Oto, co z tą Polską

Obserwujemy obecnie narastające pęknięcie między położeniem pracowników sektora publicznego i prywatnego, z których uformowana zostać miała mityczna polska klasa średnia. Po jednej stronie coraz lepiej zarabiający informatycy, marketingowcy, coachowie i korposzczury, po drugiej stojący w miejscu nauczyciele, akademicy, pracownicy kultury i urzędnicy. Niebawem różnica między nimi może wyglądać tak jakby żyli w dwóch państwach o różnej zamożności, w dwóch różnych światach.
A przecież światy te się spotykają. I kiedy zostanie zaspokojony wikt i opierunek, nie przychodzi wcale moralność, ale porównywanie zdjęć z wakacji i designów kart kredytowych (mistrzowsko sportretowane w filmie „American Psycho”), rozmowy o modelach nart i telefonów, dzielenie się wrażeniami z rodzinnych wizyt w restauracjach, wspólne wypady pod miasto, podczas których widać, kto ma lepszy samochód, ciuchy, gadżety. Aż pęknięcie narasta do tego poziomu, że do wspólnych wypadów trzeba znaleźć sobie kogoś innego, bo jakoś tak przestaje wypadać – tym bogatszym dlatego, że z plebsem to wstyd, a tym biedniejszym też wstyd, ale to dlatego, że widzą jak bardzo są w tyle. Poza tym u zdegradowanej inteligencji narasta resentyment tego rodzaju: „Jak to, za sprzedawanie dzieciakom hamburgerów można zarobić kilka razy tyle, ile za uczenie ich o zdrowym żywieniu? Za badania marketingowe dla producenta pasty do zębów dostać wielokrotnie więcej niż za badania akademickie o zagrożeniach płynących z marketingu? Można mieć wygodne krzesło, nowe biurko i w ogóle swój gabinet i to jeszcze z klimatyzacją i ekspresem do kawy przy sprawdzaniu angielskich CV w Excelu, a nie można podczas pracy w szpitalu, na uniwersytecie, w domu kultury?”.
Niestety dla równościowej polityki to wcale nie jest łatwa sytuacja. Te grupy, których marsz do klasy średniej został zahamowany i zawrócony, będą przede wszystkim odgradzać się od plebsu tak, jak jeszcze mogą. Będą podkreślać, że czytają książki, że oni nie są z tych, co robią to czy tamto, że bezrobotni, bezdomni, samotne matki są sami sobie winni, że 500+ tylko dla pracujących. Przy znikomym kapitale ekonomicznym, będą epatować wyższym kapitałem kulturowym (wykształcenie, uczestnictwo w kulturze), społecznym (znajomości, zaangażowanie obywatelskie) i symbolicznym (praca w prestiżowych instytucjach, nawet jeśli za psie pieniądze), chociaż kapitały te – których nie można łatwo wymienić na pieniądze – stają się świstkiem papieru. Ale są jednak ostatnim świadectwem tego, że „plebs to nie my”, nawet jeśli tenże plebs coraz częściej lepiej zarabia i może sobie pozwolić na nieosiągalną dla nas konsumpcję, co boli tym bardziej, że ta konsumpcja tak mało szykowna, nieprzemyślana, wystawna i obciachowa jednocześnie.
Nie jest to sytuacja bez wyjścia, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że w Polsce nie mamy zbiorowej opowieści, która byłaby w stanie zbudować wspólny front plebsu z niższą klasą średnią. Niekoniecznie też – w drugą stroną – plebs musi mieć ochotę bratać się z pracownicami MOPS, nauczycielkami i urzędnikami gminy, czyli z grupami, które postrzega jako instancje władzy i kontroli, zadzierające nosa i pierdzące w krzesło. PiS-owska nagonka może tu trafiać na podatny grunt.
Nie mam jednak wątpliwości, że jednolity front tak rozumianej spauperyzowanej klasy średniej, która w zasadzie jest częścią proletariatu i klasy ludowej, jest jedynym możliwym podmiotem lewicowej polityki, która miałaby na celu konsekwentne, systemowe ograniczanie nierówności, przynajmniej poprzez kilka progresywnych progów podatkowych, z których sfinansowane zostałyby podwyżki płac w sektorze publicznym i dostępne dla wszystkich usługi publiczne i świadczenia socjalne, które odciążyłyby nadwątlone budżety domowe i ograniczyły potęgującą upokorzenie grę w dystynkcje między klasami.

Jestem po stronie nauczycieli

W trakcie wywiadu dla telewizji internetowej „Studio w Szczecinie.pl” zapytał mnie dziennikarz, kiedy zakończy się strajk nauczycieli?

Odpowiedź nie jest prosta. Krzyżujące się komunikaty Min. Edukacji Narodowej i ZNP nie dają nadziei, że stanie się to szybko. Na razie niby nic groźnego się nie dzieje – egzamin gimnazjalny jakoś się odbył, poważniejszych zakłóceń nie odnotowano. To jednak nie znaczy, że problemy znikają, przeciwnie one narastają. Zarówno w warstwie psychologicznej – w postaci determinacji obu stron, jak i techniczne. Rozpoczęły się egzaminy ośmioklasistów, potem będą matury, a wraz z nimi specyficzny kalendarz, którego przestrzeganie warunkuje prawidłowość samego egzaminu.
To wszystko skłania, by na pytanie: kiedy to się skończy, odpowiedzieć: wtedy, gdy rząd dobrze wsłucha się w postulaty protestujących.
Za 2,5 tys. miesięcznie nie da się opłacić mieszkania i mediów, porządnie zjeść, porządnie się ubrać i jeszcze zadbać o swój rozwój intelektualny poprzez regularne, czynne uczestnictwo w życiu kulturalnym i społecznym. To znaczy – można, ale na kiepskim poziomie, a więc i z byle jakimi efektami. To jest niestety dramat. Nie chciałbym żyć za 2,5 tys. złotych… Chociaż jako młody naukowiec zarabiałem na początku 1050 zł., ale to było dawno, dawno temu i w zupełnie innym świecie. Martwię się więc, bo problemy nauczycieli i szkoły nawarstwiają się. Potrzebne jest porozumienie, bo może być
tylko gorzej.
Piłka jest jednak zdecydowanie po stronie rządu. Zapóźnienia są widoczne gołym okiem. Nauczyciel dyplomowany zarabia obecnie około 3,4 tys. zł brutto. W 2000 roku zarabiał 1,5 tys. zł. brutto. Przez 20 lat więc zyskał 1,9 tys. zł podwyżki.
Nauczyciel stażysta zarabia nieco ponad pensję minimalną – 1,7-1,8 tys. zł. na rękę.
Co niejednego zaskoczy, największą podwyżkę otrzymali nauczyciele za rządów SLD-UP-PSL – 30 proc. Koalicja PiS, Samoobrona i LPR (2005 – 2007) podniosła nauczycielskie pensje o 8 proc. Nauczyciele zarabiali wówczas 2,3 tys. zł.
Koalicja PO-PSL zwiększyła te wynagrodzenia do około 3,1 tys. zł. Natomiast Prawo i Sprawiedliwość (od 2015 do 2019) podwyższyło wynagrodzenie nauczycieli dyplomowanych o 12 proc. – z 3109 zł do 3483 zł. (za Polskie Radio 24 – BL)
Teraz wicepremier Beata Szydło zaproponowała nauczycielom podwyżki w zamian za stopniowe zwiększanie pensum, czyli liczby godzin pracy przy tablicy. Oni uważają, że to zdecydowanie za mało.
Jak więc wyglądają zarobki polskich nauczycieli na tle zarobków nauczycieli innych krajów UE? Informacje podaję za Business Insider Polska.
Najlepiej zarabiają nauczyciele w Luksemburgu – początkujący może zarobić w szkole średniej ponad 79 tys. dolarów rocznie (292 tys. zł. – wedle kursu średniego NBP z dn. 12.04.). Luksemburski nauczyciel – weteran zarabia nawet 138 tys. dolarów (510 tys. zł.). Na wysokie zarobki mogą również liczyć najbardziej doświadczeni nauczyciele w Szwajcarii (109 tys. dol. – 403 tys. zł.), Niemczech (92 tys. dol. – 340 tys. zł.) i Holandii (84 tys. dol. – 310 tys. zł.)
Doświadczony nauczyciel polski zarabia 26 tys. USD, czyli ok. 96 tys. zł. rocznie. To półtorej premii rocznej, którą przyznała sobie pani premier Szydło.
Z danych OECD (które przytacza Business Insider Polska) wynika też, że z kolei początkujący polski nauczyciel zarobi w ciągu roku tylko około 15 tys. dolarów, czyli ok. 55 tys. zł. To z kolei niecała premia pani premier, która wyniosła, przypomnijmy – 65 tys. zł.
Na koniec proponuję zatrzymać się na chwilę właśnie przy zarobkach początkujących nauczycieli. Nasz zarabia 15 tys. dolarów, a w krajach, gdzie edukacja jest na najwyższym poziomie w Europie, początkujący nauczyciel zarabia dwa – cztery razy więcej. To ma swoje bardzo poważne konsekwencje na przyszłość.
Na przykład nauczyciel duński zarabia trzy raz więcej niż jego wstępujący do zawodu polski kolega. To jednak nie wszystko. Duńczyk ma od ręki otworzony przyjazny kredyt w banku. Pomaga mu też system społecznego wsparcia państwa. Mieszkanie nie stanowi dla niego problemu. Dom nawet. Raty są humanitarne, nie zarzynają go finansowo. Stać go na książki, na teatr, na wyjazd, stać go na stały rozwój zawodowy i osobowościowy. Jego zarobki systematycznie rosną. Jak na warunki duńskie (podatki!) nie są niebotyczne, ale codzienne potrzeby nie spędzają mu snu z powiek. To wszystko przekłada się na wysoką jakość duńskiej szkoły, na poziom absolwentów, na – jak to się mówi – kapitał ludzki… Nauczyciel duński też pracuje dla idei, poświęca się swej pracy, kocha ją, ale w jakże innych okolicznościach.

