Głos lewicy

Sojusz Sojuszu?

Włodzimierz Czarzasty oświadczył:
Apel premierów mi się podoba, podoba mi się apel ludzi, który wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej. Polkom i Polakom zależy, aby w Unii Europejskiej reprezentowali ich poważni ludzie. Efektem odrzucenia współpracy przez Roberta Biedronia jest to, że nie powstanie szeroka lista lewicy.
16 lutego odbędzie się konwencja SLD; wtedy podejmiemy decyzję, czy pójdziemy do eurowyborów razem z PO, czy może też z PSL.
Naszą partię tworzy 23 000 osób, mamy określone procedury i żaden odpowiedzialny polityk nie przedstawia decyzji, dopóki taka nie zapadnie. Uprzejmie informuję – przyszła sobota. Koniec dyskusji.
Z kolei przed wyborami parlamentarnymi w SLD odbędzie referendum członków partii, którzy zagłosują, w jakiej koalicji – bądź sami – będą szli do wyborów do Sejmu i Senatu.

Wiosna, ach to ty!

Jerzy Wenderlich o Wiośnie Biedronia:
Mogę dopisać Robertowi Biedroniowi dalszą część programu: w roku 2020 wszyscy Państwo wygracie na loterii, w 2021 roku ponowna wygrana tylko tyle że z kumulacją, w roku 2022 wszyscy będą mięli unormowany poziom cukru, a w 2023 roku hemoglobina będzie wzorcowa.
Myślę, że partia Biedronia wywoła radość na polskiej scenie politycznej. Byłem kiedyś w Brazylii na słynnym Sambodromie, gdzie królowały ferie piór, balonów i konfetti, ta partia przypomina właśnie to wydarzenie.

Wyróżniona!

Z radością i dumą informujemy, że prof. Joanna Senyszyn znalazła się na liście TOP100 osób, które wywarły największy wpływ na środowisko LGBTQ+ w Polsce w 2018 r.
Prof. Senyszyn należy do nielicznego grona uwzględnionych na liście polityków i jest zarazem jedynym wyróżnionym politykiem heteronormatywnym. W imieniu SLD serdecznie gratulujemy naszej partyjnej koleżance ważnego i cennego wyróżnienia.
Info z sld.org.pl

Dubois: „interesują mnie dowody”

„Proszę zwrócić uwagę, że większość okoliczności, w oparciu o które sformułowany jest zarzut, jest potwierdzone przez nagrania na taśmach” – z mecenasem Jackie Dubois rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Złożyliście państwo zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jakiego i wobec kogo?
MEC. JACEK DUBOIS: Zawiadomienie dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa oszustwa, którego mógł się dopuścić pan Jarosław Kaczyński. Miało ono polegać na tym, że w celu uzyskania korzyści majątkowej dla spółki Srebrna wprowadził w błąd naszego klienta poprzez wywołanie w nim przekonania, że zamierza zapłacić za usługę, którą mu zlecił.
W ten sposób doprowadził go do niekorzystnego rozporządzenia mieniem poprzez to, że nasz klient przez ponad rok pracował wykonując zlecenie o wartości, zgodnie z ustaleniami opartymi o ceny rynkowe, ok. 5 mln zł. Kwota ta nie została mu zapłacona.
Rozumiem, że została wystawiona faktura? Pojawiły się wątpliwości co do tej kwestii.
Ten czyn ma charakter bardzo złożony. W momencie kiedy nasz klient wykonał zlecenie, zaczął domagać się zapłaty. Wtedy wskazano mu podmiot, na który ma wystawić fakturę. Kiedy wystawił ją zgodnie ze wskazaniami, okazało się, że firma ta nie dysponuje środkami finansowymi i nie może mu zapłacić. Natomiast faktyczny zleceniodawca, czyli spółka Srebrna, oznajmił, że nie może zapłacić, bo faktura wystawiona jest na inny podmiot.

Faktycznym zleceniodawcą był Jarosław Kaczyński, a faktura została wystawiona na Srebrną?
Pan Kaczyński, powołując się na to, że jest uprawniony do podejmowania wszystkich decyzji związanych ze Srebrną, zlecił naszemu klientowi wykonanie pracy na rzecz Srebrnej, a następnie wskazał inny podmiot, na który ma być wystawiona faktura. Podmiot ten został utworzony przez Srebrną w celu realizacji inwestycji budowy dwóch wież i miał docelowo przejąć własność nieruchomości. W międzyczasie jednak pan Kaczyński wstrzymał tę inwestycję i do przeniesienia własności nieruchomości nie doszło. W konsekwencji podmiot, który miał realizować inwestycję i na który została wystawiona faktura, nie posiadał żadnego majątku. Nie mógł więc opłacić wystawionej faktury.

Czyli gdyby udało się wybudować wieżowce, to fakturę udałoby się zapłacić?
Ja nie wiem, co by było, gdyby. Pan Kaczyński chciał, żeby spółka Srebrna wybudowała wieżowce. On utożsamiał się ze spółką i przedstawiał się jako osoba, która w tym zakresie podejmuje wszelkie decyzje. On w imieniu Srebrnej dał konkretne zlecenie, które było realizowane, i on poszczególne elementy tego zlecenia odbierał.
Gdy nadszedł czas rozliczeń za wykonane etapy, wskazał, aby wystawić fakturę na spółkę, do której zgodnie z planem miała być przeniesiona nieruchomość.
Ta faktura została wystawiona i wówczas okazało się, że do przeniesienia własności nie doszło, bo wstrzymano inwestycję, spółka nie ma środków i nie może zapłacić.

Czyli pan Gerald Birgfellner pracował przez ponad rok dla Kaczyńskiego, a ten na koniec powiedział, że mu nie zapłaci?
Pan Kaczyński zapewniał, że zlecenie zostanie opłacone, ale po wystawieniu faktury zapłata nie została zrealizowana. To przypomina scenariusz filmu sensacyjnego.

Rozumiem, że nie ma pan wątpliwości, skoro podjął się pan sprawy, że zostało popełnione przestępstwo?
Ja nigdy nie mogę zastąpić sądu i nie wyrokuję. Tu decyzję zawsze podejmuje organ do tego powołany. Natomiast rolą prawnika jest zweryfikowanie, czy istnieją dowody pozwalające potwierdzić formułowane zarzuty.
Gdyby coś było ewidentnie „wzięte z powietrza”, to tym tropem prawnik podążać nie powinien, bo to by działało na szkodę klienta. Z informacji, które otrzymaliśmy od klienta, i dokumentów, które nam pokazał, jasno wynika, że praca była wykonywana i odbierana, a za pracę nie było zapłaty.
Zebranie tych okoliczności w całość pozwala przyjąć wersję, że prawdopodobne jest, że do zabronionego czynu doszło. Weryfikować to mogą jednak tylko organy ścigania i sądy, natomiast każdy obywatel, który ma podejrzenie, że doszło do czynu zabronionego, ma obowiązek zawiadomić o tym.

W Sejmie z ust rzeczniczki PiS-u Beaty Mazurek słyszeliśmy, że taśmy są dowodem, że prezes wykazał się wyjątkową uczciwością. Jak pan to skomentuje?
Taśmy są zapisem godzinnej rozmowy, będącej częścią zdarzeń trwających ponad rok.
Jeżeli ktoś ocenia sprawę na podstawie jednego nagrania, w momencie kiedy wie, że w prokuraturze złożone są dwie pękate skrzynki dokumentów, to znaczy, że mówi to, co jest mu wygodnie powiedzieć, a nie odnosi się do całości dowodów w sprawie.
Ja nie wiem, czy pan Kaczyński na co dzień charakteryzuje się wyjątkową uczciwością, natomiast w tej sprawie jasne jest, że zatrudnił człowieka, który poświęcił ponad rok swojego życia zawodowego dla zrealizowania jego wizji i za to nie dostał wynagrodzenia. Jeżeli według pani Mazurek tak wygląda uczciwość, to rzeczywiście może tak mówić. Ja się z tym nie zgadzam.

