Pełny etat to podstawa

Stopniowo rośnie jednak liczba osób, które godzą się na pracę
w formule bardziej elastycznej, niż etatowa.

Choć w Polsce, co oczywiste, największą popularnością nadal cieszy się pełen etat (preferowany przez 70 proc. rodaków), to systematycznie rośnie liczba osób optujących za bardziej elastycznym modelem pracy. Podczas gdy w 2017 roku było to 18 proc. polskich kandydatów, dziś w ten sposób chciałoby pracować 29 proc. – stwierdza raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować?” na temat preferencji zawodowych kandydatów dotyczących modelu pracy.
Trzeba tu oczywiście uczynić konieczne zastrzeżenie, iż elastyczny model pracy bynajmniej nie oznacza pracy bez etatu. Polacy więc optują za elastycznym modelem pracy – takim, w którym elastycznie można kształtować jej czas – ale naturalnie, ma to być model etatowy, objęty oskładkowaniem.
Polacy godzą się natomiast na pracę na niepełnym etacie, lub w ramach umowy zlecenia, gwarantującej środki na emeryturę oraz ubezpieczenie społeczne. Największą motywacją do podjęcia bardziej elastycznych form pracy jest możliwość realizacji kilku zleceń i kształtowania wedle swego uznania równowagi między pracą a życiem prywatnym.
Pytanie, kierowane do potencjalnych pracodawców o elastyczne formy zatrudnienia, pojawia się najczęściej w przypadku stanowisk wysoko wyspecjalizowanych czy kierowniczych. Osoby pracujące na dobrze opłacanych stanowiskach, bogate, posiadające zaplecze finansowe i ochronę ubezpieczeniową płynącą z innych źródeł , chętnie wybierają pracę w oparciu o umowę cywilnoprawną. Jest to oczywiście znikomy odsetek pracowników.
– Z kolei praca na niepełny etat jest chętnie wybierana przez osoby, które rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową jeszcze w okresie studiów i potrzebują czasu na dokończenie nauki. Elastyczność jest także ceniona przez osoby posiadające małe dzieci, które dzięki skróconym godzinom pracy, mogą więcej czasu poświęcić rodzinie i sprawom prywatnym – mówi Katarzyna Pączkowska z Manpower.
Największy odsetek pracowników, deklarujących zgodę na pracę w ramach bardziej elastycznych modeli alternatywnych modeli pracy, jest w Czechach (50 proc. poszukujących pracy), w Hiszpanii (49 proc.) i we Włoszech (43 proc.). Najmniej – we Francji (28 proc. ), Szwecji (30 proc.) i Norwegii (33 proc. ). Średnia dla krajów europejskich to 38 proc. , podczas gdy w ujęciu globalnym na taki model zatrudnienia zgodziłoby się 45 proc. kandydatów.
Trzeba pamiętać, że chodzi tu wyłącznie o osoby poszukujące pracy – czyli takie, które tej pracy nie mają, bezrobotne, albo takie, które pracują, ale jest to kiepska praca i marnie opłacana. Zrozumiałe, że zgodzą się oni na każdy, mniej czy bardziej elastyczny model zatrudnienia, który gwarantowałby im w miarę przyzwoite zarobki. Czechy, gdzie wedle raportu Manpower, aż 50 proc. osób szukających pracy zaakceptowałoby model elastyczny, są krajem o najniższym bezrobociu w Europie, wynoszącym niespełna 2 proc. Najwyżej taki właśnie, dwuprocentowy odsetek mieszkańców w wieku aktywności zawodowej szuka tam pracy, co oznacza, że na pracę w elastycznym modelu godzi się ok. 1 proc. – oraz być może jakiś niewielki, nieznany odsetek tych, którzy pracę mają.
Podobne proporcje są i w Polsce oraz w wielu innych krajach Unii Europejskiej. U nas bezrobocie jest znacznie większe niż w Czechach i wynosi, wedle metodologii Eurostatu, 3,6 proc. Skoro najwyżej taki odsetek osób w wieku aktywności zawodowej szuka pracy, to 29 proc., z tej grupy daje także około 1 procenta wszystkich zdolnych do pracy.
Chętni do pracy w modelu elastycznym stanowią zatem niszową enklawę, obejmującą zwykle osoby świetnie zarabiające i mające zabezpieczoną przyszłość emerytalną.
Natomiast swoistym znakiem czasu jest fakt, że w ostatnich latach przybywa kandydatów do pracy, którzy gotowi są przyjąć ofertę opartą o model elastyczny, ale tylko w ciekawej firmie lub na interesującym i rozwojowym stanowisku.
– Najczęściej są to ludzie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy i chcą spróbować swoich sił w kilku firmach, na różnych szczeblach kariery. Elastyczne modele pracy najczęściej oferowane są przez firmy zagraniczne, dla których standardem jest, żeby pewien odsetek pracujących zatrudniany był na projekty czasowe czy w niepełnym wymiarze czasu pracy. Branże, które najchętniej proponują takie rozwiązania, to logistyka, produkcja i centra usług wspólnych, na przykład finansowych czy informatycznych. Dotyczy to zwłaszcza zapotrzebowania na pracowników, z którymi nie planują długoletniej współpracy – dodaje Marek Wróbel z Manpower.
Tam, gdzie chodzi o skuteczne zachęcenie do dłuższego związania się z firmą, liczy się bowiem przede wszystkim tradycyjny etat, z wszystkimi związanymi z nim zabezpieczeniami.

