Bigos tygodniowy

Niektórzy mawiają, że nie ma niczego tak pewnego w życiu jak śmierć i podatki. I faktycznie ekipa pisowska, jeśli chodzi o podatki to zagwarantowała nam moc wrażeń. W 2021 roku mamy po prostu ich wysyp, przy czym, warto w tym miejscu przypomnieć, że jeszcze w lipcu 2020 roku, Tadeusz Kościński, dla przypomnienia Minister Finansów, zapewniał, że rząd nie zgodzi się na żadne podwyżki, a mówił tak, przy pełnym poparciu rządu Mateo właśnie oraz Dudy. A tymczasem wprowadzono opłatę mocową (to o energię elektryczną w gniazdkach chodzi), opłatę OZE, opłatę od wymiany oleju silnikowego, podatek transportowy, podatek cukrowy, podatek od dochodów uzyskiwanych za granicą, wzrośnie też abonament radiowo-telewizyjny i to nie koniec listy. Podatki są wprowadzane, jak twierdzą rządzący, dla dobra ludu, który przecież korzysta z benefitów w rodzaju 500+, 300+, 13. emerytury i jak należy rozumieć, nie będzie czuł się pokrzywdzony tymi podatkowymi drobiażdżkami. Czy aby na pewno tak będzie? Wystarczy choćby pamiętać, że wzrost ceny nośników energii musi się przełożyć na wzrost cen żywności czy usług.


Rozpoczął się Narodowy Program Szczepień, w grudniu 2020. i styczniu 2021. zaszczepiono około 200 tysięcy osób, głównie przedstawicieli zawodów medycznych. Niestety, wbrew tryumfalistycznym tonom, dobiegającym ze stron rządowych, ten wynik nie jest oszłamiający, a nawet można go uznać za kiepski, zważywszy skalę problemów związanych ze skuteczną walką z COVID-em. Pamiętajmy, że w etapie 0 (przedstawiciele zawodów medycznych) i 1(seniorzy 60+, służby mundurowe, nauczyciele) jest do zaszczepienia około 11 milionów obywateli. Jeśli szczepienia będą prowadzone w takim ślimaczym tempie, to obywatele zaliczeni do grup szczepionych w 2 i 3 etapie, dostąpią wkłucia, ratującego życie i zdrowie, dopiero w 2022. i jest to wariant optymistyczny. Tymczasem jest coraz więcej zakażonych i coraz więcej zmarłych, zatem rząd zamiast urządzać konferencje prasowe, aby lansować poszczególnych swoich przedstawicieli, winien po prostu nawet kosztem tych konferencji, wziąć się solidnie do roboty i pilnie opracować precyzyjny plan szczepień, tak aby i medycy i obywatele wiedzieli kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach szczepienia będą się odbywały. Wieści ze świata, choćby z Izraela i USA, mogą być podpowiedzią dla niejakiego Dworczyka Michała – Pełnomocnika Rządu ds. Szczepień czy Niedzielskiego Adama – Ministra Zdrowia, jak można to sprawnie zrobić przy wykorzystaniu współczesnych środków komunikacji (internet, telefon). Inaczej z zarazą będziemy walczyć lata całe, a śmierć będzie tej walki zwycięzcą.


Kontynuując temat żywotnych spraw wszystkich Polaków, czyli koronawirusa i walki z zarazą warto zauważyć, że pierwsze dni stycznia zdominowała informacja, szczególnie intensywnie eksploatowana przez media pisowskie, że 18 przedstawicieli świata artystycznego m.in. Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maria Seweryn, Wiktor Zborowski, zaszczepili się poza kolejnością na COVID-19. Jak się szybko okazało nie byli jedynymi, którzy w tym trybie doznali wkłucia Pfizerem, takich osób jest znacznie, ale to znacznie więcej. Okoliczności szczepień artystów, przedstawicieli mediów, przedsiębiorców, polityków różnych opcji są niejasne, choć trudno sobie wyobrazić, że ci szczęśliwcy pod koniec 2020. przechodzili z tragarzami koło punktów szczepień i wpadli o, tak i się zaszczepili. Sprawa wymaga bez wątpienia porządnego wyjaśnienia, ale już bez tego widać, że w temacie szczepień jest megabałagan, zaś brak jasnych procedur tylko to wrażenie pogłębia. Sukces Narodowego Programu Szczepień, jak tak dalej będzie szło, jest wątpliwy, a spektakularna klapa prawdopodobna.


Nadal nie mamy nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, pomimo że kadencja Adama Bodnara oficjalnie skończyła się we wrześniu 2020 roku. Obecnie kandydatów na RPO jest już czworo. Do Zuzanny Rudzińskiej – Bluszcz, kandydatki Koalicji Obywatelskiej, Lewicy i ruchu Szymona Hołowni, popieranej przez ponad 1000 organizacji pozarządowych, Piotra Wawrzyka, kandydata Zjednoczonej Prawicy, obecnego wiceministra spraw zagranicznych, dołączył profesor Robert Gwiazdowski, kandydat PSL i Konfederacji. Niestety, ten kandydat, adwokat i doradca podatkowy, jest znany także z tego, że opracowując w 2018 roku projekt ustawy zasadniczej chciał urząd RPO po prostu zlikwidować, a odnośnie choćby prawa do aborcji wypowiedział się nader finezyjnie, że w tym względzie kobieta „wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki”. W tej sytuacji, trudno takiego kandydata na stanowisko RPO poważnie rozważać. Ożywił się Duda, który przy okazji jakiegoś wywiadu rzucił nazwisko kolejnego kandydata na RPO. Tym razem padło na niedoszłego premiera z Krakowa –Jana Rokitę. Ciekawe to bardzo, bo termin do zgłaszania kandydatów minął w grudniu 2020. Czyżby Duda wiedział coś, czego nie wie nawet PiS? W każdym razie, jak się zdaje wyborczy rzecznikowy pat trwa i trwać będzie, a jak Julka ze swoim Trybunałem w lutym orzeknie, że Adam Bodnar nie może być Rzecznikiem Praw Obywatelskich do czasu wyboru nowego RPO, to ciekawe kto będzie bronił Polaka – szaraka w starciu z organami władzy państwowej? Tym bardziej jest to ważne, gdyż rządzący właśnie przygotowali projekt ustawy, która wprowadza zakaz odmowy przyjęcia przez obywatela mandatu, z zachowaniem możliwości zaskarżenia tegoż do sądu powszechnego. Najprościej oznacza to, że funkcjonariusz policji państwowej nie tylko złapie osobę, która w jego mniemaniu popełniła wykroczenie, ale też ją na miejscu oskarży, a następnie też na miejscu wymierzy karę. Będzie zatem policjantem, prokuratorem i sędzią w jednym. Można? Pewnie, że w pisowskim państwie można. Tylko gdzie w tym wszystkim są prawa zagwarantowane obywatelowi konstytucją, choćby prawo do sądu czy zasada domniemania niewinności?

Chcemy uzdrowić demokrację, nie ją niszczyć

– Komunizm polega na kilku prostych zasadach: wszyscy ludzie powinni być równi, wszyscy powinni mieć równe prawa, także do wykształcenia i rozwoju – mówi Krzysztof Szwej, przewodniczący Komunistycznej Partii Polski, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat.

Małgorzata Kulbaczewska-Figat: Minister Ziobro chce delegalizacji Komunistycznej Partii Polski, twierdząc, że wasza partia zagraża demokratycznemu porządkowi w Polsce…

Krzysztof Szwej: My nie chcemy go demontować, tylko usprawnić. Chcemy, żeby demokracja była bardziej powszechna niż do tej pory i żeby ludzie na dole rzeczywiście mieli coś do powiedzenia.

Czyli jednak rewolucja?

Wiele zmian można wprowadzić w ramach istniejącego porządku. Chcielibyśmy zmienić ordynację wyborczą w taki sposób, aby proponowani byli konkretni ludzie, nie grupy interesów zwane partiami. Niech każdy obywatel głosuje na tylu kandydatów, ile jest miejsc mandatowych w okręgu. A potem do parlamentu niech wchodzi – przykładowo – pięć osób, które uzyskały najwięcej głosów. Progi wyborcze likwidujemy. Przed kampanią powinno się sformułować pięć pytań do każdego kandydata. Niech wyborcy wiedzą, kto np. uważa, że kobiety powinny być maszynkami do rodzenia dzieci. Znacząco powinny być ograniczone środki, które można wydać na kampanię, aby na wynik nie miał wpływu kapitał, jakim dysponuje kandydat ani jego biznesowi sponsorzy. Ponadto żadnego przechodzenia z partii do partii. To jest odpowiedzialność wobec wyborców. Przestała ci się podobać grupa, z którą wszedłeś do parlamentu? To składasz mandat.

