PZPR i banany

Granice intelektualnej bezsilności i historiozoficznego absurdu.

Może to zabrzmi dziwnie ale chociaż wychowałem się w PRL a nawet ją tworzyłem, nie czuję się z tym okresem w jakiś specjalny sposób emocjonalnie związany. Dotyczy to również PPZR chociaż partią tą byłem związany nie tylko osobiście ale również rodzinnie. Upadek PRL-u przyjąłem z pewnym poczuciem wyzwolenia z coraz bardziej bezsensownego układu różnego rodzaju zależności i zobowiązań i z dużą dozą ciekawości co będzie dalej.
Swoje stanowisko wobec tego co się dzieje wypracowywałem już na długo przed 1989 w oparciu o analizę wydarzeń nakierowanych nie na konkretne lojalności, ale coś co określić można jako punkt widzenia określonych sił społecznych a konkretnie ludzi utrzymujących się z pracy własnych rąk i narażonych z tego tytułu na różne opresje.
Z tej perspektywy
PRL był niezwykłym eksperymentem,
który nie mógł się udać, ale jak wiele podobnych w historii, pomimo niepowodzenia, dostarcza ciekawego materiału do przemyśleń i wniosków na przyszłość.
Tak się jednak składa, że zamiast sensownej refleksji nad przeszłością mamy potok infantylnych bredni, które nie omijają nawet „Trybuny” i, które zmuszają do zabierania głosu na temat PRL-u w sytuacji gdy warto by dyskutować o poważniejszych rzeczach. Można powiedzieć, że recenzja książki pana Leszczyńskiego, dokonana przez pana Lubczyńskiego, którą zajmowałem się onegdaj w sumie sprawia wrażenie niewinnej igraszki wobec bredni zawartych w artykule „PiS w opuszczonych okopach PZPR” pióra podającego się za politologa pana Jacka Jaworskiego, który zagościł na łamach „Trybuny” (26-27 lipca 202. Prawdę mówiąc, to jako magistra nauk politycznych Uniwersytetu Warszawskiego bardziej obraża mnie chyba ta niczym nieuzasadniona deklaracja niż wszystkie dyrdymały dotyczące odległej już przeszłości, których znaczenie polega jedynie na wyszukiwania rzekomych racji dla obecnej impotencji programowej polskiej Lewicy, do której pan Jaworski dobudowuje absurdalne „ideolo”.
Generalnie stwierdzić należy, że pan Jaworski buduje swoje koncepcje na zupełnie oderwanej od realnej historii opozycji „społeczeństwo otwarte” – „społeczeństwo zamknięte”. Przyjmując za dogmat, że uniwersalny schemat przeciwieństwa tych rodzajów organizacji społecznej autor przyjmuje, że model społeczeństwa „zamkniętego” reprezentują społeczeństwa organizowane przez PZPR i PiS a społeczeństwo „otwarte” reprezentować ma ideologia współczesnej Lewicy.
Oczywiście Autor nie pozostaje na ogólnikowych deklaracjach ale ilustruje swoje wywody konkretnymi przykładami.
Zaczyna oczywiście od rzekomej
wrogości PPZR wobec LGBT
jako elementu konstytuującego „zamknięte” myślenie tej formacji. Jedynym konkretnym przejawem tego rodzaju postawy jest osławiona operacja Hiacynt z lat 85 -87 chociaż w PRLu nikt jej nie nagłaśniał i ja osobiście dowiedziałem się o niej już w latach dziewięćdziesiątych. Autor niestety nie poprzestaje na tym „dowodzie” ale posuwa się do żenujących insynuacji jakoby: „Stosunek władz PRL wobec kontaktów homoseksualnych był negatywny, co wiązało się ze stalinowskim podejściem do tego zjawiska, PRL-owscy i radzieccy naukowcy – kryminolodzy, psychiatrzy i prawnicy, w większości uważali homoseksualizm za patologię społeczną, uzasadniając ten pogląd argumentami podobnymi do argumentów odwołujących się do praw naturalnych.”
