Gospodarka 48 godzin

Festiwal obietnic
W ramach starań na rzecz reelekcji Andrzeja Dudy, Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Rząd chwali się więc, że przygotował korzystne zmiany dla emerytów urodzonych w 1953 r., którzy stracili na wprowadzeniu w 2013 r. nowych zasad obliczania emerytury. Cześć z nich ma otrzymać średnią miesięczną podwyżkę na poziomie ponad 1,4 tys. zł, a część wyrównanie roczne – średnio o ponad 12 tys. zł, oraz przeciętną miesięczną podwyżkę o ok. 200 zł. Na zmianach skorzysta ok. 74 tys. osób. W 2013 r. zmieniono zasady obliczania wysokości świadczenia emerytalnego osobom pobierającym wcześniejszą emeryturę, wprowadzając mniej korzystne rozwiązanie. Chodzi o odliczenie od podstawy obliczenia emerytury powszechnej pobranych dotychczas kwot emerytur wcześniejszych. Roczniki, które do 2013 r. osiągnęły powszechny wiek emerytalny skorzystały z możliwości obliczenia wysokości emerytury według dotychczasowych – korzystniejszych dla nich zasad. Takiej możliwości nie miał rocznik 1953.
Rada Ministrów obiecuje zatem, że wyższą emeryturę będą otrzymywać te kobiety i mężczyźni urodzeni w 1953 r., którzy pobierają lub pobierali wcześniejsze emerytury; otrzymali prawo do wcześniejszej emerytury przed 1 stycznia 2013 r.; kiedykolwiek wystąpili o emeryturę według nowych zasad, przyznawaną po ukończeniu ustawowego wieku emerytalnego zaś emerytura ta została ustalona z pomniejszeniem podstawy obliczenia o sumę kwot pobranych wcześniejszych emerytur. A także ci, którzy nie wystąpili dotychczas o emeryturą powszechną, a wystąpią o nią w lipcu 2020 r. Nie wiadomo, co w rzeczywistości zostanie zrealizowane z tych rządowych wypowiedzi. Jedno, co dziś wiadomo, to to, iż precyzyjnie podana liczba 74 tys. osób to kropelka w całym morzu polskich emerytów.
Ponadto Rada Ministrów znowelizowała program wieloletni pod nazwą „Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014–2023 (z perspektywą do 2025 r.)”. Rząd obiecuje, że przeznaczy dodatkowo ponad 21 mld zł na ów program. Więcej pieniędzy ma zostać przewidzianych m.in. na budowę dróg ekspresowych S6 od Koszalina do obwodnicy Trójmiasta oraz S10, Toruń – Bydgoszcz. „Zwiększenie środków na drogi będzie korzystne dla polskiej gospodarki, która wychodzi z kryzysu wywołanego przez COVID-19. Realizacja przedsięwzięć drogowych wpisuje się także w plan inwestycji strategicznych zaproponowany przez prezydenta Andrzeja Dudę” – stwierdza Rada Ministrów.
Zapowiadany wzrost wydatków Programu Budowy Dróg Krajowych o ponad 21 mld zł ma zacząć się najwcześniej dopiero w 2022 r. i trwać przez kilka lat. Odległa to więc perspektywa. Niestety, zakres obietnic rządu PiS tak dalece przekracza to co rząd faktycznie realizuje, że jak dotychczas, mimo gorączkowych prób, przed wyborami prezydenckimi nie udało się niczego uroczyście otworzyć, ani z wielką pompą przeciąć żadnej wstęgi. Może więc kierownictwo partii i rządu jeszcze raz wkopałoby w plażę, tak jak prezes Jarosław Kaczyński przed wyborami samorządowymi w październiku 2018, kijek mający pokazywać, gdzie kiedyś przebiegnie przekop przez Mierzeję Wiślaną. Możnaby wtedy zaintonować sławną pieśń: „Hej młody Junaku, smutek zwalcz i strach! Przecież na tym piachu za trzydzieści lat, przebiegnie być może jasny, długi prosty, szeroki jak rzeka kanał mierzejkowski. I z brzegiem zepnie drugi brzeg, na którym twój ojciec legł!”.

