Adaś Miauczyński jest Słowakiem

Zawsze uważałem, że Adaś Miauczyński, bohater stworzony przez Marka Koterskiego, jest Polakiem, że wyraża typowo nadwiślańskie frustracje, rozgoryczenia i nerwice niedocenionego inteligenta.

Potwierdzały to kolejne dzieła Koterskiego, jego głośnie filmy, zwłaszcza „Dom wariatów” (1984) „Dzień świra” (2002) i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” (2006) z kreacją Adasia Miauczyńskiego, w którego mistrzowsko wcielał się Marek Kondrat. Potwierdził to także monolog z piosenkami „Nienawidzę” (1988), choć bohater nie nosił w nim żadnego imienia. Po wrocławskiej premierze „monologu” w reżyserii autora (1992) Tadeusz Burzyński tak ją komentował:
„Najostrzejsze teksty w „Nie” nie dorastają siłą prowokacji monologom i wierszom Koterskiego. Gdyby jeszcze istniała cenzura z jego tekstów niewiele by się ostało poza spójnikami, przecinkami i kropkami. Nawet niektóre wykrzykniki zostałyby skreślone.
Koterski pisze tak, jakby walił czytelnika lub – w teatrze – widza po pysku. Jest to drastyczna, acz w niektórych sytuacjach to jedyna metoda na otrzeźwienie, potrząśnięcie sumieniem, wyprowadzenie kogoś z amoku”.
Nie był więc Koterski w tym tekście tylko prowokatorem, ale skrytym moralistą. Co więcej miało się okazać, że to nie jest wcale wykrzyczany (wyśpiewany) komentarz do schyłkowego okresu PRL, ale tekst uniwersalny. Potwierdził to Marcin Kwaśny, pokazując po latach tekst Koterskiego – tym razem jako klasyczny monodram – w klubie „Le Madame” (2006). „Kwaśny odkrył – odnotowywał Roman Pawłowski – uniwersalizm dramaturgii Koterskiego. (…). Chodzi o roszczeniową postawę wobec rzeczywistości, która powtarza się w każdym pokoleniu Polaków niezależnie od okoliczności historyczno-ekonomicznych. Kwaśny ją świetnie wydobywa, rozpinając swój monolog między utyskiwaniem na chamstwo, brud i nieporządek a histerycznymi tyradami przeciw rodakom. Buduje postać zakłamanego młodego inteligenta, który chciałby przewodzić społeczeństwu, ale nie umie pokierować nawet własnym życiem”.
Kilka lat później miało wyjść na jaw, że to wcale nie jest wyłącznie opowieść o młodych Polakach. Za sprawą Klaudyny Rozhin (reżyseria) i Petera Čižmára (wykonanie) Adaś Miauczyński przeniósł się na Słowację do teatru Divadlo Kontra (Spisska Nova Ves). Premiera miała miejsce w roku 2012, ale spektakl wciąż cieszy się powodzeniem i utrzymuje w repertuarze. Niedawno można było słowacką wersję „Nienawidzę” obejrzeć w teatrze Druga Strefa w Warszawie, dzięki organizowanemu przez Sylwestra Biragę już po raz drugi przeglądowi „Polacy robią teatr”.
Peter Čižmár (1974) jest współzałożycielem teatru Kontra w Nowej Wsi Spiskiej – już w roku 2007 dostrzeżonym nagrodą Odkrycie Sezonu. W ostatnich latach (2018, 2019) Divadlo Kontra zostało wyróżnione tytułem Najpopularniejszego Teatru Słowacji. Aktor od dawna specjalizuje się w monodramach, które prezentuje na wielu festiwalach europejskich, m.in.: Hamlet (2012) Makbet, Solo wg Samuela Becktetta, Nienawidzę Marka Koterskiego (Nagroda Specjalna Stana Radica ‘Artysta Roku’ na festiwalu Kremnickie Gagy, 2013), Kamienie w kieszeniach Marie Jones (2014), Chiński Maharadża na podstawie książki Wojciecha Kurtyki (2016). Z Makbetem odwiedził najważniejsze międzynarodowe festiwale szekspirowskie i teatru jednego aktora, m.in. w Albanii, Armenii, Czechach, Macedonii, Polsce, Turcji, na Litwie, Ukrainie i Węgrzech. Obok cieszącego się niesłabnącym powodzeniem monodramu Wódka z Rumem Conora McPhersona (zagrał go ponad 300 razy), do jego żelaznego repertuaru należy właśnie monodram na podstawie sztuki Marka Koterskiego Nienawidzę. Słowaccy widzowie widzą w bohaterze monodramu figurę dobrze im znanego słowackiego inteligenta z jego rozczarowaniami, rozgoryczeniem i gniewem.
Jak to się stało, że tekst tak silnie zakotwiczony w polskich realiach (stan wojenny, mały fiat, polskie kompleksy itp.), mógł zostać nie tylko dobrze zrozumiany, ale uznany za obraz własnych problemów słowackich widzów? Rzecz w tym, że Koterski stworzył figurę skrajnego śledziennika o cechach uniwersalnych – mimo lokalnych powiązań i historycznego usadowienia. Nie trzeba zbyt wielu zabiegów, aby wyzbywszy się zbyt obco brzmiących aluzji do spraw właśnie lokalnych i zastąpieniu ich – za zgodą autora – słowackimi (np. zamiast malucha pojawiła się prychająca dwudziestoletnia škoda), wypreparować z tekstu monologu sztukę osadzoną w realiach naszych południowych sąsiadów. Takie zabiegi dostosowawcze pod ręką Klaudyny Rozhin i Petera Čižmára przeszedł ten tekst, z którego też zniknęły piosenki, w oryginalnym scenariuszu wiążące monolog bohatera z absurdystycznym kabaretem. Tak więc w spektaklu słowackim nie usłyszymy nienawistnych piosenek miotanych pod adresem rodaków i wrogiego państwa polskiego, mniej też znajdziemy absurdu niż u Koterskiego, a więcej psychologicznego realizmu, uwiarygodnienia postaci bohatera, także dzięki nawiązaniom do „Dnia świra”. Stąd anonimowy bohater „Nienawidzę” stał się Adasiem Miauczyńskim z jego natręctwami, nadruchami, irytujacą pedanterią.
Nie pozostaje to w sprzeczności z przesłaniem sztuki. Nienawidzę jest bowiem jednym z najbardziej wściekłych tekstów we współczesnej literaturze dramatycznej, bliskim gniewnym, obsesyjnym monologom postaci Bernharda czy Elfriede Jelinek. Rozgniewany bohater strzela rakietami słów niemal na oślep, wszyscy i wszystko pada ofiarą jego krytycznych razów, siecze obelgami pod adresem byłej żony, kolegów z pracy, kolei państwowych, motoryzacji, polityków, ustroju, systemu szkolnictwa (jest przecież nauczycielem-nieudacznikiem), lży nawet śniadanie i pościel. Wrogowie, autentyczni i zmyśleni, ludzie i przedmioty, wszystko, co istnieje i o czym tylko można pomyśleć staje mu zawadzie, wywołuje gniewny protest, hamowany tylko zmęczeniem bohatera, którego wola działania bliska jest zeru. Nienawiść wyczerpuje się więc na werbalnych atakach, skoro nawet wstanie z łóżka po bezsennej nocy staje się dla niego niewyobrażalnym zadaniem.
Tak go poznajemy. Leży na wersalce, potem na niej siada ze ściskaną na piersiach poduszeczką i ani myśli wstać. To znaczy myśli o tym, ale nie może wstać, zmaga się z depresyjnym obezwładnieniem. Ruszy go dopiero wściekły atak na świat, który go drażni, niszczy, prześladuje. Wymierza mu cios za ciosem. Ale świat wykrętnie milczy.
Na scenie oprócz wersalki z kapą, starannie przez Adasia wygładzaną i ułożonymi na niej jaśkami, które komponuje w ustalonym przez siebie porządku, niewielka szafka nocna z książkami i stojącym niej czajnikiem elektrycznym. Adaś kilkakrotnie zaparzy sobie herbatę, przeniesie na tacy, którą postawi na wersalce (za każdym razem nieco się oblewając), a potem łykać będzie gorący jeszcze napitek. Kilka razy wstanie, aby podlać wątłą palemkę tkwiącą na postumencie, obok której stoją dwa lilipucie kaktusiki, przy okazji przestawiane, aby utworzyć z palemką zaplanowany porządek.
W momencie największego wzburzenia, kiedy wściekłość bohatera osiąga niemal stan wrzenia, Adaś niczym zgłodniałe zwierzę wydobywa z czeluści szafki słoiczek z nutellą. Rzuca się na jego zawartość i opychając się słodkim smarowidłem wytacza najcięższe oskarżenia upadłemu światu. Te starannie zaplanowane sprzeczności między poziomem irytacji bohatera i treścią zarzutów wobec świata, który go zawiódł, a jego zachowaniem wzbudzają zrozumiałe rozbawienie. Ale efekt komiczny tylko wzmacnia opowieść o rozpaczliwie samotnym człowieku, który już nie potrafi nawet wołać o pomoc. Koterski w swoim „monologu z piosenkami” próbował nieco złagodzić rozpacz bohatera – toteż jego monolog kończył się obiecującym zdaniem: „I znowu – przenika mnie myśl, że uratuje mnie tylko jakaś wielka miłość”. I chociaż wygląda to na zdanie zaczerpnięte z jakiegoś taniego romansu, nieci odrobinę nadziei. W monodramie Čižmára tego zdania nie usłyszymy. Skończy je tylko ściszone wyznanie: „boję się wstać… boję się dnia…”. To samo, które rozpoczyna tę spowiedź beznadziejnie odtrąconego przez świat i na świat śmiertelnie obrażonego samotnika.
Nie ma wątpliwości: Čižmár swoim spektaklem dowodzi, że Adaś Miauczyński jest też Słowakiem. Dowodzi tego od wielu lat. Spektakl w Teatrze Druga Strefa był trzysta którąś prezentacją tego zachwycającego monodramu.

NIENAWIDZĘ, Marek Koterski, tłum Peter Čižmár, adaptacja i reżyseria Klaudyna Rozhin, gra Peter Čižmár, Divadlo Kontra, Spisska Nova Ves, premiera w maju 2012, prezentacja w Teatrze Druga Strefa w Warszawie, 6 lipca 2021.

Mój dziennik politycznie niepoprawny

9 października 2012
Demokracja pozostaje bytem społecznie szokującym. Nieustannie się jej uczymy. Istniejąca w Polsce Ludowej instytucja cenzury podlega współcześnie demonizowaniu – przypisywaniu jej diabelskiego ogona, który zamiatał na swej drodze każdy przejaw wolnej myśli i wypowiedzi. Ta niemiła instytucja jak najbardziej istniała, jednak w Polsce, począwszy od roku 1956, nie była furtą szczelnie zamkniętą dla rozumu. Twierdzenie, że prześladowano in mass nieprawomyślnych intelektualistów – dziś wielu z podstarzałej generacji twórczej głosi, że „komuna” ich gnębiła – rozpanoszyło się ponad wszelką miarę. Niewątpliwie czyniono środowisku utrudnienia: np. wydawnicze lub paszportowe. Od Gomułki praktyki te wyzbywały się skrajności, chociaż skłonności do inwigilacji nie odsunięto na bok. Jakkolwiek tego rodzaju zakusy władzy zasługują na przyganę, trudno jednak uznać je za martyrologiczne; taką właśnie poetyką posługują się natchnieni pogromcy i krytycy PRL. W pozostałych „demoludach” środowiska pisarskie (szerzej, twórcze) były pacyfikowane i dotkliwe przywoływane do porządku. Po co to piszę ? Śmieszy mnie mianowicie odnotowywanie, przez co niektórych z tzw. kręgów twórczych tamtego okresu, swych potyczek z władzą w tonacji średniowiecznych tortur. Ma owo coś tę zaletę, że przyprawia kombatancką i męczenniczą gębę wielu, także tym, którzy walczyli z „komuną” przechodząc przez ulicę na czerwonym świetle.
Praktyki Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego czynione w przeszłości wobec wielu wybitnych ludzi kultury – kręgów twórczych tego państwa, przerażają i budzą obrzydzenie. Wiedza na ten temat wprawia w osłupienie, zwłaszcza ta wpisana w lata stalinowskiego terroru, a także, w bardziej stonowanej postaci, później. Mnożono represje. Obowiązkowym uczyniono identyfikowanie się twórców kultury z zadaniami i celami komunistycznej utopii, jaką był ZSRR; przymuszano do wzajemnych donosów. Smutnym przykładem mogą być losy Michaiła Bułhakowa, Borysa Pasternaka, Meyerholda, Mandelsztama oraz ogromnej liczby innych – polecam książkę (jedną z wielu poświęconej tej tematyce) „Wskrzeszone słowo” Witalija Szentialinskiego, współczesnego pisarza rosyjskiego. Nawet we wczesno powojennym kilkuletnim epizodzie Polski stalinowskiej władze nie posuwały się do tak daleko posuniętych retorsji wobec twórców. Starano się im przymilać i pozyskiwać. Prześladowania tego środowiska stanowiły w Polsce margines. Wiadomymi mi są np. obrzydliwości, jakie stosowano wobec Pawła Jasienicy, i kilkorga innych. Pomimo pewnego nawisu nieprawości tamtej Polski, podzielam pogląd, że słusznie zapracowaliśmy sobie na ksywę „najweselszego baraku w obozie państw socjalistycznych”. Znamienną ilustracją tamtego czasu był jeden z mnogich dowcipów politycznych krążących po kraju. Te chętnie i z humorem cytowano również w środowiskach partyjnych. W pozostałych „demoludach” tego rodzaju fanaberie były nie do pomyślenia. Oto on:
Na granicy pomiędzy Polską a Czechosłowacją spotykają się dwa psy – polski i czeski.

  • Dokąd biegniesz ? – pyta czeski burek polskiego psiaka.
  • Do Czechosłowacji – odszczekuje „Polak”.
  • A po co ? – pyta „Czech”
    -Żeby się nażreć – wali prosto z mostu nasz piesek.
  • A ty dokąd biegniesz ? – z zaciekawieniem pyta ten polski czeskiego Burka.
  • Ja biegnę do was, do Polski – odpowiada „Czech”
  • A po co ? – pyta Polak.
    – Żeby sobie poszczekać.

