Bigos tygodniowy

Spłonęła katedra Notre-Dame w Paryżu – ikona Francji. To nie była tylko gotycka katedra chrześcijańska, lecz być może najważniejsza budowla Francji jako takiej. Potworna strata dla światowego dziedzictwa kulturowego. To tak jakby w Polsce spłonął Wawel. Miałem tę katedrę w wyobraźni od najwcześniejszego dzieciństwa, a lata później po raz pierwszy zobaczyłem ją na własne oczy. Ukazanie się powieści Wiktora Hugo „Notre-Dame de Paris” (1831) wpłynęło na decyzję o pierwszym wielkim remoncie tej budowli w jej dziejach. I właśnie w tej powieści jest scena pożaru w katedrze. Niesamowite zdarzenie, jakby rodem z wielkiej literatury francuskiej, z najbardziej ponurych, apokaliptycznych fantazji. Nieszczęśliwy przypadek czy zakamuflowany akt terrorystyczny?

*****
Prawicowy publicysta Piotra Zaręba, za którym jego środowisko nie przepada, bo wolny jest od serwilizmu Karnowskich i dęcia w propisowską trąbkę propagandową powiedział, że jeśli strajk spełznie na niczym, to szkoły przepełnione rozgoryczonymi nauczycielami staną się „fortecami antypisizmu”. Coś jest na rzeczy. Nie bez wpływu na to będą też obrazki z egzaminów, na których widać ściągniętych pomagierów w sutannach, przywodzące na myśl szkołę we frankistowskiej Hiszpanii i salazarowskiej Portugalii. Tam kler odgrywał rolę bezpośredniego sojusznika opresyjnych reżymów klerykalno-nacjonalistycznych. Jednak o roli mediatora w konflikcie nauczyciele-rząd PiS, kler, po swojej wszechstronnej kompromitacji, mógłby już tylko pomarzyć. I to też jest miarą nowej sytuacji w Polsce.

*****
Jolanta Hajdasz, wiceprezeska prawicowego Stowarzyszenia dziennikarzy Polskich opowiada się za likwidacją opresyjnego wobec dziennikarzy kagańcowego paragrafu 212 kodeksu karnego. Proszę bardzo, jestem za, ale zróbmy to samo z represyjnym paragrafem o tzw. obrazie uczuć religijnych.

*****
Proboszcz parafii Miłosierdzia Bożego w Lublinie, ksiądz Eugeniusz Szymański modlił się podczas nabożeństwa o „opamiętanie się nauczycieli”. Dodał, że „kiedyś nauczyciele uczyli za darmo i oddawali życie za swoich uczniów”. W reakcji na to kilka osób wyszło z kościoła. Ksiądz Szymański miał też problem z frekwencją na rekolekcjach, więc rzekł do obecnych uczniów: „Przecież nie chodzicie do szkoły, bo jest strajk i tym bardziej powinno być was więcej”. Jak zwykle więc oberwało się nie wagarowiczom, lecz tym Bogu ducha winnym, którzy nie zwagarowali. „Ci co nie przyszli, zapłacą wysoką cenę za nieobecność. Zwłaszcza po śmierci” – dodał proboszcz Szymański. Po pierwsze, Bóg zapłać. Po drugie, ksiądz może tego nie wie, ale argument odnoszący się do tego, co po śmierci, akurat na młodzież szkolną działa słabo. Przy okazji dorocznych rekolekcji wraca nieodmiennie kwestia służbowego angażowania nauczycieli do odprowadzania uczniów do kościoła, tam i z powrotem. Na przykład w Szkole Podstawowej nr 21 im. Królowej Jadwigi, w Lublinie jest to zapisane w harmonogramie zajęć w czasie rekolekcji. Podobnie jest oczywiście w setkach, jeśli nie tysiącach szkół w całym kraju. Jeśli nauczyciel nie zgłasza sprzeciwu, to – powiedzmy – nie ma problemu. Jeśli jednak jako ateista trzyma się z dala od obrzędów religijnych, to co?

*****
Oto jeden z przejawów klasyki pisiorstwa. Skoro strajk nauczycieli utrudnił przeprowadzenie w normalnym trybie egzaminów w szkołach, to pani minister Zalewska ze swoim otoczeniem wymyślili, żeby do przeprowadzenia egzaminów zaangażować kogo popadnie, a kto wyrazi zgodę: emerytów, wojskowych, strażaków i kogo tam jeszcze, czyli z totalna pogarda dla prawa, które bardzo ściśle określa uprawnienia do bycia egzaminatorem. Czyli pospolite pisowskie ruszenie według zasady „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie egzaminatora”. Kto wie czy egzaminatorów nie łapali z ulicy. Przypomina to scenę z radzieckiego filmu „Czapajewa”. Brakowało lekarzy i Czapajew kazał łapać pierwszych z brzegu felczerów i pielęgniarzy, żeby podejmowali praktykę lekarską i robili operacje. Kiedy mu tłumaczono, że uzyskanie dyplomu lekarskiego wymaga studiów i zdania surowego egzaminu. „Przeegzaminować i wydać” – odpowiedział na to Czapajew.

*****
Leon Knabit od lat kreowany w TVP na miłą twarz kleru polskiego, objawił ostatnio prawdziwą, czyli mordę niemiłą. Uznał strajk nauczycieli za „antypaństwowy” i wzywa do interwencji prokuratora generalnego. Nie spodobał mu się też protest pod hasłem „Hańba biskupia” i stwierdził, że klesza pedofilia to jakieś nędzne promile. Z klechy zawsze na ostatek wyjdzie klecha, mimo to nie rozstaję się z warunkową i umiarkowaną sympatią do nielicznych przedstawicieli kleru.

*****
Przemysław Czarnek, wojewoda lubelski, to najbardziej zideologizowany wojewoda w kraju, stały gość w „Studiu Polska” w TVPiS u Ogórkowej. Za jego zniewagi pod adresem LGBT („obrzydliwe obnoszenie po ulicach zboczeń i dewiacji”) została mu wytoczona sprawa sądowa. No, ale przecież to Pan Bóg pana Czarneka (podobno nazwisk się nie odmienia) stworzył płciowość, i tę hetero i tę homoseksualną. Jak może być obrzydliwe to, co stworzył Stwórca?

*****
Jeśli więc prezes Broniarz i strajkujący nauczyciele uważają, że o ile pisiorom udało się przeskoczyć barierę związaną z egzaminami, o tyle nie przeskoczą kwestii klasyfikacji uczniów, to odradzałbym im taki optymizm. A cóż to dla pisiorskiego MEN wydać rozporządzenie, które pozwoli przekazać uprawnienia rady pedagogicznej trzyosobowym komisjom powołanym przez kuratoria, a jeśliby zabrakło ludzi, to dać kuratorom jednoosobowe uprawnienia do dokonania hurtowej klasyfikacji. A ileż to roboty? Pisiory dadzą radę.

*****
Kolejna regionalna konwencja PiS odbyła się w minioną sobotę w Lublinie. Prezes tym razem nie zaryzykował wystąpienia z kolejną „piątką”, bo po pierwsze, mieszek jest opróżniony, a poza tym licho nie śpi i mogłoby to pobudzić do protestów kolejne grupy zawodowe, które uświadomiłyby sobie że w pisowskich planach robienia dobrze, dla nich jednak miejsca zabrakło. Konwencja ograniczyła się do pełnego chełpliwości i dowcipkowania przemówienia Młodego Morawieckiego oraz zarzekania się Prezesa przeciw przyjęciu przez Polskę waluty euro, bo to „spowoduje wzrost cen”. Sęk w tym, że wzrost cen postępuje i bez euro, a 500 plus to dziś w najlepszym razie realnie 450 plus i szybko to idzie do siły nabywczej 400 plus.

*****
Dorota Buchwald nie jest już dyrektorką Instytutu Teatralnego. Pożal się Boże Minister Kultury Gliński pozbył się „wrażej” dyrektorki i zastąpił ją Elżbietą Wrotnowską-Gmyz, nota bene żoną Cezarego Gmyza, korespondenta TVPiS (wstydu nie mają w tej nepotycznej ostentacji!). A kiedy w ubiegłym roku na pisałem o zamiarach Glińskiego, to z jego resortu przyszło pismo bezczelnie wymuszające na redakcji „Trybuny” sprostowanie pod pretekstem czysto formalnej nieścisłości w przekazie. A wyszło na moje, bo jak zwał tak zwał, ale Gliński chciał się Doroty Buchwald pozbyć i się pozbył. Więc po co był ten bezczelny myk z żądaniem sprostowania?

