Chodź, pomaluj mój kod

Czy pięciokolorowa plakietka zmieni nasze nawyki żywieniowe i skłoni producentów do tego, by zaczęli unikać stosowania szkodliwych składników?

Niektóre europejskie organizacje konsumenckie łączą siły, by wspólnie domagać się jednolitego oznakowania żywności w całej Unii Europejskiej.
W związku z tym wystosowały petycję, mającą sprawić, by Komisja Europejska uznała francuskie oznakowanie Nutriscore za obowiązkowe na terenie UE.

Siedem za wszystkich

Organizacje konsumenckie apelują do mieszkańców państw unijnych:
„Chcemy jasnego, jednolitego oznakowania żywności w całej Europie. Poprzyj wspólną inicjatywę organizacji konsumenckich. Jeśli chcesz w łatwy i jasny sposób wiedzieć, co jesz, chronić swoje zdrowie i zachęcić przemysł spożywczy do ulepszenia składu swoich produktów, poproś Komisję Europejską o uczynienie Nutriscore obowiązkowym. Przyłącz się i udziel tu poparcia: www.pronutriscore.org. Aby Komisja Europejska zajęła się tym tematem, potrzeba miliona podpisów!”.
Do apelu dołączyła i polska Federacja Konsumentów. Na razie jednak daleko do europejskiej jednomyślności, gdyż petycję popiera raptem siedem organizacji konsumenckich, czyli wyraźna mniejszość – oprócz naszej, oczywiście francuska i belgijska, a także niemiecka, holenderska, hiszpańska oraz grecka.
Poza tym, nie wszystkie z tych organizacji można uznać za wyłączne reprezentantki konsumentów we własnych państwach.

Gra w kolory

Nutriscore to uproszczony, graficzny system oznaczania wartości odżywczej artykułów spożywczych. Ma on wygląd kolorowej etykiety, która przedstawia wartość odżywczą produktów w postaci pięciu barw. Barwom towarzyszą litery.
Skala Nutriscore podaje ocenę produktu spożywczego od ciemnozielonego koloru A (najlepsza) do czerwonego E (najgorsza). Wynik zależy od rodzaju występujących w niej składników.
Takie oznakowanie ma dostarczyć konsumentom prostej, zrozumiałej informacji, która zostanie wykorzystana przez nich w trakcie dokonywania zakupów.
Teoretycznie wygląda to tak, że każdy produkt otrzymuje ocenę wartości odżywczej, opracowaną przez ekspertów. Uwzględniane w ocenie są składniki odżywcze, których należy unikać (np. różne cukry i sole, nasycone kwasy tłuszczowe) oraz składniki korzystnie wpływające na zdrowie (np. błonnik, witaminy, białko).
Jeśli przeważają składniki korzystne dla ludzkiego organizmu, w pięciobarwnym kodzie jest więcej zieleni i jej odcieni. Jeśli więcej jest składników szkodliwych – przeważa czerwień i barwy czerwonopodobne.
Można więc od razu zobaczyć, które produkty warto jeść, a których należy unikać.

Dla tych, co nie czytają

Wszystko to jest oczywiście dość umowne. Na rynku są dziesiątki tysięcy różnych artykułów spożywczych i wiadomo, że ich skład nie jest badany przez żadne laboratoria niezależnych ekspertów.
Eksperci ci po prostu czytają (miejmy nadzieję, że wnikliwie) zestawienie składników umieszczone na opakowaniu danego produktu – i na tej podstawie wystawiają ocenę (miejmy nadzieję, że uzasadnioną i bezstronną), korzystając z kolorów, które umieszczają w pięciu okienkach kodu. Robią więc to samo, co każdy nieco bardziej rozgarnięty konsument, który jest w stanie na etykiecie przeczytać ze zrozumieniem skład jakiegoś artykułu spożywczego i zdecydować, czy jego zjedzenie będzie dobre dla zdrowia, czy nie.
Ponieważ jednak tych nierozgarniętych konsumentów, którzy nie mają ochoty niczego czytać i rozumieć, jest znacznie więcej, więc dla nich dobrą informacją będzie właśnie kolorowy kod, bazujący na prostych skojarzeniach: skoro przeważa czerwień – nie jedz, bo może być niezdrowe. Gdy jest więcej zieleni – możesz jeść śmiało.

Ma zalety i wady

Z różnych badań wynika podobno, że aż 82 proc. konsumentów europejskich nie rozumie gąszczu informacji na opakowaniach. Dotyczy to zapewne i Polski, gdzie wprawdzie etykiety wszystkich sprzedawanych produktów spożywczych zawierają informacje o wartości odżywczej i składzie produktu, ale są one napisane drobnym drukiem i w sposób niejasny dla dużej części tych, którzy zechcą się z nimi zapoznać.
Organizacje konsumenckie, popierające petycję w sprawie obowiązkowego stosowania wspomnianego kodu, chcą zatem doprowadzić do tego, że odczytywanie i rozumienie informacji dotyczących wartości odżywczej stanie się łatwiejsze. Dzięki temu na pierwszy rzut oka będzie można ocenić zalety i wady różnorodnego asortymentu produktów spożywczych.
Zależy im też na wprowadzeniu jednego oficjalnego systemu etykietowania – co pozwoliłoby uniknąć nieporozumień, na jakie narażeni są konsumenci europejscy ze względu na duże zróżnicowanie stosowanych systemów informacyjnych.
Organizacje konsumenckie utrzymują, że wprowadzenie oznakowania Nutriscore na produktach spożywczych może zagwarantować, iż konsumenci będą otrzymywali wysokiej jakości dane o ich wartości odżywczej. Pozwoli to lepiej zadbać o zdrowie i unikać chorób związanych ze spożywaniem wysoko przetworzonej żywności.
Bardzo trudno bowiem samemu zidentyfikować zdrowy produkt spożywczy na półkach, wypełnionych różnorodnymi artykułami w podobnym asortymencie. Nutriscore upraszcza zaś czytanie i rozumienie informacji o wartości odżywczej żywności.
Wielką wadą tego kodu jest jednak to, że nie uwzględnia on sztucznych dodatków do żywności (słodzików, barwników, konserwantów), uważanych za najbardziej szkodliwe składniki artykułów spożywczych. Wąska jest też skala kodu – jedynie pięć możliwości. No i sprawa ostatnia, ale nie najmniej ważna – co mają zrobić daltoniści?

Dobrowolny ale zalecany

Obecnie Nutriscore jest oficjalnym, ale dobrowolnym kodem wybranym przez parę państw unijnych (Francja, Belgia, Hiszpania). Tam można go więc dostrzec częściej niż w innych państwach UE.
Nie jest to oczywiście jedyny system znakowania żywności stosowany w Unii Europejskiej. Własne kody mają Wielka Brytania, kraje skandynawskie czy Holandia.
W 2016 r przeprowadzono w 60 supermarketach badanie porównawcze skuteczności kilku kodów znakowania żywności, które objęło w sumie ok. 300 tys. osób. Badanie wykazało, iż Nutriscore jest kodem najlepiej rozpoznawalnym i najbardziej wpływającym na wybory żywieniowe konsumentów. Osiągnął on najlepszy wynik w rzeczywistych warunkach zakupowych.
Pewną słabością tego badania jest to, że przeprowadzono je wyłącznie we Francji – a chodzi przecież o kod francuski, siłą rzeczy popierany przez francuskich klientów. Pojawiają się też opinie, że znaczenie systemów informacji żywieniowej w podejmowaniu wyborów przez konsumenta nie zostało należycie wykazane.
Tym niemniej Nutriscore został zalecony do stosowania na zasadzie dobrowolności przez Komisję Europejską oraz Światową Organizację Zdrowia.

