Małgosia – lepsze oblicze polityki

Małgorzata Sekuła- Szmajdzińska będzie na trzecim miejscu listy Koalicji Europejskiej na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie w majowych wyborach do Europarlamentu. Małgosia była w przeszłości radną Warszawy i posłem VII kadencji Sejmu z Dolnego Śląska.

W tygodniku „Polityka” ówcześni posłowie wybrali 13 najlepszych, równorzędnych posłów tamtej kadencji. Wśród tych „primus inter pares” była posłanka Małgorzata. „Trudno zliczyć komisje i podkomisje, w których zajmowała się sprawami prawnymi, jej wystąpienia na forum komisji i na obradach plenarnych”. „Niezwykle ceniona za wiedzę i upór w dążeniu do celu, ale także zdolności do kompromisu. Posłowie i dziennikarze często uzasadniali jej kandydaturę tak: „Szkoda, że tak mało występuje publicznie, że nie jest zapraszana do telewizyjnych i radiowych debat, w których mogłaby pokazać to dobre oblicze polskiej polityki”. Nigdy nie wykorzystuje swojej pozycji „smoleńskiej wdowy…”
Małgorzata nie była zapraszana, bo nie gardłowała, nie wykłócała się, nie brała udziału w pyskówkach, a właśnie tacy, głośni, nie do końca wiedzący o co chodzi, brylują dzisiaj w mediach. Takie czasy nastały w polityce.
Małgosia może, choć w małej cząstce, te fatalne praktyki zmienić. Dlatego ona dla dolnośląskiej lewicy będzie numerem jeden na liście Koalicji Obywatelskiej w naszym regionie.

Od Wertera do Muchomorka

Minął już półmetek 39 Warszawskich Spotkań Teatralnych – wyjątkowo obfitych w spektakle, którym towarzyszy równolegle drugi, bardzo atrakcyjny przegląd Grotowski Fest.

