Księga Wyjścia (41)

Ballada o dobrej porze na umieranie.

Dopadło i mnie. Po świętach, nowym roku i wizycie króli, którą przeoczyłem, dopadła mnie jakaś paskudna zaraza. Wirus, lub solidne przeziębienie. Ponieważ tak czy inaczej wybrnę z tego, nawet jeśli to ptasia grypa to nie mam szans by umrzeć – na co trochę liczyłem. Pomyślałem, że zamiast się męczyć i licząc na skuteczne zejście z tego świata, zwijać się w bólach, gorączce i kaszlu to pójdę do lekarza, by skrócił te bezużyteczne cierpienia, które w żaden sposób nie uszlachetniają. Na fundusz oczywiście. Gdy zacząłem już zbierać się do przychodni, uświadomiłem sobie, że jest to akurat jeden z tych wolnych dni, albo niedziela, albo wizyta monarchów, których liczba, za sprawą jednego polityka, stała się dyskusyjna, i jak co roku również wtedy wszystko jest zamknięte. Oprócz placówek pocztowych zwanych „Żabkami”.
Będąc jeszcze dzieckiem, byłem przekonany, że owi królowie przychodzą zadać matematyczne zadanie domowe, które zrozpaczeni ludzie wypisują na drzwiach. Cholernie to trudne, bo z trzema niewiadomymi – K+M+B. Wiele razy głowiłem się nad rozwiązaniem, ale żeby chociaż jedną wartość została podana. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że nie ma to nic wspólnego z matematyką i zły na siebie, że zmarnowałem tyle lat, z wściekłością patrzę gdy ludzie wypisują to „zadanie” na drzwiach. Tak naprawdę wciąż nie wiem co to znaczy, poza tym że są to pierwsze litery imion rozdzielone krzyżykami. Ale przecież ten krzyż według legendy postawiono trzydzieści trzy lata później. Chociaż co się dziwić, w Polsce mieszkam przecież.
Ale przerwałem opowieść o wyjściu do lekarza, bo nie o ilość koronowanych głów tu chodziło, ale o to, by się nie męczyć, jeśli nie ma cienia szansy na śmierć. w każdym razie chwilę zastanawiałem się co robić. Iść do swojej przychodni, czy od razu do całodobowej. Tak, Puławy są takim miastem, gdzie funkcjonuje coś takiego jak całodobowa przychodnia, czynna również w święta. Uznałem, że w święta zwykła przychodnia będzie nieczynna, więc poczłapałem do całodobowej, przyszpitalnej. Tłok jak jasna cholera, na szybko obliczyłem, że dwie godziny czekania. Ale trudno, jak już jestem to zaczekam. Zresztą, w domu leżałbym w łóżku klnąc cały świat. A publicznie nie wypadało. Gdy tak siedziałem w kolejce, zacząłem zastanawiać się nad dosyć kluczową sprawą, jaką jest życie i śmierć. Doszedłem do wniosku, że najlepsze co można w życiu nas spotkać, to śmierć w odpowiednim momencie. Nie wolno czekać, łudząc się, że przyjdzie na to lepszy czas. Nie przyjdzie.
Jeśli uda się umrzeć w porę, to po pierwsze zapamiętają nas dobrze, jest szansa nawet, że jakaś namiastka bohaterstwa się przyklei. Gdy przeciągniemy ten moment, znudzimy sobą innych, zostaniemy tetrykami, a wszystkie osiągnięcia pójdą w cholerę. Umierając wcześniej pozostawimy niedosyt, wrażenie typu: „jeszcze tyle mógł zdziałać, miał ogromny potencjał”. Potencjał też pójdzie w cholerę, bo jest raczej imaginacją otoczenia, niż faktycznymi możliwościami spóźnionego nieboszczyka. Umierając wcześniej zostawiamy lepsze wrażenie, nawet, jeśli nie byliśmy święci. Tylko śmierć może trwałe je zatrzymać. Nie dotyczy to ludzi naprawdę wyjątkowych, ci mają ten komfort, że mogą sobie pozwolić na śmierć, kiedy ta do nich przyjdzie. No i ludzi nijakich, takich którzy cicho przechodzą przez życie.
