Fejk niusy

• Polski sąd uznał, że wykrzykiwanie przez megafon hasła: **** *** nie jest szkodliwe społecznie. Ze sklepów zniknęły wszystkie megafony, ale sieci handlowe zapewniają, że będą nowe dostawy, w dużych ilościach. Mateusz się cieszy, bo VAT, bo podatki… Gospodarka ruszy z kopyta i TVP oraz Karnowscy będą mieli o czym informować.
• Amerykańscy właściciele TVN odetchnęli z ulgą. Żona ministra rządu z PiS występuje w programie „Top Model”, w znienawidzonej przez władze stacji. Znaczy TVN jeszcze trochę będzie działać.
• Minister edukacji Czarnek ogłosił, że z naszych pieniędzy będzie dokładać do szkolnych wycieczek, konkretnie do „miejsc dziedzictwa narodowego”. Szybko do szkół trafiła lista tych miejsc. Są na nich m.in. Malborg i Pelpin, których… nie ma na mapie Polski. Może pora, aby kadry ministerstwa podszkoliły się w geografii i języku polskim?
• Tak zwany Polski Ład, na którym ponoć prawie każdy Polak miał zyskać, traci swe różowe barwy. Składkę zdrowotną w wysokości 9 proc. której nie można odliczyć od podatku, trzeba będzie zapłacić np. w przypadku sprzedaży samochodu, nieruchomości (na przykład mieszkania), itp. Sprzedajesz samochód lub mieszkanie? 9 proc. kwoty ze sprzedaży będziesz musiał oddać państwu PiS na jego programy socjalne, na pensje PiS-owskich dygnitariuszy wstawionych na stanowiska spółek skarbu państwa, na ochronę willi na Żoliborzu i jego właściciela, na kolejne pomniki smoleńskie, miesięcznice…
• Mądry człowiek słucha wszystkich, głupi wie wszystko. To mądre polskie przysłowie znają niestety tylko wyborcy opozycji. Inni nie poznają, dopóki premierem będzie Morawiecki, jego szefem prezes PiS, ministrem szkolnictwa Czarnek, a specem od propagandy Kurski.
• NBP nie wybije okazjonalnej monety z okazji setnej rocznicy istnienia Senatu. Wierzymy, że nie dlatego, iż większość w senacie ma opozycja. Za to zostanie uczczona znacznie ważniejsza instytucja. Poczta Polska wypuści znaczek z okazji 30-lecia Radia Maryja.
• Medialny potentat „Nic nie Mam” Rydzyk żali się fanom, że jego uczelnia nie dostaje dotacji rządowych. Wzywa polskie firmy (po pandemii mające jakimś CUDEM „nadwyżki finansowe”), aby wsparły jego działalność. Rydzykowe wyciąganie ręki po pieniążki nie ma końca, a jego kasa nie ma dna. Moralnego.

Kapsułki pamięci

Jerzy Nasierowski
Gdy w latach 1995-2005 byłem w zespole redakcyjnym najpierw miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”, z pismem współpracował także Jurek. Był już wtedy poza aktorstwem i namiętnie oddawał się pisaniu. Napisał i wydał kilka tomów wspomnień z więzienia, gdzie znalazł się na początku lat siedemdziesiątych po głośnym procesie o zabójstwo i rabunek dokonane przez niego wraz ze swoim kochankiem na Starówce warszawskiej.
Czas odsiadki skrócił mu Roman Bratny, który poproszony o pomoc przez Krzysztofa Zanussiego, oczarowanego pisarstwem Jurka, przemyconym zza krat, użył swoich towarzyskich kontaktów na szczytach władzy, a konkretnie u generała Czesława Kiszczaka. Mieszkałem wtedy jeszcze w rodowitym Lublinie i co najmniej raz w miesiącu przyjeżdżałem na kolegia redakcyjne do Warszawy. Zazwyczaj nocowałem wtedy u Jurka w jego lokum na Nowym Świecie.
Jurek miał obsesję na punkcie zachowania młodego wyglądu, ćwiczył intensywnie, dbał o cerę, co sprawiało, że mimo dojrzałego wieku (miał już w tym okresie po sześćdziesiątce) nie wyglądał na swoje lata, na co miała wpływ także jego nieco cherubinowa blond uroda. Jurek przyjechał z kolei do Lublina na operację plastyczną, którą opłaciła mu jedna z ważnych telewizji w zamian za możliwość sfilmowania jej i wtedy zanocował u mnie. Jesienią 1995 roku pojechaliśmy razem, w ramach szerszej grupy, na doroczny, kilkudniowy zjazd Humanistische Deutsche Verband (Niemieckiego Związku Humanistycznego) do Berlina, a w naszej grupie był także Piotr Gadzinowski, z którym przewędrowałem wiele godzin po stolicy Niemiec. Podczas któregoś ze śniadań hotelowych siadłem przy stole z Jurkiem i z pewnym profesorem filozofii, starszym od Jurka zaledwie o cztery lata, ale wyglądającym bardzo sędziwie. Gdy profesor snuł w pewnym momencie wspomnienia z czasów powstania warszawskiego, Jurek odwzajemnił mu się wspomnieniem z handlowych wizyt z matką w getcie warszawskim. Profesor spojrzał na niego ze zdumieniem. Zapytał Jurka, czy ten nie zmyśla, bo wygląda na człowieka urodzonego już po wojnie.
Operacje i starania Jurka dały więc, niczym eliksir młodości, oczekiwany przez niego efekt. Z Jurkiem od 20 lat nie mam kontaktu, nie ukazują się jego książki, gdzieś dla mnie zniknął. Od czasu do czasu oglądam go tylko w dość często powtarzanym filmie telewizyjnym „Błękitny pokój” nakręconym przez Janusza Majewskiego, gdzie Jurek zagrał w parze z Polą Raksą. Widuję go też w „Godzinie pąsowej róży” Hanny Bielińskiej, gdzie zagrał u boku Elżbiety Czyżewskiej.
Barbara Stanosz
Była nieformalną redaktorką naczelną wspomnianego wyżej wolnomyślicielsko-racjonalistycznego miesięcznika, a później kwartalnika „Bez dogmatu”.
Spotykaliśmy się na kolegiach w redakcyjnym pokoiku przy ulicy Twardej 18. Barbara była profesorką filozofii i specjalizowała się w logice języka. Była bardzo uczona i miała umysł ostry jak brzytwa. Była nie tyle antyklerykałką, ile namiętnym wrogiem religii. Uważała ją za „obelgę dla rozumu ludzkiego” i fakt, że religia w ogóle istnieje był dla niej niebywale skandaliczny, nie mogła się pogodzić z taką aberracją. Wręcz płonęła żarem antyreligijnym.
Nawet ja, także ateista, byłem daleki od aż tak namiętnej niechęci do religii. Mimo swojego antyfideizmu Barbara nie była hedonistką, żyła po spartańsku, ascetycznie, jedyną jej przyjemnością natury fizycznej były papierosy, których dziennie spalała jakieś trzy paczki, a jadała jak wróbelek. Szkoda, że nie dożyła czasów, w których Kościół katolicki w Polsce chwieje się w posadach z powodu afer pedofilskich, arogancji, chciwości oraz innych nadużyć, a młodzież w większości odwróciła się od niego. Wtedy, ćwierć wieku temu, było to trudne do wyobrażenia.
Kościół był na fali wznoszącej, miał papieża Wojtyłę, religię w szkołach, zakaz aborcji i wszelakie przywileje finansowe. Istniał wprawdzie popularny tygodnik „Nie”, ale to zasadniczo nie zmieniało układu sił. Gdy spotykaliśmy się w redakcyjnym pokoiku, miałem poczucie, że niszowe (1000 egzemplarzy nakładu), teoretyczne, chłodne pismo nie ma nawet szans konkurować z satyrycznym pismem antyklerykalnym opartym na społecznym konkrecie.
Miałem też poczucie, że jesteśmy niszowym kręgiem bez praktycznego znaczenia wobec walca politycznego klerykalizmu. Czy cieszyłaby ją obecna sytuacja? Chyba nie, bo była bardzo wymagająca i sam fakt, że Kościół ciągle trwa, a ciągle wielu ludzi chodzi na nabożeństwa, był dla niej „zgorszeniem i głupstwem”, skandalem. Barbara była bardzo uczona i przenikliwa, ale pomyliła się w jednej ze swoich prognoz, którą opublikowała w „Gazecie Wyborczej”, tuż po wprowadzeniu zakazu aborcji w styczniu 1993 roku.
Stwierdziła wtedy pesymistycznie, że Kościół wychowa sobie posłuszne jego władzy pokolenia i to utrwali się, spetryfikuje na długie dziesięciolecia, może nawet na zawsze.
Nie przewidziała (nikt nie przewidział) w tym tekście antyklerykalnego buntu młodzieży z lat 2016 – 2020, fali laicyzacji, ale też trudno było wtedy o to, bo o wielu okropnościach kościelnych nie wiedzieliśmy. Mimo to żałuję, że już jej nie ma i nie mogę jej zapytać, co o tym wszystkim myśli.
Jan Baszkiewicz
To od lektury jego biografii Robespierre’a zaczęła się moja fascynacja historią Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Była tak silna, że zapragnąłem Profesora poznać.
Był wyrafinowanym intelektualistą o silnym zmyśle ironii, poczucia humoru i bajecznym erudytą. W jego sposobie bycia i mówienia, w typie poczucia humoru było coś francuskiego, wykwintnego w dawnym stylu. Umysł miał – nazwę to tak – wolteriański. Umówiony, zapukałem do jego wypieszczonego, pełnego książek warszawskiego mieszkania przy Świętojerskiej, nieopodal Starego Miasta.
Po dłuższej rozmowie zaprosił mnie na obiad do „Bazyliszka” i zaczął opowiadać o rewolucjonistach francuskich, o jakobinach i innych tak plastycznie i barwnie, jakby byli jego starymi znajomymi. Przez szereg lat korespondowaliśmy, a ja czytałem jego kolejne książki: „Dantona”, „Rewolucję Francuską 1789-1794”, „Francuzów 1789-1794. Studium świadomości rewolucyjnej” i inne.
Do końca życia był konsekwentnym człowiekiem lewicy, a lewicowość traktował integralnie. Gdy ja w latach osiemdziesiątych patrzyłem na ruch „Solidarności” z boku, ale z różnych powodów nie bez pewnej sympatii (choć daleko od entuzjazmu) profesor otworzył mi oczy na wiele spraw w tej mierze.
Ale i on, tak przenikliwy analityk życia politycznego (zawsze przez pryzmat historii) pomylił się w prognozie co do przyszłości. Nasze wspomniane spotkanie miało miejsce w czerwcu 1980 roku, na kilka tygodni przed wydarzeniami sierpniowymi na Wybrzeżu.
Kiedy go wtedy zapytałem czy przewiduje wybuch protestów, powiedział, że nie, bo „obecne społeczeństwo to worek kartofli”.
Od lat, gdy słyszę, jak ktoś autorytatywnie mówi, że coś się zdarzy albo nie zdarzy, przypominają mi się słowa profesora Baszkiewicza.

Oko smoka

Kolejny fragment pierwszego tomu trylogii „Zabij pożyczonym mieczem” o perypetiach światowego szpiegostwa.

Zaczęły się seanse przesłuchań Caagana Bee, poprzedzone długimi rozmowami z psychologami, usiłującymi nakłonić go do większej otwartości i zaufania. To ostatnie wzmogło się po tym, gdy Nieczajew przyniósł mu, na piśmie, co już samo w sobie było wyjątkowe, zapewnienie ze strony szefa wywiadu, że w razie pełnej współpracy i dostarczenia, w miarę możliwości, materialnych dowodów współpracy z chińskimi służbami, może liczyć nie tylko na nadzwyczajne złagodzenie kary, ale nawet na pełne uniewinnienie. W miarę tego, jak psychologowie rozkładali go na czynniki pierwsze, rósł dorobek śledczych. Nie stosowali żadnej presji fizycznej, unikali też zbyt silnego nacisku psychicznego, chociaż wykorzystywali stan emocjonalny szamana i swego rodzaju pułapki w dziedzinie sfery osobistej.
Pewnego dnia, Caagan Bee złożył ofertę.

