Ubywa praw, ubywa sprawiedliwości

W Polsce pod rządami PiS praworządność staje się rzadkim dobrem. Wyraźnie pokazuje to światowy Indeks Praworządności.  

 Indeks Praworządności opracowywany i publikowany jest  corocznie przez konsorcjum naukowo-badawcze World Justice Projects,  finansowane przez fundację w której występują m. in. Bill i Melinda Gates, Microsoft oraz Departament Stanu USA.

Indeks Praworządności 2020  obejmuje wyniki badań przeprowadzonych w 128 krajach, na podstawie fachowych ekspertyz  (ok. 3.800) prawniczych, socjologicznych i ekonomicznych – oraz ankiet (uwzględniających około 500 zmiennych) przeprowadzonych wśród 400.000 gospodarstw domowych.

Z Polski w badaniach wzięło udział 17 wybitnych specjalistów z trzech uniwersytetów i 10 znanych kancelarii adwokackich. Badania ankietowe przeprowadzono w Polsce w okresie maj – listopad 2019 r. na tysiąc osobowej próbie losowej z Krakowa, Warszawie i Łodzi. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.worldjusticeproject.org.

Wypadamy coraz gorzej

  Polska zajęła w Indeksie Praworządności 2020 dopiero 28. miejsce, z wartością indeksu 0,66 (w skali 0 – 1,0) !. To o trzy miejsca gorzej niż dwa lata wcześniej. Natomiast w 2016 roku Polska zajmowała w tym Indeksie 22 miejsce.

Raport operuje ośmioma zbiorczymi czynnikami (oraz 49 szczegółowymi wskaźnikami przestrzegania prawa): Są to 1. Uprawnienia władcze rządu (6 wskaźników), 2. Występowanie korupcji (4 wskaźniki) , 3. Otwartość rządu (4 wskaźniki), 4. Podstawowe prawa człowieka (8 wskaźników), 5. Porządek i bezpieczeństwo (3 wskaźniki), 6. Regulacje dotyczące swobód obywatelskich (5 wskaźników), 7. Sądownictwo cywilne (7 wskaźników) i 8. Sądownictwo karne (7 wskaźników). Indeks jest średnią arytmetyczną ważoną tych wymiarów.

Czołówka rankingu przestrzegania prawa to: Dania (wartość indeksu 0,90), Norwegia, Finlandia, Szwecja i Niderlandy.

Wartość Indeksu dla Danii wynosi 0,90 a dla Polski – 0,66. Taki jest obecnie nasz dystans do najlepszych. Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy dopiero 16 miejsce a wśród 38 krajów o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca – 26 miejsce. 

Spośród nowych krajów UE przed nami są: Estonia (10 miejsce), Czechy (18) i Słowenia (24). Za nami znajdują się Rumunia (32), Chorwacja (39), Bułgaria (53), Węgry (60). Litwa, Łotwa i Słowacja nie występują w tym indeksie.

USA zajmują 21 miejsce w Indeksie Przestrzegania Prawa 2020. Chiny – 88, a Rosja 94. Spośród naszych sąsiadów, Białoruś zajmuje 68 miejsce, zaś  Ukraina – 72.

Ostatnie miejsca w Indeksie Przestrzegania Prawa zajmują obecnie: Egipt, Demokratyczna Republika Konga, Kambodża i Wenezuela.

Jak rząd PiS przestrzega prawa

Oceniając bardziej szczegółowo według poszczególnych czynników, trzeba zauważyć, że w Indeksie Praworządności 2019 (szczegółowych danych do tegorocznego indeksu jeszcze nie opublikowano), w zakresie przestrzegania przez rząd posiadanych uprawnień Polska zajmuje dopiero 50 miejsce  (pomiędzy Botswaną i Senegalem).

Jeśli chodzi o postrzeganie korupcji, nasz kraj zajmuje 21 miejsce (pomiędzy USA i Portugalią). W obszarze otwartości rządu wobec obywateli zajmujemy  30 miejsce (pomiędzy Włochami i RPA), w przestrzeganiu podstawowych praw człowieka – 38 (pomiędzy Namibią i Chorwacją), w zakresie zapewnienia porządku i bezpieczeństwa – 19  (pomiędzy Australią i Niderlandami), w zakresie przestrzegania regulacji prawnych dotyczących swobód obywatelskich – 30 miejsce (pomiędzy Barbadosem i Botswaną).

Jeśli chodzi o praworządność w sądownictwie cywilnym, Polska zajmuje  31 miejsce (pomiędzy USA i Jordanią). W zakresie sądownictwa karnego jesteśmy zaś na 25 miejscu (pomiędzy Wyspami Bahama i Portugalią).

Indeks przestrzegania prawa 2020

1. Dania 0,90

2. Norwegia 0,89

3. Finlandia 0,87

4. Szwecja 0,86

5. Niderlandy 0,84

———-

26. Chile 0,67

27. Włochy 0,66

27. Polska 0,66

29. Barbados 0,65

Atomowa strefa wpływów

Rosyjskie elektrownie jądrowe, z pomocą państwa zaczynają podbijać świat.

The New York Times pisze, że rosyjska spółka państwowa Rosatom  finansuje i buduje reaktory na całym świecie, czerpiąc dla Moskwy zarówno zyski, jak i wpływy geopolityczne. Rosatom zawarł ponad 30 umów na dostawy reaktorów. W ubiegłym roku firma twierdziła, że ma w swoim portfelu projekty międzynarodowe o wartości 202,4 miliarda dolarów!

„Sukces Rosji – sprzedała więcej technologii nuklearnych za granicą, odkąd Putin doszedł do władzy w 1999 r., niż Stany Zjednoczone, Francja, Chiny, Korea Południowa i Japonia łącznie, generując intratne kontrakty w Europie , Azji, a nawet Afryce, aby utrzymać ponad 250 000 inżynierów, badaczy naukowych, sprzedawców i innych pracowników Rosatomu” – wskazuje New York Times.

Rosatom wygrał m.in. kontrakt o wartości 30 miliardów dolarów na cztery reaktory w Egipcie, długoletniego sojusznika USA, oraz zawarł kolejną dużą umowę na elektrownię jądrową w Turcji, członka NATO,   Buduje elektrownię atomową na Węgrzech,   gdzie przetarg przegrał amerykański Westinghouse. Podobnie w Bułgarii.

