Ponad 1,3 mln osób studiuje dziś w Polsce. Jedni słyszą, że bez magistra nie mają czego szukać na rynku pracy. Inni – że studia to strata pięciu lat, bo hydraulik, spawacz albo programista bez dyplomu może zarobić więcej. Obie opowieści są zbyt proste. Wyższe wykształcenie nadal statystycznie daje przewagę. Tyle że w 2026 roku znacznie ważniejsze niż samo pytanie „czy studiować?” jest pytanie: co studiować, gdzie, za jakie pieniądze i co robić jeszcze przed odebraniem dyplomu.
Według najnowszych danych GUS w roku akademickim 2025/2026 na polskich uczelniach kształciło się 1 mln 322,8 tys. osób – o 42,7 tys. więcej niż rok wcześniej. W roku akademickim 2024/2025 dyplom otrzymało 306,6 tys. absolwentów. Po kilku latach spadków liczba studentów w Polsce znowu rośnie.
To nie wygląda jak społeczeństwo, które przestało wierzyć w studia.
Ale coraz mniej osób wierzy już w starą obietnicę: zdobądź magistra, a potem dobra praca jakoś się znajdzie.
I słusznie. Taka gwarancja nie istnieje.
Dyplom nadal ma wartość. Dane są tutaj dość brutalne dla teorii o „bezużytecznych studiach”
Moda na opowiadanie, że „dzisiaj studia nic nie dają”, dobrze wygląda w krótkim filmie w mediach społecznościowych. Gorzej wypada w konfrontacji z danymi.
OECD podaje, że w Polsce osoby z wyższym wykształceniem w wieku 25–64 lat zarabiają przeciętnie o 54 proc. więcej niż osoby z wykształceniem średnim. Wśród młodych ludzi w wieku 25–34 lata stopa bezrobocia wynosiła 2,1 proc. dla osób z wyższym wykształceniem i 4,3 proc. dla osób, które zakończyły edukację na poziomie średnim lub policealnym.
To duża różnica.
Czyli odpowiedź na pytanie „czy studia się opłacają?” statystycznie nadal brzmi: tak.
Ale jest haczyk wielkości Collegium Maximum.
Średnia dla wszystkich absolwentów mówi niewiele o konkretnym człowieku.
Na jednym końcu mamy lekarza, informatyka, analityka danych czy inżyniera. Na drugim absolwenta kierunku, po którym rynek oferuje niewiele stanowisk wymagających zdobytych kwalifikacji. Do tego dochodzą różnice między uczelniami, miastami, doświadczeniem zawodowym oraz sytuacją lokalnego rynku pracy.
Dlatego dyplom nadal jest przewagą, ale nie jest już automatycznym biletem do klasy średniej.
Polska ma wyjątkowo dużo magistrów
Jest jeszcze jeden ciekawy fakt.
W Polsce aż 31 proc. osób w wieku 25–34 lata ma tytuł magistra lub równoważny, podczas gdy średnia OECD wynosi 16 proc.
To pokazuje, jak głęboko w polskim społeczeństwie zakorzeniło się przekonanie, że pełne pięcioletnie studia są naturalnym etapem dorosłego życia.
Tymczasem nie zawsze muszą być.
Licencjat czy tytuł inżyniera nie oznaczają edukacyjnej porażki. Dla części osób rozsądniejszym modelem może być:
trzy–cztery lata studiów → wejście na rynek pracy → dalsza nauka równolegle z zatrudnieniem.
Nie wszędzie jest to możliwe. Medycyny nie da się zamknąć po trzech latach i uznać sprawy za załatwioną. W wielu zawodach regulowanych pełne wykształcenie jest konieczne.
Ale w ekonomii, zarządzaniu, administracji, IT, części nauk społecznych i wielu specjalnościach technicznych warto zadać sobie pytanie, czy dwa kolejne lata spędzone wyłącznie na uczelni rzeczywiście dadzą więcej niż dwa lata pracy połączonej ze studiami drugiego stopnia.
To ważne również dlatego, że pracodawca coraz częściej kupuje nie papier, ale zestaw kompetencji plus doświadczenie.
ELA pokazuje, że „jakiś dyplom” to za mało
Polska ma dziś narzędzie, którego kandydaci na studia kilkanaście lat temu mogli tylko pozazdrościć.
System Ekonomicznych Losów Absolwentów wykorzystuje dane ZUS i systemu POL-on i pozwala sprawdzić między innymi zarobki absolwentów, ryzyko bezrobocia, czas poszukiwania pracy i sytuację osób posiadających doświadczenie zawodowe jeszcze przed ukończeniem studiów. Aktualnie dostępne są również zestawienia dla absolwentów z 2024 roku.
To zmienia reguły gry.
Kandydat nie musi już wierzyć folderowi reklamowemu uczelni, w którym każdy kierunek „otwiera drzwi do międzynarodowej kariery”.
Może sprawdzić, co naprawdę stało się z ludźmi, którzy ten kierunek skończyli.
