48 godzin świat

Turcja bez F-35

Niepewność w sprawie finalizacji zakupu przez Turcję myśliwców V generacji F-35 produkowanych przez amerykański koncern Lockheed-Martin pogłębia się. Chodzi o to, że Turcja zdecydowała się na zakup rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej S-400. USA oficjalnie nie wypowiedziały się jeszcze w tej sprawie, ale kolejny sygnał w tej sprawie przyszedł za pośrednictwem agencji Reuters, która powołała się na wypowiedź przedstawicielki Pentagonu: „S-400 to komputer, F-35 to też komputer. Nie podłącza się swojego komputera do komputera wroga, a właśnie to w gruncie rzeczy się odbywa” – oświadczyła Katie Wheelbarger, zastępczyni asystenta ministra obrony USA ds. bezpieczeństwa międzynarodowego. Powstaje tylko pytanie, że jeśli Waszyngton zablokuje transakcje, gdzie Turcja kupi nowe myśliwce. Samoloty tej kategorii co F-35 produkują tylko trzy kraje: oprócz Stanów Zjednoczonych są to Rosja i Chiny.

Dokąd teraz pojedzie Kim?

Przywódca KRLD Kim Dzong Un może odwiedzić Rosję po nieudanym szczycie z prezydentem USA Donaldem Trumpem, poinformowały we wtorek południowokoreańskie media, powołując się na wypowiedź byłego szefa centrum CIA ds. Korei Andrew Kima.
Kim uważa, że przywódca KRLD będzie chciał pokazać światu dobre stosunki z Rosją na tle bezskutecznie zakończonego szczytu ze Stanami Zjednoczonymi. Wyraził tę ideę na zamkniętym wykładzie w Seulu.

Niechętnie odraczany brexit

„Konieczne jest przełożenie terminu brexitu, by parlament mógł zaakceptować umowę dotyczącą wyjścia” – oświadczyła przed rozpoczęciem szczytu UE brytyjska premier Theresa May. Tymczasem jednak wśród krajów UE brak jednomyślności w sprawie terminu wyjścia Zjednoczonego Królestwa z bloku. Większość skłania się do zaakceptowania daty 22 maja, a nie 30 czerwca, jak by chciała premier May.

Ukraina okłada sankcjami

Kogo? Oczywiście – Rosję. Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko zatwierdził decyzję Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony o dodatkowych sankcjach personalnych przeciwko Rosji. Odpowiedni dekret został opublikowany na stronie internetowej głowy państwa Sankcje objęły rosyjskie firmy, biznesmenów, polityków, deputowanych i funkcjonariuszy organów ścigania, którzy według Kijowa rzekomo uczestniczyli w incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej, uczestniczyli w budowie Mostu Krymskiego, a także w zorganizowaniu wyborów w proklamowanych w trybie jednostronnym republikach Donbasu. Pomogą Poroszence w reelekcji? Okaże się niedługo.

Rosjanie nie ufają feministkom

Ruch feministyczny popiera zaledwie 31 proc. obywateli Rosji. Z kolei 42 proc. Rosjan sądzi, że równouprawnienie kobiet i mężczyzn możliwe jest tylko w pewnych dziedzinach życia.

USA też robią się konserwatywne

Waszyngton zmierza do podważenia umów międzynarodowych w sprawie równości kobiet i mężczyzn. Dotyczy to przede wszystkim tzw. „Deklaracji Pekińskiej” z 1995 roku.

Zatrzymanie opozycjonistów

Boliwariańska Krajowa Służba Wywiadu Wenezueli (SEBIN) zatrzymała dwóch bliskich współpracowników lidera opozycji Juana Guaido – Roberto Marreo i Sergio Vergara.

Loty stwarzają napięcie

„Loty amerykańskich bombowców w pobliżu rosyjskich granic stwarzają dodatkowe napięcie” – oświadczył rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow.

Ostatnie dni PI

Syryjskie Siły Demokratyczne zdobyły większą część obozu ostatnich bojowników Państwa Islamskiego nad Eufratem. Podczas walk ginęli i dżihadyści, odmawiający złożenia broni, i kobiety i dzieci, które pozostały z nimi do końca w Baghuz.

Wspierane przez Amerykanów kurdyjskie oddziały od końca lutego zapowiadają, że upadek Baghuz, ostatniego skrawka terytorium Państwa Islamskiego, jest kwestią dni, jeśli nie godzin. Terroryści bronili się jednak zaciekle. Kurdowie kilkakrotnie spowalniali tempo natarcia i zawężali zakres działań, powtarzając wezwania do poddania się i odejścia, dając cywilom możliwość ewakuacji (z drugiej strony wielokrotnie bombardując obozowisko IS z powietrza).
Kilka tysięcy dżihadystów faktycznie poszło do niewoli – inni razem z rodzinami pozostali w obozie, chociaż jego los był przesądzony. Opublikowane po wczorajszym szturmie zdjęcia pokazują, że podczas bitwy masowo ginęły kobiety i dzieci. Te, które wcześniej odeszły z Baghuz, znajdują się w obozie przejściowym w Al-Hul. Poważna część żon terrorystów to kobiety, które przybyły na Bliski Wschód z Europy i z muzułmańskich republik Rosji.
Rzecznik SDF Mustafa Bali zaznaczył w oficjalnym komunikacie, że nadal nie ma mowy o zwycięstwie nad Państwem Islamskim i odniesiono jedynie poważne sukcesy.
Według amerykańskich analityków Państwo Islamskie może jeszcze mieć na Bliskim Wschodzie od 15 do 20 tys. zwolenników, gotowych organizować kolejne zamachy terrorystyczne, a nawet oddziały partyzanckie. Rzecznik prasowy kalifatu Abu Hasan al-Muhadżir nagrał oświadczenie, z którego wynika, że kalifat się nie poddaje.

