Nasi kandydaci

Odpowiadając na pytania naszych Czytelników informujemy, że:
Piotr Kusznieruk, lider podlaskiego SLD i wydawca naszej „Trybuny”, kandyduje do Sejmu RP z listy Lewicy, z drugiego miejsca na liście w Białymstoku.
Piotr Gadzinowski, redaktor naczelny „Trybuny”, będzie kandydował do Sejmu RP z tej samej listy w mieście stołecznym Warszawie. Zapewne z ostatniego miejsca na liście.
Prosimy o przekazanie tej informacji sympatykom lewicy w naszym kraju.
Będziemy też was informować o innych autorach „Trybuny” kandydujących w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Symultaniczność

Za kilka miesięcy rok 2019 przejdzie do historii. I nie będziemy go dobrze wspominać, choć był tylko rokiem wyborczym…

1.
W 2019 roku zostały zerwane więzi społeczne, na korzyść małych, izolujących się od siebie, grup. Na dodatek – grupy zostały usytuowane hierarchicznie. Od tej pory żaden zryw ogólnonarodowy, gdzie „robotnik obok inżyniera, prządka ramię w ramię z adwokatem” nie będzie już możliwy,
W 2019 roku straciliśmy niewinność – w politykach nie widzimy już bezinteresownych społeczników, a jedynie cwanych oratorów, lepiej lub gorzej korzystających z porad speców od PR. Ich jedynym celem – pensje i diety. I posady, których wymaganiom i tak nie dają rady sprostać. Oraz służalczość wobec obcych interesów. Raz – niemieckich, raz – rosyjskich, raz – amerykańskich czy izraelskich.
W 2019 rozum poszedł do kąta, rozszalała się tania, taniuchna odwaga, rozplątały języki. Nie ma takiego słowa, nie ma takiej myśli, która nie zostałaby na głos wypowiedziana, skoro była ledwo możliwa. Oszaleli prawie wszyscy. I tu Fb okazał się niezwykle pomocnym akuszerem tego szaleństwa.
Pełno było nie tylko słów, ale i wstrząsających czynów.Smarkula plująca na groby swych AK-owskich rówieśników, „Mariolek” zarzynający – symbolicznie – biskupa, a gdzieś u dołu zadłużony hazardzista mordujący jedenastoma ciosami noża własnego syna.
Doprawdy wiele już zdążyło się zdarzyć w tym nieszczęsnym 2019 roku, a przecież do końca tego roku tyle jeszcze miesięcy.
2.
Najważniejsze jest jednak co innego – rok 2019 nie był (i najprawdopodobniej nie będzie) rokiem jakiegokolwiek dialogu. Kogokolwiek z kimkolwiek. Takiego dialogu, w którym startując z różnych bloków startowych dochodzi się do kompromisowych rozwiązań, które mają czemuś lub komuś się przysłużyć.
Rok 2019 był i będzie rokiem równolegle toczących się, zacietrzewionych, wykrzyczanych monologów. Pełna symultaniczność.
3.
Jedyna nadzieja w puencie starego góralskiego dowcipu, opowiedzianego ongiś przez aktora Kamińskiego w autobusie uwożącym go do Wrocławia ze wsi Bagno na Dolnym Śląsku:
Oto przed góralami staje prelegent i gada. Gada i gada. Gdy nareszcie skończył, rozgląda się po sali, oczekując reakcji.
Wtedy wstaje jedna pyskata góralka i mówi:
– Jo mom pytanie, tak pon godoł i godoł, wody się pan tez napioł, a sikać sie panu nie chce?
No właśnie, nie czas do łazienki?

