Po Grunwaldzie

W czasie wyburzania jednego z bardzo starych domów w Krakowie natrafiono na szkatułę z notatkami nieznanego kronikarza. Wynika z nich, że król Jagiełło miał kilkuletnią przerwę w panowaniu i został wygnany na Litwę przez jednego z dalekich krewnych, Jaroslausa, wspieranego przez Węgrów.

Jaroslaus objął tron na dwa lata przed bitwą pod Grunwaldem. On też dowodził naszymi wojskami w czasie tej bitwy. Z notatek wynika, że po następnych trzech latach opuścił Polskę i udał się na Węgry. Przyczyna nie jest znana. Kronikarz daje do zrozumienia, że mogła to być tęsknota za wybranką jego serca, która nie chciała opuścić cieplejszych ziem węgierskich i zapomnieć o kąpielach w Balatonie. Węgrzy nazywali ją Księżną Kocicą z Keszthely.
Dokument jest wnikliwie badany przez Instytut Poprawiania Historii Narodowej. Publikuję go z poprawkami nadającymi tekstowi bardziej współczesną formę i eliminującymi mniej obyczajne fragmenty.
Tekst znalezionej notatki
Po bitwie król Jaroslaus wjechał ponownie na wzgórze, z którego widać było nie tylko pole usłane ciałami wrogów i naszego rycerstwa i pospólstwa. Gdy spojrzało się na południe można było dostrzec nawet bezkresne łąki, lasy i pola uprawne rodzimego Mazowsza.
Wokół króla zaczęła gromadzić się jego świta i najbardziej znamienici rycerze powracający z pola walki. Stali wsparci na mieczach, o zmęczonych twarzach i w zbrojach i kolczugach poplamionych krwią swoja i wrogów. Uważni krajowi i zagraniczni kronikarze dostrzegli starych, znanych jeszcze z dzieciństwa takich sławnych rycerzy jak Zawisza z Garbowa czy Maćko i Zbyszko z Bogdańca. Ale ich uwagę zwracali przede wszystkim nowi rycerze, uszlachceni i powołani do stanu rycerskiego przez Króla dopiero w ostatnich latach. Blisko władcy stali wysocy, w srebrnych zbrojach Mateusz z Moraw i ulubieniec króla Daniel z Obajtowa. Między nich wpychał się znany z częstej walki toporem i z lekceważenia kronikarzy, Ryszard z Terlikowa.
W drugim szeregu widać było zawsze uśmiechniętego Marka z Susłowa i Jacka z Sasinowa. Obok nich, zachowując pewien dystans, stał mąż uczony, rzadkość wśród rycerzy, Piotr z Glinowa.
Jeszcze dalej uplasowało się dwóch wyraźnie zmęczonych rycerzy znanych kronikarzom z tego, że gromadzili wokół siebie mieszczan i pospólstwo niezadowolone z rządów króla Jaroslausa. Byli to Jarosław z Gowinowa i Zbyszko z Krakowa, z rodu uhonorowanego herbem „Żebro”, przyznanym razem z herbem „Jelita”, po bitwie pod Płowcami w 1331 roku. Legenda mówi, że król Władysław Łokietek. objeżdżając pole bitewne, napotkał jego przodka wpychającego sobie pod żebra jelita, wypływające z rozciętego brzucha.
Podniecenie bardziej jurnych kronikarzy budziła również, ubrana w męską zbroję z rozciętym napiersiem, Krystyna z Pawłowa. Wiele lat później mówiono, że urodzona w dwa lata po bitwie słynna Francuska Joanna d’Arc (1412) brała z niej przykład.
Król ciepłym wzrokiem ogarnął zebranych.
„Moi drodzy – honor nakazuje mi nie tylko podziękować wam za zwycięstwo, ale wskazać też, jak powinniśmy działać, aby do końca doprowadzić dzieło naprawiania naszego królestwa. Ale wszyscy jesteśmy zmęczeni. Ruszymy więc w drogę powrotną i staniemy w jakiejś przyzwoitej oberży. Odpoczniemy i wtedy do was przemówię”
Na te sowa poderwał się Daniel z Obajtowa.
„Najjaśniejszy Panie, – jeśli pozwolisz, to doprowadzę Ciebie i rycerstwo do położonej zaledwie kilka wiorst od Grunwaldu, jednej z oberż należących do Korony, nad którymi nadzór raczyłeś mi powierzyć. To duża oberża. Napoją nam konie, dadzą wyborne jadło, nie poskąpią piwa, miodu i gorzałki. Tam przenocujemy. Jak będzie komu potrzeba, to i dziewki podręczne się znajdą. Jeśli się zgadzasz, to zaraz pchnę pachołka, aby powiadomił zawiadującego oberżą o zaszczycie, jaki ich spotka”.
„Milcz rozpustniku! Syknęła niemal głośno Krystyna z Pawłowa. Jak możesz bogobojnemu Władcy wspominać o jakiś dziewkach! Jak będzie trzeba to sama się nim zajmę. Jeśli nie – to poproszę Julię ze Żmudzi, która zawiaduje naszymi kuchennymi taborami i rozstrzyga spory między służbą. Ona wie, co król lubi, bo i na Wawelu czasem mu gotuje. A jej mąż posłuje gdzieś w germańskich księstwach i długo go nie ma”.
Król się ucieszył i akceptował pomysł Daniela. Już po godzinie kawalkada królewskiej drużyny i p0rzodującego rycerstwa uszyła w drogę. Daniel miał rację – nim mrok zapadł, dotarli do oberży. pięknie położonej nad rzeką, na skraju lasu. Wieczerza, suto podlewana, trwała do późnej nocy. Ale rano wszyscy byli rześcy. Zjedli obfite śniadania złożone z jaj, półgęsków, kurczaków i wprowadzonej przez Daniela we wszystkich królewskich zajazdach, prostej potrawy z dwóch cienkich kiełbasek, zwanych dlatego parówkami, z chrzanem i pieczywem. Potem zgromadzono się na polanie przed oberżą, aby wysłuchać króla.
Jaroslaus zasiadł na specjalnie ozdobionej ławie, wyniesionej na ganek oberży. Dworzanie i rycerstwo uklękli, aby oddać mu szacunek, ale potem usiedli na ławach i trawniku. Trębacz odegrał sygnał, stosowany normalnie przed bitwą.
„Kochani!” – zaczął Najjaśniejszy Pan.
„Wygraliśmy ważną bitwę, ale czeka nas wiele trudów. Wrogowie otaczają nas zewnątrz i brużdżą wewnątrz naszego pięknego kraju. Na wschodzie car Władimir Mocny, wspomagany przez księcia Łukaszkę, tylko czekają na nasze potknięcia, na osłabienie miłości naszego ludu do mnie i do was. mimo, że oddajecie zdrowie i serce dla kraju. Na zachodzie panuje jeszcze cesarzowa zwana wprawdzie Anielicą, ale rękę ma twardą i może nas zawsze uderzyć. Wspomagał nas władca Donald Wędrowny z tak odległego mocarstwa, że tylko raz tam byłem, ale doszły mnie słuchy, że utracił władzę. Musimy liczyć na siebie.
Ale – bracia moi – do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Bardziej martwi mnie to, co dzieje się wewnątrz kraju. Jest zbyt wielu takich, którzy przeszkadzają nam w rozwijaniu naszego rolnictwa, rzemiosła i handlu. Rozpuszczają plotki o bogaceniu się najlepszych rycerzy kosztem mieszczaństwa i biedoty. Doświadczył tego nawet goszczący nas dzisiaj Daniel z Obajtowa, człowiek zaradny, ale szlachetny. I tą zaradność mają mu za złe podobnie jak memu kanclerzowi, Mateuszowi z Moraw. A on przecież ma tylko jedną wadę – nadmiernie fantazjuje. Mówił mi ostatnio, że najlepsze befsztyki tatarskie ubijane pod siodłami na koniach jadał z Tatarami, w czasie najazdów mongolskich, a przecież wtedy nie było go jeszcze wśród żywych”.
Rycerze zaśmieli się głośno, bijąc się rękami po kolanach.
„Wrogowie wewnętrzni” – mówił dalej Miłościwy Pan – „łączą się zarówno w grupach religijnych jak i bezbożnych. W religijnych najbardziej nas nienawidzą książę Borys z Budkowa, – mimo, że ma ruskie imię – Krzysztof Bosy i stary, ale ciągle jary, Janusz Dwóch Rodów.
Wśród bezbożnych najbardziej dla nas niebezpieczni są książę Włodzimerz Czupurny, Robert z Rymanowa i Włodzimierz z Danii. Zachowują jedność działania, są inteligentni i potrafią rozbawiać pospólstwo. A wyprowadzana na rynki naszych miast tłuszcza, czym staje się weselsza, tym jest bardziej groźna.
Przeprowadziliśmy wiele pozytywnych zmian w naszym prawie i zasadach rycerskiego postępowania. Moglibyśmy rozprawić się z wewnętrznymi wrogami „po naszemu”, zakuwając ich w kajany o szóstej rano. a sprzyjającą im tłuszczę postraszyć i pogonić do przymusowych robót. Ale my – Jaroslaus – serce mamy wielkie i napełnione miłością do ludu. Postanowiliśmy więc, że zastosujemy łagodny sposób. Miecze – moi drodzy rycerze – trzymać będziecie na podorędziu, ale, wzorem naszego umiłowanego Daniela, zajmiecie się gospodarzeniem. Dobra królewskie trzeba powiększać, gonić precz Niemców i Rusinów zajmujących nasze ziemie. Lud wiejski zmusić do bardziej wydajnej pracy. Ściągać godziwe daniny z przemierzających kraj karawan. W miastach, w wolnych pomieszczeniach należących do was, uruchomić rozwinięte, nadzorowane i przekazujące wam lwią część zysku, dobrze onarzędziowane rzemiosło. Pożyczać im pieniądze na wysoki procent. Bogaćcie się bracia rycerze, bo wasze bogactwo będzie też bogactwem ojczyzny, Goncie kronikarzy, którzy ośmielą się was oczerniać i hamować”.
Ogromny hałas wywołany uderzaniem mieczami i rękami w tarcze świadczył, że zebrane rycerstwo w pełni popiera to, co król raczył powiedzieć.
Wstał Marek z Susłowa. Widać było, że jest wzruszony.
„Wasza Miłość! Jakiż piękny roztoczyliście przed nami obraz nowego ładu! Jestem pewien, że za kilkaset lat mówić i śpiewać będą u nas, zapożyczony z dalekiej Grecji utwór sławiący waszą mądrość i przenikliwość. Raczcie pozwolić, że zaproponuję pierwszą zwrotkę:
„A Jaroslaus, jak wysłannik Boga
Jak ona Pytia z greckiego trójnoga
Kazał nam doić lud naszego kraju
Aby się długo żyło nam jak w raju”
.
Brawa świadczyły o uznaniu jego talentu. Ale zaraz po nich wstał kanclerz Mateusz i król dał znak ręką, że udziela mu głosu.
„Dobrze powiedziane. Lud mamy spolegliwy i mam nadzieję, że da nam spokojnie pracować. Ale – Najjaśniejszy Panie – są i warchoły. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie nawet moi ludzie, jak opowiadają na przykład o takim szlachcicu, uczonym w piśmie, który doradza ludziom, jak mają się przed nami bronić. Nazywają go Igorem z Tuleją, bo wozi ze sobą zwinięte w tuleję pergaminy z prawami naszymi, a także ruskimi i germańskimi, zwyczajowo stosowanymi w niektórych naszych dzielnicach. Jest znany, jako sędzia ziemski i szlachecki. I trudno go uciszyć.”
Król uśmiechnął się lekko. A potem rozbawił zgromadzonych mówiąc: „Może i tacy są potrzebni. Bez nich byście się nadmiernie rozleniwili”.
Po tej porannej naradzie świta królewska i rycerstwo uformowało kawalkadę i ruszono w dalszą drogę. Niewielki oddział ciężkiej jazdy jechał z przodu, zrzucając z drogi przeszkadzające wozy chłopskie i kupieckie. Śpiewano w marszu pieśni nabożne, zaczepiano dziewczęta pracujące na polach, rozmawiano o łupach zdobytych w czasie wyprawy.
Nastrój był pogodny, acz trochę niespokojny. Goniec z Krakowa przekazał bowiem wiadomość, że szerzy się w kraju jakaś nowa, nieznana zaraza.