Wystarczy stworzenie nowej ordynacji wyborczej, żeby polska demokracja zaczęła działać lepiej?

Dodałbym jeszcze zasadę kadencyjności. Osoba, która jest w parlamencie, czy w ogóle w jakichkolwiek władzach powinna być reprezentantem ludzi normalnie żyjących i pracujących. Polityk trzeciej lub czwartej kadencji już dawno przeszedł do innej grupy społecznej i to jej interes reprezentuje. Niech po drugiej kadencji parlamentarzysta wraca do dawnej pracy – potem, za jakiś czas, może kandydować znowu, ale znów z perspektywą zwykłego obywatela.

Potrzebne są wolne media, które są gwarancją tego, że nieprawidłowości, czy niewłaściwe postępowanie rządzących zostanie ujawnione. I inne mechanizmy, które zabezpieczą demokrację przed tym, żeby nikt nie zagarnął dla siebie pełni władzy. W historii mamy mnóstwo przykładów wybitnych władców, którzy rządzili znakomicie, ale ich następcy byli miernotami – i jako że mieli te same uprawnienia, to państwo szło w dół. Więc demokracja, nie rządy jednostki. Państwo powinno być tak urządzone, żeby zapewniać pewną równowagę. Jego zadaniem jest też stać na straży tego, żeby produkcja zaspokajała potrzeby obywateli, a nie, żeby trwał wyścig o konsumenta w dzisiejszej, absurdalnej postaci, gdy producenci np. proponują różne dodatkowe funkcje, ale nie zwracają uwagi na trwałość wyrobów. Kapitalizm w ten sposób zarabia na obrocie i marnotrawieniu ludzkiej pracy. To skandalicznie nieefektywne, zwłaszcza teraz, kiedy powinno się wszelkimi środkami działać na rzecz ochrony środowiska, przyrody.

Dążenie do maksymalnego zysku wyniszcza i planetę, i ludzi. Kapitalizm po prostu nie działa i nie umie „sam się naprawić” nawet w obliczu tak ekstremalnego wyzwania, jakim jest pandemia. Co w zamian?

Paradoksalne jest to, iż niewolnictwo było bardziej humanitarne niż dzisiejszy kapitalizm. Właściciel kupował niewolnika, więc chciał, żeby ten żył. Zapewniał mu przetrwanie, nawet inwestował w niego. Dla kapitalisty sprawa jest prosta. Kształcisz się na własny koszt, sam szukasz pracy, a jeśli coś ci się stanie, to pracę tracisz, a on najmuje kolejnego człowieka. Do tego doszliśmy. Rośnie majątek największych właścicieli, którzy dysponują już 10 proc. światowego bogactwa. Ich potrzeby zaspokajane są kosztem nienaturalnie wysokim, kosztem całej reszty. Klasa średnia zanika – ludzie, którzy nie są w tej wąskiej elicie, są coraz biedniejsi.

Co w zamian? Czy jesteśmy za tym, żeby totalnie wszystko znacjonalizować? Uważam, że nie. Błędem socjalizmu, który był w ZSRR i bloku wschodnim, była nacjonalizacja wszystkich, nawet najdrobniejszych gałęzi produkcji, takiego na przykład krawca, i powstawanie spółdzielni z prezesem i administracją. To było przegięcie w drugą stronę. Nacjonalizacja wielkich zakładów produkcyjnych, by ich wytwory i zyski służyły całemu społeczeństwu – tak, oczywiście. Konieczne jest też zagwarantowanie pracownikom udziału w zarządzaniu produkcją i podejmowaniu kluczowych decyzji poprzez rady zakładowe, czyli samorząd pracowniczy. Ale jeśli ktoś jest rzemieślnikiem, to ma prawo pracować samodzielnie. Może też zebrać się dziesięciu takich i stworzyć spółdzielnię. To zasad komunizmu czy socjalizmu nie narusza. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś ma kapitał, ciągnie z niego zyski, zakłada przedsiębiorstwo, które produkuje coś, o czym on nie ma pojęcia, ale ma w tym udziały, bo ma pieniądze.

Państwo, które chce być socjalne, czy też socjalistyczne, musi zagwarantować wszystkim minimum egzystencji potrzebnej do rozwoju. Nie tylko do przeżycia, ale też do tego, by obywatele mogli rozwijać swoje umiejętności. Społeczeństwo nie może ryzykować, że ktoś bardzo zdolny zostanie niewykwalifikowanym pracownikiem, bo urodził się w rodzinie, której nie było stać na kształcenie dzieci.

Cały komunizm polega na kilku prostych zasadach: wszyscy ludzie powinni być równi, wszyscy powinni mieć równe prawa, także do wykształcenia i rozwoju. Każdy ma prawo osiedlać się, gdzie chce. Nie wolno marnować zasobów i możliwości, tak jednostek, jak społeczeństwa, należy eliminować myślenie szowinistycznymi, narodowymi kategoriami. Uważam, że do stworzenia takiego państwa (państw), które będzie dbać o obywateli, a nie tylko służyć właścicielom kapitału, nie potrzeba nam rewolucji.

Kapitalizm, który teraz absolutnie dominuje na świecie, upadnie sam?

Kiedy w XIX w. powstał marksizm, nawoływano do obalenia władzy siłą, bo nie było powszechnego prawa wyborczego. Prawo do głosowania – oczywiście w tych krajach, gdzie w ogóle obowiązywały jakieś elementy demokracji – mieli właściciele ziemscy, posiadacze samodzielnych gospodarstw, ci, którzy spełniali kryteria cenzusu majątkowego. Robotnik nie miał żadnych szans walki o swoje prawa poza stosowaniem przemocy, bo był z definicji spychany na margines społeczeństwa. Teraz to się zmieniło.

Trzeba przekonywać ludzi do idei, które są również w programie Komunistycznej Partii Polski. Robić dobrą organiczną robotę. Krok po kroku poprawiać to, co jest, aż dojdziemy do tego, co będzie rzeczywiście sprawne. I to nie jest koniec, bo komunizm nie jest religią. Nowe problemy do rozwiązania będą się pojawiały nieustannie. Tam, gdzie większość społeczeństwa będzie przekonana do socjalistycznych idei, rewolucja dokona się pokojowo. Chociaż potrafię sobie wyobrazić, że gdyby komunizm zwyciężył w jakiejś części krajów świata, to reakcja kapitalistów byłaby agresywna, może nawet zbrojna.

Następny zarzut z listy Ziobry: KPP chce wzorować się, jeden do jednego, na rozwiązaniach radzieckich. A towarzysz tłumaczy, że komunizm nie jest religią i ciągle ewoluuje. Czy w takim razie ZSRR w ogóle jest dla was inspiracją?

Ziobro napisał, że my do systemu radzieckiego odnosimy się z atencją i podziwem, a w naszym programie są nawiązania do gospodarki radzieckiej. Tak się akurat składa, że ich nie ma. Związek Radziecki w programie KPP jest wymieniony jeden raz. Pada tam sformułowanie, że istnienie Związku Radzieckiego przyczyniło się do uzyskania niepodległości krajów Trzeciego Świata.

Co akurat nie budzi u poważnych historyków żadnych wątpliwości.

Zdajemy sobie sprawę z tego, że rewolucja rosyjska to była okrutna wojna domowa pomiędzy różnymi grupami, także lewicowymi. Nie zamierzamy zamykać ludzi w obozach. Doceniamy, że po 1925 r., kiedy sytuacja w kraju się ustabilizowała, zaczęto prowadzić pracę organiczną dla rozwoju gospodarki. Niemniej kiedy władza dostała się w ręce Stalina, doszło do ostatecznego wynaturzenia idei komunizmu. Powstał kult jednostki, jakiegoś geniusza, który jest genialnym językoznawcą, genialnym biologiem, fizykiem i w ogóle wszystkim, co jest w oczywisty sposób niemożliwe. Przeprowadzono czystkę wybitniejszych ludzi, którzy mogli zagrozić Stalinowi. W tym czasie ginęli również polscy komuniści. Ogłoszono, że połowa ludzi, którzy robili rewolucję dwadzieścia lat wcześniej, to zdrajcy i kontrrewolucjoniści, co jest zupełnie nielogiczne. W wojsku i przemyśle awansowały miernoty, donosiciele, krętacze. Efekty były takie, że kiedy zaczęła się wojna z Niemcami, to wojska niemieckie odnosiły gigantyczne sukcesy, a radzieccy żołnierze tysiącami ginęli. Stalin wtedy w końcu dopuścił ludzi kompetentnych, sam oddał w czasie wojny zasługi, bez których zapewne ZSRR tej wojny by nie wygrał. Niemniej to nie jest model państwa, który chcemy powtórzyć.

