Księga Wyjścia (42)

Ballada jak „DT” zdobyła serce Afryki. I jak nie dać się zabić polskiemu myśliwemu.

To bardzo miłe gdy wolontariusze fundacji Edu Afryka przysłali mi film, na którym zarejestrowali jak dzieci w Beninie oglądają zdjęcie swoje i swoich prac, które było w jednym z odcinków Księgi wyjścia. Oprócz tego dostałem zdjęcie, gdzie pięknie oprawiona, w antyramach gazeta z tym felietonem i zdjęciem, zdobi świetlicę fundacji i dzieciaków. Mogę więc śmiało napisać, że Dziennik Trybuna zapuścił trwałe korzenie na kontynencie afrykańskim. A ja miałem w tym swój udział.
To wprawdzie drugi mój felieton w tym roku, ale w pierwszym chyba nie podzieliłem się wrażeniami ze świąt i nowego roku. Po kilku miesiącach ankietowania podwarszawskich gmin, dotarłem do swojego mieszkania, poczułem się jak na ekskluzywnych wczasach. Wśród własnej „patologii”, jaką teraz podobno są książki, przed własnym telewizorem, we własnym łóżku i z dala od ludzi, byłem szczęśliwy, że mogę spać, czytać, oglądać czyli zająć się tym, co naprawdę lubię.
„Widmo krąży nad Europą”. Może nie widmo i nie nad całą Europą, ale po pierwsze, szykuje się bezzasadna rzeź dzików w Polsce. Sejm proceduje ustawę zakazującą spacerów podczas polowań, zgroza, pójdę na grzyby i mogą mnie bezkarnie odstrzelić, tylko dlatego, że nie zobaczyłem kartki z napisem polowanie, którą myśliwi powiesili z drugiej strony lasu i w gablotce Urzędu Gminy. Po drugie kolejny tydzień leżę przykuty do łóżka. To chyba wystarczy, by mieć wrażenie krążącego widma. Być może gdyby nie moja niefrasobliwość, wychodziłbym już powoli z tej zarazy, która mnie dopadła. Ale przez kilka nieprzemyślanych ruchów, sam zrobiłem z siebie niewolnika łóżka i kołdry. A mimo pierwotnego zachwytu, jest to naprawdę coś fantastycznego jeśli jesteśmy zdrowi i z wściekłością zerkamy na kalendarz, że niebawem trzeba będzie opuścić ciepłe gniazdko tej „patologii” i ruszyć dalej spisywać kominy. Naprawdę trudno zadowolić człowieka.
Czuję się wielokrotnie gorzej niż przed tygodniem, gdy już wtedy pisałem że mnie rozłożyło. Ponieważ jestem na etapie w którym miesza mi się jawa z fikcją, jest to jeden z najtrudniejszych felietonów, z jakimi miałem okazję się w Dzienniku Trybuna zmierzyć. Piszę więc krótkimi akapitami w równie krótkich przebłyskach świadomości. Poczucie obowiązku i punktualność, to moje dwa natręctwa. Bardzo uciążliwe, dlatego zamierzam jak co tydzień oddać felieton do redakcji o czasie. Antybiotyk skończył mi się w sobotę, zadowolony i pewny uzdrowienia i współczesnej medycyny, pojechałem tego samego dnia do Lublina na moją terapię związaną z innymi przypadłościami. Akurat trafiłem na deszcz, a że nie wziąłem parasolki, to oczywiście zmokłem. Wciąż ufając w magiczną moc antybiotyku następnego dnia, czyli w niedzielę pojechałem do Warszawy, by w poniedziałkowy poranek zawitać do Halo.Radio, gdzie miałem wystąpić z samego rana jako gość. Zależało mi bardzo na tym by wziąć udział w tej audycji, ale gdy potem ją obejrzałem, to chyba lepiej gdybym nie jednak nie pojechał w tym stanie. Wiem, wiem było dużo głosów, że wyszło super, ale mam poczucie, że wyszedłem na totalnie nieprzygotowanego. Mimo, że starałem się nie pogubić w notatkach, to i tak wyglądało to jakby Romek Kurkiewicz był gościem, a ja jedynie mu przytakiwałem. Za przecenienia swoich sił najmocniej, tych co oglądali najmocniej przepraszam. Nie powiedziałem połowy tego co zamierzałem, chociaż prowadzący wielokrotnie dał mi tę możliwość. Nie powiedziałem o problemach polskiej psychiatrii, ośrodkach uzależnień, nie wspomniałem co było bardzo ważne, kto tak naprawdę odpowiada za śmierć pasażerów ukraińskiego samolotu, który wystartował z Teheranu. Ale skoro przy tym jestem, a słowa te nie padły na antenie, to tutaj je napiszę. Postawcie się na chwilę w sytuacji irańskiego dowódcy obrony rakietowej, albo wyobraźcie że zamach ten miał miejsce na lotnisku gdzieś w Polsce. Kilka godzin wcześniej obcy kraj – bez uprzedzenia, bez wypowiedzenia wojny, zgody ONZ, ani żadnej konsultacji – przeprowadził zamach rakietowy. Dokładnie taki sam jak zamachowcy samobójcy z pasem Shahida. W pewnym momencie zaczynają lecieć bomby. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Ginie w nich jeden z generałów.
Zanim ucichło echo, na niebie znowu coś się pojawia. Dowódca obrony ma sekundę, może pół na podjęcie decyzji co ma zrobić. Obiekt jest nad stolicą. Jaką byście podjęli, wiedząc, że przed chwilą podstępnie Was zaatakowano? Jaką decyzję może podjąć dowódca odpowiedzialny za obronę miasta? Przypomnę, na decyzję ma kilkadziesiąt sekund. Oczywiście, można mieć pretensje do Iranu, że nie zamknął przestrzeni powietrznej, ale oni byli w szoku, gdyby Ameryka, wypowiedziała wojnę, to wtedy ten zarzut byłby zasadny.
A w tej sytuacji odpowiedzialność za to, że ten samolot wystartował rozmywa się pomiędzy przewoźnika, międzynarodowe agencje oraz Iran. Krew tych ludzi, którzy zginęli ma na rękach Trump. I tego też nie powiedziałem.
Po programie, mieliśmy z dawną ekipą, ponownie zająć się spisywaniem kominów. Przynajmniej taki był plan, by wrócić do przerwanego przed świętami zajęcia. Okazało się, że wszyscy z którymi współpracowałem również leżą wyłożenie tym afrykańskim pomorem świń i nie było wyjścia, przełożyliśmy pracę o tydzień. Jeśli nie dojdziemy samodzielnie to grupa myśliwych podobno skutecznie leczy tę chorobę, którą ponoć sami też umiejętnie aplikują, by mieć pretekst do zorganizowania obławy.
Może to zwykły fejknews, bo trudno uwierzyć, że ludzie są aż tak perfidni, by specjalnie zarażać swoje świnie, żeby potem mieć pretekst strzelania do bezbronnej zwierzyny. Sam jestem zapalonym strzelcem, uwielbiam broń, zwłaszcza krótką, ale korzystam z niej tylko w odpowiednich do tego miejscach, a celem nigdy nie jest żywa istota, tylko tarcza, poper – blaszana sylwetka, plastikowe butelki czy zwykła zabawa z lotkami na koncesjonowanej strzelnicy z daleka od siedzib ludzi i leśnych zwierząt.
Trochę odbiegłem od głównego wątku, ale być może przekonam kogoś, że można doskonale bawić się bronią, mało tego, kupić tego czarnoprochowca, co daje jeszcze więcej frajdy, zwłaszcza gdy wystrzałowi towarzyszy półmetrowy płomień wylatujący z lufy tuż za pociskiem. Niedawno pisałem jak taką broń legalnie można kupić. Bez jakiegokolwiek pozwolenia czy choćby rejestracji. Odkryłem też przypadkiem, całkiem niedrogie i bardzo zgrabne rewolwery polskiej produkcji, tylko wykonane z bardzo topornego materiału przypominającego żeliwo. Choć to nie repliki, również nie potrzeba mieć zezwolenia, a strzelają amunicją 0.38 czyli 10 mm. W oryginale ładuje się je krótkimi ślepakami, ale między pociskiem, a nabojem inicjującym jest tak duża przestrzeń, że spokojnie może być używany jako czarnoprochowiec.
Ciekawe czy po tej informacji nie będę miał problemów karnych, mimo, że tylko publicznie napisałem to, co każdy kto to trzymał go w rękach od razu zauważył. Nie ryzykowałbym jednak z przesadnym sypaniem prochu, bo nie znam wytrzymałości bębenka. Poza tym, bez specjalnego zezwolenia, ten stary, czarny proch jest w Polsce teoretycznie nielegalny, w przeciwieństwie do współczesnego prochu nitro, który można sobie wydłubać i wysypać z tych dłuższych ślepaków, które już można kupić bez żadnego zezwolenia w każdym sklepie z bronią czy na stoiskach bazarowych.
Ciekawe ile osób zapamiętało szczegóły kupna i całej tej kombinacji, z kupnem , a ile dlaczego nie warto tego robić. To taki eksperyment, jakie informacje przyjmuje nasz mózg, a jakie odrzuca. Ale i tutaj nie będę się powtarzał.
Tak czy inaczej myśliwi znają się na tej czy innej chorobie jak mało kto. Gdy człowiek leży w malignie i naprawdę przeżywa męki, to nie zastanawia się skąd się to przyplątało, i kto może pomóc. Myśliwi twierdzą, że oni. Ja jednak wolałem ponownie odwiedzić lekarza.
We wtorek, słaniając się już na nogach, wyruszyłem do swojej przychodni i swojego lekarza rodzinnego. Zawsze chodzę do tego samego, przez co wizyty się przedłużają, ale doskonale wie z czym się zmagam, jakie leki mogę brać, a jakich mi nie wolno. Gdy zobaczył nazwę antybiotyku, który dostałem tydzień wcześniej był przerażony, to podobno jakiś najmocniejszy specyfik i nic dziwnego, że ledwo chodzę. Dostałem całą masę witamin i elektrolitów, by naprawić jakoś spustoszenie jakie ów lek wywołał. A potem jak zwykle zaczęliśmy rozmowę. Nie mógł uwierzyć, że najbardziej krwawym konfliktem zbrojnym XX wieku była wojna Iracko Irańska. Pospieraliśmy się na ten temat przez dobrą chwilę i wróciłem do domu uzbrojony już w odpowiednie leki, które powinny mnie teraz wyleczyć ze skutków tego antybiotyku.
Ufam mojemu lekarzowi rodzinnemu, więc jestem przekonany, że to ostatni tydzień męki. A wracając do broni. Jeśli faktycznie wejdzie w życie ustawa forsowana przez lobby łowieckie, czyli ta o zakazie spacerów w lasach, w których myśliwi zamierzają dokonywać rzezi nazywanej przez nich sportem, odszczekam to co pisałem na temat wyrzucania broni i w kolejnych odcinkach będę pisał w jaki sposób w miarę tanio i skutecznie uzbroić się na spacer. Nie dajmy się im pozabijać. Tak naprawdę afrykański pomór świń jest świetnym pretekstem, by w przypadku postrzelenia spacerowicza, który nadszedł z innej strony niż wisiały ogłoszenia, lub nie zna polskiego, myśliwy nie poniósł żadnych karnych konsekwencji. To nie jest ustawa chroniąca obywateli, to ustawa, która zapewnia bezkarność myśliwemu, który zastrzeli zbłąkanego w lesie czlowieka. Argument, z tym afrykańskim pomorem naprawdę jest dęty. wszystko wskazuje, że ustawa ta jednak przejdzie. Mam jeszcze jeden pomysł, by uchronić zwierzęta. Pisałem wcześniej, że lepiej je wypłoszyć je z miejsca kaźni, niż pozwolić wystrzelać żądnym krwi leśnym mordercom. Można to zrobić bez spacerowania po lesie i bez łamania przepisów. Wystarczy, że przeciwnicy polowań i jednocześnie posiadacze dronów wyślą swoją eskadrę nad planowanym łowów. A każdy dron zostanie uzbrojony w głośnik i nadając na full disco polo jakieś 20 minut przed hasłem darz bór i trąbką rozpoczynająca polowanie. Drony będą sobie latać i uprzyjemniając myśliwym spacer po lesie. Spacer, bo oprócz dżdżownic już tam zwierzyny nie znajdą.