Syndrom suwalski, sankcje i geopolityka

Z końcem lutego dowódca stacjonującego w Turcji, w Izmirze, Połączonego Dowództwa Wojsk Lądowych NATO (LANDCOM) generał broni Roger L.Cloutier odwiedził, wśród jednostek i terenów państw bałtyckich, także i Polskę.

Przeprowadził m.in. rekonesans tzw. przesmyku suwalskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, to rzecz idzie o odcinku połaci terenu Pojezierza Suwalskiego graniczącego z Okręgiem Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej. Stamtąd, wedle koncepcji naszych strategów, mogło by wyjść uderzenie potencjalnego agresora.
W związku z tym należy bacznie ten obszar obserwować, umacniać i czynić go jaknajmniej zachęcającym taktycznie dla ewentualnego najeźdźcy. Zresztą dzielni zagończycy z WOT (Wojsk Obrony Terytorialnej) na pewno by go powstrzymali, używając amunicji krążącej, dronów, granatników, broni strzeleckiej, przeciwlotniczych „Piorunów“ i dobijając grzęznące w mokradłach czołgi wroga przeciwpancernymi pociskami kierowanymi.
Wszystko pięknie tyle, że słowa, poza tymi biblijnymi, mają ograniczoną moc sprawczą i od ich ciągłego powtarzania rzeczywistość materialna nie ulega zmianie. A od czasu, gdy ukuto ten miły sercu naszych sztabowców i dobrze sprzedający się medialnie termin, uległa zmianie, i to radykalnej, sytuacja militarna na naszych wschodnich rubieżach.
Nie ujmując niczego prodemokratycznym i suwerennościowym dążeniom społeczeństwa białoruskiego, trzeba chłodno i bez emocji stwierdzić, że w związku z ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi na Białorusi ćwiczono wariant kolorowej rewolucji, która udała sie na Ukrainie. Różne siły były tu czynne ale do Majdanu w Mińsku nie doszło.
Łukaszenka, „baćka“, solidnie się okopał i trwał na stanowisku mimo protestów , demonstracji, twierdzeń opozycj tudzież Unii Europejskiej i USA o zwycięstwie Cichanouskiej. Należało więc tego niepokornego człowieka, z którym wcześniej Zachód wiódł dworski taniec w stylu menueta (krok do przodu, dwa do tyłu i na odwrót) z nadzieją „wyłuskania“ go z orbity wpływów Moskwy , obłożyć sankcjami. Jego, jego otoczenie i całe instytucje białoruskie.
Lecz sankcje i eksterioryzacja prawa państwowego, w czym do dużej perfekcji doszły Stany Zjednoczone, są bronią obosieczną. I nie chodzi tu wcale o „lustrzaną odpowiedź“ obłożonych nimi podmiotów. Raczej o to, że mogą dać rezultaty wręcz przeciwne od oczekiwanych.
Osaczony Łukaszenka, jego pretorianie i zwolennicy ( bo i tacy się ostali) zwrócili się zdecydowanie ku Rosji. To, co do niedawna wydawało się nie do osiągnięcia w ramach działań integracyjnych Państwa Związkowego Białorusi i Federacji Rosyjskiej nagle nabrało intensywności. I to nie tylko w sferze gospodarczej ale, i tu – szczególnie, współpracy wojskowej. Na nic apele słane z Litwy przez ( mającą ponoć nie tylko białoruskie obywatelstwo, co by tłumaczyło jej relatywnie delikatne traktowanie przez „baćkę“) Cichanouską, którą Wilno uznało za prawowitego prezydenta – elekta. Należy przyznać, że to, co zostało z dobrej i efektywnej kiedyś polskiej dyplomacji, uniknęło popełnienia podobnego faux pas.
W dialogu z Władimirem Putinem Aleksander Łukaszenka rozwija twórczo stosowane przez Zachód działania na wschodniej flance NATO.
W Polsce szkolą się stacjonujące u nas jednostki Wielonarodowej Dywizji Północny – Wschód ? Proszę bardzo. Powstaną wspólne centra szkoleniowe armii białoruskiej i rosyjskiej, w tym jedno we włościach „baćki“. Pakt Północnoatlantycki prowadzi „air policing“ w przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii? Teraz patrole białoruskiego lotnictwa wzmocnią ich sojusznicy rosyjscy na myśliwcach generacji 4++. Zresztą dodać należy, że oba kraje mają zintegrowany system obrony przeciwlotniczej i antyrakietowej.
A po rozmowach obu przywódców w Soczi wiewiórki znad Morza Czarnego donoszą, że może strategiczne bombowce rosyjskie będą stacjonowały na lidzkim lotnisku, tak jak amerykańskie w Norwegii. No i ponoć nie będzie ciągłej obecności armii rosyjskiej na Białorusi, tylko stała obecność rotacyjna wojsk wschodniego jej sąsiada.
To zapewni Łukaszence alibi suwerennościowe wobec własnego społeczeństwa. Przecież zawsze twierdził on, że nie wyrazi zgody na ciągłą obecność armii ze wschodu na terytorium państwa. No i dotrzymuje słowa. Bo przecież obecność nie będzie ciągła lecz rotacyjna. A przy rotacji „na zakładkę“, pokaźna.
Dzięki tym subtelnym grom werbalnym Łukaszenka może nawet oświadczyć: „zawsze dotrzymuję słowa“. Niezły chwyt propagandowy.
Czy to czegoś nie przypomina? Był to eufemizm, stosowany przez naszych transatlantyckich partnerów dla zachowania umów bilateralnych zawartych swego czasu między rozpadającym się ZSRR a USA, w których uzgodniono, że nie będzie amerykańskich baz wojskowych na obszarach państw bezpośrednio graniczących z Federacją Rosyjską, powstałą w wyniku rozpadu radzieckiego kolosa, a wcześniej znajdujących się w strefie jego wpływów.
Tak więc w najlepsze trwa i nic nie wskazuje, aby się kończył, proces znacznego wzmocnienia sił rosyjskich wraz z przesunięciem ich o kilkaset kilometrów ku granicy z Polską.
Oto owoce sankcji i pomyłek w działaniach geopolitycznych. Cóż, jak Kuba – Bogu, tak Bóg – Kubie. Przepraszam, jak Zachód – Mińskowi, tak Mińsk – Zachodowi.
Nasi stratedzy wciąż przesmyk i przesmyk, aż do znudzenia. A dlaczego nie (spójrzcie Państwo na mapę) „wyrostek brzesko – siemiatycki“. W końcu bliżej stamtąd do Warszawy i warunki terenowe lepsze. Nową nazwę odstępuję naszym sztabowcom za darmo.
Bo jeśli nie wyzwolimy się z syndromu przesmykowego, to może ( oczywiście w ramach political fiction) powtórzyć się sytuacja z II Wojny Światowej. Po hitlerowskim ataku na Polskę, Francja wypowiedziała wojnę Niemcom 3 września 1939 roku. Tak zaczęła się „ drôle de guerre“, dziwna wojna. Francuskie wojsko w kazamatach Linii Maginota biernie czekało na frontalny atak Wehrmachtu. I jakimż było zdziwienie dowódców, gdy nagle stwierdzili jego obecność na swych tyłach. Naziści przeszli ofensywą prtzez Holandię,Luksemburg i Belgię, zawitali na ziemi Franków i szybko dotarli do Paryża, pozostawiając Linię Maginota w nienaruszonym stanie . Oczywiście to co opisałem to supozycje i gdybania. Oczywiście sytuacja geostrategiczna uległa od tego czasu zasadniczej zmianie. Oczywiście warunki sieciocentrycznego pola walki są inne niż ówczesne. Środki i siły – również.
Lecz najwyraźniej inercja myśli jest wśród tych zmiennych elementem najbardziej stabilnym. I obym się mylił.

