Sprostowanie

Publikujemy sprostowanie przysłane Trybunie przez Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska Andrzeja Szwedę-Lewandowskiego. Dotyczy ono tekstu z 7 sierpnia 2019 pt. ”Lex inwestor” autorstwa Weroniki Książek. Oto tekst sprostowania:
Nieprawdą jest: „właściciel działki zlokalizowanej w odległości powyżej 100 metrów od granicy terenu, na którym planowana jest budowa, może być stroną postępowania o wydanie decyzji środowiskowej”.
Prawdą jest: „właściciel działki zlokalizowanej w odległości powyżej 100 metrów od granicy terenu, na którym planowana jest budowa, nie może być stroną postępowania o wydanie decyzji środowiskowej, jeżeli budowa powoduje na jego działce przekroczenie standardów jakości środowiska lub pewne ograniczenia w zagospodarowaniu tej nieruchomości (vide art. 74 ust 3a pkt 2 i 3 ustawy)”.

PiS bierze media

Z wypowiedzi wicepremiera i mocnego człowieka w partii rządzącej Jacka Sasina, udzielonej TVP Info, jednego z najbardziej propisowskich mediów, wynika, że tuż po ukonstytuowaniu się rządu, PiS planuje wziąć media za twarz.

Jednak tytuł wywiadu jest nieco mylący „Musimy jeszcze bardziej zagwarantować pluralizm”. Jakby do tej pory pluralizm był na rynku mediów publicznych czymś oczywistym.
Zdaniem wicepremiera na rynku medialnym w Polsce panuje nierównowaga medialna, nie wyjaśnia jednak, jak by chciał ja obliczać – arytmetycznie, czy liczbą nazwisk dziennikarzy wyznających poglądy prorządowe. Sasin jest zdania, że jego partia w ostatnim okresie zbudowała „pewien pluralizm medialny”, którego nie było za rządów ich poprzedników. „W tej chwili mamy rzeczywiście telewizję publiczną” dodaje z rozbrajającą szczerością i martwi się, że znaczna część mediów komercyjnych wspiera bardzo mocno opozycję, co, jak można mniemać Jackowi Sasinowi się nie podoba.
Niebezpiecznym jest watek, w którym Sasin mówi, o tym, że pluralizm mediów PiS musi „zagwarantować” by „też z naszymi przekazami, prawdziwą informacją o polityce, którą prowadzimy, trafiać też do mieszkańców dużych miast”, obiecuje wicepremier. Tutaj oczekiwania propagandowe są zrozumiałe – właśnie wielkich miastach PiS dostał lanie i teraz trzeba wyprać mózgi wyborcom, by następnym razem wiedzieli jak mają głosować.
Sasin obiecał też rozmowy o tym, co zrobić, by media były obiektywne i rzetelne. W jaki sposób chciałby to zagwarantować i z kim chciałby rozmawiać, nie wyjaśnił. Uważa, że bolączką polskich mediów jest nierzetelna informacja. Obiecał też regulacje prawne dotyczące stosunku kapitału krajowego do obcego w mediach, co jest zapowiedzią doprowadzenia do sytuacji, w której media będące własnością obcego kapitału musza liczyć się z utrudnieniami w swojej działalności.
Wicepremier Jacek Sasin udowodnił, że nie rozumie istoty mediów. Odgórne wpływanie na media prywatne będzie krępowaniem wolności wypowiedzi. Wartości, o których z utęsknieniem wspomina jak obiektywizm i rzetelność, dotyczyć musza przede wszystkim mediów publicznych, które nie mogą być własnością żadnej partii.

Polska rakiem Europy

Pojawił się nowy raport analiz jakości powietrza w Europie. Zanieczyszczenie było przyczyną ok. 400 tys. przedwczesnych zgonów na terenie Europy, w tym aż 43 tys. w Polsce. Jesteśmy najbardziej rakotwórczym krajem Starego Kontynentu.