Lepiej po dobroci

Siedem organizacji konsumenckich w krajach unijnych chce, by stosowanie tego kodu było obowiązkowe na obszarze całej UE. Ich zdaniem, dzięki temu konsumenci byliby bardziej świadomi dokonywanych przez siebie wyborów żywieniowych. To tylko drobna część unijnych organizacji konsumenckich, które jak widać, nie są zwolennikami stosowania tu przymusu. I mają rację.
Wszystko wskazuje bowiem na to, że dotychczasowa dobrowolność jest znacznie lepszym rozwiązaniem. Gdyby Nutriscore był obowiązkowy, znacznie zwiększyłyby się bowiem naciski korupcyjne koncernów spożywczych na ekspertów, zmierzające do tego, aby umieszczali oni jak najwięcej zieleni w pięciu okienkach kodu.
Generalnie, firmy spożywcze oczywiście nie są zwolennikami tego, ani jakiegokolwiek innego kodu oddającego skład ich produktów. Przybywa jednak stopniowo firm, które zobowiązują się do stosowania Nutriscore na wszystkich produktach swoich marek.
Przy dobrowolności korzystania z kodu korupcja też oczywiście jest możliwa – ale istnieją nieco większe szanse, że koncerny, chcąc się dobrze wyróżnić na tle konkurencji, będą stosowały uczciwe metody przedstawiania składu swoich wyrobów.
Organizacjom konsumenckim warto jednak zalecić, aby od czasu do czasu sprawdzały w swych laboratoriach, czy pięciokolorowy kod dobrowolnie stosowany przez jakiś koncern spożywczy na jego wyrobach, rzeczywiście odpowiada ich składowi i wartości odżywczej. Takie działania będą dużo ważniejsze niż zabieganie o przymus używania kodu Nutriscore.

48 godzin gospodarka

Kolej na upały

W związku z upałami Polskie Koleje Państwowe apelują do pasażerów: „Prosimy o zaopatrzenie się w wodę przed podróżą. W razie ewentualnych opóźnień pociągów wynoszących powyżej 120 minut pasażerowie mogą skorzystać z napojów, które są wydawane na największych dworcach”. Tym niemniej PKP zapewniają, że są dobrze przygotowane do wysokich temperatur. Na czas upałów wprowadzono dodatkowy monitoring linii kolejowych, w gotowości pozostają 172 zespoły szybkiego usuwania usterek. Jak wiadomo bowiem, polska kolej jest bardzo wrażliwa na warunki atmosferyczne, więc zarówno wysokie jak i niskie temperatury powodują wiele awarii prowadzących do poważnych opóźnień. Koleje obiecują: „ PKP S.A. stara się, w miarę możliwości, zapewnić chłodne napoje dla wszystkich pasażerów, którzy doświadczyli trudności w podróży m.in. w związku z wysokimi temperaturami” – wiadomo jednak, że te możliwości są ograniczone. W każdym razie, jak zapewnia PKP, załogi pociągów (ale tylko Intercity), pracownicy ochrony dworca i funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei zostali przeszkoleni z zasad udzielania pierwszej pomocy. Kolejarze oświadczają także, że pamiętają o podróżujących ze zwierzętami. W związku z tym, aż na 19 dworcach (z prawie 600 dworców obsługujących ruch pasażerski) ustawiono miski z wodą. Właśnie na tych 19 dworcach, w swoim dobrze pojętym interesie, powinni więc wysiadać i wsiadać pasażerowie ze zwierzętami.

By instytucje rosły w siłę

Odbyło się 50. jubileuszowe posiedzenie Europejskiej Organizacji Najwyższych Organów Kontroli EUROSAI. Jej szefem jest przewodniczący tureckiego Trybunału Obrachunkowego (mimo, że ogromna część tego kraju wraz ze stolicą leży w Azji), a wiceprzewodniczącym prezes Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski. Polska (wraz ze Szwecją) kieruje realizacją celu strategicznego EUROSAI, którym jest „Rozwój potencjału instytucjonalnego” – czyli dbanie o to, by instytucje, jakimi są organa kontrolne, stale rosły i rozwijały się coraz lepiej. Polska i Szwecja są odpowiedzialne za budowę tego potencjału, co wymaga, by instytucje kontrolne zatrudniały coraz więcej urzędników i zapewniały im coraz lepsze warunki płacy i pracy. Wydaje się, że w Polsce wychodzi to bardzo dobrze. Nikt w NIK nie zamierza jednak spocząć na laurach, toteż NIK jako współkoordynator celu strategicznego „Rozwój potencjału instytucjonalnego”, podjęła się zadania „Analiza potrzeb członków EUROSAI związanych z rozwojem ich potencjału instytucjonalnego”. Te potrzeby zapewne okażą się niemałe.

Bez układu nie da rady

Mimo bierności polskiego rządu, nasi producenci wciąż mają szanse, aby skutecznie zaistnieć na chińskim rynku i zwiększyć eksport.

