Czy motoryzacja zaczyna hamować?

W 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce wzrosła o blisko 10 proc. Nadal jednak najczęściej jeździmy starymi trupami.

W całym ubiegłym roku zarejestrowano w naszym kraju 531,9 tys. nowych samochodów osobowych, 68,8 tys. aut dostawczych, 29,9 tys. samochodów ciężarowych, 26,1 tys. przyczep i naczep oraz 2,7 tys. autobusów.
Liczba rejestracji nowych samochodów osobowych wzrosła o 9,4 proc, w porównaniu z rokiem 2017 – co jest zadowalającym wynikiem.

Daleko od rekordu

Jednocześnie jednak, liczba wyprodukowanych w Polsce aut osobowych spadła aż o 12,3 proc. w porównaniu z rokiem 2017 i wyniosła zaledwie 451,6 tys. sztuk.
W sumie, z taśm montażowych zjechało 659,6 tys. pojazdów samochodowych wszelkich rodzajów, czyli o 4,4 proc. mniej niż w 2017 roku.
Natomiast wartość produkcji sprzedanej firm z przemysłu motoryzacyjnego wyniosła 153,7 mld zł, to jest o 3,5 proc. więcej niż w 2017 r. (na co duży wpływ miała produkcja części zamiennych).
Rosła w Polsce produkcja samochodów dostawczych i ciężarowych – wytworzono ich 202 tys., o 19,1 proc. więcej niż w 2017 roku.
Wypada westchnąć – gdzie te czasy, kiedy – jak w 2008 r. – w Polsce produkowano prawie milion samochodów rocznie?. Natomiast inne kraje naszego regionu potrafią przyciągać inwestycje motoryzacyjne i rozwijać produkcję.
Niestety, rząd PiS nie jest w stanie inspirować tworzenia nowych inwestycji, polska myśl techniczna (o ile w ogóle istnieje) nie ma żadnego przełożenia na przemysł, a rządowe zapowiedzi o rozwijaniu produkcji samochodów elektrycznych to propagandowe bajki, w które nie wierzą także i ci, którzy je głoszą.
Zresztą, nawet rządowi propagandyści przestali już opowiadać historyjki o niemal gotowych, rodzimych modelach aut elektrycznych.
Wszystko to nie oznacza jednak załamania rynku motoryzacyjnego w Polsce. Stopniowo rośnie liczba nowych aut, jeżdżących po polskich (niestety, niebezpiecznych i fatalnie oznakowanych) drogach.

Rynek powoli rośnie

W porównaniu do 2017 r., coraz większą popularnością cieszą się auta z napędami alternatywnymi (hybrydy i na prąd).
Polacy kupują ich nieco więcej – w ubiegłym roku liczba rejestracji wzrosła do 24,1 tys., czyli o 32,1 proc. w stosunku do 2017 r. Są to jednak niemal wyłącznie zakupy firmowe.
W grupie klientów instytucjonalnych odnotowano dynamikę wzrostu sprzedaży aut alternatywnych wynoszącą aż 41,8 proc., podczas gdy wśród nabywców indywidualnych wzrost był znikomy – tylko 1,9 proc.
Jeśli chodzi o same auta elektryczne, to mimo, że jest ich więcej, nadal stanowią w Polsce margines. W 2018 r. zarejestrowano 1 324 takich pojazdów czyli o 22,9 proc. więcej, niż w 2017 r.
Procentowo wygląda to nieźle, bo w tym samym okresie liczba rejestracji samochodów osobowych z silnikami benzynowymi wzrosła o 14 proc., a z silnikami diesla spadła o 2,3 proc.

Szefowie urzędów mają gest

Zgodnie ze stałą tendencją, na całym rynku samochodowym w Polsce dominują rejestracje dokonywane przez klientów instytucjonalnych (firmy i urzędy), których w ubiegłym roku było 384,5 tys. Klienci indywidualni zarejestrowali zaś tylko 147,4 tys. nowych aut.
Szefowie instytucji, którzy nie kupują samochodów za swoje własne pieniądze, najczęściej wybierają auta duże, wygodne i kosztowne.
W całym 2018 r. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w segmencie premium wyniosła 75 tys. i była wyższa o 14,1 proc. w porównaniu do poprzedniego roku.
Natomiast łącznie w całym kraju niezmiennie najpopularniejszy jest segment małych i średnich SUV-ów, który odnotował 26 proc. wzrost.

Gorsza końcówka roku

Dość niepokojącym sygnałem była końcówka ubiegłego roku. W IV kwartale 2018 r. zarejestrowano w Polsce 128,5 tys. nowych samochodów osobowych czyli o 2,3 tys. mniej niż w tym samym okresie 2017 r.
– Pozostaje mieć nadzieję, że ubiegłoroczny trend wzrostowy będzie już stały. Nieco słabszy wynik IV kwartału był pośrednio spowodowany wejściem w życie nowego cyklu pomiarów zużycia paliwa i emisji dwutlenku węgla – wyjaśnia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Ważnym sygnałem jest ubiegłoroczny wzrost sprzedaży nowych samochodów użytkowych.
Liczba rejestracji samochodów dostawczych wyniosła 68,8 tys. sztuk, co oznacza wzrost o 12,8 proc. w porównaniu do 2017 r.
Rejestracje nowych przyczep i naczep wyniosły 26,1 tys. sztuk, tj. o 9,6 proc. więcej rok do roku. O 8 proc. wzrosła także liczba rejestracji nowych samochodów ciężarowych, których w 2018 r. zarejestrowano 29 870 sztuk.

Gospodarka ma co wozić

– Odnotowany blisko 10 proc. wzrost rejestracji samochodów użytkowych – zarówno dostawczych powyżej 3,5 t, jak również ciężarowych powyżej 16 t cieszy, zwłaszcza, że stymuluje popyt na nowe naczepy i przyczepy, które również odnotowały niemal 10-procentowy wzrost rejestracji. Popyt w segmencie pojazdów użytkowych przekłada się również na dobrą sytuację firm zabudowujących i transportowych – mówi Jakub Faryś.
Mało kto dziś już jeździ motorowerami, ale warto zauważyć, że w 2018 r. liczba rejestracji nowych motorowerów była niższa aż o 44,5 proc.
Pewien wpływ na ten regres miał wzrost rejestracji zanotowany w ostatnim kwartale 2017 r., który był spowodowany wprowadzeniem nowej normy czystości spalania dla motorowerów, obowiązującej od początku 2018 r.
Generalnie, w fabrykach motoryzacyjnych ulokowanych w Polsce widoczny jest spadek produkcji, co może być oznaką spowolnienia w branży samochodowej. Dodatkowo niekorzystny wpływ na przyszłą koniunkturę może mieć brexit, który grozi wprowadzeniem procedur celnych w dostawach części i komponentów.

