Gospodarka 48 godzin

Potrzeba więcej rogatek
Zwiększa się w Polsce liczba przejazdów kolejowych z monitoringiem. W ostatnich dwóch latach na około 400 skrzyżowaniach dróg z torami firma PKP Polskie Linie Kolejowe zamontowała dodatkowe kamery. Urządzenia całą dobę obserwują przejazdy w każdym województwie. Monitoring pozwala kolejarzom kontrolować bezpieczeństwo na blisko 1800 przejazdach. Łamanie przepisów bezpieczeństwa, uszkodzenia rogatek i kolizje na przejazdach nagrane przez kamery trafiają do policji. W 2019 r. było ponad 1400 wniosków, a za połowę bieżącego roku już 471 wniosków w sprawie ukarania kierowców, którzy łamią przepisy ruchu drogowego. Nagrania z nieprawidłowym zachowaniem na przejazdach są wykorzystywane na seminariach dla instruktorów nauki jazdy i w edukacji kierowców. Materiały wideo trafiły do 4 tys. ośrodków szkolenia kierowców. Filmy, prezentujące tragiczne błędy kierowców, mają przestrzec przed brawurą i nieodpowiedzialnością między innymi przed omijaniem rogatek, wjeżdżaniem pod opadające rogatki, ignorowaniem znaku stop. Wypada tu dodać, że monitoring na przejazdach kolejowych to oczywiście cenna inicjatywa. Szkoda tylko, że nie towarzyszy jej stosowny wzrost liczby rogatek z półzaporami instalowanych na przejazdach. To bowiem na przejazdach niestrzeżonych, których jest w Polsce najwięcej, zdarza się też najwięcej tragicznych wypadków. A są one nie tyle rezultatem omijania rogatek, co po prostu ich braku.

Urodzeni śmieciarze
Polacy na potęgę śmiecą, śmiecili i śmiecić będą. Pierwszego dnia tegorocznej akcji Sprzątanie Swiata w naszym kraju ponad stu przedstawicieli 25 ambasad wraz z polskimi organizatorami zebrało nad brzegiem Wisły ponad pół tony śmieci. Wśród znalezionych odpadów były pozostawione grille, puszki, butelki, różne części, porozbijane szkło. Słowem, wszystkie klasyfikowane rodzaje śmieci. Podczas następnej akcji, za rok, będzie tak samo.

Pieniaczka przegrała
Sąd rejonowy w Suwałkach rozpatrzył odwołanie ekspedientki od kary 100 zł wymierzonej jej za to, że nie obsłużyła klientki bez maseczki. Klientka–pieniaczka podała ją za to do sądu. Ekspendientka, jak było do przewidzenia, została najpierw skazana w trybie nakazowym (który, choć tak się nie nazywa, jest uproszczony i skrócony) z art.135 kodeksu wykroczeń: „Kto, zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny”. Po odwołaniu, sąd, jak także było do przewidzenia, uznał, że jak najbardziej była uzasadniona przyczyna – i uniewinnił ekspedientkę. Według sądu, wcześniejsze ukaranie mandatem to wynik niechlujnej legislacji. Ekipa rodem z PiS tak bowiem skonstruowała przepisy, że obowiązek zakrywania ust i nosa nie ma formalnych podstaw prawnych. To, że organy państwa przejęte przez PiS nie potrafią prawidłowo uchwalić nawet prostej regulacji, nie może dziwić. Po raz kolejny okazuje się natomiast, jak zawodny jest tryb nakazowy, który zamiast przyśpieszać bieg spraw, często opóźnia ich prawidłowe rozstrzygnięcie.

Postęp społeczny jest powolny i nierówny

Rosnące dane o światowym PKB maskują rzeczywiste problemy, z jakimi borykają się społeczeństwa i rzesze zwykłych ludzi. Polska wciąż nie może wyjść z załamania, jakie zafundowały jej rządy PiS.

Kilkanaście dni temu został opublikowany raport grupy badawczej współpracującej z Deloitte poświęcony postępowi społecznemu oraz związany z nim ranking 2020. W tej konkurencji Polska zajęła 31. miejsce (w ubiegłym roku 33), z wartością indeksu 84,32 ( w ub. roku 81,25).
Indeks ten służy jako kryterium do klasyfikowania krajów według ogólnego poziomu ich rozwoju społecznego w danym roku i jest obliczany obecnie dla 163 krajów (w ub. roku dla 149).
Indeks Postępu Społecznego (Social Progress Index) jest opracowywany i publikowany dopiero od 2014 r. Składa się aż z 51 wskaźników społecznych i środowiskowych, aby można było uzyskać, jak piszą autorzy raportu, wyraźniejszy obraz tego jak naprawdę wygląda nasze życie codzienne.
Indeks nie mierzy wprawdzie szczęścia i zadowolenia z życia ludzi, ale koncentruje się na rzeczywistych warunkach życiowych: w obszarach od schronienia i wyżywienia po prawa i edukację. Śledzi zmiany zachodzące w społeczeństwie w kolejnych latach, jest syntetycznym miernikiem opisującym efekty rozwoju społecznego w skali czasowej i przestrzennej.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), na który składają się trzy subindeksy – i jest ich średnią ważoną. Został wprowadzony dla celów porównań międzynarodowych i określa poziom rozwoju społecznego integrując czynniki ekonomiczne i społeczne danego kraju. Stanowi uzupełnienie wobec produktu krajowego brutto. Pokazuje kraje osiągające bardzo różne ogólne poziomy rozwoju społecznego i bardzo różniące się od siebie wzorce postępu społecznego.
Kraje o wysokich dochodach zwykle osiągają wyższy postęp społeczny niż kraje o niskich dochodach. Jednak zależność ta, jak pokazuje indeks, nie jest ani prosta ani liniowa.
Trzy subindeksy, które składają się na podstawowy Indeks Postępu Społecznego to : 1. Podstawowe potrzeby ludzkie, 2. Podstawy dobrobytu oraz 3. Szanse.
W skali świata indeks w okresie sześciu lat poprawił się z 62,14 w 2014 r. do 64,24 w 2020 r. (ale już było 64,47 w 2019 r.) – czyli zaledwie o 2,10 pkt. Średnia światowa lokuje się na poziomie między Ghaną (103 miejsce) i Azerbejdżanem (104 miejsce). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: socialprogress.org/index/global/results
Zdecydowanie największy postęp osiągnięto w zakresie dostępu do informacji i komunikacji – który zwiększył się o 11,49 pkt w ciągu ostatnich 6 lat. Dużą rolę odegrał tu wzrost dostępu do internetu i abonamentów na telefony komórkowe, szczególnie w krajach rozwijających się.
W sumie, postęp jest jednak bardzo powolny i w dodatku nierówny. Tylko 46 krajów osiągnęło tempo postępu wyższe niż 3 pkt. Świat osiąga gorsze wyniki w zakresie postępu społecznego niż wskazywałby na to średni PKB na mieszkańca.
Sygnalizuje to, że mamy zasoby, aby żyło się nam lepiej – i aby być lepszymi – zaś rosnące dane PKB maskują w jakimś sensie rzeczywiste problemy, z jakimi borykają się społeczeństwa i rzesze zwykłych ludzi.
Średni światowy produkt brutto na jednego mieszkańca według parytetu siły nabywczej (PPP) wyniósł 15.939 dolarów w 2019 r. (szacunków dla roku 2020 jeszcze nie opublikowano). Średni PKB Polski w roku 2020 wyniósł zaś 33.086 dol. (37 miejsce w świecie). PKB lidera Indeksu Postępu Społecznego, czyli Norwegii wynosi 63.633 dol – co oznacza dopiero siódme miejsce w świecie).
Bardzo ciekawa i znamienna jest ocena szans na zrealizowanie 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju według Agendy ONZ do 2030 r. Zdaniem autorów raportu, na podstawie 51 wskaźników Indeksu Postępu Społecznego, świat idąc w dotychczasowym tempie nie osiągnie tych celów przed 2082 rokiem!
Czołówka rankingu SPI 2020 to: Norwegia, Dania, Finlandia Nowa Zelandia i Szwecja.
Wartość Indeksu dla Norwegii wynosi 92,73 (w skali 0 – 100) a dla Polski 84,32. Taki jest obecnie – wynoszący 8,41 pkt – nasz dystans do najlepszych.
Niemcy, do których lubimy się porównywać, zajmują jedenastą (w ubiegłym roku ósmą) lokatę z wartość indeksu 90,56. USA z kolei zajmują dopiero 28. pozycję w rankingu i są jednym z tylko trzech krajów świata, w których Indeks Postępu Społecznego spadł w ciągu ostatniej dekady.
Ostatnie – 163 miejsce zajmuje Sudan Południowy z wartością Indeksu 31,06 (w ub. roku 24,44). Wśród krajów rozwijających najszybszy postęp wykazały Gambia, Etiopia i Tunezja.
Spośród nowych krajów UE przed nami są: Słowenia (22 lokata, wartość Indeksu 87,71), Estonia (24) i Czechy (25). Za nami zaś pozostałe nowe kraje UE: Litwa (32), Łotwa (35), Słowacja (36), Węgry (38), Chorwacja (39), Bułgaria (43) i Rumunia (45 miejsce z wartością indeksu 78,35).
Nasi sąsiedzi zajmują: Białoruś – 47 miejsce, Ukraina – 63, Rosja – 69. Chiny zajęły 100. miejsce a Indie 117.
W zakresie pierwszego subindeksu (podstawowe potrzeby ludzkie) Polska zajmuje 23 miejsce z wartością 94,44, drugiego – podstawy dobrobytu – 36 miejsce z wartością 83,67 a w trzecim – szanse – 33 miejsce z wartością 74,86. Średnie światowe dla tych subindeksów odpowiednio 74,65, 60,82 i 57,25; zatem lokujemy się znacznie powyżej średniej. Jednak do Norwegii nam jeszcze daleko: 96,85, 93,39 i 87,95.
W latach 2014 – 2015 Polska zajmowała już 27 miejsce, ale w 2016 r. spadła na 30, w latach 2017-2018 była na 32, zaś w ubiegłym roku na 33. miejscu.
FKUB

