Może będzie bezpieczniej ale i drożej

Zapewne zwiększy się ochrona kupujących – lecz nowe przepisy mogą sprawić, iż mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne, a formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą.
Nowa ustawa deweloperska – czyli mówiąc dokładniej, ustawa o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz o Deweloperskim Funduszu Gwarancyjnym – została już przyjęta przez Sejm z niektórymi poprawkami Senatu i czeka na podpis prezydenta. Jak wskazuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przygotował jej projekt, ma ona wzmocnić ochronę osób kupujących nowe domy i mieszkania (czyli na rynku pierwotnym).
Może i wzmocni, ale najprawdopodobniej sprawi również, że mieszkania będą jeszcze droższe i jeszcze mniej dostępne dla wielu rodzin, a wszystkie formalności związane z ich zakupem tylko się wydłużą. Przy okazji, do ustawy deweloperskiej rząd wmontował też przepisy, które mogą pomóc w zasileniu trzeszczącego w szwach budżetu, pieniędzmi przeznaczonymi na wspieranie budownictwa mieszkaniowego. Co oczywiście nie byłoby z pożytkiem dla budownictwa.
Elementem wzmacniającym ochronę kupujących będzie nowy fundusz – właśnie wymieniony w tytule ustawy Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – w połączeniu ze zmianą roli mieszkaniowych rachunków powierniczych.
Rachunki te istnieją już od dawna. Deweloperzy muszą gromadzić na nich wpłaty klientów. Mieszkaniowe rachunki powiernicze mogą być zamknięte lub otwarte. W pierwszym przypadku bank wypłaca przedsiębiorcy pieniądze z rachunku dopiero po przeniesieniu własności mieszkania lub domu na nabywcę. Na rynku dominują jednak (w ok. 90 proc.) otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze, czyli takie z których środki trafiają do dewelopera stopniowo, zgodnie z harmonogramem prac na budowie.
Deweloperzy starają się narzucać klientom otwarte rachunki powiernicze, bo to jest wygodniejsze i bezpieczniejsze dla firm budujących i sprzedających mieszkania. Dla klientów oznacza jednak realne ryzyko straty w sytuacji, gdy firma przerwie budowę lub upadnie, a bank przekazał jej już środki z rachunku powierniczego, wpłacone wcześniej na ten rachunek przez klientów.
Nowa ustawa przewiduje, że nadal będą istnieć zamknięte i otwarte mieszkaniowe rachunki powiernicze. Jednakże, wedle jej przepisów, w przypadku otwartego mieszkaniowego rachunku powierniczego ostatnia transza płatności do dewelopera nastąpi dopiero po przeniesieniu przez dewelopera własności lokalu mieszkalnego na klienta na podstawie zawartego aktu notarialnego.
Zabezpieczeniem dla środków nabywcy zgromadzonych na rachunkach powierniczych stanie się nowa instytucja, czyli wspomniany Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Deweloperzy będą odprowadzać na niego część wpłat klientów dokonywanych na mieszkaniowe rachunki powiernicze.
Wysokość stawek procentowych, według których deweloper samodzielnie obliczy, jaką część wpłat klientów powinien przeznaczyć na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny będzie ustalać w rozporządzeniu minister właściwy do spraw budownictwa (czyli obecnie to Minister Rozwoju, Pracy i Technologii). Przepisy nowej ustawy deweloperskiej przewidują, że składka może wynieść maksymalnie do 1 proc. w przypadku otwartych mieszkaniowych rachunków powierniczych i zaledwie do 0,1 proc. w przypadku zamkniętych rachunków, stwarzających skuteczniejszą ochronę dla nabywców mieszkań. O tyle też zmniejszą się kwoty wpłacane na te rachunki.
Tak więc, wraz ze wzrostem kwot na mieszkaniowych rachunkach powierniczych, rosnąć też będzie Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Ten 0,1 proc., albo najwyżej 1 proc. to sumy zupełnie marginalne, niemal niezauważalne w jakichkolwiek bilansach. Tym niemniej środowisko deweloperów i ich lobbystów zaczęło narzekać, jaki to kłopot i jak znacząco mogą podrożeć z tego powodu nowe mieszkania. To do złudzenia przypomina biadolenia banków komercyjnych, gdy muszą one zwiększyć kapitały rezerwowe – jakby te kapitały gromadzono z prywatnych pieniędzy bankierów, a nie ze środków klientów banków. Wzrost cen mieszkań trzeba jednak poważnie brać pod uwagę, bo deweloperzy nie przepuszczą żadnego pretekstu, aby głębiej sięgnąć w portfele swoich klientów.
Z Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego będą także wypłacane pieniądze w przypadku upadłości dewelopera lub upadłości banku (powyżej kwoty chronionej przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny).
Upadłość banku, który prowadzi mieszkaniowe rachunki powiernicze, choć jest potencjalną rzadkością, może być zagrożeniem dla nabywcy mieszkania. Kwoty do 100 tys. euro są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ale mieszkania bywają droższe. Poza tym limit gwarancji BFG dotyczy łącznie wszystkich pieniędzy klienta w danym banku, także zgromadzonych na koncie osobistym czy lokatach. W związku z tym nawet w przypadku zamkniętego rachunku powierniczego klient dewelopera może nie odzyskać całej sumy – i wtedy do akcji powinien wejść Deweloperski Fundusz Gwarancyjny.
Pieniądze z DFG będą też uruchamiane w przypadkach odstąpienia klienta od umowy w sytuacjach wskazanych w ustawie. Chodzi tu zwłaszcza o nie przeniesienie przez dewelopera na klienta własności lokalu w terminie określonym w umowie deweloperskiej, a także nieusunięcia przez dewelopera wady istotnej, którą uznał w protokole odbioru albo została ona potwierdzona przez rzeczoznawcę budowlanego. Czyli, chodzi generalnie o ochronę przed nieuczciwością deweloperów.
