Rząd zapowiada reformę PIT, która ma przynieść oszczędności 3,5 miliona Polaków. Nowe progi podatkowe, wyższe obciążenia dla największych firm i milionerów – zmiany wyglądają obiecująco. Problem w tym, że kwota wolna od podatku nadal wynosi zaledwie 30 tys. zł. Donald Tusk obiecywał jej podwojenie, Karol Nawrocki zapowiadał własną inicjatywę ustawodawczą. Tymczasem zwykły pracownik płaci podatki od wynagrodzenia i codziennych zakupów, a osoby dysponujące znacznym majątkiem mają znacznie większe możliwości legalnego ograniczania swoich obciążeń. Czy Polska potrafi stworzyć sprawiedliwy system podatkowy?
Nowe progi PIT. Kto rzeczywiście zyska?
20 października sejmowa Komisja Finansów Publicznych ma rozpatrzyć rządowy projekt zmian podatkowych, oznaczony drukiem nr 3147.
Od 2027 roku rząd proponuje następujące stawki PIT:
- 12 proc. – dla dochodów do 130 tys. zł rocznie.
- 24 proc. – od nadwyżki między 130 a 150 tys. zł.
- 32 proc. – od nadwyżki ponad 150 tys. zł.
Dzisiaj stawka 32 proc. obowiązuje już powyżej 120 tys. zł.
Według Ministerstwa Finansów na zmianach skorzysta około 3,5 mln podatników. Maksymalna oszczędność wyniesie 3600 zł rocznie.
Przykładowo osoba osiągająca 140 tys. zł rocznego dochodu podlegającego opodatkowaniu według skali zapłaci o około 2800 zł mniej.
Natomiast pracownik zarabiający 5 czy 6 tys. zł brutto miesięcznie, który nie przekracza obecnego progu podatkowego, nie odczuje samej zmiany stawek PIT.
Reforma poprawi sytuację części klasy średniej, ale nie przyniesie bezpośredniej ulgi podatkowej osobom o najniższych wynagrodzeniach.
Trzeba jednak przyznać, że rząd proponuje również zwiększenie obciążeń dla najbogatszych.
Danina solidarnościowa od odpowiednio obliczonej nadwyżki dochodów ponad milion złotych ma wzrosnąć z 4 do 5 proc. Największe firmy, osiągające ponad 50 mln euro rocznych przychodów, mają zostać objęte 22-procentowym CIT zamiast obecnych 19 proc.
Planowane jest także ograniczenie możliwości korzystania z ryczałtu przez część przedsiębiorców.
Nie jest to więc wyłącznie obniżka podatków dla lepiej zarabiających. To próba przesunięcia części obciążeń na największe podmioty gospodarcze i osoby o najwyższych dochodach.
Czy jednak wystarczająca?
Tusk obiecał 60 tysięcy. Nawrocki zapowiadał, że sam przygotuje ustawę
Jednym z najbardziej pamiętnych zobowiązań Koalicji Obywatelskiej z kampanii 2023 roku było podwojenie kwoty wolnej od podatku – z 30 do 60 tys. zł.
Obietnica znalazła się w programie „100 konkretów”.
Minęły niemal trzy lata. Kwota wolna nie wzrosła.
Co więcej, najnowszy projekt reformy PIT pozostawia ją na dotychczasowym poziomie.
Do politycznego sporu włączył się również Karol Nawrocki.
W kampanii prezydenckiej w 2025 roku krytykował Donalda Tuska za niewykonanie obietnicy. Zapowiadał, że jako prezydent poprze podwyższenie kwoty wolnej do 60 tys. zł.
W czerwcu 2025 roku deklarował nawet, że jeśli Sejm nie przyjmie odpowiedniej ustawy, skorzysta z własnej inicjatywy ustawodawczej.
Jednak w sierpniu, już po objęciu urzędu, Nawrocki podkreślał, że jest to przede wszystkim zobowiązanie premiera. Przyznał również, że nie rozpoczął prezydentury od projektu dotyczącego kwoty wolnej.