  • Mam w Chinach żonę i dziecko, zaledwie dwuletniego chłopczyka, o którym więcej słyszałem, nie mając z nim bezpośrednich kontaktów, co nie przeszkadza temu, że bardzo go kocham, Jeśli postaracie się ich stamtąd wyciągnąć. gotów jestem doprowadzić operatorów SWR do dokumentów. Będą jednoznacznie wskazywały na chińskie sprawstwo w organizacji ataku na Centrum.
    To oświadczenie przyszło mu z wyraźnym trudem. Śledczy natomiast zrozumieli, że owe dowody były niedaleko wprawdzie, ale po chińskiej stronie granicy.
  • Gdy Er Bu Qingbao bu przerzucało mnie z Urumczi przez miasto Altay na rosyjską stronę, żebym zrobił rozeznanie terenu przed atakiem i znalazł ewentualnych sojuszników pośród nielicznych, ale jednak obecnych tu Tuwińców, popełnili pewien błąd. Bardzo im zależało na tym, żeby akcja się udała. Młodemu oficerowi, który z Urumczi wysłał mnie na tę misję, chyba najbardziej. Jej powodzenie dawało mu szansę na szybszy awans i przeniesienie z tej zabitej dechami prowincji. Kiedyś była ona sercem zagłębia naftowego, a teraz dogorywała w otoczeniu nieprzyjaznych Ujgurów – szaman zamyślił się nad czymś.
  • Zdawałem sobie sprawę, że jest to wyprawa skrajnie ryzykowna – kontynuował. – Jeśli nie zatrzymaliby mnie wasi pogranicznicy, to w powrotnej drodze mogli mnie zastrzelić chińscy. Wymogłem na tym kapitanie glejt, który w razie pojmania dawał mi, po okazaniu go chińskim żołnierzom, gwarancję zachowania życia. Dał mi ten kwit i to na druku używanym przez jego firmę. Nie omieszkał mi przypomnieć, że życie mojej żony zależy od mojej lojalności – szaman zrobił przerwę dla nabrania oddechu.
  • Gdy wracałem z okolic Zmeinogorska i znów przekraczałem granicę, musieli mnie zauważyć wasi. Byli pewnie daleko, bo zaczęli strzelać niecelnie. Wtedy mnie olśniło. Mam jedyną szansę w swoim rodzaju – glejt, poświadczający, że stoi za mną wywiad Sztabu Generalnego Armii Chińskiej. To się nie powtórzy. Wywiady, nie tylko chiński, nie wydają swoim operatorom w terenie legitymacji. Biegłem ścieżką w dół górskiej stromizny, po piargu. Osunąłem się kilkanaście metrów. Zatrzymał mnie rosochaty kosodrzew, pod którym było parę metrów prawie pionowej ściany, a później zaczynała się ostra pochyłość, którą można było zejść do pobliskiej kotliny. Miałem przy sobie foliową torebkę z papierowymi chusteczkami do nosa. Może się wam to wydać śmieszne, ale w tym dramatycznym momencie rozumowałem tak: to kiedyś może być gwarancja wobec władz chińskich istnienia mojego i mojej rodziny. Tego nie będą się mogli wyprzeć. Głupie, prawda? – Caagan potoczył wzrokiem po śledczych, jakby szukając u nich potwierdzenia lub zaprzeczenia dla swoich słów.
  • Włożyłem glejt do foliowej torebki, wsunąłem do jamy pod korzeniami krzewu, przyłożyłem sporym kamieniem. Nie bójcie się, zapamiętałem to miejsce na całe życie. Zresztą to trasa, po której do was przerzucano nie tylko mnie. Chińczycy musieli słyszeć strzały i to stanowiło dla mnie alibi, nawet bez glejtu. Przecież starałem się nielegalnie, nielegalnie dla was, dotrzeć na teren Chin. To nawet głupiemu dowódcy patrolu dałoby do myślenia i zanim wpakowałby mi kulę w łeb, co w zbuntowanym okręgu Sinciang nie było nowością, pewnie zawiadomiłby Urumczi.
  • Dalej wszystko potoczyło się jak w dobrze wyreżyserowanym filmie = kontynuował po chwili przerwy. – Dopadł mnie patrol chiński. Słyszeli strzały waszych. Usłyszeli moje tłumaczenia i prośbę o kontakt z ekspozyturą wywiadu w Urumczi. Prewencyjnie mnie zdrowo obili, ale wywołali mojego oficera. Przyjechał. Zameldowałem mu powodzenie misji, czyli rozeznanie podejść do obiektu ataku i nawiązanie kontaktów z miejscowymi. Zażądał zwrotu glejtu. Powiedziałem, że uciekając przed Rosjanami spanikowałem i zawieruszyłem go. Zresztą, było to prawie bliskie prawdy. Machał mi przed nosem pistoletem, obiecywał zabić, ale w końcu, grożąc konsekwencjami dla bliskich w razie gdybym komukolwiek powiedział o szczegółach misji, darował mi życie. Niewiele ryzykował, bo w razie czego mógł się wszystkiego wyprzeć. Tym bardziej, że zapewniłem go, iż nikomu nie zamierzam opowiadać szczegółów mojego powrotu z misji „z tarczą”. I tak rzeczywiście postanowiłem. Pierwszymi, którym wspominam o jej przebiegu, jesteście wy…
    Caagan Bee musiał zrobić dłuższą przerwę, gdyż bardzo osłabł po ta długim monologu. Widać zresztą było, że miotają nim przeróżne emocje. Śledczy też zrobili sobie zatem przerwę na kawę i kontakt z szefami. Do rozmowy wrócono po blisko godzinie.
  • Tego oficera spotkałem przypadkiem nieco później w ośrodku szkoleniowym pod Pekinem, gdzie przechodziłem kurs sabotażu. Zrobił karierę, także dzięki mnie. Był już majorem. Udaliśmy, że się nie znamy.
    Śledczy słuchali w milczeniu.
  • No i czego się po nas spodziewasz? – zapytał jeden z nich, gdy zrozumieli, że szaman skończył swoją opowieść.
  • Tego, że za ten przesądzający dowód uratujecie moją rodzinę.
  • A jaką rolę widzisz dla siebie?
  • Nie rozumiecie? Jestem gotów poprowadzić was na drugą stronę. Jak coś pójdzie nie tak, zlikwidujecie mnie. Ale rodzinę uratujcie. Życie za życie.
    Śledczy przerwali przesłuchanie.
  • Musimy poznać zdanie przełożonych, a to może trochę potrwać.
  • Jasne. Byle nie za długo – odpowiedział Caagan Bee.
    Gdy w Jasieniewie dostali informację o rewelacjach Caagana, poszła ona natychmiast na najwyższy, wąski i ściśle tajny rozdzielnik. Kierownictwo zastanawiało się, czy ma sens podejmowanie tak ryzykownych, podchodzących pod łamanie prawa międzynarodowego decyzji. Byłaby to nielegalna ingerencja na terytorium chińskim, bo przecież nie poproszą Pekinu o zgodę na wejście rosyjskich specjalsów na obszar Chin. Potencjalna misja była w takim samym stopniu obarczona możliwymi negatywnymi konsekwencjami, w jakim mogła przynieść znaczne polityczne a nawet geopolityczne, w szerokim rozumieniu tego słowa, korzyści.
    Wreszcie generał Naryszkin zdecydował:
  • Realizujemy. Jeśli się uda, to możemy się zastanowić nad podjęciem gry wywiadowczej z Chińczykami. Z nami nie pójdzie im tak łatwo jak z Amerykanami, za dobrze się znamy. Pozwolimy im medialnie poszaleć, niech wytoczą ciężkie działa świadczące o ich niewinności. Równocześnie stworzymy im okazję do uzyskania dowodów na to, że Caagan Bee żyje i możemy przeciwstawić ich słowom świadectwo organizatora najazdu na Centrum. Wtedy zacznie się bal. Będą próbowali go zlikwidować. A w końcówce tej afery pewnie uda się nam wyciągnąć jego rodzinę z matni. Tak, żeby nikt nie mógł powiedzieć złego słowa o przewrotnych, niedotrzymujących słowa Moskalach. Mam już cały scenariusz w głowie, do was, panowie, należy dopracowanie szczegółów. Pamiętajcie, że to właśnie w nich czai się diabeł. Jakby co, to wy pójdziecie do piekła – uśmiechając się zakończył tyradę wygłoszoną do swoich dwóch zastępców.
  • Jeśli to ma służyć ojczyźnie, to nie żal zejść do piekieł – poważnie odpowiedział mu ten od spraw operacyjnych.

Był przejmujący ziąb. Piątka mężczyzn, których wcześniej podrzucił do podnóży gór helikopter, miała już w nogach kilkanaście kilometrów, zaliczonych w terenie, w którym normalny człowiek powinien paść po kilku. W dodatku siły natury sprzysięgły się przeciw nim. Wiało, lało i od czasu do czasu grzmiało. Nie w następstwie piorunów lecz osuwisk kamienistego gruntu. Każdy krok do przodu był teraz na wagę istnienia.

  • Nie można sobie wyobrazić lepszych warunków. Wprawdzie nasi mają rozkaz niczego nie zauważać, ale przy takiej pogodzie, gdy nawet psa byłoby żal wypędzić na dwór, chińscy pogranicznicy, ci zjadacze psów, zostaną pod dachem – cieszył się dowodzący grupą.
  • Masz rację, Wania, nie ma tego złego… – powiedział jeden z jego podwładnych o pokiereszowanej, twardej twarzy, świadczącej nie tylko o tym, że wiele przeżył, ale też, że nie zadrży mu ręka, gdy będzie trzeba przedłużyć to życie za cenę likwidacji innego.
    Jednak jego wojskowa, mimo ciężkiego ekwipunku wyprostowana na baczność sylwetka mówiła też o czym dodatkowym. Sygnalizowała, że jeśli dostanie taki rozkaz, to pójdzie w ogień. Podobnie wyglądali dwaj pozostali operatorzy „Wympieła”. Wyraźnie odstawał od nich i wyglądem, i formą, piąty członek tej grupy. Nie miał żadnego bagażu, szedł ubrany w grubą, ale lekką i ciepłą kurtkę kamuflażową. Duże gogle osłaniały oczy przed smagającym twarz wichrem. Kaptur, zaciągnięty silnie wokół policzków, zostawiał małą przestrzeń dla ust i nosa. Nawet sprawny obserwator nie rozpoznałby w tym mężczyźnie szamana, którego jeszcze niedawno poszukiwały służby specjalne kilku światowych mocarstw.
    Mi-8 wysadził ich na podejściu pod masyw Chüjten orgil, niezbyt daleko na zachód od tego szczytu. Za plecami zostawili na zachodzie Grzbiet Północnoczujski, byli już głęboko na południe od rosyjskiej miejscowości Bieliaszy i kierowali się mniej więcej w rejon jeziora Alekule w Sinciangu i źródła rzeki, wpadającej do niego z lodowców Ałtaju położonych na nieodległych szczytach. Musieli przedrzeć się przez grzbiet pasma górskiego wyznaczającego granicę między Rosją a Chinami. Nie mieli zamiaru zapuszczać się dalej, w tereny gęściej zamieszkałe, w pobliże miasta Altay i słonego jeziora Ulungur Hu, skąd było już rzut beretem do rozwidlenia szos przelotowych G-216 i G-217 oraz do Urumczi, z którym łączyły się traumatyczne wspomnienia Caagana Bee.
    Po pokonaniu tego naturalnego zabezpieczenia granicy musieli przejść zboczem na stronę chińską jeszcze jakiś kilometr, nie więcej, tak przynajmniej zapewniał szaman, którego eskortowali. Nie ukrywał jednak, że ten odcinek będzie wyjątkowo ciężki. Czekały ich tylko piargi i odcinki pionowych ścianek skalnych między niewielkimi półkami, na których można było oprzeć podeszwy uzbrojonych w raki butów, śladowa roślinność podobna do kosodrzewiny, za której iglaste gałęzie można się było w krytycznym momencie złapać. Na tym między innymi, na rzadkości występujących tu iglaków, Caagan opierał swe nadzieje na rozpoznanie schowka z dokumentem wydanym nieopatrznie przez funkcjonariusza Er Bu Qingbao bu. Było jeszcze jedno niebezpieczeństwo, którego nie wymieniali, by nie zapeszyć. Mimo wszystko, bez względu na fatalną pogodę, mogli się natknąć na chińskich pograniczników, tutaj, w buntowniczym, muzułmańskim regionie Sinciangu, szczególnie czujnych. Podlegli MBP mieli szerokie uprawnienia i na ogół najpierw strzelali, a potem pytali o dane personalne, jeśli było jeszcze wtedy kogo o to pytać. Spotkania z miejscowymi, chociaż było wysoce nieprawdopodobne, nie obawiali się. Tutejsza ludność w większości patrzyła na przedstawicieli administracji, a szczególnie armii chińskiej, jak Tybetańczycy: jak na okupantów, a w najlepszym przypadku prześladowców. Tak, że nie śpieszyliby się z meldowaniem o stwierdzeniu obecności grupy pięciu nieznanych mężczyzn w okolicy. Jedynym, który dążył do spotkania z chińskim patrolem, był Wania, ale nie zdradzał się z tym pragnieniem wobec towarzyszy wyprawy.
    Doszli już do grzebienia łańcucha górskiego, po drugiej stronie którego zaczynały się włości Państwa Środka. Zaczęli ostrożnie schodzić stromym zboczem, które niebawem zmieniło się w tor przeszkód z pionowymi ściankami. Ich stromizny, choć krótkie, kazały im wstrzymywać dech, który odzyskiwali tylko, gdy stopy odnajdywały oparcie na wąskiej półce, a przynajmniej jedna dłoń wczepiała się pewnie palcami, obciągniętymi materią rękawic, w szczeliny między głazami.
  • Gdzie to jest, gdzie? – Caagan Bee nie zdawał sobie sprawy, że myśli na głos.
  • Lepiej by było, gdybyś sobie przypomniał – z czymś w rodzaju groźby w tonie swych słów odreagował podwładny Wani.
    Mimo świetnej kondycji psychofizycznej, efektu morderczych ćwiczeń, mieli już serdecznie dość tej eskapady. Krótkie karabinki, ukryte pod kurtkami, ciężkie plecaki, komplety magazynków zapasowych przy pasach nie ułatwiały marszu.
  • O, to tam! – szaman wskazał na rozłożysty krzew, rosnący jakieś dwa metry pod nimi.
    Deszcz ze śniegiem zaczął go już oblepiać, ale był jeszcze dobrze rozpoznawalny. Zsunęli się w dół. Szaman zamarł, zdjął gogle, widać było, że intensywnie myśli. Niepewnie zbliżył rękę do jedynego wśród kamiennej drobnicy, dużego odłamka skalnego u stóp iglaka. Odsunął go z trudem na bok.
  • Jest! – krzyknął po chwili, widząc w głębi jamy, ukrywającej się za głazem, małą, zwiniętą torebkę z plastikowej folii, takiej, w jaką pakuje się jednorazowe chusteczki do nosa, W środku było coś, co przypominało równie zmiętą kartkę papieru.
    Szybko wsunął znalezisko do kieszeni, zapinając ją na rzepy.
  • Wracamy – zwrócił się do Wani, który z ociąganiem powtórzył to swoim ludziom rozkazującym tonem.
    Wszyscy na nie czekali i mogło się wydawać, że dodało im to skrzydeł, tak szybko pięli się w górę. Wtem w skałę obok nich uderzył pocisk, krzesząc iskry. Kolejny – podobnie. Trzeciemu towarzyszyło soczyste przekleństwo jednego z Rosjan, któremu kula zawadziła o ramię. Mieli wprawdzie pod bluzami kevlarowe kamizelki kuloodporne, a pod czapkami z włóczki kevlarowe, półokrągłe hełmy, ale ramiona mieli nieosłonięte, tyle, że okryte materiałem kurtek.
  • Nic takiego, to tylko otarcie – dziarsko zaraportował ranny. Wania zbliżył się do Caagana i ściągnął mu z głowy kaptur, wraz z kuloodporną osłoną.
  • Co robisz?! – zaprotestował szaman.
  • Milcz i w górę, jeśli ci życie miłe – warknął Wania.
    Po kilku minutach przeskoczyli wąską ścieżkę, wiodącą grzbietem góry, by po chwili znaleźć się po jej przeciwnej, rosyjskiej stronie.
  • Co ci przyszło do głowy?! – żachnął się Caagan, spoglądając na Wanię.
  • Wybacz, tak było w scenariuszu.
  • Co? Zwariowałeś? Przecież nie jesteśmy na planie filmowym.
  • No nie wiem… Ale wiem, że ty grasz swą życiową rolę.
  • Odwal się, palancie.
  • No, gdyby nie to, że masz wrócić żywy, to bym ci pomógł szybko znaleźć się na dole.
    Caagan spojrzał w przepaść i opuścił go bojowy nastrój.
  • Wytłumaczysz wreszcie o co chodzi?
  • Nie wiem, czy zrozumiesz moje zachowanie, ale spróbuję ci to wyjaśnić. Chińczycy mają zwyczaj dokumentować swe interwencje. Używają niezłego sprzętu fotooptycznego i elektronicznego. Dostałem rozkaz, żeby – gdyby nadarzyła się okazja – pokazać im ciebie. Żeby doszło do nich, że żyjesz, albo to twój brat bliźniak, którego nie masz.
  • Masz rację. Nie rozumiem, ale jeśli ma to służyć spełnieniu waszych obietnic i pomóc moim bliskim, to się zgadzam.
  • Na pewno pomoże. Nasze oficerskie słowo pewniejsze niż stal. Jeśli nie my, to kto – Wania odpowiedział hasłem desantowców rosyjskich.