Raport opiera się na danych zgromadzonych i opracowanych przez Europejską Agencję Środowiska (European Environment Agency, EEA), która jest strukturą Unii Europejskiej zajmującą się monitorowaniem stanu środowiska naturalnego. Jest kierowana przez zarząd złożony z przedstawicieli rządów krajów członkowskich, przedstawicieli Komisji Europejskiej, oraz dwóch naukowców wyznaczonych przez Parlament Europejski wspomaganych przez specjalny ekspercki komitet naukowy.
Z raportu nt. jakości powietrza w Europie, opublikowanego w środę przez Europejską Agencję Środowiska (EEA), wynika, że niemal wszyscy mieszkańcy europejskich miast są wciąż narażeni na poziom zanieczyszczenia powietrza przekraczający bezpieczne dla zdrowia wartości, określone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO). Nowe analizy EEA opierają się na najświeższych, oficjalnie dostępnych danych na temat jakości powietrza, które gromadzone były przez sieć 4 tys. stacji monitoringu na terenie Europy. Opracowanie dotyczy roku 2016.
Trzy główne rodzaje zanieczyszczeń: pyły (PM), dwutlenek azotu i ozon obecny w dolnej warstwie atmosfery wskazano jako największe zagrożenia. Autorzy raportu zaznaczają, że zła jakość powietrza znajduje fatalne odbicie w stanie zdrowia mieszkańców Europy, zwłaszcza jeśli chodzi o miasta.
Z dokumentu jednoznacznie wynika, że Polska jest niechlubnym liderem pod względem stężenia benzo(a)pirenu, jednej z najbardziej rakotwórczych substancji. Norma to 1 ng na metr sześcienny powietrza, a stężenia w naszym kraju sięgają niekiedy nawet 22,7 ng. Średnie stężenie zaś utrzymuje się na poziomie 5 ng. Na ogół więc dopuszczalna maksymalna norma przekroczona jest aż pięć razy! A bywają chwilę gdy po prostu oddychamy trucizną. Jak bowiem inaczej nazwać okoliczności, gdy poziom kancerogennych toksyn w powietrzu jest niemal 23 razy wyższy od dopuszczalnego?
– To nie do przyjęcia, by ktokolwiek z nas miałby się martwić o to, czy zwykła czynność oddychania jest dla niego bezpieczna, czy nie. Musimy być pewni, że standardy jakości powietrza w naszej Unii są wszędzie utrzymane – powiedział Karmenu Vella, unijny komisarz ds. środowiska, gospodarki morskiej i rybołówstwa, odnosząc się do raportu Europejskiej Agencji Środowiska. Cytuje go m. in. portal Onet.
Z analiz EEA wynika, że w 2016 r. w 41 krajach Europy sam tzw. pył zawieszony (PM 2.5) obecny w powietrzu przyczynił się do ok. 412 tys. przedwczesnych zgonów. Ok. 374 tys. tych zgonów miało miejsce w krajach Unii Europejskiej. W Polsce z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem umiera 43,1 tys. ludzi.
W porównaniu z najwyższymi dopuszczalnymi stężeniami w UE, stężenia cząstek pyłu zawieszonego w 2017 r. były nazbyt wysokie w siedmiu krajach członkowskich EU – Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Włoszech, Polsce, Rumunii i Słowacji.
Głównymi źródłami zanieczyszczeń powietrza są: transport drogowy, elektrownie, przemysł, rolnictwo i gospodarstwa domowe.
– Europa ma dziś wyjątkową możliwość ustalenia ambitnego planu, który pozwoli poradzić sobie z systemowymi przyczynami zanieczyszczeń powietrza i ich wpływu na środowisko – skomentował szef EEA, Hans Bruyninckx; cytuje go portal Nauka w Polsce.

Pięć punktów do przemyślenia

1. Lewica wróciła do Sejmu i Senatu, bo zjednoczyła się. Taką decyzję zaakceptowali i poparli Wyborcy.

2. Skoro Wyborcy zaakceptowali stan zjednoczenia na listach wyborczych to w parlamencie lewica powinna też być zjednoczona.
Pojawiający się, nieoficjalnie tylko w mediach, pomysł aby postał Klub Parlamentarny złożony z parlamentarzystów SLD i Wiosny oraz Koło Poselskie parlamentarzystów Partii Razem jest nieracjonalny i szkodliwy.
Dla lewicy polskiej, i dla Partii Razem też.
Klub Parlamentarny może pracować w Sejmie pełną gębą. Ma więcej czasu przydzielonego na debaty parlamentarne. Ma inicjatywę ustawodawczą. Może zebrać popisy parlamentarzystów pod wnioskiem o skierowanie zarzutów wobec danego polityka do Trybunału Stanu. Ma swoich reprezentantów w prezydiach komisji sejmowych, w Prezydium Sejmu i Senatu, może mieć swojego wicemarszałka Sejmu i Senatu.
Koło Poselskie może jedynie zabierać głos w debatach. Przez trzy, a czasem nawet aż przez pięć minut.

3. Na 51 parlamentarzystów wybranych z listy Lewicy tylko 10 ma doświadczenia parlamentarne. Niektórzy byli w Sejmie tylko przez jedną kadencję. Wielu nadal nie ma ugruntowanej świadomości, że praca w parlamencie to praca drużynowa. Indywidualne popisy mogą być efekciarskie, ale nie efektywne.
Jeśli parlamentarzyści Partii Razem stworzą separatystyczne Koło Poselskie to mają szansę stać się bytem podobnym do Ruchu Palikota. Zostać pieszczochem komercyjnych mediów jako radykalny byt parlamentarny.
Przetrwać w Sejmie jedną kadencję i potem zejść ze sceny politycznej.

4. Już za chwilę czekają nas wybory prezydenta RP. Negocjacje demokratycznej opozycji w sprawie wyboru wspólnego kandydata. Jedność parlamentarna lewicy wzmacnia jej polityczną pozycję wśród demokratycznej opozycji wobec PiS.
Jest też wielce prawdopodobne, że możemy mieć przyśpieszone wybory samorządowe. Wystarczy, że dysponujący większością parlamentarną PiS przeforsuje administracyjny rozwód Warszawy z Mazowszem. I przy okazji zaproponuje program Województwo+. Czyli nowe województwo środkowopomorskie, nowe województwo częstochowskie. Nowy podział administracyjny to przyśpieszone wybory samorządowe.
Nie jest również nieprawdopodobne, że pan prezes Kaczyński może doprowadzić do przyśpieszonych wyborów parlamentarnych.
Parlamentarzyści lewicy muszą być i na taki wariant przygotowani.

5. Lewicowi wyborcy właśnie ufundowali 51 parlamentarzystom startującym z listy wyborczej Lewica czteroletnie stypendia na działalność polityczną.
Głosując na nich przyjęli, że wszyscy wybrani popisali się pod programem wyborczym Lewicy i będą go realizować w parlamencie.
Czy Wyborcy zaakceptują wybór swoich parlamentarzystów, że będą oni realizować wspólny program osobno?
Nowość, młodość nie musi oznaczać nieodpowiedzialności.

