Dwaj generałowie – August Fieldorf i Wojciech Jaruzelski

„Nil”, to wojenny pseudonim generała brygady Augusta Emila Fieldorfa, żołnierza AK, walczącego z hitlerowcami w okupowanym kraju. Generał Wojciech Jaruzelski także walczył z hitlerowcami, idąc ze Wschodu z 1 Armią Wojska Polskiego i wyzwalając ojczystą ziemię. Co jeszcze łączy te dwie historyczne postacie?

August Emil Fieldorf służbę wojskową rozpoczął od ukończenia szkoły podoficerskiej w Związku Strzeleckim (1912) i jako podoficer wstąpił do Legionów Polskich (sierpień 1914). Dowodził kompanią ciężkich karabinów maszynowych na froncie wschodnim w 1920 roku.
Okres międzywojenny,
to czas pełnienia zawodowej służby wojskowej na wielu stanowiskach dowódczych i sztabowych. W wojnie obronnej 1939 roku dowodził 51 pułkiem piechoty Strzelców Kresowych. Po klęsce wrześniowej przedostał się do Francji. Latem 1940 roku, gen. broni Kazimierz Sosnkowski skierował nowo mianowanego pułkownika Fieldorfa do Komendy Głównej ZWZ (później AK). Jesienią 1942 r. objął stanowisko Komendanta Kedywu (Kierownictwa Dywersji) Komendy Głównej AK o pseudonimie „Nil”. Tym samym stał się głównym organizatorem działalności sabotażowo – dywersyjnej oraz zamachów na hitlerowskich katów w okupowanej Polsce. Trzeźwo oceniając ówczesną sytuację na froncie wschodnim, a szczególnie siły niemieckie wokół Warszawy i w samej Stolicy, był przeciwny powstaniu. Napisał nawet list do gen. Bora-Komorowskiego, gdzie przedstawił swoją ocenę i przypomniał jak Niemcy rozprawili się z powstaniem żydowskim w getcie.
Wojciecha Jaruzelskiego
z rodziną, w czerwcu 1941 r. wywieziono na Sybir. W jednym z wywiadów wspominał: „Byłem na zesłaniu w głębokiej tajdze, w leśnej osadzie Turaczak, niewiele wiedząc co dzieje się na świecie. Gdy po różnych zresztą perypetiach, udało nam się dotrzeć do większego ośrodka – Bijska w Ałtajskim Kraju, armia Andersa przegrupowała się już do Azji Środkowej, z intencją dalszej ewakuacji do Iranu. Do wstąpienia, zabrakło miesięcy, może tygodni. Logiczną tego konsekwencją stało się wstąpienie do armii tworzonej pod dowództwem Berlinga”. Z tą armią, po ukończeniu Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu, jako dowódca zwiadu 5 pułku piechoty (2 Dywizja Piechoty), przeszedł cały szlak bojowy do Łaby. Wojnę zakończył w stopniu porucznika.
Gdy Powstanie Warszawskie jeszcze trwało, we wrześniu 1944 r. August Fieldorf został odznaczony złotym orderem Krzyża Wojennego Virtuti Militari i awansował na stopień generała brygady. Krótko po tym został odwołany ze stanowiska Komendanta Kedywu. Wtedy chorąży Wojciech Jaruzelski z Pragi, organizował zwiadowcze przeprawy przez Wisłę na Bielany, rozpoznawał hitlerowskie pozycje. Po latach Generał wspomina: „forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności.
Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”.
Generał „Nil”
przypadkowo aresztowany w Milanówku (luty 1945 r.) przez NKWD, pod nazwiskiem Walenty Gdanicki, został uwięziony w przejściowym obozie NKWD w Rembertowie, a następnie wywieziony do ZSRR. Przez 20 miesięcy w rejonie Świerdłowska pracował przy wyrębie syberyjskiej tajgi, podobnie jak kilka lat wcześniej młody Wojciech Jaruzelski. Nie rozpoznany, z grupą żołnierzy AK wrócił do Polski jesienią 1947 r. Schorowany zamieszkał z rodziną w Łodzi, nie podejmując żadnej pracy ani działalności politycznej. Za radą swojego byłego dowódcy, gen. dyw. Gustawa Paszkiewicza, ujawnił się w lutym 1948 r. podając prawdziwe nazwisko. Organy bezpieczeństwa aresztowały go 2,5 roku później, w 1950 r. Akt oskarżenia zarzucał gen. „Nilowi” m.in. wydawanie rozkazów zwalczania partyzantki radzieckiej i „lewicowych podziemnych grup niepodległościowych” oraz „obywateli narodowości żydowskiej na terenie woj. białostockiego, nowogródzkiego i lubelskiego”.
Sąd Wojewódzki
dla m. st. Warszawy 16 kwietnia 1952 r. skazał gen. „Nila” na karę śmierci. Sąd Najwyższy wyrok utrzymał w mocy. Skazany odwołał się. Wskazywał na bezpodstawność zarzucanych mu czynów oraz wnioskował o przesłuchanie kilku świadków, w tym płk Jana Mazurkiewicza ps. „Radosław”. Listy o ułaskawienie napisała żona Janina i 87 letni ojciec. Sąd Wojewódzki po ich rozpatrzeniu wnioskował, że „nie istnieje możliwość resocjalizacji… Skazany Fieldorf na łaskę nie zasługuje”.
Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano 24 lutego 1953 r. o godz. 15.00, w więzieniu mokotowskim. Zwłok gen. „Nila” rodzinie nie wydano. Nie jest znane miejsce Jego wiecznego spoczynku. Wtedy, w lutym 1953 r. podpułkownik Wojciech Jaruzelski był słuchaczem Kursu Doskonalenia Dowódców w Rembertowie.
W lutym 1972 r., wdowa po generale „Nilu” zadzwoniła do Gabinetu MON, prosząc o wskazanie jej miejsca pochówku męża. Fakt ten tak wspomina ówczesny szef Gabinetu MON, gen. Zbigniew Czerwiński – „Zadośćuczynienie tej prośby nie mieściło się w moich kompetencjach, w związku z czym, obiecałem rozmówczyni odpowiedź w ciągu 3-4 dni. Sporządziłem notatkę dot. osoby gen. Fieldorfa, którą wraz z meldunkiem o prośbie p. Fieldorfowej przedstawiłem Ministrowi. Generał przeczytał notatkę i nie zastanawiając się oświadczył, że panią Fieldorfową przyjmie osobiście. Spojrzał na kalendarz i podał najbliższy, drugi lub trzeci dzień oraz godzinę.
Zalecił mi jednocześnie osobisty przekaz zaproszenia i zaznaczył, że-jeśli zaproponowany termin nie będzie odpowiadał p. Fieldorfowej – poprosić ją o wskazanie innego. Decyzję Generała przekazałem zainteresowanej w tym samym dniu.
Pani Fieldorfowa,
oprócz dużego zdziwienia osobistym zaangażowaniem się Ministra, nie kryła ze wzruszeniem nadziei na odnalezienie poszukiwanego miejsca i możliwości – jak mi powiedziała – uczczenia wraz z córkami, zbliżającej się 20. rocznicy śmierci męża. Nie byłem świadkiem tej rozmowy. Po kilku dniach Generał polecił mi przyjąć przedstawiciela MSW i ustalić dalsze, wspólne postępowanie … Dowiedziałem się w końcu roku, że poszukiwanego miejsca nie odnaleziono. Natomiast Generał podjął decyzję wykonania na koszt MON symbolicznego grobu gen. Augusta Fieldorfa na Cmentarzu Powązkowskim”, tyle Świadek Historii, gen. Zbigniew Czerwiński.
Do dziś – marzec 2020, na Cmentarzu Powązkowskim istnieje symboliczny grób gen. „Nila” (aleja A, kwatera 14, czwarty w czwartym rzędzie).
Generał, jako Przewodniczący Rady Państwa, poparł wystąpienia wielu środowisk i naukowców w sprawie ujawnienia tzw. białych plam oraz rewizji sądowych wyroków z okresu stalinowskiego. Z inspiracji Generała, ówczesny Prokurator Generalny PRL Józef Żyta, polecił przejrzenie archiwalnych dokumentów procesu sądowego gen. „Nila”. Decyzją z 7 marca 1989 r. zmienił postanowienie z 1958 r. o umorzeniu śledztwa, stwierdzając, iż gen. August Fieldorf „Nil” nie popełnił zarzucanych mu czynów.
Wśród byłych żołnierzy ruchu oporu,
w tym AK, awansowanych przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego do stopnia generała brygady w 1984 r., był zastępca gen. „Nila”, jako Komendanta Kedywu – płk Jan Mazurkiewicz, ps. „Radosław”. Podczas kilku spotkań z „Radosławem”, Generał dokładnie poznał drogę życiową i zasługi gen. „Nila”, odsunięcie go od spraw bieżących za sprzeciw szaleńczym planom gen. Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego (pisze o tym Bohdan Piętka, Przegląd nr 9 z 2019), kulisy decyzji o wybuchu Powstania. Kilka rozmów z Generałem w latach 2005-2010, dot. m.in. sytuacji w Stolicy przed, podczas i po Powstaniu, pozwala mi ocenić, iż zawiązała się z gen. „Radosławem” swoista nić zaufania.
Tym bardziej, że był krytykowany przez część środowiska AK, za udział w Komitecie Budowy Pomnika Powstańców Warszawskich, któremu przewodniczył Generał. Proszę Państwa Czytelników o zwrócenie uwagi na nazwę – Pomnik Powstańców Warszawskich! Dlaczego? – ktoś zapyta. W tej nazwie kryje się istota Hołdu – właśnie Powstańcom i mieszkańcom Warszawy. Świadomie pomija się decydentów, zarówno tych z londyńskiego rządu jak i Dowództwa AK. Kto słyszał ten znamienny i jakże wymowny szczegół w tej nazwie, choćby przy okazji 75 rocznicy, która minęła pół roku temu.
I jeszcze taka ciekawostka –
zachęcam Warszawiaków i turystów oglądających Pomnik – stoi naprzeciw Katedry Polowej WP – odsłonięty przez Generała w 45 rocznicę wybuchu Powstania, by zechcieli odszukać tablicę informującą o tym Komitecie, da wiele do myślenia!
Koło Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych w Rembertowie, wystąpiło w 2004 r. z wnioskiem do władz Dzielnicy Rembertów, by rondo przed bramą główną Akademii Obrony Narodowej nosiło imię gen. Augusta Fieldorfa „Nila”. Wniosek poparła Komenda Akademii, Dyrekcja i młodzież Gimnazjum im. Bohaterów Westerplatte, środowiska kombatanckie, radni i mieszkańcy Rembertowa, zyskał uznanie władz Dzielnicy. Władze Warszawy szybko przyjęły odnośną uchwałę. Tak władze Rembertowa upamiętniły gen. „Nila”, który na terenie Akademii, w dawnym Centrum Wyszkolenia Piechoty był wykładowcą taktyki ( w latach 1947-1949 wykładowcą był też mjr Wojciech Jaruzelski) oraz przeszedł przez obóz przejściowy NKWD.
Stracenie gen. „Nila”, skłania do wielu refleksji. Myśli biegną ku ponurym dniom okresu stalinowskiego. Wtedy dość często poprzez bestialskie postępowanie z oskarżonymi, tortury i bicie świadków wymuszały „potrzebne” zeznania. Na ich podstawie skazywano – jak się później okazywało – niewinnych.
Można się zastanawiać, czy tamci „sędziowie” nie zdawali sobie sprawy ze swoich karygodnych poczynań? Że faktycznie wymuszane i często spreparowane „dowody” nie są prawdziwe? Że na takich fałszywych podstawach wydawali prawdziwe wyroki, decydowali o życiu i śmierci? Że tak
nieludzko byli zatwardziali
na apele, prośby i błagania o życie samych skazanych i ich najbliższych. Tu, wstrząsające, po ludzku przerażające są dokumenty sądowe gen. „Nila”. A co myśleć o świadkach, gdy fizycznie i psychicznie zmaltretowani poświadczali nieprawdę, o ich późniejszym życiu, gdy wyjawili prawdę? Czy naprawdę było im „lżej na sumieniu”, bo ratując własne życie okazywali się współsprawcami męczeńskich śmierci innych, jak żyli z tym „ciężarem sumienia”…
Nie ma, bo być nie może żadnego usprawiedliwienia dla – podkreślę – świadomych fałszerstw, o czym sędziowie wiedzieli, byli ich sprawcami, a przez to sprawcami zadawanego osobom nie winnym bólu, rozpaczy i śmierci, także ich rodzinom. Jakimże trzeba być zwyrodnialcem!
Pisząc ten tekst, „przebłyski” w Przeglądzie nr 11, z 9-15 marca 2020, zwróciły moją uwagę na inny rodzaj, formę i skalę refleksji, duchowego upokorzenia – sam nie wiem jak to trafnie określić. Podano taki fakt. Dwaj „uczeni” z IPN (celowo pomijam nazwiska jako wyraz potępienia odczłowieczenia) – cytuję – „stając w obronie Zygmunta Szendzielarza >Łupaszki”< napisali, że we wsi Potoka zginęły cztery osoby cywilne (w tym troje dzieci)” – czyli wg mnie ich matka lub ojciec-„które mimo rozkazu opuszczenia domostw ukryły się w jednym z nich”.
Zastanawiam się, dlaczego bali się wyjść, czyżby słyszeli o bestialstwach tego oddziału i woleli nie pokazywać się „takim patriotom”? Liczyli, że ich nie znajdą i przez to unikną śmierci, bo zapewne wiedzieli co ich czeka. Czy mogła ich spotkać inna kara niż śmierć? Powtarzam powyższe pytanie-jakimże trzeba być zwyrodnialcem, wręcz„moralnym oprawcą” dzisiejszych dzieci i młodzieży, żeby ich uczyć i wychowywać na takich przykładach. Żeby używać takich „argumentów” dla obrony bandziorów.Za takich „oprawców” XXI wieku w Polsce, uważam kierownictwo MEN, autorów „okólnika” nakazujących szkołom świętowanie przeklętych. Pisał o tym red. Tadeusz Jasiński – DT, 28 lutego-1 marca 2020. czytałem ten tekst wręcz z przerażeniem. Tu dziękuję Autorowi za jego treść i wymowę skierowaną do nas – dziadków i rodziców. Jak ratować nasze dzieci przed „wychowawczym zbandyceniem”.
Nie mogę tego zrozumieć
– Czytelnicy pomóżcie! Słowa podziękowania i wdzięczności za wybór miejsca – Sejm – i tematu „wyklętych” kieruję do posłów Lewicy, Kierownictwa SLD, PPS i prelegentów, którzy ratują naszą świadomość od zdziczenia po lekcji takiej „polityki wychowawczej”. Raz jeszcze dziękuję.
Prawdą jest, że wyroki wydawano w imieniu Rzeczypospolitej, a więc naszych ojców i matek, żołnierzy wszystkich frontów walki z hitleryzmem, ludzi ocalonych od śmierci. To przecież oni świadomie i słusznie podnosili naszą Ojczyznę z wojennych gruzów i popiołów. A w tamtym czasie potrzebna była każda para rąk do ofiarnej pracy nad odbudową „rodzinnych gniazd”, do mądrej służby Rzeczypospolitej w nowej rzeczywistości.
Jest i taka prawda, że na różnych szczeblach władzy byli ludzie, którzy później potrafili docenić zasługi żołnierzy spod innych znaków bojowych niż oni, walczących o wolną Polskę. Na miarę swoich możliwości i okoliczności oddawali hołd niewinnie straconym, m.in. poprzez symboliczne groby, jak ten gen. „Nila”.
Generał „Nil” i gen. Wojciech Jaruzelski nigdy nie spotkali się osobiście.
Generał Wojciech Jaruzelski potrafił docenić zasługi gen. „Nila” w walce o wolną Polskę. Swoją decyzją, jako frontowy żołnierz oddał hołd niewinnie straconemu „Nilowi”. Tak, bez żadnego rozgłosu, zadośćuczynił wyrządzoną Rodzinie i Polsce niepowetowaną stratę. To ważna lekcja refleksji i pokory dla polityków, publicystów i historyków – obecnych „sędziów” Generała. Kto z nich zechce o tym pamiętać czy wspomnieć w odnośnych wystąpieniach i publikacjach, na lekcjach historii, ku pamięci obecnego i przyszłych pokoleń.
Po 1990 r. odbyło się wiele rozmów i dyskusji w TV i prasie, z udziałem córek gen. „Nila”. Wykonano film o „Nilu”, ale nikt nigdzie nie wspomniał o decyzji gen. Jaruzelskiego. Na początku grudnia 2010 prasa podała, że „Wolą Marii Fieldorf – Czarskiej (zmarłej 21.11.2010) było, aby jej ciało skremowano i umieszczono w symbolicznym grobie ojca”.
Należę do licznego grona kinomanów, którzy poznali film Ryszarda Bugajskiego, pt. „Generał NIL”. Reżyser wybiórczo prezentuje życiorys Augusta Fieldorfa. Akcentuje wątki osobiste i rodzinne. Zatrzymuje uwagę widza na drobiazgowo zobrazowanym okresie – nazwę to – martyrologii bohatera, z dostrzegalnymi odniesieniami do współczesności, co skłania do wielowarstwowej refleksji. Wywołuje współczucie i duchowe współcierpienie dla niewinnie skazanego, co zapewne słusznie osiąga.
Nigdy więcej i nigdzie takich wyroków – chciałoby się krzyczeć. Ale film sugestywnym obrazem czytelnie podsuwa nienawiść wobec ówczesnych władz. A czy dziś świadomy swej odpowiedzialności za Ojczyznę Polak – nie znajdzie wielu przykładów, które „innymi faktami” budzą odrazę do władzy? Dlaczego tak się dzieje, proszę pomyślcie Państwo.
Nie przeczę, lata stalinizmu, moralno – psychicznego i fizycznego terroru w Polsce, pod tym względem
zasługują na potępienie.
Nie był to jednak okres znęcania się tylko nad b. żołnierzami AK, jak zdaje się sugerować film. Okres lat 40., początku 50. ubiegłego wieku, w którym toczy się akcja filmu, to czas realizacji dwóch planów: 3 – letniego i 6 – letniego, odbudowy kraju z gigantycznych zniszczeń wojennych (straty 38% majątku narodowego; Warszawa 71% substancji materialnej).
To czas budowy „Polski przemysłowej”, otwartej na świat, której materialnym symbolem jest Nowa Huta w Krakowie i rudowęglowiec „Sołdek”, pierwszy po wojnie statek zwodowany w gdańskiej stoczni oraz pamiętne wezwanie: „cały naród buduje Stolicę”.
Redaktor Roman Czubiński, Autor tekstu „Gra Wyklętymi” (DT,6-8 marca 2020) pisze, że „Nil” w filmie radzi modemu zapaleńcowi, by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia, dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę.
Dziękuję za to przypomnienie, może naszą młodzież skłoni do refleksji ku jaśniejszej stronie przyszłości. Dziękując Autorowi za tekst, tą dozą optymizmu wyrażam nadzieję, iż postawa gen. Jaruzelskiego i wielu bezimiennie podobnych skłoni do odwiedzenia symbolicznego grobu gen. „Nila”, do refleksji o czasach i żołnierzach – obaj generałowie byli odznaczeni frontowymi Krzyżami Virtuti Militari.