Czy ma pan wiedzę, czy nagrania są z całego roku pracy dla Kaczyńskiego?
Ja w tej sprawie jestem prawnikiem i reprezentuję mojego klienta w określonej sprawie karnej. Nie wchodzę w sferę polityki czy innych kwestii niż zlecenie.
Interesują mnie dowody i te złożyliśmy w prokuraturze.

Ale rozumiem, że nie miał pan wątpliwości po przeanalizowaniu dokumentów, żeby zająć się sprawą.
Wysłuchałem całej historii zdarzenia, którą mi przedstawił klient, zapoznałem się z dokumentami. Historia ta jest logiczna i spójna. Takie działanie może wyczerpywać znamiona ustawy karnej.
Proszę zwrócić uwagę, że większość okoliczności, w oparciu o które sformułowany jest zarzut, jest potwierdzone przez nagrania na taśmach.
Fakt wykonania zlecenia nie budzi wątpliwości, kwestia niezapłacenia za nie również. Pan prezes wprost przyznaje, że zlecenie było zrealizowane i nie zostało opłacone.

Co grozi za taki czyn?
Zgodnie z Kodeksem karnym przestępstwo oszustwa dotyczące mienia znacznej wartości jest zagrożone sankcją do 10 lat pozbawienia wolności. To jedno z najbardziej społecznie niebezpiecznych i typowych przestępstw, które paraliżuje gospodarkę, zaufanie między przedsiębiorcami, zaufanie do obrotu gospodarczego.
Proszę zwrócić uwagę, że często takie zachowania są przyczyną bankructw i ludzkich tragedii.

Czy partia może prowadzić działalność gospodarczą?
My nie rozmawiamy o partii, tylko o spółce, w imieniu której działa poseł. Natomiast ja jestem pełnomocnikiem w sprawie, w której zostało złożone zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa oszustwa. Nie jest moją rolą doszukiwanie się innych aspektów sprawy, bo wtedy stałbym się politykiem, a nie prawnikiem. Ja reprezentuję konkretną osobę w konkretnej sprawie. Od odpowiedzi na takie pytania są media. Moje pełnomocnictwo dotyczy wątku mojego klienta, któremu nie zapłacono ponad 5 mln zł.

Co dalej? Czekacie na ruch prokuratury?
Z naszej strony wszystko zostało już złożone. Teraz prokuratura musi się z tymi materiałami zapoznać i zakładamy, że w najbliższym czasie zostanie wszczęte postępowanie.

KO+SLD=?

Szefowi SLD marzy się szeroka koalicja w wyborach w europarlamentu. Widzi w niej miejsce zarówno dla swojego ugrupowania, jak i Partii Razem i antyspołecznych liberałów.

Lewica czy liberalizm? Sojusz Lewicy Demokratycznej po raz kolejny w swojej historii staje przez takim wyborem. Wariant, w którym SLD wystartuje samodzielnie w najbliższych wyborach wydaje się bardzo mało prawdopodobny, a zatem partii Czarzastego przyjdzie wybrać pomiędzy Partią Razem i Zielonymi, a sojuszem liberałów, startującym pod szyldem Koalicji Europejskiej.
Ostateczna decyzja zapadnie 16 lutego na konwencji partyjnej, jednak w alians SLD z Partią Razem nie wierzy już prawie nikt. Taka perspektywa zaczęła się oddalać, kiedy w sondażach pojawiło się ugrupowanie Roberta Biedronia, co spowodowało spadek notowań Sojuszu i skłoniło kierownictwo do poszukiwania innych rozwiązań. – Idziemy z liberałami, to jest już postanowione. Zadecydował strach przez drugim z rzędu słabym wynikiem, co mogłoby się przełożyć na katastrofę w wyborach do parlamentu – wyznał anonimowo jeden z polityków SLD.
Wrażenie pogodzonego z takim wyborem sprawia od kilku dni Włodzimierz Czarzasty. – Ja jestem zwolennikiem utworzenia jak najszerszej koalicji jeżeli chodzi o Unię Europejską (…) Uważam, że koalicja szerokich sił, tzn. i PSL-u i Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej i SLD i Partii Razem i partii Zielonych, byłaby najrozsądniejsza” – oświadczył szef Sojuszu w Polskim Radio 24.
Co o pomyśle wspólnej listy z liberałami myślą razemici? – Przeanalizowaliśmy kilka wariantów, ale ten można rozpatrywać tylko w kategorii humorystycznej – powiedział Portalowi Strajk polityk Partii Razem.
Czarzasty przyznał też, że dobre wrażenie zrobiła na nim odezwa byłych premierów wystosowana w ubiegły piątek ws. wspólnego startu – pod szyldem Koalicji Europejskiej – w wyborach do PE.- Apel premierów mi się podoba, podoba mi się apel ludzi, który wprowadzali Polskę do Unii Europejskiej – dodał polityk.
Dołączenie SLD do liberalnego sojuszu sprawi, że Partia Razem pozostanie na placu boju z praktycznie zerową możliwością koalicyjną. Na razie do karminowej lewicy dołączyły tylko marki takie jak PPS czy Unia Pracy, które od lat nie prowadzą żadnej poważnej działalności politycznej. Razem może również liczyć na Ruch Sprawiedliwości Społecznej i być może – Zielonych.

Stracił stanowisko

Piotr Szumlewicz, wieloletni działacz związkowy, stracił stanowisko przewodniczącego Rady OPZZ województwa mazowieckiego.

Działacz pozostaje w konflikcie z kierownictwem konfederacji.
– Powyższa decyzja nie była poddana głosowaniu, nie było też żadnych podstaw merytorycznych do jej podjęcia. Dzieje się tak w sytuacji, gdy kierowana przeze mnie Rada intensywnie walczy o ludzi pracy w wielu branżach i przyjmuje w swoje szeregi nowe organizacje. Jednocześnie jako nowego przewodniczącego wskazano przewodniczącego Konfederacji Pracy, Michała Lewandowskiego – twierdzi Szumlewicz z żalem. Uważa, że jego zwolnienie nastąpiło nie z powodów proceduralnych, jak podało OPZZ, ale jako represja w odpowiedzi na aktywne wsparcie dla pracowników PLL LOT.
Redakcja „Trybuny” z żalem przyjmuje decyzję kierownictwa OPZZ – z Piotrem Szumlewiczem jako publicystą łączy nas długoletnia współpraca, jego publikacje nierzadko pomagały nagłośnić problemy ludzi pracy.
– Celem kierowanej przeze mnie Rady były i są działania na rzecz ludzi pracy i wzmocnienie OPZZ – zapewnia Szumlewicz w notce rozesłanej do mediów. – Teraz bez głosowania, bez możliwości odwołania się od decyzji ogłoszono, że utraciłem funkcję i zarazem pracę zarobkową. Gdy pracownik jest zwalniany dyscyplinarnie, jego związek ma 3 dni na odwołanie się od decyzji. Ja nie dostałem żadnej możliwości odwołania.

Wiosna za pasem

Czy „taśmy Kaczyńskiego” pogrążą PiS? Komu odbierze głosy Biedroń? Czy wspólna lista opozycji ma sens?

Gdy w listopadzie ubiegłego roku politycy dopinali powyborcze koalicje w samorządach, wydawało się, że na kilka miesięcy w polityce zapanuje spokój. Nic z tych rzeczy! Nie nudziliśmy się w długie zimowe wieczory. Spróbujmy zrobić podsumowanie. Pamiętając, że do wyborów europejskich pozostało już tylko 107 dni.