20 lat Sojuszu

15 kwietnia 1999 r. powstał Sojusz Lewicy Demokratycznej, z okazji zbliżającej się rocznicy utworzenia SLD jako partii politycznej, 13 kwietnia w Warszawie odbyło się okolicznościowe spotkanie celebrujące 20-lecie Sojuszu.

W jubileuszu udział wzięło kilkuset działaczy lewicy z całej Polski, obecni byli przewodniczący partii Włodzimierz Czarzasty wraz z sekretarzem generalnym Marcinem Kulaskiem. Spotkanie zaszczycili byli premierzy: Włodzimierz Cimoszewicz i Leszek Miller, który był również pierwszym przewodniczącym SLD; jego następca: Krzysztof Janik; byli marszałkowie Sejmu z rekomendacji Sojuszu: Marek Borowski i Jerzy Wenderlich oraz były marszałek Senatu Longin Pastusiak. W uroczystości uczestniczyły również wdowy po liderach Sojuszu: Maria Oleksy oraz Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska. Były prezydent Aleksander Kwaśniewski będący zagranicą oraz były premier Marek Belka prowadzący kampanię w Łodzi, przesłali adresy do zebranych. Uczestników spotkania pozdrowili również Grzegorz Napieralski oraz Wojciech Olejniczak, byli przewodniczący SLD.
Podczas jubileuszu kilkuset działaczy partii zostało wyróżnionych odznaczeniem – „Zasłużony dla SLD”, które jest wyrazem uznania za wybitne osiągnięcia w budowaniu lewicy w Polsce, zarówno na płaszczyźnie działalności politycznej, jak i społecznej.
Podczas konferencji prasowej związanej z 20-leciem SLD Włodzimierz Czarzasty powiedział:
20 lat Sojuszu Lewicy Demokratycznej to wielkie zwycięstwa: Unia Europejska, uchwalenie Konstytucji Rzeczpospolitej, to podpis prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego kiedy Polska wchodziła do NATO. Nasza historia to 4 premierów i prezydent dwóch kadencji. To również kilka błędów, które doprowadziły do tego, że dzisiaj nie jesteśmy w Sejmie. Ale wciąż naszą partię tworzy 24 tysiące osób, które są zrzeszone w 340 organizacjach powiatowych.
To jest również przyszłość, którą w najbliższych wyborach będziemy realizowali w ramach Koalicji Europejskiej. Cały czas myślimy o tym co będzie, ale to historia w codziennej pracy daje nam wielką siłę. Różnie bywało, ale jedno wiem, że jak stali obok siebie wszyscy Ci, którzy tutaj stoją to była siła. Wiemy, że razem możemy więcej! Obecnie prowadzimy taką politykę, że tych, którzy zasługują na to, zostali przez nas skrzywdzeni – tych przepraszamy. Tych, którzy odeszli z innych względów – zapraszamy. Historia jest różna, ale wiem jedną rzecz, polska lewica w wielu sprawach potrzebuje jedności i o nią będą zabiegał.
Jestem naprawdę dumny, że trzech premierów dwa lata temu przyjęło nasze zaproszenie do startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego, chociaż jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że powstanie Koalicja Europejska. Wierzę, że wszyscy trzej oraz inni nasi kandydaci zdobędą mandaty.
Leszek Miller podczas spotkania z dziennikarzami powiedział:
Wielu z nas pamięta ten moment, kiedy 20 lat temu rodził się Sojusz Lewicy Demokratycznej jako partia polityczna, ale SLD istniało wcześniej jako klub parlamentarny, o czym więcej może powiedzieć Włodzimierz Cimoszewicz, który był szefem tego klubu. Rodziliśmy się jako partia polityczna starając się nikogo nie odtrącać, nie dzielić ludzi a łączyć. Mieliśmy w tej kwestii spore kompetencje, zarówno wtedy, jak i później.
Jeżeli dzisiaj słyszymy, że Koalicja Europejska jest dziwnym tworem, gdzie nic do niczego nie pasuje, to chciałem przypomnieć, że taka koalicja obywatelska już kiedyś istniała i miało to miejsce w dniach referendum akcesyjnego. W tamtym czasie powstał wielki ruch obywatelski, którego celem i pragnieniem było wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. Wtedy wiele partii o proeuropejskim charakterze, wiele organizacji społecznych i stowarzyszeń uczyniło wiele, aby ten piękny cel został spełniony. W tamtych dniach 2003 r. 13,5 mln Polek i Polaków, powiedziało „tak” Europie, a Europa nam również powiedziała „tak”. Nasz kontynent połączył wrzeszczcie własną historię z własną geografią. Dzisiaj, kiedy idziemy do wyborów do Parlamentu Europejskiego w szerokiej Koalicji Europejskiej, pamiętajmy, iż kiedyś już podjęliśmy udany eksperyment i jestem przekonany, iż obecnie też osiągniemy sukces. 26 maja będziemy mieli dużo satysfakcji z faktu, iż Koalicja Europejska wprowadzi więcej mandatów, niż nasz największy rywal. Wreszcie po latach supremacji Prawa i Sprawiedliwości, siła nowoczesna, proeuropejska, postępowa i światła wygra wybory w Polsce i pokona siły ciemności oraz wstecznicy.
Nie można rozdzielić historii Rzeczpospolitej po 1989 r., od historii Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Te dwie historie się splotły. Ludzie SLD, z którymi miałem i mam zaszczyt pracować, odcisnęli na polskiej rzeczywistości jakże wspaniały stempel swojej obecności. Wszystkie podstawowe reformy, jaki się w Polsce odbywały, miały miejsce przy współudziale lub udziale SLD, a przy wchodzeniu do Unii Europejskiej był to udział decydujący. Mamy wielkie powody do satysfakcji, ale też wielkie powody do smutku. Tak jak w życiu: raz świeci słońce, a raz pada deszcz. Ale z tym bagażem sukcesów i porażek, nowy Sojusz Lewicy Demokratycznej, który się kształtuje na naszych oczach, pójdzie dalej. Jako pierwszy szef SLD, życzę obecnemu szefowi Włodzimierzowi Czarzastemu, żeby odnotował w naszych życiorysach najpiękniejsze karty naszego udziału oraz wkładu w sukces lewicy, który jest jednocześnie sukcesem Polski. Powodzenia drogi Włodzimierzu!
Włodzimierz Cimoszewicz podczas spotkania z dziennikarzami powiedział:
Tuż przed powstaniem SLD, jako partii politycznej, było coś wcześniej. To się zaczęło wiosną 1990 r., jeszcze w Sejmie kontraktowym powstał jego zaczyn – Parlamentarny Klub Lewicy Demokratycznej a ja miałem zaszczyt być jego przewodniczącym. We wdzięcznej pamięci zachowuję ponad 130 koleżanek i kolegów należących do tego klubu, ludzi, którzy zaangażowali swoje najlepsze kwalifikacje i wolę działania na rzecz Rzeczpospolitej. Brali udział w większości decyzji podejmowanych przez Sejm kontraktowy, reformując nasz system polityczny oraz gospodarczy. Bez wybitnych kwalifikacji prawników, ekonomistów, specjalistów od zarządzania, polityki społecznej nie byłoby wielu decyzji podjętych wtedy przez Sejm. Pamiętajmy, iż przygoda z polityką dla wielu z nich skończyła się wraz z końcem kadencji Sejmu kontraktowego, a którą sami skracali, ponieważ byli przekonani, iż Polsce jest to potrzebne. Polsce potrzebne było odbycie pierwszych w pełni demokratycznych wyborów.
W 1991 r. wraz z Aleksandrem Kwaśniewskim stworzyliśmy szeroką koalicję polityczną, o tej nazwie – Sojusz Lewicy Demokratycznej. W tym samym roku zajęliśmy drugie miejsce w wyborach parlamentarnych, a dwa lata później wygraliśmy wybory parlamentarne i utworzyliśmy rząd. To był namacalny dowód skuteczności szerokich porozumień. Uprawiając politykę, należy zdawać sobie sprawę, że społeczeństwa są zróżnicowane. Ludzie mają różne poglądy oraz interesy i ci, którzy mają ambicję rządzenia powinni umieć godzić te poglądy i interesy oraz szukać mądrych kompromisów. Do tego zadania najlepiej nadają się szerokie porozumienia polityczne, które mają największe szanse wyborcze, ponieważ w pełni odzwierciedlają skład i interesy społeczeństwa. Dlatego bardzo się cieszę, że po wielu latach powstaje szeroka koalicja na wybory majowe do Parlamentu Europejskiego i głęboko wierzę, że na jesieni do Sejmu i Senatu Rzeczpospolitej.
Głęboko wierzę, że ciemny okres naszego państwa i narodu zostanie zakończony, że skończymy z Polskę, w której wielu ludzi czuje się fatalnie. Dzisiaj wiele osób emigruje z naszego kraju nie z powodów ekonomicznych, ale nie mogą znieść tego zaduchu i aroganckiej władzy dzielącej społeczeństwo. Nie mogą znieść tych niekompetentnych nepotów, którzy opanowali tysiące stanowisk w Polsce. To towarzystwo należy odsunąć od władzy i pociągnąć do odpowiedzialności za wszystkie naruszenia prawa.
Marek Borowski podczas spotkania z dziennikarzami powiedział:
Moją historię Państwo znają, ale nigdy też nie odszedłem od lewicowej tradycji oraz od tego wszystkiego co łączyło mnie z SLD, ponieważ był to poważny kawałek mojego życia. Bardzo się cieszę z tego zaproszenia, aby wspólnie spotkać się z okazji 20-lecia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Tym bardziej, iż jesteśmy w zupełnie nowych czasach, w nowych warunkach i mierzymy się z nowymi wyzwaniami. Dzisiaj nie jest kwestią tworzenie nowych partii, które będą ze sobą rywalizowały i różniły się szczegółami. Dzisiaj chodzi oto, aby przywrócić Polsce to co jest najważniejsze, i co SLD starał się i przestrzegał przez wiele lat swojego funkcjonowania: demokrację, praworządność, szacunek dla wszystkich ludzi. Tego dzisiaj brakuje. Wielokrotnie jestem pytany, o to co łączy te wszystkie ugrupowania, które stowarzyszyły się w Koalicji Europejskiej, nie jest ważne to czy różnimy się w kwestii podatków, świadczenia pomocy socjalnej, ale czy u władzy wciąż będzie PiS. Należy zmienić ten stan rzeczy, a potem być może się podzielimy i będziemy forsować swoje poglądy, ale to wszystko musi się odbywać w zupełnie innych warunkach.
