25 maja 2024

loader

Stanisława Celińska – kobieta, której można zaufać

Krystyna Gucewicz, Stanisława Celińska, Tomasz Miłkowski fot. Seweryn Kowalski

Minęło czterdzieści lat, a ja wciąż pamiętam tę nie do nazwania atmosferę skupienia, wzruszenia i bezbrzeżnego żalu. To wtedy tak naprawdę narodziła się wielka aktorka Stanisława Celińska i jej miara wielkości, właśnie „kalokagathia” – pisze Tomasz Miłkowski w laudacji wygłoszonej podczas uroczystego wręczenie nagrody AICT im. Ireny Solskiej.

To było 15 listopada 1984 roku, w Piwnicy Wandy Warskiej na warszawskim Starym Mieście. Wchodziło się tam po krętych schodach jak do konspiracyjnego lokalu. Panował półmrok i ścisk. Wtedy pojawiła się sylwetka szczuplutkiej wówczas, eterycznej Stanisławy Celińskiej. Zaczęła śpiewać i ludzie przestali oddychać. Jej przejmująca interpretacja Księgi Hioba w tłumaczeniu Czesława Miłosza i strof Jana Kochanowskiego do muzyki Tomasza Bajerskiego, w której można było wychwycić echa muzyki renesansowej, chwytała za serce. Było jednocześnie mrocznie i czule, wielki smutek i trwoga mieszały się ze sobą. Krystaliczny, królewski język Jana z Czarnolasu niósł niepodważalną prawdę bólu i błąkającej się w nim nadziei, może nawet radości, a na pewno czułości.

Recenzenci mieli kłopot z opisem tego spektaklu, z racjonalnym wyłożeniem powodów, dla których uznali monodram Stanisławy Celińskiej za wydarzenie wybitne. Teresa Krzemień pisała:  „Czymkolwiek ten wieczór nazwać – jest prawdziwym przeżyciem i ucztą i wielkim sukcesem jednej z najlepszych naszych aktorek śpiewających. Operując bardzo oszczędnymi środkami wyrazu, ściszeniami, skameralizowaną intymnością niemal, daje przecież uniwersalny, metaforyczny wymiar temu, co śpiewa. Teksty, które powstały przed dwudziestu pięciu wiekami w dobitnym, wyrazistym przekładzie współczesnego poety, oswajane głosem Stanisławy Celińskiej, stowarzyszone z kryształową polszczyzną Kochanowskiego „chwalącego Pana” piórem człowieka renesansu – nie daje się tego porównać z czymkolwiek „na co dzień” bez popadania w patos i banał.

Trzeba i warto posłuchać Stanisławy Celińskiej w Piwnicy przy Rynku. I można na to dawać słowo honoru bez jakiegokolwiek ryzyka”.

Marek Jodłowski po gościnnym występie aktorki w Opolu nazwał tej spektakl kalokagathią. „Starożytni tak nazywali coś – objaśniał krytyk – w czym piękno i dobro było nierozłącznie zespolone. Mieli oni głębokie pojęcie o dobru: wiedzieli, że czasem dochodzić doń trzeba poprzez „katharsis”; nie oddzielali piękna od życia”, od dociekania jego sensu. A więc nie utożsamiali „dobra” z doraźną przyjemnością”. 

Minęło czterdzieści lat, a ja wciąż pamiętam tę nie do nazwania atmosferę skupienia, wzruszenia i bezbrzeżnego żalu. To wtedy tak naprawdę narodziła się wielka aktorka Stanisława Celińska i jej miara wielkości, właśnie „kalokagathia”.

