Korespondencja z Piekła (7)

Poemat o detoksie

Nigdy nie wiadomo, na kogo popadnie. Ta choroba nie wybiera. Nie liczy się ani pochodzenie, ani status społeczny. Podczas ostatniej terapii był ze mną w grupie czynny zawodowo lekarz psychiatra, który uzależnił się od tabletek, które sam sobie wypisywał. Był również wysokiej rangi policjant. Na innej był znany artysta estradowy, a obecnie jest ze mną na detoksie chłopak, który trzykrotnie osiągną mistrzostwo Polski w jednym ze sportów walki – nie wymieniam, jaki to sport, bo ułatwiłoby to identyfikację człowieka. Nałóg może dopaść każdego. Jeśli tak już się stanie, prędzej czy później ofiara tej choroby trafi na oddział detoksykacji. Niektórzy oczywiście wybierają prywatne i płatne ośrodki, gdzie w komfortowych warunkach, metodą głaskania po głowie starają się zadowolić pacjenta. Właśnie zadowolić, nie leczyć. Dlatego większość, przynajmniej ci, którzy mają tego świadomość wybierają renomowane państwowe placówki.

Dzisiaj kilka rad dla tych, którzy po raz pierwszy wybierają się na detoks. Oczywiście, jak w każdej społeczności, panuje tu pewien niepisany kodeks. Dzięki niemu jako tako udaje się pensjonariuszom przetrwać. Przez lata pacjenci sami go wypracowali, chociaż mimo to bywają też zgrzyty.

To, co poza szpitalem przechodzi bezkarnie, tutaj bywa zbrodnią przeciwko niepisanemu kodeksowi oddziału.

Jest kilka zasad, które przestrzegamy wszyscy i każdy nowo przybyły powinien się do nich zastosować, czyli wbić sobie do głowy. Jeśli się to zrobi, to grupa przyjmie go i będzie mógł liczyć na pomoc, pożyczenie kilku papierosów, słodycze, kawę itp. Niektórym jest łatwiej, bo zostali tak wychowani, innym trudniej, bo tego wychowania zabrakło.

Wiadomo, że każdy detoks ma swoje normy, ale znam jedynie te lubelskie z Abramowic. Sądzę, że akurat te są uniwersalne w każdej takiej placówce.

Najgorzej jednak mają nieświadomi osiemnasto–dwudziestokilkulatkowie. Przyjeżdżają zazwyczaj z matką, która ścieli im łóżka, a oni w tym czasie wyklinają ją zerkając jednocześnie ukradkiem czy inni pacjenci to słyszą? Czy słyszą, jakimi są „twardzielami”? Wydaje im się, że w ten sposób zdobędą szacunek. Jest odwrotnie. Zazwyczaj wygląda to tak: „Kurwa! Jak rozkładasz to pierdolone prześcieradło, nie widzisz kurwo, że źle”. To jedynie fragment potoku przekleństw płynących wartko w stronę biednej kobiety. Gdy zapłakana matka wyjdzie już z oddziału, wchodzą dumni na palarnię spodziewając się aplauzu Są pewni, że zdobyli szacunek. Znowu pomyłka, bo jest wręcz przeciwnie. Starzy narkomani zazwyczaj szanują swoich rodziców, na pewnym etapie dotarło do nich, jaką krzywdę im wyrządzili. Bywają tu także dzieci przemocowców, ale nie epatują swoją niechęcią do rodziców. Dlatego będąc świadkiem takich scen wszyscy gotujemy się z wściekłości. Taki małolat raczej nie znajdzie kumpla, a każdy w miarę możliwości uczyni mu jakąś delikatną przykrość. Ot, nie poczęstuje czekoladą, zjadając przy nim całą tabliczkę, czy też odmówi papierosa lub kawy.

W zależności od składu, który akurat przebywa, czasami dostają szansę na poprawę, bo wiadomo, że to maska, która ma z nich zrobić „twardzieli”. Ostatnio wyglądało to tak. Kiedy taki wulgarny małolat wszedł do palarni, zaprosiliśmy go do stolika. Był z nami Marek, kuty na cztery łapy facet, który miał odsiedziane siedem lat w kryminale. Poprosiliśmy, więc małolata, by z nami usiadł, prowadziliśmy zwykłą rozmowę, a do niego zwracaliśmy się uprzejmie. W pewnym momencie Marek zaczął swoją opowieść, fikcyjną oczywiście, ale ekspresja, z jaką mówił nadała temu wiarygodności. Opowieść brzmiała mniej więcej tak: „Pamiętam, jak kiedyś matka przywiozła na detoks jakiegoś małolata. Widać, że zero szacunku dla matki Pościeliła mu łóżko, on coś klął, że źle to robi, ale jej nie wyzywał. Gdyby jeszcze to doszło, skończyłoby się znacznie gorzej”. Barwnie opowiedział, jak ów gówniarz przez cały pobyt miał przechlapane. Naszemu młodzieńcowi papieros zaczął drżeć w dłoni. Poszedł do sali, przykrył się kocem i więcej do palarni nie wychodził. Jedynie ukradkiem do łazienki. Przerażony był bardzo, postanowiliśmy, więc lekko go odstresować,.

Dostał już nauczkę i wystarczy. Teraz trzeba zrobić coś, by przestał żyć w strachu, bo to nie pomaga leczeniu.

