Gospodarka 48 godzin

Prawica wpędza w nędzę
Na koniec ubiegłego roku było aż 310 tys. osób pobierających emerytury, niższe od ustawowej emerytury minimalnej, wynoszącej pod rządami PiS zaledwie 1068 zł miesięcznie. Za taką kwotę trudno wyżyć i opłacić mieszkanie, gaz i światło, ale co gorsza, te 310 tys osób otrzymywało nie 1068 zł miesięcznie, lecz zazwyczaj dużo, dużo mniej, czasami zwykłe grosze. I to w sensie dosłownym, bo najniższe emerytury wypłacane w Polsce wynoszą 2 grosze miesięcznie. Ta nędza emerytalna nie jest jednak wyłączną winą Prawa i Sprawiedliwości. Głodowe emerytury to efekt jednej z tzw. czterech wielkich reform rządu Jerzego Buzka, które spowodowały w Polsce długi okres chaosu i stagnacji gospodarczej. Reforma emerytalna została wprowadzona przez rząd Jerzego Buzka z jasno określonym celem, którego jednak nie ujawniano, chcąc uniknąć protestów społecznych. Miała ona zmniejszyć emerytury Polaków i w ten sposób, wpędzając ich w nędzę, osiągnąć oszczędności budżetowe. Plan premiera Buzka i jego gabinetu powiódł się częściowo. Wprawdzie nieudolny prawicowy rząd nie zdołał zbilansować budżetu (dziura Bauca), ale wpędzenie emerytów w biedę udało się znakomicie. Tak jak przewidywali eksperci (a część z nich miała nadzieję, że tak się stanie), ludzie przechodzący na emeryturę w ramach nowego systemu zaczęli otrzymywać głodowe świadczenia. Dziś systematycznie rośnie liczba osób otrzymujących emerytury niższe od 1068 zł miesięcznie – bo także prawicowy rząd PiS idzie śladami Jerzego Buzka i bynajmniej nie zamierza wydobyć z nędzy tej najuboższej części polskiego społeczeństwa. Przybywa więc w naszym kraju ludzi wegetujących poniżej granicy skrajnego ubóstwa.

Blok czeka na naprawę
Nie ma już nadziei na szybkie przywrócenie eksploatacji nowego bloku w elektrowni Jaworzno, który został oddany do użytku pod koniec ubiegłego roku, ale zaraz się zepsuł. Elektrownia Jaworzno należy do państwowej grupy Tauron, a budowa tego bloku kosztowała gigantyczną sumę 6,2 miliarda złotych. Miał to być jeden z najnowocześniejszych i najtańszych w eksploatacji bloków węglowych w Polsce ale pracował krótko, bo już w styczniu tego roku doszło do pierwszej poważnej awarii, a w czerwcu do następnej. Wybudowała go firma Rafako, która zajęła się też jego naprawą. Teraz jednak władze Rafako oświadczyły, że wstrzymują prace naprawcze ze względu na zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi pracujących przy usuwaniu awarii. Wedle planów snutych wkrótce po awarii, zepsuty blok w elektrowni Jaworzno miał być naprawiony do końca lutego przyszłego roku. Dziś już wiadomo, że ten termin zostanie opóźniony o wiele miesięcy, o czym poinformowały też władze Rafako. Wezwały także Tauron do ujawnienia przyczyn uszkodzeń bloku w styczniu i czerwcu. Władze Tauronu twierdzą zaś, że Rafako żąda od ich grupy pieniędzy na naprawę bloku. To co się dzieje w elektrowni Jaworzno to kolejny dowód na to, że państwo PiS funkcjonuje tylko teoretycznie. Uruchomienie nowego bloku miało pokazać, że i energetyka węglowa może być nowoczesna. Nie umiano jednak ani porządnie dokończyć budowy tego bloku, ani zadbać o jego prawidłowe użytkowanie, a gdy doszło do awarii, nikt nie jest w stanie doprowadzić do szybkiego usunięcia uszkodzeń. I tak właśnie wygląda Polska pod rządami PiS.