Ustawa deweloperska nie jest czymś nowym w polskim porządku prawnym. Po raz pierwszy problemem poprawy ochrony nabywców mieszkań zajęto się za czasów rządów Platformy Obywatelskiej (czym innym były wcześniejsze akty prawne, na mocy których Skarb Państwa mógł poręczać niektóre kredyty mieszkaniowe), kiedy to w 2011 r. przyjęto obecnie obowiązującą ustawę o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego. Rząd PiS chciał mieć jednak nowe, już własne – i oczywiście prezentowane jako lepsze – przepisy w tej dziedzinie, żeby móc się chwalić bardziej efektownym dorobkiem. – Dotychczasowe przepisy nie zapewniały klientom deweloperów odpowiedniej ochrony prawnej, a także finansowej. Nowa ustawa doprowadzi do tego, że polskie rodziny decydujące się na zakup mieszkania lub domu od dewelopera nie będą musiały obawiać się utraty powierzanych przedsiębiorcy pieniędzy. Temu służy także utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, z którego w kryzysowych sytuacjach, takich jak upadłość firmy deweloperskiej lub banku, nabywcy mieszkań otrzymają zwrot wpłaconych środków – twierdzi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.
Wszystko to jest jednak pieśnią odległej przyszłości, bo prezydent jeszcze nie podpisał ustawy deweloperskiej, a większość jej zapisów zacznie obowiązywać dopiero po dwunastu miesiącach od daty ogłoszenia ustawy.
Ustawa obejmuje też kwestię umów rezerwacyjnych. W dotychczasowej ustawie nie były one uregulowane. Umowa rezerwacyjna to forma gwarancji, że po dokonaniu ustalonej opłaty deweloper przez określony czas nie sprzeda nikomu innemu mieszkania przez nas wybranego.
Zgodnie z nową ustawą opłata rezerwacyjna nie będzie mogła przekraczać 1 proc. ceny nieruchomości. W przypadku kupna mieszkania, kwota ta zostanie zaliczona na poczet ceny mieszkania i trafi na mieszkaniowy rachunek powierniczy. Jeśli bank nie udzieli klientowi kredytu, to odzyska on wpłacone pieniądze. Gdyby natomiast deweloper w trakcie rezerwacji zawarł z inną osobą umowę dotyczącą zarezerwowanego lokalu, to będzie musiał zwrócić rezerwującemu wpłaconą przez niego opłatę rezerwacyjną w podwójnej wysokości – czyli tak jak w przypadku zadatku. Ale jeśli klient się rozmyśli, wówczas straci wpłaconą deweloperowi sumę.
Obecnie nabywca nie może zrezygnować z zakupu mieszkania lub domu, gdy ma on wady istotne, czyli takie, które czynią go bezwartościowym lub niezdatnym do zwykłego użytku. . Nowe przepisy dają nabywcy skuteczniejszy instrument dochodzenia swoich roszczeń w takiej sytuacji. Jeżeli deweloper uznał wadę istotną w protokole odbioru, a następnie nie usunął jej, to nabywca będzie mógł odstąpić od umowy i odzyskać kasę. Jeżeli jednak deweloper w trakcie odbioru nie uzna wady istotnej, nabywca może wystąpić do rzeczoznawcy budowlanego o opinię. W przypadku, gdy taka opinia potwierdzi istnienie wady istotnej, nabywca także będzie mógł skorzystać z prawa odstąpienia od umowy.
Nowa ustawa swoim zakresem obejmuje wszystkie umowy zawierane pomiędzy deweloperem a nabywcą, także te w których deweloper dopiero zobowiązuje się do wybudowania lokalu mieszkalnego (domu), ustanowienia jego własności lub przeniesienia tego prawa na nabywcę. Do tych umów zastosowanie znajdą wszystkie przepisy ustawy – a zatem deweloper będzie musiał założyć mieszkaniowy rachunek powierniczy, odprowadzić składki na DFG, zawrzeć umowę w formie aktu notarialnego, a roszczenia nabywcy zostaną wpisane do księgi wieczystej.
Taki sam zakres regulacji będzie stosowany do umów dotyczących lokali użytkowych, np. garaży, jeżeli będą zawierane łącznie z umową deweloperską. Jeżeli jednak deweloper zdecyduje, że w odniesieniu do lokali gotowych będzie zawierał klasyczne umowy sprzedaży (na podstawie tej umowy nabywca staje się właścicielem nieruchomości) to jego obowiązki ograniczone będą tylko do przekazania nabywcy określonych informacji przed zawarciem umowy oraz dokonania odbioru. Deweloper nie będzie musiał wtedy zakładać rachunku powierniczego, ani odprowadzać składek na DFG. Zresztą, analogiczne zasady będą obowiązywały przedsiębiorcę innego niż deweloper, który sprzedawałby nabywcom nowe mieszkania.
W przypadku gdy na nieruchomości, na której powstaje budynek ustanowiona została hipoteka na rzecz banku kredytującego dewelopera, deweloper będzie miał obowiązek uzyskać zgodę tego banku na to, aby klient po wpłaceniu pełnej ceny dostał mieszkanie z czystą hipoteką. Zgoda ta będzie załącznikiem do umowy deweloperskiej. Teraz taka zgoda nie jest obowiązkowa, więc w przypadku upadłości dewelopera kredytujący go bank zabiera pieniądze z hipoteki. Wedle nowych przepisów nabywca otrzyma mieszkanie bez obciążeń hipotecznych albo uzyska pierwszeństwo w zaspokojeniu swoich roszczeń. Jeśli deweloper nie będzie miał na to zgody banku, to pomimo istnienia obciążenia hipotecznego, klient może odstąpić od umowy, a sam deweloper będzie mógł zostać ukarany grzywną.
Przy tych, generalnie korzystnych dla nabywców mieszkań przepisach, rząd Prawa i Sprawiedliwości nie byłby jednak sobą, gdyby nie zechciał uszczknąć trochę kasy na swe wydatki nie związane z budowaniem mieszkań.
Nowa ustawa deweloperska ma generalnie wejść w życie po upływie 12 miesięcy od dnia ogłoszenia, ale niektóre przepisy zaczną obowiązywać wcześniej. Chodzi tu między innymi o art 46, który zacznie obowiązywać po 30 dniach. Artykuł ten precyzuje, że Deweloperski Fundusz Gwarancyjny, zwany dalej „Funduszem”, stanowi wyodrębniony rachunek w Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym.
Wśród licznych celów, na jakie będzie można wydatkować środki Funduszu, jest też zapis, mówiący, że ze środków Funduszu pokrywa się również „wydatki związane z nabyciem rzeczowych składników majątku oraz wartości niematerialnych i prawnych, które będą wykorzystywane przy realizacji zadań Funduszu”. To zdanie jest zaś na tyle pojemne i mało precyzyjne, że stwarza pole do wydawania pieniędzy potencjalnych nabywców mieszkań, na cele niekoniecznie bezpośrednio związane z budowaniem i sprzedawaniem tychże mieszkań.

