SIERGIEJ SŁONIMSKI (1932-2020)

Był jedną z najważniejszych postaci muzyki rosyjskiej ostatniego z górą półwiecza, w epoce po Szostakowiczu najbardziej znanym kompozytorem Petersburga, do tego cenionym muzykologiem, pedagogiem, animatorem życia muzycznego. Był wielkim przyjacielem Polski. Odszedł 9 lutego, cztery dni później spoczął obok swoich rodziców na cmentarzu w podpetersburskim Komarowie, gdzie też leży m. in. Anna Achmatowa.

Miał polskie korzenie – jego prapradziadkiem był urodzony w Hrubieszowie i czynny w Warszawie polski Żyd Abraham Stern (1769-1842), niezwykle utalentowany wynalazca, który skonstruował młockarnię i konną żniwiarkę, a przede wszystkim maszynę rachunkową wykonującą cztery podstawowe działania arytmetyczne i do tego wyciągającą pierwiastki kwadratowe; upamiętnia Sterna m. in. Muzeum Polin.
Korzenie
Ród Sternów-Słonimskich rozszczepił się potem na kilka gałęzi i rozlał się po świecie. Gałąź polska wygasła wraz ze śmiercią poety, prozaika i felietonisty Antoniego Słonimskiego (1895-1976). Gałąź amerykańska wydała m. in. znakomitego muzykologa Nicolasa Slonimsky’ego (1894-1995, w swoim czasie publikowaliśmy w Polsce jego autobiografię „Słuch absolutny”), gałąź francuską zaś zapoczątkował Piotr Słonimski (1922-2009), światowej sławy genetyk, odkrywca i badacz dziedziczenia mitochondrialnego, różnego od dziedziczenia jądrowego.
W Rosji osiadł Ludwik (Leonid) Słonimski (1850-1918), znany zwłaszcza ze swej publicystyki ekonomicznej; jego najmłodszy syn Michaił (1897-1972) jako członek głośnego ugrupowania literackiego „Bracia Serafiońscy” wnet stał się jednym z popularniejszych rosyjskich prozaików (publikowano u nas także jego, i w międzywojniu, i w latach Polski Ludowej, i ostatnio, kiedy za Rafała Skąpskiego PIW wydał jego zbiór opowiadań pt. „Warszawa”). Gdy Michaiła w 1932 roku odwiedzał w Leningradzie polski kuzyn Antoni (później napisał o tym spotkaniu piękny wiersz ‘”Hamletyzm”), sposobiło się tam do przyjścia na świat jedyne dziecko rosyjskiego pisarza – właśnie Siergiej.
Przy tej samej, gdzie zamieszkiwali Słonimscy, ulicy Marata, zaledwie trzy domy dalej mieszkał wówczas jeszcze młody, ale już bardzo znany Szostakowicz.
Odwilż
Głośno zaczęło być o Siergieju Słonimskim na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to dał o sobie znać jako jeden z czołowych muzycznych „szestidiesiatników”, pokolenia młodych twórców, które na fali chruszczowowskiej odwilży poczęło gruntownie przeobrażać oblicze radzieckiej kultury artystycznej, odnawiając i wzbogacając jej środki wyrazu, otwierając ją na świat.
Język
Szczególnie ciekawe rezultaty osiągnął wówczas Słonimski kojarząc posługiwanie się nowoczesnym językiem kompozytorskim z inspiracjami muzyką ludową, w wyniku czego poczęto go postrzegać jako jednego z inicjatorów i głównych przedstawicieli wiele wówczas w muzyce rosyjskiej znaczącej tzw. „nowej fali folklorystycznej”, obok m. in. Rodiona Szczedrina czy Walerija Gawrilina.
Z nowymi technikami twórczymi eksperymentował przy tym wówczas Słonimski coraz odważniej: napisana w 1960 roku Sonata na skrzypce pierwsza w powojennej muzyce rosyjskiej używała ćwierćtonów.
W latach późniejszych ulubionymi gatunkami wypowiedzi Słonimskiego stały się wielkie formy – symfonia i opera. W symfoniach, których skomponował aż trzydzieści cztery (sic!), stopniowo dochodził do głosu idiom neoromantyczny – jak np. w pochodzącej z 1987 roku Dziewiątej, której słuchałem kilka lat później w Moskwie, ocienionej przy tym jakimś głuchym, mglistym smutkiem, chwilami nawet bólem; skądinąd na przepełniający wiele dzieł Słonimskiego nastrój głębokiego tragizmu zwracano uwagę niejeden raz, a sam kompozytor powiadał o tym tak: „kulminacje prawie wszystkich moich dużych utworów – to katastrofy, a kody – to umieranie, ciche egzekwie, uchodząca pamięć”.
Opery
Osiem napisanych przez Słonimskiego oper – to dyskurs o władzy; „swe sympatie – to znowu słowa samego twórcy – lokuję w nich zawsze po stronie jednostki, zawsze przeciwstawiam się tyraniom”. Najważniejsza jest zapewne druga z tej ósemki – ukończona w roku 1972, zaledwie pięć lat po pierwszym rosyjskim wydaniu powieści, opera kameralna „Mistrz i Małgorzata” według Bułhakowa.
Drogę do słuchacza miała zaiste cierniową – przyjęta z dezaprobatą przez leningradzkich decydentów, ujrzała światło dzienne dopiero w czasach pieriestrojki, najpierw w wersji koncertowej, potem w 1991 roku w scenicznej, wykonana w Moskwie przez zespół Teatru Muzycznego Forum; nowoczesna w języku, przekonywająca w dramaturgii, zrobiła na mnie wtedy naprawdę duże wrażenie, także dzięki kreacji wtedy jeszcze studentki, a dziś wielce utytułowanej Tatiany Monogarowej jako Małgorzaty.
Po „Mistrzu i Małgorzacie” nastąpiły „Maria Stuart” według Stefana Zweiga, potem „Hamlet” i „Król Lir” według Szekspira, a pomiędzy nimi „rosyjska tragedia” „Widzenia Iwana Groźnego”, pomyślana jako seria majaków umierającego cara-despoty, w których znów stają mu przed oczyma najstraszniejsze popełnione przezeń zbrodnie (prapremierę miały „Widzenia” w 1999 roku w Samarze, dyrygował Mstisław Rostropowicz, reżyserował Robert Sturua); ostatnia była „Antygona” według Sofoklesa, zaprezentowana w 2008 roku w Petersburgu w reżyserii Aleksandra Sokurowa.
Balet
Nie można też zapominać o trzech skomponowanych przez Słonimskiego pełnospektaklowych baletach.
Dane mi było poznać ten pierwszy, z 1970 roku – pokazywanego w Teatrze Wielkim w Moskwie (ściślej w służącym mu wówczas jako druga scena Kremlowskim Pałacu Zjazdów) „Ikara”, gdzie młody syn Dedala rzucał wyzwanie nie tyle naturze, ile ludziom – konserwatywnemu Archontowi i jego świcie, dla których poryw zuchwalca niósł groźbę zaburzenia ustalonego porządku rzeczy i jako taki musiał zostać udaremniony.
Rzecz przygotował debiutujący tu jako choreograf legendarny tancerz Władimir Wasiljew, a występowały największe gwiazdy Teatru z tymże Wasiljewem na czele.
Choć Polska i polska kultura były Siergiejowi Słonimskiemu zawsze bardzo bliskie, zrządzeniem losu gościł u nas zaledwie dwa razy, przyjeżdżając w latach sześćdziesiątych na festiwal „Warszawska Jesień” (skądinąd podróżować, zwłaszcza za granicę, nie bardzo lubił). Poznał wtedy Antoniego, czego następstwem stały się niebawem skomponowane do jego tekstów „Polskie strofy” na mezzosopran i flet; i ten, i inne utwory Siergieja były potem na warszawskim festiwalu wykonywane i dobrze przyjmowane.
Fryderyk
Z polskiej muzyki szczególną admiracją darzył Chopina; w 2001 roku został honorowym przewodniczącym petersburskiego Towarzystwa Chopinowskiego; w roku 2010 podczas obchodów 200-lecia urodzin Chopina, zbulwersowany brakiem nowych rosyjskich monografii o kompozytorze (choć Rosjanie przetłumaczyli wtedy monumentalną pracę Mieczysława Tomaszewskiego), chwycił za pióro sam, publikując błyskotliwe studium „O nowatorstwie Chopina”.
A w roku 2018, o czym już kiedyś na tych łamach pisałem, na jubileusz stulecia polskiej niepodległości skomponował Słonimski poemat symfoniczny „Wstąpienie i triumf” („Woschożdienije i triumf”), wykonany najpierw w Kazaniu, a zaraz potem w Teatrze Maryjskim w Petersburgu, gdzie zagrała go orkiestra Konserwatorium im. Rimskiego-Korsakowa, w którym nauczał przez sześćdziesiąt lat.
Dziennikarzowi agencji TASS mówił wtedy: „Fakt, iż stosunki między politykami naszych krajów są niedobre i napięte, w niczym nie dotyczy ludzi sztuki, a zwłaszcza muzyki, gdyż żyjemy w przyjaźni; wysoko ceniąc polską kulturę muzyczną od Chopina poczynając, uznałem za swój obowiązek napisać utwór, specjalnie poświęcony jubileuszowi tego wielkiego państwa”.

Od Albina do Radosta

Kapituła Nagrody im. Stefana Treugutta uhonorowała Jana Englerta Nagrodą Specjalną za dorobek artystyczny, aktorski i reżyserski w teatrze telewizji. Tylko zbieżność dat sprawiła, że nagroda przypadła w 55 rocznicę jego teatralnego debiutu na małym ekranie – była to postać Żołnierza II w Wolterowskim „Kandydzie” w reżyserii Jerzego Krasowskiego.