Przez ostatnie lata pozostawałem poza partiami politycznymi i cały czas czekałem, iż powstanie takie ugrupowanie polityczne, które w kategoriach europejskich nazwalibyśmy centrolewicowym, Koalicja Europejska jest jej zaczątkiem i wszyscy powinniśmy się starać, aby ją utrzymać do wyborów październikowych, a może i później. Aby w Polsce powstała silna europejska centrolewica, już dzisiaj czuję się jej członkiem.
Włodzimierz Czarzasty podczas uroczystości obchodów 20-lecia SLD powiedział:
Nasze spotkanie rozpoczniemy od wspomnienia osób, które od nas odeszły na przestrzeni lat, mówię tu o Józefie Oleksym, byłym premierze i marszałku Sejmu oraz o Jerzym Szmajdzińskim, marszałku Sejmu oraz wielu wielu innych osobach, których dziś nie sposób wymienić. Proszę o minutę ciszy… Dziękuję.
Jestem pełen wiary w przyszłość Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jesteśmy w tej chwili w Koalicji Europejskiej i nie musimy walczyć o tożsamość w ramach tej koalicji. Nasza tożsamość to nasza historia, to jest Okrągły Stół, a więc zupełnie inny sposób rozwiązywania problemów niż ten, który w tej chwili proponuje PiS. Nasza tożsamość to Unia Europejska, to trzech szefów Komisji Konstytucyjnej i Konstytucja. Wreszcie nasza tożsamość to dziś. Dopóki będzie zapotrzebowanie na sześć idei, o których pokrótce powiem, to do tej pory Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie funkcjonował.
Po pierwsze, mówienie prawdy o historii i szacunek dla ludzi, którzy byli czynni zawodowo do 1990 r., to niedzielenie naszego społeczeństwa. Należy zauważać wszystkie okresy naszej historii, bez względu na to czy się nazywały PRL, czy też inaczej. Polska jest jedna i nie jej winą jest to, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz nie siedzieli w Jałcie, bo gdyby tak było, to Polska od początku byłaby w innej strefie wpływów. Pragnę podkreślić, że były ich dwie. Nasza polityka historyczna to jest niegodzenie się na zabieranie godności naszym rodzicom, na zabieranie godności nam wszystkim.
Po drugie, walka o sprawy socjalne. Socjal-demokracja. Często to powtarzam – ponieważ jestem autorem tych słów – damy Wam to co daje Wam PiS w sferze socjalnej i oddamy Wam to co PiS Wam zabrał w sferze emocji, historii, godności, i tego wszystkiego co Polki i Polaków łączy. Socjaldemokracja to jest socjal, o który zawsze będziemy walczyli i wiele jest jeszcze w tej sprawie do zrobienia; ale jest również demokracja. I właśnie to nas bardzo mocno różni od PiS-u.
Po trzecie, państwo świeckie. Państwo świeckie, o które nie wiedzieliśmy, że będziemy musieli tak walczyć, na początku XXI wieku, w Polsce, która jest członkiem Unii Europejskiej. Panoszenie się kleru jest zadziwiające, aroganckie i nieopisane. Państwo świeckie jest gwarancją demokratycznego ustroju.
Po czwarte, Unia Europejska. Unia Europejska, o którą walczymy i chcemy wspierać. Uważamy, że UE powinna być silnym organizmem, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego co Unia nam dała. I jeżeli ktoś uważa, że Unia Europejska jest dla Polski złym produktem to albo jest głupi, albo jest z kierownictwa PiS-u. Nie ma innej możliwości.
Po piąte, Konstytucja. Konstytucja, która min. dzięki SLD, dziś w Polsce obowiązuje. Wszystkie ustawy powinny być zgodne z tą ustawą zasadniczą i nie może być tak, że to Konstytucja jest dostosowywana do innych ustaw. Kto tego nie rozumie łamie prawo.
Po szóste, prawa obywatelskie, kobiet i wszelkiego typu mniejszości. Ludzie mają prawo do tego, aby wierzyć w co chcą; aby kochać się na swój sposób. Tolerancja jest ważną sprawą. Społeczeństwo obywatelskie to prawo do silnych samorządów, walka o wszelkie grupy wykluczone, począwszy od ludzi z niepełnosprawnościami i skończywszy na nauczycielach.
Dopóki te sześć spraw będzie ważnych dla Polski, dopóty Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie miał elektorat.
Nie ma innej drogi, jak zapraszanie wszystkich do współpracy. Powołam się na słowa Aleksandra Kwaśniewskiego, jego słowa mi się podobają: „trzeba pamiętać, ale nie być pamiętliwym”. Zawsze było tak, że jak byliśmy razem to zdobywaliśmy władzę. Władzę nie dla siebie, tylko władzę dla tych sześciu spraw, o których mówiłem. Dzięki odpowiedzialności za kraj można realizować nasze marzenia i poglądy, zrealizować to czym się różnimy od prawicy, i nie ma znaczenia czy mówimy o tej mniej lub bardziej liberalnej. Przecież o polityce historycznej, o państwie świeckim nikt nie będzie mówił tak jak polska lewica, jak Sojusz Lewicy Demokratycznej.
Leszek Miller podczas uroczystości obchodów 20-lecia SLD powiedział:
W takich sytuacjach nieoceniony prof. Iwiński mówił: „łatwo mówić, trudno coś powiedzieć”. Cóż można powiedzieć nowego i odkrywczego o historii SLD, która zaczynała się 20 lat temu, a która ma swoje korzenie znacznie wcześniej, w początkach polskiej transformacji. Jest mi tym trudniej, że zaraz po mnie wystąpi Krzysztof Janik, mój sekretarz generalny, który miał nieznośną manierę recenzowania przewodniczącego. I już widzę jak się do tego szykuje.
Proszę koleżanek i kolegów, nic nam nie dano. Wszystko musieliśmy zdobyć ciężką pracą. Nie mieliśmy wielu przyjaciół i od samego początku mówiono, że trzeba zatrzymać SLD, a potem jak się okazało, że nie jest to możliwe to powiedziano, że SLD mniej wolno. Mniej wolno zarówno wtedy, kiedy byliśmy u władzy, jak i wtedy kiedy byliśmy w opozycji. Ci, którzy ukuli te hasło i posługiwali się nim od rana do nocy, twierdzili, iż z racji na nasze pochodzenie jesteśmy zagrożeniem dla polskiej demokracji.
(…)
Krzysztof Janik podczas uroczystości obchodów 20-lecia SLD powiedział:
Kiedy myślimy o tych latach co za nami, to warto pamiętać nie tylko o Unii Europejskiej i Konstytucji, ale SLD i jego poprzedniczka Socjaldemokracja Rzeczpospolitej Polskiej była formacją, która przeprowadziła miliony Polek i Polaków z PRL-u do III Rzeczpospolitej. Miliony naszych rodaków nie znały kapitalizmu i nie rozumiały demokracji, co czasem trwa po dzień dzisiejszy. Ale jak widzieli, że jest taka formacja, że są tacy ludzie jak Kwaśniewski, Miller, Cimoszewicz, Borowski, Szmajdziński, Oleksy i tysiące lokalnych liderów to uwierzyli, że ta przyszłość nie jest tak nieodgadniona i tak okrutna. Naszą wielką zasługą jest to, że wzięliśmy tych ludzi i przeprowadziliśmy ich w to miejsce, w którym są obecnie. Następnie podjęliśmy próbę, żeby pokolenie tych przewodników trochę rozszerzyć i odmłodzić, należy przypomnieć Kasię Piekarską, Michała Tobera, Staszka Janasa – to były te osoby, które się podpisały pod zgłoszeniem nowej partii. Różnie nam z tym wychodziło, ale główną przyczyną tego, że nie jesteśmy w tym samym miejscu co wtedy, jest fakt, iż brakło nam nowego pomysłu na Polskę. Dzisiaj Włodzimierz Czarzasty próbuje kształtować ten pomysł, mówił też o tym Leszek Miller. Dodałbym jedną rzecz, być może jesteśmy ostatnią grupą polityków, w dużej mierze emerytowanych, którzy rozumieją powagę państwa. Polityków, którzy rozumieją, że nie można budować państwa ustawami uchwalanymi przez trzy godziny, które następnie sześć razy należy poprawiać. Nie można budować zdrowego państwa bez władzy ustawodawczej, a jej już nie ma, ponieważ to co jest zgłaszane jako projekty poselskie, to wszyscy wiemy, że powstaje w resortach. Nie można budować państwa bez suwerennego wymiaru sprawiedliwości. I warto, aby do tej listy ideałów, o których mówił Włodzimierz Czarzasty; i tej listy celów politycznych, o których mówił Leszek Miller, dopisać potrzebę restauracji prawdziwego demokratycznego państwa polskiego.
Marcin Kulasek podczas uroczystości obchodów 20-lecia SLD powiedział:
340 struktur powiatowych, 24 tysiące członków – to jesteście Wy wszyscy. Powołaliśmy Koalicję Europejską i w ramach jej struktur mamy najlepsze kandydatki i najlepszych kandydatów, którzy świetnie reprezentują Sojusz Lewicy Demokratycznej. My wszyscy, razem zebraliśmy ponad 130 tysięcy podpisów pod listą Koalicji Europejskiej i pragnę Wam serdecznie za to podziękować, że we wszystkich 13 okręgach listy KE zostały zarejestrowane. 26 maja wystawiamy najlepszych, nasi kandydaci zdobędą mandaty deputowanych do Parlamentu Europejskiego. A na jesieni wracamy do Sejmu, wspólnym wysiłkiem wrócimy do Sejmu, ponieważ lewica jest Polsce potrzebna!

