Los więźniów politycznych na Zachodzie

Julian Assange, dziennikarz i wydawca ścigany przez Stany Zjednoczone za ujawnienie zbrodni amerykańskiego wojska w Iraku i Afganistanie, na razie więzień Wielkiej Brytanii, obchodzi dziś swoje 49 urodziny w więzieniu specjalnym Belmarsh pod Londynem.

Dobra okazja do upomnienia się o ofiarę skandalicznej, prawnej farsy dyrygowanej przez administrację północnoamerykańskiego imperium: dziś 40 organizacji obrony praw człowieka i wolności słowa wystosowało wspólny, publiczny list do brytyjskiego ministra sprawiedliwości Roberta Bucklanda z wezwaniem o „natychmiastowe” uwolnienie dziennikarza.
Sygnatariusze, wśród których są m.in. Międzynarodowa Federacja Dziennikarska, międzynarodowy PEN, czy Reporterzy bez Granic, domagają się również zablokowania ekstradycji Assange’a do USA, gdzie grozi mu kara śmierci lub 175 lat więzienia, albo i więcej, gdyż Amerykanie dopisują ciągle nowe, coraz bardziej groteskowe oskarżenia wobec człowieka, któremu śmierć grozi już teraz, w brytyjskim więzieniu. List wystosowano do rządu, nie sądu, bo w krajach NATO sądy wykonują po prostu niejawne decyzje administracji w politycznych sprawach o zasięgu międzynarodowym. Wszyscy zainteresowani wiedzą, że niezależność wymiaru sprawiedliwości pozostaje jedynie poczciwym mitem.
To Boris Johnson i jego rząd zdecydują o losie tragikomicznego procesu ekstradycyjnego Assange’a, który ma zostać wznowiony we wrześniu. Ściślej mówiąc, prawdziwym decydentem będzie rząd amerykański, bo nawet gdyby Johnson chciał pójść na rękę organizacjom twierdzącym, że prześladowanie Assange’a „przyczyni się do degradacji wolności wypowiedzi i zaczerni wizerunek Zjednoczonego Królestwa”, musiałby najpierw zapytać władze imperium, czy może to zrobić. Niestety, trudno tu oczekiwać pozytywnego rozwiązania.
Przykładów jest wiele, ale chyba najbardziej symptomatyczny w Europie to sprawa 69-letniego Georges’a Abdallaha, więzionego we Francji. Assange pozostaje w zamknięciu od ośmiu lat, Abdallah od 36. Zarzuty wobec nich mają odmienny charakter, ale oba wypadki łączy farsowość procesów, decyzje rządowe i – przede wszystkim – naciski imperium. Georges Abdallah to Libańczyk z chrześcijańskiej rodziny, który został komunistą i od 1971 r. był członkiem Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny, by brać udział w antykolonialnej walce wyzwoleńczej. Gdy Izrael zaczął napady na Liban w 1978 r., był jednym z założycieli Rewolucyjnej Frakcji Armii Libanu (FARL), która brała udział w obronie kraju.
W 1982 r., podczas gdy w Libanie trwała wojna, bojownicy FARL dokonali dwóch zamachów w Paryżu na oficerów służb specjalnych bezpośrednio zaangażowanych w organizację zbrodni w Libanie. W jednym zginął pułkownik amerykańskiej CIA Charles R. Ray, w drugim major izraelskiego Mosadu Jakow Barsimientow. Abdallah nie brał udziału w tych egzekucjach (sprawcy są znani), ale dwa lata później został aresztowany w Lyonie z fałszywym algierskim paszportem, za co wytoczono mu sprawę. Amerykanie i Izraelczycy zwrócili się do rządu francuskiego o rozszerzenie oskarżenia. Zarzucono mu więc „wspólnictwo” w zamachach i w 1986 r. skazano na dożywocie.
Jego adwokatem był wtedy Jean-Paul Mazurier, jak się okazało – podsunięty przez francuskie służby specjalne (DGSE). Po procesie wydał on książkę, w której opisał swą współpracę z nimi i jak oszukał swego klienta, by doprowadzić do jak najsurowszego skazania. Mimo to, podtrzymano ważność procesu, jak gdyby nigdy nic. Od 1999 r. Georges Abdallah mógł ubiegać się o zwolnienie warunkowe, na które sąd zgodził się cztery lata później, lecz Amerykanie zażądali trzymania go w więzieniu, co rząd francuski musiał wykonać. Odtąd Libańczyk już dziesięć razy zwracał się o zwolnienie, ale siedzi do dzisiaj, mimo przychylności wymiaru sprawiedliwości, wyłącznie na podstawie decyzji administracyjnych, podjętych pod wpływem Stanów Zjednoczonych. Dziesięciolecia walki organizacji praw człowieka, partii lewicowych i prawników o uwolnienie Abdallaha nic nie dały. Imperium nie wybacza.

