Dyskusja w Łodzi

Na terenie Łodzi od 14 listopada 2016 roku działa Łódzki klub miłośników prasy lewicowej.

Celem tej inicjatywy jest :
1. Odkłamywanie historii
2. Propagowanie ciekawych artykułów prasy lewicowej
3. Próba wspólnej dyskusji członków SLD z innymi na tematy historii ruchów lewicowych , przybliżania faktów historycznych ,
4. Wymiany zdań na tematy historyczne i bieżące, inne próby interpretacyjne.

30 września 2020 r (środa) o godz. 16.30, na terenie siedziby zarządu miejskiego SLD w Łodzi – Aleje Kościuszki 48 – z zachowaniem wszelkich środków ostrożności dot. pandemii korona wirusa odbędzie się kolejne spotkanie klubu.

Tematem dyskusji będzie kształt, zakres programowy i organizacyjny partii Nowa Lewica.

Wprowadzenia do otwartej dyskusji dokona Bogdan Płusa.
Do uczestnictwa w dyskusji zaproszono sekretarza wojewódzkiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej Grzegorza Majewskiego

Serdecznie zapraszamy!

Telefon kontaktowy 42 636 60 44

Profesor Glut radzi

Andrzej Duda powiedział niedawno, że według jego najlepszej wiedzy, przyrosty covidowe wyhamują w połowie października. Wie to od ekspertów, którzy tak właśnie mu sprawę naświetli: teraz będzie rosło, a za miesiąc opadnie. Andrzej Duda wie, co mówi. Eksperci też wiedzą, co mówią. Prezydenta chyba by nie oszukiwali.

Znajoma moja zapadła niedawno na covid. Złapała francę w szpitalu, ponieważ jest lekarzem. Zaraziła się od pacjenta. Siedzi teraz w domu, nie wiadomo jak długo, bo w sanepidzie nieogar jest kompletny. Jedna pani powiedziała jej przez telefon, że ma wydać z nazwiska wszystkie osoby, z którymi miała styczność na 10 dni przed wystąpieniem objawów. Druga, po godzinie, zażądała wydania wszystkich z 15 dni wstecz. Małżonek koleżanki, z powodu wspólnego zamieszkania, też dostał się na kwarantannę. On również nie wie, ile to potrwa, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zadzwoni telefon z sanepidu. Jemu, jako kontaktowi, nikt nie wykona testu. Przesiedzi dwa tydnie, jak będzie miał zachorować, to zachoruje. Kłopot w tym, że w robocie, w korpo, po przebytej kwarantannie wymagają od niego negatywnego, covidowego testu. Sanepid na test go nie skieruje, bo nie ma objawów, a poza tym był na kwarantannie. Pracodawca zapłacić nie chce. Wychodzi więc na to, że sam będzie musiał wybecalować 4 stówy z własnej kieszeni, żeby dowiedzieć się, czy jest chory już, jeszcze, czy dopiero będzie, jeśli chce zachować posadę u prywaciarza. To wszystko, Szanowni Państwo, nazywa się Polska. Więcej nawet, to wszystko nazywa się świat w apogeum globalnego szaleństwa.

Niedawno jeden pielęgniarz z Gniezna napisał na swoim fejsowym profilu, co sądzi o tym całym wariactwie. Napisał to, co normalny człowiek widzi i wie od dawna; że choroba jest, to prawda, ale jak choruje 1500 osób a umiera 30, i to na ogół uprzednio schorowanych na wszystko, to nie powód do narodowego strachu; że to, z czym mamy do czynienia, to jakaś ściema, na której nie wiadomo kto zarabia; że wirusy istniały od dawna i nikt z powodu grypy czy opryszczki nie mierzył ludziom masowo temperatury i nie kazał im siedzieć w domach; że przez wieki ludzie chorowali, ale nikomu nie przyszło do głowy zamykać świata na cztery spusty, niszcząc rynki i pracy i skazując ludzi na wegetację ekonomiczną, o kulturalnej nie wspominając, bo kto by tam na to zważał. Nie trzeba było długo czekać, żeby naskoczyli na chłopaka uczeni w pismach medycy i doktorzy: gówniarz, nieuk, powiela półprawdy. Jeden mądry pan na tyle się oburzył wpisem ratownika, że zażądał ścigania tego i tym podobnych opinii z mocy prawa, jako szerzenia nieprawdy, która może prowadzić naród do zguby. Jeszcze chwila, i jak ktoś będzie miał inne zdanie na temat covidu i tego czym jest dla Polski, posądzać się go będzie o oświęcimskie kłamstwo i płaskoziemstwo. Jest jedna wykładnia, której należy się trzymać, a wszystko inne jest niebezpieczną herezją, głosi rada mędrców. Co ciekawe, wtajemniczonych w arkana wykładni, jest w Polsce kilku starszych panów z tytułami, którzy z lubością straszą naród tym, do czego doprowadzi jego rozwiązły tryb życia, jeśli się nie opamięta. Jeden mądrala, profesur Glut, opowiadał niedawno, że nasze zwyżki zachorowań, to efekt przebalowania przez naród weekendu; dlatego tylu nas choruje, bo bawimy się na potęgę; pijemy, palimy, kopulujemy. A przecież w pandemię powinniśmy siedzieć przy świeczkach w czterech ścianach i czekać zmiłowania. Ludzie wychodzą i spotykają się z innymi? W pandemię? Skandal! Jak tak można!

Inny tępy mądrala dodaje: skoro nie można nas wszystkich przetestować (skądinąd nie wiem po co), Polacy nie zachowują książkowego dystansu i nie unikają imprez, należałoby znowu nałożyć pełen lockdown, bo wirus nie odpuści. A jak nie odpuści, to nas wszystkich w pień wybije, bo to, z czym mamy do czynienia teraz, to nic, w porównaniu z tym, co nam zgotuje za miesiąc, dwa. Nikt oczywiście nie wie, co to takiego będzie, ale bójcie się ludziska, bo jeśli jeszcze żyjecie, to na pewno nie za długo będzie Wam dane. Trzeci, profesur dochtór, tym razem z Wrocławia, opowiada po portalach internetowych, że to szkodnicy społeczni roznoszą nam wirusa.

Jak zdradzieckie mordy, łatwo ich rozpoznasz. Tych znajdziesz w biurze, w szkole, w szatni, na basenie. Czają się wszędzie. Nie założysz maski między zmianą obuwia, jesteś szkodnikiem. Nie włożysz maski na twarz w taksówce, myk, społecznie szkodzisz. To nic, że taksówkarz też nie ma kagańca i go to nie boli. Musisz być mądrzejszy niż on. Ostatnio, na stołówce wydziałowej, jeden mądrala w krawacie, kazał mi nakładać maskę, gdy czekałem w kolejce do lady z zamówieniem. Po złożeniu zamówienia mogłem zdjąć maseczkę i usiąść przy stoliku. Pięć metrów dalej, na tej samej sali. Chyba że umiem jeść w masce, wtedy byłoby najlepiej. Profesor Glut byłby kontent.

Kulawe dziecko Balcerowicza

Z Markiem Borowskim – senatorem, byłym ministrem finansów, Marszałkiem Sejmu Stefan Płonicki rozmawia o tym, na czym Borowski naprawdę dobrze się zna – o gospodarce.

