Trzynastego

Parę uwag o wyborach – na dwa dni przed wyborami.

„Trzynastego – nawet w grudniu jest wiosna/
trzynastego – każda droga jest prosta/
trzynastego – wszystko zdarzyć się może/
trzynastego – świat w różowym kolorze.”
Któż nas nie pamięta Kasi Sobczyk. I jej wielkich przebojów z lat 60. ubiegłego wieku. 13 października 2019 roku nie przypada w piątek. Tylko w niedzielę. Ale jednak. Co trzynasty, to trzynasty – powiedzą co bardziej przesądni. A więc, co zdarzyć się może? I dla kogo świat okaże się w różowym kolorze. Szanowne Czytelniczki i Szanowni Czytelnicy, na dwa dni przed tymi arcyważnymi wyborami dzielę się z Wami ostatnimi spostrzeżeniami przed czekającą nas za chwilę ciszą wyborczą.
Frekwencja i sondaże
Konia z rzędem temu, kto potrafi przewidzieć, jaka będzie w niedzielę frekwencja. Bo sondaże w tej sprawie są diametralnie różne. Sondaż Instytutu Badań Pollster podał w tym tygodniu kosmiczną liczbę 83 proc. Sumując deklaracje respondentów, którzy w wyborach wezmą udział na pewno i tych, którzy zapewne tak zrobią. Inne sondażownie są ostrożniejsze, wyliczając prognozowaną frekwencję w przedziale od pięćdziesięciu paru do sześćdziesięciu paru procent. I moim zdaniem są bliscy prawdy. Frekwencja wyniesie w okolicach 60 proc. Co i tak będzie – jak na polskie warunki – wysokim wynikiem. Rekord padł w 1995 roku, kiedy to do wyborów prezydenckich, w których wybrano Aleksandra Kwaśniewskiego, poszło 64,7 proc. wyborców i I turze i aż 68,23 proc. w II turze.
Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, komu przysłuży się wysoka frekwencja, a kogo ukarze. To konsekwencja bardzo stabilnych notowań, zwłaszcza trzech głównych komitetów: PiS, Koalicji Obywatelskiej i SLD. Zdaniem wielu komentatorów, wynik wyborów będzie w mniejszym stopniu zależał od globalnej frekwencji, a w większym od udziału lub absencji wyborców poszczególnych formacji. Dla Prawa i Sprawiedliwości i Koalicji Obywatelskiej największym zagrożeniem jest przekonanie wyborców o rozstrzygniętym z góry wyniku wyborów. W pierwszym wypadku – wygranym, a w drugim – przegranym. I brakiem determinacji, co do konieczności uczestniczenia w wyborach. Według sondaży, najbardziej rozleniwieni są wyborcy PiS-u. Zwiększając tym samym szanse opozycji na wygraną. Mimo że w kampanii wyborczej niektóre komitety wcale nie błyszczą.
Na oparach poparcia
Koalicję Obywatelską któryś z dziennikarzy porównał do samolotu z popsutym silnikiem. Powiedziałbym raczej o samolocie lecącym na oparach paliwa. W nadziei, że uda się w niedzielę szczęśliwie wylądować z przyzwoitym wynikiem. Ilu wyborców „zepsutego samolotu” nie pójdzie na wybory? Ilu zdecyduje się na przesiadkę na samolot z dzielnym pilotem Kosiniakiem-Kamyszem? A ilu wsiądzie do samolotu Lewicy startującego do parlamentu?
Szansę na dobry wynik, a nawet bardzo dobry wynik ma Lewica. Jeśli szukałbym zagrożeń dotyczących frekwencji, to wskazałbym na młodych wyborców. Starsi – od lat głosujący na SLD – nie zawiodą. Ale na dobry sondażowy wynik Lewicy składają się też głosy najmłodszych wyborców. Dawnych fanów Wiosny. Sondaże pokazały, że w tej grupie wyborców poparcie dla Lewicy sięga aż 25 proc. Ale jednocześnie młodzi to grupa wyborców od lat najmniej zdyscyplinowanych.
Jest jeszcze… mecz. Mecz Polska – Macedonia Północna rozpoczyna się w niedzielę o 20:45, a więc kwadrans przed zamknięciem lokali wyborczych. Nie powinien stanowić przeszkody w udziale w wyborach. Należy jedynie pamiętać, by zbyt wcześnie nie zaczynać świętowania oczekiwanego zwycięstwa biało-czerwonych.
Pięć komitetów
Pod pewnym względem tegoroczne wybory są nietypowe. Myślę o liczbie komitetów, które zarejestrowały listy w całej Polsce. W XXI wieku rekordowe były wybory parlamentarne w 2005 roku. Startowało aż 13 ogólnopolskich komitetów, spośród których próg wyborczy przekroczyło zaledwie 6. W pozostałych wyborach grono pretendentów do robienia kariery politycznej było również liczne. W roku 2001 startowało 9 komitetów ogólnopolskich. Próg przekroczyły 4 komitety, a więc znowu mniej niż co drugi. W wyborach parlamentarnych w latach 2007, 2011 i 2015 startowało od 7 do 8 komitetów ogólnopolskich, a mandaty poselskie zdobywało od 4 do 5 ugrupowań.
Beneficjentami były zawsze ugrupowania największe, bo tak działa metoda liczenia głosów D’Hondta. Rozdysponowując stracone głosy mniejszych ugrupowań przede wszystkim na rzecz największych graczy. Najboleśniej odczuliśmy to w 2015 roku, kiedy to nieprzekroczenie progu wyborczego przez Zjednoczoną Lewicę (zmarnowało się wtedy 1 milion 147 tys. głosów) dało Prawu i Sprawiedliwości ilość mandatów umożliwiającą samodzielne rządy.