Spacer po literaturze

Z Januszem Termerem mam częsty kontakt. Niestety, nie bezpośredni – a byłoby to z wielką dla mnie intelektualną satysfakcją – ale za to bardzo pożyteczny, za pośrednictwem dwóch jego niezmiernie cennych edycji: „Leksykonu pisarzy” i „Leksykonu dramatopisarzy”, do których zaglądam w poszukiwaniu czy dla przypomnienia cennych informacji i ujęć. Tym razem przydarzyła się możliwość frapującego kontaktu ze zbiorem jego esejów, szkiców, zatytułowanego „Myślenie literaturą”. Przystąpiłem do lektury tego zbioru z tym większym przekonaniem, że formuła „myślenia literaturą” jest mi wyjątkowo bliska i to od dziesięcioleci. Ujmę to nieco filuternie – ja też na to „choruję”. Lekturę zacząłem od dwóch tekstów, od otwierającego zbiór szkicu „Powracająca fala krytyki społecznej w literaturze” oraz od „Zawiści w „Zawiści” Tadeusza Brezy”.
W pierwszym przypadku chciałem się dowiedzieć, co myśli Janusz Termer o obecności (względnie nieobecności) we współczesnej literaturze nurtu krytyki społecznej, który był przecież w XIX i XX wieku jednym z najważniejszych nurtów tematycznych, i to nie tylko w prozie powieściowej, ale także w dramaturgii i poezji. Termer przywołał najpierw najbardziej klasyczne tradycje takiej literatury poprzez sięgnięcie do ojców europejskiego realizmu krytycznego z Balzakiem na czele, ale także do Juliusza Słowackiego czy Zygmunta Krasińskiego, którzy – każdy z innej pozycji ideowej – podejmowali, także profetycznie, wielkie zagadnienia społeczne, pierwszy choćby w „Śnie srebrnym Salomei”, a drugi w „Nieboskiej komedii”. Sięgnął Termer także do wielkiego nurtu tematyki społeczno-politycznej, obecnego w literaturze polskiej II Rzeczypospolitej, od „Przedwiośnia” i „Generała Barcza” do „Kariery Nikodema Dyzmy”.
Termer zwraca uwagę na ciekawy paradoks charakterystyczny dla literatury Polski Ludowej. Po niefortunnym eksperymencie socrealistycznym (1949-1955), bardzo wielu najwybitniejszych pisarzy odwróciło się od problematyki społecznej, powracając do swoich zainteresowań problematyką psychologiczną, zagadnieniami indywidualnej jaźni i literackimi eksperymentami. Nie znaczy to, że w literaturze po 1956 roku problematyka społeczna była nieobecna, ale biorąc pod uwagę ideologiczne podstawy PRL, było jej relatywnie – i paradoksalnie – niewiele. Nie powstrzymując się od retrospektywnej złośliwości można by rzec, że tym mniej chętnie problematykę stricte społeczną podejmowali pisarze, im bardziej intensywnie zajmowała się nią propaganda i im bardziej przypatrywała się jej cenzura.
Na koniec szkicu Termer z satysfakcją konstatuje, że po następnej ucieczce od problematyki społecznej w literaturze, jaka nastąpiła po 1989 roku, tym razem wiążącej się z kolejnym „zrzuceniem z ramion płaszczu Konrada”, złudną wiarą w „koniec historii” czy fascynacją procesami transformacji ekonomicznej – na przełomie wieków XX i XXI nastąpił – prawda, że nie zmasowany – powrót do krytyki społeczno-politycznej w prozie. Podjął ją zarówno stary literacki wyga Edward Redliński („Transformejszen”), jak i debiutanci, n.p. Dawid Bieńkowski („Nic”), Daniel Odija („Martwe miasto”) czy Sławomir Shuty („Zwał”). Nigdy nie zachwyciłem się tą akurat prozą (to kwestia gustu), ale nie sposób nie zauważyć, że jej pojawienie się było jednak znakiem powrotu problematyki społecznej po czasowej absencji w polskiej literaturze.
Drugi z kolei szkic, z którym się zapoznałem, poświęcony jest w znaczącej części „Zawiści” Tadeusza Brezy, jednego z najwybitniejszych powojennych prozaików, choć z przedwojennym rodowodem („Zawiść”, „Adam Grywałd”, „Mury Jerycha”), twórcy „Urzędu” i „Spiżowej bramy”, znakomitej prozy, która po przeszło pół wieku nabiera dziś nowej aktualności – jednego z moich ulubionych pisarzy. To od niego (dokładnie pamiętam) w 1970 roku rozpocząłem czytelniczą przygodę z polską literaturą współczesną, jako że do tej pory zanurzony byłem głownie w obcej klasyce i literaturze przygodowej. I właśnie przypomnienie, w szeregu szkiców, literatury okresu PRL, dziś niewydawanej, na ogół zepchniętej do lamusa, jest dla mnie równie ważne jak przypomnienie subtelnych walorów psychologicznej powieści Brezy, opartej na podłożu filozoficznym, jak również przypomnienie, w krótkich analizach, także „Murów Jerycha”, także wspomnianego, kafkowskiego „Urzędu”. Breza, pisarz prawdziwie wybitny, a do tego w jakimś sensie „wykwintny”, należy do tych najbardziej zepchniętych poza margines, a przecież był to prozaik, któremu należałoby się wydanie krytyczne dzieł zebranych (łącznie ze znakomitą eseistyką, n.p. „Nelly. O kolegach i o sobie” i „Notatnik literacki”), a nawet takich rzeczy naznaczonych doktryną realizmu socjalistycznego, jak powieść kryminalna „Uczta Baltazara”. „Urząd” z całą pewnością zasługuje na edycję krytyczną w serii „Biblioteki Narodowej” Ossolineum.
Poza tym, swoje szkice poświęcił Termer prozie Juliana Tuwima (właśnie jego prozie, nie poezji), Stanisława Rembeka, Kazimierza Truchanowskiego, Zofii Posmysz, Kornela Filipowicza, Józefa Hena, Tadeusza Konwickiego, Wiesława Myśliwskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Janusza Krasińskiego, prozie jakże często analizowanej w piśmiennictwie krytycznym, którą jednak Termer naświetla po swojemu, za każdym razem odnajdując jakiś własny, nowy punkt widzenia.
Pobyt w nałęczowskim sanatorium i kontakt z tamtejszą biblioteką zaowocował u niego przypadkowo ponowną, po wieloletniej przerwie, lekturą prozy Jacka Londona, którą Termer syntetycznie przypomniał, niespodziewanie acz płynnie i z nowym sensem przechodząc do filozofii Stanisława Brzozowskiego. Za tym poszło obszerniej już mu poświęcone „Czytanie Brzozowskiego”, a następnie spojrzenie na twórcę „Legendy Młodej Polski” przez pryzmat ciekawego prozatorskiego eksperymentu, jakim jest znakomita, „apokryficzna” opowieść o Brzozowskim Eugeniusza Kabatca, czyli „Ostatnie wzgórze Florencji”. Poza tym w „Myśleniu” – o literaturze pacyfistycznej czyli o „Soli ziemi” Józefa Wittlina, a także innych pisarzach emigracyjnych jak Andrzej Bobkowski, twórca rewelacyjnych „Szkiców piórkiem”, tu dotknięty w mini szkicu jako autor zbioru „Coco de Oro”. Pojedyncze rodzynki poświęcił Termer poezji (szkic o „Spełnionym nieistnieniu” Leśmiana) i najdawniejszej tradycji literackiej (Janowi Kochanowskiemu w „Głowie Mistrza Jana”), a także wspomnieniom m.in. o Jerzym Krzysztoniu, Janie Dżeżdżonie (cóż za polskie, niewymawialne przez cudzoziemców, nazwisko!), relacjom z podróży, m.in. na Sycylię, szlakiem księcia Saliny i króla Rogera, do Collodi, „ojczyzny” Pinokia i wędrówkom przez Paryż z „bywszym”, wytrawnym paryżaninem, Andrzejem Kuśniewiczem.
Na koniec odnotuję wspomnienie najbardziej autobiograficzne, „Z wrześniowych dni”, które Janusz Termer rozpoczyna od opisu własnych narodzin, które odbyły się w okolicznościach niezwykle dramatycznych, bo pod niemieckimi bombami u schyłku września 1939 roku, w kamienicy przy Chłodnej 40. Wspomina w nim też o wrześniowej epopei własnej rodziny, w tym podanym nie bez akcentów gorzkiego humoru perypetiom ojca i jego „Chevroleta”, zarekwirowanego na ostatek przez czerwonoarmiejców i nigdy do końca nie spłaconego, a trzeba dodać, że od spłacenia wszystkich rat uwolniła go historia, co było poniekąd szczęściem z nieszczęściu. Z tego szkicu wynika jeszcze jeden wniosek: u schyłku września Janusz Termer skończy 80 lat, a ja już teraz, awansem, składam Mu serdeczne powinszowania i podziękowanie, i za to interesujące i pożywne intelektualnie „Myślenie literaturą” i za inne prace.

