I po świętach

Owszem, w niektórych kościołach zawisły ostrzeżenia przed przekroczeniem względnie bezpiecznej liczby zebranych. W innych jednak święcono masowo. Była też polityka.

Bez odwołań do aktualnych wydarzeń nie wyobrażał sobie Grobu Pańskiego proboszcz z kościoła świętych Piotra i Pawła w Łapach w diecezji łomżyńskiej. Zainstalował więc nie tylko figurę martwego Jezusa i żółte żonkile zapowiadające z martwych powstanie, ale też kombinezon pracownika medycznego z oddziału covidowego, górę puszek i butelek po piwie, rozłożył „Gazetę Wyborczą” i dodał jeden z tygodników prawicowych, bo na okładce znalazło się zdjęcie Marty Lempart oraz dwójki znanych aktywistów LGBTQ: Margot i Barta Staszewskiego. Całość opatrzył poruszającym sumienia napisem „Jak zabijam Jezusa”.
Na wszelki wypadek, żeby nikt z wiernych nie pomyślał, że do zabijania przykładają rękę pisma bliskie rządowi, tytuł prawicowego periodyku został zasłonięty. Można było skoncentrować się na twarzach wrogów Kościoła (ba! Jezusa!) i zastanawiać choćby nad tym, jak nie dopuścić do powtórki z jesieni ubiegłego roku, gdy nawet w Łapach, gdzie proboszczowie są ważnymi postaciami, znalazły się kobiety na tyle odważne, by zorganizować protesty przeciwko zakazowi aborcji. Nie masowe, ale jednak. Co ciekawe, w zaproszeniu na jeden z tych spacerów, które ciągle można odgrzebać na Facebooku, widnieje stanowczy apel organizatorek: to pokojowy marsz, nie planujemy iść pod kościoły. Jak widać, gest pozostał niedoceniony.

Kalwaria aborcyjna

Temat aborcji zdominował również uroczystości wielkopiątkowe w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tamtejsi bernardyni w jakimś tam stopniu potraktowali obostrzenia pandemiczne poważnie i odwołali tradycyjne misteria z inscenizacją drogi krzyżowej. Tyle, że później i tak pozwalali wszystkim chętnym gromadzić się na terenie klasztoru i kalwarii, w dużych grupach iść jej drogami, z arcybiskupem Markiem Jędraszewskim przemawiającym z głośników w tle.

A ten kreślił analogię między sądem Piłata i ukrzyżowaniem Jezusa a prawem do przerywania ciąży. Część tej nauki zanotował reporter Wyborczej: ”Piłat przypomniał sobie również, co objaśniali mu przedstawiciele nauk biologicznych, zwłaszcza genetyki i embriologii, że życie człowieka rozpoczyna się w chwili poczęcia i że taka właśnie jest naukowa prawda. Ale że bał się posądzenia o słabość, szybko stłumił w sobie to wspomnienie. „Cóż to jest prawda?” – pomyślał, z satysfakcją przy tym zauważając, że sceptycyzm jest najlepszym lekarstwem na wszelkie prawdy, w tym również naukowe. Jego wahanie bezbłędnie wyczuli przywódcy ludu. „Jeżeli ten zbiór komórek uznasz za człowieka i przyznasz mu prawo do życia, nie jesteś przyjacielem władców tego świata. Co więcej, stajesz się wrogiem mainstreamowych mediów. Każdy, kto tak czyni, sprzeciwia się wolności i postępowi”.

Skromne mandaty

Oczywiście policja, która nie ma przecież zwyczaju wchodzenia do kościołów, nawet bez wysłuchania przemów Jędraszewskiego wiedziała, że kalwaryjscy pielgrzymi to nie protestujące kobiety, nie ma zatem potrzeby egzekwowania żadnych obostrzeń. Były jednak miejsca, gdzie mundurowi ostatecznie się pojawili. Z bloczkiem mandatów, nie z koszykiem pełnym jajek i kiełbasy.

W wielkopolskim Wolsztynie, w parafii św. Józefa, na nabożeństwie w świątyni było 360 osób. Oznacza to, że limit został przekroczony o 140 wiernych. Proboszcz został ukarany mandatem opiewającym na 50 zł. W innym kościele, Maksymiliana Kolbego w Mochach, na nabożeństwo ściągnęło 81 osób, podczas gdy dopuszczalna liczba wynosiła 14. Policjanci stwierdzili naruszenie, po czym wlepili karę w wysokości 20 zł. Dochód z tacy zapewne ekspresowo pokrył stratę… i życie potoczyło się swoim torem. Jak zawsze w Polsce. Święta – i po świętach.