Następnego dnia był spacer, to dobry moment by z nim pogadać. Zrezygnował jednak z przechadzki, a gdy przyszedłem namówić go, leżał skulony pod kocem, zaproponowałem mu wspólne wyjście. Skulił się jeszcze bardziej i powiedział: „Co, bić mnie będą?”. Na nic zdało się tłumaczenie, że nic mu ni grozi. Następnego dnia z tą samą propozycją poszedł Marek, zanim jednak zaczął coś mówić wyciągnął do niego rękę, małolat cofnął się instynktownie i wkulił w kąt łóżka, po chwili jednak wynurzył się spod koca i podał rękę. Tym razem dał się namówić na spacer. Podczas przechadzki kilku starszych pacjentów, wytłumaczyło mu, kim jest matka, jak wiele jej zawdzięcza, że należy ją szanować, że gdy już umrze będzie żałował każdego złego słowa wypowiedzianego w jej kierunku. Rozmowa była spokojna, a chłopak chyba wziął sobie ją do serca, przestał się bać, okazał się fajnym kolegą, a gdy przyjeżdżała matka, już nikt nie usłyszał skierowanego ku niej wulgaryzmu. Nie wierzę w jakąś magiczną metamorfozę, nie sądzę, że w domu coś się zmieni, ale przynajmniej tutaj – być może ze strachu – zupełnie zmienił do niej podejście. Co będzie dalej, po jego wyjściu, tego już raczej się nie dowiem. Chociaż po cichu mam nadzieję, że ten wstrząs przyniesie jakiś skutek – mam nadzieję, ale specjalnie w to nie wierzę.

To pierwsza reguła, dotycząca w zasadzie tylko małolatów. Druga to uczciwe przyznanie się do tego, co skłoniło do przyjazdu na ten oddział, czyli krótko mówiąc, co kto brał, od czego jest uzależniony itp.

Tutaj kłamstwo wychodzi momentalnie, pacjenci w szybko się zorientują, gdy ktoś ściemnia. Jeśli ktoś twierdzi, że jest uzależniony od heroiny, bo sądzi, że będzie wyżej w tej narkomańskiej hierarchii, a tak naprawdę uzależniony jest od mefedronu czy leków, to zamiast podnieść swój prestiż stanie się niewiarygodny, a nawet jeszcze trochę się z niego pośmieją. Wiarygodność na detoksie ma wymierną wartość Będąc wiarygodnym można liczyć na życzliwość i pożyczkę, gdy czegoś zabraknie. Oczywiście pożyczki trzeba tutaj sumiennie oddawać. Naprawdę warto być szczerym i nie ma tu żadnej gradacji na uzależnionych od heroiny, morfiny, amfetaminy, mefedronu czy leków. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku i narkotyki nie wartościują tutaj pacjentów. W ogóle nie warto kłamać. Narkomani są w tym mistrzami i ściema szybko zostanie wyłapana, a łatka kłamcy będzie towarzyszyła pacjentowi do końca, pobytu. Dlatego osoby o cechach narcystycznych, megalomani i mitomani mogą mieć kłopoty, jeśli nie będą umiały przyhamować tych cech. Inaczej, wyłapane kłamstwo będzie publicznie przypominane do końca jego pobytu. Sytuacja mało komfortowa.

Trzecią bardzo ważną cechą jest asertywność. Mając nawet nadmiar czegoś, nie należy się z tym afiszować i rozdawać na lewo i prawo. Każdy poczęstunek powinien być opatrzony odpowiednio nieprzychylnym komentarzem. Po jakimś czasie zorientujemy się komu warto pomóc, a komu nie. Kto przychodzi codziennie po kawę czy cukier, a kto zrewanżuje się przy najbliższych zakupach. Dlatego na początku należy postawić stanowcze granice. Jeśli narkoman wyczuje wahanie, to nie odpuści i będzie tak namolnie prosić, że doprowadzi do szału i najczęściej osiągnie swój cel i wyłudzi co tylko chce. Odmowa powinna być stanowcza, bez wdawania się w dyskusje. Bywają tacy, którzy przychodzą po krem do twarzy: ”Tylko troszkę, bo się skóra łuszczy”. Po chwili cały oddział będzie stał w kolejce po ten krem, a nowy pacjent patrzy przerażony jak znika zawartość pudełka. O papierosach nawet nie wspomnę – tu postawiłem jasną granicę: nie częstuję, ale mogę pożyczyć do najbliższych zakupów. Nie zdarzyło się by ktoś nie oddał.

Kolejną niewybaczalną rzeczą jest kradzież. To najgorsze tutaj wykroczenie. Nawet, jeśli są w grupie osoby, które same kradną, to pierwsze ukamienują przyłapanego złodzieja. Niedopuszczalna jest kradzież cukierka, bibułki do papierosów. Przyłapany złodziej jest natychmiast werbalnie linczowany i zwykle karnie wyrzucany z oddziału. Opisałem niedawno historię dziewczyny przyłapanej na kradzieży papierosów, tylko niesamowitym fartem udało jej się zostać na oddziale. Duży wpływ na to miało zdarzenie z poprzedniego dnia, gdy wyleciał chłopak za pobicie innego pacjenta. Uznano, że jednak ciężar gatunkowy jest znacznie mniejszy i postanowiono poczekać na decyzję ordynatora. Gdyby nie ten incydent, z pewnością by wyleciała.

Na detoksie nawet złodziej nie toleruje drugiego złodzieja, a przyłapanej osobie dorzucają jeszcze te słodycze, które sami zawinęli i zazwyczaj oni najgłośniej krzyczą, by wyrzucić takiego złodzieja.