Jest więc w czym wybierać, ale dużo wcale nie zawsze znaczy, że dobrze. Chyba jednak za dużo – mam na myśli WST, które powstały swego czasu z myślą o prezentacji w stolicy najlepszych spektakli sezonu z całego kraju. Różnie z tym bywało, ale rzadko zapraszano do Warszawy aż tyle (tym razem dwanaście w głównym nurcie) przedstawień. Wygląda na to, że Dorocie Buchwald, kuratorce WST chodziło raczej o pokazanie różnorodności poszukiwań niż o najlepsze produkcje, co przecież zawsze jest przedmiotem naturalnego sporu.
Na razie jednak teatr minionego sezonu w lustrze warszawskiego przeglądu przedstawia się dość średnio. Pojawiło się sporo niewypałów, spektakli niewykończonych albo warsztatowo puszczonych. Może ten wizerunek poprawi część druga, bo jak do tej pory można było z satysfakcją oglądać aktorski spektakl z Kalisza („7 minut”) i mistrzowski popis z łódzkiego Jaracza („Otchłań”) oraz sympatyczny, kipiący radosną młodością spektakl z Opola („Czeski dyplom”). Potwierdza to niezbyt oryginalną tezę, że o powodzeniu spektaklu decydują przede wszystkim aktorzy.
Zaczęło się nie najlepiej,
bo od „Instytutu Goethego”, zabawą inspirowaną „Cierpieniami młodego Wertera” (Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu), która okazała się wątpliwa, przyciężka i nudna. W pamięci z tego spektaklu pozostanie niewiele, a wielokrotnie miotanie na scenę i kopanie egzemplarzy książki (chyba Goethego) budzi raczej zażenowanie niż uśmiech. Publiczność (niemal w całości) odebrała spektakl w martwej ciszy, czego – jak na utwór o intencjach prześmiewczych – nie zaliczałbym do sukcesów. Trudno też wskazać na jakieś osiągnięcia aktorskie, zwłaszcza w partiach wokalnych.
Może nie mam szczęścia, ale oglądam kolejny spektakl Cezarego Tomaszewskiego, który rozczarowuje – co chwila się rozkleja, nie ma rytmu, gubi intencje. Owszem, werteryzm to jest na pewno temat, ale opracowany został banalnie i po wierzchu, nie budząc ani głębszych refleksji, ani nie poruszając emocji, choć na pozór to coś w rodzaju thrillera.
Zwiodły nadzieje także dwa spektakle przywiezione z Teatru Nowego w Poznaniu, „Beniowski. ballada bez bohatera” i „Holoubek, syn Picassa”.
Zapowiadany jako nowe słowo w czytaniu Słowackiego na scenie „Beniowski. ballada bez bohatera”, czyli
romantyzm na rockowo
poprzestał na zapowiedzi. Prawdopodobnie to spektakl dla młodzieży, a więc nie dla mnie. Chociaż na widowni Sceny na Woli młodzieży było tyle co na lekarstwo. Próba muzycznej reanimacji tekstu Słowackiego okazała się jednak z innego powodu chybiona. Gdyby nie finałowa energetyczna pieśń o kurhanach (muzyka Karol Nepelski), śpiewana z prawdziwym wigorem, wpadająca w ucho, spotkanie z pięcioma aktorkami i trzema muzykami grającymi na żywo, nie zostawiłoby wiele w pamięci. Przede wszystkim dlatego, że śpiewające aktorki przekrzykiwały się nawzajem jak w zawodach, kto głośniej, i skutecznie się zagłuszały – tak więc siłą rzeczy poezja Słowackiego grzęzła w niebycie.
Nie pomagały też partie mówione, pozbawione finezji właściwej temu aż kipiącego ironią poematu, który w tym płaskim wykonaniu przypominał deskę do prasowania.
Kto pamięta „Beniowskiego” Adama Hanuszkiewicza, ten wie, o czym mówię. Przytaczam więc fragment recenzji z tamtego spektaklu (1971), którą Wojciech Natanson opublikował w „Stolicy”: „Hanuszkiewicz nie o teatrze re­cytacji myślał, inscenizując „Beniowskiego”. Jego spektakl jest pełen scenicznego ruchu, dialogów, obrazów, dźwięku i kolorów. Okazało się raz jeszcze, że Sło­wacki był, jest i będzie jednym z najświetniejszych polskich komediopisarzy. Jego repliki mają blask niezwykły, efekty są cel­ne, postacie stają się wymarzo­nym materiałem dla aktorów, strofy przeobrażają się natural­nie w sceniczne sytuacje, charak­terystyki i autocharakterystyki wprowadzają od razu w bieg zda­rzeń. Nie tylko oktawa i sekstyna są na zawołanie; także i muzy tea­tru. Wszystkie w komplecie!”. Krótko mówiąc, to rejestr tego wszystkiego, czego nie uświadczymy w spektaklu w reżyserii Małgorzaty Warsickiej.
Zawiódł również drugi spektakl z Nowego, „Holoubek, syn Picassa” Andreasa Pilgrima / Sebastiana Majewskiego (reż. Julia Szmyt). Pomysł, aby przedstawić
łagodne rozstanie z widmami
realnego socjalizmu (bo jednak nie komunizmu, jak się usiłuje wbijać do głów), był przedni – zamiast wielkich sporów i patetycznych gestów, autor proponuje zabawę, sięgając po mity uosobione w kreskówkach tamtych lat. Głównymi bohaterami czyni Żwirka i Muchomorka, z wdziękiem zagranych przez Zbigniewa Grochala i Andrzeja Lajborka, i kilka jeszcze innych popularnych ikon kreskówek epoki minionej, a do tego na dokładkę Gołąbka Pokoju (autorstwa Picassa), w którego wciela się z ujmującą naiwnością Przemysław Chojęta. Ponieważ Żwirek wywodzi się z Czech w tytule znalazł się gołąbek po czesku, czyli Holoubek. Taki żarcik.
Gorzej jednak z wykonaniem świetnego zamysłu. Dobrych żartów tu jednak niewiele, autorowi zabrakło weny, a reżyserce wyobraźni, aby rzecz uczynić naprawdę lekką i zabawną, co nie znaczy pustą. Powstała raczej przyciężka rozprawka z pretensjami do humoru. Pewnie swoje dołożyła debiutująca reżyserka, która poprowadziła spektakl ciężką ręką – w szczególności fatalnie wypadli samozwańczy strażnicy poprawnej kreskówkowej przeszłości, niejaka Szapoklak, dama z pilotem na wózku inwalidzkim (Małgorzata Łodej-Stachowiak wykonująca wrzaskliwe popisy) i jej starszy asystent popychający wózek (Michał Grudziński, który gra tak, jakby zapomniał, jakim jest świetnym aktorem). Tak więc zabawa się rozsypuje. I flaczeje, jak nadmuchiwany domek, w którym kryją się buntownicze postaci z kreskówek, wybierające wolność.
Czeskie wycieczki
znalazły jednak spełnienie w spektaklu przywiezionym z Opola. „Český díplom” inspirowany reportażami Mariusz Szczygła to pełen wigoru, słodko-gorzki spektakl Piotra Ratajczaka. Najpierw był naprawdę dyplomem studentów Wydziału Lalkarskiego wrocławskiej PWST. Tak udanym, że dyrekcja Teatru w Opolu zaprosiła spektakl do siebie. Teraz ma za sobą kolejny sprawdzian – świetne przyjęcie przez publiczność WST, która doceniła mieszankę czeskiego humoru (czasem wisielczego) z poważną porcją rozliczeń z czechosłowackim zaszłościami. A przy okazji opakowana w rozterki i obawy towarzyszące debiutującym aktorom – mamy okazje obserwować zabawne sekwencje na początku i końcu spektaklu, czyli reportaż na żywo z zascenia, emitowany na ekranie.
Ratajczak sprawił, że wiele w tym spektaklu, mimo trudnych tematów, energii i dowcipu – jak choćby w brawurowej sekwencji o „walce z terroryzmem”, która objawia się w publicznym striptizie, który ma doprowadzić bojowników islamskich do obowiązkowego samobójstwa.
Nie brak też uszczypliwych odniesień i paralel do polskiej rzeczywistości. Nie byłby Ratajczak sobą, gdyby nie zatrzymał się nad budzącym refleksję porównaniem katolickich obsesji Polaków i wyzwolonych postaw Czechów, wolnych od nadzoru episkopatu. Pokazane to zostało z dystansem, co nie znaczy, że zlekceważone. Metoda, którą posłużył się reżyser, polega wydobyciu ze szczegółów wniosków ogólniejszych, które jednak pozostawia widzom.
Młodzi aktorzy spełniają się w tym spektaklu wspaniale. Właściwie wszyscy, choć widać już liderów, którym można wróżyć dobrą aktorską przyszłość.
I na koniec
zachwycająca „Otchłań”
Jennifer Hale w reżyserii, scenografii i opracowaniu muzycznym Mariusza Grzegorzka. Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi jak zwykle nie zawodzi – perfekcyjne aktorstwo, przemyślany scenariusz i bogata warstwa wizualno-muzyczna (włącznie z wysmakowanymi kostiumami i lodowym tortem jak z krainy Królowej Śniegu) tworzą prawdziwe widowisko. To zasługa aktorów i Grzegorzka, który przeciętnej sztuce (thrillerze sf) Jennifer Halley nadał niepokojący kształt, mieniący się pulsującymi obrazami. Ich obecność na długim, na całą szerokość sceny, wąskim pasmem horyzontu budowała klimaty poszczególnych scen. Rozgrywały się one w tytułowej Otchłani, czyli następnej wersji Internetu, która zastąpiła świat naturalny, sygnowanej zimnymi, geometrycznymi schematami i równie zimnym, anonimowym umeblowaniem, oraz w Zaciszu, czyli przestrzeni wirtualnej utworzonej przez Papę (Andrzej Wichrowski), w której każdy po zalogowaniu za pośrednictwem swojego awataru może przenieść się w wirtualną wersję nieistniejącego już świata wiktoriańskiej ułudy (meble i kolorystyka z epoki), a nawet na łono niezdewastowanej jeszcze natury.
Rzecz w tym, że klienci (a więc to także, a może przede wszystkim biznes!) nie tylko pławią się wśród obrazów dawnych czasów, ale oddają się ryzykownym fantazjom o pedofilskiej orientacji – tu można z lolitkami robić co się zechce, także bezkarnie je mordować, bo wszystko rozgrywa się na niby. Klientami, a więc także ich awatarami mogą być tylko dorośli. Okaże się więc, że pod postacią lolitki (przebojowa Paulina Walendziak) kryje się wybitny nauczyciel fizyki (Krzysztof Zawadzki ze Starego Teatru, gościnnie w Jaraczu), a pod awatarem klienta Zacisza (Marek Nędza), detektyw Morris (Agnieszka Skrzypczak), prowadząca śledztwo przeciw Papie. Sprawa się skomplikuje, zwłaszcza gdy potwierdzi się teza pani detektyw, że nie można bezkarnie buszować w Zaciszu. Jego uwodzicielska siła dokonuje spustoszeń w psychice klientów.
Mariusz Grzegorzek skroił trzymający w napięciu spektakl, ze wpisaną weń przestrogą przed ucieczką w światy fantazji. I choć samo przesłanie nie jest odkrywcze, to spektakl dzięki inscenizacji i aktorom przykuwa uwagę.
Tyle na półmetku. Co wydarzy się podczas drugiej części WST, zobaczymy.

Księga Wyjścia (8)