W Polsce określenie układ budzi pejoratywne skojarzenia. W Chinach guanxi, czyli układ, otwiera drogę do sukcesu. Sam fakt pochodzenia kontrahenta z zachodu, kojarzonego z pieniędzmi, uchyla w Chinach wiele drzwi. Tym niemniej, wiele z tych drzwi nie otworzy się szerzej, jeśli nie będziemy potrafili wejść w guanxi. Zatem znajomość chińskich realiów może znacząco wpłynąć na to, czy chiński partner będzie lubił i szanował swego polskiego kontrahenta, czy może większym szacunkiem obdarzy jego pieniądze.
Nie ma jednej recepty na udany biznes z Chinami. Nie ma określonego wzoru, przepisu czy magicznego zaklęcia, gwarantującego sukces na tym ogromnym rynku. Istnieje jednakże klucz do rozpoczęcia całego procesu tak, by szansa na powodzenie biznesu była jak największa. Tym kluczem jest wiedza, cenna dla wszystkich – importerów i eksporterów.
Taką wiedzą – użyteczną, popartą praktyką – podzielili się eksperci debat i seminariów organizowanych podczas trwania Kongresu Gospodarczego Europy Centralnej i Wschodniej. Jedna z ekspertek, Paulina Kiełbus-Jania mówiła właśnie o wpływie chińskiej kultury na negocjacje biznesowe.
Kongres odbywał się jednocześnie z China Homelife Poland, największymi w Europie Centralnej i Wschodniej targami artykułów chińskich. Ofertą wystawców zainteresowało się wiele tysięcy handlowców, przedsiębiorców i gości odwiedzających targi. Tegoroczna edycja została wzmocniona o filar eksportowy – targi Export Expo. Regionem patronackim targów było Mazowsze.
– Dynamika kolejnych edycji targów China Homelife w Polsce świadczy o rosnącej wadze tego wydarzenia. Ważne, że zdecydowano o zorganizowaniu targów Export Expo, co umożliwia ekspozycje towarów produkowanych w naszym regionie Europy – oświadczył marszałek Mazowsza Adam Struzik.
Na targi, odbywające się w Ptak Warsaw Expo w dniach 29-31 maja, przyjechało około 1100 wystawców ze wschodniego wybrzeża Chin (prowincje Zhejiang, Guangdond, Anhui, Shandong) oraz Hongkongu. Reprezentują ogromny potencjał. Sama tylko prowincja Zheijang zajmuje prawie jedną trzecią obszaru Polski. Zamieszkuje ją ponad 55 milionów ludzi. Stolica prowincji, Hangzhou jest ważnym centrum gospodarczym. W ubiegłym roku odwiedziło ją ponad 180 milionów turystów. Te liczby dają wyobrażenie o rynkowym potencjale chińskich partnerów.
W Polsce zjawili się przedstawiciele czołowych marek, jak ASD, Longliqi, Hengyi Petrochemical, Chunfeng Garment, Double Gun, Rider Intelligence, Jinfulai, Huajian i wiele innych. Proponowali produkty z branż takich jak elektronika, materiały budowlane, meble, odzież i tekstylia, oświetlenie, wyposażenie domów, dekoracje.
Na stoiskach obecni byli certyfikowani dostawcy i producenci, sprawdzeni już kontrahenci, gwarantujący jakość oferowanych wyrobów i sprawną dostawę.
Podkreślał te wartości Xu Ming, sekretarz generalny urzędu miasta Hangzhou, podczas gali Europejskich Laurów Przedsiębiorczości. Mówił o jakości działania: – Jakość jest życiem produktów. Ma szczególne znaczenie na rynku europejskim – a my stawiamy właśnie na jakość. Mam nadzieję, że dzięki jakości nasze wyroby zdobędą odbiorców na rynkach światowych.
Jak podsumował Marek Traczyk, prezes Warszawskiej Izby Gospodarczej, na zaproszenie WIG na targi przyjechało prawie 2000 handlowców z krajów z Europy Centralnej i Wschodniej – a także przedstawiciele ponad 50 izb i organizacji gospodarczych z Białorusi, Chorwacji, Czech, Litwy, Łotwy, Mołdawii, Polski, Rosji, Słowacji, Ukrainy.
Warto tu zwrócić uwagę na Izbę Przemysłowo-Handlową z Petersburga bo to jedna z najstarszych i największych takich organizacji w Rosji. Zrzesza ponad 4000 rosyjskich i zagranicznych małych, średnich i dużych firm, współpracuje z izbami z 70 krajów. Teraz kolejną umowę o współpracy zawarła właśnie z Warszawską Izbą Gospodarczą.
O potrzebie rozwijania kontaktów gospodarczych z Chinami świadczy fakt, że wystawcy odnotowali wyraźny wzrost zainteresowania swymi produktami. Pomogło w tym zapraszanie handlowców do odwiedzenia targów z zapewnieniem im transportu i poczęstunku, a dla gości z zagranicy także noclegu. Łącznie przyjęto około 5000 przedsiębiorców.
Targi dały możliwość dokładnego zapoznania się z asortymentem oferowanych towarów. Przyjechali handlowcy z całej Polski, spotykali się kupcy z dostawcami. Przede wszystkim jednak można było umocnić to, co najważniejsze w relacjach biznesowych: wzajemne zaufanie – i przyczynić się do zacieśnienia współpracy pomiędzy przedsiębiorcami z Chin i Polski.
Organizatorzy zaproponowali dobrze przyjęty program, dzięki któremu do przedsiębiorców dobierani byli odpowiedni chińscy producenci. W przypadku bariery językowej zawsze można było rozmawiać za pośrednictwem tłumacza.
Targi China Homelife Poland organizowane są w naszym kraju przy współpracy z Warszawską Izbą Gospodarczą. Stanowią one międzynarodową markę – pod taką samą nazwą podobne targi odbywają się w 13 regionach świata. China Homelife Poland są jedyną w tej części Europy edycją tego wydarzenia i obejmują swym zasięgiem 16 krajów Europy Centralnej i Wschodniej.
Kolejna, dziewiąta edycja targów planowana jest na maj 2020 roku. Po raz czwarty będzie im towarzyszył Kongres Gospodarczy Krajów Europy Centralnej i Wschodniej. Wiadomo już, że więcej powierzchni zajmą wystawcy w strefie targów Export Expo – nie tylko z Polski, bo przyjadą także eksporterzy z innych państw Europy Centralnej i Wschodniej.
Dla Chin jest to ważna platforma do realizacji wielkiego projektu handlowego „Jeden Pas, jedna Droga”. Dla polskiej gospodarki – szansa, że skorzystamy z tego projektu jako liderzy tej części Europy.
O korzyściach płynących z obecności na targach i kongresie mówili przedstawiciele wszystkich zaproszonych izb, deklarując już udział w następnej edycji zjazdu samorządów gospodarczych Europy Centralnej i Wschodniej organizowanych pod egidą Warszawskiej Izby Gospodarczej.
Targi i kongres mogą stworzyć platformę wspólnego handlowego dialogu przedsiębiorców chińskich i europejskich. Na razie jest to raczej handlowy monolog, w którym rola głównego dostawcy przypada Chinom. Wiadomo, że nie zrównoważymy chińskiego eksportu, ale, zwłaszcza przy okazji takich imprez, trzeba robić wszystko, aby partnerów z Państwa Środka zainteresować polskimi wyrobami.
Dlatego na targach swoje produkty i usługi proponowali nasi przedsiębiorcy z branż takich jak przetwórstwo rolno-spożywcze, turystyka, kosmetyki, meble, spedycja międzynarodowa, platformy e-commerce.
Kontaktami z importerami z Chin szczególnie zainteresowana jest branża rolno-spożywcza, bo nadzieje na poprawę naszego bilansu handlowego eksperci pokładają zwłaszcza w żywności. Polska ma tu ogromne możliwości, ale w eksporcie przeszkadza zawiła biurokracja, bariery, celne, transportowe i kulturowe. Na razie do Państwa Środka wysyłamy głównie kurczaki i indyki, natomiast eksport wieprzowiny jest nadal blokowany. Niestety, rząd PiS praktycznie nic nie robi, aby wspomóc polskich eksporterów w działaniach na wielkim chińskim rynku.

PiS chce wrócić do gospodarki nakazowej

Na pierwszy ogień idzie branża owocowo-warzywna. Zamiast wolnego rynku będą sposoby rodem z głębokiego PRL-u: ceny ustalane odgórnie, administracyjne metody regulowania skupu, oraz wyjątki dla „swoich”.

Naszej branży owocowo – warzywnej grozi kryzys, mogący przerodzić się wręcz w bardzo głębokie załamanie.
Wszystko za sprawą działań rządu Prawa i Sprawiedliwości, który zamierza regulować ten rynek za pomocą metod administracyjnych, zaczerpniętych z najgorszych czasów PRL-owskiej gospodarki nakazowo-rozdzielczej.

Powrót do nakazów i zakazów

Rząd w trybie pilnym przygotowuje właśnie nowelizację ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych, oczywiście nie informując szerzej głównych zainteresowanych stron, a w szczególności polskich rolników.
Propozycja strony rządowej, przygotowana pod naciskiem niektórych największych lobbystów rolniczych, w tym głównie grup producenckich oraz dużych producentów porzeczek, aronii i jabłek zakłada wprowadzenie zasad obrotu owocami w sposób regulowany, co było właśnie praktyką centralnego planowania w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Głównym założeniem zmian do wspomnianej ustawy jest administracyjne regulowanie cen na owoce i warzywa (ceny ustalał będzie Minister Rolnictwa dwa razy w roku), a także szczegółowe zapisy dotyczące wielkości produkcji i czasu dostawy zawarte w umowach kontraktacyjnych. Polscy rolnicy zostaną w ten sposób zmuszeni do zawierania umów z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Kategorycznie zakazana będzie dla rolników sprzedaż produktów rolnych do przemysłu przetwórczego i do punktów skupu bez umów kontraktacyjnych!
Niekorzystne zapisy nowelizacji ustawy o organizacji niektórych rynków rolnych powstały na rzecz lobby kilku podmiotów rynku – i tylko oni na tym zyskają. Stracą – wszyscy inni, a konsekwencje wprowadzenia tych zmian w życie doprowadzą do niekorzystnych zmian strukturalnych w całym sektorze.

Przepis na załamanie rynku

Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw wystosowało list otwarty do rolników, sadowników oraz firm uczestniczących w obrocie owocami i warzywami. Stwierdza w nim, odnosząc się do zamierzeń rządu:
„Następstwem takich działań będzie kryzys ekonomiczny tysięcy małych i średnich gospodarstw rolnych oraz widmo bankructwa i długotrwałej zapaści większości zakładów przetwórczych w Polsce.
Biorąc pod uwagę rozdrobnienie gospodarstw rolnych w Polsce i skalę produkcji indywidualnej, a także tradycyjne sposoby sprzedaży, należy spodziewać się znacznego pogorszenia sytuacji ekonomicznej polskiej wsi, a w niedalekiej przyszłości ograniczenia produkcji na rynek krajowy i rynki zagraniczne, utraty pozycji handlowej na rynku globalnym. Długo budowana pozycja konkurencyjna polskich produktów rolnych zostanie bezpowrotnie utracona, a koszty jej przywrócenia mogą być bardzo wysokie.
W założeniach ustawy przewiduje się stosowanie cen rynkowych – ale tylko i wyłącznie w zakresie ustalonych tzw. cen referencyjnych. Trudno zrozumieć w jaki sposób będą one ustalane skoro każdy rolnik przywiązany będzie tylko i wyłącznie do tego odbiorcy, z którym ma zawarty kontrakt. To odbiorca (punkt skupu, przetwórca) będzie mógł narzucać dowolną cenę w tych granicach, uznając ją za ceną rynkową. Taki stan rzeczy pozbawi polskiego rolnika podstawowej wolności wyboru, jaką gwarantuje mu mechanizm wolnego rynku i dobre praktyki handlu.
W tej sytuacji skorzystają konkurenci polskich firm przetwórczych (np. z Serbii, Ukrainy, Mołdawii, Bułgarii, Rumuni), którzy na wiele miesięcy przed sezonem będą znali ceny polskich produktów rolnych i kalkulując sprzedaż z 1-2 proc. obniżką cen sprzedadzą swoje towary na rynku. Takie działanie z czasem może wyeliminować polskie firmy przetwórcze z rynku europejskiego. Przetwórcy, dostosowując się do narzuconych warunków umów kontraktacyjnych, obawiając się strat i bankructw, ograniczą kontraktację tylko do bezpiecznego pułapu np. do około 50 proc. mocy przetwórczych. Wiele średnich i małych gospodarstw rolnych nie znajdzie chętnych na zakontraktowanie swoich produktów lub zakontraktuje tylko małą część.
W ustawie planowane jest uprzywilejowanie niektórych podmiotów rynkowych, czyli grup producenckich, spółdzielni zrzeszających producentów danego surowca oraz innych organizacji producentów owoców i warzyw, które będą miały możliwość obrotu bezkontraktowego. Uprzywilejowane podmioty z pewnością wykorzystają swoją przewagę rynkową, skupią nadwyżki surowców po zaniżonych cenach i będą oferować wyroby gotowe w cenach dumpingowych, ustalając niskie ceny na rynku zbytu, których poziom nie pokryje nawet kosztów wytworzenia produktu przez uczciwie działające przedsiębiorstwa przetwórcze.
Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba zadać sobie następujące pytania:
– Co zrobi rolnik w sytuacji, gdy nie znajdzie zainteresowania ze strony odbiorcy na zakontraktowanie swojej produkcji?
– Co zdarzy się wówczas, gdy odbiorca z którym rolnik zawarł kontrakt (często mała firma skupowa) okaże się nieuczciwy lub nie wypełni warunków kontraktu?
– Czy rolnik mając wiedzę, że odbiorca z którym zawarł umowę jest niewypłacalny, będzie mógł odmówić dostawy i sprzedać produkty innemu odbiorcy?
– Czy rolnik może sprzedać towar innemu odbiorcy który oferuje mu znacznie wyższą cenę?
Odpowiadając na te pytania, należy z całą stanowczością podkreślić, że rolnicy stają się zakładnikami umów kontraktacyjnych. Ustawa pozbawia ich możliwości wolnorynkowego handlu produktami rolnymi. Rolnicy bez umów kontraktacyjnych zostaną zmuszeni do pozostawiania swoich plonów na polu lub sprzedaży po niekorzystnych, drastycznie zaniżonych cenach uprzywilejowanym podmiotom, takim jak np. grupy producenckie czy spółdzielnie. W przypadku wiedzy o niewypłacalności odbiorcy, rolnik pozostanie w sytuacji bez wyjścia, gdyż z dnia na dzień nie będzie mógł zmienić umowy kontraktacyjnej a tym samym odbiorcy, ani sprzedać towaru w innym miejscu. W rezultacie rynek produktów rolnych zostanie zablokowany ustawowo, a rolnicy pozbawieni możliwości wolnorynkowej sprzedaży dla przetwórstwa..
Wszelkie odstępstwa od zapisów ustawy skutkują wysokimi karami ustalonymi przez ustawodawcę, zarówno dla rolników jak i odbiorców, które kształtują się od 8 do 15 proc. wartości transakcji kupna-sprzedaży. Ustawa, która miała wspierać polskich rolników i przetwórców w sprawnym funkcjonowaniu na rynku, spowoduje paraliż całego sektora, doprowadzając do strat ekonomicznych i społecznych.
Otwartym pozostaje pytanie, jaki i czy w ogóle jest sens tak szybkiego procedowania wadliwej ustawy, w roku, w którym rolnictwo dotknięte falą przymrozków wiosennych może osiągnąć dużo niższe zbiory a co za tym idzie, wysokie będą ceny zbytu, gwarantujące opłacalność produkcji. Należy pamiętać o rosnącej konkurencji zagranicznej, głównie ze strony rynku ukraińskiego”.