Jeszcze jeden przykład, dlaczego ja nie chciałbym powtórzenia tego modelu z jego podejrzliwością: w przemyśle nikt nie mógł zaryzykować, wprowadzić czegoś nowego, bo gdyby wyrób się nie udał, mógłby pojechać do obozu jako sabotażysta. Tymczasem w technice jest wiele etapów, nikt nie jest tak zdolny, żeby od razu zrobić coś doskonałego.

Mimo tego wszystkiego kraje socjalistyczne odegrały wielką rolę w rozwoju cywilizacji. Nie wolno zapominać o ich osiągnięciach: trosce o kulturę, w tym regionalną, wspieraniu twórców i zespołów artystycznych, podnoszenia rangi nauki w społeczeństwie, masowym awans społeczny poprzez bezpłatną oświatę. O tempie uprzemysłowienia i rozwoju.

Wysoki poziom pomocy socjalnej w krajach zachodnich po wojnie wynikał właśnie z tego, że istniał obóz socjalistyczny. Poziom opiekuńczości państwa podnoszono, by pokazać pracownikom, że kapitalizm jest lepszy, bo może dać im więcej – co było dla rozwiniętych krajów zachodnich o wiele łatwiejsze. W tym czasie Blok Wschodni musiał utrzymywać sprawną armię, co dla gospodarki osłabionej przez wojnę było wysiłkiem większym niż na zachodzie. Teraz nie ma już tego zagrożenia dla kapitalizmu, więc o prawach socjalnych się nie mówi, już nie proponuje się czterodniowego tygodnia pracy przy sześciu godzinach dziennie. Kapitalizm wrócił w dawne koleiny. Maksymalnie wykorzystuje jednostkę, a potem ją wyrzuca.

Wielu Polaków słyszy podobne argumenty, a potem wzrusza ramionami, stwierdzając, że może i trochę prawdy w tym jest, ale komunizm w Polsce już był i nie działał. Co wtedy odpowiadacie?

Prosta rzecz – w Polsce nie było komunizmu! Byliśmy na drodze do socjalizmu, który trwał bardzo krótko i w związku z tym nie potrafił wyewoluować właściwie. Po drugie, doktrynalnie był skrępowany pewnymi zasadami i nawet jeśli coś się nie sprawdzało, to nie wolno było tego zmienić. Już w latach 50. czy 60. wiedziano na przykład doskonale, że identyczne wynagrodzenie tych samych zawodów w różnych zakładach przemysłowych, gdy obowiązki robotników mają różny stopień komplikacji, to nonsens. Ludzie powinni zarabiać proporcjonalnie do poziomu wykorzystywanych umiejętności, a w polskich zakładach takie zawody jak ślusarz, tokarz czy pracownik wykonujący jakieś super precyzyjne elementy to była ta sama grupa zaszeregowania. Była wprawdzie rywalizacja pracy, ale w żaden sposób niezwiązana z wynagrodzeniem, zarówno zakładów, jak i poszczególnych pracowników.

Takich problemów organizacyjnych było więcej. Ludzi brakowało, więc nowi pracownicy dostawali więcej niż doświadczeni. Pracujesz pięć lat, przychodzi jakiś żółtodziób i dostaje więcej pieniędzy. Jaka była reakcja pozostałych? Zaczynali gorzej pracować. Był kult planów w metrach, sztukach, nie było nacisku na innowacyjność. Bardziej się opłaciło kupić licencję na wyrób niż wdrożyć polskie rozwiązania. Właśnie dlatego nie zostało wprowadzonych wiele ulepszonych wyrobów krajowych. Zresztą kupowało się te licencje często w sposób absurdalny, z fatalnymi błędami na etapie zawierania umów. Sam znałem taką sytuację: podpisano z firmą zachodnią umowę o spłacaniu kosztów licencji za pomocą wyrobów. Kontrahenci zażądali innych wyrobów, a nie tych, których dotyczyła licencja, bo naszym negocjatorom się naiwnie wydawało – nie mieli doświadczenia w krętactwie kapitalizmu – że chodzi właśnie o wyroby na tej licencji. Podsumowując – nasza gospodarka była zupełnie dobrze rozwinięta, były maszyny bardzo często nowoczesne, ale potencjał nie był w pełni wykorzystany.

Tu muszę podkreślić, że wysoko oceniam zaangażowanie zakładów pracy w rozwój infrastruktury w ich lokalizacji, prowadzenie działalności socjalnej, mieszkania zakładowe, wkład w rozwój kultury czy dbanie o szkolnictwo zakładowe, stypendia fundowane czy ośrodki wypoczynkowe.

Mogliśmy ulepszyć tamten system, zamiast go likwidować w toku terapii szokowej?

Gospodarkę z pewnością. Nasze zakłady pracy były bardzo często dobrze zorganizowane, bardzo często dobrze wyposażone technicznie i z wykształconą kadrą, chociaż nieco zdemoralizowaną tym faktem, że nie mogła w pełni wykorzystać swoich umiejętności. Mieliśmy rynki, sprzedaż w krajach Trzeciego Świata, dość zaawansowanych wyrobów. Mogliśmy je udoskonalić. Tymczasem system Balcerowicza wprowadził zasadę bardzo dziwną: zakład pracy, który pracował w tej chwili dobrze, ale miał małe rezerwy lub w ogóle ich nie miał, był z góry skazany na przegraną z takim, który pracował słabo, ale mógł się wykazać odpowiednim wskaźnikiem udziału w zyskach. Zabijały nas też zatory płatnicze – ktoś produkował, ale mu nie płacono, bo gotówki było mało. Przez to firmy, które zainwestowały w produkcję, czyli to, co moim zdaniem mogło kraj rozwinąć, zaczęły przegrywać z firmami handlowymi, które kupowały gotowe wyroby na zachodzie i sprzedawały je bez większych problemów. Stawiano nie na rozwój naszych inżynierów i naszych wyrobów, tylko na handel, czyli to, co było de facto w interesie zachodu. Nasz przemysł mógłby nawet w kapitalistycznych warunkach produkować z zyskiem, ale to z kolei nie było w interesie zachodu, czy też zachodnich firm, które przejmowały polskie zakłady. Więc albo zwijały produkcję u nas, przenosząc ją gdzie indziej, albo likwidowały biura konstrukcyjne, żebyśmy już nigdy nie byli konkurencją. Niektóre nasze wyroby wysokoprecyzyjne rzeczywiście tą konkurencją były, jak np. zaawansowane obrabiarki z Dąbrowy Górniczej.

Kapitalizm przyniósł na powrót do Polski bezrobocie, jedno z najgorszych społecznych zjawisk. Człowiek, żeby pracować dobrze, musi się czuć bezpiecznie. Nie ma mowy o zdrowym społeczeństwie, gdy utrata pracy i utrzymania grozi nie tylko marnym pracownikom, ale wszystkim.

Znowu diagnoza, z którą trudno się nie zgodzić, potwierdzają ją badania socjologiczne czy psychologiczne, schematy potrzeb człowieka… Lewicowi działacze i intelektualiści są w stanie udowodnić, dlaczego kapitalizm jest systemem nieludzkim. Także odwołując się do doświadczeń, które są udziałem tysięcy. A równocześnie w Polsce i nie tylko lewica nie przyciąga wyborców. Dlaczego?

Lewica przeżywa kryzys wszędzie dlatego, że kontra kapitalizmu była bardzo zdecydowana. Znacznie bardziej zdecydowana niż po zwycięstwie rewolucji w Rosji… Gdy wybuchła rewolucja socjalistyczna w Rosji, to dawni rządzący, czyli kapitaliści i szlachta z góry założyli, że ta „ciemnota”, która zdobyła władzę, nie da sobie rady. Myśleli: diabli ich wezmą, wykończą się sami, bo nie ma tam inżynierów i bankierów. Okazało się, że ludy Rosji Radzieckiej sobie poradziły. Przyciągnięto część starych i wykształcono nowych specjalistów. Teraz więc kapitaliści dmuchają na zimne, walczą z lewicą, nawet słabą, żeby ją całkowicie zniszczyć i skompromitować. Równocześnie przejmują pewne elementy lewicowego programu. Tak zrobił PiS. Zrozumiał, że ludzi nie można w nieskończoność i w takim stopniu poniżać.

