Kapitał ludzki zwalcza biedę

Aż 80 proc. światowego ubóstwa lokuje się w krajach o Indeksie Kapitału Ludzkiego poniżej 0,50. Pytanie, co tu jest skutkiem, a co przyczyną?
Światowe indeksy kapitału ludzkiego prezentowane są zaledwie od kilku lat. W 2017 r. Światowe Forum Ekonomiczne opublikowało pierwszy raport poświęcony kapitałowi ludzkiemu, pod nazwą The Global Human Capital, w którym zawarto złożony wieloczynnikowy Indeks. Objął on 130 krajów a jego mottem było przesłanie pt. „Przygotowanie ludności do pracy w przyszłości”.
Według autorów raportu kapitał ludzi to posiadana wiedza i umiejętności, które umożliwiają tworzenie wartości w globalnym systemie gospodarczym. Indeks wartościuje poszczególne czynniki kapitału ludzkiego w skali od 0 (najgorsze) do 100 (idealne). Dla uchwycenia pełnego profilu potencjału ludzkiego w Indeksie Kapitału Ludzkiego stosuje się także pięć przedziałów wiekowych.
Podstawą tego indeksu jest koncepcja, że inwestycje w rozwój talentów w całym cyklu życia – poprzez edukację i zatrudnienie – zwiększają kapitał ludzki. Specjalizacja i możliwości poszczególnych osób rozwijają się w miarę ich wejścia na rynek pracy.
Indeks składa się z 4 subindeksów:

  1. Poziom edukacji młodzieży i dorosłych
  2. Zakumulowana wiedza i umiejętności dorosłej ludności
  3. Edukacja dla przyszłych pokoleń
  4. Know how.
    Indeks jest średnią ważona tych czterech subindeksów (po 25 proc. każdy). Indeksy obliczane są także dla wybranych grup wiekowych.
    Pierwszy subindeks obejmuje Potencjał (Capacity):
  5. Umiejętność liczenia oraz czytania i pisania ze zrozumieniem
  6. Wykształcenie podstawowe – osiągnięcia
  7. Wykształcenie średnie – osiągnięcia
  8. Wykształcenie wyższe – osiągnięcia.
    Drugi subindeks obejmuje Rozmieszczenie (Deployment):
  9. Wskaźnik zatrudnienia zasobów pracy
  10. Lukę zatrudnienia wg płci
  11. Stopę bezrobocia
  12. Stopę częściowego zatrudnienia.
    Trzeci subindeks to Rozwój (Deveplpment):
  13. Wskaźniki skolaryzacji podstawowej i jego jakości
  14. Wskaźniki skolaryzacji na poziomie średnim i lukę tego poziomu wykształcenia wg płci
  15. Wskaźnik doskonalenia zawodowego
  16. Wskaźniki skolaryzacji na poziomie wyższym i „biegłości” wykształcenia absolwentów
  17. Jakość systemu edukacji i wielkość kadry nauczającej
    Czwarty wreszcie subindeks to Know how:
  18. Udział zatrudnionych z wysokimi kwalifikacjami
  19. Udział zatrudnionych ze średnimi kwalifikacjami
  20. Dostępność kadry wysoko wykwalifikowanej.
    Wg raportu z 2017 r. Indeks Kapitału Ludzkiego dla Polski wynosił 69,61 a zajęte miejsce w rankingu to 31. W poszczególnych subindneksach Polska zajęła wtedy: Capacity 25 miejsce (wartość subindeksu 76,6), Deployment – 65 miejsce (65,9)), Development – 34 miejsce (72,7) i Know how – 24 miejsce (63,2).
    Bezpośrednio przed nami miejsca zajęły: Luksemburg (wartość indeksu na tym samym poziomie co Polska) i Kazachstan; a po nas: Bułgaria i Malezja.
    Wśród nowych krajów członkowskich w Unii Europejskiej Polska zajmuje szóste miejsce. Najwyższe miejsce zajęła Słowenia, po niej Estonia (12), Czechy (22), Litwa (25) i Łotwa (28).
    Pierwsze miejsce w rankingu światowym zajęła Norwegia z wartością Indeksu 77,12. Kolejne zajęły: Finlandia, Szwajcaria, USA i Dania. Ostatnie miejsce (130) zajął Jemen z wartością – 35,48.
    Rosja zajęła w omawianym rankingu 16 miejsce z wartością indeksu 72,16. Ukraina zajęła 24 miejsce z indeksem 67,70. Białoruś nie znalazła się w raporcie i tym samym w indeksie.
    Według raportu Światowego Forum Ekonomicznego z 2017 r., średni w skali świata wskaźnik wykorzystania potencjału kapitału ludzkiego wyniósł 62 proc., zatem 38 proc. było zmarnowanych. W przypadku Polski – zmarnowanego zostało 30 proc. kapitału ludzkiego.
    Tylko 25 proc. krajów wykorzystuje swój potencjalny kapitał ludzki w 70 proc. lub więcej. Ponadto 50 krajów (w tym Polska i to w górnym przedziale) mieści się z tym wskaźnikiem w przedziale 60 – 70 proc., kolejne 41 krajów w przedziale 50 – 60 proc., a 14 krajów w przedziale poniżej 50%
    Liderzy indeksu to na ogół gospodarki, które od dawna inwestują w edukację i posiadają znaczący udział pracowników o wysokich kwalifikacjach. I są to obecnie gospodarki o wysokim produkcie krajowym brutto na mieszkańca i zatrudnionego.
    Indeks i pełny raport (203 strony) można znaleźć na stronie www.weforum.org
    Inne podejście przedstawia Bank Światowy w swoim Indeksie Kapitału Ludzkiego, publikując pierwszy raport po raz pierwszy w październiku w 2018 r. Inna jest także konstrukcja Indeksu. Tutaj omówiony zostanie Indeks Kapitału Ludzkiego za 2020 r. ale opublikowany już w tym roku, z dopiskiem „w czasach Covid19”. Indeks swoim zasięgiem obejmuje 174 kraje. Wielkości indeksów mieszczą się liczbowo w przedziale od 0 do 1,0 według stopnia osiągniętego potencjału kapitału ludzkiego.
    Indeks Banku Światowego bada i mierzy, które kraje potrafią najlepiej mobilizować potencjał gospodarczy i zawodowych swoich mieszkańców. Indeks mierzy ile kapitału ludzkiego traci dany kraj z powodu braku należytej edukacji i troski o zdrowie.
    Wg opisu metodologii Indeks Kapitału Ludzkiego (Human Capital Index – HCI) mierzy kapitał ludzki, którego osiągnięcia urodzone dzisiaj dziecko może oczekiwać do 18 roku życia, biorąc pod uwagę ryzyko słabego zdrowia i słabej edukacji, które przeważa w kraju swego zamieszkania. HCI śledzi trajektorię od narodzin do dorosłości dziecka urodzonego dzisiaj.
    W najbiedniejszych krajach świata istnieje znaczące ryzyko, że dziecko dzisiaj urodzone nie dożyje piątych urodzin. Nawet jeśli osiągnie wiek szkolny, istnieje dalsze ryzyko, że nie rozpocznie nauki, a tym bardziej nie ukończy pełnego cyklu 14 lat nauki od przedszkola do 12 klasy, co jest normą w bogatych krajach. Z kolei czas spędzony w szkole może nierównomiernie przedkładać się na naukę, w zależności od jakości nauczycieli i szkół, z którymi ma do czynienia. Gdy osiąga wiek 18 lat życia, nosi ze sobą trwałe skutki złego stanu zdrowia i odżywiania z dzieciństwa, które ograniczają jej fizyczne i poznawcze zdolności jako osoby dorosłej.
    Składnik 1 Indeksu: Przeżywalność. Ten składnik Indeksu odzwierciedla niefortunną rzeczywistość, w której nie wszystkie dzieci urodzone dzisiaj przeżyją do wieku, w którym rozpoczyna się proces akumulacji kapitału ludzkiego poprzez formalną edukację. Mierzony jest przy pomocy współczynnika umieralności dzieci do 5 roku życia.
    Składnik 2 Indeksu: Szkoła. Ten składnik łączy informacje na temat ilości i jakości edukacji. Poziom wykształcenia mierzony jest jako liczba lat nauki szkolnej, jaką dziecko może oczekiwać do 18 roku życia biorą pod uwagę dominujący współczynnik skolaryzacji. Maksymalna możliwa wartość to 14 lat zakładając rozpoczęcie nauki w przedszkolu w wieku 4 lat. Jakość edukacji mierzą analitycy Banku Światowego harmonizując testy z głównych międzynarodowych programów testowania osiągnięć uczniów. Wyniki tych testów wahają się w przedziałach od 300 do 600 w różnych krajach. Zharmonizowane wyniki testów wykorzystywane są do przeliczania lat nauki i skorygowanie ich o wyniki nauczania.
    Składnik 3: Zdrowie. W Indeksie przyjęto wskaźnik ogólnego środowiska zdrowotnego. W jego skład wchodzi wskaźnik przeżycia osób dorosłych mierzony jako udział 15-latków, którzy przeżyli do wieku 60 lat. Oraz zdrowy wzrost wśród dzieci poniżej 5 roku życia mierzony udziałem dzieci, których wzrost nie jest zahamowany. To znaczy: 1 minus udział dzieci poniżej 5 roku życia, których wzrost jest niższy niż dwa standardowe odchylenia poniżej mediany Standardów Wzrostu Dziecka ustalonych przez WHO.
    Zahamowanie wzrostu służy jako wskaźnik prenatalnego, niemowlęcego i wczesnodziecięcego środowiska zdrowotnego, podsumowując ryzyko dla zdrowia, którego dzieci urodzone dzisiaj prawdopodobnie doświadczą we wczesnych latach życia – co będzie miało istotne konsekwencje dla zdrowia i dobrobytu w dorosłym życiu.
    Raport opisuje bardzo szczegółowo technikę przeliczeń i uśredniania i łączenia już na wskaźniku produktywności pracowników. Bank Światowy podaje w swym raporcie Indeksy Kapitału Ludzkiego według regionów i krajów. Dla krajów Ameryki Północnej wynosi on 0,75, dla krajów Europy i Azji Środkowej – 0,69, Azji Wschodniej i Pacyfiku – 0,59, Środkowego Wschodu i Afryki Północnej – 0,57. Ameryki Łacińskiej – 0,56 Azji Południowej – 0,48 i Afryki Subsaharyjskiej – 0,40.
    Bank Światowy stwierdza także wysoką korelację pomiędzy Indeksem Kapitału Ludzkiego a produktem krajowym brutto. A także, że 80 proc. światowego ubóstwa lokuje się w krajach o Indeksie Kapitału Ludzkiego poniżej 0,50.
    Czołówkę Światowego Indeksu Kapitału Ludzkiego stanowią: Singapur – 0,88, Hong Kong – 0,81, Japonia, Korea Południowa, Kanada, Finlandia i Szwecja po 0,80.
    Polska zajęła w tym Indeksie 23 miejsce z wartością indeksu na poziomie 0,75, zaraz po Danii a przed Czechami i Niemcami. Spośród nowych członków UE wyprzedzają nas Estonia (12 miejsce) i Słowenia (15 miejsce). Indeks i pełny raport (229 stron) Banku Światowego znajduje się na stronie www.worldbank.org
    Wśród naszych sąsiadów Czechy zajmują 24 miejsce, Niemcy – 25, Litwa – 34, Białoruś – 36, Słowacja – 44 i Ukraina – 53.
    USA zajęły 35 miejsce (0,70), Rosja 41 miejsce (0,68) a Chiny 45 miejsce (0,65).
    Ostatnie miejsca w Indeksie zajmują: Republika Afryki Środkowej, Czad, Sudan Południowy, Niger i Mali (174 miejsce).
    Warto porównać obydwa przedstawiane tutaj indeksy, bo dotyczą przecież tego samego tematu: kapitału ludzkiego. Polska zajmuje w nich nie najgorsze miejsca. Nie ma tu odniesienia do przeszłości, są to bowiem Indeksy świeżej daty. Ale różnica między nimi – liczbowo biorąc – nie jest duża.
    Tak zwany zmarnowany czy lepiej – niewykorzystany – potencjalny kapitał ludzki wynosi w przypadku Indeksu Światowego Forum Ekonomicznego 32 proc., a w przypadku Indeksu Banku Światowego 25 proc. Różnica nie jest zbyt duża, choć podejście bardzo różne, które daje spory materiał do dalszych analiz i przemyśleń.