Trzeba się bronić

Tyle list stowarzyszenia. Ta sprawa dotyczy wielu tysięcy rolników indywidualnych oraz setek zakładów przetwórczych, których przyszłość w nowych realiach ustawowych może okazać się zagrożona.
Dlatego właśnie Krajowe Stowarzyszenie Przetwórców Owoców i Warzyw zwraca się do wszystkich zainteresowanych rolników, samorządów lokalnych, organizacji pozarządowych i innych podmiotów, aby aktywnie włączyli się w dyskusję – i nie dopuścili do uchwalenia wadliwych przepisów.
Działacze PiS nie zwykli wprawdzie słuchać głosów przedstawicieli strony społecznej, ale trzeba próbować – i robić swoje.

Gospodarka 48 godzin

Lekki wzrost długu

Dług polskiego sektora rządowego i samorządowego wyniósł na koniec pierwszego kwartału 2019 roku 1 bilion 54,86 mld zł, co oznacza wzrost o 2 proc. w porównaniu z końcem 2018 r – podało Ministerstwo Finansów. Za wzrost zadłużenia odpowiada sektor zarządzany przez rząd, w tym zwłaszcza zadłużenie samego Skarbu Państwa, które zwiększyło się o 2,4 proc. Mimo to, dług liczony w relacji do produktu krajowego brutto spada.

Przedwyborcze obietnice

Rada Ministrów zaproponowała, aby minimalne wynagrodzenie za pracę w 2020 r. wzrosło do 2450 zł brutto (wzrost o 8,9 proc. w porównaniu z rokiem bieżącym), a stawka godzinowa do 16 zł. Rząd podkreśla, że obecna sytuacja ekonomiczna Polski pozwala na zrównoważone podnoszenie płacy minimalnej, współmierne do dynamiki wzrostu gospodarczego i wzrostu produktywności pracy oraz spadku bezrobocia. Podwyżka minimalnego wynagrodzenia będzie mieć pozytywny wpływ na sytuację gospodarstw domowych.

Helena na monecie

Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu pierwszą monetę z nowej serii „wielkie aktorki”. Uwieczniono na niej Helenę Modrzejewską. Na rewersie uwieczniono portretowy wizerunek Heleny Modrzejewskiej z portretu Franka Fowlera z 1884 r., jej autograf, oraz kolorowy wachlarz sceniczny aktorki jako wklejka porcelanowa. Na awersie pokazano fragment kurtyny Henryka Siemiradzkiego z teatru Juliusza Słowackiego w Krakowie. Srebrna moneta o nominale 20 zł wyemitowana została w nakładzie do 16 000 sztuk. Cena monety nakładzie do 16 000 sztuk. Cena monety w oddziałach okręgowych NBP i sklepie internetowym Kolekcjoner to 210 zł.

Tam na urlop – i do pracy

Prognoza zatrudnienia (przygotowana przez Manpower) przewiduje, że w Unii Europejskiej najłatwiej będzie teraz o pracę w krajach żyjących z turystyki, czyli w Chorwacji i Grecji, gdzie przewaga pracodawców planujących zwiększanie zatrudnienia nad tymi, którzy przewidują redukcje wynosi odpowiednio plus 23 proc. i plus 20 proc. Jest to oczywiście związane z sezonowym napływem turystów. W Polsce prognoza wynosi plus 9 proc. Najtrudniej będzie o pracę na Węgrzech, gdzie prognoza zatrudnienia to zaledwie minus 2 proc. (choć nad Balaton też się przecież chętnie jeździ). Prognoza zatrudnienia to średnia ustalana z wszystkich ważniejszych branż gospodarki.

Rower jaki jest każdy widzi

Hulajnogi elektryczne będą uznane za rowery. Ale deski, rolki i segwaye już nie.

Po długich deliberacjach Ministerstwo Infrastruktury przedstawiło wreszcie projekt przepisów regulujących korzystanie z hulajnóg elektrycznych. Ponieważ postęp techniczny idzie naprzód, ministerstwo ma ambicję, by nowe uregulowania dotyczyły także i tych urządzeń, które jeszcze się nie pojawiły.
– Nowe technologie stawiają nowe wyzwania. Chcemy, aby prawo nadążało za zmieniającym się światem. Dlatego nowe przepisy określają ramy, w ramach których mogą funkcjonować nie tylko hulajnogi elektryczne, ale i wszystkie urządzenia transportu osobistego, które już się pojawiły i które w przyszłości mogą się pojawić – powiedział wiceminister infrastruktury Rafał Weber.

W krótkiej wersji

Według propozycji Ministerstwa Infrastruktury, zostanie wprowadzona definicja urządzenia transportu osobistego.
Zostanie ono zdefiniowane jako „urządzenie konstrukcyjnie przeznaczone do poruszania się wyłącznie przez kierującego znajdującego się na tym urządzeniu, o szerokości nieprzekraczającej w ruchu 0,9 m, długości nieprzekraczającej 1,25 m, masie własnej nieprzekraczającej 20 kg, wyposażone w napęd elektryczny, którego konstrukcja ogranicza prędkość jazdy do 25 km/h”.
Co więcej, do definicji roweru zostanie dodane zdanie „określenie to obejmuje również urządzenie transportu osobistego”.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że w świetle polskiego prawa, rower to: „ pojazd o szerokości nieprzekraczającej 0,9 m poruszany siłą mięśni osoby jadącej tym pojazdem; rower może być wyposażony w uruchamiany naciskiem na pedały pomocniczy napęd elektryczny zasilany prądem o napięciu nie wyższym niż 48 V o znamionowej mocy ciągłej nie większej niż 250 wat, którego moc wyjściowa zmniejsza się stopniowo i spada do zera po przekroczeniu prędkości 25 km/h”. W świetle tej definicji roweru, są nim także elektryczne riksze rowerowe (wąskie).
Od razu widać, że obie te definicje, nawet pożenione ze sobą, nie bardzo trzymają się kupy. Określenie roweru ma obejmować również urządzenie transportu osobistego – ale w definicji urządzenia transportu osobistego jest napisane, że jego długość nie może przekroczyć 1,25 m. Tymczasem długość wielu rowerów przekracza 1,25 m. Pytanie więc, czy wszystkie rowery będą uznane za urządzenia transportu osobistego, czy tylko te krótsze?

Z pedałami czy bez?