Na grzędzie skalnej, oddalonej o kilkaset metrów od Rosjan, którzy już zniknęli z pola widzenia, zaległo dwóch chińskich pograniczników. Jeden ze snajperskim karabinem, drugi trzymał w ręku aparat z teleobiektywem, a karabinek szturmowy przewiesił przez ramię. Miał większe szczęście niż kolega, któremu szara ściana deszczu, poprzetykana smugami śniegu, utrudniała, a momentami wręcz uniemożliwiała skuteczne celowanie, nie mówiąc o trafieniu w cel. Jego profesja fotografa i sprzęt fotograficzny, świetna optyka wspomagana elektroniką i przysłowiowym „łutem szczęścia”, spowodowała, że utrwalił nieźle całą piątkę, która naruszyła granicę państwa. Szczególnie jeden, bez nakrycia głowy, wyszedł świetnie. Chińczyk aż cmoknął z satysfakcją, patrząc na jego twarz, zapełniającą ekran dotykowy z tyłu aparatu.

  • Może nawet uda się go zidentyfikować – powiedział do kolegi.
  • A ja spudłowałem.
  • Niezupełnie… Widzisz? Na tej serii zdjęć poklatkowych widać wyraźnie, jak twoja kula pruje ramię jednego z nich. To bardzo ważny dowód tego, że osiągnęliśmy to, po co nas tu wysłano – obroniliśmy granicę. Przecież zmusiliśmy tych drani do odwrotu, co mówię, do ucieczki w popłochu, prawda? Napiszemy razem meldunek i odznaczą nas albo dostaniemy co najmniej pochwałę w raporcie do dowództwa.
    ● ● ●
    Szef ekspozytury wywiadu w Urumczi, major Wei, przerzucał papiery na biurku. Po skończeniu szkoły oficerskiej i wywiadowczym szkoleniu wysłano go z Pekinu, gdzie miał dobrze sytuowaną rodzinę, do tej zbuntowanej prowincji. Nie narzekał jednak. Miała nadzieję, że jak dobrze pójdzie, właśnie dzięki temu, że region był tyglem różnych operacji destabilizacyjnych, w tym – terrorystycznych, zrobi szybką karierę i wróci z awansem do stolicy, do pracy w centrali. Ważne było, aby znaleźć taką sprawę, która otworzy mu drzwi do kariery. Jak dotąd musiał się zadowolić zarządzaniem małą komórką swej instytucji, liczącą wraz z nim dwudziestu jeden ludzi i ulokowaną w gmachu przedstawicielstwa terenowego MBP w Sinciangu. Zbliżała się już pora obiadowa i miał właśnie zejść na parter, do kantyny, w której stołowała się większość zatrudnionych, gdy wpadł mu w ręce meldunek z wczorajszego dnia. Kanałami służbowymi trafił do niego z jednostki ochrony pogranicza. Wei rzucił okiem i na razie zrezygnował z obiadu.
    Ponieważ meldunek dotyczył grupowego naruszenia granicy państwowej przez ludzi z rosyjskiej strony, można było domniemywać, że chodziło o zwykły szmugiel, ale jako wywiadowca musiał wziąć pod uwagę próbę infiltracji jego terytorium, a może nawet próbę „przemytu” agentury. Uznał to więc za incydent, którego analiza leżała w kompetencji kontrwywiadu i wywiadu zarazem.
    Do tekstu załączony był odnośnik. Wskazywał adres wideodokumentacji przebiegu wydarzenia, znajdującej się w pamięci wewnętrznej spec sieci MBP. Dla spokoju zawodowego sumienia, wyklikał tę stronę na swoim laptopie, nim wyszedł z biura. Gdy zobaczył kadry utrwalone przez pograniczników, zainteresował się nimi, a szczególnie dużą, pierwszoplanową fotografią jednego z nieproszonych gości, czarnowłosego mężczyzny o prawie białej cerze i chińskich, rasowych rysach Han. Kogoś mu to przypominało. Zaczął przetrząsać najpierw własną pamięć, a później tę komputera.
    Znalazł.
    „Właśnie o to mi chodziło!”, serce zaczęło mu bić mocniej. Zrozumiał, czemu ta twarz wydała mu się znajoma. Oglądał ją wielokrotnie, gdyż widniała na jednym z listów gończych, który jednak dwa miesiące temu stracił ważność i nie był odnawiany. Zazwyczaj oznaczało to, że sprawa została rozwiązana. Rozwiązanie zaś stanowił areszt lub likwidacja poszukiwanego. Tymczasem ten w najlepsze hulał na wolności.
    Major błogosławił swój bałagan, który spowodował, że nie usunął jeszcze starej dokumentacji ze swojego laptopa.
    „Może to jest właśnie sprawa, która da impuls do przesunięcia się w górę po służbowej drabinie?”, myślał w podnieceniu. Doszedł do wniosku, że ma do czynienia z materiałem najwyższej wagi. Obiad musi poczekać. Najpierw spróbuje zawiadomić centralę wywiadu w Pekinie i to naczelnego owej instytucji osobiście.
    (…)
    W miarę jak generał Chen odsłuchiwał wiadomość, mienił się na twarzy. Raz się czerwienił, co wyrażało się ciemnieniem o kilka tonacji jego żółtych policzków, raz bladł, co powodowało, że twarz jego przybierała europejski kolor skóry osoby lekko chorej na żółtaczkę.
    Jeśli miałaby to być prawda, walił się w gruzy cały gmach jego nadziei. „Jak to możliwe? Przecież zginął. Niemożliwe, żeby szaman żył”, gonitwa myśli nie pozwalała mu trzeźwo myśleć. Chociaż znając przewrotność Moskali nie mógł wykluczyć, że wszystko, co dotąd wiedział, było efektem dobrze rozegranej inscenizacji.
    Wściekł się.
    Podziękował chłodno majorowi Wei za informację. Zaraz potem połączył się z departamentem kadr i wezwał do siebie jego dyrektora.
  • Słuchaj – powiedział. – Jest tam w Urumczi taki zdolny major, Wei. Niech jeszcze z rok tam posiedzi, warto, żeby był tam sprawny oficer.
  • Czy mam zapisać twoją pochwałę do akt osobowych?
  • Nie, na nagrodę przyjdzie czas.

Początek szlachetnego Przedmurza

Karina Kabacińska, autorka obszernego artykułu pt.: Początki Jezuitów w Polsce” opublikowanego w jednym z lutowych periodyków historycznych napisała „ Polska zachowała swoje katolickie oblicze i może poszczycić się szlachetnym mianem przedmurza chrześcijaństwa w dużej mierze dzięki sprowadzonym w 1564 roku Jezuitom”. Dalej, że Kościół w XVI wieku przeżywał trudne chwile z powodu niskiego poziomu moralnego, nepotyzmu, kierowania się kleru bardziej zyskiem i światowymi przyjemnościami niż względami duchowymi. Zwiększała się liczba wiernych podążających za niegodnymi czci kalwinizmem, luteranizmem, czy arianizmem. Katolicy popadli w marazm i trudno było zawrócić neofitów z błędnej drogi. Całe rody wspierały nowinki wyznaniowe, przeganiano zakonników i kapłanów, a chłopów przymuszano do wyrzekania się katolicyzmu. Gorszący był też przykład kapłanów, którzy porzucali prawdziwą wiarę, nawet biskupi przez swoją opieszałość okazywali sympatię różnowiercom i kościoły zamieniali na zbory. Narastała oziębłość wobec Kościoła a urągliwe ekscesy pozostawały bezkarne. Chyba to o teraźniejszości?