Jak rozpoznać ten moment? Dobre pytanie, to chyba zależy od intuicji, wyczucia, kiedy udało się wejść na szczyt i tuż przed pierwszym krokiem schyłkowym – umrzeć. U mnie za późno, więc łażę po lekarzach. Gdy przyszła moja kolej, przyjęła mnie lekarka, która dawno powinna być na emeryturze, nie traktuję tego jak wyrzut, skąd. To komplement i byłem nawet zadowolony, ponieważ ktoś taki poza wiedzą medyczną, ma również ogromne doświadczenie. Porozmawiałem z nią chwilę, okazało się że pracuje w jednej z gminnych przychodni na terenie powiatu, a jak są dni, że nie ma kim obsadzić, to ściągają ją do Puław. Na oko przekroczyła osiemdziesiatkę.
Po dokładnym zbadaniu, stwierdziła powszechnego teraz wirusa, który różnie się objawia i zapytała, czy zgadzam się na antybiotyk. Z czymś takim się nie spotkałem, kiedyś lekarz wypisywał, kazał brać przez pięć dni, kupić osłonę i do widzenia. Wykupiłem leki i doczołgałem się jakoś do domu. Włączyłem telewizor, większość czytelników zapewne wie, że jest taki etap choroby, w którym nie da się czytać. Oczy bolą i przednia część głowy. Czoło rozsadza. I włączyłem ten telewizor. Chyba nie mogłem zrobić nic gorszego, będąc chorym należy wielokrotnie się zastanowić, zanim weźmie się pilota.
Po pierwsze SLD nie czekało do 19 stycznia, tylko już poparło Roberta Biedronia na kandydata, nie będę pisał na łamach DT co o tym myślę, bo i tak nie pójdzie, zrobiłem to na fb w krótkim felietonie pt: „Ogórek Czarzastego”. Za chwilę dowiedziałem się że Trump zabił Irańskiego generała Sulejmana. Bez wypowiedzenia wojny, bez wyroku sądu. Ot tak, wziął i wydał rozkaz. Trochę to przerażające, bo gdy zaczną rakiety irańskie lecieć na Puławy, to po pierwsze nie umrę w porę, bo jak ustaliliśmy ona minęła, po drugie nie zdążę powiedzieć że nie miałem z tym nic wspólnego. Nawet nie zdążę powiedzieć czepcie się Millera, za więzienia CIA.
Reasumując, lewica wybrała kandydata, który podczas kampanii dwukrotnie oszukał wyborców, dzięki niemu ani prof. Monika Płatek nie została eurodeputowaną, ani lewicowa działaczka, wieloletnią posłanka Jolanta Banach nie weszła do sejmu. Lewicowość Biedronia dotyczy tylko sfery obyczajowej i nienawiści do faszyzmu. Tylko z faszyzmem jest tak, że nikt go nienawidzi. Nawet faszyści, taka to ideologia.
Trudno nie dostrzec analogii między Wiosną, a Nowoczesną, między Petru, a Biedroniem. Pierwszy był niedouczony, drugi zwyczajnie kłamie. Teraz wykręca się, że mówił „prawdopodobnie”. Sprawdziłem. Powiedział, że prawdopodobnie nie zdąży zrzec się mandatu, ponieważ zaprzysiężenie w Europarlamencie, będzie później, niż wybory w Polsce, więc mandatu nie przyjmie.
Żałowałem, że włączyłem telewizor, natychmiast przełączyłem na Canal Plus i obejrzałem program o chińskiej grupie etnicznej, w której dominującą rolę sprawują kobiety. Społeczeństwo matchrialne. Po obejrzeniu, myślałem że tylko jedno takie jest na świecie, ale zaraz rzuciłem się w otchłań Internetu i odnalazłem więcej takich grup etnicznych. Wydało mi się to czymś nieprawdopodobnym, ci ludzie nie znali przemocy, w ich języku nie ma słowa gwałt, a jedna z kobiet opowiadając swój wyjazd do miasta, z przerażeniem opowiadała jak była świadkiem kłótni jakiejś pary w knajpie. Była zszokowana, bo to dla niej niepojęte.
Ludzie bez agresji. I tego nam wszystkim życzę w nadchodzącym roku. Do przeczytania za tydzień.