Najprościej jednak nie kraść, a stosując się do wcześniejszych wskazówek, nawet gdy czegoś brakuje, znajdzie się ktoś, kto chętnie pożyczy. Trzeba jedynie znać umiar. Tutaj bardzo wyraźnie wychodzi wychowanie. Młodzińscy między 18, a 25 rokiem życia przywykli do tego, że mogą sobie brać co tylko chcę – bo tak ich nauczono w domu. Leży jabłko, a ma akurat ochotę, to weźmie jabłko. Jeśli potrzebuje bibułkę do papierosa, czy nawet papierosa, to bez żadnych skrupułów sięgnie do szafki sąsiada. Z tego właśnie powodu oberwał w zęby dzieciak, o którym kiedyś wspominałem. Pomimo kilku upomnień, wciąż zachowywał się, tak jak go wychowano, czyli co potrzebował, to bez pytania brał. Inny pacjent się wkurzył i dał mu w zęby, za co z oddziału wyleciał. Agresja jest tu karana w jeden sposób – usunięciem z oddziału.

To tylko kilka podstawowych zasad funkcjonowania na tym oddziale. W sumie są to cechy bardzo ludzkie, jednak narkotyki rozhamowują i ukazują człowieka takim, jaki jest. Bardzo pasuje tu trawestacja fragmentu „Martwych Dusz” Gogola: „Jeden u nas porządny człowiek, narkoman, ale ten też świnia”.

Stosując się do powyższych zasad, można spokojnie skupić się już tylko na leczeniu.

Korespondencja z Piekła (5)

Poemat o miłości

 

Mógłby doktor dać na święta trzydziestkę Metadonu więcej – powiedział do mnie jeden z pacjentów, o wyglądzie wielkoluda, pod którym, aż skrzypnęło krzesło w momencie, gdy siadał. Początkowo myślałem, że to żart, ale jego mimika i intonacja temu przeczyły. Cholera, on to mówi serio – dotarło do mnie po chwili. Matka zawsze kupuje jakąś lepszą wódkę z tej okazji, jakiegoś Pana Tadeusza, albo droższą i pozwala pić ile chcę, a ja chciałbym tu tylko trzydzieści mililitrów więcej Metadonu – mówi zasępiony.

Przecież to lekarstwo, a leków raczej nie rozdaje się w prezencie, a na pewno nie na tym oddziale. Na bajzlu jedynie, jeśli diler ma taką fantazje, to może kopsnąć ci centa helupy (heroina) więcej. Poza tym i tak dostajesz 160 ml dziennie, chodzisz półprzytomny, zasypiasz na krześle i normalnie jesteś naćpany. Nawet przy twoich dwóch metrach i 150 kg to olbrzymia ilość. Wcale się nie zdziwię, jeśli lekarz będzie pomału zmniejszał dawkę. Z sadystyczną dokładnością wytłumaczyłem mu całkiem możliwa przyszłość. – Nie, nie zmniejszy, przecież jestem na programie – odpowiedział. – Tak, ale właśnie po to raz w roku metadonowi kładą się na oddział, żeby lekarz mógł ocenić działanie poprzednio zapisanej dawki. Jeśli uzna, że chodzisz naćpany, to ci zmniejszy. To lek, a nie napój rekreacyjny – nie odpuszczałem, chociaż jego zasępiona mina lekko mnie przyhamowała i postanowiłem delikatnie zmienić temat. – Wyobraź sobie tych, którzy Metadonu nie piją? To, co, powinni domagać się trzech Clonazepamów więcej? Albo ja, biorę jedynie jeden Suboxon ósemkę i to rano? Fajnie byłoby dostać też wieczorem. Prawda? – zapytałem. – Niby tak – odpowiedział. – Ale co mu szkodzi ta trzydziestka – dodał olbrzym, powoli podnosząc się z krzesła. Widać było wyraźnie, że wciąż nie może się pogodzić ze swoją dawką. Lepiej bym się poczuł – dodał wychodząc, dziwnie długo akcentując pierwszą sylabę słowa „poczuł” – tak jakby chciał wziąć mnie na litość, chociaż nie mam żadnej mocy sprawczej, by tę dawkę mu zwiększyć. – Wydaje mi się, że ciągłym chodzeniem do doktora i domaganiem się tej trzydziestki tylko pogorszysz swoją sytuację, bo gdy podejdziesz do niego naćpany, to może ją zmniejszyć. – To nie naćpanie, dają mi też Haloperidol – powiedział znowu dziwnie akcentując pierwszą sylabę ostatniego słowa. – Co? – nie mogłem uwierzyć. Haloperidol, to lek, który daje się agresywnym pacjentom, lek, który paraliżuje ciało, pozostawiając mózg w pełnej świadomości. A przecież olbrzym normalnie funkcjonuje. To nie że być Haloperidol – upierałem się przy swoim. Widziałem pacjentów, którzy padali na posadzkę po jednym zastrzyku. – Stosuje się go wobec osób agresywnych – wciąż nie mogłem uwierzyć. – No właśnie – (teraz akcent padł na „łaś), dlatego jestem taki spokojny. Pójdę już, powiedział, ale po tej trzydziestce poczułbym się lepiej.

– Tu akurat masz rację, z pewnością poczułbyś się jak w niebie – zdążyłem jeszcze powiedzieć nim wyszedł z sali.

