Fresk najbliższego wschodu

Już na pierwszy rzut oka na „Kalendarz wieczności”, obszerna opowieść Wasyla Machno, ukraińskiego pisarza, poety, eseisty i tłumacza pochodzącego z Tarnopola mieszkającego w Nowym Jorku uderza rozmachem narracyjnym rozległego epickiego fresku.

Na jej stronach pojawiają się dziesiątki nazwisk, setki nazw geograficznych, nazw To rozległy fresk Wschodu, nie tego zwanego Bliskim, często określanego jako Orient ani też zwanego Dalekim. To wschód, który nie ma – co jest skądinąd zastanawiające – swojej specjalnej nazwy, a który rozciąga się za wschodnimi i południowymi rubieżami Polski, dawna polska Galicja, Ukraina, Rosja, Turcja ze Stambułem. Z podobnym rozmachem zakrojona jest przestrzeń czasowa opowieści. Przestrzeń czasu tworzą trzy części opowieści: „1672. Salamandrowa ziemia”, „1916. Kuchnia polowa” i „1945. Pociąg”. Są to właściwie trzy różne opowieści, które łączy na pozór jedynie kilka nazwisk rodowych, Barewyczów i Felisztanów. Jednak spaja te opowieści lepiszcze istotniejsze od nazwisk postaci. To osobliwy duch tych ziem, tego obszaru kulturowego. „Ta ziemia przypomina salamandrę w ogniu” napisał w XVII wieku turecki podróżnik Ewlija Czelebi. I rzeczywiście, „płomienność” tej metafory wydaje się adekwatna do bujnej, krwawej i okrutność „płomienności” dziejów tych ziem, których losy przez szereg stuleci „skoligacone” były z historią Polski. A jako, że wschód zawsze był nasycony mitologią i swoistym mistycyzmem, więc i w powieści Machno, warstwy realistycznego opisu przeplatają się z warstwami uduchowienia. Jak to ujął tłumacz powieści, Bohdan Zadura, autor łączy w niej „trzy przestrzenie czasowe, tworząc nietypową powieść historyczną, w której historia ma postać nielinearną, gdyż – jak sam mówi – wszyscy jesteśmy zakotwiczeni w kalendarzu wieczności, nasze życie jest takim kalendarzem, niezależnie od epoki. Nieco na przekór nowoczesności w jej zglobalizowanej formie, książka Wasyla Machny może być odczytywana jako pochwała lokalności i pielęgnowania wyrastającej z niej duchowości”. Machno ukazał w swojej powieści losy przedstawicieli wielu rodzin, narodów, imperiów (od osmańskiego do radzieckiego, przyjmując perspektywę po części (z religijnego punktu widzenia) ekumeniczną, a po części uniwersalną (z punktu widzenia świeckiego). „Kalendarz nazwano” ukraińskimi „Buddenbrookami”, ale wydaje się, że analogia do słynnej powieści Tomasza Manna jest bardzo daleka, o ile w ogóle uzasadniona. Podczas lektury nasuwają się raczej skojarzenia z Trylogią Sienkiewicza, z „Cichym Donem” Michaiła Szołochowa, z powieściami Józefa Mackiewicza, czy choćby z „Księgami Jakubowymi” Olgi Tokarczuk. Wasyl Machno jest też autorem tomu opowiadań „Listy i powietrze”. Ich tematem są losy mieszkańców zachodniej Ukrainy, a także Ukraińców, Polaków, czy Żydów we współczesnej Ameryce. Ich losy wyrażają zjawiska osamotnienia, nieumiejętności ocalenia własnego systemu wartości wobec presji niestabilnego otoczenia społecznego i geopolitycznych powikłań najnowszej historii. Swoje dramaty przeżywają – intelektualista na obczyźnie, rosyjski oficer białogwardyjski, ukraińska studentka w Nowym Jorku, emigrant zarobkowy próbujący zalegalizować pobyt w USA przez fikcyjne małżeństwo, drobny żydowski kupiec i polski oficer w obliczu rozpoczynającej się drugiej wojny światowej czy prosta kobieta pragnąca ratować syna przed unicestwieniem przez wojnę domową.
Wasyl Machno – „Kalendarz wieczności”, przekł. Bohdan Zadura, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

To, co pomiędzy, zabłąkane, za burtą istnienia

„Znajduję małe historie na ulicach, przystankach autobusowych, w sklepach, na skwerach i przygarniam je jak zagubione stworzenia. „Przepadłość” należy do moich ulubionych, bo wręcz demonstracyjnie łączy to, co w pisarstwie mi bliskie: reportaż (fakty), tajemnicę ukrytą w tkance codzienności (to, co między faktami) i wyobraźnię, która pozwala „niekiedy sprowadzić na ziemię słowa na to, co niewypowiedzialne” – tak Elżbieta Isakiewicz pisze o inspiracjach, z których biorą się jej mikroopowiadania, jej krótkie formy prozatorskie. Ich forma jest tak skondensowana i tak poddana regule metafory, że niektóre przypominają wiersze. „Jej małe formy są zaskakującym melanżem lirycznej kondensacji, filozoficznej kondensacji i dziennikarskiej obserwacji” – napisał Józef Baran.

Dla mnie są one także literacką próbą wyrażenia niewyrażalnego, znalezienia dla niego werbalnego kształtu. Niewyrażalna sfera naszych myśli, uczuć i wrażeń jawi mi się „od zawsze” jako szczególnie ważna forma duchowej egzystencji, znacznie ważniejsza, ciekawsza i bardziej tajemnicza od niejednej oczywistości. Literatura jednak rzadko dotyka niewyrażalnego (jedną z jego odmian są „odczucia dziwne”), bo to dla niej zadanie szczególnie trudne, zważywszy, że nawet to, co – wydawałoby się – wyrażalne bywa do wyrażenia trudne.
Działa tu więc może zasada pisarskiej ekonomii; nie dotykać tego, co werbalizacji nie podlega, nie podejmować daremnie pisarskiej „mission impossible”. Jednak niewyrażalność wiąże się z podwójną barierą. Pierwszą próbuje przełamać pisarz znajdując formę literacką dla własnego doświadczenia niewyrażalności. Po drugiej stronie jest jednak czytelnik, postronny wobec doświadczenia wewnętrznego pisarza, nie mogący go przecież zgłębić, przeniknąć. I dlatego to właśnie czytelnik staje wobec – niejako – podwójnej bariery niewyrażalności, tej – pisarza i tej – własnej, niemożności wniknięcia w niewyrażalność cudzą. Jednak niewyrażalność, to nie jedyny motyw prozy.
Innym jest poczucie, że to, co w życiu frapujące, niezwykłe, dzieje się często pomiędzy banałem, zwykłością, oczywistością. To jednak banał i oczywistość są obiektem potocznej percepcji, a nie to, co ma esencjonalną wartość. Większość opisywanych sytuacji Isakiewicz czerpie z banalnej codzienności, część inspirowana jest bodźcami kulturowymi, lekturami, podróżami. Lektura delikatnej prozy Isakiewicz, rozszyfrowanie jej wsobności, jej tajemnic, nie jest procesem prostym.
Tu bardzo rzadko, a właściwie nigdy nie dotykamy oczywistości, mimo że faktura tej prozy nie jest wydumana, „baśniowa”, lecz zaczerpnięta z prozy życia, tej najbardziej nawet przyziemnej, trywialnej. Isakiewicz nie buja w obłokach wyobraźni, lecz używa realności do zrozumienia tego co realne, a tajemnicze.
Te mikroopowiadania są jak psychologiczne szarady, których odczytanie nie jest możliwe bez wysiłku, niejednokrotmie intensywnego, bez gwarancji sukcesu. Tym co jest bezsporne w prozie Isakiewicz, to jej wrażliwość i subtelność odczuć, poruszanie się przez nią w psychicznych rejestrach nie dla każdego dostępnych. Na koniec, by dać wyobrażenie o tematyce opowiastek, przytoczę kilkanaście tytułów, z ich lakoniczną, esencjonalną jednowyrazowością: „Szelma”, „Zwykłego dnia”, „Swetry”, „Rola”, „Chłopak”, „Stukot”, „Punkt”, „Dziurka”, „Chwila”, „Konduktor”, „Czułość”, „Pacjent”, „Pacjent”, „Święta”, „Przepadłość”. Właśnie o „Przepadłości” jako o opowiadaniu reprezentatywnym dla jej prozy wspomniała sama autorka. Opowiada ono o ludziach i zdarzeniach „wyrzucanych za burtę istnienia, pominiętych, błąkających się w nieodwracalnym wymiarze”. To także jeden z tematów tego zbioru.
Elżbieta Isakiewicz – „Szelma i inne opowiadania przyziemne”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 138, ISBN 978-83-8196-234-6

Historia w maszynce myśli

Akcja „Krwi na rękach moich” Wacława Holewińskiego usytuowana jest w późnej fazie Powstania Styczniowego, a ostatni rozdział sięga 17 lutego 1865 roku, czyli czasu uważanego zazwyczaj (choć nie zawsze) za czas już popowstaniowy. Choć bowiem ten dzień jest dniem śmierci na szubienicy powstańczego naczelnika Warszawy Aleksandra Waszkowskiego oraz głównego bohatera powieści, Emanuela Szafarczyka, to częściej za kres powstania uważa się śmierć na szubienicy, 5 sierpnia 1864 roku, Romualda Traugutta i jego towarzyszy z powstańczego, konspiracyjnego Rządu Narodowego.

