Flaczki tygodnia

Polsce nie są potrzebni stacjonujący na jej terytorium amerykańscy żołnierze, aby realnie zwiększyć bezpieczeństwo naszego kraju.
Potrzebni są, by zwiększyć poczucie bezpieczeństwa wśród Polaków. Wzmocnić w nas wiarę, że tym razem dobry Waszyngton nakaże swym wojakom umierać za Gdańsk, Licheń i Nowogrodzką.
Potrzebni są też elitom PiS aby zwiększyć bezpieczeństwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości.

Różnica pomiędzy realnym bezpieczeństwem państwa a pobudzonym poczuciem bezpieczeństwa u obywateli podobna jest różnicy pomiędzy efektami lekcjami matematyki i religii.
Nauczanie rachunków pomaga nam odsłaniać prawdę. Często nieprzyjemną, bo minusową. Wiara, krzewiona na lekcjach religii, pobudza poczucie naszej wielkości, wspólnoty i nadziei na efektowne zwycięstwa.
Dlatego każde dobrze zorganizowane wojsko, gotując się do bitwy, najpierw wspólnie śpiewało na mszy, a potem zażywało działkę regionalnego dopalacza. I tak bóg, honor, a potem amfa lub spirytus, wiodły żołnierzy do zwycięstwa.

Nietrudno zauważyć, że każdy tysiąc, z obiecywanych przez PiS, amerykańskich żołnierzy wpisuje się w pakiet wyborczy Prawa i Sprawiedliwości.
Jeszcze niedawno pan prezes Kaczyński kupował sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze. Za obietnice kolejnych transferów socjalnych z budżetu państwa. Obietnice bezpieczeństwa socjalnego.
Teraz zamierza dodatkowo kupić jeszcze więcej poparcia za obietnice wzmocnienia naszego poczucia bezpieczeństwa.

W ciągu ostatnich lat elity PiS straszyły nas wielokrotnie. Najazdem muzułmańskich uchodźców, czyli epidemią tyfusu i prawa szariatu. Wieś polską, wieś spokojną, wieś wesołą, napaść miał podstępny, przywleczony z Zachodu „gender”. Nakazujący chłopcom zakładania różowych sukienek, a dziewczynkom niebieskich spodenek.
PiS straszył Polaków też atakami pedofilii ze środowisk murarskich i artystycznych, eksplozją „ideologii LGBT”, „nadzwyczajną kastą sędziowską” kradnąca wiertarki w „Żabkach”, a niedawno rozbiciem dzielnicowym Polski zaplanowanym przez prezydentów największych miast Polskich.

Straszył skutecznie. Najpierw kreował nierzeczywistego wroga. Potem fałszywe informacje o nadchodzącym zagrożeniu. Aby w końcu odtrąbić zwycięstwo zmobilizowanych sił partyjno- rządowych nad antynarodowym, groźnym, lecz zmyślonym wrogiem.
Takie propagandowe wiktorie wiedeńskie elitom PiS udają się, bo w Polsce ponad 30 procent obywateli nadal nie ma dostępu do innej telewizji niż TVP.

Kreując kolejnych wrogów elity PiS wyszły poza granice Polski. Skłóciły państwo polskie z władzami Ukrainy, Izraela, Niemiec, Francji, Czech, Austrii i Słowacji. Bo wszędzie tam elit PiS wynajdowały „antypolonizm”. Groźny dla narodowo- katolickiej Polski niczym „gender”, „ideologia LGBT”, albo wychowanie seksualne w szkołach. Jedynie Węgry i czasem Włochy mogły liczyć na przyjazne gesty ze strony Nowogrodzkiej. Czyli polskiego Kremla.

Jednak wszystkie wymienione wyżej straszaki, nawet Żydzi i pedofilscy reżyserzy filmowi, nie dorastają do pięt największemu wrogowi katolickiego narodu polskiego. Brudnych pięt, rzecz jasna. Odzianych w „śmierdzące, ruskie onuce”.

Od wielu lat elity PiS kreują Rosję jako największego naszego wroga i potencjalnego agresora. To Rosja ma zagrażać bezpieczeństwu naszego państwa i jego obywateli.
Elity PiS każą wierzyć nam w dogmat ogłoszony przez byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W wypowiedziane przez niego w 2014 roku słowa: „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.

Ponieważ pan prezydent Kaczyński zginął w katastrofie lotniczej, uznawanej przez wyborców PiS za zamach inspirowany przez Kreml, to tenże prezydent zyskał w narodowo- katolickich środowiskach status świeckiego świętego.
Dlatego jego kiepska prezydentura nie może być dziś krytykowana. Dlatego jego słowa traktowane są jak wyrocznie. Zwłaszcza te, uzasadniające pragnienie agresji na Polskę genetycznie zakodowaną w rosyjskim narodzie.

Kreowanie przez elity PiS nieuchronnego, rosyjskiego zagrożenia jest skuteczne również dlatego, że rosyjskie elity lekceważąco traktują obecną Polskę. Uważają ją za państwo drugorzędne. Nie prowadzące suwerennej polityki, tylko służące administracji USA.
Takie lekceważenie Polski budzi niechęć do Rosji również wśród formacji politycznych opozycyjnych wobec rządów PiS. W praktyce wyklucza dialog polsko- rosyjski, nawet na innych , niż polityczne fora. Utrudnia w Polsce poważne studia i refleksję nad współczesną polityką Rosji.

Rządzące Polską elity PiS zapewne dobrze wiedzą, że obecna Rosja nie ma żadnego, racjonalnego interesu aby dokonać agresji militarnej na Polskę. Rosja nie zamierza dziś eksportować rewolucji, jak to było w 1920 roku, ani przystąpić do kolejnego rozbioru Polski, jak w 1939 roku. Nie ma też sojuszników dla takich działań w unijnej, transatlantyckiej Europie. Rosjanie nie są samobójcami aby militarnie porywać się na Polskę, czyli wejść z konflikt z NATO i Unią Europejską.

Oczywiście brak woli militarnej agresji nie wyklucza innego rosyjskiego oddziałania na nasz kraj. Nietradycyjnych, lecz „hybrydowych” wojen.
Ale elity PiS nie tworzą programów zabezpieczających przed takimi ingerencjami. Budują za to wizje bezpieczeństwo polskiego opartą na dawnych, już nieaktualnych wojnach. Wizje fałszywe, lecz nośne propagandowo w kampaniach wyborczych. Łatwiej przecież przekonać wyborców do zakupów efektownego, choć nie efektywnego uzbrojenia niż do posiadania wspólnej, europejskiej waluty. Do silniejszej integracji europejskiej.

Szykując się do kolejnej kampanii wyborczej elity PiS obiecują nam złudę przyszłego bezpieczeństwa. Wizję mocarstwowej militarnie Polski. Niestety dzieje się to kosztem odkładania dzisiejszych reformy służby zdrowia, nowoczesnego systemu edukacji, inwestycji w nowoczesną gospodarkę, poprawy ekologicznej jakości życia Polaków.

Demokracja umiera w ciemności, a wolność słowa niezależnie od oświetlenia

O wolności każdy w Polsce wypowie się chętnie. W Polsce każdy chętnie wypowie się wprawdzie na każdy temat, ale są takie kwestie, w których Polki i Polacy są ekspertami. Oprócz awiacji cywilnej i wojskowej, konstytucji i uchodźców, tematem takim jest również wolność. Mówią o niej zarówno zawodowi patrioci, jak i zawodowi obywatele. Na ogół się wprawdzie nie dogadują, ale jest coś co zawsze ich godzi – metafizyka antyrosyjskiej ksenofobii.

Zjawisko to daje o sobie znać nadzwyczaj często. Niemal codziennie przeczytać można tyleż trwożny, co groteskowy rusofobiczny agit-prop. Największy niesmak budzi on jednak wówczas, gdy ewidentnie ocieka hipokryzją, a wszyscy widząc to specjalnie lub z głupoty nie zwracają na to uwagi.
Komentatorzy w Polsce i zagranicą doznawali w minionym tygodniu wielokrotnego wzmożenia z powodu Iwana Gołunowa. Jest to dziennikarz opozycyjnego portalu rosyjskiego Meduza.io. 7 czerwca został zatrzymany przez policję, oskarżono go o posiadanie narkotyków i handel nimi. Prokuratura żądała aresztu, sąd w Moskwie odmówił i zastosował wobec Gołunowa jedynie areszt domowy. Pięć dni później z MSW wyszedł komunikat o umorzeniu śledztwa wobec tego człowieka i zdjęciu z niego wszelkich sankcji. „Wolność słowa zwyciężyła!”, „Wolne media się obroniły!”… Wiwatom nie było końca.
Gówno prawda. Wolność słowa zdycha, a niezależne media mamy tylko w internecie, a i tam od ponad roku prowadzi się intensywną czystkę poprzez Google, Facebook oraz inne tego typu platformy. Tyle, że tego nie widać, bo media głównego nurtu informują o tym mało i niechętnie. Więc te, jakże cenione oficjalnie wartości, po prostu sobie zanikają. Inaczej niż np. demokracja, która – jak głosi slogan The Washington Post – umiera w ciemnościach.
W ciemnościach, tudzież poza uwagą dziennikarzy, umiera też dziennikarstwo śledcze. Gołunow jest właśnie dziennikarzem śledczym. Miał rozpracowywać jakieś mocne korupcyjne skandale dotyczące nieruchomości w Moskwie i innych dużych miastach Rosji w chwili, gdy został aresztowany. Chętnie w to wierzę – słyszałem i czytałem wiele o gangstersko-prokuratorsko-policyjno-urzędniczym procederze nielegalnego przejmowania lokali mieszkalnych rosyjskich aglomeracjach. Gołunow mógł nadepnąć komuś na odcisk nieco zbyt boleśnie swoją dociekliwością, więc postanowiono go postraszyć.
Szkoda tylko, że po tym, jak klangor po jego zatrzymaniu podniósł się pod samo niebo temat uległ jakiejś dziwnej dyskontynuacji. Zaraz, zaraz, a co z pozostałymi dziennikarzami, którzy doświadczają brutalnej represji? Czy ich polscy koledzy i koleżanki po fachu o nich się nie upomną? Oczywiście, że nie!
Hipokryzja ta kole w oczy zwłaszcza w obliczu losu Juliana Assange’a, człowieka, któremu ludzkość zawdzięcza gigantyczną wiedzę o nadużyciach władzy, globalnie i w poszczególnych krajach. Nikt jakoś nie bije w tarabany z powodu prześladowań, których on doświadcza, chociaż są one ewidentne, widoczne i w sposób oczywisty naruszają fundamentalne normy prawa międzynarodowego. Assange, dziennikarz, który nie opublikował ani jednego kłamstwa czy manipulacji, ostatnie siedem lat spędził w warunkach więziennych lub gorszych. Demokratyczne władze, demokratycznych zachodnich państw stają na głowie, by wydać go w końcu Stanom Zjednoczonym, gdzie czeka go ostateczna rozprawa. Ma się rozumieć, wbrew prawu.
Zwracam uprzejmie uwagę wrażliwym na prawa człowieka i swobody obywatelskie, że „siepacze rosyjskiego reżimu” zwolnili Gołunowa po tygodniu, a sąd umieścił go w tym czasie w areszcie domowym. Mogłoby wprawdzie być inaczej, gdyby nie rozgłos jakiego doczekała się ta sprawa. Ale równocześnie zatroskane o wolność słowa w Rosji zachodnie rządy do spółki urządziły Assange’owi nie siedem dni, a siedem lat piekła. Zachęcam więc wszystkie mądre głowy w Polsce, które tak lubują się w eksperckim dyskursie na temat wolności do uwzględnienia tego niuansu.

Lekcja (anty)manipulacji

4 października 2019 (a data wydaje się ważna) Bartek Miernik zaprosił do Pracowni Duży Pokój – przy ulicy Wareckiej w Warszawie, wejście od Kubusia Puchatka – na spektakl „Kolorowa, czyli biało-czerwona”.

