Ogród płomiennej namiętności

Palący problem nagłego wybuchu konserwatyzmu obyczajowego na terenie ogródków działkowych.

Ogrody działkowe pełnią funkcje wypoczynkowe, rekreacyjne, zdrowotne, a także przyczyniają się do poprawy jakości życia – opowiadają pracownicy Polskiego Związku Działkowców. Nie jest to jednak cała prawda. Działki mają o wiele więcej funkcji. Dzięki nim mają pracę nie tylko ludzie z firm zaopatrujących sklepy ogrodnicze. Ogródki dają pracę osobom, których nie podejrzewalibyśmy o minimalne choćby związki z miejscami gdzie kopie się grządki, sieje kwiaty i przycina drzewa wraz z krzewami. Tymczasem, bez ogródków działkowych nudziliby się tak patomorfolodzy jak strażacy czy pracownicy pogotowia. No i wytwórcy trumien tudzież grabarze. A nade wszystko funkcjonariusze policji.
Ogródki są bowiem siedliskiem przestępczości wszelakiej, acz pospolitej. Przyznają to sami działkowcy, którzy zrobili stosowne badania i wyszło im, że niemal w każdym ogródku choć raz w roku dochodzi do kradzieży z włamaniem. Oczywiście najczęściej czasie, gdy wegetacja roślin zamiera, a działkowcy na parę miesięcy zapominają, że są działkowcami. Życie na terenie ogródków jednak nie zamiera. Bo tak się skład, że gdyby nie działkowcy i ich wypasione altanki, wiele osób nie miałoby gdzie spędzać zimy. No i zapraszać znajomych na cieszenie się swoim towarzystwem. Oraz wspólną degustację napojów zawierających etanol.
Gdyby w Krakowie przy Makuszyńskiego nie było ogródka działkowego, to pan Paweł mógłby wciąż wykonywać zawód lakiernika, nie płacić alimentów na swoich troje dzieci. A nawet mógłby towarzyszyć życiowo swojej konkubinie i jej przyjacielowi.
Ogródek jednak był, a w nim od Dnia Kobiet w tamtym roku odbywała się stosowna impreza. Jej gwiazdą była, licząca sobie 39 wiosen, pani Ania. Towarzyszyli jej zaś o rok starszy pan Maciej oraz pan Leszek. Jak mówią wtajemniczeni, pierwszy z panów był aktualnym partnerem pani Ani, a drugi nie był. Niemniej jednak w chwilach niemocy pana Macieja zastępował go godnie.
W takąż sielankę pozwolił sobie wejść pan Paweł. Niebezzasadnie, bo panią Anię, młodszą od siebie o dekadę, znał niemal od dziecka. Początkowo stąd, że była siostrą jego koleżanki z klasy, a potem z powodu wspólnego z panią Anią cieszenia się miłością fizyczną. Sporadycznego – co prawda – ale bardzo wielokrotnego.
I właśnie namiętność była tym, co 9 marca sprowadziło pana Pawła do altanki przy Makuszyńskiego. A rosła ona wraz z ilością tego co przyniósł ze sobą w niepustych przecież rękach, a co lądowało w gardłach biesiadników. Aż się skończyło.
Podówczas to, pan Leszek wyruszył, aby zapas odświeżyć. Ledwo zniknął za drzwiami, pan Paweł zwerbalizował swoje seksualne pragnienie. I miast spotkać się ze zrozumieniem reszty, otrzymał rekuzę. Słowną. Zaoponował głównie pan Maciej. Sposób w jaki odmówił wdzięków pani Ani panu Pawłowi tak się temu nie spodobał, że panowie – niczym średniowieczni rycerze – starli się w pojedynku o białogłowę.
Wygrał go pan Paweł przez wielokrotny nokaut. Wielokrotność wzięła się stąd, że gdy przegrany był już pozbawiony świadomości to pięści pana Pawła wciąż lądowały na jego twarzy.
Pokonawszy rywala pan Paweł liczył, że niewiasta uzna wynik pojedynku i zrobi zadość jego pragnieniom. Przeliczył się.
Kobiecie nie spodobała się pokrwawiona twarz partnera oraz technika zalotów pana Pawła. Skutkowało to słowną odmową wprowadzenia penisa Pana Pawła do własnej pochwy. Tak jak i w jakiekolwiek inne miejsce.
Tego pan Paweł, który od paru miesięcy na nowo się z fizycznością pani Ani zintegrował, zrozumieć nie mógł. Pozwolił sobie zatem naruszyć jej nietykalność, poprzez uderzanie pięściami. Ponieważ stanowisko pani Ani było niezmienne, choćby dlatego, że nie mogła mówić, pan Paweł pozwolił sobie pozbawić ją przyodziewku. Potem korzystając z leżących obok ubrać skrępował nogi kobiety. Ręce zaś przywiązał do wystającego ze ściany za kanapą gwoździa. Nie wiedzieć czemu w tym czasie panu Pawłowi wywietrzała z głowy myśl o erotycznych karesach. Pojawiła się za to żądza ognia.
Podpalił zatem kanapę na której leżała skrępowana, ale przytomna kobieta. Podpalił parę innych miejsc, które podpalić się dały. Do płomieni dorzucił dwa leżące na wierzchu dezodoranty. I wyszedł.
Postał chwilę na zewnątrz i gdy wybuch dezodorantów rozprzestrzenił pożar na całą altanę, uznał swoją misję za zakończoną.
To był błąd. Nie przewidział hartu ducha pana Macieja. Ten bowiem nadgryzany jęzorami ognia odzyskał przytomność. I to na tyle, aby skonstatować, że pani Ani pomóc nie zdoła. A sobie – jak najbardziej. W związku z czym wziął i wyszedł. Dotarł nawet na stację benzynową, skąd wezwał pogotowie, policję i służby gaśnicze. Te ostatnie tylko po to aby dogasiły zgliszcza i skonstatowały odnalezienie zwęglonych zwłok.
W tym czasie pan Paweł wrócił na łono konkubinatu, poszerzonego o przyjaciela domu. I oznajmił, że puścił z dymem altankę wraz z dwiema osobami. Partnerka pana Pawła i ich znajomy słysząc to oświadczenie powiedzieli, że jak sam na siebie nie doniesie, to zrobią to oni. Wobec takiego przejawu nielojalności pan Paweł wykonał telefon na policję oznajmiając, że dokonał masowego zabójstwa.
Policja przyjechała szybko i umniejszyła panapawłowe poczucie winy przemieszane z kacem. Pomniejszyła o jedną ofiarę, która przeżyła. I mimo poparzeń II i III stopnia, wstrząśnienia mózgu i innych kontuzji złożyła nader ciekawe zeznania.
Teraz pan Paweł siedząc w areszcie i od czasu do czasu na sali sądowej, zastanawia się jak do tego doszło. I wciąż nie może zrozumieć dlaczego pani Ania nie chciała. Ale ponieważ nic nie zapowiada, żeby w pierdlu spędził mniej niż ćwierć wieku, to może z czasem na tak postawione pytanie sobie odpowie.
Spalonej altanki nikomu się nie chciało odbudować. Tak samo jak wielu innych, które co roku palą się w ogródkach działkowych wraz z zawartością mieszkających w nich zimą i dogrzewających się żywym ogniem bezdomnych. Czasem jednak działkowcy mają szczęście, bo zamiast pożaru lokatorów minidomków zabija czad, dopalacze, trefne dragi, czy cokolwiek innego, co jednak nie niszczy altanek.
Nikt nie prowadzi statystyk umieralności na terenie ogródków działkowych, ale zdaniem policjantów liczba śmiertelnych ofiar ogródków to najwyżej 100 rocznie. I troszkę spada.
Co dziwne nie jest, bo ogródków działkowych jest coraz mniej. W ciągu ostatnich 11 lat powierzchnia tego typu obiektów skurczyła się o 2,8 tys. hektarów. Ubyło ponad 51 tys. działek. Ale i tak jest ich ponad 900 tysięcy. Dzięki czemu życie towarzyskie i uczuciowe Polaków wciąż ma gdzie rozkwitać.

