Mięso wyborcze

Niektórym wydawało się, że PiS robi im dobrze. Tak im się wydawało i dalej wydaje. W rzeczywistości PiS traktuje obywateli jak mięso wyborcze.

W tych wyborach PiS oczekuje od swoich sympatyków zapłaty za otrzymane bonusy. PiS doskonale wie, że skończył się czas gospodarczego boomu. Idą czasy trudne. Trzeba wiec zrobić wszystko, by jeszcze raz zmusić, przekonać swoich wyznawców, by poszli do wyborów. Potem się zobaczy, co dalej.

Wiadomo jednak, że wyborca, któremu obojętna jest demokracja, ma przede wszystkim na uwadze swój byt codzienny i godzi się, aby pełny żołądek zagłuszył głos sumienia czy zwykłą przyzwoitość. Jak rządowych fruktów zabraknie wyborca może zacząć gryźć rękę niedawnego darczyńcy. I tego PiS bardzo się boi. Dlatego łamie kodeks wyborczy, łamie Konstytucję, oszukuje, bo wie że czasy w polityce idą niebezpieczne. Dla PiS-u nawet bardzo niebezpieczne. Nadzieja w samorządach i obywatelach, że odmówią organizacji wyborów i udziału w nich. Na bandytyzm PiS-u demokracja i przyzwoitość nic nie poradzą.

Tymczasem prowadzący kampanię wyborczą pan Prezydent udał się na Jasną Górę i tam modlił się, by Pan Bóg uchronił nasz kraj od pandemii. Pan Prezydent mógłby modlić się w pałacu prezydenckim. Najwyższy też by go wysłuchał, albo i nie. Pan Prezydent chciał się pokazać w telewizji i w świętym dla katolików miejscu. Kontakt z Bogiem miał zapewne znaczenie drugorzędne. Niestety modły Prezydenta nie zostały wysłuchane i pandemia rozwija się nadal według jej tylko znanych reguł. Tak zresztą było przez wieki, co pozwala wnioskować, że Opatrzność nie zajmuje się zarazami niszczącymi ludzkość.

Sam kościół po kilku nieodpowiedzialnych wypowiedziach, że koronawirus to kara za LGBT zamilkł. Dostrzegł śmieszność swoich wypowiedzi. Ja równie głupio mogę powiedzieć, że koronawirus to kara dla kościoła i wielu wiernych za głosowanie na PiS. Takiego myślenia nie zalecam, bo jednej głupoty nie zwalczy się głupotą inną.

Koniec dialogu społecznego?

W cieniu ustaw antykryzysowych, które najsilniej obciążają pracowników i praktycznie zostawiają na lodzie zatrudnionych na śmieciówkach, PiS przepchnął jeszcze zmianę w ustawie o dialogu społecznym.

Na mocy poprawek nr 180 i 200 zaproponowanych podczas nocnego głosowania premier uzyskał dodatkowe uprawnienia w zakresie kształtowania składu Rady Dialogu Społecznego. W okresie stanu zagrożenia epidemicznego oraz stanu epidemii będzie mógł odwołać dowolnego członka Rady, czy to reprezentującego stronę rządową, czy to przedstawiciela biznesu, czy związków zawodowych. O wykluczenie dowolnej osoby będą mogły zawnioskować reprezentowane w radzie organizacje, ale premier będzie też mógł działać bez niczyjego wniosku.

Związki i biznes: to skandal

Organizacje pracodawców i związki zawodowe są zgodne: to skandal. Zwłaszcza w kontekście powodów, na jakie będzie mógł się powołać premier, decydując o wyeliminowaniu członka Rady. Wskazano dwa: złożenie fałszywego oświadczenia lustracyjnego oraz „sprzeniewierzanie się działaniom Rady” i doprowadzenie do „braku możliwości prowadzenia przejrzystego, merytorycznego i regularnego dialogu”.

– Władza PiS, w obliczu pandemii koronawirusa, postanowiła jeszcze bardziej zewrzeć swoje szeregi – nie ma wątpliwości Piotr Ostrowski z OPZZ. W końcu tzw. tarcza antykryzysowa rządu Morawieckiego była krytykowana zarówno przez organizacje pracownicze, jak i przez przedsiębiorców. Nietrudno sobie teraz wyobrazić sytuację, w której bardziej konsekwentni i mniej ulegli wobec rządowej propagandy przedstawiciele strony społecznej będą wypraszani za drzwi, oskarżani o uniemożliwianie „dialogu”.

Rząd zaś będzie kontynuował swoje „negocjacje” np. tylko z przedstawicielami bardziej spolegliwych organizacji biznesowych i z „Solidarnością”, która swoją lojalność wobec PiS udowadnia na każdym kroku.

Akwizytorzy

Mój znajomy miał babcię, która padła ofiarą oszustów. Oszuści nie kryli swoich zamiarów. Przyszli do domu babci ładnie ubrani, ładnie mówili i pachnieli. Używali argumentów, którym trudno było zaprzeczyć. No i ostatecznie – oszukali. Zarobili co swoje, a starszej pani uprzykrzyli jesień życia. Czas. No właśnie kupili sobie trochę czasu. A czas to pieniądz, a pieniądz-to władza.

Starsza pani wpuściła do domu akwizytorów, którzy przekonali ją, że kiedy skomasuje wszystkie rachunki które do tej pory płaci w jeden, to wyjdzie taniej, bo przecież każdy blankiet płacony osobno, to osobna prowizja dla poczty, gazownika, zakładu energetycznego. A jak się tak miesiąc w miesiąc płaci, to przez rok nazbiera się co najmniej na nowy czajnik albo może nawet i odkurzacz, z tych tańszych. Oni za to, na dzień dobry, dadzą babci elektryczny masażer do karku, który można też używać jak rwie lumbago albo do stóp i obniżą jej miesięczne wydatki. Wystarczy podpisać, na dole po prawej stronie, czytelnie. Finał był taki, że starszej pani odcięto prąd i telefon, bo drobny druczek umowy przewidywał płatność na konto nowej firmy, która miała, oczywiście po potrąceniu sobie przydziału, odprowadzać należności do świadczeniodawców, czego nie robiła, tylko rozpłynęła się w marach polskiej gospodarki, jak plan Balcerowicza. Starszej pani został na osłodę chiński masażer do stóp. Nie wiem czy działa, czy już się popsuł.

