewidywałem, że będzie krytyka traktowania ich inaczej niż tych ich kolegów, którzy należeli do ZLP. Że w nowej sytuacji dostrzegamy ich, a dotychczas? Nic z tych obaw się nie potwierdziło. Miłe, serdeczne spotkanie, robocze, bardzo konkretne.
Pojednanie
Poinformowałem moich rozmówców o tym, co dotychczas robiliśmy w zakresie upowszechniania czytelnictwa, literatury pięknej i co dalej chcemy robić, ale już z udziałem i wsparciem członków SPP. Rozmowy zakończono powołaniem zespołu do opracowania projektu umowy o współpracy. Zespół składał się z przedstawicieli wojska i władz zarządu stowarzyszenia. Jego działalność rozpoczęto od konsultacji z wieloma osobami z obu stron. Z naszej m.in. z kierownikami i szefami instytucji wojskowych ośrodków kulturalnych.
Po paru tygodniach powstał projekt umowy o współpracy. Zapoznaliśmy z nim kierownictwo wojska. Nie wniesiono zasadniczych poprawek. Miałem więc rekomendację, by tę umowę podpisać. Uroczysty akt podpisania miał miejsce 8 stycznia 1990 roku. Podpisali ją Jan Józef Szczepański i ja w imieniu wojska.
Obie strony wyraziły zadowolenie i przekonanie, że to, co podpisaliśmy, będzie realizowane. Początki wykonywania naszych ustaleń były zachęcające. Płk Józef Skrzypiec był odpowiedzialny za tzw. pilotowanie przyjętych ustaleń, by nie stały się one martwym zapisem.
Mając na uwadze to, co ustalono, wystąpiliśmy z inicjatywą zorganizowania różnych zamierzeń, zwłaszcza spotkań pisarzy z czytelnikami w kilku garnizonach i uzupełnienie księgozbiorów bibliotek w pozycje, których autorami byli członkowie SPP. Ale nie tylko. Prosiliśmy o udział w przygotowaniu wielu materiałów dotyczących wprowadzonych zmian w działalności kulturalno-oświatowej. Jan Józef Szczepański pomagał nam w opracowaniu nowych rozwiązań, np. kształtu oraz treści ceremoniału wojskowego na uroczystości państwowe i wojskowe. Zapraszaliśmy go także na spotkania dyskusyjne z działaczami kultury i oświaty, a także konferencje. Stało się niemal zwyczajem, że przedstawiciele SPP byli zapraszani do koszar, na poligony i na ważniejsze imprezy. Inspirował je wcześniej gen. Wojciech Jaruzelski, a później gen. Florian Siwicki.
Uwiarygodnić wizerunek wojska
Oczywiste jest, że zabiegając o współpracę ze Stowarzyszeniem Jana Józefa Szczepańskiego mieliśmy swój cel. Nie tylko uwiarygodnić wizerunek wojska, pokazać jakim się ono staje, lecz także z uwagi na to, że ich obecność wśród żołnierzy może być inspiracją dla nich do napisania czegoś pozytywnego o wojsku, niekoniecznie książki, lecz mniejszych form literackich. I niektórzy to czynili, podejmując problemy wojska i obronności w swojej twórczości.
A teraz nieco ogólniejsza refleksja. Otóż te spotkania i rozmowy z Janem Józefem Szczepańskim były dla mnie ważną edukacją intelektualną z udziałem człowieka wielkiego umysłu i jednocześnie jakże skromnego, otwartego partnera do rozmów w sprawach nawet niezwykle trudnych, bo dotyczących naszej przeszłości. Każda rozmowa z nim była dla mnie impulsem do mojej działalności.
Chłonąłem to, co ten utalentowany pisarz mówił do mnie. Przyjmowanie wypowiadanych myśli ułatwiała mi jego osobowość. Potrafił rozmawiać z każdym, również z żołnierzem. Rzeczy ważne ujmował językiem precyzyjnym i zrozumiałym dla jego rozmówcy.
Autorytet nieurzędowy
Jan Józef Szczepański mieszkał w Krakowie. Do Warszawy przyjeżdżał w zależności od potrzeb. Jeśli nie był w stanie przyjechać na nasze zaproszenie do udziału w spotkaniu organizowanym przez nas, zawsze przepraszał listownie. Ale też pisał o tym, co chciałby powiedzieć, gdyby był obecny, wyrażając swój pogląd o problemach, które były rozpatrywane na danym spotkaniu.