Fidesz zawieszony

Partia rządząca na Węgrzech, została w środę zawieszona w prawach członka największej frakcji w Parlamencie Europejskim, centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Decyzja zapadła na posiedzeniu Zgromadzenia Politycznego EPP. Za zawieszeniem Fideszu głosowało 190 europosłów, przeciwko – zaledwie 3 osoby.

Wynik jest efektem kompromisu w procesie politycznym, który początkowo zmierzał do pełnego wyrzucenia ugrupowania Orbana z frakcji. Sam węgierski premier również pierwotnie ostrzegał, że Fidesz sam się wycofa z EPP w odpowiedzi na próbę usunięcia. Ostatecznie zgodził się na przegłosowany kompromis. Poparły go też partie ze Skandynawii i krajów Beneluksu, które zainicjowały procedurę wyrzucania Fideszu. Porozumienie zakłada, że partia Orbana pozostanie zawieszona do czasu zakończenia prac przez komisję byłego szefa Rady Europejskiej Hermana van Rompuya, która ma ocenić, czy Fidesz w ogóle spełnia jeszcze warunki członkostwa w EPP. Kością niezgody jest przede wszystkim ograniczanie swobód obywatelskich i praw człowieka na Węgrzech, głównie w związku z niekończącą się antyimigrancką kampanią rządu Orbana. Wartości, które EPP ma wypisane na sztandarach to prawa człowieka, swobody polityczne, tolerancja i pluralizm.
Obecny status Fideszu odbiera im głos w wewnętrznych sprawach EPP, nie pozwala wystawiać swoich polityków na stanowiska w samej frakcji i na stanowiska unijne z ramienia EPP. Przedstawiciele partii nie mogą już brać udziału w posiedzeniach i naradach frakcji, a w tym tygodniu ma się właśnie rozpocząć zjazd przewodniczących ugrupowań tworzących EPP poprzedzający szczyt Unii Europejskiej.

Polski ślad masakry

To już pewne. Fanatyczny rasista, który w zamordował 50 muzułmanów w Nowej Zelandii, pod koniec minionego roku odwiedził Polskę.Trwa dochodzenie mające ustalić szczegóły jego pobytu.

Służby przyznały, że Brenton Tarrant, terrorysta z Nowej Zelandii, który w piątek zamordował 50 osób zgromadzonych w meczetach w miejscowości Christchurch, przebywał w Polsce w grudniu 2018 r.
W niedzielę brytyjski „The Telegraph” podał informację, że Tarrant był w Polsce. Miał tu zawitać w ramach podróży po Europie, w trakcie której podobno odwiedzał miejsca bitew chrześcijan z muzułmanami. We wtorek rano dziennikarze radia RMF.FM poinformowali, że polskie służby potwierdziły pobyt terrorysty w Polsce.
Z tego samego źródła pochodzi informacja, że Tarrant przejechał w naszym kraju ponad 2000 km, poruszając się zarówno po autostradach, jak i po drogach lokalnych – ustalono to na podstawie logowań w sieci komórkowej z jego telefonu. Funkcjonariusze służb pracują obecnie nad odtworzeniem dokładnego przebiegu pobytu zamachowca w Polsce. Sprawdzane są billingi, by sprawdzić z kim się komunikował. Przeglądane są też nagrania z monitoringu. Nieoficjalne informacje mówią, że z Polski Tarrant udał się na Litwę.
W manifeście upublicznionym w sieci na dzień przed atakami, zamachowiec otwarcie nazywał samego siebie rasistą, faszystą i białym suprematystą. Masowy mord, którego się dopuścił w Christchurch, był w sposób niezaprzeczalny motywowany nienawiścią do muzułmanów. Jedną z postaci, która zainspirowała Tarranta, był Andres Breivik, skrajnie prawicowy zamachowiec z Norwegii, który na wyspie Utoia zastrzelił 69 osób. Estymą darzył też prezydenta USA Donalda Trumpa.
Media już wcześniej opisywały polski wątek w sprawie terrorysty z Nowej Zelandii. Zamachowiec na elementach swojej broni miał wypisane nazwisko Feliksa Kazimierza Potockiego, jednego z polskich dowódców w bitwie z Turkami pod Wiedniem, oraz napis „Vienna 1683”. Wspominał też o naszym kraju w swoim rasistowskim manifeście. Napisał, że nawet w Polsce „nie znajdzie się wytchnienia” od muzułmanów. Wymienił nasz kraj wśród tych, w których jego zdaniem może się rozpocząć antymuzułmańska światowa rewolucja. „Ten ruch może rozpocząć się w Polsce, Austrii, Francji, Argentynie, Australii, Kanadzie, a nawet Wenezueli, ale rozpocznie się na pewno” – napisał Brenton Tarrant. Słowa te zdają się w koszmarny sposób współbrzmieć z entuzjazmem, jaki jego odrażająca zbrodnia wzbudziła wśród Polaków piszących komentarze na prawicowych portalach i fanpage’ach.

Amatorski teatr

Dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dyplomata i historyk dyplomacji dr Janusz Sibora.