Ballada o kolorach

Czerwone światło w łazience? Zdziwiłem się, gdy wszedłem do toalety w punkcie terapii substytucyjnej, czyli w miejscu, gdzie odbieram swój Suboxon i gdzie wydają Metadon. Zacząłem się zastanawiać, o co chodzi, uruchamiając jednocześnie wyobraźnię. Chcieli zrobić nastrój gdyby nagle ktoś poczuł niepohamowaną żądzę na szybki numerek? Nie dawało mi to spokoju i próbowałem podpytać ludzi stojących przede mną w kolejce, jednak każdy, kto odebrał swoją porcję Metadonu, pędził szybko ku wyjściu nie słysząc nawet pytania, ewentualnie machając w pośpiechu ręką, co miało oznaczać, że nieważne, albo nie mam teraz czasu. Dopiero ktoś stojący za mną wyjaśnił mi przyczynę tego zjawiska.
Wcześniej, gdy były zwykłe żarówki, zaraz po odebraniu Metadonu niektórzy narkomani pędzili do łazienki, żeby – zamiast wypić – przygrzać ten syrop w żyłę. Zwiększa efekt i potęguje doznania, których nie mają już po wypiciu. Oczywiście, jest to niezgodne z ideą terapii substytucyjnej, ale trudno wyłowić z programu tych, którzy faktycznie z tej pomocy będą uczciwie korzystać od tych, którzy jedynie chcą zdobyć darmowy narkotyk.
Znam wielu „nieczynnych” narkomanów, którzy będąc na programie, piją syrop i normalnie funkcjonują. Mają pracę, rodzinę i gdyby nie to, że choroba jest nieuleczalna, można byłoby napisać, że są to „byli narkomani”. Podobno z Suboxonu też coś można wykombinować i podać go dożylnie, mimo że lek ten jest w tabletkach. Ponoć da się rozcieńczyć i uzyskać efekt taki jak po morfinie.
Tyle o technicznym zagadnieniu, wracając jednak do mojej rozmowy na temat światła, dowiedziałem się wreszcie, dlaczego wkręcają tam te czerwone żarówki i okazało się, że nie ma to nic wspólnego z seksem. „Za cholerę nie znajdziesz żyły przy czerwonym oświetleniu” – wyjaśnił mi w końcu stojący za mną człowiek. „Teraz, gdy tylko odbiorą swoją porcję, biegną do najbliższego, miejskiego szaletu” – powiedział i wtedy zrozumiałem, dlaczego opuszczający kolejkę tak się śpieszyli.
Przyczyna okazała się prozaiczna i bardzo praktyczna, ale fantazja szalała dalej. Wyobraziłem sobie biednych ćpunów koczujących w dzielnicach „czerwonych latarni” rozsianych w największych metropoliach świata. Gdyby nazwa nie była jedynie metaforą, a lampy faktycznie jarzyły czerwienią, to dzielnice te byłyby wolne od miłośników narkotycznej iniekcji. Pozostałoby im jedynie wciąganie, palenie lub połykanie, co dla kogoś, kto raz zaczął dawać sobie po kablach jest zwykłym marnowaniem towaru.
Ze świata fantazji skierowałem się lekko w stronę świata nauki, a konkretnie fizyki i pogranicza plastyki. Zjawiska naukowe – a eliminacja widzialności lub widoczności (przez tych idiotów od prognozy pogody już mi się popieprzyła prawidłowa forma, zawsze myślałem że ograniczona może być jedynie widoczność, ale codziennie słyszę w radiu i telewizji, że widzialność jest dobra, albo zła). Jakby jednak nie powiedzieć, to wpływ na postrzeganie kolorów poprzez stosowanie im przeciwnych niewątpliwie takim zjawiskiem jest, a w takim razie, podobnie jak wszystkie procesy naukowe, musi być odwracalne. Poza wyjątkami zawartymi w teorii zjawisk nieodwracalnych Władysława Natansona, ale to dotyczy jedynie termodynamiki. Nie da się na przykład wepchnąć z powrotem psikniętego dezodorantu.
Są trzy podstawowe kolory światła emitowanego: czerwony, niebieski i zielony. Dopiero z ich kombinacji powstaje niemalże nieskończona paleta barw. (W przypadku mieszania pigmentów zestaw jest inny – czerwony, niebieski i żółty – ale dotyczy to sytuacji, w której światło jest odbite, czyli zachodzi tzw. mieszanie subtraktywne, a nie emitowane – jak z monitora – gdy mamy do czynienia z mieszaniem addytywnym, a o tym przypadku mowa). Jeśli więc czerwony powoduje, że nie widać niebieskiego, to wystarczy założyć na czoło latarkę z zielonym filtrem, by dostrzec plątaninę żył tyle, że w kolorze fioletowym. Mało tego, narkomani cierpią zazwyczaj na zanik żył i mają problem by przy dobrym nawet świetle znaleźć miejsce, w które można się wkłuć. Zielony filtr spowoduje, że dostrzegą nawet te żyły, których nie zobaczyliby w pełnym słońcu, dlatego desperaci wstrzykują sobie w pachwinę, co jest śmiertelnie niebezpieczne, ale powszechne. Skurczybyki, mają taką wprawę, że jeszcze nie słyszałem o przypadku, żeby któryś z tego powodu zmarł. A wystarczy drobna nieostrożność.
Wracając jednak do kolorów, to przy równym natężeniu tych trzech podstawowych, które wcześniej wymieniłem, czyli czerwonego, zielonego i niebieskiego uzyskamy światło białe – zdziwieni? Miałem dobrego nauczyciela od fizyki, a przy codziennym obcowaniu z malarstwem i przy odrobinie wyobraźni, można przechytrzyć takie zabezpieczenia.
I znowu zawróciłem do świata wyobraźni. Pomyślałem o restauracji, która regulując oświetlenie mogłaby podawać zepsute, zielone mięso jako wyśmienitą potrawę o egzotycznym smaku. Ze zgniłych warzyw i owoców robić sałatki, a oryginalność smaku wylansuje lokal na wysoki poziom, dla najzamożniejszych. Nie chodzi o to by smakowało, bo tak naprawdę te najdroższe dania wcale nie są takie smaczne. To snobizm i cena wylansowały coś znacznie gorszego w smaku od moich ulubionych pierogów ruskich.
Odpowiednia nazwa, oryginalny wygląd szefa kuchni i sukces murowany. Mięso bardzo już zepsute należałoby podać na ostro i dodać trochę przypraw zapachowych i pozbyć się robaków. W ten sposób możemy karmić magnatów padliną Dosłownie – bo metaforycznie, podobnie jak w fizyce, ich majątki powstały kosztem ludzkiej pracy często ponad siły, śmierci, wykorzystywania i eksploatacji najuboższych państw, doprowadzając do tego, że z ludzi zrobili padlinę. I ta reguła chyba nie ma wyjątków. Gdyby wiedział o tym ktoś z otoczenia rodziny Romanowów, to być może nie byłoby rewolucji, przynajmniej według filmu „Pancernik Potiomkin” – tam bowiem bunt marynarzy zaczął się od zepsutego mięsa.
Wiedza ogólna wśród uzależnionych jest proporcjonalnie podobna do wiedzy ogólnej społeczeństwa. Czyli niska – piszę tu ogólnie, o grupie, bo są oczywiście wyjątki. A ponieważ żaden z narkomanów nie czyta prasy, nie dowie się jak oszukać czerwoną żarówkę. Obecnie całą wiedzę przenieśliśmy na smartfony, Google i Wikipedię i nie zaprzątamy sobie mózgów pierdołami, tylko sprawami naprawdę ważnymi: co jest modne, gdzie robić zakupy by uchodzić za zamożniejszego itp. Czyli – zajmujemy się uważnym śledzeniem kreowanych potrzeb. To wystarczy do życia, a ci którzy wiedzę jakąś posiedli, żyją w sposób, który jest nie do przyjęcia dla „człowieka nowoczesnego”, po łacinie to chyba homo modernus, jako następcy hominis cogitantis – człowieka myślącego.
Może to i dobrze, ale nawet najlepsza technologia nie zastąpi podstawowej wiedzy ogólnej. Trzeba wiedzieć, jakie pytanie zadać wyszukiwarce, by rozwiązać problem lub znaleźć coś, co jest akurat potrzebne. A może się mylę? Przecież zanim wstukamy hasło w wyszukiwarce odpowiednia reklama podpowie nam, czego tak naprawdę potrzebujemy. I to będzie właśnie to, czego brakuje nam do życia, czego potrzebujemy. Będzie to oczywiście zajebisty, dizajnerski ajfon.
Skoro jesteśmy już przy kolorach, to przyszło mi do głowy coś bardzo smutnego. „Kolorowy” i „barwny” nie zawsze oznaczają to samo. Bywają nawet przeciwieństwem. Cała masa ludzi prowadzących „barwne życie”, wcale nie czuje się „kolorowo”. Wręcz przeciwnie. „Barwne życie” to skrajności – biały lub czarny – zawsze prowadzi do depresji. I tą smutną konkluzją kończę felieton, żegnając się kolorowo, z barwnego świata wyobraźni połączonej z kilkoma prawami fizyki.
Do przeczytania za tydzień.