11 listopada 2012
Kolejna, hałaśliwa rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. W mediach, w szczególności w telewizji, ogromna liczba okolicznościowych programów i transmisji. Warszawa żyła przez wiele dni przygotowaniami do marszu (właściwie marszów), które, co roku organizuje z tej okazji, niezależnie od siebie, kilka politycznych środowisk. Wygląda jak byśmy prześcigali się w demonstrowaniu patriotycznych uczuć na pokaz. Partie polityczne inicjują ten rodzaj aktywności z rozmysłem i nadzieją pozyskania kolejnych stronników.
Jak było do przewidzenia nie obyło się bez burd i krzykliwych awantur. Podobnie jak w kilku poprzednich latach, interweniowały siły porządkowe. Słowem, zrobiła się zadyma. Siły „narodowe” skrzyknęły się, organizując wspólną największą kolumnę podążyły ku pomnikowi Romana Dmowskiego, gdzie ostatecznie się rozwiązały po uprzedniej awanturze i starciach. Oddzielną, nieco mniejszą, pokojowo nastawioną manifestację zorganizował Prezydent RP. Zaprosił do jej szeregów wszystkich chętnych, niezależnie od wyznawanych poglądów.
Prawica wykorzystała rocznicę jako pretekst do podjęcia próby reaktywowania przedwojennego ONRU (Organizacji Narodowo – Radykalnej). Ruch ten w Polsce międzywojennej posiadał ogromną liczbę zwolenników. Skupiał osoby o skrajnych poglądach nacjonalistycznych. W działaniach ocierał się o faszyzm, był też przesycony antysemityzmem. W Poznaniu i Wielkopolsce cechowały go polityczna krzepa i ogromne lokalnie wpływy. Nie sądzę jednak, aby odrodzenie ONR się zmaterializowało pod postacią czegoś znaczącego.
Lewicy w ogóle nie widać. Trwa w permanentnym, pełzającym kryzysie. Słabość przywództwa rzuca się w oczy
Wygląda na to, że niektórym roi się znowu Polska mocarstwowa – „od morza do morza”. Rojenia były zawsze naszym silnym przymiotem. Mam sceptyczny na ogół stosunek do etosu powstańczego Polaków – więc do nas. Uchodzące w opinii wielu za wzór organizacji i roztropności Powstanie Wielkopolskie jest niedoceniane i spychane jest w narodowym sanktuarium pamięci na skromnie eksponowane miejsce. Bo wygrane, i nie antyrosyjskie. Boże, jak my lubimy pompować się patriotyzmem na pokaz; tłumnym wymachiwaniem biało – czerwoną, śpiewaniem hymnu – najlepiej wszystkich zwrotek, przy równoczesnej skłonności do miotania potępieńczych sloganów, przesyconych dawno zwietrzałą treścią patriotyczną.

20 maja 2013
Sejm podjął Uchwałę upamiętniającą śmierć Grzegorza Przemyka, studenta skatowanego trzydzieści lat temu w Warszawie na milicyjnym komisariacie, w wyniku czego zmarł. Dokument przyjęto przez aklamację – w drugim podejściu. W pierwszym czytaniu tekst został zakwestionowany przez klub parlamentarny SLD ustami profesora Tadeusza Iwińskiego – podobno była to wyłącznie jego inicjatywa. Wywołało to kilkudniową, ocierającą się o histerię burzę w mediach. Poszło mianowicie o cytowanych w sejmowym dokumencie bliżej nieokreślonych „inspiratorów” zbrodni. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przeczy, że zdarzenie miało miejsce, a także, że potem mataczono w śledztwie; kryto sprawców. Gwoli prawdy – tak jak ją rozumiem – muszę dodać, że zbrodnia była tyle oczywistą, co, według mnie, przypadkową. W klimacie tamtego czasu – pod presją ulicy – zadekretowana została od razu na zaplanowane na zimno dzieło „komunistycznego reżimu”, podjęte – rzekomo – w akcie odwetu za opozycyjność matki ofiary. To mym zdaniem wydaje się nie trzymać kupy, kłócić z logiką. Cała sprawa została idealnie wpisana w rozpalony klimat ulicy i przyjęta za dobrą monetę; pulsuje odtąd własnym życiem: Jaruzelski z Kiszczakiem z zimną krwią zlecili zamordowanie chłopaka?! Pomijając nieludzki wymiar takiej decyzji (jeśli ta była, w co nie wierzę), pytam, po co mieliby coś takiego robić ?! Według mnie to bzdura. Zbrodnia, jak każda, musi zostać napiętnowana i osądzona. Nie rozumiem jednak, dlaczego w dokumencie pogoniono jakiś bliżej nie określonych „inspiratorów” – w domyśle ówczesne władze – komunistyczne, rzecz jasna. Nigdy nie dowiedziono, że tacy byli, a ich istnieniem, z wielu powodów – zasadniczo zdroworozsądkowych – wydaje się być mityczne. Jakie czasy taka polityka i nauczanie młodzieży. Nie bronię morderców chłopaka, którzy winni, jak wszyscy przestępcy, zostać ukarani. Ośmielam się jednak uznać za niegodziwe czynienie z Przemyka ikony (męczennika) .. walki ze „znienawidzonym ustrojem”. Nasz głód legendy pozostaje wciąż nienasycony. W pewnych okolicznościach zaspakaja oczekiwania ulicy, przy tym zapotrzebowania polityków. Jeśli brak takich postaci, należy je wykreować gwoli politycznego pożytku. Śmierć Przemyka w taki właśnie sposób wykorzystano. Tak uważam. Upolitycznienie zabójstwa wydaje się być oczywistym, nie tylko dla mnie. Smuci, jeśli mam rację, w co wierzę, gdyż obnaża mechanizm kreowania polskich legend i herosów. Mój pogląd na całą tę sprawę nie wynika bynajmniej z politycznych sympatii lub antypatii. Kieruję się wyłącznie zdrowym rozsądkiem i logiką. Plemiennym nakazom nie ulegnę, gdyż pokładam wiarę w rozum – kitu sobie nie pozwolę wcisnąć. Ten zaś, w przypadku jak wyżej, nakazuje przeczyć legendzie.

„Pust wsiegda budiet sołnce”

Sarkastycznie humorystyczne zawołanie „Armia Radziecka z tobą od dziecka” znane było generacji urodzonej sporo przed rokiem 1993, kiedy to Armia ta została wycofana z terytorium Polski. Pewnie podobnie jak słowa naprawdę pięknej piosenki „Pust wsiegda budiet sołnce”. Akurat piszący te słowa piosenkę poznał dużo wcześniej niż powiedzenie. Kolejny tom prezentowanego już w „Dzienniku Trybuna” cyklu „Wszystkie barwy PRL” tym razem traktuje zarówno o stacjonowaniu Armii Radzieckiej na polskim terytorium, jak i o związanych z tą obecnością uwarunkowaniach, czyli o szeroko rozumianych relacjach polsko radzieckich w latach 1944-1989.

Zbiór tekstów rozpoczyna rozmowa Mirosława Maciorowskiego, redaktora cyklu z profesorem Pawłem Machcewiczem, który zarysował kontekst tematu, jako punkt widzenia traktując układ w Jałcie („Jak rozumieć Jałtę”) oraz jego bezpośrednie konsekwencje, w tym m.in. „proces szesnastu” w Moskwie. W „Kresce Stalina” Marka Wąsa – o powojennych ustaleniach granicznych dokonanych na wschodniej granicy Polski, łącznie ze statusem Królewca i Mierzei Wiślanej.
Następnie Beata Maciejewska o „Tajemnicach obławy augustowskiej” w lipcu 1945 roku, o grabieniu przez ZSRR terenów poniemieckich przyznanych Polsce („Stalin grabi zachód Polski” Józefa Krzyka). „Siodłanie krowy czyli jak wprowadzono w Polsce komunizm” – temat znany, ale tym razem ujęty nie przez polskiego historyka, lecz z perspektywy od lat mieszkającego w Polsce historyka rosyjskiego Nikołaja Iwanowa.
O najważniejszych aspektach okresu 1944-1956, zwanego okresem stalinowskim w tekście „Polacy pod butem Stalina”, także Józefa Krzyka, a o zjawiskach związanych z obecnością wojsk radzieckich w Polsce opowiada Piotr Osęka w tekście „Pod bratnią okupacją”.
O dramatycznym epizodzie, jakim było strzelanie przez pijanego, radzieckiego porucznika do przypadkowych mieszkańców Szczecina i o zamieszkach, które były tego zdarzenia konsekwencją opowiada Adam Zadworny w „Strzałach lejtnanta Nieczupeja”.
Piotr Nehring przypomniał znany fakt dramatycznej rozmowy nowego kierownictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z Władysławem Gomułką na czele, z delegacją radziecką pod przewodnictwem Nikity Chruszczowa.
Tekst o tej dramatycznej w przebiegu rozmowy (19 października 1956) uzupełniony jest o jej zapis, który sporządził obecny przy rozmowie Jan Dzierżyński, sekretarz Chruszczowa oraz o listę uczestników rozmowy, w której uczestniczyli m.in. Edward Ochab, Konstanty Rokossowski, Józef Cyrankiewicz, Roman Zambrowski, Łazar Kaganowicz. Tekst Adama Zadwornego „Na ambasadę, bracia!”, o wtargnięciu manifestantów do radzieckiego konsulatu w Szczecinie w grudniu 1956 roku, co skądinąd stało się dla władz polskich impulsem do powołania ZOMO czyli Zmotoryzowanych Obwodów Milicji Obywatelskiej. Ani trochę przesadny nie jest tytuł tekstu Jacka Hołuba „Triumf Gagarina, czyli największa feta PRL”. O tym, że nie jest przesadny zaświadcza piszący te słowa, który jako czterolatek zapamiętał m.in. dzieci z podwórka puszczające z balkonu piórka i papierowe lotki z okrzykami „Gagarin, Gagarin!”. Magda Podsiadły opisała dramatyczną historię miłości Rosjanki i Polaka, tej samej o której w swoim filmie „Mała Moskwa” opowiedział Waldemar Krzystek. Tylko jeden niestety tekst poświęcony został relacjom kulturalnym polsko-radzieckim.
To „Pust wsiegda budiet sołnce” Artura Łukaszewicza, który opowiada o Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze”. Stał się on emblematycznym przykładem propagandowo-groteskowych aspektów tych relacji. Jednak obecność kultury radzieckiej i rosyjskiej w PRL to temat o wiele bardziej skomplikowany i niejednoznaczny, zasługujący na znacznie obszerniejsze, poważne potraktowanie. Temat dla Grzegorza Wiśniewskiego, znakomitego znawcy tematu.
„Armia Radziecka z tobą od dziecka”, seria „Wszystkie barwy PRL”, tom. 11, str. 155, ISBN 978-83-268-3452-3

Marcel Proust – rewolucjonista literatury

Pisanie o Marcelu Prouście (1871-1922) poza przestrzenią literatury przedmiotu, historii literatury, etc., a już zwłaszcza w gazecie codziennej, a nie w periodyku krytyczno-literackim może wydać się pomysłem dość wątpliwym co do sensu. Stąd kilka zdań usprawiedliwienia.