Wywiad z Michnikiem i pewna rocznica

Przeczytałem w „Wyborczej” obszerny wywiad z Michnikiem i przypomniałem sobie, że niedawno minęła rocznica śmierci papieża Polaka. Z taką czcią mówił o nim papież polskich liberałów.

Głęboko współczuję liberałom, że mają na tronie człowieka, który wprost chwali się sprzedaniem Polski Kościołowi, czci Jana Pawła II i uprawia religijną propagandę, która dla wszystkich poza PiS jest już wyłącznie obciachowa. To właśnie takie postacie, jak Michnik, czy Gronkiewicz-Waltz oddały Polskę we władanie katolickiemu klerowi przekazując mu na wyłączność etykę i moralność… Zrobiono to oczywiście po to, aby wykończyć polską lewicę, a przy okazji zniszczyć ateizm. Dzięki klerykalnej pacyfikacji i propagandzie z gatunku TINA zrobiono następnie prywatyzacyjną masakrę całej gospodarki, rozwalono ruch robotniczy i wręczono Kościołowi wszystko, co zechciał.

A na końcu wyhodowano jeszcze bardziej skrajną prawicę, która tą „światłą” zgasiła i skutecznie obaliła i teraz realizuje swoje koszmarne fundamentalistyczne projekty.

Bo PiS to właściwie dzieło Adama Michnika. To prawica tak samo klerykalna, tylko bardziej konsekwentna i bardziej nacjonalistyczna. To właśnie „liberalnym” klerykałom swą władzę zawdzięcza Prawo i Sprawiedliwość, które przyszło tu na gotowe. Nie musieli nikogo przekonywać, że cała moralność to domena Kościoła…

Polski Kościół podjął też oczywisty wybór i jasne, że dużo bardziej wolał Kaczyńskiego od Michnika.

Mimo wszystkich wzruszających pokłonów, które ten ostatni ciągle i bezskutecznie składa polskiemu episkopatowi. Cały polski „postępowy liberalizm” od dekad opiera się na dorobku postaci, które kryminalizują ateizm, chwalą się oddaniem całej Polski w ręce kleru i mentalnie zatrzymały się na zwierzęcym antykomunizmie i antyateizmie.

Jaki jest tych „liberałów” pomysł na Polskę? Całowanie pomników JP2 i liczenie na to, że kościół pochwali i wybierze ich na swego przedstawiciela na ziemi. Michnika i s-kę trzeba schować do politycznej szafy.

Zapraszamy na lewicę, która nie jest zaczadzona i nie uważa, że jedynym wyborem dla Polski jest oddać wszystkie dusze kościołowi i budować piekło kobiet, szukając wzorów dobrego życia pośród światlejszych biskupów. Produkt liberałopodobny marki Wadowice wziął i zgnił.

I jeszcze jedna refleksja rocznicowa. Tajemnica poliszynela jest taka, że tak naprawdę wszyscy wiedzą o tym, że Jan Paweł II nie był żadnym wielkim człowiekiem ani nie osiągnął niczego specjalnego, tylko wszyscy taktycznie milczą, bo na wierze w tę kompletną pustkę sklejono tu cały system.
Papieża wymyślono. Od zawsze jest memem, wydmuszką. Tylko długi czas był memem przydatnym…

Do pacyfikowania tłumu i utrwalania systemu.

Jan Paweł II ani nie obalił w pojedynkę realnego socjalizmu, ani nie odegra w tej kwestii wiodącej roli, ani nie zrobił niczego dobrego dla Kościoła, w którym zahamował proces odnowy i przemian, a do tego krył pedofilię i pomagał pandemii AIDS w Afryce. Zdecydowanie najlepszy był w byciu pustym znaczącym i udawaniu wielkiego znaczenia Polski w świecie. Robił też wiele żeby budować swój mit i pozować na intelektualistę, którym oczywiście nigdy nie był.