100-lecie

Podczas gdy w Europa wrze od niespotykanego ludowego powstania francuskich Żółtych Kamizelek, węgierska lewica nadal protestuje przeciwko antyspołecznym i rasistowskim ustawom rządu Orbana, ale także upamiętnia własną wspaniałą historię: 100 lecie powstania pierwszego nowożytnego niezależnego państwa Węgierskiego jako Węgierskiej Republiki Rad znanej także pod nazwą Republiki Beli Kuna.

Gdy powstawały niepodległe państwa czechosłowackie, polskie i jugosłowiańskie, mocarstwa zachodnie obarczały Węgry za przegraną wojnę na równi z Niemcami i cesarstwem Habsburgów. Zwycięscy wymusili na Węgrach poważne straty terytorialne w wyniku których liczące miliony ludzi węgierskojęzyczne wspólnoty znalazły się w ościennych państwach, z których Francja utworzyła sojusz zwany Małą Ententą. Niezależne państwo węgierskie powstało w wyniku burżuazyjnej rewolucji listopada 1918 roku, lecz klasy dominujące nie były w stanie powstrzymać społecznego i narodowego gniewu ludu. Została otwarta droga dla Rewolucji Październikowej i Republiki Rad, która będzie trwała od marca do sierpnia 1919 roku. Węgierska Republika Rad jest bardzo ważnym okresem w historii narodów Europy wschodniej. W ciągu zaledwie kliku miesięcy pojawili się przywódcy ludowi, tacy jak dziennikarz Bela Kun, którzy byli z stanie przejąć władzę poprzez strajki i powstanie ludowe. Przywódcy ci wprowadzili nowy system społeczny i polityczny, zrywający z kapitalizmem i feudalnymi stosunkami społecznymi. Środki produkcji oraz dobra burżuazji, a także dzieła sztuki i dobra kultury zostały upaństwowione, powstała gospodarka planowana, wprowadzona została radykalna reforma rolna poprzez parcelacje majątków szlachty ale także utworzenie spółdzielni chłopskich. Republika Rad wprowadziła świecką i bezpłatną oświatę oraz prawa wyborcze kobiet. Był to także okres bujnego rozwoju rożnych form sztuki i poszukiwania nowych form ekspresji w kinie, poezji, literaturze, malarstwie oraz grafice. O tym rozwoju świadczą piękne plakaty z tamtego okresu, pełne optymizmu i siły wyrazu, które ozdabiały salę, w której w dniach 21 do 23 marca w Budapeszcie odbywało się sympozjum upamiętniające Republikę Rad.
Plakaty te także ilustrują publikację wydaną przez Monde Diplomatique Węgry zawierającą artykuły autorów węgierskich i zagranicznych. Zbiór zawiera analizy węgierskich działaczy lewicy jak Tamas Krauz, dyplomatów, historyków (Tibor Hajdu, Janos Hajdu, Pal Pritz, György Tverdota, Gyula Hegyi, Robert Zsofia, György Szende, Istvanne Szöllössi). Ze strony międzynarodowej francuska działaczka komunistyczna i specjalistka historii kina Danielle Bleitrach w swojej pracy pokazuje jak ważny był rozwój sztuki kinowej w ciągu kilku miesięcy trwania Republiki, kiedy kręcono aż 5 filmów w ciągu tygodnia a także jak bardzo węgierscy reżyserzy przyczynili się do rozwoju zachodniego kina po złamaniu Republiki i emigracji na zachód. Julien Papp, francusko-węgierski historyk, Peter Pastor, historyk węgiersko-amerykański oraz Marin Nadea, historyk i działacz lewicy rumuńskiej tłumaczą jak ważnym okresem walk międzynarodowego ruchu robotniczego była Republika Węgierska jako część rewolucyjnej fali w Europie. Nadzieja jaką Rewolucja Październikowa wzbudziła opanowała całą Europę wschodnią i środkową i doprowadziła do różnych form samorządnych Republik takich jak Republika Tarnobrzeska opisana także w artykule oraz Republiki Bawarska i Strasburska.
Książkę „Republika Radziecka 1919-1929” przedstawiono na konferencji prasowej w Stowarzyszeniu Dziennikarzy w czwartek 21 marca w obecności autorów i dość licznej publiczności. Tego samego wieczora Partia Robotnicza Węgier zorganizowała spotkanie w swoim lokalu w sympatycznej atmosferze. Siedziba węgierskiej partii lewicy znajduje się z historycznym budynku Budapesztu i zachowuje pamiątki socjalistycznych Węgier, flagi, portrety Lenina oraz węgierskich komunistów i działaczy ruchu oporu anty-faszystowskiego oraz reprodukcje plakatów z 1919 roku. W piątek 22 marca działacze partii, sympatycy oraz publiczność spotkali się na uroczystym otwarciu konferencji „100 lat Węgierskiej Republika Radzieckiej – pamięć historyczna i skutki rewolucji” zorganizowanej przez fundację Eszmelet. Film otwierający konferencję to oryginalny dokument z 1969 roku „Niedziela Palmowa” reżysera Imre Gyöngyössy, przedstawiający walkę węgierskiej wioski o reformę rolną i emancypację spod władzy szlacheckiego dworu. Krwawa represja jaką kończy się chłopska rewolucja, zapowiada masowe przestępstwa europejskiego faszyzmu. Chłopów mordują faszystowskie milicje admirała Horthyego, film pokazuje także udział i przyzwolenie wojsk francuskich w rzezi bezbronnych ludzi.
23 marca konferencja odbyła się we wspaniałym historycznym budynku Wydziału Nauk Humanistycznych. Głos zabrali naukowcy węgierscy, rumuńscy, francuscy, słoweńscy którzy prezentowali najnowsze badania na temat działań gospodarczych (Ana Maria Artner), politycznych (o roli rad robotniczych w zarządzaniu fabrykami mówił Lajos Csomas), o polityce społecznej, roli intelektualistów, artystów w tworzeniu Republiki (Viktor Arslanov), o znaczeniu Republiki dla historii europejskiego ruchu robotniczego. Savas Matsas, filozof i przewodniczący Robotniczej Partii Grecji EEK, Raquel Varela, badaczka z Portugalii oraz Roberto Della Santo, z Brazylii, przedstawili jakie wnioski możemy wyciągnąć dla dzisiejszej walki rewolucyjnej. Rastko Mocnik opisał Republikę Doliny Mury, regionu południa Węgier gdzie mieszkańcy słoweńskich wsi woleli pozostać w Węgierskiej Republice Radzieckiej niż dołączyć do monarchicznej Jugosławii. Konferencję zamknęli młodzi działacze lewicy i młodzi lewicowi naukowcy Gaspard Roland i Peter Csunderlik którzy przybliżyli sylwetki twórców Republiki Rad, zwłaszcza Beli Kuna, dziennikarza idealisty któremu propaganda faszystowska odmalowała tak czarną legendę, że ślady jej pozostały nawet w oficjalnej ideologii państw demokracji ludowych. W PRL na przykład nauczano w szkołach historię Węgierskiej Republiki Rad, ale przedstawiano raczej jako nagłą rewoltę niż masowe ludowe powstanie prowadzące do przejęcia władzy przez ówczesną lewicową elitę. Trochę tak jak dzisiejsze media, niestety także lewicowe, pokazują francuskie powstanie Żółtych Kamizelek, których 19ta manifestacja skończyła się właśnie kolejną falą policyjnej przemocy. Rewolucja jest momentem gniewu i napięcia, ale nie może się powieść bez międzynarodowej solidarności. Być może właśnie wkraczamy w Europie w nowy cykl rewolucji.

