Jung-off-ska i jej żywioły

Z EDYTĄ JUNGOWSKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Rok po ukończeniu warszawskiej PWST trafiła Pani, w 1989 roku, do Adama Hanuszkiewicza, do Teatru Nowego. Nie był to już wprawdzie owiany legendą Teatr Narodowy, z którego Hanuszkiewicz odszedł 7 lat wcześniej, ale ten twórca ciągle był ważną postacią w polskim teatrze…
Tak, choć trafiłam tam dość przypadkowo, po tym, jak wcześniej nie wypalił mój angaż do Teatru Kwadrat. Spodobałam się ówczesnemu dyrektorowi Kwadratu, ale współpraca się nam jakoś nie ułożyła i nie zagrałam tam żadnej roli, choć już byłam przymierzana do głównej w jednym ze spektakli. Nawiasem mówiąc, po latach doszłam do wniosku, że było to złe, które wyszło na dobre, bo chyba bym się w tym Kwadracie nie spełniła. Źle czułam się i czuję w takim naturalistycznym teatrze z filiżankami na scenie. To mnie aktorsko nie uruchamia, jestem zbyt żywiołowa.
Odeszłam więc, pół roku byłam bez angażu, ale pewnego dnia spotkałam koleżankę, która poradziła mi, żebym poszła do Hanuszkiewicza, który potrzebuje nowych i młodych sił. Na spotkanie z nim wzięłam tekst z którym przystąpiłam mojego egzaminu wstępnego do PWST (śmiech), usiadłam przed jego biurkiem, no i powiedziałam ten tekst. Czułam się dziwnie, jakbym znów zdawała na studia. Hanuszkiewicz po wysłuchaniu mnie powiedział tym swoim charakterystycznym, metalicznym, dudniącym głosem: „Wygląda pani na zdolną osobę”. Kiedy milcząco czekałam na jego decyzję, zapytał: „Jeszcze coś?”. Nie powiedział od razu, że mnie angażuje, ale chwilę później okazało się, że mam załatwiać formalności.
Miałam jednak problem, bo chciałam być w Nowym, ale jednocześnie miałam już załatwiony – o co nie było łatwo – przez mojego ówczesnego narzeczonego, wyjazd do Francji na winobranie. A ponieważ wtedy, zwłaszcza młodzi ludzie nic w teatrze nie zarabiali, więc te pieniądze z „saksów” były mi potrzebne do przetrwania roku w teatrze. Z drugiej strony, na wrzesień miałam już zaplanowane próby, więc wyglądało na to, że będzie problem. Z duszą na ramieniu poszłam do dyrektora administracyjnego, a on zgodził się pójść mi na rękę, więc pojechałam do Francji, popracowałam, wróciłam pod koniec września i tylko trochę spóźniona wzięłam udział w próbach do przedstawienia „Zapolska, Zapolska” w reżyserii Hanuszkiewicza, w którym zagrałam Pannę Maliczewską.
Ten angaż bardzo mnie podbudował, bo jeszcze pół roku wcześniej, po niefortunnej przygodzie z „Kwadratem”, straciłam nieco wiary w swoje możliwości. Zagrałam u Hanuszkiewicza mnóstwo ról, w tym sporo klasyki, m.in. Solwejgę w „Peer Gyncie” Ibsena, a klasyka bardzo rozwija, bardziej niż repertuar współczesny, techniczne umiejętności aktorskie, dykcję, mówienie wiersza czy zrytmizowanej prozy.
Jakie relacje miała Pani z dyrektorem Hanuszkiewiczem?