Na początku był Wilczek?

Marek Mieczysław Wilczek był prekursorem. I chwała mu za to. Jednak prawdziwy rynek zaczął się od uwolnienia przez Rakowskiego cen. Ceny żywności pogalopowały robiąc problemy ludziom, a z drugiej rozpętała się inflacja. Rosnące ceny oznaczały podwyżki płac. Podwyżki płac nakręcały ceny. Dodajmy do tego rewolucyjny nastrój w Solidarności i innych związkach zawodowych i zrobi nam się inflacja na poziomie 600 procent rocznie.

W takich okolicznościach przyrody pojawia się Balcerowicz.

Wszedł do gry we wrześniu 1989 r. Nawiasem mówiąc w tym samym czasie ja zostaję wiceministrem rynku wewnętrznego w rządzie Mazowieckiego. I z tej racji znalazłem się w szerokim zespole szykującym cały pakiet tzw. reform Balcerowicza. Wiele do gadania nie miałem, ale byłem przy tym. No i już na wejściu zderzyliśmy się z inflacją. A przy okazji z długiem zagranicznym, który nagle zaczął być wymagalny. Zachodni wierzyciele zamiast rzucić się nam w ramiona z wdzięczności za obalenie systemu, bacznie przyglądali się naszej sytuacji ekonomicznej i kręcili nosami domagając się spłat.

Budowa kapitalizmu w kraju bez kapitału, konkurencyjnych firm i w państwowej gospodarce planowej wymagała geniusza, albo wręcz przeciwnie.

Propozycje objęcia ministerstwa finansów początkowo były kierowane do kilku ekonomistów solidarnościowych. Zresztą wielu z nich do dziś wiesza psy na tamtym okresie. Tyle, że żaden nie chciał się tego zadania podjąć. Wydaje mi się, że Balcerowiczowi brakło wtedy wyobraźni. Gdyby ją miał, to na pewno ministrem finansów nie zechciałby zostać. Zresztą po jego planie było widać, że absolutnie nie doszacował problemów. Zakładał, że wzrost bezrobocia i duszenie inflacji potrwa pół roku. Ba, bezrobocie miało osiągnąć góra 500 tys osób. Okazało się, że trwało to wszystko prawie dwa i pół roku.

Ruszyła walka z inflacją. Na początek zakręcenie kurka z podwyżkami, czyli wprowadzenie popiwku – podatku uniemożliwiającego firmom podwyżki płac. Potem trzeba było stworzyć krajowym firmom, z których niemal wszystkie miały pozycję monopolisty, konkurencję. Zagraniczną konkurencję. Ale żeby to zrobić należało urealnić kurs dolara i zamrozić go. A poza tym – z małymi wyjątkami – zniesiono cła importowe i limity hamujące wwóz towarów do Polski. Kolejnym elementem inflacjogennym, z którym trzeba było coś zrobić były stopy procentowe kredytów. Gdyby były niskie, to przedsiębiorstwa brałyby pożyczki bez opamiętania i inflacja by rosła. Na szczęście dla Balcerowicza o niezależności banku centralnego nie było wówczas mowy. NBP-em de facto zarządzał minister finansów i to on ustalał wysokości stóp.

Byliście totalnie zafiksowani na walkę z inflacją. Nikt nie widział, że ofiarą tej batalii staje się gospodarka?

600-procentowa inflacja uniemożliwiała funkcjonowanie i ludzi, i firm. I zduszenie jej – choć niektóre metody były rzeczywiście zbyt radykalne – dla nikogo z nas nie podlegało dyskusji. Ale przy tej okazji narodziły się też problemy finansowe. Firmy, które miały kłopoty płaciły coraz mniej podatków. Budżet momentami świecił pustkami, a Balcerowicz pilnował, by deficytu nie pokrywać drukując pusty pieniądz na pokrycie dziury w wydatkach państwa. No i metodą na uzdrowienie budżetu stało się cięcie kosztów. Oczywiście na początek cięciom podlegały dotacje na wydatki socjalne dla firm i PGR-ów.

Skórka była warta wyprawki?

I tak, i nie. Gdy popatrzymy z dzisiejszego punktu widzenia, ba, nawet gdy po paru latach porównywaliśmy ekonomiki Polski, Czech, Słowacji i Węgier, to było widać, że nasze tempo wzrostu było najwyższe. Z drugiej jednak strony koszty społeczne mogły być nieco niższe. Głosów, proponujących większe zniuansowanie drastycznej polityki antyinflacyjnej na ogół jednak – z obawy przed jej rozwodnieniem – nie słuchano. Tymczasem, gdyby np. cięcia dotacji socjalnych do PGR-ów następowały wolniej, to gospodarstwa rolne dostałyby czas na restrukturyzacje i doczekałyby koniunktury. A tak to poplajtowały, a skutki odczuwamy do dziś.

Z przemysłem też się nikt nie pieścił.

„Popiwek” potrwał dwa lata. Czasami hamował rozwój firm, czasami znajdowano sposoby na obejście go, ale swoje zrobił i sam w sobie zakładom przemysłowym za bardzo nie zaszkodził. Zupełnie inaczej niż otwarcie gospodarki na import i to w sytuacji złotego, który dzięki arbitralnemu kursowi dolara był dużo silniejszy niż w rzeczywistości. Konkurencji z tanim importem, polski przemysł nie mógł wygrać. Balcerowicz przewidywał, że sztywny kurs złotego będzie trwał pół roku. Okazało się, że inflacja spada wolniej niż zakładano, więc kurs wymiany utrzymywano przez półtora roku.

Zmienił to dopiero Bielecki. Facet, który w przeciwieństwie do Balcerowicza był zaetykietowany jako liberał.

Sądzę, że tak naprawdę Bielecki nigdy nie był liberałem. Jedną z jego pierwszych decyzji było wprowadzenie ceł i kontyngentów w kilku sektorach. Zorientował się, że jeśli tego nie zrobi, to szlag trafi setki przedsiębiorstw. Podniósł kurs i złoty przestał być tak strasznie mocny. Można zatem powiedzieć, że odszedł od doktrynalnego trendu, który obowiązywał wcześniej. Trendu, który uniemożliwiał jakąkolwiek racjonalną ingerencję w gospodarkę.

A zabójczy dla gospodarki koszt kredytu inwestycyjnego? I to nie tego zaciąganego po roku 1990, ale tego zaciąganego wcześniej?

Jeśli ktoś miał do spłacenia stary kredyt inwestycyjny, za który od 1 stycznia 1990 r. nagle musiał płacić odsetki w wysokości 300 proc. to chyba jasne, że przed bankructwem mógł go uratować tylko cud. Pamiętam, że proponowałem wtedy bardziej elastyczne podejście do tych wcześniejszych kredytów. Rozmawialiśmy też o pozostawieniu części ceł, które dawałyby przedsiębiorstwom szanse konkurowania, ale poza dyskusje, przed Bieleckim, to nigdy nie wyszło. Moim zdaniem wynikało to ze strachu Balcerowicza przed naciskami. Bał się, że gdy pójdzie na rękę jednej grupie i nawet zrobi coś racjonalnego, to zaraz przyjdzie inna grupa i też będzie czegoś żądała. Na wszelki wypadek wolał być impregnowany na wszystko i odrzucać postulaty bez wnikania w ich celowość.