W 150 rocznicę jego urodzin, która przypada dokładnie na 10 lipca, warto może jednak przypomnieć historyczne, a nawet epokowe znaczenie tego pisarza, bowiem niewielu jest twórców literatury, którzy w tym stopniu co Proust, nie tylko odcisnęli na niej potężne piętno, ale też bardzo ją zrewolucjonizowali, zmodyfikowali jej DNA. Zapewne pod tym względem porównywalne znaczenie można przypisać Jamesowi Joyce i jego, wydanemu w roku śmierci Prousta (1922), „Ulissesowi” i być może kilku jeszcze innym dziełom, ale w tym wąskim gronie rola Prousta jest szczególna.
Rzecz jasna, ze swoim pochodzeniem społecznym, sylwetką psychofizyczną i wizerunkiem wykwintnego bywalca paryskich salonów z czasów „la belle epoque” może się on wydawać wątpliwym kandydatem do miana rewolucjonisty w jakiejkolwiek kategorii, ale nie zmienia to faktu, że ten wyrafinowany dandys dokonał w literaturze (i szerzej – w kulturze) rzeczy wielkich i – co najważniejsze – brzemiennych w skutki. A poza tym wiele mówi to, że egzemplarze jego książek znalazły się wśród tych, które spłonęły na hitlerowskim stosie w 1933 roku.
Znaczenie Prousta koncentruje się głównie wokół jego wielotomowej powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” (1913-1927), dzieła, które zrewolucjonizowało sens literatury, perspektywę patrzenia na nią, najszerzej rozumianą „alchemię” pisania, ale także perspektywę spojrzenia na nią z czytelniczego punktu widzenia. Oczywiście początkowo procesy te obejmowały bardzo wąski i elitarny nurt sztuki literackiej i dopiero z czasem przeniknęły do jej szerszych przestrzeni.
Nawet jednak w przestrzeni zajmowanej przez elity literatury i krytyki, znaczenie i świadomość doniosłej roli Prousta z trudnością przebijała się do szerszej świadomości, o czym świadczą choćby bariery, na jakie kolejne tomy jego dzieła napotykały w procesie wydawniczym, a także słabe echo ze strony publiczności czytającej. Z tego akurat punktu widzenia Proust należy do licznego grona twórców, którzy do literackiej „sławy i chwały” przeszli przez „czyściec” niedocenienia.
W niniejszym tekście pominę całkowicie bogatą problematykę dzieła Prousta, pominę tło czyli epokę, w której przyszło mu tworzyć. Pominę też jego biografię osobistą i inne jego dzieła niż „W poszukiwaniu…”. Podjęcie w tym miejscu próby syntezy życia i twórczości tego twórcy nie jest – z licznych i oczywistych względów – ani możliwe, ani celowe. Proustowi i jego dziełu poświęcono setki książek i tysiące artykułów napisanych w dziesiątkach krajów.
Kogo dzieło Prousta zainteresuje i chciałby zapoznać się z nim szerzej niż tylko przez pryzmat lektury własnej, ten może sięgnąć choćby do jego biografii autorstwa Georgesa D. Paintera, do wspaniałego eseju André Maurois „W poszukiwaniu Prousta”, do tekstów Vladimira Nabokova, do „Prousta w oczach krytyki światowej” Jana Błońskiego, do „Prousta i jego świata” Tadeusza Boya-Żeleńskiego, czy do poświęconych mu passusów w syntezach dziejów literatury francuskiej. Sam ograniczę się tylko do formalnego wymiaru jego dzieła, w którym streszcza się epokowy, nowatorski, rewolucyjny wymiar jego dzieła. Pragnąc uchwycić i uwiecznić ruch człowieka w przestrzeni czasu, a także „zatrzymać rzeczywistość” w tworzywie literatury, Proust przystąpił do tego dzieła w kontrze do tradycyjnej literatury. Przede wszystkim odrzucił tradycyjną sztukę literatury, której celem było odtworzenie obrazu rzeczywistości, czyli klasyczny, mimetyczny realizm uformowany w XIX wieku.
Obiektem jego zainteresowania i tworzywem jego pisania stała się świadomość, a w jej ramach zarówno procesy myślowe, jak i wrażenia, emocje i wszelkie inne doznania ludzkiej psyche. Józef Heistein, w swojej „Literaturze francuskiej XX wieku” ujął to tak, że u Prousta „koncepcja powieści nie polega na odtworzeniu jakiejś historii czyjegoś życia lub na obiektywnym opisie rzeczywistości, jak to miało miejsce w powieści; przedmiotom, postaciom, wydarzeniom umieszczonym w świecie przedstawionym dzieła musi towarzyszyć refleksja o sposobie ich przekształcenia w elementy świata sztuki”. Punktem wyjścia i przedmiotem wyjścia dla Prousta była nie rzeczywistość zewnętrzna, lecz wewnętrzna. Nowością wniesioną przez jego dzieło było też uczynienie siebie, czyli autora, jednym z bohaterów – choć poniekąd „niewidzialnym” – dzieła. I tegoż dzieła autonomiczność.
Do tego dochodzi postrzeganie rzeczywistości, radykalnie odbiegające od porządkującej metody tradycyjnej literatury, lecz zgodne z realną naturą naszego, ludzkiego postrzegania świata, myślenia, odczuwania, zapamiętywania itd. Te procesy dokonujące się w ludzkim umyśle nie dokonują się nie tak jak w tradycyjnej narracji – w sposób uporządkowany i linearny, lecz zazwyczaj całkowicie przypadkowy i chaotyczny. Wiążą się z licznymi powtórzeniami, wybiórczością, z całkowitym pominięciem jakichkolwiek racjonalnych hierarchii i znaczeń. Bo przecież ludzkie myślenie, ludzka świadomość nie jest linearna, lecz raczej przypomina sekwencje następujących po sobie „linków”. Portrety postaci nie tylko dalekie są od jednoznaczności i statyczności, ale tak jak w realnych procesach psychicznych postrzegamy je cząstkowo, etapami, drogą prób i błędów, zarówno w wymiarze własnym, jak i przez pryzmat spojrzenia innych postaci.
Można powiedzieć, że Proust odzwierciedlił w tworzywie „W poszukiwaniu straconego czasu” całe skomplikowanie, chaos, przypadkowość ludzkich procesów psychicznych, myślowych, emocjonalnych, percepcyjnych, zaś postacie – jak zauważył Heistein – „nie są jednostkami autonomicznymi (jak postacie u największych nawet autorów tradycyjnej literatury – jak n.p. Odyseusz, Rastignac czy pan Pickwick – przyp. KL), lecz „nie istnieją w rzeczywistości, ale tylko w percepcji autora”. „Inna też – dodaje Heistein – jest zasada motywacji postępowania postaci. Motywacja nie jest ujawniona, lecz poszukiwana przez narratora, który, by ją znaleźć, wgłębia się nie w psychikę postaci, lecz własną”.
Przywołane atrybuty dzieła Prousta to tylko nieliczne przykłady zaczerpnięte z niezwykle bogatego katalogu i nie wystarczyłoby tu miejsca na to, by je nawet tylko enumeratywnie wyliczyć. Ten sposób konstruowania dzieła literackiego sprawił, że w przeciwieństwie do tradycyjnej literatury, która zmierzała do pewnej „konwergencji”, do kondensacji sensu w poszczególnych dziełach, proza Prousta, naśladując prawdziwą naturę ludzkiego postrzegania, zmierzała do „dywergencji”, niejako w „nieskończoność” się rozszerzając, na wielu poziomach, niczym skomplikowana, wielopiętrowa i wieloczynnikowa konstrukcja, nigdy nie domknięta, nigdy nie dokończona.
Brak „koherencji” składników dzieła, brak ich wzajemnej spoistości, mieszanie się wzajemne wszelakich aktów psychicznych, przeżytych i antycypowanych, snu i jawy, marzeń i rzeczywistości itd., itd., owa polifoniczność dzieła Prousta była co prawda świadomie zamierzona i zrealizowana, ale uzyskany efekt chaosu, jako głównego atrybutu funkcjonowania ludzkiej świadomości był tym, co wpłynęło na losy i kształt literatury artystycznej „po Prouście”. W „W poszukiwaniu straconego czasu” Proust nie do końca jednak odwrócił się od tradycyjnej literatury.
Dokonał niejako syntezy dotychczasowych gatunków pisarstwa. Zatarł też granicę między rzeczywistością a jej postrzeganiem. „Zamiast rozwijać nić intryg, które czytelnik miał śledzić, Proust zaproponował (…) tworzywo płynne, enigmatyczne, zlepione z rzeczywistości i wyobraźni”, a „reprodukcję obrazu świata zastąpił własnym wyobrażeniem”.
Sto lat po śmierci Marcela Prousta można stwierdzić, że ilekroć na naszej czytelniczej drodze napotykamy dzieła literackie nieoczywiste, odległe od banalnego realizmu i od „dobrze skrojonej prozy”, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, za to przepełnione choćby „strumieniem świadomości” i odznaczające się zamierzonym chaosem narracji, to warto choć przez chwile pomyśleć, że należą one do – zazwyczaj dalekiego i bardzo często nieudanego, ale jednak – dalekiego potomstwa Prousta jako rewolucyjnego twórcy modelu nowoczesnej literatury.
Nowoczesnej, to nie znaczy najbardziej popularnej, co nie zmienia faktu, że na ślady proustowskiej rewolucji w literaturze, na stworzony przez niego jej nowy DNA, można natrafić w najbardziej nawet trywialnej konfekcji literackiej.
Bo o literaturze mijającego właśnie stulecia „po Prouście” bez przesady możemy powiedzieć – i pisarze, i czytelnicy – że „my wszyscy z niego”. Był w literaturze tym, kim Kopernik w astronomii. Jeśli porównać Prousta do gigantycznego jeziora, to niniejszym zaczerpnąłem z niego jedną małą szklaneczkę. Świat pokazany przez Prousta jest już tylko Pompeją albo Atlantydą, ale jego duch jest w literaturze nieśmiertelny.

Ryszard Bacciarelli (1928-2021)

Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Był prapraprawnukiem Marcelego Bacciarellego, nadwornego malarza króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, o czym opowiadał kilka lat temu w wywiadzie udzielonym „Dziennikowi Trybuna”.

Urodził się 8 stycznia 1928 r. w Młock-Kopacze. Był absolwentem warszawskiej PWST (1953), aktorem Teatru Polskiego w Szczecinie (1953-1956), Teatru im. S. Jaracza w Łodzi (1956-1961), oraz warszawskich: Ludowego (1961-1974) oraz Nowego (1974-1993). Miał zewnętrzne warunki szlachetnego amanta. Wśród ról teatralnych zagrał m. in. hrabiego Almaviva w „Cyruliku Sewilskim” Beaumarchais (1955), Jacka w „Operze żebraczej” J. Gaya (1957), Poetę w „Weselu” St. Wyspiańskiego (1958), Andrzeja w „Wojnie i pokoju” L. Tołstoja (1959), Wacława w „Zemście” A. Fredry (1960), Boreńskiego w „Karykaturach” J.A. Kisielewskiego (1961), Botwella w „Marii Stuart” F. Schillera (1962), por. Lukasza w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wg J. Haska (1962), Skrzyneckiego w „Warszawiance” St. Wyspiańskiego (1964), Oberona w „Śnie nocy letniej” W. Szekspira (1964), hrabiego de Guiche w „Cyrano de Bergerac” E. Rostanda (1967), Prezesa, w „Kordianie” J. Słowackiego (1986), a także m.in. Diega w „Cydzie” P. Corneille. W Teatrze Telewizji m.in. w spektaklach „Kobry”: „Jak błyskawica” (1972), „Harry Brent” (1972), „Melissa” (1973), Flake w „Karierze Artura Ui” B. Brechta w reż. J. Gruzy, Stanisław August w „Królu i aktorze” R. Brandsteattera w reż. I. Gogolewskiego (1974) oraz role w „Idei i mieczu” i „O coś więcej niż przetrwanie” (1981) w reż. G. Królikiewicza. W filmie m.in. w „Bliźnie” K. Kieślowskiego (1976), „Granicy” J. Rybkowskiego (1977), „Akcji pod Arsenałem” J. Łomnickiego (1977), „Zamachu stanu” R. Filipskiego (1980), „Klejnocie wolnego sumienia” G. Królikiewicza (1981), a także w szeregu seriali.

Wojciech Karolak (1939-2021)

Dla mnie, profana w zakresie encyklopedycznej wiedzy o muzyce Wojciech Karolak był przede wszystkim wielkim i sławnym nazwiskiem polskiego jazzu, także genialnym wykonawcą tego gatunku muzyki.

Grać jazz zaczął w 1958 roku jako saksofonista, później zaprzyjaźnił się z fortepianem i to ten instrument stał się instrumentem jego życia. Jako encyklopedyczny profan muzyczny nie będę udawał erudyty w tej dziedzinie i nie wymienię licznych tytułów grup, w których Karolak występował, tytułów wydanych przez niego licznych utworów i płyt (zresztą, kto poza specjalistami i superamatorami by to zapamiętał). Występował m.in. z Janem Ptaszynem Wróblewskim, Krzysztofem Komedą, Andrzejem Trzaskowskim, Jerzym Matuszkiewiczem, Andrzejem Kurylewiczem, Michałem Urbaniakiem, Urszulą Dudziak, Andrzejem Dąbrowskim, Januszem Muniakiem, Tomaszem Szukalskim, Jarosławem Śmietaną i innymi. Poza licznymi kompozycjami jazzowymi tworzył także muzykę filmową (m.in. do „Konopielki” W. Leszczyńskiego, do serialu „Przyłbice i kaptury” czy „Excentryków” – kompozycja nagrodzona ), teatralną (m.in. do jednej z inscenizacji „Dekamerona” Boccaccio, do „Ubu króla” A. Jarry czy do „Draculi”). Komponował też piosenki – m.in. „Wyszłam za mąż – zaraz wracam” – do tekstów swojej żony, Marii Czubaszek. Wśród licznych nagród (głównie branżowych) otrzymał też w 2007 roku Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Urodził się 28 maja 1939 roku w Warszawie. Był wnukiem – ze strony matki – bardzo lubianego aktora komediowego Józefa Orwida, znanego z kilkudziesięciu filmów przedwojennych, który 13 sierpnia 1944 zginął w wybuchu niemieckiego czołgu-pułapki przy ulicy Kilińskiego w Warszawie. Zmarł w Warszawie 23 czerwca.

Kolczatka pod pończochą

Premiera „Zaćmy” Ryszarda Bugajskiego (reżyser i autor scenariusza), która miała miejsce przed pięciu laty, przeszła właściwie bez echa. Media odnotowały film zdawkowo, szablonowo, jakby z zakłopotaniem, wyrażającym, jak się zdaje, bezradność, nieumiejętność zinterpretowania sensu. Jakby nie wiedziano jak się do tego „dziwnego” filmu odnieść, więc ograniczono się do suchych informacji, że to film o Julii Brystygierowej, sławnej płk „Lunie”, współodpowiedzialnej za represje w latach 1945-1956 dyrektorce V i III Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i o jej późniejszych, już po odejściu z funkcji, kontaktach z katolickim środowiskiem podwarszawskich Lasek, w tym z prymasem Polski Stefanem Wyszyńskim.

