Czego życzę Panu Prezesowi

Jarosław Kaczyński kończy 70 lat w dniu 18 czerwca. W młodości ponoć założył sobie, że będzie rządził do dziewięćdziesiątki, aby pobić rekord kanclerza Adenauera. Już wiadomo, że mu się nie uda – za późno zaczął sprawować władzę. Ale klimat mamy taki, że następne wybory parlamentarne będą należeć do niego, więc przynajmniej część tej zapowiedzi ma szansę się spełnić.
Jarosławowi Kaczyńskiemu w dzień urodzin, ale również i sobie (obchodzę swoje urodziny dwa dni wcześniej) chciałabym życzyć, aby nie przyszedł po nim na stanowisko prezesa partii nikt „gorszy”.
Zdaję sobie sprawę, że po Jarosławie Kaczyńskim losy PiS staną się wielką niewiadomą. W powszechnej opinii – raczej słusznej – nie wyhodował on sobie żadnego godnego go następcy. Jeśli więc Kaczyński przejdzie na polityczną emeryturę, będziemy skazani na przejęcie sterów na prawicy przez Joachima Brudzińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. To mało korzystna perspektywa.
Choćby ostatni przypadek, kiedy Zbigniew Ziobro rwał się do pozywania wykładowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazał, że interwencja Jarosława Kaczyńskiego bywa jednak zbawienna, i że politycy z jego – oraz pokrewnych – ugrupowań, potrzebują kogoś, by ich tonował w zbyt szybkim marszu ku autorytaryzmowi.
Jarosław Kaczyński długo nie mógł zaistnieć w polityce krajowej, zawsze pozostawał w czyimś cieniu. Ominął go strajk w stoczni, ominęło ogłoszenie stanu wojennego. Teraz wreszcie gra pierwsze skrzypce.
Życzę panu prezesowi, żeby po nim nie przyszedł potop. Żeby pokolenie, któremu podarował 500 plus, nie musiało spłacać olbrzymich długów. Żeby nie zjadły nas podatki i żebyśmy nie podzielili losu Grecji, kiedy będzie dobijał do swojej długo zapowiadanej dziewięćdziesiątki.
Życzę mu, aby chęć kupowania wyborców Prawu i Sprawiedliwości wyewoluowała w końcu w prawdziwie lewicowe myślenie – z socjalem lub bezwarunkowym dochodem podstawowym w swoich założeniach. To oczywiście marzenie ściętej głowy, ale gdyby prezes zabrał się za to już dziś, mamy przed sobą dwie dekady potencjalnego dobrobytu.

Wszystkie scenariusze są dzisiaj na stole

Wywiad z Marcinem Kulaskiem, sekretarzem generalnym Sojuszu Lewicy Demokratycznej

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami. SLD zdobyło w nich trzeci wynik, obsadzając pięć mandatów. Mają Państwo chyba powody do satysfakcji?
Tak. 26 maja Sojusz Lewicy Demokratycznej potwierdził swoją pozycję jako trzecia siła polityczna w Polsce. Wprowadziliśmy do Parlamentu Europejskiego pięciu europosłów, a nasi kandydaci, którzy nie zdobyli mandatów, otrzymali naprawdę dobre, budzące szacunek wyniki. Mówię tu choćby o Małgorzacie Sekule-Szmajdzińskiej, której zabrakło kilkuset głosów, by znaleźć się w Brukseli. Te wyniki są dla nas bardzo ważne, ponieważ od ponad 3 lat nie jesteśmy obecni w Sejmie i Senacie, rzadziej od naszych konkurentów gościmy w mediach, a mimo tego pokonaliśmy trzy partie parlamentarne. Polskie Stronnictwo Ludowe wprowadziło tylko trzech posłów, a Nowoczesna i Kukiz’15 nie zdobyli ani jednego mandatu. To dobra prognoza na przyszłość. Wynik ten pokazuje, że Polacy potrzebują dzisiaj lewicy, potrzebują dzisiaj SLD.

A może to nie tyle siła SLD, ile bardziej kandydatów, których wystawiliście w wyborach do Parlamentu Europejskiego? Znanych nazwisk wśród nich nie brakowało.
Sojusz Lewicy Demokratycznej jest silny ludźmi, którzy go tworzą. To prawda, że wystawiliśmy mądrych, świetnie przygotowanych kandydatów. Z naszej rekomendacji mandaty zdobyli trzej byli premierzy: Leszek Miller, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki oraz wieloletni poseł SLD i częstochowski samorządowiec, Marek Balt. Mam pełną świadomość tego, że są to politycy, z których pracy w Parlamencie Europejskim dumni będą mogli być nie tylko członkowie SLD, ale wszyscy Polacy. Nasi europosłowie przez całą kampanię wyborczą występowali jednak pod szyldem Sojuszu Lewicy Demokratycznej i deklarowali, że po wyborach przystąpią – zgodnie z uchwałą Zarządu Krajowego SLD – do frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim. Myślę więc, że wyborcy głosowali świadomie: na świetnych kandydatów rekomendowanych przez SLD.

Za cztery miesiące wybory parlamentarne. W jakiej formule planuje startować SLD? Zostajecie w Koalicji Europejskiej, startujecie samodzielnie czy może planujecie stworzyć lewicową koalicję z Wiosną i Partią Razem?
Sojusz Lewicy Demokratycznej – jak wskazuje nazwa – jest partią demokratyczną. Nie akceptujemy podejmowania decyzji jednoosobowo przez przewodniczącego czy sekretarza generalnego. Dlatego o formule, w jakiej wystartujemy w wyborach do Sejmu i do Senatu, zdecydują wszyscy członkowie SLD w referendum. Odbędzie się ono 29 czerwca. Wtedy rozstrzygniemy, czy idziemy do tych wyborów samodzielnie czy w koalicji z innymi ugrupowaniami, które szanują obowiązującą Konstytucję i demokratyczne państwo prawne.

Jak w takim razie w referendum będzie głosował sekretarz generalny SLD?
26 maja SLD, startując w porozumieniu z innymi, prodemokratycznymi partiami politycznymi, odniósł niekwestionowany sukces. Sukces odniosła także Koalicja Europejska. Wprawdzie nie wygraliśmy z partią rządzącą, ale zdobyliśmy 38 proc. To więcej niż sondaże dawały wszystkim partiom tworzącym ten komitet wyborczy. To dobry punkt wyjścia w walce o wygraną w październiku. Dlatego jestem przekonany, że warto kontynuować współpracę. Platformę Obywatelską, Nowoczesną i Sojusz Lewicy Demokratycznej wiele dzieli. Łączy nas jednak szacunek dla Konstytucji, przekonanie o tym, że Polska powinna mieć silną pozycję w Unii Europejskiej i duma z 30 lat polskich przemian po 1989 r. To wystarczająco dużo, by zbudować silną listę wyborczą, walczyć o zwycięstwo w wyborach do Sejmu i Senatu, a w przyszłości – stworzyć koalicyjny rząd cieszący się poparciem większości Polaków. Z tego powodu będę namawiał koleżanki i kolegów do poparcia dalszej współpracy w ramach Koalicji Europejskiej. Zrozumiem jednak i uszanuję decyzję przeciwną.

Nie wolałby Pan budować wspólnej listy z Robertem Biedroniem i Adrianem Zandbergiem? I Wiosna, i Partia Razem deklarują chęć współpracy z SLD.
Sojusz Lewicy Demokratycznej jest największą i najsilniejszą partią lewicową w Polsce. Z tego powodu przed wyborami samorządowymi w 2018 r. zwróciliśmy się z propozycją utworzenia wspólnej listy do wszystkich sił politycznych na lewicy. Zaproszenie to skierowaliśmy także do Adriana Zandberga i Roberta Biedronia. W przeciwieństwie do naszych przyjaciół z Polskiej Partii Socjalistycznej czy Inicjatywy Feministycznej nie skorzystali oni z naszej propozycji. Pomysł utworzenia jednego, lewicowego bloku ponowiliśmy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Koncepcja ta nie odpowiadała Robertowi Biedroniowi, który był przekonany, że samodzielnie zdobędzie kilkanaście procent poparcia. Teraz lider Wiosny zmienił zdanie. Wyciągamy więc do niego rękę i zapraszamy do rozmów. W tej chwili – przed wynikami referendum w SLD – niczego nie przesądzamy. Dzisiaj wszystkie scenariusze są na stole.

Dobrze ocenia Pan udział SLD w Koalicji Europejskiej. W mediach i wśród niektórych polityków Platformy, Nowoczesnej i PSL pojawia się jednak bardzo dużo głosów krytycznych wobec tego projektu i tego, jak był realizowany. Co Panu się w Koalicji Europejskiej nie podobało?
Ten projekt nie był łatwy. Pięć partii, 130 bardzo dobrych kandydatów i krótka kampania wyborcza. Zgadzam się jednak, że na pewno mogliśmy ją przeprowadzić lepiej. Mam wrażenie, że część polityków pozostałych partii koalicyjnych nie rozumiało, że kampanii wyborczej nie prowadzi się w studiach telewizyjnych, tylko w okręgach wyborczych. Wiem, o czym mówię, ponieważ przez ostatnie 3 lata, jako sekretarz generalny SLD, przejechałem razem z Włodzimierzem Czarzastym ponad 250 tysięcy kilometrów, byłem w ponad 300 powiatach. Dobre wyniki SLD dzisiaj to rezultat tego, że kierownictwo SLD częściej można spotkać w terenie, w województwach, w powiatach niż w Warszawie przy ul. Złotej, gdzie mieści się nasza centrala. Mam nadzieję, że nasi przyjaciele z PO i Nowoczesnej wezmą z nas przykład w najbliższej kampanii i wspólnie, zjednoczoną opozycją uda nam się wygrać z Prawem i Sprawiedliwością.

Zagubiona lewica

Kolejne dni powyborcze odchodzą do historii a ja oczom i uszom nie wierzę przyglądając się powyborczym poczynaniom opozycji i słuchając wypowiedzi jej wielu polityków.

