Inkowie na wojennej ścieżce z neoliberalizmem

Dziesiątki tysięcy ludzi demonstrujących na ulicach, wielu zabitych i rannych. Trzech prezydentów w ciągu tygodnia, pogłębiający się polityczny chaos i coraz głośniej brzmiące hasło ,,zmiana Konstytucji!” – to obraz Peru w ostatnich tygodniach. Jak doszło do tego, że kolejny naród Ameryki Łacińskiej wypowiedział wojnę neoliberalizmowi i niepodzielnie rządzącej krajem oligarchii?

Aby dobrze zrozumieć obecne wydarzenia w tym andyjskim kraju, konieczne jest cofnięcie się do roku 2016. Odbyły się wtedy w Peru wybory, jak co 5 lat wyłaniające jednocześnie zarówno prezydenta, jak i parlament. Do drugiej tury wyborów prezydenckich przeszli ekonomista MFW i Banku Światowego Pedro Pablo Kuczynski oraz Keiko Fujimori, córka Alberto Fujimoriego, prezydenta z lat 1990 – 2000, jednego z pionierów dzikiego neoliberalizmu w Ameryce łacińskiej, skazanego później na 25 lat więzienia za mordy na opozycjonistach, korupcję i bezprawne rządy autorytarne. Bardzo małą różnicą (ok. 30 tys. głosów) wygrał wybory Kuczynski, z wynikiem 50,12 proc. Jego ugrupowanie przegrało jednak z kretesem równorzędne wybory parlamentarne, uzyskując jedynie 18 mandatów w 130 – osobowym Kongresie Republiki Peru. Samodzielną większość w izbie (73 mandaty) zdobyła za to partia Fuerza Popular jego oponentki Keiko Fujimori. Temperatura sporu już wtedy była bardzo wysoka i z góry było wiadome, że deputowani tej i innych wrogich prezydentowi partii będą rzucać Kuczynskiemu kłody pod nogi i zrobią wszystko, by pozbyć się go z urzędu.
Pierwszą próbę usunięcia podjęto w grudniu 2017 roku, kiedy zaczęły wychodzić na jaw pierwsze kulisy tzw. afery Odebrecht (od nazwy brazylijskiego konglomeratu budowlanego, który przez wiele lat korumpował wielu przywódców i czołowych polityków z Ameryki Łacińskiej). Wtedy Kuczynskiemu udało się jeszcze uciec spod topora (co ciekawe, dzięki głosom deputowanych od Keiko Fujimori, których ceną było wątpliwe legalnie ułaskawienie jej ojca). Mniej szczęścia miał w marcu kolejnego roku, kiedy na zarzucaną mu korupcję pojawiły się twarde dowody – w obliczu utraty poparcia nawet części posłów z własnej partii, złożył rezygnację.
Zgodnie z konstytucją, urząd objął (i miał pełnić do czasu kolejnych wyborów) dotychczasowy wiceprezydent Martín Vizcarra, współpracownik Kuczynskiego. Jak nietrudno się domyślić, jemu też parlament przy każdej możliwej okazji utrudniał pracę. Peruwiańczycy mieli z czasem coraz bardziej dość paraliżujących państwo ciągłych napięć na linii pałac prezydencki – Kongres, dlatego decyzja Vizcarry z listopada 2019 roku o rozwiązaniu parlamentu i ogłoszeniu na styczeń nowych wyborów spotkała się z powszechną aprobatą. Masowe demonstracje, wyrażające poparcie dla prezydenta i dezaprobatę dla parlamentu, wymusiły na tym drugim jeszcze jedno, kluczowe dla dalszego rozwoju spraw ustępstwo. Kongres uchwalił, że odtąd nie można będzie sprawować mandatu parlamentarzysty dwie kadencje z rzędu. Co warte zaznaczenia, mający być wybrany w styczniu nowy parlament uznano za uzupełniający jeszcze tej kadencji (miał obradować do czasu właściwych generalnych wyborów w 2021 roku), jednak ustępującym deputowanym zakazano ubiegania się o miejsce także w nim. Natomiast zakaz udziału w wyborach w 2021 roku z góry obejmował rzecz jasna także parlamentarzystów, którzy mieli być wyłonieni w styczniu (jako obradujących w obecnej kadencji).
Przy okazji tematu wyborów warto przyjrzeć się bliżej scenie politycznej andyjskiej republiki. Należy ona do najbardziej niestabilnych w regionie. Przy okazji każdych wyborów pojawia się wiele ugrupowań – efemeryd, potrafiących zdobyć dużą ilość mandatów, ale niezdolnych, by przetrwać dłużej niż jedną – dwie kadencje. Względnie stałą (co nie znaczy dominującą) pozycję mają trzy partie: wspomniana już silnie prawicowa i skrajnie wolnorynkowa Fuerza Popular Keiko Fujimori, Acción Popular, konserwatywno–liberalne ugrupowanie centroprawicowe oraz APRA (Amerykański Rewolucyjny Sojusz Ludowy), jedna z najstarszych partii w kraju, kiedyś lewicowa i będąca częścią międzynarodowego ruchu, dziś jednak zdecydowanie centrowa. Peruwiańska lewica, dzisiaj reprezentowana głównie przez koalicję małych partii socjalistycznych i komunistycznych Frente Amplio oraz (częściowo) przez centrolewicową partię miejskiej inteligencji Partido Morado, od lat miała problem ze zdobyciem szerokiego poparcia społecznego. Składały się na to dwa czynniki. Wśród części Peruwiańczyków wszelkie lewicowe hasła wywoływały negatywne skojarzenia z terrorem Świetlistego Szlaku – skrajnie lewicową organizacją, która przez ponad 20 lat (1980 – 2002) toczyła krwawą wojnę domową z rządem Peru.
Drugim, ważniejszym powodem, jest koncentracja zdecydowanej większości mediów w rękach przedstawicieli wielkiego biznesu. Gospodarka Peru charakteryzuje się dominacją bardzo dużych prywatnych koncernów, produkujących głównie na eksport. Ich właścicielom (związanym z amerykańską oligarchią) oczywiście nie po drodze ze wszelkimi prospołecznymi reformami. Dlatego właśnie, za pomocą mediów do nich należących, szczególnie od czasu latynoamerykańskiego ,,różowego przypływu” starali się oni za wszelką cenę torpedować wszystkie lewicowe inicjatywy. Robili wszystko, by nie dopuścić do tego, by Peru poszło choćby śladem sąsiedniej Boliwii, rządzonej przez Ruch na rzecz Socjalizmu Evo Moralesa. W tym celu prywatne media jak mantrę powtarzają np. klasyczny już straszak w postaci ,,losu Wenezueli” czy propagandowe kalki w stylu ,,lewicowiec=terrorysta”.
Wybory w styczniu tego roku znacząco zmieniły skład partyjny parlamentu, nie zmieniając jednak jego profilu ideowego (pozostał zdominowany przez ugrupowania prawicowe). Wielką klęskę w wyborach poniosła mająca dotychczas większość Fuerza Popular Fujimori (zdobyła jedynie 7 proc. głosów i straciła 58 mandatów) której Peruwiańczycy mieli za złe, że przez cztery lata zajmowała się jedynie walką z prezydentami i paraliżowaniem władz centralnych. O skali rozdrobnienia politycznego niech świadczy to, że do Kongresu weszło dziewięć partii, a zwycięska Acción Popular zdobyła tylko niewiele ponad… 10 proc. głosów i wprowadziła 25 deputowanych. Początki obrad nowego parlamentu zbiegły się w czasie z wybuchem pandemii koronawirusa, która zebrała w Peru przerażające żniwo. Zmarło już prawie 40 tys. osób, a bezrobocie sięgnęło 50 proc. Obraz rozpaczy pogłębia to, że w Peru ponad 60 proc. pracowników było zatrudnionych na czarno, co czyni jakiekolwiek system praw pracowniczych czy ubezpieczeń społecznych najwyżej pobożnym życzeniem.
Szacuje się, że na skutek pandemii już aż dwa i pół miliona Peruwiańczyków ponownie spadło poniżej progu ubóstwa (który i tak przed epidemią sięgał w tym kraju ok. 20 proc.). Ciężko nawet mówić o niewydolności służby zdrowia, bo w wielu miejscach jej po prostu nie ma. Ogromna część społeczeństwa została więc porzucona przez władze na pastwę losu i pozostawiona bez opieki medycznej oraz środków do życia. Na skutek tego pokłady społecznego gniewu zaczęły szybko rosnąć.
Winą za tę ogromną narodową tragedię nowy parlament zaczął coraz głośniej obarczać prezydenta. Nie można powiedzieć, że niesłusznie – Vizcarra wzorem poprzedników w czasie urzędowania nie zrobił praktycznie nic, by jakkolwiek rozbudować system ochrony zdrowia, ucywilizować rynek pracy czy poprawić sytuację biedniejszej części społeczeństwa. Dodatkowo podjęte przez niego działania przeciwko pandemii koronawirusa były bardzo chaotyczne i niekonsekwentne, często zamiast pomagać jedynie pogarszały sytuację. W parlamencie jednak nikt jeszcze wtedy głośno nie podnosił postulatu impeachmentu prezydenta.