Byłbym panu Jaworskiemu szczerze zobowiązany za ujawnienie „stalinizmu” polskich naukowców ponieważ żyjąc w PRL-u i z racji chociażby wieku studiując ówczesne wydawnictwa dotyczące seksuologii nie spotkałem się z takim stanowiskiem jako istotnym. Polska literatura seksuologiczna prezentowała homoseksualizm jako oczywistą odrębność, nad, której naturą specjalnie nie deliberowano. Również nie przypominam sobie jakichś deklaracji przywódców PZPR na tematy homoseksualizmu, ani też jakichś debat dotyczących walki z tą „patologią”.
Chociaż, jak sądzę, dla pana politologa Jaworskiego nie jest to argument ale w niepodległej Polsce od czasów eliminacji ustawodawstwa państw zaborczych w 1932 homoseksualizm nie był traktowany jako przestępstwo, ścigany i penalizowany i nawet „najczarniejszy” stalinizm w latach pięćdziesiątych tego nie zmienił. Co więcej w roku 1948 ujednolicona została zasada 15 lat jako granicy swobodnej decyzji podejmowania życia seksualnego a w 1969 roku zniknął z systemu prawnego przepis dotyczący karania homoseksualnej prostytucji.
Homoseksualizm w polityce PRLu był sprowadzony do kwestii czysto prywatnych i nie był wykorzystywany jako argument w walce politycznej. Czy było to dużo czy mało nie zamierzam rozstrzygać ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z tym co zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych i zaowocowało pisowską wojną z LGBT.
W PRL wrogość wobec homoseksualizmu i jego prześladowanie były utożsamiane z przysłowiowym „chamstwem i drobnomieszczaństwem” – wartościami kultywowanymi przez nieoceniony w tym zakresie Polski Kościół Katolicki. Nawet akcja „Hiacynt” jak sądzę stała się efektem objęcia stanowiska szefa MSW przez bezideowego degenerata jaki był Czesław Kiszczak i stanowi fragment działań uwieńczonych pozostawieniem tzw. „teczki” Lecha Wałęsy jako zabezpieczenia na „czarną godzinę” własnej małżonce.
Równie rzeczowa i inteligentna jest argumentacja na rzecz opozycji Pezetpeerowsko peerlowsko – pisowska „pruderyjność” i „lewicowy luz”. Podobnie jak w przypadku LGBT nieocenionym źródłem informacji dla pana Jaworskiego są doświadczenia towarzyszy radzieckich: „W 1986 r. podczas telemostu Leningrad-Boston przedstawicielka Komitetu Kobiet Radzieckich oświadczyła: ,,Seksa u nas niet, i my kategoriczeski protiw jemu!”. Władze PRL chętnie podpisały by się pod tą cnotliwą deklaracją.”
Prawdę mówiąc o ile pod tą deklaracją być może władze PRL by się podpisały to z drobnym zastrzeżeniem, że
o ile w PRLu nie było seksu to było coś co nazywano erotyką
i to często dość śmiałą. Nie wiem czy w ZSRR zaproszono by czołowego reżysera zachodniego kina erotycznego Waldemara Borowczyka do nakręcenia tamtejszej wersji „Dziejów grzechu” udostępniając ten film w powszechnym rozpowszechnianiu. Scenę orgii z filmu „Ziemia obiecana” już po zakończeniu PRLu ocenzurował sam reżyser już w „wolnej Polsce”. Jednym z najbardziej popularnych powiedzonek owego pruderyjnego i zakłamanego PRLu było osławione pytanie dotyczące premier filmowych – „momenty były?”. Szanujący się reżyser PRL-owskiego filmu uważał wręcz za obowiązek wklejenie w film scen erotycznych. Dużą popularnością cieszyły się wystawy aktu artystycznego „Wenus” organizowanego w Krakowie. Czasopisma młodzieżowe miały specjalne rubryki dotyczące poradnictwa seksualnego. Razem z cała szkołą w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych „zaliczyłem” film „Helga” z niemiecką dosłownością tłumaczący skąd się biorą dzieci. Przykłady otwartego stosunku do erotyki i seksualności z czasów PRLu można by mnożyć w nieskończoność. Zamiast tego należałoby jednak zadać panu Jaworskiemu proste pytanie z jakiej choinki się urwał?
