Ministerialny hejt szkodzi sądom

Z raportu Court Watch wynika, że obywatele gorzej oceniają dziś niezależność sądownictwa, rzetelność procesów oraz bezstronność sędziów niż przed PiS-owską nawałą.

Jeden z deklarowanych celów „reform” w wymiarze sprawiedliwości ewidentnie nie został osiągnięty – odbudowa zaufania społecznego do sądownictwa. Kaczyńskiemu i jego akolitom udało się zorganizować skuteczną nagonkę na część sędziów i rozbudzić agresję, co zwiększyło poparcie dla jego partii. Niemniej jeśli chodzi o postrzeganie samego systemu wymiaru sprawiedliwości, to sytuacja wygląda fatalnie. O sprawie pisze dziś dziennik Rzeczpospolita.
– Postawiliśmy sobie za cel sprawdzenie, jak reforma odbiła się na doświadczeniu zwykłych obywateli. Dane pokazują spadek ogólnego zaufania do sądów, ale to wyraz głównie obaw o ingerencję władzy wykonawczej – powiedział w rozmowie dziennikarzami Rz Bartosz Pilitowski, prezes Court Watch Polska i współautor raportu.
Fundacja badała stan polskiego sądownictwa w latach 2017-19. Z badań wynika m.in., że dla społeczeństwa najważniejsze jest usprawnienie pracy sądów. Odnotowała również wyraźny spadek zaufania do systemu. Jest on wyraźnie niższy niż w 2016 r., jednak warto zauważyć, że wzrósł w stosunku do roku 2015. Obecnie 45 proc. badanych w raporcie Court Watch negatywnie ocenia sądy. Pozytywnie – 32 proc.
Oprócz kwestii dot. stosunku obywateli do sądownictwa raport porusza też problemy, z jakimi stykają się sędziowie. Co 20 sędzia biorący udział w badaniu oznajmił, że był ofiarą – jak napisano w Rzeczpospolitej – „niedopuszczalnej presji na swoje orzekanie”. Dziennikarze Rz przywołują przy okazji dane Europejskiej Komisji na rzecz Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości (CEPEJ); ośrodek ten analizuje funkcjonowanie systemów władzy sądowniczej państw i przedstawia zalecenia w celu poprawy ich skuteczności. Według opracowań tej instytucji proporcja środków przeznaczanych na pomoc prawną względem wszystkich wydatków na sądownictwo w Polsce jest jedną z najniższych wśród krajów Rady Europy – 3,3 proc.

Nasz cel

…to zwycięstwo nad PiS dewastującym Polskę i jej demokratyczny system prawny.

 

Aby zwyciężyć, potrzebna jest silna motywacja i mobilizacja wszystkich możliwych do użycia sił i środków w decydującym starciu z przeciwnikiem. Partia rządząca nastawia przeciwko sobie nie tylko całe grupy społeczne, lecz i rodziny, a nawet poszczególne osoby. Wspiera ideologię faszyzmu i mobilizuje Kościół w misji zakłamywania świata i odwracania znaczenia słów. To nie są puste wyrazy, to wielkie niebezpieczeństwo dla naszego życia prywatnego i naszej rzeczywistości społecznej i międzynarodowej. PiS zdobył władzę na skutek manipulacji i bezprawnie zawłaszczył dla siebie wszystko, co mógł. Kieruje nas w stronę izolacji międzynarodowej i wojny. Problem jest jednak w tym, że tak niewielu z nas to rozumie i potrafi w fałszywym przekazie propagandowym, oferowanym Polakom na niewiarygodną skalę, wyłowić prawdziwy sens i drogę, którą idziemy ku zagładzie, ciemnocie i wstecznictwu. Nauczeni tragiczną historią, protestujemy pokojowo. Nie chcemy polskiej krwi na ulicach, mordobicia i ZOMOwskich pał. Walczymy przekazem do ludzi myślących, napisem „konstytucja”, okrzykami: „kłamiesz i będziesz siedział”. Naprzeciwko nas stają uzbrojone zwarte oddziały resortów siłowych, faszyści, urzędnicy władzy i masowa propaganda, uchodząca za katolicką i publiczną. Używają przeciwko nam wszystkich możliwych środków propagandowych. Najwyższe władze państwowe z lubością ubliżają nam, wspierając ruchy faszystowskie, zastraszając spisywaniem bez powodu przez policję. PiS-owska władza wywiera presję na sędziów i grozi im odpowiedzialnością za ferowanie wyroków zgodnych z Konstytucją RP; wyroków niewygodnych władzy, która ustawę zasadniczą gwałci każdego dnia. Zasadą stało się to, że nie ściga się członków PiS i osób wspierających, którzy nie tylko ubliżają, ale stosują przemoc fizyczną w stosunku do opozycji. To nie są żarty, to śmiertelna gra o zmianę systemu wartości, na jakich opiera się nasz kraj. To izolacja międzynarodowa Polski i rodzący się terror wewnętrzny ze strony tych, których Jarosław Kaczyński nazywa „rasą panów”, cokolwiek by to miało znaczyć. W tej sytuacji podjęcie walki przez społeczeństwo demokratycznego państwa prawa z rodzącą się dyktaturą PiSiewiczów wydaje się być konieczne i raczej nieuniknione.
Jeśli nie chcemy być niewolnikami tej dziwnej rasy kłamców, musimy podjąć walkę wszyscy, tym bardziej, że chodzi o walkę pokojową. Władza dysponuje tysiącami wysoko opłacanych członków służb, zapleczem technicznym i propagandowym, aby opozycję podsłuchiwać, kontrolować i skutecznie skłócać. Nie możemy ulegać wpływom tych, którzy nas dzielą, rozsiewają plotki i oskarżają. Mamy prawo do obywatelskiego sprzeciwu wobec niszczenia demokratycznego państwa prawa. Nie mamy doświadczenia, nie jesteśmy odporni na to działanie i większość z nas nie zdaje sobie nawet sprawy ze skali tego zniszczenia, jakie płynie ze strony obozu władzy, produkującego na masową skalę fałszywe lub wyolbrzymione problemy, dzielące i skłócające istotne grupy opozycyjne. (Inną sprawą, jest ego poszczególnych liderów, ale o tym innym razem). W tej sytuacji zbliża się bitwa o głosy wyborców. Bitwa, w której partia rządząca zmienia reguły i przygotowuje się do wygrania wyborów nawet za cenę fałszerstw. Naszym zadaniem jest niedopuszczenie do tego i wygranie wszystkich wyborów – zarówno tych do samorządów, parlamentu europejskiego, sejmu i senatu, jak również prezydenckich. Wygrać – to znaczy pozbawić PiS wpływu na nasze życie i osądzić tę partię za przestępstwa. Jeśli tego nie zrobimy, to za następne 4 lata (ba, nawet szybciej) będziemy mieli inną konstytucję, sankcjonującą dyktaturę wyznaniową i wschodni system wartości, tak różny od naszego – zachodniego. To nie są żarty, to nie gra, to cena naszej wolności. To śmiertelna rywalizacja, która dla rządzących znaczy tyle, co prawo do okradania obywateli na niebotyczną skalę, korzystania z wpływów i bezkarności, a w razie przegrania wyborów – osądzenia i groźby skazania nas za zdradę narodową. W tym kontekście każde dzielenie opozycji jest zbrodnią przeciwko demokracji. Szukajcie tego, co nas łączy, schowajmy animozje i fochy. PiS dostatecznie nas podzielił. Zwyciężyć możemy zespalając siły w decydujących starciach o przestrzeganie prawa i o sprawiedliwość w naszym wspólnym kraju.