Gospodarka 48 godzin

Teoretyczne państwo PiS

Afera ze sprzedażą mięsa chorych krów to bolesny przykład demontażu państwa pod rządami Prawa i Sprawiedliwości. Organy polskiego państwa działają dziś głównie tylko teoretycznie (z wyjątkiem sytuacji gdy chcą uderzyć obywatela po kieszeni lub jakoś ograniczyć jego prawa), co poniekąd jest zrozumiałe, gdy najważniejszym organem państwa mającym rzeczywiste i pełne uprawnienia pozostaje prezes Jarosław Kaczyński. Trudno więc się dziwić, że rozmaite służby i ministerstwa, teoretycznie odpowiedzialne za ważne aspekty naszego życia, chętnie wybierają słodką bezczynność. Tak jak już dawno zrobił to rząd PiS, który nie przejmuje się tym, że powinien coś nadzorować, kontrolować, poprawiać itd. I w tej atmosferze nic nie robienia, nikt nie zwracał uwagi na to, że może należałoby czasem zbadać, czy składniki polskiej żywności, którą tak się chwalimy na światowych rynkach, rzeczywiście są zdrowe. Rząd, zajęty uprawianiem propagandy sukcesu i wieszaniem psów na poprzednikach, nie miał ochoty na tak poziome działania. Minister rolnictwa Jan Ardanowski może sobie dziś grzmieć, że: „Ktokolwiek w Polsce, kto dla zysku, dla chęci wzbogacenia się, czyni szkodę wizerunkowi polskiej żywności i okazuje się łajdakiem i złodziejem, niech nie czuje się bezpiecznie. Każdy przypadek oszustwa będzie piętnowany i wypalany gorącym żelazem”. A gdzie Pan był Panie ministrze – i gdzie był Pana poprzednik z rządu PiS – gdy trzeba było pracować i mozolnie zajmować się podległymi sobie dziedzinami, aby funkcjonowały jak należy? I czy to przypadkiem Pan nie jest odpowiedzialny za to, że jak twierdzi strona czeska, my najpierw mówiliśmy, że chore mięso nie trafiło za granicę, a potem okazało się, że trafiło co najmniej do 10 krajów? Łatwo więc zrozumieć, że nasi zagraniczni partnerzy, tak jak Czesi, mogą nie wierzyć w polski system kontroli. Trudno bowiem w niego wierzyć, gdy leży on w gestii obecnego polskiego rządu, działającego teoretycznie i propagandowo.

Minister po szkodzie

Minister rolnictwa chce wykazać się aktywnością po aferze z chorymi krowami, więc błyskawicznie zapowiedział, że przedstawi Radzie Ministrów propozycje rozwiązań uszczelniających nadzór nad systemem bezpieczeństwa żywności. Chce on, by lekarze z inspekcji weterynaryjnej zastąpili prywatnych weterynarzy, którzy pracują na zlecenie powiatowych lekarzy weterynarii w ubojniach i przetwórniach mięsa, kontrolując stan sanitarny zwierząt i mięsa.

Z dobrodziejstwem inwentarza

Warto się zainteresować, czy drogi zmarły nie miał przypadkiem potężnych długów, które mogłyby nas zrujnować (pogłębiając smutek po jego stracie).

Utrata bliskiej osoby to zawsze duży cios dla rodziny. Zostawia po sobie pustkę…, ale niestety czasami także i długi.
Niekiedy nawet najbliżsi krewni nie mają świadomości, że zmarły miał za życia kłopoty finansowe lub nie zdążył spłacić kredytu czy rat za drogie zakupy. Tym samym wraz z resztą majątku przekazał rodzinie w spadku także zobowiązania wobec banku czy firm pożyczkowych.
Nie każdy wie, co z tym fantem zrobić? Czy w takim przypadku mamy obowiązek przyjąć spadek? Czy możemy uniknąć spłaty nieswojego długu?
Jeżeli wiemy, że np. babcia zapisała nam w spadku mieszkanie, które jest zadłużone i chcemy świadomie przyjąć majątek wraz z długiem, bo lokum znajduje się w atrakcyjnej lokalizacji i mimo wszystko traktujemy je jako świetną lokalizację, to sprawa jest oczywista. To na nas spada wtedy obowiązek dalszej spłaty zobowiązania nieboszczki babci.
Ale co, jeżeli chcemy się uchronić przed długami, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy? O tym, co zrobić w takiej sytuacji podpowiadają zapisy zawarte w nowelizacji kodeksu cywilnego z 2015 r. dotyczące prawa spadkowego.

Gdy za dług zmarłego odpowiadamy

W świetle obowiązującego prawa, spadkobierca (niezależnie czy chodzi o spadkobiercę ustalonego przez testament, czy ustawowego, dziedziczącego przy braku testamentu z mocy prawa) ma 6 miesięcy, licząc od dowiedzenia się o śmierci członka rodziny, na złożenie oświadczenia o przyjęciu lub odrzuceniu spadku w całości.
Jeżeli tego nie zrobi w wyznaczonym terminie, dziedziczy spadek z dobrodziejstwem inwentarza, czyli także i z ewentualnymi, ciążącymi na nim długami.
Natomiast mając świadomość, że spadkodawca oprócz majątku pozostawił po sobie dług, możemy zrzec się spadku w całości.
Wtedy zostajemy wyłączeni z dziedziczenia, a prawo do spadku przechodzi na dzieci, wnuki, bądź innych członków rodziny, wedle kolejności dziedziczenia ustalonej w kodeksie cywilnym. Oni także mogą oczywiście zrzec się kłopotliwego spadku.
– Jeżeli jednak nie chcemy przerzucać odpowiedzialności za spłatę zobowiązania na bliskich, możemy przyjąć spadek na dwa sposoby: wprost lub z dobrodziejstwem inwentarza – wyjaśnia Małgorzata Śliżewska, ekspert Intrum.
W pierwszym przypadku chodzi o tzw. proste przyjęcie spadku. W takiej sytuacji przyjmujemy wszystkie zobowiązania spadkodawcy, nawet jeżeli wysokość długu przekracza wartość odziedziczonego majątku. Wtedy, niespłacone kredyty czy pożyczki musimy pokryć z własnych środków.
Drugie rozwiązanie, to przyjęcie spadku z dobrodziejstwem inwentarza, ale ograniczone do wielkości majątku zmarłego. To oczywiście wydaje się korzystniejsze dla spadkobiercy, ponieważ może on przyjąć spadek bez koniczności odpowiadania swoim mieniem za długi spadkodawcy . Wtedy będzie on musiał spłacać zobowiązania zmarłego jedynie z pozostawionych przezeń środków.
– W takich okolicznościach długi spadkodawcy zostaną pokryte tylko z majątku, który on zgromadził, co oznacza, że decydując się na przyjęcie spadku z dobrodziejstwem inwentarza, odpowiadamy za długi zmarłego członka rodziny tylko do wysokości dóbr, jakie po nim odziedziczyliśmy. Należy jednak być świadomym, że w takiej sytuacji, szczególnie jeżeli niespłacone zobowiązania opiewają na wysoką sumę, możemy otrzymać tylko skromną część majątku bliskiego, albo w ogóle żadnego spadku. Jednak także nic nie tracimy, to znaczy nie musimy martwić się o spłatę długu – dodaje ekspert Małgorzata Śliżewska.