Transportowe fantasmagorie rządu PiS

Żałosna i śmieszna gigantomania nie może ukryć porażającej indolencji oraz niemożności obecnej ekipy.

Centralny Port Komunikacyjny im. Solidarności… Olbrzymi węzeł transportowy usytuowany między Łodzią w Warszawą – z lotniskiem pięć razy większym niż Lotnisko Chopina, 4 pasami startowymi, spięty z resztą Polski autostradami i szybkimi pociągami. Dojazd z największych miast Polski nie dłuższy niż 2,5 godziny. Koszt – 3,5 mld. zł., wydanych w ciągu 10 lat. Docelowo lotnisko ma być zdolne do obsługi 100 mln pasażerów rocznie…
7 listopada 2017 r. ten fantastyczny plan przyjęty został przez Rady Ministrów. 2 czerwca 2018 specjalną ustawę podpisał prezydent Andrzej Duda. „Port Solidarności” ma być otwarty w 2027 r.

Na glinianych nogach

Po koniec kwietnia tego roku, na dwa tygodnie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, pan premier Morawiecki opowiadał słuchaczom Radia Maryja, że Centralny Port Komunikacyjny może być biznesowym i komunikacyjnym sercem Polski. CPK kojarzył mu się też chyba z kołem rowerowym, bo uciekł się do takiej metafory: „Centralny Port Komunikacyjny i dziesięć szprych, czyli arterii kolejowych odchodzących od tego Centralnego Portu Komunikacyjnego”…
No i właśnie z tymi „szprychami” jest kłopot. Dowiadujemy się oto („Puls Biznesu”), że w sprawozdaniu ze swej działalności PKP Intercity zamieściły katalog zagrożeń dla stabilnego funkcjonowania spółki. Zaskoczeniem na tej liście jest ryzyko, jakie dla firmy PKP Intercity niosą plany budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego.
PKP Intercity obawiają się, że będą musiały kupić nowe pociągi oraz wykosztować się na modernizację infrastruktury kolejowej, gdyż wedle zapowiedzi mają to być połączenia superszybkie. Są to przedsięwzięcia „przekraczające możliwości PKP Intercity”, napisano.
To oznacza ni mniej, ni więcej, że pierwszy po porcie lotniczym filar, na którym zbudowana jest cała konstrukcja tego nowoczesnego hubu komunikacyjnego, jeszcze nie powstał, a już się chwieje. Obawy zgłoszone publicznie przez PKP Intercity każą też wątpić w całość prezentowanych opinii publicznej wyliczeń. Wskazują bowiem, że rząd ogranicza się być może tylko do kosztów budowy samego lotniska, a ono, bez tak reklamowanej i obiecywanej nowoczesnej infrastruktury kolejowo-drogowej, będzie wiecznie deficytowym molochem.

Stępka, której nie było

Przenieśmy się na północ Polski, konkretnie do Stoczni Szczecińskiej. 23 czerwca 2017 r. na pochylni „Wulkan” oglądaliśmy uroczystość przybicia stępki pod budowę nowego promu dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej.
– Przyjechaliśmy tutaj, mówił ówczesny wicepremier i minister finansów, Mateusz Morawiecki – żeby dać z powrotem nadzieję na rozwój Stoczni Szczecińskiej i dać konkretne zamówienia, stworzyć popyt na statki. Może też na okręty, które będą tutaj budowane. Jest to dla nas kluczowa część całej wielkiej strategii reindustrializacji Polski, polskiej gospodarki.
Występujący zaś w imieniu premier Beaty Szydło minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk, dodawał: – Konsekwentnie realizujemy rządowy plan odbudowy przemysłu stoczniowego, który stanowić ma koło zamachowe dla całej polskiej gospodarki…
Goście wyjechali, stępka rdzewiała. Potem okazało się, że to nie żadna stępka, tylko element wzięty z nieodległej fabryki morskich elektrowni wiatrowych. To „coś” nie tylko, że nie było żadnym elementem promu, ale promu nawet z dużej odległości nie oglądało. Potem na wierzch wychodziły inne zawstydzające fakty – nie było projektu, nie było pieniędzy, nie było fachowców, a przede wszystkim takie promy w Chinach, Tajlandii, czy w Korei robi się taśmowo i za pół ceny…
Po dwóch latach, kiedy prom powinien być wodowany, dając początek reaktywacji polskiego przemysłu stoczniowego, na pustym placu w stoczni szczecińskiej znów pojawił się pan Marek Gróbarczyk – ciągle minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej. Oznajmił, że prom ma pewne opóźnienie (dwa lata!), ale mimo wszystko będzie budowany, tyle, że wedle gotowego projektu kupionego na rynku. Podobno dogrywane są szczegóły wynikające z praw autorskich.
Być może tak, być może nie. Nauczyliśmy się nieufnie podchodzić do takich zapewnień. CPK i nowoczesne, polskie promy morskie, to, jak się okazuje, może projekcja marzeń w oprawie propagandy sukcesu. W przypadku lotniska na 100 mln. (sic!) podróżnych, to może i lepiej. Gigantomania na etapie planów jest co najwyżej śmieszna. Ale promów żal…

Gospodarka 48 godzin

Słabiej w Niemczech

Niemiecki eksport zmniejszył się w czerwcu o 8 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Import zmniejszył się zaś w tym samym czasie o 4,4 proc. Te wyniki spowodowały spadek niemieckiej nadwyżki handlowej, która wyniosła w czerwcu bieżącego 16,8 mld euro, wobec 20,6 mld euro w czerwcu 2018.

