Od dandysa do ofiary

Bruno Jasieński prawie zawsze nie pasował. Jako futurystę go wyśmiano. Jako anarchistę potępiono. Jako gorliwego komunistę wyrzucono z Francji. Na koniec rozprawę z Jasieńskim, fałszywie oskarżonym w ZSRR o szpiegostwo, zakończono strzałem w tył głowy.

Jakby o tym nie myśleć – los tragiczny, który stał się udziałem jednego z najbardziej utalentowanych polskich poetów międzywojnia. Wcale tak być nie musiało, bo początki były niemal sielankowe. Bruno Jasieński (1901-1938), Ukochany syn szanowanego lekarza z Klimontowa, Jakuba Zysmana (do dzisiaj ma swoją ulicę i jego imię otaczane jest dobrą pamięcią), zdolny uczeń, zwłaszcza do języków obcych, rozpoczynał studia i debiutował pod czułym okiem rodziców, którzy zadbali o zmianę jego nazwiska na rdzennie polskie. Pisał wiersze raczej modernistyczne i patriotyczne (tak!) niż futurystyczne, nim postanowił stanąć na czele polskich futurystów, ramię w ramię z Tytusem Czyżewskim i Stanisławem Młodożeńcem.

Kłopoty zaczęły się szybko

po ogłoszeniu jednodniówek futurystycznych i ujawnieniu pewnej idei fixe młodego poety, aby zmodernizować polską pisownię, to znaczy ją „ufonetycznić”, czego widomym dowodem był tytuł jego tomiku „Nuż w bżuchu” (1921). Ale już wcześniej, podczas kilkumiesięcznej służby wojskowej, kiedy niewiele brakowało, a wziąłby udział w wojnie polsko-bolszewickiej, trafił Jasieński do karceru z powodu wiersza „Śmierć pana premiera’, prezentowanego podczas zorganizowanego w wojsku wieczoru poetyckiego. Jak głosi legenda (niepotwierdzona) wałówki do karceru nosić mu miał Stefan Wyszyński, późniejszy purpurat i prymas.
Dwumiesięczny areszt niczego młodego buntownika nie nauczył, świadomie prowokował, krążył ze swymi wierszami po Polsce, upozowany za eleganta, wyśmiewany za tę pozę przez nie byle kogo, bo samego Stefana Żeromskiego i Juliana Tuwima na dokładkę. Jak komentował sprawozdawca lwowskiego „Świata Kobiecego” poeta sprawiał takie wrażenie: „Wyfiokowany na ostatni guzik, woniejący jak drogerzysta, interesująco blady, z monoklem w prawym oku, a ze wspaniałym lokiem nad lewym okiem. Młode panienki z pewnej sfery dostawały na jego widok gorączki”.To był jeden z łagodniejszych, tylko nieco uszczypliwych komentarzy, wyzywano bowiem Jasieńskiego od najgorszych, a rejestr tych wyzwisk skrupulatnie gromadzili jego biografowie, w tym także ostatni, Krzysztof Jaworski w pasjonującej książce „Dandys. Słowo o Jakubie Jasieńskim” (skąd zaczerpnąłem przywołany cytat). Inwektywy ścigały Jasieńskiego nawet po śmierci, Jan Lechoń nazywał go „snobem o wyglądzie pederasty” (1952). Jaworski opisuje potyczki Jasieńskiego z krytykami, publicznością i policją, z których na koniec poeta wyciąga wniosek, że już nie ma czego szukać w polskim grajdołku. Wtedy rusza ze świeżo poślubioną żoną do Paryża.