Do Sejmu polskiego Polacy wpuścili parę lat temu grupę akwizytorów. W miarę wyglądali, dobrze byli ubrani. Jedni gadali o Polsce, o Panu Bogu. Drudzy gadali o tym samym, dodając przy okazji, że tamci pierwsi nic nie wiedzą, i że to oni wiedzą lepiej. Kiedy kraj, kompletnie na to nieprzygotowany, znalazł się na bombie zegarowej, akwizytorzy przygotowali dokumenty i podłożyli je do podpisania Polakom. W dokumentach było napisane, że wobec walki z zarazą pomogą małym i słabym, choć np. kredyt hipoteczny to już prywatna broszka banku i konsumenta, więc nie można się wtrącać bankom do ich spraw. Było tam poza tym mnóstwo zapisów, których normalny człowiek, bez pomocy prawnika albo księgowego, nie pojmie. Na koniec dodano jednak prawdziwy miętowy opłatek: nowelizację kodeksu wyborczego. I jako projekt poselski, niewymagający uprzednich konsultacji, tak jak to jest w przypadku projektów rządowych, położono na biurku pani marszałek, która zarządziła głosowanie. Kiedy zobaczyli to ci drudzy akwizytorzy, oczywiście umiejący czytać i pisać, zaczęli pomstować na pierwszych, że to zamach na demokrację, w czym akurat mieli sto procent racji. Majstrowanie przy kodeksie wyborczym, na miesiąc przed oficjalnym terminem elekcji prezydenta, to po prostu kryminał. Nie ma to nic wspólnego z poszanowaniem prawa, a przeczy przy okazji idei wolnych wyborów, bo jakie one wolne, kiedy robi się wszystko, żeby się odbyły, kiedy naród, w ponad 60 procentach, jest przeciw. Bo się najzwyczajniej o siebie boi. Akwizytorzy, jak widać, o naród się nie boją. Jedyne o co się boją to to, że sami stracą, tzn. nie zarobią Bo jak wybory się przełoży, wypłaci w kwietniu trzynaste emerytury, to kto o nich będzie pamiętał w październiku czy listopadzie. Nie dlatego przyznaje się emerytom trzynastki, bo się ich tak bardzo kocha, tylko dlatego, żeby ich przekupić. Gdybym był rządem i prezydentem, których sensem istnienia jest rządzenia dla rządzenia, też bym tak robił.

Tak czy inaczej, w środku nocy, przy szwankującym systemie do głosowania, władza akwizytorska głosuje, ręka w rękę, za tym, żeby pakiet tarczy pomocowej skierować do prac w Senacie, choć od razu widać, że to po prostu cyniczna gra, obliczona na przepchnięcie kolanem elekcji w pierwotnym terminie. Czemu więc opozycyjni akwizytorzy też za tym głosują? Ponieważ cały czas liczą, że nastąpi druga tura. A w niej wszystko jest możliwe. Jedni i drudzy grają wyłącznie na siebie. Co robi człowiek, kiedy widzi, że podsuwa mu się do podpisu kwit, w którym oprócz zapisów potrzebnych i takich, które popiera, znajdują się również takie, których tam w ogóle nie powinno być. Normalny człowiek, nie akwizytor, nie koniunkturalista ani wariat, mówi, że nie podpisze dokumentu, dopóki zapisy umowy, które są od czapy, z niego nie znikną. Czasami trwa to dość długo. Ostatnią umowę na płytę dla „Darmozjadów” negocjowałem ponad 2 miesiące.

Akwizytorzy jednak nie negocjują. Oni bez najmniejszego skrępowania wchodzą do człowieka na kwadrat i dają do podpisu lewą umowę, w której felerności mają pełne rozeznanie. Robią to cynicznie i bez mrugnięcia okiem, przytakując przy tym porozumiewawczo, że dzisiaj tak właśnie trzeba. Że w obliczu pandemii i kryzysu nie ma innego wyjścia. Pogłębiając przy okazji kryzysy do granic depresji. A w depresję niedługo przyjdzie ludziom popaść. Bez dwóch zdań. Wtedy dopiero będzie w Polsce dół…

Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes Kaczyński nie wierzy w skuteczność zaproponowanej przez siebie „Tarczy antykryzysowej”. I przyjętej przez jego większość sejmową.
Dlatego nakazał aby dorzucić do pakietu „antykryzysowych” propozycji dodatkową poprawkę zmieniającą Kodeks Wyborczy.
I tak pod przykrywką „Tarczy antykryzysowej” uchwalono dodatkowo osłaniającą go „tarczę polityczną”.
Bramę dla przyszłych szalbierstw i manipulacji wyborczych dokonywanych przez elity PiS.

Jaśnie pan prezes jest wyjątkowo zdolnym uczniem genseka Stalina. Wie, że w autorytarnej demokracji nieważnym jest kto na kogo głosuje, ważne jest kto i jak liczy oddane głosy.
Przegłosowana przez większość sejmową PiS poprawka daje duże pole do fałszerstw wyborczych stronie rządzącej. Kontrolującej administrację państwową, państwową pocztę, prokuraturę, policję, wojsko. Zwłaszcza wojsko „obrony terytorialnej”, traktowane jak psy pociągowe w zaprzęgach jaśniepaństwa PiS.

Gdyby jaśnie pan Jarosław Kaczyński wierzył w skuteczność promowanej przez jego premiera „Tarczy antykryzysowej”, to nie musiałby się uciekać do podsuwania Sejmowi RP kolejnych ustaw niezgodnych z Konstytucją RP i innym prawem niższego rzędu.
Nie manipulował by tak prawem, aby maksymalnie oddalić dzień oddania swojej władzy. Widmo grożącej mu odpowiedzialności za wielokrotne łamanie prawa i sprawiedliwości społecznej.
Bo przecież skuteczność lansowanej przez elity PiS „Tarczy antykryzysowej” byłaby najlepszą gwarancją dla utrzymania wysokiego społecznego poparcia dla nich. Skuteczność rządowej polityki antykryzysowej najlepiej zagwarantowałaby wysoką wygraną i reelekcje pana prezydenta Dudy jesienią 2020 roku lub wiosną 2021.
Zagwarantowałaby też trzecią kadencję rządów PiS. Bez szalbierstw w rodzaju „korespondencyjnego głosowania dla sześćdziesięciolatków +”.

Skoro jaśnie pan prezes nie wierzy w skuteczność „Terczy antykryzysowej”, czyli też w uczciwą wygraną i reelekcję pana prezydenta Dudy, to musi uciekać się do wyborczych szalbierstw.
Do wprowadzenia „wyborców korespondencyjnych”. Wygrywanych przez służby pocztowe jaśnie pana prezesa na jego korzyść”.

Co się stało z polską demokracją, z polskim poczuciem wolności i godności obywatelskiej ?
Oto jeden zgorzkniały, zdezelowany psychicznie polityk, formalnie szeregowy poseł, nakazuje społeczeństwu polskiemu iść do wyborów, czyli na śmierć, i nikt z elit PiS nie odważy się zaprotestować?
To tak wysokie posłuszeństwo czy skurwienie ?

