Wygrajmy Senat!

Najwyższa izba w parlamencie, do tej pory marginalizowana przez polityków, może stać się w przyszłej kadencji języczkiem u wagi.

Po rozbiciu szerokiej koalicji do Sejmu, notowania PiS w sondażach poprawiły się na tyle, że w społeczeństwie, jak i wśród polityków pojawiło się zwątpienie czy jeszcze da się wygrać z Prawem i Sprawiedliwością.
W koalicyjnych układankach do izby niższej parlamentu kompletnie przestano zajmować się Senatem. Pojawiały się od czasu do czasu wypowiedzi polityków, że władze poszczególnych partii zamierzają w sposób komplementarny potraktować wybory do Senatu. Grzegorz Schetyna publicznie zadeklarował, że zrobi wszystko, żeby opozycja wystawiła wspólnych kandydatów i żeby nie pójść przeciwko sobie. Tymczasem brak wspólnych rozmów w tym zakresie przeczy słowom szefa PO.
Gdyby partyjne interesy odłożyć na bok i pomyśleć o Polsce w kategoriach, że warto walczyć o praworządną i demokratyczną ojczyznę, to cała opozycja powinna wystawić w każdym okręgu jednego, wspólnego kandydata do Senatu przeciw jednemu kandydatowi Zjednoczonej Prawicy. Wyborcy odzyskaliby wiarę w to, że liderzy opozycji potrafią się jednak dogadać, co przyniosłoby dodatkowy bonus w postaci głosów w wyborach. To istotny efekt psychologiczny, zwłaszcza w obecnej sytuacji, kiedy coraz więcej osób jest zdegustowanych działaniami polityków. Siła każdego ugrupowania zależy od zdolności nawiązywania porozumień, więc skoro nie udało się zbudować jednego silnego bloku do Sejmu, to może wygrajmy Senat?
Propozycję Lewicy dotycząca Paktu Senackiego należy więc przyjąć z zadowoleniem. To dobry pomysł, aby nie oddać Sejmu i Senatu w ręce jednej partii.
Senat daje możliwość przyjmowania poprawek do ustaw i uchwalania własnych projektów. PiS nie mógłby w trybie ekspresowym przepychać ustaw wcześniej przyjętych przez Sejm i bez poprawek przepuszczać je przez Senat. Pisowska zmiana w ustawie o oświacie, dzięki której wójt decyduje o dopuszczeniu do matury, nie byłaby możliwa z dnia na dzień.
Mieć własnego marszałka Senatu, od którego zależy porządek obrad, otwartego na obywateli, aranżującego rozmaite społeczne wydarzenia w Senacie, chociażby konferencje dotyczące ważnych zagadnień, w których braliby udział przedstawiciele rożnych środowisk, jest ważnym elementem w budowaniu pluralizmu, konsolidacji, przyjaznej przestrzeni, która mogłaby zaowocować blokowaniem autorytarnych zapędów PiSu.
Przypomnę także, że Rzecznika Praw Obywatelskich wybiera Sejm „za zgodą Senatu”. W momencie wakatu na to stanowisko Adam Bodnar, któremu kończy się kadencja we wrześniu, zostanie pełniącym obowiązki RPO.
Przyjęcie Paktu Senackiego to szansa na ukrócenie zakusów dyktatorskich, które mogą przybrać na sile w momencie całkowitego zwycięstwa i obsadzenia parlamentu większością posłów i senatorów tylko ze zjednoczonej prawicy.
Wygrajmy Senat dla nas wszystkich po to, aby po wyborach mieć poczucie, że coś się nam jednak wspólnie udało zrobić dla Polski, a nie tylko dla rozbujanych ambicji partyjnych kolegów.

Opozycja nie jest bez szans

„Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) były szef rządu, obecnie eurodeputowany Leszek Miller.

KAMILA TERPIAŁ: Żyje pan już bardziej sprawami europejskimi czy nadal polskimi?
LESZEK MILLER: Polskimi coraz mniej, ale trudno całkowicie odciąć się od polskiej polityki. Jednym okiem i jednym uchem patrzę i słucham, co się dzieje.

Przeraziło pana to, co działo się na ulicach Białegostoku podczas Marszu Równości?
Przeraziło i wzbudziło oczekiwanie mocnej reakcji ze strony rządzących.
Spodziewałem się, że po takich wydarzeniach zobaczę panią minister spraw wewnętrznych i administracji, która na konferencji prasowej poinformuje o tym, jak ocenia działania policji, oraz potępi chuliganów i bandytów. A zaraz potem zobaczę na konferencji prasowej ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, który poinformuje o wszczęciu postępowań i także potępi te wydarzenia. Ani jednego, ani drugiego nie zauważyłem.

Minister Elżbieta Witek wystąpiła na konferencji prasowej dzień po wydarzeniach. Za późno?
W takich sytuacjach trzeba działać natychmiast. Jeżeli występuje się z taką zwłoką, to występuje podejrzenie o jakiś koniunkturalizm albo wahanie, które nie powinno mieć miejsca.

Pan jako premier jak by zareagował?
Reakcja premiera nie jest konieczna. Wystarczy reakcja odpowiednich ministrów. Spodziewałbym się także ostrego oświadczenia przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. To akurat miało miejsce, chociaż wystąpił nie ksiądz biskup, tylko rzecznik.
Jest jeszcze jedna osoba, która powinna zabrać głos – arcybiskup białostocki. Jego wcześniejsze wypowiedzi mogły ośmielać chuliganów i sprawiać wrażenie parasola ochronnego otworzonego przez kościół.

Były nawet podziękowania dla tych wszystkich, “którzy w ostatnim czasie w jakikolwiek sposób włączyli się w obronę wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich, chroniąc nasze miasto”. To fragment oświadczenia, które po wydarzeniach znalazło się na stronie internetowej parafii Świętej Jadwigi Królowej w Białymstoku.
Postawa Kościoła w tych sprawach nie powinna niestety nikogo zdumiewać. Oczywiste jest, że polski Kościół od lat ma tendencję wspierania wszystkich ruchów i sił politycznych, które walczą z tzw. lewactwem. Przypominam sobie dramatyczny wiersz Juliana Tuwima napisany po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza i zwrot “krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni”. Aktualne.
Polski kościół zresztą dosyć swoiście pojmuje ewangelizację. Jest to widoczne nawet w słownictwie – rycerze, hufce, miecze, przysięgi – i sugeruje czynną walkę, czyli ewangelizację za pomocą miecza. A prawdziwa nauka kościoła nie opiera się na przemocy. Ja przynajmniej tak ją rozumiem.

To, co się stało, jest winą Kościoła i rządzących?
Tak. Między państwem i Kościołem w tej sprawie jest swego rodzaju porozumienie.

Paweł Śpiewak, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego mówi, że to “początek faszyzmu, a wiemy, jaki jest koniec faszyzmu”. Zgadza się pan z taką opinią?
Jestem zwolennikiem opinii Tomasza Nałęcza, że w tej sprawie należy uważać z ciężkimi słowami. Kiedy uderzamy w dzwon na trwogę i wołamy “faszyzm!”, to kiedy on naprawdę by nadszedł, to nikt go nie usłyszy.

To jak teraz mówić o niebezpieczeństwie?
Najwięcej do powiedzenia mają przedstawiciele rządu. Na zmianę w Kościele nie liczę. To powinny być jasne sygnały świadczące o tym, że w takich sprawach nie ma żadnej tolerancji i żadnego flirtu między oficjalnymi czynnikami rządowymi a środowiskami kibolskimi, chuligańskimi czy zwykłą bandyterką.
Każdy, kto wszczyna takie zamieszki, nie może liczyć na żadną osłonę czy sympatię. Może tylko liczyć na bardzo stanowczą reakcję sił porządkowych i wymiaru sprawiedliwości. A ona była niewystarczająca.
To jeszcze cytat z ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego: „warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane, ponieważ budzą ogromny opór”.
W każdych innych okolicznościach w demokratycznym kraju premier zdymisjonowałby takiego ministra w mgnieniu oka. I taka powinna być reakcja premiera, bo wypowiada się członek rządu. Mateusz Morawiecki powinien powiedzieć wprost, że nie widzi możliwości współpracy z kimś o takich poglądach.