JUSTYNA KOĆ: Prawie dwie godziny przemawiał w Sejmie minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Podsumował ubiegły rok, nakreślił przyszłe cele. Jak pan je ocenia?
DR JANUSZ SIBORA: Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę, że minister nie wysłuchał debaty po swoim wystąpieniu, tylko w tym czasie zorganizował konferencję prasową. To zachowanie mało dyplomatyczne, a nawet mało eleganckie. Wracając do wystąpienia, to doskonale widać w nim, w jakim punkcie znajduje się obecnie nasza polityka zagraniczna.
Zdaniem ministra Czaputowicza „Polska jest dziś krajem aktywnym i słuchanym, cieszącym się coraz większym szacunkiem”.
W wystąpieniu mamy dużo chwytów retorycznych, a minister stosuje pojęcia ogólne, którym nadaje rozszerzone znaczenie, gdy chce uniknąć wypowiadania się o konkretach. Dużo było takiej waty słownej zamiast konkretnych odniesień do naszej polityki i jej problemów, jak Izrael czy Rosja. Z kolei w drugiej połowie tego wystąpienia słuchacze zostali zalani dużą ilością szczegółowych danych, które niczego nie ilustrowały, informacjami drugo- i trzeciorzędnymi, które nie powinny zaistnieć w tym przemówieniu, np. ile budynków zostało oświetlonych na biało-czerwono w dniu 11 listopada. Moim zdaniem to informacje na poziomie dyrektora departamentu, a nie exposé ministra. Dodatkowo, chyba po raz pierwszy, szef polskiej dyplomacji, dokonując pewnego bilansu polityki zagranicznej, mówił o szopkach krakowskich. Moim zdaniem to przejdzie do historii przemówień. Bardzo cenię dziedzictwo kulturowe, ale chyba nie tego oczekujemy od ministra występującego z sejmowej trybuny. Podobnie zabrzmiała informacja o założeniu placówki w Panamie, która przecież powstała doraźnie na potrzeby Światowych
Dni Młodzieży.
Czego zabrakło?
Konkretów, chociażby o placówkach dyplomatycznych. Niedawno Estonia założyła pierwszą elektroniczną placówkę dyplomatyczną. Nowe technologie wchodzą także do dyplomacji, o tym nie było słowa. Znam ministerstwa spraw zagranicznych, w których po analizie Big Data dokonywane są wyprzedzające działania umożliwiające zapobieganie rodzącym się konfliktom. Nie było mowy o dyplomacji obywatelskiej współdziałającej z MSZ. Ubolewam nad usuwaniem zawodowych dyplomatów. Wymiana kadr czy wręcz czystki muszą budzić niepokój. Od przedstawienia tych zagadnień minister de facto uciekał.
Dzisiejsza polityka zagraniczna przybrała model dyplomacji jednoosiowej zorientowanej na USA, która znalazła się w bardzo niekorzystnym układzie do dyplomacji unijnej. To wystąpienie dobrze obrazuje, w jakiej pułapce znajduje się nasza polityka zagraniczna, w pułapce, w którą sami weszliśmy. Nazywam to polityką bezalternatywności.
Pierwszą część swojej wypowiedzi minister poświęcił UE, ale o uruchomionym art. 7 nawet się nie zająknął.
Bo minister próbował uwiarygodnić przekaz, że jesteśmy bardzo prounijni. To był przekaz zbudowany na okres kampanii wyborczej do PE. Nawet nie wchodząc w meritum, przekaz był jasny. Gdyby przejść do konkretów, to minister pouczał Unię, a nawet zarzucił jej łamanie postanowień traktatowych, co miało być ripostą na zarzuty o łamanie przez Polskę praworządności. Zresztą słowo praworządność z ust ministra chyba nie padło ani razu. Usłyszeliśmy natomiast, że po brexicie większą rolę w UE będą odgrywać Niemcy i Francja. W tej części przemówienia, co tu dużo mówić, powiało antyniemieckimi demonami. Minister nie odniósł się też w żaden sposób do propozycji prezydenta Francji Macrona odnośnie do uzdrowienia UE. Jeżeli partia rządząca ogłosiła przed kilkoma dniami 12-punktową deklarację odnośnie do Europy, to była dobra okazja, żeby minister skonfrontował ją z deklaracją prezydenta Francji. Można było zarysować kontury polskiej wizji europejskiego renesansu.
Potem minister przedstawił obszerną część dotyczącą NATO i relacji z USA, ale o Fort Trump także się nie zająknął.
Muszę powiedzieć, że gdyby tę część analizować zdanie po zdaniu, to spokojnie mogłaby to być wypowiedź ministra obrony narodowej. Tam były bardzo szczegółowe, zresztą wielokrotnie powielane informacje: gdzie stacjonują jednostki amerykańskie, gdzie jeszcze będą, ilu jest żołnierzy. Natomiast jeżeli już szef dyplomacji mówi o Pakcie Północnoatlantyckim, to oczekiwałbym refleksji w części politycznej tego sojuszu. Tu widać jak na dłoni miałkość tego wystąpienia – brak pogłębionej refleksji geopolitycznej. Dostaliśmy wystąpienie, gdzie Polska leży w środku mapy Europy, w centrum. Tymczasem wolałbym, aby w wystąpieniu ministra Polska znajdowała się na globusie, gdzie jest inaczej pozycjonowana, bo te powiązania światowe, ta światowa pajęczyna stawia przed polską służbą dyplomatyczną inne jakościowo wyzwania.
Choć żyjemy u schyłku drugiej dekady XXI wieku, odniosłem wrażenie, iż jest to tekst ze schyłku minionego stulecia. Chociażby sprawa Chin i „Jedwabnego Szlaku”, o którym chyba już dziś zapomniano – ani słowa nie usłyszeliśmy. Zabrakło a n a t o m i i polityki zagranicznej w kontekście globalnym. W tej części odnośnie do NATO można było tego oczekiwać. Zdecydowanie najsłabsza część.