Im więcej mówili, że jest wzorem, że ma jakieś wartości i im silniejsza była propaganda tej pustej postaci… Tym silniejsza robiła się odpowiedź.
Gwarantuję, że obecnie znaczna większość społeczeństwa, w tym rosnące wśród pomników ulic i szkół imienia papieża młode pokolenie nie ma pojęcia czym ten papież w ogóle miałby być i do czego mógłby współcześnie komukolwiek służyć.

Osoby prawicowe i głęboko wierzące mogą oczywiście włożyć sobie do niego, co zechcą (jak w każdego świętego), ale sam historyczny JP2, jako taki, to tylko pustka ideologicznej wiary w to, że: Polska jest zajebista, kościół jest super, katolicyzm rządzi, komuna była szatanem, słuchać się trzeba księży i religia to wszystko co wartościowe.

W skrócie: nudna propagandowa sieczka.

Tak samo, jak ta liberalna, o szkodliwych związkach zawodowych, roszczeniowych pracownikach i o tym, że wystarczy rano wstawać, by dorobić się wielkiej fortuny.

Orbán zawodowiec

W 1956 r. na Węgrzech popularne było hasło „Lengyelország példát mutat, kövessük a magyar utat”, co w rymowanym, acz nie dosłownym, tłumaczeniu oznacza „Polska jest przykładem, Węgry pójdą jej śladem”. Po latach role się odwróciły. To Węgry stają się dla Polski przykładem do naśladowania.

Jak zauważa szewc Fabisiak, powyższe odnosi się do polityki wewnętrznej, jednak co do zagranicznej to nie już za bardzo. W odróżnieniu od polskiej politycznej amatorszczyzny Viktor Orbán jest zawodowcem i prowadzi własną a nie amerykańską politykę zagraniczną. Zawodowiec to również pragmatyk mający na uwadze interesy i potrzeby własnego kraju. I tak jest w przypadku Orbána, choć jego ksenofobiczne i antyimigranckie stanowisko musi budzić sprzeciw z czysto humanitarnego punktu widzenia. Różnice pomiędzy władzami węgierskimi i polskimi są szczególnie widoczne w odniesieniu do stosunków z Rosją. Orbán w relacjach z Moskwą kieruje się nie antyrosyjską obsesją, lecz zrozumieniem tego, że na dobrych stosunkach z sąsiadem można więcej zyskać niż stracić. Przy współpracy z Rosją na Węgrzech buduje się elektrownię atomową. Szewc Fabisiak nie jest zwolennikiem energetyki jądrowej uważając, że ewentualna nawet parominutowa awaria takiej elektrowni spowoduje o wiele groźniejsze skutki niż systematyczne podtruwanie atmosfery węglowymi spalinami. Zatem naszym naddunajskim bratankom należy jedynie życzyć bezawaryjnej pracy atomowego dostarczyciela energii. Kolejnym przejawem węgierskiego pragmatyzmu jest podejście do najważniejszego obecnie problemu tj. walki z wirusową pandemią. Podczas gdy nasi decydenci pospołu z ich europejskimi odpowiednikami biadolili, skądinąd słusznie, nad zmniejszeniem dostaw szczepionek zaakceptowanych przez Europejską Agencję Leków, to Orbán nie oglądając się na agencyjne rekomendacje ściągnął z Rosji tamtejszą szczepionkę Sputnik V. Wyszedł z racjonalnego założenia, że lepiej dać się ludziom szczepić rosyjskim preparatem niż czekać aż zaakceptowani przez agencję dostawcy uporają się ze swoimi produkcyjnymi problemami.

Orbán nie obcyndala się również jeśli chodzi o stosunki z Ukrainą. Nie potępił przyłączenia Krymu do Rosji w odróżnieniu od tych rządów, w tym oczywiście polskiego, które owo przyłączenie nazywają aneksją. Węgierski premier potrafi kalkulować i wie, że bardziej mu się opłacają dobre stosunki z silną Rosją niż ze słabnącą Ukrainą – zauważa szewc Fabisiak. Ponadto umie zadbać o interesy mieszkającej na Ukrainie węgierskiej mniejszości poddanej nacjonalistycznym naciskom ze strony władz w Kijowie. Nie podoba się to specjaliście od prywatyzacji a obecnie europodeputowanemu Januszowi Lewandowskiemu, który taką politykę nazwał wbijaniem noża w plecy Ukrainie. Ze strony polskiej nikt Ukrainie noża nigdzie nie wbija i w związku z tym olewa się sytuację mieszkających tam Polaków.