Wspomniał pan Tomasza Nałęcza, który w wywiadzie dla wiadomo.co przestrzegał przyjaciół z lewej strony, aby “nie próbowali ze stosunku do ludzi LGBT zrobić osi głównych polemik wyborczych, bo to jest dmuchanie w trąbę PiS-u i wielkie marzenie Kaczyńskiego”. W tym przypadku też ma rację?
Podzielam ten pogląd. Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią. A to jest droga do sukcesu wyborczego.

Co powinno być główną osią kampanii po drugiej stronie?
Koncentrowanie się na tym, co doskwiera ludziom. Opozycja już o tym mówi i trafnie diagnozuje problemy – brak leków, chaos w edukacji, panoszenie się pisowskich urzędników. Trzeba mówić o tym, co ludzi denerwuje i boli.
Wybrać kilka płaszczyzn i mówić także o tym, co opozycja zrobi, jak dojdzie do władzy. To musi być powtarzane do znudzenia, aby wbiło się w pamięć i stało identyfikacją ruchów opozycyjnych.

Szkoda panu Koalicji Europejskiej? Wierzył pan, że się uda?
Wierzyłem. Wprawdzie z rozczarowaniem przyjąłem fakt, że Koalicja Europejska przegrała 7 punktami ze zjednoczoną prawicą, ale to w sumie tylko 7 punktów. Po stronie opozycyjnej nie ma dzisiaj innej formacji, która jest w stanie nawiązać równorzędną walkę z PiS-em.

Za rozpad koalicji należy winić Grzegorza Schetynę?
Nie zgadzam się z takimi zarzutami. Pierwszą cegłę z muru, który był fundamentem tej koalicji, wyjął Władysław Kosiniak-Kamysz. Winny jest ten, kto pierwszy podważył sens istnienia takiej koalicji. Grzegorz Schetyna mógł próbować zachować koalicję bez PSL-u, tylko że aparat PO bał się, że wtedy partia skręci za bardzo na lewo. Pewnie te czynniki przekonały Schetynę. Z jednej strony jest mi żal, a z drugiej dobrze, że istnieje jakiekolwiek porozumienie trzech ugrupowań lewicowych.

Nie boi się pan powtórki z 2015 roku?
Wtedy zabrakło pół punktu procentowego do przekroczenia progu wyborczego. Lewica przegrała o włos.

Ale przegrała.
Te same wyzwania stoją teraz przed tą trójką. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, w jakiej formule wystartują. Czy będzie to koalicja, czy nie. Ale wydaje mi się, że oczekiwanie, aby na listy SLD wpisali się politycy Wiosny i Razem, jest mało realistyczne. To oznaczałoby, że zgadzają się na zatarcie swojej tożsamości.
4 lata temu Partia Razem nie weszła do koalicji, teraz Adrian Zandberg jest w środku, więc szanse na przekroczenie progu wyborczego są większe. Ale jak wiadomo, łaska wyborców na pstrym koniu jeździ.

Jest szansa, że w kampanii wyborczej opozycja nie będzie ze sobą walczyć?
Tak powinno być. Wystarczy już napaści na PO i Grzegorza Schetynę, ale także na SLD. Jest tyle spraw, na których można się koncentrować i podchodzić pozytywnie, a nie wzajemnie się atakować. Niestety, kampania wyborcza to tropik, czyli wyjątkowo gorąca atmosfera, i nie wszyscy potrafią opanować swoje języki.

Pan będzie uczestniczył w kampanii?
Będę wspierał ludzi SLD w moim okręgu wyborczym, bo oni też pomogli mi bardzo w kampanii. To jest dług wdzięczności, który mam do spłacenia.

Jest pan optymistą w sprawie wyniku wyborów?
Uważam, że szansa na pokonanie PiS-u jest. Partia rządząca ma szansę na wygranie wyborów, ale nie ma żadnej gwarancji, że tak się stanie. Jest jeszcze trochę czasu.
W polskiej polityce tydzień potrafi oznaczać miesiące gdzie indziej. Opozycja nie jest bez szans. Ma olbrzymie możliwości, które trzeba uruchomić.
Ale to wymaga pomysłu, sił i środków. Inteligentnie pomyślana kampania, przy użyciu nowoczesnych instrumentów, daje szansę. Są przykłady, w których kandydaci startowali z niskiego poziomu, a wygrywali wybory.

Jakie?
Chociażby prezydent Francji, nowy prezydent Ukrainy czy pani prezydent Słowacji…
Tylko w tych krajach ludzie mieli dosyć rządzących. A w Polsce sondaże na to nie wskazują.
To prawda. Podczas prowadzenia kampanii do PE spotykałem ludzi, którzy wprost przyznawali, że będą głosować na PiS. Ale zauważyłem, że nawet oni dostrzegają ciemne strony tych rządów, zwłaszcza w aspekcie nadużywania władzy, niekompetencji czy nieprofesjonalizmu. To nie jest im w smak, natomiast tłumaczą, że nawet jeżeli władza kradnie, to przynajmniej się dzieli. W związku z tym, dopóki się dzielą, to wyborcy będą im bardzo wiele wybaczać.

Zmieni się jeszcze przed wyborami polityka europejska PiS-u?
Myślę, że nie.
W wyborach do europarlamentu PiS wygrał w Polsce, ale przegrał w Europie.
Niewybranie Zdzisława Krasnodębskiego na wiceszefa PE czy dwukrotna porażka Beaty Szydło w walce o fotel szefa komisji, trudna sprawa z komisarzem – to nie bierze się z powietrza, ale przekonania, że do Polski są uzasadnione pretensje dotyczące nieprzestrzegania wartości europejskich i praworządności. A przedstawiciele partii, która jest podejrzewana o naruszanie podstawowych norm, nie powinni otrzymywać wysokich stanowisk. Te porażki to skutek takiego właśnie klimatu panującego w Brukseli.

W czwartek w Warszawie wizytę złożyła nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Z relacji Mateusza Morawieckiego wiemy, że podczas rozmowy nie zostały poruszone sprawy dotyczące praworządności. Wierzy pan w to?
To niemożliwe. Znamy relację pana Morawickiego, ale nie znamy relacji pani von der Leyen. Gdyby tak się stało, to byłaby pierwsza poważna wpadka nowej przewodniczącej. Ja w to nie wierzę. Przecież ma świadomość tego, czym grozi dla jej planów utworzenia nowej komisji obchodzenie tego tematu, zwłaszcza w Polsce. Podczas jej wystąpienia w PE padły bardzo poważne deklaracje.

Mowa była o unijnym komisarzu. Myśli pan, że Ursula von der Leyen przekonała Mateusza Morawieckiego do wystawienia kandydatki, a nie kandydata? PiS ma już jakiś plan?
Problem unijnego komisarza będzie bardzo trudny do rozwiązania. Jeżeli pani Ursula von der Leyen zaakceptuje najprawdopodobniej kandydatkę, a nie musi, to ta osoba i tak będzie jeszcze przesłuchiwana na komisjach parlamentarnych i to nie będzie spacer piękną uliczką. Myślę o klimacie, który tu panuje. Potem jest jeszcze głosowanie.
Zdarzyć się mogą różne rzeczy, mało przyjemne dla polskiego rządu. Dlatego premier powinien uciekać od kandydatury, która ma silne konotacje polityczne.

Była premier Beata Szydło odpada?
Zdecydowanie. Jeżeli chce zwiększyć szanse kandydatki lub kandydata, to powinien szukać nie wśród polityków, tylko na przykład zespołu ekspertów.