Bezrobocie też przekroczyło zakładane pół miliona.

I narastało lawinowo. Wtedy Kuroń wymyślił, że obok pomocy socjalnej trzeba wprowadzić rozwiązanie systemowe i zdjąć trochę osób z rynku pracy. Tak narodziła się idea wcześniejszych emerytur. Dzięki temu zamiast 2 milionów bezrobotnych, w krótkim czasie pojawiły się 2 miliony emerytów. Wszystko fajnie, tylko, że stworzyło to takie obciążenie ZUS, które odbija się czkawką do dziś. Zamiast dożywotnich emerytur trzeba było dawać czasowe zasiłki, z których po powrocie koniunktury łatwo byłoby się wycofać.

W roku 1993 wyborcy dają władzę lewicy.

I trzeba uczciwie przyznać, że czyśćcowy proces zrealizowany przez Balcerowicza zaczął dawać efekty. Załapaliśmy się na koniunkturę. Inflacja spadała, PKB rósł. Mimo że byłem ministrem finansów ledwie parę miesięcy mogłem podnieść najniższe emerytury i wprowadzić ulgi inwestycyjne, a nawet zainicjowałem fundusz gwarancyjny dla małych przedsiębiorstw. Kołodko to wszystko kontynuował, udało mu się załatwić sprawę długu zagranicznego i wszystko zaczęło się kręcić w dobrym tempie i kierunku. Wyczuł to kapitał zagraniczny i zaczął wchodzić do nas z naprawdę dużymi inwestycjami.

Przychodzi powódź 1997 roku, a wraz z nią cztery reformy Buzka i reaktywacja Balcerowicza.

Balcerowicz zajął się głównie organizowaniem zaplecza finansowego dla reform. Ze szczególnym uwzględnieniem OFE. Przy okazji udało mu się przewalczyć coś, co było istotą reformy emerytalnej, czyli system zdefiniowanej składki. Dla budżetu to rozwiązanie jest genialne. Za kilkanaście lat gdy ludzie będą korzystać z tych emerytur wyjdzie im, że dobrze wcale nie jest. W sumie Balcerowiczowi udaje się to wszystko posklejać, aż tu w latach 1999- 2000 wybucha potężny kryzys na nowojorskiej giełdzie nowych technologii. Zaczęły błyskawicznie rosnąć ceny ropy i żywności. Rada Polityki Pieniężnej zareagowała histerycznie i doktrynalnie, i podniosła stopy z 15 do 21,5 procent. Zdusiło to gospodarkę i spowodowało klęskę Buzka w następnych wyborach. Budżet przestał się domykać, a na dodatek Solidarność zaczęła wysuwać żądania ustaw rozdających pieniądze. Pojawił się Bauc, który zapowiedział, że jak te ustawy przejdą, to zrobi się gigantyczna dziura budżetowa. Ustawy nie przeszły. A „dziura Bauca” służyła Leszkowi Millerowi jako straszak, alibi i nawet powód do dumy ze zwalczenia czegoś, czego nie było.

Buzek odchodzi z hukiem, a do władzy wracacie wy.

Ministrem finansów zostaje Belka. Opodatkowuje dochody kapitałowe, co głupie nie było, a z drugiej strony zabiera dotacje barom mlecznym i obcina ulgi na bilety dla uczniów i studentów – co powszechnie oceniono jako godzenie w wartości lewicowe. Zabiera biednym. Pilnuje jednak finansów kraju i nie pozwala na rozdawnictwo pieniędzy, więc Miller zastępuje go Kołodką. Kołodko jest człowiekiem wybitnym, tyle, że nie daj Boże z nim pracować. Po paru miesiącach Kołodki już nie ma, ale pojawia się Jerzy Hausner i to w roli wicepremiera nadzorującego finanse i gospodarkę. Hausner proponuje swój plan cięć kosztów, a nade wszystko wydatków socjalnych.

Ale o OFE nawet się nie zająknął.

I to jest wielka wina ówczesnego rządu. Choć trzeba przyznać, że wówczas jeszcze wpłaty budżetowe do ZUS korygujące transfery do OFE nie były aż tak wielkie. Poza tym mieliśmy znaczące wpływy z prywatyzacji, a wartości giełdowe spółek państwowych dzięki pieniądzom z OFE lądującym na giełdzie pięły się niemal pionowo. Nikt jednak nie przyjrzał się skali zysków osiąganych przez OFE. Nie zrobił tego rząd lewicowy, nie dotknął tematu Kaczyński i porządek z tym zrobił dopiero liberał Tusk. I dobrze, że zrobił, bo gdy w komisji konstytucyjnej zapisywaliśmy próg zadłużenia na poziomie 60 proc. (a w 1997 r. było 40) to wydawało się nam, że osiągnięcie takiego długu jest niemożliwe. Dzięki OFE zbliżyliśmy się do niego w dziesięć lat.

W planie Hausnera padło hasło podniesienia wieku emerytalnego.

Padło i padło w głosowaniu. Choć z dzisiejszego punktu widzenia wyszło na jego. Zakładał, że wiek ten zacznie wzrastać od 2015 roku. Tusk nawet to przyspieszył. Błędem Hausnera było natomiast zapisanie, ile budżet zaoszczędzi na weryfikacji rent. Wyszło na to, że o tym czy ktoś jest, czy nie jest zdolny do pracy miała decydować ekonomia, a nie stan zdrowia. W sumie jednak Hausner wykonał większość z tego co zapowiadał i pod koniec kadencji nadeszła koniunktura.

Tym razem załapał się na nią rząd PiS-u.

Zmarnowali swój czas na głupawe rozdawanie pieniędzy. PiS chlubi się nie wiedzieć czemu, że jego rząd uratował kraj przed kryzysem, bo obniżył podatki dla najbogatszych, ściął składkę rentową i dał ulgi na dzieci. Tymczasem to, co zrobili, jest nie do odkręcenia. A przecież jeżeli trafili na dobrą koniunkturę to zamiast rozdawać pieniądze wystarczyło obniżyć deficyt budżetowy. Dzięki temu, gdyby przyszła dekoniunktura byłoby z czego finansować stymulację gospodarczą w czasach kryzysu. Dokładnie tak postąpiła Merkelowa, która dawała państwowe środki na tworzenie nowych miejsc pracy, a nawet na dopłaty dla nowo zakupionych samochodów. Nie związała sobie rąk zobowiązaniami socjalnymi i miała pole manewru do rozgrywania kryzysu.

Po dwóch latach prezes przekombinowuje politycznie i dostaliśmy premiera Tuska.

