Na wsi PSL już praktycznie się nie liczy

„PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Mirosław Oczkoś, ekspert od marketingu politycznego.

JUSTYNA KOĆ: W najnowszym sondażu zjednoczona opozycja dostaje 37 proc., a PiS 40. Czy opozycja dogania rządzące ugrupowanie, a może sondażom nie można wierzyć?
MIROSŁAW OCZKOŚ: Trzeba zobaczyć trend, bo to jest ważniejsze, niż sam jednorazowy wynik. Ostatnie sondaże przy wyborach do PE nie odbiegały specjalnie od realnego wyniku. To pierwszy sondaż, który wyraźnie pokazuje, że zjednoczona opozycja zbliża się do Zjednoczonej Prawicy. Pytanie, czy następne sondaże potwierdzą ten wynik. Jest też wewnętrzny sondaż Platformy, który pokazuje, że gdy pójdą sami, to dostaną 31 proc., a zjednoczeni – 38 proc. Działa tu prosta zasada, że mniej znaczy więcej.
Im mniej ugrupowań po jednej stronie, tym lepszy wynik i nie bez powodu prezes Kaczyński poszedł do wyborów jako Zjednoczona Prawica.
Po wyborach do PE opozycja nie potrafiła zdyskontować wyniku jako sukcesu, tylko wszyscy pokazywali, jak bardzo przegrali, a jak wiadomo szklanka jest albo do połowy pusta, albo pełna. Skoro sama opozycja mówi, że nie najlepiej jej poszło, to reszta też tak uważa. Może nie należało mówić, jak Robert Biedroń w dniu wyborów, kiedy zrobił wynik dwucyfrowy, tylko z przecinkiem na środku, i dostał euforii na scenie. To jest przesada w druga stronę, ale takie samobiczowanie się niczemu nie służy. To była przegrana, a nie klęska. To nie był nokaut, tylko wygrana na punkty i to w pierwszej połowie.

Koalicjanci powinni uspokoić szeregi?
PSL czmychnął jeszcze w wieczór wyborczy, chociaż nie oszukujmy się, ich wynik to nie klęska, tylko zachowany stan posiadania. Wynik SLD to wygrana, tym bardziej, że wybrała takich polityków, jak Cimoszewicz, który w ogóle nie prowadził kampanii.

Jak ocenia pan zachowanie PSL? Partia na granicy progu wyborczego zachowuje się jak hegemon na scenie politycznej, który dyktuje warunki.
Myślę, że jest coś, czego nie wiemy.
Prawdopodobnie PSL prowadzi rozległe rozmowy i z Platform i z PiS-em.
To jest łakoma sytuacja dla tej partii, bo PSL dostał mocno po głowie od swoich tradycyjnych wyborców, że popiera “zboczenia” i atak na Kościół, i myśli, że teraz takie działanie im się opłaci. Tymczasem PSL żyje trochę w matriksie i cały czas uważa, że jest partią chłopską, podczas gdy na wsi PSL od dawna nie odgrywa już żadnej roli. Wcześniej wygryzła ich Samoobrona, a teraz PiS, który ma pozorną ofertę dla rolników w stylu “krowa plus” czy “kura plus”. Rolnicy w to wchodzą, licząc przede wszystkim na 500 Plus. Myślę, że gdyby PSL poszedł samodzielnie, to poniósłby sromotną klęskę. Oczywiście ludowcy mogą kalkulować, że jeżeli w najbliższych wyborach dostaną 5-6 proc., to wejdą w koalicję z PiS-em, bo w polityce nie ma rzeczy niemożliwych.
Z drugiej strony to może być wysoka licytacja, aby Grzegorz Schetyna się złamał i odprawił posłów SLD-owskich. Tylko wtedy blok lewicowy w zasadzie nie istnieje, bo nie wierzę w dogadanie się Biedronia z Czarzastym i Zandbergiem. To polityczne science-fiction, a wtedy PiS-owi już tyko pozostaje otwieranie szampanów. Pamiętajmy też o ciśnieniu, jakie ma Grzegorz Schetyna w Platformie, która już się posunęła dla koalicjantów.
Podsumowując, sytuacja opozycji nie jest łatwa, tym bardziej, że do wyborów zostało około 100 dni. Najgorsze, że nie widać końca tych rozmów. Teraz już powinny być układane listy, a tu się okazuje, że w zasadzie nie ma się jak dogadać. PSL licytuje bardzo wysoko i mam wrażenie, że Władysław Kosiniak-Kamysz położył głowę na szafocie i teraz tylko pozostało czekać, aż ta gilotyna spadnie.