Nowszy Most Gdański

Na kolejowej nitce Mostu Gdańskiego postawiono dziewięć nowych stalowych przęseł. Przęsła (każde waży 250 ton) były montowane po stronie Żoliborza, a następnie przesuwane w kierunku Pragi i osadzane na kamiennych podporach. Wykorzystane były barki oraz specjalistyczny sprzęt do demontażu i montażu ciężkich stalowych konstrukcji. Prace na półkilometrowym odcinku mostowym objęły również wzmocnienie tych podpór. Remontowany jest też tor i siec trakcyjna. Po modernizacji, która powinna się skończyć we wrześniu, most będzie dostosowany do prędkości 120 km/h dla pociągów pasażerskich i 100 km/h dla towarowych.

Pantografy do kontroli

Jest nadzieja, że będzie mniej awarii na polskich kolejach. PKP Polskie Linie Kolejowe planują wreszcie zainstalowanie systemu do wykrywania usterek pantografów. Mają to być laserowe czujniki, które ponoć automatycznie zlokalizują każde uszkodzenie. System ma być wprowadzany od końca 2020 r., choć to optymistyczne założenie, skoro na razie nawet nie wiadomo, jakie są wymagania przetargowe. Czy i kiedy system zacznie w pełni funkcjonować – nie wiadomo. Dobrze jednak, że zaczęto w końcu o tym mówić. Rocznie średnio 150 awarii sieci trakcyjnej na PKP powodowanych jest przez zły stan techniczny pantografów – czyli pałąków (odbieraków)umieszczonych na dachu elektrowozów, które służą do pobierania prądu z drutów elektrycznych. Wyłączenie zawczasu z ruchu lokomotywy z uszkodzonym odbierakiem ograniczy być może skalę opóźnień w kursowaniu pociągów.

Lecieć do Chin

Nowe lotnisko Daxing, największy port lotniczy w Pekinie, ma być otwarty 30 września. Umożliwi to częstsze połączenia lotnicze między stolicami Polski i Chin. Od 28 października loty na tej trasie mają odbywać się codziennie. Nasz państwowy przewoźnik LOT obiecał, że zamierza nadrabiać swe zaległości wobec Chin i chce zaoferować w przyszłości (jeszcze bliżej nieokreślonej) co najmniej dwa połączenia między Warszawą a Pekinem każdego dnia. W tym celu konieczne jednak byłoby znowelizowanie porozumienia o ruchu lotniczym między Polską a Chinami. Posłuży to rozwojowi ruchu turystycznego i towarowego. Przedstawiciele LOT stwierdzili, że nasz przewoźnik stara się o nowy certyfikat IATA umożliwiający transport ładunków wrażliwych na temperaturę. Otworzyłoby to możliwości przewożenia na przykład leków.

Kąpiel razem z komórką

Jak zamoczymy go w jeziorze to jeszcze pół biedy, ale spotkania z intensywnie słoną morską wodą, nasz telefon już niemal na pewno nie przeżyje.

Statystycznie licząc, średnio co dziesiąte wakacyjne uszkodzenie telefonu wynika z jego zatopienia lub zalania. Szczególnie niebezpieczna dla smartfona jest słona woda.
– W okresie wakacyjnym przybywa zgłoszeń uszkodzeń telefonów, które źle zniosły spotkanie z morzem. Morska woda powoduje korozję metalowych części telefonu. Żaden telefon nie potrafi się przed tym obronić. Sól osadza się pod uszczelkami i niszczy między innymi gniazda słuchawkowe – mówi Piotr Wójcik, kierownik do spraw obsługi technicznej roszczeń w jednej z firm specjalizującej się w ochronie sprzętu elektronicznego.

Rzadziej je topimy

Idzie jednak ku dobremu. Jeszcze kilka lat temu, przypadków zalania było wielokrotnie więcej. Zmiany technologiczne, takie jak brak wyjmowanej baterii w części nowych telefonów, znacząco podniosły szczelność urządzeń. Dzięki temu przypadkowe zachlapanie lub ulewny deszcz nie powodują już awarii.
Mogą jednak pojawić się sytuacje, które ograniczą odporność komórki na niekorzystne warunki, co dotyczy także telefonów, które w momencie sprzedaży spełniały normy określające ich odporność na wilgoć – ale z czasem przestały dorównywać wymaganym wcześniej kryteriom.
Producenci smartfonów najczęściej posługują się tzw. normami IP, które pozwalają określić poziom szczelności urządzenia na pył i wodę.
Oznaczenie informuje użytkownika, w jaki sposób może korzystać z posiadanego telefonu.
Trafiające obecnie do sprzedaży nowsze modele smartfonów mają w większości klasę IP 67. Oznacza to, że są całkowicie pyłoszczelne oraz odporne na krótkotrwałe zanurzenie w wodzie. W tańszych modelach ochrona oczywiście może być słabsza.

Jak z surowym jajkiem

Klasy szczelności IP (International Protection Rating) składają się z dwóch znaków.
Pierwszy znak (IPx0) oznacza zabezpieczenie przed ciałami stałymi, czyli głównie różnymi pyłami. Jego wartość może wahać się od poziomu 0 (brak ochrony) do 6 (całkowita ochrona przed wnikaniem pyłu).
Drugi znak (IP0x) to zabezpieczenie przed wnikaniem wody. Wynosi on także od 0 (czyli braku ochrony) do 9 (ochrona przed zalaniem strugą wody pod ciśnieniem do 100 barów, o temperaturze do +80 °C). Nikt nie wie, ile to jest te 100 barów, ale zapewne niemało.
Gwarancja szczelności nowego urządzenia nie oznacza, że będzie ono zachowywało swoje właściwości przed cały czas użytkowania. Niewłaściwe czy długotrwałe użytkowanie może negatywnie wpłynąć na funkcjonalność komórki.
Ponadto, każdy upadek, czy przegrzanie mogą powodować mikrouszkodzenia niewidoczne zewnętrznie. Jednym słowem, ze smartfonem należy obchodzić się jak z surowym jajkiem.