Janusz Termer – „Myślenie literaturą. Eseje, szkice, wspomnienia…”, wyd. Res Humana, Warszawa 2019, str. 238, ISBN 978-83-941094-7-9.

Prowincja jak szachownica

Z reżyserem ANDRZEJEM BARAŃSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czy fakt, że zetknął¸ się Pan w młodości z Tadeuszem Różewiczem, wpłynął na Pana artystyczne wybory?
Spotkanie z Tadeuszem Różewiczem pomogło mi uświadomić sobie, że to co dotyczy samej istoty twórczości jest tylko we mnie, że poza mną nie ma nic, żadnej wiedzy, żadnej mądrości. Żeby była prawdziwa twórczość, wystarczę dla siebie tylko ja. Trzeba tylko zdać się na siebie i po swojemu patrzeć na świat, na ludzi. Z kontaktów z Różewiczem wyciągnąłem wnioski, które utwierdziły mnie w moich przekonaniach. Droga artystyczna sama nas wybiera i zmusza do pójścia nią. Różnie: po błocie, pod górkę, w złym kierunku albo do nikąd. Możemy się buntować, skracać, zawracać, fruwać, ale to jest tylko nasze błądzenie, przychodzenie i odchodzenie od siebie, bo droga jest w nas. Ta artystyczna droga polega na szczerości. Im bardziej jesteśmy szczerzy, i pióro, pędzel, ołówek czy kamera są bliżej autora, jego jestestwa, tym lepiej.
Czy zainteresowanie zwykłym człowiekiem, a nie elitami też wyniósł Pan od Różewicza?
Wychowałem się w małym miasteczku, i chyba ciągle jeszcze patrzę na świat poprzez małe miasteczko. Tam nie ma elit. A na pewno wtedy nie było, w PRL-u, w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, gdy kształtowało się moje spojrzenie na świat. Moją uwagę, jako twórcy, zawsze zwracali zwykli ludzie żyjący „po bożemu”, dla mnie właśnie w nich najwyraźniej realizował się ludzki los. Zawsze taki model życia wydawał mi się najodpowiedniejszy dla człowieka i zabezpieczający przed żenującymi sytuacjami. W biografiach takich ludzi, a jest ich najwięcej, kryje się tajemnica ludzkości, przeżycia, przetrwania, pracy, troski, praktyczności. A nawet kuchnia, taka prosta, niewymyślna, a smaczna. Kiedy w jakiejś miejscowości, widzę na płocie ogłoszenie „Obiady domowe”, widzę też tych moich ludzi. Wydaje mi się, że Tadeusz Różewicz ma podobnego idola co i ja. Powiedział kiedyś, że najdoskonalszym polskim aktorem jest Bronisław Pawlik, czyli najpełniejsze wcielenie przeciętnego człowieka. Na cześć teściowej, starego tematu humorystów, Różewicz napisał dytyramb, bo w porządku świata i one mają swoje ważne miejsce. Stare kobiety przechodzą słabo zauważone, a Różewicz w pięknym wierszu nazwał je solą ziemi.
Co Pana zainspirowało do zrobienia „Kobiety z prowincji”?
Film ten był wszędzie świetnie rozumiany, a przecież i bohaterka i miejsce gdzie żyła, to wszystko było bardzo lokalne. Jeszcze raz znalazła potwierdzenie prawda, że właśnie taki lokalny rodowód to najkrótsza droga do najszerszego uogólnienia. Książka Waldemara Siemińskiego powstała jakby ze słuchania, autor wysłuchał opowieści swojej ciotki, mieszkanki małego miasteczka, dokładnie: Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Książka napisana jest językiem mówionym. Autor wykazał się tutaj niesamowitą wrażliwością na język i kunsztem pisarskim, który pozwolił mu tak wspaniale, bez strat, sprowadzić relacje ustną do literatury pięknej. Siemiński, poeta i socjolog, był najlepszą osobą do napisania tego rodzaju książki. Niezmiernie ciekawą sprawą w jego książce jest przedstawienie relacji prosty człowiek i wielka historia.
Wcześniej był film „Niech cię odleci mara”….
Ten film powstał też na podstawie książki Siemińskiego. To też w dużej mierze historia jego rodziny, dziejąca się z udziałem polityki, ale tej na dole, w małym miasteczku, i dotykającej właścicieli małego sklepiku. Jest to czas walki z handlem prywatnym, wymiany pieniędzy i zmian w strukturze społecznej małego miasteczka, czas poniżania warstwy do tej pory wyższej przez warstwę niższą. Jest to prawdziwe trzęsienie ziemi dla tej tradycyjnie ułożonej społeczności. Podczas kolaudacji filmu, ówczesny minister od kinematografii ostro mnie zaatakował za, jak uważał, apologię mieszczaństwa małomiasteczkowego. Ostro potępił mój drobnomieszczański punkt widzenia. Oberwało mi się słusznie, bo rzeczywiście dostrzegam wiele pozytywów u tych ludzi. Siemiński odniósł się z lekką ironią do nich, jakby lekko się dystansował ale myślę, że tak samo jak ja żałuje tamtego, minionego świata. Teraz, kiedy patrzę na ten film, to widzę, że minister zbyt gorliwie mnie potępił, bo akcenty społeczne, polityczne rozłożone są bardzo sprawiedliwie, a strona formalna, sposób opowiadania kierują przesłanie raczej w kierunku nostalgicznego pożegnania ze światem młodości, i z uśmiechem nad częstym wtedy konfliktem światopoglądowym rodzice – dzieci. Średnia warstwa małego miasteczka, zawsze była obśmiewana przez artystów, a szczególnie w literaturze przełomu XIX i XX wieku.
„Kramarz”, którego premiera odbyła się już w 1990 roku, to film z pogranicza dwóch epok politycznych…
Los kramarza Chruścika, jakoś zawsze kojarzy¸ mi się z losem artysty. Artysta też chce namówić ludzi do zakupu piłeczek na gumce, pistoletów na kapiszony i korki, kolorowych baloników, i też jak kramarz zdany jest na humory potencjalnych nabywców. W czasach kryzysu towar kramarza „poważnieje”, teraz już nie baloniki, tylko artykuły pierwszej potrzeby, których brakuje w sklepach: zapałki, mydło. Analogie można dalej ciągnąć: przyszła transformacja, młodzi kramarze zaczęli odważnie wypuszczać się w świat za towarem do Turcji, a nasz Chruścik nie zmienił pola działania, został takim jakim był i stał się nieco anachroniczny, już nie z tego czasu. Znałem takich ludzi. Kiedy powinni chodzić do szkoły, była wojna, okupacja. Potem już nie było czasu na naukę, trzeba było żyć, pracować. Przy innym biegu wydarzeń, mając maturę, mógł dostać odpowiednią dla swoich aspiracji pracę, a tak to dla niego były prace w rodzaju zbierania prenumeraty. Stąd też wzięło się kramarstwo, najpierw z konieczności a potem wciągnęło i stało się zajęciem życia. Chruścik nie bardzo pasował do tego towarzystwa, to też i tutaj nie zrobił wielkiej kariery ani biznesu. Poczucie odpowiedzialności i kompleksy nie pozwoliły mu założyć rodziny. Ale mimo tych różnych przeciwnych wiatrów, nie zgorzkniał, jest otwarty na ludzi, sprawiedliwy, porządny. Przynajmniej ocalił cechy porządnego człowieka. Chruścik jest też dla mnie, dosyć licznym w tamtych latach, „człowiekiem bez ziemi”, ani ze wsi, ani z miasta. Zapewne gdzieś są jego wiejskie, albo małomiasteczkowe korzenie, ale już dawno uschły. Chruścik już dawno stał się „człowiekiem na walizkach”. Teraz żyje bez więzi z jakimkolwiek miejscem. Mówi¸ o sobie: „My, kramarze, jesteśmy jak marynarze”.
