25 maja 2024

loader

O królowej bankowych afer ciąg dalszy

fot. Unsplash

W artykule opublikowanym 3 sierpnia w  GW pt: „Wyrok w królowej afer”,  jego  autor Ireneusz Sudak napisał:  „Setki polskich firm (…) straciły miliony na opcjach walutowych, a straty wyniosły ok. 9 mld zł. Po 15 latach sprawiedliwości doczekała się firma budowlana Erbud po  decyzji Sądu Najwyższego, który  odrzucając skargę kasacyjną banku uznał, że spółce tej  przysługuje łącznie 112 mln zł”..” Erbud może mówić o szczęściu – pisze autor, bo wcześniej opcje walutowe zatopiły wiele firm, które  zawierały umowy na opcje mające zabezpieczyć im  ryzyko zmiany kursu walut w związku z kontraktami w walutach obcych. 

W artykule opublikowanym 3 sierpnia w  GW pt: „Wyrok w królowej afer”,  jego  autor Ireneusz Sudak napisał:  „Setki polskich firm (…) straciły miliony na opcjach walutowych, a straty wyniosły ok. 9 mld zł. Po 15 latach sprawiedliwości doczekała się firma budowlana Erbud po  decyzji Sądu Najwyższego, który  odrzucając skargę kasacyjną banku uznał, że spółce tej  przysługuje łącznie 112 mln zł.” Erbud może mówić o szczęściu – pisze autor, bo wcześniej opcje walutowe zatopiły wiele firm, które  zawierały umowy na opcje mające zabezpieczyć im  ryzyko zmiany kursu walut w związku z kontraktami w walutach obcych. 

Opisany w artykule to jeden z niewielu pozytywnych  przykładów;  większość przedsiębiorstw przegrywało z kretesem, bankrutowało, a wielu ich  dyrektorów  oskarżono o chęć spekulacji i  nadużycia związane z przekroczeniem uprawnień.  Pisano o tym  w latach 2010-2011 także w GW, natomiast  instytucje  odpowiedzialne za nadzór bankowy  tematem nadużyć  się  nie zajmowały.   Okazało się, że polski system finansowy, który dla banków był naonczas bardzo  „silny i stabilny”, pełen jest zgniłych jaj – pisze autor artykułu. I pyta dalej – czy inne firmy mają szansę na sprawiedliwość? A może to firmy same sobie są winne, bo źle oceniły ryzyko? 

Owe „zgniłe jaja” to fakt, że w latach 2004-2009 w Polsce powstał szczególny klimat sprzyjający spekulacjom finansowym, z czego banki sowicie skorzystały.  Wprowadzenie pojęcia sprzedaży krótkiej pozwoliło kreować instrumenty pochodne, a na ich bazie pozycje walutowe długie i krótkie.  Wysokie stopy procentowe i wejście do UE   zwiększyły popyt na złotówki i spowodowały jej  przewartościowanie.  Od połowy 2008 roku  trend się gwałtownie odwrócił, co banki przewidziały, więc swoje salda złotowe zamieniły  na waluty obce. Na to nałożył się brak nadzoru bankowego, bo powołana  w 2006 roku KNF nie podjęła wówczas żadnych działań, by proces ten kontrolować. W proceder  weszły  wszystkie banki, choć niektóre nieco później. Dlaczego inni na tym zarabiają, a nie my?! – pytał  jeden z managerów PKOBP.  Miał rację, bo obowiązujący wówczas bankowy tytuł egzekucyjny (BTE)  umożliwiał  bankom  wyegzekwowanie  wszelkich kwot, które naliczą.   Wiele osób  i  instytucji  do dziś nie dostrzega, że  problem z opcjami jest/był analogiczny do problemu z kredytami denominowanymi/ indeksowanymi do walut obcych; w obu przypadkach  polegał na kreowaniu   majątku banku w postaci należności w walutach obcych za pomocą instrumentów pochodnych  i to z użyciem dźwigni finansowych.