Ted Jones, dyrektor ds. Bezpieczeństwa narodowego i programów międzynarodowych w Nuclear Energy Institute w Waszyngtonie, stowarzyszenie handlowe, skarży się, że wsparcie państwa, szczególnie w zakresie finansowania, dało Rosatomowi ogromną przewagę nad rywalami, takimi jak amerykański Westinghouse, największy amerykański kontrahent jądrowy. W ciągu ostatniej dekady Rosja otworzyła linie kredytowe dla elektrowni jądrowych w wysokości ponad 60 miliardów dolarów.

„NYT” zauważa także, że sukces Rosji w zdobywaniu kontraktów   następuje w czasie, gdy wielu jej konkurentów walczy o pozostanie w branży nuklearnej – co wywołało obawy na Zachodzie, że rynek globalny zamienia się w duopol kontrolowany przez Rosję i Chiny. Obawa polega na tym, że od 2030 r. lub 2040 r. cała nowa działalność będzie prowadzona przez Rosję i Chiny, ponieważ będą oferować warunki finansowania, których nikt inny nie będzie w stanie zaoferować – prognozują eksperci, z którymi rozmawiali dziennikarze amerykańskiej gazety.

Gospodarka 48 godzin

Bez urlopów i kontroli

Szerszy katalog środków dezynfekujących możliwych do wytwarzania w recepturze aptecznej, rozwiązania obniżające koszty produkcji takich środków, zapewnienie ciągłości pracy apteki przy ograniczonym personelu oraz czasowe ograniczenie uprawnień urlopowych, umożliwienie odliczania kosztów ponoszonych na ochronę pracowników aptek, wreszcie wstrzymanie kontroli na czas walki z epidemią – to są oczekiwania Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET w związku z przepisami mającymi pomóc w zwalczaniu epidemii.

 Pracodawcy apteczni postulują także, żeby w związku ze znacznymi wzrostami cen i ograniczoną dostępnością surowców niezbędnych do wytwarzania środków dezynfekujących, umożliwić aptekom nabywanie tego rodzaju surowców nie tylko w hurtowniach farmaceutycznych. Dzięki temu apteki mogłyby nabywać na przykład spirytus spożywczy ze sklepów czy innych hurtowni – stwierdza związek. Ciekawe, dlaczego dlaczego spirytus spożywczy sprzedawany w hurtowniach farmacutycznych miałby być droższy od tego samego spirytusu spożywczego, sprzedawanego w sklepach detalicznych?  Jednakże Marcin Piskorski, prezes ZPA PharmaNET, zapewnia, że ta zmiana jest konieczna, aby apteki były w stanie wytwarzać środków dezynfekujących niezbędnych do przeciwdziałania COVID-19 w ilościach i po cenach “odpowiadających potrzebom społecznym”.

Zdaniem ZPA konieczne jest też, aby wprowadzono  czasowe ograniczenie uprawnień urlopowych pracowników podmiotów leczniczych, laboratoriów diagnostycznych, hurtowni farmaceutycznych, aptek i punktów aptecznych. Dotyczyć to ma nie tylko osób wykonujących zawody medyczne, ale także pozostałych pracowników. Ponadto, na czas walki z koronawirysem, zdaniem związku, trzeba wstrzymać nie tylko prowadzone aktualnie kontrole ale także wszelkie inne postępowania administracyjne dotyczące aptek – i nie wszczynać nowych. Zdaniem prezesa Piskorskiego, przeprowadzanie angażujących kierownika aptek oraz pozostały personel kontroli, należy uznać za zbędne i odciągające personel apteki od zadań realizowanych w związku z pandemią.

Nieruchomości nie stanieją

Rynek handlu nieruchomościami w Polsce oraz usług prawnych obsługujących takie transakcje, znacząco ucierpiał w wyniku epidemii koronawirusa. Ankieta przeprowadzona w marcu wśród agentów nieruchomości jednej z sieci, Metrohouse, pokazała, że epidemia wstrzymała wiele potencjalnych transakcji –  podkreśla Business Insider. Na zmniejszony popyt wskazało 44 proc. ankietowanych, a zdaniem 81 proc. badanych także w przyszłości rynek mieszkaniowy odczuje zmniejszenie popytu. Badania portalu GetHome.pl, przeprowadzone wśród przedstawicieli 72 biur nieruchomości pokazują zaś, że ponad 70 proc. ankietowanych zauważyło wyraźny spadek zainteresowania zakupami mieszkania czy domu. Jednocześnie, prawie 40 proc. zaplanowanych spotkań u notariuszy nie odbywa się w wyznaczonym terminie. Podobne proporcje dotyczą kancelarii prawnych zajmujących się transakcjami na rynku nieruchomości. Wszystko to jednak nie powoduje w Polsce spadku cen nieruchomości. Wręcz przeciwnie, rosną one – także dlatego, że złoty bardzo staniał wobec franka. Epidemia, niezależnie od jej rozmiarów, traktowana jest jako zjawisko chwilowe, a więc nie można liczyć, na jakieś zahamowanie tempa wzrostu cen działek, domów czy mieszkań w naszym kraju.

Gospodarka 48 godzin

Powolny, ale rozwój
Do 1,8 proc. agencja Fitch obniżyła tegoroczną prognozę wzrostu produktu krajowego brutto Polski. Wcześniejsze przewidywania tej agencji zapowiadały, że w tym roku nasz wzrost gospodarczy wyniesie 3,3 proc. Zwolnienie tempa rozwoju będzie oczywiście wynikiem epidemii koronawirusa. Wedle prognozy, dynamika konsumpcji prywatnej w Polsce, będącej głównym motorem wzrostu, spadnie z 3,9 proc. w roku ubiegłym do 2,5 proc. w bieżącym. Prognozę wzrostu polskiego PKB na 2020 r. trzeba uznać za optymistyczną, gdyż zakłada ona, że nasz kraj zanotuje mimo wszystko rozwój gospodarczy, a nie regres. W dodatku tegoroczne spowolnienie ma mieć krótkotrwały charakter, gdyż w przyszłym roku w Polsce wzrost, wedle prognozy wyniesie 3,2 proc., a konsumpcja i inwestycje odbiją. Wszystko to oczywiście pod warunkiem, że nie będzie drugiej fali epidemii koronawirusa.