Najlepiej nie zamoczyć

Według ekspertów głównymi powodami obniżenia szczelności urządzeń są:
– Zabrudzenia urządzenia np. szufladki na kartę SIM lub kartę pamięci. Brak odpowiedniego docisku elementów i uszczelek może powodować dostawanie się do środka urządzenia wilgoci czy pyłów.
– Uszkodzenia mechaniczne – poobijana obudowa, niewielkie pęknięcia, rozklejanie się obudowy wynikające z oddziaływania wysokich temperatur.
– „Domowe” sposoby czyszczenia smartfonów, a w szczególności membran głośników i mikrofonów. Użycie ostrych przedmiotów, czy szczoteczek z twardym włosiem może naruszyć ich strukturę i rozszczelnić urządzenie.
Jak zadbać o swój telefon?
Po pierwsze, warto sprawdzić jego klasę szczelności.
Po drugie, przed wyjazdem nad wodę warto zastanowić się nad kupnem obudowy chroniącej przed dostępem wody lub wodoszczelnego etui.
Do rozważenia pozostaje także dodatkowe ubezpieczenie na wypadek zalania oraz uszkodzenia telefonu.
Miesięczny koszt ochrony komórki u operatora zaczyna się już od kilku złotych miesięcznie, co w zestawieniu z potencjalnym kosztem naprawy urządzenia jest teoretycznie niewielkim wydatkiem – tym bardziej, że gwarancja producenta obejmuje jedynie awarie a nie uszkodzenia telefonu.
Pamiętajmy jednak, że każdy ubezpieczyciel zrobi wszystko, by nie wypłacić nam odszkodowania, więc i przypadki zalania telefonu będą obwarowane rozlicznymi warunkami.

Nie susz go sam

Jeżeli jesteśmy zdani tylko na siebie to warto zapamiętać kilka cennych wskazówek, mogących pomóc w walce z wilgocią.
Przede wszystkim, należy szybko wyłączyć telefon, jeżeli jakimś cudem po zalaniu nadal działa.
Jak nie działa, też zresztą trzeba wszystko wyłączyć. Nie wolno podłączać do niego ładowarki, ani kabla USB.
Nie wolno też potrząsać telefonem ani – co nieco dziwne – używać suszarki. Podobno jednak, jak przekonują niektórzy eksperci, to jedynie powoduje rozprzestrzenienie się wody.
Zwyczajowe sposoby, takie jak umieszczenie telefonu w pojemniku z ryżem czy trocinami, zazwyczaj kończą się anulowaniem gwarancji oraz stają się powodem powstania kolejnych uszkodzeń. Taki sam skutek przyniosą samodzielne próby rozebrania urządzenia aby je osuszyć.
Bez wątpienia najlepiej więc szybko udać się do autoryzowanego serwisu – bo on jako jedyny może pomóc w dokładnym osuszeniu telefonu, co pozwoli zapobiec jego korozji.

Przedsiębiorcy wierzą w rozwój

Wiara góry przenosi, więc należy oczekiwać, że nieuchronne spowolnienie nieprędko dotrze do naszej gospodarki.

Przedsiębiorcy nie tracą dobrego nastroju. W III kwartale nastąpiła dalsza poprawa w ocenie sytuacji wśród firm produkcyjnych oraz budowlanych (którym sprzyja suche lato). Tu wskaźniki są wyższe, niż średnia (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt.
W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla hotelarstwa i gastronomii wyniósł 55 pkt. (ubyło 8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (ubyło 4,9), a dla handlu 48,9 pkt. (ubyło 2,9 pkt.).
Różnicą między poprzednim pomiarem (z drugiego kwartału) a obecnym jest także to, że wówczas wartość indeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt. Teraz zaś nastroje są nieco bardziej zróżnicowane.
Takie rezultaty pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego”.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (rozumianego jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja firm pozwala ocenić czy ich sytuacja będzie sprzyjać wzrostowi bądź działać hamująco.

Wyprodukujemy więcej

Istotny wzrost optymizmu można zaobserwować w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość indeksu dla produkcji wyniosła w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Wynik należy wszakże do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.).
Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to przede wszystkim wynik pozytywnych prognoz co do inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł natomiast nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.
Utrzymuje się popyt na usługi budowlane. W III kwartale br. indeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., czyli prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.).
Ten dobry wynik notuje branża, o której od lat się mówi, że stoi na krawędzi bankructwa. Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów.
Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3 proc. Firmy budowlane mają take większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Obawy transportowców

Tradycyjnie, latem, gdy ludzie są na wakacjach i wozi się mniej towarów, najgorzej swoją sytuację oceniają firmy transportowe. Ich indeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale.
Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Wpływa na to z pewnością obawa właścicieli polskich firm transportowych, że już wkrótce, zgodnie z normami unijnymi, będą musieli płacić swoim kierowcom tyle, ile się płaci na zachodzie.
Do tak słabego rezultatu przyczyniły się także prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.). To najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż. Natomiast spadku inwestycji spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Rozwój i stagnacja