Oficjalnie rząd pana premiera Morawieckiego odwołał wyjazd delegacji Federacji Rodzin Katyńskich na obchody Dziesiątej rocznicy katastrofy smoleńskiej i Osiemdziesiątej rocznicy zbrodni katyńskiej. Z powodu zarazy konornawirusem.
Początkowo, jak już informowaliśmy, do Smoleńska lecieć miał pan premier, a do Charkowa i Bykowni pan prezydent. Początkowo jaśniepan prezes nie wyrażał zainteresowania lotem. Ale potem zmienił zdanie. Dlatego kancelaria pana premiera ma przygotowany wariant lotu do Smoleńska. W wąskim gronie. Jaśniepan prezes, pan premier, któryś z marszałków. Nie więcej niż 30 – 50 osób.
Już się lizusy z PiS na listę pokładową pchają.

Walcząc z rozpowszechniająca się zarazą pan prezydent Duda udał się z pielgrzymką na Jasną Górę. Tam lansował się podczas Apelu Jasnogórskiego korzystając z wielkiej popularności wśród polskich katolików czarnej Żydówki, zwanej też „Matką Boską Częstochowską”. Czynił to łamiąc obowiązujący polskich obywateli limit „pięciu osób w obrzędach liturgicznych”. Ale pan prezydent Duda jest w Polsce ponad prawem. I sprawiedliwością też.

Pamiętacie zbliżające się święta wielkanocne w czasach Polski Ludowej i zapowiedzi w dziennikach telewizyjnych o zbliżających się statkach z cytrusami od bratnich chińskich komunistów?
Teraz walcząc z rozpowszechniającą się zarazą pan prezydent Duda przez trzy dni zapowiadał samolot, który przyleci z Chin ze środkami ochrony dla służby zdrowia, też od bratnich komunistów chińskich.
Potem było jak w Radio Erewań. Nie jeden, ale trzy, nie dary, lecz towary, czyli płatne.
Ale warto było patrzeć jak zawodowi, PiS – owscy antykomuniści dostają orgazmu na widok komunistycznych maseczek na twarze.
Tak to komunizm na kolana rzucił PiS.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej

MASZ WYBÓR

Sejm obradował głuchą nocą
by znowu prawo zepsuć z mocą
i osobliwym rozwiązaniem
„urozmaicić głosowanie”.
Jeśli 60 lat skończyłeś
mam dziś dla Ciebie wieści miłe.
Chociaż to niezbyt wiele zmienia,
masz wybór miejsca zakażenia.
Możesz wirusa, tak jak wszyscy
z wyborczej przynieść w dom komisji
lub go na poczcie w płuca przyjmiesz
głosując korespondencyjnie.
Niestety dalej – daję słowo
wszystko już pójdzie standardowo,
zaś konsekwencją będzie tłumny
ogólnopolski „marsz do trumny”
Niech zatem zabrzmią gromkie brawa
dla tej wspaniałej zmiany prawa.

Ryszard Grosset

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Krzysztof Penderecki (1933-2020)

Krzysztof Penderecki zawsze będzie mi się kojarzył przede wszystkim ze swoją muzyką do filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” W.J. Hasa, kompozycją będącą pastiszem nawiązującym do stylu charakterystycznego dla wieku XVII i XVIII. Brawurowa uwertura do tej kompozycji towarzyszy wysmakowanej, misternej czołówce filmu wyrysowanej przez Lidię i Jerzego Skarżyńskich.
Urodzony 23 listopada 1933 roku w Dębicy, już od wczesnych lat sześćdziesiątych uważany był za najwybitniejszego polskiego kompozytora po Fryderyku Chopinie i uznany za wielkiego mistrza awangardy, choć on sam przeciw temu słowu konsekwentnie oponował. Sens tego określenia jest często dyskutowany a nawet kwestionowany, jako że „awangarda” oznacza sztukę wyprzedzającą czas, tymczasem ona także z czasem staje się klasyką lub co najmniej dołącza do tradycji.
Penderecki stworzył nową polską szkołę kompozytorską, bardzo trudną w odbiorze dla muzycznych laików, przez złośliwych uważaną za kwintesencję „niezrozumialstwa i hermetyzmu”, ale przyjętą z uznaniem na całym świecie, uhonorowaną niezliczonymi nagrodami i laurami. Skomponował cztery opery, osiem symfonii i szereg innych utworów orkiestrowych, koncertów instrumentalnych, oprawę chóralną tekstów religijnych, a także utwory kameralne i instrumentalne. Do jego najsławniejszych utworów należą takie dzieła, jak „Ofiarom Hiroszimy – Tren”, „Pasja według św. Łukasza”, III Symfonia czy „Polskie Requiem”, wraz z włączoną do niego „Lacrimosą”.
Premiera jego pierwszej i najsłynniejszej opery, „Diabły z Loudun”, miała miejsce w Hamburgu i Stuttgarcie w 1969 roku. Od połowy lat 70. styl kompozytorski Pendereckiego zmienił się, a – jak pisali znawcy – „jego pierwszy koncert skrzypcowy skupił się na półtonie i trytonie”. W latach osiemdziesiątych powstało jego chóralne dzieło „Polskie Requiem”.
Muzyka Pendereckiego niejednokrotnie była wykorzystywana przez twórców filmowych. Jego utwory znalazły się w takich filmach jak „Egzorcysta Williama Friedkina, „Lśnienie” Stanleya Kubricka, „Dzikość serca” Davida Lyncha, Ludzkie dzieci Alfonso Cuaróna, „Katyń” Andrzeja Wajdy oraz czy „Wyspa tajemnic” Martina Scorsese.
Był też wybitnym pedagogiem muzycznym, przez wiele lat profesorem i rektorem Akademii Muzycznej w Krakowie, ale także mecenasem kultury. Jego wyrafinowany estetyczny smak i upodobania wyraziły się też. m.in. w dokonaniu renowacji XIX-wiecznego dworku w podkrakowskich Lusławicach, który stał się miejscem spotkań ludzi kultury. Z otaczającego dworek rozległego, 30-hektarowego parku uczynił arcydzieło sztuki arborystycznej, opartej na artystycznym sadzeniu, uprawianiu i pielęgnowaniu drzew oraz roślin drzewiastych.

Ja jestem desperat!

Profesor ma 81 lat. Oczy profesora mają tyle samo, ale wyglądają na 25. Błyszczą. Spotykamy się w wigilię polskiego początku pandemii koronowirusa. Na pasku jednego z kanałów biegnie informacja o tym, że premier zamyka szkoły na 2 tygodnie. Dziś już każde dziecko wie, że przerwa w nauce potrwa co najmniej do połowy kwietnia. W parę dni bezpieczny świat który znaliśmy przepadł i nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci. A my dwaj, ja i profesor, trochę jak orkiestra na Tytaniku. O tym, o owym, bardziej o dawnym niż bieżącym. Bez pośpiechu i lęku. Dzwoniłem wczoraj do profesora. Ma się dobrze. Choć pozostaje w grupie ryzyka, nie zamierza poddać się chorobie bez walki. Ciągle nad czymś pracuje, coś opiniuje, snuje plany. Z Pawłem Bożykiem rozmawia Jarek Ważny.