Lewica to ludzie pracy

Wiele osób zastanawia się: co się stało z lewicą? Ale to, co mają na myśli, to nieobecność partii nazywających siebie lewicowymi w głównym nurcie bieżącej polityki.

 

Tymczasem istotą zadania lewicy nie jest zasiadanie w parlamencie osób z lewicową plakietką partyjną, tylko upodmiotowienie świata pracy. Można oczywiście odrzucić takie spojrzenie w nadziei, że wyrzeczenie się idei lewicowej pozwoli serfować na mainstreamowej fali, tylko po co?
Bo jeżeli nie chodzi wyłącznie o diety i prestiż, to takie wchodzenie do polityki bocznymi drzwiami nie da lewicy nawet cienia szansy na przejęcie władzy. Nie będzie też mowy o wcielaniu choćby umiarkowanego programu socjalliberalnych czy socjaldemokratycznych reform.
Upodmiotowienie ludzi pracy to nie tylko cel sam w sobie dający pracownikom udział w zarządzaniu firmami, w których pracują, a także udział w zyskach tych firm.
Chodzi także o upolitycznienie pracowników, uczynienie z nich świadomej swej siły i swych interesów grupy/klasy społecznej.
Ideolodzy panującego, neoliberalnego systemu wmawiają nam, że jesteśmy jedynie zasobami ludzkimi, które nie mają nic do gadania w miejscu pracy, a godni uwagi stajemy się dopiero jako konsumenci, mieszkańcy czy wyborcy. Stąd zamiast ruchu pracowniczego w centrum uwagi tej „lewicy light” są ruchy miejskie, których cele i horyzont ideowy sprowadza się do kwestii ważnych, lecz nie najważniejszych. Skoncentrowane są na racjonalizacji polityki przestrzennej, transportu, komunikacji i funkcjonowania miast i gmin, ale rzadko dotykają polityki społecznej, rozwarstwienia, a już nigdy praw pracowniczych.
Lewica powinna się angażować na szczeblu lokalnym w sprawy związane z projektowaniem przestrzeni publicznej, urbanistyką czy transportem zbiorowym, ale nie może zapominać, że jej głównym zadaniem jest organizowanie polityczne ludzi, którzy w społecznym podziale pracy i jej owoców są pomijani i dyskryminowani. Ma obowiązek mówić o wyzysku, głodowych płacach, nieludzkich warunkach pracy i niegodnym traktowaniu pracowników.
Tymczasem w środowiskach lewicowej inteligencji panuje nieufność wobec klasy pracującej.
Nieufność charakterystyczna dla drobnomieszczaństwa. Ludzie o zdawałoby się wysokim „kapitale kulturowym” zdają się nie rozumieć jak kapitalne znaczenie dla przyszłości formacji lewicowej ma interakcja inteligencji z ludem. To rodzi postawy paternalistyczne i koncepcje odgórnego uszczęśliwiania warstw ludowych. Stąd rozmaite koncepcje polityki społecznej jako głównego instrumentu wyrównywania różnic majątkowych i dochodowych. Koncepcja Bezwarunkowego Dochodu Gwarantowanego i pokrewne opierają się na założeniu, że robotnik, kierowca, budowlaniec czy pracownik na hali fabrycznej nie jest w stanie na siebie wystarczająco dużo zarobić i potrzebuje wspierać swe dochody zasiłkami z pomocy społecznej, czy innymi instrumentami transferu socjalnego. A przecież skoro rośnie dochód narodowy, to powinien rosnąć udział płac w tym dochodzie. Robotnicy zarabiają na swe utrzymanie, tylko są systematycznie okradani przy wypłacie, bo jest ona wyłącznie oparta o sytuację na rynku pracy, a nie efekty pracy załogi, która swym zbiorowym wysiłkiem gwarantuje firmie zyski.
Trzeba rzecz jasna oddzielić przedsiębiorstwa dochodowe, często notowane na giełdzie, gdzie zyski rosną lawinowo od mikrofirm, które płacą mało, bo często działają na granicy opłacalności. Tam gdzie zyski są małe, pensje powinny być uzupełniane z budżetu państwa tak, aby ludziom pracy i ich rodzinom zapewnić godny (nie minimalny) poziom życia. Kiedy prawica, liberałowie pytają nas, socjalistów, komu zabrać, żeby dać tym, którym brakuje, możemy spokojnie odpowiedzieć, że akt zabierania już się dokonał przy podziale dochodów firmy na zyski i płace pracowników.
Wystarczy nam godnie płacić, dopuścić nas pracowników do udziału w dobrach, które naszą pracą wytwarzamy, a potrzeba wyrównywania w drodze podatków i zasiłków znacząco zmaleje.
Redystrybucja budżetowa jest konieczna, żeby zapewnić każdemu z nas godny poziom życia w ramach różnych usług publicznych takich jak powszechna, bezpłatna służba zdrowia, mieszkalnictwo komunalne, czy pomoc społeczną dla tych, którzy utracili pracę lub zdolność do jej świadczenia. Nie może być ona jednak głównym sposobem zasypywania przepaści jaka rośnie między bogacącymi się elitami a niezamożną większością. Jeżeli nie nauczymy się liczyć zysków i domagać się w nich udziału, doczekamy świata, w którym demokrację zastąpi oligarchia. Rządy bogatych nad biednymi. W swojej istocie taki system już działa, choć oficjalnie zachowuje się jeszcze pozory.
I mimo, że nie ma już prawie wielkich zakładów pracy, zatrudniających tysiące ludzi, to jednak tylko ludzie pracy, zorganizowani w siłę polityczną mogą cofnąć ten proces i zapobiec nadejściu totalitarnej dyktatury wielkich korporacji i najbogatszych udziałowców.
Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy pod hasłami polityki prorodzinnej, nie pro-pracowniczej, mimo że formacja ta odwołuje się do „Solidarności”, wielkiego ruchu ludzi pracy, który ongiś liczył 10 milionów pracowników. W konfliktach między pracownikami a pracodawcami rząd Mateusza Morawieckiego twardo stoi po stronie kapitału. Próby strajku w wielu firmach, w tym w ZUS, Poczcie Polskiej czy PLL LOT stłumiono, zwalniając działaczy związkowych, a „Solidarność” odgrywa teraz zwykle rolę łamistrajka.
Jednym z głównych haseł wielkiego strajku brytyjskich górników w latach 80. było „Praca, nie zasiłek”. Praca już właściwie jest. Ale płace wciąż przypominają zasiłki, a nie godne wynagrodzenie. Jeżeli lewica ma się odrodzić, to tylko w walce o godność i podmiotowość ludzi pracy. Nie da się tego zastąpić ruchami miejskimi, ekologicznymi, które są niezbędne, ale lewicy nie zastąpią. Naszą wciąż niezastąpioną bronią muszą być znów strajki, ekonomiczne i polityczne. Tylko wtedy lewica się odrodzi, gdy na Wiejskiej zasiądą ludzie pracy, by przegłosować tych, którzy ich krzywdzą od początku transformacji ustrojowej.

