Mickiewicz Duchem w Materii zanurzony

Niezwykle przeze mnie cenioną twórczość Jarosława Marka Rymkiewicza (dalej JMR) smakuję, analizuję i klasyfikuję na rozmaite sposoby, nie pedanterią powodowany ale przyjemnością intelektualną, estetyczną i satysfakcją z ćwiczenia umysłowego. To taki przykład fascynacji twórczością, która pozostaje w odwrotnej proporcji do uznania dla poglądów i sympatii politycznych twórcy. Wśród tych klasyfikacji jest i taka, która dzieli twórczość JMR na „wojowniczą” i „łagodną”. Do tej pierwszej wypada zaliczyć w pierwszym rzędzie „Wieszanie” (2007) i „Kinderszenen” (2008), dynamiczne opowieści historyczne, które przy wszystkich swoich wyszukanych walorach literackich były manifestami skrajnie tyrtejskiego światopoglądu pisarza, tyleż ideowego, politycznego, czy historycznego, co egzystencjalnego, stawiającego w centrum doświadczenia ludzkiego okrucieństwo i śmierć, a w centrum doświadczenia polskiego niezbywalną i nieunikalną potrzebę ofiary krwi jako mitu fundującego trwałość egzystencji narodowej. Opowieści „Samuel Zborowski” (2010) czy „Reytan. Upadek Polski” (2013) sytuują się gdzieś po środku tego ideowego kontinuum, natomiast do „nurtu łagodnego” zaliczyć wypada m.in. „Aleksander Fredro jest w złym humorze” (1977 ), „Juliusz Słowacki pyta o godzinę” (1982), „Żmut” (1987) czy „Baket” (1989).

Jak nietrudno wywnioskować z dat wydania, JMR im był młodszy, tym łagodniejszy, a na starość się zradykalizował, nastroszył, a nawet zbiesił, także politycznie. Jednak czy łagodny czy wojowniczy, historycznie czy współcześnie, pisarzem jest JMR zawsze przewybornym. Niedawno ukazał się jego „Adam Mickiewicz odjeżdża na żółtym rowerze”. Nie wiem do jakiej fazy metrykalnej życia JMR rzecz tę przypisać, bo nie wiem czy rzecz świeżo wydana, świeżo też powstała, ale na pewno do łagodnej, i to bez cudzysłowu. Rzecz najbardziej gatunkowo przypomina „Baket” i „Żmut”, owe symfonie skomponowane z pomieszania materii z duchem, z parkosyzmów natchnień poetyckich i z brodzenia w najtrywialniejszej materii, z obcowania z duchami najwyższymi i z przedmiotami najzwyklejszymi i najniższymi.

Taką też prozatorską materię odnajdujemy w „Adam Mickiewicz odjeżdża na żółtym rowerze”. Spotykamy tu nie młodego jeszcze Mickiewicza kowieńsko-wileńskiego, tego od „ballad i romansów”, jak w „Żmucie” czy „Bakecie”, ale już dość dojrzałego, bytującego w Europie, głównie w Paryżu, pod licznymi adresami (Wieszcz był nomadą nie tylko w przestrzeni Europy, ale i w przestrzenni Miasta Świateł), już tego Mickiewicza od „Dziadów” i „Pana Tadeusza” przede wszystkim. JMR ma ten wspaniały dar pisarski, który polega m.in. na niezwykłej alchemii, w której retorcie, jak w miksturze przyrządzonej przez Wiedźmy/Czarownice z „Makbeta” miesza się świat Materii i świat Ducha w Jedni wręcz nieprawdopodobnej. JMR o najtrywialniejszych przedmiotach, a nawet ich nędznych resztkach potrafi opowiadać jak o Absolucie, a o Absolucie jak o rzeczy najzwyczajniejszej jak stary płaszcz, kałamarz, pióro gęsie czy wyszczerbiony imbryk.

Zaczynamy więc tę przygodę Wieszcza Adama od jego pończoch (tak, wtedy mężczyźni nosili pończochy, acz niezupełnie takie same jak damskie, dziś podobno kobiety na ogół noszą pończochy tylko od wielkiego dzwonu i to jako ekskluzywny, erotyczny bajer), własnoręcznie przez niego pranych i suszonych w Chavennie, co jego towarzysz podróży i wielbiciel (fan, mówiąc po dzisiejszemu) Odyniec starannie opisał. A to wszystko z braku praczek pod ręką. Po pończochach dostajemy prawdziwy traktat o ciuciubabce, salonowej zabawie bardzo w tamtej epoce popularnej (w ciuciubabkę grali z pannami w Lublinie nawet ułani księcia Józefa po zdobyciu miasta na Austriakach w 1809), ale już potem pogrążamy się bez reszty w nawale przedmiotów, przy czym nie wszystkie związane są z samym Mickiewiczem bezpośrednio.

Najpierw: bambosze versus kapcie versus „filcowe trzewiki” z domku przy ulicy du Boulevard, a pomiędzy bamboszami i kapciami „największy poeta Słowian”, co sprawia, że bambosze Mickiewicza stają się „potworne, upiorne, widmowe”, co „przesuwają się w duchowej przestrzeni”. Są też trumienne włosy Wieszcza z cmentarza Montmorency, szczudła, maszynę dagerotypową (której potomność zawdzięcza taki fotograficzny wizerunek Mickiewicza, jaki nie pozostał po Słowackim), wszechobecne pluskwy, kałamarz, atrament, gęsie pióro, hubka i krzesiwo, czyli ówczesna zapalniczka, koty (ale nie Mickiewicza tylko Oleszkiewicza w Petersburgu), przy tej okazji ciekawe rozważania o tajemnicy kryjącej się „za niemotą zwierząt”, palto z College de France, niebieski frak Wertera (tego „młodego”, od „cierpień”), pęknięte lustro w mieszkaniu Krasińskiego przy ulicy Babuino w Rzymie czy „mostek to lubię”, przedmiot minitraktatu o znikomości przedmiotów i bytów tego świata. Jest też kozacki namiot w bibliotece paryskiego Arsenału, gdzie Wieszcz także mieszkał. Jest też szczególny traktat o „śmieciach z ulicy Louis-le-Grand”, sensem wykraczający zresztą poza śmiecie z tej konkretnej paryskiej ulicy. Trafiamy też na podwórko domku Mickiewiczów na paryskich „Batiniolach”, do potwornie zabałaganionego pokoju Wieszcza, tonącego w powodzi papierzysk, kartek, karteczek, karteluszków, a to bynajmniej nie wszystko z tego obfitego menu przedmiotów, a na sam koniec dotykamy „koszulki śmiertelnej stambulskiej” Wieszcza, czyli ostatniego przedmiotu, którego używał, a raczej przez który był używany. W tej sytuacji tytułowy „Adam Mickiewicz na żółtym rowerze” jest już tylko najbardziej oddaloną od realiów fantasmagorią. Jako się rzekło, nie wszystkie przedmioty zgromadzone w tej opowieści należały do Wieszcza, ani też nie ze wszystkimi się bezpośrednio stykał. Należy do nich taki, który mógł jednak widzieć, z dzisiejszego punktu widzenia makabryczny, a należący do jego przyjaciela, wielkiego dziejopisa z College de France, Jules Micheleta.

Tym przedmiotem (a raczej były to dwa w jednym) był słój, zwierający zanurzone w spirytusie ciałko zmarłego przy urodzeniu wcześniaka, dziecięcia spłodzonego przez Micheleta z młodą żoną. Jak powiada JMR ów słój z zawartością stał na honorowym miejscu w salonie Micheleta, w którym przyjmował on licznych, na ogół znamienitych gości. Rozważa też JMR, czy Michelet pozwalał gościom „potrząsać słojem” dla osiągnięcia efektu poruszania się martwego ciałka, jego nurkowania w cieczy, a nawet otwierania oczek („w jednym ręku słój, w drugim kieliszek bordeaux”) i zastanawia się, jak Mickiewicz mógł na to zareagować. I takim to smacznym akcentem kończę rekomendacją tejże lektury, rozkosznej literackiej symfonii na Adama Mickiewicza i świat przedmiotów.

Jarosław Marek Rymkiewicz – „Adam Mickiewicz odjeżdża na żółtym rowerze”, wyd. Fundacja Eviva L’arte, Warszawa 2018, str. 223, ISBN 978-83-944747-5-1.

Od liryzmu do szorstkich tonów

Bożena Adamek – ur. 1 stycznia 1952 w Zaklikowie. Absolwentka PWST w Krakowie (1975). Aktorka scen krakowskich: Teatru Ludowego w Nowej Hucie (1975-78), Teatru STU (1978-82), Teatru Bagatela (1982-86) i od 1986 roku Teatru im. J. Słowackiego. Role teatralne, to m.in. Krasawica w „Bolesławie Śmiałym” St. Wyspiańskiego, Orcio w „Nieboskiej komedii” Z. Krasińskiego, tytułowy „Kopciuch” J. Głowackiego, Miranda w „Burzy” W. Szekspira, Pani de Tourvel w „Niebezpiecznych związkach” Choderlos de Laclos, Lukrecja w „Celestynie” Rojasa, Matka w „Pułapce” T. Różewicza, Betty w „Operze za 3 grosze” B. Brechta, Elisabeth w „Czarownicach z Salem” B. Brechta, Simona w „Marat/Sade” P. Weissa. W Teatrze telewizji m.in. Julia w „Romeo i Julii” W. Szekspira, Horodniczanka w „Rewizorze” M. Gogola, Marianna w „Opowieściach z Lasku Wiedeńskiego” O. von Horwatha, Luiza w „Intrydze i miłości” F. Schillera, tytułowa „Księżna d’Amalfi” J. Webstera. W filmie m.in. Bianka w „Sanatorium pod Klepsydrą” W. J. Hasa, Elżbieta w „Królowej Bonie” J. Majewskiego, Filipa w „Thais” R. Bera, Alicja w „Był jazz” F. Falka, Bożena w „Debiutantce” B. Sass, Kobieta w „Kramarzu” A. Barańskiego, Emilka w „Spisie cudzołożnic” J. Stuhra, a także epizody w szeregu popularnych seriali jak n.p. „Na dobre i na złe”.

Z BOŻENĄ ADAMEK rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Spędziła Pani część młodości w moim rodzinnym Lublinie. Czy to tam zaczęła się Pani przygoda z aktorstwem?

Tak. Mój pierwszy ruch w stronę aktorstwa zaczął się od konkursu na rolę Nel w przygotowywanym przedstawieniu „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie, gdzie wtedy mieszkałam i chodziłam do tamtejszego III Liceum Ogólnokształcącego imienia Unii Lubelskiej. Przedstawienie, którego premiera odbyła się w styczniu 1970 roku i które wyreżyserowała Maria Billiżanka, cieszyło się ogromnym powodzeniem i jeździliśmy z nim po całej Lubelszczyźnie. Dwa lata w otoczeniu profesjonalnych aktorów dały mi bardzo wiele i w pewnym momencie stało się oczywiste, że będę zdawała do szkoły teatralnej. Zdałam bez problemu nie tylko dzięki temu doświadczeniu, ale także dzięki temu, że miałam za sobą średnią szkołę muzyczną, dzięki której oswoiłem się ze sceną. Zawsze byłam bardzo umuzykalniona.

Zdecydowała się Pani na szkołę krakowską a nie na bliższą od Lublina warszawską. Dlaczego?

Z powodu zachęty pani Billiżanki, u której zamieszkałam w Krakowie w trakcie egzaminów, w mieszkaniu pełnym wspaniałej atmosfery teatralnej, dzieł sztuki, teatralnych rekwizytów, plakatów itp. Zdawało kilkaset osób więc nikt z rodziny nie wierzył, że się dostanę. Za to wierzyła we mnie pani Billiżanka i bardzo przeżywała mój egzamin.

Jak czuła się Pani w szkole?

Tak naprawdę doceniłam ją dopiero po latach. W trakcie studiów było mi bardzo ciężko, bo byłam naiwnym dzieckiem, które na teatr patrzyło z perspektywy osoby hołubionej przez aktorów w czasie „W pustyni i w puszczy”. W szkole okazało się, że nic nie umiem i muszę uczyć się podstaw zawodowych, abecadła. W połowie pierwszego roku dostałam pałę z prozy, bo wybrałam sobie nieodpowiedni dla mnie i mojego wnętrza tekst, czyli monolog „Panny Julii” Strindberga. Ten pełen nienawiści do mężczyzn tekst w ustach dziecka wzbudził śmiech. Miałam nawet wrażenie, że specjalnie podrzucano mi takie teksty, żeby mnie wystawić na próbę. A przecież nie miałam doświadczenia życiowego i nie wiedziałam, że takie relacje damsko męskie realizuje się inaczej niż przez histerię. Na poprawkę wybrałam „Anię z Zielonego Wzgórza” i tym razem mi się udało. Mimo to pod koniec roku chcieli mnie wyrzucić, także za głos. Mam głos charakterystyczny, matowy, który nie wszystkim się podobał, z czego sobie zdaję sprawę, zawsze nad nim intensywnie pracowałam, żeby był nośny na scenie, żebym była słyszalna. Uratowała mnie rola Frani w „Weselu Figara”, bo okazało się, że na scenie dobrze mówię, że nie mam problemów ani z dykcją ani z nośnością głosu, że mówię lepiej niż w sytuacjach egzaminacyjnych, w których zżera mnie stress. Uratował mnie też dziekan Eugeniusz Fulde i list Wojciecha Hasa, u którego, będąc na pierwszym roku, zagrałam Biankę w „Sanatorium pod Klepsydrą”. Has poprosił szkołę o „opiekę nad moim talentem”, jak się podobno wyraził. Has zresztą sam się mną bardzo opiekował podczas realizacji, roztaczał parasol ochronny nad aktorami. Dał mi przed zdjęciami trzy dni na oswojenie się z rolą, karmił mnie pomarańczami, a operator Witold Sobociński posadził mnie przed kamerą, żebym zobaczyła w jakim będę kadrze. Dzięki temu nakręciliśmy moje sceny od razu, bez licznych dubli. Podobnie płynną, idealnie układającą się współpracę wspominam z planu serialu „Królowa Bona” reżyserowanego przez Janusza Majewskiego.

Co było dalej w szkole?

Gdy już odpuściły nerwy z tego potwornie stresującego pierwszego roku, zaczęłam się wreszcie rozwijać. Trafiłam w ręce Bohdana Hussakowskiego, bardzo ostrego pedagoga, nie cackającego się z nami, rąbiącego prawdę w oczy, ale jednocześnie traktującego studentów po partnersku. To Hussakowski wyleczył mnie z dziecięcej naiwności i nauczył myślenia o roli, analizowania jej, dobierania środków. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Także to, że moim dyplomem stała się rola Julii w telewizyjnym przedstawieniu „Romeo i Julii” Szekspira u Jerzego Gruzy, gdzie partnerowałam romantycznemu z fizjonomii i stylu gry Krzysiowi Kolbergerowi. Kilka lat później Gruza zaangażował mnie też do swojego „Rewizora” z Tadeuszem Łomnickim i Wojciechem Pszoniakiem, do roli córki Horodniczego.

Czyli to była jednocześnie Pani rola dyplomowa i debiut w Teatrze Telewizji…

Tak, po latach doceniłam ten moment, ale dość długo nie lubiłam tej roli, bo na długi czas, na jakieś dwadzieścia lat zamknęła mnie w szufladce pod nazwą „Julia”, jak Stanisława Mikulskiego w Klossie. Zdarzało się, że gdy nie pamiętano mojego nazwiska, to mówiono o „tej aktorce, co grała Julię w telewizji”. Pięknym wspomnieniem pozostała praca z Krzysiem Kolbergerem, który był nie tylko utalentowany, ale i superwrażliwy. Grałam tam też ze wspaniałym Markiem Walczewskim, który zagrał ojca Laurentego. To był aktor wielkiej, niepowtarzalnej formy, do tego odważny, potrafiący wyjść ponad codzienność, w szaleństwo, nawet do granic samoośmieszenia. Nie zapomnę go w „Hipnozie” Antoniego Cwojdzińskiego w kapitalnym duecie z Izabellą Olszewską.
A jak ułożyła się Pani współpraca z Gruzą, bądź co bądź reżyserem specjalizującym się w komediach, a w obejściu i kontaktach z aktorami raczej mało lirycznym?

Bardzo dobrze. Zarekomendował mu mnie operator Witold Sobociński, z którym pracowałam na planie „Sanatorium”, jako „tę małą z Krakowa” i dzięki temu właśnie ja zagrałam Julię, a nie któraś z gwiazd warszawskich. Pamiętam, że Gruza zachęcił mnie i Krzysia do zagrania Romea i Julii w sposób dość bezwstydny, ostry, bez nadmiaru łagodnego liryzmu. Do tego zastosowano ruchliwą kamerę z ręki, co nadało przedstawieniu żywy, nowoczesny kształt. Z Teatru Telewizji dobrze wspominam rolę Pietruszki w „Wiele hałasu o nic” Szekspira w reżyserii Józefa Słotwińskiego, gdzie zagrałam u boku wspaniałego Jerzego Bińczyckiego w roli Falstaffa, tytułową „Księżnę d’Amalfi” w dramacie Johna Webstera, Mariannę w „Opowieściach Lasku Wiedeńskiego”, obie w reżyserii Włodzimierza Nurkowskiego.

