Jednak będą rozmowy?

Północnokoreańska agencja KCNA poinformowała, że 5 października dojdzie do roboczego spotkania delegacji Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i Stanów Zjednoczonych.

Pomimo gestów, listów, a nawet zaskakującego czerwcowego spotkania prezydenta USA Donalda Trumpa i przywódcy Korei Północnej Kim Dzong Una na 38 równoleżniku, rozmowy w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego i zniesienia amerykańskich sankcji nałożonych na Pjongjang utknęły w martwym punkcie po zakończonym fiaskiem szczytu w Hanoi w lutym tego roku. Cze teraz pojawi się wreszcie szansa na przełom – okaże się.
Nie powiedziano, gdzie odbędzie się spotkanie, ani jaki będzie ich zakres – agencja przywołała jedynie słowa wiceministra spraw zagranicznych KRLD Choe Son Hui. Sądząc z niedawnych wypowiedzi amerykańskiego sekretarza stanu Mike’a Pompeo – Waszyngton także jest gotowy do rozmów.
Zwraca uwagę, że stanowisko strony amerykańskiej zrobiło się nieco bardziej elastyczne po dymisji prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona – zdecydowanego zwolennika twardego kursu wobec Pjongjangu, eufemistycznie mówiąc. Sam Bolton – choć nie pełni już funkcji w administracji Trumpa, nadal głosi pogląd, że Korea Północna nie zamierza się rozbroić i że nie należy ani znosić sankcji, ani wchodzić z nią w żadne układy. Dla prezydenta Trumpa przełamanie impasu w rozmowach jest jednak bardzo ważnym zadaniem.

Może później?

– tak prezydent Donald Trump zareagował na propozycję Pjongjangu, aby wznowić rozmowy na najwyższym szczeblu w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Zauważmy jednak, że odmawiając spotkania, prezydent Trump starał się tę odpowiedź maksymalnie złagodzić, zaraz potem bowiem podkreślił, że „relacje są dobre”, że wierzy, iż północnokoreański przywódca zechce przyjechać także do Stanów Zjednoczonych i że są środki, aby wypracować dalszą drogę.
Na jakim etapie są rozmowy – nie jest do końca jasne. Na początku sierpnia Biały Dom otrzymał list od Kim Dzong Una, wydaje się prawdopodobne, że po nim był jeszcze jeden. Pjongjang daje też sygnały, że zależy mu przynajmniej na wznowieniu konsultacji merytorycznych.
Trump i Kim odbyli dwa formalne spotkania na szczycie, z których pierwsze – w Singapurze – wskazało na pojawienie się szansy na przełom, drugie zaś – w Hanoi – zakończyło się powrotem do usztywnienia stanowisk. Od tego czasu obaj przywódcy spotkali się niespodziewanie po raz trzeci w czerwcu w Strefie Zdemilitaryzowanej na 38 równoleżniku i znów wydało się, że następuje zmiana klimatu, jednak w ciągu lata nie nastąpiły żadne dalsze ruchy. Korea Północna domaga się zniesienia sankcji, jednak Stany Zjednoczone nie palą się do tego kroku. Z drugiej zaś strony nie jest pewne, na ile szczere są deklaracje Kima i jak postępuje w rzeczywistości likwidowanie północnokoreańskiego potencjału jądrowego. Tymczasem zaś Pjongjang powrócił do przeprowadzania prób z rakietami, wprawdzie tylko krótkiego zasięgu.
Odejście amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona, którego stanowisko wobec odwilży między Waszyngtonem a Pjongjangiem było zdecydowanie negatywne, może wprawdzie zaowocować zmianą sytuacji, gdyż Trumpowi zdecydowanie zależy na tym, aby osiągnąć widoczny sukces w relacjach z Koreą Północną. Parcie do spotkania na najwyższym poziomie bez wątpienia byłoby przedwczesne i doprowadzić by co najwyżej do powtórki z Hanoi.

Dymna zasłona fiaska?

Z jednej strony fiasko szczytu w Hanoi, z drugiej relacje między przywódcami USA i Korei Płn. zdają się pozostawiać co najmniej poprawne.

Spotkanie Donalda Trumpa i Kom Dzong Una w stolicy Wietnamu miało przynieść przełom w stosunkach między ich krajami. Tak się jednak nie stało.
Sarah Sanders, rzeczniczka Białego Domu oznajmiła dziennikarzom, że obaj przywódcy nie doszli do porozumienia, choć spotkanie było „konstruktywne”. Obserwatorzy oczekiwali choćby oficjalnego zakończenia wojny między Koreą Północną a Stanami Zjednoczonymi i rozszerzenia kompetencji biur łącznikowych, ale nie doszło nawet do tego. Z drugiej jednak strony amerykański prezydent tryskał optymizmem.
– To był bardzo produktywny czas. Kim Dzong Un jest ciekawym człowiekiem, a nasza relacja jest bardzo dobra. Mamy na stole różne opcje, ale nie podejmujemy na razie żadnych wiążących decyzji. Czasem trzeba odejść na bok i spojrzeć z dystansu – mówił dziennikarzom.
Oczekiwano ze strony USA, że Korea Płn. zadeklaruje częściową denuklearyzację swoich arsenałów, a Koreańczycy mieli nadzieję, że Amerykanie zniosą sankcje. Nic z tego.
– Zostajemy „bardzo dobrymi” przyjaciółmi – zaanonsował nieoczekiwanie Donald Trump, ale oznajmił, że na tym etapie postęp w rozmowach jest niemożliwy. Dał też światu nadzieję mówiąc, że obie strony mają „wizje rozwoju sytuacji”. O szczegółach jednak mówić nie chciał.
Optymizm wykazał też sekretarz stanu USA Mike Pompeo, komunikując, że są zadowoleni z tego szczytu.
Najbliższe miesiące pokażą, czy te wszystkie piękne słowa to tylko zasłona dymna nowej eskalacji konfliktu, będącego zagrożeniem dla tego regionu i świata czy też rzeczywiście obie strony szczerze chcą poprawy wzajemnych relacji.
Tuż przed konferencją w Hanoi Donald Trump dawał do zrozumienia, że jest gotowy znieść sankcje w zamian za częściowe ustępstwa, podczas gdy wcześniej oficjalne stanowisko głosiło, że ich wycofanie możliwe jest wyłącznie po pełnej denuklearyzacji ze strony KRLD.
Na historycznym szczycie w czerwcu 2018 r. obaj przywódcy podpisali ogólne zobowiązania do ustępstw mających na celu denuklearyzację i utrwalanie pokoju na Półwyspie Koreańskim. KRLD rozpoczęła demontaż infrastruktury swojego programu nuklearnego. Ze strony USA oczekiwała postępów na drodze do wycofania amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium sąsiedniej Korei Płd. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Przełom pod ostrzałem

Czarne chmury zbierają się nad porozumieniem Trump-Kim. Podkopują je sami Amerykanie – zgodnie z własną wieloletnią tradycją. Politycy i największe media bez skrupułów wciskają nam kit na temat na temat programu jądrowego Korei Północnej.