W obliczu zagrożenia

Kongres Świeckości w wyborach parlamentarnych

W obliczu realnego zagrożenia umocnieniem i kontynuacją rządów narodowo-wyznaniowej, populistycznej partii polskiej prawicy i wobec sukcesywnej dewastacji instytucji demokracji parlamentarnej w naszym kraju oraz nasilającego sie antagonizmu różnych grup społeczeństwa wszystkie wolnościowe i postępowe ugrupowania polityczne, organizacje społeczne i inicjatywy obywatelskie powinny dążyć do utworzenia jednolitego frontu walki z partią rządzącą i jej faktycznym, chociaż nieformalnym koalicjantem jakim jest Kościół katolicki . Kwestią dyskusyjną była natomiast konkretna decyzja czy front wyborczy powinien mieć formę koalicji łączącej odległe od siebie światopoglądy i wizje państwa demokratycznego czy raczej bardziej właściwe będzie utworzenie bloków obejmujących partie i organizacje obywatelskie o podobnym profilu ideowym ? Dzięki postawie PSL ,odmawiającego startu w wyborach razem z partiami lewicowymi, a także decyzją lidera PO o ograniczeniu koalicji do wypróbowanych partnerów, którzy w przeciwieństwie do SLD zadowolą się ograniczona reprezentacja na listach wyborczych, z nadzieją i rozbudzonymi oczekiwaniami powitaliśmy narodziny przedsięwzięcia wyborczego o roboczej nazwie „Lewica” , a sprowadzającego się do umieszczenia na listach SLD kandydatów partii Razem i Wiosna Roberta Biedronia.
Uznając, że w Polsce doszło do faktycznego zniszczenia demokracji parlamentarnej i rządów prawa, zlikwidowania trójpodziału władz i porządku konstytucyjnego ukształtowanego obowiązującą formalnie w dalszym ciągu Konstytucją RP z 1997 roku, organizacje tworzące porozumienie wyborcze SLD wezwane są do połączenia wysiłków nie tylko w ramach wspólnego przedsięwzięcia wyborczego, ale także do pełnej współpracy z innymi koalicjami, uznającymi demokrację liberalną za obowiązujący porządek organizacji państwa jako najlepiej odpowiadający konkurencyjnym różnicom ideowym istniejącym pomiędzy konserwatywnymi, a modernistycznymi wizjami współczesnego świata i Polski. Tylko poprzez współpracę, której znaczenie podkreślać będzie program lewicy utworzone koalicje wyborcze o różnej proweniencji maja szanse uzyskać poparcie społeczne na poziomie umożliwiającym ewentualne odsunięcie od władzy partii rządzącej. Jednocześnie warto zauważyć, że tylko lewica priorytetowo traktuje konieczność przeciwdziałania klerykalizacji państwa i polityzacji obowiązującej w Polsce wersji religii katolickiej, poprzez głoszony postulat świeckości państwa – zakładający przeprowadzenie rozdziału państwa oraz kościołów i związków wyznaniowych. Tylko takie stanowisko odpowiada rzeczywistemu stanowi spraw w Polsce, w której władza – przy aktywnym poparciu Kościoła katolickiego i stanowiących jej zaplecze związków zawodowych „Solidarność” – dąży do zainstalowania autorytarnego państwa klerykalnego. W wypadku wygrania wyborów parlamentarnych przez dotychczas rządzącą partię narodowo-wyznaniową możemy spodziewać się próby zmiany obowiązującej Konstytucji RP, albo też ustaw zwykłych gdyby nie zdołano zebrać odpowiedniej konstytucyjnej większości (2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby 460 posłów), która zagwarantuje Kościołowi katolickiemu panowanie ideologiczne, a realnie pozycję prawną i ekonomiczną tj. stałe finansowanie uniezależniającą od zmniejszającej się liczby wiernych w wyniku nieuchronnej sekularyzacji.
Wobec ukształtowania się bloku lewicowego pod szyldem SLD, nie tylko partie polityczne lecz także organizacje obywatelskie reprezentujące postępowe, pro-demokratyczne i pro-społeczne przekonania otrzymały wdzięczne pole do współdziałania . Zachowując swoją odrębność organizacyjno-ideową i program , z pełną świadomością podporządkowania się celowi nadrzędnemu jakim jest odsuniecie od władzy i pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej reprezentantów obecnej władzy, którzy dopuścili się łamania prawa, mogłyby wnieść do Sejmu ożywcze i wolne od partyjnej retoryki nawyków, świeże spojrzenie na bieg spraw w Polsce, aktywność wyniesioną z uczestniczenia w ulicznej opozycji ubiegłych lat oraz zdolność do organizowania przedsięwzięć i kampanii społecznych
ponad podziałami.
Celem nadrzędnym bowiem wszystkich postępowych bloków i koalicji wyborczych poza przywróceniem ładu demokratycznego w państwie i miejsca Polski w strukturach Unii Europejskiej powinno stać się uwolnienie państwa z gorsetu dotychczasowych przywilejów Kościoła tj. świecki i praworządny charakter państwa. W zasadniczym stopniu decyduje on o możliwości usprawnienia życie obywateli, realizacji zasady równości i sprawiedliwości społecznej, a nawet ochronie klimatu. Nie ulega wątpliwości, że potrzebna jest natychmiastowa interwencja w zakresie organizacji i warunków funkcjonowania służby zdrowia, kwestii budownictwa mieszkaniowego, edukacji powszechnej i ochrony środowiska. a w dalszej kolejności kwestie związane ze równością praw, sprawami ekonomicznymi, wymiarem sprawiedliwości, jednakże w każdej z tych kwestii w mniejszym lub większym stopniu będą wymagały stanowczych działań nienormalne bo zaryglowane konstytucyjno-konkordatowym układem relacje z instytucja kościoła.