W najbliższą niedzielę będziemy mieli do wyboru zaledwie 5 komitetów o zasięgu ogólnopolskim. Oceniam to jako krok w dobrym kierunku i efekt racjonalizacji polskiej sceny politycznej. W polityce liczy się przede wszystkim skuteczność, a nie ułańska fantazja. Przecież takie ugrupowania jak Zieloni, Razem, Wiosna, Inicjatywa Polska, KORWiN, resztki po Kukizie`15 i Nowoczesnej teoretycznie mogłyby próbować swoich sił samodzielnie. Tylko po co? Skoro i tak większość oddanych głosów zostałaby zmarnowana.
W niedzielę możemy być świadkami zupełnie nowego zjawiska. Być może wszystkie startujące komitety ogólnopolskie wprowadzą swoich przedstawicieli i przedstawicielki do Sejmu.
Przedpokój Schetyny
Prawo i Sprawiedliwość, Koalicja Obywatelska i Sojusz Lewicy Demokratycznej (Lewica) będą mieli posłów i posłanki w Sejmie IX kadencji. Patrząc na sondaże – wydaje się to przesądzone. Jestem zdania, że również Polskie Stronnictwo Ludowe przekroczy 5-procentowy próg wyborczy. I raczej nie ze względu na obecność na listach ludzi Kukiza i samego Pawła Kukiza. Lokomotywą ludowców jest Władysław Kosiniak-Kamysz. W przeciwieństwie do PiS i KO, które do telewizyjnych debat delegują polityków z drugiego szeregu, Kosiniak-Kamysz jest zawsze obecny osobiście. Punktując nieobecność liderów konkurencji. I wypadając bardzo dobrze w każdej debacie. Pomocną dłoń, choć raczej w sposób niezamierzony, podaje ludowcom Grzegorz Schetyna. Wystarczy porównać pierwszy z brzegu występ Schetyny i Kosiniaka-Kamysza.
Drugą formacją, która zyskała na niechęci Grzegorza Schetyny do tworzenia szerokiego frontu opozycyjnego jest bez wątpienia lewica. Swego czasu protestowałem przeciwko wielotygodniowemu przebywaniu SLD w „przedpokoju Schetyny”. I milczącemu przyjmowaniu do wiadomości, że dla Platformy Obywatelskiej jesteśmy partią „drugiego wyboru”. Ale wyobraźmy sobie, że politycy PO i SLD jednak ostatecznie dogadali się. Gdzie bylibyśmy dzisiaj? Powrót do Sejmu politycy SLD mieliby zapewniony. W jakiejś uzgodnionej w ramach koalicji proporcji.
Jednak koszt polityczny tego powrotu byłby bardzo duży. Zagrożenie utraty tożsamości partii lewicowej byłoby realne. Dzisiaj sytuację mamy inną. Wspólny start wszystkich ugrupowań lewicowych został przez wyborców zauważony i doceniony. Tak jak napisałem: Schetyna leci na oparach, a Lewica startuje.
Wybiegając w paru zdaniach w przyszłość. Jeśli partiom opozycyjnym nie uda się zbudować większości parlamentarnej i pozostaną w opozycji, czekają nas ciekawe roszady w najbliższych latach. Platforma Obywatelska nawet doleciawszy do lotniska z niezłym wynikiem, już nie wystartuje. Dojdzie do jej podziału. Na tych z „konserwatywną kotwicą”, którzy postawią na Władysława Kosiniaka-Kamysza. I tych z „korzeniami lewicowymi”. Tworzącymi szeroki front centrolewicowy – o czym pisałem na łamach Trybuny parę miesięcy temu.
Konfederacja antypisem?
Czy Konfederacja przekroczy próg wyborczy – oto jest pytanie. Obserwując debaty telewizyjne, odnoszę wrażenie, że zgrabnie próbuje obejść PiS z prawej strony. Ktoś z komentatorów zauważył, że kreują siebie na „antyPiS”. Z tym że usytuowany na skrajnej prawicy. A dodatkowo usiłują robić wrażenie, że są ugrupowaniem antysystemowym. Bo w przeciwieństwie do poprzednich wyborów, w których kiedyś startowała Samoobrona, a potem Ruch Palikota i Kukiz`15, w obecnych wyborach brakuje typowego antysystemowego komitetu.
Przy większej ilości komitetów, Konfederacja nie miałaby raczej szans. Ale mając tylko czterech konkurentów – w niedzielę może być inaczej. Wzdrygam się na myśl o powrocie do ław sejmowych Janusza Korwin-Mikke. Na dodatek w towarzystwie takich ludzi jak Robert Winnicki i Grzegorz Braun. Jestem zdania, że stanowisko Lewicy musi być w tej sprawie jednoznaczne. W przypadku pojawienia się w ławach sejmowych nacjonalistów i przedstawicieli ugrupowań faszyzujących nie wolno dać się wciągnąć w rozważania snute przez Sławomira Neumana z Koalicji Obywatelskiej. O jakimś rzekomym „rządzie ratunku narodowego”. Tak nie będzie! Przynajmniej w przypadku posłów i posłanek Lewicy.
Większość konstytucyjna
To, czego obawiamy się najbardziej: czy Prawo i Sprawiedliwość wygrawszy 13 października może mieć większość zdolną do zmiany Konstytucji? „Na większość konstytucyjną w tej chwili raczej szans nie ma” – cytuję słowa Jarosława Kaczyńskiego. Nie „raczej” – z pewnością nie ma. Większość konstytucyjna to minimum 307 posłów i posłanek. Do takiej liczby parlamentarzystów PiS nawet się nie zbliża w najlepszych dla siebie sondażach.
Jedyne, co przy bardzo korzystnym wyniku PiS-u mogłoby być w zasięgu Kaczyńskiego, to większość 3/5. Czyli 276 posłów. Potrzebnych do odrzucania weta prezydenta. I ty samym „zneutralizowania” opozycyjnego prezydenta, który byłby ewentualnie wybrany w przyszłorocznych wyborach.
Ale dajmy sobie spokój z mówieniem o zwycięstwie PiS-u. Bo skoro w niedzielę – prócz wyborów – jest mecz. To nie można nie wspomnieć Kazimierza Górskiego. Który zawsze w takich sytuacjach mawiał: „dopóki piłka w grze…”

Milionerzy

Czy wyborcze obietnice PiS-u zmienią Polskę w kraj mlekiem i miodem płynący?