Widzi Pan co się dzieje? Zamykają szkoły, wczoraj zakazali imprez masowych. Kultura i nauka schodzą do podziemi.
No niestety. Dla rządzących kultura i nauka to zawsze był jeden szajs. Nikt się z ich zdaniem nie liczył. Jak będą podskakiwać, to im trochę przykręcimy śrubę i po sprawie. Niektórych nie będziemy publikować…a co Pan tam ma na talerzu (rozmawiamy w kawiarni, kelnerka podała właśnie kawę i tosty)?
To keczup zwykły chyba…no tak. Chce Pan spróbować?
Nie, akurat niedawno wstałem od stołu, po śniadaniu.
Szczęściarz z Pana…
Akurat dziś mogłem pospać dłużej, bo wczoraj do późna czytałem. Doradcy prezydenta Dudy ds. Unii Europejskiej stworzyli taki materiał i wczoraj, późnym wieczorem, wysłali mi to mejlem dodając: profesorze, to jest tylko parę stron. Niestety te parę stron, to 120 kartek maszynopisu, zadrukowanych drobnych maczkiem jak cholera. Poza tym ten zespół który to pisał, mocno sili się na naukę, albo raczej na „naukawość”, więc przeczytałem 2/3, ale zachciało mi spać, i dzisiaj będę musiał doczytać resztę, ale to mordęga straszna…
A Pan to opiniuje w charakterze czy normalnie?
Oni wiedzą, że jak im coś powiem, to tak uważam, że nie mówię tego „pod władzę”.
Ale to są kwestie gospodarcze, ekonomiczne?
Głównie ekonomia, tak. Ale tu się towarzystwo zastanawia, czy Polska ma szanse do 2050 roku usamodzielnić się energetycznie. Czy jest taka szansa. Ja uważam że nie ma takiej szansy. Ktoś z nich wpadł na pomysł, że my się gazowo uniezależnimy od Ruskich. Rozbudowywać gazoporty, od Amerykanów z tych łupków, ale to nigdy nie będzie alternatywa dla Rosji. Oni są monopolistą i mają w ręku niesamowitą broń.
No właśnie, to czemu nie możemy się z nimi dogadać?
Ja to już mówię od dawna, ale ciągle walę głową w mur. Trzeba się z Ruskimi dogadać. Przecież my nie mamy z nimi żadnych konfliktów. Że samolot jest w Rosji, że zamach? To nie może stać na przeszkodzie, bo tracimy ekonomicznie na tym.
Swoją drogą, to zadziwiające, że administracja prezydencka zgłasza się do Pana po prośbie. Jakoś nie widzę punktu stycznego między prezydentem Dudą a Edwardem Gierkiem i jego głównym doradcą.
Zgłaszają się do mnie, bo ja dobrze znam Jarosława Kaczyńskiego. Znałem dobrze Lecha Kaczyńskiego. Obu braci spotkałem jesienią 1980 roku w Gdańsku. Miałem tam wykład na temat czy Polsce grozi kryzys gospodarczy. To organizowała Solidarność gdańska. Przyszło bardzo dużo ludzi. Miało się zacząć o 19, zaczęło się o 21 a skończyło o 1 w nocy. Super była w ogóle debata i atmosfera. Byli na niej obaj bracia. I później nie miałem z nimi wiele wspólnego. Aż do wyborów prezydenckich w 2005 roku. W przeddzień pierwszej tury zadzwonił do mnie dyrektor Opery Warszawskiej, Janusz Pietkiewicz, z którym przyjaźniliśmy się i zapytał: słuchaj, czy dziś nie spotkałbyś się z Lechem Kaczyńskim? Zorganizował u siebie takie spotkanie. Wiesz, mówi Pietkiewicz, dobrze by było, żebyś tego człowieka poznał. Twoje nazwisko on zna, oni wszyscy zresztą doskonale je znają. Przyjdź o drugiej, będzie moja żona, podejmiemy cię dobrą kawą, a po kwadransie przyjdzie Lech z żoną i pogadamy sobie o różnych rzeczach…
Brzmi cokolwiek zagadkowo…
Ale dla mnie bardzo interesująco, bo ja byłem przecież spoza tego establishmentu. No i rzeczywiście było tak, jak się umówiliśmy. Przyszedł Lech z Marią. Ona zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Niezwykle ciepła, ujmująca osoba. Rozmowa z nią była dla mnie prawdziwą przyjemnością. A sam akt rozmowy naszej też był dość ciekawy; oni mi zadawali pytania, głównie ona, a w trakcie tej naszej konwersacji dzwonił do Lecha Jarek, pamiętam siedem razy dzwonił; o czym oni rozmawiali to nie wiem, bo Lech szedł wtedy na drugą stronę salonu, przytykał komórkę ręką i coś tam szeptali. Potem wracał i wracaliśmy do tematu; głównie ich interesowały moje osobiste sprawy; losy mojego ojca na Sybirze, mojej matki, lata wojny, UPA, relacji rodzinnych, takie rzeczy. Ja im to wszystko opowiadałem, oni słuchali w skupienia, Maria Kaczyńska, to pamiętam miała łzy w oczach, jak te koleje losu moich bliskich im referowałem. Rozmowa trwała 2,5 godziny. Chwilę później Lech został prezydentem. Ja kontaktu już nie odnawiałem, wymieniliśmy się telefonami, ale nigdy już żeśmy się nie spotkali. Za to 3 albo 4 lata temu zadzwoniła do mnie sekretarka Jarosława…
Legendarna pani Basia!
Tak jest, pani Basia, ta sama! I mówi do mnie: zatęsknił za panem Jarosław Kaczyński…
Doprawdy, nie wiem czy zazdrościć czy jednak…
Ale proszę posłuchać dalej. Pani Basia, w imieniu prezesa, zaprasza mnie do niego na Nowogrodzką, na spotkanie. Tylko jak będę się wybierał, to ma prośbę, żebym zabrał ze sobą trzy egzemplarze mojej książki swojej „Hanka, miłość, polityka”, bo wtedy akurat to wyszło. I jedną książkę proszę zadedykować dla prezesa, drugą dla mnie, mówi pani Basia, a trzecią dla córki Lecha-Marty. Więc spełniłem te prośby i poszedłem. Jak już tam wchodziłem do sekretariatu, to Jarosław wyszedł z gabinetu, rozanielony, zaprosił mnie do środka i mówi: pragnąłem się od dawna z panem zobaczyć, bo Leszek i jego żona nie ustawali w komplementach pod pana adresem. Pan podobnież poprowadził tą Waszą rozmowę tak, że oni do śmierci niemal ją wspominali. No ja podziękowałem i tak żeśmy od tych uprzejmości przechodzili na kolejne tematy, a kiedy wchodziłem do Jarosława, to pani Basia mnie poprosiła, żebym był nie dłużej jak 0,5 godziny, bo w kolejce jest zapisana delegacja Solidarności, 20 chłopa, a ona mam tu tylko dwa krzesła w poczekalni. Po godzinie, pani Basia zajrzała dyskretnie do środka, na co Jarek przytaknął, że pamięta i że już kończymy. W drugiej części tej naszej pogawędki, mówiliśmy o tym, jaką polski rząd powinien prowadzić politykę wobec Rosji. Jarosław mnie pytał, jako człowieka, który Rosję zna i rozumie, a ja mu odpowiadałem to, co już mówiłem wcześniej: musi się Pan z nimi dogadać. Nie ma innej drogi. I on słuchał, a później prowadził kompletnie odwrotną politykę, niż ja wtedy mu mówiłem. W każdym razie rozmowa znacznie przekroczyła wyznaczony wstępnie czas. Nie byłem niezadowolony, bo rozmowa była nad wyraz interesująca.
I o czym Panowie tyle czasu rozmawiali, oprócz polityki wobec Rosji?
A różnie. I o sprawach prywatnych i o dużej i małej polityce. Wspominaliśmy stare czasy. Jarosława ciekawiło np. jaki był Gierek; ja mu wtedy zdradziłem, jak kiedyś, u Gierka w sekretariacie, przy świadkach mu powiedziałem, że jak będzie dalej słuchał Kani, Jaruzelskiego i innych, to go stąd wyrzucą na zbity pysk. Jarosław, pamiętam, bardzo się tym zainteresował i mówi do mnie: o, to widzę że z pana jest ostry zawodnik. A ja jestem z natury desperat; wtedy, u Gierka, myślałem, że naprawdę mnie wyrzucą za tą pyskówkę, ale po dwóch dniach Gierek mnie wezwał i zaproponował, żebyśmy wspólnie pojechali do robotników, do Poznania, to był 79 rok. Pamiętam, że dolecieliśmy do Poznania samolotem, na lotnisku przesiedliśmy się do takiego dużego wieloosobowego mercedesa, a tuż za bramą lotniska czekała na nas „przypadkowo” napotkana grupa młodzieży socjalistycznej, wznosząca spontanicznie hasła na cześć towarzysza Gierka…