Indeks Kapitału Ludzkiego 2017 wg. Światowego Forum Ekonomicznego
1 Norwegia 77,12
2 Finlandia 77,07
3 Szwajcaria 76,48
4 USA 74,84
5 Dania 74,40

29 Kazachstan 69,78
30 Luksemburg 69,61
31 Polska 69,61
32 Bułgaria 68,49
33 Malezja 68,29

Indeks Kapitału Ludzkiego 2020 wg. Banku Światowego
1 Singapur 0,88
2 Hong Kong 0,81
3 Japonia 0,80
4 Korea Południowa 0,80
5 Kanada 0,80

21 Cypr 0,76
22 Dania 0,76
23 Polska 0,75
24 Czechy 0,75
25 Niemcy 0,75

Spalanie powinno być ostatecznością

W świetle prawa unijnego spalarnie odpadów to instalacje, które wyrządzają poważne szkody środowisku.
Żadne przepisy, czy to unijne, czy krajowe, nie zakazują działalności spalarni odpadów. Dyrektywa Unii Europejskiej stwierdza, iż daną działalność gospodarczą uznaje się za wyrządzającą poważne szkody, jeżeli m.in. prowadzi do znacznego zwiększenia spalania odpadów. Nie ma jednak żadnych norm, które przewidywałyby stopniowe zamykanie spalarni śmieci, jak ma to miejsce na przykład w przypadku unijnej perspektywy odchodzenia od węgla.
Zdaniem polskich zielonych, jeśli w cyklach gospodarczych pojawia się strumień odpadów nienadających się do recyklingu, rozwiązań trzeba szukać na początku procesu ich powstawania, a nie budować dla nich spalarnie. Tyle, że to łatwo powiedzieć, ale znacznie trudniej zrobić.
Tym niemniej, według prawa unijnego spalarnie odpadów klasyfikowane są jako instalacje wyrządzające poważne szkody środowisku, a tym samym nie mogą być uznane za ekologiczne i nie mogą być częścią gospodarki o obiegu zamkniętym. Dodatkowo, Unia Europejska zabroniła finansowania spalarni śmieci z pieniędzy publicznych.
Tymczasem, na mocy porozumienia między firmą Fortum a władzami Wrocławia i gminą Wisznia Mała na północno-wschodniej granicy Wrocławia oraz na terenach gmin Długołęka i Wisznia Mała ma powstać nowa spalarnia odpadów. W preambule tego porozumienia zapisano, iż spalarnie odpadów są „instalacjami ekologicznymi i wpisują się w Gospodarkę Obiegu Zamkniętego”, co stanowi ewidentną sprzeczność z normami unijnymi.
Zieloni alarmują, że zmiana planu zagospodarowania przestrzennego dla tego terenu procedowana była bez realnych konsultacji społecznych (co oznacza, że konsultacje wprawdzie były, ale zdaniem Zielonych, niewystarczające). Ich zdaniem, projekt będzie miał fatalny wpływ na środowisko, a negatywne skutki inwestycji odczują również mieszkańcy – budynki spalarni mają powstać 700 metrów od zabudowań. – Spalarnie odpadów nie są dobrym rozwiązaniem: marnują potencjał materiałów, które w dużej mierze można poddać recyklingowi, przyczyniają się do zużycia kolejnych zasobów np. energii oraz zwiększają emisję gazów cieplarnianych. Spalanie 1 Mg odpadów komunalnych w spalarniach wiąże się z uwolnieniem od około 0,7 do 1,2 Mg dwutlenku węgla. W zakładach spalania odpadów komunalnych w Szkocji w 2018 r. średnia intensywność emisji dwutlenku węgla równała się 509 g CO2 / kWh, czyli prawie dwa razy więcej niż intensywność emisji dwutlenku węgla z energii elektrycznej w Wielkiej Brytanii (średnia sieciowa w 2018 r. – 270 gCO2 / kWh) – komentuje Julia Rokicka z Partii Zieloni.
Według Zielonych, spalarnia jest też zagrożeniem dla cennego przyrodniczo, chronionego obszaru Natura 2000. Podkreślają oni, iż inwestycja planowana jest bezpośrednio przy węźle drogowym Psie Pole, w ciągu drogi S8. Awaria spalarni oznacza wiec paraliż dla całego regionu. – Budowa spalarni zmarnuje środki potrzebne na szybkie inwestycje w naprawdę zgodne z gospodarką obiegu zamkniętego projekty i co gorsza “zabetonuje” ten stan rzeczy na 20-25 lat, w czasie kiedy ta ogromna inwestycja będzie musiała się spłacić inwestorom. Wymagane są coraz wyższe poziomy recyklingu i przygotowania do ponownego użycia odpadów. Najbliższe lata będą pod tym względem kluczowe. na dzisiaj mało która gmina osiągnie wymagane prawem limity, nawet stosując kreatywną statystykę. O ile poziom 20 proc. recyklingu w tym roku jest do osiągnięcia, to do 2025 roku musi to być aż 55 proc.! – podkreśla dr. Tomasz Wojciechowski, ekspert Instytutu Gospodarki o Obiegu Zamkniętym. – Decyzja o budowie spalarni i związane z nią emisje gazów cieplarnianych podważają podjęty przez Wrocław „alarm klimatyczny” i stoją w sprzeczności z wyrażoną przez władze Wrocławia chęcią przeciwdziałania zmianom klimatu. Co więcej, wysokie koszty stworzenia instalacji do spalania oddalą nas od inwestowania w bardziej ekologiczne i często tańsze metody utylizacji odpadów – dodaje Julia Rokicka. – Porozumienie z Fortum jest złamaniem umowy społecznej zawartej z mieszkańcami w 2017 r, kiedy to prezydent Rafał Dutkiewicz zapewnił, że takie inwestycje nie są planowane. W „Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Wrocławia” wpisano wtedy, że: „strategia gospodarki odpadami komunalnymi dla Wrocławia nie przewiduje lokalizacji spalarni odpadów” – przypomina Robert Suligowski z Partii Zieloni. I zwraca uwagę, że kolejnym problemem jest miejsce składowania odpadów po spalarni. Wszak około 30 proc. masy wsadu zamienia się w niebezpieczne żużle i popioły. Czy więc znajdziemy je w okolicznych dołach i bajorkach, by uniknąć rosnących lawinowo opłat za ich zgodne z prawem zagospodarowanie?
Zieloni, wspólnie ze Stowarzyszeniem Nasze Pawłowice i Ramiszów oraz częścią mieszkańców obszaru, gdzie miałaby się znaleźć spalarnia, apelują do władz Wrocławia oraz gminy Wisznia Mała o wstrzymanie tej inwestycji. Uważają oni, że projekt wymaga przejrzystych konsultacji społecznych, które uwzględnią mieszkańców, ekspertów w dziedzinie środowiska oraz przedstawicieli władz i firmy Fortum.