Główny bohater powieści to naczelnik powstańczej Straży Zbrojnej, przywódca tzw. sztyletników, którzy skrytobójczo wykonywali wyroki śmierci na wrogach powstania, zarówno urzędnikach carskich, tajnych agentach jak i na Polakach uznanych za zdrajców. Drugą istotną postacią tej powieści jest prowadzący śledztwo przeciwko Szafarczykowi i przesłuchujący go pułkownik carskiej policji Andrzej Różycki, rosyjski oficer pochodzenia polskiego. Ich poniekąd intelektualny pojedynek w czasie śledztwa należy do najważniejszych wątków tej powieści. Powieściowemu duetowi Szafarczyk-Różycki (pierwszy z nich jest postacią historyczną, drugi fikcyjną) towarzyszy szereg postaci, których losy na różne sposoby zazębiają się fabularnie z losami dwóch głównych, tworząc intrygujący, bogaty w detale, oszczędny stylistycznie, ale jednocześnie bardzo plastyczny, naoczny obraz Warszawy „epoki styczniowej”. Bo powieść Holewińskiego to także portret miasta, stolicy „Kraju Prywiślańskiego”, z jego tajemnicami, skazami, mrokami, labiryntami, miasta epicentrum powstańczej konspiracji.
Choć czas akcji powieści „Krew na rękach moich” jest chronologicznie o czterdzieści lat wcześniejszy niż czas akcji jego trzyczęściowego cyklu „Pogromów”, obejmującego lata rewolucji 1905-1907, to w wymiarze artystycznym, w wymiarze formy tej prozy można te tytuły usytuować w jednym cyklu. Cechą tego nurtu prozy Wacława Holewińskiego jest przenikliwe spojrzenie na historię i konstrukcja narracji, która jest o tej historii myśleniem. Faktura narracji jest chłodna, rzeczowa, oszczędna, ale jednocześnie plastyczna, naoczna. Trzecioosobowa narracja odznacza się pewnym podobieństwem do monologu wewnętrznego, choć z formalnego punktu widzenia nim nie jest. Jest przestrzenią myślenia o toku zdarzeń tworzących akcję. Swoją prozą Holewiński wpisuje się w ten nurt prozy o tematyce historycznej, który nie poprzestaje na warstwie opisowej i behawioralnej, lecz podąża tropami myśli. Owo myślenie przejawia się nie w postaci podejmowanych wprost, intencjonalnych spekulacji, lecz niejako mimochodem, jako warstwa równoległa do przebiegu zdarzeń. Akcja „Krwi na rękach moich” zbudowana jest na zdystansowaniu do typowej powieściowej akcji „barwnej”, na dystansie do modelu akcji o kolorycie do pewnego stopnia sensacyjnym, do konwencjonalnej akcji opartej na intensywnym zmyśleniu. Jest rozmyślnie uboga, ascetyczna, mimetyczna, nawiązująca do szarości, nieefektownosci charakterystycznej dla realnego życia. Nadaje to powieści rysy stylu fragmentami niemal dokumentalnego.
Nie tylko tematyka „styczniowa”, ale także swoisty modus pisania o historii może wywołać podczas lektury asocjacje z prozą Władysława Lecha Terleckiego (1933-1999). Jego powieści „Spisek”, „Dwie głowy ptaka” czy „Lament” również dotyczą Powstania Styczniowego i w nich również postacie historyczne współistnieją z fikcyjnymi. Kilkakrotnie wzmiankowany w powieści Holewińskiego Aleksander Waszkowski jest bohaterem „Dwóch głów ptaka” Terleckiego, a pojawiający we „Krwi” oberpolicmajster Trepow jest ważną postacią „Lamentu”. Obu autorów łączy spojrzenie na historię przez pryzmat myśli, łączy też pewne podobieństwo techniki narracyjnej. Różni ich – ton prozy. U Holewińskiego jest jaśniejszy, podszyty idealistycznym patriotyzmem i moralizmem, choć nieostentacyjnym. U Terleckiego jest mroczny, naznaczony cynizmem postaci, atmosferą braku złudzeń, optyką „rozpadu wartości”. Gdybym miał prozę obu pisarzy stawiać na szalach wagi, większy ciężar gatunkowy przypisałbym Terleckiemu, którego powieści są bardziej esencjonalne, bardziej polifoniczne, sięgające głębiej w jaźń bohaterów. Nie znaczy to oczywiście, że odmawiam wybitnych walorów prozie Holewińskiego, bardzo klarownej, mniej nasyconej „toksynami” Terleckiego. W moim odczuciu Holewiński jest ciekawym, twórczym, kontynuatorem (nieintencjonalnym, jak przypuszczam) nurtu prozy uprawianej przez Terleckiego, zarówno w warstwie tematycznej, jak i formalnej. To ciekawy i rzadki przypadek twórczej kontynuacji, przy zachowaniu artystycznej odrębności, autonomii. Gdy dwie dekady temu zmarł (raczej przedwcześnie) Terlecki, odczułem to jako osobistą stratę czytelniczą, bo należał do najbardziej cenionych przeze mnie współczesnych pisarzy. Pojawienie się młodszego o pokolenie (rocznik 1956) Holewińskiego z jego prozą o pogromach lat 1905-1907 i Powstaniu Styczniowym do pewnego stopnia wynagradza mi tę stratę.
O „niezgodzie na upodlenie”
A teraz kilka uwag na marginesie, uwag które grubą kreską wyodrębniam od merytorycznej oceny znakomitej powieści Holewińskiego. Pisarz ten sympatyzuje z rządzącym w Polsce obozem politycznym. Ma na swoim koncie także kilka publikacji poświęconych tzw. „żołnierzom wyklętym”. To temat, który wywołuje we mnie niechęć i obrzydzenie, więc te jego publikacje zaledwie pobieżnie przewertowałem. Z tego powodu bez zdziwienia przyjąłem pomieszczoną na tylnej stronie okładki rekomendację autorstwa prawicowego historyka, Andrzeja Nowaka, który o „Krwi na rękach moich” napisał tak: „Polska jest przywilejem młodości” – słowa, które padają w tej książce, brzmią jak wyzwanie dla naszej wyobraźni. Autor rzuca je śmiało, ożywiając swoim wyjątkowym talentem narracyjnym epokę powstania styczniowego, postaci dwudziestoletnich „sztyletników”, wykonujących wyroki podziemnej Polski na zdrajcach i urzędnikach okupacyjnych władz. Możemy poczuć gorączkę polskości, jaka trawiła powstańczą młodzież i nie dawała spokoju imperialnej Rosji. Możemy zobaczyć w centralnej sylwetce Emanuela Szafarczyka, naczelnika „sztyletników”, metaforę polskiego losu. Nie tylko tego z XIX wieku, ale także z pokolenia AK, „żołnierzy wyklętych”, a może z każdych czasów, w których znajdują się ludzie gotowi do niezgody na upodlenie”.
Mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem partii,
No właśnie. Wysoki to diapazon moralny. „Niezgoda na upodlenie”. Obaj autorzy, pisarz Wacław Holewiński i profesor historii Andrzej Nowak są wyznawcami sentymentalnego patriotyzmu polskiego, który jest mi z gruntu obcy. Czy ich postawa uniemożliwia im krytyczne odniesienie się do niektórych przynajmniej praktyk władzy, z którą sympatyzują? W PRL sygnatariuszami listów krytycznych w stosunku do pewnych praktyk ówczesnej władzy, bywali intelektualiści i twórcy, w tym pisarze, także partyjni. Potrafili oni, mieli odwagę, wejść w kolizję z władzą i kierownictwem własnej partii, w imię uczciwości. Andrzej Nowak napisał o „Polsce jako przywileju młodości”. Czy uważa, że rządzona przez PiS Polska, w której policja biła, poniżała i upodlała młodych demonstrantów na ulicach polskich miast, także „jest przywilejem młodości”? I czy na akceptację zasługuje władza, która z brutalnym uporem UPADLA starszą kobietę, która pokojowo protestuje przeciw niej na ulicy? Czy uważa tak samo Wacław Holewiński, którego powieść, wyżej omówiona, jest apologią ofiarnego patriotyzmu polskiego? Mają oni prawo sympatyzować z obecną władzą i popierać ją, ale nie słyszałem z ich strony ani jednej krytycznej uwagi o jej antydemokratycznych, niszczycielskich działaniach. O bezczelnym łamaniu praworządności oraz praw i wolności obywatelskich. O jej coraz bardziej policyjnym, opresyjnym charakterze. Czy taka Polska, jakiej dziś doświadczamy, jest Polską ich marzeń? Czy w tej sytuacji uczciwie jest się na te tradycje powoływać? Czyżby uważali, że to, co obserwujemy i czego doświadczamy to jest to oczekiwane dziedzictwo wysiłków polskich patriotów w XIX wieku? Ich właściwe uwieńczenie? Bo jeśli tak, to w moim przekonaniu wysiłek i ofiary dawnych patriotów można uznać za zmarnowane. Można pisać piękne, esencjonalne powieści wyrażające pochwałę patriotyzmu i polskości. Jednak odwracanie się równocześnie od współczesnego kontekstu, od faktu, że patriotyzm stał się instrumentem opresji autorytarnej władzy, pałką do bicia jej przeciwników, bardzo osłabia wymowę i sens prozy pisanej na tak wysokim diapazonie moralnym i patriotycznym. A być może w ogóle czyni takie pisanie pustym gestem?
Wacław Holewiński – „Krew na moich rękach”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

Szalony tramwaj czasów Nikodema Dyzmy

Autor „Kariery Nikodema Dyzmy” i szeregu innych powieści, które tworzyły (dziś historyczną) panoramę życia II Rzeczypospolitej – Tadeusz Dołęga Mostowicz – był także bardzo czynnym i jak się wtedy mawiało – „wziętym” dziennikarzem i publicystą.