– W grupie, w której znajdują się budownictwo, gastronomia i hotelarstwo oraz produkcja, został wyraźnie przekroczony tzw. próg ograniczonego rozwoju. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt. (wskazującego na rozwój), tworzą handel, transport i usługi. Tutaj przede wszystkim firmy transportowe coraz mocniej zaciągają hamulec – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
Także jednak i firmy handlowe zaczynają szukać „dna”. W III kwartale indeks barometru EFL dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (ubyło 2,9 pkt.). Jeszcze gorszy był jednak w I kwartale br. (48,2 pkt.). Tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować, zaś przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień.
W przypadku hotelarstwa i gastronomii branża, jak zawsze o tej porze, widzi koniec sezonu. W III kwartale jej indeks wyniósł 55 pkt. i był o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest tu zaś o 5 pkt. niższy niż kwartał wcześniej.
W stagnacji są także firmy usługowe. Indeks barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Większe inwestycje planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej mówiło o nich 33 proc. Na więcej zamówień liczy zaś ok. 29 proc. – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Mali widzą gorzej

Generalnie, im mniejsza firma, tym gorszy nastrój jej przedstawicieli. Indeks barometru EFL dla mikrofirm (najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób) na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu rozwoju.
Tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.
– Martwi to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech indeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak.
Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej zwłaszcza wtedy, gdy widzą problemy u swoich większych kolegów, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.

Gospodarka 48 godzin

Jak wybrać polisę?

Szukając najlepszego i najtańszego ubezpieczenia warto skorzystać z porównywarki ubezpieczeń. Zajmie to trochę czasu. Najpierw należy wskazać kontynent i państwo, które zamierzamy odwiedzić. Następnie spośród kilku proponowanych opcji wybieramy cel wyjazdu (po to by oddzielić zamiary plażowania i zwiedzania od planów uprawiania sportów ekstremalnych, co rzecz jasna wiąże się z wyższym ryzykiem ubezpieczeniowym). Określamy też terminy obowiązywania polisy oraz liczbę osób, które zamierzamy otoczyć ubezpieczeniową ochroną. A potem trzeba się dokładnie wczytać w prezentowane oferty, by spośród kilkunastu wybrać najkorzystniejszą. Możemy wykupić polisę przez internet, bez konieczności wizyty w towarzystwie ubezpieczeniowym bądź spotkania z agentem. W Europie możemy liczyć na znacznie niższe ceny niż za polisy chroniące na innych kontynentach. Na Starym Kontynencie stawki z reguły nie przekraczają kilku złotych dziennie za osobę. Można też liczyć na rabaty kupując pakiet dla kilkuosobowej rodziny. Podobne ubezpieczenie na wyprawę do Azji, Ameryki, Afryki czy Australii wiąże się już z wydatkami rzędu kilkudziesięciu złotych dziennie na osobę (przy czym grupa również może liczyć na zniżki). Oczywiście w ubezpieczeniach istnieją pakiety podstawowe, rozszerzone oraz maksymalne, co wpływa na ceny polis. Zawsze, chcąc zapewnić sobie dobre ubezpieczenie, trzeba pamiętać o szczegółowej analizie ofert – zwłaszcza ogólnych warunków ubezpieczenia.
Można mieć polisę na pokrycie kosztów leczenia za granicą, transportu medycznego do Polski oraz z tytułu trwałych uszczerbków na zdrowiu. OC gwarantuje zaś, że nie zapłacimy za wyrządzone szkody. Polisa turystyczna może objąć też ochroną majątek pozostawiony w domu. Także odwołanie lotu, wycieczki z biura, czy konieczność nagłego powrotu do domu może być objęta ubezpieczeniem.Są też polisy (raczej drogie) zapewniające zwrot poniesionych już kosztów wycieczki, jeśli choroba przekreśli nasze plany wakacyjne dosłownie na godziny dzielące od odlotu. Gdy np. w Norwegii dopada nas ból zęba, to wizyta w prywatnym zakładzie dentystycznym kosztuje ok. 1500 koron norweskich (prawie 670 zł). Ten koszt oraz zakup w aptece lekarstwa za cenę do 500 koron może zwrócić ubezpieczyciel. Podobnie, jeśli za granicą zachoruje zabrany w podróż pies. Można wówczas oczekiwać zwrotu kosztów leczenia w klinice weterynaryjnej. Kontuzja uniemożliwiająca prowadzenie samochodu również może być ubezpieczona polisą, obejmującą koszt wynajęcia kierowcy zastępczego. Odpowiednia polisa turystyczna może też spowodować uzyskanie pomocy finansowej jeśli za granicą padniemy ofiarą złodziei lub karta zniknie w bankomacie. Oczywiście za granicą lepiej w ogóle unikać korzystania z bankomatów, by nie narażać się na zbędne wydatki. Polisa może także osłonić przed rachunkiem za ewentualną akcję poszukiwawczą i ratowniczą, gdy zdarzy się zabłądzić gdzieś w górach i oczekiwać na helikopter. Bez ubezpieczenia mogą to być wydatki rzędu setek tysięcy złotych. W niektórych towarzystwach istnieją też ubezpieczenia turystyczne z klauzulą… alkoholową. Gdyby zaś konieczna okazała się hospitalizacja, to Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego może nie zabezpieczyć przed wszystkimi kosztami pobytu w zagranicznym szpitalu.

Niebezpieczeństwa strategii szaleńca

Dwa mocarstwa nie zamierzają oddawać pola na gospodarczym polu bitwy.

