Pora tupnąć!

Czyli czas na stan wyjątkowy w całym kraju!

Zainspirował mnie do tego wniosku minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński, który uzasadnił konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego w pasie przygranicznym z Białorusią obowiązkiem ochrony bezpieczeństwa Polaków.

Ale co to za dbanie o moje bezpieczeństwo w trzykilometrowym pasie przy samym Łukaszence, nota bene w jakimś sensie bliskim ideowo i w praktyce naszym aniołom stróżom?!… Wszak nie tak dawno jeden z nich, dr Karczewski rozpływał się z zachwytu, jaki to Łukaszenka ciepły człowiek!…

Temperaturę mu mierzył?!…

Wprowadzenie przy granicy stanu nadzwyczajnego nasuwa refleksję, że obecnie służby odpowiedzialne za ochronę naszych granic są zarządzane nieudolnie i marna jest ich skuteczność, skoro potrzebny jest aż stan wyjątkowy, żeby poprawić efekty ich pracy.

Tylko patrzeć, jak stan wyjątkowy okaże się mało efektywny i wtedy zostanie wprowadzony stan wojenny!

Moim zdaniem bardziej potrzebny był na tej granicy i to już dawno temu, kordon sanitarny, by nie przenikały z Mińska do Warszawy chore idee, wzorce barbarzyńcy i zamordysty Olka Rychorawicza. Ale wprowadzenie kordonu dzisiaj to musztarda po obiedzie.

Natomiast jest najwyższy czas, by stan wyjątkowy wprowadzić na terenie całego naszego kraju, właśnie w ochronie bezpieczeństwa Polaków!, któremu coraz bardziej zagraża głównie … kasta sprawująca obecnie władzę, przekraczająca wszelkie granice przyzwoitości i dbałości o interes całego narodu.

Oto kilka przykładów, pierwszych z brzegu, wymienienie wszystkich zajęłoby cały numer gazety:

– Właśnie rząd robi wszystko, by pozbawić nas kilkudziesięciu miliardów euro z UE.

– Inflacja jest najwyższa od 20 lat. Ceny żywności rosną w zastraszającym tempie. Np. drastycznie rosną ceny chleba.

– Gildia z Nowogrodzkiej przyznaje sobie od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych podwyżki uposażenia, a tym którzy ją utrzymują z podatków rzuca z łaski, i to nie wszystkim, po kilka groszy, bezczelnie utrzymując, że sprawiedliwość, równość i stały wzrost dobrobytu społeczeństwa to jej najwyższe cele.

– Rośnie liczba ludzi ubogich, . ale rząd mimo zapewnień jego guru, nadal dokarmia „tłuste koty”, i to coraz smaczniejszymi kąskami, biorąc na to pieniądze z naszych kieszeni, w tym z kieszeni właśnie ludzi ubogich.

– Rządzący uprawiają korupcję we wszystkich jej postaciach, m.in. najbardziej cuchnącą – polityczną.

– Podeptali buciorami zasady prawne obowiązujące od czasów rzymskich, usiłując za wszelką cenę podporządkować sobie wymiar sprawiedliwości i ręcznie nim sterować. U wielu sędziów i prokuratorów przekupstwem, poczucie godności osobistej połączonej z obiektywizmem czyli z bezstronnością zamienili na służalczość i posłuszne merdanie ogonkiem, doprowadzając do sytuacji absurdalnych. Czyż nie jest wręcz paranoiczną sytuacja, gdy przewodniczący sądów w Olsztynie i w Warszawie odmawiają wykonania wyroków sądowych?!!!

– Rząd ustami premiera zapewnia, że potrafi uderzyć się w piersi. I rzeczywiście wciąż w nie tłucze, tyle że nie we własne.

– Społeczeństwo jest coraz bardziej bezczelnie pozbawiane prawa do rzetelnej informacji. Władza wszelkimi sposobami stara się mediom przedstawiającymi prawdę nałożyć kaganiec albo wręcz je utylizować,

– I, moim zdaniem, największa podłość rządzących – rozbuchanie w znacznej części narodu najgorszych ludzkich instynktów, jak obskurantyzm, reakcyjność, wstecznictwo, ksenofobia, brak szacunku i agresja wobec tych, którzy mają czelność myśleć i zachowywać się inaczej niż uprzywilejowane obecnie kołtuństwo.

Przewodnie hasło wypisane na transparentach rządzących to: Po nas choćby potop!

Ilu z tych którzy biernie przyglądają się lub aktywnie wspierają ten marsz ku przepaści, jest w stanie zdobyć się na refleksję, że w tym potopie utoną ich dzieci i wnuki!?

Toteż m.in. po to by je ratować, potrzebne jest niezwłocznie wprowadzenie stanu wyjątkowego na terenie całego kraju.

Ale jest pewien szkopuł, który ten wniosek czyni utopijnym. Przecież ci co zagrażają naszemu bezpieczeństwu nie wprowadzą stanu wyjątkowego wobec siebie! Mariusz Kamiński nie zatrzyma w areszcie domowym Jarosława Kaczyńskiego i nie zamknie się tam razem z nim. Mariusz Błaszczak nie wyceluje swojej lufy, to znaczy lufy podległego mu czołgu w willę na Żoliborzu? Piotr Gliński prawdopodobnie, bo do końca nie jestem pewny, nie dokona szczegółowego obszukania Beaty Szydło, Beaty Kępy czy Krystyny Pawłowicz? Domniemywam, że z racji pełnionej funkcji ministra kultury ma choćby szczątkowe poczucie estetyki.

Toteż wprowadzenie stanu wyjątkowego przez obecnie rządzącą ekipę, to jakby wpuścić lisa do kurnika. Zresztą wiele wskazuje na to, że lis już się koło kurnika kręci. bowiem obecny stan wyjątkowy w pasie przygranicznym to próba generalna.

Najwyższa więc pora, by nie dopuścić, żeby ta próba generalna w obecnej obsadzie doczekała się premiery na scenie całego kraju.

Tym razem stan wyjątkowy powinien wprowadzić naród. Konkretnie ta jego większa część, która ma rozum ulokowany w swojej głowie a nie w sempiternie prezesa.

Koniec z drzemką, koniec z wyznawaniem zasady tumiwisizmu, a partyjna opozycja niech przestanie kierować się zasadą: – Mówię Ojczyzna, myślę stołek.

Tylko wszyscy, zwarci i konsekwentni będą w stanie tupnąć jednocześnie tak głośno i mocno, że wskażą kamaryli jej właściwe miejsce.

Bowiem rządzące towarzystwo wzajemnej adoracji w gruncie rzeczy kuli ogon pod siebie, gdy ktoś mocno i głośno tupnie. Tupanie, takie jak kobiety, która uciekła na stół przed myszą i tam na nią tupie, traktuje tak jak na to zasługuje – kpiną i lekceważeniem.

Dwadzieścia lat, które zmieniły historię

Są takie daty, które zapadają w pamięć na lata. Przypominamy sobie, co robiliśmy i gdzie byliśmy, gdy 11 września 2001 waliły się sławne wieże World Trade Center. W moim wypadku było to w czasie ostatniej z moim udziałem sesji Unii Międzyparlamentarnej w Wagadugu, stolicy Burkina Faso. Tak się złożyło, że przemówienie w dyskusji plenarnej w imieniu delegacji polskiej wygłaszałem kilka godzin po zamachach, które wstrząsnęły światem. Miałem wtedy okazję, by publicznie – w imieniu polskich parlamentarzystów – wyrazić solidarność z narodem amerykańskim i naszą gotowość udziału w walce z wznoszącą się falą islamistycznego terroryzmu.

Wracam nieraz myślami do tamtych chwil. Czy zdawaliśmy sobie wówczas sprawę z tego, jak dalece jedenasty września 2001 roku stanie się datą przełomową w stosunkach międzynarodowych? Po latach gorzkich doświadczeń dziś lepiej niż wtedy rozumiemy, że to właśnie wówczas kończył się – jakże krótki – okres wielkiego optymizmu, z którym żegnaliśmy dziesięciolecia „zimnej wojny” i witaliśmy nową erę demokracji i pokojowej współpracy między narodami.

Wielkie, wręcz przełomowe znaczenie zamachów jedenastego września jest konsekwencją tego, jak na te zamachy zareagowało największe mocarstwo światowe – Stany Zjednoczone. To właśnie amerykańska odpowiedź na 11 września 2001 roku określiła na nowo kształt stosunków międzynarodowych. Dlaczego?

Punktem wyjścia odpowiedzi na to pytanie musi być przypomnienie stanu stosunków międzynarodowych na przełomie poprzedniego i obecnego stuleci. Był to krótki czas, w którym w analizach sytuacji międzynarodowej panowało przekonanie o trwałości trzech wielkich procesów, które dominowały w ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku. Były to: koniec zimnej wojny, niespotykane pod względem skali sukcesy „trzeciej fali demokratyzacji” i rozpad Związku Radzieckiego. Nigdy wcześniej świat nie zmienił się tak gwałtownie bez wojny, w wyniku nagromadzenia stopniowych zmian, które przyniosły efekty o ogromnym znaczeniu.
Schyłek dwudziestego wieku to – jak często wówczas mówiono – okres Pax Americana, pokoju, którego gwarancją miała być światowa dominacja Stanów Zjednoczonych, przypominająca dawną dominację Rzymu w okresie określanym jako Pax Romana. Wielu obserwatorów, nawet krytycznych w stosunku do polityki amerykańskiej, sądziło, że hegemonia tego mocarstwa zapewni światu pokój na pokolenia. Zbigniew Brzeziński przewidywał wprawdzie, że hegemonia ta zaniknie, ale sądził, że jej kres nastąpi dopiero w połowie nowego stulecia, przede wszystkim w wyniku wzrostu potęgi i znaczenia Chin.

Stało się inaczej. Stany Zjednoczone utraciły swą hegemonistyczną pozycję znacznie wcześniej – nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że ich główny rywal rośnie w siłę znacznie szybciej niż sądzono ćwierć wieku temu. Przede wszystkim dlatego, że zawiodło amerykańskie przywództwo polityczne – błędnie reagujące na jakościowo nowe wyzwanie, jakim był terroryzm międzynarodowy. W 2007 roku Zbigniew Brzeziński opublikował książkę stanowiącą druzgoczącą krytykę sposobu, w jaki trzej kolejni prezydenci USA prowadzili politykę tego mocarstwa po zakończeniu zimnej wojny („Druga szansa”). Do końca życia przekonywał – niestety bezskutecznie – że Ameryka musi porzucić „katastrofalną” – jak pisał – politykę zbrojnych interwencji i budować na nowych podstawach ład międzynarodowy – jako przywódca, a nie hegemon demokratycznego świata.

Amerykańska odpowiedź na zamachy 11 września była wynikiem złudnego przekonania, że bezsporna przewaga militarna i gospodarcza USA gwarantuje sukces polityki prowadzonej środkami wojennymi. Z perspektywy dwudziestu lat błędność tego rozumowania jest oczywista. Przed niespełna miesiącem upadek Kabulu i rozsypanie się amerykańskiego protektoratu w Afganistanie raz jeszcze pokazały złudność wiary w skuteczność rozwiązań militarnych w skomplikowanej rzeczywistości współczesnego świata. Naiwna wiara w skuteczność rozwiązań militarnych cechowała nie tylko ekipę George’a W. Busha (którego prezydenturę Brzeziński trafnie określił jako „katastrofalną”), ale niemal całą amerykańską elitę polityczną. Nie ulega wątpliwości, że uderzając zbrojnie na Afganistan a potem na Irak Bush miał zdecydowane, ponadpartyjne, poparcie w obu izbach Kongresu i w społeczeństwie amerykańskim. Nie zdejmuje to z niego odpowiedzialności za skutki tej polityki, ale zmusza do zastanowienia się, co powodowało tak powszechne zaślepienie całej niemal amerykańskiej elity politycznej, a także społeczeństwa amerykańskiego

W zapomnienie poszła gorzka lekcja Wietnamu – pierwszej, ale jak się miało okazać nie ostatniej, wojny przegranej przez Stany Zjednoczone. Łatwość, z jaką USA odniosły sukces w końcowej fazie zimnej wojny stała się źródłem przekonania, że nikt i nic nie może stanąć na drodze do ich panowania nad światem. Poczucie siły mieszało się z fanatyzmem ideologicznym, który w okresie prezydentury Ronalda Reagana zastąpił dawny pragmatyzm Trumana, Eisenhowera i Nixona.

Między interwencjami USA w Afganistanie i w Iraku są dość oczywiste różnice, ale w obu wypadkach politycy amerykańscy popełnili ten sam podstawowy błąd: zlekceważyli przestrogę Samuela Huntingtona („Zderzenie cywilizacji a nowy ład światowy”, 1995), który dowodził, że demokracji nie uda się przeszczepić siłą na kulturowo nieprzygotowany grunt i trafnie ostrzegał przed „zderzeniem cywilizacji”, które musi być następstwem takich usiłowań.