Upija się niewielu, płacą wszyscy

Europa, a w niej Polska, to najbardziej rozpity region świata.

Roczne spożycie alkoholu na jednego dorosłego mieszkańca wynosi w naszym kraju ponad 10 litrów czystego spirytusu. Jednak gdy wyłączymy z kalkulacji abstynentów, to według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Polacy przeciętnie konsumują 23 litry czystego alkoholu (ekwiwalent 2300 standardowych porcji alkoholu na osobę rocznie), a Polki 8,3 litra. W przypadku kobiet średnia jest dwukrotnie wyższa niż w całej Unii Europejskiej.
Picie na umór, które jest szczególnie popularne w naszej części Wspólnoty, powoduje zatrważające skutki. Raporty WHO z 2019 r. dotyczące obszaru UE+ Norwegia i Szwajcaria pokazują, że ze względu na spożywanie tej psychoaktywnej substancji przedwcześnie traci życie ok. 290 tys. ludzi rocznie. W Polsce – około 30 tys. Ponad 20 proc. zgonów mężczyzn w wieku 15-54 lata powodują choroby i obrażenia powypadkowe, do których przyczynił się alkohol – zwraca uwagę Cinkciarz.pl.
Ze statystyk polskiej policji wynika natomiast, że wśród dorosłych podejrzanych o zabójstwo i poddanych badaniu na stan trzeźwości 83 proc. było nietrzeźwych. W przypadku podejrzanych o wyrządzenie uszczerbku na zdrowiu, udziału w bójce lub pobiciu, zgwałceniu, rozboju, uszkodzeniu rzeczy oraz przestępstwach przeciwko funkcjonariuszom publicznym odsetek nietrzeźwych wynosi od 64 do 83 proc.
W Polsce mimo olbrzymich problemów społecznych związanych z alkoholem praktycznie nie prowadzi się żadnych działań ograniczających jego spożycie. Spośród wielu sposobów zniechęcających do jego spożywania Polska w pełni wprowadziła tylko dwa – minimalny wiek dla konsumenta oraz koncesję.
Wódkę, wino czy piwo – według danych WHO – można u nas nabyć w dowolnych godzinach (zarówno w lokalu, jak i w sklepie). Nie ma ograniczeń co do zagęszczenia punktów sprzedaży alkoholu. W internecie oraz w mediach społecznościowych dopuszczona jest reklama piwa, nie ma także problemu ze sprzedażą alkoholu w celach promocyjnych poniżej kosztu jego wytworzenia czy sponsorowania wydarzeń sportowych (również tych dla młodzieży) przez producentów wina bądź piwa. Najbardziej jednak dziwi fakt, że polski parlament nie zdecydował się na indeksowanie akcyzy o wzrost przeciętnego wynagrodzenia lub przynajmniej o inflację. I tak dochodzimy do skrajnie patologicznej sytuacji. Nominalne ceny detaliczne alkoholu nie zmieniły się praktycznie od 17 lat – wskazuje Cinkciarz.pl.
Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.
W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu.
Co ciekawe, mimo bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza pisma „The Lancet”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie.
Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?
Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. One dobitnie pokazują, że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.
Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Większość problemów związanych z alkoholem generuje niewielki odsetek osób, ale koszty związane z ich leczeniem, przemocą w rodzinach, wypadkami, funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości bądź przestępstwami przeciwko mieniu zwykle ponoszą wszyscy. Do tego dochodzi dodatkowo utrata produktywności tych osób, których koszty np. w wykształceniu poniosło całe społeczeństwo. Zaniedbują oni swoje obowiązki zawodowe, chodzą często na zwolnienia lekarskie, aż wreszcie tracą pracę i przechodzą całkowicie na utrzymanie państwa lub rodziny.
O jakich kosztach mówimy? W USA w 2010 r. wynosiły one 250 mld dolarów (niecałe 1,7 proc. PKB.). W Polsce ten odsetek w relacji do PKB może oscylować wokół 2,1-2,5 proc. Coroczne koszty nadmiernego spożycia alkoholu wynoszą dla Polski prawie 50 mld zł. Tylko ok. jedna czwarta tej kwoty jest zaspokajana przez akcyzę. Za poparciem idei znacznie wyższej akcyzy (docelowo nawet trzykrotnie) na alkohol powinny przemawiać jeszcze inne wyliczenie. Zakup popularnej ostatnio małpki (100 ml wódki) i puszki piwa kosztuje ok. 8 zł. Ten miks pity w ryzykowny sposób powoduje wygenerowanie dodatkowych obciążeń społecznych na poziomie ponad 10 zł.