Wszyscy chcielibyśmy być piękni, młodzi i bogaci. Bogactwo obiecuje nam PiS. Prezes Kaczyński już zapowiedział, że dzięki polityce rządu Mateusza Morawieckiego wkrótce dogonimy Niemy. Profesor Grzegorz Kołodko w Faktach po Faktach TVN24 zaproponował politycznym populistom zupełnie nowy gatunek wyborczej kiełbasy. „Niech obiecają, że jak wygrają wybory, za rok wszyscy będziemy o rok młodsi” – powiedział Kołodko. Zaczynam w tonie nieco żartobliwym. Ale sprawa jest śmiertelnie poważna. Jesteśmy bowiem świadkami przekroczenia populistycznego rubikonu. Chcesz wygrać wybory – przelicytuj swego konkurenta. A po nas – choćby potop.

Milionerzy

„Nie będzie płacy minimalnej cztery tysiące złotych w 2023 roku” – zapewnił profesor Kołodko. Przynajmniej w takim rozumieniu tych pieniędzy jak dzisiaj.
Niektórym z nas jeszcze nie zatarły się w pamięci tamte ceny. Kilogram chleba – 1000 zł. Schab – po 12 tysięcy zł. Kilogram żółtego sera – 6,5 tysiąca. I płaca – nawet ta najniższa – sięgająca miliona złotych. Wszyscy byliśmy wtedy milionerami.
Gdy po zapowiedzi prezesa Kaczyńskiego radykalnej podwyżki wszystkich wynagrodzeń napisałem na Facebooku o ryzyku wzrostu inflacji – podniosły się głosy krytyki. Tak – wszystkich wynagrodzeń. Bo tylko naiwni mogą sądzić, że jeśli najsłabiej zarabiający dostaną 4000 zł, pracownicy dotychczas tyle zarabiający nie zażądają paru tysięcy złotych podwyżki. Zgadzam się, że płace w Polsce są niskie. Zwłaszcza te najniższe. Ale czy należy pozwolić na niezwykle ryzykowny eksperyment ekonomiczny, które zamierza przeprowadzić na Polkach i Polakach główny ekonomista PiS-u Jarosław Kaczyński. Eksperyment unikalny w skali światowej. Bo raczej nie zdarza się, by w kraju o stabilnym pieniądzu i umiarkowanym kilkuprocentowym wzroście gospodarczym płace w ciągu czterech lat wzrosły o kilkadziesiąt procent. A płaca minimalna nawet o 80 proc.
Spróbujmy podsumować plusy i minusy nowego pomysłu Prawa i Sprawiedliwości.
Inflacja
„Kaczyński gra na rozwój popytu wewnętrznego i za to akurat wyjątkowo mu chwała. Bo to popyt wewnętrzny jako jedyny może zmniejszyć skutki nadchodzącej recesji. Nawet jeśli wynagrodzenia w PL wzrosną o 100% to i tak będziemy konkurencyjni w stosunku do zachodu, gdzie wynagrodzenia są wyższe 4-6 razy” – napisał w swoim facebookowym komentarzu Piotr Żukowski. „Trzeba zwiększyć cyrkulację pieniądza” – dodała inna komentatorka, Jola Tutak.
Wzrostu inflacji nie obawia się również Iwo Augustyński, dr nauk ekonomicznych Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. A zarazem kandydat partii Razem w nadchodzących wyborach. Przedstawiający siebie jako jednego z niewielu polskich post-keynesistów. „W takim kraju jak Polska, na inflację nie ma wpływu ilość pieniądza” – pisze dr Augustyński na blogu. Podając jako dowód napływ olbrzymich środków unijnych do Polski, który nie doprowadził do wzrostu inflacji. Nie wiem, czy to dobry przykład, bo znaczna część pieniędzy unijnych przeznaczona została na inwestycje, nie na konsumpcję. Ale jako informatyk – nie ekonomista – nie zamierzam wchodzić w spór stricte ekonomiczny.
Ja swój inflacyjny dowód mam w koszyku w markecie. Te same zakupy, za które jeszcze nie tak dawno płaciłem 200 zł, dziś kosztują kilkadziesiąt złotych więcej. I trudno uwierzyć, że gwałtowny wzrost cen nie ma żadnego związku z kilkudziesięcioma miliardami rocznie dodatkowych pieniędzy trafiających do konsumentów. A poza tym, jeśli nie ma związku inflacji z ilością pieniędzy na rynku, to czemu mamy sobie żałować. Podnieśmy płace minimalne nie do 4000 zł, a do 8000 zł. Przegonimy wtedy Niemcy już za cztery lata. Bo u nich minimalna płaca to „zaledwie” 1557 euro.

Bezrobocie

Ludzie lewicy nie należą do szczególnie wierzących. Szczególnie w tak zwaną „niewidzialną rękę rynku”. Ale też zalecany przez keynesistów interwencjonizm państwa musi być trzymany na smyczy odpowiedniej długości. Bo gdy miejsce ekonomistów zajmą pijarowcy od wyborczej propagandy – może być nieciekawie. Jadwiga Emilewicz. minister przedsiębiorczości i technologii przyznała, że nikt z PiS-u nie konsultował z nią zamiaru radykalnej podwyżki płacy minimalnej. Sądzę że te 4000 zł nie wynika z żadnych analiz ekonomicznych. Potrzeba było tylko ładnej i równej sumki. Działającej na wyobraźnię wyborców PiS-u.
Ale ta suma działa też na wyobraźnię pracodawców. Jestem przeciwnikiem budowania przyszłości Polski na fundamencie specjalnych stref ekonomicznych. I znajdujących się tam montowni. Których zyskiem jest groszowy koszt robocizny. Ale na początku tego wieku – gdy bezrobocie sięgało 20 proc. – o takich inwestorów zabiegaliśmy. Likwidacja zakładów pracy bazujących na najgorzej opłacanych pracownikach musi się odbywać w sposób bezpieczny dla tychże pracowników. Koncerny dadzą sobie radę. Taśmy montowni mają to do siebie, że w dwa miesiące można je przenieść gdzieś indziej. Tylko czy wtedy w biedniejszych regionach Polski zamiast wizji 4000 zł, nie pojawi się wizja bezrobocia.
To ciekawe doświadczenie. Rozmawiałem ostatnio z kilkoma potencjalnymi beneficjentami zaordynowanej przez Kaczyńskiego podwyżki płacy minimalnej. O dziwo nie strzelały korki od szampanów. Dominował strach. Bo rachunek jest prosty. Dziś na stróżówce jest nas dwóch. Za marne 2250 zł brutto. Po podwyżce PiS-u jeden dostanie niemal dwa razy tyle. Ale drugi będzie musiał szukać roboty gdzie indziej. Kto kiedyś pracował na etacie, wie, czym jest strach przed zwolnieniami.

Na szarym końcu

„W Polsce udział wynagrodzeń w PKB jest żałośnie niski” – napisał Piotr Żukowski, jeden z moich kolejnych komentatorów facebookowych. Tak – to prawda. Wraz ze Słowacją, Węgrami i Irlandią jesteśmy w ogonie Europy. Udział płac w PKB w Polsce to zaledwie 48 proc. To istotnie mniej od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc. Powoli rośnie. W bieżącym roku ma wynieść 48,9 proc. Pytanie, czy da się ten niekorzystną sytuację zmienić jedną ustawą rządu Morawieckiego? Moim zdaniem, nie.
O udziale płac w PKB decydują dwa czynniki: ogólny poziom płac i struktura zatrudnienia. Jeśli wszyscy bylibyśmy informatykami, pewnie udział płac w PKB byłby w europejskiej szpicy (chociaż – po co nam tylu informatyków). Jeśli wszyscy pracowalibyśmy w montowniach – byłoby odwrotnie. Nie ma skuteczniejszej drogi do lepszych płac niż rozwój nowoczesnej i innowacyjnej gospodarki. Oferującej dobrze płatne miejsca pracy dla wykwalifikowanych pracowników.
Rezerwy w podnoszeniu ogólnego poziomu płac (w tym płacy minimalnej) z pewnością są. Należy je wykorzystywać, aby również pracownicy o niższych kwalifikacjach mogli otrzymywać wynagrodzenia pozwalające na godne życie. Ale z pewnością nie może o tym decydować przedwyborcza licytacja.

Pod stołem

Mądrością związków zawodowych w sporze z pracodawcą jest wynegocjowanie najlepszych warunków pracy. Ale jednocześnie takich, by firma mogła normalnie i zyskownie funkcjonować. Dramatem propozycji płacowych Kaczyńskiego jest to, że nikt żadnych negocjacji z pracodawcami nie prowadził. Pomysł 4000 zł urodził się w gabinecie prezesa PiS-u na Nowogrodzkiej.
Jak zareagują przedsiębiorcy? Duzi raczej sobie poradzą. Choć pewnie nie obejdzie się bez podwyżek cen – z jednej strony. I redukcji zatrudnienia – z drugiej. Póki co mamy ogromny deficyt pracowników. Więc ci zwalniani nie powinni obawiać się masowego bezrobocia.
Nikt natomiast nie jest w stanie przewidzieć, jak zareagują na wzrost płacy minimalnej najmniejsze firmy. Być może zmieni się tylko sposób wypłat. Wiadomo, że dzisiaj w wielu branżach model jest następujący: minimalna krajowa na papierze. Plus reszta „pod stołem”. Zwiększenie płacy minimalnej zmniejszy (lub zlikwiduje) to co „pod stołem”. Podrażając oczywiście koszty pracodawcy o podatek i ZUS kwoty wypłacanej dotychczas „pod stołem”. Ale koniec końców, byłby to scenariusz pozytywny.
Gorzej, jeśli przedsiębiorcy zaczną masowo likwidować zakłady pracy. Nie będąc w stanie prowadzić dalej działalności gospodarczej przy narzuconym administracyjnie poziomie wynagrodzeń. „Zarżnięcie” drobnej przedsiębiorczości – to możliwa konsekwencja tak niespodziewanych i wysokich podwyżek płac. Mogę to opisać na własnym przykładzie. Prowadząc przed laty małą drukarnię, bazowałem na wieloletnich umowach z kontrahentami. Podejrzewam, że nie byłbym w stanie w tak szybkim tempie dostosować się do zupełnie nowych warunków ekonomicznych funkcjonowania firmy.

Kredytobiorcy

Kolejnymi, którzy mogą sobie nie poradzić – to kredytobiorcy. Jeśli wskutek podwyżek płac inflacja wzrosłaby do 6-7 proc. w skali roku, to oprocentowanie kredytów złotówkowych (szczególnie hipotecznych) sięgnęłoby niemalże 10 proc. A to oznacza, że przy kredycie mieszkaniowym rzędu 350 tys. zł, do spłaty byłoby co najmniej 30 tysięcy samych odsetek rocznie. Wraz ze spłatą kapitału, miesięczna rata przekroczyłaby 3000 zł.
Lewica mówi w swoim programie o budowie mieszkań na wynajem z pieniędzy publicznych. Ale to dopiero przyszłość. Dzisiaj rynek mieszkaniowy w znacznej mierze funkcjonuje dzięki kredytom hipotecznym. A te z kolei – dzięki niskim stopom procentowym. Dr Augustyński przekonuje, że wskutek radykalnego wzrostu płac inflacja nie wzrośnie. Ale jeśli by wzrosła –oznaczałoby to zapaść na rynku budownictwa mieszkaniowego. Plus tragiczną sytuację kredytobiorców spłacających kredyty mieszkaniowe. Ryzykujemy, że los „frankowiczów” może stać się udziałem również „złotówkowiczów”.