W licznych tytułach prasowych pochodzących z lat 1925-1939 rozproszone są niezliczone teksty, zazwyczaj mające charakter opowiastek, opowiadań, humoresek, felietonów i felietoników, minireportażyków, a także recenzji teatralnych, filmowych czy książkowych sygnowane zresztą różnymi pseudonimami, literami, inicjałami etc. Zebrał je w zgrabny i spójny tom Jarosław Górski.
Te twory dziennikarskie niewielkiej zazwyczaj objętości należą dziś oczywiście w wymiarze treści i literalnie pojmowanej problematyki, do historii dziennikarstwa i historii w ogóle. Dają jednak wyobrażenie o stylu dziennikarstwa tamtych czasów, stylu który skądinąd, do pewnego stopnia zachował się jeszcze, siłą nawyku, w powojennej żurnalistyce, wówczas głównie prasowej, jeśli nie liczyć dopiero rozwijającego się radia. Dają też wyobrażenie o tym, co interesowało ówczesnych czytelników, jako że prasa tych czasów, choć nieznane były jeszcze wtedy dzisiejsze, specjalistyczne metody badania opinii publicznej, w tym preferencji czytelniczych, poznawała je metodami z dzisiejszego punktu widzenia „chałupniczymi”, a mimo to nader skutecznymi. Tom zebranych tekstów przepełniony jest tekstami głównie obyczajowymi, odzwierciedlającym życie warstwy głównie mieszczańskiej, drobnomieszczańskiej, świata artystycznego („Proroctwa teatralne”), dziennikarskiego i politycznego, z rzadka co prawda, ale także sięgając też w warstwy rozmaicie pojmowanej klasy proletariackiej czy opisując zabawne obrazki z ówczesnego życia wakacyjnego. Ukazują one obyczaje, nawyki, interesy, wady, śmieszności rozległej galerii postaci, a wiele z tych tekstów to także celne, kalejdoskopowo barwne i bogate portrety psychologiczne niezliczonych tzw. „typów”, kobiecych i męskich najrozmaitszego autoramentu – od dygnitarzy i ziemian trawiących czas przy grze w brydża („Czwarty król”), poprzez handlarzy, kamieniczników („Dublowana etyka”), urzędników, spekulantów finansowych, świata wojskowego („Na patrolu”), kolejowego („Ruch służbowy”), nawet kolekcjonerskiego („Sam wpadłem w manię”), po młode dziewczyny z prowincji próbujące znaleźć sobie z trudem najskromniejsze miejsce na bruku Warszawy.
Od politycznych salonów, poprzez nocne życie restauracyjne („Muzyka gra. Obrazki z nocnej Warszawy”) po skromne mieszkania szarych ludzi. Wybijającym się i najcenniejszym walorem dziennikarskiego pisania Dołęgi-Mostowicza jest żywość języka. Gdyby te same treści przekazywane były w zwykłym, banalnym stylu sprawozdawczym, byłyby dziś trudne w czytaniu i przydatne, względnie nawet interesujące, jedynie dla archiwistów, historyków czy badaczy historii prasy. Tym co stanowić może o ich atrakcyjności także dla części współczesnych czytelników zdecydował talent literacki, szczególny słuch językowy i dar obserwacji. Doskonale podchwytywał nawyki i style językowe rozmaitych warstw społecznych, zwroty i słowa o charakterze gwarowym, przejawy tzw. „języka przedmieścia” czy języków środowiskowych. Czasem nawet wykorzystywał je w recenzjach teatralnych, które w jego wydaniu dalece odbiegały od standardu typowego dla tej formy prasowego pisania.
Oto próbka jednej z recenzji:„Trzeci dzwonek, Oglądam widownię. Na 600 miejsce około 200 pustych (…) Mężczyźni w czapkach. Wszyscy w paltach, bo zimno jak w lodowni. (…) W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna” (…) Kiedy Wiera zabija kochanka, naraz z kilku miejsc odzywają się głosy aprobaty: Tak i trzeba, takiemu synowi! (…) To ci morowa baba! W ogóle publiczność ekspansywna, „wdzięczna”, jak mówią aktorzy. Największe zainteresowanie wzbudziła … kolacja na scenie. – Te Antek, czy oni naprawdę ją? – No nie widzisz – bipsztyk. W drugim rzędzie tuż za mną przyciszony głos dziewczęcy: – Ale chlają gorzałę, jak świnie! – Eee, i panna Felcia tyżby się napiła, co? – Chyba wiszniaku…”. Prawdziwie reprezentatywnym, mistrzowskim créme de créme stylu Dołęgi-Mostowicza jest kapitalna humoreska „Szalony tramwaj”, gdzie posługując się dynamicznie poetyką oddającą tłok, ścisk, gwar, dynamiczną dialogową wielomówność pasażerów tramwaju przepełnionego reprezentantami różnych warstw społecznych, dał autor, za pomocą detalu i celnie budowanego nastroju kapitalną syntezę ówczesnej Warszawy. Już tylko zabytkiem satyry jest wieńcząca tom szopka polityczna, „Rzeczywistość urojona i rozbrojona”, zabawna jednak przez językowe kalambury, kontaminacje i tym podobne zabiegi i sztuczki stylistyczne, w których wtedy lubowało się wielu autorów, nie tylko Mostowicz, ale także liczni autorzy tekstów dla stołecznych kabaretów typu „Qui pro quo” czy „Morskie Oko”. Można też jednak w tomie tekstów twórcy Nikodema Dyzmy znaleźć pretekst do podszytej gorzką ironią refleksji historycznej. W tekście „Zmartwiczka” opisał Dołęga-Mostowicz spotkanie ze znajomym, który był powszechnie znanym ucieleśnieniem skrajnego życiowego pesymizmu, permanentnego smutku, czarnowidztwa, malkontenctwa odnoszącego się zarówno do spraw prywatnych, jak i publicznych, państwowych.
Pisarz, choć był przeciwnikiem obozu sanacyjnego próbował przeciwstawić pesymizmowi rozmówcy coś w rodzaju urzędowego optymizmu. Pragnąc unaocznić mu dokonania Polski w dwudziestoleciu po odzyskaniu niepodległości, wyliczał je swojemu rozmówcy z zabawną „państwowotwórczą” chełpliwością: „Minęło dwadzieścia lat i z ulic zniknęły nie tylko ogonki ludności żebrzącej o żywność, lecz także kocie łby ustępujące miejsca asfaltom. Mamy kolejnictwo jedno z najlepszych w Europie. Mamy własny wspaniały port. Mamy wciąż wyrastające nowe ośrodki przemysłowe. Mamy potężną armię. Mamy zwiększone terytorium i ważki głos w sprawach polityki międzynarodowej. Trzeba być ślepym, by tego nie widzieć. W dwadzieścia lat dokonaliśmy olbrzymiego dzieła. A dzieło to wciąż się rozrasta. (…) Zmartwiczka uśmiechnął się boleśnie i powiedział: – To wszystko prawda. Ale zobaczysz czym się to skończy. Teraz Japończycy zagarną Chiny, za dwa lata zawojują Rosję, a najdalej za pięć będziemy tu mieli japońskiego generała-gubernatora w Warszawie. Popamiętasz moje słowa! – Dlaczego japońskiego, nie na przykład brazylijskiego? Zmarszczył brwi i zastanowił się: – Brazylijskiego powiadasz? Kto wie? Wszystko jest możliwe…”. W tym fragmencie komiczny jest nie tylko zwrot o „potężnej armii”, o „ważkim głosie w polityce międzynarodowej” czy dywagacje o możliwości japońskiej okupacji w Warszawie. Jest też niezamierzony komizm podszyty tragedią. „Oby się wreszcie sprawdziły w stosunku do mego Zmartwiczki i do tych paru tysięcy podobnych Zmartwiczek, które jeszcze pokutują wśród nas w Polsce” – z irytacją podsumował swoją rozmowę Dołęga-Mostowicz. Gorzki, wyrastający z dzisiejszej świadomości następstwa zdarzeń komizm jaki wyziera z tego fragmentu bierze się z daty publikacji tego tekstu. Bierze się z naszej dzisiejszej świadomości szyderstwa historii. Ukazał się on w „Kinie. Tygodniku ilustrowanym”, jesienią 1938 roku. II Rzeczpospolitej i Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi został wtedy jeszcze tylko niecały rok życia. Nałogowy pesymista miał rację, a pech dotknął nie tylko literata i dziennikarza. Przybrał bowiem postać totalnego, epokowego kataklizmu. Okazało się, że wesoły, „szalony tramwaj” II RP jechał ku przepaści.