Nie wiem skąd pan Jaworski zaczerpnął osobliwa tezę, że: „Nietrudno wyobrazić sobie jak zażenowani i pewnie oburzeni byliby działacze partyjni PZPR gdyby pokazać im produkt artystyczny Natalii LL z lat 70. gdzie na kolejnych fotografiach dziewczyna publicznie zjada banana.” Znając wielu działaczy PZPR średniego i niższego szczebla sądzę, ze zainteresowałoby ich gdzie te banany kupiła? Bardziej bezkrytyczni uznaliby te zdjęcia za dowód sukcesu polityki Edwarda Gierka a bardziej podejrzliwi za złośliwą krytykę niedoborów na rynku warzyw i owoców. Warto też dodać, że w 1979 pojawił się znany powszechnie „Bananowy song” grupy „Vox” w którym wyraził się chyba najlepiej stosunek PZPR do bananów. (Zajął on pierwsze miejsce na festiwalu w Sopocie w 1980 roku, oraz trzecie miejsce w Bratysławie w tymże roku).
Panu Jaworskiemu, jak sądzę
chodzi o pewną wizję świata, kultury i sztuki w której wszystko na penisie się zaczyna a waginie kończy
zawierając w środku tak zwany „gender”. Trudno jednak nie zauważyć, że ta mało ambitna wizja kojarzona ze współczesną Lewicą jest intelektualnie uboga i zdecydowanie przereklamowana, a rzutowanie jej na całą dotychczasową historię staje się świadectwem deficytu intelektualnego bardzo przypominającego politykę historyczną Prawa i Sprawiedliwości.
Takiej wizji świata dotyczyć się zdaje też rozumienie cenzury, z którą autor walczy w następnej sekwencji swoich wywodów. Podzielając przekonanie pana Jaworskiego o bezsensie, szkodliwości cenzury i konieczności jej zniesienia chciałbym jednak zauważyć, że cenzura w PRL-u dotyczyła kwestii politycznych o dosyć wąskim, niezależnie od bogactwa swoich przejawów, zakresie. To w PRL pod rządami oficieli PZPR w straszliwie niemodnych garniturach zaszła jedna z największych rewolucji kulturalnych w historii Polski jaką była wielka modernizacja języka kultury i sztuki dokonująca się w Polsce lat drugiej połowy lat pięćdziesiątych i następnego dziesięciolecia. Nowa architektura, design, nowy język sztuk plastycznych, literatury, muzyki poważnej i lekkiej, filmu itd. itp. Wszystko to rozwinęło w świecie rzekomo ograniczonych aparatczyków, stalinowskich psychiatrów i jakichś indywiduów mających nienawidzić seksu, których utajone kompleksy wyzwalać miało publiczne jedzenie banana.
Studiując mądrości pana Jaworskiego odnoszę nieodparte wrażenie, że dla rozwoju kultury zagrożeniem nie jest cenzura a bezmyślność. Jak pokazuje analizowany przykład ślepa wiara w autorytet A. Michnika prowadząca do bezrefleksyjnej recepcji prymitywnych hasełek propagandowych wykuwanych w plugawych czeluściach Mordoru przy ulicy Czerskiej może lepiej wyprać mózg niż lata ciężkiej pracy cenzorów. Po co cenzorzy? Wystarczą „politolodzy”? Pan Jaworski jak sądzę nie zrozumiał przytaczanej wypowiedzi swojego guru, którego żywiołem była i jest manipulacja informacją, w której tak prymitywne mechanizmy jak cenzura są zbędne i mogą budzić tylko politowanie.