Strajku nie można sztucznie wywołać

Dlaczego właśnie teraz nauczyciele organizują bezprecedensowy protest? Z jakimi planami i nadziejami wchodzą w drugi tydzień strajku? Jaki powinien być sens funkcjonowania całego systemu edukacji? Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Krajewskim, nauczycielem w LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie, członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego.

MKF: Jest 8 kwietnia. W całej Polsce rozpoczyna się strajk nauczycieli, 75 proc. szkół przerywa pracę. Jak jest u Ciebie?
Piotr Krajewski: Do strajku przystąpiło prawie 90 proc. nauczycielek i nauczycieli. Mniej więcej 50 osób, na ogólną liczbę pięćdziesięciu kilku. Osób, które nie przerwały pracy, jest dosłownie kilka, m.in. dwoje katechetów.
I ta solidarność się utrzymywała przez następne dni?
Niestety, część osób, które strajkowały w pierwszych dwóch dniach strajku, zawiesiły protest na okres egzaminów gimnazjalnych [LXIV LO prowadzi również klasy gimnazjalne – przyp. MKF]. Czy jeszcze dołączą? Dowiemy się w poniedziałek.
Z drugiej strony po tych kilku dniach strajku zauważyłem niemalże skokowy wzrost świadomości politycznej moich koleżanek i kolegów. Ludzie zrozumieli, że jesteśmy na „polu minowym” i że jeśli przegramy ten strajk, to zrobią z nami, co będą chcieli. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak wygrać, a nie, czy nasze działania będą zgodne z tzw. poczuciem misji. Rafał Trzaskowski, który pomógł organizować w Warszawie komisje na egzamin, był nazywany łamistrajkiem nawet przez osoby o poglądach liberalnych, a takich jest u nas większość.
Co więc zdecydowaliście?
Zacytuję stanowisko, które przyjęliśmy praktycznie jednogłośnie. Brzmi ono:
„My, nauczycielki i nauczyciele LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza z oddziałami gimnazjalnymi, stojąc na stanowisku, że jedynym powodem zakończenia akcji strajkowej może być spełnienie przez stronę rządową postulatów nauczycielskich, postanawiamy nie przerywać ani nie zawieszać strajku, dopóki nasze oczekiwania nie zostaną przyjęte przez władze.”
W tym stanowisku chodzi o to, żeby zablokować klasyfikację maturzystów. Jeśli nie przerwiemy strajku, nie będzie możliwe zwołanie rady klasyfikacyjnej.
To mocny gest. Jeszcze w ubiegłym roku byłby chyba nie do pomyślenia. Wygrałoby to poczucie misji, o którym mówiłeś, skłaniające nauczycieli, by nie upominać się o swoje zarobki, bo przecież ta praca to powołanie. Kiedy wśród pedagogów pojawiła się taka determinacja?
Już na początku marca większość nauczycieli mojej szkoły była zdecydowana strajkować. Pytali mnie, co ze strajkiem, ja wysyłałem regularnie maile informujące o rozwoju sytuacji.
A skąd determinacja? Wskazałbym kilka czynników. Swoją rolę odegrało olbrzymie wkurzenie na konkretne kłamstwa i manipulacje MEN. Do tego oczywista złość na deformę. Nie będę jednak ukrywał, że dość istotna była według mnie ogólna postawa anty-Zalewska. Większość ludzi w mojej szkole to przekonani wyborcy Platformy.
Media nie raz przedstawiały was jako roszczeniową, leniwą grupę zawodową.
Nie baliście się, że tak będzie znowu? Że zostaniecie sami, niezrozumiani, atakowani np. przez rodziców uczniów?
Nas akurat obawy o postawę rodziców nie dotyczyły. Do liceum, gdzie pracuję, chodzi młodzież raczej ze środowisk, które mógłbym nazwać liberalnymi, moim zdaniem ich rodzice też podzielają postawę anty-Zalewska.
Ale obawy jednak były. Jaka jest szansa na powodzenie strajku? – pytali mnie koledzy i koleżanki.
I co odpowiadałeś?
Że duża. Wytworzyła się bardzo korzystna konfiguracja polityczna – nauczyciele mogą liczyć na bardzo duże poparcie społeczne, ludzie są wkurzeni na Zalewską… Jeśli nie teraz, to kiedy? – w tym stylu rozmawiało się w pokoju nauczycielskim.
A pracownicy obsługi, administracji szkoły?
Przed referendum sporo z nimi rozmawiałem. Prosiłem o głosowanie na tak, tłumaczyłem, że walczymy także o ich prawa. Kierownik administracyjny naszej szkoły również sugerował im głos na tak.
Kilka lat temu ZNP, z moim niewielkim udziałem, pomógł rozwiązać pewien konflikt dotyczący płac, między dwiema pracowniczkami szkoły a dyrekcją. Udało się wyjść z niego zwycięsko, a obie panie wstąpiły do ZNP. Sądzę, że to zdecydowanie zwiększyło zaufanie pracowników obsługi do związków zawodowych.
Wróćmy do ostatnich dni. Strajk trwa, ale egzaminy gimnazjalne jednak zostały przeprowadzone. MEN triumfuje.
Szczerze mówiąc bardzo bałem się tego dnia, nazywałem go „dniem sądnym” w rozmowach z koleżankami i kolegami. Trochę mi teraz wstyd, ale pomyślałem, że to już koniec.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że przebieg egzaminów gimnazjalnych był przesądzony. Jeśli w naszej szkole, gdzie stopień zastraszenia nauczycieli jest niewielki, znalazło się bez problemu kilka osób chętnych do pomocy w przeprowadzeniu egzaminu, to w większości szkół w Polsce nie powinno być z tym problemu.
Ale to jednak nie był koniec.
Po krótkim okresie szoku, wkurzenia na łamistrajków (chociaż nie wszyscy byli skłonni ich tak nazywać) wewnętrznych i zewnętrznych, znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co możemy zrobić, żeby wygrać strajk. Ludzie chcą i będą walczyć.
Macie wsparcie uczniów?
W okresie poprzedzającym strajk w klasach, które uczę, a także w swojej wychowawczej klasie maturalnej, przeprowadziłem wiele rozmów. Może macie jakieś pytania na temat strajku? – pytałem. Mieli, i to dużo, czasami te rozmowy ciągnęły się przez całą lekcję. Uczniowie raczej akceptowali sytuację, chociaż, rzadziej, były też komentarze: co z maturami? kto ewentualnie odpowie za „zniszczenie mojej przyszłości”? W czasie strajku do szkoły przyszło kilkoro uczniów, żeby wyrazić swoje wsparcie i po prostu pogadać. Nie były to jednak tłumy.
Kolejne wypowiedzi ministrów już w trakcie strajku nie pokazują, by ktokolwiek w rządzie zamierzał choćby podjąć z wami merytoryczne rozmowy. Czy spodziewacie się, że ta postawa się zmieni? Czy też sądzicie, że naprawdę musielibyście zablokować matury, żeby zaczęto z wami rozmawiać?
Tak sądzimy. Obawiamy się jednak, że zablokowanie matur Zalewska będzie mogła łatwo obejść. Żeby zdawać maturę, trzeba ukończyć szkołę. Klasyfikacja maturzystów kończy się formułką „decyzją Rady Pedagogicznej z dnia” uczeń ukończył szkołę. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że bez tej decyzji ani rusz. Jednak Zalewska może zmienić zasady jednym zarządzeniem. Na przykład zmieni formułkę na „decyzją dyrektora szkoły” lub „decyzją ministra edukacji narodowej” i po ptakach.
Inną możliwością jest próba zablokowania egzaminów ustnych. Na każdym takim egzaminie musi być certyfikowany egzaminator i jeden nauczyciel z macierzystej szkoły. Takich ludzi nie da rady znaleźć na zasadzie łapanki. Jednak i to można obejść. Można wydać zarządzenie, że egzaminów ustnych w tym roku po prostu nie będzie, bo znajdujemy się w „sytuacji wyjątkowej”.
Mamy świadomość, że wygramy tylko wtedy, gdy zaczną się nas naprawdę bać. To jest walka na zasadzie: albo my ich, albo oni nas. I to nie nauczyciele zaczęli tę walkę – pod koniec „negocjacji” rządu z ZNP i FZZ tknęło mnie, że PiS prowadzi je w bardzo dziwny sposób…
Co masz na myśli?
Doszedłem do wniosku, że nauczycieli wręcz podburzano do strajku. Dlaczego? PiS był przekonany, że może bardzo wiele politycznie zyskać. Przerzucić odpowiedzialność za chaos wykreowany „reformą” na nauczycieli, przekierować na nich społeczną złość. Mało tego, nie wykluczam, że ktoś w rządzie kalkuluje, iż pod pretekstem niedopełnienia obowiązków służbowych będzie można wymienić niewygodnych dyrektorów na swoich, do tego spowodować falę masowych odejść z zawodu wkurzonych i rozczarowanych ewentualną przegraną strajku nauczycieli. No i wreszcie – doprowadzić do skompromitowania Broniarza, rozbicia, a nawet delegalizacji ZNP, pod pretekstem obrony „bezpieczeństwa narodowego”. Zarządzanie przez kryzys, doktryna szoku opisana przez Naomi Klein. Droga do całkowitego przejęcia systemu edukacji stałaby otworem.
Sądzisz, że ten rząd opracował tak staranny, a przy tym diaboliczny plan?
Uważam, że oni nie są głupi. Wiele wskazuje na to, że ich strategia jest bardzo dobrze przemyślana, że są raczej zawsze o ruch do przodu w tej grze. To oni dysponują informacjami, badaniami socjologicznymi. Mogli kalkulować, że nauczyciele byli do tej pory zatomizowaną i słabą grupą społeczną, niezdolną do kolektywnych działań w swoim interesie.
Oponentem rządu w tych negocjacjach są liderzy związkowi. Czy Ty i Twoi koledzy i koleżanki wierzą, że ci konkretni ludzie są w stanie bronić waszych interesów?
Nauczyciele z mojej szkoły przed strajkiem mieli liderów związkowych raczej za „tłuste koty”. Jestem jednak przekonany, że teraz ich szacunek do nich niepomiernie wzrósł. Szczególnie do Broniarza, który wykazywał się wyjątkowym spokojem i sprawnością polityczną podczas „negocjacji” z rządem. Nie jestem jednak pewien, czy stosunek do niego można nazwać zaufaniem. Ja do Broniarza przed strajkiem miałem wręcz pretensje, że jest za mało radykalny, że pozwolił na to, żeby nauczyciele byli regularnie i wręcz systemowo opluwani w mediach przez ostatnie powiedzmy 10 lat. Miałem pretensje, że nie popierał strajku dwa lata temu na początku „reformy” Zalewskiej. Z perspektywy czasu jednak mocno go doceniam za wyczucie polityczne. On wiedział, że strajk wtedy to pewna klęska. Zresztą dopiero niedawno zrozumiałem, że strajk zawsze jest wynikiem gniewu społecznego i nie można go „wywołać”. Oskarżenia rządowych mediów o to, że to prezes Broniarz podburzył ponad 500 tysięcy ludzi do przerwania pracy, są absurdalne.
Sławomir Broniarz w trakcie negocjacji raczej ustępował, łagodził główny postulat. Nie burzyliście się wtedy?
Moi koledzy przeszli nad tym dość łatwo do porządku dziennego. Zdawali sobie sprawę z tego, że ZNP nie mógł sztywno trzymać się tego początkowego tysiąca, bo łatwo propaganda rządową oskarżyłaby go o „unikanie negocjacji”. Ja się z nimi zgadzam pod względem politycznym. Szkoda mi jednak moich młodszych koleżanek i kolegów, którzy rozpoczynając pracę w szkole dostają naprawdę głodową pensję – im ten tysiąc należał się najbardziej. Teraz, w razie zwycięstwa, jak zwykle najwięcej zyskają najsilniejsi.
Żałuję pracowników obsługi szkoły – tysiąc więcej dla wszystkich był czytelnym równościowym postulatem, spełnienie którego pomogłoby być może w zbudowaniu solidarności wewnątrzszkolnej. Ci ludzie najczęściej zarabiają płacę minimalną, byłby to dla nich to olbrzymi skok. Mam nadzieję, że uda się dla nich coś wywalczyć i że nie pomyślą, że znowu zostali oszukani…
W czwartek 11 kwietnia powstał społeczny komitet wsparcia strajku, którego twarzami są m.in. szefowa konfederacji pracodawców Lewiatan Henryka Bochniarz czy znany neoliberalny publicysta Wojciech Maziarski. Jak odnosisz się do tego, że tacy ludzie nagle przedstawiają się jako zwolennicy godnego wynagradzania pracowników, dobrej publicznej oświaty? I czy nie sądzisz, że rządowi tym łatwiej będzie atakować protest jako polityczny?
Bawi mnie fakt, że głównym inicjatorem tego przedsięwzięcia jest Wojciech Maziarski – neoliberał pierwszego sortu. Ale cieszę się z tego, że powstał Fundusz Strajkowy, wiem, że on może pomóc nam zwyciężyć. Bardzo dziwna jest polityka, w której cieszę się z sojuszu z neoliberałami…
Zdaje sobie jednak sprawę, że to jest taki ich „odruch charytatywny” – łaskawe elity wspierają słabszych. „Wielmożny Pan” decyduje, komu dać.
Nauczyciele, z którymi rozmawiałam, bardzo podkreślają, że w tym strajku nie chodzi tylko o pieniądze, że stawką jest wręcz ratowanie polskiej oświaty. Jak to wygląda w Twoim przypadku – o jakie zmiany w polskich szkołach Ty walczysz?
Zmieniłbym naprawdę bardzo wiele. Absolutnie fundamentalne pytanie, jakie według mnie należy sobie zadać brzmi: Jaki w ogóle jest cel systemu edukacji? Po co on jest? Poważne debaty na temat edukacji praktycznie nie miały miejsca w III RP. Pracuję w szkole już prawie 20 lat, ale nie słyszałem, żeby ktokolwiek zadał to pytanie. Pewnie dlatego, że istnieje jakaś cicha zgoda w tej sprawie.
Ja odpowiedziałbym na nie tak – system edukacji nie powinien mieć na celu produkcji wydajnej siły roboczej podporządkowanej potrzebom rynku. Powinien służyć głównie emancypacji człowieka, być służebny wobec społeczeństwa, w którym funkcjonuje.
W gruncie rzeczy, żeby odpowiedzieć na pytanie, jakiego modelu edukacji chcemy, musimy wcześniej zastanowić się, jakiego chcemy społeczeństwa. Dlatego wcale mnie nie dziwi działalność obecnego rządu na polu edukacji. Rząd robi wszystko, żeby dostosować funkcjonowanie obecnego systemu do modelu społeczeństwa, jaki sobie wymarzył. Chyba nie ma potrzeby przypominać, jaki to model.