Czas na przemyślenie

Na decyzję o tym, czy postanawiamy przyjąć spadek wprost lub z dobrodziejstwem inwentarza mamy wspomniane pół roku, od momentu, w którym staliśmy się spadkobiercami.
Należy jednak pamiętać o tym, że jeżeli zapomnimy o tym terminie lub nie dopełnimy formalności, decyzja zostaje niejako podjęta za nas – przyjmujemy spadek z dobrodziejstwem inwentarza, czyli i z jego zadłużeniem, za które wszelako nie będziemy odpowiadać własnym mieniem.
– To nie jest żadna kara, a przeciwnie, ukłon w stronę „zapominalskich”, który został wprowadzony w nowelizacji prawa spadkowego z 2015 r. Wcześniejsze prawo narzucało spadkobiercy przyjęcie spadku wprost i w konsekwencji wiele osób „nie ze swojej winy” zostawało z problemem spłaty długów – tłumaczy Małgorzata Śliżewska. Takie długi bywały zaś czasem bardzo wysokie.

Nie da się tego cofnąć

Przy ewentualnym zrzekaniu się spadku, który przypadł nam z dobrodziejstwem inwentarza, należy jeszcze pamiętać o formalnościach.
Aby zrezygnować z jego przyjęcia wraz z ciążącym na majątku zadłużeniem, należy w tym celu złożyć odpowiednie oświadczenie przed notariuszem lub w sądzie rejonowym (wydział cywilny), należącym do okręgu, w którym przed śmiercią mieszkał spadkodawca.
Warto jednak pamiętać, że takiej deklaracji nie da się już odwołać. Dlatego nie należy zrzekać się spadku bez dogłębnej analizy, czy rzeczywiście nie odniesiemy żadnej korzyści z jego przyjęcia.
Co się dzieje z takim „niechcianym” spadkiem, którego ktoś nie chce przyjąć?
Jeżeli krewny za życia nie podjął decyzji, w czyje ręce trafi majątek po jego śmierci, zachowana zostaje ustawowa kolejność dziedziczenia. A to zaś oznacza, że jeżeli np. rodzic zrzeka się spadku, to wraz z ewentualnym długiem trafia on do następnego spadkobiercy w kolejności, czyli do dziecka.
W takiej sytuacji również i dla dziecka termin sześciu miesięcy na podjęcie decyzji, co zrobić z tym fantem (czyli zadecydowanie o przyjęciu lub odrzuceniu spadku) zachowuje ważność.
Gdy zaś nikt nie chce spadku, przypadnie on gminie, na terenie której spadkodawca miał ostatnie miejsce zamieszkania. Jeśli nie wiadomo gdzie to było, lub miejsce to jest za granicą, spadek odziedziczy Skarb Państwa.

Styczniowa cisza przed tegoroczną burzą?

Lekki wzrost kursów akcji na światowych giełdach nie uciszy obaw o kondycję globalnej, a także i polskiej gospodarki, w bieżącym roku.

Styczeń przyniósł uspokojenie nastrojów na rynkach akcji i umiarkowane wzrosty indeksów.
Dla graczy giełdowych była to odmiana po silnych grudniowych spadkach, w szczególności jeśli spojrzymy na rynki zagraniczne.

Byki weszły na parkiet

Poznaliśmy szereg interesujących danych gospodarczych, które nie dają jednak optymistycznego obrazu na przyszłość. Obraz był wszakże niepełny, bo przez najdłuższe w historii zamknięcie rządu w Stanach Zjednoczonych część publikacji nie ujrzała światła dziennego.
Temat wojen handlowych zszedł na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. Mogliśmy za to obserwować kolejne odcinki sagi zwanej brexitem.
Poprawa nastrojów na rynkach akcji, która była kontynuacją trwających od ostatniego tygodnia stycznia wzrostów, pozwoliła na chwilę odetchnąć inwestorom i odsunąć kasandryczne wizje wejścia
w permanentną bessę, o czym mówiło się pod koniec ubiegłego roku.
Sprawił to między innymi fakt, że indeks dużych spółek
w trakcie miesiąca przebił „psychologiczną” barierę 2400 punktów, znajdując się na najwyższym poziomie od lutego ubiegłego roku. Nie udało się jednak na trwałe obronić tej wysokości.
Podobnie wyglądała sytuacja w przypadku niemieckiego indeksu DAX i amerykańskiego S&P500. Z uwagi na skalę wcześniejszej przeceny, jedyne co się udało zrobić, to odrobić część grudniowych spadków.

Mimo kiepskich perspektyw

Co istotne, rynki akcji rosły nie dzięki wspierającej dobrej sytuacji spółek, ale poniekąd mimo niej.
Sezon wyników amerykańskich firm za IV kwartał 2018 przynosi mieszane refleksje. Dużej części spółek udało się pozytywnie zaskoczyć analityków, ale dynamika wzrostu ich zysków nie była tak dobra jak w poprzednich okresach.
Ponadto, jeśli prognozy na IV kwartał zakładały średnią poprawę EPS (zysku na akcję) o 10 proc., to szacunki na I kwartał 2019 r. rzadko przekraczają 2-3 proc. Efekt stymulacji fiskalnej, który tak mocno wsparł wyniki amerykańskiej gospodarki, jest bowiem na ukończeniu, a spowolnienie globalnego wzrostu powoli staje się faktem.
Odczyty wskaźników wyprzedzających za grudzień, jak np. ISM (dla usług i amerykańskiego przemysłu) w dalszym ciągu utrzymują się na dość wysokich poziomach, zanotowały jednak bardzo silny spadek miesiąc do miesiąca.
Wstępne odczyty wskaźnika PMI dla przemysłu części europejskich krajów, jak Niemcy i Francja, wskazują na wejście w obszar recesji, spadając poniżej poziomu 50 punktów. Takie same wskazania były w Chinach.
Dotychczas wzrostom na amerykańskim rynku akcji nie przeszkadzało czasowe zawieszenie działalności rządu Stanów Zjednoczonych. Sam goverment shutdown nie jest w USA niczym szczególnym, jednak z uwagi na długość trwania szacuje się,
że jego negatywny wpływ na PKB wyniesie 0,6 proc. Spór z Kongresem o budowę muru z Meksykiem nie został zaś finalnie zakończony.
Temat wojny handlowej w styczniu wyraźnie przycichł, ale w lutym powróci na pierwszy plan, z uwagi na rozpoczęcie drugiej tury negocjacji handlowych i naciski rządu Stanów Zjednoczonych na koncern Huawei.
Podobnie wygląda sprawa z brexitem. Luty przyniesie zapewne kompromis, bo twardy brexit nie leży w tym momencie w niczyim interesie.

