28 maja 2024

loader

Cyberpunk 2077: Bez przypadku – recenzja książki

Jeśli miałbym napisać, że nie zawiodłem się na książce Rafała Kosika, to byłoby niewątpliwie kłamstwo. Ale nie jest źle. Możliwe, że moje oczekiwania względem publikacji osadzonej w gatunku cyberpunka, nieco odbiegają od tego, co autor (bądź redakcja) chciał wykreować. Nie ukrywam, że sięgnąłem po tytuł ze względu na powiązanie go z „Cyberpunkiem 2077” wydanym przez CD Projekt Red. Jakkolwiek zarzucałem grze parę rzeczy, co możecie, chociażby przeczytać w mojej ostatniej recenzji dodatku „Phantom Liberty”, to i tak podtrzymuję swój zachwyt nad sposobem odtworzenia w niej fikcyjnego świata przyszłości.

Najpierw wskażę, co właściwie mi się w książce podobało. Niewątpliwie było to umiejętne zbudowanie świata. Zaprezentowana rzeczywistość zawierała w sobie pełną logiczność i głębię. Należy pamiętać, że akcję umieszczono w istniejącym już uniwersum, więc Kosik nie miał takiej swobody kreowania, ale wyszedł z tego bez błędu. Bądź co bądź nie doświadczymy soczystych opisów, to są one na tyle zgrabnie poprowadzone, że wystarczają, aby czytelnik z łatwością poczuł brudne i niebezpieczne ulice Night City lub emocje towarzyszące wpinaniu się do systemów sieci władz miasta.

Język jest zresztą mocną stroną tytułu. Autor nie sili się na trudne słownictwo czy rozbudowane zdania. Czyta się to sprawnie, bez zatrzymywania ze względu na jakieś niezrozumiałe fragmenty. Niemniej czytelnik może być momentami skonfundowany, ponieważ w całej historii otrzymujemy słownictwo wyjęte bezpośrednio z uniwersum, jak np. „ripperdoc”, „LOD”, „netrunner”, „braindans”. Wzorem Williama Gibsona tekst został przyozdobiony w podobne neologizmy, czasami bez większego wyjaśnienia. Chociaż sam Kosik stwierdził, że jest to powieść dla zupełnych laików cyberpunka, to nie do końca bym się zgodził. Mnie, jako graczowi Cyberpunka, zrozumienie hermetycznego języka nie sprawiło problemu. Aczkolwiek nie każdemu podobny zabieg może się spodobać.

Widać w tym przypadku odrobioną przez Kosika lekcję znajomości uniwersum „Cyberpunka”. Bohaterowie obcują z typowymi dla tego świata elementami, jak np. wszechobecne reklamy, uprzywilejowani korposi (pracownicy korporacji), skrajnie skorumpowana policja. Nie poruszają się oni również przez nieokreślone przestrzenie, a konkretne dzielnice Night City. Część akcji ma nawet miejsce w niesławnym klubie Totentanz, gdzie rezydują członkowie gangu Maelstrom. Przekrój społeczny to też jedna z części składowych tożsamych m.in. z tym, co zobaczyliśmy w grze. Są korposi, są różne gangi, prywatne firmy ochroniarskie, szemrani ripperdocy itd.

Jak natomiast powyższe zalety zostały po części przykryte przez wady powieści? W moim odczuciu najmniej przyjemnym elementem książki stanowi jej chaotyczność. Kosik chcąc prawdopodobnie nadać dynamiczności fabule, całość spisał z podziałem na krótkie podrozdziały, w których opisano sytuacje mające miejsce w tym samym czasie, bądź w oddziałujące na siebie. W praktyce jeden rozdział potrafi być poszatkowany na ileś kilkustronicowych (czasami nawet jedno bądź półstronicowych) fragmentów. Bardziej, aniżeli dynamiki akcji odczuwałem tutaj pewne zmęczenie ciągłymi skokami i nie do końca wyjaśnionymi scenami.

Mam też pewien żal do tego, że cała fabuła w pewnym momencie przeradza się w zwykłą powieść sensacyjną. Są co prawda wątki, które budują mroczną atmosferę bezwzględnej metropolii, ale finalnie wszystko sprowadza się do szablonowych postaci, które postępują w schematyczny sposób. Większość głównych bohaterów nie wzbudza zainteresowania. Są to figury bez charakteru. Kiedy poznajemy ich przeszłość, nie zostajemy zaskoczeni niczym ciekawym.

Światełkiem był wątek młodego netrunnera, który fantazjował o przebiciu Blackwalla i cyfrowym transferze świadomości. Odniosłem jednak wrażenie, że nie został on wystarczająco wyeksploatowany, a autor rozwinął go po stworzeniu zarysu głównej fabuły. I jakkolwiek wewnętrzne rozterki bohaterów nie pociągały, to na plus jest umieszczenie motywu sztucznej projekcji wspomnień, jak w kultowej mandze „Ghost in the Shell”.

Chociaż książka mnie nie porwała, to czytało mi się ją dość płynnie. Doceniam na pewno pracę, jaką Rafał Kosik włożył w swoje dzieło i rozwój lore Cyberpunka, które bardzo lubię. Pomimo tego „Bez Przypadku” pozostaje na poziomie przeciętnym, tym bardziej w swoim gatunku. Myślę, że ktoś z zewnątrz mógłby uznać książkę za niezrozumiałą, dla fana natomiast może być miłą rozrywką.

Tomasz Murczenko

Poprzedni

Tak było! Koleje losu, koleje historii

Następny

Cuda na Orlenie