Gospodarka 48 godzin

Powolne pokonywanie kryzysu
Produkt krajowy brutto Polski w pierwszym kwartale 2021 r. zmniejszył się o 1,4 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku – podał Główny Urząd Statystyczny. To skutek pandemii, która w 2020 r. dopiero pod koniec marca zaczęła negatywnie wpływać na naszą gospodarkę. W porównaniu z ostatnim kwartałem minionego roku, pierwszy kwartał roku bieżącego przyniósł wzrost o 1,1 proc. Tak więc, Polska cały czas nie wyszła jeszcze z kryzysowego dołka. Wzrost popytu krajowego w I kwartale 2021 wyniósł 1,0 proc. (w IV kwartale 2020 r. odnotowano zmniejszenie popytu krajowego o 2,9 proc.). Polacy cały czas są ostrożni z zakupami. Spożycie w sektorze gospodarstw domowych wzrosło w I kwartale 2021 o zaledwie 0,2 proc., wobec spadku w IV kwartale 2020 r. o 3,2 proc. Nieco szybciej zwiększają się inwestycje. Nakłady brutto na środki trwałe wzrosły o 1,3 proc. wobec spadku w IV kwartale 2020 r. aż o 15,4 proc. Pogorszyła się natomiast sytuacja w polskim handlu zagranicznym. W I kwartale bieżącego roku zanotowano negatywny wpływ eksportu na tempo wzrostu gospodarczego, który wyniósł minus 1,9 punktu procentowego, wobec wzrostu o 0,1 pkt. proc. w IV kwartale 2020 r.

Gospodarka będzie przyśpieszać
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) prognozuje, że po spadku o 2,7 proc. w 2020 r. PKB Polski wzrośnie o 3,7 proc. w 2021 r. oraz o 4,7 proc. w 2022 r. Jednak nowe zakażenia koronawirusem, zwłaszcza te, które pojawiły się na początku bieżącego roku, będą nadal ciążyć na aktywności gospodarczej. Zdaniem OECD powszechne szczepienia i złagodzenie środków zapobiegawczych do końca drugiej połowy tego roku powinny sprzyjać silnemu wzrostowi konsumpcji i, w mniejszym stopniu, inwestycjom. Perspektywa pozostaje jednak niepewna ze względu na zagrożenia epidemiologiczne i logistyczne przeszkody w rozmieszczaniu szczepionek. OECD zwraca uwagę, że fala infekcji jesienią 2020 r. oraz towarzyszące im zaostrzenie ograniczeń doprowadziło do spadku produkcji pod koniec ubiegłego roku, choć w mniejszym stopniu niż w pierwszej połowie 2020 r. Na początku 2021 r. polska gospodarka była bardziej odporna, ale ponowne nasilenie infekcji od marca i dalsze ograniczenia prawdopodobnie zaważyły na działalności gospodarczej. Ponadto, pomimo ostatnich wzrostów, zaufanie konsumentów i przedsiębiorców pozostaje poniżej poziomów sprzed pandemii. Szybszy wzrost zaufania konsumenckiego może doprowadzić do silnego ożywienia aktywności i rozwoju rynku pracy. Z drugiej jednak strony, pomimo stałego postępu szczepień, ponowne wybuchy epidemii nie są wykluczone i mogą skutkować wolniejszym znoszeniem środków zapobiegawczych, ze szkodą dla gospodarki. Zdaniem OECD polityka gospodarcza Polski powinna bardziej sprzyjać zielonemu ożywieniu. Perspektywy wzrostu gospodarczego zostałyby wtedy wzmocnione poprzez skupienie się na dekarbonizacji, inwestycjach sprzyjających produktywności i reformach rynku pracy. Natomiast inwestycje publiczne powinny koncentrować się na poprawie infrastruktury kraju, zwłaszcza w transporcie, energetyce i technologiach cyfrowych, aby pomóc zwłaszcza mniejszym firmom.