Kartka do sędzi Gersdorf

To ważna akcja w sieciach społecznościowych. Nazywa się „Wyślij kartkę do prof. M. Gersdorf”. Jej istota zawiera się w poniższym cytacie:

 

„Dlatego proponujemy spontaniczną akcję, zaproponowaną przez środowisko sędziowskie. Okażmy Pani Profesor nasz szacunek i wsparcie, wysyłając kartki z pozdrowieniami i życzeniami dla Pani Profesor. Na Jej ręce przekażmy nasze wsparcie dla sędziów Sądu Najwyższego”.
To ja też napiszę, dobrze? Kartka mała, miejsca niedużo, ale dla mnie wystarczy. Z jedną wszakże różnicą: nie mam najmniejszego zamiaru wyrażać dla Pani ani szacunku, ani wsparcia. Jednego nie mam, drugiego nie mam ochoty okazać. Tak, będę dziś protestował przeciwko podporządkowaniu władzy sądowniczej rządzącej partii i praktycznej likwidacji trójpodziału władzy, który ma swoje wady, ale proponowane alternatywy mnie nie urządzają. Protestować będę z najwyższym wstrętem. Stawać bowiem będę obok ludzi, których celem nie jest walka o lepsze państwo, lecz walka o państwo takie, które gwarantowało im i tylko im apanaże i dobre, godne życie. Zapracować na nie mieli ci, na których nawet nie zwracali uwagi – pozbawieni podstawowych praw pracowniczych, nędznie opłacani, wykluczeni społecznie i materialnie. Plebs. Posmakujcie to słowo, kiedy na języku łączą się literki „b” i „s”. Jak do splunięcia.
Pani sędzio, Pani jest zapewne z tych, która prawdopodobnie to słowo tak wymawia. Bo nie może inaczej, skoro nie wstydzi się Pani twierdzenia, że za 10 tysięcy pensji, to można wyżyć tylko na prowincji. Nie wie pewnie Pani, że większość ludzi w tym kraju zarabia 2300 i za to musi przeżyć, nieważne – na prowincji czy w mieście. Tacy dla Pani pewnie nie istnieją.
Pani jest też przekonana, że kiedy mija się publicznie z prawdą, że nie brała udziału w proteście, a potem, kiedy to kłamstwo zdemaskowano, bez najmniejszej żenady opowiadała Pani głupstwa, że szła, było ciemno i ktoś jej wcisnął w rękę świeczkę, więc ją wzięła. Ileż trzeba mieć pogardy dla ludzi, żeby wierzyć, że takie wyjaśnienia wezmą za dobrą monetę.
To nie jednostkowa pomyłka i zaćmienie umysłu, nie. Tak samo było, kiedy swoją osobą prezesa Sądu Najwyższego firmowała Pani zaprzysiężenie wybranego z naruszeniem Konstytucji sędziego TK. I doprawdy nie wiem, co było bardziej żałosne: sam fakt obecności czy późniejsze tłumaczenia, że zrobiła to Pani „bezrefleksyjnie”, bo była przemęczona i przepracowana. Z takich powodów to można guziki w windzie pomylić, a nie kompromitować stanowisko i funkcję, która się piastuje. I opowiadanie dziennikarzom bez znajomości znaczenia słów, że będzie Pani sędzią „na uchodźstwie”. Nie rozumiejąc, jak się zdaje, co to uchodźstwo i z jakich powodów tam się ludzie znajdują.
Zatem stanę dziś o 21.00 pod Sejmem protestując przeciwko próbie zagarnięcia przez PiS państwa dla siebie. Ale nie w celu poparcia Pani, sędzio Gersdorf.
Mało tego. Jeżeli uda się powstrzymać partię rządzącą i powrócić do państwa z trójpodziałem władzy, to przysięgam, że na głowie stanę i będę robił wszystko, by tacy ludzie jak Pani i Pani koledzy nigdy już nie mieli okazji zasiadać w najwyższych organach sprawiedliwości, by nie mogli psuć państwa, demokracji i relacji społecznych, tak, jak to robili od 1989 roku. Nie ma miejsca w organach władzy dla ludzi oderwanych od rzeczywistości, gardzących zwykłym człowiekiem, bezczynnie przyglądających się postępującemu rozwarstwieniu społeczeństwa i godzących się na wykluczanie całych grup Polek i Polaków. Zmuszacie mnie do tego, bym stanął z wami ramię w ramię, choć mam was za szkodników. Niech was szlag trafi.

Socjaliści w obronie demokracji

Stanowisko Polskiej Partii Socjalistycznej w sprawie łamania zasad demokracji.