Julian Assange – historia obławy

Za kilka dni rozpocznie się w Londynie proces ekstradycyjny australijskiego wydawcy i dziennikarza Juliana Assange’a: Stany Zjednoczone chcą go skazać w tajnym procesie na dożywocie lub karę śmierci za ujawnienie licznych zbrodni amerykańskiego wojska w czasie okupacji Afganistanu i Iraku. Polowanie na Assange’a trwa już 10 lat: ekstradycja ma być symbolicznym ukoronowaniem wysiłków na rzecz zdławienia niezależnej krytyki haniebnych działań imperium. Niebywała historia tego polowania zawiera jeszcze pewne białe plamy, ale to, co już wiadomo, wystarczy, by zrozumieć mechanizmy pułapki.

„Wyobraźcie sobie ciemny pokój. Nagle ktoś rzuca snop światła i ukazuje się tam wielki słoń – zbrodni i korupcji. To Assange skierował nań światło. Rządy znajdują się w krótkim szoku, ale zaraz przekręcają reflektor, by skierować go w stronę dziennikarza, z oskarżeniem o gwałt. To klasyczny manewr, kiedy chodzi o manipulację opinią publiczną. Słoń znowu ginie w ciemności – teraz Assange jest w środku zainteresowania: media zastanawiają się, czy jeździ na deskorolce po ambasadzie [Ekwadoru w Londynie], czy prawidłowo żywi swego kota. Nagle dowiadujemy się wszyscy, że to gwałciciel, haker, szpieg i narcyz. Zbrodnie, które odkrył, stają się niewidzialne.”
Tak sprawę podsumował Nils Melzer, szwajcarski profesor prawa międzynarodowego, wykładowca uniwersytetu w Glasgow i przede wszystkim specjalny sprawozdawca ONZ ds. tortur, w niedawnym wywiadzie dla szwajcarskiej Republik. Gdyby dodać do tej metafory miejsce, do którego trafi Assange, jeśli przegra proces ekstradycyjny, można sobie darować szczegóły jego sytuacji, by pojąć, co się święci.
Założyciel WikiLeaks zostanie przewieziony do miasta Alexandria, wielkości warszawskiego Ursynowa (ok. 150 tys. mieszkańców), położonego 14 km od Białego Domu w Waszyngtonie. Znajduje się tam słynny Espionage Court, gdzie sądzi się sprawy dotyczące bezpieczeństwa USA. Ława przysięgłych zostanie wybrana spośród mieszkańców: 85 proc. z nich pracuje w którejś z czterech stołecznych instytucji – CIA, NSA, Pentagonie lub departamencie stanu, tj. podlega rozkazom lub poleceniom rządu. Procesy odbywają się zawsze za zamkniętymi drzwiami, na podstawie tajnych dowodów. Espionage Court tym się różni od innych sądów na świecie, że nigdy nikogo nie uniewinnił. Teraz będą szczegóły.
Spuszczenie psów
Nils Melzer zaczął działać w sprawie Assange’a późno, właściwie dopiero od marca zeszłego roku, kiedy do WikiLeaks doszły słuchy, że Anglicy szykują porwanie go z ekwadorskiej ambasady, w której przebywał od czerwca 2012 r. W maju, kiedy siedział już od dwóch miesięcy w więzieniu specjalnym w Belmarsh pod Londynem, Melzer odwiedził go wraz z dwoma lekarzami, doświadczonymi biegłymi sądowymi, którzy zgodnie orzekli, że Assange ma wszystkie symptomy ofiary tortur. Mijało właśnie 9 lat od publikacji przez WikiLeaks całego szeregu dowodów na okupacyjne bestialstwo armii Stanów Zjednoczonych i jej wspólników. Od razu stało się wtedy jasne, że np. żołnierze i oficerowie, którzy chwalili się doprowadzaniem do samobójstw wielokrotnie gwałconych irackich kobiet, nigdy nie zostaną ukarani, jak i inni, jeszcze gorsi amerykańscy przestępcy, lecz maszyna ruszyła.