Nadzieja dla kupujących mieszkanie

Cena metra kwadratowego podłogi długo szła w górę, ale koronawirus sprawił, że w kwietniu nastąpiła lekka obniżka.
Pierwszy kwartał 2020 r. to kontynuacja wzrostów cen transakcyjnych mieszkań notowanych w poprzednich kwartałach. Podwyżka w I kw. 2020 r. dotknęła zwłaszcza najmniejszych metraży, choć w relacji kwartał do kwartału nie była tak znaczna jak przed trzema miesiącami.
Więcej nadziei w serca poszukujących własnego „M” wlał jednak kwiecień. To pierwszy od dawna miesiąc spadków cen transakcyjnych mieszkań w Polsce. Zastój na rynku nieruchomości i spadający popyt zaowocował spadkami stawek – pokazują dane Bankier.pl udostępnione przez Cenatorium.
Indeks urban.one dla całego kraju spadł do 102,20 pkt. Kwietniowy odczyt był tym samym o 1,08 pkt. niższy od marcowego i jednocześnie o 0,68 pkt. wyższy od notowanego w kwietniu 2020 r. Jeszcze większy spadek względem marcowego odczytu zaliczył w kwietniu indeks urban.one liczony dla dużych miast. W kwietniu odczyt wyniósł 103,64 pkt. (minus 1,95 proc. w porównaniu z marcem). W skali rocznej wzrósł on jedynie o 0,24 pkt.
W najbliższych miesiącach największy wpływ na ceny transakcyjne nieruchomości i popyt będzie miała sytuacja finansowa Polaków, a zwłaszcza wpływ pandemii koronawirusa na zasobność portfeli. Na pewno stopa bezrobocia wzrośnie. W kwietniu w ujęciu miesięcznym wzrosła o 0,4 p.p. do poziomu 5,8 proc. To jednak nie koniec serii zwolnień, a raczej początek, gdyż do końca lipca przedsiębiorcy korzystają jeszcze z rządowej tarczy antykryzysowej, która na pewien czas zawiesiła decyzje o uszczuplaniu etatów. Dopiero jesienią, a nawet zimą będziemy mogli ocenić realną skalę zmian, która w dużej mierze uzależniona będzie też od tego, czy czeka nas sezonowy nawrót pandemii – mówi Anna Karaś, starszy analityk ds. rynku nieruchomości w Cenatorium.
Rynek mieszkaniowy, zdaniem ekspertów, jest jednak znacznie bardziej odporny na wstrząsy niż inne gałęzie gospodarki. Zapotrzebowanie na nowe mieszkania wciąż będzie znaczne.
– To z uwagi na utrzymujący się wciąż wysoki deficyt mieszkań w przeliczeniu na milion mieszkańców. Przy chwiejnym zainteresowaniu ze strony kupujących deweloperzy będą ograniczać podaż, by utrzymać rozsądne zyski. A prawo popytu i podaży zweryfikuje z pewnością taką strategię – twierdzi Michał Kubicki, prezes zarządu Center Management Polska.
W kwietniu 2020 roku ograniczenia w przemieszczaniu się i niepewna przyszłość przełożyły się na drastyczny spadek liczby zawieranych transakcji. Na portalach ogłoszeniowych wydłużył się średni czas ekspozycji ogłoszeń z kilkunastu do ponad dwudziestu dni. Mniejsze zainteresowanie potencjalnych klientów i spadek popytu zaowocowało obniżeniem średniej ceny transakcyjnej – wskazuje Bankier.pl.
– Na zakupy decydowały się głównie osoby szukające okazji, a także klienci, którzy wiedzieli, że na spadek ceny wybranej nieruchomości raczej nie mogą liczyć bądź nie mogą czekać. Wielu jednak wstrzymało zakupy, oczekując spadków cen mieszkań, szczególnie tych wysoko wycenianych – zauważa Anna Karaś.
Stawki ofertowe utrzymują się na stabilnym poziomie, a średnia cena w niektórych miastach nawet rośnie, co jest jednak wynikiem szybkiego znikania najniżej wycenianych mieszkań.
– Kryzys gospodarczy z poprzedniej dekady zaczął się podobnie. Obniżka w pierwszej kolejności dotyczyła cen transakcyjnych, podczas gdy ceny ofertowe zaczęły dopasowywać się dopiero w kolejnych kwartałach. Nie jest jednak powiedziane, że tym razem będzie podobnie – dodaje Anna Karaś.
Czy w związku z tym możemy oczekiwać powtórki sytuacji z lat 2008-2009? Zdaniem Michała Kubickiego niekoniecznie. – Rynek pierwotny i poziom cen na nim jest regulowany popytem i kosztem wytworzenia. Na ten moment nie spodziewałbym się znaczących obniżek właśnie ze względu na koszty budowy i ceny działek, które nie chcą gwałtownie spadać – podkreśla.
Jak z kolei przewiduje Marcin Krasoń, ekspert obido.pl, choć na rynku pierwotnym możliwe są kilkuprocentowe wahania stawek, regulowane wyłącznie podażą dostosowywaną do potrzeb przez deweloperów, to bardziej podatny na spadki w najbliższych miesiącach będzie rynek wtórny.
W przypadku nowych mieszkań, zdaniem ekspertów, poszukujący własnego „M” mogą liczyć jedynie na nieznaczne rabaty, dotyczące często dodatków – np. miejsca postojowego lub komórki lokatorskiej i ewentualnie zwiększonych nieco możliwości negocjacyjnych. Takiego zdania jest m.in. Barbara Bugaj, główny analityk w SonarHome.
Spośród największych miast odczyt indeksu urban.one w relacji do marca najmocniej spadł w Warszawie. W kwietniu wyniósł on 101,7 pkt. i był o 2,85 pkt. niższy niż w marcu i jednocześnie o 0,4 proc. niższy w porównaniu z kwietniem 2019 r. To m.in. efekt promocji uruchamianych przez deweloperów. Jednak w dłuższej perspektywie zamiast znaczącej obniżki cen należy spodziewać się zmiany struktury sprzedaży.
– Zwiększy się podaż mieszkań w tańszych dzielnicach, np. na Białołęce, w Wawrze czy Ursusie. Dodatkowo większy odsetek będą stanowiły oferty sprzedaży lokali o niższym standardzie. Taki stan rzeczy faktycznie wpłynie wówczas na spadek średniej ceny ofertowej – przewiduje Anna Karaś. – Na wyraźne obniżki cen mieszkań w atrakcyjnych lokalizacjach na rynku pierwotnym raczej nie ma co liczyć.
Ważną kwestią przy prognozowaniu cen mieszkań jest przyszłe zachowanie klientów inwestycyjnych, którzy w dużej mierze nakręcali rynek mieszkań w ostatnich latach. – W obecnych czasach dużej zmienności na rynkach akcji, walut oraz obawy przed nadmierną inflacją spodziewamy się dalszego zainteresowana inwestowaniem środków w nieruchomości. Obniżenie stóp procentowych, które przełożyło się na niskie oprocentowanie lokat i rachunków oszczędnościowych, będzie dodatkową zachętą. Nawet mimo iż stawki najmu w ostatnim czasie również się obniżyły, to zmiana ta nie była tak drastyczna jak spadek oprocentowania lokat – mówi Radosław Okulski z Santander Bank Polska.
Nieruchomości od dawna są zaś postrzegane jako bezpieczna lokata kapitału.

