Korespondencja z Piekła (11)

Wchłonie ją ulica

Wszystko wskazuje na to, że to już ostatni felieton z tego cyklu. Co będzie dalej? Zobaczymy, mam pewne plany, ale o tym napiszę już osobny tekst, a być może powstanie kolejna ich seria.

Umówiłem się z ordynatorem, że zostanę tu jeszcze do piątku. Czyli w dniu, gdy gazeta ukaże się w kioskach – będę zbierał swoje manatki szykując się do wyjścia. To świetna okazja podsumowania pobytu i opisania pewnych zjawisk rozciągniętych w czasie, zamiast jak dotychczas, opisu jednorazowych incydentów.

Miałem kilka dni spokoju, bo zostałem w sali sam. Wprawdzie jedynie na trzy doby, ale dzięki temu odpocząłem. Dzisiaj były jednak kolejne przyjęcia i właśnie jestem w trakcie poznawania nowych współlokatorów, którzy dołączyli do mojej sali i będą mi towarzyszyć już chyba do samego wyjścia. Ale do rzeczy.

Poznałem tutaj pewnego mężczyznę – nazwijmy go R. Gdy przyszedłem, leżał już na oddziale. Traf chciał, że zamieszkaliśmy w jednej sali. Spędziliśmy razem jakieś dwa tygodnie. Sala była trzyosobowa, mieliśmy więc okazję lepiej się poznać.

R. na samym początku budził sympatię. Wydawał się nieszkodliwym, a wręcz sympatycznym biznesmenem fantastą. Twierdził, że ma ogromną firmę, robi dachy, a na detoks przyjeżdża jedynie żeby odpocząć. Na takie wczasy, bo od niczego uzależniony nie jest. Powoływał się przy tym na jakieś koneksje w tym szpitalu. Tak czy inaczej twierdził, że lubi tu przyjeżdżać, że gdy jego rodzina wyjeżdża gdzieś zagranicę, to on w tym czasie wyskakuje sobie na detoks. Jest tu więc stałym bywalcem. Mimo, że też wielokrotnie bywałem pacjentem tego oddziału, nie trafiliśmy dotychczas na siebie. Najwyraźniej musieliśmy się mijać. Istotne, że był koleżeński i można było z nim porozmawiać. Nawet jeśli czasami zakrawało to o fantazję.

R. zawsze zanim przyjedzie na oddział, specjalnie się przygotowuje. Zaopatruje się w sporą ilość Clonazepamu, który przemyca w różnych otworach ciała. Sam ich nigdy nie bierze, to jedynie waluta. Przy zagranicznych wczasach również należy zaopatrzyć się w walutę kraju, do którego jedziemy. W krainie detoksu najlepszą walutą jest Clonazepam, czyli popularne „klony”.

Za kilka tabletek można tu kupić od innych pacjentów markowe ciuchy, perfumy, ale przede wszystkim tabletki te, były dla R. doskonałą formą zapłaty za sex. I faktycznie, co chwilę kleiła się do niego jakaś głodna „klonów” dziewczyna Kilka razy ktoś z pacjentów nakrył go z którąś w łazience. Był jednak na tyle ostrożny, że nie przyłapał go nigdy nikt z personelu.

Całe opakowanie – trzydzieści sztuk – kosztuje niecałe cztery złote (około dziesięciu złotych bez refundacji). To chyba najtańsza z możliwych forma prostytucji.

Nie sądzę, by jednorazowo dawał więcej jak cztery czy pięć tabletek. Wszystko byłoby OK, dziewczyny, które chodziły z nim do tej łazienki były dorosłe i poza szpitalem również w ten sposób zarobkowały. Po historii z „robieniem loda” za pasztet drobiowy, którą opisałem w poprzednim odcinku myślałem już, że pod tym względem nic mnie już nie zdziwi.

Zastanawiałem się jedynie, czy R. nie boi się zarazić, bo HIV i HCV są tu bardziej popularne niż grypa, ale uznałem, że to nie moja sprawa i nie wnikałem za bardzo w jego liczne romanse. Chyba, że któraś z dziewczyn zaczynała zbyt często nachodzić nas w pokoju, stawało się to wtedy irytujące. R. jednak starał się nie doprowadzać do takiej sytuacji, choćby ze względu na personel. Nie chciał za bardzo zwracać na siebie uwagi. Gdy jednak już się jakaś wpakowała, to szybko zabierał ją i wychodzili, albo gdy miał już dość, to zwyczajnie wypraszał. Czasami dziwił mnie jedynie totalny brak gustu, bo facet nie wybrzydzał, ale każdemu podoba się co innego.

Opowieści o firmie, pracownikach i majątku kwitowałem uśmiechem, a że był sympatycznym czterdziestoparolatkiem, lubiłem z nim rozmawiać.

Po dwóch tygodniach wspólnego pobytu dostał wypis i pojechał do domu. Wymieniliśmy się numerami telefonów i z zapewnieniem, że utrzymamy kontakt pożegnaliśmy się. Sądziłem, że się już nie spotkamy, uśmiałem się jedynie, gdy jedna z dziewczyn, której obiecał paczkę i jakiś przelew, chodziła codziennie sprawdzać czy przyszło. Po kilku kolejnych tygodniach zadzwoniła do niego, a on powiedział, że niestety nie może się wywiązać, bo go okradli. Cały oddział pękał ze śmiechu zarówno z naiwności dziewczyny, jak i z bogactwa, o którym opowiadał.

Dziwiliśmy się tej naiwności,. Dziewczyna miała już ponad trzydziestkę, z czego ładnych kilka lat spędzonych w kryminale i bardzo wiele pobytów na różnych detoksach. Nie była więc pierwszą naiwną, ale niezłą cwaniarą i kombinatorką. Zaskakujące, jak łatwo omamić cwaniaka, gdy tylko obieca się coś, w co ten tak bardzo chce uwierzyć.

Zapominałem pomału o R. i całej tej znajomości, gdy pewnego dnia ponownie pojawił się na oddziale. Ucieszyłem się nawet, bo naprawdę dało się go lubić. Z powodu rotacji i ciągłych zmian już nie mogliśmy leżeć w jednej sali, ale oczywiście przywitaliśmy się i zdziwiony zacząłem wypytywać co spowodowało tak szybki powrót na oddział. Powiedział, że poznał jakąś dziewczynę i umówił się z nią tu, na detoksie. Wspomniał nawet, że specjalnie naćpał się Mefedronem i Tramalem, by mieć pewność, że zostanie przyjęty. Dziwnie bowiem by wyglądało, że niespełna miesiąc po opuszczeniu oddziału przyjeżdża ponownie, chociaż wyniki w testach ma ujemne. A bardzo zależało mu na tej dziewczynie, która jak twierdził miała niebawem przyjechać.

Dwa dni później przyjechała dziewiętnastolatka z twarzą czternasto-piętnastoletniego dziecka. Przywiózł ją dziadek. R. zapewnił staruszka, że zajmie się dziewczęciem i żeby ten niczym się nie martwił.

Zaraz na wstępie dziewczyna ogłosiła, że chce wejść na program metadonowy. Wszystkie wyniki miała jednak ujemne, nie brała żadnych opiatów i nie wiadomo od czego tak naprawdę była uzależniona. Kiedy zobaczyłem to dziecko i wiedząc, że to właśnie co do niej R. ma te swoje niecne plany, poczułem do niego odrazę.

Dziewczyna, jak wspomniałem, przyjechała z ujemnymi wynikami, ale bardzo była napalona na Metadon. Doszło nawet do głośnej wymiany zdań między nią, a ordynatorem, który daleki był od dawania jej narkotyku, podczas gdy wyniki jednoznacznie wskazywały, że opiatów nie brała, nie ma więc z czego jej tym Metadonem leczyć. A samo podawanie, byłoby w tym momencie jedynie podawaniem narkotyku, którego odstawienie jest trudniejsze niż odstawienie heroiny.

R. nie miał takich skrupułów, ale nie miał też Metadonu. Robił wszystko, by go zdobyć. Płacił klonami jeśli komuś udało się wynieść kilka mililitrów, aż uzbierał ilość, która dziewczynę zadowalała. Tak było każdego dnia. Każdego dnia skupował resztki Metadonu z kubków innych pacjentów, a dziewczyna z dnia na dzień stawała się mniej przytomna, zasypiała z twarzą w talerzu podczas kolacji. W końcu personel zorientował się, że chodzi naćpana. Ponieważ nie dostawała leków, które mogłyby takie objawy wywołać, nie trudno było dojść do wniosku, że zaczęła tu na oddziale coś ćpać. I zaczęły się kipisze.

R. dotychczas był poza podejrzeniem i pewnie dalej by tak zostało, gdyby nie przypadek. Do sali w której leżał weszła pielęgniarka w momencie gdy rozdzielał – świeżo wyjęty z ciała Clonazepam. Co to jest? zapytała. R. pewien swoich koneksji i tego, że jest po imieniu z każdą pielęgniarką, odpowiedział: „No jak to co? klony”. Zrobił to w taki sposób, że niby wie, że przeskrobał, ale wiadomo że nic mu za to nie grozi. Po chwili jednak pojawił się terapeuta, który powiedział: „Pakuj się”. R. nie mógł uwierzyć, że ktoś wyrzuca go z oddziału. Terapeuta dwukrotnie musiał powtórzyć, by dotarło do R., że właśnie został karnie wyrzucony. Nie pomogły koneksje, na które tak często się powoływał. Po przeliczeniu, okazało się, że tych klonów miał blisko sześćdziesiąt.

Dziewczyna została na oddziale bez swojego sponsora i zaczęła szukać kolejnych. Stała się łatwym łupem, choć część pacjentów i personel pilnowali, by nikt niczego jej nie wyniósł.

Do ordynatora natomiast przyszło pismo, w którym R. opisując zdarzenie, zwala winę na „niechęć terapeuty do młodych dziewcząt” i chcąc jakoś się usprawiedliwić, wejść w łaski, powymieniał od kogo kupował Metadon. Oskarżył ludzi, którzy nie mieli z tym nic wspólnego, czym przyznał się do podawania dziewczynie narkotyku.

W którymś z pierwszych odcinków opisałem historię jak jeden kolega uzależnił od heroiny drugiego, by mieć sponsora na ćpanie. To kolejna tego typu historia, w której ktoś uzależnia kogoś, by zaspokoić swoje partykularne interesy i prymitywne żądze.

To jest ta druga, ciemna strona detoksu, często niewidzialna nawet dla innych pacjentów. Jeśli nie ma spektakularnej wpadki, to czasami dopiero po jakimś czasie zaczynają krążyć plotki.

