American Film Festival 2021

Michał Konarski
American Film Festival 2021

Woody Norman, Joaquin Phoenix (L-R)

14 listopada zakończyła się tegoroczna edycja American Film Festival – największego przeglądu współczesnego kina amerykańskiego w tej części Europy. Po raz dwunasty do Wrocławia zjechali się kinofile oraz twórcy, którzy w przeciwieństwie do zeszłego roku mogli porozmawiać personalnie, a nie przez platformy do wideokonferencji.

Organizatorzy przyzwyczaili już nas do tego, że poza najważniejszymi premierami festiwalowymi ostatnich miesięcy z wydarzeń takich jak Sundance, South by Southwest czy Cannes, na AFF pojawiły się także klasyki. W tym roku można było na nowo odkryć twórczość m.in. Idy Lupino, która polskiej publiczności kojarzy się głównie z aktorstwa. Retrospektywa jej twórczości składająca się z siedmiu wyreżyserowanych samodzielnie filmów pełnometrażowych cieszyła się nie mniejszym zainteresowaniem, niż inne sekcje.
Dwa najgłośniejsze tytuły tegorocznej edycji – “Kurier Francuski” Wesa Andersona i “C’mon, C’mon” Mike’a Millsa zapełniały sale niemal od razu po włączeniu możliwości rejestrowania się na seanse. Ten pierwszy wejdzie na ekrany kin w całej Polsce 19 listopada. Polecam zapoznać się z ekranizacją ostatniego numeru tytułowego periodyka, bo poza epatowaniem pastelowymi kadrami porusza współczesne spory zarysowując paralelę ze światem lat 60. W redaktorów fikcyjnego magazynu z Ennui-sur-Blasé we Francji wcieliła się cała śmietanka współczesnego Hollywood zaczynając od Timothéego Chalameta kończąc na starych wyjadaczach srebrnego ekranu pokroju Tildy Swinton, Adriena Brody czy Billa Murraya. Film Millsa zaś, cóż, zaczyna z wysokiego “C”, by następnie skręcić w dosyć płytkie i irytujące klisze wyciągnięte z “Małego Księcia”. Nie mniej jednak “C’mon, C’mon” jest filmem bardzo udanym i, mimo nieco artystowskich, czarno-białych kadrów może mieć potencjał do zaciągnięcia Polaków do kina. Zwłaszcza, że to pierwsza okazja do zobaczenia Joaquina Phoenixa na wielkim ekranie po “Jokerze”, który przyniósł mu Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową.
Wśród publiczności największą popularnością zdawali się cieszyć twórcy filmu “Anchorage” – opioidowego kina drogi o próbie rozpoczęcia wszystkiego od nowa z dala od domu na Florydzie. Reżyser Scott Monahan większość czasu we Wrocławiu spędzał na palarni od strony ul. Świętego Antoniego rozmawiając z widzami nie tylko na temat obejrzanych pozycji. Choć sam filmu nie widziałem, to słyszałem o nim głównie pozytywne opinie. Spore zainteresowanie tytułem podczas festiwalu przełoży się prawdopodobnie na większą dostępność tej produkcji na platformach streamingowych i VOD. Na mniej wolności w kontakcie z publicznością pozwolił sobie John Waters – król kampu forsowany przez organizatorów na gościa specjalnego festiwalu. Reżyser “Różowych flamingów” unikał mikrofonów i kamer jak ognia, przez co wszystkie wypowiedzi twórcy stanowią już tylko historię mówioną.
Waters wielokrotnie zresztą tłumaczył skąd ta niechęć do publicznego wyrażania własnej opinii – straszna jest mu cancel culture, trend polegający na społecznym ostracyzmie postaci życia społecznego, które poglądami odbiegają od liberalnego dyskursu tworzonego głównie przez społeczność twitterowych baniek. Ten temat zresztą często przewijał w filmach z tegorocznej selekcji zajmując miejsce obok innych problemów współczesnych Stanów – przemocy policyjnej, nierówności materialnych czy kryzysu opioidowego.
Szczególne miejsce w tegorocznym sezonie festiwalowym zdaje się mieć świat grzybów. Fungus łączące drzewa sieciami połączeń stanowią ważny punkt rozważań 9-letniego Jesse’go w “C’mon, C’mon”, ale największą uwagę przyłożono przede wszystkim do trufli. Poza amerykańsko-włoskim dokumentem “Truflarze” o piemonckich staruszkach szukających ze swoimi psami leśnego złota, w programie AFF znalazł się również interesujący projekt Michaela Sarnoskiego z Nicolasem Cagem w roli głównej. “Świnia” to udane połączenie parodii neo-noirowych akcyjniaków spod znaku Johna Wicka oraz kontemplacyjnego kina o problemach starych facetów. Hasło “przez żołądek do serca” twórcy wzięli aż nadto do siebie, bo tytułowa bohaterka od samego początku zdaje się mieć z postacią graną przez Cage’a znacznie głębszą relację, niż samo szukanie grzybów w lesie.

Poprzedni

Sadurski na dzień dobry

Następny

Myśl zimna w gorączce tropików