Obyś cudze dzieci uczył

Obowiązki nauczycieli nie kończą się na czasie spędzonym przy tablicy, a nadgodziny to zjawisko powszechne.
Przydzielanie nadgodzin w wymiarze przekraczającym maksymalny limit, niepełne lub niewłaściwe wyposażanie stanowisk pracy, wadliwe dokumenty regulujące pracę szkół – to najczęstsze nieprawidłowości z jakimi stykają się nauczyciele w swojej pracy.
Nauczyciele, pytani o to, co najbardziej utrudnia im wywiązywanie się z obowiązków w tradycyjnym – czyli nie zdalnym – modelu nauczania, wskazują przede wszystkim na zróżnicowany poziom wiedzy i umiejętności uczniów oraz zbyt liczne klasy. Takie problemy zauważa niemal połowa uczestników badania kwestionariuszowego przeprowadzonego przez Najwyższą Izbę Kontroli. Nauczyciele są też zdania, że ich pracę mogłoby poprawić przede wszystkim zwiększenie prestiżu zawodu nauczycielskiego, a także lepsze wyposażenie sal lekcyjnych w pomoce dydaktyczne.
Jest to duże grono zatrudnionych, a ich praca ma olbrzymie znaczenie. W 2018 r. w szkołach publicznych (z wyłączeniem szkół specjalnych, policealnych oraz oddziałów przedszkolnych w szkołach) zatrudnionych było ok. 320 tys. nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących. W 2019 r. z powodu przejścia na emeryturę, liczba ta spadła do ok. 308 tys., po czym w kolejnym roku znów wrosła do ponad 321 tys. w związku z reformą edukacji – z tzw. podwójnym rocznikiem i wydłużeniem nauki w szkołach ponadpodstawowych. Jak oceniła NIK, ten poziom zatrudnienia nauczycieli (z uwzględnieniem możliwości przydziału im nadgodzin) jest generalnie wystarczający do realizowania zadań statutowych szkół. Najliczniejszą grupę stanowią nauczyciele doświadczeni, z przedziału wiekowego 46-55 lat.
W badaniu przygotowanym przez NIK wzięło też udział ponad 5 tys. dyrektorów szkół. Niemal połowa z nich deklarowała problemy z zatrudnieniem wykwalifikowanych pracowników i w roku szkolnym 2018/2019, i 2020/2021. Najtrudniej było zdobyć nauczycieli fizyki (na co wskazało 33 proc. dyrektorów), matematyki (32 proc.), chemii (24 proc.), języka angielskiego (20 proc.) i informatyki (18 proc.). Najczęściej dyrektorzy szkół rozwiązywali ten problem przydzielając innym nauczycielom nadgodziny lub publikując ogłoszenia o pracy.
Zgodnie z Kartą Nauczyciela, nadgodziny można przydzielać tylko w szczególnych przypadkach, podyktowanych wyłącznie koniecznością realizacji programu, nie więcej jednak niż 9 godzin za zgodą nauczyciela. Ale nadgodziny w polskim systemie oświatowym to codzienność.
Jak wynika z danych zebranych w Systemie Informacji Oświatowej, nadgodziny przydziela się ponad 73 proc. nauczycieli. 11 proc. pracuje w więcej niż jednej szkole (choć z deklaracji samych nauczycieli w badaniu NIK wynika, że aż 24 proc.). Najczęściej w kilku placówkach jednocześnie zatrudnieni byli nauczyciele przedmiotu „edukacja dla bezpieczeństwa” (który zastąpił przysposobienie obronne), fizyki, chemii, geografii, muzyki i techniki, najrzadziej – wychowania fizycznego.
Czas pracy nauczycieli jest specyficzny. Ustawowy czas pracy w Polsce to, z rozmaitymi wyjątkami, 40 godzin. W przypadku nauczycieli pracujących na pełnym etacie z tych 40 godzin tygodniowo tylko 18 jest jednak w pełni ewidencjonowanych, stanowiąc tak zwane obowiązkowe pensum. Praca tej grupy zawodowej nie kończy się jednak na „lekcjach przy tablicy”. Z badania NIK wynika, że ogromna większość nauczycieli najwięcej czasu z pozostałych 22 godzin przeznacza na przygotowanie do zajęć (82 proc.), a także sprawdzanie prac uczniów(68 proc.) i prowadzenie dokumentacji szkolnej (32 proc.).
Nadmierne obciążenie nauczycieli pracą może niekorzystnie wpływać na jakość procesu kształcenia, dlatego zdaniem NIK, współpraca ministra edukacji z innymi organami uprawnionymi do kontroli i nadzoru pracy nauczycieli jest konieczna. „W kwestii przestrzegania 40-godzinnego tygodnia pracy nauczycieli resort współpracował z Państwową Inspekcją Pracy w niewielkim stopniu. W ministerstwie nie analizowano również wyników przeprowadzanych przez PIP kontroli poświęconych temu problemowi” – stwierdza Izba.
Nadmierny czas pracy nauczycieli raczej nie spędza snu z powiek ministrom edukacji. W 2016 r. ówczesna minister Anna Zalewska powołała zespół do spraw statusu zawodowego pracowników oświaty, któremu zleciła wypracowanie rozwiązań systemowych i strategii dotyczących czasu i warunków pracy nauczycieli. Było to jedyne gremium skupiające przedstawicieli nauczycielskich związków zawodowych, samorządów i rządu. Z roku na rok liczba spotkań zespołu była jednak coraz mniejsza, a efekty jego działania są niezauważalne.
W 2018 r. w liście do Przewodniczącego Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” minister Zalewska zaproponowała „współpracę w umocnieniu właściwego funkcjonowania regulacji dotyczących czasu pracy i objęcie pomocą nauczycieli, wobec których są one nieprzestrzegane”. W odpowiedzi nauczycielska Solidarność przekazała resortowi listę 25 przypadków potencjalnego naruszenia przepisów prawa pracy, sygnalizując problemy związane z nakłanianiem nauczycieli przez dyrektorów szkół m.in. do nieodpłatnego przeprowadzania zajęć dodatkowych i doraźnych zastępstw. Doniesienia te podobno weryfikowali kuratorzy oświaty, ale o wynikach ich pracy związek nie został poinformowany.
Dla porządku trzeba jednak powiedzieć, że są też i nauczyciele mało obciążeni pracą. 10 proc. przedstawicieli tego zawodu zadeklarowało pracę w wymiarze dokładnie 18 godzin tygodniowo, a 12 proc. nawet poniżej pensum.
Także i liczba zrealizowanych obowiązkowych zajęć edukacyjnych była w ostatnich latach w licznych szkołach mniejsza, niż przewidziana w ramowych planach nauczania. Dyrektorzy tłumaczyli to głównie ogólnopolskim strajkiem nauczycieli (kwiecień 2019 r, strajk trwał trzy tygodnie i objął od 40 do 57 proc. szkół publicznych), sytuacją wywołaną pandemią COVID-19 (zawieszenie nauczania, zwolnienia lekarskie, kwarantanna kadry pedagogicznej), czy szkolnymi wycieczkami. Kontrola zlecona przez NIK kuratorom oświaty pokazała, że w ciągu trzech lat szkolnych problemy z realizacją zaplanowanej liczby godzin wystąpiły w niemal połowie szkół.
W ostatnich latach znikały także, jeszcze przed pandemią, zajęcia pozalekcyjne. Jak uważają specjaliści, zajęcia pozalekcyjne stanowią integralny element procesu edukacyjnego. Dzięki kołom zainteresowań uczniowie mogą rozwijać swoje zdolności, a także liczyć na wsparcie pedagogiczne w trudnej sytuacji. Mimo to, w ciągu dwóch lat – od 2016 r. do 2018 r. – w polskich szkołach zlikwidowano 65 tys. kółek zainteresowań (ich liczba zmniejszyła się z ponad 275 tys. do ok. 210 tys.). W jeszcze większym stopniu zmiotła je jednak pandemia. Kontrola NIK pokazała, że w roku szkolnym 2020/2021 tygodniowa liczba zajęć pozalekcyjnych organizowanych w celu rozwijania zainteresowań uczniów była mniejsza niż w 2018/2019 w aż połowie badanych szkół, lub nie było ich wcale.
Inna sprawa, że i nauczyciele niechętnie zajmują się kółkami zainteresowań, jeśli nie dostają za to dodatkowych pieniędzy. Ponad połowa nauczycieli (56 proc.), którzy brali udział w badaniu NIK zadeklarowała, że nie dostawała wynagrodzenia za prowadzenie kółek. Pieniędzy nie dostawało też 34 proc. nauczycieli prowadzących zajęcia psychologiczno-pedagogiczne, co w jakimś stopniu tłumaczy, dlaczego w polskich szkołach tak kiepsko funkcjonuje wsparcie psychologiczne dla uczniów.
Na pracę nauczycieli w niemałym stopniu wpływają warunki lokalowe szkół, w tym zapewnienie bezpieczeństwa (ledwo zaczął się rok szkolny, a już pojawiła się informacja, że nauczycielka została pobita przez ucznia w szkole podstawowej w Głogowie) oraz odpowiednie wyposażenie sal lekcyjnych. Tymczasem kontrola NIK pokazała, że w blisko połowie szkół nie zapewniono nauczycielom właściwych warunków i wyposażenia miejsca pracy, nie przestrzegano także przepisów dotyczących bezpieczeństwa.
Pod panowaniem PiS polską edukację gnębi ciasnota. W wielu szkołach w ostatnich latach nauczyciele nie mieli stałego dostępu do pracowni przedmiotowych lub pracowni takich nie zorganizowano. Dyrektorzy zazwyczaj wyjaśniali to trudnymi warunkami lokalowymi, zwłaszcza po wydłużeniu nauki w szkole podstawowej z sześciu do ośmiu lat oraz rozpoczęciu nauki w szkołach ponadpodstawowych przez tzw. podwójny rocznik. Wynikiem zbyt małej w stosunku do potrzeb liczby sal, było organizowanie nauki na zmiany i przekształcanie pomieszczeń w piwnicach czy korytarzy na tymczasowe sale lekcyjne, z czego wynikało oczywiście ich uboższe wyposażenie.
40 proc. nauczycieli wskazało, że nie zawsze podczas prowadzonych lekcji mieli do dyspozycji odpowiednio wyposażoną salę. Wśród najbardziej odczuwanych braków w wyposażeniu szkoły, wymieniali ograniczony dostęp do artykułów biurowych. Zapotrzebowanie na pomoce dydaktyczne w roku szkolnym 2020/2021 zgłaszała połowa badanych nauczycieli. Tylko 63 proc. tych potrzeb zostało w pełni zrealizowanych.
Z powodu nienajlepszego wyposażenia szkół i organizacji zajęć cierpią bezpośrednio także i uczniowie. Nierównomiernie są oni obciążani zajęciami w kolejne dni tygodnia, nie zapewnia się im miejsc do pozostawiania w szkole podręczników i przyborów szkolnych, a część urządzeń sanitarnych jest brudna, w kiepskim stanie lub nawet niesprawna.
Dużo korzystniejszy obraz pokazują wyniki kontroli przeprowadzonej w szkołach przez kuratorów oświaty (są oni już z rozdania PiS-owskiego). Według tej kontroli, jedynie w pojedynczych przypadkach braki w wyposażeniu sal lekcyjnych utrudniały realizację podstawy programowej, czy naruszały ustawę prawo oświatowe. Jak widać, oficjalny wizerunek polskiego szkolnictwa nieco rozmija się z rzeczywistym.