Zyskałam w nim mistrza, mentora i choć dyrektor często przechodził „na ty” z młodszymi kolegami, to ja starałam się nie przekraczać pewnej granicy i zawsze zwracałam się do niego per „panie dyrektorze”. Czasem między nami iskrzyło bo też jestem temperamentna. Jego sposób prowadzenia prób, reżyserowania, miał charakter praktyczny, bez nadmiaru analiz, najczęściej instruował nas w zakresie konkretnych zadań aktorskich. Potrafił za pomocą kilku uwag ustawić rolę. Tak było, gdy dostałam nagłe zastępstwo – za koleżankę, która zaszła w ciążę – w roli Panny Młodej w „Weselu”. Natomiast od czasu do czasu, nie za często, dyrektor Hanuszkiewicz wchodził na tor opowiadania o sobie i to też było dla nas na ogół bardzo interesujące.
Chyba mnie osobiście lubił, ale to u niego nie oznaczało taryfy ulgowej. Pamiętam, że kiedy zagrałam tytułową Balladynę, to choć pochwalił mnie za pierwszą część roli, gdzie byłam młodą, dziką dziewczyną biegającą po lesie, to mocno skrytykował moją grę w tej części, w której Balladyna była już bezwzględną władczynią. Stwierdził, że jako władczyni nie byłam przekonywująca.
Ta Balladyna okazała się moją przedostatnią rolą w Nowym, bo w 1998 roku zdecydowałam się przejść do Teatru Studio, gdzie los zetknął mnie na początek z Krzysiem Warlikowskim, u którego zagrałam Klarę w „Zachodnim Wybrzeżu” Koltesa, spektaklu bardzo popularnym, w którym wystąpiłam z Olem Bednarzem i Krzysiem Kolbergerem.
Jakie wrażenie zrobił na Pani Warlikowski?
Kreatywnego twórcy, trochę prowokacyjnego wobec aktorów, chodzącego wokół nich z badawczą miną, uważnie obserwującego i rzucającego oryginalne uwagi. Zagrałam też u Piotra Cieplaka w cieszącym się ogromnym powodzeniem przedstawieniu „Kubuś P.” według Milnego, ale zostało ono przerwane u szczytu powodzenia, bo prawa do tekstu nabył Disney i trzeba je było po pewnym czasie zdjąć z afisza. Ciekawie wspominam też m.in. pracę z Mariuszem Grzegorzkiem w „Na wsi” Martina Crimpa w roli Rebeki i to jego ciągłe: „Energia, energia”. W międzyczasie jeszcze raz, po raz ostatni zagrałam u Hanuszkiewicza w Nowym, rolę Solange w przedstawieniu o Chopinie, a jeden raz wystąpiłam gościnnie w Narodowym, w „Śnie nocy letniej” Szekspira w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego jako Helena, co było jedynym moim w czasach Studio skokiem do klasyki, jako że na tej scenie zdecydowanie dominowały teksty współczesne. Ważne było też dla mnie spotkanie z Rafałem Sabarą przy okazji recitalu „Gotujący się pies”, które stało się początkiem naszej bliskiej współpracy, a także relacji osobistej.
Wielu widzów pamięta też Panią z ról w Teatrze Telewizji, z tytułowej, zmysłowej roli w „Baryłeczce” według noweli Maupassanta i Justysi w „Mężu i żonie” Fredry w reżyserii Olgi Lipińskiej, Sylwii w „Dwóch panach z Werony” Szekspira, Elizy w „Pigmalionie” Shawa czy Antosi w „Chorym z urojenia” Moliera, ale już debiut miała Pani w Teatrze Telewizji wspaniały, w 1993 roku, w roli Konstancji Weber, żony Mozarta w dwuczęściowym widowisku „Amadeusz” Petera Shaffera w reżyserii Macieja Wojtyszko…