Który na wejściu natyka się na ścianę w postaci kryzysu. Trzeba jednak przyznać i jemu i Rostowskiemu, że poczynali sobie w tych realiach całkiem udatnie. A najśmieszniejsze jest to, że Tusk nie zrealizował nic z tego co zapowiadał w programie wyborczym z 2007 roku. Programie absolutnie neoliberalnym, który zakładał prywatyzowanie wszystkiego co się da, od służby zdrowia po edukację. Po dojściu do władzy błyskawicznie orientuje się, że ten program nie ma sensu, a na dodatek miał koalicjanta o nazwie PSL, który na choćby tylko wymienienie słowa „liberalny” dostawał wysypki. Znalazła się chęć na podwyżkę składki rentowej. Okazało się, że OFE nie są świętą krową, więc najpierw obniżono im dochody, a potem praktycznie zlikwidowano.

No i ostatnie 5 lat…

Te, jakie są każdy widzi.

Powrót do państwa wyznaniowego?

Na przestrzeni lat 1921-1939 i poczynając od roku 1989 obowiązywały w Polsce cztery konstytucje odmiennie ujmujące koncepcje praw i wolności obywatelskich. Zarówno jednak w modelu koncesyjnego zwierzchnictwa państwowego obowiązującego w Polsce międzywojennej, który zakładał że prawa i wolności obywatelskie wywodzone są z nadania państwa jak i w obowiązującej obecnie prawno-naturalnej koncepcji konstytucyjnej relacje państwa polskiego z kościołem układały się i układają bardzo podobnie.

W pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości Mała Konstytucja z 20 lutego 1919 roku stojąca na stanowisku skoncentrowania władzy w Sejmie Ustawodawczym i dążenia do jak najszybszego uchwalenia ustawy zasadniczej wprowadzała zasadę koncentracji władzy państwowej i zwierzchnictwa państwa we wszystkich sprawach w tym oczywiście działalności kościołów i związków wyznaniowych. Koncepcja taka dawała możliwość uregulowania statusu prawnego różnorodnych wyznań religijnych na równoprawnych zasadach tym bardziej, że główne mniejszości narodowe ukraińska, białoruska czy żydowska związane były konfesjami niekatolickimi. Niestety tak się nie stało, a Konstytucje z 17 marca 1921 r. oraz z 23 kwietnia 1935 r. przyznawały Kościołowi katolickiemu uprzywilejowaną pozycję prawną – „naczelnego stanowiska wśród równouprawnionych wyznań”. Uznana została pełna autonomia kościoła i złamana zasada przyznawania praw z nadania państwa co wynikało z zawartego w roku 1925 konkordatu oraz przepisów wykonawczych konkretyzujących jego postanowienia. Przewidywały one mianowicie m.in. swobodę w wykonywaniu władzy duchowej i jurysdykcji, administracji wewnętrznej i zarządu majątkiem. Duchowieństwo zostało zwolnione ze służby wojskowej i korzystało ze specjalnej ochrony karnej. Kościół korzystał z pomocy państwa przy wykonywaniu decyzji władz kościelnych i otrzymywał od państwa dotacje. Na przykład w 1938 roku była to kwota 20 mln złotych. Praktyka współdziałania państwa z Kościołem katolickim wykraczała jednak daleko bardziej poza przyznane prawem przywileje i stawała się coraz bardziej elementem realizacji polityki w tym przede wszystkim narodowościowej skierowanej przeciwko ludności ukraińskiej i białoruskiej wyznania prawosławnego i grecko-katolickiego oraz akceptującej ekscesy antysemickie polskich nacjonalistów.

Pomimo, że międzywojenny system zwierzchnictwa państwa nad związkami wyznaniowymi został po II wojnie światowej zastąpiony systemem zwierzchnictwa rozdziałowego realizowanego w warunkach państwa autorytarnego popierającego światopogląd materialistyczny, to pozycja Kościoła katolickiego nie tylko nie ucierpiała, ale uzyskała szerokie poparcie wiernych już jako instytucja wyznaniowa faktycznie monopolizująca całą sferę religijną. Nie bez znaczenia w procesie umacniania pozycji Kościoła pozostawała rekatolicyzacja Ziem Zachodnich i Północnych. Przejęcie przez Kościół katolicki w drodze zawłaszczenia majątku parafii protestanckich różnej konfesji, a także wielu obiektów kościołów wschodnich na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu zostało z czasem zatwierdzone przez władze PRL-u stając się przysporzeniem majątkowym o istotnych rozmiarach i to znacznie wcześniej niż stały się nim działania Komisji Majątkowej szczodrze dysponującej na rzecz Kościoła mieniem państwowym i jednostek samorządu terytorialnego. W warunkach obowiązującej teoretycznie w Polsce Ludowej tzw. „separacji wrogiej” państwa i Kościoła realizował się proces unifikacji religijnej i umacniania wpływów instytucji religijnej w społeczeństwie i państwie, co w efekcie doprowadziło do ustępstw władzy wobec aspiracji Kościoła, uległości i poszukiwaniu wsparcia w latach stanu wojennego w zapewnieniu ładu i spokoju wewnętrznego, a w końcu całkowitej kapitulacji i zaakceptowania odejścia od laickiego modelu państwa w ustawach wyznaniowych z 17 maja 1989 r.

Od roku 1989 funkcjonuje w Polsce tzw. system „przyjaznego” rozdziału państwa od kościołów i związków wyznaniowych, jednakże przy wyraźnym nabieraniu przez państwo znamion konfesyjnych o orientacji katolickiej, które ostatecznie doprowadziły do ukształtowania się Polski jako państwa wyznaniowego za fasadą tzw. demokracji większościowej.

Relacje państwo – związki wyznaniowe po przełomie 1989 roku.
Po latach PRL-u dyskusja na temat Kościoła i roli religii w państwie i społeczeństwie mogła przebiegać znacznie szerzej i poważniej niż bezpośrednio po ukonstytuowaniu się pierwszego demokratycznego rządu na czele z Premierem Mazowieckim. Niestety relacja państwa z Kościołem katolickim w owym czasie pozostawała pod silną presją roszczeń Kościoła żądającego wprowadzenia religii do sfery publicznej. Dodatkowo hierarchię kościelną i polskiego papieża powszechnie uznawano, nawet w środowiskach niekonfesyjnej części społeczeństwa, za gwaranta trwałości przemian demokratycznych. W tych warunkach marginalizowane były wszelkie krytyczne opinie i oceny aktywności Kościoła i roli religii w społeczeństwie i państwie, a media publiczne eliminowały tego rodzaju treści uniemożliwiając szerszy zasięg swobodnej dyskusji publicznej w sprawach wyznaniowych. Najlepszym przykładem takich praktyk jest całkowity brak dyskursu publicznego w sprawie konkordatu ze Stolicą Apostolską. Tekstu umowy nie był przedstawiony opinii publicznej i nie poddano go dyskusji nawet po podpisaniu w 1993 roku.

Poczynając od 1989 roku możemy wyróżnić sześć zasadniczych okresów kształtowania się relacji państwa z Kościołem katolickim, determinowanych kolejnymi wydarzeniami jakie przesądzały o treści tych relacji.