Nadużycia i próba sprawiedliwości

Sprawy bankowych nadużyć sądy z reguły rozstrzygają na korzyść konsumentów. Zmierzają one do  wyeliminowania abuzywnych zapisów,  przywrócenia równowagi stron i  unieważnienia  umowy, ale nadużycia zawarte w umowach nie dotyczą tylko  konsumentów, o czym sądy nie zawsze pamiętają.  Każda sprawa przeciw bankowi oznacza dochodzenie  zwrotu spełnionego lub wyegzekwowanego świadczenia,  a linia  obrony banków to: „przecież klient się zgodził, nie wniósł sprzeciwu, podpisał  i zapłacił, więc chcącemu nie dzieje się krzywda”. Nie wspominają o tym, że  klienci  posiadający kredyt indeksowany albo opcje, nie mieli po prostu wyboru (vide BTE).  Banki  nie musiały  tłumaczyć skąd owe ponadprzeciętne  profity pochodzą; wystarczył wydruk z ksiąg banku, by komornik  wszystko wyegzekwował. 

Banki w Polsce nie poniosły żadnych  konsekwencji finansowych, natomiast za podobne nadużycia   w USA, Wlk Brytanii, Francji, Niemczech, RPA ….  zapłaciły ogromne kary.  Orzeczenia sądowe w Polsce oznaczają jedynie  utratę przez banki nieuprawnionych korzyści. Banki  korzystają ze statusu „instytucji zaufania publicznego”, ale to pojęcie niezbyt przystaje do  polskiej rzeczywistości  do czasu  zaimplementowania przepisów UE (MIFID I).  Wiele na sumieniu mają tu ówczesne  władze, które ociągały się z implementacją tych przepisów,  co stworzyło pole do nadużyć. 

W latach 2004-2008  złotówka z 4 zł umocniła się  do 2 zł za dolara; banki miały świadomość, że   sytuacja nie potrwa długo, więc kiedy dolar, EUR  i frank były tanie, rozpoczęły masowo zamieniać swoje aktywa złotowe na walutowe.  Wymyśliły najpierw kredyty indeksowane do walut obcych, które miały być   tanie  i łatwo dostępne. Udzielanie kredytów znacząco tańszych  od  ceny rynkowej nie mogło być prawdziwe z założenia, bo oznaczałoby to działanie na szkodę samych banków i ich akcjonariuszy. Wszczepienie instrumentu pochodnego (opcji) do umowy o kredyt kreowało jednocześnie  franki, które klienci zobowiązani byli spłacać. Powstała nierównowaga, w której całe ryzyko ponosili kredytobiorcy. Ściągając coraz większe raty, banki tłumaczyły, że wymaga tego procedura zamykania pozycji walutowych, ale wiadomo, że to bujda; niepotrzebne były żadne franki, bo banki same je wytwarzały!  Zainteresowanych szczegółami odsyłam do publikacji: https://wyborcza.pl/umowy-frankowe-to-kontrakty-na-opcje-walutowe.html; https://www.rp.pl/To-byly-kontrakty-na-opcje-walutowe.htmlhttps://www.bankowebezprawie.pl/umowy-frankowe-to-opcje-z-lat-2004-2009/

W wielu krajach patologia   w sektorze  bankowym została dawno wyeliminowana, a banki  poniosły  wysokie  kary.  W Polsce  jedynie  UOKiK  zobowiązał banki  do poinformowania klientów, że   niedozwolone postanowienia umowne są bezskuteczne, a bezskuteczność ta powstaje z mocy prawa i nie jest konieczne stwierdzenie jej na drodze sądowej. Wydawałoby się, że  skutek wydanych decyzji winien być oczywisty, jednak tak nie jest do dziś.   Sprawy wnoszone  przez  podmioty ograne przez banki  ciągną się w sądach latami.