Bigos tygodniowy

Nauczyciele rozpoczęli strajk generalny. Na jego czele stanął głównie Związek Nauczycielstwa Polskiego. Natomiast oświatowa „Solidarność” okazała, jak można się było tego spodziewać, solidarność z pisowskim rządem. Przeciw łamistrajkowi Proksie wystąpiła nawet część członków „S”.

Jako były wieloletni (17 lat) pedagog i uczestnik strajku w 1993 roku, za rządów Hanny Suchockiej, mam prawo powiedzieć nauczycielom, którzy w poniedziałek rozpoczęli strajk: nie dajcie się zaszantażować rozmaitymi okrzykami, że macie, owszem, prawo do protestu, ale akurat nie podczas egzaminów i nie kosztem młodzieży szkolnej. Otóż przyjęcie takiej logiki prowadziłoby prostą drogą do uczynienia każdego nauczycielskiego protestu nieskutecznym. Nauczyciele już strajkowali bez dolegliwości dla kogokolwiek i skończyło się to niczym. Dlatego stanowisko ZNP nie jest żadnym radykalizmem, ale wyciągnięciem wreszcie, wniosków z przeszłości. Strajkować w wakacje to mogą ratownicy wodni i marynarze floty turystycznej.

Po rocznej przerwie – powtórka z rozrywki. Dziś, 10 kwietnia znów odbędą się uroczystości smoleńskie, msze, przemarsz pod Pałac Prezydencki, przemówienie Prezesa i tym podobne szopki. Z tej okazji TVPiS nadał sławetny „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, utalentowanego i doświadczonego reżysera, który na finał kariery zrobił kicz polityczny i film tak nieporadny warsztatowo, jakby nakręcił go mało zdolny student reżyserii.

W minioną niedzielę odbyły się dwie konkurencyjne konwencje wyborcze. Kontrast w wizualnym i akustycznym efekcie aż karykaturalny i kiczowaty zarazem. Na jednej konwencji styl współczesny, „europejski”, na drugiej „cepelia” i kurpiowskie wycinanki, sentymenty do dachów strzechą krytych, folklor tak stężony, tak ociekający kiczem, że aż ocierający się o karykaturę. Wiadomo, że nie można przywiązywać przesadnej wagi do form i mód, że nie można zbyt serio przeciwstawiać strojów i przyśpiewek ludowych garniturom i europejskiemu sznytowi. Rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana, nie ma nic złego w folklorze, a nie wszyscy Europejczycy lubią garnitury i krawaty i nie one świadczą o europejskości, bo ta jest w głowie. A jednak było coś uderzającego w tym dwoistym obrazie, jakiś „duch czasu” współczesnej Polski, jakiś refleks odwiecznego sporu między Swojszczyzną a Cudzoziemszczyzną. I Henryk Rzewuski („Listopad”) i Julian Ursyn („Powrót posła”) i Gombrowicz („Transatlantyk”) się kłaniają.

W „Gazecie Polskiej” (nr 14/2019) Robert Tekieli w cotygodniowym felietonie napisał: „Panie Broniarz, jest pan terrorystą i jeśli wprowadzi pan te zapowiedzi w życie, będzie pan potraktowany jak terrorysta”. To jawnie kłamliwe i sprzeczne z elementarnym zdrowym rozsądkiem określenie jest podstawą do podania go do sądu i sprawa jest z góry wygrana. To nie jest zwykły epitet, nawet najgorszy epitet. Nie można nikogo bezpodstawnie nazywać „terrorystą”. Ja bym nie odpuścił.

Sprawa dymisji ministry finansów Teresy Czerwińskiej przypomina już przenoszoną ciążę. Miało się coś urodzić, a nadal się nie rodzi. Ciężarna podobno czuje się dobrze, ale niepokojący sygnał poszedł w eter. Sygnał, oszalałe rozdawnictwo PiS, które omija jednak nauczycieli, mogą doprowadzić do wariantu greckiego. Na razie jedna sprawę przykrył strajk w oświacie.

Na ścianie sali, w której obraduje komisja Jakiego do spraw reprywatyzacji, obok godła państwowego wisi krzyż, wielki jak cep. Czy to jest komisja państwowa, czy kościelna, ja się pytam? I dlaczego Jaki tak bezczelnie łamie art. 25 Konstytucji RP?

Po 50 twarzach Greya i 50 tysiącach złotych Kaczyńskiego pojawiło się 900 miliardów (dolarów amerykańskich) odszkodowania, o które rząd PiS wystąpi do Niemiec, jeśli będą mu bruździć, Już widzę te pieniądze.

Minister (łech, łech) kultury Gliński przegrał proces z Malta Festival Poznań, któremu nie przekazał przyznanej dotacji w odwecie za to, że w jury festiwalu był Oliver Frljic, twórca „Klątwy”. Malcie sąd przyznał 300 tysięcy złotych odszkodowania.

Na jednym ze spotkań z dziećmi, minister Anna Zalewska zapytana o to, kim chciała kiedyś być, odpowiedziała, że „baletnicą”. I kto wie czy to nie byłby najlepszy wybór.

Na fasadzie kamienicy przy Alei Szucha 16 w Warszawie pisowcy uroczyście odsłonili tablicę pamięci Walerego Sławka, który tu mieszkał. Sławek, uważany za sukcesora Piłsudskiego, popełnił tu 2 kwietnia 1939 roku samobójstwo. Jednak zakłamania nie dało się uniknąć. „Wiadomości” TVPiS wspomniały o „tragicznej” śmierci Sławka, ale nawet nie zająknęły się o samobójstwie. Przemówili też milczący zazwyczaj marszałek Sejmu Kuchciński i p.o. szefa Urzędu do spraw Kombatantów Kasprzyk, ale i im przez usta nie przeszło słowo „samobójstwo”. Ano dlatego, że ambitny Sławek odebrał sobie życie w reakcji na brutalne odsunięcie go od władzy i wpływów po śmierci Piłsudskiego przez tzw. „klikę sanacyjną” z marszałkiem Rydzem oraz pułkownikami Beckiem, Kocem i innymi na czele. Zwyczajne to obyczaje na szczytach władzy, ale jak tu jednocześnie uprawiać liryczny kult Piłsudskiego, jego towarzyszy czynu legionowego i tej cudownej, niepodległej II Rzeczypospolitej, jednocześnie mówiąc prawdę o jego sukcesorach i o losie jego następcy?