Eugeniusz Kabatc (1930-2020)

„Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”

Gdy nieco ponad dwa miesiące temu, 11 stycznia obchodziliśmy w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu Jubileusz 90-lecia urodzin Eugeniusza Kabatca, w poświęconym Mu szkicu w „Dzienniku Trybuna” napisałem o Nim jako o „pisarzu twórczych metamorfoz”. W nocy, 19 marca Eugeniusz przeszedł swoją ostatnią metamorfozę – umierając stał się lokatorem naszej serdecznej pamięci, jako piękny człowiek i utalentowany artysta pióra.
Jego twórczość rozpościera się od debiutanckiego zbioru opowiadań „Pijany anioł” (1957) nawiązującego do jego białoruskich korzeni, poprzez europejsko-włoski środek, którego najbardziej charakterystycznym wyrazem jest powieść „Patrycja, czyli opowieść o miłości i sztuce w środku nocy” (1975) i niespieszne (tak jak po wschodniemu niespieszny był Eugeniusz) zwieńczenie, które bardzo pięknie skumulowało się w „Ostatnim wzgórzu Florencji. Opowieści o Stanisławie Brzozowskim” (2008) i w „Czarnoruskiej księdze trędowatych” (2011).
Pisarzowi najwłaściwiej jest oddawać hołd pisząc o jego pisarstwie. W dniu wspomnianego Jubileuszu dostałem do ręki wznowione, w postaci nieco poszerzonej, jego „Popołudnia … wieczory”, zbiór przeszło siedemdziesięciu minipowiastek filozoficznych, którym Eugeniusz nadał formę żartobliwych dialogów między Profesorem a Przyjacielem. Podobnie jak powiastki filozoficzne, także dialogi mają swoją piękną, i głębi dziejów literatury sięgającą tradycję, że wspomnę tylko Platona czy Diderota. Eugeniusz Kabatc, choć nie miał uniwersyteckiego patentu filozofa, w moim odczuciu filozofem również był, tak jak wspomniani wyżej i dziesiątki innych, którzy też ani doktoratami ani tym bardziej habilitacjami czy profesurami się nie legitymowali. Kabatc był pisarzem-filozofem w najbardziej rudymentarnym sensie tego słowa. Filozofował niejako naturalnie, odruchowo, filozofia była w jego duchowym, intelektualnym i emocjonalnym DNA. Filozofował tak, jak się oddycha. Nie był przy tym filozofem z zimnej kategorii Kantów i Heglów, lecz zdecydowanie z rodu Montaigne’ów. Nie powodował nim nie imperatyw odkrywania struktury świata, jego systemu, względnie nadawania struktury, kształtu systemowego żywiołowi egzystencji. Kierowało nim pragnienie pogodnej, choć nie pozbawionej łagodnej melancholii kontemplacji świata, jego dramatu, ale i jego urody. Genealogia filozofowania Kabatca wywodziła się nie ze Średniowiecza, ani też, z drugiej strony, nieco oschłego Oświecenia, lecz z łacińskiego Renesans, w szczególności tych jego stref, które rodziły się pod słońcem i w cieniu winnic Kampanii Rzymskiej czy Toskanii. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo to jedna z ważnych ojczyzn włoskiego wina, a ono towarzyszyły Kabatcowi zawsze, choć smakował je zawsze z renesansowym umiarem. O jego znaczeniu dla Autora świadczy także jego (wina) czule i poetycko wspominana obecność we wspominanych tu powiastkach-dialogach. Nie można jednak zapomnieć, że filozof Kabatc był nie tylko, a może nie przede wszystkim, filozofem, ale świetnym pisarzem, który zadbał o to, by filozoficzność tekstów składających się na „Południa…wieczory” nie była odstraszająca dla tych czytelników, którzy mogą mieć nienajlepsze skojarzenia z terminem „filozofia”, lecz by była atrakcyjna w lekturze. Dlatego teksty zbioru napisał z lekkością motylą i przepełnił je subtelnym i słonecznym humorem.
O czym zaś powiastki-dialogi-rozmówki traktują? O niezliczonych zagadnieniach życia, od wysokiej kwestii „pętli czasu”, poprzez kwestie przykre, jak kłamstwo. zdrada, grzechy władzy, powaga, melancholia, problemy stwarzane przez Ministerstwo Szkodnictwa Wyższego, po wspaniale podnoszące na duchu kwiatki świętego Franciszka. Jedna z powiastek ma intrygujący tytuł, w którym niestety nie mogłem się już rozpoznać: „Dlaczego moi młodzi przyjaciele tak szybko się starzeją?”. „Popołudnia…wieczory”, ale ich lektura sprawiła mi taką przyjemność, że stawiam tomik w zasięgu ręki, z tapczana na którym zwykłem czytać, że użyję staromodnego określenia. Tej staromodności mam zamiaru się wstydzić, tym bardziej, że bieżący czas, póki co, oferuje nam jedynie koronawirusa. I na koniec pozwolę sobie akcent prywatny. Gdy w 1957 roku Eugeniusz debiutował – urodziłem się. Gdy w 1975 roku ukazała się jego włoska powieść „Patrycja”, ukończyłem 18 lat. Przeszło trzydzieści lat później obdarzył mnie i zaszczycił swoją przyjaźnią a jeszcze później kilkoma, na przestrzeni lat, spotkaniami przy winie, w jego mieszkaniu w wieżowcu przy Smolnej, jak żartobliwie podkreślał – w lokalu pod mickiewiczowskim numerem 44 (słownie: „Czterdzieści i cztery”). Będzie mi tym winnych spotkań u Eugeniusza bardzo brakowało.

Narodziny i śmierć wielkiej mistyfikacji

Zdarzają się lektury, których literalna problematyka nie jest nam obca, z którą jesteśmy nieźle, czasem dobrze, a bywa że i bardzo dobrze obeznani, a mimo to nie mamy poczucia zwykłego, mechanicznego repetytorium, przypominającego przedegzaminacyjną powtórkę materiału, znaną wszystkim byłym uczniom i studentom. Przeciwnie, takie lektury przynoszą coś w rodzaju „iluminacji”, oświetlenia zagadnień znanych nam, w taki sposób, że nasza czasem nie do końca uporządkowana, niekompletna wiedza, natłoczone zagadnienia przypominające miazgę pojęciową, niewyklarowane myśli, niejasności, pytania, luki, rozjaśniają się nagle, nabierają klarowności i przybierają szyk uporządkowany intelektualnie.

