Gospodarka 48 godzin

Kiedy koniec nonsensu?

Rozróżnienie czasu zimowego i letniego stosuje się w blisko siedemdziesięciu krajach na świecie. W Polsce istnieje od 1983 roku. W Europie nie obowiązuje zmiana czasu w Islandii, Białorusi i Rosji. Komisja Europejska zaproponowała zniesienie sezonowych zmian czasu w Europie od 2019 r., dając państwom członkowskim swobodę decydowania o tym, czy chcą na stałe stosować czas letni czy zimowy. W zeszłorocznych europejskich konsultacjach publicznych, 84 proc. respondentów opowiedziało się za nieprzestawianiem zegarków (w Polsce – 78 proc.). Podobne zdanie mają urzędnicy z Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Głównego Urzędu Miar, Ministerstwa Infrastruktury oraz Ministerstwa Energii. Także stanowisko polskiego rządu mówi o chęci rezygnacji z dwukrotnej zmiany i przejścia na czas letni.
Przy zmianie na czas zimowy, w Polsce następuje zupełnie bezsensowne zatrzymywanie pociągów na stacjach na godzinę. Na szczęście zmiana czasu na letni nie spowodowała u nas podobnych absurdów. Pociągi dojechały do stacji docelowych zgodnie z rozkładem (oczywiście oprócz tradycyjnych opóźnień, zdarzających się na PKP niezależnie od pory roku).

Graczom giełdowym gorzej

Marzec dla graczy giełdowych był miesiącem dalece mniej optymistycznym niż poprzednie miesiące tego roku. Miesięczne stopy zwrotu były minimalnie dodatnie, ale bliskie zeru, albo lekko ujemne, w zależności od rynku. Uciekano od ryzyka, w obawie o perspektywy globalnego wzrostu gospodarczego, lokując środki w aktywach uważanych powszechnie za bezpieczne. Na taki scenariusz splotło się kilka czynników. Jednym z winowajców był amerykański Fundusz Rezerwy Federalnej. Wycofanie się z zapowiadanych na ten rok podwyżek, przy jednoczesnym obniżeniu prognoz dla amerykańskiej gospodarki i potwierdzeniu chęci zakończenia programu redukowania bilansu wystraszyło inwestorów. Pojawiły się obawy, że skoro zmiana polityki monetarnej w USA jest tak zdecydowana, to muszą za nią stać twarde czynniki w postaci słabnącej gospodarki. Jednak co zaskakujące, koniec marca był również okresem silnego spadku cen złota, które również uważane jest za bezpieczną przystań – ocenia ekspert Kamil Hajdamowicz z Vienna Life. Słaby obraz gospodarki płynie też z europejskich odczytów koniunktury PMI, które wskazują na postępujące spowolnienie w Europie Zachodniej. Na przykład PMI dla niemieckiego przemysłu wyniósł 44,7, co jest wartością najniższą od 6 lat. Wszystko wskazuje jednak na to, że obawy o recesję w niemieckim przemyśle są nieco przesadzone, a tamtejszy rynek wewnętrzny utrzymuje mocną kondycję. Na tym tle polska gospodarka w dalszym ciągu pokazywała siłę – zaś różnica między optymistycznymi „twardymi” danymi, a słabymi wskazaniami PMI stopniowo się u nas pogłębia.

Rosną płace, koszty życia i długi

Wzrost zarobków nie wybawi Polaków od kłopotów finansowych. Przeciwnie, może sprawić, że będziemy zadłużać się chętniej.

Stabilna sytuacja na starym kontynencie oraz rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, napełniają portfele Europejczyków, w tym i Polaków. Prognozy dają powody do optymizmu.
Według brytyjskiego raportu PwC, do 2040 r. płaca realna w naszym kraju wzrośnie o przeszło 140 proc. Dzięki temu, za dwie dekady polskie zarobki będą wynosiły 71 proc. wynagrodzeń mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeżeli chodzi o tempo wzrostu płac, lepszym wynikiem będą mogły pochwalić się jedynie Indie, Malezja, Indonezja i Chiny.
Z drugiej strony, najnowsze wyniki badań Intrum mówią, że co 3 osoba w naszym kraju pożycza pieniądze na pokrycie bieżących rachunków i nie jest zadowolona ze swojej kondycji finansowej. Czy zatem prognozowane podwyżki pensji oznaczają tylko powód do radości, bo wybawią nas od długów? Czy może jednak stanowią zapowiedź, że wraz ze wzrostem przychodów wzrosną także koszty życia, które według 70 proc. Polaków już są za wysokie i paradoksalnie sprawią, że będziemy zadłużać się jeszcze chętniej