To były ciągle jeszcze wspaniałe, złote czasy Teatru Telewizji, powstawało wiele spektakli. Ta rola zmieniła moje życie zawodowe, bo po pewnym okresie grania u Adama Hanuszkiewicza odkrył mnie Maciej Wojtyszko. Od tego momentu stałam się rozpoznawalna i posypały się kolejne role w Teatrze Telewizji, a później w serialach, przede wszystkim w „Na dobre i na złe”, do którego wypatrzyła mnie, do roli szalonej pielęgniarki Bożenki, Ilona Łepkowska. Do pracy w tym serialu przystąpiłam już po dziesięcioletnim doświadczeniu aktorskim, głównie teatralnym, co bardzo mi ułatwiło pracę przed kamerą, choć poruszania się przed kamerą w szkole nas nie uczyli. Miałam to szczęście, że nie musiałam, jak wielu przedstawicieli młodego pokolenia aktorów, zaczynać od serialu, bez kontaktu ze sceną. To nie ułatwia im rozwoju, bo zapewniają go tylko pełnokrwiste role teatralne, to w nich można pokazać wiele barw. Role serialowe nie dają na ogół takich możliwości.
Prowadzi też Pani wydawnictwo książek dla dzieci „Jung-off-ska”. Skąd taki wybór i taka tematyka?
Od 2010 roku wydaję audiobooki dla dzieci. Wydałam już 20 książek Astrid Lindgren, pisarki, która stworzyła postać Pippi Pończoszanki, autorki „Dzieci z Bullerbyn”. Teraz wydaję utwory Emila Kastnera, który w mrocznych Niemczech lat trzydziestych tworzył piękne książki dla dzieci, „Emila i detektywów”, „35 maja” i inne, opowiadające o sprawach szkolnych, o życiu podwórkowym, ulicznym dzieci w epoce, kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o ucieczce w internet i tym podobne techniki. Przy okazji promocji wydań spotykam się z dziećmi, promuję dobrą literaturę, w tym klasykę literatury dziecięcej.
Za rolę w telewizyjnej „Lekcji miłości” Iriny Waśkowskiej w reżyserii Rafała Sabary otrzymała Pani nagrodę imienia Stefana Treugutta przyznaną przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Krytyki Teatralnej. Jak wspomina Pani pracę nad tym spektaklem?
Zaczęło się od przedstawienia na scenie jednego z teatrów łódzkich, które zostało nagrodzone na ważnym festiwalu teatralnym w rosyjskim Jekatierynburgu i które odznaczało się bardzo precyzyjną koronkową robotą reżysera Rafała Sabary. Realizacja telewizyjna była jego debiutem w Teatrze Telewizji. Pamiętam warunki w jakich realizowaliśmy to przedstawienie: koszmarny upał lata 2017, wakacje, czarne kotary, wśród których pracowaliśmy w duchocie i ciasnocie, myślałam że to się nie sklei. Szczęśliwie ochłodę dawał nam otoczony zielenią dom Ewy i jej męża, z jego kulinarnymi talentami. Dawałam, co jest moją regułą w pracy, więcej z siebie na początku, by w razie potrzeby coś później odjąć, bo zgodnie z powiedzeniem pana Jowialskiego, łatwiej „pocieniować” niż „pogrubasić”. Przy okazji przypomniała mi się moja podróż do Moskwy w 1987 roku. Byłam w takiej „komunałce” jak ta, w której rozgrywa się akcja przedstawienia, z jej brudem, ciasnotą i samogonem, którym mnie częstowano.
Czy kieruje się Pani jakąś dewizą pracy aktorskiej?
Mimo, że jestem osobą pogodną i na ogół wesołą, staram się pamiętać, że rozbawienie aktora na próbach, scenie, czy na planie, daje często – w efekcie – znudzonego widza, na widowni czy przed ekranem. Uważam też, że teatr to taka dziedzina, w której nawet z literatury niezbyt wybitnej można wyczarować coś pięknego i wartościowego, a czasem można zniweczyć walory nawet wybitnej literatury.
Dziękuję za rozmowę.