 

Czerwcowy szczyt, na którym Donald Trump i Kim Dzong Un uścisnęli sobie dłonie był wydarzeniem po pierwsze epokowym, po drugie – od początku do końca skrojonym pod media. Dziwnym może się zatem wydawać, że dzisiaj, miesiąc po tych wydarzeniach, temat prawie całkowicie spadł z agendy zarówno publicystycznej, jak i politycznej – przynajmniej po stronie amerykańskiej. Powody są zasadniczo dwa. Trump to przede wszystkim polityczny enfant terrible. Jego prezydentura ma to do siebie, że postać ta – generalnie nieprzygotowana do pełnienia tej roli – sama, zupełnie spontanicznie, tworzy co chwila sytuacje o randze epokowych wydarzeń, pakując przy tym siebie, swój kraj i resztę świata w epickie kłopoty. Złaknione emocji media podążają więc za Trumpem jak za Godzillą dewastującą na swej drodze coraz to nowe przyczółki ludzkości, nawet jeśli niechcący zostawił on po sobie coś tchnącego nadzieją.

Powód drugi jest taki, że przyjacielski gest otwarcie się USA na Koreę Północną był dyplomatyczną improwizacją, działaniem pozbawionym szerszego planu, nastawionym głównie na wypromowanie prezydenta w wątpliwej roli „zbawcy świata”. Po pierwsze, otoczenie prezydenta w ogóle nie utożsamia się z tą misją – realne dogadanie się z KRLD nigdy nie interesowało ich środowiska politycznego. Wywodzą się oni na ogół z republikańskich „jastrzębi”, dla których państwo Kimów zawsze pozostanie śmiertelnym wrogiem i celem zniszczenia. Dotyczy to zwłaszcza Johna Boltona, który znany jest ze swojego entuzjazmu wobec idei zbrojnego najazdu na Koreę Północną. Za pierwszej kadencji George’a W. Busha był osobiście odpowiedzialny za rozbicie wstępnego układu denuklearyzacyjnego, którą ówczesna administracja odziedziczyła po Clintonie. Szczyt singapurski był więc kaprysem Donalda Trumpa, ewentualnie zagrywką PR, nie zaś efektem trwałych dążeń politycznych stronnictwa, jakie prezydent reprezentuje – stronnictwo takie prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Po drugie, kroki dyplomatyczne podjęte przez dyplomację USA wobec KRLD po Singapurze natychmiast napotkały strukturalną barierę i grożą zatrzymaniem procesu, co – tak jak w przeszłości – oznacza jego odwrócenie. Kroki te oficjalnie miały na celu doprecyzowanie postanowień obustronnej deklaracji z 12 czerwca i podjęcie konkretnych działań zmierzających do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Wbrew temu, co można było usłyszeć w amerykańskich mediach, misja ta, podjęta przez Mike’a Pompeo, zakończyła się chwilowym fiaskiem, ponieważ polegała na kontynuacji podejścia stosowanego za Busha. I tak jak wówczas, nie była obliczona na realny efekt, a bardziej na spektakl polityczny, po którym rządzący spodziewają się zebrać oklaski.

Wreszcie po trzecie, cała dotychczasowa prezydentura Trumpa jest przedstawieniem, nie posiada głębszego politycznego dna. Owszem, z grubsza odpowiada poglądom prawicy „jaskiniowej”, ale nie stoi za nią żadna wpływowa grupa interesu. Wall Street wolałoby zapewne tradycyjnego republikanina, a lobby wojskowo-zbrojeniowe – Hillary Clinton.

 

Dwa kroki w przód, jeden do tyłu

Sekretarz stanu Mike Pompeo spotkał się na początku lipca z Kim Jung Czolem, jednym z najważniejszych oficjeli w KRLD i szefem tamtejszego wywiadu. Mieli rozmawiać o perspektywach wyłączenia części północnokoreańskiej infrastruktury nuklearnej, oficjalnego zakończenia wojny 1950-1953 r. między dwiema Koreami (pokoju nigdy nie podpisano) i przekazania USA szczątków amerykańskich żołnierzy z czasów tego konfliktu 1950-1953 r. Odlatując z Pjongjangu do Tokio Pompeo chwalił się dziennikarzom, że wszystko jest na dobrej drodze do pełnego sukcesu: rozmowy odbyły się „w dobrej wierze”, były „produktywne”, na ważnych obszarach dokonano „poważnego postępu”, niemniej jednak „nadal jest nad czym pracować”. W takim też duchu relację z tej wizyty zdały media.

Niestety diametralnie inaczej oceniła ją strona koreańska. Ministerstwo spraw zagranicznych uznało rozmowy z Pompeo za „godne ubolewania”, a ich wynik za „bardzo niepokojący”. Dyplomacja KRLD oświadczyła: może on doprowadzić do „niebezpiecznej sytuacji, w której osłabnie nasza wola do denuklearyzacji, która wcześniej była zdecydowana”.

Oficjalne oświadczenie mówi: „Oczekiwaliśmy od strony amerykańskiej konstruktywnych kroków służących budowie zaufania utrzymanego w duchu, w jakim upłynął szczyt naszych przywódców (..) Myśleliśmy również o zastosowaniu zasady wzajemności”. Najwidoczniej stało się inaczej. Przedstawiciel ministerstwa pisze dalej: „Postawa USA na pierwszym spotkaniu najwyższego szczebla (między naszymi krajami) okazała się jednak godna ubolewania”. Dodaje nawet: „Nasze nadzieje i oczekiwania były tak naiwne, że można je nawet zwyczajnie głupimi”.