Wróćmy jeszcze na chwilę do szkoły. Proszę o kilka wspomnień o pedagogach…

Wiersza uczyła nas Danuta Michałowska, sięgając do Mickiewicza, do „Pana Tadeusza” i bardzo kładąc nacisk na formę. Dziś znów zajmuję się poezją i tamte nauki wiele mi dały. Wiele dały mi też kontakty z doświadczonymi aktorami, którzy nie byli moimi pedagogami. Na przykład z Bronisławem Pawlikiem, który uczył mnie słuchania partnera, podkreślając, że na scenie, czy przed kamerą ważne jest reagowanie na zachowanie i słowa partnera, wsłuchanie się w niego, a nie tylko nasze własne granie. Wiem też, że gdy się pracuje nad rolą, to najpierw myśli się o niej, gromadzi jej poszczególne składniki, wzbogaca, ale po tym wszystkim trzeba wykonać jakby drogę w przeciwnym kierunku, do pierwotnej prostoty, przesuwając to co się nagromadziło jakby w tył głowy, jakby zapominając o całej budowli. Bo trzeba wejść z czystym sercem i żyć na scenie, a nie odtwarzać jakąś wiedzę. Z pedagogów wymieniłabym jeszcze Halinę Gryglaszewską, mocną aktorkę dramatyczną, która snuła nam opowieści o krakowskim życiu teatralnym po wojnie.

Jak reagowano w szkole na Pani dziewczęcą urodę?

Nawet, powiedziałabym, dziecięcą. Miałam warunki typowej lirycznej amantki, idealnej do roli Julii w Szekspirze czy Luizy w „Intrydze i miłości” Schillera. Wydziwiano trochę nade mną, mówiono żebym pracowała na swoją głębię, by mieć w przyszłości role, gdy moje warunki zewnętrzne wraz z upływem czasu zmienią się. Pracowałam więc na wydobycie z siebie ostrzejszych i bardziej chropowatych tonów.

Po studiach zaangażowała się Pani do krakowskiego Teatru Ludowego w Nowej Hucie, ale zetknęła się Pani przy okazji właściwie ze wszystkimi scenami Krakowa, bo i na chwilę ze Starym, i z Teatrem Stu, i z Bagatelą, by w końcu zostać w Teatrze im. Juliusza Słowackiego…

To prawda. Dało mi to wiele ciekawych i przydatnych doświadczeń. Bardzo ciekawym doświadczeniem była rola w Teatrze Stu, u Jasińskiego, w „Wydrążonych ludziach” Eliota, a także w „Tajnej misji”, „Pacjentach”, „Burza”.

Jak ze swojego punktu widzenia określiłaby Pani cechy tych krakowskich scen. Co je odróżniało? Co łączyło?

Łączył na pewno specyficzny, krakowski pietyzm dla sztuki, silne poczucie jej wagi. Natomiast z Teatru Ludowego pod dyrekcją Ryszarda Filipskiego uciekłam, bo panował tam hurrapatriotyzm typu pisowskiego połączony z komunizmem. Dyrektor z największą lubością wystawiał widowiska w rodzaju „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” czy „Nasza patetyczna”. Dziwna mieszanka, dla mnie nie do przyjęcia. To był dla mnie teatr raczej opresyjny niż patriotyczny, a wyratował mnie z tej opresji Krzysztof Jasiński biorąc mnie do swojego Teatru Stu. Ten okres był dla mnie z wszystkich moich lat teatralnych najbardziej twórczy. Bardzo też cenię sobie dwa lata współpracy z Teatrze Powszechnym w Warszawie u Zygmunta Hubnera, gdzie zetknęłam się z warszawskimi gwiazdami. W garderobie siedziałam ze wspaniałą panią Mirosławą Dubrawską, z którą wiodłam długie rozmowy o teatrze i miejscu aktora. W Powszechnym zagrałam tytułową rolę „Kopciucha” Janusza Głowackiego w reżyserii Kazimierza Kutza.

Zagrała Pani bardzo dużo klasyki. To dobra szkoła umiejętności i ich podstawowa weryfikacja…

Klasyka bezwzględnie wymaga warsztatu. Nie można w niej grać jak współczesnej roli w kuchni w serialu, nalewając herbatę i mówiąc o „żyćku”. A już zwłaszcza, gdy klasyka jest napisana mową wiązaną, często w niełatwych przekładach, wymaga nie lada umiejętności. Powiedzieć dwudziestominutowy monolog w „Dziadach”, zachowując rytm wiersza, klarownie, plastycznie, sugestywnie, ze zrozumieniem, to jest prawdziwy test umiejętności. W tym aktora nie zastąpi najzdolniejszy nawet naturszczyk.

Jest Pani ostatnimi czasu mało obecna zawodowo, ale zauważyłem, że wydała Pani płytę, z mówioną przez Panią, wspólnie z Andrzejem Grabowskim, poezją Anny Achmatowej…

Dzięki poezji poznałam grono wybitnych poetów mieszkających w Krakowie, Wisławę Szymborską Adama Zagajewskiego, Juliana Kornhausera. Zaproszono mnie bowiem do czytania wierszy na wieczorach autorskich i zaakceptowano w tej roli.

Dziękuję za rozmowę.

Kultura jak śmieć

Kolejnym wykwitem twórczej inwencji ministra od kultury Piotra Glińskiego jest ogłoszony publicznie pomysł połączenia kilku zespołów filmowych w jeden. Jednak jeszcze ciekawsze od samego tego zamysłu jest uzasadnienie jakie był uprzejmy przedstawić rzecznik resortu. Stwierdził mianowicie, iż nie jest racjonalne, żeby działało kilka zespołów filmowych skoro robią one to samo. Dodał też, że łączenie zespołów zgodne jest z zasadami gospodar ki rynkowej. Dotąd wydawało się, że gospodarka rynkowa polega na różnorodności podmiotów i konkurencji, jednak rzecznik ministra wie lepiej. Jego argumentacja nosi jednak pewne znamiona konsekwencji, skoro zdaniem jednego z twórców PiS białe nie jest białe a czarne to nie czarne.

Twórczą myśl ministra Glińskiego można by rozszerzyć i na inne sfery działalności. Po co ma być w jednej miejscowości kilka piekarni skoro wszystkie wyrabiają pieczywo. Podobne ma się w przypadku sklepów spożywczych, aptek, restauracji, kiosków z gazetami, szkół kopalni tudzież wszelakich innych zakładów i placówek. Można by też połączyć w jedną całość wszystkie kluby piłkarskie. Efekty byłyby dwojakie. Po pierwsze, znikłyby bijatyki pomiędzy kibicami różnych drużyn, wszak kibole sami ze sobą raczej nie będą się naparzać. Po drugie, taki superklub miałby niewspółmiernie większe szanse w międzynarodowych rozgrywkach.

Zamiast wielu wystarczyłaby też jedna stacja kolejowa i jedno połączenie na całą Polskę. Ileż to oszczędności i jakaż to radocha dla obywateli. Chcesz się przejechać ze Szczecina do Świnoujścia to zapieprzasz sobie przez całą Polskę przez Słupsk, Bydgoszcz, Łódź, Warszawę, Kielce, Rzeszów, Kraków, Opole, Poznań aby dotrzeć do punktu docelowego. Z takiego podróżowania to same korzyści. Możesz się przez okno patriotycznie napatrzeć jak Polska zmienia się na skutek dobrej zmiany. A ponadto podróże kształcą. Tak więc czym dłużej sobie pojeździsz tym jesteś bardziej kumaty.

A weźmy takie banki. Każdy z nich robi to samo tj. bogaci się na naszych oszczędnościach dając w zamian wysoko oprocentowane kredyty. A wystarczyłby przecież jeden. Problem jednak w tym, że dominująca większość z nich to banki zagraniczne. Jednak i z tym problemem można sobie poradzić. Wystarczy je spolonizować. Taki monstrualny bank miałby do dyspozycji tyle szmalu, że propozycja pracy w nim za 65 tys. miesięcznie uchodziłaby została za obelgę.

Łatwiej byłoby sobie poradzić z ambasadami. Wystarczyłaby jedna przez co koszty podróży takiego ambasadora do różnych krajów byłyby o wiele mniejsze niż utrzymywanie dziesiątek placówek rozsianych po całym świecie. Tak postąpiły Wyspy Marshalla mając jedyną ambasadę przy ONZ w Nowym Jorku. Jeszcze większą oszczędnością wykazały się jednak takie państwa, jak Andora i San Marino, które w ogóle nie mają swoich przedstawicielstw zagranicą a funkcje ambasady spełnia MSZ. Jest to tyle dobre rozwiązanie, że chroni ono kraj przed napływem emigrantów. Chcesz dostać polską wizę to musisz udać się do polskiego konsulatu w Alei Szucha. Jednak do Polski nie wjedziesz, ponieważ nie masz wizy. Prostsze to niż stawianie murów na granicy.

Przykłady takiego łączenia można by mnożyć niemal w nieskończoność. Skoncentrujmy się zatem na jednym – najważniejszym. Konsekwencją tej konstruktywnej propozycji byłoby połączenie wszystkich ministerstw w jedno. Wiadomo bowiem, że wszystkie one robią to samo czyli nic, a konkretyzując nic sensownego. Kłopot miałby tylko jeden z obecnych wicepremierów, który zostałby zdegradowany do poziomu dyrektora odpowiedniego departamentu z odpowiednio niższą pensją w związku czym musiałby jeszcze intensywniej główkować nad tym jak by tu przeżyć do końca miesiąca.

Przy okazji warto przypomnieć, że propozycja ministra Glińskiego nie jest bynajmniej jakimś novum w naszej polskiej rzeczywistości. Stosunkowo niedawno dokonano monopolistycznej centralizacji wywózki śmieci. Zamiast kilku dających ludziom możliwość wyboru konkurujących ze sobą firm wprowadzono na terenie danej miejscowości obowiązek dostarczania śmieci jednej firmie wyłonionej w wyniku przetargu. Wygląda na to, że dla ministra od kultury wzorem jest polityka odpadowa z czego płynie prosty wniosek. Taki mianowicie, że stosunek do śmieci przekłada się na stosunek do kultury czego dowodem są nie tylko wyżej wspomniane propozycje.

Praca i przygoda

Irena Laskowska – ur. 15 marca 1925 w Piotrowicach. W 1945, czyli dwa lata przed ukończeniem studiów na Wydziale Aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Łodzi, zadebiutowała na deskach teatralnych. Na początku była związana z łódzkim Teatrem Wojska Polskiego (1947–1949), a od 1949 występowała w teatrach warszawskich: Narodowym (1949–1953), Domu Wojska Polskiego (1953–1957), Dramatycznym (1957–1959), Polskim (1959–1963), Klasycznym (1963–1972) i Rozmaitości (1972–1989). Role, m.in. Podstolina w „Fircyku w zalotach” F. Zabłockiego (1947), Laura w „Karykaturach” J.A. Kisielewskiego (1953), Maryna w „Weselu” St. Wyspiańskiego (1955), Emma w „Panu Puntilli i jego słudze Matti” B. Brechta, Karczmarka w „Żabach” Arystofanesa (1974). W Teatrze Telewizji m.in. Babka w „Domu kobiet” Z. Nałkowskiej. Wśród ról filmowych m.in. w „Człowiek z M-3” Leona Jeannot (1968), „Wszystko na sprzedaż” A. Wajdy (1968), „Polowanie na muchy” A. Wajdy (1969), „Dzięcioł” J. Gruzy (1970), „Doktor Judym” Włodzimierza Haupe (1975), „Nie zaznasz spokoju” Mieczysława Waśkowskiego (1977), „Obywatel Piszczyk” Andrzeja Kotkowskiego (1988), „Ostatni dzwonek” Magdaleny Łazarkiewicz (1989) , „Pornografii” Jana Jakuba Kolskiego (2003), w serialach „Czterdziestolatek”, „Polskie drogi”, „Maria Curie”.

Z IRENĄ LASKOWSKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Cała Pani najbliższa rodzina związana była ze sztuką filmową. Brat, Jan, wybitny operator filmowy, drugi brat, Jerzy, kierownik produkcji filmowej, mąż Mieczysław Piotrowski wybitny malarz, grafik, rysownik i dramaturg, no i Pani aktorka…

Nie da się ukryć, że dane mi było mieć do czynienia z ciekawymi mężczyznami. Miałam wspaniałego męża. Niedawno wyszedł zbiór jego dramatów, jako klasyka dramatu powojennego. Ktoś je docenił, jednak jego dramaty były trudne, hermetyczne, więc na scenę się nie przebiły. To był intelektualista, człowiek głęboki, szkoda że jego twórczość pisarska jest zapomniana. Przyjaźnił się z wieloma intelektualistami, twórcami, takimi jak Henio Bereza, którego portret widzi pan na ścianie. A ci z pozostałych portretów też już nie żyją.

Zadebiutowała Pani jako aktorka w 1945 roku jeszcze przed ukończeniem szkoły filmowej. Skąd pomysł zostania aktorką?

Byłam dziewczyną urodziwą, utalentowaną i śmiałą, więc pomyślałam: dlaczego nie spróbować, tym bardziej że mój brat Jan właśnie przymierzał się do operatorki filmowej. Przez dwa lata występowałam w Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi, gdzie zadebiutowałam rolą Marceliny w „Weselu Figara” Beaumarchais w reżyserii Kazimierza Rudzkiego. A potem była dwukrotna współpraca z Leonem Schillerem, moim pierwszym wielkim mistrzem zawodu. Zaangażował mnie do „Krakowiaków i górali” Bogusławskiego i do „Celestyny” Rojasa. Wyraźnie przypadłam mu do gustu, bo kiedy w 1949 przechodził do Warszawy, zabrał mnie ze sobą, do Teatru Narodowego, który wtedy nosił imię Wojska Polskiego. Byłam tam do 1953 roku. Potem był Teatr Domu Wojska Polskiego, Dramatyczny, Klasyczny i na końcu, najdłużej, „Rozmaitości”. Ja stara aktorka, zdążyłam jeszcze zagrać u Krzysia Warlikowskiego, z którym się bardzo lubimy i nawet chciał mnie niedawno do czegoś zaangażować, ale już nie chciałam, nie dała bym chyba rady. Grałam dużo, głównie w klasyce, bo taka przede wszystkim wystawiano. Wtedy sztuki współczesne były w zdecydowanej mniejszości w repertuarze, jako rodzynki. Dziś, odwrotnie, rodzynkami są pozycje z wielkiej klasyki. O ile w ogóle zasługują na miano rodzynków, bo praktyka bezczelnego deformowania klasyki jest powszechna.

Zetknęła się Pani z całą galerią reżyserów tamtego czasu…

Poza wspomnianym Schillerem, także z Józefem Wyszomirskim, Zofia Modrzewską, przedwojennym reżyserem filmowym Ryszardem Ordyńskim, Maryną Broniewską, Bohdanem Korzeniewskim, Lidią Zamkow, Janem Świderskim, Zygmuntem Hübnerem, Ludwikiem Rene, Józefem Słotwińskim, Konradem Swinarskim, Jerzym Rakowieckim, Janem Kulczyńskim, Giovannim Pampiglione, Jan Bratkowski, Olga Lipińska, Roman Kordziński, Jerzy Grzegorzewski. To kawał historii polskiego teatru. Tyle, że zostały po ich pracach tylko czarno-białe fotografie i notki i recenzje w prasie kulturalnej. Po reżyserach filmowych zostanie przynajmniej coś na celuloidzie, acz nie zawsze jest to powód do dumy.

Są także kompletnie zapomniane nazwiska jak Olga Koszutska, Irma Czaykowska, Anna Matysiak czy Jacek Szczęk…

I ja ich nie pamiętam, nic panu o nich nie powiem. Ludzie odchodzą z różnych powodów: chorują, umierają, załamują się, wyjeżdżają za granicę, zmieniają zawód i zainteresowania. Nasze życie zwłaszcza starości jest przepełnione cieniami tych, którzy odeszli. A nawet jeśli żyją, to odseparowali się, żyją w cieniu. samotnie, unikają kontaktu z ludźmi, jak choćby Tadek Konwicki. Tyle lat się przyjaźniliśmy, a tyle już lat się nie widzieliśmy. Czy Wiesio Gołas, fenomenalny aktor, wbrew pozorom bardzo niewykorzystany, zwłaszcza filmie. Takich niewykorzystanych w pełni lub wręcz zmarnowanych aktorów były u nas setki.

Które z teatralnych ról są dla Pani najważniejsze?