Do takich zaliczam lekturę tomu „Dekadecja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, autorstwa francuskiego filozofa, antropologa i religioznawcy Michela Onfray, jednego z mandarynów współczesnego, światowego, radykalnego ateizmu naukowego. Nawiasem mówiąc, nie miałem takiego uczucia n.p. podczas lektury wielotomowych cykli autorstwa niemieckich religioznawców Karlheinza Deschnera czy Uty Ranke-Heineman. Są przepełnione do ostatnich granic obezwładniającą czytelnika, formalnie tylko uporządkowaną lawiną faktów, nazwisk, dat i pojęć, więc lektura tego natłoku przypomina żmudne, męczące i mało owocne brnięcie przez bardzo trudny trakt.
Tymczasem „Dekadencję” Onfraya czyta się wspaniale przede wszystkim dlatego, że jest znakomicie, potoczyście napisana i wybornie przetłumaczona przez Elżbietę i Adama Aduszkiewiczów. Czyta się ją jak barwną, choć często dramatyczną opowieść. Walorem tej lektury jest także jej ton. Po tak radykalnym ateiście jak Onfray można by spodziewać się stylu pamfletowego, nasączonego agresją i szyderstwem w stosunku do religii. Tymczasem spotyka nas niespodzianka, bo Onfray nie napisał tej książki z ideologiczną tezą, zachował pokaźną dozę obiektywizm w opisie i do minimum ograniczył diatryby antyreligijne, antychrześcijańskie, antykatolickie, antyklerykalne. Trzeba przy tym dla porządku zauważyć, że „Dekadencja” nie dotyczy wyłącznie religii, lecz, na co skądinąd wskazuje podtytuł, cywilizacji judeochrześcijańskiej w ogólności, także jej segmentu, by tak rzec, niereligijnego, lecz politycznego, kulturowego, etc. Jest w niej bowiem mowa n.p. także o USA, kraju, który podobnie jak Polska i Francja przynależy do kręgu judeochrześcijaństwa.
Onfray skonstruował opis dziejów narodzin, rozwoju, apogeum potęgi, zmierzchu i upadku tej cywilizacji tak, jakby opisywał historię poczęcia, narodzin, młodości, dorosłości, starości i śmierci człowieka. Kolejne rozdziały noszą wymowne z tego punktu widzenia tytuły: „Narodziny”, „Wzrastanie”, „Potęga”, „Zwyrodnienie”, „Starzenie się”, „Degeneracja”. Onfray ukazuje narodziny chrześcijaństwa z korzenia judaistycznego i na glebie upadłej cywilizacji antycznej (grecko-rzymskiej). Pierwszy rozdział, o „przygodzie antyciała Chrystusa” rozpoczynają zdania aż nadto dobitne: „Cywilizacja judeochrześcijańska jest zbudowana na fikcji. Fikcji Jezusa, który nigdy nie miał innego istnienia niż alegoryczne, metaforyczne, symboliczne i mitologiczne. O istnieniu tej postaci nie świadczy żaden namacalny dowód powstały w jej czasach”. (…) Cała nasza cywilizacja zdaje się zasadzać na próbie nadania ciała bytowi, który nie miał innego istnienia, jak tylko konceptualne. Jezus z Nazaretu, który historycznie nie istniał, staje się więc Chrystusem Pantokratorem, na którego imieniu opiera się prawie dwa tysiące lat nasyconej nim historii Zachodu. Tam, gdzie współczesna mu historia milczy na jego temat, historia późniejsza jest bardziej niż gadatliwa, bo wiedziona pragnieniem nadania Jezusowi formy obejmującej cały świat. Prawie osiągnięto stawkę; nie cały świat został stworzony na jego obraz, ale to, co zostało oszczędzone, nie istniało bez określenia się w stosunku do niego”.
Onfray pokazuje to analizując stosowne fragmenty Biblii, Starego i Nowego Testamentu. Kolejne rozdziały poświęcone zostały takim zjawiskom, jak szybkie nadanie jezusowej religii miłości, przez św. Pawła, wojowniczego charakteru, narodziny chrześcijańskiego antysemityzmu, m.in. św. Jan Chryzostom), wpływu jaki fakt uczynienia emblematem chrześcijaństwa ciała ukrzyżowanego Jezusa, czyli ciała okaleczonego i zabitego, wywarł na psychologicznym kształcie tej religii (autor widzi w tym jej ciężką wadę genetyczną, podobnie jak w dogmacie o „niepokalanym poczęciu”, który zaciążył na judeochrześcijańskim stosunku do seksualności), o pierwotnej „teologicznej” wielopostaciowości chrześcijaństwa, które przez kilka pierwszych wieków, zanim papieże i synody dokonali aktów pewnego uporządkowania, przypominało istną „wieżę Babel”.
Onfray wskazuje też moment, w którym chrześcijańska sekta stała się religią, a następnie, za cesarza Konstantyna (którego krańcowo negatywny obraz jako człowieka został bogato zarysowywany) stał się w cesarstwie rzymskim religią panującą. Od czasów Konstantyna rozwija się obraz chrześcijaństwa jako terrorystycznego totalitaryzmu religijnego („Torturować ciało, torturować dusze”) od mordu na Hypatii począwszy (V w.n.e) poprzez średniowieczne Państwo Boże świętego Augustyna, krwawą walkę z heretykami, wyprawy krzyżowe na głos świętego Bernarda de Clairvaux, po powstanie Inkwizycji, czyli historię przemocy. Jako na kolejny, obok konwersji Konstantyna, przełomowy akt dziejach rozwoju chrześcijaństwa wskazuje Onfray na pojawienie się sztuki chrześcijańskiej – narzędzia chrześcijańskiego prozelityzmu, chrześcijańskiej propagandy. Przez dwa pierwsze wieki chrześcijaństwa sztuka taka nie istniała, co ograniczało tempo i siłę jego rozprzestrzeniania się. Przed Konstantynem „nie było krzyża, ani ukrzyżowania, nie było apostołów ani historii z życia Jezusa”. Była niejasna symbolika, między innymi w postaci znaku ryby. Zmianę przyniosło panowanie Konstantyna, czas narodzin sztuki chrześcijańskiej. On i jego matka postawili imponującą liczbę bazylik, z zatem: architektura, rzeźba, mozaika, przedmioty liturgiczne, freski i wyroby ze złota”. „Dzięki sztuce – stwierdza Onfray – fikcja stała się rzeczywistością, a rzeczywistość fikcją”. Rozdział „Ciało Chrystusa w żołądku szczura” traktuje o sporach teologicznych, scholastycznych, a w walce papieży, antypapieży i kontrpapieży w XIV-XV wieku upatruje Onfray objawów pierwszego wielkiego kryzysu chrześcijaństwa („Chrześcijańska ryba psuje się od głowy”). Ten jednak kryzys był jeszcze endogenny, wewnętrzny i póki trwała zasadnicza spoistość teologiczna i polityczna wokół Stolicy Apostolskiej w Rzymie, dawał się opanowywać. W końcu walka papiestwa z antypapiestwem, Rzymu z Avignonem, była „kłótnią w rodzinie”. Pierwsze czynniki, które zagroziły chrześcijaństwu z zewnątrz, po dokonaniu frondy intelektualnej i organizacyjnej, miały swoje źródło w Renesansie. Pierwszy wiązał się z nawiązaniem do cywilizacji starożytnej i jej materialnych oraz duchowych bogactw, w tym z odkopaniem nauki Epikura. „Po tysiącu lat cywilizacji, która miała się za jedyną, największą, najsilniejszą, najpiękniejszą, ludzie odkrywają, że istniała inna cywilizacja i ona również miała swoją wielkość, wielkie postaci, myślicieli, wielkich dramatopisarzy, architektów, agronomów, historyków itd.”. Drugim czynnikiem była reformacja, narodziny protestantyzmu (w tym ruchu hugonockiego) w jego różnych postaciach, który doprowadził do desakralizacji władców, który „wysadził w powietrze cezaropapizm i doprowadził do laicyzacji władzy”.
Ten proces przebiegał powoli, w modułach trwających wiele dziesięcioleci, a nawet przez wieki. Wydarzeniem, które według Onfraya miało przynieść głębokie, rozległe i dalekosiężne konsekwencje było trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1755 roku („Lizbońska sejsmologia Boga”). Rozbiło ono kanoniczne przekonanie o wszechobecności i wszechmocy Boga, przekonanie o tym, że wszystko wynika z „woli Bożej”. Skoro bowiem doszło do tak straszliwej hekatomby w katolickim, pobożnym kraju, to albo Bóg nie potrafił do niej nie dopuścić, a więc wszechmocy nie był, albo na nią przyzwolił, ale w takim razie pojawiło się pytanie, w imię czego tak zachował się „nieskończenie dobry Stwórca”? „Czego może chcieć Bóg decydując się na coś podobnego?”. „Filozofia Oświecenia – napisał Onfray – zawłaszczyła to wydarzenie, żeby usunąć judeochrześcijański teizm i zrehabilitować deizm, który stanowił krok w stronę ateizmu”. Ten istniał już w starożytności (Lukrecjusz), ale czym innym był ateizm pogański, a czym innym narodzony w samym rdzeniu chrześcijaństwa, a nawet w łonie kapłaństwa katolickiego. Zanim u schyłku XIX wieku śmierć Boga ogłosił Friedrich Nietzsche, w pierwszej połowie XVIII wieku tajnie napisał o jego nieistnieniu katolicki ksiądz proboszcz Jean Meslier w swoim „Testamencie”. O polskim szlachcicu Kazimierzu Łyszczyńskim i jego dziele „De non existentia dei”, za które został w 1689 roku ścięty na rynku miasta Warszawy, Onfray nie wspomina, bo być może nawet o nim nie słyszał. Poza tym Rzeczpospolita Polska był to kraj z punktu widzenia laicyzacyjnych procesów europejskich marginalny, a ponadto jego wystąpienie nastąpiło już po spaleniu Vaniniego, Serveta czy Bruno, czyli było z tego punktu widzenia epigońskie. Nie zmienia to faktu, że osobiście jestem z postaci Łyszczyńskiego dumny i ubolewam, że mimo działalności od wielu lat całego szeregu organizacji laickich, nie powstał jego pomnik ani nawet tablica ku jego czci. Sama tylko bliskość dat pokazuje, że od roku 1755 procesy, o których mowa, poszły „już górki”. Intelektualna kontestacja przerodziła się w czynną dechrystianizację. Jej pierwszym wielkim aktem była późniejsza o 34 lata Wielka Rewolucja Francuska, o której, nawiasem mówiąc, co jest cokolwiek zaskakujące, Francuz i lewicowiec Onfray wypowiada się bez jakiegoś nabożnego entuzjazmu, prezentując całą galerię antypatycznie pokazanych koronnych postaci rewolucji (m.in. Héberta, Saint Justa, Mirabeau) czego nie powstydziłaby się nawet antyjakobińska propaganda rojalistyczna ani nasz, polski Teodor Jeske-Choiński, autor krańcowo nienawistnej i pogardliwej „Psychologii Rewolucji Francuskiej”. Onfray idzie zresztą za ciosem i masakruje (co nie nowe) filozofię Jean-Jacques Rousseau, dostrzegając w jego idei „zmuszania do wolności” prawdziwe „korzenie totalitaryzmu”, a także źródła choroby francuskiego intelektualizmu, do dziś poniekąd aktualnej, polegającej na radykalnej rozbieżności między ideą a rzeczywistością („Zasada eksterminacji. Wynalazek totalitaryzmu”). Onfray w technice działania ekspedycji karnych I Republiki przeciw rewolcie ludowej w Wandei pierwszego eksperymentów, których konsekwencją była masowa eksterminacja spod znaku Gułagu, Auschwitz i Holocaustu, włącznie z prekursorstwem w zakresie wynalazku komór gazowych (sic!).
Wydaje się, że to wolnościowa postawa Onfraya sprawiła, iż, choć człowiek, lewicy, postawił się moralnie mimo wszystko po stronie „wandejskiej reakcji”, a nie ludzi pokroju Carriera, pacyfikatora Nantes czy Fouché’go, kata Lyonu. Z tych samym wolnościowych i humanistycznych powodów Onfray krytycznie odniósł do „Marksistowsko-leninowskiej paruzji” i jej zbrodniczych praktyk głównie w ZSRR. Totalna dechrystianizacja Rosji po 1917 roku dokonana krańcowo brutalnymi metodami nie spotkała się akceptacją autora „Dekadencji”, inaczej niż ze strony wielu lewicowych intelektualistów Zachodu.
Obraz „Kontrrewolucyjnej rewolucji. Faszyzmu jako reakcji chrześcijańskiej” dotyczący frankistowskiej Hiszpanii, Italii Mussoliniego i Niemiec Hitlera służy Onfrayowi do wyciągnięcia zasadniczego wniosku, że próba reaktywacji nowoczesnej odmiany „cezaropapizmu”, osłonięcia religii pancerzem totalitarnego państwa, sojusz „tronu i ołtarza” (najbardziej ścisły i ostentacyjny w Hiszpanii Franco) przyniosła rezultaty odwrotne od zamierzonych i radykalnie skompromitowała w Europie Kościół katolicki i Watykan. Reforma soborowa Vaticanum II Jana XXIII i sytuacyjnie podkręcany triumfalizm „nowej wiosny Kościoła” za Jana Pawła II okazały się jedynie relatywnie krótkotrwałym „łabędzim śpiewem”, po którym nastąpiło silne tąpniecie, swoją gwałtownością odwrotnie proporcjonalne do sztucznego „wzlotu” czasu pontyfikatów Roncallego i Wojtyły. Trudno orzec, czy ta zbieżność czasowa była przypadkowa czy też nie, ale faktem jest że lata sześćdziesiąte, które przyniosły kolejne procesy dekompozycyjne w judeochrześcijańskiej kulturze, obyczajach i moralności, w postaci pojawienia się nowej postaci libertynizmu (prawo do aborcji czy antykoncepcja) czy radykalnej, obrazoburczej awangardy artystycznej, były jednocześnie latami Soboru Watykańskiego II (aggiornamento – uwspółcześnienia Kościoła, łącznie z liturgią mszy i jego nauczaniem) i sławnego Maja 1968 roku we Francji. Ta „dekonserwatyzacja” i dechrystianizacja kultury była jednym z ostatnich już gwoździ wbitych w trumnę judeochrześcijaństwa. Także sobór nie przyniósł oczekiwanych skutków.
„Wydaje się wręcz – napisał – że sobór, chcąc być remedium, wzmógł chorobę, robiąc z Boga kolegę, do którego mówi się na ty. Z księdza – towarzysza, którego można zaprosić na wspólne wakacje, z symboliki – przestarzałe pomysły do wyrzucenia, z tajemnicy transcendencji – płaską immanencję, z mszy – scenografię, naśladującą schemat audycji telewizyjnych, (…) z przesłania Chrystusa – prostą związkowa ulotkę, z sutanny – teatralne przebranie (…) Kościół przyśpieszył ruch zapowiadający jego upadek”.
Zbliżamy się do finału opowieści Onfraya. Opowiada on o „Historii po końcu historii”, czyli o „trzecim intermedium muzułmańskim”. Pierwsze intermedium miało miejsce w VII wieku i wiązało się z objawieniem się Mahometa, zakończone zostało pogromem Arabów pod Poitiers, (732 r.). Drugie – podczas kolejnej inwazji islamskiej w późnym średniowieczu, zakończone wyrwaniem Hiszpanii spod panowania Arabów (Granada 1492), rozbiciem ich floty pod Lepanto w 1571 i obroną Wiednia w 1683 roku. Obecnie jesteśmy – zdaniem Onfraya – świadkami „trzeciego intermedium muzułmańskiego”. Jego pierwszym aktem miał być atak na USA 11 września 2001 roku, a kolejnym, 7 stycznia 2015 w Paryżu, gdy dwaj islamiści „pomścili proroka Mahometa” mordując redakcję pisma „Charlie Hebdo”.
Onfray zdaje się być przekonany, że czwartego intermedium islamskiego już nie będzie, ale tylko dlatego, że nastąpi ostateczna śmierć judeochrześcijaństwa i triumf islamizmu. Wyjaśnia to tak: „My mamy nihilizm, oni mają żarliwość, my żyjemy złapani w pułapkę chwili obecnej, niezdolni do niczego oprócz powolnego zużywania się, oni są na ty z wiecznością (…) my mamy dla siebie przeszłość, oni mają przyszłość, ponieważ dla nich wszystko się zaczyna, dla nas wszystko się kończy. Każda rzecz ma swój czas. Judeochrześcijaństwo panowało przez prawie dwa tysiąclecia. Zacna długość życia, jak na cywilizację, Cywilizacja, która je zastąpi, również zostanie zastąpiona. Kwestia czasu. Statek tonie; pozostaje nam utonąć elegancko”. Michel Houellebecq już to nawet sugestywnie opisał w powieści „Uległość”. Drugiego tomu „Dekadencji” Michel Onfray nie napisze, bo nie tylko się ona już dopełniła, ale teraz trwa już agonia. To, historycznie rzecz biorąc, ostatnie chwile cywilizacji judeochrześcijańskiej. Drugi tom musiałby nosić tytuł: „Nowa era, nowe panowanie”. Ale to już temat na inną opowieść.
Michel Onfray – „Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa”, przekł. Elżbieta i Adam Aduszkiewiczowie, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019, str. 671, ISBN 978-83-8015-802-3