Tu dochodzimy do sedna sprawy i prawdziwych kulis kryzysu na szczytach władzy. Wraz z nadchodzącą jesienią zbliżał się czas, kiedy prezydent miał ogłosić dokładną datę przyszłorocznych wyborów generalnych (wstępnie planowanych na kwiecień 2021). Jednak większości parlamentarzystów, którym przez niecały rok spodobało się bycie u władzy, średnio widziało się jej oddawanie już w tym terminie, szczególnie ze świadomością, że zgodnie ze wspomnianą przeze mnie wyżej uchwałą poprzedniego parlamentu, nie będą mogli wziąć udziału w kolejnych wyborach. Zaczęli więc oni namawiać prezydenta, by pod pretekstem zagrożenia pandemicznego przedłużył o rok kadencje swoją i Kongresu. Vizcarra nie chciał się na to zgodzić i w październiku zapowiedział wybory na 11 kwietnia. Decyzja ta połączyła rozdrobnioną parlamentarną prawicę przeciwko głowie państwa. Swoją zawziętością i zajadłością ataków na czoło tej nieformalnej koalicji antyprezydenckiej wysunęła się zdecydowanie jedna partia – Unión Por el Perú, której od początku najbardziej zależało na przedłużeniu obecnej kadencji, miała bowiem w tym swój szczególny interes. UPP to ugrupowanie skrajnie prawicowe (w praktyce faszystowskie) odwołujące się do ideologii indiańskiego etnicznego nacjonalizmu, rasizmu i militaryzmu, od kilku lat zdobywające sobie coraz szersze poparcie wśród rdzennych mieszkańców Peru. W obecnym parlamencie jest już czwartą siłą, a pogardzająca stale się sytuacja społeczno–gospodarcza jest dla niej doskonałym paliwem. Partia ta ma jednak jeden problem – jej rzeczywisty lider i główny ideolog Antauro Humala od 2005 roku odsiaduje wyrok 19 lat pozbawienia wolności za zbrojny atak na komisariat w andyjskim miasteczku Apurimac, podczas którego zginęło czterech policjantów. Humala, były wojskowy, od dawna deklaruje chęć zawalczenia o prezydenturę, jednak najszybciej o warunkowe zwolnienie może starać się dopiero w 2022 roku. Dlatego (jak się okazało) to właśnie deputowani z UPP byli pomysłodawcami planu przesunięcia o rok terminu wyborów i najbardziej go forsowali, innych prawicowych parlamentarzystów z łatwością przekonując wizją przedłużenia ich obecności ,,przy władzy”.
Kiedy jednak ten pomysł nie wypalił ze względu na opór prezydenta, postanowili oni sięgnąć po ,,plan B” – pozbyć się Vizcarry i zastąpić go kimś, kto w podzięce za ich poparcie w wyborze ułaskawi ich lidera. To właśnie na wniosek parlamentarzystów z Unión Por el Perú została rozpoczęta procedura impeachmentu i oni organizacyjnie przewodzili całej akcji. W tym celu posłużono się oskarżeniami o korupcję, jakie pojawiły się wobec prezydenta. Dotyczyły one czasu, kiedy był gubernatorem regionu Moquegua.
Zarzuty wydają się co prawda wiarygodne, jednak parlamentarzystów, chcących po prostu pozbyć się Vizcarry, niespecjalnie interesowały nie tylko wyniki jakiegokolwiek śledztwa, ale nawet jego wszczęcie. Zgodnie z konstytucją, prezydenta można zaś odwołać za „moralną niezdolność do pełnienia urzędu”. Vizcarra, widząc zbliżający się atak parlamentu, spróbował ratować się zapytaniem skierowanym do Trybunału Konstytucyjnego, aby ten doprecyzował, co to dokładnie znaczy. Na niewiele się to zdało – TK zgodził się odpowiedzieć ,,po kilku tygodniach”, a impeachment przeprowadzono po kilku dniach, 9 listopada. Za złożeniem z urzędu głosowało 105 deputowanych, w tym prawie wszyscy prawicowi. Szybkość obalenia prezydenta, bardzo swobodna w tym celu interpretacja konstytucji oraz aktywny udział w tym dowódców wojskowych wyraźnie miały znamiona zamachu stanu.
Oliwy do ognia dolał też wybór przez parlament jego następcy, dotychczasowego przewodniczącego Kongresu Manuela Merino. Ten mierny i bezbarwny polityk z Acción Popular znany był m. in. z nieludzkiego wyzysku pracowników, jaki praktykował w swoich przedsiębiorstwach w północnym Peru. W oczach polityków z Unión Por el Perú był jednak idealnym kandydatem na okresowego figuranta, którego głównym zadaniem (w ich planach) miało być uwolnienie Antauro Humali przed kwietniowymi wyborami.
Przebiegli stratedzy z UPP nie przewidzieli tylko jednego – gniewu ludu. Niedługo po tym, jak 10 listopada Merino został zaprzysiężony na prezydenta, tysiące Peruwiańczyków wyszło na ulice. Nie tyle z poparcia dla Vizcarry, ale by zaprotestować przeciwko bezprawnym zakulisowym intrygom skrajnej prawicy. Szczególnie licznie uczestniczyła w demonstracjach młodzież, mająca dość niepodzielnych rządów prawicowej gerontokracji i ich układów na szczytach władzy. Merino miał nadzieję, że za pomocą bezwzględnych działań policji stłumi protesty w zarodku, ale bardzo się przeliczył. Brutalne pacyfikacje służb z rozkazu prezydenta, w których zginęły co najmniej trzy osoby, a setki zostały ranne, tylko rozogniły sytuację. Wielka fala protestów i zamieszek przetoczyła się przez cały kraj. Demonstrowały setki tysięcy ludzi. Lud Peru otwarcie wyraził swój sprzeciw wobec sytuacji, w której garstka oligarchów uzurpuje władzę i pławi się w luksusach, gdy w tym samym czasie miliony zwykłych ludzie są pozbawione dostępu do podstawowej opieki medycznej, a nawet głodują. Po 5 dniach urzędowania, od Merino odwrócili się nawet popierający go deputowani Kongresu i ministrowie jego gabinetu. To zmusiło go do rezygnacji i ustąpienia z urzędu. Przerażeni zasięgiem protestów i skalą społecznego gniewu prawicowi deputowani zwrócili się z prośbą o wskazanie kandydata na tymczasowego prezydenta do tej mniejszości w Kongresie, która głosowała przeciwko obaleniu Vizcarry.
Początkowo wysunięto kandydaturę Rocío Silvy, deputowanej z lewicowej koalicji Frente Amplio, prawica nie zgodziła się jednak na jej wybór. Poparcie większości uzyskał dopiero centrysta Francisco Sagasti, lider ugrupowania Partido Morado i 17 listopada objął urząd prezydenta. Obejmując urząd przeprosił w imieniu władz za brutalność policji podczas demonstracji oraz obiecał jak podjęcie szybkich i zdecydowanych kroków w walce z pandemią, bezrobociem i głodem. Kredyt zaufania od dużej części społeczeństwa Sagasti zdobył doborem ministrów do swojego gabinetu. Zasiądzie w nim m. in.: Violeta Bermúdez, prawniczka i znana na całym kontynencie działaczka na rzecz praw kobiet, ciesząca się popularnością wśród młodych czy Nuria Esparch, która jako pierwsza kobieta w historii Peru będzie ministrem obrony. Niestety sprawy gospodarcze pozostaną w rękach liberałów – ministrem finansów został mianowany znany z wolnorynkowych poglądów profesor Waldo Mendoza. Czas pokaże, czy nowy gabinet poradzi sobie z bardzo napiętą sytuacją w kraju.
Podczas protestów, obok zwykłych haseł antyrządowych, coraz głośniej wybrzmiewało wezwanie do zmiany konstytucji. Obecna, uchwalona w 1993 roku (za autorytarnych rządów Alberto Fujimoriego) jest jednym z filarów władzy politycznej i biznesowej oligarchii oraz służy głównie ochronie ich interesów. Neoliberalna do szpiku kości, nie gwarantuje zwykłym Peruwiańczykom prawie żadnych praw socjalnych i pracowniczych, zaś ogólnikowość jej przepisów w części dotyczącej władzy w państwie pozwala każdorazowo rządzącej ekipie interpretować ją w sposób praktycznie dowolny. Różne partie lewicowe od wielu lat głosiły konieczność zmiany konstytucji, jednak dopiero przy okazji tych protestów postulat ten zdobył szeroki rozgłos społeczny.
Czy Peru ma szansę pójść śladem sąsiedniego Chile i obrać kurs na pozbycie się skansenu biznesowo–wojskowej dyktatury, jakim jest obecna konstytucja? Droga do tego jeszcze daleka, jednak widać nadzieję na zmiany. Według obecnych sondaży, partie lewicowe i centrowe (najgłośniej mówiące o nowej ustawie zasadniczej) mogą w nadchodzących wyborach zdobyć nawet ponad 1/3 głosów, co byłoby najlepszym wynikiem od wielu lat i dało im silny mandat do działania na rzecz zmian. Zmian, które może w końcu ulżyłyby tak ciężko doświadczonemu przez neoliberalizm ludowi peruwiańskiemu.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Znaczenie Boliwii

