Księga Wyjścia (55)

Ballada pełna znaków zapytania.

Za kilka dni wybory, przynajmniej pierwsza tura. Odnoszę wrażenie, że obecna kampania jest zupełnie inna niż poprzednie. Inna dynamika, inne emocje, gdzieś zakulisowo docierają niepokojące sygnały o toczących się rozmowach między Platformą, a Konfederacją. A partia rządząca jakby stała z boku i jakoś niespecjalnie angażowała się w promocję wlasnego kandydata. Mało tego, co dziwne i co do nich nie pasuje zupełnie odpuścili tę zamianę kandydatów z Kidawy Błońskiej na Rafała Trzaskowskiego.
To zupełnie nie jest w ich stylu, przecież zazwyczaj robili afery na całą Polskę z bardziej błahych powodów. Tupali nogami o opluwali tego typu „zbrodnie”. Jeszcze kilka miesięcy temu, tak łatwo by to Platformie nie przeszło. W najlepszym wypadku szydzono by z przeciwników, wytykano niezdecydowanie, brak spójności i niekonsekwencję.
PiS jest zbyt spokojny, żeby się tym nie martwić. To tak jak z dzieckiem, kiedy siedzi cicho, to znaczy że coś kombinuje.
Takie zachowanie, zupełnie do nich nie pasuje. Przynajmniej porównując do poprzednich kampanii i wystąpień.
Nasuwa się więc kilka pytań.
Może przestało im zależeć na wygranej Dudy, albo co gorsze już je wygrał, tylko jeszcze tego nie wiemy? W takim razie można odpuścić niedzielny spacer. Karty zostały już dawno rozdane, a wybory…? Dla utrzymania pozorów zrobić należy. To oczywiście wersja spiskowa, ale nie można jej wykluczyć.
Najprawdopodobniej dojdzie do drugiej tury. Dlatego tym bardziej powinni robić wszystko, by ich kandydat nie stracił przewagi. Przecież doskonale pamiętają porażkę Bronisława Komorowskiego. Porażkę, która była wynikiem zaniechania, pewności siebie, buty i wiary w sondażową przewagę.
Jak wspomniałem na początku jest to mocno niepokojące. Zastanówmy się dlaczego, czym może być to spowodowane – zakładając że wybory będą uczciwe i do żadnego fałszerstwa nie dojdzie.
Może oni naprawdę nie chcą żeby Duda je wygrał, może przestało im już na tym zależeć. Może zbierają siły na drugą turę? Albo na wybory parlamentarne, gdzie wypunktują obietnice Trzaskowskiego, z których się nie wywiązał? Będą mogli walić jak w bęben wskazując te zapowiedzi, które zostały niezrealizowane.
A bez współpracy Sejmu nie będzie miał nawet jak się z tego wywiązać.
Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że taktycznie odpuścili pałac prezydencki i za wszelką cenę chcą jedynie utrzymać bezwzględną przewagę w Sejmie licząc, że elektorat wyładuje swoje negatywne emocje podczas tego głosowania. Wyładuje i odpuści, bo zejdzie z niego powietrze
Wszystko co chcieli, I na czym im najbardziej zależało i tak już osiągnęli. Teraz wystarczy utrzymać przewagę w Sejmie i żadna wprowadzona w życie ustawa PISu nie będzie zagrożona.
Platforma natomiast już wcześniej dała się poznać jako ta partia, która nie dotrzymuje swoich obietnic wyborczych.
Przecież osiem lat temu, to właśnie część jej dawnych wyborców, chcąc dać im nauczkę – takiego pstryczka w nos – zagłosowała na PiS lub nie poszła głosować. Właśnie by zamanifestować niechęć do tego rodzaju polityki.
Trzaskowski jeździ po Polsce składając rożne obietnice i zobowiązania, ale przecież w ustroju jaki mamy, możliwości prezydenta są dosyć ograniczone.
Może zawetować ustawę, może skierować do Trybunału Konstytucyjnego, ma inicjatywę ustawodawczą, ale to wszystko.
A i tak co by nie zrobił, wróci to ponownie do Sejmu, który mając większość może kwestionować lub składać dowolne ustawy. I tak nic to nie da. Krótko mówiąc prezydent może sobie wetować, ale przy odpowiedniej przewadze, Sejm może to weto odrzucić.
Tak naprawdę obie partie niewiele się od siebie różnią. Programowo prawie wcale. Przypomnijcie sobie ile było transferów miedzy jednymi, a drugimi. Ilu posłów przeszło zarówno wtedy, gdy rządzili jedni, jak i drudzy
A może chodzi o potencjalną współpracę PO z nowym koalicjantem? Już czołowi politycy PO pomrukują coś o współpracy z Konfederacją, czyżby chcieli tylnymi drzwiami wpuścić ich na salony? Czy władza warta jest tego, by rozmawiać z tego typu ugrupowaniem?
Jeśli tak, to jak pogodzić kartę równości LGBT podpisaną przez Trzaskowskiego z podpalaniem tęczy na Placu Zbawiciela, jak połączyć ksenofobię i niechęć do imigrantów z głoszoną przez Platformę tolerancją i otwartością, jak pogodzić prounijną politykę jednych, z nacjonalizmem drugich?
A może tak naprawdę jedyny program Platformy, to dorwać się do władzy, a hasła dostosowują do bieżących zapotrzebowań potencjalnego elektoratu, znaleźli swój target i głoszą peany pełne miłości i tolerancji.
A co będzie po wyborach? Nic, przecież oni i tak nigdy się z niczego nie wywiązali, nie pamiętam by dotrzymali jakąś obietnicę. Czyżby nie wyciągnęli lekcji z poprzedniej przegrzanej?