Nie była wówczas aktorką początkującą. Miała za sobą prawie 30 ról w spektaklach telewizyjnych, nierzadko głównych, kilkanaście filmów, kilkadziesiąt słuchowisk, i pokaźną garść nagród. Dość przypomnieć, że zdążyła już zagrać w „Krajobrazie po bitwie” i „Pannach z Wilka” Andrzeja Wajdy czy „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka. W teatrze debiutowała (nie licząc czasów dziecięcych) 16 lat wcześniej, w 1968 roku, jeszcze jako studentka warszawskiej PWST (którą w następnym roku ukończyła  pod kierunkiem Ryszardy Hanin) jako Aniela w „Wielkim człowieku do małych interesów” Aleksandra Fredry w reżyserii Jerzego Kreczmara w Teatrze Współczesnym w Warszawie. W tym teatrze miała się zatrzymać na dłużej. Wkrótce zagrała na tej scenie m.in.: Zofię Plejtus w „Matce” — „pannę, lat 24. Bardzo ładną brunetkę” – jak zaznaczał Witkacy, demoniczną kochankę Leona Węgorzewskiego i tytułową Samą Słodycz w niepokojącej sztuce Ireneusza Iredyńskiego w reżyserii Zygmunta Hübnera, czy nieco później Kota w „Smoku” Szwarca w reżyserii Krzysztofa Zelewskiego i Anioła w Schillerowskiej „Pastorałce” w reżyserii Macieja Englerta czy wreszcie Jenny Hill w „Mahagonny” Bertolta Brechta, Kurta Weilla także w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego (1982). Już same nazwiska reżyserów dowodzą, że szczęściło się jej w spotkaniach z niebanalnymi osobowościami polskiego teatru. Ale właśnie wtedy, po sukcesie w „Mahagonny” przeniosła się do Teatru Nowego, którego dyrekcję objął Bohdan Cybulski – chyba nadawali na podobnych falach, bo Celińskiej nie brakowało ciekawych propozycji w jego teatrze. Na początek poszła Donna Elwira, odrzucona kochanka Don Juana, oczywiście w reżyserii Cybulskiego, drugie w kolejności było „De profundis”.

Sama artystka przyznaje, że to punkt zwrotny w jej artystycznej drodze; spektakl Teatru Nowego „De profundis” w reżyserii Bohdana Cybulskiego przedstawiany na drugiej wówczas scenie teatru, w Piwnicy Wandy Warskiej. Po skończonym monodramie publiczność opuszczała Piwnicę w ciszy (być może także dlatego, że było niecałe dwa tygodnie po pogrzebie Jerzego Popiełuszki). Ze spektaklem tym na dobrą sprawę już nigdy się rozstała. W rozmaitych wariantach, przetworzeniach, nowych opracowaniach i wersjach towarzyszył jej przez dziesięciolecia, do dzisiaj. Miał wersję telewizyjną, miał radiową, nosił różne tytuły, zmieniał się, ale muzyka Tomasza Bajerskiego, wersety Księgi Hioba i strofy Jana z Czarnolasu wciąż jej towarzyszyły, przypominając o tym, co w życiu najważniejsze.

Drugim momentem zwrotnym w jej artystycznej wędrówce było spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim, z którym wykreowała wiele pamiętnych postaci i spektakli. Wymagało to – przynajmniej na początku – niemałej odwagi i determinacji, a także niebywałej intuicji, bo wcale nie było takie pewne, że Warlikowski podąża we właściwym kierunku. Ich współpraca rozpoczęła się od „Zachodniego wybrzeża” w Teatrze Studio, a tak na dobre od „Hamleta” w Rozmaitościach, w którym zagrała Gertrudę.  Był to spektakl odsądzany od czci i wiary – sam nie jestem tu bez grzechu, nieufnie podchodząc do samego scenariusza, który nazwałem „Hamletem w kawałkach”, i do strat poniesionych w wydźwięku poetyckim dramatu. Ale tak wyrzekając napisałem jednak: „Aktorzy usiłują się jakoś w to wszystko wpisać, ale jedynie Stanisławie Celińskiej udaje się przekonać widzów, że jej Gertruda cierpi, pożąda i naprawdę jest wewnętrznie rozdarta”. Jak z tego widać, dołączenie Celińskiej, aktorki już rozpoznawalnej i cenionej, do zespołu Teatru Rozmaitości w roku 1999 (a potem Nowego Teatru) miało dla reżysera rozpoczynającego wtedy wielki podbój polskiego i europejskiego teatru znaczenie przełomowe. Artystka z ogromnym dorobkiem, o ustalonej pozycji, pewnie stawiająca kroki na scenie, z niewinnością debiutantki oddała się w ręce młodego reżysera. Oboje dali sobie coś bardzo ważnego, a wzajemne zaufanie doprowadziło w kolejnych latach do tak doskonałych rezultatów, jak kreacja kobiety z peep-show w „Oczyszczonych” Sarah Kane. Aktorka budziła zachwyt determinacją i oddaniem roli, przezwyciężając ograniczenia fizyczne i bariery psychiczne. Rolę w „Oczyszczonych” chciała wielokrotnie odrzucić, przerażona jej wieloznacznym wymiarem i ryzykownym ekshibicjonizmem, ale nie poddała się i zwyciężyła, dowodząc absolutnego oddania sztuce.