Zaraz potem zrealizował Pan „Kawalerskie życie na obczyźnie”, tragikomedię o inicjacji…
Książka Jakuba Wojciechowskiego „Żywot własny robotnika” jest dziełem pomnikowym polskiego pamiętnikarstwa. Odznacza się niezwykłą szczerością, dotyczącą też życia intymnego, ale przede wszystkim jest to piękny fresk z życia klasy robotniczej. Mój film nie ma tej „szerokości” co książka, ale tak naprawdę nie jest zawężony tylko do sprawy inicjacji seksualnej. Niczym obraz malarski, czy utwór muzyczny pokazuje nam kolory i faktury życia młodego człowieka na saksach w Niemczech, pokazuje „muzykę” jego życia, pokazuje „powietrze”, którym przyszło mu oddychać. Dlatego dużą rolę pełni w tym filmie scenografia. Musiała to być scenografia grająca, mocno widoczna i aktywnie uczestnicząca. Istnieje bardzo wyrazisty styl architektury przemysłowej przełomu XIX i XX wieku. Bohater filmu żyje i pracuje w takim świecie, wśród potężnych maszyn, oderwany od swojego wiejskiego pejzażu. Oderwany też od ojczystego języka. W tym filmie bohaterem jest też język, i nie tylko w komunikacji z innymi ludźmi, ale i ze sobą.
W pewnym momencie skusił Pana daleki od realizmu Michał Choromański, z niesamowitą dziwnością jego prozy i zrealizował Pan „Horror w Wesołych Bagniskach”…
Choromański napisał książkę dla zabawy. Wzorcem miała być tzw. powieść gotycka, strasząca czytelnika. Ja nie usiłowałem straszyć, raczej bawić stylem. Ten styl wiąże się ze środowiskiem bohaterów, dworem, bagienną okolicą, pewnym retrospekcyjnym poplątaniem.
Czy w filmie, „Parę osób, mały czas”, chciał Pan dać ekwiwalent poezji Mirona Białoszewskiego?
Pragnąłem o Białoszewskim opowiadać Białoszewskim. Dziennik Jadwigi Stańczakowej nosił tytuł „Dziennik we dwoje”, tym drugim jest Miron, który często dokonywał wpisów. Jego udział jest daleko większy. Jego twórczość i osobowość w dużym stopniu miały wpływ na Jadwigę jako pisarkę, poetkę. Trzeba pamiętać, że Jadwiga była niewidoma, to oczywiste, że ona widziała świat oczami Mirona, czyli w tym wypadku był to świat opowiedziany jego słowami, i przez niego zinterpretowany. W niczym to nie umniejszało indywidualności Jadwigi i to ona jest kronikarką tego niezwykłego związku, głębszego i bardziej złożonego niż przyjaźń. Dziennik Stańczakowej opowiada o tym poprzez codzienność. Zwykłe powszednie sprawy składają się na bardzo ciekawe życie, i również pokazują w procesie tworzenia fenomen twórczości Mirona. Tutaj mamy prawie opis technologiczny tej twórczości. Bardzo ciekawe są aspekty psychologiczne związku Mirona i Jadwigi. Cały czas mamy niby tylko praktyczną stronę życia, ale jest tu jeszcze wyraźna nadbudowa, że użyję terminologii marksistowskiej. To tak samo, jak proza życiowa bytowania w PRL-u pod piórem Mirona przemieniała się w odkrywczą poezję. Nie tak wyobrażamy sobie bohemę, ale to rzeczywiście była bohema tamtego czasu. Cały ten krąg ludzi zbierających się w mieszkaniu Mirona, to byli ludzie duchowo wolni, specyficzni spiskowcy przeciw kulturze nadętej, doceniający proste porozumienie ludzi siedzących na podłodze u Mirona i słuchających jego wierszy.
Rolę Stańczakowej, przyjaciółki i opiekunki Białoszewskiego, bardzo skromnej kobiety, zagrała Krystyna Janda, aktorka o profilu gwiazdorskim. Jak przyjęła propozycję takiej roli i jak się Panu z nią pracowało?
Z panią Krystyną na planie już się nie pracuje, tylko tworzy. Przychodzi tak przygotowana, że od razu kroczy się nie po ziemi potykając się o kamienie, lecz od razu fruwa się w chmurach. Każda próba wywołuje żal, że się jej nie filmowało, bo już na to w pełni zasługiwała. O Stańczakowej, o tym że była, skromną kobietą, można mówić tylko według wyobrażenia o niewidomej. Natomiast naprawdę była to kobieta dynamiczna, wzbudzająca respekt. Ta postać zasługiwała na taką gwiazdę, jak pani Krystyna. Dostrzegam wiele podobieństw pomiędzy tymi dwoma kobietami, choćby niesamowity hart ducha. To była bardzo ciekawa rola, począwszy już od paradoksu, że niewidoma opiekuje się widzącym, że prowadzi mu „sekretariacik”, że kupuje pożądane przez niego koszule w kolorze grudniowego deszczu. Piękna jest nić porozumienia pomiędzy Jadwigą i trudnym charakterem „osobnego” Mirona, polegająca na całkowitym zaufaniu do drugiej osoby.
Czy w Pana filmach o prowincji jest dużo motywów autobiograficznych?
W moim przypadku u podstaw działalności twórczej jest moja biografia, a szczególnie pierwsze czternaście lat spędzonych w Pińczowie. Długo nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak te lata zaważyły na tym, kim jestem. Dopiero kiedy zacząłem robić filmy, okazało się, że wszystko co chcę zrobić wywodzi się z tamtego doświadczenia. Później mieszkałem w dużych miastach, ale z Pińczowem nie traciłem kontaktu, tam jest mój dom rodzinny w którym mieszka mój brat. Patrząc z perspektywy lat, to tak naprawdę zawsze tam mieszkałem, to był mój punkt odniesienia. To okazało się moim największym kapitałem jako twórcy.
Na prowincji lepiej widać naturę egzystencji człowieka?
Myślę, że tak. Prowincja jest jak szachownica – wyraźniej widać na niej figury i ich ruchy. Ten to król, tamto dama, a ten walet. Tu jest droga na pocztę, tędy na rynek, a tędy na cmentarz. W wielkim mieście role są zamazane. Prowincja jako tworzywo artystyczne jest bardzo płodna. Wystarczy odwołać się do Faulknera, w którego Yoknapathwie ogniskuje się cały świat i gdzie odczuwa się obecność jakiegoś Boga.
Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Barański – ur. 2 kwietnia 1941 w Pińczowie. Na początku lat 60. Współpracował jako dramaturg ze Studenckim Teatrem Poezji „Step”, którym opiekował się Tadeusz Różewicz. Jego filmem dyplomowym była etiuda „Księżyc”. Jest też cenionym dokumentalistą. Znany jest z produkcji podejmujących problematykę polskiej prowincji, obrazów uderzających w tony liryczne, ale też z odcieniami refleksyjnymi i filozoficznymi, często pojawiają się w nich wątki autobiograficzne. W niektórych filmach sięga Barański do poetyki absurdu. Ważniejsze filmy: „Wolne chwile” (1979), „Niech cię odleci mara” (1982), „Kobieta z prowincji” (1984), „Tabu” (1987), „Kramarz” (1990), „Nad rzeką, której nie ma” (1991), „Kawalerskie życie na obczyźnie” (1991), „Dwa księżyce” (1993), „Horror w Wesołych Bagniskach” (1995), „Dzień wielkiej ryby” (1996), „Parę osób, mały czas” (2006), „Braciszek” (2007), „Księstwo” (2011).

