Lewica: miejsce Banasia to więzienie, a nie NIK

Lewica nie odpuszcza tematu Banasia. Formacja poinformowała, że na najbliższym posiedzeniu Sejmu zażąda od Mateusza Morawieckiego odpowiedzi na kluczowe pytanie: jakim państwo dopuściło kogoś takiego jak „Pancerny Marian” na stanowisko szefa Najwyższej Izby Kontroli?

„Pancerny Marian” pokazuje, że nie bez kozery nosi swój przydomek. Mimo, że afera z nim w roli głównej wybuchła 22 września, nadal piastuje funkcję prezesa NIK. W ubiegły czwartek na prywatnym spotkaniu do złożenia rezygnacji próbował go nakłonić sam prezes.
I stała się rzecz niespotykana – Kaczyński został odprawiony z kwitkiem. Prezes miał grozić usunięciem syna Banasia z intratnych stanowisk i obcięciem ,środków dla jego fundacji. Groźbę zrealizować – Jakub Banaś został w poniedziałek zwolniony z PKO BP. „Pancerny Marian” nadal jest szefuje Izbie. Również wczoraj nie doszedł do porozumienia z marszałek sejmu Elżbietą Witek w sprawie warunków dymisji.
Nieudolność PiS w rozwiązywaniu problemu umiejętnie punktuje Lewica. Najpierw odrzuciła propozycje rządu, który w desperacji sondował możliwość zmiany konstytucji – tak aby móc odwołać Banasia.
– Mówimy jednoznacznie: ręce precz od konstytucji. Nie damy PiS możliwości grzebania przy ustawie zasadniczej, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że nie skończyłoby się na sprawie Mariana Banasia – powiedziała posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Teraz Lewica próbuje zepchnąć PiS do narożnika. Na najbliższym posiedzeniu chce aby premier Morawiecki wytłumaczył społeczeństwu dlaczego Banaś, jako kandydat na prezesa NIK nie został dokładnie sprawdzony przez służby specjalne – ABW i CBA.
Czy było to celowe zaniechanie i próba posadzenia na wysokim stanowisku polityka „na krótkiej smyczy”? Czy też zwykłe zaniedbanie?
„Pomimo deklaracji polityków PiS, na czele jednej z najważniejszych instytucji państwa, pozostaje potencjalny przestępca. Widać wyraźnie, że państwo pod rządami PiS-u jest w sprawie Mariana Banasia bezsilne” – czytamy w komunikacie Lewicy.
„Żądamy informacji o działaniach służb oraz wyjaśnienia, dlaczego na jedno z najwyższych stanowisk w państwie wybrano osobę z tak niejasnymi powiązaniami i nieudokumentowanym majątkiem. Wszystko na to wskazuje, iż miejsce dla pana Banasia jest bardziej w więzieniu, a nie w gabinecie prezesa NIK” – zauważają politycy Lewicy.
Lewica wskazuje też na to, co PiS może zrobić w tej sprawie. Po pierwsze – powinien postawić „Pancernego Mariana” przed Trybunałem Stanu. Lewica zagłosuje za takim wnioskiem. Po drugie – Banaś powinien złożyć wyjaśnienia przed pracownikami instytucji, której podjął się prezesowania, wiedząc doskonale o swoich niejasnych interesach. Po trzecie – uchylić prezesowi NIK immunitet, aby mógł być obiektem prokuratorskiego śledztwa. Również w tej sprawie Lewica zagłosuje za.

Zlikwidujmy IPN!

Mocna propozycja polskiego socjaldemokratycznego parlamentarzysty wybrzmiała w wywiadzie dla „Wprost”. Adrian Zandberg w tych sprawach wie świetnie, co mówi, sam jest w końcu z wykształcenia historykiem.

W rozmowie z „Wprost” Adrian Zandberg opowiadał m.in. o tym, jak kilka miesięcy po dość nieoczekiwanym połączeniu sił przez SLD, Razem i Wiosnę układa im się współpraca w ramach wspólnego klubu parlamentarnego.
Przekonywał, że w większości przypadków partie są zgodne co do celów swoich działań i nie zamierzają być przystawką opozycji liberalnej.
Raz jeszcze przypomniał postulaty formułowane przez lewicę w kampanii wyborczej: podniesienie płac w budżetówce, podwyżkę emerytur, zwiększenie progresji podatkowej, opodatkowanie cyfrowych gigantów. Wskazał też przynajmniej jedno źródło zwiększonych wydatków publicznych.
Zlikwidujmy IPN i Polską Fundację Narodową – zaapelował Zandberg. – Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Polska Fundacja Narodowa niczego nie promuje, tylko wydaje pieniądze bez sensu – oznajmił. Instytut Pamięci Narodowej ocenił natomiast jako instytucję wprzęgniętą w propagandę aktualnie rządzącej partii. W szczególności potępił IPN za próby rehabilitacji Romualda Rajsa „Burego”, którego oddział w 1946 r. zabił pod Hajnówką i Bielskiem Podlaskim kilkadziesiąt osób cywilnych wyznania prawosławnego oraz wykrętne przekonywanie, dlaczego Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” nie odpowiada za śmierć cywilów zabitych przez swoich podkomendnych.
– Nie ma powodu, by taką działalność sponsorował budżet państwa – stwierdził Zandberg.
Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków Lewicy Razem wielokrotnie zabierał głos w sprawach polityki historycznej. Solidaryzował się z prawosławnymi mieszkańcami Hajnówki, którzy co roku pod koniec lutego muszą oglądać, jak ulicami ich miasta przeciąga pochód skrajnej prawicy z „Burym” na sztandarach.
W 2018 r. rozmawiając przy tej okazji z Portalem Strajk stwierdził, że narracja dotycząca „żołnierzy wyklętych” powinna zostać całkowicie zmieniona – nie można, tak jak obecnie, wrzucać wszystkich uczestników antykomunistycznego podziemia do jednego worka i przedstawiać jako bohaterów bez skazy. Zandberg wyrażał również satysfakcję, gdy miasto Białystok w tym roku zrezygnowało z ulicy „Łupaszki” (którą niedawno wojewoda podlaski przywrócił).
Postulat likwidacji IPN od lat jest również obecny w programie Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

PPK, czyli wciąż te same błędy

Dyskusja na temat tzw. trzydziestokrotności składek skutecznie przyćmiła potrzebę rozmowy o znacznie bardziej radykalnej zmianie w polskim systemie emerytalnym, jaką jest wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. Tymczasem kondycja polskiego systemu emerytalnego od wielu lat się pogarsza, a jej fundamentami są odejście od systemu opartego na solidarności pokoleń do systemu kapitałowego opartego na indywidualnych kontach oraz stopniowa komercjalizacja świadczeń emerytalnych.