W telewizji

A teraz puenta. Gdyby w radiu lub telewizji zapytali mnie: co Pan sądzi o podwyżce płacy minimalnej. Co bym powiedział w dwóch zdaniach? Popieram podwyżkę płacy minimalnej do 2600 zł w roku 2020. Lewica proponowała nawet 2700 zł. A 3000 zł? 4000 zł? To wyłącznie kiełbasa wyborcza. Której celem jest wygranie wyborów. A nie polepszenie życia najmniej zarabiającym. Tyle.

SLD: ni pies ni wydra…

Chciałbym odpowiedzieć Wincentemu Elsnerowi na jego materiał „Bo do tanga trzeba dwojga…” innym znanym tekstem zespołu Homo Homini- „ Sam ze sobą na sam, najlepiej się mam..”. Uważam bowiem, że łączenie się z mocną dominującą na opozycji partią jest tragicznym błędem, zwłaszcza że jest to PO i na dodatek „Nowoczesna”. Postaram się to uzasadnić.

Szok „poogórkowy”w Sojuszu Lewicy Demokratycznej trwa. Wynik wyborczy do sejmików samorządowych województw w wysokości 6,7 proc. to według władz SLD sporo, a tak naprawdę to zaledwie 11 mandatów w całym kraju. Szefostwo SLD twierdzi, że po przeliczeniu dało to 1,1 miliona głosów. No i co z tego skoro nawet w jednym województwie nie będziemy mieli jakiegokolwiek wpływu na tworzenie zarządów i prezydiów sejmików. To nie sukces lewicy, a dotkliwa porażka. Ten wynik sytuuje SLD już praktycznie na trwałe w sieci politycznego planktonu.
Rodzi się rzecz jasna pytanie dlaczego tak się dzieje. Pozwolę sobie na pewną metaforę. Otóż dzisiejsze SLD można porównać do siedemdziesięciolatka, który postawił siwe włosy w punkowy czub, pomalował go na zielono, założył modne poszarpane spodnie i bluzę z kapturem. Młodzi ludzie biorą go za dziwaka, rówieśnicy za niespełna rozumu. Wprawdzie nikt mu krzywdy nie robi, ale wszyscy śmieją się z niego na boku. Tak jest w tej chwili z SLD.

Partyjne doły nie mają nic do powiedzenia

Jestem, a może raczej byłem prominentnym działaczem lewicy, sekretarzem Rady Wojewódzkiej SLD na Podkarpaciu, a także szefem SLD w powiecie bieszczadzkim. Rozczarowany stylem sprawowania władzy w SLD na Podkarpaciu postanowiłem kandydować na szefa SLD w województwie. Miałem świadomość, że mieszkam ponad sto kilometrów od Rzeszowa, ale miałem też szczery zamiar walczyć o nowe SLD. Jak się okazało już na dwa miesiące przed zjazdem wojewódzkim dostawałem sygnały telefoniczne, a także odwiedził mnie były poseł radząc bym zrezygnował z kandydowania na szefa, proponując poparcie w starcie na funkcję sekretarza SLD. Po namyśle wyraziłem na to zgodę. No i tak się stało. Wybrano nowego szefa, a ja zostałem sekretarzem struktur wojewódzkich. Bardzo szybko przekonałem się, że wskoczyłem -wbrew przysłowiu – do tej samej rzeki. Nie było mowy o jakichkolwiek zmianach. Pierwsze uderzenie to machina biurokratyczna. To nie ja decydowałem o tym ilu członków SLD mam w powiecie, ale decydowała o tym Warszawa. Co jakiś czas przesyłano mi bazę członków. Machina biurokratyczna w całej okazałości wkroczyła do partii. Ciągle dostawaliśmy polecenia o tworzeniu bazy członków, uzupełniania tej bazy, o zsyłaniu comiesięcznych raportów kasowych. Bezduszna biurokratyczna maszyna zabijała jakikolwiek entuzjazm i chęć społecznego działania. Przestał liczyć się efekt pracy, a liczyła się sprawozdawcza poprawność no i fikcja.