Leasing potrzebuje czasu na odbudowę

Pandemia koronawirusa jest bardzo destrukcyjna na tak elementarnym poziomie jak nastroje społeczne i zaufanie do przyszłości. Mocno uderza w ufność konsumencką, a przez to w konsumpcję prywatną i plany inwestycyjne przedsiębiorców.
Polska branża leasingowa na uzyskanie poziomu finansowania sprzed kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa będzie wymagała więcej czasu niż miało to miejsce po upadku banku Lehman Brothers w 2008 r. Wówczas na powrót do wyniku przedkryzysowego potrzebowaliśmy 4 lat. Tym razem wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe może przekroczyć poziom z 2019 roku dopiero w 2025 roku.
Zakładamy, że w 2020 roku nasza branża udzieli finansowania w wysokości ponad 51 mld zł, czyli o 34 proc. mniej niż rok wcześniej. Dodatnią dynamikę rynku leasingu powinniśmy zobaczyć już na początku 2021 roku, jednak w przyszłym roku wartość sfinansowanych środków trwałych przez firmy leasingowe będzie znacznie niższa niż w 2019 roku. Sytuacja będzie rozwijać się podobnie do tej podczas kryzysu finansowego po upadku banku Lehman Brothers w 2008 roku. Wówczas rynek leasingu w Polsce potrzebował 4 lat, aby odrobić straty – wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe dopiero w 2013 roku przekroczyła poziom z 2008 roku.
Dzisiaj widzimy, jak uderzenie COVID-19 jest niszczące dla naszej gospodarki. Przede wszystkim pokazują to wyniki sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej za kwiecień, gdzie w obu przypadkach spadki znacznie przekroczyły 20 proc. w ujęciu rocznym.
Pandemia koronawirusa jest bardzo destrukcyjna na tak elementarnym poziomie jak nastroje społeczne i zaufanie do przyszłości. Mocno uderza to w ufność konsumencką, a przez to w konsumpcję prywatną i plany inwestycyjne przedsiębiorców.
Jakby tego było mało, w najbliższych latach mamy splot kilku, niesprzyjających dla branży leasingowej czynników. Przede wszystkim zaakceptowany przez Parlament Europejski tzw. Pakiet Mobilności będzie długotrwałym czynnikiem ograniczającym rozwój polskich firm transportowych. A finansowanie branży transportowej jest istotnym obszarem działalności firm leasingowych.
Po drugie, powoli będziemy kończyć perspektywę unijną 2014-2020. Wydatkowanie będzie trwało co prawda do 2023 roku, ale już przy coraz niższych rozmiarach inwestycji współfinansowanych z Unii Europejskiej.
I na koniec, widzimy jak ogromna jest skala środków pomocowych uruchamianych przez rządy państw europejskich. To w perspektywie dwóch – trzech lat doprowadzi do dużych napięć budżetowych, a w rezultacie do istotnego spowolnienia, a być może nawet do niewielkiej recesji w strefie euro.
W związku z tym zakładamy, że w kolejnych latach tempo rozwoju rynku leasingu pozostanie umiarkowane, a poziom finansowania z 2019 roku (77,8 mld zł) może zostać osiągnięty nawet dopiero w 2025 r.

Elektryczne podboje przestworzy

Kolejny samolot z napędem elektrycznym wykonał udany lot testowy. Czy to może wpłynąć na przełom w lotnictwie cywilnym?
Praktycznie wszystkie ważniejsze linie lotnicze lotnicze liżą rany spowodowane pandemią koronawirusa. Łączne straty przekraczają już 500 miliardów dolarów. Ale w tym czasie małe, niszowe linie lotnicze próbują działań mogących zmienić przyszłe latanie.
Niedawno zmodernizowany został mały samolot pasażerski Cessna 208B Grand Caravan. Przerobiono go z napędu spalinowego na elektryczny. Samolot wykonał pomyślnie 28-minutowy lot nad stanem Waszyngton. Był to pierwszy tak długi przelot samolotem napędzanym silnikiem elektrycznym zasilanym przez akumulatory. Konstruktorzy twierdzą, że ich moc wystarcza na pokonanie dystansu około 100 mil przy normalnej prędkości przelotowej (około 300 km/h).
W zeszłym roku ta sama linia lotnicza (Harbour Air) testowała mniejszy samolot. Loty trwały zaledwie kilka minut. Sprawdzana obecnie Cessna 208B była w powietrzu prawie trzy razy dłużej. Czy będzie to stanowić kolejny kamień milowy w rozwoju „e-samolotu”.
Pomysł samolotów elektrycznych nie jest nowy. Lotnicze silniczki elektryczne są już od dawna dość powszechnie stosowane w modelarstwie. Budowa „dorosłego” samolotu napędzanego prądem, to jednak dużo większe wyzwanie, bo ciężar baterii, potrzebnych do startu i lotu takiej maszyny, jest ciągle zbyt duży.
Wprawdzie linia Harbor Air zapowiada, że spróbuje zmodernizować wszystkie swoje samoloty za pomocą silników elektrycznych o mocy około 750 KM – i zapewnia, iż taki samolot, nadający się do obsługi krótkich tras. jest doskonałym rozwiązaniem dla linii lotniczych.- ale jest to jednak na razie głównie działanie promocyjno-reklamowe.
Wydaje się, że nieco większe, ale także trudne szanse powodzenia ma, realizowany już od prawie 20 lat, program budowy samolotu również elektrycznego – tyle, że napędzanego wyłącznie energią słoneczną. Takie samoloty, nazwane Solar, są projektem szwajcarskim.
3 grudnia 2009 roku samolot Solar wykonał swój pierwszy, jeszcze krótki, bo 400 metrowy przelot testowy na wysokości około 1 metra nad płytą lotniska. W kolejnych latach pułap maszyny był coraz wyższy, a czas lotu systematycznie się wydłużał. Już w 2010 roku Solar Impulse pokazał, że samolot napędzany tylko energią słoneczną może również latać w nocy. Lot trwał ponad dobę, bo 26 godzin. Samolot wzniósł się na wysokość aż 8720 metrów, leciał ze średnią prędkością wynoszącą ok. 38 km/h (jego prędkość maksymalna to 125 km/h). Rok później Solar Impulse wykonał lot międzynarodowy ze Szwajcarii do Belgii.
Kolejny taki samolot, Solar Impulse 2, to już projekt nie tylko szwajcarski. W jego stworzeniu uczestniczyła politechnika w Lozannie, Europejska Agencja Kosmiczna, firmy Dassault, ABB i inne. Jest to już duży samolot z czterema silnikami elektrycznymi i bardzo długimi skrzydłami o rozpiętości około 80 metrów. Napędza go prąd z ponad 17 tys. ogniw fotowoltaicznych umieszczonych w maszynie. Ma ciśnieniową kabinę umożliwiającą wykonywanie lotów na wysokości nawet 12000 metrów. Może pokonać ocean.
Solar Impulse 2 latał w coraz dłuższe trasy, aż wreszcie 9 marca 2015 r. wystartował w lot dookoła świata. Lot zakończył się powodzeniem – ale trwał aż 16 miesięcy. Po drodze samolot trzeba było naprawiać, zrobiono kilkanaście przystanków. Pokonano łącznie ok. 40 tys. kilometrów. Można byłoby z pewnością przebyć ten dystans w krótszym czasie, lecz przerwy w podróży, oprócz napraw i przeglądu samolotu, przeznaczone też były na kampanię na rzecz czystej energii.
Samolot Solar Impulse 2 przeleciał nad dwoma oceanami: Spokojnym i Atlantyckim. Był to ewidentny sukces, bo ustanowiono światowy rekord, jakim był nieprzerwany lot nad Pacyfikiem przez pięć dni i nocy (w sumie 118 godzin).
Na razie jednak na tym się skończyło. Droga od jedno czy dwuosobowego doświadczalnego samolotu elektrycznego rozwijającego średnią prędkość przelotową w granicach 60 – 70 km na godzinę, do normalnej, w miarę szybko latającej użytkowej maszyny o takim napędzie, będzie jeszcze bardzo długa. Podobnie jak droga, która pozwoliłaby samolotom przerabianym na prąd – na wzór wspomnianej Cessny – latać dłużej niż 25 – 30 minut.