Zachowują się oni tak, jakbyśmy mieli do następnej kampanii przy-najmniej rok. Politycy Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej właśnie w tym momencie dyskutują nad wchłonięciem jednej partii przez drugą. SLD zrelaksowane wyborczym „sukcesem” spokojnie czeka na rozwój wydarzeń, bo liczy że na plecach koalicji być może wprowadzi do Sejmu kilku posłów. Koalicja Lewica Razem próbuje znaleźć przyczyny swojej klęski zaś Wiosna usiłuje dojść do siebie po wyborczym „kuble zimnej wody”. Szef tej partii chyba już sam nie wierzy w sukces w wyborach do Sejmu, bo pomimo wcześniejszej obietnicy składanej wyborcom nie zamierza zrezygnować z mandatu Europosła. Tylko PSL zachowuje się pragmatycznie. Wiedząc, że czasu do wyborów pozostało niewiele i nie można go trwonić na bezowocne, jałowe rozmowy rozpoczął budowanie Koalicji Polskiej. Jedno co powinien uświadomić sobie Grzegorz Schetyna, to że zbyt mocne odbicie w lewo Koalicji Europejskiej poszerzyło pole oddziaływania dla PiS-u na prawicy. Na wybory do Senatu Opozycja łącznie z Wiosną i Lewicą Razem powinna stworzyć Koalicję Obywatelsko-Samorządową (KOS), natomiast do wyborów do Sejmu opozycja powinna pójść dwoma nie konkurującymi ze sobą blokami: lewicowym i prawicowym.
Lewica nie powinna zdawać się na prawicę i liczyć, że niewielkim wysiłkiem wprowadzi kilku posłów na jej grzbiecie. Blok lewicowy powinny utworzyć wszystkie lewicowe ugrupowania, stowarzyszenia i związki zawodowe. Głównymi sygnatariuszami tego bloku powinny być między innymi SLD, Wiosna, partia Razem, Unia Pracy, Partia Nowackiej, PPS, Partia Zielonych i Związki Zawodowe. Taki blok będzie programowo spójny i czytelny dla lewicowego elektoratu. Drugi blok mogą tworzyć PO, Nowoczesna i PSL. Taka Koalicja mogłaby wrócić do źródeł i odzyskać część elektoratu przejętego przez PiS.
Stworzenie bloku lewicowego na najbliższe wybory jest możliwe o ile władze partii lewicowych i różni działacze społeczni uznają, że dobro naszej ojczyzny jest ważniejsze niż ich prywatne interesy. Przy wyniku jaki osiągnęła w minionych wyborach Wiosna stwarzają zagrożenie nieosiągnięcia progu 5%. Osiągnięcie wymaganych 3%, by wziąć subwencję, nie powinno być jedynym celem dla tej partii. Dla uzyskania tych drobnych subwencji nie można położyć bezpieczeństwa naszej Ojczyzny. Wiosna poprzez swoją arogancję i pewność siebie nie majacą odzwierciedlenia w rzeczywistości, czasem poprzez swoją infantylność i niedojrzałość polityczną w dużej mierze zaprzepaściła swoją wielką szansę jaką dało jej na starcie społeczeństwo. Wiosna przed wyborami do Parlamentu Europejskiego to piękna kwitnąca majowa jabłoń rokująca obfity jabłkowy plon. Po wyborach to ta sama jabłoń zmrożona wiosennym przymrozkiem, która daje jedynie szansę na pojedyncze, marne owoce. Teraz jedyną szansą by lewica nie ucierpiała zbyt mocno, to wspólny start. Robert Biedroń powinien szybko dojrzeć jako polityk i uwolnić się od skłonności showmańskich i megalomańskich, zrozumieć że Jego partia powinna korzystać z doświadczenia osób starszych a nie obrażać ich. Otoczenie Roberta Biedronia powinno skończyć z Jego czczeniem, licząc na to, że dzięki temu dostaną wysokie miejsce na listach i będą mogli niezależnie od swoich kompetencji zaistnieć w polityce. Konstruktywna krytyka szefa mogła Mu tylko pomóc. Lewica musi również zrozumieć, że sprawy ideologiczne są bardzo ważne dla nas ale w kampanii wyborczej nie mogą one przysłaniać spraw społeczno-gospodarczych. Trzeba wreszcie zrozumieć, że PiS tylko dla doraźnych celów rozdaje środki ale generalnie nie ma spójnej polityki społecznej. My powinniśmy to ich rozdawnictwo obudować i uzupełnić racjonalnym programem.
Panie Robercie, niech się Pan wyzwoli z obciążeń i stylu funkcjonowania w polityce wyniesionego z Ruchu Palikota. Dla swojej wiarygodności powinien Pan zrezygnować z mandatu Europosła, w przeciwnym wypadku ten fakt będzie wykorzystywany w najbliższej kampanii. Konkurenci polityczni poprzez ten fakt będą podważać Pańską wiarygodność. Następnie zacznijmy wspólnie budować nowoczesną, oddaną społeczeństwu partię lewicową, początkiem mógłby być utworzony na najbliższe wybory blok lewicowy. Panie Krzysztofie Gawkowski, oceniałem Pana jako rozsądnego dojrzałego polityka. Po wejściu do Wiosny Pańskie wazeliniarstwo, wynikające z chęci zdobycia mandatu Europosła, przekroczyło wszelkie granice. A przecież mógłby pan być głosem rozsądku w Wiośnie i zapobiec jej pójściu, w fazie końcowej kampanii do Europarlamentu „na manowce”.
Koledzy i Koleżanki z lewicy, przystąpmy wreszcie do konstruktywnych działań i zacznijmy budowanie współczesnego szerokiego bloku lewicowego na najbliższe wybory. Zrezygnujmy z dotychczasowych działań, gdy to silniejsze partie lewicy próbowały eliminować z życia politycznego mniejsze, czym doprowadzaliście lewicowy elektorat do przysłowiowej „szewskiej pasji”. Koniec z destrukcją, nastał czas tworzenia. Na zakończenie moja uwaga do kolegów z SLD. W swoich działaniach nikt z Was nie dostrzegł ważnego faktu jaki miał miejsce w ostatnich latach, gdy lewica pomału sama eliminowała się z życia politycznego, że osłabianie mniejszych ugrupowań lewicowych przez silniejsze podmioty nie powiększało im elektoratu a wręcz odwrotnie prowadziło do systematycznego jego zmniejszania się.

Jubileusz – 25 debata SFWM we Wrocławiu

Jednak można coś trwałego i zapowiadającego sukcesy na lewicy w Polsce zrobić. Od października 2017 roku we Wrocławiu działa Społeczne Forum Wymiany Myśli.

Jest to zarówno forma klubu dyskusyjnego jak i płaszczyzna spotkań ludzi utożsamiających się z najszerzej pojmowaną tradycją oraz myślą lewicową. Inicjatorzy i promotorzy tego przedsięwzięcia zakładali (i tak też to funkcjonuje po dziś dzień), iż ma to być lewicowy think-tank o poza-partyjnych i ponad-środowiskowych podziałach, dający możliwość zaprezentowania różnorodności myśli jaką lewicę się zawsze charakteryzowała.
W czerwcu 2019 roku planujemy zorganizować już 25 imprezę (debatę) – czyli mały jubileusz – w ramach forum. Chcemy podyskutować jak państwo polskie powinno wyglądać po… POPiSie. Ale nie tylko debaty składają się na nasz dorobek. Organizowaliśmy różnego rodzaju ewenty takie jak: wystawy fotografii obrazujące problematykę dzisiejszej Palestyny i okupacji izraelskiej czy spotkania autorskie z pisarzami zaangażowanymi.
Zainicjowaliśmy „sklonowanie” naszego pomysłu w formie paralelnych forum w Warszawie i Bydgoszczy (na razie są to tylko te dwa ośrodki ale mamy plany aby objąć cały kraj, zwłaszcza mniejsze powiatowe ośrodki, tą inicjatywą). Składaliśmy kwiaty w dniu 1 maja pod obeliskami poświęconymi tradycjom ruchu robotniczego oraz byliśmy współorganizatorami tegorocznej manifestacji pierwszomajowej w Warszawie. 22 lipca ubiegłego roku spotkaliśmy się w Bydgoszczy na zorganizowanej przez nas oraz ośrodek w Bydgoszczy, międzynarodowej konferencji poświęconej planom na przyszłość. Sporą ich część udało się zrealizować. I to też uważamy za spore osiągnięcie biorąc pod uwagę skromność środków, bazy materialnej i personalnej przedsięwzięcia.
Od samego początku ściśle współpracujemy z Portalem Strajk.eu oraz z fundacją „Naprzód”. Poczytujemy sobie za nasz sukces, iż z czasem do grona naszych partnerów dołączyły kolejne podmioty oraz media o lewicowej proweniencji: Tygodnik „Przegląd”, Portal Lewica.pl, stowarzyszenie „Pokolenia – Dolny Śląsk” , Dziennik „Trybuna” i środowisko „Historia Czerwona”. Ostatnio do grona naszych partnerów dołączyła znana wrocławska kawiarnio – księgarnia „Tajne Komplety”. Mamy nadzieję że to nie koniec.
W naszych dyskusjach i debatach brało udział sporo znanych i mniej znanych osób. Naszymi gośćmi byli m.in. prof. Bruno Drweski (Sorbona – Paryż), prof. Joanna Hańderek (Uniwersytet Jagielloński), prof. Gavin Rae (Akademia L. Koźmińskiego), Małgorzata Tracz i Katarzyna Lubiniecka- Różyło (czynne polityczki), Józef Pinior, Jacek Uczkiewicz, Maciej Wiśniowski (red. Naczelny Strajk.eu), Paweł Dybicz (z-ca red. nacz. Tygodnika „Przegląd”), Oleg Muzyka (polityczny emigrant i dziennikarz ukraiński – Berlin). To tylko niektóre osoby z nami współpracujące i uczestniczące w naszych dyskusjach. Ze zrozumiałych względów wszystkich trudno jest tu wymienić. Dziękujemy im wszystkim z nadzieją że ta współpraca i wsparcie będą się nadal rozwijać.
Na Facebooku funkcjonuje strona SFWM, gdzie odnotowujemy skrupulatnie wszystkie nasze przedsięwzięcia; widać z nich, iż naszymi gośćmi (także w formie on-line, bowiem kilkakrotnie organizowaliśmy debaty z udziałem osób z zagranicy) byli ludzie z Francji, Ukrainy, Anglii, Palestyny, Bułgarii, Rosji i Niemiec.
Z naszych debat od jakiegoś czasu prowadzimy transmisje on-line w internecie, na Facebooku. Cieszyły się one sporym zainteresowaniem, a liczba wejść i odsłon często przekraczała liczbę kilu tysięcy. Jednocześnie zachęcamy do odwiedzenia naszej strony na Facebooku.
Pozdrawiając naszych sympatyków i osoby kibicujące naszej inicjatywie zapewniamy, iż jesteśmy otwarci na współpracę. Zapraszamy jednocześnie inne ośrodki i aktywistów „mających serce po lewej stronie” do kontaktu i rozprzestrzeniania tej inicjatywy po całym kraju. Niech temat planowanej na czerwiec debaty – „Jaka Polska po POPiS-ie” – zacznie się materializować naprzód w dyskusjach (gdyż na początku jest zawsze myśl i słowo), a potem w formie tworzenia politycznego, autentycznego i nowoczesnego ruchu politycznego o lewicowej twarzy i programie.
Jeszcze raz dziękujemy wszystkim za współpracę.