Gospodarka 48 godzin

Bez Unii nie da rady
Rada Ministrów zdecydowała, że Polska ratyfikuje decyzję Rady Unii Europejskiej z dnia 14 grudnia 2020 r. w sprawie systemu zasobów własnych Unii Europejskiej. Ratyfikacja ta może otworzyć naszemu krajowi dostęp do największych w historii Unii Europejskiej środków finansowych – wynoszących około 770 mld zł – bez których jakikolwiek rozwój Polski byłby niemożliwy. Przyjęcie przepisów o zasobach własnych umożliwi skorzystanie z tych pieniędzy. Środki z UE pomogą wzmocnić polską gospodarkę oraz pozwolą na wyjście z kryzysu wywołanego przez COVID-19. Aby skorzystać z unijnego budżetu (zarówno z klasycznego budżetu UE, jak i w ramach unijnego Planu Odbudowy), wszystkie państwa UE muszą zaakceptować decyzję w sprawie zasobów własnych. W przypadku Polski oznacza to ratyfikację decyzji na podstawie ustawy. W ramach unijnego budżetu, nasz kraj może liczyć na niemal 137 mld euro bezzwrotnych środków: 107,9 mld euro z tzw. Wieloletnich Ram Finansowych oraz 28,6 mld euro z instrumentów Funduszu Odbudowy. Fundusz Odbudowy jest odpowiedzią Unii Europejskiej na zagrożenia i wyzwania, jakie spowodowała pandemia. Na nim opiera się Krajowy Plan Odbudowy, który ma wykorzystywać środki unijnego Instrumentu na rzecz Odbudowy i Wzmacniania Odporności (stanowiącego największą część Funduszu Odbudowy). Ponadto Polska będzie mogła skorzystać z 34,2 mld euro w postaci niskooprocentowanych pożyczek z unijnego Funduszu Odbudowy.

Skorzystamy z szansy?
Już od kilku lat mówi się o planach budowy przez Polskę farm wiatrowych na Bałtyku, mających osiągnąć moc około 11 Gigawatów. Stopniowo planowane są obszary morskie, gdzie będą zlokalizowane farmy wiatrowe, ale sprawy posuwają się bardzo powoli. Na internetowym szczycie klimatycznym TOGETAIR stwierdzono, iż nasz kraj nie jest w stanie osiągnąć celów polityki energetycznej bez rozwoju energetyki morskiej – ale trzeba być optymistą w zakresie inwestycji w farmy wiatrowe. Specjaliści przewidują, że najwcześniej w 2023 roku zapadną wszystkie decyzje administracyjne, pozwalające na budowę polskich farm wiatrowych na Bałtyku. Mateusz Berger, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu, wskazując na potencjał energetyki wiatrowej stwierdził: „Wszystkie aspekty geograficzne sprzyjają temu, by Polska grała pierwsze skrzypce w morskiej energetyce wiatrowej. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej szansy.”