R. dotychczas świetnie się z tym ukrywał. I gdyby nie wpadka, to całe kulisy z chęcią uzależnienia dziecka pozostałyby jego tajemnicą. Nawet pacjenci, którzy niechcący weszli do łazienki, gdy ten uprawiał sex z którąś z dziewczyn, nie mieli pojęcia o premedytacji R. Ot, przyłapali parę w sytuacji niezręcznej – pomyśleli, wzruszyli ramionami i tyle. Jedna z dziewczyn, która nakryła R. z małolatą w toalecie publicznie powiedziała mu co o nim myśli. Ale również nie miała pojęcia o tym, że on to wszystko wcześniej ukartował. Ludzie niezdolni do perfidii, nie podejrzewają o perfidię innych.

Każdy robi tu jakieś swoje drobne dile, to normalne. Najczęściej jest to jedynie handel wymienny słodyczy czy papierosów. Nawet nie wiem, czy łamie to w jakiś sposób regulamin oddziału. Pod tym wszystkim istnieje jeszcze jakiś podziemny, perfidny świat, niedostępny dla niewtajemniczonych pacjentów.

Z ostatniej chwili, tuż przed wysłaniem do redakcji tego tekstu wydarzyło się coś, o czym muszę napisać. Dziewczyna wyleciała z oddziału. Została przyłapana w sytuacji jednoznacznej z jednym z pacjentów. To był już szósty, lub siódmy, który miał ja tutaj w łóżku. Kilka razy była wyganiana przez personel z łóżek innych pacjentów. Nawet jeśli była niekompletnie ubrana, to nigdy nie złapano ich w trakcie. Zdziwiła mnie jedynie jej determinacja. Tym razem był to stary, zniszczony chlaniem i ćpaniem, bezzębny narkoman. Ona wyszła z oddziału pierwsza, on jakieś pół godziny za nią. Czekała na niego na zewnątrz. Gdy już opuścił detoks oboje poszli na autobus do Warszawy.

Jej los wydaje się przesądzony – ładna, zgrabna, cholernie napalona na ćpanie i bez żadnych zahamowań – dziwiętnastolatka z buzią piętnastolatki. Gdy tylko dotrą do stolicy, zapewne wchłonie ją ulica. To, co ma do zaoferowania poruszy stołecznym narkobiznesem. Z czasem popyt zacznie spadać, ale teraz podbije wszystkie bajzle, a dilerzy zaczną się o nią licytować.

A wszystko to przez jednego faceta – R., którego nazwać skurwysynem to chyba za mało.

Korespondencja z Piekła (10)

Poemat o pozach i życiu – czyli o codzienności.

„Problem z tobą polega na tym, że nie mogę wypuścić cię z oddziału, dopóki nie będę miał pewności, że będziesz miał wypełniony czas, że nie zamkniesz się w czterech ścianach i wyjdziesz do ludzi. A do tego musisz mieć też jakiś cel” – powiedział do mnie ordynator. Faktycznie, powrót do pustego mieszkania nie napawa niedoszłego samobójcę optymizmem – to chyba najgorszy ze scenariuszy. Jestem tu już dwa miesiące i niebawem pobiję rekord oddziału.
Oczywiście celem głównym jest książka, ale wydanie kolejnej wymaga rozmachu, a lekarzowi chodziło o drobne, te najmniejsze kroki. I z tym mam największy problem, jak zorganizować sobie zwykły szary dzień.
Teoretycznie mógłbym już wyjść, bo farmakologia sprawiła, że jestem stabilny, ale stabilny jestem jedynie w tym miejscu. Zderzenie z rzeczywistością może spowodować trzęsienie ziemi. Wciąż się zastanawiam, co będzie, gdy już zamknę za sobą drzwi mieszkania i rozejrzę się po meblach i ścianach.
Ustaliliśmy, że ordynator wypuści mnie dopiero wtedy, gdy przedstawię mu dokładnie, co i jak zamierzam ze sobą zrobić. Samo pisanie do „DT” nie wystarczy, chociaż poza tym, że spełniam się i literacko i zawodowo, to jest to również świetna forma terapii. Trochę za mało. Na oddziale jestem pod ciągłą kontrolą i tutaj przynajmniej coś się dzieje.
Wczoraj miałem wizytę policji, przesłuchali mnie odnośnie mojej próby samobójczej. Spodziewałem się jakiegoś przesłuchania, podchwytliwych pytań itp. W Korei Północnej nie miałbym najmniejszego problemu, tam próba samobójcza karana jest śmiercią, czyli jeśli obywatel coś schrzani, to państwo przybędzie mu z pomocą. W krajach muzułmańskich trafiłbym do pierdla, bo tam samobójstwo jest przestępstwem. W starożytnych Atenach można było legalnie popełnić samobójstwo, ale jedynie za zgodą państwa, w przeciwnym wypadku delikwenta, który bez pytania targnął się na własne życie chowali za miastem, bez oficjalnego pogrzebu, mogiły, ani nagrobka. Nie wiem dokładnie jak wygląda to w Polsce, miałem jednak nadzieję, że nie dostanę mandatu, a jeśli już, to nie będzie to jakaś kwota, która ponownie skłoni mnie do szukania najbliższej gałęzi.
Ale nie, zostałem potraktowany największą atencją. Wypytywali jedynie czy nikt mnie do tego nie nakłaniał, czy nie było udziału osób trzecich, czy może w wyniku hejtu w internecie itp. Rozmowa całkiem przyjemna, protokół podpisałem, czynności jakieś podjęli i jak się okazuje jestem świadkiem i ofiarą w sprawie swojej niedoszłej śmierci.
Kolejną ciekawostką warta odnotowania była dzisiejsza afera z czajnikiem.
Od kiedy pamiętam, czyli od kiedy pierwszy raz pojawiłem się na tym detoksie, zawsze był kłopot z czajnikiem. Narkoman ma bowiem taką konstrukcję, że potrafi zepsuć wszystko, nawet to czego teoretycznie zepsuć się nie da. Ot, choćby taki czajnik elektryczny z termostatem i automatycznym wyłącznikiem. A to zablokuje wyłącznik zapałką, bo ubzdura sobie, że woda na herbatę musi gotować się osiem minut. Pół biedy, gdyby jeszcze odczekał i wyłączył po tych ośmiu minutach, ale gdzie tam, zwykle zasypia w narkotycznym zwisie i jeśli jest sam w świetlicy, to po jakimś czasie obudzi się, gdy pomieszczenie wypełni już dym spalonego plastiku. Kiedyś kilku „mądrych” postanowiło ugotować ryż w nowo kupionym czajniku. Ktoś im naopowiadał, że wtedy rosną mięśnie, więc chłopaki wykombinowali, że sobie ten ryż ugotują. Skończyło się na tym, że czajnik przyspawał się do podstawki i już w żaden sposób nie dało się go naprawić.
Tym razem, gdy przyjechałem czajnik miał już zepsuty wyłącznik i po zagotowaniu wody trzeba było go zdjąć z podstawki i postawić obok. Paradoksalnie nie było to takie złe, bo wszyscy dmuchaliśmy i chuchaliśmy na ten czajnik, bo to jedyne urządzenie na oddziale, przy pomocy którego możemy zrobić sobie kawę lub herbatę. Nie wiem, jak długo przed moim przyjściem przycisk się zepsuł, ale czajnik wytrzymał jeszcze ponad dwa miesiące mojego pobytu – do dzisiaj. Co i tak stanowiło już rekord.
Nie wiadomo, czy ktoś go zepsuł, czy sam zmarł naturalną śmiercią przedmiotów potrzebnych. Niezależnie jednak od tego jak było, zamiast zastanowić się nad rozwiązaniem problemu, to oczywiście z miejsca zaczęto szukać winnego, by natychmiast go zlinczować. Oczywiście, główne i jedyne podejrzenie padło na Ślizgacza. Przypomnę, że to częściowo sparaliżowany chłopak z objawami parkinsonizmu i zatrucia manganem. Ślizgacz to najłatwiejszy cel i ofiara jednocześnie, bo i bronić specjalnie się nie może i łatwo go zakrzyczeć. Oczywiście, teoria szybko upadła, bo okazało się, że chłopak był w zupełni innym miejscu i zbyt wielu wątpiło w jego winę.
Pojawił się w końcu głos rozsądku, że zamiast szukać winnego, lepiej zastanowić się, co zrobić, by ten problem jakoś rozwiązać. Zrobiliśmy zrzutkę, zebraliśmy ponad stówę i jeden z terapeutów kupił nam nowe urządzenie do gotowania wody (i tylko wody, co zostało podkreślone).
Pisałem już kiedyś, że warto być szczerym, bo gdy mieszka się wspólnie na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, to nie ma siły, by te drobne i większe kłamstewka nie wyszły na światło dzienne. Są jednak ludzie, którzy tego nie dostrzegają. Pacjenci najczęściej przyjmują rolę milionerów, potrafią godzinami opowiadać o swoim majątku, by w końcu zwrócić się do kogoś „daj papierosa”. Tutaj papierosy zwykle się pożycza, więc odpowiedź brzmi: „dobra, pożyczę ci do najbliższych zakupów” (trzy razy w tygodniu terapeuta z dwoma pacjentami idą do sklepu i robią zakupy wszystkim, którzy czegoś potrzebują i napisali to na specjalnej liście). Tu pojawia się konsternacja „ale wiesz, pakowałem się na szybko i kasy nie wziąłem, oddam gdy żona przyśle paczkę”. Tak to tu mniej więcej wygląda, ale trafiają się ludzie szczerzy. Bardziej lubiany jest bezdomny, który nie udaje kogoś, kim nie jest, niż pseudobiznesmen od „daj papierosa”. Bezdomny zazwyczaj dostaje.
Detoks to świat w pigułce, świat zwykłej prozy i zwyczajnej pozy. Zdarzają się ludzie, którzy w życiu nic nie osiągnęli, ale chętnie opowiadają o wyimaginowanych sukcesach, ludzie którzy stracili wszystko i tacy, którzy maja jeszcze wszystko do stracenia. Różnica polega jedynie na postrzeganiu. To, co w skali świata jest niezauważalne, tu wyraźne, że aż razi. Są tutaj wszyscy, cały przekrój społeczny – inwalidzi, fizycznie mniej lub bardziej sprawni, biedni i zamożni, ładni i brzydcy, sympatyczni i odpychający, mądrzy i głupi, wykształceni i nie. To miejsce daje naprawdę świetną perspektywę, by spojrzeć nawet na samego siebie. A co do pozy, Carl Gustav Jung twierdził, że wszyscy nosimy maski, rzecz w tym, by maska była jak najbardziej spójna z naszym prawdziwym obliczem. Oczywiście, Jungowi chodziło o inny rodzaj autoprezentacji, ale skoro upraszczam tu świat, to czemu nie uprościć Junga.
Jednym z warunków regulaminu jest abstynencja seksualna. Za jej złamanie para zostaje z oddziału wyrzucona. Nie raz bywało, że pielęgniarka zupełnie przypadkiem weszła do Sali w „nieodpowiednim” momencie, przyłapując parę na gorącym uczynku. Ten zakaz obowiązuje także małżeństwa, które tu przyjeżdżają.
Są jednak pacjenci – płci obojga – którzy znają jedynie ten sposób zarabiania pieniędzy. Wykorzystują to oczywiście jako handel wymienny, rzadziej z miłości, a znając rozkład dnia, pracy pielęgniarek i salowych, niektórzy desperaci podejmują to ryzyko.
Podczas jednego z moich pobytów tutaj – nie piszę, którego by uniemożliwić identyfikację – była dziewczyna, która znała tylko dwa sposoby na zdobycie potrzebnej rzeczy – kradzież, na której została tu przyłapana, lub handel ciałem. W ten sposób, od najmłodszych lat zdobywała pieniądze na narkotyki.
Ponieważ ściany nie są zbyt grube, a drzwi mało szczelne, byliśmy świadkami pewnego dialogu: Ona: „Masz jeszcze papierosy?” On: „Tak, zostało mi jeszcze piętnaście sztuk, jak mi zrobisz loda, to ci dam”. Ona: „OK”. Po kilku minutach dało się usłyszeć lekko przytłumione jęki, aż zapadła cisza. Po kilku minutach – On: „Zrób to jeszcze raz”. Ona: „To dorzuć coś”. On: „Mam jeszcze pasztet drobiowy.” Ona: „OK”.
Sytuacja i straszna i śmieszna. W tym wypadku parsknęliśmy śmiechem, bo owa dziewczyna nie stroniła od intryg, kłamstw, pomówień i w zasadzie chyba nie było nikogo, komu nie zrobiłaby przykrości.
To jedna strona medalu. Kilka tygodni temu pisałem o pięknej i czystej miłości Izy i Marcina. Tu jedno z drugim się nie wyklucza. Ze społecznego punktu widzenia detoks nie jest ani dobry, ani zły – jak pisałem wcześniej – świat w pigułce. Z medycznego to oczywiste, że jest nie tylko dobry, ale wręcz niezbędny.
Tyle, że społecznie jest to świat bez hamulców. Teraz też zacząłem od poważnego tematu powrotu do domu po próbie samobójczej, by przez czajnik, milionerów fantastów dojść do odrażającego kurewstwa.
Ale na tym gnoju co jakiś czas wyrastają piękne związki, trzeźwi ludzie i dlatego fajnie, że ten oddział istnieje. A ja wciąż wierzę, że zdecydowana większość ludzi, którzy stąd wychodzą, potrafią poukładać sobie życie. Może nie każdy za pierwszym razem, ale w końcu udaje się trafić na odpowiednią kontynuację leczenia – bo jak już wielokrotnie pisałem, detoks nie leczy z narkotyków.