Paryż nie okazał się rajem

dla nowożeńców. Jasieński harował na utrzymanie jako korespondent lwowskiej prasy (o rozmaitych odcieniach politycznych). Przez cztery lata (1925-29) opublikował około 160 tekstów, całkiem solidny urobek, Nie dorobił się jednak majątku. Jasieńscy żyli więcej niż skromnie, co nie stawało poecie na przeszkodzie, aby tworzyć nowe ważne dzieła. Wtedy powstanie „Słowo o Jakubie Szeli” i dramaturgiczny odpowiednik poematu „Rzecz gromadzka”, który wystawi w prowadzonym przez siebie teatrze robotniczym.
Prowadzi go już jako człowiek lewicy, przyjęty do Francuskiej Partii Komunistycznej i głównie jako lider tego amatorskiego zespołu zostanie pozbawiony prawa pobytu we Francji. Zanim to nastąpi napisze jeszcze „Palę Paryż”, antyutopię o epidemii dżumy w Paryżu, która zmiata stary porządek, torując drogę nadciągającej rewolucji społecznej. Powieść drukuje w odcinkach „Humanité”, a wkrótce potem wydawnictwa rosyjskie. Wreszcie ukazuje się w Polsce z przedmową Juliusza Kadena-Bandrowskiego.
Jasieński jednak

do Polski nie wraca

ale zostaje „przerzucony” do ZSRR. Witany jest tutaj z niesłychaną pompą, nawet chyba tą pompą nieco przestraszony, jako wybitny polski pisarz i działacz lewicy. Szybko awansuje, a parasol ochronny nad jego twórczością i życiem otwiera sam Anatolij Łunaczarski, ludowy komisarz oświaty i ceniony krytyk literacki. Jasieński zostaje redaktorem naczelnym „Kultury Mas”, kwartalnika adresowanego do emigracji polskiej, w którym Polska burżuazyjna traktowana jest jako twór tymczasowy. Jasieński nie chce wdawać się w spory emigracyjne, choć to bardzo trudne, postanawia więc pisać tylko po rosyjsku („w języku Lenina”, jak sam oświadcza), doznaje ideologicznego zawrotu głowy. Wchodzi w skład elity władzy w Tadżykistanie, pisze socrealistyczną powieść „Człowiek zmienia skórę” (tytuł jak ulał pasuje do sytuacji autora), która – jak dzisiaj byśmy powiedzieli – staje się w Tadżykistanie powieścią kultową (do 1970 była lekturą szkolną). Dużo publikuje, a wśród tych publikacji znajduje się

groteskowy „Bal manekinów”

napisany zgodnie z deklaracją już po rosyjsku. To właśnie z powodu tego nieco zapomnianego dramatu przypominam postać znowu pomijanego poety, który niedawno stracił ulicę i szkołę w rodzinnym Klimontowie (na wniosek pani dyrektorki, która uznała, że Jasieński ma demoralizujący wpływ na młodzież). Ale nie stracił nigdy entuzjastów swojej twórczości, do których należał swego czasu Marian Hemar – razem próbowali stworzyć we Lwowie niezależny kabaret.
„Bal manekinów” długo przebijał się do polskiego widza. Opublikowany w roku 1931 nie doczekał się przed wojną realizacji w ZSRR, nim Jasieński został w wyniku oskarżenia o szpiegostwo wymazany z historii literatury i padł ofiarą mordu sądowego. Przed wojną wystawił go jedynie w Pradze eksperymentalny teatr D-24 Emila Buriana (1934). Zrehabilitowany po XX Zjeździe KPZR, zaczął być przypominany także w Polsce. Gwoli sprawiedliwości warto dodać, że w roku 1946 ukazało się w Polsce „Słowo o Jakubie Szeli” z inicjatywy ZMW-Wici. Rehabilitacja rehabilitacją, ale „Balu manekinów” nikt wystawiać w Polsce nie chciał.
Trafił się jednak nowy entuzjasta, uparty, młody (wówczas) reżyser, Jerzy Jarocki, który w końcu „wychodził” polską prapremierę „Balu manekinów” w Teatrze Śląskim (1957), wspierany w tym wysiłku przez Erwina Axera. Potem było jeszcze kilka premier, wśród których inscenizacja Janusza Warmińskiego w Teatrze Ateneum (m.in. z udziałem Mariana Kociniaka, Grażyny Barszczewskiej i Ignacego Machowskiego, 1974) zyskała największy rozgłos, potem zresztą utrwalona także dla potrzeb Teatru Telewizji (1979). Od lat jednak do „Balu” nikt prawie nie wracał, aż sięgnął po niego Jerzy Stuhr. Sięgnął nie przypadkiem, bo jako uczeń Jerzego Jarockiego poczuł się zobowiązany, aby pójść śladem mistrza swej młodości.
Manekiny w spektaklu Jerzego Stuhra nie akceptują świata ludzi. Ich samozwańczy przywódca (Maciej Stuhr), udający człowieka, spędziwszy jeden wieczór na balu jako poseł Ribandel ucieka w popłochu do bezpiecznego azylu salonu mody. Nie chce więcej mieć nic wspólnego z ludźmi,