PS. A może źródła „syndromu“ są zupełnie inne niż tylko potrzeba zagwarantowania bezpiecznego korytarza łączącego północny wschód RP z Litwą i pozostałymi państwami bałtyckimi? Nie należy zapominać o złożach metali rzadkich. W okolicach Suwałk, także Augustowa, lecz Suwałk w szczególności zasoby te szacowane są na 1,5 miliarda ton. Tylko drugi kraj na świecie – Chiny – posiadają porównywalne rezerwy metali ziem rzadkich, niezastąpionych we wszystkich technologiach przemysłowych – od klasycznych, lotniczych do futurystycznych, w elektronice. Złoża polimetaliczne powinny skutkować koordynacją działań Polski i Chin, w celu zapobieżenia przejęcia nad nimi kontroli i eksploatacji przez konkurentów –m.in z USA (posiadających swój personel militarny na tych obszarach), RFN czy innych hegemonów ościennych, tak aby służyły one budowie suwerenności naszego państwa.

Liberalizm w sprzeczności zaplątany

Przypadek sprawił, że do lektury studium Patricka J. Deneena, krytyka kultury, rocznik 1964, przystąpiłem po głęboko retrospektywnej lekturze „Nowego Kalibana” (1961) Zygmunta Kałużyńskiego, w którym, przy okazji rozważań o prozie jednego z pisarzy francuskich pisał on – językiem o stylistyce dziś już anachronicznej – o liberalizmie: „Zagadnienie dla niego istotne i znajdujące się w centrum jego twórczości to wolność indywiduum. Jest to odwieczna obsesja mieszczańskiej myśli liberalnej (…) Jakie są granice ludzkiej niepodległości? Czy jednostka może być bardziej niezależna niż dotychczas? (…) Pedagogia liberalna gloryfikuje wolność jednostki wolność jednostki i wydaje się, że padają ostatnie bariery krępujące człowieka. Organizacja społeczeństwa, dobrobyt, spokój ducha są już tak szerokie, że jedynymi przeszkodami jest bodaj śmierć, tajemnice biologii, czas”.