Kluczowym problemem polskiego systemu emerytalnego jest zepsucie go w 1999 r. przez koalicję UW-AWS i z niego wynikają dzisiejsze problemy. To wtedy nastąpiło przejście do systemu kapitałowego i uruchomiono stopniową komercjalizację systemu połączoną ze zdeprecjonowaniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W konsekwencji psucia systemu emerytalnego dzisiaj wybór między zachowaniem trzydziestokrotności i jej odrzuceniem jest jak alternatywa między dżumą i cholerą. Albo uprzywilejowujemy część najbogatszych, zwalniając część ich dochodu od płacenia składek, albo zagwarantujemy im olbrzymie emerytury za kilkanaście lat, zarazem zmniejszając wpływy podatkowe. I tak źle, i tak niedobrze.

Trzydziestokrotność zastępcza

Spór wokół trzydziestokrotności zasłania jednak głębsze zmiany systemu emerytalnego uruchomione przez obecny rząd. Głównym kierunkiem zmian wdrażanych przez władzę jest komercjalizacja systemu emerytalnego, czyli dowartościowanie funduszy zarządzanych przez firmy prywatne, uzależnionych od kaprysów giełdy. Już kilkanaście miesięcy temu rząd postanowił przenieść środki z Otwartych Funduszy Emerytalnych do Indywidualnych Kont Emerytalnych. Skąd taki pomysł? OFE odegrały fatalną rolę w ewolucji systemu emerytalnego, w tym wiązały się z wyprowadzeniem z niego setek milionów złotych poprzez wysokie prowizje pobierane przez podmioty, które nimi zarządzały (na początku 10% wartości wpłaconych środków!). Była to jednak formalnie część publicznych środków, nad którymi państwo sprawowało nadzór. Tymczasem IKE to w pełni komercyjna część systemu emerytalnego, nad którą państwo nie sprawuje żadnej kontroli. Jeżeli fundusze nimi zarządzające zaczną spadać na wartości lub wręcz zbankrutują, państwo nie będzie miało nic do powiedzenia.

Z kieszeni do kieszeni

Przeniesienie środków OFE do IKE to zatem krok ku komercjalizacji systemu. Warto zresztą pamiętać, że politycy PiS do dzisiaj wypominają koalicji PO-PSL, że część środków OFE przeniosły z powrotem do ZUS. Tymczasem była to jednak z lepszych i zarazem bardziej oczywistych decyzji rządu Donalda Tuska. Po prostu zlikwidowano patologiczny mechanizm, zgodnie z którym komercyjne fundusze zarabiały na obligacjach skarbu państwa, biorąc na dodatek za to dodatkową prowizję od obywateli. PiS nie tylko krytykuje poprzedni rząd za wzmocnienie ZUS kosztem OFE, ale wzmacnia IKE kosztem OFE, czyli wspiera najbardziej komercyjny filar systemu emerytalnego. Przy okazji państwo nakłada na obywateli opłatę przekształceniową przy przeniesieniu środków z OFE do IKE, chcąc sfinansować bieżące wydatki budżetowe. Co prawda środki mogą być też przeniesione do ZUS, ale domyślnie pieniądze będą przeniesione do IKE, a zatem władza uprzywilejowuje ten wybór, licząc na bierność obywateli.

Na trzecią nóżkę

Jakby tego było mało, PiS postanowił podnieść składki emerytalne, aby dodatkowo umocnić trzeci filar systemu emerytalnego. Jak rząd się chwali w swoich materiałach propagandowych, „Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to powszechny, dobrowolny i w pełni prywatny system długoterminowego oszczędzania. Podstawowym celem PPK będzie zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie dodatkowego zabezpieczenia finansowego po osiągnięciu przez nich wieku emerytalnego lub nabyciu uprawnień emerytalnych. Dodatkową korzyścią dla gospodarki będzie wzrost bazy finansowania polskich przedsiębiorstw, co pozytywnie wpłynie na rozwój gospodarczy Polski”. System ma dotyczyć ponad 11 mln Polaków. Pracownik ma płacić co najmniej 2 proc. wynagrodzenia netto, a kolejne 1,5 proc. ma dopłacać pracodawca z możliwością zwiększenia wpłat do 4 proc. tak od pracownika, jak i pracodawcy. Dodatkowe środki ma dopłacać państwo: 250 zł opłaty powitalnej oraz co roku 240 zł.

Towarzystwa wzajemnej zyskowności

PPK mają obsługiwać towarzystwa funduszy inwestycyjnych, czyli w pełni komercyjne instytucje, które mają całkowitą swobodę działalności i są narażone na wahania wartości w zależności od koniunktury gospodarczej. W sytuacji kryzysu mogą zbankrutować i państwo nie ma żadnego wpływu na ich kondycję. Z drugiej strony coroczne wsparcie dla nich przez państwo mogłoby być uznane za niedozwoloną pomoc publiczną, bo wydaje się dyskusyjne, aby państwo finansowało część prywatnych funduszy, nie mając na dodatek żadnego wpływu na podejmowane przez nie decyzje.