Nigdy ich nie dogonimy

Według rozporządzenia Rady Ministrów minimalne wynagrodzenie w naszym kraju wynosi obecnie 2250 zł brutto miesięcznie. Jest to kwota daleko odbiegająca od pensji naszych marzeń.
Aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie ma wystarczających środków pozwalających na godne życie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów.
Pod rządami PiS, w ciągu ostatnich trzech lat wzrosły nasze rachunki za wodę, prąd, gaz, wywóz nieczystości, energię cieplną.
Mimo trudnej sytuacji finansowej niektórych Polaków okazuje się, że przyszłość może przynieść sporą poprawę. Spośród 21 państw przebadanych przez brytyjskich ekonomistów z PwC, nasz kraj pod względem dynamiki wzrostu pensji znalazł się na wysokiej, 5. pozycji.
Niestety, na tę poprawę będzie trzeba poczekać. Obecnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii zarabiają średnio ok. 3 tys. dol, podczas gdy Polacy niewiele ponad 1,3 tys. dol. Nasze pensje w 2030 r. mają stanowić 57 proc. wynagrodzeń otrzymywanych na Wyspach.
Mimo zapowiadanego wzrostu płac w Polsce, średnie miesięczne wynagrodzenie w naszym kraju wciąż będzie niższe w porównaniu do innych, dojrzałych gospodarek na świecie. Kiedy pensja „Kowalskiego” zbliży się do 3 tys. dol., w Wielkiej Brytanii osiągnie prawie 4 tys. dol, a we Francji ponad 4 tys. dol.
To ciągle duża różnica, szczególnie biorąc pod uwagę zadłużenie, z jakim zmaga się niemała grupa Polaków. Średnio co 5. z nas pożycza pieniądze aby opłacić bieżące rachunki. Raty kredytów i pożyczek gotówkowych spłaca blisko 40 proc. Polaków, a kredytu hipotecznego 20 proc.
– Zadłużenie Polaków rośnie z każdym rokiem, a brak edukacji finansowej młodego pokolenia może prowadzić do pogłębiającego się na przestrzeni kolejnych lat kryzysu ekonomicznego zarówno w skali mikro, jaki i makro, mimo pozornie wzrostowych tendencji. Nie można także zapominać o pewnej zależności – podniesienie wynagrodzeń jest niestety często proporcjonalne do wzrostu cen, a więc w ostatecznym rozrachunku zupełnie nieodczuwalne – komentuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Czas dla wykwalifikowanych

Wysoka pozycja naszego kraju na liście państw, w których jest zapowiadany wzrost zarobków, to efekt szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki na tle pozostałych krajów Europy, ale także konsekwencja problemów demograficznych, które również dotyczą Polski. Chodzi tu przede wszystkim o starzenie się naszego społeczeństwa.
Powiększająca się luka kadrowa na rynku pracy widoczna w wielu branżach wpływa na wzrost wynagrodzeń. Powoli zbliżamy się do czołówki europejskich państw z minimalnym bezrobociem.
Pracownicy z wysokimi kwalifikacjami, pewni znalezienia satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy mają coraz większe wymagania dotyczące wynagrodzenia. A pracodawcy są doskonale świadomi, kto dziś dyktuje warunki na rynku pracy, dlatego nie mogą już oferować niskich pensji.
Do 2025 r. luka kadrowa w Polsce będzie się stale powiększać – możliwe, że do tego czasu konieczne będzie zatrudnienie ponad 1,5 mln osób. Takie prognozy wywierają presję na pracodawcach, którzy szukając kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników, muszą o nich walczyć, proponując konkurencyjne warunki wynagrodzenia.
– Przez najbliższe dwie dekady wynagrodzenie w naszym kraju będzie stale rosnąć – mówi Tomasz Bienias.

Lepiej zarabiać więcej

Rozwiązaniem problemów na rynku pracy może być wzrost wynagrodzeń oraz inwestowanie w automatyzację niektórych procesów, które w niedługim czasie pomogą zastąpić pracę człowieka. Polska gospodarka ewoluuje i zmienia się. Nie tylko rynkowi giganci, ale także i mniejsze firmy w naszym kraju wdrażają najnowocześniejsze rozwiązania, by móc dalej się rozwijać i spełniać rosnące wymagania klientów.
Cyfryzacja i nowoczesne technologie wkraczają na dobre do polskich przedsiębiorstw, wyręczając człowieka, zarówno np. w kontakcie z klientem, jak i procesach produkcyjnych. Zachodzi prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Coraz bardziej będą się na nim liczyć unikalne kompetencje i nietuzinkowe podejście do wykonywania powierzonych zadań.
Te zmiany oznaczają, że pracownicy w przyszłości będą angażowani w nowe, bardziej zaawansowane i wymagające zadania, otrzymując jednakże za swoją pracę lepsze wynagrodzenie, niż to ma miejsce obecnie.
Jest to tendencja zbliżona do panującej w rozwiniętych krajach zachodnich. Tam już dawno zauważono, że wraz z wzrostem zarobków rosną długi – ale i możliwości radzenia sobie z nimi. Dlatego, niezależnie od zadłużenia, dobrze byłoby, gdyby polskie płace wzrosły kiedyś o 140 proc.

Czy ja jestem przedsiębiorcą?

Mieliby o tym decydować urzędnicy skarbowi, którzy ocenią,
kto pozytywnie wypadnie w specjalnym teście.

Według najnowszych doniesień medialnych, Ministerstwo Finansów pracuje obecnie nad tzw. „testem przedsiębiorcy”, który ma ograniczyć możliwość rozliczania się 19-procentowym podatkiem dochodowym (PIT) przez osoby pracujące tylko dla jednego klienta.
W ten sposób to urzędnicy mają rozróżniać między osobami, które ich zdaniem są faktycznymi przedsiębiorcami – a pracownikami firmy, którzy przeszli na samozatrudnienie ze względów podatkowych i składkowych.