Korespondencja z Piekła (9)

Poemat o warzywie

To skrajne, ale coraz częstsze objawy zażywania bardzo popularnego, łatwego do zdobycie i przyrządzenia narkotyku robionego na bazie kilku, całkiem niegroźnych składników. Czyni on większe spustoszenie w organizmie niż heroina, a zmiany, jakie wywołuje są już nieodwracalne. Człowiek bardzo szybko staje się warzywem. Tym razem nie są to dopalacze, a wycofać ze sprzedaży potrzebnych do wyprodukowania składników, ze względu na ich użyteczność – nie można.

Kiedyś obiegła świat szokująca informacja o rosyjskim „krokodylu”. Narkotyk ten powodował martwicę. Nazwali to „krokodylem”, bo zmiany skórne przypominały powłokę podobną do skóry tego gada. Niejednokrotnie kończyło się to amputacją kończyn. Czy to możliwe, że za jakiś czas obiegnie świat informacja o narkotyku pt: polskie „warzywo”?

Osiem lat temu widziałem na tym oddziale starych narkomanów w różnym stanie, na ogół kiepskim. Ale nikt nie był sparaliżowanym warzywem. Owszem, Ledwo chodzili, gadali do siebie, sprawiali wrażenie ludzi nie z tego świata, ale ogólnie funkcjonowali samodzielnie. Najstarsi mieli po pięćdziesiąt, szcześćdziesiąt lat.

Już wtedy nieśmiało mówiło się o możliwości zrobienia fajnego narkotyku z kilku niegroźnych produktów. Tak fajnego, że można się w nim zakochać. Zaczynał stawać się bardzo popularny. Obracając się w kręgu ludzi uzależnionych, wiem jak chętnie po niego sięgano. Niezbędne składniki można kupić bez recepty w aptece i w sklepie spożywczym. Przygotowanie nie wymaga ani specjalnego sprzętu, ani nie pochłania zbyt wiele czasu. Ot, dziesięć minut i gotowe. Łatwość dostępu i efekt jaki dawał pochłaniał coraz więcej ofiar.

Do jego wyprodukowania potrzebny jest niegroźny środek do odkażania ran, a gotowy narkotyk przyjmowany dożylnie prowadzi do ciężkiego uszkodzenia mózgu. Zatrucie manganem i parkinsonizm. Obie nieuleczalne. Pierwsze objawy występują po kilku, kilkunastu miesiącach, a czasami nawet latach.

Gdy cztery lata temu los ponownie rzucił mnie na ten oddział, było już dwoje pacjentów, a raczej ofiar tej substancji. Oboje mieli nie więcej jak dwadzieścia lat. Dziewczyna praktycznie nie wychodziła z pokoju, ale chłopak palił. Sygnalizował gestem, by ktoś mu tego papierosa z kieszeni wyciągnął, włożył w usta i przypalił. Spalał całego, nie wyciągając z ust…

Teraz jestem tu od trzeciego grudnia Od tamtej pory przewinęła się czwórka takich pacjentów. Dwoje pierwszych ledwo pamiętam, ale z kolejną dwójką starałem się już nawiązać jakiś kontakt. O dziewczynie wiem niewiele, chociaż nieraz siedzieliśmy razem przy jednym stoliku i niejednokrotnie jej pomagałem w prostych czynnościach. Wiem, że ma dwójkę dzieci, z wyglądu przypomina gospodynię domową. Chłopak dostał ksywkę Ślizgacz, bo jeśli zapomni balkonika, to przemieszcza się przyklejony obiema rękami do ściany i przesuwa nogę za nogą, a gdy dotrze do palarni osuwa się na krzesło, czasami w nie trafia, a czasami podnosimy go z podłogi. Jest jeszcze psychicznie w miarę sprawny, udało mi się więc zamienić kilka słów. Zaczął brać to dożylnie jakieś pięć lat temu, pół roku temu dopadł go paraliż, nie był już w stanie sam przygotować tego specyfiku, a tym bardziej wstrzyknąć. Poprosił, więc kolegę. Zapytałem go czy po detoksie nadal będzie to brał, potwierdził, że tak. Gdy skończyły się żyły na rękach i nogach, to ów kolega podawał mu zastrzyk w pachwinę. To najniebezpieczniejsze miejsce w jakie narkoman może sobie przygrzać. Usłyszałem kiedyś od starego narkomana takie zdanie „jak już nie masz żył na rękach i nogach, to zamiast w pachwinę, przypierdol sobie w czoło”. Wielu narkomanów będąc świadomi i nie zważając na niebezpieczeństwo podaje sobie zastrzyk w pachwinę. Grozi to zakrzepicą, amputacją nogi, uszkodzeniem nerwów, tętnicy biodrowej i setką dodatkowych zagrożeń.

Czerwony alarm dla Ministerstwa Zdrowia już od dawna się świeci. Powtórzę raz jeszcze: heroina jest mniej szkodliwa, niż mieszanka powszechnie dostępnych, pozornie niegroźnych składników.

Pacjenci, którzy trafiają na detoks nie są jeszcze w najgorszym stanie. Tacy, z którymi nie ma już żadnego kontaktu, leżą na innych oddziałach i nie mam pojęcia jaka jest tego skala, nikt bowiem nie zadał sobie trudu, by tę zależność zbadać. A w kraju mnożenia instytucji poprzez ich rozdzielanie, każda oddzielona komórka spycha na inną, bo po co im dodatkowy obowiązek. Tak więc specjaliści od narkomanii twierdzą, że tym powinni zając się fachowcy od lekomanów i na odwrót.

Urzędy przerzucają się pismami, a w tym czasie producenci, którym zyski szybko rosną zacierają z radości ręce. Krwawe ręce.

To makabryczne żniwo będzie nadal rosło. Zatrucie manganem może wyjść po latach. Wcale nie jest czarnym scenariuszem, że trzeźwy narkoman zapadnie na parkinsonzm mimo, że od lat jest czysty, a o krótkim epizodzie z tym specyfikiem dawno zapomniał. To nie tylko bardzo prawdopodobne, ale z pewnością takie przypadki będą. Obym się mylił i oby nigdy do tego nie doszło, chociaż jestem pewien że ofiar będzie przybywać, dopóki nie będzie kilku spektakularnych i głośnych ofiar śmiertelnych i znowu jakiś premier (ktokolwiek nim wtedy będzie) wyjdzie i powie, że zaczyna walkę z tym narkotykiem, czy tez specyfikiem – bo nikt tak naprawdę nie wie co to jest. A można to było zrobić wcześniej. W ramach jednej z tysiąca akcji społecznych, czy poprzez edukację w szkole.

Ze względu na społeczne zapotrzebowanie i brak zamienników, nie można wycofać z produkcji składników do wyprodukowania tego specyfiku. Problem należy rozwiązać inaczej. Na razie nikt się nie kwapi, no i brak pomysłu.

Rozpisałem się trochę o tym problemie, zapominając o prozie życia oddziału. „Przyszło do mnie pismo z policji z w twojej sprawie, chcą cię przesłuchać w sprawie twojej próby samobójczej” – powiedział do mnie ordynator. „Muszę więc wiedzieć, czy mam odpisać, że będziesz na oddziale i zaczekasz, czy zamierzasz jednak wcześniej się wypisać, wtedy przesłuchają cię na komendzie” – dodał. „Tym razem nie ja określam termin wyjścia, tylko pan, a ja pokornie, bez żadnych nacisków czekam, aż pan mi powie, że jestem gotów” – odpowiedziałem. „To napiszę, żeby przyjechali tutaj” – powiedział i poszedł dalej na obchód.

Pomyślałem, że nawet lepiej jeśli mnie tutaj przesłuchają, przynajmniej nie zamkną mnie w psychiatryku, bo już tu jestem, mam też nadzieję, że ordynator nie pozwoli przenieść mnie na inny oddział.

Na detoks wrócił Daniel, to właśnie on kilka tygodni wcześniej został wyrzucony za pobicie małolata. Ordynator zdecydował się przyjąć go ponownie, ponieważ jak się okazało sytuacja nie była czarno biała. Z jednej strony agresja, ale spowodowana kradzieżą. Po prostu ten małolat został po raz kolejny przyłapany na tym, że po raz kolejny bez pytania sięgnął po cudza rzecz. Nie usprawiedliwia to jednak pobicia, ale rzuca inne światło na całą tę sytuację.