Znowu do tych samych

Przynależność do PPK nie jest obowiązkowa, ale domyślna, to znaczy jeżeli ktoś nie chce się zapisywać do PPK, to musi złożyć stosowną deklarację. Jeżeli nie zrobi nic, to zostanie wpisany w system. Trudno taki tryb uznać za uczciwy. To tak jakby państwo podejmowało decyzję o tym, że obywatel bierze pożyczkę w banku, a decyzja o wzięciu byłaby cofnięta dopiero po złożeniu przez obywatela specjalnej deklaracji, w której oświadczałby, że nie życzy sobie kredytu. Na dodatek w deklaracji rezygnacji z PPK czytamy o zaletach programu i negatywnych skutkach wypisania się z niego. Innymi słowy państwo promuje prywatne podmioty, nie wskazując ewentualnych wad PPK, nie mówiąc już o zaletach ZUS.

Niech rośnie filar

Wprowadzenie PPK oznacza wzrost składek dla pracodawców i pracowników, co zdaniem rządu stanowi konsekwencję spadających emerytur. Można się zastanawiać nad przyczynami tego spadku, ale trudno pojąć, dlaczego państwo odgórnie wspiera filar komercyjny zamiast gwarantować społeczeństwu godne emerytury poprzez umocnienie pierwszego filaru, czyli ZUS-u. W tym kontekście trudno też zrozumieć deklaracje Mateusza Morawieckiego z jego expose, aby do konstytucji wpisywać ochronę PPK i IKE. Czy premier chce konstytucyjnie zagwarantować komercjalizację systemu emerytalnego?

Zbankrutują emeryci

Dobrze by było, gdyby polscy politycy uczyli się na błędach. Niestety w przypadku systemu emerytalnego wydaje się, że w kółko powielane są te same, nieudane rozwiązania. Warto pamiętać, że trzeci filar istnieje w Polsce nie od dziś. Powstał już ponad 20 lat temu. Niestety jego ewolucja nie jest zachęcająca. Tylko w 2008 r. Indywidualne Konta Emerytalne poniosły gigantyczne straty, sięgające nawet połowy wartości wpłaconych środków. Wtedy wiele osób, które z nich korzystało, zrezygnowało. Środków nie odzyskały nigdy. Nie mamy żadnych gwarancji, że taka sytuacja się nie powtórzy. Dotyczy to też PPK, które są częścią komercyjnego filaru systemu emerytalnego, tyle że wspieranego przez państwo. A zatem w przypadku bankructwa firmy zarządzającej PPK stracą nie tylko bezpośrednio zainteresowani, ale też zostaną zmarnotrawione środki pobierane z podatków całego społeczeństwa.

Zdefiniujmy świadczenie

Zamiast komercjalizować system emerytalny, wspierać prywatne fundusze i dosypywać do nich pieniądze ze środków publicznych, lepiej powrócić do systemu opartego na solidarności pokoleń oraz umocnić najbardziej stabilny i najtańszy w obsłudze, publiczny filar systemu emerytalnego.

Razem, ale obok

To już oficjalne: Lewica Razem nie przyłączy się do nowej partii socjaldemokratycznej, jaka w grudniu powstanie z połączenia SLD i Wiosny. Taką decyzję podjął partyjny kongres.

– Jesteśmy przekonani, że tak jak w ostatnich wyborach, potrzebujemy na Lewicy zarówno doskonałej współpracy jak i twórczej różnorodności. Szanując i doceniając decyzję Wiosny oraz SLD o połączeniu, nie zamierzamy do wspólnej formacji dołączać – czytamy w uchwale przyjętej na kongresie Lewicy Razem.
To potwierdzenie wcześniejszych sygnałów płynących od działaczek i działaczy Razem: partia będzie kontynuowała współpracę z innymi podmiotami o socjaldemokratycznej orientacji w ramach klubu parlamentarnego, ale nie wejdzie w skład nowej formacji, gdyby taka powstała. Co wydaje się obecnie raczej przesądzone.
Kongres Lewicy Razem odbył się w dniach 30 listopada – 1 grudnia w siedzibie Związku Nauczycielstwa Polskiego na warszawskim Powiślu.
W odróżnieniu od poprzednich partyjnych zjazdów, jest okazją nie tylko do wymiany kontaktów i doświadczeń, ale i świętowania realnego sukcesu: Lewica Razem nie tylko ma obecnie w Sejmie swoich reprezentantów i reprezentantki, ale też właśnie to ich wystąpienia postawiły socjaldemokratów w centrum uwagi mediów i komentatorów w pierwszym miesiącu prac parlamentu nowej kadencji.
– Wyciągamy wnioski i idziemy do przodu – tak scharakteryzowała cele kongresu posłanka Paulina Matysiak na otwierającej go konferencji. Obok uchwały o nieprzystępowaniu do nowej lewicowej partii Razem zajęto się również poprawkami do statutu i tym, jak przyciągać do ugrupowania nowych członków. Dyskutowała o tym ponad setka delegatów. Na kongresie nie miał natomiast pojawić się temat wyborów prezydenckich. Razem stoi na stanowisku, że o urząd głowy państwa powinien ubiegać się jeden polityk wybrany wspólnie przez wszystkie ugrupowania lewicowe.

Właśnie tak działa mafia…

Obejrzałem wystąpienie przed sądem pozwanego Wojciecha Sadurskiego, którego Prawo i Sprawiedliwość pozwała za stwierdzenie, że PiS to zorganizowana grupa przestępcza. Profesor Sadurski przedstawił swój punkt widzenia i podał kilka przykładów. Szkoda, że jego sprawa nie odbywa się choćby dziś, bo oto pojawił się świeżutki przykład wręcz idealny.