O Orbánie stało się ostatnio głośno z racji trójstronnego spotkania tracących unijny grunt polityków z Węgier, Włoch oraz Polski. Liczni komentatorzy zwracają uwagę na fakt, iż chwilowo zawieszona a faktycznie wysiudana z europarlamentarnej chadeckiej frakcji o nazwie Europejska Partia Ludowa, mającej z Węgierską Republiką Ludową tyle wspólnego co Viktor Orbán z Jánosem Kádárem, rządząca na Węgrzech partia FIDESZ musi sobie znaleźć w PE odpowiedni przyczółek a nie szpanować posłami niezrzeszonymi. Szuka zatem popleczników i znalazła ich w postaci przywódcy Ligi Północnej Matteo Salviniego i reprezentującego PiS Mateusza Morawieckiego. Być może do tego szacownego grona dołączy jeszcze kolejny unijny prawicowy konserwatysta, mianowicie lider Słoweńskiej Partii Demokratycznej i obecny premier Słowenii Janez Janša wobec którego pięć partii opozycyjnych wystąpiło o wszczęcie procedury impeachmentu. Wprawdzie premierowi w kutym udało się przeżyć wniosek o votum nieufności jednak teraz nie będzie to już takie pewne. Jego centroprawicowa rządząca koalicja dysponuje bowiem równą połową parlamentarnych mandatów a w ostatnich miesiącach kilku posłów odeszło z obozu rządzącego. W przypadku odsunięcia słoweńskiego premiera od władzy może on się decydować na podłączenie się do bloku Orbána. Słoweński parlament ma 60 dni na rozpatrzenie wniosku o impeachment co oznacza, że Viktor Orbán musi jeszcze poczekać co najmniej dwa miesiące na rozbudowę swojej stajni.

Polskich komentatorów bardziej podniecają dobre stosunki Orbána z Rosją niż polityczny program owych trzech panów, co – zdaniem szewca Fabisiaka – ma większe znaczenie niż stosunki zewnętrzne mające wymiar drugorzędny. Natomiast polityczne credo wspomnianych tu polityków daje dużo do myślenia ile ktoś potrafiłby wyciągnąć z tego wnioski a nie jedynie kultywować antyrosyjskie fobie. Otóż generalna linia programowa FIDESZ, Ligi Północnej i PiS zakłada tworzenie państwa a także, jak wynika z ich ambicjonalnych przechwałek, całej Europy na powrocie do XIX-wiecznego modelu opartego o konserwatywne zasady ówcześnie rozumianego chrześcijaństwa, gdzie najważniejsze są tradycyjne wywodzące się z chrześcijaństwa wartości wśród których można by się doszukać takiej choćby wartości jak usytuowanie kobiety na pozycji kucharki-wychowawczyni. Taka wizja jednak w daleko mniejszym stopniu interesuje naszych rodzimych komentatorów niż dywagacje nad czy tym promoskiewskiemu Orbánowi uda się zawrzeć trwa sojusz z antyrosyjskim Kaczyńskim i jakie to może mieć konsekwencje dla przyszłości Unii Europejskiej. Szewc Fabisiak uważa, że raczej znikome jako że znikomy jest wpływ tych panów na unijną rzeczywistość.

Goły i wesoły Pan Pre

To jest jeden z moich sennych koszmarów; wychodzę na ulicę nago i nic sobie z tego nie robię. Idę do sklepu, robię zakupy, dostrzegam ludzkie uśmieszki i szydery, ale nie przeszkadza mi to, aż do pewnego momentu, kiedy panicznie próbuję uciec, schować się do mysiej dziury, żeby się obudzić.

Przeczytałem niedawno, że podobnie zachował się pewien pan na Saskiej Kępie w Warszawie. Szedł ubrany jak święty turecki, wieczorową porą, po ulicach miasta. Na widok patrolu policji zaczął uciekać, aby znaleźć schronienie w pobliskiej aptece. Tam jął się szamotać z policjantami, uprzednio atakując jednego z nich na starcie, po pytaniu, czy coś mu dolega. Istnieje duże prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że za stan golasa z Saskiej odpowiadały narkotyki/dopalacze/alkohol, lub wszystkie te na używki na raz. Jak nazwać takiego delikwenta, oczywiście zakładając, że zrobił to co zrobił zupełnie na trzeźwo, wiedziony ułańską fantazją? Niespełna rozumu, no może. Wariat, to już bardziej odpowiadające prawdzie, ale mniej grzeczne. Debil? Być może. Ale są w języku ojczystym ładniejsze określenia.