Dzieje rozczarowania

Z dala od „Monachomachii”, „Kleru” i „Sodomy”

„Mnich” Tadeusza Bartosia, dziś świeckiego profesora filozofii i teologii, a także ostrego krytyka Kościoła katolickiego i jako uczony i jako publicysta, byłego dominikanina, nieco mnie swoją zawartością zaskoczył. Spodziewałem się obrazoburczych, skandalizujących wspomnień z wielu lat życia zakonnego, a co najmniej powieści rodzajowej, ukazującej wypaczenia życia klasztornego, krytycznie, a nawet zjadliwie, może nawet karykaturalnie zarysowane sylwetki zakonnych przełożonych i współbraci, solidną garść „smaczków” – w tym seksualnych – natury obyczajowej, słowem – kolejnego obrazu zepsucia Instytucji, o którym znów dziś tak głośno w Polsce i w świecie. Spodziewałem się, krótko mówiąc, współczesnej odmiany „Monachomachii” prozą. Nie tu też nic z „Sodomy. Hipokryzji i władzy w Watykanie” Frédérica Martela nie tylko dlatego, że „Mnich” nie o Watykanie opowiada, ale dlatego, że Bartoś nie zdecydował się na ten poziom demaskacji. Zatem w „Mnichu” nic z tych rzeczy.
Już w kilku zdaniach poprzedzających tekst, autor rozwiewa podobne oczekiwania. Co prawda, pierwsze zdanie brzmi: „Książka inspirowana osobistymi perypetiami autora”, ale już następne mitygują apetyt: „Podobieństwa do konkretnych postaci są jednak przypadkowe. Nie należy zwłaszcza utożsamiać głównej postaci z autorem. Nie jest on aż tak skomplikowanym tworem”.
Tadeusz Bartoś wybrał formułę subtelnej opowieści psychologicznej, w której ukazuje drogę zakonnika (nie ma tu wprost mowy o regule dominikańskiej), idealisty, od gorącej, żarliwej, młodzieńczej, naiwnej wiary, doznań towarzyszących rozpoczęciu życia zakonnego poprzez pierwsze rozczarowania i powolne chłodnięcie aż do porzucenia habitu. Pojawia się też wątek związku z kobietą, reminiscencje z pobytu w Paryżu. Autor jest oczywiście bardzo krytyczny w stosunku do Kościoła i kleru, mówi o opresyjnym charakterze Instytucji, jej wrogim stosunku do indywidualności, do aspiracji jednostki, o jej dogmatyzmie, jednowymiarowości, pustym rytualizmie, zamknięciu, egoizmie, niosących w konsekwencji destrukcję i zło. Jednak ten krytycyzm znajduje odzwierciedlenie głównie w uogólnionych ocenach, w warstwie retorycznej narracji, lecz nie w konkretnych egzemplifikacjach, nie w detalu, nie w realistycznym konkrecie.
Z rozmysłem użyłem w odniesieniu do „Mnicha” określenia „opowieść”, a nie „powieść”. „Mnich nie jest bowiem typową powieścią fabularną, nie ma w niej powieściowo zarysowanych wątków ani zawiązania i rozwiązania typowej „akcji”, której tu właściwie nie ma, toteż nie jest to materiał na filmowy scenariusz. To raczej opowieść o własnych odczuciach, ciąg rozważań, wrażeń, rozmyślań bardzo wrażliwego, inteligentnego człowieka, klasycznego intelektualisty zanurzonego w książkach, któremu świat zewnętrzny, od nich odrywający, przynosi więcej rozczarowań niż pozytywnych spełnień. Czytelnik poszukujący mądrych, subtelnych rozważań, wycieniowanego, pogłębionego obrazu świata będzie tą książką usatysfakcjonowany. Czytelnik, który oczekiwał demaskatorskiej opowieści z życia współczesnego polskiego kleru zakonnego, nawiązującej prozą do „Monachomachii” biskupa Krasickiego czy do poetyki „Kleru” Smarzowskiego, może doznać rozczarowania.
Tak czy inaczej, autorowi „Mnicha” należą się wyrazy uznania z dwóch powodów. Po pierwsze, za walory literackie tej subtelnej prozy, godne zauważenia tym bardziej, że to jego prozatorski debiut. Po drugie, za szlachetność przekazu. Bo choć nie ukrywam, ostrzyłem sobie, jako czytelnik, zęby na jakieś brutalne demaskacje, może nawet nie bez akcentów rodem z prasy antyklerykalnej, to nie mogę nie wyrazić autorowi uznania za to, że swój rozrachunek z Instytucją, której służył przez lata i do której tak bardzo się rozczarował, przeprowadził tak oględnie i bez podążania po najmniejszej linii oporu, bez tonów i treści skandalizujących, bez brutalności, bez szyderstwa, choćby Instytucja na to zasługiwała.
Jednak kto wie? Może w jakimś momencie w Tadeuszu Bartosiu pisarzu (bo jako uczony intelektualista to czyni) odezwie się imperatyw ostrzejszego spojrzenia na Instytucję, do tego bardziej bezpośredniej i otwartej osobistej perspektywy? Tadeusz Bartoś, były dominikanin wie bez wątpienia o takich rzeczach, o jakich się nie śniło (nie tylko katolickim) filozofom. Nie zamierzam tu pełnić roli węża-kusiciela, ale tajemnice autorskich motywacji zawsze są nieodgadnione. Kto wie, co nas jeszcze czeka po „Mnichu”?

Tadeusz Bartoś – „Mnich. Historia życia, którego nie było”, wyd. Marginesy, Warszawa 2019, str. 268, ISBN 978-85-65975-94-8.

Flaczki tygodnia

„Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ”. Tak brzmi siódmy z 21 Postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1981 roku. Tablice z 21 Postulatami uważane są za Dekalog NSZZ „Solidarności”. Fundament założycielski wszystkich partii odwołujących się do etosu, powstałego po sierpniowych strajkach 1980 roku, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

I dlatego kiedy dzisiaj pan prezes Kaczyński, pan premier Morawiecki i inni prominenci PiS z mściwą satysfakcją ogłaszają, że rząd pana prezesa Kaczyńskiego nie zapłaci nauczycielom za strajk, to wszyscy oni stają tam, gdzie w sierpniu 1980 roku stało ZOMO.

„Flaczki Tygodnia” szarmancko witają pana prezesa Kaczyńskiego w szeregach neo-ZOMO. Tylko nie wiedzą, co na to stare ZOMO. Czy ono zechce stać przy takich antypolskich, antypracowniczych i antyzwiązkowych kreaturach?

Pan Piotr Zaremba to kwiat prawicowej, pro-PiSowskiej publicystyki. Został Miss Dziennikarskiej Wazeliny, za wyjątkowo lizusowską laudację wygłoszoną dwa lata temu w imieniu prawicowego, prorządowego tygodnika „Sieci” na cześć pana prezesa Kaczyńskiego z okazji wręczania mu nagrody „Człowiek Wolności”.

Z drugiej strony pan redaktor Piotr Zaremba to też utalentowany dziennikarz. W „Dzienniku Gazeta Prawna” opublikował w zeszły piątek artykuł pod jednoznacznie brzmiącym tytułem „Protest nauczycieli to porażka rządu”.

Zaczął po bożemu „Gdybym dziś był nauczycielem, tak jak byłem nim w latach 1987-1991, pewnie bym nie strajkował./…/ Ale rozumiem także emocje tysięcy nauczycieli, którzy uznali, że nie mają innej możliwości, jak użyć broni atomowej. /…/ Twierdzę jednak, że jedyną stroną tego konfliktu, która powinna się wstydzić, jest polski rząd i kierownictwo PiS. Niezależnie od doraźnej sprawności w próbie ogrania przeciwnika. Ta sprawność wyjdzie nam wszystkim bokiem. Możliwe, że w dłuższej perspektywie zaszkodzi również prawicy, nawet jeśli doraźnie przekuje ona swoje kłopoty w sukces i wygra dwie kampanie. Bo jej perspektywą jest, zdaje się, tylko gra wyborcza”.

Taka doraźna polityka pana prezesa Kaczyńskiego długofalowo zaszkodzi nie tylko polskiej prawicy. Także polskiej edukacji, rozwojowi polskiego społeczeństwa. Pisze o tym pan redaktor Zaremba. Posobnie pisał o tym w „Trybunie” redaktor Piotr Gadzinowski.

Na koniec swego odważnego artykułu pan redaktor Zaremba pisze, że choć ten rząd zapewne nie ustąpi i zmusi nauczycieli do powrotu do pracy szczując na nich swe media i wyborców PiS, to tak przymuszeni nauczyciele „nie staną się przyjaciółmi tego rządu, formacji ani sposobu myślenia. Fryderyk Wielki opowiadał w XVIII w., że to pruski nauczyciel wygrywał mu wojny. Otóż bądźcie pewni, panie i panowie z prawicy, że polski nauczyciel w rok, dwa nie wygra niczego, ale będzie pracował, abyście nie wygrali już żadnej bitwy. Z czego przy swoich poglądach bynajmniej się nie cieszę. Możecie się upajać antyinteligenckim przekazem: nie dajemy nauczycielom, dajemy rolnikom na bydło. Wiem, że z innych pieniędzy, ale symbolika tego zderzenia była porażająca. Tak się nie buduje trwałych państwowych i obywatelskich wartości”.

Pan redaktor Naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, zwany przez prawicowych dziennikarzy „Sakwą”, z powodu talentu w załatwiania sobie pieniędzy, opublikował w swej gazecie manifest zatytułowany „Kwestia honoru”. Pisze on: „Drugą obietnicą w sprawie Smoleńska było wyjaśnienie przyczyn tragedii. Rok temu komisja państwowa kierowana przez Antoniego Macierewicza opublikowała raport techniczny./…/ Jednak sprawa zakończona nie jest. Nie ma raportu końcowego, a szansa na ukaranie winnych jest niewielka. Ostatnia rzecz, jakiej bym chciał, to to, by obóz władzy poróżnił się z powodu tragedii smoleńskiej. Ale odpuścić sprawy nie można. Ta rzecz ma charakter zasadniczy. Amerykanie do dzisiaj każdego 11 września czczą ofiary World Trade Center. Winnych tragedii po prostu zlikwidowali. Trwało to całe lata. Polska też potrzebuje czasu, by sprawiedliwości stało się zadość. Podejrzewam, że główny odpowiedzialny czuje się bezkarnie. Ale i na niego przyjdzie czas.”

Kim jest ten „główny odpowiedzialny”, pan redaktor Sakiewicz nie dopisał. Ale znając dorobek pana Macierewicza można wytypować dwie osoby. Przewodniczącego Donalda Tuska i prezydenta Włodzimierza Putina.