Z relacji ministerstwa wywnioskować można, że podczas rozmów rozegrał się stary scenariusz, który już przynajmniej dwukrotnie wcześniej doprowadził do zerwania porozumienia USA z KRLD. Pompeo zaczął mianowicie stawiać Koreańczykom jednostronne wymagania, które naruszały zasadę partnerstwa. Strona północnokoreańska wyszła z propozycją zamknięcia jednej z baz do testowania rakiet dalekiego zasięgu i rozpoczęcie działań zmierzających do zwrócenia szczątków amerykańskich żołnierzy. Za najważniejsze jednak uznano prace nad przypieczętowaniem pokoju z Koreą Południową, co zakładało aktywny udział strony amerykańskiej. W tej właśnie kwestii Pompeo zaczął się wykręcać, znajdując ku temu – jak określono to w oświadczeniu – szereg „warunków i wymówek”, by oddalić sprawę porozumienia pokojowego. Asymetria ta wyjątkowo uraziła Koreańczyków, bo wykonali poważny krok naprzód, zamykając już część swoich tuneli wykorzystywanych do prac nad technologią balistyczną. Uznali to za tak istotny wkład ze swojej strony, że nie zrównoważyła tego zapowiedź odwołania wspólnych sierpniowych manewrów US Army i armii południowokoreańskiej. W geście zaufania Korea odwołała coroczne obchody rocznicy wojny koreańskiej, która zawsze przepojona była antyamerykańską symboliką i retoryką.

Bezprecedensowo złagodzono sposób mówienia o USA w północnokoreańskiej telewizji.

Jeżeli faktycznie tak przebiegły rozmowy, należy przyjąć, że Stany Zjednoczone niecały miesiąc po podpisaniu deklaracji singapurskiej zaczęły lekceważyć jej warunki. Owszem, jej postanowienia były ogólnikowe, lecz jednocześnie jasne, zrozumiałe dla każdego myślącego człowieka, poważnie traktującego możliwość porozumienia. Punkt trzeci deklaracji mówi o „pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego”, poprzedzony jest jednak oświadczeniem, że obie strony będą budować „nowe relacje oparte na dążeniu do pokoju i dobrobytu” oraz „warunki trwałego pokoju na Półwyspie”. Tymczasem po raz kolejny strona amerykańska uznała, że oni są od brania, a druga strona od dawania.

Nabrali najwyraźniej przeświadczenia, że powodzenie szczytu w Singapurze dało już Korei Płn. tak dużo, że zechce ona ten sukces zachować za wszelką ceną, godząc się nawet na nierówne traktowanie przez USA. Była to płocha nadzieja, bo z przeszłych rokowań wiadomo, że by tak nie było. KRLD od zawsze brała pod uwagę tylko porozumienie rozbrojeniowe dokonujące się na warunkach partnerskich – dlatego właśnie wszystkie przeszłe jego projekty upadły. Dzisiaj to Korea Płn., powszechnie uznana przez „wolny świat” za nieludzki reżim zagrażający światowemu bezpieczeństwu, trzyma się zasady wzajemności i dąży do budowy obopólnego zaufania, podkreślając we wspomnianym oświadczeniu, że mimo nieprzejednanej postawy amerykańskiego sekretarza stanu, nadal pokłada „pełną wiarę w prezydencie Trumpie”. Wyraża też nadzieję, że Waszyngton nie ulegnie „wiatrom wiejącym przeciwnie do woli przywódców”.

 

Negocjacje dla naiwnych

Wersję KRLD należy uznać za wiarygodną z jednego kluczowego powodu: wpisuje się ona w schemat działania powtarzany przez Amerykanów od 25 lat: stawiania dodatkowych warunków nieprzewidzianych wcześniejszymi umowami i tendencyjnej, politycznie motywowanej interpretacji faktów, przy jednoczesnym podporządkowaniu sobie społeczności międzynarodowej. Tym sposobem USA już trzykrotnie niweczyły wysiłki Korei Płn. zmierzające do wywiązania się ze wstępnych porozumień denuklearyzacyjnych. Za każdym razem wiązało się to z obsesją przyłapania KRLD na „niecnych praktykach”, które można by ukazać jako niebezpieczne lub wbrew zasadom układów międzynarodowych.

Jeden z takich przypadków „wrobienia” Korei Płn. miał autora w osobie samego Johna Boltona, obecnie doradcy Donalda Trumpa. W 2002 r. Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji George’a W. Busha, dotarł do odtajnionej i niekonkluzywnej notatki CIA sugerującej, że KRLD pozyskuje wzbogacony uran metodą odwirowania i dzięki temu mniej więcej do 2005 r. może uzyskać zdolność wytwarzania dwóch głowic nuklearnych rocznie. Środowisko wywiadu było bardzo podzielone w kwestii ostatecznych wniosków płynących z tego krótkiego, ogólnikowego dokumentu. Niemniej jednak Bolton uznał, że nareszcie otrzymał – jak sam się potem wyraził – „młot, którym mógł roztrzaskać wstępne porozumienie” denuklearyzacyjne z Kim Dzong Ilem, do jakiego wcześniej udało się doprowadzić Billowi Clintonowi. Stricte polityczną motywację Boltona potwierdziła w swoich pamiętnikach była sekretarz stanu Condoleeza Rice. I tak, aby wypromować bushowską doktrynę „walki z terroryzmem” i z „osią zła”, Bolton, nadużywszy informacji uzyskanej od wywiadu, doprowadził do celowego zerwania układu z KRLD. Nastąpiło to jesienią 2002 r. podczas wizyty asystenta sekretarza stanu Jamesa Kelly’ego w Pjongjangu, podczas której Koreańczycy mieli przedstawić plan dalszego samorozbrojenia. Kelly otrzymał wyraźne instrukcje, by porozumienie odrzucić.