To dlatego dzisiejsi polscy robotnicy, czy szerzej – pracownicy, głosują na partie prawicowe, którym ani w głowie likwidacja wyzysku?

Może najpierw o tym podziale robotnicy – pracownicy. Uważam, że we współczesnym kapitalizmie klasyczne mówienie o klasie robotniczej, przemysłowej, nie jest już zupełnie trafne. Baza ludzi, którzy są gospodarczo wykluczeni, poniżeni czy wyzyskiwani, rozszerzyła się. Klasa pracownicza w pojęciu nowoczesnego komunizmu to są ludzie zatrudnieni, niebędący właścicielami środków produkcji, pracujący i wyzyskiwani w pracy. Wyzyskiwani są nie tylko ci, którzy produkują, ale np. także pracownicy handlu. Inna kwestia: czy operator jakiegoś bardzo skomplikowanego urządzenia sterowanego numerycznie jest jeszcze robotnikiem czy jest po prostu wyzyskiwanym pracownikiem, skoro nie używa już do pracy mięśni, tylko intelektu, a często ma wyższe wykształcenie?

Wracając natomiast do pytania. Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, ludzie są jednak zrażeni do tego, co było w Polsce Ludowej, a raczej do tego, co im się wydaje, że było. Obecnie propaganda, literatura, film przedstawiają ten okres jako czas zupełnej nędzy, ubóstwa, zamordyzmu, chamstwa oraz braków zaopatrzenia. Ludziom się wydaje, że dokładnie tak było przez kilka dekad. Po drugie, ludzie nie widzą horyzontu poza kapitalizmem, bo im wmówiono, że na zachodzie, czyli w kapitalizmie, zawsze było lepiej. Po trzecie, boją się zmian. Żyją „jakoś”, ale boją się buntować.

I wreszcie to, co się stało w Polsce, kiedy już w III RP lewica dostała się do władzy. Społeczeństwo oczekiwało od tych ludzi, że zatrzymają najgorszy dziki kapitalizm. Przywrócą pewne pozytywne elementy socjalizmu. Rządy SLD zawiodły te oczekiwania. Nie wprowadziły nawet ograniczonych socjaldemokratycznych rozwiązań. W polityce zagranicznej też okazali się zupełnie ulegli Stanom Zjednoczonym. Płaci za to współczesna polska lewica.

Nieważne, co powiedzą w Sejmie młodzi działacze Lewicy Razem, będzie za nimi szedł cień Leszka Millera?

Właśnie tak! Są sprawy, które potężnie zapisały się w świadomości ludzi. Czy lewica protestowała, gdy pojawiła się idea samozatrudnienia czy tzw. umowy śmieciowe? Nikt nie protestował! Leszek Miller przedstawiał uelastycznianie zatrudnienia jako wielką szansę dla młodych. A przecież nawet kapitalizm XIX-wieczny zrozumiał, że warto podnosić czasem płace pracowników, bo to przekłada się na zwiększenie sprzedaży wyrobów – robotnika wreszcie stać, by je kupował. Lewica patrzyła na te „oszczędności” i siedziała cicho. Więc teraz się jej nie ufa.

Do tego dochodzi ogromna skala antylewicowej propagandy na czele z lansowaniem tzw. „żołnierzy wyklętych”. Po wojnie była straszna nędza, spowodowana wojną, a wyklęci walczyli z ludźmi, którzy ten kraj chcieli odnowić. To mają być bohaterowie?! Bohaterem jest dla mnie ten, kto w kraju który stracił 6 czy 7 mln obywateli i znaczną część przemysłu chciał to odbudować i coś dla ludzi realnego wytworzyć. A nie ktoś, kto uważał, że przed wojną, gdy zwykli ludzie służyli jaśniepanom, było świetnie.

Konserwatywna propaganda w 2020 r. okazała się mniej skuteczna, niż sądzili jej autorzy. Młodzieży wpajano miłość do Jana Pawła II, całemu społeczeństwu – narodowy katolicyzm. A potem pseudotrybunał wydał swój wyrok w sprawie aborcji i tysiące ludzi wyległo na ulice, krzycząc, że fanatycy mają wyp***. W sprawie praw kobiet można było przełamać prawicową propagandę. Dlaczego nie udaje się tego samego zrobić, gdy chodzi o prawa pracownicze, też masowo łamane w pandemii?

Protesty robotnicze o tej skali nie wybuchają, bo uderzenia w pracowników są bardziej rozmyte. Nie prześladuje się bezpośrednio całej grupy, klasy społecznej równocześnie. Najpierw niszczy się jedną grupę zawodową, potem drugą, jeden zakład pracy, potem inny. Ludzie widzą np. zamykanie kopalń i myślą: to górnicy, to mnie nie dotyczy. Natomiast zakaz aborcji uderza we wszystkie kobiety bez wyjątku.

Prawa kobiet to nie jest sprawa do dyskusji: kobieta jest człowiekiem, ma takie same prawa, nie można jej narzucać woli innych powodowanej jakimiś przesądami religijnymi. Zmuszanie do rodzenia dziecka, które nie ma szans na przeżycie, i dzięki badaniom wiemy to wcześniej, to jest zbrodnia. Dlatego Komunistyczna Partia Polski bez żadnych dyskusji popiera protesty kobiet, bierze w nich udział.

A ilu członków ma właściwie KPP? Czy są w niej pracownicy, o których rozmawiamy i o których prawa upominacie się w programie?

Robotników mamy niewielu, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że zawsze na czele radykalnych ruchów zawsze dominowali intelektualiści, a robotnicy pojawiali się później. Tak było nawet w Proletariacie Waryńskiego.

KPP liczy kilkuset, 200-300 członków, skład nie jest całkiem stabilny. Mniejszy jest udział ludzi w średnim wieku. Jest pewna grupa starszych towarzyszy, pojawia się więcej ludzi młodych. Ci, którzy przychodzą, mają poczucie, że kapitalizm, który mamy, to ślepy zaułek, nie doprowadzi do niczego dobrego.

Na razie jednak w Polsce do rezygnacji z kapitalizmu daleka droga. Co będzie z Polską w krótkiej perspektywie?

Mam powiedzieć coś pozytywnego? Jeżeli dojdzie do przedterminowych wyborów i rola PiS zostanie ograniczona, to będzie bardzo dobre dla Polski. Jeżeli nie, to zostaniemy w tyle i będziemy jeszcze bardziej się oddalać. Jeżeli do tego mamy wyznawać wartości takie jak pan Czarnek proponuje… Mnie się to w głowie nie mieści, że w XXI w. można wierzyć w takie rzeczy. Tego, że będą nami jeszcze długo rządzili tacy ludzie, boję się najbardziej.

Zarzuty za strajk kobiet

Kolejny lokalny działacz lewicowy z powodu zaangażowania w protesty kobiet usłyszał zarzuty na komisariacie.

Kamil Mitera jest koordynatorem Młodej Lewicy w Tarnowie. Demonstracje przeciwko wyrokowi pseudotrybunału współorganizował na przełomie października i listopada. Gromadziło się na nich po kilkaset obywatelek i obywateli.

Jak relacjonuje lewicowy aktywista, demonstracje były organizowane z zachowaniem wymogów bezpieczeństwa w czasach pandemii. Uczestniczki zachęcano do chodzenia w pięcioosobowych grupach i trzymania dystansu między nimi. Obowiązkowe były maseczki.

Obywatelki protestowały m.in. z transparentami „Rząd nie ciąża, da się usunąć”, „Urodzę wam lewaka”, „Myślę, czuję, decyduję” i wieloma innymi, często kreatywnymi i mocnymi hasłami wymierzonymi w prawicowe władze. Kamil Mitera, który podczas protestów ostrzegał przed powrotem do średniowiecza, został uznany przez policję za organizatora zgromadzenia i spisany przez policję już pierwszego dnia. Jeszcze mniej ciekawie, jak relacjonuje działacz, było na kolejnej demonstracji.
– Ludzi przyszło zdecydowanie więcej (około 200) niż dzień wcześniej. Reakcją policji były przypadkowe legitymowania, straszenie mnie kajdankami oraz zatrzymaniem dwóch osób. Jeden z zarzutów dotyczy sytuacji z tego dnia – mówił nam Mitera. – Następnego dnia zrobił się delikatny szum wokół zatrzymań i policja zaczęła zachowywać się w całkiem inny sposób. Nawet odśpiewaliśmy im krótką piosenkę kilka dni później i podziękowaliśmy za ochronę. Ten stan utrzymywał się przez długi czas, jednak w połowie listopada znów zaczęły się masowe legitymowania uczestników.