Oczywiście na wyeksponowaniu słusznych obaw Adama Michnika dotyczących powrotu cenzury obraz PiSu w postpezetpeerowskich okopach się nie kończy. Kolejnym problemem jest rzekomo wspólne dążenie PZPR i PiS do zniszczenia Kościoła Katolickiego. Jak stwierdza pan Jaworski: „Kto rękoma Dep. IV MSW zwalczał kościół, tego wyjaśniać sobie nie musimy. Po co, zastanawiam się, były te wszystkie działania operacyjne wymierzone w kościół, nie lepiej gdyby komuniści powołali już wówczas partię Prawo i Sprawiedliwość?”. Może gdyby PZPR rzeczywiście chciało zwalczać Kościół należałoby powołać PiS. Rzecz polega jednak na tym, że
uznając od 1956 roku Kościół za zło nieuniknione i nieusuwalne
komuniści (cokolwiek miałoby to znaczyć) dążyli jedynie do politycznej neutralizacji Kościoła. Działania IV departamentu miały na cel powstrzymanie upolityczniania Kościoła w Polsce. Jak w pigułce ukazuje to najgłośniejsza sprawa w stosunkach jak to określano „państwo-kościół” jaką była tragiczna katastrofa z księdzem Jerzym Popiełuszką. Historia ta odsyła nas również do rzeczywistego upolityczniacza” Kościoła w Polsce czyli Adama Michnika. To od czasu jego osobliwej publikacji „Kościół, lewica, dialog” w 1977 zaczęła się walka w upolitycznienie Kościoła a jej najważniejszym momentem nie były, ani też nie są, rządy PiS. To rządy „demokratycznej opozycji” po 1989 uczyniły z Polski dzisiejszy Klechistan. Czy pan Jaworski nie słyszał o tym, że to niesławnej pamięci minister Henryk Samsonowicz wprowadził religię do szkół. To nie PiS rozkręcił działalność osławionej komisji majątkowej, to nie on wykreował wszystkich Sławojów Leszków Głódziów. (To nie Lech ani Jarosław Kaczyńscy golili z nimi gorzałę). To nie PiS wypracował tzw. „kompromis aborcyjny”. On tylko przyszedł na gotowe i przejął na swój rachunek efekty wielu lat niestrudzonego michniczenia kolejnych rządów III Rp..
Najbardziej szokujące jest to, że podający się za politologa pan Jaworski nie dostrzegł nawet tego, że po okresie animozji „demokratycznej opozycji” i Kościoła, razem z „powrotem Tuska” powraca poprzednia polityka. Okazuje się, czego dowodzą zgodnie Donald Tusk i guru Michnik, że Kościół trzeba odzyskać dla „demokratycznej Ojczyzny”. To co pan politolog wypisuje o kole ratunkowym, które Kościołowi Katolickiemu podobno rzuca Lewica w swoim Programie, nieskończenie przerasta najlepsze skecze kabaretowe ostatniego trzydziestolecia. Kościół ma tylu „ratowników” w szeregach tzw. „opozycji demokratycznej”, że Lewica nie ma szans nie tylko na jakiś sukces, ale nawet na to, żeby ją w tym gronie zauważono. Zamiast ratować Kościół Katolicki, czy go reformować, Lewica korzystając z komfortu jaki daje odsunięcie od władzy politycznej powinna się od niego trwale i konsekwentnie odczepić. Może nie jest to gwarancja sukcesu, ale zdystansowania się od neoliberałów pokroju guru Michnika, który nie potrafi sobie wyobrazić polskiej polityki poza kruchtą i manipulowaniem Kościołem na miarę swoich głupawych pomysłów.
W swojej wędrówce przez kolejne kręgi PZPRowsko – PiSowskiego piekła Pan Jaworski nie oszczędza niczego i nikogo (nie wyłączając nawet siebie). Chociaż akurat
w kwestii „propagandy sukcesu” okresu gierkowskiego a propagandą rządu Morawieckiego można dostrzec najwyraźniejsze podobieństwo
obu sposobów realizowania swoich celów w całej omawianej problematyce autor nie potrafi oddzielić technicznej od koncepcyjnej strony polityki. Problem polega bowiem na tym, że w propagandzie sukcesu nie ma w sobie nic swoiście komunistycznego. Przykłady podobnej aktywności można zaobserwować na wszystkich możliwych szerokościach geograficznych poza Antarktydą i we wszystkich możliwych ustrojach politycznych. Równie sensowne byłoby dowodzenie, że
pokrewieństwo totalitaryzmów radzieckiego i nazistowskiego polegało na tym, że i w ZSRR i Trzeciej Rzeszy produkowano samoloty.