Wygrani, przegrani

PiS wygrało wyborcy, ale się nie cieszy. Zdaje sobie ono sprawę, że może się zawalić pod ciężarem własnych obietnic wyborczych. A tu za pasem wybory prezydenckie. Też trzeba będzie coś obiecać. Jak obietnice parlamentarne spełzną na niczym albo tylko na mydleniu oczu wyborca PiS w kolejne plusy nie uwierzy. Spory odsetek wyborców PiS jedną ręka wrzuca głos do urny, ale drugą wyciąga po nowe jakieś +. Jest to spora grupa wyborców, która szybko może zagłosować inaczej, albo nie pójść do wyborów. Przegrane wybory prezydenckie mogą oznaczać przyspieszone wybory parlamentarne. PiS zdaje sobie z tego sprawę i dlatego się nie cieszy.

Największym wygranym jest lewica. Jej wynik jest nieco wyższy od tego sprzed 4 lat. Wtedy jednak lewica poszła do wyborów podzielona. Dzisiaj widać, że gdyby poszła razem, PiS nie wygrałby tak wysoko tamtych wyborów i losy kraju potoczyłyby się inaczej. Zatem zgoda buduje. To zawołanie ślę do wybranych posłów lewicy. W dużych miastach, gdzie wyborcy – oprócz socjalu – politykę oceniają poprzez przestrzeganie procedur demokratycznych SLD uzyskał od 15 do 20 procent poparcia. I to byli w dużej części ludzie młodzi. Lewica nieobecna przez 4 lata w sejmie przeżyła i odniosła sukces. Obecność lewicy w parlamencie to powrót do normalności. Tej normalności wielu wyborcom brakowało. Sukces lewicy to sukces świadomego i wolnego społeczeństwa. Wygranym jest PSL i Kukiz. Groziła im marginalizacja, ale ludowcy po raz kolejny udowodnili, że nawet wredne metody PiS ich nie zniszczą.
Wygranym jest skrajna prawica, czyli Konfederacja. To taki kwiatek do kożucha. Ani w zimie grzeje, ani nie pasuje do baraniego furta.
Przegranym jest Platforma Obywatelska. Nie chciała zorganizować wielkiej koalicji. Przewodniczący Schetyna migał się i kręcił. Jego gry przyczyniły się do powstania zjednoczonej lewicy. Okazało się, że na szkodę PO, ale z korzyścią dla wyborców. Sama PO nie potrafiła przekonać do jakichkolwiek celów, bo je ciągle zmieniała. Zmieniano także liderki i liderów. Podsłuchiwani usuwali się w cień. Po wyborach Przewodniczący Schetyna nawoływał do jednoczenia się opozycji, ale przed wyborami zrobił wszystko by iść oddzielnie i przy okazji podbierał kandydatów innym partiom. Przewodniczący Schetyna wyczerpał całkowicie kredyt zaufania u antypisowców. Podejrzewam, że w swojej partii także. Obserwowałem kampanię PO we Wrocławiu i odniosłem wrażenie, że tam każdy kandydat walczył tylko o swoje. Partia była tylko przedmiotowym podłożem tej walki. PO i resztkom Nowoczesnej zdecydowanie ubyło wyborów. PO toczy się siłą rozpędu. Bo masa partii i siła ekonomiczna jest spora, ale pary w kotłach zostało niewiele. Wybory tego dowiodły.
Upadł także mit Bezpartyjnych Samorządowców. Uzyskali śladowe poparcie. Bezpartyjni chcieli być największą partią w kraju. Byli tam głównie z uciekinierzy z PO. Uciekali przed Grzegorzem Schetyną. Ich resztki okopały się w Sejmiku Dolnośląskim i Urzędzie Marszałkowskim. Tam rządzą razem z PiS-em. Pewnie dotrwają do końca kadencji jako przykład dziwnego eksperymentu w polityce i potem pójdą w zapomnienie tekst.

Szacunek dla siwych włosów Ważny tunajt

Wracam właśnie pociągiem z Lublina do Warszawy z niezwykle pouczającej i interesującej rozmowy z Andrzejem Szwabe, wieloletnim dziennikarzem lubelskich mediów pisanych i mówionych. Rozmawialiśmy głównie o jego roi w tworzeniu „Tygodnika Zamojskiego”. Wiele razy podczas tej rozmowy padało nazwisko I sekretarza KW PZPR Zamość, Ludwika Maźnickiego, którego pan Andrzej przedstawiał jako człowieka niezwykłej klasy i niesłychanie wysokiej, jak na ówczesne standardy, kultury osobistej.