Jan Englert należy do generacji, której dane było uczestniczyć w tworzeniu legendy Teatru TV – jej oczywistym źródłem było mrowie premier rozmaitych gatunków, retransmisji i powtórek, w szczytowym momencie przekładające się na ponad 150 emisji teatralnych w ciągu roku. Laureat ma za sobą 134 role (w tym połowę głównych) w spektaklach telewizyjnych, 40 reżyserii, 4 opracowania tv, 3 reżyserie tv, 10 scenariuszy, 3 adaptacje. Za swoje dokonania w Teatrze TV był wielokrotnie wyróżniany nagrodami indywidualnymi; już u progu twórczości otrzymał Złoty Ekran w roku (1970) za rolę Zbyszka w „Moralności pani Dulskiej”, a w ostatnich latach na festiwalach Dwa Teatry w Sopocie spotkał się z deszczem nagród, m.in. Grand Prix w roku 2006 za „Juliusza Cezara” Szekspira. Jego dorobek znaczony jest wieloma barwami, uprawianymi gatunkami, pasjami, ale nietrudno wskazać te najważniejsze.
Po pierwsze, to romantycy, a zwlaszcza wielkie dzieła (i role) polskiego romantyzmu z Kordianem na planie pierwszym, do którego wielokrotnie wracał i wraca. Zaczęło się od warszawskiego Teatru Współczesnego – kiedy to Erwin Axer powierzył mu role diaboliczne: Diabła, Doktora i Mefistofela. Wprawdzie sam nigdy roli tytułowej na scenie nie zagrał – jeśli nie liczyć realizacji radiowej Zbigniewa Kopalko (1984), ale ponownie w teatrze spotkał się z „Kordianem” już jako reżyser trzy lata później (1987) w Teatrze Polskim. Potem powstał jego jednoosobowy spektakl telewizyjny „Godzina miłości, nadziei, rozpaczy. Monologi romantyczne” (1991), w którym aktor przemówił słowami Gustawa, Kordiana i Konrada. Ten spektakl poprzedził dwuczęściowego bez mała trzygodzinnego „Kordiana” z Michałem Żebrowskim w roli tytułowej. W obsadzie 47 aktorów o głośnych nazwiskach (Gustaw Holoubek zagrał Grzegorza, Mariusz Benoit Konstantego, Władysław Kowalski Doktora, Andrzej Łapicki Prezesa, a Jan Englert Cara). To był jeden z tych spektakli, które nie przechodzą niepostrzeżenie przez ekran. Nie był to koniec wielkiej przygody artysty z „Kordianem” – ona wciąż trwa: potwierdza to zachwycający spektakl w roku jubileuszowym Teatru Narodowego, wciąż pozostający na afiszu.
Nie tylko Kordian i nie tylko Słowacki okupował „romantyczną” wyobraźnię artysty – jego reżyserska droga w Teatrze TV rozpoczęła się tak naprawdę od „Irydiona” Zygmunta Krasińskiego (1982), ale największe emocje wzbudziły „Dziady” Adama Mickiewicza. Sama skala przedsięwzięcia działała na wyobraźnię: w ponad trzygodzinnym widowisku zagrało 132 aktorów – tego jeszcze w Teatrze TV nie było. Dwie części spektaklu puszczono z przerwą, 1 listopada 1997 roku. Maja Komorowska zapisała po emisji: „oglądałam „Dziady” Englerta ze wzruszeniem. Tyle razy już słyszałam poszczegól­ne monologi, choćby na egzaminach w szkole te­atralnej, od lat ucząc w szkole, tyle razy sama powracałam do „Dziadów”, a jednak, oglądając przedstawienie Jana Englerta miałam chwilami wrażenie, jakbym „Dziadów” dotykała na nowo”.
Drugi krąg telewizyjnych fascynacji Jana Englerta to Szekspir – zadebiutował w Szekspirze jako Malcolm, syn Duncana i przyszły król Szkocji w „Makbecie” Andrzeja Wajdy. Spektakl ten upamiętnił się lokalizacją nagrania w Chęcinach w dekoracjach „Pana Wołodyjowskiego” i przewrotnym obsadzeniem w rolach głównych Makbeta i Lady Makbet, ówczesnych ulubieńców polskiej publiczności, Tadeusza Łomnickiego i Magdy Zawadzkiej.
Po Szekspirowskich wprawkach przyszedł czas na tytułową rolę w telewizyjnym „Hamlecie” Gustawa Holoubka (1973). Spektakl doczekał się niemal 50 omówień prasowych, co i w tamtych czasach należało do rzadkości. Większość była zachwycona, od „Twórczości” po „Walkę Młodych”.
Jarosław Iwaszkiewicz odnotował na łamach „Twórczości”: „Jan Englert, szlachetny, młody, piękny”. Andrzej Szczypiorski zachwycał się w „Polityce”: „Boy pisał kiedyś, że Hamlet dlatego należy do najtrudniejszych zadań aktorskich w historii teatru, bo wymaga kolosalnych umiejętności w bardzo młodym wieku. Otóż Englert, choć młody, potrafi niemal wszystko. Jest to jeden z najlepszych Hamletów, jakich widziałem. Prostota gestu, swoboda ruchów, siła głosu. Konsekwencja w budowaniu postaci, urok osobisty, dyscyplina”. Spektakl wywołał także polemiki z powodu wprowadzenia przez tłumacza soczystego przekleństwa: „Englert-Hamlet gruchnął z małego ekranu słowem podającym w wątpliwość prowadzenie się mamusi” oburzał się IBIS [Andrzej Wróblewski] w „Życiu Warszawy”.
Dziesięć lat później sięgnął Jan Englert po „Hamleta” jako reżyser, obsadzając w roli telewizyjnego królewicza Jana Frycza – spektakl trwał bez mała trzy godziny, dla jednych był nudny, dla drugich wzorcowy i kształcący. Grzegorz Sinko napisał, że reżyser „poszukał możliwie najogólniejszego znaczenia: położył nacisk na problematykę moralną”.
Z „Hamletami” o palmę pierwszeństwa walczy wspomniany telewizyjny „Juliusz Cezar” (2007), jeden z najlepszych Szekspirów w historii teatru telewizji. 10 lat wcześniej Jan Englert zagrał Marka Antoniusza w spektaklu Macieja Prusa na deskach Teatru Polskiego i mógł się po tej roli i po tym spektaklu czuć spełniony. Toteż początkowo odrzucił propozycję zrobienia „Juliusza Cezara” dla Teatru TV. Kiedy jednak wyszedł ze spotkania, spojrzał na budowane wtedy telewizyjne monstrum przy Woronicza i wiedział, że ma Colosseum. Tak zrodził pomysł wtopienia w spektakl charakterystycznych miejsc współczesnej Warszawy. Interpretując tragedię Szekspira jako dramat manipulacji opinią publiczną, odnalazł reżyser klucz do opisania rzeczywistości.
Trzeci krąg to Witkacy, z którym również artysta przestaje od kilkudziesięciu lat, poczynając od „oddemonizowanego – jak pisał Jerzy Koenig – Leona Węgorzewskiego” w „Matce” u boku Haliny Mikołajskiej, w Teatrze Współczesnym (w reżyserii Erwina Axera, 1970). To długa lista, także spektakli z udziałem studentów PWST, w którą wpisuje się najnowszy telewizyjny Witkacy. Wysmakowany „W małym dworku”, spektakl precyzyjnie skomponowowany, w idealnie wybranym rytmie, w którym nie ma ani jednej nieważnej roli.
Czwarty krąg – Fredrowski, wcale nie mniej ważny od poprzednich. Spotkania z Fredrą rozpoczął od telewizji, od „Ślubów panieńskich” (w 1966 roku), w których gra do dzisiaj. Po premierze „Ślubów” Ewa Boniecka pisała w „Kurierze Polskim”: „Prym wiedli tu J. Englert jako wyborny, pełen młodzieńczego uroku i wdzięku Gucio, Z. Mrożewski – dobrotliwy Radost (…)”. Sęk w tym, że Jan Englert nie zagrał Gucia ale Albina. Na rolę Gucia musiał czekać 20 lat – obsadzony przez Andrzeja Łapickiego w Teatrze Polskim (1984). Spektakl przeniesiono wkrótce na mały ekran: „Gucio Englerta bystry jak komputer – pisała Teresa Krzemień w „Tu i Teraz” – lekko znudzony, polujący najpierw na posag, potem na pannę (bo oporna) ale niezmiennie po hrabiowsku czarujący. Frant, birbant i ziółko (…)”.
I trzecie „Śluby panieńskie”, tym razem w reżyserii Jan Englerta, najpierw teatralne, potem utelewizyjnione, którego premiera miała miejsce w roku 2007 w Teatrze Narodowym i pozostaje jeszcze w repertuarze Teatru Narodowego. Do Albina i Gucia dołożył tu dojrzałego, zdystansowanego Radosta. Modelowany na wyraziciela poglądów autora, wygłasza co pewien czas z nutą zadumy myśli Fredry, wyjęte z jego „Zapisków starucha”. Ten drobny zabieg nadał historyjce opowiedzianej w „Ślubach” charakter przypowieści.
Do telewizyjnego Fredry dodać trzeba mistrzowską jednoaktówkę „Nikt mnie nie zna” pokazaną na żywo w 220 rocznicę urodzin poety (2013) i przede wszystkim świetnego, docenionego „Męża i żonę” z koncertem aktorskim Beaty Ścibakówny, Mileny Suszyńskiej, Grzegorza Małeckiego i Jana Englerta – spektakl perełkę, jakich zawsze mało.
Te cztery kręgi, po których toczy się dzieło Jana Englerta w Teatrze TV można by dopełnić o wiele pobocznych wycieczek, których tu nie sposób choćby wymienić. Ale warto zwrócić uwagę na związek jego spektakli telewizyjnych z teatrem żywego planu zarówno jako inspiracją i jako zapisem dokonań – artysta doskonale czuje potrzebę zapisu wybitnych spektakli, świadomy ich znaczenia dla następców. Kiedyś zabiegał, by zachować ślad po wielkich spektaklach wybitnych reżyserów i aktorów, teraz sam bywa proszony, aby zapisał swoje dokonania („Śluby” i „Udręka życia”)
Druga szczególna cecha twórczości Jana Englerta w Teatrze TV to jej związek z pracą pedagogiczną – przykładem może być sekwencja spektakli na podstawie dramatów Witkacego. Rektor Englert nigdy nie przestaje być pedagogiem.
I po trzecie praca z aktorem. U Englerta najważniejszy jest aktor, w takim duchu był kształtowany przez mistrzów wyczulonych na wagę aktorstwa.
Ale po czwarte, Jan Englert pozostaje otwarty na nowe środki – może bez szaleństwa, z racjonalnym dystansem, ale chętnie wykorzystuje walory pleneru (było to widać w ostatnich realizacjach: „Lecie” wg Rittnera i „W małym dworku”), dba o przekaz wizualny, pamiętając o medium, dla którego tworzy.