Bo ja wiem? Nie hoduję wspomnień o teatralnych latach. Ale może z wcześniejszych Ismena w „Antygonie” w Dramatycznym w reżyserii Rakowieckiego. Z późniejszych – Karin w „Eryku XIV” Strindberga w Polskim u Zygmunta Hübnera, Koroboczka w „Martwych duszach” Gogola w Rozmaitościach, Małgorzata w „Ryszardzie III” w reżyserii Henia Boukołowskiego, no i Katarzyna II w „Termopilach polskich” Micińskiego w reżyserii Marczewskiego. Wspominam ten okres sympatycznie, ludzie byli dla siebie życzliwsi. Aż tak nie skakano sobie do oczu, choć oczywiście w zawodzie aktorskim była rywalizacja, to nieprawda że jej nie było. Tyle, że raczej artystyczna niż pieniężna.

Pani debiut filmowy nastąpił w 1948 roku w socrealistycznym filmie „Stalowe serca” zapomnianego kompletnie reżysera Stanisława Urbanowicza. Dużą rolę zagrała Pani dopiero dziesięć lat później, w głośnym, dziś należącym do klasyki kina polskiego filmie Tadeusza Konwickiego „Ostatni dzień lata”. O tym niezwykłym przedsięwzięciu szczegółowo opowiedział Tadeusz Konwicki w książkowych wywiadach-rzekach…

Nie czytałam, ale plan pamiętam świetnie. Kręciliśmy to w Białogórze, na bałtyckiej plaży. Zdjęcia robił mój brat Janek. Robiliśmy ten film metodą chałupniczą, amatorską kamerą. Morze, piasek, czekanie całymi dniami na słońce. Po nakręconych zdjęciach koledzy jeździli oglądać je w kinie w Koszalinie i był niepokój, czy wszystko się nagrało. No i permanentne obserwowanie naszej ekipy przez miejscową ludność. Obsadę tworzyła tylko para: Janek Machulski i ja. Pamiętam, że Tadek Konwicki poprosił mnie, żebym spoliczkowała swojego partnera tak, jak to zrobiłam stosunku do niego, w sytuacji spontanicznej, pod pomnikiem Mickiewicza przy Krakowskim Przedmieściu. Film jest piękny. Dobrze się go do dziś ogląda. To piękny portret psychologiczny niespełnionej miłości, ale także portret morza i plaży bałtyckiej. Słychać charakterystyczny szum morza, niemal szum piasku. Ten film był dla mnie przede wszystkim wspaniałą przygodą w cudownym plenerze wakacyjnym. Większość zdjęć zrobiliśmy w czasie wakacyjnej przerwy w teatrze. Scenariusz mi się nie podobał, ale nawet się nad nim specjalnie nie zastanawiałam. Dopiero mój brat Jan Laskowski uświadomił mi, że to film o ludzkiej samotności, niepokoju, nieufności. Pamiętam, że premiera odbyła się w kinie w „Sopocie” przy Monte Cassino. Z autorów filmu byłam tylko ja, siedząc wśród publiczności incognito. Nie przyszedł ani Konwicki ani mój brat Janek, ani Machulski. Tylko w komisji zobaczyłam Jerzego Kawalerowicza i Lucynę Winnicką. Kiedy skończył się seans rozległy się oklaski, ale niezbyt burzliwe. Zaczęliśmy wychodzić z kina i proszę sobie wyobrazić, że publiczność mnie nie rozpoznała. Zaczęłam po cichu płakać i pomyślałam sobie słowami: „Gorzki smak sukcesu”. Poszłam do Grand Hotelu, gdzie przy barze siedział Zbyszek Cybulski. Powiedział do barmana: „Dla tej pani to samo, co dla mnie”. Napiliśmy się, zatańczyliśmy. Mój cudowny przyjaciel Zbyszek okazał się wspaniałym remedium na smutek. I tak było nie jeden raz przy innych okazjach. Z powodu tych smutnych wspomnień z premiery nie lubiłam oglądać tego filmu, unikałam go przez ponad pół wieku. I oto kilka lat temu obejrzałam go przy okazji kolejnej powtórki i zauroczył mnie. Po raz pierwszy w życiu spodobał mi się. Nawet ja sama sobie spodobałam się w tej roli. Nawiasem mówiąc otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Wenecji.

Bywa, że filmy źle przyjęte, niedocenione, po latach nabierają wartości…

Bo patrzy się na nie inaczej. To znaczy, że artysta nigdy nie powinien się załamywać, bo najgorzej przyjęty film może po latach okazać się arcydziełem.

Według danych z dokumentacji zagrała Pani w 21 filmach…

Oczko. Nawet nie wiedziałam. Lubiłam grać w filmie. Na planie jest więcej ludzi niż na scenie, więcej ciekawych zdarzeń, wyjazdy w plenery. Teatr to żmudna praca, film to przygoda, przynajmniej tak było kiedyś.

Pojawiła się Pani w epizodycznych rólkach w „Krzyżakach” Forda i „Gangsterach i filantropach” Hoffmana, a potem znów w istotnej roli w „Salto” Konwickiego, jako wróżka Cecylia, tańcząca z innymi postaciami filmu niesamowity taniec do muzyki…

Niewiele pamiętam z realizacji filmu, ale świetnie pamiętam odtwórcę głównej roli, Zbyszka Cybulskiego, pięknego aktora i pięknego człowieku, zjawisko na miarę europejską. Plan „Krzyżaków” pamiętam, piękną dekorację i no i koleżanki Lucynę Winnicką i Grażynę Staniszewską, kolegów Kalenika, Kosudarskiego, Benoita. W „Gangsterach” młody i jeszcze prawie chudy Jurek Hoffman no i rozkoszny Wiesio Michnikowski, istne zwierzę aktorskie.

Zagrała Pani też ciekawy epizod pracownicy Muzeum Narodowego wyprowadzonej w pole przez Agnieszkę (Krystyna Janda) w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy…

Świetny film i wielka pamiątka po czasach, kiedy film, sztuka w ogóle budziła namiętności i poruszała władzę. Dziś którego z polityków interesuje jakiś film? Chyba że coś antykościelnego i protestują katoliccy posłowie. Dziś sztuki się nie szanuje, nie szanuje się starych twórców, czasem niektórych, dla pozoru. Skończył się na przykład obyczaj organizowania uroczystych jubileuszowych benefisów weteranów naszego zawodu, nawet w Krakowie. Mój świat się kończy.

Dziękuję za rozmowę.

W Król(estwie)…

…ilości, jakości i zmiany oraz – rzecz jasna – wolności i konieczności.

W swoim 7-rozdziałowym eseju „Do nielicznego grona szczęśliwych” Marcin Król, filozof i historyk idei (rocznik 1944) próbuje prześledzić przemiany współczesnego świata i dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami i troskami. Praca Króla nosi podtytuł „Esej o przyszłości świata”, ale gros miejsca w swoim tekście myśliciel ten poświęca jednak naszej teraźniejszości w jej – że tak to ujmę – pasowaniu się z przeszłością. Zaczyna Król od przyjrzenia się cechującej nasze czasy atrofii pamięci, która ma liczne przyczyny, od – paradoksalnej – jaką jest taki nadmiar zasobów archiwalnych i udoskonalenie technik ich gromadzenia, że skutkuje to zwolnieniem ludzkości od potrzeby czy nawet konieczności pamiętania, poprzez „antypamięciowy” charakter liberalnej demokracji, glajszachtującej wszystko, łącznie z historią, w jednym kotle i bynajmniej historii nie faworyzującej, aż po – w ogólności – redukcję zbiorowej pamięci historycznej, która przestaje być potrzebna.

Powstaje jednak pytanie, jak to się w takim razie dzieje, że politycy populistyczni posługują się kategorią „potrzeby zmiany”, skoro przeszłość przestaje być istotna? Przecież sam fenomen „zmiany” musi z definicji odnosić się do odrzucanej formy minionej, do przeszłości. Otóż właśnie (tego Król nie wypowiada expressis verbis, ale najwyraźniej to ma na myśli) ma temu służyć „polityka historyczna”, która, wbrew nazwie, z historią jako dyscypliną naukową czy formą świadomości niewiele, poza zewnętrznymi atrybutami, ma wspólnego. Aby zaoferować wyborcom swój wariant zmiany politycy wymyślają swoją własną, fikcyjną wersję historii, równolegle stwarzając „świat wyobrażony, w stosunku do tego do którego rzekomo dokonują zmiany”. Te chwyty działają szczególnie skutecznie na młode pokolenie, z dwóch powodów: dlatego, że z definicji niejako słabiej lub wręcz słabo (poza nielicznymi wyjątkami w postaci fascynatów tej dziedziny) zna ono historię, a historię z autopsyjnego punktu widzenia tym bardziej, a ponadto dlatego, że w naturze psychicznej młodych ludzi leży szczególna, negatywna wrażliwość na to, co zastane, „nudne” oraz biologicznie motywowany imperatyw zmiany.

Król zwraca też uwagę na ciekawy fenomen „czasu poza czasem”, jakim jest każda rewolucja, krwawa czy bezkrwawa. Jest ona zerwaniem ciągłości historycznej i stanowi formę chwilowego przeskoczenia ponad nią, przejście w inny stan bytu politycznego. Król zwraca uwagę na sprzeczności i antynomie związane z owym „czasem poza czasem”. Z jednej strony każda rewolucja czy radykalna zmiana rodzi poczucie, że naprawdę do radykalnej zmiany dochodzi, poczucie złudne, bo w rzeczywistości trwa tyle ile rewolucja. Po opadnięciu rewolucyjnego kurzu jawiąca się naszym oczom rzeczywistość zdaje się potwierdzać słynną formułę księcia Saliny z „Lamparta” Tomaso di Lampedusy („Wiele musi się zmienić, aby wszystko pozostało po staremu”). Z drugiej wszakże strony można na tę rzeczywistość spojrzeć jako na pozornie niezmienioną tylko z punktu widzenia postaci zewnętrznej formy świata (n.p. przytoczone przez Króla radykalne zerwanie z dziedzictwem, duchem PRL w 1989 roku, po którym jednakże forma materialna na pewien czas pozostała bez zmiany). I właśnie ta przywołana powyżej antynomia (nie jedyna w omawianym eseju, bo tym antynomiom poświęca mnóstwo miejsca) jest jednym z najciekawszym jego znamion.

Król nie dąży w swoim myśleniu do „konwergizujących”, spójnych, puentowych konkluzji, wniosków czy efektownych, syntetycznych, „holistycznych” lub zamkniętych formuł, nie szuka „kamienia filozoficznego” ani jednolitego szablonu dla ujęcia swojego myślenia w zgrabną całość, lecz formułując swoje myślenie w piśmie pokazuje jego meandry, sprzeczności, wątpliwości i rafy, niejako dokumentuje wielokierunkowy i wieloznaczeniowy proces swojego myślenia. Jawi się w tym jako typ określany mianem „dubitatywnego” (to niby naturalne i oczywiste u filozofa, ale wbrew pozorom wcale nie takie częste nawet w tej branży). Jego podstawowa, wyjściowa konkluzja jest jednak jednoznaczna i nie budząca wątpliwości: ci, którzy projektowali, dążyli do czy w końcu dokonywali radykalnej zmiany, deklarowali tym samym wolę zbudowania (przynajmniej w czasach nowożytnych) lepszego, sprawiedliwego świata, w którym nie ma nierówności i sprawiedliwości. Problem (i swoisty paradoks) polega jednak na tym, że dążenie do zmiany, będącej zawsze „podróżą w nieznane” (…) „jest „pociągające dla tych, którzy mają dość odwagi, by odrzucić pamięć i tradycję, lub też są zbyt leniwi, by znać tradycję”. To tym bardziej powiększa ryzyko towarzyszące każdej zmianie. Paradoks sprawia, że ci, którzy znają i cenią pamięć oraz tradycję, są – na ogół – organicznie niezdolni (z braku emocjonalnego i intelektualnego imperatywu) do dokonania wielkiej, radykalnej zmiany, choć to oni właśnie mogliby obudować ją buforami, bezpiecznikami, które byłyby pomocne w jej bardziej racjonalnym, wolnym od nadmiaru niebezpieczeństw, przebiegu.

Ta sprzeczność należy jednak do sprzeczności nie tylko nieuchronnych, ale także nierozwiązywalnych. Szczególne antynomie i sprzeczności oraz skutki wiążą się w ujęciu myślowym Króla z kwestią „pamięci”. „Ponieważ w XX wieku marzenia o radykalnej zmianie i o lepszym świecie zostały dramatycznie skompromitowanie, wielu myślicieli uznało, że pamięć o tych strasznych doświadczeniach nakazuje nam zachować (…) roztropność, umiar i ograniczyć nasze ambicje i zamiary, tak by – nie daj Boże – nie miały ideologicznego charakteru. Pamięć, było to i jest bardzo wyraźne, ograniczała, trzymała w ryzach – niekoniecznie słusznie – zarówno myślenie liberalne, jak rozmaite projekty reformy demokracji. (…) „konsekwencje „liberalizmu strachu” i wielu podobnych stanowisk sprawiły, że na Zachodzie powszechnie uznano, iż względny dobrobyt, niskie bezrobocie i skuteczna opieka socjalna oraz edukacja to program maksymalny. Nie należy posuwać się ani o krok dalej, bo powstaje ryzyko utracenia tych osiągnięć, które miały zabezpieczać przed powrotem groźnych wspólnotowych emocji, najpierw nacjonalizmu, a potem już nie wiadomo czego jeszcze”. Rezultatem takiego myślenia, wynikającego z obawy przed nieobliczalnymi skutkami radykalnej zmiany, były dwa długie okresy mieszczańskiej (według dzisiejszego nazewnictwa: klasa średnia) stabilizacji: druga połowa XIX wieku z dołączonym do niej czternastoleciem poprzedzającym wybuch Wielkiej Wojny (1914-1918) oraz druga połowa XX wieku, choć złudzenia co do trwałości tego stanu rzeczy przesunęły się jeszcze na część dwóch pierwszych dekad wieku XXI (dziwnym zbiegiem trafów arytmetycznych czy kalendarzowych oba te poślizgi niejako siłą bezwładu trwały po 14 lat w każdym przypadku).

Marzenia o wielkiej zmianie zostały wtedy (w przywołanych tu procesach długotrwałej stabilizacji) zastąpione przez optymizm cywilizacyjnego postępu (pozytywizm, scjentyzm XIX wieku, w ówczesnej kulturze popularnej objawiony n.p. w fenomenie pisarstwa Juliusza Verne) czy przez społeczeństwo powszechnego dobrobytu zbudowane w obrębie cywilizacji atlantyckiej (Europa Zachodnia, USA i inne). Król konstatuje jednak, że „pamięć nie zapewnia bezpieczeństwa, a pragmatyzm polityczny nie wystarcza obywatelom oczekującym na lepsze i niewątpliwie także ciekawsze życie”. Wskazuje przy tym na kilka warunków, które muszą być spełnione, aby zaistniało podłoże dla „wielkiej zmiany”. Po pierwsze na konieczność całkowitego nie tylko odrzucenia, ale zdezawuowania przeszłości, jej „resetowania” (jak n.p. za Wielkiej Rewolucji Francuskiej w postaci kalendarza rewolucyjnego, rozpoczynającego historię „od zera” czy odrzucenia historii innej niż dzieje greckiej Sparty i republikańskiego Rzymu) lub w najlepszym razie zastąpienia historii przez jej ersatze, w tym wszelkie obecne w kulturze masowej „bajki o przeszłości” (n.p. moda na komputerowe gry w kostiumie pseudohistorycznym czy na „historyczne rekonstrukcje”, redukujące przeszłość do kostiumu i rekwizytu przy całkowitym wydrążeniu jej z jakiejkolwiek treści). Po drugie, na „odwieczną ludzką nadzieję na zdarzenie się czegoś nadzwyczajnego”. Po trzecie, na afektywny, emocjonalny charakter imperatywu zmian.

Sprowadzając to do poziomu interpretacji maksymalnie uproszczonej można by rzec, że istotnymi motorami zmian jest ludzki, ludowy-ludyczny (?) lęk przed monotonią, nudą, przed uczuciową pustką, a także tęsknota za „urozmaiceniem” zbyt stabilnej egzystencji, za orgiastycznym karnawałem. Zwraca jednak Król uwagę i na to, że nie tylko nuda trawiąca lud popycha go do stymulowania gwałtownych zmian, ale także niektórzy intelektualiści i profeci, jak Słowacki, Nietzsche czy Cioran krytykowali stabilizację mieszczańską za „zleniwienie ducha”. W rozdziale drugim eseju Król przypomina nam jednak, że imperatyw zmiany nie jest wszakże monopolem wielkich świeckich nastrojów i imperatywów rewolucyjnych (Oświecenie, Romantyzm, Robespierre, Marks, Lenin, wielkie zerwanie z przeszłością po 1945 roku). Także w tradycji chrześcijańskiej są one silnie obecne, choćby w „rewolucyjności” nauki Jezusa Chrystusa, w przepowiedniach o charakterze mesjanistycznym i millenarystycznym aż po sławne słowa Jana Pawła II („Niech zstąpi duch Twój…”). Przy okazji tych rozważań Król podejmuje też sekwencję kwestii pobocznych, dygresyjnych, acz istotnych. Zastanawia się na przykład, czy tak jak rewolucje, także totalitaryzmy zrywają ciągłość historii, powodując dramatyczną przerwę w jej przebiegu. Czyż nie jest tak, że totalitaryzmy są jedynie nową postacią, mutacją, nowym stanem skupienia, jedynie kumulacją, spotwornieniem tych wszystkich okropności, tego wielopostaciowego zła, które nęka ludzkość od jej zarania?