Tadeusz Dołęga-Mostowicz – „Pechowy literat i inne opowiadania, nowele, humoreski”, wybór, opracowanie i wstęp Jarosław Górski, Wydawnictwo „Iskry”, str. 269, ISBN 978-83-244-1088-4

Poeta hybrydalny

Biografia Bolesława Leśmiana (1877-1937) ukazuje się z pewnym poślizgiem czasowym w stosunku do okresu nowego, intensywnego zainteresowania tym poetą, którego to zainteresowania apogeum przypadło mniej więcej na lata ostatniej ćwierci XX wieku, choć jego początki sytuują się w latach 60-tych.

Można było wtedy odczuć nawet pewien przesyt nadmiarem tekstów o Leśmianie i jego poezji, jakie ukazywały się nie tylko w istniejącej jeszcze wtedy w resztkowej postaci prasie literackiej. To jednak dobrze, bo dzięki temu autor, jak sam napisał we wstępie, mógł wykorzystać najnowszy stan wiedzy o poecie. Praca Piotra Łopuszańskiego, zasłużonego w polskim piśmiennictwie ostatnich lat biografisty imponuje w pierwszym rzędzie jako efekt benedyktyńskiej, drobiazgowej pracy i zaczyna się od zacytowania aktu urodzenia, sporządzonego przez urzędnika kancelarii Wyznań Niechrześcijańskich Cyrkułu X w Warszawie, odnotowującego narodziny „niemowlęcia płci męskiej”.
Ta ostentacyjnie wręcz drobiazgowa tradycjonalność samego już początku biografii idzie na przekór ostatnim modom na biografie autorskie, patchworkowe, zbudowane jakby z pomieszanych klocków czy cząsteczek puzzli, biografie, które w większym stopniu są ekspresją wyobrażeń biografisty niż próbami maksymalnie, na ile to możliwe, wiernego oddania portretu bohatera.
Łopuszański pokazuje życie i twórczość poety, którego najbardziej fascynowały miłość, natura, dziwność, a nawet niesamowitość istnienia i śmierć. W młodości napisał wspaniałe erotyki, pod koniec życia stał się poetą przemijania, śmierci, znikania zmarłych z pamięci żywych. Zaczął wtedy intensywnie odczuwać „metafizyczną trwogę, lęk przed odejściem i niebytem”. Używał sformułowań „niebyt” i „bezświat”. W młodości inspirował się poezją Słowackiego, a także rosyjskimi i francuskimi symbolistami, wielbił Baudelaire’a, dopiero później stworzył swój własny poetycki świat, nawiązujący do fenomenów natury, folkloru i mitologii słowiańskiej, ale także do arabskiego Orientu („Klechdy sezamowe”). Był jednym z najbardziej pomysłowych w poezji polskiej słowotwórców. Jako człowiek, jako osobowość był syntezą, hybrydą sprzeczności: żyjącego z głową w chmurach fantasty i prawnika-notariusza, wykonującego zawód wymagający szczególnej trzeźwości i staranności.
Zagłębiając się drobiazgowo, a jednocześnie z rozmachem w świat Bolesława Leśmiana, jego poezję, życie osobiste, kontakty, podróże, zakreślił jednocześnie autor biografii panoramiczny obraz epoki, w której przyszło Leśmianowi żyć i pisać. Zaczynał jako poeta w epoce Młodej Polski, a kończył w czasach mody na scjentyzm, racjonalizm, kult nowoczesności (Młodziakowie z wydanej w roku śmierci Leśmiana „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza). Mało kto zapewne pamięta, że leśmianowa fascynacja niesamowitością sprawiła, że był jednym z pierwszych tłumaczy, którzy przyswoili polszczyźnie szereg opowiadań Edgara Allana Poe, pisarza bardzo bliskiego jego wyobraźni.

Piotr Łopuszański – „Bolesław Leśmian. Biografia”, Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2021, str. 400, ISBN 978-83-244-1087-3

Raj czy piknik

To dwa pod wieloma względami różniące się przedstawienia, a jednak bliskie sobie za sprawą kluczowego dla nich tematu: zderzenia białego człowieka z naturą, które musi zakończyć się dla niego katastrofą.