Czy to z centrali przyszły polecenia, by policja nie była już wyrozumiała dla manifestujących? Kamil Mitera jest przekonany, że tak musiało być. Dlatego krótko przed świętami otrzymał wezwanie na przesłuchanie, zaś 5 stycznia usłyszał pięć zarzutów. W tym – o nierespektowanie obowiązku zasłaniania nosa i ust, co, jak podkreśla, zawsze na demonstracjach robił.

– Zważywszy na obowiązujące prawo, spacerowanie po miejscach publicznych nie jest zabronione. Dlatego uważam, że nie zrobiłem nic złego. Z wszystkimi postanowionymi zarzutami się nie zgadzam, ponieważ rozporządzenie jest aktem niższym niż konstytucja bądź ustawa – mówi działacz Młodej Lewicy.

Na łamach „Dziennika Trybuna” pisaliśmy już o wzywanych na komisariat demonstrantkach z woj. kujawsko-pomorskiego oraz o Annie Sikorze z Sieradza, której wlepiono grzywnę w wysokości 400 zł za przyklejenie na drzwiach biura poselskiego kartki papieru z protestacyjnym hasłem. Wnioski, czemu to służy, można wyciągnąć samodzielnie.

Papież nauczy

Przemysław Czarnek udzielił kolejnego wywiadu, w którym zajął kontrowersyjne stanowiska nt. włączania nauk Jana Pawła II do programu nauczania.

“Gdy uczymy podstaw przedsiębiorczości, moglibyśmy wprowadzić fragmenty papieskich encyklik na temat tego, czym jest praca, wolny rynek, sprawiedliwość społeczna itp. Chodzi nie tyle o wymiar religijny, ile o etyczne spojrzenie na przedsiębiorczość” – mówił w “Gościu Niedzielnym” minister edukacji.

Polityk dodał również, że chciałby włączenia nauk Jana Pawła II do programu szkół podstawowych. Chodzi przede wszystkim o kwestie seksualności i inne tematy zawarte w książce “Miłość i odpowiedzialność”. Warto zaznaczyć, że jest to pozycja, której daleko jest od zdobyczy psychologii i medycyny. Karol Wojtyła bowiem pisze w niej, między innymi, o homoseksualności jako o “zboczeniu” i wymienia ją w jednym ciągu z zoofilią. W książce napisanej przez papieża czytamy również, że “z wymogami normy personalistycznej kłóci się poligamia, a także rozerwalność prawnie zawartego małżeństwa (tzw. rozwód), który zresztą w praktyce prowadzi do poligamii”.

Czarnek zapytany o to, co zagraża wolności nauki, odpowiedział “lewicowy totalitaryzm”. Stwierdził on, że osoby o innych poglądach niż lewicowe są wykluczane z debaty. “W efekcie ludzie o poglądach konserwatywnych boją się je formułować i nie podejmują dyskusji” – mówił dla “Gościa”.

Tarcza antykryzysowa, czy grobowa

Długo nie gościłem na łamach „ Trybuny”. Powodów było kilka. Po pierwsze utrata wiary w to, że pisanie czemukolwiek służy, że ktokolwiek bierze sobie do serca racje jakie w dziennikarskich relacjach są przedstawiane.

Tak się bowiem składa, że nawet „oczywista oczywistość”- mówiąc słowami pewnego polityka- nie jest brana pod uwagę bo decydenci wiedzą i tak lepiej co jest nam potrzebne. Po drugie jako człowiekowi prowadzącemu biznes gastronomiczny bliższe było mi ratowanie firmy za wszelką cenę, a nie słowne potyczki, których i tak nikt nie bierze pod uwagę.

Branża gastronomiczna i hotelarska to w Bieszczadach potęga. W gruncie rzeczy więcej ludzi grzeje stołki tylko w różnego rodzaju urzędach, szkołach. Jest jedna różnica gastronomia, hotele, sklepy, drobne firmy prywatne dają państwu pieniądze, natomiast urzędnicy je tylko przejadają. Nie oznacza to, że urzędy trzeba zlikwidować, ale warto pamiętać o tym, że również urzędnicy powinni też ponieść choćby minimalne koszty z tytułu epidemii koronowirusa.

Rozmawiam z kolegami prowadzącymi lokale gastronomiczne, hotele. Twierdzą np., że od początku października nie sprzedali ani grama alkoholu, piwa. Podobnie było przez prawie trzy miesiące wiosną. No jak myślicie, czy z tego tytułu przysługiwała im jakaś ulga. Otóż nie zwolniono ich nawet z przysłowiowej złotówki z opłaty za zezwolenie na handel alkoholem.

Kolejny przykład „pomocy” samorządu dla lokalnych firm to odbiór śmieci. Każdy z nas mieszkający np. w prywatnym domu płaci za wywóz śmieci ryczałt roczny. W moim przypadku ja z żoną płacimy coś ponad sześćset zł rocznie. Nie jest tutaj istotne ile tych śmieci produkujemy, może to być worek miesięcznie, może to być dziesięć worków lub wcale, ale kwota opłaty jest stała. Inaczej ma się sprawa z przedsiębiorstwami, tutaj cena za worek dajmy na to plastikowych butelek po napojach kosztuje każdorazowo 30 zł. Dla porównania podam ceny jakie płacimy za pełnowartościowe produkty spożywcze. Otóż za worek ziemniaków płacimy około 10 zł, mniej więcej tyle samo kosztuje worek marchwi, buraków. Jaki widać worek śmieci jest trzykrotnie droższy od spożywczych produktów. To absurd. Czym się to skończy, ano tym że obrzeża lasów znów będą pełne śmieci.

Legalnie działające hotele świecą pustkami, bowiem mamy zakaz przyjmowania gości. By przyłapać hotelarzy dzwoniono do nich z dziwnych telefonów z zastrzeżonymi numerami z pytaniem o wolne miejsca. Rząd bowiem próbuje zabrać firmą to co dał wiosną. A dawał w dziwny sposób. Za spadek obrotów rzędu 70 procent, na jeden etat słynna Tarcza Antykryzysowa miała płacić 24 tysiące zł. Miałem na koniec roku pracowników na 3,5 etatu. Wspaniałomyślna Tarcza przysłała mi 12 tysięcy zł., czyli tyle co za 0,5 etatu. Żadne reklamacje na nic się nie zdały, bo Tarcza działała na zasadzie rozmowy „dziada z obrazem” czyli mówił dziad do obrazu a obraz do niego ani razu. Pal licho te pieniądze, ale pracownicy, gdy o tym mówiłem znacząco kiwali głowami, czyli byli przekonani, że swoje dostałem. Te 12 tysięcy trzymam do dziś, bo wiem że rząd znajdzie jakiś prawny kruczek bym te pieniądze zwrócił, może nawet z nawiązką.

Tymczasem gospodarstwa agroturystyczne przyjmowały i przyjmują w tej chwili gości, bez jakichkolwiek obaw. Wszak gość w agroturystyce może być w razie kontroli członkiem rodziny który przyjechał w odwiedziny. Przypomnę co to jest kwatera agroturystyczna. Otóż to wynajęcie prywatnych domowych pokoi dla maksimum 16 osób z możliwością ich karmienia. Od tego właściciel nie płaci podatku, nie musi spełniać wymogów przeciwpożarowych, nie jest kontrolowany przez Sanepid. Sam znam takie kwatery agroturystyczne, które przyjmują po dwa autokary turystów. Po prostu domy albo już hotele dzieli się na kilka osób w rodzinie i 16 przemnożone dajmy na to przez pięć, daje dokładnie 80 miejsc noclegowych.

Dopiero w sobotę Pan premier Morawiecki wspaniałomyślnie powiedział co czeka naszą branżę. Mamy zakaz działalności do 27 grudnia, który następnie przedłużono do 17 stycznia 2021 roku. Zakładam, że ten czas zostanie wydłużony bo nie wierzę by można było legalnie działać przed wyszczepieniem około 70 procent Polaków. Tak więc styczeń okres dobry dla branży będzie będzie tym razem martwy. Mamy już kolejny martwy miesiąc, a pomocy ze strony rządu ani widu, ani słychu. To co ludzie z branży odłożyli w wakacje dawno zostało wydane, teraz idzie czas na tworzenie płatniczych zaległości i oczekiwanie na jakąkolwiek pomoc. Biorąc pod uwagę to iż Sejm z uchwałą pomocy poszkodowanym przez koronowirusa przekładał obrady o dwa tygodnie, karze się spodziewać, że pomoc też przyjdzie gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jest jeszcze jedno pytanie czym różni się hotel, restauracja od kościoła, sklepu, galerii. W mojej restauracji mogę posadzić klientów tak, że jeden drugiego nie widzi, bo lokal ma 300 m2 i jest podzielony na trzy osobne pomieszczenia. Ludzie w sklepie, przechodzą obok siebie, stoją jeden za drugim w kolejce, podobnie jest w kościołach. W czym jesteśmy gorsi, a może chodzi o to by McDonalds i Pizza Hut i inne sieci mogły wejść w nasze miejsce.

