Wymowna lekcja historycznego kłamstwa

Jako student i pasjonat historii, od dawna z dużym smutkiem obserwuję, jak instrumentalnie jest ona traktowana w przestrzeni publicznej. Zazwyczaj z uczuciem bezsilności przechodzę obok tego obojętnie, ostatnio jednak pewien tekst przelał we mnie czarę goryczy.

Chodzi konkretnie o artykuł ,,Wymowna lekcja historii” Pawła Łepkowskiego, redaktora naczelnego miesięcznika ,,Uważam Rze Historia”, który ukazał się na łamach ,,Rzeczypospolitej”. Manipulacja faktami to dla autora zdecydowanie za mało. Bez ogródek posuwa się on do bezczelnych kłamstw i traktuje szlachetną dziedzinę nauki niczym kobietę lekkich obyczajów. Najgorsze zaś w tym wszystkim jest to, że historia braci Grakchów, którą redaktor Łepkowski tak okrutnie potraktował, jest mimo upływu lat bardzo aktualna i wszyscy (a szczególnie ludzie lewicy) możemy wyciągnąć z niej wiele wartościowych refleksji.

Zacznijmy jednak od początku. Paweł Łepkowski, jak można wywnioskować z lektury artykułu człowiek o bardzo wolnorynkowych przekonaniach, wziął sobie za cel krytykę ,,socjalnego rozdawnictwa”. By dodać swoim koncepcjom inteligenckiego sznytu, sięgnął po historię antyczną, przez stulecia będącą podstawą kodu kulturowego ludzi wykształconych. Robiąc to przyjął zasadę ,,jeśli moje przekonania nie są zgodne z faktami, to tym gorzej dla faktów”. Z takim zamysłem wziął sobie na warsztat historię reform braci Tyberiusza i Gajusza Grakchów. Zapewne mniemał, że na skutek braku powszechnej znajomości tych dziejów, jego kłamstwa nie zostaną podważone i posłużą za ,,naukowy” argument potwierdzający prawicowe wynaturzenia. Naprawdę warto rozłożyć ten tekst na czynniki pierwsze, wzorcowo obrazuje on bowiem typowe metody dla tak namiętnie stosowanej obecnie po prawej stronie propagandy pseudohistorycznej.

Na czym polegało dzieło reform trybunów ludowych z lat 133 i 123 – 122 p.n.e.?

By pojąć jego istotę, musimy cofnąć się do roku 390 p.n.e., kiedy młoda republika rzymska poniosła nad rzeką Alią straszną klęskę z rąk Galów. Po wycięciu rzymskiej armii okupowali oni miasto przez siedem miesięcy. Rzymskie elity, aby uniknąć w przyszłości powtórki z tego koszmaru, postanowiły znacząco zwiększyć liczebność armii. Armii, której podstawę stanowili wtedy drobni właściciele ziemscy, mogący sami się wyekwipować zbrojnie. W tym celu zdecydowano się wydzielać nieposiadającym obywatelom po 7 iugera (2 ha) ziemi zdobywanej w wyniku podbojów – minimalny areał obligujący do służby w wojsku.

Pomysł ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Po kolejnych zwycięstwach i następujących każdorazowo po nich podziałach ziemi państwowej prawie wszyscy obywatele rzymscy posiadali swoje gospodarstwa i mogli być wykorzystani jako żołnierze. Podczas gdy inne państwa regionu mogły przy maksymalnym wysiłku zaangażować wojskowo 1/3 obywateli, Rzym miał rezerwy sięgające ponad 90 proc. obywateli. Zapewniło mu to niezrównaną siłę militarną, a także rozwój społeczeństwa świadomych i niezależnych obywateli, uwolnionych dzięki temu od bycia klientami możnych. Wszystko to pokazuje, że owo ,,zgubne państwowe rozdawnictwo” na które tak pomstuje autor tekstu nie tylko nie było wymysłem Grakchów, ale stanowiło fundament potęgi Imperium Rzymskiego.

Mnogość podbojów sprawiła jednak, że nie całą ziemię publiczną, szczególnie obszerną na południu Italii, można było od razu asygnować. Oddawano ją więc w czasowe użytkowanie najbogatszym obywatelom, według prawa maksymalnie po ok. 150 ha. Z czasem jednak zaczęli oni zajmować dodatkowe obszary ponad tę miarę i traktować te ziemie państwowe jak swoje własne. W tym samym czasie drobni i średni właściciele, pozostawieni bez wsparcia w postaci kolejnych asygnacji, zmuszeni do biedowania na swoich wyjałowionych 2 ha, zaczęli masowo popadać w ubóstwo i zasilać szeregi rzymskiego plebsu miejskiego.