Ludwik Maźnicki żyje. Jako jeden z nielicznych pierwszych I sekretarzy, nowopowstałych w 1975 roku województw, skasowanych dopiero za rządów Buzka. Zamierzam z nim jutro porozmawiać. Podobnie jak z pozostałymi żyjącymi. Spieszę się, bo niewielu już ich zostało. Po co to robię, zdradzę w swoim czasie. Na razie dzielę swoją pracę z czasem bacznego obserwowania, co też się dalej odjaniepawli w Sejmie. Szczególnie bacznym okiem łypię w kierunku lewicy, bo gdy co rusz to rozmawiam z doświadczonym człowiekiem, słyszę, że chłopcy i dziewczęta z Razem tylko czekają na moment, żeby odkleić się w nowym parlamencie od SLD i Biedronia i powołać własny klub, żeby za bardzo nie stopić się ze „starą komuną” i ZBOWiD-em.
Mój kolega, poeta znanego nazwiska, opowiadał mi nie tak dawno temu historię, jak to jedna z piosenkarek, z gatunku tych znanych i grubych, przyjęła do kapeli nowego muzyka. Chłopiec był z typu małomównych i zabierających głos tylko wtedy, kiedy go o coś pytano. Żeby młodzieńca nieco wybadać i ośmielić do mówienia, gruba piosenkarka, przy wspólnym, zespołowym obiedzie w trasie, zapytała go, gdy akurat pochylał się nad schabowym, co takiego robi, że tak dobrze wygląda, a nie odmawia sobie, a ona, bidulka, chciałaby zrzucić 10-15 kilo, a jakoś nigdy jej się nie udaje. – 10,15 kilo, zasromał się małomówny muzyk. – No tak, odpowiedziała gruba piosenkarka. 10-15. Co najmniej! – 10-15? To upierdol sobie jedną nogę, odparł małomówny muzyk. Po czym powrócił spokojnie do konsumpcji.
Jeśli ziściłyby się te ploty i ploteczki które słyszę o dwóch klubach Lewicy w nowym Sejmie, sens ich funkcjonowania przypominałby sens złotych rad małomównego muzyka. Gdyby partia Razem w istocie jednak planowała podobny, odcinający ruch, finał tego przykrego kroku byłby, jednakowoż, finałem zbliżonym do tego, z rady muzyka dla grubej piosenkarki. Odjęcie jednej, lewicowej nogi, ważącej w ogólnym, politycznym rozrachunku nieco więcej niż 15 kilo, byłoby dla nowej sejmowej lewicy niezwykle ciężkie do załatania. Po pierwsze dlatego, że na jednej nodze trudniej się chodzi, a po wtóre, bo rana po takim ubytku tak szybko się nie zabliźni. A komunikat płynący do wyborców, którzy postawili lewicę na obie nogi byłby taki, że ta zaczyna się powoli zmieniać w prawicę, która nim się na dobre połączy, jeszcze prędzej się podzieli.
Nie wiem co siedzi w głowach liderów Razem, ale poniekąd ich rozumiem; tworząc nowoczesną lewicę, nie chcą być wsadzani do tego samego worka co ludzie, którzy uwłaszczyli się na nieboszczce komunie, Kiszczak, esbecy od Przemyka i Popiełuszki. Jeśli jednak w pewnym momencie wychodzi im z rachunku, że samemu nie dadzą rady zrobić więcej niż 2-3 procent, a kampanię w terenie robi im znienawidzone, rachityczne i zmurszałe SLD, bo oni sami nie mają struktur oraz know-how i praktyki, to trzeba się przestać obrażać na starych i krygować na pięknoduchów bez skazy, zwłaszcza że konsumpcja już się odbyła na oczach wyborców i to do tego przy udziale Biedronia, więc nikt nie uwierzy, żeście niewinni, jako te dzieci.
Ludzie mówią, ja ich słucham i im wierzę; kampanię dla Lewicy robili prócz młodych i ambitnych, ci starzy i doświadczeni; z rodowodem pezetpeerowskim, zetempowskim, zbowidowskim. I bardzo dobrze że robili. Bo zrobili lepiej, niż samo Razem cztery lata wcześniej i śmiem twierdzić, niż samo Razem mogłoby zrobić teraz, o Wiośnie nie wspominając, bo jedne wybory, wiadomo, Wiosny nie czynią. Rozmawiam z tymi ludźmi; słucham ich opowieści; Oni naprawdę nie mają dziś za wiele do zyskania w tej, nowej-starej Polsce. Mają już swoje lata. Emerytury. Renty. Kwatery na cmentarzach. Co mogli, to już od Polski wzięli i jej oddali; teraz działają, bo mają czas i nie chcą biernie czekać dni ostatnich. Warto z ich wiedzy i rad korzystać. Bo nawet jak się nie przydadzą, to szacunek dla siwych włosów się należy. Czy kto na nich nosił rogatywkę, beret czy malarską czapkę z gazety.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Lekcja przegranych wyborów

Powiedzmy sobie gorzką prawdę: przegraliśmy wybory do Sejmu i zapewne na cztery lata odsunęła się perspektywa odsunięcia od władzy Jarosława Kaczyńskiego i jego, szkodliwej dla Polski, partii o mylącej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość”. Tej oceny nie przekreślają ani wygranie przez opozycję wyborów do Senatu, ani – rzeczywiście krzepiące – odrodzenie się lewicy jako trzeciej siły politycznej, która tak dobrego wyniku nie miała od osiemnastu lat.

Przegrana opozycji nie wynikała z braku poparcia. W liczbach uzyskanych głosów trzy listy opozycyjne pokonały Zjednoczoną Prawicę o dziewięćset tysięcy głosów. Na rządzącą koalicję oddano 8.05 mln. głosów, a na trzy listy opozycyjne (bez głosów oddanych na Konfederację) 8.95 mln. głosów. PiS wraz z jego koalicjantami zdobył większość mandatów, gdyż obowiązująca metoda d’Hondta (lekkomyślnie przywrócona głosami SLD po wyborach 2001 roku!) daje wysoką premię za jedność. Przeprowadzone na podstawie zwykłej ordynacji większościowej wybory do Senatu dały opozycji dwumandatową przewagę, co odzwierciedla rzeczywisty podział głosów wyborców.

