Koniec ofensywy PiS Wywiad

„Rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności” – z prof. Rafałem Chwedorukiem, politologiem z Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS przeszedł do defensywy?

RAFAŁ CHWEDORUK: Niewątpliwie mamy do czynienia ze zmianą sytuacji, co nie przeczy, że PiS cieszy się i będzie cieszyć poparciem wyższym, niż jakakolwiek inna partia. Niemniej ciężko wskazać teraz przesłanki, które wskazywałyby na to, że ta przewaga może się jeszcze powiększyć. Cykl wydarzeń – od mianowania Mateusza Morawieckiego prezesem Rady Ministrów po drugą turę wyborów samorządowych – zmienił polską politykę. Skończyła się ofensywa PiS i chyba pojawiło się coś na kształt wojny pozycyjnej, gdzie obie strony są zdolne do odnoszenia taktycznych sukcesów. Być może Polska polityka wróciła do stanu sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych; wiemy, że PiS wygra, ale do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieć, kto będzie miał ile mandatów w Sejmie. Najważniejsze jest to, że o tym, iż PiS znalazł się w tej defensywie, wiedzieliśmy już po wyborach samorządowych, chociaż podział mandatów w sejmikach przyniósł PiS wielkie zwycięstwo. Natomiast jeśli chodzi o rywalizację międzypartyjną, to niebezpieczeństwo uczynienia z następnych wyborów plebiscytu na temat integracji europejskiej jest dla PiS wyzwaniem. Ta partia musi szybko znaleźć takie tematy, które na nowo określą podziały polityczne tudzież przywrócą te, które przed wyborami były główne. W tym kontekście rzeczywiście możemy mówić, że rok 2018 wyglądał zupełnie inaczej niż 2017, kiedy PiS o tej porze roku był u szczytu popularności.

 

Pytanie, czy PiS będzie w stanie znaleźć takie osie podziału, żeby znowu podbić słupki poparcia i przejść do ofensywy.

PiS to solidna partia z poważnym zapleczem intelektualnym, z całą pewnością byłaby do tego zdolna, ale widzę tu dwa problemy. Po pierwsze czas – w tej chwili mamy do czynienia z pewnym interludium w polityce, tzn. wszyscy czekają na następne wyniki sondaży w dalszym odstępie czasu od wyborów samorządowych. Te sondaże pokażą, czy tendencje zarysowane w wyborach samorządowych mają przełożenie na poparcie dla partii w perspektywie innego typu elekcji, czy będziemy mieli do czynienia z powrotem mechanizmów, które mieliśmy w czasie sporów dotyczących sądownictwa; w szczytowych momentach mobilizacji środowisk opozycyjnych sondaże rosły, natomiast tydzień czy dwa po manifestacjach słupki wracały do normy bądź też nawet po chwili refleksji obywateli następował wzrost poparcia dla partii rządzącej. Drugi problem PiS polega na tym, że szczególną polityczną broń, jaką są zmiany personalne na szczycie, łącznie z premierem, PiS już wykorzystał. Owszem, może zmienić któregoś z ministrów, ale zauważmy, że już dziś ministrowie PiS-u to nie są ludzie, którzy budziliby ogromne emocje, w tym negatywne. Nie ma w rządzie Antoniego Macierewicza czy ministra Szyszki. W tym rządzie są politycy z głównego nurtu PiS-u albo drobni koalicjanci lub technokraci. Nie sposób sobie wyobrazić, aby drugi raz w ciągu jednej kadencji bez wyraźnego powodu PiS zmieniło prezesa Rady Ministrów. Dziś już widać, jak bardzo ryzykownym krokiem i nieczytelnym wtedy, a dziś tym bardziej niezrozumiałym, była zmiana premiera u szczytu popularności rządu. Obecna sytuacja prosiłaby się o zmianę premiera i właśnie aby to Mateusz Morawiecki został premierem, pokazując bardziej technokratyczne, liberalne niemal, europejskie oblicze PiS. A tak obecny prezes Rady Ministrów musiał tracić swoje polityczne zasoby na gaszenie różnych drobnych pożarów. PiS nie może zatem jednym manewrem uciec do przodu, a wojna pozycyjna jest dla tej partii siłą rzeczy kosztowna. Opozycja, która nie organizuje wielkich, spektakularnych manifestacji, nie atakuje PiS-u z jednakową zaciętością w każdym temacie, paradoksalnie jest dużo trudniejszym przeciwnikiem.