Można by powiedzieć, że akurat długość nie ma większego znaczenia, bo rower, jaki jest, każdy widzi (choć nie do końca, bo są przecież i rowery poziome) – ale problem w tym, że są i inne różnice, nieco ważniejsze. Projekt nowych przepisów mówi, iż definicja roweru ma obejmować również urządzenia transportu osobistego – ale definicja roweru nic nie mówi o ilości osób, jakie można nim przewozić – i słusznie, bo są przecież tandemy, foteliki rowerowe dla dzieci, a choćby i dziewczyny przewożone na ramie, czy na tylnym bagażniku. Natomiast projekt definicji urządzenia transportu osobistego wyraźnie stwierdza, że jest to urządzenie przeznaczone konstrukcyjnie do poruszania się wyłącznie przez kierującego.
I wreszcie kwestia napędu elektrycznego. Definicja urządzenia transportu osobistego nic nie mówi o sposobie uruchamiania tego napędu, natomiast definicja roweru uściśla, że jego ewentualny napęd elektryczny ma być uruchamiany naciskiem na pedały.
Hulajnogi elektryczne nie mają pedałów. Mają przycisk, który od biedy może zostać uznany za pedał. Segwaye nie mają jednak i tego – uruchamia się je odchyleniem drążka trzymanego oburącz. I co teraz, czy segwaye mają być traktowane jako rowery i urządzenia transportu osobistego, czy też nie?
W każdym razie, niezależnie od trudności definicyjnych, chodzi o to, by wszystkie te prawa i obowiązki, które dzisiaj obowiązują rowerzystów, objęły także i tych, co jeżdżą hulajnogami elektrycznymi. Ci, co jeżdżą zwykłymi, rolkami, wrotkami lub na deskach, będą nadal uważani za pieszych.

Niech sędziowie spojrzą na siebie

Z tego, że PiS łamie Konstytucję, nie wynika, że sądy dyscyplinarne powinny przestać się zajmować różnymi przewinieniami stanu sędziowskiego.

Zarząd stowarzyszenia Iustitia, zrzeszającego dużą część polskich sędziów, zaapelował do sędziów sądów dyscyplinarnych zajmujących się, w pierwszej instancji, różnymi przewinieniami stanu sędziowskiego, aby powstrzymali się od orzekania.
Wysłuchanie tego apelu może oznaczać, że sądownictwo dyscyplinarne wobec sędziów przestanie w Polsce funkcjonować, a sędziowie nie będą odpowiadać za naruszenia procedury, etyki czy różne zachowania nie licujące z godnością ich togi.

Nieodwołalne, tragiczne skutki?

Apel niesie więc za sobą istotne skutki, z punktu widzenia jakości funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju.
Co spowodowało, że zarząd Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” zdecydował się na tak radykalne posunięcie?
Jak stwierdza list, skierowany przez zarząd stowarzyszenia do sędziów sądów dyscyplinarnych, „Postępowania dyscyplinarne stały się obecnie narzędziem represji władzy politycznej wobec sędziów, którzy prowadzą działalność publiczną lub wydają orzeczenia niezgodne z wolą tej władzy”.
Iustitia wskazuje, że niezależnie od tego, jakie rozstrzygnięcie wydadzą sędziowie sądów dyscyplinarnych, to choćby było ono najbardziej sprawiedliwe, zawsze otworzy drogę do postępowania w drugiej instancji, toczącego się przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego,
Tymczasem, w przekonaniu zarządu stowarzyszenia Iustitia, Izba Dyscyplinarna SN jest „niekonstytucyjnym sądem wyjątkowym”, wyłonionym w postępowaniu przed także niekonstytucyjnym, upolitycznionym organem „nazywanym Krajową Radą Sądownictwa”.
Zarząd Iustitii ostrzega, że działalność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego może mieć „nieodwracalne, wręcz tragiczne skutki dla sędziów szykanowanych za działalność publiczną w obronie praworządności lub ściganych za wydanie konkretnych orzeczeń”.
Zarząd wskazuje też, że przekazanie akt spraw dyscyplinarnych – niezależnie od treści orzeczenia dyscyplinarnego wydanego w pierwszej instancji – do sądu II instancji o wątpliwych konstytucyjnie podstawach, obsadzonego w niekonstytucyjny sposób, będzie obarczało sędziów dyscyplinarnych współodpowiedzialnością za skutki postępowań przed Izbą Dyscyplinarną SN.
Oczywiście, pogląd – nie tylko sędziów, lecz i wszystkich uczciwych prawników – o braku konstytucyjności Krajowej Rady Sądownictwa nie jest bezpodstawny. Wątpliwości wyraża Komisja Europejska, która wszczęła procedurę naruszeniową wobec Polski, a także Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, rozpoznający sprawę pytań prejudycjalnych dotyczących m.in. statusu polskiego sądownictwa dyscyplinarnego.

Same wątpliwości nie wystarczą

W maju tego roku polski Sąd Najwyższy uznał, że doszło do rażącego naruszenia prawa, bo w jednej ze spraw orzeczenie wydał skład sędziowski, w którym zasiadał sędzia Sądu Najwyższego, powołany na swoje stanowisko mimo tego, że jeszcze nie zakończyło się postępowanie przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, wszczęte w związku z zaskarżeniem do NSA uchwały Krajowej Rady Sądownictwa powołującej tegoż sędziego.
Mimo niezakończenia postępowania przed NSA, sędzia wziął udział w orzekaniu. W rezultacie Sąd Najwyższy powziął wątpliwość, czy sąd, w którego składzie zasiadała osoba powołana z takim naruszeniem, jest sądem niezawisłym, bezstronnym i ustanowionym na mocy ustawy w rozumieniu prawa Unii Europejskiej. Zdaniem zarządu stowarzyszenia Iustitia, analogiczne wątpliwości dotyczą osób orzekających w Izbie Dyscyplinarnej SN.
No cóż, ze swej strony uważam, że cała ta argumentacja jest mocno naciągana, bo trzebaby najpierw zbadać, czy orzeczenie wydane przez skład w którym zasiadał wspomniany sędzia było stronnicze i skażone brakiem niezawisłości – czego nie zrobiono.
A poza tym, co ma piernik do wiatraka? – czyli, jakiż to złowrogi wpływ na represjonowanie sędziów przez Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego może wywrzeć to, że w jednym ze składów SN orzekał sędzia, co do powołania którego jeszcze nie zakończyło się formalnie postępowanie przed NSA?
Mimo to jednak, Iustitia apeluje do sędziów sądów dyscyplinarnych pierwszej instancji, by powstrzymali się od orzekania – do czasu wyjaśnienia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej statusu osób powołanych na urząd sędziego w Izbie Dyscyplinarnej SN, oraz do czasu wyjaśnienia wątpliwości co do konstrukcji postępowania dyscyplinarnego w polskim porządku prawnym.
Ja powiedziałbym sędziom, żeby powstrzymali się od orzekania dopiero wtedy, gdy TSUE wyjaśni wątpliwości na niekorzyść obecnego modelu postępowania dyscyplinarnego wobec sędziów – a nie do czasu wyjaśnienia tych wątpliwości. To wyjaśnianie o którym mówi Iustitia może przecież potrwać przez długie miesiące.
Zarząd Iustitii chce jednak, by przez cały ten czas sędziowie dyscyplinarni nie przedstawiali Izbie Dyscyplinarnej SN akt z odwołaniami stron. I by zawieszali postępowania do czasu rozstrzygnięcia wspomnianych kwestii przez TSUE, albo sami kierowali kolejne pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (co oczywiście jeszcze bardziej wydłuży wyjaśnianie wspomnianych wątpliwości i utrudni prowadzenie postępowań dyscyplinarnych w sprawach sędziów).
Jak widać, Iustitia uważa, że samo postawienie komuś zarzutów, oznacza, że ten ktoś (w tym przypadku „ktosiem” jest sądownictwo dyscyplinarne wobec sędziów) musi przestać pracować.

