Pandemia wkroczyła na parkiety

Obecnie na giełdach obserwujemy tzw. wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż zdarzało się to w ubiegłym roku.
W marcu 2021 r. minął rok od początku pandemii COVID-19 w Polsce. Koronawirus wywarł wpływ – i wywiera go nadal – na polską gospodarkę. Jednakże pomimo tego, że 2020 r. był czasem trudnym dla całego świata oraz dla naszego kraju, nie zniechęcił graczy giełdowych do inwestycji na giełdzie.
Za nami jest rok, który upłynął nie tylko od wybuchu pandemii, ale i od miesiąca, który wszyscy gracze giełdowi zapamiętają na długie lata. To właśnie w marcu ubiegłego roku przez wszystkie światowe parkiety giełdowe przetoczyła się paniczna wyprzedaż, wywołana przez pandemię mało jeszcze wtedy znanego wirusa. – Wszyscy obawialiśmy się wówczas nie tylko o produkt krajowy brutto, wyniki poszczególnych krajów, czy zerwane łańcuchy dostaw, ale przede wszystkim obawialiśmy się o nasze życie i zdrowie. W efekcie panującego strachu, w marcu ubiegłego roku na giełdach na całym świecie obserwowaliśmy gwałtowne spadki. Inwestorzy bali się, że w związku z pandemią koronawirusa wyniki wielu spółek gwałtownie się pogorszą. Jednakże już po paru tygodniach, pod koniec marca, mogliśmy obserwować gwałtowną hossę i odbicie. Wzrosty te w zasadzie trwają na większości spółek i indeksów aż do dzisiaj – optymistycznie uważa Przemysław Gerschmann, doradca zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW”.
Ubiegłoroczne spadki na światowych giełdach były naprawdę duże. W efekcie marcowej wyprzedaży także nasze indeksy WIG i WIG20 straciły po około 40 proc. Część analityków wydarzenia te porównywała z wielkim kryzysem lat trzydziestych ubiegłego wieku. Jednak wraz z końcem marca ubiegłego roku giełdy zaczęły stopniowo odbijać.
Liczba rachunków maklerskich w Polsce zwiększyła się w ciągu ubiegłego roku o 85 tys. (z uwzględnieniem wrześniowego wykreślenia z rejestru figurujących tam dotąd 60 tys. nieaktywnych kont). Liczba kont maklerskich miała również przełożenie na udział inwestorów indywidualnych w obrotach na warszawskim parkiecie. W minionym roku byli oni odpowiedzialni za jedną czwartą obrotów na głównym rynku akcji GPW. – Obecnie na giełdach obserwujemy tak zwaną wspinaczkę po ścianie strachu. Indeksy i spółki rosną, ale znacznie wolniej niż pod koniec marca 2020 r. Stopy procentowe na całym świecie nadal utrzymują się na rekordowo niskim poziomach. Pomimo tego, Polacy i obywatele innych krajów nie rezygnują z oszczędzania pieniędzy poprzez trzymanie ich na rachunkach bankowych. Ponadto bezpieczne aktywa, jak na przykład złoto czy obligacje nadal cieszą się dużą popularnością, Może to wskazywać, że prawdziwe wzrosty są jeszcze przed nami – dodaje Przemysław Gerschmann.
W nawiązaniu do tej oceny warto przypomnieć, że giełda jest jak wiadomo ulicą dwukierunkową. Popularność bezpiecznych ale nie przynoszących zysków aktywów równie dobrze może więc wskazywać na to, że warszawska giełda prawdziwe wzrosty ma już za sobą, przynajmniej w okresie pandemii.
Niestety, kolejna fala pandemii trwa w najlepsze i nie wiadomo, kiedy się skończy. Nieudolność rządu w jej zwalczaniu w połączeniu z inwazją nowych mutacji koronawirusa sprawiają, że także i graczy giełdowych mogą czekać trudne miesiące.

Gospodarka 48 godzin

Spaliliśmy Moskwę

Równo 410 lat temu polskie wojska okupujące Moskwę spaliły dużą część rosyjskiej stolicy i wyrżnęły wielu jej mieszkańców. Wydaje się, że źródeł niekoniecznie życzliwego podejścia do Polski, także i w sferze gospodarczej (rurociąg Nord Stream 2, embargo na polskie jabłka itd.) ze strony władz dzisiejszej Rosji, można częściowo szukać właśnie w wydarzeniach z 29 i 30 marca 1611 r. Wtedy to nasi dowódcy, widząc, że mieszkańcy Moskwy są mocno niezadowoleni z polskiej okupacji trwającej już od sześciu miesięcy, postanowili podjąć działania uprzedzające – i sprowokowali zamieszki, aby dokonać rzezi. Jak wspominali polscy uczestnicy tych wydarzeń: „zabito tego dnia Moskwy w samym Kitajgrodzie (część miasta) do sześci albo siedmiu tysięcy. Legł trup na trupie gęsto bardzo”. „Była rzeź, jako między taką gęstwą ludzi wielka, płacz, wrzask dzieci, sądnemu dniowi coś podobnego”.
Mieszkańcy Moskwy w wąskich uliczkach stawiali dość skuteczny opór, więc Polacy postanowili podpalić miasto. „Wpadliśmy na to, co w mniejszej rzeczy w Osipowie (innym mieście spalonym przez polskie wojska) spróbowaliśmy: ogniem wykurzyć nieprzyjaciela” – relacjonuje kronikarz. 30 marca rozpoczęto palenie Moskwy: „Ogień wzniecili, a drudzy na drugich miejscach też ogień pokładli, gdzie kto mógł. A myśmy za ogniem postępowali”. „Moskiewska stolica spłonęła z wielkim krwi rozlaniem”. Z Moskwy niewiele ocalało poza Kremlem, gdzie od początku okupacji stacjonowali Polacy. Wielu z mieszkańców miasta, którzy nie zginęli w ogniu i w walkach z polskimi oddziałami, umarło potem z głodu. Polska okupacja Moskwy trwała do listopada 1612 r.

PiS przeciw emerytom

Rząd Prawa i Sprawiedliwości obetnie emerytury Polaków. Narodowy Bank Polski stwierdził w swej opinii, że w dniu wyceny, w którym zostaną umorzone środki w otwartych funduszach emerytalnych, może nastąpić zmniejszenie ich wartości co stanowi istotne ryzyko dla uczestników OFE. NBP wskazuje, że rozwiązania jakich chce rząd są z założenia mało korzystne dla ubezpieczonych, bez względu czy wybiorą transfer środków na nowe Indywidualne Konta Emerytalne, czy do ZUS. W przypadku wyboru IKE środki zostaną obcięte o opłatę przekształceniową i nie będzie możliwości wypłaty emerytury jako renty dożywotniej. W przypadku wyboru ZUS traci się możliwość dziedziczenia zgromadzonych środków.

Bezpieczny kanał
Około 10-13 proc. światowego handlu przechodzi przez Kanał Sueski, który łączy Morze Śródziemne z Czerwonym i stanowi najkrótsze połączenie morskie między Azją a Europą. Korzystając z Kanału Sueskiego, statki oszczędzają 9000 km lub 10 do 12 dni, nie mówiąc o kosztach paliwa. Ten czas się wydłuża, jeśli kanał jest zamknięty, jak to miało miejsce ostatnio, gdy kontenerowiec zablokował tor żeglugowy. Na wejście do kanału czekało z obu stron ponad 150 statków. W 2020 r. prawie 19 000 statków przepłynęło przez Kanał Sueski – średnio niemal 52 statki dziennie. Kanał jest bezpieczny, zwłaszcza od czasu, gdy w 2015 r. oddano do użytku jego nową nitkę, a rozmaite incydenty żeglugowe są bardzo rzadkie – w ciągu ostatniej dekady zgłoszono ich tylko 75, głównie z powodu awarii maszyn i kolizji statków. Ostatni raz w Kanale Sueskim statek zatonął w 2010 r.