Komplikacje życia „Trzeciego Wieszcza”

Kolejny tom z serii poświęconej życiu i twórczości Zygmunta Krasińskiego przygotowane nakładem toruńskiego uniwersytetu, skoncentrowany na zagadnieniach z życia poety, które było bujne, problemowe i skomplikowane.

Nie oznacza to, że jego egzystencję można jak noże odciąć od problematyki twórczości, a świadczy o tym już tekst otwierający zbiór, „Wielkość i błąd”, dotykający sprzeczności w świadomości poety, w której ścierały się rzeczy wielkie i szlachetne, ale także małe, jak ponure przesądy. Szkic o „Człowieku wewnętrznym we mnie” dotyka romantycznego indywidualizmu, solipsyzmu, egotyzmu, introspekcji, autoanalizy jako podstawowego źródła jego twórczości.
Jest w nim też konstatacja, że „człowiek wewnętrzny w rozważaniach antropologicznych poety nie jest zatem szczelnie zamkniętą, statyczną monadą, bytem transgresyjnym, wciąż przekraczającym siebie, dynamicznym, ekspresywnym, twórczym, bytującym w sobie i poza są jednocześnie”.
Ów „człowiek wewnętrzny” ogarnięty jest „śmiertelną nudą”, depresją i melancholią, które należy rozumieć szeroko, nie jako „zwykłe”, pospolite znudzenie, lecz jako wyraz generalnego poczucia bezsensu egzystencji. W kolejnym szkicu, poświęconym „tragicznej biografii, tragicznej twórczości” mowa jest o tym, że ich głównymi przyczynami było „rozdarcie między powinnością wobec ojca a miłością do ojczyzny, uwikłanie w skomplikowane relacje z kobietami, odrzucenie przez współczesnych i chęć przynależenia do nich, narodziny nowego porządku i niemożność stania się jego udziałem”.
Odrębne, „inne spojrzenie na Krasińskiego” w postaci tez dokonuje się przez nawiązanie autorki m.in. do psychoanalizy Freuda. Akurat ten, najkrótszy z pomieszczonych w zbiorze, tekst autorstwa Danuty Danek zawiera wyjątkowo ciekawe, oryginalne propozycje interpretacyjne, warte szerszego rozwinięcia.
W szkicach „Krasińskiego utwory „utajone” Arkadiusz Bagłajewski napisał o tych wątkach poezji Zygmunta, które z powodu ich „niepoprawności” i „intymności”, n.p. problematyka jego erotyzmu, skryte są pod głównym nurtem zagadnień.
Kolejne szkice dotykają „epistolarnej świadomości Krasińskiego” w świetle jego korespondencji do wybranych adresatów, a także „Zygmunta Krasińskiego jako dumy i utrapienia potomków i rodziny”, w którym szczególnie ważny jest trudny aspekt jego relacji z niekochaną żoną, Elizą z Branickich, „preliminaryjnym (czyli dotyczącym pielgrzymek) motywom w jego korespondencji, a także „osobowości wzniosłej” w świetle przebiegu jego podróży do Szwajcarii.
Dwóm interesującym, elegijnym (obumieranie starego świata) wizjom „Nieboskiej komedii” stworzonym przez Jerzego Grzegorzewskiego w jego dwóch, odległych w miejscu i czasie (Wrocław 1979 i Warszawa 2002) inscenizacjach teatralnych oraz bogactwu interpretacyjnemu i komentatorskiemu wokół twórczości Zygmunta Krasińskiego poświęcone są dwa ostatnie szkice zbioru.
„Zygmunt Krasiński. Dylematy egzystencji – problemy biografii”, pod. Redakcją Magdaleny Bizior-Dombrowskiej, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2014, str. 278, ISBN 978-83-231-3275-2

Warunki zewnętrzne są przy okazji

– Chodziłam z koleżanką na ulicę Dolną na Mokotowie, gdzie kręcono „Kanał” i wciągnięto mnie na chwilę na plan jako statystkę.
I taki był ten mój debiut w słynnym filmie Andrzeja Wajdy – z Ewą Wiśniewską rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Debiutowała Pani nastrojową, liryczną rolą Anny w „Warszawiance” Wyspiańskiego. Czy zmyliła ich Pani uroda i nie dostrzegli w Pani kobiety ostrą jak żyletka, chirurgicznie rozcinającej problemy?
Jako bardzo młoda osoba byłam straszliwie nieśmiała i czerwieniłam się na każde słowo, które miałam wypowiedzieć. Postanowiłam to w sobie zabić, ponieważ osoba nieśmiała nie ma co robić w tym zawodzie. W szkole teatralnej, na pierwszym roku, praktykowaliśmy tzw. scenę marzeń, co polegało na tym, że każdy ze studentów opracowywał z kolegą lub koleżanką ulubioną scenę z dramatu bądź komedii. Mnie kolega wybrał do roli Wioli w „Kordianie”, a ja siebie obsadziłam w roli Balladyny, w scenie zabicia Kirkora, co zdziwiło profesora Aleksandra Bardiniego, ponieważ byłam łagodną blondynką i nie kojarzyłam się z takimi postaciami. Jednak widocznie miałam w sobie takie zarodki krwiożercze.
Kto z profesorów szkole teatralnej miał największy wpływ na Panią? Zwalczali w Pani tę nieśmiałość?
A broń Boże, nigdy w życiu! Byli wśród nich Bardini, Janina Romanówna, Jan Kreczmar, Ludwik Sempoliński, Kazimierz Rudzki. Oni nie wskazywali nam żadnej jednej recepty, nie kształtowali na jedną modłę, lecz uczyli korzystać z różnorodności. Grało się więc staruszki, osoby zakompleksione, osoby pełne życia itd. Chodziło o to, żeby młodego człowieka rozwijać w różnych kierunkach, a nie wbijać go z miejsca w sztampę i przybijać mu metkę. Niestety, teraz patrząc na niektórych młodych kolegów cierpię bardzo. Uczeni są grania jakby na jedną melodię. Poza tym są uwarunkowani tempem zdobywania przede wszystkim pieniędzy i to jest demoralizujące pod każdym względem. Z drugiej strony, trudno im się dziwić, że występują w reklamach, skoro założyli rodzinę, mają dziecko. To jest często tak, jakby świetnie zapowiadającego się pianistę zmuszać do klezmerowania na weselach, zamiast studiowania np. koncertów Chopina czy Mozarta. Mój ojciec był skrzypkiem, jednym z uczniów profesora Jarzębskiego, który zakazał im jakichkolwiek występów zarobkowych, a przecież oni też chcieli zarobić, więc ojciec w tajemnicy, wraz z Witoldem Małcużyńskim i kilkoma innymi kolegami, założył zespół kameralny. Nie grali szlagierków, lecz muzykę kameralną, zarabiając w ten sposób na wakacje. A dlaczego profesor zakazywał? Chciał, by nie ominęli kolejnych etapów uczenia się, doskonalenia dźwięku, by nie psuli sobie smaku gry, zmuszeni do natychmiastowego zabawiania publiczności. To samo jest z młodymi aktorami, którzy rzuceni od razu na głęboką wodę serialu zaczynają coś tam bałakać pod pachę albo do kieszeni, a kiedy wchodzą na scenę, nie umieją powiedzieć nośnie, już nawet nie mówię, że z dobrą dykcją, z dobrą impostacją głosu.
Z kolei Pani debiut filmowy miał miejsce w filmie „Kanał” A. Wajdy, w epizodycznej rólce dziewczyny podającej wodę powstańcom…
Boże mój, to jest jakaś paranoja, że mi się przypisuje debiut w „Kanale”! Ja wtedy byłam w szkole podstawowej, 14-letnią dziewczynką i w żaden sposób nie mogłam debiutować. Po prostu chodziłam z koleżanką na ulicę Dolną na Mokotowie, gdzie kręcono „Kanał” i wciągnięto mnie na chwilę na plan jako statystkę. I taki był ten mój debiut w słynnym filmie Andrzeja Wajdy. Podobnie było z „Zezowatym szczęściem”, gdzie wchodziłam w kapeluszu na głowie, przez bramę uniwersytetu, filmowana od tyłu. Pewnie się komuś z ekipy spodobał mój warkocz. Moim prawdziwym debiutem była rola w filmie Janusza Nasfetera, „Zbrodniarz i panna”, która zajęła mi wakacje między pierwszym a drugim rokiem studiów.
A z reżyserów i aktorów, z którymi pani współpracowała w przeszłości, kogo Pani szczególnie wspomina?
Np. dyrektora Jerzego Rakowieckiego, od którego bardzo wiele się nauczyłem jako od reżysera o wielkich umiejętnościach pedagogicznych. Z aktorów bardzo często wspominam Mariusza Dmochowskiego. Był to wspaniały artysta, ogromne „mięcho” aktorskie, ogromny mężczyzna, jak „buchaj”, który swoim ogromem i temperamentem jakby zalewał partnera i trzeba było oddać mu to ciepło. Miał wspaniałą technikę gry, a poza tym nie był kunktatorem i nie myślał, czy będzie profilem czy tyłem do widza. Bo niekoniecznie trzeba się widzowi jawić jak fresk egipski, jak medalion. Chodzi o to, by się jakoś znaleźć w tej przestrzeni.
Ma Pani bardzo zróżnicowane aktorskie emploi, od komediowo-groteskowego do głęboko dramatycznego…
Bo ja uważam, że warunki zewnętrzne są „przy okazji” i że nie jest moim zadaniem na scenie demonstrowanie jak wyglądam. W „Ogniem i mieczem” czy „Starej baśni” nie starałam się ładnie wyglądać, wręcz przeciwnie, te postacie nie były amantkami. Nie lubię oglądać na scenie aktorek, u których widać, że głównym powodem ich pobytu na scenie jest, obok powiedzenia tekstu, takie ustawienie się, żeby ładnie wyglądać.
Nie boi się Pani być na scenie i na ekranie śmieszna, groteskowa, co nieczęste u kobiet, aktorek, u których jakby częściej występuje chęć pokazania się od najlepszej strony urody. W naszej kulturze mężczyźnie wypada być groteskowym, żałosnym, co daje często świetne rezultaty artystyczne, a kobiecie mniej.
Stanowczo protestuję przeciw takiemu podziałowi ról. Kiedyś leżałam sobie w wannie, w pianie, gdy zadzwonił do mnie Krzyś Kolberger i zapytał, czy chcę zagrać krasnoludka-śpioszka w „Królewnie Śnieżce”. Od razu się zgodziłam, bo uwielbiam role charakterystyczne. Głowę zakryłam zieloną czapeczką, a twarz miałam zasypaną mąką, a na tym jeszcze piegi.
Czy skłonność do grania w rolach charakterystycznych jest odbiciem wewnętrznej charakterystyczności?
W dużym stopniu tak. Poza tym lubię grać niekiedy trochę przeciw. W rolach dramatycznych „odciążam”, w komediowych „dociążam”.
Masową popularność przyniosła Pani przed laty tytułowa rola w serialu „Doktor Ewa przyjmuje”. Nie irytuje Pani przypominanie tej roli?
A skądże. Pamiętam, jak te dziewięć odcinków zostało zgniecione krytyką przez środowisko lekarskie z powodu jakichś tam naiwności czy błędów odnoszących się do pracy lekarza, ale w tym przypadku antyreklama stała się najlepszą reklamą dla serialu. Natomiast reżyser Henryk Kluba zrobił ten film bardzo starannie pod względem filmowego rzemiosła, on nie przepuszczał byle czego. Kiedyś seriale były traktowane jako poważne realizacje, a nie jak dziś, robione w pośpiechu. Gram teraz w serialu Teresy Kotlarczyk „Egzamin z życia” i ona właśnie stara się pracować tak, jak się kiedyś pracowało.
Grała Pani liczne role kobiet kochanych i zakochanych. Wszakże nawet w takich rolach zachowywała Pani coś w rodzaju dystansu do miłości, a Pani postacie nigdy nie były w miłości oddane do samego końca. To amantki zaprawione piołunem.