Okres od 1989 roku do roku 1993 zakończony pospiesznym przyjęciem tekstu konkordatu tj. umowy międzynarodowej zawartej pomiędzy Rzeczpospolitą Polska, a Stolicą Apostolską. Okres ten charakteryzował się kształtowaniem podstawowych założeń aksjologicznych, prawnych i politycznych. Z jednej strony wypracowywanych pod presją społecznego poparcia dla kościoła jako sojusznika polskiej wolności, które sięgało na początku 1990 roku 90%, a z drugiej strony – w warunkach trudności gospodarczych i nachalnego narzucania rozwiązań w zakresie edukacji, ochrony zdrowia czy mediów, wywiedzionych z konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości i budzących sprzeciw części społeczeństwa. W efekcie przeforsowano wprowadzenie religii do szkół, co nastąpiło 3.08.1990 r. na podstawie aktu prawnego rangi instrukcji, a już jesienią doszło do debaty nazywanej debatą o ochronie życia, sprowadzającej się do przyjęcia zakazu aborcji, a nieco wcześniej wprowadzono do ustawy o radiofonii i telewizji przepisy o obowiązku respektowania w audycjach tzw. wartości chrześcijańskich – rok 1992. Na fali niezadowolenia spowodowanego powyższymi działaniami jak i angażowaniem się duchownych w wybory 1991 roku nastąpił spadek uznania dla kościoła do 38% ,co zapewne umożliwiło bądź ułatwiło wstrzymanie prac nad konkordatem, którego przyjecie miało stanowić hołd składany Kościołowi katolickiemu i osobie papieża podkreślający zasługi dla Państwa Polskiego.

Przyjecie tekstu konkordatu w 1993 i rządy postkomunistycznej lewicy zaznaczyły się intensyfikacją prac nad przygotowaniem projektu Konstytucji RP, naciskami środowisk kościelnych i ugrupowań prawicowych na ratyfikację konkordatu oraz uchwaleniem Konstytucji RP w dniu 20.04.1997 roku. Logika demokratycznej polityki i logika religii rodziły nieustannie napięcia szczególnie w wypadku ustalania aksjologicznych prawnych i politycznych reguł demokratycznej gry i pozycji jaką w państwie zajmować ma religia i jej instytucjonalny wyraz. Niewątpliwie dzięki rządom lewicy, oskarżanej często o kapitulanctwo wobec roszczeń Kościoła, udało się zachować jakieś minimum praw i wolności w zakresie sumienia i wyznania. Niestety w następnych latach gwarancje konstytucyjne okazały się całkowicie nie wystarczające, powszechnie ignorowane przez władze administracyjne i sądowe wobec presji kościoła i organizacji zorientowanych religijnie. W okresie tym wyraźnie ukształtowały się nurty polityczne reprezentujące stanowiska „katolicko-narodowe” nawiązujące do koncepcji Dmowskiego i Carla Schmidta głoszące powrót do historycznej tradycji, narodowych mitów i katolickiej tożsamości Polaków. Stanowisko laickiej części społeczeństwa reprezentowane przez lewicę i nieliczne organizacje świeckie oraz umiarkowanie liberalne spętane było poczuciem uległości wobec Kościoła i gotowością zadośćuczynienia mu za wkład w odzyskanie wolności i ograniczone zbyt dużym przekonaniem o jego znaczeniu i roli Kościoła w Polsce.

Lata 1997 do 2005 to okres decydujący dla polskich aspiracji o członkostwo w Unii Europejskiej, a dla Kościoła realny udział w tym procesie często jakby nie dostrzegany bądź marginalizowany przez obserwatorów świeckich. To jest okres rozpoczynający się wizytą delegacji polskiego Episkopatu w Brukseli, która miała miejsce w dniach 4-7.11.1997 roku i potwierdzającej publiczny status kościoła w tym procesie. Chociaż ogólna orientacja duchowieństwa była pozytywna, to w żadnej mierze nie była bezwarunkowa ani w relacji z rządem ani z Unią Europejską. Zróżnicowane postawy wobec akcesji stwarzały poważne problemy jak się wydaje również watykańskiemu kierownictwu liczącemu na zintensyfikowanie procesu rechrystianizacji Europy i wprowadzenie do opracowywanego wówczas projektu Konstytucji Europejskiej Invocatio Dei i postanowień nawiązujących do chrześcijańskich fundamentów Europy. Krytycy przystąpienia Polski do UE zgromadzeni wokół Radia Maryja i Naszego Dziennika wbrew stanowisku papieża uzyskiwali coraz większe poparcie w tradycjonalistycznie zorientowanym społeczeństwie i części kleru parafialnego. O pozytywnym stanowisku polskiego episkopatu przesądziła jednak większość duchowieństwa posłuszna papieskiemu zwierzchnictwu. Okres ten kończy śmierć papieża i zwycięstwo wyborcze partii przybierającej już religijny makijaż, lecz jeszcze nie całkiem religijnie zorientowanej i często krytykowanej przez przedstawicieli hierarchii kościelnej ( np. abp H. Muszyński ostro krytykował PiS za styl prowadzenia polityki), a list Lecha Kaczyńskiego zawarty w broszurze „Polska katolicka w chrześcijańskiej Europie” nie budził jeszcze entuzjazmu hierarchii kościelnej.

Okres rozpoczynający się po śmierci papieża i trwający do wyborczego zwycięstwa PIS-u w 14 z 16 województwach w roku 2005 to najbardziej gorący czas dla Kościoła katolickiego w Polsce. Zaczął się on od „bezkrólewia” polegającego na utracie przez większość społeczeństwa, a nie tylko katolików wspólnego autorytetu i punktu odniesienia jakim był Karol Wojtyła. Wywołany przez władzę PIS problem lustracji osłabiał pozycję hierarchów katolickich, a środowiska związane z obozem liberalnym nie wahały się zdecydowanie recenzować nieprzychylną im władzę i Kościół w sferze medialnej. W tym czasie, obfitującym w dramatyczne wydarzenia związane z katastrofą lotniczą pod Smoleńskiem, dochodzi do wyraźnego ukształtowania się aprobującego stosunku Kościoła do projektu IV RP braci Kaczyńskich. Okres przerwany odsunięciem koalicyjnego rządu PIS od władzy i względną neutralizacją stanowiska duchowieństwa wobec rządzących za cenę intensyfikacji materialnych przysporzeń, licznych koncesji i przywilejów kończył także proces wyposażania Kościoła katolickiego w zasadniczą część przekazanego mu majątku w postaci nieruchomości i kwot pieniężnych pozostawiając jednakże w dalszym ciągu otwartą możliwość akwizycji nieruchomości na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Jednocześnie hierarchia kościelna mogła naocznie przekonać się o zdolnościach mobilizacyjnych elektoratu odwołującego się do narodowo-wyznaniowych idei dyscyplinowanych skutecznym narzędziem politycznym jakim w rękach Jarosława Kaczyńskiego okazał się klerykalizm polityczny wobec którego neoliberalny rząd Tuska okazał się bezsilny. Przeciwstawienie narodowo-katolickiej ofensywie happeningów Palikota z jednej strony, a gotowości do spełniania aspiracji Kościoła z drugiej, godzenie się na jego wzrastającą pozycję w społeczeństwie i państwie, a nawet gorliwość w oferowaniu rozmaitych przywilejów przyniosła jedynie czasową neutralizację postawy Kościoła. Trwała ona do czasu ostatecznego zamknięcia systemu przysporzeń majątkowych przez Komisję Majątkową i można było pomyśleć już nie tylko o panowaniu światopoglądowym lecz realnej władzy.