PiS

Przez ostatnie kilkanaście dni „taśmy Kaczyńskiego” odmieniano przez wszystkie możliwe przypadki. Najcelniej i najkrócej podsumował je sam bohater nagrania: „partia buduje wieżowiec, (…) to nie do obrony.” Pełna zgoda. Dotychczas obserwowaliśmy zawłaszczanie państwa przez obóz rządzący w poszczególnych fragmentach. Wysłuchane nagrania powinny przekonać nawet wyborców patrzących na politykę PiS-u przychylnym okiem. Że Kaczyński właśnie „domyka” układ. Kiedyś miał z „układem” walczyć. I „wywrócić stolik”. Tymczasem sam zbudował własny „układ zamknięty”. Mając na kiwnięcie palcem takich ludzi jak choćby prezes wielkiego banku Pekao SA. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach łudził się, że CBA zainteresuje się oświadczeniem majątkowym Jarosława Kaczyńskiego? Tak jak tego chciała opozycja.
Bohater nagrań szczerze przyznaje, że dla dalszego bezkarnego działania potrzeba jeszcze jednego. „Jeśli nie wygramy wyborów, to nie zbudujemy wieżowca w Warszawie” – słyszymy od Kaczyńskiego. Nie o jeden lub dwa wieżowce w Warszawie chodzi. Ale o pełnię autorytarnej władzy dla prezesa PiS-u. Jaki wpływ będą miały „taśmy Kaczyńskiego” na tegoroczne decyzje wyborców?
1511 złotych
Nie przypuszczam, by PiS stracił znaczną część wyborców. Biurowiec klasy A w Warszawie – to abstrakcja. Comiesięczna wypłata – to proza życia. Jak wyliczył GUS, pod koniec 2016 roku dominanta miesięcznego wynagrodzenia wyniosła 2074,03 zł brutto, czyli 1511 zł na rękę. Dominanta to najczęściej wypłacane wynagrodzenie. Minęły dwa lata, brak jest nowszych wyliczeń. Ale z pewnością najczęściej wypłacane wynagrodzenie nie dobiło nawet do 2000 złotych netto.
Patrząc na te marne 1511 złotych uzmysławiamy sobie jakim solidnym zastrzykiem finansowym dla wielu rodzin stały się wypłaty 500+. Jeśli rząd przed wyborami sypnie groszem (a z pewnością tak zrobi), wielu wyborców gotowych będzie zapomnieć o taśmach. I przymknąć oko na kolejne wpadki PiS-u.
Coś jednak PiS stracił bezpowrotnie. Od miesięcy zabiegał o pozyskanie wyborców centrowych i elektoratu miejskiego. Morawiecki miał być tą nową, lepszą twarzą Kaczyńskiego. Która przekona dotychczasowych wyborców Platformy Obywatelskiej. Po wysłuchaniu „taśm Kaczyńskiego”, zniesmaczeni licznymi aferami PO już wiedzą. Że zmieniło się wyłącznie miejsce. Dziesięć lat temu politycy PO toczyli negocjacje biznesowe na cmentarzu (afera hazardowa). Po dojściu PiS-u do władzy, centrum biznesowe przeniosło się na Nowogrodzką.

Nowoczesna

Konia z rządem temu, kto przekona mnie, dlaczego w najbliższych wyborach miałbym oddać głos na partię kropka Nowoczesna. Może żeby zrobić przyjemność Katarzynie Lubnauer. Która jeszcze niedawno widziała siebie w roli polskiej Angeli Merkel. Te 7,6 proc. wyborców z ostatnich wyborów pewnie wróci z powrotem do Platformy. Albo pójdzie do Biedronia.
Przestudiowanie historii partii Nowoczesna zalecam szczególnie byłemu sekretarzowi generalnemu SLD. „Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – powiedział Krzysztof Gawkowski, komentując w Gazecie Wyborczej ostatni sondaż. Ryszard Petru też tak myślał na początku swojej kariery politycznej. Bo sondaże… A posłowie PO zaczęli już nawet ewakuować się do partii, która miała pogrzebać Platformę.
Nie inaczej było z moją i Biedronia przeszłą partią. Był taki sondaż, który dawał nam w 2012 roku równo 20 procent. I co? Sodowa orzeźwia. Ale i uderza.

PSL

Nie za bardzo rozumiem „związek partnerski” który zdaje się tworzyć Polskie Stronnictwo Ludowe z Nowoczesną. Mając na dodatek w Sejmie wspólny klub z panami Protasiewiczem, Kamińskim i Niesiołowskim czyli Unią Europejskich Demokratów. Dzięki temu udało się ludowcom zachować klub poselski. Czyli wpływ na to, co się dzieje w Sejmie. Ale teraz muszą świecić oczyma za Stefana Niesiołowskiego, wplątanego w żenującą historię obyczajową. Trudno powiedzieć, jak zareagują na to wyborcy PSL-u, na co dzień tak zdecydowanie opowiadający się z przestrzeganiem VI przykazania.
Pojawiający się wspólnie na konferencjach prasowych politycy PSL, Nowoczesnej i Unii Europejskich Demokratów usiłują robić wrażenie, że stworzą coś na kształt „trzeciej siły”. To już nieaktualne. Bo miejsce „trzeciej siły” zajął właśnie Robert Biedroń. Moim zdaniem, PSL powinien „strząsnąć” z siebie przylepionych doń polityków i polityczki Nowoczesnej i UED i zacząć budować wspólny front na wybory europejskie. Zwłaszcza że zarówno europosłowie PO jak i europosłowie PSL (jeśli tacy będą) trafią do tej samej Europejskiej Partii Ludowej (EPP).
Tymczasem wszyscy zauważyliśmy, że wśród sygnatariuszy apelu premierów o stworzenie koalicji europejskiej nie było Waldemara Pawlaka.

SLD

Decyzja o tym, czy Sojusz Lewicy Demokratycznej przystąpi do szerokiej koalicji na wybory europejskie zapadnie już za tydzień – podczas konwencji partii. Wiele wskazuje na to, że tak się stanie. Ale tematem najbardziej ożywionych dyskusji wśród członków i sympatyków SLD był w tym tygodniu oczywiście Biedroń. Powtórzę to, co napisałem tydzień temu. Szkoda, że Robert Biedroń zdecydował na budowanie kolejnej wodzowskiej partii. Znamiennym było, że podczas niedzielnej konwencji Wiosny nikt poza nim nie miał prawa głosu.
No i mamy nową partię po lewej stronie sceny politycznej. W polityce, tak jak w biznesie, każdy marzy o tym, by nie mieć konkurencji. Ale pamiętajmy, co mówił kiedyś Kazimierz Górski: „gra się tak, jak przeciwnik pozwala”. Jak powinien „grać” Sojusz Lewicy Demokratycznej, mając konkurenta o wdzięcznej nazwie Wiosna?

Będzie dobrze

Narracją partii Biedronia jest i pozostanie odcinanie się od przeszłości. Hasło mają identyczne jak PiS: „nareszcie zmiana” ma zastąpić „dobrą zmianę”. W odróżnieniu od Biedronia, zadaniem SLD jest pokazywanie ciągłości państwa. Mimo błędów popełnianych przez rządzących. „Było źle, będzie dobrze” – to z pewnością hasło chwytliwe. Ale nieprawdziwe. Bo świat nie jest czarno-biały. Jest kolorowy i różnorodny.
Nie ma sensu odkrywanie Ameryki i udawanie, że się jest Kolumbem. O załatwienie wielu spraw, o których mówił Robert Biedroń podczas konwencji, Sojusz Lewicy Demokratycznej zabiegał w poprzedniej kadencji Sejmu. Że bezskutecznie? Przecież Robert był wraz ze mną posłem VII kadencji. I doskonale wie, jak się realizuje swój wymarzony program dysponując trzydziestu paru głosami posłanek i posłów.
Spokojnie. Bez paniki. SLD nie zniknie wraz z nadejściem wiosny. Jest bardzo liczne grono wyborców, dla których liczy się przewidywalność władzy. Ciągłość. Kompetencje sprawdzonych polityczek i polityków. Nie wszystkich zaczaruje spadające z nieba konfetti.