świat ludzi go zawiódł

Diagnoza Brunona Jasieńskiego, kto wie, czy nienaznaczona osobistym doświadczeniem, została wiarygodnie dowiedziona przez reżysera i jego aktorów. Piszę „jego” nie bez powodu, bo znaczną część obsady stanowią byli studenci profesora Stuhra z Wydziału Teatru Tańca krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych w Bytomiu. Wcześniej przez parę lat ćwiczył z nimi sceny z „Balu manekinów”, ściślej z aktu pierwszego, kiedy to manekiny (nie zawsze kompletne, z brakami kończyn lub źle dobranymi członkami) tańczą. Od razu trzeba dodać, że tańczą po mistrzowsku, wzbudzając niekłamany zachwyt widzów. Manekiny nareszcie zażywają ruchu i to wydaje im się największym szczęściem. Dalszy ciąg akcji pokazuje, że choć ruch jest piękny, to nie jest wszystkim.
Jak wynika ze wstępu do pierwszego moskiewskiego wydania dramatu Jasieńskiego pióra ludowego komisarza kultury, Anatolija Łunaczarskiego, miała być to satyra na zachodnią socjaldemokrację. Na szczęście, autor przekroczył ramy zakreślonego zamiaru i stworzył utwór uniwersalny, w którym poddaje paradoksalnej próbie polityków, działaczy partyjnych i pospolicie chciwych o głupich ludzi. Sceny w których manekin-poseł zachowuje się jak człowiek szczery, prawdomówny i rzeczowy należą do najlepszych w sztuce, a w przedstawieniu posłużyły Maciejowi Stuhrowi do zbudowania budzącej sympatię postaci zdumionego intruza w świecie wielkich interesów, intryg i bezwzględnej walki o wadzę. Okazuje się, że po upływie niemal 80. lat od powstania utworu, wciąż zadziwia trafnością diagnoz, a aktorom daje materiał do warsztatowego popisu. Spektakl bowiem aktorami stoi – na scenie Och-teatru nie ma prawie dekoracji, ograniczonej do kilku niezbędnych sprzętów. Ważniejsze są sugestywne kostiumy nadające charakter postaciom manekinów i ludzi. Przywódca socjaldemokratów Ribandel, wystrojony w świecącą złotkiem, brokatową marynarkę przypomina konferansjera z cyrku. Działacze związkowi w prochowcach (Michał Breitenwald i Klaudia Gryboś) wyglądają na figury wypożyczone z galerii komisarzy politycznych okresu rewolucji. Kostiumy pomagają aktorom, ale życie spektaklowi nadaje ich ruch, taniec, rozmach aktorskich etiud i rytm.

BAL MANEKINÓW Brunona Jasieńskiego, tłum. Anatol Stern, reżyseria Jerzy Stuhr, scenografia Juriana Jur, opr. muz. Michał Gorczyca, choreografia Nina Minor, Och-teatr, premiera 27 kwietnia 2018 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *