12 lipca 2024

loader

Festiwal jak pompownia

To był prawdziwy maraton – 10 dni na festiwalu w Kilonii dawało nie tylko przegląd rozmaitych poszukiwań w europejskim teatrze jednego aktora, ale obraz wspomnień, jakie pozostawiły po sobie poprzednie edycje kilońskiego spotkania.

Był to też pokaz fascynacji i olśnień, jakie stały się udziałem dyrektorki festiwalu, Jolanty Sutowicz, polskiej aktorki osiadłej w Niemczech i tu kultywującej ideę spotkania artystów z różnych stron Europy i świata. Sutowicz poświęciła ten festiwalu swemu niedawno zmarłemu mężowi Leonidowi, który był współtwórcą koncepcji tych spotkań i ich wytrwałym obserwatorem.
Zwyczajowo festiwal kiloński pod zobowiązującym imieniem Thespisa, Międzynarodowy Festiwal Monodramów Thespis, odbywał się co dwa lata, ale teraz w okresie pandemii przerwa wyniosła nie rok, ale dwa lata. Tym większa okazała się potrzeba wniknięcia w to wszystko, co ten festiwal przez 11. poprzednich edycji już wytworzył. Jaką tradycję, jaką aurę i jakie impulsy?
Niekoronowanym

królem festiwalu

w tym roku okazał się Pip Utton. Nie było to zamierzone, ale czasy pandemii sprawiły, że dwoje uczestników nie mogło się w Kilonii zjawić, a Pip – choć przygotowany do prezentacji tylko jednego monodramu o Francisie Baconie – pospieszył z pomocą i przedstawił jeszcze dwa portrety: Wiliama Szekspira i Margaret Thatcher. Z tym ostatnim spektaklem były pewne problemy techniczne: potrzebny był kostium, którego aktor siłą rzeczy nie przywiózł ze sobą, a bez kostiumu i peruki zabawa w przebierankę i ukazanie się publiczności jako pani premier mogłaby się nie udać. Na szczęście garderobę i rekwizyty skompletowano i Pip mógł wystąpić, zbierając zasłużone owacje.
Pip Utton zdobył sobie odrębne, wyróżniające się terytorium w teatrze jednoosobowym. W dużej mierze za sprawą jakości swego rzemiosła, ale także dlatego, że wyspecjalizował się w tworzeniu scenicznych portretów sławnych postaci, znanych z podręczników historii: artystów, polityków, czasem postaci fikcyjnych. Nie zawsze są to postacie pozytywne, zdarzają się w firmie portretowej Uttona zdecydowani antybohaterowie albo postacie nader kontrowersyjne. W portfelu swojego jednoosobowego teatru aktor oferuje do wyboru m.in. portrety: Charliego Chaplina, Winstona Churchilla, Giacoma Casanovy, Charlesa Dickensa.
Jego prezentacje w Kilonii jak zwykle okazały się warsztatowo bez zarzutu, ale rzecz się nie sprowadza wyłącznie do techniki. Artysta potrafi ukazać jądro osobowości portretowanych postaci – w przypadku Bacona było to głębokie poczucie niezależności artysty i jego niepodległej wizji świata, w przypadku Szekspira świadomość tworzenia teatru, który zmieniał świat, w przypadku Margaret Thacher przekonanie, że przełamała barierę dla kobiet w brytyjskiej polityce.
O ile sukcesy Pipa i przegląd jego możliwości, który zresztą potwierdził moje wysokie oceny kunsztu Pipa Uttona, jakie zawarłem w książce o nim (napisanej wspólnie z brytyjskim krytykiem Nickiem Awde’em) „Pip Utton i jego maski”, o tyle wielkim zaskoczeniem okazał się stand-up „Kassandra” Despiny Sarafeidou. Grecka aktorka, znana raczej z „poważnych” realizacji, tym razem sięgnęła po środki komediowe, aby opowiedzieć swoją wersję losów Kasandry, jej rodziny i ciemiężycieli. Z brawurową odwagą zagrała Kassandrę jako przedstawicielkę najstarszego zawodu świata, wchodząc w zaczepki z publicznością. aby opowiedzieć nieco ułatwioną, ale bardzo zabawną historię wojny trojańskiej i jej skutków. Opowiada ją jako portowa dziwka w dość uproszczonym angielskim, a ten pokaleczony język idealnie pasuje do strzępów historii mitycznej, która wyradza się w swoje komiksowo-youtubowe pokraczne przeciwieństwo.
Wielkie wrażenie wywołał monodram Aleksandrasa Rubinovasa z Kowna

„Mój ojciec”