(Fragmenty laudacji wygłoszonej podczas rozdania Nagród AICT im. Stefana Treugutta, 15 lutego 2020)

Kutza nigdy dość

Ileż to już razy czytałem o szkole filmowej w Łodzi w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ile naczytałem się opowiastek i anegdot, często pikantnych o reżyserach, aktorach, o ekipach realizacyjnych, o przygodach i skandalach na planach filmowych i poza nimi, o politycznych kontekstach, w które uwikłana była kinematografia, o bujnym życiu środowiska filmowego!
Nie da się tego ogarnąć! Iluż autorów o tym pisało, w różnym stylu, konwencjach i z różnych pozycji: Andrzej Wajda, Janusz Majewski, Mieczysław Wojtczak, Jerzy Antczak, Janusz Zaorski, Jan Machulski, Juliusz Machulski, Tadeusz Konwicki, Ewa Morell, Jerzy Gruza, Andrzej Krakowski – listę można by kontynuować. A iluż pisało o, nich, o ludziach polskiego kina, w trybie relacji zewnętrznej, w monografiach wybitnych postaci. Ukazywały się też wspomnienia córek czy synów o ojcach i matkach.
Poczesne miejsce na tej liście przysługuje Kazimierzowi Kutzowi (1929-2018). Gdy przeczytałem jego „Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko” (1999) uświadomiłem sobie, że jest on nie tylko wybitnym reżyserem, ale także znakomitym, soczystym pisarzem. Mając w pamięci „Klapsy” z prawdziwą przyjemnością zabrałem się do jego portretów godziwych” (2004), a później do felietonów filmowych „Z mojego młyna” (2009). O „Piątej stronie świata” (2010) tym razem nie wspominam, bo rzecz zasadniczo nie dotyczy filmu, lecz Śląska.
I oto znów można z rozkoszą zanurzyć się w pisarstwie Kutza dzięki jego „Autoportretowi. Będzie skandal”. Kutz, to prawdziwy polski Franciszek Rabelais. Można by też powiedzieć: wielki, subtelny, wyrafinowany artysta, a przy tym człowiek wykształcony i rozlegle oczytany, erudyta, w skórze „Marchołta grubego a sprośnego”, by odwołać się do motywu polskiej literatury. Jego bujny, pyszny, pieprzny, soczysty, obrazowy, barwny, nieokiełznany, bezpardonowy, nieliczący się z żadnymi konwencjami styl (nie tylko pisania ale i bycia) znajdziemy właśnie w „Autoportrecie”. Zawsze jednak na dnie tego piekielnego kutzowego bigosu, tej wielosmakowej mieszanki znajdujemy śląską i po prostu ludzką, czasem gorzką mądrość Kutza-filozofa. Bo znał ten człowiek życie, oj znał do głębi. „Autoportret” to niby ta sama historia życia śląskiego chłopaka z Szopienic, który wyrósł na wybitnego artystę, ale pokazana znów inaczej, tak, jakby czytało się to po raz pierwszy. Niezliczone opowiastki i anegdoty o „Filmówce” i bujnym życiu towarzyskim, o szaleństwach artystów, o skandalach, pijaństwach, o kolegach reżyserach, aktorach, romansach, małżeństwach, o realizacjach filmowych, telewizyjnych i teatralnych (Kutz należał do nielicznego grona twórców sprawnych jednocześnie w trzech dziedzinach), o polskich i zagranicznych festiwalach, uniwersum polskiego kina. Wystarczy zresztą sięgnąć do indeksu osób z setkami nazwisk, by zorientować się jak rozległe spektrum personalne objął Kutz swoimi wspomnieniami. Kutza można by jeść łyżkami i tylko żal, że to prawdopodobnie jego ostatnia książka, chyba że zostało po nim coś jeszcze w papierach. Ja w każdym razie przeczytałem „Autoportret” Kazimierza Kutza z pasją, z ogromnym zainteresowaniem i innym to gorąco rekomenduję.
Kazimierz Kutz – „Będzie skandal. Autoportret”, wstęp Tadeusz Lubelski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, str. 408, ISBN 978-83-240-5919-5

Stanisławowska Warszawa malarzy

Nie tylko Bacciarelli i Canaletto.
Nie dziwię się autorce tej monografii, Aleksandrze Bernatowicz, że zawodowo zajęła się epoką stanisławowską, a w szczególności jej wymiarem kulturowo-artystycznym. Czasy schyłku Rzeczypospolitej, okres panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, owo babie lato kończącej się siedemsetletniej wtedy Polski monarchicznej, przy całym swoim tragizmie z punktu widzenia losów państwa, były jednocześnie czasami rozkwitu kulturowego, którego wyrazem emblematycznym, nie jedynym, acz głównym, była właśnie działalność „Króla Stasia” – jego mecenat, jego Łazienki z ich klasycystyczną architekturą, „obiady czwartkowe” czy działalność licznych artystów malarzy, także obcego pochodzenia, tworzących nad Wisłą pod światłym i troskliwym królewskim spojrzeniem. O ile jednak o niektórych artystach i ich dziełach – głównie jednak o gronie najbardziej znanych z Marcello Bacciarellim i Bernardem Belotto Canaletto na czele – można sporo dowiedzieć się z licznych publikacji, od podręcznikowych i leksykonowych począwszy a na monografiach w rodzaju „Stanisław August i jego czasy” Andrzeja Zahorskiego skończywszy, a dzieła same obejrzeć w polskich galeriach muzealnych, choćby w łazienkowskim Pałacu na Wodzie, o tyle gdy o mnie chodzi, nigdy dotąd nie natknąłem się na publikację, która podejmowałaby temat kulis kulturowych, społecznych i ekonomicznych świata malarzy Warszawy czasów Stanisława Augusta, a przy tym tak szczegółowo i rozlegle zarazem, jak to uczyniła Aleksandra Bernatowicz w swojej obszernej pracy. A ukazuje ona w niej ten świat niejako od początków do fazy finalnej: od licznych form edukacji artystów, poprzez ich kondycję społeczną i pochodzenie narodowe, modele ich karier, dochody, majątki, „warsztat zawodowy”, ich rolę w „wizualizacji idei narodu”, postawę wobec wydarzeń politycznych, społecznych i militarnych. Ten oparty na bogatym materiale źródłowym opis wzbogacony jest o garść aneksów zawierających niektóre dokumenty, ilustrujących część ukazanych zjawisk. Tę pasjonującą lekturę wzbogacają i umilają estetycznie liczne reprodukcje dzieł niektórych jej bohaterów. Ale już sam tylko odautorski wstęp, generalnie pozycjonujący podstawowe cechy, od liczbowych i organizacyjnych począwszy, warszawskiego monde’u malarskiego jest prawdziwą sakiewkę wiedzy, uzmysławiającą jak rozległy i frapujący jest to temat. Gorąco polecam tę lekturę, zwłaszcza, ale nie tylko miłośnikom sztuki i historii polskiego Oświecenia i rządów ostatniego króla Polski.
Aleksandra Bernatowicz – „Malarze w Warszawie czasów Stanisława Augusta. Status-Aspiracje-Twórczość”, wyd. Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2016, str. 548, ISBN 978-83-65630-02-5

Śladami „Stawki”, śladami Hansa Klossa

Wielcy miłośnicy i amatorzy rozmaitych zjawisk, między innymi w kulturze, często są po trosze fetyszystami, to znaczy poza fascynacją samym zjawiskiem jako takim, w jego finalnym kształcie, mają często potrzebę dotknięcia, „pomacania” jego źródeł, oboczności, substancji materialnej itp. Niejednokrotnie sama iluzja ekranowa nie wystarcza.
Takiemu powiedzmy miłośnikowi kina sprawia ogromną przyjemność zetknięcie się z aktorem ulubionego filmu, dotknięcie scenografii, kostiumów czy znalezienie się w miejscu, gdzie film był kręcony. Sam pod legam temu prawu, więc przeżyłem wiele takich chwil i tęsknot. Nie zapomnę dzikiej satysfakcji z oglądania choćby tych wnętrz Muzeum Kinematografii w Łodzi, w których kręcono sceny do „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy czy dotknięcia sławnej rzeźby Mateusza Birkuta z „Człowieka z marmuru”, z wędrówki po fragmencie Jury Krakowsko-Częstochowskiej, która „zagrała” Hiszpanię w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha J. Hasa, czy po miejscach, w których kręcono filmy z telewizyjnego cyklu „Opowieści niesamowite” albo przyjemności oglądania rekwizytów i fragmentów scenografii do monumentalnej „Kleopatry” Josepha L.Mankiewicza czy wnętrza łodzi podwodnej „Czerwony Październik” w byłej rzymskiej wytwórni filmowej Cinecitta. Wiadomo też, że mało jest w Polsce i na świecie takich namiętnych fetyszystów jak miłośnicy serialu „Stawka większa niż życie”. Maciej Kronenberg ze swoim zespołem poszukiwaczy i fotografów, niewątpliwie maniaków „Stawki” podążył śladami poszczególnych odcinków serialu, jakie zostawił on na filmowej taśmie. To miasta i miasteczka, które w „Stawce” posłużyły za scenerię poszczególnych odcinków. Są wśród nich m.in. Kraków, Pieskowa Skała, Gdańsk, Łódź, Wrocław, przy czym okazuje się, że na pierwszym miejscu, gdy chodzi o zakres wykorzystania w roli scenerii odcinków „Stawki” jest najwyraźniej Olsztyn, miasto z bogatym zasobem poniemieckiej architektury, obfite w jeziora i zróżnicowaną rzeźbę terenu. „Stawkowy przewodnik”, zapis pasjonackiej acz i bardzo absorbującej, drobiazgowej, niemal „zegarmistrzowskiej” pracy jest lekturą pasjonującą. Latem zamierzam wziąć go do plecaka i pojechać do Olsztyna, by trochę sobie poprzypominać „stawkowe” przygody. Co i innym fanom „Stawki” polecam i rekomenduję.