Edyta Jungowska – ur.1 lutego 1966 w Warszawie. Absolwentka warszawskiej PWST (1989). Aktorka Teatru Nowego w Warszawie (1989-2000) i Teatru Studio (2000-2012). Zagrała około trzydziestu ról w Teatrze Telewizji. Dwukrotnie zdobyła nagrodę na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. W filmie zadebiutowała w „Szaleństwach panny Ewy” (1983). Zagrała też m.in. w „Ostatnim dzwonku”, „Ciemnej stronie Wenus”, „Złocie dezerterów”. Grała też w licznych serialach, m.in. Małgorzatę Antoniak w „Klanie” (2010-2014). W latach 1995-2000 występowała w Kabarecie Olgi Lipińskiej. W 2004 roku odcisnęła swoją dłoń w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach.

Zawsze byłem prześmiewcą Wywiad

Andrzej Zaorski – ur. 17 grudnia 1942 w Piaskach koło Lublina –aktor i artysta kabaretowy, występujący w telewizji, filmie i teatrze, a także w radiu. Ukończył PWST w Warszawie w 1964, debiutował w Teatrze Klasycznym. Występował w warszawskim teatrze Współczesnym, potem w „Powszechnym”, „Ateneum”, „Narodowym”, „Ateneum” „Na Targówku” i Teatrze „Kwadrat”, w kabaretach „U Lopka”, „Pod Egidą”, „Tu 60-tka” i „Kaczuch Show”. W latach 70. uczestniczył w produkcjach cyklicznych programów telewizyjnych, m.in. Gallux Show, Studio Gama) oraz radiowych (60 minut na godzinę), a w latach 1989-2007 magazyn „ZSYP” i telewizyjne Szopki Noworoczne. W 1991 otrzymał nagrodę „Wiktora” dla osobowości telewizyjnej, a w 2009 roku radiowy „Złoty Mikrofon”. W latach 1991-1993 współtworzył telewizyjny cykl „Polskie ZOO”.

 

 

Z ANDRZEJEM ZAORSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

W Pana książce „Ręka, noga, mózg na ścianie”, barwnych wspomnieniach z dzieciństwa, młodości i czasów pracy aktorskiej, najmniej uwagi, może ze skromności, a może z braku miejsca, poświęcił Pan swoim rolom teatralnym, filmowym i telewizyjnym. Chciałbym w tej rozmowie choć odrobinę to nadrobić. Zacznijmy od filmów. Zadebiutował Pan rolą górnika w „Pięciu” Pawła Komorowskiego w 1964 roku…

To była moja pierwsza rola filmowa, zagrana jeszcze podczas studiów. To był trochę spóźniony produkcyjniak, ale nieźle zrealizowany. Gdy pewna dziennikarka zapytała mnie miesiąc potem, czy grałem w jakimś filmie, odpowiedziałem: „Tylko w „Pięciu”. Redaktorka była zdumiona: „Chciał pan powiedzieć: Aż w pięciu” (śmiech). Niedługo potem raz jeszcze zagrałem u Komorowskiego, tym razem młodego konspiratora w filmie „Stajnia na Salwatorze”.

 

W 1967 roku miał Pan okazję zagrać w „Marysi i Napoleonie”, kostiumowym filmie wyreżyserowanym przez jednego z ostatnich, jeśli nie ostatniego funkcjonującego wtedy w Polsce przedwojennego reżysera filmowego, Leonarda Buczkowskiego, który przed wojną nakręcił m.in. głośną „Rapsodię Bałtyku”…

To był elegancki pan w starym stylu, który chodził po planie z batutą w dłoni, nigdy nie podnosił głosu i do aktorów mówił szeptem, ale wszystko chodziło jak w zegarku. Poza popularnymi aktorami z naszych czasów, jak Gustaw Holoubek, Beata Tyszkiewicz czy Bobek Kobiela grał tam też m.in. przedwojenny aktor pan Juliusz Łuszczewski. Ja akurat wtedy, po dwóch sezonach w warszawskim Teatrze Współczesnym, przeniosłem się do Teatru Powszechnego pod dyrekcję Adama Hanuszkiewicza i tam też spotkałem Łuszczewskiego, bardzo miłego pana, świetnego aktora. Miałem dużo szczęścia do ludzi, bo na ogół natrafiałem na dobrych.

 

Zagrał Pan też młodego artystę malarza w epizodzie w „Małżeństwie z rozsądku” Stanisława Barei, a wkrótce potem wziął Pan udział w bardzo poważnym przedsięwzięciu artystycznym Stanisława Różewicza, w filmie „Westerplatte”. Co Pan pamięta z tamtej realizacji?