Gospodarka 48 godzin

Wzrost w sieci Zamrożenie gospodarki zmieniło zwyczaje zakupowe Polaków. Wiele osób, z uwagi na swoje bezpieczeństwo przeniosło robienie zakupów do sieci. Główny Urząd Statystyczny podał dane o sprzedaży on-line po wybuchu epidemii. Wynika z nich, że prawie o jedną trzecią wzrosła w kwietniu sprzedaż detaliczna przez internet (w porównaniu z danymi z marca 2020). Nigdy wcześniej nie było tak wielkiego przyrostu w ciągu jednego miesiąca – częściowo wymuszonego poprzez zamknięcie wielu placówek handlowych. Według obliczeń GUS, w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2020 roku udział e-commerce w całej sprzedaży krajowej zwiększył się niemal dwukrotnie w stosunku do tego samego okresu 2019 r. –  z 6,3 proc. do 11,9 proc. Tempo wzrostu jest duże, ale sprzedaż internetowa cały czas stanowi tylko drobną część wszystkich zakupów robionych przez Polaków.

TVP „zwycięża” pandemię
Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie potrafi podjąć skutecznej walki z epidemią koronawirusa w Polsce. To nie tylko nieudolność. Nie widać także, aby jakoś się on przykładał do ograniczenia rozmiarów pandemii, gdyż podstawową pracą wykonywaną obecnie przez ekipę rządzącą jest działanie na rzecz zwycięstwa wyborczego Andrzeja Dudy. Tymczasem w naszym kraju wciąż rośnie liczba zgonów i przypadków COViD 19, a pod względem nasilenia nowych zakażeń Polska należy do niechlubnej czołówki Europy. Natomiast jeśli chodzi o liczbę wykonywanych testów, to przeciwnie, jesteśmy pod koniec listy państw naszego kontynentu. Ponura prawda o nieudolności i nieskuteczności rządu PiS w walce z pandemią mogłaby znacząco zmniejszyć szanse wyborcze Andrzeja Dudy. Wprawdzie inne, pozarządowe media nie przemilczają epidemii, ale wiadomo, że elektorat PiS to w dużym stopniu widzowie rządowej TVP. Dlatego właśnie temat pandemii koronawirusa został ograniczony do minimum w PiS-owskiej telewizji „publicznej”. Od dłuższego czasu jeżeli w Wiadomościach w ogóle pojawiają się informacje o zgonach i nowych zakażeniach, to głównie przez moment na małym pasku na dole ekranu. W zasadniczym przekazie mówi się natomiast o ozdrowieńcach. A skoro epidemia znika z PiS-owskiej telewizji to publiczność powinna odnieść wrażenie, że znika w ogóle. Udający dziennikarzy propagandyści z TVP próbują więc wmawiać telewidzom, że pandemia jest w odwrocie, a światłe działania rządu przynoszą same sukcesy w walce z koronawirusem. Zmienił się też sposób narracji ze strony rządu. Przez wiele tygodni było to typowe PiS-owskie samochwalstwo uprawiane przez przedstawicieli tej ekipy. Gdy jednak okazało się, że propagandowymi bajkami trudno zasłonić prawdę o nieskuteczności władzy PiS w walce z pandemią, to oprócz mówienia o rzekomych sukcesach rządowych zaczęto prezentować akcenty krytyczne wobec społeczeństwa – że zbyt lekkomyślnie rezygnuje z izolowania się, że nazbyt optymistycznie zapomina o doświadczeniach Włoch czy Wielkiej Brytanii, że nie bardzo przestrzega ograniczeń. Słowem, przekaz jest taki, że jeśli są sukcesy, to jest to zasługa rządu PiS. Jeśli są zaś kłopoty, to winę ponosi kto inny. To zgodne z podstawową zasadą obecnej ekipy: nigdy nie przyznawać się do żadnego błędu i poczuwać do jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Znowu trochę ubyło pokoju