Ponieważ dwa tygodnie temu obiecałem dalszy ciąg pewnej historii, opiszę co udało mi się załatwić. Tym, którzy nie czytali to w skrócie przypomnę o co chodziło.
W ostatnim odcinku cyklu „Księga wyjścia”, opisałem historię mojego dawnego kolegi. Kolegi, którego miasto zamierza eksmitować na jedno z oddalonych od miasta osiedli socjalnych.
To tak zwane getta, które rządzą się własnymi prawami, a faktyczną władzę sprawuje nieformalny burmistrz, którym jest zwykle największy bandyta. Obiecałem, że do sprawy wrócę, tym bardziej, że trochę się udało załatwić.
Jaho, to chłopak z którym niegdyś się kolegowaliśmy. Niezbyt zażyle, ot taka luźna znajomość. W latach dziewięćdziesiątych nie mógł opędzić się od „przyjaciół” i znajomych. Przez jakiś czas mieszkał w Amsterdamie, wielu naszych wspólnych znajomych jeździło tam szukać pracy. Zawsze pomógł, zawsze mogli na niego liczyć. Bez problemu przyjął pod swój dach. Nikogo nie zostawił bez pomocy. Gdy wrócił do Polski pracował jeszcze przez jakiś czas w Polsacie. Nikt nie zdawał sobie sprawy – albo nie chciał zdawać, że gdy wrócił z Holandii, był już głęboko uzależnionym od heroiny narkomanem.
W Polsacie nie popracował wiec już zbyt długo, kilka razy coś zawalił i chcąc nie chcąc, wrócił do Puław. Z braku pieniędzy i dostępu z czystej heroiny przerzucił się na kompot makowy i wszelkie inne – domowej produkcji – wynalazki.
Brał wszystko co tylko dało się wstrzyknąć. Narkomani, zwłaszcza gdy są na głodzie, nie dbają o sterylność i higienę, szybko zaraził się więc wirusem HIV i HCV. W wyniku wieloletniego ćpania ma też całą paletę chorób neurologicznych. Niewiele jest specjalistycznych szpitali w Lublinie, w których nie jest stałym pacjentem.
Według medyków jego mózg uległ już znacznej i trwałej degradacji – tak napisał na zaświadczeniu jeden z lekarzy. Chłopak nie jest w stanie samodzielnie otworzyć korespondencji, a co dopiero przeczytać i zrozumieć jej treść.
Ma pierwszą grupę inwalidzką i pomimo tego, że zachowuje jako taką trzeźwość, to zmiany które powstały i spustoszenie jakie zostawiły w jego organizmie, są już nie do odwrócenia. Jego dawni znajomi i „przyjaciele” przestali go rozpoznawać i tym sposobem został sam. Nie ma tu już nikogo. Ponieważ wszyscy się od niego odwrócili, chcąc nie chcąc postanowiłem mu pomóc, zrobić wszystko, by do tej eksmisji nie doszło. Mieszka tuż obok szpitala. Szpitala w którym niejednokrotnie ratowali mu życie, to kolejny argument który powinien dać do myślenia urzędnikom puławskiego ratusza.
Już od roku korespondencyjnie walczę z miastem, by zostawili go w spokoju, lub przydzielili mniejszy lokal, ale przynajmniej też w okolicy szpitala. Zwracałem się o pomoc do różnych instytucji pisałem do Rzecznikia Praw Obywatelskich i Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej. Jedyne co udało mi się osiągnąć to tyle, że pomimo gróźb wciąż jeszcze tam mieszka.
Mieszka, ale cały czas wisi nad nim widmo eksmisji. Ponieważ wyczerpałem wszelkie znany mi sposoby i możliwości działania, wszelkie pisma, które kierowałem do różnych instytucji, które wydawało mi się że powinny pomóc, skończyły się jedynie uprzejmą wymianą korespondencji pomiędzy urzędami. W końcu sam stanąłem pod ścianą.
Na szczęście mam znajomych, którzy wiedzą jak się w takich sytuacjach zachować. Podczas ostatniej wizyty w Warszawie wypytałam co powinienem zrobić i w jakiej kolejności. Piotrek Ciszewski napisał mi wszystko, punkt po punkcie. Od czego zacząć, jakie dokumenty pozbierać, które i w jakiej kolejności wysyłać. Uzbrojony w taką wiedzę, wróciłem w znacznie lepszym nastroju. Przez ostatnie kilkanaście dni udało się pozbierać całą potrzebną dokumentację. Zaświadczenia, że eksmisji zagraża jego życiu i zdrowiu, taki dokument wypisało mu dwóch lekarzy z dwóch zupełnie rożnych szpitali, w których regularnie się leczy z rożnych chorób.
Notarialne ustanowił mnie swoim pełnomocnikiem. Bałem się tego jak jasna cholera, sam nie jestem w stanie poradzić sobie ze swoimi sprawami, a tu biorę sobie jeszcze na głowę odpowiedzialność za kogoś – pomyślałem.
Powiem szczerze, że to przeraża mnie najbardziej. Jeśli popełnię jakiś błąd, jeśli czegoś nie dopilnuję, to zwyczajnie go wyrzucą. Ale jak już wspomniałem nie ma tutaj nikogo, wiec nie miałem wyjścia.
Pełnomocnictwo dotyczy wprawdzie odbierania korespondencji i wysyłania wniosków w jego Imieniu, ale od tych pism i wniosków zależy wszystko.
Mając już wszelkie niezbędne dokumenty ponownie zająłem się korespondencją z Urzędem Miasta. Po ostatnich doświadczeniach już nie zawracam sobie głowy, ani Rzecznikiem Praw Obywatelskich, ani Ministerstwem Rodziny Pracy i Polityki Społecznej, nie wysyłam już pism do Amnesty International. Po prostu widziałem na czym polega ich interwencja i jeżeli sam sobie z tym nie poradzę, to żaden urząd mi w tym nie pomoże. To tyle z nowości, przynajmniej narazie o dalszych postępach będę Was informował na bieżąco.

Księga Wyjścia (47)

Ballada o pewnym marzeniu.