Czytałem kiedyś, że jak Gierek podejmował po mundialu reprezentację Polski Kazimierza Górskiego, i pod gmachem KC tłum wiwatował na cześć piłkarzy, I sekretarz miał się był zwrócić do premiera Jaroszewicza: słyszycie towarzyszu premierze, jak naród nas kocha?
(śmiech) Tak, to by było do Gierka podobne.
Ale on tak na serio?
Nie sądzę, on nie był idiotą, wiedział, jak się sprawy mają naprawdę. Ale co mu tam w głowie siedziało, to nie wiem…
3 marca zmarł Stanisław Kania, ostatni żyjący I sekretarz. Wybiera się Pan na pogrzeb?
Nie, nie uważam, żebym był tam potrzebny, to by było dwuznaczne…
Jakie relacje was łączyły? Rozmawialiście w ogóle? W końcu to właśnie On zatopił Gierka i w konsekwencji, także Pana.
Normalnie rozmawialiśmy. On mnie bardzo często zapraszał na obiady do siebie. Ja oczywiście wcześniej informowałem Gierka o tym, że Stanisław Kania mnie zaprasza, a Gierek nie miał nic przeciwko. Tak samo do Jaruzelskiego, też chodziłem, jak zapraszał…
Sąsiadami Panowie byliście.
No tak, ulica w ulicę mieszkaliśmy na Mokotowie. Ale wtedy chodziłem oficjalnie do niego, do Ministerstwa Obrony. I na początku było poprawnie, ale później nasze stosunki się zepsuły.
Słyszałem, że nie chciał Panu wydać paszportu, tak?
No tak mnie załatwił. Miałem jechać w połowie lat 80. na jednego z dyrektorów do UNESCO, do Paryża. Byłem wtedy z nominacji sekretarza generalnego ONZ członkiem senatu Uniwersytetu Narodów Zjednoczonych, i znałem tą całą czołówkę, gdyśmy się w Tokio spotykali, bo tam była siedziba. I tam poznałem szefa UNESCO, który mnie do pracy zaprosił, bośmy się polubili. Trzeba było załatwić paszport dyplomatyczny. Niestety, generał się nie zgodził, no i ostatecznie do Paryża nie pojechałem. A same wcześniejsze spotkania z Jaruzelskim to były czysto merytoryczne; ja mu po prostu wykładałem ekonomię, on pamiętam, wszystko zapisywał. Miał dziesiątki pytań, przygotowywał się do tych rozmów.
To czym mu Pan podpadł, że nie wydał Panu tego paszportu?
Samym faktem, że współpracowałem z Gierkiem. On był zazdrosny bardzo.
Lubi Pan filmy?
Lubię, ale do kina nie chadzam za często…
„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego Pan widział?
Widziałem, nie podobał mi się.
Dlaczego?
Bo uważam że jest nieprawdziwy. Z niego wynika, że oni tam, na tym Wołyniu, to się generalnie kochali, żenili się między sobą, żyli w zgodzie do pewnego momentu, w którym wszystko na raz runęło. Jedni wyrżnęli drugich i nastała nienawiść.
Stosunki z Ukrainą można jakoś ucywilizować?
To wie Pan, musi minąć kilka pokoleń. Dla mnie są one na teraz nie do naprawienia. Nasze relacje między narodami są po prostu głęboko patologiczne; od czasów polskiego na Ukrainie panowania. Kiedyś ukraińskie studentki na przerwie zapytały mnie, kogo ja bardziej poważam i lubię: Ukraińców czy Rosjan? Jeśli chodzi o Rosjan, to oni aresztowali mojego ojca, który już nigdy później do Polski nie wrócił, tylko dlatego że przed wojną był w polskim wojsku. A jeśli chodzi o Ukraińców, to oni zastrzelili mi matkę, bo była Polką. I więcej już żadnych podobnych pytań nie było.
A pańskim zdaniem przyciąganie Ukrainy do Zachodu to dobry kierunek w naszej polityce?
Dzisiaj to już jest bez znaczenia. To taki czyn charytatywny, za który nie będzie później zapłaty. Dziś Ukraina widzi, że Polska się bogaci, że pomoc Unii nam bardzo wiele dała.
Pomoc Unii? A nie reformy Balcerowicza na początku lat 90.?
Skąd. To było 20 procent tąpnięcia w dół, którego nie odrobimy nigdy.
Plan Balcerowicza to 20 lat zastoju?
Oczywiście.
A była wtedy alternatywa dla reform Balcerowicza?
Lepsza np. była tzw. metoda czeska. Przecież oni niczego nie stracili, spokojnie się odbili. A myśmy to robili krwawiąc. Cały pomysł był błędny. Sachs przecież wyparł się wszystkiego, mówiąc, że to był jego życiowy błąd.
To czemu Balcerowicz się na to złapał?
Bo…on – moim zdaniem – pewnych rzeczy zwyczajnie nie chciał pojąć.
A jak Pan dziś, kiedy choroba świat pożera, patrzy na rynki, na gospodarkę, to jest się czego bać?
Nie mogę powiedzieć, że nie, bo byłbym nieuczciwy wobec siebie, ale nie mogę też mówić, że zaraz wydarzy się tragedia i należy wołać zmiłowania, bo jeszcze do tego daleko.
Rozwarstwienie ekonomiczne i społeczne świata Pana nie martwi?
Oczywiście że tak, ale niewiele można z nim zrobić przy tym światowym porządku.
A nie będzie tak, że niedługo 90 procent biednych rzuci się do gardeł 10 procentom bogatych i wyrżnie ich jak Jakub Szela panów w Galicji?
Nie. Bogaci mają w swoich rękach zbyt wielką siłę. Poza tym człowiek ma naturalne skłonności do asekuranctwa. Boi się stracić i zaryzykować tym, co już ma. Istnieje oczywiście groźba przesilenia, i wtedy stary porządek może się zawalić, tak jak przed wielkimi konfliktami w historii świata.
A czy czasem nie stoimy u progu takiego przesilenia już teraz? Zmiany klimatyczne, pandemia…
Obecne zmiany klimatyczne to wydumany problem. Amerykanie w ogóle się tym nie przejmują. Według prezydenta Trumpa, takie ocieplenie klimatu tysiąc lat temu miało miejsce i nic z tego nie wyniknęło dla planety. To są pewne ciągi; plamy na słońcu powtarzają się i giną. W skali wszechświata to powtarzający się proces.
To komu potrzebna ta histeria z którą mamy teraz do czynienia? Kto na niej zarabia?
Są określone grupy, które rzeczywiście na niej zarabiają.
Spekulanci giełdowi?
Nie, to za mali gracze.
Koncerny, globalne marki?
Częściowo koncerny, grupy ludzi, częściowo poszczególne kraje. Na razie nie sposób tego nazwać.
Konflikt światowy między USA a Chinami nie wydaje się Panu realny?
Jeśli by do niego doszło, to Chiny mają mniejszy potencjał atomowy, a liczyć potrafią. A w sytuacji zagrożenia hegemonii USA i otwartego konfliktu, trudno dziś sobie wyobrazić, że nie ruszymy atomu. Poza tym większość konfliktów jest moim zdaniem nieplanowana, nieprzewidywalna.
Czy mamy dziś w Polsce na tyle światłych polityków, którzy potrafią antycypować to, co się będzie działo w świecie?
Trudne pytanie. Polska jest w dziedzinie polityki dosyć ułomnym krajem, przez wzgląd na ludzkie charaktery. Polska ani nie jest dobrym słuchaczem, ani nie jest dobrym projektorem. Tym, czym żyje polska ulica albo co piszą nasze gazety, nie należy się za bardzo przejmować. Co jakiś czas, raz na 100 tysięcy wielkich wydarzeń Polak czymś zabłyśnie i tyle.
To co zrobić, żeby zabłysnął raz na 50 tysięcy? Dawać więcej na naukę?
To na pewno też, ale czy to zmieni nasz charakter? My raczej czekamy na to, żeby coś nam spadło z nieba, a taki Chińczyk sam do tego nieba sięga i czegoś w nim szuka.