Polska będzie nadal izolowana w Unii?
Przede wszystkim Polsce grozi nałożenie sankcji związanych z uruchomieniem artykułu 7 i polityką orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE. Poza tym w Parlamencie Europejskim jest silna tendencja, aby doprowadzić do powiązania wysokości przekazanych środków z oceną praworządności. Teraz trwa tylko dyskusja, jak to zrobić, aby nie karać społeczeństw. Ale gdyby głosowanie odbyło się dzisiaj, to taki projekt by przeszedł.

Minął się pan już na unijnych korytarzach z Donaldem Tuskiem?
Nie widziałem się z nim, rozmawiałem telefonicznie z ludźmi z jego otoczenia.

Podejmie ryzyko powrotu do Polski?
Myślę, że uzależnia to od tego, co wydarzy się w październiku.
Gdyby opozycja odniosła sukces, to wpłynie na większą ochotę na ubieganie si o urząd prezydenta.
Ale gdyby wybory skończyły się porażką, to go zniechęci. Posłużyłbym się w tym wypadku pewną metaforą – ptak, nawet jeśli idzie, to czuje, że ma skrzydła. I Donald Tusk jest właśnie w takiej sytuacji. Nawet jak nie ma takiej determinacji, żeby wystartować, to wie, że może spróbować i ma skrzydła, które może rozwinąć.

Przepaść

Smutny dziś jestem. Dzień mam dobry, a przynajmniej miałem do teraz. Przyjechałem z kapelą do Kazimierza Dolnego. Zjadłem dobre rzeczy u miłych ludzi w knajpie i jeszcze milsze rzeczy wypiłem. Na szczęście idę dziś do roboty na nocną zmianę, także spokojnie mogłem sobie przy obiedzie pofolgować, bo przed pobraniem narzędziówki i włożeniem drelichu bąbelki odparują. W hotelu przeczytałem, że odnaleźli ciało chłopca, którego szukali od tygodnia, co raczej było do przewidzenia. Podobnie jak to, że lewica pójdzie do wyborów osobno, bo Platforma jej nie zechce. Ale żeby jedna lewica nie chciała drugiej, tego już zdzierżyć nie mogę…Ongiś Sham 69 śpiewał, że jeśli dzieciaki się zjednoczą, to nigdy już nie będą podzielone. Podobne sentencje można wyczytać na sztandarach ruchu skinheads (nie mylić z nazistami) i rudeboys: zjednoczeni jesteśmy razem, podzieleni giniemy. Naprawdę, nie trzeba zbyt rozległej, książkowej wiedzy, żeby zrozumieć sens tych prostych słów. Skoro młodzież ulicy mogła je pojąć, to czemu nie kształcony polityk. No i tu, Szanowni Państwo, okazuje się, że, idąc tropem cytatów z mojego podwórka, wieszcząc za Robertem Brylewskim, ambicja to twoja szalona religia, jeśli odpowiednio wcześniej nie założysz jej na ryj kagańca. A dalej to już bardzo prosto. Wystarczy połączyć kropki.
Włodzimierz Czarzasty czekał, czekał, spoglądał na zegarek, a Platforma, ofuknięta przez PSL, zabrała swoje zabawki i poszła na front samotnie, razem z przybocznymi, ku, mam wrażenie, Włodzimierza Czarzastego wielkiemu rozczarowaniu. Bo miast czekać na to, co zrobi PO i ustawiać się na dzień dobry w roli petenta Grzegorza Schetyny, warto było wprzódy brać się do rozmów z Biedroniem i Zandbergiem. A tak w Polskę leci komunikat, że wobec braku lepszego pomysłu na swoje własne przetrwanie, SLD dogaduje się z resztą liczącej się lewicy z konieczności, a uśmiechy do kamer wszystkich trzech liderów są cedzone przez zęby, za pomocą których chwilę po ogłoszeniu klęski wyborczej, wszyscy naraz rzucą się sobie do gardeł. Jakby tego było mało, lewica kanapowa od Palikota, Borowskiego i reszty, podnosi larum, że oni też wszak mają serca po właściwych stronach, a nikt z nimi nie chciał nawet usiąść do stołu, wobec czego obrażają się i zabierają ze sobą swoje 0,25 proc., powołując kolejny lewicowy blok, z nazwy jakby skądś znajomy. Jak było naprawdę i kto z kim do rozmów nie przystąpił-czy Czarzasty z Palikotem, czy na odwrót, dziś nie powinno to raczej już nikogo interesować. Najbardziej przykry w tym żałosnym galimatiasie jest fakt, że przed ogromnym, dziejowym niebezpieczeństwem, jakim jest wygrana PiS-u w kolejnych wyborach, a tym samym niemal pewna anihilacja myśli lewicowej z parlamentu na kolejne lata, przywódcy polskiej lewej strony zaczynają się dzielić, miast jednoczyć, a sukcesu w wyborach upatrują w Schetynie, zamiast w postępowej myśli i programie.
Może to ja jestem zbyt naiwny, albo nawet zbyt głupi kiedy myślę sobie, że skoro na czymś człowiekowi zależy bardzo, to winien usuwać z drogi wszelkie przeszkody i dążyć do celu, miast te przeszkody mnożyć i szukać dziury w całym. Jeśli, idąc tym moim, chłopskim tokiem myślenia, polskiej lewicy i jej ludziom z wierchuszki zależy na tym, żeby wejść do Sejmu, to powinni robić wszystko, żeby się ze sobą dogadać i pokazać ludziom, że są razem i nadrzędnym celem jest dla nich wizja Polski progresywnej i nowoczesnej, a przy okazji mają pomysł na to, jak do tego kraj nasz umiłowany doprowadzić (o ile mają). Tymczasem posyła się pod strzechy obraz dwóch synów z jednej matki, jednego większego, a drugiego mniejszego, którzy w obliczu rychłej śmierci seniorki żrą się jak pies z kotem o to, którego z nich mamusia bardziej za życia kochała i który ma większe prawo do nazwiska, chociaż obaj za młodu nie grzeszyli skromnością i pomyślunkiem. To nie ma się prawa udać. I się nie uda, jeśli nadal zamiast jednoczyć się i zwyciężać prawdziwych nieprzyjaciół (kolejny cytat), towarzystwo będzie robić politykę dla polityki. W imię prywaty, ambicji czy fałszywie pojętego honoru. Nie usiądę z nim do stołu, bo mnie obraził, a pamiętliwy jestem srodze i nie wybaczę. Ludzie, opamiętajcie się! Niedługo nie zostanie po Was pyłek w książce do historii, jak ktoś wreszcie nie pojmie, że wiedziecie samych siebie na szafot. Nikt po Was nie zapłacze. Nie wiem jak wy Panowie i Panie, ale jak patrzę na to jak się kłócicie i dzielicie między sobą, w tle głowy brzęczy mi sardoniczny chichot Jarosława Kaczyńskiego, który pęka ze śmiechu, gdy Was widzi.
Idąc obok siebie a nie z sobą, pokazujecie ludziom którym lewicowe ideały nadal są bliskie, że niewiele się różnicie od swoich konkurentów z PO czy z PiS. Aaaa, bo może któryś z was zapomniał: jedno i drugie indywiduum jest bowiem swoim bliźniaczym odbiciem. Tyle jest w PO lewicy co w PiS-ie i odwrotnie. Dobrze, że z musu nie idziecie z nimi już pod rękę, ale żeby nie umieć się dogadać między sobą w obliczu dni ostatnich, to już nawet nie grzech, ale wstyd.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Na lewo patrz!

Nie ukrywam satysfakcji. To, o czym pisałem od niemal dwóch lat zdaje się przybierać realne kształty.