Jak ocenia pan wypowiedź ministra o stosunkach Polska-Izrael? Tu polska dyplomacja zaliczyła szereg wpadek.
To jest bardzo niepokojące i niestety potwierdza naszą słabość. Po tym, co się wydarzyło, czyli po dokonaniu obrazy narodu polskiego przez izraelskiego ministra i jeszcze nieprzeproszeniu nas, zazwyczaj odwołuje się na kilka tygodni, może trzy miesiące, ambasadora. To pokazałoby, że trzymamy się pewnych standardów. Izrael odwoływał swoich ambasadorów z krajów skandynawskich, gdy ich posunięcia w Radzie Bezpieczeństwa były dla nich niekorzystne. Myśmy tak nie postąpili, wybraliśmy politykę przetrwania i milczenia. Minister powiedział tylko enigmatycznie: „nie godzimy się na takie wypowiedzi”. To nie były „jakieś” wypowiedzi, tylko słowa premiera wygłoszone na ziemi polskiej, a następnie ministra już w Izraelu.
Wydaje mi się, że tu można było jednak stanowczo pokazać, że oczekujemy ze strony Izraela przeprosin. Szczerze to zastanawiam się, na co nasza dyplomacja liczy, że zapomnimy o tym jako społeczeństwo?
Podobnie w stosunkach z Rosją. Tu widzę intelektualny czy polityczny brak chęci podjęcia tej kwestii. Oczywiście minister wielokrotnie mówił, że nie godzimy się na agresję Rosji na Ukrainie, na Nord Stream 2. Natomiast ja polecałbym tu drogę Angeli Merkel, która prowadzi dyplomację XXI wieku, czyli na wielu poziomach. „Dyplomacja nie jest ulicą jednokierunkową”, jak powiedział kiedyś prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Merkel ma taką siłę, że mówi, że nie zgadza się z Rosją w pewnych punktach, ale ma świadomość, że w innych musi z nią współpracować. My takiej pozycji do rozmowy nie mamy i moim zdaniem nawet nie chcemy takiej mieć. Nasze stosunki z Rosją nie mogą się ograniczać do pomruków o wydanie wraku Tupolewa, a do osiągnięć nie możemy zaliczać wyposażenia nauczycieli w materiały do nauki historii. Mamy przecież takie instytucje, jak Ośrodek Studiów Wschodnich czy różne komisje, które mogą pomóc w dialogu z Rosją, ale wydaje mi się, że ten rząd boi się powiedzieć, że będzie z Rosją rozmawiać.
W kontekście tego aż boję się myśleć, jak będą wyglądać obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. My ciągle nie wiemy, kto tam przyjedzie i czy zaproszony zostanie Putin (już wiadomo – nie zostanie, przyp. red.). Ta okrągła rocznica jest dobrym momentem, aby przełamać trwającą od wielu lat inercję, co może wyjść tylko na dobre. Przypomnę, że jest słynne powiedzenie, że przyjaciół trzeba mieć blisko, a wrogów daleko. Proszę pomyśleć, że prezydent USA też kiedyś pojechał do komunistycznych Chin. To był przełom. W stosunkach z Rosją potrzeba wizji ułożenia wzajemnych relacji i przełomu politycznego myślenia. Proszę porównać, jak balansują w stosunkach z Rosją Węgry i Austria.
Minister wśród sukcesów wymienił konferencję bliskowschodnią.
Nawet nie chcę już pastwić się nad tym szczytem, bo tu już wiele zostało powiedziane, że niestety spełniliśmy w tym przypadku niewdzięczną rolę organizatora. Dlatego minister skupił się na innych elementach, a przed sednem informacji uciekł. Stąd też ta wyliczanka, ilu żołnierzy amerykańskich gdzie stacjonuje.
To jest właśnie pułapka polskiej polityki zagranicznej, zorientowania się na jednego partnera, jakim są Stany Zjednoczone. A co będzie, jak się zmieni prezydent?
Niepokojąco zabrzmiała też krytyka autonomii strategicznej UE. Minister Czaputowicz powiedział, że oczywiście możemy uczestniczyć w koncepcji europejskiego funduszu obrony, ale jeśli to będzie korzystne dla naszego przemysłu. To stawia nas poza jądrem Europy.
Nasza dyplomacja przypomina mi dziś amatorski teatr. My już nie gramy ról pierwszoplanowych, pytanie, czy zdarzają się nam jeszcze role drugoplanowe. To też pokazuje słabość ośrodka prezydenckiego. Proszę zwrócić uwagę, ile i jakich wizyt zagranicznych odbył prezydent, a w końcu, między innymi poprzez takie wizyty, liczy się siłę dyplomacji. Mieliśmy wizytę w Australii, roboczą wizytę w USA. Wspomniano o wizycie prezydenta Dudy w USA w tym roku. Czy będzie to oficjalna wizyta państwowa? Te przymiotniki w dyplomacji mają znaczenie fundamentalne.
Może ośrodek prezydencki abdykował z tej roli i pozostawił ją ministrowi spraw zagranicznych?
Oficjalne wizyty państwowe służą także temu, aby podnieść relację na wyższy poziom. O ile w zeszłym roku minister Czaputowicz jeszcze wymieniał, gdzie pojedzie prezydent, choć już było tego mało, to tym razem nawet takiego passusu nie było. Nikt nie przyjechał do Katowic na szczyt, nikogo znaczącego nie było na obchodach 11 listopada, czyli 100-lecia odzyskania niepodległości, chociaż szumnie zapowiadano, że przyjadą delegacje z całego świata. Nic nie tworzymy, nikt nas nie zaprasza, dosiadamy się tylko do stołów, które ustawia ktoś inny.
Podsumowując, dyplomacja to sztuka budowania mostów na autostradzie świata, po której ciągle jadą samochody. My obecnie budujemy jeden most i to na pustej autostradzie, gdzie są tylko dwa samochody, polski i amerykański.

