Wychodźcie na ulice

Ze świeżo ujawnionych informacji wynika, że PiS-owski rząd był dosłownie o centymetry od wyprowadzenia wojska na ulice… przeciwko pokojowym manifestacjom w obronie praw kobiet.

Dlatego nie płaczmy, że nie przeszedł PiSowski „rzecznik praw obywatelskich”. Jest zupełnie oczywiste, że należy głosować przeciwko każdej kandydaturze PiS-u na to stanowisko, bo jeśli jesteś kandydatem homofobów, rasistów i seksistów, to znak, że będzie z ciebie żaden rzecznik. Skończmy się bawić w iluzję, że są jakieś ponadpartyjne zasady, które PiS uzna Oni każdą instancję społecznego prawa przemienią w parodię. Nie szuka się kompromisu z partią, która dopiero co zasłynęła tym, że prawie rzuciła wojsko na kobiety. Żyjemy w państwie faszyzującym, policyjnym i przemocowym. Powtórzmy: niewiele brakowało, a byłby tu stan wojenny przeciwko kobiecym, pokojowym demonstracjom.

Chcecie ujawnić prawdziwy charakter władzy? Protestujcie, wychodźcie na ulicę i dążcie do politycznej konfrontacji. Brunatne gówno wylezie z nich prędko. Taktyka na jakieś komisje, topienie ruchu w papierkowej robocie i rozwalenie spontaniczności centralizowaniem wszystkiego na Warszawę była oczywistym samobójem dla ruchu kobiet. Nigdy więcej takich błędów. Zamiast tego – lokalne centra aktywu i coraz więcej demonstracji, w wielu miastach naraz.

Za państwowe

Pewien zespół młodzieżowy z Polski miał wpisany w rajderze cały zestaw alkoholi kolorowych i czystych, który ma na zapleczu zapewnić organizator w trakcie reczitalu. Pewnego razu w mieście na M. okazało się, że koncert organizuje stowarzyszenie walczące z alkoholizmem, które nie bardzo mogło fundować gorzałę za statutowe pieniądze. Wpadło więc na pewien pomysł…

Postanowiono, że zamiast kupować wódkę na rachunek, stowarzyszenie antyalkoholowe zapłaci legalnie parę groszy więcej kapeli, a zespół, tzn. menager, sam zakupi dla towarzystwa do picia co tam sobie chcą. Nie wyobrażacie sobie nawet Państwo, jakie było oburzenie menadżmentu, kiedy propozycja doszła do jego uszu. Zespół kategorycznie się sprzeciwił żeby pójść na taki układ, z powodów sobie jedynie wiadomych. 

U mnie w zespole nie ma tego kłopotu, bo w rajderze mamy zapisaną kawę i herbatę oraz wodę niegazowaną plus butelkę koli zero dla Kazika. Tyle. Wychodzimy bowiem z założenia, że zarabiamy na tyle dobrze, że stać nas, żeby za dodatkowe fanaberie zapłacić z własnej kieszeni.  Jak się zdarzy, że w garderobie oprócz zestawu obowiązkowego pojawią się np. kanapki czy słone paluszki, to jest już tylko dobra wola organizatora, którą może okazać, ale nie musi. Zwykle okazuje, ale nie zawsze, zależy od regionu. 

Jakiś czas temu doszło do uszu polskiego wyborcy, że marszałek Sejmu, Kuchciński, zabierał na pokład państwowego samolotu którym się przemieszczał do Rzeszowa, zupełnie prywatną rodzinę. Oczywiście nieodpłatnie. Marszałkowi samolot się należy, ale najbliższej rodzinie już nie. Mimo to Marszałek użyczał fotela swoim bliskim. Samolot tak czy inaczej leciałby w tę i nazat, miejsca było po dostatkiem, spalania większego nie zanotowano, więc w zasadzie wszystko powinno być w porządku. Gdy jadę swoim autem i podwożę sąsiada, robię nie tylko dobry uczynek ale i dbam o środowisko, bo jedziemy jednym wozem zamiast dwoma. Jest jednak subtelna różnica. 

To, co prywatne, moje, winno tylko moje zostać, i jeżeli korzystam ze swojej prywatnej rzeczy w ramach obowiązujących przepisów i kodeksów, wara komukolwiek od tego, jak to robię. Zapracowałem na to, więc mogę czynić i rozporządzać jak mi się podoba. Inaczej zgoła sprawy się mają, jeśli rozporządza się publicznym. Wtedy nie ma mowy o dowolności. Choć u nas, w Polsce, czy to rząd czy opozycja, w zależności od foteli które zajmują, przyzwyczaiły obywatela do tego, że publicznym mieniem zarządza się cały czas jak pańszczyźnianym chłopem; można je przehulać, wybatożyć, zmarnotrawić, a i tak ostatecznie nic się oprawcy złego nie stanie, bo to wszak państwowe, czyli niczyje. W normalnych, zachodnich demokracjach, za podobne do marszałkowych przewiny, leci się ze stanowiska i to bez pytania. To nic, że było miejsce, że przy okazji, że po drodze. Nie wolno korzystać z państwowego dla prywatnej wygody i basta. Po pierwsze dlatego, że to państwowe, czyli nie niczyje, tylko każdego z nas, a po drugie, że to po prostu nie uchodzi i przydaje wstydu. O ile ktoś go oczywiście ma. 

Swoją drogą, to zastanawiające, dlaczego posłowie i senatorowie w Polsce mogą do woli korzystać z bezpłatnych przejazdów koleją, pekaesem albo lotowskim samolotem, w czasie gdy normalny człowiek za wszystko musi płacić swoją krwawicą. W czym taki polityk jest lepszy, że mu się funduje takie luksusy? Gdzie tu równość konstytucyjna wobec prawa, skoro ja płacić muszę a poseł już nie? Ciekawe co by było, gdyby tak zlikwidować te wszystkie przywileje. Mi nikt za drogę do roboty nie zwraca, a jednak rozlicza z tego czy do niej dotrę, a jak mi się nie podoba to…droga wolna. W przypadku polityka też nikt nikogo pod karabinem nie trzyma, żeby kandydować na posła czy senatora, także jak mu się nie opłaca albo mu za mało, to startować nie musi. Inna sprawa, gdy już na dobre wymościł sobie jeden z drugim sejmowe gniazdko przez dwie kadencje, i nagle miałoby się okazać, że musi wrócić, jak szary obywatel, do płacenia za przejazdy i życia bez sejmowego szofera, to nie bardzo ma już do czego, bo oprócz siedzenia w Izbie, nic innego nie potrafi. Czasami to za dużo dla człowieka jak na jedną kadencję..

Stanowisko Stowarzyszenia „Pokolenia” we Wrocławiu w sprawie Pomnika tzw. Żołnierzy Niezłomnych we Wrocławiu

W maju 2021 roku, Rada Miejskiej  Wrocławia, podjęła ostateczną decyzję o budowie Pomnika Żołnierzy Niezłomnych.

Po ogromnej katastrofie wojennej, zrujnowane państwo polskie zaczęło się odbudowywać. W odbudowie tej wzięła udział większość społeczeństwa polskiego, niezależnie od dzielących je znacznych różnic politycznych.  Innego zdania byli tzw. „żołnierze wyklęci”, którzy pod hasłem walki o wolność ojczyzny zabijali nie tylko członków władzy centralnej i terenowej – działaczy i członków PPR, PZPR oraz, choć w mniejszym stopniu, członków ZSL. Najłatwiejszym celem była ludność cywilna i działacze szeroko rozumianej lewicy, którzy mieli dość wojny i okupacji niemieckiej. Napadano na posterunki MO, lokalne więzienia, grabili, palili  i siali postrach wobec bezbronnych wsi. Trzeba tu wyraźnie rozgraniczyć osoby, które brały udział w tym procederze, na skutek różnych form przymusu, od tych, którzy przystąpili do partyzantki antykomunistycznej z powodów ewidentnie politycznych. Nie pogodzili się oni ze zmianami politycznymi, które zaszły po wojnie w Polsce, i na które trzeba to wyraźnie powiedzieć, większość Polaków nie miała żadnego wpływu. Byli oni gotowi kontynuować walkę niezależnie od kosztów i cierpień ludności. 

Dlaczego jednak pomnik tzw. żołnierzy niezłomnych stanąć ma właśnie we Wrocławiu, stolicy Dolnego Śląska? Dolny Śląsk wraz z Wrocławiem znalazły się w granicach Polski decyzją mocarstw podjętej na konferencji w Poczdamie. Prawdą jest, że orędownikiem przyłączenia tej ziemi do Polski był Stalin, podczas gdy przywódcy mocarstw zachodnich byli raczej za ograniczeniem rekompensaty, jaką miała otrzymać Polska za utracone ziemie na wschodzie dawnej II Rzeczypospolitej. Była mowa o granicy na Odrze i Nysie, ale Nysie Kłodzkiej. W takim przypadku w Polsce znalazłaby się tylko północna część Wrocławia. Mówiąc obrazowo, w Polsce byłby Cmentarz Osobowicki, ale cały przemysł, uczelnie i zabytki znalazłyby się po stronie niemieckiej. Dużą rolę w wytyczeniu zachodnich i północnych  granic Polski miał Rząd Tymczasowy, w którym decydujący głos mieli przedstawiciele lewicy polskiej, nie tylko zresztą komuniści.  Jeśli chodzi o utracone ziemie wschodnie, sprawa była przesądzona przez mocarstwa jeszcze w Teheranie w 1943 roku i w Jałcie. Zresztą po 50 latach od wojny, ani kawałek tych ziem nie jest częścią Rosji – należą one do Litwy i Ukrainy, które są naszymi sojusznikami oraz do Białorusi. Czy ktoś rozsądny nie przyzna, że granice te są sprawiedliwe? 