Indeks Postępu Społecznego 2020

  1. Norwegia 92,73
  2. Dania 92,11
  3. Finlandia 91,89
  4. Nowa Zelandia 91,64 5. Szwecja 91,62 29. Singapur 85,46 30. Malta 84,89 31. Polska 84,32 32. Litwa 83,52

Ciuchom brakuje jakości

Polski sektor tekstylny w pierwszej połowie 2020 r. zanotował spadek sprzedaży wynoszący ok. 15 proc.

Branża tekstylno-odzieżowa w Europie warta 205 miliardów EUR nie uniknęła głębokiego spadku gospodarczego, który wstrząsa światem od początku wybuchu pandemii Covid-19. Potężne zakłócenia działalności handlowej i produkcyjnej już w tym roku spowodują spadek sprzedaży detalicznej w europejskiej branży tekstylnej i odzieżowej aż o 19 proc. – przewidują analitycy Euler Hermes. To znacznie większy regres niż w przypadku produktu krajowego brutto, który w tym roku, w krajach strefy euro zmniejszy się najprawdopodobniej o 9 proc. – Przewidujemy, że w 2021 r. dojdzie do odbicia w obrotach o 15 proc., jednak powrócą one do poziomów sprzed kryzysu dopiero w 2023 r. i to zakładając postępującą poprawę globalnej sytuacji epidemicznej oraz wyższe wsparcie finansowego dla gospodarki – prorokuje Aurélien Duthoit, ekspert z Euler Hermes.
Pomimo znacznego wsparcia w postaci różnorodnych programów utrzymywania miejsc pracy, do końca 2021 r. zatrudnienie w branży tekstylno – odzieżowej w Unii Europejskiej zostanie zmniejszone o 8 proc. (czyli o 158.000 miejsc pracy), a zniknąć może 6 proc.firm (około 13.000). W obrotach ogółem branży tekstylnej udział małych i średnich firm jest dwukrotnie wyższy niż średnia w europejskim sektorze produkcyjnym – co czyni ten przemysł bardziej wrażliwym na obecną recesję.
A jak będzie u nas? Polski sektor tekstylny to około 25.000 firm zatrudniających 145.000 osób. Obroty w tej branży wzrosły u na o około 20 proc. na przestrzeni lat 2015 – 2019. Stało się tak dzięki zwiększonemu popytowi i eksportowi do Niemiec. Jednak w okresie od stycznia do maja 2020 sprzedaż polskiego sektora tekstylnego spadła o 15 proc. w ujęciu rok do roku.

-W minionej dekadzie znaczna część produkcji tekstylnej została przeniesiona z zachodu do naszego kraju, a następnie uległa dalszemu przesunięciu do krajów o jeszcze niższych kosztach produkcji, takich jak Ukraina czy Litwa i Bułgaria. Tym niemniej część tej produkcji pozostała i jest to produkcja o wyższej wartości dodanej, w której liczy się jakość. Do tego dochodzą wąskie specjalizacje, takie jak szycie mundurów wszelkiego rodzaju, odzieży roboczej czy tapicerki samochodowej. Ponadto należy dodać produkcję materiałów obiciowych (dla przemysłu meblowego), która – choć może nie w skali włoskiej – odnalazła swoją niszę w naszej dosyć dynamicznej branży meblarskiej. Dynamicznej oczywiście w czasach dobrej koniunktury – mówi Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes.
Dziś wspomniana dynamika to już niemal zamierzchła przeszłość. Tym niemniej, są czynniki, które pozwalają przyjąć, że branża ta w europejskiej perspektywie jest tym razem bardziej odporna i konkurencyjna, niż w kryzysie finansowym z roku 2008, przez co ma większe szanse powrotu do normalności. Jest to ustabilizowana równowaga handlowa handlowa na rynku tekstyliów i odzieży w Europie, dynamiczny wzrost produkcji w segmentach, w których europejscy producenci są najbardziej konkurencyjni, postęp w zakresie innowacyjności.
W minionych latach rosnąca sprzedaż odzieży niosła za sobą pewien koszt klimatyczny: branża ta generuje w ujęciu globalnym 10 proc. emisji gazów cieplarnianych ogółem. Ale w przypadku Włoch, zgodne interesy konsumentów, sprzedawców detalicznych i producentów pozwoliły temu krajowi utrzymać upodobanie do odzieży droższej, ale o wyższej jakości i wykonanej lokalnie, co powoduje mniejszy przyrost emisji (choć jak wiadomo, akurat jakość włoskich wyrobów tekstylnych nie powala na kolana).
Miałby to być pożądany kierunek dla całego europejskiego przemysłu odzieżowego – i sposób na szybsze odbicie, powrót na ścieżkę wzrostu sprzed kryzysu oraz na tworzenie nieco bardziej ekologicznej gospodarki.
Jak zwykle w trudnych sytuacjach przedsiębiorcy wyciągają do swoich państw ręce po pomoc finansową. Pojawiają się opinie, iż wsparcie publiczne dla branży tekstylnej pomogłoby w położeniu większego nacisku na jakość niż na ilość. To z kolei mogłoby ograniczyć unijny import odzieży i według prognoz Euler Hermes spowodowałoby 8 proc. wzrostu w obrotach europejskich producentów odzieży. Na takim zwrocie w europejskiej branży tekstylnej mógłby zyskać także polski rynek i rodzime firmy.