Zaostrzenie wojny handlowej USA – Chiny może mieć katastrofalne skutki nie tylko dla gospodarek tych krajów, ale także dla gospodarki globalnej. Tym bardziej, że opiera się na „strategii szaleńca”, czyli na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika.
Za chwilę nie będziemy wiedzieli, które decyzje są realne, a które „dezorientacyjne”. To wprowadza chaos, niepewność i znacząco zwiększa ryzyko globalne.
Na przełomie lipca i sierpnia na rynkach finansowych zapanował chaos. Nie było to coś, co można by uznać za typową dla lata flautę często przeradzającą się nawet w letnią hossę. Tym razem była to letnia bessa. Teoretycznie najważniejszym wydarzeniem miało być to, że 31 lipca amerykańska Rezerwa Federalna (Fed) podejmie decyzję o obniżce stóp procentowych. I rzeczywiście stopy zostały obniżone o 25 pb. (do 2,25 proc.).
Jerome Powell, szef Fed, zasmucił jednak inwestorów mówiąc podczas konferencji prasowej, że cięcie nie jest początkiem całej serii obniżek. Powiedział też jednak, że jego wypowiedź nie musi sygnalizować, iż lipcowa obniżka będzie ostatnią. W ten sposób zostawił sobie możliwość cięcia stóp w przyszłości o ile sytuacja gospodarki USA będzie tego wymagała. Prawda jest taka, że ta gospodarka trzyma się na razie bardzo dobrze i co prawda widać pierwsze sygnały spowolnienia (rynek pracy, rynek nieruchomości), ale i tak jest ona w dużo lepszej formie niż na przykład gospodarka strefy euro.
Reakcją Wall Street na niedostatecznie „gołębie” przesłanie Powella były jednoprocentowe spadki indeksów. Już następnego dnia rynek wrócił jednak do formy, bo przecież Powell nie powiedział nic, co usprawiedliwiałoby przecenę.
Indeksy w połowie sesji odrobiły całe spadki z 31 lipca, ale wtedy pojawiły się tweety prezydenta Donalda Trumpa i sesja zakończyła się jednoprocentowymi spadkami.
Dzień po zakończeniu rozmów USA-Chiny w Szanghaju, które miały być preludium do kontynuacji rozmów we wrześniu, prezydent poinformował, że 1 września nałoży 10. procentowe cło na 300 mld dolarów importu z Chin.
Smaczkiem tej decyzji jest to, że prezydent twierdzi, iż to Chiny zapłacą te cła, kiedy każdy wie, że zapłacą je amerykańscy konsumenci. Pretekstem do takiej decyzja miało być to, że rozmowy idą za wolno, a Chiny nie wywiązują się z zobowiązań kupna wystarczającej ilości produktów rolnych produkowanych w USA. Ta decyzja doprowadziła do potężnej przeceny na globalnych giełdach.
Wall Street twierdzi, że prawdziwy powód decyzji Trumpa mógł być inny. Szef Fed podczas swojej konferencji prasowej mówił, że Rezerwa Federalna stopy obniża niejako ostrożnościowo, bo obawia się skutków wojny handlowej na linii USA – Chiny (a potem zapewne USA – UE). Donald Trump bez przerwy krytykuje Fed za to, że ten utrzymuje wysokie stopy procentowe (niesłusznie krytykuje). Mógł sobie wymyślić, że jeśli podkręci ogień pod wojną handlową USA – Chiny to zmusi Fed do kolejnych obniżek stóp, a potem doprowadzi do zawarcia umowy z Chinami (a niskie stopy na dłużej zostaną).
Ta „strategia szaleńca” (nie obrażam prezydenta – eksperci twierdzą, że to znana strategia polegająca na podejmowaniu pozornie nieracjonalnych decyzji, żeby zdezorientować przeciwnika), może doprowadzić do katastrofalnych skutków.
Donald Trump nie bierze według mnie pod uwagę tego, że dla Azjaty utrata twarzy jest dramatem, który np. w Japonii prowadził często do seppuku.
Xi Jinping, chiński prezydent, jest uważany za potężniejszego, niż w szczycie swojej władzy był Mao Zedong. On nie zostawi tego upokarzania Chin bez odpowiedzi. Być może nie natychmiast (Chiny potrafią czekać), ale z pewnością USA kiedyś za to wszystko zapłacą.
Na razie Chiny pozwoliły na dalsze osłabienie juana (pomagając w ten sposób eksporterom) oraz zakazały importu amerykańskich produktów rolnych. USA odpowiedziały twierdząc (po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat), że Chiny manipulują walutą (to akurat prawda) i żądając pomocy ze strony MFW.
W tej chwili Chiny zahamowały osłabianie się juana (za szybkie doprowadzałoby do ucieczki zagranicznych inwestorów), ale problemem jest to, że ciąg dalszy tej rozgrywki zależy jedynie od tego, co nowego wymyśli i zatweetuje prezydent USA. A tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Nie stańmy się drugą Koreą (Północną)

Znowu mamy nieco mniej wolności w polskiej gospodarce.

