„Sedan” czyli epitafium dla utraconego czasu

Cztery opowiadania ( w tym jedno tytułowe) składające się na tom „Sedan” Pawła Hertza, można by właściwie uznać za archeologię literatury, jako że ukazały się w 1946 roku i zaliczane są do nurtu tzw. „rozrachunków inteligenckich”. A jednak mimo tego, że wszystkie konkretne konteksty tej prozy są już bez reszty przeszłością, to jednak pozostaje dla nas ich generalna, uniwersalna wymowa, która mówi o zmierzchu, o zanikaniu starego świata.

Wtedy w latach trzydziestych, gdy młody Hertz przebywał w zachodniej Europie (m.in. w Paryżu), był to zmierzch, kres świata mieszczańskiego.
Poczucie zmierzchu, zanikanie, upadku kolejnych epok, końca „starego świata” pojawiło się w okresie Renesansu, który był pierwsza epoką, która w integralny sposób nawiązała do epoki zamierzchłej, do cywilizacji starożytnego Rzymu i Grecji. U schyłku lat trzydziestych było już silne przeczucie, że dwie dekady po zakończeniu Wielkiej Wojny 1914-1918 nadchodzi kres kolejnej epoki. To miał być drugi etap kresu świata mieszczańskiego, wtedy pożegnanego operetkami Offenbacha i francuskim kankanem.
Naówczas jednak poczuciu kresu jednej epoki towarzyszyło poczucie, że nadchodzi coś nowego, lepszego, uczucie zawsze prędzej czy później rozczarowujące. W „Sedanie” jest jednak poczucie kresu czegoś więcej niż tylko świata mieszczańskiego, bo także poczucie kresu kultury europejskiej, zalewanej przez rozmaite strumienie prądów jej niesprzyjających. Narrator Hertza ma naturę spokojną, stoicką, nie załamuje rąk w obliczu obserwowanych procesów, lecz z dużym spokojem je obserwuje, choć ginący świat jest jego światem. Tę wiedzę o kresie pewnej cywilizacji przywiózł Hertz po powrocie do Polski, żyjącej od 1945 roku w nowym ustroju.
Taka postawa była z definicji aprobowana, jako że u progu tamtego ustroju świat mieszczański był jednym z najbardziej znienawidzonych fenomenów, a jednocześnie figur retorycznych. „Sedan” jest jednocześnie pamiętnikiem, realistycznym obrazem opisywanego świata. „W „Sedanie” – jak zauważył w nocie wydawcy Marek Zagańczyk – miejsce szczególne zajmuje klęska września 1939 roku, zmierzch całej formacji, prawdziwy kres dawnych przyzwyczajeń”. Pośród miejsc akcji „Sedanu” jest nie tylko Paryż, ale także rodzinna Warszawa Hertza, w tym jego „rodzinne miejsce”, pałac Izraela Poznańskiego u zbiegu Alei Ujazdowskich i Pięknej. Bo obraz kresu epoki jaki Hertz ukazuje, ma wymiar bardzo silnie osobisty. „Kocham ten czas, który przeminął – pisał po stoicku Hertz – i wcale się tego nie wstydzę. Kocham własne złudzenia bezpieczeństwa w zakreślonym przez siebie kręgu. Kocham wreszcie naszą bezładną ucieczkę w stronę dwóch nacierających na siebie armii”.
„Sedan” to bogata, esencjonalna proza, choć nie zawsze tom ten był przyjmowany dobrze, bo przypisywano mu atrybuty „czarnej reakcji zakamuflowanej”, skrytą apologię mieszczaństwa. Zawiłości i sprzeczności tej wyrafinowanej prozy frapująco przeanalizował w swoim posłowiu Marcin Król, odsłaniając jej bogate znaczenia. Bardzo sycąca, esencjonalna lektura.
Paweł Hertz – „Sedan”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, str. 222, ISBN 978-83-8196-116-5

Jędrusik i Dygat – niebo i piekło

To nie tylko historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata. To także opowieść o najważniejszym salonie literacko-towarzyskim PRL-owskiej Warszawy. O piekle i niebie bohemy pod ich władaniem.

„Z kim tak ci będzie źle jak ze mną?” Remigiusza Grzeli czyta się nieledwie jak kryminał, mimo że to literatura faktu, reportaż literacki powstały po lekturze i żmudnej selekcji setek stron wspomnień, listów, książek, po dziesiątkach rozmów i przewertowanych rocznikach czasopism. Tak powstał fascynujący fresk o przemożnym wpływie, jaki wywierali Jędrusik i Dygat na siebie nawzajem i na tzw. środowisko. On jako mentor i przewodnik duchowy, Ona jako wyrocznia emocjonalna i szafarka smaku. On, uznany pisarz, ona debiutantka, stawiająca pierwsze kroki. Oboje połączeni gorącym uczuciem na zawsze.
To był związek otwarty, choć żądający wyłączności, w którym przygodni, krótkodystansowi i długodystansowi przyjaciele i przelotne przyjaciółki ich obojga odgrywali ważne role, ale najważniejsi pozostawali dla siebie oni sami. Oboje uwodzili świat i pragnęli być uwodzonymi.
Początkowo to On lepił Kalinę, która dopiero wychyliła się z kokonu krakowskiej szkoły teatralnej i była u progu swoje drogi. Modelował ją na polską Marylin Monroe, co wielu miało mu za złe, a niekoniecznie podzielała sama Kalina. Wolała być Polly z „Opery za trzy grosze” (reż. Konrad Swinarski, Teatr Współczesny, 1958), Holly Golighttly ze „Śniadania u Tiffaniego” (reż. Jan Biczycki, Komedia, 1965), kobietą z żebra, dla niepoznaki nazywaną Żebrowską w obsadzie Kabaretu Starszych Panów (TVP, 1960), czy dziewczyną z ujmującym uśmiechem oświadczającą wszystkim mężczyznom, że są piękni w „Apollu z Bellac” (reż. Adam Hanuszkiewicz, Teatr TVP, 1961). Ale to on trzymał władzę, wyznaczał hierarchie, powoływał do nieba albo strącał do piekła. Kto dostał zaproszenie do Dygatów, ten się liczył. Komu odmówiono wstępu, wypadał z gry. Dygatowi się nie odmawiało.
Grzela zgromadził na ten temat wiele dowodów, mogę dorzucić i następny. W naszej książce „Seksmisja i inne moje misje” Olgierd Łukaszewicz z dumą wspomina zaproszenie do Dygatów. Ledwo opierzony „gwiazdor” przestępował próg wtajemniczenia:
„Byłem zaproszony do państwa Dygatów. Pamiętam, kiedyś dostąpiłem honoru, aby oglądać mecz piłki nożnej w doborowym towarzystwie – w pewnym momencie wychyla się do mnie Stanisław Dygat i mówi: Panie Olu, a czy pan orientuje się w zasadach tej gry? Coś wyczuli, że ja nie bardzo. Kopią jakąś piłkę i… (…). Dygat miał bystre oko i zauważył moją nieczułość na piłkarskie emocje. Bo mnie tak naprawdę zajmował teatr”. Ale i tak mecz oglądał, bo przecież w takim towarzystwie to zaszczyt.
Dygat pieszczotliwie zwany Stasiem, olbrzym prawie dwumetrowy rządził miękko, ale nieugięcie. Lepiej było mieć się na baczności. „Poddawali mu się bez słowa. Był jak filuterny demiurg – pisze Remigiusz Grzela – a przebywanie z nim było jak wejście do nieba”. Ale trzeba było zachować czujność: „Ostrożniejsi kochali go zza węgła, bojąc się, że spalą się w jego piekielnym świetle”.
Ich role się z czasem zmieniały: Jego blakła, Jej rosła. Wyprzedzała ją sława polskiego symbolu seksu, plotki i anegdoty z jej barwnego sposobu bycia. Budziła zachwyt i lęk. Barbara Krafftówna jędrnie opisywała ten stan rzeczy: „Wzbudzała paraliż. Szpilki jedenaście centymetrów, dekolt po same brodawki, piękna kobieta”. Nic dziwnego, że każde spotkanie z nią pozostawiało ślady. Niekiedy na całe życie. Krzysztof Kucharski, dziennikarz wrocławski i znany krytyk teatralny, swoją decyzję zajęcia się teatrem przypisuje Kalinie Jędrusik. W książce „40 lat WROSTJA. Po teatrze jednego aktora oprowadza Wiesław Geras” napisał tak:
„Wieczorową porą w październiku roku milenijnego 1966 do Piwnicy Świdnickiej pod wrocławskim Ratuszem zwabiła mnie aktorka. Aktorka absolutnie wyjątkowa, Kalina Jędrusik, którą wcześniej oglądałem tylko w telewizji i w kinie. Głównie w Kabarecie Starszych Panów… W podziemiach najcenniejszej budowli stolicy Dolnego Śląska przerobionych na młodzieżowy klub obejrzałem Ją w jednoosobowej sztuce wykrojonej z powieści Jacka Bocheńskiego Tabu”.
Adaptacja tej powieści była ostatnim z cyklu monodramów w reżyserii Jerzego Markuszewskiego zrealizowanych przez Studencki Teatr Satyryków – początek cyklowi dała Wieża malowana Wojciecha Siemiona (1959). Spektakl Jędrusik przeszedł legendy nie tylko jako jeden z 16 monodramów, które znalazły się w programie pierwszego festiwalu wrocławskiego w roku 1966, ale także z powodu… tapczanów. Aktorka nie wspomniała bowiem organizatorom, że niezbędny jest do spektaklu tapczan. Wystarczyło, aby Wiesław Geras pocztą pantoflową ogłosił, że potrzebny jest tapczan dla Kaliny Jędrusik, a po godzinie pod Piwnicą Świdnicką znalazło się już jedenaście tapczanów do wyboru. Taka była magia wielkiej gwiazdy, uważanej wówczas za uosobienie kobiecości.
Niektórzy krytycy grymasili, że „Tabu” to nie jest tekst dla Kaliny, ale Grzela uważa, że pasował jak ulał: „wydaje się tekstem wybitnie dobranym, jest o cenie, jaką płaciła Holly Golightly po tej stronie żelaznej kurtyny. O cenie, jaką płaciła Kalina”.
To prawda. Bocheński rozpatruje trzy przypadki zmagania się z tabu, które podejmuje kobieta powodowana gorącym uczuciem miłości, naruszającej obowiązujące normy. Właściwie to trzy kobiety, które noszą to samo imię, Dolores. Wybrankiem Dolores za każdym razem jest (inny) Diego. Ich uczuciowe zmagania toczą się w Hiszpanii w czasach, gdy szaleje Święte Officium, w okresie hiszpańskiej wojny domowej, a na koniec współcześnie.
Kalina Jędrusik jako mniszka, odziana w habit, opowiada o desperackiej ucieczce z klasztoru w góry, aby płonąć u boku kochanka i przeżywać katusze wyrzutów sumienia. Potem jako siostra miłosierdzia idzie jak ćma w objęcia rannego malarza, fanatycznego komunisty, który kocha bardziej partię niż nią, a na koniec w ponętnym szlafroczku, rozpamiętuje klęskę kobiety porzuconej przez żonatego mężczyznę.
To opowieści o miłości bezwzględnej, zaborczej, łamiącej przeszkody, ale i przynoszącej ofiary – w interpretacji Jędrusik to Dolores jest ofiarą, kobietą wykorzystaną i na koniec wzgardzoną. Każda z trzech Dolores inaczej reaguje na klęskę – mniszka szuka ratunku w osądzie Inkwizycji, sanitariuszka opancerza się się ironią, współczesna kobieta beznadziejnie czeka na powrót kochanka.
Maria Konwicka mówiła o Jędrusik: „To była bardzo wrażliwa kobieta, która schowała się za maską łamiącej tabu”. Monodram „Tabu” był jedną z jej masek, jedną z najbardziej intymnych. Może dlatego tak hipnotyzowała publiczność (zagrała go ponad 100 razy), a Krzysztof Kucharski po obejrzeniu „Tabu” zapisał: „Widziałem drżenie jej rąk, oczko na pończosze ze szwem i falujące piersi. Siedziałem przez prawie półtorej godziny w małej piwnicznej salce jak na szpilkach”.
Tę magnetyczną siłę oddziaływania zachowała Kalina Jędrusik do końca, nawet wówczas, gdy już straciła silny głos i dawny temperament, gdy prześladowała ją astma i paraliżowała tęsknota za przedwcześnie zmarłym Stasiem. Też przechowuję w pamięci jedną z takich chwil. Kiedyś, podczas przedstawienia „Lorda Clavertona” Eliota w warszawskim Teatrze Kameralnym (1985), Jędrusik tak wielkie wrażenie wywarła nie tylko na widzach (zwłaszcza męskiej części widowni), ale i na partnerze scenicznym, Mariuszu Dmochowskim, że przewrócił się jak długi. A że mężczyzną był potężnym, prawie jak Dygat, huku było co nie miara. I nie tylko huku. Tym swoim nieszczęściem „ugotował” aktorów i publiczność – pospołu wszyscy trzęśli się ze śmiechu przez kilka minut na czele Andrzejem Łapickim, który nie był w stanie wykrztusić następnej kwestii, choć słynął z tego, że to właśnie on wytrąca z powagi kolegów. Zresztą śmiali się najszczerzej w świecie sam poszkodowany i „winowajczyni” Kalina. Tak ich zapamiętałem: pękającego ze śmiechu olbrzyma z mądrymi oczami i kobietę, która zapomniała na chwilę o uciekającym czasie, tryskającą energią jak w pamiętnej scenie z Danielem Olbrychskim w „Ziemi obiecanej” Andrzeja Wajdy.
Takich anegdot można znaleźć sporo w książce Remigiusza Grzeli, choć autor nie jest kolekcjonerem anegdot ani też bezkrytycznym apologetą. W opowieści nie brak epizodów zasmucających, zdarzeń, o których lepiej byłoby nie pamiętać. Czuje się w niej „zapach czasu”. Autor nie ucieka od spraw trudnych ani zawikłanych, w tym od zawiłych porachunków rodzinnych i uzależnień politycznych, ale uchyla się od jakichkolwiek ocen. Nie stawia się w roli sędziego, wymierzającego sprawiedliwość opisywanemu światu i ludziom. Oddaje się pisarstwu z punktu widzenia „czułego narratora”, jak to lapidarnie ujęła w swoim wykładzie Noblowskim Olga Tokarczuk. Po prostu daje świadectwo prawdzie, z dyskretną sympatią dla swych bohaterów. Przy czym dba o mocną konstrukcję opowieści – całość zaczyna się do „Aktu drugiego”, czyli środkowej fazy związku Jędrusik-Dygat, potem następuje „Akt pierwszy”, czyli retrospekcja i wędrówka przez dzieje rodzin bohaterów i ich samych nim stali się parą, a na koniec następuje „Akt trzeci”, czyli zmierzch uczuć i życia. Bardzo misternie to jest zbudowane, z wielkim szacunkiem dla faktów i dbałością o piękno wywodu. Kto zechce, może tę opowieść czytać linearnie, czyli wedle numeracji aktów, od pierwszego do trzeciego.
Dobrej lektury na Nowy Rok, mimo że Janusz Głowacki twierdził, iż „żadna książka nie ma szans w zestawieniu z biustem Kaliny Jędrusik”.
Z KIM TAK CI BĘDZIE ŹLE JAK ZE MNĄ?. Historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata Remigiusza Grzeli, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2020.

Boya wina

Tadeusz Żeleński „Boy” od urodzenia był nietypowy. A urodził się 21 grudnia roku 1874. Jego ojciec Władysław Żeleński, migrant zarobkowy z Galicji, przyjechał do Warszawy, gdzie znalazł pracę i żonę, Wandę Grabowską. Wrócił do Krakowa z doświadczeniem i rodziną, czyli żoną – notabene bliską przyjaciółką Narcyzy Żmichowskiej (Google wie, kto ona) – i trzema synami. Zamieszkał tuż przy granicy miasta (wtedy było to starorzecze Wisły) na ul. Św. Sebastiana.

Tam w domu otwartym ( Michał Bałucki kłania się nisko) dorastał Tadeusz, który nigdy – no, prawie nigdy – nie przestał być chłopcem. Nigdy nie miał dość życia i świata, i teatru. Dorastał razem z teatrem (teraz już Starym) i Młodą Polską. Ta Polska, najpierw Młoda, potem Odrodzona, naprawdę nigdy mu się nie podobała, choć obie darzył sentymentem. Zanim zdążył się ustatkować, przyszła Wielka Wojna (pierwsza), a on z tęsknoty za Francją i rozumem zaczął tłumaczyć francuskie myśli i sztuki na język polski, zaczynając od Balzaka („robię go w szalonym tempie, 20 tomów na rok wypadło. Na mózg bym dostarczył i więcej, tylko oczami nie wiem, czy nadążę…”). Tak tworzyła się Biblioteka Tłumaczeń Boya. W baraku z desek, na posterunku lekarskim, na dworcu kolejowym między torami. Pluskwy, dymiący piecyk, myszy, szczury – w takich warunkach powstawały tłumaczenia Rousseau i Pascala, Kartezjusza, Montaigne’a. Czterdzieści tomów wydano w latach 1914–1918. Potem Molier, De Marivaux , Racine , Beaumarchais (Wesele Figara), Diderot, Stendhal. To on (Boy) jest winny przełożenia Króla Ubu Jarre’ego oraz demoralizatorów w rodzaju Brantome’a, Gide’a, Villona. Tłumaczył też Monteskiusza, który raczej się u nas nie przyjął, i Pascala, podobno modnego ostatnio w warszawskich kręgach.
Tłumaczył i tłumaczył, wydawał i wydawał. Wydał cały posag żony, Zofii Pareńskiej, a raczej wydali go razem, bo Zofia była jego wspólniczką, redaktorką, wydawczynią bardziej niż żoną i kochanką. Życie wydawnicze prowadzili razem, osobiste zaś dosyć osobno.
Tadeusz tłumaczył i tłumaczył się z tego, że tłumaczy. Flirtował i pisał Flirty z Melpomeną, jeden za drugim: fascynującą kronikę polskiego teatru okresu międzywojnia – kiedy jeszcze nie było wiadomo, że to tylko międzywojnie. Zawsze był w coś zaangażowany: od opieki nad matkami (przecież był lekarzem, a krótko pediatrą), przez ruch świadomego macierzyństwa, aż do walki z karalnością aborcji.
Francuzi dali mu Legię Honorową. Gdy Józef Hen chciał napisać dla nich o Żeleńskim i Montaigne’u, francuski wydawca odpowiedział, że tłumacze ich nie interesują – jeśli któryś naród nie chce czytać Montaigne’a, niech nie czyta. W sumie racja. Jeśli ktoś nie chce czytać, niech nie czyta. Polacy więc generalnie nie czytają. Boy był innego zdania, chciał, by ludzie czytali, i to nie tylko jego przekłady. Jeździł z odczytami po Polsce. Przywoził Bibliotekę Boya. Miał wielbicieli i wielbicielki. Ale otrzymywał też pogróżki i obelgi niemal ze wszystkich stron. A za co? A za Dziewice konsystorskie. Proszę wybaczyć przydługą cytatę (a bibliotece Wolne Lektury wypłacę za to darowiznę, jak tylko pensja wpłynie na konto):
„Sztuka (Katajewa) osnuta jest dokoła spraw małżeńskich. Dwie „zarejestrowane” pary okazują się niedobrane; sympatie czworga młodych – zamieszkałych w jednym pokoju – ciągną ku sobie na krzyż. Mimo że sytuacja jest jasna już z początkiem drugiego aktu, autor prowadzi ją przez szereg zawikłań, aż wreszcie brodaty komisarz rozcina sprawę, kojarząc na krzyż kochające się pary i mówiąc dobrodusznie: „No, kochajcie się i starajcie się nie robić głupstw… przynajmniej przez jakiś czas: od tego republika sowiecka nie zginie”. … Mimo woli zastanawiamy się, jakby podobna sytuacja wyglądała u nas. Dawniej, byłaby w ogóle bez wyjścia. Gdyby miłość była serio, może by sobie ktoś w łeb strzelił albo by się utopił, w najlepszym razie byłoby czworo osób nieszczęśliwych. A dziś? Dziś rozwiązanie jest u nas trojakie. Jeżeli małżonkowie nie mają pieniędzy, wówczas w ogóle są poza prawem, nie mają u nas prawa do niczego. Nie ma dla nich żadnego godziwego rozwiązania sytuacji. Jeżeli mają pieniądze na opłacenie adwokatów i kosztów, mogą, przy zmianie religii, przeprowadzić rozwody i „zarejestrować” się na nowo. Jeżeli mają dużo pieniędzy, w takim razie mogą sobie oszczędzić zmiany religii. Wówczas, przy pomocy paru fałszywych świadków i fałszywych zeznań, popartych w potrzebie krzywoprzysięstwem za cichą zgodą organizatorów tej komedyjki, mogą po kilku latach mozołów uzyskać szczęśliwe unieważnienie małżeństwa.”
„Dziś” Boya to rok 1929. W naszym „dziś” odbył się niedawno ślub kościelny dwóch konsystorskich dziewic z udziałem władz państwowych, jednego biskupa i prawie całej narodowej telewizji. Dziś życie jest tańsze, adwokaci też tańsi, a rozwód możliwy w Sądzie Okręgowym. Oczywiście tylko dla słabo wierzących. Nie wiem czy „otake” Polskę chodziło Boyowi, ale na pewno uznałby to za postęp. W stosunku do roku 1929.
Jedno się nie zmieniło – podobno. Boy pisał (tamże):
„Chodzi o normalny prawie tok kościelnego unieważniania małżeństw za pomocą fałszywych świadectw i krzywoprzysięstwa. „Co do tych krzywoprzysięstw (pisze mi ktoś z Kresów), to mówił mi jeden adwokat, iż nawet jest tak utarte, że świadek krzywoprzysięga, a później tenże ksiądz spowiada go i rozgrzesza, nakazując przy tym odpowiednie zadośćuczynienie, tj. pokutę…” Istotnie, kombinacja, o której sam Pascal nie pomyślał w swoich Prowincjałkach. Ale nie przypuszczam, aby to było tak powszechne. Zazwyczaj – przy wielkim aparacie – rzecz odbywa się delikatniej: świadka naprowadza się na to, co potrzeba, aby zaprzysiągł; kto inny konferuje ze świadkiem, kto inny odbiera przysięgę, może więc ją przyjąć z dobrą wiarą lub przynajmniej nie wchodząc w to bliżej; od kogo innego świadek dostaje pieniądze (o ile nie świadczy z przyjaźni lub z ludzkiego współczucia), sprawę zaś zbawienia duszy świadka zostawia się zwykle jego własnej trosce. Jeżeli chce, może się wyspowiadać; grzech się zmaże, a rozwód został. Umyślnie mówię „rozwód”; mimo iż wiadomo, że rozwodu w Kościele katolickim nie ma, głos ludu nigdy inaczej nie mówi tylko „rozwód”. I w rezultacie, ma rację. Po prostu, skoro w małżeństwie jest żądanie rozwodu, szuka się nieformalności celem unieważnienia małżeństwa; nie kijem, to pałką, dla pacjenta wszystko jedno, jak się nazywa. Różnica jest ta, że gdy rozwód jest w zasadzie rzeczą rzetelną i poważną, unieważnienie bywa najczęściej dość gorszącą komedyjką.”
Ślub konsystorskich dziewic, płci obojga, też może być niezłą komedyjką. Nawet jeśli nikt, włącznie z Prezesem Prezesów, nie poślizgnie się na skórce… A rozwód – pardon, unieważnienie – ważnej ważności, to rzecz ludzka i boska.
Największa zbrodnia prawa karnego ze wszystkich krajów Europy obowiązuje tylko na Malcie i w Watykanie. Restrykcyjne ograniczenia aborcji (małe zbrodnie) są w mocy tylko w Polsce, w księstwie Monako i w księstwie Lichtenstein. W sumie niektórzy też uważają Polskę za monarchię, i to raczej niekonstytucyjną. Czy Boy uznałby to za postęp, szczerze wątpię.
Kto wie, czy nie najbardziej drażliwe kwestie poruszał Boy w innym zbiorze tekstów. Choć zapewne jako niesłychanie taktowny i wyrozumiały krakowsko-warszawski inteligent ze starej (Liceum Nowodworskie) szkoły, nie użyłby publicznie osławionego słowa na „w”. Za to jest cytata, ostatnia:
„Nawet tam, gdzie kościół wchodzi w świeckie potrzeby obywateli, sposoby jego działania jakże są różne od sposobów państwa! Tak np. w palącej sprawie bezrobotnych kościół może się ograniczyć do zarządzenia mszy świętej na ich intencję; ale trudno sobie wyobrazić ministra skarbu, który by nakazał swoim urzędnikom trzydniowy post na intencję poprawy bilansu handlowego. Rozbieżność tę najlepiej zilustruje pewne wspomnienie wyniesione z dawnych czasów, kiedy byłem lekarzem w szpitalu dla dzieci. W szpitalu tym mieściły się wszystkie oddziały, od chirurgii do chorób zakaźnych. Zmorą wiszącą wciąż nad szpitalem była obawa rozwleczenia infekcji. Zwłaszcza szkarlatyny, co było najczęstsze i najgroźniejsze. Istotnie, cóż okropniejszego dla lekarzy, którym rodzice oddali zdrowe dziecko dla jakiejś drobnej operacji — przepukliny lub skrzywionej nóżki — a które ginie, zaraziwszy się w szpitalu szkarlatyną! Toteż surowe przepisy obowiązywały zarówno lekarzy, jak służbę: lekarzom, którzy pracowali na oddziale zakaźnym, nie wolno było zachodzić na inne oddziały; służbie nie wolno było stykać się z resztą personelu.
Otóż przepisy te nie obejmowały tylko jednego czynnika: zakonnic. Siostry zakonne pielęgnujące chorych schodziły się – ze wszystkich oddziałów – po kilka razy dziennie w kaplicy na wspólne modlitwy, jak nakazywała ich reguła. Siostry nie nosiły kitlów płóciennych, bo tego nie przewidywała reguła; ba, reguła przepisywała, że ich suknie zakonne i cała odzież ma być wspólna! Siostry nie podlegały przepisom o dezynfekcji i antyseptyce. W rezultacie mordercza szkarlatyna raz po raz wybuchała w szpitalu. Wówczas stary profesor wzywał podwładnych, mówił kazania, burczał, zrzędził; jednego tylko się nie poruszało: sprawy zakonnic. A kiedy który z młodych lekarzy o tym natrącił, profesor, wściekły, odwracał rozmowę. Wiedział, że tu nic nie zmieni, nie czuł w sobie energii do walki, jaką by trzeba podjąć, wolał o tym nie myśleć. Istotnie, cóż znaczyły dla sióstr jakieś nowinki nauki Pasteura wobec reguły, która wiodła się od przedwiecznych i świątobliwych założycieli zakonu.
Spójrzmy teraz na to z punktu sióstr; znam ten punkt widzenia dobrze, bo nieraz z nimi rozmawiałem. Zachorowanie dziecka na szkarlatynę było dla nich po prostu dopustem bożym; bez woli bożej nie nastąpiłoby; toteż na całą naszą antyseptyczną krzątaninę siostry patrzyły z politowaniem. Przypuszczać, że wspólna modlitwa sióstr może być rozsadnikiem zarazy, to trąciło bluźnierstwem. Skoro jedno lub drugie dziecko umarło, widać tak było trzeba dla dobra jego i jego rodziców; cóż zresztą mogło się trafić szczęśliwszego niewinnemu dziecku, niż umrzeć w chwili, gdy ma zapewnione niebo, nim doszło wieku niebezpieczeństw, które czyhają na duszę człowieka. Oto credo, które siostrzyczki głosiły w całej naiwnej czystości. Ma ono swoją niezłomną logikę i swoje piękno, tylko jak je pogodzić z lekarskim – świeckim – przeznaczeniem szpitala? Toteż gdy te anioły czuwały przy zmarłym dziecku z oczami wpatrzonymi w niebo, nam lekarzom zdarzało się słyszeć z ust zrozpaczonych rodziców wyrzut: „Zbrodniarze!”. Te siostrzyczki przychodzą mi na myśl nieraz, gdy czytam pewne dostojne orędzia w sprawach społeczno-lekarskich… (Nasi Okupanci – Warszawa 1932)
A pamiętam uchwałę Sejmu RP w sprawie modlitw o deszcz. To się nawet Boyowi nie śniło.
Smutno mi, Boyu… bez ciebie.

Jak to na Kaukazie

Współczesne zamieszanie jest wynikiem niedopowiedzeń sprzed stu lat. Podczas posiedzenia plenum kaukaskiego biura Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii Rosji z czwartego lipca 1921 roku, podjęto uchwałę o przyłączeniu Górskiego Karabachu do Armenii. Następnego dnia 5 lipca 1921 roku, rownież na posiedzeniu tego samego plenum, decyzja ta została zmieniona na korzyść Azerbejdżanu. Wedle ormiańskich źródeł wynikało to z nacisku Turcji, nie było w tej sprawie żadnej dyskusji i nie została ona poddana pod głosowanie – w przeciwieństwie do decyzji podjętej dzień wcześniej. Teoretycznie wiec ta druga decyzja była nieważna, ponieważ sporny rejon został już uznany i przegłosowany jako integralna część radzieckiej Armenii. Po rozpadzie ZSRR Azerbejdżan z Armenią niemal wyrywały sobie ten niewielki fragment Kaukazu. W grudniu 1991 roku mieszkańcy przeprowadzili własne referendum zachowując zasady prawa i wszelkie formalności, mieszkańcy sami przeprowadzili referendum. Prawie wszyscy mieszkańcy, 99,98 proc. opowiedziało się za niepodległością republiki. Niewątpliwie miały na to wpływ pogromy do jakich co jakiś czas dochodziło, jak choćby w lutym 1988 w Sugmacie, w styczniu 1990 w Baku i czystki etniczne w samym Karabachu, osławiona operacja „Pierścień” z 1991 roku. W tym momencie trudno się dziwić decyzji mieszkańców.