Zły wynik Lotosu
Państwowy koncern naftowy Lotos zanotował w ubiegłym roku duży spadek zysku. Zysk netto w 2019 r. wyniósł zaledwie 834,3 mln zł, podczas gdy w 2018 r. wynosił aż 1333,9 mld zł. Oznacza to, że w ubiegłym roku zysk Lotosu spadł o 38 proc. w porównaniu z 2018 r. Warto zauważyć, że ten regres nastąpił mimo stabilnych warunków makroekonomicznych, które nie zagrażały funkcjonowaniu rynku paliw płynnych. Budżet państwa jeszcze nie odczuł kłopotów Lotosu, gdyż dzięki niezłym wynikom za 2018 r. ubiegłoroczna wypłata dywidendy wyniosła 555 mln zł. W tym roku dywidenda będzie już o wiele niższa.
Władze państwowej grupy Lotos wolą nie przyznawać się do kiepskich wyników, toteż w oficjalnym komunikacie w ogóle nie podają wysokości zysku netto. Zamiast tego operują niejasnym pojęciem „oczyszczonej EBITDY wg. LIFO”, odnoszącym się do tzw. zysku operacyjnego przed odsetkami, opodatkowaniem i amortyzacją, z wyceną zapasów. Wedle tak podawanego, mającego niewiele wspólnego z rzeczywistością wskaźnika, wyniki Lotosu w 2019 r. pogorszyły się zaledwie o 7,7 proc. Jak zwykle w takich wypadkach, gorsze wyniki tłumaczone są „bardziej wymagającym otoczeniem makroekonomicznym dla prowadzenia działalności w 2019 r.”. Tym niemniej władze Lotosu są zadowolone, podkreślając, iż „mimo trudnych warunków rynkowych” uzyskane w ubiegłym roku wyniki „potwierdzają stabilną kondycję firmy”.
Lotos w ubiegłym roku całkowicie wykorzystał swoje moce produkcyjne, pracując pełną parą, bez żadnych rezerw. Wykorzystanie zdolności przerobowych rafinerii w Gdańsku wyniosło aż 102 proc. Firma przerobiła 10,7 mln ton ropy, podczas gdy wydobycie wyniosło 7,7 mln baryłek. W ubiegłym roku firma rozpoczęła eksploatację norweskiego złoża Utgard. Łączna produkcja w 2019 r. to 11,5 mln ton produktów naftowych. Główny udział w strukturze produkcji miał olej napędowy. Wyprodukowano go 5,5 mln ton, czyli o 2,9 proc. więcej niż w poprzednim roku. Na sprzedaż krajową przypadło 82 proc. całości przychodów ze sprzedaży. Firma miała 506 stacji paliw (312 własnych i 194 partnerskich) oraz 21 miejsc obsługi podróżnych. W ubiegłym roku główną inwestycją Lotosu był projekt efektywnej rafinacji, mający umożliwić głębszy i bardziej opłacalny ekonomicznie przerób ropy naftowej. W grudniu ta instalacja została przekazana do użytkowania.