Przewodniczący Tusk już może się bać. Zwłaszcza po faszystowsko brzmiącym przemówieniu pana senatora PiS Grzegorza Biereckiego wzywającego, podczas uroczystości upamiętniającej katastrofę smoleńską, do oczyszczenia polskiej wspólnoty narodowej z niegodnych jej ludzi. Książki palą już w Polsce ludzie godni „polskiej wspólnoty narodowej”. Czemu nie mogliby sięgnąć po nowy materiał na rozpałkę?

Czy prezydent Putin może się bać długich, mściwych rąk pana redaktora Sakiewicza? Czy poci się ze strachu na dźwięk „Sakwa idzie!”?

Na razie pan premier Morawiecki nie wpuścił rosyjskiego okrętu żaglowego „Siedow” na wody terytorialne naszego kraju. Bo na jego pokładzie znajduje się 70 kursantów z Kerczeńskiego Państwowego Morskiego Uniwersytetu Technologicznego z okupowanego Krymu. Zapewne nie wszyscy kursanci z Kercza mieszkają na Krymie. Na „Siedowie” jest ponad 300 kursantów z różnych uczelni. Czy pan premier będzie konsekwentny i zakaże też wpuszczania do polskiej przestrzeni powietrznej każdego samolotu z mieszkańcem Krymu na pokładzie? Każdego pociągu, autobusu, samochodu, balonu?

Tymczasem mieszkańcy Powidza, gdzie powstaje magazyn uzbrojenia NATO, skarżą się, że Amerykanie zachowują się jak szarańcza. Wojskowi wycięli wielkie połacie lasu, także z Natura 2000, ciężkie transporty blokują i rozjeżdżają lokalne drogi, podatków nie płacą, a kanalizacja ledwo wytrzymuje napór nowych ścieków. I powódź amerykańskiego gówna wylewa się na Powidz.
Wcześniej mieszkańcy Powidza liczyli na korzyści z bazy. Na razie zarobiły pensjonaty, goszcząc polskie ekipy budowlane. Może zarobią panienki, jeśli sojusznicy będą im płacić, a nie tylko je gwałcić. Ale to cena wzmocnienia polskiego bezpieczeństwa zagrożonego ponoć Rosją i wypełnienia sojuszniczych zobowiązań wobec USA.

No i mamy kolejnego wroga. To waluta euro, która też chce się podstępnie wedrzeć do Polski. Jak sieroty syryjskie, geje i lesbijki, europejscy sędziowie. Dlatego pan prezes Kaczyński nie pozwoli aby polscy nauczyciele zarabiali w euro.

Za to nikt z PiS nie zabrania polskim nauczycielom, aby mieli przynajmniej trójkę dzieci, sześć krów i tuzin świniaków. Tylko tak przegonimy Włochy, Hiszpanię, i kiedyś też Niemcy.

Nagrody AICT

Mistrzowski, damski duet nagrodzony za „Lekcje miłości”.

Ewa Dałkowska i Edyta Jungowska zostały w sobotę (13.04) wyróżnione nagrodą imienia Stefana Treugutta przyznaną im przez Polską Sekcję AICT (Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej) za sezon 2017/2018, za osiągnięcia w Teatrze Telewizji, w szczególności „za dychotomiczną kreację: pełną pasji, wykluczeń, przeciwności, a finalnie jedności w sztuce Iriny Waśkowskiej „Lekcje miłości” w reżyserii Rafała Sabary” (jury przyznało też nagrodę spektaklowi „Biesiada u Hrabiny Kotłubaj” według Witolda Gombrowicza w reżyserii Roberta Glińskiego). Laudację na cześć laureatek wygłosił członek Jury Nagrody AICT Grzegorz Mrówczyński, a rozmowę z nimi przeprowadził prezes Polskiej Sekcji AICT Tomasz Miłkowski.
Rozpoczął ją pytaniem o iskrzenie, o napięcie między skupionym, płynącym od wnętrza aktorstwem Ewy Dałkowskiej a eksplozywnym, ekspresyjnym aktorstwem Edyty Jungowskiej. Obie, aktorki, okazały się jednak osobami bardzo skromnymi i początkowo umykały od samoanaliz pracy aktorskiej, koncentrując się przede wszystkim na sensach i znaczeniach przedstawienia „Lekcje miłości” i anegdotycznie opowiadały o drodze prowadzącej do ostatecznego efektu artystycznego. Edyta Jungowska przypomniała, że zaczęło się od przedstawienia na scenie jednego z teatrów łódzkich, które zostało nagrodzone na ważnym festiwalu teatralnym w rosyjskim Jekatierynburgu i które odznaczało się bardzo precyzyjną koronkową robotą reżysera Rafała Sabary. Realizacja telewizyjna była debiutem tego reżysera w Teatrze Telewizji. – Pamiętam warunki w jakich realizowaliśmy to przedstawienie: koszmarny upał lata 2017, wakacje, czarne kotary, wśród których pracowaliśmy w duchocie i ciasnocie, myślałam że to się nie sklei. Szczęśliwie ochłodę dawał nam otoczony zielenią dom Ewy i jej męża, z jego kulinarnymi talentami. Dawałam, co jest moją regułą w pracy, więcej z siebie na początku, by w razie potrzeby coś później odjąć, bo zgodnie z powiedzeniem pana Jowialskiego, łatwiej „pocieniować” niż „pogrubasić” – wspominała Jungowska.
Obie aktorki wspominały też jednak o twórczych napięciach na planie. – Konflikty pojawiają się, gdy rodzi się role – mówiła Edyta Jungowska. Ewa Dałkowska zwróciła uwagę na to, że zdarza się, iż mniej doświadczone ekipy realizacyjne, obserwując spierających się, kłócących się aktorów, nie zawsze to rozumieją i bywa, że biorą zbyt dosłownie. – Ta katowicka ekipa techniczna była bardzo spragniona tej pracy, bardzo na nią czekała. Dlatego, żeby ich odprężyć, używałam często niecenzuralnych słów – żartowała Ewa Dałkowska.
Tomasz Miłkowski nawiązał też do dawnych ról obu aktorek, wybitnych kreacji z którymi są często utożsamiane, kojarzone: do roli Gorgonowej w wybitnym filmie Janusza Majewskiego „Sprawa Gorgonowej”, z którą identyfikowana jest często Ewa Dałkowska i do tytułowej roli „Baryłeczki”, którą zagrała Edyta Jungowska w telewizyjnym spektaklu według noweli Guy de Maupassanta w reżyserii Olgi Lipińskiej. W odpowiedzi na jedno z pytań, aktorki nawiązały do swojej minionej drogi artystycznej i opowiedziały o scenach teatralnych, z którymi były przez dłuższy czas związane: Ewa Dałkowska z Teatrem Śląskim w Katowicach za dyrekcji Ignacego Gogolewskiego, z Teatrem Powszechnym w Warszawie czasów Zygmunta Hubnera i – aktualnie – z warszawskim Teatrem Nowym pod kierunkiem Krzysztofa Warlikowskiego, a Edyta Jungowska z dawnym Teatrem Nowym za dyrekcji Adama Hanuszkiewicza, a także z Teatrem Studio. Jak zauważyła jedna z uczestniczek spotkania, przysłuchująca się rozmowie z obiema laureatkami, spotkanie było prawdziwą, rzadką ucztą dla miłośników teatru.
Wywiady z obiema laureatkami już wkrótce.

Niech powrócą wspomnienia (2)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Niewidzialną Rękę”.