Przyszła zaledwie garstka osób, ale spotkanie okazało się bardzo udane – publiczność reagowała żywo, choć bodaj nietypowo. Wiadomo, stolica, w dodatku sam pępek Warszawy. W ten sposób uczciliśmy Rocznicę.
Samo miejsce prezentacji jest godne uwagi, Zostało utworzone przez Stowarzyszenie Rozwój w Biały Dzień i kilka innych organizacji non profit, które uzyskały (drogą konkurs) od miasta przestrzeń przeznaczoną do prowadzenia różnego rodzaju aktywności kulturalnej, w tym prób teatralnych, wystaw, spotkań, wykładów. Przestrzeń jest udostępniana bezpłatnie, wyjąwszy weekendy (wtedy trzeba uiścić symboliczną opłatę), pod warunkiem, że każdy po sobie posprząta i będzie przestrzegał prostego regulaminu. Wystarczy zerknąć na kalendarium wykorzystania Dużego Pokoju, by zorientować się, że nie jest to przestrzeń martwa – co więcej Miernik (prowadzący Fundację Banina) już miewał tu próby, a nawet dawał przedpremierowy pokaz „Obcej”. Teraz zaprosił na „Kolorową”.
To nie jest nowy spektakl ani nowy tekst. Jego prapremiera miała miejsce 25 października 2013, na dwa tygodnie przed zajściami podczas marszu niepodległości w Warszawie. Wtedy właśnie monodram Piotra Przybyły „Kolorowa, czyli biało-czerwona” w reżyserii początkującego w tej roli Marcina Hycnara został pokazany w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Zrealizowany był w cyklu „Teatr w klasie”. Mała salka teatralna została wówczas przerobiona na szkolną klasę z ławkami, za którymi zasiedli widzowie, bo ideą tego cyklu było przygotowanie przedstawień edukacyjnych dla młodzieży. Grał wtedy (z powodzeniem) Ryszard Starosta (w reż. Marcina Hycnara), demaskując kiełkowanie postaw ksenofobicznych, faszyzujących, które wyrastają pod maskującym przykryciem patriotyzmu. Widzowie mamieni początkowo słodkimi słówkami, brzmiącymi przyjaźnie, stawali się ofiarami wyrafinowanej manipulacji – Hubert, grzeczny, miły chłopiec, pragnący kandydować na przewodniczącego samorządu szkolnego, stawał się niebezpiecznym ultrasem narodowym. Premiera tego spektaklu, wciągającego widzów do swego rodzaju wspólnictwa – kończyła się głosowaniem, w którym publiczność wydawała osąd, czy bohater może kandydować na przewodniczącego.
Kiedy projekt „Teatr w klasie” skończył swoje kilkuletnie istnienie, monodram Przybyły wziął na warsztat Bartek Miernik. Towarzyszyła mu podobna idea co twórcom projektu, z tym że tym razem nie korzystał już ze wsparcia profesjonalnego teatru, ale od razu celował na granie po szkołach i innych miejscach „nieteatralnych” – najważniejsze było samo dotarcie z przekazem do młodego człowieka: strzeżcie się manipulatorów.
Spektakl w tej nowej wersji grany już był niemal 300 razy – w (rocznicowym) dniu 4 czerwca 2019 dokładnie po raz 281 i zapewne reżyser i aktor Hubert Dyl nie zamierzają odłożyć monodramu na półkę. Wytrwałości im więc nie brakuje. Zwłaszcza że zapotrzebowanie istnieje, a misja wydaje się mieć końca. Rzecz bowiem w tym, że to kliniczny pokaz manipulacji, której poddawani są młodzi (i nie tylko młodzi) ludzie w rozmaitych sytuacjach, od wielkiej polityki po wybory przewodniczącego samorządu szkolnego. O tym ostatnim przypadku tu mowa. Spektakl adresowany jest bowiem do młodych ludzi szczególnie podatnych na rozmaite techniki pozyskiwania zwolenników.
Pisałem już o tym przedstawieniu, kiedy Huberta, kandydującego na przewodniczącego klasy grał Dominik Rybiałek – widziałem spektakl w wolskim klubie „Chwila”. Spektakl szedł w trakcie normalnego wieczoru i chociaż w trakcie trwania monodramu nastąpiła przerwa w sprzedaży napojów, to część klubowiczów tylko od czasu do czasu włączała się do spektaklu, zajęta swoimi sprawami. Niekiedy te „wejścia” były dość natarczywe, nawet agresywne, ale do tego przywykł Rybiałek, który musiał zdobyć umiejętność pokonania nieprzyjaznej „klasy”. Taka jest cena tej konwencji, polegającej na mozolnym zdobywaniu zaufania, bez którego przedstawienie nie może się udać.
Rzecz w tym, że aktor ma zadanie podstępne. Posługując się arsenałem metod charakterystycznych dla manipulacji, najpierw zawiera znajomość, potem zyskuje sympatię, aby następnie pociągnąć za sobą uczniów, zafascynowanych odważnym chłopakiem, który kocha Polskę. I tak krok po kroku wpuszcza do klasy demony nienawiści, wydobywa z młodych ludzi uśpione pokłady niechęci wobec obcych, na pozór zagrażających ich egzystencji.
Jednak po spektaklu w „Chwili” reżyser zrezygnował z prezentacji monodramu w klubach, nawet jeśli konsumpcja bywała wstrzymywana. Zdecydował się – i tego się trzyma – „operować” w szkołach i wokół szkół. Co więcej, spektakle w szkołach wcale nie są zapowiadane jako spektakle. Młodzi ludzie wciągani są w swego rodzaju zasadzkę psychologiczną. Zwłaszcza że kiedy w klasie pojawia się nagle Hubert i przedstawia jako nowy uczeń, który chce kandydować na przewodniczącego samorządu, uzyskuje wsparcie ze strony świadomego prowadzonej gry nauczyciela, który potwierdza jego fikcyjną tożsamość.
Od więcej niż 100 spektakli jako Hubert występuje Hubert Dyl (no, proszę, nawet imię się zgadza), który tak dalece utożsamia się z postacią, że można ulec wrażeniu, iż naprawdę kandyduje na przewodniczącego samorządu szkolnego. Toteż szybko wzbudza zaufanie – uśmiecha się, częstuje kanapką, prezentuje się jako człowiek szczery i chętny do społecznej służby, oddany wspólnym potrzebom. Deklaruje, że kocha Polskę. I początkowo nie budzi żadnych negatywnych odczuć. Bardziej bystre oko zauważy koszulkę, którą noszą narodowcy, a potem coraz bardziej agresywne tony wobec obcych. Biedującej w Polsce Ukraince Hubert proponuje podarować GPS, żeby szybko odnalazła drogę do siebie, do domu. Potem zachęca do opowiadania dowcipów o Żydach. To moment na tych spektaklach przełomowy – bywa, że dowcipy sypią się jak z rękawa, a towarzyszy im nieprzyjemny rechot.
Na koniec przychodzi do głosowania. Hubert zwykle wygrywa (mniej więcej w jednej trzeciej wypadków przegrywa). Oczywiście, na Wareckiej nie wygrał, ale „klasa” była nietypowa – po pierwsze, nie byli to uczniowie, po drugie, zaprawieni, jak się zdaje w bojach dyskutanci, którzy nie dadzą się nabrać na piękne słówka.
Po tej lekcji-pokazie następuje zwykle dekonspiracja, czyli lekcja druga: spotkanie z reżyserem i aktorem. Dopiero wtedy uczniowie dowiadują się, że padli ofiarą manipulacji. Dowiadują się też, w jaki sposób Hubert wzbudzał ich zaufania, jakie stosował metody, aby ich niepostrzeżenie zjednać i przekonać. Jednym z takich „tricków” jest rozdawany przez Huberta papierowy pasek z cytatem 54 artykułu Konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. W ten sposób stawia swoich słuchaczy w dwuznacznej sytuacji – jeśli sprzeciwią się głoszonym przez niego poglądom, mogą być uznani za tych, którzy próbują wprowadzić cenzurę. I tak dalej, i tak dalej.
Czy ta misja ma szansę powodzenia? Trudno powiedzieć. Po pierwsze, za mało jest takich okazji, aby przygotowywać uczniów na rozumne spotkanie ze skrajnymi poglądami. Po drugie, nie zawsze wiedza o manipulacji chroni przed uleganiem manipulacji. Po trzecie, nie wiem, czy zasada podwójnej manipulacji (Hubert oddziałuje na słuchaczy przekonanych, że jest on prawdziwym” Hubertem, a więc posługuje się mistyfikacją) sprzyja wyrabianiu odporności na manipulację. Po czwarte, program szkolny tak jest skonstruowany, że raczej nie sprzyja otwartości. Wystarczy posłuchać reakcji na propozycje wprowadzenia w szkołach lekcji-spotkań poświęconych tolerancji. Wygląda więc na to, że bez szerszego sprzeciwu wobec upowszechniania postaw szowinistycznych, misja twórców „Kolorowej, czyli biało-czerwonej” pozostanie głosem wołających na puszczy. Ale kto wie. Kropla drąży skałę.