Każdy sobie

Ojcami wygranej PiS są więc – obok Jarosława Kaczyńskiego i jego współpracowników – przywódcy PSL i PO, którzy lekkomyślnie rozbili Koalicję Europejską błędnie interpretując jej gorszy od oczekiwanego wynik w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tym razem przywódcy lewicy nie mają sobie nic do zarzucenia. Byli jedynymi, którzy uporczywie dążyli do utrzymania wspólnej listy opozycyjnej. Udało się jedynie zbudować szerokie porozumienie w wyborach do Senatu i pokazało ono, że tak – i tylko tak – można pokonać PiS – przynajmniej w tym roku.
Przez kilka miesięcy pisałem – głównie na lamach „Trybuny” – że koniecznym warunkiem wygrania wyborów jest połączenie sił całej opozycji demokratycznej. Nie byłem w tym odosobniony. Takie stanowisko zajmowało wielu autorów poważnie analizujących polską scenę polityczną. Niestety mieliśmy rację.

Mityczny wyborca

Przeciw temu stanowisku wytaczano przede wszystkim argument, że opozycyjni wyborcy są tak dalece podzieleni w swych poglądach politycznych, iż wielu z nich nie zagłosuje na wspólną listę. Zaczęło się to od ogłoszenia przez PSL, że nie chce iść do wyborów razem z lewicą, a następnie wyraziło się w stanowisku Platformy Obywatelskiej odrzucającym wspólna listę z lewicą (choć nie gardzącą na swoich listach ludźmi, którzy jeszcze nie tak dawno odgrywali poważną rolę w SLD). Temu zacietrzewieniu ideologicznemu politycy lewicy przeciwstawili gotowość do budowania wspólnej listy – i to mimo, że jeszcze bardzo niedawno między kierowanymi przez nich ugrupowaniami trwały ostre spory. Dlatego w nowym Sejmie lewica będzie miała trzecią pod względem liczebności reprezentację. To premia za rozum polityczny, którego zabrakło kierowniczym gremiom dwóch pozostałych ugrupowań opozycyjnych.

… mości panowie

Podziałom po stronie opozycji towarzyszy zupełnie inna linia postępowania obozu rządzącego. Prawo i Sprawiedliwość samo nie zdobyłoby większości sejmowej. Ma ją tylko dlatego, że do wyborów poszło jako Zjednoczona Prawica, przy czym dwa ugrupowania sojusznicze („Porozumienie” Jarosława Gowina i „Solidarna Polska” Zbigniewa Ziobro) zdobyły razem 36 mandatów, bez których PiS nie mógłby rządzić. Z perspektywy lewicy może wydawać się, że trzy partie wchodzące w skład Zjednoczonej Prawicy nic nie dzieli, ale jest to złudzenie wynikające z tego, że wszystkie te trzy ugrupowania są od nas ideowo bardzo odległe. W istocie politycy prawicy odrobili lekcję i już w 2015 poszli do wyborów jako szeroka koalicja prawicowa a w tym roku powtórzyli ten manewr. Dostali za to premię, co można było przewidzieć znając obowiązującą ordynację. Inną sprawą jest natomiast to, ze stosunkowo silna pozycja dwóch ugrupowań sojuszniczych ogranicza autokratyczne zapędy przywódcy PiS, gdyż będzie się on – bardziej niż w poprzedniej kadencji – liczyć ze stanowiskiem obu sojuszników.
Błędnych decyzji nie da się cofnąć. Będziemy musieli żyć z ich konsekwencjami przez następne cztery lata. Trzeba jednak wyciągnąć z nich właściwe wnioski.

Wasz premier, nasz prezydent

Po pierwsze: trzeba już teraz przygotować się do wyborów prezydenckich, od których dzieli nas zaledwie pól roku. Prawdopodobnie wszystkie ugrupowania parlamentarne wystawią swoich kandydatów w pierwszej turze wyborów, co jest w tym sensie racjonalne, że pozwoli im wzmocnić swa więź z wyborcami. Trzeba jednak już teraz zawrzeć porozumienie, że w kampanii wyborczej kandydaci demokratycznej opozycji nie będą się wzajemnie atakowali i że w drugiej turze oni oraz popierające ich partie poprą tego kandydata opozycyjnego, który w pierwszej turze otrzyma najlepszy wynik. Byłoby też dobrze, by wysuwając kandydatów partie opozycyjne jako jedno z najważniejszych kryteriów doboru potraktowało stopień, w jakim kandydat będzie akceptowalny dla wyborców innych ugrupowań opozycyjnych. Pojawia się też myśl, że najlepszym kandydatem opozycji byłby ktoś o bardzo wybitnych i wysoko ocenianych osiągnięciach spoza obszaru polityki. Gdyby partie opozycyjne znalazły takiego kandydata (kandydatkę?), mogłyby nawet zrezygnować z wystawiania odrębnych kandydatur w pierwszej turze.

Zjednoczenie

Po drugie: trzeba dobrze wykorzystać kolejne cztery lata w opozycji. Koalicja Obywatelska, Lewica i PSL powinny jak ognia wystrzegać się walk w łonie opozycji. Powinny pokazać, że potrafią wspólnie pracować nad lepszymi projektami ustaw i stosować uzgodnioną wspólnie taktykę wobec tego wszystkiego, co obóz rządzący będzie starał się Polsce zgotować. Wielka w tym rola przypadnie Senatowi, który powinien stać się codziennym przykładem odpowiedzialnej, wspólnie prowadzonej polityki opozycyjnej.