Bogaci płacą mniej

Powyższe rozróżnienie jest istotne, ponieważ w przypadku osób o wyższych dochodach korzyści wynikają nie tylko z niższej stawki PIT (19 proc. zamiast 32 proc. w drugim progu podatkowym), ale także z niższych ryczałtowych składek ZUS i NFZ (1245 zł miesięcznie zamiast 33 proc. pensji brutto).
Takie rozwiązanie ma zwiększyć dochody państwa, jednocześnie jednak otworzy kolejne pole sporów między podatnikami a urzędnikami, którzy mieliby decydować, kto jest, a kto nie jest przedsiębiorcą.
„Test przedsiębiorcy” byłby więc biurokratyczną próbą walki z symptomami, a nie z przyczyną samozatrudnienia w Polsce, którą jest nadmierne zróżnicowanie wysokości opodatkowania w zależności od formy prawnej umowy – ocenia Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Grono uprzywilejowanych

Polski system podatkowy i ubezpieczeń społecznych z jednej strony charakteryzuje niemal płaski, ok. 40 proc. klin podatkowy, a z drugiej, szereg przywilejów i ulg dla wybranych grup, takich jak rolnicy, górnicy, twórcy, przedsiębiorcy czy samozatrudnieni.
Uprzywilejowane są też osoby o wyższych dochodach, które prowadząc działalność gospodarczą płacą 19 proc. PIT oraz zryczałtowany ZUS.
To nie PIT, a składki ZUS i NFZ, z których część jest ukryta po stronie pracodawcy, stanowią największą część klina podatkowego.
Choć składka ZUS jest dzielona właśnie między pracownika i pracodawcę, to w rzeczywistości pierwszego przede wszystkim interesuje pensja netto, natomiast drugiego łączny koszt związany z zatrudnieniem.
Na umowie o pracę najwyżej opodatkowane są osoby o pełnym koszcie pracy wynoszącym ok. 13 tys. zł – z jednej strony są one jeszcze objęte pełną składką rentową i emerytalną, a z drugiej już wpadają w 32 proc. próg PIT.
Przy jeszcze lepszych zarobkach, powyżej 2,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia, pensja przestaje być obciążona składkami emerytalnymi i rentowymi, co prowadzi do nieznacznego spadku klina podatkowego.
W większości przedziałów dochodów, korzystniej od umowy o pracę wypada samozatrudnienie. Tylko na samym początku skali, 1250 zł zryczałtowanego ZUS stanowi tak dużą część dochodu, że rozwiązanie to jest nieopłacalne (nie dotyczy to oczywiście działalności nierejestrowanej i osób o dochodach poniżej 1250 zł, które ZUS płacić nie muszą).
Później, wraz ze wzrostem dochodu, obciążenie ZUS spada, a dodatkowo nie trzeba płacić 32 proc. PIT, gdyż cały dochód objęty jest liniowym, 19 proc. podatkiem.

Warto pomajstrować

Duże różnice w opodatkowaniu dochodów z umowy o pracę i samozatrudnienia negatywnie wyróżniają Polskę na tle innych krajów. Szczególnie jest to widoczne w przypadku osób o wyższych dochodach, których ma dotyczyć właśnie test przedsiębiorcy.
Efektem dużych różnic w opodatkowaniu pracy i samozatrudnienia jest znacznie większy odsetek samozatrudnionych w Polsce w porównaniu do wielu krajów. Poza kwestiami podatkowymi, wpływ na to mają także inne czynniki, takie jak restrykcyjność prawa pracy czy struktura sektorowa gospodarki.
Ponadto, o ile osoby prowadzące działalność gospodarczą jako osoby fizyczne płacą tylko 19 proc. PIT i zryczałtowany ZUS, to właściciele spółek kapitałowych od wypracowanego przez nie zysku muszą najpierw zapłacić 19 proc. CIT (podatek dochodowy od osób prawnych) , a potem często też 19 proc. PIT, co łącznie daje ponad 34 proc. stawkę podatkową.
Także w tym względzie Polska negatywnie wyróżnia się na tle innych krajów, które starają się nie zniechęcać przedsiębiorców do zakładania spółek kapitałowych.
Te różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu w zależności od formy prawnej, zachęcają podatników do „optymalizacji podatkowej”, a administrację – do kontroli i ciągłego majstrowania w przepisach.
W efekcie, polski system podatkowy jest oceniany jako jeden z najbardziej nieprzyjaznych dla przedsiębiorców (patrz np. Bank Światowy, Doing Business lub coroczne ankiety w ramach Global Competitvness Report) i stanowi istotną barierę dla rozwoju polskiej gospodarki.