 

Polska partia Socjalistyczna, najstarsza polska partia, od początku swego istnienia łączyła programowo w ramach idei demokratycznego socjalizmu dwa hasła: niepodległości państwa i sprawiedliwości społecznej. Pierwszy program przyjęty na Zjeździe Założycielskim w Paryżu w 1992 roku zakładał, że przyszła Polska będzie pod względem politycznym opierała się o „demokrację parlamentarną, z szerokim samorządem gminnym i prowincjonalnym, gwarantującą równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy płci, rasy, narodowości i wyznania oraz całkowitą wolność słowa, druku, zebrań i stowarzyszeń”.
O taką Polskę walczyli i ginęli członkowie PPS. Obecnie mamy do czynienia z nasilającym się łamaniem zasad „parlamentaryzmu”, przepychaniem przez parlament ustaw „łokciem i kolanem”, ograniczaniem, a nawet pozbawianiem opozycji prawa do dyskusji i uniemożliwianiem obywatelom prawa do wyrażania sprzeciwu wobec treści i sposobu stanowienia prawa. Ignorowane jest nawet zdanie prawników zatrudnionych przez Sejm i Senat, którzy wskazują, że przyjmowane rozwiązania naruszają Konstytucję. Trzeba podkreślić, że Parlament wybrany w roku 2015, w wyniku zbiegu okoliczności, nie odzwierciedla rzeczywistego układu sił społecznych i politycznych w Polsce. Brak lewicy powoduje zachwianie reprezentacji interesów wielu grup społecznych m.in. pracowniczych. Rządzący w związku z rzeczywistym, 19 procentowym poparciem powinni baczyć na delikatność sytuacji w jakiej jest Polska demokracja.
Brak reprezentacji interesów mniejszości w Parlamencie w sposób naturalny skutkuje przenoszeniem się dialogu społecznego na ulice.
Powstała sytuacja, w której Parlament, wybrany przez obywateli, pełniący wobec nich służebną rolę, staje się „twierdzą” odgradzającą „wybrańców” od wyborców. Zanikły takie formy demokracji jak opiniowanie projektów ustaw przez organizacje i stowarzyszenia, obywateli, a nawet instytucje mające konstytucyjnie stać na straży ich interesów w tym Rzecznika Praw Obywatelskich.
Zasada poszanowania prawa jest jednym z fundamentów wolności i ochrony przed samowolą.
Brak poszanowania prawa przez rządzących już obecnie skutkuje rosnącą ich samowolą wyrażającą się m.in. w wykorzystywaniu dobra wspólnego, jakim są m.in. spółki skarbu państwa, do celów partyjnych i nagradzania wysoko płatnymi posadami swoich działaczy, często o miernych kwalifikacjach. Samowolą nazwać też trzeba wykorzystywanie prokuratury i policji do prześladowania opozycji, przy jednoczesnej daleko idącej bezkarności dla organizacji propagujących nienawiść rasową i kulturową.
Równouprawnienie ze względu na wyznanie staje się iluzoryczne gdy Kościół katolicki jest obficie zasilany przez państwo ze wspólnej, państwowej kasy, a wszelkim wydarzeniom publicznym towarzyszą wydarzenia religijne i asysta kleru.
Złamany został obowiązujący powszechnie w krajach demokratycznych trójpodział władzy.
Uchwalane pospiesznie ustawy poddały całkowicie władzę sadowniczą władzy wykonawczej, co skutkować będzie nasileniem samowoli rządzących.
Chcemy Polski, w której wszyscy są równi wobec prawa, gdzie przestrzega się Konstytucji i nie dzieli Polaków na „lepszych” i „gorszych”.
Potępiamy język nienawiści w życiu publicznym i prezentowany coraz częściej brak kultury politycznej.

Głos lewicy

Szeroka koalicja? Nie!

Robert Kwiatkowski analizuje na Facebooku nowe pomysły redaktorów z Czerskiej:
„Gazeta Wyborcza” piórem Jarosława Kurskiego wraca do pomysłu jednej opozycyjnej w stosunku do Prawo i Sprawiedliwość listy wyborczej. A już po trzeźwych sądach P. Wrońskiego wydawało mi się że Czerska ten pomysł zawiesiła. Pomysł jest zły bo:
– nieufnie podchodzę do prezentów podsyłanych opozycji przez J. Kaczyńskiego. Nie uważam go za geniusza ale „Obawiam się Greków, nawet gdy przynoszą dary”. A może zwłaszcza wtedy.
– głoszony przez PO pomysł „szerokiej koalicji” od „Ujazdowskiego po Nowacką” oznacza, że poza hasłem „odsunąć Pis od władzy” niewiele tę koalicję by łączyło a wyborcy „Nowackiej” mogliby głosując na nią wybierać „Ujazdowskiego”! (i podobnie z wyborcami „Ujazdowskiego”). Łatwo by to można w kampanii przedstawić.
– Pomysł de facto wyklucza SLD – Sojusz Lewicy Demokratycznej, bo Gazeta i Koalicja Obywatelska cały czas odwołują się do analogii PiS – PZPR i wieszczą powrót do PRL. To jest głupie, bo nieprawdziwe. Piotrowicz nie dlatego jest twarzą zamachu na sądy, bo był PRL-owskim prokuratorem stanu wojennego tylko dlatego, że mu Kaczyński kazał a on to potrafi wykonać. PZPR i Jaruzelski byli akuszerami Okrągłego Stołu i są na to setki dowodów poważniejszych niż popijawa w Magdalence. Ówczesna opozycja się z „komuną” porozumiała. Ja z tego porozumienia byłbym dumny a nie bajki opowiadał, jak to „komunę obaliliśmy”. „Komuny” można było nienawidzić ale trzeba się z nią było dogadać i stąd polski sukces ostatniego ćwierćwiecza. Stąd Konstytucja i członkostwo w Unii Europejskiej. I tego ludzie chcą bronić na ulicach…
– Jedna lista to pomysł nie tyle na wygranie z PiS tylko na wyeliminowanie wszystkich poza PO-PiS. Nie posądzam G. Schetyny o ciche porozumienie z Kaczyńskim; o tym mówiło się już za Tuska. Rozkład jazdy jest aż nadto widoczny: teraz Nowoczesna, na wybory europejskie – Polskie Stronnictwo Ludowe a „czerwonego” załatwimy w wyborach parlamentarnych. Nie wiem jak z PSL ale „czerwonego” nie załatwicie i nawet „zwrot w lewo” nie pomoże. W Polsce dalej miliony ludzi uważają, że bilans 45 lat PRL jest zdumiewająco dobry nie tylko w skali historycznej ale i zwykłego człowieka. Tylko SLD i zbudowana wokół niego koalicja SLD LEWICA RAZEM ma odwagę o tym mówić. Takich wyborców, bardziej ceniących sobie kompetencję, zdolność do rozwiązywania sporów, porozumienie, racjonalność ocen nie przekona „precz z komuną”. A to właśnie oni mogą zdecydować, czy uda się Pis pokonać, czy nie. Przygotowując się do wyborów w 2019 warto odrobić lekcję z 2015

Kto uratuje Sąd Najwyższy?

„Słyszałem, że istnieją tzw. czarne listy, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych”. Z Adamem Bodnarem, Rzecznikiem Praw Obywatelskich, rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: Czego się pan teraz najbardziej boi? Pytam o życie polityczne oraz nasze prawa i wolności.