Z samej realizacji nic szczególnego mi się nie przypomina, natomiast po latach uświadomiłem sobie, że wtedy nie wiedzieliśmy o ujawnionym po latach epizodzie załamania się psychicznego dowódcy Westerplatte, majora Sucharskiego, którego grał Zygmunt Hübner. Sucharski był chłopem z pochodzenia i miał chłopski nawyk kalkulacji, stąd jego opór przed daremnymi ofiarami. Poza tym nie byłbym sobą, gdybym nie miał takiego skojarzenia związanego z nazwą Westerplatte – polski punkt obrony paradoksalnie i szczęśliwie miał nazwę niemiecką, przyswajalną dla całego świata. „Westerplatte nadal się broni” – pisały gazety od Paryża po New York. A co by to było, gdyby nasz punkt oporu nazywał się Zbąszynkiem? Nadmienię, że nie mam nic przeciwko nazwie „Wester..”, eee, „Zbąszynek”

 

Wziął Pan też udział, w roli Jagosza, komisarza przedwojennej policji, w filmie swojego brata, Janusza Zaorskiego, „Matka Królów”, według powieści Kazimierza Brandysa. W scenie tej, w mieszkaniu Łucji Król, zatrzymuje on komunistę, doktora Lewena…

Granego przez Zbyszka Zapasiewicza. Realizacja finalizowana była w stanie wojennym, więc potrzebne były pozwolenia na broń i przepustki na nocne zdjęcia w warunkach godziny milicyjnej. Nie wiem, czy pan wie, ale był pomysł, żeby ten film doprowadzić do czasów ówcześnie aktualnych, czyli do stanu wojennego. Planowana była scena, w której stary w Lewen pochwala jego wprowadzenie. Ja jednak byłem za doprowadzeniem akcji jedynie do czasów stalinowskich i tak też zrobiono.

 

W tych czasach chodził Pan do szkół. Ja je Pan wspomina?

Oswajałem je zgrywą, kpiną. Zawsze byłem prześmiewcą. Gdy podczas akademii szkolnej śpiewano: „Nie ma granic ni kordonów, pieśni zew, pieśni zew”, ja śpiewałem pod nosem: „Nie ma granic ni kondonów, pies mi zdechł, pies mi zdechł”.

 

Nauczyciele Pana lubili?

Chyba tak, bo kiedyś wystawiono mi opinię, że jestem pilny, grzeczny i aktywny w pracy społecznej. Nie wiedziałem, gdzie oczy podziać z powodu takiej hańby.

 

Do szkoły aktorskiej, warszawskiej PWST przyszedł Pan z warunkami łagodnego, lirycznego amanta. Czy w tym kierunku Pana kierowali profesorowie?

Od początku dałem się poznać jako zgrywus. Z Janem Englertem, z którym byłem na jednym roku, napisaliśmy szopkę na fuksówkę, czyli bal wydawany przez pierwszoroczniaków. Nazwaliśmy tę szopkę „Wyrzy-maczką” w nawiązaniu do nazwiska naszego opiekuna, Mariana Wyrzykowskiego.

 

Chcieliście go jako studenci naśladować, tak jak później naśladowano Andrzeja Łapickiego i czy Tadeusza Łomnickiego?

Nie. On miał specjalnie postawiony głos, grał bardzo staromodnie, dla mnie już za staromodnie. Podobnie staromodnym profesorem był Ludwik Sempoliński. Ważną profesorką była dla mnie powszechnie lubiana i szanowana pani Stanisława Perzanowska. U niej zrobiłem rolę dyplomową w „Pastorałce” Leona Schillera w 1963 roku. Od niej się chyba najwięcej dowiedziałem o zawodzie. Lubiła mnie i często śmiała się z moich dowcipów, ale radziła mi, abym raczej żartował z siebie niż z kolegów. „Psuj sobie, a nie innym” – mawiała. A że była to cenna rada świadczy choćby to, że np. Kazimierz Rudzki, szalenie zabawny aktor na scenie, nie miał prywatnie poczucia humoru, nie śmiał się ani z siebie, ani z cudzych dowcipów i zawsze musiał mieć ostatnie, decydujące zdanie. Do moich mistrzów zaliczyłbym też Aleksandra Bardiniego, poza szkołą – Adolfa Dymszę.