Mnie to już nie dotyczy, przechodzę na program i będę brał jedynie Suboxon, czyli Butronorfinę. Poza tym nie dostaje żadnych innych leków. Prawdopodobnie będę na to skazany już na całe życie. Prawdopodobnie, bo jak będzie? Czas pokaże. Mam już jednak dość wiecznego szarpania się z nałogami, ciągłych powrotów na jakieś odtrucia czy detoksy, kolejnych terapii, po których jakiś czas utrzymuję trzeźwość, by znienacka rozwalić wszystko. Dosłownie i w przenośni.

Detoks dla narkomanów to specyficzny oddział, często mylony z leczeniem uzależnień czy nawet terapią. Pacjenci zresztą sami chętnie utwierdzają bliskich w tym przekonaniu. Rodzina zwykle im wierzy, a odwirowany pacjent z lekko podreperowanym zdrowiem i wypisem w ręku zasuwa do najbliższego dilera.

Jeżeli jest to osiemnasto-, dziewiętnastoletni dzieciak – to rodzice natychmiast wysyłają cały stos donosów do dyrekcji szpitala, w których domagają się wyciągnięcia konsekwencji wobec ordynatora. Bo przecież miał wyleczyć ich dziecko z narkotyków. Nikt im tego nigdy nie obiecywał, ale takie jest właśnie powszechne myślenie. Nawet nie zadali sobie trudu, by zapytać na czym ten detoks polega. Ale powaga kompleksu szpitalnych budynków tworzy w głowach pewną imaginację z pogranicza magii i medycyny, przed którą nie sposób nie poczuć respektu.

Drodzy rodzice, opiekunowie oraz nieświadomi pacjenci. Detoks nie jest terapią, to jedynie pierwszy krok. Detoks leczy tak zwany zespół abstynencyjny, czyli zwykły, narkomański głód lub heroinowego skręta, czasami też alkoholowego kaca, chociaż dla alkoholików jest osobny oddział, to mimo wszystko czasami tu trafiają. Nic więcej. Ale leczy to, z czym uzależniony sam nigdy sobie nie poradzi. Owszem słyszałem różne historie o kozakach, którzy samodzielnie się wyzerowali. Jednak po przekroczeniu tej cienkiej, niewidzialnej linii samemu dokonać tego się nie da. Jest to niemożliwe. Sam też wielokrotnie próbowałem. A to zmniejszałem dawki, chcąc dojść do zera, a to radykalnie z dnia na dzień odstawiałem. Rezultat jest taki, że co kilka lat ląduje w tym szpitalu, gdzie jakimś cudem przywracają mnie do życia. Nałogowiec nie ma silnej woli, w tej chorobie coś takiego nie istnieje. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej. Na ten oddział zgłaszają się ludzie uzależnieni od wszystkich substancji. Od alkoholu po heroinę. Niektórzy z tzw. uzależnieniem krzyżowym bądź mieszanym – czyli od kilku środków jednocześnie. Zgłaszają się w różnym stanie i nie będzie przesadą, jeśli napisze, że doktor Andrzej Kaciuba ratuje życie porównywalnej liczbie niedoszłych umrzyków, co przeciętny OIOM w dużym mieście. Potwierdzi to zresztą prawie każdy narkoman, który tutaj przebywał. Dopiero po detoksie, czyli oczyszczeniu, odwirowaniu – można myśleć o jakiejś terapii.

Wybór w Polsce jest skromny i najczęściej odsyłają do różnych anonimowych klubów, które według stereotypu, jako jedyne zajmują się leczeniem. Niektórzy przypomną sobie, że istnieje coś takiego jak MONAR, ale są też specjalne przychodnie NFZ, oddziały przyszpitalne z wysoko wykwalifikowanym personelem, które pod kontrolą lekarza zajmują się leczeniem. Dochodzę pomału do wniosku, że każdego można wyleczyć, musi jedynie trafić w odpowiednie dla siebie miejsce. Kilka lat temu, pewna terapeutka z MONARU uznała, że jestem opętany i załatwi mi egzorcyzmy – to nie jest żart, są też tacy terapeuci. Dlatego proponuję przejść tę koszmarną drogę poprzez państwowe placówki. Chociaż to syzyfowa praca, ale wystarczy wmówić Syzyfowi, że celem jego życia jest samo toczenie kamienia, a nie wtoczenie na górę i życie nabiera sensu. Jak zwykle wymądrzam się, a sam nie mam już siły pchać tego kamienia. Nie mam jednak wyjścia. I zrobić coś muszę.

 

Iza

Nie da się nie zwrócić na nią uwagi. Wyjątkowo piękna i zgrabna dwudziestodziewięciolatka. Jest stałą pacjentką tego oddziału. Zapytałem ją, co tutaj robi. Przecież musi być świadoma swojej urody. Wykorzystując ten atrybut mogłaby brać najlepsze narkotyki na pokładzie luksusowego jachtu gdzieś w okolicach Lazurowego Wybrzeża. Kieruje mną miłość – odpowiedziała – po prostu kocham Marcina. Ich związek już dawno mnie fascynował, znam Marcina od dziecka, ma 45 lat. Widywałem, więc ich również poza szpitalem. Marcin także jest uzależniony, też bierze Metadon, ale nałóg trwale odcisnął swoje piętno na jego wyglądzie. Iza, szesnaście lat młodsza, od dziesięciu lat uzależniona jest od heroiny, cztery lata na programie metadonowym, a mimo wszystko narkotyki nie narobiły specjalnych szkód w jej wyglądzie. Kilka dni temu Marcin zadzwonił na detoks i powiedział, że zginęła mu jedna buteleczka Metadonu – to dzienna porcja. Iza bez wahania zadzwoniła do punktu, w którym jest on wydawany, że chce mu oddać swoją porcję, której nie weźmie w szpitalu. Oczywiście z przyczyn moralno-formalno-prawnych było to niemożliwe. Stawała jednak na głowie, by w jakiś sposób stąd – z oddziału – zdobyć mu ten Metadon.