Koniec taryfy ulgowej dla księcia

Zachodnie media długo przedstawiały saudyjskiego księcia Muhammada ibn Salmana jako reformatora, który otworzy pustynne królestwo na świat i zliberalizuje panujące w nim despotyczne porządki. Po morderstwie Dżamala Chaszodżdżiego zaczęły „przyznawać się do błędu”. Najnowsza publikacja „New York Times” ostatecznie dowodzi, że rację od początku miała lewica: Muhammad ibn Salman zawsze był krwawym satrapą.

Następca tronu Arabii Saudyjskiej pokazał swoje „humanitarne” oblicze już jako osoba, która w saudyjskim establishmencie odpowiada za prowadzenie wojny z Jemenem. Zachodnie media, które bardzo długo ignorowały tragedię tego państwa i jego mieszkańców, wolały jednak przekonywać, że książę Muhammad rozumie potrzebę reformowania swojego kraju, na przykład poszerzenia zakresu praw kobiet. Komentarze tego typu brzmiały od początku jak zaklinanie rzeczywistości – bo „światły następca tronu” ani razu nie zająknął się nawet o rezygnacji z systemu nadzoru nad obywatelkami (obecnie każda Saudyjka do podróży czy podjęcia nauki potrzebuje zgody ojca, męża lub brata).
W poniedziałek „New York Times” przyznał – Muhammad ibn Salman na ponad rok przed morderstwem Dżamala Chaszodżdżiego zatwierdził plan działań służb wymierzonych w opozycję. Zgodził się nie tylko na śledzenie obrońców praw człowieka czy nawet umiarkowanych krytyków i krytyczek panującej dynastii, ale i na porwania, tortury i więzienie bez wyroku.
Na celowniku znalazły się działaczki broniące praw kobiet, a także m.in. wykładowcy akademiccy pozwalający sobie na zbyt duży margines wolności słowa. Mężczyźni, którzy zabili Chaszodżdżiego i poćwiartowali jego ciało, prawdopodobnie brali już wcześniej udział w porwaniach i torturowaniu opozycjonistów. Były wśród nich aktywistki kobiece, których proces ruszył niedawno w Ar-Rijadzie: Ludżajn al-Hatlul, Aziza al-Jusuf, Iman an-Nadżfan i inne działaczki mogą zostać skazane nawet na 10 lat więzienia. W areszcie były torturowane – podtapiane i rażone prądem.
Co na to opinia publiczna „wolnego świata”? Amerykanie wiedzieli o programie inwigilowania i represjonowania opozycji od dawna. Źródła „NYT” przyznają teraz, że powstały na jego temat raporty wywiadowcze – oczywiście tajne. W rozmowie z dziennikarzami zastrzegający anonimowość urzędnicy wskazują nawet konkretne osoby nadzorujące program. Najważniejsza z nich to Saud al-Kahtani, wpływowa postać na dworze w Ar-Rijadzie, człowiek księcia Muhammada. Po śmierci Chaszodżdżiego został on demonstracyjnie pozbawiony stanowiska, ale to tylko gra na użytek chwilowo oburzonej światowej opinii publicznej.
W ubiegłym tygodniu w sprawie procesu 11 kobiet obwinionych m.in. o „kontaktowanie się z organizacjami międzynarodowymi i mediami zagranicznymi”. zabrała głos Amnesty International, określając szykany zmuszaniem do milczenia. Zdaniem Amnesty, ta sprawa zaczernia reputację Arabii Saudyjskiej, nie mniej niż zamordowanie dziennikarza Dżamala Chaszodżdżiego w konsulacie saudyjskim w Stambule.

48 godzin świat

25 marsz pamięci esesmanów

Mimo krytyki, jaka płynie ze strony organizacji antyfaszystowskich z całego świata, w Rydze po raz kolejny 16 marca odbył się marsz pamięci łotewskich żołnierzy Waffen-SS.

Socjaldemokraci zostali komunistami

Kenijska partia socjaldemokratyczna zradykalizowała się i zmieniła nazwę. Obecnie nazywa się Komunistyczną Partią Kenii. Zmieniło się także logo partii – jest nim teraz sierp i młot.

Tragiczne skutki cyklonu

Choć tymczasem liczba potwierdzonych ofiar śmiertelnych cyklonu Idai, który nawiedził Mozambik, jest stosunkowo niewielka, zdaniem prezydent kraju może wynosić około tysiąca.

Dymisja prezydenta

Nursułtan Nazarbajew sprawujący funkcję prezydenta Kazachstanu już niemal 30 lat. Swoją decyzję ogłosił w telewizyjnym orędziu. Niedawno jeszcze zapowiadał reformy i zdymisjonował rząd.

Macron straszy

Sobotnie manifestacje „żółtych kamizelek“ miały być „ultimatum“ dla prezydenta Emmanuela Macrona, zapowiadano wielkie demonstracje, ale prezydent to zlekceważył, pojechał sobie na weekendowe narty w Pireneje. Musiał przedwcześnie wracać, bo w Paryżu protest przybrał szczególnie gwałtowne oblicze. Ogłosił, że podejmie „silne decyzje“, które mają temu zaradzić. Wczoraj w stolicy Francji policja aresztowała pond 200 osób.