„Stawkowy przewodnik filmowy”, Maciej Kronenberg z zespołem, wyd. Centrum Inicjatyw na rzecz Rozwoju Regionu, Łódź 2014, str. 317, ISBN 978-83-131044-2-0

Nowa historia X Muzy

Siłą rzeczy porównywałem tę lekturę z dwiema znanymi mi dotąd polskimi syntezami historii kina. Mam na myśli „Historię filmu” Jerzego Płażewskiego, której pierwsze wydanie ukazało się w roku 1967 pod tytułem „Historia filmu dla każdego” i z wielotomową „Historią sztuki filmowej” Jerzego Toeplitza.

Wszystkie pola walki, wszystkie punkty sporu, wszystkie nienawiści, brednie, lęki, rozczarowania, całe Zło tego czasu. A jednak, paradoksalnie, jest to rzecz wybitna.
Ten tekst prowokuje silne wrażenie z dwóch powodów. Po pierwsze, to co rozproszone autorzy skoncentrowali niczym w soczewce, podali w postaci esencji zwartej i gorzkiej, jak to tylko jest możliwe. Po drugie, rangę pytaniom i kwestiom jakie postawili nadał w ogromnym stopniu ich adresat, Marek Edelman (1923-2009), lekarz, działacz, jeden z przywódców Powstania w Getcie Warszawskim. A że nie żyje on od przeszło dekady, więc jest to list do … ducha. To też rzecz niezupełnie nowa, jako że istnieje w pomroku przeszłości taka tradycja literacko-filozoficzna jak listy do umarłych, można przywołać osiemnastowieczne „Listy do umarłych” Fontenelle’a. (…) czy da Pan wiarę, że Polska po trzydziestu latach wolności znowu zaczyna ją tracić? I to tym razem z woli samych rodaków?” Ta uwertura w postaci dramatycznego pytania poprzedza obszerny katalog tego, co jest dziś naszym udziałem. Słowem – gdyby ktoś wrócił do Polski po roku, dwóch, po takiej też przerwie w czytaniu gazet i śledzeniu mediów wszelakich, od prasy przez stacje telewizyjne po internet, to aby szybko ogarnąć, bez konieczności żmudnej, prasochłonnej i czasochłonnej czynności przeglądania wiadomości wstecz, dzień po dniu – powinien sięgnąć po tę książeczkę. Bez konieczności zagłębiania się w nadmiar detali znajdzie w niej klimat naszych dni. Autorzy nie przebierają w słowach. Nie w tym oczywiście sensie, by używali tzw. słów „grubych”, ale w sensie dosadności ich treści i znaczenia, nie bez solidnej szczypty wyrazistych metafor publicystycznych. Kilka kwestii co mocniejszych: „Zmiany Polski na taki raj chce Wielki Inżynier przeżuwający swe kompleksy i porażki w mrocznym zaciszu żoliborskiego domu wzniesionego z PRL-owskich cegieł”. „Nie znosimy kibolsko-oenerowskiej ekipy, która włada dziś Polską. Jesteśmy przekonani, że kiedyś w państwie rządzonym przez prawo, poszczególni przedstawiciele dzisiejszej władzy muszą stanąć przed niezależnymi sądami, by tłumaczyć się z propagowania nacjonalizmu i nienawiści”. Takich, i o wiele mocniejszych kwestii, w tym demaskatorskiego cytowania języka Kaczyńskiego i PiS, z uwypukleniem n.p. jego konotacji z językiem propagandy hitlerowskiej w stosunku do Żydów. Jest ta książeczka nie tylko katalogiem tego CO JEST, ale też tego, CO MOŻE BYĆ. Jako rezultat. W jednym z listów porównują autorzy sytuację polską do Francji podzielonej przez sprawę Dreyfusa: „Dreyfusa w Polsce jeszcze nie ma, ale dewastacja państwa trwa. Polska z każdym dniem jest słabsza jako organizm polityczny. Prawo przestaje znaczyć prawo, a staje się narzędziem służącym władzy. Ideologia PiS-landu, koktajl narodowego socjalizmu i religijnego fundamentalizmu, zastępuje rozmaitość poglądów i wolność ich głoszenia. Spory ideowe i polityczne coraz mocniej dzielą obywateli. Lada chwila zacznie się gospodarczy zmierzch. Na koniec zostaniemy sami w Europie naprzeciwko Rosji”. Nic dodać, nic ująć. Zdarzają się mądre książki-przestrogi, utkane z tworzywa, które dobrze znamy, książki-syntezy, jak przywołany przez Adama Michnika w cytacie na okładce książki list Woltera do Pana Boga po zagładzie Lizbony. Ten „gorzki esej” Beresia i Burnetki, jak go określiła Krystyna Janda, jest taką książką.
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko – „List do Marka Edelmana. Za wolność wczoraj i dziś”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 101, ISBN 978-83-66095-18-2

Istne diabelstwo

Konrad Szołajski, rocznik 1956 jest reżyserem filmowym, autorem m.in. „Człowieka z…” (1993). Już dość dawno jednak dał sobie spokój z filmową fabułą i zajął filmem dokumentalnym. Ponad rok temu odbyła się premiera jego filmu „Dobra zmiana”, o dwóch kobietach, jednej – czynnej działaczce Komitetu Obrony Demokracji, drugiej – działaczce Klubów Gazety Polskiej, fanatycznej patriotce i katoliczce.
Przez postacie dwóch kobiet sportretował niejako podstawowy konflikt jaki dziś rozdziera Polskę. Kilka lat wcześniej zrealizował dokument „Jedna do łóżka, druga na bal”, o dwóch „modelach” kobiecości w oczach mężczyzny. Żywa umysłowość i temperament twórczy Szołajskiego nie pozwalają mu jednak trzymać się jednego tematu czy bloku tematycznego, jak to się u niektórych twórców zdarza. Tym razem „wziął na tapetę” temat sensacyjny i tajemniczy, mimo że sporo się o nim pisze i pomimo tego, że wielu z nas ma w tyle głowy pamięć głośnych amerykańskich thrillerów z lat siedemdziesiątych, „Egzorcysty” i „Egzorcysty 2”. W roku 2015 Szołajski zrealizował bogato udokumentowany film „Walka z szatanem”, opowiadający o opętaniach i egzorcyzmach. Uznał jednak, że dokumentalne ujęcie tematu mu nie wystarcza, więc w oparciu o zebrany materiał napisał powieść, konstrukcyjnie tradycyjną, z obfitymi dialogami. „Zlecenie. Walka z szatanem” jest fikcją-niefikcją. Wedle świadectwa samego autora, wszystko co stanowi treść powieści oparte jest na faktach, z tym, że korzystając z prozatorskiego prawa do „licentia poetica” połączył on składniki z różnych postaci i sytuacji (niefikcja) w postacie na nowo sklejone, zbudowane, nie będące prostym, lustrzanym, jeden do jednego, odbiciem postaci realnych (aspekt fikcyjny). Spojrzenie na temat opętań i egzorcyzmów inaczej niż w materiale dokumentalnym dało Szołajskiemu możliwość zdystansowania się do tych zjawisk, także do zastosowania tonu ironii. Po tę powieść sięgną być może także ci, którzy widzieli wyjściowy dokument filmowy. Być może znajdą się i tacy, którzy po lekturze powieści zechcą obejrzeć film. Tych, którym obił się kiedyś o uszy tytuł trylogii powieściowej „Walka z szatanem” Stefana Żeromskiego upewniam, że powieść Szołajskiego z Żeromskim nie ma nic wspólnego. A zaintrygowanych dziwnym rzeczywiście zjawiskiem opętań i egzorcyzmów (dla wierzących to walka z realnym diabłem, dla ateistów i sceptyków – niewyjaśnione zjawisko psycho-fizjologiczne) zachęcam do ekscytującej lektury.
Konrad Szołajski – „Zlecenie. Walka z szatanem”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 268, ISBN 978-83-66095-16-8

Na światło dzienne

Autorka listów do Zenona Miriama-Przesmyckiego, poetka i tłumaczka (rocznik 1847 – czyli rówieśniczka Bolesława Prusa),
to postać, która dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku znalazła się w świetle dziennym, a do tego czasu była postacią
dla publiczności anonimową, nieistniejącą, choć zapewne znaną wąskiemu gronu specjalistów. I charakter, i osobowość,
i życie Zofii Trzeszczkowskiej były bardzo trudne, przede wszystkim dla niej samej.