W rezultacie zarówno rząd, jak i prezydent deklarowali poparcie dla 60 tys. zł kwoty wolnej, ale Polacy nadal rozliczają podatki przy limicie 30 tys. zł.
Rząd tłumaczy opóźnienie kosztami budżetowymi. Według przedstawianych szacunków podwojenie kwoty wolnej oznaczałoby ubytek dochodów publicznych liczony w dziesiątkach miliardów złotych rocznie.
To poważny argument. Pytanie jednak, czy przedstawiono obywatelom przekonujący plan realizacji tej obietnicy i wskazano, z jakich źródeł miałaby zostać sfinansowana.
Koszty życia rosną. Kwota wolna stoi w miejscu
Problem zamrożenia kwoty wolnej jest szczególnie widoczny w kontekście rosnących kosztów utrzymania.
Według GUS we wrześniu 2026 roku ceny towarów i usług konsumpcyjnych były o 4,1 proc. wyższe niż rok wcześniej. Same usługi podrożały o 5,3 proc.
Rosną wydatki na mieszkanie, energię, transport czy podstawowe usługi.
Tymczasem kwota wolna pozostaje na poziomie ustalonym w 2022 roku.
Oznacza to, że jej realna wartość maleje wraz z inflacją.
Pracownik nie może powiedzieć urzędowi skarbowemu, że w tym miesiącu zapłacił więcej za mieszkanie, żywność i ogrzewanie, dlatego chciałby odpowiednio obniżyć podstawę opodatkowania swojego wynagrodzenia.
Jego rzeczywiste wydatki na utrzymanie gospodarstwa domowego co do zasady nie stanowią kosztów uzyskania przychodów z etatu.
Jednocześnie podatki pośrednie pobierane są praktycznie przy każdym zakupie.
Nawet osoba, która z powodu niskich dochodów nie płaci PIT, kupując towary i usługi, ponosi ciężar VAT, a niekiedy również akcyzy.
W przypadku osób niezamożnych wydatki konsumpcyjne pochłaniają zazwyczaj większą część dochodu.
Dlatego analizując sprawiedliwość podatkową, nie wystarczy patrzeć wyłącznie na stawki PIT.
Pracownik kupuje za własne pieniądze. Przedsiębiorca może rozliczyć wydatek w kosztach
Jedna z najważniejszych różnic między pracownikiem etatowym a przedsiębiorcą dotyczy kosztów uzyskania przychodu.
Zwykły pracownik ma najczęściej prawo do zryczałtowanych kosztów wynoszących 250 zł miesięcznie, czyli 3000 zł rocznie.
Przedsiębiorca rozliczający podatek od dochodu może natomiast odliczać rzeczywiste, odpowiednio udokumentowane wydatki związane z prowadzoną działalnością.
Mogą to być między innymi samochody wykorzystywane w firmie, sprzęt komputerowy, telefony, oprogramowanie, wynajem biura czy podróże służbowe.
To uzasadniona zasada opodatkowania działalności gospodarczej.
Jednak pojawia się pytanie o granicę między wydatkiem firmowym a prywatną konsumpcją.
Samochód używany również prywatnie, telefon wykorzystywany poza pracą czy nieruchomość pełniąca różne funkcje mogą rodzić spory dotyczące właściwego rozliczania kosztów.
Przepisy przewidują ograniczenia i wymagają związku wydatku z działalnością gospodarczą. Prywatne wakacje, rodzinny obiad czy zakupy spożywcze nie stają się legalnym kosztem podatkowym tylko dlatego, że ktoś posiada firmę.
Mimo to osoby prowadzące działalność mają znacznie szersze możliwości rozliczania rzeczywistych kosztów zawodowych niż pracownicy etatowi.
W przypadku ludzi dysponujących większym majątkiem dochodzi możliwość korzystania z różnych spółek, sposobów finansowania inwestycji i form opodatkowania.