Rzeczy ważne i ważniejsze

Biznesmen, który „żadnego biznesu się wcześniej nie brzydził (hazard)”, zatrudniony obecnie w biznesie zwącym się „prezydentowanie mocno zadłużonemu i strasznie pyszałkowatemu zamorskiemu krajowi” czyli „Juesej”, sam, w pojedynkę, jak jakiś „Ludwik Le Soleil” rozkazał trzepnąć wybiórczo w auto generała, postrzeganego jako „główka” wroga. Strzelający – trafił, co przy obecnym stanie techniki wojennej nie dziwi.
Potem koledzy generała odstrzelali na wiwat, rzekomo nikomu nie szkodząc ani na ciele ani na umyśle. Na koniec wszyscy się zreflektowali – tzn. amerykańscy demokraci postanowili uszyć na niesfornego „dyzia” jakiś dobrze skrojony kaftan bezpieczeństwa, a Irańczycy mówią: Nie, nie, to nam wystarczy.
A cała reszta krzyczy: De-es-kalacja!
I po III – ostatniej – wojnie światowej. Na jakiś czas.
2.
Nie dalej jak wczoraj, mając w nadmiarze kwadrans „wolnego”, zajrzałam do starannie ukrytej, agencji pracy w małym miasteczku. Zapytałam o pracę, a tam odpowiedziano:
– Pracy dla Polaków nie mamy…
– A dla kogo macie – zapytałam, niepotrzebnie, bo na biurku walały się kwestionariusze osobowe różnych „oleksandrów” (lat 31, spawacz)”i „nikołów” (lat 34, murarz).
– No, dla obywateli Ukrainy.
– Z zakwaterowaniem?
– Oczywiście.
– Płatnym?
– Dla nich bezpłatnym.
– Wynagrodzenie?
– Lepsze dla nich.
– A ZUS?
– Obecnie już płacą.
– Chętnie pracują?
Odpowiedź mnie zaskoczyła:
– Nie. Coraz bardziej wybredni. Nic im się nie podoba. Chcą jechać dalej…
Odetchnęłam – może za jakiś czas w małym miasteczku będzie praca i dla „polaków” z wynagrodzeniem powyżej najniższej pensji krajowej. Bo póki co – nie ma.
3.
A ponieważ zostało mi z wolnego kwadransa jeszcze kilka minut, zajrzałam do obok się mieszczącej pracowni psychologicznej. Okazało się, że, owszem, stacjonuje w tym miejscu nawet kilku psychologów, poświęcających się bezpłatnie, ale służą oni jedynie… alkoholikom i ich rodzinom. Jak poinformowała mnie urzędująca tam pani w średnim wieku, obecnie rozważa się też bezpłatną opiekę psychologiczną dla „dzieci owładniętych manią samobójczą”.Pomocy psychologicznej dla innych „grup ludności”, poza mocno oddalonymi w czasie poradami w gabinetach „na NFZ” nie ma.
Urzędująca pani przedstawiła się jako wolontariuszka AA, od „dwudziestu lat trzeźwa”. Które to oświadczenie, wyrażane na wyrost i od progu, od dawna zastępuje w środowisku alkoholików wizytówkę. Zaś o nadmiarze psychologów w ruchu AA pani powiedziała krótko:
– Umieliśmy o siebie zadbać.
Zamykając za sobą drzwi, przypomniałam sobie sąsiadkę z wildeckiej kamienicy, w której się wychowałam, jak co pewien czas tłukła wałkiem męża-pijaka.
Co na pewien czas oddalało go od kieliszka.
O ileż to było tańsze…Zwłaszcza, gdy wałek był z dobrego drewna wystrugany…
4.
I teraz z kotem Beniem Trampkiem rozważamy szekspirowskie: Pić czy nie pić.
Kłopot w tym, że on alkoholu nie tknie, luster w domu nie mamy, w pojedynkę zaś pić niestosownie.