 

Piknik na skraju Apokalipsy

Profesor Zbigniew Mikołejko (rocznik 1951), to uczony, który z nieczęstym nawet w świecie filozofii upodobaniem wędruje po najmroczniejszych strefach egzystencji.

By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć choćby tylko po jego książki „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”, czy po potężne, dwutomowe studium „We władzy wisielca”. Wielu ludzi, także uczonych filozofów, unika stref mroku, woli pławić się w kandydowskim optymizmie, bo w końcu – „za jakie grzechy…”? „A żyje się tylko raz”. Zbigniew Mikołejko wędruje więc w mroczne strefy niejako za nas, ale nie wynajętym jest kondotierem, on się do tej ciężkiej roboty najął bezinteresownie, dla samej satysfakcji intelektualnej.
I ja osobiście wcale mu się nie dziwię, bo mrok i zło są nie tylko fascynujące jako obiekty obserwacji i namysłu, ale trafniej definiują naszą naturę niż sztuczna wesołość, która jest wokół serwowana. Dlatego lubię, jako czytelnik, wędrować z Mikołejką „ciemną doliną”, poprzez „egipskie ciemności”, idąc z tyłu za jego ascetyczną sylwetką, godną sylwetek świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa, trzymając się go za połę marynarki. Zbiór „esejów przygodnych”, „Prowincje ciemności”, jest okazją do kolejnej takiej mrożącej krew w żyłach i stawiającej włosy na głowie wyprawy.
Autor rozpoczyna z „grubej rury”, od razu „obuchem w łeb”, pozbawiając złudzeń tych, którzy mają złudzenia co do czasu i fenomenu jakim jest dzieciństwo. Ten okres życia, nawykowo traktowany w obyczajowości, kulturze i przede wszystkim – popkulturze, choćby w reklamach, jako czas arkadyjski, szczęśliwy i niewinny demaskuje Mikołejko jako „wynalazek” naznaczony „dramatem”, przy czym czyni to w sposób wyjątkowo perfidny, używając jako punktu wyjścia opowieści o tym, że dzieciństwo to mrok i dramat, opowieści uważanej powszechnie (i opacznie) za pogodną i ujutną, czyli dziecięcej zabawy z „królem Lulem” w zawołaniu.
Po tej lodowatej kąpieli czytelnik jest już cokolwiek zahartowany by przyjąć na klatę filozoficzne opowieści Mikołejki o innych mrokach. W „Pieskie, arcypieskie” mówi o dramacie naszej ludzkiej bo pieskiej, albo pieskiej, bo ludzkiej natury (figura „psiogłowca”), nie traktując tej „pieskości” bynajmniej tylko metaforycznie, lecz odwołując się do figury psa w literaturze i kulturze, od psów ze średniowiecznych legend po poczciwą Lessie z arcypopularnej szkolnej lektury powieści Erica Knighta. Esej „Chrzest i śmierć” samym tytułem sygnalizuje zagadnienie, którego dotyczy – jest podważeniem chrześcijańskiej nauki o życiodajnym jedynie sensie „chrztu świętego”. W kapitalnym eseju „Wstyd, grzech i gniew” Mikołejko zajął się historycznymi (a tym samym także kulturowymi) fluktuacjami miar i kryteriów wstydu, bezwstydu, obsceniczności, stosunku do ciała na przestrzeni wieków oraz ich obrazu w literaturze i sztuce. O splocie „Śmierci, zmysłów i szaleństwa” traktuje inny esej, w