Dobroć, szacunek, bezinteresowna pomoc, zwykłe „dzień dobry”. Spotykamy je dzisiaj coraz rzadziej, ale w naszych sercach tkwią niczym kamienie milowe. Po prostu dlatego, że czynią świat lepszym.
Taki właśnie cel przyświecał programom Telewizji Dziewcząt i Chłopców – „Niewidzialnej Ręce”, „Klubowi Pancernych”, „Zwierzyńcowi”, „Latającemu Holendrowi”, „Piątkowi z Pankracym” i wielu, wielu innym. TDC to historia kilku milionów dzieci, które przez kilkadziesiąt lat robiły rzeczy cudowne, wręcz niezwykłe.
Przed wielu laty, w 1957 roku, grupa chłopców w jednej z polskich wsi postanowiła pomóc babci Marciniakowej. Posprzątali obejście, naprawili furtkę i oprawili trzonek u siekiery. Na miejscu zostawili kartkę: „Przepraszamy, że bez pozwolenia weszliśmy dzisiejszej nocy na Pani podwórko. Psu daliśmy kawałek kiełbasy, więc nie szczekał. Siekierę, która była bez trzonka, oddamy, po naprawieniu, jutro o północy. Jesteśmy na szlaku „Niewidzialnej Ręki”.
Wszystko opisał dokładnie „Świat Młodych”, a w sierpniu 1957, podczas redakcyjnego kolegium, Maciej Zimiński rzucił pomysł rozpoczęcia akcji pod tą samą nazwą.
Już 13 sierpnia 1957 gazeta krzyczała z pierwszej strony: „Nasz trop prowadzi na szlak „Niewidzialnej Ręki”, a dowództwo „Wyprawy 1000 Przygód” wydało komunikat nr 11:
„Na szlaku „NR” możecie wykonać coś dla jednej osoby, a także dla wielu. (Np. zreperować mostek, zrobić tablicę ogłoszeń przy Gromadzkiej Radzie Narodowej, urządzić kwietnik na podwórku, albo piaskownicę dla małych dzieci)”.
Był wszakże jeden warunek: „To co zrobicie, musi być pożyteczne”. Niewidzialni powinni też działać zawsze wtedy, kiedy ktoś potrzebuje ich pomocy.
Kilka lat później Maciej Zimiński przeszedł do telewizji.
25 czerwca 1968 roku w „Teleferiach” ogłosił kontynuację „Niewidzialnej Ręki”. Tym razem jednak wzbogacono ją o „bilet wizytowy”, dzięki któremu przestała być hasłem, a stała się zorganizowaną akcją niesienia pomocy. Każdy był oznaczony indywidualnym numerem nadawanym przez Sztab NR, a nazwiska chłopców i dziewczynek, którzy nadesłali zgłoszenia, stawały się od tego momentu pilnie strzeżoną tajemnicą.
„Przechodząc przez przypadek przez strumyk zauważyliśmy, że leży zrobiona kładka na strumyku, a na niej ten oto bilet” – pisał Zdzisław Szkodun z Niewnic. „Z wielkim zdziwieniem zobaczyłem dziś rano dwie ławki na przystanku autobusowym PKS w Widnej” – informował redakcję Józef Szumiński z Kidałowic. Mieszkanka Warszawy, Krystyna Święcichowska, natknęła się na grób żołnierzy AK, poległych w Powstaniu Warszawskim: „Grób oczyszczony, na nim ładne, świeże kwiaty, aż miło popatrzeć. Przyjemnie, że po 24 latach czcimy i szanujemy miejsca straceń ludzi walczących o naszą wolność. Znalazłam bilecik NR o numerze 7913 i domyślam się, że to ona dba o ten grób”.
Setki tysięcy maluchów pomagały potrzebującym na miarę swoich możliwości: naciągali wody ze studni, znosili siano do stodół, opiekowali się chorymi, organizowali place zabaw dla dzieci. Małe, ale jakże wielkie uczynki. Dzieci pokochały „Niewidzialną Rękę”. Były jej anonimowymi bohaterami. To one decydowały komu, kiedy i jak pomóc. Dzięki ich uczynkom świat stawał się lepszy, a i one zmieniały się także na lepsze.
Maria Kapusta z Kutna, matka 11 letniego Marka i o rok młodszego Zbyszka, nie kryła swego zdumienia:
„Chłopcy do tej pory trudni, rozkapryszeni, przysparzali mi wiele kłopotów. Sąsiedzi często skarżyli się na ich brak zdyscyplinowania i swawolę. Proszę wyobrazić sobie moją radość, kiedy pewnego dnia dowiedziałam się, że mieszkającej w podwórku umysłowo chorej p. „Z”, której do tej pory dokuczali, narąbali z kolegą Markiem drzewa, przynieśli węgla. Każdy ze swego domu, oczywiście ukradkiem. Następnie zaczęli opiekować się młodszymi dziećmi dla których byli do tej pory postrachem. Kolejnego dnia, w zawsze brudnej podwórkowej ubikacji, zapanował niebywały porządek. Przybity został urwany haczyk, a na drzwiach odcisk małej dłoni i nr 1726. Rozczuliło to mnie do łez. Wszyscy oniemieli ze zdziwienia. Co się dzieje? Chłopcy nie ci sami. Ich dobre uczynki można by długo wyliczać – aby tylko trwało to jak najdłużej”.
Stanisław Witas był inwalidą. Miał amputowane obie nogi. Wózek, którym jeździł po ulicy, stał zawsze w komórce na podwórku. Była zniszczona, a wózek zardzewiały:
„Któregoś dnia ktoś zadzwonił do drzwi – wyjrzałem, ale były tylko kluczyki i karteczka: „to są klucze do pana komórki!”. Kiedy znalazłem się na podwórku – oczom nie chciałem wierzyć. Komórka była wyremontowana, pokryta nową papą. A kiedy otworzyłem drzwi i zobaczyłem mój wózek – oniemiałem. Był jak nowy. Wyczyszczony z rdzy, pomalowany… Na wózku leżał bilet z numerem 56860. Rozpłakałem się”.
Takich listów redakcja Telewizji Dziewcząt i Chłopców dostawała tysiące. Ale jedna akcja była wyjątkowa. Jej bohaterem był Antek Koszyk z Gorlic – Niewidzialny o numerze 13128. Pewnego dnia zadzwonił do dyrektora Jana Bochenka z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach. Przedstawił się jako Niewidzialny i zapytał:
– Czy zgodziłby się Pan, aby dzieci spędziły część wakacji u rodzin z Szymbarku?
– Zgadzam się, ale pod warunkiem, że przyjdą z dowodami osobistymi – padła odpowiedź.
W piwnicy, przy migotliwym płomyku świeczki, Antek zaczął realizować potajemnie drugą część planu. Za pieniądze zarobione ze sprzedaży makulatury i butelek kupił koperty, kartki brystolu i kredki. W czerwcu 1973 zaczęły napływać do mieszkańców Szymbarku takie oto listy:
„Bardzo proszę o przyjęcie do swego grona rodzinnego sieroty z Państwowego Domu Dziecka w Zagórzanach na okres wakacji, to znaczy od 25 czerwca do 1 sierpnia br. NIEWIDZIALNA RĘKA w porozumieniu z kierownictwem P.D.Dz. w Zagórzanach prosi powiadomione rodziny o odbiór dzieci (wraz z dowodem osobistym) w dniu 25 czerwca br.”
Każdy list kończył się zdaniem napisanym wielkimi literami:
„Pamiętajmy, że za miłość dziecko płaci miłością”.
Antek Koszyk:
– Bardzo się obawiałem, że pomysł nie wypali – wspomina.
Trudno powiedzieć co ujęło mieszkańców Szymbarku. Piękny gest Antka? Jego wrażliwość? Samotność sierot czy też ujmujące malowanki 11-letniego chłopca?
„Przyszedł list – wspomina Zofia Tomasik. Myślałam, że to jakieś życzenia świąteczne, lecz to była kartka. Na początku nie wiedziałam, o co chodzi, może kawał jakiś? A potem przyszedł mąż z pracy. Gadaliśmy trochę na ten temat, ale ciągle były wątpliwości, czy to nie pisane tak dla zabawy, na prima aprilis. W tym samym dniu dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi dostali takie same kartki. Zastanawialiśmy się z mężem, czy by rzeczywiście nie wziąć dziecka (…). Zrobiło się nam żal dzieci. (…). Właściwie nawet nie wiem, kiedy i jak zapadła decyzja. W każdym razie mąż nazajutrz pojechał do Zagórzan”.
W biurze dyrektora Bochenka zjawiło się tylu mieszkańców Szymbarku, że zabrakło dzieci. Zostawały u przybranych rodzin na całe wakacje, później gościły u nich w każde ferie i święta. Akcja Antka Koszyka z Gorlic przeszła do historii „Niewidzialnej Ręki” i obrosła legendą.
Kilka lat temu były student Macieja Zimińskiego red. Maciej Wasielewski pojechał do Zagórzan śladami akcji chłopca z Gorlic. Mieszkańcom zadał tylko jedno pytanie, a odpowiedzi, które usłyszał bardzo smutno świadczą o naszej dzisiejszej rzeczywistości:
– Czy wzięlibyście chłopca lub dziewczynkę z Domu Dziecka na święta?
– Nie – padała jedna i ta sama odpowiedź.
Prawie dwa miliony biletów wizytowych pozostawionych przez Niewidzialnych na miejscu dobrych uczynków. Ale to tylko dane dotyczące zarejestrowanych w Sztabie Niewidzialnej Ręki dziewcząt i chłopców. Drugie, a może nawet trzecie tyle działało poza oficjalnymi strukturami. Tak jak Joasia Modzelewska i jej koleżanki z Elbląga:
– Nikogo o nic nie prosiłyśmy. Pomoc miała pochodzić od nas, z naszej pracy. Zbierałyśmy więc makulaturę, butelki i sprzedawałyśmy, aby robić zakupy. W naszych ogrodach zbierałyśmy owoce i rozdawałyśmy osobom, które ich nie miały. Wiem, że byli z nas dumni rodzice i dziadkowie. Moja babcia, Marianka Tokarska, pewnego razu „przyłapała” mnie na robieniu paczki dla biednej rodziny. Stanęła, popatrzyła, zakręciła się na pięcie, a po chwili przyniosła z komórki słoninę i jajka. – Masz dziecko, weź, aby te biedniejsze ludzie nie były głodne – pogłaskała mnie wzruszona. Jej słowa dźwięczą mi w pamięci do dziś. Chociaż w ten sposób chciała spłacić dług, kiedy w czasie wojny jej i moim ciociom obcy dawali kawałek chleba na przeżycie. Czułam, że była wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie.
Akcja „Niewidzialnej Ręki” zakończyła się w grudniu 1981 roku. Żadna telewizja nie świecie nigdy nawet nie pokusiła się aby zrobić coś podobnego. Choć od tamtego czasu minęło kilkadziesiąt lat „Niewidzialna Ręka” żyje w sercach dziewcząt i chłopców, którzy byli jej anonimowymi bohaterami oraz setek tysięcy ludzi, którzy doświadczyli odruchu ich serca.