Lekcja brexitu

Gdy o północy 20 grudnia, Francja zamknęła granicę z Wielką Brytanią na dojazdach do Kanału La Manche zaczął się Armagedon. Tysiące ciężarówek z psującym się towarem, tłum wściekłych kierowców, złorzeczenia Europejczyków zmuszonych do działań nadzwyczajnych w i tak tłocznym przedświątecznym okresie, gwałtowne poszukiwania sposobu opuszczenia Wysp…

Powodem decyzji o zamknięciu granicy było odkrycie nowego, groźnego szczepu wirusa COVID-19, ale w tle były buksujące od wielu tygodni negocjacje rozwodowe między Unią a Wlk. Brytanią. Nikt tego nie stwierdził na pewno, ale kto wie, czy horror na granicach nie przyspieszył ich końca. Już 24 grudnia Ursula von der Leyen niespodziewanie ogłosiła, że osiągnięto porozumienie w sprawie umowy handlowej. To, co jeszcze kilka godzin wcześniej nie wydawało się możliwe, stało się faktem.
Być może to właśnie horror na granicach uzmysłowił premierowi Johnsonowi, że nie warto bez końca walić pięścią w stół, nie warto grozić i krzyczeć, bo Unia Europejska niezachwianie i wspólnie trwa przy wynegocjowanym już porozumieniu.

Oczywiście na użytek wewnętrzny Johnson ogłosił swój wielki sukces, mówił nawet, że jego kraj odzyskał pełną niezależność gospodarczą i polityczną.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zachowywała spokój i wypowiadała się mniej emocjonalnie za to bardziej merytorycznie. Osiągnięte porozumienie nazwała uczciwym, zrównoważonym i wzajemnie korzystnym:

„Jednolity rynek będzie działał na uczciwych zasadach, jeżeli ktoś nie będzie się do nich stosował spotkają go poważne konsekwencje” – podkreślała.

Tymczasem premier Johnson nie odrywał triumfalnych fanfar od ust: „Odzyskaliśmy kontrolę nad naszym prawem i naszym przeznaczeniem. Nad każdym najmniejszym szczegółem naszych regulacji. Od 1 stycznia będziemy poza unią celną i jednolitym rynkiem. Brytyjskie prawo tworzone będzie tylko przez brytyjski parlament, a interpretowane przez brytyjskie sądy”… Pochylmy się więc przez chwilę nad tym sukcesem brytyjskiego premiera.

Kilka spraw dla przykładu

Traktat brexitowy liczy ok. 1200 stron. Reguluje obrót towarowy i problemy rybołówstwa.

Irlandia Płn. jest traktowana jako wydzielona część.

Nie reguluje sprawy usług – chodzi głównie usługi finansowe, które są ważne.

Nie ma także w porozumieniu sprawy gospodarowania bazą danych.
Nie ma też wzajemnego uznawania certyfikatów zawodowych i tym samym dyplomów.

Jeśli chodzi o obrót towarowy, to ma być wolny, bez ceł.

Co to znaczy zatrzymać ruch na granicy zobaczyliśmy wszyscy w dni przedświąteczne, kiedy tysiące ciężarówek tłoczyły się na prowizorycznych parkingach urządzonych naprędce gdzie się da. Pozostawienie więc w tej kwestii status quo jest oczywiście korzystne dla obu stron, ale tym samym Wlk. Brytania znalazła się w sytuacji, że nadal musi stosować wszystkie standardy przyjęte przez UE! Różnica jest taka, że będąc członkiem Unii miała na nie wpływ, teraz nie ma wpływu na nic. Po prostu musi przyjąć unijne wymagania dotyczące jakości produktów, ich bezpieczeństwa, stosowanych materiałów, zasad określania śladu węglowego itd. Oczywiście może odmówić, ale wtedy nie będzie miała dostępu do rynku UE.

To nie wszystko – gdy bowiem zastosuje się do wymagań, będzie podlegała okresowej kontroli, czy jej produkty, które chce sprzedać na rynku unijnym, są zgodne z normami europejskimi i będzie musiała dostosowywać się do zmian, jeśli instytucje europejskie tak uznają.

Np. gdy Europejska Agencja Leków uzna, że jakiś brytyjski specyfik jest niezgodny z normami Unii, to on automatycznie nie będzie eksportowany na obszar UE. Tak samo w każdym innym przypadku – również w przypadku artykułów rolnych.

Sprawy rybołówstwa nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte, problem rozwiązano na najbliższe pięć lat – dostęp UE do łowisk brytyjskich i z wzajemnością, w proporcjach korzystnych dla Wlk. Brytanii, ale nie na tyle, ile rząd brytyjski obiecywał swoim rybakom, gdyż Unia także zadbała o interesy swoich.

Kolejny punkt zapalny: Irlandia Płn. Nie zostaje ona w Europejskiej Strefie Gospodarczej bezpośrednio. Natomiast granica zewnętrzna Irlandii Płn. będąca jednocześnie granicą wewnętrzną między Zjednoczonym Królestwem, a Irlandią, będzie poddana procedurze odpraw i sprawdzenia wspólnotowego. Czyli niejako część Wlk. Brytanii będzie względnie wydzielona z jednolitego brytyjskiego obszaru gospodarczego. Irlandii Płn. gospodarczo będzie bliżej do Irlandii, a więc do UE, niż do Zjednoczonego Królestwa. Skoro więc premier Johnson tak mocno podkreśla odzyskanie pełnej suwerenności gospodarczej i politycznej, to rozwiązanie dotyczące Irlandii Płn. i Irlandii zdaje się temu przeczyć, a przynajmniej pozbawia te zapewnienia wiarygodności. Część terytorium Wlk. Brytanii jest bowiem wydzielona jako strefa odmienna od pozostałej. To nie musi, ale może oznaczać erozję zwartości terytorialnej państwa, zważywszy, że Szkocja rozważa możliwości pozostanie w UE mimo brexitu.

W tej sytuacji nawet w ocenie eurosceptyków i zdeklarowanych zwolenników brexitu panuje uczucie zawodu. W społeczeństwie zresztą także. Oczekiwano więcej, bo zdecydowanie więcej ludziom obiecywano. Przywileje miały zostać, a obowiązki miały przestać obowiązywać. Tymczasem Brytyjczycy muszą jednak obowiązki przyjąć, muszą dostosować się do tego, co UE będzie postanawiać – tak jak Szwajcaria, czy Norwegia.

Kolejny zarzut padający już wewnątrz Wlk. Brytanii, dotyczy chaosu. Zjednoczone Królestwo nie przygotowało się do tak szybkiego zastosowania tej umowy, tak jakby 1 stycznia 2021 roku, czyli dzień wyjścia z Unii, był jakimś zaskoczeniem. W rezultacie Izba Gmin musiała zaakceptować tę umowę na ostatnią chwilę, natomiast PE zajmie się nią w styczniu i zapewne nie będzie się nadmiernie śpieszył. Nie ma wątpliwości, że Unia uzyskała w tej grze przewagę. Johnson wyraźnie przelicytował. Unia oczywiście zaakceptuje umowę, ale czego jeszcze Wlk. Brytania będzie musiała wysłuchać w debacie nad umową, tego jej nikt nie odbierze. Dla dumnego Albionu, to nie będą miłe godziny.

Życie po życiu

Mniejsza jednak o dumę, brexitowi towarzyszą same złe przewidywania. Oblicza się na przykład, że brytyjski PKB spadnie o co najmniej 4 proc. – prawdopodobnie więcej (Covid gnębi także unijną gospodarkę) niż gdyby zostali.