Najważniejsze, to zachować czujność

Każda inwestycja finansowa, zwłaszcza taka, która obiecuje atrakcyjny zysk przy niewielkim ryzyku, może przynieść realną stratę.
Gdy na odkładaniu w bankach faktycznie tracimy, wielu Polaków szuka innych sposobów ochrony swych oszczędności – i często kończy się to dla nich boleśnie. Szybki wzrost inflacji i rabunkowe oprocentowanie depozytów mogą skłaniać ludzi do poszukiwania innych form oszczędzania, takich jak giełda, fundusze inwestycyjne, obligacje korporacyjne czy też kryptowaluty. Przed lokowaniem tam swoich środków finansowych należy policzyć, ile pieniędzy trzeba przeznaczyć na życie, a jaki kapitał można zainwestować.
Dlatego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów apeluje o o rozważne podejmowanie decyzji inwestycyjnych i finansowych oraz ostrzega w niej przed ryzykiem utraty oszczędności. Mówi o tym rozpoczęta właśnie ogólnopolska kampania społeczna pod hasłem „Policz i nie przelicz się!”.
Jedna z podstawowych prawd mówi, ze ryzyko wiąże się z każdą inwestycją finansową. Jest tym większe, im wyższego oczekujemy zysku oraz im mniej przemyślane podejmujemy decyzje. Dlatego, choć wysoka inflacja coraz dotkliwiej podgryza nasze zasoby, konieczne jest zachowanie ostrożności.
― Obecna sytuacja społeczno-gospodarcza skłania konsumentów do zwiększonej aktywności inwestycyjnej. Niskie stopy procentowe zachęcają do zakupu nieruchomości na kredyt, a także do lokowania środków w akcje, obligacje korporacyjne, fundusze inwestycyjne czy inwestycje wysokiego ryzyka, np. kryptoaktywa. Tego typu decyzjom finansowym i inwestycyjnym towarzyszą bardzo realne ryzyka, o których jako konsumenci potrafimy zapominać, w szczególności gdy jesteśmy kuszeni rzekomo atrakcyjnymi ofertami – wskazuje Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Potrzeba tu dużo samodyscypliny. Zanim zainwestujemy swoje oszczędności lub zaciągniemy wieloletnie zobowiązania finansowe powinniśmy przeanalizować wszelkie zagrożenia, uwzględnić ewentualną zmianę warunków oraz własnej sytuacji materialnej. Należy zbadać wszystkie koszty, wziąć pod uwagę zmianę stóp referencyjnych oraz rozważyć różne scenariusze, które mogą doprowadzić do spadku wartości naszej lokaty kapitału. Trzeba też odpowiedzieć na bynajmniej mało kabaretowe pytanie: ile można stracić?. A także ocenić, czy zachowa się płynność finansową i czy możliwe będzie spłacanie rat także za kilka lat. Obok oceny ryzyka warto również wybrać zróżnicowane narzędzia mające mnożyć nasze oszczędności i nie ładować wszystkiego w jedną inwestycję. Dużo tych wskazówek i wiadomo, że mało komu chce się wykonywać tak żmudną pracę myślową.
Niestety, zawsze trzeba brać pod uwagę realną stratę zainwestowanych środków oraz zwracać uwagę na ryzyko braku możliwości spłaty kredytu w przypadku wzrostu stóp procentowych (który wkrótce może nastąpić w Polsce).
― Najważniejsze jest zachowanie czujności przy wyborze przedmiotu inwestycji. Dziś wielu przedsiębiorców próbuje przekonywać konsumentów, że to właśnie dzięki współpracy z nimi będą mogli dobrze zarobić na inwestycji. Przestrzegamy konsumentów przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Każda inwestycja, szczególnie ta obiecująca atrakcyjny zysk przy rzekomo niewielkim ryzyku, jutro może przynieść realną stratę. Warto dokładnie policzyć, czy np. będziemy w stanie pogodzić się z tymczasowym spadkiem lub utratą oszczędności ― informuje Tomasz Chróstny.
Także i, powszechnie uważane za bardzo pewne, inwestycje w nieruchomości mogą nieść zagrożenie. Może bowiem spaść wartość nieruchomości jako zabezpieczenia kredytu.
― Myśląc o zakupie nieruchomości na kredyt, konsumenci muszą pamiętać, że w przyszłości ceny nieruchomości mogą się obniżyć, a stopy procentowe wzrosnąć. W efekcie zwrócić uwagę na postanowienia umowy kredytowej, określające kroki, jakie w takiej sytuacji może podjąć bank kredytujący zakup nieruchomości ― dodaje Tomasz Chróstny.
UOKiK zwraca uwagę, aby nie działać pod wpływem emocji i nie decydować się na inwestycję w momencie, gdy jest się zadłużonym. Na inwestycje należy zaś przeznaczać tylko wolne środki, a nie te istotne, zarezerwowane na ważne cele życiowe. Warto też mieć plan B, przygotowany na pojawienie się różnych problemów powodujących zmniejszenie naszych dochodów. Łatwo powiedzieć, w sytuacji gdy wielu Polaków nie ma nawet planu A.

Gospodarka 48 godzin

Przyjaciele Rosji
Antyrosyjska retoryka, uprawiana przez Prawo i Sprawiedliwość to tylko zasłona dymna dla naiwnej publiczności. W rzeczywistości, pod panowaniem PiS nasz kraj podąża takim kursem, jaki jest najbardziej odpowiedni dla władz rosyjskich, a faktyczna współpraca obu państw układa się bardzo dobrze, zwłaszcza właśnie dla Rosji. Widać to zwłaszcza na rynku surowcowym, gdzie osiągana wartość transakcji jest największa. Tak więc, od końca 2018 r., w naszym imporcie gazu ziemnego rośnie udział gazu kupowanego przez Polskę w Rosji. Rząd PiS nigdy też na serio nie próbował zablokować budowy gazociągu Nord Stream 2 prowadzącego pod dnem Bałtyku z Rosji do Niemiec. Przede wszystkim zaś, nasz kraj kupuje w Rosji coraz więcej węgla kamiennego. Jak powszechnie wiadomo, Polska była globalnym eksporterem węgla kamiennego. Polityka prowadzona przez rządy PiS doprowadziła jednak do tego, że wydobycie krajowe zostało zmniejszone, a w powstałą w ten sposób lukę mogły wejść coraz większe dostawy węgla rosyjskiego. W pierwszym półroczu 2021 r. import węgla kamiennego przez Polskę wzrósł o 15 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku i osiągnął 6,2 miliona ton. Zdecydowaną większosć tego importu, bo 65 proc. stanowi właśnie węgiel z Rosji. To stopniowy powrót do jeszcze wyższego importu rosyjskiego „czarnego złota”, jaki pod rządami PiS został osiągnięty przed pandemią. W tej sytuacji przestaje dziwić, pojawiające się dość uporczywie pytanie: Co Rosjanie mają na Jarosława Kaczyńskiego?

Czerwcowa strata
Emeryci, przechodzący w czerwcu na „zasłużony odpoczynek”, dotychczas na tym tracili. Złożenie wniosku o emeryturę w szóstym miesiącu roku pozbawiało przyszłych emerytów jednej waloryzacji zgromadzonych składek i kapitału, co sprawiało, że ich świadczenie zawsze już było zauważalnie mniejsze, niż u ludzi, którzy zaczynali emeryturę w pozostałych miesiącach roku. Wreszcie została przyjęta nowelizacja ustawy, naprawiająca tę nieprawidłowość. Nowi emeryci nie muszą więc już unikać czerwca. Jednak ci, którzy w minionych latach przeszli na emeryturę właśnie w tym miesiącu, nie mają szans na odzyskanie utraconych części świadczeń. Rząd Prawa i Sprawiedliwości próbuje jakoś załatać trzeszczący w szwach budżet państwa, zatem nie ma takiej możliwości, aby seniorom zwrócono to, czego nie dostali wcześniej. Wydawać by się mogło, że czerwcowych emerytów nie ma zbyt wielu, bo wiedza o tym, że należy unikać tego miesiąca, była dość powszechna. Okazuje się jednak, że zdaniem rządu PiS, wyrównanie seniorom czerwcowych strat byłoby niezwykle kosztowne dla budżetu i pochłonęło około 4 miliardów złotych. Nawet jeśli są to prawidłowe wyliczenia, ta kwota wydaje się znikoma w porównaniu z sumą ponad 200 mld zł, o którą zwiększyły się środki na kontach i subkontach emerytalnych w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych po tylko jednej, tegorocznej waloryzacji składek. Rząd stara się jednak oszczędzać na świadczeniach emerytalnych, więc wyrównania za czerwiec na pewno nie będzie.

Brakuje mieszkań
Aż 37,6 proc. gospodarstw domowych w Polsce jest przeludnionych – podał Eurostat. To efekt trwałego niedoboru mieszkań w naszym kraju. Rząd PiS nic zaś nie robi, aby temu zaradzić.