Dzisiejsza Rzeczpospolita (2 grudnia 2019) w artykule pt. „PiS kontra szef NIK: Spółki syna Banasia kartą przetargową” pisze: „Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika, że sporą część rozmowy (pomiędzy: Marianem Banasiem a Jarosławem Kaczyńskim i Mariuszem Kamińskim, w trakcie której „poprosili” go złożenie dymisji – przyp. aut.) poświęcono synowi prezesa NIK – Jakubowi Banasiowi, który od kilku lat był właścicielem spółek i ich prezesem oraz fundacji mieszczących się w „aferalnej” kamienicy przy ul. Krasickiego 24 w Krakowie.”
Cóż zatem się stało według Rzeczpospolitej – otóż Banasiowi dwaj panowie K. złożyli propozycję, która w każdym wariancie jest dokładną kopią działań mafijnych i jest po prostu ordynarną korupcją w najlepszym zorganizowanym wydaniu.
Bo co ta propozycja w istocie oznacza? Przedstawmy to w dwóch hipotetycznych wariantach:

Wariant 1

Młody Banaś robi wałki w swoich spółkach. Panowie K. mówią – Jak będziesz posłuszny i odejdziesz w ciszy i spokoju z NIK, to my ci obiecujemy, że wszystkie brudy twojego synalka zamieciemy głęboko pod dywan a i tobie włos z głowy nie spadnie. Dowody, które mamy gdzieś się zgubią i to tak skutecznie, że nigdy się nie znajdą. Wszak mamy do dyspozycji całe państwo.

Wariant 2

Młody Banaś jest czysty niczym łza. Panowie K. mówią – Jak nie odejdziesz dobrowolnie z NIK i nie będziesz trzymał języka za zębami, to my ci gwarantujemy, że rozmażemy twojego synalka razem z jego spółeczkami. A i tobie przy okazji łeb urwiemy. Dowody się znajdą takie jakie będą potrzebne. Wszak mamy do dyspozycji całe państwo.
Jakby nie patrzeć dwaj panowie K.: prezes Prawa i Sprawiedliwości i koordynator tajnych służb z nadania Prawa i Sprawiedliwości stosują metody zorganizowanej grupy przestępczej, w skrócie zwanej mafią. Tę technikę w ojcu chrzestnym nazwano „propozycją nie do odrzucenia”.

Banaś przetargowy

Bo czego innego mogłoby dotyczyć zagranie „kartą przetargową” młodego Banasia (nota bene od kilku miesięcy pełnomocnika zarządu w Banku Pekao SA), jak nie wariantu nr 1 lub 2? No jeszcze dodatkowo może wchodzić w grę wywalenie go na zbity pysk z państwowych spółek.
Śmiech przez łzy wywołuje fakt, że Rzeczpospolita podała tę informację jako ciekawostkę w toczącym się pojedynku bokserskim Banaś kontra PiS. Nawet się nie zająknęli, że oto podają jak na tacy przykład przestępczej działalności zorganizowanej grupy zajmującej się korupcją przy wykorzystaniu państwowych stanowisk, politycznych wpływów i pozycji we wszystkich dziedzinach życia naszego kraju.

Nieprzyjemne prawdy dla rodzimej prawicy

Jedno z ulubionych powiedzeń prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego brzmiało: „Zawsze lepsze są nieprzyjemne prawdy niż przyjemne iluzje”.

Przypomniałem sobie to sformułowanie w kontekście ogromnej wrzawy, wyzwisk i protestów jakie rozległy się w obozie polskiej prawicy po dość oczywistym stwierdzeniu przewodniczącego SLD, iż to Armia Czerwona wyzwoliła Polskę w 1945r.. Swój udział w tym procesie miała też naturalnie I Armia Wojska Polskiego dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga.
Kilka lat intensywnej propagandy historyków i polityków, szczególnie w okresie rządów PiS, nie było w stanie podważyć na szerszą skalę oczywistych faktów, które są także uznawane powszechnie przez opinię międzynarodową. Nikt przy tym nie neguje tragicznych skutków paktu Ribbentrop-Mołotow podpisanego 23 sierpnia 1939r. w Moskwie, stalinowskich zbrodni na Polakach, których symbolem stał się Katyń, czy dramatów wielu osób przy wyzwalaniu naszego kraju w 1945r.. Ale nigdy nie należy zapominać o tym, że 600 tys. żołnierzy radzieckich poniosło śmierć przy oswabadzaniu Polski, stąd godne ubolewania są zdarzające się przypadki niszczenia pomników upamiętniających te wydarzenia.
Na jeden rzadko przywoływany element warto zwrócić uwagę.
Otóż ZSRR po II wojnie światowej uzależnił Polskę i szereg innych państw Europy Środkowo-Wschodniej POLITYCZNIE, natomiast Niemcy hitlerowskie traktowały Polaków jako untermenschów, czyli podludzi, co niosło ogromne zagrożenie cywilizacyjne. To rozróżnienie ma zasadniczy charakter.
Zbliżają się rocznice wyzwolenia hitlerowskich obozów koncentracyjnych na naszych ziemiach, zwłaszcza obozu Auschwitz-Birkenau (27 stycznia 1945r.). Hołd ofiarom wielokrotnie składali papieże i czołowi politycy z całego świata (m.in. prezydent Putin oraz kanclerze Niemiec Helmut Kohl i Helmut Schmidt). Za kilka dni uczyni to kanclerz Angela Merkel. Z historią trzeba obchodzić się z powagą i rozważnie. W przeciwnym razie można narazić się na zasłużoną krytykę albo nawet na śmieszność. W tym kontekście przypomina mi się dziwaczna teza ówczesnego ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny, skądinąd dobrze wykształconego historyka, że obóz Auschwitz wyzwolili nie Rosjanie a Ukraińcy?!

Sen o emeryturze

Wszędzie słuchać płacz i zgrzytanie zębów gdy tylko poruszony zostaje temat emerytur i systemu emerytalnego. A przecież cel reformy był jasny obniżyć emerytury. Zmniejszyć koszty budżetowe zmusić przyszłych emerytów do samodzielnego oszczędzania. Niejako przy okazji utuczono firmy zarządzające funduszami emerytalnymi ustanawiając absurdalnie wysokie prowizje i opłaty z zarządzanie. Zanim nadeszła katastrofa rząd PO wycofał się z „reformy” a jakoby „prosocjalny” PiS postanowił na przyszłych emerytach jeszcze raz zarobić.