Stepanakart, stolica Republiki Arcacha. Centrum miasta, niewielka, ale całkiem przyjemna kawiarnia w budynku, który wygląda na jakieś centrum konferencyjne w dobrej klasy, nowoczesnym europejskim hotelu.
Sierżant Garik
Żadnych śladów zakończonej dopiero wojny. Zarówno w samej Armenii jak i Arcachu miasta są bardzo czyste, gruzowiska które sfotografowałem jednego dnia, następnego były już sprzątnięte.
Tą ich czystość przestrzeni publicznej zauważyłem już w Erewaniu, na chodnikach próżno znaleźć rzuconego peta, czy walających się śmieci. Wszystko wysprzątane. Po niedawnych walkach pozostały jedynie zbombardowane budynki, ślady ostrzału na fasadach domów, zmasakrowane przystanki autobusowe, po których została jedynie powyginana, stalowa konstrukcja, gdzieniegdzie jeszcze szyby oklejone taśmą, idealnie okrągłe dziury po pociskach na asfaltowych ulicach z odchodzącymi we wszystkie strony liniami, które przypominały promienie słońca. Wyrwane fragmenty chodników – to ślady pocisków artyleryjskich, doszczętnie spalone pawilony i kikuty dawnych budynków skryte miedzy ocalałymi budynkami.
Nawet i to łatwo przeoczyć, jeśli się nie rozgląda uważnie na boki. To dziwne, wystarczy, że nie ma porozrzucanych sprzętów, gruzowisk, to naprawdę trzeba się uważnie rozglądać. Inaczej można przejść przez miasto i nawet nie dostrzec jak krwawo zostało doświadczone. Vahik, pokazuje mi ślady po bombach kasetowych, gdyby nie to, pomyślałbym że to zwykłe dziury na drodze. Aż trudno uwierzyć, że dopiero co toczyły się tu walki. Gdy się jednak oswoi wzrok i uważnie przygląda, wtedy widać podziurawione ostrzałem elewacje, zwłaszcza wokół okien, resztki budynku skrytego miedzy blokami. Wszystko to zanika w wysprzątanych ulicach. A idąc zwykle patrzymy przed siebie, nie obserwujemy aż tak wnikliwie zwykłych, jeszcze poradzieckich osiedli, pawilonów czy innych na pozór „zwykłych” budynków.
Przypomniały mi się obrazy zaśmieconych miast Wielkiej Brytanii, gdzie podczas wietrznych dni w Luton – ale nie tylko – należało chronić się przed latającymi, brudnymi, często wymazanymi sosami pudłami, opakowaniami po jedzeniu, reklamówkami, wszelkiego rodzaju folią i cholera wie czym jeszcze.
Gdzie wypalonego papierosa rzucało się na chodnik, bo i tak leżało ich tam setki. Pamiętam piękny budynek, który szpeciła sterta miniwysypiska tuż za zamkniętym na stałe ogrodzeniem.
Przechodnie bez skrupułów wrzucali tam śmieci, aż urosła ich cała góra. Kontrast nieprawdopodobny.
Tu odwrotnie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wyjątkiem są jedynie miejsca, w których trwały jeszcze prace porządkowe, lub już nawet odbudowa.
Wtedy musieliśmy pakować się w błoto żeby zrobić trochę zdjęć. Centrum jest jednak bardzo zadbane. Tak czyste, że nawet wyrzucenie peta na ulicę wydaje się zbrodnią. Zupełnie, jakby wejść u kogoś w domu na biały dywan w ubłoconych butach.
Szukałem więc za każdym razem odpowiednich koszy, popielniczek czy pojemników, żeby wyrzucić tego spalonego papierosa. Nawet jeśli stał w oddali, to szedłem, uśmiechając się jednocześnie pod nosem mając w pamięci z jaką pogardą moi rodacy określają mieszkańców Azji – brudasami.
Siedliśmy wygodnie przy stoliku, złożyliśmy zamówienie i zaczęliśmy rozmowę. Garik, dwudziestosiedmioletni sierżant armii Arcachu, służący w wojsku od ośmiu lat. Swoją drogę życiową z karabinem na ramieniu zaczął dosyć wcześnie, mając zaledwie dziewiętnaście lat.
Armia Republiki Artcachu
Umówiliśmy się z nim tu na krótką rozmowę, jest szczery, nie skrywa emocji, a twarz pokazuje ich całą gamę. Od wesołej, uśmiechniętej twarzy, po zasępiony, nieruchomy, utkwiony w oddali, bez żadnego wyrazu wzrok.
Armia Republiki Arcachu nie jest zbyt liczna, służy w niej zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy. Niejednokrotnie przyszło im stawać do bezpośredniej walki ze znacznie większymi, liczniejszymi oddziałami przeciwnika.

  • „Mimo licznej przewagi wroga, nawet gdy wydawało się, że nie ujdziemy z życiem, nigdy nie zdarzyło się, by któryś z naszych się cofnął, zawahał czy zdezerterował” – opowiada z wyraźną dumą Garik.
    „Przekleństwem były drony” – kontynuuje – „latały bardzo wysoko, często ponad chmurami. Niesposób było je dostrzec, mogliśmy jedynie nasłuchiwać. Cichy charakterystyczny dźwięk oznaczał lecącą śmierć. Oczywiście mieliśmy snajperów, udało im się kilka zestrzelić. Nawet tu w samym centrum Stepanakertu zestrzeliliśmy jeden bezzałogowy statek.
    Świetnie wyposażone, produkcji tureckiej i izraelskiej. Drugim koszmarem były miny, podczas patrolu dwóch od nas poszło na stronę >>usłyszeliśmy tylko eksplozję<<.” Zapadła cisza, wzrok Garika zatrzymał się gdzieś na nieistniejącym w oddali punkcie.
    Po chwili ponownie się odezwał: „Nie czuję nienawiści do Azerów, wszystko to jest prowokacją Turcji. Przecież ten kraj, od ponad stu lat usiłuje nas wymordować, odbierając po kawałku nasze ziemie i zabijając naszych rodaków. Od kiedy służę w armii Arcachu zginęło już około siedem tysięcy naszych żołnierzy. Nie zawsze na wojnie, pomiędzy oficjalnymi konfliktami też zdarzały się jakieś potyczki.
    Niejednokrotnie wynajęci przez Turków najemnicy, robili krwawe rajdy na nasze przygraniczne wioski.”
    Zapytany o marzenia, odpowiedział, że chciałby już zrzucić mundur, żeby nastał trwały pokój, chce prowadzić normalne zycie, pojechać do Francji, zwiedzić świat. „Dopóki jednak istnieje zagrożenie, zostanę w armii, będę walczył” – odpowiada.
    Grupa dziennikarzy
    Wyprawa, od samego początku wydawała niemożliwa. Wszystko w pędzie, od chwili, gdy zadzwonił do mnie kolega z pytaniem, czy nie chciałbym polecieć do Górskiego Karabachu (nazwy Republiki Arcachu, jeszcze wtedy nie używałem). Międzynarodowa grupa dziennikarzy i jeden w ostatniej chwili się wycofał. Zwolniło się miejsce i mógłbym polecieć zamiast niego, problem w tym, że jest mało czasu.
    Cztery dni, a przecież taka wyprawa – nawet na tydzień – o czym jeszcze nie wiedziałem – wymagała odpowiedniego przygotowania. Nie tylko w zaopatrzenie, ale również chciałem dokładniej zgłębić całą historię regionu, przynajmniej od rozpadu Związku Radzieckiego – pisałem o tych konfliktach kilka razy, ale były to dosyć lakoniczne teksty oparte na doniesieniach agencyjnych.
    Armia Obrony Karabachu
    Szybki research w głowie, co wiem. Górski Karabach terytorialnie leży w granicach Azerbejdżanu, od rozpadu Związku Radzieckiego były tam trzy wojny: 1991 – 1994, 2016 – wojna „Aprillowa” lub „czterodniowa” no i ostatni konflikt, który rozpoczął się 27 września po zamieszkach przy granicy obu państw.
    W konflikcie po stronie Górskiego Karabachu opowiedziała się jedynie Armenia przy zachowawczym wsparciu Rosji, natomiast po stronie Azerbejdżanu walczyli syryjscy bojownicy – co ujawniono po schwytaniu jednego z nich, rożnej maści najemnicy z protureckich bojówek.
    Wszystko przy aktywnym wsparciu Turcji, przychylności Wolnej Armii Syrii i Izraela – mieszanka naprawdę wybuchowa.
    Pierwszy rozejm, a raczej zawieszenie broni ogłoszono po rozmowach w Moskwie od 10 października. Zawieszenie broni weszło w życie, ale trwało zaledwie kilka minut, zaczął się wzajemny ostrzał. Jak zawsze w takich sytuacjach obie strony zarzuciły przeciwnikowi złamanie porozumienia.
    Kolejne zawieszenie broni ogłoszono wieczorem siedem dni później, ale już następnego dnia zginęło blisko czterdziestu żołnierzy Armii Obrony Karabachu. 25 października po raz trzeci ogłoszono zawieszenie broni. Tym razem za pośrednictwem USA, które również przetrwało do następnego dnia. Najbardziej krwawe walki toczyły się o miasto Szusza, które kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk.
    W rezultacie zostało zdobyte przez Azerów przy pomocy najemników z protureckich bojówek. Wreszcie dziesiątego listopada weszło w życie trójstronne porozumienie pokojowe podpisane przez Armenię i Azerbejdżan z udziałem Rosji.
    Armenia straciła Suszę, zobowiązała się wycofać swoje oddziały z okupowanych terenów do końca miesiąca. Azerbejdżan zgodził się odblokować połączenie miedzy Stepanakertem a Armenią. Z kolei Rosja do rozlokowania kontyngentu sił pokojowych. Tyle wiedziałem.
    Znałem też kilka faktów z dalekiej historii tego spornego rejonu (ramka poniżej), ale w obecnej sytuacji wiedza ta nie była mi specjalnie potrzebna. Nie byłem pewien jaki jest tam stan obecny.
    To mnie bardziej interesowało. Czego spodziewać się na miejscu? Wprawdzie obecność rosyjskich wojsk dawała jakąś gwarancję, to ich liczba już nie.
    Cały kontyngent składa się z niespełna dwóch tysięcy żołnierzy. Trudno wiec było uwierzyć, że to koniec. I faktycznie jeszcze dwunastego grudnia (w dniu kiedy wsiadałem już do samolotu odlatującego do Mińska) oddziały azerskie zaatakowały wojska Arcachu. Doszło do wymiany ognia.
    Walkę przerwały dopiero rosyjskie siły pokojowe. Ale tego dowiedziałem się już po powrocie.
    Dlatego ta nagła zmiana określenia z Armii Górskiego Karabachu na wojska Arcachu.
    Obiecałem ludziom z tego regionu, że będę już używał tylko nazwy ich republiki. Czyli właśnie Arcachu.
    Jeszcze przed wylotem miałem w głowie ogromne zamieszanie, trudno było mi uwierzyć w doniesienia agencyjne, przecież dwadzieściajeden lat wcześniej byłem świadkiem bardzo podobnego konfliktu. Cały świat poparł wtedy secesję Kosowa – mimo, że nie przeprowadzono żadnego referendum. Zbombardowano suwerenne, europejskie państwo – Jugosławię – wbrew rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ.
    Bez skrupułów mordując przy tym cywilnych jego mieszkańców. Bomby – również kasetowe – zrzucano w najludniejsze miasta, a zwłaszcza jego stolicę – Belgrad.
    Wszystko to w ramach obrony „praw człowieka” i chęci samostanowienia części mieszkańców Kosowa.
    Rozbijając tym samym integralność kraju i de facto doprowadzając do jego całkowitego zniknięcia z mapy świata. W przypadku Republiki Arcachu nie ma takich problemów, mieszkańcy zorganizowali przecież referendum, region w niemal w całości zamieszkały jest przez obywateli Republiki Arcachu pochodzenia ormiańskiego – trochę to skomplikowane, ale postaram się w kolejnej części wyjaśnić jak to działa.
    Daleko od Warszawy
    No dobra, ale wnioski i samo przypomnienie sobie wydarzeń z ostatnich lat to jeszcze za mało. Muszę dostarczyć z redakcji odpowiednie dokumenty, wypełnić specjalne wnioski, powysyłać to wszystko do kilku państw i wielu rożnych instytucji. Oczywiście cyrylicą i po rosyjsku. Sam nie dam rady – pomyślałem, bo o ile czytam rosyjskie znaki, to z pisaniem jest znacznie gorzej. Zaczęły się schody. Byłem jednak tak podekscytowany, i tak bardzo zależało mi na tym wyjeździe, że wykrzesałem z siebie całą determinację, słowem stanąłem na głowie, żeby sprostać piętrzącym problemom. Redakcja wystawiła mi niezbędne dokumenty, ale niestety bez pieczątek i ręcznych podpisów. Teraz, podczas pandemii pracujemy online i takie pisma jeszcze z pieczątkami, były nie do zdobycia, dodatkowo odległość.
    Mieszkam mniej więcej 130 kilometrów od Warszawy, gdybym przynajmniej wiedział, że kogoś zastanę, to bez wahania pojechałbym nawet w środku nocy. Bo miałem jeden dzień na pozałatwiania tych wszystkich papierów tak, by kolejnego już wysłać. Na drugi dzień miałem już przygotowane oświadczenia z redakcji, a dzięki pomocy koleżanki wypełnione wnioski.
    Niestety bez pieczątek. Porozsyłałem więc wszędzie, gdzie było trzeba i nie czekając na odpowiedź zacząłem robić bilans potrzebnych mi rzeczy. Poza tym wywaliłem wszystko z szaf i powoli zacząłem pakowanie. Wciąż jednak nie wiedziałem czy lecę.
    Popołudniu zaczęły przychodzić odpowiedzi. Niestety, wszelkie pisma z ormiańskich urzędów i ministerstw zawierały to samo. Informację, że wysłałem pod zły adres, że to nie jest w ich kompetencjach i żebym wysłał wnioski na e-mail podany na takiej i takiej stronie.
    Na wszelki wypadek wysyłałem hurtem pod wszelkie wymienione na stronach adresy, by po chwili otrzymać niemal identyczne odpowiedzi, z tą różnicą, że tym razem skierowali mnie do jeszcze innych urzędów. Czas się kurczył, wprawdzie trzy godziny różnicy, ale miałem świadomość, że lada moment już nikt nie przeczyta moich wiadomości. A przecież następnego dnia będzie już za późno. Po wielu takich próbach, wreszcie skierowano mnie ponownie tam, gdzie wysyłałem na początku.
    Oczywiście wysłałem, ale straciłem już nadzieję. Odpowiedź nie przyszła, a ja położyłem się spać w przekonaniu, że już nic z tego nie będzie. Jakież było moje zdziwienie, gdy we czwartek rano, ten sam kolega zadzwonił z informacją że już wszystko załatwione i że mam bilet, ale lecimy nie w sobotę, a w niedzielę. Byłem tak skołowany, że dotarło to do mnie z dużym opóźnieniem. Dowiedziałem się tez, że z Polski poleci jeszcze jedna dziennikarka – Agnieszka. Już bez pośpiechu spakowałem plecak, dzięki temu, że lot przełożono na niedzielę, miałem spory zapas czasowy, więc i zakupy niezbędne zdążyłem zrobić, tak by w pełni gotowości pojawić się punktualnie na warszawskim lotnisku Chopina.
    Podróż białoruskimi liniami z przesiadką w Mińsku. Często latałem tanimi liniami i znam niedogodności jakie się z tym wiążą. A to bagaż podręczny trzeba mierzyć specjalnym przyrządem, jeśli wyjdzie, że jest centymetr za duży, to trzeba dopłacać. Zwłaszcza jednej, popularnej w Polsce linii nie lubiłem, miałem wrażenie, że jest to lotnicza „powietrzna nauka jazdy”.
    Za każdym razem gdy z nimi leciałem, lądowanie było bardzo twarde. Często pasażerowie wydawali z siebie przytłumione odgłosy przerażenia. Teraz też nie spodziewałem się luksusów. Od początku wyglądało to na potworny bałagan, ludzie z walizkami, które udawały bagaż podręczny, obsługa ich wpuszcza, każdemu zmienia numer miejsca. No fajnie – przeleciało mi przez głowę – ale świadomość, że za kilka godzin będę w Erewaniu skutecznie przesłoniła mi obawy przeciążonego samolotu i twardych lądowań.
    Zdziwienie pojawiło się, gdy niespełna godzinę później, samolot wyładował w stolicy Białorusi, a usiadł na płycie lotniska tak delikatnie, że bardziej odczuwalne było, gdy opuszczał koła przed lądowaniem.
    Zastanawiałem się, czy to przypadek, czy Białorusini aż tak dobrze szkołą pilotów. Trzy godziny czekania na przesiadkę, akurat by szybko przejrzeć ceny papierosów w strefie wolnocłowej. Cztery Euro za karton. Czyli czterdzieści eurocentów za paczkę, jakieś trzy złote. Szok. Niestety, lecąc do Azji nie mogłem kupić, nie do końca rozumiałem dlaczego, ale zapamiętałem miejsca, by w drodze powrotnej odpowiednio się zaopatrzyć. Co oczywiście zrobiłem. Zresztą jak się okazało w Armenii papierosy są równie tanie. Gdy otworzyli bramkę, znowu zamieszanie z miejscami, znowu jakiś bałagan. Tym razem jednak podszedłem do tego spokojniej. Już bez stresu, słuchałem poleceń załogi. No i kolejne zdziwienie, gdy zobaczyłem, że w wyniku tego zamieszania posadzili mnie w klasie biznesowej. Szerokie, wygodne i pełne przestrzeni miejsca, stewardesa tylko się do nas uśmiechnęła, mówiąc: „ale macie szczęście”. Różnica ogromna, fotele jak kanapy i dużo przestrzeni na nogi. Znowu lądowanie, podobnie jak w Mińsku, niemal niewyczuwalne – albo mam niebywałe szczęście – albo faktycznie zatrudniają najwyższej klasy pilotów – pomyślałem.
    Erewań
    Dochodziła czwarta rano gdy wysiedliśmy na lotnisku w Erewaniu, kompletnie pogubiony, nie miałem pojęcia gdzie iść, Agnieszka chyba też, poszliśmy więc za całą grupą z samolotu. Trafiliśmy do kolejki na obowiązkowe dla wjeżdżających testy, na obecność wirusa Covid.
    Trochę się denerwowałem, bo miał mnie ktoś stąd odebrać. Poza tym, że ma na imię Sasza i jest dziennikarzem, nic o nim nie wiedziałem. Agnieszka, również niewiele i też rozglądała się po terminalu. Gdy jednak usłyszałem dźwięk powiadomienia w telefonie, zobaczyłem wiadomość napisaną po rosyjsku, że jest, czeka z drugiej strony odprawy i już nas widzi, odetchnąłem z ulgą.
    Wreszcie – pomyślałem – i wtedy zaczęło schodzić napięcie kumulowane przez te ostatnie, zwariowane dni. Pielęgniarki uwijały się dosyć szybko, niektórzy znosili to lepiej i szybciej inni dłużej i słychać było odgłosy krztuszenia. Nigdy nie robiłem tych testów, więc nie wiem czego się spodziewać.
    Gdy usiadłem na krześle, zacząłem podwijać rękaw, sadzać, że będą pobierać krew. Nic z tych rzeczy, sympatyczna pielęgniarka powiedziała tylko, że nie trzeba i zabrała się za badanie. Wsunęła mi do nosa jakaś miękką rurkę, tak głęboko, że poczułem ją aż w gardle. Nie było to może zbyt przyjemne, ale już zrozumiałem dlaczego niektórzy tak się krztuszą i kaszlą, jeszcze wymaz z języka i po sześciu godzinach wynik. Jeśli coś będzie nie tak, przyślą maila. Możemy iść.
    Zasieki
    Na lotnisku przywitał nas Sasza. Szybko złapaliśmy nić porozumienia. Oprócz nas przylecieli jeszcze dwaj dziennikarze Roman z czeskich Nowin i Ulrich – niemiecki dziennikarz, pracujący w Moskwie.
    Sprzed lotniska zabrały nas dwa czarne terenowe samochody. Trochę dziwne samochody, w azjatyckim kraju, ale jedziemy. Wprawdzie nie wiemy gdzie, ale trudno. Jest już nas więcej, chociaż i tak jeszcze bardzo nieufnie do tego podchodzę. Jednak senność bierze górę, niech mnie wiozą gdzie chcą, byle się przespać – pomyślałem.
    Mimo to starałem się też chłonąć oświetlone miasto, pierwsze wrażenie – bardzo pozytywne.
    Jasne ulice, nowoczesne stacje benzynowe, neony knajp, restauracji i marketów, zupełnie jak stolica europejskiego kraju.
    Podjechaliśmy pod blok, Sasza wraz z Ormianami, którzy prowadzili auta zaprowadził nas do jakiegoś mieszkania w bloku.
    Warunki idealne, a nawet luksusowe. Każdy ma swój pokój, proste nowoczesne umeblowanie. Trochę szkoda, że będziemy tu tylko jedną noc, następnego dnia – a w zasadzie tego, tylko za kilka godzin – musimy pozałatwiać formalności, akredytacje – Armenii i akredytację oraz wizę do Republiki Arcachu.
    Dużo łażenia po urzędach, ale mamy przewodników. Ponieważ dochodziła już szósta rano, w Polsce dziewiąta, umówiliśmy się na dwunastą.
    Ledwo się ogarnąłem i natychmiast padłem spać. Ponieważ na drugi dzień formalności mocno się przeciągnęły, musieliśmy wielokrotnie jeździć do tych samych urzędów, zostaliśmy więc w Erewaniu jeszcze jedną noc.
    Arcach daje wizy przypięte do karty paszportu spinaczem biurowym, oczywiście jeśli ktoś chce to mogą mu wbić ogromny stempel.
    Robią tak dla bezpieczeństwa. Jeśli wybrałbym się do Azerbejdżanu z ich wizą mógłbym mieć spore nieprzyjemności, nie tylko na granicy.
    Już nie mogłem się doczekać następnego ranka i pięknych gór Kaukazu. Mieliśmy do przejechania ponad pięćset kilometrów i to górskimi drogami.
    Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się żeby zrobić zdjęcia. W ten właśnie sposób porwałem sobie spodnie na rozstawionych przez wojsko zasiekach. Dobrze, że miałem drugie na zmianę.
    Mieliśmy już umówione spotkania z ważnymi urzędnikami, łącznie z sekretarzem prezydenta Republiki, człowiekiem, który ogłosił ostatnią wojnę – Varhamem Poghosyanem.
    Po jakiś ośmiu godzinach jazdy, dotarliśmy do hotelu w Stepanakarcie. Cdn…