Piećdziesiąt sześć plam na suficie. Tyle ich miałem przed remontem. Teraz nie mam żadnej i życie straciło sens. Wcześniej mogłem je liczyć. Za każdym razem inaczej.
Od lewej, do prawej lub odwrotnie, z przodu, od tyłu, od środka i uważnie obserwować czy jakiejś nie przybyło, czy któraś nie zmieniła kształtu, koloru, w wyobraźni układałem z nich scenki rodzajowe, czasami nawet tworzyłem całe animacje, coś w rodzaju filmu, komiksu, obrazów, a czasami skupiałem się uważnie i dostrzegałem twarz. Był tam cały świat. I lasy deszczowe i Berlin nocą. Była Nigeria i Australia, prowincja Yunnan i Mongolia Wenętrzna. Nawet obie Koree się kiedyś pojawiły. Często też układały się w twarz. Za każdym razem inną, ale zawsze była to ta sama osoba. To dopiero jest życie – tylko pozazdrościć. To był mój cały świat i jego najgłębsza i najpełniejsza – pełnia.
Teraz już mieszkanie mam odnowione, pomalowane i nie ma czego liczyć – sens życia prysł jak mydlana bańka.
Mogę, oczywiście mogę wyjść z domu, ale po co? Skręcić w lewo, w prawo? Zwykle robię rundę wokół bloku i wracam. Wracam i szukam nieistniejących plam, próbuję zasnąć, czasami się udaje, czasami nie. Jeśli się uda, to nie będę mógł spać w nocy, a jeśli zasnę to obudzę się o drugiej lub trzeciej nad ranem. To najpiękniejszy czas w ciągu doby.
Nie wiem dlaczego, ale już o ósmej znowu szukam plam. Co jakiś czas dopada mnie szał pisania, wtedy przestają liczyć się plamy na suficie, jeśli jest to książka to wskakuję w zupełnie inne życie. Nabieram energii i oprócz pisania jestem w stanie robić wszystkie te czynności, które przerastały mnie chwilę wcześniej.
Tak wygląda życie człowieka uprawiającego wolny zawód, ze znikoma ilością zleceń, człowieka przegranego, samotnego i zagubionego. Czyli człowieka „born In the PRL”, który nie odnalazł się w realiach życia po przemianach. Urodzonego, wychowanego i wykształconego w innym systemie, a żyjącego w skrajnie odmiennych warunkach. Jest taka piosenka Brusa Springsteena „Born In the USA”, w powszechnym przekonaniu jest to patriotyczna pieśń o dumie z miejsca urodzenia. Tak naprawdę piosenka ta powstała jako protest song i miała być hymnem zawiedzionych i oszukanych mieszkańców tego kraju. Pieśnią buntu niezadowolonych pauperyzacją, spadkiem poziomu życia, wszechogarniającym kapitalizmem i kroczącym imperializmem. Widać to zresztą na teledysku, gdy idzie przez opuszczoną, pełną latających śmieci dzielnicę – wygląda na Detroit. Mimo, że sztuka miała inny sens, a artysta inny przekaz, to publiczność odebrała ją zupełnie inaczej. Sam też tak o niej sądziłem, do momentu gdy trafiła mi się jakaś książka, w której przewija się geneza tego utworu. Wtedy zagłębiłem się w jej słowa. To dowodzi, że ludzie – w tym i ja – nie słuchają tekstu, nie rozumieją treści, jedynie melodia i przekaz obrazowy, czyli teledysk, który też nie spełnił swojej roli.
Nie wiem czemu zacząłem od Springsteena, ale wiem dlaczego zacząłem od tych plam. Tak zaczynają się depresje, nałogi, ale przede wszystkim dowodzi to, że zatraciliśmy umiejętność nawiązywania żywych relacji. Zwykłych, analogowych relacji z drugim człowiekiem. Cyfrowo potrafimy nawiązywać nowe znajomości. Na fejsbuku, instagramie czy TT, mamy znajomych do jasnej cholery, ale w realu jesteśmy sami, z roku na rok coraz bardziej, coraz mocniej. Sami, samiuteńcy, samotniejsi. Zamiast pukania do drzwi, słyszymy dźwięk wiadomości. Staliśmy się smart-ludźmi. A co najgorsze, zupełnie nie radzimy sobie z pandemią osamotnienia. Straciliśmy odporność. Już nie potrafimy poznać się poza Internetem, chyba, że będzie to relacja zawodowa, która przerodzi się w znajomość, a potem jakąś „paraprzyjaźń”. Nie piszę przyjaźń, bo zwykle gdy ludzi połączą relacje zawodowe, to nawet zażyła znajomość będzie miała podtekst biznesowo-zawodowy i gdy rozbiegną się interesy firm, to automatycznie rozpadną się „paraprzyjaźnie”. Oczywiście, zaraz pojawią się nowe, ale już wiemy jakie są trwałe. Nasze prywatne życie, zależy od właścicieli firm dla których pracujemy. Smutne to i prawdziwe. Podobnie jest w parazwiązkach, nie we wszystkich i nie będę tego analizował, bo jest to bardzo bolesne.
To jednak tylko wstęp do pewnego pomysłu, który przewinął mi się podczas oglądania pewnej relacji. A zaczęło się tak: Jednym z moich ulubionych miast – jest Wrocław, nawet chyba nie jednym, a ulubionym. Może ze względu na odległość tak sobie je wyidealizowałem, bo gdybym mieszkał w nim na stałe, to zmieniłbym zdanie? Niewykluczone. Oczywiście uwielbiam Warszawę, Gdańsk, Poznań trochę mniej Kraków, ale Wrocław ma w sobie jakiś ładunek magii i twórczej energii. Być może patrzę trochę przez pryzmat sentymentu „Pomarańczowej alternatywy” z lat osiemdziesiątych. Wtedy, to naprawdę było „coś”. Ale nie tylko.
Miasto jest urzekające i naprawdę nie sposób mu się oprzeć. Nawet słynne krasnale nie popsuły tego wizerunku. Z całą pewnością odległość ma znaczenie, bywam tam średnio raz na dwa, trzy lata, więc resztę mojego pobytu w tym mieście wypełniam sobie wyobraźnią, a do niedawna plamami na suficie, które układałem w jego uliczki, osiedla, a nawet mieszkanie z widokiem na lokalny bazarek. Jakby jednak pięknym nie był, z pewnością są tam osoby, które też mają swoje pięćdziesiąt sześć plam na suficie. Zupełnie przypadkiem – zaplanowanym przypadkiem (oksymoron celowy) – trafiłem na filmy pewnej wrocławskiej blogerki literackiej – „Czytam duszkiem” czyli Katarzyny Chmiel. Ponieważ recenzowała moją książkę, byłem ciekaw co ma do powiedzenia i kim jest człowiek, który oceniał moją twórczość. Film nagrała z okazji jakiś wyborów do jakiejś instytucji, która zajmuje się lokalną kulturą.
