Chłodnym okiem

Czy warto mówić o polityce, nawet w czasie przeszłym?

Dla kogoś takiego jak piszący te słowa, zajmującego się polityką na co dzień, od rana do późnego wieczora, jako publicysta-obserwator-komentator, kontakt z książką poświęconą materii, którą się obserwuje na bieżąco, wcale nie jest wymarzoną gratką. Może nawet zrodzić się refleksja, że „co za dużo, to niezdrowo”. Lektura książki, odróżnieniu od lektury gazety czy obserwowania mediów elektronicznych w poszukiwaniu informacji i komentarzy politycznych ma przynieść innego rodzaju satysfakcję, estetyczną, osobistą, wytchnienie.
Czy warto więc znów sięgać po problematykę stricte polityczną, którą przepełnione są media, by dostać kolejną porcję gazetowego, medialnego niepokoju? A jednak książkę dwóch wytrawnych i bardzo doświadczonych publicystów politycznych tygodnika „Polityka”, Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki koniecznie trzeba przeczytać, jeśli się chce tę magmę polityczną otrzymywaną każdego dnia lepiej przetrawić, uporządkować, lepiej zrozumieć. Walor tej książki polega nie na odkryciu przed czytelnikiem nowych faktów – wszystko to, o czym piszą autorzy znamy – w sferze faktów – z bieżących serwisów. Jej walor polega natomiast na tym, że zamiast syntezy napisanej już po 12-leciu 2007-2019, a więc z pozycji wiedzy następczej o sensie i kierunku zdarzeń, Janicki i Władyka zaprezentowali teksty pisane w ciągu tych lat, pisane współcześnie zdarzeniom, a więc bez wiedzy o tym, co się zdarzy. To nadaje im walor dokumentów czasu rzeczywistego, a nie analiz i ocen post factum, z perspektywy zyskanej wiedzy.
Janicki i Władyka rozpoczynają swoją książkę od rozdziału „Dokąd zmierza Jarosław Kaczyński”, czyli od rozpisania mapy zagadnienia, a następnie, tekstami pisanymi latach 2007-2019, precyzyjnie, krok po kroku, analizują proces „narodzin potwora”, systemu PiS, od skromnych początków i relatywnie skromnych celów, do dzisiejszej potęgi i hegemonii. To zapis „ciągu technologicznego” produkcji partii, której początki kontrastują z dzisiejszą potęgą jak w przypadku żadnej innej partii politycznej w Polsce. „To jest najlepszy czas na lekturę tej książki. Zbliżamy się do wyborów, które na długie lata, może na pokolenie, określą warunki życia w Polsce. Ustawią nasze relacje z władzą, między nami samymi, z sąsiadami Polski, ze współczesnym światem. (…) I albo potwierdzimy, że staliśmy się częścią Zachodu ze wszystkimi jego kłopotami, wątpliwościami, autokrytycyzmem, ale też wartościami, aspiracjami, racjonalnością – albo zdecydujemy się kontynuować trwający od 4 lat eksperyment ustrojowy: budowę autorskiego państwa Jarosława Kaczyńskiego” – tak, w eleganckich słowach, we wstępie, definiuje sytuację Jerzy Baczyński.
Ja bym ten dylemat sformułował w znacznie ostrzejszych słowach. Na pewno jednak ma on rację, gdy pisze, że „to najlepszy czas na lekturę tej książki”, jeśli chce się z nią zapoznać jako z książką współczesną. Dlatego i ja rekomenduję tę lekturę tu i teraz. Jednak po 13 października jest ona już tylko – choć cennym – dokumentem z zakresu historii publicystki politycznej.
Mariusz Janicki, Wiesław Władyka – „Brat bez brata. Dokąd prowadzi Polskę Jarosław Kaczyński”, Wydawca „Polityka”, Warszawa 2019, str. 369, ISBN 978-83-64076-91-6 22/457 60 37-38

Świat jest kobietą

Z DOROTĄ LANDOWSKĄ, aktorka teatralną i filmową, rozmawia Krzysztof Lubczyński

W kolorowych pisemkach pełnych plotek i skandalików ze sfer artystycznych nie pojawiła się Pani dotąd ani razu. To przypadek czy wybór?
Wybór. Odrobina życia prywatnego, które nie polega na występie, jest mi bardzo potrzebna. Wynika to też pewnie z tego że jestem osobą nieśmiałą. Może to dziwne, że z taką cechˆ uprawiam ten zawód, który jest przypisywany raczej ludziom otwartym, ekspansywnym. Bardzo jednak lubię nieśmiałych aktorów, bo oni wydają mi się bardziej wiarygodni.
Dlaczego wybrała Pani ten zawód?
Byłam zafascynowana teatrem, działałam w teatrze amatorskim. W któreś wakacje spakowałam plecak, pojechałam do Warszawy na egzamin i zostałam przyj«ta.
Odbieram Pani aktorstwo jako „wewnętrzne”, jakby uduchowione, skierowane w głąb siebie, bardziej skupione na budowaniu wewnętrznego wizerunku postaci niż na charakterystycznych rysach zewnętrznych. Czy to odblask Pani natury psychicznej czy efekt artystycznego wyboru?
Dziękuję. Gdy przyszłam do szkoły teatralnej, wydawało mi się, że jestem stworzona do takich właśnie ról „ciężkiego kalibru”, do ról Medei, pani Rollison czy lady Makbet. Utwierdzali mnie w tym też niektórzy profesorowie. Czasy się jednak zmieniły i zapotrzebowanie na tego typu realizacje i na tego typu postacie maleje. Osłabła więc we mnie energia aktorska tego rodzaju. Z drugiej strony dzięki temu odkryłam, że potrafię być zabawna, śmieszna, o co nikt mnie nie podejrzewał. Możliwości komiczne odkryła we mnie Agnieszka Glińska już w roli Filifionki w spektaklu dla dzieci o Muminkach. Myślę, że dobrze się stało, że zdołałam się częściowo oderwać od tego ciężkiego kalibru teatralnego.
Ale czy nie sądzi Pani, że owo zmniejszenie zapotrzebowania na wielką klasykę teatralną, na repertuar i postacie „ciężkiego kalibru”, świadczy o zbanalizowaniu się i spłaszczeniu duchowym naszych czasów, w których ludzie nie chcą już w teatrze wysokiego diapazonu, lecz oczekują banalności i odbicia w nim własnych spraw?
Tak, z postaciami z wielkiego repertuaru coraz trudniej się i widzom i aktorom utożsamić. Z drugiej jednak strony, kiedy zagrałam panią Rollison w mickiewiczowskich „Dziadach” w murach warszawskiej Cytadeli, to utożsamienie zaistniało. Dramat cierpienia matki, która straciła dziecko jest wiecznie żywy. Myślę więc, że podobny repertuar wymagający nawet zaangażowania duchowego, może być żywy, tylko potrzebuje odpowiedniego momentu i być może odpowiedniego miejsca.
Czy ten zawód bardzo Panią obciąża psychicznie?
Z takimi, którzy dają mi poczucie bezpieczeństwa i obdarzają zaufaniem. Zrobię dla nich wszystko.
Z którymi reżyserami ceni Pani współpracę najbardziej?
Na przykład z Waldkiem Śmigasiewiczem. To reżyser, który siada aktorowi na kolanach i patrzy mu prosto w oczy, który zna jego wady i zalety i wyciąga go na szerokie wody.
Przydarzyła się Pani praca z dwoma wielkimi seniorami i mistrzami polskiego teatru, z nieżyjącym już Kazimierzem Dejmkiem i z Jerzym Jarockim. Proszę opowiedzieć o tych doświadczeniach.
U Dejmka grałam Gospodynię w „Requiem dla gospodyni” Wiesława Myśliwskiego. Pamiętam okropny lęk przed tą pracą. Dejmek miał sławę strasznie wymagającego reżysera, z którym praca jest frapująca, ale też potwornie ciężka psychicznie. To był wielki kaliber. Wyczuwał najmniejszy fałsz w naszej grze i miał nad nami wszelaką przewagę, doświadczenia, wiedzy, intelektu, przytłacza¸ nas. Wspominam jednak tę pracę jako cenne przeżycie. Pamiętam, że gdy zauważył¸ że boję się swojego zadania, powiedział do mnie uspokajająco, dając jednocześnie wskazówkę: „Niech się pani nie boi tej roli, to jest Medea”.
A Jerzy Jarocki i „Błądzenie” według tekstów Gombrowicza, w którym zagrała pani Iwonę, księżniczkę Burgunda i Simone Weil?
Podobne poniekąd odczucia. Jarocki to artysta o wielkim intelekcie, wielkiej wiedzy i silnej indywidualności. Praca nad tym wielogodzinnym spektaklem to była udręka, tortura, ale artystycznie fascynująca.
A Krzysztof Zaleski, z którym pracowała Pani w przedstawieniu „Przyjęcia” Mike’a Leigha?
Znakomity reżyser, bardzo mądry i wykształcony. Poza tym sam mając aktorskie doświadczenia świetnie czuje i rozumie aktora.
Czy często obserwuje Pani sytuacje, w których na próbie spotykają się indywidualności i koncepcje tak odmienne, że nie mogą ze sobą współpracować z powodu złej aury psychicznej?
Bardzo często, choć ja staram się być otwarta i unikać uprzedzeń.
Zagrała Pani międy innymi Olgę w „Trzech siostrach” Czechowa i nawet była Pani asystentką reżyserki, Agnieszki Glińskiej. Lubi Pani tego dramaturga?
Bardzo. To był nie tylko wielki pisarz, ale bardzo mądry człowiek. Był lekarzem, znał się na życiu, dużo wiedział, miał ogromne poczucie humoru.
Stworzyła pani monodram „Jordan” pióra Anny Reynolds i Moiry Buffini, wykupiła Pani do niego prawa i gra go Pani bez czerpania z tego korzyści finansowych. To rzadkie w obecnych czasach. Skąd się to wzięło?
To jest dla mnie bardzo istotny tekst mówiący o ludzkiej walce. Monodram jest dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem, bo jestem w nim zdana na sama siebie, bez zabezpieczeń, sam na sam z widzem. Jest we mnie ogromna potrzeba treningu.
Słyszy się często, że ciekawych ról kobiecych jest znacznie mniej niż męskich…
To prawda, a przecież świat jest kobietą.
Pobrzmiewa w tym nuta feministyczna. Jaki ma Pani stosunek do tego ruchu?
Nie czuję się feministką, bo dalekie mi są takie organizacyjne zaangażowania, ale problem walki kobiet o wolność i niezależność jest mi bardzo bliski. Przeraża mnie samo posiadanie legitymacji.
To z kolei nuta antymęska?
Ależ skąd, bardzo lubię mężczyzn, od dzieciństwa, już w rodzinie, wokół mnie byli głównie mężczyźni.
Zagrała Pani między innymi tytułową rolę w „Norze” Henryka Ibsena, Reżyserka spektaklu, Agnieszka Olsten odwróciła niejako sens tradycyjnie przypisywany tej sztuce, zgodnie z którym nieodpowiedzialna, infantylna, lekkomyślna kobieta mimowolnie niszczy rodzin«, której ostoją jest mężczyzna. W tym spektaklu, to mężczyźni są infantylnymi, wiecznymi chłopcami, a Nora walczy o swoją wolność. Czy tacy są Pani zdaniem współcześni mężczyźni?
Często tak. Są wbrew pozorom słabsi i delikatniejsi od kobiet. A mimo to gotowa jestem w razie potrzeby własnymi włosami wycierać męskie stopy.
Dziękuję za rozmowę.