 

Czy „czterdzieści milionów” z afery KNF będą tym samym, co „lub czasopisma” dla SLD albo ośmiorniczki dla PO? Czy to spowoduje znaczne osłabienie rządów PiS-u i w konsekwencji oddanie władzy? Elektorat PiS-u już dużo przełknął: nagrody, Misiewicza, ministra Szyszkę, 27:1…

Znaczenie tych poszczególnych historii było inne. Paradoksalnie to nagrody były dla PiS najgroźniejsze ze względu na etos tej partii i tradycyjne hasła walki z nepotyzmem. Powiedziałbym, że jeśli afera KNF zatrzyma się na obecnym etapie, to nie sądzę, żeby miała wielkie znaczenie dla relacji PiS-u z jego wyborcami i widzę tu dwie przyczyny. Po pierwsze, żelazny elektorat raczej na to nie zareaguje, z kolei ten elektorat, który dołączał do PiS-u w ostatnich kampaniach, który nie był stricte prawicowy i konserwatywny, w wielu wypadkach nie ma złudzeń co do polityków. Drugą istotną sprawą jest to, że trudno wyobrazić sobie bankiera w pozytywnej roli – mówię tu o panu Czarneckim. Mówiąc w skrócie, konsumowanie ośmiorniczek za pieniądze podatnika w restauracji może być dla wyborców, i to różnych, czymś co staje się symbolem. Natomiast świat wielkich finansów, co do którego zaufanie w ostatnich latach, mówiąc delikatnie, raczej nie wzrosło, nie jest czymś, co mogłoby obrosnąć w symbole. To, że państwo próbuje przejąć bank, który ma kłopoty, było wręcz normą w czasach wielkiego kryzysu. Jedyną perspektywą, aby coś się tu zmieniło, byłyby kolejne informacje w sprawie, które pokazałyby inne bulwersujące aspekty, czego oczywiście nie możemy wykluczyć. Znaczenie tej sprawy jest inne i nie ma co patrzeć na segmenty elektoratu. Żyjemy w świecie, w którym sektor finansów jest najważniejszy w gospodarce i to w skali globalnej. Każda partia, nawet ta, która przedstawia się jako szczególnie wrażliwa na ekscesy rynku i asertywna wobec kapitalistów, wcześniej czy później, rządząc, musi zacząć szukać jakiegoś modus vivendi z finansjerą krajową i międzynarodową. Nie ma wątpliwości, że PiS uczynił wiele kroków w tę stronę, stąd może nieinteresujące dla wyborców ukłony w stronę przedsiębiorców, stąd też nominacja dla Mateusza Morawieckiego itd. Znalezienie przez PiS jakiegoś modus vivendi z biznesem, dużym polskim biznesem, często powiązanym z międzynarodowym, dawałoby większe perspektywy długotrwałego rządzenia. Myślę, że po tej sprawie droga PiS-u do porozumienia ze światem finansjery wydłuży się znacznie. Biznes będzie teraz raczej czekać na wynik następnych wyborów, i to jest moim zdaniem jedyna strategicznie ważna kwestia w tej sprawie.

 

A sprawa pracy dla syna ministra Kamińskiego? To musi wkurzać nawet elektorat PiS-u.