 

Porozmawiajmy trochę o Pana rolach teatralnych, o niektórych, bo jest ich bardzo wiele. Zadebiutował Pan w Teatrze Klasycznym w „Edwardzie II” Christophera Marlowe’a, potem był Pan dwa sezony w Teatrze Współczesnym Erwina Axera…

Po czym zaangażował mnie do Powszechnego Adam Hanuszkiewicz.
Tam czekały na Pana role w klasyce, Cherubin w „Weselu Figara” Beaumarchais i role fredrowskie, w „Damach i huzarach” i „Ślubach panieńskich”, Norwid, „Beniowski” Słowackiego…
Hanuszkiewicz lubił klasykę i lubił ją odczytywać po swojemu. Mój Albin, tradycyjnie postać łzawego kochanka, okazywał się kimś, kto tylko przyjął taką manierę i w końcu okazał się trzeźwiejszy w miłości niż beztroski Gucio, grany przez Daniela Olbrychskiego.

 

Ale „Śluby panieńskie” reżyserował Władysław Krasnowiecki…

Nazywany żartobliwie, z uwagi na swoje polityczne korzenie, „Krasnosowieckim”. Formalnie on reżyserował, ale faktycznie wszystko ustawił Hanuszkiewicz. Krasnowiecki nie był dobrym reżyserem. Kiedyś zażartował sobie z niego Jan Kott, że podczas spektaklu „Marii Stuart”, w momencie sceny jej ścięcia za sceną, walił głową o podłogę. Kott napisał, że reżyser przepraszał w ten sposób publiczność za skopanie przedstawienia.

 

Wziął Pan też udział w głośnym widowisku „Norwid”, skomponowanym z tekstów poety…

Hanuszkiewicz pracował z właściwą sobie rzeczowością i dawał teksty kolejnym wykonawcom, sprawdzając do kogo który tekst pasuje. Spektakl cieszył się dużym powodzeniem. Sporą część widowni stanowili uczniowie, więc ja swoim zwyczajem wymyśliłem kalambur: „Ideał sięgnął bryku”.

 

Dobrze się Panu pracowało z Hanuszkiewiczem?

Dobrze, acz w okresie dyrekcji w Powszechnym był skromniejszy. W okresie kierowania Narodowym nabrał zarozumiałości. Potem już uważał, ze umie wszystko, że wie jak reżyserować, a to deklaracja ze strony artysty nazbyt pyszna. Artysta do końca nie powinien być pewny swego dzieła. Z jego „Balladyny” wszyscy zapamiętaliśmy słynne hondy, ale czy wiele więcej?
Z Narodowego, po pięciu latach przeszedł Pan do Ateneum, w inny zupełnie klimat artystyczny i do tego w „Biesy” Dostojewskiego…
…w których zastąpiłem mego szwagra Jasia Kociniaka, który musiał realizować jakieś zobowiązania filmowe.

 

Wspominał Pan ważny dla Pana spektakl „Kuchni” Arnolda Weskera…

Tak grałem tam męża patologicznie zazdrosnej żony, który jest jej całkowicie wierny. Jednak ja pod wpływem tych nieustających podejrzeń zacząłem wierzyć, że mój bohater tę żonę zdradzał. Pokazuje to jeden z mechanizmów teatru, że kształt roli może się zmieniać w trakcie jej grania pod wpływem innych postaci – nawet bez woli aktora.

 

Zagrał Pan też trzy role witkacowskie, w „Szewcach”, „Gyubalu Wahazarze” i „Pannie Tutli-Putli”, a wydaje się Pan wybitnie do takich ról predysponowany…

W „Szewcach” zagrałem Hiperrobociarza, w zastępstwie za Bogusza Bilewskiego, który nadawał się do tej roli także gabarytami fizycznymi. Kiedy więc ja się pojawiłem, mówiono, że w zastępstwie grał synek Hiperrobociarza. Z kolei z „Gyubalu”, gdzie grałem Morbidetta, występuje postać strasznego tyrana, Gnębona Puczymordy. Na pięćdziesiąte z kolei przedstawienie przyszedł generał Moczar. Wspominany Gnębon mówił bardzo podobnym jak on językiem. I na tym przedstawieniu zasłabła Elżbieta Kępińska. Miałem podejrzenie, że namówił ją do tego dyrektor Janusz Warmiński, z racji umiejętności dyplomatycznych zwany „Chińczykiem”, w obawie, aby mu Moczar nie zamknął teatru (śmiech).