Szanować partnera

Rząd PiS nie wykazuje przesadnej woli porozumienia w sporze o funkcjonowanie kopalni Turów.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości zapowiadał, że szybko i sprawnie dogada się z czeską stroną w sprawie szkód powodowanych przez kopalnię węgla brunatnego Turów. Oczywiście te obietnice były lipą. Minęło już sto i kilka dni od wydania przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej postanowienia nakazującego wstrzymanie wydobycia w Turowie – i nic.
W postanowieniu stwierdzono: „Polska zostaje zobowiązana do natychmiastowego zaprzestania wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów. Podnoszone przez Czechy zarzuty dotyczące stanu faktycznego i prawnego uzasadniają zarządzenie wnioskowanych środków tymczasowych”.
Tym niemniej, postanowienie TSUE nie wymagało wstrzymania wydobycia z dnia na dzień, a strona czeska, która wniosła skargę, postanowiła wziąć udział w negocjacjach. Informowano, że jeśli dojdzie do porozumienia z Czechami, skarga zostanie wycofana.
Polski rząd uznał to naturalnie za sposób do przewlekania całej sprawy. Z jednej strony zapewniło to nieprzerwane funkcjonowanie kopalni odkrywkowej należącej do państwowej grupy kapitałowej PGE – co nie jest bez znaczenia dla bilansu energetycznego kraju i dochodów gminy zajętej pod odkrywkę. Z drugiej, grozi eskalacją konfliktu z Czechami i rosnącymi karami ze strony Komisji Europejskiej.
Przedłużające się negocjacje między rządem polskim i czeskim nie przyniosły jak dotychczas zadowalających efektów. Tak jak i działania strony polskiej. Polska Grupa Energetyczna stawia wprawdzie podziemną ścianę pomiędzy Czechami, a kopalnią Turów, ale zdaniem czeskich specjalistów, poziom wód podziemnych nadal spada. Nie są oni przekonani, czy ściana rzeczywiście spełni swoje zadanie.
Polska do tej pory wciąż nie przyznała oficjalnie, że działalność kopalni Turów ma wpływ na wody po czeskiej stronie granicy. Czesi sygnalizują zaś, że nie ufają stronie polskiej, co negatywnie wpływa na międzynarodową opinię o rządzie PiS (inna sprawa, że tej opinii niewiele już może zaszkodzić). Od ponad od ponad trzech miesięcy nie widać postępów w tych rozmowach, a rachunek za niedostosowanie się do orzeczenia TSUE wciąż rośnie. Jeśli Trybunał przychyli się do wniosku Czechów o nałożenie kar finansowych, to obecnie wyniósłby on 2,3 miliarda złotych. Taka jest na dziś cena braku woli porozumienia.
Radosław Gawlik, prezes stowarzyszenia Eko-Unia uważa, że negocjacje idą jak po grudzie ze względu na nierzetelne informacje, które prezentuje strona polska. – To stary zarzut Czechów dotyczący Turowa. Dlatego ich rząd domaga się twardych gwarancji prawnych i finansowych zanim zgodzi się na ewentualne wycofanie wniosku do TSUE — przekonuje Gawlik, oceniając, że wisi nad nami potężna kwota przeszło 6 miliardów złotych kary, którą Polska być może będzie musiała zapłacić za niedostosowanie się do orzeczenia TSUE. Mogłaby ona zostać przeznaczona na transformację regionu, który w wyniku funkcjonowania kopalni Turów stracił już miliony złotych z unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.
Inna sprawa, że nic nie jest jeszcze przesądzone, bo nawet nadzwyczaj radykalni ekolodzy nie negują, iż tę karę trzeba będzie zapłacić „być może” – a więc nie na pewno. I wiele jeszcze wody upłynie w Odrze, zanim rzeczywiście do tego dojdzie.
Skończył się okres wakacyjny i członkowie TSUE wracają do pracy. Ponieważ stronom dotychczas nie udało się porozumieć, Trybunał znowu zajmie się czesko-polskim sporem. Pierwsza rozprawa w tej sprawie została jednak zaplanowana nieprędko, bo na 9 listopada. Trudno też oczekiwać, aby od razu wtedy na Polskę zostały nałożone kary za niedostosowanie się do orzeczenia z 21 maja. Zegar jednak wciąż tyka.
— Sposób, w jaki Polska od początku tej sprawy traktuje sąsiadów, jest skandaliczny! .PGE i polski rząd od początku sporu wokół Turowa przedstawiają nieprawdziwe informacje i manipuluje danymi. Czeski minister środowiska przyznał, że po wcześniejszym niespełnianiu obietnic przez Polskę, na słowach naszego rządu nie można już polegać. Czesi widzą, że Polska nie jest zainteresowana takim rozwiązaniem sprawy, które uchroniłoby społeczność mieszkającą przy granicy przed dalszą utratą wody – podkreśla Kuba Gogolewski z fundacji „Rozwój Tak – Odkrywki Nie”, który wyraźnie popiera stronę czeską w sporze o Turów.
Konflikt związany z Turowem jest też wykorzystywany do zwiększania międzynarodowego nacisku na stronę polską, by jak najszybciej zrezygnowała z wykorzystywania węgla w energetyce.
— Pogłębiający się kryzys klimatyczny wymaga od rządzących realizacji ambitnej strategii polegającej na odchodzeniu od spalania paliw kopalnych. Węgiel musimy przestać spalać już w 2030 roku. Konflikt wokół Turowa jak w soczewce pokazuje dokąd prowadzi uzależnienie Polski od spalania paliw kopalnych – podkreśla Anna Meres z Greenpeace, która uważa, że wyznaczenie daty odejścia od węgla pomoże regionowi turoszowskiemu w uzyskaniu wsparcia na sprawiedliwą transformację i pozwoli na zakończenie konfliktu z sąsiadami.
Tyle, że wiadomo, iż Polsce jeszcze co najmniej przez kilkadziesiąt lat będą potrzebne paliwa kopalne. I na pewno nie my najbardziej skorzystamy na szybkiej rezygnacji z nich.