Afganistan był pierwszym celem ataku USA i ich sojuszników, przy czym – inaczej niż w wypadku Iraku – istniał w tym wypadku casus belli, gdyż rządzący tym krajem od 1996 roku islamscy fanatycy (talibowie) udzielali gościny Ben Ladenowi i jego kompanom z terrorystycznej organizacji Al Kaida odpowiedzialnej za zamachy 11 września. Stany Zjednoczone miały prawo domagać się wydania sprawców zamachów terrorystycznych i użycie siły dla wymuszenia takiego rozwiązania mieściło się w ramach prawa międzynarodowego. Fatalny w skutkach błąd tkwił gdzie indziej.
Interweniując w Afganistanie Amerykanie postawili sobie za cel zbudowanie w tym kraju państwa demokratycznego i uzależnionego od USA – a więc swoistej bazy politycznej dla rozszerzania amerykańskich wpływów w tej części Azji. Przedsięwzięcie to okazało się poważnym błędem. Pozornie demokratyczne struktury polityczne przeżarte były korupcją a zarazem tak słabe, że w obliczu zapowiedzianego wycofania wojsk NATO po prostu rozpadły się. Kontrastowało to z sytuacją powstałą w Afganistanie po wycofaniu (lutym 1989 roku) wojsk radzieckich. Wówczas radykalnie lewicowy rząd Najbullaha toczył przez trzy lata wojnę z naporem sił islamistycznych, popieranych przez USA i mających oparcie w konserwatywnym społeczeństwie afgańskim. Upadek tego rządu nie zakończył zresztą zbrojnej walki o władzę, którą dopiero po czterech latach zdobyli talibowie.

Ich sukces był zamknięciem trwającego niemal ćwierć wieku konfliktu między siłami modernizacyjnymi i siłami konserwatywnymi. Konflikt ten zapoczątkowało obalenie (w lipcu 1973 roku) króla Zahira Chana i proklamowanie republiki. Za zamachem stali młodzi wojskowi, w znacznej mierze wykształceni w uczelniach radzieckich. W okresie pięcioletnich rządów prezydenta Dauda Afganistan prowadził politykę umiarkowanych reform wewnętrznych a w sprawach międzynarodowych starał się unikać jednoznacznego opowiedzenia się po któreś ze stron zimnowojennej konfrontacji. Umiarkowany kurs rządów republikańskich nie zaspakajał oczekiwań radykalnej lewicy, która w 1978 roku doprowadziła do drugiego przewrotu wojskowego i proklamacji „republiki socjalistycznej”. Okazało się jednak, że zwycięzcy nie potrafią ani pozyskać większości społeczeństwa, ani zachować jedności we własnych szeregach, rozdzieranych walkami frakcyjnymi. We wrześniu przywódca Demokratycznej Partii Ludowej Nur Muhamed Taraki został zamordowany a władzę przechwycił jego rywal Hafisullah Amin. Odpowiedzią na ten przewrót była zbrojna interwencja ZSRR, w wyniku której Amin został zabity a władzę przejęli proradzieccy komuniści.

Interwencja radziecka w Afganistanie była jednym z najcięższych błędów ekipy Leonida Breżniewa i przyczyniła się do kryzysu systemu radzieckiego. Trwająca dziewięć lat wojna nie tylko drenowała środki i osłabiała autorytet radzieckiego przywództwa, ale także stworzyła Stanom Zjednoczonym okazję do ukrytej ingerencji, szczególnie intensywnej w okresie prezydentury Reagana. Paradoks tej ingerencji polegał na tym, że wspierając islamskich fanatyków Amerykanie sami wyhodowali organizację, która we wrześniu 2001 stała za zamachami na Nowy Jork i Waszyngton.

George W.Bush i jego wojowniczy współpracownicy zignorowali lekcję płynącą z radzieckiego fiaska w Afganistanie. Okupując ten kraj i budując w nim proamerykański system polityczny nie mieli nawet takiego oparcia, jakie na początku swojej interwencji miał Związek Radziecki. Okazało się to dobitnie w zeszłym miesiącu. Afgański prezydent Ahraf Ghani zbiegł z kraju, gdy tylko zaczęła się ostateczna ofensywa talibów, a jego armia rozpadła się w istocie bez walki. Okazało się, że sztucznie budowana „demokracja” afgańska nie ma nawet takiego poparcia, jakie miał trzydzieści lat wcześniej rząd afgańskiej lewicy.

Czy z tego wynika, że Afganistan skazany jest na rządy fanatyków islamskich? W perspektywie najbliższych lat – zapewne tak. W dalszej perspektywie szansa na stopniową (a może radykalną?) zmianę tkwi w procesach społecznych, które przeobrażą mentalność społeczeństwa afgańskiego. Wtedy i tylko wtedy pojawi się nowa szansa na postępowe, demokratyczne przemiany. Obca ingerencja procesy te może jedynie hamować. Wydaje się, że tym razem Amerykanie zaczęli rozumieć, jakie są granice ich możliwości.

Interwencja w Iraku (w marcu 2003 roku) nie miała żadnego uzasadnienia prawnego czy moralnego. Rząd USA okłamał własnych obywateli i przywódców państw sojuszniczych twierdząc, że Irak gromadzi broń masowej zagłady. To kłamstwo nie tylko skompromitowało USA, ale także poważnie zaszkodziło spoistości sojuszu atlantyckiego. Przeciw interwencji irackiej opowiedzieli się także niektórzy sojusznicy USA, w tym Francja i Niemcy.

Mam wątpliwą satysfakcję, że byłem jednym z bardzo nielicznych autorów, którzy otwarcie wypowiedzieli się przeciw wojnie z Irakiem – zanim stała się ona faktem. We wrześniu 2002 roku w artykule pt. „Konieczna wojna?” opublikowanym w tygodniku „Przegląd” pisałem między innymi o zagrożeniach, jakie dla świata stanowi bezprawne użycie siły w stosunku do Iraku, w tym o nieuchronnym wzroście nastrojów antyamerykańskich w całym świecie islamu. Niestety okazało się, że miałem rację.

Podwójna przegrana USA w środkowej Azji pociągnęła za sobą poważne konsekwencje globalne.

Pierwszą w nich było wyraźne i zapewne nieodwracalne osłabienie pozycji Stanów Zjednoczonych. Pozostają one najsilniejszym mocarstwem, ale już nie są światowym hegemonem. Osłabione i skompromitowane przegranymi wojnami a także ujawnionymi aktami usankcjonowanego przez rząd G.W. Busha stosowania tortur, nie mogą już liczyć na to, że demokratyczne państwa dzisiejszego świata darzyć je będą niekwestionowanym zaufaniem. Bez tego zaś nie ma światowego przywództwa.

Osłabienie światowej pozycji USA pogłębiła fatalna prezydentura Donalda Trumpa, ale to nie Trump zadał tej pozycji pierwsze i najbardziej bolesne ciosy. Stało się to za prezydentury G.W. Busha – niestety przy poparciu niemal całej amerykańskiej elity politycznej. Gdyby Joe Bidenowi udało się naprawić skutki błędnej polityki jego poprzedników, zapewniłby sobie bardzo wysokie miejsce w panteonie amerykańskich prezydentów. Czy jednak będzie w stanie tego dokonać?

Osłabienie pozycji USA a zarazem ujawnienie ekspansjonistycznych celów polityki amerykańskiej odegrało fatalną rolę w ewolucji politycznej Rosji. Na początku swej prezydentury Władimir Putin silnie podkreślał chęć bliskiej, partnerskiej współpracy z USA. Był nie tylko pierwszym zagranicznym mężem stanu, który pospieszył z wyrazami solidarności po zamachach 11 września, ale także ofiarował Stanom Zjednoczonym realną pomoc logistyczną w operacji skierowanej przeciw Afganistanowi. Kilka lat później – po bezprawnej interwencji w Iraku i w obliczu wyraźnego osłabienia pozycji amerykańskiego mocarstwa – zmienił kurs na bardziej konfrontacyjny. Nigdy nie dowiemy się, czy rosyjskie działania wobec Gruzji w 2008 i wobec Ukrainy w 2014 roku miałyby miejsce, gdyby nie doszło do wcześniejszych interwencji amerykańskich w Afganistanie i Iraku. To nie jest obrona polityki rosyjskiej, lecz wskazanie na to, że polityka ta w znacznej mierze kształtuje się pod wpływem tego, jakimi atutami dysponuje i jak je wykorzystuje najsilniejsze mocarstwo demokratycznego świata.

Po przegranej przez USA wojnie w Afganistanie silnym głosem odezwały się Chiny. Jest jeszcze za wcześnie, by przewidywać, jak ukształtuje się polityka tego mocarstwa wobec Afganistanu i – szerzej ujmując – całej Azji środkowej. Do myślenia powinno jednak dawać to, że w pierwszych dniach po zdobyciu przez talibów władzy Chiny wyraźnie określiły swą gotowość aktywnego zaangażowania we współpracę z tym państwem. Mają tu istotne atuty: nie tylko bliskość geograficzną, ale także to, że są jedynym wielkim mocarstwem, którego konta nie obciąża pamięć o zbrojnej ingerencji w sprawy Afganistanu. Byłoby wielkim paradoksem historii, gdyby to właśnie Chiny były głównym beneficjentem błędnej polityki USA w tym regionie.
O tym wszystkim warto pomyśleć w dwudziestą rocznicę zamachów, które zamknęły pewien okres najnowszej historii i stały się początkiem nowego okresu – o wciąż niepewnych konsekwencjach.

„Dobro Rzeczypospolitej zawsze mieć przed oczyma” (cz. II)

   „Wychowanie młodego pokolenia w duchu miłości do dziejów ojczystych, ma olbrzymie znaczenie dla przyszłości Narodu”.

  kard. Stefan Wyszyński

    „Prymas był człowiekiem wielkiego rozumu, serca i odpowiedzialności”

    gen. Wojciech Jaruzelski

Proces beatyfikacyjny Sługi Bożego Stefana Kard. Wyszyńskiego trwał od maja 1989 r. Fakt, że gen. Wojciech Jaruzelski złożył w nim zeznania, będąc ciężko chorym – niech będzie dla Państwa zachętą do kolejnego „spojrzenia” na Prymasa Tysiąclecia, jako „duchowego sługi” dobra Polski. Znamiennym wyrazem tej „służby” jest taki fakt. Podczas mszy św. dla Polonii w RFN (1978 r.), jej uczestnicy zaśpiewali „Boże coś Polskę” ze słowami – „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Prymas powiedział zebranym -„Niewłaściwie śpiewacie tę pieśń. Zalecamy w naszych kościołach śpiewanie w oryginalnej treści: Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”. Sens tłumaczył tak -„Choć nie wszystko nam się w tej Ojczyźnie podoba, ale jest to nasza Ojczyzna”. Może w „dniach beatyfikacji” warto postawić – dla niektórych obrazoburcze pytania – a czy dziś „wszystko nam się podoba, czy nie jest to dla nas nasza Ojczyzna”? A czy PRL nie powinna być „naszą Ojczyzną” dla młodego pokolenia Polaków, zważywszy – jak mówił Prymas – na „ducha miłości do dziejów ojczystych”. Co my, „dużo starsze” i sędziwe pokolenie możemy tu jeszcze uczynić – pomyślmy!

Prymas o Partii

Nikt zapewne nie zdziwi się, że Prymasowi „ nie podobała się w Ojczyźnie” działalność Partii. Ale nie stawiał na pierwszym miejscu „swobody religijnej”, jak dziś powiedzielibyśmy. Na uwadze miał cele wyższe. Prymas spotkał się z Edwardem Gierkiem w listopadzie 1979 r. Wręczył memoriał – nie konsultowany z Episkopatem, gdzie wytykał błędy, nieprawidłowości w postępowaniu władz.  Rozmawiając z Generałem w Natolinie 26 marca 1981 r., m.in.  stwierdził -„Nie mam powodu do adorowania partii. Ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa, silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną. Gierek w tej sprawie nic nie zrobił. A przecież można było uniknąć wielu zapalnych punktów. Można było uniknąć niezadowolenia społecznego”. Oczywiste są te racje. Szerszy horyzont patrzenia Kierownictwa Partii na sprawy robotnicze mógłby spowodować uniknięcie wydarzeń w Radomiu i Ursusie. Tak patrząc, można domniemywać uniknięcia groźby interwencji radzieckiej w sierpniu – wrześniu 1980 r., o czym nikt u nas nie wiedział (pisałem „Ściśle tajny dokument”). Dekada lat 80-tych dowodzi, że ta Partia,  choć „chwiejnego zdrowia”, jej reformatorskie skrzydło na czele z Generałem, doprowadziło do Okrągłego Stołu i do historycznych przemian. Ale na początku lat 80- tych pozycja Partii była słaba. 

