Bogaci i szczęśliwi?

Pani w kasie zauważyła, że mnie dawno nie było, więc pewnie byłem na urlopie. Kiedy potwierdziłem i dodałem, że zamierzam urlop kontynuować, posmutniała. „Takiemu to dobrze” – stwierdziła z zazdrością. Górale i Kaszubi płaczą, że w tym roku kwatery świecą pustkami. A redaktorzy komentują, że przy naszych cenach ludzie wybrali Grecję czy któryś z afrykańskich kurortów, gdzie ceny niższe, a pogoda jak drut.

A ja ciągle słyszę od ludzi, że w tym roku nigdzie nie wyjadą, bo ich nie stać. Po prostu nie zdołali odłożyć dość pieniędzy. Ludzie ci żyją na styk i nie zawsze budżet im się domyka. Jak tu wyjechać, skoro zalegamy z czynszem albo na zapłacenie czeka jakiś monstrualny rachunek za prąd? Wreszcie – cała masa pracowników, których zatrudniono na umowę śmieciową, nie ma płatnego urlopu.

Aż tu, jak grom z jasnego nieba, gruchnęła wieść, że weszliśmy do grona 20 najbogatszych krajów świata. Oczywiście chodzi o wielkość dochodu krajowego, a nie o dochód na głowę. Mimo wszystko wieść ta budzi zdziwienie. Można sobie zadać pytanie: gdzie jest to nasze bogactwo, skoro większość z nas nie ma prawie żadnych oszczędności? A połowa pracujących ma dochód na głowę członka rodziny poniżej minimum socjalnego, które jest ustalone na żenująco niskim poziomie.

Według Laboratorium Badania Nierówności Thomasa Piketty’ego biedniejsza połowa Polaków zarabia odpowiednik 20% PKB. Kiedy PKB rośnie, oni tego nie odczuwają, bo do nich to rosnące bogactwo nie dociera. A bogactwo ulokowało się tam, gdzie zwykle – na szczycie drabiny społecznej. 10% najbogatszych Polaków posiada 60% majątku narodowego.

Komentatorzy z liberalnych mediów zastanawiają się, jak Polacy to swoje nowo nabyte bogactwo zniosą. A co piąta rodzina wciąż pożycza u lichwiarzy, żeby przeżyć do pierwszego. W budżecie tego nowego „ekonomicznego mocarstwa” zieje gigantyczna dziura, która sprawia, że wielu z nas umiera na uleczalne choroby – w kolejce do lekarza. Deweloperzy kasują po 30–40% marży zysku, a połowa młodych mieszka z rodzicami do 40. roku życia, bo ich nie stać na mieszkanie.

Komentatorzy z liberalnej bańki, którzy najwidoczniej nie słyszeli o biedzie i związanym z nią upokorzeniu, pocieszają nas, że pieniądze szczęścia nie dają. Ale za to bieda wywołuje depresję – i to na masową skalę.

O tym, że jesteśmy krajem największych nierówności w Unii Europejskiej, nikt w Polsce nie chce wiedzieć. Dlatego badania nad nierównościami są przemilczane albo wprost negowane, wypierane.

Wybrańcy losu, którzy co roku jeżdżą na egzotyczne wakacje, żeby z pozycji swych zasobnych portfeli oceniać życie ludzi, których nie wpuszczamy do Polski, mają swoje badania, z których wynika, że jesteśmy coraz szczęśliwsi. Tymczasem nie jest już od dawna tajemnicą, że im mniejsze nierówności, tym szczęśliwsze są społeczeństwa. Nie przypadkiem na szczycie skali szczęśliwości figurują takie państwa jak Dania, a nie USA.


Źródło: Facebook – Piotr Ikonowicz

Piotr Ikonowicz

Poprzedni

Chiny ujawniają plan promowania cyfrowej transformacji przemysłu maszynowego

Następny

Nowa szlachta i rozdawnictwo z KPO