Przypij piątkę Kaczyńskiemu

Rząd wezwał wódkę na ratunek. Wódko daj żyć, poprosił.

Dziś każdy trzeźwy ekonomista widzi, że bez wódki „Piątka Kaczyńskiego” zdechnie jak pies. I żadne dodatkowe „Jarkowe” strumieniem pieniężnym też nie popłynie.

Bo budżet IV RP wysycha.

Nie stać go na jednoczesne kupowanie głosów wyborczych, dotowanie kolejnymi miliardami narodowo-katolickiej TVP Jacka Kurskiego i Imperium Zmysłów Ojca Dyrektora Rydzyka.
Dodatkowo pani minister finansów alarmuje, że narastający deficyt budżetowy może przekroczyć granice bezpieczeństwa. I zagrożone są nawet coroczne premie i nagrody dla ministrów tego najliczniejszego rządu w historii III i IV Rzeczpospolitej!
Suche wyliczenia resortu finansów są jednoznaczne – bez przelewów z podwyższonej akcyzy na alkohol budżet IV Rzeczpospolitej wyschnie jak Morze Aralskie. Dlatego, aby utrzymać go przy życiu i obiecywaną „Piątkę Kaczyńskiego”, rząd pana premiera Morawieckiego musi podwyższyć akcyzę na alkohol. O całe 3 procent.
Teraz od każdej flaszki taniego wina sprzedawanego w polskim lub polskojęzycznym markecie za 15 złotych, narodowo-katolicki rząd ma 1,11 złotych. Za piwo sprzedawane tam po 3 złote, rząd ma 0,48 złotych.
Za to od każdej flaszki najtańszej wódki sprzedawanej za 20 złotych pan premier dostaje 11,41 złotych. Bo akcyza na wódkę jest najwyższa. Stanowi aż 57 procent ceny każdej flaszki.
Koszty produkcji wódki są też tańsze od wyrobu wina i piwa.
Dodatkowo wódkę produkujemy wyłącznie z produktów polskiego pochodzenia. Polskiego kartofla, polskiej pszenicy i żyta.
Pan prezes Kaczyński obiecał po pięćset złotych każdej polskiej krowie produkowanej z polskiej trawy i po stówce każdej polskiej świni spasionej polskimi kartoflami.
A flaszce wódki pędzonej wyłącznie na polskich ziemniakach nic!

Ani grosza dopłaty.