Te formułowane przez publicystę przeszło sześćdziesiąt lat temu, w trybie opisowym ukazujące atrybuty liberalizmu czyta się dziś jak naiwną baśń. Rzeczywistość społeczno-polityczna świata tak się sproblematyzowała i skomplikowała, że tego rodzaju formuły uderzają dziś jaskrawą naiwnością. Pokazuje to z uderzającą sugestywnością studium Deneena, którego już sam tytuł (także oryginalny („Why Liberalism failed”) – „Dlaczego liberalizm zawiódł?” zawiera istotną sugestię: jest to pytanie nie o to „czy”, tylko „dlaczego”?
Na wstępie sygnalizuję podstawowy problem polskiego czytelnika tej lektury. Po pierwsze, w Polsce nigdy nie było u władzy liberalizmu z prawdziwego zdarzenia, co rozważania na jego temat czyni w Polsce słabo osadzonymi w empirii społeczno-politycznej.
Po drugie, studium Deneena dotyczy w dużym stopniu uwarunkowań amerykańskich, których polski czytelnik zazwyczaj nie zna. Trzeci aspekt jest szerszy, bo związany z panującą pandemią koronawirusa – książka wydana przed jej wybuchem siłą rzeczy nie mogła się do tego aspektu rzeczywistości odnieść, co nieco osłabia niektóre jej walory opisowe i diagnostyczne. Uwzględniwszy te aspekty można przystąpić do lektury.
Deneen zajął pozycję ostrego oskarżyciela liberalizmu i w tej roli występuje na każdej niemal stronie. Zwraca m.in. uwagę na trzy przyczyny kontestacji tego nurtu.
Po pierwsze, wynika to stąd, że liberalizm, którego fundamentalną wartością są wolność i autonomia jednostki stworzył struktury, który u wielu osób doprowadziły do poczucia ograniczenia a nawet utraty wolności.
Po drugie, wspierając „nową arystokrację” elit, liberalizm stał się w praktyce kontrolerem zwykłych obywateli i utracił część walorów demokratyzmu. Po trzecie, opór wielu osób wywołała liberalna bezgraniczność. Liberalizm mnoży też, paradoksalnie, inne liczne dolegliwości: „Liberalizm patrzy na wolność (…) jako na największe możliwe uwolnienie się od ograniczeń zewnętrznych, włączając w to normy zwyczajów.
Zgodnie z tym jedynym ograniczeniem wolności powinny być właściwie uchwalone prawa gwarantujące zachowanie porządku jednostek, które w innej sytuacji są nieskrępowane. Liberalizm rozmontowuje więc zwyczaj, a w jego miejsce wprowadza prawo stanowione. Jak na ironię, gdy zachowanie przestaje być społecznie uregulowane, państwo musi stale się rozrastać poprze pęczniejące prawodawstwo i aktywność regulacyjną. „Imperium wolności” rośnie w szybkim tempie ramię w ramię z ciągle powiększającym się obszarem kontroli państwa”.
Deneen stawia tezę, że w ustroju liberalnym demokracja tak naprawdę nie może funkcjonować, ponieważ potrzebuje różnorodnych form społecznych, które liberalizm w praktyce rozbija. „Niemalże każda obietnica architektów i twórców liberalizmu rozbiła się w drobny mak.
Państwo liberalne objęło kontrolą niemal każdy aspekt życia, choć obywatele traktują rząd jako odległą i niedającą się kontrolować władzę, która tylko wzmaga ich poczucie niemocy poprzez nieuchronny rozwój projektu „globalizacji”.
Wydaje się, że współcześnie gwarancja ochrony praw dotyczy jedynie ludzi bogatych i ustosunkowanych, z kolei ich autonomia – obejmująca prawa własności, wyborcze wraz z towarzyszącą im kontrolą nad instytucjami reprezentującymi, wolność religijną, wolność słowa, bezpieczeństwo dokumentów oraz domu – jest coraz bardziej ograniczana przez środki prawne oraz technologie fait accompli.
Gospodarka wspiera nową „merytokrację”, która utrwala z pokolenia na pokolenie swą przewagę cementowaną przez system edukacyjny, bezlitośnie oddzielający zwycięzców od przegranych. Powiększający się dystans między twierdzeniami liberalizmu, a ich urzeczywistnieniem coraz bardziej podważa te twierdzenia i umacnia przekonanie, że w przyszłości ta nieprzystawalność zostanie ograniczona. Liberalizm zawiódł – nie dlatego że mu się udało, lecz dlatego, że był sobą. Zawiódł, ponieważ odniósł sukces. Jak tylko liberalizm „pełniej się urzeczywistnia”, jak tylko jego wewnętrzna logika staje się coraz bardziej oczywista, a jego sprzeczności coraz bardziej widoczne, doprowadza do powstania patologii, które są zarówno deformacjami jego twierdzeń, jak i urzeczywistnieniem ideologii liberalnej.
Filozofia polityczna, którą stworzono z myślą o zwiększeniu równości, ochronie pluralistycznego wachlarza różnych kultur i przekonań, ochronie godności człowieka oraz oczywiście zwiększeniu wolności, w praktyce doprowadziła do powstania kolosalnej nierówności, wymusiła uniformizację i homogenizację, sprzyja materialnej i duchowej nędzy i zagraża wolności. Sukces liberalizmu można ocenić, biorąc pod uwagę jego dokonania stanowiące przeciwieństwo, co naszym zdaniem powinien osiągnąć. Zamiast przyjmować, że coraz większa katastrofa jest dowodem naszej nieumiejętności sprostania ideom liberalnym, powinniśmy dostrzec, że ruiny, do jakich doprowadziły te idee, stanowią prawdziwą oznakę jego sukcesu. Próby leczenia chorób liberalizmu poprzez stosowanie na większą skalę środków liberalnych są jak dolewanie oliwy do ognia. Ten sposób postępowania tylko pogłębi nasz kryzys polityczny, społeczny, ekonomiczny i moralny”.
„Stąd też, mimo że liberalizm przeniknął niemalże każdy naród, jego wizja wolności ludzkiej coraz bardziej okazuje się kpiną, a nie nadzieją. Ludzkość ukształtowana z każdej strony przez liberalizm – której obecnie daleko do opiewania utopijnej wolność na „końcu historii”, jaka wydawała się na wyciągnięcie ręki, kiedy w 18 roku upadła ostatnia konkurencyjna dla liberalizmu ideologia – nosi obecnie na swych barkach nieszczęścia wynikające z jego sukcesów. Liberalizm wszędzie wpada w pułapkę, którą sam zastawił, zaplątany w rozwiązania, które miały zapewnić czystą i całkowitą wolność”.
Podobne szarże Deneena na liberalizm można by mnożyć, przy czym wypada odnotować, że chyba myli się on, gdy mówi o „upadku ostatniej konkurencyjnej dla liberalizmu ideologii”. Od mniej więcej dekady pojawiła się nowa, konkurencyjna dla liberalizmu ideologia – prawicowy populizm, „demokracja nieliberalna”, także w Europie, najpierw na Węgrzech, później w Polsce. Trzeba jednak lojalnie przyznać, że książka Deneena nie jest jedynie emocjonalnym antyliberalnym pamfletem, lecz także, niejako równolegle, wszechstronnym portretem liberalizmu, jego odmiany lewicowej i konserwatywnej, klasycznej i progresywnej.
Deneen opisuje też „antykulturalny” charakter liberalizmu, jego wojnę z naturą, atak na „sztuki wyzwolone”, forsowanie przez niego technologii prowadzących do utraty wolności, tworzenie liberałokracji i forsowanie „szlachetnego kłamstwa”, itd. W zakończeniu swoich rozważań Deneen zastanawia się nad „wolnością po liberalizmie”: „Liberalizm zawiódł, ponieważ zwyciężył. Gdy stał się w pełni sobą, okazało się, ze gwałtowność i skala tworzonych przez niego patologii przewyższają możliwości produkcyjne plastrów i masek potrzebnych, by te patologie ukryć. W efekcie obserwujemy ogólnoustrojowe zamroczenie w polityce wyborczej, rządzeniu gospodarce, dostrzegamy utratę zaufania, a nawet wiary w obywatelską prawomocność, czego ukoronowaniem nie się konkretne problemy czekające na liberalne rozwiązania, lecz silnie powiązane ze sobą kryzysy prawomocności oraz zapowiedź końca epoki liberalizmu”. „Koniec liberalizmu jest na wyciągnięcie ręki” – konkluduje Deneen, zauważając kilka passusów dalej, że odpowiedzią na jego upadek są „pewne formy populistyczno-narodowego autorytaryzmu czy wojskowej autokracji wydają się prawdopodobną reakcją na gniew i strach postliberalnych obywateli”. Tego akurat doświadczamy w Polsce od lat sześciu, choć – jako się rzekło wcześniej – poprzednie rządy w Polsce dalekie było od modelowego liberalizmu.
Skoro zatem liberalizm zawiódł, a odpowiedź populistyczno-nacjonalistyczna jest przeganianiem cholery za pomocą dżumy, to w takim razie istnieje jakaś humanistyczna alternatywa? Może przyniesienie jej jest zadaniem socjalistycznej lewicy znajdującej się od lat w letargu i defensywie? Czy znów nabierze aktualności stare hasło „socjalizm albo śmierć”? Pamfletowo namiętny w swojej krytyce liberalizmu Deneen nie daje odpowiedzi na postawione przez siebie samego pytania o przyszłość, ale jego błyskotliwy, erudycyjny, a zjadliwy katalog wad i grzechów liberalizmu wart jest gruntownej lektury

Patrick J. Deneen – „Dlaczego liberalizm zawiódł?”, przekł. Michał J. Czarnecki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str.273, ISBN 78-83-816-128-8

Portrety kamaryli Hitlera

Historyczne totalitaryzmy, mimo upływu dziesięcioleci od ich upadków i pojawiania się nowych politycznych potworów, są niezmiennie atrakcyjne jako temat publikacji dokumentalnych, prozy literackiej, a także kina czy teatru.

Można trochę ryzykownie stwierdzić, że totalitaryzmy są fotogeniczne i sztuka je kocha. Wydawałoby się, że Adolf Hitler i jego kamaryla została już obficie i wszechstronnie opisana.
A jednak ciągle powstają nowe publikacje naświetlające tę tematykę z coraz to innych stron, a bibliografia tego tematu każdego roku wzbogaca się o liczne, nowe tytuły. To zainteresowanie widać także choćby w różnych telewizyjnych kanałach dokumentalnych. Przyznam, że się temu nie dziwię. Nie zapomnę dokumentalnego filmu, na którym zarejestrowano wejście zwycięskiej ekipy Hitlera do sali Reichstagu po zwycięstwie wyborczym w styczniu 1933 roku. Samego führera wśród nich nie było, ale upiornie groteskowy był widok Goeringa, Hessa i kilku innych cieszących się upojnie, na przykład przez przymierzanie się do foteli – jak dzieci nowymi zabawkami – swoim szczęściem objęcia władzy.
„Oni sterowali Hitlerem” Jean Paul Bleda, to poczet najważniejszych hitlerowców, tych ze świecznika, od Franza von Papena, przez Goeringa, Himmlera, Goebbelsa, po Leni von Riefenstahl. Sklasyfikowani zostali przez autora jako „Przydatni idioci”, „Pierwszy krąg”, „Cywile”, „Wojskowi”, „Artyści” i „Wyeliminowani”. W tym ujęciu personalny krąg hitlerowskiej władzy pokazany został inaczej niż w wielu innych, tradycyjnie konstruowanych publikacjach, niejako poprzez funkcje poszczególnych kręgów hitlerowskiej ekipy władzy. Kanwą poszczególnych historii są często mało znane relacje łączące prezentowane postaci z Hitlerem.
Wśród bohaterów książki znajdują się wspólnicy przywódcy III Rzeszy (Franz von Papen, Werner von Blomberg, Hjalmar Schacht), jego druhowie (Hermann Göring, Rudolf Hess, Joseph Goebbels, Heinrich Himmler, Martin Bormann, Albert Speer), służalcy (Alfred Rosenberg, Wilhelm Frick, Joachim von Ribbentrop, Hans Frank Heydrich, Baldur von Schirach), oficerowie wojskowi (Wilhelm Keitel, Franz Guderian, Erwin Rommel, Karl Dönitz), artyści (Heinrich Hoffmann, Leni von Riefenstahl), jak również wykluczeni w czasie „Nocy długich noży” (Ernst Röhm, Gregor Strasser).
Wbrew tytułowi, autor nie sięga po banalne i utarte wzorce przedstawiające Hitlera jako histerycznego i osamotnionego dyktatora, w ograniczonym stopniu kontrolującego swoich poddanych, wasali, współpracowników, przybocznych. Przeciwnie, ukazuje siłę jego dominacji, zręcznego manipulowania ludźmi oraz umiejętności wykorzystywania sytuacji i konfliktów, które nieustannie pojawiały się w gronie osób z jego najbliższego otoczenia. Atrakcyjność tej publikacji podnosi barwny, efektowny styl, jakim posługuje się Jean Paul Bled. Dobra szkoła komunikatywności francuskiego pisarstwa historycznego.
Jean Paul Bled – „Oni sterowali Hitlerem”, przekł. Agata Ciastek, wyd. Bellona, Warszawa 2017, str. 524, ISBN 978-83-11-15012-6

Markusz w Gródku

Pokazane tu rysunki zabytków byłego, niestety, wojewodztwa siedleckiego wykonał Andrzej Markusz jako stypendysta wojewody siedleckiego w 1987 roku.