Kurs rośnie, gospodarka zwalnia

Obserwowane od końca grudnia wzrosty kursów na warszawskiej giełdzie papierów wartościowych nie współgrały z pojawiającymi się danymi gospodarczymi.
Do tej pory mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy wskaźniki wyprzedzające wskazywały stopniowe spowolnienie wzrostu gospodarczego, co nie miało odzwierciedlenia
w danych realnych. To się jednak zmieniło.
Ostatnie dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej wskazują na spowolnienie w tych sektorach. Jak na razie są to dane z jednego miesiąca, ale ten scenariusz jest spójny z prognozami ekonomistów.
Motorem wzrostu PKB pozostanie konsumpcja prywatna i środki unijne. Pod znakiem zapytania stoją inwestycje prywatne – tutaj duże znaczenie ma globalny klimat inwestycyjny, który pomimo słabszych danych gospodarczych ma szanse się nieco poprawić w stosunku do 2018 r.
Jak w tym świetle wyglądają perspektywy krajowych spółek? Duże podmioty zostały w styczniu wsparte kapitałem zagranicznym. Mniejsze firmy w dalszym ciągu borykać się będą przede wszystkim z rosnącymi kosztami i problemami na rynku pracy. Temat migracji pracowników z Ukrainy przesunął się na 2020 r., ale w dalszej części tego roku zacznie znowu być obecny w dyskusji rynkowej.
Rosnąca presja płacowa może zostać przejściowo zahamowana przez malejące tempo wzrostu PKB.

Stopy drepcą niecierpliwie

Jeśli chodzi o politykę pieniężną, to ostatnie stanowisko Europejskiego Banku Centralnego nie było specjalnie zaskakujące dla rynkowych obserwatorów. Powtórzono, że stopy zostaną utrzymane na niezmienionym poziomie przynajmniej do lata 2019 roku.
Większe znaczenie miało ostatnie posiedzenie amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Z komunikatu po posiedzeniu Komitetu ds. Otwartego Rynku zniknęło bowiem zdanie o dalszych stopniowych podwyżkach stóp, co było od 2015 r. swoistą mantrą. Zastąpiono je zdaniem o cierpliwym analizowaniu właściwego poziomu stóp dla podtrzymania dobrej koniunktury na rynku pracy oraz o dostosowaniu „normalizacji bilansu Fed do aktualnej koniunktury gospodarczej i rynkowej”.
Informacja ta spotkała się z entuzjastyczną reakcją rynków akcji, co nie powinno dziwić, gdy jeszcze jesienią widmo dalszego zaostrzania polityki pieniężnej przez Fed było typowane jako główny czynnik ryzyka.
Osłabił się za to dolar amerykański, co może być dobrym prognostykiem dla rynków wschodzących i sprzedaży surowców.
Pytanie, jaka będzie trwałość styczniowych wzrostów? Rosną bowiem obawy o kondycję globalnej gospodarki. Obowiązujący trend wcale nie musi być jednak spadkowy.

Gospodarka 48 godzin

Starym TIR-em lepiej?

Od 1 stycznia 2019 r. zaczęły obowiązywać nowe sankcje wynikające z ustawy dotyczącej obowiązkowego przekazywania informacji o przewożeniu towarów wrażliwych. Dane lokalizacyjne należy przesyłać na bieżąco, co minutę. Za naruszenie tego zapisu grożą wysokie kary. Kierowca ciężarówki może zapłacić od 5 do 7,5 tys. zł gdy „zapomni” o wymogu przesyłania informacji. Przedsiębiorca transportowy zostanie obciążony niewiele bardziej, bo grozi mu kara do 10 tys. zł. Poza tym, od 15 czerwca 2019 r. w nowych ciężarówkach obligatoryjnie będzie montowany tak zwany inteligentny tachograf, co oczywiście może wpłynąć na większy koszt pojazdu. Nowy tachograf ma służyć nie tylko do rejestrowania czasu pracy kierowcy. Wyposażony będzie także w automatyczny zapis lokalizacji przy rozpoczęciu, zakończeniu pracy oraz co trzy godziny jazdy. Inspektorzy będą mogli również zdalnie, bez zatrzymywania pojazdu do kontroli, mieć wgląd w dane, które mogą sugerować manipulacje. Służby kontrolne zatrzymają więc konkretne, podejrzane ciężarówki. Takie działanie usprawni pracę kontrolerów i poprawi efektywność wykrywania nielegalnych praktyk oraz podniesie bezpieczeństwo na drodze. Wygląda na to, że bardziej się może kalkulować korzystanie ze starych ciężarówek, gdzie inteligentnych tachografów nie będzie.

Whisky moja żono

Wyjście Wlk. Brytanii z Unii Europejskiej może się odbić na polskim rynku mocnych alkoholi. W ostatnich latach krajowy rynek whisky wzrastał w tempie dwucyfrowym, a polski klient zyskał możliwość wyboru spośród wielu jego odmian. Twardy Brexit, który będzie oznaczać nałożenie cła na whisky pochodzącą ze Szkocji, Anglii czy Irlandii Północnej, odbije się na wszystkich – producentach, dystrybutorach, importerach, detalistach i konsumentach. Tylko miłośnicy irlandzkiej whiskey mogą spać spokojnie. Irlandia, jako członek UE, nie będzie obarczona działaniami, które mogą mieć wpływ na spadek eksportu bądź wzrost cen jej produktów. Inne nastroje panują w Szkocji. Nałożenie cła na whisky produkowaną w tym kraju spowoduje spadek obrotów wielu destylarni. Według najnowszych danych, na terenie Szkocji jest ich obecnie 128. Eksport whisky wynosi ok. 5,7 mld dolarów rocznie. Szkoci głosowali za pozostaniem w strukturach unijnych.

Nie ma się co spieszyć

Wcale nie jest tak, że im wcześniej zapłacimy za przelot i za rezerwację hotelu, tym mniej nas to będzie kosztować. Czasem jest wręcz odwrotnie.

Przemyślane zaplanowanie urlopu może naprawdę się opłacać. Eksperci portalu KAYAK.pl przeanalizowali miliony wyszukiwań, aby znaleźć najlepszy moment na przygotowanie wyjazdu do najpopularniejszych miast Europy i świata.
Okazuje się, że wiedząc, ile miesięcy wcześniej zarezerwować loty i noclegi, w 2019 roku podróżni z Polski będą mogli, organizując swoje podróże, zaoszczędzić niekiedy nawet aż do 60 proc. – choć oczywiście nie będzie to częste.