Takie to mamy prawo. I gdzie tu sprawiedliwość?
Statystyczny obywatel IV Rzeczpospolitej wypija rocznie niecałe 10 litrów statystycznego, stuprocentowego alkoholu. Spożycie alkoholu za czasów rządów PiS systematycznie rośnie, co dobitnie dowodzi renesansu patriotycznych, tradycyjnych postaw Polek i Polaków. Co jest sukcesem rządowej polityki historycznej. Polityki przywracania godności wszystkiemu co polskie, dowartościowania narodowych wartości.
Spośród wszystkich alkoholowych trunków, Polki i Polacy, najwięcej wypijają piwa – ponad 50 procent. A potem wódki – ponad 35 procent.
„Piwo bez wodki – diengi na wietier”, mawiał Stalin, bo znał się na trunkach i potrafił ekonomicznie skalkulować proces ludzkiego upijania się. Nic dziwnego, że nauki tego klasyka popijawek znajdują w Polsce podatny grunt i głębokie zrozumienie.
Dziś rząd pana premiera Morawieckiego trzeźwo postawił na wzrost wpływów z płynącego do narodowych i katolickich gardeł alkoholu. Bo jego pan prezes Kaczyński postanowił kupić sobie nasze głosy wyborcze za nasze pieniądze.
Ale zdążył te nasze pieniądze wydać już na swe, nietrzeźwe ekonomicznie obietnice wyborcze.
Zatem w wódce i wódkopijcach pozostała ostatnia nadzieja Prawa i Sprawiedliwości. Pod jej obronę ucieka się narodowo-katolicka polska prawica. Już dziś każdy polski patriota, każdy przywiązany do trakcyjnych wartości polski katolik musi wyciągnąć pomocną dłoń ku panu prezesowi. I dłoń ta nie może być pusta. Trzeźwa „Piątka Kaczyńskiego” nie pożyje długo.
„Małpki w dłoń, kufle w dłoń, „Piątkę Kaczyńskiego chroń!” – już słychać patriotyczne uniesienia.
Pić trzeba, Polki i Polacy, bo kampania wyborcza PiS polega na wprowadzeniu obywateli IV Rzeczpospolitej w stan chronicznej nietrzeźwości umysłowej.
Upijania wyborców przez upajanie ich mile szumiącymi w głowach obietnicami kolejnych, rozdanych pieniędzy.
Niestety, radość z picia, nawet najbardziej patriotycznej wódeczki, nie jest wieczna. Następstwem jej jest przykra suchość organizmu i nieznośny ból głowy.
Obiecywana „Piątka Kaczyńskiego” podobna jest piciu wódki. Najpierw szał, potem kac.

Ale idą święta.

Niech zatem pocieszą się obietnicami wszyscy obdarowani. Rachunek za rządy PiS przyjdzie nam zapłacić później.
Pij, pij, pij braci pij, na starość torba i kij!

Ps. Już teraz rząd może zlikwidować zbędną Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Wielkich oszczędności nie będzie, bo budżet agencja ma kusy, ale prezes Kurski albo Ojciec Dyrektor każdą kasę łykną.

I butelka rumu…

Brązowy trunek, znany z gorących Karaibów, zaczyna być coraz chętniej kupowany i w naszej, chłodniejszej strefie klimatycznej.

 

Rum, od setek lat opisywany i stosowany jako ulubiony trunek piratów i marynarzy, z którego, oprócz reggae słynie Jamajka, do niedawna był alkoholem o raczej umiarkowanej popularności.
Ta kategoria napojów wyskokowych kojarzona jest głównie z serią hollywoodzkich filmów „Piraci z Karaibów”. Główny bohater, kapitan Jack Sparrow, nie krył się ze swoją miłością do tego trunku.
Początkowo jego uczucia do rumu nie podzielała reszta świata. Najwyraźniej zadziałała stara maksyma, mówiąca o tym, że do wyjątkowych alkoholi długo się dojrzewa.

 

Arabowie mieli nosa

Wszystkie dane rynkowe wskazują jednak, że to właśnie teraz następuje eksplozja popularności tego, znanego z Karaibów trunku. Choć w rzeczywistości był on produkowany w Europie okazjonalnie już przez Arabów, którzy w Hiszpanii mieli duże plantacje trzciny cukrowej.
Krzysztof Kolumb podczas jednej ze swoich wypraw zabrał do Ameryki jej sadzonki. Trzcina cukrowa przyjęła się bardzo dobrze w tamtejszym klimacie, czemu sprzyjało masowe wykorzystanie pracy niewolniczej. W XVII w. rejonie Morza Karaibskiego rozpoczęto już masową produkcję rumu.
Według danych z raportu IWSR (International Wine and Spirit Research), w zeszłym roku sprzedaż rumu wzrosła w Polsce o 9,5-proc., osiągając niemal identyczny przyrost jak reszta świata, gdzie średnio sprzedano o 9 proc. więcej rumu.
Jak wskazują specjaliści, znaczące ożywienie rynkowe w jego sprzedaży i konsumpcji widoczne było już wcześniej. Według angielskiego The Guardian, sprzedaż rumu w Europie na przestrzeni ostatnich trzech lat (2014-2017) wzrosła o 25 proc, zaś w samej Wielkiej Brytanii roczna wartość jego zakupów przekroczyła miliard funtów.