Rzeczywiście, jeśli zastanowić się nad szczegółowymi atrybutami takich totalitaryzmów jak nazizm czy stalinizm, trudno w nich wskazać coś, czego już nie było w przeszłości, tyle że w postaci rozproszonej i rozcieńczonej (rasizm, okrucieństwo, prześladowania polityczne, dławienie wolności słowa i swobód indywidualnych, przymusem utrzymywany respekt dla monizmu ideologicznego chrystianizmu średniowiecznego, później chronionego przez inkwizycję czy choćby ludobójstwo w postaci rzezi Albigensów, a także wielkie rzezie wojenne w całej przestrzeni historii). „Wszystko już było”, albo „Ale to już było…”, jak śpiewała Maryla Rodowicz.

Dziedzictwo totalitaryzmu jednak się zmienia. Potworne doświadczenia XX wieku (stalinizm, nazizm, czerwony khmeryzm w Kambodży czy nawet do pewnego stopnia hiszpański frankizm i portugalski salazaryzm) zabiły możliwość ufania ideologiom w klasycznym kształcie, wyposażonym w oprzyrządowanie teoretyczne, programowe charakterystyczne dla wymienionych. Ludzkość przeraziła się ich panicznie, więc nowi totaliści musieli znaleźć „nową drogę” „nową metodę” osiągania celów. Dawne, zwarte systemy totalitarne zostały zastąpione przez kompilacje, zlepki mętnych i nie przystających do siebie składników, do tego przyodzianych nie w dyktatorskie mundury, lecz w poczciwe mieszczańskie garnitury i w poczciwą – w porównaniu z agresywnym, mesjanistycznym tyrteizmem Stalina czy Hitlera czy obłąkańczym żarem ideologii Pol Pota – ludowo-drobnomieszczańską frazeologię podlaną sosem nacjonalistycznym i to nie zawsze „na ostro”. Ta nijakość, mętność i hybrydyczność dotknęła zresztą nie tylko „segment totalistyczny”, ale także politykę liberalną (n.p. Macron, Merkel czy May). „Europejskie wartości”, choć brzmią mile i czujemy to, o co w nich chodzi, nie stanowią skutecznego paliwa rozwoju, a już tym bardziej nie da się „za nie umierać”.

Król dostrzega też trzy kluczowe dziś kwestie do rozstrzygnięcia, a dotyczące zachodzących obecnie zmian. Po pierwsze, pyta o szanse przetrwania klasycznego podziału władzy według Monteskiusza, po drugie, o spór między komunitarianami a liberałami, czyli między wspólnotowcami a indywidualistami i po trzecie, co wydaje mu się najistotniejszą kwestią, pyta o to, co wydaje mu się najbardziej radykalną zmianą, a mianowicie o rezultaty zwycięstwa rewolucji utylitarystycznej XVIII wieku, która sprawiła, że ludzkość odrzuciła towarzyszące jej przez tysiąclecia przekonanie, że świat doczesny jest tylko „łez padołem” i uznała, że celem ludzkiego życia jest osiąganie przyjemności. Ten pochód utylitaryzmu zaczął się od Helwecjusza, sprecyzował go John Stuart Mill, a dopowiedział, choć już z dozą nowoczesnego sceptycyzmu, Zygmunt Freud („Poza zasadą przyjemności”). „Rewolucja szczęścia”, która ustanowiła i usankcjonowała ludzkie prawo do szczęścia, stawiając je na pierwszym planie, zrodziła konsekwencje potężne i nieodwracalne, ale jednocześnie stworzyła problemy niezmiernie trudne do osiągnięcia, z uwagi na zbytnią szczupłość ziemskich zasobów w stosunku do skali ludzkich aspiracji do szczęśliwości. Obecna fala imigracyjna nie jest przecież niczym innym, jak kolejną, opóźnioną w czasie, konsekwencją rewolucji dążenia do szczęścia. Afrykańskie pontony z czarnoskórymi pasażerami płyną na włoską Lampedusę po nic innego jak tylko po porcję szczęścia, w ich ojczyźnie nieosiągalnego. Przyjemność i dążenie do niej stało się podstawowym ludzkim imperatywem (zwróćmy uwagę, że to jakość nie występująca w naszym współczesnym pojęciu ani w Biblii, ani w eposach Homera ani u Dantego, wielkich dokumentach ducha przeszłości).

Ustawiwszy tematyczne pole rozważań w dwóch pierwszych rozdziałach eseju, Król zajmuje się w kolejnych (co przedstawię już teraz w koniecznym, radykalnie dalej idącym skrócie) analizą kluczowych fenomenów współczesnej cywilizacji – fenomenami zmiany, ilości i jakości oraz zachodzących między nimi relacji, współzależności i wielostronnych antynomii. XIX wiek przyniósł zasadniczą zmianę sytuacji ludzkości. Jej istotą było pojawienie się kategorii „ilości” w postaci dotychczas w cywilizacji nieznanej, a wynikającej nade wszystko z rozwoju cywilizacji technicznej i jej głównego efektu: masowości globalnego przyrostu demograficznego (w efekcie postępu medycyny) i masowości przyrostu przedmiotów oraz usług (w rezultacie rozwoju przemysłu masowej produkcji oraz pojawienia się ogromnej liczby nowych potrzeb oraz instytucji mających na nie odpowiadać i je zaspokajać). Po raz pierwszy, prekursorsko napisał o tym Gabriel Tarde w pracy „Opinia i tłum” (1904), a potwierdził to twórczo Ortega y Gasset w legendarnym „Buncie mas” (1943). Słowo „legendarny” jest tu skądinąd jak najbardziej na miejscu, ponieważ – jak zauważa Król – dzieła te, zwłaszcza „Bunt mas”, i zawarte w nich przestrogi odbierane są tak, „jakby opowiadały o życiu na Marsie”, czyli że nie wyciąga się z nich nieuchronnych, praktycznych konsekwencji. Z kwestią pojawiania się kategorii „ilości” w „ilościach masowych” wiąże się proces niszczenia, zabijania jakości przez ilość. Wiążą się z tym, niczym internetowe linki, takie kwestie jak spór między chrześcijaństwem a utylitaryzmem, n.p. w kwestii demografii i reprodukcji czy stosunku do miłosierdzia, utopijne fenomeny ucieczki od społeczeństwa (n.p. hippiesi czy inne elitarystyczne formuły dostępne tylko nielicznym i to warunkowo).

Nieprzechodzenie ilości w jakość połączone z demokracją wyraża się też, na co Król kładzie szczególny akcent, w niszczeniu „kultury wyższej” przez „kulturę niższą” czyli masową. Także w tej dziedzinie, „między ilością a jakością (…) jest przepaść” – powiada Król. Jako głos przestrzegający przed „dominacją miernoty” cytuje Król Jakoba Burckhardta, herolda romantycznego, intelektualnego i estetycznego elitaryzmu, myśliciela, którego głos w obronie ciągłości kulturowej tradycji i wyższych wartości kulturowych należy do najbardziej dobitnych i dramatycznych. Jedną z konsekwencji tego jest to, że – jak zauważył przywołany przez Króla Eric Hobsbawm – „wzorce dawniej szły od góry w dół, a od pewnego czasu idą z dołu do góry”. Także atak na elity, który objawił się ostatnimi czasy od Waszyngtonu po Warszawę jest jednym z przejawów tego fenomenu. Dawną, archaiczną jego wersją było choćby „nadmierne i perwersyjne ukochanie ludu”, obecne choćby w klasycznych ideologiach lewicowych, „narodu” w ideologiach określanych jako „prawicowe” czy (to już lokalny detal) w młodopolskiej chłopomanii wykpionej w „Weselu” przez Wyspiańskiego. „Obrażanie, lekceważenie i zabijanie elit też nie jest niczym nadzwyczajnym w historii nowożytnej” – powiada Król, tyle tylko, iż wypada dodać, iż nowość obecnej sytuacji polega na tym, że tym razem do antyelitarnych afektów dopisują się silne jak nigdy dotąd, maszerujące przez społeczeństwa jak walec, „obiektywne” procesy unifikacji i zimnego, bezafektowego zabijania „jakości” przez „ilość”. „Jest to niewątpliwie rezultatem zawrotnego i szybkiego awansu ogromnej liczby ludzi do rangi pełnoprawnych uczestników życia publicznego, kulturalnego duchowego”. „Sądzę – dodaje Król – że jest to rezultat dwu równoczesnych zjawisk – nacjonalizmu i demokracji.

Nacjonalizm (w rozumieniu opisowym) spowodował szybką, ale powierzchowną, a nawet prymitywną integrację mas ludzkich. Natomiast demokracja natychmiast, skoro pojawiła się ogromna rzesza nowych wyborców, szukała sposobów na ich pozyskanie, czy też szukały ich partie polityczne. Nie przypadkiem I wojna światowa wybuchła po kolosalnym zwiększeniu ilości wszystkiego. Była to walka o miejsce, ale także o tożsamość. Wojna i bardzo wciąż trudna do oceny zasada „samostanowienia narodowego” przeforsowana przez prezydenta Wilsona w Wersalu sprawiły, że ilość nagle stała się decydentem” – konstatuje Król tę część swoich rozważań. I wtedy w całym tym nastroju smuty jaki wzbiera we mnie przy lekturze jego eseju łapię się, jak ślepa kura na ziarno, na niespodziewaną i szczęśliwą okazję doznania chwili odreagowania w postaci drwinki czy może nawet szyderstwa pro domo sua, odnoszącego się do polskich historycznych uroszczeń.
Wyciągając bowiem oto prostą konsekwencję z konstatacji Króla można by zakpić sobie, że oto niedawno „świętowana” polska niepodległość listopada 1918 roku wcale nie była – w rachunku fundamentalnym i decydującym – dziełem „czynu polskiego”, „Myśli i Woli Komendanta Piłsudskiego”, owocem niezniszczalnego polskiego hartu i miłości Ojczyzny, ani tym bardziej wesołych i sentymentalnych piosenek strzelecko-legionowych, poezji o „Tej, co nie zginęła”, siły modlitwy Mickiewicza o „wojnę powszechną ludów”, „o broń i orły narodowe”, miłości Ojczyzny, ani nawet dziarskości koników Beliny i dzielności zasiadających na nich zbrojnych, malowniczo efektownych pasażerów oraz innych tego typu „dupereli”, lecz rezultatem wcielenia się w życie nieubłaganych praw dziejowych, odkrytych i zdefiniowanych przez Hegla i innych Wielkich Mędrków Historii z ich koncepcją przechodzenia „ilości” w „jakość” na czele. Gdyby ktoś to zauważył, byłoby to prawdziwe „danie w pysk” polskiemu, sentymentalnemu samodurstwu przekazywanemu od pokoleń w czytankach narodowych, od którego nawet rzekomo oparta ma marksizmie pedagogia w PRL nie była wolna. Trudno o większą szyderczą obelgę dla prawdziwego Polaka, jak podobna konstatacja. Nikt tego jednak tego nie zauważył, więc obchody przeszły w nastroju zgodnej po wszystkich stronach sporu politycznego, pogodnej bezmyślności.

Po tej krótkiej, złośliwej, wrednej przyjemności wróćmy jednak do szarej rzeczywistości, która wysuwa brzydkie oblicze zza finezji Królowych rozważań i przejdźmy do rozdziału „Rewolucja i porażka jakości – nieco historii”, który rozpoczyna Król od fundamentalnego pytania: „Czy może dziś dojść do rewolucji?”. Zanim jednak próbuje do tego pytania jakoś się odnieść, wraca do wątków już podejmowanych. Warto tu przy okazji zwrócić uwagę, że esej Króla, ma strukturę przypominającą tort względnie kompozycje muzyczne, charakteryzujące się występowaniem w ich przebiegu powtarzających się – niczym refren w piosence – motywów. W obu przypadkach istota ich struktury tkwi w występowaniu powracającego, nawracającego niczym refren motywu ( w przypadku tortu jest to powtarzający się co kilka warstw ten sam składnik). Nie ułatwia to lektury, ale czyni ją bardziej zajmującą i bardziej urozmaiconą niż w przypadku linearnego, trzymającego się chronologii, typowego wywodu. Wraca więc Król do złych, pesymistycznych przeczuć na przyszłość, jakie zaznaczyły się w literaturze XIX wieku, począwszy od Stendhala i Tocqueville’a, poprzez Dostojewskiego, Balzaca, Conrada, Tomasza Manna, Celine’a, aż po T.S. Eliota z jego sławną frazą pochodzącą z „Wydrążonych ludzi”: „Bo tak właśnie kończy się świat/Nie hukiem, ale skomleniem”. Tak się bardzo jednak zagłębia Król w rozważania historyczne, że nawet na końcu rozdziału nie odpowiada na pytanie, którym otwiera rozdział. Przechodzi natomiast do następnego rozdziału „Demokracja w świecie ilości”, który rozpoczyna od pytania być może jeszcze bardziej palącego i fundamentalnego niż poprzednie: „Czy demokracja w warunkach, o jakich pisałem, ma sens?”. Choć jednak jako demokrata, Król generalnie opowiada się za demokracją, to daje do zrozumienia, że bez uszczegółowienia zasad, względnie ustalenia nowych reguł, bez poradzenia sobie z częścią antynomii, prosta odpowiedź na to pytanie jest co najmniej trudna, jeśli nie niemożliwa, a poza tym to kwestia dość jeszcze odległej przyszłości. I tu dochodzimy do ostatniego rozdziału eseju Króla, zatytułowanego obiecująco „Jakość i przyszłość Zachodu”.

Jeśliby jednak kto sądził, że pytania i wnioski sformułowane przez Króla do tej pory, skłoniły go do odpowiedzi pesymistycznej, ponurej, katastroficznej, do filozoficznego krzyku rozpaczy, ten będzie w błędzie. Król jako człowiek (nie jako filozof) odznacza się osobowością pogodną, optymistyczną, nie tracącą nadziei, nie wolną od rozsądnego hedonizmu, a co najmniej epikureizmu, a nawet żądną (wbrew wszystkiemu) happy endu, osobowością mogącą nawet cokolwiek przywieść na myśl wolterowskiego Kandyda („Wszystko dobre na tym najlepszym ze światów”). Chce nawet w finale „pędzić zadowolony”, jak jego psy wyprowadzane na spacer i tego stanu ducha 75-letniemu filozofowi wypada tylko pozazdrościć. Może po prawdzie ma on rację nie tylko jako człowiek, ale także jako filozof, po trosze stoicki? No bo jaki w końcu mamy pożytek z filozofów, którzy potrafią jedynie uczenie i błyskotliwie rozpaczać? Powiada więc Król, że „przecież żyjemy w bardzo dobrych czasach” (!) i gdy przeszedłszy drogę wzdłuż muru jego nieobiecujących dobrej przyszłości rozważań dochodzimy do węgła, by skręciwszy (w lewo lub w prawo) zobaczyć co się za nim okropnego objawi, spotyka nas miła niespodzianka, dająca nam nadzieję, że nasz strach miał wielkie oczy oraz ulga, że na nic specjalnie groźnego się nie natykamy, a przynajmniej nie na straszliwą, finalną Apokalipsę. Mimo tego warto i tym rozdziałem doczytać ten esej do końca, bo mówi w nim Król i o filozofii polityczności modnego w tych czasach Carla Schmitta, o Platonie, Condorcecie, Hebercie Spencerze, ojcu założycielu neoliberalizmu, o Hobbesie, Machiavellim i o innych, także bliższych ciału, ale też o Stendhalu, z którego konceptu o „happy few” („nielicznych szczęśliwych”) wywiódł optymistyczny tytuł swojego eseju. Najprościej i najkrócej istotę tego konceptu ujmując można stwierdzić, że wbrew wszystkiemu, wierzy Król w szansę ocalenia z tej zawieruchy dziejowej, jaka nas nie od dziś osacza. Tyle tylko, że to szansa, jak wynika z samego tytułu, dla nielicznych czyli elitarna. Kto wie, może to nadzieja nie do końca zwodnicza?