Generacja edukacji

Po trzecie: konieczne jest systematyczne i cierpliwe prowadzenie edukacji obywatelskiej dla rozszerzania i umacniania przekonania o tym, że powrót Polski na drogę demokracji wymaga jedności podstawowych sił, które dziś są w opozycji, ale które mają potencjał pozwalający im poważnie myśleć o powrocie do władzy w nie nazbyt odległej przyszłości. Oznacza to przezwyciężanie wzajemnych uprzedzeń, w tym tych które wynikają z powikłanej historii poprzednich dziesięcioleci. Zwiększona rola polityków młodej generacji powinna temu sprzyjać.

Pojutrze

Po czwarte: trzeba już teraz podjąć zaniedbany problem strategicznego planu dla Polski na następne dziesięciolecia. Samo przeciwstawienie się polityce PiS, choć niezbędne, nie wystarczy. Trzeba opracować a przede wszystkim przedstawić poważną i atrakcyjna wizję Polski na lata, które przyjdą.
Te wybory były przegraną , ale nie klęską polskiej demokracji. Pokazały, ze siły demokratyczne mają wielki potencjał polityczny. Pokazały tez, jak wysoka jest cena błędnych decyzji. Jeśli wyciągniemy z tej lekcji właściwe wnioski, przyjdzie taki wieczór wyborczy, na jaki czekaliśmy i którego się w tym roku nie doczekaliśmy.

Średniowiecze!

Protest pod hasłem #JesieńŚredniowiecza rozpoczął się pod Sejmem 16 października o godz. 17:30; o tej godzinie według harmonogramu prac parlamentarnych miała zacząć się seria głosowań, w którą ujęty był także obywatelski projekt ustawy realnie zakazującej nie tylko edukacji seksualnej, ale nawet penalizujący rozmowy o seksie.

W czasie trwania manifestacji posłowie skierowali projekt do dalszych prac w komisjach. Jednak według opozycyjnych parlamentarzystów, komisje dziś już nie zdążą się zebrać w tej sprawie. Można powiedzieć, że przeciwnicy tej ustawy zyskali nieco czasu by się przegrupować.
Inicjatorkami zgromadzenia były organizatorki Czarnego Protestu. „Jako polskie obywatelki i kobiety mieszkające w Polsce, […] żądamy wyrzucenia tej ustawy do kosza i rzetelnej pracy nad prawem, które będzie chronić niepełnoletnich” – można przeczytać na stronie wydarzenia na portalu Facebook.
Z trybuny przypominano, że projekt zakazu edukacji seksualnej przewiduje karę więzienia do pięciu lat za: rozmowy o bezpiecznym seksie, uświadamianie w zakresie antykoncepcji, informowanie o możliwości zarażenia HIV, HPV i innymi chorobami przenoszonymi drogą płciową, rozmowy o „złym dotyku”, wyjaśnianie dzieciom, ze masturbacja to normalna sprawa, przepisanie nieletniej leku, który ma zastosowanie między innymi antykoncepcyjne oraz rozmowy o orientacji seksualnej.
Przy ul. Wiejskiej przed Sejmem zgromadziło się kilka tysięcy osób. Przemawiały organizatorki ze Strajku Kobiet i edukatorzy seksualni. W pewnej chwili do protestu dołączyła też celebrytka Anja Rubik. Z organizatorkami kontaktowała się posłanka Joanna Schering-Wielgus; to właśnie ona przekazała im informacje, iż projekt został skierowany po pierwszym czytaniu do prac w komisjach i od niej protestujący dowiedzieli się, że tej nocy żadna komisja nie zdoła już najpewniej przeprocedować tej noweli.
Prawica nie zdołała się zorganizować – nie było żadnej kontrdemonstracji, ani popierającego inicjatorów projektu zmian w prawie happeningu. Wygłupiał się jedynie znany ekstremistyczny facecjonista Marcin Rola z przybocznym kamerzystą.
Przypomnijmy. Obecnie prawo penalizuje publiczne propagowanie lub pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim. Wnioskodawcy uważają jednak, że to za mało. Ich zdaniem obecne prawo „ogranicza się wyłącznie do sytuacji, kiedy osoba dorosła współżyje z osobą małoletnią, całkowicie pomijając fakt, że coraz częściej propaguje oraz pochwala się sytuacje, kiedy to małoletni podejmują współżycie ze sobą. W konsekwencji, obowiązujący stan prawny nie nadąża za przemianami społecznymi, jakie można zaobserwować w dzisiejszych czasach” – przekonują.
Proponowany przez nich projekt zakłada, że „kto propaguje lub pochwala podejmowanie przez małoletniego obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej, działając w związku z zajmowaniem stanowiska, wykonywaniem zawodu lub działalności związanych z wychowaniem, edukacją, leczeniem małoletnich lub opieką nad nimi albo działając na terenie szkoły lub innego zakładu lub placówki oświatowo-wychowawczej lub opiekuńczej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Projekt noweli mocno krytykuje grupa edukatorów seksualnych Ponton. W stanowisku wydanym przez tę organizację czytamy m.in.
„Proponowana zmiana, a zwłaszcza towarzysząca jej akcja lobbingowa, jednoznacznie wskazują na intencje projektodawców. Celem jest zarówno uniemożliwienie młodzieży egzekwowania prawa do rzetelnej edukacji, jak i zastraszenie osób zajmujących się edukacją seksualną i zapewnieniem opieki zdrowotnej osobom poniżej 18. roku życia. Jako Grupa Ponton mamy stały kontakt z młodymi ludźmi – mówią nam o problemach, troskach, potrzebach, a my ich słuchamy i wspieramy. Możemy zapewnić, że proponowana nowelizacja Kodeksu Karnego zadziała na szkodę najmłodszych Polek i Polaków, pozbawiając ich dostępu do rzetelnej edukacji (edukacja seksualna), opieki zdrowotnej (konsultacje ginekologiczne, dostęp do antykoncepcji czy tabletki „po”) oraz zwykłego, ludzkiego wsparcia w kwestiach seksualności, dojrzewania, rozwoju, budowania zdrowych związków”.