Podobnie  wygląda  sprawa  opcji oferowanych/wciskanych przedsiębiorcom jako zabezpieczenia przed aprecjacją złotówki. Należy pamiętać, że   trend odwrotny, czyli deprecjację  złotówki wywołał kryzys finansowy, ale   również  banki.  Z wszczepieniem opcji  do kredytów bankom poszło łatwo, ale w przypadku przedsiębiorców taki manewr nie wchodził w grę.  Zamiast tłumaczyć  zawiłości finansowe, znaleziono  skuteczny sposób –  zaoferowano  forwardy zabezpieczające zawierające  opcje call.   Banki wiedziały, że opcja call wystawiona przez firmę,  nie jest  instrumentem zabezpieczającym, więc dodały opcję put (prawo do sprzedaży waluty przez klienta po ustalonej cenie), która taką funkcję pełnić może. Tworzyły więc hybrydy do wygrywania, które wbrew naturze   nazywano forwardami. Forwardy to proste instrumenty ekwiwalentne, czyli bezpieczne – można stracić lub zyskać tyle, ile  zmieni się  kurs waluty.  Skrzętnie pominięto  informację o korzyściach banku,  zwielokrotnionych  dźwignią finansową.  

Instrumenty te oferowano najpierw  eksporterom, później każdemu, kogo udało się namówić.   Dzięki pogłoskom o wygranych, dalej poszło jak z płatka – grających przybywało i to na  coraz  większe kwoty.  Jak pisze autor artykułu – „zaczęła się  bonanza, napędzana prowizjami od sprzedaży”; w firmach rozdzwoniły się telefony od bankowych akwizytorów, oferujących nowy, pewny produkt, który zabezpieczy  przed wahaniami kursów euro, dolara …., a nawet pozwoli zarobić, i to  bez ponoszenia kosztów. Ciekawe, że  ogromny przyrost    należności bankowych  w walutach obcych kreowanych za pomocą instrumentów pochodnych,  nie wzbudził zainteresowania ani nadzoru ani  audytorów; nikt też nie pytał, co tak naprawdę owe kontrakty zawierają  i skąd w bankach tyle  walut obcych.  

Rozwój/ rozkwit  procederu następował jak typowy hazard – aby  klienta zachęcić do gry, trzeba mu najpierw  dać wygrać.  Udzielone np. w 2006 roku kredyty indeksowane okazywały się początkowo korzystne dla klientów, ale banki wiedziały, że to co na początku  utraciły, odrobią z nawiązką w ciągu następnych  lat.  Podobnie  z opcjami – najpierw oferowano je na niewielkie kwoty, a kiedy banki miały już klientów ,którzy „nieco wygrali”, zwiększono  środki na reklamę i dystrybucję, płacąc sprzedawcom – maklerom wysokie prowizje. I ruszyła lawina  ofert w postaci tanich kredytów oraz opcji walutowych, na których można  było „zarobić z niczego”.  Szczyt procederu  przypadł na rok 2008, w którym to sam Deutsche Bank Polska zawarł spekulacyjnych transakcji na kwotę 24,3 mld złotych.  A działo się to tuż przed załamaniem się kursów, kiedy to  banki  uciekały  przed nadmiarem taniejących złotówek i zamieniały je  na należności walutowe. Wytworzyć tyle walut obcych za pomocą opcji, bez jakiejkolwiek interwencji organów nadzorczych-  to  nie lada sztuka!  Klienci zmuszeni byli płacić bankom ogromne  kwoty w złotych, przeciw czemu nie było ucieczki. W przypadku typowej gry rynkowej klient widząc, że ponosi  straty – wycofuje się z gry w dowolnym czasie. Jednak   banki  umowy skonstruowały tak,  by klient  nie wiedział, co robić, co  w obrocie instrumentami finansowymi niedopuszczalne. Bank więc naliczał, klient zaś płacił i płakał.  Pojawił się zarzut, że    bank jako instytucja zaufania publicznego, nie powinien ogrywać swoich klientów, ale zarzut ten  banki odparły, tłumacząc, że  na tym nie zarabiały,  bo musiały zawierać na rynku transakcje przeciwstawne.  Po pierwsze – nie musiały, po drugie – jeśli tak robiły – to dawały zarobić  swoim bankom  powiązanym, które  okazywały się być autorami  tak skonstruowanych instrumentów. Przykładem  jest tu  Deutsche Bank AG London Branch, który instrumenty konstruował  i  zlecał  placówce DB  w Polsce  ich dystrybucję, czyli znalezienie klientów do oskubania. DB Polska twierdzi do dziś, że na toksycznych opcjach zarabiał jedynie prowizję; pomija jednak fakt, że  zarabiała jego  placówka powiązana w Londynie, która w tym celu  utworzyła nawet specjalny departament – FX Options Operarations, do spraw  rynków wschodnich. 