O klimacie filmu, jego wymowie, sensach, fakturze formalnej, proporcjach między „prawdą a zmyśleniem”, nie sposób było czegokolwiek się dowiedzieć, niczego wywnioskować. Nie odnotowano nawet świetnej kreacji Marii Mamony w roli głównej. Film przemknął przez ekrany jak meteor, niemal chyłkiem, na krótko, przez nieliczne kina, na pojedynczych seansach. Od czasu do czasu błąkał się, z rzadka, w niszowych stacjach telewizyjnych, aż w końcu pokazała go rządowa Dwójka, choć o tak późnej, nocnej porze, że pewnie i tym razem obejrzała go garstka widzów.
Tymczasem „Zaćmę”, przy wszystkich zaletach i wadach, można odczytać jako intrygującą, a przy tym niejednowarstwową metaforę mentalnej dyktatury Kościoła katolickiego w Polsce, jego władania nad świadomością i emocjami wielu ludzi, także tych dalekich od jakkolwiek pojmowanych postaw fideistycznych i dalekich od Instytucji. Bugajski zakreśla w swoim filmie sytuację fabularną, w której Julia przyjeżdża do zakładu dla niewidomych dzieci, na umówione spotkanie z prymasem, o które zabiegała, korzystając z poznania zakonnicy z tego kręgu. Julia przyjechała na to spotkanie niczym na audiencję u udzielnego władcy.
Gustownie ubrana w elegancką garsonkę, z torebką, z naszyjnikiem z pereł, w eleganckich pantoflach, w stylu dobrze sytuowanej warszawskiej mieszczki (jest redaktorką w prestiżowym wydawnictwie, a przy tym literatką, autorką powieści) przybyła pełna tremy i niepokoju. Nie wyjawia żadnego konkretnego celu tej rozmowy. Nie chce go zdradzić nie tylko życzliwej jej, nieco naiwnej Benedykcie (Małgorzata Zajączkowska), ale też księdzu (Janusz Gajos), który próbuje wydobyć od Julii, dla prymasa, wyznanie co do intencji jej wizyty.
Ksiądz okazuje się ofiarą UB, był więziony i utracił wzrok w wyniku przesłuchań („wypalono mu oczy papierosem”). W ekspozycji Bugajski pokazał zewnętrzny kontrast, dystans Julii do środowiska, w którego otoczeniu się znalazła.
Z obrzydzeniem odsuwa od siebie siermiężne, stołówkowe danie kolacyjne w postaci jakiejś lichej kiełbasy lub kaszanki, nieustannie i zachłanną namiętnością pali papierosy, zapalając je za pomocą eleganckiej zapalniczki i nie stroniąc od alkoholu. W torebce nosi też pistolet.
Gdy udaje się na chwilę do pobliskiej gospody, aby zadzwonić do Warszawy, przydarzają się jej dwie sytuacje, jakby symetrycznie wyrażające dwoistość sytuacji w Polsce i dwoistość jej osobistej pozycji. Pierwszą tworzy przypadkowy kontakt z podpitym uczestnikiem (Kazimierz Kaczor) zakończonej właśnie stypy po pogrzebie „bohatera spod Monte Cassino”, zmarłym przedwcześnie jako ofiara represji UB. Za chwilę Julia przegląda się w lustrze instytucji, w której jeszcze niedawno pełniła prominentną rolę, bo jest w upokarzający sposób indagowana i rewidowana przez dwóch młodych milicjantów, którzy ją – wpływową niegdyś Julię z MBP traktują – prawdopodobnie nieświadomi tego z kim mają do czynienia – z pogardą i brutalnością.
W ciągu kilku minut Julia styka się z dwiema ekspresjami wrogości i opresji: ze strony antykomunistycznej części społeczeństwa i ze strony aparatu, którego była ważną eksponentką. Daje jej to jakby rodzaj moralnej iluminacji i poczucie kompletnego wyobcowania. Julia doświadcza też na terenie ośrodka oznak inwigilacji przez SB. Niezawodny instynkt i wiedza doświadczonej „bezpieczniaczki” podpowiadają jej, że informatorem „firmy” jest dozorca Marian (Sławomir Orzechowski).
Beszta go za to brutalnie, wyzywając od „jebanych chujów pierdolonych” – w końcu mimo manier eleganckiej i wykształconej we Lwowie i Paryżu doktor filozofii, była funkcjonariuszką MBP, a jak wiadomo, świecie służb posługiwanie się słownictwem odległym od języka skautów należy do sznytu, który można nawet nazwać dobrym tonem. Od niego też dowiaduje się o antysemickich nastrojach w aparacie, na co reaguje furią. Czekająca na „audiencję” u prymasa Julia poddana zostaje sekwencji prób na cierpliwość i zdolność do zniesienia drobnych upokorzeń, które jednak dla niej, osoby władczej z natury i przyzwyczajonej do okazywania jej respektu są trudnym doświadczeniem. W końcu trafia przed oblicze prymasa (Marek Kalita), ale nie tylko sama ma problem z ekspresją tych pytań i wątpliwości, które zamierzała mu przedłożyć, ale także z jego strony napotyka na sztywną barierę daleko idącej rezerwy, ostentacyjnego dystansu i niechęci.
Źródła tej postawy nie są wprawdzie niemożliwe do zrozumienia, ale przecież Julia przyjechała na spotkanie z nim z nadzieją na „dialog” jej, Żydówki, ekskomunistki i ateistki z Wielkim Chrześcijaninem. Rozmowa „nie klei się” i kończy się fiaskiem. Julia nie wytrzymuje rozmowy nerwowo i na koniec rzuca prymasowi w twarz oskarżenie, że jest tylko jednym z „klechów, którzy klepią pacierze”, nie zainteresowanych „człowiekiem” i jego dramatem. Ze swej strony prymas objawia się jako człowiek zamknięty, chłodny, ostentacyjny tylko w aktach dewocji. Cała ta realistyczna, choć przez nieuchronną kondensację w czasie nieco „odrealniona” faktura, momentami ustępuje w filmie Bugajskiego fragmentom rodem z innej poetyki. Niektóre skryte są w konwencji koszmarów sennych lub na granicy jawy i snu, ale niektóre pokazane są wprost, w trybie „jawy”, realności, jak na przykład scena z ogromnym krucyfiksem z ociekającą krwią figurą Chrystusa. Chrystus zresztą, jako aluzja objawia się Julii także poprzez fizyczny, nawiązujący do ikonografii „chrystusowej (blada, pociągła, umęczona, młoda twarz okolona czarną brodą) wizerunek przesłuchiwanego przez nią więźnia (Bartosz Porczyk).
W tych fragmentach Bugajski dość ryzykownie porusza się na granicy dobrego gustu artystycznego. Ryzykowne są też sceny w których Julia okazuje nadmierną, histeryczną ekspresję, włącznie z rzucaniem się na podłogę. Szczęśliwie, wiążącym się z tymi scenami estetycznym (i wiążącym się z psychologicznym prawdopodobieństwem) niebezpieczeństwom zapobiega świetna w tej roli Maria Mamona.
Jako się wyżej rzekło, „Zaćmie” nie poświęcono żadnego szerszego omówienia, żadnej analizy, która poza odniesieniem się do artystycznej tkanki filmu byłaby próbą usytuowania go w przestrzeni polskiego kina, w tym w ramach nurtu „rozrachunkowego”, którego zmarły w 2019 roku Ryszard Bugajski był jednym z najważniejszych przedstawicieli jako twórca głośnego „Przesłuchania” (1981), a po latach także „Śmierci rotmistrza Pileckiego” (2009). Nie wypowiadał się na jego temat także sam twórca. Przy interpretacji sensów utworu, wobec braku deklaracji intencji ze strony twórcy, widz skazany jest więc wyłącznie na własne hipotezy, domysły, tropy.
Co do mnie, odbieram ten film jako – trudno orzec czy aprobatywną czy krytyczną, bo reżyser zdaje się lawirować pośród mnożonych niejednoznaczności – metaforę głębokiego (i ponurego) cienia, jaki Kościół katolicki w Polsce kładzie na życiu tego kraju. Oto przedstawicielka panującego ustroju, zarówno jako potężna niegdyś funkcjonariuszka aparatu czasów stalinowskich, jak i jako przedstawicielka elity z kręgów nadbudowy socjalistycznego państwa czasów gomułkowskich, udaje się, niczym Jonasz we wnętrzności wieloryba, przed oblicze świata kościelnego, katolickiego, podobno „uciemiężonego” w ateistycznym państwie. Jak przed Wyrocznię, Hegemona, Jedyny Autorytet, by dowiedzieć się, być może, „jak żyć”, bo tylko tam, a już nie w wyznawanej niegdyś przez siebie Doktrynie, Ideologii, upatruje szansę odpowiedzi na to pytanie.
I choć na poziomie zewnętrznym wyjeżdża z ośrodka rozczarowana, zarówno intelektualnie jak emocjonalnie, to puentująca film scena zdaje się sugerować widzowi odpowiedź na pytanie, kto ostatecznie okazał się zwycięzcą w tej konfrontacji.
Wracając do Warszawy, Julia zatrzymuje na chwilę swojego moskwicza na pustej szosie, wyjmuje z torebki „skradzioną”, okrwawioną metalową kolczatkę, za pomocą której prymas zadawał sobie cierpienie w akcie umartwienia ciała. Podnosi spódnicę, na chwilę odpina pończochę od żabki i zapina kolczatkę na nagim udzie, po czym pokrywa ją szczelnie pończochą.
Robi to wrażenie metafory intymnej i nieco nawet perwersyjnej. W świetle przyszłej walki Kościoła kat. z prawami kobiet w Polsce i ujawnienia kościelnych grzechów cielesnych, tej walki której najokrutniejszych rezultatów jesteśmy właśnie świadkami, można i w tej scenie dopatrzeć się metafory kościelnej „niewoli egipskiej”, w jakiej ciągle tkwi Polska.
Ten realistyczny, choć na pewno wolny od jednoznacznej publicystyki film, jest intrygujący, barokowy, nieco tajemniczy, a na pewno inspirujący do myślenia.

„Zaćma”, (2016), scenariusz i reżyseria Ryszard Bugajski, zdj. Arkadiusz Tomiak, scenogr. Andrzej Haliński, muz. Shane Harvey, w roli głównej Maria Mamona, Polska 2016

Czy wiek XXI będzie wiekiem Azji i socjalistycznych Chin?

Na Azję zwrócone są oczy całego świata. Budzi ona podziw a u niektórych nieukrywany strach. Nawet w poważnych dyskusjach w tzw. „towarzystwach” formułowane są poglądy, że już królowa Saba przepowiadała, że Azja zaleje świat i przyszłość należy do żółtej rasy.