Powojenny Dolny Śląsk z Wrocławiem stał się tyglem, w którym znaleźli swoje miejsce przedstawiciele wielu narodów. Ziemie te zasiedlane były przez Polaków przesiedlonych ze wschodu, ale także przybyłych z zachodu i południa Europy: górników z Francji i Belgii, a także z Jugosławii. Dużą część stanowili  przybysze z tzw. centralnej Polski – Mazowsza, Wielkopolski, Kielecczyzny itd. Na Dolnym Śląsku osiedlano też ocalonych z Zagłady Żydów, uchodźców z Grecji, Ukraińców i Łemków. Należy pamiętać, że wielkie zagospodarowanie Worka Żytawskiego – Turoszowa, odbyło się rękami polskiej młodzieży, która w liczbie ponad 5 tysięcy przyjechała do pracy głównie z przeludnionych wsi podkarpackich. Z tej wielkiej mieszaniny etnicznej ukształtowała się społeczność dolnośląska – Dolnoślązacy. Tutaj spotyka się tradycja Wschodu i Zachodu.

Skąd powstała idea, że żołnierzom niezłomnym, czytaj wyklętym, należy się cześć  i należy im się pomnik tu: na ziemi zachodniej? Przecież oni nie wzięli nawet udziału w walkach o wyzwolenie okupowanej jeszcze przez Niemców zachodniej Polski. Wręcz przeciwnie, na Zachód wraz z wojskami hitlerowskimi wycofywali się żołnierze Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Polityka historyczna firmowana i kreowana przez Instytut Pamięci Narodowej i obie główne partie postsolidarnościowe, doprowadziły do powstania zafałszowanej narracji o tzw. „żołnierzach wyklętych”. O korzeniach ideowych IPN świadczy np. fakt powołania na dyrektora IPN we Wrocławiu  Tomasza Greniucha, zwolennika rosyjskiej agresji na Ukrainę, doktora bez znaczącego dorobku naukowego za to z ONR-owską przeszłością, wykonującego tzw. salut rzymski, będący w rzeczywistości hitlerowskim pozdrowieniem. Powołany na zastępcę prezesa IPN, dr Karol Nawrocki, chlubi się, że „zdemolował” wystawę główną Muzeum II wojny światowej. Taki właśnie IPN uważa, że ma wyłączność na mówienie o polskich dziejach. Pisze o tym dr Mariusz Sawa – badacz stosunków polsko-ukraińskich, usunięty z IPN. Dr Sawa stracił pracę, ale zachował twarz (Konflikt pamięci – Przegląd nr 22, 24-30 maja 2021 r.). Dla podkreślenia osiągnięć w szkolnictwie i nauce polskiej w okresie powojennym, z uzasadnieniem liczbowym, pisze Bogdan Galwas  –  „Dziadersa uwagi i refleksje” (Trybuna – środa 19, czwartek 20 maja 2021 r.). 

Działalność tzw. żołnierzy wyklętych budzi w społeczeństwie polskim ogromne kontrowersje. Próby wynoszenia na pomniki takich postaci jak „Bury” czy „Ogień” spotyka się ze sprzeciwem na terenach, na których oni działali, jest natomiast popierana przez środowiska skrajnej prawicy. Należy wreszcie podkreślić, że na Dolnym Śląsku próby działań „żołnierzy wyklętych” zostały zgaszone w zarodku i można powiedzieć, że tu ich nie było. 

Budowa we Wrocławiu Pomnika tzw. Żołnierzy Niezłomnych jest działaniem, które nie przyczynia się do integracji społeczeństwa naszego miasta i regionu, wręcz przeciwnie, wywołuje podziały. Jest to akt wymierzony w tolerancję, która charakteryzuje mieszkańców Miasta Spotkań – miasta przyjaznego i łączącego ludzi.

Stowarzyszenie „Pokolenia” we Wrocławiu stanowczo nie zgadza się z decyzją Rady Miejskiej i tą drogą wyraża swój protest. 

Z pełnym zrozumieniem popieramy zdanie Społecznego Forum Wymiany Myśli z Wrocławia, które pojawiło się na łamach Trybuny wcześniej oraz życzymy powodzenia Wrocławskim Radnym z Lewicy, którzy wystąpili w obronie honoru miasta i ludzi, głosując przeciw pomysłowi postawienia Pomnika Żołnierzy Niezłomnych w naszym mieście.

Osobliwość. Konstytucja 3 Maja i stan wojenny!?

    „Była Konstytucja (3 Maja) dziełem najświatlejszych umysłów ówczesnej epoki, zwycięstwem patriotyzmu nad zaprzaństwem, rozumu nad wstecznictwem, wspólnego dobra nad prywatą”.

                                                          gen. Wojciech Jaruzelski

„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. 

                                          Papież Jan Paweł II

    Obchody 230 rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja, skłoniły Panią Czytelniczkę do poważnej, historycznej refleksji. Uznała mianowicie, iż powinienem „coś” napisać o Konstytucji 3 Maja i stanie wojennym. Zdumiony i zaskoczony propozycją, próbowałem wyjaśnić Pani historyczne okoliczności i samą istotę obu wydarzeń. Osobliwość tej rozmowy, wręcz wymóg Czytelniczki – znającej historię tamtej epoki i dobrze pamiętającej realia dekady lat 80- tych, nie pozostawiał zbyt dużego pola manewru. Zakładając, że nie jest to indywidualna zachcianka, czy taka sobie fanaberia, a jedna z refleksji, „nie dającego spokoju dylematu”- szukanie historycznej paraleli, może po środowiskowej dyskusji – przyjąłem wyzwanie. A Państwo wydadzą werdykt. Że będzie surowy – wiem, ale proszę tym razem o odrobinę wyrozumiałości. Serdecznie dziękuję.

Cenię sobie każdy głos Czytelnika – pisałem kilka razy. To nie uniżenie grzecznościowy zwrot. Dla mnie, a sądzę, że dla każdego, kto pisze na łamach prasy, wypowiada się publicznie- ważna jest ocena i zarazem inspiracja. To swoiste „echo” różnych, środowiskowych i rodzinnych dyskusji, przemyśleń i refleksji Państwa, często bez ostatniego zdania, gdyż różne złożoności nie pozwalają na jednoznaczne słowo- podkreślę-obiektywnej oceny, stanowczy wniosek końcowy. To zasługa Redakcji, publikującej dyskusyjne teksty. Z uznaniem – dla Sekretarza Redakcji- zauważyła Czytelniczka, Trybuna stała się poszukiwanym dziennikiem.

Kilka uwag wstępnych

Wydarzenia te- Konstytucję 3 Maja i stan wojenny dzieli 190 lat, prawie dwa wieki naszej historii. I co najmniej dwie zasadnicze różnice. Pierwsza – okoliczności miejsca i czasu. Przecież lata 1788-1792 (okres Sejmu Wielkiego) i lata 1980-1983- są praktycznie nie porównywalne pod żadnym względem. Druga– Konstytucja 3 Maja -to „zbiór praw”, dokument, „Ustawa Rządowa”, której realizacja ma wprowadzić ustrojowe zmiany, wzmocnić państwo. Hasło- „król z narodem, naród z królem” oddaje jej istotę. A stan wojenny- co to było? Proszę na chwilę odstawić poranną kawę i przypomnieć sobie jak był, jest nazywany. Nie wstydźcie się Państwo przecież pamiętacie -przypomnę kilka: wojna z narodem, „wojna polsko- jaruzelska”, zamach stanu, „komunistów walka o utrzymanie władzy”, wreszcie „mniejsze zło”, ratunek dla Polski. A Państwo- jak stan wojenny nazywaliście w dekadzie lat 80-tych, jak po 1989 r., a jak nazwalibyście dziś w 2021 r.?

I pytanie zasadnicze- czy jednak jest „coś” wspólnego, co pozwala mówić o Konstytucji 3 Maja i stanie wojennym – tak! To Państwo(celowo piszę dużą literą), nasza Ojczyzna! Autorzy Konstytucji 3 Maja zapisali w tekście Konstytucji prawa, które miały uratować I Rzeczypospolitą przed anarchią, wstecznictwem i prywatą. A stan wojenny?- ratował przed „czymś” Państwo, czy nie? A jak nazywani są Autorzy Konstytucji?- a jak autorzy stanu wojennego? 

Wymóg szczególny

Oczekuję od Państwa całkowicie innego podejścia, postawy, podczas czytania tekstu, niż dotychczas. Proszę, by Państwo zechcieli wczuć się „wejść” w rolę ówczesnych decydentów, członków najwyższych władz państwowych, podjąć swoisty dialog z samym sobą-postawić sobie pytanie – „co ja zrobiłbym na ich miejscu?” Oczywiście, to niezwykle złożone wyzwanie, wymagające pewnego zasobu wiedzy ze „szczebla państwa”. Przewidywania przed podjęciem decyzji, podkreślam, jej skutków-tych najbliższych, za kilka dni, tygodni, miesięcy i dalszych – za kilka lat, dekad… Podejmując wyzwanie, należy stanowczo „odstawić na bok” proste fakty, np. w rodzaju- przecież ZOMO biło ludzi, były internowania, na półkach ocet. Oczywiście, tak było. Solidarność chciała tylko dobrze… też o tym słyszałem, znam głosicieli tej teorii – tylko nie pamiętam co „robili”, by było dobrze. Miliony Polaków wiedziały, w tym członków Solidarności – że strajki do niczego „dobrego” nie prowadziły, ale strajkowali… bo płacili… 

Osobisty monolog

W podejściu, które Państwu proponuję i proszę o przyjęcie, jest zasadnicza przeszkoda- znamy fakty, szczegóły, które doprowadziły do uchwalenia Konstytucji 3 Maja i co stało się później. Podobnie ze stanem wojennym. Tu należy chwilowo przyjąć „zasłonę, brak wiedzy”. Wyjaśnię na przykładzie. Jest 5 maja 1791 r. (dwa dni po uchwaleniu Konstytucji). Zastanawiam się- „ja marszałek Sejmu”, Aleksander Małachowski-co teraz zrobi Jakow  Bułhakow, ambasador carski. Może powinienem szybko spotkać się z nim i wyjaśnić, co znaczą  artykuły w „Rządowej ustawie”, co teraz będziemy robić, uspokoić go. Jeśli tak się zachowam, będę wbijał go w butę, jaki on ważny! Chwila- przecież jestem Polakiem, mam swój honor, mam zginać kark przed „ruskim”? Muszę myśleć w „kategoriach Państwa i Narodu”, żebyśmy mogli spokojnie dalej żyć i pracować dla niego. Nie mogę zapomnieć, że od prawie 90 lat (od 1704 r.) Rosja zaciągnęła nad Rzeczypospolitą protektorat. Zwolennikom króla Augusta wydawało się, że to dobry układ… mamy gorzkie skutki tej zależności i położenia naszego kraju. Podobnie postąpili Prusacy, oszukali nas… Pamiętam nocne spotkanie 4 grudnia 1790 r.  w domu sekretarza króla (był nim Włoch, Scypion Piattoli) i historyczne, mądre wywody ks. Kołłątaja. On pouczał, by rozumem naprawiać Ojczyznę, by nie były knowaniami dla protektora carskiego, bacznie patrzeć na Prusy. Muszę pomówić z królem, z Hugonem Kołłątajem, Ignacym Potockim, bp Adamem Krasińskim i wspólnie uradzimy. Trzeba szukać sojuszów dla „ustawy”… może Francja, Anglia .

Polityk i…historia dla uczonych

Proszę zauważyć, że ten przykład wskazuje rozterki, wątpliwości, tak natury moralnej jak i politycznej, obawy i zagrożenia. Którym tu, w tym momencie historii nadać pierwszeństwo? Dlatego proszę Czytelnika o „wejście” w rolę osoby mającej wpływ na decyzję, dany fakt. Skoro piszę o faktach historycznych mających dla Polski przełomowe znaczenie, należy postawić pytanie- czy polityk powinien oceniać fakty, oczywiście korespondujące z jego sytuacją, myśląc i wnioskując z przeszłości nad decyzją jaką podejmie, a „historię” pozostawić uczonym do oceny? 

Przeczytałem taką – skłaniającą do poważnego zastanowienia, ocenę prof. Jerzego Wiatra – „Chcę wyrazić swój pogląd na samą kwestię >polityki historycznej<, gdyż tu różnię się od znacznej części jej krytyków, którzy uważają, że politycy w ogóle nie powinni zajmować się historią, pozostawić ją historykom. Myślę o tym inaczej. Mądra polityka powinna czerpać z doświadczenia historycznego, m.in. po to, by nie powtarzać błędów popełnionych przez poprzedników. Jednak warunkiem niezbędnym tak rozumianej polityki historycznej jest to, by polityk starał się zrozumieć dylematy stojące w przeszłości przed jego poprzednikami i wyciągać z tego wnioski dla własnych działań”. W pełni podzielam ten pogląd Pana Profesora. Fakty przywołane w tym tekście to potwierdzają. A co Państwo Czytelnicy o tym myślicie? 

    Polska w II-ej połowie XVIII wieku.

    Przypomnijmy zatem skrótowo najistotniejsze fakty i okoliczności. I Rzeczypospolita jest od 1 lipca 1569 r., państwem Obojga Narodów- Polski i Litwy. Prawie 130 lat później dochodzi do wojny północnej o Inflanty, które należą do Szwecji. Car Piotr I, zamierza uzyskać dostęp do Bałtyku, przez zajęcie Inflant, należących do Szwedów. W tym celu zawiera sojusz z królem Saksonii i Polski, Augustem II Sasem. Szwedzi pokonali armię rosyjską pod Narwą w 1700 r. Choć I Rzeczypospolita formalnie zachowywała neutralność, Szwedzi wkroczyli w 1704 r. Dwa wydarzenia sprawiły, że 1704 r. jest przełomowy w dziejach Polski. Pierwsze– Król Szwedów Karol XII, mający stronników wśród szlachty i magnaterii, polecił zdetronizować króla Augusta II Sasa, jako sojusznika Rosji i wybrać królem Stanisława Leszczyńskiego, który stał się marionetką w ręku Szwedów. Drugie- sojusznicy króla Augusta, także szlachta i magnaci zawiązali tzw. konfederację sandomierską i zawarli układ z carem Piotrem I. Na jego mocy, wojska rosyjskie uzyskały prawo przekraczania wschodniej granicy, przemarszów przez nasze terytorium i stacjonowania. Stąd powiedzenie obrazujące anarchię w Polsce – „chodzą od Sasa do Lasa”. Historycy zgodnie oceniają, że te dwa wydarzenia przesądziły o utracie niepodległości. Mówiąc dzisiejszym językiem- suwerenności. Stało się to 87 lat, przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja. Jej ideę przypomniał prawie 200 lat później Generał na Zamku Królewskim – załączam. 

Co później – Szwedzi w 1706 r. opanowali Saksonię i wymusili na Auguście zrzeczenie się polskiego tronu. Ich klęska pod Połtawą (1709 r.), pozwoliła Augustowi wrócić na polski tron, za zgodą cara Piotra I. Sejm niemy w 1717 r. przyjął ustawy  rozciągające carskie wpływy na cały kraj. Pod dyktando Repnina (ambasador Rosji), Sejm w 1767 r. (3 lata po wyborze Stanisława Poniatowskiego królem Polski, na polecenie carycy Katarzyny- uchwalił tzw. prawa kardynalne: wolna elekcja monarchy, liberum veto, nietykalność osobista, prawo wypowiedzenia  królowi posłuszeństwa.

W 1772 r. caryca, wspólnie z sąsiadami ukarała króla zaborem części ziem (I rozbiór). Po I rozbiorze, Rzeczypospolitą nadal trawiła korupcja, nepotyzm warcholstwo, bałagan prawny, anarchia…Konstytucja, jako potrzeba zreformowania ustroju państwa, była wręcz koniecznością.

Polska po 1945 r.

Kształt terytorialny naszej Ojczyzny i powojenny podział Europy był formowany przez Wielką Trójkę w Teheranie (listopad- grudzień 1943), Jałcie (luty 1945) i Poczdamie (lipiec-sierpień 1945). Dla prowadzonego tu wywodu jest istotne, że Polska- mocą zachodnich aliantów, czego nie chcą wiedzieć historycy kierujący się rosyjską fobią, a nie faktami i rozumem stała się  częścią radzieckiej strefy wpływów. Jak to przebiegało w pierwszych powojennych latach, pisałem w tekstach dot. „wyklętych”. Jest rok 1980. Tu zasadniczy dylemat zawiera pytanie- czy można poszerzać ramy już uzyskanej-za Władysława Gomułki i Edwarda Gierka- suwerenności. Dotąd czyniono to na dwóch głównych płaszczyznach-politycznej i gospodarczej. Ich wspólnym mianownikiem było „otwarcie na Zachód”. Nasza aktywność na forum ONZ, w tym inicjatywy rozbrojeniowe i pokojowe oraz udział w przygotowaniu KBWE przyniosły nam uznanie. Udział w operacji Dunaj – CSRS 1968 r. przyspieszył bieg zdarzeń, skutkujący traktatem z 7 grudnia 1970 r. o normalizacji stosunków z NRF (sprawa zachodniej granicy). Zachodnie kredyty jako  wsparcie gospodarki i jednoczesne „poluzowanie” więzów z RWPG- przyniosły nam rozwój, ale i zadłużenie prawie 23 mld. $ . Stąd też rządy- Józefa Pińkowskiego a następnie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, przyjęły reformę gospodarczą za cel strategiczny, informując i prosząc sąsiadów o opinię- pisałem o tym poprzednio. 