Już sam fakt, że skrywała swoją płeć przed korespondentem Miriamem i podpisywała się jako mężczyzna Adam Mańkowski (jej nazwisko rodowe) świadczył, że jej osobowość i psychika nie była szablonowe, konwencjonalne. Chociaż prawdopodobnie nie był to przypadek podobny do maskulinizującej się kobiety duchowo i fizycznie kobiety, Marii Komornickiej znanej jako pisarz Piotr Odmieniec Włast, który to casus uznawany jest dziś za jedną z prefiguracji zagadnień mieszczących się dziś w pojęciu fenomenu określanego jako gender. Trzeszkowska, rozwódka, ukrywała przed korespondentem swoją płeć raczej z powodów obyczajowych, bo prawdopodobnie obawiała się, że jej płeć ograniczy jej szansę na uczestnictwo w życiu literackim, o co przez wiele lat, w zasadzie bezskutecznie, walczyła. Samych w sobie listów Trzeszczkowskiej do Miriama, pisanych głównie z litewskiej Dorohowicy, z rzadka z Nowogrodu i Nieświeża, nie uważam za szczególnie, podkreślam – szczególnie, interesujące. Nie zaliczyłbym ich do największych dokonań w dziedzinie epistolografii. Nie była też Trzeszczkowska wielką poetką, a raczej epigońską spadkobierczynią późnego romantyzmu. Nie znaczy to, że nie była bardzo inteligentną, oczytaną, utalentowaną, ambitną kobietą o szerokich horyzontach intelektualnych. Przy lekturze listów Trzeszkowskiej uderza także jej wielka wrażliwość, emocjonalność, uczuciowość. Jednak problematyka jej listów jest dość zawężona, głównie do kwestii prac poetyckich, translatorskich, do literacko-wydawniczej kuchni. Nie ma w nich rozległego tła epoki, kulturowego, politycznego, filozoficznego, społecznego, a także śladu szerszych lektur wykraczających poza zainteresowania i gusty literackie autorki. Te jednak zaświadczają o bardzo dobrym rozeznaniu poetki w problematyce poezji, głównie francuskiej, o jej dużej erudycji w tej dziedzinie. Na usprawiedliwienie Zofii Trzeszczkowskiej wypada jednak dodać, że żyła w swoim mająteczku w Dorohowicy samotnie i na całkowitym uboczu, w dużym stopniu fizycznie wręcz odizolowana od źródeł wiedzy o zachodzących w innych częściach kraju i w Europie, od prasy, książek, o które tak często prosiła Miriama. Mimo wspomnianych ograniczeń, owoce pracy dokonanej przez Aleksandrę Błasińską są interesujące i cenne. Wstęp i bogate przypisy poszerzyły fenomen twórczej osobowości Adama M-skiego o rozległe konteksty i dopisały kolejny rozdział do polskich dziejów kulturalnych schyłku XIX wieku a następnie przełomu XIX i XX wieku.

Zofia Trzeszczkowska (Adam M-ski) – „Listy do Zenona Przesmyckiego z lat 1887-1901”, wstęp i opracowanie Aleksandra Błasińska, Instytut Badań Literackich PAN Wydawnictwo, Warszawa 2019, str. 450, ISBN 978-83-66076-92-1

Dobrze jest myśleć o literaturze Koziołkiem

Po eseje profesora Ryszarda Koziołka sięgnąłem już po raz trzeci (po „Dobrze jest myśleć taką literaturą” i „Ciałach Sienkiewicza”) i to z wielką przyjemnością, bo to jeden z najciekawszych literaturoznawców współczesnych w Polsce, drążący literaturę szlakami własnymi, zarazem przenikliwie i głęboko w metodzie, a oryginalnie w efekcie finalnym.