18 października, odbywały się w Boliwii przedterminowe wybory prezydenckie. Nie znamy wyników, ale wiemy, że będą oznaczały albo zakończenie rządów zmilitaryzowanej prawicowej kliki, która w listopadzie minionego roku dokonała zamachu stanu, odsuwając od władzy wybranego dopiero co na kolejną kadencję Evo Moralesa – albo kulminację tego zamachu i przypieczętowanie jego rezultatów, a także umocnienie reakcyjnej fali, która zagarnia kontynent od mniej więcej 2015 roku.

Na pierwszy rzut oka, na podstawie serii przedwyborczych sondaży, trudno się spodziewać, by startujący z namaszczeniem Moralesa kandydat jego partii MAS, były minister gospodarki w jego rządzie, Luis Arce, mógł te wybory przegrać. Niektóre przewidują dla niego ponad 40 proc. głosów, co oznaczałoby zwycięstwo w pierwszej turze. Inaczej niż w innych znanych systemach prezydenckich, konstytucja andyjskiej republiki nie wymaga w tym celu przekroczenia progu 50 proc. Wystarczy czterdzieści, pod warunkiem, że równocześnie osiągnięto przewagę co najmniej dziesięciu punktów procentowych nad następnym w kolejności kandydatem. Póki co, dwóch następnych w kolejności kandydatów (prawicowych), Carlos Mesa i Fernando Camacho, może się spodziewać po odpowiednio w okolicach 26 i 14 proc.
Znaki zapytania
Wszyscy jednak pamiętamy, że sondaże i rzeczywiste wyniki głosowań wzięły w naszej galaktyce rozwód. Trudno przewidzieć, jakie zaburzenia spowoduje pandemia koronawirusa. Może w dniu wyborów zdemobilizować niektóre elektoraty albo niektóre regiony kraju. Może też spowodować realne utrudnienia w oddawaniu głosów. Może też zostać w ostatniej chwili wykorzystana przez samozwańczy rząd Jeanine Áñez jako pretekst do stworzenia takich przeszkód ad hoc. Bo rządząca w wyniku zeszłorocznego zamachu stanu klika już trzy raz odwoływała wybory, by ogłaszać je potem ponownie, w innym terminie, przyciśnięta presją społeczną. Nie wiadomo, jakie sztuki poskręcała w kuluarach w czasie w ten sposób pożyczonym. Wiadomo natomiast, że sposób, w jaki przechwyciła rok temu władzę, a także to, co z tą władzą robiła przez miniony rok (ekonomiczne zwijanie kraju, przemoc wobec lewicy i dziennikarzy, w tym nawet masakry na ulicach miast), dają jej aż zbyt wiele powodów, by chwytać się teraz wszystkiego, w tym lekceważenia prawa i otwartej przemocy policyjnej i wojskowej, byle tej władzy nie oddać. Przemoc prawicowych bojówek już terroryzuje ulice niejednego miasta. Sam Arce zdaje sobie sprawę, że może być w realnym niebezpieczeństwie.
Kolejnym czynnikiem sprawiającym, że nic nie było przesądzone, jest ogłoszona niemal w ostatniej chwili (17 września) rezygnacja samej Áñez z kandydowania. Jest tak niepopularna (znalazła się na czele przewrotowego rządu tak przypadkowo, że nie ma wielu fanów nawet na prawicy), iż jej start oznaczałby tylko rozdrobnienie głosów prawicowych pomiędzy zbyt wielu zbyt słabych kandydatów. Ale trudno teraz powiedzieć, dokąd trafi osierocone po niej potencjalne 5 proc. głosów. Gdyby wszystkie zgarnął Mesa, przewaga Arcego może być za mała, żeby obeszło się bez drugiej tury.
Tak jak te wybory mogą być kulminacją zeszłorocznego zamachu stanu – tak sam ów zamach stanowił kulminację koordynowanej z Waszyngtonu, wysiadywanej cierpliwie już przez administrację Obamy, ale ostatecznie domkniętej przez Trumpa, reakcyjnej ofensywy, która zmiotła już w Ameryce Południowej prawie wszystkie rządy lewicowej „różowej fali”. Z oryginalnej „różowej fali” nieprzerwanie u steru pozostaje już tylko „boliwariański” rząd w Caracas, choć jest dzisiaj bladym i krzywym, jeżeli nie rozbitym, odbiciem swoich początków. Centrolewica wróciła do władzy w Buenos Aires, ale po bolesnym ultraneoliberalnym interludium pod postacią prezydentury Mauricio Macriego. Natomiast Lenin Moreno w Ekwadorze, choć wygrał wybory jako „następca i kontynuator” Rafaela Correi, już u władzy dokonał szokującej wolty i przeszedł na „złą stronę mocy”.
Republika środkowych Andów
Boliwia jest w Ameryce Łacińskiej zarazem wyjątkowa – i wyjątkowo typowa. Wyjątkowa, bo jest jednym z zaledwie dwóch (jeszcze tylko Paragwaj) państw na zachodniej półkuli, które nie mają dostępu do morza. Dostęp ten (pod postacią pasa lądu przeciągniętego na zachodnią stronę Andów) utraciła w wojnie, którą ona i Peru przegrały z Chile w 1883. Odcięcie andyjskiej republiki od wielkiej wody podniosło do kwadratu jej cechy typowo latynoamerykańskie, takie jak uzależnienie od pośredników zbijających kokosy na obrocie jej surowcami na rynkach światowych. A jest czym obracać, kiedyś metale szlachetne i przemysłowe, dzisiaj ropa, gaz czy lit. Mówimy o naprawdę bogatym w zasoby naturalne, dużym i geologicznie zróżnicowanym a słabo zaludnionym kraju – ponad trzy razy większa od Polski, Boliwia ma zaledwie 11 milionów mieszkańców. Byłoby co między nich dzielić, a jednak większość Boliwijczyków od setek lat żyła w dojmującej biedzie.
Inna cecha typowo latynoamerykańska, w Boliwii karykaturalnie przerysowana, to bowiem podział na etnicznie „tubylczą” biedotę i kontrolujące całe bogactwo i instytucje polityczne wąskie elity pochodzenia europejskiego, robiące interesy z amerykańskimi korporacjami. Prezydent Gonzalo Sánchez de Lozada mówił nawet po hiszpańsku z nieznośnym amerykańskim akcentem.
Kiedy Juan Evo Morales Ayma, znany na świecie pod dwoma środkowymi członami swojego pełnego nazwiska, wygrał w grudniu 2005 roku wybory i na początku stycznia 2006 został prezydentem, był to pierwszy raz w nowoczesnej historii, kiedy boliwijski lud na najwyższym urzędzie w państwie, w Palacio Quemado w La Paz, zobaczył człowieka, który wygląda i mówi jak oni. Przywódca związkowy, Indianin Ajmara, mówiący oprócz hiszpańskiego językami ajmara i keczua, wychowany w domu z gliny, rolnik hodujący lamy i uprawiający tradycyjną w Andach kokę.
Przezwyciężyć neoliberalizm
Z dyplomatycznych przecieków opublikowanych przez WikiLeaks wynika dość jasno, że Morales był drugim po Chavezie najbardziej znienawidzonym przez Waszyngton przywódcą „różowej fali” – i drugim najaktywniej przez Waszyngton podminowywanym. Zaczęło się zanim nawet przejął władzę, kiedy dopiero kandydował: amerykańscy dyplomaci w La Paz już pisali do centrali o ubiegającym się o władzę „nielegalnym farmerze koki”, bardzo niebezpiecznym. Waszyngton przeczuwał, że jego dojście do władzy może w Boliwii oznaczać koniec neoliberalizmu. W Boliwii oznaczał on przede wszystkim prywatyzację (czyli przekazywanie głównie amerykańskim korporacjom) kolejnych naturalnych zasobów i usług publicznych w kraju, od telekomunikacji po wodę. Ta ostatnia doprowadziła do słynnych protestów w Cochabambie znanych jako „wojna o wodę” (1999-2000). Kolejna z serii prywatyzacji doprowadziła w pierwszych latach XXI wieku do zrywu (tym razem „wojny o gaz”), który złożył się na falę społecznego oporu, jaka ostatecznie wyniosła Moralesa do władzy.
Jankesi mieli rację, Morales przyszedł do Palacio Quemado, żeby położyć kres dwudziestoleciu neoliberalnej grabieży kraju. Pierwszą amerykańską reakcją było: zakręcimy kran z międzynarodowymi kredytami (z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju). Ale Morales nie chciał dla Boliwii więcej takich kredytów, widząc w nich instrument wiążący ręce rządom krajów globalnego Południa.
Socjalizm, Indianie i Matka Ziemia
Warto tutaj może przytoczyć pełną nazwę MAS. Trzy pierwsze litery oznaczają Movimiento al Socialismo, Ruch na rzecz Socjalizmu, ale potem jest jeszcze drugi człon: Polityczny Instrument Suwerenności Ludów. Morales mówił o socjalizmie nie z przyzwyczajenia właściwego wypranym z idei socjaldemokracjom europejskim. Nie mylił go z drobnymi korektami panującego systemu, które na ogólne kapitalistyczne ramy nie próbują się nawet porywać.
Morales wielokrotnie – również po przejęciu władzy, również na arenie międzynarodowej – mówił o konieczności przekroczenia i przezwyciężenia kapitalizmu jako reżimu, który swoją żarłoczną pogonią za zyskiem morduje naszą żywicielkę, Matkę Ziemię. Jej granice i moce odtwarzania naturalnych bogactw, w przeciwieństwie do apetytów kapitału, są skończone, ograniczone, nierozciągalne. Pachamama – tego słowa używał, mówiąc o niej. Słowa zaczerpniętego z autochtonicznych języków ludów swojego kraju, słowa za sprawą dyplomacji jego rządu włączonego do dyskursu instytucji międzynarodowych.
Pięknoduchostwo? Jak na pięknoducha, a może właśnie dzięki temu, że nim jest, Morales udowodnił przez kilkanaście lat, że potrafi się też zająć sprawami, nomen omen, przyziemnymi. Zanim doszedł do władzy, Boliwia była notorycznie nie tylko jednym z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej, ale także jednym z tych o konsekwentnie najniższym wzroście gospodarczym. Przez kilkanaście lat rządów Moralesa roczny PKB jego kraju wzrósł ponad czterokrotnie, a w pięciu spośród tych lat Boliwia zajęła pierwsze miejsce w regionie pod względem tempa wzrostu.
Pytany na międzynarodowych forach przez polityków z sąsiednich państw, jak to zrobił, jak można w latynoamerykańskich warunkach uzyskiwać tak długo takie tempo wzrostu, odpowiadał: to proste, trzeba znacjonalizować kluczowe bogactwa naturalne i traktować dostęp do podstawowych usług społecznych jak prawo człowieka.