W pogoni za Godotem

Dziś podejmuje się wszelkie możliwe starania, aby o nich młode pokolenie wiedziało jak najmniej, a jeśli już to tylko samo zło, najlepiej z Biuletynu Informacji Publicznej IPN.

Jego rodzina pochodziła podobno od Węgrów, którzy osiedli na świętokrzyskiej ziemi ileś lat – wieków – temu. Ale co to miało obecnie za znaczenie? Ojciec był fornalem u pana we dworze, a mieszkali w czworakach. Żyli tu jak inni w przy dworskich pomieszczeniach – na łasce dziedzica i bez nadziei na zmianę losu. Tylko najstarszy Józek (miał jeszcze brata Tadka i siostrę Marysię), był od małego jakimś odmieńcem. Zanim poszedł do szkoły już umiał czytać – nauczyła go babcia na książeczce do modlitwy. Szkołę powszechną skończył z wyróżnieniem i rodzice, namówieni przez nauczyciela, zapisali go do gimnazjum w oddalonym o 8 kilometrów Ostrowcu Świętokrzyskim. Mógł je ukończyć tylko dlatego, że ojciec sprzedał krowę na opłatę czesnego i inne konieczne wydatki, a pan dziedzic – to sprawiedliwie należy dodać – też dołożył. Miał małą maturę, ale żadnej innej pracy, a więc siedząc dalej na wsi pracował na roli.
Wybuch wojny
niewiele tę sytuację zmienił, poza narastającymi represjami okupanta, które zaczęły doskwierać także wsi. Budził się sprzeciw polskiego ludu: wpierw były to różnego rodzaju akty nieposłuszeństwa i działania na szkodę okupanta, później opór zbrojny.
W 1943 roku za przykładem i namową starszych i on rozpoczął walkę z okupantem w oddziale Gwardii Ludowej. Jak mówił po latach, do Gwardii trafił przypadkowo, w trochę innych okolicznościach mogły to być zupełnie odmienne politycznie partyzanckie oddziały Batalionów Chłopskich czy Armii Krajowej. A nawet Narodowych Sił Zbrojnych, bowiem osławiona Brygada Świętokrzyska na jego terenach aktywnie działała. Wtedy zapewne jego losy potoczyłyby się zgoła inaczej.
Miał pseudonim „Bartek”, uczestniczył w kilku potyczkach zbrojnych – w jednej został poważnie ranny, co po latach dało znać o sobie. Od politycznych idei GL do PPR, której ulotki, jak wspominała żona Zofia, przynosił do domu, było blisko. Przywiodła go do tej partii bieda rodziny chłopskiej, uświadamiany trwały podział na panów i chamów, a następnie własne już obserwacje z pracy we dworze. Przywiodło go w sposób naturalny – tak jak i całe młode pokolenie wsi polskiej – do radykalnych ruchów społecznych. Okres II wojny światowej i hitlerowskiej okupacji, który nie oszczędził przecież i ziemi kieleckiej, stanowił kolejny etap historycznej edukacji i wskazywał, że aby nie było już nigdy nędzy, biedy i głodu, należy jednocześnie walczyć o Polskę wolną i nową, sprawiedliwą i równą dla wszystkich jej obywateli.
Po wyzwoleniu
już jako działacz PPR uczestniczył w epokowym akcie nadziału ziemi chłopom w ramach reformy rolnej. To doświadczenie oraz nowe idee społeczne umacniają przekonanie o wyborze właściwej drogi. Pracował w Komitecie Powiatowym PPR w Opatowie, a do jego domu w Szwarszowicach – w których miejscowa komórka PPR liczyła już 32 osoby – przychodzili kilkukrotnie „uzbrojeni ludzie” z podziemnej organizacji dopytując o gospodarza. W grudniu 1945 roku uczestniczył w I Zjeździe PPR, w 1946 był słuchaczem czteromiesięcznego kursu w Centralnej Szkole Partyjnej PPR w Łodzi, którą ukończył z wynikiem bardzo dobrym, a w 1947 roku został I sekretarzem Komitetu Powiatowego PPR w Giżycku, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Tam właśnie, przez zbieg okoliczności, unika śmierci – miał jechać na motorze na jakieś zebranie partyjne, ale pojechał zastępca. Został zastrzelony przez „żołnierzy wyklętych”, tak zresztą jak wielu innych, nie koniecznie partyjnych działaczy.
Wydarzenia dziejące się na szczytach władzy, związane z tzw. odchyleniem prawicowym i odsunięciem Władysława Gomułki spowodowały tzw. czystkę także w oddolnym aparacie władzy, co w wypadku Józefa oznaczało odwołanie z pełnionej na Warmii funkcji i powrót do Centralnej Szkoły Partyjnej, tym razem PZPR. W 1953 roku otrzymał polecenie wyjazdu do ambasady w Moskwie na stanowisko sekretarza. Od późnej jesieni 1956, mając zaledwie 36 lat, prawie przez rok był chargé d’affaires zastępując nieobecnego w tym czasie ambasadora. Dobrze się wywiązywał ze swoich obowiązków w tym szczególnie trudnym okresie stosunków polsko-radzieckich, i w tych wyjątkowych latach i historycznych wydarzeniach.
Po śmierci Stalina
rozpoczęła się w Związku Radzieckim odwilż, na której fali dokonać się mogła druga repatriacja Polaków z ZSRR. Współorganizował ten wielki kolejny exodus do ojczyzny, spotykał się z ludźmi, którzy wracali z łagrów i z tymi, których wywieziono na Syberię jeszcze w 1940 roku. Były to wyjątkowe doznania, inspirujące do wielu przemyśleń. Wśród ewakuowanych znalazły się tysiące tych, którzy z różnych powodów nie wyjechali do Polski w latach 1944-1946. Należała do nich rodzina Wacka Gabisa zamieszkała w Gliniczach na Wileńszczyźnie. Sam Wacław – żołnierz nowogródzkiego AK – stracił rękę w czasie lipcowej operacji „Ostra Brama” w 1944 roku. Jakimś jednak cudem znalazł się w nowych granicach Polski, a po latach otrzymał upragniona protezę, o co w czasach powojennych, pełnych okaleczonych jak on, łatwo nie było. Pracował jako portier w sanatorium dla dzieci im. Pstrowskiego w Rabce i cały czas marzył o połączeniu się z rodziną. W 1956 roku wreszcie byli razem – wróciła żona z dwójką dzieci.
Jeszcze większym wydarzeniem
był dla Józefa XX Zjazd KPZR ze słynnym referatem Chruszczowa „O kulcie jednostki i jego następstwach”, obnażającym zbrodnie i represje z okresu stalinowskiego. Z Chruszczowem i innymi prominentnymi osobami z radzieckiego kierownictwa spotykał się wielokrotnie, także przygotowując pierwszą, po stalinowskim okresie, wizytę Władysława Gomułki w Moskwie, określającą nowy rodzaj stosunków między oboma krajami
Po krótkim okresie pracy
w KC PZPR, w 1959 roku został II sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Krakowie. Wtedy obowiązała niepisana reguła, że jak pierwszym sekretarzem był ktoś z dawnego PPS , to drugim (do spraw organizacyjnych) była osoba z PPR. I odwrotnie. W popaździernikowym czasie I sekretarzem KW w Krakowie był legendarny działacz PPS Bolesław Drobner, a zastąpił go cieszący się równie wielkim poważaniem i zasługami, także znany członek tej byłej partii, Lucjan Motyka .
Z tamtego okresu wspominał m. in. nierozważne decyzje Zenona Kliszki w 1960 roku, dotyczące likwidacji manifestacji w obronie krzyża w Nowej Hucie, postawionego w miejscu gdzie stanąć miał kościół, a także wyrażał opinie o niedawno powołanym w Krakowie nowym biskupie Karolu Wojtyle jako zupełnie szczególnej – wyjątkowej postaci w polskim Kościele.
Na pełnionym stanowisku dał się poznać jako człowiek prawy, bezinteresowny, jeden wszakże cel, którego sam nie osiągnął, zaprzątał mu prywatne życie – dążył aby córki skończyły studia wyższe. I to spełniło się niejako w nadmiarze – wszystkie uzyskały nawet stopnie doktorskie. A w domu obowiązywała dyscyplina – za późnowieczorne spóźnienie, poza spodziewaną burą od rodziców, zastawały drzwi mieszkania zamknięte. I bywało, że na schodach długo siedziały czekając, aż je ktoś wreszcie litościwie otworzy. Pomimo stosunkowo wysokiej pensji w domu nie przelewało się – poza niepracującą żoną i trzema studiującymi córkami często należało pomóc starym rodzicom zamieszkałym na wsi. Stąd na pewno nie były to „bananowe dzieci”, abstrahując od tego, że banany jadły tak często jak wszystkie inny, to znaczy rzadko albo wcale.
Z uwagi na pełnione funkcje
zwracali się do niego także krewni i znajomi ze swoimi sprawami. Nie lubił niczego „załatwiać”, pomagał w sytuacjach wyjątkowych jak na przykład w znalezieniu pracy dla siostrzeńca na walcowni w ówczesnej Hucie im. Lenina, nota bene po latach aktywnego działacza miejscowej „Solidarności”. Ale gdy kolejny zgłosił się z prośbą o interwencję w związku z grożącym mu wyrzuceniem z wojsk lotniczych za pijaństwo, oświadczył, że tego pilota – pijaka nie chce znać. W jedną tylko sprawę, budowę szkoły – w ramach ogólnopolskiej akcji budowy 1000 szkól na 1000-lecie – w okolicach swojej rodzinnej wsi zaangażował bez reszty swoje stanowisko i możliwości. Z sukcesem.
Powracają skutki wojennego postrzału i rosnący niedowład nóg. nadto zdiagnozowano stwardnienie rozsiane. Choroba dawała już solidnie znać w czasie pełnionych obowiązków. Na rentę przeszedł w 45 roku życia i przez całe następne 24 lata nie wychodząc z domu, a później poruszając się tylko na inwalidzkim wózka, martwił się o Polskę, tę swoją wymarzoną i wywalczoną.
Z coraz większego oddalenia
spoglądał na polityczne wydarzenia, ale obrady „Okrągłego stołu” powitał on, człowiek z innej epoki, z nadzieją i przekonaniem, że jest to jedyna możliwa droga dla kraju. I równie ważne: należał do odchodzącego pokolenia, które ze swych życiowych, tragicznych często doświadczeń, wyciągnęło najważniejszy wniosek, że socjalizm dokonał jednak wielkiej historycznej nobilitacji mas polskich robotników i chłopów, na trwałe zaszczepiając w całym narodzie takie niezbywalne wartości jest równość i sprawiedliwość społeczna.
Przypomnienie powieści
Władysława Orkana „Komornicy” z 1890 roku, pesymistycznej i w ponurym kolorycie przedstawiającej ówczesną polską wieś, tylko pozornie odbiega od tematyki. Losy Kazka, młodszego od Józefa o lat kilkanaście, potoczyły się odmiennie tylko z racji wieku, natomiast chłopskie pochodzenie wyznaczyło podobną drogę. Urodził się w 1936 roku nie w biednej chłopskiej rodzinie, a w komorniczej czyli, że rodzice nie mieli ani własnego kawałka ziemi, ani też najskromniejszego nawet domu. Co prawda miało to miejsce w Zakopanem, ale w tamtym czasie ówcześni górale też dudków nie mieli. Niedługo wybuchła wojna, na którą poszedł ojciec, a po powrocie z wrześniowej kampanii zamieszkali u rodziny ojca w Zabrzeży. U początku lat pięćdziesiątych przenieśli się do Krakowa w poszukiwaniu zarobku, bo właśnie mówiono, że powstaje Nowa Huta i będzie robota. Ojciec pracował w przedsiębiorstwie budowlanym, a Kazek, po Zasadniczej Szkole Elektrycznej i po jakimś czasie, został nawet brygadzista w Zakładach Chemicznych Oświęcim. Tu, tak jak wielu innych, wstąpił do Związku Młodzieży Polskiej, był w Zarządzie Zakładowym tej organizacji, a po odbytej w Łodzi Szkole Organizacyjnej ZMP, skierowany został do Zarządu Powiatowego w Nowym Targu.
W gorących dniach
październikowych przemian i wydarzeń, 5 grudnia 1956 roku uczestniczył aktywnie w powołaniu Tymczasowego Wojewódzkiego Komitetu Związku Młodzieży Robotniczej. Potem była służba w Marynarce Wojennej, a po jej odbyciu trefił do ZMS, w którym awansował po latach do funkcji wiceprzewodniczącego Zarządu Wojewódzkiego. A później, jak to bywało z niektórymi działaczami ZMS, trafił do aparatu partyjnego, w którym pełnił także funkcję sekretarza Komitetu Wojewódzkiego.