Wbrew wrażeniu jakie usiłuje stworzyć rząd PiS, Polsce daleko do najbardziej pokojowych krajów świata.
Światowy Indeks Pokoju (Global Peace Index) jest opracowywany i publikowany od 14 lat. Obejmuje obecnie swymi badaniami 163 kraje (99,7 proc. ludności świata). Prace nad nim organizuje i prowadzi Instytut Ekonomii i Pokoju (The Institute for Economics & Peace), który jest organizacją pozarządową non profit z siedzibą w Sydney (z oddziałami w Nowym Jorku, Meksyku, Brukseli i Hadze).
W konstrukcji tego indeksu Instytut posługuje się aż 23 ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami pomiaru i korzysta z wysoce wiarygodnych źródeł danych. Bada zagadnienia pokoju w trzech przekrojach: bezpieczeństwo osobiste i społeczne, wewnętrzne i zewnętrzne trwające konflikty oraz kwestia militaryzacji. W Indeksie 2020 uwzględnia się także wpływ pandemii COVID-19.
W skali światowej średni Indeks Pokoju pogorszył się w ciągu ostatniego roku o 0,34 proc. (a o 2,5 proc. od 2008 r.). Niewiele – ale było to już dziewiąte pogorszenie indeksu w ciągu ostatnich 12 lat. Jego spadek wystąpił w 80 krajach, w pozostałych indeks się poprawił.
W dalszym ciągu Islandia jest w czołówce rankingu, jako najbardziej pokojowy kraj na Świecie. Wraz z Nową Zelandią, Austrią, Portugalią i Danią. W końcu rankingu znajdują się: Afganistan, Syria, Irak, Sudan Południowy i Jemen. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.economicssandpeace.org.
Jeśli chodzi o kwestie militaryzacji, to wskaźniki uległy poprawie: liczba żołnierzy w przeliczeniu na 100.000 mieszkańców obniżyła się w 113 krajach zaś wydatki na cele zbrojeniowe w relacji do produktu krajowego brutto obniżyły się w 100 krajach.
Wpływ ekonomiczny wojen, protestów i buntów społecznych na PKB w skali świata 2019 r. oblicza się na 14,5 bilionów USD (wg parytetu siły nabywczej), co stanowi 10,6 proc. światowego produktu brutto a w przeliczeniu na jedną osobę: 1.909 USD. Oblicza się także, że naturalne straty ekonomiczne w środowisku w skali świata wzrosły z 50 mld USD w 1980 r. do 200 mld USD rocznie w ostatniej dekadzie.
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 1,0 (najlepszy wynik) do 5,0 (najgorszy wynik). Jest on rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych zebranych przez specjalistów organizacji pokojowej.
Polska zajęła 29 miejsce w Indeksie Pokoju 2020, z wartością indeksu 1,657. W 2007 r. zajmowaliśmy 27. miejsce.
Globalny Indeks Pokoju 2020 1.Islandia 1,078 2.Nowa Zelandia 1,196 3.Portugalia 1,247 4.Austria 1,275 27.Katar 1,616 28.Bułgaria 1,628 29.Polska 1,657 30.Estonia 1,680 31.Włochy 1,690 Czołówka rankingu to: Islandia, Nowa Zelandia, Portugalia, Austria i Dania. Wartość Indeksu Pokoju dla Islandii wynosi 1,078 a dla Polski – 1,657. Taki jest obecnie nasz dystans do najbardziej pokojowego kraju na Świecie.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy dopiero 17. miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są: Czechy (8), Słowenia (11), Rumunia, Węgry, Słowacja, Chorwacja i Bułgaria (28). Za nami tylko: Estonia (30), Łotwa i Litwa (36).
Niemcy zajmują wśród krajów UE 16 miejsce. Natomiast USA – 121. miejsce na świecie. Chiny są 104, a Rosja – dopiero 154. Spośród naszych sąsiadów Białoruś ma 94 miejsce, a Ukraina – 148.
Natomiast wśród wszystkich krajów Europy, Polska zajmuje 20. miejsce w rankingu pokojowości na 36 państw europejskich. Ostatnie miejsce zajmuje Turcja (150 wśród wszystkich krajów świata).
Europa według tego indeksu kwalifikuje się jako najbardziej pokojowy region świata – średnia wartość Indeksu Pokoju wynosi 1,650, a wśród 20 najbardziej pokojowych krajów świata aż 13 to kraje europejskie. Niestety wśród nich nie znalazła się Polska.
Najmniej pokojowy region w skali świata to Bliski Wschód i Północna Afryka – tam średnia wartość indeksu wynosi 2,513.
Raport odnotowuje także, że 873 mln osób na świecie wciąż cierpi głód. Jeszcze więcej, bo ponad 2 mld osób cierpi na brak wody. W 97 krajach wzrosły wskaźniki aktywności terrorystycznej, chociaż trzeba przyznać, że liczba ofiar śmiertelnych wskutek terroryzmu spadła.
Gdyby rozpatrywać oceny zawarte w raporcie według wymienionych na początku trzech kategorii to trzeba stwierdzić, że w dziedzinie bezpieczeństwa osobistego i społecznego do pierwszej piątki należą: Islandia, Singapur, Japonia, Norwegia i Szwajcaria. W drugiej dziedzinie (stabilności pokojowej czyli braku wojny) prowadzą Botswana, Mauritius, Singapur, Urugwaj i Bułgaria. Natomiast w kategorii trzeciej, czyli militaryzacji, do najmniej zbrojących się krajów należą Islandia, Węgry, Nowa Zelandia, Słowenia i Mołdawia. Najgorsze miejsca w tej ostatniej dziedzinie zajmują: USA, Rosja, Korea Północna, Izrael i Francja.
Przy 29. miejscu w całości Indeksu Pokoju, nasz kraj w tych trzech kategoriach zajmuje następujące miejsca: w pierwszej dziedzinie – 33 miejsce, w drugiej – 49, a miejsce i w trzeciej – 29 miejsce.