Morales naprawdę tak to właśnie czynił. Jego rząd nacjonalizował zasoby, z zasady wykluczał z dostępu do nich korporacje amerykańskie, a z zysków finansował ogólnonarodowe programy społeczne, zatrudnienie i wzrost płac. Dzięki tym programom skutecznie walczył z analfabetyzmem i wyprowadzał z biedy swoich indiańskich braci i siostry, oferując im jednocześnie awans symboliczny i godnościowy wykraczający daleko poza odwołania do Pachamamy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.
Przyznał im status równoprawnych narodów Boliwii. Nowa konstytucja z 2009 przemianowała kraj na Wielonarodowe Państwo Boliwii, odtąd także oficjalnie świeckie. Morales zrównał tradycyjną flagę andyjskich Indian, tęczową mozaikę znaną jako wiphala, z dotychczasową flagą narodową ustanowioną przez białe elity; uczynił ich języki urzędowymi a także otworzył przed indiańskimi społecznościami przestrzeń kontroli nad ich lokalnymi sprawami. Wiele indiańskich kobiet dopiero pod jego rządami mogło bez wstydu udać się do urzędu w najbliższym mieście w swoim normalnym, codziennym, tradycyjnym stroju i załatwić tam swoje sprawy nie udając kogoś innego. Morales stawiał czoła amerykańskiej „wojnie z narkotykami”, widząc w niej pretekst do amerykańskiego gmerania w wewnętrznych sprawach innych państw i broniąc praktyk wpisanych głęboko w kulturę żujących kokę społeczeństw wysokich Andów. Bywało, że oferował liście koki swoim oficjalnym gościom.
Morales wprowadzał zmiany w trybie postępujących reform, a nie rewolucji, ale pod wieloma względami był i tak najbardziej radykalnym przywódcą „różowej fali”. Inaczej niż Lula (łączy ich brak akademickiego wykształcenia), nie bał się nazywać kapitalizm i stosunki klasowe po imieniu. W przeciwieństwie do Luli w Brazylii, rozumiał, że fantazja o wyrównaniu nierówności wygenerowanych przez kapitalizm bez naruszenia samego kapitalizmu, w pakcie z samym diabłem, czyli z oligarchami, jest na dłuższą metę marzeniem ściętej głowy. W przeciwieństwie do Chaveza, rozumiał, że to samo dotyczy wyrównywania tych nierówności w nieskończoność dochodami ze sprzedaży jednego surowca na kapryśnym rynku światowym. Więcej: rozumiał, że sam model gospodarki polegający na ekstrakcji surowców energetycznych i niczym więcej, jest problemem a nie rozwiązaniem.
Imperium krytyki
Łączył emancypację nowoczesną, za punkt odniesienia mającą dążenie do socjalizmu, z przywracaniem godności, rewindykacją potencjałów przednowoczesnych przekonań, systemów wartości i podmiotowości ludów dotychczas – przez minionych pięćset lat – kolonizowanych, traktowanych jako przedmiot historii kształtowanej przez białego człowieka. Elokwencja tej kombinacji sprawiała, że był głosem ludu nie tylko boliwijskiego, ale i innych niegdyś skolonizowanych społeczeństw globalnego Południa.
A jednak krytyka spotykała go nie tylko ze strony globalnych elit neoliberalnych i lokalnych elit rasistowskich, ale także światowej lewicy. Ta opisująca się jako „radykalna”, „antysystemowa” czy „ekologiczna” – choć był w praktyce bardziej radykalny od Chaveza i Luli – miała mu za złe, że nie „rozwiązał” od razu burżuazji, nie ustanowił z dnia na dzień doskonale neutralnego klimatycznie komunizmu, albo że nie ma żadnej różnicy między sprzedawaniem surowców korporacjom amerykańskim a dostarczaniem ich Chinom. Ta bardziej centro- i „antyautorytarna”, że nie oddał władzy po dwóch kadencjach, nie przejmując się tym, że zarówno jego ruch, jak i większość Boliwijczyków, chcieli, by kontynuował urząd.
Vijay Prashad, indyjski historyk i dziennikarz z The Tricontinental Institute krytykował wielokrotnie szczególną szkodliwość takiego braku solidarności europejskiej i amerykańskiej lewicy, która zza klawiatur swoich komputerów zawsze wie lepiej, bo nic nie ryzykuje. Lekceważy materialne i społeczne ograniczenia, jakim rządy zacofanych, słabych, peryferyjnych krajów muszą stawiać czoła. Odziedziczyły po minionych pokoleniach strukturę gospodarki, której nie zmienią z dnia na dzień, wypowiadając tylko takie życzenie, a społeczną transformację trzeba jakoś sfinansować i wykonać jakimiś realnymi siłami. 11-milionowa republika w Andach dysponuje mniejszymi siłami i funkcjonuje w innym międzynarodowym otoczeniu niż Francja czy Niemcy. Dla ruchów emancypacyjnych globalnego Południa taka niecierpliwa i nielojalna lewica bywa de facto takim samym ciężarem jak jawni wrogowie.
Skoro już się skrzywiła na widok nieczystości materii na jego dłoniach, ogromna część takiej lewicy za dobrą monetę przyjęła też inne wątki międzynarodowej neoliberalnej ofensywy propagandowej wymierzonej w Moralesa. Autorytaryzm! Zamachy na wolności obywatelskie! Ataki na opozycję! Ekspulsje dyplomatów!
Dobra, dobra – ale co to tak konkretnie za opozycja? Co to za dyplomaci?
„Dyplomaci” Waszyngtonu
Od samego początku – odkąd okazało się, że Moralesa nie uda się przywołać do neoliberalnego porządku znaną metodą na kredyty z MFW, amerykańscy dyplomaci w La Paz spiskowali z najbardziej reakcyjnymi elementami boliwijskiej prawicy i oligarchii (wiemy to dzięki WikiLeaks), otwarcie rozważając rozpętanie przemocy na ulicach, możliwości obalenia rządu czy scenariusze „na wypadek” śmierci Moralesa. Doprowadziło to do ogłoszenia amerykańskiego ambasadora Philipa Goldberga persona non grata we wrześniu 2008.
Skoro nie udało się międzynarodowymi kredytami, instrumentem koordynującym próby sabotowania rządów Moralesa stała się amerykańska agencja służąca „pomocą rozwojową”, USAID. Ponieważ Morales nie godził się na stawianie mu warunków w rodzaju, jaką politykę ekonomiczną może prowadzić, zaczęła ona obchodzić rząd w stolicy i paktować z politykami we władzach regionów. Szczególnie tych, w których istniały silne prawicowe tendencje separatystyczne; tych, z których lokalnymi elitami można było knuć małe prawicowe rebelie; tych, w których było sporo białych studentów z zamożnych rodzin, na których uliczną energię i gardłowanie o „dyktaturze Moralesa” można było liczyć. Koniec końców, w 2013 USAID również została wydalona z Boliwii.
Dziś trudno mieć wątpliwości, że siłą, która w takich warunkach utrzymywała parasol bezpieczeństwa nad lewicowymi rządami w mniejszych państwach kontynentu, była Brazylia pod rządami Luli da Silvy i Dilmy Rousseff. Wówczas krytykowana za regionalny imperializm, używała jednak swoich gospodarczych i szybko rozwijanych militarnych muskułów także w tym celu, by skutecznie uniemożliwiać Waszyngtonowi obalanie lewicowych rządów w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Dlatego Amerykanie włożyli tak wiele cierpliwego wysiłku w przygotowanie z brazylijskimi oligarchami śledztwa Lava Jato, impeachmentu Rousseff i uwięzienia Luli na czas wyborów prezydenckich, by mógł je wygrać Jair Bolsonaro. Załamywać zaczęły się wówczas i pozostałe lewicowe rządy w Ameryce Południowej.
Skradziona republika godności
Kiedy w listopadzie 2019 prawica obaliła w Boliwii rząd MAS, brazylijski ambasador był nawet w pokoju, w którym przejmująca władzę klika postanowiła, że Moralesa zastąpi Madame Áñez. Nie była nawet liderką oligarchicznej opozycji, po prostu nikogo lepszego nie było akurat pod ręką, a czas naglił. Brazylia Bolsonaro poparła zamach stanu w zamian za tańsze niż za Moralesa dostawy boliwijskiego gazu dla Petrobrasu. Jednak kluczowe były najpewniej kolosalne boliwijskie złoża litu (70 proc. światowych zasobów) potrzebne korporacjom amerykańskim na baterie „zielonego kapitalizmu” przyszłości. Rolę, którą korporacja AT&T odegrała w zamachu stanu w Chile w 1973 roku, w Boliwii roku 2019 odegrała Tesla. Jej pozujący na wizjonera prezes Elon Musk przyznał to otwarcie na Twitterze.
Brała w tym też udział zdominowana przez Waszyngton Organizacja Państw Amerykańskich, która sfabrykowała raport kwestionujący wyniki wyborów prezydenckich z 20 października 2019. Raport został później obalony, między innymi przez amerykańskich badaczy – ale wtedy było już za późno. Oligarchiczna, neoliberalna prawica zdążyła go wykorzystać jako pretekst do wywołania brutalnych zamieszek, które zmusiły Moralesa do rezygnacji nie tylko z kolejnej kadencji, którą właśnie zdobył wyborczym zwycięstwem, ale nawet przed wygaśnięciem kadencji, która miała trwać do końca 2019 roku.
Udziału za to w żaden sposób – choćby zabierając głos – nie wzięła większość europejskiej i amerykańskiej lewicy. Znieczulona naiwnym i powierzchownym „autorytaryzmem” neoliberalnego mainstreamu, postanowiła temu mainstreamowi uwierzyć. Także w to, że rasistowskie, paramilitarne bojówki podpalające na ulicach miast indiańskie wiphale to „demokratyczna opozycja” protestująca przeciwko „dyktaturze” i „sfałszowanym wyborom”. Były wyjątki – Jeremy Corbyn, amerykańskie pismo „Jacobin” – ale były to wyjątki.
11 listopada Morales został ewakuowany do Meksyku przez lewicowego prezydenta kraju, Lopeza Obradora. Nie było pewne, że ta operacja się powiedzie. Amerykanie zmobilizowali wszystkie prawicowe rządy w Ameryce Południowej, żeby zamknęły przed nim przestrzeń powietrzną lub pomogły go przechwycić. Obecnie Morales przebywa w Argentynie – dyktatura Áñez zapewniła, żeby sądy nie pozwoliły mu już tym razem startować. Gdyby wrócił do kraju, mógłby stracić życie. Dlatego z ramienia MAS startuje Luis Arce.
W ostatnich dniach na wielkiej przestrzeni wokół La Paz, Cuzco, Santa Cruz i Cochabamby, pomiędzy Andami i Amazonią, rozstrzygnęło się znacznie więcej niż tylko przyszłość jednego odległego kraju o populacji porównywalnej z Czechami. Rozhulana przez Imperium Dolara wielka reakcyjna fala zalewająca zachodnią półkulę albo nabierze rozpędu, albo rozbije się w końcu o przeszkodę i doda innym, którzy z nią walczą, otuchy i siły.