Kończę ten dalece niedoskonały, a fragmentami pewnie nieporadny, a także niepełny opis wędrówki po filozoficznym ogrodzie Marcina Króla. Niedoskonały i nieporadny nie tylko z mojej przyczyny, bo sporządzony w ogrodzie gęstym, pełnym mrocznych zakamarków i zwodniczo powikłanych, jak labirynt, ścieżek. Bywało, że błądziłem po nich jak „pijane dziecko we mgle”, albo jak „Alicja w krainie czarów”, a jednak było warto. Była to bowiem wędrówka pasjonująca, emocjonująca, inspirująca, pełna przygód, niespodzianek, strachów, ale i pocieszeń, trochę dzika, rzadko coś porządkująca czy konkludująca, za to obfitująca we frapujące zaskoczenia. Kto nie odbędzie z tej wędrówki z mądrym filozofem Marcinem Królem, tego wiele cennego ominie, a już na pewno szansa na poszerzenie, choćby o milimetr, swojego pojęcia o naturze świata, w którym przyszło nam żyć. Ja w każdym razie będę do jego filozoficznego ogrodu wracał.

Marcin Król – „Do nielicznego grona szczęśliwych”, wyd. „Iskry”, Warszawa 2018, str. 140, ISBN 978-83-244-1011-8.

Róża wyklęta

Setna rocznica zamordowana Róży Luksemburg, która przypadła 15 stycznia, minęła w Polsce niemal niepostrzeżenie.

Gdyby nie wernisaż „Zjawy” Rary Kamińskiej w Galerii Studio w Warszawie, odczyt Filipa Ilkowskiego („Róża Luksemburg: rewolucjonistka z ideami na dziś”) i skromny liczebnie (90 osób) spacer po Warszawie śladami wybitnej działaczki socjaldemokracji rocznica minęłaby u nas bez echa. Inna rzecz w Berlinie – tam na wiecu przy tablicy pamięci Róży Luksemburg zgromadziło się około dziesięciu tysięcy ludzi.

Kiedy współtworzyła (1893) Socjaldemokrację Królestwa Polskiego, rewolucyjną partię działającą w zaborze rosyjskim, napisała w pierwszym numerze „Sprawy Robotniczej”: „Zdumienie i zgroza wśród panów naszego Kraju. Fabrykant i żandarm, policjant i majster miotają się przerażeni. Bo oto powstał polski robotnik, wstał olbrzym wielogłowy i miljonem dłoni podniósł sztandar do walki!”. Widać nie bała się mocnych słów, choć daleka była od pochopnych działań i nieprzemyślanych zrywów, choć zapewne z intencją wsparcia rewolty 1905 pojawiła się po latach w Warszawie.
Inicjatorzy wspomnianego spaceru po Warszawie przypomnieli, że przez całe lata istniały w stolicy Zakłady Wytwórcze Lamp Elektrycznych przy ulicy Karolkowej noszące imię Róży Luksemburg – ale w 1991 roku zostały sprywatyzowane i szybko poszły w ruinę.

Jedyny ślad

po Luksemburg można znaleźć w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej, gdzie od ponad roku w Galerii Rzeźby Polskiej Lat 50. XX wieku znajduje się jej gipsowy posąg Alfreda Jesiona. „Jednak w przestrzeni miasta – napisali organizatorzy spaceru, Xawery Stańczyk i Marta Wróblewska – nie ma żadnego upamiętnienia ani miejsc związanych z życiem działaczki, ani lokalizacji grup i partii, w których rozwijała ona swą aktywność. Żadnego pomnika, żadnej tablicy”. Dba o to IPN i grupa zapalonych lustratorów, oskarżających Różę Luksemburg o promowanie zbrodni stalinowskich…

Nie tylko w Warszawie, bo i z Zamościa, skąd mimo protestów znikła tablica upamiętniająca miejsca urodzenia Róży Luksemburg. Pomimo tej zawziętości nie udaje się jej ze szczętem wyrugować, zwłaszcza że od wielu lat trwa swoisty renesans zainteresowania dziełami i życiem Róży Luksemburg. Wiele razy próbowano wykreślić ją ze zbiorowej świadomości. Najpierw to uczyniła niemiecka prawica, dokonując skrytobójczego mordu, potem Hitler, pozbawiając ją miejsca pamięci i nakazując ostateczne zniknięcie z obiegu publicznego, a też i Stalin, dla którego stała się niebezpieczną orędowniczką nierewolucyjnego myślenia, a teraz znowu IPN, którego eksperci uznali ją za rzeczniczkę rewolucyjnego terroru, sojuszniczkę Lenina i Stalina (wbrew oczywistym faktom).

Wykreślana,

wyklinana powraca.

O tych powrotach pisał sugestywnie Rafał Woś w „Polityce” w artykule „Tajemnice Róży L.” Woś zwrócił uwagę, że prace ekonomiczne Luksemburg, zwłaszcza „Akumulacja kapitału”, przypomniana niedawno odbiorcom polskim (2011) i anglosaskim (2014), a w Polsce dodatkowo dzięki wznowieniu książki Tadeusza Kowalika „Róża Luksemburg. Teoria akumulacji i imperializmu” (2012), budzą ogromne zainteresowanie swoją proroczą analizą rozwoju sytuacji gospodarczej, nieoczekiwanie pasując jak ulał do współczesności.
Ale to przecież nie wszystko. Przed 30 laty karierę robił film biograficzny Margerethe von Trotty, w którym grająca rolę Róży Barbara Sukova doczekała się wielu prestiżowych nagród, m.in. za najlepszą rolę kobiecą na festiwalu filmowym w Cannes. W polskiej tradycji teatralnej zaś dobrze zapisał się monodram oparty na listach działaczki socjaldemokracji WYBIERAM ODWAGĘ w adaptacji i wykonaniu Haliny Słojewskiej (reż. Wanda Laskowska, scenografia Zofia Pietrusińska, Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie, premiera 24 marca 1966). Okazało się bowiem, że niemal zapomniane listy Róży Luksemburg to wymarzony materiał dla aktorki, która potrafi ukazać bogate wnętrze kobiety niebanalnej, dzielnej, ale bardziej dzielnością niepomnikową, nieupozowaną, intelektualną niż rewolucyjną bojowością.

Dość, że

portret Róży,

który wyłaniał się ze skomponowanej w dramatyczną całość korespondencji z najbliższymi jej osobami, fascynował, odsłaniając nieznaną twarz dość powierzchownie traktowanej bohaterki, ikony ruchu robotniczego. Krytycy byli autentycznie zachwyceni, zwłaszcza że Słojewska unikała wszelkich łatwych chwytów – siedziała w findesieclowej sukni przy malutkim stoliczku i bez żadnego dodatkowego wsparcia hipnotyzowała widzów. Józef Kelera potraktował ten spektakl jako bodaj największe zaskoczenie pierwszego spotkania teatrów jednego aktora we Wrocławiu. Pisał, że Słojewska „odkrywa nam nagle kogoś, kogo zupełnie nie znamy. Jest kobietą pełną uroku, ciepła, serdeczności, świetnej inteligencji (o tym wiedzieliśmy) i ostrego dowcipu”. Przy czym aktorka nie imitowała pisania listów, a więc nie stosowała charakterystycznego sztafażu dla utrwalonego na scenach obrazu kogoś, kto właśnie szuka odpowiednich słów i je zapisuje – ona po prostu ze swoimi korespondentami wchodziła w zwarcie, sojusze, polemikę, ona z nimi była. I to wystarczyło. Ta jej żywa rozmowa była na tyle zajmująca, że spektakl został zaproszony do udziału w II Warszawskich Spotkaniach Teatralnych.

Oferowano także artystce przygotowanie telewizyjnej wersji „Wybieram odwagę”, ale spektakl nie doczekał się realizacji na małym ekranie. W wyniku interwencji cenzury został zatrzymany już na drugiej próbie. Chodziło o kilka zdań wypowiadanych przez bohaterkę monodramu pod koniec: „Wolność tylko dla zwolenników jednej partii nie jest wolnością. Wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślących”.

Warto także przypomnieć niemal niezauważony monodram Jana Stępnia „Róża”, publikowany przed kilku laty w kwartalniku internetowym AICT „Yorick” (nr 25, 2010, www.aict.atrt.pl). Autor z wielkim wyczuciem odtworzył świat duchowy bohaterki, jej wizję przyszłości świata, stosunek do najważniejszych konfliktów epoki, a także osobiste rozterki i tęsknoty. Powstał tekst zajmujący, ale prawie nikt się nim nie zainteresował poza Wojciechem Siemionem. Kiedy w połowie grudnia 2009 roku odbywała się w Zamościu międzynarodowa konferencja naukowa „Róża Luksemburg wśród swoich” (zorganizowana przez Fundację im. Róży Luksemburg z Warszawy i Państwową Wyższą Szkołę Zawodową im. Szymona Szymonowica w Zamościu), Siemion przedstawił ten monodram. I było to jak do tej pory jedyne wykonaniu tego utworu, a co więcej ostatni jego monodram w obfitującej w monodramy biografii aktora. Nie mogłem już odnotować tego wykonania w rejestrze wszystkich premier spektakli jednoosobowych Wojciecha Siemiona, które zamieściłem w swojej książce „Teatr Siemion” (2009), opublikowanej przed zamojską premierą „Róży”, która powinna znajdować się w tym rejestrze pod numerem 53. Jak doszło do tej premiery odnotowała we wspomnieniu o Wojtku Siemionie prof. Maria Szyszkowska: „Ostatnią wielką rolę [Siemiona] było dane przeżyć publiczności w Zamościu, w grudniu ubiegłego roku. Choroba jego żony, utalentowanej aktorsko, Barbary – skłoniła go do wcielenia się – zamiast niej – w rolę kobiety. Wojtek genialnie zagrał rolę Róży Luksemburg w monodramie pod tym tytułem autorstwa Jana Stępnia, będąc zarazem reżyserem tego spektaklu”.

Choć na setną rocznicę śmierci Róży Luksemburg nie powstał ani nowy film, ani spektakl, to Galeria Studio zaprosiła na dość niezwykłą wystawę Rary Kamińskiej o sugestywnej nazwie:

Zjawa

Artystka zaproponowała wystawę wieloetapową, która zaczyna się w Warszawie, ale będzie potem wędrować i odwiedzać po kolei: Berlin (Kunstverein am Rosa Luxemburg Platz), Zurych (Kunst im öffentlichen Raum) o Zamość (Synagoga w Zamościu / Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego). Nietrudno się domyślić, czemu Rara Kamińska zainteresowała się Różą Luksemburg. Artystka, urodzona w Hrubieszowie dorastała w Zamościu, niedaleko miejsca urodzenia Róży, choć zajmuje się postacią Luksemburg dopiero od kilku lat. Zgłębia konteksty historyczne i współczesne jej działalności i twórczości. Ten współczesny kontekst reprezentowały na wystawie reliefy uplecione z aktualnych gazet warszawskich i berlińskich, także instalacja wykonana z autentycznych fragmentów skutych chodników i nawierzchni Rosa Luxemburg Platz, udostępnionych autorce przez władze Berlina. Kontekst historyczny przypominała część archiwalna (fotokopie gazet, zdjęć, opinii), a także aktorska lektura (podczas wernisażu) wywiadu ze zleceniodawcą zabójstwa Luksemburg, Waldemarem Pabstem (w wykonaniu Moniki Świtaj i Krzysztofa Strużyckiego). Wywiad dla „Spiegla” to przerażające świadectwo nienawiści. Przeprowadzony niemal w pół wieku po morderstwie ukazał jego nadzorcę jako zatwardziałego fanatyka, trwającego niezłomnie przy swoich zleceniodawcach i wspólnikach.

Wystawę dopełniał projekt fotograficzny poświęcony domowi, w którym dorastała Luksemburg przy ul. Kościuszki (dawnej Ogrodowej) w Zamościu, prezentowany na pięterku Galerii. Wyświetlane na całą ścianę obraz wideo przedstawiający dom, w którym urodziła się Róża, niszczejący wśród drzew, w smutnym zapomnieniu sprawia wrażenie wyrzutu wobec potomnych, tak niewdzięcznych dzielnej kobiecie, myślicielce i rewolucjonistce. Największe jednak wrażenie wywarł na mnie inny bardzo skromny detal – oto na oknie Galerii, przez które można wyglądać na plac Defilad, Rara Kamińska nakreśliła flamastrem plan domu przy ulicy Złotej 16, w którym zamieszkała Róża Luksemburg. Kiedy się spojrzy przez wyrysowany na szybie obwód, można zobaczyć kawałek pustego placu, niegdysiejszego odcinka ulicy Złotej i nieistniejącego budynku. Oto prawdziwy podmuch dziejów. Nie został żaden materialny ślad, który zastępuje nakreślony flamastrem schemat. I ta wystawa. Jak fantom.

Bigos tygodniowy

Po strasznym wypadku w Koszalinie moje długie i rozległe życiowe doświadczenie podpowiada mi, że Polska jest jednym wielkim koszalińskim escape roomem: ogromna część, jeśli nie większość urzędów, instytucji oraz firm najrozmaitszego autoramentu, od małych barów gastronomicznych i straganów z fajerwerkami po wielkie banki, tak właśnie działa: byle jak, bezmyślnie, bez zabezpieczeń, bez wyobraźni, w warunkach ogólnego bałaganu i niechlujstwa. Jedyną szczęśliwą w tych warunkach okolicznością, miłosiernym darem od Boga Przedwiecznego jest to, że nie wszędzie jest otwarty ogień.
*****
Barbara Nowacka ogłosiła swój projekt dotyczący rozdziału Kościoła od Państwa. Mimo gadania, że dziś mamy do czynienia z takim rozdziałem, Kościół był prawdziwie od Państwa oddzielony jeden raz w historii jedynie w Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Szkoda jednak, że projekt Nowackiej jest tak ostrożny, minimalistyczny i ogranicza się niemal wyłącznie do kwestii finansowych. Są ważne, ale niewystarczające, bo tu nie tylko o mamonę chodzi. Tymczasem ekstowarzyszce Aleksandrze Jakubowskiej, już pełną gębą stałej komentatorce w mediach Karnowskich, nawet to się nie podoba. Ta geszefciarka to wcielenie fałszu i oportunizmu politycznego. Trudno zapomnieć, jak z roli czołowej prezenterki „Dziennika Telewizyjnego”, przeskoczyła płynnie do służalczej, leśnej rozmowy z Tadeuszem Mazowieckim po jego nominacji na premiera w 1989 roku. A po latach jej szemrane manipulacje przy projekcie ustawy medialnej („i czasopisma”) walnie przyczyniły się do klęski SLD. O innych sprawach nie wspomnę. Tfu!
*****
PiS to formacja ludzi, w której szeregach występuje nadreprezentacja agresywnej, krwiożerczej, oszalałej nie tylko antykultury, ale także antynatury. To krwiożercze chamstwo, które nieustannie świerzbią ręce, by albo wycinać drzewa albo zabijać zwierzęta. Ostatnio głośno jest o decyzji ministra rolnictwa Ardanowskiego o wybiciu kilkuset tysięcy dzików i kilkudziesięciu żubrów, pod słabo uzasadnionymi pozorami. Buntują się nie tylko obrońcy zwierząt, ale nawet … myśliwi. „Pokot” Agnieszki Holland według powieści Olgi Tokarczuk, to nie metafora, to naturalistyczny film z życia polskiego.
*****
Nacjonalista, Łukaszenkowie i ekskukizowiec Andruszkiewicz, dziś w nacjonalistycznym i faszyzującym kole Kornela Morawieckiego „Wolni i Solidarni”, został wiceministrem cyfryzacji. Kolejny „Misiewicz” bez kompetencji na żołdzie PiS, ale warto też zwrócić uwagę na coś jeszcze gorszego. Po pierwsze, ta decyzja to wykwit prawdziwej mentalności pisowskiej, takiej prawdziwej, nie pozorowanej obwijaniem się we flagi unijne i okrzyki, że „Polska sercem Europy”. Po drugie, niemal równo rok po niesławnej pamięci nowelizacji ustawy o IPN, młody Morawiecki wystrzelił z tego samego pistoletu we własną stopę.
*****
Morawiecki wycofał projekt ustawy dotyczącej przemocy w rodzinie, z powodu haniebnego zapisu pozwalającego przejść do porządku dziennego nad pojedynczym aktem takiej przemocy. To już n-ta wycofka PiS z niefortunnego projektu, ale kluczowy jest tu fakt, że coś takiego w ogóle wysmażono w pisowskich gabinetach rządowych i długo tam trzymano. To właśnie, a nie wycofanie się pod presją i z lęku przed reakcją opinii publicznej, świadczy o prawdziwej mentalności tych ludzi. „Przemocą plus” – nazwała ten zapis Maja Ostaszewska. Z pisiorstwa nie po raz pierwszy wylazł, jak Jożin z Bażin, osławiony kołtun polski (plica polonica), w którego mentalności tkwi przywiązanie do możliwości „bicia baby, byle w domu, po cichu, byle nie za często”. To ten sam kołtun polski, którego tak sugestywnie opisał Julian Tuwim, choćby w „Kwiatach polskich”.
*****
Fraza o możliwości przegranych wyborach, nieobecna mediach PiS od jesieni 2015 roku, od kilku tygodni robi tam prawdziwą karierę i dogania liczbę migawek przedstawiających przewalające się pisiorskim w telewizorze worki z paczkami banknotów.
*****
Gnoje z „prolajfu” zakłócali ohydnym transparentem pogrzeb prof. Romualda Dębskiego
*****
Media doniosły, że przyboczne prezesa NBP Glapińskiego zarabiają bajońskie sumy. Zaniepokoili się tym nawet pisowcy: kancelista Dudusia Spychalski i senator w klubie PiS Jan Maria Jackowski oficjalnie zwracają się do Glapy o wyjaśnienia. Podobno Kaczor wypowiedział się gdzieś kiedyś o nim jako o najbardziej lubiącym „pieniądze i kobiety”. Czyli rewers psychiczny Prezesa, bo lubi to wszystko czego Prezes akurat nie lubi. Kiedyś na Wybrzeżu Gdańskim modne było powiedzenie o „najlepszym płatniku, grubym panu Ryśku”. Teraz najlepszy płatnik to Glapiński. W dwa miesiące po wybuchu afery KNF gorączka bankowa nie opuszcza PiS.
*****
Salvini kolejny miłośnik Putina po Orbanie został ulubieńcem PiS i odwiedza w tym tygodniu prezesa. Pisiory i ich media na Putina ujadają, ale może w końcu nadejdzie taki dzień, gdy PiS już otwarcie podzieli gusta swoich sojuszników.
*****
Po tragicznej śmierci pięciu dziewcząt w pożarze escape roomu w Koszalinie – porcja tragigroteski. Młody Morawiecki w towarzystwie Brudzińskiego i dwóch mundurowych komendantów prężyli się przed kamerami, na konferencji prasowej, jakby powrócili z wygranej bitwy.
*****
Jacek Kurski oświadczył, że „Wiadomości” TVP to potęga i jako jedyne pokazują prawdę o Polsce”. Czy jest na sali lekarz?