Z tego, jak profesor Koziołek myśli literaturą dla czytelnika wynikają bardzo cenne efekty, owoce i przyjemne i pożyteczne.
Sam autor sens nowego odczytywania literatury starej formułuje tak: „Sięganie po literaturę dawną, aby następnie użyć jej do uchwycenia współczesności, to coś więcej niż erudycyjny popis czy retoryczne efekciarstwo.
Do czego służy czytanie
Nie chodzi też o porozumiewawcze mruganie okiem, szturchanie alegoriami, aby powiedzieć coś, czego powiedzieć nie wolno, bo na przykład władza zabrania. Raczej o poszukiwanie w literaturze sprzymierzeńca w przezwyciężeniu rosnącego poczucia niedostępności prawdy, i to mimo swobodnego dostępu do jej wiarygodnych źródeł”.
Koziołek pośrednio nawiązuje tym do pojawiających się od czasu do czasu głosów, że znacząca część lektur szkolnych jest anachroniczna i nadaje się do lamusa. Bardzo, bardzo dawno, od dziesięcioleci nie zaglądałem do listy lektur szkolnych, ale podobno już się nawet te rugi praktykuje.
Koziołek, choć nie nawiązuje wprost do kwestii lektur, jest także temu przeciwny. Uważa bowiem, że „uparte nakłanianie do czytania starych utworów jest dowodem naszej kulturowej przezorności, dzięki której gromadzimy kapitał komunikacyjny na czas, kiedy nie będziemy wiedzieli, co powiedzieć – zdezorientowani i zaskoczeni zmianą rzeczywistości”.
I tu autor dodaje, wiedziony zapewne impulsami z rzeczywistości politycznej: „Sam byłem niemal pewien, że po nic nam już „Folwark zwierzęcy” – ponura bajka o terrorze rodzącym się w środku demokracji. A tu znów zimno się robi, kiedy czytamy, w jak prosty i bezczelny sposób prawa zwierząt zostały przejęte i wykrzywione przez świnie, aby ich łajdactwa miały pozór legitymizacji”.
W czytaniu dawnej literatury widzi też autor „rodzaj kulturowego zestawu ratunkowego, z którego jednak trzeba korzystać przed wypadkiem, ponieważ jego ratunkowa funkcja polega na symulowaniu katastrofy lub problemu i umożliwianiu ich antycypacji”.
Zauważa też, że „do dobrego wykształcenia nie wystarczy człowiekowi wiedza o faktach. Potrzebne jest także ćwiczenie się w fikcji literackiej pozwala na „wypróbowywaniu i rozważaniu różnych wariantów życia, przygotowując się intelektualnie na przyszłe, na „gdyby”.
„Dzięki temu, że symulowanie i antycypowanie daje nam przyjemność i poczucie wolności, praktykowanie fikcji uczy nas od dzieciństwa projektowania i rozważania przyszłości”.
Kafka powiedział, że „sztuka jest spieszącym się lustrem, podobnie jak zdarza się to niektórym zegarom”.
Kontynuując wywód o tej ćwiczebnej, antycypacyjnej, ostrzegawczej (sygnalistycznej) funkcji literatury, nie tylko dawnej, dodaje autor „Wielu tytułów”, że sztuka, w tym przypadku literatura, „jako jedyna potrafi skłonić mnie do, abym na chwilę przyjął obcy mi świat jako własny” (…) literatura jako jedyna podsuwa tożsamość, doświadczenia i przekonania obcych mi ludzi, które chce z nimi dzielić” (…) czytanie nie odmienia nas trwale i na zawsze, ale zakłóca lub narusza spoistość naszych przekonań”.
Egzystencjalizm i śmiech
Tak wyłożywszy ideę intelektualną swojej książki, Ryszard Koziołek przystępuje do dzieła, czyli do kolejnych szkiców”. W „Wybuchowych znakach” analizuje na licznych przykładach językowe meandry mowy nienawiści, jej kontekstowość, swoisty teatr tej mowy i mechanizmy jej rozpoznawania.
W „Uśmiechach Syzyfa” zajął się nowym odczytywaniem pisarstwa Alberta Camus, mocno figurującego dziś na marginesie intelektualnych debat. Oryginalne to odczytanie – poprzez motyw „śmiechu” czy „uśmiechu”, także paradoksalne, bo egzystencjalizm, którego Camus jest pierwszoplanową postacią, a najważniejszą w prozie literackiej, z jego rytualną ponurością i czarnymi swetrami, słabo się ze śmiechem czy uśmiechem kojarzy.
Autor analizuje fenomen śmiechu i komizmu w świetle egzystencjalizmu, w szczególności w prozie Camusa. Nazywa go „dziwnym, bo jego źródłem są rzeczy straszne”.
Koziołek przygląda się śmiechowi i komizmowi i dostrzega w nich szczeliny przez które przezierają owe „rzeczy straszne”, „groza metafizyczna”., jak sugestywna scena z „Obcego”, w której w dzień po śmierci matki i przed dokonaniem zabójstwa Mersault bawi się w kinie na komedii z Fernandelem w roli głównej.
Przy czym autor podkreśla, że śmiech u Camusa nie ma nic wspólnego z tzw. czarnym humorem. To – stwierdza za Herbertem Spencerem – „energia nieświadomości uwalniana po uprzednim stłumieniu i to nagłe uwolnienie odczuwamy jako rozkoszne”. Dla Henri Bergsona śmiech „odsłania i eksponuje werwę, nagłą pauzę, brak ciągłości i spójności życia poddanego mechanicznym schematom, rutynie, przyzwyczajeniu”.
W świetle stwierdzenia Koziołka, że „śmiech u Camusa obnaża absurd tej maskarady, czyli eksponuje skrywany bezsens życia ludzkiego i naturalnego” można chyba zatem rzec, że każdy śmiech (uśmiech jest jego wersją light?) wybucha nad owym bezsensem. Koziołek prezentuje różne definicje śmiechu, w tym Bergsona, według którego „śmiech odsłania i eksponuje wyrwę, nagłą pauzę, brak ciągłości i spójności życia poddanego mechanicznym schematom, rutynie, przyzwyczajeniu.
Dopiero, gdy umiemy rozpoznać komizm w scenie, kiedy pewny siebie, dobrze ubrany, sprawny mężczyzna ślizga się na skórce od banana i ląduje w kałuży, wówczas śmiechem go napominamy”. Śmiech zresztą nie tylko Bergsona fascynował, jako że „przeniknięcie skomplikowanego mechanizmu psychologicznego śmiechu jest starym marzeniem filozofii”, od Arystotelesa i Platona począwszy.
Koziołek odnajduje porcje śmiechu w jego dziełach, od „Kaliguli”, gdzie mordowany cezar „w ostatnim jęku śmieje się i charcząc, wyje”, do „Dżumy”, w której „zadżumiony Oran to wręcz kraina uśmiechu”, a jej autor, to „roześmiany egzystencjalista”.
Zresztą, Koziołek w samym języku tej powieści dostrzega odautorski „chichot: „Spójrzmy jeszcze raz na „Dżumę”, która kończy się jak tani horror. Najpotrzebniejsi z dobrych ocaleli, zło zostało pokonane, łagodne światło wypełnia kadr. Przebudzeni z koszmaru oddychamy z ulgą, kamera robi zbliżenie na truchło monstrum, któremu zadrga palec lub odrobinę uniesie się powieka”.
Zwraca też uwagę na inny, śmiechem podszyty aspekt „Dżumy”, „głos narratora, gawędziarskiego kronikarza rodem z oświeceniowej powieści, który rezonuje, poucza, pokpiwa, ironizuje na podobieństwo narratorów „Kandyda”, „Podróży Guliwera” czy „Kubusia Fatalisty”. By jednak konsekwentnie, poprzez śmiech czy uśmiech, czytać esej Koziołka, wypada przywołać dwie wypowiedzi, które falsyfikują szczerość postawy egzystencjalistycznej en bloc.
Autorem jednej z nich jest Gombrowicz, uważany w końcu za kogoś w rodzaju egzystencjalisty, który w „Dzienniku” napisał: „Trudno i darmo, nie da się. Jest niepodobieństwem podjąć wszystkie wymogi Dasein’u, a zarazem pić kawę z rogalikami na podwieczorek.
Lękać się nicości, ale bardziej bać się dentysty. Być świadomością, która chodzi w spodniach i rozmawia przez telefon. Być odpowiedzialnością, która załatwia drobne sprawunki na mieście. Dźwigać na sobie ciężar bytu znaczeniowego i wydawać resztę z 10 pezów”.
Ta lekko krotochwilna demaskacja to jednak nic w porównaniu ze szczerą do silnego bólu autodemaskacją samego Jean Paul Sartre’a, postaci uchodzącej za jednego z czołowych guru egzystencjalizmu, za jego personalną esencję: „Oczywiście nigdy nie dostarczałem rozpaczy. Nigdy też w najmniejszym choćby stopniu nie wyobrażałem sobie, że rozpacz mogłaby na mnie oddziaływać.
Mówiłem o niej bo byłem pod wpływem Kierkegaarda. Taka była po prostu moda. Wydawało mi się, że jest coś w mojej osobistej samowiedzy, co przeszkadza mi w odczuwaniu rozpaczy. Skoro inni jednak o tym mówili, należało przyjąć, że dla nich było to realne.
Można zauważyć, że od tamtego czasu nie ma żadnej wzmianki o rozpaczy w moich pracach: to była kwestia mody i czasów”. Chyba tylko Francuz wychowany w samym jądrze kultury francuskiej mógł wyrazić się z tak nagim i bezpretensjonalnym cynizmem.
Jak więc jest z tym egzystencjalizmem? Czy to jedna z prawdziwych ewokacji mąk ducha ludzkiego czy mistyfikacja, maskarada będąca owocem mody? Sam Koziołek niby podaje w wątpliwość sens zajmowania się egzystencjalizmem: „Dziś te spory mało kogo obchodzą.
Opadła fala mody na egzystencjalizm. Jazz i czarne swetry stały się demodé” Dodaje jednak, w zgodzie z wyjściową ideą jego szkiców, uzasadniającą sens czytania „starej” literatury: „A jednak powodów, żeby czytać dziś Camusa, zwłaszcza „Dżumę” i „Upadek, znów – niestety – jest wiele i łatwo mieszczą się w pojemnej alegorii „zarazy”. Niechęć do imigrantów, nawrót nacjonalizmów, tęsknota za przemocą, zmęczenie różnorodnością, egoizm Europy”.
Sam akurat należę do, nielicznego zapewne grona, które po „starą” literaturę sięga, bo przynosi mi to pożytek i sprawia przyjemność, choć to przyjemność przypominająca „lubienie tylko znanych filmów i piosenek”, zaczerpnięta z zabawnego konceptu z „Rejsu” Marka Piwowskiego. Po „Dżumę” i „Obcego” sięgnę znów także z powodów sentymentalnych, bo pisałem o nich w rozprawce, wypracowaniu na egzaminie wstępnym z języka polskiego do liceum, lat temu blisko 48. Na szczęście to, co wtedy wysmarowałem na kartkach „w jedną linię” dawno zaginęło bez śladu.
Staś Tarkowski jako młody Kurtz
W szkicu „Kwadrat afrykański Conrada i Sienkiewicza” uprawia Koziołek błyskotliwy komparatyzm. Na pierwszej stronie rozpisuje konstrukcję swego wywodu w postać rysunku najprawdziwszego kwadratu zaczerpniętego z podręcznika do geometrii. Koziołek opowiada o dwóch pisarskich sposobach reakcji na potworności kolonializmu. Z wielkich podróży, choć w innym trybie odbywanych, „obaj powrócili schorowani i w złym stanie psychicznym.
Sienkiewicz zamiast „wielkiej powieści niewolniczej” napisze po dwudziestu latach powieść dla młodzieży, za to Conrad dziewięć lat po powrocie z Afryki – arcydzieło i protest antykolonialny w jednym, czyli „Jądro ciemności”. „Powieść dla młodzieży”, to oczywiście „W pustyni i w puszczy”, powieść przygodowa wprost mieszcząca się w konwencji praktykowanej przez takich mistrzów gatunku, jak Juliusz Verne, Robert Louis Stevenson, Thomas Maine Reid czy Karol May czy nawet James Fenimore Cooper, o dziesiątkach naśladowców, z późniejszym polskim Władysławem Umińskim włącznie, nie wspominając.