którym punktem osiowym rozważań uczonego jest Szekspir, jego „Hamlet, a jeszcze ściślej dialog cmentarny dwóch grabarzy z aktu V. Szekspir, ten wielki artysta i filozof, a konkretnie jego „Romeo i Julia” służy Mikołejce za asumpt także do tematyki kolejnego eseju, „Zabić kochanków z Werony. Prawda i kłamstwo obrzędu”…. Opowiadając o figurze wampira („Wampir to ja. A ja to ktoś inny…”) opowiada Mikołejko właściwie o całościowo ujętej naturze ludzkiej.
W „Martwej naturze ze ściętą głową” pochyla się nad prozą historyczną Jarosława Marka Rymkiewicza, by w rymkiewiczowskiej krwawej historiozofii znaleźć tworzywo i lustro dla swoich przemyśleń. Malarstwo Fuselego (1724-1825), bohatera „małego fragmentarium onirycznego”, malarza tak dalekiego od rankingów wyznaczanych przez przewodniki po wielkich galeriach, że niemal niszowego, to udana próba znalezienia w sztuce ekwiwalencji dla swych intuicji i myśli. W eseju „W „brzuchu wielkiego miasta” odnosi się do swojej nielubianej szkolnej lektury, „Lalki” Prusa i po latach waloryzuje ją, opisując jako – jak mówi podtytuł eseju – „widowisko pasyjne”.
Esej „Zatańczyć śmierć” odebrałem, jako kiepski tancerz, bardzo osobiście. I niby „od zawsze” znam oczywisty motyw „tańca śmierci” („danse macabre”, „Totntanz”), ale dopiero po lekturze eseju Mikołejki uświadomiłem sobie do końca sens tańca jako rytualnego wyrazu lęku i ucieczki przed śmiercią i nicością, rytualnego wyrazu próby ich „zatańczenia”, „zatupania”. „W najciemniejszej dolinie”, „Pieśń mityczna naszego czasu” , „Mesjasz w piekle Luizjany”, „Pustka w kulturze Zachodu”, „Zimne ślepia biowładzy”, „Melancholia, apokalipsa i „nagie życie”, „Piknik na skraju Apokalipsy” – te eseje są kolejnymi egzemplifikacjami widzenia egzystencji przez Mikołejkę. Przewędrowawszy przez historię ludzkiej egzystencji od czasów wczesnych, w ostatnim eseju sięga on po kulturę współczesną, w tym po film Larsa von Triera „Melancholia” i powiada w konkluzji, że nasza egzystencja jest tytułowym „Piknikiem na skraju Apokalipsy”.
O „rzeczach ostatecznych, najbardziej mrocznych i do głębi drapieżnych” opowiada Mikołejko językiem pięknym, bliskim pewnej hieratyczności, cokolwiek „biblijnym”. Jego eseje nie są więc łatwe w lekturze, bo to w pewnym sensie eseistyczne poematy czy poetyckie eseje. Dla mnie ta fascynująca lektura jest niełatwa także dlatego, że czytam ją jako palimpsest, którego nie wszystkie kolejne warstwy są łatwe i oczywiste w odczytaniu.
Jednak wysiłek myślowy przy lekturze „Esejów przygodnych”, choć niebagatelny i wymagający cierpliwości, opłaca się sowicie. Każda deszyfracja, odkodowanie kolejnego motywu zawartego w tych esejach jest jakby momentem rozbłysku światła pośród gęstego mroku. Ta moja pierwsza lektura „Esejów przygodnych” Zbigniewa Mikołejko, była tylko pierwszą ich odsłoną. Będą następne.

Zbigniew Mikołejko – „Prowincje ciemności. Eseje przygodne”, wyd. Sic!, Warszawa 2018, str. 278, ISBN 978-83-65459-20-6