Wcześniej to nie zawsze taniej

Osoby, które nie lubią planować wyjazdów z dużym wyprzedzeniem, mogą odetchnąć z ulgą. Okazuje się, że najlepszy czas na zarezerwowanie lotu do najchętniej odwiedzanych europejskich miast nie przekracza trzech miesięcy przed datą wyjazdu. Loty do Londynu, Lizbony i Splitu najlepiej rezerwować na dwa miesiące przed podróżą, a kupując bilety lotnicze do Rzymu, Santa Cruz de Tenerife, Luqi czy Malagi zaledwie miesiąc przed dniem wylotu, podróżni zapłacą za bilet co najmniej jedną trzecią mniej, niż w najmniej korzystnym momencie na dokonanie rezerwacji. Co więcej, zbyt wczesne zarezerwowanie lotów jest wręcz niewskazane, szczególnie w przypadku typowo wakacyjnych kierunków – najmniej korzystny moment na zakup biletów lotniczych do Barcelony, Rzymu, Aten czy Malagi to jedenaście miesięcy przed datą wylotu.
Polacy wybierający się do najpopularniejszych miast Europy mogą zaoszczędzić co najmniej 30 proc. ceny biletów. Największe różnice w cenach można zaobserwować w przypadku lotów do Luqi, Aten i Santa Cruz de Tenerife – bilety zakupione w najkorzystniejszym momencie są wtedy o ponad połowę tańsze. Jednak liderem tego zestawienia jest Londyn, ponieważ kupując lot do stolicy Anglii w odpowiednim momencie, podróżni zapłacą aż o 60 proc. mniej!
Natomiast podczas planowania dalszych podróży warto pomyśleć o zakupie biletów lotniczych z nieco większym wyprzedzeniem. Najwcześniej o rezerwacji lotów powinni pomyśleć podróżni wybierający się do Stanów Zjednoczonych. Zakup biletów do Los Angeles na 11 miesięcy przed datą wylotu pozwala oszczędzić 28 proc. w porównaniu do najmniej korzystnego momentu, a bilety lotnicze do Nowego Jorku kupione już na 10 miesięcy przed podróżą mogą kosztować o 25 proc. mniej.
Dobry „timing” ma największe znaczenie w lotach do Dubaju. Podróżni, którzy rezerwują tam bilety w najbardziej korzystnym momencie – czyli 5 miesięcy przed wyjazdem – płacą za nie o 56 proc. mniej niż osoby, które za planowanie wyjazdu zabiorą się z większym, 11-miesięcznym wyprzedzeniem.

Nocleg może poczekać

Może być zaskoczeniem, że nawet w przypadku niektórych odległych kierunków, czekając z kupnem biletów niemal na ostatnią chwilę, podróżni są w stanie nieco zaoszczędzić. Najlepszym momentem na zarezerwowanie lotu do Malé jest miesiąc, a do Phuket – 2 miesiące przed wylotem. Planując z większym wyprzedzeniem – odpowiednio 11 i 10 miesięcy – podróżni zapłacą za bilety lotnicze do obu miejsc ok. 15 proc. więcej.
Zwykle po kupieniu biletów lotniczych można zaczekać chwilę z zarezerwowaniem noclegu. Dla niemal połowy najpopularniejszych miast Europy najlepszym momentem na dokonanie rezerwacji w hotelach 3 – lub 4-gwiazdkowych są dwa miesiące – a w przypadku Rzymu zaledwie miesiąc przed datą przyjazdu, co może przynieść oszczędności wysokości nawet 40 proc., tak jak i w przypadku Pragi. O wcześniejszym zaplanowaniu noclegu – czyli nawet na 10-11 miesięcy przed podróżą – powinni zaś pamiętać podróżni wybierający się do Lizbony, Pafos i Paryża.
Podobna zasada dotyczy popularnych kierunków podróży położonych poza Europą. Podróżni z Polski planujący wyjazd do połowy miast z czołówki zestawienia – takich jak Dubaj, Bangkok czy Los Angeles – nie muszą się martwić o nocleg nawet do 1-2 miesięcy przed wyjazdem.

Wielkie powroty do łask

Są miejsca, które od lat niezmiennie królują w rankingach popularności, jak i takie, które na nowo dopiero zaczynają podbijać serca turystów lub wracają do ich łask. W 2018 roku największym wzrostem zainteresowania wśród podróżnych z Polski cieszy się południe Włoch, czego dowodem jest skok, jaki odnotował Neapol. Jak w przypadku większości europejskich kierunków podróży z zarezerwowaniem lotów do Neapolu warto wstrzymać się do 2 miesięcy przed wyjazdem, kiedy loty są o 58 proc. tańsze w porównaniu do najdroższego miesiąca.
Spośród pozaeuropejskich miast najbardziej wyróżnił się Tel Awiw, który w 2018 roku znalazł się na 18. miejscu zestawienia najpopularniejszych kierunków podróży, mimo że dwa lata wcześniej spadł aż na 63. pozycję. Rezerwując loty do Tel Awiwu, również warto pamiętać o dobrym timingu, ponieważ kupując bilety lotnicze w najkorzystniejszym momencie, czyli na 10 miesięcy przed wylotem, można zaoszczędzić nawet 46 procent.
Phuket i Palma de Mallorca to kierunki podróży, które w ostatnich latach stopniowo zdobywały popularność wśród podróżnych z Polski, by w 2018 roku znaleźć się w ścisłej czołówce rankingu: odpowiednio na 11. i 12. pozycji zestawienia. Także w przypadku tych miejsc zakup biletów lotniczych z 2-miesięcznym wyprzedzeniem to najlepsza strategia, aby zarezerwować lot w najlepszej cenie i oszczędzić odpowiednio 20 i 58 proc. w porównaniu do najmniej korzystnego miesiąca.
Najpopularniejsze wśród użytkowników z Polski kierunki podróży dla lotów i hoteli zostały określone na podstawie wyszukiwań przeprowadzonych na KAYAK.pl między 1.01.18 a 1.11.18 dla podróży w 2019 z miejscem wylotu w Polsce. Najlepszy moment na zaplanowanie podróży, dni podróży oraz ceny dla tych miejsc zostały określone na podstawie wyszukiwań przeprowadzonych między 1.01.17 a 1.11.18 dla podróży w 2018 roku.
Z tych analiz wynika, że odpowiednie planowanie potrafi bardzo pozytywnie wpłynąć na wakacyjny budżet. Często powtarzanym mitem jest to, że loty oraz noclegi należy rezerwować z jak największym wyprzedzeniem. Jednak może być całkiem odwrotnie, a wszystko zależy od tego, dokąd się wybieramy.

Dobro kraju wymaga strzelania

Nie potrzeba wiele łykać, by się przestać lękać dzika. Nasi dzielni myśliwi być może sporo łyknęli bo właśnie przestali się lękać i zabierają się za ich masowe wybijanie.

Nie od dziś wiadomo, że PiS-owscy ministrowie rolnictwa i środowiska nie mają pomysłu na walkę z afrykańskim pomorem świń. Zagraża on coraz poważniej naszej branży mięsnej
Zaraza, mimo podejmowania rozmaitych, propagandowo nagłaśnianych acz zupełnie nieskutecznych poczynań, rozprzestrzenia się w Polsce bez kłopotów i dociera już do zachodniej granicy naszego kraju.
Wkrótce pojawi się w Niemczech, co oczywiście budzi niepokój tamtejszej administracji, dającej temu wyraz w międzyrządowych spotkaniach z polskimi kolegami.

Ratunek za pomocą strzelby

Jedyne lekarstwo, jakie widzi polski rząd, to metoda kija bejsbolowego – trzeba wybić najwięcej dzików, bo wtedy jest szansa, że wybije się i te, które są zarażone.
Przypominają się „Przygody Hucka”, w których pewien sędzia wypowiadał się na temat ojca głównego bohatera, iż można zrobić z niego człowieka za pomocą strzelby, bo nie ma na to innego sposobu. Polski rząd też ma identyczny sposób na ASF – użycie strzelby.
Wykonawcami tej ogólnopolskiej egzekucji mają być myśliwi zrzeszeni w Polskim Związku Łowieckim. Nierzadko jest im obojętne do czego strzelają – byle mogli sobie popukać jak najczęściej i do czegoś dużego, by zdołali trafić.
Dzik jest jednak raczej niewysoki, niełatwo go wytropić i celnie strzelić, a gdy jest ranny lub zły, potrafi być niebezpieczny.
Polscy myśliwi, którzy znacznie chętniej wolą zabijać jelenie i sarny, nie palą się więc specjalnie do osaczania dzików. Można by im udzielić rady z piosenki Starszych Panów: „nie potrzeba wiele łykać, by się przestać lękać dzika”, gdyby nie to, że trunki poprawiające odwagę są już dziś dość częste wśród naszych miłośników przyrody z karabinami – wyrażających swe uczucie poprzez katrupienie jej czworonożnych przedstawicieli.