Proceder polegający na tworzeniu sald w walutach obcych za pomocą  toksycznych instrumentów pochodnych okazał się być zorganizowaną akcją, w której banki mając przewagę informacyjną postanowiły klientów ograć, więc powinny ponieść konsekwencje swoich decyzji. Ryzyko wiążące się z  instrumentami pochodnymi  nie było w Polsce powszechnie znane, o czym banki wiedziały i tę niewiedzę wykorzystały. 

Proceder banków

Dziś wiadomo, że  banki  oferowały  wówczas  produkty  niezgodne z zawartymi umowami  i nieodpowiednie dla klientów, w których prawa i obowiązki  kształtowały w sposób dalece nierównomierny i  utajony.  Znacząco ograniczały, wręcz wykluczały, potencjalne korzyści klientów, uchybiając jednocześnie wszelkim  obowiązkom informacyjnym. Nie przekazywały  danych, które pozwalałyby na obiektywną ocenę zawieranych transakcji i dostrzeżenie oczywistej nieekwiwalentności świadczeń i zagrożeń.  Sam proces wyboru/typowania klientów/ podmiotów nie był przypadkowy, dlatego  największe straty  poniosły  przedsiębiorstwa prowadzące znaczącą działalność eksportową.

Banki, prowadzące wówczas działalność na podstawie art. 70.2 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi  uznały najpewniej, że reżim prawny obowiązujący  firmy inwestycyjne ich nie dotyczy. Korzystały więc  z nieograniczonej swobody  i czerpały nieuprawnione zyski  ze szkodą dla  przedsiębiorców  i osób fizycznych. Skala działalności banków  w zakresie obrotu spekulacyjnymi  instrumentami finansowymi  była wówczas ogromna. Nie była to sytuacja normalna, więc powinna była zwrócić uwagę audytorów oraz instytucji nadzorczych. Problem  stał się oczywisty dopiero po latach dociekań i analiz z udziałem najlepszych ekspertów/analityków finansowych w kraju oraz decyzjach TSUE i Sądu Najwyższego. SN rozstrzygnął bowiem, iż banki prowadzące obrót instrumentami finansowymi podlegają tym samym przepisom prawa, co wszyscy inni, prowadzący działalność w oparciu o zezwolenie KNF.  W obliczu tak opacznie  rozumianego prawa i  ogromnych dysproporcji w zakresie informacji, wiedzy i doświadczenia w kontakcie z bankami, każdy klient mógł tylko stracić. 

Wykonywanie  działalności bankowej  jest  prawnie reglamentowane, bo zachodzi w niej trudna do uchwycenia  asymetria informacyjna, w tym  brak możliwości nadzoru działań banku od strony klienta.  Stąd  liczne  przepisy o charakterze gwarancyjnym i ochronnym i nadzorczym.  Dyrektywy europejskie w sprawie instrumentów finansowych  implementowano w Polsce  dopiero w 2009 roku, więc banki mogły  działać poza reżimem prawnym właściwym dla typowych  firm inwestycyjnych tj. biur maklerskich.  Obowiązek banku udzielenia klientowi pełnych i czytelnych informacji na temat oferowanych „produktów” wynika też z zasady uczciwości i lojalności przedkontraktowej, która stawia wobec banku, jako instytucji o szczególnym zaufaniu, o wiele wyższe wymagania niż wobec przedsiębiorców. 

Banki, mając nad klientem przewagę merytoryczną, mogą  go  z łatwością  ograć, dlatego w swojej działalności winny kierować się przepisami prawa, uchwałami samorządu bankowego oraz dobrymi zwyczajami kupieckimi, z uwzględnieniem zasad: profesjonalizmu, rzetelności, rzeczowości, staranności i najlepszej wiedzy. W stosunkach z klientami winny postępować z uwzględnieniem szczególnego zaufania oraz wysokich wymagań co do rzetelności, traktując wszystkich  klientów z należytą starannością. Banki powinny działać zgodnie z zawartymi umowami, w granicach dobrze pojętego interesu własnego i z uwzględnieniem interesu klientów. Powinny informować klienta o rodzajach i warunkach świadczonych usług, ze wskazaniem korzyści,  ale też związanych z daną usługą ryzykach.