Niejaki Erazm Otwinowski, poeta, piszący erotyki, fraszki, epigramaty, ale też teolog i badacz Pisma Świętego, zbezcześcił monstrancję, rzekłszy na procesji do księdza: „Bóg jest w niebiesiech, a nie w chlebie i w twojem pudełku” i nie został ukarany. Ale działo się to przed przybyciem onych Braci – zdaje się ubolewać autorka. A kalwinista Rej broniąc poety rzekł:, „jeżeli dopuścił się obrazy Boga, to go sam Bóg z pewnością skarze, atoli stłukł jeno szkiełko od monstrancyi i zniszczył kawałek opłatka, co razem dwóch groszy nie warto. Za rzecz tak drobną prawa polskie kary nie przepisują”. Jakby zgorszenia było nie dość, malkontenci różnych wyznań i wartości moralnych podjęli próbę zrzucenia katolicyzmu z pozycji panującej. Żądano opodatkowania majątków i likwidacji sądów kościelnych, zniesienia dziesięciny i świętopietrza, a nawet zezwolenia na małżeństwa księży, komunię z winem i liturgii po polsku. Posłano o zgodę na owe reformy do papieża, któren to zważywszy, że Polska przestała płacić annaty (ongi świętopietrze), a zakony złożyły świecki hołd królowi, zamiast zgody przysłał wprawionego w boju biskupa, potem rzeczonych mnichów. Bo reformacja się pleniła, przynosząc opłakane skutki w postaci masowego porzucania prawdziwej wiary.
Wspomniane przez autorkę zjawiska po czterech wiekach okazują się niezwykle aktualne, więc przyjrzyjmy się niektórym, podlegającym ongiś ekspansji, niosących zagrożenia dla wiary i ducha narodu. Lokalne zakony straciły na znaczeniu, a ciągnący zewsząd uchodźcy przywlekali ameby, ośmiornice, drukarnie, kahały, izborniki, giermaki, pludry, fortugale i inne dziwadła. Umocniła się drobnomieszczańska pauperia, a szlachtę fascynowały nowe trendy. Zuchwale stawiano człowieka w centrum nauki i sztuki, wypierając panteizm. Powrócono do bezwstydnej kultury antycznej, pisano traktaty, dialogi, satyry, drobne obrazki codzienności w postaci fraszek, epigramów, elegie filozoficzne, komedyjki, sielanki i figliki, odwracając się od wartościowej twórczości katolickiej. Lansowano mętne i nikomu niepotrzebne „wartości ideowe, z których zaszłościami zmagamy się do dziś.
O patriotyzmie pisali kalwini typu Rej, Morsztyn, czy heretyk Frycz, który śmiał nawet rzec: „Papieże, podstawiając nogi do całowania, każą wypełniać swoje rozkazy, jakby pochodziły z tajemnych planów bożych…I zapomniawszy o tym, że są tylko ludźmi, pragną, by im przyznawano cześć boską” W swoich agnostycznych pismach, wierny lud równali do trzody, kur a nawet gęsi. Ubierano je w miło brzmiące słowa o „ postępowej myśli społecznej, obronie chłopów, krytyce prywaty, egoizmu, warcholstwa klas posiadających, i rzekomej tolerancji religijnej”.
Domagano się prawa do wolności sumienia i tolerancji różnowierców. W rzeczywistości skupiano się na krytyce, która rozpleniła się wraz z zarazą, która jak rak, toczy umysły narodu do dziś. Z patriotycznych zasług Reja czy Jana z Czarnolasu, poza marnym żywotem i lipą, niewiele pozostało, a pochwała rozumu, korzystanie z życia i kosmopolityzm nie mieszczą się w kanonach prawdziwej wiary. Kult nauki rozwijał się w wypaczonej formie i nie służył katolickiemu wyrażaniu uczuć. Pisanie o obyczajach, urzędach, życiu ziemiańskim, dworskich rozrywkach, zabawach wiejskich czy faramuszkach, było, co najmniej bezużyteczne. Zamiast wchłaniania przywleczonych zewsząd pojęć, wystarczyłoby posługiwać się tym, co głoszą świadectwa wiary. Rozprawę pana i wójta z plebanem napisano, by poniżyć duchownych, toteż owi mnisi opracowali Indeks ksiąg zakazanych, gdzie umieszczono też Kopernika. Ówcześni magnaci, ścigali się w konstruowaniu pałaców i zamków, z attykami, krużgankami i arkadami, obwieszonymi malowidłami Niemców albo Flamandów, mających rzekomo dawać światło i perspektywę. Niczemu, prócz swawoli one nie służyły, więc słusznie po wiekach, popadły w ruinę.
Przenikanie kultury z Zachodu poprzez podróże polskich posłów do innych krajów- wyjazdy synów magnackich na studia do Włoch – Bolonii, Rzymu, Florencji doprowadziły do wymiany zbędnych myśli pomiędzy uczonymi, co poruszyło dotychczas bezgrzeszną ziemię i sprawiło napływ dziwnych zawodów, a z nimi Niemców i Olendrów. Jeden z kalwinów zażądał obniżenia uprawnień kleru, jak czynią to obłudnicy dziś. Pod pretekstem krzewienia języka i kultury drukowano dzieła o obrotach, naprawach i prawach ignorując ukształtowane wartości i prawdy. Wynalazek druku sprzyjał lansowaniu dzieł Lutra, Kalvina i innych buntowników, w czym udział brali też odszczepieńcy zwani Polish Brothers. Sytuację poprawił „Raj duszny”, wydrukowany przez Niemca, który przybył do bogatszego naonczas kraju. Religii było wiele, ale Kościół, nienawykły do współpracy, konkurencji nie życzył sobie tolerować. Zebrał, więc siły, dokończył sobór, zwany trydenckim, podjął uchwały i wyznaczył zadania Bractwu owładniętemu żarliwą wiarą i oddaniem papieżowi. A zadanie były trudne – odmienić bieg dziejów i wykarczować zalążki herezji. Jak pisze dalej autorka, sprowadzonych do Polski braci czekał ogrom pracy, jednak gotowi byli zapłacić cenę „na większą chwałę Bożą?. Zabroniono wiernym zadawania się z heretykami, czytania ich ksiąg i zobowiązano kler do walki z zaprzedańcami. Każdy biskup miał obrać „inkwizytora heretyckiej nieprawości”, do wizytowania parafii, co zwano misjami świętymi.
Wieloletnie zmagania bractwa z pogaństwem, arianami, kalwinizmem, niesakramentalnymi związkami, nieprzystępowaniem do spowiedzi przyniosły sukcesy. W kolegiach innowiercy kończyli naukę już, jako katolicy, opieką objęto wojsko, dwory, w tym królewski, a epidemie zwalczano sakramentami, które ożywiały nawrócenia i pokrzepiały chorych. Wszystko dla oczyszczenia ziemi z innowierców. Osądu o przewiny, zwłaszcza kobiet, baczyli biskupi, bowiem „niewiasta jest niedoskonałym zwierzęciem, jest zła z natury, rychlej traci zaufanie do wiary i wyrzeka się jej, co stanowi podstawę uprawiania czarów” to cytat z historii. Głoszono, iż „lepiej, by zmarło stu niewinnych, niż żeby jeden winny uniknął kary”. Kto opuścił mszę stawał się podejrzany, a obowiązkiem wiernych było o tym i innych nietypowych zjawiskach, donosić? Herezji nikt nie bronił, bo bronić tego niepodobna. W tej walce zasłużyło się wielu dostojników, a bestsellerem stały się „Żywoty Świętych” P. Skargi, jak podaje autorka. Było też wielu hipokrytów, zazdrosnych o władzę i odstępców szerzących antykatolicką propagandę. Wykorzystując interregnum, uchwalili deklarację warszawską. Rozniecili rokosz, żądając wypędzenia jezuitów, drukowali kłamliwe ulotki na niemieckich maszynach. A jak powiada autorka, tyle dobrego ów zakon uczynił już wtedy, lecz ważniejsze były dalekosiężne efekty ich tytanicznej pracy i heroicznego poświęcenia. Uratowano słabnącą wiarę rodaków, heretyków spalono albo przepędzono wraz z ich drukarniami i Flamandami, malującymi portrety bez związku z religią. Młodzież nie musiała wyjeżdżać, wzrosły powołania kapłańskie i zakonne, dzięki czemu utrzymano dominującą pozycję i oblicze przedmurza, w czym ogromna zasługa Jezuitów, Matki Bożej, Zygmunta Wazy i kolejnych królów. Zrezygnowano z tolerancji, więc dla odmieńców nie było już miejsca. Ps. To też nie brzmi jak historia!
Jeżeli obłudnik „przyznał się do herezji”, dostępował łaski króla i ścięcia. Główną karą był podniosły „ akt wiary „(procesje, msze, kazania, festyny), by przebłagać Boga za grzechy heretyka kończący się paleniem grzesznika i jego dzieł, by oczyścić ziemię. A to za odstępstwo od wiary, obraza Boga, obcowanie z diabłem, udział w sabatach, sprowadzanie chorób, pożarów, powodzi i wszelkich plag, nawet leczenie ziołami. Ostatni taki festyn odbył się w XVIII wieku, i dotyczył 14-tu kobiet, którego skutkiem było zniesienie kary śmierci za czary. Aż korci zapytać, jak z przypiecka, stareńki frater Kaziuka: „ A co na to Pambuk?
Skuteczne działania Jezuitów przesądziły o zwycięstwie. Według autorki, Polska odzyskała swoją wielkość i stała się przykładem dla innych narodów. Zburzone światopoglądy z trudem odbudowano, bowiem radości należało poszukiwać w miłości do Boga. Ale nie obyło się bez fuszerek, jako, że w końcu XVII wieku zamożny szlachcić – zakonnik, potem filozof i poseł, napisał był dziełko o nieistnieniu Boga. Przy wsparciu Watykanu, bogobojnym biskupom w liczbie 17-stu, udało się puścić łotra z dymem. Dobry król skazał na dekapitację, a wielebni, spalili kolejno: dziełko, głowę, rękę, która owe bezeceństwa pisała, a w końcu całą resztę. Tylko tak można było ubłagać Boga za grzechy potwora!
Ma rację autorka artykułu, że z wielu zdobyczy korzystamy do dziś. Jednakże niektóre z oświeconych działań poszły w zapomnienie, więc należałoby je chyba przywrócić, jako że kraj ogarnia chaos podobny, jak przed wieki.
Wiele złośliwych osób i ośrodków, ów XVI wieczny zamęt nazwało „Złotym Wiekiem Kultury Polskiej”, z czym pewnie zgodzi się autorka i jej czciciele. Wzorem Lutra i Kalvina, wykorzystano nieświęty wynalazek Niemca, jakiegoś Guten.. Taga (?) I rozpowszechniono szkodzące wiernym i Bogu rzeczy i myśli. Ta niedługa, bo trwająca zaledwie sto lat epoka skondensowała wiele zjawisk, nurtów, zdarzeń, objawień artystycznych, intelektualnych, naukowych i odkryć, rewolucjonizując wyobrażenia o religii i bogu. Kształtowała się różnorodna kultura, nauka rozwijała się w oparciu o kontakty z Europą, co miało również wpływ na żyjący w wierze i pobożny lud.
Dziś przyszło mierzyć się ponownie z problemami jak przed czterema wieki. Ale przepływ antyreligijnych ideologii, wskutek działań Unii i jej podobnych struktur stał się szybszy. Boją się słuchać o potędze Polski, trójmorzu, przedmurzu i znaczącym rozwoju, jaki nastąpił po wytrzebieniu podziałów religijnych, jakie przyniosła reformacja. Tak kończy autorka.
Dodajmy, że byli też bracia polscy, których dzieła postulujące racjonalizm i tolerancję religijną, wywarły wpływ na inne kraje europejskie m.in. na filozofię liberalizmu. Ich Katechizm Rakowski zainspirował konstytucję USA w kwestiach neutralności światopoglądowej państwa i rozdziału państwa od Kościoła. Jeden z nich, Łaski, przełożył w 1563 roku całość Starego i Nowego Testamentu, za co(?) M.in. jego potomni zostali wypędzeni.