Skutki dla państwa były opłakane – armii zaczęło brakować rekrutów, a w wyborach na zgromadzeniach obywateli coraz większą rolę zaczęły odgrywać masy biedoty miejskiej, sprzedającej swoje głosy za jedzenie.

W tym momencie na scenę dziejową wkroczył Tyberiusz Grakchus, wybrany w 133 p.n.e. trybunem plebejskim. Złożył on projekt ustawy rolnej, dającej możliwość każdemu nieposiadającemu starania się o przyznanie 30 iugera z ziemi publicznej na południu (dotychczas bezprawnie zajmowanej przez bogatych, torpedujących propozycje asygnacji). Reforma nie kosztowała więc państwa w zasadzie nic, bo oddawała ziemię już i tak obecnie okupowaną, tylko że teraz miała ona legalnie przejść w ręce najbardziej potrzebujących.

Jak widać, wbrew temu co pisze redaktor Łepkowski, propozycja reformy nie była ,,bolszewicka” ani nie służyła ,,kupieniu wyborców”. Była ona po prostu kontynuacją ponad 200 – letniej tradycji dbania przez państwo rzymskie o dobro własnych obywateli i służyła rozwiązaniu najbardziej palących problemów republiki. Autor kłamie nawet w kwestii miar powierzchni – proponowanie przez Tyberiusza 30 iugera na osobę to nie 125 ha, tylko ok. 8 ha.Także ustalona wieloletnia niemożność odsprzedaży ziemi, wbrew słowom redaktora, nie tylko nie zniechęciła, ale nawet jeszcze bardziej zachęciła potencjalnych beneficjentów, bardzo pragnących powrotu do życia na roli na tak korzystnych warunkach.

O tym, jak dużym poparciem cieszyła się reforma Tyberiusza Grakcha, świadczy paniczna reakcja senatu. Senatorom jego reformy szkodziły podwójnie – zabierały im zarówno bezprawnie zajmowane przez nich ogromne połacie ziemi państwowej, jak również złożoną z nieposiadającego ziemi plebsu użyteczną i posłuszną klientelę wyborczą. Senat rozpoczął więc zmasowaną kampanię nienawiści wymierzoną w Tyberiusza, jeszcze bardziej absurdalną niż ta, którą prowadzi Łepkowski. Gdy i to nie zniechęciło odważnego trybuna ludowego, senatorzy, nie mogąc znaleźć prawnych podstaw do jego skazania, nasłali na niego uzbrojone bojówki, które w akcie samosądu zabiły Tyberiusza i jego 300 zwolenników.

Redaktor Łepkowski tu także nie raczył jednak zajrzeć choćby do licealnego podręcznika. Winę za śmierć Grakcha zrzuca na lud (sic!), rzekomo zdenerwowany ustawą o Italikach, o której Tyberiusz nawet nie myślał – projekt jej wysunął bowiem dopiero 10 lat później w całkowicie innej sytuacji jego brat Gajusz.

O Gajuszu Grakchusie P. Łepkowski pisze zaś, iż… ,,niewiele wyniósł z tej lekcji historii”. Ciekawi mnie osobiście, co pan redaktor wyniósłby z historii bezprawnego zamordowania rodzonego brata przez bojówkarzy i blokowania przez grupę złodziejskich bogaczy egzekucji legalnie uchwalonych ustaw. Niech o popularności działań Tyberiusza świadczy dodatkowo fakt, że kiedy Gajusz, jego brat i pomocnik, osiągnął wiek, w którym mógł starać się o urzędy, z całej Italii na komicja ściągnęły wielkie tłumy, aby w 123 p.n.e. wybrać go trybunem plebejskim.

Przekonany o słuszności sprawy i obdarzony takim zaufaniem ludu, zdecydował się działać na jeszcze większą skalę. Widział, że na skutek znacznego wzrostu populacji Rzymu, w okresach trudności z zaopatrzeniem, mieszkańcy są zdani na łaskę i niełaskę spekulantów.

