18 maja 2024

loader

Rumuński Sokrates

fot. PIW

W przeciwieństwie do filozofów Mircea Eliade czy Emila Ciorana, a także do dramaturga Eugene Ionesco, Constantin Noica (1909-1987) nie jest sławnym nazwiskiem. A był jednym z najwybitniejszych filozofów tego kraju, nazywanym „Sokratesem”. 

Jako jedyny z tej trójki nie opuścił Rumunii i był w komunistycznej Rumunii dysydentem, jednym z tych którzy intelektualnie przygotowali przewrót 1989 roku. Nica nie stworzył zwartego systemu filozoficznego, był wybitnym, twórczym eklektykiem, filozofem kultury. Miał bardzo bogate, dramatyczne, trudne życie.  Na rumuńskiej prowincji, na której zamieszkał po ciężkich perypetiach z reżimem Ceausescu, powstała najbardziej oryginalna szkoła filozoficzna do której pielgrzymowali młodzi intelektualiści w poszukiwaniu duchowego rozwoju. To właśnie stąd, poprzez swoje dzieła, Noica udowadniał, że „kultura jest istotą każdego narodu, jest jego przeznaczeniem”. 

Tutaj też powstały najważniejsze dzieła Noici: „Sześć chorób ducha współczesnego” (1978), „Opowieści o człowieku” (1980), „Traktat ontologiczny” (1981). Noica marzył o szkole bez nauczycieli, w której utalentowani młodzi ludzie będą uwolnieni spod „tyranii profesorów”. Nauką byłby dialog, spór, uwolnienie własnych myśli i idei na podstawie przeczytanych arcydzieł filozoficznych. 

Ten pomysł starał się zrealizować, więc szukał we wszystkich dużych miastach kraju młodych ludzi, by poprowadzić ich do „kulturalnego raju”, by rozwinąć w nich esencję człowieka, co z kolei zapewniłoby przetrwanie rumuńskiej kultury. W dzisiejszej Rumunii grupa jego uczniów stanowi elitę intelektualną i kulturotwórczą. 

Jego „Dziennik filozoficzny”, wydany przez Państwowy Instytut Wydawniczy w szacie poligraficznej wdzięcznie imitującej zeszyt z prywatnymi zapiskami, to eklektyczny zbiór swobodnych, różnorodnych refleksji, odrębnych „kapsułek”, których inspiracją były fenomeny kultury, literatura, sztuka, język, dialogi i rozmowy.  Bardzo często pojawia się motyw Szkoły, do której roli w kulturze Noica przywiązywał ogromną wagę. Lektura tego nieobszernego, stustronicowego dziennika, to prawdziwa uczta duchowa.

Krzysztof Lubczyński

Poprzedni

Mieszkanie boli coraz bardziej

Następny

Oscary: rozczarowanie i „poprawność polityczna”