Odniesienia … historyczne

Z dużym, wręcz ogromnym przybliżeniem- nie uproszczeniem – można próbować odnieść do I Rzeczypospolitej XVIII w, mając na szczególnej uwadze wpływ sąsiadów odnośnie reform wewnętrznych-głównie gospodarczej. Drugą była zmiana  stylu sprawowania kierowniczej roli partii (to osobny, złożony temat). Czy te dwie reformy można – znów – z dużym, przybliżeniem odnieść do Konstytucji 3 Maja? Przeciwnicy  takiego poglądu zapewne będą przeważać. Upływ czasu, diametralna zmiana sytuacji społeczno-gospodarczej i politycznej są oczywiste, dyskusji nie podlegają.  A jakie są racje aprobujących to odniesienie? Istota polega na idei, generalnej myśli reformy, stylu rządzenia, sprawowania władzy. Obejmowała wymiar polityczny, partyjny i gospodarczy-sposób zarządzania, wymianę tu kadr partyjnych, w znaczącej części na fachowców  gospodarki i finansów. A demokratyzacja życia wewnętrznego? To usprawnienie kierowania Państwem miało następować ewolucyjnie – Kościół nazywał „długim  marszem”. 

Miejsce Solidarności  

To drugi, zasadniczy dylemat prowadzonych tu historycznych odniesień. Gdzie należy ją sytuować, z czym, do jakich zmian przyrównać? Przeczuwam, że wielu Czytelników orientacji Lewicowej widzi ją „upodobnioną” do Konstytucji 3 Maja. Nie, to błąd. Jeśli ktoś poczuł się  dotknięty- pytam- czy podpisany „Protokół” (21 postulatów) zawierają zapisy reformatorskie- podobne lub zbliżone do „Ustawy rządowej”? Otóż nie – to sedno sprawy. Sam fakt  powstania wolnych związków zawodowych spowodował konieczność, respektowania ich potrzeb, na co władza zgodziła się (niektórzy przypomną tu, że przymuszona strajkami – nie zaprzeczę!) Idea powstania takich związków – podkreślam – jako idea była słuszna, sprawdziła się w wielu krajach bloku wschodniego po 1990 r., dużo wcześniej na Zachodzie. Czy miały one wpływ na zmianę stylu „kierowania Państwem”, jego wzmocnienie? Otóż tak- w Polsce miały, z gruntu negatywny. Czy to stwierdzenie uważacie Państwo za ostre, zbyt krzywdzące Kierownictwo Solidarności? Jeśli ma być „krzywdzące”, to wobec kilku milionów członków, których Kierownictwo uznało za siłę, „narzędzie” do walki z władzą i o władzę. Zwróćcie Państwo uwagę na podstawową, główną metodę działania – strajki i żądania. W połowie 1981 r. wartość ok. 700 umów dwukrotnie przekroczyła dochód narodowy. „Stała się rzecz paradoksalna, lecz przewidywalna. Ilość zawartych umów, podważyła ich realność”, ocenił prof. Jan Szczepański. Jak to rozumieć- że umowy władza podpisywała ze świadomością braku szans na ich realizację. Ktoś zapyta – to po co podpisywano? Odpowiem pytaniem – a było inne wyjście? Powtórzyć Grudzień ’70 w jeszcze bardziej krwawej bratobójczej formie?… z groźbą upadku „tej władzy”, o co chodziło radykałom. Bardziej realny byłby inny wariant-sojusznicza pomoc, dla „władzy tej partii”, za czym optowali twardogłowi Partii. Z rozlewem krwi, czego logicznie trudno wykluczyć. A wezwania Papieża i Prymasa Tysiąclecia do odpowiedzialności za Ojczyznę – kogo dotyczyły jeśli nie Solidarności w pierwszej kolejności? Pisałem w poprzednich tekstach. 

Historyczne odniesienia

Bliższy byłbym odniesieniu – tu uwaga – grupy radykałów Solidarności do „targowiczan”. Tamci chcieli utrzymać „stare prawa”, usunąć zapisane reformy w zalążku. Unicestwili cały kraj. Ci, z lat 1980-81, chcieli zmiany władzy, czym omal nie unicestwili siebie i „tej Polski”, czego nawet nie byli świadomi. W 1981 r. nie udało im się „ściągnąć” pomocy sąsiadów, a było bardzo blisko. Że takie, zgubne myślenie było- oto dowód. Podczas rozmowy z prof. Werblanem, prof. Modzelewski mówi- „Uważałem, że konfrontacja władz ze związkiem, tylko polskimi siłami, jest nie do wygrania. Że jak się zacznie- to nieuchronna będzie interwencja. Zresztą taką rozmowę miałem, prywatną zupełnie z Romanem Zimandem. Mówiłem mu, że nasze szanse na przetrzymanie polegają na podtrzymywaniu takiej sytuacji, w której polscy komuniści nie będą w stanie sami, własnymi siłami, z nami się rozprawić. A on tak spojrzał na mnie i powiedział, że jest na odwrót – nasze szanse polegają na tym, żeby to polscy komuniści byli w stanie z nami się rozprawić”. Profesor Andrzej Werblan ocenił- „Miał rację Roman Zimand”. („Polska Ludowa”).

Myślenie Papieża

„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Tymi słowami Papież rozpoczął rozmowę w „osiem oczu”, w Belwederze 17 czerwca 1983 r. (stan wojenny był zawieszony). Jakie fakty i jak oceniał z lat 1980 -83, do jakich wydarzeń z przeszłości odnosił? Czy „wczuwał” się w rolę Generała, władzy, czemu zapobiegła w Polsce, w Europie. Jakiego losu ludziom, wiernym-oszczędziła, co złego im wyrządziła. Jakie rozterki i myśli mogły zaprzątać uwagę Jego Świątobliwości przygotowując homilie do wiernych, wśród których będą członkowie Solidarności, radykałowie z Kierownictwa … Za kilka miesięcy 40 rocznica stanu. Ciekawe, co powie wtedy władza, biskupi, czy będą pamiętać te historyczne, wiekopomne słowa – dziś świętego Papieża. Zachęcam Państwa do  „wniknięcia” w myśli, do zrozumienia podstaw uznania Generała patriotą, do głębokiej refleksji.            

        Wystąpienie Prezydenta RP, gen. Wojciecha Jaruzelskiego,

                                                    z okazji Święta 3 Maja

                    na Zamku Królewskim w Warszawie, 3 maja 1990 r. 

Stając w murach Zamku Królewskiego, symbolu ciągłości naszego państwa, siły i żywotności narodu, patrząc na tę polską relikwię -oryginał Konstytucji, który zrządzeniem losu zachował się do dziś – nie sposób powstrzymać się od wzruszenia. A zarazem od myśli, że ten pożółkły dokument, to prawdziwa, widoma >arka przymierza, między dawnymi i nowymi laty<.

 Była Konstytucja dziełem najświatlejszych umysłów ówczesnej epoki, zwycięstwem patriotyzmu nad zaprzaństwem, rozumu nad wstecznictwem, wspólnego dobra nad prywatą. Była przede wszystkim- jak pisał historyk- >samodzielnym czynem narodowym<.

To wielkie dzieło za sprawą obcych potęg i naszych własnych słabości zostało zniweczone. Inaczej potoczyłyby się polskie dzieje, gdyby zasady Konstytucji dane nam było wprowadzić w życie. Lecz wdzięczność potomnych-przetrwała. Burzom dziejowym oparły się głęboki patriotyzm i  postępowe, demokratyczne – idee tej wielkiej karty naszego narodu.

Rodziła się Konstytucja z gorzkich nauk przeszłości, z żarliwej troski o siłę i całość państwa, o ludzkie prawa wszystkich jego obywateli. Ład wewnętrzny, harmonijne współżycie wszystkich stanów, to myśl przewodnia najlepszych w naszym narodzie- tych, którzy Ustawę Rządową stworzyli i poparli.

Jest znakiem naszych czasów, że właśnie dziś wracamy tak uroczyście do tego symbolu polskiej demokracji, suwerenności, sprawiedliwości.

Te, dalekowzrocznie zapisane karty są dla nas Polaków, nie tylko powodem do dumy. Niegdyś zwiastowały alarm dla osłabionego, zagrożonego państwa. W naszych czasach są i pozostaną drogowskazem na dziś i jutro. Źródłem otuchy, lecz i ostrzeżeniem, że nawet dzieło najszlachetniejsze może być zaprzepaszczone, jeśli dobro Rzeczypospolitej nie staje się dla wszystkich obywateli prawem najwyższym, jeśli nie towarzyszy mu zgoda narodowa, jeśli nie ma się przyjaciół i blisko, i daleko.

Czy tamten majowy testament potrafimy przełożyć na język współczesności? Czy zdamy pomyślnie historyczny egzamin?

Taką szansę mamy. Od narodu, od jego wyboru i woli zależy dziś, jak rozporządzi swą przyszłością. Polska jest w awangardzie przemian. Sprzyja im Europa i współczesny świat. Z tą myślą pozdrawiam wszystkich tu obecnych przedstawicieli dyplomatycznych, reprezentujących tak wiele państw, z którymi pragniemy rozwijać dobre, przyjazne, wzajemnie korzystne stosunki.

Półtora wieku temu, podczas obchodów 50-tej rocznicy 3 Maja, padły słowa, że Polska >jest to drzewo dziewięciu i więcej wieków, z które nowe coraz wyrastają latorośle<. To mądre zdanie przypomina, że rozwijać się może tylko naród doceniający potrzebę zmian, otwarty ku nadchodzącym czasom, zarazem jednak świadomy, że dorobku ciągłości dziejów roztrwonić nie wolno. Czy niosły blaski, czy cienie- były zawsze naszą, polską, ojczystą historią.

Walka i trud ostatnich dwóch stuleci nie poszły na marne. Przesłanie Konstytucji 3 Maja trwało niezmiennie w pamięci Polaków. Obecnie jej rocznica stała się znów świętem państwowym.