Trzy tygodnie poza oddziałem i leczenie od początku okazało się wystarczająca karą. Tak się złożyło, że zakwaterowano nas razem, nie byłem tym zachwycony, bo o ile z Danielem się kolegowałem, to trudno było mi znieść uwielbiany przez niego Hip-Hop słuchany najgłośniej jak się da. Oczywiście na wstępie ustaliliśmy moje – święte – godziny pracy i czas jego muzyki połączonej z ćwiczeniami. Przerabiał w tym czasie salę na siłownię, włączał muzykę na maksa, a ja wychodziłem. Problem rozwiązał się po kilku dniach. W sali obok zwolniło się miejsce i natychmiast się tam przeniosłem. Zdążyłem zanim doszło do jakiejś kłótni i rozstaliśmy się w zgodzie.

Na oddziale jest tak duża rotacja, że niewielu jest pacjentów, z którymi jestem tu od początku. Był czas, że dosyć długo nie było przyjęć i wypisów, wtedy zdążyliśmy do siebie przywyknąć, a każde wyjście powodowało jakiś brak, stratę. Nawet gdy wymieniłem się z kimś numerami telefonów, to relacje poza detoksem są już zupełnie inne. Teraz nie mam już tego problemu, na oddziale są praktycznie sami nowi pacjenci i nie dziwi mnie nowa twarz na korytarzu.

Ale tak było zawsze, żyjemy razem, więc się mocno ze sobą zżywamy. Te detoksowe przyjaźnie są bardzo silne, tylko krótkotrwałe.

Do przeczytania za tydzień.

Korespondencja z Piekła (8)

Poemat bardzo osobisty

Jest to tekst o moich własnych emocjach i uczuciach, lękach, przemyśleniach i rozterkach. Jeśli więc ktoś zamierza komentować „weź się w garść”, „ściśnij dupę”, albo „nie użalaj się nad sobą” – niech tego nie czyta.

„Coś dziwnego masz w oczach, coś czego nie potrafię na razie zdefiniować” – powiedział ordynator podczas porannego obchodu. Zazwyczaj skupia się bardziej na tym, co wyczyta w oczach pacjenta, niż na tym co ów pacjent mówi. Człowiek, wszystko ma w oczach, a narkoman szczególnie. Dla specjalisty oko nałogowca jest jak otwarta książka napisana ogromnym drukiem. Kilkadziesiąt lat praktyki lekarza wystarczy, by jednym spojrzeniem dowiedzieć się czy ktoś coś brał, jaki ma nastrój i jakie emocje nim targają.

„To jakaś złość, wściekłość” – powiedział po kilkunastu minutach, gdy ponownie do mnie zajrzał. „Wcześniej miałeś lęk, potem nastał okres spokoju i sądziłem, że w poniedziałek już będę mógł cie wypisać, ale ten wzrok mnie zaniepokoił i zatrzymam cię jeszcze na oddziale” – dodał odchodząc. Dziwne wydawało mi się, że czuje się w miarę dobrze, może jedynie lekki smutek po wczorajszym telefonie, nic poza tym. Nie czułem złości, przynajmniej tak mi się zdawało.

Już szykowałem się na poniedziałkowy wypis, trochę szkoda, ale trudno. Obiecałem sobie stosować się do zaleceń i w pełni poddać metodom doktora Kaciuby. Wcześniej skracałem swój pobyt, zawsze coś było ważniejsze, teraz postanowiłem sumiennie czekać aż lekarz powie, jesteś gotowy, możesz iść. Takie podejście ogranicza wszelkie prognozy, bo naprawdę nie wiem czy wyjdę za tydzień, czy za trzy miesiące.

Wszyscy cierpimy, lecz nie tak samo. Jedni to w milczeniu znoszą, ale odreagowują na otoczeniu, jeśli piastują jakieś kierownicze stanowiska, to negatywne emocje – cierpienie – w jakiś sposób przełoży się na nich. Nawet nieświadomie.

Inni niby nie wspominają o problemach czy dolegliwościach, ale miną, gestem, sugestią starają się poinformować wszystkich jak to im źle, ale stawiają temu czoła. Największą grupą są ci, którzy przesadzają, oni tez najbardziej szkodzą, używają nieadekwatnie mocnych określeń na niewielkie emocjonalne turbulencje, czyli robią „z igły widły”, i robią to tak często, że zmęczone otoczenie przestaje reagować, a nawet zaczyna szydzić.

Najgorzej, gdy inni próbując umniejszyć czyjeś cierpienie mówią: a inni to mają gorzej. Nie jesteś jeszcze w tak złej sytuacji, ludzie to dopiero maja problemy itp.

Każdy ma iny próg cierpienia i inne czynniki to cierpienie wywołują. Ktoś będzie rozpaczał kilka miesięcy po tym jak zdechnie mu pies, a kto inny nawet nie uroni łzy, gdy umrze mu matka. Cierpienie to pewnego rodzaju ból fantomowy – czy możemy pocieszyć człowieka bez nogi tym, że są ludzie, którzy nie maja obu nóg, że on odczuwa tylko jeden ból fantomowy, a inni dwa. Tylko, być może ból tej jednej będzie stokroć gorszy, niż tego, któremu amputowano obie.

Jest też grupa, która szczerze opowiada o swoich uczuciach czy emocjach. Z nimi jest najtrudniej, bo automatycznie wrzucamy ich do zbioru z przesadzaczami, ignorując tym samym ich zwierzenia, Dopiero gdy coś się stanie przypominamy sobie, że ten czy ów faktycznie wysyłał sygnały. Nawet zorientujemy się, że ewidentne.

Gdy poeta napisze piękny wiersz o nieszczęśliwej miłości, wyda tomik, zdobędzie poklask, a jego utwór będzie odczytywany na różnego rodzaju akademiach. Jeśli autor tekstów piosenek napisze o codziennym trudzie, prozie życia i związanym z tym cierpieniu, piosenka zapadnie w ucho, to większość przypisze sobie wyśpiewane emocje.
Jeśli natomiast prozaik czy publicysta napisze felieton, w którym wyrazi swoje emocje, od razu naraża się na krytykę i hejt – typu „nie użalaj się nad sobą”. Prozaik o swoich „demonach” może pisać bezpiecznie jedynie w książkach, a i tu musi wsadzić je w zmyślone postacie.

Ordynator miał rację, na początku był lęk, bałem się powrotu do czterech ścian. Mieszkam sam, a to nie sprzyja walce z demonami nałogu. Chodziłem więc po oddziale walcząc z lękiem. Przecież przez wiele lat mieszkałem sam i utrzymywałem trzeźwość – tak sobie tłumaczyłem – ale zawsze koniec końców, ląduję na tym oddziale i mam już tego zwyczajnie dość. Z drugiej strony, zaczynać życie od nowa, w wieku 47 lat? Trochę brak siły, motywacji, może też ambicje już nie te. Zygmunt Kałużyński powiedział, że pisze się po to, by było napisane Znając niektóre wypowiedzi Z. Kałużyńskiego, z pewnością był to żart, a ja poważnie chciałbym pisać po to, by zostało to przeczytane i zrozumiane.

Na oddziale był wtedy duży ruch, sporo osób się wypisywało, niektórzy wmyślali jakieś niestworzone historie, a inni wprost mówili, że wyciąga ich stąd ćpanie. Tak zrobił pewien Białorusin, który wyszedł na własna prośbę w przeddzień oficjalnego wypisu. Zapytał tylko, gdzie są najbliższe apteki, żeby kupić Thiocodin. Zasmuciło mnie to bardzo, ponieważ był świetnym kumplem i naprawdę można było bardzo fajnie z nim pogadać. Zostawił mi książkę „Beksiński – Dmochowski, listy”, odeślę mu ją gdy wyjdę, lub odbierze sobie w redakcji „Dziennika Trybuna”, bo akurat w tamtych okolicach mieszka.

Teraz czuję się trochę jak pan Flory, usiłujący ukryć szpetną bliznę czy znamię. Ci, którzy czytali „Birmańskie dni” Orwella wiedzą, co mam na myśli. Blizna czasami zanika, a czasami staje się wyraźna, powiększona i wyostrzona. Pomimo wszystkich zabiegów i tak wszyscy o tej bliźnie wiedzą, ale udają że nie widzą. Ja też noszę taką bliznę jak pan Flory – moja blizną jest nałóg, nauczyłem się jednak jej nie ukrywać, ponieważ się nie da, a dzięki temu urywam „gadanie za plecami” i wszelkie plotki. Podobnie jak u Orwellowskiego bohatera, to znamię jest zmienne. Występuje w różnym natężeniu, najczęściej szpetnym i odrażającym, by potem przez chwilę stać się prawie niewidoczną szramą, o której można zapomnieć. Ale zawsze jest, z tym już się pogodziłem, odwrotnie niż pan Flory. Ale zarówno jemu jak i mnie ta blizna spieprzyła życie.

Gdy zaczął już działać Suboxon, lęk ten stopniowo malał. Ale malał proporcjonalnie z podnoszoną dawką. Kiedy byłem jeszcze na ośmiu miligramach, to wciąż bałem się, że po powrocie dni mojej trzeźwości będą policzone, teraz na 12 mg. Już ten lęk minął. Tak właśnie zadziałał na mnie Suboxon, który jest dziwnym lekiem. Z jednej strony jest to lek narkotyczny, z drugiej – nie otumania i można po nim prowadzić samochód i obsługiwać maszyny. Lek ten posiada także Nioxon – blokera, który skutecznie zniechęca do sięgnięcia po cokolwiek, nawet przed samym pomysłem. Nasłuchałem się o cierpieniach jakie przechodzili tu niektórzy, gdy wpadło im do głowy, żeby mimo wszystko coś przyjąć.

W obecnej dawce wypełnia już chyba wszystkie receptory, które domagały się stymulacji, na ośmiu miligramów miałem jeszcze ochotę na to czy tamto. Zaletą Suboxonu jest też to, że on uzależnia, więc żeby zacząć ćpać, trzeba najpierw przetrwać skręta, czyli zespół odstawienny – a to już jest naprawdę niewyobrażalne cierpienie.

Po kilku dniach od podniesienia dawki powoli lęk mijał, aż zniknął zupełnie. Owszem, wciąż nie wiem, co będę robił gdy wrócę do domu. Może już osiądę w jednym miejscu i pomogę ojcu, ale z drugiej strony, świat wzywa i przydałoby się znowu zacząć zarabiać jakieś pieniądze. Na razie jednak ten problem został przez ordynatora odsunięty w czasie. Z wypisu na razie nici, więc nadal będę pisał felietony o ludziach z tego oddziału. Tylko ten poświęciłem sobie, ale nawet gdybym tu miał siedzieć cały rok, to w każdy piątek ukazywałby się felieton o zupełnie innym człowieku, a każdy byłby pasjonujący.