Wraz z wygraną partii rządzącej w wyborach parlamentarnych nadszedł okres kulminacji wszystkich osiągnięć Kościoła katolickiego z całego okresu minionego ćwierćwiecza. Stosunki Kościoła z państwem poddane zostały dyktatowi światopoglądowemu Kościoła katolickiego. Koncepcja „nowego Polaka” związanego tożsamościowo z religią jednego wyznania jest osią „naszości” coraz bardziej przypominającą faszyzm włoski czy faszystowski korporacjonizm Salazara w Portugalii. Jednocześnie żadne emocje i napięcia społeczne związane z udziałem duchowieństwa w działalności politycznej, patronowaniem różnego rodzaju przedsięwzięciom, z jawnym wspieraniem partii rządzącej jak i pomoc oraz wsparcie w doprowadzeniu jej do władzy e nie były w stanie wywołać większego protestu skierowanego przeciwko aktywności Kościoła w dziele klerykalizacji kraju. Nie znalazły odzwierciedlenia w stanowiskach partii opozycyjnych marginalizowanych przez Zjednoczona Prawicę. Zgodnie z obowiązującą w polskiej polityce zasadą omijania kwestii kościoła i religii w przestrzeni publicznej, opozycja truchlała na samą myśl o konieczności opisu rzeczywistej roli kościoła jako faktycznego koalicjanta władzy i jego poparcia dla kontrowersyjnego projektu realizowanego przez partię rządzącą. Nieśmiałe próby zwrócenia uwagi na rangę problemu klerykalizacji kraju podejmowane przez nielicznych naukowców i intelektualistów (Apel do władz Rzeczpospolitej Polskiej w sprawie klerykalizacji kraju) poparte podpisami kilkunastu tysięcy obywateli w ogóle nie został szerzej odnotowany w publicznej dyskusji, a brak w nim propozycji konkretnych inicjatyw czy działań skierowanych do społeczeństwa stawia go jedynie w rzędzie szlachetnego, lecz pozbawionego jakiejkolwiek skuteczności gestu mającego zwrócić uwagę rządzących na obowiązujące w Polsce „ustrojowe podstawy państwa i jego porządku prawnego” łamane bez żenady podobnie jak łamano je w dwudziestoleciu międzywojennym.

Wybory parlamentarne roku 2019 i prezydenckie z 2020 pomimo wprowadzenia do Sejmu i Senatu RP przedstawicieli partii lewicowych oczywiście nie były w stanie zmienić czegokolwiek w relacjach rządzących z Kościołem katolickim, który wyraźnie staje się już czymś więcej niż tylko koalicjantem partii rządzącej. Wyniki wyborów parlamentarnych, w których już wszystkie ugrupowania z wyjątkiem lewicy w sposób jawny odwoływały się do religijnej wizji świata i deklarowały gotowość akceptacji pozycji Kościoła świadczą o triumfie klerykalizmu politycznego jako najskuteczniejszego narzędzia politycznej ekspresji w państwie wyznaniowym. Za wyjątkiem neoliberalnego kandydata opozycji parlamentarnej, w dalszym ciągu nie przyjmującego do wiadomości klerykalizacji państwa, główni liczący się w wyborach prezydenckich kandydaci przywoływali religijne podstawy swoich wyborów wyraźnie potwierdzając zachodzący proces autoidentyfikacji państwa ze światopoglądem religijnym jednego wyznania. W tym stanie rzeczy już nie tylko pozycja danej partii politycznej w ramach koalicji rządzącej determinowana jest manifestacyjną religijnością, która podlega wartościowaniu przez Kościół katolicki, ale i funkcjonowanie na scenie politycznej ugrupowania opozycyjnego w warunkach uznania go za godny jej element. Pozwala to Kościołowi na kształtowanie poprzez swoje poparcie pozycji politycznej w układzie rządowym i parlamentarnym, co budzić musi zdziwienie wobec zachodzących procesów laicyzacji społeczeństwa wbrew narastającej presji jego narodowo-wyznaniowej ideologizacji. Efektem okresy zapoczątkowanego maratonem wyborczym 2019/20 będzie umacnianie antydemokratycznego, autorytarnego państwa wyznaniowego zwalczanie instytucji demokratycznych, wolnych mediów, i wolnej myśli, a w końcu podstawowych praw człowieka i obywatela.

Flaczki tygodnia

Pan Mateusz Morawiecki ma niepowtarzalną, życiową szansę. Zostać premierem w rządzie wicepremiera pana Jarosława Kaczyńskiego.

Czy rzeczywiście taką szansę dostanie? Tego na pewno nie wiemy. Bo podpisana w zeszłą sobotę umowa koalicyjna nadal jest tajna. Nadal nie wiemy co koalicjanci mają do ukrycia. Co skrywają przed polskimi podatnikami, czyli swoimi pracodawcami.

„Flaczki tygodnia” starają się uczciwie płacić podatki, czyli są też pracodawcami koalicyjnych elit politycznych. Nie są zadowolone z efektów i stylu ich pracy.
Na nieszczęście Polski owe elity załatwiły sobie w 2019 roku czteroletni kontrakt na zarządzanie naszym krajem. I teraz traktują swych pracodawców, jak kierownik szatni z filmu „Miś” swojego klienta. Na zasadzie ukradłem panu płaszcz i wiem, że nic nie możesz mi pan zrobić.

Przynajmniej trzy dni czekały w gotowości bojowej zastępy najlepszego polskiego dziennikarstwa informacyjnego na codziennie zapowiadaną konferencję prasową z udziałem Jaśniepana Prezesa i Jego koalicjantów.
Ostatecznie doszło do niej w sobotę. Formalnie dzień wolny od pracy.
Na konferencję Jaśniepan Prezes przyszedł „drogą prezydenta Putina”. To znaczy spóźnił się pół godziny. Oczekujących nie przeprosił, bo co mu może ta dziennikarska hołota zrobić?

Potem Jaśniepan przemówił.Po nim, jako zduszony i skruszony koalicjant, mówił pan poseł Gowin. Potem jako zduszony lecz nieskruszony pan minister Ziobro. Na koniec coś tam powiedział pan premier Morawiecki. To już dobitnie pokazało hierarchię w przyszłym, rekonstruowanym rządzie.

Chociaż występ tego kwartetu zapowiadano jako „konferencja prasowa”, to nie było tam mowy o zadawaniu pytań przez dziennikarzy. A zwłaszcza odpowiadaniu na nie przez elitę obecnej władzy. Tym samym elita władzy pokazała wszem wobec w jak głębokim poważaniu ma stan dziennikarski w naszym kraju.
Ech, a są na świecie kraje, gdzie dziennikarze uważają się za, a czasem bywają, tak zwaną „czwartą władzą”.

Ale niech stan dziennikarski nie popada w czarną rozpacz. To prawda, że obecne elity władzy traktują media jak tanie dziwki. Ale poprzednia umowa koalicyjna podpisywana w 2006 roku przez PiS z LPR i „Samoobroną” była transmitowana jedynie przez telewizję „Trwam” Ojca Dyrektora Rydzyka.A sobotnią pozwolono transmitować już wszystkim telewizjom.
Jakiś postęp jest.