 Stanisław Kania, na posiedzeniu BP KC PZPR, 8 lutego 1981, złożył relację z rozmowy z Prymasem w dniu 7 lutego: „Wyszyński uważa, że w Polsce musi być silna władza, że Polska jest związana z blokiem socjalistycznym, że musi być partia, która winna sama się regenerować. Jeśli zaś partia miałaby się rozsypać, to wówczas musiałaby powstać nowa partia. On, Prymas Polski opowiada się za obecną partią, ale zmienioną. Partia gwarantuje władzę i spokój”. Kto po 40 latach poda argumenty, dowody, że oceny Prymasa w ówczesnej sytuacji nie miały realnych  i racjonalnych podstaw? Od lipca- homilia na Jasnej Górze, do lutego – czas tej rozmowy wykazał, że przed Partią staje historyczne wyzwanie – „zagwarantować spokój”. Po latach z westchnieniem Generał wypowiedział myśl- gdyby żył Prymas Tysiąclecia, nie doszłoby do stanu wojennego.

Prymas o Polsce i Solidarności.

„Czas Solidarności” narzucił nie spotykane dotąd tempo biegu naszej, polskiej historii. Choć fragmentarycznie pisałem poprzednio – korzystam z Państwa sugestii –  dla chronologicznej ciągłości przypominam te fakty.

Jasna Góra, 26 sierpnia 1980 r.  : 

„W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku. Jeśli się obudzi w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie  odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa. Odpowiedzialność jest wspólna, bo wspólna jest i wina”…

„To wszystko wymaga rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy. Bez tego nie ma właściwego rozwiązania sytuacji, pomimo najsłuszniejszych racji, jakie moglibyśmy przytoczyć” 

„Żądania mogą być słuszne i na ogół są słuszne, ale nigdy nie jest tak, aby mogły być spełnione od razu, dziś. Ich wykonanie musi być rozłożone na raty. Trzeba więc rozmawiać: w pierwszym rzucie wysuwamy żądania, które mają podstawowe znaczenie, w drugim rzucie następne. Takie jest prawo życia codziennego…Musimy mieć roztropność kierowniczą … Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”… 

 „Pamiętajcie, jesteśmy narodem na dorobku. Doszliśmy do wolności przez gruzy. Jeszcze jako nowo mianowany biskup Warszawy szedłem do swojej katedry, prokatedry po stertach gruzów. Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. Ale nie nastąpiło to od razu. Dużo pozostało do zrobienia. Trzeba ciągle zwielokrotniać wysiłek pracy, pogłębiać jej poziom moralny, poczucie odpowiedzialności zawodowej, ażeby nastąpił należyty ład i porządek”…

    Prymas, czując odpowiedzialność za Ojczyznę – wzywał ze „świętego miejsca” do:

– „odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny”. Ta gorzka refleksja, sprawdziła się w grudniu, gdy miliony Polaków, także i strajkujących członków Solidarności stanęło przed widmem śmierci z głodu i zimna. Z goryczą oceniał Generał – gdyby „mitygujące wskazówki… prymasa Wyszyńskiego… Glempa”, zrozumieli „wszyscy działacze Solidarności”, wówczas stan wojenny nie byłby potrzebny. Ze zdumieniem i dozą wstydu, wypada zapytać- czyżby członkowie Solidarności nie znali tej banalnej prawdy, żeby strajkować, protestować czy głosić wzniosłe idee i pisać „patriotyczne narracje”- trzeba być najpierw sytym, najedzonym. A potem-trzeba żyć by głosić romantyczne wizje, mądrze, racjonalnie dążyć do urzeczywistnienia.  Godzi się zapytać działaczy i doradców Solidarności-czy tego nie wiedzieli w latach 1980-1981? Dlaczego wciąż tępy upór Solidarności ma uznanie, a rozum spotyka pogarda?;

– przypominał, że „wspólna jest i wina”, czyli władzy, partii i strajkujących robotników; 

– wzywał do „rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy”. Kto czytelnie wskaże ile razy, gdzie i kiedy cechy te dobitnie wykazywało w praktyce Kierownictwo Solidarności?; 

– uczył MKS i strajkujących, że wykonanie słusznych żądań musi być rozłożone na raty. Czy i kiedy z tej rady Solidarność skorzystała?;

– przypominał przeszłość, gruzy Warszawy! Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. To zarówno „ku pamięci”, jak i przestrodze, by nie spowodować kataklizmu zniszczenia. Tylko władza pamiętała te bolesne doświadczenia. Kto o tym uczciwie mówi młodzieży?

Głos rozwagi i … przygany

    26 sierpnia 1980 r. ukazał się komunikat Rady Głównej Episkopatu Polski, w którym czytamy -„Osiągnięte porozumienia poparte odpowiednimi gwarancjami, powinny zakończyć strajki, aby normalne funkcjonowanie gospodarki narodowej i życia społecznego w pokoju stało się możliwe. Porozumienia powinny być dotrzymane przez obie strony w myśl zasady: Pacta sunt servanda”. Zachęcam Państwa do własnej oceny „dotrzymania” 21 postulatów przez Solidarność i władzę. Odważcie się, „czując błogosławieństwo” Prymasa w „tych dniach” – podzielcie się z  dziećmi i wnukami swoją roztropną i rozważną oceną w „duchu miłości do dziejów ojczystych”.

Podczas posiedzenia Rady Głównej Episkopatu Polski, we wrześniu 1980 r., Prymas:

– poddał pod rozwagę myśl – „Nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się naród, trzeba unikać wszystkiego, co mogłoby nas doprowadzić do krwawych porachunków wewnętrznych i do interwencji obcej. Wolę utrzymywać, że interwencja obcych sił – tanków sowieckich- jest możliwa, choćbym miał się omylić, niż narazić się na to, by choć jeden chłopiec Polski zginął podniecony pewnością, że Moskale nie naruszą granic Polski”. Czyżby ten światły Prymas we wrześniu – miesiąc po podpisaniu porozumień- już przewidywał walkę bratobójczą, „krwawe porachunki wewnętrzne”, które Solidarność inspirowała a nie zdążyła podjąć. Dzięki Generałowi i obywatelskiej postawie Wojska Polskiego, „Moskale nie naruszyli granic Polski” i ani „jeden chłopiec Polski nie zginął”; Kto będzie to pamiętał w grudniu 2021 r.;

– odpowiedział na dezaprobatę jasnogórskiej homilii ze strony części kościelnej hierarchii. „Po pierwsze – to, co mówiłem, uważam za uzasadnione i słuszne. Po drugie – jeśli miałbym jeszcze raz wystąpić, powiedziałbym to samo. A po trzecie – błogosławię waszą roztropność”. Wyjaśnił biskupom – „Jednym się wydawało, że za mało Prymas mówi >pod rząd<, innym znów, że za mało mówi >pod stoczniowców<. Prymas nie mówi ani pod rząd ani pod stoczniowców, tylko do rozumnych dzieci narodu. Narodowi na tym etapie wystarczyło spokojnie, bez złudzeń powiedzieć tylko tyle”.

7 września 1980, Warszawa, spotkanie z Lechem Wałęsą

Tydzień po podpisaniu 21 postulatów, w Warszawie Prymas przyjmuje Lecha Wałęsę z delegacją, w której jest ks. Henryk Jankowski. Kładzie akcent na sprawy związkowo- robotnicze. Przypomina i wyjaśnia, co mówił na Jasnej Górze -„Musimy mieć roztropność kierowniczą …Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”. Czyżby już wtedy, zaledwie tydzień, po głośnym podpisaniu porozumień sierpniowych i noszeniu Lecha Wałęsy na robotniczych rękach, po mszy św. w Kościele św. Brygidy, Prymas przewidywał brak „roztropności kierowniczej” i „boczenie” się związkowców na „wypełnianie swoich obowiązków”? Faktem jest, że Solidarność postulatów miała mnóstwo, niczym św. Mikołaj prezentów dla dzieciaków. Pamiętam rozmowę z Generałem podczas której wspominał „dobre rady” Solidarności, by tylko władza je realizowała. 

10 listopada1980  Warszawa, rejestracja Solidarności

Prymas delegacji panny „S” radził – „Chociaż mielibyście różne pokusy natury politycznej, pamiętajcie, że pierwszym waszym celem jest realizacja zadań społeczno -zawodowych: obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrona człowieka pracującego-to jest wasze najważniejsze zadanie … Nadrzędnym celem wszelkiej działalności winien być interes Ojczyzny i rzetelna praca dla wszystkich ludzi, dla dobra Polski”. Warto zapytać KKP Solidarności –  jak w latach 1980-1981 rozumieli „w praktyce” interes Ojczyzny, który w różnych odniesieniach i znaczeniach przywoływał i tłumaczył Prymas? Chyba Naród zasłużył na taką prawdę po 40 latach! 

Warszawa, 19 stycznia 1981 r. 

Tego dnia, Prymas spotkał się z Lechem  Wałęsą i delegacją Solidarności. Wyjaśniał im- „Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata… W sytuacji, w jakiej znajduje się Polska, przeprowadzenie właściwej linii ku sprawiedliwości społecznej, aby uruchomić wszystkie prawa człowieka, osoby ludzkiej, a szczególnie prawa społeczne, organizacyjne, zawodowe-wymaga nie lada wysiłku, cierpliwości i rozwagi. Wymaga też nieustannego wiązania waszych najskuteczniejszych porywów z dobrem Rzeczypospolitej, które zawsze macie przed oczyma. Na pewno chcielibyście osiągnąć bardzo wiele. Aby chcieć wiele i osiągnąć wiele – trzeba mieć dużo cierpliwości na dziś i na jutro. Potrzeba umiejętności przewidywania tego, co jest do zrobienia dziś, a co jutro”. Czy te słowa Prymasa trafiły do „serca” przewodniczącego, doradców i ekspertów- patrząc z dystansu 40 lat, Państwo sami możecie orzec.

Natolin 26 marca 1981 r.

Działalność Solidarności (jeszcze trwał bydgoski incydent), w rozmowie z Generałem Prymas tak  oceniał -„powinna iść po linii społeczno – zawodowej. Napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co idzie. Solidarność to taki romantyczno – renesansowy prąd. Obecnie jednak następuje infiltracja, aby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza KOR-owskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”. Były to dla Generała istotne uwagi, głównie odnośnie postrzegania Solidarności w społeczeństwie, roli KOR-u i wpływu jego doradców na przewodniczącego oraz dające wiele do myślenia „wpływy zewnętrzne”. Czyżby Prymas „coś wiedział” o „radach Zachodu” i finansowym wsparciu?

Celną uwagę uczynił odnośnie rolników.„Byłoby źle, gdyby te dwie Solidarności, miejska i wiejska, podały sobie ręce. Na zasadzie instrumentalnego wspierania – tej wiejskiej przez miejską. Im szybciej wiejską uznamy, tym bardziej będzie ona samodzielna… trzeba szukać sojuszników, a nie walczyć…Chłopi będą sprzymierzeńcami…To uspokoi wiele milionów ludzi”. Zrozumienie Generała dla tego wywodu, Prymas odczytał i przekazał jako zgodę władzy!  Wtedy ZSL przyjął z przekąsem. Chciał spokoju na swoim terenie, to oczywiste, tylko szczegół – wieś to nie PGR-y, gdzie byli „pracownicy rolni”, a nie chłopi w tradycyjnym rozumieniu. Ciekawe, co po 40- latach powiedzą ich spadkobiercy – obecne PSL! 

    Warszawa, spotkanie 27 marca 1981

    Dzień po spotkaniu z Generałem, a 3 dni przed generalnym strajkiem okupacyjnym, znów Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą. Radził – „Słuszne wydaje się rozłożenie waszych zadań na raty…Ale na razie najpilniejsza sprawa jest ta, abyście panowie chcąc wiele, nie stracili tego, co macie dziś… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, ale także roztropność i rozwaga… Wstrzymujemy się od środków tak kosztownych, jakim może być strajk generalny, który tak łatwo jest zacząć, ale skończyć bardzo trudno”. Lech Mażewski spotkanie ocenił jako „uratowanie” Solidarności, choć – „pęd solidarnościowych działaczy do konfrontacji z władzą, został ograniczony jedynie na krótko”.

Warszawa, kwiecień 1981 r.

 Prymas 2 kwietnia spotkał się z delegacją Solidarności „miejskiej” i „wiejskiej”. Radził im – „Musicie teraz uporządkować swoją organizację, umocnić się, stworzyć aparat administracji związkowej, przeszkolić ludzi do tych zadań, dać im wykształcenie z zakresu polityki i etyki społecznej, polityki rolnej, kodeksu pracy, wszystkich obowiązków i praw, które ten kodeks daje. I dalej pracować. Przyjdzie czas, wpierw czy później, że nie tylko postulaty społeczno-zawodowe, ale i inne będą na pewno osiągnięte przez potężny ruch Solidarności przemysłowej i Solidarności Związków Zawodowych Rolników Indywidualnych”. Życzył im „ażeby działali cierpliwie. My w Polsce nie możemy się awanturować, bo nie jesteśmy sami… Możemy powiedzieć, iż obok władzy partyjnej, jest w Polsce władza społeczna. Dowody na to mieliśmy 27 marca. Dzięki Bogu, nie było innego dowodu, a mianowicie zapowiadanego strajku generalnego. Tego należało uniknąć. Chociaż bowiem moralnie jest uzasadnione prawo użycia tego środka przez ludzi broniących się, jednakże zawsze środki muszą być proporcjonalne do zamierzeń, do zadań i osiągnięć … Zawsze układajcie to tak, żeby była ta proporcja  między postulatem, wymaganiem, a środkiem, który się będzie stosowało. Żeby do ptaków nie strzelać z granatów”. Prawda, że ciekawe skojarzenie, „strzelanie z granatów”. Na jak długo zapamiętane, kto z Państwa wie? To podczas tej rozmowy poinformował gości o możliwości rejestracji ich Związku- NSZZ RI, w niezbyt odległym czasie. Stało się to 10 maja.