Lewica na 100-lecie Niepodległości

I socjaliści mieliby być wrogami takiego patriotyzmu, mieliby być wrogami swego narodu?! Co za głupia myśl i jakie oszczerstwo! Socjaliści, którzy z takim poświęceniem pracują w swoim kraju dla ludu swego, którzy dążą do tego, żeby jak najszerzej rozlała się oświata, żeby nie było w narodzie pokrzywdzonych i głodnych, i ciemnych, żeby cały kraj stał się wspólnym warsztatem pracy dla wszystkich i wspólnym dla wszystkich źródłem dobrobytu – socjaliści mieliby być wrogami narodu! Nie! – Feliks Perl, współtwórca PPS, 1909 rok.

Polityka historyczna odgrywa w polskiej debacie publicznej ogromną rolę. O historię potrafimy spierać się bardziej niż o sprawy bieżące. Namiętne spory historyczne stały się elementem bieżącej walki politycznej. Lewica nie ma powodów, aby wstydzić się własnej historii.

W 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości jesteśmy zobowiązani do przypomnienia wkładu lewicy w walkę o suwerenność Polski i o kształt odrodzonego Państwa Polskiego. Dla zachowania prawdy historycznej i własnej tożsamości. Tą publikacją chcemy pokazać prawdziwe oblicze lewicy. Jej dorobek i etos, nie zapominając również o błędach lewicy w przeszłości.
Od XIX wieku główną siłą lewicy, była Polska Partia Socjalistyczna, powołana do życia na Kongresie Paryskim w 1892 roku. Przyjęty wówczas program zakładał, że:
„Polska Partia Socjalistyczna, jako organizacja polityczna polskiej klasy robotniczej, walczącej o swe wyzwolenie z jarzma kapitalizmu, dąży przede wszystkim do obalenia dzisiejszej niewoli politycznej i zdobycia władzy dla proletariatu. W dążeniu tym celem jej jest niepodległa rzeczpospolita demokratyczna”.

Przyjęty wówczas program będzie w przyszłości wyznacznikiem działalności PPS przez cały okres jej istnienia. Wcieleniem w życie naczelnych haseł PPS – haseł walki o niepodległość i sprawiedliwość społeczną – była rewolucja 1905 roku, kiedy to pierwszy raz po upadku powstania styczniowego Polacy sprzeciwili się carskiej władzy. Do historii przeszła Organizacja Bojowa Polskiej Partii Socjalistycznej, która dokonywała zamachów na carskich polityków, policjantów, żandarmów i agentów ochrany. Wśród wielu dzielnych bojowców była również kobieta Wanda Krahelska, która w 1906 roku uczestniczyła w nieudanym zamachu na warszawskiego gubernatora Gieorgija Skałona. W ramach represji wielu bojowców zostało skazanych na śmierć bez wyroku sądu.

II Rzeczpospolita

W nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku w Lublinie powstał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Tworzyły go głównie partie socjalistyczny i ludowe. Na czele rządu stanął wybitny działacz galicyjskiej PPSD Ignacy Daszyński. Oprócz deklaracji odzyskania niepodległości, rząd Daszyńskiego zabiegał o wprowadzenie nowoczesnego ustawodawstwa socjalnego m.in. o wprowadzenie ośmiogodzinnego czasu pracy. Kontynuatorem jego działań był kolejny rząd powołany przez Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego, byłego wybitnego działacza i bojowca PPS, pod kierownictwem Jędrzeja Moraczewskiego. Rząd Moraczewskiego powołany 18 listopada rozszerzył program reform socjalnych. Ogłoszono powszechne prawo wyborcze, które obejmowało również kobiety, ustanowiono ośmiogodzinny czas pracy, zagwarantowano działalność związków zawodowych i prawo do strajku, wprowadzono inspekcję pracy i ubezpieczenie chorobowe. Warto nadmienić, że pierwszą kobietą w Polsce, która została przewodniczącą rady miasta, była socjalistka, Maria Kelles-Krauz, działaczka PPS W Radomiu. Wszystkie wspomniane reformy były zwalczane przez prawicę jako synonim „bolszewizmu”. Walcząc z reformami rządu socjalistycznego, prawica postanowiła przeprowadzić zamach stanu. W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 roku pułkownik Marian Januszajtis-Żegota stanął na czele zamachu, którego celem było aresztowanie premiera oraz kilku ministrów. Ostatecznie zamach udaremniły oddziały wierne rządowi.
W chwili największego zagrożenia bolszewicką nawałą 24 lipca 1920 roku utworzono Rząd Obrony Narodowej, którego premierem został polityk PSL Wincenty Witos, a wicepremierem Ignacy Daszyński.

PPS powołała w lipcu i sierpniu Robotniczy Komitet Obrony Warszawy oraz własny Wydział Wojskowy PPS. Na jego czele stanęli najwybitniejsi działacze m.in.: Tomasz Arciszewski, Kazimierz Pużak, Jędrzej Moraczewski. Kiedy morale w wojsku oraz społeczeństwie były bardzo niskie w wyniku akcji werbunkowej PPS do wojska zgłosiło się ponad 1600 osób. W prasie PPS przeciwstawiano „dyktaturę proletariatu” rządowi robotniczo-chłopskiemu, który miał być odpowiedzią na rządy komunistów.

Z chwilą odzyskania niepodległości PPS opowiedziała się za parlamentarną drogą do socjalizmu. Demokracja i konstytucja były wartościami nadrzędnymi dla socjalistów. Pierwszy wstrząs wywołało w młodym państwie zamordowanie Gabriela Narutowicza przez prawicowego fanatyka Eligiusza Niewiadomskiego. Ponownie w niepodległej Polsce prawica dopuściła się przemocy. Tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Eligiusz Niewiadomski zaś stał się wkrótce obiektem kultu wśród radykalnych działaczy prawicy.

Socjaliści oskarżali prawicę, twierdzili, że jest moralnie odpowiedzialna za tę tragedię. Sprawę potęgowały również wydarzenia krakowskie z 1923 roku, kiedy to podczas rządów centroprawicy otworzono ogień do robotników.

Zamach majowy wsparła nie tylko PPS, ale również KPP, co wywołało sensację. Trzydniowe walki o przejęcie władzy przez Józefa Piłsudskiego były wyjątkowo krwawe, na ulicach Warszawy poległo prawie 400 osób.

PPS wspierając czynnie zamach, liczyła, że Piłsudski w praktyce politycznej nawiąże w końcu do programu PPS. Były działacz tej partii miał jednak inne plany. Kilka miesięcy po zamachu, ku ogromnemu zdziwieniu socjalistów, spotkał się z przedstawicielami arystokracji na zamku w Nieświeżu i tym samym opowiedział się po stronie ziemiaństwa. Powstał wówczas wiersz, który doskonale obrazował przemianę Marszałka:

To nie sztuka zabić kruka,
ani sowę trafić w głowę,
ale sztuka całkiem świeża,
trafić z Bezdan do Nieświeża.

Rozpoczęły się rządy sanacji. Kraj zmierzał powoli w stronę dyktatury. W marcu 1928 roku PPS w wyborach otrzymała niespotykaną ani wcześniej, ani nigdy później rekordową liczbę głosów – ponad półtora miliona,. Po wyborach PPS przeszła do opozycji wobec rządów sanacji.

Konsekwencją rozrachunku Piłsudskiego z dawnymi towarzyszami oraz całą opozycją było aresztowania we wrześniu 1930 roku kilkunastu posłów. Aresztowano i dotkliwie pobito wówczas posła Hermana Liebermana, który jako jedyny z porwanych byłych posłów, posiadał chroniący go immunitet sędziego Trybunału Stanu. Oskarżonych postawiono przed sądem. Proces Brzeski stał się największym w II RP procesem politycznym. Na ławie oskarżonych zasiadło 11 posłów na sejm, z czego aż sześciu było z PPS: Adam Ciołkosz, Stanisław Dubois, Herman Lieberman, Adam Pragier, Norbert Barlicki i Mieczysław Mastek. Część skazanych w tym procesie wyemigrowała, część odbyła zasądzoną karę (m.in. socjaliści Adam Ciołkosz, Norbert Barlicki i Stanisław Dubois).
Komendantem Twierdzy Brzeskiej był pułkownik Wacław Kostek-Biernacki, człowiek Marszałka, fanatycznie mu oddany. Jego nadgorliwość, przemoc i terror doprowadzała do ludzkich dramatów. Aresztowani więźniowie byli traktowani jak pospolici przestępcy. Golono im głowy, poddawani byli wyjątkowo ostremu wojskowemu rygorowi. Stanisławowi Dubois nie pozwolono wówczas na uczestniczenie w pogrzebie własnego dziecka.

Skutki wielkiego kryzysu gospodarczego w latach lat trzydziestych odczuło całe społeczeństwo, nie ominęły więc także klasy robotniczej. W połowie roku 1932 spośród 950 tysięcy robotników co drugi pozostawał bez pracy, a ponad 13 procent miało tylko częściowe etaty.

W 1933 roku ukazała się książka Pamiętniki bezrobotnych opracowana przez Instytut Gospodarstwa Społecznego, która opisywała skutki kryzysu gospodarczego. Na konkurs ogłoszony przez IGS robotnicy przesłali wstrząsające opisy swojej niedoli. Katastrofalna była sytuacja w miastach. Spis powszechny z 1931 roku wykazał, że 79 procent ludności zajmowało mieszkania jedno- lub dwuizbowe. Zaledwie 13 procent budynków w miastach miało kanalizację, 16 procent bieżącą wodę, 7,5 procent instalację gazową. Wieś była niemal w całości pozbawiona jakichkolwiek wygód. Na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, a więc w rejonie, z którego Stanisław Dubois był posłem, większość domów stanowiły lepianki lub budynki drewniane pokryte słomą.

Klub PPS oraz klasowe związki zawodowe próbowały łagodzić skutki kryzysu. Niestety, skromna reprezentacja socjalistów w sejmie nie miała możliwości wpływania na kierunek rozwoju państwa.
Za przykład harmonijnego rozwoju w latach kryzysu można jednak uznać warszawską dzielnicę Żoliborz, gdzie wpływy PPS były znaczące. W 1921 roku powstała w tej dzielnicy Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Jej założycielami byli działacze PPS: Stanisław Szwalbe, Antoni Zdanowski, Stanisław Tołwiński oraz Bolesław Bierut, który swoją karierę polityczną rozpoczynał w PPS-Lewica.

WSM była prawdziwym ewenementem. Oprócz mieszkań dla robotników – niedużych, co prawda, ale z bardzo niskim czynszem, na który było stać robotników – lokatorów łączyło wiele wspólnych instytucji: biblioteka WSM, tania pralnia, punkty usługowe. Funkcjonowały tam również bliskie idei PPS sklepy „Społem”. Na terenie WSM od 1928 działał Dom Społeczny z przedszkolem oraz bursą dla młodych robotników, gimnazjum koedukacyjne im. Bolesława Limanowskiego. W latach trzydziestych powstał tu teatr im. Stefana Żeromskiego, teatrzyk lalkowy Baj oraz kino Tęcza. Dom Społeczny był też miejscem gdzie działało Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy Lokatorów WSM „Szklane Domy”. Wspólne instytucje tworzyły szczególny rodzaj więzi między mieszkańcami.
W Radomiu podobne praktyki próbował wprowadzić prezydent Józef Grzecznarowski z PPS, który zasłynął wybudowaniem w mieście – na wzór Wiednia – sieci baraków dla bezdomnych.

Ostatni przed wojną kongres PPS odbył się w 1937 roku. Przyjęty wówczas program miał ogromne znaczenie i wielki wpływ na odbudowę i kształt państwa po 1945 roku.
Wybuch wojny w 1939 roku po raz kolejny wykazał, iż PPS konsekwentnie opowiada się za ideą niepodległości. Z inicjatywy Zygmunta Zaremby, wybitnego działacza PPS, powstały wówczas Robotnicze Brygady Obrony Warszawy. Na jej czele stanął inny członek PPS kapitan Marian Kenig. Werbunkiem do RBOW zajmowała się redakcja „Robotnika”, organu prasowego PPS, jedynego pisma, które w oblężonej Warszawie wychodziło bez żadnej przerwy. Ogromnym męstwem wykazał się redaktor naczelny pisma Mieczysław Niedziałkowski, który na łamach prasy i w audycjach radiowych zagrzewał mieszkańców Warszawy do walki z niemieckim najeźdźcą. Został aresztowany przez gestapo w grudniu 1939 roku i rozstrzelany 21 czerwca 1940 roku w pierwszej masowej egzekucji w Palmirach.

Z kolei w Gdyni powstała formacja gdyńscy kosynierzy. Od pierwszych dni września PPS zorganizował robotników w bataliony wykonujące prace umocnieniowe, tworząc Komendę Drużyn Robotniczych. Na czele kosynierów stał wybitny działacz pomorskiej PPS Kazimierz Rusinek.

Okupacja

Po przegranej kampanii wrześniowej Polska znalazła się pod okupacją Niemiec i ZSRR. Była to konsekwencja paktu Ribbentrop-Mołotow. Sanacyjny rząd i Naczelny Wódz uciekli z kraju. Podobnie zachował się prymas Polski. Powstał nowy polski rząd na emigracji pod kierownictwem generała Władysława Sikorskiego. W jego składzie znaleźli się również socjaliści. Byli to: Jan Stańczyk, Herman Lieberman, Jan Kwapiński. PPS była elementem składowym Polskiego Państwa Podziemnego, w którego skład wchodziły demokratyczne partie polityczne. Struktury konspiracyjne tworzyły się również w okupowanym kraju. Na czele powołanej w listopadzie 1939 roku Służbie Zwycięstwa Polski stanął generał Michał Tokarzewski-Karasiewicz, w przeszłości działacz socjalistyczny PPS-Frakcji Rewolucyjnej, który uważał się za socjalistę. Z jego inicjatywy powstała Główna Rada Polityczna przy Służbie Zwycięstwie Polski, przekształcona następnie w Polityczny Komitet Porozumiewawczy. Na czele Głównej Rady Politycznej stanął Mieczysław Niedziałkowski z PPS, jako komisarz cywilny przy Dowództwie Głównym SZP. Podczas okupacji PPS zeszła do podziemia i została przemianowana na PPS-WRN (Wolność-Równość-Niepodległość). Od stycznia 1944 roku na czele Rady Jedności Narodowej – podziemnego parlamentu Polskiego Państwa Podziemnego – stanął były sekretarz generalny PPS Kazimierz Pużak.