Europa pomaga swojej gospodarce

Polska tarcza antykryzysowa nie dorównuje planom potentatów, ale zrozumiałe, że mamy mniejsze możliwości.
Państwa unijne zapowiedziały rozliczne działania dla złagodzenia kryzysu gospodarczego, jaki sprowadza pandemia. Są to środki z zakresu polityki fiskalnej i pieniężnej, mające zapobiegać gwałtownemu wzrostowi upadłości firm oraz bezrobocia.
Komisja Europejska poinformowała o utworzeniu funduszu inwestycyjnego dla członków Unii Europejskiej w wysokości 25 mld euro, którego celem będzie wspieranie utrzymania płynności przez sektor prywatny oraz zwiększenie zdolności operacyjnych krajowych systemów ochrony zdrowia. Poluzowane zostaną również unijne i krajowe przepisy podatkowe, aby poszczególne kraje mogły zwiększyć wydatki na systemy opieki zdrowotnej i zastosować ulgi podatkowe dla sektora prywatnego.
Prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde oświadczyła, że bank poluzuje politykę finansową. Światowa grupa ubezpieczeniowo-finansowa Euler Hermes przewiduje, że EBC obniży stopę depozytową z minus 0,5 proc do poziomu minus 0,6 proc.
Środki z zakresu kompleksowej polityki pieniężnej, takie jak właśnie obniżki stóp, raczej nie pomogą jednak w rozwiązaniu problemów wynikających z zakłóceń produkcji i łańcuchów dostaw, ani też nie przekonają ludzi do zwiększania wydatków, skoro ci nie wychodzą z domów. Dlatego większość działań EBC powinna koncentrować się na zapewnieniu wystarczającej płynności w rzeczywistej gospodarce.
Chodzi na przykład o TLTRO czyli o udzielanie bankom komercyjnym długoterminowych pożyczek, skonstruowanych w taki sposób, by stanowiły zachętę do nasilenia akcji kredytowej na rzecz firm i konsumentów w strefie euro – zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw. EBC prawdopodobnie zwiększy też zakupy aktywów finansowych do poziomu 40 mld euro miesięcznie.
Obniżenie kosztów kredytu powinno być czynnikiem skłaniającym banki do zwiększania i wydłużania obowiązywania linii kredytowych. Bardziej efektywnym rozwiązaniem byłoby przyjęcie przez rządy roli „pożyczkodawcy ostatniego ratunku” – poprzez oferowanie gwarancji publicznych, do których mogłyby uciekać się banki dla ograniczenia własnego ryzyka kredytowego.
Najbardziej dotknięte koronawirusem Włochy wprowadzają pakiet fiskalny o wartości 25 mld euro. Połowa pakietu została uruchomiona 13 marca, zaś reszta stanowi rezerwę. Pakiet obejmuje rekompensaty dla pracowników zmuszonych do czasowego powstrzymania się od pracy; fundusz gwarancyjny dla małych i średnich przedsiębiorstw; moratorium podatkowe i odroczenie spłat kredytów (we współpracy z bankami prywatnymi); rekompensaty dla firm dotkniętych spadkiem obrotów o ponad 25 proc.
Wielka Brytania zapowiada, że zrobi wszystko, co konieczne w celu ochrony firm. Bank Anglii obniżył stopy procentowe do 0,25 proc. oraz wprowadził program finansowania teminowego dla małych i średnich przedsiębiorstw, którego wartość szacowana jest na 100 mld funtów. Ma on stanowić wsparcie dla udzielania kredytów.
Poinformowano też o wdrożeniu pakietu fiskalnego o wartości 30 mld funtów oraz o przeznaczeniu 7 mld funtów na wsparcie firm i osób fizycznych, poprzez obniżki podatków, odroczenia spłaty kredytów oraz dotacje dla małych i średnich przedsiębiorstw.
Rząd brytyjski zobowiązał się: zrekompensować małym i średnim firmom koszty ustawowych zasiłków chorobowych do 14 dni (przeznacza na to 2 mld funtów); udzielić wsparcia w postaci dalszych kredytów w wysokości 1 mld funtów [program kredytów z tytułu zakłóceń spowodowanych przez koronawirus]; zagwarantować kredyty udzielane małym i średnim przedsiębiorstwom (w kwotach do 1,2 mln funtów); pokryć do 80 proc. strat banków z powodu epidemii.
Stawki podatków od przedsiębiorstw zostaną obniżone dla małych firm w sektorach handlu detalicznego, rozrywki oraz hotelowym (obniżka podatków do 1 mld funtów). Ulgi podatkowe udzielone przedsiębiorcom wyniosą zaś 3 mld funtów. Ulgę podatkową z tytułu działalności badawczo-rozwojowej podwyższono z 12 do 15 proc. Małe firmy otrzymają też dotację gotówkową w całkowitej wysokości 2 mld funtów.
Przyspieszone zostaną również wydatki związane z infrastrukturą: 27 mld funtów przeznaczone zostanie na budowę nowych dróg, zaś 5 mld na internet szerokopasmowy w odległych obszarach kraju. Zwiększone będą inwestycje w publiczny system ochrony zdrowia (do wysokości 5 mld funtów). W sumie wydatki na rekompensowanie skutków wybuchu epidemii Covid-19 przekroczą oczekiwania o około 10 mld funtów.
Kanclerz Angela Merkel także zadeklarowała wolę zrobienia „wszystkiego, co będzie konieczne” w celu stawienia czoła kryzysowi. Rząd Niemiec zapowiedział, że udzieli wszelkiej pomocy firmom, które najmocniej ucierpią z powodu epidemii koronawirusa. Można ją szacować na 550 mld euro. Nie ma jednak górnej granicy kredytu oferowanego przez państwowy bank rozwoju.
Rząd poluzował również ograniczenia dotyczące rekompensat pracowniczych z tytułu skrócenia czasu pracy. Rekompensaty te są obecnie wypłacane przez państwo, jeżeli już 10 proc. pracowników ma istotnie skrócony czas pracy (wcześniejszy wymóg to 1/3 pracowników). Władze zadeklarowały znaczące zwiększenie inwestycji w latach 2021-24.
Francja zagwarantuje państwowe pożyczki o wartości do 300 miliardów euro. Na bezpośrednie wsparcie zostanie przeznaczona pula 45 mld euro dla firm krajowych, aby ograniczyć wpływ koronawirusa na gospodarkę.
Rząd Hiszpanii zapowiada program pomocy dla obywateli i firm, szacowany łącznie na 200 mld euro.
Jak widać, skala europejskich działań antykryzysowych jest rekordowa. Na tym tle polska „tarcza antykryzysowa”, wynosząca około 66 miliardów złotych (14,5 miliarda euro) prezentuje się znacznie skromniej.

Sądy powinny mieć wolne

Kontrowersyjny apel dużej części sędziów. Ich zdaniem, ograniczenie pracy poczty to powód do wstrzymania praktycznie całej działalności sądów.

Niech sądy w całym kraju niezwłocznie zaprzestaną czynności (poza wyjątkowymi przypadkami nie cierpiącymi zwłoki) wskutek siły wyższej w postaci epidemii koronawirusa – taki apel do Ministerstwa Sprawiedliwości wystosowało stowarzyszenie sędziów Iustitia.
Od kilku dni odwoływane są rozprawy w większości sądów w Polsce, jednak nie oznacza to, że sądy zaprzestały pracy. Wciąż wysyłana jest z sądów korespondencja do osób, które mają swoje sprawy w sądzie. Czasami doręczenie takiego listu z sądu powoduje, że zaczyna biec termin np. do wniesienia apelacji. Kto nie złoży pisma w terminie, straci szansę na zmianę wyroku
Tymczasem, prof. Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów polskich Iustitia wskazuje: „Z całego kraju dostajemy sygnały, że poczta istotnie ograniczyła działalność. Przed urzędami pocztowymi tworzą się kolejki osób, które muszą wysłać swoje pismo, bo ucieka im termin. Nie mogą go złożyć w sądzie, gdyż zamknięto biura podawcze w sądach. Sytuacja, gdy tak wiele osób spotyka się w placówce pocztowej, rodzi na pewno ryzyko zarażenia koronawirusem.”
W przyjętym przez zarząd stowarzyszenia Iustitia stanowisku, sędziowie apelują do Ministerstwa Sprawiedliwości, żeby sądy w ogóle zaprzestały czynności, poza sprawami pilnymi. „Nie można teraz zmuszać ludzi do stania w wielogodzinnych kolejkach na poczcie i wyboru: albo własne zdrowie, albo utrata terminu do wniesienia apelacji” – podkreśla prof. Krystian Markiewicz.
Fizyczny dostęp interesantów do sądów został bardzo ograniczony, strony i pełnomocnicy nie mają dostępu do akt. Rozprawy i posiedzenia jawne są co do zasady odwoływane. Poza tym jednak sądy nadal pracują, choć trudno to nazwać normalną pracą. Sędziowie wydają orzeczenia na posiedzeniach niejawnych. Sekretariaty starają się wykonywać zarządzenia. Formalnie nie wstrzymano doręczeń pism sądowych. Oznacza to dla stron oraz pełnomocników konieczność odbioru korespondencji, a także wizytę na poczcie, ewentualnie w sądzie.
Niewprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń może przyczynić się do roznoszenia wirusa i rozprzestrzeniania się epidemii. Szczególnie w przypadku osób starszych jest to bardzo niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Należy podkreślić, że ze wszystkich stron płyną sygnały o pozostanie w domach.
Dlatego sędziowie z Iustitii przyłączają się do stanowiska Naczelnej Rady Adwokackiej, mówiącego, że niezbędna jest zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. W projekcie legislacyjnym, opracowanym przez NRA przewiduje się między innymi zawieszenie z mocy prawa postępowań sądowych w określonych przypadkach, zawieszenie biegu terminów oraz brak skutków prawnych doręczenia korespondencji sądowej.
Brak rozwiązań ustawowych co do biegu postępowań sądowych w okresie zagrożenia epidemicznego, może doprowadzić do naruszenia na masową skalę podstawowych praw człowieka i obywatela, chronionych przez Konstytucję RP – takich jak prawo do życia, zdrowia oraz prawo do sądu. Może też być powodem wytaczania wielu nowych spraw o przywrócenie terminu do dokonania czynności procesowych – a to dodatkowo obciąży wymiar sprawiedliwości.
„Jeśli zaraz sądy nie wstrzymają czynności to za kilka miesięcy zaleje je fala wniosków o przywrócenie terminów. Czas, aby Ministerstwo Sprawiedliwości reagowało zanim pojawią się problemy, a nie gdy jest za późno. Akurat w takiej sytuacji należy ustawę uchwalić w kilkanaście godzin.” – podsumowuje prezes Iustitii.