Quo vadis, Europo?

Przyznaję, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie jestem w tej niewiedzy osamotniony, gdyż nad przyszłością Europy zastanawiają się najpotężniejsze umysły świata nauki i polityki, nie znajdując jednoznacznych odpowiedzi.

Europa stoi przed czterema wielkimi wyzwaniami, na które można też spojrzeć jako na rozstajne drogi – niejednoznaczne możliwości dalszych wyborów. Świadomość tej niejednoznaczności powoduje, że – inaczej niż ćwierć wieku temu – patrzymy w przyszłość bez taniego optymizmu, bez wiary, że możliwy jest jedynie dalszy harmonijny marsz ku europejskiej Arkadii. Nie znaczy to jednak, by wczorajszy optymizm miał zostać zastąpiony czarnym pesymizmem. To, ze dalszy bieg historii pozostaje otwartą kwestia naszych wyborów, powinno być zachętą do działania na rzecz tego, co uważamy za najbardziej korzystny kierunek rozwoju. W tym sensie próba przewidywania staje się, jak pisał wielki włoski marksista Antonio Gramsci, próbą tworzenia woli zbiorowej.

Cztery wyzwania, o których chcę mówić, można ująć w formę pytań:

Po pierwsze: jaka ma być geografia polityczna Europy? Czy Unia Europejska będzie się kurczyła? Czy wrócą czasy, gdy szybko rozszerzały się jej granice?
Po drugie: czym będzie integracja europejska? Czy ulegnie dalszemu pogłębieniu, kosztem przenoszenia coraz większych uprawnień państw narodowych do sfery wspólnej władzy organów unijnych? A może nastąpi odwrót od pogłębionej integracji opartej na traktacie z Maastricht ku idei „Europy ojczyzn”?
Po trzecie: jaka będzie przyszłość stosunków między jednoczącą się Europą zachodnią i środkową a wschodem naszego subkontynentu, zwłaszcza Federacją Rosyjską? Czy przyszłość niesie w sobie zapowiedź kontynuowania konfrontacji politycznej, czy też możliwy jest powrót do idei europejskiego „wspólnego domu”, który marzył się Gorbaczewowi?
Po czwarte wreszcie: jak układać się będą nasze relacje z wielkim sojusznikiem demokratycznej Europy – Stanami Zjednoczonymi? Jaki będzie kształt wspólnoty transatlantyckiej?
W pierwszej z tych spraw kluczowa okaże się sprawa „brexitu”. Nieprzemyślana decyzja poprzedniego premiera Zjednoczonego Królestwa Dawida Camerona, by o przyszłym udziale tego państwa w Unii Europejskiej zdecydowali obywatele w referendum, pokazała, jak naiwne są oczekiwania – żywione zwłaszcza przez populistów różnych barw – że referendum stanowi panaceum na wady demokracji parlamentarnej. Brytyjczycy w referendum z 2016 roku odpowiadali na pytanie, w którym tylko jedna odpowiedź miała jednoznaczny sens: ta, która oznaczała pozostanie w Unii. Natomiast opowiedzenie się za jej opuszczeniem było skokiem w nieznane, gdyż nigdy nie określono jednoznacznie, na jakich warunkach Zjednoczone Królestwo miałoby wyjść z Unii. Chaos związany z „brexitem”, będzie zapewne zniechęcał następne państwa od naśladowania Londynu. Myślę więc , że „brexit”nie będzie miał następców, ale wątpliwe jest, by Unia w najbliższych latach decydowała się na przyjmowanie nowych członków. Dotyczy to zwłaszcza państw bałkańskich a także Ukrainy. Czeka je prawdopodobnie los podobny do Turcji, od dwudziestu lat tkwiącej w przedpokoju jako „kandydat” do członkostwa w UE.
Sama zaś Unia stoi przed wyborem dotyczącym jej tożsamości. Z jednej strony słychać postulaty dalszego pogłębienia integracji, w czym przoduje zwłaszcza prezydent Francji Emmanuel Macron. Z drugiej jednak coraz mocniej słychać głos „eurorealistów”, jak lubią się nazywać politycy pragnący osłabienia Unii przez restytucję jak najszerszych uprawnień państw członkowskich, Takie stanowisko współbrzmi z tendencjami autorytarnymi i nieprzypadkowo najsilniej akcentowane jest przez polityków rządzących obecnie na Węgrzech i w Polsce. Mają oni jednak życzliwych sprzymierzeńców w kilku innych państwach europejskich, w tym we Włoszech. Czy ten kierunek będzie rósł w siłę, czy okaże się efemerydą? Wiele będzie zależało od tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego, które pokażą, w jakim kierunku ewoluują nastroje Europejczyków.

Trzeci obszar niepewności

dotyczy stosunków z Rosją. Pamiętam, jak wielkie nadzieje trzydzieści lat temu towarzyszyły zwrotowi ówczesnego Związku Radzieckiego od zimnowojennej konfrontacji ku idei partnerskiej współpracy w ramach „wspólnego europejskiego domu”. Nic z tego nie zostało. Mamy dziś klimat konfrontacji, powodujący, że coraz więcej komentatorów mówi o „drugiej zimnej wojnie”. Myślę, ze jest to mylna analogia. Zimna wojna była globalnym starciem ideologicznym, „walką o duszę ludzkości”, jak to ujął prezydent Bush senior. Dziś mamy do czynienia z rywalizacją mocarstw, w ramach której Federacja Rosyjska – po fatalnym dla niej dziesięcioleciu rządów Jelcyna – próbuje odbudować swą pozycję jako liczącego się mocarstwa regionalnego. Jej działania budzą zrozumiały sprzeciw tam, gdzie postrzega się je jako zagrożenie dla narodowej suwerenności: a więc przede wszystkim w niektórych państwach-sukcesorach po ZSRR, zwłaszcza Ukrainie. Daleki jestem od afirmowania polityki rosyjskiej wobec słabszych sąsiadów, chociaż nie podzielam rozpowszechnionej opinii, że stanowi ona bezpośrednie zagrożenie dla Polski. Nasze bezpieczeństwo gwarantuje członkostwo w NATO i jest to tak silna gwarancja, jakiej Polska nigdy w swej historii nie miała.

Pozostaje jednak otwarty problem przyszłych relacji

między demokratyczną Europą zachodnią i środkową a autorytarną Rosją. Przewlekły konflikt ciąży nam jak kula u nogi. Nie możemy jednak – bo byłoby to sprzeczne tak z naszymi wartościami, jak i z naszymi interesami – po prostu się z niego wycofać. Droga do zakończenia konfliktu z Rosją prowadzi przez wypracowanie kompromisowych rozwiązań, także w najtrudniejszej sprawie stosunków ukraińsko-rosyjskich. Pierwsza tura wyborów prezydenta Ukrainy wskazuje na bardzo wysokie prawdopodobieństwo zmiany władzy w tym państwie. Czy nowy prezydent będzie chciał i – co ważniejsze- będzie w stanie odmrozić relacje z Rosją, wypracować akceptowalny kompromis? Nikt tego dziś nie wie, ale sądzę, że takiego scenariusza nie wolno wykluczać. Sądzę też, że dla Europy, dla jej bezpieczeństwa i rozwoju, byłoby dobrze, gdyby poprawiły się stosunki z Rosją.
Wiąże się to z czwartym polem niepewności – ze stosunkami z USA. Po raz pierwszy od drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone rządzone są przez ekipę politycznie nieprzewidywalną. Nie idzie tu nawet o to, że Donald Trump jest populistą, którego chaotyczne posunięcia i deklaracje polityczne rodzą – także w jego własnym kraju – obawy co do kierunku polityki amerykańskiej. Idzie bardziej no to, że sukces polityczny uzyskany przez Trumpa w 2016 roku jest objawem głębszego zjawiska. Określiłby je jako kryzys amerykańskiej tożsamości. Reakcją na głębokie modernizujące zmiany, których symbolem była ośmioletnia prezydentura Obamy, jest agresywny fundamentalizm i nacjonalizm. Ten trend stanowi odejście od amerykańskiego konsensusu, który cechował politykę USA pod rządami wszystkich poprzednich prezydentów i którego sensem było dążenie do wspólnego z partnerami budowania przyszłości świata w oparciu o wartości liberalnej demokracji. Po przeszło dwóch latach urzędowania Trump nie może pochwalić się istotnymi osiągnięciami, Stany Zjednoczone są nadal najsilniejszym mocarstwem świata i trzonem sojuszu atlantyckiego, ale nie są przywódcą demokratycznego świata w takim sensie, jak to postulował Zbigniew Brzeziński. Nie są inspiratorem wspólnego marszu ku lepszej przyszłości.
Dla Europejczyków oznacza to konieczność brania w większym niż dawniej stopniu odpowiedzialności za swoją wspólną przyszłość. Na dłuższą metę jest to dla nas korzystne, ale wymaga wzmożonego wysiłku.

Wymaga także przywództwa.

Wielkim problemem Europy w drugim dziesięcioleciu XXI wieku jest to, że dziś potrzebuje ona wielkich przywódców na miarę tych, którzy w pierwszych latach powojennych wykuwali przyszłość naszego kontynentu: Churchilla i De Gaulle’a, Adenauera i Brandta, Schumanna i Monneta. Uważa się często, że wielcy przywódcy pojawiają się zawsze wtedy, gdy istnieje wyzwanie o historycznym znaczeniu. Dzieje świata tego nie potwierdzają. Niemniej powinniśmy pamiętać, że to, jak odpowiemy na tytułowe pytanie tego wystąpienia będzie w wielkiej mierze zależało od tego, jaki przywódcom powierzymy swój los w obecnej fazie drogi Europy ku nieznanej –ale mam nadzieję lepszej – przyszłości.

Jest to odczyt wygłoszony na spotkaniu Law Club Center w Warszawie 4 kwietnia 2019 r.