Należy zgodzić się z autorką, która pisze, że dzięki dziejowej misji przedmurza, naznaczonej przez papieża, XVI- wiecznemu zamętowi położono kres. Papież popierał starania Wazów o koronę szwedzką, stąd wyniszczające wojny, bo walczono o restytucję katolicyzm.
Niewątpliwie rola Kościoła w Polsce była i jest znacząca. Ale to polityka zdecydowała o przyjęciu chrztu, a koronę Chrobremu kupiono za „ogromne pieniądze” od papieża, który gotów był sprzedać wszystko. Jezuici w Polsce wykonywali zadanie papieży i dzięki ich zasługom, Złoty Wiek Polski nigdy się nie powtórzył`. O tym pisali już Mikołaj Rej, Frycz Modrzewski, Morsztyn, później Lelewel, Józef I. Kraszewski, Słowacki, Goszczyński, Wyspiański, Witkiewicz, Gombrowicz. Pisano też, że po owym zwycięstwie, ze szkół jezuickich wychodził nie Polak, lecz łacinnik, albo polakokatolik, typ niezdolny do rządzenia państwem wielonarodowym. Dalej zaczyna się tragedia Rzeczypospolitej, w której Kościół katolicki odegrał istotną rolę. Epoka saska to apogeum katolicyzmu i równocześnie czasy największego jej upadku moralnego, politycznego i gospodarczego, za co polakokatolicy do dziś wiernie dziękczynią. Seweryn Goszczyński, w XIX w. Pisał: „Urządziwszy Polskę w swoim duchu, podniósłszy nad nią władzę duchową, Kościół pojrzał na nią jak na swoją własność, zapragnął zmienić ją w ślepe narzędzie swojego samowładztwa. Stąd wynikło, że ją ociemnił jezuityzmem, duchem cudzoziemszczyzny, nietolerancją zakrwawił, zeszpecił, rozdzielił, zesłabił, następnie upodlił, przywiódł nad przepaść zguby i w końcu przeklął.”.
Kościół katolicki urobił swoją filozofię, ma własne państwo, usiłuje, gdziekolwiek może, powstrzymać, naturalny rozwój człowieczeństwa. I będzie miał, co robić, bo wciąż mamy wielu, którym żyje się źle i obco na tym świecie. I oferuje się wizję lepszego świata poza grobem. Ale trudno uznać, że niejaki abp. Głódź wierzy w taką ofertę, bo dba o doczesność, otoczywszy się mnóstwa dobrami. Pożądliwość dóbr i majątków ma długą tradycję. Pole do nadużyć było i jest szerokie. Dziś dostrzegamy sprzeczności między głoszoną etyką a praktykowaną moralnością. A ulgową taryfę wobec możnych tego świata, tłumaczono tak:
„Po pierwsze, Bóg dał pierwszeństwo na tym świecie bogatym i możnym; honorując ich, postępujemy zgodnie z porządkiem rzeczy. Po wtóre, liczymy się z ułomnością bogaczy, którzy wpadają w gniew, stają się gorsi ku udręce nas i innych biedaków; powinniśmy nie dawać ludziom ułomnym okazji do czynienia zła, lecz pobudzać ich do dobrego. Po trzecie, większa jest korzyść z jednego nawróconego bogacza, niż z wielu biednych; z bogacza wielu odnosi korzyści. Po czwarte, skoro większą pomoc otrzymujemy od bogatych, słuszna, byśmy odpłacali im duchowo.
Jeden z filozofów wspomniał, że „każdy kraj, w którym zagościli jezuici, dostał suchot w pacierzowym szpiku i upadł lub zbliżył się do upadku. Kościół nie łaknie krwi – twierdziła inkwizycja wydając heretyków na spalenie, czyli bezkrwawo, bowiem głowy ścinano tylko wtedy, gdy jakiś król udzielił łaski. Jeszcze w XX wieku teolog katolicki, opiekun młodzieży, pisał: „Heretyków, którzy błąd swój ze szkodą dla innych dusz szerzą, należy się surowa kara; ich grzech zasługuje na wyklęcie i osądzenie jak za zbrodnie przeciw bliźniemu; bo większą zbrodnią jest zatruwanie źródeł wiary i narażanie dusz na chorobę i śmierć aniżeli zatruwanie studni (…) I z tego tytułu kara śmierci jest sprawiedliwa”
Bliski współpracownik Piłsudskiego doradzał: „Czas wreszcie głośno powiedzieć to, co wiemy wszyscy, że zależność Polski od Rzymu była i jest jednym z największych nieszczęść narodu. (…) Upokarzający, haniebny w dziejach polskich to okres saski o wszechwładnych wpływach Kościoła, a nawet okupacji przez zakon jezuitów. Dlatego jako Polacy, budowniczy suwerennego państwa, nie możemy się godzić, aby w jego łonie działała organizacja, ślepo posłuszna obcej jednostce. Musimy uznać Kościół za instytucję szkodliwą dla państwa”. A dalej to: „Łatwość, z jaką naród poddał się jarzmu niewoli, może zdumiewać kogoś, kto nie wie, co to znaczy naród skatoliczony. Tym ludziom własne państwo było obojętne, a więc właściwie niepotrzebne. Są polakokatolicy, ale nie ma np. germanokatolików, frankokatolików anglokatolików, bo przed ich skatoliczeniem uchronili protestanci. W żadnym z tych krajów Rzym nie odgrywał takiej roli jak w Polsce, nigdzie jezuici nie doszli do takiej potęgi jak u nas”.
I Rzeczpospolita liczyła ponad 10 mln. Dusz, z których około pół miliona inteligencji wyedukowanej przez Jezuitów. Obok dziedzica pana, duszami rządził proboszcz. Zagrozić im mogła tylko oświata. Dlatego oświatę wśród mas zwalczano wszystkimi sposoby. Jeden z XIX wiecznych pisarzy pytał, w jakim innym kraju liczba kleru dwukrotnie przewyższała liczbę wojska? To są rzeczy znane, opisane przez wielu autorów. Nawet Witos twierdził, że „pod zaborami wieś była katolicka, ale nie była polska; była wiernie carska w Kongresówce, wiernie austriacka w Galicji. A w 1920 roku chłopi pod Płockiem „uroczyście i z radością witali naszych Moskali”. W zaborze austriackim nawet śpiewano: bośmy to, jacy tacy – chłopcy Austriacy.
Wszystko zakończyło się upadkiem i trójzaborową niewolą. W dwóch zaborach polakokatolik dostał się pod oddziaływanie prądów umysłowych i idei, jakimi żył świat. Europejska nauka, zachodnia ekonomia poczęły tworzyć wyłomy w katolickim zaścianku. Pod wpływem obcych idei lud różnicuje się. Pozostają odłamy bogoojczyźniane, ale też wyłaniają się ruchy lewicowe, antyklerykalne, nawet ateistyczne, głównie pod wpływem zaborców.
Piłsudski, któremu przyszło budować zręby II Rzeczypospolitej sprawę postrzegał tak: „Masa społeczeństwa polskiego jest rzeczą niczyją, luźnie chodzącą, nieujętą w żadne karby organizacyjne, nieposiadającą żadnych właściwie przekonań – jest masą bez kości i fizjonomii. O tę gawiedź politycznie bezmyślną, o przyciągnięcie jej choćby na jeden moment w jedną lub drugą stronę chodzi w pierwszym rzędzie tym wszystkim, którzy robią w Polsce politykę. Cel ten zaślepia i przesłania oczy na wszystko inne, zdolnym prowadzić tylko zajadłe duszołapstwo”. Europa śmiała się z nas już w XVII wieku. Ma powody ku temu i dziś. W Dziejach Danii napisano: „Kościół protestancki narzucił ludności takie zasady, jak ścisłe przestrzeganie wypoczynku świątecznego, uczciwość w załatwianiu spraw materialnych, cnoty dziś jeszcze żywe w tym kraju.” Zadajmy sobie pytanie: a co narzucił ludności w Polsce Kościół katolicki? Skąd postawy, o których tu wspomniano?
Dla katolicyzmu ważne przede wszystkim: jednostka – Bóg. Wszystko inne poza tym, jest drugorzędne. A ten czy ów biada, że w Polsce katolickiej moralność jest niska, kwitnie prywata, politycy, prominenci, osoby ze świecznika nie mają pojęcia o tym, co to elementarna przyzwoitość, nagminnie łamane są prawa, nie szanuje się mienia publicznego.
Kościół katolicki od wieków chronił masy wiejskie od zgubnej oświaty, polityki i innych takich zdrożności, niebezpiecznych dla zabobonów z ambony. O Klątwie Wyspiańskiego napisano: „Klątwa ukazuje, jak katolicyzm staje się tragedią w polskiej wsi, jak bezwzględnie druzgocze on dusze. Podobnie, w perspektywie szerszej, widziała rolę Kościoła w Polsce dziewiętnastowieczna pisarka: „Nie dałabym się zabić za katolicyzm, biorąc pod uwagę los wszystkich państw katolickich z zadziwiającą skutecznością wychowanych do anarchii. (…)
Atmosfera klerykalna, przesiąknięta pseudopolskością i duszna, odczuwana jest także dziś; by o tym się przekonać, wystarczy posłuchać niektórych sług, czy mediów, z kardynałami włącznie. Powyższe przykłady nawiązują do słów i opinii wielu polskich myślicieli, polskich patriotów, ale wśród nich nie ma jezuitów. Interesujące, że słownik PWN podaje, że „jezuita” to człowiek przebiegły, obłudny, a synonimy to m.in: łgarz, dwulicowiec, fałszywiec, faryzeusz, hipokryta, kłamca, kombinator, krętacz, krzywoprzysięzca, kuglarz, lawirant, matacz, naciągacz, obłudnik, oszust, picer, pozer, donosiciel, kolaborant, konfident, renegat, szpieg, zawistnik. Wśród około stu wymienionych, nie ma żadnego synonimu, który byłby bliski do: dobro, wiara, pobożność przyzwoitość, patriotyzm. Dedykuję to autorce artykułu, bowiem także dziś wśród wyznawców znajdziemy wielu, do których wymienione synonimy mogłyby przystawać. Dlatego też stwierdzenie autorki, że „ Polska zachowała swoje katolickie oblicze i może poszczycić się szlachetnym mianem przedmurza chrześcijaństwa w dużej mierze dzięki sprowadzonym w 1564 roku Jezuitom”, jest prawdziwe, ale ze szlachetnością utworzone w XVII wieku przedmurze miało niewiele wspólnego. Warto dodać, że ów zakon został przepędzony z wszystkich krajów, w których wykazał się gorliwością wykonywania zadań, które naznaczał papież: „Żaden zakon nie może działać bez reguły, czyli nadanego przez papieża zbioru przepisów regulujących całość życia jego członków”. W XVI wieku w Polsce – dzięki otwartości i tolerancji na wszelkie nowości przeżywaliśmy rozkwit w każdej dziedzinie, co nazwano „Złotym Wiekiem”. Potem było tylko gorzej, bowiem wkrótce doszło do upadku, w czym także zasługa wspomnianego zakonu. I wbrew twierdzeniom autorki, nie są to zasługi godne pochwały. Zakon Jezuitów dokonał też rzeczy pozytywnych, szczególnie w czasach współczesnych, ale gloryfikując jego osiągnięcia w Polsce warto pamiętać też o takiej jego roli. Dziś Kościół w krajach, w których Jezuitom nie udało się odnieść wielkich sukcesów, jest zupełnie inny niż w Polsce. Może warto byłoby się przyjrzeć jak katolicyzm funkcjonuje np. w Niemczech, Holandii czy Stanach Zjednoczonym, gdzie miałem ogromną przyjemność studiować właśnie na jezuickim uniwersytecie w Waszyngtonie.
To uwaga do zagorzałych wyznawców, rydzykomanów, radiomaryjów i wszystkich hierarchów. Kościół, katolicki, jaki mamy dziś w Polsce, nie miałby racji bytu w żadnym cywilizowanym kraju. Przez niemal pięć wieków nie zmieniło się nic, co dość szczegółowo opisała autorka owego artykułu.