Zapomniani lokatorzy

– Kiedyś wygrywałem w sądach sprawy związane z ujawnianiem afer reprywatyzacyjnych, teraz znowu zacząłem przegrywać – gorzko skonstatował, podczas spotkania w Międzynarodowym Dniu Lokatora, społecznik i aktywista Jan Śpiewak.

Niemniej gorzko brzmieli dwaj doświadczeni społecznicy i odważni obrońcy lokatorów, Piotr Ikonowicz oraz Piotr Ciszewski. Podsumowując działania Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i opowiadając o ostatnich inicjatywach Ruchu Sprawiedliwości Społecznej mieli głównie jeden najważniejszy apel: nie poddawajmy się, bo jeśli my, lokatorzy i aktywiści, złożymy broń, to największe reprywatyzacyjne koszmary powrócą. Znowu okaże się, że zwracanie „spadkobiercom” całych budynków razem z mieszkańcami jest legalne i „sprawiedliwe” – nie powstała przecież żadna ustawa ostatecznie zamykająca temat. A co nie jest zabronione…
Kto pamięta, że jeszcze rok temu sprawa lokatorska była na ustach wszystkich najważniejszych mediów? Że temat reprywatyzacji komentowali politycy z pierwszych rzędów sejmowych ław? Patryk Jaki na czele swojej komisji weryfikacyjnej miotał gromy na warszawskich urzędników, a obóz przeciwny odgryzał się, przypominając, że cały proceder nie zaczął się wraz z wyborem Hanny Gronkiewicz-Waltz na prezydent stolicy. Jaki spotykał się z lokatorami i zapewniał, że doczekają się sprawiedliwości za wszystkie groźby, podwyżki czynszów, „niewyjaśnione” pożary i „dziwne” awarie w budynkach. Oponent, Rafał Trzaskowski, w odpowiedzi przekonywał, że cała ta szokująca reprywatyzacyjna historia jego też, jako dobrego warszawiaka, „wkurzyła”. Wtedy jednak trwała kampania przed wyborami samorządowymi i PiS wierzył, że ponowne wystąpienie w roli obrońcy pokrzywdzonych, przywracającego społeczną sprawiedliwość, pozwoli na wygraną w Warszawie. Nie pozwoliło – lokatorzy przestali być potrzebni, komisja weryfikacyjna okazała się – jak ostrzegali wcześniej działacze lewicowi – bezsilną atrapą.
Warto przypominać sobie tę historię zawsze wtedy, gdy dominująca w Polsce prawica – i ta rządząca, i ta opozycyjna – zaczyna szczególnie nachalnie przekonywać, że chce wyciągać rękę do najbiedniejszych, naprawiać krzywdy i korygować własne błędy z okresu transformacji. Tak, PiS pewne „dobre zmiany” wprowadził, nikt mu tego nie odbiera – ale przegląd tego, co obiecał, a potem porzucił, jest wystarczającym dowodem na to, że były to tylko środki utrzymywania się przy władzy, a nie spójna i ideowa wizja poprawiania bytu zwykłych ludzi. 500+ było potrzebne jako instrument w kampanii i jako środek wzmacniania raz zdobytej popularności, więc zostało obiecane i wprowadzone. Sprawy reprywatyzacji i polityki mieszkaniowej wydawały się może ideologom PiS dobrym wyborczym taranem, ale na dłuższą metę były zbyt ryzykowne, by je naprawdę załatwić. Przy rozliczaniu reprywatyzacji mogłyby wyjść na jaw winy nie tylko Platformy. Potraktowane poważnie Mieszkanie Plus (kto jeszcze ten program pamięta?) podważyłoby wielki deweloperski biznes. A czy podważanie pozycji jakiegokolwiek biznesu to coś, na co jest gotowa jakakolwiek prawica? Zwłaszcza taka, która na czele rządu postawiła byłego prezesa banku?
Szkoda, że startująca do sejmu koalicja Lewicy zbyt nieśmiało przypomina o tym, jak wystawiono do wiatru lokatorów i zakopano pomysły budowania tanich mieszkań czynszowych (dobre chociaż to, że sami socjaldemokraci jakieś postulaty w tym zakresie wysuwają). Ta sprawa powinna być przypominana za każdym razem, gdy ktoś z liderów PiS (i nie tylko) pozuje na troskliwego ojca narodu, który podniesie płacę minimalną, a może i średnią, coś rzuci przedsiębiorcom, a i pracowników otoczy opieką. Nie warto mieć złudzeń. Prawdziwego państwa opiekuńczego z ich rąk się nie doczekamy. Na razie zostajemy z państwem, którego postawę w sprawach lokatorskich (i nie tylko) celnie podsumował dziś Piotr Ikonowicz: „Polskie sądy ustaliły dwie rzeczy. Po pierwsze, że wolno kraść, po drugie, że nie wolno ścigać złodziei”.