Rząd ogoli polskich podatników

Parę milionów Polaków z rodzinami na pewno straci na rozwiązaniach proponowanych w „Polskim Ładzie”. Nie wiadomo, czy inni coś zyskają.
Rozwiązania podatkowe proponowane przez rząd w dokumencie pt. „Polski Ład” komplikują i tak już skomplikowany system podatkowy oraz obciążają podatkami ludzi pracujących i zmniejszają dochody własne samorządów – to, powszechne już w Polsce, przekonanie zostało jednoznacznie poparte przez stanowisko Towarzystwa Ekonomistów Polskich, które uważa, iż kluczowe zmiany w polityce gospodarczej, powinny być szeroko skonsultowane, dobrze i rzetelnie przygotowane, bez „łatek” i prowizorek, tym bardziej, jeżeli dotyczą tak skomplikowanej i ważnej materii, jak podatki i składki na ubezpieczenie społeczne. Trudno nie podzielić tego poglądu.
„System podatkowy trzeba zreformować w trybie rzetelnych, szerokich konsultacji publicznych. Opowiadamy się za prostymi podatkami, które sprzyjają pracy i inwestycjom” – także i pod tym stwierdzeniem wypada się podpisać.
Nie można wprowadzać zmian w systemie podatkowym w trybie, który narusza zaufanie obywateli do państwa i tworzonego przez nie prawa, a właśnie to ma teraz miejsce – podkreśla TEP. Rada Towarzystwa Ekonomistów Polskich zaapelowała o: „Wstrzymanie procedowania proponowanych zmian podatkowych i jednocześnie o rozpoczęcie prac nad reformą podatkową w trybie gwarantującym przygotowanie dobrej reformy oraz uczciwą dyskusję”.
W istocie, pomysły PiS-owskiej ekipy rządzącej trudno uznać za przygotowywanie dobrej reformy, zaś próby jej przeforsowania mają mało wspólnego z uczciwością.
Rada TEP już w czerwcu krytycznie odniosła się do zapowiedzi zawartych w manifeście politycznym tzw. Zjednoczonej Prawicy pod nazwą „Polski Ład”. Zasygnalizowała, że zawarte w nim propozycje jeszcze bardziej skomplikują system podatkowy. Stwierdziła ponadto, że niepokojące jest wprowadzanie do debaty publicznej nieuczciwych i niebezpiecznych argumentów konfliktujących poszczególne grupy społeczne (typu: „bogatsi nie dokładają się do budowy dróg”), co niewątpliwie utrudnia prowadzenie merytorycznej dyskusji na temat niezbędnych zmian w systemie podatkowym.
Akurat w tym przypadku członkowie Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich wykazali się naiwnością. Jakby nie widzieli tego, że sposób rządzenia Prawa i Sprawiedliwości polega właśnie na wywoływaniu konfliktów i napuszczaniu jednych na drugich!
Wybory powoli się zbliżają, a prominenci PiS rozumieją, jak ważna jest propaganda. Dlatego ogłoszony przez rząd w lipcu projekt zmian podatkowych w ramach rządowego programu „Polski Ład” jest bardzo złożony i obszerny. Chodzi o to, żeby publiczność nabrała przekonania, że obecna władza haruje dniami i nocami, żeby tylko zmieniać Polskę na lepsze. Efekt i sens tych działań jest już bez znaczenia.
TEP podkreśla, że „Polski Ład” wprowadza liczne skomplikowane mechanizmy dotychczas niespotykane w systemach podatkowych, zawiera rozwiązania prowizoryczne, przewiduje szereg wyjątków i ulg, zmienia dziesiątki parametrów podatkowych. Opublikowana przez rząd „Ocena skutków regulacji” nie zawiera kompleksowej analizy przepływów środków pomiędzy różnymi grupami ekonomicznymi i społecznymi. Co więcej, analizy wpływu projektowanych zmian podatkowych na konkurencyjność gospodarki – na inwestycje, na rynek pracy, a więc na rozwój gospodarczy – są zaledwie powierzchowne.
To, co widać niemal na pierwszy rzut oka, to fakt, iż proponowane przez „Polski Ład” zmiany oznaczają istotne uszczuplenie dochodów samorządów w wysokości aż 14 miliardów zł rocznie. Koszty zmian dla samorządów są dwukrotnie wyższe niż dla budżetu centralnego i stanowią kontynuację procesu centralizacji finansów publicznych, czyli mniej efektywnego sposobu gospodarowania środkami. Ten finansowy cios to kolejny przejaw walki, jaką Prawo i Sprawiedliwość toczy z samorządnością i państwem obywatelskim.
Pakiet wprowadzający zmiany podatkowe kojarzy się ze wszystkim, tylko nie z prostotą. Jest skomplikowany i bardzo obszerny, o czym świadczy choćby objętość dokumentu: ponad pół tysiąca stron, w tym 226 stron tekstu prawnego, 228 stron uzasadnienia oraz 54 strony oceny skutków regulacji. W „Polskim Ładzie” przewiduje się wprowadzenie około 100 nowych rozwiązań dotyczących różnych aspektów systemu podatkowego, co wymagać ma nowelizacji aż 22 ustaw i wydania nieznanej na razie liczby rozporządzeń.
Zgodnie z oceną skutków regulacji, projekt oddziaływać ma na kilkadziesiąt różnych grup podmiotów – publicznych i prywatnych – których liczebność przekracza 25 milionów. Tak więc, zdecydowana większość Polaków odczuje na sobie ciężką stopę „Polskiego Ładu”.
Przeciętny podatnik oczywiście nie jest w stanie w większości przypadków określić skutków proponowanych zmian dla swojej przyszłej sytuacji dochodowej. Podobnie eksperci ekonomiczni i podatkowi nie są w stanie w pełni ocenić skutków różnych pomysłów dla przedsiębiorców, pracowników oraz dla gospodarki (inwestycji, rynku pracy, rozwoju gospodarczego). Zwłaszcza, gdy pomysły te są płynne i niekonkretne – bo należy się spodziewać kolejnych uzupełnień i poprawek w „Polskim Ładzie”, które będą rezultatem negocjacji politycznych rządu.
Problem w tym, że te trudno przewidywalne zmiany dotyczą przecież milionów podatników. Wśród nich są 2 – 3 miliony Polaków wraz z rodzinami, którzy na pewno stracą na proponowanych rozwiązaniach. I to stracą niemało, a dla istotnej ich części opodatkowanie wzrośnie o kilkadziesiąt procent.
Propagandowa idea proponowanych zmian podatkowych jest nośna i w teorii zawiera – przynajmniej kierunkowo – dobre elementy. Rząd głosi, że zmiany te mają obniżyć klin podatkowo-składkowy dla najmniej zarabiających. Jednak to hasło nie usprawiedliwia wprowadzania prowizorek i dodatkowych komplikacji w systemie podatkowym. Nie usprawiedliwia także redystrybucji dochodów od osób aktywnych do nieaktywnych zawodowo.
Przede wszystkim zaś, nie ma usprawiedliwienia dla sposobu wprowadzania i konsultowania proponowanych zmian: w okresie wakacyjnym, w krótkim czasie, przy braku jakiejkolwiek kompleksowej i solidnej analizy skutków narzucanych rozwiązań w systemie podatkowym – wskazuje TEP. Ponadto, na tak kompleksowe zmiany w podatkach i składkach nie jest dobrym czasem okres pandemii. W obliczu zapowiadanej przez rząd, prawdopodobnej kolejnej fali zakażeń Covid-19, tworzy to dodatkową niepewność, co ogranicza skłonność przedsiębiorstw do inwestowania.
Oczywiste, że kluczowe zmiany w polityce gospodarczej powinny być szeroko i z odpowiednim wyprzedzeniem skonsultowane. Porządny, uczciwy i wystarczająco długi proces konsultacji buduje zaufanie obywateli do państwa i poprawia jakość tworzonego prawa. Tym bardziej, jeżeli dotyczy to tak skomplikowanej i ważnej materii, jak podatki i składki. PiS oczywiście dobrze o tym wie, ale ma to w głębokim poważaniu.
„Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej przedstawione fakty i argumenty, apelujemy o wstrzymanie prac legislacyjnych nad zmianami w systemie podatkowym zapisane w programie rządowym pod nazwą „Polski Ład” – stwierdza Rada Towarzystwa Ekonomistów Polskich. Jej zdaniem, zmiany podatkowe zawarte w „Polskim Ładzie” ze względu na skalę oraz znaczenie społeczno-gospodarcze powinny wrócić do poprzedzającego właściwe konsultacje. Prace powinne być rozpisane na etapy, na okres kilkunastu miesięcy. Wdrożenie kompleksowej reformy systemu podatkowego należy przygotować w ramach dialogu społecznego, z udziałem niezależnych ekspertów i wszystkich środowisk objętych zmianami – czyli, tak jak się to robi w normalnie rządzonym państwie.
Nie jesteśmy przeciwni reformie klina podatkowo-składkowego, musi ona jednak iść w kierunku prozatrudnieniowym; od dawna ekonomiści związani z TEP w wielu swoich analizach wskazywali na konieczność obniżenia obciążeń dla najmniej zarabiających pracowników, a reformie powinny przyświecać cele ekonomiczne i rozwój – uważa TEP. Wskazuje też, że system podatkowy nie powinien być instrumentem redystrybucji socjalnej, bo od tego są transfery, zaś progresja podatkowa nie jest celem samym w sobie. Celem jest niskie opodatkowanie pracowników mniej zarabiających.
Przede wszystkim zaś, cele i ramy reformy podatkowej powinny być wynikiem debaty ekspertów, a nie wynikiem sondażowych słupków i marketingu politycznego – dodaje TEP.
Istotną wadą obecnych przepisów podatkowych jest złożoność i wynikający z tego wysoki koszt obsługi zarówno dla obywateli, pracowników, przedsiębiorców, jak i dla administracji podatkowej. Jednym z podstawowych celów reformy powinno więc być uproszczenie systemu, w kierunku prostych, przejrzystych, prozatrudnieniowych podatków. System można uprościć, osiągając jednocześnie cel obniżenia klina podatkowo-składkowego dla mniej zarabiających. Należy ujednolicić podstawy składek i podatków, a także zredukować ulgi, wyłączenia i wyjątki.
Apelujemy o przygotowanie profesjonalnej, skonsultowanej, i prozatrudnieniowej reformy systemu podatkowo-składkowego. Reforma musi być oparta na konsensusie, a nie konflikcie – podkreśla Towarzystwo Ekonomistów Polskich, ale to tak, jakby namawiać wilka, by zadbał o życie i zdrowie owiec. A przecież owce są, jeśli niekoniecznie do zjedzenia, to na pewno do golenia. Tak jak polscy podatnicy dla obecnej władzy.