Wybrany w I turze

Boliwijski Trybunał Wyborczy ogłosił w piątek ostateczne wyniki wyborów z zeszłej niedzieli, kontestowane przez imperium amerykańskie już od poniedziałku: dotychczasowy, lewicowy prezydent Evo Morales uzyskał 47,08 proc. głosów, a jego przeciwnik, proamerykański neoliberał Carlos Mesa 36,51 proc. Różnica wynosi ponad 10 proc., co oznacza zwycięstwo Moralesa w pierwszej turze, zgodnie z boliwijskim prawem wyborczym. Waszyngton nie może się z tym pogodzić.

Sam Morales nie miał nic przeciw drugiej turze, której – bez względu na wynik wyborów – domagają się Stany Zjednoczone, bazowany w Waszyngtonie zespół satelitów amerykańskich (OPA – Organizacja Państw Amerykańskich) oraz Unia Europejska, która prowadzi właśnie z USA negocjacje na temat ceł towarowych i chce zapewnić sobie przychylność Donalda Trumpa. Sygnał do przewrotu dał w poniedziałek Michael Kozak, amerykański sekretarz stanu ds. Ameryki Łacińskiej – zwolennicy Carlosa Mesy spalili odtąd pięć komisji wyborczych i gwałtownie manifestują, głównie w dwóch dużych miastach – La Paz i Santa Cruz. To drugie, najbogatsze w kraju, jest bastionem białej, neoliberalnej opozycji. Dwa główne powody amerykańskiej interwencji mają charakter polityczno-gospodarczy: po pierwsze, Amerykanie prowadzą polityczną ofensywę mającą z powrotem podporządkować im cały kontynent poprzez likwidację nielicznych już lewicowych rządów; po drugie Boliwia nie zgadza się na prywatyzację swoich znacznych złoży litu, niezbędnego do produkcji baterii telefonów komórkowych i innych urządzeń. Tę prywatyzację miał zapewnić Carlos Mesa, co zapewniłoby oficjalny rabunek. Boliwia, zamiast masowo eksportować sam surowiec, zaczęła produkować samochody elektryczne, w ramach walki o lepsze środowisko naturalne.
W związku z tym Amerykanie rozpoczęli kampanię propagandową, którą powoli przejmują w Europie natowskie media: według tej koncepcji, to nie proamerykański, neofaszystowski neoliberał, prezydent Brazylii Jair Bolsonaro, jest winny pożarom w Amazonii, lecz władze boliwijskie, co ma znaczyć, że są anty-ekologiczne. Tymczasem Boliwia pozostaje wzorem w przestrzeganiu światowego porozumienia paryskiego: program jest kontynuowany i w 2030 r. aż 79 proc. energii będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych.
Carlos Mesa był już prezydentem Boliwii, lecz musiał podać się do dymisji w wyniku protestów ludowych. Boliwijczycy pierwszy raz wybrali Moralesa w 2006 r., by skończyć z neoliberalizmem, który zamykał kraj w niedorozwoju i gospodarczej stagnacji. Likwidacja biedy jest spektakularna – z 48 proc. spadła do 24 proc., a gospodarcza aktywność państwa dała krajowi stały wzrost PKB. Za sześć lat Boliwia powinna być w 100 proc. samowystarczalna żywnościowo, dzięki rozwojowi rolnictwa.
Dziś Mesa jest forsowany przez Amerykanów na „drugiego Guaido”, który został przez nich mianowany na „prezydenta” Wenezueli. Rząd boliwijski zwrócił się do OPA, by przeprowadziła pełny audyt wyborów, lecz teraz Amerykanie chcą, by Morales – pierwszy indiański prezydent Boliwii – nie został zaprzysiężony, dopóki ten audyt się nie skończy, co może trwać rok lub dłużej. Jego kolejne wyborcze zwycięstwo podniesie morale południowoamerykańskiej lewicy, do czego Amerykanie nie chcą dopuścić.

O wolność i równość

Miliony mieszkańców wyszły na ulice Chile równo tydzień od wprowadzenia stanu wyjątkowego i wysłania wojska na ulice przeciwko walczącym o godne życie obywatelom.

Od kilku dni zapowiadano, że piątkowa mobilizacja społeczna będzie największą w historii Chile. I faktycznie – na same ulice stolicy, Santiago de Chile, wyszło według oficjalnych danych ponad milion obywateli i obywatelek. Mówi się jednak, że mogło ich być nawet około dwóch milionów. Tego samego dnia, niezadowoleni z wysokich kosztów życia, systemu neoliberalnego i państwowej przemocy, na ulice wyszli mieszkańcy niemal wszystkich miast Chile. Szacuje się, że w protestach bierze udział Chilijek i Chilijczyków (liczba mieszkańców kraju to około 18 milionów).
W Santiago protestujący wypełnili dosłownie całe centrum miasta. Choć demonstracje miały charakter pokojowy i rodzinny, policja dość szybko zaczęła atakować marsz armatkami wodnymi i gazem. Represje się nasilały wraz z nastaniem nocy, podczas której doszło do zamieszek w różnych częściach miasta. Powtórzyły się obrazy zbyt dobrze znane z poprzednich dni: wojsko strzelające do ludzi, godzina policyjna, nocne łapanki. Bojowi manifestanci nie pozostawali bierni – odpowiadali kamieniami, w nocy w ruch poszły koktajle mołotowa. Jednak główna demonstracja, pomimo policyjnych i wojskowych prowokacji zachowała pokojowy charakter: śpiewano protest songi z czasów dyktatury, które na nowo nabrały aktualności, tańczono, grano na instrumentach.
Chilijczycy podkreślają doniosłość i znaczenie historyczne wczorajszego dnia. W mediach społecznościowych przytaczane są ostatnie słowa prezydenta Salvadora Allende wypowiedziane w przemówieniu do narodu z bombardowanego pałacu prezydenckiego podczas wojskowego zamachu stanu 11 września 1973 roku: „Idźcie naprzód, bo wkrótce otworzą się przed wami szerokie aleje Alameda, którymi przejdzie wolny człowiek aby budować lepsze społeczeństwo”. Alameda to największa arteria Santiago, która wczoraj została wypełniona niezliczonym tłumem – jak podkreślają Chilijczycy – wolnych ludzi.
Do fali strajków dołączyli również wczoraj kierowcy ciężarówek, protestując przeciwko wysokim opłatom przejazdów po prywatnych autostradach. Pracę wstrzymali także pracownicy taksówek.
Nic nie wskazuje, żeby fala buntu opadła a wręcz przeciwnie: po wczorajszej historycznej mobilizacji społeczeństwo wydaje się nabrało nowego wiatru w żagle. Kolejne mobilizacje, oprócz codziennych form protestów, zapowiadane są na najbliższe dni. W poniedziałek manifestujący będą żądać zmiany ustanowionej przez gen. Pinocheta konstytucji, która wciąż obowiązuje w kraju.

Santiago – Warszawa

26 października pod pomnikiem Kopernika w Warszawie zebrała się około pięćdziesięcioosobowa grupa ludzi chcących wyrazić swoją internacjonalistyczną solidarność z ludem Chile, które od ponad tygodnia jest miejscem walk inteligenckiej młodzieży i związków zawodowych z neoliberalnym rządem miliardera Sebastiana Piñery.
Na pikiecie zorganizowanej przez Jeremiego Galdameza, który na łamach Portalu Strajk codziennie relacjonuje wydarzenia w Chile, pojawili się przedstawiciele i przedstawicielki Lewicy Razem, Pracowniczej Demokracji oraz niektórych związków zawodowych. Nie zawiodły organizacje, które deklarują postępowy, oddolny charakter: Związkowa Alternatywa reprezentowana przez Piotra Szumlewicza oraz Inicjatywa Pracownicza, w imieniu której głos zabrała Urszula Łobodzińska.
Praktycznie wszystkie przemówienia, czy to reprezentantów lub reprezentantek powyższych organizacji, czy też członków chilijskiej diaspory w Warszawie, skupiały się na trzech kwestiach: na niezwykłej wartości solidaryzowania się z represjonowanymi i wyzyskiwanymi, solidarności, która przekracza granice, na polityce gospodarczej Piñery, a ta należy do jednych z najbardziej neoliberalnych w Ameryce Południowej oraz na przypominaniu historii. Ostatnie wydarzenia nieuchronnie przynoszą na myśl straszne czasy junty Augusto Pinocheta.
– Pomysł wiecu narodził się z prostej potrzeby wyrażenia ludzkiej solidarności przez chilijską diasporę w Warszawie. Przebywając na drugim końcu świata, chcieli wykazać swoją solidarność z własnymi rodzinami, ze wszystkimi rodakami i rodaczkami. Wśród nich byli Chilijczycy i Chilijki, które znalazły w Polsce schronienie po zamachu stanu w Chile w 1973 r. Dla nich wydarzenia mające obecnie miejsce w ich kraju są powrotem do najczarniejszych wspomnień – powiedział Portalowi Strajk Jeremi Galdamez. Nie krył on zadowolenia, że mimo tego, iż pikietę zorganizowano w wolny dzień, udało się zgromadzić kilkadziesiąt osób.
– Wysłaliśmy jasny komunikat, że w Warszawie są osoby wspierające walkę Chilijczyków o godne życie i obserwują uważnie, co się dzieje w ich kraju. Cieszy mnie bardzo szeroki udział przedstawicieli organizacji związkowych i lewicowych, piękny przykład solidarności z klasą pracującą. Jedną z najważniejszych cech lewicy jest wspieranie uciemiężonych i wyzyskiwanych na całym świecie, bez względu na podziały narodowościowe czy kulturowe. Miejmy nadzieję, że lud Chile zwycięży w nierównej walce – podsumował organizator demonstracji.
W poniedziałek o 12.45 rozpocznie się kolejne wydarzenie solidarnościowe z walczącym chilijskim społeczeństwem. Pod ambasadą latynoamerykańskiego państwa zostaną zapalone świece ku pamięci osób, które zginęły z rąk policjantów i żołnierzy lub poniosły śmierć podczas zamieszek w Santiago. (STRAJK.EU)

Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników

Jair Messias Bolsonaro, jeszcze dwa lata temu element politycznego folkloru, marginalny skrajnie prawicowy pajac pyskujący na wszystkie strony zniewagami, został 28 października, w drugiej turze, z ponad 55 proc. głosów, wybrany prezydentem piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa Ameryki Łacińskiej, drugiego najludniejszego państwa Zachodniej Półkuli. Od miesięcy mówiono, że będą to najważniejsze wybory w Brazylii od czasu przywrócenia tam liberalnej demokracji w 1985 roku. Biorąc pod uwagę choćby klimatyczne konsekwencje wyboru Bolsonaro dla całej planety, były na pewno najważniejszymi w tym roku wyborami na świecie.

 

Prezydent-elekt jest nie tylko faszystą. Nie wierzy w globalne ocieplenie; finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii” i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej.
Niektórzy moi brazylijscy znajomi zareagowali na wynik wyboru publikując na Facebooku statusy w rodzaju „witajcie w roku 1964” (roku wojskowego zamachu stanu). Prawdopodobnie niebawem skończy się w Brazylii demokracja. Fakt, że Bolsonaro wygrał w demokratycznych wyborach nic tu nie zmienia.