Od kiedy pamiętam, nie lubiłem pewnych słów, przez wzgląd na to, jak brzmią, lub bardziej-dlatego, że nie brzmią. Jedne były za obłe, jeszcze inne za szorstkie, kolejne zaś za ostre i kanciaste. Dlatego w mowie pisanej i potocznej starałem się unikać tych, które mi nie pasują. Bez względu na kontekst i temat. Największą irytacją darzyłem i darzę słowa właściwe desygnatom żeńskich organów płciowych; w zasadzie żadne z nich, funkcjonujące w polszczyźnie potocznej, do końca mi nie odpowiada, a te „najgrubsze” są po prostu obrzydliwe. W sytuacjach, kiedy muszę nazwać to miejsce, skąd u kobiet wychodzą dzieci, używam zwykle składni anatomicznej. Na szczęście, takich sytuacji nie ma zbyt wiele. Zupełnie odwrotnie, kiedy muszę, lub chcę, nazwać kogoś…niespełna rozumu. Wtedy arsenał słów ładuję jak pepeszę i strzelam seriami, mając świadomość, że w stosunku do mnie ktoś może używać równie ostrej amunicji. Nigdy jednak nie odważyłbym się na to, żeby publicznie określić kogoś mianem głupka, durnia czy debila. Z prostego powodu. Zwyczajnie, byłoby mi przykro, gdyby ktoś nazywał w ten sposób mnie albo mi bliskich. Bo to, co dla jednych jest debilizmem, dla drugich będzie szczytem roztropności. Jeśli więc wyjątkowo nie odnosimy się do testu IQ tego czy owego, słowo debil winno być zarezerwowane dla naszych prywatnych sądów i uszu w prywatnej przestrzeni. Niezależnie, kto byłby przez nas od debili wyzywany. Wszak każdy, prezydent także, ma swoje uczucia. Nie podzielam więc huraoptymizmu po zwiszenrufie Jakuba Żulczyka, który rozlał się po polskich internetach, bo nie za bardzo widzę powodu, żeby chwytać się słów słabych i brzydkich. Byle debilem nazwie cię pijaczek spod monopolu, kiedy nie dasz mu na piwo, i trudno mi sobie wyobrazić, żeby jego obelga miała człowieka rozumnego dotknąć. Pisarzowi zatem wypadałoby szlachetniej władać obelgami. Może nie debil, a intelektualnie ociężały? Prawda, że od razu lepiej brzmi?

Z tym, że nie należy nikogo publicznie obrażać, nikt rozsądny nie powinien dyskutować. Można z kolei i powinno się dyskutować z tym, czy wolno w naszym kraju lżyć i obrażać symbole. Takowym, bez wątpienia, jest urząd prezydenta. Ale także hymn narodowy, flaga państwowa i co tam jeszcze mamy w skarbcach pochowane. Czy namalowanie na biało-czerwonej fladze tęczowej Maryjki, tę że flagę bezcześci, a jeśli tak, to dlaczego. Czy śpiewanie obelżywych słów pod melodię Mazurka Dąbrowskiego to już przestępstwo czy artystyczny pastisz. O tym rzeczywiście powinna polska inteligencja dyskutować, skoro nie ma lepszych tematów do dyskusji. Sam zresztą w takiej dyskusji chętnie zabrałbym głos. Ten byłby równie mocny i jednoznaczny, jak moja niezgoda na obrażanie kogokolwiek w mediach i internecie. Żaden symbol nie może być wynoszony do rangi człowieka lub traktowany jako żywa, niematerialna, polska dusza, którą każdy w Polsce nosi na ramieniu. Takie stawianie sprawy, to zwykłe bałwochwalstwo. Można więc sobie robić z hymnem i flagą co się chce, pod warunkiem, że nie dewastuje się swoimi czynami i słowami publicznej przestrzeni. Flagi z tęczową Maryją jak najbardziej, ale mazanie sprejem po figurach świętych, zwłaszcza tych, zabytkowych, to już zwyczajny wandalizm, nieróżniący się niczym od namalowania członka w zwodzie na parkanie przy parku. Mam wrażenie, że ludzie myślący czują podskórnie tę różnicę. Mam też nadzieję, że czują, kiedy obrażają i kiedy są obrażani. W tym wypadku nie działa prawo Kalego. Bardziej prawo Kaźmierza Pawlaka z „Samych swoich”, o tym, że ludzie nie dzielą się na złych i dobrych, tylko na mądrych i głupich. Nie ma sensu być tym drugim. Nawet na fejsie albo instagramie. Bo jeszcze ktoś nazwie cię głupcem.