ELA pokazuje również coś jeszcze: nawet w obrębie jednej specjalności ogromne znaczenie może mieć doświadczenie zdobyte podczas studiów. W analizach dotyczących informatyków absolwenci posiadający wcześniejsze doświadczenie zawodowe osiągali wyraźnie lepsze rezultaty płacowe niż osoby wchodzące na rynek dopiero po dyplomie.
To bardzo mocny argument przeciwko modelowi: pięć lat uczelni, zero pracy w zawodzie, a potem pierwsze CV wysłane dzień po obronie.
Nie każdy powinien iść na uniwersytet. I nie ma w tym niczego wstydliwego
Polska przez lata zbudowała dziwną hierarchię prestiżu.
Magister był „kimś”. Technik trochę mniej. Fachowiec po szkole zawodowej jeszcze mniej.
Rynek pracy dość skutecznie wyśmiał ten podział.
Barometr Zawodów na 2026 rok wskazuje niedobory nie tylko lekarzy, psychologów, terapeutów, pielęgniarek czy nauczycieli, lecz również między innymi spawaczy, monterów, elektryków, kierowców i operatorów maszyn.
To oznacza, że pięcioletnie studia nie są jedyną racjonalną drogą do stabilnej pozycji zawodowej.
Dobry elektryk nie jest „gorszym absolwentem” od przeciętnego magistra zarządzania. Ma po prostu inne kwalifikacje.
Problem zaczyna się wtedy, gdy licealista idzie na jakiekolwiek studia wyłącznie dlatego, że „wszyscy idą”, a po pięciu latach odkrywa, że zdobył tytuł, ale nie zawód, doświadczenie ani szczególnie rzadkie kompetencje.
Państwo powinno więc przestać dzielić młodych ludzi na tych, którzy „awansowali” na studia, oraz tych, którzy poszli do technikum czy szkoły branżowej.
Potrzebujemy obu grup.
Brakuje lekarzy i nauczycieli. Ale niedobór pracowników nie zawsze oznacza świetny zawód
Tu zaczyna się bardziej niewygodna część dyskusji.
Można spojrzeć na listę zawodów deficytowych i powiedzieć maturzyście: idź tam, gdzie brakuje ludzi.
Tylko dlaczego tych ludzi brakuje?
Czasami dlatego, że gospodarka szybko się rozwija i potrzebuje nowych specjalistów.
A czasami dlatego, że warunki pracy są zwyczajnie słabe.
Dobrym przykładem jest edukacja. OECD wylicza, że rzeczywiste wynagrodzenia nauczycieli szkół podstawowych w Polsce były około 15 proc. niższe od zarobków innych pełnoetatowych pracowników posiadających wyższe wykształcenie.
Trudno więc młodemu człowiekowi mówić: „zostań nauczycielem, bo nauczycieli brakuje”, nie dodając, co państwo zamierza zrobić z płacami, obciążeniem pracą i warunkami zatrudnienia.
Podobnie z ochroną zdrowia.
Barometr Zawodów wskazuje lekarzy, pielęgniarki i położne oraz psychologów i terapeutów wśród grup szczególnie narażonych na deficyty kadrowe.
Nie jest to jednak wyłącznie sygnał dla maturzystów.
To sygnał dla państwa.
Jeżeli społeczeństwo potrzebuje pielęgniarek, nauczycieli, pracowników socjalnych i psychologów, nie może oczekiwać, że ludzie będą wykonywać te zawody wyłącznie z poczucia misji.
Misja nie płaci czynszu.
Technologie, zdrowie i inżynieria mają mocne perspektywy. Ale nikt nie zagwarantuje zawodu na 40 lat
W prognozach rynku pracy widać kilka dość trwałych kierunków.
Cedefop ocenia, że transformacja cyfrowa, energetyczna i starzenie się europejskich społeczeństw będą zwiększać zapotrzebowanie między innymi na specjalistów ICT, pracowników ochrony zdrowia oraz osoby związane z nauką i inżynierią. Najnowsza edycja prognoz obejmuje perspektywę do 2035 roku.
Nie oznacza to jednak, że hasło „idź na informatykę” rozwiązuje problem.
Technologia zmienia się wyjątkowo szybko. To, czego student nauczy się na pierwszym roku, może być kilka lat później standardem wykonywanym częściowo przez systemy AI.
Wartość będą miały więc nie tylko konkretne narzędzia, lecz zdolność uczenia się, matematyka, analiza informacji, rozwiązywanie problemów, komunikacja i specjalistyczna wiedza dziedzinowa.
Przyszłość raczej nie należy do człowieka, który „skończył edukację w wieku 24 lat”.
Należy do ludzi, którzy potrafią uczyć się przez całe życie zawodowe.
Studia są bezpłatne? Tylko jeśli ktoś zapomni o mieszkaniu, jedzeniu i pięciu latach życia
Jest jeszcze druga strona rachunku.
Publiczne studia stacjonarne mogą nie wymagać czesnego, ale z tego nie wynika, że studiowanie jest darmowe.
Najem pokoju, jedzenie, transport, książki, komputer i utrzymanie przez kilka lat kosztują realne pieniądze.