Kolejne rozczarowanie – Brytyjczycy spodziewali się, że umowy handlowe ze Stanami, Japonią, Azją Południowo-Wschodnią, będą rekompensowały straty wynikając z zerwania z UE. Otóż nie rekompensują! Umowy są przygotowane, zawarte, i towarzyszy im uczucie sporego niedosytu. Te regiony i państwa wolą mieć dobre stosunki z UE i spełniać kryteria umożliwiające handel z Unią, niż wbrew UE preferować Wlk. Brytanię.
Co więcej – wyjście z Unii oznacza kolejny krok na drodze kurczenia się potęgi i znaczenia Zjednoczonego Królestwa. Imperium, w którym „słońce nie zachodziło” nigdy nie miało stałych sojuszników, miało zaś stałe interesy. Teraz okazuje się, że sojuszników w dalszym ciągu nie ma, a interesy trzeba radykalnie przewartościować, bo Brytyjczycy na własne życzenie wypadają z wielkiej wspólnoty, która jest graczem globalnym, nie zbliżając się jednocześnie do żadnego wielkiego mocarstwa. Trump, który zachęcał ich, żeby wystąpili z UE, nie zrekompensował im tego. Poza wszystkim trudno jest znaleźć strategicznego sojusznika politycznego, który wespół z premierem Johnsonem i jego rządem chciałby walczyć przeciwko UE. Nawet w USA. Zresztą wygrana Joe Bidena oraz sygnały płynące z jego obozu świadczą, że i dla nowego prezydenta USA ważniejszym partnerem będzie jednak Unia Europejska niż Zjednoczone Królestwo. Jakby nie patrzeć Zjednoczone Królestwo powoli wypada z głównego nurtu światowej polityki.

Unia jest po rozwodzie z Wlk. Brytanią, ale to ona narzuca warunki dalszego współistnienia. Zresztą Unii wyraźnie spadł kamień z serca, gdyż wyprowadzka Brytyjczyków oznacza, że na pewno wprowadzimy w życie Fundusz Odbudowy po koronawirusie. Gdybyśmy w dalszym ciągu mieli u szyi Wlk. Brytanię, prawdopodobnie nie byłoby to takie pewne, a nawet byłoby bardzo niepewne. Polskę i Węgry, które do pewnego momentu groziły wetem, prawdopodobnie udałoby się ominąć, ale z Wlk. Brytanią nie byłoby to już takie łatwe.

Brytyjczycy będą zresztą wykluczeni nie tylko z tego Funduszu. Nie będą już uczestniczyli w takich programach jak Galileo, Erasmus, czy Horyzont 2020, czyli nowoczesność, wspólne badania, rozwój, wymiana młodzieży, studia na dowolnym europejskim uniwersytecie.

Polacy, Francuzi, Niemcy, Włosi, Portugalczycy mogą sobie uniwersytety wybierać w całej Unii. Mogą też w Wlk. Brytanii, tyle, że po powrocie brytyjskie dyplomy będą musieli na kontynencie nostryfikować… Ich dyplom będzie ważny tylko na terenie Wlk. Brytanii i krajów z nią stowarzyszonych.

Unia na pewno będzie się starała zachowywać w nowej sytuacji adekwatnie do zachowań brytyjskich. Pracownicy brytyjscy, którzy byli zatrudnieni w instytucjach europejskich będą mogli nadal pracować, o ile pracownicy z krajów UE będą mogli pracować na terenie Wlk. Brytanii. Na razie znacząca część Brytyjczyków pracujących i osiedlonych w krajach UE, poprosiła o obywatelstwo kraju, w którym żyją i pracują.

Co ciekawe jednym ze starających się o obywatelstwo kraju unijnego – w tym przypadku francuskie, jest ojciec premiera Wlk. Brytanii.

Jedno wiadomo na pewno – wszyscy będziemy musieli uczyć się nowej sytuacji. Co warto podkreślać, dzięki jednolitej i solidarnej postawie wszystkich 27 krajów UE, w tym Polski, Unia zachowała zwartość i siłę. Siłę niezbędną do utrzymania europejskiej wspólnoty i jednocześnie suwerenności każdego z członków Unii. Unia jest bowiem najlepszą gwarancją suwerenności narodowej każdego ze swych członków. Dla mniejszych krajów, których globalizacja raczej wcześniej niż później musiałby zmarginalizować, jest jedyną obecnie szansą na zachowanie w silnej wspólnocie swych cech i walorów narodowych. Ale nie musimy tego przekonania okazywać Anglikom na każdym kroku, oni sami to wiedzą. A do tych, którzy jeszcze nie wiedzą, będzie to docierało stopniowo.

Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.

Flaczki tygodnia

Pilnujcie portfeli i kart kredytowych. Życie podrożeje nam, nie tylko za sprawą zarazy i szczepionkowego chaosu. PiS funduje nam jeszcze serię bolesnych podwyżek podatków i nowych opłat. Co przyśpieszy i tak już szybko rosnącą inflację.

Wielki przyjaciel PiS, przegrany prezydent USA Trump, zdewaluował amerykański wzorzec deportacji.
Po paranoicznym puczu Trumpa, po „wyzwoleniu Kapitolu” przez jego wyborców, po zamieszkach i walkach z policją, upadł światowy mit promieniującego demokratycznymi wartościami Waszyngtonu. Kolebki zachodniej demokracji.
Mit uczciwej Administracji USA stale monitorującej poziom demokracji w państwach deklarujących się demokratycznymi i przede wszystkim aspirującymi do prestiżowego klubu demokracji Zachodu. Wystawiającej innym państwom certyfikaty „Państwa demokratycznego”.

Po autorytarnych rządach prezydenta Trumpa i wieńczących jego kadencję autorytarnych ekscesach, administracja waszyngtońska straciła zwyczajowe, moralne prawo do oceniania poziomu demokratyczności w innych państwach. Do pouczania ich, napominania, i przede wszystkim uzasadniania „łamaniem prawa i demokracji” nakładanych na inne państwa sankcji.

Trump przegrał swe amerykańskie wybory, ale w elitach PiS, w ich mentalności historyczno- politycznej na zawsze pozostanie zwycięzcą.
Moralnym. Zdradzonym o świcie przez antynarodowe, kosmopolityczne elity.
Jest dla nich jak ukochani przez elity PiS „żołnierze wyklęci”. Przegrany, nieskuteczny, bandyckie metody stosujący, ale do końca wierni złożonej sobie przysiędze.
Nie zdziwmy się kiedy szybko dożyjemy PiS -owskich inicjatyw uhonorowania przegranego prezydenta mszami świętymi w intencji Jego pomyślności, hagiograficznymi audycjami w TVP info, ulicami jego imienia, a nawet pomnikami odlewanymi ku czci Jego.

Nie będzie symbolu PiS- owskiego lizusostwa politycznego. Wielkiej nadziei elit PiS. Tarczy obronnej przed „ neobolszewikami ze wschodu”. Słynnego „Fortu Trump”.
Nie będzie ukłonów, politycznych przysiadów i słodkich fotek na potrzeby kampanii wyborczych i krzepienia swego „ciemnego ludu”. Bo prominenci PiS nadal nie mogą pogodzić się mentalnie z wygraną Joe Bidena.
Pan prezydent Duda długo zwlekał z gratulacjami dla nowego amerykańskiego prezydenta. Potem polski prezydent oficjalnie uznał paranoiczny pucz Trumpa za wewnętrzną sprawę amerykańskiego, zaprzyjaźnionego państwa.
Trzymając się tej logiki politycznej państwo polskie nie powinno również krytykować polityki wewnętrznej prezydenta Łukaszenki. Uznać białoruski kryzys polityczny za domenę tego „miłego, ciepłego człowieka”, jak określił białoruskiego prezydenta pan PiS marszałek Karczewski.

Elity polityczne PiS powszechne krytykowane za katastrofalną politykę zagraniczną, za skłócenie państwa polskiego ze wszystkimi swymi europejskimi sąsiadami oraz liderami Unii Europejskiej, zawsze osłaniały się swymi znakomitymi relacjami z przywódcą największego światowego mocarstwa, prezydentem Donaldem Tumpem.
Dziś widzimy, że taktyczny sojusz militarny z USA zapewne pozostanie, ale o nowej, wielkiej przyjaźni między polskimi i amerykańskimi przywódcami politycznymi mowy już nie będzie.

Teraz jedynym oficjalnym przyjacielem Polski jaśniepana prezesa Kaczyńskiego jest węgierski premier Wiktor Orban. Krętacz polityczny. Autokrata. Patron węgierskiej oligarchii, złodziei unijnych pieniędzy i zakłamanych miłośników homoseksualnych orgii.
Idealny wzorzec osobowy dla polskiej narodowo- katolickiej młodzieży.