Chodzi oczywiście o jasny w politycznym i społecznym przekazie udział lewicy w wyborach parlamentarnych. Nareszcie powstaje lewicowa koalicja wyborcza. Wprawdzie jest to dla SLD rozwiązanie „drugiego wyboru”, ale jestem przekonany, że w dłuższej, a może i w bardzo krótkiej perspektywie zbawienne.
Kierownictwo SLD w Warszawie zafascynowane było taktyką „przyklejania” się SLD do silniejszego. Wybory samorządowe, zwłaszcza we Wrocławiu, w kąt odesłały wszystkie inne opcje. Obowiązywało rozumowanie: udało się w wyborach samorządowych we Wrocławiu – uda się w wyborach parlamentarnych w kraju. Nie uda się – i bardzo dobrze.
Nieoczekiwanie przed polską lewicą pojawiła się unikalna szansa powrotu na arenę polityczną. Główna zasługa w tym jest udziałem partii prawicowych: PO, PiS, PSL oraz takich tuzów polskiej lewicy jak Cimoszewicz, Miller, Belka, Liberadzki, chociaż tych ostatnich z odmiennych oczywiście powodów.
Koalicja Europejska przegrała wybory do PE wyłącznie na własne życzenie. Nie prowadziła wspólnej kampanii wyborczej zadowalając się przekonaniem, że ujawnienie paru afer z udziałem PiS wystarczy do wyborów. Aż trudno mi uwierzyć, że nikt w Koalicji Europejskiej nie dostrzegł tego, że PiS do mistrzostwa opanował technikę przekuwania każdego swojego niepowodzenia, każdej afery ze swoim udziałem w sukces w oczach swojego elektoratu. Bo dla PiS tylko ten elektorat się liczy – reszta: opozycja, międzynarodowa opinia publiczna – nie mają żadnego znaczenia. Koalicja nie wykorzystała potencjału wyborczego, który wytworzyła, nie przekonała obywateli, że tworzy się oto nowa jakość na scenie politycznej.
Jedyną partią opozycyjną, która mogła ogłosić sukces był Sojusz Lewicy Demokratycznej, a to głównie za sprawą „czterech tenorów”. Sukces SLD spowodował wielką popularność w środowisku PO tezy, że nie można dopuścić do tego, aby SLD wygrywał „na plecach Platformy”. Może jeszcze Schetyna zacisnąłby zęby i zgodził się na szeroką Koalicję Obywatelską w krajowych wyborach parlamentarnych, gdyby nie przekonanie, że Koalicja tych wyborów wygrać nie zdoła. Schetyna oddał wygraną Kaczyńskiemu już na początku kampanii i powrócił do głoszonej niegdyś koncepcji przemodelowania, wspólnie z PiS, polskiego parlamentu podzielonego na dwa główne, trwałe bloki polityczne: PiS i PO.
Po przegonieniu SLD nikt nie wierzy w szczerość umizgów PO do lewicowego elektoratu. Propagując się jako zalążek bloku centro-prawicowego PSL też odciąć się musiało od lewicy, co uczyniło nadzwyczaj medialnie spektakularny. O stosunku PiS do lewicy wspominać nie trzeba. Pojawił się więc nieoczekiwanie rodzaj próżni na polskiej scenie politycznej: od hasła „lewica” odsunęli się wszyscy ci, którzy jeszcze niedawno na wyprzódy kokietowali lewicowych wyborców.
I w tej sytuacji powstaje wyborcza koalicja LEWICA. W tym układzie: SLD, Wiosna, Razem jako trzon LEWICA jest nową jakością na polskiej scenie politycznej. Znowu – jak w wyborach do Parlamentu Europejskiego – pojawia się możliwość wykorzystania efektu synergii, to jest powiększenia elektoratu ponad arytmetyczną sumę elektoratów poszczególnych koalicjantów. Koalicja powstaje i jednocześnie staje wobec olbrzymiej odpowiedzialności za przyszłość polskiej lewicy, ale także przed olbrzymią szansą. LEWICA mam moim zdaniem szansę sięgnąć nie tylko po część „lewoskrętnego” elektoratu PO, ale również PSL – jeżeli odwoła się do lewicowych tradycji ruchu ludowego. Zamiast więc wylewać gorzkie żale na PO i PSL powinna koalicja nawiązywać kontakt ze wszystkimi, którzy dostrzegają konieczność powrotu lewicy do parlamentu, a którzy nie dostrzegają takiej możliwości w dotychczasowym układzie partyjnym. Ma też szansę LEWICA zmobilizować tą część lewicowego elektoratu, który do tej pory, nie mając wiary w skuteczność, pozostawał w dniu wyborów w domu.
Aby jednak wykorzystać efekt synergii spełnione być muszą pewne warunki. Podstawowym jest ten, że koalicja LEWICA musi udowodnić, że tworzona nowa jakość polityczna nie będzie efemerydą, że będzie rozwiązaniem trwałym – przynajmniej w perspektywie najbliższej kadencji parlamentu. Stąd kwestia klubu parlamentarnego, jego kierownictwa i relacji z poszczególnymi partiami winna być szybko ustalona i ogłoszona.
Drugim warunkiem jest przekaz programowy. Na trzy miesiące przed wyborami trudno będzie prawdopodobnie o kompleksowy, wspólny, lewicowy program alternatywny dla Polski. Spodziewam się, że program koalicji LEWICA nie wykroczy poza horyzont najbliższych czterech lat. Jednakże w trakcie kampanii LEWICA musi zadeklarować podjęcie wspólnych działań na rzecz przygotowania i zaprezentowania Polakom swojej wizji społeczeństwa i państwa, w obliczu wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań.
I trzecia wreszcie sprawa. Obecna chwila jest prawdopodobnie ostatnią, w której lewicowa koalicja ma szansę na przekroczenie zaczarowanych 8 %. Dlatego musi być jak najszersza. Nie powinna być zamknięta na żadną opcję, która uważa się za lewicową i demokratyczną. W tym kontekście niepokoić musi brak w dotychczasowej koalicji Polskiej Partii Socjalistycznej. Kto nie chce? PPS czy koalicja?
Próżnia polityczna w którą wkracza koalicja LEWICA spotyka się ze społecznym zapotrzebowaniem na autentyczną lewicę w polskim parlamencie. Tej szansy nie wolno zmarnować. Na lewo patrz!