PS. W opracowaniu korzystałem ze zbiorów Fundacji im. K. Łyszczyńskiego, oraz W.Czaplińskiego: „Dzieje Danii nowożytnej”, P.Laskowskiego „ Pięć wieków herezji”, C. Hollis „Historia jezuitów”, Encyklopedia PWN.

Złote myśli Witolda Modzelewskiego

„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”.

W ubiegłym, 2020 roku, ukazała się kolejna książka profesora Witolda Modzelewskiego z serii „Polska-Rosja” – z podtytułem: „Cud nad Wisłą – zwycięstwo zapowiadające katastrofę”. Jest to zbiór prawie pół setki felietonów dotyczących relacji polsko-rosyjskich w szerokim diapazonie czasowym – od wieku XIX po współczesność. Na ponad trzystu stronach książki Autor odnosi się do wielu aspektów relacji z naszym wschodnim sąsiadem. Politycznych, kulturowych i gospodarczych. Nowatorsko podchodzi do procesów historycznych wyjaśniając przyczyny konfliktów między naszymi narodami, upatrując je w grze interesów także narodów trzecich i obcych mocarstw – Anglii, Niemiec, Francji, USA, Turcji i innych. Analizuje przyczyny rusofobii w Polsce i wyjaśnia, jakie kraje stymulują ją po dziś dzień. Polska i Rosja nie mają wobec siebie żadnych roszczeń (terytorialnych ani finansowych), nasze gospodarki idealnie się uzupełniają, my moglibyśmy wysyłać tam ogromne ilości artykułów spożywczych i przemysłowych, jak to było w przeszłości – nabywając bezpośrednio i z bliskiej odległość rurociągami surowce, szczególnie te najbardziej strategiczne: gaz i ropę. Tylko czy wpisuje się to w niemiecki plan Mitteleuropy? Niemcy wolą sami nabywać rosyjskie surowce, odsprzedając je ze swoim zyskiem Polsce. A nasz kraj ma być rynkiem zbytu niemieckiego przemysłu maszynowego, źródłem taniej siły roboczej. Inne cele sponsorowania rusofobii w Polsce mają Stany Zjednoczone: im zależy na sprzedaży uzbrojenia do Polski, jak największych ilości samolotów, czołgów, rakiet itp. – bo na uzbrojeniu zarabia się najwięcej. A po to, by Polacy nabywali ogromne ilości broni w USA – muszą być zastraszani „rosyjskim agresorem”, który chce Polsce odebrać Hajnówkę i Supraśl.
Profesor Modzelewski wiele uwagi poświęca także krajom postradzieckim, które w przeszłości należały do Rzeczypospolitej. Analizuje w ciekawy sposób stosunek tych krajów, ich ludności i władz zarówno do Polski – jak i Rosji.
Książkę tę czytałem z ołówkiem w ręku. Jest ona bowiem pełna „złotych myśli”, bardzo celnych sformułowań, wniosków. Zebrałem je w całość, pogrupowałem – i zamiast opisywać – pozwolę sobie te cytaty zamieścić poniżej. Wybrałem je subiektywnie z różnych części książki, zupełnie nie kierując się kolejnością ich „wystąpienia”. I jestem przekonany, że po zapoznaniu się z tymi perełkami sięgniecie Państwo zarówno po tę pozycję, jak i poprzednie oraz kolejne z serii „Polska-Rosja” profesora Witolda Modzelewskiego.
Zapraszam zatem do lektury, a poniżej zebrane przeze mnie „złote myśli” Autora:
„Nikt o zdrowych zmysłach nie rozumie, dlacze­go istotna część polskiej klasy politycznej i mediów z uporem godnym lepszej sprawy głosi na co dzień obowiązek nienawiści do Rosji i wszystkiego, co ro­syjskie. Stanowi to unikatowy przypadek nie tylko we współczesnym świecie, lecz również w naszej polskiej przeszłości”. (…)
(Po I wojnie) prowadzili­śmy beznadziejny i ostatecznie przegrany spór o ziemie położone między etniczną Polską a historycz­ną Rosją, czyli – jak kto woli – o „Kresy Wschodnie” albo o Białoruś, Ukrainę i Litwę, co mogło uzasadniać wzajemną niechęć lub wrogość. Dziś ten problem jest tylko zamkniętą raz na zawsze przeszłością, obie strony tego sporu przegrały go na rzecz nowych państw, które z istoty są zarówno antypolskie, jak i antyrosyjskie, ale jednocześnie są zaspokojone w swoich ambicjach terytorialnych. Co je łączy? Tylko jedno: obawa przed rewizjonizmem politycznym, a nawet terytorialnym dwóch (a nie tylko jednego) są­siadów – ze wschodu i zachodu, czyli również na­szych, o czym nie chcemy mówić.
Po co więc zużywamy się w bezsensownej nar­racji antyrosyjskiej i pilnujemy, aby nikt nie skorzystał z prawa do zdania odrębnego? Odpowiedź jest tylko jedna: komuś jest to potrzebne i ma ogromny wpływ na naszą oficjalną ideologię oraz jej przekaz. Aby go zidentyfikować, trzeba zrozumieć polski interes ge­ostrategiczny ostatnich dwustu lat. Faktyczną niepod­ległość uzyskuje się wtedy, gdy jest się państwem bogatym, silnym ekonomicznie i niezależnym gospo­darczo. Raz w historii udało się nam wejść na wyżyny światowego rozwoju – były to czasy ostatniego pięć­dziesięciolecia Kongresówki (lata 1865–1914), gdy rozwijał się w nieznanej w ówczesnych (i później­szych) czasach skali prywatny przemysł, a rosyjski rynek zbytu uczynił nas jednym z najbogatszych re­gionów świata. To wtedy wybudowano na tzw. suro­wym korzeniu wielkie miasta, setki tysięcy nowych budynków, w tym wiele bogatych kamienic i tysiące fabryk, tworzących istniejącą do dziś tkankę miejską centralnej Polski. (…)
Rozwój przemysłu, bezprecedensowy wzrost bogactwa i urbanizacja szły w parze z eksplozją de­mograficzną, co wzbudziło strach u polityków berliń­skich. (…)
W ciągu ostatnich trzydziestu lat mógłby się powtórzyć fenomen rozwoju polskiego przemysłu, bo nie ma już Związku Radzieckiego, rynek rosyjski jest chłonny, a polski przemysł mógłby osiągnąć taki sukces jak przed ponad stu laty mimo zniszczeń spo­wodowanych przez tzw. reformy Balcerowicza. Bo­gactwo daje siłę i niezależność. Byłoby to jednak sprzeczne z wizją naszego miejsca w Mitteleuropie jako nieważnego zaplecza, podporządkowanego in­teresom niemieckiej gospodarki. Trzeba więc cały czas psuć relacje polityczne między Polską a Rosją, odstra­szać polskich eksporterów od tego rynku, bo stanowi on dużo korzystniejszą alternatywę wobec roli pod­wykonawcy niemieckich zleceń. Stąd brednie o „ro­syjskiej agresji”, stanie „wojny hybrydowej”, w któ­rym (jakoby) jesteśmy z Rosją. Biznes nie lubi poli­tycznych kłótni. Na czyjeś (czyje?) życzenie wyelimi­nowano nas z tego rynku (nawet owoców), a jednocześnie pozostaliśmy odbiorcą rosyjskich surow­ców (ropy naftowej, gazu ziemnego, a ostatnio rów­nież węgla).
Ktoś dużo zainwestował w naszą rusofobię i jest to zapewne dla niego bardzo opłacalne. Pytaniem, na które nie znam odpowiedzi, jest to, kto tu odgrywa rolę pożytecznego idioty, a kto jest świadomym wy­konawcą tego zadania.
(…) Zrodził się polski, ale czy „prawdziwy kapitalizm”? Dopóki będzie otoczony przez zagraniczne i w większości wrogie „insty­tucje finansowe”, a zwłaszcza banki, będzie to bardzo trudne. Jedyną naszą wielką szansą było zdobycie rynków wschodnich, a przede wszystkim rosyjskiego, bo na zachodnim nikt nie pozwoli nam urosnąć do zbyt dużych rozmiarów. To wtedy nasi „partnerzy strategiczni” narzucili nam antyrosyjską retorykę i udział w sankcjach ekonomicznych, które na wiele lat wyeliminowały nas z tamtego rynku.
Nasz kapitalizm nie jest „okropny”, tylko zależ­ny. Gdy miejscowi, tzw. „nietransformacyjni” kapita­liści dostatecznie się wzbogacą, a państwo na rozkaz „zagranicznych inwestorów” nie będzie ich niszczyć, to mamy szansę wybić się na niepodległość i zakoń­czyć okres postkolonialny. Kapitalizm bez kapitału jest ustrojem patologicznym.
Zacznijmy od języka („narracji”), którym posłu­guje się polska polityka wschodnia. Jest to wrogi, podniecony język, wypełniony bez przerwy ostrzeżeniami przed „rosyjską agresją” lub „zagroże­niem rosyjskim”. Nie ma w nim czegokolwiek, co zasługiwałoby na miano tradycyjnie pojmowanej „polityki” w realiach międzynarodowych. Nie wia­domo również, do kogo adresowane są oświadczenia o „rosyjskim zagrożeniu”, „groźbie wojny hybrydo­wej”, „zielonych ludzikach” i „agresywnych zamia­rach Putina”. Mam wrażenie, że wszystkie te słowa służą tylko temu, aby je wypowiedzieć, i nie sięgajmy wyobraźnią dalej, a przede wszystkim nie wiemy, jaki mają wywołać skutek. Chyba jest on zupełnie nieważ­ny. Nie oczekujemy reakcji, akceptacji, a nawet pole­miki. Powiedzieliśmy swoje i już. Przyjęliśmy rolę osamotnionej Kasandry, której zupełnie nie obchodzi to, czy ktoś w ogóle słucha jej głosu.
Jeżeli dobrze rozumiem wizję nieszczęść, które czekają ten region świata, to namalowano ją w sposób następujący:
− Rosja po „agresji na Gruzję”, „aneksji Krymu” i „wschodniej Ukrainy” nie zatrzyma się w swoich apetytach, przez co zagraża (czym? Kolejną aneksją?) państwom bałtyckim, a nawet Polsce;
− my „nie oddamy ani guzika”, musimy budować swój arsenał, kupując od Stanów Zjednoczonych drogie uzbrojenie, a przede wszystkim umac­niać „wschodnią flankę NATO” (przeciw Rosji);
− sami nie umiemy się obronić (dlaczego?), ko­nieczne jest więc wprowadzenie na nasze tery­torium obcych wojsk, dlatego zabiegamy usilnie o stałą obecność wojsk państw NATO, najlepiej amerykańskich i brytyjskich, a nawet niemiec­kich, choć one już są obecne na naszych poligo­nach i trwale stacjonują na terytorium państw bałtyckich, co w świadomości (większości) Po­laków rodzi raczej złe skojarzenia;
− naszą rolą jest „mobilizowanie” światowej opi­nii publicznej przeciwko „rosyjskiemu zagroże­niu”, nieustawanie w wysiłkach (słownych) i epatowanie (bezskuteczne) o antyrosyjską soli­darność państw tego regionu.
(…) Zapominamy również, że w świadomości poli­tycznej nowych państw powstałych na wschód i północ od naszej wschodniej granicy, jesteśmy by­łym… agresorem (podobnie jak Rosja i Związek Ra­dziecki), którego poparcie dla ich niepodległościo­wych ambicji brzmi zupełnie niewiarygodnie. Ciągle jesteśmy skrycie podejrzewani o chęć powrotu na „ich” terytorium oraz zgłoszenia roszczeń terytorial­nych i majątkowych („walka o Kresy Wschodnie”). Z perspektywy Wilna czy Kijowa nasze bezwarunko­we wsparcie dla niepodległości tych państw jest czymś wręcz podejrzanym, dlatego że są to państwa ze swej istoty antypolskie, bo przecież nikt o zdrowych zmy­słach nie może w Polsce popierać ich niepodległościo­wych aspiracji. Największe obawy budzi powtórka pokoju ryskiego, czyli dogadanie się Polski z bolsze­wikami (tzw. czerwoną Rosją) i podział stref wpły­wów w tym regionie świata między dwóch najwięk­szych graczy. Państwa te nie chcą mieć z Polską nic do czynienia i obawiają się, że nad ich głowami Warszawa ugada się z Moskwą. Inaczej mówiąc, jak słusznie zauważyli polscy politycy przed stu laty, tylko bolszewicy mogą najwięcej dać na wschodzie, bo wszystkie nowo niepodległe państwa między Pol­ską a Rosją są obiektywnie równie antypolskie, co antyrosyjskie.
Chyba nie istnieje także jakaś koncepcja polity­ki gospodarczej naszego kraju w stosunku do państw tego regionu. Wiemy tylko, że:
− mamy uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji (ale już nie od dostaw ropy naftowej);
− ma powstać Via Carpatia, która połączy bałtyc­kie porty Litwy i Łotwy z południowo-wschod­nią Europą, czyli kosztem naszych bałtyckich interesów (jakiś nonsens);
− konsekwentnie likwidujemy obecność naszych towarów i firm na rynku rosyjskim poprzez nakładanie na naszych eksporterów sankcji wywozowych;
− poparcie polityczne dla pomajdanowej Ukrainy idzie w parze z utratą ukraińskich rynków;
− tolerujemy, a nawet wspieramy import rosyj­skiego węgla.
− należy uzasadnić złe relacje z danym państwem (czyli z Rosją) jakąś „racjonalną koniecznością”, każde zaś odstępstwo, a nawet wątpliwość co do prawdziwości tej tezy muszą być utożsamia­ne ze „ZDRADĄ” lub podejrzeniem roli „AGENTA WPŁYWU”;
− obywatele naszego kraju mają być przekonani, że narzucany obraz relacji z danymi państwami jest zgodny z ich interesami, i nawet gdy pono­szą z tego tytułu realne, widoczne gołym okiem szkody (np. utrata rynków zbytu dla producen­tów jabłek), to mają się z tym potulnie godzić, bo przecież „NIEPODLEGŁOŚĆ MA CENĘ, KTÓRĄ WARTO ZAPŁACIĆ”;
− beneficjanci tych działań profitują sobie ich koszt w postaci legalnej lub kryptolegalnej grabieży naszego majątku lub odebrania nam dochodów, np. w wyniku sprzedaży (za ciężkie pieniądze) uzbrojenia, które ma nas chronić przed „ROSYJ­SKĄ AGRESJĄ”.
Oczywiście domyślamy się, że większość anty­rosyjskiego jazgotu w naszych (?) mediach służy temu celowi, bo od ponad dwustu lat najpierw Prusy, a potem „Wielkie” Niemcy ogłupiały w tym duchu Polaków, gdyż konflikt polsko-rosyjski był, jest i bę­dzie celem strategicznym polityki naszego zachod­niego sąsiada.
Nie bardzo rozumiem, skąd się bierze publicz­nie wyrażany strach przed rzekomą agresją. Najczę­ściej stawiana jest teza, że idzie o lobbing firm amerykańskich, które chcą nam sprzedać produkowany przez siebie sprzęt wojskowy. Obywatele mogą przecież zadać pytanie (i pytają), po co mamy dać zarobić kilku wielkim koncernom, których obroty są zapewne większe od polskiego budżetu, np. kupując za grube miliardy złotych samoloty wojskowe. Prze­cież nas na to obiektywnie nie stać. Warto przeliczyć, o ile wzrosłyby świadczenia społeczne, o ile bylibyśmy bogatsi, gdyby te pieniądze zostały w kraju. Trzeba więc nas straszyć wyimaginowaną agresją rosyjską, aby pozwolić politykom kupić kilkanaście nowych zabawek.
Jest także inne, zapewne równie prawdziwe wytłumaczenie tego fenomenu. Od ponad dwustu lat w geopolitycznym interesie wielu państw jest stały konflikt polsko-rosyjski, a w latach 1944–1989 – pol­sko-sowiecki, przy czym właśnie my mamy być sta­łym inicjatorem złych relacji między naszymi pań­stwami. Przykładów jest tak dużo, że nie muszę ich przypominać. Wskażę tylko, w czyim interesie był wybuch Powstania Listopadowego (Francji), istnienie „rządów socjalistycznych” w Kongresówce (Niemiec) oraz działanie tzw. opozycji antykomunistycznej w latach Polski Ludowej (Niemiec i Stanów Zjednoczo­nych). Istotą tej koncepcji jest antyrosyjska lub anty­sowiecka dywersja, której sprawcą i ofiarą mają być właśnie Polacy. Rosja, a później Związek Sowiecki miały mieć stałe kłopoty właśnie na głównej osi stra­tegicznej wschód-zachód, miały się uwikłać w bez­sensowny konflikt, miała popłynąć „rzeka krwi” (oczywiście głównie polskiej), co wywołać miało nierozwiązywalny problem tych dwóch państw i narodów. Taki „kocioł bałkański”, tylko bardziej na północ. Dla autorów tej koncepcji przynosi ona same korzyści:
– osłabia pozycję międzynarodową Rosji (przej­ściowo Związku Sowieckiego), a osłabienie mocarstwa jest już sukcesem;
– można by było zaoferować pomoc w rozwiąza­niu „problemu polskiego”, a za to coś utargować od Rosji (Związku Sowieckiego);
– konflikt ten uniemożliwia najgroźniejszy dla wszystkich ważnych potęg europejskich sojusz polsko-rosyjski, którego obiektywnie boją się nie tylko Niemcy, ale i wszystkie państwa Eu­ropy;
– zimna i gorąca wojna polsko-rosyjska unicestwia wszystkie idee panslawistyczne, jednoczące tę część świata. (…)
Wniosek jest tylko jeden: nie bądźmy „poetami w polityce” (określenie Ottona von Bismarcka) i nie dajmy sobie narzucić roli antyrosyjskiego dywersan­ta nie swoich interesów.
Czy ktoś, kto przyjmuje rolę eksperta do spraw stosunków polsko-rosyjskich, nie wie, że nasz histo­ryczny spór z Rosją o ziemie trzech zaborów rosyjskich z lat 1773–1796 ostatecznie i definitywnie przegrali­śmy właśnie dlatego, że chcieliśmy zniszczyć prze­ciwnika, a niewiele brakowało, że to on zniszczyłby nas? Koszt naszej polityki wschodniej w ostatnim stuleciu, którą prowadziły tzw. siły niepodległościowe (czyli antyrosyjskie), był wręcz niewyobrażalny. Prze­graliśmy wszystko, co można było przegrać, wyho­dowaliśmy nowych, mniejszych wrogów, którzy przejęli od Związku Radzieckiego resztki naszego dziedzictwa, a my „przy okazji” byliśmy grabieni przez tych, którzy zawsze umacniali nas w antyrosyj­skich fobiach.
W interesie Polski i wszystkich (bez wyjątku) obywateli polskich oraz cudzoziemców mieszkających tutaj jest pokój, demokracja, rozwój ekonomiczny oraz stabilizacja polityczna i społeczna naszego kraju, któ­ry jest i długo będzie „na dorobku”, bo musi wyjść z biedy i degradacji zafundowanej nam nie tylko na początku tej epoki (ukłony dla twórcy „radykalnej transformacji”). Aby to osiągnąć, nie powinniśmy z nikim toczyć ani gorącej, ani nawet zimnej wojny, nie możemy prowadzić wrogiej polityki wobec kogokol­wiek, zwłaszcza wobec tych, którzy nie zgłaszają ja­kichkolwiek roszczeń do majątku naszego państwa czy jego obywateli. Rosja nie ma wobec nas roszczeń ekonomicznych i majątkowych, nie posiada w Polsce mniejszości narodowej, nie istnieje nawet partia poli­tyczna, którą można by nazwać prorosyjską – wszyst­kie są proniemieckie lub proamerykańskie, lub nie mają żadnego znaczenia. Nie mamy również sprzecz­nych interesów ekonomicznych i nic nam nie wiado­mo, aby istniał w Moskwie jakiś wrogi plan wobec Polski. Dlaczego więc szkodzimy sobie, hodując ko­lejnego wroga?
Doktryna (o manichejskim podziale między złą Rosją a dobrą Polską) jest nie tylko ahistoryczna, nie­zgodna z faktami i głupia – lecz przede wszystkim szkodliwa gospodarczo i politycz­nie. Co szczególnie istotne – powoduje ona izolację polityczną i osłabienie nas w relacjach z każdym państwem, które może ponad naszymi głowami się dogadać, oczywiście również naszym kosztem, wła­śnie z Rosją”.
Mam nadzieję, że powyższe wybrane fragmenty zachęciły Państwa do lektury książki Witolda Modzelewskiego pt. „Polska – Rosja. Cud nad Wisłą”, celnie i dokładnie analizującej źródła nakręcanej w Polsce rusofobii oraz stan relacji polsko-rosyjskich. Zachęcam także do zapoznania się z poprzednimi i kolejnymi książkami Autora serii „Polska-Rosja”.

Autor napisał książkę „Jak budowaliśmy Rosję” – do nabycia w księgarniach i Internecie.

Baśń o Polsce jednobarwnej

„Wiele wspaniałych postaci z naszej historii, dawniejszej i najnowszej, przewija się na kartach tej księgi – typowej dla Bohdana Urbankowskiego kolejnej kapitalnej syntezy naszych dziejów – czytamy w nocie edytorskiej wydawnictwa „Biały Kruk” – Są wśród nich: najpopularniejszy w Europie poeta polskiego baroku (kto dziś o nim wie?) cny Sarmata Maciej Kazimierz Sarbiewski, artyści, myśliciele, działacze i wielcy wodzowie jak Chodkiewicz, Żółkiewski, Kościuszko, aż po Piłsudskiego.