Gospodarka potrzebuje odpowiedzialności

Recesja gospodarcza zmusza przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. Oby świat biznesu szybko to zrozumiał.

Pandemia pandemia COVID-19 będzie miała istotny wpływ na przyszłość całej polskiej gospodarki. Już teraz zmieniły się nasze nawyki zakupowe, a brak poczucia stabilności zwiększył skłonność do rozsądnego zarządzania swymi pieniędzmi. Recesja gospodarcza zmusza zaś przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. W rezultacie, firmy powinny wykazywać się rosnącą społeczną odpowiedzialność biznesu – bo to pozwoli im skuteczniej zdobywać zaufanie nabywców.
Społeczna odpowiedzialność biznesu nie przekłada się na natychmiastową poprawę wyników finansowych przedsiębiorstwa, jednak może wpłynąć na pojawienie się szeregu długofalowych korzyści, takich jak poprawa wizerunku marki czy zwiększenie grona lojalnych klientów i partnerów biznesowych.
Jak jednak przekonać klientów, że mają do czynienia z rzetelną i odpowiedzialną firmą? Oczywiście, najlepiej uczynić to poprzez codzienne, dobre praktyki biznesowe. Żeby jednak klient się przekonał, że firma, której produkty czy usługi kupuje, rzeczywiście tak działa, potrzeba czasu. Tymczasem chodzi o to, by zachęcić klienta, który dopiero zastanawia się, którą firmę wybrać i potrzebuje jakiegoś dowodu na jej solidność.
W takiej sytuacji przydają się naturalnie ustne referencje od kogoś zaufanego, ale także zaświadczenie – czy lepiej mówiąc, certyfikat, potwierdzający że rzeczywiście stykamy się z firmą, która nie od dziś postępuje rzetelnie i gra fair. Po to właśnie wymyślony został certyfikat „Przedsiębiorstwo Fair Play”, od dawna rozpoznawalny i respektowany w środowisku biznesowym. Potwierdza on, że firma realizuje politykę społecznej odpowiedzialności biznesu i działa zgodnie z wszelkimi obowiązującymi przepisami oraz zasadami etyki. Program afiliowany jest przy Krajowej Izbie Gospodarczej.
Do programu „Przedsiębiorstwo Fair Play” mogą się zgłaszać wszystkie firmy zarejestrowane i posiadające siedzibę w Polsce, prowadzące swoją działalność co najmniej przez cały rok kalendarzowy poprzedzający daną edycję. Certyfikat trafia do tych, które terminowo regulują zobowiązania finansowe, rzetelnie przeprowadzają procesy reklamacji, zapewniają pracownikom bezpieczne warunki pracy, wykazują dbałość o środowisko i przestrzegają zasad uczciwej konkurencji.
Certyfikat „Fair Play” przyznawany jest na podstawie dwuetapowego procesu weryfikacji. W pierwszym etapie uczestnicy udzielają szczegółowych informacji o ocenianych w programie aspektach działalności firmy. Drugi etap polega na potwierdzeniu przekazanych danych. Weryfikacja odbywa się poprzez audytora na podstawie dokumentów źródłowych i wywiadów z osobami zarządzającymi firmą, przedstawicielami działu księgowości, kadr, marketingu, związków zawodowych i z wybranymi pracownikami.  – Przedsiębiorca dzięki uzyskanemu certyfikatowi zyskuje zaufanie klientów, potencjalnych inwestorów i pracowników. Rynek staje się coraz bardziej wymagający. Od firm oczekuje się pewnych standardów zarządzania. Ten certyfikat to rzetelna informacja, że dana firma działa z poszanowaniem środowiska, godności człowieka i wykazuje wrażliwość na problemy społeczeństwa – mówi Anna Szcześniak, prezes programu „Przedsiębiorstwo Fair Play”.
Wszystkie te wartości stają się coraz ważniejsze w dobie pandemii koronawirusa. Sytuacja, z którą obecnie zmaga się cała europejska gospodarka pokazuje, że dotychczasowe strategie i plany, koncentrujące się głównie na osiągnięciu jak najlepszych wyników finansowych, okazały się niewystarczające. Pandemia COVID-19 to bowiem test nie tylko dla przywódców, szefów rządów czy służby zdrowia, ale również dla biznesu – dla trafności jego decyzji, odpowiedzialności, rzetelności i umiejętności odnalezienia się w nowej rzeczywistości.

Gospodarka 48 godzin

Mniej na turystykę

Podczas tegorocznych wakacji statystyczny klient korzystający z kart płatniczych wydał na swe podróże nieco ponad 2000 zł, o jedną trzecią mniej niż przed rokiem. Wśród zagranicznych kierunków królowała Chorwacja, Bułgaria i Turcja. Natomiast w Polsce największy wzrost liczby transakcji kartami odnotowano na Warmii i Mazurach,
w Białowieży, Borach Tucholskich, Bieszczadach, Tatrach, Beskidach i Karkonoszach. W tych regionach wzrosty były zdecydowanie wyższe niż w powiatach nadmorskich, które już wcześniej zawsze były zatłoczone tak bardzo, że w czasie tegorocznych wakacji nie zanotowały jakiegoś istotnego wzrostu. Tak więc, rzesza turystów, która w tym roku została w Polsce, wybierała raczej jeziora, góry i lasy – ustalili analitycy Santander Banku Polska, którzy porównali płatności kartami klientów w lipcu i sierpniu br. oraz zestawili je z poziomem wydatków w ubiegłoroczne wakacje. Niezmiennie, największą kategorię wydatków kartami stanowią zakupy w sklepach i marketach spożywczych. Średnia wartość typowo wakacyjnych wydatków kartami na turystykę, przejazdy autostradami i hotele spadła w stosunku do ubiegłego roku, odpowiednio, o 27, 8 i 6 proc.

Red. Passent i Oriana

Redaktor Daniel Passent na łamach tygodnika „Polityka” wspomina swoje warszawskie spotkanie z Orianą Fallaci. Jak napisał, włoska dziennikarka chciała się z nim zobaczyć – przyszła do niego na kilkugodzinny „coaching” przed swoim wywiadem z Lechem Wałęsą. Przypomnijmy, że dobrych kilka lat później to red. Passent przeprowadził wywiad z Orianą Fallaci. W rozmowie, która ukazała się w „Polityce”, znalazły się krytyczne wypowiedzi słynnej włoskiej dziennikarki na temat szefa Solidarności. Ten wywiad miał swój dalszy ciąg – wkrótce redakcja „Polityki” opublikowała list, czy też sprostowanie Oriany Fallaci, w którym po części zdementowała ona swe słowa dotyczące Lecha Wałęsy, zawarte w rozmowie przeprowadzonej z nią przez red. Passenta. Z listu można wywnioskować, iż zaprezentowane w tym wywiadzie krytyczne opinie Oriany Fallaci na temat szefa Solidarności, jakby nie całkiem dokładnie odzwierciedlały to co faktycznie powiedziała. Tak więc, niewykluczone, iż być może w rzeczywistości nie miała ona tak negatywnego zdania o Lechu Wałęsie, jak mogło wynikać z jej słów, przedstawionych na łamach „Polityki” przez red. Passenta.