Znany politolog amerykański Samuel Huntington obwieścił przed laty, że w 21. stuleciu będą miały miejsce wielkie konflikty a nawet wojny cywilizacji, których wymienił kilka, ale najważniejszy ma polegać na sprzeczności między Wschodem a Zachodem, a w szczególności między cywilizacją amerykańską (w rzeczywistości europejsko-amerykańską, czyli cywilizacją białego człowieka), a cywilizacją chińską.
Czy światu grozi nowa wojna tym razem między USA a Chinami?
Oczywiści dostrzegał także inne np. hinduską, judaistyczno-żydowską, islamsko-arabską, a także rosyjską jako kulturowo-religijną kontynuację bizantyńskiej, ale ze względu na potencjały gospodarcze, ludnościowe i militarne decydujący będzie konflikt interesów między USA i ewentualnie Europy a Chinami.
Tezę tę potwierdzają wydarzenia ostatnich lat, a w szczególności polityka i wypowiedzi prezydenta D.Trumpa, który w trakcie swych rządów wielokrotnie definiował Chiny jako główny problem amerykańskiej polityki. Już nie Rosja, nawet więcej znaków zapytania pojawiło się w relacjach USA z partnerami z Europy zachodniej, ale głównym zagrożeniem gospodarczym i handlowym stały się Chiny, na co Trump odpowiadał szantażem politycznym i wojskowym, wojną handlową, sankcjami, embargiem. Doprowadził do zimnej wojny i kryzysu handlowego z Chinami. Trump przegrał wybory i utracił stanowisko prezydenta USA, ale skutki jego polityki nowej wojny handlowej z Chinami ponosić będzie gospodarka amerykańska pod rządami nowego prezydenta. Ocenia się, że w wyniku wojny handlowej Trumpa z Chinami deficyt USA z tym państwem przyniesie w latach 2021- 2025 spadek amerykańskiego PKB o 1,6 bln dol. Przyroda, podobnie jak polityka i handel nie znoszą próżni, na miejsce firm amerykańskich już szykują się firmy europejskie. Zapewne osłabia to zaangażowanie głównie Niemiec w przygotowywanej awanturze wojennej. Obserwatorzy relacji USA – Chiny coraz częściej mówią o wzroście napięcia politycznego, a nawet możliwościach konfliktu wojennego. Świadczą o tym konflikty zastępcze w relacjach z KRLD, Tajwanem, na Morzu Południowo-Chińskim podsycanie secesji w Tybecie, a przede wszystkim w Sincjangu, gdzie od wielu lat ośrodki na zachodzie pomagają w dążeniach turkiestańskich separatystów do oderwania się od ChRL. Niemałą rolę w tych działaniach pełnią tybetański „rząd” na uchodźdztwie w Indiach, podobnie jak „rząd” Sincjangu na uchodźdztwie w RFN.
Generał Ben Hodges (najwyższy dowódca sił zbrojnych USA w Europie) stwierdził w 2018 r., że „za 15 lat będziemy (USA-Z.W.) mieli wojnę z Chinami” ( Cyt. za R.Hohmann, „Unsere Zeit”, Essen, Nr 15 z 19.II.2021 r.). Ostatnio (3.II.b.r) potwierdził tę prognozę admirał Charles Richard – szef Strategicznego Dowództwa USA w magazynie „US Naval Institute”. Chiny, jego zdaniem, demonstrują „agresywną” siłę gospodarczą i militarną, co dowodzi, że w przewidywanej przyszłości nie można wykluczyć nuklearnego konfliktu z NATO („nuclear employment is a very real possibility”). Wnioski takie wynikają także z dokumentu „NATO 2030”, powstałego pod kierownictwem Sekretarza Generalnego NATO Jensa Stoltenberga. Kwestia ta nie jest rozwijana już tylko w planach akcji wojennych przeciwko Rosji z krajów bałtyckich, ale chodzi głównie o izolowanie Chin, gdyż obecnie „wróg znajduje się nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie, ale także w rejonie Indo-Pacyfiku”. Potwierdza to tezę, że obecnie w opinii amerykańskich ośrodków władzy głównym konkurentem, rywalem i wrogiem USA jest Chińska Republika Ludowa.
W następstwie w rejon Morza Południowo-Chińskiego skierowany został lotniskowiec US Theodor Roosevelt z armadą wspierających go okrętów. Plany tej akcja przygotowane zostały jeszcze przez ekipę D.Trumpa, która wpisuje się w politykę jego następcy J.Bidena odnośnie Chin. Ten ostatni przeprowadził już odpowiednie rozmowy szefami Tajwanu, Japonii. Korei Płdn., Filipin, Australii i Nowej Zelandii. Zapowiada to na Dalekim Wschodzie nowe napięcie, może nawet nową wojnę. W związku z tym trwają intensywne konsultacje co do angażowania się w realizacji tych planów pozostałych państw NATO. Znając sposób postępowania USA w przygotowaniach poprzednich agresji, np. W Korei, Iraku, Afganistanie, Libii, USA będą dążyć do stworzenia międzynarodowej koalicji, przy wykorzystaniu autorytetu i parasola ONZ, by ukryć prawdziwe cele nowej agresji. Trwają intensywne rozmowy między ministrami obrony narodowej państw europejskich i Kanady. Dotyczy to głównie Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, także Polski. Niemcy chciałyby ugrać w tym rozdaniu nowe atuty i wzmocnić swe miejsce już w akcji o światowym wymiarze. Z drugiej strony koncerny niemieckie prowadzą wielkie interesy z Chinami i nie chcą ich utracić, volumen handlu zagranicznego Niemiec i Chin wynosi ponad 200 mld euro rocznie (a całej Unii wzrósł w 2020 r. mimo pandemii covid-19 do 572 mld euro), dlatego zachowują się powściągliwie. Ostatnio RFN podniosła poziom wydatków na zbrojenia (53 mld dol.), co oznacza 1.57 proc. PKB, ale i tak jest to znacznie poniżej średniej natowskiej. Przodują Stany: 3,87 proc. , Anglia: 2,43 proc. , a także inne państwa postsocjalistyczne: Polska: 2,37 proc. , Rumunia: 2,38 proc. , Estonia: 2,38 proc. , Łotwa: 2,32, Litwa: 2,28 proc. PKB.
Azja jako najszybciej rozwijający się kontynent i wrzący kocioł współczesnego świata
Azja jest najszybciej rozwijającym się kontynentem świata, zamieszkuje ją ok. 60 proc. ludności globu, w ostatnich latach odnotowuje największe raty przyrostu światowego PKB, 30 proc. światowego produktu. Międzynarodowe korporacje inwestują w krajach azjatyckich olbrzymie kapitały, liczące na wielkie zyski. USA i inne czołowe potęgi gospodarcze i imperialistyczne z dużym niepokojem patrzą na wzrost państw azjatyckich, z jednej strony robią tam wielkie interesy, z drugiej obawiają się Chin i tzw. państw wschodzących (Indie, Indonezja, nie mówiąc o Japonii), które skutecznie bronią swej suwerenności i nie chcą stać się satelitami USA i neokolonializmu. Jednocześnie w Azji utrzymały się państwa socjalistyczne, przede wszystkim Chińska Republika Ludowa, która od lat osiągała zawrotne raty wzrostu (średnio ok. 10 proc. rocznie), obecnie nieco mniejsze. W Azji są liczne ogniska zapalne, od lat toczone są wojny na Bliskim i Środkowym Wschodzie, przed laty toczyły się krwawe wojny w Korei, Wietnamie i szerzej w Indochinach, mają miejsce także inne konflikty wojenne. Narastają symptomy nowej zimnej wojny (na razie handlowej) między USA a Chinami, czy przekształcą się w prawdziwy konflikt wojenny, okaże czas. Istotny wpływ na rozwój sytuacji w Azji ma także Rosja, która nadal ma duże atuty. Na przemiany we współczesnej epoce, nie tylko w Rosji, także w Azji silny wpływ wywarła Rewolucja Październikowa, której 103. jubileusz niedawno obchodzono, obecnie jej dzieło uległo pewnemu osłabieniu, ale jednocześnie jej kontynuacją i pogłębieniem w nowej epoce są osiągnięcia Komunistycznej Partii Chin, która w 2021 r. obchodzi jubileusz 100-lecia powstania (1. lipca).
Przed 30-tu laty upadł Związek Radziecki i kraje demokracji ludowej w Europie. Była to wielka porażka socjalizmu i ruchu komunistycznego, osłabiająca ruch robotniczy nie tylko w tych rejonach świata. Kapitalizm miał powody święcić triumfy, czemu dawali wyraz rodzimi kontrrewolucjoniści jak i ówcześni przywódcy państw kapitalistycznych a także czołowi koryfeusze naukowi jak Francis Fukuyama -autor głośnej książki o „końcu historii” i zmarły przed kilkoma laty prof. Zbigniew Brzeziński, uważany za głównego naukowego stratega wojny z komunizmem, współtwórca kategorii „nowy światowy porządek” (new world order). Zdaniem obu uczonych ZSRR i realny socjalizm były „błędem historii” i nie miały prawa wystąpić, (co jednak się zdarzyło) i po 1991 r. świat wrócił w prawidłowe koleiny (kapitalistyczne), oficjalnie określane jako „demokracja” i w dalszym ciągu historia będzie się toczyć zgodnie z interesami USA i pod ich łaskawą hegemonią. Miało to oznaczać niekwestionowaną pozycję a nawet hegemonię Stanów Zjednoczonych i uznawanie jej przez wszystkie państwa świata, a USA jako „dobrotliwy hegemon” miał się cieszyć powszechnym szacunkiem i poważaniem.
Początek końca amerykańskiej hegemonii
Obecnie, po 30 latach widać, że niewiele pozostało z tych naukowych prognoz, a raczej mrzonek politycznych. Stany wstrząsane są wewnętrznymi konfliktami, co potwierdziła prezydentura D.Trumpa, są potwornie zadłużone (nawet do 200 bln dol., biorąc pod uwagę wszystkie rodzaje zadłużenia) i utrzymują chwiejny pokój klasowy dzięki wyzyskowi ludów Ameryki Łacińskiej i innych kontynentów oraz wzrostowi autorytarnych metod rządzenia. Chwieje się pozycja nie tylko demokracji ale i dolara na rynkach walutowych, gospodarka USA nie jest w stanie skutecznie konkurować nie tylko z towarami produkowanymi w Chinach, także w Unii Europejskiej. Wyrosły nowe potęgi gospodarcze jak Chiny i Unia Europejska, które nie chcą uznawać panowania i dyktatu USA, świat ponownie stał się wielobiegunowy. Nowe aspiracje polityczne zgłaszają zjednoczone Niemcy i Japonia, a także tzw. państwa wschodzące np. Indie, Brazylia.
Jest to sytuacja korzystna dla sił pokojowych i postępowych, tworzy ona gwarancję powstrzymania sił imperialistycznych i dyktatu made in USA. Szczególnie godne podkreślenia jest, że w tym czasie na czołowe mocarstwo światowe wyrosła Chińska Republika Ludowa, dysponująca już tak wielkim potencjałem gospodarczym i obronnym, że nie można bez niej rozwiązać żadnego wielkiego problemu światowego. Autorytet Chin rośnie nie tylko w Azji, także w krajach postkolonialnych, nazywanych dawniej państwami 3. Świata. Dzięki wielkiej inicjatywie nowych szlaków jedwabnych (One Belt One Road) kooperują one z około 150 państwami świata, głównie w Azji, Afryce i Ameryce płd., należy do nich także Rosja i liczne państwa Europy środkowo-wschodniej.
Na podkreślenie zasługuje, że Chiny są państwem socjalistycznym, które stworzyło nowy model budownictwa socjalizmu tzw. socjalistyczną gospodarkę rynkową, która przyniosła rewelacyjne rezultaty nie tylko w ekonomii, także w sferze socjalnej. Model ten z uwagą studiowany jest w krajach rozwijających się (w niektórych nawet naśladowany) i może mieć daleko idące następstwa dla ich dalszych losów, szczególnie w krajach azjatyckich. Poza Chinami imperializm nie był w stanie zniszczyć także KRLD, Wietnamu, Laosu, Kambodży, Kuby, a jednocześnie w ciągu ostatnich lat w Azji rozwinęły się nowe wielkie państwa, odgrywające coraz większą rolę w gospodarce i polityce współczesnego świata, żeby wymienić Japonię, Indie, Indonezję a w Azji środkowej Iran i bliżej Europy Turcja.
Zmiany w Azji centralnej i na Dalekim Wschodzie
Swego miejsca wśród suwerennych państw poszukują niepodległe republiki Azji centralnej, (dawniej radzieckie), a także państwa kaukaskie. Przed Rewolucją Październikową należały one do najbardziej zacofanych rejonów carskiej Rosji i faktycznie były jej koloniami. Po Rewolucji Październikowej rozwinęły się one tak pod względem gospodarczym, społecznym jak i kulturowym. Rozwojowi przemysłu i nowoczesnej infrastruktury towarzyszyła zmiana struktury zawodowej ludności, społeczeństwa rozstawały się z zajęciami rolno-wiejskimi, przenosiły się do miast, stając się robotnikami, technikami, inżynierami, czemu towarzyszył szybki wzrost wykształcenia i kultury. Rewolucyjnym zmianom w polityce towarzyszyły przemiany w sposobie życia. Ich podstawą była społeczna własność środków produkcji, likwidacja wyzysku, wyzwolenie i równouprawnienie kobiet, oddzielenie Kościoła- Cerkwi i Islamu od państwa i inne wartości socjalistyczne, w tym radziecki patriotyzm i internacjonalizm proletariacki. Czołową siłą klasową ludu pracującego była nowoczesna klasa robotnicza, kierowana przez partię komunistyczną i zorganizowana w masowe związki zawodowe i inne organizacje społeczne, kulturalne. W centrum zainteresowania twórców kultury stał człowiek pracy i jego potrzeby oraz postępowe wartości uciskanych przez carat narodów Wschodu. Szczególną opieką otoczono małe narody i grupy etniczne w rejonie Kaukazu i na Syberii, często bytujące na poziomie stosunków feudalnych i z pozostałościami wcześniejszych formacji społecznych.
Po obaleniu władzy radzieckiej w republikach tych zwyciężyły siły reakcyjno-burżuazujne, rekrutujące się z reguły ze zdeklasowanych członków dawnej nomenklatury partyjnej, renegatów socjalizmu, marksizmu-leninizmu, którzy wykorzystując dawną pozycję w strukturach władzy, odrodzony nacjonalizm i islam, przeszły na pozycje reakcyjne, antykomunistyczne, antyradzieckie i antyrosyjskie. Stały się one głównymi rzecznikami i propagatorami american way of life, co skutkuje pogłębianiem różnic społeczno-klasowych na miarę najbardziej zacofanych struktur krajów tzw. 3. świata. Podobnie jak w innych dawnych państwach socjalistycznych szybko zagrabiły one wielki majątek narodowy, stając się nową oligarchiczną burżuazją. Wielką destrukcyjną rolę w tych procesach odegrał odrodzony kapitał oligarchiczny Rosji w czasach Jelcyna (będący modelowym przykładem burżuazji kompradorskiej), a także kapitał USA i wielkich koncernów z Europy zachodniej, które dążą do opanowania nowych rynków zbytu i obszarów niesłychanie ważnych z powodów geo-strategicznnych.
Przyszłość tych państw stoi pod licznymi znakami zapytania, krzyżują się w nich interesy różnych państw i międzynarodowych grup kapitałowych. Rosja od czasu objęcia prezydentury przez W.Putina (a więc ponad 20 lat temu) próbuje odbudować swe wpływy w Azji Centralnej i na Kaukazie, integruje je politycznie i gospodarczo w ramach Wspólnoty Niepodległych Państw czy obecnie Związku Europejsko-Azjatyckiego. Państwa te są także przedmiotem zainteresowania Chin, tak ze względu na ich znaczenie geostrategiczne jak i bliskie sąsiedztwo. Ważną rolę we wzroście chińskich wpływów w tych republikach mają tzw. nowe szlaki jedwabne, będące nie tylko dogodnymi drogami tranzytowymi na Zachód, ale także ekspansji kapitału chińskiego. Na masową skalę na chińskich uniwersytetach i innych szkołach wyższych kształci się studentów z tych państw, korzystających z dogodnych form pomocy. Jest to kolejny przykład chińskiej soft power. W związku z tym wątpliwe są prognozy ośrodków rosyjskich o możliwościach ponownego zintegrowania tych republik z Rosją, może z wyjątkiem Armenii, Gruzji i Kazachstanu, szczególnie północnego, wobec zerwania licznych wcześniejszych więzi i masowego odpływu z tych republik ludności rosyjskiej. Dlatego trudno jest prognozować dalszy kierunek rozwoju tych obecnie zacofanych, zadłużonych i wielce niedoinwestowanych obszarów. Potencjalnie mają one wielkie znaczenie jako teren ekspansji wielkiego zagranicznego kapitału oraz miejsce do ewentualnego ataku na Rosję od południa Azji.
Godnym odnotowania faktem politycznym jest obalenie przed ok. 20 laty w Nepalu monarchii i ustanowienia rządów demokracji ludowej, której przywódcy nawiązywali w okresie walki o władzę do doświadczenia maoizm. Rewolucja nepalska ma charakter demokratyczny, ludowy i antykapitalistyczny. W polityce gospodarczej Nepal korzysta z niektórych rozwiązań z „socjalistycznej gospodarki rynkowej” w sąsiedniej (za Himalajami) Chińskiej Republice Ludowej. Bardzo duże zmiany następują w Hongkongu i Makao – dawnych koloniach brytyjskiej i portugalskiej, włączonych pokojowo do Chin pod koniec XX w. Mają one zagwarantowany odrębny status gospodarczo-społeczny i administracyjny na okres 50 lat i po upływie ponad 20 lat można stwierdzić, że są one coraz mocniej integrowane gospodarczo z systemem Chin kontynentalnych. Nadzieje światowej burżuazji, że będą one rozsadzać Chiny ludowe od środka poniosły całkowite fiasko.
Jednocześnie coraz mocniej integrowany jest gospodarczo z Chińską Republiką Ludową Tajwan, określony w konstytucji ChRL jako „święte terytorium Chin”. Dalsza przyszłość Tajwanu będzie uzależniona od stanowiska USA, które ciągle traktują go jako bastion swego panowania w tym rejonie Pacyfiku. Prezydent ChRL Xi Jinping podkreślił ostatnio z naciskiem, że Chiny są zdecydowane na pokojowe zjednoczenie z Tajwanem. W rejonie Morza Południowo-Chińskiego sytuacja od lat jest skomplikowana. Chiny ogłosiły ten basen wraz z licznymi wyspami i bogactwami naturalnymi jako swoje wody wewnętrzne, nad którymi umacnia także militarnie swą suwerenność. Przypomnijmy także, że w latach 60-tych ub,w. bardzo silny wpływ na rząd prezydenta Sukarno w Indonezji wywierała Komunistyczna Partia Indonezji (pozostająca pod silnymi wpływami ideologicznymi maoizmu), która miała realne szanse zdobycia władzy w ramach demokratycznego frontu narodowego, czemu przeszkodził kontrrewolucyjny pucz gen. Suharto. Ostatnio na korzyść zmienił się reżim polityczny na Filipinach, a Japonia dąży do rozluźnienia swych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.
Przyszłość Syberii
Pełna zagadek jest obecnie dalsza perspektywa Syberii, która po upadku socjalizmu w ZSRR znalazła się na peryferiach nie tylko Rosji, ale Azji i świata. W czasach ZSRR Syberia była ze względu na wielkie bogactwa naturalne i duże znaczenie geostrategiczne swoistym „oczkiem w głowie” władz moskiewskich, napływały tam wielkie środki z Rosji europejskiej i z innych zachodnich republik radzieckich, a także organizowane były przez władze centralne liczne fundusze pomocowe dla olbrzymich dziewiczych terenów Syberii, także ochotnicze zaciągi młodzieży komsomolskiej, np. przy budowie Bajkalsko-Amurskiej Linii Kolejowej (BAM), co przyniosło wzrost ludności o ok. 1 mln. Ogółem na obszarach na wschód od Bajkału (ok. 4 mln km 2) zamieszkiwało ok. 8 mln ludzi. Powstawały nowe ośrodki przemysłowe, miasta, na dogodnych obszarach rozwijano nowoczesne rolnictwo i usługi.