Mowa o dwóch premierach warszawskich, „Raju/ Potopie”, pierwszej części „Trylogii klimatycznej” Thomasa Köcka na deskach Malarni teatru/galerii Studio i „Pikniku pod Wiszącą Skałą” (znanego także z głośnej ekranizacji Petera Weira), nowej adaptacji powieści Joan Lindsay w Teatrze Narodowym. Wiele te spektakle różni, choćby środki inscenizacji i teksty, na których się opierają – powieść Lindsay opublikowana została w roku 1967, „Trylogia klimatyczna” pół wieku później. Ale poza datą premiery (29 maja 2021) wiąże je silnie odczuwany
stan zagrożenia.
Akcję swojego dramatu Köck rozpina między końcem XIX wieku a współczesnością, prolog i epilog lokując w czasie, kiedy już jest po wszystkim. Po człowieku, po Ziemi, po układzie słonecznym. Köck zapowiada kosmiczną katastrofę (wprawdzie za miliardy lat, ale nieuchronnie), choć nie usprawiedliwia w ten sposób ekspansji nienasyconego nigdy kapitału. Bezwzględna eksploatacja brazylijskiej Amazonii, którą odmalowuje dramaturg, wydzieranie jej bogactw to gwałt zadawany naturze. Podobnie jak wyszarpywanie bogactw rajskiej Australii, choć w obu tych spektaklach raj okazuje się złudą.
Lindsay cofa się do progu XX wieku, do roku 1900, czasu feralnego pikniku, podczas którego dwie uczennice i nauczycielka giną bez śladu. Przedtem dziewczęta z pensji pani Appleyard pozbywają się gorsetów – w przedstawieniu Leny Frankiewicz jest to znakiem rewolty feministycznej, sprzeciwu wobec sztywno pozapinanej epoki triumfującego patriarchatu.
Jednak mimo tych różnic miejsca i czasu wyczuwa się podobieństwo niepokoju, uzewnętrznianego w obu tych spektaklach – tak jakby dramat Köcka i powieść Lindsay powstały w trakcie pandemii. Towarzyszy temu poczucie nieuchronnej zmiany, która musi rychło nastąpić. Mówiła o tym wprost reżyserka „Pikniku” (w rozmowie z Moniką Mokrzycką-Pokorą, zamieszczoną na oficjalnej stronie Teatru Narodowego): „Od roku znajdujemy się w momencie przejściowym. Stary porządek przestał funkcjonować, a nowy jeszcze się nie ukształtował. Wydaje mi się, że jako cywilizacja doszliśmy do ściany”.
Ten właśnie moment próbują uchwycić te spektakle – pierwszy, idący śladem Köcka w stronę wizji katastrofy ostatecznej („kiedy jest już po wszystkim”), drugi niecący nadzieję, że z niebezpiecznej ścieżki przemocy można jeszcze zawrócić. Nie bez powodu adaptatorka i reżyserka z Sary czynią figurę poniżanych i wykorzenianych Aborygenów, a Köck, a za nim Jaremko ukazują milczącą tańczącą Indiankę jako ofiarę białych przybyszów o nieposkromionym apetycie na zysk. W „Raju” giną pod toporem drzewa kauczukowe, w „Pikniku” leje się struga diamentów, wydzieranych ziemi. Trzeba to robić niepostrzeżenie, jak powiada jeden z kapitalistycznych konkwistadorów w „Raju”, rabować Ziemię trzeba stopniowo, aż „zmienimy ją powoli tak żeby się nie zorientowała a kiedy się zorientuje nie miała już siły żeby się obronić”.
W „Pikniku” nie widać jeszcze dojrzałych
skutków tego rabunku,
ale czytamy gazety i wiemy, jak płonęła Australia przed kilkoma miesiącami. W „Raju” już się dokonało: Ziemię zalewa istny potop śmieci, rzeczy zbędnych, ale wciąż i wciąż produkowanych. Klimat nie pozwala już żyć.
Podczas lektury „Trylogii klimatycznej” opadały mnie wątpliwości, czy tę porażającą (a zarazem satyryczną) wizję świata da się przekonująco pokazać na scenie. Okazało się, że tak. Wprawdzie dwie pozostałe po zagładzie świata post-mojry nie turlają się po scenie w swoich kapsułach klimatycznych (jak chciał autor) i siedzą w Malarni Studia blisko obok siebie jak przygwożdżone do szklanych kul z roślinami doniczkowymi, ale Grzegorz Jaremko znalazł dobry sposób na wystawienie tego poematu-dramatu, pierwszej części fascynującej „Trylogii klimatycznej” Köcka, w której chodzi o „niewidzialną rękę rynku/ pojedynkującą się z niewidzialną ręką autora”. Köck zapowiada tu ostateczną klęskę liberalnej polityki i nie znającego hamulców kapitału, sugerując reżyserom, aby jego sztuka była tańczona. I tak jest na scenie Studia w dużym stopniu, choć bywa to sztuka także śpiewana (lub melorecytowana) i pokazywana na tle baśniowych obrazów brazylijskiej dżungli rzucanych na przewiewną kurtynę-ekran.
Dekoracji tu tak naprawdę niewiele, ale za to wymownie symbolizują upadek warsztatu samochodowego stworzonego przez ojca rodziny (Marcin Pempuś) w okresie wiary w lepsze niezależne jutro, niedoszły gmach opery w dżungli wymarzony przez architekta-idealistę (Paweł Smagała), czy parkiet do ćwiczeń baletowych i dom przeciętnej rodziny. Bohaterowie mają (do czasu) dolepione nosy jak w cyrku – słowem trwa zabawa niczym na „Titanicu”, a świat nieuchronne pogrąża się w nicości. Aktorzy świetnie wpisują się w klimat tej złowieszczo-szyderczej opowieści, z czarnym humorem opowiadającej o brutalnej eksploatacji Ziemi i wszystkich słabszych. Jest kolorowo, wesoło jak na szykowny pogrzeb przystało.
W „Pikniku pod Wiszącą Skałą” raczej niewesoło, choć czasem pojawia się nawias ironii a nawet szyderstwa z pretensjonalnego salonu i sztywnej pensji pani Appleyard.
Zaczyna się od zachwycającego i tajemniczego obrazu:
we wnętrzu wydrążonej kuli
zajmującej cały horyzont sceny, w przymglonym świetle, rozproszonym projekcją lekko migocących plam i poświatą, unosi się bezwładne ciało dziewczyny. To Miranda (Michalina Łabacz), duchowa przewodniczka pensjonarek. Unosi się w powietrzu wbrew prawom fizyki, przykuwa uwagę.
Takich świetlistych obrazów jest więcej. Skała kusi swoim dziwnym pięknem, choć nie tyle tajemnica, ile okrucieństwo białego człowieka okaże się tematem spektaklu. To co w powieści Joan Lindsay (i w filmie Petera Weira) było tłem, nie zawsze postrzeganym, Lena Frankiewicz wydobywa na plan pierwszy.
Historię feralnego pikniku i jego następstw przedstawia za pośrednictwem potomka zwycięskich kolonizatorów Alberta Fitzhuberta (Oskar Hamerski). Powrót do przeszłości, uprzedza od razu Albert, to ryzykowna podróż, zwłaszcza że to, co minione, zmienia się w zależności od tego, kto i kiedy opowiada. Jak to właściwie było i do czego prowadziło, uwyraźnia mocny chóralny finał – poemat o gwałcie zadanej australijskiej ziemi i jej mieszkańcom.
To wszystko nie znaczy, że sceny rodzajowe reżyserka zaniedbała – sytuacje w salonie państwa Fitzhubertów (w których króluje Gabriela Muskała) czy też w gronie panien z pensji zimnej pani Appleyard (Ewa Wiśniewska) i uczuciowej Madmoiselle (Małgorzata Kożuchowska) mają siłę przyciągania, tak jak relacja o tajemniczym zniknięciu kilku panien i nauczycielki podczas pikniku. Najdotkliwiej jednak uderzają fragmenty przedstawienia, w których dochodzi do przemocy i prześladowań motywowanych wyższością moralną i kulturową – pani Fitzhubert zastanawia się czy Aborygeni są ludźmi, a czarnoskóra uczennica Sara (Ifi Ude na zmianę z Bonnie Sucharską) doznaje brutalnych upokorzeń.
Nie chodzi jedynie o rasowe niechęci, ale i uprzedmiotowienie kobiet w okowach patriarchalnego systemu. Te mocne akcenty (wraz z obszernym cytatem z zapisków Cooka o Aborygenach) każą dostrzec w adaptacji powieści Joan Lindsay mit założycielski Australii przez długie lata wydobywającej spod władztwa uprzedzeń.
Jak to więc jest z naszą cywilizacją: kwitnie czy umiera. Raj to czy raczej potop? A może stan graniczny? Dzień „zero”, kiedy doszliśmy do ściany.

PIKNIK POD WISZĄCĄ SKAŁĄ, nowa adaptacja sceniczna powieści Joan Lindsay, reż. Lena Frankiewicz, adaptacja sceniczna, dramaturgia Małgorzata Anna Maciejewska, scenografia, kostiumy, światło Katarzyna Borkowska, muz. Cezary Duchnowski, choreografia Marta Ziółek, projekcje wideo Natan Berkowicz, efekt kaskaderski Andrzej Słomiński, Teatr Narodowy, premiera 29 maja 2021.
RAJ. POTOP Thomasa Köcka, tłum. Jacek Kaduczak, reż. Grzegorz Jaremko, scenografia i kostiumy Natalia Mleczak, muz. Bartosz Dziadosz, światło i wideo Marek Kozakiewicz, choreografia Agnieszka Kryst, teatrgaleria Studio, premiera 29 maja 2021.