Ogromną rolę w uporządkowaniu systemu zabezpieczeń socjalnych byłoby znalezienie możliwego do zaakceptowania przez wszystkie organizacje tworzące lewicowe porozumienie wyborcze takiego sposobu polepszenia sytuacji ekonomicznej obywateli naszego kraju, która stanowiąc alternatywę dla populistycznego, chaotycznego rozdawnictwa jednocześnie realizowałaby spójne cele społeczne i gospodarcze. W odczuciu znacznej części społeczeństwa żyjącego z pracy najemnej jest zupełnie nieakceptowana sytuacja, w której nawet najniższe wynagrodzenia opodatkowane są podatkiem dochodowym, natomiast nawet największe transfery socjalne podatkowi temu nie podlegają. Zasadne i pilne jest powiększenie kwoty wolnej od opodatkowania skorelowanej z aktualnym minimum socjalnym, które stanowić powinno ej minimum kwoty wolnej od opodatkowania podatkiem dochodowym zapobiegając postępującemu ubożeniu najniżej zarabiających. W przyszłości kwota minimum socjalnego jako wolna od opodatkowania mogłaby stanowić punkt wyjścia do wprowadzenia obywatelskiego, gwarantowanego dochodu podstawowego jako alternatywa dla transferów socjalnych władzy.
Wiodąca dla znacznej części lewicowego elektoratu idea świeckiego państwa zakładającego przede wszystkim przeprowadzenie takich zmian prawnych, które stworzą tamę dla bezpośredniego instytucjonalnego dostępu Kościoła do rządów ułatwiłaby w przyszłości realizację zmian społecznych i ekonomicznych. Należy jednak przy tym pamiętać, że ustępstwa polityczne kreujące instytucjonalny dostęp kościoła do władzy uzyskane były już w okresie komunizmu w zamian za stabilizowanie sytuacji politycznej. Po jego upadku, poprzedzonym prawnym zawarowaniem w ustawach z 1989 roku pozycji kościoła i kleru, a także dzięki ukształtowanej przez lata zdolności Kościoła do prowadzenia działań zakulisowych, a także w obliczu trudności związanych z transformacją gospodarczą i kształtowaniem się systemu demokratycznego, politycy zdecydowali się na podzielenie się z kościołem suwerennością państwa. Przyjmując fikcję istnienia tzw. „przyjaznego rozdziału” zwaną też „separacją skoordynowaną” ustanowili w konstytucyjnym uregulowaniu art. 25 ust.3 i 4 zasadę bilateralizmu tj. współdziałania państwa z instytucją kościoła „dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Z uwagi na fakt, że stosownie do art.1 Konstytucji RP dobrem wspólnym jest Rzeczpospolita, to oznaczałoby że we wszystkich sprawach dotyczących naszego kraju wymagane jest współdziałanie rządu z kościołem na zasadach ustalonych w konkordacie. Stworzony w ten sposób rygiel konstytucyjno-konkordatowy wyłączałby możliwość wprowadzania zmian w relacjach państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi i na trwale przesądzał o wpływie Kościoła katolickiego na sprawy publiczne i społeczeństwo. Taki punkt widzenia, podzielany przez polityków legitymujących się solidarnościowym rodowodem byłby zasadny, gdyby nie konstytucyjne doprecyzowanie dotyczące autonomii i niezależności wzajemnej państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych. W sposób wyraźny rozgranicza ono spektrum działalności instytucji religijnych od aktywności państwa. Właśnie w tej sferze poza religijnej aktywności państwa leżą główne, a dostępne legislacyjnie możliwości kształtowania pozycji kościołów. Właśnie w niezależności i autonomii suwerennego państwa należy poszukiwać możliwości realizacji postulatu rozdziału z kościołami i związkami wyznaniowymi wykorzystując przy tym faktyczne przymierze Kościoła katolickiego z partią rządzącą. Trzeba przy tym zwróć uwagę, że zakończony został decyzją hierarchii kościelnej etap tzw. „przyjaznego rozdziału” państwa i Kościoła, wobec zadeklarowania przyjaźni tylko z jedną, a mianowicie rządzącą obecnie opcją polityczną. Przesądza to o możliwości poszerzenia sfery działania państwa w wypadku powodzenia wyborczego, które doprowadziłoby do zmiany władzy . Zasadnicza redukcja pozycji Kościoła katolickiego, który nie może być już traktowany jako wiarygodny partner innej niż obecna władzy ani nie zagwarantuje przyszłej władzy wartościowego wsparcia leży w jej żywotnym interesie. Tym bardziej, że proces odchodzenia od kościołów i związków wyznaniowych dużej liczby wiernych będzie postępował.
Nawet jeżeli opozycja polityczna nie wygra nadchodzących wyborów to utworzone bloki wyborcze będą miały niepowtarzalną okazje do konsolidacji i poprzez zaistnienie w organach władzy ustawodawczej będą mogły wykonać niezbędną pracę w zakresie edukacji społecznej, propagowania swoich programów i ofert politycznych koncentrując się podobnie jak obecnie rządząca partia, gdy była w opozycji, nad pracą ze społeczeństwem. Kongres Świeckości oczekuje włączenia jego postulatów i dorobku do oferty politycznej jak też stworzenia warunków i zapewnienia udziału w pracach podejmowanych dla uporządkowania relacji państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi licząc że jego aktywiści będą uwzględnieni na listach wyborczych do Sejmu i Senatu.