Byłem bardzo rad, że miałem jego opinie, na które mogłem się powołać podczas moich starań o realizację zamierzeń. Informowałem Jana Jóżefa Szczepańskiego, jeżeli tylko miałem okazję, najczęściej telefonicznie, że w podejmowaniu wielu decyzji powoływałem się na jego opinię i zdanie.
Był dla nas autorytetem, społecznym, nie urzędowym. Moje środowisko bardzo go ceniło i szanowało. Takiego człowieka, o wielkim dorobku twórczym, intelektualisty, niezwykle skromnego, nie można zapomnieć.
Dlatego napisałem to krótkie wspomnienie o nim. Bo w istocie znałem go tylko przez parę lat. Ale ślad w naszej pamięci, mojej także, pozostawił po sobie. To jego twórczy dorobek i osobowość nie pozwalają o nim zapomnieć.

Przed stu laty narodził się Związek Literatów Polskich

Życie literackie w międzywojennej Polsce, przecież pod wieloma względami bujne i owocne, rozwijało się w warunkach nieprostych. Zszyta z ziem trzech zaborów odrodzona Rzeczpospolita była państwem etnicznie nader niejednorodnym: podczas spisu ludności w 1921 roku wśród 27 milionów mieszkańców 69 proc. podało narodowość polską, 14 proc. – ukraińską, 8 proc. – żydowską, 4 proc. – białoruską, także 4 proc. – niemiecką, 1 proc. – inną.

Była ta Polska krajem niebogatym, a z biegiem czasu jej sytuacja gospodarcza wcale nie ulegała poprawie: nawet w najlepszych latach jej produkcja przemysłowa nie przekraczała poziomu sprzed I wojny światowej (w 1938 roku w przeliczeniu na 1 mieszkańca wynosiła 82 proc. tej z 1913 roku), a jej udział w produkcji światowej nie wzrastał, lecz malał. W 1921 roku aż 33 proc. osób w wieku powyżej 10 lat nie umiało czytać ani pisać (a o dalszych 5 proc. nie było wiadomo, czy posiadają te umiejętności); w 1931 roku liczbę analfabetów udało się zmniejszyć do 23 proc. . Publiczność literacka obejmowała w dwudziestoleciu międzywojennym od 7 proc. do 10 proc. dorosłych Polaków. Liczba tytułów wydawanych książek z 3,6 tys. w 1921 roku sięgnęła w 1938 roku 5,5 tys. przy globalnym nakładzie 35 mln egzemplarzy (pół wieku później, w 1988 roku wydaliśmy 10,7 tys. tytułów w nakładzie 245 mln egzemplarzy).
Ukształtowany z czasem autorytarny, a pod pewnymi względami faszyzujący reżim polityczny, ukoronowany Brześciem i Berezą Kartuską i wyróżniający się wysoką liczbą więźniów politycznych (w 1935 roku miała ich Polska około 16 tysięcy), dla życia umysłowego i artystycznego oznaczał też bezpardonową cenzurę represyjną (np. w dziesięcioleciu 1926-1935 naczelny organ PPS „Robotnik” ulegał konfiskacie około 500 razy, a endecka „Gazeta Warszawska” około 260 razy; jeszcze bardziej dotkliwie represjonowano prasę radykalnej lewicy i mniejszościową).
Polska literatura piękna wkraczała w międzywojenne dwudziestolecie w drużynie licznej i silnej. W dalszym ciągu działał niegdysiejszy ideolog polskiego pozytywizmu Aleksander Świętochowski (1849-1938), czynni byli wybitni twórcy generacji Młodej Polski – Stefan Żeromski (1864-1925), Gabriela Zapolska (1857-1921), Jan Kasprowicz (1860-1926), Kazimierz Przerwa Tetmajer (1865-1940), Władysław Reymont (1867-1925), Stanisław Przybyszewski (1868-1927), Andrzej Strug (1871-1937), Karol Irzykowski (1873-1944), Wacław Berent (1873-1940), Tadeusz Boy-Żeleński (1874-1941), Leopold Staff (1878-1957); dawali już o sobie znać młodsi od nich Zofia Nałkowska (1884-1954), Juliusz Kaden-Bandrowski (1885-1944), Maria Dąbrowska (1889-1965), Jarosław Iwaszkiewicz (1894-1980), Julian Tuwim (1894-1954). Wielu z wymienionych od razu zaangażowało się w różnorakie poczynania zmierzające do powołania ogólnopolskiej organizacji ludzi pióra, reprezentującej interesy i działającej na rzecz tak samych autorów, jak i polskiej literatury w całości; z entuzjazmem sekundowali im w tym liczni twórcy najmłodsi i jeszcze mało znani, wśród których szczególnie czynni byli Wanda Melcer (1896-1972) i Ksawery Glinka (1890-1957).