Społecznik z karabinem na ramieniu

Wreszcie jednak, pod naciskiem rządu, którego ministrowie już nie raz krytykowali myśliwych za opieszałość w wybijaniu dzików, PZŁ postanowił wziąć się aktywniej za ich zabijanie.
Wedle rządowych planów, ma się u nas likwidować ponad ćwierć miliona tych zwierząt rocznie – czyli więcej niż wynosi ich stan roczny w Polsce (ok. 240 tys) – co nie oznacza, że wszystkie zostaną wybite, gdyż taka wielkość dziczej populacji była utrzymywana przy wcześniejszych, ograniczonych liczbowo polowaniach.
W ubiegłym roku polscy myśliwi zabili ok. 170 tys dzików, więc jeszcze im daleko do wykonania rządowego planu.
Zabawne, że władze PZŁ uznają strzelanie do dzików za …pracę społeczną polskich myśliwych – i wyceniają, iż koszt zabicia (w żargonie myśliwskim mówi się: „pozyskania”) jednego dzika wynosi 3400 zł. Wygląda na to, że mogą chcieć, by państwo im za to płaciło.
Na okres od 1 kwietnia 2019 do 30 marca 2020, związek łowiecki przewiduje odstrzał ok. 190 tys dzików – ale prawdopodobnie zginie ich dużo więcej, bo na styczeń i luty PZŁ zaplanował wielką akcję, która ma znacznie poprawić statystyki.
Planowane zabijanie, wedle Ministerstwa Środowiska, ma doprowadzić do „maksymalnego obniżenia liczebności populacji”.

Pozabijać wszystkie?

Nie wiadomo jaka będzie skuteczność wielkiej akcji, i czy zaspokoi ona oczekiwania PiS-owskich notabli. Zwiększony plan odstrzału budzi zaś niepokój ekologów różnej maści.
Partia Zielonych ogłasza, że jest oburzona planowanymi przez Polski Związek Łowiecki odstrzałami dzików, prowadzonymi pod pretekstem walki z afrykańskim pomorem świń.
Zgodnie z planami rządu oraz Polskiego Związku Łowieckiego polowania mają mieć charakter wielkoobszarowy, co oznacza zmasowany i niekontrolowany odstrzał, który zdaniem Zielonych może doprowadzić do całkowitej eksterminacji dzików na terytorium Polski.
Ministerstwo Środowiska w piśmie z 21 listopada 2018 r. nie określa dolnych granic populacji dzików, z czego, zdaniem Zielonych, można wnioskować, że chodzi o ich całkowite wytrzebienie dzików. Co więcej, w planach Ministerstwa jest odstrzał loch w ciąży oraz warchlaków – przewidywane są za ten czyn nawet ekwiwalenty finansowe.
„Tłumaczenie takich działań chęcią powstrzymania rozprzestrzeniania się ASF uważamy za skrajnie nieodpowiedzialne i lekkomyślne, gdyż zgodnie z informacjami Instytutu Ochrony Przyrody PAN nie ma dowodów na związek zagęszczenia dzików z rozprzestrzenianiem się choroby” – oświadczają Zieloni.
Ponadto, rząd PiS miał ponad trzy lata na powstrzymanie rozwoju choroby, lecz nic w tym celu nie zrobił. Zamiast podjęcia realnych działań, wolał debatować nad irracjonalną budową muru na granicy polsko-białoruskiej, który oczywiście nie rozwiązałby problemu, wiec słusznie z niego zrezygnowano.

Bóg rozpozna swoje

Nie wiedząc, w jaki sposób rozwiązać problem, rząd, zdaniem Zielonych, zdecydował się wymordować wszystkie dziki w Polsce. Przypomina to masakrę albigensów przeprowadzoną zgodnie z zasadą „Bóg rozpozna swoich”.
Rozumowanie jest nieskomplikowane – skoro zabite zostaną wszystkie dziki, to zabite będą także te, które były nosicielami wirusa ASF. Tyle, że takiej stuprocentowej skuteczności w zabijaniu nie da się osiągnąć w krótkim czasie, zawsze jakieś zakażone zwierzę zdoła przetrwać, zaś choroba będzie dalej się rozpowszechniać.
Wprawdzie ludzie doprowadzili skutecznie do zagłady już wielu gatunków zwierząt, ale potrzebowali na to wiele czasu. W ciągu paru lat nie da się przeprowadzić całkowitej eksterminacji.
Zieloni uważają, że działania Ministerstwa Środowiska w kwestiach ochrony przyrody są coraz bardziej sprzeczne z celem, w jakim zostało ministerstwo powołane. I tu się całkowicie mylą. Nie jest to bowiem Ministerstwo Ochrony Przyrody czy choćby Ochrony Środowiska, lecz samego Środowiska.
Resort nie ma więc w planach ochrony tego środowiska, lecz jego przekształcanie – i robi to, w sposób jedyny, jaki przychodzi do głowy PIS-owskim działaczom rządowym. Czyli, poprzez powszechne wybijanie naszych „braci mniejszych”.
Szkoda, że akurat tak powszechne łamanie praw zwierząt w Polsce jakoś nie budzi zainteresowania Unii Europejskiej.

Gdy Niemcy mają katar

Kryzys im nie grozi, ale słabsze wiadomości z największej europejskiej gospodarki mogą oznaczać znaczne spowolnienie w naszym kraju.

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Informacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne zapowiedzi dla Polski.
Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. zanotowała słabiutki wzrost o 1,2 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2017 r. Niemiecki bank centralny tłumaczył ten fakt głównie nowymi regulacjami w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.
Wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe – i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Czy to naprawdę dramat?

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. rok do roku, czyli najbardziej od końca 2009 r. Załamanie produkcji jest najgorsze od czasu tej wielkiej recesji.
Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wpływem jakiegoś sektora, np. energetycznego.
Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami.
Przede wszystkim, negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja w Niemczech rosła w tempie ok. 6 proc. rok do roku. Jednak już od połowy ubiegłego roku wahała się ona już blisko granicy zero. Teraz negatywny trend wyraźnie przyspieszył.