I trochę pokrętne.
Manipulujące?
Nie, manipulujące – nie, bo nie lubię manipulacji, a poza tym, mężczyzna, który daje sobą manipulować, jest dla mnie kompletną dętką. Gdy w towarzystwie widzę przestraszonego mężczyznę, bijącego na wszelki wypadek ukłony przed żoną, to budzi się we mnie coś w rodzaju pogardy.
Grane przez Panią kobiece postaci wystawiają w miłości jakiś psychiczny kolec…
Bo płeć przeciwna jest wrogiem, więc nie widzę powodu, żeby ustępować pola. Oczywiście żartuję i przyznam panu, że miałabym ochotę zagrać, na zasadzie kontrastu, przełamania, rolę kobiety całkowicie oddanej, zupełnie pozbawionej tego mechanizmu obronnego wobec mężczyzny. To byłoby dla mnie ciekawe doświadczenie artystyczne.
Zagrała Pani jedną z najciekawszych ról kobiecych w historii polskiego kina, czyli Różę w „Cudzoziemce” R. Bera wg powieści M. Kuncewiczowej. Jest to postać mało przyjemna, zgorzkniała, niespełniona, trudna. Dlaczego najciekawsze polskie postacie kobiece są takie przegrane?
A dlaczego tak się dzieje, że Polak jest najczęściej ponury? Może dlatego, że u nas nie ma winorośli, może dlatego że jest mało słońca? Włosi, a we Włoszech mieszkałam przez jakiś czas, czy Hiszpanie, to narody otwarte, radosne.
Prawdziwym „kawałkiem najlepszej filmowej Ewy Wiśniewskiej” była Janka w „Prawie i pięści” Jerzego Hoffmana. Jak Pani wspomina pracę na planie tego filmu?
Przede wszystkim pamiętam ogromną tremę, bo występowałam u boku grona wybitnych koleżanek i kolegów: Gustawa Holoubka, Jerzego Przybylskiego, Ryszarda Pietruskiego, Zofii Mrozowskiej, Hanny Skarżanki. Koniec świata. Byłam więc człowieczkiem, który siedział w kącie i przyglądał się.
W jednym z wywiadów mówiła Pani, że tym co Panią najbardziej irytuje, to „głupota, brak logiki w działaniu i precyzji wypowiadaniu się”. Jednak kilka zdań dalej mówi pani, że żyje pani szybko, nawet za szybko, w pośpiechu. Jak da się połączyć takie wymagania z takim trybem życia?
Ja jestem i nie jestem zorganizowana. Jeśli wymaga tego sytuacja, jestem bardzo precyzyjna, ale prywatnie, jeśli nie muszę być taka, to z rozkoszą oddaję się absolutnemu lenistwu, psychicznemu i fizycznemu. Jestem leniwa z natury, choć rzadko mogę sobie na lenistwo pozwolić. Jestem co prawda zodiakalnym bykiem, ale to wczesny byk i jestem raczej podobna do byczka Fernando ze słynnej bajki Munro Leafa. Natomiast gdy mnie pytają, czy gram także w życiu, odpowiadam, że nie, bo wystarczy mi to, co wykonuję na scenie i nie odczuwam w tej dziedzinie niedoboru psychicznego.
Mówiła Pani, że rozwiązuje problemy chirurgicznie, więc może także w pracy na planie filmowym czy na scenie, wobec koleżanek i kolegów oraz reżyserów, działa Pani tak ostro, walcząc z nimi i z tekstem sztuki czy scenariusza?
Z tekstami nie walczę, bo wcześniej dany tekst akceptuję albo nie, a gdy wiem, że jest dobry reżyser, to mam do niego pełne zaufanie, że dobiera dobrą obsadę.
A czy nie jest Pani za surowa tym surowymi wymaganiami wobec innych, co do logiki i precyzji mówieniu i działaniu? Nie wszystkich na to stać.
Przede wszystkim jestem wymagająca wobec siebie, a poza tym nie jestem okrutna. Rozumiem, że ktoś może w różnym tempie dochodzić do roli. Jednak, gdy jakaś osoba nawet po wielu próbach nie chwyta o co chodzi, to wtedy mnie lekko wnerwia.
Została Pani nagrodzona za rolę w „Błądzeniu”, wg tekstów Gombrowicza, w Teatrze Narodowym, w reżyserii Jerzego Jarockiego…
To już moja druga rola w Gombrowiczu, po „Pornografii”.
Jak się Pani pracowało z Jerzym Jarockim, wybitnym inscenizatorem teatralnym, intelektualistą, twórcą ogromnie wymagającym we współpracy?
Przede wszystkim byłam zamienionym w słuch zwierzątkiem, ponieważ wiedza Jerzego Jarockiego, zwłaszcza na temat Gombrowicza powala na kolana. Przeżyliśmy pół roku bardzo wyczerpujących prób, więc myślałam, że wszyscy wykorkujemy, a ja nieraz mówiłam sobie: „Nigdy więcej”, ale kiedy odbyła się premiera, to efekt był olśniewający.
Dziękuję za rozmowę.

Ewa Wiśniewska – ur. 25 kwietnia 1942 roku w Warszawie. Przez wiele lat aktorka warszawskiego Teatru Ateneum. Wśród jej najlepszych ról teatralnych są także m.in. Kasia w „Nie igra się z miłością”, Roksana w „Operze za trzy grosze”, Donna Diana w „Zielonym Gilu”, Liza w „Żywym trupie”, Eleonora w „Julio, jesteś czarująca”, Antonina w „Związku otwartym”, Mlle George w „Fredericku, czyli bulwarze zbrodni”. Grała też m.in. w filmach „Życie raz jeszcze”, „Rozwód po polsku”, „Sam pośród miasta”, „Szach i mat”, „Mistrz tańca”, „Hallo szpicbródka”, „Paciorki jednego różańca”, „Dolina Issy”, „Lata dwudzieste, lata trzydzieste…”, a także w serialach „Podziemny front”, „Stawka większa niż życie”, „Lalka”, „Siedlisko”. W Teatrze Telewizji m.in. w „Drodze do Czarnolasu”, „Królu i aktorze”, „Dziewczętach z Nowolipek”, „Poletku pana Boga”, „Don Carlosie”, „Mazepie”, „Beatryks Cenci” i inne.

Wciąż wracamy do domu

Pandemia zmieniła z dnia na dzień obraz świata. Wciąż lansowane przekonanie o wszechmocy człowieka – pana stworzenia na Ziemi runęło. Wprawdzie nie po raz pierwszy, ale widowiskowo. Na pociechę dodam: teatr to przewidział.