Legalne planowanie podatkowe nie jest przestępstwem. Problem zaczyna się wtedy, gdy wykorzystywane są sztuczne konstrukcje służące obchodzeniu przepisów albo gdy prywatne wydatki są niezgodnie z prawem przedstawiane jako firmowe.
Pracownik zwykle nie wybiera sposobu opodatkowania swojej pensji. Zamożny właściciel przedsiębiorstw i aktywów ma często znacznie więcej możliwości kształtowania tego, kiedy i w jakiej formie uzyska opodatkowany dochód.
I właśnie ta nierówność możliwości zasługuje na szczególną uwagę.
Bogaci nie muszą zarabiać na etacie
W debacie podatkowej często porównuje się wysokość wynagrodzeń.
Tymczasem największe majątki nie zawsze powstają dzięki pensjom.
Ich źródłem mogą być udziały w przedsiębiorstwach, dywidendy, dochody kapitałowe, nieruchomości czy wzrost wartości posiadanych aktywów.
W Polsce wiele zysków kapitałowych opodatkowanych jest stawką 19 proc.
Dla porównania osoba zatrudniona na etacie, której dochód przekroczy odpowiedni próg, płaci 32 proc. PIT od nadwyżki.
Nie oznacza to jednak automatycznie, że inwestor zawsze ponosi mniejsze całkowite obciążenia. Przykładowo dywidenda może być wypłacana z zysku spółki, który wcześniej został objęty podatkiem CIT.
Istotne pozostaje również to, że sam wzrost wartości akcji czy udziałów nie musi oznaczać powstania bieżącego obowiązku podatkowego.
Osoba posiadająca majątek wart miliony złotych może więc odnotowywać wzrost jego wartości bez uzyskiwania równie wysokiego dochodu podlegającego opodatkowaniu w danym roku.
To nie jest samo w sobie unikanie podatków. Pokazuje jednak, dlaczego wielkość majątku i wysokość deklarowanego dochodu to dwie różne rzeczy.
Dlatego uczciwa reforma powinna analizować nie tylko wynagrodzenia pracowników, lecz także opodatkowanie kapitału, zysków przedsiębiorstw i dochodów z majątku.
Jak robią to inne kraje Unii Europejskiej?
Polska nie jest jedynym państwem poszukującym równowagi między opodatkowaniem pracy, kapitału i finansowaniem usług publicznych.
Niemcy
W 2026 roku podstawowa kwota wolna od podatku dochodowego wynosi 12 348 euro rocznie.
Co istotne, została podwyższona w porównaniu z 2025 rokiem, a niemiecki system przewiduje również dostosowywanie parametrów podatkowych, aby ograniczać skutki inflacji.
Najwyższe krańcowe stawki podatku dochodowego sięgają 45 proc.
Niemcy uznają więc ochronę określonego minimum egzystencji za istotny element konstrukcji systemu podatkowego.
Francja
Francuski system jest bardziej progresywny.
W skali stosowanej w 2026 roku pierwsze 11 600 euro dochodu przypadającego na jednostkę rozliczeniową objęte jest stawką zerową, a najwyższa stawka wynosi 45 proc.
Francja stosuje także rozwiązania uwzględniające sytuację rodzinną podatników.
Wprowadzono tam ponadto dodatkowy mechanizm opodatkowania najzamożniejszych gospodarstw domowych.
W określonych przypadkach osoby o bardzo wysokich dochodach, przekraczających 250 tys. euro rocznie dla podatnika rozliczającego się indywidualnie lub 500 tys. euro dla wspólnie rozliczającej się pary, podlegają mechanizmowi zapewniającemu minimalne 20-procentowe obciążenie podatkiem dochodowym.
Jego celem jest ograniczenie sytuacji, w których wysokie dochody korzystają z preferencji podatkowych obniżających efektywne opodatkowanie.
Hiszpania
Hiszpański system przewiduje podstawowe minimum osobiste wynoszące co do zasady 5550 euro rocznie, a także dodatkowe rozwiązania uwzględniające wiek i sytuację rodzinną podatników.