Będzie referendum

29 czerwca 2019 r. odbędzie się w SLD wewnątrzpartyjne referendum, w którym członkinie i członkowie partii zadecydują o formule startu ich partii z wyborach parlamentarnych 2019 r. – zadecydowała Rada Krajowa Sojuszu, w której wzięli udział również wszyscy przewodniczący organizacji powiatowych oraz liderzy partii i stowarzyszeń współpracujących z SLD.
Głosujący będą mieli do wyboru dwa warianty:
1. Popieram start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych w porozumieniu z innymi prodemokratycznymi partiami politycznymi.
2. Popieram samodzielny start Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych.
Podczas obrad głos zabrali wszyscy eurodeputowani z rekomendacji Sojuszu: Marek Balt, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz, prof. Bogusław Liberadzki oraz Leszek Miller.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD podczas konferencji prasowej po Radzie Krajowej Sojuszu powiedział:
Po różnych spotkaniach gremiów partii wchodzących w skład Koalicji Europejskiej, informacje są bardziej lub mniej stabilne. U nas nikt nie nagrywał, ale przyjęliśmy podsumowanie kampanii do Parlamentu Europejskiego, a nasze wnioski przedstawimy naszym koalicjantom.
Sojusz jest z tej kampanii zadowolony, uważamy, że odpowiedzialność za to co dobre, jak i złe, spada równomiernie na wszystkich udziałowców tej koalicji, czyli na 5 partii. Kierunek w jakim poszła dyskusja na Radzie Krajowej SLD, to kontynuowanie tej Koalicji, ponieważ tworzenie jednego demokratycznego bloku jest rozsądne. Naszym obradom przysłuchiwało się 20 przedstawicieli partii i stowarzyszeń lewicowych, to nasi przyjaciele, z którymi rozmawialiśmy na temat przyszłości. Rada Krajowa SLD podjęła decyzję o zwołaniu referendum, w sprawie formuły startu partii w wyborach do Sejmu i Senatu, które odbędzie się 29 czerwca. Przypominam, iż Statut Sojuszu Lewicy Demokratycznej zakłada referendum w trzech przypadkach: wyborze przewodniczącego bądź przewodniczącej; kandydatki bądź kandydata na urząd prezydenta formuły startu w wyborach parlamentarnych.
Ja mam swoje zdanie, kierownictwo SLD ma swoje zdanie, ale ostatecznie to 23 tysiące członkiń i członków partii zadecyduje.
W momencie kiedy będziemy wiedzieli, czy idziemy sami, czy też wystartujemy w koalicji wtedy będziemy podejmowali ostateczne decyzje. Uchwała dotycząca referendum została podjęta jednomyślnie, nikt nie zagłosował przeciw lub wstrzymał się od głosu. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ uzyskanie takiego konsensusu i jedności w partii jest trudne.
Podczas obrad Rady Krajowej SLD głos zabrali wszyscy eurodeputowani Sojuszu, cała piątka będzie nam pomagała w wyborach parlamentarnych.
Powołaliśmy zespół programowy, który ma zakończyć swoją pracę do końca lipca 2019 r., w jego skład wchodzi 50% pań i 50% mężczyzn. Nasze bardzo dokładne postulaty przedstawimy naszym potencjalnym koalicjantom.
Będziemy rozmawiali ze wszystkimi po demokratycznej stronie, w tym i z partią Wiosna. Jestem już umówiony z Robertem Biedroniem, z braćmi i siostrami z Partii Zielonych. Mamy również bardzo dobry i ciepły stosunek do Partii Razem. Jeżeli ktoś puka do naszych drzwi, to one będą otwarte.
Najpierw jednak referendum, po nim w 3-4 dni zostaną podjęte decyzje kierunkowe. Ja wykonam to co partia przegłosuje, ale moje zdanie jest następujące Koalicja Europejska zdobyła 7 procent mniej od PiS, a więc to jest koalicja, którą warto wspierać.
Bardzo się cieszę, że Sojusz Lewicy Demokratycznej przeszedł rozsądnie przez ten trudny czas. Pomimo prowokujących głosów, o tym kto jest bardziej a kto mniej związany z SLD, o tym jacy posłowie pójdą do jakiej grupy politycznej w Parlamencie Europejskim, prawda jest jedna. 5 eurodeputowanych SLD wejdzie w skład Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, szefem delegacji jest prof. Bogusław Liberadzki i będzie pracował z pełnym wsparciem byłych premierów oraz skarbnika naszej delegacji pana Marka Balta.

Świeckie państwo

Zabieganie o przestrzeganie rozdziału kościoła i państwa nie ma nic wspólnego z walką z religią.

Kończy się zbiórka podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy „Świeckie państwo”. Zarejestrowany w kwietniu komitet inicjatywy ustawodawczej miał trzy miesiące czasu na zebranie 100 tysięcy podpisów pod projektem ustawy. Wkrótce projekt zostanie złożony w Sejmie, zaś marszałek Sejmu po sprawdzeniu i przeliczeniu podpisów powinien skierować go do pierwszego czytania na posiedzeniu plenarnym.
Fakt, mamy końcówkę VIII kadencji Sejmu, a posłankom i posłom pozostały zaledwie trzy posiedzenia plenarne. Gdyby projekt nie trafił pod obrady w tej kadencji Sejmu – nie przepadnie. Zwykłe projekty ustaw obowiązuje zasada dyskontynuacji – kończą swój żywot wraz z upływem kadencji. Wyjątkiem są projekty obywatelskie – nierozpatrzone w poprzedniej kadencji Sejmu, trafiają do nowowybranych parlamentarzystów. I chyba lepiej, by taki los spotkał „Świeckie państwo”.
Nikt nie ma chyba wątpliwości, jak sprawy świeckiego państwa traktuje rządząca prawica. W przyszłym Sejmie w ławach poselskich z pewnością pojawi się spora reprezentacja lewicy. A ponadto projekt „Świeckie państwo” będzie doskonałym sprawdzianem dla tych polityków i polityczek z innych partii, którzy wielokrotnie zapewniali swoich wyborców o „nie klękaniu przed biskupami”.

Zjednoczona lewica

Nie pamiętam sytuacji, w której cała lewica byłaby tak zjednoczona jak w przypadku obywatelskiego projektu „Świeckie państwo”. Obok siebie stanęli Włodzimierz Czarzasty z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adrian Zandberg – szef partii Razem. Poparcie projektu zadeklarowali również politycy Wiosny Roberta Biedronia. Prócz partii politycznych, w projekt „Świeckie państwo” zaangażowało się kilkadziesiąt lewicowych stowarzyszeń i fundacji oraz wielu działaczy społecznych, naukowców, artystów, poetów i pisarzy.
Po tak szumnej zapowiedzi, sam projekt „Świeckie państwo” być może niektórych zaskoczy. Nie proponuje rewolucji. Nie ma w nim wodotrysków. Jest – aż do znudzenia – wyliczanką paragrafów, które należy zmienić. By zlikwidowana została niczym nieuzasadniona uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce.

Tajemnice finansów

Od szeregu tygodni opinię publiczną bulwersuje skala ujawnianych przestępstw pedofilii w Kościele katolickim. A także zachowanie licznej rzeszy hierarchów, którzy w przeszłości starali się skrzętnie ukrywać te przestępstwa, również przed organami ścigania. Zresztą nie tylko w przeszłości.
W tym tygodniu media obiegła wiadomość, że kierowana przez arcybiskupa Stanisława Gądeckiego kuria w Poznaniu odmówiła udostępnienia prokuraturze dokumentów dotyczących księdza pedofila z Chodzieży. Nie pomógł nawet sądowy nakaz, zobowiązujący kurię do wydania dokumentacji zgromadzonej podczas postępowania kościelnego. Biskupi tłumaczą, że wszystkie dokumenty zostały wysłane do Watykanu. Lub inaczej: zostały ukryte w Watykanie, dokąd nie sięga jurysdykcja polska.
Nie, projekt „Świeckie państwo” nie porusza tematu pedofilii wśród kleru. Ma za to zobowiązać Kościół do ujawnienia innych, skrywanych od lat, tajemnic. Tajemnic finansów kościelnych!

Konkordat

Istotę obywatelskiego projektu „Świeckie państwo” wyjaśnia tytuł ustawy: „O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych”. Autorzy projektu nie starają się sięgać po działo największego kalibru: żądanie wypowiedzenia przez Polskę Konkordatu. Wychodzą z założenia, że zebranie w parlamencie większości konstytucyjnej do wykreślenia z art. 25 Konstytucji ustępu 4 („Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”) zapewne jeszcze długo będzie nieosiągalne. Powołują się za to na artykuł 22 tegoż Konkordatu, mówiący o „przyjęciu za punkt wyjścia w sprawach finansowych instytucji i dóbr kościelnych oraz duchowieństwa obowiązującego ustawodawstwa polskiego i przepisów kościelnych”. No właśnie – ustawodawstwo polskie.
Ustawodawstwo polskie skrupulatnie określa obowiązki Polek i Polaków w zakresie finansów. Coroczne PIT-y szczegółowo informują organy skarbowe o przychodach podatników. Nawet nie mając obowiązku płacenia podatku, jak w przypadku niektórych darowizn i spadków, jesteśmy zobowiązani do składania odpowiednich informacji. Od dwóch lat przedsiębiorcy co miesiąc wysyłają do ministerstwa finansów tak zwany jednolity plik kontrolny z wyszczególnionymi wszystkimi wystawionymi i otrzymanymi fakturami. Z każdej złotówki rozliczają się fundacje i stowarzyszenia. A Kościół?
W 2009 roku poseł SLD Sławomir Kopyciński w interpelacji poselskiej pytał ministra finansów o poziom finansowania kościołów i związków wyznaniowych z budżetu państwa i budżetów samorządowych. Minister z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że… nie wie. Bo nikt tego nie zlicza. Podobną odpowiedź otrzymaliśmy w 2013 roku na interpelację poselską zawierającą pytanie o nieruchomości (również nieruchomości rolne) będące w posiadaniu kościołów. Nikt z polskich władz nie był w stanie udzielić odpowiedzi na takie pytanie.

Taca i kolęda

W roku 2014 kardynał Kazimierz Nycz oszacował roczny budżet Kościoła katolickiego na 8 miliardów złotych. Wielu ekonomistów potraktowało tę kwotę jako mocno zaniżoną. Twierdząc, że 6-8 mld zł przychodów Kościół ma z samej tacy. Seweryn Mosz w książce „Kasa Pana Boga” ocenia, że rokrocznie państwo w różny sposób dofinansowuje Kościół katolicki kwotą rzędu 14 mld zł.
Zwykle tylko w przypadku mafii zdarzało się, że miliardowe przepływy finansowe odbywały się poza wiedzą państwa. I właśnie temu obrotowi ogromnymi pieniędzmi bez jakiejkolwiek kontroli państwa ma postawić tamę ustawa „Świeckie państwo”. Nakłada ona obowiązek informacyjny dotyczący ujawnienia przez kościoły, związki wyznaniowe i kościelne osoby prawne wszelkich przychodów. Zarówno tych otrzymywanych od instytucji państwowych i publicznych, jak i od osób prywatnych. A więc Kościół musiałby zaprowadzić ewidencję przychodów z tacy, kolędy, opłat za chrzty, śluby czy pogrzeby. Aby system był transparentny, również wszystkie podmioty publiczne zostałyby zobowiązane do składania informacji dotyczących kwot przeznaczonych na finansowanie kościołów i związków wyznaniowych. Wszelkie informacje dotyczące finansów Kościoła trafiałyby w jedno miejsce – na biurko szefa Krajowej Administracji Skarbowej. I byłyby to informacje jawne.
To ważne: projekt „Świeckie państwo” nie przewiduje powszechnego opodatkowania przychodów kościelnych, szczególnie tych przeznaczonych na działalność religijną. Również przychodów z tacy czy kolędy. To racjonalne rozwiązanie. Nikt z nas nie wyobraża sobie opodatkowania pieniędzy wrzucanych do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Podobnie powinny być traktowane datki wiernych w kościołach. Dzisiaj różnica polega na tym, że Owsiak rozlicza się co do grosza, a o miliardach Kościoła nie ma pojęcia nawet minister finansów.