Niech uwieczniona w pieśni >majowa jutrzenka< świeci nowym, mocnym blaskiem. Niech będzie gwiazdą przewodnią ku pomyślności narodu, ku chwale Rzeczypospolitej.

Flaczki tygodnia

Parlamentarzyści PiS bardziej od obcych wywiadów boją się „kaprala” Terleckiego i spółdzielni „Ucho” pana ministra Mariusza Kamińskiego.

Każdy polski parlamentarzysta zna „Katechizm polskiego posła”, przekazywany mu przez starszych kolegów. Pierwszy punkt katechizmu brzmi: „Poseł ma wrogów z innych partii, śmiertelnych wrogów ze swego okręgu wyborczego i jeszcze „kolegów” z partii”. Dziś parlamentarzyści z PiS w prywatnych rozmowach przyznają, że cały ten atak „ruskich” hakerów to pic dla mediów i ciemnego ludu, czyli wyborców PiS.

Naprawdę to mogło być tak: Parlamentarzyści wiedzą, że nie powinni używać prywatnych skrzynek mailowych do celów służbowych. Zwłaszcza, ci, którzy do chudej diety poselskiej dokładają pensyjki rządowe,bo dorabiają tam jako sekretarze stanu. Czyli ministrowie. Ci mogą przecież dostać na wyposażenie specjalne, bardziej odporne na hakerskie ataki, smartfony. Ale nie każdy parlamentarzysta umie z nich od razu korzystać. Niby może się tego nauczyć, ale wymaga to czasu, a tego każdemu polskiemu posłowi zawsze brakuje. Ci ząś, którzy muszą z nich korzystać, potwierdzają, że z prywatnego maila szybciej się wysyła.

Poza tym, a może przede wszystkim, znani nam parlamentarzyści podejrzewają, że bezpieka pana ministra Kamińskiego tak te ustrojstwa zabezpieczyła, że może jego użytkownika podsłuchiwać kiedy tylko zechce. Zatem lepiej go do politycznego knucia nie używać. Tak samo było kiedy w Sejmie wprowadzono służbowe laptopy i ifony aby zlikwidować obieg papierowych dokumentów. Wielu parlamentarzystów nie chciało ich wtedy brać, bo bali się, że Kancelaria będzie mogła ich kontrolować. Potem brali, ale i tak pracowali na „swoim” sprzęcie.

Każdy parlamentarzysta wie jak jest w klubie Zjednoczonej Prawicy. Jego rzecznik dyscypliny to pan wicemarszałek Terlecki. Zwany „kapralem”, od swego finezyjnego stylu działania. Powszechnie tam mówi się też, że bezpieka pana ministra Mariusza Kamińskiego zbiera haki na wszystkich parlamentarzystów. I potem wrzuca je do obiegu, jak to było w przypadku oskarżenia pana posła Maksymowicza o eksperymenty medyczne na „dzieciach nienarodzonych”. Połączenie „kapralstwa” pana marszałka Terleckiego z „hakarstwem” pana ministra Kamińskiego, sprawia, że polscy parlamentarzyści mniej boją się zagranicznego „hakerstwa” niż „hakarstwa” i „kapralstwa” ze strony swoich „kolegów” z partii.

Wielu polskich parlamentarzystów uważa też, że „bezpieczniej” jest prowadzić korespondencje z kilku prywatnych skrzynek mailowych. Na zmianę. Bo wtedy dywersyfikuje się korespondencję. Ale potem każdy zawsze ma mało czasu i w praktyce wysyła z jednej skrzynki.

Nie wiemy czy włamania do prywatnej skrzynki pana ministra Dworczyka dokonał ktoś z wymienionych w pierwszym punkcie poselskiego katechizmu. Nie inspirowany wtedy przez obce specsłużby. Tak z zemsty,aby zaszkodzić coraz bardziej popularnemu na prawicy ministrowi. Nie wiemy czy ten pomysł i wycieki korespondencji przechwyciły obce spec służby. A jeśli tak, to kiedy to było. Najwyższy z urzędników państwowych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, pan wicepremier Jarosław Kaczyński, obarczył winą hakerów działających na terenie Federacji Rosyjskiej. I wezwał do wyciszenia sprawy, bo każda debata o tym skandalu, to młyn na wodę imperialistów rosyjskich.

Zasugerował też, że bezpieka pana ministra Kamińskiego wie o włamaniach do skrzynek mailowych innych parlamentarzystów. Wzbudził tym popłoch tych wszystkich z rządzącej koalicji i opozycji, którzy też służbowe maile ze swych skrzynek wysyłali. Co może udowodnić bezpieka pana ministra Kamińskiego, „lustrując” skrzynki najbardziej gorliwych w krytyce pana ministra Dworczyka. Nic dziwnego, że w opozycji pojawiły głosy,aby pana ministra potraktować jak ofiarę „podstępnych ruskich”.

Jednak pomimo ujawnionego przez jaśniepana premiera Kaczyńskiego ataku na Polskę z terytorium Federacji Rosyjskiej, ambasador tej Federacji nie został nawet wezwany w celu złożenia stosownych wyjaśnień. Podobnie było niedawno, kiedy pan poseł Macierewicz ogłosił publicznie, że to Rosjanie dokonali zamachu na polski, prezydencki samolot nad lotniskiem w Smoleńsku w 2010 roku. Też żadnej reakcji ze strony rządzącego PiS.

„Flaczki” nie namawiają, żeby w ramach restrykcji i retorsji służby pana wicepremiera dokonały zamachu na samolot rosyjskiego prezydenta albo zbombardowały mu pałac na Krymie. Ale można by przynajmniej wezwać JE Ambasadora Federacji Rosji przed „kapralskie” oblicze pana marszałka Terleckiego. Samo obcowanie z „Psem” jaśniepana prezesa Kaczyńskiego bywa okrutną torturą.

Wzywanie do wyciszenia dyskusji nad kolejnym, bolesnym dowodem niekompetencji elit PiS i dyskusji o upadku najważniejszych instytucji państwa polskiego, to wezwanie aby być „Ciszej nad tą trumną”.

Jak polityczną szmatę potraktowały elity PiS panią senator Staroń. Nie zważając na jej kiepski stan zdrowia wysunęli jej kandydaturę na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Z góry wiedząc, że ta kandydatura zostanie odrzucona podczas głosowania w Senacie. Zresztą dla pewności grupa senatorów z PiS również nie poparła jej kandydatury.

Pan prezes Kaczyński nie chciał wyboru senator Staroń, bo na jej miejsce zostałby wybrany kandydat zjednoczonej opozycji. Co dodatkowo osłabiłoby PiS w Senacie. Chciał jedynie doprowadzić do głosowania aby poznać rzeczywiste poparcie pana wicepremiera Gowina ze strony jego klubu poselskiego. Nie chciał też „nieswojej” senator na funkcję Rzecznika. Woli konsekwentnie walczyć z Senatem, obwiniać Senat o utrącanie sejmowych kandydatur,by potem mianować swego komisarza. Kaligula mianował konia senatorem, a jaśnie pan Kaczyński mianuje Rzecznikiem tubkę wazeliny.

Ciężko pracował dla jaśniepana prezesa euro deputowany Adam Bielan. Zwany w polskim Sejmie „napierdalaczem prezesa”. Niedawno z właściwym sobie wdziękiem zakwestionował przewodnictwo w Porozumieniu Polskim pana wicepremiera Jarosława Gowina, a teraz powołuje nową partię republikańską. Aby pod ten nowy szyld wyprowadzić z gowinowskiego Porozumienia Polskiego jak najwięcej aktywów politycznych. Aby wicepremier Gowin został „królem Jarosławem bez partyjnego gruntu”.

Żydzi czekają na Mesjasza, a politycy Platformy Obywatelskiej i jej medialny komentatoriat na nadejście Donalda Tuska. To dzięki Tuskowi partia ta ma politycznie zmartwychwstać. By pod swym przewodem zjednoczyć demokratyczną opozycję, wygrać wszystkie następne wybory i wrócić do władzy.

Niestety nadal nie wiemy po co Platformie ta władza. Żeby odsunąć PiS? Zgoda. I potem „Żeby było tak jak było”?

Wojna z nieboszczykami

Trzęsą się polskie media głównego nurtu: na Powązkach ktoś śmiał pochować generała Ciastonia. Na wojskową nekropolię trafił po śmierci wiceminister spraw wewnętrznych i szef Służby Bezpieczeństwa od 25 listopada 1981 do 10 kwietnia 1987.

Za PRL, a to wystarcza w III RP za powód hańby. Oskarżony za podżeganie do zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Uniewinniony w 1984 roku. Po 1989 r. ponownie go oskarżono (i aresztowano na dwa lata) o kierowanie zabójstwem księdza. W 1994 r. został uniewinniony z braku dowodów winy przez Sąd Wojewódzki w Warszawie. W 1996 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie zwrócił sprawę sądowi I instancji. W 2000 r. jego sprawa wróciła na wokandę. Znowu uniewinnienie, brak dowodów winy. Potem został skazany na dwa lata za powoływanie opozycjonistów do wojska. Umarł w wieku 97 lat.

Niemal wszystkie media używały sformułowań, że Ciastoń „był podejrzany” o sprawstwo kierownicze mordu ks. Jerzego Popiełuszki, lub choćby „uwikłany” w to morderstwo. Że uniewinniony? To nie było przedmiotem rozważań. Oskarżano władze samorządowe, że wyraziły zgodę na miejsce spoczynku. Miasto się broniło, że nie mogło nic zrobić, bo Ciastoń został pochowany w grobie rodzinnym i nic mu do tego.

Przy tej okazji wróciła sprawa petycji, zainicjowana przez jakiegoś prawicowego dziennikarza, który celem swojego życia uczynił usunięcie zwłok działaczy komunistycznych i państwowych z czasów PRL z Powązek. Uprzednio oczywiście obłożywszy je infamią na podstawie wyroku, w którym będzie sędzią. Bez pojęcia o pracy sądów, ale to bez znaczenia. To wszystko ma uczynić z Powązek Mauzoleum Nekropolii Żołnierzy Niezłomnych. I wtedy będzie to cmentarz słuszny i sprawiedliwy, uważają miłośnicy grzebania w ziemi.

Co trzeba mieć we łbie, żeby swoje inkwizytorskie zapędy rozciągać na walkę ze zwłokami w różnym stadium rozkładu?

By rozdawać trumnom prawo do leżenia w określonym miejscu w zależności od praw i wartości, które aktualnie obowiązują?

Wojowanie z trupami z PRL dzisiaj nie grozi niczym, więc lew w nich, dzielnych wojaków od grobów, wstępuje. Swoim tępym, czarno-białym widzeniem świata zarażają otoczenie i kolejne pokolenia.

Już widzę oczami wyobraźni uroczystości (igrzyska?) wygrzebywania szczątków ludzkich i przenoszenie ich pod wycie tłumów na jakieś „miejsce hańby”. Te komentarze w państwowej telewizji (choć i liberalne opozycyjne nie zostaną w tyle, jestem przekonany), może nawet jakieś symboliczne rzucanie kamieniami lub choćby plucie na szczątki? To nie jest niemożliwe w dzisiejszej Polsce. Naprawdę, niewiele nam brakuje.

Tę wojnę z nieboszczykami obserwować będzie cały świat, by utwierdzać się w przekonaniu, że toczy nas jakaś straszna choroba.

Słowacki gol prezydenta Dudy

W czasie, kiedy nasi chłopcy, pod wodzą Portugalczyka, brylowali na boisku ze Słowacją, nasz kraj, Polska, reprezentowany przez Andrzeja Dudę na konferencji międzynarodowej na Słowacji, został wreszcie zauważony. I dobrze. Bo prezydent poruszył wątek, który i mnie dość mocno ostatnio zastanawia. Dodać na koniec należy, że Polacy ze Słowakami na boisku przegrali, a w drużynie naszych rywali występował nie kto inny jak…Ondrej Duda. Prowokacja? Przypadek? Jedno i drugie? 

Zaprawdę, nie wiem jak to wszystko wytłumaczyć. Tyle dziwnych zbiegów okoliczności, za dużo jak na jeden raz. Tak czy inaczej, w Bratysławie, Andrzej Duda, Polak, nie mylić ze Słowakiem-Ondrejem, piłkarzem zawodowym, łaskaw był zawrzeć w swoim przemówieniu pewną wątpliwość, tyczącą się tego, czy to, że mamy dziś w Polsce przyrosty covidowe rzędu 200-300 przypadków dziennie, podobnie jak to miało miejsce w zeszłym roku, jest wyłącznie zasługą powszechnego programu szczepień, czy może pomaga nam w tym…geografia. Jest bowiem tak, jak przytomnie zauważył prezydent, że w zeszłym roku, kiedy nie szczepiono ludzi, bo nie było jeszcze czym, po fali zimowej i wiosennej pierwszego żniwa zarazy, w lato wirus nieco odpuścił. Ba, zrobił to na tyle roztropnie, że nawet premier dał się nabrać, i w szczycie kampanii wyborczej ogłosił, że wirusa już nie ma; poszedł sobie i nie wróci. Parę miesięcy później ten jednak znowu się pojawił, i do marca trzymał za pysk cały kraj, żeby swe apogeum osiągnąć na wiosnę, w kwietniu, dając chwilę wytchnienia po Nowym Roku. Tak to już bowiem bywa z transmisją wirusów, jak mniemał polski prezydent na słowackiej ziemi, że w niektórych krajach, tam zwłaszcza, gdzie jest klimat mieszany, ludzie zapadają na nie częściej, gdy mają nieco osłabioną odporność. Np. na grypę sezonową, zapada się w Polsce w okresach przejścia z jesieni w zimę i zimy w wiosnę.

Przypomnijmy: grypa, podobnie jak covid, też jest wirusem, więc radzi sobie u nas całkiem nieźle od wielu lat. Są wszak w sprzedaży szczepionki na grypę, ale sięga po nie jedynie dwa procent ogółu Polaków. Na covid zaszczepiło się już dużo więcej. Na szczęście. Ten jednak wciąż istnieje i zaraża. I zdradzę Państwu sekret: nadal będzie zarażał. Jest bardzo dużo szansa, że podobnie jak z grypą, na jesieni, kiedy ludzie zaczynają smarkać i kichać, covid znowu zwiększy zasięgi. Wie o tym doskonale prezydent Duda i nieśmiało daje do zrozumienia, że należy nauczyć się z tym żyć. Szczepić się oczywiście, w miarę możliwości, ale nie dać się zwieść, że pandemię zwalczymy raz na zawsze, co to, to nie. Zaczyna również podobne sygnały wysyłać i minister Niedzielski, wspominając, że jesteśmy blisko osiągnięcia odporności stadnej, bo ponad 60 proc. społeczeństwa ma już przeciwciała. Jeszcze pół roku temu, na dźwięk słów „odporność stadna” i jej przydawki, odsądzono by każdego polityka od posiadania mózgu w czaszce, a dziś sam minister zdrowia zaczyna głośno o tym mówić. Oczywiście, są na straży tępi mądrale, którzy każą się Polakom bać jak najdłużej; ot, np. Włodzimierz Cimoszewicz, który po wynurzeniach prezydenta o sprzyjającym klimacie, każe mu doczytać, jak wirus sadowił się w Indiach czy Brazylii, gdzie generalnie cały czas jest ciepło i że prezydenckie bajanie to życzeniowe myślenie pierwszoklasisty po oblanym sprawdzianie ze znajomości pór roku i nazw kontynentów. Na pozór, rzeczywiście, Cimoszewicz może w tym dwugłosie wydawać się bardziej racjonalny w myśleniu, ale to nie sama temperatura jest zwornikiem procesu szerzenia się zarazy, a właśnie wspominana odporność organizmów. W lato po prostu rzadziej chorujemy, bo nie narażamy się na kaprysy pogody-każdy chłop we wsi pod Białymstokiem to wie. Nie trzeba być Cimoszewiczem, żeby tę zależność dostrzec. Podobnie jak to, że jak się człek przemoczy w polu albo na przystanku i wiatr go wysmaga, to się choróbsko przywlecze szybciej. I tak będzie jesienią i zimą. Będzie też panika, że, o la Boga, Polacy umierają na covid, tak jakby teraz nie umierali. Jest jednak dla nas, gatunku ludzkiego, nadzieja. Aby ją posiąść, najsamprzód należy wykonać jedną, ważną czynność-nie słuchać ani nie czytać mediów głównego nurtu. Ich pieniądze i klikalność podszyte są syceniem w ludziach strachu i lęku o wszystko i przed wszystkim. Choćby jak teraz, w Wielkiej Brytanii. Pojawił się nowy szczep „Delta”, który szybko się rozprzestrzenia. Larum grają, ludzie chorują i umierają, a u nas ponoć nawet jedna zakonnica już go ma. Nic tylko czekać, jak wszyscy od niego zginiemy. Gdyby jednak ktoś zadał sobie trud, jak np. ja, i poczytał o wirusach w książkach do wirusologii, dowiedziałby się, że to, że nowy szczep rozwija się szybko, jest czymś zupełnie normalnym. Wirusy bowiem mają to do siebie, że dość prędko się demokratyzują. Chcą zakażać coraz więcej nosicieli, ale czynią to kosztem swojej mocy. Innymi słowy, każdy nowy szczep szybciej przeskakuje z człowieka na człowieka, ale wraz z jego mobilnością, maleje jego siła. Jak z grypą. Rzadko kiedy, na szczęście, ludzie przechodzą ją ciężko, a proszę mi wierzyć, to też nic fajnego, a dużo częściej kończy się na klasycznym przeziębieniu z tygodniem w łóżku i kubkiem herbaty z miodem i cytryną. Z covidem zapewne też tak będzie. Tylko za jakiś czas. Teraz, kto może niech się szczepi i korzysta z lata, bo coś czuję w swoich starych kościach, że jesienią znowu nas zamaskują i zabetonują w domach.

A, byłbym zapomniał, ten słowacki piłkarz Ondrej Duda, występował ongiś w drużynie Legii Warszawa i w związku z tym, bardzo dobrze mówi po polsku. Tu musi być coś na rzeczy!

Władza czyści kamienice

Polityka mieszkaniowa PiS nadaje się tylko do radia Erewań. Mieli mieszkania rozdawać, a będą odbierać.