Bicie po kieszeni zamiast reformy

Pomysł „testu przedsiębiorcy” wpisuje się w dotychczasową praktykę walki z symptomami, a nie przyczynami problemu i stanowi zapowiedź dalszej komplikacji systemu podatkowego oraz jeszcze większej władzy urzędników.
Koncepcja „testu przedsiębiorcy” jest efektem ogłoszenia przez rząd PiS nowego pakietu obietnic wyborczych, którego koszty w 2020 roku sięgną ok. 40 mld zł. Potrzeba znalezienia finansowania dla tak gigantycznego wydatku wymusza na rządzie głębsze sięgnięcie do kieszeni podatnika.
Klin podatkowy w Polsce wymaga reformy, docelowo należy ograniczyć różnice w opodatkowaniu i oskładkowaniu umów o pracę i samozatrudnienia – jednak nie powinno wiązać się to tylko z równaniem wszystkich podatków do góry. Niestety, kosztowne obietnice wyborcze PiS sprawiają, że w finansach publicznych w najbliższych latach będzie coraz mniej miejsca na gruntowną, sprzyjającą wzrostowi gospodarczemu, reformę systemu podatkowego.
Wprowadzenie „testu przedsiębiorcy” nie jest reformą, a próbą znalezienia dodatkowych wpływów podatkowych. Przyznanie urzędnikom prawa decydowania, kto może korzystać z 19 proc. PIT będzie źródłem konfliktów między administracją a podatnikami.
Właściwym kierunkiem reformy powinno być zmniejszenie różnic w opodatkowaniu dochodów z pracy i działalności gospodarczej tak, aby zlikwidować korzyści z tworzenia fikcyjnych działalności gospodarczych.

Gospodarka 48 godzin

Drogi na Pomorzu

Odcinek pomorskiej drogi S6 Goleniów (Szczecin) – Koszalin, jest planowany do udostępnienia kierowcom pod koniec tego roku. To jedna z największych inwestycji drogowych w skali kraju, o łącznej wartości 3,89 mld zł. Dużo dłużej, bo co najmniej do 2021 r. potrwa budowa S6 na odcinku od obwodnicy Trójmiasta do Bożegopola Wielkiego. Trasa o długości niespełna 41 kilometrów będzie kosztować niemal 1,5 mld zł. Ponadto, na początku marca 2019 r. zostały ogłoszone przetargi na realizację odcinków drogi S11 od Koszalina do Bobolic, których ukończenie jest planowane w 2023 roku. Resort infrastruktury przeznaczy dodatkowo 123 mln zł na opracowanie dokumentacji projektowej odcinków drogi S6 oraz nabycie gruntów pod budowę jej kolejnego odcinka: od obwodnicy Koszalina i Sianowa do Słupska. Dla odcinka S6 Koszalin – Słupsk o długości 45,2 km została wydana decyzja środowiskowa. Zatwierdzony program inwestycji dla tego odcinka drogi obejmuje również uzyskanie decyzji ZRID (zezwolenie na realizację inwestycji drogowej). Przetargi na opracowanie dokumentacji dla tego fragmentu S6 powinny zostać ogłoszone w kwietniu 2019 r.

Powrót poczty

Poczta Polska ma największą sieć placówek dystrybucyjnych i logistycznych w kraju. Dzięki temu jest obecna w każdej gminie, świadcząc usługi w ponad 7,5 tys. punktów. W ciągu ostatnich dwóch lat Poczta otworzyła ponad 280 nowych punktów w całej Polsce – zarówno w małych miejscowościach, na wsiach, jak i w dużych aglomeracjach. Przywracanie zamykanych placówek to jeden z priorytetów Poczty Polskiej. Niedawno, z propagandową pompą, minister infrastruktury Andrzej Adamczyk otworzył pocztę w Zabierzowie Bocheńskim (Małopolskie). W sumie w województwie małopolskim czynnych jest 513 placówek pocztowych, w których zatrudnionych jest blisko 2200 listonoszy oraz ponad 1200 pracowników obsługi klienta.

Prawo bez adresu

Prawa jazdy wydawane od 4 marca 2019 r. nie zawierają już adresu zamieszkania posiadacza. Zniknął więc obowiązek wymiany dokumentu w przypadku zmiany miejsca zamieszkania lub administracyjnej zmiany nazwy ulicy. Dla kierowców oznacza to oszczędność, bo koszt wymiany prawa jazdy wynosi 100 zł.

Co czeka rumuńską gospodarkę?

Bardzo szybko można doprowadzić do tego, że stabilny kraj zacznie się uzależniać od importu i zmagać z szybko rosnącymi cenami.

W latach 2016-2018 pensje w rumuńskim sektorze publicznym rosły w tempie przekraczającym 20 proc. każdego roku – według danych rumuńskiego banku centralnego.
Przy niskim bezrobociu popchnęło to w górę również wynagrodzenia w sektorze prywatnym, średnio o kilkanaście procent rocznie.

Nakręcanie koniunktury

Jeszcze w styczniu 2015 r. przeciętne wynagrodzenie netto wyniosło w Rumunii 1740 lei, czyli po kursie sprzed czterech lat ok. 1635 zł na rękę. W pierwszym miesiącu 2019 r. przeciętne wynagrodzenie rumuńskiego pracownika wyniosło już 2936 lei (2640 zł netto).
Dodatkowo władze były również hojne dla emerytów. Według danych MFW wydatki na świadczenia emerytalne wzrosły z 51 mld lei do 68 mld przez cztery lata, czyli o ponad 30 proc. Inne świadczenia społeczne od państwa wzrosły o ponad połowę – z 24 do 38 mld lei.
Silne wzrosty wynagrodzeń, poprzez konsumpcję, doprowadziły do olbrzymiego wzrostu PKB – o 7,0 proc. w 2017 r. W tym roku wysoka również była inflacja – 4,0 proc. Ale to nie wzrost cen jest największym zagrożeniem dla Rumunii.
Przy otwartych granicach popyt konsumentów został zaspokojony przez import, drastycznie pogarszając saldo wymiany handlowej i bilans rachunku bieżącego.