 

Tropikalny faszyzm

Na pierwszy rzut oka, przeszkodę dla najbardziej ekstremalnych pomysłów Bolsonaro powinno stanowić to, że na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii (liczba partii politycznych w Kongresie Narodowym sięga trzydziestki) każde posunięcie legislacyjne wymaga długotrwałego budowania koalicji ugrupowań gotowych je poprzeć. Nie musi to być przeszkoda wystarczająca. Bolsonaro otwarcie mówił, że Kongres „nic nie robi” i dlatego natychmiast rozwiązałby go albo zawiesił. Trzon elity wojskowej, której pozycji i przywilejów (w tym wolności od odpowiedzialności karnej za zbrodnie w latach dyktatury) nikt nie ważył się przez trzydzieści lat ruszyć, jest mu przychylny i zapewne gotów na jego wezwanie. Jego wiceprezydentem będzie emerytowany generał Hamilton Mourão. Jego administrację zaludnią najpewniej liczni wojskowi, żeby skompensować kadrową słabość jego własnej partii politycznej. Przewodzona przez niego Partia Socjalno-Liberalna (PSL; nazwy większości brazylijskich partii politycznych nie mają nic wspólnego z ich realnym programem i profilem politycznym) przed tymi wyborami była zupełnie marginalnym ugrupowaniem i nie dysponuje doświadczonymi kadrami zdolnymi administrować dwustumilionowym krajem.
Od lutego bieżącego roku przejmowanie kontroli wojsko testuje już w Rio de Janeiro, za sprawą zaprowadzonego tam decyzją prezydenta Michela Temera de facto stanu wyjątkowego. W noc powyborczą na ulice leżącego nieopodal Rio de Janeiro miasta Niteroi wyjechało wojsko, by głośno świętować zwycięstwo swojego faworyta. Dzienniki “Estadão” i “Folha de São” podały, że w dniach bezpośrednio poprzedzających drugą turę wyborów 20 uniwersytetów zostało „najechanych” przez oddziały policji wojskowej, bo odbywały się tam spotkania i debaty na temat faszyzmu.
Bolsonaro jest zwolennikiem wolnego dostępu do broni i nieograniczonego prawa policji do jej użycia – w kraju o już najwyższych na świecie statystykach mordów policyjnych. Jest otwartym rasistą, mizoginem i „dumnym homofobem”. Indiańskie ruchy społeczne chce ogłosić organizacjami terrorystycznymi. Skandalicznych komentarzy o gwałcie używa jak najzwyklejszej figury retorycznej, by upokorzyć swoje polityczne oponentki. Kiedy głosował za impeachmentem pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta Brazylii, swój głos zadedykował w kabotyńskim geście Carlosowi Brilhante Ustrze, który nadzorował tortury więźniów politycznych w okresie wojskowej dyktatury i był odpowiedzialny także za tortury młodej marksistki, córki bułgarskiego imigranta, Dilmy Rousseff. Jest otwartym zwolennikiem i jawnym obrońcą reżimu wojskowego z lat 1964-1985 – jeżeli ma mu coś za złe, to to, że zbyt wiele jego ofiar wychodziło z tortur żywych, że nie wymordował dość komuchów, lewaków i bandytów, co on by chętnie zrobił. Dlatego, jak dojdzie do władzy, to „przeprowadzi taką czystkę, jakiej jeszcze w Brazylii nie było”.
Czy naprawdę ponad połowa brazylijskiego społeczeństwa tak szybko skręciła tak mocno w prawo, że podziela te poglądy? W Brazylii jest obowiązek wyborczy, ale miliony ludzi i tak nie głosowały lub oddały głosy nieważne, zwiększając szanse na zwycięstwo Bolsonaro. Nie mam jeszcze dowodów statystycznych, ale na podstawie lektury politycznych deklaracji licznych znajomych paulistanos i cariocas obstawiam, że decydującą rolę w tym gronie odegrała wielkomiejska, głównie biała, klasa średnia, która ma największą skłonność do elitarystycznego kręcenia nosem, że Bolsonaro i Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT) to samo zło. Mogą sobie pozwolić na taką „estetyczną” postawę, bo to nie oni zapłacą prawdziwą cenę za dojście Bolsonaro do władzy. Oprócz wszystkiego, co o nim wyżej powiedziałem, jest on jednocześnie skrajnym neoliberałem, zwolennikiem prywatyzacji i deregulacji wszystkiego, a także demontażu prawa pracy i państwowego systemu emerytalnego. Dlatego tak już go polubiły mityczne „rynki światowe”, a giełda brazylijska wpadła po wyborach w euforię.
Za wcześnie na definitywne konstatacje na temat składu i motywacji elektoratu Bolsonaro, ale różne badania już prowadzono i na razie wynika z nich, że twardy rdzeń jego wyborców to faktycznie konserwatywna, rasistowska i religijna prawica. Niemniej w kraju, którego ponad połowa mieszkańców deklaruje swoje afrykańskie pochodzenie, to za mało, żeby samo dało mu aż taką przewagę nad namaszczonym przez uwięzionego byłego prezydenta Lulę, najpopularniejszego polityka w historii kraju, kandydatem PT Fernando Haddadem. Wygląda na to, że był to wyjątkowo eklektyczny miszmasz wyborców, z których wielu głosowało na niego pomimo jego ekstremalnych poglądów. Tłumaczyli sobie, że „przecież on tylko tak mówi”, że to takie ekscentryczne poczucie humoru, albo że inne sprawy (walka z korupcją i przestępczością) są ważniejsze.
W zalewie przedwyborczych informacji, w tym także fałszywych informacji rozpowszechnianych przez kampanię Bolsonaro na przemysłową skalę za pośrednictwem WhatsApp, wielu reagowało ograniczaniem się do rejestrowania tylko tych, które im pasowały do już podjętego postanowienia, i ignorowaniem reszty. W przypadku tego polityka było to tym łatwiejsze, że Bolsonaro przypomina Donalda Trumpa. Jak? Mówi byle co, a głosuje jeszcze inaczej; nie zależy mu na budowaniu wrażenia, że ma jakąś spójną wizję świata, potrafi sobie przeczyć w odstępie kilku dni, kierując się raczej pragnieniem wstrzelenia się w nastrój tej publiczności, do której się akurat zwraca, i wywołania silnej, emocjonalnej reakcji. Tylko głosowaniem pomimo można wytłumaczyć tak dziwaczne fenomeny, jak oddający głosy na Bolsonaro czarni favelados, czy wyborcy LGBT. Prawie 30 proc. tych ostatnich zignorowało jego wypowiedzi, że wolałby, żeby jego syn zginął w wypadku niż był gejem, albo że gdyby zobaczył męsko-męską parę na ulicy, to by im obu dał po mordach, a także to, że zamierza zalegalizować terapie „leczenia z homoseksualizmu”.
Pisarka, którą poznałem w Belo Horizonte, była przez ostatnie tygodnie autentycznie załamana. Powiedziała mi, że z całej jej rodziny tylko ona i jej najmłodszy brat zagłosowali na Haddada – cała reszta, po ciotki i kuzynów, na Bolsonaro. Nie potrafiła tego ogarnąć; oni nie podzielają jego poglądów, tylko puszczają je mimo uszu, wierzą, że jakimś cudem przyniesie on oczyszczenie brazylijskiej polityki „z tej całej korupcji”. Inny znany mi przypadek: znajomy znajomej, z którą imprezowałem w São Paulo, czarny biseksualny dwudziestoparolatek z Rio utrzymujący się m. in. ze świadczenia usług seksualnych mężczyznom (nie wiem, czy do dzisiaj). Wszystko to razem wzięte ustawia go przecież na celowniku Bolsonaro z kilku stron jednocześnie – a jednak przywitał jego zwycięstwo radosnym statusem na Facebooku jako początek nowej, lepszej ery, z odwołaniem do Boga.
To była jedna z najbardziej irracjonalnych, paradoksalnych, chyba nawet absurdalnych kampanii wyborczych naszych czasów. Ogromna część ponad dwustumilionowego narodu postanowiła w akcie zbiorowego szaleństwa strzelać sobie w kolano i widzieć w tym nadzieję.

 

Jak to się stało?

Jak to się stało, że PT, partia, która przez kilkanaście lat u władzy, zwłaszcza w okresie rządów Luli da Silvy, podźwignęła z nędzy kilkadziesiąt milionów ludzi i zlikwidowała w kraju głód, przegrała z takim politykiem jak Bolsonaro?
Najbardziej bezpośrednią przyczyną jest oczywiście to, że oligarchom udało się, przy pomocy lojalnego wobec niej systemu sprawiedliwości, wsadzić w kwietniu br. do więzienia najpopularniejszego kandydata, Lulę właśnie, rzekomo za korupcję. Lula bez dwóch zdań wygrałby te wybory. Przypomnę, że jedyną udowodnioną winą byłego prezydenta jest to, że jeden z wielkich koncernów budowlanych podarował mu luksusowy apartament z widokiem na ocean, a jedynym dowodem, że Lula ten prezent przyjął, są zeznania samych łapówkodawców, którzy w zamian za to świadectwo sami zostali zwolnieni od odpowiedzialności. Żadnych dokumentów ani innych dowodów materialnych, że Lula kiedykolwiek ten „prezent” przyjął, że postawił tam stopę – nie przedstawiono. Jakby komuś tego było mało na dowód, że wyrok motywowany był wyłącznie politycznie, interesem oligarchów, Lulę poddano takiemu rygorowi, że prasa nie ma do niego dostępu – w kraju, w którym skazani szefowie gangów narkotykowych nie doświadczali takich obostrzeń. A jakby i tego było mało, to Bolsonaro właśnie zaoferował odpowiedzialnemu za śledztwo Lava Jato sędziemu Sergio Moro, który doprowadził do uwięzienia Luli, polityczną nagrodę: tekę ministra sprawiedliwości.
Ale to by znaczyło, że utrata jednego najbardziej charyzmatycznego polityka (i pomimo wszystkich popełnionych błędów, największego prezydenta w historii Brazylii) wystarczyła, żeby zneutralizować PT i sprawić, by tak doświadczona partia przegrała z takim ignorantem i pajacem jak Bolsonaro, który w Kongresie Narodowym ślizgał się, co kilka lat zmieniając jedną małą partyjkę na inną. To też domaga się więc głębszego wyjaśnienia. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wyborców amerykańskich w 2016, nawet po eliminacji Luli, Brazylijczycy nie byli zmuszeni wybierać mniejszego zła spomiędzy dwójki równie amoralnych kandydatów. Haddad był dobrą propozycją, miał program i doświadczenie polityczne (był ministrem edukacji, który milionom dzieci biedoty otworzył drzwi do wyższego wykształcenia i awansu społecznego, a potem burmistrzem São Paulo, największego miasta Półkuli Południowej). To, że na swoją wiceprezydentkę wystawił Manuelę d’Avila z Komunistycznej Partii Brazylii, oznaczało zwrot PT w lewo (a tym, co robotniczych wyborców w ostatnich latach stopniowo zniechęcało do PT, były jej ustępstwa na rzecz neoliberalnego centrum paraliżujące w szczególności obydwie administracje Dilmy Rousseff). Dlaczego więc przegrał?