Wielu francuskich polityków krytykowało prezydenta, że wolał pojechać na narty, niż śledzić przebieg manifestacji na miejscu. Macron kazał jednak strzec pustego Pałacu Elizejskiego 12 kompaniom policji i wyjechał się zabawić, podczas gdy setki tysięcy ludzi w kraju domagało się jego dymisji.
Po przyśpieszonym powrocie ogłosił, że wszyscy, którzy wczoraj manifestowali, są „wspólnikami wandali“, którzy doprowadzili do pożarów i demolowania oraz plądrowania sklepów na Polach Elizejskich. „To już się nie nazywa manifestacją. Ci ludzie chcieli zniszczyć Republikę, mogli kogoś zabić“ – mówił zdenerwowany. „Wiele rzeczy zostało zrobionych od listopada [tj. od początku protestów „żółtych kamizelek“], ale dzień dzisiejszy pokazuje, że to za mało.“
Macron nie powiedział nic więcej na temat przyszłych „zdecydowanych środków“, lecz ich ogłoszenie nadchodzi jeszcze przed wejściem w życie bardzo kontrowersyjnej „ustawy przeciw chuliganom“ przegłosowanej przez jego partię, która miała być odpowiedzią na przemoc, która towarzyszy czasem manifestacjom „żółtych kamizelek“. Według krytyków, ustawa niesie ryzyko poważnego ograniczenia prawa do manifestacji, będzie ją badać Rada Konstytucyjna (odpowiednik Trybunału Konstytucyjnego).
„Żółte kamizelki“ odpowiadają, że ministerstwo policji źle zarządzało podległymi oddziałami – nie interweniowaly one przeciw „chuliganom“, bo było ich za mało, a minister nie pozwolił użyć jednostek pilnujących opuszczonego Pałacu. „Wypaczenie autorytarne“ Macrona, krytykowane przez lewicę, może jeszcze zaostrzyć sytuację we Francji.

Francuski trop masakry

„Byłem zadowolony, choć bez przesady, kiedy dwie godziny później spotkałem młodego Araba znakomicie zbudowanego, który od razu podał mi prezerwatywę. Trochę go possałem. Przeżył rozkosz branzlując się, gdy lizałem mu sutki. Nie był niemiły ten młody człowiek, powiedział grzecznie do widzenia. Ale w sumie Arabowie są dla mnie zdecydowanie zbyt mechaniczni.“ Czy gdyby muzułmanie byli lepszymi kochankami, nie doszłoby do tragedii w Christchurch?

Ten cytat to wyjątek z Dziennika intymnego francuskiego pisarza, 72-letniego Renaud Camusa (nic wspólnego z Albertem Camusem). To dystyngowany straszy pan, mieszkaniec zamku z XIV w. w Gaskonii, intelektualista, działacz gejowski i autor niezliczonych selfie. To on jest propagatorem konceptu Wielkiej Zamiany, który tak oczarował Australijczyka Brentona Tarrenta, sprawcę masakry w dwóch meczetach nowozelandzkiego Christchurch – 50 zabitych, prawie drugie tyle rannych. Camus zareagował zresztą na tragedię w charakterystyczny sposób: „Bardzo martwię się o naszych muzułmańskich przyjaciół. Myślę, że dla bezpieczeństwa powinni zgrupować się w rozległej fortecy, „ziemi islamu“ (to jednak 57 krajów…), i żyć tam w pokoju według swych gustów i wiary, dobrze chronieni przed wariatami“. Camus jest rasistą, ideologiem europejskich ruchów „tożsamościowych“, które u nas chodzą z pielgrzymkami do Częstochowy.
Tarrent zetknął się z książką Camusa Wielka Zamiana podczas pobytu we Francji dwa lata temu. Jak wyjaśnia w swoim delirycznym elaboracie o identycznym tytule, to tam, w czasie wizyty na cmentarzu wojskowym, podjął ostateczną decyzję, że sam „podejmie walkę z najeźdźcami“. Przegrana Marine Le Pen z Emmanuelem Macronem w wyborach prezydenckich z 2017 r. przekonała go, że kwestia imigracji „nie ma rozwiązania demokratycznego“. Skonstatował, że Francja jest ofiarą „inwazji nie-Białych“, co wywołało w nim „niebywałą wściekłość i duszącą beznadzieję“. Uważa się za Europejczyka (bo jest biały), więc po długich przygotowaniach rozładował te uczucia w Christchurch.

Halucynacje ideowe

Powtarzające się u Camusa wspomnienia o rozczarowaniu nie-białymi kochankami i w końcu oprawienie tego w rasistowską teorię Wielkiej Zamiany wywołało swego czasu protesty. Inny gejowski pisarz Didier Lestrade, współzałożyciel znanej organizacji LBGT+ Act Up, oskarżył Camusa o „zdradzenie epoki, gdy homoseksualność stanowiła most między mężczyznami różnego pochodzenia“, ale było już za późno. Ta epoka minęła: Camus, uczeń Rolanda Barthesa, obracał się w światowym towarzystwie artystyczno-intelektualnym, które budziło szacunek – Louis Aragon, Andy Warhol, Marguerite Duras, Alain Robbe-Grillet… Miał wpływ na młodych, publikując co tydzień w największym gejowskim piśmie Francji Le Gai Pied. Już dawno francuscy geje i lesbijski wolą głosować na Zjednoczenie Narodowe (RN) Marine Le Pen niż na jakąkolwiek inną partię.
Tarrent jest nie tylko mordercą mimetycznym (naśladował Breivika), ale jego kilkudziesięciostronicowy tekst, który rozpropagował przed masakrą, dowodzi, że każda jego refleksja pochodzi skądinąd. W 2017 r. Camus jak zwykle wezwał do głosowania na Le Pen, choć kręcąc nieco nosem („jest najmniej zamianowa“). Podobną opinię prezentuje Tarrent („nacjonalistka słaba i mdła“). Le Pen co prawda wydaje się zwolenniczką konceptu Camusa (mówiła kiedyś: „Można się zastanawiać, czy szalony proces imigracji nie ma na celu zwykłego zastąpienia populacji francuskiej“), ale w jego oczach, jak i dla Tarrenta nie nadaje się na autorkę „prawdziwej zmiany“, która miałaby polegać na deportacji wszystkich nie-Białych do ich krajów pochodzenia lub – co proponuje Tarrent – ludobójstwie.