Po upadku ZSRR w 1991 r. prawie wszystkie te projekty upadły, okazało się, że Syberia nie jest w stanie prawidłowo żyć i rozwijać się bez wielkiej pomocy materialnej i finansowej Centrum. Upadały państwowe i spółdzielcze przedsiębiorstwa, rosło bezrobocie, pojawiły się niedostatki w zaopatrzeniu, energii elektrycznej, ciepłownictwie. Ocenia się, że w tym czasie Daleki Wschód opuściło ok. 1 mln mieszkańców, a dawne „wielkie budowy komunizmu” jak BAM zarastają syberyjską samosiejką. Miejscowi coraz częściej powtarzali, że Moskwa o nich zapomniała. Narastające problemy mieszkańcy rozwiązywali na własną rękę, nawiązywano współpracę z Chińczykami za Amurem, a w Chabarowsku i Władywostoku z Japończykami. W blokach mieszkalnych pojawiły cię stare prymitywne, ale zbawienne „ciepłuszki” czyli żeleźniaki, które pozwalały ogrzać przynajmniej jedno pomieszczenie w mieszkaniu. Zmieniał się stereotyp Chińczyków w oczach przeciętnego Rosjanina, a w szczególności Rosjanek, które w bogatych Chińczykach zaczęły postrzegać potencjalnych partnerów. Przedstawiciele miejscowych elit („novyje Russkije”) coraz bardziej uświadamiali sobie, że obszary te zdane są na własne siły, dla gospodarki i pracy zapraszano firmy chińskie i japońskie, pojawili się nie tylko chińscy robotnicy, podejmujący każdą pracę za tanie pieniądze, także inwestorzy. Uświadamiano sobie, że za Amurem w pobliskich prowincjach chińskich żyje ok. 100 mln Chińczyków, a w zamorskiej Japonii ok. 150 mln Japończyków.
Coraz częstszymi gośćmi na Syberii byli wielcy biznesmeni z USA i Europy zachodniej , którzy jak np. z Holandii w nieoficjalnych rozmowach sugerowali Jakutom całkowite oddzielenie Jakuckiej Republiki Autonomicznej od Rosji i przyłączenie się do Holandii. Pomysł wydawał się z kręgu fantazji, ale w Jakucji są największe na świecie złoża diamentów, a Holendrzy mają wielkie tradycje i moce przerobowe w ich obróbce na bezcenne brylanty. Sytuacja nieco na korzyść zmieniła się w czasach prezydentury W.Putina, kiedy rząd rosyjski znacząco zwiększył dostawy na Syberię, a także próbował uzyskać dodatkowe formy pomocy od Unii Europejskiej, nawet odbyło się w tej kwestii nadzwyczajne posiedzenie przedstawicieli Unii Europejskiej i rządu rosyjskiego w Chabarowsku, a także stroną chińską, m.in. spotkanie W.Putina z Xi Jinpingiem w Nowosybirsku.
Stosunki z Japonią zaczęły się komplikować w następstwie coraz częściej zgłaszanych przez Japończyków roszczeń do Wysp Kurylskich.
Na Rosję i jej bezkresne obszary i naturalne bogactwa z niekłamanym zainteresowaniem patrzą politycy, wielcy biznesmeni a także uczeni amerykańscy. Prof. Z.Brzeziński w wydanej przed ponad 20 laty pracy „Wielka Szachownica” dał wyraz prognozie, która miała być korzystna dla Rosji i dla świata, ale przede wszystkim dla interesów USA, mianowicie, że najlepiej byłoby, gdyby Rosja podzieliła się na co najmniej trzy wielkie obszary geo-polityczne: Rosję europejską, która mogłaby integrować się z Unią Europejską, Syberię z jej wielkimi bogactwami naturalnymi, która mogłaby stać się „niezależnym państwem” i Daleki Wschód, który także mógłby być w centrum zainteresowania USA, ale tam sytuacja nie jest tak klarowna wobec potencjalnych aspiracji Chin i Japonii. W obecnej epoce rodzi to przed Rosją, Syberią, republikami Azji Centralnej, krajami kaukaskimi i wieloma innymi państwami azjatyckimi szereg nowych problemów. W związku z tym warto zwrócić uwagę na ich rozwój w ostatnich stu latach i zastanowić się nad ich dalszymi losami, głównie w aspekcie rosnącej roli gospodarczej i politycznej socjalistycznych Chin.
Wpływ Rewolucji Październikowej na zmiany polityczno-społeczne w Azji
Truizmem jest twierdzenie, że Rewolucja Październikowa w Rosji w 1917 r. była epokowym wydarzeniem, które zasadniczo zmieniło oblicze nie tylko Rosji i Europy, ale wręcz całego świata, w tym oczywiście Azji. Jej znaczenie polegało na obaleniu władzy burżuazyjno-obszarniczej, ustanowieniu państwa socjalistycznego, państwa dyktatury proletariatu, które od czasów Komuny Paryskiej (1871) na trwałe zakotwiczyło się na dwóch kontynentach i które przeorało zacofaną strukturę gospodarczą Rosji oraz stworzyło podwaliny pod socjalistyczne stosunki własnościowe. Twórcami tego państwa była Rosyjska Partia Komunistyczna (bolszewików), wywodząca się z rewolucyjnego nurtu Rosyjskiej Socjaldemokracji (SDPRR(b), kierowanej przez Włodzimierza Lenina, a po jego śmierci w styczniu 1924 r. przez jego kontynuatorów na czele z Józefem Stalinem.
Obecnie minęło ponad 103 lata od jej wybuchu. Przy tej okazji warto zastanowić się nad jej wpływem na zmiany polityczno-ustrojowe w szczególności w Azji. Rosja była największym obszarowo państwem świata, rozciągającym się na dwóch kontynentach od Bałtyku do Pacyfiku. W jej granicach poza narodem rosyjskim bytowały liczne inne narody słowiańskie, a także ponad 100 innych narodów, narodowości i grup etnicznych, o różnym stopniu rozwoju cywilizacyjnego. Na Syberii i Dalekiej Północy znajdowały się grupy etniczne z pozostałościami struktur wspólnoty pierwotnej, na niskim poziomie rozwoju kultury materialno-produkcyjnej i duchowej. Z drugiej strony Rosja carska w trakcie swej ekspansji imperialistyczno-kolonialnej podbijała narody na wysokim poziomie rozwoju, szczycących się liczącą 2 tysiące lat własną państwowością i wysoką kulturą, opartą na religii chrześcijańskiej np. Gruzja, Armenia a także na islamie w Azji centralnej.
Rosja była głównym udziałowcem w rozbiorach Rzeczypospolitej Polskiej pod koniec XVIII w. a w jej granicach od 1815 r. znalazły się także etniczne ziemie polskie tzw. Królestwa Kongresowego. Nie bez powodu Rosja carska nazywana była więzieniem narodów.
W toku ekspansji na Wschód Rosja carska już w XVII w. zderzyła się z Cesarstwem Chińskim i podbiła niektóre ludy, wyznające buddyzm, w szczególności na pograniczu syberyjsko-mongolskim. W poł. XIX w. Rosja wymusiła na Państwie Środka (na podstawie tzw. nierównoprawnych traktatów) odstąpienie licznych obszarów przygranicznych (np. Kraju Chabarowskiego, Przymorskiego), które były kolonizowane przez osadników z europejskiej części Rosji. Rosja carska była wiodącym podmiotem wśród mocarstw kolonialnych (Anglia, Francja, Niemcy) szykującym się do rozbioru Chin, okazując apetyty terytorialne na wielką prowincję zachodnią Sincjang, zwaną Turkiestanem wschodnim jak również na Mongolię i Mandżurię, wykorzystując odrębności etniczno-religijne (islam, lamaizm mongolski i separatyzm mandżurski). W tych ostatnich ekspansja rosyjska napotkała na zdecydowany opór ze strony imperializmu japońskiego, co doprowadziło do wojny japońsko-rosyjskiej (1904-1905), zakończonej klęską armii (w szczególności floty wojennej) Rosji, która była bezpośrednią przyczyną wybuchu Rewolucji Lutowej 1905 r.
Rewolucja Październikowa poprzedzona była głębokimi zmianami spowodowanymi działaniami wojennymi. Po pierwszych sukcesach na froncie niemieckim i austriackim armia carska od 1915 r. musiała się cofać, ponosząc liczne klęski. Ewakuowane zostały Królestwo Polskie, kraje bałtyckie, co zagroziło stolicy państwa Piotrogrodowi, utracone zostały zachodnie obszary Białorusi i Ukrainy. Wojna rujnowała kraj i gospodarkę, uderzała głównie w klasy pracujące i stawała się niepopularna nawet wśród części rosyjskiej burżuazji. Odpowiedzialnością za niepowodzenia obarczano cara i jego generałów. W lutym 1917 r. wybuchła Rewolucja Lutowa, która obaliła carat i wprowadziła republikańskie rządy burżuazyjno-obszarnicze, na czele z księciem Lwowem a później Kiereńskim, które jednak kontynuowały główne kierunki polityki wewnętrznej i zagranicznej Rosji carskiej, przede wszystkim nie zamierzały wycofać się z imperialistycznej wojny. Dotychczasowy udział Rosji w wojnie położył się wielkim ciężarem na gospodarce i materialnym położeniu ludności. Armia doznawała licznych klęsk na frontach, narastał chaos i rozprzężenie, ludność w miastach i na wsi głodowała, rosła liczba przeciwników wojny. W Rosji narastały warunki i przesłanki sytuacji rewolucyjnej. Oznaczało to, mówiąc słowami Lenina, że nastąpiło takie zaostrzenie sprzeczności między siłami wytwórczymi a charakterem stosunków produkcji, które prowadzą do najwyższego zaostrzenia sprzeczności między klasami panującymi a uciskanymi. Znajduje to wyraz w tym, ze klasy panujące nie są w stanie utrzymać dotychczasowego panowania, jednocześnie klasy niższe nie mogą żyć „po dawnemu”. Bieda i nędza zaostrzają się ponad zwykłe granice. W rezultacie znacząco wzrasta aktywność mas, które osiągają możliwość samodzielnego działania w skali historycznej.
7 listopada 1917 r. (według nowego kalendarza) bolszewicy przeprowadzili zbrojne powstanie, które obaliło rząd Kiereńskiego i ustanowili rząd ludowy (Radę Komisarzy Ludowych) na czele z Leninem, który ogłosił powstanie Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Z czasem rewolucja ogarnęła Moskwę i dalsze rejony Rosji europejskiej, a w następnej kolejności, przezwyciężając opór kontrrewolucji, objęła tereny Azji środkowej i Syberię. Nowy rząd wprowadzał rewolucyjne zmiany w polityce wewnętrznej i zagranicznej, co potwierdzały pierwsze dekrety o pokoju i o ziemi. Ten ostatni znosił prywatną własność ziemi i bogactw naturalnych, przekształcając je we własność ogólnonarodową. W kolejności uchwalono dekrety mające na celu kształtowanie nowych socjalistycznych stosunków produkcji, w tym nacjonalizacja Banku Państwa i innych banków i towarzystw kredytowych. Unieważniono wszystkie pożyczki zagraniczne Rosji, co umożliwiło finansową kontrolę nad podstawowymi gałęziami gospodarki. Do poł. 1918 r. znacjonalizowano cały wielki przemysł, środki transportu i łączność, uspołeczniono wszystkie towarzystwa akcyjne i wprowadzono państwowy monopol handlu zagranicznego. W wyniku rewolucyjnych zmian w 1917-1920 r. nastąpiła zasadnicza zmiana politycznej, ekonomicznej i prawnej sytuacji ludzi pracy w Rosji.
Rewolucja socjalistyczna w Rosji przyczyniła się do rozwiązania kwestii narodowej w Rosji. Powstała Rosyjska Federacyjna Socjalistyczna Republika Radziecka, oparta na internacjonalizmie proletariackim, patriotyzmie radzieckim i prawie do samostanowienia wszystkich narodów Rosji. Z czasem powstały inne socjalistyczne republiki: Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka, Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka i Zakaukaska Federacyjna Republika Radziecka, obejmująca narody azerbejdżański, gruziński i ormiański, a także inne narody i narodowości kaukaskie. Republiki te w grudniu 1922 r. zjednoczyły się w socjalistyczne państwo federacyjne Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Rozwiązanie kwestii narodowej w Rosji miało wielkie znaczenie dla umocnienia suwerenności narodu (ludu) ZSRR jako wielkiej wspólnoty równoprawnych narodów i narodowości oraz możliwości ich rozwoju we wszystkich sferach życia politycznego, ekonomicznego i społecznego. Było to w szczególności ważne dla licznych narodów kolonialnych i półkolonialnych Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej, dla których przykład Rewolucji Październikowej był drogowskazem i programem własnej walki o wyzwolenie narodowe.
Zwycięstwo Rewolucji Październikowej było następstwem licznych czynników wewnętrznych i międzynarodowych, obiektywnych i subiektywnych, które potrafili przewidzieć i wykorzystać komuniści rosyjscy na czele z Leninem. Główne państwa europejskie znajdowały się w sytuacji beznadziejnej wojny, która pochłonęła miliony ofiar i do 1917 r. nie wyłoniła zdecydowanego zwycięzcy. Gospodarka była w ruinie, miliony ludzi pracy po obu stronach frontów głodowały, a na wojnie tuczyły się jedynie wielkie kapitalistyczne spółki. Na sile przybierały ruchy antywojenne, słabły struktury polityczno-wojskowe, narastały wrzenie i tendencje rewolucyjne. Wybuch 1.wojny światowej był możliwy m.in. jako następstwo krachu partii socjaldemokratycznych i 2. Międzynarodówki, których kierownictwa narodowe ostatecznie poparły imperialistyczne dążenia „swych narodowych rządów”. W rezultacie nastąpił głęboki podział europejskiego ruchu robotniczego i dopiero w czasie wojny zaczęło konsolidować się antywojenne i rewolucyjne skrzydło, m.in. Karl Liebknecht, Róża Luksemburg w Niemczech a w Rosji Lenin i jego towarzysze. Rosyjscy bolszewicy i ich klasowi sojusznicy z innych krajów zapoczątkowali w czasie wojny na konferencjach w szwajcarskim Kienthalu i Zimmerwaldzie odrodzenie ruchu robotniczego na zasadach komunistycznych i rewolucyjnych, które było kontynuowane po Rewolucji Październikowej i w okresie powojennym w postaci 3. Międzynarodówki – Komunistycznej.
Lenin był twórcą teorii o imperialistycznym stadium rozwoju kapitalizmu, zakładającej m.in. jego nierównomierny, globalny, kolonialny i finansowo-ekspansjonistyczny charakter. Kapitalizm rozwinął się i zagnieździł głęboko nie tylko w państwach rozwiniętych, także znajdujących się na jego peryferiach, m.in. w Rosji. W odróżnieniu od Marksa i Engelsa, którzy w „Manifeście Komunistycznym” prognozowali obalenie władzy kapitalistów i ustanowienie państwa dyktatury proletariatu w jego najbardziej rozwiniętych metropoliach, co było zgodne ze sprzecznościami kapitalizmu wolnokonkurencyjnego, Lenin zakładał, że kapitalizm w fazie imperialistycznej jest globalny i rozwija się nierównomiernie, ma zatem słabsze i silniejsze ogniwa. Jego zdaniem powstała sytuacja sprzyjająca dla proletariatu Rosji, skoncentrowanego w głównych miastach i wielkich zakładach przemysłowych, gdzie jednocześnie władztwo kapitału było stosunkowo słabe a władza caratu zmurszała, znienawidzona i osłabiona przez niepopularną wojnę, które tworzyły sprzyjające przesłanki dla zwycięstwa rewolucji proletariackiej. Rosja określona została jako słabe ogniwo łańcucha kapitalistycznego. Jego przerwanie może oznaczać rozwój rewolucyjnego procesu w innych państwach kapitalistycznych i stać się początkiem światowej rewolucji socjalistycznej.
Rosyjscy bolszewicy umiejętnie wykorzystali obiektywne i subiektywne warunki, możliwości i szanse przeprowadzenia rewolucji w Rosji, zdobyli władzę i zapoczątkowali budowę podstaw socjalizmu. Jednocześnie oczekiwali i wspierali ruchy rewolucyjne w innych państwach, głównie europejskich, licząc na zdobycie władzy przez proletariat Niemiec, Austrii, Węgier, Polski, Francji itd. Burżuazja jednak w tych państwach wyciągnęła wnioski polityczne, wojskowe i ekonomiczno-społeczne z rewolucji rosyjskiej. Potrafiła zdusić siłą własne wrzenia rewolucyjne głównie w Niemczech i na Węgrzech, poczyniła znaczne ustępstwa w zakresie polityki społecznej na rzecz mas pracujących, dopuściła czasowo do rządów partie socjaldemokratyczne, co w sumie osłabiło ruch rewolucyjny w Europie zachodniej i przyczyniło się do izolowania Rosji Radzieckiej a później Związku Radzieckiego na arenie międzynarodowej. Po upadku rewolucji niemieckiej na przełomie 1918/1919, węgierskiej w 1919 i polskiej w 1920 r., a następnie powstań proletariatu niemieckiego w 1922 i 1923 r. kapitalizm w Europie wszedł w fazę względnej stabilizacji, a jego siłą kierowniczą w kategoriach międzynarodowych stał się kapitał amerykański, który za sprawą potęgi gospodarczej i militarnej USA, Planu Dawes’a odbudowy gospodarki powojennej Europy, a szczególnie Niemiec, zaczął odgrywać wiodącą rolę w nasilającej się konfrontacji z pierwszym państwem socjalistycznym.
W tej wymuszonej i niekorzystnej sytuacji międzynarodowej dla Związku Radzieckiego i międzynarodowego proletariatu powstały głębokie różnice i spory ideowo-polityczne w międzynarodowym ruchu robotniczym i w samej WKP(b). Kierownictwo Partii na czele z Leninem musiało wykazać dużą elastyczność, by wyjść z sytuacji kryzysowych w zakresie utrzymania władzy w walce z kontrrewolucją, zaspokoić minimum potrzeb społeczeństwa w ramach tzw. komunizmu wojennego, otworzyć się po 1920 r. na Nową Politykę Ekonomiczną (NEP) i kapitalizm państwowy, a od 1928/29 r. przejść na tory scentralizowanej gospodarki planowej. Podstawową kwestią w tym skomplikowanym czasie było, czy w sytuacji odpływu fali rewolucyjnej i czasowej stabilizacji światowego kapitalizmu możliwe jest utrzymanie władzy w Rosji przez komunistów i budowy socjalizmu w państwie ze słabo rozwiniętym przemysłem, a co za tym szło, nielicznym proletariatem wielkoprzemysłowym, w sytuacji braku głębszych tradycji i instytucji demokratycznych, a także w warunkach nasilającej się izolacji ZSRR na arenie międzynarodowej. Te sprzeczności i spory ideowo-polityczne głęboko podzieliły kierownictwo partii bolszewickiej, w której powstały w zasadzie dwa bloki: leninowsko-stalinowski i trockistowski, dodatkowo mocno konfrontujące się w sytuacji słabnącej pozycji chorego Lenina i jego śmierci w styczniu 1924 r. Skrzydło trockistowskie generalnie stało na stanowisku niechybnej klęski rewolucji rosyjskiej w sytuacji porażki hasła światowej rewolucji. Wyjście z kryzysu widziało w utrzymywaniu stanu „permanentnej rewolucji” wewnątrz kraju i eksporcie rewolucji poza granice Związku Radzieckiego, co wpychało kraj w nieuchronne konflikty wewnętrzne i awanturnictwo międzynarodowe. Lenin i Stalin byli ideowymi komunistami, gotowymi nawet oddać życie w obronie swych poglądów i władzy ludu. Trocki był przykładem karierowicza, dla którego władza była niezbędna dla realizacji egoistycznych interesów.
Stalin i jego grupa uważali, że sytuacja międzynarodowej rewolucji pogorszyła się, ale prognozowali, że odpływ rewolucji jest czasowy i sprzeczności między pracą a kapitałem i nieuchronne kryzysy w państwach kapitalistycznych będą ponownie narastać, co osłabi ofensywę państw imperialistycznych na Związek Radziecki i ta prognoza w zasadzie sprawdziła się do końca lat 30-tych XX wieku, co przyniosło pewien oddech dla ZSRR. Związek Radziecki z sukcesem wykorzystał ten czas dla odbudowy zrujnowanej wojną ekonomiki i budowy podstaw gospodarczych socjalizmu, głównie przemysłu ciężkiego i w zasadzie w ciągu jednego pokolenia zasadniczo przekształcił strukturę gospodarczą i klasowo-społeczną dawnej zacofanej Rosji w przodujący kraj socjalistyczny. Jednocześnie Stalin i jego towarzysze wychodzili z założenia, że co prawda jak na razie rewolucja zwyciężyła w jednym kraju, ale wielkim terytorialnie, ludnościowo i zawierającym olbrzymie potencjalne możliwości rozwojowe, dysponującym także dużymi środkami pomocy materialnej dla proletariatu innych krajów i dzielenia się z nim swym doświadczeniem rewolucyjnym. Komuniści rosyjscy liczyli na pomoc proletariatu zachodnich państw a także wzrost walki z imperializmem narodów kolonialnych i półkolonialnych, głównie w Azji. W tych warunkach duże znaczenie uzyskała III. Międzynarodówka – Komunistyczna.