Finanse partyjne kryte przed partyjnymi dołami

Po wyborze nowych władz partyjnych dowiedzieliśmy się całej prawdy o długach partii. Było tego ponad 4 miliony zł. Tylko jeden z prominentnych młodych działaczy SLD-owskich wydał na swoją wyborczą promocję blisko 700 tysięcy zł. Teraz oczywiście zasilił szeregi PO. Nie mogliśmy o tym nikomu mówić, bo partia miała być jednolita w medialnym przekazie. Prominentni działacze SLD, którzy długów narobili od dawna siedzą w PO, a my spłacamy pieniądze przez nich niefrasobliwie wydane. Dlaczego mówię my? Bo zabrakło skromniutkich dotacji dla organizacji powiatowych, które szły między innymi na utrzymanie biur. Panowie z partyjnego świecznika nie zdają sobie sprawy czym dla powiatowej organizacji jest własne biuro. Świadczy ono o prestiżu partii, o jej lokalnym znaczeniu. Członkowie powiatowych struktur zaczęli się spotykać w prywatnych mieszkaniach, restauracjach. To śmieszne i żenujące. Nie dziw więc, że na Podkarpaciu , praktycznie uległo likwidacji kilkanaście SLD-owskich organizacji partyjnych, w tym w tak dużych powiatach jak Jasielski, Tarnobrzeski, Leski, Strzyżowski. Na dodatek nie ma żadnych szans na pomoc centrali dla powiatów bo na tegoroczne wybory zaciągnie się nowe kredyty, które trzeba będzie spłacać, a doły dostaną przysłowiową figę. Boli to że – według Wincentego Elsnera – pieniądze pójdą na promowanie koalicji PO, Nowoczesna, SLD, a nie na samo SLD. W zamian partia dostanie kilka dobrych miejsc na koalicyjnych list dla prominentów z SLD. Doły będą musiały lepić plakaty, wieszać banery, rzecz jasna za swoje pieniądze. Nie wiem jak myślą inni, ale mnie się wydaje, że partyjne góra powoli alienuje się od reszty członków dbając jedynie o swój interes.
Koalicja z mocną partią, to śmierć dla mniejszego koalicjanta
Wincenty Elsner twierdzi, że łączenie się dajmy na to z PO to szansa na wprowadzenie kilku, czy kilkunastu posłów, to szansa na odsunięcie od władzy PiS. Pomijam już fakt, że dla większości członków SLD pomiędzy PiS, a PO nie ma żadnej różnicy, to jeszcze na dodatek szef PO i wielu jego przybocznych traktowało i traktuje SLD jako siedlisko postkomuny, jako ludzi którym mniej wolno. Przypomnę Wincentemu Elsnerowi losy małych koalicjantów łączących się z dużą partią. Proszę mi powiedzieć gdzie są koalicjanci PiS, czyli Samoobrona, Liga Polskich Rodzin. Ilu członków straciła Nowoczesna „idąc do tanga z PO”. Jaki los spotkał Palikota gdy połączył się z mocniejszym wtedy SLD? To tak jak w kosmosie większe obiekty kosmiczne przyciągają siłą grawitacji mniejsze, a na koniec niszczą je całkowicie. SLD czeka taki sam los. Nawet gdy wprowadzimy kilkunastu posłów w ramach koalicji, to przed kolejnymi wyborami posłowie ci będą woleli startować już spod szyldu dominującej partii.

Lewicowa partia z arcyliberalnym obliczem

Biorąc pod lupę program SLD widać wyraźnie, że rozmija się od lat z praktycznym działaniem partii. To lewicowy prezydent podpisał wiernopoddańczy konkordat z Watykanem. To lewicowy rząd łatał dziurę budżetową Bauca powstałą po rządach AWS. Wreszcie totalny liberał Marek Belka pozbawiał studentów dopłat do komunikacji, dotacji dla barów mlecznych. Za każdym tym posunięciem oddalaliśmy się od lewicowych ideałów, tracąc systematycznie poparcie wyborców. W końcu doszło totalne zakłamanie w politycznej walce. Zarzucaliśmy PiS-owi błędy w polityce oświatowej, polegające na likwidacji gimnazjów, a przecież walczyliśmy z AWS gdy te gimnazja tworzył. Ludzie to pamiętają i nienawidzą obłudy. Stawiamy na sztandarach sprawy związane ze środowiskiem LGBT, walczymy z zakazami aborcji, jesteśmy za powszechną dostępnością kobiet do zapładniania metodą in vitro. To dobrze, ale to dotyczy promili osób biorących udział w głosowaniach. Nie potrafimy zaś wyeksponować znakomitego pomysłu na emeryturę wdowią, ograniczenie dotacji 500 plus do rodzin faktycznie tej pomocy potrzebujących, wprowadzenia najwyższej stawki podatkowej dla finansowych krezusów, faktycznego rozdzielenia kościoła od państwa, reformy niesprawnego molocha jakim jest ZUS,służba zdrowia, likwidacji transferu dochodów przez zagraniczne firmy działające w Polsce i wielu jeszcze dobrych lewicowych pomysłów. Rozmawiałem kiedyś z człowiekiem starszym, zwolennikiem działań PiS. Stwierdził on- dlaczego nie chwalicie się pomysłem emerytury wdowiej, toż nawet bacie PiS-ówki dałyby głos na was. No cóż sam nie wiem czego tak się dzieje.

Marketing , „pijar”i populizm to dziś droga do sukcesu

Nie mamy dostępu do mediów, a jednocześnie oba lewicowe tytuły czyli „Trybuna”i „Przegląd”zwolenników nam nie przyczyniają. Ja należę do pokolenia, które za media uważają papierowe wydanie gazety, telewizyjne lub radiowe wiadomości. Niestety młodzi papierowej prasy nie czytają. Facebook, Twitter to dominująca forma przekazywania informacji dla i przez młodych. Jeśli informacja przekracza cztery, pięć zdań żaden młody człowiek jej nie przeczyta. Czytam „Trybunę”, „Przegląd”, ale sam nie jestem w stanie przebrnąć przez czterokolumnowe materiały. Ja wiem, że pisma te kierowane są do wyrobionego czytelnika, ale jego nie trzeba przekonywać do lewicy. Do lewicowych pomysłów trzeba przekonywać młodych w sposób im przystępny.

Na lewicy dalej pustka

Polityczna dwubiegunowość do której dążą PiS i PO to ideologiczna fikcja. Obie te partie niczym się nie różnią. No może PiS klęczy na dwóch kolanach przed kościelną hierarchią, a PO na jednym. Lewicowych postulatów jest nawet więcej w PiS niż w PO. Dlatego też SLD powinno zmierzać w stronę bardziej radykalnych lewicowych postulatów. W politycznej walce o miejsce na politycznej scenie nie ma miejsca na delikatność i przymykanie oka. Fałsz w działaniach zostaje szybko wykryty, bo nie lubią go starsi, a i młodzi też nie. W najbliższym czasie nie zdobędziemy gremialnego poparcia wśród młodych, ale możemy zapobiec utracie elektoratu wśród starszych. Tylko samodzielny start w wyborach do europarlamentu i Sejmu nie zaprowadzi nas w polityczny niebyt. Zapotrzebowanie na lewicę rośnie w całej Europie, także i u nas, tylko partyjna góra nie powinna się tego wstydzić. Krygowanie się, mrużenie oka do PO i Nowoczesnej oznaczające, że my to nie taka straszna postkomuna prowadzi do samozagłady. By przetrwać musimy być lewicowo wyraziści i bezkompromisowi w swych działaniach, a do wyborów iść pod swoim szyldem, rzecz jasna z opcją przyjęcia pod te skrzydła także innych bliskich nam ideowo podmiotów.