Słucham pulsu współczesności

– Staram się unikać wszelkich kontekstów politycznych, ideologicznych. Interesują mnie przeżycia jednostek i grup wyłącznie w aspekcie ludzkim, prywatnym, psychologicznym. Interesuje mnie człowiek i reguły rządzące jego zachowaniem – z Natalią Koryncką-Gruz rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pani fabularny debiut sprzed 17 lat, „Amok”, był mocną diagnozą rzeczywistości rodzącego się polskiego kapitalizmu. Pani ostatni film, „Warsaw by night” też jest silnie wpisany w teraźniejszość społeczną. Ma Pani jako reżyserka silną potrzebę trzymania ręki na pulsie rzeczywistości i pokazywania jej in statu nascendi…
To prawda. Pasjonuje mnie to, co dzieje się wokół mnie, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Najbardziej interesuje mnie obserwowanie i opis sytuacji, która się dzieje tu i teraz. Kiedy realizowałam „Amok”, ta rzeczywistość działa się na gorąco. Pokazałam proces tworzenia się nowej klasy społecznej
Także jako proces emocjonalny, na co wskazuje również tytuł, choć pieniądze w kulturze funkcjonują na ogół jako atrybut sfery rozsądku, mimo molierowskiego skąpca kochającego swoją szkatułkę miłością jedyną…
W Polsce była to wtedy nowość warta pokazania na ekranie. Nowość w życiu Polaków, głównie młodego pokolenia.
Dlaczego wybrała Pani kobiety na bohaterki „Warsaw by night”? Czy zafascynował Panią problem emancypacji kobiet, który od 1989 roku jest przedmiotem ciągle powtarzającej się, społecznej, bardzo emocjonalnej debaty?
Nie. Staram się unikać wszelkich kontekstów politycznych, ideologicznych. Interesują mnie przeżycia jednostek i grup wyłącznie w aspekcie ludzkim, prywatnym, psychologicznym. Interesuje mnie człowiek i reguły rządzące jego zachowaniem. W tym przypadku przede wszystkim kobiety, które poszukują, właściwie po omacku, swojego miejsca w przestrzeni wielkiego miasta.
Co jest Pani najważniejszym filmowym credo?
Szacunek dla rzeczywistości. Obserwacja zachowań i charakterów ludzkich.
Porozmawiajmy nieco o Pani drodze do filmu i zawodu reżysera. Co Pani dała Alma Mater, łódzka szkoła filmowa?
Przede wszystkim otwarcie na świat i kontakt z wybitnymi pedagogami. Po pierwsze z opiekunem mojego roku Wojciechem Hasem. Po drugie z innym ważnym, a z wielu powodów jeszcze ważniejszym dla mnie twórcą, Krzysztofem Kieślowskim.
Pani kinu na pewno bliżej do Kieślowskiego niż Hasa….
Takie kino jak Hasa, kreacyjne, malarskie, literackie, wywodzące się z wyobraźni podziwiam jako widz, ale to nie mój reżyserski świat. Tak jak Kieślowski, czerpię z realnej rzeczywistości. Ona mnie frapuje. Dlatego tak jak on, zrobiłam także wiele filmów dokumentalnych. Mistrzem był dla mnie też wielki dokumentalista Kazimierz Karabasz. Poza tym kino kreacyjne wymaga mistrza tak niezwykłego jak Has, bo na lekko tylko niższym poziomie staje się grafomanią i błyskawicznie się samodemaskuje. A Kieślowski, choć nie żyje od lat, pozostaje dla mnie ważnym punktem odniesienia.
Zauważyłem, że bardzo niewielu absolwentów szkoły filmowej w Łodzi została i zostaje reżyserami, w każdym razie na stałe. Większość nazwisk zniknęła z jakiegokolwiek horyzontu…
To prawda. Z mojego roku ten zawód uprawia tylko Dorota Kędzierzawska, ja i jeszcze jeden kolega. Wynika to z wielu przyczyn. Także stąd, że reżyser, to bardzo niestabilny zawód, że ciągle zaczyna się w nim od nowa, wraca się do punktu wyjścia. Poniekąd syzyfowa praca.
„Amok”, za który otrzymała Pani w Gdyni nagrodę za debiut fabularny nie „ustawił” Pani w zawodzie?
Ani trochę. Z pragmatycznego punktu widzenia ta nagroda, choć zaszczytna, nie dała mi nic. I nie jestem tu wyjątkiem.
Po ukończeniu „filmówki”, ukończyła Pani studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, ale poza kilkoma filmami dokumentalnymi, między innymi o „demonicznych kobietach” Witkacego, o Norwidzie, Baczyńskim i Pessoi, nie ma w Pani twórczości proweniencji literackich. Dlaczego?
Bo ani w klasycznej ani we współczesnej literaturze nie znalazłam jako dotąd inspiracji do fabuły. Świat tak bardzo i tak szybko się zmienia, że klasyka jest coraz mniej czytelna dla współczesnej widowni. Dziś znacznie trudniej wyobrazić sobie taką ekranizację jak „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy. Widzowie coraz trudniej znoszą historyczny kostium, bo on zbyt ich oddala od treści przekazu i coraz słabiej rozumieją konteksty literackie, kulturowe, humanistyczne niezbędne do percepcji klasyki. Brakuje im oczytania. Coraz więcej widzów rozumie tylko prosty przekaz jeden do jednego. Rozwija się kultura facebookowa prostej komunikacji. Przeraża mnie to, że komercja stanęła w centrum, w tzw. mainstreamie rynku kultury. Kiedyś też była, ale nie w centrum.
Filmy fabularne można robić znacznie rzadziej niż dokumentalne. Nie myślała Pani o poświęceniu się dokumentowi?
Nie. Cenię dokument, ale bliższa mi jest fabuła. Żeby coś ważnego osiągnąć w dokumencie, trzeba mu się poświęcić bez reszty, tak jak Kazimierz Karabasz.
Trzecim Pani polem działalności jest Teatr Telewizji. Ale i tu, mimo polonistycznego wykształcenia, tylko raz odwołała się Pani do wielkiej literatury, w „Małym księciu” według Saint-Exupery’ego. Poza tym współczesność i realizm.
Albo najnowsza historia Polski…
Ma Pani na myśli niedawno powtórzone widowisko „Inka” o losie Inki Śledzińskiej, niewinnej ofiary represji stalinowskich? Historia tego okresu obfita jest w dramatyczne i tragiczne wydarzenia, biografie. Skąd wybór tej właśnie postaci?
Jej śmierć nie była śmiercią dojrzałego żołnierza, który musi się z nią liczyć, ale śmiercią młodej dziewczyny, prawie dziecka. Jej odważna, a właściwie heroiczna postawa w obliczu śmierci od kuli w więzieniu UB jest czymś niebywałym. Wierność wartościom, ideałom w dzisiejszym świecie występuje bardzo rzadko. Długo szukałam aktorki odpowiedniej do tej roli, aktorki mającej w sobie czystość i niewinność „Inki” i chwilami popadałam w zwątpienie, że taką znajdę. Zafascynował mnie fakt tak silnego przywiązania do pewnych wartości u bardzo młodej, zaledwie siedemnastoletniej dziewczyny. Z naszej perspektywy to jeszcze niemal dziecko, ale w czasie wojny młodzi ludzie szybciej, w tempie przyspieszonym dojrzewali. Żyjemy w czasach kompletnego relatywizmu, w których przekonania są nieistotne, liczy się tylko doraźna korzyść. I to w efekcie, paradoksalnie, rodzi u części młodych ludzi głód mocnych wartości. To nie mój domysł, ale pewność, ponieważ po premierze „Inki” dotarło do mnie sporo sygnałów od młodych ludzi, którzy dzielili się ze mną swoimi wrażeniami i dziękowali mi za pokazanie tej postaci.
Jakimi kryteriami kierowała się Pani przy układaniu obsady?
Przede wszystkim bardzo długo nie mogłam znaleźć odpowiedniej aktorki do roli Inki. Miałam nawet momenty zwątpienia, czy mi się to w ogóle uda. Chodziło o specjalną osobowość, prawie dziś nie spotykaną, charakteryzującą się jakimś rodzajem duchowej czystości, niemal niewinności, idealizmu. I po castingach, do których przystąpiło wiele młodych kandydatek, natrafiłam na młodą aktorkę z Gdańska Karolinę Kominek, absolwentkę krakowskiej PWST. Ona właśnie miała w sobie to „coś”. W ogóle większość obsady stanowią młodzi aktorzy z Gdańska, choć nie tylko.
Dlaczego?
Po pierwsze z powodów praktycznych. Zdjęcia w całości realizowane były w Trójmieście, w Gdańsku i okolicach Sopotu, więc dzięki temu uniknęłam ewentualnych problemów organizacyjnych, które wiązałyby się z rozlicznymi zajęciami aktorów warszawskich. Poza tym młodzi gdańscy aktorzy bardzo silnie zaangażowali się emocjonalnie i zawodowo w tę realizację. Bardzo chcieli w niej grać. To wytworzyło atmosferę pozytywnego napięcia twórczego.
Gdzie kręcone były sceny więzienne?
W autentycznej scenerii więzienia w Gdańsku przy ulicy Kurkowej, tego w którym przetrzymywana była i zamordowana została Inka. Plenery leśne nakręcone zostały pod Sopotem. Takich tematów jest wiele. Nie ma szans, żeby powstały o nich filmy, ale skoro była szansa zrealizować spektakl telewizyjny, to skorzystałam z okazji.
Niedawno można było usłyszeć Pani deklarację woli ponownego, szybkiego stanięcia za kamerą filmu fabularnego. Po kwestii przemian ekonomicznych, pieniądza, po temacie kobiecym – co teraz chciałaby Pani podjąć?
Kwestię wolności. Ona do tej pory wydaje się być zadekretowana, oczywista, a przecież jest wokół tyle dla niej zagrożeń, wewnętrznych i zewnętrznych. Te zagrożenia dla wolności są na poziomie politycznym, psychologicznym, obyczajowym. Człowiek wolny jest niemal na co dzień pod presją. Jest uczestnikiem i świadkiem ciągłych ataków na wolność własną i innych. Dlatego jest to temat niemal palący.
Dziękuję za rozmowę.

Natalia Koryncka-Gruz – ur. w Warszawie – scenarzystka, reżyserka i producent filmowy. Absolwentka Wydziału Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej (1986) PWSFTviT w Łodzi oraz filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego(1980). W latach 1986-1987 związana była ze Studiem Filmowym im. Karola Irzykowskiego, w latach 1987-1989 z Zespołem Filmowym „Perspektywa”. Od 1992 r. działa jako niezależny producent filmowy. Członkini Polskiej Akademii Filmowej. Filmy fabularne: „Amok” (1998), „Piekło-niebo” (2004 – cykl „Święta polskie”), „Warsaw by night” (2015). Seriale telewizyjne, m.in. : „M jak miłość” (2000–2007), „Barwy szczęścia” (od 2007). Filmy dokumentalne, m.in.: „Norwid (1984), „Powrót arystokratów” (1992), „Dolina księżycowa” (1993), „Krótki film o Krzysztofie Kieślowskim” (1996), „Bezprizorni” (1997), „Zbig” (2000), reżyser, scenarzysta, producent. Teatr Telewizji, m.in.: „Martwa natura” (1988), „Biała dama” (1997), „Inka” (2007). Laureatka wielu prestiżowych nagród zagranicznych za filmy fabularne i dokumentalne.

O sprawie Dreyfusa nieco inaczej

Najnowszy film Romana Polańskiego („J’accuse”, 2019), to dobra okazja by znów, lub po raz pierwszy, poczytać o sprawie kapitana Alfreda Dreyfusa, która jak się okazuje po przeszło stuleciu, wytworzyła pewien model konfliktu społeczno-politycznego, w dużym stopniu aktualny do dziś.