Życie na niskiej stopie

Nasza gospodarka potrzebuje w tej chwili płynności, przewidywalności i zapanowania nad rosnącymi cenami żywności, a nie obniżania stóp procentowych.
Prezes Narodowego Banku Polskiego i jednocześnie przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej prof. Adam Glapiński, uważa, że obniżenie stóp procentowych nie zwiększy popytu, ani nie wpłynie na podaż – lecz zmniejszy obciążenia przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.
Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o NBP mówi: Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu (o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP).
Popatrzmy zatem na inflację w ostatnich trzech miesiącach (tabelka). Bez wątpienia RPP i NBP mają co robić, ale na pewno nie jest to obniżanie stóp procentowych. Gdy Główny Urząd Statystyczny poda dane o zmianach cen w marcu, to będą to wartości jeszcze wyższe, szczególnie w grupie „żywność”, ale także w grupie „zdrowie” (tak usługi, jak i wyroby farmaceutyczne) oraz w grupie „użytkowanie mieszkania”.
Zgodnie z nowym systemem wag, udział tych grup towarów i usług w przeciętnych wydatkach gospodarstw domowych to ok. 36 proc. A w wydatkach gospodarstw domowych o niskich dochodach rozporządzalnych to zdecydowanie więcej, co najmniej 70-80 proc. – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Jeżeli NBP ma realizować swój ustawowy cel – utrzymanie stabilnego poziomu cen, to na pewno obniżaniem stóp procentowych nie uda mu się tego zrobić. Jeżeli natomiast NBP chce wspierać politykę gospodarczą rządu, nie ograniczając możliwości realizacji swojego podstawowego celu (utrzymanie stabilnego poziomu cen), to obniżenie stóp procentowych i w tym przypadku nie pomoże.
NBP i RPP znalazły się w tej chwili w sytuacji, w której żadna ich decyzja nie pozwala na realizację ustawowego, nawet szeroko ujętego, celu. Nie są w stanie utrzymać stabilnego poziomu cen (określonego przez cel inflacyjny i możliwe odchylenia od niego). Nie są także w stanie pomóc gospodarce, przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym.
To co jest dzisiaj potrzebne przedsiębiorstwom, to zapewnienie gotówkowej płynności finansowej. Nawet jeżeli banki komercyjne obniżą firmom koszt kredytu, to będzie to „dużo za mało” w stosunku do ich płynnościowych potrzeb. Szczególnie w grupie firm mniejszych. Tu potrzebne jest zawieszanie i odsuwanie spłat kredytów i odsetek w czasie, uwalnianie środków trzymanych na kontach VAT-owskich, odsuwanie w czasie płatności zobowiązań wobec Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i urzędów skarbowych, wsparcie z Funduszu Pracy przedsiębiorstw w wypłatach wynagrodzeń – i wiele, wiele innych działań z obszaru polityki gospodarczej.
Poza tym, obniżenie stóp procentowych wcale nie oznacza obniżenia kosztów kredytu. Rośnie bowiem ryzyko niespłacalności kredytów i banki, będące dysponentami depozytów swoich klientów, muszą ten wzrost ryzyka wziąć pod uwagę w wycenie kosztu pieniądza dla przedsiębiorstw, szczególnie tych mniejszych. Tym bardziej, że ryzyko niewypłacalności części firm, które są kredytobiorcami, będzie się niestety materializowało. A to oznacza zmniejszenie zdolności banków do dostarczania kapitału gospodarce. Obniżenie stóp procentowych może zatem zadziałać na gospodarkę przeciw skutecznie.
Z punktu widzenia gospodarstw domowych, obniżenie stóp procentowych też nie będzie miało oczekiwanej przez Prezesa NBP skuteczności – czyli zmniejszenia ich obciążeń finansowych. Koszt kredytu to nie tylko bowiem oprocentowanie, ale także opłaty, prowizje, czy ubezpieczenie, którego cena może silnie wzrosnąć w wyniku wzrostu ryzyka niespłacalności kredytów.
W efekcie koszt kredytu będzie wyższy, mimo obniżenia przez RPP stóp procentowych. Poza tym wiele gospodarstw domowych, szczególnie tych o niższych dochodach, zadłuża się nie w systemie bankowym, a w firmach pożyczkowych, gdzie rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest znacznie wyższa niż w bankach komercyjnych.
Obniżenie stóp procentowych nie zmniejszy zatem w sposób istotny obciążeń tych gospodarstw domowych, które tego najbardziej potrzebują. Tu także, podobnie jak w przypadku przedsiębiorstw, potrzebna jest możliwość przesuwania spłat zobowiązań pożyczkowych i kredytowych w czasie.
Ale najważniejsze z punktu widzenia gospodarstw domowych jest utrzymanie zatrudnienia, a tym samym utrzymanie dochodów. A tu sytuacja zaczyna być coraz trudniejsza. To na tym trzeba skupić uwagę – i uruchomić w ramach polityki gospodarczej, działania zapewniające utrzymanie jak najwyższego poziomu zatrudnienia, oraz zapewnić możliwość otrzymywania przez pracowników wynagrodzeń. Obniżenie stóp procentowych przez RPP o 0,25 pp, 0,5 pp, czy nawet 1 pp. tego nie zapewni.
Zapanowanie nad sytuacją na rynku pracy jest szczególnie ważne z punktu widzenia rosnących w bardzo szybki sposób kosztów życia. W styczniu i lutym 2020 r. ceny żywności wzrosły o ponad 8 proc. rok do roku. W marcu ten wzrost był co najmniej na tym samym poziomie, bo wszyscy w panice rzucili się do robienia zakupów.
Zresztą, już w 2019 r. (a także wcześniej) ceny żywności rosły dużo szybciej niż inflacja ogółem (w 2019 r. inflacja wyniosła 2,3 proc., podczas gdy ceny żywności wzrosły o 5,3 proc.) – przypomina Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Gdzie była Rada Polityki Pieniężnej, gdy jej decyzje mogły ograniczyć rosnącą inflację, i chociaż w jakiejś części ograniczyć dynamikę cen żywności – bowiem jej wzrost to nie tylko efekt czynników zewnętrznych, niezależnych od decyzji RPP?.
Za przeciętny koszyk zakupów musimy płacić o 4,7 proc. więcej niż rok wcześniej w lutym. A gospodarstwa domowe o najniższych dochodach rozporządzalnych, nawet o 7-8 proc. więcej.
Tak, wiem, wiem, Bank Anglii i amerykański FED obniżyły już stopy procentowe, a FED dodatkowo zapowiedział uruchomienie kolejnej fazy luzowania ilościowego, mając zamiar wprowadzić do systemu finansowego ok. 700 mld dolarów. Ale ustawowym celem FED jest nie tylko zapewnienie stabilności cen, ale także zapewnienie wysokiego poziomu zatrudnienia i dążenie do stabilnego wzrostu gospodarczego.
W Polsce, powtórzę to raz jeszcze, podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu – o ile nie ogranicza to wspomnianego, podstawowego celu NBP. Obniżenie stóp procentowych przez RPP nie jest realizacją ani celu głównego, ani wspieraniem polityki rządu. Może dać wręcz odwrotne efekty od oczekiwanych.