Drewniana dźwignia sukcesu

Meble z naszego kraju trafiają na wszystkie kontynenty, ale na wielkim rynku amerykańskim mają jeszcze sporo do zdobycia.
Polska to ważny producent mebli w skali światowej. Wartość rocznej produkcji naszej branży meblarskiej przekracza 10 mld euro. W Unii Europejskiej najwięcej producentów mebli w UE znajduje się we Włoszech i właśnie w Polsce. Od 2003 r. znajdujemy się niezmiennie w czołowej 10 pod tym względem.
Największy udział (46 proc.) w polskim eksporcie meblarskim mają szeroko pojęte meble do siedzenia (w tym również przekształcane w miejsca do leżenia), oraz elementy mebli.
W ubiegłym roku eksport mebli z Polski osiągnął wartość 13,1 mld euro (dane International Trade Centre, maj 2020). Główny odbiorca to Niemcy (4,5 mld). Zgodnie z raportem Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości„Strategia marki polskiej branży meblarskiej” (luty 2019) w ciągu ostatnich 10 lat najdynamiczniej rozwija się eksport polskich mebli do Czech, Holandii i USA. Spośród czołowych producentów mebli w Europie nasz kraj odnotowuje największą dynamikę wzrostu eksportu. Od 2006 do 2017 r. wyniosła ona 111 proc.
Polscy przedsiębiorcy, skoncentrowani na utrzymaniu międzynarodowej konkurencyjności, nie są jednak w stanie podjąć większego wysiłku na rzecz budowania silnej polskiej marki. Dobrze to pokazują wyniki badań przeprowadzonych pod nadzorem PARP na rynku niemieckim, czyli głównym importerze polskich mebli. Nasze rodzime produkty często są sprzedawane pod markami sklepów meblowych, w których są wystawiane. W ten sposób sklepy budują swoje marki, a klienci niemieccy nie mają świadomości, że urządzają swoje domy polskimi meblami. Wielu rozmówców nie było w stanie wymienić konkretnych polskich marek, choć zdawali sobie sprawę z tego, że Polska jest jednym z najważniejszych krajów produkujących meble. Odnotowano także rosnącą obecność polskich firm na targach meblowych, co świadczyć może o profesjonalizmie firm oraz jakości produktów (niekiedy jednak kwestionowanej przez rozmówców).
Jak zatem wzmocnić wizerunek polskich marek? Branża wskazuje, że kluczem jest organizacja narodowych stoisk na najważniejszych targach meblowych. Obecne programy rządowe nie dają takiej możliwości, a z uwagi na rozdrobnienie, nasze firmy nie mają wystarczającej siły, aby walczyć o markę. Stąd też pomysł Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli na wspólne stoisko i prezentację produktów polskich producentów podczas trzech edycji ważnych targów meblarskich w mieście High Point w Karolinie Północnej w Stanach Zjednoczonych. Pozwoli to na systematyczne budowanie relacji z partnerami biznesowymi i pozytywnego wizerunku polskiej branży meblarskiej.
Skąd ten wybór? Miejski kompleks targowo-wystawienniczy w High Point może poszczycić się ponad 100-letnią tradycją handlu meblami w Stanach Zjednoczonych. Każdego roku gromadzi profesjonalistów, designerów, architektów wnętrz i handlowców ze wschodniego wybrzeża USA. High Point odróżnia się od ośrodków targowych w Europie tym, że wystawy są rozmieszczone w niemal 160 obiektach na terenie całego miasta (łączna powierzchnia wystawiennicza wynosi ponad 1,1 mln mkw.), a miasto żyje głównie z organizowanych dwa razy do roku wystaw poświęconych branży meblarskiej. Udział w tych targach ma ogromny potencjał biznesowy, ponieważ wydarzenie jest obowiązkową pozycją w kalendarzu osób decydujących o wprowadzaniu mebli do sprzedaży w amerykańskich sieciach handlowych
Polskie firmy w poprzednich latach uczestniczyły już w targach w High Point. Teraz ma to być jednak nasze narodowe stoisko. Wspólny polski udział w tych targach zaplanowano na trzy edycje targów: kwiecień i październik 2020 r. oraz kwiecień 2021 r. Edycja kwietniowa nie doszła do skutku z powodu pandemii, zastąpiły ją targi wirtualne w maju. Co z październikiem 2020 r. – na razie nie wiadomo.
Wiadomo, że z naszym potencjałem eksportowym, polskie meblarstwo może coraz lepiej radzić sobie za oceanem. USA to ogromny rynek. To nie tylko meble do domów i mieszkań, lecz także biur, hoteli, restauracji oraz wszelkich obiektów użyteczności publicznej. Amerykanie najchętniej importują meble drewniane, siedziska tapicerowane z drewnianymi ramami (w tym krzesła), meble do sypialni oraz kuchni. Takie produkty znajdują się w ofercie licznych polskich producentów.
– Jeśli polscy wytwórcy poświęcą czas na to, by lepiej poznać i zrozumieć rynek amerykański (który jest zupełnie inny niż europejski!), a także dostosują się do nowej sprzedaży detalicznej związanej z pandemią, mają wielkie szanse na sukces. Warto uniknąć trzech błędów, które popełniają zagraniczni producenci, wchodząc na rynek amerykański: nie mają świadomości wielkości rynku, czasu potrzebnego na jego penetrację oraz kosztów z tym związanych. Z perspektywy produktu, polski rynek oferuje każdy rodzaj i styl mebli sprzedawanych w Stanach Zjednoczonych – podkreślił Jeff Holmes, amerykański specjalista zajmujący się rynkiem meblarskim.
O potencjale rynku amerykańskiego najlepiej świadczą liczby. Zgodnie z danymi US Census Bureau w latach 1992-2017 wartość sprzedaży detalicznej sklepów z meblami i artykułami wyposażenia wnętrz wzrosła o ponad 125,3 proc. (z 52,2 mld dolarów do 117,6 mld dolarów). Szacuje się, że w 2018 r. przekroczyła poziom 120 mld dolarów, a więc jest najwyższa w historii. Według U.S. Department of Commerce wydatki Amerykanów na meble i inne produkty wnętrzarskie w 2019 r. wzrosły o 2,8 proc. rok do roku, a w przedziale czasowym 2019-2024 prognozuje się wzrost na poziomie ok. 20 proc.
USA są głównym importerem mebli i artykułów dla domu. Jak czytamy w raporcie PKO Bank Polsk:i „Branża meblarska. Wzrost znaczenia polskich producentów na świecie” (luty 2019), w 2017 r. import amerykański stanowił aż 28,8 proc. importu globalnego. Amerykanie sprowadzają te produkty głównie z Chin (55 proc. importu amerykańskiego), Wietnamu (17 proc.), Kanady i Meksyku, (po 5 proc.) oraz z Włoch (3 proc). W stosunku do 2017 r. wzrost wartości importu meblarskiego z Polski do USA wyniósł w ubiegłym roku 7 proc., a np. z Włoch – 11 proc.
Nie jest zatem przypadkiem, że wybór padł właśnie na USA, czyli rynek o ogromnym potencjale dla polskich produktów. – Wybraliśmy Stany Zjednoczone, bo to właśnie na tym rynku potrzebujemy zaprezentować firmy z Polski jako silną grupę – powiedział Jan Szynaka, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli. – To także nowy model promocji, który pozwala połączyć potencjał firm z budowaniem wizerunku Polski jako kraju oferującego markowe produkty.
Jak twierdzą polscy producenci mebli, udział w projekcie OIGPM przyniesie uczestnikom kilka korzyści, które będą zapewne o wiele bardziej wymierne niż próby ekspansji na rynek amerykański każdego z nich oddzielnie. Przede wszystkim projekt daje możliwość wspólnej prezentacji potencjału polskich marek meblowych. Zarówno wśród kupców meblowych z tamtego regionu, jak i potencjalnych klientów detalicznych można budować świadomość, że Polska – jako silny europejski producent mebli – dysponuje nie tylko odpowiednim know-how i zapleczem technologicznym, lecz także świeżym i otwartym podejściem do wzornictwa i designu, tak by zaspokoić indywidualne potrzeby amerykańskiego odbiorcy.
Wspólne stoisko daje szansę na zaprezentowanie szerszego zakresu produktów oraz pokazanie ich w ciekawym i inspirującym kontekście. Staje się też polem wymiany doświadczeń, a także zdobywania nowej wiedzy o potrzebach, gustach i oczekiwaniach klientów z tego rynku. Odpowiednie zdefiniowanie grup docelowych oraz ich cech charakterystycznych pozwoli zaś na przygotowanie oferty w sposób bardziej trafny i precyzyjny.
Ważnym czynnikiem w wymianie handlowej są trudne obecnie relacje pomiędzy USA a Chinami. Przekłada się to na liczby: import z Chin do USA w 2019 r. spadł o 18,5 proc. rok do roku. Jednocześnie zaobserwowane duże wzrosty w przypadku innych krajów. Widać dominację zwłaszcza krajów azjatyckich, ale otwiera to jednak szansę dla innych rynków, w tym polskiego.
– Dla sprzedawców w USA Polska stanowi znaczące źródło zaopatrzenia. Od połowy lat 70. amerykańscy nabywcy mocno interesują się Azją, z której importowane są meble w dobrych cenach ze względu na niskie koszty pracy. Jednak i polscy producenci mają silne atuty, jakimi są styl mebli, cena, materiały, logistyka, obsługa dostaw. Tak więc czas jest sprzyjający – dodał Jeff Holmes.
Polska to drugi po Chinach eksporter mebli na świecie. Nie ma więc powodu, dla którego nie moglibyśmy podbić rynku amerykańskiego.