Wielka Zamiana

Koncept Wielkiej Zamiany Camus tłumaczył mediom, inspirując się słynnym powiedzeniem Bertolda Brechta o „zmianie narodu“: „To proste: jest naród i nagle niemal za jednym zamachem, w jedno pokolenie, na jego miejscu pojawia się jeden lub wiele innych narodów. To wprowadzenie w życie tego, co u Brechta było dowcipem, zmianą narodu. Wielka Zamiana jest możliwa dzięki Wielkiej Dekulturacji – to najważniejsze zjawisko w historii Francji od wielu wieków, prawdopodobnie od zawsze“. „Wielka Dekulturacja“, której Camus poświęcił osobną książkę, to pojęcie, które ma ilustrować „samobójcze“ wyniki działania współczesnych mediów i edukacji.
Wydawałoby się, że koncepty Camusa utoną gdzieś wśród marginalnych ekstremistycznych grupek, ale nic podobnego. Rozpropagowali je nie tylko geje-nacjonaliści, ale i bardzo znani francuscy publicyści-syjoniści, jak Eric Zemmour czy Alain Finkielkraut, członek Akademii Francuskiej, który pomógł ostatnio Macronowi zakwalifikować antysyjonizm jako antysemityzm i przy okazji oczernić „żółte kamizelki“. Finkielkraut jest zresztą filozofem, na którego gęsto powoływał się Anders Breivik w swoim 1500-stronicowym tekście opublikowanym przez niego zaraz po zamachu (77 zabitych, 151 rannych). Jerusalem Post określał wtedy Breivika jako „członka skrajnej prawicy syjonistycznej zdecydowanie przeciwnego islamowi“. Breivik używał terminu „Eurabia“, by usprawiedliwić zabijanie Palestyńczyków w Norwegii, choć byli tylko z wizytą. Dziś podpisuje się pod teoriami Camusa, tak samo jak wielu europejskich polityków prawicy. Geert Wilders, znany gej-rasista, szef holenderskiej skrajnie prawicowej, syjonistycznej Partii Wolności, uważa go za „geniusza“.

Wielka Paranoja

Rozprawka Tarrenta jest dużo krótsza niż grafomański tekst Breivika, ale równie ponuro groteskowa. Ma też ten sam cel: masowemu morderstwu powinien towarzyszyć ideologiczny dyskurs mający go usprawiedliwić i zachęcić do imitacji. „Współczynnik dzietności, współczynnik dzietności, współczynnik dzietności“ – powtarza terrorysta w pierwszych liniach swej Wielkiej Zamiany. Obsesje, które prezentuje, są charakterystyczne dla europejskich faszystów i dobrze znane w Polsce: biali ludzie, dotknięci kryzysem demograficznym, rozbrojeni przez „indywidualistyczny hedonizm i nihilizm“, są przeznaczeni do „kompletnej zamiany kulturalnej i rasowej“. To według autora tym bardziej pewne, gdyż „rasy mają wielki wpływ na sposób organizacji społecznej i współczynnik dzietności“. Jedyne lekarstwo na to „zaprogramowane ludobójstwo Białych“ to „zmiażdżenie imigracji i masowa deportacja“, a póki co – ludobójstwo nie-Białych.
Tekst jest mieszaniną idei Camusa i Breivika, więc jest tu wszystko, co znamy z naszego podwórka: „inwazja Afrykanów i Arabów“ w Europie to konsekwencja „islamskiej wojny demograficznej“, w krórej tacy ludzie, jak Breivik, Tarrent, czy inni faszyści-terroryści odgrywają rolę „ruchu oporu“, są „żołnierzami“. Tarrent porównuje się nawet do Jana III Sobieskiego, którego nazwisko wypisał na na swojej broni, i innych europejskich postaci, które kiedyś walczyły z „islamską nawałą“. Konsekwentnie przekonuje, że „nie ma niewinnych w inwazji“: swoim ewentualnym naśladowcom zaleca zabijanie kobiet i dzieci, bo „dzieci staną się dorosłymi i będą się reprodukować“, a kobiety – wiadomo – „to tylko macice“. Sam co prawda nie uczestniczy w reprodukcji Białych, ale w zamian wskazuje „dobre“ cele do zabicia: Merkel, Erdoğana, czy burmistrza Londynu Sadiqa Khana.

Zglobalizowany ekofaszym

Tarrent pisze o sobie, że „choć jeden raz osoba nazwana faszystą naprawdę jest faszystą“, jak i zresztą „rasistą“, ale wpisuje swoje wizje w dyskurs post-narodowy, przywiązany nie do państw narodowych, ale do tożsamości etnicznych i „cywilizacji europejskiej“. Jego zdaniem Australia i Nowa Zelandia są uprawnionymi „koloniami europejskimi“, co ma być wyrazem „zglobalizowanego faszyzmu“, w którym globalny konflikt etniczny ma zastąpić konflikty narodowe. Tarrent głosi „rasizm separatystyczny“: celem nie jest nawet dominacja jednej rasy nad drugą, lecz zakończenie wszelkiej współpracy między nimi. Zabójstwa „polityków-zamianowców“ mają „pogłębić podział między Europejczykami a najeżdźcami, którzy okupują ich ziemię“. To projekt identyczny z celami Państwa Islamskiego: zamachy miały wzmocnić antagonizmy w europejskich społeczeństwach.
Dokładniej morderca określa się jako „ekofaszysta“ – w wielu miejscach swego tekstu okazuje się zmartwiony stanem przyrody. Jest w tym coś z „postmodernistycznego faszyzmu“, który majstruje swoją ideologię czerpiąc z innych tradycji politycznych (choć bardzo „ekologiczni“ byli też niemieccy naziści). Jego elaboratowi towarzyszy graficzny znak „czarnego słońca“, czasem używany w III Rzeszy, nazywany też „słowiańską swastyką“ i popularny wśród członków ruchów neonazistowskich. Oczywiście nie mogło zabraknąć wielokrotnie powtarzanego zdania: „Musimy zapewnić egzystencję naszego narodu i przyszłość dla białych dzieci“. To credo amerykańskiego suprematysty Davida Lane’a jest tak znane, że neonaziści zastępują je skrótowym wyrażeniem „czternastu słów“, a liczba 14 stała się jednym z najczęściej używanych przez nich kodów. Ostatnia rada dla „żołnierzy“: muszą tworzyć internetowe, rasistowskie memy, gdyż „memy zrobiły więcej dla ruchu etnonacjonalistycznego, niż jakikolwiek manifest“.