DOROTA LANDOWSKA – ur. 1966, jedna z najbardziej utalentowanych aktorek swojego pokolenia. Od 1999 roku w Teatrze Narodowym. Na koncie ról teatralnych ma m.in. Ficię w „Onych” Witkacego, Zutę w „Ferdydurke” W. Gombrowicza, Marynę i Marysię w „Weselu” St. Wyspiańskiego, Ninoczkę w „Ninoczce” M. Lengyela, Niewiastę w „Akropolis” Wyspiańskiego, Żonę w „Nieboskiej komedii” Z. Krasińskiego. W teatrze telewizji wystąpiła m. in. jako Czarna w „Na szkle malowane” E. Brylla, Smugoniowa w „Uciekła mi przepióreczka” S. Żeromskiego, Donia Sol w „Hernanim” W. Hugo, Depeszówka w „Niuz” R. Bugajskiego. Ma na swoim koncie także role filmowe, m.in.: w „Prawie ojca” reż. M. Kondrata, Katarzynę w „Patrzę na ciebie, Marysiu” reż. Ł. Barczyka, w „Daleko od okna” J..J. Kolskiego, także w serialach telewizyjnych „Miasteczko”, „M jak Miłość” i „Kryminalni”.

Jan Paweł II a „czerwona zaraza”

Naród polski żywi stałą wdzięczność dla tych, którzy wówczas byli rzecznikami jego niepodległego bytu na Zachodzie i na Wschodzie.
Papież Jan Paweł II, Belweder
Na drodze pielgrzymowania Waszej Świątobliwości znajdują się jak wieczne memento, niezliczone żołnierskie mogiły. Wiele z nich kryje również prochy – mówiąc słowami poety – „przyjaciół Moskali”. Tysiące ich, setki tysięcy oddało swe młode życie, niosąc nam ocalenie.
gen. Wojciech Jaruzelski, Belweder