W Lublinie wielki kilkumetrowy krzyż stojący pod kościołem zwalił się na zaparkowane w pobliżu auto i poważnie je uszkodził. Nie wiadomo, czy było to auto proboszcza czy wiernego. Czyżby był to palce boży wskazujący na stan tegoż Kościoła?

W Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie ostatnie dwa tygodnie wystawy „Strachy” Daniela Rycharskiego. Składa się z bardzo interesujących konceptów dotykających istotnych polskich zagadnień społecznych. Są także dwa obrazoburcze: kostium członka Ku-Klux-Klanu, z kapturem, wykonany z szat katolickiego kapłana-celebransa, a także różnobarwne stroje pochodzące od osób LGBT, zawieszone na krzyżach katolickich niczym strachy na wróble, czyli owe tytułowe „Strachy”. Ministrze Gliński, do ulubionego przez Pana dzieła – cenzorskiego!

Panny jasnowłose – liryczne i namiętne

Z ANNĄ NEHREBECKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Debiutowała Pani rolą Wirginii w zabawnym telewizyjnym filmie „grozy”, „Duch z Canterville” według noweli Oscara Wilde’a w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich z 1968 roku. W czołówce figuruje Pani pod rodowym nazwiskiem Wojciechowska…
Miłe wspomnienie z zamierzchłych czasów bycia młodą aktorką. Zdjęcia kręcone były w 1967 roku w pięknej scenerii pałacu z parkiem w Oporowie. Dla ówczesnej studentki, która musiała uzyskać zgodę rektora na udział w zdjęciach, była to niewiarygodna okazja pracy na planie z takimi artystami jak Czesław Wołłejko, Barbara Ludwiżanka, Aleksander Dzwonkowski czy Jan Ciecierski. Film był rodzajem żartu, dobrotliwą kpinką z gatunku zwanego powieścią gotycką, zabawną konfrontacją groteskowo pokazanej mentalności amerykańskiej z przymrużeniem oka pokazanym klimatem średniowiecznej Anglii. Taka bajeczka z dawką subtelnego humoru.
Wkrótce potem nastąpiła radykalna zmiana tematyki, bo zagrała Pani rolę w społeczno-obyczajowym filmie „Mały” Juliana Dziedziny, z 1970 roku, o problemach adaptacji młodzieży wiejskiej w mieście.
Tak, niedawno widziałam fragmenty tego filmu i uświadomiłam sobie, że tematyka czasów w końcu nie odległych od nas o setki lat, jest już tak bardzo anachroniczna. Tak bardzo zmienił się i kraj i świat.
Po drodze były jeszcze epizody w „Życiu rodzinnym” Krzysztofa Zanussiego i „Koperniku” Petelskich i wkrótce nadeszły role, który zbudowały Pani aktorski wizerunek: Marynia w serialu „Rodzina Połanieckich” w reżyserii Jana Rybkowskiego i Anka w „Ziemi Obiecanej” Andrzeja Wajdy – wizerunek jasnowłosej panienki z polskiego dworku…
Reżyser Rybkowski był człowiekiem pamiętającym czasy przedwojenne, a wtedy ten typ kobiety był w Polsce popularny, otaczany swoistym kultem. Andrzej Wajda aż tak głęboko pamięcią w międzywojnie nie sięgał, ale taka aktorka jak ja była mu potrzebna do zbudowania postaci panny z dworu. Do listy ról tego typu dodała bym jeszcze rolę Joasi w filmowym „Judymie” Włodzimierza Haupe na podstawie „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego.
To były role Pani marzeń?
Rolą moich marzeń, o czym nikt nie wie, bo mówię o tym chyba po raz pierwszy, była Oleńka w „Potopie”. Jednak, jak wiadomo, tak się złożyło, że moje marzenie się nie spełniło. Powiedziano mi, że nie pasuję do ról kostiumowych (śmiech). Było, minęło. To jednak nie znaczy, że lekceważę role, które przyniosły mi masową popularność, zwłaszcza, że granie u Andrzeja Wajdy było ogromnym wyróżnieniem. A poza wszystkim, nie ma co wyzłośliwiać się nad jasnowłosymi dziewczynami z dworków. To bardzo często były wspaniałe dziewczyny tamtych lat, nie tylko urodziwe, ale także odważne, silne, mądre i ofiarne, które poniosły na swoich barkach ciężki kawał historii Polski. Ich los bywał tragiczny, bo ginęły od kul niemieckich plutonów egzekucyjnych za okupacji albo umierały z głodu i mrozu na syberyjskim zesłaniu.
Poza Marynia i Anką była jeszcze jedna rola jasnowłosej panny z dworu, ale nietypowej, bo w nieskrępowany i bardzo gwałtowny sposób objawiającej mężczyźnie swoją namiętność…
Ma pan na myśli postać Celiny Katelbiny w „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka. Tak, pan Jerzy swoją gorącą wyobraźnią tak zobaczył tę postać pisząc scenariusz, choć chłodny styl Marii Dąbrowskiej takich rejestrów emocjonalnych wprost nie dotykał. Ale kto wie, może nie wszystkie, co do jednej, panie z dworów były nienagannie powściągliwe jak Anka czy Marynia…
W 1969 roku ukończyła Pani warszawską PWST. Miała tam Pani swojego mistrza lub mistrzów?
Mistrzów właśnie. Nie jednego. Czerpałam z wielu wzorów i osobowości. Dyplom robiłam u Kazimierza Rudzkiego. Według mojego prywatnego kryterium o klasie aktora rozstrzygało to, czy patrząc na scenę zostaję pochłonięta przez postać i zapominam, że to gra aktorska. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że mam wyczucie prawdy i fałszu w psychologii roli. Z drugiej strony ani w szkole ani później w zawodzie nie miałam poczucia, że przynależę do tych najlepszych. Zawsze byłam przekonana, że wszyscy inni są lepsi ode mnie. Łatwo było mnie speszyć, zranić. Nawet rola u Wajdy nie wyleczyła mnie do końca z tej niskiej samooceny. Zawsze potrzebowałam podtrzymania na duchu.
Należy Pani do nielicznych, nawet jak na Pani pokolenie, aktorek i aktorów wiernych przez cale zawodowe życie jednej scenie. W Pani przypadku był to od samego początku Teatr Polski w Warszawie…
To była scena o specyficznej pozycji. Z jednej strony bardzo szacowna, z tradycjami, grająca szacowny, klasyczny repertuar, gromadząca w zespole wybitne, nawet legendarne postacie naszego zawodu. Z drugiej, był to teatr jakoś nigdy nie umiejący wybić się na pierwszy plan, wzbudzić emocje. Przeważnie był jakby trochę przyszarzały, krytykowany za nadmierny konwencjonalizm i tradycjonalizm, za brak nuty szaleństwa. Zdążyłam tam jednak spotkać takie postacie jak m.in. Nina Andrycz, Elżbieta Barszczewska, Seweryna Broniszówna czy Władysław Hańcza. Ten ostatni był czarującym człowiekiem, mężczyzną o obejściu szlacheckiego szlagona, niewyczerpanym dostarczycielem anegdot teatralnych i słonych nieraz żartów. U niego jako reżysera debiutowałam właśnie na teatralnej scenie rolą córki gubernatora w „Martwych duszach” Gogola.
Występowała Pani na scenie przy ulicy Karasia przez czterdzieści lat…
Ale w ostatnim dwudziestoleciu z dużymi przerwami…
Którą z ról ceni sobie Pani najbardziej?
Było ich na tyle dużo, że nie jest mi łatwo wskazać jednej, ale chyba zdecydowałabym się na rolę Nathalie w „Maskaradzie” Iwaszkiewicza w reżyserii Ignacego Gogolewskiego.
Poza teatrem i filmem była też telewizja…
Przede wszystkim serial „Polskie drogi”, gdzie były do wykorzystania moje społeczne cechy i wizerunek. Brałam też udział w programach poetycko-recytatorskich w radiu i telewizji. Cykl zapoczątkowany został w latach siedemdziesiątych. Prezentowane były poezje Stanisława Balińskiego, Ryszarda Kiersnowskiego, Beaty Obertyńskiej.
Oswojenie się z prezentowaniem poezji zaowocowało później w Pani działalności w latach osiemdziesiątych, w okresie stanu wojennego, kiedy recytowała Pani poezję w kościołach i domach prywatnych, a później jeździła Pani także z koncertami poetyckimi za granicę, w Europie i poza nią, do skupisk polonijnych…
Tak, to była niezwykła przygoda. W ogóle coś przyciąga do mnie przygody, czasem nawet dość dramatyczne. Wystąpiłam kiedyś w albańskim filmie Kujtima Çashku „Pułkownik Bunkier”, w którym zagrałam jedną z głównych ról – polską żonę albańskiego oficera. To film rozrachunkowy z okresem dyktatury Envera Hodży. Niesamowite wrażenia przyniosło mi też obcowanie z Albanią, krajem zabudowanym przez bunkry, zdziczałym chyba nie mniej niż psy, których wataha pewnego dnia zagroziła życiu mojemu i osób, z którymi jechałam nocą autem przez albańską pustać.
Po wspomnianym przez Panią filmie „Pułkownik Bunkier”, z roku 1998, nastąpiła kilkunastoletnia przerwa w Pani pracy aktorskiej, ale ostatnio wróciła Pani na ekran wysoko ocenionym filmie Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”. Otrzymała Pani nawet nagrodę Orła 2014 za drugoplanową rolę kobiecą. Jak smakuje taki powrót na ekran?
Dobrze smakuje. Tak w życiu bywa, że wykonujemy pewne zajęcia, potem od nich odchodzimy, by do nich powrócić.
Dziękuję za rozmowę.