Gdy zdejmą mundur
W kwietniu w Polsce rozpoczęła działalność pierwsza agencja pośrednictwa pracy, która swoje oferty kieruje wyłącznie do służb mundurowych – czyli funkcjonariuszy opuszczających szeregi wojska, policji, straży pożarnej, granicznej, ochrony kolei, wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, ABW i CBA. Każdego roku ponad 10 tysięcy mężczyzn i kobiet z tych instytucji zdejmuje mundur. Na ogół są oni w pełni sił, ponieważ mogą relatywnie bardzo wcześnie przechodzić na emeryturę. Nie zawsze jednak umieją się odnaleźć w „cywilnym świecie”. 85 proc. funkcjonariuszy odchodzących ze służby chce być dalej aktywnymi zawodowo. Reprezentują oni około 350 rozmaitych zawodów, więc zwykle mają kwalifikacje umożliwiające im znalezienie dobrej pracy. Tym niemniej, mundurowi niejednokrotnie potrzebują wsparcia po odejściu ze służby.

Zacznijcie rozwiązywać te problemy!

Rząd PiS spisał bariery stojące przed przedsiębiorcami. Są znane od lat. Ciekawe, kiedy rząd wreszcie przedstawi konkretne sposoby ich pokonania?

W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii powstała Biała Księga Rozwoju Przemysłu. Zawarte w niej zapisy są zbiorem postulatów, barier i oczekiwań polskich przedsiębiorców oraz szeregu organizacji gospodarczych. Widać, że po pięciu latach rządów Prawa i Sprawiedliwości tych barier i oczekiwań – oraz propozycji ich przełamania – jest bardzo dużo.
Najważniejsze są bariery o charakterze powszechnym, dotykające niemal wszystkie lub dużą część branż polskiej gospodarki. Oto one.
· Niedoskonałe procesy kształcenia oraz deficyt kadr dla potrzeb poszczególnych dziedzin przemysłu.
· Niewystarczający dostęp do preferencyjnych form finansowania, w tym finansowania badań i rozwoju.
· Problemy związane z gospodarowaniem odpadami.
· Wydłużone i skomplikowane procedury administracyjne, w tym zbyt wielka ilość zbyt często zmieniających się przepisów oraz ich niejasność.
· Ograniczenia związane z przepisami prawa pracy.
· Wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej związane głównie z cenami energii.
· Nieprawidłowe praktyki w zamówieniach publicznych ze strony zamawiających (nieuczciwe preferowanie jednego z kontrahentów).
Zdaniem resortu rozwoju, z analizy poszczególnych, zgłoszonych trudności należy wyciągnąć wniosek, że obecnie największą zdefiniowaną barierą jest dostęp do kadry pracowniczej. Wydaje się, że urzędnicy tego ministerstwa poszli nieco na łatwiznę, uznając właśnie tę barierę za najważniejszą – bo akurat jej usunięcie nie zależy od resortu rozwoju. Inne bariery natomiast leżą już w gestii pracowników tego ministerstwa. Gdyby więc uznali oni ich wagę, potwierdziliby swoją niską skuteczność no i dodali sobie pracy. Wiadomo zaś, że najłatwiej koncentrować się na problemach, które inni będą musieli rozwiązywać.
W rezultacie, w Białej Księdze Polskiego Przemysłu poświęca się wiele miejsca właśnie dostępowi do kadry pracowniczej. Urzędnicy przygotowujący tę księgę zwracają uwagę, że przedsiębiorcy zgłosili propozycje takie, jak stworzenie systemu zachęt dla absolwentów szkół średnich aby kontynuowali naukę na uczelniach technicznych (zwłaszcza w obszarze nowych technologii); doprowadzenie wreszcie do współpracy uczelni technicznych z przemysłem; przeprowadzenie reformy systemu kształcenia pod kątem jego dostosowania do potrzeb przemysłu. Jak wynika z Białej Księgi, przedsiębiorcy wskazują, że problem deficytu nie dotyczy tylko kadry wysokospecjalizowanej, ale także pracowników wykonujących prace fizyczne.
Kolejną zgłoszoną przez praktyków gospodarki barierą są ograniczone możliwości uzyskiwania finansowania ze strony państwa w formie grantów i niskooprocentowanych (czy wręcz umarzalnych) środków, w tym wspierających działalność inwestycyjną i badawczo-rozwojową.
Mówiąc ściślej, takie środki są – i to nawet niemałe, idące w grube miliony złotych – ale głównie dla krewnych i znajomych królika, dobrze widzianych przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Firma OncoArendi należąca do Marcina Szumowskiego, brata byłego już ministra zdrowia, od 2015 r. dostała łącznie 140 mln zł publicznych środków. Firma na swej stronie internetowej informuje, że jej ambicją jest m.in. „komercjalizacja przełomowych leków na raka, choroby włóknieniowe i zapalne”. Na razie jednak głucho o lekach, choćby nawet niekoniecznie przełomowych, które za sprawą OncoArendi zostały wprowadzone na rynek. Chodziłoby więc po prostu o to, aby pieniądze podatników były rozdzielane uczciwiej.
Część postulatów przedsiębiorców dotyczyła problemów związanych z otrzymaniem finansowania projektów w ramach przeprowadzanych konkursów. Zwracają oni uwagę, że rządowe programy badawcze są niedopasowane do potrzeb i możliwości poszczególnych branż, za długi jest czas oczekiwania na decyzję w kwestiach
związanych z akceptacją i realizacją projektu, regulaminy konkursów oraz warunki realizacji projektów badawczo – rozwojowych są niejednolite i zbyt zawiłe.
Dużym problemem, z jakim mierzą się polskie firmy są także kwestie spełnienia wymogów środowiskowych, w tym dla gospodarki o obiegu zamkniętym oraz związanych z nadmiernymi obciążeniami regulacyjnymi i obowiązkami dotyczącymi gospodarki odpadami.
Inną zdiagnozowaną przez przedsiębiorców barierą są długie i skomplikowane procedury, zwłaszcza – ale nie tylko – jeśli chodzi o przewlekłość wydawania decyzji administracyjnych (w czasie pandemii wszelkie terminy jeszcze się wydłużyły). Inflacja przepisów, zbyt duża zmienność i niejasność prawa, wpływają negatywnie na stabilność prowadzenia działalności gospodarczej.
Przedsiębiorcy wskazali też na coraz większe trudności powodowane przez rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Wzrastają zwłaszcza ceny energii, co wynika z narzucania transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii.
Ważnym problemem są również kłopoty z przetargami. W zamówieniach publicznych nadużywane jest kryterium ceny w zamówieniach, a inne kryteria zostawiają zbyt duże pole do uznaniowości.
Wszystkie przedstawione tu bariery są znane od wielu lat i ich spisanie trudno uznać za osiągnięcie. Pytanie, kiedy wreszcie ze strony rządu PiS pojawią się konkretne sposoby ich pokonania?