Bez „trójek”

Według badań zrealizowanych przez IBRiS na zlecenie Stowarzyszenia Otwarte Klatki aż 82,4% Polaków uważa, iż chów klatkowy nie zapewnia kurom odpowiednich warunków życia. Rosnąca świadomość konsumentów nie pozostaje bez odpowiedzi ze strony biznesu – już ponad 120 firm zdecydowało się zrezygnować z tzw. „trójek”. W tym gronie coraz częściej pojawiają się także sieci hoteli.
W trendzie uczestniczą najwięksi gracze – jaja z chowu klatkowego zdecydowały się wycofać sieci Marriott International i InterContinental Hotels. Decyzja jest globalna i dotyczy hoteli we wszystkich krajach. Podobny krok podjęła także sieć Scandic, która obecnie jest już w trakcie wdrażania zmiany – na poziomie globalnym proces ma się zakończyć do 2022 roku.
Często prace nad rezygnacją z jaj „trójek” rozpoczynają się stosunkowo wcześnie, a data graniczna ustalana jest na rok 2025 – taki termin wyznaczyły sobie Hotel Manor House SPA oraz hotele z grupy Louvre Hotel: Campanile oraz Golden Tulip. Natomiast sieć B&B Hotels postanowiła wyprzedzić konkurencję, deklarując całkowite wycofanie jaj klatkowych już od grudnia 2017 roku.
– Cieszy nas fakt, że kolejne hotele podejmują decyzję o rezygnacji z używania jaj z chowu klatkowego, odpowiadając tym samym na oczekiwania klientów, dla których rodzaj oferowanych w hotelowej restauracji jajek stanowi wskazówkę odnośnie ogólnej jakości usług – mówi Marta Jarosiewicz, Koordynatorka Kampanii Biznesowych OK.

Dąbrowszczacy się bronią!

W wyniku decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego, na mapę Warszawy powracają ulice Dąbrowszczaków oraz gen. Sylwestra Kaliskiego. NSA odrzucił skargę wojewody mazowieckiego na wcześniejszy wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego anulujący zarządzenie zmieniające nazwy ulic. Wyrok jest prawomocny i oznacza zwycięskie zakończenie walki z dekomunizacją w Warszawie. NSA uchylił decyzje dekomunizacyjne w sprawie wszystkich 50 nazw ulic, których zmiany chciał narzucić wojewoda. Decyzja w sprawie przywrócenia nazw 44 ulic zapadła w grudniu ubiegłego roku, trzech kolejnych – Stanisława Tołwińskiego, Krystyny Matysiakówny oraz Józefa Szymańskiego – w marcu. W przypadku jednej nazwy wojewoda nie odwołał się od wyroku WSA.
Wojewoda mazowiecki został obciążony kosztami postępowania sądowego. W uzasadnieniu decyzji NSA stwierdził, że zaprezentowane w związku z dekomunizacją opinie IPN nie mają wiążącego charakteru, a wojewoda sam nie umiał wystarczająco uzasadnić proponowanych zmian.
Na tym samym posiedzeniu zapadła również decyzja przywracająca w Makowie Mazowieckim nazwę ulicy Janka Krasickiego.
Zablokowanie dekomunizacji było możliwe między innymi dzięki społecznemu oporowi, który skłonił samorządy do wystąpienia na drogę sądową. W przypadku ul. Dąbrowszczaków mieszkańcy ulicy masowo podpisywali się pod petycją w jej obronie. Społeczności lokalne mają szansę na zwycięstwo nad dekomunizatorami dzięki wywieraniu presji społecznej i zorganizowaniu się.

Po prostu jesteśmy razem

Kinga (imię zmienione) od trzech lat pracuje na pół etatu w świetlicy szkoły podstawowej na peryferiach Opola.  Z wykształcenia jest nauczycielką wychowania fizycznego. Portalowi Strajk opowiada, dlaczego całym sercem popiera strajk środowiska nauczycielskiego. W jej szkole za strajkiem opowiedziało się 98 proc. głosujących.

Dlaczego została Pani nauczycielką?
Miałam być fizjoterapeutką, ale starając się o przyjęcie na studia dostałam się na dwa kierunki. Gdy przyszedł moment podjęcia decyzji, bez zastanowienia zrezygnowałam z fizjoterapii i zapisałam się na wychowanie fizyczne. Nie potrafię tego wyjaśnić, miałam takie przeczucie.