Ktoś dziś powie,
taki normalny życiorys PRL-owskiego aparatczyka. Rzecz jednak w tym, że z wielu względów odmienny, niż obecnie powszechnie wyrażane oceny. Jest Kazek klasycznym symbolem pokolenia polskiej biedy i braku nadziei, któremu Polska Ludowa dała szanse nie tylko na lepsze życie, ale i wyznaczyła jego sens. Miała być nim praca dla tego ustroju, który przyniósł już, i nadal miał sprawiać, lepszą przyszłość. Starał się to robić jak najlepiej i najskuteczniej na różnych stanowiskach bez względu na okoliczności, które czasami zaprzeczały szczytnym hasłom. W czasie ponurych wydarzeń marcowych 1968 roku – to mi opowiadał – jako sekretarz Komitetu Dzielnicowego, otrzymał dwie odgórne, sprzeczne ze sobą, drańskie decyzje. No i co zrobiłeś ? Poszedłem na Planty i posiedziałem czas dłuższy, do tego ręki przykładać nie mogłem. Zapewne takich sytuacji było więcej i także tych bez możliwości wyboru, co nie zmienia faktu, że całe te lata poświecił dla innych. Zaowocowały poważnym zawałem serca, a w konsekwencji wszczepieniem bajpasów. Prywata w jego wydaniu to dbałość o wyksztalcenie syna oraz – o ironio w porównaniu do dzisiejszych decydentów życia publicznego – mieszkanie w nowohuckim bloku.
Trudno się dziwić,
że Kazek, z takim życiowym startem i doświadczaniem w zmieniającej się na lepsze ojczyźnie w latach PRL-u, w których to poczynaniach aktywnie uczestniczył, nie akceptował, jak zresztą miliony innych, zmian dokonujących się po 1990 roku. Decydowało wtedy pokolenie urodzone już w Polsce Ludowej, pozbawione dzięki niej ponurego kolorytu przeszłości, a ona – tamta Polska – z różnych powodów nie mogła i nie potrafiła sprostać ich rozbudzonym, naturalnym, ale i równie często naiwnym, oczekiwaniom.
Powiedz, stary, gdzieś ty był? Dziwną minę masz.
Pewnieś zwiedził Rzym lub Krym już nie jeden raz.
Możeś wiatry w polu gnał, aż zgubiłeś ślad?
Powiedz, gdzieś pod rynnę wpadł?
Stara wiara znów przygarnie cię – szkoda słów!
Więc uśmiechnij się i do góry głowa! …

Powiedz, stary, gdzieś ty był przez okrągły rok?
Pewnie świat nie szczędził ci zmartwień ani trosk.
I choć grałeś, nie dał los tych najlepszych kart.
Siadaj! Może byś coś zjadł?
Stara wiara znów przygarnie cię – szkoda słów!
Więc uśmiechnij się i do góry głowa!

Nigdy nie zapytałem Andrzeja Żabińskiego dlaczego spośród wielu ówczesnych młodzieżowych przebojów upodobał sobie tan właśnie, „Czerwonych gitar” z 1969 roku. Może to były wyrażane poczucia wspólnoty i przyjacielskiej sztamy, które bardzo wysoko cenił i odwzajemniał, a może, jak się po latach okazało, prorocze słowa.
Drogę życiową Andrzeja
określiły losy ojca Edwarda – działacza ruchu robotniczego na Śląsku, założyciela i przywódcy Stowarzyszenia Przyjaciół ZSRR, sekretarza Komitetu Okręgowego PPR w Katowicach. Pod koniec maja 1944 roku, w wyniku zdrady i wielkiej „wsypy” w Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku, hitlerowcy aresztowali około 300 osób, których w większości później zamordowali. Wśród nich był także jego ojciec. Ale jeszcze wcześniej, w zupełnie nieświadomy sposób, uczestniczył w działaniach konspiracyjnych, gdy w dziecięcym wózku, wraz z przewożoną bronią, jeździł na spacery. Przez kolejne lata dorastania i młodości znajdował się pod opieką i wielkim wpływem byłych towarzyszy ojca. To wszystko, później wykształcenie, a nadto jego cechy przywódcze i osobowe – był przystojnym, wysokim mężczyzną o ujmującym uśmiechu – kierowało go niezawodnie do służby publicznej. Karierę zaczął od skromnego stanowiska referenta w katowickim Komitecie Wojewódzkim PZPR, potem był szefem miejscowego Związku Młodzieży Wiejskiej, następnie katowickiej organizacji ZMS, by w lutym 1967 roku zostać przewodniczącym Zarządu Głównego Związku Młodzieży Socjalistycznej.
I wreszcie odmieniło się
w tej młodzieżówce. Po starym, jak na tę organizację, Stanisławie Hasiaku – byłym sekretarzu partii z Radomia – przyszedł młody, dynamiczny, pełen nowych pomysłów, zapału i chęci do działania. A nadto był bezpośredni, w swoich wystąpieniach komunikatywny, czym różnił się znacznie od przemówień wielu ówczesnych partyjnych bonzów. Imponował nie tylko tym – przypominam sobie, jak do ośrodka letniego ZMS w Gródku nad Dunajcem przyjechał sam ciemnowiśniowym fiatem 125p, którego produkcję niedawno rozpoczęto w Polsce. Niby nic nadzwyczajnego, ale w tamtych czasach rozliczni dygnitarze, także i młodzieżowi, wożeni byli przez kierowców w radzieckich wołgach. Tym drobnym gestem mówił wiele: mamy nowy, dobry, polski samochód, i wy także będziecie nim jeździć, musicie się tego nauczyć, tak jak ja. Polska się rozwija, jest głęboki sens aby w tym procesie aktywnie uczestniczyli młodzi. W okresie jego kadencji Związek wzbogacił się o nowe inicjatywy i stał się potężną, sprawną i powszechną organizacją.
Andrzej w prezentowanych poglądach
ideologicznych był doktrynerem – w tej materii nie odbiegał od powszechnie wtedy obowiązującej w partii wizji rozwoju społecznego oraz interpretacji zjawisk współczesnego świata. Na łamach „Walki Młodych” – tygodnika ZG ZMS – w cyklu „Nasza organizacja”, pisał u schyłku lat sześćdziesiątych: „ Członka ZMS powinna cechować wiara i pewność, że socjalizm i komunizm są zwiastunem lepszego społeczeństwa… ”. W tym duchu prowadzona była w Związku działalność ideowo-szkoleniowa, ale dużo ważniejsze, że w tych niełatwych czasach końca lat 60. wnosił Andrzej do całego, prawie dwumilionowego ZMS-u nadzieję i przekonanie, że my młodzi, oddani idei socjalizmu, urządzimy mądrzejszy i lepszy świat.
Dalsza droga
Żabińskiego wiodła przez wysokie stanowiska w aparacie partyjnym – był I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego w Opolu (niektórzy wtedy złośliwie nazywali go delfinem Edwarda Gierka w Katowicach, co zresztą miało miejsce w latach osiemdziesiątych), sekretarzem KC PZPR, członkiem Biura Politycznego. Uczestniczył w podpisywaniu słynnych porozumień ze strajkującymi w Szczecinie i w Jastrzębiu Zdroju jesienią 1980 roku. W miarę przebiegu wydarzeń karnawału Solidarności przestał wierzyć w możliwość rozwiązania narastającego konfliktu społecznego metodami pokojowymi. To wyrażane publicznie przekonanie, a nadto, jego zdaniem, zbyt łagodna i ugodowa polityka ówczesnego kierownictwa partii, doprowadziła go do klęski wyborczej podczas IX Zjazdu partii i zaliczenia w poczet „partyjnego betonu” – tych, którzy ratunek dla zachwianego ustroju widzieli w zniszczeniu Solidarności i ewentualnej interwencji radzieckiej. I jeżeli przewidywanie siłowego rozwiązania tamtej sytuacji miało charakter wizjonerski, to zawiodło zupełnie rozeznanie i zrozumienie skomplikowanej gry politycznej prowadzonej z jednej strony przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego, z drugiej przez kierownictwo radzieckie. Jedno jest pewne: opinie, postawa i wybory, których w tamtym czasie dokonywał nie miały charakteru koniunkturalnego. Był przecież u szczytów władzy i niewiele więcej miał do zyskania. A więc o co mu chodziło – zapewne to, że cechowała go „wiara i pewność, że socjalizm i komunizm są zwiastunem lepszego społeczeństwa”.
Ostatni raz
widziałem się z Andrzejem w drugiej połowie lat 80. w ambasadzie polskiej w Budapeszcie – był tam radcą-ministrem pełnomocnym, niejako na wygnaniu. Z długiego, serdecznego spotkania szczególnie zapamiętałem drobny, ale bardzo znaczący fakt – miał wilgotną i jakby opuchniętą prawą dłoń. Pomyślałem, że to zły znak… Spalił się w dążeniu do tej swojej lepszej, sprawiedliwszej Polski – zmarł nie ukończywszy lat pięćdziesięciu.
Trzy tak nakreślone sylwetki
z minionej epoki Polski Ludowej, poza istotnymi różnicami, jakże wiele łączy. Wydawało się im, że już jest ten tak społecznie wymarzony nowy ustrój, a okazało się, że pogoń za nim, w której przecież aktywnie uczestniczyli, przypominała wydarzenia z filozoficznego dramatu Samuela Becketta, gdzie Godot, który ma być zbawieniem, nigdy nie nadchodzi. Stało się bowiem oczywistym, że nie na taką realizację rozwiązań ustrojowych polskie społeczeństwo oczekiwało pod koniec XX wieku.
Od początkowych lat PRL
przejawiał się, w rożnej formie i stopniu, krytyczny ogląd realizowanego ustroju, odnajdujący się m. in. w tzw. kręgach rewizjonistycznych (na ogół byłych aktywnych działaczy partii), które jakoby chciały przekreślić wielki dorobek Polski Ludowej i skierować ją na niewłaściwą, wrogą stronę. Wszelkie bowiem krytyczne, nieprzychylne, bardziej lub mniej publicznie wyrażane oceny na temat rzeczywistości i roli w niej PZPR nie były do przyjęcia przez partyjnego hegemona, grożąc mu ograniczeniem jego roli. W miarę mijanych lat, z różnych względów i uwarunkowań, zwalczanie takich poglądów łagodniało, a w latach 80. zyskały nawet prawo otwartego istnienia i nowe określenie jako postawy reformatorskie. Nie prezentowały publicznie, do pewnego czasu, socjaldemokratycznej wizji naszego ustroju, gdyż przekraczało by to niebezpiecznie realne i umowne granice – wyobrażenia i interesy liczącej się części aparatu władzy, szeregu obowiązujących ekonomicznych dogmatów, niewykształconej demokratycznej świadomości społeczeństwa, a przede wszystkim stanowiska KPZR i ewentualnej reakcji ZSRR.
Nadszedł już dużo wcześniej czas,
w którym dotychczasowe możliwości rozwojowe PRL realizowane w ściśle określonych, dotychczasowych ustrojowych ramach, zostały wyczerpane i zahamowane.
Znałem dobrze, nie raz spotykałem się, rozmawiałem i współpracowałem z wieloma czołowymi postaciami prezentującymi progresywne poglądy i postawy na rzecz fundamentalnych zmian politycznych, zapewniających krajowi warunki i perspektywy na europejskim standardzie. Byli i są wśród nich m. in.: Kazimierz Barcikowski , Krystyn Dąbrowa, Józef Klasa, Hieronim Kubiak, Andrzej Kurz , Mieczysław Rakowski , Marian Stępień i szereg innych. Prawie wszyscy pochodzili z chłopskich, robotniczych czy też nauczycielskich rodzin, awans społeczny umożliwiła im Polska Ludowa, w której przez lata pełnili ważne i decyzyjne funkcje, co przy wysokim wykształceniu, nabytym doświadczeniu i otwartości na nowe wyzwania owocowało imperatywem nieodzownych przeobrażeń.
Nie czekali na Godota,
wiedzieli, że taki, nadal teoretycznie-propagandowo kreowany, nigdy nie nadejdzie. Obracali się w realnym świecie, pragnęli dokonać zasadniczych zmian ustroju i koniecznego, innego urządzenia lewicowych idei w Polsce. Spóźnili się z wielu powodów, przegrali, wszyscy także doznaliśmy porażki, bo to nie lewica kreowała proces transformacji Polski w 1989 roku. A może było to, w polskich, specyficznych warunkach i okolicznościach, poza naszym wspólnym zasięgiem? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi.
(Fragment z przygotowywanej książki „Wspomnienie z galaktyki Koziorożca”)

Dwie dwudziestki według Szczepana Sadurskiego

Krótkie i kolorowe, acz subiektywne, podsumowanie mijającego, nader dziwnego, 2020 roku. Roku maseczek, kopertowych wyborów tu i ówdzie, łamiącej ręce policji oraz Ziobry.

Mijający rok w Polsce warto w miarę sensownie i na trzeźwo podsumować. Nie umie zrobić tego Morawicki, to podsumuje za niego podrzędny sowizdrzał Sadurski. Skoro nie będzie szopki, padł pomysł, żeby wybrać najlepsze rysunki drukowane w Trybunie, po jednym z każdego miesiąca. Mógłby wybrać red. nacz. Gadzinowski. Pewnie wybrałby lepsze, ale jak zwykle jest bardzo zajęty albo mu się nie chciało.
Jak wybrać 12 najlepszych rysunków, z ćwierci tysiąca wydrukowanych w (prawdopodobnie) najgorszym roku mijającego tysiąclecia? Z tych które ukazały się w mojej autorskiej rubryce na stronie 2, na mniej więcej 60-ciu na okładkach, plus ilustracje do tekstów? Wybór arcy subiektywny, ale może kilka osób się uśmiechnie i powspomina jaki to był dziwny (i ciekawy) rok. Przy okazji wspominania mijającego roku, nasunął mi się pomysł na ten tekst.
Ile razy w ostatnich latach na scenie politycznej działo się coś ciekawego, nikt nie chciał pokazywać moich rysunków. Jak było nudno – akurat wtedy chcieli. Wreszcie się udało: dzieje się dużo, że tylko satyrycznie komentować. Los chciał, że trafiłem do Trybuny. A ponieważ Covid na spółkę z Morawieckim i PiS-em zamrozili wszystko co się nad Wisłą rusza, włącznie z karykaturzystami rysującymi na eventach, miałem wystarczająco dużo czasu, aby na bieżąco to wszystko komentować.
Może niektórzy czytelnicy sądzą, że zostałem nadwornym karykaturzystą prezydenta (powinien mi płacić, że go wciąż rysuję) albo czerpię z ukrytego funduszu PiS, rządu lub jakiejś spółki skarbu państwa, bo rządzących też na okrągło w Trybunie uwieczniam. Zresztą wystarczy przejrzeć zestaw rysunków umieszczonych obok. Zwyciężyli ex aequo Morawiecki i Kaczyński (sorry, powinienem zmienić kolejność, ale nie jestem Kurskim ani Karnowskimi). Trafili na obrazki po pięć razy. Na podium załapał się też Duda, podobno prezydent. Reszta daleko w tyle, bo sobie widocznie nie zasłużyli. Miękiszon raz się załapał, przechodząc tym samym wbrew sobie i dzięki Sadurskiemu do historii prasy lewicowej.
Mijający rok, to straty nie tylko restauratorów, hotelarzy, sklepikarzy, branży turystycznej, transportowej i wielu innych branż. Także karykaturzystów i satyryków. Tych jest o wiele mniej niż choćby kominiarzy, więc nie ma szans, żeby protestować, bo i tak władza ich nie wysłucha. Nie mówiąc o tym, że satyryków potraktuje poważnie. 95% strat rok do roku, to wg. (podobno) obiektywnego algorytmu za mało, żeby dostać jakiekolwiek rządowe / unijne wsparcie. Dlatego w 2020 r. z najlepiej zarabiającego karykaturzysty zostałem najczęściej publikowanym karykaturzystą w Polsce, dzięki Trybunie. Zawsze to coś i wnukom można będzie opowiadać. A jeśli jakimś cudem lewica znów dojdzie do władzy, mam prośbę o jakieś konkretne stanowisko, niekoniecznie premiera czy ministra.
Na końcu życzę sam sobie (a przy okazji osobom, które to czytają), żeby w przyszłym roku było mniej tematów do skomentowania. Żeby była mądra władza, co słucha lud. Która przestrzega konstytucji i nie śmieje się z prawa. Przestrzega wyroków sądowych wydanych zgodnie z prawem Polski i Unii Europejskiej, zamiast karać sędziów za uczciwą pracę. Żeby władza nie wmawiała nam, że 500 zł to mnóstwo pieniędzy i dzięki temu rodzi się więcej Polaków, którzy będą kiedyś łożyć na nasze emerytury. Żeby było mniej podatków i opłat, skoro jest tak wspaniale, tak dużo pieniędzy w budżecie i złota w banku centralnym, że nie potrzeba nam już pieniędzy z UE. Żeby Polak znów mógł rozmawiać z Polakiem, a ksiądz pedofil z ofiarą swojej chuci. Żeby polscy policjanci nie łamali kobietom rąk, nie bili je pałami i nie urządzali ulicznych łapanek. Żeby znów zajmowali się ściganiem złodziei, a nie byli żoliborskimi ochroniarzami. Żeby TVP bez wstrętu znów chcieli oglądać wszyscy Polacy, nawet ci chorzy na raka. Żeby lekarze i nauczyciele zarabiali godnie, a ich praca była doceniana. Żeby raz na zawsze skończyć z wykopywaniem ofiar pewnej katastrofy lotniczej. Żeby rozliczyć tych, co przekręcili ciężko zarobione pieniądze kilku ostatnich pokoleń Polaków.
Wiem, takie życzenia możemy sobie teraz między bajki z krasnoludkami włożyć. Dlatego nie ma szans na to, żeby satyrykom zabrakło weny w nadchodzącym roku. I nie ma szans, żeby Trybuna nie miała ochoty drukować celnych rysunków piętnujących głupotę władzy i artykułów takich, jak drukuje obecnie. Przynajmniej aż do czasu, gdy Obajtek na kosmiczne pieniądze jej nie kupi. Bo wtedy połowa Polaków będzie musiała na dobre ze swego kochanego kraju wypier****ć. Razem z niżej podpisanym.

„Szare na złote” czyli „wedle stawu grobla”

Ten tom serii poświęcony jest cywilizacyjnej aktywności Polaków w okresie PRL, na ogół odbiegającej od poziomu europejskiego, ale cennej i zazwyczaj pożytecznej.

Mowa jest więc m.in. o pierwszym polskim komputerze skonstruowanym w 1958 roku. Dalej, o najlepszym komputerze w RWPG, jaki powstał na początku lat siedemdziesiątych we Wrocławiu w ośrodku ELWRO. O niesławnym niestety zduszeniu przez biurokrację „rewolucji informatycznej inżyniera Karpińskiego”.
O stworzeniu w 1979 roku systemu PESEL, który powstał w resorcie spraw wewnętrznych, by po latach stać się zalążkiem nowoczesnej e-administracji.
O „wideorewolucji w PRL”, która spowodowała zalew polskiego rynku pirackimi często kasetami z filmami i których masowa percepcja miała istotny wpływ na postawy wielu Polaków.
O masowym instalowaniu telewizyjnych talerzy odbiorczych, który miał wpływ na przełamanie monopolu informacyjnego państwa.
O profesorze Janie Mollu, który w 1969 przeprowadził pierwszą próbę przeszczepienia serca.
O doktorze Włodzimierzu Fijałkowskim, który w 1957 roku uruchomił w Łodzi pierwszą w Polsce szkołę rodzenia.
O antynowotworowym „elixirze” profesora Jana Tołpy.
O pierwszym polskim polskim kosmonaucie Mirosławie Hermaszewskim.
O otwarciu tzw. „gierkówki”, czyli dwupasmowej trasy Warszawa-Katowice, namiastki autostrady.
O rekordzie Polskiego Fiata 125 p w jeździe długodystansowej.
O historii trójmasztowca „Pogoria”.
O niezwykłej karierze „Paprykarza szczecińskiego”.
O polskim patencie na grę w ringo, która stała się tematem jednej z popularnych piosenek.
O najsłynniejszym długopisie Polski Ludowej, typu Zenith, który produkowano w Częstochowie według technologii otrzymanej z Chin.
Kiedy się dziś spojrzy na te wszystkie wydarzenia, wynalazki, formy aktywności to uderza fakt, będące często jedynie namiastkami i ersatzami, to widać jednak większą niż dziś kreatywność polską, chęć przełamywania niemożności i luki dzielącej nas od świata zachodniego. W dzisiejszej Polsce dużo trudniej wskazać takie przykłady brawurowych inicjatyw, aby wyskoczyć „ponad poziomy”.
Dziś Polacy jako całość są raczej biernymi konsumentami produktów będących rezultatem cudzych technologii, a polskie ambicje w podnoszeniu cywilizacyjnym kraju są – generalnie – znacznie słabsze niż w „szarym PRL”.
Lektura tej książki prowadzi też do wniosku, że choć PRL nie była, z różnych powodów, przede wszystkim braku kapitału, dobrym polem do skutecznej aktywności cywilizacyjnej bardzo często, choć nie bez licznych wyjątków, starała się jej jednak sprzyjać, a co najmniej nie przeszkadzać. Przeczy to mitowi, jakoby PRL była „czarną dziurą”, w której żadna pożyteczna aktywność cywilizacyjna nie była możliwa, choć działo się to zgodnie z zasadą „wedle stawu grobla”.
„Szare na złote, czyli Polak potrafi”, Kolekcja Prenumeratorów Wyborczej, tom 4, Warszawa 2020, str. 155, ISBN 978-83-268-3401-1

O pamięć o Norwidzie

Dwadzieścia lat temu, jesienią 2000 roku, wobec zbliżającej się 180. rocznicy urodzin Cypriana Norwida i 100. rocznicy wskrzeszenia obecności poety w polskiej kulturze (pierwszy numer „Chimery” Zenona Przesmyckiego) wystąpiłem na łamach „Trybuny” z inicjatywą ogłoszenia roku 2001 Rokiem Norwidowskim.