Daleko od równowagi

Dane MFW pokazują, że od 2007 r. do 2015 r. wydajność rumuńskiej gospodarki rosła mniej więcej zgodnie z wynagrodzeniami. Jednak już na początku 2018 r. wynagrodzenia były o ok. 20 proc. zawyżone w porównaniu do możliwości produkcyjnych gospodarki. Teraz prawdopodobnie trzeba do tego dołożyć kolejne 10 pkt proc., biorąc pod uwagę dane banku centralnego dotyczące jednostkowych kosztów pracy za trzy pierwsze kwartały 2018 r.
W rezultacie, wynagrodzenia Rumunów mogą być nawet o 30 proc wyższe, niż wynika to z ich ogólnej wydajności pracy. Ponieważ gospodarka nie jest w stanie wypełnić potrzeb konsumpcyjnych czy inwestycyjnych, kraj posiłkuje się importem.
Pod koniec 2014 r. deficyt w wymianie towarowej Rumunii ze światem był umiarkowany i wynosił ok. 6 mld euro, a saldo obrotów bieżących dzięki pozytywnemu wkładowi usług było w pierwszym kwartale 2015 r. nawet dodatnie (0,24 proc. PKB).
Teraz deficyt wymiany towarowej, wyliczany jako suma ostatnich 12 miesięcy, sięgnął w styczniu 2019 r. 15,5 mld euro, czyli prawie 8 proc. PKB. Pokazuje to olbrzymią nierównowagę zewnętrzną kraju, która jest przede wszystkim rezultatem wzrostu wynagrodzeń i mało produktywnej konsumpcji – ocenia Cinkciarz.pl.

Gorzkie lekarstwa

Oparte wyłącznie na, zbyt mocno stymulowanej konsumpcji, perspektywy wzrostu gospodarczego nie mogą być trwałe. Poza silnym wzrostem deficytu w obrotach towarowych kraj ma coraz większe problemy ze zbilansowaniem budżetu.
S&P ocenia, że deficyt sektora finansów publicznych będzie w każdym z najbliższych czterech lat przekraczał 3 proc. PKB, czyli kraj wejdzie w procedurę nadmiernego deficytu. Jeszcze bardziej pesymistyczna była Komisja Europejska w listopadzie, oceniając, że dziura w budżecie sięgnie 4,6 proc PKB w 2020 r.
Rząd ratuje się obecnie wprowadzeniem dodatkowych podatków (od hazardu, akcyzy) czy liczy na wyższą dywidendę od spółek skarbu państwa. Z drugiej strony władze Rumunii musiały się wycofać z absurdalnie skonstruowanego podatku bankowego, który miał być zależny od rynkowych stóp procentowych. S&P, uwzględniając tę decyzję, cofnął negatywną perspektywę ratingu dla Rumunii. Wiarygodność kredytowa tego kraju jest obecnie na najniższym poziomie inwestycyjnym, czyli BBB minus.
Niezależnie jednak już od bieżących decyzji Rumunia powinna szykować się na poważne problemy. Koniec szybkiego wzrostu wynagrodzeń i dziura w budżecie przełożą się szybko na ograniczenie inwestycji i znaczne spowolnienie wzrostu PKB.
Gospodarka przez ostatnie lata stała się także znacznie mniej konkurencyjna, czego dowodem jest olbrzymi wzrost deficytu handlowego. Rumunię czeka więc twarde lądowanie, a z okresem prosperity kraj może się pożegnać na wiele, wiele lat.

Piramidy są wieczne

Wymierzone w nie działania różnych władz i wszelkie ostrzeżenia nie dają rezultatów. Zawsze znajdą się chętni, wierzący, że akurat im się uda.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega przed portalami FutureNet oraz FutureAdPro. Przypuszcza, że to mogą być piramidy finansowe.
UOKiK wszczął postępowanie i postawił zarzuty administratorem tych portali, śledztwo prowadzi też Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu.
Chodzi o to, że FutureNet i FutureAdPro obiecują „zyski” za to, że ktoś namówi inne osoby do kupienia pakietów uczestnictwa, które kosztują od 10 dol. do nawet ponad 1 tys. dolarów.

Nie dajmy się zwerbować

– Obie firmy uzależniają korzyści od tego, że ktoś będzie werbował kolejnych uczestników. System przestanie działać, gdy nie będą do niego przystępowały inne osoby. Zazwyczaj w tego typu schematach pieniądze trafiają głównie do pomysłodawców piramidy – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przypuszcza, że klienci tych portali mogą stracić swoje pieniądze. Dlatego oficjalnie ostrzega: „Nie kupujcie oferowanych pakietów, nie wprowadzajcie znajomych do systemu”.
Zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów, UOKiK wydaje takie ostrzeżenie konsumenckie, gdy ma uzasadnione podejrzenie, że przedsiębiorca stosuje nielegalną praktykę, która może narazić szeroki krąg konsumentów na znaczne straty finansowe lub niekorzystne skutki.
Schemat działania piramidy jest następujący: wpłacasz pieniądze, następnie polecasz inne osoby, za wprowadzenie których otrzymujesz wynagrodzenie. Pochodzi ono z wpłat osób, które bezpośrednio i pośrednio poleciłeś. W ten sposób to ty, twoi znajomi i znajomi znajomych finansujecie piramidę. Jednak po pewnym czasie system musi upaść, gdyż wpłacane pieniądze nie są inwestowane w żadne aktywa i nie przynoszą zysków. Trafiają do organizatorów piramidy i osób zajmujących wyższą pozycję w łańcuszku piramidy.
Urząd może też nakazać firmie zaniechanie niekorzystnych praktyk oraz usunięcie ich skutków. Ale skuteczność jest tu minimalna, bo w miejsce jednych wykrytych piramid bardzo często pojawiają się drugie.