Historia torpedowania przez Stany Zjednoczone porozumień denuklearyzacyjnych z Koreą Płn. sięga początków lat 90. XX wieku. Istniejący wtedy traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej wymagał od KRLD raportowania działań podejmowanych w ramach programu nuklearnego do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – IAEA. Sprawozdanie dostarczone przez Koreę Płn. w 1992 r. stało się przedmiotem trwającej kilka lat kontrowersji. W oparciu o rozbieżnie interpretowane dane amerykański wywiad, w warunkach mocno podzielonych głosów w swoim gronie, uznał ostatecznie, że Korea wcześniej podała fałszywie niską ilość plutonu uzyskanego przez swych naukowców przed 1991 r. IAIE zażądała dodatkowych inspekcji, których KRLD odmówiła, zatem Agencja postraszyła Koreę Radą Bezpieczeństwa ONZ. W 1993 r. Pjongjang oświadczył, że padł ofiarą politycznego ataku i wycofał się z układu o nierozprzestrzenianiu. Doprowadziło to do utrwalenia mitu złowrogich intencji KRLD na arenie międzynarodowej. Przetrwał on, mimo, że dalsza analiza amerykańskich laboratoriów wykazała, że Korea Płn. faktycznie nie posiadała ilości plutonu umożliwiającej produkcję choćby jednej bomby. Pjongjang nie złamał zasad.

Klęską zakończyło się również Porozumienie Sześciostronne, które zawiązało się w 2005 r. Był to układ zawarty między Koreą Płn a Koreą Płd., Japonią, USA, Chinami i Rosją zmierzający do nuklearnego rozbrojenia KRLD i normalizacji stosunków z państwem Kim Dzong Ila. W 2007 r., na drugim etapie wdrażania porozumienia, wszystko zdawało się być na dobrej drodze. KRLD doprowadziła nawet do uzgodnionego zamknięcia ośrodka pozyskiwania plutonu w Jongbjon. Jednak w 2008 r. USA rządzone jeszcze przez Busha, wspierane przez prawicowe rządy Korei Płd. i Japonii, zaczęły wyrażać obawy, że Pjongjang znów niewiarygodnie raportuje swoją aktywność nuklearną. Zażądano kontroli. Problem w tym, że zgodnie z podpisaną umową procedury weryfikacyjne przewidziano na trzecim, a nie drugim etapie wdrażania układu. Stany próbowały więc jednostronnie zmienić warunki porozumienia i wymóc uległość na Korei Płn. Pjongjang, uczulony na nierówne traktowanie, zdecydowanie odmówił, odczytując tę sytuację jako atak polityczny i próbę podporządkowania. Porozumienie zaczęło się rozpadać. USA chciały skusić KRLD ofertą wykreślenia jej z listy „państw wspierających terroryzm”. Kim Dzong Il zgodził się w końcu na kontrolę, lecz w ostatnim momencie Stany podniosły poprzeczkę, starając się narzucić własne, rozszerzone warunki, wykraczające poza proponowane przez Koreę Płn. To był gwóźdź do trumny całego układu. Upadł on w grudniu 2008 r., już po wyborze Obamy na następcę Busha. USA doprowadziły tym samym do odwrócenia postępów na drodze do denuklearyzacji KRLD. Pjongjang ponownie uruchomił zakład w Jongbjon, a prace nad bombą przyspieszyły. Waszyngton udowodnił swą wrogą postawę, a Korea nie miała powodu rezygnować ze swojego głównego środka odstraszania.

 

Z igły widły (i fake newsy)

Niezbywalnie wrogi stosunek establishmentu republikańskiego do Korei Płn. to jedno. Czasy Billa Clintona dawno już jednak minęły i Demokraci, orbitujący dziś głównie wokół jego żony, próbują wyprzedzić swych politycznych rywali w podżeganiu do wojny z KRLD. W sytuacji niedawnego napięcia między Trumpem a Kim Dzong Unem, ocierającego się o groźby konfliktu nuklearnego, senatorowie Demokratów próbowali nie dopuścić do porozumienia w Singapurze. Wyrażali się zdecydowanie krytycznie o jego wyniku, oskarżając Trumpa o działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego. Działania te są oczywiście motywowane walką polityczną z prezydentem. W kwestii koreańskiej Demokraci wyraźnie zaczynają zachodzić go z prawej strony. Wtórują im w tym przychylne im media, które w połowie lipca zaczęły rozsiewać pogłoski, jakoby strona północnokoreańska łamała warunki układu z Trumpem. Warto wyjaśnić tę sprawę również dlatego, że wspomniane fake news powtarzane były bezkrytycznie przez czołowe polskie ośrodki prasowe.

CNN, NBC News i Wall Street Journal w sensacyjnym tonie donosiły, że Pjonjang zdradza Amerykę. W przedstawionej przez nie wersji sprawa była prosta: najnowsze zdjęcia satelitarne dowodzą, że Korea Płn. zamiast likwidować swój program nuklearny, rozbudowuje go. Ergo: Kim zdradził, Trump dał się nabić w butelkę. Powołując się na zdjęcia opublikowane 26 czerwca NBC pytało retorycznie: „Jeżeli Korea Północna rzeczywiście się denuklearyzuje, to czemu rozbudowuje centrum badań nuklearnych?” WSJ orzekł: „Korea Północna rozbudowuje główny ośrodek produkcji rakiet. Nowe zdjęcia satelitarne pokazują, że Pjonjang kontynuuje program budowy broni jądrowej, jednocześnie prowadząc rozmowy z Waszyngtonem”.

Manipulacje te są o tyle bezczelne, że powołują się na zdjęcia opublikowane w serwisie 38north.org, poświęconym sprawom Korei Północnej, gdzie towarzyszy im opis autorstwa trzech analityków. Wyraźnie piszą oni, że uwidocznionych na fotografiach nowych budynków w kompleksie Jongbjon „nie powinno się interpretować w jakimkolwiek związku z deklaracjami o denuklearyzacji ze strony Korei Północnej”. Są to bowiem części infrastruktury, które dobudowano wiosną 2018 r., zgodnie z projektem zatwierdzonym w roku poprzednim. Przeciwko naciąganym wnioskom mediów protestował też sam Joel Wit, założyciel 38north.org, współautor projektu porozumienia z KRLD za Clintona. Mówił: „Stanowczo nie zgadzam się z narracją mediów”. Trudno mu się dziwić. Jego serwis publikuje wyłącznie sprawdzone, rzetelne materiały autorstwa poważanych ekspertów, stawiając problematykę Korei Północnej w racjonalnym świetle. Tymczasem ekspertyzy te stają się przedmiotem politycznej manipulacji – niegodnej, lecz skutecznej, opartej bowiem na skądinąd słusznym założeniu, że odbiorca sensacyjnej informacji nie sprawdzi jej u źródła. Tak kłamią naczelne tuby „wolnego świata”.