Praca Michała Horoszewicza jest pierwszym polskim syntetycznym ujęciem tej sprawy, jako że dotychczas mogliśmy sięgać jedynie po rozdziały czy nawet akapity w syntezach historii Francji czy historii powszechnej lub po popularne i na ogół raczej pobieżne artykuły prasowe. Horoszewicz dokonał syntezy popularno-naukowej, lecz w swym bogatym oparciu o źródła i francuską literaturę przedmiotu zbliżającej się do poziomu pracy naukowej. Opis sprawy Dreyfusa poprzedził naszkicowaniem rozległego tła na którym się ona rozegrała, a więc Francji po klęsce 1871 roku wojnie z Prusami i Komunie Paryskiej, upokorzonej narodowo, z drążącym ją fenomenem intensywnego i powszechnego antysemityzmu oraz potężną rolą Kościoła katolickiego. Ten ostatni bowiem, poza antysemityzmem, wskazuje autor jako na główne źródło inspiracji sprawy Dreyfusa. Przy czym Horoszewicz zachowuje w tej sprawie obiektywizm pokazując, że Kościół – wbrew mocno upowszechnionemu przekonaniu – nie był w tej kwestii jednolity i nie wszystkie jego segmenty jednoznacznie stanęły w szeregach antydreyfusardów.
Podobnie było, zdaniem autora, z korpusem oficerskim, który również, wbrew przyjętemu przekonaniu nie był jednolity w antydreyfuzardyzmie i radykalnym militaryzmie. Wystarczy przywołać szczególnie paradoksalny casus generała-markiza de Gallifet, uważanego za skrajnego reakcjonistę „kata Komuny Paryskiej”, jej krwawego pacyfikatora (negatywny bohater poematu Władysława Broniewskiego „Komuna Paryska” – „generale Gallifet krew masz na butach, generale Fallifet, cuchniesz mordem”), który ku ogólnemu zaskoczeniu stanął w obronie Dreyfusa. Podobne odrębne od powszechnie utrwalonego jest stanowisko autora w kwestii skali konfliktu. „Rozpowszechniony pogląd o Francji podzielonej na dwoje przez Sprawę, jest mylny. Zajmowały się nią i pasjonowały mniejszości, „elity”, przede wszystkim Paryż mieszczański. Dreyfusizm miał względnie skromne grono zwolenników, nigdy nie stał się powszechny. Nie wiadomo – przyznawał w 1961 roku historyk Jean-Pierre Peter – w jakim stopniu pozaparyska reszta kraju brała udział w sporze.
Wieś mogła pozostać w dominującej mierze nietknięta tym wydarzeniem społecznym. (…) Sprawa przewalała się nad nimi. Wolno więc sądzić, że jedynie kilkanaście – najwyżej dwadzieścia – procent ogółu społeczeństwa włączało się, na różny zresztą sposób, w Sprawę”. Po tym poddaniu w wątpliwość trafności trzech utrwalonych poglądów autor drobiazgowo, ale w sposób nienużący, barwny, nawet lekki, opisał sprawę Dreyfusa w rozmaitych segmentach życia francuskiego, w prasie, w lożach masońskich (także one były w tej kwestii nie w pełni jednolite), z perspektywy podzielonego na trzy frakcje Kościoła i papiestwa, uwzględniając rozmaite i liczne zwroty akcji, stosowaną symbolikę, paroksyzm nacjonalistyczny i antysemicki. Horoszewicz uwzględnił też perspektywę polską, prezentując zróżnicowane stanowiska prasy w Królestwie Polskim, od wrogiej obozowi dreyfusardów klerykalno-anysemisko-konserwatywnej „Roli”, po przyjazny mu, pozytywistyczny „Przegląd Tygodniowy”.
„Sprawa Dreyfusa” Michała Horoszewicza, co stanowi jej dodatkowy walor, jest bogato ilustrowana rysunkami satyrycznymi zaczerpniętymi z prasy, głównie francuskiej tamtych czasów.
Michał Horoszewicz – „Sprawa Dreufusa”, wyd. Bellona, Warszawa 2019, str. 229, ISBN 978-83-11-15813-9

Wszystko co najgorsze

Ani jednego słowa, ani jednego zdania z tej niewielkiej książeczki nie sposób uznać ani za nowe, ani za nieznane, ani za nieoczywiste. Jest to dokładnie wszystko to, co na co dzień wchłaniamy z przestrzeni życia publicznego w Polsce, z mediów wszelakich.

Wszystkie pola walki, wszystkie punkty sporu, wszystkie nienawiści, brednie, lęki, rozczarowania, całe Zło tego czasu. A jednak, paradoksalnie, jest to rzecz wybitna.
Ten tekst prowokuje silne wrażenie z dwóch powodów. Po pierwsze, to co rozproszone autorzy skoncentrowali niczym w soczewce, podali w postaci esencji zwartej i gorzkiej, jak to tylko jest możliwe. Po drugie, rangę pytaniom i kwestiom jakie postawili nadał w ogromnym stopniu ich adresat, Marek Edelman (1923-2009), lekarz, działacz, jeden z przywódców Powstania w Getcie Warszawskim. A że nie żyje on od przeszło dekady, więc jest to list do … ducha. To też rzecz niezupełnie nowa, jako że istnieje w pomroku przeszłości taka tradycja literacko-filozoficzna jak listy do umarłych, można przywołać osiemnastowieczne „Listy do umarłych” Fontenelle’a. (…) czy da Pan wiarę, że Polska po trzydziestu latach wolności znowu zaczyna ją tracić? I to tym razem z woli samych rodaków?” Ta uwertura w postaci dramatycznego pytania poprzedza obszerny katalog tego, co jest dziś naszym udziałem. Słowem – gdyby ktoś wrócił do Polski po roku, dwóch, po takiej też przerwie w czytaniu gazet i śledzeniu mediów wszelakich, od prasy przez stacje telewizyjne po internet, to aby szybko ogarnąć, bez konieczności żmudnej, prasochłonnej i czasochłonnej czynności przeglądania wiadomości wstecz, dzień po dniu – powinien sięgnąć po tę książeczkę. Bez konieczności zagłębiania się w nadmiar detali znajdzie w niej klimat naszych dni. Autorzy nie przebierają w słowach. Nie w tym oczywiście sensie, by używali tzw. słów „grubych”, ale w sensie dosadności ich treści i znaczenia, nie bez solidnej szczypty wyrazistych metafor publicystycznych. Kilka kwestii co mocniejszych: „Zmiany Polski na taki raj chce Wielki Inżynier przeżuwający swe kompleksy i porażki w mrocznym zaciszu żoliborskiego domu wzniesionego z PRL-owskich cegieł”. „Nie znosimy kibolsko-oenerowskiej ekipy, która włada dziś Polską. Jesteśmy przekonani, że kiedyś w państwie rządzonym przez prawo, poszczególni przedstawiciele dzisiejszej władzy muszą stanąć przed niezależnymi sądami, by tłumaczyć się z propagowania nacjonalizmu i nienawiści”. Takich, i o wiele mocniejszych kwestii, w tym demaskatorskiego cytowania języka Kaczyńskiego i PiS, z uwypukleniem n.p. jego konotacji z językiem propagandy hitlerowskiej w stosunku do Żydów. Jest ta książeczka nie tylko katalogiem tego CO JEST, ale też tego, CO MOŻE BYĆ. Jako rezultat. W jednym z listów porównują autorzy sytuację polską do Francji podzielonej przez sprawę Dreyfusa: „Dreyfusa w Polsce jeszcze nie ma, ale dewastacja państwa trwa. Polska z każdym dniem jest słabsza jako organizm polityczny. Prawo przestaje znaczyć prawo, a staje się narzędziem służącym władzy. Ideologia PiS-landu, koktajl narodowego socjalizmu i religijnego fundamentalizmu, zastępuje rozmaitość poglądów i wolność ich głoszenia. Spory ideowe i polityczne coraz mocniej dzielą obywateli. Lada chwila zacznie się gospodarczy zmierzch. Na koniec zostaniemy sami w Europie naprzeciwko Rosji”. Nic dodać, nic ująć. Zdarzają się mądre książki-przestrogi, utkane z tworzywa, które dobrze znamy, książki-syntezy, jak przywołany przez Adama Michnika w cytacie na okładce książki list Woltera do Pana Boga po zagładzie Lizbony. Ten „gorzki esej” Beresia i Burnetki, jak go określiła Krystyna Janda, jest taką książką.
Witold Bereś, Krzysztof Burnetko – „List do Marka Edelmana. Za wolność wczoraj i dziś”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 101, ISBN 978-83-66095-18-2

Dobra zmiana od A do Z

Może nie tyle świata, jak sugeruje tytuł, dotyczy wspólna praca dwojga polonistów i językoznawców, Katarzyny Kłosińskiej i Michała Rusinka, bo dotyczy Polski i to ostatnich czterech lat. W tytule została zasygnalizowana próbka zawartości i problematyki tego leksykonu, słownika, którym jest ta książka.

„Dobra zmiana” to jedna z najgłośniejszych wiodących fraz, które stały się hasłami propagandowymi obecnej władzy. Autorzy stworzyli leksykon, od A do Z, od „Afery” po „Życie”, składający się z około 200 słów zawartych w 69 hasłach, słów zaczerpniętych z mediów elektronicznych, z przemówień, z prasy, z internetu. Każde z nich, tworzące w sumie całościową leksykę, przeanalizowali pod kątem frazeologicznym, kulturowym, funkcjonalnym, emocjonalnym (m.in. jako narzędzie przemocy werbalnej i piętnowania), definiując jego funkcjonowanie w języku oficjalnym i jego przenikanie w różnych kontekstach (na serio i prześmiewczych) do języka potocznego, do internetu, do humoru, etc. Wśród haseł, które znalazły się w słowniku są tak powszechnie znane jak tytułowa „dobra zmiana”, „bez żadnego trybu”, „Bruksela”, „damy radę”, „kasta”, „mordy zdradzieckie”, „Polska w ruinie”, „totalna opozycja”, „wstawanie z kolan”, czy mniej znane i mniej identyfikowalne, jak „astroturfing”, „mabena” czy „ojkofobia”. Są także takie słowa jak „pucz”, „antypolski”, „bojówki”, „suweren”, „układ”, znane i używane od dawien dawna, ale które za czasów „dobrej zmiany” nabrały nowych kontekstów. Ta analiza słowo – i frazotwórczej aktywności propagandy obecnego obozu rządzącego stanowi świetny punkt wyjścia do analizy jej anatomii, jej natury, ducha i sposobów działania. Warto tę książkę starannie przeczytać, choć materię, o której opowiada, chłoniemy z mediów każdego dnia. Warto jednak gruntowniej poznać sens słów, które często przyjmujmy odruchowo, nawet bezrefleksyjnie. Warto też zachować tę książkę jako przyszłą pamiątkę po czasach i strasznych i śmiesznych, a na pewno ciekawych, choć, jak to wyraża sens znanego powiedzenia („Obyś żył w ciekawych czasach”), „ciekawość” ta bywa męcząca, niepokojąca, a nawet złowroga.

Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek – „Dobra zmiana, czyli jak rządzi się światem za pomocą słów”, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, str. 380, ISBN 978-83-240-5925-6

Portret miasta w stanie gorączki

„Paryż 1938” to portret miasta w stanie gorączki. Nie znaczy to, że jedynie ostatni przedwojenny rok był gorączkowy, bo gorączka trwała i wcześniej i później, w roku 1939, nie tylko w Paryżu ale też w całej Europie.