Teraz kolej na kolej

Coraz chętniej jeździmy pociągami, coraz więcej ładunków trafia z TIR-ów na tory.

W 2018 r. liczba pasażerów PKP przekroczyła 310 milionów. Oznacza to wzrost o 6,7 mln osób w porównaniu z 2017 r. Transport towarów również wyraźnie wzrósł. W 2018 r. koleją przewieziono 250 mln ton towarów. To o 10 mln ton więcej niż rok wcześniej.
W ubiegłym roku w naszym kraju codziennie do pociągów wsiadało średnio 850 tys. osób – o ponad 18,4 tys. więcej niż rok wcześniej. I nie były to pociągi byle jakie – lecz nieco nowocześniejsze, czystsze, bardziej zadbane.
Te pociągi codziennie pokonywały w sumie drogę wynoszącą prawie 500 tys. km. Wykonano pracę przewozową na poziomie 21 mld tzw. pasażerokilometrów. Pociągi pasażerskie przejechały w sumie o ok. 3,3 mln km więcej niż w 2017 r.

Pasażerowie wracają

Wzrost liczby pasażerów jest wynikiem powrotu podróżnych na linie uruchomione po remontach oraz lepszej oferty, trafiającej w ich potrzeby. Przewoźnicy inwestują w zakup i modernizację taboru – to również jest ważny czynnik wpływający na wybór kolei jako środka transportu – mówi Ignacy Góra, prezes Urzędu Transportu Kolejowego. Nie zmienia to faktu, że w dalszym ciągu trwają liczne prace modernizacyjne na PKP, które powodują utrudnienia w komunikacji i wydłużają czas podróży.
W 2018 r. najwięcej pasażerów skorzystało z usług Przewozów Regionalnych (czyli pociągów PolRegio) – 81,2 mln osób. Drugie pod względem liczby pasażerów były Koleje Mazowieckie z 59,7 mln podróżnych, a trzecie PKP Intercity, które przewiozły 46,1 mln podróżnych. Niewiele mniej miała PKP Szybka Kolej Miejska – 42,2 mln pasażerów.
Trzy pierwsze firmy wykonały łącznie ponad 80 proc. pasażerskiej pracy przewozowej na PKP.
Jeśli chodzi o wzrost liczby przewiezionych pasażerów, to na szczególną uwagę zasługuje wynik Przewozów Regionalnych. Przewiozły one w ubiegłym roku 81,2 mln osób, o ponad 1,3 mln więcej niż w 2017 r. To historyczny wynik, bo ostatni raz ten przewoźnik przewiózł ponad 80 mln pasażerów w 2013 r.
Najszybszy wzrost liczby pasażerów odnotowały jednak PKP Intercity – aż o 3,2 mln więcej niż w 2017 r. Zapracowały na ten wynik zwłaszcza przyrostem w miesiącach lipiec – listopad 2018 r. W tym okresie wzrost lliczby podróżnych liczony miesiąc do miesiąca wynosił od 10 do 12 proc. w porównaniu z 2017 r.
Nieznacznie ustępowały im Koleje Wielkopolskie które zwiększyły liczbę pasażerów o ponad 2,6 mln, oraz Koleje Dolnośląskie (o 2,3 mln więcej). Nie wszystkim rosło. Remonty w województwie mazowieckim w dużym stopniu przełożyły się na niższe wyniki Kolei Mazowieckich.
Natomiast wzrost przewozów towarowych to przede wszystkim efekt rosnących transportów materiałów budowlanych, głównie kruszyw, przeznaczonych na realizację dużych inwestycji infrastrukturalnych, zaplanowanych w latach 2014-2015.
Nieco wydłużyła się średnia odległość przewozu jednej tony ładunku, z 229 km do 238 km. Ostatni raz wynik zbliżony do ubiegłorocznego (250 mln ton ładunków) osiągnięty został w 2011 r.