W mętnej wodzie łatwo łowić ryby

Rząd zanegował wszelkie poprawki Senatu zwiększające przejrzystość finansów publicznych.
Senat wprowadził do ustawy o finansach publicznych kilka poprawek zwiększających przejrzystość finansów publicznych. Zaproponowane poprawki służą zwiększeniu przejrzystości, jawności i czytelności operacji związanych z planowaniem i realizacją budżetu państwa, reguły wydatkowej, raportowania operacji sektora finansów publicznych i długu – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju. Nic nie kosztują, w większości te dane są w Ministerstwie Finansów, a Ministerstwu Finansów też powinno zależeć na przejrzystości. Jednak reprezentujący resort wiceminister Piotr Patkowski bez uzasadnienia negatywnie ocenił wszystkie poprawki. Podobnie senatorzy koalicji rządzącej.
Pierwsza poprawka dotyczyła nałożenia na ministra finansów obowiązku podawania do publicznej wiadomości danych dotyczących wykonania w ciągu roku, np. w odstępach kwartalnych lub miesięcznych, wydatków i dochodów oraz wyniku poszczególnych podmiotów objętych regułą wydatkową. Ten przepis wchodzi w miejsce skreślanego obowiązku publikacji pewnych danych budżetowych. Zakres informacyjny zaproponowany w poprawce w większości przypadków jest dostępny. Chodzi o to, aby resort zebrał te dane np. na stronie internetowej, w jednym miejscu tak, aby społeczeństwo mogło śledzić, jak wydatkowane są środki publiczne w poszczególnych podmiotach objętych regułą wydatkową. Chyba że minister finansów, który zgodnie z konstytucją odpowiada za finanse publiczne, nie ma tych danych? Nie śledzi już ich? Powstało tyle różnych funduszy, że może resort utracił już nad tym kontrolę? Mam nadzieję, że tak nie jest. Parlament musi jednak takich danych wymagać.
Druga poprawka zmierzała do doprecyzowania zasad uwzględniania w regule wydatkowej działań trwale zwiększających dochody sektora finansów publicznych (tzw. działania dyskrecjonalne). Ten element w regule wydatkowej pozwala zwiększyć wydatki na jakiś cel społeczny jeżeli trwale zapewnimy finansowanie tego transferu trwałym wzrostem jakiegoś podatku. Czyli np. nowa opłata cukrowa ma dać nowe, dodatkowe dochody i w związku z tym możemy sobie pozwolić na trwale większe wydatki w jakimś obszarze ochrony zdrowia, np. profilaktyki otyłości. Jednak w przepisie definiującym te dochody od lat jest luka, która w ostatnim okresie zawyżyła limit wydatkowy o kilka miliardów złotych. Chodzi o to, że dzisiaj w tych dochodach możemy uwzględniać nowe opłaty, podatki i daniny generowane poza podmiotami objętymi regułą wydatkową. Absurd. Tę lukę systemową, patologię wskazała Najwyższa Izba Kontroli w analizie wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2020 roku, wykazując zawyżenie limitu wydatków.
Przykładem z 2021 roku jest „opłata mocowa”, nałożona na ceny energii elektrycznej w kwocie ponad 6 mld zł. Jest ona dochodem „Zarządcy Rozliczeń”, czyli podmiotu, którego wydatki nie są zupełnie objęte regułą wydatkową. Zarządca Rozliczeń dostanie z wpływów z tej nowej opłaty kilka miliardów złotych, które wyda na swoje, ustawowe zadania. Równolegle owe kilka miliardów złotych zostało ujęte w „działaniach dyskrecjonalnych” reguły, co powiększyło limit wydatków dla innych podmiotów. De facto te 6 mld zł z nowej opłaty będzie w sektorze finansów publicznych wydane dwa razy. Istne perpetuum mobile. To tak jakby sąsiad dostał podwyżkę, a my na poczet tej podwyżki zwiększylibyśmy trwale swoje wydatki, mimo że dochód przecież jest sąsiada. Ta luka prawna w ostatnim okresie jest kreatywnie używana do omijania reguły wydatkowej na grube miliardy złotych. Poprawka jest prosta, wymaga, aby w regule uwzględniać dochody podmiotów objętych regułą, a nie dochody „sąsiada”.
Trzecia poprawka dotyczy art. 142 ustawy o finansach publicznych, w którym określona jest zawartość uzasadnienia do ustawy budżetowej. Poprawka zawiera kilka zmian. Ten artykuł jest fundamentem zakresu wiedzy, jaką dysponują parlament i społeczeństwo obywatelskie w kwestii corocznego budżetu państwa. Poprawki senatorów w kwestii art. 142 zmierzają do zwiększenia przejrzystości i jawności finansów publicznych przez określenie odpowiedniego zakresu informacji dołączanych do uzasadnienia do projektu ustawy budżetowej, w tym planów finansowych podmiotów objętych regułą wydatkową.
Senatorowie postulują między innymi, aby do ustawy budżetowej dołączać plany wszystkich (a nie tylko wybranych) podmiotów objętych regułą wydatkową. Dotyczy to na przykład planu funduszu przeciwdziałania COVID-19, czyli tego „tajemniczego” funduszu, który finansuje „czeki Morawieckiego” rozdawane samorządom według klucza politycznego. Fundusz ten ma też finansować Polski Ład. To są setki miliardów złotych. Te plany nie są dołączane do ustawy budżetowej. Czas najwyższy to zmienić. Tego wymaga przejrzystość finansów publicznych – uważa FOR.
Senatorzy postulują też uzupełnienie zakresu informacji o całym sektorze finansów publicznych według obiektywnej metodologii europejskiej. Rząd wyrzuca obowiązek prezentowania danych według niepełnej metodologii krajowej, zastępując to wymogiem podawania wyniku finansów według metodologii europejskiej i chwaląc się „przejrzystością”. To tylko pozornie ruch w kierunku większej przejrzystości, bo rząd zostawia sobie dowolność co do zakresu prezentowanych informacji. Przede wszystkim rząd chce pozbawić parlament i społeczeństwo obywatelskie informacji o wydatkach i dochodach sektora finansów publicznych. Nowy przepis ma dotyczyć tylko wyniku, czyli jednej liczby. W nowym zapisie w porównaniu do starego znikają słowa „dochodów i wydatków”. Prawdziwa „czarna skrzynka”. Tu nie może być dowolności i zdania się parlamentu na widzimisię ministra finansów.
Od lat zakres informacji w wielu obszarach w uzasadnieniu do ustawy budżetowej jest ograniczany do wymienionych literalnie pozycji. Stąd w celu zachowania zasady jawności i przejrzystości finansów publicznych konieczne jest zabezpieczenie odpowiedniego zakresu prezentowanych danych dla parlamentu i opinii publicznej. Zresztą sama Komisja Europejska, po wybrykach ze statystyką finansów w Grecji, w swoich wymogach co do statystyk finansów publicznych i odpowiednich regulacjach bardzo szczegółowo definiuje zakres prezentowanych danych. Definiuje wręcz konkretne tablice. Trzeba więc dążyć do podobnych standardów w polskiej ustawie o finansach publicznych.
Ponadto zakres informacji o finansach publicznych przedstawiany Komisji Europejskiej i agencjom ratingowym w zakresie finansów publicznych wg metodologii europejskiej jest dużo szerszy niż proponowany przez rząd nowy wymóg, który w zasadzie sprowadza się do jednej liczby. Minister Kościński mówi, że finanse publiczne są przejrzyste, bo wszystko raportuje Komisji Europejskiej i agencjom ratingowym. To niedopuszczalne, aby Sejm i Senat dostawały ubogą informację, a inne instytucje szerszy zakres. Senatorowie proponują więc dołączenie wymogu prezentacji wyniku sektora instytucji rządowych i samorządowych według podsektorów instytucjonalnych, czyli rządowego, samorządowego i funduszy ubezpieczeń społecznych. Cztery liczby zamiast jednej – to chyba możliwe?
Dodatkowo w przypadku całego sektora instytucji rządowych i samorządowych postuluje się, by omówienie uzupełnić o „dochody i wydatki” (które zniknęły), oraz rozbić je według podstawowych transakcji, czyli ile wydatków na inwestycje, ile na transfery socjalne, ile na wynagrodzenia i wydatki bieżące, ile na odsetki, natomiast po stronie dochodów, ile z podatków pośrednich, ile z dochodowych, a ile ze składek. Kilka podstawowych liczb, które są w posiadaniu resortu, chyba że teraz wynik całego sektora jest z sufitu. Takie rozbicie jest prezentowane na potrzeby Komisji Europejskiej. Polski parlament i opinia publiczna też powinna dostawać w budżecie podstawowe dane finansów publicznych w takim rozbiciu. Ponadto nowy przepis nie zawiera wymogu prezentowania długu według metodologii europejskiej. A to właśnie dług poprzez kreatywne operacje w 1/5 został wypchnięty poza definicję konstytucyjną. Senatorowie wprowadzają więc wymóg prezentacji obu definicji i rozliczenie tej różnicy. Czy to dużo?
Kolejna zmiana dotyczy rozliczenia różnicy w podejściu krajowym i europejskim. Wszystkie plany szczegółowe, w tym sam wynik budżetu państwa będą prezentowane według metodologii krajowej. Stąd bez odpowiednich informacji nie będzie możliwe powiązanie danych według metodologii krajowej z danymi według metodologii europejskiej. To tak, jakby składowe, poszczególne plany, były mierzone według jednostek metrycznych, a wynik całego sektora według jednostek imperium brytyjskiego. W tym przykładzie znamy klucz, jak przejść z mil na kilometry czy z funtów na kilogramy. Ale w przypadku finansów publicznych jest to bardzo trudne. Bez kluczy przeliczeniowych, bez tablic przejścia i jego omówienia obraz finansów jest nieprzejrzysty.
Minister finansów dwa razy do roku przekazuje Komisji Europejskiej rozliczenie pokazujące przejście z metodologii krajowej do metodologii unijnej ESA2010. Takie informacje powinien otrzymywać również polski parlament. Jest to niezbędne do zwiększenia przejrzystości i rozliczalności finansów publicznych. W przeciwnym przypadku wynik sektora finansów publicznych, nawet podawany według metodologii ESA2010, będzie „czarną skrzynką”, którą będzie trudno rozliczyć z planami zawartymi w ustawie budżetowej. Polski Sejm i Senat powinien dostawać, podobnie jak Komisja Europejska, rozliczenie przejścia z metodologii krajowej do metodologii europejskiej. I musi to dotyczyć planu budżetowego. To postulują senatorowie.
Kolejna zmiana dotyczy zwiększenia przejrzystości reguły wydatkowej. W tej poprawce chodzi o to, aby podać krok po kroku, z czego składa się limit wydatkowy, jak od kwoty wydatków dochodzi się do limitu nieprzekraczalnego, a z limitu do wydatków budżetu państwa. Dzisiaj reguła wydatkowa jest również „czarną skrzynką”. Te informacje są oczywiście w Ministerstwie Finansów, to jest tzw. schemat reguły wydatkowej. Czas ujawnić te dane. Tego chce polski Senat w imieniu społeczeństwa obywatelskiego.
Co na te wszystkie poprawki minister Patkowski? NEGATYWNIE!
Zgłoszone przez senatorów poprawki to niezbędne minimum zmian służących przejrzystości finansów. Zmiany te realizują wskazania NIK zawarte w analizie wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2020 roku: „Najwyższa Izba Kontroli wskazuje także na potrzebę zwiększenia przejrzystości finansów publicznych”.
Jednak docelowo potrzebna jest gruntowna reforma jawności, przejrzystości i rozliczalności finansów publicznych. Bo jak wskazuje NIK, „zasadne jest przywrócenie budżetowi państwa odpowiedniej rangi związanej z jego szczególnym charakterem oraz centralną pozycją w systemie finansów publicznych”. To wymaga redefinicji pojęcia „budżet państwa”, gruntownego przebudowania układu i szczegółowości prezentowanych danych, tak aby to SPOŁECZEŃSTWO, a nie agencje ratingowe, czy nawet Komisja Europejska, jak się tłumaczy minister Kościński, były usatysfakcjonowane. Przejrzystość jest dla nas. Nie dla agencji i rynków finansowych.