Jednak gorączka paryska była szczególna, bo szczególnie bujne było życie w stolicy Francji: artystyczne, intelektualne, towarzyskie, polityczne. To tam wybijała pokrywka od czajnika z gotującą się groźną cieczą. Nie da się tego porównać ani z relatywnie prowincjonalną i zanurzoną w polskiej niefrasobliwości Warszawą, ani z chłodnym Londynem, ani tym bardziej z zakutymi w totalitarne kajdany Berlinem czy Rzymem. A jako, że gorączkują ludzie, a nie mury, jest to portret Paryża 1938 pokazany przez pryzmat życia i działania pokaźnego grona wybitnych postaci głównie z kręgów artystycznych, które wycisnęły swój ślad na jego historii najnowszej. Paryskiej scenerii, obrazu jego sławnych ulic, placów, pałaców, parków, mostów, kościołów, restauracji, kawiarń i barów jest tu tylko tyle, ile potrzeba, aby topograficznie usytuować niektóre personalia i zdarzenia. Autor nie „oczarowuje” nas ową legendarną aurą Paryża, bo nie pisał przewodnika, lecz wszechstronne studium czasu i miejsca. Portret ów, niczym „Godzinki księcia de Berry”, podzielony jest kalendarzowo, od stycznia do grudnia, choć nie jest to suche kalendarium, lecz soczysta opowieść, przepełniona na każdej stronie dziesiątkami personaliów, szczegółów, anegdot, smaczków, etc. To portret miasta, mekki artystów, w którego życie, w rytm i klimat wyznaczany klimatem kawiarń, restauracji, barów, kabaretów, teatrów, kin, galerii sztuki wdziera się ze szczególną gwałtownością polityka z jej narastająca grozą. Wizualnym tego, upiornym niemal wyrazem jest słynna fotografia wykonana z placu Trocadero, z widokiem na wieżę Eiffla, ale także na ustawione na przeciw siebie pawilony targowe dwóch państw totalitarnych, hitlerowskiej III Rzeszy niemieckiej i stalinowskiego ZSRR. Wstępem do tej barwnie napisanej, potoczystej opowieści o Paryżu ‘38 jest 38-osobowa lista postaci, które są szczególnie dla niej ważne, które były znamienne dla Paryża tamtych lat, od Hannah Arendt i Josephine Baker, przez Samuela Becketta, Ferdynanda Céline, Ernsta Hemingwaya po Anäis Nin i Simone Weil. Zaplątali się na tej liście także Stefan Kisielewski czy Jan Lechoń, postacie w historii Paryża zupełnie nieistotne, ale tworzące swoistą nitkę między czasem paryskiej gorączki 1938, a ówczesnymi wątkami polskimi nad Sekwaną. Rzecz jasna 38-osobowa lista „obecności” nie wyczerpuje całości ludzkiej zbiorowości, która tworzyła klimat tej epoki (bo przecież rok 1938 pełni w gruncie rzeczy rolę pars pro toto). Pełną – o ile to możliwe – listę postaci tworzących kosmos ludzki tamtego Paryża tworzy liczący setki pozycji indeks nazwisk. Piotr Szarota napisał już wcześnie portrety dwóch miast: „Wiedeń 1913” i „Londyn 1967”. Ma cenny dar interesującego i bogatego erudycyjnie opisywania ważnych dla Europy i świata miast w momentach przełomowych lub szczególnych. Ponieważ o Paryżu już napisał, więc przypuszczam, że raczej o Paryżu 1968 nie napisze, choć byłoby to cenne. Ale n.p. Rzym 1922 roku czy Nowy Jork 1968? To byłoby bardzo interesujące, podobnie jak będąca tematem niniejszego teksty, fascynująca opowieść o Paryżu 1938.

Piotr Szarota – „Paryż 1938”, „Iskry”, Warszawa 2019, str. 669, ISBN 978-83-244-1047-7