Nikt nie zwraca uwagi, że przyszłe niskie emerytury to efekt dwóch procesów.
Po pierwsze niskich płac. Comiesięczny wskaźnik średniej płacy wyliczany jest na podstawie niepełnych danych. Do wyznaczenia przeciętnej pensji brane są pod uwagę tylko wynagrodzenia w firmach, które zatrudniają powyżej 9 osób. A takie przedsiębiorstwa na polskim rynku są w zdecydowanej mniejszości. W 2016 roku przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw kształtowała się na poziomie 4346,76 zł (3094 zł netto). Jednak, że aż 66 proc. zatrudnionych zarabiało poniżej tej kwoty. Właśnie w raporcie za rok 2016 GUS po raz ostatni podał też wartość dominanty, czyli najczęstszego miesięcznego wynagrodzenie brutto, dla ogółu zatrudnionych w gospodarce. Wyniosło ono wynosiło w październiku 2016 r. 2074,03 zł, czyli ok. 1511 zł na rękę. To mniej niż połowa przeciętnego wynagrodzenia w firmach.
Czyli niskie wynagrodzenia to niskie składki emerytalne, co w sumie daje niskie emerytury.
Najnowsze dane dotyczące tzw. stopy zastąpienia emerytur w Polsce wg ZUS powinny dać nam do myślenia. W 2014 r. przeciętna miesięczna wypłata emerytury stanowiła 61,8 proc. przeciętnej miesięcznej krajowej pensji. W 2018 r. ta stopa wynosiła już 56,4 proc. Szacunki na 2028 to już tylko niecałe 47 %. Gdyby ktoś zarabiał najniższe wynagrodzenie i zdecydował się na emeryturę z końcem 2020 roku to mógłby liczyć na niewiele ponad 1300 PLN brutto. Czyli nieco ponad 1100 netto.
Po drugie, duża część pracujących nie może dziś liczyć na taki luksusy jak etat. Prawie jedna piąta ogółu pracujących to samozatrudnieni oraz pracujący na umowy cywilno-prawne. Ich perspektywy emerytalne wyglądają jeszcze gorzej. No chyba, że na należą do wąskiej grupy prezesów kontraktowych czy ludzi wielkiego sukcesu, ale pączki w maśle (czy rogale Marcińskie co kto lubi) to nieliczne wyjątki. Prowadzący jednoosobową działalność płacą (2019) składkę emerytalną w wysokości 558 złotych (od podstawy dochodu 2859). Mogą też skorzystać z ulgi „nas start” i wtedy ich składka emerytalna będzie jeszcze mniejsza. I oczywiście mniejsza też emerytura.
Tak to wygląda.
Co robić ? No więc po pierwsze zmienić system podatków od dochodów osobistych na progresywny i wprowadzić stawkę 10% dla dochodów w granicach 24.000 rocznie. Oczywiście należy wyżej opodatkować przychody przekraczające 120 000 oraz wrócić do rozliczania jednoosobowej działalności gospodarczej na zasadach ogólnych. Ledwo wiążącym koniec z końcem „przedsiębiorcom” zapewne pozwoli skorzystać z nowej obniżonej stawki PIT a nasze pączki w maśle, stracą odrobinę tłuszczyku i lukru. Będą zdrowsze.
Po drugie, co nieuchronne podnieść składkę na ubezpieczanie emerytalne a w dalszej perspektywie całkowicie porzucić „reformę emerytalną”. Niestety trzeba będzie też szybko zlikwidować wprowadzane właśnie PPK, które jak zgodnie oceniają specjaliści mają głównie służyć zarządzającym nimi firmom. Czy powrót do koncepcji OFE.
A po trzecie wypowiedzieć konkordat, to też da spore oszczędności dla budżetu.

Chytry plan

Obecny rząd obniżył dla obywateli podatek PIT i CIT dla przedsiębiorstw. Obywatelom i firmom zrobił dobrze, ale beneficjentami tych podatków są przede wszystkim samorządy. Oznacza to, że do kas gminnych wpłynie mniej pieniędzy.

I dalej. Rząd dał podwyżki nauczycielom i bardzo dobrze, ale nie przekazał gminom pieniędzy na te podwyżki co jest jego (rządu)ustawowym obowiązkiem. Rządy od dawna skąpią obligatoryjnych pieniędzy na oświatę. Te luki uzupełniają samorządy z własnych pieniędzy oszczędzając na innych wydatkach. Rząd jednak nie obniżył, a obiecywał, np. podatku VAT. Bo ten zasila budżet państwa i wtedy na rządowe programy socjalne zabrakło by pieniędzy.
Będzie więc tak. Samorządy, którym zabrano wpływy ze wspomnianych podatków, a podwyższono np. ceny energii elektrycznej, a inne koszty też, np. inwestycji, szybują do góry, będą zmuszone do cięć w budżetach i uchwalania nowych podwyżek. To oczywiście wywoła niezadowolenie obywateli. Rząd wtedy powie. Obywatele widzicie jak jest. My wam zmniejszamy podatki, a samorządy, przecież nie przez nas głównie zarządzane, podwyższają wam ceny na wszystko co tylko możliwe. Kto tam będzie dochodził prawdy dlaczego tak się dzieje. Rząd jest dobry, bo obniża podatki, a samorządy są złe. bo podwyższają ceny gdzie się tylko da. Więc kto jest lepszy? Centralna władza PiS-owska, czy samorządowa niePiS-owska?
I taką narrację pewnie już szykuje na nowy rok rządowa propaganda. Dla wielu będzie to bardzo przekonywujący argument.

