Stany Zjednoczone uderzyły w południowym Iranie po incydentach w rejonie Cieśniny Ormuz, gdzie irańskie siły miały użyć dronów i ostrzelać cztery statki próbujące przepłynąć bez zgody Teheranu. Kilka godzin później Gwardia Rewolucyjna ogłosiła atak na amerykańską bazę w Kuwejcie. To najpoważniejsze starcie od wejścia w życie zawieszenia broni z 8 kwietnia.
Według amerykańskich źródeł irańskie bezzałogowce stanowiły zagrożenie dla żeglugi i sił USA w rejonie cieśniny. Amerykanie zestrzelili drony, a potem zaatakowali naziemną stację kontroli w Bandar Abbas, skąd miał zostać odpalony kolejny. Teheran uznał operację za złamanie zawieszenia broni.
Po kilku godzinach odpowiedziała Gwardia Rewolucyjna. Irańczycy ogłosili atak na amerykańską bazę, początkowo bez podawania jej nazwy. Centralne Dowództwo USA poinformowało później, że Iran wystrzelił pocisk balistyczny w kierunku Kuwejtu, przechwycony przez kuwejcką obronę. CENTCOM nazwał to „rażącym naruszeniem zawieszenia broni”. Kuwejt mówi o „niebezpiecznej eskalacji”.
Trump chce wysadzić Oman
Ormuz od początku tej wojny to przede wszystkim kwestia pieniędzy. Teheran i Oman miały rozmawiać o wspólnym zarządzaniu cieśniną oraz opłatach za przepływ. Pomysł nie jest egzotyczny: po jednej stronie tego morskiego gardła leży Iran, po drugiej Oman. Gdyby taki układ wszedł w życie, oba państwa dostałyby udział w szlaku, który od miesięcy trzyma w napięciu USA, rynek ropy i żeglugę w Zatoce Perskiej.
I tu pojawia się Trump. Oman jest bliskim partnerem USA i od lat jednym z najważniejszych pośredników między Amerykanami a Iranem, często nazywanym „Szwajcarią Bliskiego Wschodu”. Mimo to prezydent USA miał zagrozić, że jeśli sułtanat opowie się po stronie Teheranu w sprawie cieśniny, Stany Zjednoczone go „wysadzą”. Ten sam Trump potrafił wcześniej opowiadać o spółce z Modżtabą Chameneim, obecnym przywódcą Iranu. Niektórzy powiedzą, że lokatora Białego Domu wkurza po prostu to, że jakiś Oman mógłby wejść w udziały w kasie, którą najchętniej widziałby po swojej stronie stołu.
Waszyngton dociska Iran także poza polem walki. Sekretarz skarbu Scott Bessent zapowiedział dziś ograniczenie działalności irańskich linii lotniczych przez odcięcie ich od lądowisk, punktów tankowania i sprzedaży biletów. Po nalotach i wymianie ognia przy Ormuzie to kolejny cios w transport i międzynarodowe połączenia Teheranu.
Izrael wciąż bombarduje
W Libanie Izrael bombardował dziś Tyr i wcześniej ogłosił, że obszary na południe od rzeki Zahrani traktuje jako „strefę walk”. Libańskie Ministerstwo Zdrowia informuje o co najmniej 14 zabitych i 21 rannych w atakach na południu kraju. Wśród ofiar, jak to bywa przy izraelskich uderzeniach, mieli być cywile, w tym dzieci.
Tel Awiw tłumaczy naloty działaniami Hezbollahu. Według izraelskiej armii w środę dron wybuchowy tej organizacji zabił jednego żołnierza i ranił dwóch rezerwistów na północy Izraela. Minister finansów Bezalel Smotrich zażądał ostrzejszej odpowiedzi i mówił o burzeniu budynków w południowych przedmieściach Bejrutu za ataki dronów Hezbollahu.
Na rynku ropy wróciły wzrosty po środowych spadkach, gdy inwestorzy grali jeszcze pod szybkie porozumienie. Brent rano zbliżył się do 97 dolarów za baryłkę, a WTI przekroczyła 92 dolary. Ceny w tej wojnie zdążyły już mocno falować, ale strzały w Ormuzie natychmiast kasują optymizm z poprzedniego dnia.
Zawieszenie broni formalnie jeszcze istnieje, bo Waszyngton i Teheran nadal oskarżają się o jego naruszanie. Dzisiejszy bilans brzmi jednak jak powrót wojny: Niestety rozejmy na Bliskim Wschodzie bywają wyjątkowo kruche.