Vivat Polonia!

PPGNŻ, czyli Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza.

No i po święcie…
I po defiladzie…
Pierwsze wrażenie – bardzo pomysłowe uzupełnienie rzutu pieszego. Było przez to kolorowo i na bogato. W defiladzie Wojsk Lądowych wzięło udział aż 27 poddziałów kompanii reprezentacyjnych. Słusznie – przecież nie po to zwykła niegdyś Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego przeobrażona została w Pułk Reprezentacyjny, żeby tylu chłopa chodziło tylko po placach apelowych sobie a muzom. Niech ich świat zobaczy i niech podziwia.
Towarzyszyło im 60 pocztów sztandarowych. Sześćdziesiąt! No, ale i sztandarów ci u nas dostatek. Kiedy je z gabloty wyjąć, kiedy światu pokazać, jak nie
na defiladzie?
Rzut pieszy naszych sił zbrojnych uzupełniały też pododdziały policji, straży pożarnej, klasy mundurowe szkół średnich i pododdziały uczelni wojskowych.
Publiczność z ciekawością wypatrywała zwłaszcza podchorążych z Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. To waleczni, zadziorni chłopcy, którzy zdobyli serca rodaków szturmem uprzednio zajmując koszarowe kible. W przeddzień swojej promocji w praktyce pokazali, że wszystko może być groźną bronią w walce o honor polskiego podchorążego: rolki papieru toaletowego, słoiki z moczem, sprzęty łazienkowe, krzesła, no i zapałki oczywiście. Podobno młodsze roczniki Akademii cudem uporały się ze sprzątaniem pobojowiska i ledwo, ledwo zdążyły zaprowadzić jaki taki porządek przed uroczystą promocją.
Defiladę rzutu pieszego uświetnił także rzut ratowników górniczych i oczywiście orkiestra górnicza, której tamburmajor, jak na udział w wojskowej paradzie przystało, miał włosy opadające spod górniczego czaka aż na plecy.
Niestety, rzut pieszy nie obył się bez poważnej wpadki. Nie defilował pododdział kapelanów wojskowych! Bardzo ważny i niezwykle nowoczesny komponent Polskich Sił Zbrojnych. Jedynym wytłumaczeniem tego krzyczącego braku mogą być tylko ich niespotykane w świecie walory bojowe, które z przyczyn oczywistych nie powinny być ujawniane przed przedstawicielami armii obcych, obecnymi na katowickiej defiladzie.
Rzut zmotoryzowany – jak zwykle ciekawy – choć sprzęt jakby znajomy, sprawiający wrażenie, że oglądamy w kółko to samo. No, ale w „M jak Miłość” też ciągle występują ci sami aktorzy, a miłośników serialu nie brakuje. Zresztą, żeby być sprawiedliwym, trzeba zauważyć, że tym razem rzut zmotoryzowany uzupełniały wspaniałe radiowozy pościgowe Żandarmerii Wojskowej, więźniarki nawet, a także błyszczące, niebite limuzyny SOP, których obecność na defiladzie skutecznie zadała kłam plotkom, że wszystkie są już potrzaskane w licznych kraksach rządowych kolumn.
Pokaz lotniczy – jak zwykle imponujący. Zwraca uwagę generalna modernizacja polskiego lotnictwa, która dokonana została bez kosztów, mimo, że objęła wszystkie rodzaje wojsk lotniczych. Otóż do lamusa przeszły „śmigłowce”, „odrzutowce”, myśliwce”, a nawet „samoloty myśliwsko-szturmowe” i „transportowe”. Polskie Siły Powietrzne wyposażone są już wyłącznie w „statki powietrzne”. Geniusz lingwistyczny wojskowych uczonych i konferansjerów jeszcze raz zadziwił całą Polskę! Nad głowami „ukrytej opcji niemieckiej” przeleciały więc „statki powietrzne” wyposażone w śmigła na dachach, w silniki podwieszane pod skrzydłami i w ogonach. Jeśli chodzi na przykład o „statki powietrzne” ze śmigłami na dachach, to zaprezentowały się maszyny bojowe, transportowe i ratownicze, w tym ratownictwa morskiego. Jak napisał na Fb znany szczeciński prof. Jerzy Kochan – wszystkie trzy.
Wspaniałe wrażenie podczas defilady Wojska Polskiego robiły zwłaszcza maszyny amerykańskie, zarówno w barwach polskich, jak i własnych. Tych ostatnich było nawet jakby więcej, ale może
to złudzenie.
Najpiękniej jednak, niczym łabędź w locie, prezentował się cudny statek powietrzny pasażerski, „Gulfstream”. Powinien on jednak nosić czyjeś imię, żeby duma, która z niego bije była dumą naszą, polską. Proponuję ochrzcić go imieniem „Luft Marszałka Marka Kuchcińskiego”.
Na koniec jeszcze jedna propozycja. Racjonalizatorska. Grób Nieznanego Żołnierza, przed którym tradycyjnie, od dziesiątków lat defiluje Wojsko Polskie z okazji swojego święta, znajduje się w Warszawie. Tu przywieziono bezimienne żołnierskie prochy z Cmentarza Obrońców Lwowa. To jest symbol żołnierskiego poświęcenia dla Ojczyzny. W tym miejscu od dziesiątków lat oddajemy hołd wszystkim, którzy kiedykolwiek i gdziekolwiek oddali życie za Polskę. Wszystkim! Pan prezydent Duda razem z kolegami udowodnił jednak, że nawet narodowe świętości można traktować elastycznie. Przeniesienie defilady z okazji Święta Wojska Polskiego sprzed Grobu Nieznanego Żołnierza, który – jak Wawel, Katedra Gnieźnieńska, czy Katedra Warszawska, jest jednym z symboli wielowiekowej historii Polski, pod katowicki „Spodek”, który jest symbolem tylko fragmentu naszej historii – Polski Ludowej, było tyle nowatorskie, co… skandaliczne. Teraz wolno już wszystko – w zależności od potrzeb parada wojskowa z okazji 15 sierpnia może odbywać się z całym szacunkiem dla Katowic – w Malborku, na Psim Polu, pod Grunwaldem, w Kielcach, Toruniu, czy Rzeszowie. Wszystko jedno. Wszędzie walczyliśmy – jak nie z najeźdźcami, to ze sobą, a przynajmniej z gajowym, który pilnował pańskich zajęcy. My strzelaliśmy i do nas strzelali, a wszelka krew jednaka. Pan prezydent Duda dał początek nowej tradycji, która za PiS-u rozwinie się na pewno.
Zgłaszam więc wniosek racjonalizatorski. Kieruję go do wojskowych inżynierów i techników, do panów oficerów, a zwłaszcza panów generałów, którzy nie raz już udowodnili, że dla władzy zrobią wszystko. Niech Wojsko Polskie, zamiast budować jakieś Forty Trumpy, czy co gorsza jakieś nowe trasy katowickie, szpitale i temu podobne pierdoły, zbuduje pierwszy w świecie Przenośny Polowy Grób Nieznanego Żołnierza! Będzie go mogło wozić, gdziekolwiek. Wszędzie za potrzebą jakiegoś prezydenta, premiera, czy innego prezesa. Sukces gwarantowany – zwłaszcza wizerunkowy. A kto wie, może też międzynarodowy. Być może bowiem pomysł podchwycą inni. Pan prezydent Putin będzie mógł przenieść defiladę moskiewską z Placu Czerwonego do Soczi na przykład, gdzie bardzo lubi pomieszkiwać. Albo dajmy na to – Francja. Gdy zobaczy, jak rozkładamy swój Grób na parkingu pod Łomżą, to pomyśli sobie – czemu nie? A kto powiedział, że defilady z okazji 14 lipca moją się odbywać ciągle na tych samych Polach Elizejskich?…
Vivat Polonia!

Jakub od Krzyża Ważny tunajt

W zeszłym tygodniu koledzy z Antyfaszystowskiego Komitetu Studenckiego działającego na Uniwersytecie Warszawskim, z którym, jako doktorant UW, luźno współpracuję, zaprosili mnie do wzięcia udziału w płockiej Paradzie Równości. Odmówiłem, po pierwsze dlatego, że parad i marszy unikam, niezależnie od kolorytu, choć na ten płocki nawet mógłbym dać się namówić. Po drugie jednak, sam już miałem poczynione wyjazdowe plany i Płock nie był ich częścią. A szkoda…chociaż, może i dobrze się stało, jak się stało.