Usłyszałem pewną historię, która mnie klepnęła. Klepnęła tak mocno, że muszę o niej napisać. Ponieważ zarówno kongres jak i same wybory zostały odwołane mogę spokojnie pisać, bez posądzenia o kryptoreklamę. Z drugiej strony jeśli ktoś ma naprawdę dobry pomysł, to czemu go nie wesprzeć i nie reklamować? Oczywiście to zawsze będzie subiektywną oceną piszącego, czy pomysł jest warty promocji, czy też nie. Jeśli podjąłem się napisać, to naprawdę głęboko to przemyślałem, ponieważ można zrobić krzywdę powierzchowną oceną. Wyeliminować geniusza, a wsadzić miernotę, bo na pierwszy rzut oka, fajniej się ta miernota prezentowała. Tym razem jednak to przemyślałem, chociaż to jest już bez znaczenia, ponieważ jak wspomniałem wybory odwołano.
Oby wszystko się unormowało do maja, do gali plebiscytu na książkę roku czyli – „Brakującej litery” – której Dziennik Trybuna jest medialnym patronem. A dzisiaj ja zostanę samozwańczym i niezależnym medialnym patronem kandydatki w wyborach, których nie będzie. Przynajmniej na razie. Kandydatka jeszcze o tym nie wie, ale ma patrona – autora felietonów „Księga wyjścia”. Patron – z rosyjskiego pocisk, nabój – taka dygresja, coś generalnie destrukcyjnego, ewentualnie eliminującego wrogów. Przepraszam, już wracam do zapowiedzianej historii. Włączyłem więc sobie film na jej blogu chcąc zobaczyć „na żywo” kto recenzuje książki, kto recenzował moją. Zobaczyłem kobietę, w oczach pasja mówiąca, a nawet krzycząca – wiem czego chcę, w głośniku słychać jak zaczyna opowiadać. Przytoczę ją tak jak zapamiętałem.
Na jednym osiedlu mieszka pani Jasia. Potrafi piec wyśmienite babeczki, od kiedy jednak została sama – w domyśle owdowiała, nie ma dla kogo tego robić, nie ma osoby dla której warto się starać. Przecież to oczywiste, że dla siebie robi się co najwyżej kanapki. Na tym samym osiedlu, albo w tym samym bloku mieszka kilkoro zapaleńców nieba. Nie, nie w sensie religijnym, tylko młodzi miłośnicy astronomii, a konkretnie Galaktyki Andromedy. O gwiazdach, planetach, meteorytach wiedzą wszystko, trochę mniej, ale też co nieco o czarnych dziurach, wiedzą że Galaktyka Andromedy coś tam już wchłonęła i że jest taką galaktyką agresywną, pożerającą sąsiadów. Wiedzą dużo o Syriuszu, o afrykańskim plemieniu, które twierdzi, że są to trzy gwiazdy obok siebie. Co już potwierdzili naukowcy. Mają ogromną wiedzę, ale jedynie z książek, bo są zbyt młodzi, by mieć dostęp do profesjonalnych miejsc obserwacji, dostępnych choćby dla studentów. Mieszka tam również Marcel, miłośnik przyrody i kochający właściciel psa, kota i pięknego akwarium. Znają się z widzenia, być może nawet się pozdrawiają. Ale nie wiedzą o sobie nic. Zrządzeniem losu spotkali się wszyscy przy babeczkach pani Jasi. Zaczęli rozmowę. Okazało się, że Marcel, który mieszka na trzynastym piętrze, dorobił sobie klucz od kłódki na dach i ma świetne miejsce obserwacji nieba. Umówili się więc na kolejną imprezę na dachu. G, w świetle gwiazd miłośnicy Galaktyki Andromedy opowiadali i ciałach niebieskich, teoriach kosmicznych, krzywiźnie czasoprzestrzeni, Marcel nieśmiało wspomniał, że pisze sobie do szuflady różne rzeczy. Poezje, prozę, dramaty. Spontaniczna decyzja, wystawiamy sztukę. Podzielili role, nauczyli się ich na pamięć i zaczęły się schody. Gdzie ją wystawić?
Tu autorka mi zaimponowała swoją kreatywnością, zaproponowała, by w pierwszej kolejności przejrzeć miejskie zasoby. Pracowałem kiedyś (moja pierwsza w życiu praca) w Osiedlowym Domu Kultury – jakiś czas byłem nawet p.o. kierownika tej placówki. Dlatego wiem, że zawsze jest jakieś zapomniane pomieszczenie, które służy za schowek na wszystko. A jeśli nie ma, to na początku można się porozumieć z kierownictwem czy dyrekcją by w określone dni udostępnili jakąś salę. Mało tego, nawet dadzą zamykane szafki, żeby przynieśli własny czajnik, ekspres do kawy czy co im potrzeba. Chłopaki z Galaktyki muszą gdzieś chować tablicę z atlasem nieba. Czyli na początku przegląd – mówiła Katarzyna Chmiel – już w zupełnie innym anturażu, jakby wróciła z poszukiwań. Miejskie i osiedlowe biblioteki, szkoły, OSiRy – wszędzie tam znajdzie się kawałek podłogi, by grupa, przypadkowo zebranych ludzi znalazła swoje miejsce. Pani Jasia czuje się trochę jak starsza siostra, trochę jak rówieśnica, oczywiście młodzież nauczyła ją posługiwać się komputerem i wymieniła już swój stary telefon, na szybkiego smartfona. Teraz żadna krzyżówka nie jest dla niej problemem.
Po jakimś czasie może uda się namówić kogoś z teatru, tego przez duże „TE”, by wpadł na pokaz i babeczki. Przy okazji pani Zosia przygotowała wystrój, od lat haftuje, ale nie ma komu pokazać. Wzory ludowe i nowoczesne, inspiracje własne i zapożyczone z prasy. Możemy zapytać, no dobra, ale jeśli jest już ten pomysł, to jaka jest rola jego autorki. Wymyśliła, jeśli chwyci, to już poleci samo. No właśnie nie, nikt nie będzie rozmawiał z nastolatkami czy panią Jasią o nieodpłatnym użyczeniu pomieszczenia, nikt bez odpowiednich narzędzi, kompetencji nie będzie w stanie przejrzeć tych zasobów. Ale najważniejsze, ktokolwiek z dyrekcji jakiegokolwiek teatru, już na poziomie pierwszej sekretarki wyrzuci zaproszenie do kosza. Co innego, gdy zaproszenie wyjdzie od namaszczonego władzą członka Rady Kultury. Które działają z upoważnienia i na zlecenie władz miasta i jego Prezydenta. Nie tylko Wrocławia. Tekst wyborczo jest nieaktualny, ale społecznie jak najbardziej. Dotyka palącej potrzeby. Potrzeby bliskości. Dlatego postanowiłem o tym napisać. Żeby pięćdziesiąt sześć plam na suficie nie stało się synonimem sensu naszego życia.