Iluż tu wspaniałych bohaterów, którzy wykazują się na wielu polach – walki, sztuki i intelektu. Byłby to obraz nad wyraz budujący, gdyby pomiędzy bohaterami chyłkiem nie przemykali zdrajcy.
Ci ostatni są dla nas ostrzeżeniem, tym bardziej że nie brakuje ich również w III RP. Dziś nawet jakby więcej ich było niż dawniej – czego Autor nie omieszkał wyakcentować.
Bohdan Urbankowski znany jest z patriotyzmu, ogromnej erudycji, błyskotliwych myśli i ciętych sformułowań. Wiedzę historyczną wiąże z refleksją filozofa, pisząc barwnym, wyrazistym językiem. Nie lubi lukrowanek, jasno nazywa rzeczy po imieniu. Bezbłędnie potrafi oddzielić bohaterów od zdrajców, nie myląc przy tym, broń Boże, opartych na Dekalogu pojęć i wartości.
Nie inaczej jest i w tej książce, będącej kontynuacją „Gniazda polskiego”, które jako pierwsze ukazało się w ramach serii „Wspólna pamięć narodu”.
Autor rozprawia się z kłamliwymi narracjami kształtującymi dzisiejszą wiedzę (tudzież niewiedzę) historyczną współczesnych ludzi żyjących w nowoczesnej wieży Babel.
Takie mamy czasy, że nawet w szkołach dokonuje się przekłamań, zamieniając dowolnie role bohaterów i zdrajców. Ta książka prostuje wiele spraw, w tym pomaga zrozumieć, na czym polega bohaterstwo i jak perfidna potrafi być zdrada. Bohdan Urbankowski wydobywa na światło dzienne dorobek polskiej myśli społecznej, politycznej i filozoficznej oraz jej wkład w wielkie europejskie dziedzictwo.
Ustala przyczyny kłopotów niektórych nowoczesnych Polaków z chrześcijańską tożsamością swego narodu. „Bohaterowie i zdrajcy” to bardzo pomocna lektura w zrozumieniu dzisiejszych kłamliwych medialnych narracji. Polska jawi się nam na kartach tej książki jako obiekt troski (przykłady zdrad), ale przede wszystkim jako powód do dumy (dowody bohaterstwa). Kapitalna wprost szata graficzna potęguje siłę przekazu”.
Pracę Bohdana Urbankowskiego rzeczywiście czyta się z zainteresowaniem, bo napisana jest dobrą polszczyzną, potoczyście. Z tej lektury będą jednak zadowoleni przede wszystkim zwolennicy pewnej jednostronnej koncepcji historii Polski.
Nie jest to bowiem zobiektywizowana synteza dziejów kraju, lecz jej obraz wybiórczy, skomponowany z apologetycznych pozycji nacjonalistyczno-katolickich, a przy tym raczej publicystyczny, pamfletowy niż naukowy.
To wyidealizowana wizja Polski tyrtejskiej, rycerstwa, szlachty, czynów zbrojnych, zwycięstw i „pięknych” klęsk. To co złe w polskich dziejach, to jedynie garstka zdrajców „sprzedających ojczyznę za judaszowe srebrniki”. Poza tym sama wspaniałość i szlachetność narodu.
Brak nawet odniesienia do wielowiekowego ucisku i brutalnej kolonizacji chłopów przez szlachtę, brak nurtu socjalistycznego i lewicowego (który potrafił jednak docenić pobratymca ideowy Urbankowskiego, Bohdan Cywiński w swoich „Rodowodach niepokornych”), którego ocena sprowadzona jest do inwektyw ideologicznych.
Dużo za to nienawiści nie tylko do PRL, ale do socjalizmu, lewicowości i postępowości. Ulubiony bohater Urbankowskiego pokazany jako iemal święty, bez csłego skomplikowania tej postaci.
Do tego sporo nawiązań („wycieczek”) pod adresem nielubianych przez Urbankowskiego współczesnych sił lewicowo-liberalnych.
Reasumując, lektura jako taka rzeczywiście atrakcyjna, ale raczej jako lekcja poglądowa, w jaki sposób prawica polska zaprzęga historię do służby ideologicznej. PRL mogłaby się od niej uczyć.
Bohdan Urbankowski – „Bohaterowie i zdrajcy”, Biały Kruk, Kraków 2021, str. 599, ISBN 978-83-7553-315-6

Pamiętniki polskiej inteligentki

Przed dwoma laty przedstawiłem pierwszy tom wspomnień Zofii z Odrowąż-Pieniążków Skąpskiej, opatrzony podtytułem „Wspomnienia galicyjskie” Odebrałem je jako bezcenny dokument pamiętnikarski życia polskiej inteligentki pochodzenia szlacheckiego, ukazanego na bogatym tle rzeczywistość czasów, w których przyszło jej żyć. Niedawno ukazał się tom drugi jej wspomnień.

Przypomnijmy – Zofia Skąpska urodziła się 24 maja 1881 r. w Kaliszu, zmarła 14 sierpnia 1961 r. w Krakowie. Dzieciństwo spędziła w majątku Goszczyno i Krakowie, gdzie odebrała staranne wykształcenie (…) Napisała (…) wspomnienia, których, być może niezamierzonym przez Autorkę walorem, jest przedstawienie, poprzez koleje życia swojej rodziny, historii kraju i ukazanie uniwersalizmu losów narodu i kilku pokoleń inteligencji polskiej. W tomie drugim autorka przenosi nas teraz na Pomorze, gdzie w odrodzonej Polsce toczą się dalsze losy jej i najbliższych. Tłem są zarówno ważne wydarzenia o randze narodowej, jak i drobne, lecz barwne przypadki życia spędzanego na prowincji. Druga część tomu to zapis dramatycznych przeżyć rodziny podczas II wojny światowej i okupacji. W tym czasie autorka żyła w podkrakowskim majątku Hebdów.
Wiesław Myśliwski napisał, że „pisarstwo Zofii Skąpskiej nabiera w tym tomie dodatkowych rumieńców, a historia Jej życia i życia Jej rodziny to niemal gotowy scenariusz na film czy serial obyczajowo-przygodowy. Barwne, soczyste postaci, zaskakujące losy bohaterów, a życie Autorki bogate w dramatyczne i zaskakujące zdarzenia…”
„Po drugi tom wspomnień Zofii Skąpskiej sięgnąłem pełen uznania dla wartkości narracji i zdolności obserwacji Autorki, co zapamiętałem z tomu pierwszego – napisał Józef Hen – Historia jednej rodziny osnuta wokół historycznych przeżyć całego kraju to opowieść niemal uniwersalna o losie Polski i Polaków pierwszej połowy XX wieku. Bogate, ociekające faktami i zaskakującymi koligacjami przypisy stanowią dodatkowe tło opowieści, układają się w osobną, równoległą narrację o Polsce, której już nie ma”.
„Nostalgia za rodzinną Sądecczyzną konfrontuje się w drugim tomie wspomnień Zofii Skąpskiej z trudem rozpoczynania nowego życia na Pomorzu, w którym wszystko jest inne: pejzaże, ziemia, zapachy, ludzie, obyczaje. Drugi tom wspomnień Zofii Skąpskiej jest fascynującym zapisem niełatwej akceptacji tej inności i stworzenia w nowym miejscu swojej małej ojczyzny na dwie międzywojenne dekady” – tymi słowami polecił lekturę wspomnień Eustachy Rylski.
Rafał Skąpski, wnuk autorki, a zarazem inicjator i pierwszy redaktor edycji napisał: „Matkę mego Ojca widziałem nie więcej niż dwa, trzy razy w życiu. Miałem wówczas lat kilka, Babcia odpowiednio więcej… Była więc osobą mało mi znaną i emocjonalnie dość odległą; tak poukładały się rodzinne losy. Ale wszystko się odmieniło, gdy okazało się, iż w zasadzie bez większego trudu potrafię odczytać dość specyficzny, zawiły charakter Jej pisma. A było co czytać i przepisywać; pozostawiła dwadzieścia jeden stukartkowych zeszytów zapisanych gęsto, trudno czytelnym pismem. Wspomnień obejmujących osiemdziesiąt lat życia, niemal dzień po dniu notowanych. Przepisując rękopis poznawałem nieznaną mi wcześniej Babcię, lepiej niż gdybym spędził z nią dzieciństwo. Poznawałem Jej myśli, marzenia i poglądy. Stawała mi się coraz bliższa z każdą przeczytaną i przepisaną stronicą. Dowiadywałem się o Jej dniu powszednim, o zajęciach domowych, dzieciństwie mego Ojca i jego rodzeństwa, o Jej pasjach społecznych, zamiłowaniach artystycznych, współpracy z prasą początkowo lwowską, później sądecką, krakowską, pomorską”. Piszącemu te słowa nie pozostaje nic innego jak przyłączyć się do tych opinii. Naprawdę frapująca lektura. A na dodatek autor – Rafał Skąpski, będzie podpisywał książkę na Warszawskich Targach Książki. w piątek 12,00-13,00 i sobotę 14,00-15,30 na stoisku nr 12 Wydawnictwa Czytelnik.
Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska – „Dziwne jest serce kobiece”, tom 2, Wspomnienia z Pomorza i Hebdowa”, Czytelnik, Warszawa 2021, str. 664, ISBN 978-83-07-03512-3

Jeszcze o warszawskich pomnikach

Kilka tygodni temu stolicy przybył odsłonięty w centrum miasta, u zbiegu Świętokrzyskiej, Kopernika i Tamki, pomnik „Solidarności”. Monument przedstawia logo „Solidarności”, tryumfalnie przebijające mur berliński.

Wzbudził też od razu ten pomnik spore kontrowersje – i to nie tylko dlatego, że oprotestował go obecny przewodniczący „Solidarności”, zarzucając, że logo związku, którego czuje się właścicielem, zostało tu użyte bez jego aprobaty.
Bo przede wszystkim, niezależnie od bzdurnych uroszczeń Piotra Dudy, nowy pomnik jest po prostu brzydki w formie i nader mglisty w treści. Symbolizująca berliński mur brudnobiaława bryła i wywiedziony w kolorze rdzy wielki napis „Solidarność” sprawiają wrażenie ponurej, a przy tym tandetnej turpistycznej instalacji; nie dziw, że krytyczni internauci domagają się informacji, kto za wybór i zatwierdzenie podobnego projektu odpowiada. Nie wiadomo też, czy ta rdzawa kolorystyka czerwonego przecież w oryginale logo „Solidarności” wzięła się ze strachu przed „socjalistyczną” czerwienią (a związek deklarował u swego zarania: „socjalizm – tak, wypaczenia – nie”), czy też ma symbolizować korozję i degenerację ruchu, który z wyraziciela słusznego robotniczego protestu wyrodził się w entuzjastę dzikiego kapitalizmu, a potem przybudówkę prawicowej, faszyzującej partii politycznej. O tym, że przypisywanie „Solidarności” zasługi obalenia muru berlińskiego jest kolejnym objawem narodowej polskiej megalomanii, już nie wspomnę.
A komu w ogóle to arcydzieło zawdzięczamy? Z projektem jego powstania wystąpiła i pieniądze na jego realizację dała trochę tajemnicza Fundacja im. Ronalda Reagana, która dziesięć lat wcześniej niespodziewanie i w dość nagłym trybie uszczęśliwiła stolicę wystawionym przy Alejach Ujazdowskich naprzeciw ambasady USA pomnikiem swego patrona – jak wiadomo, zaciekłego wolnorynkowego konserwatysty, a zarazem zagorzałego militarysty i ochoczego organizatora amerykańskich zagranicznych interwencji wojskowych. Przy okazji tego pomnika – tym razem wiemy to na pewno – nie było ani konkursu, ani konsultacji z władzami stolicy (choć te dały zgodę na lokalizację) – czy z tego wszystkiego nie można wysnuć wniosku, że wystarczy mieć trochę pieniędzy i tupetu, by na stołecznych ulicach otwarcie się szarogęsić? I by nad pomnikiem „Solidarności” przy Świętokrzyskiej obok flag Warszawy, Polski i Unii Europejskiej powiewała także flaga USA?
*
Na peryferiach Warszawy z rzeźbą monumentalną też bywa różnie: odbywając ostatnio spacer z Wilanowa na Ursynów napotkałem na rogu ulic Arbuzowej i Kuratowskiego ziejący amatorszczyzną pomnik …świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, wystawiony podobno rok po Reaganie, „na okoliczność 1700-lecia jej męczeńskiej śmierci”, jak głosi napis na cokole. I w tym wypadku ciśnie się na usta pytanie, za czyją to aprobatą figura ta „upiększyła” miłą i urokliwą okolicę – i czy w ogóle w dwudziestym pierwszym wieku w stolicy środkowoeuropejskiego państwa postać wymachującej krucyfiksem egipskiej świętej sprzed prawie dwóch tysięcy lat powinna być eksponowana na otwartej przestrzeni w miejscu publicznym, czy też jej miejsce jest raczej w świątyni?
*
Ale ten ostatni wariant zapewne nie mógłby zadowolić ambicji ówczesnego proboszcza warszawskiej parafii św. Katarzyny, na terenie której stanęła inkryminowana figura – księdza Józefa Maja; niektórzy pewnie jeszcze pamiętają jego nieokiełznaną energię i determinację okazywaną nie tylko w bardzo szeroko rozumianej działalności duszpasterskiej, lecz także na polu politycznym (np. utworzony w jego kościele i pod jego osobistym patronatem prawicowy Konwent św. Katarzyny). Skądinąd jedno z jego wielu niecodziennych przedsięwzięć dane mi było w swoim czasie obserwować z bliska: kiedy dwadzieścia lat temu współprzewodniczyłem działającemu pod patronatem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Komitetowi Inicjatywnemu Obchodów 180-lecia Urodzin Cypriana Norwida, ksiądz Maj umyślił umieścić z okazji tej rocznicy w swej świątyni kopię znajdującego się w rzymskim klasztorze Trinità dei Monti (tego nad Schodami Hiszpańskimi) fresku „Mater Admirabilis”, który w 1852 roku stał się dla Norwida inspiracją do stworzenia poematu „Litania”; wykonaną niebawem tę kopię poświęcił osobiście już w 2003 roku na audiencji generalnej Jan Paweł II, a ksiądz Maj wynajął specjalny samolot, którym na ten obrządek poleciało do Watykanu ponad trzysta osób – nie omieszkali przyłączyć się do tej wycieczki (zresztą z racji, o której wyżej, wziąłem w niej udział i ja) przywiezieni do Wiecznego Miasta indywidualnie i ówczesny minister kultury Waldemar Dąbrowski, i ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński, i ówczesny prymas Józef Glemp.
Ani jednak Dąbrowski, ani Kaczyński, ani Glemp, ani potem kolejni ministrowie kultury, prezydenci stolicy czy prymasi skutecznie nie wsparli szeroko już wówczas artykułowanej idei wzniesienia Norwidowi w Warszawie pomnika, na który zasługuje on na pewno bardziej niż Katarzyna Aleksandryjska. Na kolejny monit w tej sprawie, jaki w związku z tegoroczną 200. rocznicą urodzin poety skierował jeszcze przed kilkunastoma miesiącami Związek Literatów Polskich, biuro kultury stołecznego magistratu zareagowało informacją, że jakoby kilkanaście lat temu ustalono już (zresztą, jak można sądzić, bardzo niefortunną i wymagającą korekty) lokalizację takiego monumentu, nie wyjaśniło wszakże, dlaczego od tamtej chwili niczego więcej nie uczyniono. Pomnik wielkiego i tak związanego z Warszawą twórcy, którego wysokie humanistyczne przesłanie pozostaje wciąż wyjątkowo aktualne i którego poetyckie słowo wciąż poraża siłą swej nowatorskiej inwencji, od którego cała polska kultura tak wiele zaczerpnęła, powinien oczywiście stanąć w punkcie naprawdę reprezentacyjnym („bo nie jest światło, by pod korcem stało”), a zarazem mocno związanym z jego biografią – dla mnie takim wydaje się zbieg ulic Andersa i Solidarności koło placu Bankowego, ściślej skwer przy kinie Muranów w bezpośrednim pobliżu miejsca, w którym poeta w 1836 roku zamieszkał, skąd też mógłby spoglądać w kierunku swego równie wielkiego kolegi Juliusza Słowackiego. W roku Norwidowego jubileuszu na nic w tej sprawie już najpewniej liczyć nie można – może jednak Trzaskowskiego stać będzie choćby na jakieś decyzje perspektywiczne (bo z Glińskim, dla którego obcowanie z rodzimą literaturą, do tego taką jak poezja Norwida, stanowi wyzwanie wyraźnie ponad siły, żadnych nadziei bym nie wiązał).
*
Warszawski Trakt Królewski z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości miał na odcinku zawartym pomiędzy placem Trzech Krzyży a Belwederem (a więc tym, na który wcisnął się Reagan) stać się swoistą aleją ojców odrodzenia naszej państwowości – do Witosa u początku, Dmowskiego pośrodku i Piłsudskiego u końca dołączyć mieli (i dołączyli) Daszyński i Korfanty. Z inicjatywy upamiętnienia Daszyńskiego lewica była słusznie dumna – ale nie zareagowała na fakt, że w rzeczy samej ostatecznie z tej alei ojców literalnie go wypchnięto, zapewne w myśl zasady, że lewicy wolno mniej. Okazały i godny monument wyobrażający przywódcę polskich socjalistów stanął bowiem nie – jak te pozostałe – przy samych Alejach Ujazdowskich, lecz na skwerku nie opodal placu na Rozdrożu; zasłonięty drzewami, pozostaje od strony Traktu Królewskiego prawie (zimą) lub całkiem (latem) niewidoczny, a jego najbliższe, izolowane też od codziennego ruchu pieszego otoczenie przeobraża się – czego sam parę dni temu byłem świadkiem – w oazę dziennego wypoczynku dla bezdomnych (skądinąd znamienne, że oddają się pod opiekę właśnie socjalisty). Ten stan rzeczy zmieniłaby niewielka kosmetyka tego miejsca – prawdopodobnie przesadzenie jednego czy dwóch drzew; może warszawska Nowa Lewica zdoła coś w tej sprawie przedsięwziąć?