Ciągnęło mnie w szeroki świat

W obecnych czasach, w których liczy się przede wszystkim życie, zdrowie i pieniądz, arystokratyzm stracił dawne znaczenie – z Lilianą Głąbczyńską-Komorowską, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Miała Pani debiut, jaki rzadko zdarza się świeżo upieczonej absolwentce szkoły aktorskiej. Rola Abigail w Teatrze Telewizji, w reżyserii Zygmunta Hűbnera, u boku takich mistrzów jak Andrzej Łapicki, Roman Wilhelmi, Zbigniew Zapasiewicz, Marek Walczewski, Hanna Skarżanka. Myślę o „Czarownicach z Salem” Arthura Millera…
Rzeczywiście, to było niezwykle. Hűbnera poznałam w warszawskiej PWST, który był tam profesorem. Innym moim profesorem był Gustaw Holoubek, Andrzej Łapicki moim dziekanem, a rektorem Tadeusz Łomnicki, jeden z największych aktorów wszechczasów. W szkole teatralnej była wtedy niesamowita plejada osobowości. Przyglądanie się ich kunsztowi bardzo wiele mnie nauczyło. Byłam bardzo ambitną młodą osobą i chciałam zajść bardzo daleko. Hubner wypatrzył mnie w roli Gertrudy, we fragmencie „Hamleta”, który w ramach scen dramatycznych wyreżyserował Żenia Korin i powiedział: „Pani Liliano, mam dla Pani rolę”. To była rola Abigail w „Czarownicach z Salem” A. Millera. Rola młodej kobiety do szaleństwa zakochanej w żonatym mężczyźnie i będącą siłą sprawczą dziejących się wokół namiętności. „Czarownice” to sztuka o mechanizmie nagonki politycznej i działaniu komisji śledczej. Co prawda Miller nawiązywał do amerykańskiego maccartyzmu z lat pięćdziesiątych, ale często mam wrażenie, że dzisiaj także jest aktualna… Dzięki tej roli, nagrodzonej zresztą w kategorii debiutu na Festiwalu Twórczości Dramatycznej w Olsztynie, w 1979 roku dostałam od Gustawa Holoubka angaż do Teatru Dramatycznego. W teatrze telewizji zagrałam jeszcze rolę prostytutki u Kazimierza Karabasza w „Śmierci komiwojażera” Millera i Roxanę w „Cyrano de Bergerac” Rostanda w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego, do której to roli przygotowywał mnie Tadeusz Łomnicki. To były czasy, że nasi nauczyciele mieli potrzebę i poczucie obowiązku, by pomagać młodym aktorom rozwijać skrzydła.
A na żywej scenie?
Wystąpiłam w Dramatycznym w takich inscenizacjach jak: „Operetka” Gombrowicza z Piotrem Fronczewskim, „Britanicus” Racine’a z Zofią Rysiówną, „Śmierć Kubusia Fatalisty” Diderota ze Zbigniewem Zapasiewiczem czy „Jak wam się podoba” Szekspira z Januszem Gajosem. Także w „Księżniczce Turandot” Gozziego jako Selima. Pozostał mi też w pamięci występ w słynnym przedstawieniu „Mordu w katedrze” Elliota w reżyserii Jerzego Jarockiego w początkach stanu wojennego, wiosną 1982 roku.
Szybko też znalazła Pani dla siebie miejsce w filmie…
Tak, byłam w Paryżu latem 1981, gdy zadzwoniono do mnie z propozycją zagrania Jewdochy w „Austrii” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Wcześniej miałam za sobą małą rolę w filmie „Śmierć prezydenta” Kawalerowicza, główną rolę kobiecą w „Krabie i Joannie” i parę ról w serialach telewizyjnych m.in. „Kariera Nikodema Dyzmy” z moim ulubionym Romkiem Wilhelmim.
Dlaczego mimo to Pani wyjechała z Polski?
Ciągnęło mnie w szeroki świat, chciałam się sprawdzić. Dostałam propozycję zagrania w filmie „Wojna i miłość”, i dzięki tej roli mogłam wyjechać z Polski, dostać pozwolenie na pracę i wynająć agentkę. Potem zagrałam w „Misji specjalnej”, „Zasadach walki”, w serialach „Kojak”, „Bill Cosby Show”, „Hunger” i wielu innych. Grałam m.in. z Donaldem Sutherlandem, Telly Savalasem, Tomem Selleckiem, Aidanem Quinnem, Wesleyem Snipesem, grałam także na Broadway’u. Dzięki zagraniu w kilku, niezwykle popularnych wtedy w USA, soap operach, ugruntowałam swoją pozycję w zawodzie. Pisał o mnie „New York Times”, byłam rozpoznawalna na ulicach Nowego Jorku. W tym czasie wyszłam za mąż za jazzmana Michała Urbaniaka. Potem pojechałam do Los Angeles, gdzie po raz drugi wyszłam za mąż za Kanadyjczyka z Quebec, reżysera i producenta filmowego Christiana Duguay, z którym mam córkę i syna. Mój syn Sebastian także studiuje reżyserię i kręci już filmy reklamowe. Obecnie mieszkam w Montrealu, we francuskojęzycznej prowincji Quebec, z moim trzecim mężem Bernardem Poulin, który jest przedsiębiorcą.
Obraca się Pani obecnie głównie we francuskiej strefie językowej…
W Quebec siłą rzeczy tak, choć generalnie żyję językowo i kulturowo w świecie angielsko-francuskim. Ostatnio gram głównie w języku francuskim w teatrze, telewizji i w filmach fabularnych. W „Romeo i Juliette” według Szekspira, zagrałam panią Capuletti, matkę Julii, gdzie byłam partnerką słynnej francuskiej aktorki Jeanne Moreau. Jest bardzo zdystansowana w zachowaniu, a przy tym tak zazdrosna o wiek i urodę młodszych od niej kobiet, że domagała się nawet wycięcia scen z moim udziałem, mimo że ja grałam postać występującą w sztuce Szekspira, a jej rola, babki, została dodana w scenariuszu.
Jakiś czas temu objawiła się Pani jako producentka filmu dokumentalnego „Raj utracony, raj odzyskany”. O czym jest ten film?
Tematem filmu są losy polskich arystokratów, którzy po utracie ojczyzny, majątków, po wielkim exodusie wojennym i po nadejściu stalinizmu, znaleźli się w Kanadzie. Tam dotarli do miejsca bardzo przypominającego krajobrazowo Polskę, szczególnie Kresy Wschodnie czy Podlasie i tam się osiedlili. Jednym z tych arystokratów był książę Seweryn Światopełk Czetwertyński, który przybył do Kanady w stanie kompletnej nędzy, w jednym brudnym, oberwanym kożuchu. Po pewnym czasie ożenił się z Kanadyjką, która stała się przez to księżną Czetwertyńską. W rejonie tym osiedlili się też przedstawiciele innych rodzin arystokratycznych. Do udziału w tej produkcji natchnęły mnie między innymi moje korzenie szlacheckie po linii mojej mamy, z domu Komorowskiej.
Ceni Pani szczególnie tradycje arystokratyczne?
Cenię, ale bez przesadnego nabożeństwa, bo arystokraci byli i są różni, tak jak wszyscy ludzie. Podzielam zdanie mojej mamy, że w obecnych czasach, w których liczy się przede wszystkim życie, zdrowie i pieniądz, arystokratyzm stracił dawne znaczenie. Jednak wątek, który stał się tematem filmu, owo odnalezienie odpowiednika ojczystego raju na drugiej półkuli wydał mi się niezwykle frapujący. Promocja polska tego filmu odbyła się w grudniu ubiegłego roku i była połączona z promocją książki „W jednej walizce”, która powstała pod wpływem pracy nad filmem. W 2012 roku wyprodukowałam i wyreżyserowałam, wielokrotnie nagrodzony na międzynarodowych festiwalach, film dokumentalny „Piękne i bestia”, który opowiada o kobietach walczących z rakiem piersi.
Czy nadal działa Fundacja dla Sztuki Liliany Komorowskiej?
Oczywiście. Prowadzimy szeroką działalność na rzecz promocji polskiej kultury w Kanadzie. Organizujemy imprezy literackie, jak na przykład salon poezji polskiej z udziałem Anny Dymnej. Organizujemy wystawy tematyczne, m.in. wspaniałą, poruszającą wystawę fotografii „Wciąż widzę ich twarze”, której pomysłodawczynią była Gołda Tencer z Teatru Żydowskiego w Warszawie. Organizujemy przeglądy filmów polskich twórców, np. Andrzeja Wajdy, Romana Polańskiego, Jerzego Skolimowskiego, Agnieszki Holland. Organizujemy wystawy malarstwa i rzeźby, koncerty, choćby znakomitego pianisty Janusza Olejniczaka. Staram się iść śladami arystokratów-mecenasów sztuki, zgodnie z duchem formuły: „Noblesse oblige” – „Szlachectwo zobowiązuje”.
Po okresie zanurzenia się w pracę aktorską za granicą coraz częściej dostaje ani propozycje z Polski…
Tak. Pojawiłam się w serialach „Teraz albo nigdy” oraz „Na dobre i na złe”. Zagrałam w filmie „Mniejsze zło” znakomitego reżysera Janusza Morgensterna.
A ostatnio w serialu „Blondynka”. Kogo Pani tam zagrała?
Gram Bellę, upadłą gwiazdę. Bella występowała niegdyś na estradach całego świata, ale ludzie o niej zapomnieli, skończyły się kontakty, które miała w świecie artystycznym, poszła w odstawkę. Mieszka w podupadłej, bardzo zaniedbanej willi odtrącona przez współczesny świat. Bella może starszemu pokoleniu kojarzyć się choćby z taką niezwykłą postacią polskiej estrady, jaką była Violetta Villas. Może też kojarzyć się z Brigitte Bardot, z rozmaitymi kobietami, które wypadły z wielkiej gry. Oczywiście nie jest to Violetta Villas czy Brigitte Bardot, jest od nich młodsza, ale może kojarzyć się z nimi, bo kiedyś zrobiła wielką karierę, ale poprzez rozmaite przetasowania życiowe i upływ czasu wypadła z gry. Jest samotna, zagubiona i bezsilna wobec norm społeczeństwa pokryzysowego. Została zapomniana, odtrącona przez nowy porządek rzeczy. Straciła, swoją niegdyś wspaniałą, pozycję gwiazdy. Z tą sytuacją nie chce się pogodzić a jedynymi jej fanami są psy, które jej nigdy nie zdradzą. Chodzi po wsi w swoich starych sukniach, w których występowała niegdyś na estradach całego świata. Można powiedzieć, że zamknęła się w sobie, bo świat o niej zapomniał. Odtrącona, stała się samotnikiem czekającym na cud. Jednocześnie Bella jest uroczo optymistyczna, co zdejmuje piętno z jej lekkiego wariactwa! Mieszka obok wsi Majaki, we wsi Widziadła!
Jak pokazana jest Bella charakterologicznie?
Z nutką komediową, lekko satyrycznie, ale tylko minimalnie, bo zasadniczo Bella nie jest nadęta i napuszona, czy posągowa, choć tak czasem wygląda. Ona jest naturalna! To wspaniała rola, lubię tę postać i mam nadzieję, że uda mi się zdobyć serca i akceptację widza dla Belli, a jej dziwactwa i fanaberie będą odebrane, jako konsekwencje jej ekscentryczności i bogatego życia artystycznego, bo w końcu Bella to niezwykły wybryk natury. Ma w sobie wiele niepoprawnego optymizmu, patrzy na świat przez różowe okulary. Jej nastroje są jednak bardzo zmienne. Chwilami jest w depresji, nieoczekiwanie przeżywa przypływ euforii, i zaczyna wierzyć, że jej sytuacja ulegnie zmianie. Otacza się zwierzętami, głównie psami, które dają jej bezwarunkową miłość i trochę ochrony od zewnętrznego świata, czyli to, czego nie dostaje od ludzi, bo ci, jak mówi Bella „zeszli na psy” (śmiech). Dodatkowym dramatem jest to, że chcą jej te ukochane psy odebrać. Świat Belli zaginął, teraz dominuje młodość i pieniądze, a ona nie ma już ani jednego ani drugiego. Dlatego uważa obecny świat „krwiożerczego” kapitalizmu za mniej ludzki niż dawny. Mówi: „Ludzie nie mają już sumień. Liczą się tylko konta bankowe”. Żyje jednak nadzieją. Marzy, że przybędzie do niej rycerz na białym koniu, i ją uratuje. Nie zdradzę dalszego losu i perypetii Belli, ale mogę powiedzieć, że jej siła woli, ukryte w głębi duszy pokłady optymizmu i inteligencja będą jej pomocne. Pomogą jej też ludzie, choćby tytułowa
bohaterka serialu…
Jak doszło do tego, że Pani, aktorka od lat mieszkająca na drugiej półkuli zagrała w tak bardzo swojskim serialu?
To była dla mnie duża niespodzianka. Kilka lat temu polecił mnie mojej agentce w Polsce pan Krzysztof Zanussi. Gdy pracowałam w serialu „Teraz albo nigdy”, Michał Kwieciński, uroczy człowiek i mój przyjaciel zapytał mnie, dlaczego prawie nie gram w Polsce, powiedziałam:, „Bo mnie tu nie ma”. Rzeczywiście, od lat mieszkam za granicą, obecnie w Kanadzie i rzadko bywam w kraju. Zagrałam jednak rolę matki głównej bohaterki, mając za serialowego męża Jerzego Zelnika. Gdy się o tym dowiedziałam, zadzwoniłam do mojej mamy z informacją, że „gram z „Faraonem” (śmiech). Udział w tej realizacji uświadomił mi, że mogę grać także w Polsce, choć to niełatwe organizacyjnie. Ale bardzo się cieszę, bo przy okazji odwiedzam rodzinę. Mam tu rodziców, brata, ciocię, no i przyjaciół.
Jak Pani zareagowała na zagranie tej konkretnie postaci?
Samą mnie to zdziwiło, że mam zagrać w serialu z lekka komediowym, o tematyce wiejskiej, o lekarce weterynarii. Usłyszałam wtedy, że chodzi o postać, która dla tej wsi nazywającej się Majaki ma być osobą, która urwała się z choinki, osobą jakby nie z tego świata. Usłyszałam też, że autorem scenariusza jest pan Andrzej Mularczyk, wybitny scenarzysta i poprosiłam o przysłanie mi tekstu pierwszego odcinka.
I jakie były Pani wrażenia?
Omal nie umarłam ze śmiechu. Świetnie napisane, bardzo na czasie. Jest tu wieś, ale także powiązana ze współczesnością, która na tę wieś przenika. Rewelacyjne są dialogi. Dodatkowo zachęciło mnie to, że Bella nie jest postacią poboczną i ma kilka scen w każdym odcinku. Nie bez znaczenia był fakt, że cały serial realizuje jeden reżyser, pan Mirek Gronowski, a to też ułatwia pracę. Musiałam jeszcze przekonać produkcję, że jestem w stanie zorganizować sobie czas i przyjeżdżać na zaplanowane zdjęcia. Dodatkowa przyjemność, to wspaniała atmosfera na planie, poznanie nowych osób i odnowienie starych znajomości, choćby z uroczym, ciepłym kolegą ze studiów, Krzysztofem Kiersznowskim, która gra w Pula Hulę.
Jak odbiera Pani obecną Polskę?
Poznaję głównie Warszawę, która bardzo dynamicznie się rozwija, co fachowo potwierdza mój mąż inżynier. A spacerowe Krakowskie Przedmieście uważam za najpiękniejszą ulicę w Europie.
Dziękuję za rozmowę.

Liliana Komorowska – ur. 11 kwietnia 1956 r. w Gdańsku (ale wychowała się Warszawie) − polska aktorka, od lat osiemdziesiątych występująca w USA i Kanadzie. W 1979 roku ukończyła z wyróżnieniem Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. W Polsce zagrała m.in. w filmach „Krab i Joanna” (1980, „Austeria” (1983), „Misja specjalna” (1997), a także w serialach „Teraz albo nigdy”, „Na dobre i na złe”. Jest także producentką i prowadzi w kanadzie Fundację dla Sztuki Liliany Komorowskiej.

Jak zostać celebrytą?