Spekulacja ziemią

Drugim ważnym celem ustawy „Świeckie państwo” jest unormowanie działalności gospodarczej kościołów i związków wyznaniowych, także jeśli chodzi o obrót nieruchomościami. Związane z tym uprzywilejowane traktowanie Kościoła dobrze ilustruje przykład gruntów nabytych we Wrocławiu przez Mateusza Morawieckiego.
Wrocławska parafia Świętej Elżbiety otrzymała od państwa 15 hektarów ziemi rolnej. Tak stanowiło ówczesne prawo, przyznające kościołom na Ziemiach Zachodnich grunty rolne przeznaczone na działalność rolniczą parafii (pomijam fakt absurdalności takich przepisów). Proboszcz parafii natychmiast ziemię sprzedał, inkasując od Mateusza Morawieckiego 700 tys. zł. Transakcja była chyba dla Morawieckiego korzystna, bo za 15 hektarów gruntu w obrębie miasta Wrocławia zapłacił tyle co za średniej wielkości szeregówkę. Niektórzy twierdzą, że już wówczas działka, którą obracano, mogła mieć wartość 4 mln zł. Gdyby sprzedawcą był nie proboszcz, a zwykły Kowalski, skarbówka bez wątpienia zakwestionowałaby kwotę zapisaną w umowie. I naliczyłaby parafii podatek od wartości rynkowej. Niejeden Kowalski w Polsce wie, jak to wygląda.
Ustawa „Świeckie państwo” nie zabrania Kościołowi prowadzenia działalności biznesowej. Ale wszystkie dochody z działalności gospodarczej muszą być opodatkowane na zasadach ogólnych. Zaś obrót ziemią odbywać się na takich samych zasadach jak innych podmiotów.

Fundusz Kościelny

Donald Tusk zabierał się za likwidację Funduszu Kościelnego z wielkim hukiem. To wtedy padły słowa, że „nie będzie klęczał przed biskupami”. Koniec końców biskupi okazali się silniejsi od premiera polskiego rządu. Pamiętam, że przy okazji dyskusji o in-vitro wraz z innymi posłami proponowałem, aby cały Fundusz Kościelny przeznaczyć na dofinansowanie zabiegów in-vitro. Wówczas była to kwota 94 mln zł. Rządząca koalicja PO‑PSL pomysł odrzuciła.
Od czasu objęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość Fundusz Kościelny rośnie jak na drożdżach. Już w 2018 roku przekroczył 150 mln zł. Wśród celów, na które mogą być wydatkowane pieniądze z Funduszu Kościelnego znajdziemy remonty zabytkowych obiektów sakralnych, prowadzenie placówek opieki społecznej, pomoc ofiarom klęsk żywiołowych i wiele innych. Ale niech nikogo nie zmyli ta lista zbożnych celów. Lwia cześć pieniędzy z Funduszu Kościelnego przeznaczana jest na finansowanie składek ZUS osób duchownych.
„Obecny system ubezpieczeń społecznych osób duchownych narusza zasadę równości ubezpieczonych wobec prawa” – piszą w uzasadnieniu autorzy ustawy „Świeckie państwo”. To zupełnie oczywiste. Któż z nas nie chciałby otrzymywać „dotacji” na płacone co miesiąc horrendalne składki ZUS. Ale póki co, takimi szczęśliwcami są tylko księża i siostry zakonne.

Tęcza i wagina

Debatę publiczną rozgrzewa tęcza wokół głowy Matki Boskiej. Słowa Leszka Jażdżewskiego o świniach taplających się w błocie. Hostia w kształcie waginy (albo odwrotnie). Nabożeństwo ekumeniczne podczas Parady Równości. Można z aprobatą podchodzić do wspomnianych happeningów. Lub z dużą rezerwą. Jedno jest pewne. Zręby świeckiego państwa budowane są gdzie indziej.
Systematycznie. Krok po kroku. Politycy. Ale również prawnicy i legislatorzy. Powinni z polskiego prawodawstwa eliminować wszystkie te zapisy, które dają Kościołowi więcej. Więcej praw. Więcej ulg. Więcej przywilejów. Winni po części są wszyscy: Unia Wolności, AWS, SLD. Ważne, by dzisiaj naprawiać tamte błędy. Odbudowując świecką Polskę.
Obywatelski projekt „Świeckie państwo” nie załatwia wielu problemów pojawiających się na styku państwa i kościoła. Ale z pewnością jest krokiem we właściwym kierunku.

Ręka do zgody

Pawła Kukiza nie znam. Tzn. rozmawiałem z nim dwa razy w życiu, ale to chyba za mało, żeby móc powiedzieć, że się kogoś zna. Znają go za to moi koledzy ze środowiska, i mają o nim cokolwiek różne zdanie, z przewagą tego gorszego. Idzie im zwykle o to, że na swoich plecach wwiózł do Sejmu Bosaka i ekipę i się z nimi dobrze dogaduje, ale to akurat jego osobista fanaberia, że lubi bardziej młodych narodowców od lewicy, za co specjalnie ganić go nie można. Ale nie lubić już tak.

Pamiętam, było to na krótko przed tym, gdy wydaliśmy z Kultem płytę „Prosto”. W Tarnowie, Paweł Kukiz zaczepił na parkingu hotelowym Kazika i próbował go przekonać do wsparcia jego, na ongiś sztandarowego pomysłu, znaczy się do JOW-ów. Kazik, jak to Kazik, wysłuchał z uwagą, swoje sobie pomyślał, ale w politykę nie wszedł, bo to nie jego buty. Paweł Kukiz natomiast poszedł w nich bardzo dziarsko i doczłapał się na salony sejmowe.
Od dawna słucham z uwagą tego, co Kukiz proponuje i obserwuję, jak ewoluuje jego postać i jego propozycje. Nigdy nie ukrywałem, że jego ostentacyjna wręcz odraza do środowiska LGBT mnie napawa odrazą do niego samego, jak i do każdego, kto w inności widzi strach; zastanawiam się, czy taki ktoś nosi w sobie jakiś potężny uraz z dzieciństwa czy może nieprzepracowaną traumę, bo gdzie jak gdzie, ale w środowisku z którego i ja i Paweł Kukiz się wywodzimy, jest sporo osób o odmiennej orientacji, więc nie wiem, czemu ma służyć ta nagonka. Podobnie, jeśli nie jeszcze bardziej, irytująca jest jego afirmacja środowiska narodowców, które co prawda z wolna zrywa z nim współpracę, ale którą Kukiz zaprosił na swoje listy. Choćby przez wzgląd na te dwie sprawy zgody między mną a nim nie będzie, o czym nie omieszkałem mu napisać na jego profilu fejsbukowym, gdyż mimo różnić, tam należymy do grona „przyjaciół”. A napisałem to, gdy usłyszałem wypowiedź Pawła Kukiza w jednym z programów telewizyjnych, nawiązującą do jego najnowszych propozycji, z którymi chce wyjść do szerokiego spektrum politycznego w kraju, żeby uzyskać dla nich jak największe poparcie. I to, Szanowni Państwo, jest ten moment i ten czas, kiedy można by pokazać, że jeżeli ma się na sercu ojczyzny dobro i pomyślność, to warto by się sprzymierzyć z samym diabłem, żeby oddać kraj we władanie obywateli a nie partii, o co i mi zawsze w życiu szło.
Kukiz proponuje m.in. możliwość startu w wyborach do Sejmu dla każdego kto chce, a nie tylko dla partyjnych nominatów; obligatoryjność uznawania wyniku referendów; możliwość odwołania posła przed upływem kadencji-to akurat najbardziej mi się podoba. Obiecywałeś, że zrobisz to i to-zawierasz z Narodem kontrakt, a my-wyborcy sprawdzamy. Do połowy kadencji nie zrobiłeś nic-to paszoł won. Trzeba było nie obiecywać, albo nie kandydować. Pod karabinem nikt nie trzymał. Proponuje jeszcze Kukiz „sędziów pokoju”, ale nawet nie wiem, o co w tym chodzi. Wiem natomiast, że choćby dla tych trzech pierwszych propozycji, które nie są ani lewicowe, ani prawicowe, ani centrowe, dotychczasowy duopol PiS-PO oraz suflujący im wiecznie PSL, nie zgodzi się na takie diktum, bo to dla nich polityczna śmierć i przerwanie „złotego wieku” dojenia Polski. A skoro oni się na to nie zgodzą, to co stoi na przeszkodzie, żeby podobnie jak w przypadku kontraktu poseł-Naród, podobnego kontraktu, czegoś na kształt porozumienia ponad podziałami, nie podpisały razem, no właśnie, Razem, Kukiz, Narodowcy, Zieloni, Ruchy Miejskie i cały polityczny plankton i kanapa? Niemożliwe powiecie. A to niby czemu? Przeca w tej propozycji brak jakiejkolwiek ideologii. Na to czas przyjdzie później. Tymczasem jednak, diagnoza Kukiza jest jak najbardziej trafna. Żeby odbetonować polityczną scenę, trzeba przerwać ten trwający od lat pokaz walki na pokaz, bo zarówno i czarnym i czerwonym idzie o to samo; żeby zostało, tak jak jest. Wtedy, po wyborach, zamienią się najwyżej miejscami między opozycją a koalicja, a ta żenująca i tocząca Polskę jak gangrena sytuacja, będzie trwać w najlepsze. Nie wierzycie? Spójrzcie co dziś się dzieje z wytrychem o nazwie „komisja śledcza”, używanym do wyważania drzwi, gdy na światło dzienne wypływa jedna czy druga afera. Były „taśmy prawdy” za Platformy. PiS chciało komisji, bo to jedyna możliwość wyjaśnienia sprawy, PO nie chciało o tym słyszeć. Co mamy dzisiaj? Jak śpiewał mój kolega na płycie „Oddalenie”, choć zamieniliście się miejscami, nadal jesteście dokładnie tacy sami. I zostaniecie.
Gdyby ten scenariuszu zgody pomniejszych z różnych bander na zmiany w polskiej polityce się powiódł, partie i organizacje które by go sygnowały, pokazałyby społeczeństwu, przynajmniej ja tak to widzę, że zależy im naprawdę na kraju, a to co deklarują, nie jest tylko gadaniem dla gadania. Tak jak zmiana dla samej zmiany nie jest, nomen omen, dobrą zmianą.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Objedziemy każdy powiat

Przemówienie z Rady Krajowej Sojuszu Lewicy Demokratycznej 9 czerwca 2019 r.