Jego brak, to dla heroinisty katorga, niewyobrażalne cierpienie – tym bardziej, że Iza bierze go od czterech lat.

Ten związek zaintrygował nie tylko mnie. Pewna studentka postanowiła napisać o nich pracę magisterską. Gdy ją obroniła zaprosiła oboje na wystawny obiad.

Marcin odwiedzał Izę na detoksie. W dniu, gdy się go spodziewała, wyczekiwała w oknie. A gdy już się pojawił, nawet w wypełnionej świetlicy, wydawali się być sami.

Zapytałem kiedyś Izę, czy jest szczęśliwa, bo ma taką aurę jakby była? – Czy można być szczęśliwym mając HIV i HCV? – zapytałem. Nie zarazili się od siebie, ot zwyczajnie używali w większej grupie jednej strzykawki.

– Można – odpowiedziała pewnie i spod stanika wyjęła zdjęcie Marcina – zawsze je ze sobą noszę powiedziała. – Jeśli Marcin umrze wcześniej niż ja, to ogolę głowę i pojadę do aśramu dla wdów. Jestem szczęśliwa, bo mam miłość – dodała.

O Marcinie mówi mąż, chociaż w myśl polskiego prawa małżeństwem nie są, wzięli ślub hinduistyczny, a swój związek oddali Krisznie.

Iza, podobnie jak Gacek opuściła już oddział. Oboje z Marcinem wyrazili zgodę na publikację ich prawdziwych imion. Mam jednak wątpliwości, czy je zmienić czy też nie. W pięćdziesięciotysięcznym mieście nietrudno domyślić się, o kim jest ta opowieść. Z drugiej strony, chciałbym utrwalić to uczucie w jego oryginalnej formie, a jakakolwiek ingerencja naruszy tę magiczną przestrzeń. Są szczęśliwi, a wielu ludzi tego szczęścia im zazdrości. Publikując prawdziwe imiona, naraziłbym ich na taką właśnie zawiść. Cóż, mam dylemat? A Ty drogi czytelniku – nie masz pewności czy imiona są prawdziwe czy też nie.

Korespondencja z Piekła (4)

Poemat o Gacku

 