Bigos tygodniowy

Nie wiem (nie ja jeden) jakie będą dalsze losy politycznego sojuszu lewicowego, który z nagła zrodził się z porozumienia Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adrian Zandberga, aktualenie roboczo nazwanego Lewicą. Co prawda okoliczności jego powstania były nieco wymuszone, ale powstrzymam się od wybrzydzań, bo żadne ludzkie dzieło nie jest bez zmazy i skazy. Odczuwam jednak satysfakcję, że nie będę zmuszony okolicznościami do oddania głosu na koalicję, której liderem byłby polityk centroprawicowy, który jeszcze kilka lat temu mówił o potrzebie „konserwatywnej kotwicy”. Pojawiła się szansa na to, że po raz pierwszy od 1989 roku będę mógł oddać głos zgodny z moim wewnętrznym przekonaniem ideowym, a nie na „mniejsze zło”. Jakikolwiek wynik uzyska w wyborach koalicja SLD, Razem, Wiosny i PPS wreszcie bez niekomfortowego poczucia przykładania ręki do zgniłego kompromisu oddam głos na formację łączącą lewicowy pragmatyzm SLD, lewicowy kurs socjalny Razem, lewicowość kulturową Wiosny oraz lewicową tradycję historyczną PPS. Wreszcie mam szansę zagłosować nie według zasady „jak się nie ma co się lubi…”.
*****
W Białymstoku kibolscy bandziorzy zaatakowali Paradę Równości i rozpętali burdy, w których pobito kobiety, uczestniczki Marszu, a także poturbowali policjantkę. Władza stosuje taką taktykę, że daje wolną rękę policji w pacyfikowaniu bandyckich ekscesów (niech się chłopaki ćwiczą w robocie), ale sama nie kwapi się do wyraźnie stanowczego, oficjalnego potępiania. Witek zabrała co prawda głos, ale nie wyszła poza to oficjalnej dezaprobaty. Jeden z uczestników MR po zajściach powiedział o Polsce: „Dziki kraj”. Poprzednio określenia tego użył przed laty Miro Drzewiecki z PO, ale, że tak powiem, na inny temat.
*****
„Strefa wolna od LGBT” – tak brzmi napis na naklejce (wlepce), którą „Gazeta Polska” ma dołączyć do najbliższego wydania tygodnika. Bez entuzjazmu, jako materiał poglądowy potrzebny mi do pracy publicystycznej, ale nabywam co tydzień ten tytuł. Jednak tego akurat numeru nie nabędę, by nie współfinansować faszyzujących metod. Potępiła te nalepki ambasadorka USA w Warszawie Georgette Mosbacher. Diabli nadali PiS-owi tę babę i to jako dar od przyjaciela Trumpa. I jak tu ją krytykować? A nie mógł Donald przysłać jakiejś fundamentalistki z „pasa biblijnego” tylko „kobietę wyzwoloną” z elity nowojorskiej? Trochę próbują, ale delikatnie i nieoficjalnie (rzecznik rządu). Pozostaje im dobra mina do złej gry.
*****
Natomiast w Lublinie szef klubu radnych miejskich PiS Tomasz Pitucha przegrał proces z miejscowym działaczem LGBT. Walka o normalność w Polsce trwa.
*****
Ame(ł)ryka przysłała też nad Wisłę niejakiego Roda Dehera, religijnego blogera, który po dokonaniu inspekcji stwierdził, że „przyjechał do Polski w przekonaniu, że odwiedzi prawdziwy bastion chrześcijaństwa w Europie, jak przystało na kraj Jana Pawła Drugiego, a zastał kraj na rozdrożu, w stanie kryzysu kulturowego”, w którym za 10 lat spodziewać się można powtórzenia wariantu irlandzkiego.
*****
Profesor Jacek Raciborski przypomniał wyliczenie, według którego na obóz anty-PiS czyli Koalicja Europejska, Wiosna i Razem z jednej strony, a PiS z drugiej, uzyskały 26 maja prawie identyczną liczbę głosów czyli, że mamy do czynienia niemal z idealnym remisem. Problem w tym jak ten faktyczny remis przekuć na remis w Sejmie i Senacie.
*****
Mianem „starego iluzjonisty” określił poseł Siemoniak Kaczora. W dobrym momencie, bo na jednym z pisowskich wieców wezwał do zakończenia „wojny polsko-polskiej”. „Stary wilk” znów udaje łagodnego baranka.
*****
Afera wokół myku Kury z datą premiery filmu „Solid Gold” pokazała, że znów aktualne jest leninowskie hasło, że „kino jest najważniejszą ze sztuk”. Natomiast „symetrystyczne” porównywanie intrygi Kury z przygotowywaną premierą „Polityki” Patryka Vegi jest nieuprawnione. W tym pierwszym przypadku chodzi bowiem o wykorzystywanie filmu do prorządowej kampanii wyborczej za publiczne pieniądze, w tym drugim o prywatną produkcję filmową.
*****
Wiceprezes TVPiS Mateusz Matyszkowicz wystąpił w obronie „Wiadomości” i Holeckiej skrytykowanych za prymitywizm przekazu przez „bywszego” sojuszniczego dziennikarza Roberta Mazurka. Nie ta obrona mnie jednak zaskoczyła, lecz wygląd i przyodziewek Matyszkowicza. Kiedy zimą 2016 przybył do TVPiS z „Frondy” na stanowisko szefa TVP Kultura wyglądał jak offowy dziennikarz-chudzina, w abnegackich porteczkach, bucikach i powyciąganym sweterku, co budziło we mnie nawet pewną sympatię. Teraz pokazał się przed kamerami z twarzą jakby prosto wyjętą z pszczelego ula, odziany w okazały „gang” i krawat. Co to władza robi z ludźmi!
*****
Jakubowska Aleksandra na łamach organu Karnowskich (w polityce, sieci) z jadem nienawiści analizuje sytuację na lewicy po porozumieniu Czarzasty-Biedroń-Zandberg. Jak ta niegdysiejsza „lwica lewicy” lewicy nienawidzi, jak pokochała klimaty klerykalno-prawolskie.
*****
Co mnie uderza, to nieustanny, nieprzerwany od czterech lat, zmasowany i konsekwentny atak władzy PiS na sędziów. Żadne środowisko społeczne nie jest zwalczane z taką nienawiścią, nawet wrodzy politycy z lewakami włącznie, nawet nieprzychylne PiS media. Skąd to się bierze? Kaczyński i jego kamaryla usilnie dążą do spacyfikowania sądownictwa, które przy wszystkich swoich niedostatkach jest jedynym prawdziwym buforem między społeczeństwem a władzą. Tej roli w tym stopniu nie spełnią ani opozycyjni politycy ani nawet niezależne media, bo przeciw jednym i drugim władza może wystawić swoich polityków i swoje media. Alternatywnego sądownictwa nie stworzy.

Flaczki tygodnia

No to będziemy mieć koalicję lewicową pod światłym przewodem: Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga. Podobno „Boh trojcu lubit”.

Jednoczącą się lewicę zasiliła już Polska Partia Socjalistyczna i Inicjatywa Feministyczna. Akces do lewicowego bloku może zgłosić jeszcze ponad dwadzieścia lewicowych partii i stowarzyszeń.

Jedność lewicy musiała zaboleć elity PiS. Od razu w mediach pojawili się atakujący trio Biedroń, Czarzasty, Zandberg anonimowi „lewicowcy”. Reprezentujący jakieś „socjaldemokracje”, „zjednoczone partie pracy” i inne kosmiczne byty. Ale prezentowane w prawicowych mediach jako „prawdziwa polska lewica”. „Flaczki” przestrzegają przed takimi, przedwyborczymi apostołami lewicy.

Trójkę liderów jednoczącej się lewicy ktoś nazwał „Tenorami lewicy”, porównując ich do „Trzech tenorów” zakładających Platformę Obywatelską. Nie jest to szczęśliwe porównanie, bo tamtymi tenorami byli: Andrzej Olechowski, Donald Tusk, Maciej Płażyński. Pierwszy jest już politycznym emerytem, drugi po krajowych sukcesach podjął emigrację zarobkową, a trzeci zginał w katastrofie lotniczej prezydenckiego samolotu w Smoleńsku.

Rzecznik rządu PiS, pan Piotr Müller odważnie skrytykował wypowiedź ambasador USA Georgetty Mosbacher. Osobista wysłanniczka prezydenta USA Donalda Trumpa poddała ostrej krytyce działalność prorządowej ”Gazety Polskiej” i jej Klubów. Faszyzującą akcję polegającą na tworzenie w naszym kraju „Stref wolnych od LGBT” i oznaczania ich specjalnymi naklejkami. Akcję tak wyjątkowo chamską, że nawet Wielki Brat postanowił przywołać do porządku swego warszawskiego wasala.

Ale nawet wasal czasem zaczyna gryźć. I pan rzecznik rządu PiS odesłał panią ambasador USA do garów mówiąc, że „to nie jest kwestia związana z relacjami między Ameryką a Polską”.
Problem w tym, o czym pewnie pan rzecznik nie wie, że w armii USA, o której obecność w Polsce tak bardzo elity PiS zabiegają, służy wiele osób o orientacji homoseksualnej. Służy tam też wielu czarnoskórych, wielu żołnierzy o różnych rasach, narodowościach, religiach. Wszyscy formalnie są traktowani równo.
Zatem głupia, faszyzująca akcja gazety pana redaktora Sakiewicza, broniona przez rząd PiS, została odczytana jako godzącą również w armię USA. Blokująca amerykańskim, homoseksualnym żołnierzom pełnego dostępu do terytorium IV Rzeczpospolitej.