Opisane i oprawione w estetyczne teczki stanowiły wówczas sympatyczne suveniry wręczane odwiedzającym Siedlce artystom i politykom. Podziw fachowców – plastyków budziła technika kropelkowa rysunków. Andrzeja z wykorzystaniem włoskiego areografu.
Dostał go na imieniny od matki a niezbędny do pracy kompresor z lodówki, pomysł i zastosowanie Andrzeja , załatwiła pani Jadwiga Drzewiecka -główna księgowa Wydziału Kultury i Sztuki UW.,której mąż pracował w siedleckim EL DOmie
Warto pomagać artystom,
bo tylko oni czynią nasz świat piękniejszym .
Zachęcam do obejrzenia prac Markusza. pod szkłem powiększającym .Zobaczycie tylko kropelki tuszu tworzące precyzyjny .obraz zabytkowego pałacu i jego tło.
Markusz tworzył też zabawne rysunki – felietony na wciąż aktualne tematy z naszego życia wzięte. Był artystą ceniącym sobie wolność i niezależność.
Zapewne o takich ludziach pisał kiedyś K.I. Gałczyński
A kiedy wieje wiatr historii
Ludziom ,jak pięknym ptakom
Rosną skrzydła
A portki trzęsą się pętakom.

Wystawę satyrycznych rysunków Sokołowianina z wyboru Andrzeja Markusza można będzie obejrzeć 29 maja w Ośrodku Wypoczynkowym Gródek -Dwór, w Gródku nad Bugiem podczas dorocznego spotkania twórców i animatorów kultury z byłego województwa siedleckiego

Mieszanka Wierzbickiego

Podejrzewam, że mało kto pamięta, iż Piotr Wierzbicki był kiedyś ostrym, nawet „wściekłym” prawicowym publicystą politycznym, w duchu i stylu dzisiejszych funkcjonariuszy medialnego frontu pisowskiego a la „Do rzeczy” , „Sieci” czy „Gazety Polskiej”.

Miał, o ile pamiętam, stały felieton w nieistniejącym już dzienniku „Życie”, redagowanym przez Tomasza Wołka. Jednak najwyraźniej „wyszumiał się”, a może zniechęcił do problematyki politycznej i zajął się muzyką, w tym nade wszystko twórczością Fryderyka Chopina. Zbiór jego felietonów „W salonie” (plus trzy eseje, w tym o Antonim Czechowie i Leopoldzie Tyrmandzie) obejmuje tematykę rozciągającą się od cyrku, poprzez „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza, podróż Czechowa na Sachalin, tańczącą mrówkę, aż po krytykę Jerzego Waldorffa z powodu jego wypowiedzi w dniu śmierci Witolda Lutosławskiego. Formuła takiego wielotematycznego zbioru felietonowego ma bogatą tradycję.
Takie zbiory-mieszanki, silva rerum publikowali Antoni Słonimski, Zygmunt Kałużyński czy Andrzej Kijowski. Zaświadczały one o żywości umysłu i bogactwie zainteresowań autora, a dla czytelnika były atrakcyjne, bo zmniejszały prawdopodobieństwo monotonii lektury. Jednak sama tylko migotliwa wielotematyczność nie jest wystarczającym warunkiem atrakcyjności. Taki felietonista musi przyciągać do lektury także atrakcyjnością, błyskotliwością stylu. Wierzbicki pisze ciekawie, choć trudno mu przypisać jakiś szczególnie błyskotliwy, barwny styl. Nie jest też barwnym „paradoksistą”, poszukującym wydarzeń absurdalnych, niebanalnych,
Jego najkrótszy felieton, „Bilans polski”, pochodzący z „Gazety Polskiej” brzmi tak: „Omijają nas trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tornada i powodzie, w których giną tysiące. Nie omijają nas wojny światowe i rachuby totalitarnych reżimów. Ludzie obchodzą się z nami gorzej, bogowie – lepiej”. Chyba ma tu Wierzbicki rację…
Piotr Wierzbicki – „W salonie”, wyd. Sic!, Warszawa 2017, str. 120, ISBN 978-83-65459-08-4

Zły wiatr, czyli nasze czasy

„Opisałem w tej powieści splątane losy kilku postaci – a tłem uczyniłem katastrofę społeczną i ekonomiczną o globalnym zasięgu” – napisał Piotr Wojciechowski w słowie do swoich czytelników poprzedzającym tekst powieści „Zły wiatr”.

Zabrzmiało to tak, jakby Wojciechowski, niczym reporter, opisał losy postaci realnych, a przecież marką tego pisarza jest wyjątkowo wybujała kreatywność fabularna, a także polifoniczność stylu.
Wojciechowski, który zadebiutował w 1967 roku powieścią „Kamienne pszczoły” „posługuje się takimi środkami, jak pastisz bądź cytat, łączy różnorakie stylistyki (np. powieści psychologiczno-obyczajowej czy sensacyjno-szpiegowskiej, przygodowej, podróżniczej).
Swobodnie traktuje przy tym realia historyczno-obyczajowe, tworząc prozę impresyjną, kreującą własny obraz świata.
Współwystępowanie różnych płaszczyzn czasowych wydaje się być próbą zapisu polskiej tradycji, w tej postaci, jaka zawarta jest w społecznej świadomości – pełnej stereotypów, zapożyczeń z literackich konwencji i styli”. Takimi też cechami odznaczają się inne jego powieści, choćby „Czaszka w czaszce” ( 1970), „Wysokie pokoje” (1977), „Obraz napowietrzny” (1988) czy „Harpunnik otchłani” (1996 ). Piotr Matywiecki określił „Zły wiatr” jako „summę jego myślenia o dzisiejszej światowej cywilizacji i kulturze.
Mozaika krótkich rozdziałów ukazuje świat rozedrgany emocjonalnie i duchowo, świat który niejako ze swojej straceńczej natury „prosi się o katastrofę”. Wszystko z czego ten świat jest dumny – a nade wszystko jego komunikacyjna, wszechobejmująca sieć – ulega rozpadowi.
Beznadzieja przenika się z nadzieją, tworząc aurę schyłkowego świata. Zakres przestrzenny wypadków jest ogromny, obejmuje kontynenty. Sensacyjna i miłosna fabuła przenika to realistyczne, a zarazem groteskowe uniwersum”. „Główny nacisk autor „Złego wiatru” kładzie nie na samą katastrofę, lecz odbudowę „Europy ojczyzn”, w której zniszczone zdehumanizowane połączenia cyfrowe zostają zastępowane nawiązywanymi na nowo więzami międzyludzkimi.
Ten konieczny regres ma najwyraźniej dla pisarza znaczenie terapeutyczne, jest też niewątpliwie malowniczy, gdy na drogi powracają konne zaprzęgi i auta na gaz drzewny.
„Zły wiatr” proponuje czytelnikowi oryginalną opowieść o Europie, snutą przez dziesiątki zmyślonych, ale jakże żywych postaci, a zarazem realizuje ambitny zamiar filozoficznej diagnozy współczesności” – napisał z kolei Paweł Dunin-Wąsowicz. „Współwystępowanie różnych płaszczyzn czasowych wydaje się być próbą zapisu polskiej tradycji, w tej postaci, jaka zawarta jest w społecznej świadomości.
A zatem pełnej świadomie stosowanych stereotypów, zapożyczeń z literackich konwencji i stylów”.
49 postaci tej powieści (nie mającej jednak zwartej, linearnej fabuły, lecz zbudowanej, niczym mozaika, z licznych epizodów, z cząstek), których listę autor umieścił na wstępie, jak postaci dramatu, rozproszył po „świecie”, konfrontując je z nim.
Ten „świat” należy rozumieć także dosłownie, geograficznie, gdyż przestrzeń narracyjna tej powieści rozciąga się od Gdańska po Lampedusę, od Nowego Jorku po Lubljanę, od St Gallen po Katowice, od Triestu po Szczecin, od Górnej Bawarii po Gdynię-Orłowo, od Atlantyku po Ocean Indyjski.
Zawsze podziwiałem fabularną, iście „demiurgowi” kreatywność Wojciechowskiego, jego rozbuchaną wyobraźnię, zdolność do tworzenia fikcyjnych, zmyślonych światów. Cechy te odnajdujemy również w tej jego prozie, będącej kolejnym potwierdzeniem jego pisarskiej sprawności.
Czyta się „Zły wiatr” tak jakby co chwilę zmieniało się gatunki lektury, od prozy obyczajowej po przygodową, od podróżniczej po polityczną, od małego realizmu po fantasmagorię, od dystopii po baśń.
Jakby wędrowało się po ruchomej mozaice, po kalejdoskopie, przeskakując niczym szachowy konik z miejsca na miejsce. I ten nieco szalony kalejdoskop, migotliwa mozaika, układa się w mądrą i barwną powiastkę filozoficzną o tym, jak toczy się ten nasz światek. A kto nie przepada za filozoficzną refleksją, może ostatecznie potraktować tę powieść nawet jak rozrywkowe czytadło, a to właśnie dzięki gatunkowej pojemności prozy Wojciechowskiego i jego pisarskiemu kunsztowi.
Mam jednak wrażenie, że kryzys świata obecnego, wzmocniony przez pandemię jest znacznie bardziej dramatyczny niż mógł to sobie wyobrazić pisarz obdarzony nawet tak bardzo bogatą wyobraźnią, jak Piotr Wojciechowski.
Piotr Wojciechowski – „Zły wiatr”, Wydawnictwo Test, 2020, str. 397, ISBN 978-83-7038-188-X