Nawet w czymś tak bezsensownym jak teoria totalitaryzmu z reguły argumenty osiągają wyższy poziom.
Problem jak sądzę polega na tym, że w ostatnich dziesięcioleciach Lewica w ogóle zatraciła potencjał intelektualny i techniczny pozwalający w ogóle mówić o jakiejkolwiek propagandzie, walce ideologicznej, agitacji i temu podobnych aspektach działania. Lewica nie ma jak dotychczas nawet przyzwoitego ogólnodostępnego i oczywistego internetowego portalu z prawdziwego zdarzenia. Jak sądzę, księża nauczający o pożyciu seksualnym mają większe doświadczenia praktyczne niż aktywiści Lewicy wypowiadający się na temat propagandy.
Chciałbym natomiast zaznaczyć, że gorąco popieram przytoczone przez pana Jaworskiego postulaty programowe: „Lewica stwierdza w swym programie: ,,Koniec propagandy. Zlikwidujemy Instytut Pamięci Narodowej. Zadania naukowe zostaną przeniesione do PAN i Archiwum Państwowego, a funkcje śledcze przejmie prokuratura. Odpolitycznimy instytucje kultury. Zlikwidujemy Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Zlikwidujemy Radę Mediów Narodowych i Polską Fundację Narodową”.” Sądzę jednak, że formułując ten ambitny program należało by zaznaczyć, czy Lewica zamierza zrealizować te cele jeszcze w tym stuleciu, czy już w następnym a dokładniej rzecz ujmując czy przed nadciągającą katastrofą ekologiczną czy już po wyginięciu ludzkości. Być może „opozycja demokratyczna”, jeżeli kiedykolwiek jeszcze dojdzie do władzy, może coś z tego barachła kiedyś zlikwiduje, ale jak sądzę na pewno nie dojdzie do tego w skutek realizacji obecnego Programu Lewicy.
Następne zagadnienie, a więc rzekomy strach PZPR przed Zachodem i psychologia oblężonej twierdzy, której ucieleśnieniem miało być PRL, jak sądzę omówione zostało już wcześniej. Natomiast warto podkreślić, że swoim michniczym radykalizmie pan Jaworski zrównuje nawet sankcje gospodarcze rujnujące PRL po wprowadzeniu stanu wojennego z oczekiwanymi sankcjami Unii Europejskiej wobec kaczystowskiej Polski. W Przypadku PRL sama możliwość tych sankcji była pochodną otwartej polityki gospodarczej i kulturalnej, która te sankcje mogła uczynić tak bardzo dotkliwymi. Natomiast co do oczekiwanych sankcji wobec kaczyzmu to trwająca już dziesięć lat zabawa z Viktorem Orbanem świadczy o tym, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym niż niegdysiejsze wykańczanie PRLu.
Na pewno jednak nie zobaczymy tego co pan Jaworski ogłasza w następnym podrozdziale swoich wywodów. Mianowicie powrotu do gospodarki neoliberalnej, którą to Lewica wpisała niestety w swój Program. Jak stwierdza pan Jaworski: „W sferze gospodarczej program i założenia Lewicy w niczym nie nawiązują do zbankrutowanej gospodarki planowej. Lewica wyznaje zasadę wolności gospodarowania przy zachowaniu sprawiedliwego podziału dóbr. W przypadku PiSu obserwujemy zdumiewające resentymenty ku gospodarce planowej. To uspołecznianie procesów produkcji, nazywane dla zmylenia repolonizacją, te plany pięcio i dziesięcioletnie Morawieckiego, to utrzymywanie sieci państwowych spółek, a nawet hoteli, jest czymś absurdalnym jak na gospodarkę rynkową, nieprzystającą do współczesności i nie daje się racjonalnie usprawiedliwić jak tylko fascynacją rządzącej prawicy socjalistycznymi metodami gospodarowania.”