Jak nieudolne, zakłamane i złodziejskie są rządzące nami elity PiS wielu z nas już dostrzega. I chciałoby końca władzy tej oligarchii. Choć już teraz wiele osób boi się, że jaśnie pan prezes Kaczyński będzie oddawał swą władzę równie elegancko jak jego amerykański przyjaciel.

Niechęć do elit PiS rośnie, ale nie przekłada się ono automatycznie na spadek przedwyborczych notowań Zjednoczonej Prawicy. Bo choć wielu wyborców chciałoby nowej władzy, ale nie widzi przekonywującej alternatywy dla dotychczasowych rządów.
Platforma Obywatelska nadal kojarzona jest z arogancją wielkomiejskich elit. Pogardą wobec Polski prowincjonalnej. Pogardliwym, liberalnym ekonomicznym wyzyskiem uosabianym przez ministra finansów Rostowskiego i prezydenta Komorowskiego.
PSL postrzegana jest jako partia pazerna na władzę, obrotowy dopełniacz koalicyjnych większości. Konfederacja i Lewica są prezentowani przez największe krajowe media jako ugrupowania skrajne. Partie protestu, ale nie partie alternatywnej władzy. Przyprawy politycznej kuchni, przystawki ewentualne, ale nie dania główne.

Cóż może zrobić lewica, zwłaszcza ta parlamentarna, aby być postrzegana jako poważna formacja?
Zaprezentować swój program alternatywnej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej. Tylko tyle. I aż tyle.

Czy Henryk Gulbinowicz używający jeszcze niedawno tytułów i insygniów kardynała polskiego kościoła kat. miał duszę?
Pytanie to może paść, bo ukarany przez administrację watykańską polski hierarcha kościelny miał w ramach nałożonej na niego pokuty przekazać „pewną sumę pieniędzy jako darowizny” na rzecz fundacji świętego Józefa. Fundacji powstałej dla pomocy ofiarom nadużyć seksualnych.

Ale dziennikarze z portalu Interia sprawdzili i okazało się, że przymusowa darowizna nie wpłynęła.
Były kardynał zmarł bowiem niedługo po nałożeniu na niego kary. Nie zdążył dokonać przelewu.
Jego macierzysty zakład pracy, czyli archidiecezja wrocławska, nie poczuwa się do odpowiedzialności za swego szefa. Dowodząc tym starego porzekadła, że polski kościół kat. prędzej zrezygnuje z dogmatu o zmartwychwstaniu Jezusa niż z posiadanych przez siebie pieniędzy.
Do „darowizny” nie poczuwają się też spadkobiercy Gulbinowicza, choć były kardynał spory mająteczek zostawił.
Trwa uchylanie się od odpowiedzialności. Należnej fundacji kasy nie ma.
Myślę, że to ważne dla samego śp. kardynała. Dla spokoju jego duszy należy rozwiązać jego ziemskie sprawy i wypełnić nałożone na niego zobowiązani, powiedziała Interii Marta Titaniec, członkini zarządu fundacji św. Józefa.

Dlatego kiedy słyszę teraz w przewodach kominowych charakterystyczne ciche wycie, to niechybnie jest ono efektem niespokojnej duszy byłego kardynała.
Musi tak być, bo inaczej trzeba by uznać, że były kardynał duszy nie miał.

Państwo z papier mâché

Informacja dla tych, którzy nie pamiętają (czyli prawie dla wszystkich): papier mâché to makulatura zmieszana z wodą i klejem. Po wyschnięciu może być dosyć trwała – tym trwalsza, im więcej doda się kleju.

Państwo PiS‑u budowane jest z papier mâché, w którym klej występuje w ilościach homeopatycznych.

Jest to państwo, w którym nic nie może działać prawidłowo, ponieważ nikt nie stosuje się do żadnych reguł działania, a jedynym tworzywem jest makulatura, zbierana w śmietnikach lub drukowana w postaci dzienników ustaw i monitorów. Jeśli czemuś należy się dziwić, to jedynie temu, że w ogóle cokolwiek działa – zapewne wyłącznie dzięki pomocy opozycji oraz zwykłych ludzi, którzy z przyzwyczajenia robią to, co wydaje im się sensowne, albo to, co robili zawsze.

Muszę przyznać, że przynajmniej jeśli chodzi o procedury kryzysowe, rządy po roku 1989 zdążyły wszystko zdemontować i unieważnić. Na tym się kończyła ich skuteczność. Nie potrafiły – i w tym nie były lepsze do rządu PiS‑u – sformułować nowych procedur ani nawet dostrzec potencjalnych zagrożeń. PiS natomiast absolutnie nie wykorzystało czasu na przygotowanie kompleksowego programu szczepień. Już 16 czerwca Komisja Europejska przedstawiła strategię dystrybucji szczepionki przeciw COVID-19 i od tego właśnie dnia należało opracowywać – przepraszam za wyrażenie – „narodową strategię” szczepień. Był czas, były możliwości. Niestety, nikt się tym nie zajmował ani w PiS‑ie, ani w rządzie , ani w NFZ. PiS i cały rząd żyli wyborami prezydenckimi. Premier zresztą zdążył już chyba ze dwa razy pokonać pandemię. Własnoręcznie. Po zwycięskich wyborach rządzący skoncentrowali się na roszadach koalicyjnych, rekonstrukcji rządu oraz innych zawodach indorów.

Następnie przyszła, jakże oczekiwana, klęska szczepień przeciw grypie, bo walcząc o wiosenne wybory oraz załatwiając interesy na stokach narciarskich, zapomniano zamówić szczepionki. Podobno pewną partię szczepionek umieszczono w przepastnych magazynach Agencji Rezerw Materiałowych. Na czarną godzinę. Leżą tam teraz zapewne obok zaginionej arki, promu ze szczecińskiej Gryfii, respiratorów z Mriji An-225 oraz materializacji innych obietnic rządowych.

Dostawa szczepionek przeciw COVID-19 spadła na rząd jak jedenasta plaga egipska. Władza się pochwaliła, że ustaliła harmonogram oraz podzieliła społeczeństwo na trzy grupy. Grupa 0 ma być zaszczepiona niedługo, grupa I później lub znacznie później, a reszta dużo bardziej później – nie do końca wiadomo, kiedy. Oto program szczepień w ogólnym zarysie. Według deklaracji ministra zdrowia do końca stycznia zostanie zaszczepionych 700 tysięcy osób. W tym tempie ostatni z Polaków, czyli aktualny prezydent Andrzej Duda, otrzyma szczepionkę po 54 miesiącach, dokładnie pod koniec swojej kadencji. Podobnie, choć nieco bardziej optymistycznie, wypowiada się główny doradca premiera do spraw szczepień: „Gdyby wszyscy z grup objętych etapami zerowym i pierwszym chcieli się zaszczepić, potrwałoby to zapewne do jesieni 2021 roku”. W każdym razie mniej priorytetowe grupy poczekają na swoją kolej dobrych kilka, o ile nie kilkanaście miesięcy. Ci, którzy naprawdę chcą się zaszczepić, całą nadzieję pokładają w tych, co się szczepić nie chcą, a jest ich w Polsce około 70%.

Tymczasem z końcem roku 2020 NFZ wysyłał do szpitali pismo, że owszem, w zasadzie można szczepić, kogo się chce, byle tylko zużyć wszystkie szczepionki. W Warszawskim Uniwersytecie Medycznym postanowiono – nie wiadomo teraz dokładnie, kto – że w ramach akcji promocyjnej zaszczepi się osoby publiczne jako ambasadorów kampanii. Osoby te – chyba ze względów oszczędnościowych – same ogłosiły, że wzięły udział w programie i dostały szczepionkę. Niestety, promocja się skończyła, zanim się zaczęła, i trwa akcja poszukiwania winnych. Być może zaproszono do akcji niewłaściwe osoby, tzn. niewystarczająco zbliżone do rządu.

Może się okazać, że każdego obywatela po zaszczepieniu będzie wzywać policja, żeby wyjaśnił, dlaczego się zaszczepił. To na pewno zmniejszy zużycie szczepionek, a zwiększy zużycie papieru, co z kolei zwiększy ilość makulatury, pozwalając na dalszą rozbudowę naszego państwa. Z papier mâché.
Z tego samego materiału proponuję budować pomniki dzisiejszych samowładców. Jako lepiszcza warto użyć produktów warszawskiej Czajki. Przynajmniej nie trafią znów do Wisły.

PS. W czasie epidemii ospy prawdziwej w 1963 roku zaszczepiono prawie 8 mln Polaków. W ciągu niespełna 5 miesięcy.