Dzień po marszu, zobaczyłem w telewizjach i przeczytałem w prasie relacje, jak to, co prawda na mniejszą niż w Białymstoku skalę, ale jednak zawsze, bogobojny płocki lud kibicowsko-patriotyczny, bronił miasta przed moralną, tęczową zgnilizną. Z zażenowaniem patrzyłem na obrazki matek Polek, co to ciągną za sobą progeniturę, żeby krzyczała razem z tłuszczą i pokazują im palcami „pedała z pudlem”. To on właśnie, i jego piesek, zagrażają żywotnym interesom narodowym Polski i Polaków, tłumaczyła synkowi mamusia. – Aha – rozdziawiał gębę malec, niczym jego rówieśnik z „Misia”, kiedy ojciec pokazywał tamtemu w teatrze, jak wygląda baleron. Te wszystkie Sebixy i Karyny, z brzuchami pełnymi od państwowej jałmużny… Naprawdę, na początku wszyscy mnie oni ostro żenowali; że jesteśmy z tego samego szynela, jak śpiewała grupa Rafała Kmity; że oprócz człowieczeństwa, które mamy na obraz i podobieństwo, łączyć może nas coś więcej niż tylko ono – język, wspólnota mentalna i kulturowa, historia. I do tego ta małoletnia patolka ze starszymi kolegami po fachu. Wstyd mi się robiło na samą myśl o tym, że mógłbym z jedną albo drugim „patriotą” dzielić coś więcej, niż wagon w pociągu. Aż w końcu pojawił się on. Dumny, młody, 15-letni. Cały na niebiesko. Jakub. A w ręku jego krzyż. Niczym u Piotra Skargi. Stanął na przedzie kontrmanifestacji, naprzeciwko uzbrojonych po zęby policjantów, wyciągnął w górę krucyfiks i trwa…ł.
Gdym to zobaczył, zrobiło mi się na duszy weselej. Są jeszcze w naszym kraju młodzi ludzie, którzy potrafią zrobić coś samemu i nie kopiują bezmyślnie wrzeszczącej hołoty. Bo ja, Szanowni Państwo, wierzę, że młodzieniec z Płocka, uczynił swój gest naprawdę z potrzeby serca. No i oczywiście z troski o fejm, bo jak ktoś nie zadba o swoje interesy sam, to nikt za niego tego nie zrobi.
Sam kiedyś miałem 15 lat. Pamiętam, że podobnie jak on, i ja wtedy dość mocno interesowałem się polityką, i pojmowałem ją na swój własny sposób. Pamiętam również, że najbardziej wówczas podobały mi się postawy skrajne oraz proste i jasne odpowiedzi na wiele palących pytań, które rodziły mi się w głowie. Dlatego, z jednej strony gratuluję chłopcu cywilnej odwagi, że poszedł na barykady w imię swoich przekonań i potrafił je obudować w co innego, niż stadionowe przyśpiewki spod dworca, ale z drugiej strony wiem po sobie, że za parę, paręnaście lat, będzie patrzył na swój występek z podobnym do mojego zażenowaniem, choć pewności mieć nie mogę, że mu przejdzie, ale nadzieję już tak.
Jakub od Krzyża nie jest bynajmniej samorodkiem chowanym w samotni swojego pokoju przy kombinacie. Jak można wyczytać w mediach, prowadzi on bogate życie w społecznościach internetowych, gdzie chwiali się m.in. znajomością z czołowymi przedstawicielami ruchu katolicko-narodowego, na czele z Kają Godek i Wojciechem Cejrowskim. I nadal ma 15 lat. Tylko 15 lat. Dziwię się tym samym prawej stronie, że po jednorazowym akcie strzelistym, usiłuje zrobić z 15-latka ikonę walki z „ideologią LGBT”, jakby już bardziej dorodnych mężów w swoich szeregach nie miała. Poza tym jednak, to dość dla prawicy typowe, że w akcie Jakuba nie zauważa przerysowania i, było niebyło, śmieszności. Bo, umówmy się, widok nastolatka z krzyżem w ręku, który stoi jak posąg przed napierającym tłumem, jest cokolwiek śmieszny i XIX wieczny, a towarzystwo prawe i sprawiedliwe próbuje zeń uczynić polską odpowiedź na obrazek z placu Tienanmen, kiedy człowiek nie cofa się przed jadącym nań czołgiem.
U kogoś kto wyczuwa kontekst i potrafi odróżnić kicz od oryginału, to musi wywołać lekki absmak. U kogoś jednak, kto ukochał kicz ponad wszystko, i uważa, że jest on doskonałym środkiem wyrazu, zwłaszcza w sztuce, a ja się niechybnie do takich ludzi zaliczam, obraz Jakuba od Krzyża wzbudza po prostu… radość. Zwykłą, ludzką radość. Radość wyrażaną przez śmiech. Jak po dobrym dowcipie. Np. o tym, że Donald Tusk wstawał o 6 rano po to, żeby móc dłużej nic nie robić…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Przedwyborczy rachunek sumienia

Pan Prezydent raczył wyznaczyć datę wyborów parlamentarnych I tym samym wprowadził polityków w nerwowy okres kampanii wyborczej. Oni gromadzą broń pozwalająca na podgryzanie przeciwników i lada moment ruszą do „krwawej” walki. Przeciętny obywatel, a zarazem potencjalny wyborca, intelektualnie i emocjonalnie przez nich rozszarpywany, będzie musiał w jakimś momencie zrobić wewnętrzny rachunek sumienia i dokonać wyboru – czy głosować i na kogo głosować?