Największe światowe gazety, jak New York Times, Der Spiegel, czy Guardian relacjonowały rewelacje WikiLeaks (cokolwiek je cenzurując). Amnesty International, Time, Le Monde, The Economist i organizacje dziennikarskie wręczały swoje nagrody Assange’owi i jego ekipie, podczas gdy w Waszyngtonie panowała już wysoka gorączka. Latem 2010 r., gdy WikiLeaks opublikował Afgański dziennik wojenny, Stratfor (Strategic Forecasting, Inc) – prywatna agencja wywiadu i doradca ds. bezpieczeństwa amerykańskiego rządu federalnego – doradziła zalać Assange’a aferami kryminalnymi wszelkiego rodzaju „przez następne 25 lat”. Nie cała korespondencja w tej sprawie jest znana, lecz wiadomo już, że departament stanu wyznaczył ok. 200 dyplomatów do tego zadania. Mieli skutecznie wpłynąć na sojuszników i wasali imperium.
Szwedzki pościg
Szwecja była idealnym krajem do uderzenia w dziennikarza – ma raczej dobrą opinię, więc nawet uczciwi działacze i dziennikarze szczerze potem przez lata wierzyli w „gwałt”, którego miał tam dopuścić się Assange. Tymczasem Szwecja nie jest lepsza od Polski, jeśli chodzi o skandaliczne usługi dla tajnych służb amerykańskich. Opiekunem prawnym dwóch kobiet, które w miesiąc po ujawnieniu zbrodni w Afganistanie weszły do sztokholmskiego komisariatu, by mówić o Assange’u, był mec. Claes Borgström z kancelarii „Thomas Bodström”, zajmującej się cichymi zleceniami na rzecz szwedzkich służb bezpieczeństwa w kontaktach z CIA.
20 sierpnia 2010 Anna A. – była narzeczona oficera lokalnego komisariatu, przyprowadziła tam swą koleżankę Sophię W., która miała złożyć zeznanie. Kiedy W. jeszcze w trakcie zeznania przed byłym narzeczonym Anny A. usłyszała, że Assange zostanie aresztowany z podejrzeniem o gwałt, zrozumiała, że w coś ją wkręcają i wyszła nie kończąc zeznań. Dwie godziny później popołudniowy, szmatławy tabloid Expressen dał na pierwszą stronę „Assange zgwałcił dwie kobiety”, choć Anna A. nie składała żadnych zeznań.
Dopiero nazajutrz na gwałt ściągnięto Annę A., która przyszła z rozdartą prezerwatywą twierdząc, że Assange miał rozedrzeć ją w czasie stosunku, co miało być rodzajem „molestowania”. Problem: badanie DNA prezerwatywy nie wykazało najmniejszego śladu genetycznego ani jej, ani dziennikarza. W pięć dni po wybuchu afery lokalna prokurator zamknęła „śledztwo wstępne” – nie było z czego stworzyć oskarżenia. Wtedy prokuratura wyznaczyła do sprawy Marianne Ny, która chwaliła się dawną pracą dla CIA, gdy jakiś czas przebywała z „przyjacielską” wizytą na Kubie (co wyszło później). Śledztwo wstępne zostało wznowione, by ostatecznie zakończyć się dopiero po 9 latach tym samym, co stwierdziła pierwsza prokurator.
Assange wielokrotnie próbował złożyć zeznania przed nową prokurator, lecz ta uparcie nie znajdywała czasu. W końcu adwokat zwrócił się do prokuratury o zezwolenie na czasowy wyjazd ze Szwecji redaktora WikiLeaks i je otrzymał. Kiedy Assange poleciał do Berlina i Londynu, Ny wystawiła Europejski Nakaz Aresztowania (ENA). Na podstawie tego nakazu Brytyjczycy aresztowali Assange’a, ale wypuścili za kaucją zabierając mu paszport.
Do 2012 r. jego obrońcy złożyli szwedzkiej prokuraturze 30 propozycji przesłuchania go w Szwecji w zamian za zapewnienie, że nie zostanie dostarczony USA, gdzie szykowano już przeciw niemu lipne oskarżenia. Szwedzi odmawiali. Gdy Assange dowiedział się, że na ekstradycję do Stanów są gotowi Brytyjczycy, w czerwcu 2012 r. wszedł do londyńskiej ambasady Ekwadoru, by zwrócić się o azyl polityczny. Przestał zgłaszać się na policję, czyli złamał zwolnienie warunkowe. Policja otoczyła ambasadę na następne 7 lat, które tam przesiedział.