UFO nad Białym Domem

Niedaleka przyszłość. Na trawniku przed Białym Domem ląduje dziwny, owalny obiekt w kształcie połyskującego tik-taca (o tym więcej później). Oczom gapiów ukazują się istoty bliźniaczo podobne do ludzi komunikujące się w sposób niewerbalny – za pośrednictwem telepatii. Ludzkość nawiązuje pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską.

Zostajemy zaproszeni do wielkiego klubu społeczności galaktyki. Powstaje rząd światowy, cichną echa ostatnich wojen, homo sapiens wkracza na drogę postępu i przyspieszonego rozwoju technologicznego. W obliczu cyklicznych pandemii, kryzysu klimatycznego, konfliktów i nierówności, ludzkość w końcu oddycha z ulgą. O dziwo, ten scenariusz rodem z naiwnej, pulpowej opowiastki fantastyczno-naukowej z lat 50 XX wiek jest dziś nieco mniej szalony, niż mogłoby się wydawać jeszcze kilka lat temu.
Zaczęło się w grudniu 2017 roku od artykułu w szacownym New York Times (Glowing Auras and ‘Black Money’: The Pentagon’s Mysterious U.F.O. Program). Rzecz dotyczyła 22 mln dol. schowanych w budżecie obronnym, z przeznaczeniem na tajemniczy program badań nad niezydentifikowanymi obiektami latającymi (Advanced Aerospace Threat Identification Program). Niegdysiejsze niezydentyfikowane obiekty latające (UFO) przemianowano na lepiej brzmiące „niezidentyfikowane zjawiska lotnicze” (UAP). Adwokatem rozpoczętego w 2012 programu był Harry Reid, demokratyczny lider większości senackiej z Arizony. Ten stary waszyngtoński wyjadacz złapał bakcyla „latających spodków” już w latach 90 – ku przerażeniu swoich najbliższych współpracowników. W tamtym czasie słowo „UFO” przywodziło na myśl długowłosych zwolenników teorii spiskowych snujących opowieści o dziwacznych eksperymentach, rządowych spiskach i facetach w czerni. Dziś Harry Reid nie jest sam. Wtóruje mu senator Marco Rubio, jedna z głównych postaci Partii Republikańskiej („Mężczyźni i kobiety, którym powierzyliśmy obronę naszego kraju, donoszą o spotkaniach z niezidentyfikowanymi obiektami o potężnych możliwościach”). Podobnie jak John Podesta, bliski współpracownik Billa i Hillary Clintonów, doradca Barcka Obamy i zapalony ufolog (podsumowując swoją pracę w Białym Domu tweetował „ moja największa porażka 2014 roku: po raz kolejny nie udało się ujawnić informacji o UFO”. Jeżeli gdzieś tam jest prawda, to jej poszukiwania łączą ponad podziałami.
Począwszy od opublikowania słynnych prac Komitetu Condona pod koniec lat 60, zjawisko UFO zyskało łatkę kolejnej teorii spiskowej, a w najlepszym razie popkulturowej zabawy z przymrużeniem oka. Sama potężna 900-stronnicowa analiza zawierała setki niewyjaśnionych przypadków odnotowanych na przestrzeni dekad. „Chociaż z pewnością nie można wykluczyć konwencjonalnych wyjaśnień, ewentualność takowych wydaje się w tym przypadku niska, a prawdopodobieństwo, że w grę wchodziło co najmniej jedno prawdziwe UFO, wydaje się dość wysokie”. To tylko jeden z przykładów zawartych w raporcie. W latach 1947-1969, tylko na terenie Stanów udokumentowano 12 000 niewyjaśnionych zjawisk na niebie. Większość całkowicie wytłumaczalna (od złudzeń optycznych, po balony pogodowe), niektóre bez wytłumaczenia po dziś dzień.
O zakopaniu tematu nie zadecydowała treść Raportu Condona, a epilog autorstwa szefa gremium – fizyka teoretycznego, w latach 40 uczestnika Projektu Manhattan (co ciekawe, eksplozja zjawisk ufologicznych nastąpiła zaraz po detonacji pierwszych bomb atomowych). Zanim działający pod egidą Uniwersytetu Kolorado Komitet zdążył zacząć pracę, Edward Condon zdołał podzielić jego bardziej obiektywnych członków stwierdzając publicznie, że cała ta sprawa UFO jest średnio poważna, ale oficjalnie nie powinien dojść do tych wniosków przez następny rok (tłum. Do opublikowania oficjalnego raportu końcowego). Postawa Condona, głębokiego sceptyka w kwestii istnienia życia pozaziemskiego, zaprzepaściła szansę na uczciwe prace. Oficjalny protest przedłożyli m.in. James E. McDonald, fizyk i meteorolog (popełnił samobójstwo kilka lat później) i J. Allen Hynek, doświadczony uczestnik wcześniejszego projektu „Blue Book”. Nieuczciwy i nieobiektywny raport wprowadził temat w sferę naukowego tabu.
Od tej pory żaden poważny naukowiec, nie zaryzykował kariery w imię fascynacji dziwnymi światłami na niebie. Przed Raportem Condona rozmawiano bez przymrużenia oka i uśmiechów politowania. Sprawy omawiano w prasie głównego nurtu (chociażby ikoniczny Incydent w Roswell z 1947), pojawiały się wypowiedzi wysokich funkcjonariuszy wojskowych, obowiązywało zrozumienie wobec podobnych świadectw. Wraz z nadejściem lat 70 ufologia zeszła do bajkowego podziemia, sytuując się w obszarze między opowieściami o Yeti, a potworem z Loch Ness. Wzrosła na tym popkultura, ale straciła nauka. A niewyjaśnionych przypadków nie brakowało. Przypomina o nich dokumentalista James Fox w znakomitym dokumencie „The Phenomenon”, powstałym na fali renesansu zainteresowania tematem. Niektóre przypadki, jak masowe objawienie w bazie wojskowej w Rendlesham (grudzień 1980) czy lądowanie dziwnego obiektu i bezpośredni kontakt z jego pasażerami przez 60 uczniów i opiekunów szkoły w Ruwa, Zimbabwe (1994) umykają racjonalnym wyjaśnieniom. W tym drugim przypadku rzekomi przybysze wpisywali się w znany archetyp: niskie, wątłe postacie, o androgenicznych ciałach i wielkich oczach. Świadkowie zdarzenia wspominają podobne uczucie niepokoju i dojmujący przekaz podprogowy będący jednocześnie ostrzeżeniem – ludzkość niszczy środowisko naturalne, stanowiąc zagrożenie dla planety. Nagrania z wypowiedziami dzieci budzą konsternację, ze względu na ich dojrzałość i spójność. Biorąc pod uwagę wiek uczestników, tego wydarzenia nie da się wyjaśnić inaczej niż masową hipnozą, oszustwem doskonałym lub jako faktyczny kontakt z cywilizacją pozaziemską.
Pomimo setek świadków, żadna z tych spraw nie wypłynęła na szersze wody zainteresowania społecznego. Bezpośrednią przyczyną dla którego temat znowu nabrał pary był incydent z udziałem lotniskowca USS Nimitz u wybrzeży San Diego. W 2004 roku radary myśliwców stacjonujących na jednostce odnotowały obiekt o kształcie tic-taca, poruszający się z niespotykaną prędkością i wbrew zasadom fizyki. Sprawa została zamieciona pod dywan i ujrzała światło dzienne dopiero lata później – ostatecznie potwierdzono autentyczność krążących w sieci nagrań we wrześniu 2019. Wiele lat później program „60 Minutes” przeprowadził wywiady z dwójką pilotów z Nimitza. Uczestnicy tych wydarzeń nie pozostawiają wątpliwości: „Widzieliśmy ten mały biały obiekt wyglądający jak tic tac. Podleciał blisko i po prostu zniknął”. Masa innych pilotów potwierdzała podobne incydenty. Wielu z nich zostało zobowiązanych do milczenia, jeszcze inni w ogóle nie zgłaszali swoich doświadczeń. A samych nagrań jest więcej: niesamowite obiekty w kształcie piramid sfilmowane z pokładu USS Russell w lipcu 2019 czy najnowsza dokumentacja owalnego obiektu wyłaniającego się z wód oceanu – ponownie, wbrew powszechnie znanym zasadom wszechświata. A to tylko wierzchołek góry lodowej.
Harry Reid nie jest pierwszym ważnym politykiem, który zaryzykował karierę w poszukiwaniu prawdy o dziwnych obiektach w przestworzach. W samym środku Zimnej Wojny, w marcu 1966 roku mieszkańcy stanu Michigan byli świadkami dziwnych, nawracających obiektów na niebie, poruszających się z ogromną prędkością, z naruszeniem zasad grawitacji. Wśród podzielających wiarę w prawdomówność setek świadków znalazł się ówczesny członek Izby Reprezentantów i późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych Gerald Ford. Niezadowolony z oficjalnej wersji Sił Powietrznych wskazującej na „gazy bagienne”, zażądał dokładnego zbadania sprawy. Czy rząd USA ukrywał jakąś nową technologię przed opinią publiczną? Czy taką technologią dysponowali adwersarze Ameryki? A może chodziło o coś bardziej złowieszczego? Bezpośrednim skutkiem działań przyszłego prezydenta był wspomniany wcześniej raport, który przyniósł sprawie więcej szkody niż pożytku.
Jak wskazuje autor obszernego artykułu w New Yorkerze Gideon Lewis-Kraus (How the Pentagon Started Taking U.F.O.s Seriously): „pomimo Raportu Condona rząd utrzymywał stałe zainteresowanie sprawą UFO”. Według znanego whistleblowera Luisa „Lue” Elizondo”Niektóre osoby mają problem z tym tematem, ponieważ koliduje to z ich filozoficznym i teologicznym systemem wiary”. Inna przyczyna zmowy milczenia to obawa przed wywołaniem masowej paniki, a nawet reperkusjami politycznymi w postaci fundamentalnej zmiany postaw i oczekiwań opinii publicznej. Z tej przyczyny, sprawę otacza aura tajemnicy obejmująca najwyższy szczebel amerykańskiej władzy. Kiedy tylko ktoś zadawał za dużo pytań, bardzo szybko zyskiwał łatkę „wariata” lub „oszołoma” z głową pełną spisków.
Na pytanie o ukrywanie wiedzy o życiu pozaziemskim Bill Clinton stwierdził, że próbował się dowiedzieć, czy istnieją jakieś tajne dokumenty rządowe, ale jeśli tak, to były przed nim ukrywane: „To nie byłby pierwszy przypadek, kiedy podwładni prezydenta ukrywali jakieś fakty”. Wiele lat później Barack Obama był bardziej otwarty. Przed kilkoma tygodniami w komediowym „The Late Late Show” starał się obrócić sprawę w żart, ale naciskany przez dziennikarza w końcu przyznał: „Mówiąc poważnie i już zupełnie prawdziwie, to istnieją nagrania i zapisy obiektów na niebie, co do których nie wiemy czym one są. Nie możemy wyjaśnić, w jaki sposób się poruszały, nie możemy wyjaśnić trajektorii ich lotu. Ich zachowania nie cechował wzór, który udało nam się rozgryźć”. Trudno o bardziej bezpośrednią odpowiedź, i to od polityka, który słynie z niezachwianego racjonalizmu. Skoro więc wiemy, że coś jest na rzeczy, warto zapytać za Barckiem Obamą: kim lub czym oni są?
Jeden z ważniejszych ufologów, uczestnik Projektu „Blue Book” (duża próba wyjaśnienia fenomenu zlecona przez US Air Force na przełomie lat 40 i 50, następnie wyciszana i tuszowana w kolejnej dekadzie) Josef Allen Hynek jest autorem najpełniejszego zestawu teorii. wiele z których zebrał w książce „The Edge of Reality: A Progress Report on Unidentified Flying Objects”, która stanowi jednocześnie dyskusję i polemikę z innym słynnym znawcą tematu informatykiem, astronomem i francuskim przedsiębiorcą Jacquesem Vallée. Ich najsłynniejsza teza mówi o gościach lub nawet wycinkach obrazów z innych „rzeczywistości” lub „wymiarów”, które współistnieją oddzielnie obok naszej własnej czasoprzestrzeni. Pozostałe hipotezy zakładały nieznany rodzaj hipnozy, a nawet niezbadane procesy ewolucyjne, powodujące ujawnianie określonych obrazów, przeżyć i emocji wybranym wycinkom populacji w określonym miejscu i czasie. To by tłumaczyło zdolność obiektów do spontanicznego pojawiania się i znikania, ale żadna z tych teorii nie miała solidnego umocowania w dowodach, a hipoteza o istotach pozaziemskich była równie solidna, jak pozostałe. Osoba Hynka łączyła się ze słynnymi przypadkami z Michigan – to właśnie on był autorem teorii o „gazach bagiennych” (jak również z niechlubnym Komitetem Condona). Lata później przyznał, że to wytłumaczenie zostało wyssane z palca, a przedstawił je pod presją Sił Powietrznych. Pomimo stworzenia najbardziej wyczerpującego zestawu teorii o UFO, Hynek nie zdołał znaleźć przekonywującego wytłumaczenia zjawiska. Przyczynił się za to do utrzymania jako takiego zainteresowania zjawiskiem w jego „chudych latach”. Jego prace stały się inspiracją dla spielbergowskich „Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia” i kultowego serialu „Z Archiwum X”.
Paradoksalnie, największa zasługa w obdzieraniu tematu z tabu i tajemnic przypada… Donaldowi Trumpowi. Kiedy prezydent podpisał ustawę o koronopomocy na kwotę 2,3 biliona dolarów w grudniu 2020 roku, umieścił tam malutkie zastrzeżenie o konieczności ujawnienia wszelkich informacji na temat fenomenu UFO w ciągu 180 dni. Raport właśnie ujrzał światło dzienne. To poważny przełom, ale czy rzeczywiście dowiadujemy się czegoś nowego?
Gideon Lewis-Kraus autor wspomnianego wcześniej artykułu w The New Yorker twierdzi, że niekoniecznie, jako że większość tych informacji funkcjonuje w przestrzeni medialnej od dłuższego czasu, a jedyna poważna zmiana to publiczne przyznanie, że istnieje szereg udokumentowanych zjawisk – z nagraniami, świadkami, odnotowaniem na radarach – dla których nie ma żadnego racjonalnego wyjaśnienia: „Coś wisi w powietrzu. Istnieje szereg spraw, których nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć”. Nie liczmy jednak na szybkie ujawnienie kolekcji rozbitych jednostek z innego układu słonecznego stacjonujących w hangarach Strefy 51 w Nevadzie (przekonuje o tym m.in Bob Lazar rzekomy pracownik Strefy ). Nawet, jeśli wierzą w to tak szacowne osoby jak senator Harry Reid.
Ciekawsze pytanie brzmi: a co, jeśli w ciągu kilku najbliższych lat zdobędziemy niepodważalne dowody na to, że nie jesteśmy sami? Lewis-Kraus stawia dwie teorie):
Ludzkość jednoczy się wokół kulturowego przełomu, znikają podziały i przyziemne problemy. Nic już nie stoi na drodze współpracy, rozwoju i harmonii. Następuje koniec historii.
Drugi scenariusz jest o wiele bardziej przygnębiający – w obliczu faktów, nie zmienia się nic, a podziały polityczne tylko przybierają na sile. Ogromna część ludzkości nie wierzy w dowody, powstają teorie spiskowe, nowe ruchy polityczne, kulty i sekty – po obu stronach. Następuje kolejny renesans alt-prawicy, straszącej rządowym spiskiem na rzecz stworzenia globalnego rządu. Technologia deep fake’ów i powszechna kultura nieufności sprawia, że żaden dowód nie jest ostateczny, wszelkie fakty pozostają względne. W dobie pandemii COVID-19 sceptycyzm, opinii publicznej nie uznaje granic. Pierwsze analizy raportu mnożą znaki zapytania i nie ma co liczyć że sprawa UFO zostanie rozwiązana w sposób konkluzywny („Nie ma dowodów na czynnik pozaziemski, ale nie można go również wykluczyć”). Być może lądowanie przed Białym Domem dałoby lepszy efekt.