 

Denuklearyzacja na serio

Deklaracja podpisana przez Donalda Trumpa i Kim Dzong Una jest wielkim krokiem naprzód ku normalizacji stosunków Pjongjangu z resztą świata. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy strona amerykańska potraktowała Koreę Płn. serio i na partnerskich zasadach. W ciągu całych dekad nieudanych pertraktacji na tym Pjonjangowi zależało najbardziej. Było w tym sukcesie sporo przypadkowości i charakterystycznej dla Trumpa przekory. Nie zmienia to jednak faktu, że przekroczono granicę, za którą cały świat zobaczył, że otwierają się nowe możliwości w stosunkach międzynarodowych. Dlatego też społeczność międzynarodowa oraz publiczność obserwująca ten spektakl w Korei Południowej i USA z pełną satysfakcją przyjęła czerwcowy przełom.

Należy jednocześnie pamiętać, to o czym wspomina Joel Wit: w Singapurze KRLD nie zobowiązała się do bezwarunkowego demontażu programu jądrowego, z którego to założenia zdają sie wychodzić największe media. „Pełna denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego” zajdzie tylko, jeżeli USA dołożą starań do stworzenia „nowych obopólnych relacji opartych na dążeniu do pokoju”, co oznacza szereg ustępstw ze strony Amerykanów. Jeżeli rzeczywiście zależy im na światowym bezpieczeństwie, zrobią to.

Program broni nuklearnej był oczkiem w głowie Kim Ir Sena i jego następców. Nie bez powodu. Ich kraj, zrujnowany upadkiem ZSRR, opuszczony przez Chiny, otoczony przez wrogie środowisko polityczne w regionie, nieustannie mierzący się z groźbami USA, widzący kolejne wojenne eskapady Wuja Sama obracające w perzynę całe kraje na Bliskim Wschodzie, wiedział, że może mieć tylko jeden atut, jeżeli w pertraktacjach międzynarodowych ma rozmawiać ze światem zewnętrznym jak równy z równym. Ta nieprzejednana postawa doprowadziła ich do upragnionego historycznego sukcesu w Singapurze. Trzeba jednocześnie przyznać, że Koreańczycy zagrają va banque i podejmą wielkie ryzyko, jeżeli odważą się zupełnie pozbyć arsenału nuklearnego – zdają sobie bowiem sprawę, jak USA potraktowały Libię pułkownika Kaddafiego.

Do pełnej normalizacji stosunków droga nadal daleka i nic nie jest przesądzone. Porażka ostatniej misji Pompeo nie nastraja optymistycznie. Wrogi stosunek do pomysłu godzenia się z KRLD ma cała klasa rządząca w USA, łącznie z ludźmi Trumpa. Podobnie do tematu podchodzą – jak widzieliśmy – czołowe liberalne media, które obecnie chętnie traktują porozumienie singapurskie jako „dogadywanie się Trumpa z krwawym dyktatorem”. Ten niekorzystny układ równoważony jest przez przychylność światowej opinii publicznej, z którą ośrodki te się liczą. Niestety obecny prezydent USA jest nieprzewidywalny. Czy odważy się zakwestionować własne osiągnięcie o epokowej randze?

Nastał moment, w którym wielkie znaczenie będzie miała współpraca międzynarodowych społeczności działających na rzecz rozbrojenia i bezpieczeństwa nuklearnego, również występujących pod egidą ONZ. Korea Płn. od dawna próbuje nawiązać wspólne działania z IAIE w zakresie przeciwdziałania katastrofom jądrowym. To najlepsza chwila na podjęcie działań posuwających naprzód sprawę normalizacji stosunków przez światowe środowiska pozapolityczne, eksperckie, również z innych dziedzin, np. gospodarki, dialogu międzykulturowego. Ludziom myślącym zazwyczaj zależy na powodzeniu globalnego procesu pokojowego.

Nadzwyczajne zagrożenie

Trudno się połapać, czy prezydent USA w końcu uważa państwo Kim Dzong-una za zagrażające nuklearnemu porządkowi na świecie, czy nie.

 

Wizje prezentowane w tweetach Trumpa zmieniają się jak w kalejdoskopie. Według ostatnich doniesień jednak obowiązuje ta, jakoby Korea zagrożenie stanowiła – i to „nadzwyczajne”. W związku z tym Trump W przedłużył sankcje na kolejny rok.

Oficjalnie dokonało się to w piątek, 22 czerwca – czyli dziesięć dni po przełomowym, jak go określono, szczycie w Singapurze. Trump przedłużył sankcje wprowadzone pierwotnie dekretem wykonawczym jeszcze przez swojego poprzednika już w 2008 roku. Komentatorzy światowych mediów nie kryją zaskoczenia. Po spotkaniu w Singapurze wydawało się, że dyplomatyczne relacje Kima z Trumpem uległy poprawie i powoli zmierzają ku stabilizacji. Prezydent USA nie obiecywał wprawdzie, że sankcje wobec Pjongjangu zniesie zupełnie, dawał jednak taką nadzieję. Tymczasem jednak oświadczył w oficjalnym stanowisku, że niestety Korea nadal stanowi „nadzwyczajne zagrożenie dla bezpieczeństwa, gospodarki oraz polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Nadal istnieje ryzyko redystrybucji i groźba użycia broni jądrowej na Półwyspie Koreańskim”.