Los zapisany w gwiazdach

Z MARKIEM LEWANDOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jak Pan widzi dziś, z perspektywy czasu, swoją drogę zawodową?
Jest bogata liczbowo, ale nie sądzę, żeby również jakościowo. Było tego dużo, ale na ogół to nie tyle role, ile epizody.
Widzę już na wstępie, że mam do czynienia z człowiekiem przesadnie skromnym, co w naszych czasach autopromocji jest cechą nie tylko deficytową, ale wręcz unikalną. Zaczynał Pan jeszcze w legendarnym STS…
Nieco wcześniej, na dwa sezony zaangażowałem się do Teatru Ziemi Mazowieckiej, pod dyrekcją Aleksandra Sewruka, gdzie zagrałem pierwszą pełnokrwistą rolę, Jaszy w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w reżyserii Marii Kaniewskiej, ale też Węża w widowisku „Ewa, wiersze, piosenki, facecje o białogłowach”. Na ten czas przypadł grudzień 1970 roku, a że byłem figlarnym i bezczelnym 23-letnim urwisem warszawskim, więc gdy usłyszałem w radiu o odejściu Gomułki. Pukam i wchodzę do gabinetu dyrektora Sewruka, który pyta mnie: „Słucham, kolego”. „Panie dyrektorze – mówię, wskazując wiszący na ścianie portret Władysława Gomułki – portrecik się zdezaktualizował”. Sewruk nic nie powiedział, ja wyszedłem. Po jakimś czasie przez uchylone drzwi zobaczyłem go przy intymnej czynności, jak zdejmował portret ze ściany. Co do STS, to znaczony był on takimi legendarnymi nazwiskami jak Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki, Ziemowit Fedecki, Stanisław Tym. Jarecki zaangażował mnie już po fuzji STS z Rozmaitościami, z której powstał nowy Teatr Rozmaitości. Jarecki był wybitnym człowiekiem teatru, duży format, legenda na miarę Holoubka czy Dejmka, tyle że w innym teatralnym gatunku.
Co Pana popchnęło w stronę aktorstwa?
W szkole nic tego nie zapowiadało. Żadnych wierszy na akademiach. Chodziłem do warszawskiego liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego, popularnej „Poniatówki”, położonej przy parku Kusocińskiego, blisko fortów. Do podstawówki nr 64 chodziłem na róg Siemiradzkiego i Słowackiego. Jakoś mi taki pomysł samoistnie strzelił do głowy, chyba pod wpływem filmowych idoli i złożyłem papiery do warszawskiej PWST na Miodową. Na egzaminie sprzedawałem młodość, bezczelność, nonszalancję i czuprynę ryżawych włosów. Moim opiekunem roku była Ryszarda Hanin, a dziekanem Kazimierz Rudzki. Uczyli nas też Stanisława Perzanowska, Aleksander Bardini, Ludwik Sempoliński, także młody Zbigniew Zapasiewicz jako asystent Zofii Mrozowskiej na zajęciach z wiersza.
Przykładał się Pan do zajęć i studiów?
Tego potwierdzić nie mogę. Migałem się jak mogłem. Jestem z urodzenia patentowanym leniem. Wszystko mi jakoś lekko przychodziło, a w każdym razie takie miałem poczucie. Podobnie było w pracy zawodowej. Nigdy nie należałem i nie należę do tego gatunku aktorów, którzy bez reszty poświęcają się zawodowi, scenie, żyją dla niej, a bez niej umierają lub cierpią. Ja zawsze najbardziej lubiłem samo życie, kobiety, alkohol, leniuchowanie. Zawsze, gdy tylko się dało, uciekałem od wysiłku.
W bujnym życiu towarzyskim artyści celowali…
W minionych już czasach. Życie towarzyskie skończyło się wraz z poprzednim ustrojem. Te spotkania po spektaklach, w garderobie, w bufecie, te wódeczki w SPATiF-e czyli późniejszym ZASP, wszystko to się skończyło. Tamten styl życia brał się z różnych źródeł. Ludzie niby dużo pracowali, także aktorzy, więcej się grało w teatrze, ale jednocześnie paradoksalnie miało się więcej czasu. Poza tym dużą rolę odgrywał czynnik, rzekłbym, finansowy. Jeśli wtedy miało się już mieszkanie, małego fiata, pralkę i lodówkę, to nie było specjalnie na co wydawać pieniędzy. Nie było możliwości takiego ich spożytkowania jak dziś, na wakacje w dowolnym miejscu świata, kupno markowego wozu, wybudowanie domu i tak dalej. Wydawało się więc na życie towarzyskie i na wódeczkę między innymi. Dziś nie ma SPATiF, to znaczy jest, ale już tylko jako blade wspomnienie po tamtym, więc i polewaczkami nad ranem się nie jeździ (śmiech). To życie towarzyskie rozciągało się także na bliską zagranicę czyli na przykład Związek Radziecki. Kiedyś, a miałem wtedy 23 lata, pojechaliśmy na tournée po Związku, m.in. wraz z kolegą Piotrusiem Loretzem, z zaaranżowanym przez Mariana Jonkajtysa dużym ansamblem, w którym były gwiazdy tamtego czasu, m.in. Rena Rolska, Dana Lerska, siostry Panas. Zawitaliśmy między innymi do Tallina, stolicy Estońskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. W nocy popiliśmy tęgo w tamtejszym hotelu w licznym, mieszanym towarzystwie. Spodobała mi się jedna dziewczyna, śliczna blondynka, więc zacząłem ją emablować. Coraz bardziej pijany kolejnymi szklankami whisky odzywałem się do niej przez pół nocy moją kompromitującą, połamaną, ubogą angielszczyzną. Potem, jak to mówi dziś młodzież, wylogowałem się. W nocy obudziłem się na kacu alkoholowym i moralnym, ze wstydem, że tak skompromitowałem siebie jako Polaka-patriotę. A że jestem szarmanckim warszawiakiem z urodzenia, urodziłem się na granicy Żoliborza i Marymontu, postanowiłem ją przeprosić i obdarować kwiatami. Ale gdzie znaleźć kwiaty w radzieckim Tallinie, w nocy? Nos warszawskiego cwaniaka podpowiedział mi, że na „wokzalie”, czyli na dworcu kolejowym. Na ulicy spotkałem równie jak ja pijanego tallińczyka, który mnie zaprowadził na dworzec. Do kwiatów dołączyłem karteczkę z przeprosinami: „Forgive me for yesterday. Marc”. W czasie śniadania w hotelowej restauracji poszedł szum, że w hotelu jest słynna szwedzka aktorka Bibi Andersson, znana między innymi z filmów Ingmara Bergmana, ale też słynna po roli w kontrowersyjnym seksualnie filmie Sjömana „Moja siostra, moja miłość”. Przyjąłem to do wiadomości bez szczególnego wrażenia i dalej konsumowałem śniadanie. I nagle słyszę szum:” Bibi Anderson, Bibi Anderson” i skamieniałem, bo widzę, że wchodząca do restauracji gwiazda, to towarzyszka mojej pijanej nocy. Zobaczyła mnie, uśmiechnęła się, leci do mnie, uściskaliśmy się serdecznie, wręczyłem jej kwiaty. Cała ekipa patrzyła na to z otwartą gębą. Później obecni rzucili się do mnie z pytaniem: „Ty znasz Bibi Andersson?”. Odąłem wargi, wzruszyłem ramionami i powiedziałem z nonszalancją: „Biba?” (śmiech). Tak wyglądała moja przygoda ze słynną szwedzką gwiazdą. A trzeba pamiętać, że szwedzkie gwiazdy były w tamtych czasach nie mniejszymi gwiazdami niż amerykańskie, francuskie czy włoskie.
Wróćmy do Pana początków zawodowych. Na początku lat siedemdziesiątych zagrał Pan w bardzo głośnym widowisku słowno-muzycznym Wojciecha Młynarskiego „Cień”…
Zagrałem tam Uczonego. Kariera tego widowiska, na które zjeżdżali się widzowie z całego kraju, jak w soczewce pokazuje specyficzne i paradoksalne mechanizmy życia charakterystyczne dla PRL. Najpierw cenzura puściła widowisko, ale kiedy zaczął być grany, poszedł po stolicy i po kraju hyr, że to spektakl przeciw ustrojowi i władzy, że ten tytułowy „Cień”, to partia, a może Gierek, a może Związek Radziecki lub wszystko razem. Taka jedna wielka aluzja polityczna, a to były czasy aluzji. Z drugiej strony spektakl szedł i szedł, mimo że mogli go przecież zdjąć z afisza jednym ruchem. Władza snobowała się na kulturę i lubiła takie gry. My, artyści także. I tak się to toczyło. Nie było natomiast problemów z pieniędzmi na kulturę, w tym na teatr. Jak ich zabrakło, to można było dodrukować. Wystarczyło, żeby się dyrektor za bardzo nie naraził władzy, za bardzo, bo jak się tylko trochę naraził, to nie było wielkiego nieszczęścia.
Po dziesięciu latach w „Rozmaitościach”, późną jesienią 1982 roku, znalazł się Pan w bardzo wtedy prestiżowym Teatrze Ateneum na warszawskim Powiślu, jednej z najważniejszych scen w kraju…
U Janusza Warmińskiego, też wybitnego człowieka teatru, wieloletniego prezesa ITI, międzynarodowej organizacji teatralnej, z renomowanym zespołem składającym się z wybitnych kolegów.
Zadebiutował Pan tam rolą Hermana w „Śmierci Dantona”, dramacie politycznym Büchnera…
To był okres bardzo ciekawych ról, jako że Warmiński wystawiał tylko wybitną literaturę, głównie klasykę dramatu. W Ateneum też poznałem wspaniałych ludzi, poza wspomnianym Warmińskim wielu znakomitych kolegów aktorów. W tym teatrze myśl wisiała w powietrzu. Tam się myślało o poważnych zagadnieniach artystycznych i społecznych, dyskutowało się. Dziś z teatrów ten duch niemal całkowicie się ulotnił. Zastąpiło go hołdowanie formie i efektom pod publiczność. W ogóle teatr się bardzo zmienił. Poza osłabieniem intelektualnym nastąpiła eliminacja kategorii autorytetu. Dziś nie liczą się żadne zasługi starych mistrzów. Nie liczy się tradycja teatru, liczy się tylko tu i teraz. To się wyraża choćby tym, że prawie nie organizuje się jubileuszów starym artystom. To coś mówi o dzisiejszej atmosferze. Liczą się tylko pieniądze, które można wyciągnąć ze spektaklu. Jest to poniekąd zrozumiałe. W PRL, jeśli się miało mieszkanie z wyposażeniem i małego fiata, to nie było większych motywacji do zarabiania, do rozwoju, bo w zasadzie nic więcej nie można było osiągnąć. Dziś za zarobione pieniądze można pojechać na wakacje do ciepłych krajów, można je spożytkować na zakup różnych towarów. Tamta sytuacja wielu z nas rozleniwiła. Ja na przykład, podobnie jak wielu moich kolegów, bawiłem się, imprezowałem, traciłem czas. Nie rozwijałem się, nie czytałem, a w każdym razie zdecydowanie za mało. A możliwości pod tym względem były wtedy ogromne. Kiedy się wiec mówi o PRL, że były w niej takie wspaniałe możliwości kształcenia się, rozwijania intelektualnego, to trzeba od razu dodawać, że duża część społeczeństwa z tego nie korzystała. Dziś trochę to nadrabiam i jestem pod wrażeniem lektury „Szkiców piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego. Istny gejzer nieprawdopodobnej erudycji i błyskotliwej inteligencji. Pisał je 26-letni emigrant Polski we Francji obserwujący jej upadek w 1940 roku. I wkurzenie Francuzów, że przez tych Polaków nie mogą spokojnie pić wina i wpieprzać spleśniałego sera.
Ma Pan na swoim koncie ponad czterdzieści ról w Teatrze Telewizji…
Także raczej rólek. Moja lista jest bogata liczbowo, ale pełnokrwistych ról było tam niewiele, głównie epizody. Często grywałem playboyów, rozmaitych beztroskich młodzieńców, zresztą taki tryb życia wtedy właściwie uprawiałem. Zadebiutowałem epizodzikiem podchorążego w bardzo ideowym i patriotycznym, dwuczęściowym spektaklu „Kordian i cham” według Leona Kruczkowskiego. Z tych kilku większych przypomina mi się stosunkowo wczesna rola Eilifa w „Matce Courage” Brechta u Lidii Zamkow, a z późniejszych, Leśniczy w „Dwóch teatrach” Szaniawskiego w reżyserii Gustawa Holoubka. Sporo razy byłem angażowany do Teatru Kobra, gdzie angażowali mnie – cudowna pani Ania Minkiewicz i Jan Bratkowski. Było to dla mnie bardzo miłe, bo jako młodemu aktorowi przynosiło mi to ogromną popularność, a na pewno rozpoznawalność. Podbechtywało to moją ówczesną, młodzieńczą próżność.
Widzowie rozpoznawali w Panu „faceta z Kobry”?
Coś w tym rodzaju. Tylko tych kilka najbardziej popularnych seriali, jakie wtedy dawano, dawało rozpoznawalność większą niż udział w „Kobrze”.
Jest Pan aktorem rozpoznawalnym także dzięki serialom. Pamiętam, że pod koniec lat siedemdziesiątych, w wakacje od razu rozpoznałem Pana w Sopocie i wskazałem kolegom, pamiętając Pana nie tylko z „Kobry”, ale też z popularnych wtedy seriali sensacyjnych, „S.O.S”, „07 zgłoś się” czy „Życie na gorąco”
Żaden teatr nie dał i nie da aktorowi masowej popularności. Przygodę z telewizją i filmem też sobie cenię. Mój debiut zdarzył się w filmie, ale o którym było bardzo głośno, czyli w „Kaszebe”, dziwnym, poetyckim filmie Ryszarda Bera z 1970 roku, smutnej baśni o miłości z morzem i zagrożeniem germańskim w tle.
Ta rola szwedzkiego marynarza Eryka była jedną z głównych ról. Później był Pan głównie na drugim planie. Jest Pan usatysfakcjonowany takim przebiegiem Pana artystycznej kariery?
Tak, niczego nie żałuję, mimo że jak powiedziałem na wstępie, większość to były rólki a nie role. Mam przeświadczenie, że człowiek ma z góry zapisany los i nie jest mu dane zasadniczo go zmienić, chyba że w drobiazgach. Wyznaję pogląd Kubusia z „Kubusia Fatalisty” Diderota, że nasz los zapisany jest w gwiazdach.
Dziękuję za rozmowę.