Nie wiem na jakim świecie żyje pan Jaworski ale w roku 2021 mówienie o neoliberalnej gospodarce rynkowej jest już „stety, czy niestety” anachronizmem wołającym o pomstę do nieba. Wolnorynkowy neoliberalizm jest już dzisiaj pieśnią przeszłości nie tylko dlatego, że doprowadził do polaryzacji dochodów, która wyzwoliła ciągle wznoszącą się falę radykalnego prawicowego i lewicowego populizmu, ale dlatego, że radykalnie zmieniła się perspektywa postrzegania nadciągającej nieuchronnie katastrofy klimatycznej. Załamanie pod wpływem ujawnienia nowych danych naukowych neoliberalnej propagandy odwlekającej walkę ze zmianami klimatycznymi na Święty Nigdy stało się podstawowym faktem naszej teraźniejszości. Radykalne plany dotyczące gruntownych zmian gospodarczych realiów nie są polską aberracją ale globalną koniecznością. Kierunek wyznaczają tutaj nie jakieś „pięciolatki Morawieckiego” ale zjawiska takie jak Plan Timmermansa.
Plan Timmermansa „Fit for 55”, niezależnie od tego co z niego wyniknie, oznacza nie tylko powrót zbankrutowanego rzekomo planowania, ale również niezbędnego do jego ewentualnej realizacji gospodarczego zamordyzmu. Z perspektywy politologicznej kto kogo weźmie za mordę jest drugorzędne, ale to, że przemoc wraca na scenę polityczną i gospodarczą ze wszystkimi swoimi konsekwencjami staje się po prostu oczywiste. Czy Morawiecki wyroluje Timmermansa czy Timmermans Morawieckiego zobaczymy już niedługo, niestety z perspektywy bezsilnego obserwatora.
Nawet najbardziej zakute neoliberalne łby zamiast odlatywać z Elonem Muskiem na Marsa, czy z Jeffem Bezosem w kosmos, mogłyby z Bilem Gatesem poczytać „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej?”.
Niestety jeżeli ktoś tutaj ujawnia wizję gospodarki księżycowej to nie jest to pan Morawiecki, który co warto podkreślić usiłuje modyfikować na bieżąco najbardziej oczywiste absurdy pisowskiej gospodarki, ale nie dostrzegająca tego Lewica.
Co do pisowskich kadr to, żeby nie przedłużać, należy stwierdzić, że nie brakuje im dyscypliny, chamstwa i determinacji na miarę czasów. I powinny one raczej na Lewicy budzić podziw niż pogardę.
Niewątpliwie najbardziej przerażające w całej tej politologicznej analizie jest zakończenie: „I tak PiS trwa w socjalistycznych okopach, nie zamierza ich opuścić, bo w przeciwieństwie do ludzi Lewicy, nie potrafi uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości, choć tak uwielbia się do niej odwoływać. Ale to dla nas dobrze, niech
PiS tkwi tam i nie wychyla głowy, niech pielęgnuje swe mentalne zacofanie, kultywuje swój strach przed nowoczesnym światem, postępem, otwartością i odmiennością.
Niech w tych głębokich okopach pozostanie, a Polska w sposób nieskrępowany pójdzie drogą postępu i nowoczesności, drogą Lewicy”.