Na tym właśnie polega jedna z największych nierówności polskiego systemu edukacyjnego.
Student, którego rodzina może finansować życie w dużym mieście, może skupić się na nauce, dodatkowym kursie, kole naukowym albo stażu.
Student z mniej zamożnego domu często musi po zajęciach iść do pracy niezwiązanej ze studiowanym kierunkiem.
Formalnie obaj dostali się na ten sam uniwersytet.
Ekonomicznie wystartowali jednak z dwóch różnych miejsc.
Ten problem został trafnie postawiony również w materiale stanowiącym punkt wyjścia do tego artykułu: dostępność szkolnictwa wyższego nie kończy się na braku czesnego, jeśli student nie może pozwolić sobie na mieszkanie, utrzymanie albo zdobywanie doświadczenia zawodowego.
Skala infrastruktury studenckiej pokazuje problem. W roku akademickim 2024/2025 polskie domy studenckie oferowały około 112 tys. miejsc, podczas gdy liczba studentów przekraczała już 1,2 mln. W marcu 2026 roku uruchomiono nowy mechanizm, dzięki któremu publiczne uczelnie mogą uzyskać do 80 proc. dofinansowania kosztów budowy, remontu lub modernizacji akademików.
To dobry kierunek, bo akademik jest nie tylko budynkiem uczelni.
Jest elementem polityki mieszkaniowej i narzędziem wyrównywania szans.
Stypendium nie rozwiązuje całego problemu
W roku akademickim 2026/2027 maksymalny dochód uprawniający do ubiegania się o stypendium socjalne wynosi 2099,70 zł netto miesięcznie na osobę w rodzinie.
Pomoc materialna jest potrzebna, ale granica między studentem „biednym wystarczająco”, żeby otrzymać wsparcie, a studentem teoretycznie zbyt zamożnym może mieć niewiele wspólnego z realnymi kosztami życia w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu czy Gdańsku.
I właśnie tutaj dyskusja o studiach staje się dyskusją o nierównościach.
Można otworzyć bramy uniwersytetu dla wszystkich, ale jeżeli jedni otrzymują od rodziców mieszkanie i pieniądze na utrzymanie, a inni zaczynają dorosłe życie od pracy na półtora etatu, formalnie równy dostęp do edukacji nie oznacza jeszcze równych szans.
Uczelnie też powinny odpowiadać za jakość swojej oferty
Nie można jednak całej odpowiedzialności przerzucać na państwo i pracodawców.
Polskie uczelnie również powinny uczciwiej odpowiadać na pytanie: co student będzie potrafił po ukończeniu kierunku?
Uniwersytet nie musi być szkołą zawodową.
Humanistyka, filozofia, historia, socjologia czy nauki polityczne mają wartość także wtedy, kiedy nie prowadzą do jednego, precyzyjnie określonego stanowiska.
Społeczeństwo potrzebuje ludzi potrafiących rozumieć kulturę, instytucje, historię, media i procesy społeczne.
Ale szerokie wykształcenie nie powinno być wymówką dla słabego programu.
Studia humanistyczne mogą równocześnie uczyć języków, metod badań, analizy danych, pracy ze źródłami i nowych technologii. Ekonomia może oznaczać coś więcej niż serię prezentacji w PowerPoincie. Politologia może przygotowywać do analizy polityk publicznych i legislacji. Dziennikarstwo powinno uczyć pracy z danymi i weryfikacji informacji.
Problemem nie jest to, że ktoś studiuje filozofię. Problemem jest uczelnia, która przez pięć lat nie daje mu narzędzi pozwalających tę wiedzę wykorzystać.
Co piąty zaczynający licencjat odpada już po pierwszym roku
Jest jeszcze jedna liczba, nad którą warto się zatrzymać.
Według OECD w Polsce około 19 proc. osób rozpoczynających po raz pierwszy studia licencjackie rezygnuje po pierwszym roku. Średnia OECD wynosi około 13 proc.
To nie jest wyłącznie historia o „nieodpowiedzialnych studentach”.
Część osób wybiera kierunek źle. Część odkrywa, że studia wyglądają zupełnie inaczej, niż oczekiwała. Część nie radzi sobie ekonomicznie. Inni zaczynają pracę albo zmieniają ścieżkę.
Tak wysoka skala rezygnacji powinna być jednak sygnałem, że system doradztwa zawodowego, informowania kandydatów oraz wsparcia studentów nadal działa za słabo.
Maturzysta podejmuje jedną z najdroższych czasowo decyzji swojego życia często na podstawie rankingu uczelni, opinii znajomych i ładnej strony internetowej wydziału.
To trochę mało jak na decyzję dotyczącą kolejnych kilku lat.
Czy więc warto studiować w Polsce?
W większości przypadków – tak. Ale nie należy studiować czegokolwiek, gdziekolwiek i wyłącznie dla tytułu.
Dane nadal pokazują przewagę osób posiadających wyższe wykształcenie. Ryzyko bezrobocia jest niżs