Robią nas na szaro

Działalność rządu Prawa i Sprawiedliwości spowodowała, że zaczął się rozrost szarej strefy w naszym kraju.

Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych przedstawił raport poświęcony zjawisku szarej strefy gospodarczej w Polsce. Skutki szarej strefy są odczuwane w różnym stopniu przez wszystkich uczestników życia gospodarczego.

Po pierwsze, budżet państwa nie uzyskuje części należnych mu podatków i innych danin.

Po drugie, przedsiębiorcy działający na rynku są zmuszani do zmagań z nieuczciwą konkurencją, co ogranicza ich przychody i zyski, powoduje frustracje i może prowadzić do wymuszonych działań w szarej strefie.

Po trzecie, osoby pracujące w szarej strefie (na czarno) pozostają poza systemem zabezpieczenia społecznego, odnosząc krótkotrwałe pozorne korzyści finansowe, kosztem utraty przywilejów płynących z uczestnictwa w tym systemie.

Po czwarte, konsumenci są narażani na zakupy towarów i usług niespełniających standardów określanych w przepisach, niekiedy zagrażających ich zdrowiu czy nawet życiu.

Dwa miesiące z hakiem

Instytut ogłosił 4 marca 2020 roku dniem wyjścia z szarej strefy gospodarczej. Gdyby symbolicznie skumulować całoroczną działalność w szarej strefie, to okres ten trwałby 64 dni. W ciągu pozostałych do końca roku 302 dni wszelka działalność gospodarcza w Polsce byłaby już prowadzona w oficjalnej gospodarce. Oznacza to prognozę udziału szarej strefy w 2020 r. na poziomie 17,4 proc. produktu krajowego brutto. W ubiegłym roku dzień ten przypadł również 4 marca, jednak 2019 rok nie był przestępny.

W 2017 r. (dokładnych nowszych danych jeszcze nie ma) zwiększyła się zarówno bezwzględna liczba osób podejmujących pracę nierejestrowaną, jak i ich odsetek w ogólnej liczbie pracujących – z 4,4 proc. w 2014 r. do 5,4 proc. w 2017.

Badania GUS pokazują, że na czarno pracuje zdecydowanie więcej mężczyzn niż kobiet, przeważają osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym i zjawisko to dotyczy podobnej liczby mieszkańców wsi i miast. Najwięcej osób deklaruje pracę na czarno w miesiącach letnich (między majem i wrześniem), co w dużej mierze wynika z sezonowości części podejmowanych zajęć.

Wśród pracujących na czarno w 2017 roku ponad 52 procent deklarowało, że jest to dla nich tylko dodatkowe źródło dochodów, uzupełniające dochody z pracy głównej. Pozostali (niespełna 48 proc.) traktowali pracę nierejestrowaną jako podstawowe źródło dochodów.

Za dużo przepisów

Główne przyczyny powstawania szarej strefy to nadmiar regulacji oraz wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Najistotniejsze z punktu widzenia przedsiębiorców są oczywiście koszty wynikające z wysokich obciążeń podatkowych, ale istotna jest także wysokość innych opłat związanych z prowadzeniem działalności – zarówno różnego rodzaju obowiązkowych opłat administracyjnych, jak i kosztów wynikających z innych obowiązków nałożonych na przedsiębiorców (np. zakupu kasy fiskalnej).

Inna bardzo ważna kategoria kosztów związana jest z zatrudnianiem pracowników – chodzi przede wszystkim o obciążenia płac (składki na ubezpieczenia społeczne), a także o wysokość ustawowej płacy minimalnej. Im wyższe są te koszty prowadzenia legalnej działalności, tym większa skłonność przedsiębiorców do przenoszenia działalności w szarą strefę.