Bezkarność to kiepski pomysł

– Uważamy, że do czasu wydania wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu najlepszym rozwiązaniem jest zawieszenie postępowań w sądach dyscyplinarnych, względnie skierowanie kolejnych pytań do TSUE – mówi prof. Krystian Markiewicz, szef stowarzyszenia Iustitia.
Można zrozumieć, że stowarzyszeniu Iustitia bardzo zależy na tym, by sądy dyscyplinarne nie represjonowały sędziów, lecz sprawiedliwie i bezstronnie orzekały w sprawach ich różnych przewinień.
Tyle, że na kilometr widać, że w tym przypadku Iustitii akurat nie chodzi o jakość sądownictwa dyscyplinarnego, lecz o podważenie legalności funkcjonowania nowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołanej pod rządami PiS.
Oczywiście trudno nie mieć wielkich i uzasadnionych wątpliwości, czy ta PIS-owska KRS została powołana zgodnie z Konstytucją. Takie wątpliwości musi mieć każdy, kto uczciwie ocenia działania obecnej ekipy wobec wymiaru sprawiedliwości.
To wszystko nie ma jednak nic wspólnego z wydawaniem orzeczeń w konkretnych sprawach dyscyplinarnych dotyczących sędziów.
I nie można doprowadzić do sytuacji, w której sędziowie będą się czuli bezkarni – bo będą wiedzieć, że sądy dyscyplinarne w praktyce zawiesiły działalność. Wtedy bowiem drastycznie może ucierpieć jakość wymiaru sprawiedliwości w Polsce oraz wiara obywateli w praworządność – co rykoszetem odbije się i na samych sędziach.

Porządek na swoim podwórku

Iustitia ma naturalnie święte prawo, by dbać o to, żeby sędziom nie stała się krzywda. Ale nie przesadzajmy. Wbrew obawom wyrażonym w liście zarządu Iustitii, jakoś nie doszło dotychczas do drastycznych działań obecnej władzy przeciwko sędziom szykanowanym za obronę praworządności lub ściganym za wydanie konkretnych orzeczeń – które to działania mogą mieć „nieodwracalne, wręcz tragiczne skutki”.
Nie takie straszne – jak na razie – okazały się te PiS-owskie ścigania sędziów i szykany wobec nich.
Dobrze byłoby natomiast, gdyby stowarzyszenie Iustitia pamiętało o tych przypadkach, kiedy to sędziowie w Polsce całkowicie bezpodstawnie unikają postępowania dyscyplinarnego.
Jak na przykład wtedy, gdy Sąd Najwyższy, już w wolnej Polsce, orzekł, że sędziowie nie powinni mieć dyscyplinarek za to, że w stanie wojennym orzekali na mocy nielegalnego dekretu o stanie wojennym, nie przestrzegając reguły, iż prawo nie działa wstecz.
Albo wtedy gdy, w bieżącym roku, sąd dyscyplinarny (na którego orzeczenie władza bynajmniej nie wpłynęła) zdecydował, że nie straci immunitetu sędzia Wojciech Łączewski, któremu groził zarzut składania fałszywych zeznań.
Czasami sędziowie powinni krytycznie spojrzeć i na własne podwórko.

Gospodarka 48 godzin

Mniej trują, więcej latają

Loty pasażerskie odbywane dzisiaj, powodują o 50 proc. niższą emisję dwutlenku węgla, niż przeloty na tych samych trasach w 1990 roku – twierdzi Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA). Natomiast w ostatnich 10 latach efektywność wykorzystania paliwa przez samoloty wzrosła o 17 proc. IATA prognozuje, że w 2050 r. emisja CO2 przez branżę lotniczą spadnie o 50 proc. w porównaniu z 2005 r. Ale wyjdzie na to samo, bo ruch lotniczy jest coraz gęstszy.

Nie parkować przy lotnisku

Średni koszt tygodniowego postoju na parkingach przy lotniskach w Polsce to około 93 zł – policzył Kayak.pl. Jeżeli jednak odejmiemy najdroższy parking, czyli ten na warszawskim Okęciu, przeciętnie zapłacimy już 77 zł. Dwa lotniska w Polsce: Rzeszów-Jasionka oraz port w Zielonej Górze oferują bezpłatne parkingi – co jest logiczne, bo stamtąd prawie nikt nigdzie nie lata. Spośród tych płatnych najbardziej korzystne cenowo są zaś parkingi przy lotniskach w Gdańsku, Poznaniu, Olsztynie oraz Pyrzowicach – za siedmiodniowy postój samochodu zapłacimy tam średnio 53 zł, a ceny wahają się od 39 zł do 69 zł. Najdroższe po Okęciu są zaś lotniska w Łodzi i Bydgoszczy – tygodniowy koszt postoju to odpowiednio 125 zł i 100 zł. Według danych CBOS, urlop Polaków trwa najczęściej tydzień, co oznacza, że na lotnisko nie opłaca się jechać samochodem i tam go zostawiać. Taniej wyjdzie taksówką, a jeszcze taniej transportem publicznym – co nie jest takie uciążliwe, bo każde polskie lotnisko pasażerskie jest dobrze skomunikowane z miastem. Ceny biletów komunikacji miejskiej na lotniska wahają się między 3 a 6 zł, jedynie we Wrocławiu koszt wynosi 10 zł. Ponadto, pechowcy chcący w ostatniej chwili jechać na podwarszawskie lotnisko Modlin mogą zapłacić dużo drożej, bo tam koszt takiego przejazdu to od 9 do nawet 36 zł, w zależności od tego z jak dużym wyprzedaniem podróżni zarezerwują bilety.

Firmy nie mogą zwlekać

Przedsiębiorstwa nie mogą już liczyć na ulgowe traktowanie ze strony Krajowej Administracji Skarbowej w przypadku prawidłowego, ale opóźnionego wykonania obowiązków informacyjnych. Od 1 maja 2019 r. takie opóźnienia już nie są traktowane jako przypadki mniejszej wagi – ostrzega BCC. Dla własnego bezpieczeństwa firmy powinny więc informować fiskusa o wszystkim, co może wpływać na obniżenie opodatkowania. „Każde niedopełnienie obowiązku bądź jego nieterminowa realizacja, stanowią faktyczne zagrożenie zastosowania względem tych podmiotów sankcji karno-skarbowych sięgających do 21,6 mln zł.” – informuje Business Centre Club.

Już nie wymigasz się od VAT

Rada Ministrów coraz bardziej uszczelnia system ściągania podatku od towarów i usług.