Kościół w ślepej uliczce

Nie zanosi się na to, by iście popowa kadencja obecnego papieża doprowadziła do jakichkolwiek zmian poza kosmetycznymi. Z mrocznych zakątków Watykanu wciąż dochodzą upiorne komentarze. Katoliccy kapłani po prostu lubią swoją korporację, a ona – jak wszystkie, niezależnie od profilu, komercyjna czy gnostyczna – potrafi wytworzyć perwersyjną antymoralność w każdej niemal sferze.

Świadectwem tego jest choćby niedawna rozprawa emerytowanego papieża Benedykta XVI na temat rozlicznych skandali pefofilskich, w które zamieszani są katoliccy duchowni na całym świecie, opublikowana w niemieckim czasopiśmie chrześcijańskim „Klerusblatt” 11 kwietnia br. Niemal wszędzie poza Polską wywołała ona falę oburzenia.
Były papież proponuje w swoim tekście zupełne odejście od dotychczasowych, i tak niezwykle nieskutecznych i podejmowanych wcale niechętnie, prób konfrontacji naczelnych kadr kościoła z tą systemową patologią wewnątrz własnej struktury. Benedykt XVI otwarcie oświadcza, iż nie ma żadnych „problemów o charakterze systemowym”, a już na pewno nie może być mowy o „zbrodniach”; odrzuca też uwagi o „nadużyciach władzy”. Jeśli chodzi systematyczną przemoc seksualną wobec dzieci stosowaną powszechnie przez katolickich księży papież-emeryt nie jest skłonny obarczyć odpowiedzialnością organizacji, której przez lata szefował.
Wręcz przeciwnie, w swoim tekście wskazuje niemal wyłącznie na czynniki zewnętrzne. Największą uwagę zwraca na ogólną – cokolwiek miałoby to znaczyć – „nieobecność Boga”.
„Dlaczego pedofilia osiągnęła takie rozmiary? W ostatecznym rozrachunku przyczyną jest nieobecność Boga… [ponieważ] świat bez Boga może być jedynie światem bez znaczenia… bez pojęcia dobra i zła” – napisał Benedykt XVI.
Po tym jak obdarzył już czytelnika poważną dozą podobnie miałkich i pustych, acz stylizowanych na filozoficzne tez, autor przechodzi do nieco bardziej precyzyjnych, choć doprawdy groteskowych „wyjaśnień”.
Okazuje się oto, iż przestępstwa seksualne przeciwko dzieciom, które popełniają kościelni hierarchowie mają swoje źródło w „systemowych przekształceniach” związanych ze „zmianami moralności seksualnej”, do której doszło w latach 60-tych minionego wieku. Były papież posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rewolucja z 1968 r. uczyniła pedofilię zjawiskiem „dozwolonym i stosownym”.
Jedyne wyrzuty jakie Benedykt XVI formułuje (w cokolwiek zabawnym denuncjatorskim tonie) wobec kapłanów, dotyczą ich domniemanego flirtu z obcymi ideologiami, które przesączyły do zdrowego organizmu kościoła katolickiego „elementy relatywizmu moralnego” i wprowadziły nurt przewidujący, iż „nie może istnieć nic złego lub dobrego w sposób absolutny, a jedynie względne oceny”. Anonimowi (autor nikogo nie wskazuje) teoretycy tego trendu doprowadzić mieli do „radykalnego obniżenia autorytetu kościoła w sferze moralnej” i spowodować “upadek moralnego nauczania”. I znów – na pytanie co to wszystko właściwie znaczy, każdy może odpowiedzieć sobie w sposób niemal dowolny. Co ciekawe jednak, Benedykt XVI chwali Jana Pawła II, który miał stanąć na wysokości zadania na początku lat 90-tych i próbować przeciwdziałać tej niezdefiniowanej nawale amoralności.
Jeżeli komuś nie dość jeszcze tych dziwacznych doprawdy fantasmagorii, Benedykt XVI w dalszej części swojego tekstu brnie w coraz bardziej ponurą groteskę. Twierdzi m.in., iż cały ten konglomerat zła, który wyłonił się z mrocznej jaskini lat 60-tych, a potem z powodu nieokreślonych nieszczelności zaraził niemałą część kapłanów, jest przyczyną powstania “klik homoseksulanych”, co według niego jest jednym z fundamentów problemu. Wynika z tego, iż pomimo zaawansowanego wieku (92 lata) były papież nie odróżnia orientacji seksualnej od przestępstwa polegającego na gwałcie poprzez doprowadzenie do współżycia dziecka, tj. osoby, która nie jest w stanie udzielić świadomej zgody na seks.
Duch Święty wybrał kardynała Josepha Ratzingera go na stanowisko papieża po śmierci Jana Pawła II, a potem ów swą ludzką mocą nadał sobie pseudonim Benedykt XVI. W 2013 r. zrezygnował z pełnienia tej funkcji. Od tego czasu nie afiszował się szczególnie ze swoimi obłędnie konserwatywnymi opiniami, zwłaszcza, iż papież Franciszek, obecny szef kościoła katolickiego, obrał zgoła odmienną strategię PR-ową. Mimo to, funkcjonariuszy takich jak właśnie Benedykt XVI wciąż dopuszcza się do wygłaszania komentarzy dotyczące najbardziej newralgicznych, zdawałoby się, kwestii. Oznacza to, że Watykan, choć publicznie wygłasza czasem umiarkowane krytyki w tej materii, w rzeczywistości akceptuje pedofilię jako jeden z filarów tożsamości kościoła katolickiego.

Okrągły, lecz pusty

W Polsce Ludowej władza płaciła strajkującym za czas ich strajków.

Głodem i nienawiścią rząd pana prezesa Kaczyńskiego chce zgasić strajk polskich nauczycieli.
Na razie udało się administracji rządowej obejść strajkujących prawnym fortelem i przeprowadzić egzaminy gimnazjalne. Ten łamistrajkowy obowiązek rząd zrzucił na kuratorów i dyrektorów szkół. Ci skutecznie znaleźli zamienników do komisji egzaminacyjnych, zwykle spośród emerytowanych nauczycieli i kadry urzędniczej. Wśród osób znajomych, zaprzyjaźnionych, z poczuciem lojalności wobec swych przełożony. I choć wielu z zamienników zgadza się z postulatami strajkujących, to nie chcieli przełożonym odmówić. Nawet za cenę przyszłego bojkotu towarzyskiego ze strony strajkujących przyjaciół i znajomych.
Rząd wygrał ze strajkującymi egzaminacyjną rundę, ale za cenę dodatkowych podziałów w środowisku nauczycielskim. Temu rządowi to w graj, bo władza PiS opiera się na antagonizowaniu jednych środowisk z drugimi. Na kreowaniu wrogów Narodu. Poza tym, to nie ten rząd będzie niwelował rozgrzane nienawiści społeczne. Za koszty skonfliktowania swego środowiska zapłacą nauczyciele. Zapłacą kolejne pokolenia dzieci i ich rodziców.
Strajkujący nauczyciele przegrali pierwszą rundę, ale do powalenia ich na deski jeszcze daleko. Teraz pan premier Morawiecki będzie brał strajkujących głodem. Szantażem zmuszał ich do przerwania strajku. Grożąc, że ta władza nie wypłaci pensji strajkującym za ich godziny przestojów w pracy.
Ta sama władza od lat prowadzi politykę historyczną zohydzającą okres Polski Ludowej. Dziś można różnie oceniać władze Polski Ludowej, ich stosunek do „nieuzasadnionych przerw w pracy”. Tak często tamta władza nazywała ówczesne strajki. Nielegalne w świetle obowiązującego wtedy prawa. Jednak tamta władza za „nieuzasadnione przerwy w pracy” zawsze strajkującym płaciła.