Tarcza, która nie ochroni

Tarcza Morawieckiego nie zawróci kijem recesji światowego kapitalizmu wspierając polskie mikrofirmy i zakłady uzależnione od dobrej koniunktury na rynkach światowych. Ten plan to ogromna pomyłka, która doprowadzi do katastrofy na rynku pracy i w produkcji.

Jako niewielki kraj Polska samodzielnie nie odmieni koniunktury światowej i nie wstrzyma trendów globalnych. Zależymy od gospodarki niemieckiej i światowych rynków, a rozwiązania krajowe nie powstrzymają finansowego krachu i rozpędzającego się kryzysu.

Tzw. tarcza przygotowana przez rząd Morawieckiego jest kompletną katastrofą i to niezależnie od tego, jaki jest nasz polityczny punkt widzenia. Jest ona kompletnie nieskuteczna nawet z perspektywy rozwiązań kapitalistycznych. Zakłada bowiem dopłaty z budżetu tylko dla małych – a więc i mało dochodowych, i mniej istotnych firm. Po drugie: drobnych i zazwyczaj posiadających znikome oszczędności małych firm nie będzie stać na wypłacanie kilkudziesięciu procent pensji pracowniczej przez kilka miesięcy w sytuacji, kiedy światowy łańcuch produkcji i konsumpcji został przerwany. Opłacanie z budżetu tylko 40 proc. płacy okaże się kompletnie nieskuteczne – ponieważ źródło dla pozostałej części często po prostu już nie istnieje. Tarcza nie ochroni małego biznesu żyjącego z dnia na dzień, a dużego natomiast w ogóle nie dotyczy. To środek, który ma służyć ochronie drobnej przedsiębiorczości, lecz w rezultacie obciąży tylko budżet państwa i nie przyniesie żadnych korzystnych, czy trwałych rozwiązań. Rozwiązania proponowane w Tarczy bez wątpienia są też zagrożeniem dla świata pracy. Postulowane uelastycznienie umożliwi wyzysk po 12 godzin na dobę, a zwolnienie firm ze składek jeszcze bardziej pogrąży budżet naszego – już niewydolnego – systemu ochrony zdrowia.

Polskie firmy już teraz zapowiadają setki tysięcy zwolnień, a prezesi już w tym momencie zamykają nierentowne fabryki i ograniczają produkcję. Robią tak z uwagi na spadek światowej konsumpcji i trendy o charakterze globalnym. Rząd tymczasem nie ma żadnego pomysłu, jak zamortyzować nieunikniony wzrost bezrobocia i obciążenia systemu pomocy socjalnej. Podtrzymanie na kroplówkach części spośród drobnych firm nie uratuje miejsc pracy – państwo nie będzie w stanie miesiącami finansować niedochodowych mikroprzedsiębiorstw, spośród których olbrzymia część nigdy już nie wróci do działalności w trybie sprzed światowej pandemii.