Tak to pan redaktor Tomasz Sakiewicz, zwany na prawicy „Sakwą”, staje się Pożytecznym Idiotą prezydenta Rosji Putina i jego siłowników.
Głupota to pana redaktora czy płatna służba u wielkiego sąsiada?- „Flaczki” pytają nieco ironicznie.

Faszyzująca akcja „Gazety Polskiej” i elit intelektualnych PiS wzburzyła wielu polskich demokratów, zwłaszcza związanych z koalicją Obywatelską Grzegorza Schetyny. Wzburzyła słusznie. Powtarzali oni, że nie można w naszym kraju tworzyć stref wykluczających jakąś kategorię obywateli naszego kraju.
Szanując ich pro obywatelskie i demokratyczne postawy „Flaczki” przypominają, że podobną strefę wolną nie od LGBT, ale „od komunistów”, stworzył polityk prawicy Radek Sikorski. I wtedy obywatele i demokraci związani z PO nie protestowali. Choć Sikorski także wykluczał obywateli naszego kraju. Też faszyzował sobie.

Wygląda na to, że stosunek do środowisk LGBT będzie jednym z tematów kampanii wyborczej. Elity PiS chcą stworzyć z LGBT społecznego straszaka, podobnie jak to uczynili w 2015 roku z rzekomo grożącym nam zalewem muzułmańskich uchodźców z Syrii i innych krajów Bliskiego Wschodu.
Teraz elity PiS chcą wygrać wybory na strachu przed rzekomym „najazdem hord LGBT”. Wszyscy parlamentarzyści PiS dostali rozkazy, aby w to uwierzyli i strach przed LGBT w katolickim narodzie polskim żarliwie szerzyli.

Do walki z najazdem LGBT ruszyli krajowi kibole i związani z polskim kościołem katolickim narodowcy. W Białymstoku zaatakowali odbywającą się tam po raz pierwszy Paradę Równości. Pokojowy marsz obrzucili butelkami i petardami. Nie pozwolili przejść uczestnikom parady obok budynku kościoła katolickiego.
Wspierał ich białostocki kler katolicki, który próbował zorganizować w tym czasie masowy Marsz Rodzin, co mu się jednak nie udało.

Sojusz polskiego kościoła kat. ze środowiskami faszyzującymi zaniepokoił niektórych katolickich publicystów . Tych wierzących jeszcze w boga. Nielicznych w naszym kraju, w przeciwieństwie do liczniejszych wierzących w kościół jako instytucję sprawnie zarabiająca pieniądze.
Jeden z nich, doktor Tomasz Terlikowski napisał na Facebooku: „Fundamentalnym pytaniem dla chrześcijanina jest to, jak na moim miejscu zachowałby się Jezus? Czy Jezus przykleiłby na drzwiach domu Piotra w Kafarnaum naklejkę „Strefa wolna od LGBT”? Odpowiedź jest dość prosta. Jezus nie odrzucał nigdy i nikogo. Spotykał się z jawnogrzesznicami, celnikami, z wykluczonymi i potępionymi. Porządni Żydzi byli zgorszeni jego otwartością, podkreślali, że gdyby wiedział z kim się zadaje, to by się z nimi nie spotykał. Ale On się spotykał. Nie wybrał sobie kategorii grzechu czy grzesznika, którego by wykluczał”.

Akcję „Gazety Polskiej” potępiło też kilku polityków prawicowych. Krytycznie do pomysłu odniósł się wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Oni już zrozumieli, że poparcie polskiego kościoła kat. dla represjonowania środowisk LGBT oznacza samo wykluczenie się kościoła i polskiej prawicy ze środowiska LGBT. Stanowiącego jakieś 8-10 procent polskiego społeczeństwa. Wykluczenia się również z ich heteroseksualnych rodzin. Tym razem jest to konflikt z realnie istniejącymi ludźmi. A nie z wyimaginowanymi uchodźcami, jak to było w 2015 roku.

Polskę czeka spowolnienie gospodarcze, bo liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie do 2030 roku o 10 procent w porównaniu z rokiem 2015. Nie da się tego spadku obiecywanym zahamować wzrostem demograficznym, bo go nie będzie. Nie da się zahamować importem zagranicznych migrantów. Bo elity PiS tak przestraszyły obywateli naszego kraju groźbą zagranicznych migrantów zarobkowych, że prawicowi politycy i narodowo-katolickie społeczeństwo boi się ich jak ognia.
W efekcie tego strachu za 10 lat nie będzie komu pracować na nasze emerytury ani na wzrost PKB podobny do dzisiejszego. Po rządach PiS Polska będzie zadłużona, wpadnie w recesję, ale pozostanie „czysta” narodowo, zaściankowa i katolicka.

Nareszcie

Po raz pierwszy od wielu lat polska lewica pójdzie do wyborów parlamentarnych w jednym bloku.

Możecie zapytać, szanowni Czytelnicy i szanowne Czytelniczki: dlaczego tak późno? Od poprzedniej – nieudanej – próby jednoczenia lewicy w 2015 roku upłynęły cztery lata. Tymczasem nowy projekt powstaje zaledwie na trzy miesiące przed wyborami. Stało się tak, gdyż każde z ugrupowań nowej koalicji wybrało w przeszłości inną polityczną drogę. Decyzja o połączeniu sił mogła zapaść dopiero wtedy, gdy każda z tych trzech dróg okazała się ślepą uliczką.
Trzy drogi lewicy
Partia Razem od początku istnienia postawiła na samodzielność. Uważając, że najcenniejszym jej walorem będzie brak bagażu doświadczeń z przeszłości, szczególnie tych negatywnych. Nie wierzono, że można współpracować z politykami i polityczkami starszego pokolenia, z ludźmi lewicy czasów PRL-u. Złośliwi nazywali partię Zandberga partią „Osobno”. Ostatnie wybory europejskie dramatycznie zweryfikowały drogę polityczną partii Razem. Mimo że w eurowyborach Razem wystartowało w koalicji o nazwie Lewica Razem, wynik wyborczy całej koalicji nie przekroczył 2 procent.
Robert Biedroń, tworząc w lutym tego roku partię Wiosna, „śnił o potędze”. Pamiętamy, jak w przedwyborczych wystąpieniach meblował przyszły rząd. Widząc siebie w roli premiera. Wybory europejskie sprowadziły Biedronia na ziemię. Uzyskane 6 procent poparcia i trzech przedstawicieli Wiosny w Parlamencie Europejskim to oczywiście bardzo dobry rezultat. Biorąc pod uwagę zaledwie trzymiesięczny staż Wiosny na scenie politycznej. Ale zdecydowanie za mało, by Polską rządzić.
Sojusz Lewicy Demokratycznej postawił z kolei na zjednoczenie całej opozycji. Mając świadomość, że tylko w ten sposób można stworzyć siłę polityczną zdolną do stawienia czoła rządzącemu Prawu i Sprawiedliwości. Zresztą wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego potwierdził słuszność tej koncepcji. Sam Sojusz osiągnął bardzo dobry rezultat, uzyskując 5 mandatów. Ale również wynik całej Koalicji Europejskiej – mimo że słabszy od wyniku PiS-u – sugerował sensowność kontynuowania drogi jednoczenia demokratycznej opozycji. Niestety dla liderów PSL i PO ważniejsze okazały się wewnątrzpartyjne rozgrywki niż dążenie do odebrania władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu. Szkoda.
Lepiej późno niż wcale – zakończmy ten temat. Najważniejsze, że czekanie w przedwyborczym przedpokoju wreszcie się skończyło.