Aby wyeliminować ten problem, rozbudował spichlerze miejskie i ustalił uczciwą maksymalną cenę zboża dla obywateli. Jednak dla P. Łepkowskiego eliminacja głodu to ,,kosztowne dla państwa efekciarstwo”. Kontynuował także reformę rolną swojego brata. Badacze antyku, w tym światowej sławy polscy historycy republikańskiego Rzymu A. Ziółkowski i J. Kolendo zgodnie podkreślają, że ta asygnacja ziemi była bardzo światłym projektem zaradzenia głównym bolączkom państwa, a także ostatnią szansą na uratowanie masowego i niezależnego społeczeństwa obywatelskiego Republiki. Społeczeństwa, mającego realny wpływ na państwo, z średnimi rolnikami jako grupą dominującą.

Demontaż reform Grakchów, spowodowany krótkowzrocznością elity, myślącej jedynie o własnych majątkach, skutkował stuleciem wojen domowych, niepokojów społecznych, a końcowo upadkiem Republiki. Jednak nienawiść prawicowego publicysty do, jak sam to określa, ,,ryzykownych programów socjalnych” czyni go całkowicie ślepym na fakty historyczne. Dzieło Grakchów, które w razie powodzenia mogło znacząco zmienić historię Rzymu, nazywa on jedynie ,,demagogicznymi obietnicami”, które ,,nie tylko nie zniwelują ubóstwa, ale i doprowadzą imperium na skraj zapaści finansowej”. Narracja autora przeciwstawiająca ,,demagogicznego” trybuna ,,mądrym” senatorom stanowi chyba punkt kulminacyjny absurdu w tekście. Bowiem to właśnie senatorzy, chcący pozbyć się Gajusza Grakcha, zdecydowali się wystawić w wyborach na trybuna demagoga Marka Drususa i kazali mu obiecać ludowi przysłowiowe gruszki na wierzbie, byle tylko Gajusz przegrał.

Młodszy z Grakchów nie podjął wyzwania licytacji na nierealne obietnice i plan senatu się powiódł. O postulatach Drususa po wyborach nikt już nigdy nie usłyszał, a Gajusz, pozbawiony trybuńskiej nietykalności, z poduszczenia senatu padł wraz ze zwolennikami ofiarą bezprawnej krwawej rzezi.

W jednym muszę się jednak z Pawłem Łepkowskim zgodzić – losy Tyberiusza i Gajusza Grakchów to rzeczywiście, jak pisze w tytule, ,,wymowna lekcja historii”, cały czas aktualna. Nie bez powodu do dziejów tych odważnych trybunów ludowych odwoływali się rewolucjoniści francuscy, Karol Marks i Fryderyk Engels czy komuniści rosyjscy, a pamięć o nich była żywa w większości ruchów walczących o sprawiedliwość społeczną. Ich historia dobrze pokazuje, że to egoizm i krótkowzroczność bogatych elit leżą u podstaw dużej części problemów społecznych, które łatwo dałoby się rozwiązać. Tragiczny los obu trybunów przypomina też, że nie ma co liczyć na dobrowolne ustępstwa ze strony bogatych – prędzej pogrążą oni państwo w głębokim kryzysie, bez skrupułów manipulując opinią publiczną i za nic mając prawo oraz dobro ogółu. Prawdziwa reforma społeczna musi więc twardo iść na przekór propagandzie i zawodzeniu elit finansowych.

Co się zaś tyczy Pawła Łepkowskiego, na odwrocie jednej ze swoich książek pisze on, iż ,,jest sceptykiem, który nie wierzy w podręcznikowe przedstawianie wydarzeń historycznych”. Radziłbym mu jednak, tak jak i innym prawicowym publicystom, czasem do tego podręcznika od historii zajrzeć. No chyba, że licytowanie się na ilość bezczelnych kłamstw to w ich środowisku nowa moda. Red. Łepkowski z wykształcenia historykiem nie jest, dlatego podzielę się z nim jedną z pierwszych porad, jakie na studiach słyszą młodzi adepci muzy Klio – jeśli podchodzi się do historii z zamiarem manipulowania nią pod ideologiczną tezę, hańbi się zarówno naukę, jak i swoje nazwisko. W przypadku pisania do opiniotwórczych mediów dochodzi jeszcze do tego szkodliwość społeczna. Po co więc tyle kłamstw? Najwyraźniej prospołeczne dzieło i myśl braci Grakchów są cały czas na tyle wartościowe, że ideologicznym potomkom ich optymackich katów nie dają spać spokojnie nawet po ponad 2000 lat.