Jedni zrobią to wcześniej, bo są przez określoną partię lub swoich idoli zaprogramowani – inni później, bo będą jeszcze obserwować rozwój kampanii. Należę do tej drugiej grupy – ale z jednym wyjątkiem. Wiem na pewno, że nie będę głosował na PiS i jego kandydatów.
Niebezpieczna deklaracja
Nieopatrznie powiedziałem to na proszonym obiedzie u znajomych i musiałem natychmiast ustawić widelec w obronnej pozycji. W końcu to my – jak mawiał były zastępca byłego ministra obrony – nawet Francuzów uczyliśmy posługiwać się tym narzędziem, na pewno nie tylko w celach konsumpcyjnych. Mój odruch spowodowany był tym, że znaczna część gości napadła na mnie werbalnie i widziałem w ich oczach błyski zapowiadające atak fizyczny, a u niektórych nawet skrywaną chęć politycznego mordu. Przestrach mieszał się we mnie z podziwem dla ich lojalności wobec idoli i wierności głoszonym poglądom. Moja pokorna postawa i widoczna, wrodzona strachliwość spowodowała, że trochę się uspokoili. Zażądali jednak, abym wyjaśnił, dlaczego ośmielam się nie pałać uwielbieniem dla PiS-u i przywódcy tej partii.
Zostałem więc zmuszony do publicznego przeprowadzenia czegoś, w rodzaju rachunku sumienia. Drżąc wewnętrznie ze strachu nie miałem innego wyjścia i najpierw chwaliłem. Za dobre pomysły z 500+, za wykorzystanie światowej koniunktury i utrzymanie rozwojowego trendu gospodarki, za zapowiedzi ułatwień dla młodych przedsiębiorców, za skromność Naczelnika Państwa i jego zdecydowane reakcje na nieskromność ważnych współpracowników. Dopiero potem przeszedłem do łagodnego ataku, precyzując kilka przyczyn mego bezsensownego stanowiska.
Wszyscy teraz numerują osiągnięcia i zamiary – powiedziałem zebranym. Idę za ich przykładem. To taka moja prywatna siódemka. Siódemka sprzeciwu, dająca mi podstawy do tego, aby w najbliższych wyborach nie głosować na partię, sprawującą obecnie władzę.
Stwierdziłem więc – po pierwsze – że PIS jest partią o wyraźnych i niebezpiecznych skłonnościach autokratycznych. Nie do końca udane, ale jednak bardzo szkodliwe próby podporządkowania sobie wszystkich ogniw władzy sądowniczej i samorządów zmierzają do tego, aby stworzyć pełną centralizacje zarządzania państwem. PIS, trawestując Ludwika XIV uważa, że „Państwo to my” – i tym samym każda nasza decyzja jest słuszna, i to, co nam się podoba – powinno podobać się wszystkim.
Spolegliwe kadry
Po drugie – wprawdzie PIS świadomie lub bezwiednie nawiązuje do znanego twierdzenia towarzysza Stalina – „kadry decydują o wszystkim”, ale realizuje tą zasadę wyjątkowo nieudolnie. Obiektywnie drobnym, ale w opinii suwerena wyjątkowo wyraźnym przykładem tej nieudolności jest polityka kadrowa zastosowana w znanej stadninie koni w Janowie, gdzie zwolniono kierownictwo, które nie kłaniało się PiS-owi, zastępując je kolejnymi nieudolnym ekipami i praktycznie niszcząc gospodarkę finansową i międzynarodową pozycję tej stadniny. Miejmy nadzieję, że ostatnia aukcja nieco ją odbuduje.
Ale – moim zdaniem – znacznie groźniejszy jest fakt konsekwentnego tworzenia ekipy kierowniczej państwa, złożonej z ludzi, którzy albo nie mają, albo boją się ujawniać własne opinie. Można się tylko dziwić, że władze partyjne nie dostrzegają coraz bardziej satyrycznego obrazu tej ekipy, w której wszyscy tylko powtarzają – czasem niemal dosłownie – uzasadnienia określonych decyzji i oceny faktów, wygłoszone przez guru partii. Jeśli guru łagodzi opinię lub się z niej wycofuje – to oni także. Jeśli guru atakuje – to im rosną pazury i gotowi są podrapać każdego, kto ośmiela się mieć inne zdanie.
Po trzecie – nie do zniesienia jest ich propaganda, którą uprawiają zwłaszcza w tzw. publicznej telewizji, utrzymywanej z opłat „narodu” i dotacji. Oglądając programy informacyjne tej telewizji, względnie rozsądny człowiek, mający dostęp także do innych stacji i Internetu, wpada albo w rozbawienie, albo w rozpacz, że można bezkarnie tak otumaniać społeczeństwo. Są bezkonkurencyjni – w powojennej historii Polski nikt nie potrafił tak manipulować informacją – nawet w czasach wczesnego PRL-u.
Po czwarte – lekceważą prawo. Dla mnie szczytem tego lekceważenia jest opóźnianie publikacji list poparcia dla kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, wyraźnie nakazanej przez sąd. Zaczęli zresztą swoje panowanie od tego, że odmawiali publikacji wyroków trybunału Konstytucyjnego, który wtedy jeszcze był rzeczywiście niezależnym trybunałem, a nie przystawką polityczną. Pod pozorem konieczności reformy sądownictwa zaczęli walkę z sędziami, dążąc wyraźnie do ograniczenia ich niezależności. Walka ta przybierała i przybiera niekiedy formy tak satyryczne, że kompromitują państwo.
Pobożność i historia
Po piąte – epatują bardziej religijną część społeczeństwa ostentacyjnymi zachowaniami, które mają świadczyć o ich pobożności. Wierchuszka partii stawia się w komplecie na bardziej uroczyste nabożeństwa, wszystko się poświęca, w każdej kontrowersyjnej decyzji przywołuje się hipotetyczne poparcie Najwyższego. Zapomina się przy tym – bo z racji wieku najczęściej się tego nie widziało – że na klamrach pasów żołnierzy podbijających nasz kraj w czasie II wojny był wytłoczony napis „Gott mit uns” – czyli Bóg z nami. Deklaratywna i pokazowa pobożność nie zawsze więc świadczy o dobrych zamiarach. Wtedy nie świadczyła i obawiam się, że i dzisiaj ma inne podłoże. Chodzi – moim zdaniem – głównie o instytucjonalne poparcie kościoła katolickiego, procentujące politycznie poparciem „wiernych”.
Po szóste – fryzują, zmieniają, lub wręcz odwracają fakty historyczne. Starają się wychowywać młodzież w skrajnej rusofobii, w nienawiści do wszystkiego, co miało związek z okresem PRLu i z lewicą. Za to gloryfikują wszystko, co było dziełem „patriotycznej prawicy”. Stąd ustawy dekomunizacyjne, degradacyjne, zachłystywanie się żołnierzami wyklętymi bez względu na to, z kim i jak naprawdę walczyli. Stąd też stawianie na piedestał takich organizacji jak Brygada Świętokrzyska mimo, że walczyła głównie z rosyjską i lewicową – ale polską – partyzantką i pod ochroną niemiecką i z niemieckimi oficerami łącznikowymi wyszła z Polski, aby poddać się Amerykanom.
W końcu po siódme – prowadzą nieudolną politykę zagraniczną opartą na dwóch obsesjach i jednym niemal bezkrytycznym uwielbieniu. Obsesji niechęci do czyhającej na naszą niepodległość „hipotetycznej wspólnoty” europejskiej – używając określenia autorstwa Prezydenta. I obsesji nienawiści do Rosji, może nawet historycznie zrozumiałej, ale politycznie bezsensownej. Wolą tracić pieniądze osłabiając stopniowo naszą pozycję na rynku rosyjskim, wolą zapominać o rosyjskiej kulturze, wolą ponosić koszty coraz droższego uzbrojenia kupowanego „na wszelki wypadek” – niż rozmawiać, łagodzić nastroje, rozwijać turystykę, pogłębiać (ponownie – bo już była) współpracę przygraniczną. Uwielbienie dotyczy natomiast USA. Robimy wszystko, aby byli zadowoleni. Wojsko gościmy, fort im zrobimy, kupujemy ich samoloty, systemy obronne, gaz z łupków, nie negocjując zbyt ostro oferowanych cen. Bo oni są potęgą, która zawsze nas obroni.
Reakcja uczestników biesiady była zróżnicowana. Część milczała ze wzrokiem wbitym w talerze. To reprezentanci niezdecydowanych, wątpiących, albo mało zorientowanych. Część nagrodziła mnie uśmiechem i potakiwaniem. I część nadal patrzyła na mnie wrogo, mówiła, że „za Tuska było gorzej”. Ze wszyscy ponosimy koszt takich afer jak vatowska i Amber Gold. Że nikt – poza PiS-em – nie dał ludziom żywej gotówki, ułatwiającej wychowanie dzieci i wyjście z nędzy. Że niechęć zgniłego zachodu okazywana niektórym naszym europosłom, to tylko efekt wstawania z kolan i samodzielnej, odważnej polityki PIS-u.
Nikt, nikogo nie przekonał, ale atmosfera proszonego obiadu uległa wyraźnemu ochłodzeniu. Ożywiono się nieco przy deserze. I wtedy odezwał się biesiadnik uznawany przez większość zebranych za autorytet. Powiedział:
„Mamy różne poglądy, ale uważam, ze kraj jest w niebezpieczeństwie. Dalsze rządy PiS mogą doprowadzić do nadmiernego skrętu w prawo. Staniemy się państwem centralnie zarządzanym, opartym na bliżej nieokreślonych „narodowych wartościach”, ale jednocześnie realizującym niemal socjalistyczną politykę społeczną i tworzącym uprzywilejowaną kastę partyjną, monopolizującą kierowanie administracją i gospodarką. To znamy z historii i wiemy, że zawsze kończyło się dyktaturą. Trzeba więc zrobić wszystko, aby w wyniku wyborów, PIS stał się ponownie partią opozycyjną. I to jest możliwe”.

