Goły i wesoły Pan Pre

To jest jeden z moich sennych koszmarów; wychodzę na ulicę nago i nic sobie z tego nie robię. Idę do sklepu, robię zakupy, dostrzegam ludzkie uśmieszki i szydery, ale nie przeszkadza mi to, aż do pewnego momentu, kiedy panicznie próbuję uciec, schować się do mysiej dziury, żeby się obudzić.

Przeczytałem niedawno, że podobnie zachował się pewien pan na Saskiej Kępie w Warszawie. Szedł ubrany jak święty turecki, wieczorową porą, po ulicach miasta. Na widok patrolu policji zaczął uciekać, aby znaleźć schronienie w pobliskiej aptece. Tam jął się szamotać z policjantami, uprzednio atakując jednego z nich na starcie, po pytaniu, czy coś mu dolega. Istnieje duże prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że za stan golasa z Saskiej odpowiadały narkotyki/dopalacze/alkohol, lub wszystkie te na używki na raz. Jak nazwać takiego delikwenta, oczywiście zakładając, że zrobił to co zrobił zupełnie na trzeźwo, wiedziony ułańską fantazją? Niespełna rozumu, no może. Wariat, to już bardziej odpowiadające prawdzie, ale mniej grzeczne. Debil? Być może. Ale są w języku ojczystym ładniejsze określenia.

Od kiedy pamiętam, nie lubiłem pewnych słów, przez wzgląd na to, jak brzmią, lub bardziej-dlatego, że nie brzmią. Jedne były za obłe, jeszcze inne za szorstkie, kolejne zaś za ostre i kanciaste. Dlatego w mowie pisanej i potocznej starałem się unikać tych, które mi nie pasują. Bez względu na kontekst i temat. Największą irytacją darzyłem i darzę słowa właściwe desygnatom żeńskich organów płciowych; w zasadzie żadne z nich, funkcjonujące w polszczyźnie potocznej, do końca mi nie odpowiada, a te „najgrubsze” są po prostu obrzydliwe. W sytuacjach, kiedy muszę nazwać to miejsce, skąd u kobiet wychodzą dzieci, używam zwykle składni anatomicznej. Na szczęście, takich sytuacji nie ma zbyt wiele. Zupełnie odwrotnie, kiedy muszę, lub chcę, nazwać kogoś…niespełna rozumu. Wtedy arsenał słów ładuję jak pepeszę i strzelam seriami, mając świadomość, że w stosunku do mnie ktoś może używać równie ostrej amunicji. Nigdy jednak nie odważyłbym się na to, żeby publicznie określić kogoś mianem głupka, durnia czy debila. Z prostego powodu. Zwyczajnie, byłoby mi przykro, gdyby ktoś nazywał w ten sposób mnie albo mi bliskich. Bo to, co dla jednych jest debilizmem, dla drugich będzie szczytem roztropności. Jeśli więc wyjątkowo nie odnosimy się do testu IQ tego czy owego, słowo debil winno być zarezerwowane dla naszych prywatnych sądów i uszu w prywatnej przestrzeni. Niezależnie, kto byłby przez nas od debili wyzywany. Wszak każdy, prezydent także, ma swoje uczucia. Nie podzielam więc huraoptymizmu po zwiszenrufie Jakuba Żulczyka, który rozlał się po polskich internetach, bo nie za bardzo widzę powodu, żeby chwytać się słów słabych i brzydkich. Byle debilem nazwie cię pijaczek spod monopolu, kiedy nie dasz mu na piwo, i trudno mi sobie wyobrazić, żeby jego obelga miała człowieka rozumnego dotknąć. Pisarzowi zatem wypadałoby szlachetniej władać obelgami. Może nie debil, a intelektualnie ociężały? Prawda, że od razu lepiej brzmi?

Z tym, że nie należy nikogo publicznie obrażać, nikt rozsądny nie powinien dyskutować. Można z kolei i powinno się dyskutować z tym, czy wolno w naszym kraju lżyć i obrażać symbole. Takowym, bez wątpienia, jest urząd prezydenta. Ale także hymn narodowy, flaga państwowa i co tam jeszcze mamy w skarbcach pochowane. Czy namalowanie na biało-czerwonej fladze tęczowej Maryjki, tę że flagę bezcześci, a jeśli tak, to dlaczego. Czy śpiewanie obelżywych słów pod melodię Mazurka Dąbrowskiego to już przestępstwo czy artystyczny pastisz. O tym rzeczywiście powinna polska inteligencja dyskutować, skoro nie ma lepszych tematów do dyskusji. Sam zresztą w takiej dyskusji chętnie zabrałbym głos. Ten byłby równie mocny i jednoznaczny, jak moja niezgoda na obrażanie kogokolwiek w mediach i internecie. Żaden symbol nie może być wynoszony do rangi człowieka lub traktowany jako żywa, niematerialna, polska dusza, którą każdy w Polsce nosi na ramieniu. Takie stawianie sprawy, to zwykłe bałwochwalstwo. Można więc sobie robić z hymnem i flagą co się chce, pod warunkiem, że nie dewastuje się swoimi czynami i słowami publicznej przestrzeni. Flagi z tęczową Maryją jak najbardziej, ale mazanie sprejem po figurach świętych, zwłaszcza tych, zabytkowych, to już zwyczajny wandalizm, nieróżniący się niczym od namalowania członka w zwodzie na parkanie przy parku. Mam wrażenie, że ludzie myślący czują podskórnie tę różnicę. Mam też nadzieję, że czują, kiedy obrażają i kiedy są obrażani. W tym wypadku nie działa prawo Kalego. Bardziej prawo Kaźmierza Pawlaka z „Samych swoich”, o tym, że ludzie nie dzielą się na złych i dobrych, tylko na mądrych i głupich. Nie ma sensu być tym drugim. Nawet na fejsie albo instagramie. Bo jeszcze ktoś nazwie cię głupcem.