Księga Wyjścia (44)

Ballada o słowie dobrym, słowie złym…

„Urodziłem się w Generalnej Guberni, umrę w RP z nieustalonym jeszcze numerem, ale najpiękniejsze lata swojego życia spędziłem w PRL. Nie sadziłem, że doczekam takich czasów i wiesz co – wolałbym ich nie doczekać” – powiedział ze swoim charakterystycznym uśmiechem Andrzej, gdy przypadkiem wpadliśmy na siebie na ulicy. Pomimo wieku ma niesamowitą kondycję i w pieszych wędrówkach zostawiłby za sobą wielu dwudziestolatków.
Andrzej jest bardzo ciekawym człowiekiem. Poznałem go na przełomie szkoły podstawowej i średniej. Nie pamiętam dokładnie czy było to w ósmej klasie, czy może już w liceum. Przez wiele lat pracował w poradni wychowawczo zawodowej zajmując się trudną młodzieżą. Ponieważ i ja znalazłem się w tej szerokiej grupie, również tam trafiłem. Z wiekiem znajomość zmieniła swoje relacje i z czysto zawodowych (psycholog – pacjent) stały się koleżeńskie. I mimo różnicy wieku, utrzymywaliśmy kontakt nawet gdy już miałem własną rodzinę i poukładane życie odwiedzałem go w tej placówce, praktycznie do samej jego emerytury. Oczywiście charakter tych wizyt również uległ zmianie, ot, wpadałem wypić z nim kawę.
Podziwiałem jego opanowanie i spokój, a czasami prosiłem o radę przy wychowaniu własnych dzieci. Zawsze uśmiechnięty, zarażał innych swoim optymizmem. To właśnie on zawsze mi powtarzał, żebym nie zabijał tego co jest we mnie najcenniejsze – wrażliwości. Na początku nie bardzo wiedziałem o co mu dokładnie chodzi.
Przecież byłem zwyczajnym chłopakiem, który za wszelką cenę chciał utrzymać pion nie pokazując słabości. Być twardszym, odważniejszym i bardziej szalonym od innych. Jak to wówczas wśród młodzieży bywało. Na szczęście udało nam się nie pozabijać. Skutecznie za to pozabijałem, to co według Andrzeja było tak cenne – wrażliwość. Nauczyłem się nie okazywać słabości, skutecznie poukrywać prawie wszystkie emocje o uczuciach nie wspominając. Przestałem odróżniać dobro od zła i często przechodziłem obojętnie obok ludzkiej krzywdy. Dopiero lata rożnych terapii odgrzebały to, co tak długo w sobie dusiłem. Wspomnianą przez niego wrażliwość. Nie miałem jednak pojęcia o skutkach ubocznych gdy na dobre zrzuciłem z siebie ten pancerz…
Zaczyna się zwykle podobnie, od jednego większego problemu. Ot, niezapłacony jeden drobny rachunek. W sumie nic takiego, w najgorszym wypadku naliczą odsetki, a przy kolejnym przypływie gotówki bez problemu można będzie to wyrównać. Najlepiej byłoby szybko pozbyć się tego problemu z głowy. Wyprzeć, zapomnieć, nie dźwigać tego ciężaru. Po prostu, spokojnie zaczekać do czasu gdy przyjdzie odpowiedni moment, by zaległość uregulować.
Przecież to nie powód do rozpaczy, a tym bardziej załamania. > Jeśli jednak zaraz za nim przyjdzie cała seria innych „pierdół”, to mózg zaczyna reagować zupełnie nieadekwatnie. Drobiazgi rosną w krzywym zwierciadle wyobraźni do niebotycznych rozmiarów, a jednocześnie „złośliwa” pamięć przywraca wszystkie dawno już zapomniane problemy. Jeśli seria pechów trwa nadal, to mózg przypomina sobie już te zupełnie nieistotne – dawno załatwione. I mimo że rozwiązane, ponownie dają o sobie znać. Znowu stały się ważne, bo zanika też pewność czy zostały rozwiązane. Poza tym utwierdzają w poczuciu własnej nieudolności, już nie mamy pewności czy zostały rozwiązane, a sam fakt że w ogóle się pojawiły jest kolejnym kamykiem do plecaka z napisem „upadam”. W końcu dochodzi do sytuacji, gdy pukanie do drzwi, dzwonek telefonu przyprawiają o palpitacje serca, a spadająca ze stolika łyżeczka wprawia w autentyczne przerażenie.
Efekt kuli śnieżnej. Zwykła pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów, zbierając po drodze małe, nic nieznaczące potknięcia. Czasami potrafi dołożyć swój płatek do tej kuli pogoda, pora dnia i milion innych indywidualnych „nicnieznaczeń”.
Złe słowo wypowiedziane przez kogoś bliskiego w złą porę. Można długo spekulować, bo każdy ma inną czułość i inne natręctwa. Ale sekwencja zawsze jest jednakowa. Ciągłe skalowanie napięcia. Może to wyglądać na paranoję, ale nią nie jest – chociaż odczucia podobne – to początek innego problemu. Bardzo poważnego, bo śmiertelnego – depresji. Wielokrotnie mamy tego świadomość, ale i tak jesteśmy bezbronni. Jak trudno jest się przed tym bronić wiedzą ci, którzy to przeszli. A po transformacji ustrojowej jest ich naprawdę bardzo dużo.
Oczywiście jedni są bardziej odporni, inni mniej. Ale wątpię, by byli ludzie całkowicie odporni. Bardzo długo z tego schematu korzystały firmy windykacyjne. Do perfekcji opracowały system umiejętnej manipulacji natężeniem, potrafiły doprowadzić do załamania nerwowego, depresji i w efekcie samobójczej śmierci.