Wnet też wraz z wybitnym scenografem, a podówczas także znakomitym szefem wydziału kultury w samorządzie Mazowsza – Mariuszem Chwedczukiem oraz prężną animatorką kultury Ewą Czeszejko-Sochacką utworzyliśmy we trójkę Komitet Inicjatywny Obchodów Roku Norwidowskiego, nad którymi to obchodami szybko zgodził się objąć patronat zawsze podobnym sprawom życzliwy Prezydent Aleksander Kwaśniewski. Nie odmówił też nam swego cennego wsparcia „Naczelny Powiernik Spraw Norwidowskich” (określenie Stanisława Pigonia), czyli bardzo już wówczas sędziwy Juliusz Wiktor Gomulicki.
Rocznicowe inicjatywy, zwłaszcza w rodzinnych stronach poety – na Mazowszu, którego sejmik, kierowany przez Włodzimierza Nieporęta, przyjął stosowną uchwałę, posypały się jak z rogu obfitości. Biblioteka Narodowa pod wodzą swego dyrektora Michała Jagiełły błyskawicznie zorganizowała specjalną trzydniową wystawę autografów, rysunków i grafik Norwida, na której „nastrój panował taki, jak na pierwszej ekspozycji powojennej w Muzeum Narodowym w 1946 r., o której Jan Cybis mówił, że oglądano ją w ogromnym skupieniu i mówiono tylko szeptem”; zaraz potem oryginalne i okazałe Norwidowskie ekspozycje przygotowali Janusz Pulnar w kierowanym przez siebie Muzeum im. Malczewskiego w Radomiu oraz ekipa warszawskiego Muzeum Literatury im. Mickiewicza, gdzie osobistą pieczę nad licznymi rocznicowymi przedsięwzięciami wzięli na swe barki dyrektorzy Janusz Odrowąż-Pieniążek i Elżbieta Banko-Sitek.
Wielce radował gremialny i bardzo twórczy (warsztaty, konkursy recytatorskie i plastyczne, publikacje) udział młodzieży, mądrze inspirowany i koordynowany przez pedagogów stołecznego XXIV Liceum Ogólnokształcącego im. Norwida, Marię Rybińską i Ewę Sołtan, które to liceum stało się też gospodarzem I Ogólnopolskiego Zlotu Szkół Imienia Norwida. Edward Pałłasz i Krzysztof Knittel skomponowali cykle pieśni do wierszy Norwida, których prawykonanie odbyło się w Zamku Królewskim; warszawski Teatr Polski dał premierę „Nocy tysiącznej drugiej” i „Miłości-czystej u kąpieli morskich” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego; specjalne Norwidowskie numery przygotowały „Twórczość”, „Poezja Dzisiaj”, „Przegląd Humanistyczny” i „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”; wyszły książki: Wojciecha Siemiona „Lekcja czytania. Norwid” i Aleksandry Melbechowskiej-Luty „Sztukmistrz”. Mazowszu pozostały też z roku Norwidowskiego 2001 ustanowione wówczas i przyznawane po dziś dzień doroczne Nagrody im. Norwida w dziedzinie literatury, muzyki, sztuk plastycznych i teatru, zaś jego stolicy – ufundowana przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy tablica na fasadzie Pałacu Zamoyskich przy Nowym Świecie 69, upamiętniająca wydarzenia z 1863 roku, które dały asumpt do powstania Norwidowego „Fortepianu Szopena”.
Zawstydziwszy się swej początkowej bezczynności, do obchodów włączyło się też ówczesne AWS-owskie Ministerstwo Kultury, między innymi organizując przewiezienie do Polski urny z ziemią pobraną ze zbiorowego grobu w Montmorency, w którym spoczywały szczątki poety i złożenie jej w Krypcie Wieszczów w katedrze na Wawelu. Za granicą najbardziej bodaj ważkie przedsięwzięcie miało miejsce w Rosji – a było nim opublikowanie najobszerniejszego (ponad czterysta stron) w całych dziejach zagranicznej recepcji poety tomu przekładów z Norwida, zatytułowanego „Pielgrzym czyli Ostatnia z bajek”, a przygotowanego przez Andrieja Bazilewskiego i wydanego przez jego moskiewską oficynę „Wahazar” przy walnym wsparciu Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku (w czym wydatnie zasłużył się Janusz Rohoziński, a co do dziś pozostaje wzorcowym przykładem udziału prywatnego polskiego podmiotu w zagranicznej promocji naszej kultury).
Rok 2021, w który teraz wkraczamy, będzie Norwidową rocznicą jeszcze bardziej zobowiązującą, bo dwusetną. Mówi się wszakże o niej i pisze jak dotąd niepokojąco niewiele; stosunkowo cicho było też wokół ustanawiającej Rok Norwidowski 2021, a podjętej w końcu listopada uchwały Sejmu RP, jak i wokół późniejszej o tydzień podobnej uchwały Senatu.
Przydał zresztą Norwidowi Sejm na ów rok dość liczne, choć zacne towarzystwo, zapowiadając równoczesne uczczenie stulecia urodzin Stanisława Lema, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza; ponieważ zaś w dzisiejszej Polsce każde ludzkie zbiorowisko musi mieć swego kapelana, dorzucono do tego grona kardynała Stefana Wyszyńskiego, odwołując się do 120-lecia jego urodzin i 40-lecia śmierci; zapomniano za to o 100-leciu śmierci „bodaj najtęższej w literaturze światowej autorki teatralnej” (określenie Stanisława Marczaka-Oborskiego) czyli Gabrieli Zapolskiej.
Sejmowa uchwała o Norwidzie, wśród inicjatorów której było sporo posłów z Konfederacji (być może dlatego, że jeden z nich jest synem znanego inscenizatora, komentatora i popularyzatora twórczości poety, Kazimierza Brauna) skropiona została oczywiście wodą święconą: skwapliwie głosiła, że Norwid był „świadomym oraz głęboko wierzącym katolikiem” (jakby na tym właśnie zasadzała się jego wielkość) i nie zaniedbywała przywołania opinii „Świętego Jana Pawła II” (którego polska katoprawica zwykła cytować częściej niż w ZSRR cytowano Lenina, choć akurat w tym wypadku ze względu na szczególny stosunek Wojtyły do Norwida można jej to wybaczyć).
Do tego sejmowa uchwała zawierała oczywistą dezinformację, komunikując, jakoby Norwid „w 1855 r. uznany przez zaborcze władze rosyjskie za politycznego wygnańca do Polski nie mógł już powrócić”; rzecz miała się całkiem inaczej – to sam Norwid, dobrowolnie opuściwszy kraj, nie chciał do Królestwa Polskiego wracać, ani – choć otrzymywał urzędowe wezwania – przed rokiem 1855, ani później, gdy jak jego brat Ksawery mógł skorzystać z ogłoszonej przez Aleksandra II w roku 1856 amnestii (w jednym z listów uznał ją za „przebaczenie… tak jakby zbiegłym niewolnikom jako rzecz należącym do panów”).
Dość kuriozalny był też komunikat o Norwidowskiej sejmowej uchwale opublikowany przez pisowską PAP: zamiast po przytoczeniu fragmentów dokumentu podać choćby parę konkretów o planowanych przedsięwzięciach, koncentrował się na obronie zakonnic prowadzących paryski przytułek, gdzie Norwid zmarł, przed „niezasłużonym cieniem”, jaki przez lata rzucał na nie zarzut spalenia pozostałych po poecie, a uznanych za bluźniercze papierów; można było odnieść wrażenie, że dla PAP w przeddzień Roku Norwida ważniejsza aniżeli sam twórca i jego dzieło jest reputacja przytułkowych sióstr szarytek…
Skądinąd jednak być może na szczeblu centralnym takiego planu jubileuszowych działań wciąż nie ma – do podobnego podejrzenia upoważnia choćby indolencja okazana podczas niedawnych ważnych rocznic Sienkiewicza i Moniuszki; mało też prawdopodobne, by twórczość autora „Promethidiona” mogła budzić szczere uznanie i entuzjazm u decydentów pokroju Glińskiego czy Czarnka. Na szczęście są też samorządy – jeszcze przed uchwałami obu izb parlamentu list intencyjny w sprawie obchodów 200-lecia Norwida podpisały trzy mazowieckie powiaty (Wyszków, Wołomin i Węgrów) oraz cztery gminy (Zabrodzie, Wyszków, Dąbrówka i Strachówka) z okolic, gdzie Norwid przyszedł na świat i spędził dzieciństwo. Ufać też trzeba, że nie osłabnie oddanie i energia zespołu badaczy, od lat przygotowujących siedemnastotomowe krytyczne wydanie dzieł poety.
Bo takiego krytycznego wydania Norwid wciąż nie ma – podobnie jak nie ma na przykład własnego muzeum. Ma parę pomników i popiersi – aż dwa w Wyszkowie, najokazalszy w Lublinie. Ale na godny pomnik dla Norwida (bo ma tu tylko niewielką statuę w Łazienkach) powinno się przecież wreszcie zdobyć miasto, z którym w Polsce był związany najsilniej – Warszawa; opinia publiczna domaga się tego od lat. Na kolejny monit w tej sprawie, jaki niedawno wystosował Związek Literatów Polskich, biuro kultury stołecznego magistratu zareagowało informacją, że jakoby kilkanaście lat temu ustalono już (zresztą, jak można sądzić, bardzo niefortunną i wymagającą korekty) lokalizację takiego monumentu, nie wyjaśniło wszakże, dlaczego od tamtej chwili niczego więcej nie uczyniono.
Pomnik wielkiego polskiego twórcy, którego wysokie przesłanie pozostaje wciąż wyjątkowo aktualne, którego poetyckie słowo wciąż poraża siłą swej nowatorskiej inwencji, od którego cała polska kultura tak wiele zaczerpnęła, powinien stanąć w punkcie naprawdę reprezentacyjnym („bo nie jest światło, by pod korcem stało”), a zarazem mocno związanym z jego biografią – dla mnie takim wydaje się zbieg ulic Andersa i Solidarności koło placu Bankowego, ściślej skwer przy kinie Muranów w bezpośrednim pobliżu miejsca, w którym w 1836 roku zamieszkał, skąd mógłby spoglądać w kierunku swego równie wielkiego kolegi Juliusza Słowackiego.
Oby w nadchodzącym Roku Norwidowskim coś naprawdę w tej sprawie zrobiono!

Księga Wyjścia (68)

Ballada o łzach Kaukazu i afrykańskiej krwi.

No i znowu przypadek zmienił moje plany. Bylem przekonany, że tym razem napiszę felieton o wyznaczonym czasie, oddam w terminie i następnego dnia będzie już w kioskach.
Zaplanowałem sobie już nawet treść, w jakimś świątecznym klimaci, przepełniony życzeniowego myślenia – typu, oby ludzie żyli dostatnio, i szybko uwolnili od Covida. Żeby byli wolni od wojen, głodu, nędzy i bezdomności.
Myślałem, że może ewentualnie napiszę jakieś podsumowanie wydarzeń mijającego roku. Chciałem chociaż tym razem zrobić coś, tak jak wszyscy. Wprawdzie od lat nie obchodzę, ani świąt, ani sylwestra, to owczym pędem, śladami innych publicystów, naprawdę chciałem zrobić wyjątek, złożyć życzenia i obwieścić czytelnikom – wesołych świąt i szczęśliwego nowego roku.
Wszyscy przecież tak mówią (piszą), wiec wszyscy to powielają. Generalnie mało ich potem to obchodzi, ale są święta, wiec publicyści składają życzenia.
Przykleimy wiec wszyscy grymas z zakrzywionymi ku górze kącikami ust, kiedy ściskając się z bliższą i dalszą rodziną będziemy w myśleć – „cholerna ciotka, czy aby nie ma Covida? Albo: „Zarazi mnie ten wujo opłatkiem, czy on choć raz w życiu umył łapy?”. „I jeszcze z tą obleśną kuzynką trzeba się wyściskać”. Ale tego nie powiemy, grymas będzie trwał do końca spektaklu. Uśmiechamy się pomimo odruchu wymiotnego i potem jeszcze na pożegnanie utwierdzamy w przekonaniu, jak cudownie spędziliśmy wieczór, przybieramy pozę głębokiego zainteresowania losem kogoś, kim w normalnym dniu nawet byśmy sobie głowy nie zawracali. Są jednak święta, wiec odgrywamy ten coroczny teatr rodzinnych kłamstewek, familijnych oszustw i ogólnej hipokryzji.
W miarę wypitego alkoholu atmosfera będzie się oczywiście rozluźniać, rodzinne niesnaski znikną, a i ten Covid nie taki straszny – o czym przekona nas kolejny wypity kieliszek, pod toast typu „oby nam się”, „żeby ten nowy rok był lepszy” wszystko to przeplecione rozmowami, w których każdy się chwali każdemu usiłując jakkolwiek zaimponować czymkolwiek, najlepiej kasą, trzeba też obgadać nieobecnych, ustalić przyczyny nieobecności lub niepowodzenia. Bo mamy taką tendencję, że zawsze lepiej wiemy jak ma żyć ktoś inny, chociaż sami nie dajemy sobie rady w świecie.
Tak mniej więcej wygląda tradycyjna polska wigilia, Wielkanoc czy nowy rok. Rano oczywiście kac, postanowienia noworoczne tracą ważność już drugiego, góra trzeciego dnia stycznia. I całe święta.
Zdarzają się niekiedy rodzinne awantury czy skrywane waśnie, jeśli pojawi się impuls, który je wywoła, co w połączeniu z alkoholem daje mieszankę wybuchową.
Zwykle kończy się jedynie na „bijatyce” werbalnej, ale zdarzają się też rękoczyny. W tym roku może być ich więcej, stoły podzielą się na zwolenników teorii lansowanej przez znaną polską piosenkarkę i niektórych liderów politycznych, i tych którzy ufają wiedzy naukowców i stosują ich zalecenia pandemiczne.
Awantura potrwa chwilę, by w efekcie po kolejnej butelce doprowadzić do wspólnej konkluzji, że „Polaka nic nie ruszy”. Ogólna buźka i wszyscy się kochają, no to „się w ten głupi dziob”, „chluśnięciami bo usuniemy” itp. Trywialność, powtarzalność i hipokryzja takich imprez jest odrażająca. Dlatego znacznie bardziej cenię sobie święta spędzone samotnie, w zaciszu własnych czterech ścian niewielkiej kawalerki.
Nie mogę się powstrzymać, by nie opisać Wam jak wyglądają toasty na Kaukazie. Wspomniałem o tym w reportażu, ale tutaj nieco rozwinę ten fenomen. O ile w Polsce mężczyzna musi pić (chyba że zaszyty) kląć i skrywać wszelkie emocje czy uczucia, udawać obojętność na wzruszenia i opowiadać o kozackich wyczynach. To mężczyzna na Kaukazie podczas tych uroczystości opowiada publicznie co mu leży na sercu, co wzrusza. Tam uroczysta jest każda wspólna kolacja, wszyscy siadają do stołu, ważna jest rozmowa, nawet banalna, to jednak dzielą się wrażeniami, nie wstydzą uczuć a toast to cała ceremonia.
Można go wznosić czymkolwiek – absolutnie nie musi być to alkohol, może być sok, kawa, czy też zwykła woda. Gdy ktoś wstawał z naczyniem w dłoni, inni przerywali rozmowę i robili dokładnie to samo. Podczas toastu opowiadał co go do tego skłoniło, za co, za kogo, na jaką cześć czy z jakiej okazji go wznosi. Mówili długo.
Wszyscy w powadze i milczeniu uważnie słuchali, bywało, że mówiącemu pojawiały się w oczach łzy, zwłaszcza teraz, gdy przywoływali wspomnienia z ostatniej wojny w Arcachu (Gorski Karabach) mówili o swoich bliskich, których stracili, inni rownież zaczynali mieć „szklane oczy. Nikt nie ośmielił się przerwać, powiedzieć: „nie użalają się nad sobą”, „weź się w garść”, „nie bądź babą” czy nawet „będzie dobrze” nikt nie mówił nic, poza wznoszącym toast. Wszystko w mistycznej atmosferze, jakże rożne od naszych toastów – myślałem za każdym razem. Wypowiedziane głośno przez twardych i odważnych kaukaskich mężczyzn emocje i uczucia wcale nie ujmowały im męskości. Dlaczego wiec w naszej kulturze jest to niemal zakazane? Dlaczego wrażliwy facet mówiący głośno o swoich emocjach wrzucany jest do szufladki „słaby”? Tyle o pięknych toastach, Sadziłem, że święta spędzę na pisaniu artykułów z wojny i reportaży zarówno z życia mieszkańców kraju. Cieszyłem się nawet, ze w tak fajny sposób spędzę święta. Ledwo doszedłem do siebie po podróży, jeszcze do końca nie rozpakowałem plecaka, gdy znowu przypadek wywalił moje plany do góry nogami.
Zadzwonił telefon, a ja bez zastanowienia krzyknąłem w słuchawkę – pewnie, jadę!!!
Za kilkanaście godzin wylatuję więc do Afryki. Ucieszyłem się jeszcze bardziej, że czas ten spędzę odcięty od wszelkich wiadomości i telefonów z życzeniami.
Chyba, że będzie tam internet. Sytuacja wydaje się trochę surrealistyczna. Jeszcze nie zdążyłem dojść do siebie po powrocie z Armenii i Republiki Arcachu, gdy dotarła do mnie wiadomość, że jeśli chcę i nie mam innych planów to mogę poleciec do Bangi – stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej.
Nawet gdybym miał jakieś plany, to taka oferta przebija wszystkie. Nie obyło się bez schodów, dowiedziałem się jak zawsze w ostatnim momencie czyli pięć dni przed odlotem, musiałem porobić odpowiednie szczepienie i badanie na Covid PCR.
A badania i szczepienia? Przy odpowiedniej determinacji można osiągnąć niemal wszystko. Załatwiłem to w dwa dni. Znalazłem tylko jeden ośrodek w województwie, który miał ostatnią taką szczepionkę. Natychmiast zarezerwowałem i następnego dnia byłem na miejscu.
Są oczywiście przychodnie medycyny podróży, gdzie takie szczepienia zrobią, tylko nikt nie przechowuje ich na zapas. Zwykle ,zwykle planuje się wcześniej takie wyjazdy. Przychodnia ma czas, by to sprowadzić. Pierwszy raz mieli kogoś, kto wpadł, powiedział, że musi bo zaraz leci. Popatrzyli trochę jak na idiotę. Lekarka próbowała nakłonić mnie jeszcze na kilka innych, dodatkowych szczepień, uznałem to jednak za stratę czasu i pieniędzy. Każda z nich, to przynajmniej kilkaset złotych.
Zredukowałem sobie ich liczbę do niezbędnego minimum przekroczenia granicy. Zrezygnowana lekarka wcisnęła mi jeszcze receptę na leki przeciw malarii, ale widząc jak niechlujnie wepchnąłem ją do kieszeni, zrezygnowana zaproponowała żebym chociaż spray od insektów i dała mi ulotkę, ale ograniczony budżet także podpowiedział mi, by wyrzucić ją w najbliższym koszu i zwyczajnie nie myśleć za dużo.
Tak więc z odrobiną szaleństwa – kierunek Republika Afryki Środkowej, gdzie 26 grudnia będą wybory. Mimo, że od lat trwa tam bardzo krwawy konflikt wewnętrzny, to praktycznie niewiele osób o tym wie. Znakomita większość rodaków, musi spojrzeć na mapę, by upewnić się, że faktycznie takie państwo istnieje. A istnieje, w samym środku tego kontynentu. Od lat trwa tam wojna domowa, ale jakoś niespecjalnie przykuwa to uwagę mediów. Może nie mają ropy? Chociaż podobno koncerny francuskie wciąż ją eksploatują. Ponoć są miejsca, których jeszcze nie skakał człowiek swoimi maszynami, a pod ziemią wszelakie dobra od złota, przez ropę i cholera wie co jeszcze.
Gdy mówiłem znajomym, że lecę do Republiki Środkowej Arfryki, pytali „ale której”. Oczywiście niemal każdy wymieni kilkanaście, państw afrykańskich. Od Maroko, przez Egipt, Etiopię, Czad, Nigerię, Kongo i wszelkie inne większe lub mniejsze atrakcje turystyczne. Ten niewielki, bo niespełna pięciomilionowy kraj okazuje się, że raczej nie jest powszechnie znanym miejscem.
Nie ma dostępu do oceanu, żadnego większego jeziora czy choćby Morza Śródziemnego, próżno szukać atrakcji, a trwająca od lat wojna domowa, która wykrwawia mieszkańców, skutecznie zniechęca biura podróży do wysyłania tam swoich rezydentów. Jest tam jedynie kilka niewielkich parków narodowych lokalna katedra Notre Dame i cała masa uzbrojonych, szalonych i żadnych władzy ludzi.
Natomiast państwa, które tak chętnie interweniują na całym świecie w przestrzeń bogatą w złoża, od ropy po złoto czy diamenty, tu nie widzą specjalnego interesu. Może te złoża nie są aż tak wielkie?
Wyzwolona w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku francuska kolonia, ma niepewne złoża, w obecnej sytuacji ryzykownym jest wysyłanie tam badaczy czy naukowców. Żeby światowe koncerny zechciały zwrócić uwagę na problem mieszkańców. Sam wewnętrzny konflikt, który wyniszczył ten rejon, musiałyby mieć gwarancję wyłącznego dostępu do złóż, ale ponieważ nie bardzo wiadomo jakie są te zasoby, lepiej zaangażować machinę światowej propagandy i wszystkie serwisy informacyjne w pewniejsze miejsca . Gdyby przynajmniej mieli białych misjonarzy.
Chyba już kiedyś pisałem, że ten świat niespecjalnie mi się podoba. Coś trzeba z tym zrobić. Zacznę od relacji z Bangui i konfliktu, chociaż i tak w meistrimie nikt tego nie zauważy. Jeśli tylko mi się uda, napiszę relację stamtąd.
Gdy to czytacie jestem już w Afryce. Do kolejnego przeczytania na łamach.