Wyborcy opozycji patrzą w lustra Remanent powyborczy

– Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzyć w lustrze w oczy – mówił dr Robert Sobiech w tuż powyborczej rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Według sondażu exit poll PiS zdobył samodzielną większość – 239 mandatów; KO – 130, Lewica 43 mandaty, Konfederacja – 11. Jest pan zaskoczony?

ROBERT SOBIECH: Nie bez powodu wyniki ostatnich sondaży pokazywały podobne różnice między poszczególnymi partiami. Zaskoczenia są dwa. Sądziłem, że jednak przy tej temperaturze sporu politycznego frekwencja będzie większa, niż 60 proc. Co prawda to o 10 punktów proc. więcej, niż 4 lata temu, ale jak widać, dla 40 proc. Polaków jest wszystko jedno, kto będzie rządził Polską. Zaskoczeniem może być też dobry wynik PSL – prawie 10 proc., co jest w zasadzie porównywalne z wynikiem Lewicy. Po raz kolejny okazuje się, że PSL, tym razem z Kukizem, jest niedoszacowany i robi dobry wynik.
Mamy reprezentację 3, a właściwie 4 partii w opozycji, to pierwszy wniosek. Po drugie, proponuję poczekać co do pewności, że PiS będzie miał samodzielną większość. Tu byłbym ostrożny. Oczywiście ten sondaż jest wiarygodny, ale przewaga licząca 9 mandatów niekoniecznie musi być utrzymana. Gdyby okazało się, że nie zostanie utrzymana, to czeka nas bardzo trudny rząd koalicyjny: PiS plus Konfederacja.

PiS nie radzi sobie najlepiej w koalicji. Gdy ostatnio tak rządził, mieliśmy przyśpieszone wybory.

To prawda i może się okazać, że to, czego PiS oczekiwało, czyli stabilnych rządów, staje pod znakiem zapytania. Warto się teraz zastanowić, czy ten wynik mógł się ułożyć inaczej. To jest pytanie, które od końca maja większość komentatorów sobie zadaje. Gdyby zsumować wyniki partii opozycyjnych (bez Konfederacji), to mamy 48 proc., zatem więcej niż Zjednoczona Prawica. Zatem czy to politycy nie chcieli pójść jednym dużym blokiem, czy ich wyborcy im na to nie pozwolili?
Przypuszczam, że po wielu próbach liderzy poszczególnych partii chcieli porozumienia i lista senacka to pokazuje. Natomiast zróżnicowanie wyborców i ich rozmaite zastrzeżenia co do innych partii sprawiły, że mamy do czynienia z 3 koalicjami i rządami pis przez następne lata. Wyborcy pis, mimo że też zróżnicowani, nie mają takich rozterek i wątpliwości.
Gdy będziemy zadawać sobie pytanie, dlaczego, z dużym prawdopodobieństwem, przez następne 4 lata rządzi PiS, to część wyborców opozycji powinna sobie bardzo głęboko popatrzeć w lustrze w oczy.

Konfederacja 6,4 proc. Korwin w swoim wystąpieniu studził euforię. “Poczekajmy do rana” – mówił.

To wynik na granicy progu i prawdą jest, że te 5-6 proc. to ta część Polski, która składa się z wyborców ksenofobicznych, bardzo ostro wolnorynkowych, bagatelizujących rolę państwa. Ta grupa Polaków jest właśnie na takim poziomie i te 5-6 proc. to wynik optymistyczny.

Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu raczej refleksyjny, niż cieszący się ze zwycięstwa. Mówił, że trzeba ciężko pracować, aby stać się lepszym, i że PiS zasługuje na więcej. Skąd takie przemówienie?

Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że na ostateczny wynik trzeba poczekać dzień czy dwa, aby zobaczyć, czy ma tę rzeczywistą większość, czy czeka go bardzo ciężka koalicja. To zmusza do takiego samoograniczenia. Po drugie, prezes zdaje sobie sprawę, że niewiele zostało czasu do wyborów prezydenckich.
Te prawie 8 mln głosów, które pis mógł uzyskać, jest dobrym wskaźnikiem na te wybory, a może się jeszcze okazać, że to poparcie stopnieje. Wówczas większość parlamentarna pis-u może być ograniczona wyborem przyszłego prezydenta. Prezes zdaje sobie z tego sprawę i wie, że potrzebna jest nadal mobilizacja elektoratu.

Na razie nie mamy danych o rozkładzie sił w Senacie. Co, jeżeli PiS stracił tam większość?

Tu pewnie wynik będzie z niewielką różnicą, nawet jeśli opozycja weźmie w nim większość. Jeżeli tak, to spowolni ten ekspres legislacyjny PiS-u. Senat może stać się znowu Izbą Refleksji, ale to wszystko, bo do obalenia weta Senatu wystarczy zwykła większość.

Mateusz Morawiecki będzie premierem?

Ma duże szanse, ponieważ wiele będzie zależało od relacji Polski z UE i innymi krajami. Nawet nie chodzi tu o jego sprawczość, tylko o to, że dla większości wyborców PiS-u jest lepszym premierem, niż Beata Szydło, która miała tylko i wyłącznie walor polskiego polityka. Morawiecki, zdaniem elektoratu PiS-u, ma walor polityka polskiego i międzynarodowego.

A Jarosław Kaczyński premierem?

Nie sądzę. Ten model sprawowania władzy nie przez lidera partii, który kieruje rządem – taki model postkomunistyczny, jak by powiedział Jarosław Kaczyński – bardzo dobrze się sprawdził w wydaniu PiS-u.