W  2008 roku obrót instrumentami spekulacyjnymi  wzrósł na niespotykaną wcześniej  skalę, lecz przyczyn  tego  wzrostu nikt nie badał. Nie analizowano źródeł pochodzenia  majątku banków, wykreowanego  za pomocą spekulacyjnych instrumentów pochodnych (opcji)  wszczepianych do umów kredytowych indeksowanych i  do forwardów strukturyzowanych, mających rzekomo zabezpieczać aktywa klientów przed utratą ich wartości, a głosy ostrzegające  przed nadużyciami były nieliczne,  Nie badano kto był/mógł być faktycznym beneficjentem owych toksycznych instrumentów, niebędących przedmiotem publicznego obrotu.  Polskie  banki  utrzymują, że nimi nie były, bo zgodnie z obowiązującym prawem być nie mogły (sic), więc zarabiały na tym podmioty z nimi powiązane.   Mimo licznych informacji światowych o naruszeniach prawa KNF nie podjął w owym czasie czynności, które wykazałyby, że  banki   prowadziły działalność z naruszeniem prawa także w Polsce. Interesujące, że wyniki rewizji finansowych w postaci opinii i raportów sporządzanych przez biegłych rewidentów, mających znaczenie dla oceny prawidłowości funkcjonowania banków  i  podejmowania dalszych czynności nadzorczych,  także nie wskazywały na nieprawidłowości. Z tego wynika wniosek, że tak naprawdę nikt zawartych wówczas umów nie analizował i  nie rozumiał, co w rzeczywistości  one zawierają. 

Konsekwencje i wnioski

Nie może być bowiem tak, że bank – podmiot zaufania publicznego, poddawany corocznej rewizji finansowej, prowadzi działalność porównywalną do kasyna, a żadna z instytucji nadzorującej jego działalność, w tym biegli rewidenci, nie zgłasza zastrzeżeń.   Banki prowadziły nieuczciwą działalność spekulacyjną  na szeroką skalę w całym świecie, ale tylko w Polsce nie spotkała się ona  z zastrzeżeniami.   Klienci banków  mieli prawo oczekiwać, że powołana w 2006 roku KNF  sprawując nadzór nad rynkiem finansowym i bankami, będzie czuwać nad bezpieczeństwem  i przejrzystością, ochroni interesy uczestników tego rynku, zwiększając tym samym zaufanie i zainteresowanie potencjalnych klientów. 

Aktualnie obowiązujące   przepisy dotyczące  obrotu instrumentami finansowymi  zostały zaostrzone  nowymi  rozporządzeniami  i dyrektywami UE , ale  już w 2005 roku, z chwilą wejścia w życie ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, przepisy  krajowe wystarczająco chroniły klientów przed nadużyciami  banków. Doszło jednak do daleko idących nieprawidłowości, których konsekwencje finansowe  wielu klientów banków ponosi do dziś, nie znajdując pomocy a często nawet zrozumienia u wielu instytucji, których obowiązkiem zdawałoby się w takiej  sytuacji  ową pomoc zapewnić. Pozostaje więc  zmaganie się z sądami,  przed którymi  rozstrzygnięcia  są odległe i  niepewne, mimo iż przepisy prawa  i fakty związane z tym procederem są dość jednoznaczne.

Warto podkreślić, że dopiero  wyroki TSUE wykazały, że banki stosowały abuzywne klauzule i odwróciły niekorzystny trend orzeczeń polskich  sądów w sprawach przeciwko bankom.  Orzeczenia te, choć dotyczą głównie konsumentów,  nie wykluczają  obrony  praw przedsiębiorców,  wobec których  nadużycia  banków były często  dalej idące.

Ireneusz Łazarski

Poprzedni

Chociażbym  chodził ulicą Nowogródzką, zła się nie ulęknę…

Następny

Hiszpania. Porozumienie z separatystami