Ciemne chmury nad bałtycką rurą

Rząd Leszka Millera wstrzymał budowę nieopłacalnego gazociągu Baltic Pipe. Po latach powrócono do projektu, który dziś byłby może opłacalny, ale nie ma szans, by jak planowano, uruchomić Baltic Pipe w 2022 r, gdy wygasa długoterminowa umowa gazowa Polski z Rosją. Stracimy więc ważny atut negocjacyjny, sprzyjający obniżce cen gazu.
Baltic Pipe przedstawiany jest jako projekt o strategicznym znaczeniu dla polskiego rynku gazu, gwarantujący niezależne od obecnych źródło jego dostaw. Inwestycja miała rozpocząć działanie w 2022 roku, w którym to wygasa podpisany w 1996 r. kontrakt na dostawy z Gazpromem. Rząd deklarował, że długoterminowy kontrakt nie będzie przedłużony, a w przypadku niezrealizowania inwestycji ma także plan alternatywny (np. drugi gazoport w Gdańsku). Warto zastanowić się jednak, czy rzeczywiście istnieje jakiś plan uniezależnienia się od dostaw gazu ze wschodu. Strona duńska, która od początku była głównym partnerem inwestycji, jest znaczenie bardziej oszczędna w słowach i wykazuje dużo bardziej pragmatyczne podejście do projektu.
Temat wywołuje też gwałtowniejsze reakcje: w lutym 2017 r. przeprowadzone zostały ataki hakerskie na instytucje państwowe w Czechach, Polsce i Norwegii – państwach wspólnie zaangażowanych w plany realizacji projektów gazowych (Baltic Pipe oraz Korytarz Północ-Południe). Ponieważ sprawców nie udało się zidentyfikować, można wyłącznie spekulować kto i w jakim celu próbował włamać się do rządowych serwerów.
Obecnie trwająca próba realizacji inwestycji gazociągu nie jest pierwsza,a historia projektu sięga lat 2001 i 2007, kiedy projekt był dwukrotnie rozpatrywany i odrzucany, by zostać podjęty po raz trzeci w 2013 r. Czy tym razem Baltic Pipe dostanie zielone światło? Projekt Baltic Pipe jest gazociągiem o zakładanej przepustowości 10 mld m3. Inwestycja w liczący 230 kilometrów gazociąg ma zostać zrealizowana przez konsorcjum firm prowadzonych przez polski GAZ-System oraz duński Energinet.dk. GAZ-System jest jedynym polskim Operatorem Systemu Przesyłowego gazu, natomiast ten drugi partner odpowiada również za przesył energii elektrycznej.
Wstępne szacunki dotyczące kosztu inwestycji wynosiły 4 – 5,5 mld PLN, przy realizacji trwającej około 6 lat. Gazociąg Baltic Pipe wpisuje się w projekt tzw. Korytarza Północnego, łączącego złoża znajdujące się na szelfie norweskim (w których udziały ma częściowo strona polska) z infrastrukturą przesyłową Danii oraz Polski i składającego się z następujących komponentów: gazociągu złożowego, łączącego system norweski (Morze Północne) z punktem odbioru w systemie duńskim; rozbudowy zdolności przesyłowej systemu duńskiego; budowy tłoczni gazu w Zealand w Danii; budowy podmorskiego gazociągu międzysystemowego, łączącego Polskę z Danią oraz terminala odbiorczego po stronie polskiej; rozbudowypolskiego systemu przesyłowego.
Po stronie polskiej, Baltic Pipe ma stanowić jeden z elementów tzw. „Bramy Północnej”, na który składa się również planowana inwestycja rozbudowy przepustowości istniejącego w Świnoujściu terminala LNG o 2,5 mld m3, do poziomu 7,5 mld m3. Ponieważ projekt Baltic Pipe realizowany jest na terenie Unii Europejskiej, jest silnie wpisany w ramy projektów infrastrukturalnych w zakresie energetyki i paliw.
Sam projekt gazociągu znajduje się na liście projektów o znaczeniu wspólnotowym (PCI – Projects of Common Interest), który osadzony jest w ramach Baltic Energy Market Interconnection Plan. Celem BEMIP jest sprzyjanie dalszej integracji rynków krajów bałtyckich, poprzez inwestycje w połączenia międzynarodowe w zakresie elektroenergetyki i gazownictwa, takie jak np. NordBalt -połączenie elektroenergetyczne łączące Szwecję z Litwą czy LitPol łączące Litwę z Polską.
Próby realizacji Baltic Pipe próbowano już podejmować dwukrotnie: w 2001 oraz w 2007 r. Na początku wieku inwestycja miała być realizowana przez DONG Energy (duński koncern energetyczny) oraz PGNiG SA. Rozważano także dopuszczenie norweskiego Statoil jako udziałowca projektu. Ponieważ jednak wstępne studium wykonalności wykazało nieopłacalność inwestycji, Baltic Pipe został porzucony.
Kilka lat temu Leszek Miler odnosząc się do zarzutów o niezrealizowanie projektu w jego pierwszej formie skomentował, że projekt miał wymiar „propagandowy”. Ilość gazu zamawianego po stronie polskiej, która gwarantowałaby opłacalność projektu wynosiła 8 mld m3. Była to stanowczo za dużo, zwłaszcza, że gaz miał być dostarczany po cenie około 30 proc. wyżej od kontraktu jamalskiego i cen gazu na rynku lokalnym. Dodatkowo za niewykorzystaną przepustowość także trzeba było płacić (kontrakt typu take or pay).
Polska strona zagwarantowała odbiór w wysokości 5 mld m3, niestety Norwegowie, pomimo wstępnych deklaracji, nie byli w stanie znaleźć odbiorców na pozostałe 3 mld m3. W obliczu tak dużych braków zapotrzebowania na przesył projekt został zawieszony.
W 2007 r. na realizatora projektu po stronie duńskiej wybrano Energinet.dk oraz PGNiG SA. Na realizację Baltic Pipe wraz z gazociągiem Skanled (był to projekt gazociągu, który miał przesyłać gaz z Norweskiego Szelfu Kontynentalnego do punktu, w którym transport surowca przejęty byłby właśnie przez Baltic Pipe) Komisja Europejska zaproponowała wydzielenie 150 mln EUR.
W międzyczasie GAZ-System zastąpił PGNiG po stronie koordynatora inwestycji. Potrzebę chociaż częściowego uniezależnienia się od rosyjskiego gazu unaocznił rosyjsko – ukraiński kryzys gazowy w styczniu 2009 r. Poza inwestycją w Baltic Pipe, polski rząd zadeklarował wtedy przyspieszenie realizacji inwestycji w terminal skroplonego gazu LNG w Świnoujściu.
Pod koniec kwietnia 2009 r. PGNiG SA poinformowało o zawieszeniu realizacji projektu Skanled, co bardzo negatywnie wpłynęło na opłacalność Baltic Pipe. Konkluzją procedury przeprowadzonej przez GAZ-System był brak zainteresowania rezerwacją przepustowości i, w konsekwencji, ponowne zaniechanie realizacji projektu.
Po raz trzeci koncepcja Baltic Pipe została przywołana w 2013 r., przy okazji opracowywania listy Projects of Common Interest dla krajów Unii Europejskiej, która została opublikowana 18 listopada 2015 r. Na wstępną ocenę opłacalności projektu Komisja Europejska przeznaczyła 0,4 mln EUR. Studium wykonalności zostało ukończone pod koniec 2016 r. przez firmy EY, Ramboll, PGNiG i Energinet.dk i – zgodnie z komunikatami prasowymi – wykazało opłacalność projektu przy wypełnieniu oczekiwanych założeń.
Głównym celem tej inwestycji jest poprawa dywersyfikacji dostaw. Większość gazu zużywanego w Polsce pochodzi z importu: około 10 z 15,4 mld m3. Natomiast większość importu sprowadzana jest z Rosji: bezpośrednio (przez gazociąg Jamalski) lub pośrednio (poprzez dostawy z Niemiec i Czech). Od 2015 r. funkcjonowanie terminala LNG w Świnoujściu pozwoliło także na import gazu drogą morską.
Importowanie gazu z szelfu norweskiego nie musi koniecznie oznaczać bezpośredniego obniżenia cen (koszty przesyłu w przypadku nowej inwestycji mogą być dosyć wysokie i uwzględniać dodatkowe taryfy przesyłowe po stronie Danii), znacznym atutem będzie jednak niezależność dostaw. Im więcej bowiem będzie źródeł importu surowca, tym bardziej kraj importujący jest niezależny od zachwiania pewności dostaw jednego ze źródeł. I tak, w tym przypadku niedopłynięcie pojedynczego statku nie będzie groźne dla bezpieczeństwa całości zapasów gazu w kraju. Również w przypadku ograniczenia podaży gazu z Rosji w przypadku ciężkiej zimy lub problemów technicznych (jak miało to miejsce we wrześniu 2014 r.) będzie to mniej odczuwalne niż było dotychczas. Ceny gazu drastycznie wzrosną i może istnieć konieczność wykorzystania zapasów, jednak bezpośrednie zagrożenie niedoboru znacząco spadnie.
Przy założeniu konsekwentnego rozwoju źródeł dostaw oraz ukończeniu inwestycji w 2022 roku, polski rząd będzie miał najsilniejszy dotychczas atut w negocjacjach cenowych z Gazpromem. Prawdopodobnie zniknie już konieczność zawierania ponad dziesięcioletnich kontraktów na dostawy, a i ceny dostaw gazu będą bliższe cenom, proponowanym krajom Europy Zachodniej.
Kolejnym z pozytywnych aspektów tej inwestycji będzie integracja rynków skandynawskich (norweskiego i duńskiego) z rynkiem polskim, a w dalszej kolejności z rynkami ościennymi (Niemcy, Czechy, Słowacja). W praktyce oznacza to, że standard wymiany zostanie całkowicie ujednolicony, a różnice w cenie będą malały (ze względu na łatwość wymiany pomiędzy poszczególnymi krajami). Wpłynie to również na stabilizację cen w regionie – tańszy gaz może być transportowany na większe odległości niż np. energia elektryczna.
W przypadku rosnącego wolumenu obrotu gazem maleć będą również opłaty przesyłowe, co prawdopodobnie znajdzie swoje odzwierciedlenie w finalnej cenie dla odbiorcy końcowego. Malejące ceny wraz z rosnącym potencjałem podaży gazu (na rynek lokalny oraz rynki krajów ościennych) mogą pozytywnie przełożyć się na wzrost popytu na gaz w obszarze oddziaływania inwestycji. Prognozuje się, że zapotrzebowanie na gaz w Polsce wzrośnie. Więcej przedsiębiorstw może wprowadzić gaz obok energii jako surowiec służący do ogrzewania lub wspierania produkcji, natomiast konsument indywidualny może wykorzystać gaz do ogrzewania lub gotowania zamiast energii elektrycznej.
Wydawać by się mogło, że realizacja projektu Baltic Pipe może przynieść nam znaczne korzyści cenowe, strategiczne oraz rozwojowe, a wszystko to – realizowane na zasadach rynkowych, pomiędzy krajami o stabilnej sytuacji politycznej i świetnych kontaktach dyplomatycznych. Należy jednak pamiętać, że od pierwszej próby realizacji inwestycji minęło ponad 16 lat, a projekt w dalszym ciągu nie dostał zielonego światła. Z drugiej strony, nigdy jeszcze nie zaszliśmy tak daleko w realizacji tego gazociągu.

Niebezpieczne związki (w wodzie)

Jak jest gorąco, trzeba więcej pić. Jedni wybierają bardzo lansowaną od kilku lat kranówkę, inni wolą zostać przy tradycyjnych butelkach.
Woda na Ziemi często jest towarem wręcz deficytowym. W Polsce mamy to szczęście, że po prostu płynie z kranów i możemy z niej korzystać w niemal nieograniczonych ilościach. Od kilku lat trwa natomiast dyskusja, czy naprawdę kranówka w naszym kraju jest bezpieczna – czy może zdrowsza jest woda butelkowana, z jednej strony niezastąpiona (na przykład w trasie), z drugiej zaś także mająca przeciwników. – Jakość wody miejskiej jest obecnie bardzo wysokiej jakości. Jej producenci, czyli stacje uzdatniania stosują rygorystyczne normy, które decydują o tym, że oddają konsumentom wodę w pełni nadającą się do picia także w stanie surowym. Zanim trafi jednak ona do naszych kranów, musi przebyć długą drogę i tu najczęściej pojawiają się problemy – mówi specjalistka Anna Urbańska.
Chodzi o stare instalacje wodne z rur aluminiowych, ołowianych czy też miedzianych nadal występujące w wielu osiedlach i budynkach mieszkalnych. Właśnie to może powodować, że woda ma nienaturalny kolor, zapach, smak i występuje w niej np. miedź – chociaż zakłady wodociągowe pompują do rur wodę bardzo czystą.
Pod koniec XIX wieku możliwości analityczne w chemii były bardzo ograniczone, ale obecnie nauka rozwija się w bardzo szybkim tempie, a baza Chemical Abstracts Service zawiera w tym momencie aż 120 mln rozmaitych związków chemicznych. Oznacza to, że ludzie są w stanie wykryć niemalże każdy związek, także w produktach spożywczych i w wodach pitnych. Przykładem tego mogą być choćby rakotwórcze ftalany, które występują wszędzie, także w wodzie z kranu, jednak ich stężenie jest na ultraniskim poziomie, a ich obecność jest dla naszego organizmu całkowicie obojętna. Dzięki współczesnym możliwościom chemii analitycznej możemy wykryć na Antarktydzie np. dioksyny, które jednak nie pochodzą ze spalania śmieci a z naturalnej aktywności wulkanicznej.
Często, aby mieć pewność, że spożywana woda jest zupełnie czysta, używamy różnorodnych filtrów. Nawet jeżeli osiągniemy zamierzony efekt, nie zawsze oznacza to, że jest to dla nas korzystne. Proste, przelewowe filtry węglowe nadadzą wprawdzie wodzie pożądane walory smakowe, ale jednocześnie dogłębnie ją oczyszczą, pozbawiając cennych minerałów takich jak na przykład wapń czy magnez.
Obecnie w ramach określania dopuszczalnego składu wody pitnej, zarówno tej w butelce plastikowej czy szklanej, jak i tej płynącej z kranu uwzględnia się aż 57 różnorodnych parametrów, które musi ona spełnić. To między innymi pH (poziom kwasowości i zasadowości roztworów wodnych), przewodnictwo, zawartość związków organicznych i nieorganicznych, metali ciężkich, chromu. Przepisy mówiące o dopuszczalnej zawartości tych substancji w wodach pitnych są jasno określone i często rygorystyczne.
Normy te również uwzględniają i to, że jeśli w wodzie występują nawet jakieś szkodliwe związki, to w śladowych ilościach – i są one obojętne dla naszego organizmu. Dopuszczalne poziomy zawartości mogą się różnić dla „kranówki” czy na przykład wody w plastikowych butelkach PET. Dla przykładu w tej pierwszej może być dwa razy więcej miedzi i aż pięć razy więcej azotanów, niż w wodzie z butelki plastikowej.
Czy więc raczej wybierać wodę z kranu, czy może z butelki?. Na tak postawione proste pytanie nie ma jednak jednoznacznej odpowiedzi. Bardzo wysokie i ciągle rosnące standardy jakościowe dla wód pitnych, w praktyce eliminują możliwość tego, że woda z kranu oraz ta z butelki może w jakikolwiek sposób zaszkodzić zdrowiu. Technologie i normy stale idą do przodu, na przykład do produkcji butelek plastikowych PET nie używa się już plastyfikatorów oraz bisfenolu A, które to substancje teraz wykorzystuje się przede wszystkim do produkcji płyt i innych wyrobów z PCV.
Warto też pamiętać, że nie tylko butelki szklane, ale także i tworzywo PET, z którego produkowane są plastikowe butelki do napojów, nadaje się do recyklingu. Z materiału po recyklingu można wyprodukować kolejne butelki, nadając zużytemu plastikowi następne życie. Prawidłowa segregacja odpadów pozwala na takie zamknięcie obiegu surowców. To od zależy zaś, czy zużyte opakowanie stanie się porzuconym gdzieś w lesie albo przy rzece śmieciem, czy też może dzięki odpowiedniej segregacji trafi do recyklingu.
A woda, bez względu na to, jaką wybierzemy: kranówkę czy mineralną lub źródlaną z butelki – jest niezbędna dla naszego życia i zdrowia, więc sięgajmy po nią jak najczęściej.