Mój Dziennik politycznie niepoprawny

20 listopada 2011
Obejrzałem kolejny odcinek serialu TVP „Czas honoru”. Trzymający w napięciu obraz ukazuje ponury czas hitlerowskiej okupacji poprzez wpisane weń losy grupy akowskiej młodzieży. Wykwit telewizyjnego kina zawiera kilka równoległych, splatających się z sobą wątków. Bohaterowie, uwikłani w charakterystyczne dla tamtego czasu pełne dramaturgii i tragizmu wydarzenia, odmalowują okupacyjną codzienność. Jej niszczący wizerunek był szczególnie dramatyczny i ostry w Warszawie – polskim centrum konspiracji antyhitlerowskiej. Osią całości jest zbrojna aktywność grupki młodych przyjaciół – wyszkolonych w Anglii bojowników akowskiego podziemia.
To interesujące, smutne, niełatwe do oglądania dzieło nosi w sobie pewną, zamierzoną przez twórców rysę, która – mym zdaniem – nadaje mu miejscami cechy agitki. Rażą mnie wpisane czytelnie w film tzw. antykomunistyczne intencje, które, mając nienajgorszą wiedzę, podzielam co najwyżej we fragmentach.
Serial jest swego rodzaju lekcją historii adresowaną głównie do młodzieży: ma nauczać, czym był i powinien być patriotyzm, a także kreować określony schemat historycznej świadomości w odniesieniu do wojennych oraz powojennych losów Polski i Polaków. Jest oczywistym, że ów schemat odbiega zasadniczo od tego, który obowiązywał na lekcjach historii w czasach mej młodości. Dzieło wydaje się być owocem twórczego wysiłku podniesionego w kontrze do politycznego przesłania większości filmowych obrazów wojny, realizowanych w czasach Polski Ludowej. W nurcie „polsko polskim” nie ustrzegł się, niestety, kiepskich wzorców, przynależnych tamtym czasom.
Hitlerowców oraz powiązane z Moskwą mniej liczne podziemie lewicowe – GL, AL. – twórcy filmu konfrontują z Armią Krajową – szerzej, z Polską – właściwie na paralelnym do niemieckich okupantów poziomie wrogości. Film okurza wojenną teorię „dwóch wrogów”: ideę, w oparciu o którą kształtowano myślenie pokolenia Armii Krajowej. W tym celu twórcy obrazu modelują ocierający się o okupacyjne realia świat postaci i wydarzeń. W wątku jak wyżej, serial jest naszkicowany czarno – białym sznytem, bez zawracania sobie głowy jakimikolwiek subtelnościami: młodzi akowcy, bohaterowie filmu, to malowani chłopcy o wysokiej kulturze osobistej i nienagannych manierach, zmotywowani do walki prawdziwi patrioci; ci lewicowi, mniej liczni, to, jakże oczywiste, wrogowie wolnej Polski. Są ukazani jako podstępne, sterowane przez Ruskich – „naszego odwiecznego wroga” – zdolne do każdej nikczemności indywidua. No i ta ich chamska powierzchowność, nie mówiąc kindersztubie. Słowem, nic dodać nic ująć.
Wątek wzmagania Armii Krajowej z lewicowym podziemiem (AL) nie jest wiodącym w całości serialu. W części okupacyjnej pojawia się epizodycznie, jednak trudno powiedzieć, aby był drugorzędnym. Cechuje go nieskrywana, intencyjna ostrość znamionująca zapowiedź wzmożenia tego klimatu w „powojennych” odsłonach filmu.
W łonie walczących ze wspólnym hitlerowskim wrogiem zantagonizowanych politycznie stron wojennego podziemia tlił się konflikt o podłożu fundamentalnym, skutkujący epizodycznie – o czym wiem – w przypadki obopólnie złe, bywało, że i nikczemne. Nie zamierzam tu wdawać się w merytoryczne rozważania na ten temat. To oddzielna sprawa. Mam swoją wiedzę i nie dam się wciągnąć w prostackie, czarno – białe sądy tego wewnątrz-polskiego dramatu, definiowania jego przyczyn oraz źródeł. W warunkach okupacji waśnił obie strony. W sposób dramatyczny i krwawy, niestety, antagonizował w pierwszych latach po wojnie. Film, przyznając całą rację wyłącznie jednej ze stron konfliktu, problem spłyca, obnaża klarowne intencje jego twórców. Jakkolwiek ukazuje niemałą część tamtej rzeczywistości, pozostawia ją wybiórczą i uciążliwie niepełną dla każdego, kogo wiedza o tamtych polskich powikłaniach wychyla się poza prawicowe schematy – dziś jedynie słuszne. Należy oczekiwać, że przyszłe, „powojenne” wątki filmu będą stanowić continuum takiej właśnie narracji: swego rodzaju robotę propagandową, której nie mogę i nie potrafię bezkrytycznie akceptować.
Warto zauważyć, że publiczny dyskurs o wojennej i powojennej historii Polski został współcześnie zdominowany poprzez przekaz przypominający wczesno-powojenną czarnobiałą obróbkę propagandową. Metodologia obliczona na niepogłębioną wiedzę, zwłaszcza ludzi młodych, skutecznie modeluje historyczną świadomość tej generacji, upychając ją w kostium nie zawsze mądrych schematów. Nie wszyscy dają się uwieść presji. Po wojnie rządzący popełniali zbrodnie. Do zbioru niesławnej pamięci niewątpliwie słusznie wpisano liczne nieprawości UB. Jest oczywistym, że okres stalinowski należy zaliczyć do ciemnych stron naszej historii. Nie wolno przy tym zapominać, że okrucieństwo, którym obarcza się wyłącznie aparat ówczesnej władzy, cechowało również wiele działań tzw. zbrojnego podziemia. Te, jakkolwiek pozostają szczegółowo i obficie udokumentowane, podlegają dziś marginalizowaniu, nie mówiąc o notorycznych próbach ich usprawiedliwiania. Chcę wyraźnie podkreślić, iż nie uważam, abym w związku z tym relatywizował, co jest powszechną przyganą przywoływaną w dyskusyjnym ferworze. Zbrodni żadnej ze stron nie usprawiedliwiają nawet najlepsze intencje, w tym motywowane rozbieżnymi poglądami na to, czym jest patriotyzm i jaką powinna być powojenna Polska. Mnogie przypadki nieludzkiego okrucieństwa podziemia podlegają dziś rutynowym przemilczeniom; co najwyżej zdawkowym kwitowaniem, iż wykonywano wyroki na .. „zdrajcach ojczyzny”. Ogromną liczbę zbrodni popełnionych przez „chłopców z lasu”, które dotknęły bogu ducha winnych ludzi spoza kręgu szeroko rozumianego aparatu władzy – cywilów, w tym kobiet i dzieci, usiłuje się przemilczać, względnie usprawiedliwiać patriotyczną okolicznością. Winni zawsze pozostają, a jakże, ”komuniści”. To nieobiektywne i głupie, przy tym zamulające rzeczywisty obraz tamtej odsłony naszej historii. Chcę wyraźnie podkreślić, że każdy prosty, czarno – biały opis i wartościowanie wydarzeń nie odpowiada wyczerpującej prawdzie, pozostaje zasadniczo uproszczeniem, finalnie nadużyciem. Zresztą, czy oddanie tzw. „pełnej prawdy” o naszych wewnątrz-polskich wirażach i zakrętach jest możliwym, a ich sprawiedliwy osąd wykonalny ?!
Sięgnę tutaj do drobnej, jednej z mnogich skąd inąd trafnie niepochlebnych dla powojennej władzy uwag z obszernej monografii o powstaniu warszawskim, piszącego poniekąd pod polskie gusta historyczne Normana Davisa, pt. „Powstanie 44”. Autor, puentując swe rozważania o wydarzeniu, trafnie podkreśla jedną z wielu właściwości rządzących po wojnie Polską, cyt.: „Historia i manipulowanie historią zawsze stanowiły przedmiot żywej troski komunistycznych rządów”. Davis nie zauważa – co w przypadku nie tylko tego autora nie zaskakuje – że owa manipulacja rozwija się i kwitnie nadal, czerpiąc z podobnych mechanizmów, jako swoisty odpad demokracji w odmienionej po 1989 roku Polsce, a więc w czasie, kiedy autor pisze swą skąd inąd dobrą, chociaż niezbyt odkrywczą merytorycznie zdaniem wielu książkę. Mam świadomość różnic pomiędzy tamtą i obecną „polityką historyczną” wdrażaną w jakże odmiennych warunkach historii. Wnikliwy naukowiec winien wszak zauważyć, że obraz Polski Ludowej podlega we współczesnym, oficjalnym (państwowym) przekazie również zmanipulowaniu, czynionym, jak po wojnie, z urzędu. Np. odmawia się powojennej Polsce oraz zaangażowanych w jej istnienie i rozwój ludziom zasług jakichkolwiek: prawa do życiowej satysfakcji, którą zawłaszcza się i rezerwuje po wszech czasy dla różnej maści antykomunistów. Czyni się karkołomne wysiłki, aby ten fragment historii resetować z pamięci Polaków, malując wyłącznie jako wcielenie zła i nieprawości. Mamy więc osobliwą czarną dziurę w dziejach Polski. Nic się dobrego w tym czasie nie wydarzyło ?! Nurtowi wtórują usłużne media, konserwując „inteligencką” manierę politycznej poprawności. Niewielu z medialnych celebrytów próbuje polemizować z tego rodzaju optyką. Na szczęście pozostaje całkiem spory „margines” ludzi rozsądnych – pamiętających inaczej, lub przynajmniej nieco inaczej, dziś odsuniętych od kamer i mikrofonów. Mam nadzieję – oby nie naiwnie – że z czasem, kiedy wystygną nieracjonalne emocje zarządzające wspieranym przez państwo dychotomicznym wartościowaniom naszej najnowszych dziejów, przyjdzie pora na rozwagę i obiektywizm. Ale, czy na pewno przyjdzie ? Póki co, nic na to nie wskazuje.

Kroniki Kosowskie

Co robi prawdziwy dziennikarz , kiedy niespodziewanie trafia do rozgrzanego kotła?
 Pisze, pisze, pisze.

Jacek Gallant trafił do Kosowa przez przypadek. Nie był to już bałkański kocioł piekielny, choć echa niedawnej wojny były tam wszechobecne. Trafił na czasy wychodzenia z wojennej traumy. Kruchego pokojowego czyśćca. I zaczął je opisywać.
Tak powstała oryginalna kronika Kosowa. Kiedy już przestało być zbuntowaną serbską prowincją, ale jeszcze nie zostało faktycznym, niepodległym państwem. Kronika powstawała latami. Od pierwszych wrażeń przybysza. Opisów miejscowej rzeczywistości , zwłaszcza zaskakującego, czasem niezrozumiałego dla „zachodniego Europejczyka” bałkańskiego chaosu. Kończy się eksperckimi wyjaśnienia i analizami rozjaśniającymi tym „zachodnim Europejczykom” ów chaos. Ten bałkańskich porządek.
A w międzyczasie mamy też dokładny, żmudny opis zmieniającej się w tym regionie polityki. Czasem zaskakująco, niczym jazda kolejką górską.
Dlatego książka Jacka Gallanta jest niezbędnikiem dla każdego miłośnika Bałkanów. Magazynem wiedzy o tym, niezwykłym regionie.
Zwłaszcza, że autor traktuje swoje już Kosowo jako bazę do licznych bałkańskich podróży. Serbii, Macedonii Północnej, Chorwacji i Czarnogóry. I stamtąd też patrzy na kosowski kocioł.
O wojnie i szorstkim pokoju w Kosowie napisano w „zachodniej Europie” wiele dziennikarskich relacji. Kilka książek. Zwykle z albańskiego lub serbskiego punktu widzenia. Przez okulary Belgradu lub Tirany. Waszyngtonu lub Moskwy.
Jacek Gallant po raz pierwszy u nas pisze z perspektywy Kosowa. Prisztiny i Mitrowicy. Rejestruje ambicje Kosowian. Zwłaszcza tych, którzy nie chcą być częścią postulowanych  w regionie „wielkich” Albanii, Serbii, Macedonii.  
Chcą być Kosowem i szukają swego pomysłu jak w takiej formie przeżyć w tym bałkańskim kotle. Regionie, gdzie czasy brutalnych, rujnujących wojen i cywilizacyjnych sukcesów czasów pokoju stale przeplatają się.  
Czy dla Kosowo i jego sąsiadów nadchodzi teraz ten dobry czas odbudowy?
Czy możliwe jest pojednanie serbsko- kosowskie ?
Bez lektury kronik Jacka Gallanta nie rozstrzygniemy tych dylematów.