Nadchodzi pora dla cyklistów

Andrzej Leszyk
Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo to najdłuższa trasa rowerowa w Polsce i jedna z dłuższych w Europie. Inwestycja – zrealizowana kilka lat temu za czasów rządów Platformy Obywatelskiej (koszt 274 mln zł) – właśnie znalazła się na rozdrożu. W przypadku dwóch województw skończył się, a w przypadku trzech kolejnych dobiega końca tzw. okres jej trwałości – czyli czas, w którym należy zachować w niezmienionej formie i wymiarze ten projekt, stworzony dzięki potężnemu dofinansowaniu środkami Unii Europejskiej.
Bez odpowiednich działań może dojść do stopniowej degradacji szlaku i zaprzepaszczenia tego, co już udało się osiągnąć. Już dziś szlak stał się miejscami nieprzejezdny dla rowerów. Obawy co do przyszłości Green Velo budzą nieprawidłowości i problemy stwierdzone przez Najwyższą Izbę Kontroli. Zdaniem NIK, bez skoordynowanego zarządzania, należytego utrzymania przejezdności, zachowania stanu technicznego obiektów oraz oznakowania, dalsze funkcjonowanie szlaku – już rozpoznawalnego produktu i marki turystycznej – będzie zagrożone.
Szlak rowerowy Green Velo ma ponad 2 tys. km długości, z których około 300 km stanowią nowe i przebudowane drogi rowerowe oraz ciągi pieszo-rowerowe, a blisko 150 km to wyremontowane drogi gruntowe. Część z nich zmieniła się już jednak w wertepy, trudne do pokonania dla cyklistów.
Szlak przebiega przez 5 województw o wysokich walorach krajoznawczych. Obejmuje m.in. Warmię i Mazury, Puszczę Białowieską, Roztocze i dolinę Sanu. Został wytyczony przez parki narodowe, krajoznawcze i obszary specjalnej ochrony ptaków oraz w pobliżu lokalnych atrakcji turystycznych. Nie są to trasy na ogół wymagające specjalnych umiejętności i wielkiego wysiłku, może z wyjątkiem górskich odcinków na Podkarpaciu.
Na trasach Green Velo rozmieszczonych zostało 228 miejsc obsługi rowerzystów (MOR) wyposażonych w wiaty, ławy, stojaki rowerowe, tablice informacyjne oraz kosze na śmieci, a niektóre również w toalety przenośne i zbiorniki z wodą. Szlak ma własne oznakowanie, logo i stronę internetową https://greenvelo.pl. Został z nim powiązany system miejsc przyjaznych rowerzystom (MPR). Taki status jest nadawany punktom oferującym usługi noclegowe i gastronomiczne, a także atrakcjom turystycznym, spełniającym określone wymogi.
Cała inwestycja została sfinansowana w 85 proc. ze środków Unii Europejskiej. Okres trwałości projektu w przypadku dwóch województw – podlaskiego i świętokrzyskiego – upłynął z końcem 2020 r. Oczekiwane efekty związane z rozwojem turystyki rowerowej i jej wpływem na lokalną gospodarkę odnotowały dwa województwa: lubelskie i warmińsko-mazurskie. W trzech pozostałych województwach nie przeprowadzono analiz dotyczących osiągniętych celów, nie można zatem wskazać, czy w związku z działalnością Green Velo doszło tam do zakładanego ożywienia kulturalno-turystycznego, rozwoju przedsiębiorczości czy spadku bezrobocia.
Green Velo to szlak unikalny nie tylko w skali krajowej i szkoda, by został zaprzepaszczony. Najnowsza kontrola NIK wykazała wiele nieprawidłowości dotyczących właściwego utrzymania stanu technicznego dróg i mostów po których przebiega szlak, a także braki w jego oznakowaniu. Największe kłopoty stwarzały drogi niepubliczne o nawierzchni tłuczniowej lub gruntowej, będące jednocześnie drogami dojazdowymi do pól (cyklicznie rozjeżdżanymi przez sprzęt rolniczy), czy drogami leśnymi (niszczonymi podczas wywózki drzewa).
Oględziny NIK wykazały, że w dwóch trzecich kontrolowanych gmin i powiatów oznakowanie szlaku było niekompletne, a w niektórych braki były na tyle istotne, że mogły stwarzać problemy z odnalezieniem właściwego kierunku jazdy. Przyczyną takiego stanu były zarówno kradzieże, jak i zaniedbania ze strony zarządców poszczególnych odcinków. Przede wszystkim jednak głównym problemem jest brak właściwego nadzoru. Część gmin i powiatów nie przeprowadziła przeglądów gwarancyjnych lub okresowych kontroli (przewidzianych przepisami prawa budowlanego) dróg i mostów znajdujących się na trasie szlaku.
NIK podaje tu między innymi przykład kładki pieszo-rowerowej nad Sanem w miejscowości Bachów (gmina Krzywcza w woj. podkarpackim). Wbrew przeznaczeniu, korzystali z niej także kierowcy samochodów osobowych, co – jak pokazały okresowe kontrole przeprowadzone w 2018 r. i w 2019 r. – stwarzało zagrożenie dla zdrowia i życia użytkowników. Zalecono wówczas postawienie blokady, która uniemożliwiłaby samochodom wjazd na kładkę. Kolejna kontrola, przeprowadzona w 2020 r. pokazała, że władze gminy nie wykonały zaleceń. Zamiast blokady, przed kładką postawiono jedynie znaki drogowe (notorycznie niszczone i usuwane), oznaczające zakaz ruchu, dotyczący również rowerów (!). O stwierdzonym w trakcie kontroli bezpośrednim zagrożeniu dla życia, NIK zawiadomiła wójta. Jego działania były niewystarczające, więc Izba powiadomiła także Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Przemyślu, który w czerwcu ubiegłego roku przeprowadził kolejną kontrolę. Uznał, że w trybie natychmiastowym należy zakazać w ogóle użytkowania kładki do czasu wykonania blokad uniemożliwiających wjazd samochodom. Inspektor nakazał również przeprowadzenie kolejnej ekspertyzy stanu technicznego obiektu, która potwierdziła, że zrealizowanie zaleceń jest konieczne. I na tym koniec. Zatem, jak śpiewał Kuba Sienkiewicz, „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”.
Inny kłopot jest na przykład z przeprawą promową Niemirów-Gnojno. Jest ona nieczynna, gdy poziom wód na Bugu rośnie. Turyści jadący Green Velo muszą wówczas korzystać z drogi alternatywnej między miejscowościami Mielnik i Zabuże. Wprawdzie w Niemirowie zaplanowano wybudowanie nad Bugiem kładki pieszo-rowerowej ale Zarząd Województwa Podlaskiego wycofał się z realizacji projektu. Województwami rządzi PiS, ugrupowanie uchodzące za niespecjalnie życzliwe cyklistom. W 2017 r. gmina zaproponowała zlokalizowanie przeprawy promowej w innym miejscu – około 200 m w dół rzeki – co pozwoliłoby na przewozy przez cały rok. Jest to jednak teren cenny przyrodniczo, objęty ochroną zabytków i leży w obszarze zagrożenia powodziowego, dlatego wciąż trwa wieloletni proces uzgodnień i uzyskiwania pozwoleń na budowę.
Green Velo to nie tylko oferta dla rowerzystów, ale także potężne narzędzie promocji gmin i powiatów, przez które przebiega szlak – i szansa, zwłaszcza dla gmin wiejskich, na zwiększenie dochodów ich mieszkańców. By promocja przyniosła oczekiwane efekty i rozwinięcie ruchu turystycznego, musi być kierowana bezpośrednio do właściwie zidentyfikowanych odbiorców. Niezbędne jest więc systematyczne zbieranie danych na temat użytkowników szlaku.
Takie badanie przeprowadzono jednak tylko raz. Wykazało ono, że od maja do września 2018 r. szlakiem podróżowało w sumie 415,5 tys. osób, z tego turyści krajowi stanowili 99,5 proc. Wśród ponad 2 tys. obcokrajowców najchętniej odwiedzali Green Velo Białorusini, Ukraińcy, Niemcy i Rosjanie. Najpopularniejsze były trasy w województwie lubelskim i podlaskim. Poza tym badaniem, tylko jeden urząd marszałkowski – województwa warmińsko-mazurskiego – pozyskiwał i gromadził dane na temat rzeczywistego wykorzystania szlaku.
Wszystkie urzędy marszałkowskie województw, przez które szlak przebiega podpisały umowę o wspólnym promowaniu, a także utrzymaniu i rozwijaniu Green Velo. Chodziło o skoordynowane i spójne działania – ale umowa umową, a wspólnych działań, jak to u nas, zabrakło.
NIK w połowie ubiegłego roku przeprowadziła internetową ankietę skierowaną do osób, które korzystały ze szlaku w latach 2018-2019. Ponad połowa z około 1400 jej uczestników, jako główne przyczyny wyboru Green Velo, wskazała rekreację i turystykę, za czym przemawiały najczęściej atrakcje turystyczne. Izba poprosiła też o ocenę stanu nawierzchni tras, ich oznakowania i bezpieczeństwa. W każdej z tych kategorii najwięcej bardzo dobrych ocen zebrało województwo świętokrzyskie, a najmniej warmińsko-mazurskie.
Podstawowym problemem jaki wskazali uczestnicy ankiety był przebieg trasy. Oczekiwali oni ścieżek rowerowych poprowadzonych z dala od dróg publicznych lub przynajmniej z nich wydzielonych. Tymczasem część szlaku przebiega drogami, na których występuje znaczne natężenie ruchu samochodów (w tym ciężarówek) i które nie mają wyznaczonego odrębnego pasa dla rowerów, a na ogół również możliwości przejazdu inną trasą. Dlatego Green Velo nie jest niestety szlakiem bezpiecznym. Na jego trasach w latach 2016 – 2020 doszło do 288 zdarzeń z udziałem rowerzystów. W wypadkach zginęły 3 osoby, a 59 zostało rannych.
Z kolei część szlaku wytyczono po trudnych w utrzymaniu drogach polnych i leśnych. Ankietowani skarżyli się na jakość ich nawierzchni (zwłaszcza na odcinkach polnych nieutwardzonych lub nieodpowiednio utwardzonych) i ubytki utrudniające przejazd zwłaszcza rowerów z przyczepką. Tym niemniej, zdecydowana większość uczestników ankiety poleciłaby innym skorzystanie ze szlaku.
Trzeba więc poprawić stan nawierzchni, zlikwidować wertepy, zbudować i wyremontować kładki rowerowe. Pożądane byłoby również poprowadzenie nowych odcinków trasy, właściwie zaprojektowanych i oddzielonych od ruchu samochodowego. Na to wszystko oczywiście brakuje pieniędzy. Wprawdzie ponad połowa kontrolowanych gmin i powiatów zadeklarowała w następnych latach rozbudowę ścieżek rowerowych i dodatkowej infrastruktury towarzyszącej oraz remonty na drogach, po których przebiega szlak, jednak realizacja tych projektów jest uzależniona od tego, czy samorządy pozyskają na ten cel środki spoza swoich budżetów.
Mimo wszystkich problemów i zaniedbań, Green Velo to już rozpoznawalny produkt i w miarę uznana marka. Należy zatem dołożyć wszelkich starań, by szlak ten był utrzymywany w dobrym stanie i w miarę możliwości racjonalnie rozbudowywany.