Marek Lewandowski – ur. 4 listopada 1946 r. w Warszawie. Absolwent PWST w Warszawie (1969). W Teatrze Rozmaitości zagrał m.in. Clesingera w „Lecie z Nohant” J. Iwaszkiewicza, Lucenzia w „Poskromieniu złośnicy” i Buckinghama w „Ryszardzie III” Szekspira. W Teatrze Ateneum m.in. Guildensterna w „Hamlecie” W. Szekspira, Witolda w „Pornografii”, Cieciszowskiego w „Transatlantyku”, Księdza w „Kosmosie” i radcę Szymczyka w „Opętanych” W. Gombrowicza, Cressoniere’a w „Fredericku czyli Bulwarze Zbrodni” E.E. Schmitta, Łużyna w „Zbrodni i karze”. Role filmowe m.in. w „Małym” J. Dziedziny, „Akwarelach” R. Rydzewskiego, „Do krwi ostatniej” J. Hoffmana, „Palace Hotel” E. Kruk, „Spotkaniu na Atlantyku” J. Kawalerowicza, „Umarłem aby żyć” S. Jędryki, „Prywatnym śledztwie” W. Wójcika, „Weryfikacji” M. Gronowskiego, a także w wielu serialach m.in. „Modrzejewska”, „Na dobre i na złe”, „Klanie”, „Na Wspólnej”, „Złotopolskich”, „Kryminalnych”. W 2008 roku odznaczony Srebrnym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Małżeństwo z rozsądku w czasach zarazy

Nie pałają do siebie miłością. Nawet za bardzo się nie lubią. Mają różne poglądy na wiele ważnych kwestii, a jednak dostają od losu niepodważalna szansę podjęcia najistotniejszej decyzji w swoim życiu. Jeżeli nie spróbują, to stracą coś wyjątkowego, co może już nigdy się nie powtórzyć, bo nic dwa razy się nie zdarza. Albo wykorzysta się to, co w danym momencie przynosi życie, albo nasz demokratyczny świat stanie się ruiną, bez szans na szybką odbudowę. Czy warto jest stracić niepowtarzalną i być może, na przestrzeni najbliższych lat, jedyną szansę na życie w demokratycznym państwie prawa?
Demokracja czy autokracja? Oto jest pytanie. Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta, ale tylko z pozoru. Nie wszyscy to rozumieją i nie do wszystkich dociera różnica między tymi dwoma pojęciami.
PiS po kolei obdziera nas z tego, co przez 30 lat zdołaliśmy osiągnąć na drodze do pełnej demokracji – wolne sądy, swobody obywatelskie, prawa kobiet, poszanowanie polskiej Konstytucji.
Nie obrażajmy się na ludzi, którzy z nieukrywaną radością przyjmują 500 plus i trzynastą emeryturę. Skoro Beata Szydło twierdziła, że jej ministrom „te pieniądze się po prostu należały”, to dlaczego inni nie mieliby czerpać z dobrodziejstw koniunktury. Smutne jest to, że PiS w sposób cyniczny selekcjonuje grupy, którym da, a którym nie da. Łatwo jest lekką ręką rozdawać cudzą kasę.
Światowa koniunktura nie będzie trwała wiecznie. W pewnym momencie źródełko zacznie szybko wysychać, ale kto o tym myśli, gdy dostaje „wyborczy prezent”.
Kiedy przyjdzie otrzeźwienie, będzie już stanowczo za późno, a skala represji osiągnie wysoki pułap. Słaba opozycja i zdezorientowane społeczeństwo nie będzie już miało narzędzi, aby się temu przeciwstawić. Winni kryzysu zawsze się znajdą. Z uczciwych ludzi zrobi się aferzystów, z demonstrujących i strajkujących wichrzycieli. Wszystko przecież da się w odpowiedni sposób wytłumaczyć dzięki rozbudowanej propagandowej tubie.
Polska przestanie być zdrowym sercem Europy, które ktokolwiek będzie chciał jeszcze reanimować, bo zawał stanie się zbyt rozległy i niebezpieczny. Przestrogą są obecnie Węgry Orbana i Turcja Erdogana.
Jeżeli wszystkie prodemokratyczne siły w Polsce nie zrozumieją, że w przeliczniku D’Hondta nie chodzi o głosy, ale o realne mandaty, które tylko duży podmiot może jak najwięcej zdobyć, to dzień po wyborach parlamentarnych skończy się w Polsce demokracja.
Małżeństwo z rozsądku może okazać się jedyna szansą na godne życie, a o miłość nie trudno w czasach zarazy.

Mitologia Marka Hłasko

50 lat temu, 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden zmarł Marek Hłasko.

Moment ukazania się tomu wznowionych przez „Iskry” opowiadań Marka Hłaski zbiegł się niemal dokładnie z 50 rocznicą jego śmierci, 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden, NRF. Do dziś nie wiadomo, czy popełnił samobójstwo czy też mimowolnie przedawkował środki nasenne, ale to w końcu nie ma znaczenia, bo jedna i druga wersja była logicznym dopełnieniem jego szalonego życia. Bardziej uderza mnie dziś to, że w momencie śmierci miał zaledwie 35 lat, czyli w świetle dzisiejszych standardów był właściwie jeszcze młodzieńcem. Tak zakończyło się życie owiane legendą, której piszący o nim poświęcili w sumie więcej uwagi niż jego twórczości. Około 1954 roku objawił się jako literackie bożyszcze „warszawki”, z opinią pisarskiego prawdziwka ukazującego życie „warszawskiego ludu roboczego”, choć było w jego prozie więcej kreacji niż dokumentacji. Miał opinię pijaka, rozrabiaki, drakusa, bywalca knajpy „Kameralna” na Foksal, do tego „donżuana”, co ułatwiała mu jego męska, „zachodnia”, „filmowa” uroda. Miał też rysy mitomańskie. Mistyfikował swoje rzekomo plebejskie pochodzenie, podczas gdy był synem warszawskiego domu inteligenckiego, synem adwokata i urzędniczki. Porównywano go do legendarnego gwiazdora Jamesa Deana, uosobienia buntu amerykańskiego młodego pokolenia, „buntownika bez powodu”, a jego kariera literacka miała charakter „piorunujący”, była pierwszą taką „popową” karierą literacką w PRL, co czyniło go pierwszym literackim celebrytą tamtych czasów.
Czy proza Hłaski przetrwała, czy „nadaje się do czytania” także sześćdziesiąt lat później, gdy dawno zaniknęły konteksty społeczne, polityczne czy kulturowo-obyczajowe oraz warunki, które przyniosły jej tamtą popularność? Jest to pytanie o tyle zasadne, że sama postać i legenda Hłaski przysłoniła jego pisarstwo. Tekstów analitycznych na temat jego prozy jest relatywnie niewiele, natomiast zainteresowanie rozlicznych autorów przyciągała przede wszystkim tzw. „barwna” biografia pisarza i awanturnicza osobowość człowieka, który długo traktowany był jak bożyszcze. Tę legendę zakonserwowała jego dość przypadkowa emigracja na Zachodzie, będąca rezultatem wyjazdu do Paryża w 1958 roku oraz małżeństwo z aktorką Sonią Zieman. Zaczynał prozą mieszczącą się w granicach zakreślonych przez doktrynę realizmu socjalistycznego, właściwie „produkcyjniakami”, ale szybko wyrwał się z tych ram w stronę „czarnej” poetyki. Janusz Termer dosadnie określił to jako „rozwalenie formy produkcyjniaka”. Piotr Kuncewicz tak pisał o bohaterze prozy Hłaski: „Ten bohater to z reguły jakaś wersja portretu samego Hłaski. Szofer bądź lotnik, alfons i kryminalista, alkoholik i awanturnik, nieustannie kogoś za coś albo i bez powodu okładający, a kobiety ze szczególnym upodobaniem. (…) Inni bohaterowie właściwie są tacy sami – świat w interpretacji Hłaski składa się z durniów i łajdaków. Pomiędzy wszystkimi panuje skrajna i bezinteresowna nieżyczliwość.
Postaci Hłaski właściwie nie rozmawiają ze sobą, lecz kłócą się i obrzucają wyzwiskami”. To był ten aspekt realistyczny jego prozy, bo tak wtedy na ogół ludzie się do siebie odnosili, ale tuż obok niego pojawiał się jeden z jej wymiarów kreacyjnych – język dialogów. To nie były dialogi „prawdziwe”, takie jakie słyszało się na ulicy, w zakładzie pracy, w sklepie. Były to dialogi wymyślone, pełne paradoksów, błyskotliwych ripost, dwuznaczników, nienaturalnie dynamiczne, bardzo teatralne i filmowe, jakby czerpane ze scenariuszy amerykańskich filmów.
Podobnie nierealistyczne jest wypreparowanie świata opowiadań Hłaski z kontekstu społeczno-politycznego. Jest to czas wszechobecnej propagandy socjalistycznej i obecności partii oraz jej biurokratycznych agend w życiu codziennym. Tymczasem tego kontekstu w prozie Hłaski prawie nie ma, co może wywołać skojarzenie z Warszawą Bolesława Prusa, choćby w „Lalce”, w której prawie nie ma, sprzecznie z oczywistą rzeczywistością, śladów czy znaków obecności rosyjskiej.
Kuncewicz napisał o „centralnej” obecności „erotyki” w prozie Hłaski, ale przecież nie sposób nazwać erotyką obrazu relacji damsko-męskich opartego na prymitywnych odruchach i wulgaryzmach, pełnego męskiego szowinizmu oraz „dziwek” i „kurew”, choć od czasu do czasu traktowanych z nutką „liryzmu”. Bohaterowie Hłaski to pijacy, alkoholicy, złodzieje, awanturnicy, kryminaliści, często z zawodu szoferzy (dziś już niemal nie używa się tego ładnego słowa francuskiego pochodzenia – chauffeur), jak sam Hłasko, który skądinąd był także młodocianym dziennikarzem, „Trybuny Ludu” (od 1951 roku) i redaktorem „Po prostu” (1955-1957).
Akcja jego prozy przeniknięta jest agresją, przemocą, sadyzmem, a może sadomasochizmem, a przy tym usytuowana w świecie pełnym fizycznego brudu, pijaństwa, biedy, przy czym w tej obfitości zła niektórzy krytycy upatrywali, paradoksalnie, głodu dobra, z konieczności skrytego pod powłoką brutalności. Tak recepcję prozy Hłaski ujął w poświęconej mu nocie Włodzimierz Maciąg. Widział w jego prozie wyraz tęsknoty młodego pokolenia” za „wartościami moralnymi, za „życiem czystym i prawdziwym”, sprzeciw wobec podłości świata, ale także niechęć do sztuczności, konwencji, celebry, „mowy trawy”, „drętwej mowy”, obłudy, do dydaktyki społecznej, a także nieufność do wszystkiego co przejęte z zewnątrz, gotowe, uładzone, szablonowe. W to miejsce oczekiwał, niemal po roussowsku, autentyczności, spontaniczności, prawdy czerpanej z własnego wnętrza. Janusz Termer dodawał do tego „romantyczny indywidualizm” i pokrewieństwo z Jamesem Deanem, „buntownikiem bez powodu”. Temu wszystkiemu towarzyszył instynktowny, irracjonalistyczny niemal, prawie mistyczny antyintelektualizm Hłaski. Z kolei jego „męski sznyt”, jego „maczyzm”, którym nasączona jest także jego proza, traktowany bywał jako maska skrywająca dziecięcą wręcz wrażliwość i liryzm.
Nie był pisarzem z wolna wchodzącym w rzemiosło, lecz od razu, z miejsca objawił się dwoma potężnymi uderzeniami talentu w postaci debiutanckiego opowiadania „Baza Sokołowska” (1954), w którym sportretował robotnicze, szoferackie środowisko warszawskiej Woli i „Pierwszym krokiem w chmurach” (1956). To pierwsze było skróconą do opowiadania wersją powieści „Sonata marymoncka”, napisanej przez niego, gdy miał 17 lat. Hłasko ukształtował świat swojej prozy właśnie głównie w tomie „Pierwszy krok w chmurach” oraz w opowiadaniu „Ósmy dzień tygodnia” (1957). To co napisał na emigracji było już na ogół wtórne, co nie znaczy że złe. Jednak emigracja nie przeformułowała go jako pisarza (poza niektórymi fabułami). Pozostał przy swoich starych wątkach, figurach, grepsach, przy dawnym stylu.
Już w Paryżu wydał (dzięki Jerzemu Giedroyciowi i „Kulturze”, w której podparyskim falansterze przez pewien czas pomieszkiwał) „Cmentarze” i „Następny do raju”, akcją usytuowane w niedawno opuszczonej Polsce. Jednak utrata kontaktu z krajem sprawiła, że odchodził od tematyki polskiej. Akcja „Brudnych czynów” (1964) czy „Nawróconego w Jaffie” (1966) usytuowana już była w świecie obcym, „zagranicznym”, portowym, izraelskim, amerykańskim („Palcie ryż każdego dnia” – wydana pośmiertnie w 1983 roku). Jednak wyraźnie czuł głód tematyki krajowej, więc w 1966 roku wydał kapitalny, błyskotliwy tom wspomnień o sobie i swojej generacji w Polsce, „Pięknych dwudziestoletnich”, niezwykle atrakcyjny w lekturze, ale bez wątpienia krańcowo zmitologizowany, w ogromnej części zmyślony, dzieło superutalentowanego mitomana. W 1968 roku wydał „Sowę, córkę piekarza”, też z akcją w Polsce (Wrocław).
Nie tu miejsce na pełną analizę innych utworów Hłaski, bo to zadanie dla biografa i wyspecjalizowanego literaturoznawcy. Wracam natomiast do pytania początkowego, najważniejszego z czytelniczego punktu widzenia. Czy proza Marka Hłaski przetrwała próbę czasu? Czy nadal „nadaje się do czytania”? Odpowiadając sobie na to pytanie zastosuję jak zwykle swój własny, amatorski, na kryteriach subiektywnych oparty, metodą chałupniczą zmajsterkowany aparat odbioru. I otóż, po lekturze wspomnianego „iskrowego” wznowienia, ów aparat podpowiedział mi, że mimo zatarcia przez czas większości kontekstów, mimo jej fabularnej „dezaktualizacji”, prozę Hłaski czyta się wspaniale. Już nie jako do pewnego stopnia realistyczny, czy naturalistyczny „raport z rzeczywistości”, dziś daleko zaprzeszłej, lecz jako literacką, mitologiczną kreację „świata zaginionego”, jako autonomiczne zmyślenie artystyczne, jako frapującą fantasmagorię, pełną dziwnych, obcych dziś figur, monstrów, miejsc i wydarzeń.