 

Droższy jest pity częściej

Co ciekawe, mimo panującej od dłuższego czasu stagnacji ekonomicznej i braku wzrostu poziomu życia, osiągane wzrosty są w głównej mierze efektem wzmożonej konsumpcji kategorii Premium. Do tej grupy zalicza się dojrzałe, nawet wiekowe rumy, z ceną detaliczną ponad 25 dol za butelkę.
W kategorii Premium największą uwagę zaczęły przyciągać tzw. rumy kraftowe, czyli niezbyt powszechnie znane, produkowane na niewielką skalę tradycyjnymi metodami, gdzie jakość zdecydowanie stawiana jest ponad ilość.
Według największych producentów, którzy chętnie zakładają małe destylarnie, mające sprawiać wrażenie, że są to osobne, niezależne wytwórnie, właśnie rumy Premium są najbardziej perspektywiczne i mogą generować w przyszłości największe obroty.
Wygląda więc na to, że trochę zmieniają się dotychczasowe upodobania konsumentów, z których mogłoby wynikać, że rum nie jest wysokiej klasy alkoholem.
Rosnąca popularność rumów spowodowała wzrost zainteresowania tym, jak jest on produkowany, co widać na różnego rodzaju targach.
– Przy stoiskach festiwalowych z tym trunkiem opowiadało się o tym, jak jest on zróżnicowany – wskazuje ekspert Jarosław Buss.

 

Alkoholowa alternatywa

Charakterystyczną cechą rumu jest to, że potrafi on przybrać przeróżne formy aromatyczno-smakowe, w zależności od podstawowego surowca (którym może być np. sok z trzciny, syrop czy melasa), sposobu destylacji (kolumnowa – bądź tradycyjna w miedzianych alembikach), rodzaju beczek w których dojrzewa, a także i warunków klimatycznych, w których przyszło mu spoczywać.
Istotne stały się również: historia danej marki, specyfika produkcji, nagrody osiągane na międzynarodowych zawodach oraz opinie pojawiające się w Internecie, które działają niczym paliwo, napędzające spiralę zainteresowania tym trunkiem.
Rosnąca popularność tego alkoholu zachęca dużych graczy rynkowych do zwiększania skali produkcji. Ambitne plany dotyczą zwłaszcza właśnie segmentu Premium, na którym przez najbliższe 5-10 lat zamierzają się skupić dominujący producenci. Według branżowych pism, takich jak Spirits Business, przyszłość rumów Premium rysuje się wielce obiecująco.
Wydaje się, że rumowa śnieżna kula śniegowa została wprawiona w ruch i raczej nie należy oczekiwać, iż zostanie zatrzymana.
W całej Europie powstają specjalistyczne bary z szeroką ofertą rumów. Barmani rozmawiają o nich i promują je, zaś nietypowe odmiany, w szczególności limitowane edycje, stają się obiektem pożądania. Nie tylko wśród kolekcjonerów lecz nawet i inwestorów, kupujących butelki z nadzieją ich korzystnego odsprzedania za ileś lat.
Rumy coraz częściej pojawiają się na festiwalach i targach alkoholi – już nie tylko jako dodatek czy egzotyczny element, lecz uzupełnienie kompleksowej oferty dobrych alkoholi.

Alkohol traktuje kobiety gorzej

1. Alkohol nie jest ożywiony. Nie działa intencjonalnie na czyjąś szkodę lub korzyść. To nie alkohol jest „seksistowską świnią”, to społeczeństwo jest seksistowskie.

2. Świadczy o tym nie tylko zestaw metafor użyty przez twórców niefortunnej jak na razie kampanii, ale również ich reakcja na jej odbiór. Kiedy do agencji Chromatique dotarły pierwsze sygnały o bardzo złym przyjęciu formuły filmików przez internautki, jedna z autorek zabrała głos. I choć w swoim wywodzie zapewniała, że „nie chce nikogo strofować” tak to właśnie zabrzmiało: babeczki no, jesteście przewrażliwione, nie zrozumiałyście. A my wam tu przecież, dla waszego dobra, niedouczki wy nasze, dawkujemy zarówno napięcie, jak i ekspercką wiedzę: że metabolizm, że więcej tkanki tłuszczowej, że się szybciej uzależnisz, jak będziesz piła tyle samo, co twój chłopak („nie powinnyśmy na imprezie z partnerem czy mężem pić tych trzech drinków, bo na niego one tak nie zadziałają jak na nas”). My nauczymy was pić mądrze („chcemy budować tą świadomość kobiety, która zna swoje ograniczenia biologiczne i jest w stanie wybrać odpowiedni dla niej model spożywania alkoholu”). Dzięki nam przestaniecie pić tak jak do tej pory piłyście, czyli głupio.

3. I nie jest ważne, kobitki, jak to odebrałyście. A jak odebrałyście źle, to albo nie obejrzałyście wszystkiego (więc łaskawie zamilczcie i zaczekajcie), albo oglądałyście nieuważnie i się nie znacie. I to wcale nie jest z naszej strony seksizm ani paternalizm.

4. W powszechnej świadomości i w ostatnich dyskusjach wokół kampanii z Jackiem Braciakiem nadal widać, że pijący mężczyzna jest zjawiskiem oswojonym, a pijąca/pijana kobieta nie. „Czy feministki uważają, że prawem każdej nowoczesnej kobiety jest nawalić się jak meserszmit?” – pytają w internecie. Owszem, jest. Dokładnie tak samo, jak prawem każdego nowoczesnego i (nienowoczesnego) mężczyzny, bo mieści się w zakresie decyzji, które podejmuje każdy nieubezwłasnowolniony człowiek. Niezależnie również od płci każdym przypadku, gdy sięgamy po alkohol, działają na nas te same uwarunkowania społeczne…

5. … o których kampania milczy. Operuje za to językiem obwiniania (klasyczna metafora z za krótką spódnicą wstaje z grobu). Zakładając kusą kieckę, narażasz się na gwałt. Pijąc za dużo, narażasz się na bliskie spotkania z panami wyznającymi Teorię Ziemkiewicza („kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej, niech pierwszy rzuci kamień”). A więc: bądź grzeczna i się pilnuj. Bo dostaniesz po łapach boleśniej niż dostałby on. My tylko ostrzegamy. Więc lepiej skumaj i się szanuj.