Marzenia o dobrym szefie

O tym, czy pracownicy dobrze czują się w pracy, decydują przede wszystkim relacje z bezpośrednim przełożonym.

W ostatnim czasie czynnikami decydującymi o skuteczności menedżerów stały się zdolności komunikacyjne oraz empatia wobec podwładnych i sytuacji w jakich się oni znajdują. Szefowie zespołów powinni bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zwracać uwagę na samopoczucie członków swoich zespołów i starać się zrozumieć czego potrzebują i co wzbudza ich największe obawy. Dzięki temu mogą udzielić pracownikom wsparcia dopasowanego do nowej sytuacji, motywować ich do dalszej pracy oraz wskazać kierunek działań i – co bardzo ważne – odpowiednio go uargumentować.
W Polsce aż 76 proc. zatrudnionych pozytywnie ocenia swoje relacje z szefami i docenia ich starania w czasie pandemii. Tak dobry wynik przynosi badanie firmy doradztwa personalnego Hays Poland na temat relacji z przełożonymi oraz cech, które zdaniem pracowników są wyróżnikami dobrego menedżera. W sondażu przeprowadzonym w okresie od czerwca do sierpnia 2021 roku wzięło udział blisko 1.800 respondentów zatrudnionych w różnych sektorach.
Ponad 3/4 pytanych pozytywnie oceniło swój kontakt z bezpośrednim przełożonym, a 16 proc. określiło go jako neutralny. Świadczy to między innymi o rozwoju kompetencji menedżerskich wśród osób pełniących role kierownicze. Chociaż pandemia i wysoka dynamika towarzyszących jej zmian organizacyjnych unaoczniła braki kompetencji u niektórych menedżerów, to w wielu przypadkach pokazała też odpowiedzialne przywództwo, skoncentrowane na pracowniku i jego potrzebach – i są to zmiany dostrzegane przez zatrudnionych w Polsce.
Respondenci zapytani o to, czy ich przełożony sprostał wyzwaniom związanym z pandemią, najczęściej udzielali odpowiedzi twierdzącej. Odpowiedź „tak” zaznaczyło 43 proc. respondentów, a „raczej tak” kolejne 29 proc. Zaledwie 12 proc. negatywnie oceniło skuteczność przełożonych w czasie pandemii.
Zdaniem pracowników dobry menedżer powinien posiadać cechy związane zarówno ze sprawczością i skutecznością w biznesie, jak i budowaniem poczucia wspólnoty. Ankietowani twierdzą, że dobry przełożony powinien wykazywać się wiedzą, konsekwencją w działaniu oraz odpowiedzialnością za podejmowane decyzje. Wśród kompetencji miękkich menedżerów respondenci jako najważniejsze najczęściej wymieniali otwartość, komunikatywność, umiejętność aktywnego słuchania i motywowania. Często pojawiały się również odpowiedzi związane z empatią i szacunkiem do innych, nierzadko formułowane jako tzw. „bycie człowiekiem”, okazywanie ludzkiej twarzy w relacjach zawodowych.
Według ekspertów rynku pracy, u podstaw dobrych relacji z zespołem leży przede wszystkim otwartość menedżera na potrzeby swoich współpracowników. Menedżerowie powinni stawiać na jasną komunikację, przedstawiać konkretny plan działania oraz strategię. W rezultacie członkowie zespołu zyskują poczucie dążenia do wspólnego celu, co przekłada się na wzrost zaangażowania. Jeśli firma przechodzi transformację lub znajduje się w trudnej sytuacji, to warto informować współpracowników o zachodzących zmianach, jednocześnie dając im pewność, że menedżer robi wszystko, aby zadbać o ich interes.
– Sprawowanie funkcji liderskiej jest tak naprawdę działaniem na rzecz innych. Od osoby, która po raz pierwszy obejmuje funkcję kierowniczą wymaga to zmiany myślenia, ponieważ od tej pory na polu zawodowym przestaje być indywidualną jednostką, a staje się „głową” całego zespołu, za który odpowiada. Przy czym ta odpowiedzialność dotyczy nie tylko wyników, ale też satysfakcji i ogólnego dobrostanu pracowników. Jeśli menedżer jest tego świadomy, to ma to ogromny, pozytywny wpływ na relacje. Podwładni bardzo doceniają taką postawę – komentuje dyr. Aleksandra Tyszkiewicz z Hays Poland.
Atmosfera w pracy wpływa na satysfakcję pracowników z życia zawodowego, może również ich motywować lub zniechęcać do podejmowania dalszych kroków związanych z pracą. Aż 66 proc. respondentów stwierdziło, że jakość relacji z przełożonym wpływa na ich plany zawodowe. Odsetek osób potwierdzających tę zależność jest wysoki zarówno wśród osób pozytywnie, jak i negatywnie oceniających swoje relacje z przełożonym (kolejno 64 i 76 proc.).
Pozytywne relacje z szefem dla wielu pracowników są dodatkowym argumentem za pozostaniem w firmie. Natomiast jeśli przełożony jest dla swojego podwładnego mentorem i okazuje wsparcie w zdobywaniu nowych umiejętności, to takie działania przyczyniają się do ogólnego rozwoju zawodowego pracownika. Gdy relacje z przełożonym są złe, to najczęściej jest to jeden z głównych powodów dążenia do zmiany miejsca pracy.
O tym, jak ważny dla pracownika jest dobry menedżer i jego styl zarządzania oraz jak wielki wpływ ma to na satysfakcję z pracy, rekruterzy słyszą na niemal każdej rozmowie kwalifikacyjnej. Kandydaci mówią czasem o nienajlepszych relacjach z przełożonymi. Zawsze jednak mają nadzieję na zbudowanie pozytywnej relacji w nowym miejscu pracy.
– Pełnienie funkcji menedżerskiej to praca na rzecz swojego zespołu i całej organizacji. Ta rola nie polega na wydawaniu rozkazów, lecz prowadzeniu stałej konwersacji w sposób zrozumiały i podparty faktami – dodaje Aleksandra Tyszkiewicz. Oby zrozumieli to wszyscy szefowie

Gospodarka 48 godzin

Rząd oszczędza na 500 plus
PiS-owska ekipa szuka sposobu, by zmniejszyć strumień pieniędzy przekazywany rodzinom w ramach świadczenia 500 plus, a jednocześnie nie stracić poparcia wyborców. Nie wiadomo, czy to się uda, bo nowy pomysł rządu zmierza do wprowadzenia utrudnień w pobieraniu tego świadczenia przez uboższych i gorzej wykształconych Polaków – a właśnie oni są jądrem elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Rząd chce wprowadzić obowiązek składania wniosków o 500 plus wyłącznie w sposób elektroniczny. Wypłata tego świadczenia nastąpi zaś jedynie w formie bezgotówkowej. Dziś wnioski można składać także pisemnie, a pieniądze odbierać na poczcie albo w urzędzie gminy. Z tych możliwości chętnie korzystają właśnie osoby uboższe, słabiej wykształcone i wykluczone informatycznie, nie mające komputera, konta w banku ani karty bankomatowej. Część tych osób przynajmniej przez jakiś czas nie będzie mogła złożyć wniosku internetowego bądź odebrać świadczenia – i zapewne na te oszczędności liczy rząd PiS. „Mając na względzie ogromną skalę programu oraz ponoszone na niego nakłady finansowe, zasadnym jest weryfikacja i optymalizacja procesu przyznawania i obsługi świadczenia 500 plus /../ Zakłada się wykorzystanie wyłącznie elektronicznych kanałów składania wniosków i wypłatę świadczeń jedynie w formie bezgotówkowej” – podkreśla rząd. Nowe ograniczenia w programie 500 plus przygotowało Ministerstwo Rodziny, które zadbało także o udzielenie wsparcia bankom komercyjnym. Dzięki decyzjom rządu PiS część świadczeniobiorców zostanie bowiem zmuszona do założenia rachunków bankowych, na czym skorzysta sektor bankowy. Rząd PiS oczekuje, że za sprawą ograniczeń w programie 500 plus uzyska znaczące oszczędności finansowe, mogące wynieść nawet 3,1 mld zł w ciągu dziesięciolecia 2022 – 2031.