Ten rok powinien więc być dla Korei kluczowy – ma zastanowić się nad denuklearyzacją, wówczas będzie to ostatnie przedłużenie dekretu. Tymczasem „drugą ręką” napisał na Twitterze, że „świat może czuć się bezpiecznie” – dużo bezpieczniej niż w dniu wygranych przez niego wyborów. Ponieważ… „Korea dla nikogo już nie stanowi zagrożenia nuklearnego”.

Wygląda na to, że Kim Dzong-un nie daje się wyprowadzić z równowagi chaotycznymi działaniami i enuncjacjami amerykańskiego prezydenta. Jeśli wnioskować z wypowiedzi północnokoreańskich mediów, Pjongjang nie zamierza zmieniać swojego stanowiska i odstępować od zainicjowanej właśnie polityki „nowej ery” w relacjach ze swoim południowym sąsiadem i Stanami Zjednoczonymi.

W Pjongjangu poznikały wszechobecne dotąd bilboardy i murale z antyamerykańskimi sloganami. Ich miejsce zastępują teraz materiały propagandowe odnoszące się do reunifikacji Korei. Znikł także z oficjalnych mediów obowiązkowo hiperkrytyczny wobec Ameryki ton.

Charakterystycznym sygnałem, że Kim Dzong-un uważa, że oto nastał początek „nowej ery” w dziejach rządzonego przezeń państwa jest też zmiana słów roty przysięgi narodowej, którą od 70-tych lat ubiegłego wieku w Koreńskiej Republice Ludowo-Demokratycznej muszą składać wszyscy obywatele. W jej nowej wersji zasługi poprzedników obecnego przywódcy – Kim Il-sunga (nazywanego w Polsce Kim Ir-senem „Wielkiego Wodza”) oraz jego wnuka Kim Dzong-ila („Ukochanego Przywódcy) zostały zdecydowanie usunięte i zastąpione ogólnikowym sformułowaniem – pięć z dziesięciu artykułów przysięgi po prostu skreślono. Zapewnienia o wierności ideom dawnych przwódców zastąpiła deklaracja lojalności dla obecnie rządzącego „Najwyższego Wodza” – Kim Dzong-una – oraz reprezentowanej przez niego linii politycznej.

Brak ostrej reakcji na przedłużenie obowiązywania sankcji to także czytelny sygnał. Z drugiej wszakże strony, Korea Północna nie przedstawiła też „rozkładu jazdy” denuklearyzacji. O tym, co rzeczywiście uzgodnili między sobą Kim Dzong-un i Donald Trump wiadomo jednak bardzo niewiele i na tej wątłej podstawie nie da się oceniać, czy i który z nich te ustalenia łamie, czy też wszystko idzie zgodnie z planem.

Trump, Kim, Xi

Na Dalekim Wschodzie powstaje nowy twór polityczny. Przywódca Korei Północnej Kim Dzong-un i prezydent Chin Xi Jinping uzgodnili ramy „strategicznej i taktycznej” współpracy między obu państwami.

 

Pierwsze spotkanie przywódców Chin i KRLD miało miejsce jeszcze przed szczytem Kim-Trump w Singapurze. W tym tygodniu przewodniczący Kim spotkał się z prezydentem Xi już po raz trzeci. W odróżnieniu od poprzednich, które miały niemal tajny charakter i poinformowano o nich, a i to bardzo lakonicznie, dopiero po ich zakończeniu, ostatnie odbywało się w blasku reflektorów.

W programie wizyty znalazły się nie tylko – co oczywiste – rozmowy na temat ustaleń ze szczytu w Singapurze, ale także cały szereg spotkań o zdecydowanie mniejszym ciężarze politycznym, jednak wiele mówiących, jak na przykład wizyta przywódcy Korei Północnej w Akademii Nauk Rolniczych czy centrum kontroli ruchu lotniczego w Pekinie. Włączenie do programu wizyty tego rodzaju punktów jest wyraźnym sygnałem, że wraz z końcem izolacji Korei Północnej Chiny są gotowe wejść w rolę jej głównego partnera gospodarczego i mają w tej mierze wiele do zaoferowania. Stanowi to równocześnie dowód na to, jak skutecznie – a równocześnie dyskretnie – chińska dyplomacja działała w całym procesie, który w końcu doprowadził do pierwszego w historii spotkania amerykańskiego prezydenta i przywódcy KRLD.

Sceptycy nadal nie przyjmują wprawdzie do wiadomości, że szczyt singapurski faktycznie miał aż tak przełomowy charakter, jak ogłosił to prezydent Trump, że w samych ustaleniach więcej było górnolotnych ogólników a mało konkretów, że faktycznie w ogóle nie wiadomo co między sobą uzgodnili i do czego się zobowiązali obaj interlokutorzy. Dalszy bieg wydarzeń wskazuje jednak, że konkretów było wystarczająco dużo, nawet jeśli nie zostały one upublicznione, bo pomimo wątpliwości sceptyków i rozczarowanych jastrzębi zdaje się, że proces nabrał przyspieszenia. A zatem, to co uzyskał od Trumpa Kim zostało uznane jako wystarczająca gwarancja bezpieczeństwa Korei Północnej po pozbyciu się przez nią nuklearnego i rakietowego arsenału. Bo w ślad za demontażem poligonu używanego do badań ładunków jądrowych (miało to miejsce jeszcze przed spotkaniem w Singapurze) Pjongjang przygotowuje się do likwidacji kolejnego – znanego także Amerykanom miejsca, w którym testowane były silniki rakietowe.

Rozstawienie akcentów podczas ostatniej pekińskiej wizyty Kima i nacisk na współpracę pośrednio dowodzi także, że widocznie gwarancje i ustalenia z Singapuru zostały uznane przez prezydenta Xi za wystarczająco wiarygodne aby się otwarcie angażować w ekonomiczne wsparcie Pjongjangu. Interesujące jest, co w zamian za dość oczywiste zobowiązania Korei Północnej obiecali zrobić w wymiarze militarnym Amerykanie. Okaże się to za jakiś czas. Ale że coś konkretnego zostało Kimowi przyobiecane, nie ulega wątpliwości. Niemal wprost – choć bez żadnych szczegółów – wspomniał o odwzajemnieniu przez USA ruchów Pjongjangu związanych z rozmontowywaniem arsenału rakietowego i nuklearnego prezydent Korei Południowej Mun Dze-in.