6. „Chodzi nam o to, żeby kobiety miały odwagę zawalczyć o siebie i świadomość, że siła do obrony tkwi w nich, a nie na zewnątrz. I o tym jest ta kampania, żeby kobietom przypomnieć, że to w nich jest moc decyzji, żeby nie dały się w tą (w zamyśle toksyczną – WK) relację wplątać i nie ważne czy to jest partner, czy substancja psychoaktywna, która je zniewala” – mówi dalej Ewa Lach z agencji Chromatique.
Takie stawianie sprawy to z jednej strony próba zachęty do większej emancypacji, w założeniu słuszna, z drugiej jednak śmierdzi modnym dziś kołczingiem zakładającym, że „wszystkie odpowiedzi są w tobie”, więc w razie czego „znajdziesz w sobie siłę”. To filozofia, która czyni człowieka w pełni odpowiedzialnym za jego wszystkie sukcesy i porażki, lekceważąca w niebezpieczny sposób procesy społeczne, relacje międzyludzkie, pochodzenie, warunki bytowe, inne niezależne okoliczności. „Nie daj się wplątać”, „dostajesz to, na co się godzisz” to koszmar naszych czasów. Alkoholizm ma różnorodne, skomplikowane tło.

7. To o tym powinno się mówić w odniesieniu do „picia kobiet”, jeżeli już tak bardzo chcemy uczynić akurat to tematem kampanii. Mówić ze zrozumieniem. Bo nigdy, ale to nigdy nie należy zapominać, że uzależnienie jest symptomem. Samo trzymanie nałogu na wodzy niewiele pomoże, jeśli nie wyeliminujemy lub nie ograniczymy wpływu pierwotnych jego przyczyn. Tak, PARPA od kilku ładnych lat sygnalizuje powody (i jest ich więcej niż 10), czemu kobiety (o przeróżnym statusie materialnym i kapitale społecznym) coraz częściej spożywają alkohol w niebezpiecznych dla nich ilościach. Pogadajmy o tym, gdzie i jak mogą szukać pomocy, zanim spadną na nie dodatkowo skutki uzależnienia.

8. Język tej kampanii po prostu zastrasza. Powoduje dodatkową traumę u osób, które faktycznie doświadczyły przemocy domowej. To niestety świadczy o kosmicznej bezmyślności. I słuszność ma Maja Staśko, poddając w wątpliwość, czy przy tworzeniu spotów wzięto pod uwagę zdanie terapeutów uzależnień i dla ofiar przemocy. Jest milion lepszych sposobów na to, żeby zobrazować tezę „alkohol bywa zdradliwy”.

9. Użyte w filmikach przykłady są chybione. „Jesteś słaba”, „zabiorę ci dzieci”, „do niczego się nie nadajesz” – to kwestie, które prędzej usłyszymy od przemocowego partnera niż od poddanego personalizacji „alkoholu”. Jeśli już tak bardzo chcemy trzymać się tego chwytu – pokażmy, jak kusi: ze mną poczujesz się odważniejsza, od wszystkiego się oderwiesz. Ze mną twoje życie nie będzie już gówniane, zniknie poczucie braku. Ze mną staniesz się królową życia! Gdyby ten nasz „pan alkohol” odstraszał od siebie na wejściu, jak czyni to aktor na filmiku, zamiast dawać chwilową ulgę, nikt by się nigdy odeń nie uzależnił.

10. Cała ta kampania to jedno wielkie pomieszanie przyczyn i skutków, które niestety prowadzi do znanego, ogranego refrenu: mądra, szanująca się panienka, kobieta z klasą, świadoma zagrożeń „nie pozwala sobie”, „nie dopuszcza” do pewnych sytuacji, ma „pod kontrolą”. I w efekcie wygrywa. Nikt nie przypnie jej już łatki. No nie, kochani copywriterzy, to wszystko niestety aż tak prosto nie działa.

Na progu prohibicji

Pól roku temu rząd PiS wprowadził przepisy umożliwiające gminom wprowadzanie ograniczeń sprzedaży alkoholu. Czy czeka nas prohibicja?

 

Światowa Organizacja Zdrowia ostatni raz przyglądała się spożyciu alkoholu w 191 państwach świata kilka lat temu. W globalnej statystyce z lat 2010-15 Polska zajęła 21. miejsce – ze spożyciem alkoholu na poziomie 11,5 litra przez statystycznego Polaka. „Mistrzem świata” została Mołdawia, z wypijanymi rocznie 17,4 litrami czystego alkoholu na osobę. „Na pudle” znalazła się również Białoruś (17,1 litra) i Litwa (16,2 litra).
Ranking spożycia alkoholu zamykają kraje muzułmańskie: Arabia Saudyjska, Kuwejt, Libia i Pakistan. Obywatele tych państw wypijają rocznie od 0,1 do 0,2 litra czystego alkoholu. Czyli statystycznie jedną butelkę wódki na rok.