W tegorocznym Indeksie Wolności Gospodarczej (Index of Economic Freedom) polska gospodarka zajęła 46. miejsce.
Indeks publikowany jest od 1995 r. przez The Heritage Foundations Center for International Trade and Economics (CITE), przy współpracy Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowej Organizacji Handlu a przede wszystkim Światowego Forum Ekonomicznego (World Economic Forum).
Indeks datowany na 2019 rok obejmuje już 180 krajów. Ma on charakter złożony (agregatowy), składa się nań 12 bloków tematycznych (tworzących osobne subindeksy) oraz 35 wskaźników oceniających różne aspekty wolności gospodarczej.
Obszary wolności gospodarczej objęte badaniami oraz indeksem to głównie: wolność biznesu, handlu zagranicznego, wolność monetarna (czyli niezależność banków centralnych), wolność inwestowania – zwłaszcza przez inwestorów zagranicznych, ochrona własności, wolność od korupcji oraz rynek pracy.
W 2010 r. zajmowaliśmy 71. miejsce, pięć lat później już 42, a w 2016 r. – 39. Postęp był więc wyraźny. Ale od 2016 r. mamy regres – spadek na wspomniane 46 miejsce. Nie o takiej pozycji w tym rankingu marzył w 1989 r. Mieczysław Wilczek ówczesny minister przemysłu. A tworzenie warunków wolności gospodarczej nie wymaga przecież nakładów finansowych.
Względnie dobre oceny uzyskaliśmy w dziedzinie zdrowych finansów, wolności monetarnej oraz inwestycji zagranicznych w Polsce – średnio na poziomie 85 punktów. Ale są i dziedziny, gdzie oceny nie sięgają nawet 45 pkt, na przykład gdy chodzi o praworządność. Czołówka rankingu światowego to Hong Kong (Chiny), Singapur, Nowa Zelandia, Szwajcaria
i Australia. Wartość indeksu dla Hong Kongu wynosi 90,20 pkt, dla Polski 67,80 pkt. Taki jest obecnie nasz dystans do lidera pod względem wolności gospodarczej.
Polska została zaliczona do trzeciej grupy krajów, czyli do takich, w których panuje umiarkowana wolność gospodarcza. Trzeba mieć świadomość, że współczynnik korelacji pomiędzy produktem krajowym brutto na jednego mieszkańca a stopniem wolności gospodarczej jest dość wysoki (wynosi 0,64).
Średni indeks wolności gospodarczej w skali światowej wynosi 60,8 pkt. Jesteśmy więc przynajmniej powyżej tej średniej. Ale niestety – poniżej średniej europejskiej, która wynosi 68,6 pkt.

W Europie liderami w zakresie wolności gospodarczej są Szwajcaria i Irlandia. Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Estonia (15 miejsce), Litwa (21), Czechy (23), Łotwa (35), Bułgaria (37), Malta (41), Rumunia (42) i Cypr (44). Za nami plasują się zaś Słowenia, Węgry, Słowacja, Chorwacja.
Warto odnotować dla porównania, że Chiny w edycji Indeksu Wolności Gospodarczej 2019 r. znalazły się dopiero na 100. miejscu (wartość ich indeksu: 58,4 pkt.), Japonia zajmuje 30 miejsce, Rosja – 98, Indie – 129. USA są dopiero na 35. Na ostatnim 180 miejscu znajduje się zaś Korea Północna, z wartością indeksu wynoszącą 5,9 pkt.

Chcą oszczędzać na ludziach

W Polsce nie brakuje rąk i głów do pracy. Nasi przedsiębiorcy domagają się jednak wprowadzenia ułatwień dla pracowników ze wschodu, gdyż godzą się oni na mniejsze wynagrodzenia niż Polacy.

Kryzys migracyjny to jeden z najbardziej palących problemów w Unii Europejskiej. Liczba imigrantów rośnie w ostatnich latach, a kwestia imigracji stała się w państwach UE przedmiotem politycznego sporu, który zdeterminował kształt debaty politycznej po 2015 roku.
Jednak Polska do tej pory faktycznie nie miała spójnej polityki migracyjnej. Była ona zastępowana doraźnymi reakcjami na różnokierunkowe wyzwania, nieskładającymi się w uzasadnioną całość. Stąd też coraz częściej pojawiają się apele o budowę merytorycznych fundamentów naszej strategii migracyjnej.

Przyjechały już miliony

Mimo zwiększenia imigracji w ostatnich latach, Polska nadal należy do krajów emigracyjnych, czyli do takich, z których więcej ludzi wyjeżdża, niż do nich przyjeżdża.
Tym samym Polska klasyfikowana jest jako państwo niedotknięte bezpośrednio kryzysem migracyjnym. To zaś ma ma wpływ na postawę rządu polskiego wobec kryzysu oraz sposobu jego rozwiązania.
Wśród motywów imigracji do Polski wciąż przeważa czynnik ekonomiczny oraz perspektywa stabilnego zatrudniania i zarobków, a czynnikiem ułatwiającym decyzję o imigracji do Polski są więzy rodzinne i bliskość kulturowa.
Według informacji Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce pracuje około 1,5 mln cudzoziemców, choć dane te mogą być zaniżone ze względu na fakt, iż niektórzy cudzoziemcy przebywają na terenie Polski nielegalnie i podejmują pracę „na czarno”.
Wśród obywateli państw, które uznają Polskę za atrakcyjny kierunek imigracji znajdują się Ukraińcy, Rosjanie i Białorusini, a także obywatele państw azjatyckich (Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi) i obywatele państw Kaukazu Południowego.