W rocznicę śmierci prof. Tadeusza Baci

W dniu 26.03.2012 odszedł prof. dr hab. nauk medycznych Tadeusz Bacia.

Urodził się w Zagłębiu, w rodzinie robotniczej. W czasie okupacji pracował jako robotnik budowlany na kopalni „Jowisz” w Wojkowicach. Uczęszczał wtedy na tajne komplety nauczania. Zawsze wspominał ogromny strach towarzyszący powrotom z kompletów w trakcie godziny policyjnej wprowadzonej przez okupanta. Po wyzwoleniu zdał maturę w czerwcu 1945 roku i lipcu tego roku przyjechał do Wrocławiu. Brał udział w organizacji i ochronie powstającego Wydziału Lekarskiego. Był studentem jego pierwszego powojennego rocznika.

Po skończeniu studiów pracował przez krótki czas jako asystent w Klinice Chorób Neurologii we Wrocławiu. Wyjazd do Moskwy w 1951 roku na aspiranturę zakończył wrocławski etap kariery zawodowej. Pracę naukowa prowadził pod opieką słynnego w Akademika A.M. Grinsztejna. Często wspominał aresztowanie profesora Grinsztejna w ramach domniemanego spisku białych fartuchów w czasach stalinowskich. W 1956 rozpoczął prace naukową i dydaktyczną w Klinice Neurologii Akademii Medycznej w Warszawie. Był stypendystą Fundacji Rockefellera w Kanadzie i USA, oraz w Paryżu był stypendystą Ministerstwa Spraw Zagranicznych Francji i Ministerstwa Zdrowia Polski. W 1957 roku stworzył pracownię EEG specjalizująca się w diagnozowaniu i leczeniu padaczki. Jego prace naukowe, szczególnie w zakresie diagnostyki padaczki, stanowią bardzo poważne osiągnięcia naukowe w skali światowej.

Równocześnie współpracował z wieloma ośrodkami medycznymi w Polsce.
Był również nauczycielem akademickim na Wydziale Medycznym
Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie . Wykształcił wielu specjalistów z neurologii i neurofizjologii. Profesor Tadeusz Bacia był laureatem wielu wyróżnień i odznaczeń państwowych i nagród zawodowych.

Przy cały zaangażowaniu w pracę zawodową Profesor znajdował czas dla
przyjaciół i znajomych. Z grupa kolegów z lat studenckich we Wrocławiu
stworzyli w Warszawie nieformalny „Klub Wrocławiaków”. Przez lata
utrzymywali ze sobą stały kontakt. Profesor Tadeusz Bacia był osobą
rodzinną, otwartą i wrażliwą na krzywdę ludzką. Często zabierał głos w
sprawach ważnych społecznie, równocześnie pomagał osobom, które były w potrzebie. Był osobą o lewicowych poglądach społecznych. Do końca był
aktywny zawodowo troszcząc się o zdrowie swoich pacjentów. Zmarł we Wrocławiu, został pochowany na cmentarzu przy ulicy Smętnej we Wrocławiu.

Szczere wyrazy współczucia

Z wielkim żalem i smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci Izabelli Sierakowskiej.

Żegnamy szlachetną i wierną swoim przekonaniom posłankę na Sejm,
wrażliwą na ludzkie potrzeby działaczkę społeczną, związkową i samorządową, bojowniczkę o prawa kobiet i równe szanse dla wszystkich.

Odeszła wielka dama lewicy i polskiej polityki, mądra, dobra, piękna i odważna kobieta.

Na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Pogrążonej w żałobie Rodzinie, Przyjaciołom i bliskim składam szczere wyrazy współczucia.