Baron ludowy

“Marks napisał: Kapitalista zakupił siłę roboczą za cenę jej dziennej wartości. (…) Ale co to jest dzień pracy?” – od refleksji na temat laborystycznej teorii wartości Julian Radlmaier zaczyna swój najnowszy film – Krwiopijcy. Czy komedia o radzieckiej awangardzie i problemach klasowych Republiki Weimarskiej jest odpowiednim nośnikiem myśli marksistowskiej?

Choć większość pogłosek docierających do nas przed oficjalną premierą filmu Radlmaiera wskazywały, że niemiecki twórca znany m.in. z Samokrytyki burżuazyjnego psa skupi się w Krwiopijcach na bliżej nieokreślonym problemie z wampirami, to nie jest to do końca prawda. Demoniczne istoty spijające krew ze zwykłych śmiertelników, oczywiście, pojawiają się w fabule, ale pełnią raczej funkcję metaforyczną i stanowią wątek poboczny.
Uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że reżyser (a także twórca scenariusza) nazywa wampirami kapitalistów. Podobnie jak Bong Joon-ho w Parasite, Radlmaier, chowając swoje osobiste przekonania do kieszeni, podejmuje się wbicia szpilki zarówno w klasę posiadającą, jak i proletariat oraz wszystkich pomiędzy. To, kogo określimy “krwiopijcą” zależy wyłącznie od nas.
Wyjęta z tradycyjnego postrzegania linii czasu opowieść przedstawia nam losy dwóch głównych bohaterów. Octavia, córka fabrycznika i zblazowana przyziemnością swoich rodziców arystokratka, w końcu znajduje obiekt westchnień, wynikających nie tylko z miłości romantycznej. Ljowushka, samozwańczy baron i była-niedoszła gwiazda radzieckiego kina urzeka ją również intelektualnie. Mężczyzna łamie bowiem wszystkie dotychczasowe granice, jakie postawili na jej drodze bogaci rodzice.
Podczas frywolnych spacerów po pięknych, niemieckich nizinach oraz czynnościach nieco bardziej przyziemnych, jak obieranie ziemniaków, pomiędzy Octavią, a Ljowushką budzi się pewne perwersyjne uczucie, wymykające się podziałowi klasowemu końcówki lat 20. XX wieku. Trudno jednak nazwać je miłością. Oboje bowiem starają się osiągnąć dzięki budowanej relacji swoje, indywidualne cele.
Na wątek miłosny Radlmaier nałożył marksistowskią teorię walki klas, która w pewnym momencie bierze górę nad resztą perypetii głównych postaci. Nierówności majątkowe są tu nie tylko osią sporu pomiędzy dwoma, różnymi od siebie środowiskami. Stanowią trzon służący bohaterom Krwiopijców do samoidentyfikacji, którą reżyser starannie i umiejętnie wyśmiewa, ukazując Ljowushkę, Octavię, a także jej służbę oraz rodzinę, jako próżnych i oderwanych od rzeczywistości intelektualistów.
Szerszego kontekstu, próżno wyczekiwać w pierwszym akcie. Radlmaier słusznie przeznaczył go na zainteresowanie widza tematem marksizmu, ale także sytuacją radzieckiego kina u początku rządów Józefa Stalina. Krwiopijcy nie nawiązują jednak do klasyki radzieckiej awangardy spod znaku Eisensteina czy Wertowa. Inaczej bowiem niż w Pancerniku Potiomkin (1925), niemiecki reżyser oparł opowiadaną historię na jednostkach, a nie podmiocie zbiorowym.
Nie brakuje jednak w Krwiopijcach motywu zbiorowego przeżywania. Szczególnie dobrze zaznaczona została wolność, którą mieszkańcy Republiki Weimarskiej zyskali po zakończeniu I wojny światowej i opanowaniu spirali inflacyjnej rujnującej gospodarkę tego kraju. Dzięki pluralizmowi politycznemu i stabilizacji ekonomicznej, prezes fabryki, stanowiącej tu tło fabularne, ma wreszcie czas na planowanie kierunków eksportowych, a jego żona może bez problemów prawić moralitety nad bolączkami systemu demokratycznego.
Poza wolnością, mieszkańcy wszystkich demokratycznych państw dwudziestolecia międzywojennego, Niemcy zyskali także prawo do odczuwania strachu. I to właśnie zawarcie w portretach psychologicznych podłoża lękowego, podskórnej niepewności wobec tego, co czeka Europę po okresie prosperity, wyszło Radlmaierowi najlepiej.
Sytuacja marksizmu, jako ideologii politycznej naznaczonej cierpieniem mieszkańców tzw. zdegenerowanych państw robotniczych, zdaje się być dziś na przegranej pozycji. Dokładnie ten sam obraz sytuacji zdają się mieć bohaterowie Krwiopijców. Nawet młodzi intelektualiści przesiadujący na plaży z “Kapitałem” nie do końca wierzą, jak miałby on (marksizm) wyglądać w praktyce – wszak zagarnięcie zdobyczy rewolucji przez obóz stalinowski było przyczyną rozłamu na niemieckiej lewicy tamtego okresu.
Krwiopijcy pełnią bardzo udaną funkcję satyryczną względem dzisiejszego porządku politycznego. Matka Octavii, hrabina i posiadaczka, przedstawia cechy typowe dla współczesnej prawicy populistycznej. Jest zdania, że wszelkie zło wynika z komunizmu i wszystkim co z nią związane. Liczy się dla niej nieskrępowana ręka wolnego rynku i względna stabilność polityczna.
Dla wszystkich znudzonych akademickim bełkotem, film Radlmaiera może okazać się jednak dobrą odskocznią od rzeczywistości. Mimo uderzania w antagonizmy klasowe na każdym kroku, twórca daje widzowi duże pole do interpretacji. Produkcję tę można odbierać także jako czystą rozrywkę z przepięknymi ujęciami na Morze Bałtyckie i pikantnym, inteligenckim humorem często korzystającym z popularnej w ostatnich latach komedii absurdu.

Intelektualista światowy, inteligent polski

W definiowaniu zasadniczych rysów myślenia intelektualisty czy artysty, poręczne bywa zestawienie go z innym „kolegą po fachu”, zwłaszcza podobnie wybitnym.

Profesor Paweł Kozłowski, socjolog i ekonomista, kolega profesora Andrzeja Walickiego (1930-2020) zestawia go z jego przyjacielem i intelektualnym interlokutorem, Leszkiem Kołakowskim. „Andrzej Walicki jest myślicielem integralnym i koherentnym. Jego poglądy polityczne są równorzędne filozoficznym, jedne i drugie są ze sobą związane, wzajemnie się uzasadniają i ze wspólnej im pracy umysłu wyrastają. Leszek Kołakowski potrafi być głębokim, ze świetnymi rezultatami, oryginalnym badaczem idei filozoficznych, natomiast staje się absolutystą i ociera o manicheizm w polityce. (…) U Andrzeja Walickiego tego rodzaju dysonansu nie ma, przeciwnie – oba przedmioty myślenia łączy jedna metoda i wspólny cel. Kołakowski „sparzył się” – jak to sam nazywa – swoim otwartym rewizjonizmem, do końca rozczarował się systemem. Walicki nie rozczarował się, bo nigdy wcześniej nie był oczarowany ani nim, ani jego czystym ideowym źródłem. (…) Kołakowski przeszedł od partyjnej i wewnątrzsystemowej walki o władzę polityczną do pełnej, zewnątrzsystemowej i pozapartyjnej opozycji. Walicki kładł nacisk na wolność jednostki, niezależność myśli i autonomię kultury, a nie na władzę polityczną, był konsekwentnym i ciągłym wyrazicielem stanowiska oponentów wewnątrzsystemowych i zewnątrzpartyjnych. Gdy Kołakowski z niesmakiem odnotowywał odchodzenie ludzi władzy od ideowości i kierowanie się przez nich w coraz większym stopniu interesownością i kalkulacją. Walicki traktował to jako zmianę w pożądanym, mniej opresywnym kierunku i odchodzenie od postaw nieprzejednanych. (…) Przyjaciół dzieli już – bardziej niż Polska – świat, Kołakowski walczy ciągle, niczym leśny kombatant, z marksizmem i komunizmem, Walicki z odradzaniem się paleokapitalizmu i z ożywieniem socjaldarwinizmu, który wypełnia głowy inteligencji i kształtuje społeczeństwo”. (…) „Nie, Leszku (pisze Walicki), „wirus marksizmu” to dziś moje ostatnie zmartwienie! Klerykalizm, nacjonalizm, rusofobia i bezpardonowa żądza władzy, to nie wirus ale epidemia”. I dodaje Kozłowski w innym miejscu: „Andrzej Walicki bronił nasze głowy przed urazem komunistycznym, teraz broni przed neoliberalizmem”.
Znamienne, że o ile Kołakowski był przez pewien czas „gwiazdą intelektualną”, „intelektualnym celebrytą”, o tyle Walicki nawet się do tej popularności nie zbliżył. Osobny, samotny, często pomijany, przemilczany, mimo wagi jego naukowego myślenia i wagi jego książek. Pewnie miał na to wpływ nieułatwiony sposób pisania i poglądy słabo absorbowane przez szerszą publiczność. „Książki Walickiego nie są po prostu lekturami do czytania, to są teksty do studiowania. Wymagają ciągłego skupienia i towarzyszenia w pracy umysłu autora”. Poza tym dużo pisał o Rosji, był od Rosji niejako naukowym specjalistą. A pisał o Rosji w sposób radykalnie odmienny od tej narracji, do której przygotowany i przyzwyczajony jest odbiorca polski. Walicki Rosji nie zbywał stereotypami. On Rosję głęboko przemyślał i wydaje się że Rosję bardzo dobrze zrozumiał, w tym oczywiście przede wszystkim rosyjską myśl filozoficzną i polityczną. Pierwsza część książki to myśl Walickiego widziana przez Kozłowskiego, druga – to głos samego Walickiego, w tekstach i udzielonych wywiadach. Głos bogaty w treści i znaczenia, głos uczonego, który pozostawił po sobie ogromny dorobek (m.in. „Polska, Rosja, marksizm. Studia z dziejów marksizmu i jego recepcji”, „Marksizm i skok do królestwa wolności”, „Polskie zmagania z wolnością. Widziane z boku”, czy „Filozofia polskiego romantyzmu”), a zakres jego naukowych zainteresowań i przedmiotów badań był bardzo rozległy. Kozłowski nazwał go „intelektualistą światowym, inteligentem polskim, człowiekiem integralnym”. Trafnie.

Paweł Kozłowski – „Spotkania z Andrzejem Walickim”, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2021, str. 326, ISBN 978-83-66615-86-1