Wszyscy zaczęli zwalniać

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej były już od czerwca ubiegłego roku sygnalizowane poprzez spadek, w relacji rok do roku, zamówień w przemyśle. Ich pięciomiesięczna średnia była niższa o 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w samym listopadzie było to minus 4,6 proc.).
Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich. Ujemna dynamika objęła zarówno sektor wydobywczy, budowlany czy wytwarzania energii, jak i najważniejszy, czyli przetwórstwo przemysłowe (spadek o 4,8 proc. r/r).
Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz zgodnie z liczbą dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r.
Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy, czyli śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w komentarzu do danych z Niemiec sugeruje, że spadek produkcji przemysłowej mógł spowodować obniżenie się niemieckiego produktu krajowego brutto w ostatnim kwartale ubiegłego roku o 0,3 proc. (w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r.).
Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyła tzw. techniczną recesję (czyli dwa kwartały z rzędu spadku PKB).
Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie.
Nie zmienia to faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był niedobry dla największej gospodarki strefy euro.
Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ubiegłego roku. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne.
Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost gospodarczy wynoszący 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro.
Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje Komisji Europejskiej z zimy 2018 r. zakładały wzrost dla Niemiec w ubiegłym roku wynoszący 2,3 proc.

Złe informacje dla Polski

Dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA – Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie – wskazuje portal Cinkciarz.pl.
Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i tamtejsze pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą, niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty.
Negatywny wpływ mają również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to wszystko nakłada się brexit, który zwiększa rozmaite ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Nasze kiepskie perspektywy

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na nasze powiązania z Niemcami i całą strefą euro.
Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków, podstawowe wskaźniki w Polsce mogą być dosyć długo silne.
Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym roku ubiegłym, koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.

Gospodarka 48 godzin

Budowlańcy bez optymizmu

Mimo szybkiego rozwoju budownictwa mieszkaniowego, część przedstawicieli branży jak zwykle z niepokojem patrzy w przyszłość. Wprawdzie tylko 1 na 5 zapytanych ocenia, że w nadchodzących 10 latach sytuacja społeczno-gospodarcza kraju nie będzie sprzyjała rozwojowi branży budowlanej – ale optymiści stanowią mniejszość w badaniu (37 proc.). Najliczniejsza jest jednak grupa firm, które nie są w stanie ocenić, co może im przynieść przyszłość (38 proc.) – wynika z raportu EFL „Budownictwo przyszłości”. Zdecydowanie mniej firm ocenia perspektywy rozwoju w przyszłości jako dobre w porównaniu z minioną dekadą. Wtedy aż 57 proc. podmiotów było zdania, że sytuacja społeczno-gospodarcza w kolejnych 10 latach będzie sprzyjać rozwojowi branży budowlanej w Polsce.
Z najmniejszym optymizmem na przyszłe 10 lat spoglądają najmłodsze firmy w branży budowlanej. 25 proc. przedsiębiorstw działających na rynku nie dłużej niż 5 lat spodziewa się, że w najbliższej dekadzie sytuacja społeczno-ekonomiczna nie będzie sprzyjać rozwojowi budownictwa. W lepszych barwach przyszłość widzą firmy o średnim wieku (11-15 lat) – 39 proc. z nich uważa, że wpływ będzie pozytywny. W tym segmencie firm także najliczniejszą grupę stanowią te, które nie umieją przewidzieć, co przyniesie im przyszłość.
W ciągu najbliższych 10 lat rozwojowi branży budowlanej może zagrozić brak ludzi do pracy, wzrost cen materiałów budowlanych i usług, a w konsekwencji malejąca rentowność. Branża skarży się również na zmiany podatkowe – zwłaszcza na odwrócony VAT, który od początku 2017 r. zaczął obowiązywać w branży budowlanej na usługi podwykonawcze – i w przypadku wielu mniejszych firm powoduje trudności z utrzymaniem płynności finansowej,

Pompowanie kryptowalut

Użytkownicy platform społecznościowych manipulowali w końcówce 2018 r. cenami kryptowalut, w tym także bitcoina. Średni wzrost ich cen z tego tytułu wyniósł ponad 20 proc. Manipulacja polegała na sztucznym pompowaniu ceny i sprzedawaniu, tanio zakupionego waloru po wysokiej cenie, zanim ona z powrotem spadnie.

Telekomunikacja po nowemu

Będzie nowelizacja prawa telekomunikacyjnego. Jest ona związana z nowymi sposobami gospodarowania częstotliwościami, urządzeniami radiowymi oraz opłatami za częstotliwości. Zmienione przepisy dostosują polskie prawo do regulacji Unii Europejskiej. Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej uzyska dodatkowe uprawnienia.

Na szerokiej stopie

Życie w dużych miastach wielu osobom kojarzy się z wygodą, większymi szansami na rozwój, uzyskaniem lepiej płatnej pracy. Czy zawsze te pozytywy przeważają nad niedogodnościami?

Rzadziej zwraca się uwagę na minusy mieszkania w „city”, a tych nie brakuje.
Codzienne stanie w korkach, smog, mniejszy dostęp do zielonych terenów, to tylko początek listy wad metropolii.
Jak pokazują najnowsze dane zebrane przez BIG InfoMonitor pod koniec ubiegłęgo roku, wprost proporcjonalnie do zarobków mieszkańców polskich aglomeracji, rośnie poziom ich zadłużenia.
Co więcej, aż 1 milion osób nie daje rady opłacać w terminie rachunków i rat kredytów, których łączna suma wynosi prawie 34 mld zł. W tym zestawieniu prowadzi 56-letni mieszkaniec z okolic Rzeszowa, który do zapłaty ma aż 46,8 mln zł przeterminowanego długu.

Miasta wysysają kasę

Niesolidni dłużnicy zamieszkujący największe miasta w Polsce i okolice, stanowią blisko 40 proc. wszystkich Polaków z problemami finansowymi – i to do nich należy prawie połowa wszystkich zaległości w bieżącym regulowaniu należności uzbieranych przez naszych rodaków.
Wśród 13 największych ośrodków aglomeracyjnych, na pierwszym miejscu jest tradycyjnie Warszawa z miejscowościami ościennym – z 9,2 mld zł zaległych płatności. Czyli, suma ta jest większa niż łącznie w aglomeracji wrocławskiej, trójmiejskiej i poznańskiej, gdzie naliczono 207 965 osób niepłacących na czas.
Drugie miejsce należy do aglomeracji górnośląskiej: 4,7 mld zł przeterminowanych płatności z 191 443 niesolidnymi dłużnikami. Na przeciwnym końcu skali ze zdecydowanie mniejszymi kwotami uplasował się region rzeszowski (466 mln zł) i opolski (445 mln zł). Czyli, jest to logiczne – im mniej ludzi, tym mniejsza suma zadłużenia.
Dlaczego mieszkańcy dużych miast są bardziej zadłużeni? To także dzieje się z prostej przyczyny – wyższy standard życia, do którego dąży się w aglomeracjach, oznacza wyższe koszty utrzymania. Te z kolei niestety rosną szybciej niż pensje, nawet osiągane w stolicy, Krakowie czy Katowicach i nie rekompensują wszystkich wydatków. To zresztą bolączka całego kraju – że pod rządami obecnej ekipy koszty życia rosną generalnie szybciej od dochodów. Najdotkliwiej odczuwa się to jednak właśnie w wielkich miastach.
Ciągle rozwijające się miasta przyciągają młodych ludzi, wierzących, że szybko znajdą w nich dobrze płatną pracę, obiecują życie na pewnym poziomie. Ale w zamian trzeba liczyć się z wyższymi niż w innych rejonach Polski cenami mieszkań i domów, cenami najmu, a także pozostałymi kosztami życia, np. stawkami za media i innym podstawowymi opłatami.