66 postaci z autorem w tle

Gienia Kurzawę trudno było nie zauważyć. Zawsze wysoki, zawsze brodaty, zawsze pyskaty. Gdyby się kiedyś ze wszystkim zgadzał, to znak, że coś się tu musi nie zgadzać. Bo Eugeniusz Kurzawa to człowiek sporu.

Ale tego twórczego, inspirującego, choć nierzadko wkurzającego.
Gienio Kurzawa to przedstawiciel rzadkiego już gatunku ludzkiego. Polskiego inteligenta twórczego. Endemicznie występującego w Polsce Ludowej.
Animatora kultury, dziennikarza, wydawcy i poety jeszcze. Poety, który nie wstydzi się być poetą.
Ach, ta nasza młodość. Kiedy pisanie wierszy nie było obciachem. I wszystko było poezją.
Gienio Kurzawa twórczo przemierzał naszą Polskę. Z Zielonej Góry po Suwałki. Z Bolesławca do Gdańska. Z Zbąszyna po Białystok. Omijał jedynie Warszawę. Programowo i fizjologicznie nie lubi tej naszej stolicy. Bywa tam, kiedy naprawdę już musi. I to pomimo propozycji posad, pracy nawet, jakie stamtąd nieraz dostawał. Nie widział życia w życiu w stolicy.
Nie pasował też do politycznej kariery. Pyskaty, bez należnego szacunku dla przełożonych, ciągle coś proponujący. Tylko raz, na zdjęciu ślubnym, widziałem go w marynarce. Garniturowo podobne. Zawsze i wszędzie pojawiał się ubrany „nieprotokularnie”, nie przystająco elitom politycznym środkowoeuropejskiego mocarstwa.
Widać jego organizm odrzucał garnitury, niczym obcy organicznie przeszczep.
Po latach twórczych wędrówek osiadł Kurzawa we wsi Wilkanowo. Twórczo, bo z żona Lidią, prowadzą tam „Ogród Sztuk”. Kulturalny dom kultury. Zapraszają, prezentują, wystawiają.
Na szczęście przysiadł też na przysłowiowej dupie i książkę wspomnieniową napisał. „Spis tresci. 66 postaci, które..”. Taki Alfabet Kurzawy.
No cóż, można by na to nosem pokręcić. Nie pierwszy to przecież wspomnieniowy Alfabet i nie ostatni pewnie. Kudy mu do klasycznych już Alfabetów Urbana, Kisiela, albo Analfabetu Artura Cezara Krasickiego.
Ale akurat ten Alfabet wyjątkowo pozostaje w pamięci. Nie da się go nie zauważyć.
Bo wędrujący po polskich, prowincjonalnych dróżkach, wspominający postacie, które tam napotkał, kreśli Kurzawa obraz ówczesnej polskiej inteligencji. Ludzi z ogrodów sztuk, ale czujących jednocześnie tą „odpowiedzialność za rzeszowskie i kieleckie”. Świadczących wielokrotnie, że prowincja to stan umysłu, a nie jedynie miejsce zamieszkania. Kreśli Kurzawa spis treści polskiej inteligencji. Zwykle tych, którzy właśnie odeszli.
Mnie urzekł wieloma wspominkami, zwłaszcza o Jurku Leszin- Koperskim, Marku Starczewskim, Andrzeju Strumiłlo, Władku Sikorze, Haniu Sawce. O tygodniku „itd.” gdzie razem pisaliśmy i studenckim ruchu kulturalnym, skąd nasz ród.
A przy wspominkach o generale Jaruzelskim, zachwycił swym wierszem o nim. Najlepszym wierszem o generale jaki czytałem.
I chyba najlepszą syntezą życia generała Jaruzelskiego.
Hej Geniu, zawsze byłeś wysoki, tu jesteś wielki.
Eugeniusz Kurzawa „Spis treści. 66 postaci, które…”. Wilkanowo- Zielona Góra 2020. Nakładem własnym autora. Dla zainteresowanych pozyskaniem książki kontakt email: ogrodsztuk@wp.pl