 

Z którym reżyserem miał Pan najlepszą tzw. „chemię”?

Z Maciejem Prusem, w czasach kiedy jeszcze nie był demiurgiem teatru.

 

Przez lata był Pan często gościem telewidzów, w Teatrze Telewizji i pierwszym kabarecie Olgi Lipińskiej oraz w kilku serialach….

W serialach najmniej. Zagrałem Ochockiego w serialu Ryszarda Bera według „Lalki” Prusa. Idealista i marzyciel Ochocki był dla Wokulskiego kimś w rodzaju lustra, w którym się przeglądał przypominając sobie własną młodość. Zagrałem też artystę malarza w serialu „Panny i wdowy”.

 

W 1965 roku pojawił się Pan w teatrze Telewizji i od razu zagrał Pan cztery role…

Ale to były małe rólki. Dopiero czwarta była znaczniejsza, w „Dniach Turbinów” Bułhakowa, gdzie mnie zaangażował Jerzy Antczak.

 

Wkrótce potem, w 1966 wystąpił Pan w niezwykłym jak na owe tamte czasy widowisku telewizyjnym. Przez kolejnych dwanaście niedziel emitowano kolejne księgi mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”. Na tle skromnej, stylizowanej scenografii planszowej Marcina Stajewskiego, wybitni aktorzy recytowali obszerne fragmenty poematu – sam Hanuszkiewicz, Zbigniew Zapasiewicz, Henryk Borowski, Mieczysław Voit, Gustaw Lutkiewicz, Kazimierz Opaliński i inni…

Także Joanna Jedlewska, Henryk Machalica, Władysław Krasnowiecki jeszcze inni, a w tle była piękna muzyka Andrzeja Kurylewicza. Ja recytowałem kwestie związane z tytułowym bohaterem, bo trudno powiedzieć, że aktorzy grali swoje postacie. Oni je przedstawiali widzom.

 

Czasowo ten „Pan Tadeusz” usytuował się po środku, między niemą ekranizacją Ryszarda Ordyńskiego z 1928, niedawno pokazaną po latach po cyfrowym odnowieniu, a ekranizacją Andrzeja Wajdy z 1999 roku…

To prawda i myślę, że w swojej skromnej konwencji był bardzo ciekawym spektaklem, dobrze przyjętym przez telewidzów.

 

Kilka lat później zagrał Pan w legendarnym spektaklu ze „Złotej Setki Teatru Telewizji” w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy, z Bogumiłem Kobielą w roli tytułowej.

We wspaniałej obsadzie. Zagrałem tam ubogiego Kleanta, który przebierając się za syna sułtana tureckiego zyskuje zgodę pana Jourdain na małżeństwo z jego córką. Pamiętam, że grałem bardzo szybko, wykonywałem ze swadą taniec w takt „Marsza tureckiego” Mozarta i szybko też wypowiadałem kwestie, dysponując wtedy nienaganną dykcją. W Teatrze Telewizji ponownie zagrałem Albina w „Ślubach panieńskich”, tym razem w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego i znów w komedii Moliera w reżyserii Jerzego Gruzy, to znaczy w „Szkole żon”.