Platforma Obywatelska

Najważniejszym problemem PO jest brak charyzmatycznego przywódcy. Charyzmy nie ma ani przewodniczący partii, ani nikt z grona polityków i polityczek młodszego pokolenia. Nie ma wątpliwości, że w Platformie twardą ręką rządzi Grzegorz Schetyna. I trudno mu odmówić sprawności. Mimo wszystko utrzymał partię w kondycji przynajmniej nie gorszej niż po wyborach w 2015 roku. Ale to może nie wystarczyć, by pokonać PiS.
Ostatni sondaż Kantar Millward Brown dla „Faktów” TVN i TVN24 potwierdził, że słusznie politycy PO obawiali się Roberta Biedronia. Wejście do gry Wiosny zaowocowało potężnym spadkiem notowań Platformy. W listopadzie PO miała 26 proc., a Nowoczesna 3 proc. W sondażu styczniowym obie te partie uzyskały razem 20 proc. Spadek rzędu 30 procent!
Nie ukrywam, że układ sił odwzorowany ostatnim sondażem niespecjalnie mnie zmartwił. I nie chodzi o 6 proc. SLD, bo to zdecydowanie zbyt blisko progu wyborczego. Ale perspektywa prowadzenia rozmów koalicyjnych, gdy PO miało 30 proc., a SLD 3-5 proc. nie wyglądała zachęcająco. Obecnie ta relacja wynosi 20 proc. do 6 proc., czyli z grubsza 3:1. A doliczając 5 proc. głosów PSL-u, już tylko 2:1 na korzyść Platformy. To powinno przekonać polityków PO do rezygnacji z próby powtórki numeru z Nowoczesną. I pokusy traktowania potencjalnych koalicjantów jak przystawek. Krótko: dzięki Biedroniowi wzrosły szanse na stworzenie szerokiej koalicji europejskiej na rzeczywiście partnerskich zasadach.

Wiosna

Nie będę udowadniał, że obietnice Roberta Biedronia nie mają pokrycia w finansach państwa. Bo taki zarzut można postawić w zasadzie każdej partii wkraczającej w rok wyborczy. A to wyborcy mają oceniać wiarygodność polityków i głoszonych przez nich programów. Ale na miejscu Roberta Biedronia wcale nie byłbym zachwycony tym, co się stało w ostatnim tygodniu.
W sporcie największym zmartwieniem trenerów jest utrafienie z formą we właściwy moment. Osiągnięcie najwyższej formy parę miesięcy za wcześnie może oznaczać przegraną na mistrzostwach. Moim zdaniem, Robert Biedroń jest właśnie teraz u szczytu formy. Jego wystąpienie transmitowały na żywo wszystkie telewizje (łącznie z telewizją Kurskiego). Nie ma żadnej ważnej audycji radiowej i telewizyjnej, w której nie mówi się o Biedroniu. Jak powiadają: otwierasz lodówkę, a tam… Biedroń. Tak zmasowanego naporu medialnego ze strony nowej partii wielu jej potencjalnych wyborców może nie wytrzymać.
Ale to, koniec końców, nie moje zmartwienie. Ważne, że za 40 dni będziemy mieli wiosnę. Tę kalendarzową.
Nie ma sensu odkrywanie Ameryki i udawanie, że się jest Kolumbem.

Kto gra do której bramki

Z dr Anną Materską-Sosnowską, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

Partia Wiosna ma szansę rozkwitnąć na polskiej scenie politycznej?
Na razie szansę ma, pytanie tylko, jak dużą. Dostrzegam kilka różnych fal przymrozków, czyli niebezpieczeństw. Na pierwszy rzut oka propozycje Roberta Biedronia skierowane są do wszystkich, a to oznacza, że trochę do nikogo. Taki przekaz może być za szeroki. Grupa, która wydaje się być docelową, wyklucza się z niektórymi zaprezentowanymi hasłami. Z jednej strony na przykład zwraca się do wyborców z małych miast i powiatów, a to może nie być spójne z przesłaniem dotyczącym rozdziału Kościoła od państwa. Jak to na konwencji założycielskiej, najważniejsze po prostu było, aby każdy usłyszał coś dla siebie.
Nie przywiązuję się za bardzo do tego programu, który był bogaty, żeby nie powiedzieć bardzo bogaty. Musimy poczekać na szczegóły. Ważne były podstawowe hasła, kierunki zmian proponowane przez partię.

Kilka złożonych obietnic: emerytury obywatelskie w wysokości 1600 złotych, podniesienie płacy minimalnej, 500 Plus na pierwsze dziecko, skrócenie czasu oczekiwania na kolejkę do lekarza specjalisty do 30 dni, wyższe pensje dla nauczycieli, bezpłatny Internet, aborcja na żądanie do 12. tygodnia ciąży, równe płac dla kobiet i mężczyzn. Robert Biedroń przekonuje, że koszt tych obietnic to 35 mld zł. Inni mówią, że do ich realizacji potrzeba cudu. To czysty populizm?
Budżet nie jest z gumy. Ale myślę, że dla Roberta Biedronia najważniejsze było, aby pokazać inne patrzenie na politykę społeczną i obywatela. Dlatego najważniejsze filary to „człowiek, wspólnota, państwo”. To jednak bardzo ogólna wizja, długofalowa, ale bez konkretów. Robert Biedroń mówi wprost „chcę być i będę premierem”, bo polityk musi tak mówić.

Nawet jeżeli wie, że nie ma na to szans?
Co najmniej dziwnie przy takich deklaracjach brzmi odcinanie się od jakichkolwiek koalicji. Rozumiem, że próbuje tak walczyć o tożsamość, ale to powoduje właściwie zerową zdolność koalicyjną, zwłaszcza jeżeli potencjalnemu koalicjantowi zabiera się głosy i elektorat. W obecnej sytuacji politycznej i obowiązującym systemie wyborczym to może doprowadzić do niezamierzonych skutków – nie odsunięcia PiS-u od władzy, ale wręcz przeciwnie, pozostawienia i utwardzenia tej partii. Odrębność tak, ale tylko przy współpracy i sympatii.

Robert Biedroń nie zdaje sobie sprawy, o co toczy się walka w nadchodzących wyborach?
Stawia na siebie, w myśl zasady „jeżeli nie teraz, to kiedy”… Ale stawka jest rzeczywiście bardzo wysoka. Dlatego apeluję o współpracę, nawet ograniczoną, a nie kąsanie każdej strony. Żadne badania nie potwierdzają, że Robert Biedroń odbiera elektorat PiS-owi. Dzisiaj odbiera go szeroko rozumianej Koalicji Obywatelskiej, ponieważ jest programową mieszanką ugrupowań Janusza Palikota i Ryszarda Petru, wykluczając elementy progresywno – socjalne, bo to jest wpływ lewicowej wrażliwości.
Czy ma szansę trafić do młodego, niechodzącego na wybory elektoratu? Może. Ale ryzyko jest bardzo duże.

Może skończyć jak Palikot i Petru? Czyli spektakularny wzlot i równie bolesny upadek.
W tych wypadkach mieliśmy do czynienia z dwiema strategiami. Jedna, zastosowana przez Janusza Palikota – silne nazwisko i gwiazdy, które obok błyszczały. Druga, z której skorzystał Ryszard Petru – tylko on i brak rozpoznawalnych twarzy. Nie sprawdziła się ani jedna, ani druga. Co prawda na Ruchu Palikota „wyrósł” Robert Biedroń, ale już z zupełnie nowym projektem politycznym. Wydaje mi się, że projekt Wiosna jest dużo bardziej przemyślany, może być trwalszy, ale wcale nie musi.
Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie błędy Robert Biedroń popełni po drodze albo jakich uniknie. Doświadczenie każe być bardzo ostrożnym. Może „namieszać” zarówno w pozytywnym, jak i niestety negatywnym sensie.

Robert Biedroń zrzekł się mandatu radnego, aby tworzyć własną partię, teraz deklaruje, że jak dostanie się do Parlamentu Europejskiego, to złoży mandat, aby być premierem… Rozumie pani taką strategię?
Zaczęło się jeszcze wcześniej, gdy zrezygnował z mandatu posła, by zostać prezydentem Słupska.
Teraz mówi, że chce być premierem, ale tak naprawdę puszcza oko, że marzy mu się fotel prezydenta. Wydaje mi się, że to może być jego cel, bo zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma szans na realne rządzenie.

Czy to jest poważne?
Według mnie nie. Należy być lojalnym wobec swoich wyborców. Nie wystarczy zapowiedzieć wcześniej, że się z ich wyboru zrezygnuje. Ja tego nie czuję. Poza tym najbliższymi wyborami są te do Parlamentu Europejskiego, a ja nie wiem, czego chce i co w tej sprawie proponuje.