Energię czerpiemy od widzów

Aktor na scenie musi czasem ocierać się o kabotynizm. Gorzej i dla człowieka i dla profesjonalisty, gdy przenosi ten kabotynizm na życie prywatne – z Januszem Michałowskim, aktorem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Bardzo daleka była Pana droga z mazurskiego Augustowa do aktorstwa?
Bardzo daleka, nieporównywalnie dalsza niż droga dzisiejszej młodzieży. Gdy w 1955 roku szedłem do szkoły teatralnej z mojego rodzinnego Augustowa, to nie miałem za sobą ani jednego obejrzanego spektaklu teatralnego. To sobie trudno wyobrazić, ale wtedy różnice między młodzieżą z prowincji a młodzieżą z Warszawy czy Krakowa były kolosalne. Rozwój cywilizacyjny, pojawienie się telewizji wyrównał te różnice. Tacy ludzie jak ja czy kolega Władek Kowalski, wspaniały aktor, niewiele wiedzieliśmy o kulturze. Całą moją wrażliwość wyrażałem w recytacji wierszy, których uczyłem się na pamięć. Zauważyła to moja nauczycielka języka polskiego i namówiła do zdawania do szkoły aktorskiej. Tu, nawiasem mówiąc, muszę wspomnieć o moich nauczycielach, którzy przybyli na tamte ziemie, bardzo zagubieni, bardzo biedni. Bardzo wiele im zawdzięczam. Pamiętam nauczycielkę rosyjskiego, ale i poliglotkę, panią Pinckert, Żydówkę. Czasem za karę, gdy ktoś nie odrobił lekcji, zapraszała do swojego domu, częstowała cienką herbatą, grała na fortepianie Mozarta i recytowała fragmenty poezji Lermontowa. Gdyby nie tacy nauczyciele, być może bym w tym Augustowie ugrzązł. Nie tylko oczywiście ja.
Porozmawiajmy więc o aktorstwie…
Nie wiem, czy będę dobrym rozmówcą. Ostatnim aktorem, który potrafił pięknie opowiadać o tym zawodzie był Gustaw Holoubek. On potrafił cieniować niuanse naszej profesji. Był jednym z nielicznych, wbrew pozorom, aktorów-inteligentów. Często o wybitnych kreacjach wybitnych aktorów mówił w sposób bardzo złośliwy, ale i błyskotliwy. Nie cenił naturalizmu, „bebechowatości” wywodzących się z doktryny Stanisławskiego. Ja bardzo ceniłem jego sposób uprawiania zawodu, polegający na oszczędności środków i mądrości w postrzeganiu świata. To było niezwykłe, bo Holoubek był wielkim aktorem, był postacią obywatelską, jedną z wybitniejszych postaci naszej inteligencji. Aktorstwo nie jest wiedzą w znaczeniu dyscypliny naukowej. Jest wiedzą Holoubka, Łomnickiego i jest też moją wiedzą, moją przeczytaną książką, moimi przeżyciami, moją wojną, zgonami bliskich, moimi doświadczeniami i obserwacjami codziennymi.
Często z aktorstwem wiąże się kwestia kabotynizmu czy też umiejętności jego unikania….
Aktor na scenie musi czasem ocierać się o kabotynizm. Gorzej i dla człowieka i dla profesjonalisty, gdy przenosi ten kabotynizm na życie prywatne. Musi natomiast wierzyć, że to co wypowiada i to, o czym myśli jest tak silne, że przechodzi do publiczności. I nawet siedzący tam mędrzec musi mu uwierzyć. Dlatego to musi graniczyć z kabotynizmem, choć może dało by się użyć innego określenia. Jednym z przejawów takiego kabotynizmu jest mówienie przez aktora, że zostaje w nim cząstka roli. Zawsze wydaje mi się to podejrzane. Oczywiście zostaje pamięć satysfakcji z pracy nad rolą, z atmosfery spektakli itd., ale nie wierzę w to, żeby w aktorze zostawały ślady psychiki mordercy którego gra. Była swego czasu moda na takie mówienie o własnym zawodzie, o posłannictwie, o intuicji ważniejszej niż rzemiosło. Jest taki obraz aktora, który pytany przez kolegę po spektaklu, dlaczego nie idzie do domu odpowiada: „Najpierw muszę wyjść z roli”. Toż to zawracanie głowy, bzdury. Kiedyś były też takie kabotynizmy przejawiające się w specjalnym sposobie ubierania się, w namaszczonym, teatralnym zachowaniu. Zresztą do dziś się to zdarza. Kabotynizm jest jakąś formą pychy, ale my aktorzy powinni być bardziej skromni, bo czerpiemy energię od widzów, którzy patrzą na nas z widowni.
Pan czuje kiedy zbliża się Pan jako aktor do tej granicy?
Tak, wtedy kiedy używam ostrzejszych środków, n.p w roli Naczdyrdupsa w „Łaźni” Majakowskiego, czy Tariełkina. Na ogół jednak jestem odbierany jako aktor wyciszony, używający spokojnych, prostych środków.
Czy istnieją w tym zawodzie precyzyjne kryteria pozwalające na jakimś poziomie oddzielić aktorstwo dobre od złego?
Istnieją. Profesjonalista łatwo oceni, czy aktor potrafi się prawidłowo poruszać i mówić. Można dyskutować o głębi kreacji, cieniować oceny, ale to czy but jest dobrze czy źle wykonany bardzo łatwo ocenić. Na poziomie podstawowych umiejętności z aktorstwem jest jak z tym butem. Dopiero na fundamencie świetnego rzemiosła mogą z sensem toczyć się spory, takie n.p. jak wokół Kantora czy Grotowskiego, którzy długo byli niedoceniani, spory Szyfmana z Osterwą, utarczki Schillera z Zelwerowiczem, Dejmka z Axerem.
Zagrał Pan wiele ról filmowych. Na ekranie pojawił się Pan anonimowo jako statysta, w charakterze powstańca w jednej z pierwszych scen „Kanału” Andrzeja Wajdy…
Nie miałem wtedy jeszcze nawet dwudziestu lat. Do tej sceny zaangażował nas całą grupą studentów szkoły teatralnej ówczesny asystent Wajdy przy tym filmie, Janusz Morgenstern.
Masową rozpoznawalność przyniosły Panu role w dwóch popularnych serialach: Kazimierza Lalewicza w „Bożej Podszewce” i doktora Blumentala, którego grał Pan w „Plebanii”. Czym się różnią te doświadczenia?
„Boża podszewka” była serialem dawnego typu, opartym na literaturze, obrazem kawałka naszej historii. „Plebania” to rzecz lekka, tworzona na bieżąco. Nie mniej jednak doktor Blumental to postać z ciekawą przeszłością co dało mi materiał do grania. Urodził się w Krakowie w 1926. Pochodził z inteligenckiej rodziny. W 1952 roku otrzymał dyplom lekarza. W tym samym roku ożenił się, później powołano go do wojska. Natychmiast otrzymał nakaz pracy w więziennym szpitalu w Krakowie. Po 1956 roku Jakubowi udało się zrzucić mundur. Wraz z żoną nie chcieli już mieszkać w Krakowie. Ponieważ w dalekim Zamościu potrzebowano lekarza internisty, Blumentalowie szybko podjęli decyzję o przeniesieniu. W 1974 roku Jakub otrzymał propozycję objęcia Ośrodka Zdrowia w Tulczynie. Po kilku latach zdecydowali się z żoną zostać tu na zawsze. Kupili kawałek ziemi przy lesie i wybudowali na niej dom. Jakub szybko zdobył sobie szacunek i uznanie miejscowej społeczności. Doktora kochano dosłownie za wszystko – za to, że potrafił, wyrwany w nocy ze snu, bez szemrania przyjąć poród, jechać kilkanaście kilometrów po wertepach czy przedzierać się przez śnieg, by komuś pomóc. Często nie brał za to pieniędzy, a jeśli już, to symbolicznie – za benzynę. W latach osiemdziesiątych wraz z żoną pomagał proboszczowi przy rozdziale darów z zagranicy. Wiele transportów z pomocą dotarło do Tulczyna dzięki jego zagranicznym kontaktom. Żona Jakuba zmarła kilkanaście lat temu. Doktor Blumental został wysłany przez nową kierownik ośrodka na przymusowy urlop.
Wspomniał Pan tytuły z literatury rosyjskiej. Pan zagrał sporo ról z klasyki rosyjskiej. Czuje Pan ją jakoś szczególnie?
Literatura rosyjska zawsze była mi bliska, także dzięki wspomnianej nauczycielce języka rosyjskiego. Gogol, Czechow, Dostojewski i inni. Jedną z ważniejszych moich rosyjskich ról był Korowiow w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa. Urodziłem się we wschodnim bądź co bądź Augustowie. Moja mama i babcia urodziły się i wychowały w Odessie. Często ją wspominały, a rosyjskości w powietrzu w tej mojej biednej chacie w Augustowie było sporo. Może więc to moje pochodzenie wywarło jakiś wpływ na zewnętrzność, na osobowość, sposób bycia, a w konsekwencji inspirowało reżyserów do powierzania mi takich ról.
Dziękuję za rozmowę.

JANUSZ MICHAŁOWSKI – ur. 1 stycznia 1937 roku Augustowie, wybitny aktor teatralny i filmowy. W latach 1960-1991 na scenach teatrów Polski północnej m.in. im. Wilama Horzycy Toruniu, a następnie także Kalisza i Poznania. Od 1991 roku w Warszawie, gdzie rolą Kalibana w „Burzy” W. Szekspira rozpoczął pracę artystyczną w Teatrze Ateneum. Obecnie w zespole Teatru Współczesnego, gdzie ostatnio występuje w roli Tryleckiego w „Sztuce bez tytułu” A. Czechowa. Jego wszechstronny talent pozwolił mu uniknąć zaszufladkowania typologicznego. Dało mu to możliwość stworzenia wachlarza kreacji w repertuarze zróżnicowanym gatunkowo, od klasycznego po współczesny. Zagrał m.in. Wajnonena w „Tragedii optymistycznej” W. Wiszniewskiego, Birbanckiego w ”Dożywociu” Fredry, Papkina w „Zemście, Barykę w „Przedwiośniu”, Odoakra w „Romulusie Wielkim” Durrenmatta, Sajetana Tempe w „Szewcach” Witkacego czy Wierszynina w „Trzech siostrach” A. Czechowa. W teatrze telewizji stworzył interesujące role m.in. dwukrotnie „Tarełkina” w „Śmierci Tarełkina” A. Suchowo-Kobylina (1973 i 1993 – oba w reż. I. Cywińskiej), tytułowego „Wysockiego” (1986) i Starego w „Cyklopie” (1990) Wł. Zawistowskiego, w reż. I. Cywińskiej. Torquemadę w „Ciemności kryją ziemię” wg J. Andrzejewskiego, Sieversa w „Polonezie” J. St. Sito (1990), „Na probostwie w Wyszkowie” (1999), „Justyn, Justyn” (1993). W filmach m.in. : „Zmorach” (1978) W. Marczewskiego, „Pałacu” (1980) T. Junaka, „Łuku Erosa” (1987) J. Domaradzkiego, „Seksmisj” (1983) J. Machulskiego, „Lawie” wg mickiewiczowskich „Dziadów” (rola ks. Piotra) (1989) T. Konwickiego.

Karol Frycz w okładkach

Koniec wieńczy dzieło. Ukazał się piąty tom cyklu poświęconego życiu i dziełu Karola Frycza, prawdziwego giganta polskiego teatru.