Gospodarka 48 godzin

Oszczędzamy energię
W Polsce w latach 2008-2018 nastąpiła poprawa efektywności energetycznej. W tej dekadzie energochłonność obniżała się średnio o 2,0 proc. rocznie. Najszybsze tempo wzrostu energooszczędności odnotowano w przemyśle, dzięki inwestycjom podjętym za czasów rządów PO-PSL. Całkowite zużycie energii w Polsce wzrosło w latach 2008-2018 z 98,1 Mtoe (milionów ton oleju ekwiwalentnego) do 105,7 Mtoe, czyli w tempie średnio 0,8 proc./rok). Zużycie osiągnęło najwyższą wartość w 2018 r. – podaje Główny Urząd Statystyczny. W stosunku do roku 2008 energochłonność naszego produktu krajowego brutto w 2018 r. obniżyła się o 18,4 proc. Tempo poprawy energochłonności w latach 2014–2018 było niższe niż w pierwszej połowie omawianego okresu, gdy rządziła koalicja PO-PSL. Jedynie w roku 2018 zaobserwowano znaczniejsze zmniejszenie energochłonności naszego PKB wynoszące 3,2 proc.
Udział gospodarstw domowych w finalnym zużyciu energii w 2018 r. wyniósł 28,1 proc. Najważniejsze było tu ogrzewanie pomieszczeń, którego udział wyniósł 65,1 proc. (z tych 28,1 proc.) Na ogrzewanie wody zużyto 16,6 proc. energii, na oświetlenie i wszelkie urządzenia elektryczne tylko 9,8 proc, a na gotowanie posiłków 8,5 proc. Zużycie energii w gospodarstwach domowych w przeliczeniu na metr kwadratowy wykazuje generalnie lekką tendencję spadkową. Wzrost zużycia został tam zaobserwowany w roku 2010, 2012 i 2016, w pozostałych latach odnotowano zmniejszenie. Zużycie na 1 m2 obniżało się średnio o 1,6 proc/rok. Natomiast w przemyśle, spośród lat 2008-2018 zużycie energii osiągnęło najniższą wartość w 2009 r. (13,0 Mtoe). W następnych latach obserwowano niewielkie wahania, a od roku 2016 nastąpił znaczący wzrost zużycia, do poziomu 16,8 Mtoe w 2018 r. Najwyższe tempo spadku energochłonności odnotowano w przemyśle maszynowym (o 5,2 proc./rok) i tekstylnym (o 4,8 proc./rok), a najniższe w przemyśle drzewnym oraz spożywczym (po 0,4 proc./rok). Dla całego przemysłu przetwórczego tempo poprawy energochłonnosci wynosiło srednio 1,5 proc. rocznie.
W latach 2008-2018 w naszym kraju najbardziej wzrosło zużycie energii elektrycznej (o 36,9 proc.), a potem ciepła (o 26,1 proc.) oraz gazu ziemnego (o 16,8 proc.). Największy spadek zużycia nastąpił natomiast w przypadku paliw ciekłych (aż o 41,5 proc.). Niestety, znacznie wolniej zmniejszało sie zużycie węgla (o 12,6 proc.). Jak policzył GUS, w tym dziesięcioleciu poprawa pogody (nieco więcej ciepłych dni) spowodowała zmniejszenie zużycia energii zaledwie o 0,1 Mtoe. Najwolniejsze tempo poprawy efektywności zużycia energii miało miejsce w sektorze gospodarstw domowych, gdzie spadek energochłonności w całej dekadzie 2008–2018 wyniósł tylko 1,2 proc. W przypadku gospodarstw domowych czynnikami wpływającymi na zwiększenie zapotrzebowania na energię były wzrost liczby mieszkań i nieco większe ich metraże.

Pandemia zmniejsza inflację
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju 2020 r. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 2,9 proc. (przy wzroście cen usług aż o 7,1 proc. i towarów – o 1,4 proc. Natomiast w stosunku do poprzedniego miesiąca, ceny towarów i usług obniżyły się o 0,2 proc., co było efektem zamrożenia gospodarki oraz spadku popytu na usługi transportowe (ceny w transporcie spadły w porównaniu z kwietniem o 4,5 proc.).

Jak odpływają cudzoziemcy?