Poczynania te ostatecznie przyniosły efekt w roku 1920: w dniach 12-14 maja (a więc kilka dni po zajęciu przez polskie wojska Kijowa) w sali warszawskiego ratusza przy placu Teatralnym zebrał się Wszechdzielnicowy Zjazd Literatów Polskich. Powołano na nim Związek Zawodowy Literatów Polskich i przyjęto jego statut, określający go jako „organizację bezpartyjną i apolityczną”, która za cel stawia sobie „zrzeszanie literatów polskich dla wspólnej obrony interesów materialnych, prawnych, moralnych i kulturalnych”. Na Zjeździe obszernie debatowano też nad przedstawioną przez Stefana Żeromskiego inicjatywą utworzenia Akademii Literatury (miałaby zając się ustaleniem pisowni, wydaniem słownika języka polskiego, biblioteki pisarzy polskich oraz biblioteki przekładów z języków obcych); w celu dalszych prac nad tym projektem, który ostatecznie zmaterializował się dopiero trzynaście lat później, i to w mocno odmiennej postaci, powołano specjalną komisję. Uchwalono również wnioski postulujące zniesienie cenzury, ustanowienie emerytur dla twórców, utworzenie za granicą specjalnych placówek popularyzujących polską kulturę, upaństwowienie głównej sceny dramatycznej w stolicy.
Odrębna uchwała Zjazdu protestowała przeciw zamiarom likwidacji utworzonego jeszcze u schyłku 1918 roku Ministerstwa Sztuki i Kultury (od razu powiedzmy tu, że protest ten okazał się daremny – w latach 1921-1922 zadania Ministerstwa Sztuki i Kultury zostały przejęte przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego).
Odczytana została na Zjeździe opublikowana później w „Robotniku” i „Trybunie” obszerna deklaracja grupy pisarzy lewicowych (wśród sygnatariuszy byli m. in. Gustaw Daniłowski, Jerzy Hulewicz, Witold Hulewicz, Karol Irzykowski, Jan Lechoń, Mieczysław Limanowski, Zofia Nałkowska, Bronisława Ostrowska, Leon Schiller, Edward Słoński, Stanisław Stande, Andrzej Strug, Emil Zegadłowicz, Stefan Żeromski); głosiła ona m. in.: „Jesteśmy przekonani, że po religijnym ongi zrównaniu wszystkich ludzi przed obliczem bóstwa, po obywatelskim zrównaniu ich przed prawem i po politycznym wyzwoleniu, przyjść musi również, w tej czy innej formie, i ekonomiczne wyzwolenie człowieka, wyzwolenie pracy, myśli, talentu i twórczości z jarzma, jakie im ustrój współczesny narzuca (…) Z oburzeniem przeto piętnujemy uprawianą przez reakcję metodę zwalczania wszelkich, czy to rewolucyjnych, czy nawet pokojowych, dążeń do zmian społecznych, przez zohydzenie walczących o wolność, zarzucanie im zdrady kraju i przypisywanie celów niszczycielskich i anarchistycznych (…) Stwierdzamy zarazem, że nie wolno Polski całej utożsamiać z tą pianą, która dziś płynie wierzchem prądu jej życia”.
Majowy warszawski Zjazd wybrał też w tajnym głosowaniu Zarząd Związku Zawodowego Literatów Polskich, który przybrał kształt następujący: prezesem został Stefan Żeromski, wiceprezesem – Stefan Krzywoszewski, sekretarzem – Ludwik Skoczylas, skarbnikiem – Karol Irzykowski, członkami – Ksawery Glinka, Zygmunt Kisielewski, Zofia Nałkowska, Władysław Reymont, Wacław Sieroszewski i Andrzej Strug. Po ukonstytuowaniu prace Zarządu wnet zostały na kilka miesięcy przerwane z powodu mobilizacji; wznowiono je po zakończeniu działań wojennych i podpisaniu rozejmu z radziecką Rosją w Rydze. Stanowisko sekretarza przejął wtedy młody poeta i prozaik Edward Kozikowski, by sekretarzować organizacji prawie dziewiętnaście lat, aż do wejścia do Warszawy hitlerowców. W listopadzie 1920 roku z funkcji prezesa zrezygnował Żeromski, tłumacząc tę swą decyzję stanem zdrowia i trudnościami z dojazdem z Konstancina, gdzie od niedawna mieszkał; jego następcą został Sieroszewski.