Tom nosi dyskretną nazwę „Teatralia”. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zbioru rozmaitych drobiazgów teatralnych pisanych przez Frycza, a także udzielanych przez niego wypowiedzi przy różnych okazjach, przed premierami albo jubileuszami. Tak naprawdę to jednak rarytas wydawniczy, wysmakowana pod każdym względem książka, dająca wyobrażenie o skali talentu i dokonań artysty.
Karol Frycz (1877-1963), scenograf, malarz, karykaturzysta, reżyser teatralny, a także aktor, pisarz i dyrektor teatru był wyjątkowo starannie przygotowany do roli, jaką odegrał w polskim teatrze. Po dogłębnych studiach, jakie odebrał w Monachium, Wiedniu, Paryżu, Londynie i Krakowie, gdzie studia malarskie w Szkole Sztuk Pięknych zwieńczył złotym medalem, dość szybko – na zaproszenie Ludwika Solskiego – związał się z teatrem. Miał stać jednym z głównych reformatorów scenografii, autorem sugestywnych dekoracji trójwymiarowych i bajecznych kostiumów, popartych wiedzą o ilustrowanej epoce. Współpracował z najwybitniejszymi reżyserami, m.in. Leonem Schillerem, Juliuszem Osterwą i Arnoldem Szyfmanem – zasłynął scenografią do „Irydiona”, premiery otwarcia Teatru Polskiego w Warszawie (1913). Realizował z rozmachem widowiska plenerowe, m.in. „Mikołaja Kopernika” Ludwika Hieronima Morstina na dziedzińcu wawelskim (1937). Jedną z ostatnich jego prac były kostiumy zaprojektowane do „Pana Jowialskiego” Aleksandra Fredry w warszawskim Teatrze Klasycznym (1960). Z niebywałą swobodą czuł się w scenerii wielu epok, bliski mu był Molier, ale i Fredro czy romantycy, ale także Żeromski czy Szekspir. Zaczynał swoją drogę artystyczną w unikatowym kabarecie „Zielony Balonik”, gdzie wypróbowywał zdolności scenografa, karykaturzysty, a także autora i aktora. Jego droga wiodła przez wiele epok – od c.k. monarchii przez II Rzeczypospolitą aż do Polski Ludowej, w której nie zabrakło jego pamiętnych realizacji, jak zachwycająca scenografia do „Powrotu syna marnotrawnego” Romana Brandstaettera w reżyserii Janusza Warneckiego (Stary Teatr, 1947).
„Wybitne miejsce – pisze o Karolu Fryczu – Lidia Kuchtówna – zajął przede wszystkim w dziejach teatru polskiego jako twórca nowoczesnej scenografii, wprowadzając typ dekoracji trójwymiarowej zamiast malarskiej, a przede wszystkim tworząc kostium historyczny, szczególnie do komedii Moliera i Fredry. A był nie tylko dekoratorem i projektantem kostiumów oraz wychowawcą scenografów. Równocześnie działał jako reżyser, inscenizator, kierownik teatru, tłumacz i komentator sztuk dramatycznych, artysta kabaretowy. Spełniał więc warunki, jakie Wielka Reforma teatralna w ujęciu Craiga stawiała dla artysty teatru”.
Wszystko to zasługi niepoślednie, ale dodać trzeba do nich koniecznie jeszcze jedną znamienną zaletę, a mianowicie talent pisarski. Teksty zgromadzone w tym tomie przez edytorkę dowodzą tego aż z naddatkiem. Frycz nie tylko ze swobodą włada piórem, opowiada barwnie i sugestywnie, ale do tego trzyma się wytyczonej linii myślowej, ubarwiając swoje teksty lekkim nalotem archaizmów. Słowa już zapomniane albo odczuwane jako zabytki językowe pod jego piórem nabierają blasku i smaku. Nie tylko zdobią, ale i pogłębiają refleksje autora. Karol Frycz śmiało mógł iść w zawody z nielichym stylistą, jakim był jego przyjaciel z „Zielonego Balonika” i wysoko przezeń ceniony Tadeusz Boy-Żeleński.
Lidia Kuchtówna, inicjatorka cyklu „Fryczowego” Instytutu Sztuki PAN, autorka pierwszego obszernego tomu zawierającego jego biografię, zadbała o niebanalny kształt edytorski zbioru „Teatralia”, obficie ozdobionego ilustracjami autorstwa samego Karola Frycza bądź licznymi fotosami, przede wszystkich spektakli, które reżyserował albo którym nadawał oprawę plastyczną. Znaleźć tu można pełne urody karykatury luminarzy polskiej i krakowskiej sceny, jak na przykład karykaturę Kazimierza Kamińskiego po jego gościnnych występach w Krakowie (1904) i wiele, wiele innych skreślonych pewną ręką zamaszystych portrecików aktorskich sław (m.in. Aleksandra Zelwerowicza, Stanisławy Wysockiej). Na okładce widnieje rysunek satyryczny Karola Frycza opublikowany w „Liberum Veto” (1903), a zatytułowany „Melpomene” – uwieńczona Muza Teatru skrada się z butelką trucizny w jednej i sztyletem w drugiej dłoni. Nie wróży to najlepiej aktorom i widzom.
Wydanie „Teatraliów” poprzedziły poza wspomnianą biografią artysty pióra Lidii Kuchtówny jeszcze trzy ważne tytuły, które wyszły spod jej redaktorskiej ręki: tom „Z podróży” (2012), zawierający szkice, felietony i wspomnienia z jego wędrówek po Dalekim i Bliskim Wschodzie i, oczywiście, po Europie, zbiór „Listy Karola Frycza” (2014), a także „Recenzje i szkice o sztuce” (2016), na które złożyły się felietony poświęcone sztuce, zamieszczane w tygodniku społeczno-kulturalnym „Świat” w latach 1925-1926 oraz wspomnienia o wybitnych artystach. Na koniec przyszedł czas na „Teatralia”, a więc dział szczególnie bliski artyście, tak silnie związanemu z polskim życiem teatralnym – dość przypomnieć, że w latach 1935–1939 był dyrektorem Słowackiego, czyli Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, a potem sprawował tę funkcję tuż po wojnie (1945-1946), aby otrzymać godność honorowego dyrektora tej zasłużonej sceny (1957).
Teksty zgromadzone w tym tomie podzieliła autorka opracowania na sześć działów: „W Krakowie”, „Artyści teatru” (m.in. szkic „Oko Solskiego” o fenomenalnym smaku plastycznym wielkiego aktora), „O dramacie” (m.in. porywającym erudycyjny szkic „Poczwórna premiera Tartuffe’a”), „O scenografii” (błyskotliwe uwagi w eseju „Mebel teatralny”), „Z podróży” (m.in. wędrówki po teatralnych Chinach) i „Rozmowy o sztuce scenicznej”, głównie wypowiedzi Frycza dla prasy. Dział pierwszy, „W Krakowie” obejmuje wspomnienia najdawniejsze, z początków jego bogatej drogi artystycznej. Najsmaczniejsze wśród nich jest wspomnienie o „Zielonym Baloniku”, niezwykłym kabarecie krakowskim zawiązanym w Jamie Michalikowej, twórczej choć niesformalizowanej nigdy kompanii artystów składających przez pięć lat kabaret siłą swych talentów, wyobraźni i bez nacisków cenzury. W tej doborowej kompanii Frycz grał jedną z najważniejszych ról jako autor, aktor, scenograf, karykaturzysta, pomysłodawca skeczów i projektant zaproszeń. Sam zresztą bywał bohaterem wierszyków i przyśpiewek, m.in. Boya, ale największą sławę zyskały piosenki Witolda Noskowskiego, wśród nich te dwie o Fryczu właśnie. W pierwszej Noskowski pytał dramatycznie: „Nie widział kto Karola Frycza gdzie?”. Zaniepokojenie wywołane tyn pytaniem puentował następnie kolejną piosnką z takimi słowy na początku: „Ciesz się Krakowie, wrzeszcz i krzycz. Bo już się znalazł… Karol Frycz”.
Wchodził Karol Frycz w świat sztuki jako modernista, czując się uczniem Stanisława Wyspiańskiego, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Dobiegał kresu swego życia jako mistrz nowoczesnej scenografii, pedagog, któremu nieobce były rozmaite nurty współczesnej sztuki. Całe życie przyświecała mu idea, zapisana w „Teatraliach” jako „Credo”, które ujawnił Frycz w programie Szyfmanowskiej inscenizacji „Irydiona”:
Każda sztuka ma swoją odrębną fizjonomię artystyczną i musi mieć zastosowaną do własnego charakteru wystawę. Rzeczą zasadniczą, u nas zaniedbaną, jest ustosunkowanie człowieka do dekoracji. Aktor na scenie, na tle dekoracji odpowiedniej, może się wydać mniejszym lub większym, może również do niej nie pasować zupełnie. Trzymam się zasady Wyspiańskiego, który w rozmowie ze mną wyraził pogląd, że „na scenie wszystko da się zrobić, byle nie tak, jak się dzieje w życiu”.
W Międzynarodowym Dniu Teatru, który jak zwykle przypada 27 marca – a w tym roku zbiega się z zamknięciem teatrów na cztery spusty – tę krzepiącą maksymę Karola Frycza polecam uwadze. A parafrazując Witolda Noskowskiego dodam: „Ciesz się Polaku, wrzeszcz i krzycz. Czytaj, co spisał Karol Frycz”.

TEATRALIA Karol Frycz, opracowanie i wstęp Lidia Kuchtówna, Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Warszawa 2020, s. 277.