40 WST: Kobiety rządzą

To było do przewidzenia, po latach teatralnego patriarchatu wahadło musiało się wychylić w drugą stronę. Po długotrwałej walce teatr dopuścił do głosu kobiety.

A w każdym razie uczynili to organizatorzy jubileuszowych 40. Warszawskich Spotkań Teatralnych, podczas których głos kobiet wybrzmiał najmocniej, a większość spektakli złożyła się na zbiorowy portret kobiecości w jej najrozmaitszych wymiarach, rolach i przejawach. Zapowiadał to już mocny początek festiwalu – „Fedra” Racine’a w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego z Teatru Wybrzeże, w której wybitną kreację udręczonej namiętnością kobiety stworzyła Katarzyna Figura. W tym samym spektaklu zaznaczyły się jeszcze dwie silne osobowości kobiece: władczej i mściwej Arycji Katarzyny Dałek i oddanej powiernicy Enony w porywającej interpretacji Krzysztofa Matuszewskiego. Ta ostatnia rola wymaga chwili uwagi. Przypomina bowiem, że „aktor nie ma płci”, jak lubią powtarzać reżyserzy, a mówiąc inaczej, że dla aktorki/aktora płeć nie może być przeszkodą. Na tym samym przeglądzie pod sam koniec zobaczyliśmy Agnieszkę Kwietniewską, która przekonująco znalazła się w roli Kurta Gerrona. Nie pierwszy raz Kwietniewska mierzyła się z męską postacią, by przypomnieć jej tytułowego bohatera w „Komediancie” Thomasa Bernharda (Teatr im. Jaracza w Łodzi, 2016).
Nie tylko początek, ale niemal cały przegląd należał do kobiet. Wyjątek stanowiła
Historia przemocy,
w której głos oddano mężczyźnie. Ale nieheteronormatywnemu. Ewelinia Marciniak z aktorami Teatru w Gnieźnie, odwołując się do powieści wschodzącej gwiazdy literatury francuskiej Édouarda Louisa, stworzyła spektakl o atakującym ludzi bakcylu nienawiści. Uciekając od dosłowności, dzięki radykalnym środkom inscenizacyjnym (przez cały spektakl scenę zalewają strugi deszczu, a aktorzy nurzają się w wodzie), nadała historii homoseksualnego gwałtu na młodym geju z prowincji ( który osiadł w Paryżu, aby zaznać swobody), wymiar symboliczny.
Spektakl pokazywany dzisiaj w Polsce wybrzmiewa mocniej niż nad Sekwaną. Chociaż… I we Francji odrodziły się objawy nienawiści do mniejszości – na tle rasowym. Konflikt między Edouardem a Gezą wyrósł z zastałych niechęci, lat pogardy i utrwalonych stereotypów, które pozwalają „prawdziwym” Francuzom odróżniać się od przyszywanych. Tam już nie chodzi o LGBT, jak w Polsce, ale o zaszłości rasowe. Zawsze się znajdzie jakiś obcy do bicia. Zawsze jakiś obcy weźmie odwet.
Jak widać „Historia przemocy” rymuje się z opowieściami o przemocy, które mocno wybrzmiały w spektaklu Teatru Nowego Proxima z Krakowa,
Kobiety objaśniają mi świat
w reżyserii Iwony Kempy. Spektakl powstał niemal dwa lata temu (premiera 26 stycznia 2019), a wydaje się jakby był komentarzem albo raczej dokumentacją uzasadniającą falę protestów, jaka teraz przelewa się przez Polskę. Co prawda nie ma w nim bodaj ani słowa o aborcji (a zwłaszcza prawie antyaborcyjnym), ale mowa o przemocy, opresji, lęku, wykluczeniu, marginalizacji, poczuciu niższości, jakie staje się udziałem wielu kobiet – bez przebóstwiania, bo i kobietom się tu dostaje, nie wszystkie są anielicami.
Widzów ogarnia przemożne wrażenie niezwykłej aktualności, nawet okrzyk wznoszony na koniec przez Martynę Krzysztofik: „Trzeba to wszystko rozpier…” jako żywo przypomina hasło na transparentach Strajku Kobiet. Spektakl okazał się więc proroczy i gorący.
Utrzymany jest w konwencji koncertu (aktorki śpiewają m.in. utwory Niny Simon czy Patii Smith), przeplatanego wyznaniami kobiet, czerpanymi z rozmaitych zapisów dokumentalnych – to ważne, że autorki scenariusza sięgają do autentycznych źródeł – a przy tym tak konstruują całość, że rezonuje z tym, co dzieje się za oknem.
Do tego wszystkiego spektakl bywa ogromnie śmieszny, choć i szalenie smutny, nawet tragiczny. Iwona Kempa porusza rozmaite struny emocjonalne, nie tylko po to, aby przykuwać uwagę (i to się jej udaje w pełni), ale wzmocnić przesłanie w tonacji serio wygłaszane na koniec przez Martynę Krzysztofik. To marzenie o świecie inaczej wymyślonym, niż ten, który jest. O świecie, w którym jest miejsce dla każdego, dla każdej odmienności, gdzie jest szacunek dla drugiej/drugiego. O świecie, w którym panuje wolność. Albo marzenie o swobodzie, które przenika także spektakl Agnieszki Glińskiej na podstawie prozy Jarosława Iwaszkiewicza
Panny z Wilka
z Narodowego Starego Teatru. Glińska oddaje tu głos kobietom zwykle ukazywanym z punktu widzenia męskiego opowiadacza. To Wiktor Ruben ocenia bohaterki u Iwaszkiewicza, kiedy po latach przyjeżdża do Wilka, aby rozczarować się swoją pamięcią i dostrzec niepowetowaną stratę, jaką było zaprzepaszczenie okazji do związania swego życia z jedną z panien z Wilka. Teraz, w spektaklu Glińskiej, to one wyceniają niegdysiejszego korepetytora i obiekt ich fascynacji. Też się rozczarowują.
Wiktor jednak nie zostanie pozbawiony głosu – przeciwnie, występuje tu wzmocniony w dwóch osobach: młodszego (Szymon Czacki) i starszego (Adam Nawojczyk), którzy przypatrują się sobie, próbując odnaleźć czas utracony albo przewidzieć czas przyszły niedokonany.
W prozę Iwaszkiewicza scenarzystki (reżyserka i Marta Konarzewska) wtapiają utrzymane między jawą a snem frazy z powieści Virginii Woolf. Kiedy jedna z bohaterek przytoczy pierwsze zdanie najsłynniejszej jej powieści, „Pani Dalloway”: „Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”, stanie się jasne, że w tym spektaklu chodzi o nieustanne fale pamięci. Jak w innej powieści Woolf, „Falach”, którą podczytują wszyscy w tej adaptacji „Panien z Wilka”, powracające i uciekające, niczym przypływy oceanu. Dobrze się to oglądało, z poczuciem, że zostaliśmy dopuszczeni do duchowych przestrzeni bohaterek i bohaterów, do jakiegoś rodzaju wspólnictwa w ich porachunkach z czasem minionym.
To poczucie wzmacniała dodatkowo premiera gospodarza WST, Teatru Dramatycznego, który przedstawił
Panią Dalloway
w adaptacji i reżyserii Magdaleny Miklasz. Reżyserka nie próbowała streścić powieści (byłby to zresztą trud daremny), ale ukazała sugestywnie atmosferę sączącego się poczucia zbędności („nie czeka mnie już nic”, wyznaje pani Dalloway). Scena tonie w wyspach zieleni, na których rezydują bohaterowie, z boku widać makietę domu, a na koniec na przyjęciu u państwa Dalloway ukaże się cała galeria zabawek-gości, wśród których nie zabraknie premiera w postaci malowniczego krasnala.
Narrację prowadzi tu z energią, ironią i czułością sama Virginia (Anna Stella), która szykuje się do rozstania z życiem. Aktorzy poddają się onirycznej aurze spektaklu, budując charakterystyczne postaci z wyrazistymi zaburzeniami: rozwibrowana psychicznie pani Dalloway (Agnieszka Roszkowska) nie może wyrwać się z rutyny, pan Dalloway (Marcin Sztabiński) cierpi na alergię szczerości, na próżno usiłuje wyznać żonie miłość, Piotr Walsh (Waldemar Barwiński) nie potrafi odnaleźć swojej drogi do szczęścia. Każdy ma tu coś do ukrycia i ocalenia. Ukazanie tego pola walki o ocalenie jest zasługą tego przedstawienia, które powieść sprzed niemal wieku czyni współczesnym dramatem egzystencjalnym.
Nie tylko tą premierą Teatr Dramatyczny wzmocnił nić wiążącą spektakle tegorocznych Spotkań. Przypomniał także swoje wcześniejsze mocne premiery, „Miłość od ostatniego wejrzenia” wg Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy oraz „I że cię nie opuszczę” Gerarda Watkinsa w reżyserii Aldony Figury, które idealnie wpisały się w emancypacyjną opowieść przeciw wykluczeniu, przemocy i pomijaniu kobiet w życiu społecznym.
Jedynie spektakl Teatru Śląskiego
Kurt Gerron. Führer daje miasto Żydom
w reżyserii Wiktora Rubina wystawał wyraźnie poza te ramy programowe przeglądu. Od dawna pracujący wspólnie, Joanna Janiczek (scenarzystka) i Wiktor Rubin (reżyser) i tym razem podjęli próbę historycznej rekonstrukcji nieodległej, ale groźnej przeszłości – mowa tu o hitlerowskiej machinie zagłady i podjętej produkcji filmu propagandowego o domniemanym a szczęśliwym obozie w Terezinie. Odbywała się ona pod kierunkiem Kurta Gerrona, sławnego aktora niemieckiego pochodzenia żydowskiego, partnera Marleny Dietrich z „Błękitnego Anioła” i pierwszego wykonawcy Mackie Majchra w prapremierowym przedstawieniu Brechtowskiej „Opery za trzy grosze”. Zamysł ambitny, ale budzący wątpliwości rezultat. Powstało dość zimne widowisko, z którego prawdopodobnie ocaleje jedynie wspomnienie charakteryzacji Gerrona i hasło „Arbeit macht frei”, które pod koniec spektaklu skraca się do napisu „Art macht frei”. Ale to już temat na osobne opowiadanie.