    Refleksje… na dziś też

Uważna obserwacja poczynań Prymasa i Solidarności, pozwoliła na tę ocenę: Mieczysław Rakowski –Lech Wałęsa i koledzy Słowa prymasa przyjmowali z uwagą, a może i szacunkiem, ale gdy tylko wychodzili z posłuchania, górę brał duch konfrontacji”. Generał „Kościół był bowiem chętnie słuchany, kiedy sprzyjał działaniom skierowanym przeciwko władzy. Wszędzie tam, gdzie starał się powstrzymywać, mitygować- jego możliwości były na ogół ograniczone”. 

Prymas – 27 stycznia1980 r. w „Pro memoria” zapisał taką ocenę – „Nie trzeba zmniejszać czujności Narodu i nie uzbrajać go w awanturniczą gotowość do wszelkich porywów, by nie dopuścić do przelewu krwi. Moskale, dla obrony Bloku i wygodnej linii strategicznej, gotowi są uczynić wszystko, a nawet poświęcić Polskę. Istnieje atawizm historyczny, mający swoją siłę, nie dający się okiełznać. Słowem, nie wolno ryzykować życia młodych Polaków w beznadziejnej walce ze wschodnim mocarstwem, a z pewnością nie należy niczego czynić co mogłoby prowadzić do takiej sytuacji.” Dwa miesiące później, w rozmowie z Generałem użył takiej metafory – „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami- germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. Dyplomatyczny język – „ściana słowiańska”, a jak wiele znaczący i wiele świadczący o wzajemnym rozumieniu! Pozwólcie Państwo „wybiec” tu 2 lata naprzód, Belweder 17 czerwca 1983. Papież tą samą myślą rozpoczyna prywatną rozmowę- „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy”. Tę umiejętność obrony racji Polski, okrywa wzniosłym tytułem- „ale przecież jest Pan także patriotą”! Bądźcie Państwo łaskawi zwrócić uwagę jesienią na krytyków stanu wojennego. Czy dostrzegą to uznanie złożoności sytuacji i mądrości Generała – przez Błogosławionego Prymasa i Świętego Papieża. A druga – „ściana germańska”, co obie niosą dziś.

Kilka myśli Prymasa – pod rozwagę

    Nie ilość decyduje o prawie do bytu, ale jakość tej więzi, która zespala ludzi.

                                    Warszawa, 18 lutego 1957

    Nie ma większego nieszczęścia dla Narodu, jak społeczeństwo zastraszone, milczące, nie zdolne do wyznania prawdy!                        Warszawa, 7 kwietnia 1963

    Wychowanie młodego pokolenia w duchu miłości do dziejów ojczystych, ma olbrzymie znaczenie dla przyszłości Narodu.                                                    Warszawa, Wielki Post 1967

    Jak bardzo trzeba czuwać, aby duch Narodu był zdrowy, miłujący, zdolny do ofiar.

                                    Warszawa, 8 września 1969

    Wielką mądrością jest umiejętność czerpania z doświadczeń przeszłości.

                                    Warszawa,4 października 1970

    Kochać Ojczyznę – to znaczy miłować wszystko, co Polskę stanowi

                                    Warszawa, 22 marca 1972

    Mamy jedną Ojczyznę i jej winni jesteśmy miłość, służbę, ofiarę, a nawet śmierć, gdy Bóg tego zażąda!                                                                               Jasna Góra, 1973

    Nie wszystko jedno, jaka Polska będzie dziś i jutro. Już dzisiaj pracować trzeba dla Polski jutra.                                                                                                  Lublin, 12 listopada 1978

    Polska wróciła do praw wolnego państwa, ponieważ nigdy nie utraciła wiary w swoje prawo do wolności.                            Nadarzyn, 21 września 1980

    Polska jest własnością nas wszystkich. Mamy prawo czuć się bezpieczni w Ojczyźnie. 

                                    Nadarzyn, 21 września 1980

Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa. 

                                    Warszawa, 10 listopada 1980

Życzę, by dzień beatyfikacji skłonił Państwa do wielu refleksji. Proszę o namysł nad taką – naukami i radami kierowanymi do przywódców partyjnych i państwowych, do nas, Polaków – bez względu na wyznane wartości i przekonania religijne – ten mądry Prymas zasłużył nie tylko na „beatyfikację z Rzymu”, a właściwie na kanonizację z woli naszych głów i serc.

PiS nic już więcej nie osiągnie

– Polacy stają się powoli, ale coraz bardziej tolerancyjni i praktycznie we wszystkich obszarach, które PiS wybrał sobie jako pole bitwy, trendy idą w odwrotnym kierunku, niż propaganda rządowa – mówi prof. Klaus Bachmann, politolog i historyk, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Czy jesienią czeka nas polityczne przyspieszenie? Czy i jak duża będzie rekonstrukcja rządu? Wiadomo, że trzeba będzie zastąpić gowinowców nowymi osobami.

KLAUS BACHMANN: Jestem bardzo ostrożny z prognozowaniem, zwłaszcza kiedy idzie o Polskę po 2015 roku. Nigdy nie prognozowałbym, że jedna z polskich partii może tak daleko zwasalizować Trybunał Konstytucyjny, że może go używać do unieważnienia dowolnych, niewygodnych dla niej ustaw, albo że dążący do autorytaryzmu polski rząd może chcieć unikać ogłoszenia stanu wyjątkowego z powodu pandemii i konieczności przesunięcia wyborów, aby go potem ogłosić z powodu kilkudziesięciu ludzi, którzy chcą się w Polsce ubiegać o ochronę międzynarodową.

Stymuluje to moją wyobraźnię do tego stopnia, że za możliwe uważam teraz też, że rząd bez większości parlamentarnej porządzi do końca kadencji za pomocą ustaw wydawanych na podstawie stanu wyjątkowego przez prezydenta. Jest to możliwe, jeśli w Sejmie nie znajdzie się większość bezwzględna konieczna do ich odrzucenia.

Można też próbować rządzić za pomocą referendów, co wymaga tylko inicjatywy prezydenta i zgody Senatu.

Wątpię, aby wahający się senatorowie odważyli się głosować przeciwko temu, aby „narodowi oddać głos”, w Polsce wszyscy są przecież za tym, aby to naród decydował, nawet jeśli przy tym rozsądek może przegrać. A jak fajnie można rozhuśtać emocje przy takich referendach, o niebo lepiej niż głodząc kilkudziesięciu migrantów na granicy wespół z Łukaszenką!

Jak ocenia pan decyzje o wprowadzeniu stanu wyjątkowego przy granicy? Na ile to decyzja polityczna?

Trochę niezręcznie mi się o tym wypowiadać, bo jestem obywatelem kraju, do którego w 2015 roku wjechało ok. 800 000 uchodźców w ciągu kilku tygodni i który wtedy nie ogłosił stanu wyjątkowego, a tu polski rząd wpada w panikę z powodu kilku rodzin i może kilkuset imigrantów tygodniowo, którzy przedostają się przez granicę białoruską do Polski.

Nie nazwałbym tego decyzją polityczną, to chwyt propagandowy, dość przejrzysty zresztą, wystarczy dokładnie przeczytać uzasadnienie rządu: „Ma to związek ze szczególnym zagrożeniem bezpieczeństwa obywateli oraz porządku publicznego w związku z obecną sytuacją na granicy Rzeczypospolitej Polskiej z Republiką Białorusi”.

Czy choć jeden z tych migrantów, którzy przeszli tam, potem zagroził bezpieczeństwu obywateli albo porządkowi publicznemu? Napadli na kogoś, coś ukradli?

I dlatego, że Straż Graniczna nie radzi sobie z 3000 próbami przekroczenia zielonej granicy z Białorusią w sierpniu (dane też pochodzą z uzasadnienia rządu), mieszkańcy przygranicznych gmin muszą teraz zawsze mieć dowody osobiste przy sobie, myśliwi nie mogą nosić broni i na obszarze 68 miejscowości nie można urządzić wesel i innych imprez masowych. To pomaga Straży Granicznej wyłapywać imigrantów na zielonej granicy?

Straż Graniczna dysponuje helikopterami, noktowizorami, sprzętem do namierzania ludzi na podstawie wydzielonego przez ich ciała ciepła, samochodami specjalnymi z prawem do poruszania się wzdłuż granicy, może zakładać podsłuchy i opłacać informatorów. Ona potrzebuje stanu wyjątkowego, aby wojsko, które o tym wszystkim nie ma pojęcia, mogło jej pomoc? Mam silne wrażenie, że rząd wprowadza stan wyjątkowy, aby ukryć, że nie panuje nad swoimi służbami.

Czy PiS wzmocni się na sprawie uchodźców, imigrantów z Białorusi?

Niektóre pojedyncze sondaże na to wskazują, ale zgodnie z radami moich kolegów, którzy się profesjonalnie zajmują sondażami, patrzę zawsze na długofalowe trendy. Zgodnie z nimi

Polacy stają się powoli, ale coraz bardziej tolerancyjni i praktycznie we wszystkich obszarach, które PiS wybrał sobie jako pole bitwy, trendy idą w odwrotnym kierunku, niż propaganda rządowa: wzrasta odsetek ludzi przyjaznych ludziom LGTB, imigracji, uchodźcom, popierających ochronę środowiska, wrażliwych wobec zmian klimatycznych.

To znika w tym polskim zgiełku, w którym jedna strona próbuje to zagłuszyć tępą propagandą, która głownie mobilizuje przeciwników, a druga strona nieustannie szuka powodów, aby wstydzić się za swój naród, któremu imputuje, że wierzy w tę propagandę. Między tymi dwoma wrogimi obozami są prawdziwi Polacy, prawdziwi w tym sensie, że to oni są większością, a oni milczą, bo wiedzą, że jak się wypowiadają, to albo jedna, albo druga strona na nich napadnie.

Czy mimo wszystko inflacja, drożyzna i pandemia spowodują spadek notowań rządu i PiS-u?

Nie sądzę. Sukces PiS w 2015 roku miał dwóch ojców: pozostałe partie, które w tym samym czasie demobilizowały swoje elektoraty, dając im do zrozumienia, że wybory są i tak przegrane, kiedy PiS dał swoim do zrozumienia, że mogą wygrać i że są solą tej ziemi, mimo że mają niskie wykształcenie, niskie dochody i mieszkają na prowincji, za co miejskie elity nimi gardzą. Transfery socjalne wzmocniły ten przekaz, ale on byłby też skuteczny bez transferów.

W Polsce nie da się kupować głosów wyborców. Być może politycy o tym nie wiedzą, bo zbyt często kupują głosy swoich kolegów w Sejmie i to jakoś funkcjonuje, ale wobec wyborców robienie ich w konia jest bardziej skuteczne. Można im wmawiać kompletnie wydumane zagrożenia ze strony uchodźców, jakichś groźnych ideologii, które rządzący sami sobie wymyślili, albo to, że wchodząc do lokali wyborczych z maską i w rękawiczkach zarażą się COVID19. To funkcjonuje u wyborców wszystkich partii, natomiast wręczanie im gotówki powoduje tylko obojętność, bo wyborca i tak jest przekonany, że mu się to należy, a połowa beneficjentów i tak nie pójdzie na wybory.

Czy Kaczyński będzie próbował jakiejś formy rządu mniejszościowego, wcześniejszych wyborów, czy za wszelką cenę będzie chciał utrzymać większość rządzącą? Czy głosowanie nad Polskim Ładem będzie sprawdzianem dla koalicji rządzącej? Czy PiS może je przegrać, a jeżeli tak, to czy to spowoduje upadek rządu?

Racjonalnie rzecz biorąc nie ma powodu, aby ogłosić wcześniejsze wybory. PiS potrzebuje do tego albo opozycji, albo prezydenta i w tym drugim przypadku musiałby udawać, że nie jest w stanie uchwalić budżetu. Być może tak faktycznie będzie, zwłaszcza jeśli w budżecie znajdą się kontrowersyjne elementy Polskiego Ładu.