 

Antipetismo i macki Waszyngtonu

Powody bezpośrednie to wszystko to, co się działo w brazylijskiej polityce w okresie od pierwszych prób wysadzenia z urzędu prezydenckiego Dilmy Rousseff w jej drugiej kadencji. Próby te zwieńczył w 2016 impeachment, który – ze względu na jego śmieszne podstawy prawne (nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego) – należy rozumieć jako parlamentarny zamach stanu. Mówiąc wprost – przeprowadzony przez oligarchów we współpracy z CIA i/lub amerykańskim Departamentem Stanu. Wydarzył się on niedługo po tym, gdy w podobny sposób prawica obaliła prezydenta Lugo w Paragwaju.
Dziwnym zbiegiem okoliczności ambasadorką Stanów Zjednoczonych w Asunción w momencie impeachmentu paragwajskiego i w Brasilii w momencie impeachmentu brazylijskiego była ta sama Liliana Ayalde, którą najwyraźniej po udanej operacji w małym kraju przeniesiono do większego, w tym samym celu. Michel Temer, zdradziecki wiceprezydent Dilmy z ramienia Brazylijskiego Ruchu Demokratycznego (kolejna nazwa bez znaczenia), który dzięki jej usunięciu został prezydentem, był od 2006 informatorem amerykańskiej ambasady. CIA i Departament Stanu służyły pomocą zarówno w obaleniu Rousseff, jak i w uwięzieniu Luli.
Dlatego, choć za wcześnie na niezbite dowody, bylibyśmy niepoważni, gdybyśmy nie węszyli w niespodziewanym wywindowaniu Bolsonaro palców CIA i Departamentu Stanu, tym bardziej, że nie byłby to pierwszy raz z ich strony. Tak jak w latach 60., Waszyngton wolałby w pałacach Brasilii faszystę niż powrót lewicy, nawet łagodnej socjaldemokracji. Pierwszym miejscem, gdzie należy szukać, jest rozmach i skuteczność kampanii wymierzonych w PT fałszywych wiadomości (w rodzaju, że Haddad jako minister edukacji wydawał podręczniki „promujące homoseksualizm wśród młodzieży”) rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, w szczególności przez WhatsApp.
Ta kampanii oszczerstw mogła się powieść dlatego, że od czasu drugiego wyborczego zwycięstwa Rousseff w 2014 wszystkie wielkie media głównego nurtu (w Brazylii skupione w rękach kilku oligarchicznych rodzin i dlatego prawoskrętne, telewizji publicznej w europejskim sensie tego słowa nie ma) przygotowywały grunt, łącząc się zwartym szeregiem w wielkich kampaniach zniechęcania do PT i obarczania jej winą za wszystko, co się złego w kraju dzieje, z korupcją na czele. Tak, PT umaczała się w korupcji, ale ani nie bardziej, ani też nie dłużej niż partie, które w establiszmencie Brazylii funkcjonowały od dużo dłuższego czasu i na endemicznej w tym kraju korupcji pasły się od dawna. Na podstawie brazylijskiej telewizji można natomiast było odnieść wrażenie, że PT wręcz wymyśliła korupcję. Kampania zmasowanego zniechęcania do PT wytworzyła coś na kształt światopoglądu, który dorobił się swojego własnego „izmu”: antipetismo, od anti-PT. Oznacza on postawę „wszystko, byle nie PT” i „co złego to PT”.

 

Farbowany outsider

Jednocześnie wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), z impeachmentem Dilmy Rousseff odpalonym przy jego okazji, choć bez dowodów korupcji po stronie samej Rousseff, rozpętało piekło, które wydostało się spod kontroli wszystkich, którzy początkowo używali go, żeby odsunąć od władzy PT. Z ponad trzema setkami podejrzanych i oskarżonych, rykoszety pozbierały głowy nawet tych, którzy początkowo grali pierwsze skrzypce w politycznej instrumentalizacji afery przeciwko PT. Rezultatem była daleko posunięta delegitymizacja całej brazylijskiej sceny politycznej. Stąd w wyborach do Kongresu Narodowego, które odbyły się wraz z pierwszą turą prezydenckich, takie zdziesiątkowanie kilku tradycyjnych partii establiszmentowych.
Wielka delegitymizacja całej klasy politycznej wywołała pragnienie jej gruntownej wymiany nowymi lub przynajmniej marginalnymi do tej pory twarzami, oczyszczenia tej stajni Augiasza przez wpuszczenie na scenę outsiderów. Bolsonaro nie jest żadnym outsiderem – od trzech dekad jest zawodowym politykiem, od 1991 deputowanym ze stanu Rio de Janeiro do Kongresu Narodowego. W oligarchicznym systemie politycznym, w którym kampanie wyborcze pochłaniają takie pieniądze, że tylko w Stanach Zjednoczonych kosztuje to więcej, przebicie się na poziom ogólnokrajowej polityki wymaga takich środków, że jest praktycznie niemożliwe dla prawdziwych outsiderów. Bolsonaro stał się więc „outsiderem z braku laku”, pod nieobecność prawdziwych. Za „outsideryzm” robiło to, że jak dotąd nic mu się w zasadzie nie udawało. Ani w wojsku, które opuścił bez osiągnięć w stopniu kapitana, ani w polityce, w której tylko wykrzykiwał swoje bluzgi jako deputowany marginalnych partii.
Jednak wydarzenia ostatnich trzech lat, no i bieżącego roku w szczególności, przybrały taki, a nie inny obrót dlatego, że eksplodowały w nich napięcia i rozczarowania całego okresu liberalnej demokracji po oddaniu władzy przez wojskowych w 1985, a także kilkunastu lat rządów PT, która przeprowadziła jedynie „rewolucję na pół gwizdka” i za bardzo wpasowała się w obowiązujące w brazylijskiej polityce „reguły gry”. Jest coś symbolicznego w tym, że Bolsonaro zawodową karierę polityczną rozpoczął równo trzydzieści lat temu, w 1988, roku uchwalenia obecnej, liberalnej, demokratycznej konstytucji Brazylii. Został wtedy radnym miejskim w Rio de Janeiro.

 

Kościół, oligarchowie, kaznodzieje i wojskowi

Jak możemy bardziej szczegółowo poczytać w książce Michaela Löwy’ego War of Gods, w latach 60. i 70. XX w. Brazylia była tym wyjątkowym miejscem (drugi był maleńki Salwador), w którym teologia wyzwolenia osiągnęła pozycję jeżeli nie dominującego, to co najmniej mainstreamowego nurtu w Kościele katolickim, nawet w episkopacie. Zradykalizowane segmenty Kościoła udzielały pomocy prześladowanym działaczom lewicowym, między innymi założycielom Partii Pracowników. Kiedy na tronie Piotrowym w Watykanie zasiadł Jan Paweł II, wytępienie teologii wyzwolenia okazało się jedną z jego większych obsesji. Jednak zrekonstruowany na konserwatywny sposób brazylijski Kościół katolicki nie zdołał skutecznie wypełnić sobą społecznej próżni pozostawionej po tamtej radykalnej tradycji. Ofiary brazylijskich stosunków własności, ludzie sfrustrowani i rozgoryczeni przemocą ekonomiczną kształtującą ich życie w kraju o jednych z największych nierówności na świecie, stali się łatwym łupem protestanckich sekt pochodzenia północnoamerykańskiego, które rozmnożyły się w Brazylii na potęgę. I choć są być może jeszcze bardziej konserwatywne niż Kościół katolicki, to posługują się charyzmatycznymi technikami duszpasterskimi, które w porównaniu ze skostniałym i wrośniętym w strukturę klasową Kościołem rzymskim sprawiają powierzchowne wrażenie czegoś radykalnie innego. W 2018 sekty te stanowiły rdzeń oddolnego aktywizmu kampanii Bolsonaro. Wbrew fantazjom wielu na polskiej lewicy, w protestantyzmie nie ma nic z natury lepszego od katolicyzmu.
Liberalna konstytucja z 1988 roku pogrzebała szanse na jakąkolwiek przebudowę stosunków własności w Brazylii, a pomysły reformy rolnej przecież w latach 80. rozważano. Oligarchia – wielka, latyfundialna własność ziemska, finansjera, przemysłowcy, kapitał medialny – garstka nieprzyzwoicie bogatych rodzin, które gromadziły zasoby kraju odgradzając od dostępu do nich większość społeczeństwa jeszcze od czasów, kiedy harowali na nich niewolnicy, a na koniec pomnożyła je w okresie dyktatury (jak właściciele koncernu medialnego Globo), mogła spać spokojnie.
Warto tu jeszcze zaznaczyć, że w Brazylii wojsko zdołało wyjść z okresu dyktatury ze znacznie lepszą twarzą niż w Chile czy Argentynie. W Brazylii pogląd, że „mimo wszystko, w ogólnym rozrachunku, dyktatura okazała się sukcesem”, przynajmniej gospodarczym (wojskowi przejęli władzę w warunkach galopującej inflacji), jest znacznie powszechniejszy, zwłaszcza wśród klasy średniej. Poza sferą ambitnej produkcji kulturalnej w rodzaju niszowych filmów, PT nie rzuciła wystarczającego systematycznego wyzwania tej narracji.