13 stycznia

Od jakiegoś czasu czuliśmy, że to może się stać. Stało się.

Szkoda, że dopiero po Jego śmierci na powrót sięgnęliśmy po zapomniany już tomik poezji Wisławy Szymborskiej. I wiersz „Nienawiść”:
Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Narutowicz

Analogia wydaje się oczywista. Zamordowany w 1922 prezydent Gabriel Narutowicz. I 97 lat później, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Ale Rafał Madajczak na łamach portalu naTemat.pl pisze też o zasadniczych różnicach obu mordów. Zabójca Narutowicza, Eligiusz Niewiadomski był znanym historykiem sztuki. I narodowcem sympatyzującym z obozem Romana Dmowskiego. Zabójca Adamowicza – pospolitym bandytą. Trudno go podejrzewać o głębszą motywację polityczną zabójstwa.
A jednak tamta Polska i ta dzisiejsza miały wiele wspólnego. Publicysta naTemat.pl przytacza komentarze ówczesnej „Rzeczpospolitej” i „Gazety Warszawskiej”. „Pisano o «większości polskiej» sponiewieranej przez «jątrzący» wybór Narutowicza m.in. głosami mniejszości narodowych II RP, w tym żydowskiej. Pisano o patriotycznej młodzieży, której gniewu i troski o polskość «nikt uczciwy potępić nie zdoła»” – stara się odtworzyć atmosferę tamtych lat Rafał Madajczak.
Dzisiaj wystarczy kliknąć pilotem. By na kanałach informacyjnych telewizji publicznej usłyszeć usprawiedliwienia ekscesów narodowców. Słowa zachwytu, choćby po niedawnym marszu niepodległości. Tłumaczenia, że portrety europarlamentarzystów wiszące na szubienicach w centrum Katowic, to… przecież nie ludzie.
Niewiadomski zapewne czytywał „Gazetę Warszawską”. Stefanowi W. telewizja Kurskiego i inne media prawicowe od dawna wtłaczały do głowy przekonanie, że całe zło to „wina Tuska”. Nie było Tuska? Ale pod ręką znalazł się Adamowicz.

Klepsydra

Klepsydry z nazwiskiem Pawła Adamowicza pojawiły się w Gdańsku już bardzo dawno – wspomina Jacek Karnowski, prezydent Sopotu i jednocześnie przyjaciel zamordowanego prezydenta. To miał być taki „happening” Młodzieży Wszechpolskiej, protestującej przeciwko proimigranckiemu stanowisku prezydenta Gdańska. Karnowski przytacza fragment pisma, które wówczas prezydent Adamowicz skierował do prokuratury. „Prokuratura nie powinna przechodzić obojętnie obok tego rodzaju działań, gdyż prowadzą one do brutalizacji życia politycznego w Polsce. (…) Jeśli prokuratura nie podejmie działań w tego rodzaju sprawach, to niedługo mogą się pojawić w przestrzeni publicznej polityczne wyroki śmierci”. Prokuratura sprawę umorzyła. Pierwszy wyrok wykonano 13 stycznia.
Tymczasem prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę uznała, że wyrok dziesięciu miesięcy dla delikwenta, który na wrocławskim Rynku spalił kukłę Żyda – to wyrok zbyt wysoki. Wrocławscy prokuratorzy wnieśli apelację, prosząc sąd, by karę pozbawienia wolności zamienił na prace społeczne. Przecież podpalono tylko kukłę. Nie Żyda. Pamiętam, jak adwokaci zwracali uwagę na absolutny precedens praktyki sądowej. Gdy to prokurator, a nie adwokat, prosił o łagodny wymiar kary dla oskarżonego.

A na drzewach…

Wystarczy w internetowej wyszukiwarce wpisać początek: „A na drzewach…”. By pojawił się link do youtubowego kanału „muzyka” kryjącego się pod nickiem Songo_23. „A na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści” – krzyczy w ekstazie Songo_23. Już piąty rok. Bo „utwór” pojawił się na Youtube w 2014 roku.
I nikomu to nie przeszkadza. Nawet tak wyczulonym na mowę nienawiści administratorom mediów społecznościowych. Wycinającym z postów każdą „kurwę” i „chuja”. Bo to, o czym śpiewa Songo_23 to przecież wyłącznie „twórczość artystyczna”.
Dziwi to Was? Mnie nie. Półtora roku temu w Radomiu kolesie w koszulkach z napisem „Młodzież Wszechpolska” pobili działacza KOD-u. „To sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, ale też ich rozumiem” – powiedziała potem Beata Mazurek, rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości. A rząd Mateusza Morawieckiego próbował nas przekonać, że gdy mąż pierwszy raz sprawi lanie swojej ślubnej, to nie jest żadna przemoc domowa. Ostatecznie przecież: „zupa była za słona”…
W takiej Polsce żyjemy. I w takiej Polsce dorastał Stefan W.