Na konwencji nie było słowa o polityce zagranicznej. Dlaczego?
Nie było o polityce zagranicznej, UE, kulturze, bezpieczeństwie. Były za to propozycje światopoglądowe i gospodarcze, a właściwie rozdawnictwo, czyli odwołanie się do tego, w jaki sposób głosują wyborcy – emocjami, różańcem i portfelem. Sprawy zagraniczne nie są dla wyborców emocjonujące. Jakiekolwiek szczegóły mogą się pojawić jeszcze na konwencjach wyborczych. Tak naprawdę trudności przed Robertem Biedroniem dopiero się zaczynają. Pokazał, że umie porwać i rozruszać tłum, ma entuzjazm i energię, ale teraz zaczną się pytania o konkrety i będzie musiał się z nimi zmierzyć. Stanął już do konkurencji, więc wszyscy mają prawo atakować, a dziennikarze mają obowiązek pytać.

„Koalicja Europejska dla Polski” – to deklaracja wzywającą do stworzenia szerokiej opozycyjnej listy w wyborach do PE. Podpisali się pod nią lider PO oraz dziewięciu byłych premierów i ministrów spraw zagranicznych. Trafi na podatny grunt?
Nie zatrzęsie sceną polityczną, ale to jest ważny krok. Wyraźnie i ostro trzeba mówić, jakie znaczenie mają wybory do PE, zresztą nie tylko w Polsce. Europa też się zmienia, a to ma dla nas pośrednie i bezpośrednie znaczenie. Dla mnie to jest gest odpowiedzialności, pokazania wspólnoty przy fundamentalnych kwestiach. Czy kolejnym krokiem będzie stworzenie szerokiej listy? Obawiam się, że nie.
Zastanawiające było to, że wśród sygnatariuszy nie było Waldemara Pawlaka. To może być sygnał, że PSL będzie szedł własną drogą. Ale nawet jeżeli ludowcy pójdą osobno, to i tak będą grali do tej samej bramki.
Będą nieśli na sztandarach te same hasła, a później wejdą do tej samej frakcji w europarlamencie.

Podpis pod deklaracją złożył Leszek Miller, to oznacza, że SLD przyłączy się do Koalicji Europejskiej?
Nie mógł się nie podpisać, bo to przecież on wprowadzał Polskę do UE. Nie zabrakło także Marka Belki i Włodzimierza Cimoszewicza, a to może być sygnał pewnej gotowości. Tym bardziej, że partie lewicowe od początku były bardzo proeuropejskie.

„Wybory europejskie zadecydują o losie całej wspólnoty. Wszystkie różnice i spory w kraju powinny być odsunięte na dalszy plan” – apelował Włodzimierz Cimoszewicz. Robert Biedroń nie posłucha?
W sprawie wyborów do PE na pewno nie, ale później wiele może się zmienić.
Przyznam, że niepotrzebne jest pokazywanie lekceważącego stosunku do Koalicji Europejskiej. Podobnie jak niepotrzebny był atak Roberta Biedronia po konwencji „Kobieta. Polska. Europa” zorganizowanej przez Koalicję Obywatelską.
Rozumiem, że potraktował to jako zagrożenie. Na razie widać, że to Robert Biedroń bardziej atakuje, niż jego atakują. Czas ochronny właśnie się kończy i być może będzie musiał zmienić retorykę.

Głos prawicy

Prezes jest człowiekiem uczciwym

– Dożyliśmy czasów, w których powstaje afera ze słów Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który mówi o tym, że wszystko musi być zgodne z prawem. Tekst w Gazecie Wyborczej okazał się jednym wielkim niewypałem. Nie ma w nim dowodu na jakiekolwiek działania niezgodne z prawem polityków PiS lub Prezesa PiS – powiedziała Wicemarszałek Sejmu, Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek podczas briefingu prasowego.
Dodała, że z tekstu Gazety Wyborczej wyłania się obraz polityka orientującego się w sprawach ekonomicznych i prawnych, który bezwzględnie tego prawa przestrzega.
– Prezes PiS J. Kaczyński jest człowiekiem uczciwym, jest gotowy pokryć zobowiązania finansowe dopiero wtedy, gdy będzie ku temu podstawa prawna. Tak naprawdę ujawnia on to, jak PO rządziła w Warszawie. Najważniejszym aspektem jest jego wypowiedź o politykach Platformy, którzy odgrażali się, że nigdy nie pozwolą na powstanie takiej inwestycji – oznajmiła.
Przypomniała, że artykuł w Gazecie Wyborczej to kolejna odsłona wojny, jaką to środowisko prowadzi z Prawem i Sprawiedliwością.
Żródło: pis.org.pl

Prawe PiS

Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Prawa i Sprawiedliwości, Krzysztof Sobolewski wydał oświadczenie w sprawie „taśm Kaczyńskiego”:
W związku z publikacjami Gazety Wyborczej nt. rzekomych związków partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość z działalnością prywatnych podmiotów gospodarczych, uwzględniając komentarze w odniesieniu do rzeczonych publikacji, sugerujące czerpanie korzyści przez Prawo i Sprawiedliwość z tego typu relacji, tudzież inne niezgodne z ustawą o partiach politycznych działania, oświadczam, iż:
– Prawo i Sprawiedliwość nigdy nie przyjmowało korzyści majątkowych od osób prawnych;
– Prawo i Sprawiedliwość nie prowadzi, a także nie podejmuje w imieniu i na rzecz innych podmiotów, jakiejkolwiek działalności gospodarczej;
– Prawo i Sprawiedliwość restrykcyjnie przestrzega obowiązków sprawozdawczych, których skrupulatne wypełnianie potwierdzają coroczne uchwały Państwowej Komisji Wyborczej o przyjęciu kolejnych sprawozdań finansowych bez zastrzeżeń.
Twierdzenia przeciwne oraz zarzuty niemające oparcia w stanie faktycznym lub prawnym spotkają się z reakcją prawną, w szczególności ze zdecydowaną ochroną dobrego imienia Prawa i Sprawiedliwości.
pis.org.pl

Ogórkowa już gotowa

TVP odcina się od informacji o prowokacji poprzedzającej atak na Magdalenę Ogórek:
„Pan Mikołaj Janusz, performer i dokumentalista, znany z prześmiewczych materiałów zamieszczanych w sieci, uczestniczył w proteście przed TVP, aby zarejestrować materiał do swojego, internetowego programu. Nie był tam wysłany przez Telewizyjną Agencję Informacyjną i nie reprezentował TVP” – czytamy w komunikacie TVP.
Telewizja publiczna oświadczyła, że „w swojej dotychczasowej działalności pan Janusz uczestniczył w kilkuset tego typu wydarzeniach, zawsze działając na pograniczu satyry i performance’u”.
„Podszedł do demonstrujących, tuż przed atakiem na Magdalenę Ogórek. Gdy puszczano melodię z czołówki „Dziennika Telewizyjnego”, Janusz włączył przez megafon inną piosenkę. Mówił też protestującym, że są opłacani przez George’a Sorosa” – opisuje Onet.pl.
Infi: dziennik.pl

Kolejne tasmy Prezesa

Jeśli ktoś miał wątpliwości co do roli Jarosława Kaczyńskiego w kierowaniu spółką Srebrna, to po kolejnej publikacji „Wyborczej” mieć już ich nie może. Z nowych taśm wynika, że to prezes PiS osobiście sterował biznesem, a do współpracy zaangażował na pewnym etapie również Marcina Dubienieckiego, ówczesnego męża swojej bratanicy.