Ale jeśli Kaczyński chce, to może rozbroić ten Ład, przedstawić nieideologiczny budżet, wycofać się z kontrowersyjnych pomysłów, na które i tak nie ma większości (wobec ustawy o TVN i Izby Dyscyplinarnej właśnie to robi) i utrzymać rząd do końca kadencji, dokupując incydentalnie głosy wolno fruwających po Sejmie posłów.

Inna sprawa, czy PiS ma szansę, aby za dwa lata wtedy wygrać wybory – ale jeśli obecnie Kaczyński bije głową w mur (przy ustawie medialnej próbował), to też nie wygra, bo demonstruje tylko bezsilną wściekłość wobec wyborców, dla których dotąd był mężem opatrznościowym.

Myślę, że PiS już nic więcej nie osiągnie i pogrąży się we wzajemnych oskarżeniach i intrygach pałacowych, a przy tym stanie się coraz bardziej autorytarny.

Czy UE powinna mocniej się zaangażować w sytuację na polskiej granicy z Białorusią?

Tu mamy ten sam problem, co w 2015 roku: wobec migracji UE jest podzielona i niezdolna do przyjęcia jednolitego stanowiska. Stąd takie dwuznaczne wypowiedzi rzeczników Komisji o tym, że trzeba chronić granic i humanitarnie traktować tych, którzy ubiegają się ochronę. Jeszcze bardziej dwuznaczne jest ich stanowisko wobec Afganistanu: Talibowie mają maksymalnie dużo ludzi wypuścić z kraju, choć nikt tych ludzi nie chce przyjmować, ani kraje sąsiednie, ani Europejczycy, którzy uważają, że miejsce afgańskich uchodźców jest „w regionie”, to znaczy w krajach sąsiadujących z Afganistanem.

To jest problem dla UE, granica polsko-białoruska nim nie jest. Aby sobie radzić z tą wojenką hybrydową Łukaszenki, wystarczy stosować przepisy, które są zgodnie z prawem UE, z prawami człowieka i z polskim prawem: wpuścić każdego, który się ubiega o ochronę, sprawdzić, czy na to zasługuje, jeśli tak, to integrować go (po kilku latach zazwyczaj i tak zniknie w Europie zachodniej), jeśli nie, deportować go do kraju pochodzenia.

Kraje zachodnioeuropejskie sobie radziły z tym po 2015 roku wobec ponad miliona przybyszy, dlaczego Polska ma sobie nie radzić wobec kilkuset albo nawet kilku tysięcy? W latach 90. Polska była jednym z naprawdę nielicznych krajów, który dał ochronę Czeczenom, wobec których inne kraje uznały, że są oni bezpieczni w nieczeczeńskich obszarach Rosji więc nie muszą uciekać na Zachód. Krążą różne szacunki, ilu Czeczenów Polska wtedy przyjęła, ale obojętnie które bierzemy, to i tak było ich więcej niż ludzi, których Łukaszenka zdołał ściągać z Iraku.

Ani dla Irakijczyków, ani dla Afrykańczyków, ani dla Afgańczyków Białoruś nie leży na głównych szlakach migracyjnych do Europy zachodniej, dlatego może on nas trochę drażnić, ale nic naprawdę groźnego nie wymyśli.

Może to robić Rosja, otwierając szlak z Afganistanu przez terytorium zależnych od niej dawnych republik radzieckich do Europy zachodniej. Ale wtedy żaden mur, żadne zasieki przed tym nie będą chronić, tylko presja dyplomatyczna większych od Polski państw, taka sama presja, która kazała Irakowi 18 sierpnia zablokować loty Belavii między Bagdadem i Mińskiem.

Czy obecny kryzys migracyjny w Europie ponownie wzmocni populizmy?

Na razie nie ma żadnego kryzysu migracyjnego w Europie. Strach ma wielkie oczy i tak zwany Zachód, kraje, które opuściły Afganistan, pada ofiarą własnej propagandy. Podczas ostatnich 20 lat wojny powstał taki obraz Afganistanu w mediach, że jest to kraj, który do 2001 roku był pod jarzmem Talibów, którzy teraz wrócą i znowu ujarzmią Afgańczyków. Ale Talibowie są w równym stopniu, co wszyscy inni Afgańczykami, i gdyby nie mieli poparcia społecznego, nie byliby w stanie w kilka tygodni zdobywać kraj i armia afgańska by się nie rozpadła na naszych oczach. To nie jest tak, że teraz mała grupka Talibów zbrojnie wypędza wszystkich Afgańczyków z kraju i oni wszyscy wędrują do Europy zachodniej.

Ucieka ta część polityków i ich zwolenników, którzy nie są w stanie albo nie chcą się ani dogadać, ani walczyć z Talibami. Według danych Narodów Zjednoczonych ok. 95 proc. wszystkich uchodźców na świecie szuka schronienia w krajach sąsiednich albo nawet na spokojniejszych obszarach swego własnego kraju. Do Europy dotrze tylko ułamek. Jeśli Europa się teraz boi kilkumilionowego marszu Afgańczyków do Europy, to wpada ofiarą własnej propagandy, zgodnie z którą to Zachód w 2001 roku wyzwolił wszystkich Afgańczyków spod jarzma Talibów, choć tak naprawdę to tylko wypędził jedną grupę etniczną i dogadał się pozostałymi.

Jeśli zaś chodzi o populizm, to trzeba o jednym pamiętać: kluczowe tu jest, jak nasze elity i media mówią o migracji.

Z badań w różnych krajach europejskich wiemy, że ludzie nie boją się uchodźców lub imigrantów, których widzą na ulicy albo obok których mieszkają – bo w nich widzą ludzi – lecz tych, których widzą w telewizji albo nawet tylko we własnej wyobraźni. Tych ostatnich widzą jako bezkształtną masę, to są wtedy nie ludzie jak ty i ja, lecz „ci muzułmanie”, „ci uchodźcy”, „ci obcy” albo nawet „ci terroryści”. Ja wtedy zawsze pytam ludzi, czy chcieliby, aby w innych krajach też tak myślano o Polakach, jako o groźnej, bezkształtnej, nacierającej masie, w której nie widać ani jednego człowieka…

Jaką lekcję wyciągnęła Europa z 2015 roku i tamtego kryzysu?

Unia Europejska żadnej, bo nie ma jednolitego stanowiska. Większość rządów teraz chce przede wszystkim bronić granic, mniejszość uważa, że postawa humanitarna jest bardziej adekwatna, kraje na obrzeżach chciałyby zreformować system dubliński tak, aby je odciążyć, ale bez klucza przymusowej redystrybucji to się nie da, więc kraje, które nie są głównym celem migrantów, bronią się przed relokacją rękami i nogami – do czasu, kiedy staną się same celem migrantów, ale to może jeszcze potrwać.

Jeśli miałbym wyciągnąć wnioski z 2015 roku, to bym rekomendował wszystkim, którzy obawiają się powtórki, aby wzmocnili Urząd do spraw Cudzoziemców, Straż Graniczną i sądownictwo. Nie po to, aby złapać, uwięzić i ukarać uchodźców, ale aby sprawnie i szybko przeprowadzić uczciwe postępowania azylowe i tych, którym ochrona nie przysługuje, szybko odesłać do swoich krajów. Tu był w 2015 roku największy mankament w Niemczech: kiedy na granicy pojawiło się 800 000 ludzi niemiecki odpowiednik UdsC miał jeszcze 200 000 zaległych postępowań z lat poprzednich, na granicy od 2007 roku w ogóle nie było strażników, którzy mogliby rejestrować przybyszy (robiła to potem policja), a kiedy pierwsi odrzuceni imigranci odwołali się do sądów, zablokowało się sądownictwo. Z tego powodu wielu tych, którym nie przysługuje ochrona, zostało w Niemczech czasami nawet kilka lat.

Pierwszoplanową rolę w integracji uchodźców odgrywały samorządy, organizacje pozarządowe, inicjatywy sąsiedzkie i nawet kluby sportowe, które uruchomiły kursy integracyjne i językowe.

Kto się boi wielkiej fali migracji, niech wzmocni administrację, samorządy i organizacje obywatelskie, zamiast budować zasieki. Nie dlatego, że jest to bardziej humanitarne albo chrześcijańskie, ale dlatego, że jest to bardziej skuteczne, bo dzięki temu unikamy kłopotów z prawem i z innymi państwami.

Mury i zasieki nie powstrzymają migracji, tylko ją trochę utrudnią i przekierują do sąsiadów. Jeśli teraz zbudujemy mur z Białorusią, utrudnimy też ucieczkę tym Białorusinom, którzy nie mogą uciec przez przejścia graniczne, na przykład dlatego, że nie mają ważnego paszportu.

Stan wyjątkowy trwa

Sejm odrzucił wniosek Lewicy o uchylenie prezydenckiego rozporządzenia wprowadzającego stan wyjątkowy na 30 dni w 183 gminach przylegających do polsko-białoruskiej granicy. Teraz Lewica apeluje: zróbcie wyjątek dla mediów!

Sejmowe głosowanie odbywało się niemalże w atmosferze narady wojennej. Mateusz Morawiecki cytował słowa Lecha Kaczyńskieggo, wieszczącego przed laty wojnę z Rosją: – Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa nadbałtyckie, a później może przyjść kolej na mój kraj – Polskę. Zarzucał opozycji, że jej przedstawiciele stali się aktorami na scenie ustawionej przez Moskwę i Mińsk. Co prawda operacja sprowadzania migrantów na granicę drogą lotniczą z Bagdadu wydaje się autorskim pomysłem Białorusinów, ale straszenie Putinem zawsze brzmiało lepiej, niż przywoływanie „tylko” Aleksandra Łukaszenki.

Cień Putina

Straszył też Mariusz Kamiński. – Ćwiczenia Zapad-21 będą kilkukrotnie większe od poprzednich. Nie chcemy żadnego incydentu wywołanego przez osoby postronne, bez względu na to czy robią to z głupoty, czy z porywu serca – dodał po premierze.

Opozycja zarzucała rządowi, że ogłaszając stan wyjątkowy zachowuje się dokładnie tak, jak Łukaszenka (no i Putin) by chcieli. Borys Budka nazwał wręcz rząd idealnym sojusznikiem rosyjskiego prezydenta – antyeuropejskim i antyamerykańskim. Inni reprezentanci KO wskazywali, że stan wyjątkowy nie ma konstytucyjnyc podstaw.

Przed Sejmem protestowała tymczasem grupa kilkuset aktywistów lewicowych oraz wspierających uchodźców i migrantów. Wyszli do nich posłowie Maciej Konieczny z Lewicy i Franek Sterczewski z KO, zaangażowani w próbę udzielenia uchodźcom pomocy humanitarnej. Sejm opuścił też wicepremier ds. bezpieczeństwa, ale nie po to, by rozmawiać z obywatelami. Jarosław Kaczyński po prostu nie słuchał głosów opozycji w debacie.

Liczyli na pomoc

Tymczasem Krzysztof Gawkowski w imieniu Lewicy nie pozostawiał na rządzie suchej nitki. – Mówimy o ludziach, którzy myśleli, że gdzie jak gdzie, ale w Europie przestrzega się praw człowieka i umów międzynarodowych. Że nie pozwala się ludziom umierać bez opieki, bez dostępu do jedzenia i lekarza – mówił szef klubu Lewicy. – Boicie się i straszycie ludźmi, których jedyną winą jest to, że chcieli uciec przed wojną i okrucieństwem władzy we własnym kraju.

Lewica wskazywała również, że rząd zagrał w grę Łukaszenki. Tak jak on, zaczął traktować uchodźców jako polityczną broń.

PiS, Kukiz i Gowin

W tej debacie nie mogły jednak pomóc żadne argumenty. Zjednoczona Prawica już dawno zdecydowała, jak należy głosować, a sojuszników znalazła bez problemu.

Razem z PiS głosował rzekomo śmiertelnie poróżniony z rządem Jarosław Gowin. Tak samo, jak świeższy sojusznik Kukiz. A także koło Polskie Sprawy i większość Konfederatów – z wyłączeniem jednego głosu przeciwnego i nieobecnych. Po drugiej stronie padły głosy KO, Lewicy, dwóch posłów niezależnych, koła Hołowni. Dużo za mało, by uchylić „stan wyjątkowo nieludzki”, jak skandowali demonstranci na zewnątrz budynku.

Lewica podjęła w sprawie jeszcze jedną inicjatywę. Chce, by na granicę dopuszczono chociaż dziennikarzy. Argumentuje, że media relacjonowały wszystkie konflikty ostatnich lat, dlaczego więc nie tę „wojnę hybrydową”? Los wniosku wydaje się jednak przesądzony.