Będące dziełem o znacznie wyższym ciężarze gatunkowym „Jądro ciemności” „olśniewa wspaniałą impresyjno-symboliczną narracją i bogactwem zharmonizowanym konwencji gatunkowych, takich jak dziennik podróży, kolonialna przygotówka, nowoczesny dramat psychologiczny, satyra polityczna, autobiografia i gotyckie fantasy; oraz aluzjami do arche-tekstów, jak Biblia, „Boska komedia” czy „Eneida”.
Mimo tych gatunkowych odmienności obu utworów Koziołek zwraca uwagę także na zbieżności między nimi. „Staś Tarkowski jest synem Francuzki i Polaka, który pracuje w Afryce dla angielskiej kompanii obsługującej Kanał Sueski. Chłopiec uczy się w angielskiej szkole, jest spoufalony z Arabami i Murzynami, mówi po polsku, angielsku, francusku, arabsku, w ki-swahili oraz w narzeczach dinka i szylluk.
Ojciec powstaniec jest dla niego źródłem wiedzy o Polsce i jej historii. Staś to szlachetna hybryda europejskiej kultury i cywilizacji. Nie inaczej młody bohater Conrada. „Prawdziwy Kurtz kształcił się częściowo w Anglii (…) jego matka była pół-Angielką, ojciec pół-Francuzem.
Do sporządzenia Kurtza przyczyniła się cała Europa”. Obu (a właściwie czterech, bo „kwadrat afrykański” tworzą obok owych postaci literackich także ich autorzy) łączy też to, że przeżywają „okrutną lekcję deziluzji” i oto za chwilę otrzymujemy od Koziołka parantelę tyleż błyskotliwą, co zaskakującą, a może nawet szokującą (w umownym znaczeniu tego słowa): „spróbujmy pomyśleć o Stasiu jako o młodym Kurtzu, który z humanitarnego idealisty staje się sadystycznym tyranem”.
Zmierzam do konkluzji szkicu. „Kiedy kończymy czytać Sienkiewicza i Conrada, kwadrat afrykański jest tak wypełniony znakami, że wszystko wydaje się zaczernione. Czasem jeszcze wyłania się stamtąd szczególnie przerażający obraz lub zdanie, aby wypalić się na czułej materii umysłu i zapaść znowu w ciemność.
A jednak taka lektura nie oddaje przekonań ich autorów. Obaj uparcie szukali sposobów ocalenia wiary w racjonalność i dobro europejskiego projektu cywilizacyjnego. Jego składnikiem pozostaje dla obu praca własnych rąk, twórczość i wytwórczość białego człowieka, skromny heroizm codziennej rzetelności, która nie spuszcza krytycznego wzroku z tego, czemu służy (a nie tylko wykonuje rozkazy)”.
Pięknie to brzmi, tyle że to chyba ten „składnik” dawno już chyba diabli wzięli.
„Lalka” – nowe czytanie
Szkic „Głośna nieobecność. Dylan i Nobel” daje zmianę nastroju, którą sygnalizuje już tytuł, odnoszący się do Nagrody Nobla 2016, którą otrzymał nie żaden z „klasycznych” pisarzy, lecz sławny przede wszystkim jako pieśniarz Bob Dylan.
Ten wyłom autor przyjął nie tylko z aprobatą, a nawet z entuzjazmem: „Bob Dylan jest jednym z wielkich odnowicieli słowa poetyckiego i dróg jego rozpowszechniania. Jednym z tych Wielkich Głosów, które w XX wieku wyprowadziły literaturę z ciszy pisma w rozśpiewany i głośnomówiący świat tekstów akustycznych”.
Za teksty dla idei tego tomu kluczowe uznać jednak wypada dwa studia: „Żegnaj, „Lalko” i „Bierność polityczna „Chłopów”. One to bowiem, w większym stopniu niż „obcy” egzystencjalizm z „Dżumą”, niż „obcy” Conrad z „Jądrem ciemności” i niż „przygodowe”, a więc z tego powodu „ponadczasowe” „W pustyni i w puszczy”, podpadają pod weryfikację jako literatura „dawna”, bo XIX-wieczna, a jednocześnie polska, a przy tym należąca do kręgu lektur szkolnych, a zatem mająca coś w rodzaju „oficjalnej sakry narodowej”.
I nie po raz pierwszy okazuje się, że trudno w prozie polskiej o drugi utwór tak żyzny dla analityków, interpretatorów, egzegetów jak „Lalka” Prusa. Trudno o drugi utwór tak wieloznaczny, wielowarstwowy jak tort, tak płodny w ukryte znaczenia, tak tajemniczy.
„Czytelnik nie powinien być pewien, co jest „treścią” powieści, gdyż błądzenie jest właściwym trybem lektury „Lalki”.
Autor steruje nami za pomocą dwóch niedoinformowanych narratorów, którzy do tego stopnia „nie wiedzą” o czym opowiadają, że można z ich narracji ułożyć fabuły alternatywne”. Zostawmy to, jak Koziołek streszcza obie te „alternatywne fabuły”, bo one akurat mogłyby się zmieścić w konwencjonalnym kanonie interpretacyjnym, ale już definicja ramy dla jednej z tych fabuł („powieść zemsty”) smakuje smakiem oryginalnym, bo zgodnie z nią „ekspozycja głównej postaci jest „tandetna” i „operowa”.
Taka kwalifikacja prowadzi Koziołka do zestawienia „Lalki” z „Hrabią Monte Christo” Dumasa, a losy Wokulskiego czyni podobnymi (w płaszczyźnie idei generalnej) do losów Edmunda Dantés.
Nie tylko zresztą do zestawienia, bo do rozbudowanego wywodu komparatystycznego. Na owej komparatystycznej ścieżce porównań obu powieści, poza motywem zemsty sytuuje się także obecny w obu powieściach wątek „napoleonistyczny”, wątek „człowieka napoleońskiego”, ale z dzisiejszego punktu widzenia jest on cokolwiek archaiczny, a na pewno mniej istotny, od wątku „zemsty” Ów motyw „zemsty” i zestawienie ze słynną na cały świat i wielokrotnie ekranizowaną francuską powieścią, bynajmniej jednak nie służy interpretatorowi wyłącznie do zbudowania efektownej figury komparatystycznej.
Motyw ów nabiera znaczenia nieporównywalnie głębszego, związanego nie tyle z ramą fabularną „Lalki”, ile jej esencjonalną problematyką.
Koziołek postrzega bowiem Wokulskiego jako postać pełną targających nią emocji, różnego zresztą rodzaju: społecznego, klasowego, miłosnego, a przy tym powodowanego „głosem” o nieokreślonym statusie – Opatrzności, dajmoniona, głosu „gnomicznego wypowiadanego przez jakiegoś trzeciego narratora” czy „monologu wewnętrznego rozszczepionego na polemiczne kwestie”. Jako postać przepojoną rozczarowaniem, rozgoryczeniem, skłonnością do masochizmu, do podszytej egoizmem samodestrukcji.
W związku z tym „Lalka” w ujęciu Koziołka jest także powieścią o „alienacji bohatera wobec własnego wizerunku społecznego”, o sprzeczności między „stanem jego świadomości a rolą społeczną”.
Jednym z wyrazów tego jest n.p. to, że Prus, w swej powieści „kronikarz mieszczańskiej nowoczesności” i na pierwszy rzut oka czyniący Wokulskiego jej wybitnym eksponentem, buduje jego postać jako postać człowieka odnoszącego się z ostentacyjną i wręcz awanturniczo-romantyczną pogardą dla elementarnych cnót mieszczańskich ( słynna lekceważąca wypowiedź o majątku Minclów: „Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą nożem, a tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoich sklepikach i szlafmycach”).
Konkluzja autora, odnosząca się zarówno do powieści en bloc, jak i do postawy samego Prusa, jest następująca: „Lalka” i jej autor reprezentują ten moment kryzysu literatury rozczarowanej nauką i historią, pełnej przez to gniewu, resentymentu i pragnienia odwetu, który objawia się w dekonstruowaniu naiwnych narracji naukowych i historycznych.
U schyłku wieku Prusowi nie wystarcza już chłód diagnozującego opisu, chce działania literaturą, chce widzieć efekty naprawy świata już, w powieści, bo nie może się ich doczekać w rzeczywistości.
Aby jego bohater miał tę sprawczość, autor musi dać mu mityczną moc, ale zarazem wstydliwie ukryć mit w obiektywizującym realizmie. „Wielki cień” „Hrabiego Monte Christo”, który pada na „Lalkę”, tłumi jej bezlitosne światło i pozwala zapomnieć o właściwym źródle gniewu i rozczarowania, jakim jest obojętny świat i jego zimne prawa, a nie czyny jednostek krzywdzące Wokulskiego”.
Dla autora „Wielu tytułów” „Lalka” to także powieść o atrofii. Prus „odebrał nam wszystko, zostawiając na koniec, szyderczo, ostatnie słowo: „milczenie” – tę szekspirowską „resztę”.
Nie ma Polski, Napoleona, sklepu, wielkiej firmy, odkryć naukowych, wielkiej miłości … Ochocki wyjedzie, brak Rzeckiego, Izabeli, Wokulskiego”. I konkluduje to Koziołek cytatem z powieści: „- Któż tu w końcu zostanie?… – My!…”.
„Chłopi” – po recyklingu
Drugie studium dotyczy „Chłopów” Władysława St. Reymonta. „Coraz trudniej znaleźć powód, aby czytać „Chłopów” jako epicką powieść o związku człowieka z ziemią, którą uprawia i która go żywi.
O wiele łatwiej zobaczyć w „Chłopach” przenikliwe studium o polskiej wsi na progu nowoczesności, a konkretnie: fabularyzowaną historie poronionych narodzin nowego podmiotu politycznego – chłopów.
Sprzyjają takiej lekturze nasze kłopoty z zanikającymi i powracającymi klasami społecznymi i politycznymi” – tak zaczyna swój wywód („Bierność polityczna chłopów”) o „Chłopach” Ryszard Koziołek i przyznam, że choć w przeciwieństwie do „Lalki”, powieści, którą uwielbiam i do której ciągle powracam, „Chłopów” nie lubię, nie unosi mnie ta powieść, to przeczytałem ten szkic z nie mniejszą uwagą niż ten o „Lalce”.
A to dlatego, że tak naprawdę przeczytałem „Chłopów” w całości, po raz pierwszy, dopiero w zeszłym roku. Ja, mol książkowy!
I przeczytałem tę powieść bez echa głowie czy sercu, choć to przecież powieść noblowska. Nic na to nie poradzę.
Dlatego tak bardzo usatysfakcjonował mnie wspornik w postaci szkicu Koziołka, mówiącego o tej powieści inaczej niż to pamiętam z czasów szkolnych (to wtedy zaczęło się moje miganie od lektury „Chłopów”). Autor definiuje „Chłopów” jako „ukrytą powieść polityczną, traktującą o nienarodzonej chłopskiej klasie społecznej”.
Opowiada bowiem o Lipcach jako „terenie intensywnej i ciągłej pracy unarodowienia chłopstwa” przez „agentów polskości”. Pracy, podkreślmy, bezowocnej. Przyznam, że taka interpretacja sensu powieści nie tylko nie przyszła mi do głowy, ale też nigdzie z podobną się nie zetknąłem, co zaświadcza o nowatorstwie odczytania Koziołka.
Wiedziony wewnętrznym, pedantycznym przymusem przebrnięcia w końcu przez koleiny tej powieści, dokonałem tego na pół roku przed lekturą szkicu autora „Wielu tytułów”, więc przeczytałem ją „jak pan bóg przykazał” czyli tropem „kanonicznych”, banalnych odczytań.
Zdobędę się na gest heroiczny i przewertuję ją jeszcze raz, ze szkicem Koziołka w drugiej ręce, by dotknąć osobiście przestrzeni tych nowych odczytań.
W tej sytuacji zabieram się do lektury „Chłopów”, więc proszę o darowanie, że nie zajmę się już „Ćwiczeniami z wyobraźni teologicznej” (teologia to dla mnie dziedzina nieprzyswajalna) ani zapiskami Ryszarda Koziołka z podróży, choć diariusze podróżne to od stuleci interesująca i owocna dziedzina piśmiennictwa. W jego wydaniu także, jak i „Wiele tytułów” en bloc, lektura przewyborna.