Na pewno nie wzbudzi entuzjazmu, szczególnie biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, gdzie nadreprezentowane są grupy mniej zamożne i siłą rzeczy wyczulone na kariery na skróty. Natomiast nie jest to precedens w polskiej polityce i wskazanie dziesiątek przykładów u poprzedników nie nastręcza tutaj problemów. Być może większym problemem będzie fakt, że dotyczy to polityka, co do pryncypialności którego nawet najwięksi przeciwnicy nie mieli wątpliwości. Być może spowoduje to większe kłopoty nawet w samym PiS-ie niż na zewnątrz. Natomiast skoro wcześniej sprawa Misiewicza, dużo bardziej jednoznaczna, nie spowodowała rewolucji, to teraz również tej rewolucji nie będzie. Ta sprawa powinna natomiast nauczyć polityków powściągliwości w krytyce nepotyzmu. Okazuje się, że trudno funkcjonować bez elementarnej dozy zaufania do współpracowników, co z kolei zwiększa perspektywy nepotyzmu. Niestety, Polska nigdy nie będzie pod tym względem drugą Szwecją. Pamiętajmy, że jesteśmy społeczeństwem postchłopskim, które walczyło dramatycznie o przetrwanie i nie sposób będzie moim zdaniem trwale wykorzenić tych zjawisk, bo wiele uwarunkowań historycznych się na to złożyło. Powinniśmy zatem rozliczać osoby protegowane przez polityków przede wszystkim z kompetencji.

 

Jeden z lewicowych publicystów napisał niedawno, że PiS jako partia weszła w „okres Bieruta”, rozpoczął się etap gnicia władzy. Zgadza się pan z tym określeniem?

Nie zgadzam się z żadnymi metaforami, które porównują polską rzeczywistość i w ogóle obecny świat do lat 30. i 40. Bardzo bym przestrzegał przed używaniem takich analogii, niezależnie od tego, czy te słowa padły z ust lewicującego publicysty, czy ministra w rządzie PiS, czy z ust przewodniczącego Rady Europejskiej, choćby ze względu na nieadekwatność tych słów i pamięć o ofiarach dramatycznych dekad. Myślę też, że słowo „gnicie” jest błędne, bo PiS rządzi za krótko. Procesy erozji władzy, kiedy nie wiadomo już, jaki jest sens rządzenia, kiedy okazuje się, że kierujący państwem rządzą tylko po to, aby sprawować władzę, kiedy stają się zdolni do wszystkich możliwych kompromisów, żeby tylko utrzymać stołki, z reguły następuje w formacjach, które rządzą wiele kadencji. Myślę, że problem PiS-u jest inny. Zresztą był jasny jeszcze zanim PiS objął władzę, to jest problem kadr. PiS ma w miarę sprawny klub parlamentarny, ale krótką ławkę. Z wielu historycznych powodów prawica w Polsce ma w kwestiach kadrowych pod górę. Kolejne rządy po 89 roku, w których główne nurty postsolidarnościowej prawicy uczestniczyły, to potwierdzały. Stąd otwartość obecnie rządzących na ludzi z zewnątrz, którzy są kompetencyjnie przygotowani, można tu wskazać wiele przykładów także w obecnej Radzie Ministrów. PiS nie ma problemu z zawieraniem koalicji na niższych szczeblach samorządów, mimo że wydawało się, że będzie odwrotnie. To, co obserwujemy, jest raczej potwierdzeniem kadrowych problemów PiS-u, niż zjawiskiem charakterystycznym dla partii, która sprawuje długo władzę i zdążyła zapomnieć, dlaczego tę władzę zdobyła.

Nie mieli szans

Powstanie warszawskie trwało 63 dni. Oddajemy hołd powstańcom Warszawy, którym z jednej strony przyświecał heroizm, patriotyzm i gotowość do poświęceń, a z drugiej strony głupota polityczna naszych przywódców.

 