DR ADAM BODNAR: Najważniejsza jest sytuacja dotycząca sądownictwa i Sądu Najwyższego. Nie wiemy, co się wydarzy i czy w miarę niezależny SN przetrwa jeszcze kilka miesięcy. Jest wiele zmiennych, które mają na to wpływ. Z jednej strony jest presja międzynarodowa, postępowanie wszczęte przez Komisję Europejską, a z drugiej czynniki wewnętrzne i przyspieszenie przejęcia SN.
Skoro nie udało się tego dokonać w miarę dobrowolnie poprzez wyznaczenie osoby, która miałaby kierować sądem po odwołaniu prezesa, to trwają poszukiwania innego sposobu, aby dokooptować sędziów i ewentualnie wybrać kogoś „swojego”.
Wiele wskazuje na to, że taki jest właśnie cel zaprezentowanej ostatnio nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, która zostanie przyjęta najprawdopodobniej już w tym tygodniu.

 

Czyli najbardziej boi się pan o Sąd Najwyższy?

Nie chodzi o samą instytucję, ale gwarancję praworządności. Sąd Najwyższy jest mózgiem całego wymiaru sprawiedliwości – ma wpływ na to, jak funkcjonują wszystkie pozostałe sądy, wpływ na orzecznictwo, i ma możliwość uchylania rozstrzygnięć sądów niższej instancji. Według zmienionej konstrukcji będzie miał także nowe uprawnienia dyscyplinarne i możliwość orzekania o ważności wyborów. Jeżeli przejmiemy mózg, to możemy wszystkim sterować, wiemy, jakie sygnały i gdzie wysyłać. Z jednej strony istnieje już kontrola administracyjna sprawowana poprzez ministra sprawiedliwości, która ma wpływ na poszczególne sądy, a teraz może do tego dojść jeszcze kontrola merytoryczna nad tym, co w sądach się dzieje.
To nie tak powinno być. Jedną z funkcji każdego sądu jest kontrolowanie rządzących na szczeblu lokalnym i centralnym, bo na tym polega trójpodział władzy. Jeżeli odbiera się taką możliwość władzy sądowniczej, to tworzy się pole do nadużyć władzy wykonawczej.

 

I do orzekania o nieważności wyborów? W wywiadzie dla wiadomo.co były prezes TK Jerzy Stępień mówił, że obawia się, że PiS może starać się rządzić poprzez komisarzy.

Pamiętajmy, że w przypadku wyborów samorządowych o ważności wyborów decydują sądy okręgowe, Sąd Najwyższy decyduje w przypadku wyborów parlamentarnych. Mogą się pojawić takie sytuacje, że na przykład w drugiej rundzie wyborów prezydenckich, przy niewielkiej różnicy między kandydatami, pojawią się protesty wyborcze, a na sąd okręgowy będzie wywierana presja i w końcu może on orzec w taki sposób, jaki będzie odpowiadał rządzącym. Ale to i tak jest jeszcze większa szansa na niezależną decyzję sędziego. Bo jeśli chodzi o kwestię orzekania o ważności wyborów parlamentarnych, to o tym będzie decydowała jedna izba stworzona w SN od podstaw – Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Na razie istnieje ona tylko na papierze, jeszcze nie ma w niej żadnego sędziego. Nabór prawdopodobnie będzie się odbywał w taki sposób, aby dokonać odpowiedniej „weryfikacji” kandydatów, a KRS pokazał już, na czym ona może polegać.

 

Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz, członkini nowej Krajowej Rady Sądownictwa, stworzyła ostatnio „czarną listę” sędziów. Co to panu przypomina?

Nie pamiętam tamtych czasów, ale wiem, że takie listy powstawały w poprzednim ustroju. Sytuacja, w której dokonuje się oceny jakiejkolwiek osoby na podstawie kryteriów, które nie są jasno zdefiniowane i prawnie ustalone, tylko różnych doniesień czy plotek, nie ma wiele wspólnego z demokratycznym państwem prawnym.
Słyszałem, że istnieją „czarne listy”, na przykład w mediach publicznych. Ale nowe jest to, że przenoszą się także na poziom funkcjonowania organów sądowniczych.

 

PiS jak mantrę powtarza, że reforma Sądu Najwyższego jest potrzebna, bo wciąż orzekają tam ci sami sędziowie, którzy orzekali w stanie wojennym i PRL. Jednocześnie skutkiem reformy jest to, że prezydent na zastępcę I Prezesa SN wyznacza Józefa Iwulskiego, który właśnie orzekał w PRL. Za to prawo do dalszego orzekania może stracić Stanisław Zabłocki, legendarny adwokat z czasów stanu wojennego. Coś tu nie pasuje…

Jeżeli przyjmuje się do jakichkolwiek zmian ustawowych logikę odpowiedzialności zbiorowej, to właśnie takie są efekty. Kryteria odpowiedzialności zbiorowej nie uwzględniają przecież różnych elementów osobistych. W zarzucone sieci łapią się zarówno te ryby, które chcemy złapać, ale przy okazji także przysłowiowe foki, które nigdy nie powinny w te sieci wpaść. Tak samo działa zresztą ustawa represyjna z 16 grudnia 2016 r. Problem polega na tym, że takie argumenty są używane na potrzeby krajowej i międzynarodowej opinii publicznej. Jeżeli mówi się o walce z postkomunizmem, to opinia międzynarodowa ma problem, jak się do tego odnieść. To trochę tak, jakby wkraczać w zastrzeżoną sferę ocen moralnych. Dlatego może trafiać na podatny grunt, podobnie jak w niektórych sytuacjach na arenie krajowej.
Pytanie tylko, czy partia rządząca ma do tego mandat moralny. Przypominam, że zmian w sądownictwie dokonuje wywodzący się z dawnego porządku prokurator Stanisław Piotrowicz, a jednym z głównych współpracowników ministra sprawiedliwości jest sędzia Andrzej Kryże. Dlaczego jedni są dobrzy, a inni nie?
Jeżeli rzeczywiście celem miałoby być dokończenie dekomunizacji, to zastosowano by jednakowe, transparentne kryteria dla wszystkich, a nie stosowano zasadę „to my decydujemy, kto jest komunistą”. Przykład sędziego Stanisława Zabłockiego szczególnie kłuje w oczy, bo w ogóle nie pasuje do tej narracji.

 

Będzie pan interweniował w jego sprawie?

Nie wiem, czy mógłbym zrobić więcej niż zrobiłem do tej pory. Wszystkie interwencje, które podejmowałem, dotyczyły przecież całego składu Sądu Najwyższego. Wydaje mi się, że sędzia Zabłocki, podobnie jak inni sędziowie, w ogóle tego nie oczekują. Ostatnio napisałem tekst na potrzeby anglojęzycznego bloga Verfassungsblog, w którym opisałem postać sędziego Zabłockiego. Przedstawiłem go jako człowieka, który najprawdopodobniej polegnie na ołtarzach walki politycznej o wymiar sprawiedliwości. Ale wydaje mi się, że społeczeństwo zaczyna coraz bardziej doceniać rolę takich osób. To on staje się symbolem tej walki, może nawet większym niż prof. Małgorzata Gersdorf. Nie tylko ze względu na swoją przeszłość, ale także piękną i bogatą 20-letnią kartę.
Jako sędzia SN Stanisław Zabłocki może być też przykładem do naśladowania dla sędziów niższych instancji i może dawać im siłę do walki w obronie wartości konstytucyjnych.

 

Kto lub co może jeszcze uratować Sąd Najwyższy?

Tego nie wiem, bo w tej sprawie jest bardzo dużo zmiennych: z jednej strony opinia międzynarodowa czy organizacje pozarządowe, a z drugiej determinacja strony rządowej. Jeżeli chodzi o mechanizmy prawne, to uratować Sąd Najwyższy może tylko Trybunał Sprawiedliwości UE. W przypadku mechanizmów politycznych na szczeblu europejskim staram się zachować powściągliwość, bo nie chcę dać się wciągnąć w bezpośrednią walkę polityczną. Mogę tylko wyrazić opinię, że sprawy związane z niezależnością SN nie zmierzają dzisiaj w dobrym kierunku.

 

To może się zmienić?

Żyjemy w czasach, w których na przykład rano dowiadujemy się o nowelizacji ustawy o IPN, wieczorem jest już przyjęta przez parlament i podpisana przez prezydenta, którego w dodatku nie ma w kraju, czyli wszystko jest możliwe. Wracając do pani pierwszego pytania, to jest druga rzecz, której się obawiam.
Mamy ogromną erozję standardów funkcjonowania państwa, konsultowania decyzji politycznych, projektów aktów prawnych, szanowania drugiej strony dialogu – to wszystko jest podporządkowane bieżącym interesom politycznym i niszczy tkankę państwa. Od tego zależy nie tylko funkcjonowanie Sejmu i Senatu, ale także członków służb państwowych czy zwykłych urzędników. To jest zagrożenie, z którego na co dzień chyba nie zdajemy sobie sprawy.

 

Rozmawiamy o tym w czasie 550-lecia polskiego parlamentaryzmu. Smutne.

Obchody się odbyły…

 

Można zapytać: po co?

To jest czas, który władza wykorzystuje do uzyskania dodatkowej legitymizacji społecznej do rządzenia. Pokazania, że jest silna i zwarta, że jest kontynuatorem pewnej wizji państwowości. Nie przypadkiem obchody odbyły się na Zamku Królewskim. Szkoda tylko, że nie zadbano o porozumienie się z opozycją w tej sprawie, bo właśnie istotą parlamentaryzmu jest dialog.

 

„Nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji jej programu. Spełnianie zapowiedzi wyborczych jest nie tylko przywilejem, ale obowiązkiem względem obywateli” – to słowa prezydenta wypowiedziane podczas orędzia na Zamku Królewskim. Czyli rządzący mogą wszystko? Tak należy je rozumieć?

Rozumiem te słowa jako odniesienie do zmian dotyczących sądownictwa.
Nikt nie odbiera partii rządzącej prawa do dokonywania zmian. Ale są dwa typy zmian: zwyczajna polityka i zmiany dotyczące, na przykład, sposobu wydatkowania środków publicznych oraz zmiany, które odnoszą się stricte do ustroju konstytucyjnego. Na te ostatnie nie może być zgody, jeżeli partia nie zdobyła większości konstytucyjnej.
Tymczasem obserwujemy konsekwentne dokonywanie zmian ustroju konstytucyjnego poprzez zwykłe ustawy, bo nie ma tego kto niezależnie skontrolować przy takim a nie innym sposobie funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego.

 

Na przykład skrócenie kadencji I Prezesa SN?

To jest jeden z najbardziej widocznych przykładów.

 

Czy jesteśmy w stanie policzyć, ile razy PiS złamał konstytucję?

Mogę powiedzieć o ustawach, które w normalnie funkcjonującym porządku demokratycznym powinny być poddane kontroli konstytucyjnej, a tak się nie stało. To ustawy o prokuraturze, służbie cywilnej, o sądach powszechnych i o Krajowej Radzie Sądownictwa. Poza tym ustawy inwigilacyjne, a także ustawa o mediach publicznych, chociaż w tym przypadku wyrok nie został wykonany.
Próbowałem nawet kierować sprawy do TK, ale jak dowiadywałem się, że składy sędziowskie są zmanipulowane, a sprawozdawcą ma być m.in. osoba wybrana na zajęte już stanowisko sędziego, to niektóre wnioski wycofałem z TK.

 

Przed wejściem do pana gabinetu leży książeczka z preambułą do konstytucji. Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym jest konstytucja i że to jest jedyna gwarancja naszych praw i wolności?

To jest pytanie dla socjologa. Mogę odpowiedzieć na to pytanie tylko na podstawie tego, co obserwuję. Z zagrożenia zdają sobie sprawę ci, którzy odczuli, co to znaczy żyć w kraju bez konstytucji. Ja jestem z pokolenia, które co nieco jeszcze pamięta, stykam się z tym oczywiście także w życiu zawodowym. Ale jest też młodsze pokolenie, które wychowuje się w przestrzeni bez granic i dla nich konstytucja może być jak powietrze – na co dzień jej nie odczuwamy, chociaż czerpiemy z niej pełnymi garściami. A skoro to jest coś oczywistego i normalnego, to trudno wyobrazić sobie, że ktoś może nam to odebrać. Często zastanawiam się, dlaczego najbardziej masowe były protesty w lipcu 2017 roku. I doszedłem do wniosku, że kluczowe były trzy czynniki: bardzo często padało wtedy hasło Polexit i to zaraz po Brexicie, więc stało się to realnym zagrożeniem; do tego dochodziła niezwykła agresja legislacyjna, czyli na przykład projekt, który mówił wprost o „wyczyszczeniu” Sądu Najwyższego; oraz bardzo mocne i agresywne wypowiedzi polityków PiS.
To spowodowało integrację protestujących, w tym także osób młodszych. Ale władza w międzyczasie nauczyła się, jak grać emocjami, jak je rozproszyć i pokazywać lepszą twarz. W efekcie sądy zostały same, a na pewno z dużo mniejszym wsparciem społeczeństwa.

 

Prezydent chce rozpocząć debatę na temat referendum konstytucyjnego. Kto, z kim i o czym miałby rozmawiać?