Autor – redaktor naczelny „Trybuny „a także poseł na Sejm RP i jego reprezentant w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Członek sejmowej parlamentarnej grupy polsko – jugosłowiańskiej, grupy macedońskiej i chorwackiej. Obserwator wyborów w Serbii, Kosowie i Macedonii w delegacjach ZG Rady Europy.

Szopska i burek na przystawkę, czyli zamiast wstępu

Gdy w styczniu 2013 roku dowiedziałem się, że za kilka tygodni razem z żoną wyjadę do Kosowa, nie spodziewałem się, że podróż ta przerodzi się w prawie sześcioletni pobyt na Bałkanach.

Stał się on kanwą do napisania wielu tekstów o tym, co działo się w tym najmłodszym państwie Europy, mierzącym się z wieloma trudnościami, spowodowanymi trudną historią i wciąż nierozwiązanymi problemami wynikającymi z zakończonego przed kilku laty konfliktu. Trafiliśmy do „bałkańskiego kotła”, który wciąż buzował, podnosząc temperaturę różnych wydarzeń politycznych, gospodarczych i społecznych nie tylko w tej części Europy.
Do Prisztiny dotarliśmy samochodem w przeddzień 5 – tej rocznicy ogłoszenia niepodległości przez Kosowo, która przypada na 17 lutego. Był to kraj wówczas dla nas nieznany i trudny do zrozumienia. Na ulicy spotkaliśmy tłumy ludzi, którzy nie zważając na zimowy chłód, świętowali niepodległość, manifestując radość z życia w wolnym kraju. I tylko znajdujące się wzdłuż dróg tablice po angielsku, albańsku i serbsku informowały, że wciąż stacjonują tu międzynarodowe siły pokojowe, w skład których wchodzą wojskowi, policjanci, gdzie działa misja Unii Europejskiej z udziałem sędziów, prokuratorów, celników i ekspertów różnych specjalizacji niezbędnych do przywrócenia normalnego funkcjonowania w tym kraju. To wszystko ciekawiło i zobowiązywało do dokumentowania faktów.
Materiał dziennikarski zdobywałem w codziennych rozmowach z Kosowianami, zarówno albańskimi i serbskimi mieszkańcami Kosowa, jak też z pracownikami organizacji międzynarodowych zaangażowanymi w pracę na rzecz Kosowa. Wielu z nich, jak hiszpański celnik, uświadomili mi, jak dużym wyzwaniem jest walka z przestępczością zorganizowaną, handlem ludźmi, z wszechogarniającą korupcją, narkotykami. O tym, jak niebezpiecznie wówczas było na granicach Kosowa, niech świadczy fakt, że jeden z celników litewskich zginął na posterunku, gdy grupa przestępców rozgrywała swoje interesy. Sędziowie i prokuratorzy bez przerwy poddawani byli presji, gdy rozstrzygali sprawy o przestępstwa, o które oskarżano najbardziej wpływowych kosowskich polityków. Były to sprawy o zbrodnie wojenne, do których doszło podczas zakończonego niedawno konfliktu, handel ludzkimi organami, wielomilionową korupcję czy gigantyczne oszustwa. Praca w Kosowie była bardzo interesująca i pochłaniająca o wiele bardziej niż praca akredytowanego przed kilkunasty laty w Finlandii korespondenta „Sztandaru Młodych”. Teksty z Bałkanów publikowałem najpierw w „Kurierze Lubelskim”, a potem w „Trybunie”
„Bałkański kocioł” to określenie, które na trwałe przylgnęło do tej części Europy, która obejmuje Słowenię, Chorwację, Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Kosowo, Macedonię Północną, Albanię, Grecję, Turcję i Bułgarię. Kiedy coś wydarzy się w jednym miejscu, zabulgocze i często znajdzie swoje odbicie w innym. Wielowiekowe konflikty, nabrzmiałe problemy i antagonizmy są na Bałkanach wciąż żywe. I w zależności od tego, gdzie się znajdujemy, zawsze – nawet dziś – usłyszymy o nierozwiązanej sprawie, problemie, który dotyczy jednego lub kilku z tych krajów. Spory pomiędzy krajami powstałymi po rozpadzie Jugosławii to niemal chleb powszedni życia politycznego na Bałkanach. Oczywiście najbardziej znany jest nierozwiązany do dziś spór Serbii z Kosowem. Pomimo zaangażowania w jego rozwikłanie społeczności niemal z całego świata (ONZ, NATO, UE, OBWE i inne organizacje) trudno jest przewidzieć, kiedy nastąpi jego finał, oby szczęśliwy. Nie pomaga temu fakt, że pięć krajów Unii Europejskiej (Cypr, Grecja, Hiszpania, Rumunia i Słowacja), jak też niemal połowa państw członkowskich ONZ nie uznają do dziś niepodległości Kosowa i traktują je nadal jako autonomiczną część Serbii.
I mimo tego wciąż gotującego się kotła całej tej historii sympatycznej pikanterii dodaje fakt, że Bałkany to kraje w dużej części zamieszkałe przez Słowian Południowych. Niemal każdy Europejczyk, a Polacy zwłaszcza, czują się tutaj dobrze. Dla nas bliskość języków słowiańskich powoduje, że można się tu bez trudu porozumieć, stąd wiele osób wybiera Bałkany jako cel swoich letnich wojaży. I jest to dobry wybór, bo bałkański kocioł jest życzliwy dla wszystkich turystów. Uroki Adriatyku, Morza Czarnego, Jońskiego i Egejskiego czy też macedońsko-albańskiego jeziora Ochrydzkiego to bezdyskusyjnie turystyczny magnes. Inne walory Bałkanów jak Góry Dynarskie, parki narodowe i kuchnia dopełniają tę listę. Zwłaszcza dwie potrawy dominują na Bałkanach: sałatka szopska i burek. Szopska to świeże pomidory, papryka, ogórek i cebula obsypane słonym owczym serem z dodatkiem oliwy. Burek z kolei to – rodzaj placka z ciasta filo wypełnionego nadzieniem z mięsa mielonego, białego sera lub szpinakiem, a jego nazwa pochodzi od tureckiego czasownika bur-, który znaczy zawijać, zakręcać. A do tego wino. Mam nadzieję, że każdy z miłośników kotła próbował tych smaków, a teksty zawarte w tej książce oraz ilustrujące je zdjęcia będą tylko ich rozwinięciem.
Verba volant, scripta manent – słowa ulatują, pismo pozostaje, jak mówi łacińska paremia. Stąd postanowiłem zebrać co ciekawsze teksty i wydać je w formie książkowej, zwłaszcza, że byt gazet w dzisiejszych czasach uzależniony jest od tak wielu czynników, że trudno z czasem odnaleźć informacje o minionych zdarzeniach. W dodatku aparat fotograficzny był moim nieodłącznym kompanem, stąd niektóre teksty są ilustrowane wybranymi fotografiami, stanowiącymi zapis czasu minionego. A czy są warte pamięci – to pozostawiam ocenie czytającym.