Leży ze mną stary narkoman, rocznik 1957, który prowadził bardzo bujne i burzliwe życie. W latach osiemdziesiątych wysadził między innymi pomnik Lenina Mimo że politycznie jesteśmy na dwóch różnych biegunach, to postać bardzo ciekawa, jest chłopak, który wielokrotnie zdobył mistrzostwo Polski w jednym ze sportów walki, zresztą sukcesy osiągał nie tylko w Polsce. Poza tym jest spora rotacja, ciągle dochodzą nowi pacjenci, tematów więc nie zabraknie, a każdy będzie inny, jak ludzkie historie. Jedynie ten felieton poświęciłem sobie, bo miałem taka potrzebę. I nie po to jak twierdzi Kałużyński by było napisane, ale żeby zostało przeczytane i zrozumiane. Do przeczytania za tydzień.

Korespondencja z Piekła (7)

Poemat o detoksie

Nigdy nie wiadomo, na kogo popadnie. Ta choroba nie wybiera. Nie liczy się ani pochodzenie, ani status społeczny. Podczas ostatniej terapii był ze mną w grupie czynny zawodowo lekarz psychiatra, który uzależnił się od tabletek, które sam sobie wypisywał. Był również wysokiej rangi policjant. Na innej był znany artysta estradowy, a obecnie jest ze mną na detoksie chłopak, który trzykrotnie osiągną mistrzostwo Polski w jednym ze sportów walki – nie wymieniam, jaki to sport, bo ułatwiłoby to identyfikację człowieka. Nałóg może dopaść każdego. Jeśli tak już się stanie, prędzej czy później ofiara tej choroby trafi na oddział detoksykacji. Niektórzy oczywiście wybierają prywatne i płatne ośrodki, gdzie w komfortowych warunkach, metodą głaskania po głowie starają się zadowolić pacjenta. Właśnie zadowolić, nie leczyć. Dlatego większość, przynajmniej ci, którzy mają tego świadomość wybierają renomowane państwowe placówki.

Dzisiaj kilka rad dla tych, którzy po raz pierwszy wybierają się na detoks. Oczywiście, jak w każdej społeczności, panuje tu pewien niepisany kodeks. Dzięki niemu jako tako udaje się pensjonariuszom przetrwać. Przez lata pacjenci sami go wypracowali, chociaż mimo to bywają też zgrzyty.

To, co poza szpitalem przechodzi bezkarnie, tutaj bywa zbrodnią przeciwko niepisanemu kodeksowi oddziału.

Jest kilka zasad, które przestrzegamy wszyscy i każdy nowo przybyły powinien się do nich zastosować, czyli wbić sobie do głowy. Jeśli się to zrobi, to grupa przyjmie go i będzie mógł liczyć na pomoc, pożyczenie kilku papierosów, słodycze, kawę itp. Niektórym jest łatwiej, bo zostali tak wychowani, innym trudniej, bo tego wychowania zabrakło.

Wiadomo, że każdy detoks ma swoje normy, ale znam jedynie te lubelskie z Abramowic. Sądzę, że akurat te są uniwersalne w każdej takiej placówce.

Najgorzej jednak mają nieświadomi osiemnasto–dwudziestokilkulatkowie. Przyjeżdżają zazwyczaj z matką, która ścieli im łóżka, a oni w tym czasie wyklinają ją zerkając jednocześnie ukradkiem czy inni pacjenci to słyszą? Czy słyszą, jakimi są „twardzielami”? Wydaje im się, że w ten sposób zdobędą szacunek. Jest odwrotnie. Zazwyczaj wygląda to tak: „Kurwa! Jak rozkładasz to pierdolone prześcieradło, nie widzisz kurwo, że źle”. To jedynie fragment potoku przekleństw płynących wartko w stronę biednej kobiety. Gdy zapłakana matka wyjdzie już z oddziału, wchodzą dumni na palarnię spodziewając się aplauzu Są pewni, że zdobyli szacunek. Znowu pomyłka, bo jest wręcz przeciwnie. Starzy narkomani zazwyczaj szanują swoich rodziców, na pewnym etapie dotarło do nich, jaką krzywdę im wyrządzili. Bywają tu także dzieci przemocowców, ale nie epatują swoją niechęcią do rodziców. Dlatego będąc świadkiem takich scen wszyscy gotujemy się z wściekłości. Taki małolat raczej nie znajdzie kumpla, a każdy w miarę możliwości uczyni mu jakąś delikatną przykrość. Ot, nie poczęstuje czekoladą, zjadając przy nim całą tabliczkę, czy też odmówi papierosa lub kawy.

W zależności od składu, który akurat przebywa, czasami dostają szansę na poprawę, bo wiadomo, że to maska, która ma z nich zrobić „twardzieli”. Ostatnio wyglądało to tak. Kiedy taki wulgarny małolat wszedł do palarni, zaprosiliśmy go do stolika. Był z nami Marek, kuty na cztery łapy facet, który miał odsiedziane siedem lat w kryminale. Poprosiliśmy, więc małolata, by z nami usiadł, prowadziliśmy zwykłą rozmowę, a do niego zwracaliśmy się uprzejmie. W pewnym momencie Marek zaczął swoją opowieść, fikcyjną oczywiście, ale ekspresja, z jaką mówił nadała temu wiarygodności. Opowieść brzmiała mniej więcej tak: „Pamiętam, jak kiedyś matka przywiozła na detoks jakiegoś małolata. Widać, że zero szacunku dla matki Pościeliła mu łóżko, on coś klął, że źle to robi, ale jej nie wyzywał. Gdyby jeszcze to doszło, skończyłoby się znacznie gorzej”. Barwnie opowiedział, jak ów gówniarz przez cały pobyt miał przechlapane. Naszemu młodzieńcowi papieros zaczął drżeć w dłoni. Poszedł do sali, przykrył się kocem i więcej do palarni nie wychodził. Jedynie ukradkiem do łazienki. Przerażony był bardzo, postanowiliśmy, więc lekko go odstresować,.

Dostał już nauczkę i wystarczy. Teraz trzeba zrobić coś, by przestał żyć w strachu, bo to nie pomaga leczeniu.

Następnego dnia był spacer, to dobry moment by z nim pogadać. Zrezygnował jednak z przechadzki, a gdy przyszedłem namówić go, leżał skulony pod kocem, zaproponowałem mu wspólne wyjście. Skulił się jeszcze bardziej i powiedział: „Co, bić mnie będą?”. Na nic zdało się tłumaczenie, że nic mu ni grozi. Następnego dnia z tą samą propozycją poszedł Marek, zanim jednak zaczął coś mówić wyciągnął do niego rękę, małolat cofnął się instynktownie i wkulił w kąt łóżka, po chwili jednak wynurzył się spod koca i podał rękę. Tym razem dał się namówić na spacer. Podczas przechadzki kilku starszych pacjentów, wytłumaczyło mu, kim jest matka, jak wiele jej zawdzięcza, że należy ją szanować, że gdy już umrze będzie żałował każdego złego słowa wypowiedzianego w jej kierunku. Rozmowa była spokojna, a chłopak chyba wziął sobie ją do serca, przestał się bać, okazał się fajnym kolegą, a gdy przyjeżdżała matka, już nikt nie usłyszał skierowanego ku niej wulgaryzmu. Nie wierzę w jakąś magiczną metamorfozę, nie sądzę, że w domu coś się zmieni, ale przynajmniej tutaj – być może ze strachu – zupełnie zmienił do niej podejście. Co będzie dalej, po jego wyjściu, tego już raczej się nie dowiem. Chociaż po cichu mam nadzieję, że ten wstrząs przyniesie jakiś skutek – mam nadzieję, ale specjalnie w to nie wierzę.

To pierwsza reguła, dotycząca w zasadzie tylko małolatów. Druga to uczciwe przyznanie się do tego, co skłoniło do przyjazdu na ten oddział, czyli krótko mówiąc, co kto brał, od czego jest uzależniony itp.

Tutaj kłamstwo wychodzi momentalnie, pacjenci w szybko się zorientują, gdy ktoś ściemnia. Jeśli ktoś twierdzi, że jest uzależniony od heroiny, bo sądzi, że będzie wyżej w tej narkomańskiej hierarchii, a tak naprawdę uzależniony jest od mefedronu czy leków, to zamiast podnieść swój prestiż stanie się niewiarygodny, a nawet jeszcze trochę się z niego pośmieją. Wiarygodność na detoksie ma wymierną wartość Będąc wiarygodnym można liczyć na życzliwość i pożyczkę, gdy czegoś zabraknie. Oczywiście pożyczki trzeba tutaj sumiennie oddawać. Naprawdę warto być szczerym i nie ma tu żadnej gradacji na uzależnionych od heroiny, morfiny, amfetaminy, mefedronu czy leków. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku i narkotyki nie wartościują tutaj pacjentów. W ogóle nie warto kłamać. Narkomani są w tym mistrzami i ściema szybko zostanie wyłapana, a łatka kłamcy będzie towarzyszyła pacjentowi do końca, pobytu. Dlatego osoby o cechach narcystycznych, megalomani i mitomani mogą mieć kłopoty, jeśli nie będą umiały przyhamować tych cech. Inaczej, wyłapane kłamstwo będzie publicznie przypominane do końca jego pobytu. Sytuacja mało komfortowa.

Trzecią bardzo ważną cechą jest asertywność. Mając nawet nadmiar czegoś, nie należy się z tym afiszować i rozdawać na lewo i prawo. Każdy poczęstunek powinien być opatrzony odpowiednio nieprzychylnym komentarzem. Po jakimś czasie zorientujemy się komu warto pomóc, a komu nie. Kto przychodzi codziennie po kawę czy cukier, a kto zrewanżuje się przy najbliższych zakupach. Dlatego na początku należy postawić stanowcze granice. Jeśli narkoman wyczuje wahanie, to nie odpuści i będzie tak namolnie prosić, że doprowadzi do szału i najczęściej osiągnie swój cel i wyłudzi co tylko chce. Odmowa powinna być stanowcza, bez wdawania się w dyskusje. Bywają tacy, którzy przychodzą po krem do twarzy: ”Tylko troszkę, bo się skóra łuszczy”. Po chwili cały oddział będzie stał w kolejce po ten krem, a nowy pacjent patrzy przerażony jak znika zawartość pudełka. O papierosach nawet nie wspomnę – tu postawiłem jasną granicę: nie częstuję, ale mogę pożyczyć do najbliższych zakupów. Nie zdarzyło się by ktoś nie oddał.

Kolejną niewybaczalną rzeczą jest kradzież. To najgorsze tutaj wykroczenie. Nawet, jeśli są w grupie osoby, które same kradną, to pierwsze ukamienują przyłapanego złodzieja. Niedopuszczalna jest kradzież cukierka, bibułki do papierosów. Przyłapany złodziej jest natychmiast werbalnie linczowany i zwykle karnie wyrzucany z oddziału. Opisałem niedawno historię dziewczyny przyłapanej na kradzieży papierosów, tylko niesamowitym fartem udało jej się zostać na oddziale. Duży wpływ na to miało zdarzenie z poprzedniego dnia, gdy wyleciał chłopak za pobicie innego pacjenta. Uznano, że jednak ciężar gatunkowy jest znacznie mniejszy i postanowiono poczekać na decyzję ordynatora. Gdyby nie ten incydent, z pewnością by wyleciała.