Harakiri z tym seppuku

Rozważania o jedności lewicy i związanych z tym koniecznych, trudnych kompromisach są naturalne, ale jednak mają swoje granice.

Wyznaczała je zawsze określona sytuacja polityczna i stan-potencjał partii, natomiast siła SLD, o czym od lat wiadomo, jest niestety bardzo słaba, możliwości ograniczone, a przyszłość mglista. Nie wchodząc w analizę popełnionych błędów, bo już inni to nie raz czynili, powszechna rada wyrażała konieczność zakończenia wojny, a przynajmniej rywalizacji i zjednoczenie wszystkich lewicowych sił. Sukces w ostatnich parlamentarnych wyborach potwierdził skuteczność takich działań, acz formalnie nie zakończył procesu jednoczenia.
„Sepuku” to tytuł wypowiedzi Jacka Uczkiewicza na łamach „Dziennika-Trybuna” (20.11.2019), która powstała na podstawie obserwacji z obrad Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu. Już sam ten fakt ogranicza uogólnianie sytuacji na cały kraj, ale mimo to warto przyglądnąć się różnym kwestiom przez autora i uczestników spotkania podniesionych.

Przekształcenia SLD,

związane z łączeniem się z „Wiosną” są po to – relacjonuje autor wypowiedź sekretarza Generalnego SLD na tym spotkaniu – „aby za cztery łata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Skądinąd słuszny cel nie wydaje się Uczkiewiczowi wystarczająco przedstawiony w dokumencie KW SLD „Polska jutra”, gdyż „Dokument ten nie wyczerpuje… znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo.” Znałem bardzo obszerny program pewnej wielkiej partii, który nie ustrzegł jej od klęski, nie znam tego opracowania, ale wiem, że nigdy nie narodził się jakikolwiek program, który nie miałby wad, a nadto zadowolił wszystkich. Natomiast jasny cel, osiągnięty m. in. przez jednoczenie się, trafia do każdego.

„Polityka kierownictwa SLD

jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego…który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Abstrahując od Kwaśniewskiego, jedno jest pewne, że zarzucanie SLD, bądź przyszłej partyjnej strukturze braku wartości to co najmniej gruba przesada, nadto SLD z różnych powodów od dawna nie wygrał żadnych wyborów.

„Obecna sytuacja Sojuszu

jest efektem – pisze dalej autor – wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczy-pospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.”
Obecna sytuacja Sojuszu, który zresztą nigdy nie uciekał od przeszłości, po raz pierwszy, po latach, wydaje się bardziej klarowna, gdyż zamkniecie karty SLD, a otwarcie nowej lewicowej formuły daje nadzieję na przyszłość. I będzie to niewątpliwie nie wina, a zasługa Czarzastego, jakby go zresztą nie oceniać.

Przykład przeobrażenia SdRP w SLD,

które w swoim czasie odniosło ogromny sukces wyborczy, potwierdza jedynie słuszność obecnie podjętych poszukiwań. Przywoływanie w tym kontekście PO jest bezpodstawne, bo chodziło o wspólny anypisowski front całej opozycji, a nadto Czarzasty nie okazał się Nowacką. Natomiast nazywanie „Wiosny” przypadkowym rozpuszczalnikiem SLD tylko wyraża opinię autora o tej partii i stosunek do tak trudnego jednoczenia lewicowych sił. SLD nie potrzeba zresztą żadnego rozpuszczalnika, bo jak będzie po staremu to sam się na stałe wywabi z politycznej mapy.

Liczne uwagi

wyraża także autor w sprawach podziału odpowiedzialności i stanowisk: „SLD sprowadził do roli techniczno-organizacyjnej…wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym”, „Na najważniejszą…funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”, „Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski”, „Już tylko wisienką na torcie, jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą…a przed „frakcją” SLD trudne czasy.”
A na samym końcu to idzie o stołki, czy też o ludzi, którzy sprawnie wypełniać będą swoje obowiązki ? Warto przy tej okazji przypomnieć, że po zjednoczeniu PPR i PPS, jakie by ono nie było, przez całe liczne lata obowiązywał szczególny parytet: I sekretarz KC PZPR z PPR – premier z PPS, jak I sekretarz KW PZPR z PPS to II sekretarz (organizacyjny) z PPR, i na odwrót. Uczkiewicz w innym miejscu chwali się legitymacją SdRP nr 001 – ja też taką miałem, co prawda z wyższym numerem, ale nie znaczy to abym miał płakać za brakiem byłych działaczy byłej partii w tworzonych nowych strukturach. Dyduch raz jest przez autora krytykowany, ale jak trzeba, to okazuje się niezbędny. SLD zniknie ale nie za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu jak chce autor, ale dlatego, że wyczerpał – elegancko mówiąc – swoje możliwości.

„Zanosi się więc na nową partię

– kontynuuje Jacek Uczkiewicz – której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego r z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.”

Przyznać należy,

że w tych słowach jest wiele racji, ale mimo wszystko nie te kwestie są najważniejsze. To prawda również, że „Czarzasty prowadzi SLD w nieznane” ale lepsze to niż uwiąd starczo-wyborczy tego politycznego ugrupowania, bowiem nie ma dziś żadnej innej alternatywy dla Sojuszu. O tym powinien wiedzieć autor tych rozlicznych wątpliwości, choćby z racji swojego wieloletniego, także politycznego, doświadczenia. Przeczytałem ten tekst bardzo nim zawiedziony, gdyż oczekiwałem nie tyle zjednoczeniowego huraoptymizmu, co rozważań, może nawet propozycji, na temat przełamania nadzwyczaj skomplikowanych procesów zbliżania, często wręcz wrogich sobie ruchów lewicowych w Polsce. Poza krytyką kierowaną nostalgią za przeszłością, która niczego na przyszłość nie buduje, nie odnalazłem w nim niestety lepszego niż proponowany, środka na długoletnią i śmiertelną chorobę SLD.