Nic nie będzie jak dawniej

Nie bez powodu francuski minister rolnictwa wzywa tracących zatrudnienie w sektorze usług do pracy w rolnictwie. Struktura gospodarki się zmieni, zmienią się ludzkie przyzwyczajenia i na całe lata nie wróci już koniunktura sprzed pandemii. Miejmy zresztą nadzieję, że nie wróci już nigdy, gdyż rozbuchany konsumpcjonizm najskuteczniejszy był dotychczas w niszczeniu klimatu naszej planety.

Mamy już pierwszy raport dotyczący skokowo rosnącego bezrobocia w Stanach Zjednoczonych (i to pomimo transferów setek miliardów dolarów w giełdę). Wedle niego liczba bezrobotnych starających się o zasiłek wzrosła tam w przeciągu trzech tygodni o trzy miliony (z poziomu 280 tys.!). Premier Morawiecki zamierza jednak bawić się w polską wersję FED-u. Tyle tylko, że zamierza ratować najmniejsze i najmniej dochodowe przedsiębiorstwa. To prosty przepis na klęskę i potworne koszty społeczne. Czekają nas masowe zwolnienia. Będą kolejki do urzędów pracy i po świadczenia społeczne. Będą eksmisje i tysiące bezdomnych. I będzie też ogromna bezradność głupszego niż neoliberalizm rządu. Rząd nie ma świadomości, że nic nie wróci już do pełnej „normy” sprzed kryzysu. Nie rozumie też, że zadaniem państwa w kryzysie jest sterowanie gospodarką, a nie dawanie pieniędzy drobnym firmom, które są najmniej odporne na wahania koniunktury i z których ogromna część już zaraz ogłosi upadłość. Rząd Morawieckiego jest też przesiąknięty starodawną ideologią neoliberalizmu i traktuje państwo, jak darmowy worek bez dna dla upadającego biznesu. Stany Zjednoczone robią dokładnie to samo – tam mamy jednak do czynienia z potężną gospodarką i państwowym sektorem militarnym przynoszącymi gigantyczne zyski. U nas sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Polski kapitalizm jest biedny i uzależniony od innych gospodarek, a państwowy budżet bardzo skromny. Zawdzięczamy to temu, że przez całe lata mieliśmy bardzo niskie podatki dla przedsiębiorstw. Rezultatem tej „troski” o firmy jest bardzo tanie państwo i przywiązanie do antypaństwowych schematów myślenia, które przynosi obecnie swoje efekty.

Przez to środki na utrzymywanie prywatnych firm szybko się skończą, a nowych po prostu nie będzie, ponieważ podatki były zbyt niskie i nie było odpowiedniej progresji (zwłaszcza podatku CIT). Zezwalaliśmy też na transfer gigantycznych zysków za naszą granicę – m.in. za sprawą polityki PiS-u i całkowitego podporządkowania się interesom USA. W ten właśnie sposób pozbawiono nas wpływów z odpowiedniego opodatkowania korporacji, czy zwolniono z podatków amerykańskie koncerny medialne. Poprzednie rządy zrobiły dosłownie wszystko byle tylko osłabić budżet, osłabić państwo i zawierzyć życie polskich obywateli kapitałowi, który najchętniej wysłałby nas już do pracy i to pomimo szalejącej pandemii i ryzyka milionów zgonów.

Tworzyć miejsca pracy

Zadaniem zdrowego państwa jest przygotowanie społeczeństwa na kryzys i na nieunikniony skokowy wzrost bezrobocia. Potrzebujemy gospodarczej mapy przyszłości, szybkich działań ze strony państwa i stworzenia nowych miejsc pracy w sektorach przyszłości: związanych z bezpieczeństwem obywateli, zdrowiem, produkcją żywności itd. Tymczasem głodni darmowych dopłat polscy przedsiębiorcy już teraz mówią o potrzebie drugiej i trzeciej tarczy antykryzysowej. I jest to w pełni zrozumiałe. Pragną utrzymać swój dotychczasowy model produkcji, bo przy niewielkim kapitale i niskiej elastyczności nie będą w stanie się przebranżowić i dostosować do zmieniających się okoliczności. Zamiast dotowania płac w niedochodowych przedsiębiorstwach należy tworzyć dochodowe i stabilne miejsca pracy w państwowych zakładach.

Co wiemy na pewno to, że rynek nie jest odporny na kryzysy i reaguje znacznie wolniej od państwa. Rynek – inaczej niż państwo – ceni też sobie zysk za wszelką cenę. Nie zatrzymają go miliony umierających z głodu, czy śmierć z chorób (zwłaszcza w przypadku kapitalistycznie nierentownych już osób starszych).

Na najbliższe miesiące należy zagwarantować płacę minimalną dla wszystkich tych, którzy stracą pracę i źródło utrzymania. Następnie trzeba wdrożyć państwowe programy tworzące miejsca i zakłady pracy dla tych, którzy tę pracę stracą. Państwo nie powinno wspierać mikrofirm, które nie wykazują żadnych zysków. Zamiast tego powinno jednak wspierać finansowo duże zakłady i przedsiębiorstwa. Powinno jednak robić to tylko i wyłącznie w zamian za udziały na rzecz państwa oraz dołączenie załóg pracowniczych w poczet ich kierownictwa.

Uzdrowić służbę zdrowia

Państwo musi też błyskawicznie znacjonalizować cały system ochrony zdrowia, ponieważ sektor prywatny jest antyspołeczny i kompletnie nieskuteczny w walce z pandemią. Potrzebne jest też planowe kształcenie i zatrudnienie lekarzy. Niezbędna jednocześnie jest gruntowna reforma ochrony zdrowia: niedopuszczalna musi stać się np. sytuacja w której wielu pracowników ochrony zdrowia pracuje w wielu miejscach jednocześnie. Potrzebne jest też odejście od prywatyzatorskiego systemu kontraktowego i limitów, które paraliżują możliwość korzystania nawet z już zakupionego sprzętu. Ten bardzo często stoi nieużywany, gdyż skończyły się już limity zabiegów opłacanych przez NFZ, natomiast za dopłatą od pacjenta uruchamia się go praktycznie od razu i bez kolejki (tak, ten sam sprzęt, który zakupiono z podatków). Nakłady na zdrowie powinny przy tym wzrosnąć przynajmniej do poziomu 9 proc. PKB. Pełnej, antyspekulacyjnej nacjonalizacji muszą też zostać poddane wszystkie fabryki produkujące środki bezpieczeństwa (maseczki, stroje ochronne, czy płyny do dezynfekcji). Walka ze spekulacją jest też konieczna na rynku spożywczym: podwyżki cen podstawowych produktów najbardziej uderzają bowiem w osoby niezamożne, których pensje skokowo tracą w tym momencie na swej wartości.