Londyńska zasadzka
Ekwador należał do tych południowoamerykańskich państw, które próbowały jakiejś emancypacji politycznej, wyzwolenia się spod kontroli imperium. Ówczesny lewicowy prezydent Rafael Correa bez problemu przyznał Assange’owi azyl i potem ekwadorskie obywatelstwo, ale gdy skończył swą ostatnią konstytucyjną kadencję w 2017 r., wszystko się zmieniło, sam stał się ściganym wygnańcem. Niby prezydentem został jego partyjny kolega, zresztą b.wiceprezydent – Lenin Moreno, lecz okazało się, że to banalny zdrajca, który zawarł cichy układ z Amerykanami.
CIA zaangażowała hiszpańską spółkę wyspecjalizowaną w podsłuchach – Undercover Global S. L., która za zezwoleniem Moreno założyła w londyńskiej ambasadzie kamery i mikrofony, nawet w łazience i ubikacji Assange’a, by go śledzić 24/24. Kiedy do Quito na spotkanie z Moreno wybrał się wiceprezydent Mike Pence (dwa lata temu), ustalono zapłatę za wydanie dziennikarza: Amerykanie obiecali ponad 10 miliardów dolarów pożyczki, czego głównym beneficjentem stał się nowy prezydent Ekwadoru i jego rodzina, a kraj został obciążony zniewalającym długiem. Assange’a odcięto od internetu i innych środków łączności ze światem zewnętrznym. Wkrótce pozbawiono go azylu i obywatelstwa, by Brytyjczycy mogli „zgodnie z prawem” wejść do ambasady i wsadzić go do specjalnego więzienia dla największych zbrodniarzy, co zrobili w kwietniu zeszłego roku.
Amerykańska obsesja
Dla imperialnej administracji Trumpa zniszczenie Assange’a ma stanowić jasny przykład, że mediom nie wolno ujawniać jej zbrodni; dozwolone są tylko izolowane przypadki, najlepiej bez mieszania w to reputacji rządu. Jesteśmy bardzo daleko od czasów prezydenta Roosevelta, który pisał: „Głupcy i zdrajcy, którzy próbują zrobić przestępstwo z faktu mówienia prawdy o Administracji, kiedy jest winna niekompetencji lub przestępstw, popełniają zbrodnię przeciw narodowi.” Tak samo jak od tweeta Trumpa z 2016 r. „Uwielbiam WikiLeaks!” Za kilka dni Amerykanie będą wykazywać przed sądem w Anglii, że ekstradycja jest konieczna, by Assange’a osądzić w Alexandrii za „szpiegostwo”. Za „obrazę” się nie da: od 2006 r., tj. od istnienia WikiLeaks wrogowie tej redakcji nie znaleźli żadnego artykułu lub dokumentu, który byłby nieprawdziwy.
Uwolnienia Assange’a domagają się międzynarodowe i narodowe stowarzyszenia dziennikarskie, jak Reporterzy bez Granic, niemal wszystkie wielkie stowarzyszenia obrony praw człowieka (oprócz Amnesty International, która ciągle niemrawo „rozważa”, czy uznać go za więźnia politycznego, zapewne ze względu na swych amerykańskich donatorów). W całej Europie i gdzie indziej powstają liczne społeczne inicjatywy i manifestacje, o których polskie media wolą zresztą nie wspominać.
Może ma być tak, jak pisał Julian Assange w październiku 2011 r.? Próbował walczyć przeciw pewnej perspektywie: „Wojna stanie się na Zachodzie normą, wieczną wojną. Dzieci będą rosnąć i dorośleć ze świadomością, że zawsze jest wojna. Wojna nie będzie niczym wyjątkowym, niezwyczajnym, czy strasznym. Stanie się nową normalnością.” Pokaz „demokratycznego” bezprawia, który do tej pory ściśle otaczał sprawę dziennikarza, może znaczyć, że nowa normalność już obowiązuje.