Gospodarka 48 godzin

Dobrymi chęciami
Przedstawiciele organizacji przedsiębiorców spotkali się z prezydentem Andrzejem Dudą i wicepremierem Jarosławem Gowinem. Spotkanie w pałacu prezydenckim było wynikiem listu, wysłanego przez przedsiębiorców do prezydenta, w którym zwracali oni uwagę na negatywne efekty zamknięcia wielu dziedzin gospodarki. Prezydent zachowywał optymizm i początkowo chwalił efekty działań rządu PiS, oświadczając, że sytuacja w Polsce od strony gospodarczej nie wygląda źle – i na tle innych krajów poradziliśmy sobie z tym wielkim wyzwaniem, jakim jest pandemia. Później jednak prezydent dodał, iż: „Największym wyzwaniem jest znalezienie takich rozwiązań, które pomogą przetrwać polskim firmom i polskim przedsiębiorcom”. W ten sposób prezydent RP jednoznacznie dał do zrozumienia, że rząd PiS dotychczas nie znalazł takich rozwiązań.
Podczas spotkania członkowie Rady Przedsiębiorczości – szefowie dziewięciu największych stowarzyszeń biznesowych w Polsce – zaproponowali decydentom zawarcie Paktu Antykryzysowego, w ramach którego prezydent, przedstawiciele rządu oraz szeroko rozumiany biznes mieliby wspólnie wypracować rozwiązania, z jednej strony pozwalające przetrwać firmom, a z drugiej minimalizujące ryzyko zakażeń koronawirusem. Jak relacjonował uczestnik spotkania, prezes Business Centre Club Marek Goliszewski, prezydent Duda przyjął do wiadomości pomysł zawarcia takiego paktu, natomiast wicepremier Gowin oświadczył, że opowiada się za szybszym odmrażaniem gospodarki i wsparciem branż deficytowych. Prezes Goliszewski dodał, że przesłaniem tego spotkania było podjęcie dialogu na rzecz gospodarki z prezydentem, jako osobą, która ma wpływ na podejmowane decyzje – i przekonywanie jej do rozwiązań, które są konieczne, żeby firmy miały wsparcie, a gospodarka odbiła się od dna i odbudowała. Przedsiębiorcy przedstawili postulaty kierowania w większym stopniu funduszy europejskich nie tylko na inwestycje publiczne, ale przede wszystkim do sektora prywatnego. Wskazywali na konieczność przestawienia polityki gospodarczej z prokonsumpcyjnej na inwestycyjną. Zgłoszono pod adresem prezydenta wniosek o poparcie zniesienia podatku bankowego i skierowania zaoszczędzonych z tego tytułu pieniędzy na kredyty dla firm. Nadzieje na większe środki dla firm rozwiał obecny na spotkaniu Paweł Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, który wskazał, że środki europejskie z Funduszu Odbudowy i Restrukturyzacji dotrą do Polski najwcześniej w 2022 roku, a zapewne sporo później. Dużo czasu poświęcono na spotkaniu sposobowi stanowienia prawa w Polsce i ustawom gospodarczym, zbyt szybko uchwalanym i zmienianym przez Sejm, bez konsultacji z praktykami życia gospodarczego. Zaapelowano do prezydenta RP o zawetowanie ustaw, które w swoich zapisach stawiają każdego przedsiębiorcę w roli podejrzanego i zniechęcają do inwestycji oraz tworzenia nowych miejsc pracy.
Rozmaitych paktów już wiele w Polsce zawierano i raczej nic z nich nie wynikało. Zapewne podobnie będzie i z propozycją obecnego Paktu Antykryzysowego. Tym bardziej, że podczas spotkania z prezydentem Dudą mówiono nie tyle o konkretach, co o dobrych chęciach, którymi – jak wiadomo – jest wybrukowana jedna droga.