SLD to 23 tysiące ludzi w 340 powiatach, to silna partia. Silna partia, która jak wchodzi do koalicji to okazuje się – i mówię to bez arogancji i bufonady – że ta koalicja skręca w stronę programu, który Sojusz reprezentuje. Przecież wszyscy twierdzą, iż Koalicja Europejska skręciła w lewo. Jeżeli jest to prawda, że Koalicja skręciła w lewo, to stało się tak dzięki m.in. Sojuszowi Lewicy Demokratycznej. W ramach Koalicji Europejskiej uzyskaliśmy 16 procent głosów, 23 procent mandatów. Te 16% to jest ponad 800 tysięcy głosów i zdobyło je kilkanaście osób, czyli tyle co cała lista Wiosny. Proszę pamiętać, iż w wielu województwach były osoby wsparte co prawda przez nas, nie zrobiły takiego wyniku jakbyśmy chcieli. Ale to był nasz wybór, myśmy się decydowali i myśmy podejmowali decyzje. 16 procent głosów, to są głosy oddane m.in. na Gosię Sekułę-Szmajdzińską i to jest bardzo dobry przykład dla SLD. Gosia była 3 na liście i zdobyła 64 tysiące głosów. Czyli konkretny wyborca szukał osoby związanej z Sojuszem, znalazł ją i zagłosował. 64 tysiące głosów to jest więcej, niż zdobyła pięć lat temu w tym okręgu, pani Lidia Geringer de Odenberg z jedynki. Oznacza to, że jak chcemy to zdobywamy dobry wynik.
W tej chwili mówi się, że ta Koalicja powinna się rozwiązać, że to nie jest dobry pomysł. Proszę Państwa, 38 procent głosów zdobyła koalicja, która powstała 3 miesiące temu, a partia rządząca wydając miliardy, zdobyła 7 procent więcej. Czy jest gdzieś kraj, w którym na pół roku przed wyborami są dwie partie, które idą na różnicy 7 procentowej, a trzecia partia jest na progu wyborczym a czwartej nie ma, i mówi się, że to jest zły wynik? Patrzę na to z zadziwieniem, ponieważ zamiast się wziąć do roboty, zamiast poprawiać wszystkie rzeczy złe i skonsolidować się, zamiast być jak jedna pięść i walczyć – to jeden zmienił zdanie, drugi się zastanawia, a trzeci się waha i robią to w mediach. Mówię Wam: bądźcie dumni z tego wyniku. Ten wynik nie tylko dał 5 mandatów SLD, dał Polsce 5 mądrych eurodeputowanych oraz nadzieję na to, że wygramy z PiS-em. Nikt inny z PiS-em – poza tą Koalicją – nie wygra. Tak jak mamy 5 eurodeputowanych, to za chwilę mamy mieć wielu posłów. Nikt nam tego nie da, ale każdy będzie chciał to zabrać. To jest Koalicja, w której zasady są bardzo trudne, koalicja walki. Wygrywa silniejszy, szybszy, w pozytywnym sensie cwańszy i mądrzejszy. I do takiej walki stajemy. Ale Wy jesteście mądrzejsi, szybsi i cwańsi – tylko musicie w to uwierzyć. Jak tacy jesteśmy to mamy 5 eurodeputowanych. W związku z tym mam następującą propozycję: nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „oszukali nas”. Daliście się oszukać – taka jest interpretacja. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „byli od nas szybsi”. Byliście wolniejsi. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „byli mądrzejsi”. My byliśmy głupsi. Nie dzwońcie do mnie i nie mówcie: „zrobili spotkanie i dali kandydatów do komisji wyborczych”. My nie zrobiliśmy takiego spotkania jako pierwsi i to my nie daliśmy kandydatów. To jest walka, to jest polityka. Tu nikt nie będzie czekał na nikogo, macie być pierwsi!
Sprawia się ostatnio w mediach takie wrażenie, że najważniejszy jest Senat oraz prawa dla samorządów, że trzeba zmienić prawo, aby były one silniejsze, a także umocnić ludzi związanych z Koalicją Europejską w tychże samorządach i dać im większą władzę. Czekam na hasło: Wasz Sejm, nasz Senat. Pragnę powiedzieć twardo: uprzedzam przed takim sposobem myślenia. Prawo w Polsce jest stanowione przez Sejm i walczymy o obie izby parlamentu. Jeżeli odpuścimy Sejm i zaczniemy opowiadać bzdury na temat praw dla jednych, drugich, dziesiątych, że Senatem wszystko wygramy, że najważniejsze jest niedopuszczenie do większości konstytucyjnej dla PiS-u – to jako pragmatyk mówię Wam: przegramy. W poważnej polityce nie tworzy się prawa pod określone zjawiska i pod określonych ludzi. Jeżeli ktoś myśli, że prezydenci z SLD, z PO, czy też PSL będą nimi całe życie to się myli. Jeżeli damy im niesłychane uprawnienia, a werdykt wyborczy za 4 lata będzie w drugą stronę, to będziemy się zastanawiali jak te uprawnienia zabrać. To jest absurd. Ważne jest państwo, myślenie poważne i odpowiedzialne o nim, a nie o danej chwili. Ja w to wierzę, Socjaldemokracja zawsze uważała, że państwo powinno być silne. Oczywiście trzeba rozmawiać o przekazaniu środków finansowych samorządom, jeżeli te samorządy otrzymują dodatkowe zadania. Musi jednak istnieć zrównoważony rozwój – jedno z ważniejszych haseł socjaldemokracji. To nie może być tak, że Warszawa ma być bez przerwy bogatsza, a Ostrołęka ma być bez przerwy biedniejsza. Nie będziemy kasować funkcji wojewodów. Możemy ograniczać ich uprawnienia, ale państwo musi być sprawne np. w momencie klęski żywiołowej. Gwarantem tego rozsądnego rozwiązania powinniśmy być my. W tym miejscu należy zaznaczyć, iż inny wymiar ma wynik na poziomie 6,7 procenta uzyskany przez nas w wyborach samorządowych. Nie chcę wchodzić w polemiki, ponieważ przegadaliśmy to nie raz, ale powiem Państwu jedną rzecz. Gdybyśmy nie wzięli 6,7 procent w wyborach do samorządu, to nie bylibyśmy partnerem i podmiotem w rozmowach o Koalicji Europejskiej. Jak jadą dwa czołgi, a pośrodku jedziemy na rowerze, to prędzej czy później to czołgi pojadą dalej a rower ugrzęźnie w błocie. Mimo wszystko wzięliśmy 6,7 procent. Trzeci podmiot, który wprowadził eurodeputowanych w ostatnich wyborach – Wiosna – wziął też 6 procent. Taka jest polaryzacja. Rośnie frekwencja – mali maleją i trzeba to mądrze brać pod uwagę.
Wiecie, że nie jestem złośliwy, czy też cyniczny, ale na mojej drodze czytania książek pojawiło się nowe zjawisko – perwersja polityczna. Perwersja polityczna, która została zaprezentowana przez mojego byłego przyjaciela pana Krzysztofa Gawkowskiego. Nie rozumiałem jego decyzji o odejściu. Jak napisał na Twitterze, że dosyć ma partii, która bierze w wyborach 6,7 procenta, to nie wiedziałem, że chce iść do partii, która bierze 6 procent. Gdybym to wiedział, to powiedziałbym: Krzysiek idź do Kukiza oni wezmą 3 procent. Wszystko będzie pamiętane, a wszystkie słowa spisane. Były trudne momenty w historii SLD, z winy i głupoty ludzkiej lub partyjnej, ale konkretne osoby zostały i wciąż tworzą tę partię. Jak mawia Aleksander Kwaśniewski: „pamiętajmy, ale nie bądźmy pamiętliwi”.
Pytanie jest takie: co robić? Jakie mamy cele? Po pierwsze, przedstawienie mądrego, konkretnego i przyswajalnego programu. Programu, który posłuży do przekonania ludzi do nas, do naszych kandydatek i kandydatów. Po drugie, odsunięcie PiS-u od władzy. Po trzecie, wejście do parlamentu. Jak mówię o programie, to nie mówię o rozszerzaniu, zmienianiu o powołaniu komisji, że to ważny problem, ale mówię o konkretach. Mówię o emeryturze wdowiej, mówię o finansowanym przez państwo w kwocie 50 000 zł wkładzie własnym na mieszkanie, mówię o emeryturach – o prawie do niej po 35 latach pracy dla kobiet i 40 latach pracy dla mężczyzn, mówię o powiązaniu najniższej emerytury i renty z płacą minimalną, o kwocie wolnej od podatku równej rocznej płacy minimalnej, mówię o in vitro. Wchodząc w konkretną koalicję, chciałbym doprowadzić do tego, żeby położyć na stole 30 spraw, na których zależy polskiej lewicy i powiedzieć: to są sprawy, które wnosimy na wokandę, na których nam zależy. Mamy świadomość, że część z nich w takiej koalicji, nie zrealizujemy. Dlaczego? Ponieważ nie mamy w Sejmie lewicowej większości. Trzeba to nazwać i stworzyć protokół rozbieżności i powiedzieć, że tego nie da się przeprowadzić przez te cztery najbliższe lata. Ale przez te cztery lata będziemy tak pracować, aby odbudować siłę polskiej lewicy, bez względu na to czy ona się nazywa PPS, Zieloni, Razem czy SLD, po to, aby zrealizować nasze marzenia. A marzenia nie zawsze się spełniają od razu. A ja wyobrażam sobie to tak w przyszłej koalicji. Związki partnerskie. W Polsce blisko 30% dzieci rodzi się poza małżeństwami, w związkach partnerskich i nikt tego nie zmieni, ponieważ po prostu tak jest. Można powiedzieć w ten sposób: wprowadzimy związki partnerskie. Również dla osób tej samej płci. Dajmy im prawa w zakresie spadkobrania, wspólnego rozliczania się, tajemnicy lekarskiej. I tyle w tej kadencji. Czy to kogoś zbulwersuje? A popchnie sprawę do przodu. Mówmy naszemu elektoratowi: nie rezygnujemy z naszych poglądów, ale jesteśmy wstanie zrealizować tyle ile wydyskutowaliśmy w ramach tej koalicji. Jest cała służba zdrowia, reforma emerytalna, sprawy dotyczące starszego pokolenia, kwestia budowy nowych i remontowania starych mieszkań – to wszystko jest do ustalenia. Natomiast tam gdzie się różnimy, to nie chodźmy i opowiadajmy: nie dogadaliśmy się – dogadaliśmy się, oto protokół rozbieżności. W takiej sytuacji nikogo nie oszukujemy. Będziemy mieli siłę, będziemy realizowali nasze pragnienia – mamy mniej siły, to zrealizujemy tylko niektóre pragnienia. W obecnej koalicji nie ma problemu np. z in vitro, wszyscy za tym rękę podniosą, ponieważ wszyscy wiedzą, że in vitro to nie ideologia, ale medycyna.
Sprawa odsunięcia PiS-u od władzy. To nie może być podstawowy i jedyny motyw jakiejkolwiek naszej przyszłej kampanii, przecież my również walczymy o elektorat PiS-u. Nasza lewicowa zasada, którą dziś odmieniają przez wszystkie przypadki: damy Wam to, co dał Wam PiS, oddamy Wam to co PiS Wam zabrał, w sferze godności, praw nabytych, Konstytucji, praworządności, czy też sądownictwa. Sprawy socjalne są dla nas ważne, jesteśmy socjaldemokracją. Socjal jest i będzie dla nas ważny, jeżeli państwo stać na to, aby pomagać ludziom to ma to robić. Ale państwo musi być na to stać. Nie ma co wchodzić w żaden populizm, czy on jest progresywny, czy on jest ortodoksyjnie prawicowy. Populizm jest populizmem i służy tylko jednej rzeczy – zdobyciu władzy. A potem hulaj dusza… Socjaldemokracja się nigdy na to nie zgodzi.
Wejście do parlamentu. W tej sprawie dyskutowane są różne warianty. Partia Razem mówi, że ma prymat wartości nad pragmatyzmem i uczciwie to mówi. Bardzo ich za to szanuję i jesteśmy w bardzo dobrych kontaktach. Można mieć prymat pragmatyzmu nad wartościami, ale chciałem ogłosić następujące hasło na Radzie Krajowej SLD w obecności szefów organizacji powiatowych: mamy prymat wejścia do Sejmu z wykorzystaniem wszystkich możliwości. To jest dla nas najważniejsza sprawa, jeżeli nasza partia, jeżeli lewica nie wejdzie w tym roku, w październiku do Sejmu to w tym kształcie Razemowo-SLDowskim się rozpadnie. I miejcie tego świadomość. To jest nasza odpowiedzialność i nikt jej z nas nie zdejmie. Nikt! Nie chcę budować swojej pozycji, ona się buduje za Waszym pośrednictwem. Jeżeli będzie jakikolwiek projekt, który będzie balansował na progu wyborczym – 5 lub 8 procentowym – nie zgodzę się na ten projekt. Nie zgodzę się na ten projekt. Ludzie mnie zaklinają i mówią: „będzie na pewno 7 procent”. A ja się pytam: „co będzie, gdy wynik wyniesie 4,99 procent”? Mówią: „będzie na pewno 8 procent, dziś jest 10-12 procent”. A ja się pytam: „co będzie, gdy wynik wyniesie 7,99 procent”? Myśmy to przeżyli. Historia służy temu, aby wysnuwać z niej mądre wnioski. Musimy wybrać dobry projekt i być odpowiedzialnym, nie dać się podpuszczać. Media mainstreamowe zaczną nas chwalić, że nasze dogadywanie się na lewicy to taka świetna historia, ale jeżeli efektem tej narracji będzie koalicja, która będzie miała 9 procent, przy progu 8 procent – to nie ma na to mojej zgody. Zrezygnuję szybciej z funkcji szefa SLD niż zgodzę się na takie rozwiązanie. Pomóżcie mi wejść w projekt, który da nam gwarancję powrotu do Sejmu, da gwarancję powrotu lewicy do Sejmu. Ja w to wierzę i chcę zarazić Was tą wiarą!
Do końca lipca będziemy gotowi programowo, do dyskusji z każdym. Będziemy mieli 30 spraw, na których nam najbardziej zależy i to nie będzie rozmowa o wszystkim, ale o konkretnych sprawach. Jako Zarząd SLD proponujemy 29 czerwca 2019 r. przeprowadzić referendum, w którym chcemy zadać dwa pytania: czy jesteście za samodzielnym startem SLD w wyborach do parlamentu oraz czy jesteście za tym, aby SLD poszło do wyborów z partnerami? Dlaczego pytania są tak sformułowane? Musimy mieć w tej sprawie jasność. Zawsze po wyborach pojawia się masę głosów: „a nie mówiliśmy, aby SLD poszło samo”. Facebook. Twitter, listy, dyskusja w powiatach. Byliśmy z Marcinem Kulaskiem w 220 organizacjach powiatowych i zawsze słyszymy taki głos: „lepiej, abyśmy poszli sami”. Niech koleżanki i koledzy odpowiedzą na to pytanie, ponieważ jak nie mamy iść sami, to musimy szukać partnerów. A my musimy mieć drogę otwartą do tych partnerów. Mogliśmy zadać pytanie: „czy jesteś za tym, abyśmy byli w Koalicji Europejskiej?” albo „czy jesteś za tym, aby budować blok lewicowy?”. Tylko jest jeden problem, ja nie wiem co się stanie z Koalicją Europejską i nie chciałbym, aby partia zagłosowała za Koalicją Europejską, w której będziemy tylko my. Nie odpowiadam za PSL, nie odpowiadam za Platformę, nie odpowiadam za Nowoczesną, za przyjaciół z Partii Zieloni. Po prostu nie odpowiadam za nich. Również nie wiem czy do jesieni nie zniknie Wiosna. Przecież pory roku się zmieniają. W związku z tym prosimy Was o decyzję, czy mamy prowadzić rozmowy z partnerami? Jeżeli tak, to uwierzcie w to, że poprowadzimy je dobrze. W pierwszym rzędzie siedzi 5 eurodeputowanych. To jest dowód naszego rozsądku i umiejętności. Będziemy prowadzić negocjacje w czerwcu i w lipcu ze wszystkimi siłami. Niektórzy politycy z innych partii nie wytrzymują ciśnienia, ale my wytrzymamy, ponieważ mamy swoją historię. Dałem słowo i będę namawiał partię do pozostania w Koalicji Europejskiej, ponieważ przy tej polaryzacji społeczeństwa to jest dobry projekt. Ale jeżeli Państwo zadecydujecie inaczej, to bez szemrania będę wykonywał inne decyzje.
Zabezpieczymy te wybory finansowo, po raz pierwszy w ramach tego planu mówię tak: pieniądze będą kierowane do kandydatów. Ale nie będzie dane nic za darmo. Jeżeli komuś zależy, jeżeli ktoś chce z nami, czy też za mną gryźć trawę to znajdzie dodatkowe środki. Jeżeli ktoś wierzy w swój sukces to znajdzie pieniądze. Kandydatki i kandydaci do Sejmu i Senatu – zobowiązaliśmy wczoraj szefów Rad Wojewódzkich – chcemy ich kandydatury do końca czerwca. Przygotujcie się do tego, nikt tego za Was nie zrobi. Na szczeblu wojewódzkim i powiatowym zostaną powołane sztaby wyborcze, stanie się tak do końca lipca. Poprosimy naszych eurodeputowanych o pomoc, zresztą każdy z nich ją deklarował i wciąż ją deklaruje. Objedziemy każdy powiat, każdą gminę. I jeszcze jedno. Nie usłyszycie ode mnie złego słowa na Grzegorza Schetynę, ponieważ odpowiedzialnych nas było pięcioro i każde bierze odpowiedzialność za siebie. Jak patrzę na dyskusję mediów pt. „Zmienić szefa Platformy”, to jest to tak, jakbym powiedział do Gazety Wyborczej: „źle o nas piszecie, wywalcie z pracy Michnika”. Brońmy tych ludzi, jesteśmy na tej samej łódce, która wprowadzi nas do Sejmu.
Jesteśmy jako SLD ekipą. Uwierzcie w to, odbudowaliśmy ekipę. Jesteśmy – po trzech latach niebycia w parlamencie – ekipą. To jest bardzo ważne przesłanie. Każdy z nami chce współpracować, Robert Biedroń też. Chociaż prosiliśmy go o współpracę w wyborach samorządowych, czy też do Parlamentu Europejskiego. Ale wtedy miał 16% poparcia i nie chciał. Zdjęto z nas odium postkomunistycznych aparatczyków. Czy Państwo zauważyli, że nikt się nie wstydzi stanąć koło naszych byłych premierów, koło ludzi z SLD. Nie jesteśmy już trędowaci. To Wasza robota, to mądra polityka.
Przestrzegam Państwa przed arogancją, butą i złym traktowaniem naszych partnerów na lewicy. Zrobiliśmy bardzo dobry wynik, ale on jest przyczyną wielu elementów – głównie naszej pracy, ale również mieliśmy szczęście. Może to jest tak, że „pan Bóg kocha niewiernych, bo wiernych ma w kieszeni”. Mamy dobry czas, a ja szczególnie muszę się gryźć w język, aby nie powiedzieć czegoś bezsensownego.
Proszę Państwa, jeżeli jest tak, że na sali siedzi 3 byłych premierów z SLD, Aleksander Kwaśniewski pisze do nas list, na dwudziestolecie Sojuszu stoi obok mnie Marek Borowski, a dziś w pierwszych rzędach siedzi dwadzieścia liderek i liderów organizacji lewicowych, to znaczy, że naprawdę przeszliśmy kawał drogi. I nie spieprzmy tego.