Rząd przyjął właśnie projekt nowelizacji ustawy o VAT, który stanowi, że podatnicy będą składać do urzędu skarbowego deklarację VAT w formie nowego pliku o nazwie JPK_VAT – wyłącznie w sposób elektroniczny.
Będzie to obszerny dokument, zawierający w jednym pliku dotychczasową deklarację VAT oraz ewidencję VAT. Zniknie też konieczność składania załączników, wymaganych przy dotychczasowym, tradycyjnym rozliczaniu VAT, oraz wszelkich dodatkowych wniosków, dołączanych dotychczas do standardowych deklaracji jako odrębne dokumenty. Wszelkie załączniki zostaną zastąpione polami wyboru zawartymi w nowym pliku.
W rezultacie wszyscy podatnicy będą składali co miesiąc tylko jeden dokument elektroniczny (zawierający część deklaracyjną i ewidencyjną) – a urząd skarbowy będzie mógł znacznie łatwiej kontrolować taki dokument. go w terminie miesięcznym. Kontrolowanie stanie się łatwiejsze także i dlatego, że zwiększy się liczba danych, które będzie musiał składać podatnik VAT-owski.
Jakich dodatkowych informacji zażąda od niego fiskus – na razie dokładnie tego nie wiadomo. Rada Ministrów stwierdziła bowiem, iż „Minister finansów określi w rozporządzeniu szczegółowy zakres danych, które powinny być zawarte w ewidencji VAT”. Mając na względzie, iż obecny minister finansów był w przeszłości szefem skarbówki, można przypuszczać, że tych dodatkowych danych będzie niemało.
Rząd podkreśla zaś, że dodano regulacje, które zobligują podatników do większej staranności przy wypełnianiu nowego pliku JPK_VAT, a zwłaszcza jego części ewidencyjnej.
Zdaniem Rady Ministrów, to dyscyplinowanie podatników jest konieczne, gdyż błędne i nierzetelne dane uniemożliwiają analizę przeprowadzonych transakcji, co jest niekorzystne dla organów podatkowych – a i dla samych podatników, jeśli zostaną złapani na nierzetelności.
Przewidziano także wysokie kary administracyjne za przesłanie nowego pliku JPK_VAT, który nie spełniałby określonych wymogów, i tym samym utrudniał analizę danych szefowi Krajowej Administracji Skarbowej.
Rząd uważa, iż nowy plik będzie prostszym narzędziem do rozliczania VAT-u, a zwłaszcza do walki z nadużyciami podatkowymi, wystawianiem „pustych faktur” i wyłudzeniami tego podatku.

Maszyny zabierają pracę ludziom

Dziś, tak jak dziesiątki i setki setki lat temu, wielu pracowników jest zagrożonych przez automatyzację. To problem znany od zawsze – i zawsze świat jakoś sobie z nim radził. Tak będzie i tym razem.

Najnowszy raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)„Future of Work 2019” wskazuje, iż 14 proc. zawodów w gronie państw OECD zagrożonych jest automatyzacją. Natomiast 32 proc. ulegnie „zdecydowanej zmianie” poprzez wdrożenie innowacyjnych technologii cyfrowych.
Raport sytuuje nasz kraj w grupie państw o wysokim prawdopodobieństwie automatyzacji istniejących miejsc pracy.

Kiedyś ich nie było

Ponad 40 proc. nowych miejsc pracy powstałych w ostatnich latach (2005–2016) na świecie to miejsca pracy w zawodach związanych z szeroko rozumianą branżą technologii cyfrowych. Według Światowego Forum Gospodarczego (WEF) wiele z tych nowych zawodów nie istniało jeszcze 10 lat temu.
Nie było wtedy m.in. programistów aplikacji mobilnych, menedżerów mediów społecznościowych, specjalistów chmury obliczeniowej, inżynierów transportu autonomicznego, czy operatorów dronów. Dzisiaj są to jedni z najbardziej poszukiwanych pracowników, otrzymujący wysokie wynagrodzenia.
Generalnie, większość nowych zawodów to profesje silnie wyspecjalizowane, wymagające wykwalifikowanej kadry i stosunkowo trudne do szybkiego opanowania, także dla przekwalifikowujących się pracowników z innych dziedzin.
Na potencjalny problem, wynikający z tego faktu, wskazywał profesor Yuval Noah Harari, historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie pisząc: „Dlatego, mimo iż pojawi się wiele nowych miejsc pracy dla ludzi, możemy być świadkami powstania nowej, bezużytecznej klasy. Może nas nawet spotkać najgorsze: będziemy cierpieć jednocześnie z powodu wysokiego bezrobocia i braku wykwalifikowanej siły roboczej”.
Szacunki Oxford Martin School są w tym kontekście niepokojące. Już w 2013 roku wskazywały na 47 proc. zawodów zagrożonych przez automatyzację w ciągu dwóch najbliższych dekad. Niektóre zawody, jak te związane z handlem, są zagrożone nawet w 80 proc.

Polskie szanse

Polska zawdzięcza wzrost gospodarczy w dużej mierze przedsiębiorstwom realizującym prace łatwe do zautomatyzowania. Tak jest w zakładach produkcyjnych (często zajmujących się podwykonawstwem), w administracji (np. centra usług wspólnych), firmach transportowych, czy przedsiębiorstwach z zakresu górnictwa i rolnictwa.
Zdecydowana większość tych przedsiębiorstw ma jeszcze duże możliwości wdrożenia robotyzacji – zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak o oprogramowanie. Istotne jest, by móc możliwie szybko zidentyfikować wszystkie te obszary – oraz opracować systemowe podejście do kształcenia przyszłych pracowników, tak by mogli funkcjonować w nowych zawodach.
Należy również przygotować mapę stopniowego przekwalifikowywania części obecnych pracowników.
Trzeba pamiętać, że jest to proces ciągły, a zmiana zawodu może odbywać się niekoniecznie tylko jeden raz w życiu jednej osoby. Równolegle, należy też stymulować oraz premiować kreatywność, innowacyjność i wynalazczość – bo wszystkie te dziedziny, przynajmniej na dzisiaj, są trudne do zautomatyzowania.

Wszystko się może zmienić

Szeroko rozumiana transformacja cyfrowa przekształca obecnie wszystko – na nowo definiuje gospodarki, zmienia sposób działania firm, wprowadza nowe modele biznesowe, zmienia sposób zarządzania państwami oraz sposób, w jaki ludzie się ze sobą komunikują.
Jesteśmy świadkami daleko idącej transformacji i przechodzenia na tzw. gospodarki oparte na danych. To właśnie dane są obecnie najcenniejszym zasobem.
Szacuje się, że wdrożenie nowoczesnych technologii cyfrowych w samej Unii Europejskiej oznacza powstanie rynku o wartości ponad 415 miliardów euro rocznie. Każdy kto odpowiednio przygotuje się do procesu transformacji cyfrowej oraz nauczy się korzystać z nowych możliwości, jakie dają innowacyjne technologie, wygra we wszystkich dziedzinach życia – czyli społecznej, ekonomicznej oraz politycznej.
By to osiągnąć potrzebna jest odpowiednia strategia, niezależnie, czy patrzymy na to z poziomu dowolnej wielkości biznesu, poszczególnych państw, czy regionów.