Od chwili wybuchu powstania warszawskiego w walce aktywnie uczestniczyli socjaliści. PPS posiadała własną organizację wojskową – Gwardię Ludową WRN, liczącą około 42 tysięcy żołnierzy. Komendantem głównym był Kazimierz Pużak. W maju 1944 Gwardia Ludowa zmieniła nazwę na Oddziały Wojskowe Powstańczego Pogotowia Socjalistów (OW PPS). W ramach akcji scaleniowej Oddziały Wojskowe PPS połączyły się z AK, tworząc między innymi I Batalion OW PPS na Mokotowie, II Batalion OW PPS na Ochocie, III Batalion im. Stefana Okrzei i IV Batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego. W powstaniu walczyli również Syndykaliści ze 104 kompanii Syndykalistów, która operacyjnie weszła w skład Zgrupowania AK Róg (jednostka grupy Warszawa-Północ). Dowódcą kompanii został podporucznik Kazimierz Puczyński „Wroński”. Zastępcą do spraw bojowych podporucznik. Witold Potz „Koperski” – początkowo komendant zgrupowania syndykalistycznego na Woli (ok. 20 osób), po likwidacji powstania w tej dzielnicy wycofał się na Stare Miasto i w czasie choroby „Wrońskiego” dowodził kompanią samodzielnie. W momencie szczytowym kompania liczyła prawie 500 żołnierzy. Warto wspomnieć również o walczących w powstaniu komunistach z PPR-owskiej Armii Ludowej. Sformowała batalion „Czwartaków”, którego dowódcą był major Bolesław Kowalski „Ryszard”. W działaniach bojowych „Czwartaków” wyróżnił się żołnierz Armii Ludowej Edwin Rozłubirski, który Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari otrzymał jako porucznik z rąk generała Bora-Komorowskiego (od 1945 służył w Wojsku Polskim, do rezerwy odszedł jako generał brygady). Pomoc walczącej Warszawie niosła też Pierwsza Armia Wojska Polskiego pod dowództwem generała Zygmunta Berlinga. Szacuje się, że w czasie walk powstańczych życie straciło 2300 żołnierzy tej formacji.
Wraz z ofensywą Armii Czerwonej rosło znaczenie polskich formacji, walczących u jej boku. Wśród tych, którzy zgłosili się w 1943 roku do obozu w Sielcach nad Oką, znalazło się wielu polskich zesłańców, którzy dostali wreszcie szansę powrotu do Ojczyzny oraz możliwość przyczynienia się do wyparcia Niemców z Polski.

Bitwa pod Lenino z udziałem Pierwszej Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki (Kościuszkowcy) była w Polsce Ludowej otoczona legendą, dziś systematycznie wypierana jest ze świadomości narodowej. Bitwa ta miała być symbolem polsko-radzieckiego braterstwa broni, uznana została za chrzest bojowy polskich żołnierzy w ZSRR. Symboliczną datą był dzień 1 września 1943 roku, kiedy to Pierwsza Dywizja Piechoty wyruszyła na front. Złożona przez Polaków danina krwi nie może pozostać zapomniana! Żołnierze polscy wykazali się męstwem i wielką walecznością. W bitwie pod Lenino Polacy zadali Niemcom ogromne straty, trzykrotnie większe niż straty własne!

Szlak bojowy żołnierzy generała Zygmunta Berlinga, który osobiście tworzył zręby Wojska Polskiego w ZSRR, od Lenino do Berlina, był imponujący. Podczas walk na Wale Pomorskim poniesiono ogromne straty. Swoje życie oddało ponad 3 tysiące żołnierzy. Przełomowe znaczenie miała jednak obecność żołnierzy Wojska Polskiego w bitwie o Berlin. Zdobycie stolicy III Rzeszy dla polskiego żołnierza to symbol nadzwyczajny. Oto bowiem nadarzała się okazja, aby po sześciu niemal latach od napaści Niemiec na Polskę, dziejowej sprawiedliwości stało sie zadość. Ciekawostką może być to, że plany ZSRR nie przewidywały udziału Polaków w szturmie na stolicę Niemiec. Dopiero po interwencji marszałka Michała Żymierskiego u marszałka Gieorgija Żukowa oraz po osobistej decyzji Stalina, zezwolono na udział polskich jednostek. Straty również były duże: podczas operacji berlińskiej, trwającej od 16 kwietnia do 2 maja 1945 roku wyniosły 4871 poległych, rannych i zaginionych żołnierzy WP. Polska flaga załopotała nad Berlinem, co dziś nie jest w ogóle lub bardzo rzadko podkreślane. Czy może być coś bardziej satysfakcjonującego niż biało-czerwona flaga powiewająca nad gruzami III Rzeszy, zawieszona na Kolumnie Zwycięstwa przez kapitana Antoniego Jabłońskiego?

Warto podkreślić znaczenie socjalistów podczas lat okupacji. Odegrali oni bowiem ogromną rolę w ratowaniu polskich obywateli żydowskiego pochodzenia.

W 1942 roku w dużej mierze z inspiracji PPS powstała Rada Pomocy Żydom, a jej pierwszym prezesem został działacz PPS Julian Grobelny, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, uczestnik trzech powstań śląskich. Po nim Żegotą kierował inny socjalista – Roman Jabłonowski, a następnie socjalista żydowski z Bundu Leon Feiner. Także w innych częściach okupowanej Polski w Żegocie dominowali socjaliści. W Krakowie przewodniczącym Żegoty był Stanisław Wincenty Dobrowolski, zaś sekretarzem – Władysław Wójcik, obydwaj z PPS-WRN. We Lwowie z Żegotą był związany Przemysław Ogrodziński. Stefan Sendłak, działacz PPS z Zamościa, założył w 1942 roku jednoosobowy Lubelsko-Zamojski Komitet Ratowania Żydów. W następnym roku wszedł on do struktury Żegoty. Sendłak ratował całe grupy Żydów z Lublina i Zamościa. Szacuje się, że dzięki niemu Holocaust przeżyło 280 osób.

Nie sposób nie wymienić Ireny Sendlerowej, która uratowała 2,5 tysiąca żydowskich dzieci. I przed wojną, i po wojnie ta bohaterska kobieta należała do PPS, podobnie, jak Henryk Sławik – powstaniec śląski, który w czasie drugiej wojny światowej organizował pomoc Polakom i Żydom (został zamordowany w 1944 roku w niemieckim obozie koncentracyjnym Mauthausen-Gusen). Szacuje się, że uratował życie 30 000 polskich uchodźców, wśród których było prawie 5000 Żydów. Jest bohaterem trzech narodów: polskiego, żydowskiego i węgierskiego.

PRL

Po zakończeniu wojny nastał czas odbudowy państwa polskiego z gruzów i ze zgliszczy wojennych. Rządzący Polską Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej otrzymała legitymizację nie tylko od ZSRR, ale również od Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i pozostałych państw koalicji antyhitlerowskiej.

Żołnierze, którzy nie zgodzili się z postanowieniami jałtańskimi, wystąpili zbrojnie przeciwko nowej władzy. Przez kilka powojennych lat mieliśmy w Polsce do czynienia z wojną domową. Profesor Krzysztof Dunin-Wąsowicz, wówczas członek PPS, tak to opisywał:

„Wezwania do czynnego oporu wobec nowej władzy nie spotykały się ze zrozumieniem. Ludzie, mając świeżo w pamięci potworną wojnę, chcieli spokoju i pokoju. Młodzież oderwana przez kilka lat od szkoły, rwała się do nauki. Ponadto TRJN z E. Osóbką-Morawskim i Stanisławem Mikołajczykiem był uznany zarówno przez ZSRR, jak i Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję. Odnosiliśmy się do powojennej Polski jak do własnego państwa, nie widzieliśmy powodu, by przeciwko niemu występować”.

Tak zwani „żołnierze wyklęci” są dziś w dyskursie publicznym przedstawiani wyłącznie jednowymiarowo, jako bohaterowie bez skazy, ale ten obraz nie pokrywa się z prawdą historyczną. Potwierdzają to odtajnione niedawno dokumenty CIA. Ówczesna komunistyczna propaganda określała „żołnierz wyklętych” słowem „bandyci”. Okazuje się, że podobnie oceniał ich wywiad amerykański:

„Niektórzy przystępują do walki z powodów politycznych, niektórzy, by uciec przed władzą, niektórzy dla przygody. Pseudopartyzanci to bandyci, którzy choć deklarują się jako zwolennicy tego czy innego ruchu antyrządowego, to jednak należy ich traktować jako grupy bandyckie bez żadnych celów politycznych”.

W dziejach Polski Ludowej najczarniejszym okresem był okres stalinowski. Tuż przed zjednoczeniem PPR i PPS postawiono przed sądem i skazano czołowych przywódców PPS-WRN z Kazimierzem Pużakiem na czele. Dwieście dwadzieścia tysięcy członków PPS sprzeciwiło się wasalizacji partii i odmówiło przynależności do PZPR.

Więźniem politycznym został wówczas Władysław Gomułka, którego oskarżono o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne.

W mrocznych latach stalinizmu skazano na śmierć bohaterów Polskiego Państwa Podziemnego (m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego), wydano wyroki śmierci na wielu żołnierzy Armii Krajowej, bohaterów walki z Niemcami. Niewątpliwym sukcesem była jednak odbudowa Warszawy, którą – pod kierunkiem Biura Odbudowy Stolicy powołanego w 1945 roku dekretem Krajowej Rady Narodowe – podjął cały naród,

Polska Ludowa od samego początku musiała mierzyć się z niezliczonymi trudnościami natury gospodarczej. Podjęto wówczas rewolucyjną próbę przezwyciężenie peryferyjności Polski względem Zachodu.

Nastąpił prawdziwy exodus ludności ze wsi do miast. Milionom obywateli umożliwiono (bezpłatną!) naukę, która przed wojną było synonimem luksusu. Odbudowano wyższe uczelnie i stworzono wiele nowych.

Spuścizną Polski międzywojennej był powszechny analfabetyzm, który wśród osób powyżej dziesiątego roku życia wynosił 23 procent, w tym w miastach 12,2 procenta, a na wsi 27,6 procent.
Dziewiątego lipca 1949 roku sejm uchwalił ustawę o likwidacji analfabetyzmu. Organizowano na masową skalę, zwłaszcza w zakładach pracy, kursy czytania i pisania. Dwa lata później minister oświaty ogłosił, że analfabetyzm w Polsce przeszedł już do historii.

Na mocy dekretu PKWN z 3 września 1944 roku wprowadzono reformę rolną. Działaniu reformy rolnej PKWN podlegały nieruchomości rolne stanowiące własność lub współwłasność osób fizycznych lub prawnych, jeżeli ich rozmiar łączny przekraczał bądź 100 ha powierzchni ogólnej, bądź 50 ha użytków rolnych, a na terenie województw poznańskiego, pomorskiego, śląskiego, jeśli ich rozmiar łączny przekraczał 100 ha powierzchni ogólnej, niezależnie od wielkości użytków rolnych tej powierzchni. W czasie przeprowadzonej reformy rolnej w latach 1944–1949 po rozparcelowaniu około 6 mln ha ziemi powstało prawie 747 tysięcy nowych gospodarstw rolnych.

Reforma rolna uzyskała poparcie PSL, które sprzeciwiło się jednak tworzeniu zbyt małych gospodarstw.

W październiku 1956 roku do władzy doszedł Władysław Gomułka. Skończył się okres stalinowski. Nowy I Sekretarz KC PZPR wykazał się w pierwszych dniach po objęciu władzy dużą niezależnością, a jego dojście do władzy było witane z entuzjazmem przez ogromną większość polskiego społeczeństwa.

Zlikwidowano Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Z więzienia wypuszczono prymasa Stefana Wyszyńskiego.

W wyborach do sejmu w 1957 roku episkopat pod kierownictwem prymasa poparł politycznie Władysława Gomułkę, zachęcając obywateli do wzięcia udziału w wyborach. Nigdy wcześniej ani później w historii PRL Kościół nie zaangażował się tak mocno w sprawy polityczne.

Szefem MSZ był wówczas Adam Rapacki, który stworzył projekt dotyczący stopniowego rozbrojenia konwencjonalnego i utworzenia strefy bezatomowej, Adam Rapacki przedstawił go 2 października 1957 roku na plenarnym posiedzeniu Zgromadzenia ONZ. Poparcie dla propozycji przedstawionej przez Rapackiego zadeklarowały wkrótce rządy Czechosłowacji i NRD. 14 lutego 1958 roku wspólnie z władzami PRL przedstawiły one oficjalną notę, w której szczegółowo określały zasady funkcjonowania strefy bezatomowej obejmującej RFN, NRD, PRL i Czechosłowację. Nota przewidywała także gwarancje, że państwa dysponujące bronią atomową nie użyją jej na terenie strefy. Plan spotkał się jednak ze sprzeciwem Stanów Zjednoczonych i państw NATO. Mimo to „plan Rapackiego” stał się jednak ważnym elementem rozwoju idei stref bezatomowych w innych częściach świata (Półwysep Bałkański, Afryka, Ameryka Łacińska) i stał się ważnym elementem bezpieczeństwa narodowego.

W marcu 1968 roku ekipa Gomułki rozpętała antysemicką nagonkę. Zwalniano i degradowano oficerów, wyrzucano z uczelni profesorów i studentów. Szacuje się, że z Polski wyjechało wówczas prawie 20 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego.

Z pewnością największym sukcesem w polityce międzynarodowej Gomułki było zagwarantowanie polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie. Zachodnie Niemcy od końca wojny tę granicę kwestionowały. Wielu polityków zachodnich dopuszczało możliwość rewizji granic ustalonych na konferencji poczdamskiej. Dla Niemiec bowiem utrata Śląska i Prus była wyjątkowo dotkliwa.
Sprawę granic uregulował ostatecznie układ zawarty 7 grudnia 1970 między PRL i RFN podpisany przez szefów rządów: Józefa Cyrankiewicza i Willy`ego Brandta. Niemcy uznały polską granicę zachodnią. Wielkim sukcesem ekipy Władysława Gomułki było również zrealizowanie w pełni hasła „Tysiąc szkół na tysiąclecie”. Hasło budowy „tysiąclatek” rzucił I Sekretarz KC PZPR w 1958 roku. Pierwszą „tysiąclatką” została szkoła podstawowa nr 7 w Czeladzi, której uroczyste otwarcie miało miejsce 26 lipca 1959 (w Warszawie pierwszą tego typu placówką było liceum ogólnokształcące im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego). Organizowano zbiórki na szkoły wśród całego społeczeństwa. W sumie w ramach akcji wybudowano 1417 tysiąclatek, które są wykorzystywane do dziś.

Nie wolno pominąć wielkich osiągnięć sportowych tamtego czasu, zwłaszcza w lekkoatletyce. To wówczas powstał „polski wunderteam” – to popularne określenie wspaniałych sukcesów polskich lekkoatletów w latach 1956–1966. Na mistrzostwach Europy w Sztokholmie polska reprezentacja zdobyła wówczas osiem złotych medali a na mistrzostwach Europy w Budapeszcie w 1977 – siedem złotych medali. Za sukcesami stał trener Jan Mulak, w przeszłości działacz PPS.

W erze rządów Władysława Gomułki powstała polska szkoła filmowa z takimi wybitnymi reżyserami jak: Andrzej Wajda, Andrzej Munk, Tadeusz Konwicki, Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Kutz, Stanisław Różewicz oraz polska szkoła plakatu.

Rządy Władysława Gomułki skończyły się w grudniu 1970 roku. Na Wybrzeżu wojsko otworzyło ogień do strajkujących robotników, doszło do krwawej masakry. Gomułka musiał ustąpić ze stanowiska pierwszego sekretarza

Nowy Pierwszy Sekretarz KC PZPR Edward Gierek od razu zjednał sobie sympatię społeczeństwa. Swoje nadzieje związane z jego osobą wyraził również prymas Stefan Wyszyński.
Za rządów Gierka nastąpił przyspieszony rozwój gospodarczy kraju. Jego ekipa skorzystała z zachodnich kredytów, co wielu wytykało mu po latach. Kredyty te jednak nie zostały przejedzone, tylko poszły na wielkie inwestycje. Zbudowano prawie w całości polską energetykę, a powstałe wówczas elektrownie nadal dostarczają połowę zużywanego w Polsce prądu.

Do osiągnięć gospodarczych należy również Huta Katowice, największy polski kombinat metalurgiczny. Władze zakupiły wówczas na Zachodzie prawie 370 licencji, na które składały się program technologiczny i niezbędne do produkcji maszyny.

To wówczas zakupiono we Włoszech licencję na słynnego „malucha”, czyli polskiego fiata 126p, który zrewolucjonizował polski przemysł motoryzacyjny. To w epoce Gierka pojawiły się polskie kolorowe telewizory.

Do dziś służy pacjentom Centrum Zdrowia Dziecka.

To w latach siedemdziesiątych odbudowano zniszczony podczas działań wojennych Zamek Królewski w Warszawie.

Trudno doprawdy wymienić wszystkie osiągnięcia gospodarcze lat siedemdziesiątych. Polska naprawdę była wówczas jednym wielkim placem budowy.

Do dziś wielu Polaków ocenia Edwarda Gierka pozytywnie, o czym świadczą liczne sondaże.

Lata siedemdziesiąte to okres wspaniałego rozwoju polskiej kultury: literatury, kina, teatru.

To także czas wielkich osiągnięć sportowych.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych powstał Komitet Obrony Robotników, pierwsza opozycja demokratyczna zorganizowana w PRL. Bezpośrednią przyczyną okazały się strajki w 1976 roku w Ursusie, Radomiu i Płocku. Powodem niezadowolenia robotników była znaczna podwyżka cen podstawowych produktów spożywczych.