Inni się tak nie palą

Według szacunków Rządowej Rady Ludnościowej, z uwagi na niską dzietność kobiet Polska będzie potrzebowała ok. 5 mln imigrantów, tylko dla utrzymania obecnego poziomu gospodarczego.
Są to oczywiście tylko niesprecyzowane przewidywania, ale nie ulega wątpliwości, że obecność pracowników ukraińskich na polskim rynku pracy dziś często jest pożądana.
W ostatnich latach w Polsce wprowadzono szereg ułatwień dla cudzoziemców. Z drugiej strony społeczeństwo polskie jest wciąż postrzegane (dość stereotypowo) jako niechętne cudzoziemcom, a przepisy polskiego prawa, mimo aktualizacji, wciąż stanowią dość istotną barierę w dostępie do rynku pracy i edukacji.
Organizacje WEI i Nowa Konfederacja twierdzą: „Obecność pracowników z Ukrainy w Polsce jest coraz bardziej konieczna, a stwarzanie ułatwień dla nich bardzo potrzebne, bowiem stają się pożądani także na innych rynkach zachodnich”.
Trudno się jednak zgodzić z tym poglądem, bo państwa zachodnie jakoś nie palą się do ułatwiania mieszkańcom Ukrainy dostępu do swego rynku pracy. Widocznie nie uważają, że to jest konieczne. Nie ma więc też powodu, by i Polska otwierała swój rynek pracy dla obcokrajowców.

Najpierw pracownicy krajowi

Nasi przedsiębiorcy z łatwością mogliby sięgnąć po niewykorzystane zasoby krajowych rąk i głów do pracy. Aktywność zawodowa Polaków wciąż przecież pozostaje na niskim poziomie.
Przedsiębiorcy chcą jednak płacić ludziom jak najmniej. Dlatego wolą tańszych pracowników ze wschodu Europy – choć to sprzeczne z szeroko pojętym interesem Polski.
Tym niemniej niektóre propozycje WEI i Nowej Konfederacji w zakresie polityki migracyjnej Polski są warte rozpatrzenia. Zwłaszcza zaś pogląd, że polityka migracyjna może i powinna być uzupełnieniem innych narzędzi polityki ekonomicznej oraz demograficznej, lecz ich nie zastąpi.
Trudno też nie zgodzić się z postulatem, iż konieczne jest oparcie asymilacji i integracji migrantów na naturalnych procesach społeczno-gospodarczych, nie zaś na biurokratycznym przymusie. Rzeczywiście, na siłę nie ma co kogokolwiek ściągać do Polski.
Z pewnością też warto rozważyć propozycję uproszczenia procedur nostryfikacji dyplomów wysoko kwalifikowanych pracowników zagranicznych. Ich obecność w Polsce z pewnością się przyda.

Gospodarka 48 godzin

Kara dla banku

Komisja Nadzoru Finansowego nałożyła na Alior Bank kary w łącznej wysokości 10 mln zł. Bank został ukarany za to, że przy świadczeniu usług maklerskich nie uwzględniał najlepiej pojętego interesu klienta. Jest to standardowy i powszechny grzech polskich maklerów, lecz akurat w przypadku Alior Banku udało się to wykazać. Bank został też ukarany za to, że nie zawierał pisemnych umów dotyczących świadczenia usług maklerskich oraz przyjmowania i przekazywania zleceń nabycia lub zbywania produktów finansowych. Kary mogły być wyższe, ale na ich wysokość wpłynęły działania podejmowane przez Alior Bank w celu usunięcia skutków naruszeń prawa.

Oszukiwali na pokazach

Nagroda dla każdego, losowanie atrakcyjnych prezentów – tymi słowy firma Exito z Opalenicy zachęcała klientów do udziału w pokazach. Jednak nagrody nie istniały, a za prezent trzeba było zapłacić. Za oszukiwanie seniorów Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wymierzył prawie 4 mln zł kary. Wspomniana firma sprzedaje na pokazach maty lecznicze, urządzenia do masażu, roboty kuchenne, oczyszczacze powietrza i inne. Ofertę kieruje w dużej mierze do ludzi starszych. Do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wpływało wiele skarg, co dało podstawę do wszczęcia postępowania przeciwko Exito. Firma zapraszała na pokaz wabiąc konsumentów obietnicą prezentu dla każdej osoby, która weźmie w nim udział. Co więcej, pracownicy firmy informowali, że podczas prezentacji odbędzie się losowanie nagród. W rzeczywistości upominki nie istniały, a wylosowana „nagroda” tak naprawdę była płatna – pracownicy przedstawiali umowę jej zakupu. Exito prezentowała swą ofertę jako szczególną okazję, obiecując, że konsument może zaoszczędzić nawet kilkanaście tysięcy złotych. Jednak koszt sprzedawanych produktów był sztucznie zawyżany, a rzekome ceny sprzed promocji nigdy nie istniały. Tymi wszystkimi zabiegami Exito chciała namawiać konsumentów do tego, żeby kupowali kosztowne wyroby. Gdy już zaś kupili, okazywało się, że nie ma możliwości odstąpienia od umowy. Exito twierdzi, że klienci nie mogą zrezygnować z zakupów, ponieważ kupili produkty z promocji lub wyroby medyczne. Jest to oczywiście niezgodne z prawem – każda osoba, która zawiera umowę na prezentacji, może odstąpić od zakupu w ciągu 14 dni. „Celem Exito była jak największa sprzedaż metodami sprzecznymi z prawem. Nie znalazłem w tym przypadku żadnych okoliczności łagodzących, dlatego nałożyłem wysoką karę. Jest to do tej pory najwyższa kara za pokazy” – stwierdził Marek Niechciał, prezes UOKiK. Dokładnie jest to 3 936 270 zł. Nie wiadomo jednak czy i kiedy firma ją zapłaci, bo decyzja nie jest prawomocna, a Exito z pewnością odwoła się do sądu.