Dziewczynki chcą być najczęściej aktorkami i lekarkami, chłopcy – strażakami, oficerami, piłkarzami i policjantami. Te dziecięce marzenia kończą się w wieku maturalnym i są zastępowane bardziej racjonalnymi planami dalszego życia. Ale u wielu osób pozostaje trwałe podłoże tych marzeń – być sławnym a przynajmniej znanym dlatego, że coś robię lepiej niż inni, albo staję się celebrytą bez konkretnej przyczyny, czasem przez przypadek, który pozwolił mi wejść do świadomości publicznej. Bo przecież – jak mówią – „celebryta to człowiek znany z tego, że jest znany”.

Od czasów młodości obserwuję międzypartyjną i wewnątrzpartyjną walkę o popularność w środowisku polityków.

Zalety popularności

Trudno się dziwić, bo ich aktywność w świadomości społecznej mierzona jest rzadko faktycznymi osiągnięciami, a częściej liczbą wystąpień w telewizji i radiu, oraz na portalach internetowych Stąd ciągłe „parcie na szkło” i publikowanie w Internecie poglądów, ocen i polemik możliwie zaskakujących, kontrowersyjnych, wywołujących powszechną aprobatę, albo znaczący skandal. Czasem bezdennie głupich. Ale to nie szkodzi, bo wiadomo, że jest lepiej, jak o nas mówią dobrze, a gorzej, jak mówią źle. Ale najgorzej jest wtedy, kiedy w ogóle o nas nie mówią.

Wichry unoszą śmieci

W tych sferach współczesnej, politycznej arystokracji nic mnie już nie dziwi. Ale w ostatnich miesiącach dostrzegam ożywienie walki o popularność wśród ludzi, którzy nie są politykami i dotychczas zadawalali się rolą „siły roboczej’ i konsumentów napędzających naszą gospodarkę. Co więcej – byli zwolennikami RODO i denerwowali się, kiedy ktoś publicznie wymieniał ich nazwisko, lub próbował zaliczać do zwolenników lub przeciwników czegoś lub kogoś.
Kiedy wieją wichry rewolucji to – podobno – pierwsze podnoszą się lekkie przedmioty, a więc także śmieci. U nas wichrów nie widzę, ale lekki wiaterek „dobrych zmian” i perspektywy nasilenia „zamordyzmu”, jako systemu rządzenia powodują, że uaktywniają się ludzie o niezaspokojonych ambicjach, żądni kariery lub chociażby krótkotrwałej sławy. To nie tylko zaspakaja ambicje, ale może też ułatwiać życie. Jak nasza twarz jest już znana, to ekspedientki w sklepach stają się bardziej uprzejme, recepcjonistki w przychodni skracają nam kolejki, banki łatwiej udzielają nam kredytów, poważne firmy proponują odpłatny udział w telewizyjnych reklamach. No i wzrasta nam powodzenie u osób przeciwnej płci.

Mamy uznane sukcesy

Są trzy drogi do osiągnięcia tego celu. Pierwsza, moralnie poprawna, ale najtrudniejsza – zrobić coś bezdyskusyjnie wartościowego, powiedzieć, napisać lub skomponować coś, co znajdzie powszechne uznanie, dobrze zagrać poważną rolę w filmie (teatr nie wystarcza. Bo za mało widzów), osiągnąć rewelacyjny wynik sportowy. Dostać za to np. nagrodę Nobla, albo medal olimpijski, lub doczekać się chociażby masowych pochwał krytyków. Mało znany polityk lub w ogóle nieznany obywatel z politycznymi ambicjami może także pójść tą drogą. Jeśli będzie bardziej wyrazisty od innych – to go zauważą, poproszą o wywiad, włączą do telewizyjnej dyskusji, zaproszą na przyjęcie, na którym będzie mógł poznać wielu wpływowych ludzi.
Druga droga osiągania pozycji celebryty polega na zrobieniu czegoś zaskakująco nietypowego, opublikowaniu kontrowersyjnego tekstu, publicznym obrażaniu kogoś znanego, wzięciu aktywnego i zauważalnego udziału w zebraniu, akcji, czy „imprezie” organizowanej przez potępiane środowiska. Stęsknione za sensacją środki masowego przekazu także i wtedy okażą swoje zainteresowanie i stworzą okazje do zadawania pytań w rodzaju – „czy naprawdę uważa Pan Xińskiego za odszczepieńca, łajdaka i antypatriotę?”. Czy podziela pan poglądy organizacji XYZ? Jeśli będziemy umiejętnie ciągnąć ten wątek, oskarżać i obrażać następne osoby związane z celem naszego ataku – tym większe mamy szanse na zdobycie i utrwalenie pozycji celebryty.

Na pijawkę

Trzecia droga jest najłatwiejsza, ale jednocześnie najbardziej niemoralna. Przypomina działanie pijawki – przyssanie się do innej osoby i wypijanie z niej smakowitej krwi. Jeśli kogoś awansują zwłaszcza z „wrogiego” obozu politycznego, lub jeśli wszystko wskazuje na to, że szykowany jest taki awans, jeśli znany aktor, reżyser czy naukowiec ma być jeszcze bardziej znany – usiądźmy wygodnie w domowym fotelu i pogrzebmy w naszej pamięci. Może był zamierzchły czas, w którym z tą osobą mieliśmy kontakt? Może powiedział nam coś „nieostrożnego” lub złośliwego o tych, którzy obecnie są trzonem aktualnej władzy? Jeśli jest odmiennej płci, to może coś między nami iskrzyło, my próbowaliśmy uwodzić, albo nas uwodzono? Może coś mówił o łapówkach, albo sam je brał lub dawał? A może chociaż dobrze znamy osobę, która miała z nim (czy z nią) takie przeżycia i możemy się na nią powołać, bez jej sprzeciwu?

Łagodnie molestowani

Bardzo często coś możemy sobie przypomnieć. W luźnych rozmowach z „ważnymi osobami”, dziennikarzami, amatorskimi „sygnalizatorami”, czyli donosicielami, możemy wówczas błysnąć stosownym opowiadaniem, zastrzegając się, że dokładnie tych zdarzeń nie pamiętamy. Ale – przykładowo – pamiętamy, że trzydzieści lat temu byliśmy łagodnie molestowani przez pana Ygresińskiego, który nie tylko dwuznacznie głaskał nas po ramieniu. Chwalił się także, że ludzie zostawiają mu pieniądze na jakieś dobroczynne lub inwestycyjne cele mimo, że o to nie prosi. Ale nie wiadomo, czy otrzymane datki rzeczywiście były wykorzystywane na te cele, czy też zaspakajały jego rozbuchane potrzeby. A pani Q… – ta znana aktorka – piętnaście lat temu była na urlopie w Tajlandii i mieszkała w tym samym hotelu. Strach powiedzieć, co ona tam wyprawiała! I to wieloosobowo!!
Jeśli nasze opowiadania będą ciekawe, to media na pewno się nimi zainteresują. A my mamy wtedy dwa wyjścia. Albo idziemy na całość, pokazujemy twarz, coś na ten temat piszemy, podgrzewamy atmosferę i szybko stajemy się celebrytą. Albo zachowujemy tajemniczość, w nagraniach rozmów domagamy się zmiany głosu, zamazywania twarzy i sylwetki. Wtedy dochodzenie do celu trwa dłużej i wymaga sterowanych „przecieków”, ale możemy uniknąć bezpośrednich kontrataków i kłopotliwych spraw sądowych.

Motywacja

Te trzy drogi pozwalające na osiągnięcie pozycji celebryty właściwie były dostępne i wykorzystywane „od zawsze”. Napisałem ten felietonik nie dlatego, żeby je na nowo odkrywać. Zaniepokoiła mnie zmiana proporcji. W ostatnich latach wyraźną przewagę osiągnęła trzecia droga, – czyli masowe ujawnianie się pijawek, prawdziwych lub fałszywych „świadków historii”, którzy po wielu latach czują się niecnie wykorzystani przez znanych polityków, aktorów, lekarzy i sportowców. – a więc także celebrytów, ale o dawno utrwalonej pozycji. Szczególnie zagrożeni są tacy, którzy tą pozycję poprawiają.

Trzy pieczenie

Zastanawiam się, jakie są przyczyny tego wzrostu zainteresowania „karierą” celebryty. To chyba zazdrość, która w bogacącym się społeczeństwie staje się ważniejsza i bardziej mobilizująca. Ale drugą przyczyną jest też polityka, chęć zatrzymania kariery konkretnego „wroga”, albo przynamniej permanentne psucie mu opinii. Nawet jak nic nie jest prawdą – coś jednak przylgnie, coś ludzie będą powtarzać, ktoś będzie miał wątpliwości. Możemy nawet ożywić prokuraturę. Upieczemy trzy pieczenie na jednym ogniu – sami wejdziemy na ścieżkę prowadzącą do zostania celebrytą, zyskamy uznanie w naszym środowisku politycznym i przyczynimy się do osłabienia konkurencji. Może nas docenią i zaproponują jakieś wysoko płatne zajęcie? Najlepiej takie, z którego trudno nas będzie zwolnić.

Gorycz Houellebecqa

Niemal wszystkich bohaterów powieści Michela Houellebecqa łączy gorycz. Świat ich rozczarował, ale mimo to trwają, poszukując mocnych wrażeń. Niektórzy wybierają śmierć. Bohater „Serotoniny” wybiera ucieczkę od własnego życia.