Więcej towarów, dłuższe trasy

Wszystko to pokazuje, iż kolej w Polsce wjechała wreszcie na tory rozwoju. Stopniowo rośnie jej znaczenie jako środka transportu w podróżach na dalsze odległości, ale i w codziennej drodze do pracy.
Pociągami przewieziono większą liczbę pasażerów i towarów niż w 2017 r., który również był dobry. Udało się bowiem przekroczyć wtedy, pierwszy raz od kilkunastu lat 300 mln przewiezionych pasażerów.
W przewozach towarowych rośnie zaś znaczenie transportu intermodalnego, który z nie do końca jasnych powodów uważany jest przez nasze władze kolejowe za jakiś szczególny, odmienny rodzaj transportu. Tymczasem rzecz jest zupełnie prosta i znana od kilkudziesięciu lat – chodzi po prostu o przewożenie kontenerów czy wielkich skrzyń ładunkowych nie tylko ciężarówkami lecz i pociągami.
Im dłuższy będzie etap transportu trwającego koleją, tym lepiej, bo wożenie towarów pociągami jest bardziej ekologiczne, niż wykorzystywanie do tego zadania TIR-ów, zatruwających powietrze i niszczących drogi.
Polska ma ambicje, by przejmować rosnącą liczbę towarów przewożonych z Chin drogą lądową. Chcemy wykorzystać szansę, związaną z urzeczywistnieniem przez chińskie władze idei Nowego Jedwabnego Szlaku do Europy.
Na polskim rynku towarowym niekwestionowanym liderem jest PKP Cargo z udziałem 43,6 proc. W ubiegłym roku wszyscy przewoźnicy towarowi osiągnęli w sumie 88,0 mln tzw. pociągokilometrów – o 9,9 proc. więcej, niż rok wcześniej. Przyczyną tego przyrostu jest transport większej masy towarów na znacznie dłuższe dystanse. Niekoniecznie musi to być pozytywne zjawisko, bo jednym z powodów zwiększenia odległości na jakie transportuje się towary (a i ludzi też) są ciagnące się remonty i związane z tym objazdy.

Nie wozili powietrza

Nie wszystko w ubiegłym roku udało się polskim kolejom. Pociągi nadal kursowały wolno. Spadła punktualność przewozów, co dotknęło zwłaszcza pasażerów PKP Intercity, najbardziej niepunktualnego przewoźnika pasażerskiego w naszym kraju (tylko 72,53 proc pociągów bez opóźnień lub z opóźnieniami nie przekraczającymi 5 minut). Trzeba jednak zauważyć, że po dołku w III kwartale, końcówka ubiegłego roku przyniosła już poprawę punktualności niemal wszystkich firm przewozowych.
Niestety, coraz niebezpieczniej było na przejazdach i przejściach kolejowych. Zwiększyła się liczba zabitych i ciężko rannych.
W 2017 r. na przejazdach i przejściach – czyli w miejscach dozwolonych, tam gdzie wolno przechodzić i przejeżdżać – zginęło 76 osób, a 53 zostały ciężko ranne (ponurą specyfiką tragedii na torach jest to, że liczba ofiar śmiertelnych zawsze przewyższa liczbę rannych). W roku ubiegłym – zginęło 85, a ciężko rannych było 61.
Nasze koleje tradycyjnie wykazywały wyjątkowo niską odporność na niekorzystne zjawiska atmosferyczne. Szczęśliwie, w ubiegłym roku nie było długotrwałych, bardzo dotkliwych mrozów, powodujących pękanie szyn i zrywanie przewodów. Wystarczyły jednak silniejsze wiatry, by złamane konary drzew niszczyły trakcję i zatrzymywały pociągi.
Był to jednak w sumie udany rok dla PKP, bo pociągi pasażerskie i towarowe miały co przewozić. Teraz trzeba utrzymać tę korzystną tendencję, a to nigdy nie jest łatwe.

Gospodarka 48 godzin

Czy KGHM zapłaci mniej?

Kombinat Górniczo Hutniczy Miedzi może płacić mniejszy podatek od wydobycia kopalin. Projekt ustawy o jego obniżeniu złożyli do Sejmu posłowie PiS, co jednak wcale nie oznacza, że na pewno zostanie on uchwalony, gdyż rząd nie jest entuzjastycznie nastawiony do przykręcania takiego kurka z dochodami budżetowymi.

PiS da z naszego długu

Premier Mateusz Morawiecki oświadczył, że z punktu widzenia naszej sytuacji gospodarczej, zapowiedziano wszystkie działania socjalne, które są możliwe do zrealizowania na tym etapie „dobrej zmiany”. By je sfinansować, rząd zdecydował się na zwiększenie deficytu budżetowego do 2, a może nawet 3 proc. naszego produktu krajowego brutto – i można mieć pewność, że akurat ta obietnica rządu PiS zostanie zrealizowana. Rząd będzie się jednak starał, aby było to poniżej 3 proc. PKB, zgodnie z regułami Unii Europejskiej. „Daliśmy wszystko, co na ten moment jest możliwe” – powiedział premier Morawiecki. W istocie na razie PiS dał jednak niewiele, choć obiecał bardzo dużo. Z zapowiedzi premiera wynika, że nauczyciele powinni porzucić wszelką nadzieję, iż dostaną 1000 zł podwyżki. Nie mają na to szans skoro programy socjalne PiS będą finansowane z długu publicznego.