 

Mamy tu legalizm dyskryminacyjny

„Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to polexit nam nie grozi. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej” – mówi Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Rekordowa frekwencja w przypadku wyborów europejskich i wysoka, jeżeli chodzi o ogóle o frekwencję w Polsce – 45,69 proc. To cieszy Rzecznika Praw Obywatelskich?
ADAM BODNAR: Oczywiście, że tak, bo wybory wskazują zawsze na poziom aktywności obywatelskiej. Tym razem mieliśmy dwa razy wyższą frekwencję. Czy mogło być więcej? Mimo wszystko sądzę, że mogło. Po pierwsze, frekwencja w całej Unii była wyższa i wyniosła średnio blisko 51 proc. Po drugie, mam wrażenie, że nasze państwo nie zrobiło wszystkiego, żeby zapewnić możliwość zabrania głosu wszystkim. Jeszcze przed wyborami dostawałem sygnały dotyczące Wysp Kanaryjskich i Malty, gdzie nie przygotowano żadnych lokali wyborczych. MSZ uznało, że to zbyt kosztowne. Rozumiem, że na Wyspach Kanaryjskich może być trudno zorganizować lokale we wszystkich kurortach, choć przydałby się przynajmniej jeden. Dużo polskich obywateli tam mieszka na stałe, pracuje czy przebywa na wakacjach. Jednak bardziej zastanawiająca jest Malta, ponieważ mieszka tam co najmniej kilkuset Polaków, jest tam konsulat honorowy i jest to inne państwo członkowskie UE. Dziwnie to wygląda, że w innym państwie członkowskim nie zorganizowaliśmy wyborów do PE. Liczę, że w kontekście wyborów parlamentarnych te braki uda się naprawić. Mówię o tym, bo nawet jeżeli w skali ogólnej wyborcy w tych miejscach nie stanowią jakiegoś wielkiego procentu, to taka dbałość o szczegóły pokazuje wagę głosu wyborczego. Państwo powinno podczas wyborów zabiegać, starać się, tworzyć atmosferę święta demokracji, nawet jeśli to kosztuje. Choć z tego, co wiem, nie są to wielkie koszty.

