Dwunastu wspaniałych

Gdyby w wyborach samorządowych głosowano też na najlepsze kandydujące drużyny, to stołeczna reprezentacja komitetu wyborczego SLD – Lewica Razem wygrałaby zdecydowanie.

 

Taka silna drużyna ludzi kompetentnych, doświadczonych zawodowo i pracowitych dowodzi, że wyborcy nie są skazani jedynie na plebiscyt pomiędzy kandydatami prawicowego Prawa i Sprawiedliwości i prawicowej koalicji wokół Platformy Obywatelskiej.
Na wybór między większym prawicowym złem i prawicowym mniejszym złem.
Polscy wyborcy mają dobra, lewicową alternatywę.

 

Kandydatki lewicy do Sejmiku Województwa Mazowieckiego

Katarzyna Maria Piekarska
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznej Ochoty, Śródmieścia, Mokotowa, Wilanowa i Ursynowa.
Jest prawnikiem i radną Sejmiku Wojewódzkiego Mazowieckiego. Była posłanką, wiceministrem spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Leszka Millera.

 


Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza, Bielan, Bemowa, Woli, Włoch i Ursusa.
Jest prawnikiem. Była radną miasta Warszawy i posłanką, wielokrotnie nagradzaną przez tygodnik „Polityka” w plebiscycie na najlepszego parlamentarzystę.

 


Danuta Waniek
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa, Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest politologiem, wykładowcą akademickim. Autorką licznych publikacji na łamach „Trybuny”. Była posłanką, szefową Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

 

Kandydatki i kandydaci do Rady Warszawy

Andrzej Rozenek
kandyduje z okręgu nr 1.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Śródmieścia i Ochoty.
Jest dziennikarzem i politologiem, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Nie”. Był posłem i działaczem Zrzeszenia Studentów Polskich.
Andrzej Rozenek kandyduje też na prezydenta Warszawy.

 


Monika Jaruzelska
kandyduje z okręgu nr 2.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Rembertowa i Pragi Południe.
Jest znana publicystką, uznaną pisarką, działaczką społeczna i wykładowcą akademickim.

 


Sebastian Wierzbicki
kandyduje z okręgu nr 3.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Mokotowa.
Jest szanowanym znawcą problematyki samorządowej, wieloletnim radnym warszawskim, wiceprzewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej i przewodniczącym SLD w Warszawie.

 


Jan Hartman
kandyduje z okręgu nr 4.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Woli.
Jest profesorem nauk humanistycznych, autorem licznych publikacji naukowych w kraju i zagranica, od tego roku wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim.

 


Krystyna Barbara Kozłowska
kandyduje z okręgu nr 5.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Żoliborza i Bielan.
Jest specjalistką w dziedzinie systemów ochrony zdrowia społecznego, była Rzeczniczką Praw Pacjenta.

 


Jan Artymowski
kandyduje z okręgu nr 6.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznej Pragi Północ i Białołęki.
Jest sekretarzem generalnym Stronnictwa Demokratycznego wchodzącego w skład koalicji SLD – Lewica Razem.

 


Anna Maria Żukowska
kandyduje z okręgu nr 7.

Głosują na nią mieszkańcy stołecznego Targówka, Wawra i Wesołej.
Jest prawniczka, anglistką, rzeczniczką prasową SLD i wiceprzewodniczącą mazowieckiego SLD.

 


Piotr Gadzinowski
kandyduje z okręgu nr 8.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Ursynowa i Wilanowa.
Był posłem trzech kadencji, nagradzanym za pracowitość przez stołeczne media. Jest publicystą, autorem popularnych książek, publikacji krajowych i zagranicznych, redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna”, promotorem polskiej kinematografii.

 


Andrzej Golimont
kandyduje z okręgu nr 9.

Głosują na niego mieszkańcy stołecznego Bemowa, Ursusa i Włoch.
Jest publicysta, autorem książek, popularnym radnym, z rekordowym, bo dwudziestoletnim stażem, a także prezesem Szpitala Praskiego.

 

Wielce szanowni Warszawiacy!

Zapamiętajcie te kandydatury.

Głosujcie jak Wam rozum, a nie prawicowe media, wskaże.

Prosta historia prostaka

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.

 

Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.

Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.

Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali.

Przegrali na własne życzenie i z samymi sobą. PRL – w ich mniemaniu najbardziej gorszące wcielenie egalitaryzmu – umożliwił im wszak awans, miejsce w przedsionku elity intelektualnej. Kiedy jednak się wśród niej znaleźli, woleli uczepić się fetysza „wolności” zamiast elementarnego etosu. Gdyby się go trzymali, dziś mieliby elementarne prawo żywić pretensje do świata. Sto lat temu intelektualiści poczuwali się do misji kształtowania historii – po 1989 r. wystarczył im tylko dryf z jej nurtem. Część z nich na wyzwolonym przez siebie „boomie edukacyjnym” wyrosła niby pączki na maśle, choć w ten sposób sami przyczynili się do społecznej i moralnej degradacji warstwy inteligenckiej i sami sformowali forpocztę „wtórnej prymitywizacji”.

A niech mnie, przecież to autentycznie prostaki! Zasiali wiatr, współuczestniczyli we wznoszeniu fali najszybszych pieniędzy, najwyższych zysków, najniższych płac, najgorszych gustów, najpłytszych pozorów – a teraz zbierają burzę, teraz ta fala stacza się topiąc ich w pianie, którą PiS bije od co najmniej trzech lat… I oni naprawdę tego nie widzą! Idioci? Ten „atak plebsu”, przed którym tak się muszą bronić jest chyba ich własnym wstydem – przedmiotem rozpaczliwego wyparcia.

Wbrew bredniom wypisywanym przez prof. Hartmana, egalitaryzm nie polega na tym, że wszyscy rozkoszują się jego pismami, sami uzyskują profesurę, a potem pewnie zasuwają w kółko recytując Goethego lub tocząc spór o uniwersalia. Ale z pewnością polega m.in. na tym, że „wysublimowani” czują się współodpowiedzialni za rzeczywistość, którą dzielą z „prostym człowiekiem”. Coś, czego Hartman wręcz chwali się, że nie rozumie! Bardzo chciałbym – bardzo proszę! – by zrozumienie tego rozważyli ci, którzy mają się za inteligentów, którzy palą się do świętej wojny o „wolne sądy” – swoją własną ostoję – ale nie mają zielonego pojęcia, dlaczego ludzie chętnie posłaliby ich do diabła. Idealiści to z pewnością nie ci, którzy mają się za idealnych.

Głos lewicy

Śmieszne oświadczenie

„Prezes Kaczyński oświadczył, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy i pracujący w spółkach skarbu państwa i zarabiający krocie, nie będą mogli kandydować do samorządów. Owi, PiS-owscy krezusi, nie są przygłupami i nie zrezygnują z zarabiania np. 100 tys. miesięcznie, by zostać burmistrzem i zarabiać 8 tys. brutto. Oni nawet są gotowi dopłacić do kasy PiS te 8 tys. złotych miesięcznie, co wielu teraz czyni, by prezes dał im spokój. Oczywiście, że w PiS idzie się do polityki dla pieniędzy. Daruję sobie wymienianie ludzi z PiS, którzy politykę potraktowali jako środek do przejścia do biznesu i zarabiania dużych pieniędzy. Pozapolityczną drogą nigdy by im się to nie udało.
Komunikat prezesa rozumiem następująco: nie kandydują ci, którzy pracują we wspomnianych spółkach. A czy prawo do startu mają PiS-owscy radni, dorabiający sobie w owych spółkach w radach nadzorczych? Formalnie członkowie rad nadzorczych nie są pracownikami spółek, są ich ogranem nadzorczym, za co otrzymują uposażenie w formie zleceń.
Kandydaci na radnych nie będą powiązani ze spółkami, ale kiedy nimi zostaną mogą zacząć tam zarabiać. Najwyżej zrezygnują z mandatu radnego i w ich miejsce wejdzie kolejny z listy PiS.. I tak karuzela się będzie kręcić, by napełnić kieszenie swoim. W takim KGHM np. jest już piąty z kolei zarząd w ciągu trzech lat rządów PiS. Na same odprawy dla zwalnianych wydano grube miliony. I o to chodzi, by napełnić kieszenie swoim. Rok pracy i milionowa odprawa oznacza bogate życie przez lata. To złodziejstwo PiS klajstruje walką z przestępcami VAT-owskimi.
Z takiego politycznego nadzoru nad spółkami PiS nie zrezygnuje. Zaplecze kadrowe partii to właśnie ci radni. Oni, jak mniemam, są i będą w przyszłości nadal sprawować nadzór polityczny, bo raczej nie merytoryczny, nad spółkami. Będą zatem mogli startować w wyborach samorządowych i nadal zarabiać dziesiątki i setki tysięcy złotych rocznie. Będą także zapleczem kadrowym oczekującym na synekury w spółkach. Nie przypadkiem prezes wygłosił tak enigmatyczne oświadczenie i tyle go widziano. Wolał na wyżej wymienione wątpliwości nie odpowiadać i nie nawijać makaronu na uszy dziennikarzom” – napisał Czesław Cyrul na Facebooku.

 

Rzecz o Hartmanie

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.
Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.
Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.
Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali” – pisze publicysta Paweł Jaworski na łamach strajk.eu.