Ryszard Koziołek – „Wiele tytułów”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019, str. 297, ISBN 978-83-8049-942-3

Na zakręcie

Niestety – obawiam się, że okres kampanii wyborczej kandydatów na prezydenta będzie sprzyjał dalszemu zaostrzeniu wymiany poglądów między zwolennikami i przeciwnikami obecnie łaskawie panującej władzy. Nasilą się zarzuty dotyczące przeszłości i osobiste wycieczki, poddające w wątpliwość walory intelektualne kontrkandydatów. Nie zabraknie także zwykłych, otwartych i ukrytych inwektyw. Sami kandydaci będą zapewne bardziej wstrzemięźliwi, ale ich sztaby i zwolennicy pokażą, co potrafią.

Będziemy świadkami zarówno czołobitnych deklaracji wierności, jak i nerwowych „dyskusji” na wiecach i spotkaniach, a także – co jest naszą wyjątkową specjalnością – na pogrzebach znanych osób. Mam nadzieję, że tej ostatniej okazji w okresie przedwyborczym nie będzie, ale przecież nie można tego wykluczyć.
Zmiana zachowań
W ostatnich latach, czyli za rządów Prawa i Sprawiedliwości, zauważyłem niekorzystną zmianę naszych zachowań i publicznego artykułowania poglądów. Różnice politycznych ocen zaczynają być zbyt osobiste, zmieniają się w prywatną nienawiść do tych, którzy są po drugiej stronie. Jestem daleki od twierdzenia, że to grozi wojną domową, albo w masowej skali przybierze objawy indywidualnej zemsty – w rodzaju tragicznego morderstwa prezydenta Adamowicza. Ale uważam, że będzie procentowało wzmożonymi zachowaniami świadczącymi zarówno o lekceważeniu osób o innych poglądach jak i o chamskich cechach charakteru, nieskutecznie przykrywanych zdobytym wykształceniem. A przy okazji także o braku zrozumienia zasad demokracji.
Klinicznym przykładem inicjującym przedwyborczy okres takich zachowań było przedarcie i wyrzucenie projektu uchwały sędziów sądu rejonowego w Olsztynie przez jego prezesa. To symbol czasu – wielokrotnie powtarzany przez telewizję. I słusznie powtarzany. Bo w demokracji każda grupa osób może się zebrać i podjąć uchwałę, prezentującą wspólne poglądy w dowolnych sprawach. Można się z nimi nie zgadzać. Ale nie można ich ostentacyjnie lekceważyć. Jeśli się tak postępuje, to posiadacze bardziej wyczulonych nosów mogą powiedzieć, że czują zapach odradzającego się faszyzmu.
Przy tej okazji przypomniały mi się zachowania niektórych ludzi w czasie pogrzebów ważnych polityków i generałów rządzących Polską w okresie PRLu. U wielu bezpośrednich obserwatorów i telewidzów budziły nie tylko niechęć, ale i zdziwienie. Zdziwienie, że można tak się zachowywać w ogóle przed kościołem i na cmentarzu – nawet, jeżeli uznaje się kogoś za osobistego wroga. W tym przypadku zresztą ta osobista wrogość występowała chyba w sporadycznych wypadkach. Zdecydowana większość krzyczących, plujących i machających transparentami na pewno nie znała zmarłych, a nawet nie żyła w okresie, w którym oni byli „trzymającymi władzę”. Tą manifestowaną nienawiść wynieśli więc albo z domu, albo ze szkoły, albo z kościoła. Gnębi mnie pytanie, – kto lub co spowodowało, że szlacheckie tradycje Polaków zmieniają się czasem w zwykłe chamstwo?
W sklerotycznej pamięci zaciera mi się wiele obrazów. Ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż nie widziałem takich zachowań ani w II RP, – czyli przed wojną – ani czasach PRL. Byłem z moim ojcem – jako niewyrośnięty chłopiec – na pogrzebie Piłsudskiego. Ojciec był oficerem II Brygady Legionów, więc uważał go za bohatera. Ale nie wpadał w euforię, odnosił się krytycznie do zamachu majowego, kazał mi pamiętać o liczbie jego ofiar (379) i o błędach rządów pomajowych. Wiele osób kontestowało ten pogrzeb, ale nikt nie zachowywał się w sposób przypominający „osiągnięcia” protestujących na pogrzebach w okresie III Rzeczpospolitej. Nikt też nie stosował zmasowanego hejtu. Wprawdzie stosowanie tego instrumentu walki politycznej nasiliło się dopiero po upowszechnieniu Internetu, ale i przed tym był sporadycznie stosowany w prasie, radiu i telewizji.
Szkoła
Powtórzmy więc pytanie – skąd obecnie biorą się takie zachowania?Sądzę, że jednym ze źródeł tej zmiany jest szkoła. Uczymy historii współczesnej z wyraźnym akcentowaniem jej „białych” i „czarnych” stron. W podręcznikach i interpretacjach nauczycieli brakuje szarości. Jeśli gimnazjalista i licealista potrafi nazwać polityka „zdrajcą” i nie umie nawet sprecyzować, kogo lub czego – to znaczy, że bezmyślnie powtarza to, co musiał usłyszeć w szkole lub domu. To, co jest szare – jak przynajmniej część okresu PRL – przedstawiane jest jako skrajnie czarne. W rezultacie młody człowiek opuszczający szkołę często identyfikuje ten okres wyłącznie ze stanem wojennym i octem na półkach. Tylko takie opowiadania słyszy zresztą w telewizorze z ust tych, którzy na stare lata przyznają się do tego, że zawsze byli opozycjonistami i „walczyli z reżimem”. Nikt więc stojąc w błocie nie budował fundamentów Nowej Huty, nie odbudowywał Warszawy po zniszczeniach wojennych, nie zagospodarowywał „ziem odzyskanych”, nie studiował i nie pisał książek. Nikt nie opowiada, że w tym – w końcu blisko 50 – letnim okresie – bywało strasznie, ale bywało też wesoło, rozkwitały teatry i kabarety, śmiano się z siebie oglądając filmy Barei, a Wajda „nakręcił” arcydzieło, jakim niewątpliwie był „Popiół i diament”.
To jednostronne naświetlenie PRLu powoduje, że młodzież i nieco starsze pokolenie uważa ten okres za „zdradę narodu” i wszystkich, którzy coś w tym okresie robili za „złych”, których trzeba przy każdej okazji potępiać. Nie wiedzą lub nie pamiętają, że znaczna ich część dzieciństwo spędziła w małych mieszkaniach masowo budowanych za Gomułki i Gierka i przydzielanych ich rodzicom za symboliczne pieniądze.
Bezsensowne podziały
Kto jeszcze jest winien? Nieco starsze i całkiem stare pokolenia, które doprowadziły do powstania nie tylko politycznych podziałów, (bo to się wszędzie zdarza), ale także do podziałów mentalnych związanych z indywidualnymi losami poszczególnych ludzi. Rozbiliśmy nawet piękną ideę skautingu. Zasłużony w 20 letnim okresie między wojennym, zasłużony w walce z okupantem Związek Harcerstwa Polskiego musieliśmy „uzupełnić” drugim związkiem – Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej. Nie znam podobnego rozwiązania w europejskim skautingu. Moi polegli koledzy z harcerskich batalionów AK walczących w konspiracji i Powstaniu Warszawskim nigdy nie przypuszczali, że będzie potrzeba tworzenia konkurencyjnego harcerstwa.
Ale to małe piwo. Jeszcze gorzej jest z kombatantami. Bezpośrednio po wojnie utworzono jeden związek kombatancki – Związek Uczestników Walki Zbrojnej. Miło było patrzeć, jak na spotkaniach kół tego związku siedzieli przyjaźnie do siebie nastawieni ludzie w adaptowanych do cywilnych potrzeb drelichowych, zielonych mundurach I i II Armii WP, porządniejszych bluzach angielskich, niekiedy wzbogacanych niebieskawymi mundurami sił powietrznych Jego Królewskiej Mości (RAF), a nawet w amerykańskich bateldresach. To jednak komuś przeszkadzało najpierw po lewej, a potem po prawej stronie. Dzisiaj mamy znacznie mniej żyjących uczestników walki zbrojnej, ale za to ponad 70 Związków i stowarzyszeń kombatantów „o ogólnokrajowym zakresie działania”. Większość z nich jest ideologicznie „po prawej stronie mocy”, gniewa się na tych bardziej po lewej, nie chce ich pomników i nazywa postkomunistami.. Nic więc dziwnego, że jest np. wielu uczestników Powstania Warszawskiego (łącznie z autorem tego tekstu), którzy przestali brać udział w „imprezach patriotycznych” i nie czują się związani z żadnym związkiem. Nie chcą być identyfikowani z tymi, którzy innych kombatantów uważają za „gorszych” i – mówiąc patetycznie – różnicują krew przelaną przez Polaków w II wojnie światowej.
Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni
Część odpowiedzialności ponosi także kościół katolicki, który – niestety – cicho lub głośno sprzyja podziałowi społeczeństwa, wspierając określone partie polityczne, lub określone zachowania polityków. W wielkich aglomeracjach wpływ Kościoła jest mniejszy, ale na wsi i w miasteczkach poglądy proboszcza są niekiedy decydujące, w istotny sposób wpływając na postawę zwłaszcza mniej wykształconej części lokalnej społeczności. Jeśli proboszcz powie, że określony kandydat na prezydenta jest bezbożnikiem i na pewno pójdzie do piekła – to mu wierzą. Jeśli powie, że jest głęboko wierzącym katolikiem – to też wierzą. I w obu przypadkach są gotowi manifestować swoje poparcie kartką wyborczą.
Swój udział we wprowadzaniu nowych zachowań Polaków mają także media – zwłaszcza elektroniczne. Poświęca się wiele czasu – i słusznie – Warszawskiemu Powstaniu, bitwie pod Monte Cassino, dywizji generała Maczka, ale nie wspomina się o rocznicach bitwy pod Lenino, w Kołobrzegu czy też bitwie o Berlin, w której zginęło 8900 naszych żołnierzy. To powoduje, że u nielicznych już uczestników tych bitew i ciągle bardzo licznych ich rodzin, powstaje poczucie społecznego wykluczenia.
Kto więc ostatecznie ponosi winę za to, że tak niekorzystnie zmieniają się nasze zachowania? My wszyscy. „My naród” jak powiedział Lech Wałęsa w Kongresie USA, powtarzając sformułowanie z ich konstytucji. „My naród” nie sprawdzamy się na razie w warunkach demokracji.
Mam wrażenie, że teraz, w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie, jesteśmy na historycznym zakręcie, z którego możemy wyjechać w kierunku naprawiania demokracji, ale możemy też wybrać kierunek autokracji, dyskretnie nawiązującej do socjalizmu – i to tego bardziej narodowego. I wtedy może nam być rzeczywiście nie po drodze z Unią Europejską.