Ceny rosną, wartość naszych oszczędności spada

W bieżącym roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach.

Inflacja w lutym 2021 r. wzrosła o 2,4 proc. w ujęciu rok do roku, i było to nieco mniej (o 0,2 punktu procentowego) niż w styczniu bieżącego roku. Dynamika zmian cen w pierwszych dwóch miesiącach roku także była nieco mniejsza niż w analogicznym okresie 2020 r. Jednak dynamika cen usług wynosi już aż 7 proc., co jest z pewnością odczuwalne przez konsumentów.
W stosunku do stycznia 2021 r. ceny towarów i usług wzrosły w lutym o 0,5 proc. W tym miesiącu w porównaniu ze styczniem, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) miały wyższe ceny w zakresie transportu oraz żywności, które podwyższyły CPI odpowiednio o 0,16 p.p. i 0,11 p.p. Coroczna zmiana wag wskaźnika CPI spowodowała bardzo wyraźny wzrost udziału cen żywności, co jeszcze bardziej zwiększa znaczenie tych kategorii cen, na którą wpływ ma wiele czynników niezależnych bezpośrednio od banku centralnego.
Zbliżamy się do okresu, kiedy dynamika inflacji będzie przekraczała 3 proc., co z punktu widzenia banku centralnego powinno spowodować prowadzenie polityki pieniężnej, która będzie sprzyjała ograniczaniu nadmiernych oczekiwań inflacyjnych – zwraca uwagę Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Analizy wskaźników inflacji w dłuższym okresie nie ułatwiają dokonywane każdego roku aktualizacje systemu wag stosowanego w obliczeniach wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Przypomnijmy, że nowe wagi wynikają z przeprowadzanych badań budżetów gospodarstw domowych i oparte są na strukturze wydatków gospodarstw domowych na zakup towarów i usług konsumpcyjnych z roku poprzedzającego badany rok.
Nowy system wag uwzględnia zmiany w strukturze konsumpcji wywołane pandemią COVID-19. W efekcie, w porównaniu z 2020 r. najwyraźniej, bo aż o 2,53 p.p. wzrósł udział wydatków na żywność i napoje bezalkoholowe oraz o 0,7 p.p. udział wydatków związanych z użytkowaniem mieszkania. Najwyraźniej obniżył się udział wydatków w zakresie restauracji i hoteli (o -1,56 p.p.), transportu (-1,01 p.p.), rekreacji i kultury (-0,84 p.p.). Zastosowanie nowych wag spowodowało, że w styczniu 2021 r. w stosunku do stycznia ubiegłego roku inflacja wzrosła o 2,6 proc., wobec wstępnie szacowanego wzrostu o 2,7 proc.
Najnowsze dane o inflacji powinny skłaniać do zastanowienia się nad przyszłą ścieżką zmian cen. Procesy inflacyjne w okresie pandemii przebiegają inaczej niż w przypadku typowych sytuacji recesyjnych – zauważa TEP.
Wbrew oczekiwaniom, które pojawiły się powszechnie po rozpoczęciu pandemii w ubiegłym roku, w Polsce nie mamy do czynienia z dłuższym okresem deflacyjnym. Inflacja po dwóch pierwszych miesiącach jest o 1,1 p.p. powyżej projekcji Narodowego Banku Polskiego z lipca ubiegłego roku. Pamiętajmy, że w styczniu i lutym 2020 roku mieliśmy wyraźniejsze, miesięczne wzrosty cen, natomiast od marca do maja ubiegłego roku dynamika cen spowalniała.
W 2021 roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach. W projekcji NBP dynamika inflacji w drugim kwartale ma wynieść 3,4 proc. Mając to na uwadze, wkrótce możemy znaleźć się w strefie dyskomfortu wynikającego z rosnącego ryzyka wzrostu dynamiki inflacji do wartości, które wywołują zaniepokojenie konsumentów i podwyższenie oczekiwań inflacyjnych.
Z punktu widzenia osób oszczędzających, rosnąca inflacja może być coraz większym problemem, skoro ujemne realne stopy procentowe powodują spadek siły nabywczej oszczędności niezabezpieczonych przed inflacją. Natomiast z punktu widzenia banku centralnego dzisiejsza dynamika inflacji nie stanowi problemu, ale wkrótce może to ulec zmianie, gdyż w otoczeniu międzynarodowym pojawiają się coraz wyraźniejsze oczekiwania wzrostu cen (m.in. wzrost oczekiwań inflacyjnych w Stanach Zjednoczonych).
Z tego powodu wymagana jest szczególna ostrożność w formułowaniu przez bank centralny kierunków przyszłych działań. Powinny one być skoncentrowane przede wszystkim na ograniczaniu oczekiwań inflacyjnych oraz odpowiednio wczesnej reakcji w sytuacji ryzyka zbyt wysokiej dynamiki cen w przyszłości.