 

Problem biedy, problem bogactwa

Problem z rządami PT i wizją Luli, gdy po wielu wyborczych podejściach w 2002 wygrał w końcu wyścig prezydencki i w styczniu 2003 objął urząd jako pierwszy brazylijski prezydent z klasy robotniczej, polega na tym, że obudził nadzieje na gruntowną przebudowę brazylijskiego społeczeństwa, jednego z najbardziej niesprawiedliwych na świecie, ale liczył na to, że uda się tego dokonać wyłącznie drobnymi reformami redystrybucyjnymi. W dodatku dotyczyły one jedynie bieżącego dochodu (a nie np. ziemi), a w gruncie rzeczy była to redystrybucja samego wzrostu gospodarczego. Ten ostatni na dodatek oparty był w znacznym stopniu na hossie surowcowej, która nigdy nie trwa wiecznie. Ale to nieprawda, że wszystko rozbiło się o ropę, że PT wpadła w tarapaty i skończyła tam, gdzie jest dzisiaj, tylko dlatego, że jej ceny się załamały.
Chodzi o to, że Lula chciał rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując problemu bogactwa. Chciał zlikwidować biedę, nie odbierając niczego oligarchom. Dlatego nie ruszył latyfundystów (żadnej reformy rolnej), nie ruszył finansjery (utrzymał absurdalnie wysokie stopy procentowe, jedne z najwyższych na świecie), nie ruszył wielkich mediów (nie rozbił monopoli, nie znacjonalizował choćby części Globo, nie założył telewizji publicznej), przemysłowcom zapewnił rządowe kontrakty, a wojskowym poczucie, że Brazylia znowu jest mocarstwem, a więc i oni są ważni.
Nie można go za to wszystko zbyt łatwo winić – być może nie był dość silny, by iść z nimi wszystkimi na wojnę i chciał zrobić tyle, ile się da. A wojskowi? – biorąc pod uwagę historię amerykańskich interwencji na kontynencie, Lula doskonale wiedział, że bez silnej armii, choć trochę do niego przywiązanej, jego projekt upadnie (nawet tak pokorny wobec Waszyngtonu, neoliberalny prezydent jak Fernando Henrique Cardoso zakładał możliwość, że „antynarkotykowy” Plan Colombia może być przez Pentagon użyty jako platforma ewentualnego ataku na Brazylię od strony Amazonii; tym bardziej musiał się z tym liczyć rząd lewicowy).
Fakty pozostają jednak faktami, zwłaszcza, gdy jest już pozamiatane. Oligarchia nie utraciła nic ze swojej władzy i tak długo, jak długo sama też czerpała z rządów PT wystarczające korzyści – za sprawą rządowych kontraktów infrastrukturalnych, za sprawą wzrostu popytu wewnętrznego napędzanego podnoszeniem płacy minimalnej, spadkiem bezrobocia, transferami społecznymi (z programem Bolsa Familia na czele) – tak długo była w stanie je tolerować. Gdy jednak do Brazylii dotarł w końcu kryzys, oligarchia użyła całej zachowanej władzy, by uniknąć, choćby po trupach, zapłacenia za niego choćby części rachunku.
Użyła barier klasowych strzegących dostępu do prestiżowych zawodów, które zapewniają, że ostatecznie sędziami zostają tylko dzieci bogatych, dzieci ich lub ich klientów, by wsadzić Lulę do więzienia. Użyła kolosalnie wysokich finansowych progów dostępu do zawodowej polityki, by mieć pewność, że w Kongresie będzie dość ludzi na jej pasku, żeby przegłosować impeachment Dilmy Rousseff pomimo braku podstaw prawnych. A potem, by zapewnić, że Brazylijczycy nie będą nigdy mieli żadnego prawdziwego outsidera jako alternatywy, wpadną więc w sidła takiego błazna jak Bolsonaro. Użyła swoich nienaruszonych monopoli medialnych, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za kryzys, pomimo iż to właśnie polityka PT zdołała w rzeczywistości opóźnić jego uderzenie o kilka dobrych lat. Użyła ich, by obciążyć PT całą odpowiedzialnością za brazylijską korupcję, pomimo iż to PT uruchomiła zmiany w prawie i jego egzekwowaniu, które spowodowały, że korupcję zaczęto w ogóle poważnie traktować, a sama co najwyżej zaadaptowała się do praktyk obowiązujących w brazylijskiej klasie politycznej od dawna, i to nie zawsze w złych intencjach.
Nie zawsze w złych intencjach, bo jest co najmniej prawdopodobne, że jedną z najważniejszych reform pierwszej kadencji Luli, program Bolsa Familia, udało się przepchnąć przez Kongres za pomocą mechanizmu, który odpalił pierwszy wielki skandal korupcyjny epoki rządów PT, znany pod nazwą mensalão. Słowo to oznacza wypłacaną co miesiąc sumę pieniędzy – pierwsza administracja Luli (udziału samego Luli w tym procederze nie udowodniono) kupowała głosy szeregu deputowanych formalnie opozycyjnych w zamian za regularne, wypłacane „na lewo”, dodatkowe wynagrodzenie przychodzące z dziwnych źródeł.
Strategia PT polegająca na tym, żeby rozwiązać problem biedy, nie dotykając problemu bogactwa, a więc nie antagonizując oligarchii, miała wysoką cenę. Rezygnując z zadania zmiany struktury brazylijskich stosunków władzy, ograniczając się głównie do usuwania i minimalizowania jej szkód, PT musiała się dostosować do obowiązujących w tej strukturze zasad postępowania i coraz bardziej upodobniła się do reszty klasy politycznej. Umaczała się w korupcji, a gdy mechanizm mensalão „się rypnął”, okazało się, że jest skazana na kupczenie stołkami w administracji i wielkich firmach państwowych w zamian za budowanie krótkotrwałych koalicji celem poparcia kolejnych reform. W tym procesie PT stopniowo spuszczała parę ze swoich ambicji i przesuwała się coraz bardziej w stronę neoliberalnego centrum. Dowód? Wiceprezydentem w drugiej administracji Rousseff mógł zostać taki neoliberał jak Michel Temer, jej późniejsza nemesis. Sukcesy programów takich jak Bolsa Familia i Fome Zero (Zero Głodu), zamiast stanowić punkt wyjścia do coraz odważniejszej polityki, okazały się górnym pułapem ambicji, z którego po cichu schodzono coraz niżej. Haddad miał wolę i energię odbić mocno w lewo, ale dla milionów pracujących i bezrobotnych Brazylijczyków było już too little too late – ich kredyt zaufania się wyczerpał.
Wielkomiejska klasa średnia, z wyjątkiem może środowisk kultury i akademii, w większości nigdy nie kochała PT – albo ją tolerowała, albo hodowała w sobie głęboki resentyment. Nie chodzi nawet o to, że dosłownie płaciła ona za reformy PT, która nie ważyła się uderzyć w najbogatszych. Dochody brazylijskiej klasy średniej pozostawały wysokie (znajomy psychoanalityk powiedział mi w 2014, że w São Paulo zarabia dobrych kilka razy więcej, niż by zarabiał w Londynie; młody francuski akademik pracujący w Recife powiedział mi, że w Paryżu nigdy by sobie z tej pracy nie mógł pozwolić na taki poziom życia). Chodziło bardziej o to, że w warunkach rosnącej co roku płacy minimalnej i niskiego bezrobocia, coraz więcej musieli płacić za gosposię, opiekunkę do dzieci, ogrodnika, itp. – usługi, do których „oczywistości” byli od zawsze przyzwyczajeni.

 

Język walki klas, język moralizatorski

Ważnym składnikiem polityki wkupywania się w łaski oligarchii była całkowita rezygnacja PT z samego języka klasowej konfrontacji, z klasowych kategorii opisu problemów społecznych – w obawie, że już samo to mogłoby rozwścieczyć garstkę najbogatszych. Brazylijczycy żyli więc od dawna w rzeczywistości, której niemal nikt nie tłumaczył im w kategoriach klasowych interesów. Dodajmy do tego scenę polityczną, która jest mętną zupą dziesiątek partii politycznych o wyssanych z palca, pozbawionych znaczenia nazwach, Miliony Brazylijczyków straciły lub nigdy nie otrzymały konceptualnych współrzędnych pozwalających na elementarne odróżnianie lewicy od prawicy, polityki postępowej od zachowawczej czy reakcyjnej, rozpoznawanie interesów, jakim dana polityka służy, odróżnianie tych interesów. Pod nieobecność takich kategorii funkcję opisu problemów społecznych przejął język moralizatorski, język zła i walki z nim.
Korupcja i przemoc miejska (liczba morderstw i zabójstw przekroczyła 60 tys. rocznie, to więcej ludzi niż ginie w Syrii), główne magnesy kampanii Bolsonaro, to problemy polityczne. Oba wynikają z brazylijskich stosunków klasowych. Korupcja – bo przy brazylijskich nierównościach bogactwa są skoncentrowane w tak niewielu rękach, a odległości pomiędzy poszczególnymi szczeblami struktury klasowej są tak rozstrzelone, że trudno do czegoś dojść, coś osiągnąć. Uczciwą pracą, pozostają więc: wymiana przysług i prezentów oraz materialne akty łaski ze strony najsilniejszych. Przemoc – bo dla mężczyzn u dołu drabiny społecznej, wykluczonych z dostępu do bogactwa, walka o przetrwanie i zachowanie godności to często walka na śmierć i życie. Bo frustracji i gniewu wynikających z krzyczącej niesprawiedliwości nierówności, których przejawy widoczne są na każdym kroku gołym okiem, wielu nie potrafi opanować. Znaczący fakt: w czasie rządów Luli, gdy 35 milionów ludzi wychodziło z biedy, przestępczość wymiernie spadła.
Unikając ruszenia nierówności, ujmowania ich w klasowych kategoriach, PT skazało wynikające z nich problemy korupcji i przemocy na opis wyłącznie moralizatorski. Oddając politykę moralizowaniu, oddano ją irracjonalnym kaznodziejom – to ich naturalny język i nikt ich w nim nie przegada. Takim kaznodziejom, jak liderzy protestanckich sekt, które stanowiły trzon oddolnej części kampanii Bolsonaro. Jairowi Bolsonaro sprzyjało w tych okolicznościach nawet jego drugie imię: Messias, czyli Mesjasz.