Premiera „Wracać wciąż do domu” wg Ursuli le Guin w TR Warszawa (poprzedzona przed kilku miesiącami premierą w Tokio) idealnie trafiła w moment przesilenia. Teraz bowiem świat zamarł ze zdumienia, choć był tyle razy ostrzegany i upominany, aby natury nie lekceważyć. I choć nie wiemy jeszcze z całą pewnością, jak doszło do powstania paskudnego wirusa i jaki w tym był udział ludzkiej niefrasobliwości, to wiemy dość, aby przyznać, że był to udział niemały.
Tak czy owak, twórcy spektaklu (reżyseria Magda Szpecht, scenariusz i tłumaczenie Łukasz Wojtysko) podjęli się ukazania utopijnego świata wedle Ursuli Le Guin, która 35 lat temu opublikowała powieść o skutkach katastrofy ekologicznej, w wyniku której nastąpiło zejście ze znanej ścieżki rozwojowej naszej cywilizacji. Zamiast apokaliptycznych wizji, od których aż rojno w filmach katastroficznych z gatunku s-f, pisarka namalowała obraz ludzkości 50 tysięcy lat później, która zamiast grzęznąć w technologicznej pułapce, szukała ocalenia w bliskiej więzi z naturą. Nie znaczy to jednak, że zniknęły znajome nam konflikty. Choć ludzie traktują tu równorzędnie z sobą zwierzęta, rośliny, a nawet kamienie, czyli materię nieożywioną, co wydaje się nową wersją romantycznego braterstwa i apoteozą demokratyzmu, nie poniechali rywalizacji, a nawet wojen. Bohaterka opowieści, zwana Mówiącym Kamieniem, żyje na pograniczu dwóch plemion, Kesh i Kondor, przy czym jedno z nich przypomina tradycyjne społeczeństwo patriarchalne z jego nieposkromioną skłonnością do wojaczki, drugie zaś, wyżej ceniące pierwiastek żeński, praktykuje wieczysty pokój.
Nie jestem pewien, czy perspektywa świata tak naiwnie i wzruszająco oddanego naturze jest naprawdę kusząca, czy nie polega na mistyfikowaniu ludzkiej natury, a przy tym, czy sieje jakieś ziarno realistycznego programu. Jako zawołany mieszczuch pozostaję stosunkowo mało czuły na uroki zielonych krajobrazów, grup milo wyglądających krów, owieczek i małp, które na rozpiętych w tle i nad sceną ekranach oglądamy w ciągu całego przedstawienia dzięki projekcjom wideo. Reguły w tym nowym, wspaniałym (?) świecie, podzielonym wszak na plemiona sobie wrogie i walczące, choć z wyraźnym akcentem pacyfistycznym i feministycznym, też nie wydają się szczególnie kuszące. Traktuję jednak obraz tej po części pociągającej, a po części odstręczającej sielanki jako kolejną przestrogę i wyciągam dla siebie wniosek, że powrotu do natury tak naprawdę nie ma, można się nią co najwyżej trochę pobawić i pobałamucić. Nawet jeśli wygląda to tak uwodzicielsko, jak w pełnych swobody partiach choreograficznych opracowanych przez Pawła Sakowicza.
Rok temu stawiał nam ten dylemat przed oczami w Nowym Teatrze Michał Borczuch w swoim ważnym spektaklu „Kino moralnego niepokoju” wg traktatu-eseju „Walden, czyli życie w lesie (1854) amerykańskiego myśliciela, Henry’ego Davida Thoreau. W przedstawieniu Borczucha też nie było zbyt wiele nadziei na tzw. powrót do natury, a więcej zachęty do myślenia, jak świat na nowo ekologicznie, czyli sensownie ustanowić. Jego bohater usuwał się ze świata cywilizacji do leśnej samotni, ale na koniec rezygnował ze swojego samotniczego eksperymentu życia z dala od ludzi i wracał do miasta, wzbogacony o myśl przewodnią: „chciałem żyć świadomie, stawiać czoło wyłącznie najbardziej ważkim kwestiom, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie nauczyć życie, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem”.
Spektakl Borczucha wpisuje w długi rejestr eko-spektakli, sondujących sytuację człowieka, który pustosząc Ziemię, zapomina o własnym, dobrze pojętym interesie. Artyści biją w teatrze na trwogę, przestrzegają, proszą, ukazują następstwa niszczycielskiego stosunku człowieka do natury. Dzieje się tak od bardzo dawna, choć nie zawsze kojarzy się dzieła klasyków z takim kierunkiem myślenia. Nie sięgając w przeszłość zbyt daleko, dość przypomnieć „Wroga ludu” Henrika Ibsena ze Starego Teatru (2015). O tym spektaklu Jana Klaty pisano, że to dzieło ekologiczne, rzecz wszak o tym, że prawda o zagrożeniach i przeciwdziałanie zagrożeniom musi wyprzedzać dążenie do osiągania zysków z turystyki uzdrowiskowej. To przecież opowieść o samotnej i w dużej mierze daremnej walce odważnego doktora Tomasa Stockmanna przeciw egoistycznie myślącym włodarzom miasta i miejscowej społeczności, zainteresowanych doraźnymi zyskami i stąd zajadle zwalczających człowieka, których ostrzega przed katastrofą ekologiczną.
W spektaklu TR Warszawa wedle Ursuli Le Guin ten wątek nie jest wprost obecny, ale całość podszyta jest krytyką systemu. Stanisław Lem, kiedy wprowadzał pisarkę na polski rynek czytelniczy, nie przypadkiem posłowie, którym opatrzył wydanie „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, rozpoczął obszernym cytatem z jej tekstu zamieszczonego w amerykańskim czasopiśmie „Science Fiction Studies” (1975). Le Guin pisała ze swadą rasowej polemistki, a Lem z wyraźną satysfakcją cytował: „Ze społecznego punktu widzenia lwia część SF jest płaska i wsteczna nie do wiary. Wszystkie te imperia galaktyczne. Idące wprost od Imperium Brytyjskiego z 1880. Wszystkie te planety – rozdzielone 80 trylionami mil! – ukazane jako państwa wojowniczych nacjonalistów lub jako kolonie podlegające eksploatacji albo protektoratowi życzliwego imperium Ziemi, pod którym winny zmierzać w stronę samorozwoju, wszędzie – Trud Białego Człowieka raz jeszcze. (…) Jedyną przemianą społeczną ukazaną w SF jest ruch ku autorytaryzmowi, zdominowanie ciemnych mas przez elitę władzy, ukazywane czasem jako ostrzeżenie, ale częściej z satysfakcją. Socjalizm nigdy nie podlega rozważeniu jako alternatywa a demokracja ulega zapomnieniu”.
Nietrudno zauważyć, ze „Wracać wciąż do domu” powstało na przeciwnym biegunie tak ujętej charakterystyki SF w wyraźnej opozycji do stetryczałego modelu konserwatywnego. To może jest – jak wspomniałem – trochę naiwna, trochę mglista wizja innej cywilizacji, ale na pewno zdecydowanie, systemowo obca idei dominacji. Choćby już z tego powodu spektakl w TR Warszawa jest mi sympatyczny, bo nie wzywa do krucjaty, ale przeciwnie, zachęca do samoograniczenia i solidarności z naturą. To akcent nie tak często obecny w futurystycznych projektach.
Już w tytule powieści i spektaklu, „Wracać wciąż do domu” („Always Coming Home”), można odnaleźć echa bardzo odległych motywów. To nawiązanie do eposu Homera i wędrówki Odysa, powrotu do Itaki, a może i powrotu Gilgamesza do rodzinnego miasta Uruku, motywu obecnego od wieków w literaturze. Samo już pojęcie „powrotu” wnosi do powieści i powstałego na jej podstawie spektaklu poczucie pewności, dążenia do czegoś stabilnego i godnego szacunku, zwłaszcza że związanego z symboliką domu. Autorka pragnęła najpewniej zachęcić swoich czytelników, aby podążyli wyobraźnią za Mówiącym Kamieniem i podjęli wędrówkę, której celem pozostaje bezpieczny dom. W spektaklu Magdy Szpecht ten przyjazny charakter wspólnej wędrówki podkreślą zespołowość wykonania, wymienność ról i wyraźna więź między członkami ludzkiego plemienia, którzy tańcem, wzajemną życzliwością i szacunkiem tworzą nową rzeczywistość. Słodkie to być może jak cukierek, ale czy nie przyjemne?

WRACAĆ WCIĄŻ DO KOMU wg Ursuli Le Guin, reż. Magda Szpecht, scenariusz, dramaturgia i tłum. Łukasz Wojtysko, kostiumy, scenografia i reż. świateł Michał Korchowiec, muz. Krzysztof Kaliski, choreografia Paweł Sakowicz, wideo Ryohei Tomita, TR Warszawa, premiera 6 marca 2020.

Wędrówka myśli po historii

Andrzej Żor bynajmniej obłąkany nie jest. Tytuł jego szkiców, rozważań („Zapiski obłąkanego”) przyjmuję jako rodzaj lekko makabrycznego żartu, który sygnalizuje postawę autora, polegającą na odcinanie się przez niego od wielu „oczywistych” poglądów na istotne kwestie społeczno-polityczne, zagadnienia historyczne, itd. Metafora „żółtych papierów” w jaką przyobleka się Żor ułatwia mu jednak formułowanie ocen niekonwencjonalnych, nieszablonowych, nieoczywistych.

Odwołanie się do casusu Piotra Czaadajewa, rosyjskiego myśliciela, który za wyrażenie poglądów sprzecznych z zasadami państwa cara Mikołaja I został formalnie uznany za obłąkanego jest może analogią zbyt mocną, ale niewątpliwie trafną co do kierunku i źródła inspiracji. Ideowe – by tak rzec – stanowisko formułuje autor we wstępnym tekście o „Tyranii motłochu”. To pozycjonuje jego poglądy w perspektywie bardzo aktualnej, jako że jeśli by wskazywać w historii (nie tylko Polski) okresy „tyranii motłochu” ( w żadnym razie nie należy utożsamiać tego pojęcia z „ludem” i innymi zbiorowościami nieelitarnymi), to wiele wskazuje na to, że z taką sytuacją mamy aktualnie do czynienia w Polsce, Europie i świecie. Jednak Żor, autor m.in. bardzo interesującej biografii Aleksandra Wielopolskiego („Ropucha, studium odrzucenia”, 2007), jest przede wszystkim doktorem historii, więc obszerny tom jego szkiców to w przeważającej mierze wędrówka po drogach i bezdrożach polskich przede wszystkim dziejów, wędrówka zakrojona na szeroką skalę, bo wędrowiec sięga z jednej strony XV wieku (czasy króla/królowej Jadwigi), z drugiej do historii najnowszej, właściwie jeszcze naszej bieżącej współczesności, która dopiero przeobraża się w historię, a pośrodku prowadzi przez wieki od XVI do XX. Na każdym z tych pól autor czuje się swobodnie, acz wiek XIX jest jego szczególną specjalnością i obiektem zainteresowania. Zakres problematyki podjętej przez Żora, różnorodność, szczegółowość i rozmiary materii faktograficznej i tematycznej sprawiają co prawda, że nie da się jej tu nawet lakoniecznie streścić, ale niektóre aspekty tej lektury możliwe są do odnotowania ad hoc. Żor przyjął dialogową, dubitatywną, czyli opartą na zasadzie wątpienia, formułę analizowania historii i opowiadania o niej. Wyraża się to nie tylko w sposobie ujmowania tematów w samych szkicach, ale także w zastosowaniu „aktualizujących”, datowanych datami z ostatnich lat (2017, 2018) dopiskach. Sygnalizują one traktowanie przez niego historii jako materii żywej, jako tworzywa, które nieustannie podlega rzeźbieniu, formowaniu na nowo, a co najmniej korygowaniu. Może się to niebezpiecznie kojarzyć z tzw. „polityką historyczną” uprawianą przez lata przez polską prawicę i kontynuowaną przez obecnie rządzącą formację. Takie skojarzenie byłoby jednak całkowicie nietrafne, opaczne. Wspomniana „polityka historyczna” nie polega bowiem na twórczym, opartym na zasadzie wątpienia myśleniu o historii, lecz na zatrzymaniu jej w wynikającym z bezkrytycyzmu pomnikowym, upozowanym bezruchu, w postaci wyidealizowanego fantoma. Na ukazaniu historii Polski upiększonej, upozowanej, ulukrowanej, uszminkowanej, wypreparowanej za pomocą eliminacji tych jej treści, które sprzeczne są z kłamliwą moralnie i fałszywą w aspekcie prawdy materialnej wizją narodowo-katolicką. Do koronnych przykładów takiej metody dziejopisarstwa można zaliczyć „pomnikowe” dzieło profesora Andrzeja Nowaka, autora ukazujących się aktualnie kolejnych tomów nowej syntezy historii Polski. Jego „rewizjonizm” polega na tym, że postanowił on de facto podjąć próbę „unieważnienia” dokonań dwóch ostatnich stuleci polskiej historiografii. Bogatą, zróżnicowaną wizję, formułowaną z bardzo różnych ideowo, ale zawsze naukowych pozycji, zastąpił odmianą „oleodruku”, „wsi potiomkinowskiej”, „pomnikiem chwały”, wyidealizowaną wizją polskich dziejów w duchu katolicko-narodowej poprawności, w której nie ma miejsca na pokazywanie innej niż „anielska” wizji narodu i w której nawet to, co było schorzeniem i patologią, jest aprobatywnie oswajane, o ile nie pomijane.
Andrzej Żor postępuje przeciwnie, dialoguje ze zdarzeniami i procesami historycznymi, rozważa za i przeciw, dostrzega blaski, ale widzi cienie, daleki jest od wszelkich uprzedzeń ideologicznych, nawet jeśli daje się zauważyć akcenty światopoglądu lewicowego. Nie przeszkadzają mu one jednak zachować bezstronności historyka. Autor „zapisków obłąkanego” dialoguje przy przyjęciu jednego tylko wyjściowego założenia: że kieruje się racjonalizmem. Tak jest gdy pisze o Jadwidze, o czasach Stefana Batorego, o wieku XVII, o czasach saskich i Konstytucji 3 Maja, czasach odzyskiwania niepodległości, II Rzeczypospolitej, czy o historii po 1944 roku, a to tylko kilka spośród wielu dziesiątków podejmowanych wątków. Wystarczy zajrzeć do pomieszczonego na końcu książki indeksu nazwisk, by przekonać się z jak dużym rozmachem zakrojona jest ta „wycieczka” w przeszłość. Bardzo zachęcam do tej myślowej wędrówki po szlakach polskich dziejów w towarzystwie Andrzeja Żora.
Andrzej Żor – „Zapiski obłąkanego”, wyd. Redakcja „Res Humana”TKŚ, Warszawa 2019, str. 328, 978-83-941094-8-6