Gospodarka 48 godzin

Widmo sądu i kary
Wbrew nieprawdziwym zapewnieniom przedstawicieli polskiej ekipy rządzącej, nie ma niestety szans na szybkie porozumienie z Czechami w sprawie kopalni węgla brunatnego Turów. Strona czeska przygotowuje jeszcze projekt umowy w tej sprawie, który ma być przedstawiony stronie polskiej. Później nastąpi spotkanie zespołów obu państw oraz negocjacje, które powinny prowadzić do zawarcia porozumienia i wycofania skargi przez Czechy. Szacuje się, że dla polskich podatników będzie to oznaczać dodatkowy wydatek wynoszący około 50 milionów euro, przeznaczony na pilne inwestycje mające zniwelować niekorzystne skutki funkcjonowania kopalni Turów. Ponieważ zapewnienia polskich przedstawicieli nie są wiarygodne dla Czechów, zamierzają się oni domagać możliwości regularnego kontrolowania sytuacji w Turowie przez własnych ekspertów. Jeśli po wyborach dojdzie do zmiany władzy, oczywiste jest, że członkowie PiS-owskiej ekipy staną przed sądem za doprowadzenie do tak wielkiej straty, której można było uniknąć przy zachowaniu minimum rzetelności w trakcie wykonywania obowiązków służbowych. Dziś jest to naturalnie niemożliwe, bo podporządkowana władzy prokuratura nie dopuści do postępowań przeciw prominentom PiS.

Dla dobrej promocji
Zakończyła się 31. edycja konkursu „Teraz Polska”, mającego nagradzać produkty i usługi wysokiej jakości, pochodzące z Polski. Laureatów w różnych kategoriach jest bardzo dużo, więc ich wymienienie jest tu niemożliwe. Można natomiast wskazać, że w tegorocznej edycji konkursu „Teraz Polska” nagrodzono produkty i usługi między innymi z branż: biotechnologicznej, odnawialnych źródeł energii, informatycznej, finansowej, medycznej, budowlanej, elektrotechnicznej, bezpieczeństwa oraz edukacyjnej. „Polacy wybierają produkty i usługi oznaczone Godłem „Teraz Polska”, bo właśnie takich produktów i usług potrzebują. Są świadomymi patriotami i pocieszające jest, że dotyczy to wszystkich pokoleń, w tym również ludzi młodych” – oświadczył Krzysztof Przybył, prezes fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Dotychczas w tym konkursie wzięło udział około 5 tys. polskich firm, zarówno dużych, jak i małych, rodzinnych, reprezentujących wszystkie branże krajowej gospodarki, spośród których nagrodzono łącznie aż ponad 750. Ponadto, w konkursie od 2017 r. przyznawane są tytuły Promotora Polski, wyróżniające osoby działające na rzecz społeczności lokalnych, których – jak twierdzą organizatorzy – „postawa zawodowa i społeczna przyczynia się do umacniania pozytywnego wizerunku naszego kraju”. Natomiast w tym roku wprowadzono wyróżnienie Młody Promotor Polski, które przyznaje Agata Kornhauser-Duda, wybierając spośród kandydatów nominowanych przez kapitułę nagrody „Teraz Polska”. W bieżącym roku nominowanymi zostali: Marcin Poręba, chemik ; Piotr Alexewicz, pianista; Jan Krzysztof Duda, szachista. Decyzją Agaty Kornhauser-Dudy Młodym Promotorem Polski 2021 został Piotr Alexewicz. „Ta nagroda jest dla mnie niespodziewanym i oczywiście wielkim wyróżnieniem. Występuję na wielu międzynarodowych konkursach, gram wiele zagranicznych koncertów i wszędzie jako Polak reprezentuję nasz kraj. Dlatego cieszę się, że moje dotychczasowe działania na rzecz ojczyzny zostały dostrzeżone” – powiedział nagrodzony.

