
„Ja generalnie nie wierzę w żadne teorie spiskowe – tylko fakty. Ale tu wszystkich zaskoczę. Nie wierzę, że Amerykanie wylądowali na Księżycu, mimo że sam widziałem tę transmisję wczesnym rankiem 20 lipca 1969 r., gdy byłem na koloniach w Tleniu. Nie ta technologia – nie było mikroprocesorów i innych wynalazków. Po 56 latach nawet nie jesteśmy w stanie zbliżyć się do tego wyczynu. Świetna robota Kubricka. To jedyna teoria spiskowa, w którą wierzę” – napisał dr Krzysztof Kontek.
Oj, doktorze. Coś mi się wydaje, że to jednak nie jedyna. Bo przecież jest pan również uparcie przekonany, że wybory prezydenckie w Polsce mogły być „sfałszowane”. I to z tą samą pewnością, z jaką NASA rzekomo kręciła swoje misje na green screenie.
W swoim „raporcie” – który dla niektórych sympatyków #SilniRazem i #SokZBuraka stanowi dowód, nie teorię spiskową – dr Krzysztof Kontek ogłosił, że w 1 482 komisjach doszło do „anomalii”, co rzekomo przekładało się na 487 tysięcy fałszywych głosów dla Karola Nawrockiego. Problem? Wyrzucił z analizy wszystko, co burzyło tezę – w tym anomalie na korzyść Rafała Trzaskowskiego – i zaniżył próg odchylenia. Eksperci – m.in. dr hab. Dominik Batorski, dr hab. Jarosław Flis, dr Piotr Szulc i dr hab. Andrzej Torój – rozłożyli ten bełkot na czynniki pierwsze. Z ich analiz wynika jasno: nawet przy najbardziej radykalnych założeniach, tzw. „fałszerstwo” mogło dotyczyć maksymalnie 18 tysięcy głosów. A przewaga Nawrockiego to prawie 370 tysięcy. Nie ma fizycznej możliwości, by Kontek miał rację co do swoich teorii spiskowych.
Sąd Najwyższy uznał, że nie ma podstaw do podważenia wyniku. A SGH, z którą Kontek mylnie był kojarzony przez liberalne media, publicznie poinformowała, że nie jest on jej pracownikiem ani współpracownikiem. Taka reakcja nie zdarza się bez powodu – uczelnia odcięła się od jego nazwiska, zanim ktoś pomyliłby pseudoanalizę z prawdziwą akademicką analizą.
I tu dochodzimy do Księżyca.
Kontek ogłasza, że nie wierzy w Apollo 11, bo nie było mikroprocesorów. Przemilcza, że komputer pokładowy lądownika Eagle – choć o mocy dzisiejszego kalkulatora – działał niezawodnie, bo był zaprojektowany od podstaw pod ekstremalne warunki misji. Zapomina, że misję śledziły nie tylko kamery CBS, ale też radary ZSRR – gotowe do demaskacji, gdyby coś było nie tak. Że świat ma 382 kilogramy skał księżycowych przywiezionych przez astronautów – badanych do dziś w laboratoriach Japonii, Niemiec i Francji. Że laserowe odbłyśniki zostawione na Księżycu odbijają promienie z ziemskich teleskopów – i robią to nieprzerwanie od 1969 r. Do tej pory.
W dalszym wpisach opublikowanych na platformie X pyta – „Dlaczego Rosjanie nie wysłali człowieka na Księżyc, skoro byli pierwsi w kosmosie?”. Kwestionuje także możliwość transmisji telewizyjnej z Księżyca, bo przecież „Igrzyska w Meksyku w 1968 r. były pierwsze na żywo”. Nie wie albo nie pamięta, że transmisje satelitarne (np. Telstar) działały już od 1962 r., a sygnał z Apollo 11 był odbierany przez stacje naziemne w Australii i USA, przetwarzany i przekazywany dalej. Wreszcie – sam pisze, że zajmował się reflektometrami księżycowymi w pracy magisterskiej, ale nie wierzy, że pierwszy został tam wówczas umieszczony.
Osoba z doktoratem nie dopuszcza nawet do swoich myśli, że brak kolejnych lądowań to nie dowód na fejk, tylko na to, że nikt nie chciał dalej bulić miliardów dolarów za misje bez zysku politycznego. Po prostu USA wygrało wyścig kosmiczny – i zeszło z boiska a dla ZSRR było to już zwyczajnie nieopłacalne.
Ale Kontek wie swoje. Przecież widział transmisję z – jego zdaniem – wyreżyserowanego lądowania będąc na koloniach w Tleniu. Magia Hollywood. A teraz widzi „anomalie” w komisjach wyborczych i – wspólnie z Joanną Staniszkis – złożył skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Żądają 108 milionów euro odszkodowania od polskiego państwa. Dlaczego akurat tyle? Bo – jak tłumaczą – należy się im po tysiąc euro od łba, za każde z rzekomych 54 tysięcy nieuznanych protestów wyborczych. Co z tego, że te „protesty” – w przytłaczającej większości – nie spełniały nawet wymogów formalnych. Często brakowało numeru PESEL, zarzutów łamania prawa, dowodów, a czasem… wpisywano tam po prostu PESEL Romana Giertycha, który udostępnił wzór razem ze swoimi danymi.
Żądają „dostępu do prawdziwego wyniku” wyborów, choć nie wskazują niepodważalnych dowodów na jego sfałszowanie (podobnie jak w przypadku lądowania na księżycu). Uparcie mimo nieustającej masakracji ich tez ze strony prawdziwych badaczy sugerują, że państwo „aktywnie uniemożliwiało uczciwe wybory”. Szkoda, że Kubrick nie zdążył tego zekranizować.
Sfingowane lądowanie na Księżycu i sfingowane wybory. Jeden mit zderzył się z sowieckimi radarami, drugi z danymi statystycznymi i analizami ekspertów. Konkluzja? Dr Kontek nie wierzy w wybory. Nie wierzy w NASA. Ale za to wierzy w siebie. A to, jak wiadomo, podstawa każdego udanego szura.
No i oczywiście – wierzy w Kubricka. W końcu ten miał taką dbałość o detale, że zażądał, by kręcić… na lokalizacji.