Krwawy duński przykład
Obecnie oprócz Polski jedenaście państw Unii Europejskiej nie zakazuje ani nie ogranicza przepisami hodowli zwierząt futerkowych na swoim terytorium. Do krajów, w których hodowla jest dozwolona, należą: Bułgaria, Cypr, Finlandia, Francja, Grecja, Irlandia, Portugalia, Rumunia oraz kraje bałtyckie. Pozostałe państwa UE albo zakazują hodowli bezpośrednio, albo stosują rygorystyczne przepisy w kwestii utrzymania dobrostanu zwierząt, przez co hodowla przestała być opłacalna. Jak wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju, takie rozwiązanie zastosowały Niemcy, Szwecja i Włochy. W niektórych krajach zakaz jest zaś częściowy – dotyczy tylko niektórych gatunków zwierząt futerkowych. Na przykład Dania zakazuje hodowli lisów, ale nie zakazuje hodowli norek, będąc największym producentem futer z norek w UE. Dania to jednak taki kraj, gdzie w ogrodach zoologicznych morduje się i ćwiartuje zdrowe dzikie zwierzęta, zapraszając dzieci na te krwawe pokazy.

Czy roboty wyprą nas z roboty?

Ograniczanie roli żywych ludzi w procesach produkcyjnych to tendencja trwająca od stuleci, ale koronawirus może ją przyśpieszyć.

Aż 53 proc. mieszkańców naszego kraju boi się utraty pracy z powodu kryzysu gospodarczego jaki spowodowała pandemia COVID-19. Polacy, jako główne powody obaw związanych z ryzykiem utraty pracy wskazują samą recesję (59,6 proc.), dłuższą izolację bądź kwarantanne wywołaną zakażeniem, co w konsekwencji może doprowadzić do zwolnienia (41,6 proc. ) oraz – co ciekawe – automatyzację ich stanowiska pracy (18,7 proc.).
Te ostatnie lęki, rodem jeszcze z późnego średniowiecza – bo wtedy pojawiły się pierwsze obawy przed nowymi metodami produkcji mogącymi zmniejszyć zapotrzebowanie na pracę – są, jak widać, nadal aktualne w Polsce.
Okres pandemii wiąże się z redukcją etatów oraz oszczędnościami wprowadzanymi przez wiele firm – na bardzo różne sposoby. Blisko 40 proc. badanych wskazuje, że z powodu wszechobecnej pandemii do ich pracy zostały wprowadzone nowe narzędzia technologiczne. Dwóch na trzech badanych przyznaje, że obecna sytuacja skłoniła ich do jeszcze częstszego korzystania ze smartfonu i komputera. Jednocześnie w pracy zdalnej pracują oni znacznie dłużej i ciężej niż dotychczas – takie wyniki przynosi raport Procontent Communication pt. „Pandemia automatyzuje Polskę?”.
Roboty nie chorują, nie męczą się, ani nie przenoszą wirusa – ze względu na te właśnie zalety stanowią idealną odpowiedź na czasy pandemii. Aspekt ten jest widoczny wśród pracowników, gdyż prawie, co piąty badany obawia się zautomatyzowania swojego stanowiska, które może zostać zastąpione przez nową technologię. Należy jednocześnie podkreślić, że na automatyzację pracy wskazało więcej respondentów obawiających się utraty zatrudnienia, niż na ucieczkę inwestorów z naszego rynku (15,9 proc.). Jeszcze mniej badanych, gdyż jedynie 11,3 proc. obawia się konkurencji ze strony imigrantów zarobkowych.
„Pandemia sprawiła, że znacznie więcej czasu spędzam przed komputerem i smartfonem” – z tym stwierdzeniem zgodziło się ponad dwie trzecie badanych. Na to wpływ bez wątpienia miała praca zdalna, którą, jak wynika z raportu, w ostatnim czasie wykonywał co drugi ankietowany. Polakom jednak ta forma pracy nie do końca odpowiada. Ponad połowa z nich (52 proc.) ocenia, że za sprawą zdalnego wykonywanie obowiązków pracowali oni ciężej i dłużej niż zwykle.
Jednocześnie ankietowani, w wyniku wzmożonego kontaktu z zaawansowanymi technologiami podczas pandemii, coraz bardziej obawiają się cyfrowej manipulacji. Aż 56 proc. badanych jest zdania, że firmy projektujące i kontrolujące technologie wykorzystują je do manipulowania użytkownikami. Z takim wnioskiem zdecydowanie nie zgadza się jedynie 2 proc. Polaków.
„W najbliższym czasie będziemy funkcjonować w modelu hybrydowym, łączącym pracę zdalną – tam gdzie jest ona możliwa – ze stacjonarną, np. w trybie rotacyjnym. To wymusza dalszą transformację cyfrową polskich przedsiębiorstw. Automatyzacja pracy pozwoli zapewnić ciągłość funkcjonowania i bezpieczeństwo w trudnych warunkach sanitarnych. Jest to nieuniknione. Nasz kraj i świat zostaną wkrótce zdefiniowane przez nowoczesne technologie cyfrowe, algorytmy i sztuczną inteligencję. Już obecnie są to supertrendy, na których warto budować strategię przedsiębiorstw” – uważa Emil Muciński z Instytutu Interwencji Gospodarczych Business Centre Club.
Obecne lęki przed robotyzacją wydają się jednak nieco rozdmuchane – bo przecież nawet i bez pandemii, przedsiębiorcy – jeśli im to się opłaca – automatyzują i restrukturyzują stanowiska pracy, by zatrudniać jak najmniej ludzi. Ale oczywiście, koronawirus może stanowić dodatkowy bodziec skłaniający do takich działań.
Dodatkowo, przez obecną sytuację gospodarczą Polacy chcą ograniczać wydatki, co zmniejszy konsumpcję, pogłębi recesję i będzie stanowić kolejny powód ograniczania zatrudnienia. Trudno jednak nie przygotowywać się na czekające nas, coraz cięższe czasy. Ponad połowa badanych (52 proc.) deklaruje, że oszczędza ze strachu przed drugą falą epidemii.
„Można powiedzieć, że pandemia stała się swego rodzaju katalizatorem, który skłonił Polaków do myślenia, że trzeba być przygotowanym na nieprzewidziane sytuacje. Wyniki badania wyraźnie obrazują, że obecnie Polacy są bardzo świadomi potrzeby posiadania poduszki finansowej, która zabezpieczy spokojne funkcjonowanie wielu rodzinom. Miejmy nadzieję, że obecna sytuacja pozytywnie wpłynie i wykształci nawyki takie jak kontrola wydatków i skłonność do świadomego oszczędzania. Polacy w porównaniu do mieszkańców Unii Europejskiej niestety wciąż odstają, jeśli chodzi o poziom posiadanych oszczędności.” – dodaje Jarosław Bartkiewicz prezes Prudential Polska. Tyle, że wszystkie zachęty do oszczędzania wezmą w łeb, jeśli coraz więcej ludzi straci pracę i nie będzie miało co oszczędzać.
Obawy przed drugą falą pandemii wpływają również na priorytety w naszym życiu zawodowym. Od swoich pracodawców Polacy wymagają dziś przede wszystkim przygotowania się na druga falę epidemii COVID-19 (56,1 proc.) oraz poradzenia sobie z kryzysem gospodarczym i odbudową gospodarki (53,8 proc.) – choć oczywiście znacznie bardziej odpowiedzialne za to są władze państwowe. Istotnym aspektem jest też dbanie o tzw. dobrostan pracowników i ich samopoczucie psychiczne związane ze stanem długotrwałej izolacji (47,3 proc.).
Nieliczni wskazali zaś na zmiany klimatyczne (21,1 proc.), jako istotny temat, którym powinni się obecnie zajmować pracodawcy. Warto zauważyć, że nigdy te kwestie nie były postrzegane jako ważne zadanie dla przedsiębiorstw – i słusznie, gdyż przeciwdziałanie niekorzystnym zmianom klimatycznym to przede wszystkim domena rządu, a nie przedsiębiorców. Ich zadaniem jest wytwarzanie dóbr w sposób jak najbardziej efektywny. Natomiast władze państwowe muszą zadbać o to, by metody wytwarzania tych dóbr były również jak namniej szkodliwe dla środowiska.
„Najważniejszym dla społeczeństwa jest dziś zapewnienie bezpieczeństwa finansowego i stabilizacja zatrudnienia. Tematy kluczowe dotyczą bezpieczeństwa zatrudnienia oraz wizji radzenia sobie z kryzysem” – dodaje Iwona Kubicz z Procontent Communication.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią może przyśpieszyć trend ku automatyzacji i robotyzacji procesów produkcyjnych, ponieważ firmy szukają wszelkich sposobów, aby zredukować zatrudnienie i być bardziej konkurencyjnymi. To wielka szansa dla polskiej gospodarki, wciąż mało innowacyjnej i zapoźnionej technologicznie. Pytanie, czy kierownictwo gospodarcze naszego kraju będzie w stanie ją wykorzystać?
Oczywiste jest, że wiele firm, które wprowadzi nowe technologie i zainwestuje w automatyzację, już nigdy nie wróci do mniej nowoczesnych metod wytwarzania. I bardzo dobrze – ale trudno przypuścić, aby ten proces odbył się w sposób całkowicie bezbolesny dla pracowników najemnych.
Obecnie Ministerstwo Rozwoju wspólnie z Ministerstwem Finansów pracuje nad rozwiązaniami podatkowymi, które mają zachęcić przedsiębiorców do inwestycji w automatyzację. Ulga na tzw. robotyzację przemysłową umożliwi firmom, które będą chciały zakupić nowe roboty przemysłowe do swoich zakładów lub zwiększyć ich liczbę, odliczenie 50 proc. kosztów robotyzacji w zeznaniu rocznym. Nie wiadomo jednak, czy w sytuacji trzeszczącego budżetu jakiekolwiek nowe ulgi są realne.

Polska kolejowa afera podkładowa

Trzy ważne służby państwowe od wielu lat zajmują się sprawą jednego przekrętu przy dostawach do PKP. I zajmować się będą jeszcze długo.
W wielu krajach zdarzały się w przeszłości przekręty związane z dostawami podkładów kolejowych i nasz kraj raczej nie jest tu wyjątkiem. Niedawno prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny nałożył łącznie prawie 13,5 mln zł kary na sześciu producentów drewnianych podkładów kolejowych.
Ukarani przedsiębiorcy w przeszłości zawarli, zdaniem UOKiK, zmowę przetargową na dostawę tych produktów dla państwowej firmy PKP Polskie Linie Kolejowe. Chodziło o niemałe kwoty, bo wartość dostarczanych podkładów miała wynieść około 120 mln złotych. Miała – ale zmowa w praktyce nie doszła do skutku, gdyż szefowie PKP PLK na wieść o podejrzeniach dotyczących nieprawidłowości w przetargu, unieważnili go.
Warto dodać, że ani PKP PLK, ani tym bardziej UOKiK nie musiały się wykazywać specjalnymi talentami detektywistycznymi, aby dojść do wniosku, że z tym przetargiem na dostawy podkładów może być coś nie tak. Sprawą od dawna zajmowała się bowiem Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która już w 2014 r. poinformowała, iż w wyniku prowadzonych działań zatrzymano dziewięciu podejrzanych pod zarzutem zmowy przetargowej. Czyn zarzucany im polegał na „działaniu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej” w związku z ogłoszeniem przez PKP PLK przetargu na dostawę w latach 2014 i 2015 drewnianych podkładów kolejowych.
ABW przekazała zebrane przez siebie dowody Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie, która wszczęła śledztwo i potwierdziła ustalenia ABW, uznając, że producenci drewnianych podkładów kolejowych przystępujący do przetargu nieograniczonego mieli się porozumieć w sprawie wysokości ofert – tak aby wygrała z góry ustalona firma. Polegało to na eliminowaniu konkurencji oraz jednoczesnym podwyższaniu cen oferowanych produktów.
Przetargi organizowane w Polsce generalnie nie są zbyt uczciwe, ale nie wiadomo, czy sprawa tych podkładów nie jest jednak dęta. Minęło bowiem ponad sześć lat, a o jakimkolwiek wyroku sądowym głucho.
W każdym razie, pracownicy UOKiK nie mieli zbyt trudnego zadania do wykonania, bo jeśli chodzi o wspomnianą podkładową zmowę przetargową, to w praktyce powtórzyli ustalenia ABW, korzystając z zebranych już dowodów. Ciekawe, dlaczego zajęło im to aż sześć lat? Jak widać, młyny konkurencyjności i sprawiedliwości mielą u nas wyjątkowo powoli.
Wreszcie jednak, po sześciu latach Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił, jak konkretnie miała wyglądać zmowa. Otóż, wedle materiałów Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wzięły w niej udział następujące firmy: Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów wraz ze spółkami zależnymi – Trade-Port i Nasycalnią Podkładów w Czeremsze, a także ThyssenKrupp GFT Polska, Track Tec oraz Nasycalnia Podkładów w Koźminie Wielkopolskim.
Wszystkie te przedsiębiorstwa uczestniczyły we wspomnianym przetargu organizowanym przez PKP PLK na dostawy w latach 2014 i 2015 drewnianych podkładów kolejowych. Byli to jedyni w Polsce przedsiębiorcy, którzy mogli dostarczyć ten nieskomplikowany produkt zamawiającemu. Przetarg podzielony był na dwa zadania, na których rozstrzygnięcia usiłowali wpłynąć uczestnicy zmowy.
Nieuczciwi przedsiębiorcy jakoby ustalili, że firmy ThyssenKrupp i Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów utworzą konsorcjum i razem z Track Tec złożą oferty na obydwa zadania. Pozostali przedsiębiorcy mieli nie brać udziału w przetargu, ponieważ udział większej liczby oferentów oznaczałby konieczność rywalizacji w aukcji elektronicznej. Pierwsze zadanie wygrać miał Track Tec, a drugie konsorcjum ThyssenKrupp-KZN Bieżanów. Łączna liczba podkładów dostarczanych w obu tych zadaniach miała zostać podzielona w stosunku: 45 proc. dla Track Tec i 55 proc. dla konsorcjum ThyssenKrupp-KZN Bieżanów. Ponadto ceny podkładów w składanych ofertach miały wzrosnąć w stosunku do cen z 2013 r. o 3 proc. dla dostaw w roku 2014 i o 5 proc. w 2015 r.
Podmioty, które nie wystartowały w przetargu miały uczestniczyć w realizacji zamówienia. W ramach zadania drugiego faktyczne dostawy miały być wykonywane w równych częściach przez Nasycalnię w Koźminie i Nasycalnię w Czeremsze. Dostawy wyposażenia i dodatkowych akcesoriów do podkładów (głównie śrub i nakrętek) dla obu zadań miały być realizowane przy udziale Trade-Port.
Ustalenia były dokonywane w latach 2013-2014 w trakcie spotkań w hotelach i restauracjach w Katowicach, Krakowie i Warszawie oraz rozmów telefonicznych. Inicjatorami zmowy byli Track Tec i KZN Bieżanów. Początkowo porozumienie dotyczyło tylko tych podmiotów, potem nakłonili oni do udziału innych przedsiębiorców. – W materiałach zebranych w czasie naszego postępowania doskonale widać mechanizm niedozwolonego porozumienia. Przedsiębiorcy uzgodnili pomiędzy sobą, którzy z nich wezmą udział w poszczególnych zadaniach w ramach przetargu oraz kto jaką kwotę zaproponuje. Ustalono zatem w ramach porozumienia nie tylko warunki finansowe dostaw, ale także podział prac – bowiem podmioty niewyłonione w przetargu miały następnie realizować projekt razem z tymi, którym przypadło zamówienie. W zmowie wzięli udział wszyscy przedsiębiorcy, którzy byli wówczas w stanie złożyć ofertę, co oznacza, że zamawiający nie miał możliwości uczciwego wyboru wykonawcy – uważa prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Jak widać, mówiąc o „materiałach zebranych w czasie naszego postępowania” szef UOKiK nie zechciał zauważyć, że jego urząd miał sprawę podkładów podaną na widelcu przez ABW i Prokuraturę Apelacyjną.
Celem wspomnianej zmowy było uniknięcie rywalizacji o zamówienie oraz zapewnienie wyższej ceny za realizację zamówienia. Plan ten jak wiemy się nie powiódł bo firma PKP PLK unieważniła przetarg gdy doszły do niej słuchy o podejrzeniu zmowy.
Prezes Tomasz Chróstny wymierzył następujące kary uczestnikom zmowy przetargowej: Track Tec z Warszawy – 7 579 902,27 zł, Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów – 2 948 654,16 zł, Nasycalnia Podkładów w Czeremsze – 1 543 545,62 zł, Nasycalnia Podkładów w Koźminie Wielkopolskim – 1 312 465,85 zł, ThyssenKrupp GFT Polska – 83 269,76 zł, Trade-Port z Katowic – tylko 4 484,25 zł.
Decyzja nie jest prawomocna, przysługuje od niej odwołanie do sądu – które z pewnością nastąpi, bo ukarani przedsiębiorcy zapewniają, iż nie można mówić o żadnej zmowie mającej naruszać warunki konkurencji. Nie wiadomo zatem, jakim wynikiem i za ile lat w rzeczywistości zakończy się ta sprawa.

Gospodarka 48 godzin

Handel mniejszy i zyskowniejszy
Główny Urząd Statystyczny ostatecznie policzył, że obroty towarowe naszego handlu zagranicznego w okresie styczeń – lipiec bieżącego roku wyniosły 568,8 mld PLN w eksporcie oraz 543,6 mld PLN w imporcie. W porównaniu z tym samym okresem 2019 r. spadł zarówno nasz eksport, jak i import: odpowiednio o 3,9 proc. oraz o 8,1 proc. Ten regres to wynik pandemii koronawirusa – tyle, że w sumie wpłynęła ona korzystnie na obecną zyskowność polskiego handlu zagranicznego. Okazało się bowiem, że Polska dostarcza swym partnerom gospodarczym towary, bez których nie mogą się oni obejść, więc spadek naszego eksportu był ponad dwukrotnie mniejszy od spadku importu. W rezultacie, znacznie poprawiło się saldo naszego handlu zagranicznego, które wyniosło 25,2 mld PLN, podczas gdy za taki sam okres roku ubiegłego wynosiło zaledwie 0,7 mld PLN. Podobne proporcje są w walutach obcych: nasz eksport wyrażony w dolarach wyniósł 142,8 mld USD, a import 136,6 mld USD, co oznacza, że dodatnie saldo to 6,2 mld USD, zaś w tym samym okresie ubiegłego roku wyniosło tylko 0,2 mld USD. Natomiast polski eksport w euro wyniósł 129,6 mld EUR, a import 124,0 mld EUR. Dodatnie saldo wyniosło więc 5,6 mld EUR, podczas gdy w styczniu – lipcu ubiegłego roku mieliśmy tu nawet stratę wynoszącą 0,2 mld EUR. Nie zmieniły się natomiast podstawowe kierunki naszej zagranicznej wymiany gospodarczej. Największy udział w eksporcie oraz imporcie Polska ma nadal z krajami rozwiniętymi – 86,1 proc. i 65,1 proc., zaś najmniejszy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej: w eksporcie 6,0 proc., a w imporcie 6,6 proc. Z państwami środkowoeuropejskimi mamy ujemne saldo, tak samo, jak z państwami rozwijającymi się.

Węglowe dostosowanie
Unia Europejska planuje wprowadzenie tzw. węglowego mechanizmu dostosowawczego, który może stanowić kolejny dopust boży dla naszego nieszczęsnego górnictwa węgla kamiennego. Węglowy mechanizm dostosowawczy to opłata, która ma na celu ograniczyć zjawisko ucieczki emisji, czyli przenoszenia przez przedsiębiorstwa produkcji wysokoemisyjnej z regionów o bardziej restrykcyjnych regulacjach (wpływających na wysokie ceny emisji dwutlenku węgla) do regionów o niższych wymaganiach, przekładających się też na niższe ceny emisji. Sposobem na ograniczenie przenoszenia wspomnianej produkcji wysokoemisyjnej ma być wyrównywanie cen emisji dwutlenku węgla w UE oraz poza nią. Aby osiągnąć ten cel, towary importowane na teren Unii zostaną obciążone dodatkowymi opłatami, zależnie od ilości dwutlenku węgla wyemitowanego podczas ich produkcji. Brzmi to wszystko dość zawile, ale mówiąc bardziej po ludzku chodzi o cło węglowe, które ma przyczynić się do ochrony konkurencyjności europejskiego przemysłu i dalszego ograniczania emisji CO2. Projekt przepisów w tej sprawie ma zostać przedłożony w pierwszym półroczu 2021 r., a ich implementacja powinna nastąpić do 1. stycznia 2023. Jeszcze jest więc trochę czasu na dostosowanie się, ale strona polska już uznała, że węglowy mechanizm dostosowawczy może negatywnie wpłynąć na gospodarcze interesy i sytuację Polski oraz jest kolejnym przykładem nieuzasadnionego obciążania jednego sektora gospodarki. Służyć zaś będzie nie przeciwdziałaniu zjawisku ucieczki emisji lecz w rzeczywistości głównie zasileniu budżetu Unii Europejskiej.

Kto najmniej traci?

Wygrywają kraje takie jak Polska: z nienajlepiej rozwiniętym transportem lotniczym, produkcją samochodów, hotelarstwem i gastronomią.
Według wstępnych szacunków wyrównany sezonowo produkt krajowy brutto naszego kraju w drugim kwartale tego roku spadł o 7,9 proc. rok do roku – co jest relatywnie dobrym wynikiem na tle pozostałych państw Unii Europejskiej. Spośród krajów, które publikują wstępne szacunki, jedynie Litwa i Finlandia odnotowały mniejszy spadek PKB niż Polska.
Wygląda na to, że kluczowe znaczenie miała tu struktura gospodarki – im mniejsze udziały najbardziej dotkniętych pandemią hotelarstwa, gastronomii i produkcji samochodów w tworzeniu PKB, tym mniejsze spadki. Istotne znaczenie miała też liczba zarażonych COVID-19, natomiast sam poziom restrykcji miał już mniejszy wpływ na poziom PKB – ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Najbardziej dotkniętymi sektorami gospodarki przez COVID-19 w drugim kwartale 2020 r. były właśnie hotelarstwo, gastronomia oraz produkcja samochodów. Wskazują na to miesięczne i kwartalne szacunki produkcji w wybranych sekcjach publikowane przez Eurostat.
Spośród wszystkich sekcji przemysłu największe spadki odnotowała produkcja samochodów i naczep, gdzie spadek w drugim kwartale 2020 przekroczył 50 proc. rok do roku. Spośród usług, najbardziej dotknięte było hotelarstwo (minus 85 proc. r/r), gastronomia (minus 69 proc. r/r) i transport lotniczy (minus 63 proc. r/r). Duży udział tych sektorów w tworzeniu PKB miał więc wprost negatywne konsekwencje dla zmiany PKB w 2 kw. 2020 r.
Polskę na tle UE charakteryzuje mały rozmiar hotelarstwa i gastronomii, przy jednak dość istotnym znaczeniu produkcji samochodów. Niemniej łącznie te najbardziej dotknięte sektory gospodarki odpowiadały za mniejszą część PKB niż w całej UE (w Polsce 3 proc., w Unii 5 proc.) – zauważa TEP.
Poza strukturą gospodarki dobrze widoczna jest także zależność między liczbą zachorowań na COVID-19 a zmianą PKB w drugim kwartale 2020 r. Kraje, w których było najwięcej zachorowań, odnotowały większy spadek PKB. Co ciekawe, zależność jest słabsza w przypadku samych restrykcji, co może wskazywać, że niezależnie od poziomu oficjalnych restrykcji, w przypadku dużej liczby zachorowań konsumenci sami decydowali się na ograniczenie interakcji społecznych.
Nie ma jednoznacznej zależności między liczbą zachorowań a poziomem restrykcji – liczba zarażeń zależała nie tylko od restrykcji, ale też liczby podróży, urbanizacji itp. Ponadto poszczególne rządy świadomie decydowały się na różny poziom restrykcji, nawet przy podobnej liczbie zachorowań (np. Szwecja i Francja, Finlandia i Cypr).
Aby ocenić łączny wpływ poszczególnych czynników na zmianę PKB, można oszacować, jak zmiana danego czynnika o jedno odchylenie standardowe wpływała na zmianę PKB.
I tak: wzrost liczby zachorowań o 1321 przypadków na milion osób wiązał się ze spadkiem PKB o 2,1 punktu procentowego. Większy udział hotelarstwa, gastronomii i produkcji samochodów w tworzeniu o 2 pkt. proc. to wzrost PKB o 1,9 p.p niższy. Wyższy poziom restrykcji o 10 pkt. to wzrost PKB o 1,5 p.p. niższy.
Te wyniki nie są efektem pojedynczych, nietypowych obserwacji, więc publikacja danych dla kolejnych krajów nie powinna ich radykalnie zmienić. Pytaniem otwartym pozostaje wpływ programów rządowych, których realizację (nie zapowiedzi) obecnie jeszcze trudno wystarczająco dokładnie ocenić, by móc porównać między krajami.