Na detoksie nawet złodziej nie toleruje drugiego złodzieja, a przyłapanej osobie dorzucają jeszcze te słodycze, które sami zawinęli i zazwyczaj oni najgłośniej krzyczą, by wyrzucić takiego złodzieja.

Najprościej jednak nie kraść, a stosując się do wcześniejszych wskazówek, nawet gdy czegoś brakuje, znajdzie się ktoś, kto chętnie pożyczy. Trzeba jedynie znać umiar. Tutaj bardzo wyraźnie wychodzi wychowanie. Młodzińscy między 18, a 25 rokiem życia przywykli do tego, że mogą sobie brać co tylko chcę – bo tak ich nauczono w domu. Leży jabłko, a ma akurat ochotę, to weźmie jabłko. Jeśli potrzebuje bibułkę do papierosa, czy nawet papierosa, to bez żadnych skrupułów sięgnie do szafki sąsiada. Z tego właśnie powodu oberwał w zęby dzieciak, o którym kiedyś wspominałem. Pomimo kilku upomnień, wciąż zachowywał się, tak jak go wychowano, czyli co potrzebował, to bez pytania brał. Inny pacjent się wkurzył i dał mu w zęby, za co z oddziału wyleciał. Agresja jest tu karana w jeden sposób – usunięciem z oddziału.

To tylko kilka podstawowych zasad funkcjonowania na tym oddziale. W sumie są to cechy bardzo ludzkie, jednak narkotyki rozhamowują i ukazują człowieka takim, jaki jest. Bardzo pasuje tu trawestacja fragmentu „Martwych Dusz” Gogola: „Jeden u nas porządny człowiek, narkoman, ale ten też świnia”.

Stosując się do powyższych zasad, można spokojnie skupić się już tylko na leczeniu.

Korespondencja z Piekła (5)

Poemat o miłości

 

Mógłby doktor dać na święta trzydziestkę Metadonu więcej – powiedział do mnie jeden z pacjentów, o wyglądzie wielkoluda, pod którym, aż skrzypnęło krzesło w momencie, gdy siadał. Początkowo myślałem, że to żart, ale jego mimika i intonacja temu przeczyły. Cholera, on to mówi serio – dotarło do mnie po chwili. Matka zawsze kupuje jakąś lepszą wódkę z tej okazji, jakiegoś Pana Tadeusza, albo droższą i pozwala pić ile chcę, a ja chciałbym tu tylko trzydzieści mililitrów więcej Metadonu – mówi zasępiony.

Przecież to lekarstwo, a leków raczej nie rozdaje się w prezencie, a na pewno nie na tym oddziale. Na bajzlu jedynie, jeśli diler ma taką fantazje, to może kopsnąć ci centa helupy (heroina) więcej. Poza tym i tak dostajesz 160 ml dziennie, chodzisz półprzytomny, zasypiasz na krześle i normalnie jesteś naćpany. Nawet przy twoich dwóch metrach i 150 kg to olbrzymia ilość. Wcale się nie zdziwię, jeśli lekarz będzie pomału zmniejszał dawkę. Z sadystyczną dokładnością wytłumaczyłem mu całkiem możliwa przyszłość. – Nie, nie zmniejszy, przecież jestem na programie – odpowiedział. – Tak, ale właśnie po to raz w roku metadonowi kładą się na oddział, żeby lekarz mógł ocenić działanie poprzednio zapisanej dawki. Jeśli uzna, że chodzisz naćpany, to ci zmniejszy. To lek, a nie napój rekreacyjny – nie odpuszczałem, chociaż jego zasępiona mina lekko mnie przyhamowała i postanowiłem delikatnie zmienić temat. – Wyobraź sobie tych, którzy Metadonu nie piją? To, co, powinni domagać się trzech Clonazepamów więcej? Albo ja, biorę jedynie jeden Suboxon ósemkę i to rano? Fajnie byłoby dostać też wieczorem. Prawda? – zapytałem. – Niby tak – odpowiedział. – Ale co mu szkodzi ta trzydziestka – dodał olbrzym, powoli podnosząc się z krzesła. Widać było wyraźnie, że wciąż nie może się pogodzić ze swoją dawką. Lepiej bym się poczuł – dodał wychodząc, dziwnie długo akcentując pierwszą sylabę słowa „poczuł” – tak jakby chciał wziąć mnie na litość, chociaż nie mam żadnej mocy sprawczej, by tę dawkę mu zwiększyć. – Wydaje mi się, że ciągłym chodzeniem do doktora i domaganiem się tej trzydziestki tylko pogorszysz swoją sytuację, bo gdy podejdziesz do niego naćpany, to może ją zmniejszyć. – To nie naćpanie, dają mi też Haloperidol – powiedział znowu dziwnie akcentując pierwszą sylabę ostatniego słowa. – Co? – nie mogłem uwierzyć. Haloperidol, to lek, który daje się agresywnym pacjentom, lek, który paraliżuje ciało, pozostawiając mózg w pełnej świadomości. A przecież olbrzym normalnie funkcjonuje. To nie że być Haloperidol – upierałem się przy swoim. Widziałem pacjentów, którzy padali na posadzkę po jednym zastrzyku. – Stosuje się go wobec osób agresywnych – wciąż nie mogłem uwierzyć. – No właśnie – (teraz akcent padł na „łaś), dlatego jestem taki spokojny. Pójdę już, powiedział, ale po tej trzydziestce poczułbym się lepiej.

– Tu akurat masz rację, z pewnością poczułbyś się jak w niebie – zdążyłem jeszcze powiedzieć nim wyszedł z sali.

Mnie to już nie dotyczy, przechodzę na program i będę brał jedynie Suboxon, czyli Butronorfinę. Poza tym nie dostaje żadnych innych leków. Prawdopodobnie będę na to skazany już na całe życie. Prawdopodobnie, bo jak będzie? Czas pokaże. Mam już jednak dość wiecznego szarpania się z nałogami, ciągłych powrotów na jakieś odtrucia czy detoksy, kolejnych terapii, po których jakiś czas utrzymuję trzeźwość, by znienacka rozwalić wszystko. Dosłownie i w przenośni.

Detoks dla narkomanów to specyficzny oddział, często mylony z leczeniem uzależnień czy nawet terapią. Pacjenci zresztą sami chętnie utwierdzają bliskich w tym przekonaniu. Rodzina zwykle im wierzy, a odwirowany pacjent z lekko podreperowanym zdrowiem i wypisem w ręku zasuwa do najbliższego dilera.

Jeżeli jest to osiemnasto-, dziewiętnastoletni dzieciak – to rodzice natychmiast wysyłają cały stos donosów do dyrekcji szpitala, w których domagają się wyciągnięcia konsekwencji wobec ordynatora. Bo przecież miał wyleczyć ich dziecko z narkotyków. Nikt im tego nigdy nie obiecywał, ale takie jest właśnie powszechne myślenie. Nawet nie zadali sobie trudu, by zapytać na czym ten detoks polega. Ale powaga kompleksu szpitalnych budynków tworzy w głowach pewną imaginację z pogranicza magii i medycyny, przed którą nie sposób nie poczuć respektu.

Drodzy rodzice, opiekunowie oraz nieświadomi pacjenci. Detoks nie jest terapią, to jedynie pierwszy krok. Detoks leczy tak zwany zespół abstynencyjny, czyli zwykły, narkomański głód lub heroinowego skręta, czasami też alkoholowego kaca, chociaż dla alkoholików jest osobny oddział, to mimo wszystko czasami tu trafiają. Nic więcej. Ale leczy to, z czym uzależniony sam nigdy sobie nie poradzi. Owszem słyszałem różne historie o kozakach, którzy samodzielnie się wyzerowali. Jednak po przekroczeniu tej cienkiej, niewidzialnej linii samemu dokonać tego się nie da. Jest to niemożliwe. Sam też wielokrotnie próbowałem. A to zmniejszałem dawki, chcąc dojść do zera, a to radykalnie z dnia na dzień odstawiałem. Rezultat jest taki, że co kilka lat ląduje w tym szpitalu, gdzie jakimś cudem przywracają mnie do życia. Nałogowiec nie ma silnej woli, w tej chorobie coś takiego nie istnieje. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej. Na ten oddział zgłaszają się ludzie uzależnieni od wszystkich substancji. Od alkoholu po heroinę. Niektórzy z tzw. uzależnieniem krzyżowym bądź mieszanym – czyli od kilku środków jednocześnie. Zgłaszają się w różnym stanie i nie będzie przesadą, jeśli napisze, że doktor Andrzej Kaciuba ratuje życie porównywalnej liczbie niedoszłych umrzyków, co przeciętny OIOM w dużym mieście. Potwierdzi to zresztą prawie każdy narkoman, który tutaj przebywał. Dopiero po detoksie, czyli oczyszczeniu, odwirowaniu – można myśleć o jakiejś terapii.

Wybór w Polsce jest skromny i najczęściej odsyłają do różnych anonimowych klubów, które według stereotypu, jako jedyne zajmują się leczeniem. Niektórzy przypomną sobie, że istnieje coś takiego jak MONAR, ale są też specjalne przychodnie NFZ, oddziały przyszpitalne z wysoko wykwalifikowanym personelem, które pod kontrolą lekarza zajmują się leczeniem. Dochodzę pomału do wniosku, że każdego można wyleczyć, musi jedynie trafić w odpowiednie dla siebie miejsce. Kilka lat temu, pewna terapeutka z MONARU uznała, że jestem opętany i załatwi mi egzorcyzmy – to nie jest żart, są też tacy terapeuci. Dlatego proponuję przejść tę koszmarną drogę poprzez państwowe placówki. Chociaż to syzyfowa praca, ale wystarczy wmówić Syzyfowi, że celem jego życia jest samo toczenie kamienia, a nie wtoczenie na górę i życie nabiera sensu. Jak zwykle wymądrzam się, a sam nie mam już siły pchać tego kamienia. Nie mam jednak wyjścia. I zrobić coś muszę.

 

Iza

Nie da się nie zwrócić na nią uwagi. Wyjątkowo piękna i zgrabna dwudziestodziewięciolatka. Jest stałą pacjentką tego oddziału. Zapytałem ją, co tutaj robi. Przecież musi być świadoma swojej urody. Wykorzystując ten atrybut mogłaby brać najlepsze narkotyki na pokładzie luksusowego jachtu gdzieś w okolicach Lazurowego Wybrzeża. Kieruje mną miłość – odpowiedziała – po prostu kocham Marcina. Ich związek już dawno mnie fascynował, znam Marcina od dziecka, ma 45 lat. Widywałem, więc ich również poza szpitalem. Marcin także jest uzależniony, też bierze Metadon, ale nałóg trwale odcisnął swoje piętno na jego wyglądzie. Iza, szesnaście lat młodsza, od dziesięciu lat uzależniona jest od heroiny, cztery lata na programie metadonowym, a mimo wszystko narkotyki nie narobiły specjalnych szkód w jej wyglądzie. Kilka dni temu Marcin zadzwonił na detoks i powiedział, że zginęła mu jedna buteleczka Metadonu – to dzienna porcja. Iza bez wahania zadzwoniła do punktu, w którym jest on wydawany, że chce mu oddać swoją porcję, której nie weźmie w szpitalu. Oczywiście z przyczyn moralno-formalno-prawnych było to niemożliwe. Stawała jednak na głowie, by w jakiś sposób stąd – z oddziału – zdobyć mu ten Metadon.