Grzegorz Schetyna jak mantrę powtarza, że PSL jest partią pierwszego wyboru. Czy to dobra strategia, czy zagalopował się z tym przywiązaniem do ludowców?
Uważam, że tak, bo jeżeli ktoś ciągle powtarza, że “jesteś dla mnie najważniejszy”, a ta druga osoba nie podjęła jeszcze decyzji, to dajemy jej znać, że jesteśmy gotowi na duże ustępstwa. Z punktu widzenia marketingu politycznego to jest błąd, ale to może też być takie podkreślenie wspólnej historii – PSL był w koalicji rządu Tuska przez 8 lat, teraz jest 4 lata z PO w opozycji, podczas gdy SLD jest trzymane na długim kiju czy też krótkiej smyczy.
Pamiętajmy, że Grzegorz Schetyna odniósł sukces, tworząc Koalicję Europejską i teraz może być zakładnikiem własnego sukcesu, ponieważ gdy koalicja się rozwali, to okaże się, że ten sukces już przeszedł. To może powodować presję, a polityka jak rzeka nie stoi w miejscu, tylko cały czas płynie i tak jak nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, tak nie da się wprowadzić tego samego rozwiązania politycznego.

W weekend na konwencji prezes hucznie zapowiadał “walkę z wielką ofensywą zła”, a o Polsce mówi, że powinna pozostać “wyspą wolności”. To mobilizacja elektoratu?
Tu mieliśmy dwa przemówienia: na otwarcie i zakończenie, i one się znacznie różniły. W pierwszym Kaczyńskim mobilizował swoich działaczy, aby nie odpuszczali i działali dalej, aby utrzymać pozycje. Tam wielokrotnie pojawiało się słowo “trwać”, które nie nadaje się niestety do ataku. Zatem prezes w drugim przemówieniu na zakończenie musiał dać inny sygnał i tam już ani razu nie pojawiło się to słowo, tylko “zwyciężymy”, “do przodu”. Podejrzewam, że to było dokładnie przeanalizowane przez firmy badawcze i socjologów, którzy pomagają PiS-owi, tak aby oba przemówienia razem złożyły się w porywającą całość.
Ciężko po prawie 4 latach rządu i rozdaniu wszystkiego, co było w budżecie, a także tego, czego nie było, dalej zagrzewać. Dlatego trzeba wytrwać na pozycjach i stąd ta zachowawczość.
Najbardziej zabawne w tych przemówieniach było jednak zapewnianie, że “Polska jest wyspą wolności, co kiedyś stwierdzą historycy”. Tu kłania się Margaret Thatcher, która mówiła, że jeżeli ktoś przekonuje, że jest damą, to na pewno nią nie jest. Skoro ktoś zapewnia, że jest partią wolnościową, to możemy mieć pewność, że taką nie jest.
Na pewno żadne przemówienie nie było dla poszerzenia elektoratu, bo to zło, które wydobywa się według prezesa nie wiadomo skąd, nie wzbudza lęku, bo skąd to zło. Władza uszczelnia VAT, rozdaje kolejne pieniądze, koniunktura sprzyja, rząd “wygrywa” w Europie, propaganda jest rozkręcona na najwyższym poziomie, więc raczej trudno przekonać wyborców o jakimś “strasznym złu”, które stoi u bram.

Czy pana zdaniem PiS osiągnął maksimum swoich możliwości?
Wydaje się, że z tych obszarów, która są do wzięcia, PiS nie ma już co wziąć.
Pytanie jeszcze, czy wybuchnie bomba związana z rekrutacją do liceów, bo może się tak stać, i czy wybuchnie bomba z lekarzami.
Wygląda, że PiS jako Zjednoczona Prawica osiągnął maksimum, bo nawet z tych obszarów wyborców, którzy nie zagłosują na PO, to raczej nie zagłosują na PiS. Czasem w sondażach ludzie dla świętego spokoju mówią, że zagłosują na partię rządzącą, natomiast zawsze silniejszy gracz pokazuje, że zwycięstwo ma w kieszeni. To walka psychologiczna, jak się skończy, zobaczymy.