Biorąc pod uwagę obserwacje i sondaże niestety, trudno nie zauważyć, że to nie PiS stanowi w Polsce jakiś tam tkwiący w zapomnianych okopach margines, ale jest dysponującym potężnym aparatem, ruchem politycznym rządzącym krajem i nadającym ton miejscowej polityce. Czymś sprawiającym wrażenie tkwiącego w jakiś zapomnianych okopach, gdzie diabeł coraz częściej mówi „Dobranoc”, jest natomiast Lewica. Jeżeli 8 procent elektoratu pójdzie „drogą Lewicy” pozostali mogą nawet tego nie zauważyć. Ciekawe tylko gdzie pójdą? Może być to jakiś „rezerwat” albo jakieś osady „lewicowych Amiszów”. Rozwiązaniem bardziej perspektywicznym byłaby natomiast emigracja na jakieś nieliczne obszary gdzie ludzkość może przetrwać globalną katastrofę klimatyczną ,a więc Irlandia albo lepiej Nowa Zelandia. Jak na razie, dodajmy, na tych obszarach program Lewicy spotyka się z większym zrozumieniem niż Polsce.
Żeby nie być posądzonym o małpią złośliwość względem politologii pana Jaworskiego chciałbym na zakończenie wyjaśnić dość oczywiste źródło wszystkich nonsensów, które zostały przez owego Autora wypowiedziane.
Wyjaśnienie, że idee te zostały wypracowane w plugawych czeluściach Mordoru na Czerskiej zawiera tylko część prawdy albowiem guru Michnik raczej nie grzeszy ani oryginalnością ani samodzielnością myślenia.
Źródło bredni o PiSie w opuszczonych okopach PZPR tkwi w znanej niegdyś książce Francisa Fukuyamy „Koniec historii”. Fukuyama stwierdza w niej, że neoliberalizm na wszystkich swoich poziomach rozwoju jest najwyższym i nieprzekraczalnym etapem rozwoju ludzkości i wszystko to co nie uznaje tej prawdy musi być powrotem przed neoliberalizm. Z tego punktu widzenia jest oczywiste, że jeżeli
Kaczyzm nie uznaje neoliberalnych „wartości” to musi być zakorzeniony w przeszłości i trzeba mu to udowodnić na przykład wymyślając mityczne „opuszczone okopy PZPR”,
w których ma rzekomo tkwić.
Trzeba jednak pamiętać, że ci którzy hołdują tej logice znajdują się w sytuacji przysłowiowej żaby, która nogę podstawia gdy konia kują.
Megalomania Adama Michnika wykracza poza lokalny grajdołek. Tryumf fukuyamizmu w „Gazecie Wyborczej” nie rozpoczął od pokazywania postpezetpeerowskiej Lewicy gdzie jest jej miejsce. Zaczął się on od osobistej wojny Adama Michnika z Władimirem Putinem. Uznanie Rządów Putina w Rosji za krótkotrwały anachronizm rozpoczęło trwający do dzisiaj ideologiczny obłęd. Dowodzenie, że Rosja Putina nie ma prawa istnieć i już za chwilę, za moment, upadnie, jest zasadniczym źródłem ideologicznego stuporu panującego na Czerskiej i w jej okolicach.
Niedopuszczanie do siebie prostej prawdy, że rządy Putina stały się sygnałem początku końca neoliberalnej utopii stało się fundamentem nowej odsłony „Dziejów głupoty w Polsce”. Pojawianie się coraz to nowych ruchów populistycznych i kolejnych dyktatur z maniackim uporem wpisywane jest w infantylny schemat Fukuyamy.
Zignorowane zostały nie tylko fakty ale również sygnały, alternatywnego myślenia. Genialna analiza Immanuela Wallersteina „Koniec świata jaki znany” nie zainteresowała w Polsce nawet psa z kulawą nogą, „To zmienia wszystko” Nami Klein niczego w Polsce nie zmieniło. „Świt robotów” Martina Forda nie rozświetlił ciemności kryjących polską ziemię. „Cztery przyszłości” Petera Frasego (recenzowane na łamach „Trybuny” przez autora niniejszych rozważań) też okazały się psim głosem nie idącym pod niebiosy „polskiej politologii”.
Wymienianie lekcji nie odrobionych przez polską Lewicę i „polską politologię” jest zbyt żenujące żeby je kontynuować i naprawdę jest znacznie bardziej żenujące, niż oglądanie wszystkich dziewcząt jedzących banany sfotografowanych przez wszelkie możliwe Natalie LL, mające poprowadzić nas ku świetlanej przyszłości.