Marek Hłasko – „Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania”, Wydawnictwo „Iskry”, str. 268, ISBN 978-83-244-1027-9.

Księga Wyjścia (15)

Ballada o wojskowym namiocie, burmistrzu, który stał się prezydentem i poznańskiej uczciwości.

Udało mi się poznać dziewczynę, która zna się na tym i już nawet zamieściła pierwsze wydanie na portalu „Lubimyczytac.pl”. Zaapelowałem do znajomych, by powstawiali swoje oceny, ale chyba wiadomość ta do wszystkich jeszcze nie dotarła, bo jak dotychczas ocen jest niewiele. Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że książka im się zwyczajnie nie podobała i nie chcą robić mi przykrości oceniając nisko. Tak czy inaczej jest plan, jest agentka i będzie dobrze, bo mam kolejny cel. I nieprawdopodobnie sprawczą organizatorkę, której zawierzyłem los całej mojej pisaniny.
Zamierzałem w tym odcinku opisać struktury Urzędu Miasta i Starostwa Powiatowego (starostwo powiatowe to masło maślane, jeszcze nie słyszałem o starostwie gminnym), obnażyć iluzoryczne i fikcyjne stanowiska, tworzone tylko po to, by zagospodarować człowieka, który od zawsze się kręci, bywa radnym, a jeśli nie, to dostaje stanowisko. Inspiracją były pewne kurioza, które zauważyłem, są urzędy podległe miastu, lub starostwu, którymi rządzi kierownik. W Puławach zawsze jest dyrektor, a w urzędzie pracy nawet dwóch. Jest człowiek odpowiedzialny z ramienia powiatu za pomoc społeczną, który nie wiem czym się zajmuje, ale podczas oficjalnych wystąpień mówi o „opiece społecznej”, opieki nie ma już od trzydziestu lat, w jej miejsce powstały Ośrodki POMOCY Społecznej, no i najbardziej intrygująca funkcja zastępcy dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy. Nikt nie zna jego kompetencji, jest dyrektor, który firmuje całość i kierownicy poszczególnych działów, a trzymanie etatu zastępcy dyrektora tylko po to, by go zastąpił podczas urlopu jest i straszne i śmieszne, bo oznacza to, że facet ten pracuje 21 dni w roku, plus ewentualne zwolnienia lekarskie, to kolejnych kilkanaście dni.
Puławy zawsze miały jakąś manię wielkości. Od czasów gdy osiedlili się tu Czartoryscy i księżna Izabella otworzyła swoje pierwsze muzeum. Być może to tutaj Mikołaj Repnin – carski namiestnik i kochanek Izabelli zapłodnił ją, czego efektem był książę Adam Jerzy, przodek tej linii Czartoryskich, która opchnęła Glińskiemu obraz baby ze szczurem za kolosalne pieniądze. Obraz, który i tak był w państwowych zbiorach i jedynym kupcem mógł być polski rząd. Zakup ten nie wzbogacił kulturowo państwa, bo nic się nie zmieniło, poza tym, że Czartoryscy dostali całą masę hajsu, a że pochodzili z rodu o korzeniach polsko-rosyjskich – nieformalnie oczywiście, ale podobieństwo Repnina i Adama Jerzego nie pozostawiało wątpliwości. Zresztą naukowcy mają to udokumentowane. Zwolennikom spiskowych teorii podrzucę pomysł, że kasę dostali Rosjanie.
Wracając jednak do współczesności, za czasów poprzedniego prezydenta, który był chyba najdłużej sprawującym włodarzem miasta w kraju. Zaczął chyba gdzieś w połowie, czy pod koniec lat osiemdziesiątych, był wtedy naczelnikiem miasta. Potem przyszła zmiana i ponieważ burmistrz to za mało, pokombinowali coś z liczbą mieszkańców, by na chwilę przekroczyła pięćdziesiąt tysięcy i wówczas zgodnie z ustawą z burmistrza zrobił się prezydent. Gdy już zmienił sobie tytuł to liczba mieszkańców wróciła do prawdziwej wielkości i obecnie wynosi 48 tysięcy z niewielkim haczykiem.
Wynikało to oczywiście z jego megalomanii, i gdyby Rudy Giuliani wcześniej rozsławił stanowisko i rangę burmistrza, pewnie tej zmiany by nie było – ale to tylko moje dywagacje. O tym fałszerstwie doskonale wiedzą wszyscy zainteresowani, ale nawet już i ja się z tego śmieję i zamiast dochodzić prawdy i degradować z powrotem do stanowiska burmistrza, pisząc o tym gdzie się da, machnąłem ręką i pomyślałem niech się biskupem ogłosi. Tak więc prezydentopochodny Janusz Grobel rządził sobie miastem, a wielu ludzi sądziło, że od samego początku, wraz z powstaniem Zakładów Azotowych, powstał prezydent Grobel, tak się na tej funkcji zasiedział. To nie do końca prawda, bo Azoty wybudowano w 1962 roku, ale kto pamięta, czy był przed nim jakiś naczelnik, burmistrz, prezydent czy wódz. Grobel był zawsze. Miał wprawdzie jedną czy dwie przerwy, wówczas prezes jednej ze spółdzielni mieszkaniowych zatrudniał go jako swego zastępcę – na przeczekanie, a gdy przychodziły nowe wybory, to już lokalny biznes zebrał odpowiednie pieniądze, by ponownie wrócił na swój urząd. Jak bumerang, raz z list SLD, raz AWS, potem PiS, czy satelickich, by w końcu kandydować z listy KWW Samorządowcy Janusza Grobla. Wszystko zależało od koniunktury.
Niespecjalnie za nim przepadałem i pracując w „Dzienniku Wschodnim” nie raz napsułem mu krwi. A to afera z puławską żelatyną, a to kościół, który dostawał co chciał. Najbardziej atrakcyjną w mieście działkę, w zasadzie spory kawałek pola w samym centrum, dostała jedna z parafii za symboliczną złotówkę. Zniszczony dworzec PKS, który mógłby służyć ludziom. Autobusy mogłyby spokojnie stamtąd zabierać pasażerów, którzy by nie musieli ich szukać pod marketami. Bardziej niż on chyba nikt nie potrafiłby popsuć infrastruktury drogowej. Gdzie tyko się da poustawiali światła, które często działają także w nocy i pieszy musi czekać na zielone nawet gdy ulice puste, zielone zaczyna mrugać w połowie jezdni, więc drugą już trzeba przejść na czerwonym. Ja sobie jeszcze z tym radzę, ale ktoś o lasce czy na wózku – niekoniecznie. Drogę wylotową na Kazimierz Dolny zrobił tak, że zawsze będzie tam korek podczas weekendu. Rozwiązanie to nazywa się miasteczkiem holenderskim i jest fajne jako uliczka osiedlowa, ale nie jako jedyna droga do Kazimierza odwiedzanego przez setki tysięcy turystów, a bywają lata, że przewinie się ich rocznie ze trzy miliony. I choć ta wielkość jest wyjątkiem, to kilkaset tysięcy od pół do miliona to normalny przerób turystyczny. Fajnie byłoby, gdyby samochody mogły płynnie przejechać tę wylotówkę, ale miasteczko holenderskie nie pozwala wyprzedzić nawet traktora.
„Dziennik Wschodni” podaje, że rządził nieprzerwanie 24 lata. Myślę, że znacznie dłużej i jednak z przerwami. Ktoś ze „Wschodniego” się nie przygotował.
Teraz jego miejsce zajął mój kolega z młodości. Od najmłodszych lat mieszkaliśmy w tej samej klatce, w której wciąż mieszka mój ojciec i jego rodzice. Widujemy się więc czasami. Wszedł do rady miasta na fali nienawiści do społeczności romskiej, którą będąc wcześniej radnym podsycał. Podsycał ją pytaniami o skuteczność programów aktywizacji zawodowej, wyliczał ile to kosztowało i nie przyniosło efektu. Oczywiście że nie przyniesie efektu, bo kto kiedykolwiek zatrudnił Cygana? Prędzej pracę znajdą Ukraińcy niż Romowie – chociaż ci z Puław wolą by mówić na nich Cyganie. Pieniądze natomiast pochodziły z programów unijnych, więc miasto nie dokładało do tego złotówki. Teraz wydano uchwałę, że Puławy są wolne od LGBT. Dziwna ta uchwała, jak zamierzają ją egzekwować i co oznacza? Ale moja przekorna, choć spokojna natura się trochę zbuntowała i zaapelowałem do działaczy by mi dostarczyli taka flagę, którą zawieszę za oknem. Mieszkam na czwartym piętrze, więc nikt nie zerwie. Jedynie kamienie mogą dolecieć, ale i tak miałem założyć moskitiery, zawsze trochę ochronią szybę. Uchwała zdziwiła mnie tym bardziej, że znam też najbliższą rodzinę obecnego prezydenta. Ale ich spraw osobistych wyciągał publicznie nie będę.