Czy Marcin Dubieniecki był kimś w rodzaju Jareda Kushnera dla Jarosława Kaczyńskiego? Z publikacji „GW” wynika, że porównanie do męża córki Donalda Trumpa nie wydaje się bezzasadne. O zaangażowaniu w inwestycje w Srebrnej mówił Kazimierz Kujda, szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, jeden z głównych doradców biznesowych Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie on jest bohaterem najnowszych nagrań. Rozmowy toczą się pomiędzy Kujdą, a austriackim biznesmenem Geraldem Birgfellnerem. Związek Kazimierza Kujdy ze spółką Srebrna jest jasny. Jego żona jest jej prezesem.
Co zawiera dzisiejsza demaskacja? „Nowe taśmy zaprzeczają twierdzeniom Jarosława Kaczyńskiego, że między nim a biznesem Srebrnej jest mur. Stawiają też pod znakiem zapytania deklaracje majątkowe prezesa, który twierdzi, że nie prowadzi działalności gospodarczej” – pisze wtorkowa „Gazeta Wyborcza”.
Nagrania to zapis rozmowy, która odbyła się czerwcu 2018 r. w siedzibie Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Mężczyźni rozmawiają jeszcze przed decyzją o rezygnacji z inwestycji. Jak donosi „GW” Birgfellner wyczuwał, że wokół projektu zaczyna się dziać coś złego, dlatego w nagranej rozmowie prosi Kujdę o pomoc w negocjacjach z zarządem Srebrnej. Co Kazimierz Kujda ma wspólnego ze spółką? W przeszłości przez 11 lat pełnił w niej funkcję prezesa zarządu, potem na tym stanowisku zastąpiła go żona.”GW” zwraca uwagę, że ten manewr powtarza się od lat: gdy PiS jest w opozycji, Kazimierz Kujda szefuje w Srebrnej, a gdy partia Jarosława Kaczyńskiego jest u władzy, Kujda trafia do kierownictwa Funduszu Ochrony Środowiska. Podczas rozmowy Kujda nie miał formalnie nic wspólnego ze Srebrną, mimo to wypowiadał się w imieniu tego podmiotu – obiecywał wsparcie i powoływał się na małżonkę.
Czego jeszcze dowiadujemy się z taśmy? Ze słów Kujdy wynika, że w projekt K-Towers wcześniej zaangażowany był ówczesny mąż Marty Kaczyńskiej, Marcin Dubieniecki. „Był rodzaj quasi-negocjacji z panem Dubienieckim. Ale wszystko za zgodą pana Kaczyńskiego, i to nie były moje negocjacje. (Kaczyński?) powiedział, że trzeba mieć z nim niewielki kontrakt, ale później byłem wzywany w tej sprawie do prokuratury. Tam było coś nie w porządku…” – mówi Kujda na ujawnionej taśmie. O tej sprawie częściowo pisał „Newsweek”. Tygodnik twierdził, że Dubieniecki był „cichym wspólnikiem” spółki Srebrna Warsaw Tower (SWT), która też miała zbudować wieżowiec na działce przy Srebrnej 16. Jedynym udziałowcem była cypryjska firma Madujamo Group. W 2015 r. Dubienieckiego aresztowano, wyszedł na wolność w 2016 r., ale jest oskarżony o wielomilionowe nadużycia w PFRON.
Warto zauważyć, że Kujda zapewnia również, że cały projekt jest niezwykle patriotyczny. „To jest bardzo ważne dla Polski, dla naszej historii, dla wszystkiego” – mówi na taśmie.

Czy taśmy osłabią PiS?

Z Jakubem Majmurkiem, publicystą „Krytyki Politycznej” rozmawia Piotr Nowak (strajk.eu).

Chyba już od dawna nie mówiło się tak dużo o Jarosławie Kaczyńskim. Obóz liberalny twierdzi, że opadła maska szczerego patrioty i zobaczyliśmy bezdusznego biznesmena. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość ustami swoich żołnierzy frontowych przekonuje, że prezes objawił się jako uczciwy polityk, Tadeusz Cymański posuwa się nawet do zadziwiającego stwierdzenia, że Kaczyński „jest bytem amaterialnym”. A czy tak naprawdę wraz z tymi taśmami dowiedzieliśmy się czegoś nowego o przywódcy PiS?
To zależy. Jeśli ktoś śledził uważnie historię Porozumienia Centrum, historię działalności Jarosława Kaczyńskiego i miał o niej wiedzę, którą czerpał z innych źródeł niż autobiografie Jarosława Kaczyńskiego, to nie dowiedział się niczego nowego. Znana była sprawa spółki Srebrna, znana była sprawa Fundacji Prasowej Solidarność, znaliśmy sprawę uwłaszczenia się środowiska Jarosława Kaczyńskiego na popeerelowskim majątku RSW Prasa Ruch, czyli głównego peerelowskiego koncernu, który skupiał większość wydawnictw prasowych w czasach PRL i który później został sprywatyzowany pomiędzy różne podmioty i Porozumienie Centrum było jednym z beneficjentów tego procesu. Wiedzieliśmy też, że były plany, aby spółka Srebrna postawiła w Warszawie wieżowiec i na tym zarabiała. Nie dowiadujemy się niczego zasadniczo nowego, jeśli śledziliśmy to, kim był Jarosław Kaczyński, jak prowadził politykę na zapleczu PiS-u i w jaki sposób dbał o to, by dla swoich przedsięwzięć politycznych budować finansowe zaplecze. Spółka Srebrna była przechowalnią dla polityków PiS w czasach, gdy ta partia nie miała władzy, albo kiedy w ogóle PiS-u jeszcze nie było.

Zapleczem w stylu Victora Orbana. Czy wybuch tej afery nie był właśnie świadectwem niepowodzenia implementacji modelu orbanowskiego nad Wisłą?
Tak. To, co się stało dowodzi, że istnieją media, które są w stanie iść na wojnę z tą władzą. To jest coś, co na Węgrzech już nie jest wyobrażalne. Być może było jeszcze realne na początku nowego cyklu władzy Orbana, powiedzmy do 2012 roku, ale dzisiaj już nie. Pokazuje to również, że PiS nie ma władzy w miastach, nie udało się jej zdobyć w wyborach w ubiegłym roku, co blokuje proces budowy pełnego finansowo-oligarchicznego zaplecza dla partii politycznej, jak sam Kaczyński mówi, konieczne do zbudowania tego wieżowca jest wygranie wyborów. Wybory nie zostały wygrane, a więc inwestycja nie powstanie.
Kto wygrał te kluczowe pierwsze 24 godziny po opublikowaniu taśm przez „Gazetę Wyborczą”? Obóz liberalny czy PiS?
Na razie jest remis. Po prawie 48 godzinach z bardzo delikatnym wskazaniem na stronę liberalną. Niepotrzebnie trochę nadmuchano atmosferę. Robienie na Twitterze zamieszania, że pojawi się materiał, która wysadzi PiS, zaszkodziło tej publikacji. Ludzie spodziewali się nie wiadomo czego – że pojawi się nagranie, na którym Jarosław Kaczyński zleca mord polityczny, albo coś w tym stylu.

Być może miało to narzucić pewną percepcję tego materiału?
To jednak przyczyniło się do pewnych oczekiwań, a okazało się, że to nie była bomba atomowa, jak to zapowiadano. Warto jednak zauważyć, że sporo osób związanych z prawicą, a nie związanych bezpośrednio z PiSem, jak np. Bartłomiej Radziejewski z Nowej Konfederacji, przyznaje, że może nie jest to bomba, ale na pewno nie jest to kapiszon. Podobało mi się określenie, które użył Tomasz Sawczuk w Kulturze Liberalnej, że jest to bomba, która jeszcze nie wybuchła, ale wybuchnąć jeszcze może. Ona sobie tyka cały czas. Ma ustawiony zapalnik czasowy i chociaż nie wiemy dokładnie kiedy ona wybuchnie, ale wysadzić PIS wciąż może.
Z pewnością to nie wydarzenie, które wywołało wielki szok społeczny, po którym od PiSu mogliby się zacząć odwracać wyborcy. Reakcja partii była taka, że doszło do zwarcia szeregów. Z programów programów telewizyjnych zaczęto wycofywać polityków. Sam Kaczyński do tej pory milczy. Ale faktycznie, politycy drugiego szeregu, dziennikarze, publicyści próbowali narzucić na Twitterze taką interpretację, że na tych taśmach nic nie ma, że to jest kapiszon. Wydaje mi się, że jednak, że do opinii publicznej zaczyna przenikać to, co jest w tym wszystkim w porządku. To są rzeczy, które nie sprawią, że pęknie nagle poparcie dla PiSu, że doprowadzi to do implozji, ale biorąc pod uwagę, że będą wyciekać kolejne informacje…