Jego brak, to dla heroinisty katorga, niewyobrażalne cierpienie – tym bardziej, że Iza bierze go od czterech lat.

Ten związek zaintrygował nie tylko mnie. Pewna studentka postanowiła napisać o nich pracę magisterską. Gdy ją obroniła zaprosiła oboje na wystawny obiad.

Marcin odwiedzał Izę na detoksie. W dniu, gdy się go spodziewała, wyczekiwała w oknie. A gdy już się pojawił, nawet w wypełnionej świetlicy, wydawali się być sami.

Zapytałem kiedyś Izę, czy jest szczęśliwa, bo ma taką aurę jakby była? – Czy można być szczęśliwym mając HIV i HCV? – zapytałem. Nie zarazili się od siebie, ot zwyczajnie używali w większej grupie jednej strzykawki.

– Można – odpowiedziała pewnie i spod stanika wyjęła zdjęcie Marcina – zawsze je ze sobą noszę powiedziała. – Jeśli Marcin umrze wcześniej niż ja, to ogolę głowę i pojadę do aśramu dla wdów. Jestem szczęśliwa, bo mam miłość – dodała.

O Marcinie mówi mąż, chociaż w myśl polskiego prawa małżeństwem nie są, wzięli ślub hinduistyczny, a swój związek oddali Krisznie.

Iza, podobnie jak Gacek opuściła już oddział. Oboje z Marcinem wyrazili zgodę na publikację ich prawdziwych imion. Mam jednak wątpliwości, czy je zmienić czy też nie. W pięćdziesięciotysięcznym mieście nietrudno domyślić się, o kim jest ta opowieść. Z drugiej strony, chciałbym utrwalić to uczucie w jego oryginalnej formie, a jakakolwiek ingerencja naruszy tę magiczną przestrzeń. Są szczęśliwi, a wielu ludzi tego szczęścia im zazdrości. Publikując prawdziwe imiona, naraziłbym ich na taką właśnie zawiść. Cóż, mam dylemat? A Ty drogi czytelniku – nie masz pewności czy imiona są prawdziwe czy też nie.

Korespondencja z Piekła (4)

Poemat o Gacku

 

„C o słychać bracie?” – zagadnął do mnie ksiądz, którego obwód w pasie zbliżony był do obwodu warszawskiego ronda de Gaulle’a. „Nie jesteśmy braćmi” – odpowiedziałem mało uprzejmie, na tyle mało, że rondo zamarło na chwilę w bezruchu. „Ależ forma brat/siostra przyjęta jest także wśród osób świeckich” – odpowiedział. „Tak, ale jedynie wśród osób bliskich, choć najczęściej w kontaktach z bazarowymi naciągaczami, bo to zazwyczaj taki naciągacz, poklepując klienta mówi – będziesz bracie zadowolony z zakupu. To skraca dystans i tworzy pozory zażyłości, numer stary jak świat i jego pierwszy bazar, a jednak wciąż działa” – skonstatowałem. „Proszę mnie również nie określać osobą świecką – dodałem – bo to słowo pochodzi z waszej, kościelnej nomenklatury, z którą nic mnie nie łączy. Ani braterstwo, ani siostrzeństwo, ani świeckość, ateizm czy agnostycyzm. Nie jestem antykrasnoludkiem, jedynie dlatego, że krasnoludków nie ma. Nie chodzę po ulicach mówiąc, że nie wierzę w krasnoludki, bo wiem, że podobnie jak boga – jakkolwiek pojmowanego, że tak użyję neofickiej formy – również nie ma”. Na tym skończyła się moja rozmowa z lokalnym kapelanem szpitala neuropsychiatrycznego w Lublinie, na którego przypadkiem wpadłem idąc na palarnię. „Możemy mówić sobie po imieniu, używać grzecznościowej formy pan/pani, ale najlepiej jak w ogóle nie będziemy zwracać na siebie uwagi” – odpowiedziałem i zgodnie z zasadami ruchu drogowego, skręciłem w lewo, by na przedostatnim zjeździe odbić w prawo na świetlicę, gdzie znajduje się palarnia.
Powoli tracę przywileje, które z racji uprawianego zawodu, były niezbędne by pisać ten cykl. Zaraz wrócę, na korytarzu jakaś poważna awantura. Zobaczę co się dzieje. Już jestem. Minęły prawie dwie godziny, spieszę więc zrelacjonować wydarzenia tych kilkudziesięciu minut.
Przyłapano dziewczynę na kradzieży papierosów. Niby nic wielkiego, ale okradła inną dziewczynę, częściowo sparaliżowaną, z objawami parkinsonizmu po sudafecie. Zrobiła się ogromna awantura, dowody były tak oczywiste, że przyłapana nie miała możliwości by się wykręcić i musiała się przyznać.
Przez prawie dwie godziny trwała dyskusja, co z tym pasztetem zrobić. Z jednej strony powinna wylecieć jak agresor, który pobił poprzedniego dnia pobił chłopaka, z drugiej jednak waga przestępstwa jest znacznie mniejsza. Przypomniano przy okazji wszystkie wyimaginowane i prawdziwe kradzieże. Dziewczyna odegrała kilka tanich scen, że jeśli jej nie chcemy, to natychmiast opuści oddział i teatralnie wychodziła ze świetlicy informując, że idzie się pakować, by po chwili wrócić i błagać o kolejną szansę. Oczywiście, jak to na takich zebraniach bywa, każdy ma masę różnych rzeczy do powiedzenia. Niekoniecznie na temat, ale grunt to zabrać głos. Im krzykliwiej tym lepiej, a jeśli nie dotyczy to żadnej sprawy, to już idealnie. Stanęło w końcu na tym, że złapana złodziejka prześpi się na korytarzu, a decyzję w jej sprawie podejmie jutro sam ordynator. Faktycznie, żal byłoby wyrzucać na mróz i zaśnieżoną ulicę 33 letnią dziewczynę. To prawda ze złamała jeden z głównych punktów regulaminu, ale ciężar gatunkowy kradzieży i pobicia jest nieporównywalny. Włączyłem się w końcu do dyskusji, mówiąc, ze jeśli pozwolimy jej zostać, nic w tym czasie nie zginie, ponieważ sama nic nie ruszy, a jednocześnie będzie pilnować, by nikomu ni nie zginęło, ponieważ wtedy odpowiedzialność spada na nią. To również ciekawa postać, do której zapewne kiedyś wrócę.
Przez jakiś czas sądziłem, że wszystkie dotychczasowe awantury o pączka, bułkę, ciastka, paluszki czy bibułkę do papierosów miały jedynie odwrócić uwagę od kradzieży właściwych. Wystarczy pobiec do terapeuty z dobrze udawana wściekłością, powiedzieć, że ktoś ukradł czekoladę, a chwilę wcześniej buchnąć markowy zegarek i podać wspólnikowi przez okno. Oddział mieści się na parterze, więc nawet kraty przez które można podać flaszkę, nie stanowią problemu. Jednak – poza wspomnianymi pierdołami nikt nie zgłaszał kradzieży – więc teoria się sypnęła.
Życie jednak płata figle. Po zakończeniu serii felietonów „Z dna” publikowanych na portalach strajk.eu, lewica.pl, wolnemedia.com i dziesiątek innych, które nie zawracały sobie głowy kurtuazyjnym pytaniem o zgodę na wykorzystanie treści moich felietonów (ale niech tam, niech idzie w świat myśl nowa blaski promiennemi), po wydaniu książki o tym samym tytule i dziesiątkach (jak nie setkach) publikacji, spotkań autorskich i pogadanek w różnego rodzaju stowarzyszeniach i organizacjach, obiecałem sobie, że ponieważ temat wyczerpałem, to więcej o uzależnieniach pisać nie będę. Trudno jednak przebywać na detoksie, w oku cyklonu narkomanii i ten temat pominąć. Spróbuje jednak jakoś się z tym uporać pisząc jak najmniej o narkotykach i alkoholu, a bardziej skupię się na ludziach, ich relacjach i lokalnych zjawiskach.
Głównym bohaterem tego felietonu będzie Gacek. Jest to postać na tyle ciekawa, że wcale się nie zdziwię, gdy niebawem powstaną o nim poważne prace naukowe – od magisterskich, po dysertacje doktorskie. Ale po kolei.

 