O stanowiskach tworzonych specjalnie dla działaczy napiszę jeszcze nie raz, a w teraz opowiem co udało się zrobić w sprawie J., ponieważ w poniedziałek minął termin ultimatum i miał się wyprowadzić ze swojego mieszkania, które znajduje się rzut beretem od szpitala, do getta umiejscowionego już poza miastem. Oczywiście w jego granicach administracyjnych, ale od zawsze Wólka Profecka była traktowana jako osobna wieś, a wyprawa tam, dla kogoś kto nie ma samochodu była lekkim wyzwaniem. Jeździłem niegdyś często w tamte okolice, ponieważ jest tam fajny basen. Być może dlatego radni w swej szczodrobliwości postanowili wybudować osiedle socjalne w jego okolicy, by mieszkańcom było przyjemnie. Ale nie jest, bo nie stać ich na bilet wstępu, a poza tym jak już pisałem osiedle to rządzi się własnymi prawami.
Przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, gdy odkryłem, że w puławskim lesie mieszka grupa bezdomnych. Pracowałem wtedy w „NIE”, zrobiłem reportaż, nagłośniłem i rada miasta postanowiła się tym zająć. Sprowadziłem więc mieszkańców na sesję, a jeden z radnych, nieżyjący już Tadeusz Lis – mój serdeczny przyjaciel – zgłosił formalny wniosek, by oddać głos jednemu z „leśnych ludzi”. Mieszkali w szałasach, na okolicznych drzewach powiesili jakieś obrazki, lusterko do golenia, tak żeby było trochę domowo. Mieszkali wcześniej w pustostanie, zrujnowanym budynku, ale wesoła młodzież wiele razy próbowała ich stamtąd wykurzyć. W końcu podpalili im ten skłot i tak przenieśli się do lasu. Tu też wesoła młodzież, co nie lubi „meneli” usiłowała uprzykrzyć im życie, ale trochę się przeliczyli. Jeden z nich – Janek – był świetnym bokserem, trenował w świdnickiej Avii i miał spore sukcesy. Tak więc dostali kilka razy po nosie i zapłakani wrócili do domów szlochając w drodze. Leśni ludzie mieli już spokój. Mieszkali tak pięć lat, pięć zim, wiosen, lat i jesieni. Niezależnie od pory roku…
Rada Miasta wyraziła w końcu zgodę i mikrofon dostał Janek, do tej pory pamiętam jego pierwsze słowa: „wybaczcie państwo, ale od lat mieszkam między sarnami i dzikami, mogę więc mieć kłopoty z jasnym wyrażeniem swoich myśli”. Poprosili radnych o jakiś kawałek przestrzeni, nawet niewielki, zobowiązali się samodzielnie zbudować domek. Znali się na tym, bo często dorabiali właśnie w budowlance. Wśród radnych rozpoczął się gwar, każdy szukał pomysłu, a co który wymyślił to było głupsze. W końcu jeden z przedstawicieli zarządu zapytał Janka, (pytanie to miało go zdeprecjonować, odczłowieczyć i zrobić zwykłego żula) doskonale pamiętam to pytanie i użyte słowa. Brzmiało to tak: „Proszę nam powiedzieć, w jaki sposób nabył pan bezdomność?”. Część parsknęła śmiechem, ale Janek odpowiedział, pił, żona znalazła sobie innego faceta, a on nie wdając się w awantury i podziały majątku trzasnął drzwiami i wyszedł. Jedyny adres, który mu został to ławka, dopiero później „Baza” lub „Leśna 13”, tak nazwali tę polanę na której się osiedlili. Radni znowu radzili, znowu zrobiło się gwarno, w pomieszczeniu duszno od napięcia, bo nie mieli pojęcia co zrobić z tym pasztetem. W końcu ktoś wpadł na pomysł, zdaje się, mogę się mylić, ale chyba był to obecny szef MOSiRu – jeśli nie, to przepraszam Cię Tosiek. Zresztą nieważne, ale znalazło się rozwiązanie, które wszystkich radnych zachwyciło. Poza Tadkiem Lisem, który dłońmi skrył twarz. „Namiot wojskowy” – powiedział pomysłodawca „damy im wojskowy namiot”. Przegłosowali tę uchwałę, a my opuściliśmy sesję w milczeniu. Nie wiedziałem co im powiedzieć, sam to rozkręciłem, sam nagłośniłem i spowodowałem że znalazło się w porządku dziennym obrad. Więc, jak widzicie drodzy czytelnicy, takie pomysły miewają puławscy rajcy, dlatego mimo złożonego przez J. pisma wciąż czekamy niecierpliwie na jakąś decyzję, ewentualnie komornika.
Kilka odcinków temu pisałem o pewnej kobiecie, która napisała do mnie Messengerem i chodziło jej, bym pomógł jej synowi. Chłopak uzależniony od heroiny, na własną rękę kupował – przynajmniej tak twierdził – Suboxon, by jakoś wyjść z tego bagna. Byłem przekonany, że zwyczajnie ją nabiera i zamiast Suboxonu kupuje helupę (heroina). Poza tym jest to lek, którego nie wolno brać bez kontroli lekarza. Zaproponowałem, że zadzwonię do ordynatora detoxu w Lublinie i spróbuję zaklepać mu miejsce. Wielokrotnie opisywany tutaj przeze mnie doktor Andrzej Kaciuba jest najlepszym w Polsce specjalistą terapii uzależnień, do tego najbardziej skromnym lekarzem jakiego znam, czasami już waham się czy dzwonić i kolejny raz zawracać mu głowę, by kogoś przyjął. Ale determinacja kobiety była ogromna, więc nie mogłem jej odmówić. To byłoby nieludzkie. Zadzwoniłem więc i jak zawsze gdy zreferowałem problem kazał przyjechać w poniedziałek. Chłopak jechał samochodem z drugiego końca Polski, zajechał więc po mnie i mimo, że wcześniej się w ogóle nie znaliśmy, to po wypiciu kawy byliśmy już kumplami. Bardzo fajny chłopak. Pojechałem z nim do Lublina i doprowadziłem do momentu, gdy wywołali go na izbę przyjęć. Wtedy zawróciłem i pędem do Puław, bo o 12,30 miałem umówioną wizytę u dentysty. Zdążyłem załatwić jedno i drugie. Tylko flagi wciąż nie mam więc pozostaje jedna niezałatwiona sprawa z tygodniowego planu.
Wrócę jeszcze do sprawy Amiki Wronki i samobójstwa Ilony Pujanek, w poniedziałek obszerny reportaż zamieściła „Wyborcza” w „Wysokich Obcasach”. W pierwszej chwili wkurzyłem się, że tak późno, dwa i pół roku po tym zdarzeniu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że jednak to dobry pomysł. Dzięki temu sprawa nie zniknie z przestrzeni publicznej. Zapadł już pierwszy wyrok, w którym skazano lokalną dziennikarkę Ankę Wilk-Baran, na trzy letni zakaz wykonywania zawodu i pracy w mediach. 28 maja również byłem przesłuchiwany przez ten sąd w innej sprawie, ale też dotyczącej lobbingu w zakładzie. Felieton piszę dwunastego czerwca i do tej pory poznański sąd nie zwrócił mi kosztów podróży. Gdy zadzwoniłem, to niezbyt przyjemnym głosem jakaś pani poinformowała mnie, że najpierw sędzia musi podpisać, potem dział finansowy zaakceptować i wtedy dostanę lub nie przelew. Okazuje się, że mogę nie dostać zwrotu kosztów podróży. A to naprawdę kawał drogi. Przy dobrym połączeniu, czyli nie czekając zbyt długo na pociąg w Warszawie, to podróż trwa 10-12 godzin. Z Puław do Warszawy jeżdżą teraz tylko busy, a droga na całym odcinku jest w przebudowie, więc jazda trwa czasami trzy i pół, cztery godziny, plus cztery godziny pociąg z Warszawy do Poznania. Gdyby udało się na styk, to teoretycznie można się tam dostać w osiem godzin. W praktyce jest to niemożliwe. Ponieważ adnotacja była „stawiennictwo obowiązkowe” to dla kogoś takiego jak ja żyjącego z dnia na dzień wiąże się z zadłużeniem. Sąd ma to jednak w dupie i pieniądze zwróci lub nie. Chociaż kolejna adnotacja mówi o tym, że zwrot kosztów się należy. Upłynęły jednak dwa tygodnie i nic, więc już nie wiem czego się spodziewać, a dzwonić tam raz jeszcze, by wysłuchać nieprzyjemnego głosu jakiejś pani (ocena subiektywna) chyba jest bezcelowe.
Piszę to nie po to by się żalić, tylko by uczulić tych, którzy dostają takie wezwania. Gdybym wiedział, że tak będzie, zwyczajnie poszedłbym na zwolnienie lekarskie, taka sugestia dla tych, których na podróż nie stać. Pierwotnie bowiem zakładałem, że pożyczę pieniądze na podróż w jedną stronę i hostel, bo przecież kasa zwróci od ręki, więc będę miał na powrót. Nic z tego.
Na dzisiaj wystarczy. I tak poruszyłem zbyt wiele wątków zamiast skupić się na jednym. Pominąłem zupełnie kłamstwo wyborcze Biedronia który kandydując do PE obiecał ludziom, że zrzeknie się mandatu by kandydować jesienią do Sejmu. Ludzie mu uwierzyli i oddawali więc głosy traktując to jak manifestację poparcia. A Robert Biedroń okazał się zwykłym małym oszustem. Bo jeśli jego Wiosna, jesienią nie przekroczy pięciu procent, to będzie tylko jego wina i rządy dalej będzie sprawował Kaczyński. Chciałoby się napisać „Biedroń, ty ch…”, ale ktoś może mnie wziąć za homofoba.. cdn

Pojawił się pomysł, by ponownie wydać książkę „Z dna”, znaleźć dobre wydawnictwo, wydrukować kolejny nakład i pójść za ciosem wydając dwie, następne jej części. Jedna będzie dalszym ciągiem losów bohatera, a druga składałaby się z felietonów o tym samym tytule.