Sporo ma pan dziś interwencji jako RPO?
Staram się interweniować w sprawach nawet najmniejszych, bo uważam, że taka jest moja rola, aby troszczyć się o sprawy obywateli oraz patrzeć na ręce władzy i instytucjom publicznym. Także po to, aby pozostała dokumentacja dotycząca tych spraw. Przykładowo dostaliśmy ostatnio odpowiedź w sprawie słynnego klipu „Plastusie” pani Barbary Pieli w TVP. W naszej debacie publicznej już dawno o tym zapomnieliśmy, także to, jak zostali tam przedstawieni Jurek Owsiak i Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jednak podejmowanie takich interwencji i poszukiwanie wyjaśnień w przypadku tego typu wydarzeń ma wartość – niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć – dokumentacyjną, wykazywania i pozostawienia w pamięci zbiorowej historii pewnych manipulacji. W odpowiedzi KRRiT zgadza się bowiem, co do zasady, z tym, co powiedział prezes TVP Jacek Kurski, czyli że to była satyra, że gwiazda Dawida była niedostrzegalna itd. Co ciekawe, w całej odpowiedzi nie ma słowa o WOŚP, Jurku Owsiaku i byłej prezydent Warszawy, a przecież to była główna treść tego klipu. To, że Jurek Owsiak może być podejrzewany o defraudowanie pieniędzy. Z tego punktu widzenia zarówno interwencje, jak i odpowiedzi na nie są ważną dokumentacją rzeczywistości, w jakiej obecnie przyszło nam żyć.

Skoro o TVP, z którą wygrał pan niedawno proces – prezes Jacek Kurski nie widzi nic złego w tych „plastusiach”, za to bardzo się oburzył na pana sugestie o mowie nienawiści w TVP po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To wybiórcze traktowanie rzeczywistości?
Wyrok zapadł dopiero w I instancji, ale oczywiście mnie cieszy, tym bardziej, że sąd wydał go na podstawie zgromadzonych dokumentów i dowodów, nie przeprowadzając długich postępowań. To samo w sobie jest optymistyczne. Natomiast trzeba pamiętać, że nie tylko ja zostałem dotknięty tym pozwem. Działania prawne zostały skierowane także przeciwko Krzysztofowi Skibie, Jackowi Jaśkowiakowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu i prof. Wojciechowi Sadurskiemu. Zatem mieliśmy całą serię pozwów, skierowanych w tym samym czasie, które moim zdaniem miały na celu uciszenie debaty oraz pokazanie, że każdy, kto będzie krytykował TVP, może się liczyć z działaniami prawnymi. Traktowałbym to jako przejaw uciszania.

Uciszania czy zastraszania?
Myślę, że można użyć obu słów. To przejaw większej praktyki, która się nazywa legalizmem dyskryminacyjnym. To pojęcie, które stworzył prof. Kurt Weyland w artykule dla Journal of Democracy w 2013 roku, gdy analizował praktyki stosowane w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej. Właśnie tam wskazywał na używanie różnego rodzaju metod legalnego działania, które mieszczą się w granicach prawa, ale są stosowane przede wszystkim wobec osób, które są zagrożeniem, przedstawiają inny pogląd albo mogą być uznawane jako przeciwnicy władzy – dziennikarze, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, biznes etc. Są to różne metody: pozwy, straszenie, że odbierze się licencje, szykany administracyjne, kontrole podatkowe. Te metody tłumaczy się najczęściej, używając zwodniczych sformułowań typu: że „wszyscy muszą być równi wobec prawa”, „państwo musi być silne i sprawne” czy że „nie ma świętych krów”.

Jakbym słyszała PiS…
Przeanalizowałem wypowiedzi przedstawicieli władzy i ciekawe jest, że za każdym razem, gdy pojawiają się działania mogące budzić wątpliwości – natury politycznej bądź dotyczące dyspozycyjności prokuratury albo wręcz osobistego zaangażowania wysokiego urzędnika (np. sprawia lekarzy z Krakowa dotycząca śmierci ojca Zbigniewa Ziobry) – natychmiast pojawiają się zapewnienia, że „nie ma świętych krów” oraz że „my tylko stosujemy prawo”. To samo zrobiła TVP, mówiąc, że broni tylko swojej reputacji, do czego ma prawo. To prawda, tylko że to samo prawo określa jej szczególną rolę – ze względu na finansowanie z budżetu państwa – i zobowiązuje do realizacji określonej misji, m.in. zapewniającej pluralizm i obiektywizm.

Legalizm dyskryminacyjny jest zagrożeniem dla demokracji?
Z pewnością tak, bo powoduje, że część ludzi nie angażuje się w debatę i nie chce mieć żadnych problemów. To forma straszenia skierowana szczególnie w kierunku organizacji społeczeństwa obywatelskiego, mediów czy środowiska biznesowego. W dłuższej perspektywie powoduje, że następuje zwiększenie polaryzacji – na placu boju zostają ci najodważniejsi, którzy zabierać głos chcą głośno i zdecydowanie. To z kolei powoduje eskalację napięć, konfliktów. A w przypadku biznesu skutkuje to większą zachowawczością – biznes staje się ostrożny we wspieraniu inicjatyw „nieprorządowych”. Na szczęście to, co nas odróżnia od Ameryki Łacińskiej, to jest jeszcze sytuacja sądów. Bo z jednej strony sędziowie są przedmiotem różnego rodzaju szykanowania, obrażania, wszczynania postępowań dyscyplinarnych, ale z drugiej jednak starają się opierać represjom władzy. W ostatnich miesiącach mieliśmy przykłady, że sądy są w stanie w sposób niezależny rozpatrywać sprawy i wydawać wyroki dotyczące wolności słowa, prawa do zgromadzeń itp. To niewątpliwie daje pewien poziom gwarancji, tylko pytanie, jak długo jeszcze trochę osamotnieni sędziowie będą w stanie – mówiąc eufemicznie – pozwolić sobie na ten poziom odwagi.

Tym bardziej, że machina Izby Dyscyplinarnej przy SN już ruszyła i pierwsi sędziowie mają już sprawy.
Tak, tylko musimy pamiętać, że bezprecedensowa jest też liczba pytań prejudycjalnych i spraw toczących się przed TSUE. Obecnie mamy już 4 sprawy i powstaje pytanie, jakie będą konsekwencje tego dla naszych relacji z UE. Jeżeli zaczną zapadać wyroki stwierdzające naruszenie standardów prawa europejskiego przez polskie prawo, to rząd będzie zmuszony do wykonania wyroków TSUE. Nawet jeżeli nie zostaną one wdrożone ustawowo, to wyroki TSUE powodują określone skutki prawne, na które można się powoływać przed sądami krajowymi. Poza tym pogłębiający się stan rozkładu tych relacji może powodować poważne zagrożenie w funkcjonowaniu naszego rynku wewnętrznego i naszej współpracy z Brukselą. Już doświadczamy tego w przypadku europejskiego nakazu aresztowania. Jeżeli inwestorzy poczują, że w Polsce nie można inwestować, bo wyroki europejskie nie są uznawane, to zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Mam wrażenie, że niektóre osoby w rządzie zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Po za tym powiązanie praworządności z funduszami. Jest już projekt rozporządzenia w tej sprawie i nowy skład PE, który już znamy, raczej będzie kontynuował ten kierunek, wskazują na to choćby kandydatury na komisarza Fransa Timmermansa i Manfreda Webera.

Zatem na horyzoncie majaczy jednak polexit?
Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to nam nie grozi. Proszę zobaczyć, jaką postawę w tej kwestii, przynajmniej w ostatnim czasie, prezentował rząd. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej.

Nie wygląda to dobrze, czeka nas scenariusz węgierski?
Wiele zależy do ludzi, od obywateli, na ile są w stanie bronić swoich praw, mówić o swoich problemach, a w sytuacjach konkretnych zagrożeń działać i protestować.
Kto by przewidział, że sędziowie będą jeździć na festiwal Woodstock, opowiadać o praworządności i konstytucji. Jeżeli zestawimy to z Węgrami, gdzie nie ma mowy o takich zachowaniach, to powinniśmy mieć pewną nadzieję. Mamy też wspaniałe dziedzictwo „Solidarności”, takie osoby jak prof. Adam Strzembosz.
Na sprawy dyscyplinarne niepokornego prokuratora Krzysztofa Parchimowicza stawiają się na widowni w geście solidarności i wsparcia zwykli obywatele. Nagle się okazało, że kłopot mają prokuratorzy, którzy chcą go ukarać, bo obywatele im patrzą na ręce. To są rzeczy ważne, budujące, pozwalające odzyskiwać wiarę w te wartości, na których opiera się demokratyczne państwo. T o są momenty, kiedy wielu dostrzega, że nie należy się bać. I dlatego nie powinno u nas dojść do powtórzenia scenariusza węgierskiego. Jesteśmy w innym miejscu: mamy swoją solidarność, mamy niezwykle silne poparcie dla idei UE, mamy też gdzieś głęboko w genach nadzwyczajne przywiązanie do wolności. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był stanie trwale zburzyć tę podstawową konstrukcję duchową naszych obywateli.