Wskaźniki diabła warte

W lutym produkcja przemysłowa w Polsce zwiększyła się o 6,9 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Powszechnie oczekiwano, że wzrost będzie mniejszy i nie przekroczy 5 proc. Ciekawe, że ów szybki wzrost nastąpił w czasie pogorszenia się wskaźników koniunktury w naszej gospodarce, które to wskaźniki – jak widać – są diabła warte i nie należy na nie zwracać uwagi. Już bardziej miarodajne są nastroje konsumentów, które idą w ślad za wzrostem gospodarczym. Tzw. bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej osiągnął w lutym poziom zbliżony do rekordowego, zanotowanego akurat równo rok temu, w lutym 2018 r. Na dobre nastroje konsumentów wpływają oczywiście kolejne obietnice socjalne, składane przez PiS, a także wzrost wynagrodzeń. W lutym bieżącego roku płace w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 osób wzrosły o 7,6 proc. Ten wynik to efekt utrzymujących się braków kadrowych. Choć w rzeczywistości tylko drobna część pracowników w Polsce uzyskała aż tak duży wzrost zarobków, to jednak wpływ podwyżek na nastroje może być wyłącznie pozytywny.

Porządki w portfelu

Banki bezlitośnie łupią nam skórę, ale możemy próbować jakoś się bronić.

Czasem warto sprawdzić ile naszych pieniędzy oddajemy niepotrzebnie bankom komercyjnym. Policzmy więc, ile płacimy za konto osobiste w naszym banku i czy przypadkiem nie warto przenieść środków do innego, który zaproponuje nam lepsze warunki, i możliwość korzystania z dodatkowych usług. Warto też zapoznać się z najnowszymi metodami płatności, które wcale nie muszą być droższe od dotychczasowych.
Nie należy zatem przyzwyczajać się do korzystania z tych samych rozwiązań i produktów oferowanych przez banki przez długie lata – lecz pomyśleć co możemy zyskać, decydując się na zmianę.
W Polsce skończyły się już czasy taniego oszczędzania. Obecnie zdecydowana większość banków wprowadziła dla swoich klientów opłaty za prowadzenie kont osobistych.
Aby nie ponosić kosztów związanych z korzystaniem z popularnego ROR-u, musimy spełnić określone warunki. Najczęściej jest to wymóg dokonywania regularnych transakcji kartą płatniczą na określoną kwotę w danym miesiącu.
Nawet jeżeli jesteśmy zadowoleni z oferty banku, w którym obecnie trzymamy swoje środki, nic nie stoi na przeszkodzie, by przejść do konkurencji. Nowi klienci mogą bowiem liczyć na specjalne warunki i skorzystanie z promocji.
– Są to promocje za otwarcie rachunku oraz tzw. moneybacki. Najczęściej otrzymujemy wtedy określoną kwotę w zamian za transakcje przeprowadzone na konkretną sumę przez pewien okres po założeniu konta – mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Przykładowo, jeżeli w ciągu pierwszego miesiąca wydamy 1000 zł., to bank w ciągu następnych 30 dni zwróci nam 5 proc. wydatków, czyli 50 zł.
Jest to oczywiście zachęta do tego, byśmy wydawali jak najwięcej, ale nie dajmy się zwariować. Gdy bowiem wydamy np. tylko 500 zł, to bank wprawdzie zwróci nam jedynie 25 zł (albo nic, jeśli kwota od której zaczyna oddawać przekracza 500 zł) – ale w sumie li i tak skorzystamy na tym, że wydaliśmy o 500 zł mniej.
W każdym razie ofert tego typu jest wiele na rynku, a porównując je ze sobą i wybierając najlepsze, możemy zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych w skali miesiąca.
Polacy posiadają blisko 6 mln kart kredytowych. Chętnie sięgamy po to źródło finansowania, gdy nagle spadają na nas niespodziewane wydatki. Zaciągnięcie kredytu przy pomocy plastiku jest szybkie i wygodne, ale z takiej karty należy umiejętnie korzystać.
Banki oczywiście zachęcają do częstego korzystania z kart. Jeśli jednak chcemy się dać namówić, upewnijmy się czy bank, który wybraliśmy, oferuje jakieś bonusy za korzystanie z przyznanego limitu na karcie kredytowej.
Wiele z nich – ale nie wszystkie – nagradza posiadaczy kart punktami lojalnościowymi, które mogą oni wymieniać na zniżki w niektórych sklepach czy sieciach partnerskich.
– Dosłownie można „zarobić” za zaciągnięciu kredytu, trzeba tylko być dobrze zaznajomionym ze specjalnymi ofertami, które coraz częściej nie są proponowane tylko stałym klientom banków – mówi Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF.
Bankowość internetowa, z której już powszechnie korzystamy, umożliwia zapłacenie rachunku online w każdym momencie, z każdego miejsca na świecie. Ale otwierając rachunek osobisty lub ściągając na smartfona aplikację jakiegoś banku, możemy liczyć na więcej niż tylko podgląd stanu naszych finansów czy wykonywanie przelewów. Niektóre banki dają też dostęp do usług dodatkowych, takich jak np. wirtualny asystent finansowy pomagający kontrolować budżet domowy czy planować wydatki i ustalać „cele oszczędnościowe”. – Dzięki nim możemy założyć, jaką kwotę chcemy oszczędzić i w jakim czasie, a bank może nam podpowiedzieć, jaki produkt czy rozwiązanie dodatkowe wybrać, aby pomóc sobie w wytrwaniu w tym założeniu – dodaje Ewa Kozłowska. Niektóre banki oferują też swoim internetowym klientom możliwość wykupienia za pomocą szeregu kilku kliknięć ubezpieczenia na życie czy wejścia do jakiegoś funduszu inwestycyjnego. Przeważnie za korzystanie z takich opcji nie trzeba ponosić dodatkowych opłat.

Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.