Pierwsze kontakty dyplomatyczne między średniowiecznym Azerbejdżanem a Królestwem Polskim

Uzun Hasan Aggoyunlu to wybitny władca, jeden z nielicznych na muzułmańskim Wschodzie, który rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę politykę dyplomatyczną skierowaną na zbliżenie z Europą. Tradycję współpracy z krajami europejskimi Uzun Hasan odziedziczył po swoich przodkach.

Tradycję współpracy z krajami europejskimi Uzun Hasan odziedziczył po swoich przodkach. Pierwsze małżeństwa dynastyczne Aggoyunlu z Komnenami sięgają lat 40. XIV wieku. Sam Uzun Hasan poślubił księżniczkę Katarzynę (Despinę Chatun) – córkę cesarza Trapezuntu Jana Komnena. Jeszcze przed dojściem do władzy Uzun Hasana, beylik Aggoyunlu współpracował już z krajami europejskimi; stosunki z Węgrami zostały nawiązane za panowania dziadka Uzun Hasana, Osmana Kara Juluka. Jednak po utracie dostępu do Morza Czarnego po zdobyciu Trapezuntu (1461 r.) przez Mehmeda II, Uzun Hasan wzmocnił tę tendencję. Z inicjatywy Uzun Hasana rozpoczęto także negocjacje z dworem jagiellońskim. Wydarzenia te dość żywo znajdują odzwierciedlenie w opisach polskiego kanonika i historyka Jana Długosza (Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae), a także w raportach weneckich dyplomatów, z których usług Uzun Hasan korzystał podczas negocjacji z Europejczykami. Z zapisów weneckiego notariusza Konstantina de Sarry wynika, że ​​na zlecenie Uzun Hasana jako poseł państwa Aggoyunlu w Europie wyznaczony do prowadzenia rozmów z papieżem Sykstusem IV, cesarzem niemieckim Fryderykiem Habsburgiem, królem Neapolu Ferdynandem, królem Polski Kazimierzem IV Jagiellończykiem, królem węgierskim Maciejem Hunyadi i dożą weneckim Mikołajem Tronem, był legat wenecki Caterino Zeno. Posłowie Uzun Hasana odwiedzili dwór króla polskiego Kazimierza Jagiellończyka 4 razy: w latach 1472, 1474, 1475 i 1477 (nie licząc spotkania posłów Uzun Hasana i kanclerza polskiego Jakuba z Dębna w 1471 w Wenecji). Długosz mówi o padyszachu, „słynącym ze swoich licznych zwycięstw”. „… Miał on też całkowicie sekretne przesłanie do króla Kazimierza “Ma – powiada – cesarz Usun Hasan dwie bardzo piękne córki, zrodzone z córki cesarza Trapezuntu Katarzyny; Usun Hasan proponuje ci, żeby starszą z nich, wcześniej jednak koniecznie ochrzczoną, poślubił twoj syn”. Tutaj Długosz podkreśla gotowość padyszacha Hasana do zawierania nie tylko związków wojskowych, ale także małżeńskich z krajami chrześcijańskimi, nie zmuszając ich do przejścia na wiarę islamską. Wszystko to oczywiście wywyższało Uzun Hasana Aggoyunlu w oczach świata chrześcijańskiego.
Dziś Kroniki Długosza są reprezentowane zarówno w archiwach polskich bibliotek, jak i w dziełach współcześnie wydawanych i są dość przystępne. Archiwa weneckie od 2010 r. są również udostępniane do bezpłatnego użytku elektronicznego. Te misje ambasadorskie odcisnęły swoje rzeczywiste piętno na historii, za datę nawiązania pierwszych kontaktów dyplomatycznych państwa Aggoyunlu z Polską można uznać pierwszą wizytę w 1472 r. na dworze polskiego króla Kazimierza IV przez posłów Uzun Hasana, na której czele stał legat wenecki Caterino Zeno.
Nazwy podległych terytoriów używano wówczas w różnych wersjach, w zależności od czynników politycznych i tradycyjnych, od przekładu, a nawet od podejścia tłumacza. Tym nie mniej miały one jednak charakter geograficzny. Na przykład w Kronikach Długosza Uzun Hasan jest określany jako „władca Persji, Dolnej Armenii”. Według badań ormiańskich naukowców już „w 1375 r. całkowicie zniknęły one na co najmniej 500 lat” (Historia narodu ormiańskiego. Erewan, 1980, s. 95, 150). Pojęcia Dolna i Górna Armenia są nadal kontrowersyjne wśród naukowców, choć większość z nich skłonna jest sądzić, że oba terytoria znajdowały się w górnym biegu Eufratu. Według badań polskiego naukowca Stopka, Dolna Armenia była utożsamiana z Małą Armenią i znajdowała się w starożytnej Cylicji i południowo-wschodniej części Anatolii1. Z kolei redaktorzy wydania książki Długosza z 2009 r. twierdzą, że informacje Długosza są niedokładne, ponieważ Uzun Hasan zdobył Górną Armenię. Zwracają jednak uwagę, że Górna Armenia znajdowała się również nad Eufratem2, co potwierdzają także pisma Strabona. (Strabon umieszcza zarówno Wielką, jak i Małą Armenię w rejonie górnego biegu Eufratu (XI, XII: 3). Słownik antyczności mówi, że „Po klęsce Tigrana II z rąk Rzymian w 66 r. p.n.e., na zachód od Eufratu utworzono księstwo Armenii. Na wschód od Eufratu leżą regiony „Wielkiej” Armenii (Armenia major), która przez wieki pełniła szczególną rolę bufora między Partią a Rzymem”3)

W okresie przedsasanidzkim średniowieczny Azerbejdżan rozwijał się w ramach dwóch unii – Atropateny i Albanii (która opierała się mu prawie do końca panowania dynastii Sasanidów). W 651 r. Imperium Sasanidów przestało istnieć w wyniku podboju arabskiego. Do czasu rozpadu Kalifatu Abbasydów w 945 r. na terenie średniowiecznego Azerbejdżanu pojawił się szereg państw feudalnych (861–1054) ze stolicami w miastach Ardabil, Gandża, Tabriz, w tym państwo Szirwanszachów ze stolicą w Szamachy; władza niektórych z nich częściowo rozciągnęła się na terytorium Iranu. Następnie władza polityczna w regionie przeszła w ręce sułtanów seldżuckich, a następnie – tureckiej dynastii Kypchak Atabeków. Edward G. Browne (1862-1926), jeden z wielkich klasyków literatury i historii perskiej, tak opisuje te wydarzenia: „Podbój arabski w połowie VII w. … sprowadził Persję do pozycji prostej prowincji kalifatu, aż do momentu, gdy sam kalifat został zniszczony przez Mongołów lub Tatarów w połowie XIII wieku. Wprawdzie zarówno wcześniej, jak i po tym ważnym wydarzeniu w Persji rządziły niezależne lub quasi-niezależne dynastie, ale były to dynastie głównie pochodzenia tureckiego lub tatarskiego. [tj. turkijskiego – NA] „(Browne E.G. A Literary History of Persia. Tom IV. Cambridge, 1959, s. 3/4).
Dynastia Aggoyunlu, która doszła do władzy w regionie w drugiej połowie XV w. pochodziła z oguzyjskiego plemienia Bayandur i osiedliła się początkowo w Diyarbakir, sprawując władzę nad beylikiem Aggoyunlu. W 1468 r., po zwycięstwie nad Dżahanszahem Karakoyunlu (1467), władca Aggoyunlu Uzun Hasan przeniósł stolicę swojego państwa do miasta Tabriz. Tabriz w tym czasie nie był tylko miastem w Azerbejdżanie, ale przez wiele stuleci służył jako stolica wielu dynastii turkijskich lub turkizowanych (Hulagidów, Dżalairidów, Karakoyunlu), którym podlegały zarówno terytorium Azerbejdżanu, jak i Iranu, a także inne pobliskie tereny. Utworzenie nowego państwa w Azerbejdżanie dla Uzuna Hasana było niezwykle ważne i miało znaczenie symboliczne. Symboliczne, ponieważ oznaczało całkowite zwycięstwo i zniszczenie jego zaprzysięgłego wroga – dynastii Karakoyunlu. Ważne, gdyż terytorium Azerbejdżanu było bardzo zbliżone do Aggoyunlu pod względem składu etnicznego i języka. Pierwsze pisemne wzmianki o nazwie Azerbejdżan w jej współczesnym brzmieniu leksykalnym pochodzą ze źródeł arabskich z początku VIII wieku: dzieł kalifa Ibn Hayyat al-Usfurini (91/709), Al-Tabari (839-923), Jakuta al.-Hamawi i wielu innych, w tym anonimowych autorów arabskich. Te same źródła wskazują na turkijski skład etniczny tego regionu. Według Ibn Dżarira at-Tabari’ego granice Azerbejdżanu biegły od Derbentu (Al-Bab) na północy do Hamadanu na południu, a według Jakuta Hamawi’ego (XIII w.) na wschodzie przechodziły wzdłuż Bardy i docierały do ​​Erzindżanu na zachodzie .
Pismo perskie oparte na alfabecie arabskim było wówczas używane w oficjalnej dokumentacji niemal wszystkich krajów muzułmańskiego Wschodu. Aggoyunlu nie był wyjątkiem. Niemniej jednak językiem używanym przez ludność Azerbejdżanu przed panowaniem dynastii Aggoyunlu i później był azerbejdżański-turkijski, chociaż, jak pokazują badania V. Floora, europejscy podróżnicy potrzebowali prawie stulecia, aby to wyjaśnić (Floor Willen, and Javadi Hasan. The Role of Azerbaijani Turkish in Safavid Iran. Iranian Studies, University of California, Berkeley, Vol.46 (4), July 2013). Udowodniono naukowo, że językiem mówionym poprzedniej dynastii Karakoyunlu (poprzedzającej Aggoyunlu) i jej plemion był turkijski dialekt „azeri”. Władca państwa Karakoyunlu Dżahanszah, który komponował dywany poetyckie pod pseudonimem „Hakiki”, nazywany był przez uczonych „jednym z przedstawicieli literatury azerskiej”. W specjalnej pracy pt. „Jihan-shah Qara-Qoyunlu and his poetry”, poświęconej badaniu tych wersetów, orientalista V.F. Minorsky dochodzi do wniosku, że język jego wierszy „należy do grupy południowych dialektów turkmańskich, zwanych azerbejdżańskim turkijskim”. Niemniej jednak język azerbejdżański osiągnął apogeum swojego rozwoju za panowania w Azerbejdżanie dynastii Safawidów. W 1501 r. safawidzki Szach Ismail I pochodzący z dynastii ardabilskich szejchów ogłosił siebie władcą w Tabrizie. Nazwał siebie następcą swojego dziadka turkijskiego pochodzenia Uzun Hasana i ustanowił państwo jak najbardziej zbliżone etnicznie i kulturowo do państwa Aggoyunlu. Uczynił język turecki oficjalnym językiem dworu Safawidów, a on sam, pod pseudonimem Chatai, pisał wiersze w języku „bezpośrednio spokrewnionym z tzw. Językiem „azerbejdżańskim turkijskim”, którym posługuje się ludność północno-wschodniej Persji i północno-wschodniego Kaukazu [Republika Azerbejdżanu]” (Patrz: Minorsky V. The Poetry of Shah Ismail I, c.1010a). Do dziś nosiciele wartości etnopolitycznych klanu Aggoyunlu żyją na terenie Republiki Azerbejdżanu, a także częściowo na terenie dzisiejszego Iraku (Kirkuk) i Syrii. Żywym tego dowodem jest doskonałe podobieństwo języków, którymi dziś mówią te narody.

Autorka to doktor nauk filozoficznych z zakresu historii Nargiz Achundova i wyższy pracownik naukowy Instytutu Historii im. A. Bakichanova, Narodowej Akademii Nauk Azerbejdżanu