Euforia, która kosztuje życie

Rzecz jest o chorobie społecznej alkoholizmu i narkomanii, czyli na temat pozornie banalny. Banalny do bólu, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Ta książka powstała jednak nie jako jednorazowy akt podjęty w rezultacie zainteresowania autora tematem, nie jako odpowiedź na zainteresowanie „modnym” tematem, nie jako podaż na odnotowany popyt – jak coraz częściej pisze się i wydaje książki w naszych czasach. Przeciwnie, ta książka jest rezultatem wieloletniego, dziennikarskiego zainteresowania się Wiesława Łuki problemami alkoholizmu i narkomanii. W przypadku tej drugiej, był jednym z pierwszych polskich dziennikarzy i reporterów, który w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych podjął ten temat. Jest to więc zagadnienie gruntownie przez niego przemyślane, przeżyte i to na przestrzeni – co ma duże znaczenie – wielu lat. To jest dodatkowa gwarancja rzetelności obrazu.
Przystępowałem do tej lektury z uczuciem ambiwalencji. Z jednej strony jej problematyka była mi kiedyś, właśnie w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, bliska zawodowo, gdy jako psycholog procowałem, kolejno: w ośrodkach zajmujących się leczeniem alkoholizmu i narkomanii w Lublinie. Z drugiej, po kilku latach pracy w tej domenie zdecydowałem się zmienić zajęcie, bo to nie odpowiadało moim usposobieniom i zainteresowaniom. Pamiętam odwiedziny w naszej placówce przy ulicy Królewskiej (lato 1982) wspominanej w książce przez autora pani doktor Lubomiry Szawdyn i to jak mnie – zaledwie początkującego pracownika po studiach – uderzyła jej pełna poświęcenia pasja w pracy polegającej na pomocy ludziom uzależnionym. Miałem też okazję (w kwietniu 1983 roku) poznać Marka Kotańskiego, który odwiedził wtedy monarowski ośrodek dla narkomanów w Zaczerlanach pod Białymstokiem, gdzie odbywałem miesięczną praktykę zawodową. Dobrze pamiętam wrażenie, jakie na nas wszystkich zrobiło jego przybycie. Wejście „pana Marka” miało coś z klimatu odwiedzin celebryty, ubranego w efektowny, jasny płócienny, letni garnitur, bo ten wybitny społecznik i człowiek wielkich zasług, miał w sobie jakiś rys gwiazdorski, co zresztą odnotowuję bez cienia uszczypliwości, a tylko i wyłącznie z kronikarskiej skrupulatności.
Z tych choćby tylko przyczyn (wspomnienia sprzed 37-38 lat) przeczytałem książkę Wiesława Łuki z prawdziwym zainteresowaniem. Nade wszystko jest ona jednak prawdziwą kopalnią wiedzy o społecznych objawach i skutkach alkoholizmu oraz narkomanii. Łuka przywołuje dziesiątki przykładów personalnych, które pokazują, że alkoholizm i narkomania niejedno mają imię, że każdy przypadek jest inny, każdy ma inne źródła i odmienny przebieg. Całość ułożył w formę stylistyczną reportażu. Część tekstu książki zajmują zapisy mityngów terapeutycznych prowadzonych przez doktor Lubomirę Szawdyn w jej warszawskim ośrodku przy ulicy Pawińskiego. Zwłaszcza osobom nie znającym tej problematyki dają one częściowe wyobrażenie o metodach pracy z uzależnionymi i ich bliskimi i o tym jak trudna to praca. W książce Łuki mamy do czynienia z samą „materią empiryczną”, efektem głębokiego i rozległego znawstwa problematyki, żadnych pseudoantropologicznych, tanich uogólnień. Druga część książki to seria rozmów z terapeutami pracującymi w dziedzinie uzależnień, począwszy od wspomnianej Lubomiry Szawdyn (po czterdziestu latach jej doświadczeń), także m.in. z Małgorzatą Słowik, profesorem Bohdanem Woronowiczem, (który naświetlił m.in. problematykę alkoholizmu w literaturze i filmie), Markiem Grondasem, a także następczynią Kotańskiego (po jego tragicznej śmierci) w MONAR, Jolantą Łazugą-Kaczurowską. Część trzecia zawiera głównie indywidualne świadectwa anonimowych alkoholików i narkomanów. Nie będę konkludował wymowy tej książki. Niech jej treść przemawia sama.
Wiesław Łuka – „W euforii”, wyd. Redakcja „Res Humana” TKŚ, Warszawa 2020, str. 248, ISBN 978-83-956355-0-2

Pogrążamy się w degradację i samotność

– Dejmek znany był z radykalnego języka. Jednak ten wulgarny język, o paradoksie, nie był przez nas odbierany jako chamski. Był tak naprawdę człowiekiem dyskretnym, wstydliwym, wrażliwym, odnoszącym się w istocie z szacunkiem dla aktorów – z Mirosławą Marcheluk, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Przyznam na wstępie, że zawsze fascynowało mnie Pani kunsztowne, charyzmatyczne, ale i nieco mroczne w kolorycie aktorstwo. Urodziła się Pani i wychowała w Białymstoku. Kiedy Pani zamarzyła o aktorstwie?
Po spektaklach obejrzanych w tamtejszym teatrze. Nie pamiętam nawet co to były za przedstawienia, ale pamiętam, że zakochałam się w myśli o zostaniu aktorką.
Studiowała Pani w łódzkiej PWSTiF. Kogo z profesorów najcieplej Pani wspomina?
Profesora Modrzewskiego. Miał doktorat przedwojenny z filozofii, był też aktorem.
Wysoki, chudy, ciemnowłosy, poruszający się jak bocian. Grał m.in. epizody w „Zakazanych piosenkach”, w „Ewa chce spać”…
Tak. Bardzo ciekawa, barwna postać.
Ma Pani na swoim koncie ogromny dorobek teatralny. Niestety, jego akurat nie miałem możliwości obserwować. Czy może Pani przywołać role najcenniejsze z Pani punktu widzenia?
Rzeczywiście było ich wiele, ale tym bardziej nie jestem w stanie nawet tylko wymienić większości swoich ról, a już zwłaszcza nie pamiętam każdej roli z detalami. Mogę przywołać tylko niektóre. Przypomina mi się choćby rola rewolucjonistki Raszel w „Wassie Żeleznowej” Gorkiego w reżyserii Marii Wiercińskiej. Pamiętam, że reżyser i dyrektor Feliks Żukowski kazał mi grać rewolucjonistkę „forté”, mocno, kobietę dla której rewolucja jest ważniejsza niż macierzyństwo. Mile wspominam rolę w „Kramie z piosenkami” Leona Schillera. To był tekst dobry dla młodych aktorów, przydatny do nauki rzemiosła. Niestety, gdzieś po 1968, w wyniku zmiany obyczajowości, stał się anachroniczny. Pamiętam jak śpiewałam „Czerwone maki” jako Hanka Lewicka w „Popiele i diamencie” według Jerzego Andrzejewskiego. Grałam też Hrabinę w „Operetce” Gombrowicza u Dejmka, Sonię w „Wujaszku Wani” Czechowa, w której musiałam nauczyć się płakać, Elwirę w „Don Juanie” Moliera, zhańbioną żonę, z której uchodzi życie. Zagrałam też Laurę w „Kordianie”, po obejrzeniu której Marie Christine Barrault i reżyser Boisson skonstatowali, że mam bardzo mocny głos (uśmiech).
Ważną dla Pani postacią był Kazimierz Dejmek. Przez lata współpracowała z nim Pani i zagrała Gertrudę w jego ostatniej, niedokończonej, łódzkiej inscenizacji „Hamleta”…
To był wielki reżyser, który jednym zdaniem umiał aktorowi ustawić rolę. O „Hamlecie” mówił, że to tekst albo dla młodego reżysera, któremu się zdaje, że wszystko umie i wie, albo dla starego, który zna życie i teatr. Dejmek zarządzał aktorami czyli ludźmi emocjonalnymi, musiał więc nad nimi górować. Świadomie skazał się na samotność. Był trudnym człowiekiem, ale cenił artyzm. Przecież budował swój teatr na wybitnym aktorstwie. Znany był z radykalnego języka. Jednak ten wulgarny język, o paradoksie, nie był przez nas odbierany jako chamski. Był tak naprawdę człowiekiem dyskretnym, wstydliwym, wrażliwym, odnoszącym się w istocie z szacunkiem dla aktorów.
Jaką sugestię dał Pani do grania Gertrudy?
Że to nie jest, jak się ja zazwyczaj gra, wiarołomna żona, nieomalże dziwka, tylko kobieta zagubiona po śmierci ukochanego męża, znajdująca opiekę pod skrzydłami człowieka, którego dobrze zna, swego szwagra Klaudiusza.
Zagrała Pani sporo ról filmowych. W czym Pani zadebiutowała?
W „Zezowatym szczęściu” Munka, ale nie ma mnie w czołówce i nawet nie pamiętam, czy scena ze mną weszła do filmu.
Weszła. To krótki moment, ale sugestywny. Siedzi Pani przy stoliku z podchorążym granym przez Tadeusza Janczara. Do pokoju wchodzi Piszczyk czyli Bogumił Kobiela i powstaje konsternacja. A kamera intensywnie „najeżdża” na Pani twarz. Ról filmowych zagrała Pani sporo. W tym ważną rolę, Anieli Szmańdy w ważnym filmie, w „Wahadełku” Filipa Bajona, za którą otrzymała Pani nagrodę za pierwszoplanową rolę kobiecą na festiwalu filmów polskich w Gdańsku…
Gdy się w jakiś czas potem pojawiłam w telewizji usłyszałam: „O, jest nasz kopciuszek”.
Nie myślała Pani o przeniesieniu się do Warszawy? Niedaleko od Łodzi a rynek aktorski i możliwości kontaktów niepomiernie większe…
No tak, wtedy byłabym artystką warszawską, a tak pozostałam „tylko” aktorką łódzką.
Wyczuwam w Pani słowach sarkazm, ale czy to grzech być artystką warszawską, zwłaszcza gdy się reprezentuje w zawodzie to, co Pani?
Nie interesowało mnie to.
Z „Wahadełkiem” mam związane znamienne wspomnienie. Oglądałem w późnym wieczorem 12 grudnia 1981 roku i nagle, o północy nastąpiło, jakby nożem uciął. przerwanie emisji, bez żadnego uprzedzenia i żadnej informacji. Nazajutrz okazało się, że to wyłączenie nastąpiło z powodu wprowadzenia stanu wojennego. Jak udało się wam stworzyć chorą, klaustrofobiczną atmosferę tego filmu?
Od dawna znałam się z Januszem Gajosem i odruchowo chyba wyszła nam rodzinność klaustrofobiczna. Poza tym Filip Bajon umiał dać nam dobre sugestie.
Była Pani profesorką w łódzkiej szkole filmowej, ale w znanej mi książce o filmowej Łodzi nie ma o Pani nawet wzmianki. Jaki przedmiot Pani wykładała?
Wiersz. Przez lata byłam asystentką profesor Małkowskiej od wiersza i prawie całe pedagogiczne życie uczyłam mówienia wiersza, choć zdarzyło mi się też uczyć prozy. Poezja to połączenie matematyki i muzyki. Niewielu aktorów sobie z tym radzi. O ile jeszcze z mówieniem – tak, o tyle mają trudności z przekazywaniem tej umiejętności. We współczesnym świecie umiejętność mówienia wiersza może się wydawać niepotrzebna. Jeden z rektorów łódzkiej PWSFiT nawet zastanawiał się, czy w ogóle uczyć wiersza w szkole. Ja jednak uważam, że jest to umiejętność potrzebna aktorowi, który musi być muzyczny, nie mylić z muzykalny, musi mieć muzyczne wyczucie. Mówienie wiersza wymaga dyscypliny w mówieniu, myśleniu, a poza tym niezwykle rozwija wyobraźnię. Wers zapisany, to tylko czubek góry lodowej. Po to, żeby Herbert napisał jeden krótki tekst, musiało za nim stać całe jego życie. Za dwoma wersami: „Ma rację Mircea Eliade, magia i gnoza królują jak nigdy”, stały całe lata przeżyć. Muszę w wierszu zejść w głąb świata, który stworzył ten wiersz, a przecież nie jest to świat identyczny z moim. Słowa „staw pod lasem” każdemu jawią się jakoś inaczej. Mówienie poezji to odsłanianie sensów, warstwa po warstwie. A jednocześnie trzeba powiedzieć prosto i zwyczajnie, przekazać swoją wiedzę, sięgnąć do cudzej emocji. I tak jak muzyka jest dyscypliną zapisana w nutach, ma brzmieć tyle i tyle, tak i tak, ósemka, ćwierćnuta. Mowa jest sztuką dźwięku. Muzyczność nie oznacza sztuczności i ograniczenia. Ten sam utwór każdy wykonawca gra tak samo i jednocześnie inaczej. Podobnie jest z mówieniem tekstu, nie tylko wiersza.
Co Pani sądzi o naszym dzisiejszym języku?
Myślę, że na całym świecie mamy do czynienia z degradacją języka. Zapanowało niechlujne mówienie. To skutek przemian społecznych. Mowa jest funkcją mózgu i służy do komunikowania się. Dobre, staranne mówienie, to wyraz szacunku dla drugiego człowieka. Znak, że na tym, do kogo mówimy, nam zależy. Gdy się mówi niechlujnie, niewyraźnie, to znaczy, że jest nam wszystko jedno, czy ktoś nas słyszy, czy nie. Mówiąc niechlujnie we własnym języku zatracamy poczucie godności. Ucząc się obcego języka, chcemy mówić jak najlepiej, ale własnego języka już to nie dotyczy. Inni się szanują, a my się nie szanujemy jako naród, jako społeczeństwo. Stara kadra pedagogiczna odeszła i wymiera. „Za chwilę” nie będzie aktorów – dobrych rzemieślników. Myśl zastąpiono pomysłami typu „Makbet w Iraku”. Nawet słowo „myśl” ustąpiło słowu „pomysł”. Chodzi o to, by za jego pomocą zabłysnąć, rzucić publiczność na kolana. Poza tym fetyszem stały się słowa „współczesność”, „nowoczesność”, tak jakby dotyczyła ona naszych czasów. A przecież to nic nowego. Każdy czas jest dla siebie i dla ludzi w nim żyjących współczesnym, nowoczesnym. Dla ludzi sprzed lat czterystu także. Każdy spektakl teatralny, każdy akt twórczy jest zgodny ze swoim czasem. Tylko współcześnie można odczytać Moliera czy Szekspira, inaczej się nie da. Poza tym są inne powody do niepokoju, wykraczające poza teatr, bardziej uniwersalne. Choćby niszczenie tabu. Jak długo można snuć opowieści waginy, ile można opowiadać o genitaliach? Od starożytności Amor strzelał w serce, nie w genitalia. Owszem, człowiek jest jednością. Gdy się poruszy serce, poruszy się i resztę. Erotyka jest ważną warstwą naszego życia. I niech będzie ważna, nie trzeba sprowadzać jej do ćwiczeń erotycznych. Sztuka powinna przekazać prawdę o świecie, a jak jest prawda w „monologach waginy”? Sztuka to nie ekshibicjonizm, psychoterapia, to twórczość, w tym moja twórczość. Teatr jest twórczością, dialogiem. Tymczasem granica między sztuką i ekshibicjonizmem oraz żerowaniem na życiu została przekroczona. Dziś bełkot jest wysoko punktowany, bo prawda jest zagrożeniem dla świata wirtualnych kłamstw. To, co dzieje się w teatrach, budzi niesmak. Tnie się tradycje, a wpuszcza się tandetę. Praca w teatrze dotyczy coraz bardziej niczego. Zamiast dociekać prawdy, robi się fikołki, robi się idiotów z publiczności. Niepokoi mnie też postępująca izolacja międzyludzka. Niedługo człowiek wszystko będzie załatwiał przez medium i gdy stanie wobec żywego człowieka, to ucieknie. Obaj uciekną od siebie od siebie. To, co miało zbliżyć ludzi do siebie, ułatwić komunikację, oddaliło ich jeszcze bardziej. Są jeszcze bardziej samotni niż byli. W tym kontekście wiele na to wskazuje, że teatr będzie sztuką coraz bardziej niszową, bo mamy wszystko w domu, internet i telewizję
Dziękuję za rozmowę.
Mirosława Marcheluk – ur. 11 marca 1939 roku w Białymstoku. W latach 1960-62 aktorka Teatru Ziemi Opolskiej w Opolu. Od 1962 występuje na deskach teatrów łódzkich: 7.15 (1962-64), im. Stefana Jaracza (1964-74), Nowego (1974-93 i od 2003). W latach 1990-93 oraz od roku 2009 dyrektor łódzkiego Teatru Nowego. Wykładowca wydziału aktorskiego PWSFTViT w Łodzi.
Teatr: Debiut: 1960, Teatr Powszechny w Łodzi, „Wieczór trzech króli” W. Szekspira (Maria), reż. J. Walden. Jej niektóre role, to Luzzi w „Pierwszym dniu wolności” L. Kruczkowskiego (1960); Muza w „Wyzwoleniu”, St. Wyspiańskiego, (1960), Raszel w „Wassie Żeleznowej” M. Gorkiego, (1964), żona Lucjusza w „Kaliguli” A. Camusa, (1965). Ałła w „Kolumbach, rocznik 20” R. Bratnego (1965), Maryna w „Wesele” St. Wyspiańskiego (1969) Judyta w „Anabaptystach” F. Durrenmatta (1969), Terezjasz – „Król Edyp” Sofoklesa (1970) Teresa Tallien w „Oskarżycielu publicznym” F. Hochwaldera (1971), Chantal w „Balkonie” J. Geneta (1972), Hrabina w „Weselu Figara” Beaumarchais (1974), Anna Boleyn – w „Henryk VIII” W. Szekspira (1975)), Markiza w „Operetce” W. Gombrowicza (1975), Sonia w „Wujaszku Wani” A. Czechowa, Morbidetto w „Gyubalu Wahazarze” Witkacego (1980), Izabella w „Miarce za miarkę” W. Szekspira, Laura, Imaginacja w „Kordianie” J. Słowackiego (1989), Pani Dobrójska w „Ślubach panieńskich” A. Fredry (1992), Oliwia w „Wieczorze Trzech Króli” W. Szekspira, (1992), Elwira w „Don Juanie” Moliera, 1992, Orgonowa w „Poszaleli” A. Fredry (2005)
Niektóre role filmowe: „Zdjęcia próbne”(1976) A. Holland, (Krystyna), „Wodzirej” (1977) F. Falka (żona Danielaka), „Córka albo syn” (1979) (pielęgniarka), „Wahadełko” (1981) F. Bajona (Aniela Szmańdowa – nagroda za pierwszoplanową rolę kobiecą na FPFF w Gdańsku), „Seksmisja” (1983) J. Machulskiego (doradca Ekscelencji), „Niedzielne igraszki” (1983) R. Glińskiego („Blacha”), „Maria Curie” (1990) (Henriette Perrin), „Pokuszenie” (1995) (Przeorysza), „Przedwiośnie” (2001) F. Bajona (Turzycka), „Rysa” (2008) M. Rosy (Nastka). W teatrze telewizji m.in. : „Dziewczyna z dzbanem” L. de Vega (1980) (Donia Anna), „Testament Szekspira” J. Dombrowski (1995) (Anna Szekspir), „Stara kobieta wysiaduje” T. Różewicz (2000) (rola tytułowa).