Jedność Kościoła

Przez wiele lat liberalne media przekonywały opinię publiczną, że Kościół katolicki w Polsce jest podzielony. Po jednej stronie miał być ojciec Rydzyk i inni nienawistni księża, często blisko związani z Prawem i Sprawiedliwością, a po drugiej księża otwarci, broniący demokracji, pluralizmu i praw człowieka. Ta teoria od samego początku była naciągana, ale ostatnie tygodnie całkowicie zadają jej kłam.

Nazywając środowiska LGBT „tęczową zarazą”, arcybiskup Marek Jędraszewski użył retoryki nacjonalistycznych chuliganów i skrajnie prawicowych bojówek. Czy Kościół przywołał hierarchę do porządku? Wręcz przeciwnie! Kolejni wysoko postawieni biskupi wyrażają pełną solidarność z Jędraszewskim, podpisując się pod jego słowami. Jednym z nielicznych krytyków arcybiskupa był ksiądz Paweł Gużyński, który w trybie natychmiastowym został przywołany do porządku. Jego bezpośredni zwierzchnik w zakonie dominikanów, prowincjał Paweł Kozacki nakazał mu milczenie i trzytygodniową pokutę w jednym z klasztorów kontemplacyjnych. W swoim oświadczeniu zdecydowanie odciął się od krytycznych opinii Gużyńskiego na temat Jędraszewskiego i nakazał mu, aby pozostał wierny zasadzie jedności z Kościołem.
W tym samym czasie solidarność z LGBT wyraził ksiądz Łukasz Kachnowicz. Czy zrobił coś złego? Dla Kościoła najwyraźniej tak, ponieważ błyskawicznie zareagował metropolita lubelski, arcybiskup Stanisław Budzik, który go upomniał i nakazał podjąć pokutę.
Takich historii w ostatnich latach było mnóstwo. Kościół stanowczo dyscyplinował między innymi Stanisława Obirka, Tadeusza Bartosia, Adama Bonieckiego czy Wojciecha Lemańskiego. Wszędzie chodziło o krytyczne myślenie, obronę praw człowieka, hasła równości, miłosierdzia, tolerancji czy otwartości. Za każdym razem hierarchowie kościelni reagowali szybko i ostro. Żadnych działań dyscyplinujących nie było wobec nienawistnych, ksenofobicznych księży takich jak Tadeusz Rydzyk, Marek Jędraszewski, Tomasz Brussy, Ignacy Dec. Kościół nie nakłada żadnych kar ani na księży ukrywających pedofilów, ani na duchownych używających mowy nienawiści. Wyraża z nimi solidarność i utożsamia się z nimi.
Czas wreszcie skończyć z fantazją, że Kościół ma postępowe skrzydło, które go zmieni od wewnątrz. Cały jest zgniłą, zdemoralizowaną, ksenofobiczną instytucją niezdolną do samooczyszczenia.

Przytrzymywany i unieruchomiony?

Nowe informacje w sprawie zgonu boksera. Jeden z najważniejszych świadków w tzw. aferze podkarpackiej mógł przed śmiercią podjąć walkę z duszącymi go napastnikami – poinformowali Jacek Dubois i Roman Giertych – adwokaci reprezentujący rodzinę zmarłego.