Na pograniczu prawa łamały ludziom kręgosłupy, niejednokrotnie doprowadzając do ostatecznego kroku. Nie wprost oczywiście, ale jak wiele osób popadło w depresję, ilu tego nie wytrzymało? Ludzie wrażliwi są najłatwiejszym łupem. Jeśli jeszcze mogą, mają możliwość, spłacają horrendalne odsetki od długu, który już wielokrotnie spłacili, biorą kolejne chwilówki, zaciągają kolejne pożyczki u podejrzanych „dobroczyńców”, którzy pojawiają się zawsze jak spod ziemi w odpowiednim momencie. W tej sytuacji zaszczuty człowiek jest wdzięczny „wybawcy”, który w tym momencie wydaje się aniołem, przyjacielem, kimś kto wreszcie podał rękę. Miotając się w sieci realnych i wyimaginowanych problemów – powstałych w rozszalałej wyobraźni – nie zastanawiamy się nad tym co później, ważne by złapać oddech. „Cudotwórcy” oddech ten dali, by po jakimś czasie postawić żądania, lub zakręcić „butlę z tlenem”.
Tak właśnie dochodziło do niewyobrażalnej spirali zadłużenia, eksmisji, a w skrajnych przypadkach samobójstw. Nie jest ważne jak to nazwie,u i do czego porównamy, czy do kuli śnieżnej, czy kropli drążącej skalę. W pierwszym przypadku nas zmiażdży, przygniecie i zadusi, w drugim enta kropla – tak naprawdę delikatnym uderzeniem – roztrzaska nawet najtwardszą czaszkę.
Trochę faktów:
Suicydolodzy (naukowcy zajmujący się problemem samobójstw) podkreślają, że obecnie z własnej ręki ginie więcej osób niż w wypadkach samochodowych. Zdaniem specjalistów, liczba ta jest jednak znacznie wyższa niż wynika z policyjnych statystyk. Obowiązek opisywania wprowadzono w szpitalnych kartach chorobowych pacjenta dopiero w 2018 roku.
Poza tym nie znamy liczby samobójstw ukrytych. Czyli takich, w których ktoś pozoruje wypadek. Choćby dlatego, by nie piętnować rodziny. To wciąż szara strefa tej makabrycznej „autoeutanazji”.
Opierając się tylko na samych oficjalnych danych policji, które są dosyć mgliste i nawet o trzydzieści procent rozbieżne z danymi GUS. W latach 2000 – 2013 blisko sześćdziesiąt pięć tysięcy osób odebrało sobie życie. Największa fala była pomiędzy 2007, a 2016 rokiem. W ostatnich latach średnia ta zaczęła wyraźnie spadać. W 2017 według tych nieprecyzyjnych szacunków było o osiemset samobójstw mniej niż w roku 2013 i 2014. Według tego samego źródła w 2018 roku było połowę mniej zamachów na własne życie niż jeszcze rok wcześniej.
Mimo, że wiarygodność jest dyskusyjna i nieprecyzyjna, to jednak stanowi jakiś punkt odniesienia. Może dlatego, że pojawił się spod ziemi taki „przyjaciel” i rozwiązał większość problemów. W cudowny sposób znacznej części z nas zabrał ten potwornie ciężki plecak wypchany kamieniami?
Obawiam się jednak, że ów „przyjaciel” zażąda sowitej zapłaty. Na przykład pełnego posłuszeństwa. Tak, mam na myśli PiS, które ukręciło łeb większości firm windykacyjnych, choćby skróceniem i jasnym określeniem przedawnienia długu. Pomijam aferę GetBecku i ich niejasnych powiązań z obecną władzą. Faktem jest, że w kluczowym momencie, gdy firma wpadła w kłopoty, władza im tej ręki nie podała. Pomijam spekulacje prasowe o spotkaniu Kornela Morawieckiego z kierownictwem „funduszu” – cudzysłów zamierzony. Piszę z punktu widzenia zwykłego człowieka, który wpadł w tarapaty.
Skupmy się jednak na faktach. Od kiedy rządzi PiS, ludzie znajdują mniej „dziwnych” listów w swoich skrzynkach pocztowych, odbierają mniej dziwnych telefonów o rozmaitych portach dnia i nocy. Niektórym w ogóle ucichły, a najbardziej bezlitośni komornicy – ściągający dług sprzed trzydziestu lat -przysłali wreszcie pisma, że odstępują od egzekucji.
Nie mam złudzeń, to może nas wiele kosztować. Bardzo wiele. Ale jeśli opozycja naprawdę chce wygrać wybory, to zamiast szydzić z „beneficjentów pięćset plus”, czy kpić ze społeczeństwa, że dało się skorumpować, powinna zrewidować swoją narracje i zastanowić nad innymi argumentami. Bo w ten sposób nigdy nie przekonają do siebie odpowiedniej liczby wyborców.
Wracając do wniosków naukowców, przydałby się bardzo specjalistyczny program profilaktyki, który w innych krajach znacznie obniżył tę okrutną liczbę „śmierci z przerażenia i niemocy”.
„Słowo leczy, słowo zabija. Wszystko zależy jak je wykorzystamy” powiedział kiedyś szef Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, profesor Brunon Hołyst.
Pamiętam, że Andrzej zawsze dysponował całą paletą „dobrych słów”, niemalże na każdą okazję, posługiwał się nimi po mistrzowsku.
Drodzy czytelnicy, przyszedł czas, w którym muszę zająć się wydaniem kolejnej książki. Chciałem wziąć dwa miesiące urlopu, ale rozmawiając z sekretarzem redakcji umówiliśmy się, że co jakiś czas będę jednak pisał felietony. Po prostu przez dwa miesiące nie będą wychodzić regularnie, co nie oznacza, że tak pozostanie. Po dwóch miesiącach wrócimy do stałego, cotygodniowego cyklu.
Do przeczytania następnym razem.