Kiedy patrzy się na chińskie zainteresowanie ekspansją ekonomiczną w Korei Północnej nie sposób nie myśleć o tym także w kontekście amerykańsko-chińskiej wojny celnej. Wprawdzie jest to obszar bardzo różny od kwestii denuklearyzacji Dalekiego Wschodu, ale także nie tak bardzo odległy. A konsekwencją może być, że jeśli Trump spodziewał się czegoś w wymiarze gospodarczym w związku z doprowadzeniem do wygaszenia ogniska zapalnego na Półwyspie Koreańskim, mógł się przeliczyć, bo nie USA, lecz Chińczycy szybciej, sprawniej i skuteczniej zagospodarują ten obszar.

Przed Trumpem

W doniesieniach na temat postępów rozmów między Seulem a Pjongjangiem i przygotowań do szczytu Kim-Trump w Singapurze zaangażowana Rosji nie było widać. Nie znaczy to jednak, żeby rosyjska dyplomacja traciła tę sprawę z oczu.

 

O planach spotkania rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong-unem poinformowano dopiero w ostatniej chwili. Wcześniej nie było żadnych sygnałów że jest ono w ogóle planowane. W Pjongjangu Ławrow spotkał się również z szefem dyplomacji KRLD Ri Jong-ho. Komunikat rosyjskiego MSZ na temat niespodziewanej wizyty także jest bardzo oględny – mówi się w nim po prostu, że przedmiotem rozmów miały być sprawy dwustronne oraz sytuacja na Półwyspie Koreańskim. A warto zauważyć, że była to pierwsza podróż szefa rosyjskiej dyplomacji do Korei Północnej od 2009 r., czyli pierwsza od przejęcia władzy w Pjongjangu przez Kim Dzong-una w 2011 r. O tym, że w programie było także spotkanie z Kimem podano dopiero po fakcie.

Rosja stara się nie akcentować byt natarczywie swojego zainteresowania i zaangażowania, starając się raczej pozwolić głównym aktorom – czyli Kim Dzong-unowi i Mun Dze-inowi, prezydentowi Korei Południowej – działać możliwie samodzielnie. Podobnie zachowuje się też Pekin. I jest to – jak się wydaje – strategia słuszna, bo wtrącanie się Moskwy czy Pekinu może na tym etapie tylko utrudnić rozmowy – nie tyle między Pjongjangiem a Seulem, ale pomiędzy nimi a Waszyngtonem. Utrzymywanie dystansu wobec tej rozgrywki jest także sygnałem dla USA, że nawet jak się jest mocarstwem, nie musi to oznaczać, że jego decyzja ma być jedynie słuszną i od niej wszystko ma zależeć.

Nie ulega jednak wątpliwości, że pomimo dystansu, Moskwa zachowuje życzliwy stosunek do inicjatywy Kim Dzong-una i postępującej odwilży na Półwyspie. „Jesteśmy zainteresowani tym, by zarówno na Półwyspie Koreańskim, jak i ogółem w Azji Północno-Wschodniej panował pokój, stabilność i dobrobyt” – powiedział Kimowi Ławrow, który pochwalił także wspólną deklarację Kima i Muna podpisaną 27 kwietnia w Panmundżomie. „Jesteśmy gotowi na wszelkie sposoby wspierać jej realizację”. Rosyjski minister zaprosił także północnokoreańskiego przywódcę do złożenia wizyty w Moskwie. W efekcie odbyta niemal tuż przed planowanym szczytem w Singapurze wizyta Ławrowa była więc czytelnym sygnałem wsparcia Rosji.

Równocześnie toczą się rozmowy prowadzone przez wysłannika Pjongjangu – wiceprzewodniczącego rządzącej Koreą Północną Partii Pracy Korei Kim Jong-czola, który spotkał się w Nowym Jorku z sekretarzem stanu USA Mike’iem Pompeo. Należy domniemywać, że ich przedmiotem były merytoryczne ustalenia dotyczące agenty spotkania Kim Dzong-una z prezydentem Donaldem Trumpem. Wiadomo, że rozmowy między wysokimi urzędnikami północnokoreańskimi i amerykańskimi miały miejsce także w mieście, gdzie ma odbyć się szczyt – w Singapurze. W tym przypadku domniemuje się, że odnosiły się do kwestii organizacyjnych i logistycznych.

Komunikaty – jeżeli jakiekolwiek się pojawiają – są niezwykle lakoniczne, ale poziom i intensywność dyplomatycznej aktywności pozwala sądzić, że pomimo odwołania go przez prezydenta Trumpa, do spotkania jednak dojdzie. A jeśli dojdzie – będzie ono kolejnym krokiem na drodze do wygaszenia pozostałego po zimnej wojnie ogniska zapalnego. Nawet jeśli Waszyngtonowi niespecjalnie zależy na doprowadzeniu do tego.

Sprzeczne sygnały

Prezydent Korei Południowej zapewnia, że północnokoreański przywódca Kim Dzong-un jest gotów na „całkowitą denuklearyzację” i pragnie spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Amerykanie zapewniają, że pomimo odwołania szczytu przez prezydenta Trumpa, nadal jest on przygotowywany.

Prezydent Republiki Korei Mun Dze-in traktuje swoją misję mediatora poważnie, kładąc na szalę swój autorytet aby przełamać impas w procesie normalizacji relacji między Seulem a Pjongjangiem. Jego ubiegłotygodniowe spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem nie przyniosło postępu – amerykański prezydent wystosował do przywódcy DPRK Kim Dzong-una list, w którym odwołał zaplanowane na 12 czerwca spotkanie w Singapurze. Mun Dze-in spotkał się zatem w położonym na linii demarkacyjnej Panmundżomie w sobotę z Kimem. Przesłani które przywiózł jest klarowne – Korea Północna nie zmieniał stanowiska, jest zdecydowana na całkowitą denuklearyzację Półwyspu i podtrzymuje wolę odbycia spotkania Kim Dzong-una z Donaldem Trumpem w Singapurze.