Koniec „dobrej zmiany”

Nie liczmy na to, że wspólny start lewicy spotka się z aplauzem politycznej konkurencji. Silna lewica może odbierać głosy Prawu i Sprawiedliwości. Tak! Zwłaszcza wśród tych grup wyborców, do których szeroki strumień transferów finansowych nie był kierowany. A więc ludzi starszych, emerytów i rencistów. Poza rzuconym ochłapem trzynastej emerytury, w ich życiu niewiele się zmieniło. A w wielu wypadkach – wobec rosnących cen żywności – sytuacja osób i rodzin najsłabszych ekonomicznie pogorszyła się.
Dane opublikowane niedawno przez GUS szokują. Po kilku latach systematycznych spadków, w 2018 roku wzrósł w Polsce poziom ubóstwa. I to we wszystkich grupach społeczno-ekonomicznych: pracowników, rolników, przedsiębiorców, emerytów i rencistów. Poziom skrajnego ubóstwa, określanego mianem minimum egzystencji, wzrósł w ciągu ostatniego roku aż o 25 proc. Równie wysoki poziom skrajnego ubóstwa GUS notował ostatni raz dziesięć lat temu, w 2009 roku. Czas rzekomych sukcesów „dobrej zmiany” dobiega końca.
Nie liczmy również na przychylność Koalicji Obywatelskiej. Którą Adrian Zandberg słusznie określił jako koalicję Grzegorza ze Schetyną. Szef PO postawił sobie za zadanie nie pokonanie Jarosława Kaczyńskiego, ale pokonanie i zdominowanie swoich niedawnych koalicjantów z Koalicji Europejskiej. Będzie najpewniej przekonywał o rzekomo straconych głosach wyborców, którzy chcieliby głosować na PSL lub na koalicję lewicową. Wykorzystując przy okazji obecność Barbary Nowackiej do tworzenia złudnego wrażenia, że interesy lewicy reprezentuje On.
Tak więc w nadchodzącej kampanii wyborczej lewica będzie musiała zmierzyć się z atakami nie tylko Prawa i Sprawiedliwości. Niestety, pewnie również ze strony Koalicji Europejskiej. Partie POPiS-u nie zaakceptują powstania trzeciej siły, mogącej w przyszłości zagrozić prawicowemu duopolowi. A jak zachowa się w tej sytuacji „czwarta władza”? Czyli media.

Grillowanie

Tak zwane „grillowanie” członków tworzącej się koalicji już się rozpoczęło. TVN24 postanowiło sprawdzić, co Adrian Zandberg w przeszłości mówił o SLD. Za chwilę inna stacja przypomni wypowiedź Roberta Biedronia o „leśnych dziadkach”. Z archiwów dziennikarze wygrzebią barwny obrazek, na którym Marcelina Zawisza z partii Razem nie chce podać ręki przewodniczącemu SLD. I tak dalej. W dzisiejszych czasach mediów elektronicznych i internetu – tak jak w przyrodzie – nic nie ginie. A stara zasada „dziel i rządź” nie straciła na aktualności. Mając świadomość, że lewica może podbierać elektorat głosujący dotychczas na PiS, szczególną determinacją w dzieleniu lewicowych koalicjantów wykaże się telewizja Kurskiego. Tak przewiduję.
Nie dać się sprowokować. Mówić jednym, wspólnym głosem. To możliwe. Choć faktycznie w przeszłości różnie bywało. Ale któż z nas, z ręką na sercu, może zapewnić. Że nigdy nie powiedział paru słów za dużo. W rodzinie. W pracy. I w polityce – również. Najlepszą odpowiedzią dla szukających różnic wśród lewicowych koalicjantów będzie wspólny program.

Senyszyn i Zandberg

Byłem w ubiegłym tygodniu, wraz z Maciejem Koniecznym z partii Razem, gościem programu Polsat News. Prowadzący zadał pytanie: jak wyobrażamy sobie obecność w jednej koalicji Joanny Senyszyn i Adriana Zandberga. Zadziwiające pytanie. Bo gdy popatrzymy nie na PESEL polityczki SLD i polityka Razem (o ageizmie czyli dyskryminacji ze względu na wiek pisałem niedawno na łamach Trybuny), a na poglądy polityczne – to ich obecność we wspólnej koalicji jest czymś oczywistym. W sprawach świeckiego państwa, w walce o prawa kobiet – Senyszyn, Zandberg i Biedroń mówią jednym głosem. Zresztą nie tylko w tych sprawach.
Najsilniejszą stroną i spoiwem powstającej koalicji lewicowej jest zgodność programów tworzących ją partii. Nawet propagandzistom Kurskiego trudno będzie wbić klin i próbować rozbijać koalicję, wynajdując różnice w programach koalicjantów. Zarówno jeśli chodzi o problematykę społeczną, jak i światopoglądową.
Osobiście kamień spadł mi z serca. Kibicowałem wielkiej koalicji „wszystkich ze wszystkimi”. Widząc w niej optymalną konfigurację umożliwiającą odsunięcie PiS-u od władzy. Ale jednocześnie zżymałem się na myśl, że lewica będzie musiała uzgadniać wspólny program z liberalną i antypracowniczą Platformą Obywatelską i z klerykalnym Polskim Stronnictwem Ludowym.

Pięć czy osiem

Pierwszym problemem, z którym zderzy się nowa koalicja, będzie formuła startu. Wybór pomiędzy sercem i rozumem – jak w dawnej reklamie. Serce podpowiada, by do wyborów poszła szeroka koalicja polskiej lewicy. A wszyscy jej uczestnicy pojawili się na listach wyborczych z wysoko niesionymi sztandarami własnych partii. Głęboko przy tym wierząc, że 8‑procentowy próg wyborczy nie okaże się przeszkodą. Bo sondaże dają…
W 2015 roku sondaże też były obiecujące. Politycy i polityczki Sojuszu Lewicy Demokratycznej szczególnie dobrze zapamiętali tamte przegrane przez lewicę wybory. Co prawda teraz sytuacja jest inna. Nie będzie, tak jak wówczas, dwóch list wyborczych lewicy. Ale rozum podpowiada, że 5-procentowy próg wyborczy z pewnością byłby bezpieczniejszym rozwiązaniem. Wówczas kandydaci koalicji musieliby startować z listy wyborczej jednej z partii wchodzącej w skład koalicji.
Decyzja o formule startu zostanie wkrótce podjęta wspólnie przez koalicjantów.

Jedynki, dwójki, trójki

Druga rafa, to oczywiście listy wyborcze. Startując osobno, każda partia ma komplet miejsc „dla swoich”. Jedynek. Dwójek. Trójek. Takie partykularne myślenie zwyciężyło w Polskim Stronnictwie Ludowym i w Platformie Obywatelskiej. I stało się jednym w ważniejszych powodów rozpadu Koalicji Europejskiej. W przypadku PSL-u to patrzenie na wybory wyłącznie pod kątem interesu własnej partii może zakończyć się wyeliminowaniem ludowców z polityki sejmowej. Ale to ich problem.
Myślę, że wszyscy politycy i polityczki koalicji lewicowej mają tę świadomość. Że po zadeklarowanym w ubiegły czwartek przez trzech liderów zamiarze wspólnego startu – nie ma odwrotu. Klamka zapadła. I jednym z kolejnych kroków tworzenia koalicji będzie podział miejsc na wspólnej liście wyborczej. Zresztą zarówno Biedroń, Zandberg jak i Czarzasty nie mają złudzeń – samodzielny start każdego z ugrupowań byłby wyłącznie walką o przekroczenie progu wyborczego.

Trzech tenorów

Pisałem nie tak dawno o „lewarowaniu lewicy”. Przewidując, że wspólny start SLD z partią Grzegorza Schetyny może okazać się dla lewicy korzystny. Pomagając w odbudowaniu pozycji tejże lewicy na scenie politycznej. Wobec rozpadu Koalicji Europejskiej, ten plan oczywiście spalił na panewce. Co pozostało?
Pamiętam jak po rozpadzie AWS-u, w objazd po kraju ruszyło „trzech tenorów” prawicy: Tusk, Olechowski i Płażyński. Mało kto przypuszczał, że to był początek rządzącej później przez osiem lat Platformy Obywatelskiej. Trudno dzisiaj przewidywać, jak potoczą się losy lewicowej koalicji zawiązanej przez Czarzastego, Zandberga i Biedronia (trochę brakuje w tym towarzystwie żeńskiego „sopranu”). Bo powstanie wspólnej reprezentacji, to dopiero pierwszy kamień milowy nowej polskiej lewicy.