Tak zwana „operacja cenowa”, czyli podwyżka cen za rządów Gierka, była wyższa niż ta w grudniu 1970 roku. Oczywiście podwyżki cen żywności spowodowały ogromne protesty. Protestujący niejednokrotnie trafiali do więzień, robotników, którzy odważyli się wyjść na ulicę, wyrzucano z pracy. Wśród działaczy KOR wielu wywodziło się z PPS: Aniela Steinsbergowa, Jan Józef Lipski, Edward Lipiński, Antoni Pajdak, Ludwik Cohn. Opozycjoniści nieśli pomoc prawną i materialną robotnikom wyrzucanym z pracy oraz tym, którzy stawali przed sądem.

W lipcu i sierpniu 1980 kraj ogarnęła fala strajków. 17 sierpnia Międzyzakładowy Komitet Strajkowy ogłosił 21 postulatów. Najważniejszym okazał się postulat powołania wolnych związków zawodowych.

Po porozumieniach sierpniowych powstał NSZZ „Solidarność”, największy związek zawodowy w krajach demokracji ludowej. Zrzeszał prawie 10 milionów ludzi. Na jego czele stanął Lech Wałęsa.
Władze na Kremlu zdawały sobie sprawę jak wielkie niebezpieczeństwo stwarza funkcjonowanie pod bokiem władzy potężnego i niezależnego związku zawodowego.
Edward Gierek zapłacił za to posadą I Sekretarza.

Przez krótki czas na czele partii stał Stanisław Kania, wkrótce władzę objął generał Wojciech Jaruzelski, weteran drugiej wojny światowej i szef MON.

Decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego podzieliła Polaków. Wówczas groźba radzieckiej interwencji, która miała złamać siłę „Solidarności”, wydawała się całkowicie realna. Przyznał to po latach profesor Karol Modzelewski, legenda opozycji: „Ja byłem wtedy działaczem >>Solidarności<< z pierwszej linii frontu i mogę zapewnić, że my groźbę interwencji odczuwaliśmy cały czas, to wisiało nad nami”.

Łączna liczba ofiar stanu wojennego – zniesionego 22 lipca 1983 roku –wynosiła według różnych źródeł 56 osób. Nasuwają się analogie z zamachem majowym z 1926 roku, w wyniku którego w ciągu zaledwie trzech dni śmierć poniosło 200 żołnierzy i podobna liczba cywili. Nikt wówczas nikogo nie przepraszał. Marszałek Piłsudski uznał temat za zakończony. Kilka lat po zamachu majowym miał miejsce proces brzeski i powstał obóz w Berezie Kartuskiej, podczas strajków strzelano do robotników i do chłopów.

Sześć lat po zniesieniu stanu wojennego 6 lutego 1989 roku rozpoczęły się obrady Okrągłego Stołu, do którego zasiedli wspólnie rządzący i opozycja, bowiem sejm PRL uchwalił w 1986 roku amnestię generalną, dzięki niej Polska jako jedyny kraj w bloku wschodnim, stała się państwem bez więźniów politycznych.

W 1996 roku, już w wolnej Polsce, sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej umorzyła postępowanie w sprawie postawienia autorów stanu wojennego przed Trybunałem Stanu.
Wybory 4 czerwca 1989 roku wygrała „Solidarność”. Pierwszym niekomunistycznym premierem został Tadeusz Mazowiecki. Pokojowa rewolucja była całkowitym ewenementem. Okazała się możliwa dzięki zawarciu kompromisu pomiędzy PZPR i opozycją wywodzącą się z „Solidarności”.

Generał Wojciech Jaruzelski został w 1989 roku prezydentem PRL. 31 grudnia 1989 roku, weszła w życie ustawa z dnia 29 grudnia 1989 o zmianie nazwy państwa polskiego z Polska Rzeczpospolita Ludowa na Rzeczpospolita Polska.

Wojciech Jaruzelski stał się tym samym pierwszym prezydentem III RP.

III RP

Główną lewicowa partią po 1989 roku był Sojusz Lewicy Demokratycznej (wcześniej Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej – SdRP), przekształcony z części PZPR. Lewicę próbowało w III RP tworzyć również ugrupowanie wywodzące się z opozycji demokratycznej. W 1990 roku powstała Solidarność Pracy z Ryszardem Bugajem, Zbigniewem Bujakiem, Aleksandrem Machałowskim i Karolem Modzelewskim. Partia przekształciła się następnie w Unię Pracy. W 1987 roku reaktywowano PPS – początkowo jej przewodniczącym był Jan Józef Lipski. Mimo przytłaczającej wygranej „Solidarności” w 1989 roku, kolejne wybory w 1993 roku wygrała lewica z SLD na czele. To był rachunek, który wystawili obywatele za olbrzymie koszty społeczne reform Leszka Balcerowicza.
SLD, jako koalicja wyborcza, w skład której wchodziła m.in. PPS, otrzymała wówczas społeczne poparcie rzędu 20,41 procent co dawało 2 815 169 głosów i 171 mandatów. Unia Pracy otrzymała 7,28 procent i 1 005 004 głosów i 41 mandatów. Powstała koalicja rządowa SLD­-PSL. Na czele rządu stanął Waldemar Pawlak a następnie Józef Oleksy i Włodzimierz Cimoszewicz. Od początku drugiej kadencji sejmu lewica przystąpiła do prac nad nową konstytucją, co było priorytetem dla większości parlamentarnej. Lewicowy rząd złożył w 1994 roku wniosek o członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

Konflikt, dotyczący ustroju nowego państwa przeniósł się w drugiej kadencji sejmu do Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego. Ostry spór dotyczył zwłaszcza kwestii wyznaniowych, co było o tyle istotne, że w lipcu 1993 roku ówczesny szef MSZ Krzysztof Skubiszewski podpisał umowę konkordatową regulującą pozycję Kościoła rzymskokatolickiego w nowej rzeczywistości ustrojowej. Podpisanie konkordatu, właśnie wtedy, było bardzo kontrowersyjne. Upadł bowiem rząd premier Hanny Suchockiej, obyczaj parlamentarny nakazuje zaś, aby po upadku rządu gabinet nie podejmował kluczowych decyzji do czasu powołania nowego premiera.

Już wówczas umowa budziła rozliczne wątpliwości i namiętne spory prawne. W latach 1993–1997 posłowie lewicy konsekwentnie blokowali jej ratyfikację. Negatywną opinię na temat konsekwencji ratyfikacji sporządziło również Biuro Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu.

W tym czasie toczył się kolejny ostry spór ustrojowy, dotyczący przyjęcia Konstytucji RP. Od początku nowa konstytucja spotkała się z ostrą krytyką ze strony prawicy i hierarchii kościelnej. W komunikacie Konferencji Episkopatu Polski pojawiło się stwierdzenie, że „tekst konstytucji budzi poważne zastrzeżenia moralne”. Przeciwny konstytucji był także Lech Wałęsa. Ataki wspierała również prawica, a jej lider, ówczesny przewodniczący NSZZ „Solidarność” Marian Krzaklewski, nazwał ustawę zasadniczą „nawałnicą bolszewicką”, która odbierze narodowi i państwu suwerenność. Parlamentarzystów, którzy głosowali za jej uchwaleniem, określił mianem „targowicy”.

Konstytucja została przyjęta przez Zgromadzenie Narodowe 2 kwietnia 1997 roku, po długotrwałej dyskusji zarówno w parlamencie, jak i poza nim. 25 maja 1997 odbyło się referendum, w którym społeczeństwo większością 52,71 procent głosów opowiedziało się za przyjęciem konstytucji. Frekwencja w referendum wyniosła 42,86 procent.

W 1997 roku po zwycięskich dla prawicy wyborach Akcja Wyborcza Solidarność, w tym nowo powołany rząd premiera Jerzego Buzka, głosowały za uchwaleniem ustawy, wyrażającej zgodę na przyjęcie konkordatu. Umowę tę ratyfikował 23 lutego 1998 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Pojawiły się wówczas wątpliwości, czy Rzeczpospolita Polska jest jeszcze państwem neutralnym światopoglądowo, bowiem art. 25 konstytucji gwarantuje m.in. równoprawność kościołów i związków wyznaniowych oraz bezstronność władz publicznych Rzeczypospolitej Polskiej w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, a także swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. W praktyce politycznej przepisy te od początku nie były respektowane.

Do ostrych sporów światopoglądowych dochodziło również w kwestii aborcji. Obowiązująca ustawa o warunkach dopuszczalności ciąży z 1956 roku wprowadziła możliwość dokonywania aborcji w trzech przypadkach (art. 1 ust. 1):
1. gdy za przerwaniem ciąży przemawiały wskazania lekarskie dotyczące zdrowia płodu lub kobiety ciężarnej;
2. gdy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa;
3. ze względu na trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej.

Po 1989 roku środowiska katolickie i prawicowe dążyły do zastąpienia tej ustawy bardziej restrykcyjną. Obowiązujące w Polsce przepisy antyaborcyjne uchwalone zostały w 1993 roku. Wykluczyły ona tak zwane wskazania społeczne do przerywania ciąży. Ówczesny spór o aborcję dał początek jednemu z największych po „Solidarności” ruchów społecznych. Powstające spontanicznie w całej Polsce komitety na rzecz referendum w sprawie karalności aborcji zebrały 1,7 miliona podpisów pod skierowanym do sejmu wnioskiem o referendum. Ostatecznie sejm całkowicie zlekceważył te obywatelskie podpisy i wniosku nawet nie rozpatrzono.

Wniosek o członkostwo Polski w UE złożył rząd SLD–PSL, ale ostateczne negocjacje zamknął dopiero kolejny rząd lewicy, kierowany przez premiera Leszka Millera. Miało to miejsce podczas szczytu w Kopenhadze w grudniu 2002 roku.

Na czele komisji ds. UE w okresie dostosowania polskiego prawa do prawa europejskiego stał Józef Oleksy. Traktat Akcesyjny podpisano 16 kwietnia 2003 roku w Atenach. W imieniu RP podpisywali go ówczesny premier Leszek Miller oraz szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz. Przyjęcie traktatu akcesyjnego odbyło się w formie ogólnopolskiego referendum. W dniach 7–8 czerwca 77,45 procent Polek i Polaków odpowiedziało „tak”, przeciwnego zdania było 22,55 procent głosujących.

Można to uznać na olbrzymi sukces polskiej lewicy, która wykonała ogromny wysiłek organizacyjny i intelektualny, aby przekonać Polaków do wielkiej idei wspólnoty europejskiej. Było to już zatem drugie zwycięskie referendum, którego przeprowadzenia podjęła się lewica.

Obecnie lewica, choć nie ma jej w Sejmie, stara się przeciwstawić obu prawicowym blokom, które reprezentują PiS i PO, aby nie zatracić swojej tożsamości i pozostać wierną własnej idei. Po wyborach w 2015 roku, w których zwyciężyło Prawo i Sprawiedliwość (PiS), prawica zaczęła wprowadzać w życie wiele programów prospołecznych ze sztandarowym „500 plus” na czele.
Zaczął się jednocześnie demontaż demokratycznego państwa prawa. PiS od samego początku forsował ideę zmiany obecnie obowiązującej konstytucji RP. Lewica oraz inne partie, dla których demokratyczne państwo prawa ma ogromną wartość, konsekwentnie występują w jej obronie. Konstytucja z 1997 roku posiada swoją legitymację społeczną. Dziś nie ma bowiem żadnych poważnych przesłanek, które mogłyby swiadczyć, że Konstytucja z 1997 roku wyczerpała swoje możliwości i jest sprzeczna z interesem narodowym. Można twierdzić, że jej główną „wadą” jest to, iż od początku jej obowiązywania można wskazać na liczne przypadki jej nieprzestrzegania.

Na przykład kolejne rządy III RP nie przestrzegały zapisów, dotyczących sprawiedliwości społecznej i społecznej gospodarki rynkowej, o czym mówi art. 2 konstytucji RP.
Obecnie łamane są zapisy dotyczące trójpodziału władzy. W 2004 roku z inicjatywy PPS powstał Komitet Obrony Konstytucji, powołany przez Radę Naczelną tej partii. Była to pierwsza w kraju tego typu inicjatywa.

Sojusz Lewicy Demokratycznej w 2017 roku na znak protestu wobec łamania konstytucji rozdał na terenie kraju pół miliona egzemplarzy Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Obecnie świadomość społeczna związana z tematami praworządności i konstytucji znacznie wzrosła, co może mieć w przyszłości pozytywne skutki i co pozwoli ukształtować w Polsce pojęcie „patriotyzmu konstytucyjnego”.

Na przestrzeni 100 lat polskiej niepodległości polska lewica pozytywnie zaznaczyła swoją obecność. Po wojnie stanęła do odbudowy państwa z wojennych zniszczeń i zgliszczy.
Dziś staje w obronie demokracji i sprawiedliwości społecznej, którą gwarantuje konstytucja z 1997 roku.

Nie ma bowiem państwa prawa bez sprawiedliwości społecznej i nie ma sprawiedliwości społecznej bez państwa prawa.

Polska nienawiścią stoi

Minutą spóźnienia uczcił pan prezes Jarosław Kaczyński pamięć prezydenta Pawła Adamowicza. Uczynił to podczas posiedzenia Sejmu RP, razem z asystującymi mu wicemarszałkami; Beatą Mazurek i Ryszardem Terleckim.
Ten widoczny objaw lekceważenia wywołał oburzenie opozycyjnych mediów. Nie pomogły tłumaczenia, że to lekceważenie tym razem nie było zamierzone. Wynikało jedynie z powszechnego bałaganu panującego w Sejmie. Zarządzanym przez prominenta PiS, marszałka Marka Kuchcińskiego. Śmierć prezydenta Adamowicza wywołała kolejną falę dyskusji w polskich mediach. O zdziczeniu obyczajów w naszej polityce i w mediach. O wszechpanującej „mowie nienawiści”. O konieczności zakończenia tej wojny polsko- polskiej. Debatę przesiąkniętą szczytnymi, pięknymi moralnymi zawołaniami oraz hipokryzją i obłudą. Nie jest to przecież pierwsza taka debata i nie po raz pierwszy słyszymy te gromkie wezwania do polityków i mediów. Aby pomni niedawnej tragedii złożyli śluby czystości politycznej. I raz na zawsze wyrzekli się mowy nienawiści i przemocy słownej. Bo słowna przemoc zawsze rodzi przemoc fizyczną.
Tak było już po śmierci papieża Jana Pawła II- go. Jego śmierć miała począć nowe „pokolenie JP2”, wolne od przemocy i nienawiści. Parę lat minęło i zamiast przełomu moralnego mamy liczne, biurokratyczne instytuty krzewienia „myśli Jana Pawła II- go”. Martwe ideowo i intelektualnie instytucje, żerujące na deficytowym budżecie państwa polskiego. Podobnie było też po katastrofie smoleńskiej. Ten bezprecedensowy wypadek lotniczy miał być początkiem narodowego otrzeźwienia i pojednania.
Otrzeźwieniem, czyli zerwaniem z tradycyjnym polskim „tupolewizmem”, czyli powszechnym lekceważeniem podstawowych norm i procedur bezpieczeństwa. Pojednaniem, czyli zakończeniem trwającej już wtedy wojny PiS i PO.
Lata minęły, lecz „tupolewizm” ma się w Polsce dobrze. Brak należytej ochrony prezydenta Adamowicza podczas gdańskiego koncertu WOŚP, był „tupolewizmu” kolejnym przejawem.
A po katastrofie smoleńskiej wojna PiS- PO rozgorzała na dobre. Przeszła w stan wojny totalnej.
Dlatego nie wierzę, że śmierć prezydenta Adamowicza doprowadzi do pokoju między PiS i PO. Wypleni z polskiej polityki i mediów obecną tam agresję i mowę nienawiści. Nienawiść jest przecież paliwem napędzającym polską politykę. I zwłaszcza polskie media. Polscy politycy uwierzyli, że najskuteczniej buduje się wspólnoty polityczne na nienawiści do konkurencyjnych ugrupowań. Do „komunistów i złodziei”, „zdradzieckich mord”, „watahy” i „szarańczy”.
Buduje się nie na wspólnocie idei, wartości lecz na strachu przed obcymi. Uchodźcami, muzułmanami, ruskimi. Nic tak skutecznie nie mobilizuje wyborców jak strach i nienawiść.
To strach i nienawiść wybierają nam rządzących w Polsce. To one nabijają kiesę właścicielom mediów. Media polskie skutecznie porzuciły polityczne debaty. Spory programowe i ideowe. Dziś przekaz musi być szybki, krótki i jednoznaczny. Miejsce debat zajęły telewizyjne „setki”, czyli stusekundowe wypowiedzi. A ostatnio dominujące, krótkie komunikaty zamieszczane na Twitterze.