Coraz słabsza siła militarna Polski

Pod panowaniem PiS systematycznie spada zdolność naszej armii do prowadzenia efektywnych działań na lądzie, morzu i w powietrzu.
Światowy Indeks Siły Militarnej (Global Fire Power Index – GFP), corocznie aktualizowany od 2006 r., obejmuje 140 potęg wojskowych. Mottem tego raportu jest wypowiedź Bertranda Russela: „Wojna nie decyduje o tym, kto ma rację – tylko kto został”.
Według jego autorów, indeks i ranking GFP opiera się na potencjalnej zdolności każdego kraju do prowadzenia wojny na lądzie, na morzu i w powietrzu toczonej konwencjonalnymi środkami (bez użycia broni nuklearnej). Wyniki badań obejmują wartości związane z siłą roboczą, wyposażeniem armii, zasobami naturalnymi, finansami, logistyką i geografią.
Sam indeks bazuje na 50 indywidualnych czynnikach (składnikach) monitorujących. Wartość idealna indeksu GFP to 0,0000; im jest mniejsza jego wartość tym silniejsza jest teoretyczna zdolność bojowa kraju przy użyciu środków konwencjonalnych. Ranking publikowany przez niezależną organizację (brak dokładnych o niej danych na stronie internetowej). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.globalfirepower.com
Pierwsze miejsce w rankingu siły militarnej zajmują Stany Zjednoczone z wartością indeksu na poziomie 0,0718 (w ubiegłym roku: 0,0606). Drugie miejsce zajmuje Rosja – 0,0791 (w ub. roku 0,0681), trzecie – Chiny – 0,0854 (0,0691), czwarte Indie – 0,1207 (0,0953) i piąte Japonia – 0,1599 (0,1501).
Polska zajmuje w aktualnym rankingu 23 miejsce (w ubiegłym roku 21) z wartością indeksu wynoszącą 0,4187 (w ub. roku 0,3397). W 2016 r. Polska zajmowała 18 miejsce. I w tym okresie systematycznie pogarszała zatem swoją pozycję.
W NATO (27 państw) Polska zajmuje pod względem siły militarnej dziewiąte miejsce (w ubiegłym roku ósme); za Kanadą a przed Grecją. Za nami są pozostali nowi członkowie Paktu Północno Atlantyckiego. Ostatni w rankingu członkowie NATO to Albania i Czarnogóra z indeksem 4,3841. W rankingu NATO nie są uwzględnione Islandia (bez stałej armii) i Luksemburg.
W Unii Europejskiej (jeszcze z Wielką Brytanią, w rankingu uwzględniono w sumie 25 państw) Polska zajmuje szóste miejsce; po Hiszpanii a przed Grecją. Pierwsze miejsce w UE zajmuje Francja – 0,1681 (w ub. roku 0,1702), Niemcy są na czwartym miejscu. Ranking UE nie uwzględnia Cypru, Luksemburgu i Malty.
Jeśli chodzi o uzbrojenie armii, to w dziedzinie samolotów i śmigłowców bojowych prym wiodą USA – 13.233. Rosja posiada 4.144 samoloty, Chiny – 3.260. Polska armia ma 469 jednostek latających i zajmuje 26 miejsce w ogólnym rankingu; po Meksyku i przed Syrią. W zakresie liczby lotnisk nasz kraj zajmuje 44 miejsce.
W rankingu siły militarnej bierze się pod uwagę oczywiście czołgi jako frontowe systemy walko pancernej. Jeśli chodzi o ich liczbę, to pierwsze miejsce ma Rosja – 13.000 (w ubiegłym roku 12.050), a po niej Korea Północna – 6.145. Polska armia posiada 1.069 czołgów i zajmuje 24 (w ubiegłym roku 20) miejsce w tym rankingu; po Japonii i przed Tajlandią. W zakresie potencjału i jakości dróg, a także linii kolejowych Polska zajęła 15 miejsce.
Jeśli chodzi o wyrzutnie rakietowe to pierwsze miejsce zajmuje Rosja – 3.860, a po niej Iran i Chiny. Na piątym miejscu są Stany Zjednoczone. Polska zajmuje tu 23 miejsce; po Białorusi i przed Bułgarią.
Pod względem siły marynarki wojennej i łodzi podwodnych pierwsze miejsce zajmują Chiny, potem są Rosja, Korea Północna i USA. Polska w tej dziedzinie zajmuje 29 miejsce; po Wielkiej Brytanii a przed Niemcami. Ranking uwzględnia wszystkie typy okrętów, w tym lotniskowce, okręty podwodne, korwety, fregaty, okręty wsparcie i jednostki pomocnicze. Nie są brane pod uwagę okręty lub inne jednostki pływające w budowie lub dopiero zamówione. Jeśli chodzi o liczbę portów morskich i terminali, to Polska zajmuje 71 miejsce.
W zakresie wielkości budżetów obronnych pierwsze miejsce zajmują USA – 740 mld dol, a po nich Chiny – 178 mld dol. Rosja wydaje na te cele 42 mld dol i zajmuje jedenaste miejsce. Polska według tego rankingu jest na 26 miejscu z kwotą 10,8 mld dol; po Pakistanie i Grecji. Nasi sąsiedzi wydają na cele obronne następujące sumy: Niemcy -57,4 mld dol, Ukraina – 9,6 mld mld, Czechy – 3 mld dol, Słowacja – 2,3 mld dol i Białoruś – 0,8 mld dol.
Raport uwzględnia roczne budżety wydatków na obronę każdego uczestnika rankingu GFP. Są to fundusze przydzielane przez rządy na pokrycie różnych aspektów funkcjonowania stałych sił zbrojnych, a mianowicie zaopatrzenia, utrzymania, wsparcia i emerytur. Dane pochodzą z oficjalnych źródeł a szacunki są dokonywane wtedy, gdy oficjalne dane nie są dostępne.
Jako ujemny czynnik siły militarnej kraju w rankingu GFP traktowany jest dług zewnętrzny. W tym subrankingu pierwsze miejsce, jako najbardziej zadłużony kraj świata zajmują Stany Zjednoczone z kwotą 19,9 bilionów dol, drugie Wielka Brytania – 8,1 biliona dol, trzecie i czwarte po 5,4 biliona dol, Francja i Niemcy. Chiny zajmują 13 miejsce z kwotą 1,6 biliona a Rosja 20 miejsce z kwotą długu 0,5 biliona dol. Polska usytuowała się na 29 miejscu z kwotą długu wynoszącą 241 mld $.
Jako dodatni czynnik jest natomiast traktowany produkt krajowy brutto według wartości parytetu siły nabywczej (PPP – Purchaising Power Parity). Tu pierwsze miejsce zajmują Chiny – 25,4 biliona dol, jako obecnie i od kilku już lat, największa gospodarka świata. Drugie miejsce zajmują Stany Zjednoczone – 19,5 biliona dol, trzecie Indie – 9,5 biliona dol. Rosja zajmuje 6. miejsce z sumą 4 bilionów dol. Polska znalazła się na 23 miejscu z sumą 1,2 biliona dol.
I wreszcie zasoby ludzkie, traktowane jako punkt wyjścia dla wszystkich innych wartości związanych z populacją i liczebnością potencjalnych sił zbrojnych; zazwyczaj bowiem im większa populacja tym większe siły zbrojne. I tu oczywiście pierwsze miejsce zajmują Chiny z liczbą ludności 1,4 mld osób, a zaraz po nich są Indie – 1,3 mld. USA zajmuję trzecie miejsce – 330 mln ludzi (według spisu ludności 2020), Rosja 9 – 142 mln. Polska w tym subrankingu zajęła 37 miejsce – 38,2 mln mieszkańców.
Nowym składnikiem Indeksu są siły paramilitarne, które wzmacniają zdolność bojową danego kraju w terenie. Niektóre kraje mogą wystawiać na front rezerwy i siły paramilitarne, a inne nie są zdolne do utrzymywania rezerw więc czynią siły paramilitarne istotnym elementem sił obrony. Inne z kolei oficjalnie nie popierają sił paramilitarnych, ale wciąż mogą ich używać.
Największe siły paramilitarne posiadają Bangladesz (6,8 mln osób), Korea Północna (6 mln osób) i Wietnam (5 mln osób). Chiny są na 8 miejscu (660 tys.) a Rosja na 9 (555 tys.). Polska znajduje się na 33 miejscu – 73,5 tys. osób. Wyprzedza nas m.in. Białoruś – 24 miejsce (110 tys.) oraz Ukraina – 29 (90 tys.). Z kolei Niemcy, Czechy i Słowacja nie posiadają takich sił. Wiele, nawet dużych krajów także nie posiada takich sił, np. Wielka Brytania
Na zamknięcie rankingu: znaczenie ma też terytorium do obrony, jako niezwykle ważny aspekt całości oceny siły militarnej kraju. Największym terytorialnie krajem świata jest oczywiście Rosja z powierzchnią 17,1 mln km kwadratowych, drugim jest Kanada, trzecim USA (po 9,9 mln km kw), a czwartym Chiny – 9,6 mln km kw. Polska zajmuje tu 68 miejsce.
Indeks Siły Militarnej 2021
Miejsce Wartość
USA 1 0,0718
Rosja 2 0,0791
Chiny 3 0,0854
Indie 4 0,1207
Japonia 5 0,1599

Kanada 21 0,3956
Tajwan 22 0,4153
Polska 23 0,4187
Wietnam 24 0,4189
Ukraina 25 0,4396

Zapomnijmy o mieszkaniach dla mniej zamożnych

W polityce mieszkaniowej „Polskiego Ładu” zawarto nietrafione propozycje, pogłębiające negatywne tendencje na tym rynku.
Cele i sposoby ich osiągania, postulowane w „Polskim Ładzie” i obecne w uprawianej od 2016 roku polityce mieszkaniowej rządu, mają wspólną cechę: nietrafiony dobór instrumentów. Nie tylko nie zapewniają realizacji zadanych celów, ale pogłębiają negatywne tendencje na rynku mieszkaniowym.
Program Mieszkanie+ mający udostępnić dach nad głową rodzinom, których nie stać na zakup mieszkania, zakończył się budową mieszkań o czynszach zbliżonych do rynkowych. „Polski Ład’ to odwrót od niezrealizowanego priorytetu polityki mieszkaniowej, aby wspierać mieszkania na wynajem o umiarkowanych czynszach – i powrót celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli zwiększenia dostępności do własnego mieszkania – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Zaproponowane w programie rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy, a ich efektem będzie przede wszystkim wzrost cen budowy mieszkań. Innym negatywnym skutkiem będzie rozlanie się miast i ekstensywna, generująca wysokie koszty realizacja infrastruktury technicznej i społecznej.
Program „Mieszkanie+ zakończył się klęską: mieszkań na wynajem (o wysokich czynszach, nieatrakcyjnych dla rodzin uboższych) powstało niewiele więcej niż 1 tys. Za to radykalnie wzrosła liczba budowanych mieszkań własnościowych (bardzo niska stopa oprocentowania kredytu). Dobrane instrumenty nie uwzględniły potrzeb i możliwości 60 proc. gospodarstw domowych (przede wszystkim młodych). Przeciwnie, zwiększony popyt na mieszkania przełożył się na wzrost cen (pogłębiając przy tym brak wiarygodności kredytowej rodzin niezamożnych), a niedobór mieszkań nie zmniejszył się.
I co w tej sytuacji proponuje nowy program zawarty w „Polskim Ładzie’? Odwrót od deklarowanego (ale i tak przecież nie stosowanego) priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach. W zamian wracamy do celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli – przede wszystkim – zwiększenia dostępności własnego mieszkania.
Proponowane instrumenty to pomoc w uzyskaniu wiarygodności kredytowej (gwarancja do kredytu na wkład własny) oraz dofinansowanie wkładu własnego dla rodzin wielodzietnych. I dodatkowo, ułatwienie budowy domów o wielkości zabudów do 70 metrów kwadratowych o płaskich dachach – możliwej bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia. Dodatkowo, przewiduje się dofinansowanie partycypacji do budownictwa TBS – a więc mieszkań na wynajem.
Proponowane w „Polskim Ładzie” rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy – wspierają wzrost popytu (gwarancje kredytowe, dotacje na wkład własny). Efektem będzie przede wszystkim wzrost cen realizacji mieszkań, tym groźniejszy, że nałoży się na silny od 4 lat trend wzrostowy – wskazuje TEP. Powtórzy się sytuacja z lat 2010 – 2015, kiedy pomoc finansowa w postaci dopłaty do stopy oprocentowania kredytów mieszkaniowych (Rodzina na Swoim, Mieszkanie dla Młodych) w znaczącej części przełożyła się na wyższe ceny materiałów budowlanych czy też ceny mieszkań oferowanych przez deweloperów.
Projektowane rozwiązanie budowy budynków jednorodzinnych o powierzchni zabudowy do 70 m. kw. bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia nie uruchomi mechanizmu na tyle zwiększającego podaż mieszkań, aby skutecznie wyhamować wzrost cen. Niesie natomiast za sobą inne zagrożenie – rozlania się miast i ekstensywnej, generującej wysokie koszty realizacji infrastruktury technicznej i społecznej – podkreśla TEP. Wymuszony, wynikowy sposób urbanizacji w zestawieniu z kosztami jej ucywilizowania – obowiązujące i postulowane standardy urbanizacji – spowodują znaczący wzrost kosztów rozwoju miast, miasteczek i wsi.
W rezultacie, rozwiązanie uwalniające od konieczności uzyskania pozwolenia na budowę, które miało uradować potencjalny elektorat, prowadzić może do swobodnej budowy swoistych slumsów 70 – metrowych klocków. Budowa infrastruktury towarzyszącej nie nadąży bowiem za podażą nowych mieszkań, a standardy urbanistyczne nie zostaną dotrzymane.
Gwarantowany przez państwo wkład własny biorących kredyt hipoteczny dostępny ma być dla osób od 20 do 40 roku życia, które nie posiadają wiarygodności kredytowej – nie są w stanie wywiązać się z warunku posiadania wkładu własnego w wysokości żądanej przez bank. Zagraża to uruchomieniem kolejnej (obok kredytów frankowych) pułapki popytowej na rynku mieszkaniowym.
Młode osoby bez wiarygodności kredytowej zachęca się do przyjęcia prezentu w postaci dostępności do własności nawet niewielkiego budynku mieszkaniowego (70 m.kw. zabudowy) zlokalizowanego na, siłą rzeczy tanich, nie uzbrojonych w infrastrukturę techniczną i społeczną gruntach. Funduje się im tym samym trudne życie – trudny dostęp do żłobków, przedszkoli, szkół, ośrodków zdrowia, brak kanalizacji, transportu publicznego, ośrodków kultury. A także naraża na potencjalną utratę zdolności do spłaty kredytu, a cały system bankowy – na utratę stabilności.
Wydaje się, że określenie tego, co dzieje się na rynku mieszkaniowym jako „ład mieszkaniowy” to smutny oksymoron, a przymiotnik polski ma tu znaczenie niwelujące. Jest zatem nadzieja, że powyższe czarnowidztwo nie sprawdzi się.
I tak, nie powstanie tyle małych, o płaskich dachach domków, a proces rozlewania się miast będzie przebiegał wolniej – projektowane 150 tys. zł gwarancji dla wkładu własnego okaże się bowiem zbyt małą (w świetle rosnących cen nieruchomości) kwotą, by licząca się grupa gospodarstw domowych mogła skorzystać z tej formy wsparcia wejścia w posiadanie własności nieruchomości. Tym samym dofinansowanie przez państwo budowy mieszkań społecznych stanie się głównym instrumentem dochodzenia do dachu nad głową. Wrócimy zatem do tak potrzebnego priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach.