Być może dożyjemy jeszcze czasów, że podczas transmisji kolejnej umownej konferencji prasowej zaproszeni tam dziennikarze będą jednak mogli zadać po jednym pytaniu. A na jeszcze kolejnej ktoś z koalicjantów odpowie na przynajmniej jedno pytanie.

Na razie dyżurnym medialnym komentatorom politycznym, z braku potwierdzonych informacji, pozostaje wieszczenie. Na przykład jaka będzie rola pana premiera Morawieckiego.
Czy ten zwykle obficie mówiący urzędnik państwowy będzie miał jeszcze cokolwiek do gadania w zrekonstruowanym rządzie? Czy będzie jedynie konferansjerem zapowiadającym wystawienia Jaśniepana wiece premiera i innych jego ministrów? x/Rangę pana premiera i jego zdolności konferansjerskie dosadnie skomentowała publiczność Stadionu Narodowego podczas sobotniego koncertu poświęconego solidarności z narodem białoruskim.
Pan premier został przez publikę uroczyście wygwizdany.
Z drugiej strony zupełnie źle nie było. Mogli przecież wszcząć demonstracje antyrządowe i pan premier musiałby zadzwonić po policję.

Zanim polski premier wykręcił by odpowiedni numer, to zapewne musiałby poprosić o zgodę swego przyszłego wiece premiera. Bo Jaśniepan wice premier ma nadzorować resorty zwane „siłowymi”. Czyli wojsko, bezpiekę, policję i prokuraturę. Czyli to na czym dobrze się nie zna.
Z drugiej strony lepiej jest, że nie nadzoruje resortu finansów, kultury, albo sportu. Gdyby nadzorował ten ostatni, to mielibyśmy w Polsce silną reprezentację i mistrzostwa świata w rodeo. Ulubiony sport Jaśniepana.

Nietrudno zauważyć, że ewentualne wejście Jaśniepana prezesa do rządu będzie przede wszystkim rozwiązywało problemy jego Partii związane z knuciem Jego koalicjantów. W mniejszym stopniu pomoże rozwiązać problemy państwa.
Zauważcie, że mamy już wice premiera od kultury, a ściślej od wojny kulturowej. Mamy mieć wicepremier od bezpieczeństwa koalicji, czyli poskramiania intrygujących koalicjantów.
Nie mamy za to wiece premiera ds. walki z pandemią.
Dla elity PiS tacy knuje jak Ziobro i Gowin gorsi są od korona wirusa.

Patrząc na sobotnie miny umawiających się koalicjantów nie trudno było zauważyć, że umowę zawarto jedynie aby utrzymać koalicję. Na siłę. Skutki takiego utrzymania będziemy nieraz odczuwać.

Ale jeśli skutkiem takiej jedności będzie oddanie części władzy koalicjantom przez Jaśniepana prezesa, to niebawem zrobi on to, co obecnie wszyscy, uważający się za mądrych, komentatorzy polityczni wykluczają. To co grozi mu utratą władzy.
Czyli przedterminowe wybory.
Jednak kiedy Jaśniepan uzna, że pełni władzy i tak już nie ma, to sięgnie po to ostateczne rozwiązanie.

Upust krwi

Trwa licytacja, kto kogo najbardziej upokorzył: niedoszły delfin Ziobro – Kaczyńskiego, czy już mniej wszechwładny Naczelnik Państwa ułaskawionego zdrajcę.

Po pięciu latach liczenia szabel Prokurator Generalny i Naczelnik z Nowogrodzkiej uznali, że czas przenieść ubój rytualny, znaczy się kto komu upuści więcej krwi, na wyższy poziom.

Swój wkład wniósł minister Ardanowski od rolnictwa. Po tym, jak wystrzelał milion dzików popadł w pustkę i przemyślenia, spłodził list do Naczelnika, ten go olał, więc postanowił stanąć na czele „buntu chłopów”. Do Leppera mu jednak trochę brakuje. Prof. Migalski postanowił jasno postawić sprawę: PiS odpuści sobie władzę, rząd mniejszości to mrzonka, odda cały ten bajzel opozycji, spokojnie sobie przeczeka trzy lata i wróci w roku 2023 do służenia narodowi przez dekady.

Nie wątpię, że na opozycję padł blady strach. Wprawdzie liderzy ogłosili, że są zwarci i gotowi podjąć wyzwanie. Ale to nie to samo, co dać sobie radę z rzeczywistością. Wyhamowanie rozwoju gospodarki jest nieuniknione. Jest kwestią, jak będzie głębokie, 4 czy może więcej procent PKB i na jaki okres. O finansach państwa niewiele wiadomo, przynajmniej w tak zwanej przestrzeni medialnej. Pewną wskazówką, że mieszek jest głęboko pusty, jest tempo zadłużania się, które od 2015 roku podwoiło się. Przedłuża się stan niewydolności górnictwa węgla kamiennego, co rzutuje na bilans energetyczny kraju i przyszłość 80 tysięcy górników. Dostępność energii to kwestia angażowania się w projekty inwestycyjne. Nie zostały podjęte żadne liczące się działania, dotyczące zaopatrzenia w wodę rolnictwa w obszarach suszy. Na granicy wydolności jest służba zdrowia. Jakby tego było mało roczne obciążenie ZUS osiągnęło 100 mld zł i stanowi główną tzw. sztywną pozycję w budżecie.

Prof. Grzegorz Kołodko, były minister finansów i wicepremier w czterech rządach jest zdania, że niefrasobliwość, z jaką zostały rozdane środki z okresu koniunktury wymaga — cytuję — „darowania sobie bzdurnych pomysłów: z Centralnym Portem Komunikacyjnym i zmniejszenie nakładów dla Ministerstwa Obrony Narodowej”. Dla potencjalnych zmienników władzy jest więc to i owo do ogarnięcia.

Ocalić stocznię

Związkowcy ze świnoujskiego oddziału Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia ciągle walczą o swój zakład pracy.

Twierdzą, że minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk został wprowadzony w błąd co do jego faktycznej sytuacji, a stocznię powinno się uzdrowić, zatrudniając do zarządu prawdziwych fachowców, a nie sprzedawać.

– Nie możemy się zgodzić na takie pokazywanie naszego oddziału stoczni – mówią związkowcy o sejmowym wystąpieniu ministra, podczas którego świnoujską część MSR Gryfia w Szczecinie przedstawiano jako ten segment, który ciągnie całe przedsiębiorstwo na dno. Przesłali do resortu własne badania, analizy i projekty ratowania zakładu. Skarżą się również na to, że ministerstwo nie dzieli się z nimi żadnymi informacjami dotyczącymi przyszłości stoczni i 1500 zatrudnianych przez nią pracowników. Jeśli coś daje im nadzieję, to postawa marszałka województwa zachodniopomorskiego oraz prezydenta miasta, którzy w przekazanym im liście intencyjnym deklarują zainteresowanie zakupem stoczni. Zapewniają, że gdyby Gryfia została wystawiona do przetargu, a zarząd stoczni poinformował już o wszczęciu procedury zbycia własności i prawa wieczystego użytkowania nieruchomości, to samorząd byłby zainteresowany zakupem i dalszym rozwijaniem, a nie zamykaniem przedsiębiorstwa.