Co ze zdrowiem Assange’a?

Twórca WikiLeaks jest w fatalnej kondycji zdrowotnej – w więzieniu czeka go śmierć. Lekarze apelują o przeniesienie Juliana Assange’a z zakładu karnego Belmarsh do szpitala.

List otwarty został skierowany do brytyjskiej ministry spraw wewnętrznych (home secretary) Priti Patel. Sygnatariusze swoją ocenę sytuacji oparli o „wstrząsające relacje naocznych świadków”, którzy towarzyszyli australijskiemu dziennikarzowi i wydawcy WikiLeaks 21 października, podczas rozprawy w londyńskim sądzie oraz późniejszy raport Nilsa Melzera, specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. tortur.
„Niniejszy list otwarty powstaje po to, aby wyrazić nasze bardzo poważne obawy o stan zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego Juliana Assange’a” – czytamy w szesnastostronicowym dokumencie.
„Assange wymaga natychmiastowej diagnostyki (…) Wszelkie wskazane przez specjalistów leczenie powinno być wdrażane w odpowiednio wyposażonym ośrodku i przez kompetentny personel” – dodają lekarze.
„Jeżeli nie dojdzie do pilnej oceny stanu zdrowia Juliana Assange’a i leczenie nie zostanie podjęte należy obawiać się – na podstawie dotychczas ujawnionych materiałów i dowodów [dot. stanu zdrowia założyciela WikiLeaks – przyp. red.] – że może on umrzeć w więzieniu. Okoliczności medyczne są alarmujące. Nie ma czasu do stracenia” – podsumowują sygnatariusze.
Wśród nich są lekarze z USA, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Włoch i Niemiec, jest nawet jeden lekarz z Polski, który pracuje w Zjednoczonym Królestwie.

Demokracja umiera w ciemności, a wolność słowa niezależnie od oświetlenia

O wolności każdy w Polsce wypowie się chętnie. W Polsce każdy chętnie wypowie się wprawdzie na każdy temat, ale są takie kwestie, w których Polki i Polacy są ekspertami. Oprócz awiacji cywilnej i wojskowej, konstytucji i uchodźców, tematem takim jest również wolność. Mówią o niej zarówno zawodowi patrioci, jak i zawodowi obywatele. Na ogół się wprawdzie nie dogadują, ale jest coś co zawsze ich godzi – metafizyka antyrosyjskiej ksenofobii.