„Dobro Rzeczypospolitej zawsze mieć przed oczyma” (cz. I)

„Dla nas, po Bogu, największa miłość to Polska! Musimy dochować wierności Ojczyźnie i narodowej kulturze!”
kard. Stefan Wyszyński

„Wyszyński był człowiekiem realizmu politycznego, z dużym zrozumieniem dla racji stanu”.
prof. Andrzej Werblan

Przygotowując tę publikację na okoliczność beatyfikacji Księcia Kościoła – 12 września 2021 r. natrafiłem na – moim zdaniem – nie znany szerszemu ogółowi polskiego społeczeństwa, tekst rozważań drogi krzyżowej, jaki Kardynał wygłosił 12 września 1968 r. (53 lat temu, co za zbieg dat!) w Kościele św. Barbary w Warszawie. Uwagę zwraca treść Stacji IX w brzmieniu -„Wydaje się, że to upadek najgłębszy, na twarz, upadek, w którym Chrystus spotyka się z błotem drogi. Upadek zda się beznadziejny, u kresu, pod szczytem góry kalwaryjskiej…

Znają ludzie takie upadki. Taki był upadek Jerozolimy. Może podobny był upadek naszej stolicy… Zda się, już nic nie pozostaje do zrobienia, ale u Boga nie ma rzeczy niemożliwej… Powstał Chrystus z najgłębszego upadku, powstaje niejeden człowiek, który ufa Jego mocy… Mocą takiej ufności, która jest wielką potrzebą społeczną każdego człowieka i każdego narodu, powstały z upadku miliony ludzi. Powstała z gruzów i unicestwienia nasza stolica. Skazani na całkowitą zagładę – powstaliśmy, jesteśmy! … Potrzebna jest Narodowi potężna ufność i wielka nadzieja – matka mądrych. Patrzmy na wzór, jak dźwigać się z beznadziejności”…

Mam świadomość, że każdy z Państwa odczyta treść tej modlitwy wg własnego uznania. Gdyż – jak zapisano w preambule do Konstytucji – „wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga, będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości, wywodzący z innych źródeł”- dostrzegą jasne i czytelne odniesienia do cierpień i strat naszej Stolicy – Warszawy, do naszego Narodu. Skłonią Państwa, do własnych przemyśleń i refleksji. o okresie PRL, od trzech dekad opluwanego. Jest więc właściwym przypomnienie dokonań i zasług Księcia Kościoła dla całego okresu Polski Ludowej. Mądrości i roztropności Osoby ogłaszanej Błogosławionym.

Z biografii Prymasa …

Urodził się (Zuzela, 1901 r.), gdy Polski nie było na mapie Europy. Księdzem został w II RP (1924 r.), biskupem i Prymasem był w PRL. Nie lubił zbytku, był bardzo wrażliwy, troskliwy i kreatywny otwarty i pokorny. Cenił dialog i przyjaźń. Zauważał każdy gest, uśmiech, łzę. Żył ubogo i skromnie. Opowiadał anegdoty, mówił góralską gwarą, kochał zwierzęta. Do swojego kapelana ks. Bronisława Piaseckiego powiedział – „Ty w moim imieniu będziesz przyjmował ludzi na progu domu … Każdy wchodzący ma być uszanowany i wysłuchany”. Woził ze sobą obraz Matki Boskiej Częstochowskiej – z tyłu notował nazwy miejscowości, które odwiedzał. Nigdy nikomu nie przerywał w rozmowie, słuchał uważnie. Pracowity i systematyczny. Każdą chwilę wykorzystywał na pogłębianie wiedzy i czynienie dobra. „Ja nie mam wrogów. Są tylko ludzie, którzy siebie uważają za moich wrogów”. Pogodnie znosił cierpienie choroby na raka, jeździł na inwalidzkim wózku. „Nie mówcie panu kierowcy, że mam taki nowy pojazd, bo mu będzie przykro”. Prosił, by nie modlić się za niego, ale za Jana Pawła II, który postrzelony13 maja 1981 r., w klinice Gemelli walczył o życie. Prymas zmarł pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego, nad ranem 28 maja 1981 r., chcąc jeszcze zaśpiewać „Chwalcie łąki umajone”, ale wyszeptał tylko te słowa…

Powstanie Warszawskie, krew czerwona i … Bierut

Jeszcze będąc w Komańczy, pod datą 1 sierpnia 1956 r. w „Zapiskach więziennych” pisze – „Modlimy się za Powstańców. Jest to bodaj pierwsza rocznica, gdy można mówić o krwi powstańczej i o jej zasłudze dla wolności. Ale Kościół od początku modlił się za Powstańców, bez różnicy światopoglądów i orientacji politycznych. Przecież wszyscy wylewali krew czerwoną: i ci z Armii Krajowej, i ci z Batalionów Chłopskich, i ci z Armii Ludowej”. Czy po 1989 r. rozumiano tę złożoność „koloru polskiej krwi”, a jak jest po 30 latach? Był kapelanem AK Żoliborz – Kampinos, ps. Radwan III i zakładu niewidomych w Laskach. Asystował przy wielu operacjach w szpitalu polowym – prał bandaże i mundury, przenosił i opatrywał rannych i chorych, udzielał duchowej pomocy, organizował prowizoryczne pogrzeby. Jedną z łączniczek niósł na plecach 4 km, po wojnie udzielił jej ślubu i chrzcił dzieci.

Zastanawiające fakty – po upadku Powstania Warszawskiego, do pracującego w szpitalu koło Izabelina ks. Stefana Wyszyńskiego, podeszło kilku lekarzy niemieckich, tu pracujących. Pokazali mu zdjęcie leżącej figury Chrystusa z Kościoła pw. Św. Krzyża, który dłonią wskazuje ocalały na cokole napis -„sursum corda” („w górę serca”). Jeden z Niemców powiedział „Ist noch Polen nich verloren” („Jeszcze Polska nie zginęła”). Tę figurę- odbudowany pomnik, odsłonił 22 lipca 1947 r. Bolesław Bierut, prawdopodobnie w obecności bp Stefana Wyszyńskiego (nie mam pewności). Gdy zmarł Bolesław Bierut, 12 marca 1956 r. ks. Prymas odprawił za niego mszę. „Już teraz odpuszczam memu winowajcy, ufny, że sprawiedliwy Bóg znajdzie w tym życiu jaśniejsze czyny, które zjednają Boże Miłosierdzie”- pisał. Kartkę z jego nazwiskiem, wśród innych, za których się modlił, nosił w brewiarzu do końca życia. Podczas wieczerzy opowiedział dwóm księżom sen z poprzedniej nocy, w którym szedł ulicą Lublina z Bolesławem Bierutem. „Tyle razy w ciągu swego więzienia modliłem się za Bolesława Bieruta. Może ta modlitwa nas związała tak, że przyszedł po pomoc. Oglądałem się za nim we śnie i nie zapomnę o pomocy modlitwy. Może wszyscy zapomną o nim rychło, może się go wkrótce wyrzekną, jak dziś wyrzekają się Stalina – ale ja tego nie uczynię. Tego wymaga ode mnie moje chrześcijaństwo”. A czego wymaga chrześcijaństwo od tego pokolenia Polaków, w ocenie dorobku i krzywd PRL?

Ziemie Zachodnie

„Porozumienie między przedstawicielami rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”, podpisane 14 kwietnia 1950 r. zawiera pkt. 3 o treści – „Episkopat Polski stwierdza, że zarówno prawa ekonomiczne, historyczne, kulturalne, religijne jak i sprawiedliwość dziejowa wymagają, aby Ziemie Odzyskane na zawsze należały do Polski. Wychodząc z założenia, że Ziemie Odzyskane stanowią nieodłączną część Rzeczypospolitej, Episkopat zwróci się do Stolicy Apostolskiej, aby administracje kościelne, korzystające z prawa biskupów rezydencjalnych, były zamienione na stałe ordynariaty biskupie”. Tak też się stało. Prymas w październiku 1950 r. wysłał do Rzymu „Memoriał”, w którym m.in. wskazywał, że „powrót Polski nad Odrę i Nysę, to jest zarazem powrót Kościoła na ziemie ongiś sprotestantyzowane, zwłaszcza w Ziemi Lubuskiej i na Pomorzu Zachodnim. Na tych terenach żyje dziś przeszło 7 milionów katolików; pracuje wśród nich prawie 3 tysiące kapłanów…Kościół katolicki wrócił wraz z ludnością polską tu, skąd był przed wiekami wyparty przez reformację luterańską”. Prymas i biskupi przeprowadzili kilka rozmów wyjaśniających w Sekretariacie Stanu, w tym z Ojcem Świętym, „gdzie poświęcono nam wiele uwagi i najlepszej woli zrozumienia naszych oświetleń” – później tłumaczył w prasie. Nie zapobiegło to krytyce prasy partyjnej, niechętnej temu „Porozumieniu”, co wydaje się wręcz nie zrozumiałe, zważywszy na jego pozytywne strony dla ówczesnej władzy. Kto miał w tym i jaki „interes”, trudno doszukać się sensu, nie mówiąc o logice. 9 lipca 1951 r. zachodni alianci opublikowali oświadczenie o „zakończeniu stanu wojny z Niemcami”. W Moskwie i Warszawie starania Prymasa w Rzymie odczytano jako podważanie stosunków z Niemcami i aliantami. Skąd tak błędna ocena, a za tym i fałszywa krytyka Prymasa, nie sposób tego zrozumieć z dostępnych materiałów, nawet po latach.

Z kolei pkt 4 „Porozumienia” stanowił – „Episkopat w granicach sobie dostępnych będzie się przeciwstawiał wrogiej Polsce działalności, a zwłaszcza antypolskim i rewizjonistycznym wystąpieniom części kleru niemieckiego”. Prymas, choć zalecał duchownym rozeznanie sytuacji wśród polskich osadników, sam wybrał się w „pasterską podróż” po Ziemiach Odzyskanych, w połowie listopada 1951 r. Spotkał się z życzliwym, nawet owacyjnym przyjęciem. To też zostało odczytane przez część prasy jako- dziś powiedzielibyśmy- „wchodzenie w kompetencje władzy”. Ale Prymas tę wizytę odczytał jako „odpowiedź społeczeństwa” na rewizjonistyczną propagandę w NRF. Wysłał do rządu 23 stycznia 1952 r. obszerny list wyjaśniający realizację obu punktów tego „Porozumienia” przez Episkopat, m.in. pisząc- że „stanowisko w sprawie przynależności Ziem Zachodnich do Polski nie budzi żadnych wątpliwości i nie może wywoływać dyskusji”, że temu Episkopat „dał wiele dowodów” (są podane). Tu też zawarta jest polemika z krytyką prasy, konkretne wyjaśnienia i odniesienia do zarzutów. To niezwykle interesująca lektura. Udzielił też obszernego wywiadu „Tygodnikowi Powszechnemu”, m.in. mówiąc- „Społeczeństwo polskie jest słusznie zaniepokojone odgłosami propagandy antypolskiej, która coraz silniej podnosi głos przeciwko granicom Polski nad Odrą i Nysą. Podzielamy ten niepokój, bo widzimy w odgłosach antypolskich grozę dla pokoju. A Ojczyźnie naszej tak bardzo potrzeba pokojowej pracy, by zdołała odbudować życie swoje, gospodarcze i zabliźnić rany, zadane naszemu dorobkowi biologicznemu i kulturalnemu. Mielibyśmy nawet prawo oczekiwać od narodu niemieckiego, a zwłaszcza od katolików niemieckich, czegoś innego. Wszak moralność katolicka każe uznać w sumieniu odpowiedzialność za wywołaną wojnę, której ofiarą padła m.in. Polska”. Oczywiście, ani to działanie, ani późniejsze, tak Kościoła jak i władz nie zakończyły ataków rewizjonistów NRF, trwających w różnej postaci i formie do końca lat 70-tych, nawet później. Nie przerwał tego także „list biskupów”, o tym za chwilę. Poprzedziły go inne fakty i wydarzenia.

Non possumus i … internowanie

W lutym 1953 r. Rada Państwa uchwaliła dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Za aprobatą rządu miały być obsadzane stanowiska biskupów, niższe, np. proboszczy- za zgodą rad narodowych. Episkopat 8 maja1953 r. wydał memoriał zakończony zdaniem: „Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nie można. Non possumus!” (Nie możemy!). 24 września, rząd zakazał Prymasowi „wykonywania funkcji wynikających z piastowanych dotąd stanowisk kościelnych”, z powodu „uporczywego nadużywania dla celów godzących w interesy PRL”.

W nocy 25 września 1953 r. w pałacu przy ul. Miodowej został aresztowany (następca bp. Antoni Baraniak). Pies Prymasa ugryzł funkcjonariusza UB, któremu ten opatrzył ranę. Został przewieziony do klasztoru kapucynów w Rywałdzie Królewskim. Później po ok. miesiącu przewieziono Prymasa do pobernardyńskiego klasztoru w Stoczku Warmińskim (było zimno, lód pokrywał ściany – „nóg nie mogłem rozgrzać nawet w nocy. Ręce mi puchły. Odczuwałem wielki ból w okolicy nerek i w całej jamie brzusznej” – „Zapiski więzienne”).