Bigos tygodniowy

Odbyły się obchody 30 rocznicy wyborów 4 czerwca 1989. Tego słonecznego, upalnego dnia zajrzałem na kilka godzin do Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Już na samym początku uderzył mnie kontrast między przyjazną, swobodną atmosferą tłumnego pikniku, a sztywnością uroczystości „solidarnościowej” pod pomnikiem Poległych Stoczniowców. Sztywne ruchy i zacięte twarze głównych celebransów, czyli Guzikiewicza i Głódzia, którym towarzyszyła grupa umorusanych mężczyzn w kaskach i kombinezonach, na modłę 1980 roku. Po drugiej stronie na szczęście mniej uroczyście i luz, n.p. gdy Władysław Frasyniuk zwrócił się do Aleksandra Kwaśniewskiego per „Kwachu”, pomógł mu wejść na scenę i żartował, a „Kwach” ten epitet i te żarty przyjął z humorem i się nie obraził. Natomiast „stoczniowcy” odbębnili swoją uroczystość, odmodlili pod przewodem Głódzia, po czym zrobili „w tył zwrot” i udali się do historycznej Sali BHP, by odbyć akademię ku czci w sosie własnym.
*****
Czułem się w tej atmosferze miło, ale czas – wiadomo – zaciera różne rzeczy w pamięci i wygładza jej kontury. Mimo to mam jednak pamięć słonia (nie do wszystkiego) i pamiętam, że niestety, „karnawał” wyborów 4 czerwca 1989 otworzył drogę do władzy klerykałom w rodzaju osławionego senatora Waleriana Piotrowskiego, który ponownie otworzył „piekło kobiet” przygotowując osławiony zakaz aborcji, uchwalony w końcu w 1993 roku. I że to dzień 4 czerwca utorował Kościołowi kat., organizacji pasożytniczej, drogę do potężnych wpływów politycznych i do bogactwa materialnego. Tuż po 4 czerwca 1989 mało kto jeszcze poważnie brał pod uwagę taki bieg zdarzeń, bo najbogatsza ludzka wyobraźnia jest słabszym czynnikiem niż najprostsza naoczność i autopsja. Ja zapamiętałem anonimowe zdanie któregoś z ówczesnych opozycjonistów, zacytowane w tygodniku „Interpelacje”, zainicjowanym przed Okrągłym Stołem przez kręgi partyjnych liberałów. Brzmiało ono prawie dokładnie tak: „Nie ma się co cieszyć. Po rządach czerwonych przyjdą teraz rządy księżuli”.
*****
Rząd uległ dobrej zmianie czyli rekonstrukcji. Postawiono na świeżość i nowe twarze. Wicepremierem został Jacek Sasin. Jeszcze świeższa, bo długo trzymana w lodówce, jest nowa minister spraw wewnętrznych Elżbieta Witek. W sumie jednak nastąpiła dekobietyzacja rządu. Po odejściu Szydło, Kępy, Rafalskiej, Zalewskiej, Kopcińskiej jest ich mniej. Zamiast parytetu pozostało całowanie rączek.
****
Mam to do siebie, że wyznaję amerykańską (sorry!) koncepcję wolności słowa, czyli wolności słowa prawie niczym nieograniczonej (ewentualnie z wyjątkiem fałszywego przypisywania komuś, w aspekcie negatywnym, fikcyjnych postępków oraz gróźb karalnych). Poza tymi wyjątkami jestem za pełną wolnością m.in. obrażania werbalnego, w tym obelg, wyzwisk. Chcę mieć nieograniczone prawo do obrażania innych, a innym oczywiście przyznaję prawo do nieograniczonego niczym tzw. obrażania mnie. Z tego też powodu nie mam pretensji o głośny rysunek („Daj głos”) pomieszczony przez Krystynę Jandę, bo przecież jak każdą satyrę należy traktować go jako przenośnię, metaforę, a nie dosłownie, na tym bowiem polega satyra. Od nazywania rzeczy jeden do jednego, po imieniu, są inne formy przekazu. Nie wiem więc o co ten krzyk. Tak rozumując, można by się oburzać na każdą, nawet najlżejszą kpinę. A ponieważ prawolski zapiewajło Jacek Piekara, któremu proces o znieważenie wytoczyła Dorota Wellman oświadczył publicznie, że jest za jak najszerszą wolnością słowa (tak jak ja!) zwłaszcza w zakresie wyzwisk, chętnie deklaruję, że w każdej chwili gotów jestem określić go jako kawał chuja. Nawiasem mówiąc: gdy piszę słowo „prawolski”, to mi go automat internetowy poprawia z uporem maniaka na „prapolski”. Chyba trochę za dużo tej „polskości”, no nie? Do urzygania.
*****
Prawactwo zawrzało, bo krajowy konsultant d.s. ginekologii i położnictwa przypomniał lekarzom, że jeśli odmawiają aborcji w oparciu o tzw. klauzulę sumienia, to mają prawny obowiązek wskazać ginekologa, który zabieg wykona. Tyle i tylko tyle. Ale dla fanatycznego prawactwa prawo liczy się tylko wtedy, gdy podoba się klechom wszelakiego autoramentu.
*****
Wbrew temu co napisałem tydzień temu, nowy szef MEN Dariusz Piontkowski nie jest jakimś szarym biurokratą jak wice-MEN Kopeć, lecz prawolskim, katolskim ideologiem pełną gębą, nie gorszym niż małopolska kuratorka. Przy nim jego poprzedniczka Zaleska była pod tym względem wzorem bezstronności.
*****
Hitem ostatnich dni jest koncepcja decentralizacji administracyjnej RP w kontrze do pisowskiego centralizmu. PiS na to, w swoim stylu, odwołuje się do rozbicia dzielnicowego Polski za Piastów, od XII do XIV wieku. Że też oni nie są zdolni do niczego innego niż do najprymitywniejszej łopatologii propagandowej. Uważają, że ciemny lud tylko to kupi?
*****
Kierownictwo środowisko kombatantów AK zaprotestowało przeciw mieszaniu się surferki Klepackiej do ich spraw, za poduszczeniem pisowców. Widok gówniary Klepackiej obcałowywanej po rączkach przez niektórych wiekowych kombatantów akowskich honorujących ją jakimś wyróżnieniem, był doprawdy przykry, niesmaczny i upokarzający, także dla mnie, syna takowegoż kombatanta AK i powstańca warszawskiego.
*****
Kaczor już kuje żelazo póki gorące i już wzywa do gremialnego głosowania na PiS. Niestety, żywiona przez wielu z nas (w tym przeze mnie) teza, że PiS nie ma możliwości mobilizacji elektoratu poza owe 37 procent z wyborów 2015 okazała się, niestety, fałszywa. Dlatego co do wyniku wyborów październikowych jestem pesymistą.
*****
Mnie osobiście upały służą, a energia solarna świetnie na mnie działa, ale nie na wszystkich. Marek Sawicki z PSL, były minister rolnictwa, człowiek którego mam za rozsądnego, bierze pod uwagę koalicję z PiS. Minie fala upałów, przyjdzie orzeźwienie.
*****
Ksiądz redaktor Henryk Zieliński snuł w telewizyjnym programie Karnowskich czarną wizję dla swojej Firmy w Polsce. „Dostaliśmy tylko odroczkę” – mówił. Podkreślił, że poparcie dla kościoła wynosi 40 procent czyli mniej niż dla PiS. Jeśli episkopat czegoś nie zrobi, padniemy – skarżył się. Partnerzy dyskusji nie oponowali.
*****
Dziwne, ale ministrowie rolnictwa są nieodporni na upały. Ardanowski Jan z rządu PiS chciał pozwolić na zabijanie i zjadanie bobrów. Powiada, że bobry zawierają afrodyzjaki. Był kiedyś w „New Yorker” rysunek przedstawiający zażywnego jegomościa za biurkiem. Na ścianie za jego głową oprawiony w ramkę napis: „Władza jest najlepszym afrodyzjakiem”. Na podłodze, zdjęty już ze ściany, oparty o nogę od biurka napis: „Myślenie ma kapitalną przyszłość”. „Czas na zmianę” – powiada siedzący za biurkiem do stojącego przed nim mężczyzny.

Co wywalczyli niepełnosprawni

23 maja ulicami Warszawy przeszła ogólnopolska manifestacja osób niepełnosprawnych i ich rodzin. To ważne wydarzenie przypomina o wciąż licznych potrzebach i nierozwiązanych problemach osób niepełnosprawnych, które zostały już wyartykułowane podczas protestu okupacyjnego w Sejmie wiosną 2018 roku. W ostatnim czasie obóz rządzący zapowiedział 500 złotych dodatkowego świadczenia dla części osób głęboko niepełnosprawnych. Nie wiadomo jednak, czy i kiedy nowe rozwiązanie wejdzie w życie ani kto dokładnie miałby zakwalifikować się do tego wsparcia.

Samo hasło: „500+ dla niepełnosprawnych” nawiązuje niewątpliwie do zasadniczego postulatu, z jakim przed rokiem przez miesiąc protestowano na sejmowym korytarzu. Bez względu na to, jakie będą dalsze losy zapowiedzianego nowego świadczenia, ówczesny protest już przyniósł wymierne efekty.

Wyższa renta socjalna

Podniesienie renty socjalnej z poziomu 84 proc. do 100 proc. najniższej renty z tytułu całkowitej niezdolności do pracy było jednym z dwóch najważniejszych postulatów protestujących. Dla tych ludzi miało to znaczenie godnościowe.
Przed protestem na portalach wymiany informacji między niepełnosprawnymi i ich bliskimi można było przeczytać hasła typu „84% człowieka” wskazujące, że renty socjalne poniżej poziomu ustawowego minimum dla świadczeń emerytalnych i rentowych uderzają w poczucie godności ludzi, którzy muszą żyć za takie pieniądze. Dobrze więc, że dokonano wyrównania i szkoda, że trzeba było do tego aż tak dramatycznego protestu.W dodatku mimo wyrównania nadal mówimy o świadczeniach bardzo niskich – do marca tego roku jest to 1100 złotych brutto, co na rękę daje kwoty mieszczące się poniżej socjalnego minimum.
Przypomnijmy, że renta socjalna przeznaczona jest dla osób mających orzeczoną niezdolność do pracy (choć zarazem prawo obecnie przewiduje możliwość dorabiania do tego świadczenia), których niepełnosprawność powstała przed 18 roku życia. Tym, którzy już w wieku dorosłym stali się niepełnosprawnymi i mają ograniczenia w wykonywaniu pracy, przysługują z kolei renty z tytułu całkowitej lub częściowej niezdolności do pracy, o ile spełnione są też odpowiednie kryteria.

W praktyce nadal mamy w Polsce grupę osób głęboko niepełnosprawnych,

które nie kwalifikują się do jednego ani drugiego świadczenia. Wystarczy, że ktoś po 18 roku życia ulegnie wypadkowi, skutkującemu niepełnosprawnością, a nie był ubezpieczony emerytalnie lub rentowo, bo np. sytuacja zmuszała go do pracy na czarno lub na umowę o dzieło.
Inny mało akcentowany problem to sytuacja opiekunów, którzy pobierają emerytury lub renty, często bardzo skromne, nawet poniżej 1000 złotych na osobę. Grupa ta od lat domaga się wyrównania świadczenia pielęgnacyjnego (obecnie na poziomie nieco powyżej 1500 złotych netto). Inną sprawą jest kwestia tzw. wykluczonych opiekunów osób, które stały się znacznie niepełnosprawne w wieku dorosłym. Opiekunowie ci mogą liczyć dziś na raptem 620 złotych i to pod warunkiem nieprzekroczenia progu dochodowego (poniżej 764 złotych netto na osobę).

Solidarnościowy Fundusz Wsparcia

Jeszcze w czasie sejmowego protestu w ubiegłym roku, premier Morawiecki zapowiedział wprowadzenie tzw. daniny solidarnościowej, która pozwoliłaby na sfinansowanie zwiększonego wsparcia dla osób z niepełnosprawnościami. Ta zapowiedź została chłodno przyjęta przez dużą część środowiska, jako coś, co kojarzyło im się ze swoistą jałmużną, a nie realnym urzeczywistnieniem ich praw. To wskazuje, by projektując różne rozwiązania wspierające dbać o to, by nie uderzały one w poczucie godności tych, do których są skierowane.
Zastrzeżenia budziło choćby przekazanie na ten nowy cel niemałych środków nie tylko z tzw. daniny solidarnościowej, ale także z Funduszu Pracy, a więc puli dedykowanej osobom bezrobotnym, którzy też są w potrzebie. Wydaje się dyskusyjne czy akurat do tej stosunkowo płytkiej publicznej kieszeni należy ochoczo sięgać by finansować inne, choćby słuszne cele.
Z perspektywy czasu widać jednak pewne plusy nowego, działającego od tego roku mechanizmu. W ramach Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych, którego tegoroczny budżet ma wynieść prawie 650 mln złotych uruchomiono już konkretne programy, mające służyć dofinansowaniu działań gmin w zakresie opieki. Pierwszy z programów to „ usługi opiekuńcze dla osób niepełnosprawnych” (60 mln na ten rok), drugi zaś to „opieka wytchnieniowa” (110 mln). O ile pierwszy z programów ma służyć dalszemu rozwojowi usług opiekuńczych i specjalistycznych usług opiekuńczych, będących już od dawna ustawowym zadaniem samorządu, o tyle drugi służy rozwojowi czegoś, czego brakowało w polskim prawie socjalnym.