Zwycięski tornister
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przetestował szereg modeli tornistrów. Wprawdzie uczniowie przeważnie korzystają z plecaczków, ale może w wyniku zainteresowania ze strony UOKiK – bo przecież nie testuje się produktów bez znaczenia – nastąpi ożywienie w branży tornistrowej (choć raczej nie w krajowej, bo tornistry to przeważnie import z Chin). Specjaliści gruntownie badali, czy tornistry mają odblaski, jak funkcjonalne są ich uchwyty, szelki i budowa, ile ważą, czy wytrzymują upadki z wysokości oraz obciążenia, czy zapewniają bezpie­czeństwo dla kręgosłupa dziecka. „Tornister to podstawowy punkt na liście wyprawki szkolnej. Spe­cjaliści z laboratorium UOKiK ocenili tor­nistry pod kątem ich funkcjonalności i wytrzymałości. Spraw­dzili też, ile waży każdy model, i czy spody tornistrów są wodoodporne” – podkreśla prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Tornistry wybierano na podstawie gruntownego badania rynku wykonanego przez Inspekcję Handlową w sklepach internetowych i stacjonarnych w całej Polsce. Zbadano je w specjalistycznym laboratorium UOKiK. Przeszły 190 testów, podczas których uzyskano 1723 wyniki cząstkowe, poddane gruntownej analizie przez ekspertów z UOKiK. Dla uzyskania stuprocentowo wiarygodnych wyników, badania wszystkich modeli wykonano w tych samych warunkach. „W 6 badanych kategoriach przyznaliśmy określoną liczbę punktów. Po zsumowaniu okazało się, że liderem został tornister marki Kayokki” – oświadczył UOKiK. Ta rekomendacja ze strony ważnego urzędu państwowego ma duże znaczenie reklamowe dla zwycięskiej marki.

PRL – tak jest jak się państwu zdaje

Wspomnienia z czasów naszej młodości, gdy tzw. Polska Ludowa była jedynym ustrojem, z jakim mieliśmy do czynienia. Dla połowy Polaków to czas, który znają jedynie z książek lub z opowiadań starszych.
Zatytułowałem niniejszy tekst słowami Pirandella, bo dobrze pasują do wrażenia, jakie odniosłem po lekturze książki Jolanty Czartoryskiej „Każdy miał swój PRL. Opowiadania nostalgiczne”. Książkę przeczytałem zaś z dużym zainteresowaniem i niemal jednym tchem. Raz z powodu bliskości generacyjnej – ojciec autorki urodził się w 1927 roku, a mój w 1925 i oboje należymy do wyżu demograficznego lat 50. o którym wspomina autorka; dwa – z prostej chęci poznania tego, jak autorka widziała PRL; wreszcie trzy i chyba najważniejsze – dlatego, bo od razu zobaczyłem, że zgodnie z tytułem, moja Polska Rzeczpospolita Ludowa była nieco inna, niż PRL autorki. Mówiąc najkrócej, widziałem tam więcej ciemnych barw.
Cóż, jak zwraca uwagę sama autorka, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – a moim dziecięcym punktem siedzenia było przeludnione małe mieszkanie przy ul. Brzeskiej 13 (adres chyba wiele wyjaśnia). A także, by powiedzieć oględnie: zapamiętany niedostatek środków materialnych. Zapamiętany między innymi w dziwny, infantylny sposób: otóż na Brzeskiej moim częstym daniem śniadaniowym był chleb z cebulą, a kolacyjno-deserowym – chleb z cukrem. Przez lata potem nie znosiłem cebuli, ani posypywania pieczywa cukrem. Teraz zaś, w podeszłym wieku, z przyjemnością raczę się czasami chlebem z cebulą, zaś jako przerywnik deserowy chętnie stosuję chleb z cukrem. A z dzieciństwa zostało mi też, że podejrzliwie traktuję przedstawicieli tzw. inteligencji.
Wracając zaś do punktu siedzenia: inaczej, niż w przypadku rodziny Jolanty Czartoryskiej, nikt z mojej rodziny nigdy nie pracował w jakichkolwiek strukturach PRL-owskiej władzy ani nie miał z nią żadnych związków. Mój ojciec nie był „ważną figurą w mieście i w powiecie” (jak tata autorki), nie miał samochodu służbowego, nie mieliśmy telewizora już w 1962 roku o telefonie oczywiście nie mówiąc, nie było mowy o tak kosztownym zakupie jak pianino, nie podróżowałem, jak autorka, w liceum do ZSRR (i za żadną inną granicę) ani nie uczestniczyłem w obozach na które przyjeżdżali uczniowie z zagranicy. Moja mama inaczej niż mama autorki oczywiście musiała pracować, żeby było z czego żyć i nie mogła gospodarzyć tylko wypłatą ojca. Na studiach mym jedynym obowiązkiem nie była zaś nauka, bo dorabiałem w spółdzielni studenckiej.
Nie przeżywaliśmy także żadnych rodzinnych dylematów, czy dziadka pochować w trybie świeckim (co wybrała rodzina autorki) czy religijnym. Oczywistością było też, że w rodzinach moich rodziców brało się śluby kościelne, a dzieci chrzciło i posyłało do komunii oraz na religię, na którą naturalnie chodziłem i ja.
Mój ojciec zmarł ponad 40 lat temu, mama przed 20 laty. I oni, i ja widzieliśmy to, co widział każdy: że w PRL oczywiście są równi i równiejsi, a ci równiejsi to bynajmniej nie robotnicy i chłopi. To nie oni mieli łatwiejszy dostęp do różnych dóbr, usług, świadczeń (pamiętam, że na wczasy załapaliśmy się raptem raz) czy talonów. Nie oni pierwsi dostawali wygodne mieszkania z przydziału, nie do nich przychylniej odnosiła się każda władza, od milicjanta na ulicy po urzędników we wszelkich okienkach; nie oni byli lepiej leczeni i z większą uwagą traktowani w szpitalach. To ostatnie piszę z powodów mocno osobistych, bo gdyby moja mama była pod uważniejszą opieką w szpitalu, to moja mała siostra nie udusiłaby się w trakcie porodu – ale my byliśmy tylko mało znaczącymi ludźmi z Brzeskiej.
Różnice w widzeniu „swojego” PRL-u więc są rzeczą oczywistą, ale broń Boże nie chcę przekonywać, że za „straszliwych czasów” tzw. Polski Ludowej jakoś cierpiałem (bo trudno do tych cierpień zaliczyć przesłuchiwania przez tzw. komisję weryfikacyjną w stanie wojennym czy kilkumiesięczne zawieszenie w pracy), byłem gnębiony czy indoktrynowany. Tak nie było, co mogą zresztą powiedzieć także i obecni PiS-owscy prominenci, którzy robili kariery już w PRL. Moja rodzina, jak wspomniałem, nigdy nie miała nic wspólnego z aparatem żadnej władzy, ja nigdy nie miałem nic wspólnego z Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. Nigdy też nie było to powodem jakichkolwiek przykrości, choć być może żyło nam się ciut trudniej.
Autorka o swoim życiu w PRL, prezentowanym szczerze i zarazem dość barwnie, pisze: „Ukształtował mnie strach /…/ Wiem, czego bał się mój tato i wiem, czego bałam się ja”.
Gdy natomiast ja sięgam w przeszłość, to uświadamiam sobie, że bałem się, że dostanę w dziób na podwórku albo w szkole – bo jak trafnie wspomina jeden z mych klasowych kolegów, było sztuką przetrwać cały dzień w naszej podstawówce i nie oberwać. Innych strachów raczej nie pamiętam, może dlatego, że moja rodzina nie za bardzo miała coś do tracenia.
Są różnice w naszym widzeniu PRL-u, ale jest też co oczywiste, sporo podobieństw. Tak jak autorka nie mogłem pojąć, od czego właściwie zaczęły się wydarzenia marcowe. Do dziś zresztą ich geneza jest tajemnicza. Pochód pierwszomajowy uznawałem raczej za atrakcję, niż za przymus. Lubiłem „Stawkę większą niż życie” i nadal chętnie ją oglądam. Podobały mi się „dobranocki” telewizyjne i „Zwierzyniec”. Też pamiętam, że na prawie każdej zamarzniętej kałuży ślizgaliśmy się na łyżwach (miałem je przykręcane do butów). Również i dla mnie egzamin do liceum był wyzwaniem. Wymieniać mogę dłużej.
Przy okazji dodam, że i ja w czasach studenckich miałem okazję poznać prof. Wiktora Zina. Wręczał mi wyróżnienie w konkursie na najlepszą pracę magisterską. I w tym momencie widzę jeszcze jedną zaletę książki Jolanty Czartoryskiej – że otwiera kolejne pudełka ze wspomnieniami.