Gospodarka 48 godzin

Polskie złoto
W sejfach Narodowego Banku Polskiego na koniec 2020 roku znajdowało się 228,7 tony złota. Jego łączna wartość to około 52,3 mld zł. Bezpośrednio przed nami na liście krajów z największymi rezerwami złota jest Austria, mająca 280 ton tego kruszcu. Pierwsze miejsce w Europie zajmują oczywiście Niemcy: 3362 tony złota, przed Włochami – 2452 zł. Natomiast na świecie największe rezerwy złota mają naturalnie USA: aż 8133 tony. Nie całe polskie złoto znajduje się w Polsce, część nadal jest przechowywana w Banku Anglii, co ze względu na nasze położenie geopolityczne i relacje z sąsiadami zaprowadzone przez PiS, stanowi dość bezpieczne rozwiązanie – acz trzymanie złota w Wlk. Brytanii kosztuje.

Dywidenda z parkietu
Przychody grupy kapitałowej Giełdy Papierów Wartościowych wyniosły 112,3 mln zł w pierwszym kwartale bieżącego roku. To wzrost o 15,5 proc. w stosunku do I kwartału 2020 r. Zysk EBITDA (przed potrąceniem odsetek, podatków i amortyzacji) wyniósł 53,6 mln zł (wzrost o 7,1 proc. rok do roku), a zysk netto osiągnął 38,7 mln zł (plus 32,1 proc. rdr) i jest o o 17,2 proc. mniejszy niż w IV kwartale 2020 r. W zeszłym roku zysk netto grupy GPW osiągnął 151 mln zł. Giełda zamierza wypłacić dywidendy za 2020 r. w łącznej wysokości 104,93 mln zł (2,50 zł na akcję). Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie walne zgromadzenie akcjonariuszy GPW, które zostało zwołane na 21 czerwca 2021 r. – W każdej grupie produktowej nastąpiła znacząca poprawa, a szczególnie cieszy utrzymanie pozycji europejskiego lidera pod względem dynamiki obrotów na rynku akcji. Przyszłość też się rysuje w jasnych barwach – mówi Marek Dietl, prezes giełdy. Na głównym rynku notowane są akcje 434 firm (383 krajowych i 51 zagranicznych), natomiast na parkiecie New Connect 376 (372 krajowych i 4 zagranicznych). Jak wskazują władze giełdy, GPW jest liderem wśród giełd Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby notowanych spółek i łącznej kapitalizacji spółek krajowych. Udział warszawskiej giełdy w obrocie akcjami na giełdach środkowoeuropejskich wynosić ma aż 81 proc. Obecnie trwają negocjacje w sprawie przejęcia większościowego pakietu akcji giełdy w Armenii przez GPW. W tym roku giełda obchodziła trzydziestolecie istnienia. 12 kwietnia 1991 r. ówcześni ministrowie przekształceń własnościowych i finansów podpisali akt założycielski spółki akcyjnej „Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.” Cztery dni później, w dniu sesji inauguracyjnej GPW handlowano akcjami pięciu spółek, a obrót wyniósł 1990 zł. Obecnie średni obrót sesyjny na GPW wynosi około 1,2 mld zł.

Wielki optymizm rządu
Rząd prognozuje, że produkt krajowy brutto Polski w 2022 r. wzrośnie aż o 4,3 proc. To dużo więcej od przewidywań uznanych specjalistów. Na przykład firma konsultingowa Standard and Poor’s przewiduje, że wzrost polskiego PKB w przyszłym roku wyniesie 2,7 proc. Równie optymistyczny jest rząd PiS w ocenie inflacji, która według niego w 2022 r. ma wynieść zaledwie 2,8 proc. Obecnie inflacja w Polsce wynosi aż 4,8 proc.