„Mieszkanie plus” zanim zdechło, zdążyło zaowocować zalewanymi parterami w Jarocinie, i wynajmowaniem „gotowych pod klucz” mieszkań w Białej Podlaskiej, bez podłóg, drzwi i oczywiście urządzeń kuchennych, czy łazienkowych. I w jednym i w drugim przypadku zamiast obiecywanej ceny wynajmu lokalu na poziomie 70-80 proc. tego czego żąda wolny rynek, skończyło się na czynszach wyższych niż w okolicy. Obiecywana opcja dochodzenia do własności okazała się bajką, a regulamin najmu jest taki, że jak ktoś zachoruje, albo straci pracę, i nie zapłaci, to wylatuje z mieszkania. Na bruk, bez żadnej możliwości wyszukiwania takiej osobie lokali zastępczych.

Afera z warszawskimi bonifikatami na wykup gruntów z dzierżawy wieczystej, wykazała, że i w tak nieskomplikowanej dziedzinie, PiS jest w stanie wprowadzić chaos. Wystarczyło, że zastosowali 60 proc. stawkę zniżki dla gruntów państwowych i możliwość 90 proc. bonifikaty dla ziemi należącej do samorządu, żeby wszyscy wszystkim skoczyli do gardeł. 

Mieszkasz, to pokazuj

Najlepsze jednak przed nami. Od 21 kwietnia 2019 r. obowiązuje prawo klepnięte bez rozgłosu rok wcześniej. A ono mówi, że osoby mieszkające w lokalach komunalnych, mogą za nie płacić czynsz w wysokości 40 zł za metr kwadratowy. Lub więcej.

Ustawa każe gminom kontrolować dochody każdemu, komu przyznają mieszkanie. Raz na 2,5 roku lokator mieszkania komunalnego ma zatem zaopatrzyć administrację w deklarację zarobków wszystkich pomieszkujących z nim osób za poprzednie 3 miesiące. I jakby najemca zarabiał więcej niż wynosi ustalony przez gminę limit, to wtedy gmina podniesie mu czynsz nawet do 8 proc. „wartości odtworzeniowej lokalu” (czyli ceny rynkowej). 

A nie daj Boże, żeby taka 4-osobowa rodzina z mieszkania komunalnego, dostała w spadku jakąś kawalerkę. Wtedy gmina wywali taką familię do jej odziedziczonej posiadłości już po miesięcznym wypowiedzeniu. 

Kara za podwyżkę zarobków

Miesięczny czynsz w wysokości 40 zł/metr kw. może być oczywiście wyższy. Tyle bowiem wychodzi za mieszkanie wycenione na 6 tys. zł za metr. Czyli w przypadku Warszawy za jakieś stołeczne peryferia. W centrum, wartość odtworzeniowa spokojnie mogłaby wynosić i 8-9 tys zł. I wtedy ktoś mieszkający w kamienicy w Śródmieściu, za 60 metrowe mieszkanie, za które teraz płaci niecałe 450 zł, musiałby wykładać 3 600 zł czynszu miesiąc w miesiąc. Wystarczyłoby, żeby taki lokator samorządowego mieszkania, będący posiadaczem jednego dziecka, zarabiał wraz małżonką 4000 zł na rękę. Bo warszawskie przepisy komunalne określają, że limit przychodów lokatora w wieloosobowym gospodarstwie to 1330 zł na osobę. Gdy więc mąż i żona dostają na konto po 2 tysiące, to od kwietnia będą jako krezusi płacili za komunalną chałupę znacznie więcej niż takie samo mieszkanko wynajęte prywatnie. 

A gdy nie będą chcieli płacić, to właściwe służby będą miały obowiązek wywalenia ich na zbitą twarz.

Nie musi tak jednak być, bo pisowska ustawa jest ludzka. I nie nakazuje, ale pozwala, gminom skorzystać z opcji niepodnoszenia czynszu do maksimum, ale np. do wysokości, w której zmieści się to, co lokator zarabia powyżej limitu. Czyli, jak mąż czy żona dostaną w pracy podwyżkę, o 300-400 zł miesięcznie, to mają tę kasę przelać na konta samorządu, bo o tyle wzrośnie im czynsz. To oczywiście nader motywujące dla każdego… 

W związku z czym pomysły te jeszcze bardziej nakręcą rozwinięty przez „500 plus” system płacenia pod stołem.

Kierunek przedmieście

Pocieszeniem dla większości ludzi mieszkających w lokalach komunalnych jest to, że nowe przepisy będą obowiązywać tylko osoby, które podpiszą umowę najmu po 20 kwietnia. Tyle, że w ustawie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmusić do tego osoby mające od lat najem na czas nieokreślony. Jak urząd zagnie parol na jakąś nieruchomość, to przecież znajdzie setki powodów aby przenieść „starych” lokatorów no nowych lokali. A wtedy będzie potrzebna nowa, restrykcyjna finansowo umowa nakazująca płacić horrendalne stawki. Budynki trzeba wszak rewitalizować i dokonywać kapitalnych remontów w obawie przed katastrofa budowlaną. 

Przepis o niedziałaniu prawa wstecz spowodował, że do urzędów biegają wszyscy, którzy mieli dotąd umowy na czas określony. Sądzą, że jak zdążą przed kwietniem stać się posiadaczami umów na wynajem bezterminowy, to im się upiecze. Sęk w tym, że urzędnicy też to wiedzą i albo sprawy przeciągają poza 20 kwietnia, albo wydają decyzje odmowne.  

Jaki będzie efekt opieki państwa PiS nad setkami tysięcy lokatorów mieszkań komunalnych łatwo przewidzieć. Oberwą, jak zwykle, najbiedniejsi, którzy, nie mogąc zakombinować z pracodawcą przy zarobkach, będą musieli wynieść się z horrendalnie drogich mieszkań komunalnych i zamieszkując na obrzeżach wielkich miast, płacić na wolnym rynku nawet połowę tego, co zarabiają. Choć i tak mniej niż za mieszkanie komunalne.

Jak stracić na dopłacie

Ale, ale. Przecież od stycznia weszły przepisy pisowskiej ustawy „o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania”. To się nazywa „Mieszkanie na start” i polegać ma na tym, że dopłaty do czynszu pomogą Polakom w obniżeniu kosztów życia. Według Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju „program dopłat do czynszów jest kierowany do ludzi, których nie stać na wynajem czy zakup mieszkania na rynku komercyjnym, a ich dochody są zbyt wysokie, by mogli ubiegać się o mieszkania komunalne”. Tacy ludzie przez 15 lat będą mogli dostawać dopłaty do czynszu. W przypadku 4-osobowych rodzin dotacja może wynieść nawet od 300 do 560 zł miesięcznie. W tym roku na ten cel państwo wyłoży 200 mln zł. I odtąd co rok będzie wydawało o kolejne 200 mln zł więcej, by w 2034 osiągnąć 3,2 mld zł i przestać rosnąć. 

O dotację do czynszu może się starać tak singiel jak i rodzina. Tyle, że osoba pojedyncza nie może zarabiać więcej niż 2600 zł brutto. A dochody czteroosobowej rodziny winny być niższe od 6 400 zł.

I na tym koniec dobrych wiadomości. Dopłaty będą przyznawane osobom wynajmującym mieszkania wyłącznie w nowym budownictwie i tylko po zawarciu stosownej umowy z gminą. Czyli nie będą przyznawane tym, którzy wynajmują używane mieszkanie od osób prywatnych.

Jest zatem tak, że dopłaty są dla limitów znacznie wyższych niż te ustalane dla mieszkań komunalnych przez gminy. A ponieważ wejdą do dochodu lokatorów, to zostaną zeżarte przez podwyżkę czynszu. Dokona się zatem transfer z kasy państwa na konto samorządów. Co samo w sobie, jest może idiotyczne, ale nie złe. 

A, że wywaleni w mieszkań komunalnych nic z tego nie będą mieli? No cóż… Kazał im ktoś zarabiać więcej niż najniższa krajowa?

PiS, zamiast opowiadać jak robi dobrze ludziom z problemami mieszkaniowymi, mógłby zrobić coś konkretnego. I to dla milionów Polaków. Znieść, albo choć obniżyć podatki od wynajmowanych mieszkań. Dziś wynajmujący płaci właścicielowi mieszkania za jego podatek. A ten wynosi 18 lub 32 proc, w zależności od przychodów posesjonata, gdy ten chce opodatkować się według „normalnych” zasad, czyli z odliczaniem kosztów. Albo 8,5 proc. podatku zryczałtowanego, gdy właściciel jest leniwy.  

Oczywiście podatki takie płaci – zdaniem ekspertów – najwyżej co dziesiąty wynajmujący. Co nie przeszkadza większości z nich wliczać go w koszt najmu. Gdyby zatem podatek taki znieść, to budżet nawet by tego nie poczuł. A gdyby wprowadzić tylko ryczałt w wysokości 1 proc., to mogłoby się okazać, że dochody państwa będą większe niż dziś. Płacenie paru złotych miesięcznie nie byłoby problemem dla właścicieli, a powodowałoby, że mogliby bez strachu przed fiskusem rejestrować taki najem. I spaliby spokojnie, że lokatorzy – świadomi, że trzymają w szachu niepłacącego podatków właściciela – nie sprzedadzą wyposażenia lokalu. I to w poczuciu zupełnej bezkarności. Bo jak można ścigać kogoś, kto formalnie lokatorem nie był? 

Na tej operacji skorzystaliby i lokatorzy. Może nie 30 proc., jak w mitycznym „Mieszkaniu plus”, ale co dziesiątą złotówkę, by zaoszczędzili.