Czynnikiem prowadzącym do rozwoju szarej strefy jest również przeregulowanie gospodarki. Przykłady nadmiernych regulacji można mnożyć. Chodzi między innymi o obowiązkowe koncesje i zezwolenia potrzebne do prowadzenia niektórych rodzajów działalności (m.in. niektóre zawody prawnicze, przewozy taksówkami), nadmiar obowiązkowych formularzy i deklaracji podatkowych czy też zbyt dużą liczbę kontroli prowadzonych przez różnego rodzaju państwowe instytucje.

Przedsiębiorców do oficjalnego działania zniechęcają też często nadmiernie rozbudowane przepisy i obowiązki związane z bezpieczeństwem pracy, ochroną środowiska czy normami technicznymi i jakościowymi, obowiązujące w konkretnych branżach. Ważny, bardziej ogólny aspekt wiąże się też z przejrzystością prawa gospodarczego, a w szczególności systemu podatkowego. Im bardziej skomplikowany jest bowiem system podatkowy, tym większa skłonność przedsiębiorców do unikania opodatkowania. Wyraźnym przykładem nadmiernego skomplikowania systemu podatkowego są regulacje dotyczące VAT.

Czy każdy jest zdolny do zdalnej?

Dla wielu osób na co dzień pracujących w biurze, praca zdalna bywa przedmiotem marzeń i jest uważana za niestresującą oraz przyjemną.

Rzeczywiście, łatwo mieć dobre zdanie o pracy zdalnej, zwłaszcza jeśli samemu trzeba harować w którymś ze stołecznych Mordorów w open-spejsie.

Jednak praca zdalna to wcale nie jest takie proste – i nomen omen, nie każdy jest zdolny do zdalnej pracy,o czym dziś przekonują się tysiące pracowników, których sytuacja zmusiła do zasuwania w domowych pieleszach, często z dziećmi nad głową. Gdy trzeba siedzieć w domu, to raptem wyjście do biura zaczyna stawać się niezwykle przyjemną alternatywą.

Jednak są sposoby na automotywację, które warto wypróbować, jeśli wykonywanie obowiązków z domu sprawia kłopoty. Jak to zrobić? – takich rad udziela Warszawska Izba Gospodarcza.

Ubierz się do pracy

Kusi cię pozostanie w piżamie? Brzmi miło, ale to zły pomysł. Demotywuje. Ubierz się zatem tak, jakbyś za chwilę musiał wyjść z domu, chociaż niekoniecznie w garnitur – radzi najpierw WIG.

Potem trzeba zorganizować sobie miejsce pracy. Przygotuj biurko, odpowiednie oświetlenie, wygodne krzesło. Zadbaj wcześniej o zakupy, dzięki czemu nie będziesz musiał przerywać pracy, wychodząc po napoje czy jedzenie.

Pamiętaj, że robota w domu, to nie jest dzień wolny ani urlop. Powiadom o tym rodzinę czy przyjaciół, którzy mogą chcieć wykorzystać ten czas na jakieś wspólne aktywności (także mogące mieć charakter zdalny).

Zrób swoją listę zadań, żebyś miał szanse zrobić to, co zaplanowałeś. Najważniejszą kompetencją warunkującą efektywną pracę zdalną, jest bowiem zarządzanie czasem. Przed rozpoczęciem pracy przygotuj zatem zestaw zadań, które musisz dziś koniecznie wykonać – i oszacuj czas, jaki one zajmą, pamiętając o marginesie błędu. Po wykonaniu zadania wykreśl je z listy.

To nie czas dla mediów

Głównie tych społecznościowych. Zacznij zatem od wyłączenia facebooka. Powszechnie wiadomo, że wszelkie komunikatory społecznościowe, to pożeracze czasu – znacznie gorsze od tradycyjnych mediów, czyli radia i telewizji (które też zresztą należy wyłączyć).

Jeśli ktoś jest szczególnie uzalezniony i brak mu silnej woli, to niech pamięta, że w przeglądarkach można zainstalować specjalne wtyczki, blokujące przeszkadzające nam strony. Dzięki tym sposobom możemy zyskać sporo czasu.

Obowiązki domowe należy wykonywać po pracy – czyli mniej więcej po tych ośmiu godzinach efektywnego, acz domowego, spełniania obowiązków zawodowych. Dlatego nie traktuj pracy w domu jako okazji do nadrobienia różnych domowych zaległości.

Odkurzanie, pranie czy prasowanie mogą (czy wręcz muszą) zaczekać. Nie oszukujmy się, zaległości w robocie, powstałych podczas wykonywania porządków domowych, z reguły nie da się nadrobić później. Bo po solidnej pracy wykonywanej w domu, jest sie zmęczonym tak samo, jak po powrocie z biura.

Jak wykorzystuje się epidemię

Dla prominentów z Prawa i Sprawiedliwości celem numer jeden jest sukces w wyborach prezydenckich. Wszystko inne mniej się liczy.

Niedawno napisaliśmy w „Trybunie” o tym, w jaki sposób prominenci Prawa i Sprawiedliwości wykorzystują epidemię koronawirusa do swoich niskich celów pseudopolitycznych, i jak grają życiem i zdrowiem Polaków.

Dygnitarzami, którzy osiągnęli wtedy szczyt cynizmu okazali się wicemarszałek Senatu Stanisław Karczewski oraz jego koledzy, senatorzy z Prawa i Sprawiedliwości. Korzystając z epidemii, wystąpili oni do senatorów z PSL, aby ci zerwali współpracę z PO, przeszli na ich stronę – i w ten sposób „odbili” Senat dla Prawa i Sprawiedliwości.

Pretekstem do tego wezwania stał się zimowy wyjazd narciarski marszałka Tomasza Grodzkiego do Włoch. Od razu po przyjeździe wrócił on do pracy – co wywołało udawane „oburzenie” wicemarszałka Karczewskiego oraz senatorów PiS, którzy uznali to za nieodpowiedzialność i narażanie na szwank życia i zdrowia Polaków. Zażądali więc, by odwołać go ze stanowiska marszałka Senatu.

Wicemarszałkowi Karczewskiemu oraz senatorom PiS oczywiście nie przeszkadzało, że dokładnie tak samo postąpił minister zdrowia Łukasz Szumowski, który również był na nartach we Włoszech. Nie przeszkadzało to również propagandystom z rządowej telewizji „publicznej”, szczującym na marszałka Grodzkiego.