Gospodarka 48 godzin

Wspieranie przez wykluczanie
Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Wspieranie rodziny ma polegać na tym, że rząd będzie mógł określić w rozporządzeniu (i z pewnością to zrobi), iż składanie wniosku i załączników do wniosku o przyznanie świadczeń, a także wnoszenie innych pism w sprawie świadczeń odbywać się może wyłącznie w drodze elektronicznej, tylko za pomocą systemów teleinformatycznych określonych w rozporządzeniu Rady Ministrów. Ponieważ spora część najbiedniejszych rodzin jest wykluczona cyfrowo, więc nowe przepisy skutecznie spowodują, że zmniejszy się liczba osób ubiegających się o rozmaite świadczenia. Rada Ministrów wprawdzie zaznacza, że organ realizujący świadczenia „będzie musiał zapewnić – w swojej siedzibie, oddziale lub innej wyznaczonej jednostce organizacyjnej – dostęp do środków technicznych umożliwiających złożenie wniosku i odbiór korespondencji oraz pomoc przy wnoszeniu i odbiorze dokumentów”. Ten zapis najprawdopodobniej pozostanie jednak tylko teorią.

Trwa pandemiczny kryzys
Po dokładnym podsumowaniu tegorocznego stycznia Główny Urząd Statystyczny stwierdził, że w pierwszym miesiącu roku sprzedaż detaliczna w cenach stałych była niższa niż przed rokiem o 6,0 proc. (wobec wzrostu o 3,5 proc. w styczniu 2020 r.). Kryzys przesuwa się więc także na bieżący rok, a będzie jeszcze głębszy, bo kolejna fala pandemii powoduje w Polsce prawdziwe spustoszenie. W porównaniu z grudniem 2020 r. miał miejsce spadek sprzedaży detalicznej aż o 24,9 proc. W styczniu 2021 r. najgłębszy spadek sprzedaży detalicznej odnotowały podobnie jak w poprzednich miesiącach podmioty handlujące tekstyliami, odzieżą i obuwiem (o 40,8 proc. wobec wzrostu o 10,5 proc. przed rokiem). Mniejsza była także między innymi sprzedaż paliw (o 16,4 proc, co jest związane z spowolnieniem gospodarczym w Polsce) oraz prasy i książek (o 15,3 proc. – Polacy nie należą do narodów o rozwiniętym czytelnictwie, więc gdy biednieją, łatwo rezygnują z podobnych wydatków). Wzrost sprzedaży wykazały jedynie, z nie do końca jasnych powodów, placówki handlujące meblami oraz sprzętem rtv i agd (o 7,1 proc.). Zapewne zakupom sprzyjał poświąteczny spadek cen tych produktów oraz przypuszczenie, że przy kolejnej fali pandemii zamknięta zostanie część sklepów więc warto zrobić zakupy zawczasu. W styczniu 2021 r. w porównaniu z grudniem 2020 r. odnotowano spadek wartości sprzedaży detalicznej przez Internet (o 18,9 proc. ). Natomiast udział tej sprzedaży stale rośnie i zwiększył się z 9,1 proc. w grudniu ubiegłego roku do 9,8 proc. w styczniu 2021. Wzrost udziału sprzedaży przez Internet zaobserwowano w większości grup, a największy w przedsiębiorstwach zaklasyfikowanych do grupy „tekstylia, odzież, obuwie”. W styczniu niższa też była produkcja budowlano – montażowa w całym kraju (w przedsiębiorstwach budowlanych o liczbie pracujących powyżej 9 osób) – spadła o 10,0 proc. w porównaniu z styczniem ubiegłego roku. Przed rokiem jej wzrost wyniósł zaś 6,4 proc. Tu jednak powodem regresu jest nie tyle kryzys, co surowsza w tym roku zima.

Zacznijcie rozwiązywać te problemy!

Rząd PiS spisał bariery stojące przed przedsiębiorcami. Są znane od lat. Ciekawe, kiedy rząd wreszcie przedstawi konkretne sposoby ich pokonania?

W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii powstała Biała Księga Rozwoju Przemysłu. Zawarte w niej zapisy są zbiorem postulatów, barier i oczekiwań polskich przedsiębiorców oraz szeregu organizacji gospodarczych. Widać, że po pięciu latach rządów Prawa i Sprawiedliwości tych barier i oczekiwań – oraz propozycji ich przełamania – jest bardzo dużo.
Najważniejsze są bariery o charakterze powszechnym, dotykające niemal wszystkie lub dużą część branż polskiej gospodarki. Oto one.
· Niedoskonałe procesy kształcenia oraz deficyt kadr dla potrzeb poszczególnych dziedzin przemysłu.
· Niewystarczający dostęp do preferencyjnych form finansowania, w tym finansowania badań i rozwoju.
· Problemy związane z gospodarowaniem odpadami.
· Wydłużone i skomplikowane procedury administracyjne, w tym zbyt wielka ilość zbyt często zmieniających się przepisów oraz ich niejasność.
· Ograniczenia związane z przepisami prawa pracy.
· Wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej związane głównie z cenami energii.
· Nieprawidłowe praktyki w zamówieniach publicznych ze strony zamawiających (nieuczciwe preferowanie jednego z kontrahentów).
Zdaniem resortu rozwoju, z analizy poszczególnych, zgłoszonych trudności należy wyciągnąć wniosek, że obecnie największą zdefiniowaną barierą jest dostęp do kadry pracowniczej. Wydaje się, że urzędnicy tego ministerstwa poszli nieco na łatwiznę, uznając właśnie tę barierę za najważniejszą – bo akurat jej usunięcie nie zależy od resortu rozwoju. Inne bariery natomiast leżą już w gestii pracowników tego ministerstwa. Gdyby więc uznali oni ich wagę, potwierdziliby swoją niską skuteczność no i dodali sobie pracy. Wiadomo zaś, że najłatwiej koncentrować się na problemach, które inni będą musieli rozwiązywać.
W rezultacie, w Białej Księdze Polskiego Przemysłu poświęca się wiele miejsca właśnie dostępowi do kadry pracowniczej. Urzędnicy przygotowujący tę księgę zwracają uwagę, że przedsiębiorcy zgłosili propozycje takie, jak stworzenie systemu zachęt dla absolwentów szkół średnich aby kontynuowali naukę na uczelniach technicznych (zwłaszcza w obszarze nowych technologii); doprowadzenie wreszcie do współpracy uczelni technicznych z przemysłem; przeprowadzenie reformy systemu kształcenia pod kątem jego dostosowania do potrzeb przemysłu. Jak wynika z Białej Księgi, przedsiębiorcy wskazują, że problem deficytu nie dotyczy tylko kadry wysokospecjalizowanej, ale także pracowników wykonujących prace fizyczne.
Kolejną zgłoszoną przez praktyków gospodarki barierą są ograniczone możliwości uzyskiwania finansowania ze strony państwa w formie grantów i niskooprocentowanych (czy wręcz umarzalnych) środków, w tym wspierających działalność inwestycyjną i badawczo-rozwojową.
Mówiąc ściślej, takie środki są – i to nawet niemałe, idące w grube miliony złotych – ale głównie dla krewnych i znajomych królika, dobrze widzianych przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Firma OncoArendi należąca do Marcina Szumowskiego, brata byłego już ministra zdrowia, od 2015 r. dostała łącznie 140 mln zł publicznych środków. Firma na swej stronie internetowej informuje, że jej ambicją jest m.in. „komercjalizacja przełomowych leków na raka, choroby włóknieniowe i zapalne”. Na razie jednak głucho o lekach, choćby nawet niekoniecznie przełomowych, które za sprawą OncoArendi zostały wprowadzone na rynek. Chodziłoby więc po prostu o to, aby pieniądze podatników były rozdzielane uczciwiej.
Część postulatów przedsiębiorców dotyczyła problemów związanych z otrzymaniem finansowania projektów w ramach przeprowadzanych konkursów. Zwracają oni uwagę, że rządowe programy badawcze są niedopasowane do potrzeb i możliwości poszczególnych branż, za długi jest czas oczekiwania na decyzję w kwestiach
związanych z akceptacją i realizacją projektu, regulaminy konkursów oraz warunki realizacji projektów badawczo – rozwojowych są niejednolite i zbyt zawiłe.
Dużym problemem, z jakim mierzą się polskie firmy są także kwestie spełnienia wymogów środowiskowych, w tym dla gospodarki o obiegu zamkniętym oraz związanych z nadmiernymi obciążeniami regulacyjnymi i obowiązkami dotyczącymi gospodarki odpadami.
Inną zdiagnozowaną przez przedsiębiorców barierą są długie i skomplikowane procedury, zwłaszcza – ale nie tylko – jeśli chodzi o przewlekłość wydawania decyzji administracyjnych (w czasie pandemii wszelkie terminy jeszcze się wydłużyły). Inflacja przepisów, zbyt duża zmienność i niejasność prawa, wpływają negatywnie na stabilność prowadzenia działalności gospodarczej.
Przedsiębiorcy wskazali też na coraz większe trudności powodowane przez rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Wzrastają zwłaszcza ceny energii, co wynika z narzucania transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii.
Ważnym problemem są również kłopoty z przetargami. W zamówieniach publicznych nadużywane jest kryterium ceny w zamówieniach, a inne kryteria zostawiają zbyt duże pole do uznaniowości.
Wszystkie przedstawione tu bariery są znane od wielu lat i ich spisanie trudno uznać za osiągnięcie. Pytanie, kiedy wreszcie ze strony rządu PiS pojawią się konkretne sposoby ich pokonania?

