Robert F. Kennedy Jr, szef amerykańskiego Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej w administracji Donalda Trumpa, wrzucił do sieci film, na którym z uśmiechem łapie gołymi rękami dwa czarne węże. Z nagrania wynika, że zwierzęta właśnie kopulowały. Kennedy chwycił je za ogony, podniósł do kamery i trzymał mimo kolejnych ukąszeń.
Cała scena rozegrała się na tarasie doktora Oza, czyli Mehmeta Oza, byłego kardiochirurga i telewizyjnego celebryty medycznego, od lat krytykowanego za promowanie pseudonaukowych terapii i cudownych środków na odchudzanie. W administracji Trumpa Oz kieruje dziś Centers for Medicare & Medicaid Services, agencją odpowiadającą za Medicare i Medicaid w Departamencie Zdrowia i Opieki Społecznej.
Słychać, jak Kennedy, łapiąc węże, zauważa, że „uprawiają seks”. Pada pytanie, czy gryzą. RFK Jr odpowiada krótko: „Tak”. Śmieje się i mówi, że mają „wielkie pyski”. Cheryl Hines, jego żona, coraz bardziej nerwowo prosi: „Bobby, proszę, puść je, proszę”.
Chodziło o black racers, pospolite na Florydzie niejadowite węże, bezpieczne dla człowieka, jeśli nikt ich nie zaczepia. Kennedy przedstawił film jako usuwanie pary takich zwierząt z tarasu doktora Oza przy dopingu Cheryl. Bardziej pasowałby inny opis: rozbawiony Kennedy trzyma kąsające go gady, a jego żona błaga, żeby przestał.
Nie byłoby z tego nic poza dziwnym filmikiem z internetu, gdyby Kennedy nie stał dziś na czele amerykańskiego resortu zdrowia. Ten sam człowiek od lat należy do najgłośniejszych antyszczepionkowców w USA i powtarza antynaukowe tezy o rzekomym związku szczepień dzieci z autyzmem.
I tak pewnie część z was już to wie, ale warto przypomnieć. Tak, Robert F. Kennedy Jr jest z tych Kennedych. To syn Roberta „Bobby’ego” Kennedy’ego, byłego prokuratora generalnego USA i senatora zamordowanego w 1968 roku, oraz bratanek również zamordowanego prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Najpierw zajmował się prawem, prowadził sprawy o zanieczyszczone rzeki i walczył o ochronę środowiska. Później przyszły antyszczepionkowe teorie, trumpizm i przygody ze zwierzętami, przy których dwa kąsające węże z tarasu doktora Oza wcale nie są najmocniejsze.
W 2024 roku, podczas kampanii prezydenckiej, Kennedy przyznał, że lata wcześniej zostawił martwego niedźwiadka w nowojorskim Central Parku. Według jego relacji znalazł go przy drodze po potrąceniu przez samochód, włożył do bagażnika, bo planował oprawienie, a później zmienił zdanie. Sprawa przez lata zastanawiała nowojorskie służby.
Był też wieloryb. Córka Kennedy’ego opowiadała, że ojciec odciął piłą łańcuchową głowę martwego zwierzęcia wyrzuconego na plażę, przywiązał ją do dachu rodzinnego samochodu i zabrał do domu, żeby zbadać czaszkę. W książce opartej na jego dziennikach pojawił się jeszcze szop znaleziony przy drodze. Kennedy miał wyciąć z niego penisa, bo chciał obejrzeć go sobie później. Przy takim dorobku człowiek zaczyna się zastanawiać, czy węże miały po prostu szczęście, że były żywe.
Do tej biografii dochodzi jeszcze jedna historia, której nie wymyśliłby nawet najkreatywniejszy tabloid. W zeznaniach przy sprawie rozwodowej z 2012 roku Kennedy mówił o pasożycie, który miał dostać się do jego mózgu, uszkodzić część tkanki i obumrzeć. Lekarze szukali wtedy przyczyn problemów z pamięcią i mgły poznawczej. Kennedy twierdził później, że objawy ustąpiły. Patrząc na to, co dziś sobą prezentuje, można mieć wątpliwości, czy pasożyt zabrał ze sobą tylko wspomnienia.
Jeśli tak wyglądają ludzie na najwyższych stanowiskach w USA, nie dziwi, że z amerykańską pozycją na świecie dzieje się coraz gorzej. Technokracja to zdecydowanie nie jest.