„C o słychać bracie?” – zagadnął do mnie ksiądz, którego obwód w pasie zbliżony był do obwodu warszawskiego ronda de Gaulle’a. „Nie jesteśmy braćmi” – odpowiedziałem mało uprzejmie, na tyle mało, że rondo zamarło na chwilę w bezruchu. „Ależ forma brat/siostra przyjęta jest także wśród osób świeckich” – odpowiedział. „Tak, ale jedynie wśród osób bliskich, choć najczęściej w kontaktach z bazarowymi naciągaczami, bo to zazwyczaj taki naciągacz, poklepując klienta mówi – będziesz bracie zadowolony z zakupu. To skraca dystans i tworzy pozory zażyłości, numer stary jak świat i jego pierwszy bazar, a jednak wciąż działa” – skonstatowałem. „Proszę mnie również nie określać osobą świecką – dodałem – bo to słowo pochodzi z waszej, kościelnej nomenklatury, z którą nic mnie nie łączy. Ani braterstwo, ani siostrzeństwo, ani świeckość, ateizm czy agnostycyzm. Nie jestem antykrasnoludkiem, jedynie dlatego, że krasnoludków nie ma. Nie chodzę po ulicach mówiąc, że nie wierzę w krasnoludki, bo wiem, że podobnie jak boga – jakkolwiek pojmowanego, że tak użyję neofickiej formy – również nie ma”. Na tym skończyła się moja rozmowa z lokalnym kapelanem szpitala neuropsychiatrycznego w Lublinie, na którego przypadkiem wpadłem idąc na palarnię. „Możemy mówić sobie po imieniu, używać grzecznościowej formy pan/pani, ale najlepiej jak w ogóle nie będziemy zwracać na siebie uwagi” – odpowiedziałem i zgodnie z zasadami ruchu drogowego, skręciłem w lewo, by na przedostatnim zjeździe odbić w prawo na świetlicę, gdzie znajduje się palarnia.
Powoli tracę przywileje, które z racji uprawianego zawodu, były niezbędne by pisać ten cykl. Zaraz wrócę, na korytarzu jakaś poważna awantura. Zobaczę co się dzieje. Już jestem. Minęły prawie dwie godziny, spieszę więc zrelacjonować wydarzenia tych kilkudziesięciu minut.
Przyłapano dziewczynę na kradzieży papierosów. Niby nic wielkiego, ale okradła inną dziewczynę, częściowo sparaliżowaną, z objawami parkinsonizmu po sudafecie. Zrobiła się ogromna awantura, dowody były tak oczywiste, że przyłapana nie miała możliwości by się wykręcić i musiała się przyznać.
Przez prawie dwie godziny trwała dyskusja, co z tym pasztetem zrobić. Z jednej strony powinna wylecieć jak agresor, który pobił poprzedniego dnia pobił chłopaka, z drugiej jednak waga przestępstwa jest znacznie mniejsza. Przypomniano przy okazji wszystkie wyimaginowane i prawdziwe kradzieże. Dziewczyna odegrała kilka tanich scen, że jeśli jej nie chcemy, to natychmiast opuści oddział i teatralnie wychodziła ze świetlicy informując, że idzie się pakować, by po chwili wrócić i błagać o kolejną szansę. Oczywiście, jak to na takich zebraniach bywa, każdy ma masę różnych rzeczy do powiedzenia. Niekoniecznie na temat, ale grunt to zabrać głos. Im krzykliwiej tym lepiej, a jeśli nie dotyczy to żadnej sprawy, to już idealnie. Stanęło w końcu na tym, że złapana złodziejka prześpi się na korytarzu, a decyzję w jej sprawie podejmie jutro sam ordynator. Faktycznie, żal byłoby wyrzucać na mróz i zaśnieżoną ulicę 33 letnią dziewczynę. To prawda ze złamała jeden z głównych punktów regulaminu, ale ciężar gatunkowy kradzieży i pobicia jest nieporównywalny. Włączyłem się w końcu do dyskusji, mówiąc, ze jeśli pozwolimy jej zostać, nic w tym czasie nie zginie, ponieważ sama nic nie ruszy, a jednocześnie będzie pilnować, by nikomu ni nie zginęło, ponieważ wtedy odpowiedzialność spada na nią. To również ciekawa postać, do której zapewne kiedyś wrócę.
Przez jakiś czas sądziłem, że wszystkie dotychczasowe awantury o pączka, bułkę, ciastka, paluszki czy bibułkę do papierosów miały jedynie odwrócić uwagę od kradzieży właściwych. Wystarczy pobiec do terapeuty z dobrze udawana wściekłością, powiedzieć, że ktoś ukradł czekoladę, a chwilę wcześniej buchnąć markowy zegarek i podać wspólnikowi przez okno. Oddział mieści się na parterze, więc nawet kraty przez które można podać flaszkę, nie stanowią problemu. Jednak – poza wspomnianymi pierdołami nikt nie zgłaszał kradzieży – więc teoria się sypnęła.
Życie jednak płata figle. Po zakończeniu serii felietonów „Z dna” publikowanych na portalach strajk.eu, lewica.pl, wolnemedia.com i dziesiątek innych, które nie zawracały sobie głowy kurtuazyjnym pytaniem o zgodę na wykorzystanie treści moich felietonów (ale niech tam, niech idzie w świat myśl nowa blaski promiennemi), po wydaniu książki o tym samym tytule i dziesiątkach (jak nie setkach) publikacji, spotkań autorskich i pogadanek w różnego rodzaju stowarzyszeniach i organizacjach, obiecałem sobie, że ponieważ temat wyczerpałem, to więcej o uzależnieniach pisać nie będę. Trudno jednak przebywać na detoksie, w oku cyklonu narkomanii i ten temat pominąć. Spróbuje jednak jakoś się z tym uporać pisząc jak najmniej o narkotykach i alkoholu, a bardziej skupię się na ludziach, ich relacjach i lokalnych zjawiskach.
Głównym bohaterem tego felietonu będzie Gacek. Jest to postać na tyle ciekawa, że wcale się nie zdziwię, gdy niebawem powstaną o nim poważne prace naukowe – od magisterskich, po dysertacje doktorskie. Ale po kolei.

 