Nigdy Pani nie żałowała?
Nigdy! Ta praca to dla mnie satysfakcja i spokój. Jestem w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Bo to nie jest tak, że tylko ja uczę czegoś dzieci – ja również uczę się od nich. Przy dzieciach odpoczywam psychicznie.
Dzieci od razu wyłapują fałsz, nie potrafią kłamać. Nic im nie umknie. Są też bardzo wyrozumiałe. Życzę niektórym dorosłym takiej klasy i zachowania w niektórych sytuacjach, jak u dzieci. Od trzech lat nie wyobrażam sobie, bym miała przestać być nauczycielką. Będę chciała udowodnić, że zasługuję na zatrudnienie na stałe, ale co życie pokaże, to zobaczymy. W życiu dorabiałam sobie w wielu miejscach, w hurtowni części samochodowych, sklepach itp. Poradzę sobie. Szkoda by było jednak tych pięciu lat studiów.

Nauczyciel to zawód z misją do tego stopnia, że zdaniem niektórych ta misja ma wręcz zastąpić warunki pracy i podwyżki. Czy widzi Pani to poczucie misji w swoim otoczeniu? Czy sama je Pani czuje?
Tak. Wszyscy musimy uczęszczać do Miejskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli na obowiązkowe kursy dokształcające. I tam działa coś takiego, jak Klub Nauczyciela. To, co zobaczyłam w tym klubie, kompletnie odwróciło mi obraz nauczycieli. Spotkałam niesamowitych ludzi z pasją, którzy organizują szkolenia po godzinach, urządzają rozmaite akcje, projekty i innowacje. Oni żyją tym wszystkim.
Żeby trzymać się pracy w szkole, trzeba mieć charakter. Trzeba mieć w sobie sporo determinacji. Jest wielu młodych, którzy mają pojęcie, chęci i są wspaniałymi ludźmi prywatnie i zawodowo – warto na nich patrzeć i czerpać z nich przykład. Niektórzy się boją, niektórzy pracują na pokaz, ale większość to ludzie z podejściem, z misją – może nie taką, która naprawi świat, ale chociaż uczyni to, co lokalne, trochę lepszym.

Ale nie zawsze taki był Pani obraz nauczycieli?
Miałam inne zdanie, gdy nie pracowałam jako nauczycielka.
Oczywiście, jak w każdym zawodzie są też rutyniarze – tacy, którzy wiele rzeczy się naoglądali i już tylko liczą dni do emerytury. Wydaje mi się, że powinniśmy im ładnie podziękować i zrobić miejsce młodym. Oświata będzie inaczej wyglądała, jeśli wkroczy do niej świeży powiew. A tu jest coraz gorzej – jestem nauczycielką kontraktową i wydłużono mi ścieżkę awansu zawodowego. Aby wejść na kolejny stopień i zbliżyć się do 3000 zł, musiałabym przepracować około 10 lat.

A ile Pani dziś zarabia?
970 zł na rękę za pół etatu. Teraz była drobna podwyżka. Przyznano mi dodatek motywacyjny, który dostałam po dwóch latach pracy.
Nie wiem, skąd niektórym ludziom biorą się te niesamowite kwoty, które rzekomo zarabiamy. W mojej szkole dyrektorka ze wszystkimi dodatkami zarabia może maksymalnie 6000 zł, a prowadzi do tego jeszcze jeden przedmiot i ma wysługę lat.

To przez niskie pensje popiera Pani strajk?
Nie chodzi tylko o podwyżki. Osobiście walczę o wszystko: o zniesienie oceny nauczyciela przez dyrektora, o zmiany w programie nauczania, który uważam za bzdurny. Moje koleżanki czasem nie dowierzają w to, co widzą – w wielu przypadkach nie ma to nic wspólnego z nauczaniem.
Wspieram też strajk dlatego, że moja szkoła to świetne miejsce i robię to dla niej. A jednocześnie czuję, że nie ma już szacunku do nauczycieli. Byli uczniowie nie mówią już nawet nauczycielom „dzień dobry”.
W Pani szkole za strajkiem było 98 proc. głosujących nauczycielek i nauczycieli.
Byłoby 100 proc., ale jedna osoba się wstrzymała i jedna osoba błędnie wypełniła kartę. Taka solidarność napawa nadzieją.

Czuje Pani wokół siebie wzburzenie środowiska?
Tak. Do czego to dzisiaj doszło? Rząd nagle straszy społeczeństwo nauczycielami, to jest nie do pomyślenia. Ja się nie boję tego, że nie dostaję 300 zł podwyżki, mnie bardziej martwi to, co się dzieje między ludźmi, jak skaczą sobie do gardeł.
Na to wszystko idzie przykład z góry. To, co ten rząd wyprawia, woła o pomstę do nieba. Są pieniądze na głupoty, a nie ma na oświatę? W jakim my kraju żyjemy?

Przeciwnicy strajku zarzucają wam, że nie chodzi o żadną poprawę losu nauczycieli, tylko o zwykłe dokopanie PiS-owi?
Absolutnie nie! Ludzie już się w końcu wkurzyli, są naprawdę wściekli. Tu chodzi o prestiż tego zawodu. Nauczyciele chcą robić coś więcej, a nie tylko przeżyć. To nie jest tak, że nauczyciel siedzi 20 lat i nic nie robi. To bzdura.
Nawet jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby i sam się nie dokształca, i tak jest dużo obowiązkowych kursów czy szkoleń organizowanych przez dyrekcję. Szkoła cały czas nam przypomina o tym, że kształcimy się przez całe życie.

PiS sugeruje, że wielu nauczycieli jest pod wpływem ostrej retoryki szefa Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomira Broniarza, i to jego obarcza odpowiedzialnością za strajk. Jemu samemu z kolei przypisuje współpracę z tzw. totalną opozycją.
Ja nawet nie należę do związku zawodowego. Każdy z nas ma oczy i widzi, co się dzieje. Nie jesteśmy głupi. Nauczyciele to nie jest armia zombie, która pójdzie za jednym człowiekiem. To są ludzie wykształceni i obyci. Chcą protestować, bo potrafią ocenić należycie swoją sytuację, nie dlatego, że ktoś im podyktował, co myśleć i robić.

Rząd mówi też, że bierzecie za zakładników dzieci. Czy uważa Pani za etyczne, że strajkujecie w trakcie egzaminów?
Potrafiliśmy przez tyle lat zaciskać zęby, to rodzice na ten moment też będą mogli. To jest taka propaganda, gdy rząd straszy rodziców nauczycielami. Że niby dzieciom przez nauczycieli dzieje się krzywda? To jest po prostu cyrk i nieprawda.
Jak myślę o tych głosach rodziców, którzy mówią, że nie mają co zrobić z dziećmi… Trochę szacunku do siebie. Dzieci nie są żadnymi zakładnikami i przeżyją. Jak rodzice mają podrzucić dziecko na weekend dziadkom, to nie ma problemu, prawda? A jak Jasiu dostaje trójkę, to już jest alarm na całą szkołę.

To co powiedziałaby Pani dziś rodzicom?
Rozmawiamy z nimi na bieżąco. Tłumaczymy sytuację. Część rodziców, i to mnie najbardziej cieszy, bardzo nas wspiera.

Duża część?
Pracuję w świetlicy, więc nie wiem do końca, ale rodzice często mnie zagadują. Pytają nas, jak prywatnie się odnosimy do strajku. Tłumaczymy, że w godzinach pracy będziemy obecni, ale nie będziemy podejmować obowiązków.

A jak do tego wszystkiego odnoszą się dzieci?
Dzieci z podstawówki też nie wszystko jeszcze rozumieją, ale mniej więcej się orientują w tym, co się dzieje dookoła. Nie do końca jest tak, że jest euforia, bo nie będzie lekcji. U mnie w szkole sporo dzieciaków jednak nie do końca się cieszy z faktu, że przez jakiś tam czas nie będzie pani Ewy czy pani Ani, a także kolegów i koleżanek ze szkoły.

A co z innymi grupami zawodowymi w szkole? Są po stronie nauczycieli?
Tak, jak najbardziej. Uważam, że im się też podwyżka należy. Trochę się uśmiecham, bo często jest tak, że sprzątaczki wiedzą o rodzicach nawet więcej niż dyrekcja.

No dobrze, ale czy sytuacja nauczycieli naprawdę jest taka zła? Co odpowiada Pani ludziom, którzy twierdzą, że pracujecie niewiele godzin, macie wolne przez całe wakacje i na dodatek chroni Was Karta Nauczyciela.
To jest nieprawda. Niby to jest 18 godzin, ale tak naprawdę to o wiele więcej. W ostatnią środę na przykład były dni otwarte i trzeba było przystroić salę. Nauczycielki skończyły o 13:00, a później siedziały kilka godzin po pracy przez kilka dni z rzędu. Takich dni w ciągu roku szkolnego jest o wiele więcej. Powitanie wiosny, święta majowe, akademie – kto to wszystko przygotowuje, organizuje? Nauczyciele, przecież nie dzieci.
Poza tym w innym zawodzie mogłabym się z kimś zamienić i mieć wolne wtedy, kiedy chcę, jak np. znajdę tani wylot na Majorkę. U nas to tak nie wygląda. Muszę odpoczywać w konkretnym terminie, w szczycie sezonu, wydając więcej.

Jakie są nastroje przed strajkiem?
W szkole na co dzień są różni ludzie, jak w każdym innym zawodzie… Mam dużo znajomych, którzy pracują w innych szkołach, nauczyciele porozumiewają się też na grupie zamkniętej na Facebooku. Solidarnie się wszyscy organizujemy. Nie spodziewałam się takiego wysokiego wyniku w moim miejscu pracy, że aż 98 proc.
Po prostu jesteśmy razem.

Trójca patriotycznie podniecona

Nie powiodło się nam. Parlament Europejski przyjął, uważany w Polsce za wysoce niekorzystny, tzw. „pakiet mobilności”. Chodzi o kierowców TIR-ów wykonujących przewozy na terenie Unii Europejskiej.