Niepokojący urok smartfonów

Z jednej strony, nauczyciele w Polsce widzą wartość technologii cyfrowych, ale potrzebują praktycznej wiedzy, by pokazać uczniom ich użycie. Z drugiej strony, jak wskazuje Instytut Badań Edukacyjnych, uczniowie przyzwyczajeni do smartfona pod ręką, reagują agresją na próby odebrania urządzenia lecz służy im ono głównie do celów rozrywkowych.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat smartfony weszły do codziennego życia, na stałe zmieniając pejzaż społeczny. Szacuje się, że smartfon posiada ponad trzy czwarte Polek i Polaków powyżej 15. roku życia, przy czym wśród osób poniżej 44. roku życia odsetek ten rośnie do ponad 90 proc.
Gruntowna ewolucja smartfona trwa już od dekady. Stał się on powszechnym urządzeniem, bez którego trudno wyobrazić sobie codzienne funkcjonowanie. Już dawno przestał pełnić funkcję jedynie komunikacyjną. Ma różnorodne zastosowania zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej, w edukacji czy rozrywce.
Ten trend dotyczy także dzieci i młodzieży. Smartfony stały się podstawowym elementem wyposażenia uczniów i uczennic, co wiąże się z szeregiem wyzwań, szans i ryzyk. Jednocześnie jednak społeczności szkolne powoli adaptują się do tej zmiany. Uczniowie nisko oceniają swoje kompetencje cyfrowe, a smartfon służy im głównie do celów rozrywkowych.
Smartfon obecny jest niemal w każdym obszarze naszego życia, ale raczej z wyjątkiem szkoły. Większość dzieci i młodzieży w wieku 9-17 lat codziennie korzysta ze swojego smartfona, ale trudno im raczej przypomnieć sobie jakieś ciekawe lekcje, prowadzone z użyciem tego urządzenia. W związku z pandemią w poprzednim roku szkolnym wprowadzono lekcje zdalne, przy których smartfony były przydatne – ale też trudno mówić, by takie lekcje były interesujące.
Szkoły mają obowiązek ustalenia warunków korzystania z telefonów komórkowych, zapisując je w statucie . W praktyce jednak połowie badanych uczniów zasady te nie są znane. Brakuje też klarownych wytycznych co do stanowiska poszczególnych szkół wobec uczniowskich smartfonów.
Jaką rolę smartfony odgrywają w edukacji? Czy można w efektywny sposób wykorzystywać je na lekcjach? Jak wprowadzić i egzekwować jasne zasady korzystania z nich w szkołach? Jakiego wsparcia mogłyby potrzebować placówki edukacyjne? Odpowiedzi m.in. na te pytania poszukują uczestnicy projektu Instytutu Badań Edukacyjnych zatytułowanego “Smartfony w szkole. Ustalamy reguły gry” .
Jak wskazuje IBE, edukacja szkolna z wielu względów wciąż jest ,,odporna” na nowe technologie, a jeśli te już się pojawiają, to stanowią jedynie dodatek w procesie uczenia się, niżeli główną oś, wokół której ten proces się odbywa. Szkoła nie stwarza dzieciom okazji do korzystania ze smartfona w celach poznawczych – jako narzędzia dostępu do zasobów edukacyjnych, źródła wiedzy, narzędzia do porównywania wiadomości, krytycznego namysłu nad nimi, uczenia się języków obcych, współpracy z uczniami i nauczycielem.
Średni wiek rozpoczęcia systematycznego korzystania z internetu wynosi w Polsce 9 lat i 7 miesięcy, ale rozpoczęcie nieregularnego korzystania z internetu w smartfonach rozpoczyna się zazwyczaj już między 4 a 5 rokiem życia. W przypadku dzieci w wieku od 6 miesięcy do 6,5 lat: 79 proc. czasem ogląda filmy, a 62 proc. czasem gra na smartfonach lub tabletach.
Fakt, że do szkół trafiają osoby, które mają już częściowo wyrobione nawyki korzystania ze smartfonów, jest dodatkowym wyzwaniem, z którym mierzą się nauczyciele. 82 proc. dzieci w wieku 9–17 lat codziennie korzysta ze smartfona, łącząc się z internetem. Internetu mobilnego nastolatki używają pierwszy raz średnio już 30 minut po obudzeniu. 44 proc. nastolatków czuje się niekomfortowo, gdy nie ma stałego dostępu do informacji za pomocą sieci mobilnej.
Badani najbardziej dotkliwie odczuwali brak możliwości sprawdzania, co dzieje się w ich społecznym świecie, brak możliwości skontaktowania się bliskimi, rodziną, przyjaciółmi. Odpowiedzi na pytanie o kontekst korzystania ze smartfona pokazują, że respondenci najczęściej korzystają z niego, gdy się nudzą (86,1 proc.), są sami (72,0 proc.), czekają na kogoś lub coś (70,3 proc.) lub korzystają z komunikacji publicznej (52,6 proc.).
Uczniowie i uczennice rzadko korzystają za to ze smartfonów na lekcjach, ponieważ te urządzenia nie przyjęły się jeszcze jako narzędzia służące nauce. W połowie szkół technologii cyfrowych w ogóle nie stosuje się jako pomocy dydaktycznej, a w drugiej połowie zazwyczaj obsługiwane są przez nauczyciela, a nie przez uczniów – najczęściej służą do wyświetlania prezentacji multimedialnych.
Obecnie smartfony na lekcjach mają przede wszystkim zastosowanie techniczne – jako kalkulator, tłumacz oraz notatnik (zdjęcie tablicy zamiast zapisywania) oraz pojedyncze zastosowania merytoryczne (np. na niemieckim czy angielskim).
W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, Francji, Australii czy niektórych stanów USA, w Polsce zasady korzystania ze smartfonów w szkołach nie są odgórnie uregulowane, tylko pozostają w gestii każdej placówki. Prawo oświatowe nakłada na szkołę obowiązek ustalenia reguł dotyczących korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń elektronicznych na terenie szkoły. Na tej podstawie 60 proc. szkół w Polsce zdecydowało się na całkowity zakaz korzystania z telefonów komórkowych przez uczniów.
Jak jednak pokazują obserwacje Instytutu Badań Edukacyjnych, uczniowie w naszym kraju, przyzwyczajeni do smartfona pod ręką, reagują agresją na próby odebrania urządzenia. Brak konsekwencji ze strony nauczycielek i nauczycieli w stosowaniu zakazów to jedna z przyczyn, dla których uczniowie często uważają wdrożenie takich zakazów za fikcję.
Nie ulega wątpliwości, że regularne korzystanie ze smartfona może nieść ze sobą konsekwencje zdrowotne: co piąty nastolatek deklarował, że odczuwa bóle w nadgarstku; ponad co trzeci cierpi na bóle głowy i pogorszenie wzroku; co trzeci też odczuwa zmęczenie spowodowane używaniem smartfona. Należy pamiętać, że nie sama technologia jest problemem, ale powszechne przyzwolenie na zbyt intensywne korzystanie z niej i fakt, że maksymalizowanie intensywności użytkowania urządzeń lub aplikacji jest jednym z głównych priorytetów, którymi kierują się ich projektanci i producenci.
Tymczasem, wraz z bardzo intensywnym korzystaniem ze smartfonów pojawia się obniżona sprawność funkcji poznawczych, czyli takich jak zdolność koncentracji, planowania, przeskakiwania między zadaniami. Obniża się także poziom empatii. Badania sugerują, że negatywnie wpływa to na sprawność w wykonywaniu zadań zarówno na samym smartfonie, spowalniając je o 400 proc. jak i poza nim, szczególnie w przypadku zadań wymagających skupienia.
Wiele badań wskazuje na negatywne skutki zbyt częstego spędzania czasu w mediach społecznościowych, zwłaszcza w przypadku dziewcząt. Tymczasem współczesne media społecznościowe i internet w ogóle stają się areną manipulacji i walki światopoglądowej. Szczególnie ważne jest zatem prowadzenie stosownej edukacji medialnej, której celem jest nauczenie krytycznego myślenia oraz biegłości w korzystaniu z bogactwa informacji, zróżnicowanych ze względu na formę i treść – uważa IBE.
Generalnie, smartfon w szkole nie wydaje się taki groźny, jak go malują (na przykład we Francji). Uczniowie lubią lekcje, na których kreatywnie korzysta się ze smartfonów, i znają podstawowe zagrożenia związane z technologiami mobilnymi. Wbrew ogólnemu wyobrażeniu akceptują szkolne obostrzenia związane z ich używaniem, choć mają problem z ich konsekwentnym przestrzeganiem.
Uczniowie zdają także sobie sprawę z zagrożeń, które niosą ze sobą technologie mobilne – szczególnie z możliwości uzależnienia. Widzą, że niegdysiejszy entuzjazm zaczyna ustępować rozsądnej ostrożności. Dostrzegają również, że zagrożenia nie dotyczą każdego w tym samym stopniu. Duża część rozmówców i rozmówczyń deklarowała, że korzysta z telefonu zbyt dużo, ale nie czuje się uzależniona. Umiała za to wskazać osoby ze swojego otoczenia, które podejrzewa o uzależnienie. Młodzież wskazuje, że nawet rozrywkowe korzystanie ze smartfona może być ważnym źródłem zarówno nowej wiedzy, jak i nowych umiejętności
Z kolei nauczyciele, wprawdzie dostrzegają wartość nowych technologii, ale potrzebują wsparcia i praktycznej wiedzy, by pokazać uczniom ich użycie. Obraz wyzwań stojących przed szkołą w związku ze zmianami technologicznymi wykracza poza smartfony i reguły ich używania w szkole. Nie pomogą tu najlepiej nawet skonstruowane regulaminu używania smartfonów w szkole.
Warto zauważyć, że w Polsce stale rosną oczekiwania rodziców względem dostępności nauczycielek i nauczycieli rosną – normą stają się już m.in. wieczorne telefony od rodziców lub intensywna komunikacja na Librusie. W efekcie w pracy nauczycieli zatarciu ulega granica między czasem pracy i czasem wolnym, komunikacja z wykorzystaniem coraz liczniejszych kanałów staje się proporcjonalnie bardziej złożonym wyzwaniem i potencjalnie dezorganizuje pracę. Nauczycielki i nauczyciele tracą przy tym część narzędzi kontroli i budowania autorytetu, jakie posiadali wcześniej
Społeczność nauczycielska podkreśla, że kwestia smartfonów spleciona jest z wieloma innymi czynnikami, m.in. z pozycją czy autorytetem nauczyciela w społeczności szkolnej oraz z integracją tej społeczności. Co ważne, nauczycielki i nauczyciele wierzą w swoje możliwości w poradzeniu sobie z kłopotliwą obecnością smartfonów w szkole, o ile zostanie im zapewniona odpowiednia autonomia i wynikający z niej autorytet. – Nauczyciele wskazywali technologie mobilne jako wsparcie w codziennej pracy. Takie rozwiązania jak platforma do komunikacji między nauczycielami, system obiegu szkolnych dokumentów czy udział uczniów w tworzeniu wizerunku szkoły w sieci to przykłady najbardziej pożądanych rozwiązań – mówi dr Agnieszka Koterwas, ekspertka z Instytutu Badań Edukacyjnych.
Smartfony w pewnym zakresie są problemem szkolnego życia, ale nie jest to największa bolączka polskiej szkoły. Realne i trwałe zminimalizowanie tego problemu wymaga rozwiązań nakierowanych na źródła nieumiejętności szkoły w integrowaniu społeczności wokół niej skupionej (uczniów, nauczycieli, rodziców). A także zapewniających wsparcie nauczycielom w korzystaniu z nowych technologii.