Gacek

Jeżeli istnieje coś takiego jak narkocelbryta, to w Lublinie jest nim z pewnością Gacek – rocznik 77. Poznałem go wiele lat temu, gdy pierwszy raz leżałem na tym detoksie, potem spotykałem go tam niemal za każdym razem. Widywaliśmy się również w miejscach, gdzie się handluje towarem, albo pod punktem metadonowym. Niewątpliwie wyróżnia się wyglądem starego punka, z irokezem. Obcina się tak od 15 roku życia i nigdy fryzury nie zmienił. Od tamtego czasu zaczął też ćpać. Zaczęło się jednak od problemów z alkoholem. Wyprowadził się wtedy od rodziców i mimo że był nieletni, zamieszkał w Tomaszowie Lubelskim. Tam zajął się dochodową produkcja kompotu – czyli polskiej heroiny. Wiodło mu się dobrze, ale męczyła go stałość, wrócił do Lublina i znalazł skłot. Wyremontował budynek i w nim zamieszkał. „Dobrzy” ludzie postanowili mu go jednak spalić. Znowu był w punkcie wyjścia, zamieszkał na ulicy. Utrzymywał się z żebractwa, sprzedawał swoje rysunki i obrazy. Nawet nieźle mu szło, był utalentowanym malarzem, planował studia w tym kierunku, ale zawalił egzaminy. Po trzyletnim pobycie na lubelskich ulicach, skorzystał z zaproszenia znajomego i zamieszkał w jego domu. Teraz, gdy jego matka podupadła na zdrowiu wprowadził się do niej, by w miarę możliwości jej pomóc. Mimo, że ma gdzie mieszkać, to i tak częściej można spotkać go na ulicy lub na detoksie niż u matki. Mam wrażenie, że te dwa miejsca są jego prawdziwym domem. Przez jakiś czas, gdy jeszcze był bezdomny, doktor Kaciuba wziął go pod swój dach, żeby pokazać mu inne życie, rozbudzić ambicję – gdyby się udało, byłoby z pewnością sukcesem terapeutycznym. Ale Gacek jest niereformowalny, wiecznie uśmiechnięty lub lekko śnięty – zależy co akurat wziął. Mimo, że ma 41 lat, wciąż nosi irokeza z wyglądem i stylem starego punka. Ludziom w jego wieku taki image, raczej nie pasuje, wydają się śmieszni, on odwrotnie. Wygląda dosyć młodo, na pewno nie na tyle lat, co ma naprawdę. Zapytałem go, czy podjął kiedykolwiek leczenie, uśmiechnął się i powiedział, że tak. Postanowił zmienić swoje życie i pojechać do ośrodka w Krakowie. W Warszawie miał przesiadkę i umówił się tam z koleżanką. Przyszła punktualnie, a na pożegnanie przyniosła 20 centów heroiny. Przyćpali do następnego pociągu i wszystkich kolejnych, które w kierunku ośrodka jechały. Ćpali kilka dni, po których wrócił w miejsce gdzie czuł się najlepiej, czyli do Lublina, a o ośrodku zapomniał.
Znam wielu narkomanów w jego wieku i nawet młodszych, którzy wyglądają znacznie starzej, dużo gorzej, a wszelkie choroby, które zwykle maja widać z daleka. Gacek ma zarówno HIV jak i HCV. Zapytałem w jaki sposób utrzymuje się w tak świetnej formie, odpowiedział, że nie bierze retrowirusów. Ale przecież one podtrzymują życie, dzięki nim nosiciele mogą w miarę normalnie funkcjonować do późnej starości – dopytywałem. To spójrz na nich i na mnie – odpowiedział ze śmiechem. Nie chciałem być niemiły, ale znam kilka osób, które wyglądają świetnie mimo tej paskudnej choroby, chociaż są znacznie młodsi od Gacka. Między innymi Iza, która będzie bohaterką kolejnego felietonu.
Gacek przesiedział łącznie ponad siedem lat. Raz nawet próbował uciekać. Niewiele brakowało a osiągnąłby cel, tylko zawisł na drutach i strażnicy więzienni otworzyli do niego ogień. Po chwili został otoczony i w tym miejscu skończyła się ucieczka. Pechowe druty – skwitował ze śmiechem.
Największym jego marzeniem jest powrót do malarstwa i rysunku. Twierdzi jednak, że to niemożliwe, brak synchronizacji rąk i problem z błędnikiem eliminują precyzję. Marzenie pozostanie więc niezrealizowane – dodaje.
Gacek utrzymuje się z renty, dostaje niecałe 1100 złotych miesięcznie. To jedyny jego dochód, nie handluje towarem, żyje skromnie i w zasadzie nikt – nawet on sam nie wie – dlaczego jest takim lubelskim ćpuńskim celebrytą.
Skończyliśmy rozmowę na jakiś kwadrans przed wyjściem Gacka z oddziału. Spotkamy się pewnie jeszcze niejednokrotnie. Jestem na programie i biorę subotex. Wydają go w tym samym miejscu co metadon, który z kolei utrzymuje przy życiu Gacka. Chciałem napisać, że jeszcze nie raz spotkamy się na detoksie, ale mam nadzieje więcej tu nie trafić. Przynajmniej w roli pacjenta. Gacek jednak – ze względu na metadon – raz w roku musi przeleżeć tu kilkanaście dni…

Korespondencja z Piekła

Raport z dektoksu.

 

29 we czwartek połknąłem 40 tabletek relanium, które następnie popiłem litrem wódki.

Nie byłoby to jeszcze najgorsze, w szczytowych okresach zażywałem ponad 250 różnych tabletek w ciąg doby. Tu najgorszym było to, że te 40 rolek popiłem litrem wódki.

Ponieważ wciąż utrzymuję kontakt z ordynatorem lubelskiego detoksu, w przypływie świadomości zadzwoniłem do niego. Doktor Kaciuba był przerażony. Kazał niezwłocznie jechać na toksykologię. Nie wiem czy to on, czy Alina Leciejewska – również fantastyczna terapeutka, któreś z nich zadzwoniło najpierw na pogotowie, ale niewiele uzyskali i zadzwonili na policję mówiąc o tej sytuacji. Przyjechało dwóch bardzo sympatycznych funkcjonariuszy i zawieźli mnie do Lublina. Po trzech dniach na toksykologi wyszedłem na własna prośbę i dwa dni później zgłosiłem się na lubelski detoks, gdzie ordynatorem jest dr. Andrzej Kaciuba.

 

Detoksu dzień pierwszy

Mimo, że doskonale znam ten oddział, zawsze jadę tam z pewna obawą. Nigdy nie wiadomo kogo się tam spotka, na jakich ludzi trafi, czy na zgraną, fajna ekipę starych ćpunów, którzy rozpaczliwie walczą o życie, czy też na kreatury kradnące wszystko i usiłując podporządkować sobie oddział terrorem wprowadzając więzienne zwyczaje.

Podczas pięciu czy sześciu poprzednich moich pobytów, z niewielkimi wyjątkami atmosfera była fantastyczna. Oczywiście te relacje z czasem się pourywały, ale pozostały bardzo ciepło w pamięci.
Kilka miesięcy temu, podczas prywatnej rozmowy z doktorem Kaciubą, opowiadał jak zmienił się klimat na oddziale. Porównał to nawet do amerykańskich filmowym made in Hollywood. Przyczyny upatruje w chęci dominacji, więziennej hierarchii przyniesionych tu przez pacjentów z całej Polski. Lubelski detoks znany jest z tego, że przyjmuje wszystkich, nie odmówi pomocy nikomu. Tu przyjmują nawet tych z wilczym biletem, takich, których nikt już w Polsce przyjąć nie chce.