Gacek

Jeżeli istnieje coś takiego jak narkocelbryta, to w Lublinie jest nim z pewnością Gacek – rocznik 77. Poznałem go wiele lat temu, gdy pierwszy raz leżałem na tym detoksie, potem spotykałem go tam niemal za każdym razem. Widywaliśmy się również w miejscach, gdzie się handluje towarem, albo pod punktem metadonowym. Niewątpliwie wyróżnia się wyglądem starego punka, z irokezem. Obcina się tak od 15 roku życia i nigdy fryzury nie zmienił. Od tamtego czasu zaczął też ćpać. Zaczęło się jednak od problemów z alkoholem. Wyprowadził się wtedy od rodziców i mimo że był nieletni, zamieszkał w Tomaszowie Lubelskim. Tam zajął się dochodową produkcja kompotu – czyli polskiej heroiny. Wiodło mu się dobrze, ale męczyła go stałość, wrócił do Lublina i znalazł skłot. Wyremontował budynek i w nim zamieszkał. „Dobrzy” ludzie postanowili mu go jednak spalić. Znowu był w punkcie wyjścia, zamieszkał na ulicy. Utrzymywał się z żebractwa, sprzedawał swoje rysunki i obrazy. Nawet nieźle mu szło, był utalentowanym malarzem, planował studia w tym kierunku, ale zawalił egzaminy. Po trzyletnim pobycie na lubelskich ulicach, skorzystał z zaproszenia znajomego i zamieszkał w jego domu. Teraz, gdy jego matka podupadła na zdrowiu wprowadził się do niej, by w miarę możliwości jej pomóc. Mimo, że ma gdzie mieszkać, to i tak częściej można spotkać go na ulicy lub na detoksie niż u matki. Mam wrażenie, że te dwa miejsca są jego prawdziwym domem. Przez jakiś czas, gdy jeszcze był bezdomny, doktor Kaciuba wziął go pod swój dach, żeby pokazać mu inne życie, rozbudzić ambicję – gdyby się udało, byłoby z pewnością sukcesem terapeutycznym. Ale Gacek jest niereformowalny, wiecznie uśmiechnięty lub lekko śnięty – zależy co akurat wziął. Mimo, że ma 41 lat, wciąż nosi irokeza z wyglądem i stylem starego punka. Ludziom w jego wieku taki image, raczej nie pasuje, wydają się śmieszni, on odwrotnie. Wygląda dosyć młodo, na pewno nie na tyle lat, co ma naprawdę. Zapytałem go, czy podjął kiedykolwiek leczenie, uśmiechnął się i powiedział, że tak. Postanowił zmienić swoje życie i pojechać do ośrodka w Krakowie. W Warszawie miał przesiadkę i umówił się tam z koleżanką. Przyszła punktualnie, a na pożegnanie przyniosła 20 centów heroiny. Przyćpali do następnego pociągu i wszystkich kolejnych, które w kierunku ośrodka jechały. Ćpali kilka dni, po których wrócił w miejsce gdzie czuł się najlepiej, czyli do Lublina, a o ośrodku zapomniał.
Znam wielu narkomanów w jego wieku i nawet młodszych, którzy wyglądają znacznie starzej, dużo gorzej, a wszelkie choroby, które zwykle maja widać z daleka. Gacek ma zarówno HIV jak i HCV. Zapytałem w jaki sposób utrzymuje się w tak świetnej formie, odpowiedział, że nie bierze retrowirusów. Ale przecież one podtrzymują życie, dzięki nim nosiciele mogą w miarę normalnie funkcjonować do późnej starości – dopytywałem. To spójrz na nich i na mnie – odpowiedział ze śmiechem. Nie chciałem być niemiły, ale znam kilka osób, które wyglądają świetnie mimo tej paskudnej choroby, chociaż są znacznie młodsi od Gacka. Między innymi Iza, która będzie bohaterką kolejnego felietonu.
Gacek przesiedział łącznie ponad siedem lat. Raz nawet próbował uciekać. Niewiele brakowało a osiągnąłby cel, tylko zawisł na drutach i strażnicy więzienni otworzyli do niego ogień. Po chwili został otoczony i w tym miejscu skończyła się ucieczka. Pechowe druty – skwitował ze śmiechem.
Największym jego marzeniem jest powrót do malarstwa i rysunku. Twierdzi jednak, że to niemożliwe, brak synchronizacji rąk i problem z błędnikiem eliminują precyzję. Marzenie pozostanie więc niezrealizowane – dodaje.
Gacek utrzymuje się z renty, dostaje niecałe 1100 złotych miesięcznie. To jedyny jego dochód, nie handluje towarem, żyje skromnie i w zasadzie nikt – nawet on sam nie wie – dlaczego jest takim lubelskim ćpuńskim celebrytą.
Skończyliśmy rozmowę na jakiś kwadrans przed wyjściem Gacka z oddziału. Spotkamy się pewnie jeszcze niejednokrotnie. Jestem na programie i biorę subotex. Wydają go w tym samym miejscu co metadon, który z kolei utrzymuje przy życiu Gacka. Chciałem napisać, że jeszcze nie raz spotkamy się na detoksie, ale mam nadzieje więcej tu nie trafić. Przynajmniej w roli pacjenta. Gacek jednak – ze względu na metadon – raz w roku musi przeleżeć tu kilkanaście dni…

Korespondencja z Piekła

Raport z dektoksu.

 

29 we czwartek połknąłem 40 tabletek relanium, które następnie popiłem litrem wódki.

Nie byłoby to jeszcze najgorsze, w szczytowych okresach zażywałem ponad 250 różnych tabletek w ciąg doby. Tu najgorszym było to, że te 40 rolek popiłem litrem wódki.

Ponieważ wciąż utrzymuję kontakt z ordynatorem lubelskiego detoksu, w przypływie świadomości zadzwoniłem do niego. Doktor Kaciuba był przerażony. Kazał niezwłocznie jechać na toksykologię. Nie wiem czy to on, czy Alina Leciejewska – również fantastyczna terapeutka, któreś z nich zadzwoniło najpierw na pogotowie, ale niewiele uzyskali i zadzwonili na policję mówiąc o tej sytuacji. Przyjechało dwóch bardzo sympatycznych funkcjonariuszy i zawieźli mnie do Lublina. Po trzech dniach na toksykologi wyszedłem na własna prośbę i dwa dni później zgłosiłem się na lubelski detoks, gdzie ordynatorem jest dr. Andrzej Kaciuba.

 

Detoksu dzień pierwszy

Mimo, że doskonale znam ten oddział, zawsze jadę tam z pewna obawą. Nigdy nie wiadomo kogo się tam spotka, na jakich ludzi trafi, czy na zgraną, fajna ekipę starych ćpunów, którzy rozpaczliwie walczą o życie, czy też na kreatury kradnące wszystko i usiłując podporządkować sobie oddział terrorem wprowadzając więzienne zwyczaje.

Podczas pięciu czy sześciu poprzednich moich pobytów, z niewielkimi wyjątkami atmosfera była fantastyczna. Oczywiście te relacje z czasem się pourywały, ale pozostały bardzo ciepło w pamięci.
Kilka miesięcy temu, podczas prywatnej rozmowy z doktorem Kaciubą, opowiadał jak zmienił się klimat na oddziale. Porównał to nawet do amerykańskich filmowym made in Hollywood. Przyczyny upatruje w chęci dominacji, więziennej hierarchii przyniesionych tu przez pacjentów z całej Polski. Lubelski detoks znany jest z tego, że przyjmuje wszystkich, nie odmówi pomocy nikomu. Tu przyjmują nawet tych z wilczym biletem, takich, których nikt już w Polsce przyjąć nie chce.

Oczywiście, nigdy nie brakowało ludzi z kryminalną przeszłością, ale teraz brakuje ludzi z zasadami.

Ewenementem tego oddziału jest również rozdźwięk pomiędzy salami dla pacjentów, a tymi dla personelu. Myli się jednak ten, kto sądzi, że to gabinety są wypasione, a sale ubogie. Bardziej skromnych pomieszczeń personelu każdego szczebla nie widziałem nigdzie.

Gabinet ordynatora ma jakieś półtora metra szerokości na niecałe trzy długości i tak naprawdę bardziej przypomina schowek na mopy, niż gabinet poważnego ordynatora jedynego takiego oddziału w województwie. Gdy tylko wyszedłem z toksykologii, natychmiast zadzwoniłem do Kaciuby. Kazał mi natychmiast przyjechać na oddział. Tak też zrobiłem, karnie stanąłem pod doskonale znanymi mi drzwiami, nacisnąłem dzwonek i czekałem. Ordynator pojawił się po chwili. Po załatwieniu formalności, pierwsze kroki skierowałem do świetlicy – palarni. Tak, tak w oddziałach psychiatrycznych są palarnie. Gdy wszedłem i zanim oczy przywykły do ciemności usłyszałem, że ktoś mnie woła. Chwile trwało nim zorientowałem się kim jest właściciel głosu, to był Jarek. Poznaliśmy się na tym detoksie, a potem także wielokrotnie nasze drogi się krzyżowały.

Oprócz Jarka była też moja dobra znajoma Iza – fantastyczna i naprawdę piękna kobieta. Był też Grzesiek z Puław i oczywiście Gacek – człowiek legenda, Każdy, kto kiedykolwiek był na lubelskim detoksie musiał się z nim spotkać.

Stara, dobra i sprawdzona ekipa – pomyślałem i od razu poprawił mi się humor. Dodatkowo personel oddziału pomny artykułu jaki niegdyś napisałem o tym miejscu przyjął mnie bardzo ciepło.
Dochodzi 17.00, przez dwie godziny można dzwonić na oddział. Komórki zabierają do depozytu zaraz przy przyjęciu. Przy tak ogromnym obłożeniu, czasami naprawdę ciężko się dodzwonić. Mam jednak nadzieję, że komuś się uda. Bardzo zależy mi na kilku telefonach, kilkoro starych i kilkoro nowych przyjaciół.

Minuty mijają, a telefon milczy. Terapeuta woła kogoś co chwilę, ale wciąż nie jestem to ja. Powoli tracę nadzieję. Piotr Jastrzębski, do telefonu – dobiegło z korytarza. Serce podskoczyło do gardła. Rozmowa była wprawdzie krótka, ale chyba jedna z ważniejszych w życiu. Dziękuję ci rozmówco.

 

Dzień drugi

Pożyczyłem od Kaciuby dwie paczki papierosów, sprzedałem też bluzę za trzydzieści nabijaków. Podobnie się handlowało w kryminale, faktycznie ordynator nie przesadzał. Ale dobra, mam co palić, na trzy dni wystarczy. Przeszedłem się po salach, chciałem poznać ludzi i zobaczyć, czy nie ma więcej znajomych. Na łóżku jednego z pacjentów leżała książka. Niby nic, gdyby nie to, że były to „Martwe Dusze” Gogola w tłumaczeniu Broniewskiego.

Personel radzi sobie, większości pacjentów zależy na programie metadonowym, więc wychowawcy maja potężną broń w walce o utrzymanie porządku.

Przede mną długi pobyt i równie długie leczenie. Nikt nie potrafi określić terminu, być może nawet do wiosny. Na razie biorę relanium i metadon – syntetyczna heroina. Najgorsze jest to, że od czterech nocy nie spałem. Czuję się mocno odrealniony, Mam jakieś dziwne halucynacje. Przy tej dawce relanium, metadonie i razem z tym biorę jeszcze 100 ml hydroksyzyny w płynie, ale bezskutecznie. Dzisiaj lekarz zaproponował mi, bym poszedł na program. Nieświadomym wyjaśnię – pacjent objęty programem funkcjonuje zupełnie normalnie. Bierze metadon, suboxon lub bupremorfinę. To pozwala funkcjonować bez głodów, skrętów, znam nawet zawodowych kierowców, którzy funkcjonują właśnie na tych substytutach.

Terapia substytucyjna to już chyba moja ostatnia nadzieja. Wszystko inne zawiodło.

Problem polega na tym, że państwo polskie zepchnęło leczenie uzależnień na stowarzyszenia i organizacje.

Nie, daleki jestem od negowania działań klubów AA, AN czy Monaru. Problem polega na tym, że oni pomagają jedynie części chorych, pozostawiając innych samym sobie – a według statystyk ci inni to aż 70 procent. Skuteczność wszystkich wymienionych wyżej terapii wynosi nie więcej niż 30 procent.

Zbliża się noc, ciekawe czy zasnę, czy piątą będę się męczył. Kiedyś, gdy nie mogłem zasnąć napisałem wiersz. Może zamiast prochów on mi dzisiaj pomoże

Panie Śnie mój miłosierny,
zbaw mnie proszę z tej udręki.
Pozwól proszę choć czasami
błogo zasnąć z marzeniami
albo bez nich, byle spać.
Przyjdź Śnie Panie,
przyjdź to dać.