 

Myląca statystyka

Suche dane mówiące o rocznym spożyciu przez statystycznego Polaka 10 do 12 litrów czystego alkoholu etylowego mogą być mylące. Z badań Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że zdecydowana większość rodaków – ponad 80 proc. – pije alkohol w sposób umiarkowany. Spożywając w sumie nie więcej niż 6 litrów alkoholu rocznie.
Picie alkoholu może stanowić zagrożenie dla 18 proc. pijących. Krzysztof Brzóska, prezes Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych podaje, że te 18 proc. wypija rocznie aż 70 proc. całego alkoholu sprzedawanego w Polsce. Prawie każdemu z tej grupy pijących zdarzyło się w ciągu ostatniego roku przynajmniej raz upić się.
Według standardów WHO systematyczne wypijanie 20 gramów czystego alkoholu przez kobiety oraz 40 gramów przez mężczyzn to picie ryzykowne i szkodliwe. Nie są ilości oszałamiające, bo oznaczają więcej niż jedno piwo wypijane dziennie przez kobietę lub dwa przez mężczyznę. Na pocieszenie można przytoczyć wyniki badania CBOS z 2010 roku. Aż 22 proc. rodaków zadeklarowało wówczas, że nigdy nie bierze alkoholu do ust.

 

C2H5OH

Etanol jest jeden. Chociaż trafia do naszych żołądków na wiele sposobów. I w różnych ilościach Ciekawe wnioski zawiera badanie „Modele picia napojów alkoholowych w Polsce”. Przeprowadził je CBOS, w lutym 2017 roku na zlecenie Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. Producenci piwa mogą być zadowoleni z wyników tego badania.
W prawie 60 proc. przypadków przyczyną upicia się jest spożywanie wódki. Upijających się piwem jest dwa razy mniej. To zrozumiałe, spożycie piwa jest z reguły rozciągnięte w czasie. A jedna półlitrowa butelka piwa zawiera mniej alkoholu niż wypite raz za razem dwie „pięćdziesiątki”. Najrzadziej w stan upojenia wprowadza wino – przyznaje się do tego jedynie co ósmy Polak nadużywający alkoholu.
Pijący dużo, a więc ryzykownie i szkodliwie, wypijają też więcej wódki podczas jednej imprezy. Statystycznie jest to 195 gram czystego alkoholu, a więc ponad jedna półlitrowa butelka. W przypadku piwa jest to średnio 130 gramów czystego alkoholu. O jedną trzecią mniej.
Choć w ostatnim czasie wypijamy morze piwa rocznie. Kiedyś byliśmy w ogonie Europy. Dzisiaj, z 99 litrami piwa przypadającymi na głowę (i żołądek) statystycznego Polaka, plasujemy się w czołówce. Wyprzedzają nas tylko Niemcy i Brytyjczycy.

 

Za 500+

Specjaliści zajmujący się leczeniem uzależnień alarmują: od szeregu lat systematycznie rośnie spożycie alkoholu w Polsce. I zwiększa się liczba pacjentów ośrodków terapeutycznych. Tomasz Woźniak, lekarz psychiatra z Kliniki Uzależnień Medox, przypuszcza, że jedną z najważniejszych przyczyn jest rosnąca zamożność Polaków. I tym samym możliwość przeznaczania większej ilości pieniędzy na alkohol.
We wspomnianym badaniu CBOS-u z 2010 roku, respondenci podawali, że przeciętnie wydają na alkohol 50 złotych miesięcznie. Ile wydają dzisiaj? Nie znalazłem nowszych badań. Zaś Tomasz Woźniak w radiu TOK FM postawił mocno kontrowersyjną tezę: „teraz jest 500+, jest za co pić”. Nie chcę polemizować z panem doktorem, bo brak jest szerszych badań na temat wydatków z programu 500+. Jest natomiast okazja, by ze sfery statystyk spożycia alkoholu przejść do polityki.

 

Zakaz

Ostatniego października ubiegłego roku grupa posłanek i posłów Prawa i Sprawiedliwości złożyła w Sejmie poselski projekt nowelizacji ustawy o zmianie ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Posłowie i senatorowie szybko uporali się z problemem. I od początku tego roku samorządy mogą wprowadzać ograniczenia w sprzedaży alkoholu.
Po pierwsze: mogą wyznaczyć maksymalną na terenie gminy ilość punktów sprzedaży alkoholu. Zarówno sklepów, jak i barów i restauracji. Po drugie: mogą wprowadzić ograniczenia sprzedaży alkoholu między godziną 22:00 i 6:00 rano. Na terenie całej gminy lub na przykład w niektórych dzielnicach miasta.
Politycy PiS dali samorządowcom pół roku czasu na podjęcie uchwał regulujących sprzedaż alkoholu na swoim terenie. Ten termin mija za kilka tygodni – dokładnie 10 sierpnia. Tak przy okazji. Cóż za wspaniała zbieżność dat. Wszak sierpień to miesiąc od lat wyznaczany przez Kościół jako „miesiąc trzeźwości”. Może dlatego parlamentarzyści PiS-u tak spieszyli się z uchwaleniem ustawy. Rezygnując z szerszych konsultacji społecznych.