Cytowane słowa pochodzą z oficjalnych przemówień powitalnych w Belwederze, 17 czerwca 1983 r. Pytam Państwa Czytelników o skalę błędu, gdy pod pojęciem „rzecznika…na Wschodzie”, Papież mógł mieć na uwadze rząd radziecki, który 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski (pisałem w tekście „17 Września”), u nas „zapomniano” podczas obchodów 100-lecia odzyskania Niepodległości, że to Stalin w Poczdamie stanowczo optował za przyznaniem Polsce Ziem Zachodnich, gdy Harry Truman, jeszcze niezbyt „biegły” w niuansach polityczno-militarnych Europy, na wniosek Stalina –tak! – zaprosił polską delegację do Poczdamu (na czele z Bolesławem Bierutem liczyła 11 osób wśród nich Władysław Gomułka, marsz. Michał Rola-Żymierski). Winston Churchill zaś przestrzegał, by „nie napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”. To właśnie nasi zachodni sojusznicy nie mogli się zdecydować czy Szczecin ma był polski, czy wolnym miastem. To Stalin na wniosek rządu Edwarda Osóbki-Morawskiego zdecydował o przebiegu części naszej zachodniej granicy „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i Szczecina”, który został przekazany Polsce w czerwcu 1945 r. (pisałem kilka razy).
Czy pod słowami Papieża o „stałej wdzięczności” nie kryje się hołd „przyjaciołom Moskalom”, znanego ze szkolnych lat wadowickiego liceum, a przed chwilą wspomnianego przez Generała? A czy nie można rozumieć Związku Patriotów Polskich (ZPP), z inicjatywy którego zaczęto tworzyć 1 Dywizję im. T. Kościuszki i kolejne jednostki składające się na 1 i 2 AWP (co by złego nie mówić o „służalczości” ZPP, w czym lubują się piaskowi historycy), gdzie posługę duszpasterską pełnili kapelanie? Proszę przypomnieć sobie zdjęcie z przysięgi 1 DP w dniu 15 lipca 1943 r. i zwrócić uwagę na ks. Franciszka Kubsza na trybunie. Nie tylko do tego zdjęcia ale i Dziekanatu Generalnego WP, który początkowo tworzyło 38 kapelanów „ze Wschodu” oględnie odnoszą się biskupi i księża: „Blisko 30 proc duszpasterzy legitymowało się służbą w WP przed 1939 rokiem, byli kapelanami rezerwy lub weteranami z 1920 r.(wśród nich ks. płk Stanisław Warchałowski, Dziekan Generalny WP, 1945-1947). Dowodzi to, że przeszłość taka nie stanowiła przeszkody w przyjęciu do szeregów Wojska Polskiego walczącego u boku Armii Czerwonej” – czytam w książce Dziekanat Generalny WP, Wyd. AON 2006. Nikogo na szczęście – „nauka” krakowskiej homilii jeszcze nie zdążyła zarazić, by sięgnąć poziomu idiotyzmu i domyślać się, czy ci kapelani też nieśli „czerwoną zarazę”.
Początki z „czerwoną zarazą”
Do chwili konsekrowania 25 września 1958 r. na biskupa w Bazylice Wawelskiej, ks. Karol Wojtyła miał – u wiadomych służb – sporą listę „wykroczeń”, polegających na głoszeniu kazań i organizowaniu konferencji środowiskowych, np. dla lekarzy i prawników dot. aborcji, co władze uznawały jako „nielegalne”. Ich kontynuacja – już jako sufragana archidiecezji – była „źle” widziana. W proteście-memoriale, wysłanym do władz centralnych odnośnie likwidacji placówek zakonnych oraz upaństwowienia przedszkoli „Caritas”, zarzucał władzom łamanie praworządności. Informował o tym rodziców i młodzież w orędziu odczytanym z ambon 2 września 1962 r. Wojewódzki Wydział ds. Wyznań skierował do Metropolity ostrzeżenie, gdzie żądał położenia kresu takim praktykom. Jedna z okresowych opinii zawierała ocenę: „Ogólnie oceniając postawę i działalność ks. bp. Wojtyły, stwierdzamy, że jest negatywnie ustosunkowany zarówno do władz, jak i ustroju PRL oraz postawą swą reprezentuje zdecydowanie księdza rzymskiego”. Zauważono, że „Wśród miejscowego duchowieństwa ks. bp Wojtyła oceniany jest jako człowiek niezwykle dobrego serca, który nigdy nic nie ma, gdyż zupełnie nie zabiega o względy materialne, a wszystko rozdaje biednym”.
Postawa i rozległa działalność duszpasterska – od 1963 r. już Metropolity – nie stała na przeszkodzie w osobistych kontaktach z władzami, np. sekretarzem KW PZPR w Krakowie (Lucjan Motyka, późniejszy Minister Kultury), w kilku spotkaniach z Zenonem Kliszko na szlakach wędrówek po Tatrach, co zapamiętali Stanisław Stomma i pisarz Jerzy Zawiejski. Z tych rozmów, Zenon Kliszko – odpowiedzialny w Partii za stosunki Państwo-Kościół – odniósł wrażenie, że bp Karol Wojtyła byłby właściwym następcą Prymasa Wyszyńskiego.
Dziś mało kto wie, że nominacja abp Karola Wojtyły na metropolitę krakowskiego w 1963 r. miała „delikatne sugestie” Zenona Kliszki, za pośrednictwem Koła Poselskiego „Znak” i otoczenia Prymasa Tysiąclecia. Dlaczego? – ktoś zapyta. Biskup pomocniczy Karol Wojtyła był znany jako wybitnie inteligentny. Był poważnym i trudnym rozmówcą na tematy społeczne, polityczne, pozycji i miejsca Kościoła jako „instytucji” w tamtym ustroju. Rozumiejącym ówczesne uwarunkowania – te „wschodnie”, jak byśmy dziś powiedzieli – i te wewnętrzne, ideologiczne, partyjne – jak kto chce! Nie znaczy, że był dla władz „łatwym rozmówcą”, np. w kwestii budowy kościoła w Nowej Hucie, Mistrzejowicach. Zenon Kliszko po latach żartował w bliskim sobie kręgu, że ma „swojego człowieka” w Rzymie.
Pierwsza rozmowa.
Krótko przed godz. 10.00, 17 czerwca Generał i prof. Henryk Jabłoński oczekują na Gościa przed Belwederem. Jeszcze po wielu latach pamiętał Generał pierwszy uścisk dłoni Papieża, pierwsze wrażenie, grzecznościowe wyrazy uszanowania. Po wspomnianych wyżej przemówieniach powitalnych, Papież i Generał z abp Józefem Glempem i prof. Henrykiem Jabłońskim udali się na rozmowę, która rozpoczęła się od słów Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” – wspomina Generał. Jak słowa – „uzależniony”, „patriota”, „stan wojenny” – w czasie jego zawieszenia wypowiedziane, tłumaczyć w kontekście „czerwonej zarazy” – już doprawdy nie wiem? To dobrze, „patriotycznie” czy nie – że „zaraza” ten stan wprowadziła? Kilka razy je cytowałem w różnych odniesieniach. Dlaczego Kościół – nie tylko „krakowski” o nich nie chce pamiętać i rozumieć je w duchu właśnie ochrony polskiej krwi, także katolickiej, chrześcijańskiej; w duchu współpracy Państwo-Kościół, a wciąż jątrzy słowami i fałszywym eksponowaniem „ciemiężenia” – za „komuny”! Wtedy, w latach PRL, za rządów „czerwonej zarazy”, wspólnie zrobiono wiele i dla rzeczywistego dobra materialnego Polski i Kościoła. To „doczernianie przeszłości” – mówią Czytelnicy przynosi odwrotny skutek. Ludzie modlą się w domu, nie kryjąc, że też do św. Jana Pawła II, niż mają słuchać homilii, po czym bluźnić, że ksiądz bredniami, „robi ze mnie głupka”. Szkoda tylko młodzieży – coraz więcej to widzi!
Wspomnę, iż 4 lata wcześniej, w 1979 r. Papież – też w Belwederze – rozmawiał z Edwardem Gierkiem, jak później Generał – I Sekretarzem KC PZPR. Nie będzie błędnym stwierdzenie, że Jan Paweł II jest jedynym Papieżem na świecie, który wielokrotnie i to z własnej woli rozmawiał z osobami „czerwonej zarazy”, najwyższej w hierarchii kilku partii politycznych?
Druga rozmowa
Gdy Papież pielgrzymował po kraju – mówi Generał – „my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady… czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… Nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Dostrzegacie tu Państwo wzajemne rozumienie Generała i Papieża splotu oczekiwań? Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Jeden z nich, prof. Adam Łopatka w słownym uzasadnieniu celu przybycia, kard. Macharskiemu powiedział: „Odgłosy prasy tragiczne. Od Brazylii po Oslo nie pisze się nic pozytywnego” (o tej pielgrzymce, moje – GZ). Tu zapytam Czytelników – co myślicie, czego Zachód oczekiwał? Jeśli po 36 latach powiem, że rozlewu bratobójczej krwi, ofiar, sensacji – będę w błędzie? Proszę nie zapominać, 2 lata wcześniej, w maju 1981 r. był zamach w Rzymie…
Papież zaproponował spotkanie w Krakowie. Odbyło się ono 22 czerwca wieczorem na Wawelu, trwało ponad 2,5 godziny. Wspomina Generał: „Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego… Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym… że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji… Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, że w klapie nosi Matkę Boską, o Solidarności”.
Generał oceniając sytuację, wyraził pogląd, że „musimy zrobić wszystko, aby pozycja Polski w tym sojuszu była jak najsilniejsza i żeby tożsamość, ograniczona, ale jednak swoboda, jaką mamy w bloku nie uległa zagrożeniu”. Wskazał na akcenty antyradzieckie w kościołach, pojawiające się z różnym nasileniem, które szkodzą w stosunkach z ZSRR, a jest on gwarantem granicy zachodniej. Papież nawiązał do wizyty w Oświęcimiu: „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem” – to nawiązanie do „przyjaciół Moskali”, ku pamięci niektórym biskupom. Generał podzielił się refleksjami z Syberii i walk na froncie, o co Papież pytał w kontekście duchowym, dziś można powiedzieć-religijnym.
Mówiąc o stosunkach państwo-Kościół, Papież zauważył, że w Polsce układają się najlepiej z całego bloku – też ku pamięci niektórym biskupom, akcent na „czerwoną zarazę”, że było to za jej czasów. W dyskusji o roli politycznych trendów, związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej – Papież opisując biedę w Meksyku skonstatował: „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”. Tu wstyd pytać o „komunę”, byłaby obrazą mądrości Papieża, który ustrój akceptował w „krystalicznej formie”, wytykał wykoślawienia. Papież i Generał otwarcie, szczerze, wyrazili swe troski i ustalili kierunki przyszłego współdziałania. „Ta rozmowa przekonała mnie ostatecznie, że stan wojenny można już znieść, że Kościół będzie sprzyjał procesowi umiarkowanych zmian” – mówił Generał. „Serdeczne spotkanie” zakończyło się „bardzo konstruktywnie” – ocenia Generał. Skutkiem tej rozmowy była obfita korespondencja w latach 1983-1986, spotkanie w Watykanie, działania Papieża na arenie międzynarodowej.
Generał pytany przez dziennikarzy przy okazji różnych wywiadów mówił: „Pamiętam, iż Papież w ponad dwugodzinnej rozmowie ze mną w czerwcu 1983 roku w Krakowie powiedział: Ja wiem, iż socjalizm jest realnością, chodzi jednak o to, aby był on z ludzką twarzą. Wizyta Papieża, Jego apele, w tych zamiarach nas umacniały. Papież, Kościół liczył więc na dłuższy, ale bezpieczny marsz. I tak się stało”. Dobrze pamięta i przyznaje, iż „13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako człowiek stanu wojennego odczułem to bardzo osobiście”. Łamigłówka dla Państwa – proszę, wskażcie biskupa, który głębokie, wieloaspektowe myśli i przewidywania tak Papieża jaki Generała zechce zrozumieć w kontekście dobra Polski.
Wizyta w Watykanie.
Po blisko czterech latach od pielgrzymki w 1983 r., Generał 13 stycznia 1987 r. złożył wizytę w Watykanie. Omawiając uwarunkowania zewnętrzne mające związek z ideą głasnosti i pierestrojki, jak mówił Generał, Papież „dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność dała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy”. Niech Państwo jeszcze raz przeczytają to zdanie, zastanowią się – „Opatrzność” i „Gorbaczow”. Ach ten nasz Papież – musiał mieć „duże znajomości” z Panem Bogiem!
Kończąc spotkanie z delegacją – Papież życzył „wszystkim, a w szczególności Przewodniczącemu Rady Państwa, Panu Generałowi, życzę tego, aby ta wizyta wydała tak bardzo upragnione owoce dla Polski i dla Europy”.
Prasa światowa pisała: „Jedno z najdłuższych spotkań Papieża, ze świeckim politykiem” (Reuter, Associated Press), „Najdłuższe, jak pamięć ludzka sięga, spotkanie Papieża z przywódcą politycznym” (New York Times), dlaczego nie pisali, że z „komunistą”? Tu taka ciekawostka – Kroniki watykańskie odnotowały kilka osobliwości tej wizyty: czas jej trwania – 70 minut. Z żadnym politykiem Papież tak długo nie rozmawiał. Czas pobytu Generała w Watykanie – 3 godzimy i 45 minut, rekordowo długi. Obejmował – obok oficjalnego spotkania, zwiedzanie bazyliki, w tym grobu św. Piotra, muzeum i ogrodów watykańskich (poprzedni rekord czasowy, należał do króla Hiszpanii Alfonsa XIII, w 1912 r. Papież Pius X specjalnie go podejmował przez 3 godz. 12 min.). I znów macie Państwo nad czym się zadumać – długa rozmowa, „czerwony” (poza Córką) skład delegacji, zwiedzanie bazyliki, grobu św. Piotra…
13 grudnia 1989 r. Papież Jan Paweł II przyjął na audiencji prywatnej prof. Bohdana Suchodolskiego (przewodniczący Narodowej Rady Kultury). W tej wizycie, towarzyszący Profesorowi Rafał Skąpski (przyjaciel Profesora i sekretarz Rady), zapamiętał taki fakt: „Z sali, w której toczyła się rozmowa, po pożegnaniu się z nami, pierwszy wychodził Papież. W drzwiach odwrócił się do nas, uśmiechnął się, uniósł dłoń i głośno powiedział: A nie zapomnijcie pozdrowić Pana Generała” (Zdanie, nr 1-2 z 2014). Strach się bać, w sensie „krakowskiej homilii”, ale jest usprawiedliwienie, dla Papieża – oczywiście! Wtedy, w 1987 r. nie było znane pojęcie-„czerwona zaraza”.
III pielgrzymka – 1987
Generał powitał Gościa na Okęciu, wraz z przedstawicielami najwyższych władz państwowych. Wśród nich, byli członkowie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Pady Państwa. Uroczyste powitanie odbyło się na Zamku Królewskim, co poczta polska upamiętniła specjalnym znaczkiem. Zwróćcie Państwo uwagę – znaczek pocztowy, dziś chyba nie do pomyślenia! – po „krakowskiej homilii”.
Podczas mszy św. na Zaspie (Gdańsk, 1987), Papież przypomniał słowa z listu św. Pawła: „Jeden drugiego brzemiona noście. To zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność to znaczy jeden i drugi, a skoro brzemię, to niesione razem, we wspólnocie, a więc nigdy jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności”. Tu proszę – nie oczekujcie Drodzy Państwo Czytelnicy mojego komentarza, w kontekście homilii krakowskiego metropolity.
I dalej – wiernym, wznoszącym okrzyki zwrócił uwagę – „pozwólcie wypowiedzieć się Papieżowi, skoro chce mówić o was, a także w pewnym sensie za was”. Krzyczącym, co łatwo zauważyć, szło o Solidarność jako pracowniczy związek. A Papieżowi – o wszystkich ludzi! Czy wśród obecnych na tej mszy nie było funkcjonariuszy MO, ZOMO, SB, członków PZPR, czyli słowami Arcybiskupa – „czerwonej zarazy”? Czy o nich Papież nie wiedział? – głupie pytanie, przecież ich widział nie tylko w tym miejscu, podczas tej i poprzednich pielgrzymek!
Zaś w Warszawie modlił się przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki, w milczeniu, nie powiedział słowa do wiernych, rozmawiał tylko z Rodzicami Księdza (napiszę o tym później). A gdyby to był kto inny, nie Jan Paweł II – wyobraźcie sobie Państwo co mogłoby się dziać. Bez względu na różne „chciejstwa” purpuratów – Papież i Generał są naszą, Polaków Chlubą!
Zegrze Pomorskie, 1991
Podczas pierwszego spotkania z Wojskiem Polskim 2 czerwca 1991 r. Papież wyraził refleksję „Jako Polak wiem, co na przestrzeni całych dziejów, a także na przestrzeni mojego własnego życia zawdzięczam tym, którzy w sposób często heroiczny uważali siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności Ojczyzny”. Zwracam uwagę – „na przestrzeni mojego własnego życia”, czyli w okresie Polski Ludowej, PRL – proszę sięgnijcie Czytelnicy pamięcią do tego okresu, głównie stan wojenny, choć nie u żył tego określenia!
Biskup Polowy gen. Leszek Sławoj Głódź, witał Papieża słowami: „Stajemy przed Tobą Ojcze Święty, w szyku zwartym: żołnierze, oficerowie, chorążowie, podoficerowie, szeregowcy… przedstawiciele okręgów wojskowych sił zbrojnych, żołnierze wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki wojennej”. Przecież wśród tych, do których w Zegrzu Pomorskim zwracał się Jan Paweł II, o których mówił Biskup Polowy WP, było kilkanaście tysięcy (spośród 40 tys. obecnych żołnierzy, członków ich rodzin i pracowników cywilnych wojska), którzy 2-4 lata wcześniej, czerwone legitymacje odłożyli na „półkę przeszłości”. Ale przecież nie wykreślili ze swoich życiorysów, ze swoich serc (jak chcą uduchowieni) członkostwa w partii, wiadomo jakiej. Gdybym postawił pytanie – czy Papież, Biskup Polowy nie wiedzieli – byłbym po prostu durniem. Później były przypadki demonstrowania swojego „nawrócenia” (nazwiska kilku znanych generałów i pułkowników pominę). Ale wyraźnie należy powiedzieć Metropolicie, że ze słów Papieża nie wynikał najmniejszy ślad afrontu, najmniejszy gest, ruch wstrętu, nie mówiąc o pogardzie wobec osób wojskowych, z „czerwonej zarazy”, wstyd mi pisać dziś w 2019 roku.
Papież i wielu biskupów wtedy, w 1991 r., nie tylko w Zegrzu Pomorskim, wiedziało, pamiętało i na swój sposób doświadczało, że szczególnie żołnierze – od szeregowca do generała – „służyli Polsce takiej, jaką wówczas była i być mogła” – to słowa gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Podkreślam – służyli Polsce, nie partii, której kilkaset tysięcy nosiło legitymacje a której – jak głosiła tamta propaganda byli „awangardą” czy „wysoko niesionym sztandarem”. Także i dziś, pełniący służbę żołnierze zawodowi WP (poborowych nie ma) „służą Polsce”, nie partii czy partiom, jakie po 1989 r. sprawowały w Polsce władzę i będą ją sprawować po najbliższych wyborach! To także pod rozwagę, nie tylko krakowskiemu Metropolicie!
Osobliwości
Kończąc VII pielgrzymkę w 1999 r. Papież podczas pożegnania na krakowskich Balicach – niespodziewanie zaprosił do papamobile Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z Małżonką i razem podjechał do trybuny honorowej. Pokażcie Państwo podobny przykład na świecie – ten Prezydent RP też był członkiem PZPR, częściowo „wychowankiem” Generała!
Papież żegnając Rodaków m.in. apelował, by Polska „wchodziła w trzecie tysiąclecie nie tylko jako państwo stabilne politycznie i gospodarczo zasobne, ale również umocnione duchem miłości wzajemnej i społecznej”. 18 maja 2020 r. minie 100 lat od Urodzin Jana Pawła II. Może te słowa Papieża – z inicjatywy i kosztem „prostych ludzi” – wyryć na budynku krakowskiej metropolii, przy Franciszkańskiej 3.
Generał i Aleksander Kwaśniewski są świadkami świętości Papieża, zaznając przed Trybunałem Rogatoryjnym, zapisani w Watykanie. Biskupom-metropolitom, pod rozwagę.
Na zakończenie
Szacunek do osoby duchownej, „wyssany z mlekiem matki” w czasach „czerwonej zarazy” zaleca „milczący komentarz”. Zaś szacunek dla naszych ojców i dziadków, dla ich znoju i potu, także krwi przelanej na wielu frontach Wschodu i Zachodu, często w „zasięgu wzroku” kapelana, wymaga upomnienia się o prawdę. Głośnego powiedzenia – nikt, także biskup, metropolita nie ma prawa udomowiać nienawiści i pogardy na polskiej ziemi, żadnym słowem, pod żadną postacią! Biskupi – NON POSSUMUS!

Podkasana muza II RP

Opowieść o czasie, który jest tylko legendą.

Nie jestem człowiekiem przedwojennym, lecz mocno powojennym, ale w czasach mojego dzieciństwa (lata 60-te) radio i telewizja przepełnione były przedwojenną lekką muzą. Piosenki w wykonaniu Hanki Ordonówny, Eugeniusza Bodo czy „Chóru Dana” i innych były na porządku dziennym emitowane w eterze i na ekranie, już to w archiwalnych nagraniach oryginalnych, już to w wykonaniu współczesnych aktorów. Ileż to razy słuchałem w rozmaitych wykonaniach takie piosenki jak „Tango Milonga”, „Ada to nie wypada”, „Ach jak przyjemnie”, „Miłość ci wszystko wybaczy”, „Co nam zostało z tych lat”, itd.! Często pokazywano też w telewizji filmy przedwojenne, które pojawiały się też w regularnym repertuarze kin, a nie, jak dziś, jako zamierzchłe kurioza i cymelia. Przecież w końcu popularny „Kabaret Starszych Panów” czerpał inspirację z przedwojennej lekkiej muzy, przetwarzając ja na pastiszowy sposób. Po latach zrozumiałem, że wszystko miało to swoje źródła w aspekcie pokoleniowym. W latach sześćdziesiątych ludzie 50-letni a tym bardziej starsi, doskonale, z autopsji pamiętali przedwojenne czasy i była to także ich muza. „Tango Milonga” Ryszarda Wolańskiego to „barwna opowieść o przedwojennej, rozśpiewanej i „rozgranej” Warszawie i jej niezapomnianych przebojach”, jak napisał na obwolucie edytor. Autor prowadzi nas przez lata dwudzieste, lata trzydzieste, przez ówczesne kabarety, teatrzyki rewiowe (m.in. słynne „Qui pro quo”, „Perskie Oko” czy „Morskie Oko”), modne kawiarnie, dancingi, kluby, poznaje z ówczesnymi przebojami, ich autorami i wykonawcami, ze znanymi konferansjerami (jak Fryderyk Jarossy). Ten barwny świat, jak mawiano – „podkasanej muzy”, opisał Wolański także barwnie (pamiętajmy, że nawet najbardziej atrakcyjny temat może popsuć kiepski autor), z rozmachem, którego nie zawęża fakt, że historię tę opowiada przez pryzmat biografii jednej z najważniejszych postaci tego czasu, autora legendarnych przebojów tego czasu z „Całuję twoją dłoń, madame” i tytułowym „Tangiem Milonga”. Czytając tę kolorową opowieść słyszy się w wyobraźni tony i słowa szlagierów tamtych czasów. To bogata, dynamiczna, barwna i dźwięczna opowieść o czasie, który jest już tylko legendą, do tego bogato ilustrowana, także po części unikalnymi fotografiami i materiałami ikonograficznymi.

Ryszard Wolański – „Tango Milonga”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2019, str. 413, ISBN 978-83-8062-567-9

Się czyta

– czyli czego chcieć więcej od książki?!

I znów uczta u „handlarza starzyzną”. Ale jaka pierwszorzędna to starzyzna!!!! Żeby kto nie myślał, że jestem chamem i arogantem – tego „handlarza starzyzną zaczerpnąłem z samego mistrza Jana Gondowicza, który sam osobiście opowiedział („Z ględzeń handlarza starzyzną”) jak kiedyś raz na zawsze opuścił redakcję „Przekroju” i jego noga w niej więcej nie postała, po tym jak przypadkowo, „za plecami”, usłyszał z ust jednej z redaktorek tygodnika, jak określa go ona tymi słowami. No cóż, Gondowicz, wyborny, wielki eseista, ale człowiek delikatny, nadwrażliwy. Ja bym w redakcji został i dał paniusi do wiwatu tak, że popamiętałaby ruski miesiąc i gdzie raki zimują.
„Pan tu nie stał” to tym bardziej starzyzna, bo rzecz tę, wydaną w 2011 roku, zwyczajnie przegapiłem, tak jak szczęśliwie nie przegapiłem „Ducha opowieści” i wydanego niedawno „Czekając na Golema”. I pisałem o nich na tych łamach, lecz dla porządku przypomnę: Jan Gondowicz, siedząc okrakiem na wehikule (albo na rumaku) swego wybornego stylu, wynajduje – w piwnicach, na strychach, w punktach skupu makulatury, w starych szufladach, do których nie zaglądano od dziesięcioleci, w zapleśniałych księgozbiorach, w zszywkach starych gazet i tak dalej i w tym podobnych miejscach – tematów dla swoich opowieści, esejów, złośliwości, appendixów, można by długo to nazewnictwo ciągnąć. Ostatnimi czasy pojawiło się na tego typu tematykę dość trafne określenie: „tematy nieoczywiste”. Zbiory krótkich tekstów („tekścików” tylko z punktu widzenia objętości, bo z punktu widzenia wartości – tekstów kapitalnych), przypominają menu jakiejś nieoczywistej, prowadzonej przez kucharza-ekscentryka restauracji osobliwości, silva rerum dziwaczności, pełne błyskotliwej ironii, nieoczekiwanych, zagadkowych asocjacji, niespodzianek, rarytasów, ekscentrycznych asocjacji i połączeń, linków, korytarzyków, nisz, zakątków, finezyjnych „prób stylistycznych” (Gondowicz jest tłumaczem „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau). Czegoż w tym kramie czy sezamie Gondowicza nie ma?! Wyliczyć trudno! Zaczynamy lekturę od „Cyda” Corneille’a w lustrze recenzji teatralnej tego spektaklu Jerzego Stempowskiego z roku (bagatela) 1937, ale podane to pysznie, z uwzględnieniem naszych współczesnych, postmodernistycznych nawyków czytelniczych. Zaraz jednak stamtąd wylatujemy wysokim lobem, jak piłka wybita przez Kazimierza Deynę, w świat krytyki literackiej w Warszawie 1971 roku, czyli w czas debiutu Gondowicza w tygodniku „Kultura” („Piję do lustra”). A już w chwilę po tym stykamy się nos w nos z kulturą popową okiem Gondowicza widzianą, w tym z przepisem Edgara Rice Burroughsa na napisanie „powieści takiej jak „Tarzan” (m.in. „mieć wszystko w nosie”, „nie znać gramatyki i mało w życiu czytać” czy „nie brać się nigdy za temat, o którym coś się wie”).
Z tekstu „Sporej Chałupki” najbardziej podoba mi się to, że jest to polskie, gondowiczowe, prze-tłumaczenie nazwy ulicy w Paryżu, przy której około roku 1900 był słynny falanster polskich malarzy (rue La Grande Chaumiére). Jest też o Kafce szukającym Zamku, o zawartości „Pilcha w Pilchu”, o „Kurkiewach siódmych”, o „Żarze” Adama Zagajewskiego, o winach, o ferdydurkicznym aspekcie dzieciństwa u Gombrowicza, o Czesławie Lechickim, świeckiej wersji księdza Pirożyńskiego (ten z kpin Boya w „Dziewicach konsystorskich”). Niektóre z ocen Lechickiego – „Flaubert: chory neurastenik, pani Bovary otruła się dla kaprysu”, „Przybyszewski – winno się go było odosobnić”, „Słonimski: dowcipkuje i drwi cynicznie z rzeczy świętych dla Polaka”, „Krzywicka: kult fallusa jej jedyną religią”. Tylko Karol May dobry, bo „erotykę pomija zupełnie”. „Wrota” są o wejściu do piekieł i w ogóle o tematach piekielnych w literaturze. „Delireum” – wiadomo. W „Palbie” cytaty o tym, czym jest Polska i Polacy, do wyboru – „mieszanka żydowskiej inteligencji, zdeklasowanych ziemian i chłopstwa” albo „mistyczna jednia narodu, przeczyste plemię Lechitów”. „Palic” – wiadomo. Także o „polskim Twin Piks”, o historii Rosji w świetle astrologii, „Krótki leksmokon”(„smoking – król smoków”, „smokanie – wabienie smoka”, „smoczenie nocne – efekt snu o smokach”, „smokołyk – finał znajomości ze smokiem”), o tajemniczej (sic!) postaci Józefa Papkina z „Zemsty” Fredry, o różnych nosach, ale akurat jak na złość nie o tym z noweli Gogola, o kulinariach w sztukach Witkacego (m.in. „Nowe Wyzwolenie”- herbata”, „Jan Maciej Karol Wścieklica”: „befsztyk z dwoma jajami i dużo pikli. Czysta Baczewskiego”, „Straszliwy wychowawca”: „kasza ze zsiadłym mlekiem. Wino ze sklepu”, „Janulka, córka Fizdejki: („dwie kawy, beczka likieru”).”Smak człowieka” dotyczy Conrada, w tym szczególnie „Jądra ciemności”. Tu dodaję swoje trzy grosze, a raczej grosz jeden. Jako mały, 3-6-letni chłopczyk, w latach 1960-1963, odwiedzałem z matką galanteryjny sklep mieszczący się w starej kamienicy w Lublinie, na rogu ulic Chopina i Krakowskiego Przedmieścia, w której w 1890 roku Conrad, przed podróżą do Konga, odwiedził swoją kuzynkę i tłumaczkę Anielę Zagórską. W „Czytelniku z La Manczy” m.in. o tym, że Don Kichot jako postać powieści miał „świadomość”, że jest postacią literacką i że Cervantes o nim opowiada (w powieści z XVI wieku!!!). Na koniec jeden tylko nieco dłuższy cytat z Gondowicza. Wspominając wrażenia 9-latka z zakupu „Bajek robotów” Lema i jako efekt pierwszej, na miejscu, chwili lektury, „zdumienie, zachwyt, olśnienie, zdumienie, że tak można… Czego chcieć więcej od książki!”. Ale to wspomnienie to furda.
Lepsze zdarzyło się wiele lat później: „w rozmowie z autorem nie omieszkałem wspomnieć tych emocji, zyskując wprawiającą w konfuzję replikę: „Panie, to tylko słowa”. A Gondowicz? To też tylko słowa, ale to „się czyta”, bo „czego chcieć więcej od książki?”

Jan Gondowicz – „Pan tu nie stał. Artykuły drugiej potrzeby”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011, str. 288, ISBN 978-83-62795-02-4

Flaczki tygodnia

„Nieszczęścia chodzą parami. Odstawiałem samochód do garażu (…) Wczoraj był niefortunny ciąg wydarzeń, którego żałuję”, powiedział pan Artur Zawisza. Lider ruchu narodowo-katolickiego. Powiedział tak przyłapany na przestępstwie. Drugim popełnionym w ciągu jednego dnia.

Najpierw w piątek rano, 25 października, pan były poseł Zawisza potrącił rowerzystkę. W efekcie kontaktu z wielce aktywnym narodowcem poszkodowana ma „złamany bark, zmiażdżone kolano”, czeka ją kilka operacji chirurgicznych.
Swoim mercedesem pan Zawisza jechał nie tylko nieuważnie. Także bezprawnie. Trzy lata temu zabrano mu prawo jazdy po alkoholowym rajdzie przez Starą Hutę.

Tego samego dnia, już około dwudziestej drugiej pan Artur Zawisza znowu zasiadł za kierownicą tego mercedesa. Znowu bez prawnie. Wypadku tym razem nie spowodował, bo został szybko rozpoznany i zatrzymany przez policję.

„Biorąc pod uwagę moją dotychczasową służbę, pierwszy raz spotykam się z sytuacją, kiedy to tego samego dnia zatrzymywany jest kierujący, który najpierw bierze udział w zdarzeniu drogowym i czynności prowadzone są w kierunku spowodowania wypadku drogowego, a potem jeszcze tego samego dnia, porusza się pojazdem, pomimo tego, że nadal nie posiada uprawnień do jego kierowania-skomentował ponowne zatrzymanie pana Zawiszy rzecznik Komendy Stołecznej Policji nadkomisarz Sylwester Marczak.

Pamiętacie „pomroczność jasną”? Taki termin wymyślili adwokaci na potrzeby obrony syna pana prezydenta Lecha Wałęsy. Oskarżonego o spowodowanie wypadku samochodowego.
W przypadku pana posła Zawiszy pojawił się inny termin. Otóż pan Zawisza dla usprawiedliwienia notorycznego łamania prawa przez siebie wymyślił sobie swój „stan wyższej konieczności”. ÓW „stan” ma tłumaczyć go.
A ta „wyższa konieczność” polegać ma na tym, że pan poseł Zawisza musi pracować na wyżywienie swej rodziny i w piątek rano bardzo śpieszył się do pracy. Dlatego zdecydował się na kolejne złamanie prawa.

W 2002 roku pan poseł Zawisza w czasie sejmowej debaty zwrócił się do parlamentarzystów SLD „mołczat’ sobaki”. Jak carski policjant. Już wtedy miał poczucie przynależności do wyższego stanu.

Poza pracą zarobkową pan poseł Artur Zawisza jest liderem patriotycznego ruchu, który stawia sobie za cel wychowanie wzorowego Polaka-katolika. Dobrego ojca wzorcowej polsko-katolickiej rodziny. Polaka o zdecydowanym charakterze i sile woli. Wręcz „nadczłowieka”.
Wzorca osobowego dla miliona młodych Polek i Polaków.

Czy przywołany przez pana posła Zawiszę „stan wyższej konieczności”, stan usprawiedliwiający łamanie polskiego prawa, stan spowodowany koniecznością zarabiania pieniędzy na wyżywienie rodziny, jest fundamentalną cechą tego wzorcowego Polaka-katolika?
Bo jeśli tak jest, to wzorując się na tak sztandarowym patriocie i katoliku, na jakiego się pan Zawisza kreuje, inni narodowcy płci męskiej podążający jego patriotycznym, narodowym i katolickim śladem, też mogą popadać w „stany wyższej konieczności”. I okradać innych, bo są przecież „jedynym żywicielem rodziny”. Zabijać nawet. Zwłaszcza w „stanie wyższej konieczności”.
I dlatego pozostawać, jak pan poseł Zawisza, bezkarnymi. Pomimo stałego łamania prawa.

Zapewne w „stanie wyższej konieczności” pozostawał i pozostaje prezes Najwyższej Izby Kontroli pan Marian Banaś. Też żywiciel swej rodziny.
On pewnie w tym „stanie” prowadził interesy z patriotycznymi, narodowo-katolickimi krakowskimi sutenerami. Wynajmowali „pokoje na godziny”, aby modlitewne pary, a może i całe grupy, mogły tam spokojnie pomodlić się w intencji pomyślności Ojczyzny i kościoła.

Były współpracownik pana prezesa Banasia, pan Andrzej B. siedzi w areszcie śledczym od stycznia tego roku. To jeden z wysokich urzędników służb skarbowych odpowiedzialnych za ściganie mafii VAT-owksiej.
Okazuje się, że ścigał ją tak intensywnie, że sam taką mafię założył i przewalił podatników, czyli nas wszystkich, na przynajmniej 5 milionów złotych. Ale on pewnie też działał w „stanie wyższej konieczności”. Jako żywiciel rodziny.

Pan ksiądz Piotr M. z Ruszowa nie musiał koniecznie zarabiać aby wyżywić swoją rodzinę. Ale też należy do grona narodowych katolików. W przerwach pełnienia posług kapłańskich molestował seksualnie dwie dziesięcioletnie dziewczynki, które przygotowywał do sakramentu komunii świętej.

Decyzją sądu podejrzany o pedofilię ksiądz został zatrzymany w areszcie. W obronie ukochanego księdza stanęła prawie cała wieś. Parafianie z Ruszowa zorganizowali akcję zbierania podpisów pod petycją żądającą zwolnienia go. Publicznie modlą się za cierpiącego księdza, zbiorowo odmawiają różaniec. Śpiewają nu religijną pieśń: „Zbawienie przyszło przez krzyż, Ogromna to tajemnica, Każde cierpienie ma sens, Prowadzi do pełni życia”.
I księdzu lżej się robi.

Środowiska narodowe, których liderem jest pan Artur Zawisza, w dniu 11 listopada zorganizują Marsz Niepodległości. W tym roku jego hasłem przewodnim marszu będą słowa z popularnej pieśni ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej: „Miej w opiece naród cały”.
Do udziału w imprezie zachęca plakat i logo Marszu. Zaciśnięta pięść opleciona różańcem. Stylizowanym na kastet.

Księga wyjścia (33)

Ballada o samotności i dziwnym przypadku redaktora Lisa

Panie redaktorze, jak często i na ile chętnie Pan kłamie? Bo przecież kłamie Pan. Prawda? Uważa się Pan za inteligentnego, słyszałem z Pańskich ust. W związku z tym musi Pan i chcieć i to robić. No więc, jak często okłamuje Pan czytelników, chociaż pewnie używa Pan określenia „barany”?

W gazecie prowadzonej przez wspomnianego, pojawił się artykuł pod tytułem: „ludzie inteligentni kłamią częściej i chętniej”. Na swoim profilu FB odniosłem się do tych słów konkludując, że zgodnie z postawioną tezą, dziennikarze „Newsweeka” albo są głupkami, albo kłamią. W obronie T. Lisa i prowadzonej przez niego gazety, natychmiast rzuciła się na mnie cała masa zwolenników pierwszego i przeciwników PiS. Nie będę pisał o megalomanii Lisa, ani o tym jak traktuje widzów i czytelników, ale według jego własnych słów ludzie, którzy go bronili to barany, których nie wolno traktować poważnie. Odsyłam do panelu na „UW”, z którego wkleiłem ten fragment wypowiedzi. Ludzie odporni na argumenty zamykają się w bańkach. W takiej bańce są zwolennicy PO, PiS-u i sióstr Godlewskich. Nie jest ważne, co lider bańki – nazwijmy go bańkowym powie lub napisze, jego zwolennicy rzucą się do gardeł temu, kto śmie go krytykować. Często narażając się przy tym na śmieszność.
Lis jest kiepskim dziennikarzem, ale początek lat dziewięćdziesiątych był świetną trampoliną dla wszystkich miernot. Załapywali się do telewizji i tam dopiero zaczynali się uczyć zawodu. Lis z tej trampoliny skorzystał, nie dlatego, że jest wyjątkowy, ale znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej godzinie. Wygrał jakiś konkurs i wsiąkł, a potem w ekipie pampersów Walendziaka zasiedlił się na dobre, wyleciał USA. Zaczęli uprawiać dziennikarstwo na własnych zasadach i według własnych standardów. Chociaż trzeba przyznać, że teraz to już akademicka klasyka przy obecnym stanie TVP, pod przewodnictwem J. Kurskiego. Choć i on pracował w tamtej telewizji, przyszedł razem z Walendziakiem. Nazwa „pampersy” wzięła się stąd, że nowi szefowie i przychodzący z nimi dziennikarze nie mieli pojęcia o pracy w TV.
Zagrożeniem dla telewizji jest Internet, dlatego jej jedyną bronią jest/powinna być wiarygodność. Wydawało się, że owszem prasę osłabił, ale tego kolosa nie ruszy. A jednak, tym bardziej, że realizatorzy wcale temu nie chcą zapobiec. We wszystkich stacjach partykularne interesy biorą górę i kłamstwo pogania manipulację. Geobbelsowska teza o wielokrotnie powtórzonym kłamstwie jest już nieaktualna, nie przy tej ilości różnych mediów i przekazów, każda nawet tysiąc razy powielana informacja ginie. Chyba, że ktoś ogląda tylko TVTrwam. A większość mediów i tak powiela pasujące im politycznie bzdury, ale główna batalia idzie o krajową politykę. Bo co do międzynarodowej, a zwłaszcza natowskiej, to prawie wszystkie redakcje powtarzają ten sam, często nieprawdziwy obraz. W dodatku z pozycji kolan. A to podobno PRL był taki zniewolony…
No nic, przypomniało mi się, gdy byłem w Kosowskiej Mitrowicy. Pojechałem tam bez akredytacji NATO i mieszkałem gdzie się da. Siedziałem na murku naprzeciwko rzeki Ibar – dzieliła ona cześć albańską i serbską. Jeśli coś się działo, to zwykle tam. W pewnym momencie podeszła do mnie grupa kilkunastu żołnierzy, z karabinami wymierzonymi we wszystkie strony, łącznie ze mną – przynajmniej pięć M-16 we mnie skierowali, ze środka wyłoniła się dłoń z mikrofonem i dziennikarka nie wychodząc zza pleców żołnierzy w kamizelkach, zaczęła mnie wypytywać jak mi się tu teraz żyje jako Serbowi. Już nie pamiętam, czy powiedziałem jej, że też jestem dziennikarzem, czy że czekam na jakiegoś trupa bo poluję na albańskie skalpy, za które płaci mi Karadżić.
Byłem w szoku i chyba wtedy zrozumiałem na czym polega perfidia. Dziennikarze ci nie kłamali, podłączeni do wariografu powtórzą to samo, a maszyna potwierdzi wiarygodność. Ci reporterzy są przekonani, że wiernie i rzetelnie wykonuje swój zawód, nie biorą jedynie pod uwagę tego, że jeżdżą i oglądają jedynie to, co pozwoli im zobaczyć sztab. Sami nie mogą ruszyć się z miejsca zakwaterowania, bo albo jest na terenie strzeżonym, albo jak w Belgradzie mieli wdrukowane, że opuszczenie hotelu grozi śmiercią. Hotelu Intercontinental. Gdy zaczynałem pracę w „Trybunie”, tej pierwszej po przełomie, naczelnym był wtedy redaktor Janusz Rolicki. Jeśli kiedykolwiek wplotłem komentarz do informacji, dostawałem po łapach, mimo że gazeta miała jasno określony, jaskrawo czerwony odcień ideologiczny, to swój komentarz mogłem dopisać pod tekstem i kursywą, tak by wyraźnie go oddzielić. To à propos Lisa i gazety, której przewodzi niczym pasterz stadu owiec płci męskiej.
Nadeszła jesień, okres wzmożonego ryzyka nawrotów depresji. Chciałbym chwilę się przy tym zatrzymać. Sporo moich znajomych z FB boryka się z tą paskudną chorobą. Ja też. Większość prowadzi fantastyczny, samotny tryb życia. Nie ma nic lepszego, można wyjść z bloku, skręcić w lewo, albo w prawo, pilot do telewizora na własność. Cudnie. Kolejnego dnia też można wyjść i skręcić w lewo, albo w prawo, pilot się zapodział, ale to nic. W telewizji wciąż to samo i nie ma co oglądać. Chociaż ostatnio zaczął mnie pasjonować francuski Canal Plus, ale od północy do końca, czyli mniej więcej do trzeciej, potem przełączam na polsatowski Vivasat History i oglądam o zbrodniach w powojennym Londynie, by poczekać na „Muzeum pełne tajemnic”, program to i głupi i mądry jednocześnie. Pretekstem jest zwykle najbardziej niepozorny, najbardziej nijaki i niepasujący do gabloty przedmiot – na przykład zardzewiała śruba z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Autorzy zatrzymują się i przedstawiają w fabularyzowanej formie jego historię. Pod tym względem bywa bardzo ciekawy i często przypomina nie tak dawne dzieje. Mam z nim jedynie ten problem, że bardzo spłyca fakty.
Powierzchownie prześlizguje się po jakimś wydarzeniu, najbardziej się wściekam gdy rzecz dotyczy Tesli. Niejednokrotnie sprowadza się jego postać jedynie do konfliktu z Edisonem. To zbyt płytkie przedstawienie geniusza, a konflikt był czymś tak naprawdę marginalnym.
Około piątej kończy się również i ta seria, wiec zaczynam dzień. Teraz jest jeszcze dobrze, pilota nie zgubiłem, pogoda ładna, ale tsunami nadchodzi. Podczas depresji najgorsze są poranki, które trwają do wieczora, nie ma przedpołudnia, południa popołudnia. Jest rano i wieczór, wieczorem przychodzi lekka ulga. Może dlatego lubię nie spać od północy do rana. Wtedy zwykle ta depresja najmniej dokucza. No dobra, pora znowu wyjść z domu – może teraz prosto? Po jakimś czasie orientujemy się, że wychodząc z domu, chwilę myślimy – w lewo, w prawo czy prosto? W końcu niezdecydowani wracamy, tak może być przez kilka dni. Później jest ten sam dylemat w wersji mini. Wstajemy z łóżka i się ubieramy, ale po co, jeśli nie wiemy gdzie skręcić, po kilku dniach przestajemy wstawać i wtedy zaczyna się koszmar, o którym niejednokrotnie już pisałem. Samotność jest fantastyczna, ale z kimś bliskim. Inaczej może i najczęściej nas łamie.
Nie dajmy nabrać się na uśmiechnięte miny znajomych. Maska chorego na depresję jest proporcjonalna do bólu, który go drąży. Tacy ludzie nie proszą o pomoc, nie wprost. Trzeba umieć czytać z oczu, mowy, gestów. Jeśli oczywiście nie mamy tego w dupie, zachłyśnięci amerykańskim stylem życia, że wszystko „it’s all right”. Często jest bardzo nie „all right”, bywa że nieświadomie uratujecie komuś życie prostym i banalnym pytaniem, nie ma uniwersalnego, trzeba tego kogoś znać by dobrać odpowiednie słowa. Zaproszenia nie przyjmie, niechętnie też zaprosi do siebie, więc nawet nie próbujcie się usprawiedliwiać, że zrobiliście wszystko co w ludzkiej mocy, gdy pewnego dnia, ktoś zadzwoni, że ów znajomy się powiesił.
Depresja ma coś wspólnego z Downem i autyzmem. Chory chciałby, by ktoś bliski okazał mu czułość, przytulił, ukoił. Ale tylko osoby wybrane przez niego. Inaczej tylko pogorszy to stan chorego i jego poczucie samotności. W sumie nie wiem czemu o tym piszę, jesień to pretekst, drugim jest to, że sam się z tym zmagam podobnie jak wielu z Was. Wiem, bo niemalże każdego dnia z kimś o tym rozmawiam na messengerze. Pierwsze objawy to brak wiary w jakikolwiek sukces, brak celu, zadaniowanie już nie działa, litość irytuje. A dalej nie pamiętam, bo czas staje i budzą się wszystkie demony. Naciąganym celem tego, że o tym piszę, może być przestroga, ale ona nic nie da, bo chory i tak zapadnie, a zdrowy za cholerę nie zrozumie, więc ten cel to lipa. Już bardziej prawdopodobne jest to, że nie mam innego pomysłu. Zaraz muszę wstać, wyjsć z domu i zastanowić się czy skręcić w lewo, prawo.
A wracając do Tomasza Lisa, tylko od uczciwości i kręgosłupa zależy czy kłamiemy, czy też mówimy prawdę. Mądry, kłamie inteligentnie, a głupi głupio. Po zamieszczeniu przez Pana tego tekstu śmiem twierdzić, że należy Pan do tej drugiej grupy. Ale mogę się mylić, jak Pan zauważył, nie wolno widza, w tym wypadku czytelnika traktować poważnie, bo tego nigdy nie wybaczy. A ja głupi zawsze poważnie i z szacunkiem podchodziłem do czytelników. Pewnie dlatego nie jestem naczelnym „Nesweeka”, a skromnym publicystą „DT”.

Anatomia pogromu

Jak Pan Tadeusz zabił Jankiela.

Słuchajcie co się stało 18 dnia
miesiąca Kislew;
Mordowano i męczono Żydów,
Pogrom to był krwawy,
Który ciągnął się przez kilka dni.
Kto teraz może milczeć?
Widząc nasze cierpienie na wygnaniu?
Przysłuchiwać się płaczom i lamentom,
Kiedy nasze serce pełne jest łez.
„Nie umrę a będę żył”. Pieśń pogromowa Oskara Rohatyna. Przekład: Natalia Krynicka