Generałowie Tadeusz Bór-Komorowski, Leopold Okulicki, Tadeusz Pełczyński, Antoni Chruściel i pułkownik Rzepecki, zamiast bronić Warszawy i jej mieszkańców, doprowadzili miasto do zagłady, Było to samobójstwem. Wywołanie powstania było ciężką zbrodnią.
Depesze gen. Sosnowskiego z Londynu dotyczące sprzeciwu powstania nie dotarły. Tu zakrawa na zdradę dowódców powstania. Generał Sosnkowski dał Okulickiemu zadanie ratować biologiczną substancję narodu przez powstrzymanie wybuchu powstania. Okulicki złamał rozkazy naczelnego wodza, plamiąc mundur i honor oficera Wojska Polskiego. To Okulicki wysunął projekt walki o Warszawę. Powstanie Warszawskie „zawdzięczamy” generałowi Okulickiemu. Jak pisze Piotr Zychowicz w książce „Obłęd 44” w rozstrzygających dniach poprzedzających decyzję o wywołaniu Powstania warszawskiego gen. Okulicki niemal cały czas był na rauszu. Gen. Okulicki przeciwko niemieckim czołgom i samolotom rzucił kwiat polskiej młodzieży z butelkami z benzyną. Wszystko wskazuje na to, jak pisze autor ksiązki, że Okulicki, Pełczyński i Rzepecki zawarli za plecami Komorowskiego tajne porozumienie. Zawiązali spisek, którego celem było wywołanie powstania w Warszawie . Ta sprawa jest pomijana przez historyków, którzy oparli swoje kariery na wychwalaniu decyzji, która doprowadziła do rzezi Warszawy.
Podjęcie decyzji o wszczęciu Powstania warszawskiego było jedną z najtragiczniejszych decyzji w historii Polski. Jej skutkiem było zburzenie stolicy państwa, śmierć 200 tysięcy ludzi, eksterminowanie elity narodu.
Powstanie warszawskie oparte było, jak pisze autor wspomnianej książki, na absurdalnej koncepcji politycznej i wojskowej. Zostało przeprowadzone według fatalnego planu i bez środków do walki. Samo wyznaczenie godziny „ W” na piątą godzinę po południu było katastrofalną decyzją. Żołnierze AK wytrwali pod morderczym ogniem nieprzyjaciela 63 dni i to może być dla nas powodem do dumy. Ludziom tym należy się najwyższe uznanie i pamięć nasza oraz przyszłych pokoleń. Powstanie Warszawskie tak naprawdę nie trwało 63 dni, lecz kilkaset minut. Tyle, ile zajął pierwszy zakończony krwawą łaźnią szturm. Potem AK już po prostu starała się tylko przetrwać.
Już 1 sierpnia w nocy depesza Komendy Głównej mówiła o klęsce Powstania. Jak wspomniał, obecny wówczas w Londynie, generał Marian Kukiel „Anglicy na wiadomość o powstaniu po prostu zdębieli”. Powstanie Warszawskie było najtragiczniejszym błędem , jaki popełnili Polacy w swych najnowszych dziejach. Co należało zrobić? Oczywiście to, co się robi, gdy przegrywa się bitwę – kapitulować.
Gen. Bór-Komorowski powinien wystąpić do Niemców o pertraktacje kapitulacyjne nie na przełomie września i października 1944 roku, ale już 2 sierpnia. Niestety, ani kapitulacja wycofanie wojska z miasta dla wysokich rangą oficerów AK nie wchodziły w grę. Cały czas liczyli przecież na pomoc wytęsknionych, wyglądanych sowietów. Po klęsce 1 sierpnia jeszcze przez trzy dni Armia Krajowa mogła prowadzić działania zaczepne.
Autor książki przypomina również o braku odpowiedzialności oficerów Armii Krajowej, którzy pozwolili dzieciom walczyć. Miejscem polskich dzieci było boisko sportowe, a nie powstańcze barykady. W jednym tylko obozie dla jeńców wojennych po wojnie znalazło się 550 powstańców poniżej 18-go roku życia, w tym 49 poniżej 15-go. Wszystkie dzieci , które tak lekkomyślnie zmarnowano w Powstaniu Warszawskim, były potrzebne Ojczyźnie po wojnie.
Uczestnik powstania Jan Ciechanowski pisał: „Leży tam pokotem kwiat warszawskiej młodzieży, kwiat Armii Krajowej, leży batalion za batalionem, kompania za kompanią, pluton za plutonem, leżą tamci, których dzisiaj tak nam brakuje”. Bezsensowna, męczeńska śmierć najwspanialszych, najbardziej patriotycznych naszych dzieci jest plamą na honorze AK.
Konsekwencją wybuchu Powstania Warszawskiego było wydanie przez Hitlera rozkazu zrównania polskiej stolicy z ziemią i wymordowanie jej mieszkańców.
1 sierpnia 1944 roku rozpoczęła się droga krzyżowa miliona Polaków , która do dzisiaj jest starannie przemilczana przez piewców Powstania Warszawskiego. Cywilni mieszkańcy stolicy byli największym , obok oficerów rozstrzelanych w Katyniu, męczennikami polskiej historii. Ci cywile – choć pomijani w rocznicowych przemówieniach – byli nie mniejszymi bohaterami od żołnierzy AK.
Premier III RP podczas uroczystości 74. rocznicy Powstania Warszawskiego powiedział: „ Nie byłoby nas dzisiaj bez Powstania”. To jest wielkie kłamstwo. Powstańcy nie mieli żadnych szans wypędzenia okupanta hitlerowskiego z Warszawy. Wiemy, że politycy „dobrej zmiany” wstydzą się powiedzieć prawdę, że żołnierz radziecki i żołnierz polski wypędzili okupanta nie tylko z Warszawy, ale też i z Polski – dlatego tu jesteśmy na tej uroczystości, bo kominy krematoriów przestały dymić.
Powstańcom należy się wielka cześć i chwała, którzy przez nieudolność i zdradę niektórych dowódców ginęli nie osiągając niczego.

Salonowcy w lupanarze

„Gazeta Wyborcza” to – jak wiadomo – ostoja i strażnica kultury politycznej i kultury w ogóle. To wzorzec (jak wzornik w Sèvre pod Paryżem dla metra w systemie miar i wag) dobrych obyczajów i dobrego smaku.

 

To istne ucieleśnienie Herbertowskiej potęgi smaku. Bezkompromisowo obnaża i piętnuje wszelkie prostactwo, prymitywizm i chamstwo. I wytrwale powtarza „warto być przyzwoitym”. W weekendowych wydaniach zamieszcza wywiady z intelektualistami i eseje tak wyrafinowane, tak subtelne, że aż głowa boli. Jest więcej niż opiniotwórcza, bo wzorotwórcza. Wyznacza standardy tak salonowe (i właśnie pod hasłem Salonu znienawidzona jest przez Łysiaka i jego fanów), że podobnie jak według szefa podwładni ustawiają zegarek, tak ludzie kulturalni orientują się według niej, jak wymawiać Ą i Ę, czy jeść nożem, czy widelcem. Słowem, Polak kulturalny oddycha i mówi Gazetą Wyborczą. Jest tu wytwornie, elegancko i subtelnie… o ile nie chodzi o Rosję.
W sobotę 7 lipca piłkarska drużyna Rosji (jakim prawem zaszła dalej niż nasze Orły?) – rozgrywała mecz w ćwierćfinale Mundialu. Z tej okazji Gazeta Wyborcza zamieściła w magazynie świątecznym pikantny i doprawdy przezabawny artykuł z gatunku ciekawostek. Artykuł na całe dwie strony: »Mundialowy seksualny zawrót głowy. Rosyjska dziewczyna szuka chłopaka.« Autor? A któż by inny? Niezawodny weteran walki na froncie rosyjskim, redaktor Wacław Radziwinowicz. Ma on do walki motywację silną i osobistą, bo państwo Putina postarało się, by wyłącznie źle mógł pisać o Rosji wyłącznie stąd, z Warszawy, a nie stamtąd, z Moskwy. Od dłuższego czasu Pan Redaktor ma status zdalnego korespondenta. Donosi on czytelnikom, co widzi w Rosji z Warszawy „na podglądzie”. A widzi sokolim okiem tylko panoptikum, mógłby zostać kustoszem Kunstkamery. Doniesienia są zawsze namiętne i pikantne, monotonnie przewidywalne; lecz tym razem korespondent-wygnaniec przeszedł samego siebie.
W wyeksponowanym nagłówku czytamy: »Rosjanie są obrażeni, że Rosjanki „puszczają się” z obcymi kibicami. Rosjanki odpowiadają: „Może i obcy, ale są uśmiechnięci, pachnący i grzeczni”«. W tekście wielokrotnie powtarza się wątek: cudzoziemcy czyściutcy, pachnący, szarmanccy; rosyjscy mężczyźni niedomyci, śmierdzący potem, prostacy. Ponadto – dowiadujemy się – to impotenci.
Rosjanie, Rosjanki. Chodzi o niektórych, niektóre, brzmi jak o wszystkich. Ot, takie wymowne, sugestywne niedopowiedzenie, kiedy ze zdania wynika więcej niż formalnie powiedziano.
Na dwóch stronach autor z lubością, z widocznym ubawieniem cytuje i komentuje dyskusję w rosyjskich gazetach i w internecie na temat puszczalskich „Nataszek”. Tych, jak wynika z tekstu, jest cały legion. A puszczają się z cudzoziemcami – jak się dowiadujemy – tak masowo i gorliwie, że np. w aptekach w szacownym centrum Moskwy raz po raz brakuje prezerwatyw.
Z przejęciem i zrozumieniem cytuje Pan Redaktor z internetowej strony „Komsomolskiej Prawdy” pewną 30-letnią blondynkę. »Opisuje ona wieczór, kiedy w sumie przypadkiem trafiła do klubu pełnego gości mistrzostw. I zachwyca się: „Nie zdążyłam jeszcze wejść do środka, a już zrozumiałam, że to jest to! Boże, gdzie ja byłam wcześniej? Cała wielka sala była pełna ślicznych, zadbanych, czarujących, dobrze pachnących mężczyzn. I oni się uśmiechają, mówią komplementy, chcą rozmawiać, proponują drinki. Uśmiechający się Amerykanie, wysocy Niemcy, inteligentni Belgowie. Panie! Jak pięknie.”
Oczywiste! Kibice, o ile to nie Rosjanie, ale przybysze z cywilizowanego świata, z istoty swej są – zwłaszcza po meczu i po dalszych wrażeniach w klubie, w pubie, na dyskotece – pachnący, trzeźwi, wytworni. Rosyjscy mężczyźni – jak wynika z tych miarodajnych impresji ich niektórych rodaczek spragnionych odmiany i przygody – to niechlujne, leniwe i chamowate brudasy. Inni nie istnieją, skoro nie o innych tu mowa. Pan Redaktor taktownie tylko powtarza słowa „Rosjanek” ze zbioru liczebnie nieokreślonego, nie wdając się w statystyczne niuanse. Brakuje tu jeszcze tylko – jak na gazetę z literackiego panteonu – cytatu z Lermontowa („Proszczaj, niemytaja Rossija”), choć w jego wierszu niezupełnie o to chodziło.
Z nieskrywaną satysfakcją Pan Redaktor relacjonuje rosyjską „kłótnię w rodzinie” – burzliwą krytykę, głosy potępienia rodaczek oskarżanych o urąganie narodowej godności. I ze wzruszającą empatią przytacza pyskate repliki tych „Nataszek”. »Zupełnie otwarcie, z fizjologicznymi detalami dowodzą, że Rosjanie to najgorsi, najbardziej nieporadni kochankowie w świecie.« No, prawdziwy dżentelmen. I opiekun milionów niespełnionych Rosjanek. Tak przejęty ich niedolą, że aż ślina mu kapie.
Gazeta Wyborcza mniema o sobie, iż praktykuje – pod każdym względem – arystotelesowską zasadę złotego środka; jakoby zawsze ma jednakowy dystans do skrajności ze wszelkich możliwych stron. W tej publikacji jakby z brukowca wziętej rzeczywiście znalazła się pośrodku. Pośrodku w skali żenady i niesmaku – między doktorem Goebbelsem z jego finezyjnymi receptami na filmy o Żydach a doktorem Kaczyńskim z jego wywodem o pasożytach i obrzydliwych chorobach roznoszonych przez uchodźców.
Bronisław Łagowski zebrał w jednym tomie („Polska chora na Rosję”) katalog przejawów wiadomej obsesji i fobii. Dorzucam mu ten kwiatek do kolekcji.