5 października 1954 r., lekarz mówi – „Ponieważ klimat tutejszy i stan domu nie służy księdzu, rząd postanowił zmienić warunki klimatyczne”. Kardynała przeniesiono do klasztoru franciszkanów w Prudniku. Rok później, 29 października 1955 r., do Komańczy (klasztor nazaretanek), bez oficjalnej ochrony w strefie nadgranicznej. Prymas zapewnił, że sam stąd się nie oddali. Tu napisał słynne śluby jasnogórskie(odczytał bp Michał Klepacz, 26 sierpnia 1956 r.) Przez 2 lata z Prymasem przebywało dwoje współwięźniów, ks. Stanisław Skorodecki (Krystyna) i siostra Maria, Leonia Graczyk (Ptaszyńska), agenci UB. Ich raporty, to w sumie 14 tomów.
Podczas wiecu poparcia dla Władysława Gomułki na Placu Defilad 24 października 1956 r. (ok. 300 tys.) ludzi skandowało-„Wyszyński, Wyszyński do biura”. Oczywiście -Politycznego” wspominał I sekretarz KW PZPR w Warszawie, Stefan Straszewski. 2 dni po tym do Komańczy, z polecenia Władysława Gomułki pojechał Zenon Kliszko i Władysław Bieńkowski. Prymas wrócił 28 października 1956 r., o godz. 21-ej na Miodową, witany przez dużą grupę wiernych, po 3 latach, 1 miesiącu i 3 dniach.

List biskupów

Skupiał uwagę w Polsce, Niemczech i Europie w latach 1956-1966. Jego inicjatorem i autorem był wrocławski bp Bolesław Kominek, Ślązak z urodzenia, Polak z wychowania. Od zakończenia wojny utrzymywał stałe kontakty z niemieckimi duchownymi. Sondował ich opinie, „denerwował się, że biskupi niemieccy nie chcą uznać granicy na Odrze i Nysie”, zaś ks. prof. Franzowi Scholzemu, kapelanowi polskich robotników w Niemczach mówił wprost – „granica musi być uznana, żeby potem ją znieść”- czytam w „Wokół orędzia”(Pamięć i przyszłość”, nr 3 z 2009), stąd pochodzi ten opis. Te kontakty bp Kominka z niemieckimi hierarchami, Prymas i niektórzy biskupi traktowali z nieufnością”, ale zgodzili się na redakcję orędzia, przyznaje w cytowanym tekście ks. prof. Józef Swastek. List z myślą uczczenia milenium chrztu Polski, bp Bolesław Kominek zaczął pisać we wrześniu 1965 r., podczas II Soboru Watykańskiego w Rzymie, przy powściągliwej postawie części duchownych. Zawierał szeroki, wyważony opis cierpień Polaków i ludności niemieckiej, nie tylko podczas ostatniej wojny, czego biskupi byli świadkami, niektórzy z nich przeżyli obozy koncentracyjne, np. bp Kazimierz Majdański, Dachau. Jego pierwszą redakcję wnikliwie czytali i poprawiali biskupi, Jerzy Stroba, Karol Wojtyła, Kazimierz Kowalski. Konsultowali go niektórzy biskupi niemieccy. Zanim list został wysłany do adresatów (23 listopada 1965 r.), otrzymał go redaktor Ignacy Krasicki, dziennikarz PAP, obserwujący z ramienia polskich władz obrady Soboru, z prośbą o przekazanie Władysławowi Gomułce. Po kilku dniach dziennikarz poinformował biskupów, iż list dotarł do I Sekretarza i „nie należy oczekiwać ostrej polemiki”. Prawdopodobnie tekstu nie doręczył. Wszyscy pamiętamy słowa „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie” wywołały falę ostrej krytyki. Prymas Wyszyński w jednym z kazań pytał -„czy dlatego jesteśmy tak szkalowani w prasie, na wiecach, na zebraniach, nawet na uniwersytecie, że napisaliśmy całą prawdę biskupom niemieckim”. 41 biskupów niemieckich, z obu państw, NRF i NRD wysłało 5 grudnia odpowiedź – „Z głębokim braterskim szacunkiem ujmujemy wyciągnięte ku nam dłonie, żeby zły duch nienawiści nigdy już nie rozdzielił naszych rąk”. Prymas był tym rozczarowany. Do kard. Doepfnera napisał, że „nasza, tak serdecznie podana dłoń, została przyjęta nie bez zastrzeżeń”, a niemieccy ewangelicy wykazali dużo większą wolę pojednania. Głośna była reakcja Władysława Gomułki na list. Nerwowo, dopatrywał się sprzeczności ze swoją linią postępowania i „wejścia biskupów” na grunt polityki, zastrzeżonej dla władzy. Profesor Andrzej Werblan pamięta rozmowę z Władysławem Gomułką, który mówił – „Kościołowi chodziło tylko o diecezje, a nam chodziło o granice. Oni po prostu postawili swój interes ponad interes państwa” („Polska Ludowa”, Wyd. Iskry 2017). Także opacznie przedstawiała to ówczesna propaganda, że biskupi chcą oddać Ziemie Zachodnie. Władysław Gomułka jednak odcinał się od takiego tonu i oceny. Na zebraniu prezydium Frontu Jedności Narodu (FJN) mówił, iż „prasa zarzuca, że biskupi nie stoją na gruncie państwowym, nie bronią granicy zachodniej. To jest nie słuszne. Biskupi są Polakami, a wszyscy Polacy, biskupi też, stoją na gruncie granicy. Owszem, biskupi tym co robią, szkodzą tej sprawie, ale nie dlatego, że chcą szkodzić”. Po latach patrzenie na to orędzie uległo zmianie – diametralnej! A Jan XXIII przyspieszył wprowadzenie w życie postanowienia papieża Pawła VI, nadając polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Był to też czytelny sygnał normalizacji stosunków dyplomatycznych z Polską. Papieża Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi). To jedyny gest, nie spotykany w krajach bloku wschodniego. Posadowiony we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Ciekawe, dlaczego o tej doniosłej decyzji „jakoś” zapomniano w polskiej publicystyce, nawet podczas kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II w 2014 r. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo-Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy, co zaświadczają późniejsze fakty. Zwiedzających Ostrów Tumski, niektórzy przewodnicy przy pomniku raczyli osobliwą interpretacją, że Papież, ręką podniesioną w geście błogosławieństwa wskazuje budynek KW PZPR we Wrocławiu. Jan Paweł II podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983) odwiedził Ziemie Zachodnie. 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowiu Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. Na Górze Świętej Anny mówił o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą, zapewnił, że „Góra Świętej Anny pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach”.

Milenium Chrztu Polski

Uroczystą akademią 13 stycznia 1966 r.- w Watykanie rozpoczęto obchody 1000-lecia Chrztu Polski, z inicjatywy kard. Stefana Wyszyńskiego – nie otrzymał zgody na wyjazd. Papież Paweł VI też nie – na główne obchody 3 maja na Jasnej Górze. Ze strony władzy była to naganna represja. Stracono – nie pierwszą – okazję, by wspólnie upamiętnić ważne dla ciągłości Państwa i Narodu – rocznice. To była nie tylko przegrana władzy, jak od lat piszą media, ale obu stron – władzy i Kościoła. Oczywiście, można toczyć spór, kto, która strona straciła więcej w walce o „rząd dusz” czy jak chcą inni „wojnę o milenium”. Brak rozwagi jest widoczny. Potwierdza prof. Andrzej Werblan – „Gomułka podejrzewał, że Kościół w celach antysocjalistycznych walczy o rząd dusz. Mylił się. Wyszyński był człowiekiem realizmu politycznego, z dużym zrozumieniem dla racji stanu. Owszem, chciał umacniać Kościół i przeciwstawiał się laicyzacji. W jego przekonaniu leżało to w interesie utrzymania tożsamości narodu polskiego. Ale to nie znaczy, że należy naród buntować przeciwko temu systemowi. O nie! Gomułka wdawał się w wojnę z Kościołem w sprawach niepotrzebnych” („Polska Ludowa, postscriptum”, Wyd. Iskry 2019). Władza – jak wtedy mówiono „wymyśliła” obchody „1000 szkół na tysiąclecie”, wybudowano ich 1417. Zastanawiająca złożoność ocen i racji…

Cztery rozmowy Gomułka – Wyszyński

Poprzedziło je spotkanie Prymasa z Józefem Cyrankiewiczem, w części odpowiedzialnym za internowanie (Gomułka był w więzieniu). Rozmowa trwała 2,5 godz. Po niej Episkopat ogłosił apel do wiernych, by 20 stycznia 1957 r. wzięli udział w głosowaniu do Sejmu „bez skreśleń”. Oznaczało poparcie dla kandydatów Gomułki. Głosował też Prymas.

Pierwsze spotkanie- 1 maja 1957 r. (uczestniczył Cyrankiewicz). Gomułka skrytykował politykę państwa wobec Kościoła sprzed 1956 r. Prymas docenił zmiany po Październiku ’56. Władze do maja 1958 r. wydały 250 pozwoleń na budowę kościołów (2 razy więcej, niż przez 10 lat po wojnie).
Drugie spotkanie- 9 stycznia 1958 r. (od godz. 17-ej do 4 rano, najdłuższe, uczestniczył Cyrankiewicz). Wzajemnie przerzucali się oskarżeniami. Gomułka zarzucał, że Wielka Nowenna ma akcenty polityczne. Prymas, protestował przeciwko ateizacji – „Podziwiałem wytrwałość pana Gomułki, który tylko raz pociągnął ze szklanki łyk herbaty. Cyrankiewicz wypił swoją herbatę i zjadł ciastko. Ja wypiłem pół szklanki herbaty”- zanotował Prymas.

Trzecie spotkanie – 11 stycznia 1960 r. Burzliwa rozmowa. Prymas – „Wiemy, że sytuacja Polski byłaby o wiele groźniejsza, gdyby pan może mniej kochał Polskę. Ale my ją też kochamy”. Gomułka – „ Tylko inaczej widzimy, jakbyśmy jakoś po różnych drogach widzieli możliwości rozwoju tego kraju. Gdyby nie socjalizm, Polska byłaby skazana na zagładę”.
Czwarte spotkanie – 26 kwietnia 1963 r. Gomułka obarczył winą Kościół za zły stan stosunków z państwem. „Uchodzimy w świecie za przyjaciół”- zakończył rozmowę. Następnego dnia Jerzemu Zawiejskiemu tak ocenił rozmowę – „Wyłożyliśmy swoje racje. Ja swoje, kardynał swoje”. Prezes Koła Poselskiego Znak zapytał – „Czy pan jest zadowolony z tej rozmowy” i usłyszał – „Naturalnie. Lepiej rozmawiać, niż się gniewać”.

Filozof Leszek Kołakowski, w 1963 r. odbył długą rozmowę z Prymasem w Laskach. Relacja z niej dla Władysława Gomułki, zawiera m.in. ocenę-„Wrażenie ogólne, jakie wyniosłem z tej rozmowy, było takie, że to człowiek ograniczony i mierny, którego obchodzą niemal wyłącznie interesy instytucji kościelnej, nie wrażliwej zupełnie na istotną problematykę współczesności, która skądinąd znajduje zrozumienie w bardziej otwartych kołach katolickich”. Czyżby ten mądry filozof mógł się aż tak bardzo mylić?

Ciekawostki… pod rozwagę

Pierwsza- interwencja w CSRS, 1968 r. Posłowie katolickiego koła Znak planowali napisanie listu protestacyjnego. Prymas przekonał ich, by milczeli, bo „Gomułka działał w stanie wyższej konieczności”. Zwróćcie Państwo uwagę – wyższa konieczność! Czy to nie roztropność w myśleniu i działaniu tego wybitnego hierarchy Kościoła? I druga – rok 1970, rok 50- rocznicy „Cudu nad Wisłą”. Episkopat przygotował list pasterski. Grzecznie, ale stanowczo sprzeciwiła się władza. Kościół ustąpił. Prymas napisał prywatny list do Gomułki. Pisał – „Nie bez win po polskiej stronie wojna wtedy się toczyła. Ale stworzyła zagrożenie dla państwa. Naród o tym nie zapomina… społeczeństwo nie kwestionuje ustroju i tej władzy. To daje wam możliwość żeby ze społeczeństwem swobodniej rozmawiać. Żeby inną prowadzić politykę…Poza mną i panem I sekretarzem, nikt tego listu znać nie będzie”. Profesor Andrzej Werblan ocenia ten list jako „wyciągnięcie ręki” przez Prymasa do Gomułki, który też zamierzał tak postąpić. Nie zdążył, dalece ważniejsze były wydarzenia Grudnia 1970. Macie Państwo wątpliwości, czy słusznie jest błogosławiony?