Pamięć i wdzięczność im się należy

Ci co rządzą, nie mają wstydu za grosz, posługują się przemocą. Obserwuję tę rzeczywistość uważnie i dochodzę do wniosku, że takiego kłamstwa jak teraz nigdy jeszcze nie było. Oni uważają, że jeśli wygrali wybory to ich to upoważnia do wszelkich łajdactw i kłamstw. To jest mentalność trudna do wyobrażenia w cywilizowanym świecie – z Andrzejem Bychowskim, emerytowanym satyrykiem, aktorem i parodystą rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Panie Andrzeju, mieliśmy maj, niedawno, 8 i 9 maja minęła kolejna, 76 rocznica zakończenia II wojny światowej i domyślam się, że jak ma to Pan w zwyczaju, nie zapomniał Pan o żołnierzach radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w czasie ich wyzwalania…
Oczywiście, że nie zapomniałem, a ponure zdarzenie z końca 2019 roku, kiedy to brutalnie zniszczono cokół pomnika generała Zygmunta Berlinga, który wspólnie z nimi wyzwalał Warszawę, a którego pomnik stał przez dziesięciolecia nieopodal przyczółku czerniakowskiego, jeszcze bardziej umocnił mnie w postanowieniu corocznego, choćby nawet w pojedynkę, honorowania pamięci poległych żołnierzy radzieckich,w tym także poległych w walkach o Warszawę. Skądinąd, swego czasu zrobiłem to wspólnie z delegacją Lewicy, pod zniszczonym już pomnikiem. Dlatego co roku w maju składam kwiaty i zapalam znicze na ich grobach na cmentarzu przy Alei Żwirki i Wigury. Ale o miejscu, w którym stał ten barbarzyńsko zniszczony pomnik też pamiętam, choć właściwie nie ma już po nim śladu, bo najpierw zniszczono figurę, a później nawet cokół, którym na miarę skromnych możliwości się opiekowałem. Do tego te barbarzyńskie czyny, dokonane z naruszeniem prawa, pozostały bezkarne, mimo że powiadomiona o tym fakcie policja miała także dostęp do personaliów sprawców. Nie uczyniła nic, żeby im się dobrać do skóry. Wolała działać na rozkaz PiS, pałując i przetrzymując w komisariatach kobiety walczące na ulicach o swoje prawa. Nie mam słów na potępienie tego wszystkiego. A jednocześnie postawiono nie wiadomo ile pomników Jana Pawła II czy Kaczyńskiego. Tu w ogóle nie ma mowy o jakiejkolwiek historii, to jest czysta, kłamliwa propaganda. Ci co rządzą, nie mają wstydu za grosz, posługują się przemocą. Obserwuję tę rzeczywistość uważnie i dochodzę do wniosku, że takiego kłamstwa jak teraz nigdy jeszcze nie było. Oni uważają, że jeśli wygrali wybory to ich to upoważnia do wszelkich łajdactw i kłamstw. To jest mentalność trudna do wyobrażenia w cywilizowanym świecie. Normalnie to jest tak, że politycy u władzy kłamią ze świadomością, że robią coś niewłaściwego. Oni inaczej – oni uważają, że wygrane wybory upoważniają ich do wszystkiego i wszystko uzasadniają. Reprezentują mentalność trudną do wyobrażenia przez normalnego człowieka. To jest jakiś nawrót barbarzyństwa rodem jakby z najdawniejszych czasów, jakichś praktyk jakby rodem z ponurych baśni. Przyznam, że mimo upływu czau nie mogę oswoić się z ta rzeczywistością. Do tego ten kler, chciwy, chroniący pedofilów w sutannach, a jednocześnie bezwstydnie pouczający innych moralnie, który karmiony jest przez PiS pieniędzmi z naszych podatków. Normalnemu człowiekowi trudno się z tym wszystkim pogodzić, bo to się mieąci raczej w wyobraźni kabareciarza niż w normalnej przestrzeni życia. Szczęśliwie byłem człowiekiem estrady i kabaretu, więc jestem z tym jakoś oswojony. Ale w najśmielszych snach trudno mi było wyobrazić sobie, że to, co ja i moi koledzy wymyślamy dla potrzeby estrady, stanie się rzeczywistością.
Nie obawia się Pan posądzenia o bycie gloryfikatorem wojska systemu stalinowskiego?
A jeśli nawet ktoś by mnie oskarżył, to czy to zwalnia mnie z obowiązku okazania wdzięczności za to co widziałem, jako siedmioletni dzieciak, późnym latem 1944 roku i w 1945 roku? Przecież te setki młodych żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na ziemiach polskich w latach 1944-1945 roku, to nie byli stalinowscy aparatczycy. Gdyby nie nadejście Armii Czerwonej, hitlerowscy bandyci z Wehrmachtu i SS wybiliby, choćby warszawiaków, do nogi. Rozważanie takich czy innych przewin Związku Radzieckiego wobec Polski jest bezprzedmiotowe w obliczu faktu, że to ostatecznie ten kraj zapobiegł ostatecznej eksterminacji Polaków w Generalnej Guberni. Po Żydach przyszłaby kolej na Polaków, ale wielu z nich, w tym rząd PiS, nie chcą tego uwzględnić nawet w swoim antyniemieckim zacietrzewieniu, bo ich zacietrzewienie, zaślepienie antyradzieckie jest nie mniejsze. Poza tym trzeba pamiętać, że Stalin jaki był taki był, aniołem na pewno nie był, ale przysporzył Polsce Ziem Zachodnich i Północnych, o których bez niego nawet nie moglibyśmy sobie w granicach Polski wyobrazić i jeździlibyśmy nad Bałtyk za granicę. Uwolnił nas natomiast od ziem wschodnich, które byłyby do dziś dla Polski obciążającym przekleństwem, miejscem dramatycznego, zapewne krwawego konfliktu narodowościowego. Te Kresy za którymi tak tęskniła część pokolenia moich rodziców, byłyby dziś dla Polski źródłem niewyobrażalnej tragedii i być może kolejnej wojny domowej. Jako przywódca ZSRR ofiarował nam też liczne dobra niezbędne do odbudowania Warszawy i kraju po wojnie, w tym Pałac Kultury i Nauki, który do dziś służy polskiej kulturze. Historia nigdy nie jest czarno-biała, więc i to trzeba docenić. Także w PRL było wiele rzeczy dobrych, nie wszystko oczywiście, ale został zohydzony ponad miarę. Nie można oceniać rzeczywistości w oderwaniu od kontekstu w którym się ona dokonuje.
Przeciwnicy honorowania pamięci żołnierzy radzieckich w Polsce powołują się na przykłady rabunków i gwałtów przez nich dokonywane…
Wojna rodzi takie zachowania zawsze, w każdej epoce i pod każdą szerokością geograficzną, tego typu ekscesy zdarzają się w każdej armii, polskiej i amerykańskiej nie wyłączając. Każda wojna ma swoje ponure prawa. W czasie okupacji mieszkałem w domu z ogrodem przy ulicy Dąbrowieckiej na Saskiej Kępie. Pamiętam, że gdy już po upadku powstania stacjonowali w naszym ogrodzie żołnierze radzieccy, jeden z nich zgwałcił miejscową dziewczynę, co widziałem do pewnego stopnia na własne oczy, został następnego dnia postawiony za ten czyn przed sądem polowym i rozstrzelany. Nie jest więc prawdą, że dowództwo radzieckie zachęcało do gwałtów czy rabunków, ale takimi drastycznymi metodami starało się je hamować. Pamiętam taka sytuacje, już okresu po wyzwoleniu, kiedy jakiś oficer radziecki stacjonujący u nas, zabrał mnie, chłopaczka, ze sobą w jakąś podróż służbową podczas której ostrzelali nas „bandyci wyklęci”. Tak przywitali swoich wyzwolicieli. Pamiętam jak kule świstały po samochodzie i krzyk kierowcy, „Andriej, kryj się!”.
Wracając do pamięci historycznej, szykują się kolejne akty barbarzyństwa, na przykład planowane jest usuwanie grobów komunistów z cmentarza komunalnego na Powązkach, w tym grobów Bolesława Bieruta czy Juliana Marchlewskiego. Zapowiedział to funkcjonariusz pisowskiej telewizji partyjne, dawnej TVP, Tadeusz Płużański. Co Pan na to?
Temu barbarzyństwu nie ma końca. To hańba, bo groby to pamięć historyczna, o którą pisowcy tak bardzo gardłują, ale interesuje ich tylko „ich prawda historyczna”, bardzo zniekształcona, taka którą pisze na ich zamówienie IPN, kosztowna i szkodliwa instytucja, która powinna zostać zlikwidowana. Potępiają komunistów, wśród których było wielu szlachetnych ludzi, a czczą jakichś pożal się Boże, „żołnierzy wyklętych”, których oddziały przesycone były bandytami, rabusiami i gwałcicielami, mordercami ludzi o lewicowych poglądach. Dziś pisowska władza zrobiła z nich głównych bohaterów narodowych, tak jakby innych nie było. Już nawet okupacyjna Armia Krajowa jest dla nich nieistotna, tylko ci „wyklęci”. W ogóle nie ma innych bohaterów narodowych, zniknęli wybitni ludzie Odrodzenia, Oświecenia, Pozytywizmu, na których pamięci wychowałem się ja i moje pokolenie w czasach szkolnych. Dlatego ja, póki będę mógł, będę dawał wyraz pamięci i szacunku tym, którym się to od nas należy.
Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Bychowski (ur. 1937 w Mińsku Mazowieckim) – dzieciństwo i młodość spędził w Bydgoszczy. Ukończył tamtejsze Liceum Kulturalno-Oświatowe. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie jako eksternista (1962). Karierę zawodową zaczynał w Estradzie Bydgoskiej i tamtejszej rozgłośni Polskiego Radia. Na antenie ogólnopolskiej zadebiutował w popularnym programie radiowym „Podwieczorek przy mikrofonie”. Od 1962 występował w warszawskim Teatrze Syrena, u boku m.in. Adolfa Dymszy i „Lopka Krukowskiego”. Występował z sukcesami na festiwalach piosenki polskiej w Opolu (1964 – nagroda publiczności). W 1965 wystąpił na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie. W latach 1957-1959 aktor-śpiewak Teatrów Dolnośląskich (Jelenia Góra-Wałbrzych). W latach 1965-1966 koncertował z zespołem Niebiesko-Czarni. Przez wiele lat odbywał podróże artystyczne do USA. Największą sławę zdobył jako wspaniały, bardzo muzykalny parodysta m.in. polskich i obcych piosenkarzy i … piosenkarek, głównie francuskich i włoskich. Przez wiele lat był najwybitniejszym polskim parodystą obok Bolesława Gromnickiego.