Leszek Miller

Pożegnanie…

31 marca 2021r po długiej walce z chorobą odeszła bliska naszym sercom

I Z A B E L L A   A N T O N I N A   S I E R A K O W S K A

Posłanka na Sejm przez sześć kadencji, prekursorka walki o prawa kobiet , wrażliwa na nierówności społeczne i krzywdę ludzką. Zapisała się w naszej pamięci jako symbol prawości w działaniu, politycznej odwagi i uczciwości. Wierna do końca swoim poglądom, pozostawiła trwały ślad w historii polskiej lewicy.

Żegnamy Izę, łącząc się w bólu z Jej Mężem , dziećmi i wnukami

Anna Bańkowska, Jolanta Banach i Danuta Waniek

Żivieli, Iza, żiveli

Izę Sierakowską tak naprawdę poznałem w bombardowanym Belgradzie. W maju 1999. Oczywiście wcześniej wiele słyszałem o niej, i ją też. Pierwszy raz podczas X Zjazdu PZPR. Była wtedy niezwykle żywym delegatem umierającej partii. Poznałem Izę osobiście na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w tygodniku „Nie”. Tygodnik był pierwszą jawnie „komuszą” instytucją, która w III RP rosła w siłę i w dostatek. Pielgrzymowali do niego wszyscy liderzy ówczesnej lewicy, aby pokrzepić się jego popularnością i tryskającym tam optymizmem.
Potem spotykaliśmy się w Lublinie i Sejmie RP. Jak redaktor z parlamentarzystką. Zwykle po obradach, zwykle w większym gronie. Wieczorami w restauracji Maliszewskiego lub w poselskich hotelowych pokojach, gdzie prowadziliśmy „długie Polaków rozmowy”.
To Iza zapisała mnie do polsko- jugosłowiańskiej grupy parlamentarnej. Tak wtedy nazywała się ta grupa, bo wówczas Serbia była w federacji z Czarnogórą. A Iza była niekwestionowaną przewodnicząca tej grupy i społecznym bałkańskim ambasadorem w Polsce.
Na posiedzeniach najczęściej zbieraliśmy się w klubie jugosłowiańskim przy Pięknej 5. Smakowaliśmy serbską kulturę, zwłaszcza kulinarną, zapijając wiljamonką od Takovo.
Żiveli Iza!, powtarzaliśmy serbską mantrę.
Było miło aż do 1999 roku. Do Belgradu pojechaliśmy czwórką ówczesnych parlamentarzystów SLD. Izabella Sierakowska, Piotr Ikonowicz, Wit Majewski i ja. Reprezentując naszą grupę parlamentarną. Aby zaprotestować przeciwko „bombowej” polityce NATO przy rozwiązywania konfliktów narodowościowych. I wesprzeć Serbów, którzy zostali okrzyknięci przez zjednoczony front północnoatlantyckiej propagandy sprawcami całego bałkańskiegozła. Pojechaliśmy bez błogosławieństwa kierownictwa SLD, sprzeciwie rządzącej koalicji AWS- UW i krytyce liberalnych mediów. Okrzyknięto nas sługusami prezydenta Slobodana Miloszevicza, choć jego politykę też krytykowaliśmy.
Pewnie dlatego mieliśmy wsparcie opozycyjnych wobec niego elit politycznych. Wbrew prognozom mediów nie spotkaliśmy się z prezydentem Miloszeviczem, bo Iza zdecydowanie sprzeciwiła się temu. Gospodarze zadbali o liczne spotkania z reprezentantami serbskiej opinii publicznej. Hierarchami kościołów prawosławnego i katolickiego, parlamentarzystami wszystkich ugrupowań, politologami, publicystami i miejscowymi Polakami.
Potem Iza z Piotrem Ikonowiczem ruszyli do Północnej Macedonii wspierać albańskich uchodźców, drugą stronę ówczesnego konfliktu. Mnie i Wita Majewskiego wezwały do powrotu sejmowe obowiązki.
W Belgradzie Iza nieraz pokazała swe najlepsze cechy. Umiejętność rozmowy ze wszystkimi, zdolność do kompromisu, ale bez handlu pryncypiami. Wielką odwagę, która budziła tam powszechny respekt. W zbombardowanej panczewskiej rafinerii, rezydencji prymasa Jugosłąwii, w parlamencie, wszędzie.
Pamiętam ją zawsze wyprostowaną, górującą, energicznie kroczącą. Z czupryną kruczych włosów i szerokim uśmiechem.
I tak Cię zapamiętam.
Żiveli, Iza, żiveli !