Kolejnym ich wspólnym osiągnięciem był Trinkulo w „Burzy” – też w Rozmaitościach – zabójczo grafomański, wypisz wymaluj kultura komiksu w stylu pop. Trzeba przy tym zauważyć, że pracując niezwykle intensywnie nigdy artystka nie ulegała presji raz na zawsze ustalonej formy – zawsze szukała czegoś obok, czegoś innego, wręcz przeciwstawnego.

Z jednej strony więc teatr awangardowy, bliski performansowi, z drugiej klasyczny teatr realistyczny jak pyszna rola w telewizyjnej Czwartej siostrze Głowackiego, uosobienie matuszki Rosji. Podobnie rzecz się miała z jej piosenkami – poetyckimi i bardzo przyziemnymi, ostrymi i delikatnymi. Nie chciała się nigdy zatrzymywać.

Kiedy pisałem tekst do programu spektaklu „Grace i Gloria” w Teatrze na Woli, wystawianego z okazji jubileuszu scenicznego Stanisławy Celińskiej zatytułowałem ten szkic: „Kobieta, której można zaufać”.

Fenomen Stanisławy Celińskiej polega bowiem na czymś więcej niż tylko powszechnym podziwie dla jej precyzyjnego warsztatu, oryginalnej interpretacji czy naturalnej muzyczności. To, że mamy do czynienia z aktorką wybitną, obdarzoną intuicją, rzetelną w swoich poszukiwaniach, odważną i oddaną pracy to oczywiste. I potwierdzają to jej liczne osiągnięcia w teatrze, telewizji, filmie i na estradzie. Ale Celińska jest kimś więcej niż tylko aktorką wyśmienitą. Jest przede wszystkim kobietą, której się ufa, u której chętnie w trudnej sytuacji szukałoby się rady i pomocy. To kobieta po przejściach, których nie ukrywa. Kobieta, która pokonawszy własne słabości podźwignęła się i zachwyciła swoją sztuką.

Co więcej, niedostatki fizyczne aktorki działają – choć nie powinny – na jej korzyść. Celińska bowiem na scenie u Warlikowskiego poruszała się jak piórko, zwinna i porażająco eteryczna. Ta niezwykła okoliczność nasuwa porównania tylko z jednym równie wspaniałym artystą, mianowicie z Tadeuszem Łomnickim, który mimo swej zwalistości w przesławnym spektaklu „Ja, Fauerbach” sprawiał wrażanie człowieka bez ciężaru, kiedy przedstawiał fruwające ptaszki świętego Franciszka.

Wielka atencja, jaką się Celińska cieszy, to swoista karta kredytowa, ale z pełnym pokryciem. Artystka bowiem sowicie odpłaca za zaufanie, jakim darzą ją niezmiennie widzowie.

Sympatia towarzyszyła jej od zawsze, od filmowego debiutu w roli Niny w „Krajobrazie po bitwie” Andrzeja Wajdy, właśnie dlatego, że nie była to rola jednoznaczna, łącząca pozorną oschłość ze skrywanym ciepłem. To swoiste przełamanie ostrości i miękkości charakteru miało stać się znakiem rozpoznawczym Stanisławy Celińskiej: oto kobieta mocna jak stal, ale słaba i wymagająca opieki, Oto ktoś jak mama, która otoczy nas ramieniem w potrzebie, mocna, wyrozumiała, cierpliwa, ale przecież krucha jak liść na wietrze. Te wykluczające się cechy wiąże Celińska w dziwny a jedyny splot, uwiarygodniający działania jej postaci, które cierpliwie i z rozwagą lepi. Choć czasem na granicy artystycznego ryzyka.