Gospodarka 48 godzin

Prawdziwy szczęściarz
Bankowy Fundusz Gwarancyjny poinformował, że ze względu na bardzo złą sytuację kapitałową, wszczął przymusową restrukturyzację Idea Banku S.A. Podano również, że należący do Leszka Czarneckiego bank z dniem 3 stycznia 2021 r. zostaje przejęty przez bank Pekao S.A. Jednocześnie Komisja Nadzoru Finansowego ogłosiła, że możliwość odzyskania środków finansowych od Idea Banku przez poszkodowanych w sprawie GetBack była „obiektywnie nierealna” także w razie hipotetycznych korzystnych dla nich rozstrzygnięć sądowych – z czego bynajmniej nie wynika, że teraz stanie się realna, gdyż bank Pekao S.A. nie przejął wszystkich zobowiązań Idea Banku. Oznacza to, że dochodzenie ich roszczeń od Idea Banku może okazać się nadal niemożliwe. Ostro skrytykowali to sami poszkodowani w aferze GetBack. „Właśnie po raz drugi okradziono obligatariuszy GetBack. Wszelkie ich roszczenia trafią do IdeaBank SA w Upadłości, czyli banku bez żadnego majątku” – stwierdził Arkadiusz Szczęśniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. Rzeczywiście, kapitały własne Idea Banku wynoszą dziś minus 482,8 mln zł!. Komisja Nadzoru Finansowego umywa ręce i tłumaczy, że wśród środków, jakimi zgodnie z przepisami prawa dysponuje w stosunku do podmiotów nadzorowanych, m.in. banków, brak jest możliwości nakazu wypłaty środków pieniężnych utraconych przez pokrzywdzonych na skutek działania lub zaniechania podmiotu nadzorowanego. KNF sugeruje, że w sprawie odszkodowań należałoby się zwrócić do sądów powszechnych. Czyli, organa administracji jak zwykle twierdzą, że nic się nie da zrobić. Natomiast sam Leszek Czarnecki, choć oficjalnie jest oburzony zabraniem mu banku, po cichu zapewne zaciera ręce z satysfakcją. Pozbył się wreszcie ciężko zadłużonego przedsiębiorstwa, do którego Bóg wie ile musiałby jeszcze dopłacać. Niestety, na podobny szczęśliwy zwrot sytuacji nie mogą mieć nadziei liczni właściciele innych firm, które są zadłużone i cienko przędą.

Zaszczepcie nas szybko
Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej wnosi o zakwalifikowanie dziennikarzy do grupy podwyższonego ryzyka zakażeniem koronawirusem i wpisanie tej grupy zawodowej na preferencyjną listę osób typowanych do szczepień przeciw COVID-19. SDRP upomina się o tych, którzy wykonując swoje zawodowe obowiązki, codziennie wychodzą na spotkanie z koronawirusem. Dziennikarze, a zwłaszcza reporterzy i operatorzy muszą pozyskiwać informacje z różnych źródeł, od wielu osób, a także bezpośrednio obserwować i uczestniczyć w ważnych wydarzeniach. Niezbędne informacje w bieżącej pracy dziennikarzy nie zawsze można uzyskać drogą pisemną, internetową czy telefonicznie. W tym celu bezpośredni, żywy kontakt z wieloma różnymi rozmówcami jest po prostu konieczny. W takich sytuacjach utrzymanie bezwzględnego reżimu sanitarnego (a zwłaszcza dystansu) jest bardzo utrudnione, czasem wręcz niemożliwe. W środowisku dziennikarskim coraz częstsze są przypadki zakażeń wirusem, a także zgony. Dlatego stowarzyszenie uważa, że poddanie środowiska szerokiej akcji szczepień mogłoby temu zapobiec, a jednocześnie umożliwić mediom niezakłóconą pracę, tak ważną społecznie w trudnym dla wszystkich czasie pandemii.