Żyje się na kredyt

Już około 20 mln Polaków mieszka w miastach, (czyli ponad 60 proc. naszego społeczeństwa), z czego połowa w największych aglomeracjach – i wszystko wskazuje na to, że ta liczba będzie w przyszłych latach tylko rosnąć. Coraz więcej osób pochodzących z mniejszych miejscowości decyduje się na przeprowadzkę i szukanie pracy w większych ośrodkach.
Metropolie przyciągają pracowników z innych regionów, a ci często decydują się na osiedlenie na przedmieściach dużych miast (co zwiększa ich koszty życia bo muszą dłużej dojeżdżać. W związku z tym, przybywa także osób z długami. Wśród nich znajdują się również i tacy, którzy niestety nie są w stanie wywiązywać się z terminowego regulowania zaciągniętych zobowiązań (czyli mają opóźnienia w bieżącym regulowaniu należności wynoszące minimum 30 dni i na kwotę, która przekracza 200 zł).
Zaległości mieszkańców miast dzielą się na dwie grupy – wynikające z zaciągniętych kredytów i będące efektem innych zobowiązań finansowych.
W obu kategoriach liczby rozkładają się podobnie, ale w przypadku osób mieszkających poza największymi miastami, które mają generalnie mniejszą zdolność kredytową, zdecydowanie przeważają te drugie, pozakredytowe zobowiązania , wynikające np. z nieopłaconych na czas rachunków, pożyczek czy nawet i alimentów.
Z 34 mld zł zaległego długu, jaki posiadają mieszkańcy dużych miast, 49 proc. przypada na problemy ze spłatą kredytów. W mniejszych miejscowościach ten odsetek zmniejsza się do 41 proc. To efekt zaciągania kredytów mieszkaniowych przez mieszkańców miast, zwłaszcza przez przybyszy z mniejszych ośrodków, którzy muszą gdzieś mieszkać, skoro opuścili rodzinne strony.
– Średnia zaległość z powodu braku regularnej spłaty kredytów hipotecznych w miastach dochodzi do 220 tys. zł, a poza nimi przekracza nieco 120 tys. zł. Szczególnie młodzi, żyjący w dużych ośrodkach, mają ambicję „być na swoim” i w stosunkowo niedługim czasie po rozpoczęciu kariery zawodowej decydują się na zakup pierwszego lokum w życiu, oczywiście na kredyt – wskazuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.
I oczywiście pożyczane są większe kwoty niż w przypadku osób chętnych na zakup mieszkania w mniejszych miejscowościach, bo ceny nieruchomości w Warszawie czy innych aglomeracjach są zdecydowanie wyższe. Trzeba także ponosić większe wydatki na utrzymanie własnego M., mieszkając w metropolii.

Młodzi idą (się zadłużać)

Pieniądze są duże, bo średnia cena transakcyjna mieszkania o powierzchni 55 m2 w Warszawie wynosi 454,7 tys. zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w Łodzi (212,4 tys. zł). Wysokie ceny mieszkań w stolicy dyktuje wciąż rosnący popyt – ale to nie mieszkańcy Warszawy mają największe zaległości w regularnej spłacie zaciąganych kredytów hipotecznych. Tutaj przoduje Szczecin, gdzie łączne zaległości wynoszą 320 tys. złotych.
Gdy się zaś zaciąga kredyty na zdecydowanie wyższe kwoty, mogą być także i większe zaległości Dane mówią same za siebie: w wielkich miastach średnio na osobę przypada 31,8 tys. zł przeterminowanych zobowiązań, a na mieszkańców mniejszych miejscowości „tylko” 22,3 tys. zł. Tę różnicę także w przypadku kredytów konsumpcyjnych: w dużych miastach i okolicach jest to blisko 27 tys. zł, a poza nimi 17,7 tys. zł.
Kim jest typowy dłużnik z dużego miasta? Największą grupę wśród osób, które mają przeterminowane zadłużenia, stanowią ludzie w grupie wiekowej 35-44 lata – blisko 270 tys. osób.
Co ciekawe, w bazach zadłużonych znajduje się 31 dłużników poniżej 18 roku życia, których łączna kwota zaległości wynosi 365,4 tys. zł. Ponadto, w dużych miastach jest dość duży udział osób starszych w ogólnej liczbie wszystkich zadłużonych, które mają problem ze spłatą swoich zobowiązań. Tam grupa wiekowa 55 plus stanowi ponad 30 proc. dłużników, którzy nie płacą na czas. Natomiast poza największymi miastami, większy jest odsetek osób poniżej 35. roku życia.
Wśród pierwszej dziesiątki najbardziej zadłużonych mieszkańców wielkich miast, pięcioro jest z Warszawy i okolic.

Nie wyjedziecie i już!

Problemy finansowe mogą nasilać się teraz, w okresie ferii, na które najczęściej wyjeżdżają właśnie dzieci miejskie, z dużych ośrodków.
Dwutygodniowa przerwa od zajęć szkolnych wiąże się z dużymi wydatkami, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wypoczynek w kraju, czy za granicą. Z danych serwisu Nocowanie.pl wynika, że ceny za noclegi w sezonie, w górach wynoszą średnio od 40 do 80 zł za osobę, co w przypadku 4-osobowej rodziny oznacza wydatek na poziomie nawet 2240 zł za tygodniowy pobyt.
To dopiero początek listy wydatków, do których doliczyć trzeba np. dojazd i koszt zakupu lub wynajmu sprzętu narciarskiego, jeżeli chcemy spędzić urlop aktywnie.
Znacznie więcej zapłacimy za zagraniczny wyjazd w ciepłe miejsce, na co decyduje się coraz więcej Polaków, chcących uciec od zimowych temperatur. Według portalu Travelplanet.pl, to koszt nawet od 3 tys. w górę za osobę. W porównaniu do średnich zarobków Polaków, które wynoszą około 4500 zł brutto miesięcznie, ferie mogą być sporym wydatkiem.
Z raportu Mfind z 2018 r. wynika, że weekendowe noclegi w górskich miejscowościach w Polsce dla czterech osób, razem z dojazdem i zakupem karnetów narciarskich to minimum 1500-2000 zł. Za tygodniowy pobyt, rodzina musi zapłacić już od 3000 zł wzwyż. To nie koniec wydatków, szczególnie gdy doliczymy do nich zakup lub wypożyczenie sprzętu sportowego czy lekcje z instruktorem. Koszty można nieco zmniejszyć i obniżyć do ok. 1000 zł, wysyłając dziecko na tygodniowy, zimowy obóz, organizowany np. przez szkołę, do której uczęszcza.
Nie każda rodzina będzie mogła pozwolić sobie na obciążenie finansowe związane z feriami, gdy domowe budżety często są nadszarpnięte po świątecznych wydatkach. Co więc możemy zrobić, gdy zbliżają się ferie, a w domowej kasie brakuje funduszy? Pozostaje nam spędzić zimowy urlop w domu lub poszukać zewnętrznego źródła finansowania.