Za murami Officium

Czytelnik sięgający po „Officium”, pierwszą część cyklu „Tajne blizny”, jest uprzedzony na tylnej stronie okładki: Agnieszka, gdyby wiedziała, czym stanie się dla niej praca w państwowych służbach, poszukałaby raczej innego zajęcia. Czyta i ma ciągle nadzieję, że bohaterkę spotka coś dobrego. Jednak blizny to blizny, gorzki obrazek pozostaje gorzki.

Tematyka służb specjalnych pobudzała i będzie pobudzać wyobraźnię odbiorców literatury popularnej. Miliony czytelników na całym świecie uwielbiają zaglądać za kulisy agencji wywiadu i kontrwywiadu, przyglądać się pracy oficerów, z zapartym tchem śledzić walkę bohaterów z ich antagonistami z obcych służb. Jednak osobom, które poszukują tego rodzaju mocnych wrażeń, książkę Anety Wybieralskiej, chociaż na jej okładce wyraźnie się o służbach wspomina, pozostaje jedynie odradzić. „Officium” to nie historia o superbohaterach czy nawet coraz modniejszych w ostatnich latach w popkulturze superbohaterkach. – Daleko mi do Herkulesy – rozwiewa wszelkie wątpliwości w tym względzie narratorka książki, Agnieszka Wallicht-Chmielewska. Kobieta wykształcona, odważna, mimo wszystko chyba lubiąca swoją pracę w służbach… i niedoceniana. Jak będzie udowadniać na łamach książki, głównie ze względu na płeć żeńską.
Bo to właśnie pokazanie sytuacji kobiet w służbach było zamiarem autorki. O tym, że we współczesnych służbach specjalnych służą również kobiety, generalnie jakoś tam słyszeliśmy. Jednak polska powieść, w której narratorką jest jedna z nich, szczerze opowiadająca – na tyle, na ile to możliwe – o swojej codziennej pracy – to jednak nowość. Tę lukę stara się wypełnić wrocławianka Aneta Wybieralska, sama niegdyś związana z resortem spraw wewnętrznych. Jej poprzednie wydane drukiem powieści – dwie recenzowaliśmy na łamach „Dziennika Trybuna” – były komediami obyczajowymi; tendencja do autoironii i specyficznego humoru i w tym wypadku nie opuszcza autorki. Tym razem jednak czytelnikowi (a czytelniczce już na pewno) tak samo często przyjdzie się uśmiechnąć, jak zirytować.

Książka pokazuje służby specjalne tak bardzo od kuchni, że niemal znika aura wyjątkowości, jaka unosi się nad podobnymi miejscami – i ich pracownikami – w kultowych powieściach o podobnej tematyce. Kolega bohaterki z pokoju prosi ją o pomoc w rozszyfrowaniu listy zakupów przygotowanej przez żonę, a sprawunki załatwia w godzinach pracy, „wychodząc na chwilę”. Romanse w miejscu pracy to normalna kolej rzeczy, podobnie jak podglądanie i komentowanie podobnych sytuacji na sąsiadującym komisariacie policji. I tylko od czasu do czasu przypominamy sobie, że Agnieszka jednak nosi broń.A do tego, jak sama mówi, wykonuje zadania przypominające maraton szachowy. „Jak zepchnąć (trafić) pionek wroga? Ile kolejnych ruchów da się przewidzieć? Jaki ruch wykona przeciwnik?” – w ten sposób charakteryzuje swoje obowiązki i szczerze stwierdza: bywa ciężko!

Bezpośredniość i lekka autoironia nie opuszczają narratorki w żadnym momencie. Już w pierwszej części książki Agnieszka skraca dystans, oznajmiając czytelnikowi, że z uwagi na zasadę podpisywania swoich dokumentów inicjałami przyszło jej posługiwać się w pracy mało budującym skrótem WC. Nawet gdy w jednym z bardziej emocjonujących momentów książki Agnieszce uda się popisowo pokonać nieoczekiwane trudności podczas zadania o dosłownie międzynarodowym znaczeniu. Czy konsekwentne unikanie nadymania się i bohaterszczyzny to element kobiecego spojrzenia na służbę? Śmiem twierdzić, że tak.

Nie wątpię, że wielu odbiorcom, a zwłaszcza odbiorczyniom, Agnieszka może stać się na tyle bliska, by szczerze jej kibicować, gdy zostaje wezwana na dywanik lub konfrontuje się z jawnym seksizmem kolegów i przełożonych. A to, niestety, okazuje się – bez żadnej przesady – być chlebem powszednim.

Rozdział, w którym Agnieszka popisuje się zdolnościami negocjacyjnymi (nie zdradzę jak, bo to po prostu trzeba przeczytać), to najlepsza część książki. Aż szkoda, że inna podobna historia nie została opowiedziana w miejsce opowieści o jeździe do biura paszportów, gdzie humor autorki staje się już tak dosadny i specyficzny, że może albo totalnie przypaść do gustu, albo odbiorcę/-czynię totalnie odrzucić. Tym bardziej, że wydaje się naturalnym, że sięgając po książkę o służbach specjalnych czytelnik chce na tyle, na ile się da zajrzeć do niedostępnej na co dzień kuchni polskiego Officium. I niewątpliwie będzie z zainteresowaniem przechodził przez partie książki, gdzie Agnieszka opowiada o należących do Officium mieszkaniach (i o tym, jak nieoczekiwanie mogą zostać zdekonspirowane) czy z brutalną szczerością przyznaje, że przy niemieckich kolegach ona i jej towarzysze broni wyglądali jak ubodzy krewni. Albo wyłuszcza, jakie cechy charakteru sprzyjają awansowi w pracy (merytokracja to mit, wszędzie!). Aż chciałoby się dłużej posiedzieć z nią przy tym „maratonie szachowym”, zobaczyć, choćby w ogólnym planie, sprawy, które prowadzi, zastanowić się razem z nią nad kolejnymi ruchami, przyjrzeć się bliżej, czym i kim się zajmuje, gdy kolega z pokoju znowu zaczyna rozmowę na mało związane ze służbą tematy. Choć oczywiście można sobie wyobrazić, że wszystkiego – mimo sugestii w początkowej partii książki – autorka jednak napisać się nie zdecydowała i nie zdecyduje. Opisane w „Officium” zdarzenia to w końcu historia nie tak odległa. Aż chce się zapytać: czy w służbach nic się od tego czasu nie zmieniło na lepsze?

Z pewnością takie pytanie będą zadawać sobie czytelniczki, przechodząc przez cały rozdział poświęcony stosunkom i romansom w pracy, ale także we fragmentach wcześniejszych, ilekroć któryś z męskich bohaterów opowieści „popisze się” seksistowskim czy zwyczajnie chamskim zachowaniem. Bo te partie książki wypadają tyleż wiarygodnie i przekonująco, co przygnębiająco. Nie mamy powodu nie wierzyć, że obraz pokazywany przez Wybieralską jest zgodny ze stanem faktycznym. I szczera złość może ogarnąć czytelniczkę, gdy funkcjonariusz o imieniu Cezary i wybitnych osiągnięciach w służbie („nikt nie umiał oprzeć się jego urokowi osobistemu”) zwraca się do koleżanek beztroskim „cześć kucharki!”. Współczujemy Agnieszce, gdy skuteczne wykonanie zadania, podczas którego mierzyła się z nieoczekiwanymi trudnościami, liczy się dla przełożonych mniej niż podejrzenia o uprawianie seksu w samochodzie, którym dają wyraz w doprawdy niewybredny sposób. Wreszcie – czego w zasadzie można było się spodziewać – bohaterka usłyszy propozycję awansu przez łóżko, bez żadnych podchodów, czarno na białym, i to od człowieka, po którym absolutnie się tego nie spodziewała. Jak zareaguje Agnieszka? Czy jest potem pewna swojej decyzji? Rozważania bohaterki w tym miejscu to jedno z fabularnych zaskoczeń, a jej tok myślenia czytelnicy i czytelniczki poznają, nie pierwszy raz na kartach tej książki, w najdrobniejszych, autoironicznych szczegółach.

Książka będzie mieć ciąg dalszy, Aneta Wybieralska świadomie zresztą sugeruje czytelnikowi, że wszystkie tajne blizny nie zostały jeszcze wystawione na światło dzienne. Nie wiemy choćby rzeczy podstawowej: co dokładnie sprawiło, że Agnieszka, która zdaje się swoją ciężką pracę, mimo wszystko, lubić, z Officium się pożegnała? Do tego czytelniczki mogą się zastanawiać: czy były kobiety, które mimo wszystkich niesprzyjających warunków zdobyły w miejscu pracy szacunek i poważanie kolegów? Czy szansę na to miały tylko figury takie jak Matylda zwana Miłką, która z narratorką, po seksistowsku potraktowaną po wykonanym zadaniu, bynajmniej się nie solidaryzuje?

Czy dziś kobiety w polskich służbach dalej służą głównie „ocieplaniu atmosfery”? Officium to kawałek autentycznej, opartej na własnym doświadczeniu literatury, który opowiada gorzką prawdę zamiast budować idealny obraz pewnych instytucji. I dlatego dobrze, że ta książka powstała.
Społeczne Forum Wymiany Myśli we Wrocławiu zaprasza na spotkanie z Anetą Wybieralską 20 czerwca 2021 r. w klubie Positive Day we Wrocławiu, ul. Bogusławskiego 41, o godz. 17.