Houellebecq od ćwierć wieku pisze tę samą książkę. Jego bohater, najczęściej będący też narratorem, wiedzie jałowe, puste, samotne życie. Nie zmaga się z podstawowymi problemami codziennego życia. Na ogół pod względem materialnym miewa się dobrze albo bardzo dobrze. Nie wyrzeka na brak pieniędzy czy kłopoty z utrzymaniem. Raczej cierpi na przesyt, skoro – jak narrator „Platformy” – wypisuje takie wierutne głupstwa (o Francji): „Żyłem w kraju umiarkowanego socjalizmu, gdzie posiadanie dóbr materialnych było zagwarantowane ścisłymi przepisami prawnymi, a państwo twardo stało na straży systemu bezpieczeństwa systemu bankowego”.
Bohaterowie Michela Houellebecqa pławią się więc w dobrobycie i jak potwierdza wspomniany narrator „Platformy” nie muszą się niczym przejmować. A jednak się przejmują nie tyle bytem, ile brakiem życiowej satysfakcji. Cerpią na bezsenność, apatię i depresję. Zażywają proszki nasenne, łykają antydepresanty, tęgo popijają. Wygląda na to, że Houellebecq pisze powieści potwierdzające banalne powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Intelektualnie to raczej rozczarowujące.
A jednak czyta się jego książki z rosnącym zainteresowaniem albo z irytacją – wszystko zależy od doświadczeń i wytrzymałości czytelnika. Uchodzący za chuligana literackiego Houellebecq nie szczędzi bowiem czytelnikom mocnych wrażeń, zwłaszcza z dziedziny bardzo liberalnych obyczajów. Nie szczędzi mu też scen pełnych przemocy, okrucieństwa, a całość doprawia wątpliwej jakości rozważaniami filozoficznymi i diagnozami socjologicznymi. Te ostatnie na ogół sięgają horyzontów kolorowych czasopism.
Co więc sprawia, że Houellebecq mimo te oczywiste banały, od których rojno w jego utworach, przyciąga uwagę? Dlaczego jego powieści stają się gorącymi bestsellerami, a on sam uchodzi za jednego z najbardziej obrazoburczych pisarzy naszych czasów? Świntuszyło tak jak on wielu innych, ukazywało przemoc także wielu przed nim. Nawet nie wiadomo, czy pisarz parodiuje zachowania swoich rówieśników z generacji posthippisowskiej, tego spisanego na straty pokolenia bez energii i poczucia misji (wyjątkiem jest Michel z „Cząstek elementarnych”), czy też dzieli ich przekonania? Czy kpi z liberalnej koncepcji ekonomicznej i obyczajowej, czy, przeciwnie, dobrze się z nimi czuje? Nawet w udzielanych wywiadach pisarz kluczy i trudno go złapać za słowo.
Ale jedno jest pewne – to Houellebecq odkrył moc przyciągania goryczy i depresji. Nauczył swoich czytelników czerpać rozkosz ze smakowania stanów depresyjnych – najlepiej u innych, a więc u bohaterów literackich. Zresztą, jak wyznaje w swojej debiutanckiej powieści, najchętniej by nie pisał, ale czytał, bo prawdziwą, absolutną, cudowną władzę daje lektura. Tym znęcił rzesze swoich czytelników.
Bohater pierwszej, początkowo przeoczonej przez krytykę powieści pisarza, „Poszerzenie poola walki” (1994) notuje: „zupełnie nie rozumiem, jak ludziom udaje się żyć. Mam wrażenie, że wszyscy powinni być nieszczęśliwi”. I zaraz potwierdza to diagnozą: „Pożądanie zanika; pozostaje jedynie gorycz, zazdrość i strach. Przede wszystkim zaś pozostaje gorycz, niezmierzona, niepojęta gorycz”.
Bohater tej powieści, informatyk pracujący w firmie obsługującej poważne instytucje, nieobdarzony przez pisarza nawet nazwiskiem – otrzymuje zadanie przeprowadzenia szkoleń (terenowych) na zlecenie ministerstwa rolnictwa. Dotyczą systemu informatycznego wniosków rolniczych o dotacje. Nie wzbudza to w nim żadnych emocji – wyjazd w teren nie stanowi wyrzeczenia, bohater nie ma rodziny, rozstał się dwa lata temu z dziewczyną, Veronique, ofiarą psychoanalityków, nie czuje więzi z Paryżem, ogarnia go pustka, zwątpienie i niechęć do działania (także seksualnej, ograniczonej tylko do masturbacji). W szkoleniu towarzyszy mu niejaki Trissand, kolega z firmy (wyjątkowo brzydki, a więc nieatrakcyjny dla kobiet), rozpaczliwie usiłujący stracić dziewictwo. Nadużycie nikotyny sprawia, że nasz bohater trafia do szpitala, a kolega wykazuje nadspodziewaną troskliwość. Odwdzięcza mu się wspólną wyprawą w sylwestra, którą za jego namową ma zakończyć mord na chłopaku, który sprzątnie koledze dziewczynę sprzed nosa. Wyposaży go nawet w nóż. Ale Trissand rezygnuje, zostawia spółkującą parę na plaży, masturbuje się, a potem żegna z kolegą z pracy i po drodze ginie wypadku-samobójstwie. Narrator zaś kończy w gabinecie psychiatrycznym, obrzucając świat zjadliwymi diagnozami, a po odbytej terapii wychodzi ze szpitala. Wyrusza na szaleńczą wycieczkę rowerową, być może w ostatnią drogę w jego martwym życiu.
Od początku bohater-narrator przyjmuje pozycję obserwatora, jakby życie toczyło się poza nim, a jego udział był tylko pozorem. Zapowiada to już na samym początku książki: „Kolejne strony składają się na powieść, rozumiem przez to ciąg historyjek, których jestem bohaterem. Owa autobiografia właściwie nie jest żadnym wyborem: po prostu nie mam innego wyjścia. Gdybym nie opisywał tego, co widzę, cierpiałbym tak samo – a może trochę bardziej (…) Pisanie wcale nie przynosi ulgi. Odtwarza, rozgranicza. Wprowadza złudzenie spójności, pojęcie realizmu. Nadal brniemy przez okrutną mgłę, jednak istnieje kilka punktów odniesienia. Chaos jest zaledwie o kilka metrów dalej”.
Ten model opowieści powtórzy autor w kolejnych książkach, sięgając po rozmaite konwencje i formy od eseju po powieść s-f. Ale ich esencją pozostanie gorycz i wielki zawód, jaki sprawiło bohaterom życie. Tak też jest w „Serotoninie”, najnowszej jego powieści (2019), której adaptacja trafiła w iście ekspresowym tempie na deski warszawskiego Teatru Studio (reżyseria Paweł Miśkiewicz).
To zaledwie czwarta w Polsce próba zmierzenia się z powieściami Houellebecqa na scenie. Początek tej przygodzie teatralnej pisarza dały „Cząstki elementarne” w reżyserii Wiktora Rubina we wrocławskim Teatrze Polskim (2008), które wbrew zapowiedziom nie stały się wielkim skandalem (Leszek Pułka nazwał spektakl „tablowodewilem”). Doceniono jednak dystans, z jakim reżyser pokazał doznania bohaterów, zwłaszcza Bruna, obsesjonata seksu. Po siedmiu latach po „Możliwość wyspy” (reż. Magda Szpecht) sięgnął TR Warszawa (2015) – ciągnący się przez niemal cztery godziny spektakl ział jednak nudą. Najciekawszą w dotychczasowej krótkiej historii adaptacji Houellebecqa w polskim teatrze okazała się „Mapa i terytorium” w Teatrze Wybrzeże (reż. Ewelina Marciniak, 2016). Prapremiera „Serotoniny” jest więc zaledwie czwartą odsłoną tej krótkiej historii (jeśli nie liczyć fragmentarycznych prób w Laboratorium Dramatu z „Poszerzeniem pola walki” w reżyserii Tomasza Węgorzewskiego, 2010, czy wykorzystaniem „Możliwości wyspy” w spektaklu Renate Jett „Wyspy” w TR Warszawa, 2011).
Adaptacja „Serotoniny” nie była prostym zadaniem. Ta pierwszoosobowa opowieść, snuta przez 46-letniego mężczyznę pogrążonego w depresji bardziej nadaje się na monodram niż wieloosobowy spektakl. A jednak udało się twórcom spektaklu pokonać tę barierę, ponosząc tylko niewielkie straty – przekład niektórych fragmentów tekstu na monologi innych postaci albo nawet dialog wypadł co najmniej poprawnie, a niekiedy błyskotliwie. Pomysł podwojenia postaci głównego bohatera, którego grają Marcin Czarnik i Roman Gancarczyk, pozwolił na samoobserwację Florent-Claude’owi, poświęcającemu najwięcej uwagi samemu sobie. Różnica wieku i temperamentu aktorów daje tu pole do dodatkowej gry: Czarnik demonstruje histeryczną energię postaci, Gancarczyk zaś melancholijne usposobienie, podszyte autoironią. Owocuje to zaskakującym komizmem wielu sytuacji. Dzięki temu opowieść emocjonalnie faluje, uciekając od monotonii depresyjnego wykluczenia.
Udało się w tym spektaklu stworzyć tchnący prawdą portret człowieka, który postanowił usunąć się na ubocze życia. Florent-Claude, należący do elity klasy średniej, dobrze zarabiający rządowy ekspert, bogaty z domu, pozbawiony finansowych trosk, traci nadzieję. Jego libido zamiera, ambicje zawodowe usychają, pragnienia bledną. Stan względnej równowagi utrzymuje dzięki antydepresantom. Pewnego dnia postawia zniknąć. Atmosferę kresu jego życia podkreśla scenografia (Barbara Hanicka), pełna symboli, daleka od dosłowności. Nad sceną rozpostarte są pofastrygowane gęste obłoki. Czasem dotykają prawie Ziemi. Może to smog, może to coś lepkiego, co spadnie z niszczycielską siłą. Miśkiewicz apeluje do podświadomości, tworząc niepokojącą wizję zamierającego świata.
Cóż, jak pisał Houellbecq ćwierć wieku temu „nadal brniemy przez okrutną mgłę”. Pociecha, że jednak brniemy, wbrew katastroficznym wróżbom pisarza, który, wydawałoby się, postawił już krzyżyk na człowieku. W „Cząstkach elementarnych” uciekł się do eugeniki, aby przyszłość świata wiązać z nowym gatunkiem, neoludźmi, zaprojektowanymi przez Michela. W „Możliwości wyspy” pojawiły się już klony Michela, ale miało się okazać, że to droga donikąd. Wrócił więc pisarz do swego dobrego znajomego, bohatera pogrążonego w depresji, który stawia maleńki opór siłom destrukcji. Mimo że nie umie albo nie chce ich zdefiniować.