Mieliśmy aferę KNF, aferę Misiewicza.
Tych afer jest faktycznie bardzo dużo. Afera lekowa, afera KGHM z udziałem chrześniaka Adama Lipińskiego. Mamy kilka afer pisowskich, a jeżeli będą wyciekać kolejne informacje, a słyszeliśmy, że sejf z nagraniami prezesa Kaczyńskiego jest pełny i to nie jest jedyna taśma, jaką dysponuje Roman Giertych. Wydaje mi się, na co zwrócił uwagę Piotr Zaremba, a to może być bardzo ważny trop, że Kaczyński może czuć się osaczony osobiście. W tej sprawie został w zasadzie zdradzony przez rodzinę. Austriacki biznesmen, który ujawnił to nagranie, udał się po pomoc do Giertycha, to jest mąż córki kuzyna, tego słynnego pana Tomaszewskiego, powinowatego prezesa. Kaczyński dał się nagrać, a wydawało się, że jest politykiem nietykalnym, ponad wszystkim, do którego nic nie dociera, którego nie można uderzyć. Ale okazało się, że jednak można i ten cios przyszedł od rodziny.
Jarosław Kaczyński poczuje się teraz osaczony, będzie podejmował nieprzemyślane decyzje i będzie popełniał błędy?
Wydaje mi się, że prezesa łatwo jest sprowokować. Pamiętamy, jak krzyczał do posłów opozycji w Sejmie: jesteście kanaliami, zabiliście mojego brata. Nie wykluczam, że partia go w tej chwili pilnuje, aby nie pojawił się w mediach i nie zareagował nierozsądnie. Będzie jednak musiał prędzej czy później pojawić się w Sejmie. Opozycji łatwo będzie go sprowokować do gwałtownych ruchów. To jest bardzo ciekawe – tak się teraz czuje Jarosław Kaczyński. Wydaje mi się, że intuicja Piotra Zaremby może być celna.

Ale może taka była intencja obozu liberalnego. Na osobie prezesa skupił się też Jarosław Kurski, wicenaczelny „Wyborczej” w komentarzu do taśm. Może właśnie w ten sposób chce działać teraz opozycja – uderzać w Kaczyńskiego. Ale czy to może realnie osłabić PiS?
Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński jest tutaj postacią kluczową. To, że PiS jest partią, której lider skupia więcej władzy niż przywódcy innych ugrupowań jest faktem. Związki z biznesowym zapleczem, tutaj akurat ze spółką Srebrna, skupia się przede wszystkim w postaci Jarosława Kaczyńskiego. Myślę więc, że do uderzenie jest celne. PiS jest partią bardzo skłóconą i podzieloną wewnętrznie. Prezes trzyma to wszystko, stojąc ponad frakcjami, ponad szarpiącymi się buldogami, rozdziela ich stawiając siebie w roli autorytetu. Te nagrania mogą osłabić pozycje Kaczyńskiego w PiS. Afera pokazała, że prezes nie jest nieomylny, nie jest wszechwładny, że dał się rozegrać.

Czy PiS odstawi Kaczyńskiego na tylne siedzenie na dłuższy czas, uznając, że prezes jest kłopotem Prawa i Sprawiedliwości?
Na pewno w PiS są takie głosy, ale one są bardzo cicho artykułowane. Sam prezes to teraz zrobił. W roku wyborczym Kaczyński zostanie wycofany, jak jak to było w poprzednich wyborach. Front kampanii poprowadzi pewnie Morawiecki i kilka innych osób z kierownictwa rządu, niekoniecznie partii. Pytanie czy to będzie taktyczny manewr, który podmiotowo będzie robiony przez Kaczyńskiego, czy zbierze się grupa mocnych politycznie osób z partii, którzy powiedzą: no nie, panie prezesie, pan musi trochę ustąpić. Wydaje mi się, że dynamika wewnętrzna w PiSie jest taka, że wiele osób o tym myśli, ale chyba nikt nie ma odwagi tego zrobić. Pamiętajmy, że Kaczyński miał już bunty przeciwko sobie. PiS mu się kilka razy rozpadł. Powstała Polska Jest Najważniejsza, Solidarna Polska. I nikt o tych partiach dzisiaj nie pamięta. Ci ludzie albo wrócili do Kaczyńskiego i w ramach tego powrotu dostali gorsze warunki niż w sytuacji, gdyby zostali, np. Zbigniew Ziobro. Albo poszli do PO, albo ich nie na w polityce. To się każe zastanowić potencjalnym buntownikom.

Czy ta afera spowoduje, że Polacy zaczną postrzegać PiS jako partie aferałów? Może obywatele są już przyzwyczajeni do aferalnego charakteru każdego kolejnej władzy i będą nadal popierać partię Kaczyńskiego, bo ta przynajmniej dała im minimalną godzinową i 500 plus?

Na pewno wiele osób będzie w ten sposób myślało. Na pewno jest tak, że kolejne afery, taśmy uodporniły nas na szok spowodowany kolejną demaskacją. Takich afer było w ciągu ostatnich kilkunastu lat za dużo, by kolejna mogła spowodować gwałtowne tąpnięcie na scenie politycznej. Ale wydaje mi się, że istnieje też grupa wyborców PiS, którzy niekoniecznie głosowali na tę partią z przyczyn socjalnych, to nie jest dla nich decydująca kwestia, którzy niekoniecznie są też emocjonalnie zainwestowani w walkę z dżenderem i kwestię smoleńską. Dla nich kluczowa była obietnica sanacji życia publicznego. Zdawali sobie sprawę, że istnieje madrycka frakcja PiS z Hofmanem, są Misiewicze, ale jest też prezes, który jest ponad to i ma szanse stajnie Augiasza oczyścić, bo nawet jeśli trzeba czasami dać pokraść swoim kadrą, ale mimo wszystko PiS pracuje na rzecz tego, żeby się mniej dało kraść w przyszłości. Oni teraz mogą się zacząć zastanawiać, czy to była dobra diagnoza i czy powinni pozostać przy PiSie. Nie oznacza to jednak tego, że pójdą głosować na opozycję, którą uważają za ugrupowanie jeszcze bardziej skorumpowane, nie będzie też gwałtownego odpływu wyborców, ale to może do jesieni przełożyć się na taki odpływ, który może kosztować PiS samodzielną większość w przyszłym parlamencie.

Kto jest największym zwycięzcą tej rozgrywki? Roman Giertych?
Roman Giertych, ale też Jan Śpiewak, którego sprawa wyciągnęła z przedwczesnej emerytury, na którą się sam odesłał. Okazało się, że jest poważnym graczem, z którym liczy się człowiek posiadający największą władzę polityczną. I to właśnie Jan Śpiewak powstrzymał tę inwestycje. A Giertych rzeczywiście wyrasta na jednego z głównych wrogów PiS. Ta afera zrobiła mu na pewno ogromną reklamę jako adwokatowi.

Mówi się, że ma ochotę na ministra sprawiedliwości w przyszłym rządzie PO.
Pojawiają się takie plotki, ale nie wiadomo czy Giertych będzie chciał zaryzykować przekuć te ogromną popularność na rzecz kariery politycznej. Moim zdaniem on na ambicje aby do polityki wrócić i odgrywać w niej znaczącą rolę. Na pewno widzi dla siebie miejsce i wysoko ocenia swoje szanse. Duża część liberalnej opinii publicznej wybaczyła mu grzechy z dawnych lat. Nie wiadomo na ile szczera jest jego zmiana poglądów. Trudno powiedzieć czy zaryzykuje start w wyborach, ale jeśli Platforma wygra, to pewnie będzie starał zakręcić tak wokół rządu koalicyjnego by dostać w nim jakąś funkcje. A też ma w sobie osobistą chęć ukarania PiSu, a też potrafi budować PR skutecznego prawnika, to sporo osób w PO może myśleć: dajmy mu to ministerstwo, on ich pogoni i rozliczy.