Czarny horyzont

Wyspy na antypodach należą akurat do najmniej rasistowskich krajów, ale ich spokój przyciąga różne wywiady. Np. w 1985 r. francuskie tajne służby podłożyły bombę i zatopiły „Rainbow Warriora“, flagowy statek Greenpeace’u, ktory uczestniczył w protestach przeciw francuskim próbom atomowym na archipelagu Mururoa (zginęła wtedy jedna osoba). Miastem Christchurch interesował się mocno izraelski Mosad. Dziś prawicowe media przypominają, że jeden z zaatakowanych meczetów (Al-Noor) „dostarczył“ dwóch dżihadystów jemeńskiej, prosaudyjskiej Al-Kaidzie, która dokonała zamachu na redakcję Charlie Hebdo w 2015 r. Obaj zginęli w Jemenie. Jednak władze nowozelandzkie, które po cichu monitorują kazania w meczetach utrzymują, że w obu świątyniach nic radykalnego, czy wzywającego do dżihadu nie było.
Masakra w Christchurch wywołała tam taki szok, że płacz rodzin ofiar mało nie zginął pod warstwą różnych głośnych oświadczeń i zapewnień. Ludzka solidarność i współczucie w końcu zwyciężyły, ale satysfakcja, którą przy tej okazji manifestują różni rasiści na całym świecie każe spodziewać się najgorszego. Bez oporu społeczeństw wobec tej czarnej fali, popartej pseudointelektualnymi protezami, powtórki tego, co stało sie Christchurch, pozostaną niestety na horyzoncie wydarzeń.

Niepokoje na Bałkanach

Serbowie od trzech miesięcy wyrażają na ulicach niezadowolenie z obecnego prezydenta: uważają, że Aleksandar Vučić i jego Serbska Partia Postępowa nie robią nic, żeby przyspieszyć serbską drogę do UE. Oskarżają obecną władzę o korupcję, fałszerstwa i tłumienie opozycji. W weekend przeciwnicy rządu wtargnęli do budynku telewizji publicznej, aby zaprotestować przeciwko ograniczaniu wolności mediów. Na ulicach protestuje również Czarnogóra i Albania.

Vučić pełni funkcję prezydenta Serbii od 2017 roku. Ale mimo deklarowanych starań, UE nadal nie widzi możliwości przyjęcia Serbii w swoje szeregi. Kiedy jednak na początku marca Belgrad odwiedziła Nathalie Loiseau, francuska minister ds. europejskich – oświadczyła, że docenia reformy Vučicia, jednak na razie akces nowych członków nie jest przewidywany. Sytuacja w regionie nadal jest niestabilna, a stosunki z Kosowem na granicy wybuchu wojny. Większość obywateli Serbii właśnie we wspólnocie europejskiej widzi nadzieję na poprawienie swojego losu i niecierpliwi się. Na Vučiciu ciążą również bardzo poważne oskarżenia o siłowe tłumienie opozycji (w grudniu zarzucano mu zlecenie ataku na trzech ważnych członków partii opozycyjnych), korupcję, fałszerstwa, permanentny kryzys gospodarczy (szalejąca inflacja io prawie 15 – proc. bezrobocie), autorytarne ograniczanie wolności mediów.
Dlatego też w sobotę wieczorem w Belgradzie, Niszu i Nowym Sadzie odbyły się wielkie protesty organizowane przez „Sojusz dla Serbii” – luźną koalicję 30 partii i organizacji niechętnych obecnemu rządowi Any Brnabić (wielu konserwatystów wciąż nie może pogodzić się z tym, że szefowa rządu jest wyoutowaną lesbijką). W stolicy protestujący wdarli się do siedziby państwowej telewizji RTS – która przez trzy miesiące udawała, że protestów na ulicach nie dostrzega.
– Przez ostatnie miesiące prosiliśmy tylko o jedną rzecz: o umożliwienie organizatorom protestów wypowiadania się w państwowej telewizji – mówił Bosko Obradović, przewodniczący partii Dveri. Policja pacyfikowała protestujących i siłą wyprowadzała ich z budynku. Mówi się o zasięgu protestów porównywalnym do tego sprzed 20 lat, kiedy musiał ustąpić Slobodan Milošević. Szef MSW zapowiedział konsekwencje dla każdego, kto wdarł się do siedziby RTS.
Vučić zapowiedział, że nie zamierza spełnić postulatów opozycji – przeprowadzić reformy wyborczej oraz zwiększyć wolność mediów – „nawet jeśli na ulicach będzie 5 milionów ludzi”.
Jednak nie tylko w Serbii trwają masowe protesty: w Tiranie odbył się piąty protest od połowy lutego. W ostatni weekend pokojowa demonstracja przekształciła się w brutalne starcie z policją. Opozycja zarzuca obecnej władzy korupcję oraz oszustwa wyborcze.
– Albania nie jest zdestabilizowana z powodu protestów w imię europejskich wartości. Jest zdestabilizowana z powodu przestępstw obecnego rządu. Musimy z tym skończyć – powiedział Lulzim Basha, przywódca Demokratycznej Partii Albanii, domagając się rozpisania wcześniejszych wyborów.
W Podgoricy również miał miejsce piąty już od dwóch miesięcy protest – przeciwko prezydentowi Milo Djukanoviciowi, rządzącemu od 3 dekad. Obywatele zarzucają mu korupcję i szemrane układy finansowe.