Nie wierzymy w ten system

Główne powody nikłego uczestnictwa w Pracowniczych Planach Kapitałowych to niskie zaufanie do tego rozwiązania oraz brak zaangażowania pracodawców.
Pracownicze Plany Kapitałowe, które tworzone są sukcesywnie od ponad roku, powinny w dłuższym czasie stać się poważnym, a nawet najważniejszym, dodatkowym źródłem dodatkowych pieniędzy na emeryturze (taką ocenę można znaleźć w biuletynie Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych).
Od 2010 roku dokonano wiele zmian w otwartych funduszach emerytalnych, które de facto oznaczają stopniową likwidację kapitałowej części zabezpieczenia emerytalnego. Jest to najpoważniejsza przeszkoda dla samych PPK, o czym świadczy niski udział osób zatrudnionych w dużych firmach (ok. 40 proc. uprawnionych) oraz sygnały, że partycypacja w średnich i małych będzie jeszcze mniejsza.
Jako największe przyczyny można bez wątpienia wskazać niskie zaufanie osób do systemu organizowanego przez państwo oraz brak zaangażowania pracodawców w propagowanie tej formy oszczędzania.
Gdy miałem rok temu przyjemność spotykać się z pracownikami i pracodawcami, , następujące pytania i wątpliwości dotyczące wdrożenia PPK padały najczęściej: „Zabiorą mi te pieniądze tak jak z OFE?” (pracownicy); „W ustawie są zapisy, że pieniądze są prywatne, ale ustawę można zmienić” (też pracownicy); „Ile nas to będzie kosztować w opcji minimalnej?” (pracodawcy).
Te wątpliwości są tak wyraźne, że ich skutkiem jest z jednej strony wspomniana już niska partycypacja, a z drugiej brak postrzegania PPK przez pracodawców jako ciekawego mechanizmu pomagającego zwiększyć lojalność doświadczonych pracowników np. poprzez powiązanie wysokości wpłat od firmy ze stażem. Obecnie zaledwie 1 proc. pracodawców wpłaca więcej niż ustawowe minimum, czyli 1,5 proc. pensji.
Znajomość tych wątpliwości przed uchwaleniem ustawy regulującej PPK była zresztą stronie rządowej znana, a wiele z nich było zgłaszanych przez partnerów społecznych i izby gospodarcze na etapie konsultacji.
Dzięki merytorycznej argumentacji, w ustawie dodano zapisy, że środki w PPK stanowią prywatną własność uczestnika (takich zapisów brakowało w ustawie regulującej działalność otwartych funduszy emerytalnych). Nastąpiło też zmniejszenie wysokości minimalnych wpłat uczestnika, gdy jego zarobki są bliskie minimalnego wynagrodzenia.
PPK powstały jako programy oszczędnościowe, a nie emerytalne. Są na to co najmniej cztery dowody: przynależność do programu nie jest obowiązkowa (wprawdzie osoby do 55 roku są do niego zapisywane automatycznie, mogą jednak zrezygnować z uczestnictwa w każdej chwili); wypłacić środki można w każdym momencie (czasami wiąże się to jednak z rezygnacją z części benefitów); wypłaty najbardziej opłacają się uczestnikom po ukończeniu 60. roku życia niezależnie od płci, a wiek ten nie jest połączony z wiekiem emerytalnym (choć jest on zbieżny z wiekiem emerytalnym kobiet); wypłaty można dokonać w różny sposób, również jednorazowo, a dożywotnia renta jest tylko jednym z możliwych rozwiązań. Wypłata po 60. roku życia może mieć różną postać, np.: jednorazowa, ratalna, z przeniesieniem na rentę wieczystą lub terminową, a nawet świadczenie małżeńskie.
Sama nazwa produktu, by podkreślić odrębność od systemu zabezpieczenia społecznego, nie zawiera słów kojarzonych z emeryturą. Pomimo to, w mojej ocenie, PPK dla uczestników powinny stanowić pierwszy wybór formy oszczędzania na starość.
Ocena ta wynika z benefitów otrzymywanych przez pracownika w tym produkcie. Jest ona jednoznaczna, gdyż uczestnik nie może zrobić w tym programie tylko jednej rzeczy – samodzielnie wybrać instytucji finansowej, do której przesyłane są wpłaty. Instytucję finansową zarządzającą PPK wybiera pracodawca.
Co natomiast może zrobić pracownik z PPK? Lista takich możliwości jest długa: podjąć decyzję o przystąpieniu lub nie do PPK; zrezygnować z oszczędzania; zawiesić albo wznowić własne wpłaty; zmienić wysokość wpłat w przedziale od 2 do 4 proc. wynagrodzenia, a dla osób o niskich zarobkach nawet od 0,5 do 4 proc.; dokonać zwrotu środków przed 60 rokiem życia; użyć części środków w przypadku ciężkiej choroby swojej lub członka rodziny; użyć wszystkich środków jako nieoprocentowanego kredytu na wkład własny z przeznaczeniem na zaspokojenie swoich potrzeb mieszkaniowych; przenieść (albo nie) dotychczas zgromadzone środki do nowej instytucji finansowej u nowego pracodawcy; zmienić fundusz na bardziej dynamiczny lub na bardziej bezpieczny; wskazać osoby uprawnione do otrzymania środków po śmierci.
Środki są dziedziczone, mogą podlegać podziałowi po rozwodzie lub unieważnieniu małżeństwa, jak również nie podlegają egzekucji, o ile nie jest ona związana z zobowiązaniami alimentacyjnymi. A przy tym jest to obecnie najtańsza forma oszczędzania poprzez fundusze, gdyż nie ma opłat manipulacyjnych i od każdej wpłaty nie ma, a opłaty za zarządzanie są na poziomie średnio około 0,4 proc. aktywów rocznie.
Można więc odpowiedzieć na wątpliwości pracowników, które są dalej bardzo silne, w sposób następujący: PPK to najtańszy program oszczędzania, a jeśli ustawodawca zacznie kiedykolwiek przebąkiwać coś o zabraniu pieniędzy z naszych rachunków, to wszyscy pójdziemy do instytucji finansowych z wnioskami o zwrot środków na nasze prywatne konta, zanim takie zmiany przejdą przez Sejm, Senat i wejdą w życie. Ale wówczas już nikt nie będzie w stanie wprowadzić masowego programu oszczędzania, chyba że będzie obowiązkowy.
Podsumowując, pierwszy okres działalności PPK można uznać za udany, jeśli chodzi o przygotowanie instytucji finansowych i rezultaty ich zarządzania. Rozczarowujący jest poziom uczestnictwa pracowników, wynikający z ogólnego braku zaufania do rozwiązań proponowanych przez ustawodawców, szczególnie po zmianach w OFE, które nastąpiły na przestrzeni ostatnich 10 lat.
Odbudowanie zaufania wymaga stabilności reguł gry, niezależnie od tego kto w przyszłości będzie o nich decydował, a ewentualne zmiany powinny mieć na celu to, by cały system był łatwiejszy do zrozumienia dla przyszłych emerytów. Przy spełnieniu takich warunków pracownicy zobaczą, że nie ma obecnie tak zyskownego sposobu na inwestowanie, który byłby porównywalny z PPK. Uczestnictwo w programie powinno się wówczas stopniowo zwiększać.