Stół z wyłamywanymi nogami

Zapraszamy do debety o „Okrągłym Stole”.

Bólu głowy dostaje polska prawica już na sam widok „Okrągłego stołu”. Zwłaszcza, że w tym roku nie można tego politycznego mebla nie zauważać, ani ignorować. Bo okrągła, trzydziestoletnia, rocznica rozmów i porozumienia ówczesnej władzy i opozycji zbiega się z wyborami do parlamentów europejskiego i krajowego. Z już rozpoczętymi kampaniami wyborczymi. Eskalującą wojną plemienną dwóch prawicy wyrosłych z „etosu „Solidarności”. Wojną różnych interpretacji naszej najnowszej historii toczoną na wszystkich frontach medialnych.

Druga noga

Widać to już w niezdecydowanej postawie pana prezydenta Andrzeja Dudy. W przeddzień rocznicy rozpoczęcia obrad „Okrągłego Stołu” jego rzecznik prasowy nie potrafił powiedzieć co pan prezydent i jego środowisko polityczne będą świętować.
Na pewno pan prezydent nie będzie fetować rocznicy inauguracji „Okrągłego Stołu”. Faktu wyjątkowego w naszej historii, kiedy ówczesna władza zasiadła do rozmów z ówczesną opozycją. Do dyskusji jak wyjść z politycznego klinczu.
Negocjacji o tym na ile władza podzieli się posiadaną władzą z opozycją, a opozycja ulży władzy w dźwiganiu brzemienia odpowiedzialności za przyszłe, bolesne reformy gospodarcze.
Tego pan prezydent świętować nie będzie, bo musiałby uznać, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Nawet tych postkomunistów.
Zapewne pan prezydent Duda przyłączy się do świętowania trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Choć tu tez pewnie waha się, bo wtedy będzie musiał stanąć tam gdzie ustawi się Grzegorz Schetyna, Adam Michnik i Lech Wałęsa.
Oni bowiem przygotują obchody tamtych wyborów jako wielkie zwycięstwo „polskiej demokracji”, czyli tej reprezentowanej obecnie przez Platformę Obywatelską i jej zaplecze polityczno-intelektualne.
Ponieważ mamy rok wyborczy, to do uroczystych obchodów zostanie zaproszona jakaś reprezentacja „pokonanych”, czyli osób z ówczesnej „strony partyjno-rządowej”. Aby zademonstrować rycerskość obecnej opozycyjnej „koalicji demokratycznej”, która nie chce wieszać pokonanej „komuny”, jak ci barbarzyńscy z PiS.
Najchętniej pan prezydent uczciłby rocznicę powstania „pierwszego, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego”. Bo przecież akuszerem tego rządu był Jarosław Kaczyński, który przeciągnął wtedy na stronę solidarnościową ówczesnych sojuszników PZPR ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego. A potem premier Tadeusz Mazowiecki musiał ustąpić po kłótniach z Lechem Wałęsą. Czyli „Bolkiem”.
Na pewno pan prezydent uczciłby niezwykle uroczyście trzydziestą rocznice powstania „pierwszego niepodległego rządu Jana Olszewskiego”. Bo to do jego tradycji, nie do rządu Mazowieckiego z Kiszczakiem i Siwickim, i nie do prezydentury Wałęsy, odwołują się teraz elity PiS. Ale pewnie tej rocznicy Andrzej Duda jako pan prezydent już nie doczeka.
My zaś możemy oczekiwać w tym roku burzliwych obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Już zapowiedzianych przez pana premiera Morawieckiego, co tylko podgrzało wojnę polskich prawic o dziedzictw tamtych wyborów.
Za to rocznic rozpoczęcia i zakończenia „Okrągłego Stołu” elity PiS i radykalnej prawic uroczyście obchodzić nie będą. Dla nich tamte porozumienia to „zmowa elit komunistycznych i zdradzieckich solidarnościowych”, która zrodziła patologiczną III RP”. Ta zmowa, która „przyniosła uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury”, „bezkarność zbrodniarzy stanu wojennego” i panowanie „resortowych dzieci” w sferze mediów i kultury.
Zatem Wersalu na prawicowych obchodach rocznicowych nie będzie.

Trzecia noga

Bólu głowy, a raczej amnezji dostają hierarchowie polskiego kościoła katolickiego na wieść o planowanych obchodach rocznicy obrad „Okrągłego Stołu”. Dzisiejsi hierarchowie kościelni i bliscy im publicyści historyczni nie chcą pamiętać, że tamten Stół, tamte negocjacje i umowy oparte były na trzech nogach.
Partyjno-rządowej, opozycyjnej- solidarnościowej i kościelnej. Na dwóch pierwszych nogach stał tamten stół, ale trzecia noga, ta kościelna go znacząco podpierała.
Ówczesny kościół katolicki podjął się wówczas roli gwaranta tamtych negocjacji i notariusza jego porozumień. To hierarchowie kościelni gwarantowali swym autorytetem, że zasiadające do negocjacji i zawarcia kontraktu strony mogą sobie ufać. Że nie dojdzie do sytuacji, jak ostatnio przy negocjacjach umowy o budowie wieżowców przy ulicy Srebrnej.
I dlatego zawsze, kiedy w czasie rozmów okrągłostołowych dochodziło do impasu, konfliktu, to do mediacji ruszali biskupi.
Za swe „notarialne” usługi hierarchia kościelna otrzymała wielkie korzyści materialne. Przede wszystkim ustawę z dania 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dając temu kościołowi uprzywilejowaną pozycję. Czasem czyniąc jego funkcjonariuszy bezkarnymi.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego nie chcą wspominać o tamtej roli swego kościoła. Bez cienia wdzięczności przyłączają się do grona krytyków ostatnich rządów PRL, choć dzięki nim mają zapewniony dostatek materialny.
I chociaż Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej od dawna już nie ma, chociaż przez ostatnie trzydzieści lat w III Rzeczpospolitej skutecznie usuwano wszelkie ślady po prawodawstwie Polski Ludowej, to ta ustawa została niezmieniona. Bo tej politycznej łapówki danej hierarchom przez rząd Mieczysława Rakowskiego i przegłosowanej jeszcze przez „komunistyczny” Sejm obecna hierarchia kościoła katolickiego zwrócić nie zamierza.

Pierwsza noga

Gdyby nie ówczesna „Strona partyjno-rządowa”, przedstawiana w mediach wtedy jako ta pierwsza noga podtrzymująca „Okrągły Stół”, nie zdecydowała się na negocjacje z opozycją, to nie mielibyśmy tej historycznej „pokojowej transformacji”.
Ale już 4 czerwca 1989 roku strona partyjno-rządowa przegrała wolne wybory do Senatu. Choć w wyborach kontraktowych, tych do Sejmu, utrzymała niezbędną większość. Przeforsowała też, z pomocą ambasady USA i hierarchii kościoła katolickiego, dotrzymanie przez opozycję porozumienia o wyborze generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
Ale po tym wyborze w „pierwszej nodze” nastąpił rozłam. Po zdradzie politycznej ze strony ZSL i SD, ówczesna PZPR straciła większość w Sejmie i musiała przejść do opozycji.
Już w III Rzeczpospolitej ta „pierwsza noga” przegrała swą bitwę o pamięć. Jej zasługi w historycznej, pokojowej transformacji ustrojowej zostały przez zwycięską prawicę zmarginalizowane i skarykaturyzowane. Stało się tak przez jej lenistwo intelektualne, na jej własne życzenie.
W tym roku Społeczny Komitet Lewicy zamierza przypomnieć i odkłamać zasługi ludzi lewicy w tamtej transformacji.
Redakcja „Trybuny” będzie patronowała działaniom SKL.
Zapraszamy też wszystkich chętnych do dyskusji o znaczeniu i skutkach porozumień „Okrągłego Stołu”. Nasze łamy są dla was otwarte.