Oczywiście, nigdy nie brakowało ludzi z kryminalną przeszłością, ale teraz brakuje ludzi z zasadami.

Ewenementem tego oddziału jest również rozdźwięk pomiędzy salami dla pacjentów, a tymi dla personelu. Myli się jednak ten, kto sądzi, że to gabinety są wypasione, a sale ubogie. Bardziej skromnych pomieszczeń personelu każdego szczebla nie widziałem nigdzie.

Gabinet ordynatora ma jakieś półtora metra szerokości na niecałe trzy długości i tak naprawdę bardziej przypomina schowek na mopy, niż gabinet poważnego ordynatora jedynego takiego oddziału w województwie. Gdy tylko wyszedłem z toksykologii, natychmiast zadzwoniłem do Kaciuby. Kazał mi natychmiast przyjechać na oddział. Tak też zrobiłem, karnie stanąłem pod doskonale znanymi mi drzwiami, nacisnąłem dzwonek i czekałem. Ordynator pojawił się po chwili. Po załatwieniu formalności, pierwsze kroki skierowałem do świetlicy – palarni. Tak, tak w oddziałach psychiatrycznych są palarnie. Gdy wszedłem i zanim oczy przywykły do ciemności usłyszałem, że ktoś mnie woła. Chwile trwało nim zorientowałem się kim jest właściciel głosu, to był Jarek. Poznaliśmy się na tym detoksie, a potem także wielokrotnie nasze drogi się krzyżowały.

Oprócz Jarka była też moja dobra znajoma Iza – fantastyczna i naprawdę piękna kobieta. Był też Grzesiek z Puław i oczywiście Gacek – człowiek legenda, Każdy, kto kiedykolwiek był na lubelskim detoksie musiał się z nim spotkać.

Stara, dobra i sprawdzona ekipa – pomyślałem i od razu poprawił mi się humor. Dodatkowo personel oddziału pomny artykułu jaki niegdyś napisałem o tym miejscu przyjął mnie bardzo ciepło.
Dochodzi 17.00, przez dwie godziny można dzwonić na oddział. Komórki zabierają do depozytu zaraz przy przyjęciu. Przy tak ogromnym obłożeniu, czasami naprawdę ciężko się dodzwonić. Mam jednak nadzieję, że komuś się uda. Bardzo zależy mi na kilku telefonach, kilkoro starych i kilkoro nowych przyjaciół.

Minuty mijają, a telefon milczy. Terapeuta woła kogoś co chwilę, ale wciąż nie jestem to ja. Powoli tracę nadzieję. Piotr Jastrzębski, do telefonu – dobiegło z korytarza. Serce podskoczyło do gardła. Rozmowa była wprawdzie krótka, ale chyba jedna z ważniejszych w życiu. Dziękuję ci rozmówco.

 

Dzień drugi

Pożyczyłem od Kaciuby dwie paczki papierosów, sprzedałem też bluzę za trzydzieści nabijaków. Podobnie się handlowało w kryminale, faktycznie ordynator nie przesadzał. Ale dobra, mam co palić, na trzy dni wystarczy. Przeszedłem się po salach, chciałem poznać ludzi i zobaczyć, czy nie ma więcej znajomych. Na łóżku jednego z pacjentów leżała książka. Niby nic, gdyby nie to, że były to „Martwe Dusze” Gogola w tłumaczeniu Broniewskiego.

Personel radzi sobie, większości pacjentów zależy na programie metadonowym, więc wychowawcy maja potężną broń w walce o utrzymanie porządku.

Przede mną długi pobyt i równie długie leczenie. Nikt nie potrafi określić terminu, być może nawet do wiosny. Na razie biorę relanium i metadon – syntetyczna heroina. Najgorsze jest to, że od czterech nocy nie spałem. Czuję się mocno odrealniony, Mam jakieś dziwne halucynacje. Przy tej dawce relanium, metadonie i razem z tym biorę jeszcze 100 ml hydroksyzyny w płynie, ale bezskutecznie. Dzisiaj lekarz zaproponował mi, bym poszedł na program. Nieświadomym wyjaśnię – pacjent objęty programem funkcjonuje zupełnie normalnie. Bierze metadon, suboxon lub bupremorfinę. To pozwala funkcjonować bez głodów, skrętów, znam nawet zawodowych kierowców, którzy funkcjonują właśnie na tych substytutach.

Terapia substytucyjna to już chyba moja ostatnia nadzieja. Wszystko inne zawiodło.

Problem polega na tym, że państwo polskie zepchnęło leczenie uzależnień na stowarzyszenia i organizacje.

Nie, daleki jestem od negowania działań klubów AA, AN czy Monaru. Problem polega na tym, że oni pomagają jedynie części chorych, pozostawiając innych samym sobie – a według statystyk ci inni to aż 70 procent. Skuteczność wszystkich wymienionych wyżej terapii wynosi nie więcej niż 30 procent.

Zbliża się noc, ciekawe czy zasnę, czy piątą będę się męczył. Kiedyś, gdy nie mogłem zasnąć napisałem wiersz. Może zamiast prochów on mi dzisiaj pomoże

Panie Śnie mój miłosierny,
zbaw mnie proszę z tej udręki.
Pozwól proszę choć czasami
błogo zasnąć z marzeniami
albo bez nich, byle spać.
Przyjdź Śnie Panie,
przyjdź to dać.