Do tej pory nasze firmy transportowe brylowały na europejskim rynku transportowym. Nie tylko dlatego, że właściciele zainwestowali w super-sprzęt, ale też dlatego, że polscy kierowcy są po prostu tańsi niż ich francuscy, włoscy, niemieccy, czy hiszpańscy koledzy.
Tak było do czasu, gdy PE przyjął dyrektywę
o tzw. pracownikach delegowanych. Bardzo korzystną dla Polaków rozsianych w różnych krajach na tysiącach posad – od prostych, fizycznych, po skomplikowane, którzy na ogół byli wynagradzani gorzej niż pracownicy miejscowi zatrudnieni przy tych samych zajęciach, w takich samych warunkach. Dzięki jednak dyrektywie o pracownikach delegowanych Polacy będą teraz otrzymywali co najmniej płacę minimalną obowiązującą w kraju zatrudnienia. Oczywiście z możliwością jej podnoszenia na takich samych zasadach, które stosowane są wobec miejscowych. Ma to ogromne znaczenie dla wysokości ich zarobków, a także przyszłych emerytur.
No, ale dyrektywa o pracownikach delegowanych wywołała projekt objęcie nią także kierowców obsługujących przewozy międzynarodowe. To sprawa o wiele trudniejsza. Kiedy bowiem kierowca staje się „pracownikiem delegowanym”? Przecież nie w momencie przekroczenia granicy. Jeśli wiezie jakiś towar w eksporcie z Polski do konkretnego kraju, nie jest pracownikiem delegowanym, wykonuje po prostu usługę przewiezienia towaru z miejsca A do miejsca B i wraca.
Jeśli jednak przewozi towary wewnątrz Unii długimi tygodniami nie wracając do Polski, to wtedy, zdaniem części państw unijnych, staje się pracownikiem delegowanym. Nie wykonuje przewozu w te i wewte, tylko jeździ po Europie w tzw. kabotażu. A to oznacza, że powinien otrzymywać stawki takie same, jak pozostali kierowcy europejscy, czyli wyższe niż polskie. Dyrektywa zabrania też nocowania na parkingach, powrót w określonym rytmie do macierzystej bazy w kraju, itp. To oczywiście podniesie koszty polskich firm przewozowych. Mówi się, że od 25 do 30 proc., a tego wiele z nich może nie wytrzymać.
My mówimy więc, że to jest protekcjonizm wymierzony w wolny rynek usług, utrudniający Polakom swobodne konkurowanie, oni zaś mówią, że to jest walka z dumpingiem socjalnym. Kierowca opłacany gorzej, śpiący w samochodzie, a nie w hotelu, mniej kosztuje, co pozwala właścicielom firm transportowych proponować mniejsze stawki przewozowe, czyli grać nie wedle takich samych warunków, jak wszyscy.
Po licznych zawirowaniach i gwałtownych zwrotach akcji doszło wreszcie do głosowania na sesji plenarnej i… przegraliśmy. Teraz możemy już tylko liczyć na wstrzymanie całego procesu w trakcie tzw. trylogu, bo dyrektywa musi być zatwierdzona w trójkącie Parlament Europejski-Rada Europejska-Komisja Europejska. Ostatnia sesja PE, na której pakiet mobilny musiałby być zatwierdzony, przypada na 15-18 kwietnia. Być może więc uda się przeciągnąć sprawę na po wyborach, a wtedy zobaczymy, co będzie. Jeśli nie – klamka zaraz zapadnie. W każdym razie rzecz jest skomplikowana.
My jednak mamy Prawo i Sprawiedliwość
Dla nich nie ma spraw skomplikowanych, a przynajmniej nie ma takich, których nie można wyjaśnić raz, dwa.
Na scenę wkroczyła nieoceniona TVP INFO:
„Głosowanie w PE nad pakietem mobilności pokazało, że PO i szeroko rozumiana Koalicja Europejska nic nie znaczą w Parlamencie Europejskim”.
Autorzy tego stwierdzenia, to europosłowie PiS: Tomasz Poręba, Karol Karski i Ryszard Czarnecki. Ten od „wyprawy madryckiej”, ten od rozkwaszonego melexa na Cyprze i ten pierwszy w dziejach wyrzucony z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego… Tuz w tuza!
„Nasza grupa, Europejskich Konserwatystów i Reformatorów – ciągnęli swą rzewną pieśń – protestowała i zgłaszała poprawki, żeby odsunąć raport w czasie, ale nie udało nam się. Największe grupy jak Europejska Partia Ludowa, gdzie jest PO i PSL, i grupa socjalistów, gdzie jest SLD, zdecydowały wbrew prawu i regulaminowi, że te raporty będą procedowane” – syczał zatroskany Poręba, jakby europosłowie SLD, PO i PSL zostawili ich samych na placu boju i nie protestowali.
Korzystając z okazji niekumatym Poręba wyjaśniał przy pomocy łopaty, że szeroko rozumiana Koalicja Europejska w PE działa pod dyktando największych krajów – Niemiec, Francji i Włoch.
Mimo tak bezkompromisowej szarży na wrogów polskich interesów, pisowcy ciągle jednak czuli niedosyt, zmarchy orały ich czoła, ciągle było im mało… Jakby się bali, że kierowcy i właściciele firm przewozowych nie zdają sobie sprawy z ogromu czerwono-zielonej zdrady. Karski (ten od melexa) dodał więc, że i komisarz Bieńkowska (d. PO) też za „ten skandal odpowiada”. Pakietu mobilności wprawdzie nie przygotowywała, ale i nie protestowała, „gdy były przyjmowane rozwiązania niekorzystne dla Polski”.
W tej sytuacji Rychu „Obatel” Czarnecki poszedł już na całość i ujawnił wreszcie, że głosowanie nad pakietem mobilności nie było pierwszym złamaniem unijnego prawa, gdyż pierwszym było bezprawne pozbawienie go funkcji wiceszefa PE. Zdaniem tego wybitnego parlamentarzysty to dowód, że PO nie jest w stanie przekonać swoich niemieckich i francuskich partnerów, żeby głosowali zgodnie z polskim interesem.
Mijanka na zakręcie
Każdy kierowca wie, jak niebezpiecznie bywa, gdy dwa samochody muszą minąć się na zakręcie. A w tym pakiecie mobilności, co i rusz, to jakiś zakręt…
Na przykład różnice interesów…
Czy ktoś słyszał, żeby w tej sprawie wypowiedzieli się kierowcy? Czy oni coś komentują, złorzeczą może?… Nie odnotowano żadnych gwałtownych protestów z ich strony. To może oznaczać, że ich interesy różnią się od interesów właścicieli firm. Co dla właścicieli jest stratą, dla nich jest zyskiem.
„Zakrętów” jest więcej. Niejako po drodze uchwalono bowiem przepisy kompletnie nieżyciowe – np. nakazujące kierowcy nocować w hotelu lub motelu, a nie w kabinie. Tyle, że na parkingach nie ma hoteli, a samochodu żaden kierowca nie opuści, bo odpowiada za ładunek. To rzeczywiście może wyglądać na złośliwość, albo celowe utrudnianie konkurentom konkurencji. Dlatego w obronie interesów naszych przewoźników solidarnie głosowali wszyscy polscy europosłowie, a nie, jak sugerują PiS-owcy tylko oni.
Jeśli oni rzeczywiście coś zrobili, to zawalili całą sprawę! Pospołu z resztą polskich europarlamentarzystów, niestety. Trzeba otóż powiedzieć, że tego kłopotu mogłoby nie być, gdyby 25 marca, podczas głosowania nad skierowaniem kontrowersyjnego projektu pod obrady plenarne, wszyscy byli w pracy, czyli w Parlamencie Europejskim. Gdybyśmy wtedy to głosowanie wygrali, pakiet mobilny w tej kadencji w ogóle nie byłby brany pod uwagę. Do szczęścia zabrakło trzech głosów. Trzech! Nie uzbieraliśmy ich, bo polscy posłowie nie stawili się na głosowaniu. Na przykład PiS-owców zabrakło 10! Między innymi Poręby, Karskiego i Czarneckiego. Ich wymieniam, bo oni teraz gardłują najbardziej w świętym oburzeniu nad zaprzepaszczeniem polskich interesów narodowych. Tymczasem zaprzepaścili wszyscy z wyjątkiem europosłów SLD, z których brakowało tylko jednej osoby. Przebywała w sanatorium, a jak wiadomo w Polsce o terminie i miejscu leczenia sanatoryjnego decyduje NFZ, któremu nikt nie podskoczy z PE na czele. Wracając więc do patriotycznie podnieconej trójcy, chciałoby się powiedzieć, że są jakieś granice kabotyństwa, ale o PiS-ie przecież mówimy…

Przezwyciężanie historycznego podziału

Jednym z ciekawszych momentów niedawnej konwencji Koalicji Europejskiej, na której prezentowani byli liderzy list do Parlamentu Europejskiego, było wystąpienie Radosława Sikorskiego. Ten znany ze swych radykalnych wypowiedzi antykomunista otwarcie ustosunkował się do postawionego mu przez jednego z wyborców zarzutu, że zgodził się kandydować razem z komunistą Millerem. Odpowiedź Sikorskiego warta jest przypomnienia.

Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on, że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku.
Pojęcie „podziału postkomunistycznego” (użyte między innymi w wartościowej książce Mirosławy Grabowskiej „Podział postkomunistyczny” (Warszawa 2004) wywodzi się z socjologicznej koncepcji sformułowanej w latach sześćdziesiątych przez dwóch znanych socjologów polityki (a moich starszych przyjaciół) : Seymoura Martina Lipseta (1922-2006) i Steina Rokkana (1921-1979). Używali oni terminu „cleavages” tłumaczonego na polski jako „podział” lub „rozłam”. Idzie tu nie o jakikolwiek podział polityczny, lecz tylko o bardzo trwałą polaryzację wynikającą z ważnych wydarzeń historycznych. Pisząc o polityce europejskiej Lipset i Rokkan wymieniali trzy takie wielkie podziały, których korzenie tkwiły w reformacji, w rewolucjach narodowo-demokratycznych przełomu stuleci XVIII i XIX oraz rewolucji przemysłowej XIX wieku. „Podział postkomunistyczny” byłby kolejnym takim podziałem, u źródeł którego leżał stosunek do okresu rządów partii komunistycznych.
Podział ten nie we wszystkich państwach postsocjalistycznych ma jednakowo wielkie znaczenie. W szczególności nie wyznacza on w znaczącym stopniu układów politycznych w Rosji i w większości dawnych republik radzieckich. W Polsce natomiast miał on znaczenie fundamentalne, co wynika z faktu, że to w Polsce istniała najsilniejsza opozycja demokratyczna. Tak dla jej działaczy, jak i dla ludzi zaangażowanych po stronie ówczesnych władz, pamięć o tamtych wydarzeniach (w tym zwłaszcza o traumatycznym doświadczeniu stanu wojennego) stanowiła bardzo ważny wyznacznik dokonywanych wyborów.
Po 1989 roku podziały polityczne w naszym kraju były w pierwszym rzędzie odzwierciedleniem tak rozumianego „podziału postkomunistycznego”. Utrzymywał się on także wtedy, gdy zmieniał się układ sił. Po zwycięstwie Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich 1990 roku i po wyborach parlamentarnych 1991 roku wyrażał się on w izolacji wywodzącej się z PZPR lewicy, co zresztą było jedną z przyczyn niestabilności i upadku dwóch kolejnych rządów: Jana Olszewskiego w 1992 roku i Hanny Suchockiej rok później. Po imponującym zwycięstwie SLD w wyborach 1993 roku w kierownictwie tego ugrupowania pojawiła się koncepcja „wielkiej koalicji” z udziałem Unii Demokratycznej i Unii Pracy. Choć nie wszystkim działaczom naszego ugrupowania koncepcja ta odpowiadała, miała ona poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego a tym samym mogła stać się podstawą budowania polityki polskiej na podstawach innych niż historyczne podziały. W Unii Demokratycznej byli zwolennicy tej koncepcji, wśród których szczególną rolę odgrywał Jacek Kuroń. Większość grona kierowniczego tej partii była jednak przeciwna koalicji z SLD, co pociągało za sobą także odmowę udziału w koalicji ze strony Unii Pracy. Tym samym układ polityczny w drugiej kadencji Sejmu (1993-1997) odzwierciedlał historyczny podział na ugrupowania wyrosłe z PRL (SLD i PSL) oraz ugrupowania mające korzenie w antykomunistycznej opozycji. Podział ten utrzymał się przez dwie następne kadencje, w których SLD był albo najsilniejszą partią opozycyjną, albo głównym trzonem rządzącej opozycji. Podwójne zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich lat 1995 i 2000 oznaczało, że dla wielkiej części wyborców polityczny życiorys tego polityka nie był przeszkodą w oddaniu na niego głosu.
Taki układ polityczny załamał się w 2005 roku w wyniku dotkliwej klęski wyborczej SLD. Przyczyny tej klęski były nieraz analizowane, także przeze mnie, więc nie ma sensu by do tego wracać. Nie prowadziło to jednak do zaniku „podziału postkomunistycznego”. Podział ten utrzymywał się w postaci izolowania SLD, który przez następne czternaście lat pozostawał w opozycji i nie był brany pod uwagę przy budowaniu kolejnych koalicji rządowych.
Zarazem jednak od 2005 roku coraz silniejszy był nowy podział polityczny rozrywający dotychczasowy blok antykomunistyczny. W przededniu wyborów 2005 roku dość powszechne było przekonanie, że ich wynikiem będzie powstanie koalicji PO-PiS, co stanowiłoby odzwierciedlenie „podziału postkomunistycznego”, gdyż obie te partie kierowane były ( i są) przez ludzi niegdyś aktywnych w szeregach opozycji antykomunistycznej. Dlaczego tak się nie stało?
Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Sądzę, że w grę wchodziło kilka okoliczności. Pierwszą było to, że wobec wielkiego osłabienia SLD znikł jednoczący dawną opozycję czynnik walki ze wspólnym wrogiem. Drugą okolicznością było to, że wygrywając zarówno wybory parlamentarne jak i prezydenckie PiS uzyskał tak wielką przewagę na Platformą Obywatelską, że wykluczało to równorzędną, partnerską współpracę. Trzecią okolicznością były różnice programowe, co propagandziści PiS przekuli na przeciwstawienie Polski „solidarnej” Polsce „liberalnej”. Wreszcie nie bez znaczenia były ambicje osobiste przywódców, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, któremu nigdy nie układała się współpraca z niezależnymi od niego partnerami.
Konsekwencją załamania się koncepcji „PO-PISU” były długie lata wyniszczającej walki prowadzonej przez dwa ugrupowania o podobnych korzeniach historycznych. Raz jeszcze potwierdziła się prawidłowość, że najostrzejsza walka toczy się między tymi, którzy wyszli z tej samej formacji. Dotyczy to zarówno walk wyznaniowych (katolicy i protestanci, sunnici i szyici), jak i walk politycznych.
W walkach toczonych po 2005 roku między dwiema głównymi partiami polskiej prawicy SLD skazany był na rolę kibica. Jego poparcie nie było niezbędne ani jednej, ani drugiej stronie. Raz tylko SLD mógł znacząco wpłynąć na bieg wydarzeń: gdyby w 2015 roku jednoznacznie poparł Bronisława Komorowskiego. Jak wiadomo, tak się nie stało, co uważałem wtedy i nadal uważam za wielki błąd polityczny naszej formacji.
Obecne rządy PiS pogłębiły jednak podziały. Pokazały, że w grę wchodzą obecnie sprawy fundamentalne dla przyszłości Polski na dziesięciolecia: jej miejsce w Unii Europejskiej i utrzymanie zagrożonego ładu demokratycznego. Odpowiedzią na to jest powstanie Koalicji Europejskiej z partnerskim udziałem SLD. Jest to moment przełomowy – ostateczny kres „podziału postkomunistycznego” .
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.

Głos lewicy

Zdrada, ale…

Łukasz Moll komentuje postawę „Solidarności” wobec strajku nauczycieli:
Trzy spostrzeżenia wyprowadzające, mam nadzieję, poza schemat myślowy:
1. Tak, to partyjna zdrada „Solidarności” kosztem solidarności pracowniczej, ale wszystkie partyjne związki mają na swoim koncie takie smutne zagrywki. Problem jest systemowy i wypływa z punktu 2.
2. Fajnie, że nagle wszystkie partie kleją się do nauczycieli, ale trzeba im zadać pytanie: jeśli PiS, który w odróżnieniu od Was potrafił uruchomić duże programy społeczne, pieniędzy na podwyżki nauczycieli nie znalazł, to jak Wy zamierzacie znaleźć? Konkretne wyliczenia prosimy. Problem jest systemowy i wypływa z punktu 3.
3. Nie jest przypadkiem, że wszystkie ważniejsze pracownicze ruchawki ostatnich lat – nauczyciele, Czarny Protest, opiekunki osób niepełnosprawnych, pracownicy opieki społecznej, pielęgniarki, lekarze-rezydenci, „Dziady kultury”, ogrzewanie mieszkań, spór o wolne niedziele – to walki o dowartościowanie pracy reprodukcyjnej. Tu tkwi fundamentalny problem polskiego kapitalizmu: wytwarzanie rzeczy i śmieci jest bardziej cenione niż troska o ludzi, relacje społeczne, zdrowie, kulturę. Dlaczego żadna siła polityczna nie czyni tego rozpoznania rdzeniem swojej strategii i przekazu?

Żegnaj, węglu!

– Będzie perspektywa odchodzenia od węgla w sposób przewidywalny i rozsądny – mówił w „Sygnałach Dnia” Włodzimierz Czarzasty, odnosząc się do założeń Koalicji Europejskiej na nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego.
– Po pierwsze, uważamy, że odejście od węgla powinno być stopniowe i trwać około 20 lat. Po drugie wiemy, jaki będzie koszt, bo obserwujemy taki proces w Niemczech. W Polsce według nas będzie to kosztowało około pół biliona złotych. Po trzecie musi się to wiązać z innymi sprawami, to znaczy np. znalezieniem alternatywnych źródeł energii. Trzeba wdrożyć olbrzymi program oszczędnościowy energii, ocieplania budynków (…) Trzeba też zabezpieczyć pracę osób pracujących przy węglu – stwierdził lider SLD.
Info: skld.org.pl

Polexit u bram?

Bogusław Liberadzki komentuje w „Przeglądzie Socjalistycznym”:
Rząd polski demonstruje często swoją opozycyjność w Unii i to na wielu obszarach, począwszy od polityki integracyjnej, praworządności, energetycznej, klimatycznej itd. Polska chętnie też wspiera inicjatywy „konkurencyjne” w stosunku do Unii Europejskiej. Przykłady, to chociażby Trójmorze, oś Warszawa-Rzym, goszczenie przedstawicieli partii populistycznych, eurosceptycznych. Główny nurt Unii, to strefa euro wraz z Schengen. Tymczasem ciągle nie podejmuje się rzeczowej debaty w sprawie przystąpienia (lub skutków nieprzystąpienia) do strefy euro.
Polexitem nie straszy opozycja, to partie rządzące stwarzają symptomy woli wyjścia z Unii Europejskiej, pomimo deklaracji zaprzeczających. Premier rządu Zjednoczonej Prawicy zaczęła urzędowanie od wyprowadzenia flag Unii z Kancelarii, prominentni posłowie mówili o szmacie, a nie o fladze Unii, członkowie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w Parlamencie Europejskim (a do tej grupy parlamentarnej należy PiS) nie zawsze wstają, gdy jest grana „Oda do Radości”, padła wypowiedź bardzo ważnej osoby PiS, iż być może w Polsce też trzeba rozważyć potrzebę przeprowadzenia referendum na wzór brytyjski. Można usłyszeć w Polsce, że Unia jest wyimaginowaną wspólnotą, a bez środków z Unii też zbudowalibyśmy autostrady. Mówili to ludzie na najwyższych stanowiskach państwowych.
Opozycja słuchając musi więc się niepokoić i niepokój ten przekazać społeczeństwu, które jest proeuropejskie.