Orkiestra gra

Propagandziści z orkiestry Kurskiego już wiedzą, co powiedzieć „ciemnemu ludowi”. Oglądałem ostatnio sporo programów na kanale informacyjnym TVPiS. Pierwsze zaskoczenie? Właśnie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Tak jak media publiczne starały się w ostatnich latach unikać jakichkolwiek wzmianek o WOŚP, tak teraz o Orkiestrze mówi się tam od rana do wieczora. Ale nie o woluntariuszach, zbiórce i zakupach dla szpitali.
Od rana do wieczora w TVP Info sami specjaliści. Od imprez masowych. Z policji. Z uniwersytetów. Nawet pisowski senator, Krzysztof Cugowski, w roli specjalisty od bezpieczeństwa. Wszyscy są zgodni. Zawiniła organizacja. Brak ochrony. Bramek. Wykrywaczy metali. Jakby na imprezy WOŚP wchodziło się jak na lotnisko, nie byłoby tego, co się stało. Paranoja.
A „mordy zdradzieckie”? Szubienice w Katowicach? „Zrozumienie” rzeczniczki PiS-u dla chuliganów z Młodzieży Wszechpolskiej. I cała ta – dotychczas bezkrwawa – wojna polsko-polska? Którą, licząc na polityczny uzysk, wywołali rządzący. Nie, to wszystko nie miało znaczenia. Prawica ma już prawdziwego sprawcę. To Owsiak!
Gdy prokuratura zatrzymała Wojciecha Kwaśniaka, byłego wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego, głos zabrał Zbigniew Ziobro. Tłumaczył, dlaczego kilka lat temu bandyci dotkliwie pobili wiceszefa KNF, zajmującego się przekrętami w SKOK-ach. „Być może Wojciech Kwaśniak został zaatakowany, bo Komisja Nadzoru Finansowego przez lata rozzuchwalała przestępców” – powiedział na antenie TVP minister sprawiedliwości.
Pewnie Ziobro już układa w głowie kolejną sentencję. „Być może Paweł Adamowicz został zamordowany, bo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy przez lata zachęcała do tego nożowników” – usłyszymy niebawem. A o 6 rano do drzwi Jerzego O. zapuka policja. „Dziki kraj” – tymi słowami zakończył swoją ostatnią konferencję prasową Jurek Owsiak.

Światełko do nieba

To miało być „światełko do nieba”. Czy nam się to podoba, czy nie, mord na prezydencie Gdańska zawsze będzie kojarzył się z czterema literami. WOŚP! Tak jak mówiąc o Smoleńsku, nie mamy przed oczyma pięknej starówki rosyjskiego miasta. Jaka więc przyszłość czeka Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy?
Musi grać! Myślę, że każda następna edycja będzie zaczynała się od minuty ciszy. I wspomnienia tragedii, która wydarzyła się podczas 27. Finału. Ale potem Orkiestra musi grać. Jeszcze głośniej, niż dotychczas. Bo tak reagują na przemoc wszystkie wolne społeczeństwa.
Po 11 września. Po zamachu w Londynie. W Barcelonie. Zawsze na ulicach pojawiały się tłumy ludzi. By pokazać, że terroryści – nawet najlepiej uzbrojeni – nie są w stanie zastraszyć społeczeństwa. Nie są w stanie wygrać z żadną demokratyczną społecznością. A taką społeczność od lat tworzy Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Nie martwmy się o Owsiaka. Złożył rezygnację. Ale wróci. Jestem tego pewien.
Przegrać muszą również ci, którzy świadomie od trzech lat nie zgadzali się na pomoc państwa w organizacji imprez WOŚP-u. W poniedziałek, we wrocławskim radiu, zadałem pytanie. Jak to jest możliwe, że warszawskie „procesje smoleńskie” ochraniało kilka tysięcy funkcjonariuszy policji państwowej. A w Gdańsku za bezpieczeństwo finału WOŚP odpowiadało 50 ochroniarzy. W tym grupa okazjonalnie zatrudnionych studentów.
Joachim Brudziński wielokrotnie intonował „bojowe” zawołanie PiS-u: „Komuniści i złodzieje…”. Dzisiaj jest szefem MSWiA. Może poda szczegółowe informacje o tym, jakie zadania postawił przed policją, by 27. Finał WOŚP był bezpieczny.

Polak katolik

PiS straszy obcymi. Niestety, skutecznie. Opowiadał mi warszawski znajomy. O kolorze skóry odbiegającym od „czystej rasy polskiej”. Narastającą niechęć Polaków odczuwa na co dzień. Od jakiegoś czasu stara się nie wychodzić na ulicę po zmroku. Bo nienawiść niejedno ma imię.
Paweł Adamowicz – wbrew antyimigranckiej histerii – półtora roku temu zadeklarował, że Gdańsk będzie przyjmował uchodźców. Zginął z rąk Polaka. Zapewne katolika.

Noga, hołota i morda

Na koniec druga szala wagi. By ktoś nie myślał, że mowa nienawiści ciąży wyłącznie po jednej stronie. To prawda, że dzisiejszych polityków prawicy – z „mordami zdradzieckimi” wykrzyczanymi przez Kaczyńskiego – trudno przebić. Ale początków obecnego apogeum trzeba szukać znacznie wcześniej.
Pamiętamy słowa Wałęsy: „Panu to ja mogę nogę podać”. Wtedy jeszcze nie za dobrze wiedzieliśmy, jak uczyć się mowy nienawiści. A przy dzisiejszym hejcie, słowa Wałęsy skierowane do prezydenta Kwaśniewskiego to prawie niewinny żart.
Osobiście bardzo zabolały mnie słowa o „naćpanej hołocie”. Siedziałem wtedy w pustawej sali sejmowej. Gdy Leszek Miller skierował wzrok również w moją stronę.
Nie zamierzam umniejszać zasług Lecha Wałęsy w okresie przemian ustrojowych. Ani „dokopać” Leszkowi Millerowi. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że niezwykle trudno znaleźć w Polsce polityka. Który nie wrzucił choćby małego kamyczka do ogrodu z napisem „mowa nienawiści”.

Oczy snajpera

Nie, nie będzie happy endu. Tak jak nie było „narodowego pojednania” po katastrofie smoleńskiej. Wówczas niektórzy łudzili się, że będzie lepiej. Było coraz gorzej.
Gdy minie szok po pierwszym zamordowanym prezydencie w III RP – oby ostatnim – polityka wróci w stare koleiny. Nienawiść nie zniknie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
– ona jedna.
Gorzkie słowa Szymborskiej niech nie stanowią usprawiedliwienia. Przyzwolenia na taką Polskę. Jaką zobaczyliśmy 13 stycznia. Wierzę, że mimo wszystko jesteśmy w stanie zatrzymać „snajpera nienawiści”.