List i po liście

Dokument podpisany przez Donalda Trumpa i niemal natychmiast upubliczniony wprawił świat w osłupienie. Sformułowania użyte w nim są wręcz zadziwiające. To, co w nim napisano wygląda z jednej strony jak wiadomość informująca ciocię, że siostrzeniec nie zaszczyci jej urodzin („niestety, nie będę mógł przyjść”), z drugiej – stwierdza, że stanowisko Pjongjangu to „otwarta wrogość”, wreszcie – powtarza retorykę sprzed kilku miesięcy, kiedy to Trump chwalił się na Twitterze wielkością swojego „guzika”. Także sposób przekazania listu daleki był od dyplomatycznych standardów – USA nie mają placówki dyplomatycznej w Pjongjangu, ale kanał dyplomatyczny istnieje. Tą drogą powinna być kierowana korespondencja na szczeblu głów państw. Czymś zupełnie niewyobrażalnym – i obraźliwym dla strony do której wiadomość jest kierowana – jest upublicznianie jej treści jeszcze przed dostarczeniem. Faktycznie – chyba w chwilę po złożeniu podpisu.
To było w czwartek, ale już w sobotę prezydent Trump oznajmił, że „w sprawie szczytu z Koreą Północną idzie jak najlepiej i oczekujemy 12 czerwca w Singapurze. To się nie zmieniło”, dodając swoje „zobaczymy”. W kalendarium Białego Domu pod datą 12 czerwca nadal figuruje zaplanowany szczyt a jego rzeczniczka potwierdza, że przygotowania do spotkania nie zostały zahamowane. Co zatem miał znaczyć ów przedziwny list? Efekt złego humoru prezydenta? Czy też znowu – jak to już przy różnych okolicznościach się zdarzało – prezydent wykonał samodzielne posunięcie i musiał zostać przywołany do porządku? Perspektywa, że szczyt jednak ma nadal szanse się odbyć jest pozytywna, ale przypuszczenie, że głowa najpotężniejszego państwa na świecie z jakichś powodów wydaje w arcydelikatanych a równocześnie arcyważnych sprawach sprzeczne komunikaty jest więcej niż niepokojąca. Na miejscu Kim Dzong-una należałoby się bowiem zastanowić, czy z kimś takim można w ogóle dojść do jakichś wiążących konkluzji.

Koreańskie obawy

Po przełomie tak w relacjach Pjongjang-Seul, jak i widocznym w postaci ewolucji amerykańskiego stanowiska wobec perspektyw spotkania Trump-Kim dysonans ujawnił się po wystąpieniu amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona. Istniał on jednak już wcześniej, wypowiedziane z pozycji supermocarstwowego dyktatu słowa Boltona tylko go ujawniły. Rzecz w tym, jak obie strony strony tego dyskursu wyobrażają sobie denuklearyzację. Wypowiadający się językiem, którego w dyplomacji należy unikać w sytuacjach kiedy nie planuje się czegoś w rodzaju „Anschlussu” Bolton niejako odkrył amerykańskie karty, ale też w Pjongjangu nie rządzą ludzie naiwni. Zdają sobie sprawę, że bez faktycznej gwarancji ze strony USA denuklearyzacja może oznaczać dla Kima samobójstwo. Choć amerykańska retoryka zwykła była przedstawiać budowany przez Koreę Północną potencjał nuklearny jako działanie agresywne, nie ulega wątpliwości że dla Pjongjangu był on przede wszystkim swego rodzaju „polisą ubezpieczeniową”. Oczekiwanie, że zrezygnuje z niej za nic pokazuje, że to Waszyngton (a przynajmniej politycy pokroju Boltona) okazuje się politycznie naiwny, zdając się wierzyć, że to jego potęga rzuciła Kima na kolana i może stawiać takie warunki wstępna jakie stawia się pokonanemu przeciwnikowi. I to w formie, która zostanie przyjęta jako uwłaczająca.
Że nie tak należy rzecz rozgrywać zdaje sobie świetnie sprawę prezydent Mun. Że denuklearyzacja to proces, że wymagać będzie całego ciągu spotkań i posunięć, które pozwolą ten bardzo drażliwy temat przepracować i dopiero wtedy będzie on toczył się dalej. Znakomicie rozumie też, że jeśli coś się chce na tym polu osiągnąć – a gra idzie nie tylko o pozbawienie Korei Północnej broni masowej zagłady, ale o definitywne wygaszenie konfliktogennej sytuacji trwającej od zakończonej rozejmem wojny koreańskiej i normalizację stosunków między obu państwami na Półwyspie – nie można dopuścić do tego, aby byli zwycięzcy i zwyciężeni. Nie tylko dlatego, że Kima urazi potraktowanie go jako pokonanego i poniżonego wroga. To może najmniej ważne, bo i Kim i Mun wiedzą, że po białych ludziach, choćby byli najpotężniejsi w świecie, nie można spodziewać się dobrych manier – i tak będą smarkać przy stole i nic się na to nie poradzi. Bardziej ryzykowne jest to, że usytuowanie Kima i w tym momencie utożsamianego z nim kursu koncyliacyjnego w stosunkach z Seulem, w roli pokonanego może podważyć jego pozycję. A wtedy cały proces może się wywrócić w ciągu jednej nocy.

Zbędny wuj

Rozwiązanie problemu wydaje się – w gruncie rzeczy – dość proste, choć może być trudne do zaakceptowania dla niektórych aktorów tego przedstawienia. Najważniejsze jest bowiem usytuowanie problemu na konkretnych planach i znalezienie dla nich wspólnego mianownika. Perspektywa globalna z której spogląda na koreańską rozgrywkę Waszyngton coraz bardziej oddziela się od perspektywy regionalnej w której widzi sprawę Seul. Faktycznie, przez lata zimnej wojny USA były praktycznie jedyną gwarancją istnienia Korei Południowej, ale teraz jest coraz bardziej widoczne, że jego udział w tej grze samym najbardziej zainteresowanym coraz bardziej przeszkadza. I dlatego trzeba w końcu postawić pytanie, co jest ważniejsze – czy doprowadzenie do trwałej odwilży na Półwyspie Koreańskim, czy zaspokojenie ambicji Waszyngtonu uważającego, że w każdym zakątku świata to on ma mieć ostatnie słowo.