Księga Wyjścia (41)

Ballada o dobrej porze na umieranie.

Dopadło i mnie. Po świętach, nowym roku i wizycie króli, którą przeoczyłem, dopadła mnie jakaś paskudna zaraza. Wirus, lub solidne przeziębienie. Ponieważ tak czy inaczej wybrnę z tego, nawet jeśli to ptasia grypa to nie mam szans by umrzeć – na co trochę liczyłem. Pomyślałem, że zamiast się męczyć i licząc na skuteczne zejście z tego świata, zwijać się w bólach, gorączce i kaszlu to pójdę do lekarza, by skrócił te bezużyteczne cierpienia, które w żaden sposób nie uszlachetniają. Na fundusz oczywiście. Gdy zacząłem już zbierać się do przychodni, uświadomiłem sobie, że jest to akurat jeden z tych wolnych dni, albo niedziela, albo wizyta monarchów, których liczba, za sprawą jednego polityka, stała się dyskusyjna, i jak co roku również wtedy wszystko jest zamknięte. Oprócz placówek pocztowych zwanych „Żabkami”.
Będąc jeszcze dzieckiem, byłem przekonany, że owi królowie przychodzą zadać matematyczne zadanie domowe, które zrozpaczeni ludzie wypisują na drzwiach. Cholernie to trudne, bo z trzema niewiadomymi – K+M+B. Wiele razy głowiłem się nad rozwiązaniem, ale żeby chociaż jedną wartość została podana. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że nie ma to nic wspólnego z matematyką i zły na siebie, że zmarnowałem tyle lat, z wściekłością patrzę gdy ludzie wypisują to „zadanie” na drzwiach. Tak naprawdę wciąż nie wiem co to znaczy, poza tym że są to pierwsze litery imion rozdzielone krzyżykami. Ale przecież ten krzyż według legendy postawiono trzydzieści trzy lata później. Chociaż co się dziwić, w Polsce mieszkam przecież.
Ale przerwałem opowieść o wyjściu do lekarza, bo nie o ilość koronowanych głów tu chodziło, ale o to, by się nie męczyć, jeśli nie ma cienia szansy na śmierć. w każdym razie chwilę zastanawiałem się co robić. Iść do swojej przychodni, czy od razu do całodobowej. Tak, Puławy są takim miastem, gdzie funkcjonuje coś takiego jak całodobowa przychodnia, czynna również w święta. Uznałem, że w święta zwykła przychodnia będzie nieczynna, więc poczłapałem do całodobowej, przyszpitalnej. Tłok jak jasna cholera, na szybko obliczyłem, że dwie godziny czekania. Ale trudno, jak już jestem to zaczekam. Zresztą, w domu leżałbym w łóżku klnąc cały świat. A publicznie nie wypadało. Gdy tak siedziałem w kolejce, zacząłem zastanawiać się nad dosyć kluczową sprawą, jaką jest życie i śmierć. Doszedłem do wniosku, że najlepsze co można w życiu nas spotkać, to śmierć w odpowiednim momencie. Nie wolno czekać, łudząc się, że przyjdzie na to lepszy czas. Nie przyjdzie.
Jeśli uda się umrzeć w porę, to po pierwsze zapamiętają nas dobrze, jest szansa nawet, że jakaś namiastka bohaterstwa się przyklei. Gdy przeciągniemy ten moment, znudzimy sobą innych, zostaniemy tetrykami, a wszystkie osiągnięcia pójdą w cholerę. Umierając wcześniej pozostawimy niedosyt, wrażenie typu: „jeszcze tyle mógł zdziałać, miał ogromny potencjał”. Potencjał też pójdzie w cholerę, bo jest raczej imaginacją otoczenia, niż faktycznymi możliwościami spóźnionego nieboszczyka. Umierając wcześniej zostawiamy lepsze wrażenie, nawet, jeśli nie byliśmy święci. Tylko śmierć może trwałe je zatrzymać. Nie dotyczy to ludzi naprawdę wyjątkowych, ci mają ten komfort, że mogą sobie pozwolić na śmierć, kiedy ta do nich przyjdzie. No i ludzi nijakich, takich którzy cicho przechodzą przez życie.
Jak rozpoznać ten moment? Dobre pytanie, to chyba zależy od intuicji, wyczucia, kiedy udało się wejść na szczyt i tuż przed pierwszym krokiem schyłkowym – umrzeć. U mnie za późno, więc łażę po lekarzach. Gdy przyszła moja kolej, przyjęła mnie lekarka, która dawno powinna być na emeryturze, nie traktuję tego jak wyrzut, skąd. To komplement i byłem nawet zadowolony, ponieważ ktoś taki poza wiedzą medyczną, ma również ogromne doświadczenie. Porozmawiałem z nią chwilę, okazało się że pracuje w jednej z gminnych przychodni na terenie powiatu, a jak są dni, że nie ma kim obsadzić, to ściągają ją do Puław. Na oko przekroczyła osiemdziesiatkę.
Po dokładnym zbadaniu, stwierdziła powszechnego teraz wirusa, który różnie się objawia i zapytała, czy zgadzam się na antybiotyk. Z czymś takim się nie spotkałem, kiedyś lekarz wypisywał, kazał brać przez pięć dni, kupić osłonę i do widzenia. Wykupiłem leki i doczołgałem się jakoś do domu. Włączyłem telewizor, większość czytelników zapewne wie, że jest taki etap choroby, w którym nie da się czytać. Oczy bolą i przednia część głowy. Czoło rozsadza. I włączyłem ten telewizor. Chyba nie mogłem zrobić nic gorszego, będąc chorym należy wielokrotnie się zastanowić, zanim weźmie się pilota.
Po pierwsze SLD nie czekało do 19 stycznia, tylko już poparło Roberta Biedronia na kandydata, nie będę pisał na łamach DT co o tym myślę, bo i tak nie pójdzie, zrobiłem to na fb w krótkim felietonie pt: „Ogórek Czarzastego”. Za chwilę dowiedziałem się że Trump zabił Irańskiego generała Sulejmana. Bez wypowiedzenia wojny, bez wyroku sądu. Ot tak, wziął i wydał rozkaz. Trochę to przerażające, bo gdy zaczną rakiety irańskie lecieć na Puławy, to po pierwsze nie umrę w porę, bo jak ustaliliśmy ona minęła, po drugie nie zdążę powiedzieć że nie miałem z tym nic wspólnego. Nawet nie zdążę powiedzieć czepcie się Millera, za więzienia CIA.
Reasumując, lewica wybrała kandydata, który podczas kampanii dwukrotnie oszukał wyborców, dzięki niemu ani prof. Monika Płatek nie została eurodeputowaną, ani lewicowa działaczka, wieloletnią posłanka Jolanta Banach nie weszła do sejmu. Lewicowość Biedronia dotyczy tylko sfery obyczajowej i nienawiści do faszyzmu. Tylko z faszyzmem jest tak, że nikt go nienawidzi. Nawet faszyści, taka to ideologia.
Trudno nie dostrzec analogii między Wiosną, a Nowoczesną, między Petru, a Biedroniem. Pierwszy był niedouczony, drugi zwyczajnie kłamie. Teraz wykręca się, że mówił „prawdopodobnie”. Sprawdziłem. Powiedział, że prawdopodobnie nie zdąży zrzec się mandatu, ponieważ zaprzysiężenie w Europarlamencie, będzie później, niż wybory w Polsce, więc mandatu nie przyjmie.
Żałowałem, że włączyłem telewizor, natychmiast przełączyłem na Canal Plus i obejrzałem program o chińskiej grupie etnicznej, w której dominującą rolę sprawują kobiety. Społeczeństwo matchrialne. Po obejrzeniu, myślałem że tylko jedno takie jest na świecie, ale zaraz rzuciłem się w otchłań Internetu i odnalazłem więcej takich grup etnicznych. Wydało mi się to czymś nieprawdopodobnym, ci ludzie nie znali przemocy, w ich języku nie ma słowa gwałt, a jedna z kobiet opowiadając swój wyjazd do miasta, z przerażeniem opowiadała jak była świadkiem kłótni jakiejś pary w knajpie. Była zszokowana, bo to dla niej niepojęte.
Ludzie bez agresji. I tego nam wszystkim życzę w nadchodzącym roku. Do przeczytania za tydzień.

 

Piknik na skraju Apokalipsy

Profesor Zbigniew Mikołejko (rocznik 1951), to uczony, który z nieczęstym nawet w świecie filozofii upodobaniem wędruje po najmroczniejszych strefach egzystencji.