Prawie sto lat milczano o tym pogromie. Nawet jeśli wspominano o godnych pożałowania „wypadkach lwowskich” w listopadzie 1918 roku, nie używano słowa „pogrom”.
Do tej wypartej z pamięci zbiorowej sprawy wrócił po niemal stu latach Grzegorz Gauden. Po raz pierwszy dowiedział się o wymazanym z historii pogromie podczas dyskusji w Krakowie w roku 2011 – wtedy właśnie profesor Andrzej Romanowski wspomniał o lwowskim pogromie, którym jego sprawcy powitali odradzające się państwo polskie.
To była dla niego
szokująca wiadomość.
O lwowskim pogromie nie wiedział wówczas nic jak prawie wszyscy inni. Pamięć o nim została starannie ukryta, dokumenty (włącznie z raportami wysłanników rządowych) skrupulatnie zniszczone, informacje w ówczesnej prasie – poza jednym wyjątkowym, uczciwym artykułem Andrzeja Struga w „Robotniku – załgane albo nieobecne. „Stała się we Lwowie – pisał Strug – jakaś bezecna okropność. Po wymordowanych współrodakach obchodzi żałobę cały świat żydowski. Nam Polakom przystoi przywdziać jeszcze czarniejszą żałobę, bo mord masowy miał miejsce w mieście, którym chlubimy się, że jest polskim! Bo broniliśmy krwią własną jego polskości”.
Relacje o przebiegu pogromu we wspomnieniach weteranów i hagiograficznych opowieściach o wyzwoleniu Lwowa zostały pominięte albo przekręcone. Polska prasa w zasadzie milczała. Poruszony wiadomością o ukrywanym pogromie Grzegorz Gauden stanął przed ścianą. Niełatwo mu było dotrzeć do prawdy, musiał przeprowadzić rozlegle śledztwo. Aby odtworzyć przebieg wydarzeń, by wreszcie pokazać prawdę o lwowskim pogromie, który pozostał haniebnym dowodem polskiego antysemityzmu i przedziwnej zdolności do modyfikowania historii, przez kilka lat szukał materiałów i świadków na Ukrainie i w Ameryce. Gdzie się tylko dało.
Wydawca powstałej w rezultacie tych poszukiwań książki „Lwów – kres iluzji” tak referuje jej treść:
„Polski pogrom ludności żydowskiej we Lwowie miał miejsce 22 i 23 listopada 1918. Lwów – kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918 jest pierwszym obszernym studium poświęconym temu wydarzeniu, które w polskich opracowaniach historycznych jest albo całkowicie przemilczane, albo sprowadzane do fali rabunków dokonywanych głównie przez ukraińskich i żydowskich (!) bandytów oraz dezerterów z armii austriackiej w ogarniętym wojennym chaosem mieście.
Istnieje też inna polska wersja wydarzeń oskarżająca Żydów o zaatakowanie polskich żołnierzy, którzy musieli się bronić.
Rzetelne opisanie pogromu we Lwowie pokazuje, że to legendarni obrońcy Lwowa wraz z żołnierzami odsieczy, która przybyła z Krakowa i Przemyśla, stanowili podstawową grupę inicjatorów i sprawców pogromu. To oni rozpoczęli rabunki, gwałty i morderstwa w lwowskiej dzielnicy zamieszkałej przez ok. 70 000 Żydów we wczesnych godzinach porannych 22 listopada 1918 roku.
Do pogromu niemal natychmiast dołączyła polska ludność cywilna Lwowa, w tym także przedstawiciele jej najwyższych warstw społecznych”.
To bez wątpienia trafne streszczenie zawartości książki, która przynosi rzetelny, poparty licznymi świadectwami, zapis wydarzeń tak uporczywie pomijanych przez historyków. Ale książka Gaudena to coś znacznie więcej niż odtworzenie niemal godzina po godzinie tego wszystkiego, co wydarzyło się w dniach 22 i 23 listopada, a także później, kiedy impet pogromu przygasł, ale jeszcze tlił się długo. Może objawiał się już nie tak ekstremalnie, jak w tych listopadowych dniach – czas mordowania Żydów, podpalania i grabienia ich domów i sklepów minął, ale nie zakończył się czas plądrowania mieszkań, poniżania, szykanowania, prześladowania pod byle pretekstem.
Wartość studium Gaudena wykracza jednak poza budzący szacunek trud rekonstrukcji pogromu, co samo w sobie stawi dostateczny powód do chwały dociekliwego autora, ale polega również na zdefiniowaniu
anatomii pogromu,
jego źródeł i zakotwiczenia w praktyce społecznej. Gauden ukazuje szerokie tło polityczne, społeczne, ekonomiczne, religijne, kulturowe, które ukształtowało „gotowość pogromową”. Zasadne przecież musi być pytanie, co sprawiło, że ludzie uchodzący za przyzwoitych, a nawet z tzw. dobrego towarzystwa, ulegali pogromowej histerii i chętnie korzystali z okazji. Dość przywołać szokującą informację, którą przywołuje Gauden, o lwowskich damach z dobrych domów, które przybywały do rabowanych sklepów w towarzystwie służących, zajmujących się w ich imieniu rabunkiem wskazanych towarów. Zgromadzone w tej mierze dowody nie brzmią miło dla czytelnika kołysanego opowieścią o tolerancyjnym kraju, w którym stosunki między rozmaitymi nacjami były bez mała anielskie.
Z tym sielskim mitem rozprawiała się Olga Tokarczuk w swoich „Księgach Jakubowych” – zawarła w nich opowieści o domniemanych krwawych mordach rytualnych, jakich rzekomo dopuszczają się Żydzi, o zawstydzających dochodzeniach i ciągnących się procesach, wszczynanych nawet wbrew stolicy apostolskiej, o pogromach, przekupstwie, zachłanności i hipokryzji purpuratów. Toteż po opublikowaniu powieści, posypały się pod jej adresem niewyszukane, napastliwe pogróżki. Te gwałtowne reakcje wywołały zwłaszcza słowa, jakie wypowiedziała przed kamerą po odebraniu nagrody Nike za powieść „Księgi Jakubowe”: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów”.
Do dzisiaj – nawet po otrzymaniu Nagrody Nobla – „prawdziwi” Polacy ciskają na pisarkę gromy, że uprawia pedagogikę wstydu i cierpi na polakożerstwo. Gauden idzie w jej ślady. Toteż nic dziwnego, że i jego nie ominęły podobne insynuacje. Pogrobowcy pogromczyków nadal zaprzeczają pogromowi lwowskiemu, tak jak czynili to przed stoma laty twórcy legendy bohaterskiego i niepokalanego Lwowa. Mają autora książki za mistyfikatora, by uciec się tylko do najłagodniejszego epitetu miotanego pod jego adresem. Tymczasem właśnie ta tak znienawidzona przez rzeczników dobrej zmiany i nowej polityki historycznej pedagogika wstydu to nader skuteczne narzędzie wyzwolenia się z okowów historycznego kłamstwa. To terapia wstrząsowa, odsłaniająca prawdziwe fakty i wstydliwe ideologiczne trucizny, którymi przez stulecia karmiona była polska dusza. Karmiona przez kościół panujący, przez narodowych demokratów i ich akolitów. Książka Gaudena pełni rolę środka dezynfekującego. Każe spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, jak łatwo zakłamanie, wmówienie, manipulacja odnoszą zwycięstwo. Także dzisiaj.
To trzecia zasługa autora, który poddaje analizie
mechanizm wyparcia
prawdy. Mechanizm to znany w przypadku sprawców zbrodni, którzy jeśli uda im się ujść karze, usiłują, często skutecznie, wyprzeć z pamięci dokonane czyny. Okazuje się, że podobny mechanizm może funkcjonować w przestrzeni społecznej – nie jako jednostkowy sposób obrony przed następstwami zbrodni, ale jako metoda uprawiana przez zbiorowość. Gauden nie ukrywa, że motywem zasadniczym zaprzeczania pogromowi lwowskiemu były państwotwórcze, patriotyczne intencje – wiadomości o pogromie mogłyby bardzo zaszkodzić odradzającej się Polsce w uzyskaniu poparcia międzynarodowego dla aspiracji państwowych. Za wszelką więc cenę umniejszano skalę pogromu, zmieniano jego nazewnictwo eliminując ze sprawozdań, raportów i relacji określenie „pogrom”, obwiniając za wypadki lwowskie zdemoralizowane jednostki, Ukraińców, a nawet Żydów. Uprawiane konsekwentnie państwowe kłamstwo historyczne wspierała cenzura i Kościół. Było prawie pozamiatane i to jakże skutecznie, skoro przez sto lat pogrom lwowski uważano za niebyły. Przy czym tym skutecznym zabiegom dyplomatycznym i propagandowym nie towarzyszyły żadne korekty w polityce nadal stosowanych represji wobec Żydów, czy choćby nieśmiałe próby ukrócenia szalejącego antysemityzmu.
Najlepszym tego dowodem wiele innych pogromów i zajść antysemickich, które u progu niepodległości rozpoczęły się od pogromu kieleckiego 11 listopada 1918 (nie mylić z drugim pogromem kieleckim, tym po drugiej wojnie światowej). Podobnych zajść było wiele, wśród których prym wiodły pogromy w Wilnie czy w Mińsku. Polskiej niepodległości towarzyszyły one nie przypadkiem – kultywowany od lat antysemityzm przynosił swoje zatrute owoce. Dotykał wszystkich Żydów, nawet zdecydowanych rzeczników asymilacji i polskich patriotów. Wiedza o tej przeszłości, przekonuje swoją książką Gauden, jest konieczna, aby wreszcie wyzwolić się z dziedzictwa endenckiej retoryki, zerwać z mitami i otworzyć na prawdę.
Wielki krok ku ozdrowieńczej prawdzie czyni autor tą trudną do przecenienia książką. Jej sens metaforyczne ujął Gauden jednym zdaniem w jednym z końcowych rozdziałów: „22 listopada 1918 roku pan Tadeusz zabił Jankiela”.

Grzegorz Gauden – „Lwów. Kres iluzji Opowieść o pogromie listopadowym 1918”, wyd. Univeristas, Kraków 2019, str, 616, ISBN 97883-242-3536-0.

Sztafeta pokoleń

czyli rozwój redakcji polskiej CRI (Część II)

Kiedy w 1949 roku powstawała Chińska Republika Ludowa nikt nie myślał o tym, że chiński głos może pojawić się w polskich domach. 51 lat temu redakcja polska Chińskiego Radia Międzynarodowego (China Radio International powstało 3 grudnia 1941 r.) zaczęła emisję programu. Obecnie język polski jest jednym z ponad 40 języków, w którym nadawane są audycje radiowe z Pekinu. Ponad pięć dekad pracy polskiej redakcji w Pekinie to czas rozwoju rozgłośni, zmian kadrowych i technologicznych.
Programy nadawane ze stolicy Chin wniosły znaczący wkład w przyjaźń i zrozumienie między Chinami a Polską.

Głosy Chin
Przez długi czas CRI nie miało swoich korespondentów w Europie Środkowej i Wschodniej, tylko stacje reporterskie w Moskwie i Berlinie oraz w Serbii w Europie Południowej. Rozległy teren był pusty. W celu wzmocnienia informacji ze Starego Kontynentu rząd centralny zdecydował o utworzeniu placówki w Warszawie. W 2006 roku została otwarte biuro CRI w Polsce, do której została oddelegowana para dziennikarzy. Szefowa biura Tang Li, która uczestniczyła w powstaniu placówki w Polsce, przypomina sobie tamten czas:
„Byłam bardzo podekscytowana, kiedy rozpoczynałam pracę jako korespondentka z Chin. Powstanie placówki było okazją do rozwoju redakcji polskiej. Dzięki temu dziennikarze CRI mogli uczestniczyć w najważniejszych wydarzeniach w Polsce. Kilkakrotnie organizowałam spotkania klubu naszych słuchaczy”.
Po utworzeniu biura korespondenci nie tylko zajmowali się Polską, ale także trzema krajami nadbałtyckimi oraz Czechami, Słowacją, Węgrami, Bułgarią i Rumunią. Tworzyli na miejscu wiadomości, audycje w języku chińskim i polskim, relacje i artykuły dla gazet.
Dziennikarze redakcji polskiej korzystając ze znajomości języka przeprowadzili dużą liczbę wywiadów z przywódcami wysokiego szczebla z obu krajów. W przeddzień wizyty wicepremiera Li Penga w Polsce w maju 1985 roku przeprowadzono z nim wywiad. Rok później pierwszy sekretarz Polskiej Partii Robotniczej Wojciech Jaruzelski odwiedził Chiny, co zrelacjonowała polska redakcja. Chińscy dziennikarze polskiej redakcji relacjonowali między innymi wizyty w Chinach premiera Donalda Tuska (2008), prezydenta Bronisława Komorowskiego (2011), prezydenta Andrzeja Dudy (2015) oraz premier Beaty Szydło (2017).
Tang Li, która osobiście relacjonowała wizyty przywódców Chin i Polski, tak opowiada o swoim doświadczeniu:
„W 1997 roku prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski, jako najwyższy przywódca, po raz pierwszy złożył wizytę w Chinach od 38 lat. Wówczas redakcja CRI i CCTV wspólnie przeprowadziły z nim wywiad. Byłam wtedy na miejscu i współpracowałam z dziennikarzem z CCTV. Podczas wizyty przewodniczącego Chin Xi Jinpinga w Polsce w 2016 roku, także relacjonowałam to wydarzenie”.
W momencie wizyty Xi w Polsce, redakcja przygotowała i opublikowała serię reportaży dotyczących wizyty przywódców. Audycje pod tytułem „Przyjaciele z dalekiego kraju” nie analizowały współpracy między państwami z perspektywy makro, ale zwracały uwagę na codzienne życie zwykłych ludzi w Chinach i w Polsce,. Reportaż ten później zdobył Nagrody Chińskiej Prasy (China News Awards) w 2017 roku, co jest najwyższą chińską nagrodą prasową. Nie był to pierwszy raz, kiedy dziennikarzy z redakcji zdobyli wyróżnienie i uznanie. W 2011 roku reportaż „Rok Chopinowski w Chinach” także został uhonorowany państwową nagrodą. Dziennikarz Yang Chen, który pracuje w radiu od 2004 roku, jest głównym autorem tych dwóch reportaży i licznych audycji, które zdobyły nagrody. Jego dzieła zostały wysoko ocenione przez polskich słuchaczy, w tym ambasadę Polski w Chinach, a także były publikowane przez Polskie Radio. Tak mówi o swojej pracy:

Tang Li z polskimi słuchaczami w 2009 r. w Warszawie

„Te dwa programy, które zdobyły Nagrodę Chińskiej Prasy, podobnie jak wiele innych nagrań, które stworzyłem, koncentrują się na współpracy między Chinami i Polską w dziedzinie kultury, gospodarki czy sportu. Szukałem chińskich wątków, które mogą zainteresować polskich słuchaczy. To także odzwierciedlenie szerokich przestrzeni w relacjach obu krajów w ramach inicjatywy „Pasa i Szlaku” oraz rozwoju przyjaznych stosunków między Chinami a Europą Środkową i Wschodnią”.
Od 18. Zjazdu KPCh gospodarka chińska szybciej się rozwijała, a Chiny zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę na scenie międzynarodowej. Oznaczało to, że Polacy chcieli dowiedzieć się jak najwięcej o Chinach. W tym celu redakcja przygotowała szereg reportaży dotyczących aktualnych i gorących tematów związanych z Rokiem Chin i Polski, w tym: „Polski sinolog Michał Boym: Pionier polsko-chińskich kontaktów”, „Wzór współpracy chińsko-europejskiej: 60 lat sukcesów Chipolbroku”, „Szlak Bursztynowy i Szlak Jedwabny”, „Gdy Pekin spotyka Kraków—rozmowy z młodymi chińskimi i polskimi artystami”, „Wspomnienia polskich harbińczyków z czasów wojny antyjapońskiej”.
Na krajowej konferencji na temat propagandy i ideologii, która odbyła się w 2013 roku, przewodniczący Chin Xi Jinping zażądał, aby wprowadzić innowacje, by historię kraju przekazywać jako prawdziwy głos Chin. Redakcja wdrożyła tę koncepcję.
Redakcja nie tylko produkowała reportaże radiowe, ale też rozpoczęła tworzenie krótkich form wideo, promując je wśród polskich internautów w mediach społecznościowych. Zrealizowane przez polską redakcję CRI w 2015 roku „Miasto Lodów”, oparte na opowieści o Polakach, którzy mieszkali w chińskim Harbinie na początku XX wieku, zdobyło wiele laurów, w tym nagrodę w kategorii krótkich form dokumentalnych na 25. The Golden Rooster and Hundred Flowers Film Festival.
Przyjaźń i Porozumienie
Tworzenie polskiej redakcji CRI, które miało miejsce 51 lat temu, to także budowa grupy wiernych słuchaczy. Dziennikarze pracujący w Pekinie zastanawiali się: czy ktoś nas słucha? W miarę głębszego rozwoju reform i otwarcia Chin oraz wymiany zagranicznej relacja między Chinami i Polską zacieśniała się, a liczba listów przychodzących do redakcji stopniowo wzrastała. Gu Shuhui, która zajmowała się sprawami słuchaczy, powiedziała, że przychodzące listy udowodniły, że cel postawiony przed redakcją został zrealizowany:
„Wówczas Polacy bardzo entuzjastycznie odnosili się do Chin. Niektórzy nawet zrobili anteny w swoich domach aby móc lepiej słuchać naszego radia. Wielu pierwszych naszych słuchaczy to uczniowie polskich szkół podstawowych. Ich listy nie były długie, często pisali: „kocham Chiny, proszę o prezent”. Oczywiście odpowiadaliśmy im, wysyłając upominki. Kiedy otrzymywali od nas listy, chwalili się nimi w szkole.”
Jednym ze słuchaczy, którzy słuchają polskiej audycji od lat 70. jest Jarosław Jędrzejczak. Po raz pierwszy miał okazję usłyszeć program będąc nastolatkiem, o czym wspomina:
„CRI słucham już od 45 lat, zacząłem jeszcze wtedy, kiedy to radio nosiło nazwę Radio Pekin. Wtedy byłem jeszcze uczniem. Bardzo lubiłem audycje, które pokazywały inny świat, czyli Chiny. Miałem swoje ulubione programy, jeden z nich nosił tytuł „Dla przyjaźni i porozumienia”, który pokazywał stosunki polsko-chińskie. Poza tym lubiłem też inną audycję „Skrzynka listów”, która była nadawana przez wiele lat, gdzie chińscy dziennikarze odpowiadali na listy słuchaczy. Poza tym programy udzielały szeregu informacji o Chinach, które dla nas nie
były dostępne.”
Jędrzejczak wygrał specjalną nagrodę w konkursie CRI dla słuchaczy w 2006 roku i został zaproszony do odwiedzenia Chin. W tym samym roku, po powrocie do Polski, zorganizował pierwszy zagraniczny klub słuchaczy redakcji polskiej.
Programy radiowe i treści umieszczane na stronie internetowej były nierozłącznie związane z pracą wielu Polaków, którzy od połowy lat 80. pełnili funkcje ekspertów. Dzięki nim praca Chińczyków w redakcji była łatwiejsza.
Marta Zabłocka, ekspertka pracująca od początku 2018 roku w redakcji, powiedziała, że jej praca w CRI to nie tylko pomaganie chińskim kolegom i koleżankom w korekcie tłumaczonych tekstów, ale także w tworzeniu treści bardziej zrozumiałych dla polskich odbiorców.
„W redakcji pracują Chińczycy mówiący bardzo dobrze po polsku, to ludzie inteligentni, wrażliwi, cierpliwi. Chińscy dziennikarze tłumaczą wiadomości z Xinhua oraz CRI, które pierwotnie są przeznaczone dla chińskiego czytelnika. To sprawia, że nie są one czytelne dla odbiorców z Polski. Bardzo często zadaję koleżankom i kolegom pytanie o kontekst, którego nie ma w depeszy. Kiedy dopiszemy choćby jedno zdanie wyjaśniające, sprawia to, że wiadomość jest bardziej jasna. Każda depesza przetłumaczona przez redakcję przybliża Chiny Polakom.”
Według Zabłockiej doświadczenie pracy z chińskimi dziennikarzami to nauka Chin, dzięki której poszerza ona wiedzę o tym państwie. Wizyty studyjne oraz realizacja programów poza Pekinem sprawiają, że ekspertka ma szansę na jeszcze lepsze poznanie Chin.

Pracownicy redakcji polskiej CRI w 2013 r.

Można powiedzieć, że praca i doświadczenie zdobyte w CRI ma ważne znaczenie dla przyszłości każdego polskiego eksperta. Większość z nich weszła w obszar wymiany chińsko-polskiej ze względu na zdobycie zawodowego doświadczenia właśnie w radiu. Po zakończeniu kontraktu stali się oni ambasadorami przyjaźni Chin i Polski. Wśród nich jest dyplomata z Ambasady RP w Chinach, korespondent Polskiego Radia, eksperci w dziedzinie handlu i ekonomii.
Wojciech Jakóbiec, który pracował w redakcji od 2008 roku, jest doktorem sinologii. Po sześciu latach pracy w CRI obecnie jest on dyplomatą w polskiej ambasadzie w Chinach.
„Pamiętam bardzo dobrze 2009 rok, kiedy realizowaliśmy relację z defilady wojskowej z okazji 60. rocznicy powstania ChRL. W tamtym czasie zrobiliśmy też film na temat codziennego życia w Pekinie. Praca w redakcji była dla mnie doświadczeniem bardzo ciekawym. Mogłem zrozumieć jak myślą Chińczycy poprzez kontakty z chińskimi kolegami. W mojej dzisiejszej pracy w dyplomacji, takie doświadczenie jest bardzo przydatne. Lepiej rozumiem partnerów, lepiej rozumiem jak Chiny patrzą na arenę międzynarodową”.
Redakcja polska jest mostem przyjaźni chińsko-polskiej, nie tylko buduje relacje ze słuchaczami i czytelnikami w Polsce, ale też daje szansę na poznanie Chin przez pracę dla CRI.
Jako że redakcja polska CRI skupiała najwięcej absolwentów filologii polskiej, często jej pracownicy wynajmowani byli przez różne instytucje do pomocy w tłumaczeniach. Zapewniając normalne funkcjonowanie redakcji, jej pracownicy udzielają pomocy językowej, przy wydarzeniach związanych ze współpracą chińsko-polską. O tym zjawisku mówi Wu:
„Dzięki rozwojowi reform i otwarcia oraz częstym wymianom między Chinami i Polską popyt na chińskich specjalistów znających język polski wzrósł. Oznacza to dla nas wzbogacenie wiedzy o Polsce i znajomości języka ustnego”.

Wojciech Jakóbiec i Yin Xiangfeng podczas transmisji wideo w trakcie EXPO w Szanghaju w 2010 r.

Han Xinzhong, pracował w CRI przez 21 lat, kiedy w 2016 roku został wyznaczony do Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych (PUJO). Obecnie pełni on funkcję chińskiego dyrektora Instytutu Konfucjusza w Krakowie. Według niego to właśnie radio dało mu możliwość odgrywania większej roli w rozpowszechnianiu chińskiej kultury za granicą:
„Podczas pracy w Instytucie Konfucjusza w Krakowie wykorzystuję wiedzę i doświadczenie zdobyte z CRI. W 2018 roku otrzymałem nagrodę najlepszego dyrektora Instytutu Konfucjusza, którą przyznał mi PUJO. Myślę, że to wyróżnienie jest związane z doświadczeniem zawodowym zdobytym podczas pracy w redakcji polskiej i jest to także nagroda dla samego radia. Pamiętam słowa mojego szefa z CRI, który powiedział mi, że mam służyć krajowi gdziekolwiek będę. Do tej pory noszę je w sercu”.
Nowa era
Przez ponad 50 lat nowi pracownicy zastąpili starszych. Dzięki temu utrzymuje się ekipa redakcji polskiej, która stale pracuje nad relacją bilateralną.
W październiku 2018 roku redakcja przyjęła dwóch nowych pracowników. Jedną z nich jest absolwentka polonistyki Liu Tongyu, która zajmuje się Facebookiem oraz multimediami. Tak opisuje swoje pierwsze wrażenia:
„Nie spodziewałam się, że praca tutaj da mi tyle możliwości. Myślałam, że będę jedynie tłumaczyła teksty, jednak okazało się, że to prawdziwa dziennikarska praca, bo mogę robić nagrania wideo czy realizować projekty multimedialne.”
W ostatnich latach tempo pracy redakcji przyśpiesza. Dzięki podnoszeniu poziomu językowych kwalifikacji, wysiłki dziennikarzy i tłumaczy skierowane są w stronę pracy nad nowymi platformami medialnymi. Zmiany te zauważa zastępca szefa redakcji Zhong Lei:
„Za nami czas „biegu z taśmami” i maszyn do pisania. Teraz robimy wideo oraz tworzymy treści multimedialne, stając się pracownikami nowej ery. Jeszcze niedawno radio nadawało na falach krótkich, teraz wchodzimy w nowe media, dzięki którym informacja szybciej dociera do odbiorców. Zmiany zachodzące w pracy naszej redakcji idą właśnie w tym kierunku”.
W 2018 roku rząd centralny zdecydował, że Chińskie Radio Międzynarodowe, Chińska Centralna Telewizja i Chińskie Centralne Radio Ludowe połączą się tworząc wspólne Chińską Grupę Mediów (CMG). Ponad pięćdziesiąty rok działalności redakcji polskiej CRI to czas wielkiej zmiany. Tak ocenia to jej szef Yin Xiangfeng:
„To wielka szansa dla Chińskiego Radia Międzynarodowego. Po powstaniu nowej instytucji, kiedy będziemy największą grupą mediów, jestem przekonany, że nasze siły zostaną wzmocnione choćby przez dostęp do zasobów wideo z CCTV. Dzięki temu, Polacy nie tylko poznają Chiny dzięki naszym głosom i tekstom, ale także dzięki zdjęciom i filmom.”
Pięćdziesiąt jeden lat istnienia redakcji polskiej CRI to czas wzlotów i upadków. W tym roku przypada 70. rocznicy powstania ChRL i nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami i Polską. Radio było świadkiem rozwoju stosunków chińsko-polskich, ale też zmian zachodzących w chińskich mediach oraz społeczeństwie.