Coraz mniej można kupić

Inflacja w Polsce szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wzrost cen dóbr i usług jest przez nie dotkliwiej odczuwany.
W kwietniu ubiegłego roku Adam Glapiński i Mateusz Morawiecki ostrzegali, że nad polską gospodarką krąży widmo nie inflacji, lecz deflacji. Ostatnie kilkanaście miesięcy zweryfikowały ich ostrzeżenia: ceny w Polsce rosną niemal najszybciej w Europie. Inflacja w maju według Głównego Urzędu Statystycznego wyniosła 4,8 proc. w skali roku i była najwyższa od 10 lat.
Jeśli taka inflacja utrzyma się w całym 2021 roku, przeciętny Polak, chcąc zachować swój standard życia, wyda o prawie 700 zł więcej niż rok wcześniej. Jeśli zaś ta inflacja utrzyma się w najbliższych 12 miesiącach, a oprocentowanie rachunków bieżących i lokat nie zmieni się, przeciętny dorosły Polak straci w ujęciu realnym prawie 1200 zł – zwraca uwagę Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Inflacja stanowi formę ukrytego podatku. „Ukrytego”, ponieważ nie wprowadza go ustawą parlament, a jego działanie jest słabo rozumiane przez społeczeństwo; nie widzimy go też w rozliczeniu rocznym. „Podatku”, ponieważ największym beneficjentem inflacji jest sektor finansów publicznych (państwo) – twierdzą ekonomiści FOR dr Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. Stratę 40 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach z powodu ujemnych realnych stóp procentowych w ciągu ostatnich 12 miesięcy szacują na 5,4 mld zł
Inflacja szczególnie uderza w najbiedniejszych. Uboższe gospodarstwa domowe relatywnie więcej wydają na konsumpcję, stąd wpływ cen dóbr i usług konsumpcyjnych jest dla nich silniej odczuwalny. Gospodarstwa o niższych dochodach lokują stosunkowo więcej swoich oszczędności w instrumentach nieodpornych na inflację (gotówka i depozyty bankowe). Z powodu inflacji oszczędności te tracą wartość – z miesiąca na miesiąc coraz mniej można za nie kupić. Przy 5-proc. inflacji kwota 10 tys. zł jest po roku warta zaledwie nieco ponad 9,5 tys. zł.
Od kilkunastu miesięcy Polska pod względem inflacji mierzonej przez Eurostat jest w czołówce wszystkich krajów europejskich. W 2020 r., kiedy w wyniku kryzysu w większości krajów Unii Europejskiej poziom cen malał albo pozostawał z grubsza niezmieniony, w Polsce ceny rosły. Polska na zmianę z Węgrami jest unijnym liderem pod względem najszybciej rosnących cen. W kwietniu roczna inflacja w Polsce wyniosła 5,1 proc., na Węgrzech 5,2 proc., podczas gdy w strefie euro 1,6 proc. Od początku 2020 r. ceny w Polsce wzrosły o 6,6 proc, na Węgrzech o 6,1 proc., podczas gdy w strefie euro o 2 proc. Podobny trend inflacyjny w Polsce ukazuje też wskaźnik cen i usług konsumpcyjnych mierzony przez GUS.
Prezes NBP Adam Glapiński w swoich komentarzach tłumaczył, że wysoka inflacja w Polsce jest efektem wzrostu cen żywności, paliw i energii, które są poza kontrolą polityki pieniężnej. Po pierwsze, te czynniki dotyczą wszystkich krajów UE, a jednak w tych krajach inflacja jest dużo niższa niż w Polsce. Po drugie,nawet jak oczyścimy trendy inflacyjne ze zmian cen energii, żywności i używek (taki miernik nazywamy inflacją bazową), to okazuje się, że i tak ceny w Polsce rosną wyraźnie szybciej niż krajach UE i innych krajach naszego regionu – podkreślają Sławomir Dudek i Marcin Zieliński. W kwietniu br. roczna inflacja bazowa w tym ujęciu wyniosła 5,2 proc. utrzymując się na podobnym poziomie od roku. Na Węgrzech roczna inflacja bazowa wyniosła w kwietniu 2,6 proc., a w strefie euro 0,7 proc.
Ekonomiści FOR przypominają, że ogólny wskaźnik inflacji mierzy wzrost cen dla „przeciętnego” konsumenta. Oznacza to, że są konsumenci, dla których koszyk dóbr i usług konsumpcyjnych zdrożał znacznie bardziej niż średnia. Świadczy o tym też percepcja wzrostu cen przez gospodarstwa domowe. Zgodnie z ankietą Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH prawie 60 proc. społeczeństwa ocenia, że obserwowany wzrost kosztów utrzymania jest „znaczący”, podczas gdy w 2016 r. takich respondentów było zaledwie 15 proc. Społeczeństwo nie ufa w zapewnienia prezesa banku centralnego, że inflacja jest przejściowa. Ponad 48 proc. uważa, że inflacja przyspieszy, a prawie 35 proc., że utrzyma się na dotychczasowym, wysokim poziomie. Niska wiarygodność banku centralnego i jego upolitycznienie mogą wywołać spiralę płacowo-cenową – w oczekiwaniu dalszego wzrostu cen, pracownicy będą domagać się coraz wyższych wynagrodzeń, co z kolei będzie przekładać się na wzrost cen wytwarzanych przez nich produktów. Ponadto konsumenci i firmy w trakcie zamknięcia gospodarki zgromadzili duże oszczędności, które mogą wylać się wkrótce na rynek. Do normalnego popytu dołoży się tzw. popyt odroczony.
Dodatkowo rząd prowadzi silnie procykliczną politykę fiskalną, a w „Polskim Ładzie” zapowiedział dalsze rozluźnienie polityki fiskalnej o co najmniej 2 proc. PKB, w tym stymulowanie popytu mieszkaniowego oraz transfer do emerytów i rencistów – zwracają uwagę S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa rząd zakłada, że PKB będzie już w 2022 r. powyżej swojego potencjału o 0,7 proc. (dodatnia luka produktowa), a w 2024 r. o ok. 2 proc., podczas gdy średnio w UE będzie ujemna (- 0,4 proc.), a w niektórych krajach nawet bliska minus 3 proc. Ich zdaniem, zapowiadane w „Polskim Ładzie” rozdawnictwo i stymulacja popytu, szczególnie w obszarach o dużych barierach podażowych oraz nieodpowiedzialna polityka banku centralnego będą skutkowały nakręcaniem inflacyjnej spirali płacowo-cenowej – zwłaszcza, że w zasadzie trudno znaleźć obecnie czynniki osłabiające inflację w Polsce.
Ryzyko inflacyjne jest bardzo duże, co dostrzega wiele instytucji i ekonomistów na całym świecie. NBP, mimo że zgodnie z Konstytucją RP „odpowiada za wartość polskiego pieniądza”, bagatelizuje jednak to ryzyko. Przy relatywnie wysokiej inflacji polski bank centralny utrzymuje stopy procentowe na niemal zerowym poziomie, podobnym jak w innych krajach rozwiniętych. Ekonomiści FOR twierdzą, że są one nieadekwatne do wysokiej inflacji i zagrożeń inflacyjnych w przyszłości. Skutkiem tego są wysoce ujemne realne stopy procentowe, co Polskę wyróżnia negatywnie na tle krajów Europy Zachodniej i członków Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Można więc odnieść wrażenie, że w Polsce realizowana jest strategia monetarna sprzyjająca za wszelką cenę rządowi, nie zważając na koszty ponoszone przez społeczeństwo i ryzyko inflacyjne w przyszłości. Na takiej strategii zyskuje rząd, a traci w sposób niejawny, poprzez tzw. podatek inflacyjny, społeczeństwo.
Podatek ten jest szczególnie dotkliwy, gdy bank centralny utrzymuje stopy procentowe niższe od inflacji – w takiej sytuacji gospodarstwa domowe i firmy nie są w stanie ochronić siły nabywczej swoich pieniędzy. Wiele gospodarstw domowych odkłada z myślą o większych wydatkach (pralka, telewizor czy remont). Przy dużej inflacji może okazać się, że zamierzone cele w najbliższym czasie staną się nieosiągalne, a okres odkładania wydłuży się o kilka lat.
Polskie władze monetarne, tolerując inflację wyższą niż we wszystkich pozostałych krajach UE i utrzymując niemal zerowe stopy procentowe, tworzą sytuację, w której dodatkowe korzyści kosztem społeczeństwa odnosi rząd. Podwyższona inflacja powoduje bowiem wzrost bazy podatkowej – kiedy rosną ceny i dochody, rosną też wpływy z VAT i podatków dochodowych. Jeśli zaś państwo nie waloryzuje progów podatkowych (albo waloryzuje je z opóźnieniem), coraz więcej osób płaci podatki według wyższych stawek, chociaż nie płaciłoby ich przy takich samych dochodach realnych w okresach wcześniejszych – podkreślają ekonomiści FOR. Inflacja obniża też realną wartość państwowego zadłużenia, co oznacza, że państwo po latach realnie oddaje mniej, niż pożyczyło. Minister finansów Tadeusz Kościński wielokrotnie przyznawał, że wyższa inflacja to wyższe dochody budżetowe.
Dochody z VAT czy podatku dochodowego od osób fizycznych są silnie zależne od nominalnego poziomu wydatków gospodarstw domowych i ich wynagrodzeń. W ujęciu statycznym wpływ inflacji na dochody z tych dwóch podatków w 2020 r. można szacować na ok. 6 – 8 mld zł. Wpływy z VAT w ujęciu nominalnym zwiększyły się o ok. 2 proc, ale po uwzględnieniu inflacji realnie spadły o 1,4 proc. Podczas gdy dochody podatkowe zależą bezpośrednio od inflacji, wydatki w budżecie są sztywnym, nominalnym limitem – wskazują S. Dudek i M. Zieliński, dodając, iż kolejną korzyścią dla rządu z wysokiej inflacji jest tzw. efekt wyrastania z długu. W „wyrastaniu” relacji długu publicznego do PKB pomaga zarówno realny wzrost PKB, jak i inflacja – a historia gospodarcza pokazuje, że po wojnach, gdy zadłużenie krajów mocno wzrasta, pomocna w spłacie długów wojennych jest duża inflacja.
Niektórzy ekonomiści w Polsce wprost mówią o tym, że potrzebujemy inflacji, by wyrastać z długu. W 2020 r. dług sektora finansów publicznych w relacji do PKB wyniósł 57,5 proc. Gdyby procesy inflacyjne kształtowały się tak jak w strefie euro (średnioroczna 0,3 proc. zamiast 3,6 proc.), to relacja ta byłaby o 2 pp. wyższa (ok. 40 mld zł). Jeden punkt procentowy nadmiarowej inflacji pomaga redukcji długu o ok. 13 mld zł. Jednak podwyższona inflacja nie jest darmowym obiadem. Uszczupla oszczędności społeczeństwa i powoduje wiele innych kosztów dla gospodarki.
Ujemne realne stopy procentowe zwiększają też zagrożenie, że gospodarstwa domowe chcąc uciec przed inflacją zostaną wepchnięte w ryzykowne, pseudo-lokaty w instytucjach parabankowych.
Inflacja zmniejsza realną wartość zobowiązań. Na wysokiej inflacji i niskich stopach procentowych więcej zyskują oczywiście ci, którzy mają większe zadłużenie, a w tym gospodarstwa domowe o wysokich dochodach. W opinii niektórych ekonomistów i publicystów sposobem na ochronę realnej wartości oszczędności są indeksowane inflacją dziesięcioletnie obligacje skarbowe. W rzeczywistości jednak ze względu na stałe odsetki w pierwszym roku oraz 19-procentowy podatek od dochodów kapitałowych obligacje te chronią obecnie tylko przed średnią inflacja niższą niż 3,6 proc. Jeśli przez najbliższą dekadę średnia roczna inflacja będzie wyższa niż 3,6 proc. to inwestycja w obligacje 10-letnie przyniesie w ujęciu realnym stratę. To w pewnym sensie pułapka na oszczędzających – zauważają S. Dudek i M. Zieliński.
W 2020 r. prezes NBP powiedział: „W oczy zagląda nam groźba deflacji – inflacja jest teraz ostatnim problemem”. Premier przewidywał zaś: „Zjawiska, które będą nam w najbliższym czasie groziły, to są zjawiska deflacyjne”. Od tego czasu inflacja w Polsce jest wyższa niż przed wybuchem pandemii. Rząd i władze monetarne ryzykują trwałym nakręceniem spirali płacowo-cenowej, która może wywołać uporczywą i wysoką inflację. Ryzykują wartością polskiego pieniądza, za którą zgodnie z Konstytucją odpowiadają. Ta strategia nie służy odbudowie i rozwojowi, ale pomaga w utrzymaniu władzy przez obecny obóz rządzący. Rachunek za to płacą zwykli obywatele.