Gospodarka 48 godzin

Czas na czas letni
Noc z soboty 27 marca na niedzielę 28 marca to pora przestawiania wskazówek zegarów z godziny 2:00 na 3:00. W tym czasie w trasie było wiele pociągów PKP. Zmiana czasu z zimowego na letni wiązała się z wdrożeniem specjalnego rozkładu jazdy, który nie wpłynął jednak na czas przejazdu pociągów. Jak to wyglądało w praktyce, można było zobaczyć na przykładzie jednego z nich. Pociąg intercity Karkonosze relacji Jelenia Góra – Białystok przyjechał 28 marca na stację Zduńska Wola o godz. 1:59 czasu zimowego, a po 2 minutach postoju czas jego wyjazdu z niej to godz. 3:01 już czasu letniego. Ciekawe, dlaczego wiosną można dokonać zmiany czasu w normalny sposób, wprowadzając po prostu poprawkę do rozkładu jazdy, natomiast jesienią na PKP odstawia się bezsensowne szopki z zatrzymywaniem pociągów na godzinę w środku nocy? Oczywiście zmianę czasu na zimowy można przeprowadzić tak samo jak w przypadku przejścia na czas letni tylko odwrotnie – wprowadzając rozkład jazdy z odjazdami i przyjazdami cofniętymi o godzinę. Tyle że włodarzom polskich kolei po prostu nie chce się tego robić. Wolą zmuszać pasażerów do dodatkowego, godzinnego siedzenia w nocy w pociągach. Winę ponosi też jedn rząd Prawa i Sprawiedliwości, bo zmiany czasu są przeprowadzane na podstawie rozporządzenia Prezesa Rady Ministrów z 3 listopada 2016 r.

Na broni i pod bronią
Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o wytwarzaniu i obrocie materiałami wybuchowymi, bronią, amunicją oraz wyrobami i technologiami wojskowymi. Zgodnie z jej najważniejszymi rozwiązaniami, strzelecka broń palna i jej istotne części mają być oznakowane w czytelny, trwały i niepowtarzalny sposób, zgodny z dyrektywą Unii Europejskiej. Ustalono rodzaj alfabetu, minimalne wymiary czcionki oznakowania broni palnej oraz dopuszczalne metody nanoszenia oznakowania. Chodzi zwłaszcza o oznakowanie szkieletu i komory zamkowej broni palnej, wykonanych z materiałów niemetalowych. Określono też zasady oznakowania broni alarmowej i sygnałowej. Utworzono Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Broni Alarmowej i Sygnałowej, którego głównym zadaniem będzie wymiana informacji o wytwarzanych i kontrolowanych przez państwa członkowskie typach i modelach tej broni. W tych zapisach – ich wprowadzenia UE domagała się od Polski – chodzi o wprowadzenie utrudnień dla wykorzystywania broni palnej w celach przestępczych.

Obostrzenia pandemiczne

W ten piątek klienci ruszyli do sklepów budowlanych, a ich wzmożony natłok z pewnością spowoduje w niedalekiej przyszłości wzrost liczby zakażeń koronawirusem. Zaczął się bowiem sezon wiosennych prac budowlano-remontowych, a jednocześnie rząd Prawa i Sprawiedliwości zdecydował o zamknięciu sklepów budowlanych i meblowych o powierzchni powyżej 2 tys. metrów kwadratowych. Nowe obostrzenia obowiązują od soboty 27 marca do 9 kwietnia, ale oczywiście mogą zostać przedłużone. Rząd nie przygotował kraju na wzmożoną falę koronawirusa, choć miał ku temu czas, pieniądze i wszelkie możliwości, dlatego teraz nadrabia swoje zaniedbania kolejnymi zakazami.

Głos liberała wolność gospodarczą ubezpieczający

Neoliberalizm ma w Polsce szerokie możliwości urabiania poglądów na politykę gospodarczą: Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza, tygodniki opinii Polityka, Newsweek, portale internetowe, dyżurni ekonomiści kraju. Ci odczytują migający szyfr notowań giełdowych, przez który przemawia do nich duch wolnego rynku. Chwalą bez przerwy błogosławionych, którzy tworzą miejsca pracy, często dla księgowych w Luksemburgu czy na Malcie. Jest chyba nadmiarem dobroci użyczać im jeszcze przestrzeni drukarskiej w jedynej lewicowej trybunie na polskim rynku czytelniczym.