Opieka wytchnieniowa

to w uproszczeniu opieka zastępcza na czas, gdy opiekun nie może sprawować opieki (np. w związku z własnym leczeniem) nad swoim podopiecznym. Z moich doświadczeń wynika, że takie wsparcie jest przez wielu opiekunów bardzo pożądane, a jego brak skutkuje naprawdę dramatycznymi sytuacjami. Zdarza się wszak, że przeciążony opieką bez przerwy opiekun nie jest w stanie nawet skorzystać z konstytucyjnego prawa do leczenia, bowiem nie ma w tym czasie jak zapewnić opieki bliskiej osobie.
Oczywiście budżet tych programów, jak na skalę potrzeb, jest dość skromny, a konkursowa formuła z wymaganym wkładem własnym może uderzać w najuboższe gminy, którym trudno ubiegać się o wsparcie. Wreszcie, szczegółowe zasady przyznawania tego rodzaju opieki budzą obawy, że część potrzebujących, np. opiekunowie osób z niepełnosprawnością intelektualną, może nie zakwalifikować się do pomocy. Ważne jednak, że przynajmniej na razie zaczęły funkcjonować pewne nowe formy wsparcia, których dotąd dotkliwie brakowało. Być może dłużej musielibyśmy na to czekać, gdyby nie zeszłoroczny protest.

Lepszy dostęp do rehabilitacji medycznej dla znacznie niepełnosprawnych

Przyjęcie nowych rozwiązań w dostępie do świadczeń medyczno-rehabilitacyjnych miało stanowić rządową odpowiedź na drugi z postulatów – 500 dodatkowych złotych dla osób ze znaczną niepełnosprawnością. Rząd nie umiejąc bądź nie chcąc spełnić tego postulatu w formie świadczenia pieniężnego, zasugerował wprowadzenie szeregu udogodnień w dostępie do sprzętu, rehabilitacji i specjalistycznego leczenia, które w założeniu miały przynieść znaczne oszczędności w budżetach domowych osób z niepełnosprawnościami. Rozwiązanie to trudno uznać za właściwą odpowiedź na to, czego oczekiwali protestujący. Niemniej przyniosło ono pewne korzyści przynajmniej części osób z niepełnosprawnością znaczną i ich rodzin.

Nowe regulacje

przewidywały możliwość skorzystania z ambulatoryjnych świadczeń specjalistów bez konieczności skierowań, brak limitów czasowych użytkowania wyrobów medycznych, takich jak materace, wózki inwalidzkie czy protezy, zniesienie limitu finansowania świadczeń w zakresie rehabilitacji leczniczej czy bezkolejkowy dostęp do świadczeń medycznych i zaopatrzenia w aptekach.
Na ile założenia te zostały zrealizowane w praktyce? Spotkałem się z różnymi opiniami. Jedni mówią, że faktycznie skorzystali, ale są też tacy, którzy wskazują, że nadal natrafiają na pewne bariery. Z pewnością tu i ówdzie udrożniono i ułatwiono dostęp do opieki i rehabilitacji medycznej dla części osób niepełnosprawnych i ułatwiono tym samym przy okazji życie ich bliskim.

Trzeba jednak pamiętać o ograniczeniach nowych regulacji.

Po pierwsze, działają one tylko względem osób z niepełnosprawnością w stopniu znacznym, a już nie z np. stopniem umiarkowanym. Część potrzebujących, na przykład świeżo po ciężkim wypadku lub chorobie, może w ogóle nie mieć jeszcze orzeczenia, choć szybki tryb dostępu do rehabilitacji i specjalistów powinien być wskazany. Po drugie, nawet wśród osób znacznie niepełnosprawnych są takie, których np. choroby rzadkie nie są w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej jeszcze uwzględnione, jeśli chodzi o specjalistów, terapie, odpowiednie podejście itp. Dla tych ludzi dodatkowe wsparcie pieniężne mogłoby być rozwiązaniem, pozwalającym na choćby częściowe pokrycie dodatkowych kosztów leczenia, rehabilitacji, opieki, niekiedy poza ramami publicznej służby zdrowia.
Wreszcie – pamiętajmy, że potrzeby osób niepełnosprawnych – także tych znacznie niepełnosprawnych – nie zamykają się w sferze tylko medyczno-rehabilitacyjnej. Ci ludzie potrzebują też szerokiej i sprawnej rehabilitacji społecznej, a nieraz i zawodowej. Omawiane rozwiązania się do tego nie odnoszą. Nie zapominajmy również, że łatwiejsza i szybsza ścieżka dostępu do lekarzy specjalistów i rehabilitantów nic nie da bez działań, które by zatrzymały przedstawicieli tych profesji w systemie publicznej służby zdrowia i gwarantowały im godziwe wynagrodzenie i warunki pracy. Z tym bywa bardzo źle, o czym np. zajmujący się rehabilitacją fizjoterapeuci przypomnieli podczas niedawnego protestu tej grupy zawodowej.

Wiatr w żagle

Oddziaływanie zeszłorocznego protestu niepełnosprawnych i ich rodzin nie powinno być rozpatrywane wyłącznie przez pryzmat twardych zmian legislacyjnych, ale także zjawisk zachodzących w debacie publicznej i społecznej świadomości. Pod tym względem znaczenie protestu trudno przecenić. Wiele osób poznało, choćby pobieżnie, dramat ludzi z głębokimi niepełnosprawnościami i ich bliskich, a także mogło zorientować się w choćby niektórych deficytach polityki wsparcia tej grupy. Dziś prawdopodobnie niemal wszystkie formacje oraz media zdają sobie, że mówimy o grupie społecznej, która czuje się pokrzywdzona i gotowa jest zabiegać o swoje prawa. Miejmy nadzieję, że przełoży się to tworzenie bardziej solidarnej i sprawiedliwej polityki wobec niepełnosprawności.

My z Niziurskiego wszyscy

Trzecia generacja urwisów

Co do mnie, to jestem głęboko przekonany – i piszę to całkowicie poważnie – że Edmund Niziurski powinien mieć normalny pomnik figuralny, na cokole, jak Pan Bóg przykazał. Jeśli bowiem za kryterium wielkości pisarza przyjąć (obok czysto literackich walorów jego twórczości) wpływ jaki wywarł na wyobraźnię pokoleń czytelników, to przynajmniej gdy chodzi o żyjących przewyższa on zarówno Mickiewicza, jak Słowackiego, o Krasińskim nawet nie wspominając.
Krzysztof Varga należy do trzeciej generacji urwisów (dziś „starych urwisów”) z Niziurskiego, tak jak ja należę do generacji od dekadę starszej. A jest jeszcze generacja ode mnie starsza o dekadę. Jednak to Vardze przypadło w udziale napisanie pierwszej książki o twórcy „Księgi urwisów” i „Niewiarygodnych przygód Marka Piegusa”. Nie jest to regularna biografia pisarza, na tę mam nadzieję, przyjdzie czas, lecz rodzaj jego autorskiego portretu, opowieści. Pokazuje elementy jego życiorysu, przedstawione m.in. przez żonę i dzieci, w tym wielką podróż z rodzinnych Kielc do Warszawy, ale przede wszystkim podąża śladami swoich „niziurskich” lektur, wędruje po Niekłaju, Wilczkowie, Gnypowicach Wielkich, Odrzywołach. Pokazuje jak pod czarodziejskim piórem „Niziury” trywialna, siermiężna rzeczywistość niby-PRL lat 50-tych i 60-tych głównie, przeistaczała się w kapitalną mitologię, zamieszkałą przez postacie dziecięce jednocześnie jakby z sąsiedztwa i „nie z tej ziemi”. Ukazuje galerię jego jeszcze niezwyklejszych postaci „dorosłych”, owych rzezimieszków, morderców, włamywaczy, prywatnych detektywów, dziwnych urzędników, nauczycieli, rzemieślników, rodziców. Pokazuje prozę Niziurskiego jako uniwersum, jako silva rerum, świat przepełniony wyobraźnią i niesłychanym bogactwem kontekstów, filozoficznych, antropologicznych, technologicznych, humanistycznych i innych, co sprawia, że choć w warstwie zewnętrznej przeznaczona była przede wszystkim dla dzieci i młodzieży, to tak naprawdę jest wybitną literaturą dla czytelników do lat 100, tak jak proza Stanisława Lema, która przeszła ewolucję od naiwnej science fiction („Astronauci”) do wielkiej próby literatury intelektualnej, będącej dziełem wielkiego myśliciela, polihistora, umysłu renesansowego i pisarza totalnego.
Varga stawia w swojej książce kapitalne pytanie: „Co takiego było w pisarstwie autora „Sposobu na Alcybiadesa”, że jego historie, rozgrywające się w zgrzebnej Polsce, tak bardzo przemówiły nam do serca, ale i do rozumu? Jak to się stało, że pragnęliśmy zamieszkać w fikcyjnych Odrzywołach? Dlaczego bardziej ekscytowała nas historia broni ukrytej w starym browarze, tajemnica Twierdzy Persil, czy skrzynie Szwajsa w Niekłaju niż skarby piratów zakopane na Karaibach? Dlaczego świat szkoły w Gnypowicach Wielkich był bogatszy i bardziej podniecający niż podróż w osiemdziesiąt dni dookoła świata? Dlaczego Zygmunt Miłoszewski, i Jerzy Pilch, i Juliusz Machulski, i Mariusz Czubaj, i Grzegorz Kasdepke oraz wielu innych na stronach tej książki przyznają: Niziurski naszym Mistrzem był i potrafią na wyrywki z pamięci zacytować fragmenty jego powieści? Bo jeśli istnieje w Polsce prawdziwa, niezniszczalna wspólnota, to tworzą ją dorośli dziś obywatele, którzy wychowali się na powieściach Niziurskiego. Ta książka o jego życiu i pisarstwie jest dla nich i o nich”.
Varga nie pisze o Niziurskim i świecie jego prozy z dystansu, na chłodno, lecz jak rozmiłowany, rozfascynowany czytelnik, zżyty mocno z jej światem. Ze skrupulatnością detektywa śledzi meandry „niziurskiej” narracji, jej miejsca kluczowe, węzłowe, jej lejtmotywy, analizuje jej styl, słownictwo, konteksty, ale też szwy i słabości. Jak prawdziwy fascynat inkrustuje treść swojej opowieści testami egzaminacyjnymi z wiedzy z zakresu „niziurskologii”. I prawdę mówiąc, czytałem tę opowieść Vargi o Niziurskim z nie mniejszą pasją, z jaką kiedyś czytałem powieści „Niziury”.
Można powiedzieć, że Varga, pisarz przecież wyborny, stał się jeszcze wyborniejszy, jakby zaraził się pisarską inwencją i swadą od Mistrza. Ale i Niziurski na tym jako autor skorzystał. Przeczytany ponownie przez szkło (powiększające?) Vargi nabrał dodatkowych barw, kształtów i znaczeń. Ja w każdym razie część zaczynających się wakacji poświęcę, przeczytawszy Vargę, ponownej lekturze niektórych powieści starego „Niziury”. A zacznę od minipowieści „Wielka heca”, która była moim pierwszym z Niziurą spotkaniem.
Znam czytelników, którzy czytają literaturę wyłącznie w postaci sauté i stronią od czytania jakichkolwiek recenzji, opracowań, interpretacji, szkiców krytycznych czy analiz literackich jak diabeł od święconej wody. Ich zdaniem odbiera to spontaniczność lektury. Podejrzewam, że wśród czytelników Niziury takich literackich „prawdziwków” jest szczególnie wielu. Ja jednak nie należę do tego gatunku czytelników. Czytanie o przeczytanych utworach nie odbiera mi przyjemności lektury, nie unieruchamia mojej wyobraźni. Wzbogaca natomiast moją perspektywę, zwraca uwagę na warstwy, czy choćby detale, które w lekturze własnej pominąłem, których nie zauważyłem, które zlekceważyłem. Lubię czytać nie tylko własnymi oczami. I dlatego Niziura przeczytany ponownie oczami Vargi wydał mi się pisarzem jeszcze atrakcyjniejszym, jeszcze bardziej zaskakującym, jeszcze bardziej tajemniczym, jeszcze wspanialszym niż ten jakim go do tej pory postrzegałem.

Krzysztof Varga – „Księga starych urwisów”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2019, , str. 280, ISBN 978-8366219-03-8.