Szacuje się, że w ciągu dwóch pierwszych miesięcy trwania pandemii COVID-19, tj marca i kwietnia 2020 r. liczba cudzoziemców przebywających w Polsce zmniejszyła się o 223 tys., czyli o 10,1 proc. stanu z końca lutego – ocenia Główny Urząd Statystyczny.
W tym szacunku wykorzystano dane o wielkości populacji cudzoziemców przebywających w Polsce, czasowo bądź stale, według stanu w dniu 31.12.2019 r., ustalone na podstawie informacji o obywatelstwie zawartych we wszelkich rejestrach administracyjnych. Ustalona wstępnie liczba cudzoziemców wynosiła 2 106 101, w tym 1 351 418 osób (64,2%) to obywatele Ukrainy. W populacji cudzoziemców 1 208 545 osób (57,4%) posiadało numer PESEL.
Tylu było ich u nas w grudniu – a w pierwszych miesiącach bieżącego roku ta liczba jeszcze wzrosła. Szacuje się że na koniec lutego 2020 r. w Polsce przebywało 2 213 594 cudzoziemców, z czego 1 390 978 to obywatele Ukrainy. Potem nastąpił exodus. Na podstawie informacji ze Straży Granicznej można stwierdzić, że w marcu i kwietniu 2020 r. z Polski wyjechało 938 014 cudzoziemców, a przyjechało 714 834 – co wskazuje na spadek o ponad 223 tys. osób.
Najszybciej opuszczały nas nacje wschodnie. Ukraina: ubyło 160042, Białoruś: ubyło 33987, Rosja – 9517. W sumie oznacza to, że liczba cudzoziemców w Polsce na koniec kwietnia 2020 r. w porównaniu z końcem lutego 2020 r. zmniejszyła się o wspomniane 223 tys. , czyli tj. o 10,1%. Natomiast populacja obywateli Ukrainy zmniejszyła się o 11,5%. Największy spadek odnotowano wśród obywateli Białorusi (32.2%) oraz Rosji (25.7%). Towarzyszył temu oczywiście spadek rzeszy zatrudnionych w Polsce obcokrajowców. Najszybciej zmniejszało się zatrudnienie obywateli Mołdawii, potem Ukrainy, Gruzji oraz Białorusi.
Jeszcze do 13 marca ruch ludności nasilał się i więcej cudzoziemców przyjeżdżało do Polski, niż z niej wyjeżdżała. Natomiast po tej dacie widać wzrost liczby cudzoziemców wyjeżdżających z Polski, szczególnie szybko rosnący od 16 marca. Liczba ta jest większa niż spadek w danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, co może wskazywać na dość oczywisty fakt, że wyjechały także osoby, które były zatrudnione na umowach śmieciowych, w ogóle bez umowy, oraz przebywały u nas bez formalnego pozwolenia na pobyt.
10 najliczniejszych populacji cudzoziemców w Polsce
Ukraina 1 351 418
Białoruś 105 404
Niemcy 77 073
Mołdawia 37 338
Rosja 37 030
Indie 33 107
Gruzja 27 917
Wietnam 27 386
Turcja 25 049
Chiny 23 838

Kopalnie węgla przekopują kieszenie podatników

Szefowie polskiego górnictwa nie wykorzystali okresu wyjątkowo wysokich cen węgla na inwestycje w podnoszenie produktywności i zabezpieczenie na wypadek dekoniunktury.
W dalszym ciągu nic nie zwiastuje poprawy rentowności państwowego górnictwa węgla kamiennego, czego koszty w kolejnych latach w dalszym ciągu będą pokrywać podatnicy. Za 2019 rok państwowa Polska Grupa Górnicza poniosła stratę w wysokości 427 mln zł.
Podatnicy co roku dopłacają ponad 3 mld zł do emerytur i rent górników węgla kamiennego i brunatnego. Innym sposobem dotowania państwowego górnictwa węgla kamiennego w ostatnich latach było przekierowanie do niego zasobów z państwowych spółek energetycznych. W latach 2016–2017 państwowe firmy energetyczne (Energa, PGE, Enea i PGNiG Termika) dokapitalizowały nowo powstałą Polską Grupę Górniczą kwotą 2,3 mld zł, a państwowy Tauron przejął nierentowną Kopalnię Brzeszcze. Skierowanie zasobów finansowych państwowej energetyki na bezskuteczny program restrukturyzacji sektora wydobywczego, ograniczyło dostępne środki na inwestycje w dywersyfikację mocy wytwórczych.
Wicepremier Jacek Sasin ogłosił, że górnicy otrzymają świadczenia w wysokości 100 proc. swoich pensji za okres zamknięcia kopalń węgla kamiennego ze względu na epidemię koronawirusa („nie poniosą żadnych strat finansowych, ekonomicznych”). Tymczasem inni pracownicy, objęci przestojem ekonomicznym, musieli zadowolić się wynagrodzeniem obniżonym nawet o 50 proc. (jednak nie niższym od płacy minimalnej), a zleceniobiorcy świadczeniem postojowym równym 80 proc. płacy minimalnej – podkreśla Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Byłaby to kolejne dotacja podatników do nierentownego państwowego górnictwa węgla kamiennego. Państwowe kopalnie węgla kamiennego nie wykorzystały okresu wyjątkowo wysokich cen węgla na inwestycje w podnoszenie produktywności i zabezpieczenie na wypadek dekoniunktury, podnosząc zamiast tego wynagrodzenia.
Tego błędu nie popełniła sprywatyzowana wcześniej kopalnia Bogdanka, która dzięki zwiększeniu inwestycji w okresie dobrej koniunktury na światowych rynkach węgla utrzymała zyski nawet po spadku cen.
Spadek cen węgla na świecie w latach 2015–2016 doprowadził do miliardowych strat w państwowym górnictwie. W odpowiedzi na te straty rząd PiS w latach 2016–2018 przekazał górnictwu węgla kamiennego bezpośrednią pomoc publiczną w wysokości ok. 4 mld zł, czyli wynoszącą prawie tyle samo, ile państwo dopłaciło do kopalni w poprzednich dziewięciu latach (4,3 mld zł w latach 2007–2015).
Od 2010 roku Unia Europejska pozwalała na pomoc publiczną dla górnictwa tylko w przypadku wygaszania kopalń. I tak, z przekazanej pomocy 2,3 mld zł stanowiło pokrycie kosztów prac niezbędnych do bezpiecznego wygaszania wydobycia w nierentownych kopalniach, a kolejny 1 mld zł przeznaczono na osłony socjalne dla zwalnianych górników. Od początku 2019 roku UE pozwala na pomoc publiczną wyłącznie dla kopalni postawionych w stan likwidacji do końca 2018 r.
Państwowe dotacje dla górnictwa mają jednak przede wszystkim charakter pośredni: dopłat do emerytur górniczych. Koszty dopłat do emerytur i rent górniczych to ponad 3 mld zł rocznie. Każda złotówka wpłacona przez górnika do ZUS zwiększa zobowiązanie emerytalne systemu wobec niego o 1,5 lub 1,8 zł, w zależności od rodzaju wykonywanej przez niego pracy). W efekcie podatnicy pokrywają koszty pracy górników w szkodliwych warunkach, chociaż powinny być one pokrywane przez wyższe składki emerytalne – uważa FOR.
W latach 2016–2018 pomoc publiczna dla górnictwa węgla kamiennego, głównie na wygaszanie kopalń i pokrycie roszczeń pracowniczych, sięgnęła ok. 4 mld zł. Od ubiegłego roku jej dalsze możliwości silnie ogranicza prawo unijne, więc prawdopodobne jest drenowanie zasobów kolejnych państwowych przedsiębiorstw na pomoc dla nierentownego górnictwa.