Kostecki został znaleziony w celu Aresztu Śledczego w Białołęce 2 sierpnia, ale okoliczności tej tragedii wciąż pozostają niejasne. Podległa Zbigniewowi Ziobrze prokuratura utrzymuje, że przyczyną śmierci było samobójstwo. Z nieznanych powodów podczas sekcji zwłok nie zbadano pochodzenia niewielkich śladów na szyi boksera. Pogrzeb Kosteckiego jeszcze się nie odbył, a rodzina jest w posiadaniu jego ciała.
„Po ponownej analizie dostępnych materiałów, oględzinach ciała zmarłego oraz konsultacji z lekarzami uważamy, że ślady ujawnione na ciele Dawida Kosteckiego mogły powstać podczas walki, a zatem wskazują na udział w zdarzeniu osób trzecich” – napisali w piątek mecenasi Dubois i Giertych.
Kolejne badania zwłok wykazały też obecność innych podejrzanych śladów. Chodzi o obrażenia na tylnej powierzchni lewego ramienia o średnicy kilku centymetrów, uszkodzenia naskórka i podbiegnięcia krwawe ręki prawej, otarcie powierzchni przedramienia, prawej ręki, obrażenia na grzbiecie oraz podbiegnięcia krwawe o wymiarach kilku centymetrów, ranę na nodze lewej o szerokości ok. 0,5 cm oraz dwa zdarcia naskórka po lewej stronie szyi pod uchem o średnicy ok. 3 mm.
Prowadząca sekcję zwłok dr Agnieszka Dąbkowska nie zawarła w protokole informacji o pochodzeniu tych śladów.
„Analiza śladów dowodzi, że musiały powstać w wyniku urazu bezpośredniego, najprawdopodobniej z udziałem osób trzecich” – czytamy w oświadczeniu adwokatów rodziny. „Usytuowanie tych obrażeń może wskazywać na to, że Dawid Kostecki był przytrzymywany i unieruchomiony w pozycji leżącej przez osobę trzecią (osoby trzecie) w ten sposób, że napastnik, siedząc na nim obiema rękoma, przytrzymywał go za ręce (przedramię i ramię). Równolegle druga osoba mogła dusić Dawida Kosteckiego, zaciskając zwinięte prześcieradło wokół jego szyi, co doprowadziło do utraty przez niego przytomności, a następnie do śmierci. Następnie ciało mogło zostać usytuowane w pozycji półsiedzącej, a prześcieradło przywiązane do kraty w celem upozorowania samobójstwa. Być może przed użyciem przemocy zmarłego ogłuszono chemicznie lub za pomocą urządzenia paraliżującego” – napisali Dubois i Giertych.
Co dalej? Prawnicy wnieśli o „dopuszczenie dowodu z opinii zespołu biegłych lekarzy i specjalistów z zakresu kryminalistyki”, co pozwoli stwierdzić, czy wersja o samobójstwie, forsowana przez prokuraturę jest prawdziwa.

Będzie „bezpiecznik demokracji”?

Pakt senacki między liberałami a koalicją Lewica stał się faktem. Pierwsze sugestie Lewicy, by nie zwalczać się nawzajem w wyborach do Senatu, Koalicja Obywatelska zignorowała. Ostatecznie jednak stronnictwo Schetyny i PSL zaakceptowały pomysł walki wyłącznie przeciw PiS, a nie przeciw stronom paktu.

W piątek, po kolejnej turze negocjacji na linii KO-Lewica w sprawie paktu senackiego, panował już ostrożny optymizm. Robert Tyszkiewicz z Platformy Obywatelskiej mówił o „dobrym spotkaniu” i o tym, że kwestie podzielenia się okręgami oraz doboru kandydatów zostały już przedyskutowane. Krzysztof Gawkowski z Wiosny zapewniał, że podczas rozmów panowała pozytywna atmosfera.
Całość postanowień paktu ma zostać przedstawiona opinii publicznej w poniedziałek, ale już w sobotę na Twitterze Lewicy pojawił się wpis świadczący o tym, że „pozytywna atmosfera” faktycznie przełożyła się na porozumienie. Nie tylko Lewica i Koalicja Obywatelska, ale też PSL nie będą wystawiać przeciw sobie kandydatów w okręgach jednomandatowych w wyborach do Senatu. Wierzą, że daje to realną szansę na uzyskanie kontroli nad izbą.
Jedyną kwestią, która łączy – przypadkowych – sojuszników, jest w istocie walka z PiS: obserwatorzy polskiej sceny politycznej jeszcze pamiętają, jak PSL odżegnywało się od wszelkiej współpracy z lewicą, choćby w ramach wielkiej (czyli bezideowej) koalicji. W komentarzach działaczy SLD w mediach społecznościowych nie widać obawy, czy po zawarciu takiego układu Lewica nie będzie postrzegana jako przystawka do silniejszej KO. Działacze raczej triumfują, zapowiadając, że odwojowany Senat stanie się „bezpiecznikiem demokracji” i narzędziem kontroli rządu PiS (z tym, że właśnie narodowo-katolicka prawica wygra, zdaje się, już się pogodzili).
Dziś rady krajowe organizacji, które weszły do Koalicji Obywatelskiej, zatwierdzą listy kandydatów z jej ramienia do obu izb parlamentu. Wtedy też dowiemy się, w których okręgach jednomandatowych do senatu wystartują liberałowie, a w których – koalicja Lewica.

Rzecz o pryncypiach

Kontynuacja listu otwartego, skierowanego do prof. Andrzeja RZEPLIŃSKIEGO.

Szanowny Panie Profesorze!
Dziennik Trybuna Nr 168/2018 z dnia 24/26 sierpnia 2018r. opublikował pod powyższym adresem list otwarty, skierowany do Pana.
List dotyczył stanowiska Pana wobec pierwszej ustawy dezubekizacyjnej i Pana obrony Trybunału Konstytucyjnego, spraw ze sobą powiązanych nierozdzielnie.
Autor listu zwracał się do Pana o komentarz do Pana stanowisk w obydwu sytuacjach. Śledzę z uwagą artykuły, publikowane w DT i nie zauważyłem jeszcze Pana odpowiedzi.
Podzielam stanowisko autora listu w obydwu sprawach. W sprawie dezubekizacyjnej znajdował się Pan po stronie psujących prawo a w sprawie Trybunału Konstytucyjnego zajmuje Pan chwalebne stanowisko po stronie obrońców prawa.
Zwracam się do Pana o opublikowanie komentarza do treści listu: o wyjaśnienie powodów zajmowania przez Pana różnych stanowisk.
Obecnie, gdy psucie (łamanie) prawa jest praktyką stosowaną, Pana stanowisko, szanowanego profesora prawa, byłoby cenne dla wyjaśnienia powodów nieprzestrzegania prawa.
Nazwisko i mój adres jest do Pana Dyspozycji.
ALI