Omawianie raportów o światowym rozkładzie bogactwa, o wartości społecznej różnych zawodów, o coraz większym śladzie ekologicznym konsumpcjonizmu- takie informacje są cenne z perspektywy klas pracowniczych. Zamiast takich informacji i analiz na stronach poświęconych gospodarce znajdujemy w Trybunie coraz częściej gorzkie żale rzeczników polskiego biznesu – na wysokie koszty pracy, na podatki, na takie czy inne ograniczenia „wolności” gospodarczej. Brakuje tylko radosnego dziamborzenia konfederata Sławomira Mentzena.
Ostatnio w stałym kąciku liberała ukazało się omówienie raportu Index Wolności Gospodarczej (Trybuna 56-57/2021). Ogólny wniosek autora– „potrzeba więcej wolności gospodarczej”. Ten raport publikuje dorocznie wpływowy w USA prawicowy, konserwatywny, anarchokapitalistyczny think tank Heritage Foundation. Popularyzuje go organ finansjery Wall Street Journal. Angielski akademicki ekonomista Charles Hill, biorąc pod uwagę fakt, że ta fundacja jest zapleczem analityczno-programowym Republikanów i ich prezydentów – każe z dużą ostrożnością podchodzić do ich raportów i sugestii praktycznych. Dlaczego? Autentycznego zwolennika lewicy powinien ostrzec profil ideologiczny tej placówki: obróbka i popularyzacja doktryny neoliberalnej za czasów Reagana, Thatcher, Busha-juniora, zasilanie ekipy prezydenta Trumpa swoimi pracownikami, wspieranie negacjonistów klimatycznych, inicjowanie wojny kulturowej w imieniu „nowej prawicy”, wspieranie militarnego ekspansjonizmu kraju, bezpardonowa walka z państwem opiekuńczym itd., itd. Jaką to wolność gospodarczą może lansować syntetyczny indeks opracowany w tym środowisku, które finansują korporacje?
Można się spodziewać poradnika dla łowców rent kosztem taniej pracy, zasobów surowcowych i energetycznych peryferii, globalnego Południa, własnych pracowników i ich życia. Dlatego w tym indeksie państwo, które odnotowuje wyjątkowy w skali historycznej rozwój gospodarczy plasuje się dopiero na 107 miejscu, a na czele jest jedno z centrów finansowych kontynentu, praktycznie miasto-port byłej kolonii brytyjskiej – lilipuci Singapur? Otóż, twórców omawianego indeksu interesują tylko przeszkody w robienia dobrych interesów na całym świecie. Przede wszystkim zwraca ich uwagę to, jak wieki jest sektor publiczny, i co za tym idzie: wysokość podatków dla firm i podatków od dochodów osobistych. Następnie, jak chroniona jest własność prywatna: łatwość egzekwowani umów czy swobodny obrót nieruchomościami. Następnie, autorzy raportu starają się zmierzyć to, co interesuje każdego rentiera, a więc stopę inflacji, by nie spadła wartość aktywów, a także czy kapitał portfelowy może swobodnie krążyć między giełdami. No i czy można robić interesy ponad granicami państw – czy cła i bariery beztaryfowe utrudniają wymianę handlową. A szczególnie ważne są regulacje dotyczące kredytów (stopa procentowa) i regulacje rynku pracy. Broń boże, regulacje nie mogą obejmować warunków pracy, zwłaszcza zwalniania pracowników, płacy minimalnej; groźne dla korporacji są umowy zbiorowe, ewentualne koszty odpraw. Cenna jest za to swoboda inwestowania: brak licencji, norm środowiskowych, możliwość transferowania zysków. Indeks prowokuje kilka pytań, które powinien sobie postawić wrażliwy społecznie ekonomista. Wolał je przemilczeć i dlatego ukrył się pod inicjałami. Może następnym razem odniesie się do kilku poniższych kwestii.
Po pierwsze, dlaczego go nie zastanawia, że praktykujące wolność gospodarczą a`la Heritage Foundation wszystkie byłe gospodarki centralnie planowane stały się peryferiami globalnego kapitalizmu, z wyjątkiem Chin. Ale one idą inną drogą niż chcieliby amerykańscy „inwestorzy”. Narzucili oni światu reguły wolności gospodarczej, zwane konsensusem waszyngtońskim; narzucili siłą swego państwa i jednostronnych organizacji wielostronnych, kierowanych z tylnego siedzenia przez Departament Skarbu. Chińskie państwo (a fe!) nie dopuszcza portfelowego kapitału, nie jest sługą prywatnych korporacji (G. Kołodko). Państwo chińskie nie jest teoretyczne, nie jest wysuszone podatkowo, kontroluje kurs własnej waluty. Natomiast idące teraz za amerykańską panią-matką nadwiślańscy liberałowie zamienili Ursus na Factory, a polską gospodarkę w zaplecze poddostawców i podwykonawców niemieckiego Cesarstwa Przemysłowego; oferuje ona tanią pracę montażową, usługi biznesowe, logistykę. Nic więc dziwnego, że w filiach zagranicznych korporacji powstaje 2/3 polskiego eksportu i 42 proc. wartości dodanej. Co gorsza, własność majątku produkcyjnego zagranicznego kapitału, łącznie z udziałem w krajowych firmach można szacować na 45- 50 proc. . Z kolei udział artykułów importowanych w handlu wielkopowierzchniowym sięga 80 proc. (A. Karpiński). Znajduje to wszystko wyraz w transferze zysków, które stanowią około 3 proc. polskiego PKB.
Po drugie, na cenzurowanym w tym indeksie jest rola państwa w gospodarce. Tymczasem wytrawny badacz globalnego kapitalizmu Władysław Szymański, uważa wysuszenie podatkowe państwa i poddanie go władzy finansjery i rencistów za pomocą długu publicznego i arbitrażu regulacyjnego za główną słabość neoliberalnej globalizacji. Brak bowiem arbitra, który by reprezentował racjonalność ogólnospołeczną, i co ważniejsze obecnie – racjonalność planetarną. Ta z kolei jest konieczna, by wyznaczyć uzgodnione normy eksploatacji przyrody, regulacji obrotu kapitału, eksploatacji pracy i życia ludzkiego. Rezultatem spuszczania z keynesowskiej smyczy kapitału pieniężnego (zniesienie stałych kursów walut, Nixon 1971; ostateczne zniesienie rozdziału bankowości detalicznej i inwestycyjnej ustawą z 1999 r.) uczyniły z sektora finansowego główną gałąź gospodarki, i doprowadziły do powstania kapitalizmu kasyna. Dlatego powrót do współpracy państw, na początek w G20, może doprowadzić do ograniczenia optymalizacji podatkowej, a zwłaszcza likwidacji rajów podatkowych, dokąd emigrują zyski korporacji. Tylko na tym poziomie można sterować przebudową energetyki czy modelu konsumpcji. A więc tyle planowania, ile konieczne, tyle rynku, ile możliwe.
I po trzecie, czy autor naprawdę poleca klasom pracowniczym świata amerykański model stosunków pracy. W tym modelu głównym zadaniem menedżerów jest maksymalizacja zysków akcjonariuszy. Rezultat łatwy do przewidzenia. Współczynnik Giniego jest bliski 0,5, co oznacza duże zróżnicowanie dochodów i majątków. Trwałą tendencją jest rozchodzenie się produktywności pracy i mediany zarobków. O ile ta pierwsza w ciągu ostatnich 40 lat wzrosła o 80 proc., to druga już tylko o 10 proc. . Według laureata tzw. ekonomicznego nobla Angusa Deatona, w 2015 r. Amerykanie na dole drabiny społecznej żyli na poziomie 36 proc. oficjalnego progu ubóstwa, przy czym pracująca biedota stanowi aż 21 proc. ogółu zatrudnionych. Nic dziwnego, że tzw. food stamps potrzebuje 14 proc. Amerykanów, czyli około 40 mln. W tym samym roku 17 proc. społeczeństwa amerykańskiego żyło poniżej granicy ubóstwa relatywnego, w Niemczech 9,5 proc. , w Danii 5,5 proc. .
Właśnie ta wolność zatrudniania-zwalniania leży u podstaw stagnacji neoliberalnego turbokapitalizmu, który lansuje ten ideologiczny indeks. Mechanizm degradacji pracy jest następujący: arbitraż pracy w globalnej gospodarce => prekariat, spadek dochodów z pracy=> spadek popytu w krajach, potem popytu globalnego =>stąd stagnacja gospodarki, ucieczka w kredyty konsumpcyjne i hipoteczne => kasyno-kapitalizm (np. M. Husson, A. Karpiński, W. Szymański, J. B. Foster). W szczególności poza autocenzurą znajduje się aprobata dla asymetrycznej relacji między kapitalistą i jego pomocnikami a sprzedawcami siły roboczej, mobilizowanymi, by produkować coraz więcej za coraz niższą płacę. Autor pisze beztrosko, że wolność pracy to dla pracownika to „znalezienie możliwości zatrudnienia i pracy”. Właśnie sęk w tym, że to bywa półniewolnicza praca opiekuńcza w Niemczech dla kobiet ze Ściany Wschodniej, praca na zlecenie dla absolwenta wyższej uczelni, z dużą częścią płacy otrzymywanej pod stołem, bez urlopu i ubezpieczeń. Można zmienić pracę, lecz zawsze pozostaje się tylko właścicielem swojej siły roboczej. Druga zaś strona dysponuje kapitałem odtworzonym, a nawet powiększonym o wartość dodatkową. Może akumulować, stać ją na kupowanie kolejnych nieruchomości, pensjonatów, pałacyków jak byłego wójta Pcimia na posadzie w Orlenie. Na dodatek, system wyposaża go w tak cenną w indeksie „zdolność do swobodnego zawierania umów o pracę i zwalniania zbędnych pracowników, gdy nie są już potrzebni – co jest niezbędne do zwiększenia wydajności i utrzymania ogólnego wzrostu gospodarczego”. Z tej wolności korzysta prezes Lotu. Cieszmy się, czytelnicy Trybuny, z autorem z królestwa wolności dla korporacji, jej udziałowców, akcjonariuszy, menedżerów.
Czyżby Trybuna chciała odebrać chleb działaczom Forum Obywatelskiego Rozwoju – twierdzy fundamentalizmu rynkowego? Jeśli nie, to wypada się tylko cieszyć. Kapitalizmu nie obronią bowiem jego zwolennicy, bo on sam jest swoim największym wrogiem. Ich recepta to więcej kapitalizmu w kapitalizmie. I może na tym polega chytrość rozumu autora i kierownika działu.

Kobiece bariery do kariery

Panie na kierowniczych stanowiskach w Polsce mają duże ambicje i na ogół potrafią je realizować. Jeżeli jednak trafiały na przeszkody, to częściej dlatego, że to kobiety kobietom zgotowały ten los.