Jul Słowacki prywatny

Nie sposób ukryć, że ten zbiór tekstów, antologia jest przeznaczony zdecydowanie do wąskiego kręgu amatorów i smakoszy oraz profesjonalistów, choć autor, Marek Troszyński, badacz twórczości Juliusza Słowackiego stwierdza, że przygotował zbiór z myślą o odbiorcy niezawodowym. Kto dziś jednak czyta poezję czy dramaty Słowackiego poza wąskim kręgiem amatorów lub specjalistów, niektórych literaturoznawców czy ludzi teatru na potrzeby inscenizacji?

A skoro tak, to zapiski Słowackiego, to jeszcze bardziej niszowa strefa lektury. Warto jednak od czasu do czasu oddać się lekturze „niemodnej”, dalekiej od walorów utylitarnych, dla estetycznego czy umysłowego ćwiczenia. Słowacki nie pozostawił po sobie ani obszernej korespondencji ani regularnie przez całe życie prowadzonych zapisków, dzienników. Jednak te, które pozostawił, które się zachowały, są bardzo interesujące. Marek Troszyński dokonał ich wyboru i ułożył chronologicznie, od wczesnych, jeszcze młodzieńczych, do późnych, choć te późne, w przypadku Słowackiego, to zapiski ledwo czterdziestolatka. I one właśnie są najbardziej zborne i uporządkowane, w przeciwieństwie do tych, chaotycznych, które prowadził we wcześniejszych fazach życia. Problematyka zapisków też jest bogato zróżnicowana. W fazie wcześniejszej, tematyka zapisków jest młodzieńcza, pełna fascynacji i wrażeń z poznawanego życia, z uwag o modzie, łącznie z tymi o własnej garderobie, o spotkaniach towarzyskich, flirtach itd. W tych z końcowej fazy życia jest Słowacki filozofem, historiozofem skoncentrowanym na sprawach fundamentalnych, wielkich sprawach tego świata, na sprawach ducha. Zawsze widać w tych zapiskach Słowackiego-erudytę, człowieka niezwykle, właściwie genialnie inteligentnego, rozlegle oczytanego, nieustannie myślącego, pełnego samodystansu i autoironii Uderza też dojrzałość duchowa nawet młodego poety, poczucie przemijania czasu i zmienności tego świata. Jako dwudziestolatek zapisał w jednej z notek: „Nie byłem zawsze taki, jaki jestem”. Ilu dwudziestoletnich młodych ludzi w ogóle zwraca uwagę na takie kategorie, jak upływ czasu i „przemijanie postaci świata”? Słowacki był urodzonym podróżnikiem, więc większość jego rysunków, które zamieszczone są w tomie, zostało wykonanych podczas jego dalekich, egzotycznych podróży, do Afryki i Azji (Egipt, Liban), po Europie (Italia, Grecja). Bogate przypisy personalne i tematyczne ułatwiają poruszanie się po zapiskach. Autor antologii jest wyraźnie tak rozmiłowany w podjętej tematyce, że przygotował nawet barwne wykresy graficzne, na których rozpisane są różne warstwy i aspekty zapisków poety. Lekturę wzbogacają też noty edytorskie o poszczególnych segmentach diarystyki Słowackiego. „Nie bez wzruszenia czyta się ten „Dziennik” Słowackiego – napisał M. Troszyński – W nieregularnych zbliżeniach, w notatkach pisanych wtedy, kiedy autor miał na nie ochotę, widzimy, jak młody entuzjasta, młodzieniec czasem może naiwny, ale inteligentny, w ciągu niewielu lat zmienia się w pochłoniętego losami Polski i świata proroka. Po raz pierwszy zebrane razem diariuszowe zapisy i rysunki stwarzają okazję poznania wielkiego poety z innej strony – jako człowieka i obywatela, Juliusza S.”.
Tak, ten aspekt też jest warty odnotowania, może szczególnego zaakcentowania. Wbrew potocznym wyobrażeniom o „górności” jego poezji, o jej „bujaniu w obłokach”, o jej abstrakcyjnych inwokacjach i wybujałym liryzmie, Słowacki był człowiekiem i artystą bliskim ziemi. Także jego poezja i dramaty przepełnione są zmysłowością, konkretem i humorem, znamionują celne wyczucie zwykłej egzystencji. To nie był „paniczyk z pianki”, lecz życiowy realista, umysł także ścisły, świetny matematyk i arytmetyk, który w latach 1829-1931 pracował jako urzędnik rachuby w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu przy placu Bankowym w Warszawie. Na emigracji powodzeniem grał na giełdzie i dobrze inwestował fundusze przesyłane mu z Podola przez matkę Salomeę, co sprawiło, że w przeciwieństwie do swojego wielkiego mistrza i rywala, nigdy nie cierpiał biedy, przeciwnie, żył – jak to się mówiło – na ogół „w zbytku”, jak zamożny dandys. Walorem tej lektury jest też styl, brzmiący do dziś zaskakująco nowocześnie, nieuwikłany w stylistyczne konwencje piśmiennictwa tego czasu, zarówno te epistolograficzne, jak i diarystyczne, swobodny, lekki, nie stroniący od lakoniczności i skrótów. Słowacki był jednocześnie „aniołem” i „zjadaczem chleba” i na tym między innymi polega atrakcyjność jego fascynującej osobowości.
Jeśliby zaś ktoś zapytał: ale co daje czytanie takich niszowych, ekskluzywnych, w ogromnym stopniu przebrzmiałych, „archeologicznych” treści? Co do mnie, odpowiem tak: sztuka i kultura, to nie instrukcja obsługi pralki, lodówki ani opiekacza do grzanek. Kultura to także „acte gratuit”, akt, czyn bezzasadny, nieutylitarny, bezinteresowny. Kultura to nie ( a na pewno nie przede wszystkim) zasobnik z wiedzą, która ma czemuś konkretnemu posłużyć. To źródło doznań, które służą wyłącznie wzbudzaniu w nas czystego poczucia piękna, estetycznego smaku. Tylko tyle i aż tyle. To przecież też jest samoistnie cenny pożytek. Dlatego nie lekceważmy wytworów kultury, których sens jest tylko (i aż) taki, że… istnieją.
Juliusz Słowacki – „Dziennik niektórych dni mego życia. Antologia zapisów diariuszowych”, pomysł i opracowanie Marek Troszyński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 270, ISBN 978-83-8196-004-5