Anna Nehrebecka – ur. 16 grudnia 1947 w Bytomiu. Absolwentka warszawskiej PWST, debiutowała w filmie w 1967. W 1969 została aktorką Teatru Polskiego w Warszawie. Wśród ról teatralnych m.in. ,Elmira w „Świętoszku” Moliera (1973), tytułowa „Nora” w dramacie H. Ibsena (1983), Pani Bergman w „Przebudzeniu wiosny Wedekinda” (1994). Wśród ról filmowych m.in. „Romans Teresy Hennert” I Gogolewskiego (1978), tytułowa rola w „Maryni” J. Rybkowskiego (1983 – kinowa wersja „Rodziny Połanieckich”), „Punkty za pochodzenie” F. Trzeciaka (1983), „Dom wariatów” M. Koterskiego (1984), „Komediantka” J. Sztwiertni (1987), „Aube l’envers” S. Marceau (prod. franc. 1995), „Damski interes” K. Zanussiego. (1996). Wśród ról telewizyjnych m.in. w serialach „Jan Serce” (1981), „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” (1982), „Złotopolscy” (1997). W Teatrze Telewizji m.in. w „Cudzoziemce” M. Kuncewiczowej (1970), „Spektaklu w teatrze Forda” Wł. Orłowskiego (1971), „Kłamstwie” I. Bergmana (1973), „Kowalu, pieniądzach i gwiazdach” J. Szaniawskiego (1981).

Niepowetowany brak „Głowy”

Tylko dla wtajemniczonych

Brakuje mi prozy Janusza Głowackiego. Świadomość, że już nie przeczytam jego kolejnego tomu barwnych wspomnień z czasów „ironicznego” życia w PRL, kolejnego opowiadania, kolejnego felietonu ciągle mi doskwiera. Jedyny w swoim rodzaju styl Głowackiego to była jakość, z którą nie tylko ja, ale i tysiące jego czytelników bardzo się przez lata zżyliśmy. Edycja zbioru jego felietonów „Jak być kochanym” ukazała się już w 2005 roku, ale nowa edycja pod tym samym tytułem jest znacznie, o mniej więcej jedną trzecią, poszerzona i zawiera wszystkie (jak zapewnia Olena Leonenko) odnalezione felietony Głowackiego, zarówno te z PRL, jak i z lat znacznie późniejszych, także już z XXI wieku. Jego kolega po piórze, Eustachy Rylski napisał we wstępie „Głowacki”, że z pisarzy „mało który dorównuje własnej twórczości, nawet jeśli byle jaka” i że „Głowacki dorównywał”. „Jego śmierć była absurdem tym dotkliwszym, że ominęła go, mimo osiemdziesiątki na karku, starość” – napisał Rylski. To ciekawe, jak refleksja ta rodziła się, niezależnie od siebie, w różnych – nomen omen – głowach. Rzeczywiście, w śmierć Głowackiego trudno było, choć prawdę mówiąc nie wiadomo dlaczego, uwierzyć. Jego felietony były dziełem najwyższego kunsztu stylistycznego i najbardziej finezyjnej ironii. Nie jestem atoli pewien, czy czytanie, zwłaszcza dziś, po latach, felietonów Głowackiego, to nie zajęcie tylko dla wtajemniczonych w ten jego wyrafinowany styl, w kody i szyfry, którymi się posługiwał, tym bardziej, że wiele z tych kodów przynależy do poniekąd w znacznym stopniu zaginionej, specyficznej intelektualnej kultury okresu PRL. Bo kto bez wiedzy o wybitnym aktorze z tamtej epoki odczyta sens felietonu „Herdegen się odcina” czy jego fenomenalne „obrony” i „pochwały”: „Obronę Poloniusza”, „Pochwałę Poręby”, „Nowego Passendorfera…”, „Kierkegaarda-Drozdowskiego-Wajdę”, czy „Attylę, czyli śmierć liberała”. To Himalaje finezyjnej, kunsztownej drwiny, podobnie jak zjawiskowe „streszczenie” powieści Aleksandra Dumasa „Powrót hrabiego Monte Christo”. Głowacki chętnie cytował zdanie skierowane do niego przez jego naczelnego z PRL-owskiego tygodnika „Kultura”: „Inteligentny człowiek nie pisze. Inteligentny człowiek nie zostawia za sobą żadnego śladu”. Jak to dobrze, że Janusz Głowacki przeszedł do porządku dziennego nad tym przejawem inteligencji.