Tylko jedna czwarta kobiet na menedżerskich stanowiskach czuje się niedoceniana w miejscu pracy. Biorąc pod uwagę polską skłonność do narzekania – także na zarobki przypisane do kierowniczych foteli – to całkiem dobry wynik. Tym niemniej, mimo tych wysokich stanowisk, sporych pieniędzy i pełnienia odpowiedzialnej funkcji, 61 proc. badanych kobiet postrzega swoją rolę w firmie jako wspierającą a nie przywódczą, zaś 40 proc. uważa własne osiągnięcia za przeciętne (aczkolwiek nie można wykluczyć, że słusznie).
Takie między innymi wyniki przynosi przeprowadzone w styczniu tego roku ogólnopolskie badanie na zlecenie Clue PR pt. „Bariery do kariery”, które próbuje odpowiedzieć na pytanie, z jakimi przeszkodami na drodze do rozwoju zawodowego kobiety muszą się mierzyć najczęściej? Badanie objęło grupę ponad 450 kobiet na kierowniczych stanowiskach. Jego celem było ukazanie różnych aspektów osiągnięć, wyzwań i przeszkód, jakie są udziałem tych kobiet w Polsce, które wysoko zaszły na swojej drodze zawodowej.
Autorki badania, dr Marta Bierca i Alicja Wysocka-Świtała zapytały także kobiety zarówno o systemowe ograniczenia, jak i ewentualne stereotypy, z którymi muszą się stykać na co dzień. Wydaje się, że to badanie miało założoną z góry tezę. Jego celem było bowiem pokazanie mapy całej siatki ograniczeń, jaka może sprawiać, że kobiety, mimo równościowych haseł zawartych w regulaminach i statutach firm mają nieco bardziej utrudnioną drogę do awansów, niż mężczyźni.
Autorki badania wzięły również pod lupę całe spectrum sposobów zachowania wobec pań podczas spotkań czy zebrań, które w zachodnim modelu cywilizacyjnym są obecnie uważane za opresyjne. Chodzi na przykład o ironiczne uśmiechy, pomijanie wypowiedzi kobiet, prowadzenie rozmów z innymi mężczyznami bez dopuszczania kobiet, jak również o nagminne podobno przerywanie kobietom ich wypowiedzi. Badanie zostało zatem przeprowadzone po to, aby pokazać z jakimi przeszkodami muszą się mierzyć na co dzień kobiety, które zajmują stanowiska kierownicze i jak wiele sufitów na co dzień muszą przebić, żeby móc zajmować stanowiska równie eksponowane, co ich koledzy. Okazuje się jednak, że tych sufitów jest mniej niż to się powszechnie wydaje.
Po pierwsze, kobiety dostrzegają różnice w traktowaniu płci przy decydowaniu przez zarządy firm o awansach i podwyżkach – ale widzi to tylko drobna część badanych pań na wysokich stanowiskach. Tak więc, zaledwie 1 na 5 kobiet uważa, że płeć ma znaczenie przy decyzji o awansie pracownika i również tylko 1 na 5 kobiet sądzi, że zarobki na tych samych stanowiskach różnią się pomiędzy płciami. Kobiety patrzą zatem racjonalnie na polską rzeczywistość, bo choć zostało wprawdzie udowodnione w wielu badaniach o różnicach płacowych, że panie u nas zarabiają nieco mniej (głównie ze względu na to, że więcej czasu niż mężczyźni poświęcają na opiekę nad dziećmi), to te różnice stopniowo się zmniejszają.
Dlatego właśnie to nierównoprawne traktowanie obu płci jest zauważalne nie tyle w twardych faktach, co w ocenach i emocjach. Jak wskazuje wspomniane badanie, najbardziej zaskakujące i niepokojące różnice leżą jednak w postrzeganiu samych siebie i swojej roli przez kobiety na kierowniczych stanowiskach. Jak podano na wstępie artykułu, większość kobiet uważa swoją funkcję w organizacji za wspierającą – a przecież badane były kobiety, które pełnią role zarządcze w firmie, czyli wynika z tego, że kobiety nie postrzegają samych siebie jako przywódczyń. Okazuje się zatem, że ograniczenia tkwią bardziej we własnym myśleniu o sobie i w stosowanej terminologii, niż w samej rzeczywistości. 37 proc. badanych kobiet postrzega siebie jako „pomocnicę”, a 25 proc. jako „opiekunkę”. Jako liderkę – mimo, że w rzeczywistości są to właśnie liderki w swoich środowiskach pracy – widzi siebie jedynie 27 proc. badanych kobiet. Jak widać, te liczby nie składają się na 100 proc. – ale raport z badania nie podaje, jaką rolę przypisuje sobie pozostałe 11 proc. pań na kierowniczych stanowiskach.
Kobiety chcą się rozwijać i zdobywać nowe kompetencje – 53 proc. badanych kobiet deklaruje, że chce zajść dalej i wyżej, a 59 proc. jest pewne siebie i uważa, że podejmowanie decyzji nie przychodzi im z trudnością. Zarazem jednak aż 40 proc. kobiet uważa swoje osiągnięcia za przeciętne, czyli tym samym je pomniejsza. To dobrze świadczy o ich planach i ambicjach, bo wiadomo, że ważnym motorem kariery zawodowej jest własne przeświadczenie, że jeszcze wiele rzeczy można zrobić lepiej i osiągnąć więcej.
Otoczenie zawodowe w naszym kraju na ogół niestety nie wspiera wysokich ambicji pań. Wprawdzie 75 proc. kobiet czuje się w pracy należycie doceniana, ale jednocześnie mniej niż połowa badanych kobiet (tylko 45 proc.) uważa, że firma wspiera ich rozwój zawodowy.
Nieco bardziej optymistyczny jest wskaźnik, który pokazuje, że kobiety są porównywane z mężczyznami – a wynik tych porównań jest raczej pozytywny dla pań. Jedynie 29 proc. kobiet uważa, że musi się starać bardziej niż ich koledzy, żeby osiągnąć to samo, co mężczyźni.
Tak więc, wiele kobiet deklaruje chęć zwiększania zakresu odpowiedzialności w pracy, a na co dzień coraz wyraźniej komunikuje swoją siłę i osiągnięcia. Niestety, nieco gorzej jest z reakcjami otoczenia, które niekiedy deprecjonuje i czasami dosłownie ucisza kobiety, również te zajmujące eksponowane stanowiska w firmach i zarządach. 34 proc. badanych kobiet deklaruje, że zabieranie głosu przychodzi im z trudnością. To wprawdzie mniejszość – ale też zbyt duża.
Ponadto, staranie się o awans jest zawsze wyzwaniem dla niemal połowy respondentek, niezależnie od tego, czy przełożonym jest kobieta czy mężczyzna – dla 44 proc. staranie się o awans u kobiety dyrektorki, a dla 48 proc. u mężczyzny dyrektora jest określane jako „trudne”. Nie wiadomo, czy taki sam wynik dałoby podobne badanie pokazujące odczucia mężczyzn zabiegających o awans, ale optymistyczne jest to, że jednak większości kobiet w Polsce raczej łatwo przychodzi staranie się o awans.
Panie raczej nie mają problemów ze sprzeciwianiem się przełożonym. Zaledwie niewiele ponad 30 proc. kobiet nie lubi się sprzeciwiać przełożonemu, nawet gdy to one mają rację. Ciekawe, że 34 proc. nie chce się sprzeciwiać przełożonej kobiecie, a tylko 31 proc. mężczyźnie. Ten wynik potwierdza to, co wielokrotnie zauważano w Polsce – że kobietom częściej utrudniają karierę inne kobiety.
Niebagatelny wpływ na samoocenę kobiet i ich przebojowość mają te wszystkie sposoby zachowania, które dość systematycznie – chociaż często w ukrytej i niejawnej formie – wtłaczają kobiety w role posłusznych i cichych pracownic na pozycjach wspierających – a nie menedżerek decyzyjnych w kluczowych obszarach. I nierzadko właśnie, takie opresyjne zachowania są również udziałem kobiet ze strony kobiet.
Dosyć częste wobec badanych kobiet są pytania o ich życie prywatne. Jedynie 23 proc. kobiet doświadcza tego ze strony mężczyzn, a 26 proc. – od innych kobiet. Co ciekawe, również komentowanie wyglądu pań jest nieco częstsze w przypadku przedstawicielek tej samej płci (21 proc. ze strony mężczyzn, 22 proc. ze strony kobiet). Kobiety częściej niż mężczyźni przerywają wypowiedzi innych kobiet (robi tak 19 proc. mężczyzn i aż 23 proc. kobiet), częściej traktują je z góry, z wyższością (19 proc. mężczyzn, 20 proc. kobiet). Tylko 14 proc. badanych kobiet ma wrażenie, że mężczyźni podważają ich kompetencje, a 16 proc. – że robią to inne kobiety.
Jednym słowem, kobiety realizujące się w strukturach firm nierzadko mają do czynienia z całym arsenałem opresyjnych sposobów zachowania ze strony innych pań. Ten wynik potwierdza powszechnie znaną w Polsce prawdę, że kobietom łatwiej zrobić karierę zawodową wśród mężczyzn, niż wśród kobiet. Jedynie jedna na cztery badane kobiety wskazuje, że nie doświadczyła żadnego z powyższych opresyjnych zachowań w swym środowisku pracy.
Dość istotnym czynnikiem wpływającym na ograniczanie rozwoju i potencjału zawodowego kobiet jest ich zaangażowanie w sprawy domowe. Tylko 17 proc. kobiet zdecydowanie się zgadza ze stwierdzeniem, że aby osiągnąć obecny sukces nie musiało poświęcić życia osobistego, a zarazem 39 proc. uważa, że aby osiągnąć większy sukces musiałoby poświęcić życie rodzinne i skupić się na pracy. Niestety, nie wiadomo jaki wynik przyniosłoby postawienie tych samych pytań mężczyznom na wysokich stanowiskach. Nie można wykluczyć, że odpowiedzi byłyby podobne, bo karierę zwykle robi się poniekąd kosztem życia osobistego.
Źródło obciążeń kobiet leży również w podziale obowiązków w domu, którego fundamentem od lat jest wyraźna dysproporcja. 61 proc. pań deklaruje, że ma więcej obowiązków domowych niż partnerzy, a prawie jedna czwarta kobiet (23 proc.) ma wyrzuty sumienia, że zaniedbuje życie osobiste kosztem kariery. Wynika z tego, że do umożliwienia jeszcze szybszego rozwoju zawodowego kobiet w Polsce potrzebne są zarówno zmiany systemowe, zdejmujące z pań część obowiązków rodzinnych, jak i zmiany w świadomości społecznej.