Zjawisko to daje o sobie znać nadzwyczaj często. Niemal codziennie przeczytać można tyleż trwożny, co groteskowy rusofobiczny agit-prop. Największy niesmak budzi on jednak wówczas, gdy ewidentnie ocieka hipokryzją, a wszyscy widząc to specjalnie lub z głupoty nie zwracają na to uwagi.
Komentatorzy w Polsce i zagranicą doznawali w minionym tygodniu wielokrotnego wzmożenia z powodu Iwana Gołunowa. Jest to dziennikarz opozycyjnego portalu rosyjskiego Meduza.io. 7 czerwca został zatrzymany przez policję, oskarżono go o posiadanie narkotyków i handel nimi. Prokuratura żądała aresztu, sąd w Moskwie odmówił i zastosował wobec Gołunowa jedynie areszt domowy. Pięć dni później z MSW wyszedł komunikat o umorzeniu śledztwa wobec tego człowieka i zdjęciu z niego wszelkich sankcji. „Wolność słowa zwyciężyła!”, „Wolne media się obroniły!”… Wiwatom nie było końca.
Gówno prawda. Wolność słowa zdycha, a niezależne media mamy tylko w internecie, a i tam od ponad roku prowadzi się intensywną czystkę poprzez Google, Facebook oraz inne tego typu platformy. Tyle, że tego nie widać, bo media głównego nurtu informują o tym mało i niechętnie. Więc te, jakże cenione oficjalnie wartości, po prostu sobie zanikają. Inaczej niż np. demokracja, która – jak głosi slogan The Washington Post – umiera w ciemnościach.
W ciemnościach, tudzież poza uwagą dziennikarzy, umiera też dziennikarstwo śledcze. Gołunow jest właśnie dziennikarzem śledczym. Miał rozpracowywać jakieś mocne korupcyjne skandale dotyczące nieruchomości w Moskwie i innych dużych miastach Rosji w chwili, gdy został aresztowany. Chętnie w to wierzę – słyszałem i czytałem wiele o gangstersko-prokuratorsko-policyjno-urzędniczym procederze nielegalnego przejmowania lokali mieszkalnych rosyjskich aglomeracjach. Gołunow mógł nadepnąć komuś na odcisk nieco zbyt boleśnie swoją dociekliwością, więc postanowiono go postraszyć.
Szkoda tylko, że po tym, jak klangor po jego zatrzymaniu podniósł się pod samo niebo temat uległ jakiejś dziwnej dyskontynuacji. Zaraz, zaraz, a co z pozostałymi dziennikarzami, którzy doświadczają brutalnej represji? Czy ich polscy koledzy i koleżanki po fachu o nich się nie upomną? Oczywiście, że nie!
Hipokryzja ta kole w oczy zwłaszcza w obliczu losu Juliana Assange’a, człowieka, któremu ludzkość zawdzięcza gigantyczną wiedzę o nadużyciach władzy, globalnie i w poszczególnych krajach. Nikt jakoś nie bije w tarabany z powodu prześladowań, których on doświadcza, chociaż są one ewidentne, widoczne i w sposób oczywisty naruszają fundamentalne normy prawa międzynarodowego. Assange, dziennikarz, który nie opublikował ani jednego kłamstwa czy manipulacji, ostatnie siedem lat spędził w warunkach więziennych lub gorszych. Demokratyczne władze, demokratycznych zachodnich państw stają na głowie, by wydać go w końcu Stanom Zjednoczonym, gdzie czeka go ostateczna rozprawa. Ma się rozumieć, wbrew prawu.
Zwracam uprzejmie uwagę wrażliwym na prawa człowieka i swobody obywatelskie, że „siepacze rosyjskiego reżimu” zwolnili Gołunowa po tygodniu, a sąd umieścił go w tym czasie w areszcie domowym. Mogłoby wprawdzie być inaczej, gdyby nie rozgłos jakiego doczekała się ta sprawa. Ale równocześnie zatroskane o wolność słowa w Rosji zachodnie rządy do spółki urządziły Assange’owi nie siedem dni, a siedem lat piekła. Zachęcam więc wszystkie mądre głowy w Polsce, które tak lubują się w eksperckim dyskursie na temat wolności do uwzględnienia tego niuansu.