Po odejściu Gomułki ze stanowiska, Prymas zapisał: „Został postawiony na czele PZPR przez Sowiety bez żadnego przygotowania, bez nauki i szerszego oglądu na sprawy. Cechowała go szalona pycha, pewność siebie, pogarda dla ludzi i gwałtowność. Nigdy nie umiał mówić spokojnie. Nieraz w rozmowie ze mną podrywał się do gniewu, ale go uspokajałem, albo wręcz, jak przy Cyrankiewiczu – oświadczyłem, że dalej nie będę prowadził rozmowy, jeśli się nie uspokoi. Niejednokrotnie dopuścił się zniewagi przeciwko mnie…Niech im Pan Bóg wybaczy” (chodziło o Kliszkę). Anna Rastawiecka, pracownica sekretariatu zapytała Prymasa, czy naprawdę kocha Gomułkę i usłyszała – „Przecież go Pan Bóg kocha”.

Zachęcam Państwa do przemyśleń.

Hołownia czyli Tusk

Jaka jest różnica między Hołownią a Tuskiem? Mało znacząca – odpowiada szewc Fabisiak na podstawie obserwacji kongresu Polski 2050.

Nie ma w tym nic zaskakującego zważywszy, że zarówno ugrupowanie Szymona Hołowni, jak i partia Donalda Tuska biją się o ten sam elektorat a skoro tak, to muszą do wyborców adresować ten sam przekaz medialny. Ów wciąż słabszy od PiS elektorat jest mobilny jedynie we własnym kręgu i raczej niechętnie poparłby jakąś inną alternatywę. Kiedy Platforma zaczęła, głównie na własne życzenie, raptownie tracić w sondażach, to wzrosły słupki Hołowni. I vice versa, kiedy zauroczeni powrotem Tuska wyborcy przekierowali się na PO, to straciła na tym Polska 2050 i nadal trwa przepychanka o to, kto będzie skuteczniejszy w obaleniu władzy PiS z optymistyczną nadzieją, że ten wygrany zostanie premierem.

Dlatego też – jak zauważa szewc Fabisiak – Hołownia musi mówić to samo co Tusk powtarzając, iż głównym celem jest odebranie PiS-owi władzy a następnie przywrócenie praworządności, rozliczenie wszystkich afer, przekrętów oraz każdego przypadku łamania Konstytucji. Nie będzie też podwyżek i nagród dla polityków ani „marnowania publicznych pieniędzy na tępą propagandę”. Nie proponuje jednak likwidacji TVP info wykazując się większym rozsądkiem od Platformy, która ten postulat uczyniła jednym z haseł wyborczych prezydenckiej kampanii wyborczej.

Coś jednak musi pójść pod młotek. Skoro nie reżimowa telewizja to reżimowy Trybunał Konstytucyjny. Jego likwidację, jako jeden z wariantów obok zmiany trybu powoływania zasiadających w nim sędziów, Hołownia bierze poważnie pod uwagę uznając, że przecież sądy same mogą odwoływać się do Konstytucji. Pojawia się jednak pytanie o to kto wówczas będzie badał zgodność z Konstytucją sejmowych ustaw? Warszawski Sąd Okręgowy czy wystarczy Sąd Rejonowy w Otwocku? Szewc Fabisiak przypomina tym momencie, że trybunały konstytucyjne działają w wielu państwach na świecie. I mimo tego, że niezawisłość niektórych z nich jest na poziomie Trybunału Przyłębskiego są uznawane za jeden z istotnych elementów demokracji i praworządności.

Oprócz wyżej wymienionych Szymon Hołownia przedstawił jeszcze kilka oryginalnych pomysłów. Jeden z nich to zamiana lekarza pierwszego kontaktu na lekarza osobistego. Jednakże – zdaniem szewca Fabisiaka – jest to zbyt miałka propozycja w obliczu kryzysu w sektorze służby zdrowia. Najwyraźniej Hołowni brakuje nie tylko wyobraźni ale też kompetentnych ekspertów. Mimo tego, że – jak twierdzi – jego ugrupowanie jest najlepszą w dziejach Polski ekipą do sprawowania władzy dysponującą dziesiątkami ekspertów i tysiącami stron analiz. Jednakże owi eksperci nie wypowiadali się podczas kongresu ani też nie zaprezentowali choćby cząstki owych tysięcy stron. Ponadto owych analiz tudzież nazwisk ekspertów nie sposób jest znaleźć na stronie internetowej Polski 2050. Można tam jedynie zobaczyć zdjęcie Hołowni wraz z prośbą o wsparcie w budowie solidarnej Polski. Więc jak to w końcu jest, są ci eksperci i te analizy czy ich nie ma. a jeżeli są to dlaczego się ich nie ujawnia? – pyta szewc Fabisiak. Cała ta niby piarowska strategia aż razi swoją amatorszczyzną. Wiadomo co prawda, że autoreklama jest naturalnym elementem rynkowej demokracji. Jednak – podobnie jak w handlu – aby przekonać konsumentów do swoich produktów należy reklamiarskie wzdęcie poprzeć konkretami a nie tylko oczekiwać na jakąś wpadkę Platformy Obywatelskiej. Oczekiwania te biorą się stąd, że podobnie jak PO również Polska 2050 nie ma spójnego i odnoszącego się do aktualnych problemów programu do zaproponowania wyborcom dla których ważne jest nie tylko kto będzie rządził ale też jak.
Jeszcze dwie inne propozycji można by uznać za godne uwagi choć nie trącą one nadmiarem realizmu. Pierwsza z nich dotyczy likwidacji do 2030 r. domów dziecka i zastąpienie ich rodzinami zastępczymi. Cel w samym swoim założeniu szczytny czy jednak znajdzie się do tego czasu wystarczająca liczba rodzin chcących wziąć po opiekę małoletnich z domów dziecka – ma wątpliwości szewc Fabisiak. Najbardziej natomiast czujnym posunięciem Hołowni był pomysł aby czynne prawo wyborcze przyznać już osobom po ukończeniu 16 lat. Szewc Fabisiak popiera tę ideę dostrzegając, iż wielu szesnastolatków wykazuje się większą samodzielnością myślenia oraz odpornością na prawicowo-katolicką propagandę niż wielu bezrefleksyjnie przyswajających rzeczywistość dorosłych. Tego typu postulat stwarza schizofreniczny dylemat dla sił konserwatywnych. Z jednej bowiem strony odrzucając ten pomysł odbiorą sobie poparcie wśród ludzi młodych. Z drugiej zaś strony ich dziaderskie poczucie wyższości stawia im psychiczną barierę przed publiczną akceptacją tego co nie mieści się w ich konserwatywnych głowach. To jednak jest wyłączne ich problem – zauważa szewc Fabisiak.

Bigos tygodniowy

„Uważam, że dojdzie za naszego życia, może nawet w tym pokoleniu, do tego, kiedy katolicy staną się realną mniejszością. Nie będą większością i muszą się z tym nauczyć żyć. (…) Dobrze żeby to się stało, mówiąc uczciwie, w sposób nie gwałtowny, racjonalny, a nie na zasadzie pewnej zemsty, ale na zasadzie to jest uczciwa kara za to co się stało, musimy was opiłować z pewnych przywilejów, dlatego że jeżeli nie, to znowu podniesiecie głowę” – Bigos w pełni podpisuje się pod tymi słowami Sławomira Nitrasa z jednym tylko zastrzeżeniem. Popełnił błąd mówiąc o „katolikach” zamiast o hierarchii, biskupach, bo ich miałoby dotyczyć „opiłowywanie” a nie szarych wiernych. Dał tym sposobem paliwo szczujniom PiS.


Szymon Hołownia zapowiedział na swoim kongresie m.in. likwidację funduszu kościelnego, dobrowolny podatek kościelny, wyprowadzenie religii ze szkół i tak dalej. I bardzo dobrze, tylko czy zrobi to przed rokiem 2050?


Profesor Marek Belka ostrzegł, że blisko sześcioprocentowa już (oficjalnie) inflacja jest groźna, może szybko sięgnąć dziesięciu procent, a następnie wymknąć spod kontroli. Profesor zwrócił uwagę, że problem jest nie tylko w samej wysokości inflacji, ale także w tym, że rząd nie tylko ją toleruje, ale nawet stymuluje i tego nie ukrywa.


Trudno oprzeć się wrażeniu, że stan wyjątkowy przy granicy polsko-białoruskiej, wprowadzony w związku z kryzysem imigranckim może być potraktowany jako próba generalna z myślą o przyszłości, n.p. po przegranych przez PiS wyborach. Może się powtórzyć wariant białoruski z lata poprzedniego roku, gdy Łukaszenko miał wybory przegrać i dlatego zrobił to, co zrobił.


Tegoroczne „narodowe czytanie” małżeństwa Dudów objęło „Moralność pani Dulskiej” Zapolskiej. Nieco mętne jest wyjaśnienie wyboru tekstu. Niby podkreślono, że to sztuka przeciw hipokryzji, ale oczywiście tę „dulszczyznę” widzą inicjatorzy nie w sobie, lecz w przeciwnikach. A może chodziło o coś innego? O słynną dewizę Dulskiej o „praniu brudów we własnym domu”? O przytyk pod adresem opozycji, która polskie brudy wynosi do Brukseli (zagranica)? Jeśli (co jest wielce prawdopodobne) wybór „Moralności” był pomysłem Agaty z domu Kornhauser, to można się zastanawiać, czy odwzorowania dulszczyzny nie zobaczyła ona w domu rodzinnym małżonka. Podobieństw sytuacyjnych Bigos nie będzie przypominał, można je znaleźć w internecie i nawet Kopiec Kościuszki ten sam. Może, jak niejedna żona, w skrytości nie lubi rodziny męża i postanowiła w sprytny sposób rozliczyć się z dulszczyzną, która uformowała jej mężusia?


A błazen Jędraszewski wymyślił nowy witz: „plagę związków nieformalnych”.


Wojna Secesyjna polsko-amerykańska rozwija się w najlepsze. Joe Biden jest traktowany niemal jak wróg i niczym kiedyś Breżniew z lubością pokazywany w pozach znamionujących słabość czy zmęczenie. Jednak w tej wojnie PiS jest Południem, a nie Północą, a to znaczy że przegra.


Kurszczyzna ostatecznie rozprawiła się z pospieszalszczyzną i „Warto rozmawiać”, które przetrwało rządy SLD i PO, przeszło do historii telewizji. Przy okazji Pospieszalski odgryzł się Kurskiemu, zarzucając mu „deficyt moralny”. I nie chodziło tylko o program, lecz także o sprawy małżeńskie Jacusia-gitarzysty. Pospieszalski sympatyzuje raczej z katolickimi fundamentalistami bliskimi „Frondzie” czy Ordo Iuris i tym podobnym kręgom niż takimi cynikami i pieczeniarzami jak Jacuś od tuskowego dziadka z Wehrmachtu. Po stronie Jacusia stanęła Kania Dorota, która rządzi prasą obajtkową lokalną. Zaczynają się więc już podgryzać jak kraby w koszu.


Dwulicowy lord Go-win nawiązał w niedawnym wywiadzie do znanej, majowej wypowiedzi ZKR (Zaplutego Karła Reakcji) po aborcyjnym „wyroku” „trybunału pani Julii”, że „każdy średnio rozgarnięty człowiek rozumie i może sobie taką aborcję za granicą załatwić, taniej lub drożej”, przez co przyznał, że nie o żadną „ochronę życia od poczęcia” mu chodzi, lecz o politykę wewnętrzną i relacje z Kościołem kat. Był to sygnał o takiej treści: jak chcecie robić sobie aborcje, to róbcie je za granicą. Na świętej ziemi polskiej legalnej aborcji nie będzie.


Tzw. kryzys migracyjny na białorusko-polskiej granicy może przyczynić się do ponownej wygranej wyborczej PiS, bo bardzo wielu Polaków boi się masowej imigracji spoza Europy, niezależnie od tego czy jest to lęk uzasadniony czy nie. PiS może wygrać jako ta siła władzy, która stoi na straży u polskich granic, a ich propaganda będzie sączyła taki oto przekaz: jeśli wygra opozycja, odstąpi od granicy i imigracja wleje się do Polski, niezależnie od tego, że jej głównym celem będą n.p. Niemcy. PiS już zaczął znów zwyżkować w sondażach, więc w jego interesie jest doniesienie tego nastroju zagrożenia do wyborów.


Pisowcy cały czas przemawiają i przemawiają i przemawiają, do znudzenia, do urzygu. A mówiono kiedyś, że tzw. „komuniści” ciągle przemawiali „z okazji”. A gdzie tam! W ciągu całego swojego dzieciństwa i młodości Bigos kilkanaście razy – góra – widział w telewizji przemawiających „z okazji i na okoliczność” Gomułkę i Gierka. A pisowcy przemawiają, przemawiają i przemawiają. Premier Pinokio przemawia średnio raz dziennie.


Eros coraz śmielej wkracza do polityki i to po stronie katolicko-pisowskiej. Po pani Schreiberowej rozebranej publicznie do – powiedzmy – … rosołu, teraz z kolei Magda Marczułajtis napisała na twitterze o pani Orłowskiej, którą Czarnek Przemysław zrobił pełnomocniczką resortu do spraw Transformacji Cyfrowej: „On lekko zakłopotany, ona wpatrzona w niego jak w obraz … kompetencje zbyteczne, wzrok mówi wszystko”.