Osiągnąwszy w zawodzie tak wiele, a jeszcze więcej u publiczności, nie waha się nadwerężać kredytu zaufania, jeśli w grę wchodzą nowe wyzwania artystyczne. Wtedy działa jak żelazna dama z jej popisowej pieśni ze złowieszczym refrenem „Uśmiechnij się” – tyle zwycięskiej, co groźnej. Tak było przecież, kiedy uwierzyła w odmienną, samoswoją sztukę inscenizacyjną Krzysztofa Warlikowskiego. Tak było, gdy podjęła się nowych interpretacji piosenek o Warszawie, które złożyły się na zaskakującą kolekcją Nowa Warszawa.

Obdarzona mocnym głosem i darem bezbłędnej interpretacji stworzyła prawdziwą kolekcję przejmujących i wzruszających pieśni, których wybór złożył się z czasem na „Domofon, czyli Śpiewniczek domowy Stanisławy C”. w reżyserii Jerzego Satanowskiego, a potem jeszcze wiele cenionych kolekcji. „Domofon” pokazywany na scenie Biała Lokomotywa Teatru na Woli budził  niekłamany zachwyt.

Śpiewała od zawsze, odnotowując triumfalne wykonania songów Brechta w „Operze za trzy grosze” w warszawskim Ateneum czy w „Mahagonny” w Teatrze Współczesnym, zbierając entuzjastyczne recenzje po festiwalach piosenki aktorskiej we Wrocławiu czy też po premierach swoich piosenkarskich recitali. Ale dopiero „Domofon” ukazał w pełni skalę jej wokalno-aktorskiego talentu – był to bowiem spektakl, będący opowieścią o losie kobiety doświadczonej, która się nie poddaje, przedziera przez życia i mimo upadków zwycięża. Mądre, krzepiące śpiewowisko, w którym znalazły się pieśni i piosenki wcześniej przez Celińską wykonywane, tak jednak powiązane, że złożyły się na nową poruszającą całość. Spektakl kończyła Celińska piękną piosenką Jana Wołka „Śpiewnik domowy”, pochwałą domowego zacisza. Po młodości durnej i chmurnej brzmi to szczególnie przekonująco.

Od czasu do czasu widujemy Celińską w telewizji – rzadko w Teatrze Telewizji, częściej w serialu i programie kabaretowym lub słuchowisku. W teatrze TV zagrała z wielkim wyczuciem Matkę umierającego na AIDS syna w przejmującej sztuce Ingmara Inqista, „Pięćdziesiąt jeden” (w reż. Łukasza Barczyka) – stworzyła niemonumentalną postać kobiety skrywającej cierpienie za maską oddanej opiekunki i czułej powiernicy. Film, mimo że sporo w nim grała, nie potrafił znaleźć dla niej odpowiedniego zadania. Tym bardziej warto zwrócić uwagę, że Celińska bez trudu wygrała przed laty temu plebiscyt czytelników „Tele Tygodnia” na gwiazdę Teatru TV, pozostawiając w tyle sławy młodsze i wydawałoby się bardziej niż Celińska popularne. To jeszcze jedno potwierdzenie jej zupełnie wyjątkowej pozycji „niegwiazdorskiej gwiazdy”, naszej dobrej pani z teatru, której bliskości tak widzowie potrzebują. Może tak jest także dlatego, że Celińska unika jak ognia pouczania, że nie korzysta z prawa mądrzejszego, który wie od nas więcej i stawia kropkę nad „i”. W jednym z wywiadów na pytanie o definicję aktorstwa odpowiedziała: „Najlepszą definicję aktorstwa miała moja babcia, Mówiła: „Stasiuńka, weszłaś już w nią?” A Stasiuńka… wchodziła. I dlatego ją kochamy.

Tomasz Miłkowski

Poprzedni

Trzecia kadencja Sancheza za cenę amnestii

Następny

Chińsko-amerykański pingpong mocarstwowy