Konstytucję można zmieniać, kiedy istnieje parlamentarna większość i społeczna zgoda dotycząca tego, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Teraz zmiana konstytucji miałaby służyć tylko umocnieniu obozu rządzącego. Nie widzę żadnych prób porozumienia na rzecz stworzenia nowego systemu, bo to musiałoby oznaczać chociażby rezygnację z części zmian dotyczących sądownictwa.
Do tej pory władza raczej konsekwentnie dzieli społeczeństwo na dwa wrogie sobie obozy, a nie próbowała budować porozumienia wokół wartości konstytucyjnych.

 

Jednemu obozowi miałaby służyć także zmiana ustawy aborcyjnej. W Sejmie ponownie pojawił się projekt zakazujący tzw. aborcji eugenicznej. To kolejne zagrożenie?

W Polsce w ogóle w tej chwili mamy poważny problem z dostępnością praw reprodukcyjnych. Nie chodzi tylko i wyłącznie o aborcję, ale także m.in. zawieszenie rządowego programu in vitro czy wprowadzenie recepty na tabletkę EllaOne. To wszystko, co ogranicza sferę życia prywatnego, jest wynikiem nacisku środowisk konserwatywnych i Kościoła. Z punktu widzenia politycznego to może być atrakcyjne dla części elektoratu, ale na pewno niesie też poważne problemy i podziały społeczne.

 

Społeczeństwo obywatelskie odżyło?

Zdecydowanie zmieniło swój charakter.
Przez ostatnie kilkanaście lat oduczyliśmy się organizować demonstracje, a teraz są właściwie na porządku dziennym – ponownie musimy walczyć o podstawowe wartości.
Poza tym powstają nowe typy organizacji, które opierają się na masowości, spontaniczności i akcjach „na ulicy”. Pojawia się zupełnie inny rodzaj innowacyjności w organizacjach pozarządowych i społeczeństwie obywatelskim. Ale ta zmiana doprowadziła również do tego, że mnożą się organizacje, które sprzyjają władzy, a władza ma coraz więcej mechanizmów, żeby te organizacje wspierać i wzmacniać, na przykład poprzez dostęp do różnych grantów. Prawdopodobnie Narodowy Instytut Wolności powstał po to, aby wspierać ruchy prorządowe. Innym organizacjom władza raczej ogranicza finansowanie i utrudnia działanie. I to jest właśnie ta nowa sytuacja, ważna zmiana.

 

Czyli to nowy element rozgrywania i dzielenia społeczeństwa?

Niedawno opublikowano raport Agencji Praw Podstawowych UE „Zawężająca się przestrzeń dla społeczeństwa obywatelskiego”.
Ludzie, którzy tworzą organizacje, często chcieliby robić coś innego, ale czują potrzebę i moralną siłę, aby protestować. I tym będzie coraz trudniej, natomiast wzmacniani będą ci, którzy władzy się podporządkują.

 

Co w tej chwili może i powinna jeszcze zrobić opozycja?

To, co trzeba robić cały czas, to nieustępliwość i konsekwencja w kontrolowaniu poczynań rządzących. I nie chodzi tylko o wydatkowanie środków publicznych. Podam przykład z ostatniego weekendu – Senat przyjął poprawkę do ustawy, która zakłada, że naukowcy, którzy zostaną sędziami SN, TK, NSA, będą mieli prawo dożywotniego zatrudnienia na uczelni, bez uwzględniania ocen pracowniczych. Nazywałem to programem „Motywacja Plus”, bo chodzi o to, aby zachęcić prawników do zgłaszania się do SN, a nie o to, żeby dbać o jakość nauki i edukacji. Takich tematów jest dużo, a często przechodzą bez echa, chociaż dają dużą przestrzeń do krytyki. Tu jest potrzeba codziennej, bardzo trudnej pracy.
Są momenty, kiedy politykom opozycji udaje się z niektórymi rzeczami przebić do opinii publicznej, ale według mnie to i tak za mało. Ważne jest konsekwentne pokazywanie nowych programów, pomysłów, przekonywanie, że przyszłość naszego kraju może i powinna być inna. Oparta na demokracji, praworządności, poszanowaniu praw obywatelskich.

 

Czyli nie tylko praca w parlamencie…

Wychodzenie do ludzi, pokazywanie alternatyw, angażowanie świata nauki – na to warto zwrócić większą uwagę. Uświadomione społeczeństwo może chętniej walczyłoby o swoje prawa. Nie można mówić, że nic się nie da. Z własnego doświadczenia wiem, że zawsze trzeba próbować i czasami udaje się ograniczyć zachłanność władzy. Przykład? Ustawa o jawności życia publicznego, która miała doprowadzić do lustracji majątkowej. Spotkała się ze zdecydowanym protestem i na razie zniknęła z bieżącej debaty; jest chyba w rządowej „zamrażarce”.

 

Politycy opozycji mówią wprost, że obawiają się procesów politycznych. To realne zagrożenie?

Określenie proces polityczny jest za daleko idące.
Pytanie jest takie: czy w rzeczywistości medialnej, w której funkcjonujemy, komukolwiek do czegokolwiek potrzebne są procesy polityczne? Być może ważniejsze jest dokonanie aktu publicznego zatrzymania, przetransportowania do prokuratury, użycia środków przymusu bezpośredniego. A przy tym nagłośnienie wybranych faktów z postępowania poprzez „zaprzyjaźnioną” prasę i budowanie określonej narracji, niezależnie od tego, co się wydarzy później.
Efekt jest taki, że opinia publiczna jest zmanipulowana i zaczyna wierzyć, że coś jest na rzeczy. Siła nagłówków medialnych jest ogromna. Poza tym do różnych środowisk zostaje wysłany sygnał, że władza może wszystko. I to jest bardzo niebezpieczne.

 

Nie boi się pan, że w którymś momencie przyjdzie także czas na pana? Cały czas pojawia się hasło: „Adam Bodnar musi odejść”.

Pełnię ten urząd już prawie trzy lata i słyszę to od początku. Ale staram się robić swoje, pozostać niezależnym i konsekwentnie wypełniać ustawowe obowiązki. Tak zamierzam postępować do końca mojej konstytucyjnie określonej kadencji.

 

Ale są przecież elementy, którymi władza próbuje wpłynąć na pana pracę.

To są, na przykład, próby obrażania mnie w tzw. zdaniu odrębnym przez jednego z członków TK, który używa w tym celu bardzo agresywnego języka, pełnego niewybrednych ocen i pomówień. Ale to jest także relatywne pomniejszanie środków pieniężnych na działalność Biura RPO, a przy tym dokładanie różnych nowych kompetencji, czego przykładem może być ostatnio skarga nadzwyczajna. Później ewentualnie będzie można zrzucić winę na mnie, że to tak wolno idzie.

 

Nie przewiduje pan odwołania przed upływem kadencji?