Nasza mała elektromobilność

Auta elektryczne będą powszechnie używane, jeśli ich konstrukcja zostanie dostosowana do błyskawicznej wymiany rozładowanej baterii na naładowaną. Stacje wymiany baterii powinny być tak często, jak dziś stacje benzynowe. Dzisiejsze stacje ładowania w przyszłości staną się więc zbędne.
Według danych na koniec lutego bieżącego roku, w Polsce były zarejestrowane łącznie 20 504 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Przez pierwsze dwa miesiące br. ich liczba zwiększyła się o 1 793 sztuki – czyli o 51 proc. w porównaniu z takim samym okresem 2020 r. Taki jest wynik Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez Polskie Zrzeszenie Przemysłu Motoryzacyjnego i Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych.
Przyrost jest więc znaczny, ale ogólny wynik raczej mizerny. Tym bardziej, że spośród tych 20 504 elektrycznych samochodów osobowych zaledwie 51 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) – 10 471 sztuk. Pozostała część to hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 10 033 szt. – czyli auta z konwencjonalnym silnikiem spalinowym połączonym z motorem elektrycznym.
Elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych było 851 na koniec lutego. Rośnie w naszym kraju liczba elektrycznych motorowerów, skuterów i motocykli, która osiągnęła stan 9 134 pojazdów. Natomiast autobusów elektrycznych mamy w Polsce kraju 450. Jak na skalę zapowiedzi dotyczących elektro-mobilizacji w transporcie publicznym, jest to dosyć kiepski rezultat. W styczniu i lutym flota elektrobusów powiększyła się o 20 zeroemisyjnych pojazdów. Procentowo wygląda to jednak wspaniale, bo w porównaniu z początkiem ubiegłego roku, kiedy zarejestrowano tylko 8 takich autobusów, wzrost wynosi aż 150 proc.
Wraz z stopniowym wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec stycznia w Polsce funkcjonowało 1 410 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (w sumie mających 2 744 wtyczki). 33 proc. z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a aż 67 proc. – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W lutym uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 wtyczki).
„Branża motoryzacyjna oraz klienci z niecierpliwością oczekują na wejście w życie dwóch programów, które mogą znacząco wpłynąć na rozwój rynku pojazdów niskoemisyjnych w Polsce. Pierwszym z nich jest program wsparcia pojazdów elektrycznych kupowanych przez firmy. Już w najbliższym czasie powinny zostać wyjaśnione ostatnie wątpliwości dotyczące sposobu dofinansowania elektrycznych samochodów firmowych. To szczególnie ważny program ze względu na fakt, że rejestracje samochodów osobowych przez firmy stanowią niemal trzy czwarte polskiego rynku. Takie zainteresowanie jest także efektem wewnętrznych polityk wielu firm, które poprzez ekologiczną i niskoemisyjną flotę podkreślają swój wkład w ochronę środowiska. Drugim wyczekiwanym programem jest Krajowy Plan Odbudowy, w którym zostaną określone zasady, na jakich będą wykorzystane fundusze unijne przeznaczone na odbudowę gospodarki po pandemii. Wiadomo, że o ile w rządowych propozycjach nie przyznano dofinansowania na zakup i promocję samochodów elektrycznych, to zaplanowano środki na dofinansowanie zakupu autobusów niskoemisyjnych i rozbudowę infrastruktury. Ponieważ jednak te propozycje są jeszcze na etapie konsultacji, pozostaje mieć nadzieję, że wnioski i postulaty sektora motoryzacyjnego zostaną uwzględnione w ostatecznej wersji dokumentu” – mówi Jakub Faryś, prezes PZPM.
Jak zauważa Maciej Mazur, dyrektor PSPA, jedną z priorytetowych kwestii z perspektywy przyspieszenia rozwoju zeroemisyjnego transportu w Polsce stanowi obecnie konieczność uwzględnienia programów wsparcia elektromobilności w powstającym Krajowym Planie Odbudowy, który ma stanowić podstawę do otrzymania przez Polskę środków unijnych w ramach Instrumentu na rzecz Odbudowy i Wzmocnienia Odporności.
Projekt tego Krajowego Planu Odbudowy przewiduje przeznaczenie 27,4 mld zł na tzw. zieloną i inteligentną mobilność, jednak w porównaniu do podobnych dokumentów, przygotowanych przez pozostałe państwa członkowskie Unii Europejskiej, rządowe propozycje zostały sformułowane bardzo ogólnikowo.
„W toku konsultacji społecznych dokumentu PSPA przedstawi swoje rekomendacje w tym właśnie obszarze, liczymy na to, że zostaną uwzględnione przez przedstawicieli administracji. Czasu na optymalizację KPO pozostało niewiele – ostateczna wersja dokumentu musi zostać przedstawiona Komisji Europejskiej do końca kwietnia” – dodaje dyr. Maciej Mazur.
Niezależnie od wszelkich planów, elektromobilność w Polsce wciąz jest w powijakach. Jednak i w całej Europie ma ona nikłe szanse na rozwój, dopóki standardem nie staną się takie samochody elektryczne, w których rozładowaną baterię (w użyciu powinno być najwyżej parę typów baterii różniących się rozmiarami) błyskawicznie będzie się wymieniać na naładowaną. Powstać też musi cała sieć stacji wymiany baterii, co najmniej tak gęsta jak dziś sieć stacji paliw. Forsowana dziś budowa stacji ładowania stanie się więc zbędnym absurdem. Zanim jednak decydenci europejscy i polscy zrozumieją, że jest to jedyny, racjonalny kierunek rozwoju elektromobilności, miną co najmniej dziesiątki lat.