Eksportuj albo giń?

Obecny kryzys dla myślących przedsiębiorców może stać się szansą na opłacalny rozwój handlu zagranicznego.
Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że rozwój eksportu to kosztowne przedsięwzięcie. Szczególnie dziś sytuacja nie jest łatwa dla żadnego przedsiębiorcy. Kryzys spowodowany pandemią COVID-19 dotknął większość branż w Polsce.
Powolne odmrażanie gospodarki pozwala na ponowne rozpoczęcie sprzedaży i odrabianie strat, jednak prawie trzymiesięczny przestój w handlu oraz zamknięcie galerii i sklepów poza tymi pierwszej potrzeby, spowodowały problemy w wielu przedsiębiorstwach, szczególnie z płynnością finansową.
Aby odbić się od panującego teraz kryzysu, firmy będą musiały wykazać się innowacyjnością i elastycznością w osiągnięciu sprzedaży, która nadrobią ich straty. Eksport jest szansą na maksymalizację marży i zwiększenie dochodów. Właśnie teraz jest najlepszy czas na inwestycje w handel zagraniczny.
To, co dla jednych może być przeszkodą, dla innych może stać się okazją do rozwoju i osiągnięcia nowych korzyści. Łańcuchy dostaw, które do tej pory były stabilne od lat, z powodu pandemii zaczną teraz ulegać zmianie. Zagraniczni przedsiębiorcy będą szukać bezpiecznych dostawców i dywersyfikować kanały tak, aby nie być zależnym od jednego rynku. Jest to szansa dla polskich eksporterów, ale też i tych przedsiębiorców, którzy jeszcze nigdy nie eksportowali, na zawarcie kontraktów z kontrahentami szukającymi alternatywy dla towarów z Chin. Twarde ramy dotychczasowej wymiany handlowej ulegają teraz znaczącym zmianom.
Eksport może wspomóc firmę w okresie kryzysu. Natomiast program POPW 1.2 (Program Operacyjny Polska Wschodnia 2014-2020 – działanie 1.2 Internacjonalizacja MŚP) jest okazją do pozyskania dodatkowych środków na sfinansowanie takiego przedsięwzięcia.
Środki z dotacji można przeznaczyć m.in. na udział w targach i misjach gospodarczych, pozyskanie certyfikatów niezbędnych na danym rynku, zakup środków trwałych i wartości niematerialnych i prawnych w postaci oprogramowania oraz usługi doradcze i marketingowe związane z wchodzeniem na rynki zagraniczne.
Projekt ten jest skierowany do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z Polski Wschodniej, tj. województw warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, lubelskiego i podkarpackiego. Wartość dofinansowania może wynieść do 800 000 PLN netto i 85 proc. kosztów kwalifikowalnych, zaś sam program nie wymaga wskaźników w postaci wzrostu eksportu, co przy niestabilnej sytuacji gospodarczej na świecie jest dość istotne.
W pierwszej turze naboru zaledwie 55 firm złożyło wnioski o dofinansowanie. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzić będzie jeszcze jeden nabór w 2020 r. – ostatni w perspektywie UE 2014-2020. Na kolejną można czekać aż do dwóch lat, więc warto skorzystać z tej szansy. Druga runda naboru do konkursu POPW 1.2. trwać będzie od 4 sierpnia do 7 września. Proces przygotowania, wymaganego przy ubieganiu się o dofinansowanie, jest pracochłonny – warto więc zapoznać się z nim już dziś.
Warto też zapoznać się z ofertą pomocy w Urzędach Marszałkowskich poszczególnych województw, które również dysponują środkami publicznymi wspierającymi eksporterów.