Nie zajmuję się tym.
Mam wystarczająco dużo pracy, skupiam się więc na pomaganiu obywatelom i realizacji swoich zadań w państwie. W warunkach, w jakich przyszło mi działać.
Kilkadziesiąt tysięcy skarg od ludzi kierowanych każdego roku do mojego urzędu są najlepszym uzasadnieniem, że to wszystko ma sens. Że warto bronić praw i wolności jednostki oraz dopominać się o szacunek dla konstytucji. Warto też trzymać się mojej kardynalnej zasady: kiedy komuś pomagam, nigdy nie pytam go o poglądy.

Śmieszne żarciki z narodzin dyktatury

Mężczyźni w mundurach pobili Dawida Winiarskiego. Wykręcili mu ręce, podduszali, rzucali na ściany i po podłodze.

 

Tak żeby go bolało. Tak żeby bał się o życie. Ich było kilku, on był jeden. Bawiła ich bezdyskusyjna przewaga i bezradność ofiary. Kiedy uznali, że sadystyczny seans dobiegł końca, Dawid musiał został przewieziony do szpitala. Zdjęcie młodego chłopaka leżącego w kołnierzu ortopedycznym stało się symbolem brutalnych i całkowicie nieuzasadnionych represji stosowanych przez aparat państwowy wobec uczestników protestów przeciwko likwidacji polskiej demokracji. Trudno ich nazywać „policjantami”. To są zwykłe bandziory, a do tego zdrajcy. Typy w mundurach zdradzili podwójnie – społeczeństwo, któremu przysięgali służyć oraz konstytucje, której przyrzekali bronić. Wczoraj bili ludzi, którzy występowali w imię tej konstytucji. Bo taki dostali rozkaz – bić mocno. Pobity Dawid, dwa dni wcześniej poszarpana, zakuta w kajdany Klementyna Suchanow. Dziesiątki innych – poturbowanych, z siniakami, guzami i obtarciami. PiS stosuje oręż intensyfikacji lęku. Władza celowo (nad)używa przemocy, tak aby zasiać strach w umysłach tych, którzy mogliby przyjść protestować kolejnego dnia. Wykręcanie ramion, zakładanie dźwigni, zadawanie bólu – to wszystko miało zostać zarejestrowane i opisane.
Jeszcze rok temu protesty w obronie niezależności sądownictwa ściągnęły na ulice setki tysięcy obywateli. Oburzonych i zdeterminowanych. Dotarło do nich, że PiS posunął się za daleko, a celem reformy wymiaru sprawiedliwości jest podporządkowanie go władzy politycznej. Pewnie większość z tych protestujących nie miała dobrych doświadczeń z sądami. Bo te w III RP faktycznie żałośnie rzadko stawały po stronie zwykłych ludzi. Ale zastąpienie dysfunkcyjnego systemu takim, w którym za wszystkie sznurki pociąga Ziobro było wizją wystarczająco sugestywną i przerażającą. Dlaczego więc obecnie, kiedy PiS dopina swego – przejmują kontrolę nad sądami, pod Sejmem protestuje jedynie garstka dzielnych ludzi? Odpowiedź jest prosta – obywatele są zmęczeni. Kaczyński ich wyczekał. Protestowali wiele miesięcy, a jedyna świadomość jaka się w tym czasie wykluła, to świadomość tego, że PiS i tak zrobi co będzie chciał. Bezradność, poczucie braku sensu i celu uczestnictwa w ulicznych wystąpieniach. Apatia i rezygnacja aktywnej i świadomej części społeczeństwa – to największy sukces Prawa i Sprawiedliwości.
Partia Kaczyńskiego wkracza w decydującą fazę budowania w Polsce dyktatury w stylu tureckim. Sądy ma już w kieszeni, w tym Sąd Najwyższy, który przyklepuje wynik wyborów. Trybunał Konstytucyjny padł już ponad dwa lata temu. Prokuratura, media publiczne, korzystna ordynacja – wszystko załatwione na cacy. Wkrótce przekonamy się, że w tym kraju nie ma już miejsca na wolne związki zawodowe i protesty pracownicze. Zresztą – sprawa brutalnych represji wobec przewodniczącej związku stewardess i pilotów w LOT już nam to unaoczniła. Lewica przepadnie w wyborach do europarlamentu, bo zmiana zasad przeliczania głosów na mandaty podwyższyła próg wyborczy do ok 15 proc., a więc granicy o przekroczeniu której możemy sobie pomarzyć. Nieciekawy i przygnębiający to pejzaż.
Są jednak tacy, co bawią się świetnie. Łukasz Moll drze łacha z Klementyny Suchanow, tej, którą przedwczoraj po raz piąty za czasów „dobrej zmiany” skończyła skuta kajdankami i poturbowana. Moll nazywa uczestniczkę protestów „jaśnie panią artystką” i zarzuca jej brak aktywności, kiedy neoliberałowie gnoili lud pracujący. „Zachowuje się jak mieszczka, która w 2018 roku, dowiedziała się, że „odbierają nam wolność”. Gdzie była gdy pałowano górników? Ignorowano pielęgniarki? Szykanowano nauczycieli? Terroryzowano rolników w gminach łupkowych? Pacyfikowano KDT? Zamykano huty i stocznie? Nie wpuszczano związkowców do Sejmu? Oszukiwano emerytów ws. OFE pod palmami? Prywatyzowano mieszkania zakładowe?” – stwierdza Moll. Wtóruje mu niejaki Remigiusz Okraska. „W kraju biedy z nędzą, problemów z pracą, śmieciówek, milionowej emigracji zarobkowej, trzydziestoletnich kredytów na byle klitkę, zapaści całych mieścin i regionów w Polsce B, pani artystka bohatersko broni „demokracji” i sądzi, że jest taka arcyodważna” – pisze naczelny Nowego Obywatela. W dalszej części tych żenujących podrygów wychodzi na jaw, że obaj stratedzy walki klasowej nie mają zielonego pojecia kim jest osoba, która stanowi dla nich ucieleśnienie odrealnionej warszawski. Nie wiedzą, że w 2012 roku jako redaktorka „Przekroju”, którego naczelnym był Roman Kurkiewicz, mieszała z błotem wszystkie dogmaty neolibu i występowała w obronie pokrzywdzonych przez kapitalizm. W tym samym okresie Okraska kończył swój flircik z naziolami, a Moll pisywał dla „Zielonych Wiadomości”. Moll z Okraską nie widzą powodu by protestować. Przerzucają się żarcikami o styropianie i dyktaturze. Lud siedzi w domach, więc oni razem z nim gnuśnieją i głupieją solidarnie. A Kaczyński realizuje swoje marzenie o polskim autorytaryzmie.