W „Trybunie” zapytaliśmy wtedy (retorycznie) wicemarszałka Karczewskiego oraz senatorów z Prawa i Sprawiedliwości: Jak mogliście upaść aż tak nisko?.

Na szczytach cynizmu

Teraz okazało się, że na szczyt cynizmu, zdobyty przez wicemarszałka Karczewskiego oraz senatorów z PiS, ochoczo weszli inni dygnitarze Prawa i Sprawiedliwości. Tym razem wykorzystują oni epidemię koronawirusa do tego, by maksymalnie ułatwić reelekcję prezydentowi Andrzejowi Dudzie.

Ze względu na epidemię, jego konkurenci musieli zawiesić kampanię wyborczą – natomiast prezydent jeździ, spotyka się, odbywa „gospodarskie wizyty” na wzór Edwarda Gierka. W przypadku prezydenta i jego świty nie ma znaczenia, że te spotkania mogą ułatwiać rozprzestrzenianie się koronawirusa. Im wolno.

Wszyscy zdroworozsądkowo myślący ludzie uważają, że w związku z epidemią, wybory prezydenckie powinny zostać przesunięte. Oczywiste jest przecież, że sytuacja, w której publicznie pojawia się tylko jeden kandydat, ogranicza szanse pozostałych. Oczywiste też, że same wybory: głosowanie czy praca w komisjach wyborczych, będą sprzyjać rozwojowi epidemii.

Dla działaczy PiS to wszystko nie ma jednak znaczenia. Liczy się wykorzystanie epidemii koronawirusa dla ułatwienia reelekcji Andrzeja Dudy. Dlatego nie chcą oni wprowadzenia stanu wyjątkowego, który spowodowałby przesunięcie wyborów prezydenckich.

Stan wyjątkowy można wprowadzić na mocy art 230 Konstytucji RP, który stanowi, że: „W razie zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa, bezpieczeństwa obywateli lub porządku publicznego, Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów może wprowadzić, na czas oznaczony, nie dłuższy niż 90 dni, stan wyjątkowy na części albo na całym terytorium państwa. Przedłużenie stanu wyjątkowego może nastąpić tylko raz, za zgodą Sejmu i na czas nie dłuższy niż 60 dni”.

Czyli, wybory prezydenckie mogłyby zostać przesunięte o maksymalnie 240 dni. Zgodnie bowiem z art. 228 Konstytucji o stanach nadzwyczajnych (do których Konstytucja zalicza stan wyjątkowy), „W czasie stanu nadzwyczajnego oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie może być skrócona kadencja Sejmu, przeprowadzane referendum ogólnokrajowe, nie mogą być przeprowadzane wybory do Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego oraz wybory Prezydenta Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu”.

Nic nadzwyczajnego

Dla każdego oczywiste jest, że w Polsce mamy obecnie stan zagrożenia bezpieczeństwa obywateli, dokładnie taki jak opisuje art. 230 Konstytucji. Ale dla prominentów PiS rozwój epidemii jest nieważny. Ważne, żeby dzięki niej Andrzej Duda mógł wygrać w wyborach.

Zdaniem działaczy PiS nie ma więc powodu, by wprowadzać stan wyjątkowy i odkładać wybory prezydenckie. Jak widać, według nich wszystko w Polsce przebiega normalnie, nie dzieje się nic nadzwyczajnego, nie istnieje żadne zagrożenie dla ludzkiego bezpieczeństwa.

Poseł Adam Bielan jako pierwszy pośpieszył z usłużnym zapewnieniem, iż: „Nie ma możliwości przesunięcia wyborów, chyba, że w Polsce zostanie wprowadzony któryś ze stanów nadzwyczajnych”. Dodał też, że po 1989 roku to się jeszcze nie zdarzyło – i nie wyobraża on sobie takiej sytuacji.

W cyniźmie znacznie przebił go jednak rzecznik prezydenta Błażej Spychalski, który expressis verbis ogłosił, że nie są spełnione przesłanki konstytucyjne dla wprowadzenia stanu nadzwyczajnego. Poradził też opozycji, że skoro tak chętnie powołuje się na Konstytucję, to warto, aby się z nią zapoznała.

Czy Błażej Spychalski naprawdę wierzy w to, że nikt nie zajrzy do art. 230 Konstytucji, gdzie stoi napisane jak wół, że w razie zagrożenia bezpieczeństwa obywateli można wprowadzić stan wyjątkowy?

Błażejowi Spychalskiemu trzeba jednak współczuć. W ludziach warto przede wszystkim dostrzegać dobro (nawet gdy jest to trudne). Dlatego należy przyjąć, że dobrowolnie nie mijałby się on z prawdą aż tak bardzo i aż tak cynicznie. Najprawdopodobniej kazano mu tak mówić, co pozwala go zrozumieć, ale oczywiście nie usprawiedliwić. Czyżby nakaz popłynął od samego Jarosława Kaczyńskiego, który na czas zarazy zniknął z życia publicznego – zapewne po to, by nie kojarzono go z trudnościami i niepowodzeniami, ale wyłącznie z sukcesami?

Wirus przeszkadza, ale jesienią

Błażejowi Spychalskiemu ochoczo sekunduje premier Mateusz Morawiecki, który w rządowej telewizji „publicznej” oświadczył, iż: „Wybory prezydenckie powinny się odbyć w zaplanowanym terminie”. Premier wyjaśnił, że przeprowadzenie wyborów w terminie majowym jest dlatego ważne, gdyż jesienią mogą nastąpić rozmaite nieprzewidziane okoliczności, takie jak na przykład nawrót koronawirusa.

Czyli, według premiera jesienią nie możnaby przeprowadzić wyborów ze względu na możliwy nawrót epidemii. Natomiast 10 maja jak najbardziej można je przeprowadzić – bo na początku maja epidemia nie przeszkadza.

Odezwała się też marszałek Sejmu Elżbieta Witek. Ogłosiła ona, iż państwo dołoży wszelkich starań, aby wybory prezydenckie odbyły się w zaplanowanym terminie.

Cóż, nikt w to nie wątpi. Szkoda tylko, że państwo nie dokłada wszelkich starań, aby zwalczyć epidemię koronawirusa.