na podstawie wspomnień jego nieżyjącego już ojca, także aktora i reżysera, niegdyś śpiewaka operowego, założyciela Teatru Kameralnego w Kownie. Pisałem o tym monodramie już wcześniej, ale po obejrzeniu tylko wersji online, kiedy Rubinovas prezentował go na zaproszenie Mateusza Nowaka w Domu Kultury Węglin w Lublinie. Teraz mogłem zobaczyć ten poruszający spektakl na żywo.
Dopiero ze wspomnień ojca Aleksandras Rubinovas, wybitny twórca spektakli jednoosobowych, dowiedział się o wielu dramatycznych przeżyciach, jakie były udziałem ojca i jego matki w latach wojny. Ich żydowskie pochodzenie, fala prześladowań i pogromów, wreszcie plan „ostatecznego rozwiązania” sprawiły, że musieli uciekać, ukrywać w lesie, żebrać, znajdując schronienie w ziemiankach.
Podczas długich godzin przebywania w ukryciu (na zewnątrz wychodzili tylko nocą) matka Stanislavasa, wówczas zaledwie nastoletniego chłopca, edukowała syna, opowiadała o sztuce i literaturze, nie pomijając wybitnych niemieckich artystów. To była ich odtrutka na nienawiść.
O tych tragicznych czasach, doznawanych poniżeniach, strachu, głodzie, zaglądającej w oczy śmierci, a przy tym woli życia opowiada ten skromny spektakl Aleksandrasa Rubinovasa, w którym aktor obywa się bez rekwizytów i dekoracji. Na scenie jest tylko drewniane pudełko, najczęściej bywające radiem, z którego płyną dźwięki, czasem krzepiące, a czasem nienawistne znaki przemocy czasów faszyzmu. Najsilniejsze wrażenie przynosi finał, kiedy Rubinovas (syn w roli swego ocalonego ojca) przedziera się przez zaśnieżone połacie Litwy i Białorusi z ogromnym lustrem. Dźwiga ten dar dla swego wybawcy, który udzielał mu i matce schronienia w czasach najtrudniejszych, a potem przez rok przynosił pożywienie do wydłubanych w lesie jam. Jego wybawca zawsze marzył o lustrze, na które nigdy nie było go stać.
Oczywiście monodramów w Kilonii było więcej, także polskich – Marcin Borkiewicz żegnał się tutaj ze swoim granym od ponad 20 lat spektaklem jednoosobowym, powstałym na podstawie „Doktora Faustusa” Thomasa Manna – „Satana” w reżyserii Stanisława Miedziewskiego. Wiem, że grono (niemałe!) wielbicieli tego spektaklu będzie zawiedzione. Wśród widzów ostatniego spektaklu nie zabrakło Agnieszki Holland, która uczestniczyła w festiwalu na szczególnych prawach. Po pierwsze, jako reżyserka, która przed laty zauważyła Jolantę Sutowicz, wówczas aktorkę Teatru w Wałbrzychu, i zaprosiła do swojego pierwszego filmu („Zdjęcia próbne”, 1976). Po wtóre, jako partnerka rozmów o reżyserii castingu, której głównym bohaterem był Piotr Bartuszek, niekwestionowana osobowość polskiego i europejskiego castingu. Wzięła też udział w spotkaniu o Irenie Gelblum, poetce, uciekającej przed swoim losem, która jest bohaterką nowej książki Remigiusza Grzeli „Trzy życia Ireny Gelblum”. Grzela spotkał się też z uczestnikami festiwalu, gronem krytyków, dziennikarzy i organizatorów festiwali (był wśród nich guru polskiego teatru jednego aktora Wiesław Geras, była Marija Tanana z Litwy), aby odsłonić kulisy swego warsztatu jako autora scenariuszy monodramów. A ma na swoim koncie kilka pamiętnych osiągnięć, by wspomnieć „Uwaga, złe psy” (wykonywany błyskotliwie przez Małgorzatę Rożniatowską) czy „Orianę Fallaci” (graną z sukcesem przez Ewę Błaszczyk w warszawskim Teatrze Studio). Wśród innych spotkań koniecznie muszę wymienić wieczór z Jackiem Rakowieckim, który barwnie opowiadał o swojej pracy nad wspomnieniami ojca, Jerzego Rakowieckiego, zapomnianego dzisiaj niesłusznie reżysera o pięknym dorobku. Jako autor wspomnień dał obraz duszy polskiego inteligenta, a także garść smakowitych anegdot o wybitnych kolegach po fachu. Ważną część jego „Pamiętnika inteligenta” stanowią sugestywne zapiski z powstania warszawskiego.
Festiwal Thespis to nie tylko wydarzenia artystyczne i kulturalne (spektakle, dyskusje, spotkania), ale starannie

dobrane miejsca.

Początek, czyli inauguracja – przygotowana specjalnie improwizacja z udziałem władz miasta – zawsze odbywa się na dużej sali Schauspielhaus. Spektakle grywane są potem w różnych punktach miasta: na malej scenie Teatru Dramatycznego, w pamiętającym czasy wojny Bunkrze-muzeum, dziś miejscu wielu wydarzeń edukacyjnych i kulturalnych, a także w klubie Pumpe. To budynek dawnej Pompowni ścieków miejskich w roku 1979 przerobiony na ośrodek kultury, z zachowaną starą malowniczą pompą i wieloma wielofunkcyjnymi pomieszczeniami klubowymi i teatralnymi. Miejsce prawdziwie klimatyczne i jedyne w swoim rodzaju. Debaty i spotkania mają miejsce głównie w Kultur Center w Nowym Ratuszu, a czasem jakiś spektakl zagości w malutkim Teatrze Komediantów. Tak było i w tym roku, a nie przypadkiem, bo w tym właśnie teatrze swego czasu grywała Jolanta Sutowicz. Teraz wystąpił na tej scenie jej dawny kolega Markus Dentler w „Ostatniej taśmie Krappa” wg Samuela Becketta. Reżyserował syn aktora, Ivan Dentler. Co ciekawe, Markus myślał o tej roli od lat 18 i wtedy, 18 lat temu (!) nagrał monolog ze sztuki Becketta, wykorzystywany w tym przedstawieniu. Już sam ten fakt nadał spotkaniu z aktorem niecodziennego smaku.
Jolanta Sutowicz zaprosiła nie tylko na nostalgiczny festiwal. Było to zdarzenie przypominające swoją siłą pracę Pompowni – jej festiwal wpompował nową energię w świat aktorów samotników, dla których teatr jest przecież sensem życia.
[zdj. DDK Węglin]

Tomasz Miłkowski

Poprzedni

Odwiedziłem Dom Guccich

Następny

48 godzin sport