By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć choćby tylko po jego książki „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”, czy po potężne, dwutomowe studium „We władzy wisielca”. Wielu ludzi, także uczonych filozofów, unika stref mroku, woli pławić się w kandydowskim optymizmie, bo w końcu – „za jakie grzechy…”? „A żyje się tylko raz”. Zbigniew Mikołejko wędruje więc w mroczne strefy niejako za nas, ale nie wynajętym jest kondotierem, on się do tej ciężkiej roboty najął bezinteresownie, dla samej satysfakcji intelektualnej.
I ja osobiście wcale mu się nie dziwię, bo mrok i zło są nie tylko fascynujące jako obiekty obserwacji i namysłu, ale trafniej definiują naszą naturę niż sztuczna wesołość, która jest wokół serwowana. Dlatego lubię, jako czytelnik, wędrować z Mikołejką „ciemną doliną”, poprzez „egipskie ciemności”, idąc z tyłu za jego ascetyczną sylwetką, godną sylwetek świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa, trzymając się go za połę marynarki. Zbiór „esejów przygodnych”, „Prowincje ciemności”, jest okazją do kolejnej takiej mrożącej krew w żyłach i stawiającej włosy na głowie wyprawy.
Autor rozpoczyna z „grubej rury”, od razu „obuchem w łeb”, pozbawiając złudzeń tych, którzy mają złudzenia co do czasu i fenomenu jakim jest dzieciństwo. Ten okres życia, nawykowo traktowany w obyczajowości, kulturze i przede wszystkim – popkulturze, choćby w reklamach, jako czas arkadyjski, szczęśliwy i niewinny demaskuje Mikołejko jako „wynalazek” naznaczony „dramatem”, przy czym czyni to w sposób wyjątkowo perfidny, używając jako punktu wyjścia opowieści o tym, że dzieciństwo to mrok i dramat, opowieści uważanej powszechnie (i opacznie) za pogodną i ujutną, czyli dziecięcej zabawy z „królem Lulem” w zawołaniu.
Po tej lodowatej kąpieli czytelnik jest już cokolwiek zahartowany by przyjąć na klatę filozoficzne opowieści Mikołejki o innych mrokach. W „Pieskie, arcypieskie” mówi o dramacie naszej ludzkiej bo pieskiej, albo pieskiej, bo ludzkiej natury (figura „psiogłowca”), nie traktując tej „pieskości” bynajmniej tylko metaforycznie, lecz odwołując się do figury psa w literaturze i kulturze, od psów ze średniowiecznych legend po poczciwą Lessie z arcypopularnej szkolnej lektury powieści Erica Knighta. Esej „Chrzest i śmierć” samym tytułem sygnalizuje zagadnienie, którego dotyczy – jest podważeniem chrześcijańskiej nauki o życiodajnym jedynie sensie „chrztu świętego”. W kapitalnym eseju „Wstyd, grzech i gniew” Mikołejko zajął się historycznymi (a tym samym także kulturowymi) fluktuacjami miar i kryteriów wstydu, bezwstydu, obsceniczności, stosunku do ciała na przestrzeni wieków oraz ich obrazu w literaturze i sztuce. O splocie „Śmierci, zmysłów i szaleństwa” traktuje inny esej, w którym punktem osiowym rozważań uczonego jest Szekspir, jego „Hamlet, a jeszcze ściślej dialog cmentarny dwóch grabarzy z aktu V. Szekspir, ten wielki artysta i filozof, a konkretnie jego „Romeo i Julia” służy Mikołejce za asumpt także do tematyki kolejnego eseju, „Zabić kochanków z Werony. Prawda i kłamstwo obrzędu”…. Opowiadając o figurze wampira („Wampir to ja. A ja to ktoś inny…”) opowiada Mikołejko właściwie o całościowo ujętej naturze ludzkiej.
W „Martwej naturze ze ściętą głową” pochyla się nad prozą historyczną Jarosława Marka Rymkiewicza, by w rymkiewiczowskiej krwawej historiozofii znaleźć tworzywo i lustro dla swoich przemyśleń. Malarstwo Fuselego (1724-1825), bohatera „małego fragmentarium onirycznego”, malarza tak dalekiego od rankingów wyznaczanych przez przewodniki po wielkich galeriach, że niemal niszowego, to udana próba znalezienia w sztuce ekwiwalencji dla swych intuicji i myśli. W eseju „W „brzuchu wielkiego miasta” odnosi się do swojej nielubianej szkolnej lektury, „Lalki” Prusa i po latach waloryzuje ją, opisując jako – jak mówi podtytuł eseju – „widowisko pasyjne”.
Esej „Zatańczyć śmierć” odebrałem, jako kiepski tancerz, bardzo osobiście. I niby „od zawsze” znam oczywisty motyw „tańca śmierci” („danse macabre”, „Totntanz”), ale dopiero po lekturze eseju Mikołejki uświadomiłem sobie do końca sens tańca jako rytualnego wyrazu lęku i ucieczki przed śmiercią i nicością, rytualnego wyrazu próby ich „zatańczenia”, „zatupania”. „W najciemniejszej dolinie”, „Pieśń mityczna naszego czasu” , „Mesjasz w piekle Luizjany”, „Pustka w kulturze Zachodu”, „Zimne ślepia biowładzy”, „Melancholia, apokalipsa i „nagie życie”, „Piknik na skraju Apokalipsy” – te eseje są kolejnymi egzemplifikacjami widzenia egzystencji przez Mikołejkę. Przewędrowawszy przez historię ludzkiej egzystencji od czasów wczesnych, w ostatnim eseju sięga on po kulturę współczesną, w tym po film Larsa von Triera „Melancholia” i powiada w konkluzji, że nasza egzystencja jest tytułowym „Piknikiem na skraju Apokalipsy”.
O „rzeczach ostatecznych, najbardziej mrocznych i do głębi drapieżnych” opowiada Mikołejko językiem pięknym, bliskim pewnej hieratyczności, cokolwiek „biblijnym”. Jego eseje nie są więc łatwe w lekturze, bo to w pewnym sensie eseistyczne poematy czy poetyckie eseje. Dla mnie ta fascynująca lektura jest niełatwa także dlatego, że czytam ją jako palimpsest, którego nie wszystkie kolejne warstwy są łatwe i oczywiste w odczytaniu.
Jednak wysiłek myślowy przy lekturze „Esejów przygodnych”, choć niebagatelny i wymagający cierpliwości, opłaca się sowicie. Każda deszyfracja, odkodowanie kolejnego motywu zawartego w tych esejach jest jakby momentem rozbłysku światła pośród gęstego mroku. Ta moja pierwsza lektura „Esejów przygodnych” Zbigniewa Mikołejko, była tylko pierwszą ich odsłoną. Będą następne.

Zbigniew Mikołejko – „Prowincje ciemności. Eseje przygodne”, wyd. Sic!, Warszawa 2018, str. 278, ISBN 978-83-65459-20-6