Konieczne jest zwiększenie płac w kluczowych dla funkcjonowania państwa branżach, gdzie pracownicy są najbardziej narażeni. Trzeba też błyskawicznie zatroszczyć się o najbiedniejszych i zwyczajnie zlikwidować bezdomność – mowa tu o osobach szczególnie narażonych w czasie epidemii, które utraciły też dostęp do datków. Wstrzymane muszą zostać wszystkie eksmisje, spłaty kredytów hipotecznych oraz odcinanie mediów w każdej postaci. Właśnie w czasie kryzysu należy też uruchomić masowy państwowy program budowy mieszkań, który zapewni zatrudnienie dodatkowym tysiącom pracowników. W walce o zdrowie publiczne musimy też szybko ratować polskie powietrze: koniecznością jest zatrzymanie lawinowego wzrostu zachorowań na choroby dróg oddechowych. Kilkadziesiąt miliardów złotych, które rząd wyrzuca obecnie na pomoc nierentownym firmom, wystarczyłoby na błyskawiczną zieloną transformację.

To wszystko jest do zrobienia. O skuteczności i o możliwościach państwa niech świadczą kroki, które dziś podejmuje się w obronie prywatnych firm i rynku, który cały czas miliony skazywał na zwykłą biedę. Tarcza, którą proponuje dziś rząd to tarcza dla neoliberalnej ideologii. Jeśli się jej nie przeciwstawimy to pójdziemy na dno. I to szybko.

Biedroń: przełożyć wybory!

Skoro rząd zamyka szkoły i uznaje spowolnienie gospodarcze, w tym utratę miejsc pracy, za nieuchronne, dlaczego upiera się przy utrzymaniu terminu wyborów prezydenckich? – pyta kandydat Lewicy.

Robert Biedroń nie ma wątpliwości: skoro rząd podjął wysiłek walki z epidemią, wprowadził nadzwyczajne ograniczenia w poruszaniu się i zgromadzeniach, powinien również przełożyć termin I tury wyborów prezydenckich. W ocenie kandydata Lewicy nie ma żadnego powodu, by Polacy mieli iść do urn akurat 10 maja, skoro są obawy, że zagrożenie do tego czasu nie minie.

Jedyny kandydat

– Kampania prezydencka jest prowadzona de facto przez jedną osobę – prezydenta Andrzeja Dudę. Tak być nie może. Polki i Polacy nie mogą stać się ofiarami determinacji prezesa, aby za wszelką cenę wnieść do życia publicznego nie urny wyborcze, ale całkiem inne urny, aby prezes Jarosław Kaczyński mógł przeprowadzić wybory 10 maja, a które się nie powinny odbyć. W tej sprawie – w sposób ostry – będziemy się domagali jak najszybszych decyzji, aby Polki i Polacy czuli się po prostu bezpiecznie i nie byli narażeni na zarażenie koronawirusem – obiecał Biedroń w wystąpieniu pokazywanym na Facebooku.

Z kandydatem Lewicy w sprawie terminu głosowania zgadza się 73 proc. Polaków – to wynik sondażu w sprawie terminu wyborów, jaki w ubiegłym tygodniu zamówiła i opublikowała „Gazeta Wyborcza”.

Elektorat PiS pójdzie do urn

To samo badanie opinii publicznej pokazało, że jest jednak grupa wyborców, której epidemia niestraszna. Przynajmniej poważna część elektoratu prawicowego zamierza udać się do lokali wyborczych. Sondaż pokazał, że 10 maja Duda wygrałby, zgarniając ok. 2/3 głosów. 10 proc. wyborców poparłoby Małgorzatę Kidawę-Błońską. Inni kandydaci dostaliby jeszcze mniej, ok. 4-6 proc. wskazań.

Praktycznie nierealny stał się scenariusz rozważany niedawno na łamach mediów liberalnych: rezygnacja wszystkich opozycyjnych kandydatów, by elekcja stała się niekonstytucyjna. Do wyścigu prezydenckiego „dołączyli” ostatnio prawicowi politycy z trzeciego szeregu, m.in. Marek Jakubiak. Twierdzą, że udało im się zebrać wymagane 100 tys. podpisów. Nie po to się pojawili, by teraz zrezygnować.

Proces KPP: nie ma winy, jest kara

Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej ogłosił wyrok w sprawie redaktorów pisma „Brzask” wydawanego przez Komunistyczną Partię Polski (KPP) i partyjnej strony internetowej, oskarżanych o „propagowanie totalitarnego ustroju państwa”.

Sąd zadecydował o warunkowym umorzeniu postępowania, zobowiązując jednocześnie trójkę oskarżonych do wpłacenia po 1000 zł od osoby na „Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym” i pokrycie części kosztów sądowych. Jak stwierdził przewodniczący KPP Krzysztof Szwej, w ten sposób oskarżeni redaktorzy nie zostali skazani, ale ukarani finansowo.

Wyrok został ogłoszony zaocznie w związku z ograniczeniem wstępu do sądu podczas epidemii. Jest nieprawomocny i może zostać zaskarżony tak przez prokuraturę, jak i przez oskarżonych. Działacze KPP obecnie oczekują na dostarczenie wyroku na piśmie oraz jego uzasadnienia. Jak dotąd wiedzą o nim tylko tyle, ile dowiedzieli się przez telefon.

Proces toczył się od początku 2016 r. z oskarżenia pod adresem KPP skierowanego przez posła PiS Bartosza Kownackiego w 2013 r. Wówczas prokuratura nie dopatrzyła się przestępstwa. Sprawa powróciła po objęciu władzy przez PiS. Pod koniec 2015 roku redakcji pisma „Brzask” i administratorowi strony internetowej przedstawiono zarzut dotyczący publikacji ukazujących się w latach 2008-2014. Prokuratura nie była w stanie sprecyzować, które konkretne artykuły świadczyły o „propagowaniu totalitaryzmu”. Powołany przez sąd biegły również nie umiał wskazać w analizowanych materiałach twardych dowodów. Stwierdził jedynie, że oskarżonych dyskredytuje odwoływanie się do marksizmu-leninizmu. Warto zwrócić uwagę, iż powołany przez sąd na biegłego specjalizuje się w katolickiej nauce społecznej, a swoje prace publikował między innymi w skrajnie prawicowych periodykach. Świadkowie oskarżenia, którzy mieli czytać „Brzask” i znaleźć w nim treści „propagujące totalitaryzm”, nie umieli wskazać konkretnych artykułów.

Sąd rejonowy w 2017 r. umorzył postępowanie, a w ubiegłym roku uniewinnił oskarżonych. Od obu decyzji prokuratura odwołała się jednak do sądu drugiej instancji. Sąd apelacyjny dwukrotnie zdecydował o zwróceniu sprawy do ponownego rozpatrzenia przez sąd rejonowy w Dąbrowie Górniczej. We wznowionym procesie odbyła się tylko jedna rozprawa z udziałem oskarżonych – 3 marca.