– Minister musi się teraz uderzyć w pierś i przyznać się do błędów – powiedział Bartłomiej Szmyt z NSZZ Solidarność w oddziale świnoujskiej Gryfii, cytowany przez portal gs24.pl. – Prawdopodobnie te złe dane przedstawił ministrowi obecny zarząd MSR Gryfia. A oni walczą o stołki i o pieniądze, nie o stocznię. Zresztą minister teraz też tylko o to walczy.
22 września w Warszawie odbył się protest związkowców przed Ministerstwem Gospodarki w sprawie ratowania stoczni. Zgodnie demonstrowali przedstawiciele różnych organizacji pracowniczych, zrzeszonych w „Solidarności” i w OPZZ, nie tylko stoczniowcy. Wcześniej w obronie stoczni w Świnoujściu oraz w Szczecinie demonstrowali wspólnie działacze związkowi oraz przedstawiciele organizacji socjalistycznych. Podczas wszystkich tych demonstracji zwracano uwagę, że w zachodniopomorskich spółkach rozdawane są synekury, wybrańcy pisowskich polityków łupią majątki publicznych przedsiębiorstw, doprowadzając je na krawędź upadku. Na czele zarządu Gryfii, mówili działacze, postawiony został politolog z wykształcenia, zarząd zakupił nowe limuzyny, a pracownicy nie mają do dyspozycji podstawowych sprzętów – brakuje m.in. wózków transportowych i narzędzi. Podczas protestu kilkaset osób domagało się, by wymienić osoby bez kwalifikacji na prawdziwych, merytorycznie do tego przygotowanych zarządców.

W 2018 r. minister Gróbarczyk zapewniał, że stocznia Gryfia „ma ogromne perspektywy rozwojowe”, a jego ministerstwo chce dążyć do odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego. W 2020 r. nie stać go było nawet na osobiste spotkanie z delegacją demonstrujących pracowników.

– Temat Gryfii wraca niemal na każdym posiedzeniu sejmowej komisji ds. gospodarki morskiej i za każdym razem jest zbywany przez ministra, a jego wyjaśnienia są kuriozalne – podsumowała postawę ministra posłanka Lewicy Daria Gosek-Popiołek, która była na proteście razem ze związkowcami.

Największy problem lewicy…

… w Polsce polega na oportunizmie i prosystemowej zachowawczości. Nie waham się powiedzieć: tchórzostwie.

Prawica nawet jeśli w konkrecie jest tylko neoliberalną grupką banksterów to rozwija potężną propagandę narodową, patriotycznie wielkoojczyźnianą i obiecuje wielką wspólnotę dla wszystkich Polaków. Jest tam na kogo głosować, bo jest w co wierzyć. To Polska bardzo konkretna: bało-czerwona, nacjonalistyczna i katolicka! A do tego – kapitalistyczna! Pakiet pełniutkiej tożsamości aż do życia pozagrobowego włącznie! Nawet lewica jest pod takim wrażeniem tej opowieści, że duża jej część żyje z komentarzy do tego…

Co zaś lewica proponuje wyborcom w odpowiedzi (odpowiedzi, nie komentarzu)? No najczęściej mówi, że coś tam naprawi, coś załatwi, będzie dla wszystkich, pracowników i pracodawców, no i spróbuje powstrzymać bicie ludzi za orientację seksualną. A na poziomie opowieści, utopii, całościowej wizji? Dobrze, kilka razy usłyszeliśmy coś o Skandynawii, ale w sumie już nie. Czasami została wyartykułowana jakaś krytyka neoliberałów, ale kapitalizmu jako takiego to już nie. Od czasu do czasu rzadkie odniesienie do Polski Ludowej, choć zazwyczaj to już znacznie bardziej do niszczenia Polski przez komunizm.

Tak się żadnej polityki nie wygrywa.

Albo klarowna wizja i walka – albo margines w cieniu silnych i odważniejszych. Spójrzmy na sondaże i spójrzmy prawdzie w oczy.
I nie ma w tym najmniejszego przypadku, że prawica cały czas łoży miliardy na walczący z komunizmem i socjalizmem IPN, a do tego dokłada ogromny wysiłek, by ruch związkowy był podzielony i de facto zabity przez działaczy z żółtej Solidarności. To najlepsze inwestycje prawicy w tym stuleciu.

I pamiętajcie: Od „coś tam lepiej”, „my to Europa”, „to samo ,ale bardziej elegancko”, „jesteśmy milsi” była i zawsze będzie Platforma Obywatelska. Teraz też w kolejce ustawia się Hołownia. Dla lewicy takie programowe nic to zawsze jest śmierć i wyborcy biorą, i wolą oryginał.

Górnicy walczą, rząd obiecuje

Ok. 400 robotników, którzy od poniedziałku nie wyjeżdżają na powierzchnię, jest zdeterminowanych pozostać na dole, dopóki ogólne deklaracje nie przerodzą się w konkrety.

Na razie strona rządowa dała do zrozumienia, że nie będzie obstawać przy strategii „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.”, która zakładała, że już w 2040 r. udział węgla w krajowym miksie energetycznym spadnie do 28 proc., a być może (w razie wzrostu cen w europejskim systemie handlu emisjami) nawet do 11 proc. Związki zawodowe oburzył nie tyle fakt samego nieuchronnego likwidowania kopalń co fakt, że rząd nie przedstawił razem z „Polityką…” żadnej koncepcji transformacji regionu. Związki obawiały się, że górnicy znowu mieliby tracić pracę z dnia na dzień, a całe miasta – pozostać bez zakładów pracy, wokół których funkcjonowały.

Po długich negocjacjach wieczorem i w nocy z 23 na 24 września związkowcy poinformowali dziennikarzy, że udało się stworzyć podstawy do kompromisu i dalszych rozmów.

– Zdecydowaliśmy się na to, iż transformacja sektora będzie miała model podobny, jak to miało miejsce w Niemczech. Czyli pracujemy nad tzw. modelem niemieckim długookresowej transformacji sektora. Udało nam się też wstępnie ustalić pewne elementy inwestycji w nowoczesne technologie – powiedział Dominik Kolorz, przewodniczący struktur NSZZ Solidarność w regionie śląsko-dąbrowskim. Przyjęcie modelu niemieckiego oznaczałoby m.in., iż państwo zadba o to, by w regionach, które wcześniej żyły z kopalń i węgla, powstały nowe miejsca pracy, związane choćby z energetyką odnawialną.

Podczas czwartkowej rundy negocjacji przedmiotem sporu będzie ostateczna data odejścia od węgla: górnicy chcą wskazania roku 2060, rząd – 2050. Negocjatorzy ze strony rządowej chcą, by w końcowym dokumencie porozumienia zapisano konkretną datę i „pewne kierunki” zmian.

Jeśli negocjacje, mimo obiecującego zwrotu, zakończą się fiaskiem, górnicy nie wykluczają drastycznych form protestu, jak podziemna głodówka. Nie odwołano również manifestacji, jakie odbędą się 25 września w Rudzie Śląskiej oraz 2 października w Warszawie.