Powstały w Warszawie Związek miał w zamierzeniu stanowić organizację, jednoczącą pisarzy całej Rzeczypospolitej; w rzeczy samej jednak początkowo przez kilkanaście lat działało, skądinąd blisko ze sobą współpracując, kilka autonomicznych lub nawet odrębnych zrzeszeń pisarskich o tej nazwie: obok tego warszawskiego – we Lwowie, Krakowie i Poznaniu, później też w Wilnie i Lublinie. Najważniejszy i najbardziej aktywny był Związek Warszawski, na czele którego stali po Żeromskim i Sieroszewskim kolejno Strug, Kaden-Bandrowski, znów Sieroszewski, Nałkowska, znów Strug, a po jego śmierci Dąbrowska. Formalne zjednoczenie ZZLP nastąpiło w 1935 roku; na czele wybranego wówczas Zarządu Głównego stanął Ferdynand Goetel (Warszawa), wiceprezesem został Stanisław Pigoń (Kraków), sekretarzem generalnym – Edward Kozikowski (Warszawa), skarbnikiem – Julian Wołoszynowski (Warszawa), członkami zaś Zofia Nałkowska (Warszawa), Leon Pomirowski (Warszawa), Leon Kruczkowski (Kraków), Włodzimierz Jampolski (Lwów), Ostap Ortwin (Lwów), Zenon Kosidowski (Poznań), Jan Emil Skiwski (Poznań) i Tadeusz Łopalewski (Wilno). Co do liczebności Związku, dysponujemy precyzyjnymi danymi za rok 1930: warszawski ZZLP miał wtedy 186 członków, poznański – 62, krakowski – 53, lwowski – 42, wileński – 38; w sumie więc do tych pięciu organizacji należało 381 osób. Jak pisze Stefan Żółkiewski, wśród warszawskich działaczy ZZLP najpierw przeważali pisarze lewicy oraz pisarze demokratyczni, choć sympatyzujący z Piłsudskim; dopiero na początku lat trzydziestych decydującą rolę zaczęli odgrywać eksponowani zwolennicy sanacji. Na prowincji w zarządach związkowych stale przeważali pisarze związani z prawicą.
Czym w międzywojniu zajmował się ZZLP? Przede wszystkim zgodnie ze swą nazwą sprawami zawodowymi: brał energiczny udział w pracach nad uchwalonym przez Sejm w 1926 roku prawem autorskim, walczył o honoraria i tantiemy dla pisarzy (w 1929 roku np. podpisał w tych sprawach bardzo ważną umowę z Polskim Radiem), tropił nadużycia popełniane wobec autorów przez niesolidnych wydawców, usiłował (choć bezskutecznie) doprowadzić do stworzenia systemu zabezpieczenia emerytalnego literatów, organizował (skutecznie) pomoc socjalną w postaci zapomóg losowych, wywalczył dla pisarzy prawo do ulgowych paszportów, zniżki w opłatach za użytkowanie telefonu, za leczenie uzdrowiskowe, za bilety do teatrów i kin, załatwił prawo do obniżenia wymiaru zajęć lekcyjnych dla uprawiających działalność literacką nauczycieli szkół średnich. Ale też raz po raz zabierał głos w sprawach ogólniejszych: potępił (choć nie gremialnie) zamordowanie prezydenta Narutowicza, w czasie zamachu majowego poparł Piłsudskiego, ale wkrótce potem podjął zabiegi o uwolnienie więźniów politycznych. Warto też wspomnieć, że wśród przedsięwzięć podejmowanych przez pozawarszawskie ogniwa ZZLP wyróżniały się cieszące się wielką popularnością cykliczne akcje upowszechnieniowe – Środy Literackie w Wilnie (1927-1939) i Czwartki Literackie w Poznaniu (1934-1939).
Po wyzwoleniu spod okupacji hitlerowskiej ZZLP wznowił swą działalność już w sierpniu 1944 roku w Lublinie, a w roku 1949 przybrał nazwę, pod którą znamy go dzisiaj – Związek Literatów Polskich…