Jest wiele pytań,

dużo ważniejszych, które nie padły na wrocławskim spotkaniu, a które i sam sobie zadaję. I najmniej mi idzie o to, czy nowe ugrupowanie, o czym wspominali jego uczestnicy, będzie swoim członkom wręczać partyjne legitymacje, gdyż pomimo jej braku zawsze wiedziałem na kogo mam głosować. Niejasna jest przede wszystkim sytuacja „Razem”, nikt nigdy nie wytłumaczył dlaczego to trójprzymierze sprowadza się jedynie do partii z dwoma tylko partnerami. Jest to szczególnie ważne w kontekście powszechnej opinii o wyjątkowej postaci jaką jest Adrian Zandberg, ale dotyczy również, acz może to nie najważniejsze, podziału środków finansowych. Jaką rolę spełniać ma Robert Biedroń, też niewątpliwie postać charyzmatyczna. Jaki jest plan, jaki pomysł na dalsze rozszerzanie lewicy, na takie ugrupowania jak Inicjatywa Polska, ruchy kobiece, Zieloni. Wreszcie, jak zamierza lewica układać się, i gdzie są tego układu granice, z demokratycznymi partiami i siłami we wspólnym froncie przeciw PiS. I jeszcze szereg innych.

Oj nie lubi promotor „Sepuku”

Czarzastego, który „postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy.” Jak już sięgamy w przeszłość, to jeszcze była Fiszbacha Polska Unia Socjaldemokratyczna i, trochę wcześniej, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a na poważnie to swoimi wywodami autor proponuje całej polskiej lewicy zbiorowe harakiri.

Trzeba walczyć o świeckie państwo

Kościół katolicki desperacko walczy o utrzymanie władzy nad społeczeństwem. Niewierzących i ludzi innych
wyznań chce nie tyle nawrócić Dobrą Nowiną, ale zmusić do przestrzegania rzekomo istniejącego
prawa naturalnego. Takie tezy stawia i rozwija Joanna Podgórska
w swej najnowszej książce „Spróchniały krzyż”.