Janusz Głowacki – „Jak być kochanym”, Wielka Litera, Warszawa 2019, str. 377, ISBN 978-83-8032-316-2

Nieprzyjemny łoskot maszyn

Antologia, którą trudno przegapić

Czas romantyzmu zbiegł się w czasie z pionierską fazą budowy kapitalizmu i początkami tworzenia się cywilizacji przemysłowej. Budowa pierwszego nowoczesnego parowozu George’a Stephensona przypada na rok 1829 czyli samo apogeum romantyzmu w kulturze, to także dynamiczny rozwój kapitalizmu spekulacyjnego, sieci bankowej, etc. W tomie „Romantyczny antykapitalizm” wydanym w ramach znakomitej serii „Nowa Biblioteka Romantyczna” autorzy pomieścili antologię tych tekstów (proza literacka, poezja, rozważania myślicielskie) z epoki, które zawierały w sobie ładunek krytyki nowej kapitalistycznej cywilizacji.
Wbrew tytułowi nie są to tylko teksty romantycznych krytyków kapitalizmu, rządów pieniądza i cywilizacji przemysłowej jak Johann Wolfgang Goethe, Zygmunt Krasiński, Adam Mickiewicz, Friedrich Schiller, George Byron, Victor Hugo, Percy Shelley, Novalis, Heinrich Heine, Aleksander Puszkin, Cyprian Kamil Norwid, Edward Dembowski, Stendhal, ale także pisarzy i myślicieli nie wiązanych z romantyzmem, takich jak Marks, Engels, Pierre Proudhon, Piotr Ściegienny, Róża Luksemburg, Piotr Kropotkin, Fiodor Dostojewski, Charles Dickens i inni, których jednak łączył z romantyzmem sceptycyzm, lęk, czy nienawiść do nowej cywilizacji miast, hałaśliwych maszyn oraz fabryk porównywanych do piekła. Ów sceptycyzm czy niechęć miał swoje źródła zarówno w negatywnych doświadczeniach z lichwiarzami, bankierami, dyktaturą pieniądza, będącą zamaskowaną przemocą, jak i na uwielbieniu dla cywilizacji rustykalnej, opartej na ziemi (rodzaj romantycznego fizjokratyzmu), na naturze, na jej uwielbieniu, co wyrażało się choćby u Novalisa, Mickiewicza czy Thoreau („Walden”), w niechęci do świata odczarowanego, strywializowanego, odartego z tajemnicy i intuicji (Edgar A. Poe, H.Ch. Andersen czy E.T.A. Hoffman), czy na naukowej analizie klasowej i mechanizmów kapitalizmu (Marks, Engels, Luksemburg, Kropotkin).
Antologia poprzedzona jest wstępnym esejem poświęconym syntezie fenomenu romantycznego antykapitalizmu w prozie i poezji. Rozpoczyna go opis sceny, gdy wędrujący po lasach i łąkach w poszukiwaniu ziół Jean Jacques Rousseau zaczyna słyszeć dokuczliwy hałas, który emituje, jak się okazuje, manufaktura pończoch. Jest w nim także mowa o „ekonomiach romantycznych”, będących przeciwieństwem ekonomii klasycznej opartej na pracy i oszczędzaniu, a przeciwstawiających jej ekonomię opartej na nieograniczonym korzystaniu z dóbr, zdolności do marnotrawstwa, wyrastających z przekonania, że „świat jest aż chory od bogactw”, a te oparte na energii w najszerszym, „solarnym” znaczeniu.

Katarzyna Czeczot, Michał Pospiszyl – „Romantyczny antykapitalizm”, Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN, Nowa Biblioteka Romantyczna pod red. Marty Zielińskiej, Warszawa 2019, str. 343, ISBN 978-83-66076-27-3.

Jerzy Wójcik

1930-2019

To on zapoczątkował to, co nazywano później „polską szkołą operatorki filmowej”. Ręka i oko Jerzego Wójcika przyłożone w roli II operatora do realizacji zdjęć do „Kanału” Andrzeja Wajdy (1957) (głównym operatorem był Jerzy Lippman) otworzyły nową epokę w dziejach sztuki filmowej. Oryginalność tych zdjęć, niespotykany dotąd w kinie sposób gry czernią i bielą, kontrastami, światłem, sposób tworzenia kadru sprawiły, że od tego momentu zaczęto, w Polsce i poza nią, zwracać w tym stopniu uwagę właśnie na efekty pracy kamery, na znaczenie obrazu filmowego, nie tylko fabuły, narracji i rysunku postaci. Styl Wójcika, w odróżnieniu od malarskości innego wielkiego mistrza operatorki filmowej Witolda Sobocińskiego, charakteryzowała realistyczna prostota, surowość i rzeczowość. To prekursorskie dokonania Wójcika zapoczątkowały emancypację artystyczną operatorów filmowych, którzy byli do tej pory traktowani jako drugoplanowi współpracownicy reżysera, jako technicy raczej niż artyści. Studia na wydziale operatorskim PWSF w Łodzi ukończył Wójcik w roku 1955, po czym rozpoczął pracę w zespole filmowym „Kadr”. Dyplom uzyskał dopiero w roku 1964. Jako samodzielny operator zadebiutował w „Eroice” Andrzeja Munka (1958). Następnie zrealizował m.in. zdjęcia do „Popiołu i diamentu” Andrzeja Wajdy (1958), „Matki Joanna od Aniołów” (1961), „Faraona” Jerzego Kawalerowicza (1965), „Westerplatte” Stanisława Różewicza (1967) i „Potopu” (1973) Jerzego Hoffmana czy „Anioła w szafie” Stanisława Różewicza (1987). W latach 1968–1970 współpracował z reżyserami jugosłowiańskimi. Wyreżyserował też dwa filmy fabularne – „Skarga” (1991) i „Wrota Europy” (1999) – do których napisał również scenariusze. W latach 1976–1985 zajmował się także reżyserią telewizyjną – stworzył kilka spektakli Teatru Telewizji, m.in. „Joanna d’Arc” (1976) i „Relacja” (1977). Współpracował z warszawskim Teatrem Adekwatnym. Był też profesorem sztuki filmowej. W latach 1981–1982 wykładał sztukę operatorską na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, a od 1982 na Wydziale Operatorskim PWSFTviT w Łodzi, początkowo jako profesor nadzwyczajny, od 1988 zwyczajny. W latach 2000–2003 wykładał na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, a w latach 2010–2015 na Wydziale Scenografii Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Za swoją twórczość był wielokrotnie nagradzany, m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2005), nagrodą „Vitae Valor” za całokształt twórczości na III Festiwalu Filmowym „Vitae Valor” w Tarnowie (2003), nagrodą za całokształt twórczości „Golden Camera 300” na MFF Sztuki Operatorskiej im. Braci Manaki w Bitolaw Macedonii (1999), a wcześniej szeregiem nagród za zdjęcia do filmów i za reżyserię spektakli teatru TV. Był honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Twórców Obrazu Filmu Fabularnego. W roku 2006 opublikował zawierającą przemyślenia i wspomnienia zawodowe książkę „Labirynt światła” a w roku 2017 „Sztukę filmową”, zbiór wykładów, wygłoszonych w latach 2000–2003 na Uniwersytecie Warszawskim.