 

U progu prohibicji

Myślę, że jeszcze nie do wszystkich dotarło w jak potężny oręż uzbroili samorządy politycy Prawa i Sprawiedliwości. Wierzę, że w większości gmin zwycięży zdrowy rozsądek. I nowe zapisy ustawy nie będą przez samorządy nadużywane. Ale niestety, mogą zdarzyć się wyjątki. I co wtedy?
Kilka miesięcy temu Gazeta Wrocławska donosiła, że na wniosek Narodowej Rady Abstynentów Świeckich PiS wprowadził zakaz sprzedaży alkoholu we wszystkie soboty. Na szczęście był to tylko primaaprilisowy żart Gazety. Jednak można wyobrazić sobie sytuację, że gdzieś w Polsce radni „pójdą na całość” i ograniczą ilość sklepów posiadających zezwolenia na sprzedaż napojów alkoholowych na terenie gminy do… jednego. Dwóch. Lub trzech. Przed którymi od 6-tej rano do 22-giej będą ustawiały się kolejki. Nabijając kiesę paru lokalnym biznesmenom.
I będziemy mieli prawie „drugą Szwecję”. Gdzie istnieje Systembolaget. Państwowa sieć, mająca wyłączne prawo do sprzedaży alkoholu. Której sklepy otwarte są od poniedziałku do piątku od 10 do 20. W soboty do godziny 15-tej. I jest ich w całej Szwecji raptem 430. W milionowym Sztokholmie – 22. A spożycie? Mimo zakazów, Szwedzi znajdują sposoby, by wypijać rocznie prawie 9 litrów czystego alkoholu na osobę.

 

Nie tędy droga

Edukacja – tak. Wychowanie – tak. Zmiana sposobu spędzania wolnego czasu – tak. By w relacjach z wakacyjnych zagranicznych wojaży nie dominowała licytacja, w którym hotelu „all inclusive” dało się więcej wypić. No i propagowanie zdrowego trybu życia. Bo ten z alkoholem za pan brat z pewnością zdrowy nie jest.
Może jeszcze na dodatek mniej reklam alkoholu w telewizji. Mocnych trunków nie wolno reklamować. Ale reklam piwa emitowanych jest ponad 2,5 tysiąca godzin rocznie. Podobno w nowelizacji ustawy miały się znaleźć zapisy ograniczające telewizyjne reklamy alkoholu. Ale wypadły. No cóż. PiS ma słabość do… lobbystów.
Wprowadzanie zakazów, to droga najprostsza. Ale, niestety, droga donikąd.

 

Alkohol do konsumpcji

To moja osobista opinia. Człowieka nienależącego do elitarnego klubu 22 procent polskich abstynentów. Ale również nie mieszczącego się w gronie 18 procent rodaków konsumujących alkohol w sposób ryzykowny i szkodliwy. Jestem przeciwny zakazom. Niezależnie od tego, czy dotyczą zakazu aborcji dla kobiet. Zakazu handlu w niedzielę. Zakazu zaciągnięcia się skrętem z marihuany. Czy wyznaczania przez władzę, gdzie i kiedy można kupić puszkę piwa.
Wprowadzenie ograniczeń w dostępie do placówek handlujących alkoholem, to zielone światło dla szarej strefy. I mafii zajmującej się produkcją i dystrybucją nielegalnego alkoholu. Fortuny Ala Capone i jemu podobnych powstawały właśnie dzięki tym, którzy łudzili się, że walka z alkoholizmem będzie skuteczna dzięki zakazom.
Nad Wisłą też to przerabialiśmy w naszej polskiej mikroskali. Nocnych sklepów kiedyś nie było. Bez liku było za to melin. Doskonale prosperujących w każdym polskim mieście i miasteczku. Zakaz sprzedaży alkoholu obowiązywał aż do godziny 13-tej. A w restauracjach wódka podawana była „tylko do konsumpcji”. Co oznaczało konieczność zamawiania do każdej kolejnej kolejki, kolejnej porcji „koreczków”. Czy było „trzeźwiej”? Wątpię. Statystyki wszak podają, że w 1978 roku Polki i Polacy wypili 9,2 litra czystego alkoholu na osobę. Niespecjalnie mniej niż obecnie.

 

Piwny mundial

W najbliższy weekend dyskusja nad ograniczeniem sprzedaży alkoholu pójdzie w odstawkę. Liczyć się będzie tylko ilość goli strzelonych Kolumbijczykom. Warto więc przy okazji przytoczyć statystyki zamieszczone na stronie portalspożywczy.pl.
„Średnie ceny piwa w Polsce podczas tegorocznych Mistrzostw Świata w piłce nożnej będą o ok. 0,5 proc. niższe niż w trakcie poprzedniego Mundialu. Za średnie wynagrodzenia w naszym kraju polski konsument mógłby kupić o 338 butelek piwa więcej niż cztery lata temu” – wyliczają eksperci Banku BGŻ BNP Paribas.
Co więcej, w grupie H Mistrzostw Świata jesteśmy absolutnym liderem w spożyciu piwa. W Senegalu wypija się go zaledwie 1,6 litra na mieszkańca. Trzy butelki na rok! Japończycy wypijają 42 litry. A niedzielni rywale, Kolumbijczycy, 48 litrów. Gdzie im do naszych 99 litrów.
A więc: za zwycięstwo!