 

Na początku lat siedemdziesiątych telewizja zaczęła pokazywać cykliczny „Gallux show”, kabaret Olgi Lipińskiej, poprzednika jej późniejszych kabaretów. Grał Pan tam konferansjera rewii, w białym smokingu i sandałach…

„Sandałach wieczorówkach”, jak sam mówił. Ten przymilny jegomość z fryzurą na pazia posługiwał się pretensjonalną polszczyzną i mówił „chiba” zamiast „chyba”. Pamiętam, że widzowie pisali i dzwonili do telewizji z uwagami, że tak się nie mówi. W „Galluxie” grałem razem z Mańkiem Kociniakiem Bohdanem Łazuką, Jankiem Kobuszewskim, Basią Wrzesińską i innymi. Zabawa była przednia, ale i efekt chyba też niezły.

 

Dopiero kilkanaście lat później od 1991 do 1993 roku, poprowadził Pan razem z Jerzym Kryszakiem swój cykliczny program „Polskie zoo”, gdzie główne postacie ówczesnej sceny politycznej występowały jako groteskowe kukiełki, którym towarzyszyliście aktorsko…

…markując na komediowo różne postacie historyczne i współczesne, ja np. wcieliłem się i w Stalina i w Dejmka i w księdza i w różne dziwne figury.
Dlaczego „Polskie zoo” trwało tak krótko, mimo że miało dużą oglądalność?

 

W pewnym momencie przyszli do telewizji ludzie braci Kaczyńskich, a że my pokazywaliśmy nie bez sympatii Wałęsę, z którym już byli skłóceni…
Pana książka „Ręka, noga, mózg na ścianie”, pełna zabawnych wspomnień i anegdot ukazała się jako swoista forma autoterapii, ćwiczenia po udarze mózgu który dotknął Pana w 2004 roku, powodując poważne zaburzenia mowy…

Tak, starałem się w niej jak najmniej mówić o chorobie, a skoncentrować się na zdarzeniach z mojego życia, które byłyby zabawne i zajmujące dla czytelników. Nie napisałem w niej o jednej ważnej sprawie, istotnej dla osób, którym mogło by się coś takiego przydarzyć. Otóż kiedy doznałem wylewu i praktycznie straciłem mowę, szybko zawieziono mnie na tomograf komputerowy, ale okazało się, że można go uruchomić dopiero o ósmej rano. Czekałem więc całą noc na korytarzu. Dopiero potem dowiedziałem się, że jeśli zadziała się szybko, w ciągu trzech pierwszych, tak zwanych „złotych” godzin, jest znacznie większa szansa wyprowadzenia mózgu z zapaści. Wiele zależy od diagnozy, czy jest to udar niedokrwienny czy wylew krwi. Niestety w moim przypadku tak się nie stało i dlatego postępy choroby były większe, a terapia trudniejsza. Drogę do stanu, w którym możemy dziś tak rozmawiać przebyłem daleką. Na początku widziałem n.p. jajko, rozpoznawałem je ale nie potrafiłem go nazwać. Żeby dać znak, iż chodzi mi o Gdańsk, rysowałem kontur mapy Polski, linię Wisły i stawiałem kropkę u jej wyjścia. Tak określałem miasto. W odzyskaniu sprawności mowy pomogła mi moja wiedza z zakresu nauki dykcji, bo znałem miejsca w aparacie mowy odpowiedzialne za poszczególne głoski.

 

Jednak z zawodu choroba Pana właściwie wyeliminowała….

Spełniłem się zawodowo, więc nie odczuwam tego szczególnie boleśnie. Poza tym aktorzy ze Szczecina, gdzie reżyserowałem, zaproponowali mi wystawienie moich tekstów radiowych sprzed wielu lat, z cyklu „Fajny film wczoraj widziałem”, nadawanego w ramach „60 minut na godzinę”. Miałbym tam wystąpić w roli Bronisława Batona, który przekręca słowa i mówi dziwnym akcentem „kurcze pieczone w pysk”. To może być rola w sam raz dla mnie.

 

Jest Pan bardzo dowcipnym i barwnym narratorem. Nie napisałby Pan swojego alfabetu aktorów polskich na wesoło?

Ta moja książka, to jest taki alfabet od A do Z, czyli od Andrzeja do Zaorskiego. (śmiech). Zobaczymy. Żona mnie zachęca, żebym jeszcze coś napisał.

 

Dziękuję za rozmowę.