Konstrukcja tej preferencji różni się od polskiej kwoty wolnej, dlatego prostych porównań nominalnych nie należy traktować jako pełnego obrazu obciążeń.
Hiszpania stosuje również progresywne opodatkowanie dochodów, przy czym część stawek zależy od wspólnoty autonomicznej.
Czy zatem Polacy płacą najwyższe podatki w Europie?
Nie. Takie twierdzenie byłoby nieprawdziwe.
Według danych OECD za 2025 rok klin podatkowy, czyli udział podatku dochodowego i określonych składek w całkowitych kosztach zatrudnienia przeciętnego pracownika bez dzieci, wynosił około 35 proc. w Polsce.
W Niemczech było to 49,3 proc., a we Francji 47,2 proc.
Ale istnieje zasadnicza różnica między samą wysokością podatków a tym, co obywatele otrzymują w zamian.
Należy porównywać również dostępność publicznej ochrony zdrowia, edukacji, opieki nad dziećmi, transportu czy mieszkań społecznych.
Niższe podatki nie zawsze oznaczają niższe koszty życia, jeżeli obywatel musi samodzielnie finansować usługi, które w innych państwach zapewnia sektor publiczny.
Nie chodzi o to, żeby przedsiębiorcy płacili więcej za wszelką cenę
System podatkowy powinien uwzględniać ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej, konieczność inwestowania i tworzenia miejsc pracy.
Nie każdy przedsiębiorca jest milionerem. Wielu prowadzi niewielkie firmy, których dochody niewiele różnią się od przeciętnych wynagrodzeń.
Dlatego zwiększanie obciążeń wszystkich przedsiębiorców bez rozróżnienia skali działalności mogłoby przynieść negatywne skutki.
Jednak równie trudno uzasadnić system, w którym sposób uzyskiwania dochodu może być ważniejszy dla wysokości podatku niż rzeczywiste możliwości finansowe podatnika.
Reforma powinna więc koncentrować się na ograniczaniu nieuzasadnionych preferencji, skutecznym przeciwdziałaniu nadużyciom i przejrzystym opodatkowaniu największych dochodów.
A także na aktualizowaniu kwoty wolnej i progów podatkowych, by inflacja nie zwiększała obciążeń bez otwartej decyzji ustawodawcy.
Państwo potrzebuje podatków. Obywatele potrzebują sprawiedliwości
Podatki finansują szkoły, szpitale, transport publiczny, bezpieczeństwo i świadczenia społeczne.
Każde obniżenie dochodów państwa wymaga wskazania źródła finansowania.
Nie wystarczy więc obiecać wszystkim niższych podatków. Trzeba również odpowiedzieć, kto zapłaci za publiczne usługi i czy obciążenia nie zostaną pośrednio przeniesione na mniej zamożnych obywateli.
Rządowa reforma PIT przynosi konkretne korzyści części pracowników i jednocześnie przewiduje wyższe obciążenia dla największych firm oraz podatników o milionowych dochodach.
To istotne elementy projektu.
Jednak nadal nierozwiązane pozostają pytania o kwotę wolną, rozbieżności między opodatkowaniem pracy i kapitału oraz rzeczywiste obciążenia gospodarstw domowych.
Donald Tusk obiecywał 60 tys. zł kwoty wolnej. Karol Nawrocki deklarował, że poprze takie rozwiązanie i w razie potrzeby sam przedstawi projekt. Obywatele mają prawo pytać obu polityków o konkrety.
Bo sprawiedliwość podatkowa nie kończy się na wyborczych deklaracjach.
Ostatecznie chodzi o prostą zasadę: wysokość podatków powinna uwzględniać rzeczywistą zdolność do ich płacenia, niezależnie od tego, czy dochód pochodzi z etatu, własnej firmy czy posiadanego majątku.
Państwo nie powinno traktować pracy mniej korzystnie tylko dlatego, że wynagrodzenie pracownika łatwiej opodatkować niż skomplikowane dochody kapitałowe.