W Polsce to, co katolickie traktowane jest jakby było neutralne, a księża są obecni dosłownie wszędzie w instytucjach publicznych – od Krajowej Administracji Skarbowej, po szpitale, gdzie nagabują chorych w salach, mimo, że ci mogą w każdej chwili udać się do szpitalnej kaplicy.
Symptomem szkodliwej hegemonii kulturowej Kościoła jest sprawa 10-letniej Wiki „zabezpieczonej katechetycznie” wyrokiem Sądu Rejonowego w Grodzisku Mazowieckim. Rodzice Wiktorii są rozwiedzeni, ojciec jest zdeklarowanym ateistą i to jemu przyznano prawo do opieki nad dzieckiem. Tymczasem matka domagała się sądowo, by córka była katechizowana i przystąpiła do komunii. 5 kwietnia 2019 r. sąd grodziski wydał ostateczne orzeczenie – to matka ma zdecydować. Artykuł 53 Konstytucji głosi „Nikt nie może być zmuszony do uczestniczenia, ani nieuczestniczenia w praktykach religijnych”. W przypadku małych dzieci o tych kwestiach decydują rodzice, a gdy ich wola jest sprzeczna, powinno się brać pod uwagę zdanie dziecka. Wiktoria opowiedziała się przeciwko uczestniczeniu w lekcjach religii i praktykach religijnych. Mimo to sąd uznał, że „powiela ona zdanie ojca”. Jak pisze Podgórska „Oczekiwanie, że dziesięciolatka przedstawi abstrakcyjny wywód uzasadniający ateistyczne przekonania, to absurd. Orzeczenie grodziskiego sądu, to w gruncie rzeczy przekaz: w Polsce „katolickie” znaczy neutralne”.
Trzeba podkreślić, że kiedy w 1990 roku katecheza była wprowadzana do szkół, rozwiązanie to popierało jedynie 35 proc. Polaków, 60 proc. było przeciwko. Sam premier Mazowiecki wspominał w „Tygodniku Powszechnym”, że jako katolik miał wątpliwości, czy religii wprowadzenie do szkół wyjdzie na dobre. Jednak: „uległ, bo nie chciał doprowadzić do kontrowersyjnej debaty, gdy rząd pracował nad trudnymi reformami. Zastosowano metodę faktów dokonanych – katechezę wprowadzono do szkół ministerialną instrukcją, bez sejmowej dyskusji i głosowania”.
Alternatywą dla religii jest etyka. Cóż z tego, skoro w wielu szkołach nie odbywa się ona w ogóle, a w innych często o kuriozalnych godzinach? Na szczęście w tej kwestii odnotowujemy pewien postęp. Odkąd ocena z religii lub etyki liczy się do średniej wzrósł nacisk rodziców na zorganizowanie tej ostatniej. W praktyce wiele osób niewierzących lub obojętnych religijnie z konformizmu, dla świętego spokoju, zapisuje dziecko na lekcje religii. Jak słusznie podkreśla autorka, postawa taka jest z gruntu schizofreniczna. Tym bardziej, że katecheci często nastawiają dzieci przeciwko ich niewierzącym rodzicom.
Autorka dość szczegółowej analizie poddaje podręczniki do katechezy. Udowadnia, że podręczniki te utrwalają stereotypowy podział płci, a miłość homoseksualna, czyli w kościelnej nomenklaturze „grzech sodomski” traktowana jest na równi z zabójstwem. Podręczniki do katechezy przedstawiają prawo Boże jako mające pierwszeństwo przed prawem stanowionym, nakłaniają uczniów do przeciwstawienia się „liberalnej kulturze”, Unii Europejskiej czy poprawności politycznej. Jednak ten zalew treściami religijnymi i pseudo-religijnymi nie przekłada się w żaden sposób na jakąkolwiek wiedzę, nawet o religii katolickiej. Prawie połowa gimnazjalistów nie jest w stanie wymienić w poprawnej kolejności dziesięciu przykazań. Uczniowie do Trójcy Świętej nierzadko zaliczają Maryję, Józefa, czy nawet Jana Pawła II. Modlić też się nie potrafią.
„Kościół nie chce ani złotówki z budżetu państwa za nauczanie religii w szkołach publicznych. My do szkół nie idziemy po pieniądze, my tam idziemy z misją” – tak deklarował prymas Glemp w momencie wprowadzenia katechezy do szkół. W ówczesnych warunkach bowiem żądanie pensji dla katechetów rozwścieczyłoby opinię publiczną. Jednak wystarczyło trochę odczekać i w 1997 roku ewangelizacja finansowana z budżetu państwa stała się faktem.
Oddzielny rozdział poświęca autorka więziom między polskim Kościołem a środowiskami nacjonalistycznymi. Podaje dwa powody tego aliansu. Pierwszym jest generalny odpływ młodych ludzi od Kościoła. Przerażony tym odpływem kler stara się nikogo do siebie nie zniechęcać. Drugim powodem, dla którego Kościół „przygarnia” radykalne środowiska kibicowskie i nacjonalistyczne jest wspólna obawa przed zmianą i emancypacją kobiet. Jak zauważa Podgórska, poglądy polityczne młodych Polek i Polaków coraz bardziej się rozbiegają. Poglądy skrajnie prawicowe deklaruje 30 proc. młodych mężczyzn i 13 proc. młodych kobiet. Kobiety są znacznie bardziej przywiązane do demokracji, częściej się dokształcają i czytają książki. Jak pisze Podgórska „Dziewczyny dostały nowe wzorce, przyswoiły równościowy dyskurs, dorastają w poczuciu własnej wartości, akceptują własną płeć i są przekonane, że nie ustępują w niczym mężczyznom. Chłopcy dramatycznie się miotają”. Młodzi mężczyźni nie są uczeni partnerstwa, podziału obowiązków, stracili jednak już „premię za męskość”, ich rówieśniczki „nie chcą wokół nich skakać”.
Tymczasem Kościół poprzez swoich przedstawicieli takich jak ksiądz Oko, czy ksiądz Rydzyk stara się wzbudzić moralną panikę wizją ideologów gender, którzy będą zmuszali dzieci przedszkolne do masturbacji, a chłopców zmieniali w dziewczynki. Na gruncie walki z gender posłowie prawicy przeciwstawiali się konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Szczególny niepokój hierarchów wzbudziły zapisy konwencji o promowaniu w edukacji niestereotypowych ról płciowych co zinterpretowali jako promocję homoseksualizmu i transseksualizmu. Tymczasem o tym, że konwencja antyprzemocowa jest potrzebna świadczy fakt, że co roku przemocy fizycznej i seksualnej doświadcza od 700 tysięcy do miliona Polek.
Najbardziej dramatycznym rozdziałem książki jest jednak ten zatytułowany po prostu „Pedofilia”. Oto Piotr w wieku 12 lat zgubił się na cmentarzu. Został podwieziony przez księdza Zbigniewa do domu. Jednak przedtem wstąpili na plebanię. Tam ksiądz onanizował się jego ręką. Potem przyjeżdżał do niego pod szkołę i zabierał na plebanię. Nastolatek zmuszany był do seksu oralnego. Po latach Piotr postanowił skierować pozew do prokuratury rejonowej w Kołobrzegu. Zgłosiło się jeszcze czterech chłopców molestowanych przez księdza Zbigniewa, przy czym tylko jeden złożył oficjalne zeznania. Sąd skazał księdza na dwa lata więzienia. Mając wyrok w ręku Piotr pozwał kurię koszalińsko-kołobrzeską o 200 tysięcy złotych odszkodowania. Po dwóch latach kuria poszła na ugodę, deklarując wpłatę 150 tysięcy złotych, ale nie w ramach odszkodowania, a tytułem rekompensaty leczenia psychologicznego.
Jeszcze bardziej wyrazistą sprawą jest historia trzynastoletniej Kasi, którą przez kilka miesięcy gwałcił Roman B., zakonnik Towarzystwa Chrystusowego. Został skazany na cztery lata więzienia, usunięto go też ze stanu duchownego. „W kwestii zadośćuczynienia finansowego dla ofiary Sąd Okręgowy w Poznaniu wydał precedensowy wyrok – milion złotych odszkodowania i 800 złotych comiesięcznej renty, przy czym kosztami nie został obciążony konkretny duchowny czyli sprawca, ale zakon. Sąd apelacyjny podtrzymał ten wyrok” – relacjonuje Podgórska. Jednak zakon złożył kasację do Sądu Najwyższego twierdząc, że przełożeni zakonnika nie wiedzieli o dokonywanych przez niego przestępstwach.
Nie znamy dokładnej skali pedofili w Kościele. Dane ujawnione w marcu 2019 r. przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, jakoby od 1990 r. zgłoszenia o seksualnym wykorzystywaniu nieletnich przez Kościół dotyczyły 382 duchownych, których ofiarą padło 625 dzieci to z najwyższym prawdopodobieństwem wierzchołek góry lodowej.
Książka Joanny Podgórskiej jest pozycją mocną, chwilami przerażającą. Czy jest jednak jakaś iskierka nadziei na zmiany? Przede wszystkim nadzieję budzi nadzieję sekularyzacyjny trend wśród młodych Polaków. Musimy jednak rozpocząć dopiero debatę o roli świeckości w życiu publicznym, debatę, która na Zachodzie była prowadzona od II Soboru Watykańskiego. By przywołać słowa z okładki książki „Mafijny, anachroniczny, zaglądający nam do łóżka” – tak coraz więcej rozsądnych Polaków postrzega obecnie Kościół katolicki. Lewica powinna wykorzystać tę szansę i zawalczyć o świeckie, czyli normalne państwo.

Joanna Podgórska, „Spróchniały krzyż”, Warszawa, Wielka Litera, 2019.