Kamienie milowe

Drugim kamieniem milowym będzie powrót posłanek i posłów lewicy do Sejmu – po czteroletniej absencji. Kolejnym – wspólny klub parlamentarny. By koalicja nie okazała się wyłącznie trampoliną na Wiejską dla polityków i polityczek poszczególnych partii.
A potem? Myślę, że ciąg dalszy nastąpi… Jednoczenia lewicy.

Tylko polska lewica chce wygrać z PiS-em

Wystąpienie przewodniczącego Sojuszu Lewicy Demokratycznej Włodzimierza Czarzastego,
Łódź, 18 lipca 2019 r.

Na wstępie pragnę podziękować panu Grzegorzowi Schetynie, pani Małgorzacie Tracz oraz pani Katarzynie Lubnauer na współpracę w ramach Koalicji Europejskiej. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w ramach tego projektu Sojusz Lewicy Demokratycznej wziął 6% głosów w skali całego kraju. 50% osób, które głosowało na Koalicję Europejską dziś uważa, że to najlepszy projekt w Polsce na zwycięstwo z PiS-em. My, jako SLD, czekaliśmy do końca i dzisiaj ze zdziwieniem zobaczyliśmy, jak projekt, który dał 38% głosów Polek i Polaków został rozwalony. 38% Polek i Polaków głosowało na pół roku przed wyborami parlamentarnymi na projekt demokratyczny, największy po polskiej transformacji z 1989 r. projekt jednoczący polską opozycję. Dzisiaj niektórzy członkowie tego projektu z niego zrezygnowali i muszę przyznać, iż jestem tym zadziwiony.
Przyjrzyjmy się studium rozpadu wiary w zwycięstwo. Wpierw koalicjanci SLD stworzyli ułomne wrażenie, że najważniejsze są wybory do Senatu, zapominając, iż to Sejm tworzy prawo. Zaczęto opowiadać, iż dużym sukcesem nie będzie zwycięstwo, ale doprowadzenie do sytuacji, w której PiS nie zdobędzie konstytucyjnej większości w polskim parlamencie. Następnie przez miesiąc przeciągano decyzję, nie potrafiono jej podjąć i wypowiadano uwagi w mediach, iż na listach powinni być jedni a nie drudzy politycy. Zaczęto prowadzić rozmowy polityczkami i politykami SLD oraz lewicy, co możliwości ich startu na listach Platformy Obywatelskiej. Mówiono o niektórych polityczkach i politykach Sojuszu, iż nie będą mogli startować z list Koalicji Europejskiej, ponieważ mają swoją przeszłość. W tym miejscu należy przypomnieć, iż swoją przeszłość ma dwukrotny prezydent naszego kraju Aleksander Kwaśniewski, swoją przeszłość mają również: Włodzimierz Cimoszewicz, Marek Belka oraz Józef Oleksy. My z tej przeszłości jesteśmy dumni, ponieważ oni zostali wybrani przez obywatelki i obywateli naszego kraju. Nikt nikomu nie będzie mówił kto ma lepszą, a kto gorszą historię, to jest nasza przeszłość, która dała Polsce transformację ustrojową, Konstytucję z 1997 r. oraz wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej.
SLD opuszcza Koalicję Europejską jako ostatni, ponieważ wierzyliśmy w ten projekt i uważaliśmy, że jedna lista to najlepsza droga do zwycięstwa w wyborach.
Ocena. PSL wybrał niejasną drogę, na granicy współpracy z PiS-em. Grzegorz Schetyna, lider Platformy Obywatelskiej, abdykował z pozycji lidera opozycji. Grzegorz Schetyna, jako szef największej partii w koalicji partii opozycyjnych był liderem tejże opozycji. Przewodniczący PO miał ogromną szansę, aby być przywódcą polskiej demokracji, dzisiaj abdykował. Grzegorz Schetyna stworzył wielki projekt, ale nie potrafił go obronić. Zabrakło odwagi, wiary oraz umiejętności liderskich na trudne czasy, a liderem jest się głównie w czasach trudnych. W łatwych sytuacjach, kiedy decyzje do podjęcia są łatwe liderem potrafi być każdy. Zwyciężyły partykularyzmy partyjne, wewnętrzne dyskusje o jedynkach, małostkowe pretensje oto kto wziął 5, kto 12, kto 14 mandatów do Parlamentu Europejskiego oraz to ile kto powinien wziąć.
Grzegorz Schetyna, człowiek o którym mówię dobrze, zrobił wielki krok w stronę zwycięstwa PiS-u. Informowanie na konferencji prasowej, iż satysfakcjonujące będzie to, iż Koalicja Obywatelska weźmie ponad 38% głosów, to jest przyznanie się do tego, że zaprzestano walki o zwycięstwo. My, jako SLD, nigdy się na to nie zgodzimy. Nie zgodzimy się na to, aby przestać walczyć o zwycięstwo z PiS-em. Dzisiaj trzy partie: Platforma Obywatelska, Nowoczesna oraz Inicjatywa Polska zawiązując Koalicję Obywatelską mówią – dość z partyjniactwem. Są granice absurdu. To jest ściema, kiedy trzy partie tworzą komitet partyjny i mówią – dość z partyjniactwem i zapraszają na swoje listy. Dziękujemy, mamy swoje listy.
Za chwilę zostanie stworzona narracja, że warto głosować tylko na Koalicję Obywatelską, ponieważ głosy oddane na inne bloki zostaną stracone. Mam nadzieję, że nikt nie da się na to nabrać.
Nie chcę być z kimś, kto nie chce wygrać. Ktoś musi mieć wiarę w zwycięstwo, ktoś musi mieć w takim momencie jaja. Dlatego mówię jasno – budujemy Blok Lewicy! Dzisiaj o 20.30 nastąpi spotkanie pana Adriana Zandberga i pana Roberta Biedronia oraz przedstawicieli SLD. Zapraszamy wszystkich na lewicy, z Partią Zieloni na czele. Stworzymy Blok Lewicy, a słowo „lewica” będzie odmieniane we wszystkich przypadkach. Na sobotę Sojusz Lewicy Demokratycznej zwołał Zarząd partii, mamy na tę chwilę gotowe listy wyborcze, ale w ramach współpracy z ugrupowaniami na lewicy będziemy tworzyli wspólne listy. Nasza koalicja będzie zapraszała wszystkie podmioty lewicowe, samorządowców, wszystkich tych, którzy będą chcieli z jej list wystartować.
Lewica wyciągała nasze państwo z kłopotów, tzw. „Dziura Bauca” jest tego najlepszym przykładem i tak będzie i tym razem. Wracają z pełną godnością hasła, które nigdzie nie zginęły, hasła: państwa świeckiego; państwa praworządnego; walki o prawa kobiet, o prawa mniejszości, walki o prawdziwą politykę historyczną; walki oto, aby Konstytucja, którą polska lewica dała naszemu krajowi, była wypełniana; walki z problemem mieszkalnictwa. Polska powinna być zakorzeniona tam gdzie wprowadziła ją polska lewica – w Unii Europejskiej. Przypominam, iż obecnie polska lewica ma 8 eurodeputowanych w Parlamencie Europejskim.
Tylko polska lewica chce wygrać z PiS-em, nie chcę siedzieć w ławach opozycji przez 4 lata. Jeżeli komuś się wydaje, że za 2 lata zła sytuacja ekonomiczna pozbawi Jarosława Kaczyńskiego władzy, to za te dwa lata możecie być już w więzieniu.

Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD
Łódź, 18 lipca 2019 r.